Kronika czasów zarazy. Opowiadanie seryjne. Odc. 1-22.

Odc. 1 Salomon Ircha

Od kwietnia zaraza wycofywała się opornie i powoli, pozostawiając po sobie coraz mniej symbolicznych szubienic oznaczających liczbę zgonów osób porażonych wirusem. Wszyscy cieszyli się z tych ustępstw, z wyjątkiem ludzi źle życzących narodowi. Salomon Ircha miał zbyt wiele własnych zmartwień, aby poświęcać tym zdarzeniom tyle uwagi, na ile zasługiwały.

Dziewiętnastego dnia drugiego epidemicznego roku Salomon dokonał podsumowania własnego czasu. Miał go tak mało, że zdecydował się na krok drastyczny: podzielenia czasu na kawałki i przydzielania ich osobom, z którymi utrzymywał kontakty. W pierwszej kolejności przyznał je rodzinie, przyjaciołom i znajomym. Były to przeważnie kawałki piętnastominutowe, łatwe do podziału i rozliczenia. Pod koniec każdego dnia Salomon wykonywał – wczuwając się w rolę skrupulatnego buchaltera – podsumowania sprawdzającego, jak skutecznie zarządza czasem.

Czas i energię Salomon uznawał za jedyne prawdziwe wartości, jakie człowiek otrzymał w darze od Wieczności do wykorzystania między chwilą narodzin a chwilą odejścia w zaświaty. Wieczność była dlań pojęciem bardziej zrozumiałym niż Bóg, z którym nigdy nie udało mu się pokonwersować czy choćby powiedzieć „Dzień dobry, Panie Boże!”.

Na utrzymanie kondycji i zdrowia Salomon poświęcał godzinę dziennie. Wychodził z domu, aby intensywnie spacerować po lesie, pustych drogach i nieużytkach. Wybierał trasy, gdzie jest mało albo w ogóle nie ma ludzi. Wykorzystywał ten czas, rozmawiając przez telefon komórkowy zgodnie z planem podziału czasu. Na otwartej przestrzeni ożywiały go wiatr, świeże powietrze i rozmowy. 

– Kocham otwartą przestrzeń, świeże powietrze, las i rozmowy z przyjaciółmi. Pokochałbym nawet głębię oceanu, gdybym tylko poznał ją bliżej – mruczał do siebie. Najczęściej myślał o Rowie Mariańskim, na dnie którego żyją istoty odporne na niewyobrażalne ciśnienie.

Od pewnego czasu używał kijki nordic walking, aby wzmocnić ramiona słabnące wskutek braku wysiłku. Lubił filozofować na ten temat. Miał także sporo innych tematów do snucia rozważań. Prowadził je z przyjacielem z lat młodzieńczych, Erazmem, rozwagą i mądrością kojarzącym mu się z Erazmem z Rotterdamu, który głosił, że człowiek z natury jest dobry, zło zaś pochodzi z niewiedzy.

– Czasy cywilizacji, Erazmie, nie sprzyjają górnym kończynom człowieka. Co mi po ramionach, rękach i dłoniach, które wskutek nieużywania stają się cherlawe i nie imponują nikomu, ani kobietom, ani mężczyznom. Może tylko osoby słabowidzące dostrzegają coś, co uzasadnia ich istnienie. Ale kto zrozumie słabowidzącego, jeśli zwykłego, dobrze widzącego, człowieka trudno jest zrozumieć?

Odc. 2. Władza i edukacja

Jadąc samochodem, Salomon słuchał radia. Wybierał stacje prezentujące dyskusje na ciekawe tematy, prowadzone w sposób nie uwłaczający ludzkiej inteligencji. Interesowało go wszystko, co pachniało szerokim światem: psy myśliwskie puszczone samopas przez pijanego właściciela, biedacy w trzecim i czwartym świecie, pozostawieni bez szczepionki na pastwę pandemii, ochrona mórz i oceanów traktowanych jako zbiornik odpadów plastikowych, także wpływ wirusa na seksualność i intelekt człowieka. Tematów dotyczących władzy i polityki nie znosił tylko dlatego, że niosły ze sobą zapach nawozu świeżo wyrzuconego z obory. Swoją organiczną niechęć do rządzących tłumaczył na różne sposoby. Raz nawet powiedział sobie dobitnie:

– Chłopie! Ta niechęć wynika z twego własnego niedorozwoju emocjonalno-intelektualnego. Innym ludziom rządzący nie przeszkadzają,  jakoś nie czują smrodu siarkowodoru. Czy ty nie przesadzasz?

Nie mogąc pogodzić się z samym sobą, Salomon uciekał od polityki, aby nie dopuścić do powstania w sercu ładunku nienawiści grożącego eksplozją.

W miarę upływu lat rzeczywistość uwierała Salomona coraz mocniej: duże litery stawały się zbyt małe, myliły się kody i symbole, drażniło postępowanie sąsiadów, gubił klucze i dokumenty, męczyły doniesienia o brutalnej przemocy w rodzinie. Mimo zmartwień i zarazy czającej się za rogiem każdego budynku Salomonowi nie brakowało też rozrywki. Szczególnie polubił ubranego na czarno, brodatego ministra szkolnictwa, niejakiego Kopera, wynalazcy karkołomnych kombinacji lektur, przedmiotów i metod nauczania. Ich karkołomność miała dostarczyć uczniom głębszych przemyśleń jak i fascynacji, słabo obecnych w tradycyjnym nauczaniu. Koper planował ciekawy eksperyment: znające już alfabet małpy miały uczyć się przyrody razem z młodzieżą. Celem eksperymentu było umacnianie jedności człowieka i zwierząt w walce o ochronę środowiska naturalnego. Minister przedstawił dwa postulaty w tej sprawie:

– Uczestnicy eksperymentu będą musieli nosić maseczki i rękawiczki oraz regularnie myć ręce w ciepłej wodzie z dużą ilością piany. Po drugie, małpy muszą się zobowiązać, że nie wezmą brzytwy do ręki, ponieważ historia notowała opłakane skutki takich zdarzeń.

Na pytanie, czy świadomość zwierząt genetycznie bliskich człowiekowi jest dostatecznie wysoka, aby powstrzymać się od brania do ręki niebezpiecznych narzędzi, minister odpowiadał ze spokojem:

– Tak, jeśli wierzymy w porządek świata stworzonego przez Boga. My w ministerstwie jesteśmy osobami głęboko wierzącymi i to daje nam spokój ducha. Osoby niewierzące, ateiści, masoni i komuniści mogą mieć z tym problemy. Na szczęście są oni nieliczni i zawsze możemy ich trzymać pod nadzorem. Myślimy o programie reedukacji nieprawomyślnych grup społecznych, podobnym do stosowanego w Chinach przez dobrze mi znanego ministra edukacji powszechnej, Li-Tona.

Odc. 3 Zuzanna, miłość i rozmowy

Najwięcej czasu przydzielił Salomon Zuzannie. Kochał ją najbardziej ze wszystkich kobiet, jakie spotkał w swoim życiu. Lubił o niej myśleć, pieszcząc ją zmysłowo. Była to osoba trzydziestoośmioletnia, może nieco starsza, a jeśli tak, to niewiele, najwyżej kilkanaście lat. Jej kształty można było określić jako matriarchalne; piersi miała pełne powagi, w razie macierzyństwa także pełne mleka. Kiedy ją poznał była kobietą niezamężną, matką dwojga dorodnych dzieci, które były już na swoim.

Salomon przepadał obcować z Zuzanną w przestrzeni fizycznej. Ostatnio była to tylko przestrzeń wirtualna. Nie mogło być inaczej, dopóki nad ludzkim życiem dominował wirus i i jego matka epidemia.

Zuzanna odwzajemniała uczucia Salomona. Nie wahała się mówić o tym.

– Lubię kiedy jesteś zabawny i perwersyjny, kiedy używasz określeń bułeczka i rogalik, których znaczenie tylko my znamy.

– A ja lubię twój śmiech, perlisty, jedwabny, rozjaśniający przestrzeń, zwłaszcza nocą, kiedy robi się chłodniej.

W obojgu żyła dorosłość i infantylność w proporcjach oferujących szanse zachowania harmonii relacji damsko-męskich, nie zawsze łatwych do pogodzenia.

– O czym my naprawdę rozmawiamy? – zadał jej kiedyś pytanie i uśmiechnął się, ponieważ odpowiedź była łatwiejsza niż przewrócenie jednym palcem pudełka zapałek czy zjedzenie świeżej bułeczki fitness. Pytanie nie było potrzebne ponieważ oboje wiedzieli doskonale, o czym rozmawiają i o czym myślą.

Rozmawiali o książkach, o wydarzeniach, przyszłości i teraźniejszości, rzadziej o nowych decyzjach rządu. Ten ostatni temat nie był możliwy do uniknięcia, można go było tylko zminimalizować. Był to drażliwy obszar rozważań, wypełzający spod gęstego dywanu różnych rozmów niby para upartych ślimaków. Oboje go unikali, szczególnie ona, jako osoba rozważniejsza, matka dzieciom, kobieta wyzwolona.

Odc. 4 Erotyka w czasach epidemii

Lubili także erotykę i seks. W czasach wielkiej separacji epidemicznej uprawiali go wirtualnie, ale jak najbardziej poważnie, z zaangażowaniem, posiłkując się słowami, wyobraźnią i fantazjami.

– Seks uprawia się podobnie jak rzodkiewkę, marchewkę i szparagi, warzywa bliskie sercu ogrodnika rozkochanego w wiosennej pogodzie.

Warzywnicza opinia Salomona nie zachwyciła Zuzanny. Powstrzymała się jednak od komentarza mając na sercu dobro wzajemnych relacji. Jej przedłużające się milczenie Salomon uznał za znak rozwagi i mądrości kobiecej. Kiedyś nawet myślał, że dobrze byłoby być kobietą, było to jednak niemożliwe bez zmiany płci.

Oboje lubili szparagi zwłaszcza te większe, białe, bo im się dobrze kojarzyły z dzieciństwem, kiedy podglądali dorosłe pary bawiące się nago na łące. Rozmawiali o tym najczęściej – nie wiadomo dlaczego – w niedziele. 

– Trawa była wtedy niewiele niższa niż struś afrykański. Czy wiesz, że ten ptak sięga dwóch metrów wysokości – zapytała Zuzanna chichocąc.

Porównania tego rodzaju przychodziły jej łatwo, ponieważ mieszkała niegdyś z rodzicami w Republice Południowej Afryki. Z tego czasu pozostało jej zainteresowanie dalekimi wyprawami i literaturą podróżniczą.

– A czy ty wiesz, że struś dysponuje kopytem jak u konia? Kopnięciem może przetrącić kręgosłup niejednego napastnika – uzupełnił Salomon, kojarząc sobie sytuację z brutalniejszą częścią natury – męskim czynnikiem Yang, znanym obojgu z taoizmu, starego systemu filozofii chińskiej.

Taoizm w części dotyczącej życia seksualnego pozostawał dla nich źródłem przemyśleń i ciekawych skojarzeń. Oboje czytali o nim i dyskutowali między sobą. Najbardziej podobała im się idea, że wszystko, cały świat, każde zjawisko, materialne i niematerialne, ma dwie strony, kobiecą Yin i męską Yang. Dopiero połączenie tych dwóch dawało pełnię przeżyć.

– Czy nie jest to urocze? – pytała Zuzanna i wybuchała śmiechem. – Kiedy o tym myślę, czuję to wewnątrz siebie, zwłaszcza w dole brzucha.

– Ten śmiech i te myśli to twój największy wkład w naturę Yin w dobie epidemii, kiedy mężczyzna i kobieta nie mogą spotykać się bezpośrednio, aby doświadczać przepływu energii męskiej i żeńskiej – odpowiedział Salomon.

Czasem zdarzało się, że wchodzili w konflikt, zupełnie nieoczekiwanie, nie mogąc się porozumieć. Pewnego razu Salomon opanowany gniewem chlapnął niepotrzebnie:

– Mężczyzna i kobieta nie są w stanie zrozumieć się nawzajem, ponieważ pochodzą od zupełnie innej małpy.

O ile ta obserwacja wydawała się mu całkiem naturalna, ponieważ lubił mocne skojarzenia i słowa, o tyle Zuzanna mogła zareagować zupełnie odmiennie i obrazić się. Była bardzo religijna i sprawa pochodzenia człowieka nie była jej obojętna. Uświadomił to sobie po niewczasie, kiedy słowo się rzekło i przysłowiowa kobyłka stała już u płota.

Zuzanna najpierw zawahała się, a potem powiedziała coś zaskakującego. 

– Masz rację. Dlatego nie będziemy się kłócić. Po prostu jesteśmy różni. Ty masz ogon a ja, będąc innego pochodzenia, nie mam. Ty jesteś samcem, a ja samicą. I nie ma znaczenia czy pochodzimy od małpy, czy nie. Po prostu pochodzimy skądś, najpewniej z Afryki.

To stwierdzenie rozbroiło Salomona. Od tej pory, kiedykolwiek poróżnili się, przypomniał sobie pochodzenie mężczyzny i kobiety i różnice z niego wynikające. To mu ułatwiało życie.

Odc. 5 Leon Bury

Temat wrogów narodu wracał często na wokandę spraw obywatelskich, prowadzoną przez telewizję, portale informacyjne, dzienniki prasowe i inne media włącznie z sieciami przekazu plotek i donosów.

– Nigdy nie brakowało nam wrogów – podsumował na wieczornej uroczystości żałobnej prowadzący ją Leon Bury – a dzisiaj w dobie pandemii, mamy ich jeszcze więcej. Stwierdzając fakt, Leon Bury najczęściej nie określał, kogo konkretnie ma na myśli. Było to prawdopodobnie niepotrzebne, ponieważ ludzie go słuchający wiedzieli lub domyślali się o kogo chodzi.

Leona Burego znali wszyscy, był osobą publiczną, opiniotwórczą, słyszały o nim nawet dzieci. Co do wieku i wyglądu, był to mężczyzna w sile wieku, korpulentny i stateczny.

– W sprawach obyczajowości i moralności jest on zręczniejszy niż małpa – mówili o nim złośliwcy, dodając niekiedy, że jest człowiekiem niedouczonym, ponieważ nie umie jeździć samochodem i nigdy nie był w banku. Co do samochodu, to zapewne nie potrzebował mieć prawa jazdy ani umieć jeździć, ponieważ przez całe życie otaczali go ludzie uczynni   chętnie wożący go własnym autem. Sprawa rachunku bankowego była nie do zweryfikowania.

Oskarżany o nietypowe skłonności, nawyki i przywary Bury zachowywał się spokojnie, nie zaprzeczał ani nie potwierdzał. Raz tylko się uniósł podnosząc głos, kiedy ktoś wyraził się niechętnie o tradycji narodowej:

– Za mojego dzieciństwa w powszechnym użytku były drabiniaste wozy konne i tak było dobrze. Nie lubię, jak ktoś to krytykuje. Niech lepiej ci osobnicy, co nie znają tradycji, zamkną swoje kanciaste mordy. Wszystko, co jest częścią naszej tradycji jest godne zapamiętania, kultywowania i upowszechniania.

Spora część społeczeństwa uważała go za dziwaka a nawet odmieńca. Nie ulega wątpliwości, że był kontrowersyjną postacią. Było to dziwne, ponieważ był także człowiekiem lubianym, wpływowym, obracającym się w najlepszym towarzystwie. Miał wielu zwolenników. Żartowano, że szli oni za nim krok w krok niezależnie od tego czy udawał do kościoła, do toalety publicznej, na wystawę jachtów pełnomorskich czy na cmentarz, aby złożyć kwiaty na grobie nieznanych bohaterów zasłużonych dla historii i tradycji. Najbardziej oddani mu byli członkowie Stowarzyszenia Pobożni i Wierni, łączącego wspólnotą poglądów chrześcijan zrzeszonych w Kościele Boga Wyrazistego. Kościół ten nie pozostawiał cienia wątpliwości, co jest słuszne a co niesłuszne, co jest dobre a co złe w ludzkim postępowaniu. W tym tkwiła jego siła. 

W sumie Bury był osobnikiem o serdecznym (aczkolwiek dla części społeczeństwa niezrozumiałym) stosunku do rzeczywistości. Według osób dobrze go znających starał się czynić dobro, godzić ludzi w ich namiętnościach i oczekiwaniach, inaczej mówiąc szukać porozumienia.

Odc. 6 Profesor Zybe

Prądy dobra, zła i niepewności od dłuższego czasu krążyły nad krajem, pogłębiając zamieszanie wynikające z epidemii wirusa Dracula. Objawiały się nie tylko chmurami zarazy wiszącej w powietrzu, ale także osobowo, w konkretnych ludziach, deformując ich charaktery. Społeczeństwo dzieliło się na części, części na frakcje, frakcje na grupy i podgrupy. Nikt nie mógł się w tym połapać, nawet socjologowie i psycholodzy społeczni. Jedynie profesor Zybe był zorientowany w tym galimatiasie.

– To człowiek, który się kulom nie kłania – powiedział kiedyś o profesorze prezydent Lambreki i zaraz uzupełnił: – Mam na myśli zabójcze pytania zadawane mu przez niechętnych mi dziennikarzy.

Obydwu mężczyzn łączyły więzy bliskości intelektualnej, towarzyskiej oraz zainteresowań.

– Jesteśmy z tej samej gliny. Wiem co mówię, bo znam się na tym.

W trakcie wywiadu prezydent przebywał w swoim warsztacie, gdzie oddawał się projektowaniu i wytwarzaniu ceramiki artystycznej. Było to jego ulubione hobby. W jego gabinecie w pałacu wisiało na ścianach kilka dużych zdjęć pokazujących jak wręcza wykonany własnoręcznie ozdobny talerz lub wazę jakiemuś dygnitarzowi zagranicznemu. Byli wśród nich królowie, prezydenci państw i premierzy.

Na temat podziałów społecznych zabrał głos w telewizji profesor Zybe, doradca prezydenta. Był to ekspert, którego lubiano zapraszać do udziału w programach telewizyjnych, szczególnie serwisów wiadomości i programów edukacyjnych. Profesora wyróżniała siwa czupryna przetykana szlachetną rudością oraz dwudniowy zarost na szczupłej twarzy, który pieszczotliwe nazywał szczeciną. Zawsze był w dobrym nastroju, uśmiechał się, cokolwiek nie mówił. Nawet kiedy wspomniał osiemdziesiąt tysięcy osób zmarłych wskutek zakażenia wirusem, łagodny uśmiech pojawił się na jego twarzy. Widzowie uważali takie zachowanie za budujące w czasach powszechnego przygnębienia, czerpali z niego pocieszenie. Nie wszyscy oczywiście podzielali ten pogląd.

– Temat podziałów społecznych nie jest niczym wdzięcznym do dyskusji – podjął profesor. Sprawy są skomplikowane. Rozmawiamy o nich bardzo często z panem prezydentem, ale jeszcze nie wypracowaliśmy właściwego stanowiska. Nie jest to łatwe, ponieważ pan prezydent jest niezwykle zajęty. Jest w rozjazdach. Budujemy nową rzeczywistość i musimy ją ustawicznie rozwijać i doskonalić.

O złożoności sytuacji widzianej przez pana prezydenta i jego doradców, profesor Zybe wypowiadał się wstrzemięźliwie i dopiero po dłuższym zastanowieniu się.

– Są wśród nas ludzie jątrzący atmosferę dobrych relacji społeczeństwa z władzą w bolesnym dla wszystkich okresie walki z wirusem Dracula. Chodzi mi o grupę o wyraźnie dywersyjnym charakterze, której większość stanowi opozycja. Jest też inna grupa usiłująca przekształcić społeczeństwo w “perpetuum mobile”, maszynkę przerabiającą gospodarkę na kawałki. Starają się zniszczyć nasz przemysł posługując się szlachetnymi hasłami walki o czyste środowisko naturalne. W istocie rzeczy mają na uwadze tylko swoje interesy i nic więcej. Każdy z tych ludzi ciągnie w swoją stronę, każdy jest w coś zaangażowany. Tylko pan prezydent pozostaje bezstronny i stoi na straży praworządności, porządku i ładu. On broni twardo naszych interesów, kopalń, fabryk, hut, tego co konkretne, co tworzy dochód narodowy.

– Czy w tej sytuacji jest ktoś neutralny?

– Ludzi neutralnych światopoglądowo prawie w ogóle nie ma. Wygląda na to, że nie przeżyli lub kryją się po domach, zagrodach, lasach, a nawet ośrodkach wypoczynkowych. Jest to możliwe dzięki zielonym certyfikatom stwierdzającym, że jego właściciel jest zaszczepiony przeciwko wirusowi lub przeszedł zakażenie wirusem. To nowa rzeczywistość.

– Czy pan sądzi, panie profesorze, że to się szybko zmieni?

– Nie widzę takiej możliwości. Czekają nas raczej niezbyt pomyślne niespodzianki, o których wolę nie mówić na razie. Są to elementy obecne w każdym z trzech scenariuszy przyszłości, pozytywnym, realistycznym i negatywnym, opracowywanych przez zespół doradców pod przewodnictwem pana prezydenta. Wkrótce państwo o nich usłyszycie. Przedstawi je prezydent Lambreki w swoim orędziu o stanie państwa.

Odc. 7 Początki wielkości.

Sosnowy las podziałał na Salomona orzeźwiająco. Krople wilgoci wisiały na igłach i gałęziach drzew tworząc girlandy bajecznej przezroczystości. Było chłodniej niż poprzedniego dnia. W rozmowie z Zuzanną zapomniał o niefrasobliwych aluzjach erotycznych i żartach. Jak zwykle w czasach epidemii rozmawiali ze sobą telefonicznie.

Kilkanaście minut wcześniej, jadąc samochodem w kierunku lasu, słuchał radia.

– Nad krajem wisi wielka chmura epidemiczna i nie zamierza odejść. Ludzi przytłacza ciężar wielkiej niepewności, zginając ich ku ziemi. Po raz kolejny spadł na nas blady strach.

Słowa kobiety czytającej dziennik nie były dokładnie takie, jak to zapamiętał Salomon. W głowie pozostały mu słowa: epidemia, chmura, ciężar, strach.

Rodzący się porządek w kraju wiązał ze sobą losy Salomona Irchy, Zuzanny, Leona Burego, Erazma i co najmniej setki innych osób. W tle tych powiązań istniały kolejne setki, tysiące i miliony osób. W opinii artystów, ludzi o szczególnej wrażliwości, dodawało to odrobinę kolorystyki społeczeństwu poszarzałemu przez epidemię.

W trudnych czasach ostoją normalności i stabilizacji kraju stawał się Leon Bury. Coraz więcej osób nazywało go człowiekiem-opoką, mężem-okolicznościowym, dobroczyńcą narodu. Przyjmował to z satysfakcją, nieświadomie wrastając w te role. Po pewnym czasie sam siebie już tak określał. Raz lub dwa razy przypomniało mu się powiedzenie, że wielkie czasy tworzą wielkich ludzi. Nie było w tym skromności, ale też nie uważał, że powinien być skromny. Czuł, że on jeden rozumie zachodzące zmiany i jest w stanie zapobiec wielkim kłopotom grożącym społeczeństwu, a nawet katastrofie.

Rozmawiał o tym z przyjaciółmi, coraz liczniej skupiającymi się wokół niego.

– Czasy wymagają od nas śmielszego myślenia, bardziej abstrakcyjnego, nawet absurdalnego, nieuniknionego w post-wirusowym społeczeństwie przyszłości.

Przyjaciele umacniali go w przekonaniu, że powinien energicznie włączyć się w nurt troski o kraj i naród.

– Nie wahaj się, Leonie. Jesteś osobą majętną, posiadasz wielkie środki materialne, masz pomysły i co najważniejsze masz w sobie determinację.

To go dodatkowo nakręcało. Dzieląc się swoimi przemyśleniami, zaskakiwał przyjaciół niezwykłością poglądów. Mówił prosto i przekonywująco, czasem tajemniczo.

– Musimy utrzymać kierunek zmian ku lepszemu, porządek na ulicach, w domach i w głowach. Nie możemy się poddać wirusowi. Musimy stać się bardziej elastyczni, więcej rozumieć, szybciej reagować, nie dać się niczym zaskoczyć. Zastój jest najgorszy. Jest jak cholesterol blokujący przepływ krwi w żyłach. Moja w tym głowa, aby kraj szedł we właściwym kierunku – Bury mówił to otwarcie i ludzie mu wierzyli. Rzadko występował publicznie, ale zawsze wyzwalał w słuchaczach aplauz, pochwałę dla swoich myśli i przekonań.

Erazm i Salomon zachowywali wstrzemięźliwość w ocenie jego postępowania. Byli sceptykami.

– Oczywiście nie wszyscy są mu życzliwi – zauważył Salomon. – Nie wszyscy podzielają jego poglądy.

– Tak to bywa w społeczeństwach aktywnie poszukujących drogi zbawienia w okresie wielkich kłopotów i wyzwań – dodał Erazm.

Jak zwykle zgadzali się ze sobą, lecz nie wyzwalało to w nich żadnego sygnału ostrzegawczego.

Odc. 8 Ciężka noc

Po pracowitym dniu, Leon Bury układał do snu, marząc o spokojnej nocy. Przypomniały mu się wydarzenia dnia, spotkania i rozmowy. Nie mógł zasnąć. Jego wyobraźnia falowała, miał wrażenie, że jest w nieprzerwanym ruchu. Na ścianie wisiały oprawione w ramy portrety jego ojca i dziadka; widział jak falują ich wąsy i włosy; twarz ojca powiększała się a dziadka zmniejszała, że aż się zdziwił.

Aby oderwać się od niespokojnych wrażeń, oddał się marzeniom. Marzył o społeczeństwie miłości i dobrobytu, w którym ludzie kochają się wzajemnie i żyją w dostatku, gdzie sprawiedliwość jest nie tylko w sądach ale także w biurach, domach, na ulicach i placach zabaw. Przypomniał sobie kioskarza zwracającego mu dwadzieścia groszy jakie nadpłacił poprzedniego dnia kupując gazetę. Niewiele to pomogło. Przypomniało mu się muzeum sztuki dawnej; sumienia postaci malowanych przez średniowiecznych mistrzów pulsowały na tle nieba spadając w głąb czerwonoczarnych czeluści piekła.

Mężczyzna skoncentrował się nad tym, co zachodzi w jego głowie. Nie udało mu się jednak zapanować nad przywidzeniami, pojawiły się tylko nowe obrazy; Bury oglądał szlachetne czyny i dobroć ludzi. Świat zmieniał się; ludzie byli coraz lepsi, owoce coraz słodsze i każdy obywatel miał pieniądze pozwalające mu na godne życie.

Następnego dnia w rozmowie z gospodynią prawda wyszła na jaw. Pod jej nieobecność Leon naparzył sobie nie te zioła co należało i niepotrzebnie wypił podwójną dawkę. Leokadia, kobieta o marsowym wyglądzie doświadczonego w bojach morsa, popatrzyła na niego z dezaprobatą. Leon przyjął to z godnością. Tylko jej jednej uchodziło na sucho cenzurowanie jego słów i postępowania. Znała go od urodzenia; najpierw go niańczyła, potem była jego opiekunką. Pozostało w nim wiele dobrych wspomnień z tych czasów; brała go w obronę przed starszym rodzeństwem, kuzynami oraz silniejszymi kolegami.

W towarzystwie dobroczynnym „Hosanna”, którego był fundatorem, Bury przedstawił swoją wizję przyszłości. Czuł, że musi podzielić się optymizmem, aby przynieść ludziom ulgę w warunkach epidemii.

– Wierzę, że idą czasy spokoju, kiedy nie będziemy już się bać wirusa. Miałem widzenie, że ulegnie on degradacji i skurczy się tak bardzo, że nie będą mogli go dostrzec nawet naukowcy dysponujący mikroskopami elektronicznymi, ani wyobrazić go sobie nanotechnolodzy i matematycy wierzący w nieskończoność małości.

W tylnym szeregu słuchaczy ktoś mruknął:

– Ani specjaliści od dzielenia włosa na czworo.

Uszczypliwości i niemiłe komentarze nie szkodziły Leonowi Buremu; ufała mu coraz większa liczba mieszkańców kraju.

Odc. 9 Kraj w ampułce

W dniu trzydziestego pierwszego maja drugiego roku epidemicznego w kraju pogłębiło się rozdwojenie jaźni. Fachowcy z branży psychologii nazwali to fachowo rozszczepieniem.

– To nic innego jak widzenie innych ludzi, świata, organizacji, siebie a nawet zwierzęcia w barwach całkowicie czarnych lub całkowicie białych. Nic nie jest częściowo dobre i częściowo złe, tylko jest albo zupełnie dobre albo zupełnie złe, bezbrzeżnie mądre albo nieskończenie głupie. Dokładnie tak jak szczepionka przeciwwirusowa – dla jednych ratunek, dla drugich potępienie.

Do słów brzmiących jak zapowiedź gołoledzi latem posypały się komentarze, opinie i oceny.

– Starzy ludzie zajmują się swoimi sprawami, ogródkami i narzekaniem, podczas gdy młodzi żwawo przebierają nogami, zdejmują maseczki, pracują i żyją myślami o zupełnie czym innym. Pierwszym chodzi o przetrwanie w spokoju, drugim o pieniądze, sukcesy, czasem o seks, dzieci i nowy samochód. Władza rozeszła się z narodem, bogacze z biednymi, naiwni i ignoranci odłączyli od grona ludzi myślących i refleksyjnych. Jednym słowem powstał niesamowity galimatias, zachowujący pozory porządku i ładu. Najgorsze jest to, że wszyscy wdają się w dyskusje z wszystkimi, przez co nie ma czasu na myślenie i miłość bliźniego.

– Dzisiaj nikt się nad niczym nie zastanawia, tylko od razu mówi. Ostatnio modne stało się powiedzenie:

– Potrzeba nam ładu i porządku.

– Z ładem nie jest może źle, bo on już jest i w dodatku jest całkiem nowy, ale mało kto w niego wierzy. Wygląda to w sumie jak kwaśna cytryna i słodki szczypior na zdechłym śledziu – podsumował Walter Korona, naoczny świadek i obserwator zdarzeń bieżących.  

Jeszcze tego samego dnia uwagę zdezorientowanego wirusem społeczeństwa skupiło kilka niezwykłych wydarzeń. Ich akcja rozwijała się stopniowo, punkt po punkcie, jak w dobrym scenariuszu ambitnego kina, gdzie jest dużo ruchu i przekleństw a mało treści i rozumu.

Marian B, do niedawna arystokrata pomocny władzy, mający w herbie zapiekłą dumę i sylwetę nieugiętego tura, wyszedł przed budynek swego urzędu i grzbietem dłoni na odlew wymierzył na odległość siarczysty policzek wysokiemu urzędnikowi państwowemu.

– Nie będę kalać moich spierzchłych warg imieniem i nazwiskiem tego przestępcy, bo wszyscy je znacie. To on wydał zupełnie niepotrzebnie wory pieniędzy na wasz koszt a teraz to jeszcze śmieje się wam w oczy.  

Odc. 10 Obrona

Kilka godzin później wypowiedź oskarżycielskiego Mario dotarła do adresata. Wysoki urzędnik nie pokazał po sobie, że czuje się poszkodowany; szybko i sprawnie strząsnął z gładko wygolonej twarzy bolesny skurcz. Zadrżały mu tylko dwie drobne żyłki koło nosa, dowód irytacji na bezprecedensowy atak na jego ludzką godność. Mówił bez emocji dobierając słowa.

– To tylko spadł mały deszcz. Nie mam pojęcia dlaczego, bo zapowiadano ładną pogodę – wyjaśniał powoli swoje racje na zwołanej ad hoc konferencji prasowej. – Od jednego uderzenia w twarz nie rozchoruje się, bo nie mam sobie nic do zarzucenia. Nie mogę powiedzieć wszystkiego, ponieważ mamy epidemie i muszę przestygać zasad kodowania, zaciemnienia i godziny policyjnej. Powiem tylko dobitnie, że zrobiłem co powinienem zrobić, zleciłem co trzeba i komu trzeba na poczcie, ponieważ sprawa związana była z obszerną korespondencją. Co więcej, nie boję się krzykaczy. Mam język zdolny obronić mnie przed niesłusznymi oskarżeniami stosując zaprzeczenia i inne triki logiki przemówień. Jestem też pewny niewzruszonej obiektywności, a nawet serdeczności obywatelskiej,  w urzędach, gdzie zapadają decyzje o winie lub niewinności.

Spokojne słowa wysokiego funkcjonariusza wywołały wrzenie w obozie opozycji. Postać mówcy zidentyfikowano jako premiera. Przywódca opozycji, znany pod pseudonimem Wróbel z racji drobnej postaci, komentował w gronie otaczających go sojuszników:

– Ten typ zapomniał jeszcze dodać, że w urzędach, gdzie sprawiedliwość rzekomo stoi na piedestale obiektywności, ma jeszcze sojusznika, który niekoniecznie jest mu przyjacielem – niech mu ziemia lekką będzie – ale i tak zrobi co trzeba dla dobra ich wspólnej sprawy, jaką stanowią pieniądze państwowe.  

Tego samego dnia ukazała się w mediach się informacja, że w kraju zwolniono z obowiązków kilku sędziów. Głos w sprawie zabrał minister Resortu Rozstrzygania Sporów:

– Ci ludzie byli zbyteczni. Brak im było taktu, delikatności, nawet zwykłej kindersztuby. Byli nierozważni, chlapiąc na prawo i na lewo, co sądzą o rzeczywistości. Nie myśleli o niej najlepiej, oceniali ją nieobiektywnie. Cytuję ich słowa:

– Rzeczywistość jest koślawa i wypaczona, nie taka jak w konstytucji i Piśmie Świętym. Prawda jest inna niż głosi to nasz naczelny treser i trener, który z nas – obywateli – chce uczynić posłuszne zwierzęta.  

Ich wypowiedzi były zakamuflowanych przekazem, a to jest niespuszczalne, ponieważ od sędziów oczekujemy jasności wypowiedzi. Prawda, jaką głosili i nadal głoszą, nie jest nam potrzebna, bo jest bałamutna. Mówi się, że prawda jest naga. Nie jestem purytaninem i osobiście nie mam nic przeciwko nagości. Co do samej prawdy, to nie jest ona dzisiaj w cenie, po co nam ona, nie potrzebujemy jej, nikt jej nie potrzebuje, tylko zasłania nam szersze pole widzenia – komentował różanolicy przedstawiciel Resortu Rozstrzygania Sporów.

– Ci sędziowie to sami się zwolnili. Sami się prosili, aby skierować ich na zsyłkę, do pracy przy pługu i roli, odebrać im prawo wykonywania zawodu, zakazać wstępu do budynków publicznych, a nawet oskarżyć o kradzież cyrkli i kanapek ze zjełczałą kiełbasą. Niech nie kradną! Po co komu taka kiełbasa? Mój pies by nawet jej nie ruszył.

Odc. 11 Dziwny poranek Salomona Irchy

Obudziwszy się po nocy cięższej niż wór gnijących zimniaków, Salomon miał chęć skryć się choćby nawet do mysiej dziury. Dręczył go wstyd, że boryka się z czymś tak prostym jak sen, z którym radzi sobie nawet śliniący się osesek. Pierwszą myślą było określić się hasłem „Co z tobą, człowieku?” i szukać odpowiedzi na to pytanie. Była to myśl na tyle dziwaczna i zagmatwana, że szybko z niej zrezygnował na korzyść podejścia do okna i spojrzenia na świat.

Nie oczekiwał tam niespodzianek. A jednak! Była godzina szósta rano. Budynki osiedla Oaza skupiły się w sobie niby grupa szarych słoni. Słońce pogrubiło ich ściany, przekształcając budynki w słoneczne warownie ciszy i spokoju. Salomon rokoszował się widokiem. Odświętny nastrój przerwał mu łomot worka butelek zrzucanych do pojemnika w zsypie na śmieci, oraz dudnienie niekształtnej ciężarówki z napisem „Segregujemy odpady” nadjeżdżającej z lewej strony.

– Parszywy świat! Parszywy los! – warknął Salomon ni to do siebie, ni to do sprawców zakłóceń. Oto huczące metalowe pudło pojawia się w czasie, kiedy ludzie śpią jeszcze słodkim snem osnutym marzeniami o ciepłych pierożkach z jagodami i śmietaną słodzoną leśnym miodem.

– Co za czasy! Epidemia, wór łomocących butek i ciężarówka! – westchnął Salomon. – Tyle przeszkód na drodze do pogodnego nastroju po źle przespanej nocy. 

Dalsza część dnia nie zapowiadała się najlepiej. Dysponując czasem, Salomon czuł w sobie niechęć do podjęcia jakiejkolwiek pracy twórczej. Z braku innej rozsądnej opcji zdecydował się poświęcić czas na obserwowanie w telewizji wydarzeń krajowych, ich porządkowanie i wyciąganie wniosków.

W Pokucie, państwie porównywalnym wielkością z puszką fasoli w wielkim światowym magazynie warzyw i owoców, najwyżsi przedstawiciele władz wychodzili ze swoich pałaców, gabinetów i urzędów, aby we zgodnym wysiłku rozrzucać obficie świeży nawóz kłamstw przed społeczeństwem. Salomon słyszał komentarze, jakie wymieniali między sobą:

– Kłamstwo władzy jest podstawą odżywiania się współczesnego społeczeństwa, jest zdrowe i potrzebne, jest gwarancją poczucia dobrobytu i spokoju.

Kiedy odchodzili, odwracali się tyłem do ekranu, objawiając prawdę nagich pośladków wypiętych na widzów i słuchaczy. Telewizja państwowa sprawnie powielała te obrazy, ugruntowując opinię, że jest to jedyna rozumna i radosna wizja świata.

Na rynku, w parkach i na placach zabaw dla dzieci, gdzie dorośli zabawiali się rozmowami o polityce, pojawiały się grupki osób oskarżających opozycję, że nie robi niczego, aby ratować państwo przed deprawacją i grabieżą.

– A co my możemy uczynić? – odpowiadali nieporadnie opozycjoniści. Nie mamy prerogatyw, telewizji państwowej, pieniędzy, nie możemy rozdawać miliardów ani karmić obywateli obietnicami z dwudziestocentowym pokryciem finansowym. Nie mamy nawet prawa głosu w parlamencie.

– Jak to? Macie przecież prawo do jednominutowych wypowiedzi oraz możliwość zgłaszania poprawek! – rozkrzyczeli się przeciwnicy opozycji.

– To tylko tak się wydaje! Te poprawki są wiązane w pęczki sznurkiem dźwięcznych słów marszałkini i następnie przegłosowywane hurtowo, trafiając ostatecznie do kosza historii pokracznych opowieści o parlamencie.

Odc. 12 Dzień Dziecka

Mimo słonecznej pogody coś niezdrowego wisiało w powietrzu, wyprowadzając ludzi z równowagi. Wirus niby ustępował, w istocie jednak kluczył i zwodził ludzi, tworząc wciąż nowe mutacje. Był w tym niepowstrzymany zupełnie jak szalona ćma pędząca do światła. Naukowcy z drżeniem serca myśleli o możliwości pojawienia się mutacji odpornej na istniejące szczepionki. Ich przygnębienie udzielało się społeczeństwu. Pocieszając się, mieszkańcy Pokuty zalecali sobie nawzajem spokój ducha i wytrwałość.

W dniu dziecka wszyscy zapomnieli o wirusie, nieszczęściach, jakie sprowadził na ludzkość i spekulacjach co do przyszłości. Nastał czas radości; składania życzeń maluchom i dorastającej młodzieży. Składano je najchętniej na placach zabaw, w parkach i ogródkach jordanowskich, gdzie panowały przestrzeń i słońce. Ludzie czynu prześcigali się w życzeniach.

Na zielonym skwerze otoczonym kwietnymi rabatami w centrum miasta dziennikarka i kamerzysta stacji telewizyjnej Rubach i Spółka rejestrowali wywiad z Marszałkinią. Nie wszyscy widzowie i słuchacze poznali ją od razu. Była ubrana nietypowo. Zamiast oficjalnej urzędowej garsonki i broszki z czarną różą elegancko przypiętej nad lewą piersią miała na sobie kwiecistą bluzkę i stonowaną kolorystycznie spódnicę we wzory zieleni i błękitu, a na nogach letnie pantofelki. Z jej ust płynęły słowa ciepłe, serdeczne, pełne troski o dzieci i młodzież. Mówiła w pośpiechu, jakby bała się, że dziennikarka zabierze jej mikrofon sprzed ust i nie pozwoli dokończyć życzeń.

– Z Okazji Międzynarodowego Dnia Dziecka życzę wszystkim maluchom dużo zdrowia, szczęścia, radości, dobrej pogody i wspaniałych zabawek, oraz miłości, na którą każdy zasługuje. Mymi życzeniami obejmuję również Mario B.

– Dlaczego składa pani życzenia Mario B? Przecież to dorosły mężczyzna, w dodatku zajmujący poważne stanowisko – pytanie dziennikarki nie zaskoczyło Marszałkini. Wydawało się, że wręcz czekała na nie, że sama je sprowokowała, gdyż odpowiedziała na nie z szybkością automatu.

– Mario zachowuje się jak chłopiec w krótkich spodenkach, dlatego należą mu się życzenia z okazji dnia dziecka. Oskarża poważnych ludzi o czyny niegodne, malwersacje, przeinaczanie faktów i zaprzeczanie prawdzie. Dlatego traktuję go jak dziecko; nie zasługuje na inne traktowanie.

Czując się w centrum zainteresowania, Marszałkini nabrała energii.

– Nie mogę zamykać oczu ani ust na niezwykłe zachowania Mario, jego ataki na osoby powszechnie znane i szanowane. Szczególnie bolesne są jego oskarżenia pod adresem ciężko pracujących urzędników państwowych dotyczące zupełnie drobnych niedociągnięć, niedopatrzeń i uchybień. Jakieś nieopłacone faktury i niedostarczone w terminie urządzania medyczne; to nie jest poważna sprawa. Mario zapomniał całkowicie, że zdobywali oni te urządzania dla nas wszystkich, u szczytu nasilenia epidemii, kiedy każdy drobiazg, maseczka czy rękawiczki, były na wagę złota. To nieuczciwe postępowanie – wytykać komuś źdźbła w oku, kiedy samemu nie widzi się belki we własnym. Razi mnie jego fałszywa bezkompromisowość, bo przecież sam nie jest bez winy: te jego niby niewinne przekazy serwowane szczodrze jak młóto browarniane kurom-nioskom dla podniesienia ich wydajności, te jego rozliczne konferencje prasowe, spotkania i przemówienia. On gotów byłby nawet pokazać się nago, aby tylko mu uwierzono. To obrzydliwe! – usta Marszałkini wygięły się w wyrazie niesmaku, odsłaniając dwa rzędy drobnych, białych zębów.

– Przecież to jest ten sam Mario B, którego kiedyś chwaliła pani jako wzór godny naśladowania? Mówiła pani o nim, że jest to człowiek nieposzlakowanej uczciwości, bardziej przejrzysty niż woda ze źródła Świętego Gerwazego.

Odc. 13 Rozmowa o Mario

– Ten Mario – kontynuowała Marszałkini – którego znałam osobiście, był przyzwoitym człowiekiem. My wszyscy, członkowie Partii Dobrobytu Społecznego, kochaliśmy go i szanowali za jego niezłomność i ludzką życzliwość. Życzyliśmy mu wszystkiego najlepszego. Sama wręczałam mu bukiet kwiatów i gratulowałam awansu. Dzisiaj jest to ktoś inny: człowiek rozgoryczony, nieszczęśliwy, biegający po telewizjach i radiostacjach, spotykający się z byle dziennikarzyną z tandetnym chińskim mikrofonem w ręce lub wydawcą gazety niegodnej nawet podeptania. Po co on spotyka się z nimi? Tylko po to, aby się skarżyć, jak bardzo jest nieszczęśliwy, jak bardzo jest dręczony przez władze.

– Co takiego się stało, że tak się zmienił? Kiedy to nastąpiło?

Marszałkini popatrzyła na dziennikarkę z niechęcią. Przyglądała jej się przez chwilę oceniając twarz i ubiór. Wydała jej się mało ciekawa, była niska i niezbyt szczupła.

– Wolałabym, aby pani zadawała mi poważniejsze pytania. Otóż Mario zmienił się w dniu objęcia stanowiska prezesa Centrum Kontroli Urzędników. Od tego czasu cierpi na manię prześladowczą. Martwię się o niego. Mówił w telewizji, że ktoś go inwigiluje, nachodzą go jacyś tajemniczy ludzie, aby przeszukiwać mu dom w związku ze zgłoszeniami możliwości przecieków gazu oraz spięć w sieci elektrycznej. A przecież to jest normalne, że tacy ludzie przychodzą do człowieka ze względów bezpieczeństwa. Taka niespodziewana wizyta to bułka z masłem dla obywatela bez obciążeń psychicznych. Ale Mario jest inny. Widzi w tym jakieś zagrożenia. Nie rozumiem, co mu się stało.

– Pan Mario mówił też, że coś innego go jeszcze niepokoi. Martwił się, że Leon Bury, człowiek powszechnie szanowany, wyrażał się o nim bardzo niepochlebnie. Cytuję jego słowa:

– Leon nazwał mnie palantem. Powiedział, abym uważał, aby się nie złamać, bo wyglądam krucho i mogę boleśnie się potłuc.

– Tak! To jeszcze jeden przykład mani prześladowczej Mario, bo pan Leon Bury to człowiek gołębiego serca, dobroczyńca narodu. Nie nazwał go palantem tylko powiedział:

– Mario, wyglądasz jak palant. – To jest różnica. – Potem dodał jeszcze: – Przypominasz mi palanta.

– To nie są powody, aby wszczynać burdy. – Marszałkini była szczerze oburzona zachowaniem Mario. – To jeszcze nie wszystko. Mario mówił także, że codziennie rano sprawdza w swoim samochodzie opony, przewody i klocki hamulcowe, a nawet to, czy nie czuć w nim zapachu środka wybuchowego. Czy tak postępuje ktoś normalny? Czego on się boi? Ja tego nie rozumiem.

Odc. 14 Wirus, redaktor i dobroczyńca

Z krajów Dalekiego Wschodu dochodziły wieści, że afrykańska, europejska i południowoamerykańska odmiana wirusa Dracula łączą się między sobą w aktach kazirodztwa zupełnie jak ludzie produkując bękarty zjadliwsze niż kwas pruski. W laboratoriach farmaceutycznych naukowcy w białych kitlach eksperymentowali z nimi: pakowali je do probówek, oznaczali symbolami i datami, barwili, w końcu traktowali różnymi odczynnikami i temperaturami. Powstałe produkty brali pod mikroskop i rozkładali ich genotypy na czynniki pierwsze, aby wydobyć tajemnice pozwalające tworzyć nowe skuteczniejsze szczepionki. Prezes zarządu renomowanego amerykańskiego laboratorium Zera Codix podsumował wyścig firm o palmę pierwszeństwa. Mówił to w gronie bliskich współpracowników.

– Po opatentowaniu udana szczepionka będzie miała wartość grubych miliardów dolarów. Patent to najprostsza droga do dobrobytu dla ludzi takich jak my, umiejących zorganizować się w think-tanki zasobne w pieniądze i pomysły. Powiem z pewną emfazą, ale bardzo szczerze: Pieniądz to pan, król i cesarz w każdym nowoczesnym społeczeństwie. Biedacy w krajach trzeciego i czwartego świata nie są w stanie tego zrozumieć, a tym bardziej docenić, ponieważ nie mają pojęcia o prawdziwych pieniądzach. To, co otrzymują w udziale, to ochłapy zrzucane ze stołu zamożnych warstw własnego społeczeństwa oraz całego bogatego świata.

Czy było to prawdą, nie wiadomo. Były to już czasy wielkiej manipulacji, kiedy prawda i fałsz mieszały się ze sobą łatwiej niż wirusy w powietrzu. Tak czy inaczej, słowa prezesa przeciekły na zewnątrz i fala oburzenia zalała media.

– Jak on może tak mówić!? – krzyczały tytuły na pierwszy stronach gazet i portali newsowych.

Burza nie trwała długo; wiele osób doszło do wniosku, że prezes firmy Zera Codix jest cynikiem, co nie znaczy, że nie powiedział prawdy.

– Prawda kłuje w oczy – tym tytułem opatrzył swój artykuł na temat postępowania firm farmaceutycznych Paweł Isik, redaktor naczelny Gazety Porannej, organu życzliwego poglądom i poczynaniom władzy w kraju.

Isik siedział w swoim gabinecie z dwoma zastępcami. Pracował nad zabójczym artykułem na temat boga, wiary i nowej krucjaty chrześcijańskiej, chciał zasięgnąć ich rady.

– To będzie coś uderzeniowego, co wstrząśnie fundamentami społeczeństwa Pokuty – wyjaśnił kolegom.

Lubił takie tematy; były kontrowersyjne i mobilizowały osoby mocno wierzące w Boga przeciw elementom obcym, przede wszystkim imigrantom oraz tradycyjnym wrogom wewnętrznym, zwolennikom swobód seksualnych, lewakom, masonom, krytykom tradycji i patriotyzmu i ludziom o wybujałej indywidualności.

Dzięki swojej orientacji Isik miał zapewnione ogłoszenia instytucji rządowych oraz wpływy w kołach zbliżonych do władzy. Nie przyznawał się do tego nikomu, ale utrzymywał kontakty z Leonem Burym, znanym Dobroczyńcą, wyrastającym na potentata wielkiej polityki, człowiekiem coraz mocniej pociągającym za sznurki. Dobroczyńca dysponował dużymi pieniędzmi, miał dobre kontakty, talent do sterowania ludźmi i zapędy autorytarne. Sam Leon Bury wyznał mu kiedyś:

– To, że jestem znanym dobroczyńcą, zawdzięczam w znacznej mierze tobie. Twoja gazeta wybrała mnie kiedyś Człowiekiem Roku i od tego czasu trwa moja dobra passa. Dobrze nam się współpracuje. Oby tak dalej. 

Odc. 15 Przecieki przyszłości

Salomon kończył dzień myślą, że nie był on zbyt udany.

– Mógł być gorszy – mruknął do siebie. Było w tym jakieś pocieszenie. – Tfu! – Dla wyrażenia dezaprobaty i rozczarowania splunął symbolicznie, na świat i na siebie, zły, że takie myśli przychodzą mu do głowy.

Od pewnego czasu czuł się nieszczęśliwy. Bronił się przed tym uczuciem. Było coraz więcej dowodów na to, że epidemia pozbawia ludzi bardziej niż sądzono naturalnych zasobów optymizmu i energii. Myślał o tym; było to myślenie jałowe, ale nie bezzasadne. Nienormalność wkradała się w życie coraz wyraźniej. Udzielało się to nawet dzieciom; stały się bardziej agresywne.

Wieczorem rozmawiał o tym z Erazmem w ramach przedzielonej sobie półgodzinnej działki czasu. Traktował tę rozmowę jak seans terapeutyczny. Nadawali na tej samej fali. Zgodzili się chętnie, że ludziom nie pozostaje nic innego jak czekać na zmianę na lepsze. Salomon nie tracił nadziei, że w końcu nadejdą lepsze a przynajmniej ciekawsze czasy. Przypisywał sobie pewne zdolności przewidywania przyszłości.

– Aby to osiągnąć, trzeba umieć czytać między wierszami – wyjaśnił Erazmowi.

– Mówisz o wyższej umiejętności. Ja patrzę bardziej przyziemnie. Trzeba w ogóle umieć i chcieć czytać. Analfabetyzm wraca do nas wielkimi krokami. Coraz więcej osób nie rozumie prostego gazetowego tekstu. To wtórny analfabetyzm. Mogę ci podać dane liczbowe. Nie oszukujmy się. 

– Nie kracz, człowieku! – nie było w tym zarzutu, tylko zachęta do większej miary optymizmu.

– Nie kraczę. Sam widzisz, co się dzieje. Ludziom wydaje, że epidemia trzyma nas w miejscu. To nieprawda. Społeczeństwo wciąż pęka jak pajda wyschłego chleba na części, które coraz bardziej odsuwają się od siebie. Rozpadamy się na kawałki, powstają różne frakcje i orientacje, z których każda przesuwa się w inną stronę. Nie wiem, czym się to zakończy. Mam nadzieję, że nie całkowitym rozpadem więzi społecznych. To byłaby tragedia. Wyobraź sobie, że wychodzisz z mieszkania i nie poznajesz sąsiadów. Rozmawiasz z nimi  i zdajesz sobie sprawę, że ich nie rozumiesz, a oni nie rozumieją ciebie. Zupełnie co innego ich interesuje, mają inne pojęcia i miary prawdy i kłamstwa, niezależności, Boga i sprawiedliwości. Nic ciebie z nimi nie łączy. Są jakby z innej planety. 

Wzorce zachowań przyszłości przenikały do codziennego życia obywateli Pokuty bardzo powoli, z ociąganiem. Pierwszymi jaskółkami zmian były przypadki zwiększonej agresji u dzieci, depresja, niedopasowanie i wyobcowanie wrażliwszych jednostek. Salomon dopisał do tej listy dalsze pozycje: niezwykłe technologie w rodzaju deep fake’ów, sztuczne organy i redukcja autonomii ciała, sztuczna inteligencja, inwigilacja, oszustwa elektroniczne, cyberwojna, człowiekopodbne roboty, samosterowalne drony, nowe sposoby komunikacji, leki genetyczne. Lista wydłużała się każdego miesiąca. 

Podzielił się tym z Zuzanną, kiedy wreszcie spotkali się po długim czasie niewidzenia. 

-To interesujące, ale straszne – Tylko tyle z siebie wydobyła.

Była to kobieta ulotna, nielubiąca zanurzać się głębiej w otaczającą ją rzeczywistość. Lubiła natomiast słuchać, kiedy opowiadano o niej, jaka jest i jak się zmienia. Rzeczywistość opowiadana była jej bliższa i bardziej zrozumiała, niż tak, którą musiałaby sama zdefiniować i zrozumieć.

Odc. 16 Spotkanie na molo

Lato nadeszło w ciągu dwóch dni. Pierwszy był ciepły; drugi już gorący, dając początek tygodniowym upałom.

– To anomalie pogodowe. Tak już zawsze będzie. To, co nienormalne, staje się normalnością – komentowano prognozy klimatologów. – Dobrą stroną upału jest to, że wytłucze wirusa, a przynajmniej solidnie go ograniczy.

Nadejście gorącego lata zmieniło społeczeństwo; przewidywano szybki odwrót epidemii. Ludzie odrzucili maseczki i rękawiczki ochronne i tłumnie ruszyli na plaże, na place zabaw, do kawiarni i pasaży handlowych, na szlaki rowerowe i do parków.

Salomon i Erazm spotkali się na molo nadmorskim, szumnym i cieplejszym niż westchnienie kochanki. Przyjechali razem z żonami, które od razu zdecydowały się na wspólny spacer aleją ciągnącą się wzdłuż morza między lasem a wydmami. Mężczyźni pozostali w bocznej odnodze molo, gdzie prawie nie było ludzi. Stali przy metalowej barierze i rozmawiali. Po kilku minutach podszedł do nich nieznany mężczyzna. Na czarnej koszulce z krótkimi rękawami widniał napis „NeuroB”. Był sporo młodszy od nich. Jego wysportowana sylwetka i okrągła twarz z ciemnym niegolonym od kilku dni zarostem nie wzbudziły w nich zaufania. Koszulkę uzupełniały spodenki sportowe, pantofle do biegania Adidas, letnia czapka z daszkiem tej samej marki oraz okulary przeciwsłoneczne.

– Przepraszam panów. Stojąc obok słyszałem, o czym rozmawiacie. Poruszacie ciekawe tematy. Rozmawialiście o wirusie, epidemii i jej skutkach. Znam się trochę na tym. Co najważniejsze, jestem pasjonatem zmian, podobnie jak panowie. Chyba nie pomyliłem się? Moje zainteresowania są tak szerokie i rozstrzelone, że na tle nieba wyglądają jak wielki rój much potraktowanych pociskiem armatnim. Czy mógłbym włączyć się do rozmowy?

Nieznajomy wydał im się dziwakiem.

– Turystyczny przybłęda – mrugnęli do siebie porozumiewawczo.

Nie całkiem zdecydowani zgodzili się na jego propozycję.

– Kim pan jest z zawodu? – zapytał Erazm; myśl ta męczyła go od początku przygodnej znajomości. Usiłował to zgadnąć choćby w przybliżeniu. Często mu się to udawało, tym razem poczuł się zagubiony.

– Jestem lekarzem, z wykształcenia także neurobiologiem – wyjaśnił z uśmiechem, dodając: – Jestem także królem.

– Król ubrany na sportowo? – usiłowali żartować. – Czyli taki bardziej letni, bez korony i berła, niezbyt poważny i urzędowy?

– Król to moje nazwisko. Też lubię żartować. Nazywam się Martin Król. Nie Marcin, tylko Martin. Takie imię nadali mi rodzice dla uczczenia pamięci Martina Luthera Kinga, tego czarnego aktywisty amerykańskiego.

Dobrze im się rozmawiało we trójkę. Lekarz był rozsądnie aktywny w dyskusji, nie narzucał się ze swoimi poglądami. Okazał się cierpliwy i tolerancyjny dla poglądów swoich rozmówców. Zastanawiał się nad tym, co mówili. To im się podobało.

Salomon i Erazm kończyli długą rozmowę z przekonaniem, że lepiej rozumieją sprawy medycyny, wirusa, epidemii i obrony przed nimi oraz nadchodzącą przyszłość. Rozchodzili się już, kiedy Martin rzucił niespodzianie:

– Oprócz tradycyjnej epidemii czy też pandemii w postaci wirusa Draculi mamy też sekretną, drugą zarazę.

Zamienili się w słuch.

– Reprezentuje ją pewien wpływowy facet i jego wspólnicy, zręcznie usiłujący podporządkować sobie społeczeństwo drogą przekupstwa, propagandy, manipulacji i dyskretnego zastraszania. Ludzie tego jeszcze nie dostrzegają, a jeśli tak, to ignorują i banalizują, ale to już początek prawdziwej dyktatury – szeptem zakończył Marcin. – Bądźmy czujni!

Przyjaciele popatrzyli na niego z uwagą. Mówił poważnie. Dobrze wiedzieli, o co chodzi, Martin tylko to potwierdzał.

Salomon poczuł zimny powiew, dreszcz przebiegł mu po plecach. Strach przycisnął go do niewidocznego muru. Znał to uczucie z przeszłości. Pozostały w nim złe wspomnienia, które na moment powróciły.

Odc. 17 Sen z prorokiem

W środę wieczorem, zanim poszedł spać, Salomon zjadł obfitą kolację. Stanowiła ją solidna porcja sałatki warzywnej, ćwiartka pięknie przyrumienionej, gorącej kaczki z jabłkami, prosto z piekarnika, a potem jeszcze smażone ziemniaczki. Przejadł się, był zły na siebie tym bardziej, że środa była dniem umiaru w jedzeniu. W nocy miał sen, cięższy niż zawsze. 

Śnił mu się brodaty mężczyzna o twarzy i powadze proroka. Ubrany był w  białą szatę przypominającą luźny płaszcz sięgający aż po kostki. Pod szyją wyglądała spod niej szara koszula z odpiętym górnym guzikiem. Mężczyzna trzymał w ręce oskubaną gęś. Żyła i energicznie trzepotała skrzydłami, usiłując wyrwać się na wolność. Prorok bił nią po twarzach tłum siedzących przed nim ludzi.

Salomon przyjrzał mu się uważnie. Brodaty dostojnik miał rozwichrzone włosy zaczesane do tyłu, poszarpaną kozią bródkę i niedbale utrzymane wąsy. Całe to siwawe uwłosienie przypominało czarną kawę wymieszaną z puszystym kremem do golenia.

– Ten rozwichrzony zarost nie może być naturalny. Chyba koń go długo lizał – pomyślał.

Prosty rzymski nos, poziome zmarszczki pod oczami i przesłodzony głos wpadający w dyszkant chłopca przed mutacją nie pozostawiały wątpliwości. Salomon rozpoznał w proroku profesora Zybego; samą scenę uznał za parodystyczny protest przeciwko reklamom w telewizji.

Prorok Zybe krzyczał „Tylko gęsina jest zdrowa! Jeśliś otyły lub otyła, jedz gęsinę”. Głos lektora wyjaśnił, że sponsorem ogłoszenia były Zakłady Drobiarskie w Zaszłości Górnej.

Gęś była dokładnie oskubana i jakby przyczerniona nad ogniem. Tylko na końcówkach skrzydeł miała pióra. Jej oczy pozostawały szeroko otwarte. Ptak nie wydawał z siebie głosu. Salomonowi wydało się to dziwne, bo pamiętał gęsi z dzieciństwa jak syczały wyciągając szyje do przodu.

Salomon rozumiał profesora, że jest wściekły. Solidaryzował się z nim, ponieważ też nie znosił reklam w telewizji. Jego wystąpienie było głęboko symboliczne – pokazać szaleństwo reklam, aby uświadomić ludziom ich bezsens. Na koniec ukazała się plansza ze szczegółowym wyjaśnieniem: 

„Szanowni widzowie! To jest antyreklama. Protestujemy wobec nadmiaru reklam produktów rzekomo promujących zdrowie. Proponujemy w zamian zdrowy tryb życia, opierający się na zasadach aktualnych od wieków. 

– Jedz mniej ale zdrowo. Mniej siedź, więcej biegaj. Ogranicz zakupy lekarstw do minimum. Nie kupuj suplementów ani innych produktów służących zwalczaniu biegunki, zaparcia, świądu, alergii, drżączki i podobnych dolegliwości, ponieważ służą one tylko wyciśnięciu z ciebie pieniędzy.

Pod koniec reklamy za plecami profesora Zybego ukazał się prezydent Albert Dyga, jego zwierzchnik, zwany powszechnie Lambrekinem. Stał sztywny jak kołek. Prezydent zaskoczył Salomona. W okresie pandemii w telewizji występował bardzo rzadko, głównie z okazji świąt i uroczystości, kiedy wygłaszał pełne ekspresji orędzie do narodu. Tym razem prezydent zachowywał się niemrawo, niepewnie rozglądał na boki i sprawiał wrażenie rekonwalescenta szpitalnego zagubionego w ciemnym parku. Miał na sobie przylegający do ciała granatowy garnitur w podłużne paski; na szczycie jego głowy sterczały nierówno zaczesane włosy. Wyglądało na to, że prezydent wygłasza przemówienie, ponieważ poruszał ustami, nie wydawał jednak z siebie głosu. Salomon pomyślał, że prezydent musi być zarażony wirusem, jest chory i nie powinien występować w telewizji.

– Wygląda jak jeździec bez głowy, którego koń przyniósł z bezkresnych równin, aby go w końcu gdzieś zrzucić jak worek ze śmieciami – przyszło mu na myśl.

Nie przepadał za Lambrekinem, ponieważ wyrażał się lekceważąco o wirusie i epidemii, a w debatach publicznych rzadko miał własne zdanie.  Żal mu się jednak go zrobiło, kiedy przypomniał sobie, że prezydent był sierotą i wychował się w domu dziecka, gdzie rzadko gości miłość.

Był to najdziwniejszy sen w życiu Salomona. Nie omieszkał podzielić się jego wspomnieniami z Erazmem. Ten wcale się nie zdziwił. 

– Minionej nocy wiele osób miało dziwaczne sny. Nie jesteś wyjątkiem. Naukowcy podejrzewają, że to efekt epidemii i burzowej pogody z silnymi zmianami temperatur i ciśnienia, jaka przeszła nad nami. Minionej nocy zmarło wskutek epidemii znacznie więcej osob niż zawsze. To coś znaczy. Nic nie wskazuje, że zamierza ona szybko nas opuścić. Pamiętaj też, co mówił na molo doktor Martin Król; ta epidemia niesie ze sobą ogromny stres, a z nim nasilenie depresji i zaburzeń psychicznych. Pomyśl o sobie, czy nie jest to początek jakichś problemów.

Odc. 18 Niepowodzenia 

Lato kończyło się fiaskiem opieki zdrowotnej. Państwowy program szczepień uległ spowolnieniu. Szwankowała koordynacja; w niektórych punktach medycznych notowano nadwyżki szczepionek; w innych ich brakowało i ludzie odchodzili rozczarowani. Niepokojący przebieg epidemii pogłębiał bałagan. Wydawało się, że epidemia już się kończy, kiedy ze zwiększoną siłą nadchodziła nowa fala.

W służbie zdrowia zapanował bałagan. Zapisów dokonywano etapowo: najpierw zgłoszenie osoby do szczepienia, potem jej rejestracja, następnie ustalenie punktu szczepień oraz dnia i godziny szczepienia, w końcu udzielenie formalnej zgody na szczepienie i dostarczenie szczepionki. Niektóre punkty szczepień tworzyły własne listy osób według własnych kryteriów. Wpisywano na nie znajomych, członków rodzin i celebrytów określając ich jako pracowników sektora medycznego. Czasami zapisywano zupełnie przypadkowych ludzi.

W najbardziej krytycznym momencie duża część szczepionek straciła ważność. Wszczęto dochodzenie. Przyczyna okazała się druzgocąco prozaiczna: pracownik Magazynu Rezerw Strategicznych, gdzie je przechowywano, nie zauważył daty ważności, ponieważ ktoś odłożył partię szczepionek na boczną półkę.

W pewnym momencie rząd zdecydował się szczepić pracowników służb mundurowych. Ogłosił to sam premier.

– Kto tak mówi? Tylko pijak może powiedzieć coś tak bezsensownego. Premier to lewak. Jeśli taką podjął decyzję, to równocześnie powinien szczepić więźniów, w przeciwnym wypadku nie ma to sensu, bo jedni będą zarażać drugich – Walter Korona, obserwator życia codziennego, aktywnie udzielający się na forach internetowych, nie szczędził rządowi krytyki. Jego opinie kursowały coraz szerzej po Internecie.

Wlecząca się w nieskończoność epidemia rozstroiła kraj. Akcja szczepień rozwijała się coraz wolniej, w końcu prawie ustała. Brakowało szczepionek, a w miejscach, gdzie były one dostępne, brakowało osób chętnych do szczepienia się. Lobby antyszczepionkowe umacniało swoje wpływy i nie było siły zdolnej mu się przeciwstawić.

Ludzie żyli w stresie niepewności, oczekiwań i problemów ekonomicznych. Pojawiły się zachowania irracjonalne. Poziom napięcia osiągał szczyty. W autobusach i tramwajach wybuchały awantury z byle powodu, kierowcy pojazdów odmawiali interwencji.

– Żaden kierowca nie zniesie nieprzerwanej agresji pasażerów. Albo da mi pan gumową pałkę, gaz pieprzowy i rewolwer, albo niech pan sam prowadzi tramwaj – słyszeli szefowie miejskich firm transportowych od swoich podwładnych.

Ludzie poruszający się po ulicach przypominali bardziej duchy niż żywe osoby: opuszczone ramiona, wzrok wlepiony z ziemię, wyraz zagubienia na twarzy zdradzał głęboki stand depresji.

– Ci nieszczęśnicy widzą świat wyłącznie w barwach czerni lub bieli. To nie wada wzroku, wywołana przez wirusa Draculę, ale głęboka depresja – profesor Zybe, wyrażał kilkakrotnie zaniepokojenie stanem zdrowia psychicznego społeczeństwa. W telewizji doradca prezydenta wystąpił nieogolony i w rozciągniętym szarym swetrze. Sam prezydent od pewnego czasu nie pojawiał się publicznie. Krążyły pogłoski, ze zaraził się wirusem i leży w szpitalu.

Odc. 19 Deprawacja

Szybko podupadające ekonomicznie społeczeństwo domagało się pomocy państwa. Mnożyły się demonstracje, oskarżenia i żądania pod adresem rządu, w końcu pojawiły się groźby. Rząd i opozycja okopali się na swoich przyczółkach przyjmując wobec siebie jednoznacznie wrogą postawę. W obydwu obozach obwiązywało hasło „Albo jesteś z nami, albo przeciwko nam”. Premier Chudy czuł się bezsilny. Kilkakrotnie publicznie obrzucono go obelgami. Ze względu na bezpieczeństwo ukazywał się w miejscach publicznych za pancernym szkłem.

– To szkło jest nie tylko pancerne, ale również powiększające. Bez powiększenia nikt by go nie zauważył – szydził przywódca opozycji, pseudonim Wróbel. Szyderstwa z obydwu stron stały się niewybredne. Przeciwnicy wyśmiewali go, że porusza rękami jak ptak z przetrąconymi skrzydłami. Mimo tego, niepozornej sylwetki i niezbyt mocnego głosu, jego popularność w społeczeństwie rosła.

Niepowodzenie szczepień spowodowało demoralizację. Niewielu obywateli uważało, że coś może się poprawić. Większość z niepokojem myślała o przyszłości. Ludzie stali się cyniczni. Kwitł nepotyzm. Kierownicy wyższych szczebli w aparacie państwowym zatrudniali w swoich obszarach wpływów ludzi bliskich. Przeważnie byli to członkowie rodziny, żony, mężowie, dzieci, a nawet dziadkowie. Wykształcenie i doświadczenie przestało mieć znaczenie. Upowszechniły się hasła: „nie święci garnki lepią”, „lepiej, czy gorzej, aby do przodu”, „nikt mi łaski nie robi, że pracuję”.

Sytuacja epidemiologiczna i społeczna wymykała się z rąk władzy. Opozycja twierdziła, że rząd jest zdezorientowany, zbyt rozlazły, aby widzieć co się dzieje, i bez pomysłu, aby wziąć ster w mocne ręce i zrobić coś pozytywnego. Wkrótce w kraju pojawiły się pierwsze grupy przestępcze, łączące ludzi różnych profesji, urzędników administracji państwowej, pracowników uczelni, kierowców ciężarówek, nauczycieli, policjantów i przedszkolanki. Ich przywódcy twierdzili, że rząd wprawdzie istnieje, ale nie ma pojęcia, jak wygląda sytuacja i co powinien zrobić. Dla osób przedsiębiorczych rząd przestał cokolwiek znaczyć.

– Każdy musi radzić sobie sam – stało się dewizą. – Inaczej poumieramy z głodu.

– Jesteśmy na prostej drodze do bezhołowia i anarchii – diagnozowali ludzie na placach targowych, w marketach i na przystankach autobusowych. Kiedy w sposób niezrozumiały dla otoczenia zaczęli znikać ludzie głośno komentujący zdarzenia polityczne, zaczęto rozmawiać szeptem.

Odc. 20 Awaria w składnicy

U szczytu niepowodzeń rząd potykał się o własne nogi, zaliczając po kolei wpadki. Największą okazała się awaria systemu utrzymywania szczepionek w niskiej temperaturze. W Składnicy Materiałów Strategicznych, zarządzanej i pilnowanej przez wojsko, warownej jak forteca, gdzie przechowywano szczepionki dla całego kraju, nastąpiła awaria elektryczna. Dowództwo składnicy było przygotowane na taką ewentualność. W ciągu kilkunastu minut uruchomione zostały rezerwowe generatory prądu opalane gazem płynnym.

– Padł system zasilania. Podjęliśmy natychmiastowe działania naprawcze. Panujemy nad sytuacją – meldunek dowódcy składnicy, generała Rosko, brzmiał w uszach premiera jak szczeknięcia psa ostrzegającego jeża przed wchodzeniem mu w drogę.

Po upływie godziny wysiadły generatory rezerwowe. Wybuchła panika; zgasła jak tylko personel przypomniał sobie, że są placówką wojskową, od której oczekuje się zimnej krwi i determinacji w pokonywaniu przeciwności. Natychmiast wezwana pomoc techniczna nic nie dała. Ekipa naprawcza z nowymi generatorami prądu przybyła zbyt późno. Zanim je podłączono i uruchomiono, dwa miliony szczepionek uległo zepsuciu. Dowództwo składnicy podjęto natychmiastową decyzję ich utylizacji; spalono je w tym samym piecu, gdzie palono kontrabandę marihuany i innych narkotyków. Sporządzono protokół zniszczenia bezużytecznego materiału.  

– Sprawa nie mogła czekać; zepsute szczepionki stanowiły zagrożenie epidemiologiczne na niebywałą skalę – wyjaśnił szef grupy utylizacyjnej.

Opozycja i niezależne media podniosły wielkie larum. Był to czarny dzień dla dowództwa wojskowego i rządu. Premier obiecał natychmiastowe śledztwo:

– Zrobimy to rzetelnie i szybko, powołamy nawet komisję śledczą jeśli trzeba.

Już następnego dnia okazało się, że nie ma takiej potrzeby.

– Byłoby to powielanie normalnego śledztwa prowadzonego przez prokuraturę, a przecież nie ma lepszych fachowcy niż nasi prokuratorzy – podsumował minister zdrowia.

– Oczywiście prokuratorzy przypną się do dyszla szybciej niż koń dorożkarski i pociągną bryczkę ze śledztwem do przodu, pod górę, gdzie tylko trzeba – szydził Wróbel, przywódca opozycji, usiłujący wysforować się na czoło polityków walczących o uwagę społeczną.

Prokuratorka, młoda, ambitna nowicjuszka, której przydzielono śledztwo przez omyłkę, ponieważ nosiła takie samo nazwisko jak doświadczona prokuratorka, bardzo szybko ujawniła, że większość szczepionek nie została zniszczenia.

– Wiemy na pewno to, że zostały one wywiezione potajemnie poza teren składnicy i rozpłynęły się jak smutna melodia w gęstej mgle. Przepraszam za to poetyckie porównanie. Ważne jest to, że śledztwo jest kontynuowane, wszystko zostanie ujawnione, sprawcy odnalezieni, postawieni w stan oskarżenia i skazani. To, co jest możliwe do odzyskania, odzyskamy. Jestem optymistką.

Odc. 21 Śledztwo

Pojawiła się pogłoska, że większość szczepionek skradziono kilka godzin przed awarią i wywieziono za granicę, aby je sprzedać za duże pieniądze.

– Prawdopodobnie do Arabii Saudyjskiej, bo to najbogatszy kraj i tam znajdują się główne ośrodki decyzji politycznych i gospodarczych – pisał Grzegorz Koło, samozwańczy kronikarz miasta, redaktor działu „Nowiny” „Gazety Porannej”.

Wbrew zapowiedziom młodej prokuratorki śledztwo wstrzymano, a ją samą zwolniono z obowiązku jego prowadzenia. Rzecznik premiera wyjaśnił na konferencji prasowej:

 – Potrzebujemy więcej czasu na zebranie dowodów. Oskarżenia są poważne a sprawa jest skomplikowana także politycznie. Jest tak wiele wątków, że wymienię tylko ważniejsze: prawny, wojskowy, organizacyjny, polityczny, społeczny i państwowy. Śledztwo jest rozwojowe, wymaga kontynuacji, która doprowadzi nas po nitce do kłębka tajemnicy. Prokurator Magdalena Siwa okazała się zbyt młoda i bez dostatecznego doświadczenia, aby skutecznie poprowadzić śledztwo. To się zmieniło.

Kilka dni po awarii prądu w składnicy wybuchł pożar. Jak to się stało nie wiadomo, ponieważ system ostrzegania przeciwpożarowego był pomyślnie przetestowany miesiąc wcześniej.

– To prawdopodobnie wina czujników elektronicznych, ale to musimy dopiero sprawdzić we współpracy z fachowcami pożarnictwa. Nie wykluczamy też sabotażu, błędu w sztuce instalacji czujników, nawet interwencji agentów obcych państw. Niczego nie wykluczamy, nawet najczarniejszych scenariuszy – poinformowała przywrócona do prowadzenia śledztwa  doświadczona prokuratorka. 

Pod koniec roku córka ministra zdrowia kupiła dwie rezydencje, jedną we Francji na Lazurowym Wybrzeżu a drugą na portugalskiej Maderze. Fakty te ujawnił publicznie Wróbel, przywódca opozycji. Szef resortu zdrowia natychmiast zaprzeczył informacjom, nazywając je wyssanymi z palca insynuacjami.

– To co mówi przywódca opozycji jest podłe. To szyta grubymi nićmi afera, obliczona na to, aby pogrążyć mnie i rząd.

Kiedy rewelacje opozycji okazały się prawdziwe i pojawiły się dowody, wywiady, zdjęcia i dokumenty, minister zmienił front: tłumaczył, że córka miała pieniądze, ponieważ trzy miesiące wcześniej wyszła za mąż za barona Tuxedo de Nascimiento, niezwykle bogatego Hiszpana.

– Jest to osoba bardzo zamożna, szanowana, magnat przemysłowy. Baron cieszy się szacunkiem w Hiszpanii, jest spokrewniony z rodziną królewską. Mogę być tylko dumny, że moja córka tak dobrze wyszła za mąż. To zaszczyt dla mnie i mojej rodziny. Także dla naszego kraju, jeśli ktoś wierzy w honor, patriotyzm i dobro wspólne.

Odc. 22 Tajemnice i afery

Sprawa ślubu córki ministra zdrowia i barona oraz zakupu dwóch uroczych nieruchomości okazała się skomplikowana, pojawiły się dwuznaczności a nawet wątpliwości, czy przedstawione czarno na białym dowody nie zostały sprokurowane. Niejasne były okoliczności zawarcia ślubu oraz pozycja społeczna i majątkowa pana młodego. Liczne zdjęcia dokumentowały ślub, nie widomo było jednak, gdzie i dokładnie kiedy został on zawarty. Baron Tuxedo de Nascimiento odmówił udzielenia informacji w tej sprawie. Musiał mieć swoich wrogów, ponieważ pojawiły się pogłoski, że nie dysponował nawet śmierdzącym groszem, był zubożałym arystokratą-hulaką, a jedyne, co naprawdę posiadał to była to długa lista tytułów arystokratycznych oraz ogromny apetyt na bogaty ożenek. Zawsze o nim mówiono, że jeśli ktoś chce się wżenić w starą arystokrację hiszpańską, to baron stanowi doskonałą partię. Jeden z dziennikarzy badających sprawę na miejscu w Hiszpanii, kiedy rozluźnił się po kilku drinkach siedząc przy stoliku w pubie „Oksana”,  powiedział:

– Ten Tuxedo jest takim baronem jak ja dyrygentem orkiestry dętej w krainie różowych dębów.

Jego wypowiedź wzbudziła zrozumiałe zainteresowanie, nic jednak do śledztwa nie wniosła. Sprawa małżeństwa córki ministra zdrowia i nabycia dwóch nieruchomości za granicą pozostała tajemnicą.

Wraz z aferą szczepionkową premier Chudy przestał się skarżyć, że nie jest najlepiej zarabiającym członkiem rządu. Wcześniej skarżył się w miarę często, więc nagła zmiana zachowania trochę zaskoczyła obywateli słuchających jego wystąpień. Na początku panowało przekonanie, że w jego życiu nic się nie zmieniło. Potem zauważono, że zaczął dużo podróżować po świecie do najlepszych kurortów. Zapytany o to, powtarzał niezmiennie:

– Zmieniłem tryb życia. Zrozumiałem, że należy z niego korzystać, To chyba zdrowa postawa?

Po upływie niecałych dwunastu miesięcy od pierwszych szczepień okazało się, że część osób zaszczepionych nie nabyła odporności. Już po czterech miesiącach od drugiego szczepienia ludzie znowu zaczęli chorować na wirusa. Szczepionki okazały się nieskuteczne. Jaka była skala zjawiska, nikt tego nie wiedział. Pod adresem rządu kierowane były liczne pytania. Niepokoili się obywatele i lekarze.

– Prowadzimy intensywne śledztwo. Sprawa jest ważna i rozwojowa.

Niezależni dziennikarze i opozycja od pewnego czasu zwracali uwagę, że ilekroć jakaś sprawa była zabagniona i wynikła z niej afera, rząd używał określeń „prowadzimy intensywne śledztwo, uważamy je za ważne i rozwojowe”.

Afera z nieskutecznymi szczepionkami ciągnęła się i nigdy nie została wyjaśniona do końca. Ktokolwiek interweniował, zgłaszał poważną wątpliwość czy groził ujawnieniem jakiejś prawdy, napotykał przykrości: ktoś przebił mu opony, porysował lakier nowego samochodu, ktoś dzwonił z pogróżkami albo dla żartu informował go, że podłożono bombę w biurze, gdzie pracował lub straszył nieokreślonym nieszczęściem. Był to nowy wymiar rzeczywistości; społeczeństwo nie od przyjęło go do świadomości.

Stopniowo kłopoty osób i redakcji prowadzących dochodzenia nasilały się. Na początku zniknęli w nieznanych okolicznościach dwaj dziennikarze śledczy. Co się dokładnie stało, nie wiadomo.

– Wyjechali na narty w góry i nie powrócili – tłumaczyły zaniepokojone rodziny.

0Shares

Wykład profesora Inha. Opowiadanie. 14 odcinków.

Odc. 1 Czas próby

Po miesiącach szalonej ekspansji, pozostawiając po sobie tysiące ofiar, wirus spowolnił swój zabójczy marsz. Zachowywał się jak zwycięska armia wycofująca się na odpoczynek po zakończonym podboju kraju.

Dwa lata od pojawienia się wirusa epidemia wciąż trwała. Rząd utrzymywał w mocy zasady postępowania w miejscach publicznych: noszenie maseczek i rękawiczek ochronnych, bezpieczna odległość, żadnych zgromadzeń, unikanie spotkań nawet w małej grupce, ograniczone przejazdy środkami komunikacji publicznej.

Nie wszyscy obywatele stosowali się do tych zasad. Dla kontroli niesubordynacji wprowadzono dodatkowe środki: godzinę policyjną, patrole dzienne i nocne, obowiązek zgłaszania osób podejrzewanych o to, że są zakażone, obowiązek kwarantanny, odbywanie dłuższych podróży tylko za specjalnym zezwoleniem, w końcu obowiązek szczepienia się. Zaostrzono też kary za nieprzestrzeganie przepisów. Mimo drakońskich środków ilość zakażeń nie spadała, a ilość zgonów nawet wzrosła.

Ludzie najbardziej kompetentni, lekarze i naukowcy, też ulegali tej atmosferze. „Obserwator”, najbardziej popularny dziennik kraju, przeprowadził wywiad z doktorem Emilem Łupko, ordynatorem Szpitala Miejskiego nr 2, który podpalono, kiedy odmówił przyjęcia czekających w karetkach pacjentów.

– Nie mieliśmy już ani jednego wolnego łóżka. Ludzie oszaleli. Podpalać szpital?! Po części im się nie dziwię, bot to nie jest zwykła epidemia, ale prawdziwa zaraza. Kojarzy mi się z dżumą panującą w Cesarstwie Bizantyjskim w latach 541-542. W samym Konstantynopolu umierało wtedy pięć tysięcy osób dziennie; trupy walały się na ulicach, bo nie nadążano z ich usuwaniem. Oczywiście były to inne czasy: poziom higieny był niski, panowała plaga szczurów i pcheł, roznosicieli epidemii, nie było szczepionek. Zmarło wtedy czterdzieści procent mieszkańców Konstantynopola. W sumie na świecie zmarło sto milionów osób. Kiedy o tym myślę, lepiej rozumiem podpalaczy. Oczywiście absolutnie nie akceptuję ich zachowań.

W telewizji przedstawiono teatralną inscenizację wydarzeń w Konstantynopolu. Nie została dobrze przyjęta. Reżyser tłumaczył następnego dnia.

– Był to spektakl o charakterze historyczno-edukacyjnym. Widzowie nie zrozumieli naszych intencji, potraktowali je jako wizję, tego co się zdarzy w kraju. Jesteśmy chorobliwymi pesymistami; spektakl telewizyjny traktujemy jak rzeczywistość! Jako reżysera boli mnie ta nienormalność widzenia świata. Sztuka teatralna to nie zapowiedź przyszłości. 

Roman Desiru, premier rządu, obawiał się tylko jednego: upadku zaufania obywateli do władzy, zaniku wiary, że to co robi rząd, daje efekty. Bunt społeczeństwa groził mu dymisją a nawet sądem, ponieważ oskarżano go o niedopełnienia obowiązków służbowych oraz niewykorzystanie środków, jakie miał w dyspozycji jako szef rządu. To mogło być bardziej niż tragiczne.

Odc. 2 Rozmowa

Sypialnia pogrążała się w mroku wieczoru. Roman Desiru, już w piżamie, siedział w fotelu i przyglądał się światłom za oknem, kiedy do pokoju weszła żona.

– Co u dzieci? Przywitałem się z nimi, ale nie zdążyłem porozmawiać. Nie miałem już siły, taki jestem zmordowany. Nie wiem doprawdy, jak długo jeszcze wytrzymam.

Właściwie to nie powinien pytać, ponieważ znał sytuację. Dzieci miały stałą opiekunkę i radziły sobie dobrze. Od pewnego czasu nie chodziły do szkoły z uwagi na epidemię, uczyły się zdalnie.

Udzieliwszy mężowi wyjaśnień, Anna podeszła do szafy i wyjęła nową koszulę nocną. Od dłuższego czasu nie spała z mężem. Zostawał na noc w pracy albo wracał bardzo późno zbyt zmęczony, aby cokolwiek z siebie wykrzesać. W budynku rządowym obok gabinetu miał łazienkę i małą sypialnię. Nie była tym zachwycona. 

Przez chwilę oboje milczeli. Anna nałożyła koszulę nocną i przeglądała się w lustrze. Miała za grube nogi. Zawsze ją to denerwowało. Nigdy nie pogodziła się ze sobą. Przestała myśleć o tym, kiedy popatrzyła na męża. Zadała sobie pytanie, czy jego częste zostawanie na noc w pracy nie oznacza czegoś innego niż nadmiar obowiązków. W domu był do niczego. Usprawiedliwiała go, ponieważ wszyscy czuli się podle. Epidemia nikogo nie oszczędzała, z wyjątkiem ludzi potrafiących zachowywać się beztrosko nawet na cmentarzu. Była spostrzegawcza; niektórym osobom epidemia w niczym nie przeszkadzała, podczas gdy inni popadali w rozstrój nerwowy.

Premier przerwał milczenie.

– Atmosfera ostatnich tygodni bardzo źle mnie nastraja. Czuję się osaczony. Wszyscy mają do mnie pretensje. Nikt nie czepia się ministra zdrowia, tylko mnie. Otrzymuję anonimowe pogróżki i to tak liczne, że aż trudno uwierzyć. Nazywają mnie Antychrystem, złodziejem i bydlakiem, który nie dba o zwykłego obywatela tylko o siebie i swoich kumpli. Tak to określają: kumpli!  

– Możesz chyba przyznać, że jest w tym trochę prawdy?

– Jakiej prawdy!? Czy ty oszalałaś?

Zrozumiawszy, że użyła niewłaściwych słów, Anna próbowała wytłumaczyć się.

– Nie mam na myśli tego, o co ludzie cię oskarżają, tylko o to, co rząd robi, aby zapewnić bezpieczeństwo tobie, twoim ministrom i tym waszym najwyższym dostojnikom. Nie wiem skąd ludzie o tym wiedzą, ale Zosia …

– Jaka Zosia? Nie znam żadnej Zosi – na twarzy mężczyzny pojawił się wyraz niepokoju.  

– Moja przyjaciółka Zosia – wyjaśniła spokojnie Anna. – Poznałeś ją kiedyś na przyjęciu u nas. Ruda, szczupła, mniej więcej w moim wieku. Otóż Zosia opowiedziała mi wszystko z takimi szczegółami, że przechodzi to ludzkie wyobrażenie. Zarezerwowaliście w tajemnicy cały szpital na terenie garnizonu wojskowego i trzymacie go w gotowości dla potrzeb członków rządu, prezydenta i marszałków parlamentu. Także o tym, jak luksusowo jest urządzony i wyposażony. I to, że za każdym z was jeździ nieprzerwanie karetka pogotowia z lekarzem i ratownikiem, w pełni wyposażona, gdziekolwiek się nie udajecie, nawet dla przyjemności. Bo nie powiesz mi, że tylko harujecie od rana do wieczora!

Premier zamilkł, zastanawiając się, kto mógł ujawnić tajne informacje. Były zastrzeżone tylko dla niewielkiej grupy osób. Oderwał się od tej myśli i narastającego gniewu, że ktoś z jego najbliższego otoczenia coś fatalnie spieprzył. Chciał odwrócić uwagę żony od drażliwego tematu.  

– Mam inne, ważniejsze problemy. Boję się upadku z dużej wysokości. Wszystko mi się źle kojarzy. W dzieciństwie, jak pamiętasz, spadłem z dachu stodoły na wsi, gdzie będąc jeszcze dzieckiem wyjeżdżałem na wakacje, potem miałem ten głupi upadek z konia, w końcu, na szczęście – niezbyt tragiczne – to ześliźnięcie się z mokrej ścieżki skalnej w trakcie wiosennej wyprawy w góry.

Anna pamiętała jego przeżycia; pociągnęły za sobą poważną operację nogi i półroczny pobyt w szpitalu. Przypomniała sobie też zdjęcie konia, którego oddano do rzeźni dlatego, że zrzucił z siebie męża. Było to szalone i niebezpieczne zwierzę. Nie za bardzo w to wierzyła. Skojarzyła je sobie z epidemią, której skutki zależały w dużej mierze od zachowań ludzi.

– Przepraszam cię, na chwilę wyjdę z sypialni. Przypomniałam sobie, że muszę zamówić w Internecie nowe maseczki antywirusowe i jednorazowe rękawiczki dla nas wszystkich. Nie chcę, abyś wszystko przynosił nam z pracy.

Odc. 3 Przesilenie

Po miesiącach wznoszenia się i opadania fali epidemicznej, zakazy i ograniczenia wprowadzone przez władze wyczerpały społeczeństwo. Pojawiło się poczucie nienormalności i pogłębiającego się lęku. Ludzie bali się wszystkiego: ci, którzy utracili pracę, z czego będą żyć, ci którzy ją wciąż mieli, że ją utracą, pracodawcy bali się bankructwa, konsumenci – braku zaopatrzenia w artykuły pierwszej potrzeby. Przerażenie budziła perspektywa wzrostu cen i spekulacji, uciążliwości kwarantanny i problemów ze snem. W końcu nadeszły natrętne myśli i groźby zabójczej depresji, oddzielenia od rodziny i przyjaciół i ostatecznej utraty gruntu pod nogami.

– Ludzie boją się własnego cienia. To najtrudniejszy okres w życiu naszego społeczeństwa na przestrzeni ostatnich stu lat – premier pogrzebowym głosem podsumował posiedzenie rządu.

– To znaczy, że oprócz śledzenia liczby zgonów, zakażeń, szczepień, zajętych łóżek w szpitalach i respiratorów oraz wydatków budżetowych musimy także monitorować nastroje społeczne. Zapędzony w ślepy róg człowiek jest bardziej niebezpieczny niż dzikie zwierzę – minister zdrowia uznał, że powinien podkreślić, jak jego liczne już obowiązki powiększają się dodatkowo.

– Dlaczego bardziej niż zwierzę? – niechętnie zdziwił się szef rządu.

– Bo jest nieobliczalny, przewrotny i pazerny.

Po nijakiej wiośnie, kiedy dyszące z wysiłku słońce słało na ziemię rachityczne promienie, nadeszło długo oczekiwane lato. Na dobre rozpanoszyła się zieleń i ciepłe dni. Społeczeństwo, przede wszystkim młodzi ludzie, zaczęło patrzeć w przyszłość z nadzieją.

– Nadzieja ratuje nas przed depresją i szaleństwem – pocieszali się nawzajem, coraz śmielej zdejmując maseczki, aby odsłonić twarz na słońce.

Wkrótce nastąpiło nieszczęście, którego najbardziej obawiał się premier: społeczeństwo zbuntowało się przeciw ograniczeniom i niepewnej przyszłości. Nastąpiła masowa ucieczka do przodu. Czy była ona racjonalna czy nie, nie miało znaczenia; ludzie poczuli potrzebę oderwania się od ponurej rzeczywistości. Ich nadzieję na lepsze jutro umacniały strzępy informacji: w jakimś szpitalu na drugim końcu świata zastosowano z powodzeniem jakiś lek, naukowcy instytutu badawczego Sigma, o którym nikt nigdy nie słyszał, ogłosili postęp w pracach nad nową, rewelacyjną szczepionką, ozdrowiała zarażona wirusem stuletnia kobieta przywieziona do szpitala w stanie ciężkim.

Roman Desiru przeklinał swój los. Dwa lata wcześniej stanowisko premiera wydało mu się błogosławieństwem. Nie mógł go spotkać większy zaszczyt. Teraz kamieniem młyńskim ciążyła mu odpowiedzialność za społeczeństwo żyjące w pułapce epidemii i przekonane, że to on osobiście odpowiada za jego losy. Niepokój narastał w nim nieprzerwaną falą. Efekty nie kazały na siebie czekać.

– Jesteś impotentem – oświadczyła mu zrozpaczona żona po trzeciej próbie zbliżenia, w której uczyniła wszystko, co mogła. – I już tak chyba zostanie!

Nie mogła być bardziej rozczarowana. Nic nie pomogło. Najbardziej seksowna bielizna, demonstrowanie powabów kobiecości z przodu i z tyłu, namiętne ocieranie się, stymulacja miejsc zmysłowych i pieszczoty, którymi cierpliwie go obdarzała w oczekiwaniu wzajemności.

Premier zdał sobie sprawę, że jego libido spadło poniżej zera. Cyfra ta budziła w nim przerażenie; oznaczała nicość. Był zdruzgotany.

Z uwagi na rosnącą możliwość zakażenia Desiru od tygodnia nie spotykał się bezpośrednio z członkami gabinetu. Dyskusje i wymiany poglądów odbywały się zdalnie przez komunikatory. Po otrzymaniu najnowszego sondażu opinii publicznej o nastrojach społeczeństwa, premier złapał się za głowę. Na ekranie widział trzynaścioro członków swego gabinetu.

– Wiara ludzi w przyszłość przeszła z fazy głębokiego pesymizmu wprost do optymizmu. Czy oni oszaleli? Patrzeć z nadzieją w przyszłość, kiedy wirus nie zmniejsza swego śmiertelnego żniwa? Zróbcie coś do diabła w tej sprawie, bo oszaleję! Jesteście ministrami! To wy dysponujecie ludźmi, technologią, funduszami i innymi środkami!

Ramona Trudo, matka dwóch córek i babka pięciorga wnucząt, z niechęcią obserwowała letni rozkwit nadziei. Była kobietą aktywną, szczyciła się tym. Oglądając telewizję, czytając newsy, rozmawiając przez telefon z rodziną i przyjaciółmi, analizując wypowiedzi fachowców na temat epidemii, uważała entuzjazm za przedwczesny i nieuzasadniony. Jego pojawienie się zbiegło się w czasie ze zmianą pogody: nijaka i mdła, niezbyt ciepła wiosenna pogoda przekształciła się w ciągu dwóch dni w prawdziwe lato, kiedy rozjuszony upał łagodziły jedynie błogosławione skrzydła wiatru od strony koła polarnego oraz noc.

Ramona wyobraziła sobie wykres: oto letnia pogoda i nastrój optymizmu wyprzedzają wirusa pnącego się wężowatymi ruchami mikroskopijnego ciała na wyżyny zarazy.

– Wygląda to tak, jakby diabeł ustawił po obu stronach domu dwie drabiny, aby upowszechniać fałszywy obraz nadziei – Ramona tłumaczyła starszej córce Katerinie, bardziej martwiącej się o związanie końca z końcem niż o zagrożenie wirusem. – Z jednej strony dachu lezie sobie wirus, rozkudłany osobnik w płaszczu uszytym z miliarda lepkich przyssawek, z drugiej wspina się po drabinie dziewczę takie jak ty opromienione słoneczną pogodą z wiankiem pachnących kwiatów na głowie. Przecież to urojenie, ta przedwczesna wiara w lepsze jutro! A ludzie w to wierzą! Co za barany!

Dla rozładowania goryczy na głupotę bliźnich Ramona z całą siłą uderzyła packą w muchy tłoczące się przy odrobinie rozlanej słodkiej kawy na stole, tworząc na obrusie obrzydliwą czerwono-czarną masę.

Odc. 4 Zmiany

Katerina coraz częściej denerwowała się rozmawiając z matką. I tym razem nie uniknęła irytacji. Miała poczucie konfrontacji pokoleń.

– Mamo! Zrozum ich. Ludzie potrzebują nadziei, wiary w przyszłość, nawet jeśli nie jest ona całkiem różowa. Są zmęczeni nieprzerwanym siedzeniem w domu, chodzeniem w maseczkach i rękawiczkach, myciem rąk i dezynfekcją wszystkiego, co ich otacza, osaczeni niepewnością, co jeszcze może się złego wydarzyć.

– Są beznadziejnie naiwni. Wierzą w raj, gdzie kwitną drzewa wydające owoce bez robaków. Człowiek musi być realistą, nie zwariowanym marzycielem. Mimo powolnego odwrotu epidemii, nikt nie może mieć pewności, że wszystko zmieni się na lepsze. Będziemy już stale zagrożeni epidemią. Musimy nauczyć się sztuki akceptacji tego zagrożenia. Niepewność będzie się czaić za każdym rogiem. Ty też musisz to zrozumieć!

Katerinę denerwował dojmujący realizm matki. Nie znosiła jej arogancji wobec inaczej myślących ludzi. Widziała arogancję nawet w jej ubiorze, schludnym, wykonanym z dobrego materiału, zapewniającym wygodę, lecz ukrywającym jej fizyczną atrakcyjność, obniżającym jej kobiecą wartość. Rozmawiała o tym z Albertą, młodszą siostrą.

– Ona postępuje tak, jakby specjalnie chciała ukryć, że jest wciąż kobietą atrakcyjną.

Mimo urodzenia i wychowania dwójki dzieci Trudo zachowała kształtne piersi, powabną twarz i ogólną urodę. W duchu Katerina jej tego zazdrościła. Zżymała się na siebie z tego powodu.

– Zazdrościć własnej matce, że jest atrakcyjna seksualnie? Co za absurd!?

W ostatnich dniach nie czuła się najlepiej. Zwalała to na epidemię, atmosferę niepokoju i napięcia. Traktowała wirusa jak żywą, świadomą i myślącą istotę. Był dla niej potworem, bezwzględnym i wyrachowanym, czającym się za rogiem każdego budynku, aby przerażać ją swoją niewidoczną obecnością.

Czerwcowe słońce rozkręciło mieszkańców miast. W powietrzu wisiała pozytywna nerwowość. Ludzie przestali przestrzegać zasad bezpieczeństwa. Zdejmowali maseczki i rękawiczki, podchodzili blisko do siebie, a nawet się obejmowali na przywitanie i pożegnanie. Kiedy im przypominano zasady bezpieczeństwa, odpowiadali:

– Po co nam to wszystko przy tak pięknej pogodzie. Mamy dosyć noszenia na twarzy kawałka materiału utrudniającego oddychanie.

Pojawiły się argumenty, odrzucane przez lekarzy, że od noszenia maseczki dłużej niż godzinę można dostać grzybicy płuc.

Ludzie starsi czuli się zagrożeni. Emeryt stojący w kolejce do kasy w supermarkecie głośno wyraził opinię, że ludzie wbrew zasadom nie noszą maseczek ochronnych. Wyśmiano go. Resztki niepokoju, że wirus wciąż zagraża, skutecznie niwelowała bogata oferta wakacyjnych rozrywek. Do ośrodków wypoczynkowych wracali stali goście, a na ulice i place piosenkarze, zespoły muzyczne, tancerze i performerzy.

Przestano przestrzegać zakazu nabierania samemu sobie na talerz potraw w samoobsługowych barach i restauracjach. Obsługa klienta zapominała o własnym bezpieczeństwie, pracując bez maseczek i rękawiczek. Tydzień nadzwyczajnej pogody na początku lipca spowodował, że ludzie całkiem się zbiesili. Obserwator zamieścił na pierwszej stronie alarmujący artykuł:

– Młodzi ludzie przestawili się jak zwrotnica kolejowa, kierując pociąg w zupełnie inną stronę. Nikt nie chce mówić ani słuchać o tym, jak jest, ale o tym, jak będzie. Tematem jest tylko przyszłość. Ludzie wypowiadają się o niej otwarcie, głośno i z taką namiętnością, że stało się to obsesją. Stawiają żądania. Niby dorośli, a zachowują się jak dziecko żądające od matki zabawki, natychmiast, bo inaczej zaniesie się płaczem pod niebiosa. Do czego zmierza ta fala entuzjazmu?

Odc. 5 Wiec i narada

Na placu Wielkiej Nadziei odbył się wiec zorganizowany przez Awangardę Przyszłości i Nową Falę, organizacje promujące nowoczesne myślenie o ochronie środowiska, czystej wodzie, powietrzu, ziemi i energii.

Przemawiali przywódcy organizacji, stawiali żądania władzom kraju.

– Pokażcie nam obraz przyszłości. Możliwie bliskiej, ale i dalszej, bo to już nie epidemia, ale niepewność nas zabija. Potrzebujemy i żądamy konkretu, wyobrażenia, dokąd zmierza nasz kraj.

Głośnego poparcia udzielały demonstrującym organizacje Femina i Kobiety Razem, uznające, że to niewiasty poniosły największy ciężar walki z wirusem, wypełniając z poświęcaniem obowiązki pracy, opieki nad dziećmi, osobami starszymi, niepełnosprawnymi i chorymi.

Manifestanci wkrótce pojawili się przed siedzibą rządu. Tym razem nie krzyczeli, tylko w milczeniu trzymali wzniesione w górę zaciśnięte pięści. Policja obawiała się rozruchów i wcześniej otoczyła budynek kordonem ludzi i pojazdów. W nocy na ścianie budynku rządowego, gdzie mieściły się gabinet premiera i dwa ważne ministerstwa, mimo obecności ochroniarzy, pojawiły się napisy.

– Łajdacy! Żądamy prawdy o przyszłości. Co przed nami ukrywacie?

Następnego dnia presja tłumu się wzmogła, kontynuowano okrzyki, stawiano żądania.

– Desiru! Ty tchórzu! Czego się boisz? Nie umiesz poradzić sobie z wirusem to przynajmniej pozwól nam na optymizm. Nie damy się stłamsić!

Premiera nie bolały epitety pod jego adresem, był do nich przyzwyczajony, tylko żądania odważnego, otwartego podejścia do wirusa i epidemii.

– Optymizm stał się towarem. Wszyscy chcą go nabyć i wypełnić się nim po brzegi. Traktują go jak francuski szampan – pisał „Obserwator”, najbardziej popularny dziennik w kraju.

– To jawny i niebezpieczny bunt. Ludzie żądają wiedzy o przyszłości i zapewnienia, że będzie ona lepsza – niepokoił się premier na spotkaniu z gabinetem. – Chcą kraj puścić na żywioł.

Presja na rząd była ogromna. Trzeba było coś zrobić w tej sprawie. Konieczne były działania zapobiegające rozruchom i anarchii. Premier zwołał pilną naradę. Zmienił zasady. Nie było to spotkanie online, ale bezpośrednie. W gabinecie zjawił się pełen komplet ministrów, wszyscy w maseczkach i rękawiczkach ochronnych. Otworzono jedno okno, ustawiono i włączono silny wentylator wywiewowy. Nikt nie ukrywał zaniepokojenia.

– Najgorsze są baby. Gotowe zajeździć człowieka jak starą szkapę. Moja żona nie daje mi spokoju. Kiedy wreszcie przedstawicie nam choćby skrawek nadziei? Chcemy słyszeć coś pozytywnego, a nie tylko o wirusie i o tym, ile ludzi zachorowało i ile umarło!

– Co ci przeszkadza, że kobieta sobie pogada? – rzuciła minister administracji, Anna Waga. Twarz jej się lekko zaczerwieniła.

Zapytany zawahał się. Patrzył w dół na czubki swoich niepastowanych od dawna pantofli.

 – Żona nie chce iść ze mną do łóżka. Odmawia mnie i sobie tej przyjemności.

Nikt się nie zaśmiał ani nie skomentował nieoczekiwanego wyznania. Zapadło wymowne milczenie.

Rząd musiał zareagować i zareagował. Odbyła się burza mózgów, chaotyczna, ale skuteczna. Przedstawiono propozycje i podjęto decyzje.

– Nie będziemy dłużej chować głowy w piasek! – Desiru poczuł ulgę, kiedy to powiedział. Coś się w nim zbuntowało. Wyprostował się. Przez chwilę myślał, że chciałby zobaczyć się w lustrze, ale nie było na to czasu. Wezwał sekretarkę i wydał polecenie:

– Proszę podać alkohol. Musimy to uczcić. Tylko pośpiesz się, bo nie mamy czasu.

Rozdzwoniły się telefony. Każdy miał jakąś rolę do wypełnienia. W ciągu kilku godzin przeprowadzono konsultacje z wirusologami, radą lekarską, szefem policji, politologami i specjalistami public relations. Późnym wieczorem Roman Desiru zorganizował konferencję prasową, aby złożyć ważne oświadczenie.

– Rząd w trybie natychmiastowym zleci opracowanie scenariusza zdarzeń związanych z wirusem i epidemią w perspektywie najbliższych lat. Opracuje go wybitny ekspert profesor Steffen Inha ze Szwecji i dokona publicznej prezentacji.

Odc. 6 Zlecenie

Po zakończeniu wyjaśnień premier skinął głową swemu rzecznikowi prasowemu, że może przyjmować pytania od zebranych dziennikarzy i reporterów. Ze wszystkich stron podniosły się ręce. Desiru nagle postanowił zmienić dotychczasową praktykę unikania kłopotliwych pytań. Poprosił tylko rzecznika, aby notował, kto i o co pyta.

– Musimy przygotować się na najgorsze. Przewiduję trudne czasy – wyjaśnił, kiedy ten spojrzał na niego pytająco. – Jeśli teraz nie podejmiemy wyzwania, to wkrótce będzie jeszcze gorzej. Po konferencji zrób mi listę dziennikarzy najbardziej krytycznych wobec rządu. Są tutaj tacy, co regularnie szukają konfrontacji. Będą ją mieli!

– Panie Premierze! Czy jeden człowiek, nawet najwybitniejszy naukowiec, poradzi sobie z takim wyzwaniem? Opracowanie scenariusza wydarzeń dla całego kraju na rok czy dwa to przecież praca dla kilku dużych zespołów ludzkich.

Czekając na zakończenie wypowiedzi, premier z niechęcią przyglądał się mężczyźnie. Był niewielkiego wzrostu, jego drobną twarz zakrywała czarna maseczka z białym emblematem. Ubrany był w podniszczoną skórzaną kurtkę, spodnie dżinsowe i czarne pantofle z żółtawymi sznurówkami.

– Wygląda, jakby wybrał się na przechadzkę z psem do lasu – to była pierwsza myśl Desiru. Prawie natychmiast zmienił zdanie i pomyślał, że przypomina dorożkarza, który zszedł z kozła na postoju, aby nakarmić konia obrokiem. Pytanie uznał za naiwne. Nie znosił takich pytań, miał poczucie, że kwestionują jego zdrowy rozsądek, jego decyzje. Nie starając się nawet zachować pozorów uprzejmości wyraził myśl, jaka akurat przyszła mu do głowy.

– Steffen Inha … profesor Steffen Inha … w małym palcu ma większą wiedzę niż dziesięciu innych ekspertów w swoich głowach. Niech mi pan wierzy.

Następnego dnia zespół wyznaczony przez premiera omawiał zakres i tematy zlecenia dla profesora, czy powinien to być jeden scenariusz, kilka scenariuszy, prognoza czy też raczej szersze rozważania na temat przyszłości. Dopiero po dwóch dniach uzgodniono treść zlecenia. Miał to być godzinny wykład wspomagany pokazem prognoz rozwoju wirusa i epidemii oraz ich skutków społecznych

Nie obeszło się bez publicznej krytyki także samego profesora. Opozycja nazwała go zasuszonym staruszkiem bez odrobiny energii i zarzuciła mu brak bezstronności. Pojawiły się niewybredne oskarżenia, że to lewak, mason, bezbożnik i ortodoksyjny Żyd. Była w tym głównie ironia, szyderstwo i niechęć do rządu.

– To są argumenty podobne do gryzienia się we własną rękę z tego powodu, że nie przyniosła szklanki wody – odpowiadali przedstawiciele partii rządzącej.

Ustalono termin publicznego wykładu profesora Inha. Miał odbyć się za dwa miesiące w sali bankietowej Pałacu Ślubów w Kornie, miejscowości, gdzie nie zanotowano ani jednego przypadku zakażenia wirusem. Wykład miał być transmitowany przez telewizję na cały kraj.

Dwa tygodnie przed wykładem pojawiły się w Internecie fragmenty materiałów przygotowanych przez profesora. On sam zadzwonił w tej sprawie do premiera.

– Chciałem, aby pan pierwszy o tym się dowiedział, nie z mediów, ale ode mnie. Nie wiem, co o tym sądzić, podejrzewam kradzież lub sabotaż.

Nie była to miła rozmowa. Premier mówił podniesionym głosem, czuł, jak mu drżą ręce. Nie znosił tej słabości; to go jeszcze bardziej zdenerwowało. Zarzucił profesorowi brak należytej dbałości o zachowanie tajemnicy. Rozmówca bronił się, że ujawniając autora opracowania rząd niepotrzebnie skierował na niego uwagę swoich wrogów i hakerów.

– Spotkała mnie masa niezasłużonej krytyki ze strony pańskich oponentów. Materiał nad którym pracowałem to gratka dla potencjalnego szantażysty. Także dla kogoś, kto chciałby obnażyć nieudolność rządu, który otwarcie i niepotrzebnie ujawniania źródło, gdzie powstaje informacja krytyczna dla bezpieczeństwa kraju.

Premier poprosił profesora o zdementowanie informacji o przecieku materiałów z jego komputera do mediów internetowych. Profesor odmówił. 

– Mam swoją reputację i wiarygodność. Nie będę kłamać. Nie chcę znaleźć się na śmietniku naukowców, którzy przestali być wiarygodni – był wściekły na premiera za jego sugestię.

Wykład stracił sens. Obydwaj mężczyźni myśleli gorączkowo, jak wybrnąć z nieoczkiwanego kłopotu.

Po skończonej rozmowie, nie krępując się obecnością sekretarki, premier wyrzucił z siebie głośno:

– Kurwa mać! Jeszcze tego mi brakowało. Że też musiał przyjść mi do głowy taki nieudacznik! 

O przecieku stało się głośno. Spekulowano, kto to mógł zrobić i w jakiś sposób. Szwedzka policja przeprowadziła śledztwo. Okazało się, że sprawca włamał się do komputera profesora i przejął partię przygotowywanego materiału. Nie wiadomo, jak obszerny był to materiał. 

Odc. 7 Włamanie

Profesor Inha nie umiał przekonująco wyjaśnić włamania na swój komputer i kradzieży materiałów. Sprawa była o tyle kłopotliwa, że stawiała pod znakiem zapytania ważną, przygotowywaną na oficjalne zlecenie prezentację za granicą. Inha rozmawiał o tym kilkakrotnie z premierem Desiru. 

– Nie nam pojęcia jak to się stało. Nigdy z czymś takim nie miałem do czynienia. Moje materiały są doskonale chronione przed kradzieżą w prosty ale niezwykle skuteczny sposób. Wszystkie pliki związane z wykładem trzymałem na innym komputerze niepodłączonym do Internetu. Nie ma mowy, aby ktoś mógł je stamtąd ukraść. Jedyna możliwość, kiedy coś nieprzewidzianego mogło się zdarzyć, to czas podłączenia przeze mnie pendrajwa do komputera z dostępem do Internetu po to, aby przekopiować z niego i wysłać emailem materiały. Trwało to prawdopodobnie nie dłużej niż trzy minuty, tylko tyle, ile potrzebowałem, aby wybrać kilka plików i wysłać je przyjacielowi w celu zaopiniowania. Powtórzę, to mogło trwać nie dłużej niż kilka minut. Podejrzewam, a właściwie spekuluję, bo nie znam się na tym za bardzo, że być może w tym właśnie czasie mój komputer został zainfekowany jakimś koniem trojańskim czy czymś podobnym. Mam na myśli złośliwe oprogramowanie, które zidentyfikowało na podstawie słów kluczowych, haseł lub jakichś oznaczeń, że są to materiały związane z moją prezentacją dla państwa i dokonało ich przejęcia. Jeśli tak, to był to mój błąd. Bądźmy jednak szczerzy, nic takiego by się nie stało, gdyby nie podał pan do wiadomości publicznej, kto będzie autorem opracowania. Ujawnianie od razu autora nie było konieczne. Temat i termin wykładu jak najbardziej tak, ale nie autor. Pan to dobrze wie.

Premier nie zgadzał się.

Steffen Inha czekał, co ze skradzionych materiałów pokaże się w Internecie. Łącznie chodziło o pięć plików. Ktoś mógł teraz prezentować jego dorobek jako efekt własnej pracy. Po kilku dniach w Internecie ukazał się skradziony profesorowi materiał. Kiedy Inha go zobaczył, był pewien, że ktoś nad nim pracował i że był to fachowiec. Materiał został inaczej uporządkowany, poszerzony i uzupełniony. Temat określono jako „Koronawirus a przyszłość”. Postawiono pytania uzupełniające: Jak będzie wyglądała nasza przyszłość? Jak zmieni się człowiek? Jak zmieni się świat?

Materiał skupiał się na jednostce w okresie pandemii, jej roli i zachowaniu, raczej niż na społeczeństwie. Mało w nim było romantyzmu, za to dużo chłodnych argumentów. Były to głównie podsumowania wykładu. Myśl przewodnia była taka, że życie człowieka zmieni się w sposób zasadniczy.

W kraju, ku pocieszeniu premiera, mimo wciąż licznych zachorowań, normalność wracała do domów i na ulice. Po upływie dwóch lat od dnia pojawienia się wirusa Calami ludzie coraz lepiej radzili sobie z jego obecnością. Wirus w międzyczasie zyskał nową nazwę: Monstrum. Ktoś go tak nazwał i tak pozostało. Monstrum było wszędzie, nadal zbierało żniwo śmierci i dezorganizowało życie, społeczeństwo przyzwyczaiło się jednak do tego.

Kiedy w Internecie ukazał się przygotowywany przez Inha wykład, w dodatku w wersji poprawionej i uzupełnionej, profesor natychmiast poinformował o tym premiera.

– Po co ktoś to dokonał tych zmian, nie mam pojęcia. Nikt nie przyznaje się też do ich autorstwa. Konsultowałem sprawę z adwokatem zajmującym się prawami autorskimi i policją. Sprawa jest trudna. Sam uważam ją za beznadziejną. Nie mam podstaw do obrony moich praw autorskich, gdyż materiał nie był wcześniej publikowany ani udostępniany komukolwiek, kto mógłby zaświadczyć, że to ja go stworzyłem i jestem jego autorem. Wyjątek stanowi plik, w którym zawarłem trzy konkretne prognozy przekazane przyjacielowi do oceny. Ale one akurat nie ukazały się w nielegalnie opublikowanych materiałach. Nie mogę nikomu zarzucić popełnienie plagiatu czy kradzieży moich materiałów, bo nie mam dowodu, że to ja jestem ich rzeczywistym autorem.

Sytuacja stała się kłopotliwa. Wygłoszenie wykładu straciło sens. Rząd był gotów anulować zlecenie. Na posiedzeniu gabinetu sprawę przedstawił dyrektor departamentu prawnego.

– Najpierw zlecamy przygotowanie wykładu znanemu profesorowi, a potem informujemy, że ktoś mu ten wykład ukradł i opublikował nielegalnie w Internecie, lecz profesor nie może udowodnić, że to jego materiał. Jeśli jego obarczymy winą, to będzie się bronić, twierdząc, że to my sprowokowaliśmy hakera, podając do wiadomości publicznej, kto przygotowuje wykład i czego on dotyczy. To bardzo kłopotliwa sprawa. Jeśli opozycja dowie się o szczegółach, to zrobi raban, że rząd jest nieudolny, niewiarygodny. Powiedzą:

– Wyszukali jakiegoś naukowca nieudacznika i poprosili go przygotowanie wykładu na temat naszej przyszłości. Hakerzy wykradają mu wykład z komputera i publicznie ujawniają. I my, obywatele, mamy za to zapłacić! Co za głupota i cynizm! I to są ludzie, którzy nami rządzą!

Odc. 8 Sala wykładowa

Desiru poczuł ssanie w żołądku a zaraz potem duszność w klatce piersiowej i przyśpieszone bicie serca. Oderwał wzrok od siedzących przed nim osób i sięgnął ręką po butelkę wody mineralnej stojącą na stole konferencyjnym. Kiedy butelka się przewróciła, znajdujący się najbliżej premiera minister wstał ze swego krzesła, podniósł butelkę, otworzył i nalał wody do szklanki. Chciał ją usłużnie podać premierowi, ten jednak niecierpliwie machnął ręką i warknął:

– Sam sobie poradzę.

Problem wykładu rozwiązał sam Steffen Inha. Po konsultacji z doradcą prawnym instytutu, gdzie pracował, poprosił premiera Desiru o rozwiązanie umowy. Propozycja nie ucieszyła premiera, ponieważ pozostawiała go z nierozwiązanym problemem przedstawienia społeczeństwu wizji przyszłości.

– Nie mogę wycofać się ze zobowiązania danego publicznie społeczeństwu. Musimy znaleźć jakieś inne rozwiązanie, które nam obydwu da szansę zachowania twarzy.

Po dyskusji uzgodniono, że umowa nie zostanie rozwiązana, tylko zmieniona. Była to nowa propozycja profesora.

– Wygłoszę wykład, tylko inaczej go ukierunkuję. Skoncentruję się nie na przyszłości całego społeczeństwa, ale na losie jednostki. Będzie to rodzaj scenariusza, co może się zdarzyć, kiedy ktoś zarazi się wirusem i ciężko rozchoruje. Opowiem o moich własnych doświadczeniach z okresu, kiedy zaraziłem się wirusem. Przedstawię nie tylko osobiste przeżycia ale i pewne przemyślenia. Będzie to bardzo wymowne i na pewno się spodoba. Ludzie lubią słuchać o sytuacjach, w których sami mogą się znaleźć. 

– To pan zaraził się wirusem i był leczony w szpitalu? Dlaczego mi pan o tym nie powiedział? Powinienem o tym wiedzieć!

– Jakie to miałoby znaczenie dla kogokolwiek? Ponadto, nie obnoszę się z historią moich chorób i leczenia szpitalnego. Nikt się nie chwali, że przebył ciężką chorobę. Czy pan, panie premierze, przyznałby się do czegoś takiego? To coś bardzo osobistego, ale równocześnie uniwersalnego, bo każdy może zarazić się wirusem i trafić do szpitala. Teraz to inna sprawa.

Wyjaśnienie profesora nie poszło w smak premierowi. Postanowił zmienić temat.

– Jakie będą koszty pańskiego wystąpienia? Liczę na poważną obniżkę.

– Wykład wygłoszę gratis. Nie oczekuję od rządu żadnego wynagrodzenia, z wyjątkiem pokrycia kosztów przelotu w obydwie strony i pobytu w hotelu.

Premier zastanawiał się nad słowami profesora. Był zadowolony z obrotu sprawy. Rząd był pod presją wydatków, zadłużenie rosło, każda oszczędność budżetowa stanowiła dobrą wiadomość. Profesor Inha umocnił go w przekonaniu, że dobrze uczyni, akceptując jego propozycję, dodając po chwili wahania:

– Proszę to przedstawić jako swój sukces. Może powie pan coś w rodzaju: Ustaliliśmy, że profesor Steffen Inha wygłosi wykład bezpłatnie. Będzie to wkład szwedzkiej społeczności naukowej w edukację naszego społeczeństwa.

Wystąpienie profesora miała pokazywać telewizja. Transmisję rozpoczęto kilka minut wcześniej. Sala w Pałacu Ślubów w Kornie była wypełniona, panowała atmosfera pełnego ożywienia. Wszystkie fotele były zajęte, siedzące w nich osoby prowadziły ze sobą ożywione rozmowy.

Widzowie przed telewizorami nie mogli wyjść z szoku.

Co ci ludzie tam robią na sali? Przecież w kraju obowiązuje bezwzględny zakaz zbierania się w grupach przekraczających pięć osób.

Rozpoczęły się interwencje. Atakowano przede wszystkim policję, że dopuszcza do takich imprez. Żądano natychmiastowych działań. Do dyżurnego na komendzie policji dodzwonił się jakiś krewki mężczyzna.

– Rozpędźcie ich! Przecież rząd wydał zakaz gromadzenia się. Premier sobie drwi z nas wszystkich. Inne zasady dla społeczeństwa, inne dla niego, jeszcze inne dla jegomościa, którego sobie wybrał!

Policja zapowiedziała przeprowadzenie śledztwa. Telefony były jednak tak natarczywe, że w ciągu kilku minut rzecznik komendanta policji miał gotowe wyjaśnienie.

– Na sali w fotelach nie siedzą żywi ludzie, tylko manekiny humanoidalne pozorujące ludzkie postacie. Niektóre z nich trzymają w rękach smartfony i inne przedmioty dla stworzenia wrażenia, że jest to realny świat – wyjaśnił ubrany po cywilnemu pracownik policji, nerwowo poprawiając marynarkę.

Był to pracownik administracji policji, którego poproszono o zastąpienie rzeczywistego rzecznika, który nagle zachorował. Mężczyzna nie czuł się dobrze w nowej roli, tym bardziej, że marynarka okazała się za ciasna.

Odc. 9 Wykład

Osoby zgromadzone przed wielkim ekranem telewizyjnym w pubie „Pod Złotym Aniołem” siedzieli spokojnie oczekując wykładu profesora Steffena Inha. Właściciel pubu pozasłaniał wszystkie okna i zamknął drzwi wejściowe na klucz. Oficjalnie lokal był nieczynny.

– Nikt nie musi wiedzieć, że mamy tu prywatną imprezę. Człowiek musi radzić sobie mimo ograniczeń, zakazów i nakazów – powiedział niezbyt głośno, bardziej do siebie, niż do towarzystwa zgromadzonego w pubie.

Spotkanie zorganizował dla znajomych i przyjaciół, aby wspólnie obejrzeć wykład profesora Inha na temat wirusa, epidemii i przyszłości kraju. Nie czuł się winny łamania zakazu organizowania imprez grupowych w pomieszczeniach zamkniętych dla większej ilości osób. Uważał, że skoro wszyscy jego klienci mają certyfikaty szczepień przeciw wirusowi lub przechorowali zakażenie, to nie ma potrzeby ograniczać się.

Po włączeniu telewizora na ekranie ukazała się sala ceremonii ślubnych, o stylowym wnętrzu i bogatym wystroju pięknych mebli. Lustrzana ściana odbijała widok na bulwar nadrzeczny i rzekę z żelaznym mostem.

Po chwili oczekiwania z lewej strony podwyższenia widocznego w końcu sali pojawił się profesor Inha. Po przejściu kilku kroków zatrzymał się. Wyglądało to tak, jakby oślepiły go światła lub zaskoczył widok wypełnionej ludźmi sali. Powoli ruszył do przodu, stawiając ostrożnie kroki.

– Co to za człowiek? Nigdy o nim nie słyszałem. Coś mu dolega, bo zachowuje się dziwnie. On jest chyba chory! – interweniował głośno tęgi mężczyzna popijający piwo z dwoma kolegami przy stoliku pod zasłoniętym oknem pubu.

Komentarz nie podobał się innym klientom.

– Niech pan lepiej zamilczy. Oczekujemy optymizmu i pocieszenia a nie żałoby i pogrzebu – kobieta siedząca przy stoliku z tyłu za malkontentem wyraziła opinię większej ilości osób obecnych w pubie, ponieważ poparto ją okrzykami.

– No właśnie! Co racja to racja! Niech pan lepiej powstrzyma się od komentarzy!

Dziennikarka telewizyjna prowadząca program przedstawiła profesora i wyjaśniła cel jego wykładu, po czym usiadła z boku. Profesor rozpoczął prezentację. Mówił w swoim języku, w taki sposób i w takim tempie, aby niewidoczna na sali tłumaczka spokojnie nadążała przekładać.

Po kilkunastu minutach profesor zbladł, głos zaczął mu się łamać. Mówił wolniej i mniej składnie, rozciągał wyrazy, zastanawiał się. W pewnym momencie przerwał i łapczywie wypił do końca resztę wody mineralnej pozostałej w szklance.

– Wygląda to tak, jakby baterie mu się kończyły – skomentował grubas popijający piwo przy stoliku pod oknem.

Tym razem nikt go nie ganił ani nie uciszał.

Profesor Inha opadł na krzesło i patrzył bezsilnie przed siebie. Przypominał nadmuchiwanego plastikowego manekina, z którego powoli uchodzi powietrze. Oddychał coraz ciężej jak ryba wyjęta z wody. Zapadła cisza. Dziennikarka patrzyła na niego kompletnie zdezorientowana. Gorączkowo szukała czegoś w małej torebce, która nie wiadomo kiedy znalazła się w jej rękach. Ciszę przerwało brzęczenie dzwonka profesorskiego smartfonu. Steffen Inha nie odpowiadał, mimo powtarzającego się głośnego dźwięku. Poruszył się dopiero wtedy, kiedy usłyszał mechaniczny głos, który włączył się automatycznie bez jego udziału.

– Proszę uważnie słuchać. Wiemy, co się dzieje z panem. Monitorujemy pańskie najważniejsze funkcje życiowe. Proszę zachować spokój i stosować się do naszych poleceń. Przede wszystkim proszę się nie martwić; to tylko chwilowe zasłabnięcie wynikające prawdopodobnie z przepracowania i stresu, jaki pan teraz przeżywa. W tej chwili otrzymuje pan automatycznie dawkę adrenaliny. Pobudzi ona pański organizm, przyśpieszy pracę serca i ułatwi oddychanie. Poczuje pan dopływ energii. Na wszelki wypadek wysyłamy karetkę pogotowia ratunkowego. Po przybyciu lekarz sam odszuka pana w miejscu, gdzie pan przebywa. Mamy doskonały system lokalizacji GPS. Kiedy poczuje się pan na tyle dobrze, aby kontynuować swoje wystąpienie, proszę tylko wcisnąć czerwony przycisk w aparacie, jaki ma pan przy sobie.

Po upływie niecałej minuty profesor Inha poruszył się żywiej na krześle, a po upływie dwóch minut wstał z niego.

– Czuję się już dobrze, prawie jak młody bóg. Potrzebowałem leku stymulującego pracę organizmu i trochę odpoczynku. Automatycznie otrzymałem dawkę adrenaliny, dobrze mi to zrobiło. Mała rzecz a cieszy – zażartował, aby ukryć zmieszanie swoim zasłabnięciem i przerwaniem wykładu. – Zaraz państwu wszystko wyjaśnię.

Odc. 10 Historia profesora Inha

Stojąc pewniej na nogach profesor dokonał szybkiego rachunku sumienia. To, co mu się przydarzyło, było publiczną kompromitacją. Było za późno, aby tego uniknąć. Musiał pogodzić się z porażką. To wystarczyło, przestał się wahać. Coś w nim pękło, zalała go fala determinacji. Postanowił kontynuować wykład nie jak naukowiec, w sposób wyważony i obiektywny, ale naturalnie, jak zwykły człowiek, szczerze i od serca. Nie zamierzał niczego ukrywać i nie łagodzić, tylko wyjawić swoją tajemnicę. Nie miał nic do stracenia, mógł tylko zyskać.

– To, co państwo teraz usłyszycie, to są moje własne, bolesne doświadczenia.

Pierwsze zdanie nie zabrzmiało zbyt pewnie. W miarę jak mówił, odzyskiwał siły i nabierał przekonania, że postępuje słusznie. Używał mocniejszych słów, nie zastanawiając się, jakby cały tekst miał w głowie i mechanicznie go odtwarzał. Było to jak rozmowa z sąsiadem o pogodzie.

– Przypatrzcie mi się, tak jak tutaj stoję. Zważywszy mój wiek, jestem człowiekiem przeszłości. Zważywszy mój organizm, jestem reprezentantem przyszłości, typem, który będzie pojawiać się coraz częściej. Powiem inaczej, dosadnie; zabrzmi to trochę prostacko, może nawet wulgarnie. Jestem osobą odnowioną, zupełnie jak samochód po generalnym remoncie. Mogę też porównać się do roweru po wypadku drogowym, naprawionego poprzez wymianę uszkodzonych części na nowe lub używane, ale w dobrym stanie.

W pubie „Pod Złotym Aniołem” zapadła milczenie. Wszystko, co profesor mówił, brzmiało dziwnie, co najmniej niezrozumiale. Trzech mężczyzn przy stoiku w głębi sali przerwało picie piwa. Patrzyli na siebie niepewnie.

– Co on mówi? O co tu chodzi?

Steffen Inha kontynuował. Od czasu do czasu odrywał wzrok od kamery telewizyjnej, aby skoncentrować się wewnętrznie. Wygłaszał monolog.

– Trzynastego marca zeszłego roku przyjechałem razem z przyjacielem do małego miasteczka na północy Szwecji, gdzie mam domek wypoczynkowy. Myśleliśmy, że wirus nas nie złapie. Rzadko robiliśmy zakupy, nie imprezowaliśmy, prawie nie widywaliśmy się z innymi ludźmi. Miałem wtedy sześćdziesiąt dwa lata. Dziś mam sześćdziesiąt trzy. Nie wiem, kiedy dopadł mnie wirus. Prawdopodobnie wtedy, kiedy poszedłem do apteki. Wewnątrz były trzy osoby, razem ze mną nie więcej niż przewidywała to norma dla pomieszczenia tej wielkości. Wszyscy byli w maseczkach, Wiem, że aptekę kilka dni później zamknięto na krótko, aby poddać ją odkażaniu. Uważam siebie za szczęśliwca, ponieważ przeżyłem ciężkie zakażenie wirusem.

Profesor popatrzył na dziennikarkę. Siedziała nieruchomo, słuchając go z uwagą. Zatrzymał na niej wzrok, jakby zapominając, gdzie jest i co robi. Krótki moment wypoczynku i kilka łyków zimnej wody wystarczyły, aby mógł podjąć wspomnienia. Odczuwał ulgę, dzieląc się z innymi pamięcią ciężkich przeżyć.

Wirus zaatakował go bardzo ostro. W ciągu tygodnia dosłownie zdewastował mu płuca, potem przyszła kolej na dalsze organy wewnętrzne. Ratowano go z pełnym poświęceniem i w wielkim pośpiechu.

– Przeszczepiono mi płuca, serce i nerki. Stało się to bez mojej wiedzy. Byłem nieprzytomny i nie było nikogo, kto mógłby wyrazić ją za mnie lub odmówić przeprowadzenia tylu operacji. Te operacje nie nastąpiły oczywiście w jednym czasie, były niezwykle ryzykowne, ale mnie uratowały. Mój stary że tak powiem organizm ma sześćdziesiąt trzy lata, wymienione trzy narządy są sporo młodsze. Mam płuca trzydziestolatka, serce czterdziestolatka oraz nerki czterdziestodwuletniej kobiety.

Odc. 11 Szpital

Profesor wyprostował się, uniósł głowę do góry i utopił wzrok w przestrzeni, podsumowując w głowie to, co ma do powiedzenia, po czym kontynuował.

– W mojej umowie z Instytutem Przyszłości w Sztokholmie, gdzie jestem zatrudniony, jest zastrzeżenie, że nie ujawnię nikomu tego, co teraz zamierzam powiedzieć.

– Teraz na pewno wypieprzą go z roboty. Pewnie powie, że to go martwi, bo na to nie zasłużył – mruknął do siebie premier otwierając kolejną puszkę piwa. Transmisję profesora Inha oglądał samotnie z domu. W głowie mu szumiało. Potrzebował tego. Pomyślał, że dobrze byłoby, aby Anna oglądała wystąpienie Szweda razem z nim. Kiedy je to zaproponował, ofuknęła go:

– W odróżnieniu od ciebie mam obowiązki rodzinne. Pamiętasz o kraju, ale zapomniałeś o własnych dzieciach. Zaniedbałeś je całkowicie, widzą cię tylko wieczorem a i to nie zawsze. Niedługo zapomną, że mają ojca. Dlatego nie będę z tobą oglądać. Siedź i pij teraz to piwo, którego sam nawarzyłeś zawierając umowę z tym niedorobionym profesorem.

– Prawdopodobnie teraz mnie zwolnią – podjął Inha, jakby wtórując myślom premiera. – Ale ja to ignoruję, że nie powiem chromolę. Wiecznie żyć nie będę. Mam umowę z Kliniką Libra na pełną, nieprzerwaną, całodobową opiekę nade mną i dostateczne środki, aby za to płacić. To właśnie musicie państwo zrozumieć: w warunkach zabójczej epidemii, takiej jak obecna, kiedy państwowa służba zdrowia tonie pod ciężarem dziesiątek tysięcy ciężko chorych ludzi, pieniądze są kluczem do przeżycia. To krytyczny wymiar przyszłej opieki zdrowotnej.

Twarz Steffena Inha opowiadała jego historię lepiej niż słowa. Wróciła na nią bladość i napięcie, oczy zanurzyły się w tunelu wspomnień. Profesor znowu patrzył gdzieś w przestrzeń, przypominając sobie szczegóły.

Na początku zakażenia wirusem czuł się zupełnie dobrze. Objawy pojawiły się wyraźnie dopiero piątego dnia od momentu zakażenia. Najpierw poczuł się słabo. Wkrótce pojawiły się inne symptomy: zmęczenie, gorączka, suchy kaszel, ból mięśni i głowy. Był przekonany, że się przeziębił. Wyglądało to jak grypa. Jego stan był jednak na tyle podejrzany, że zgłosił się telefonicznie do pogotowia ratunkowego.

– Była to długa i męcząca rozmowa. Pogotowie robiło już wtedy bokami, nie nadążali z wysyłaniem karetek na wezwania i przewożeniem chorych, ale ja o tym nie wiedziałem. Wiedziałem, że jest źle, ale nie aż tak bardzo. Kobieta na dyżurze w pogotowiu zadawała mi pytania. Wiele pytań. Niektórych nie rozumiałem i prosiłem o wyjaśnienie, aby móc udzielić sensownej odpowiedzi. Kiedy zapytała mnie, od kiedy mam te objawy i gdzie mogłem się zarazić, zdałem sobie sprawę, że mogło to nastąpić w czasie konferencji naukowej, w jakiej brałem udział kilka dni wcześniej. Miałem tam kontakt z wieloma osobami.

Potem starała się mnie przekonać, że objawy wskazują bardziej na grypę, niż zakażenie wirusem. Myślę, że starała się mnie zachęcić, abym szukał pomocy gdzie indziej. Ponieważ się upierałem, że potrzebuję ich pomocy, nie innej, poleciła mi wykonać test na obecność wirusa. Zrobiłem to. Dzień później wiedziałem już wszystko; test był pozytywny. W tym czasie mój stan zdrowia bardzo się pogorszył.

Potrzebowałem rozpaczliwie hospitalizacji, ale było to niemożliwe. Szpitale były tak przepełnione, że nowych pacjentów przyjmowano dopiero wtedy, kiedy któryś z aktualnych wyzdrowiał lub umarł. W szpitalu miejskim w Sztokholmie, największym ze wszystkich, nie było wolnych łóżek, w innym szpitalu był niedostatek personelu, w jeszcze innym problemy ze sprzętem i tlenem. Polecano mi czekać, byłem na liście, prawie już traciłem przytomność. Czułem, że nie przeżyję.

Decyzje podjęli za mnie dwaj moi przyjaciele. To mnie ocaliło. Umieścili mnie w pośpiechu w prywatnej klinice Libra, która dzień wcześniej otworzyła oddział antywirusowy. Były jeszcze wolne miejsca. Koszt był niezwykle wysoki, bo była to luksusowa placówka medyczna dla osób mających szczególne wymagania i potrzeby. Dyrekcja bała się też ryzyka, że ich własny personel pochoruje się, ponieważ nie mieli dostatecznego doświadczenia z taką epidemią. Sam nie mogłem niczego załatwić, nie mogłem nawet odnaleźć karty kredytowej, a nie miałem siły aby dokonywać przelewu bankowych korzystając z komputera. Moi przyjaciele wystawili pisemne zobowiązanie, że uiszczą zapłatę, jeśli ja tego nie zrobię lub jeśli nie przeżyję. Decyzja musiała być podjęta praktycznie natychmiast.

Inha przerwał opowiadanie i wrócił wzrokiem na widownię. Widział na niej kilkadziesiąt żywych postaci, siedzących w odległości czterech foteli i dwóch rzędów od siebie. Reszta to były manekiny. Wydało mu się, że są podobne do niego.

Odc. 12 Wspomnienia 

Steffen Inha zachował niewiele wspomnień z pobytu w klinice Libra. Pamięć wróciła mu wraz ze świadomością zaledwie na kilka dni przed opuszczeniem kliniki. Dopiero wtedy dotarło do niego, że cudem ocalał. Do kliniki przywieziono go w ostatniej chwili, kiedy wirus atakował już płuca, wątrobę i nerki.

– Nie miałem pojęcia, że mnie w ogóle tam przywieziono, było już ze mną bardzo źle. Byłem nieprzytomny.

– W klinice Libra wyszło na jaw, że byłem jedną z pierwszych ofiar nowej odmiany wirusa. Był to wirus, który uległ mutacji polegającej na zdolności przylegania do cząsteczek pyłów i zanieczyszczeń unoszących się w powietrzu oraz drobin gazów emitowanych przez pojazdy spalinowe. Wchłaniając mieszankę zanieczyszczeń i wirusów, płuca zatykały się znacznie szybciej doprowadzając do głębszych i bardziej niebezpiecznych zmian w organizmie.

Profesor kolejny raz przerwał wykład, aby napić się czegoś. Bardziej potrzebował gorącej kawy niż wody i zastanawiał się, jak mógłby zaspokoić tę potrzebę.  Obserwująca go w milczeniu dziennikarka zauważyła jego wahanie. Pomyślała, że zagubił się w swojej prezentacji. Zdecydowała się mu pomóc, zadając pytanie:

– Czy mógłby pan, profesorze, ujawnić coś więcej o tym, jak ratowano pana w klinice? Lekarze i personel pomocniczy z pewnością coś panu powiedzieli, kiedy doszedł pan do siebie.

– Nie jestem w stanie dobrze opisać tego, o co pani prosi. Fakt był taki, że uratowano mnie w ostatniej chwili. To był naprawdę cud. Wszystko układało się przeciwko mnie: płuca wypowiadające posłuszeństwo organizmowi, szybkie pogarszanie się stanu nerek i wątroby. Przy okazji wykryto u mnie cukrzycę, o której nawet nie wiedziałem – Steffen Inha zamyślił się na chwilę.

Kiedy wysiadły mu płuca, podłączono go do respiratora. Od tej pory był sztucznie utrzymywany przy życiu. W krótkim czasie przeszedł trzy operacje: najpierw przeszczep płuc, potem wątroby, w końcu nerki. Druga nerka na szczęście się uchowała. Lekarze w rozmowach między sobą nie dawali mu szansy przeżycia większej niż jeden do dziesięciu, potem już tylko żałosne kilka procent. Ponieważ był nieprzytomny, a potem w śpiączce farmakologicznej, nikt nie był w stanie komunikować się z nim. 

Inha rozejrzał się po sali i zaczął mocniejszym głosem:

– Mój beznadziejny stan i niemożność porozumienia się z kimkolwiek, to mnie uratowało. Lekarze mogli szybko podjąć decyzję kierując się tylko swoim doświadczeniem i sumieniem. Sytuacja wymagała wykorzystania wiedzy nie całkiem jeszcze sprawdzonej, nowych technologii, nowych procedur i leków. Ordynator kliniki powiedział mi potem w zaufaniu:

– Był to jeden wielki i ryzykowny eksperyment. Koszty były ogromne, nie liczyliśmy nawet, że kiedykolwiek je odzyskamy, po prostu ratowaliśmy pańskie życie stosując najnowsze, nie zawsze sprawdzone osiągnięcia naukowe. Taki jest koszt postępu naukowego w warunkach wojny.

– Popatrzyłem na niego i zapytałem, o jaką wojnę mu chodzi. Ordynator uśmiechnął się:

– Wojnę z wirusem i epidemią w warunkach bojowych, czyli z ograniczonym rozpoznaniem nieprzyjaciela i pola walki. Przepraszam, że używam takiego języka, z wykształcenia jestem lekarzem wojskowym.

Inha wstał z krzesła, na którym usiadł kilka minut wcześniej; chciał powiedzieć coś ważnego.

– Nie jestem już naturalnym, biologicznym organizmem. Mój organizm jest monitorowany przez czujniki przekazujące nieprzerwanie dane do centralnej bazy danych kliniki. Wszystko to działa dzięki sztucznej inteligencji analizującej niezliczoną ilość informacji i podejmującej natychmiastową decyzję, co należy zrobić.

Z boku obiektywu kamery telewizyjnej zapaliła się lampka sygnalizująca, że profesor zbliża się do zakończenia prezentacji.

– Zmierzam do końca. Jestem pracownikiem naukowym i zgromadziłem spore środki finansowe. Dzięki nim trafiłem do kliniki, gdzie mnie uratowano. Pieniądze! To przekleństwo i dobrodziejstwo współczesności. Inni nie mieli tyle szczęścia.

Odc. 13 Wyznania

– Nikt nie jest w stanie określić, jak szybko będzie mutować wirus, nasilać się epidemia i czy będą dostępne szczepionki. Tysiące ludzi umarło w minionym okresie. Sam pobrałem bolesną lekcję i wyciągnąłem wnioski. Powiem wam, jaki jest najważniejszy.

Najlepszym ubezpieczeniem na czas zabójczej epidemii jest posiadanie środków na opłacenie opieki medycznej. U szczytu epidemii zawsze będzie brakować miejsc w szpitalach i sprzętu medycznego, zwłaszcza respiratorów, które są na cenę złota. Także do leków, coraz bardziej kosztownych oraz do personelu, ponieważ nawet najsprawniejszy lekarz czy pielęgniarka nie mogą obsługiwać jednocześnie więcej niż kilku pacjentów.

Za rok lub dwa, a może za miesiąc lub dwa, nikt tego nie wie, aby przeżyć będziecie musieli mieć własne pieniądze. Każdy z was. Nie służba zdrowia, czy rząd, ale wy sami. Biedni nie mają szans przeżycia. Medycyna stała się potwornie droga. Nikt wam tego oczywiście nie powie. Państwowa służba zdrowia może wiele obiecywać, ale nie jest w stanie wypełnić obietnic w warunkach kryzysu. Dawniej mówiono: – Czas to pieniądz. To tylko częściowa prawda. Teraz możemy sobie powiedzieć: – Pieniądz to życie. Wyrażę to brutalnie: – Bez dużych pieniędzy będziemy nadawać się tylko do rozbiórki na części, jeśli jeszcze pozostanie w nas coś użytecznego dla innych.

Profesor sięgnął do kieszeni, wyjął z niej małą buteleczkę a z niej dwie białe pastylki, włożył je do ust i popił wodą. Robił to demonstracyjnie jakby dla podkreślenia zależności od środków farmaceutycznych.

– Czy to, co powiedziałem jest prawdą? Sami musicie odpowiedzieć na to pytanie, analizując fakty. Sytuacja każdego z was może być inna. Wiek, stan zdrowia, choroby współistniejące, intensywność zakażenia wirusem.

Światło zgasło, zapaliły się lampy rozjaśniające umieszczone w suficie. Zapowiedziano krótką przerwę, profesor znikł ze sceny. Na ścianach i podłodze pojawiły się efekty świetlne, z niewidocznych głośników popłynęła muzyka klasyczna.  

Kiedy Inha wrócił, był przebrany. Miał na sobie ciemniejszy strój, wyglądał poważniej, nobliwie i wyraziście, przypominając bardziej osobę duchowną niż starszego naukowca o cerze wyblakłej wskutek długiego przebywania w zamkniętych pomieszczeniach: bibliotek, sal wykładowych i konferencyjnych oraz własnych gabinetów.

– Przebrałem się w strój kaznodziei. Uważam, że lepiej odpowiada tej chwili. Jako naukowiec czuję się bezsilny. Trzeźwość i obiektywność nauki do niewielu dzisiaj przemawia, Nikogo nie przekonuje, kiedy życie staje dęba i idzie własnym drogą.  

Roman Desiru bacznie obserwujący profesora wstał nagle z fotela. Dopiero teraz dotarło do niego, że Inha podważa wiarę w państwo i publiczną służbę zdrowia. Twarz premiera zaczerwieniła się, usta wykrzywił grymas gniewu. Krzyknął do żony, która właśnie otworzyła drzwi do pokoju:

– Ten sukinsyn mnie oszukał! Destabilizuje mój rząd! Chce mnie wykończyć!

Odc. 14 Wyznanie

Desiru wybiegł z domu na zewnątrz. Ręce mu drżały, kiedy na smartfonie wybierał specjalny numer alarmowy. Po drugiej stronie reakcja była natychmiastowa.

– Tu oddział specjalny. Słucham, panie premierze!

Desiru mówił wyraźnie, przyciszonym głosem, jakby bał się, że ktoś go podsłucha. Wydawał polecenia i słuchał odpowiedzi. W końcu krzyknął:

– Wyłączcie do groma cały ten przekaz telewizyjny Steffena Inha!

– Nie mamy jak. Usiłujemy, ale to nic nie daje. Wygląda na to, że mają własny kanał przekazu. Przekaz idzie przez nieznanego operatora.

– To wyłączcie prąd i ogłoście awarię systemu telekomunikacji! Powiedzcie zresztą, co chcecie. Że piorun uderzył w nadajnik telewizyjny i wszystko zniszczył – na twarzy premiera nabrzmiały czerwone żyłki, głos był chrapliwy.

– Tak jest! Już to robimy!

Premier wrócił do pokoju telewizyjnego i zagłębił się w fotelu, czekał na efekt swojego polecenia. Transmisja trwała nadal, profesor kontynuował jak gdyby nigdy nic. Desiru wydało się, że Szwed bezczelnie patrzy mu prosto w oczy. Zrozumiał, że go fatalnie przechytrzono. Nie rozumiał tylko, czyje to było zlecenie i po co.

– To sabotaż! – wrzasnął, boleśnie zaciskając palce na oparciu fotela.

Anna Desiru wbiegła do pokoju. Widząc męża siedzącego spokojnie w fotelu, zapytała zdenerwowana:

– Czemu się drzesz!? Myślałam, że coś się stało. Że dostałeś ataku serca lub ktoś włamał się do domu!

Premier popatrzył na nią w zdziwieniu i oprzytomniał. Coś przyszło mu do głowy, zerwał się z fotela i znowu wybiegł z pokoju. Po chwili dzwonił do sztabu kryzysowego. Dowódcą był pułkownik w stanie spoczynku, zaufany i doświadczony człowiek. Czekał na niego, wiedział, kto dzwoni. Zanim Desiru odezwał się, pułkownik wyrzucił z siebie:

– Nie mamy pojęcia, jak to zorganizowano. Nie jesteśmy w stanie przerwać przekazu. Wysłałem tam moich ludzi. Siłą usuną tego profesora ze sceny, jeśli w międzyczasie nie przerwiemy transmisji. Pracujemy nad tym nieprzerwanie.

Premier wrócił zrezygnowany i ciężko opadł na fotel. Po raz pierwszy w życiu czuł się całkowicie bezsilny. Mając do dyspozycji sprzęt, pieniądze, wielki aparat administracyjny – pełnię władzy, nie mógł nic zrobić. Pozostało mu tylko słuchanie, jak Inha zniechęca ludzi do państwowej opieki zdrowotnej.

Wykład zbliżał się do końca. Profesor popadł w ton kaznodziejski, przepowiadał przyszłość. Mówił chrapliwie, z wysiłkiem, jakby baterie lub adrenalina wyczerpywały się w nim i on to czuł.

– To są moje ostatnie słowa. Chcę, abyście je dobrze zapamiętali. W okresie wielkiej epidemii, przy nasilającej się degradacji środowiska naturalnego i przemieszczaniu się wielkich mas ludzi na globalną skalę jesteśmy skazani na nagłe epidemie. To także skutek nieprzerwanego postępu medycyny i technologii. Walcząc z wirusem, zmieniamy warunki jego otoczenia i przyśpieszamy jego mutację.

Profesor usiadł. Twarz mu zbladła, wydawało się, że wiotczeje w ramionach. Znowu wyglądał jak nadmuchiwana plastikowa kukła, z której uchodzi powietrze. Nie bez wysiłku podniósł głowę.

– Jesteśmy tworem coraz mniej biologicznym, coraz bardziej technologicznym i mechanicznym. Stajemy się odbiorcami i dostawcami wymiennych części organizmu, magazynem, do którego coś się dokłada i z którego coś się wyjmuje. Sami stworzyliśmy ten świat.

– Człowiek jest tylko rzeczą – oto moje określenie człowieczeństwa bliskiej przyszłości. Jednostka coraz mniej będzie miała do powiedzenia, coraz więcej rządy, szpitale, lekarze, w końcu roboty wyposażone w sztuczną inteligencję. To oni będą podejmować za nas decyzje. Na początku będzie to stan wyższej konieczności, kiedy czas nagli, a potem, kiedy się wszyscy do tego przyzwyczaimy, już stale. Zapamiętajcie to hasło: Człowiek jest tylko rzeczą.

Michael Tequila
Gdańsk, 20 maja 2021

0Shares

Pogoda. Opowiadanie. Odc. 1-6/6.

Odc. 1 Teresa

Teresa Lamer cieszyła się życiem. Mówiono o niej, że urodziła się w czepku. Miała trzydzieści dwa lata, dobry zawód i idealny stan zdrowia. Nikogo to nie dziwiło, ponieważ dobrze się odżywiała i prowadziła aktywny tryb życia. Latem namiętnie oddawała się pływaniu, zimą jeździła na nartach.

– Czuję się fantastycznie. Regularnie ćwiczę i jestem w takiej formie, że mogłabym ścigać się z koniem – żartując, uśmiechała się figlarnie, po czym dodawała: – No! Może nie z koniem, ale z kucykiem.

Teresa pracowała w Powiatowym Inspektoracie Nadzoru Budowlanego na stanowisku kontrolerki budowy. To zapewniało jej regularny dochód i stabilizację. Życie prywatne miała też uporządkowane. Nie była to jakaś szalona namiętność, ale prawdziwa miłość. Z Marcinem chodziła już ponad rok. Spotykali się regularnie co najmniej kilka razy w tygodniu.

Nie byli małżeństwem, ale żyli ze sobą przykładniej niż niejedna para małżeńska. Mieszkali osobno; ona we własnym mieszkaniu, on jeszcze z rodzicami. Właściwie to nie było nawet jasne dlaczego nie zamieszkali razem. Tak zaczęli i tak było im dobrze. W ich uczuciach była przyjaźń i miłość. Oboje mieli swoje przywary i słabości, ale tego nie dostrzegali, nie było to dla nich ważne. Co do małżeństwa, to uważali je za ceremoniał, tradycję ważną dla osób wierzących w sakrament święty.

– Żyć nie umierać, choć wolałabym, abyśmy częściej byli razem – mawiała Teresa, uśmiechając się tajemniczo.

Po ukończeniu trzydziestego drugiego roku życia jej stan zdrowia pogorszył się. Coś zepsuło się w jej organizmie. Kojarzyła to sobie z koszmarnym doświadczeniem w czasie rejsu statkiem wycieczkowym „Caribbean Aristocracy” płynącym wzdłuż wschodnich wybrzeży Stanów Zjednoczonych w kierunku Kuby.

Podróż przebiegała spokojnie przy dobrej pogodzie aż do chwili, kiedy u wybrzeży kontynentu pojawił się huragan Wilma niosący ze sobą rekordowo niskie ciśnienie. Osiemnastego września huragan nasilił się i po prostu oszalał na wysokości Florydy. W ciągu dwudziestu godzin ciśnienie atmosferyczne w oku huraganu spadło z 982 do 882 hektopaskali. Dzień dziewiętnastego września okazał się dniem klęski nie tylko dla Teresy. Wycieczkowiec znalazł się niebezpiecznie blisko oka cyklonu. Mimo wcześniejszych ostrzeżeń meteorologicznych dowództwu jednostki nie udało się tego uniknąć.

Teresa nigdy wcześniej nie przeżywała takiej pogody, podobnie jak większość pasażerów na pokładzie. Była sama w kabinie. Miała uczucie, że świat się zawalił; doznała potwornego bólu głowy i zaburzeń widzenia, obrazy rozmazywały jej się przed oczami. Czuła pustkę w głowie, nudności i niezdolność koncentracji uwagi. W kabinie mimo włączonej klimatyzacji zrobiło się duszno. Chciało jej się strasznie spać, miała wrażenie, że zasypia na stojąco. Położyła się na łóżko, ale niewiele to pomogło. Pociła się i a nawet dusiła się. Kilkakrotnie naciskała dzwonek wzywając pomocy, nikt się jednak nie zjawił. Najbardziej dolegało jej serce, biło jak oszalałe; drżały też ręce. W pewnej chwili wydało jej się, że ktoś jest w kabinie. Usiłowała coś powiedzieć, wydobyła z siebie tylko nieskładne słowa.

– W środku czułam wielkie roztelepanie. Chyba chciałam już umrzeć – tak to potem określała.

W końcu straciła przytomność. Obudziła się wyciągnięta wygodnie na łóżku. Stała nad nią kobieta w białym kitlu.

– Jestem ratowniczką medyczną. Zrobiłam pani zastrzyk. Na stoliku zostawiam lekarstwa i butelkę zimnej wody mineralnej. Więcej nie mogę nic zrobić. Wszyscy biegamy jak szaleni po statku starając się pomóc ludziom w cierpieniu.

Wkrótce kapitanowi udało się zawinąć do bezpiecznego portu na wybrzeżu, aby przeczekać pozostały czas sztormu.

Z dni tragicznych wydarzeń Teresa zapamiętała niewiele szczegółów. O niektórych czytała później. Huragan dotknął kilka krajów, szczególnie Kubę. Na wyspie zamknięto czterdzieści hoteli, wiele firm, banków i instytucji rządowych. Z wybrzeża usunięto w głąb lądu ponad pięćset łodzi. Z obawy przed gwałtownymi wezbraniami wody przewieziono w bezpieczne miejsca ćwierć miliona zwierząt gospodarskich. Zatrzymane zostały wszystkie pociągi pasażerskie, także połączenia promowe między lądem a Wyspą Juventud. Zamknięto lotniska międzynarodowe w Hawanie, Varadero oraz Cayo Coco.

Odc. 2 Uzależnienie

Od czasu powrotu do kraju Teresa nie była już tą samą osobą. Jej nastrój pogarszał się. Jak tylko następowała większa zmiana ciśnienia atmosferycznego dopadał ją ostry ból głowy, była poirytowana, zła na siebie i na świat.

W trakcie okresowego badania lekarskiego Teresa opowiedziała swoje przejścia na statku lekarzowi rodzinnemu. Zbadał ją bardzo starannie ale nie zauważył żadnych zmian.

– Proszę przez rok czasu mierzyć i rejestrować ciśnienie krwi, tętno oraz zapisywać, jak się pani czuje. Porównamy te zapisy z wykresem ciśnienia atmosferycznego w miejscach, gdzie pani w tym czasie przebywała. To też proszę notować. Zobaczymy, jak bardzo jest pani uzależniona od zmian pogody.  

Pacjentka wzięła sobie polecenia lekarza do serca i skrupulatnie zapisywała wszystkie przypadki bólu głowy. Porównując je widziała wyraźną zbieżność między gorszym samopoczuciem a zmianą pogody, zwłaszcza ciśnienia atmosferycznego. Po roku czasu zgłosiła się do lekarza z notatkami.

– Pani organizm wyjątkowo silnie reaguje na zmiany atmosferyczne. Stała się pani prawdziwą meteopatką. W miarę upływu lat będzie to coraz bardziej odczuwalne. Proszę się pilnować.

Tydzień późnień Teresa odwiedziła rodzinę w Hasali. Właściwie byli to tylko jej kuzyni, ponieważ jej rodzice nie żyli a rodzeństwa nie miała. Spotkała się z Albertem, ciotecznym bratem. Bardzo się lubili. Powiedziała kiedyś koleżance w pracy:

– Albert to inteligentny i interesujący człowiek. To jedyny mężczyzna w mojej rodzinie, z którym łączy mnie nić porozumienia. Reszta to … eh … lepiej nie wspominać.

O spotkaniu z Albertem nie wspomniała nawet słowem Marcinowi, swojemu partnerowi. Miała powody; był chorobliwie zazdrosny. Dobrze pamiętała awanturę jaką jej zrobił, kiedy mu pokazała zdjęcie, na którym Albert obejmował ją ramieniem. Marcin wybuchł jak petarda.

– Dosyć mam tych twoich miłostek na boku! – wrzasnął i wyszedł z domu, trzaskając drzwiami.

Teresa poczuła się upokorzona podejrzeniami. Przestała rozmawiać z Marcinem. Po tygodniu przyjechał z kwiatami i przeprosił ją za wybuch gniewu, ale nie za podejrzenia o romans.

Koleżanki w pracy pocieszały ją:

– W sumie nie jest to zły znak. Kocha cię i jest zazdrosny. To jest w miarę normalne.

– Czy normalne jest traktowanie mnie jak puszczalskiej, wybuch wściekłości i trzaskanie drzwiami? – dla niej nie było to dobre wytłumaczenie.

Teresa kładła się spać, kiedy zadzwonił telefon. Było to pod koniec lata. Aż podskoczyła, bo nikt nie dzwonił do niej o tak późnej porze. Jej niepokój był uzasadniony. Dzwoniła matka Alberta, płakała, była zrozpaczona.

 – Albert został rażony piorunem. Jego stan jest bardzo ciężki. Lekarze nie chcą powiedzieć jakie są rokowania. Mówią, że każda prognoza byłaby przedwczesna, że trzeba poczekać.

– Ale co konkretnie powiedzieli?! Coś musieli powiedzieć?

– Że był to tragiczny i niezwykle rzadki przypadek. Na plecach Alberta widoczna jest okropna czerwona pręga z kilkoma odgałęzieniami. Wygląda jak wielki liść z milionami rozognionych żyłek. Ta pręga ciągnie się od szczytu lewej łopatki w dół do prawej strony ciała.

– Jak to się stało? Jak mógł uderzyć go piorun?

– Poszedł z psami na spacer do lasu. Zbliżała się burza. Nawałnica złapała go w drodze powrotnej na otwartej przestrzeni. Wszystko to obserwowali turyści przez okno werandy domu wypoczynkowego. Rozmawiali nawet między sobą o przedziwnej brunatnej chmurze w kształcie świni. Jeden z nich podobno powiedział:

– Chmura wygląda jak ogromna, rozwalona na ściółce maciora. Te charakterystyczne szpiczaste uszy i wielki zad. – Tak pisała prasa. – Wtedy zobaczyli samotnego mężczyznę z psami. Zatrzymał się na skraju lasu, popatrzył w górę a potem ruszył w pośpiechu w kierunku domów. To był Albert. Widzieli jak biegł w deszczu, kiedy z ogromnym hukiem uderzył w niego piorun. Opowiedzieli tę historię dziennikarzowi.

– Zobaczyliśmy błyskawicę lecącą z góry w jego kierunku. Człowiek padł na ziemię i już się nie podniósł.

Ofierze pioruna pośpieszyły z pomocą dwie osoby. Pierwszą był kierownik wycieczki. Zapytał głośno, czy ktoś mu pomoże ratować człowieka rażonego piorunem. Od stolika wstała kobieta, powiedziała, że jest lekarką. Pobiegła do swojego pokoju po kurtkę przeciwdeszczową. Kiedy mężczyzna czekał na nią, recepcjonistka dzwoniła już po pogotowie ratunkowe.

– Biegliśmy we dwójkę w kierunku mężczyzny. Po drodze lekarka wyjaśniła mi, że bezpośrednią przyczyną zgonu od pioruna jest zatrzymanie krążenia, dlatego konieczna jest natychmiastowa resuscytacja.

– Bez tego nie przeżyje – wyjaśniła i przyśpieszyła kroku.

Odc. 3 Spotkanie

Albert obudził się dopiero w karetce pogotowia. Przyjechała bardzo szybko. Od ratownika pogotowia dowiedział się, że został rażony piorunem. Zapytał, co z psami.

– Cudem pan przeżył – to były słowa, jakie usłyszał. – A psy uciekły.

W szpitalu natychmiast zajęto się ofiarą wyładowania elektrycznego. Lekarz dokonał oględzin i wykonał prześwietlenie. Piorun na szczęście nie uderzył bezpośrednio w Alberta. Było to wyładowanie iskrowe, prąd przeleciał po powierzchni ciała powodując ciężkie poparzenia. Oprócz nich na szczęście nie było innych obrażeń: złamań kości, uszkodzenia układu nerwowego powodującego paraliż kończyn czy zaburzenie widzenia. Czy słuch został uszkodzony, można było ustalić dopiero po kilku dniach.

Teresa głęboko przeżyła nagły i szokujący wypadek kuzyna. W pracy chodziła przygnębiona, będąc sama w domu czuła się przybita. Marcin nie okazywał jej prawdziwego współczucia. Pocieszał ją, ale miała wrażenie, że czyni to tylko z przyzwoitości. W pracy było lepiej. Szef zatrzymał ją na korytarzu, kiedy nie odpowiedziała na jego pozdrowienie.

– Teresko, co z tobą? Wyglądasz jak ukrzyżowana. Ty, osoba pogodna i towarzyska, w takim stanie!?

Inni pracownicy też ją pytali, dlaczego chodzi przygnębiona. Przedstawiała wtedy tragiczną historię kuzyna kończąc słowami:

 – Jest człowiek, nie ma człowieka – nie zdawała sobie nawet sprawy, że się powtarza.

Po dwóch dniach nadeszła dobra wiadomość: Albert przeżył fatalne uderzenie pioruna, jego stan się poprawiał. Po trzech dniach było już pewne, że jest na drodze do wyzdrowienia. To były bardzo pomyślne wieści. Wkrótce Teresa sama mogła zadzwonić do niego i porozmawiać. Zapamiętała jego słowa.

– Zmiana pogody omalże mnie nie wykończyła. Śmieszne. Nigdy nie myślałem o pogodzie w taki sposób.

Kilka miesięcy później Teresa otrzymała zaproszenie do Hasali na spotkanie rodzinne z okazji szczęśliwego powrotu Alberta do zdrowia. Nie mogła opuścić takiej okazji mimo, że nie był to dla niej dogodny czas. Był to okres intensywnej pracy, firma nadzorowała kilka oddawanych do użytku budów domów jednorodzinnych i duże przedszkole .

Zamiast samochodem pojechała pociągiem. Było to kilkaset kilometrów. Podróż była spokojna. Na przystanku kolejowym spotkała ją niespodzianka. W poczekalni kolejowej powitał ją sam Albert. Widać było po nim, że przeszedł coś bardzo bolesnego, był blady i szczuplejszy. Otworzył szeroko ramiona, promieniał radością.

– Nie wiesz nawet, Teresko, kto cię wita. Niedoszły nieboszczyk! Ale miałem szczęście! Mam teraz o czym opowiadać.

Zaśmiali się w jednym momencie jak na zawołanie. To ich tak rozbawiło, że znowu wybuchnęli śmiechem, zwracając na siebie uwagę osób obecnych w poczekalni. Nie przejmowali się tym.

Po przyjedzie do domu matki Alberta, gdzie odbywało się spotkanie, Teresa przywitała się z pozostałym gośćmi. Kuzyn towarzyszył jej przez cały czas. Po kilku minutach przeprosił ją.

– Wybacz mi, Teresko. Nie mogę towarzyszyć ci cały czas, mam jeszcze kilka innych osób. Muszę się nimi zająć. – Rozłożył ręce. – Taka jest rola gospodarza, któremu się poszczęściło. Trzeba dzielić się radością z bliźnimi.

Teresa chodziła od jednej grupki gości do drugiej z nadzieją na włączenie się do jakieś rozmowy. Nie znała nikogo oprócz Alberta. Po kilkunastu minutach uznała spotkanie za nudne. Rozmowy i wspomnienia ludzi wydały jej się mało ciekawe. Ktoś wspominał, że na pogrzebie jego ojca ksiądz mógłby powiedzieć coś pozytywnego o zmarłym zamiast powtarzać w kółko, jak krótkie jest ludzkie życie.

W grupie, do której w końcu dołączyła, rozmowa zeszła na temat wypadku Alberta, a następnie wpływu pogody i zjawisk atmosferycznych na człowieka.

– Ten wpływ jest znacznie silniejszy niż myślimy – podjął z przekonaniem siwy mężczyzna, mało atrakcyjny pięćdziesięciolatek z kępką rzadkich włosów na środku głowy.

Teresa słuchała go razem z dwiema innymi kobietami. Czuła do niego niechęć. Był tęgi, głośny i gadatliwy. Robił przerwy tylko po to, aby wziąć do ust kanapkę lub napić się alkoholu. Przyglądała mu się, zastanawiając się, co konkretnie ją razi w nim. Mężczyzna miał czoło poorane zmarszczkami przypominającymi bruzdy i lekko obwisłe policzki. Ubrany był w marynarkę; pod nią miał dwie koszule, tak to przynajmniej wyglądało, i niedbale zawiązany krawat. Mówił jednak intersująco. Kiedy odszedł na chwilę, aby przynieść sobie coś więcej do zjedzenia, Teresa zapytała stojącą obok blondynkę o wyraźnie umalowanych ustach:

– Kto to taki?

Odc. 4 Rozmowa

– To Józef Barski, meteorolog. Zna dobrze Alberta, kiedyś pracowali w jednej firmie. Ostatnio przekwalifikował się, jest teraz klimatologiem. Podobno dobry fachowiec. Klimatologia to jego ulubiony temat, zresztą bardzo modny. Pisze sporo do prasy, różne artykuły, ma wkrótce opublikować książkę na temat wpływu pogody na człowieka.

Po powrocie Barskiego z trzema kanapkami kobiety odeszły. Wyglądały na znudzone jego monologiem. Teresa przełamała niechęć do klimatologa i opowiedziała mu swoje przeżycia na statku w czasie huraganu Wilma. Barski wysłuchał jej z uwagą. Wiedział dużo o Wilmie, znał wiele szczegółów. Rozmawiali jeszcze co najmniej pół godziny; zdziwiła się, jak szybko przeleciał jej ten czas. Klimatologia nabrała dla niej nowego znaczenia.

Po powrocie do domu zaczęła uczęszczać na spotkania, odczyty, prelekcje i dyskusje o klimacie, szczególnie o wpływie pogody na samopoczucie człowieka.

Nadeszła wiosna, a wraz nią częstsze zmiany pogody, potem maj i czerwiec, okres burzowy. Siódmego maja Teresa przypomniała sobie, że nazajutrz są urodziny koleżanki z pracy, otrzymała na nie zaproszenie. Wyjątkowo nie miała chęci jechać na drugi koniec miasta więc postanowiła, że zamiast obchodzić urodziny, pójdzie na odczyt Zjawiska atmosferyczne w historii ludzkości”.

Spotkanie skończyło się około piątej po południu. Do domu wracała pieszo. Było to udane spotkanie, miała o czym myśleć. Prelegent był historykiem. Przypominała sobie fragmenty jego prezentacji.

Już w starożytności mieszkańcy Mezopotamii uważali, że zmiany pogody mogą przynieść ból i cierpienie. Na tabliczkach klinowych poświęconych bogini mądrości Nisabal zamieszczono zapis o wietrze „nadlatującym z dalekiego nieba i rozpalającym w oku człowieka chorobę”. W eposie o Gilgameszu siedem wiatrów przedstawiono jako siedem demonów powodujących gorączkę i różne schorzenia. Reprezentowali oni siedmiu synów jednej matki. Byli to: huragan, wicher północny, trąba powietrzna, burza piaskowa, wiatr mroźny, nawałnica oraz piekący wicher. Uważany za ojca medycyny Hipokrates z Kos mówił o tym, że “…należy rozważyć skutki, które może wywierać każda z pór roku. Różnią się one znacznie między sobą jak i w swych przemianach, bowiem z porami roku zmieniają się choroby ludzi. Hipokrates napisał traktat „O powietrzu, wodach i klimatach”, gdzie podkreślał znaczenie tych czynników dla zdrowia ludzkiego.

Teresa była nie dalej niż kilometr od domu, kiedy niebo zaczęło posępnieć. Tumany chmur jak na filmie schodziły w dół i wałęsały przy ziemi, rozkołtunione, nieprzyjazne, przytłaczające. To przypomniało Teresie prognozę pogody z poprzedniego dnia, kiedy dyżurny meteorolog zapowiedział zderzenie trzech frontów atmosferycznych.

– To się zdarza niezwykle rzadko i nic dobrego nie rokuje – Teresa przypomniała sobie jego głos, jakby zapowiadał pogrzeb mający się odbyć w słoneczne popołudnie, kiedy ludzie nastawieni są na radość i wesele.

Kobieta skoncentrowała się i zaczęła uważnie obserwować, co dzieje się wokół. Deszcz padał coraz bardziej intensywnie, zmieniał się kierunek i prędkość wiatru, zrobiło się chłodno. Czuła obniżające się ciśnienie. Nagłe uderzenie wiatru zmieszało powietrze jak w piekielnym kotle, łącząc ze sobą wszystko co najgorsze: spaliny, zanieczyszczenia, aerozole, pyły, fruwające kartki papieru i torebki plastikowe, jakieś drobne odpadki wysysane przez wiatr z koszy na śmieci z zakamarków ulic i placów. Znalazła się w centrum burzy i się przeraziła.

Potężny grzmot spowodował, że coś się w niej zapadło; nieznana siła zdusiła ją ku ziemi. Poczuła łamanie w prawym stawie kolanowym i napięte mięśnie pleców, zaraz potem pojawił się okropny ból głowy. Serce waliło jej jak młotem. Czuła, że umiera, zupełnie jak na statku wycieczkowym u wybrzeży Florydy. Ruszyła szybciej do przodu jakby chciała podbiec do odjeżdżającego autobusu, lecz nogi ją zawiodły i upadła. Leżąc na chodniku widziała przechodniów gromadzących się wokół niej, słyszała ich głosy. Ktoś wzywał pogotowie ratunkowe i policję. Przez głowę przewalały jej się pogmatwane myśli i obrazy.

Odc. 5 Upadek

Pierwszy na miejscu zdarzenia pojawił się sierżant policji. Szybko wysiadł z samochodu i podbiegł do leżącej kobiety otoczonej już większą grupką osób. Jego pierwszym odruchem było udzielić pomocy. Nachylając się nad nią usłyszał syrenę i kątem oka zauważył zbliżającą się kartkę pogotowia. To zmieniło jego plan. Poprosił przechodniów o odsunięcie się od kobiety i szybko wykonał smartfonem jej zdjęcie, po czym przystąpił do przesłuchania świadków. Pierwszym był mężczyzna w staromodnym kapeluszu i szerokim płaszczu.

– Szła dwadzieścia metrów przede mną. Widziałem wszystko wyraźnie. Upadła na ziemię, kiedy uderzył piorun. Wydawało mi się, że się potknęła.

Sierżant popatrzył na chodnik i na stopy kobiety. W miejscu, gdzie leżała na boku z lewą ręką wyciągniętą do przodu i głową lekko uniesioną do góry, chodnik był równy a jej obuwie miało płaskie obcasy. Zeznanie mężczyzny wydało mu się mało prawdopodobne.

– Zabił ją piorun – głośno odezwała się niewiasta w ciemnej kurtce z lamówką na kołnierzu. Nad głową trzymała parasolkę. – Jak upadła, dostała drgawek, poruszyła nogami trzy razy i to było wszystko. Na pewno nie żyje. To ofiara szatana! Niech pan popatrzy na jej twarz. Ma na ustach ten … ten … dziwny, wyzywający i drwiący uśmiech. Wygląda, jakby cieszyła się, że to ona uśmierciła piorun, a nie piorun ją!

Słowa kobiety zabrzmiały groteskowo i nie na miejscu. Popatrzył na mówiącą z niechęcią i poprosił o podanie adresu i telefonu. Wahała się. Wtedy zażądał dowodu osobistego, aby spisać z niego dane osobowe.

Teresa słyszała głosy nad sobą, nie była jednak w stanie reagować. Czuła się podle, wyczerpana do cna, jakby przebiegła maraton. Postacie otaczających ją ludzi rozmazywały jej się przed oczami i znikały, po chwili znowu się pojawiały. Widziała wyraźniej ich obuwie, dolne części kończyn i nachylające się nad nią twarze z szeroko otwartymi oczami. Pomyślała, że są to przebierańcy prosto z maskarady lub istoty nie z tej ziemi.

– Niby jest ubrana normalnie, ale naprawdę to wygląda jak rozmamłana pijaczka w stroju skradzionym z bogatej rezydencji albo pałacu – odezwała się przyjaciółka kobiety w ciemnej kurtce. – W tej dzielnicy mieszka wielu bogatych ludzi. Ja też myślę, że ona nie jest normalna. Te jej usta tak dziwnie wygięte. To kobieta upadła, ofiara zepsucia moralnego.

Teresa słyszała szepczące między sobą kobiety. Stały w odległości nie większej niż dwa metry od niej i przyglądały jej się rozmawiając.

– Usta im się nie zamykają – pomyślała. Zapamiętała je obydwie. Jedna, młodsza, ubrana na ciemno, miała na sobie szeroką spódnicę i bluzkę, przykryte ciemną kurtką z podniesionym kołnierzem. Druga była starsza i ubrana w niepasujący jej wiekowi kolorowy strój nastolatki. Na nogach miała jasne getry tak obcisłe, że znikały pod nimi kształty jej nóg.

W stanie półprzytomności Teresa czuła, że jest ofiarą burzy i będzie tak leżeć do końca świata. Przypomniały jej się przeżycia na statku wycieczkowym, najgorsze zdarzenia, jakie spotkały ją w życiu. Wylewały się z jej pamięci jak deszcz z urwanej rynny, wszystkie na raz, mieszając przeszłość z teraźniejszością.

Kiedy podeszli ratownicy z noszami, sierżant poinformował ich, że został wezwany telefonicznie i wie tylko tyle, że kobieta upadła i straciła przytomność w momencie uderzenia pioruna.

– Prawdopodobnie przestraszyła się i zasłabła – zasugerował ratownik. – To się zdarza.

Odc. 6 Ratunek

Ratownicy nie ociągając się zajęli się ofiarą fatalnej pogody. Ułożyli kobietę w wygodniejszej pozycji, podkładając płaską poduszkę pod głowę, sprawdzili puls i oddech. Widząc, że staje się coraz słabszy, przystąpili do reanimacji, masażu serca i sztucznego oddychania. Poprawa nie nastąpiła od razu. Kiedy Teresa zaczęła powracać do przytomności, jeden z ratowników podniósł jej głowę, drugi podał jej do ust jakieś lekarstwo. Jego twarz ją wystraszyła; mężczyzna miał długie, białe włosy i kobiece rysy twarzy. Widziała w niej surowość i niepokój.

Teresa przypomniała sobie swoją chorą psychicznie matkę. Miała trzy lata, kiedy matka oddała ją pod opiekę swojej siostry zanim odwieziono ją do szpitala psychiatrycznego na obserwację. Wszystko było otoczone tajemnicą. Ona sama o tym nikomu nigdy nic nie mówiła. Matka była głęboko religijna, miała widzenia, słyszała głosy dochodzące z nieba. Teresa przeraziła się; panicznie bała się matki. Pamiętała jej wychudłą twarz i rozbiegane oczy w dniu, kiedy widziała ją po raz ostatni. Pamiętała też jej niespokojne krzyki nocne. Teraz poczuła jej obecność obok; stała obok i patrzyła na nią z napięciem.

Kiedy ratownik wlał jej do ust środek wzmacniający, była przekonana, że to matka z litości dzieli się z nią swoją ulubioną whisky, wlewając jej do ust kilka naparstków alkoholu, aby ją ratować. Usłyszała słowa modlitwy spływające z jej ust wysuszonych wieloletnim nadużywaniem alkoholu. Potem usłyszała, jak matka mówi do niej:

– Życzyłabym sobie, aby i mnie ktoś wyświadczył taką przysługę, kiedy będę leżeć na ziemi konając z pragnienia.

Chwilę później doszedł Teresę męski gardłowy głos:

– Masz to jak w banku!

Dobiegał od strony budynku z czerwonej cegły stojącego po drugiej stronie ulicy. Z trudem obróciła głowę w tamtym kierunku. Był to hotel Marago. Przypomniała sobie informację podaną w radio, że zarząd miasta zakwaterował tam grupę członków sekty religijnej „Bezgrzeszni Samarytanie”. Zobaczyła ich. Patrzyli na nią z dwóch otwartych okien trzeciego piętra, machali bukietami kwiatów i pozdrawiali ją radosnymi okrzykami.

Leżała na noszach wewnątrz karetki, kiedy się przebudziła. Nachylała się nad nią młoda kobieta w białym fartuchu.

– Otrzymała pani zastrzyk z adrenaliny. Zaraz dojdzie pani do siebie. Ma pani zdrowy organizm, ale silnie reaguje pani zmianę pogody. Nie pani jedna poczuła się dzisiaj gorzej. Nieliczni pacjenci doświadczyli jednak tego, co zdarzyło się pani, czyli utraty przytomności.

Zastrzyk z adrenaliny, pocieszające słowa ratującej ją lekarki, jej uśmiech i ciepłe gesty ratowników poprawiły samopoczucie Teresy. Pomyślała, że świat jest piękny mimo zabójczej pogody, wirusa, przerażających wspomnień o chorej psychicznie matce, zazdrosnego kochanka oraz przywidzeń i majaków.

Michael Tequila
Gdańsk, 6 maja 2021

0Shares

Spryciarz i bohater. Opowiadanie. Odc. 6/6.

 

Odc. 1 Nastroje

W Dobromyślu panował nastrój przygnębienia, mimo że w szpitalu  miejskim lekarze skutecznie zwalczali już wirusa nowymi szczepionkami sprowadzonymi z Indii. Było to poważne ale nie rozstrzygające osiągnięcie, ponieważ epidemia przynosiła wciąż nowe nieprzerwanie bankructwa i powiększała i tak już wysokie bezrobocie. W mieście rządziły marazm, depresja i myśli samobójcze. Na dodatek w stolicy odkryto ciało martwego wiceministra zaopatrzenia medycznego, członka rządu, który się powiesił się. Kiedy przy zmarłym znaleziono kartkę z informacją: „Kradł fundusze przeznaczone na walkę z Covid-19”, okazało się, że był to lincz a nie targnięcie się na własne życie. Przypuszczano, że wykonawcy wyroku byli jego wspólnikami i zrobili to z zemsty, ponieważ nie podzielił się z nimi korzyściami z malwersacji.

Nastroje nie były życzliwe ani dla rządu ani dla władz miejskich.

W takim to czasie w Dobromyślu zjawił się Alexander Maria Waldoff, wywołując niemałą sensację samym swoim pojawieniem się. Sporo mieszkańców znało go osobiście, wielu słyszało o nim; tylko nieliczni nie mieli pojęcia, kto to taki. Od lat nie widziano go w mieście. Nikogo to nie dziwiło, ponieważ brak pracy na miejscu a potem wirus i epidemia rozrzuciły mieszkańców prawie po całym świecie.

– Reputację to on ma gorszą niż wściekły pies – orzekli ludzie na rynku, największym rozsadniku plotek i pogłosek. 

– To oszust podpisujący się tylko nazwiskiem Waldoff. Jego pełne nazwisko to Aleksander Maria Waldoff. Używa też ksywy Gajny. Powiem szczerze: to łajdak i zakała naszego miasta – grzmiał burmistrz na zebraniu rady miasta.

– Gdzie ten człowiek ma rozum, wracając do naszego miasta, nie mówiąc o przyzwoitości? – do krytycznego głosu burmistrza dołączyli radni.

– Górnik podający się za pszczelarza! Pszczelarz udający wspinacza wysokogórskiego – wtórowała prasa lokalna.

W doniesieniach prasowych było coś niejasnego, ponieważ Aleksander Maria Waldoff miał osiągnięcia: wyhodował specjalny gatunek pszczół wysokogórskich zdolnych zapylać rośliny na wysokości ponad pięciu tysięcy metrów nad poziomem morza. Pisała o tym prasa międzynarodowa, między innymi Universal Beekeeper, Pszczelarz Uniwersalny.

Rodzina Aleksandra Marii Waldoffa konsekwentnie wypierała się go, twierdząc, że do niej nie należy. Lokalnemu dziennikowi „Wysłaniec Dobromyślny” udzielił wywiadu senior rodu, dziewięćdziesięcioletni Jan Alfred Waldoff.

– Alexander Maria to podrzutek, uzurpujący sobie prawa do naszego nazwiska. Przyjęliśmy go z dobrego serca, kiedy rodzona matka pozostawiła go nocą w sieni naszego domu. Możemy tylko żałować, że okazaliśmy mu wtedy miłosierdzie.

Odc. 2 Pierwsze sukcesy

Waldoff okazał się człowiekiem zamożnym. Pytanie, w jaki sposób przeciętny człowiek w trudnych czasach epidemii mógł wejść w posiadanie dużych pieniędzy, poruszyła mieszkańców. Zaczęto dociekać, jak jemu się to udało. Temat podjęto na posiedzeniu rady miasta, podobnie jak burmistrz niechętnie nastawionej do Waldoffa. Stenogram z dyskusji ujawnił wiele z tego, co nie było jeszcze wiadome o tym człowieku.

Jak się okazało, Waldoff prowadził tak bogate życie, że był w stanie je kapitalizować sprzedając fragmenty swoich przeżyć ludziom nie mającym własnych pomysłów, jak dobrze żyć. Chętnie kupowali od niego opisy jego przeżyć, doświadczeń i przemyśleń, ponieważ dawały one szansę zmiany własnego życia na lepsze. Dla nabywców było to jak dzielenie się miliardera metodami dochodzenia do wielkich pieniędzy. Autor księgi przeżyć szybko zyskał reputację człowieka z inwencją, wynalazcy, wręcz cudotwórcy.

– Waldoff radzi sobie, ponieważ ma wciąż nowe pomysły. To człowiek zupełnie innego pokroju niż większość mieszkańców naszego miasta, nieradzących sobie w trudniejszych czasach, kiedy pojawiają się nieznane wcześniej trudności i wyzwania. On potrafi zarabiać na wszystkim. Byłby zdolny sprzedać własną babkę i to w taki sposób, że by go jeszcze chwalono. – skomentowała radna Karolina Zeta, kobieta o wyjątkowo pięknej twarzy i niezwykle tęgich łydkach. Koledzy i koleżanki z rady miasta nazywali ją Dysharmonią z racji jawnej niezgodności górnej i dolnej połowy ciała. 

Płynąc na niekończącej się fali pomysłów, Waldoff założył muzeum przedmiotów niezwykłych. Były to zabytkowe i zapomniane artefakty historii. Wydobywał je – jak mówił – z pustynnych piasków przeszłości i umieszczał w muzeum, pobierając wysokie opłaty za przywilej ich obejrzenia. Mieszkańcy Dobromyśla jak i ludzie przyjezdni chętnie odwiedzali muzeum; w czasach ogólnego przygnębienia znajdowali tam wszystko, co nieznane i fascynujące. Informator muzeum zawierał długą, ilustrowaną listę niezwykłych eksponatów.

Muzeum umożliwiało oderwanie się od ogólnego marazmu wynikającego z komplikacji ludzkiego życia w czasach wirusa i epidemii. Obszerne pomieszczenia wystawowe i dobrze działająca wentylacja gwarantowały bezpieczne zwiedzanie; kustosz i pracownicy muzeum pilnowali, aby goście mieli na sobie poprawnie założone maseczki i jednorazowe rękawiczki. Te ostatnie nie były bezwzględnie wymagane zważywszy na zakaz dotykania eksponatów. 

Inwencja Waldoffa wydawała się nie mieć końca. Po ustabilizowaniu muzeum jako źródła dochodów, jego następnym krokiem i od razu osiągnięciem było skonstruowanie zegarka mierzącego czas pozostały człowiekowi do końca życia. Wynalazca wykorzystał w tym celu świeżo odkryte szmery przestrzeni kosmicznej oraz fale pulsacyjne wysyłane przez ludzkie serce, słabnące w miarę starzenia się organizmu. Waldoff opatentował zegarek i w krótkim czasie sprzedał z solidnym zyskiem pierwsze dwieście sztuk. Taki postawił sobie cel. Po jego osiągnięciu odsprzedał patent na zegarek firmie ubezpieczeń na życie Pro Uniqua.

Następnym etapem jego twórczej aktywności było zatrudnienie się w pracowni jubilerskiej, specjalizującej się w testowaniu wyrobów ze złota, ocenie ich autentyczności oraz określaniu próby. Charakterystyczną cechą tego metalu jest jego miękkość. Pomysł Waldoffa był prosty, a zrazem niesamowity. Dostarczony przez klienta wyrób obmywał spirytusem a następnie lekko ściskał zębami, sprawdzając czy jest to prawdziwe złoto i jaka jest w nim zawartość czystego kruszcu. Ten zwyczaj sankcjonowała historia testowania złota przez pierwszych jego wydobywców i handlarzy. Cieniutka warstewka złota pozostawała na zębach Waldoffa. Była to metoda spokojnego i niezwykle skutecznego przemycania złoto na zewnątrz. Jego współpracownicy pamiętali, że był to okres, kiedy się w ogóle nie uśmiechał. Oceniono, że w ciągu trzech lat udało mu się „wyprowadzić” z miejsca pracy co najmniej sto kilogramów złota, ale były to tylko domysły.

To człowiek, który ma łeb mocno osadzony na karku – pisał dziennik Nowy Biznesmen, jedyne lokalne i regionalne medium sprzyjające autorowi niezwykłych pomysłów.

Następnym pomysłem Waldoffa było zatrudnienie się w charakterze dystrybutora wędlin dużej masarni. Używał w tym celu wozu konnego, środka transportu preferowanego ze względu na nienajlepszy stan jezdni w mieście oraz trudności dojazdu nieutwardzonymi drogami w terenie. Jego podstawowym obowiązkiem było rozwożenie wędlin. Pracował bardzo rzetelnie, firma była z niego zadowolona. Co kwartał otrzymywał premie za wysoką wydajność pracy. Stawiano go za wzór innym pracownikom.

Odc. 3 Proces sądowy

Waldoff stracił pracę, kiedy okazało się, że wyjeżdżając z masarni przemycał wędliny ukryte w metalowym dyszlu wozu.

– Proceder kradzieży wędlin nie mógł trwać wiecznie; w końcu sprytnego przemytnika ujęto. – wiadomość podana przez lokalny dziennik wywołała nową falę potępienia jak i podziwu dla Waldoffa.

Wyrok za okradanie pracodawcy nie mógł być wysoki, ponieważ masarnia występująca w roli oskarżyciela nie była w stanie określić, ile wędlin Waldoff wywiózł nielegalnie w okresie zatrudnienia.

Proces sądowy ciągnął się kilka miesięcy. Waldoff przebywał w tym okresie w areszcie śledczym. Czas ten wykorzystał, aby opracować w szczegółach nowy niezwykły pomysł, na którym zamierzał zarabiać, jak tylko skończy się proces.

W sądzie tłumaczył się, że to koń namówił go do kradzieży wędlin. Uzasadniał, że zwierzę jest niezwykle inteligentne i było – zanim je nabył – szkolone przez pięć lat przez behawiorystów zwierzęcych, eksperymentujących z inteligencją zwierząt. Koń według niego potrafił być bardzo samodzielny w swoim postępowaniu.

Przez sąd przewinęła się w charakterze ekspertów plejada badaczy inteligencji zwierząt. Przedstawili oni dziesiątki badań, teorii i argumentów, powołując się na najnowsze teorie psychologów Wolfganga Köhlera, związanego z psychologią Gestalt oraz Edwarda Thorndike, psychologa behawioralnego. Okazało się, że zwierzęta posiadają nadzwyczajne zdolności komunikacji – wykonywania gestów, wydawania głosów przypominjących ludzką mowę, bogatej mimiki oraz potrafią nauczyć się nawet stu znaków języka migowego. Lista innych zdolności była bardzo długa: uczenie się przez obserwację, kreatywne rozwiązywanie problemów, doskonała pamięć, zdolność pomagania innym gatunkom, znajomość pojęcia hierarchii oraz posiadanie własnego dość skomplikowanego języka.

Ostateczny wydźwięk przedstawionej argumentacji był taki, że koń był w stanie wykonać to, o co oskarżał go Waldoff, ale musiał być sterowany przez właściciela, który nauczył go kilkudziesięciu znaków języka migowego oferując nagrody w postaci żywności i dobrego traktowania za poprawne wykonywanie poleceń.

Postępowanie Waldoffa powszechnie uznano za próbę pozorowania choroby psychicznej, w celu zrzucenia z siebie odpowiedzialności za przemyt wędlin. Zaskoczeniem dla opinii publicznej było uznanie go za osobę niewinną i obarczenie winą konia, zgodnie z tym, co uparcie twierdził oskarżony. Dla wielu mieszkańców Dobromyśla jedynym rozsądnym wytłumaczeniem wyroku było to, że przekupił ławników, aby orzekli, że jest niewinny.

Koniec procesu sądowego był taki, że człowiek został uniewinniony, koń natomiast dostał wyrok dwunastu miesięcy pracy pod ziemią w kopalni węgla kamiennego.

Odbywanie kary przez konia nie odbyło się bez udziału Waldoffa, który – pozostając jego właścicielem – utrzymywał z nim kontakt i nadzorował jego pobyt i pracę w kopalni. Koń odnalazł się twórczo w trudnej sytuacji: rozwoził górnikom gotowe zestawy kanapek z wędliną oraz butelką alkoholu. Po kryjomu ktoś podrzucił górnikom dwie skrzynki trotylu. Sprawca tego czynu słusznie przewidział, co nastąpi, kiedy podekscytowani alkoholem górnicy dorwą się do materiału wybuchowego. Nastąpił potężny wybuch. Jedna sztolnia kopalni zapadła się a wraz z nią kilkanaście budynków w mieście.

Policja przeprowadziła śledztwo nadzorowane przez burmistrza i władze miejskie. Wyjaśnienie okazało się prozaiczne.

– Nic się nie zapadło. To tylko grupa cwaniaków usiłowała zbić na nieszczęśliwym wypadku kapitał, przedstawiając w sądzie wymyślone rachunki strat – wyjaśnił komendant policji.

Zniszczenia w samej kopalni były tak wielkie, że ją zlikwidowano i koń wyszedł na wolność. Sąd darował mu resztę winy, mając na względzie jego zasługi w akcji ratowania górników poszkodowanych w wybuchu.

Wartość szalonej historii wymyślonej przez Waldoffa polegała na tym, że po zakończeniu procesu zatrudniano go, aby opowiadał jego szczegóły bawiąc gości na różnego rodzaju imprezach i uroczystościach: zaręczynach, weselach, urodzinach, jubileuszach, zjazdach rodzinnych. Waldoff snuł swoje opowiadania z taką swadą, że prawie bez wyjątku jego zleceniodawcy – organizatorzy imprez chwaleni byli za zapewnienie uczestnikom wyjątkowej rozrywki.

Odc. 4 Kopalnia złota

Niezwykle osiągnięcia Waldoffa doprowadziły do rozłamu społeczności miejskiej w ocenie jego postępowania, zwłaszcza moralności. Ludzie niechętni mu uważali, że jest w stanie popełnić każde łajdactwo i potem nawet je tłumaczyć jako akt dobroczynności.

– Wystarczy mu tylko dobrze zapłacić – to był argument koronny jego przeciwników.

– Tak mówią i uważają tylko ludzie zawistni – odpowiadał zainteresowany, starając się unikać drażliwych dyskusji. Uważał, że niepotrzebnie antagonizują one ludzi i wzbudzają niezdrowe emocje. Jego tłumaczenie przyjmowano jako dowód, że jest nie tylko podły ale i fałszywy.

U szczytu epidemii Waldoff podjął działalność deweloperską: sprzedaż mieszkań wykuwanych w ścianach nieczynnej od lat kopalni złota położonej na wzgórzach w pobliżu miasta. Kupił ją za bezcen na miejskiej aukcji nieruchomości. Był to pomysł zapożyczony z cieplejszych krajów, Turcji i Hiszpanii, gdzie ludzie od wieków drążą mieszkania w skałach. Jedyna różnica była taka, że w kopalni złota mieszkania wymagały instalacji grzewczych. Nie pociągnęło to za sobą nadmiernych kosztów, ponieważ w głębi ziemi temperatury są stabilne w porównaniu z powierzchnią.

Mieszkania nie sprzedawały się, brak było chętnych.

– To beznadziejny pomysł. Wreszcie ten pseudo deweloper dostanie po kulach – cieszyli się jego przeciwnicy.

Sytuacja zmieniła się, kiedy pojawiła się informacja, że w ścianie pierwszego sprzedanego mieszkania odkryto żyłę złota. Była ona na tyle zasobna, że za wydobyty kruszec właściciel mieszkania kupił sobie następne.

– Jestem pewny, że i ta inwestycja zwróci mi się w ciągu pół roku. W ścianach kopalni jest jeszcze sporo nieodkrytych żył złota – opowiadał szczerze z błyskiem radości w oczach nie pozostawiając wątpliwości co do prawdziwości swoich przekonań. 

– Musisz mieć tylko dobrze namagnesowany nóż i trochę szczęścia. Wystarczy poskrobać ścianę w kilku miejscach. Złoto wytwarza silne pole magnetyczne i nóż sam podąży we właściwym kierunku.

Jego słowa zostały użyte w formie cytatu w ulotce informacyjnej dewelopera. Ulotki wrzucano do skrytek pocztowych w domach w mieście i okolicach oraz zakładano za wycieraczki samochodowe na parkingach. Pojawiły się także ogłoszenia na portalach informacyjnych. Po sprzedaży dwóch dalszych mieszkań nikt więcej już ich jednak nie kupował. Waldoff poniósł straty, najbardziej ciążyły mu koszty wykucia i wyposażenia mieszkań.

Ratując się, wpadł na nowy pomysł. Było to już w czasie, kiedy rząd wprowadził na czas nieokreślony powszechny obwiązek służby wojskowej ze względu na pandemię, która wyeliminowała ze służby wielu żołnierzy zawodowych. Nie wszyscy poborowi byli chętni do podejmowania służby wojskowej. Jedyną podstawą uzyskania zwolnienia z tego obowiązku był zły stan zdrowia.

W celu realizacji swego zamysłu Waldoff zorganizował przy siedzibie Miejskiej Komendy Uzupełnień laboratorium medyczne, wykonujące testy wymagane przez komendę. Ktoś natychmiast puścił w obieg pogłoskę, że miał układ z przewodniczącym komendy uzupełnień, pułkownikiem Kazurem, któremu odpalał dolę za każdego poborowego odrzuconego przez komisję.

Burmistrz był pierwszy w upowszechnianiu oskarżeń. Czynił to dyskretnie, powierzając tajemnicę w zaufaniu i na zasadzie, że on sam „tylko o tym słyszał i nie jest w stanie przedstawić żadnych dowodów”.

– Kazur to hazardzista regularnie tracący pieniądze w kasynach. Jeszcze do niedawna nie miał tego nałogu, lubił wypić, jak to wojskowi, ale nie przepuszczał pieniędzy w kasynach. To Waldoff celowo wpędził go w ten nałóg, zapraszając go do kasyna i fundując mu bezpłatne żetony. Uzależnił go w tej sposób od siebie.

Odc. 5 Zdarzenia i opinie

W laboratorium medycznym poborowi wykonywali testy krwi i moczu. Mężczyźni pragnący uniknąć poboru do wojska za dodatkową opłatą otrzymywali testy wykazujące poważne odstępstwa od normy, najczęściej zatrucie ołowiem, rtęcią lub inną substancją szkodliwą dla zdrowia. Wraz z fałszywym wynikiem badania otrzymywali instrukcję, jak wytłumaczyć okoliczności dojścia do takiego zatrucia. Komisja lekarska Miejskiej Komendy Uzupełnień z miejsca odrzucała ich jako niezdolnych do służby wojskowej.

Źródło dochodów wygasło po niecałym roku, kiedy komisję lekarską rozwiązano z powodu stopniowego zanikania epidemii oraz powrotu do służby żołnierzy zawodowych.

Nie był to ostatni pomysł biznesowy Waldoffa. Wkrótce wszedł on przypadkowo w kontakt z proboszczem parafii położonej niedaleko Dobromyśla. Duchowny okazał się kolegą z ławy szkolnej; kiedyś się nawet przyjaźnili. Spotykali się potem regularnie, aby powspominać młodzieńcze czasy. Mieli do siebie zaufanie. Wróciła atmosfera dawnej szczerości. Proboszcz przyznał się, że ma potrzeby finansowe przerastające hojność parafian.

– Składki na tace i inne dochody mi nie wystarczają. To mała parafia. Muszę coś z tym zrobić. Szukam jakiegoś dodatkowego źródła dochodów. Muszą to być oczywiście dochody legalne.

Po kilku dalszych rozmowach Waldoff zapytał przyjaciela, co sądzi o handlu relikwiami.

– Jest on jak najbardziej legalny. Regulują to przepisy kościelne.

Po dwóch dniach namysłu proboszcz zaakceptował propozycję. Była to cicha spółka. Wyznaczyli sobie role: proboszcz miał dostarczać Waldoffowi opisy relikwii poszukiwanych przez osoby prywatne będące członkami jego parafii, a Waldoff wyszukiwać je na rynku i dostarczać zainteresowanym za pośrednictwem księdza. Wykluczyli od razu relikwie pierwszego stopnia czyli fragmenty ciała osób świętych i fragmenty krzyża, reprezentujące najwyższą rangę wśród relikwii. W grę wchodziły tylko relikwie drugiego i trzeciego stopnia czyli fragmenty ubiorów oraz przedmioty, jakich używała osoba święta za swego życia. W tym zakresie obwiązywała zasada, że święty musiał dotknął takiego przedmiotu przynajmniej raz w życiu.

Możliwe było również tworzenie relikwii poprzez dotknięcie wybranym przedmiotem do rzeczy należącej do świętego, na przykład do jego ubioru. Była to relikwia najniższego rzędu, do zaakceptowania dla wielu osób wierzących. Proboszcz i Waldoff uznali takie podejście za niezbyt profesjonalne.

Obrót relikwiami nie trwał długo. Zakończył się zupełnie niespodziewanie. Współpraca upadła, kiedy Waldoff dostarczył proboszczowi fragmenty kości pochodzące ze starego cmentarza, zapomnianego już i zapuszczonego cmentarza. Otrzymał je za opłatą od grabarza, który oświadczył mu pod przysięgą, że w grobie spoczywały kiedyś szczątki świętej Carmeny. Proboszcz sprawdził ten fakt w księgach parafialnych, okazał się on nieprawdziwy.

Eulalia Harny, osoba o twarzy gęsto nakrapianej piegami, nauczycielka angielskiego w liceum miejskim, uważała, że Waldoffowi przypisywano cechy charakteru, których w istocie nie posiadał. Podjęła ten temat z w niedzielne popołudnie, kiedy przygotowywała wspólny obiad z udziałem męża i córki.

– Ludzie go demonizują. Myślą o nim tak, jakby był nie jedną ale trzema osobami, każda z odrębnym charakterem i sposobem zachowania się. Dorabiają mu życiorysy, których nigdy nie posiadał. Takie opinie są nieuczciwe i dlatego diabla warte. To tak, jakby o kimś powiedzieć, że jest równocześnie mądry i głupi, naiwny i przebiegły, inteligentny i nie radzący sobie w najprostszych sprawach. Nawet jego wygląd, jak go opisują, budzi moje zdziwienie, bo dobrze znam człowieka.

Kiedy mąż i córka wyrazili zdziwienie, odpowiedziała:

– Był moim uczniem. Spotkałam go ostatnio. Kiedy mnie zobaczył, zatrzymał się i serdecznie mnie pozdrowił. Rozmawialiśmy dłuższą chwilę. Dużo opowiedział mi o sobie. Przez kilka przebywał za granicą głównie w Wielkiej Brytanii i Francji. Mieszkał tam i pracował. Tam się nauczył, jak radzić sobie w życiu. Angielski, którego go uczyłam, bardzo mu posłużył. Francuskiego nauczył się sam. To był naprawdę zdolny chłopiec. Pamiętam jego słowa:

– Życie rzucało mi kłody pod nogi, a wokół nie było nikogo, kto by mi pomógł. Musiałem się szybko usamodzielnić, aby radzić sobie w każdej sytuacji. Pracowałem w różnych zawodach. Byłem kelnerem, taksówkarzem, pracowałem w handlu nieruchomościami. Najważniejsze, że nauczyłem się myśleć elastycznie oraz współpracować z ludźmi. Tutaj, w Dobromyślu, ludzie są inni, bardziej zastali, odczuwają niechęć do zmian. A przecież zmiany oprócz zagrożeń niosą ze sobą nowe możliwości i szanse. Za granicą nauczyłem się dostrzegać i wykorzystywać okazje, jakie niesie życie.

Odc. 6 Sława

– Dlatego Aleksander tak dobrze radzi sobie z sytuacjami, w których inni się gubią. A te historie rzekomo wzięte z jego życia oczywiście są nieprawdziwe. Ludzie go demonizują.

– Zgadzam się z tobą – mąż pani Harny, Julian, zażywny osobnik o rękach ciężko pracującego piekarza i jowialnej twarzy, nie krępował się mówić prawdę prosto w oczy. Prawdopodobnie dlatego nie był zbytnio lubiany i nie miał wielu przyjaciół.

– Zgadzam się z tobą – powtórzył patrząc na żonę znad gazety. – Waldoff jest po prostu bystry i elastyczny, umie interpretować fakty, wyczuwać i rozumieć ludzi oraz szybko rozpoznawać prawdę i kłamstwo. W czasach wielkiej niepewności, w jakich żyjemy, to naturalny talent. Dlatego osiąga sukcesy.

– Nie słyszałam, aby był żonaty – odezwała się milcząca dotąd córka państwa Harny.

Popatrzyli na nią oboje i zobaczyli siebie: Eulalia Harny – twarz gęsto pokrytą piegami ułożonymi we wzór codziennie oglądany w lustrze, Julian Harny – okrągłą twarz młynarki z opowieści o tajemniczym młynie nad rozlewiskiem.

Pani Eulalia znała powody niechęci burmistrza do młodego człowieka.

– Nie lubi Waldoffa i to jest bardzo zrozumiałe, bo kiedyś powiedział mu publicznie w oczy, że dziwnym trafem przetargi organizowane przez miasto wygrywają jego znajomi, rodzina lub przyjaciele.

– Nikt nie lubi, jak go się prawdą kłuje w oczy, bo to niebezpieczne. Burmistrz nie jest święty, wie to najlepiej jego spowiednik, zadający mu pokutne leżenie krzyżem na posadzce kościoła.

Znajomi i przyjaciele ceniący przedsiębiorczość Waldoffa okazywali mu uznanie a nawet wdzięczność. Nie szczędzili mu pochwał.

– Pomaga przeżyć innym ludziom dając im zatrudnienie lub choćby dobry przykład, jak sobie radzić. W Kolumbii, Peru i Boliwii mają uprawy koki, my mamy Waldoffa.

Pod koniec epidemii wirusa miasto wykupiło jego muzeum, pozostawiając go na stanowisku kustosza. Lubił tę pracę; odkurzał eksponaty, pilnował, aby ich nie dotykano, wyjaśniał, oprowadzał wycieczki. Za wspólne zdjęcia ze zwiedzającymi pobierał opłaty i sprawiedliwie dzielił się nimi z muzeum.

Bohaterem Waldoffa ogłoszono wtedy, kiedy sporządził testament, zapisując zgromadzony majątek miastu. Był jeszcze stosunkowo młody, tym większe przypisano mu zasługi. Mieszkańcy Dobromyśla z wdzięczności ufundowali mu pomnik.

W odsłonięciu pomnika na placyku przed wejściem do muzeum uczestniczyła połowa miasta. Uroczystość trzeba było transmitować na telebimach ustawionych na sąsiednich ulicach. W trakcie uroczystości przecinano wstęgi, wygłaszano przemówienia i rozdawano odznaczenia. Przemawiał burmistrz i inni notable oraz zaproszeni goście. Wszyscy zapamiętali słowa burmistrza, niegdyś zadeklarowanego krytyka Waldoffa:

– Aleksander Maria Waldoff, honorowy obywatel naszego miasta, to najwspanialszy człowiek pod słońcem. To prawdziwy bohater.

Sam zainteresowany przemawiał krótko. Podziękował za pomnik, uznając go za dowód nadzwyczajnego uznania, jakie miasto okazało jemu, zwykłemu obywatelowi, którego jedyną zasługą było to, że starał się wykorzystać każdą nadarzającą się okazję dla pomnożenia zasobności własnej oraz osób z nim współpracujących.

Sława bohatera towarzyszyła Waldoffowi kilkanaście miesięcy, potem w sposób naturalny zaczęła przygasać. Pojawiły się wtedy głosy, że Waldoff zajął wybitne miejsce nie tylko w pamięci współobywateli ale także w sercach kobiet, podobnie jak słynne postacie historyczne: bohaterowie narodowi, odkrywcy nowych lądów, genialni wodzowie, wybitni naukowcy. Młode kobiety miały mu się oddawać z miłości i pragnienia wspólnego z nim potomstwa. Mówiono nawet, że pewna matka pod osłoną nocy przyprowadziła do niego córkę, aby zaszła w ciążę utrwalając jego nadzwyczajne geny. Prawdziwość takich zdarzeń w przeszłości potwierdził z całą powagą nauczyciel historii z miejskiego liceum.

Sam Waldoff, uporczywie nagabywany przez dziennikarzy i reporterów w sprawie życia erotycznego, zachowywał monarszą wstrzemięźliwość; niczego nie potwierdzał ani nie zaprzeczał. Jego sława niezwykłego człowieka pozostała niewzruszona podobnie jak spiżowy pomnik osadzony na granitowym postumencie.

Michael Tequila
Gdańsk, 30 04 2021

0Shares

Człowiek z taczką. Opowiadanie. Odc. 1-3/3

Odc. 1/3 Spotkanie nad jeziorem

Pierwszy raz zobaczyłem go na początku maja, kiedy buki i brzozy pobliskiego lasu pyszniły się już zielonością, jak pchał wyładowaną ziemią taczkę w kierunku jeziora. Był młody, miał na sobie czerwoną koszulę w kraty i podniszczone, jasne, długie spodnie. Towarzyszyły mu dwa figlujące nieprzerwanie psy rasy Jack Russel.

Obserwowałem go kilka minut, nie wychodząc z samochodu. Przyjeżdżałem tu, aby jak zwykle pochodzić po lesie. Od początku epidemii robiłem to regularnie, dwa razy w tygodniu. Stało za tym przekonanie, że wirus może dopaść człowieka wszędzie z wyjątkiem lasu.

Za trzecim razem, kiedy zatrzymałem się na kawałku dzikiej murawy między drogą a siatką ogrodzenia, mężczyzna jak zwykle odbywał swoją wędrówkę z taczką w kierunku jeziora. Nie wszyscy ludzie lubią, aby im przeszkadzać, kiedy pracują, dlatego się wahałem, zanim ośmieliłem się zagadać. Poczekałem, aż znalazł się kilka metrów ode mnie i wysiadłem z samochodu. Nie zdziwiło go, kiedy szedłem prosto w jego kierunku, był już chyba przyzwyczajony do mnie i do samochodu. Zatrzymał się, oparł nóżki taczki o ziemię, otarł pot z czoła i pozdrowił mnie. Odpowiedziałem pozdrowieniem.

Pięknie tu – zacząłem z przekonaniem, bo rzeczywiście była to piękna okolica: po lewej stronie jezioro Onta, po prawej wzgórze, w głębi stary las, miejsce moich spacerów i marszów. – Te widoki. Mieszka pan w cudownym miejscu. Wzgórza, woda, lasy. Nowenna to przyszłościowo najlepsza dzielnica miasta. Widzę, że wywozi pan ziemię. Będzie się pan budować? – Zapytałem, domyślając się, jaka będzie odpowiedź.

Nawiązaliśmy rozmowę. Mówił chętnie. Miał na imię Alfred. Miałem wrażenie, że rozmowa była dla niego pretekstem, aby odpocząć. 

Miał narzeczoną z bogatego domu. Planowali pobrać się. Jej ojciec, znany przemysłowiec, był zdecydowanie przeciwny ich planom. Arnika, jego narzeczona, opowiedziała mu, co ojciec mówił jej o ich związku. Rozmawiała z nim na temat wybranka swojego serca nie jeden ale wiele razy. Ojciec nie owijał spraw w bawełnę.

– To człowiek bez charakteru i przyszłości. Bo co to za zawód – fryzjer?! Stać cię na dużo lepszą partię. Możesz zostać żoną człowieka, który jest dyplomatą, przemysłowcem czy dobrze zapowiadającym się naukowcem. Ten twój fryzjer kiedyś się zagapi i przypali włosy klientce elektryczną lokówką, i wtedy skończy się jego sława artysty fryzjerstwa.

– A co miałby twoim zdaniem zrobić, aby przekonać ciebie, że jest człowiekiem z przyszłością?

– Musiałby udowodnić, że jest coś wart. Zrobić coś imponującego, aby zasłużyć na ciebie.

– Na przykład, co?

– Na przykład zbudować dom. Nie jakiś domek, tylko coś naprawdę pięknego, abyśmy nie musieli się wstydzić przychodząc do ciebie w odwiedziny.

– Na szczęście negatywna opinia ojca nie zraziła Arniki do mnie. Potrafiła bronić swoich racji. Gotowa była czekać na mnie. Powiedziała mi tylko „byle nie za długo”. To było zrozumiałe, zgodziłem się. Ostatecznie sprawa stanęła na domu. Powiedziałem jej, że zbuduję dla niej wspaniały dom. Taki, z którego naprawdę będzie dumna.

Alfred przerwał. Odwrócił głowę w kierunku powiększającej się wyrwy w ziemi i przyglądał się jej przez chwilę. Poszedłem za jego wzrokiem. Było to urocze miejsce. Działki po bokach były niezbudowane. Były to niegdyś  ogrody z krzewami i drzewami owocowymi, różowymi, białymi i czerwonymi o tej porze roku. Dalej, patrząc w kierunku lasu, stał dom  z dużym gankiem i kolumnami. Z daleka było już widać, ze budował go chyba architekt zakochamy w budownictwie śródziemnomorskim.

– Jak pan widzi, przygotuję miejsce pod fundamenty – przerwał moje zamyślenie taczkarz. Zaciąłem się, robię to sam, aby udowodnić sobie i jej ojcu, że dam radę. Chyba bardziej sobie niż jemu. 

Słuchając, przyglądałem się człowiekowi. Było w nim coś niezrozumiałego, zastanawiającego: szorstkość przemieszana z delikatnością, zwierzęcy upór zintegrowany z duszą artysty, jakiś dysonans, rozbieżność. Miał uduchowioną twarz męczennika i dłonie wirtuoza fortepianu. Nie musiałem sobie tego wyobrażać, bo zdjął z jednej ręki roboczą rękawicę, aby dać odpocząć dłoni. Te atrybuty męskiej urody były jakby doczepione do nóg, rąk i korpusu wysportowanego, proporcjonalnie zbudowanego, mężczyzny. Pomyślałem, że Arnika dobrze wybrała.

Odc. 2/3 Samotnik

Wracając do domu zmęczony intensywnym marszem po lesie, nie mogłem przestać myśleć o człowieku z taczką. Tak mi się kojarzył, tak go sobie zapamiętałem. Nie jako Alfreda, ale jako człowieka z taczką. Nigdy nie widziałem go inaczej. Stanowili parę zrośniętych ze sobą istnień, człowieka i przedmiotu. Nie potrafiłem nazywać go taczkarzem, choć byłoby to najwłaściwsze bo to profesjonalny termin.

Ojciec Arniki uważał go za gołodupca. Może nie dosłownie, ale taki to miało sens. Uznałem postępowanie jej ojca za haniebne. Było haniebne, bo ten mężczyzna, choć był tylko fryzjerem, zasługiwał na coś znacznie lepszego. Dla mnie był człowiekiem z charakterem. Miał swoje ideały. Zdecydowanie stałem po jego stronie.

Historia Alfreda poruszyła mnie do głębi. Ilekroć jechałem, aby odbyć kondycyjny antywirusowy marsz po lesie, zadawałem sobie pytania:

Z zawodu jest fryzjerem. Jak doszło do ich pierwszego spotkania a następnie wzajemnej fascynacji sobą? Prawdopodobnie Arnika zjawiła się u niego jako klientka. Ale jak doszło do zaprzyjaźnienia się a następnie zakochania się z wzajemnością? Mężczyźni-fryzjerzy i ich klientki nie zakochują się w sobie; to brzmi prawie jak banał. A jednak!

Wkrótce dowiedziałem się, że nazywa się Alfred Tarota, powszechniej znany jest jednak jako Fredo. Był to jego zawodowy pseudonim. Coś zagrało w mojej pamięci. Córka kiedyś wspomniała mi to imię, była jego klientką. Fredo był artystą sztuki fryzjerskiej, czesały się u niego panie z towarzystwa. Niektóre kobiety uważały go za super stylistę, niezrównanego mistrza fryzjerstwa damskiego.

Kiedy następnym razem zapytałem go, czy to wszystko jest prawdą, potwierdził.

– Fryzjerstwo zawsze było moim ulubionym zawodem. Jestem fryzjerem artystycznym. Teraz niestety mam mniej czasu, aby się tym cieszyć. Dzielę życie między zakład fryzjerski a budowę domu. Z konieczności mniej się udzielam towarzysko. Nie jest to dobre rozwiązanie, ale nic na to nie poradzę. Dzięki mojej pracy poznałem Arnikę i to jest najważniejsze.

Obserwowałem Fredo regularnie przez cały sezon letni i wiosną następnego roku, jak wywozi ziemię na brzeg jeziora. Czytałem także o nim w prasie. Sprawa stała się głośna, bo w grę wchodziła niepowszednia historia miłosna. Wraz z informacjami pojawiły się zdjęcia Fredo z taczką i dwoma nieodłącznymi psami, omawiano nawet postępy prac. Potem sprawa ucichła.

Zapytany przeze mnie, dlaczego nie wynajmie firmy, która szybko przygotowałaby miejsce pod fundamenty korzystając z koparki, fryzjer zaskoczył mnie swoją odpowiedzią:

– Ziemia jest święta. Nie można jej szarpać bezduszną maszyną. Dlatego robię to ręcznie. Mam siłę i cierpliwość. Kiedy postawię już dom będę mieć poczucie dobrze spełnionego obowiązku.

– I wykonania monstrualnej roboty – dodałem. – Zapiszą pana w księdze rekordów Guinnessa.

– Nie zależy mi na tym.

Rozmawiając ze mną, uśmiechał się cały czas. Była w nim dobroduszność, wiara i upór, których nie rozumiałem. Pracował sam, cierpliwie, dzień po dniu po zakończeniu pracy w zakładzie fryzjerskim, czasem nawet w sobotę i niedzielę, aby zbudować najpiękniejszy dom na świecie dla ukochanej kobiety.

– Skąd on ma na to pieniądze? Pracując zarobkowo na pół etatu i drugie pół bez wynagrodzenia przy budowie domu, musi się przecież z czegoś utrzymywać. Dochód z fryzjerstwa nie mógł mu wystarczyć.

Rozmawiałem na ten temat z moją żoną, którą historia miłosna i szaleńcza praca Fredo coraz wyraźniej intrygowały, choć nie tak bardzo jak mnie.

– Uważam go za człowieka pozytywnego, ale zupełnie niepraktycznego, po prostu oryginał i dziwak – Taka była jej opinia. Miała dużo racji. Nie mogłem tego nie przyznać.

Kiedyś żona dała się przekonać, aby pojechać ze mną i go poznać, a przynajmniej go zobaczyć. Rozmawialiśmy z Fredo bardzo krótko, bo zbliżała się burza. Od tego czasu – nie wiem dlaczego – żona straciła zainteresowanie całą tą historią.

Kontynuując wyprawy do lasu rozmawiałem z Fredo głównie po to, aby podtrzymać naszą znajomość, bo w jego życiu praktycznie nic się nie zmieniało. Byłem do niego pozytywnie nastawiony. Sam miałem niełatwe życie i rozumiałem go co najmniej częściowo. Zaprzyjaźniliśmy się, choć byłem znacznie starszy od niego.

Opowiedział mi więcej o sobie. Otrzymał spadek po rodzicach, właśnie to wzgórze oraz teren z jeziorem w Nowennie, stopniowo rozbudowującej się, najdroższej dzielnicy miasta. Zostawili mu także spore oszczędności w postaci funduszu inwestycyjnego, z którego otrzymywał wypłaty każdego miesiąca.

– Jakby domyślili się, że będę bardzo potrzebować tych pieniędzy. Zawsze troszczyli się o mnie, chyba nadmiernie, bo sami żyli dosyć oszczędnie. Nie mogę oczywiście narzekać. – Wyjaśnił, że nie potrzebuje dużo, bo żyje skromnie. – To tylko ja i moje psy. Na nic więcej nie muszę wydawać pieniędzy.

Odc. 3/3 Wymarzony dom

Zapytałem go o Arnikę. Dowiedziałem się tylko tyle, że obiecała mu, że będzie czekać, ale po roku przestała. Nie chciał powiedzieć nic więcej. Doszło do mnie wkrótce, że znalazła sobie kogoś innego. Fredo zachowywał się tak, jakby tego nie wiedział lub nie chciał wiedzieć, lub nie miało to dla niego znaczenia. Przestałem go rozumieć, ale nie straciłem zainteresowania jego życiem. Scenariusz jego postępowania był dla mnie niejasny, mogłem tylko czekać i śledzić rozwój wydarzeń.

Nadal podziwiałem Fredo, jak z wytrwałością graniczącą z uporem maniaka wywozi ziemię taczką. Imponował mi jego niezwykły hart i pokój ducha. Nie było widać po nim zmęczenia. Wydobyty urobek składował na płaskim brzegu jeziora, który stopniowo wydłużał się, zmniejszając powierzchnię wody. Miałem wrażenie, że Fredo tego nie widzi, ponieważ proces kurczenia się jeziora następował stopniowo. Pchając taczkę i opróżniając ją patrzył tylko w ziemię. Być może w ogóle go to nie interesowało.

Przez cały okres obserwacji nic się w nim nie zmieniało: ta sama czerwona koszula, te same długie, jasne spodnie, ta sama taczka. Zmieniała się tylko góra, jezioro i chyba trochę psy. Były mniej rozbiegane, spokojniejsze, wierni towarzysze pracowitej samotności swego pana. Polubiliśmy się wzajemnie; psy łasiły się do mnie, jakbym był członkiem rodziny.

Po półrocznej przerwie – przebywałem wtedy za granicą w niekończącej się podróży służbowej – przyjechałem znowu, aby odbyć tradycyjny już spacer po lesie. Zaskoczył mnie widok miejsca tak dobrze mi znanego. Tam, gdzie ostatnio widziałem prymitywne zarysy fundamentów, stał dom. Ale jaki! Była to rezydencja, coś jak dawny szlachecki dworek, rozległy, imponujący, tonący w kwiatach. Połowa wzgórza na całej szerokości rozległej działki zniknęła, nie pozostało z niego nic oprócz stromych wycięć w stoku po obydwu bokach i ogromnego nawisu ziemi z tyłu.

Przyglądałem się niezwykłej zmianie pejzażu, kiedy z domu wyszedł Fredo. Poznał mnie i z daleka machał już ręką. Zaskoczył mnie swoim zrelaksowanym, odmiennym wyglądem. Miał na sobie elegancką, jasnoniebieską koszulę w paski oraz jasne, nowe spodnie z dobrego materiału, na nogach zaś granatowe zamszowe mokasyny. Z gustownym, nie rzucającym się w oczy złotym łańcuchem na szyi wyglądał jak popularny artysta wychodzący przed dom, aby przywitać gościa przybywającego na urodzinowe przyjęcie lub towarzyski niedzielny grill.

Wyraziłem podziw dla jego osiągnięć i zapytałem czy nawis ziemi z tyłu nie jest niebezpieczny. Uspokoił mnie.

– To bardzo solidna konstrukcja ułożonych pod odpowiednim kątem betonowych kolumn i płyt. Projektował ją znany architekt. Jego żona była moją klientką, zrobiła mi dobrą reklamę dzięki czemu mogłem uzyskać korzystniejszą cenę za usługi firmy jej męża.

Przy kolejnej wizycie zapytałem Fredo ponownie o Arnikę, czy wie, co u niej słychać. Tym razem był trochę bardziej rozmowny. Powiedział, że jest mężatką, ale nie ma dzieci.

– Podobno co roku wyjeżdżają za granicę na wakacje. Czy jest szczęśliwa, tego to nie wiem – dodał odwracając głowę w kierunku psów, które ujadając radośnie wybiegły zza domu aby mnie przywitać.

Wydawało mi się, że pogodził się z losem. Bardzo tylko pragnął, aby zobaczyła dom, który dla niej zbudował. To było jego jedyne marzenie – podzielił się nim ze mną zanim się pożegnaliśmy. Dowiedziałem się od mojej żony, że wierzył, że jak Arnika zobaczy ten wymarzony dom, wtedy wróci do niego.

Wytrwałość Fredo przyniosła wyniki. Udało mu się umówić z Arniką na ósmy dzień sierpnia, że przyjedzie do niego, aby razem obejrzeli dom. Liczył na słoneczny, ciepły dzień.

Fredo przygotowywał się do wizyty jakby zależało od niej jego życie. Posprzątał dom wewnątrz i dookoła, włożył świeże kwiaty do wazonów, gruntownie przewietrzył wszystkie pomieszczenia. Pościerał starannie zakamarki, gdzie mógł zgromadzić się kurz, umył zlewy, wanny i sedesy. Robił wszystko sam. Był skrupulatny w każdym szczególe. Przygotował nawet kawę do naparzenia, aby jej zapach stworzył atmosferę ciepła i radości.

W nocy z siódmego na ósmego sierpnia około godziny dwudziestej drugiej zaczął padać deszcz. Takich opadów nie notowano w historii ani miasta, ani kraju. To była potworna ulewa, pogrom wszystkiego, co stanęło na drodze miliardom litrów wody spadającym z nieba. Potop trwał sześć długich godzin. Potoki wody spływały w kierunku jeziora Onta, podnosząc jego poziom metr po metrze.

Kiedy Arnika przyjechała pod wskazany adres, nie szukała długo. Pamiętała to miejsce. Nie było tam niczego do oglądania. Nie było wzgórza, nie było domu, tylko w miejscu jeziora rozciągało się gigantyczne rozlewisko mętnej wody.

Przyjechałem na miejsce kilka godzin później, jak tylko dowiedziałem się o skutkach oberwania chmury nad Nowenną i sąsiednimi dzielnicami. Stałem w szoku w miejscu, z którego lubiłem podziwiać dom i nie wierzyłem własnym oczom. Dołączył do mnie mężczyzna; nigdy wcześniej go nie widziałem. Lekko przygarbiony, w surducie i sztuczkowych spodniach wyglądał jak zapomniany przez czas kaznodzieja, który wybrał się nad jezioro, aby ułożyć sobie w głowie kazanie na ważne święto kościelne. Jego twarz była jeszcze młoda; postarzały ją posiwiałe przedwcześnie włosy i dwie wyraźne zmarszczki zatroskania. Staliśmy w milczeniu, szukając wzrokiem tego domu. Mężczyzna popatrzył na mnie, następnie spojrzał w niebo, milczał chwilę, po czym przemówił wyraźnym, mocnym głosem:

– Nie znałem osobiście Fredo, właściciela domu, ale znam ich historię. Fredo zbudował go z miłości do kobiety. W najpiękniejszym miejscu, na stoku wzgórza, z widokiem na jezioro. To wyjaśnia i uzasadnia wszystko. Miłość to najświętszy z sakramentów.

Michael Tequila
Gdańsk, 20 03 2021

0Shares

Drzewo kłamstwa. Opowiadanie.

Rok był przestępny. Dwudziestego dziewiątego lutego ogrody nad rzeką Karmą były jeszcze ośnieżone, kiedy zakwitły drzewa kłamstwa. Uznano to za cud przyrody. Kwiaty były dwukolorowe czarno-czerwone i wzbudzały powszechny zachwyt.

– To tak jakby jeden kolor wzywał do piekła, a drugi do szalonej, gorącej miłości – napisał poeta Jeremi Caprio.

Kilka dni potem zakwitły drzewa prawdy. Kwiaty były drobniejsze i miały tylko jeden kolor – śnieżnej bieli z aksamitnym połyskiem błękitu w dniach, kiedy panował mróz. Ponieważ śniegu było nadal dużo, pierwszego dnia nikt nawet nie zauważył białego kwiecia. Nie miały w sobie tyle czaru ile ich poprzedniczki.

Widok kwitnących ogrodów kłamstwa i prawdy był tak niezwykły, że pod ogrody samochodami i środkami komunikacji miejskiej przyjeżdżały tłumy ludzi, aby je podziwiać. Mróz trzymał jeszcze dwa tygodnie powodując, że przy najlżejszym powiewie z drzew sypał się pył śnieżny … „i błyszczał rozzuchwalony osobliwością kwitnienia” – dopisał do swego poematu Jeremi Caprio, urzeczony niezwykłością zjawiska.

Joanna stała na balkonie i podziwiała dwa odosobnione drzewa kłamstwa widoczne w dole, na stoku przy strumieniu. Była zamyślona, kiedy obok niej pojawił się mąż. Przyniósł jej bukiet kłamstwa, najpiękniejszy, jaki mogła sobie wymarzyć. Wręczył go całując ją w szyję i szepcząc do ucha:

– To z okazji trzydziestolecia naszego ślubu. Wyglądasz piękniej niż Wenus z Milo.

Uszczęśliwiona kobieta wzięła bukiet w rękę i trzymała go przed sobą, aby nasycić się widokiem i odurzającym zapachem kwiatów. Wiatr uchylił poły jej szlafroka i odsłonił biel obfitych piersi. Błyszczały zachwycone nagłą jawnością. Nie mogły być piękniejsze, bardziej dorodne ani bardziej ponętne. Przysłonięte bukietem kłamstwa były idealne.

Przez dwa tygodnie słonecznej pogody rozwijała się moda na bukiety kłamstwa. Ludzie obdarzali się nimi nie szczędząc pieniędzy ani zachodu w poszukiwaniu najpiękniejszych kwiatów. Przybrane ciemnoczerwonymi wstążkami z dodatkiem złotego pyłu, cieszyły się szczególnym wzięciem u zakochanych par, młodych panien i narzeczonych, zwłaszcza wtedy, gdy w grę wchodziły wyznania i przysięgi, szepty i oczarowania.

– Będę kochać cię nad życie – wyznał Zdzisław Krystynie stojąc na ślubnym kobiercu w pałacu ślubów Hosanna, wręczając jej symboliczną gałązkę drzewa kłamstwa przybraną jedynie dwiema wstążeczkami. Wiedział, że lubiła proste formy. Tego dnia wprost zgadywał jej życzenia.

– Szacunek, miłość, oddanie – na tle bukietu kłamstwa te słowa nabierały nowego znaczenia. Niektóre kobiety przyjmowały je lekko i z wdziękiem, inne poważnie, jakby były to portfele wypełnione grubymi plikami banknotów, jeszcze inne z uśmiechem, tak jakby kwiaty im się zawsze należały.

Umiejętności doboru, wręczania i otrzymywania bukietów kłamstwa dzieci uczyły się od osób dorosłych w sposób naturalny i niewymuszony. Było w tym coś budującego, jak szybko nabywały tych umiejętności.

– Czy odrobiłaś już lekcje, kochanie? – zapytał ojciec swoją Jolę, uczennicę drugiej klasy.

– Oczywiście, tatusiu. Odrobiłam je wyjątkowo solidnie, choć miałam mało czasu – dziewczynka uśmiechnęła się, wręczając ojcu gałązkę kłamstwa zapakowaną w celofan z kolorowymi wstążeczkami. – Sama je namalowałam – dodała.  

Dzięki bukietom kłamstwa ludziom łatwiej było porozumiewać się bez słów. Czarno-czerwone kwiaty miały w sobie niezwykły urok. Kiedy w domu stał taki bukiet, mniej było kłótni, życie toczyło się pogodniej. Czasem wystarczył nawet jeden mały, ale ładnie ułożony bukiecik, aby rozradować napięcie lub uśmierzyć kłótnię.

Z bukietów kłamstwa chętnie korzystali tłumacze języka migowego. Nadia, zatrudniona w telewizji jako tłumaczka tego języka, była wręcz entuzjastyczna.

– Wreszcie mamy coś, co ułatwia nam, tłumaczom migowym, komunikację. Ileż musiałam namachać się rękami, dłońmi i palcami tłumacząc wystąpienie jakiegoś naukowca lub urzędnika na konferencji prasowej! To niewiarygodne. Teraz posiłkuję się bukietem kłamstwa i wszyscy obserwujący mnie wiedzą, o co chodzi. Ważne jest ułożenie gałązek w odpowiedni sposób. Sygnał staje się wtedy mocniejszy, a przekaz wyraźniejszy.

Wkrótce pojawiły się reklamy zachęcające do kupowania bukietów kłamstwa. Najbardziej popularne było hasło: Człowiek może cię oszukać, kwiat nigdy ci nie skłamie”.

W telewizji odbyło się kilka dyskusji na temat najbardziej popularnych kwiatów sezonu. Udział brali w nich ogrodnicy, przyrodnicy, etycy a nawet historycy. Każdy z nich miał coś ciekawego do powiedzenia. Najwięcej kontrowersji wywołała wypowiedź katechetki, starszej wysuszonej niewiasty w granatowej sukience, zatrudnionej w biurze porad sercowych i matrymonialnych.

– Nie musisz się tłumaczyć, że popełniłeś czy popełniłaś zdradę. Wręczasz bukiet kłamstwa i masz sprawę z głowy. Każda kobieta to zrozumie, każdy mężczyzna wybaczy.

Osoby obecne na widowni argumentowały, że jeden bukiet niekoniecznie wszystko załatwi.

Zapytany o kwiaty kłamstwa rzecznik rządu zdystansował się ostrożnie.

– Jesteśmy nowoczesnym, demokratycznym społeczeństwem. Korzystanie czy nie korzystania z bukietów kłamstwa to wybór indywidualny, jeśli tylko mieści się on w granicach konstytucyjnego prawa wolności słowa i ekspresji.

– Czy ministerstwo szkolnictwa myśli o wprowadzeniu do programu edukacji sztuki układania kwiatów kłamstwa?

Na to pytanie rzecznik odpowiedział wymijająco:

– Nic mi o tym nie wiadomo. Proszę pytać o to ministra szkolnictwa.

Po dwóch latach okazało się, że z ogrodów prawie całkowicie znikły drzewa prawdy wyparte przez drzewa kłamstwa.

– To było nie do uniknięcia. Kwiaty drzewa kłamstwa są oryginalniejsze w kształcie, bogatsze w kolorze i piękniej pachną – wyjaśniali ogrodnicy. – Dlatego ludzie chętniej je kupują i hodują. Każdego roku mamy coraz więcej klientów zgłaszających się po ich sadzonki.

Drzewa kłamstwa okazały się też bardziej odporne na niekorzystne warunki atmosferyczne, mróz, suszę, obfite deszcze, silny wiatr oraz szkodniki.

– Jak na razie nic się ich nie ima. Może z czasem pojawi się jakieś robactwo, bakterie lub grzyby wywołujące choroby, ale miejmy nadzieję, że nie nastąpi to prędko – tłumaczyli ogrodnicy, osoby najlepiej zorientowane w zawiłościach rozwoju drzew kłamstwa.

Obydwie odmiany drzew można było sadzić wiosną, latem i jesienią, pod warunkiem, że przez pierwsze cztery tygodnie sadzonki będą należycie podlewane i osłonięte przed nadmiernym słońcem i zimnym wiatrem. Pół litra wody wystarczało na tydzień dla jednego drzewka.

Późną wiosną odkryto jeszcze jedną użyteczną właściwość kwiatów kłamstwa. Okazało się, że mają one znaczenie lecznicze. Kobieta w białym fartuchu reprezentująca firmę Gemma Flowers tłumaczyła w telewizji, że napar z ich kwiatów działa leczniczo na bóle sumienia.

Po kilku dalszych latach rosnącej popularności drzew kłamstwa pojawiła się ich krzyżówka z drzewem przekleństw. Z wyglądu obydwa gatunki drzew były prawie identyczne, w kwiatach hybrydy było tylko więcej szarości. Najczęściej były one nie do odróżnienia. Uwidoczniło to zupełnie nieoczekiwany problem.

– O ile kwiaty kłamstwa wszystkim odpowiadają zapachem, kolorem i kształtem, o tyle te z domieszką przekleństw wyraźnie śmierdzą prostactwem i chamstwem.

Niechęć społeczeństwa do nowej hybrydy była tak wielka, że ministerstwo rolnictwa wydało zakaz hodowli krzyżówek drzewa kłamstwa i drzewa przekleństwa. Nakazano też zniszczenie istniejących ich egzemplarzy. Ponieważ nie wszyscy obywatele potraktowali nowe prawo z należytym szacunkiem, w domach i ogrodach pojawili się strażnicy miejscy a nawet policjanci. Wręczali oni mandaty oraz niszczyli drzewa podobne do wzorca, jaki mieli w smartfonach i na zdjęciach. Kiedy wszystkie krzyżówki z udziałem drzewa przekleństwa zostały zniszczone, okazało się, że niewiele to dało. Ludzie nadal bluzgali jak rzeźnik tonący w kloace.

– Świat kręci się jak zawsze dookoła własnej osi i wokół słońca, niezależnie od tego czy na ziemi rosną drzewa kłamstwa, prawdy czy też hybrydy. Wszystko zależy od poczucia piękna i estetyki. Jedni lubią kwiaty drobne i białe, inni większe, czarnoczerwone. Czy mają one więcej czy mniej szarości, czy też nie mają jej w ogóle, wielu osobom nie robi jednak różnicy. Mamy coraz bardziej liberalne społeczeństwo. Przekleństwa zadomowiły się w naszym życiu podobnie jak drzewa kłamstwa i prawdy w ogrodach – tłumaczono w programie „Kultura roślin” w telewizji. – I tak już musi być, chyba żebyśmy wystrzelali tych najbardziej przeklinających dla odstraszenia pozostałych. To jest oczywiście niemożliwe, bo kraj by się wyludnił.

Nie były to mądre słowa. Następnego tygodnia zastrzelono znanego polityka oraz ciężko zraniono dwóch innych.

Michael Tequila
Gdańsk, 9 marca 2021

0Shares

Zabójstwo. Opowiadanie surrealistyczne.

– Zabiła go pogoda – orzekł młodszy posterunkowy Zupak, wyjmując ołówek, kalkę i notatnik.

Pogoda nie mogła być nędzniejsza. Od trzech dni tumany chmur wałęsały się przy ziemi, rozkołtunione, wredne, duszące za szyję samym swym widokiem. W końcu dopadła Szaleńca walczącego z wiatrakami uprzedzeń rasowych, seksualnych i medycznych, kiedy szedł do sklepu z psem, schwyciła za gardło i zdusiła ku ziemi. Nawet się nie bronił. Kilka razy poruszył nerwowo nogami jakby chciał podbiec do odjeżdżającego autobusu i to było wszystko.

– Świadkowie twierdzą, że poruszył nogami pięć razy, inni, że trzy – zapisał w notatniku posterunkowy Zupak. – Tak czy inaczej po zakończeniu tego dziwnego spektaklu denat znieruchomiał na dobre. Tak to sobie wydedukowałem.

Wierny pies Szaleńca uciekł, aby zanieść wiadomość rodzinie, że czas już dzielić spadek. Sam miał nadzieję na stosik świeżych kości oraz większą sztukę wołową, jakie właściciel obiecał mu zapisać w swojej ostatniej woli. Domownicy ucieszeni wiadomością się rzucili do szafki, gdzie Szaleniec trzymał dokumenty, była jednak zamknięta na kłódkę i dodatkowo zakratowana.

Upadły leżał przy chodniku w kałuży błota. Obchodzono go z daleka, bo przedstawiał niemiły a może nawet i odrażający widok, zachowując na ustach wyzywający, sardoniczny uśmiech jakby to on uśmiercił pogodę, a nie ona jego.

– Niby to człowiek, ale bardziej przypomina rozmamłany wór starych ubrań dla bezdomnych ofiar wielkiego dobrobytu. – Szeptały między sobą dwie niewiasty. Stały naprzeciwko siebie i konwersowały; jedna młoda ubrana na czarno, w szerokiej spódnicy i druga starsza, w kolorowym stroju dzierlatki i getrach tak obcisłych, że momentami znikał pod nimi kształt jej nóg.

I leżałby tak człowiek szalony, ofiara pogody, do końca świata, gdyby nie słoneczko, które pojawiło się dwie godziny później oraz sześć naparstków whisky, jakie litościwy pijak wlał mu do ust. Ratując człowieka, słowa modlitwy spływały z jego własnych ust wysuszonych wieloletnim obcowaniem z napojami wyskokowymi.

– Życzyłbym sobie, aby i mnie ktoś wyświadczył taką przysługę, kiedy będę na ziemi na klęczkach głodu i pragnienia.

– Masz to jak w banku – odezwał się głos od strony wysokiego budynku, gdzie zakwaterowano wielką gromadę nowoczesnych Samarytan od Świętego Grzechu. Patrzyli w dół z dziesiątego piętra pozdrawiając go rękami pełnymi obietnic.

Ich ciepłe gesty dotarły do Pijaka i Szaleńca przekonując ich ostatecznie, że świat jest piękny mimo nędznej pogody, okrutnego wirusa,  zazdrosnych kochanek, zaplutych polityków i wszystkich innych nieszczęść cywilizacji.

Michael Tequila
Gdańsk, 4 marca 2021

0Shares

Ja, Herkules. Powieść. Odc. 44/80

Odc. 1 Prezentacja 

Postanowiłem zostać celebrytą. Postanowiłem i słowa dotrzymałem. Oto stoję przed wami w całej krasie i okazałości, ja, Herkules Celebryta. Aby się nacieszyć, że to jestem ja, człowiek na piedestale sławy, chodzę regularnie do łazienki i patrzę w lustro. To mi sprawia przyjemność. Kiedyś tego tak nie odbierałem, dzisiaj jest inaczej. Nie uważam tego za narcyzm, tylko przypominanie sobie, jak wyglądam; ostatecznie nie patrzę na siebie nieprzerwanie. Oczywiście żartuję z tym chodzeniem do łazienki i podziwianiem siebie. Mam nadzieję, że nie dałeś się złapać na ten prościutki żart.

W niedzielę rano przeglądałem zdjęcia. W ręce wpadła mi kolorowa fotka z ambasady Stanów Zjednoczonych w Argentynie, z podpisem na odwrocie: US Embassy in Argentina, Avenida Colombia 4300, Buenos Aires. Jeden z dwóch mężczyzn na zdjęciu to byłem ja. Ten drugi to był ambasador amerykański. Pamiętam jak się nazywał: John Sidro. Znałem już wtedy protokół dyplomatyczny, umiałem się znaleźć i miałem dobre maniery. Byłem też pewny siebie. Dlatego też znalazłem się w tamtym miejscu.

Nie zawsze nosiłem imię Herkules, podobnie jak nie od dziecka jest się celebrytą. Ale zawsze miałem w sobie zalążki wielkości; nosiłem buławę hetmańską w plecaku, jak to mówią. Tak jak większość z nas, bo wiele jest genialnych dzieci. Będąc tego świadomym, trzeba też pamiętać ostrzeżenie, wypowiedziane przez kogoś chyba nie bez przyczyny:

– Jak to się dzieje, że jest tyle genialnych dzieci, a na starość tylu głupców?

To ostrzeżenie, że człowiek może ulec degeneracji.

Wracam do imienia. Byłem jeszcze młody, ale bez przesady, bo miałem już za sobą kawał udanego życia, kiedy poczułem w sobie taką parę, że przestraszyłem się, że wybuchnę jak kocioł parowy. Czułem się wtedy jak wypełniona paliwem rakieta wykonana ze stali nierdzewnej i tytanu, gotowa wzlecieć w przestrzeń kosmiczną. Był to moment, kiedy uznałem, że muszę zmienić imię na Herkules. To super imię, podoba mi się, idealnie pasuje do celebryty.

Czasem moi wielbiciele i wielbicielki proszą mnie:

– Opowiedz nam historię Herkulesa. Wiemy, że masz mało czasu, ale opowiedz choćby w dwóch słowach.

Niestety, odmawiam takim prośbom, bo nie sposób jest opowiedzieć historii półboga-półczłowieka w ciągu kilku minut. Kiedyś to oczywiście uczynię, w korzystniejszych warunkach, kiedy będę mieć więcej czasu. Obecnie jest to niemożliwe, jestem za bardzo rozchwytywany.

Były to lata, kiedy żyliśmy wszyscy w świecie chwiejącym się pod presją szalonych idei, zwariowanych przywódców, lokalnych wojen i zabójczego wirusa; każde nietypowe zachowanie zasługiwało wówczas na szacunek pod warunkiem, że było skuteczne, że stawiało cię przed innymi. Ponadto, co tu dużo mówić, ludziom znanym, słynnym i wybitnym, zawsze wiele się wybaczało.

Pamiętam, że w ambasadzie amerykańskiej w Buenos Aires, w czasie mojego wystąpienia w roli celebryty przed personelem dyplomatycznym ambasady i zaproszonymi gośćmi, przypomniał mi się kawał o słupie. Musiałem go opowiedzieć, bo był krótki i dobry. To było silniejsze ode mnie. Mam taką zasadę, że nigdy nie powinno się odmawiać sobie czegoś, na co ma się chęć. Oczywiście musisz liczyć się z następstwami. To, co robisz, może nieść ze sobą konsekwencje. Inaczej mówiąc, cenę, jaką zapłacisz. Ja nie zapłaciłem wówczas żadnej ceny, wręcz przeciwnie, dużo zyskałem jako człowiek z poczuciem humoru.

Wracam do kawału. Tematem był pijany w sztok mężczyzna, który chodził dookoła wielkiego betonowego słupa ogłoszeniowego, dotykał go rękami szukając wyjścia, szukał i szukał, w końcu pełen przerażenia krzyknął:

– Rany boskie! Zamknęli mnie! Zamknęli!

Tak naprawdę, to nie powinienem wtedy, ani w ogóle, opowiadać tej dykteryjki, bo pijaków nie znoszę. Znam nawet kilka obraźliwych określeń na ich temat: moczymorda, pijus, opój, oliwa, pijanica, alkoholik, ochlapus, gazownik, opilec. Dzisiaj bym tego raczej nie zrobił, mamy inne czasy, jest większa wrażliwość na losy ludzi, którym się nie powiodło, sam też jestem inny. Nie bez znaczenia jest też poprawność polityczna.

Wtedy w ambasadzie, zatrzymałem się po zakończeniu kawału, choć przychodziły mi do głowy inne, może nawet jeszcze lepsze kawały, i powiedziałem:

– Szlus. To już koniec kawału, dygresji i wyliczanki.

Były to lata, kiedy robiłem rzeczy dziwne i szalone, bo takie były warunki życia. Wszyscy zachowali się wtedy nietypowo; wirus mieszał ludziom w głowach i dezorganizował życie, każdy starał się radzić sobie z tym jak mógł. Dzisiaj jest tylko trochę łatwiej, ale nie za dużo. Nadal mamy przed sobą masę niepewności, nawet co do przyszłości samej cywilizacji ludzkiej.

Ja byłem uprzywilejowany, ponieważ wiedziałem już, jak uniknąć pułapek, jakie niesie życie. Tłumaczyłem moim zwolennikom:

– Nawet jeśli jesteś pewny siebie, masz w sobie dynamit, talent i pomysły, jak się wyróżniać, to nie wystarczy. Musisz stale się uczyć pamiętając, że są jeszcze sposoby widzenia, myślenia i postępowania inne niż twoje i warto się w nich ogarnąć, jeśli chcesz pozostać na topie.

Dzisiaj, mimo że zaszedłem daleko na drodze sławy, nie przestaję pracować nad sobą, bo bycie celebrytą ma swój początek ale nie ma końca. Oczywiście z wyjątkiem samobójstwa lub cichego pokoiku w szpitalu dla psychicznie chorych z widokiem na morze w miejscu, gdzie za oknami jest park i rosną rozłożyste drzewa. Rzecz jasna żartuję, ale tylko na temat widoku na morze w parku.

Odc. 2 Bagno i waga patriotyzmu

Wtedy, w ambasadzie, kiedy powiedziałem „Szlus. To już koniec kawału, dygresji i wyliczanki”, ambasador John Sidro zapytał mnie:

– Co ma pan na myśli? Jak należy rozumieć pańskie słowa?

Z Johnem Sidro łączyła mnie oryginalna pasja filatelistyczna – zbierania znaczków i innych walorów pocztowych w tematach „Prymitywna jednostka społeczna” oraz „Zbiorowa głupota narodu”. Były to dwa zjawiska, które uznaliśmy za największe zagrożenie demokracji, a szerzej mówiąc zagrożenie wolności, którą obydwaj stawialiśmy na najwyższym piedestale. Poglądy nas zbliżały, tworząc coś w rodzaju wspólnoty ducha, łączącej ludzi i ułatwiającej porozumiewanie się w innych sprawach. Pamiętam, co mu odpowiedziałem:

– Dobrze, że pan pyta, panie ambasadorze, bo kto pyta, nie błądzi. Ale tylko wtedy, kiedy człowiek nie znajduje się na bagnie, bo tam, nawet jeśli zna się kierunek drogi, to i tak niewiele to pomoże. Bagno to bagno.

– To miejsce, gdzie możesz szybko utonąć i to w sposób bardzo bolesny, nabierając błota w usta. To ohydne – dodał ambasador, wykrzywiając boleśnie twarz i otwierając usta tak, jakby chciał schwycić ostatnią drobinę bagiennego powietrza.

Był to nasz frymuśny sposób rozmowy o sprawach poważnych, wolności, demokracji, mądrości oraz niebezpiecznej głupocie, reprezentującej najwyższą formę ludzkiej beznadziejności.

Wracając do bagna zrobię małą dygresję. Pisał o nim Arthur Conan Doyle (Co tu mówić! Ludzie kochali go za wyobraźnię detektywistyczną oraz znakomity adres zamieszkania przy Baker Street w Londynie). Conan Doyle był pisarzem-celebrytą. To nas łączyło. Oczywiście żył sporo wcześniej więc nie była to więź bezpośrednia tylko ezoteryczna. Uwielbiałem czytać fragment jego kryminału „Pies Baskervillów” opisujący bagna Grimpen-Mire, które stały się przedmiotem szczególnego zainteresowania Sherlocka Holmesa, a w filmie mroczną oprawą wystąpienia samego psa Baskerwilów. Była to przerażająca bestia, niesamowity, straszny; w nocy fosfor świecił mu się z mordy trupim blaskiem. Będąc wówczas chłopcem myślałem, że takiego psa dobrze było mieć, kiedy masz słabą latarkę albo zapomniałeś ją zabrać. Zwierzak oświetlał ci wówczas drogę, w dodatku miałeś towarzystwo.

Wskoczę teraz na sekundę w nurt fascynacji miłosnych, aby złożyć także i wobec ciebie deklarację, że kocham psy, czasem nawet bardziej niż człowieka. Jest to miłość odwzajemniana. Tylko raz pies mnie ugryzł, i to gdzie, w pośladek. Wybaczyłem mu to, ponieważ obydwaj byliśmy młodzi. Był jeszcze szczeniakiem, a ja pod względem dojrzałości byłem niewiele mądrzejszy od niego. Opowiem tę historyjkę przy innej okazji, ponieważ ma wydźwięk filozoficzny, jak postępować w warunkach zagrożenia.

Dzisiaj jest inaczej niż za czasów Conan Doyle’a, Sherlocka Watsona i psa Baskerwilów. Wciąż mamy pisarzy, detektywów i psy, ale bagien jest znacznie mniej, tych naturalnych oczywiście, no i technologie się zmieniły. Dziś masz latarkę w smartfonie, a niedługo będziesz mieć źródło światła wszczepione pod skórę dłoni zasilane energią produkowaną przez twój organizm. Inwencja ludzka nie ma granic, jestem o tym przekonany, a to nas prowadzi wprost do bramy nieba i piekła, gdzie droga rozdwaja się w bardzo ciekawy sposób. Którąkolwiek z nich nie pójdziesz, dojdziesz równocześnie w jedno i w drugie miejsce, to znaczy i do nieba i do piekła. Chodzi o to, że cokolwiek człowiek nie wymyśli, ma swoje zalety jak i wady. Taki samochód przykładowo. Masz wypasione limo, jeździsz nim gdzie chcesz, ale przestajesz używać nogi, w związku z czym obrastasz tłuszczem, kurczą ci się płuca, a serce zniechęca się coraz bardziej do działania. Eh! Jest to szeroki, słodko-cierpki temat, kwestia dwoistości zjawisk, inaczej mówiąc dualizmu. Na temat dualizmu rozmawiałem raz lub dwa razy z ambasadorem Sidro, częściej natomiast z mym przyjacielem Erazmem. Dualizm to mój konik, moja szczególna pasja. Jeśli chcesz być celebrytą, koniecznie musisz mieć coś takiego w sobie, bo to cię odróżnia także od innych celebrytów. Podobnie jak zabłocone buty od czystych lub kobietę z pełnymi piersiami od chudziny mogącej przestraszyć nawet własne, spragnione mleka dziecko.

Temat celebrytyzmu podjąłem kiedyś z profesorem Janem Zybe. Zybe to ten facet, który wynalazł wagę do mierzenia patriotyzmu. Dla mnie, urządzenie to bardziej niż wagę przypominało alkomat, który określa poziom patriotyzmu na podstawie wdychanego i wydychanego powietrza. Znielubiłem Zybego za to urządzenie. Była to jakaś perwersja, wynalazek z podszeptu szatana. O ile wiem, Zybe miał sugerować prezydentowi, żeby to wykorzystać w procesie przyznawania i odbierania obywatelstwa. To tak jakby powiedzieć:

– Oceńmy kandydatkę, czy jest dostatecznie patriotyczna, aby zająć stanowisko dyrektora państwowej kopalni węgla kamiennego.

Myślę, że równie dobrze można oceniać przejrzystość człowieka, czy nie będzie nadmiernie zasłaniać światła stojąc naprzeciw okna. Temat jest nie bez znaczenia w małych mieszkaniach, sklepikach, komórkach, kurnikach, celach więziennych, piwnicach i garażach, gdzie jest tylko jedno okno. Wybacz, że jestem taki zgryźliwy, ale to kwestia krytycyzmu. Celebryta musi umieć krytycznie oceniać rzeczywistość, aby nie robić z siebie durnia jak niektórzy politycy. Niektórych nie znoszę do tego stopnia, że chętnie bym ich rozstrzelał. Nie bierz tego dosłownie, przyjmij to jako wyraz celebryckiego poczucia humoru.

Ostatnio zadzwonił do mnie profesor Zybe, aby przekonsultować definicję celebrytyzmu, nad którą pracował. Jak wspomniałem, facet był a może i nadal jest doradcą prezydenta. Nie przepadam za jednym ani za drugim ale też nie unikam z nimi kontaktów.

Decyzja utrzymywania kontaktów z ludźmi, których nie lubimy, jest bardziej racjonalna niż uczuciowa. Powiedziałem sobie kiedyś, że uczucia i emocje rezerwuję dla rodziny, przyjaciół oraz zwierząt, a w szerszym sensie przyrody. Inne byty postanowiłem traktować bardziej racjonalnie, inaczej mówiąc rozumowo czyli chłodno. Pozwala to zachować równowagę ducha w kontaktach z otoczeniem, które staje się coraz bardziej niezrozumiałe, żeby nie powiedzieć zwariowane. Za przejaw niezdrowego szaleństwa, rodzaj łagodnego debilizmu społecznego, uważam wszystko, co budzi racjonalny jak i emocjonalny sprzeciw człowieka.

Może to być urządzenie elektroniczne zdolne pełnić tysiąc różnych funkcji, z których przeciętny użytkownik wykorzystuje tylko pięć procent, bo nie potrzebuje więcej. Ta reszta tylko komplikuje mu życie, kiedy usiłuje coś zmienić, na przykład ustawić głośność. Pojawiają się wtedy przeróżne przyciski, guziki, opcje i warianty, które sprowadzają go na manowce. Taka jest natura wynalazków mających ułatwić ci życie; potrafi je zdrowo skomplikować. Tak jak niewinny, maciupci wirus; miał służyć za pokarm bakteriom, a tu okazuje się, że zjada ci płuca. Mój znajomy chirurg, który żenił się trzy razy, określił go  dosadnie:

– To taka samosiejka, co to niewinnie wyrasta ci pod domem, aby zabrać ci w jednej chwili szopę, samochód, psa, jego budę i zabawki dzieci twoich, twojej żony, waszych wspólnych oraz tych z poprzednich małżeństw. 

Jest to wyraźne także w przypadku celebrytów. Mogą oni mieć potężne wady, że tak powiem systemowe. Żeby nie gmatwać, za taką wadę uważam odbieranie sobie życia, kiedy ma się wszystko, łącznie z majątkiem, zdrowiem, sławą i rodziną, aby w pełni cieszyć się życiem.

Odc. 3 Definicja celebryty

Profesor Zybe zadzwonił wieczorem i od razu przeprosił, że odrywa mnie od pracy. Te poniekąd niepotrzebne przeprosiny dobrze przyjąłem, pomyślałem o nim życzliwiej niż zawsze. Zależało mu na mojej opinii. Dzwonił, aby zapytać mnie, co sądzę o jego definicji celebryty. Przygotowywał jakiś materiał dla prezydenta do oficjalnego wystąpienia. Byłem ciekaw o co chodzi, ale profesor zasłonił się tajemnicą służbową. Sumitował się niezdarnie jak dzieciak wyrwany nagle do tablicy.

– Prezydent by mi oberwał … no, wie pan … proszę zrozumieć … mam na ustach kaganiec, takie czasy … władzy też nie jest lekko…

Pomyślałem, że prosi mnie o opinię także dlatego, aby mi zrobić przyjemność. Nie chwaliłem go za bardzo, żeby nie wbił się w zachwyt nad samym sobą. Wysłuchałem jego definicji. Nie powiem, sprokurował ją dosyć zgrabnie.

„Celebryci to jednostki wyższej klasy, promieniujące niezwykłością, w blasku której pragną się kąpać tłumy wielbicieli i naśladowców. Celebryta jest mistrzem, gwiazdą i idolem, postacią złożoną, zewnętrznie piękną i szlachetną, uśmiechającą się, rozdającą autografy i wyrozumiałą. Jeśli ma słabości lub przeżywa rozterki to czyni to w ukryciu, najczęściej w domu, bo to sprawa prywatna, choć czasem obnaża się publicznie ze swoim bólem, niepokojem lub niepowodzeniem. W momentach kryzysu celebryta ratuje się alkoholem, narkotykami, seksem, a czasem przemocą wobec najbliższych, co należy uznać za fatalny przejaw bezsilności. W podsumowaniu, można by powiedzieć, że celebryta jest jednostką niezwykłą, bez typowych ludzkich wad, dzięki czemu staje się idolem wielu osób, zwłaszcza ludzi młodych.”

Definicja była poetycka choć nieco przesadna w opisie. Poetyckość stylu profesora zapisałem mu na plus, zważywszy że to urzędas państwowy, posługujący się na co dzień językiem sztywnym jak wilgotny dywan wystawiony na silny mróz. W opisie doszukałem się także wpływów religijnych, konkretnie pobłażliwego wybaczenia, idealizacji i uwielbienia. Zasugerowałem profesorowi, aby nie ujmował ostatniego fragmentu w sposób bezpośredni „nie bez wad”, lecz jakiś łagodniejszy. Było to niejako także w moim interesie.

Zaraz potem pomyślałem, że profesor sam jest niezłym narcyzem: w momencie kiedy czytał mi definicję celebryty, stał nagi przed lustrem, podziwiał się i idealizował. 

– A to niesforny onanista! – tak to mi się sfomułowało. Wyglądał mi na takiego z tą swoją rumianą twarzyczką i rączkami rozpieszczonego intelektualisty.

Muszę wyjaśnić, że celebryci od czasu do czasu też odkrywają w sobie twardą ludzką duszę. Potrafią nie tylko wdzięczyć się do tłumu słuchaczy, widzów, dziennikarzy, fotografów i reporterów ale i przekląć, powiedzieć coś dosadnego, wyzłośliwić się na kogoś, walnąć pięścią w stół lub głową w ścianę.

Rozpędziłem się, a nie chcę przesadzać. Domyślam się, chyba słusznie, że wielu admiratorów celebrytów i celebrytek, chciałoby wiedzieć, czy przyjaciele i osoby im najbliższe mają tak pozytywny stosunek do nich, jak to opisał profesor Zybe.

Otóż niekoniecznie. Mój przyjaciel Erazm Jansen na przykład nie znosi celebrytów. Powiedział mi to wprost. Trochę to mnie nawet zabolało, że nie powiem ubodło. Erazm uważa każdego celebrytę za niereformowalnego narcyza, rodzaj diabła-anioła, z przewagą elementów piekielnych, a w najlepszym przypadku za anioła-diabła z akcentem przesuniętym również w kierunku demonizmu. Pozory nieba w celebrycie tłumaczy Erazm podstępnością, pokazywaniem pięknej twarzy, pozorowaniem uprzejmości. W rzeczywistości – cytuję mego przyjaciela – „w każdym nadętym celebryci jest narcyzm, egoizm, egocentryzm, co cuchnie czarcim łajnem na odległość”.

Oczywiście odrzucam tego rodzaju krytyki, jako nieuzasadnione.

W profesorskim opisie była jakaś niesamowitość. Udzieliła mi się ona, choć wiedziałem, że jest w niej przesada. Przyszło mi na myśl, że i ja muszę być niesamowity, skoro uznają mnie za celebrytę.

– Ten wyuzdaniec prezydencki połaskotał mnie w czułe miejsce – pomyślałem i od razu poczułem się lepiej, choć i tak czułem się doskonale.

Dobre samopoczucie jest sztuką, której potrzebuje się nauczyć każdy adept celebryzmu. Jest to szczególnie ważne dla radzenia sobie w niesprzyjających sytuacjach.

– Chwal siebie, zachwyć się sobą, uznaj się za niezwykłego człowieka, przynajmniej od czasu do czasu! To część bycia celebrytą – to mój postulat dla ciebie przynajmniej na dzisiaj.

Odc. 4 Rok wirusa

Wirus, a wraz z nim epidemia, pojawił się w styczniu i zapisał się w kalendarzu światowych przemian jako Rok Wirusa Quagga. Sytuacja rozwijała się tak dynamicznie, że większość obywateli Bangrolu nie nadążała śledzić zmian fali zakażeń i statystyk. Na początku nikt nie umiał nawet opisać sytuacji. Premier Jonasz Chudy ustami swego rzecznika prasowego przedstawiał pewne definicje, ale albo ich nie rozumiano, albo nie akceptowano. Wydawało się, że każdy obywatel ma swoją własną definicję.

Wieczorem Erazm Jansen spotkał się z Herkulesem na Skajpie, aby porozmawiać na te tematy. Przedtem telefonicznie zaoferował się przedstawić ocenę stanu epidemii.

– Będzie ona konkretna i wyczerpująca. Myślałem dłużej na ten temat, bo jesteśmy w głębokim kryzysie. Nawet celebryci ją zrozumieją. Nie mówię tego pod twoim adresem, tylko wszystkich celebrytów jako takich.

Herkules nie brał do serca słów przyjaciela, wiedział, że lubi się podrażnić, zwłaszcza kiedy mucha mu usiądzie na nosie. Rozmawiali o tym i o owym, zanim Erazm nie sprowadził rozmowy na właściwy temat.

– Od kilku dni nikt w kraju o niczym innym nie mówi, tylko o wirusie Quagga, jego możliwych i niemożliwych mutacjach, o epidemii, jej ryzykach i kosztach, lokautach i bezrobociu. Jednym słowem czarna rozpacz. Wszyscy się boją wirusa, z wyjątkiem ludzi młodych, narkomanów, alkoholików, otępiałych starców, pająków i zwierząt. Może nawet one też się go boją, ale to niemowy, więc nic ci nie powiedzą. Ja takiego poglądu nie podzielam, bo ludzie to też zwierzęta.

– Więc jaka jest w końcu twoja definicja sytuacji? – W głosie Herkulesa zabrzmiał nutka zniecierpliwienia. Bardzo się śpieszył się do swoich obowiązków. Tego dnia miał być jeszcze fotografowany na tle domu i na tle ulicy, udzielić dwa wywiady, pokazać się publicznie na spotkaniu wolontariuszy organizacji dobroczynnej, którą sponsorował, odkrycia rąbka jakiejś tajemnicy osobistej oraz podpisywania autografów. Śpieszył się do tych obowiązków.

– Najpierw był wirus, koncentracja regionalna, podobna do obozu nowej ideologii, potem epidemia, ogarniająca coraz szersze kręgi świata przenosząc się samolotami z jednego kraju do drugiego, w końcu pandemia, która ogarnęła sobą cały świat.

– Jak pożoga lasu w Australii podsycana gorącym oddechem wiatru nasączonym palnym olejkiem eukaliptusowym – dodał Celebryta.

Rząd Bangrolu dwoił się i troił tworząc zasady, przepisy i mechanizmy ograniczające dalszy rozwój epidemii. Mimo jego wysiłków, krytykowano go.

– Ludzie są niewdzięczni – skarżyli się ministrowie premierowi na spotkaniu gabinetu.  – Zaharowujemy się jak woły, a nawet wiązki siana nikt ci nie postawi przed oczy – rzucił minister rolnictwa. Rozgoryczenie wylewało się z niego. – Mam na myśli siano w sensie symbolicznym, jako podziękowanie za ciężką pracę, cięższą nawet niż przy pługu, w dodatku bardziej niebezpieczną.

Krytyka rządu była powszechna. Erazm mówił z podnieceniem równym niezwykłości wirusa, istoty niepojęcie małej, a bardziej zabójczej niż najbardziej zjadliwa bakteria Zonna364. Herkules czuł przez skórę, jak przyjaciel wymachuje rękami, wyrażając gniew i frustrację. O rządzie mówił nie wprost, ale „oni”, aby dać wyraz swej odrazie do praktyk gorszych niż zwierzęce.

– Oni tworzą przepisy, ale ich nie wyjaśniają. Wiem to dobrze, bo rozmawiam codziennie z ludźmi na ulicy. Czuję ból ich niepewności, a nawet rozpaczy. Nikt im nie mówi także kiedy to się wreszcie skończy. Ci z góry dają fatalny przykład; nie pokazują się w miejscach publicznych, aby zademonstrować, jak prawidłowo nosi się maseczki, zasłaniając w pełni nos i usta. Ważne jest też zachowanie odległości. Nikt jej nie mierzy.

– To widać na oko – Herkules przerwał potok mowy przyjaciela rzeczową uwagą. Erazm nie pozostał dłużny.

– Na oko to chłop w szpitalu umarł, drogi Herkulu – odparł mężczyzna, przerywając tylko na chwilę krytykę władz. – Sami nie przestrzegają bezpiecznej odległości dwóch metrów. Widziano ich, jak grupowo wchodzili na teren gorzelni zamkniętej z powodu epidemii oraz do obiektu sportowego, gdzie obowiązywał zakaz wchodzenia. Rzekomo po to, aby wypróbować nową partię obuwia sportowego, mającego stanowić prawdziwy hit eksportowy. Takie postępowanie władz wywołuje ferment społeczny; ludzie zaczynają ignorować przepisy. To nie wszystko. Najpierw premier Chudy zarządza lockdown, trzyma właścicieli biznesów w niepewności przez tydzień lub dwa, a potem wedle swojego widzimisię otwiera, co mu się podoba, jakby to była klatka z oswojonym kanarkiem lub paczka tanich papierosów. Potem dla odprężenia trochę pojeździ z dzieckiem na kucyku na domowym torze hippicznym i znowu dekretuje, otwiera i zamyka przedsiębiorstwa, sklepy, punkty usługowe, kina  i szkoły. Co to za postępowanie?!

Odc. 5. Dwa obozy

W kraju utworzyły się dwa obozy, zwolenników i przeciwników wszystkiego, czym żyło społeczeństwo: wirusa, maseczek, rękawiczek oraz ograniczeń i nakazów ustalanych przez rząd. Większość obywateli akceptowała ograniczenia lecz niemało było buntujących się przeciwko nim. Strach przed wirusem wziął się za bary z buntem przeciw zakazom wprowadzanym przez władze. Najbardziej ludzie obawiali się zakażenia się wirusem i pobytu w szpitalu oraz utraty pracy i dochodów.

W walce z wirusem pojawiły się dwie strategie, dwie koncepcje, dwa sposoby podejścia. Rząd szarpał się jak dzik na uwięzi, nie mając pojęcia, jak walczyć z epidemią godząc w dodatku często sprzeczne uczucia, oczekiwania i potrzeby społeczeństwa. Większość młodych ludzi, bardziej odpornych na wirusa, często przechodzący zakażenie bezobjawowo, reprezentowali twardą linii postępowania. Demonstrowali to ignorując polecenia władz, spotykając się towarzysko i na manifestach bez maseczek i rękawiczek. Zdecydowanie prezentowali swoje poglądy na forach internetowych. Przeważały głosy, że epidemia może się skończyć tylko w sposób naturalny, kiedy większość ulegnie zakażeniu i przechoruje to. Oznaczało to, że wymrze jakaś część społeczeństwa. To miał być nieunikniony koszt powrotu społeczeństwa do zdrowia. Traktowano to jak wyrok losu.

Na forum internetowym Głos Wolności młoda kobieta z twarzą zasłoniętą chustą i zdecydowanym głosem mówiła;

– Nie ma cudów, natura niczego nie wybacza. Jedyny sposób ocalenia społeczeństwa to zachowywać się naturalnie, odrzucić maseczki w kąt, plunąć na rękawiczki, wychodzić na ulice bez skrępowania i poruszać się swobodnie z otwartą przyłbicą. Pojawiły się hasła i zawołania:

– Czyś stary czy młody, musisz tak postępować. Bez tego społeczeństwo się nie uodporni. Większość z nas musi zachorować, aby to nastąpiło. Nie ma żadnego skrótu do celu, żadnego „zmiłuj się”. Takie są zasady gry. Dyktuje je nie rząd, ale wszechmocny wirus, część natury. To on dzisiaj jest panem.

Władze Bangrolu traktowały tego rodzaju poglądy i zachowania jako sabotaż walki z wirusem. Policja i prokuratura rozpoczęły dochodzenia, wkrótce nastąpiły pierwsze aresztowania i oskarżenia. Nie powstrzymywało to zwolenników pozostawienia wirusa w spokoju, aby płacąc daninę społeczeństwo odzyskało naturalną odporność.

Ludzie starsi i bardziej schorowani argumentowali:

– Ale w takim wypadku będziemy mieć wkrótce mieć na ulicach zwały trupów tak jak w czasie wielkiej epidemii w Konstantynopolu. To, do czego usiłujecie nas przekonać, to prawa dżungli.

Anarchiści, przeciwnicy wszelkiej władzy i ładu społecznego, stanęli pośrodku.

– Chcesz nosić maseczkę ochronną – bardzo dobrze, nie chcesz jej nosić – też bardzo dobrze.

Erazm ocenił sytuację zwięźle ale zupełnie niezrozumiale.

– Zamieszanie i rozgardiasz pojawiają się równie szybko jak nieszczęście. Czy będzie to powódź, osunięcie się mas ziemi, wybuch wulkanu, czy śmiertelny wirus. Nie musimy na nic czekać, już jesteśmy w bagnie. Ja nawet czuję śmierdzący gaz wydobywający się z niego.

Zdziwiłem się, skąd u niego takie słowa. Popatrzyłem na jego twarz, rozmawialiśmy na Skajpie, i pomyślałem, że chyba wypił. Zawsze miał słabą głowę. Jego żona dawała mi znaki zza jego pleców, aby nie brać go poważnie.

Wieczorem wróciłem do tej rozmowy. Wiedziałem swoje. To nie może być takie proste, jak uważa Erazm, ani też nie może być nadmiernie wyszukane. To nie byli żadni spiskowcy, anarchiści, burzyciele, rebelianci, czy ekstremiści. To musiała być jakaś większa organizacja czy grupa ludzi, która w niepokoju społecznym wietrzyła jakiś śmierdzący interes dla siebie. Ktoś chciał na tym zarobić. Ale kto? Sugestie nasunęły mi się od razu, nie wiedziałem jednak, która z nich była słuszna: właściciele sieci szpitalnych, wielkie firmy farmaceutyczne, producenci trumien i akcesoriów pogrzebowych, właściciele prosektoriów i cmentarzy. Może mafia zarabiająca na wszelkich ludzkich nieszczęściach? Może nawet jakieś ugrupowanie chcące zbuntować społeczeństwo, aby położyć rząd na łopatki i przejąć władzę?

Tej nocy nie spałem spokojnie. Miałem się nad czym zastanawiać.

Odc. 6 Konferencja

Rząd tworzył w pośpiechu fundusze pomocy i rozdzielał środki ludziom i biznesom w potrzebie. Wkrótce pojawiły się wieści przekrętach i aferach oraz krytycy działań władzy. Wyszli na barykady z czerwonymi sztandarami protestu krzycząc, że dysponenci pomocy rozdają ją przede wszystkim swoim zwolennikom; wzywano społeczeństwo do buntu. Nie przebierano w słowach.

– Winni przekrętów są premier Chudy i jego sponsor, milioner Leon Sawiłło-Kukuła. To on decyduje komu dać dużo, komu dać mniej a komu w ogóle nie dać. To jemu Chudy zawdzięcza stanowisko i gotów jest mu buty czyścić. To ma być demokracja? To łajdactwo!

Erazm Jansen uważnie obserwował wydarzenia. Zadzwonił do Herkulesa z prośbą, aby przyłączył się do głosów potępiających nieuczciwe praktyki rządzących.

– Herkulu! Jesteś znaną osobą. Wiesz dobrze, że pomoc państwowa jest kierowana nie do najbardziej potrzebujących lecz do przyjaciół i znajomych królika. To jest fakt. Wykazały to czarno na białym badania prowadzone przez Uniwersytet Humboldta oraz kilku niezależnych dziennikarzy. Skala rozdawnictwa na rzecz zwolenników tego despoty jest porażająca. Rząd wydaje tyle pieniędzy, że nie wystarczy na zakupy szczepionek, które właśnie ukazały się na rynku.

– Mówisz ciągle „ królik”. Króliki skaczą u ciebie jak po zagonie kapusty. Wiem, co to znaczy królik, ale kogo konkretnie masz na myśli? To, że partia Kukuły zadecydowała, kto jest premierem, to wszyscy wiedzą – trzeźwo podsumował Herkules.

Od początku było wiadome, że ostatecznym ratunkiem przed wirusem i epidemią są szczepionki. Czekano na nie jak na zbawienie. Kiedy w końcu pojawiły się, rząd dokonał zakupów. Kupował, gdzie się dało. Wszystko odbywało się w pośpiechu. Szczepionki były pakowane po sto sztuk dla usprawnienia dystrybucji do punktów szczepień i musiały być przechowywane w bardzo niskiej temperaturze. Pierwsze dwie partie próbne po tysiąc sztuk zapakowano niestarannie lub też w transporcie wystąpiły jakieś problemy, gdyż część przesyłki uległa uszkodzeniu, została zniszczona. Sprawę usiłowano zatuszować. Opozycja zażądała przeprowadzenia śledztwa. Minister zdrowia poinformował, że jest ono w toku. Jonasz Chudy to potwierdził. Występując w telewizji, obydwaj nie patrzyli przed siebie w obiektyw kamery, tylko w ziemię. Wydawało się, że nikt nie panuje nad sytuacją. 

W końcu marca, w samym środku epidemii, odbyła się konferencja poświęcona ocenie przebiegu, skutków oraz strategii walki z wirusem. Szukano wyjaśnień, jak mogło dość do epidemii i co należało dalej robić. Dobrą atmosferę obrad zburzyła na koniec profesor Karolina Hopkins, biolożka ewolucyjna. Była ubrana na czarno i miała ochrypły głos.

– Mówi, jakby połknęła kłębek wełny – skomentował wąsaty mężczyzna siedzący obok Herkulesa Celebryty.

Jej głos dobywał się gdzieś z głębi gardła, a wygląd i sposób mówienia sprawiały wrażenie mowy pożegnalnej nad grobem.

– Wirus Quagga jest odpowiedzią natury na eksplozję demograficzną ludzkości i monstrualną dewastację środowiska naturalnego. To są ekscesy naszej cywilizacji. Wywołały one z uśpienia wirusa i spowodowały epidemię na skalę światową. Sami to sprowokowaliśmy, my jako gatunek dominujący na świecie. Teraz mamy to, co mamy. Niszcząc planetę okazaliśmy się samobójcami.

Część sali wstała, aby gromkimi brawami wyrazić swoje poparcie. Pozostała część milczała, patrząc w podłogę lub na mówiącą z niedowierzaniem lub niechęcią. Zakończenie wystąpienia profesor Hopkins było jeszcze prostsze i wymowniejsze.

– Quagga nas wytłucze, o ile nie wypowiemy jej totalnej wojny. Chyba nie zanosi się jednak na to. Mamy rząd pozorujący aktywność, któremu brak jest energii i zdecydowania. My sami, jako społeczeństwo, jesteśmy zbyt podzieleni w opiniach, aby to uczynić.

Udzielając wywiadu grupie dziennikarzy i reporterów profesorka spokojniej już wyjaśniała.

– Powiedziałam to celowo. Musiałam spoliczkować słowami wszystkich nadętych urzędasów i ich popleczników, którzy nie wiedzą, co maja robić, lub nie maj chęci zrobić, co wymaga sytuacja, aby ratować naród przed zagładą. A i tak nie wiem, czy zrozumieją moje przesłanie.

– Jak pani widzi naszą przyszłość?

Profesor popatrzyła na pytającego z niechęcią.

– Wyłącznie w czarnych barwach. Nie ma w tym żadnego pesymizmu. Nie jestem pesymistką, tylko kobieta myśląca. To bardzo realistyczna ocena.

Zwolennicy profesorki i jej poglądów byli zachwyceni. Chwalono jej naturalność i szczerość wypowiedzi. Zachwycano się łatwością, z jaką wywaliła prawdę i rozprawiła się z władzą, z jaką przeszła od oceny pandemii do walki z nią.

Po zakończeniu konferencji, na prośbę organizatorów konferencji, profesor Hopkins dała popis gry na harfie. Okazało się, że oddawała jej się przy każdej okazji, kiedy miała nieco więcej czasu.

– Harfa to moja największa pasja – pochwaliła się, uśmiechając się radośnie.

Po zakończonej konferencji otoczyła mnie grupa zwolenników i admiratorów. Znowu poczułem się w roli autorytetu i idola. Oczekiwano mego komentarza.

– Zapisałem sobie w notatniku ważniejsze fragmenty wystąpień profesor Hopkins. W większości spraw zgadzam się z nią, z niektórymi nie. Osobiście najbardziej podobał mi się jej pokaz gry na harfie. Pani Hopkins jest doskonałą harfistką a ja uwielbiam ten instrument. To szczere wyznanie. Jej występ muzyczny mile mnie zaskoczył. W morzu nieszczęść wywołanych przez wirusa Quagga jej niewymuszone, radosne i szczere zachowanie jest na wagę złota.

– A jaka jest pańska ocena konferencji, panie Herkulesie?

– Powiem tylko tyle: profesor naładowała mnie energią. Dała nam wszystkim przykład, jak postępować w tym tragicznym czasie. Być bezkompromisowym, uczciwym i mieć coś osobistego, co pozwala odciąć się od mrocznej rzeczywistości.

Odc. 7 Nowe wyzwania

Pod koniec wiosny sytuacja epidemiologiczna Bangrolu pogarszała się coraz szybciej, już nie z tygodnia na tydzień, ale z dnia na dzień. Wirus Quagga dokonywał masowych spustoszeń; nazywano go seryjnym mordercą bez opamiętania.

Zamieszanie i niepewność nie mogły być większe. Tak się na początku wydawało wielu ekspertom. Dezorganizacja życia objęła wszystkie ważne dziedziny i sprawy: ochronę zdrowia, edukację, gospodarkę, transport, rozrywkę i wypoczynek. Portale informacyjne podsumowywały hasłowo liczne bolączki i niedomagania: długie kolejki do testów, niepewny transport szczepionek, kolejki do szczepień, koncerny farmaceutyczne opóźniające dostawy, niedostatek lekarzy i pielęgniarek, niestabilna edukacja, stres, depresja i bezsenność.

Wkrótce pojawiły się zachowania irracjonalne, szerzyły się plotki, chętniej też wierzono ludziom mającym nietypowy stosunek do rzeczywistości. W ostatni piątek miesiąca przed głównym dziennikiem telewizji publicznej ukazały się wywiady z ludźmi określanymi jako „zwykli obywatele”. Najpierw był kierowca autobusu, a po nim ekspedientka w sklepie piekarniczym, Zofia Makowska, osoba tęga i rumiana, o twarzy wyglądającej jakby upudrowanej mąką, z okularami zasłaniającymi pół twarzy. Stwarzała wrażenie osoby słabowidzącej, choć nic w jej zachowaniu na to nie wskazywało.

– Ten wirus nas nie zabije, tylko umocni. Ludzie dadzą sobie radę. Widzę to najlepiej z perspektywy sklepu. Rozmawiam z tyloma ludźmi, że wiem chyba wszystko, co dzieje się w mieście, kto przeżył a kto umarł, co ludzie wiedzą i myślą o tym wirusie. Przede wszystkim ma bardzo dziwną nazwę, tak jakby nie był prawdziwy. Ludzie mówią mi, że najważniejsze jest mieć co do ust włożyć. Wszystkie problemy jakie mamy, ze służbą zdrowia, szpitalami i maseczkami, w ogóle ze wszystkim, to nie ludzie są winni, ale wirus. Najważniejsze jest to, aby rząd przetrwał, bo jak nie będzie rządu, to będzie wojna i głód.

Badania przeprowadzone dwa dni później pokazały, że duża część społeczeństwa przyjęła bardzo dobrze jej wyjaśnienia. Na pytanie, czy bardziej wierzą ekspedientce Zofii Makowskiej czy premierowi Jeremiaszowi Chudemu, głosy rozłożyły się prawie po równo.

– Z czego wynika pana/pani przekonanie do ekspedientki a nie do premiera, ludzie odpowiadali w podobny sposób:

– Bo ona mówi językiem zrozumiałym dla mnie, z przekonaniem, i nie ma nic do ukrycia. To nie ona odpowiada za szczepienia, tylko premier.

Rządząca Partia Powszechnego Dobrobytu już nawet się nie broniła tylko usiłowała zrzucać z siebie winę i obarczać nią opozycję i media.

– W tym trudnym czasie nie ma warunków, aby zajmować się czymkolwiek innym, jak tylko jałowym roztrząsaniem pandemicznych wydarzeń. Wirus przysłonił wszystkie inne problemy stając się skumulowanym nieszczęściem Bangrolu – powiedział pisarz Albin Ramo.

Rząd w pośpiechu tworzył system zbierania danych i modele analityczne, które pozwoliłyby mu monitorować i choćby częściowo rozumieć rozpowszechnianie się wirusa i zachorowania, ale jego starania były opóźnione w stosunku do wirusa. Ten zawsze był w przodzie. O prognozach nikt nawet nie myślał. To była zbyt odległa perspektywa.

Pocieszano się, że w innych krajach nie jest lepiej. Zabójcza atmosfera udzielała się wszędzie. Każdy kraj borykał się z epidemią w samotności odcięty fizycznie od świata po zawieszeniu wszystkich lotów i połączeń drogowych, kolejowych i morskich. Wszędzie pojawiły się zniechęcenie, rozpacz i depresja.

W obozie uchodźców koło Islamabadu, stolicy Pakistanu, widziano rodzinę składającą się z ojca, matki i trojga dzieci. Byli w stanie głębokiej apatii; nie było z nimi niemal żadnego kontaktu. Uciekali nie widomo dokąd przed epidemią wirusa Quagga. W drodze przez górskie przełęcze ojciec, by ocalić resztę rodziny, by mogli dalej maszerować, zabił najmłodsze dziecko. Tak podała prasa. On sam milczał. Nie odzywał się nawet słowem, tylko patrzył w ziemię albo w ścianę niewidzącym wzrokiem.

W Europie media donosiły o imigrantach mężczyznach błąkających się we mgle na granicach, którym straż graniczna łamała nogi, aby ich odstraszyć od prób przekraczania granicy. W niektórych krajach mówiono  o paramilitarnych bojówkach, organizujących polowania na ludzi bez maseczek, zarzucając im celowe rozpowszechnianie wirusa. Byli to głównie imigranci, którzy przybyli do kraju wcześniej legalnie oraz całkiem ostatnio nielegalnie. Mówiono o policjantach współpracujących z mafiami wymuszającymi haracze od firm handlujących maseczkami antywirusowymi, rękawiczkami, szczepionkami i innymi akcesoriami użytecznymi w walce z wirusem. Celem ataków dla okupu byli także ludzie gwarantujący miejsca w szpitalach, gdzie były jeszcze wolne łóżka i respiratory.

Odc. 8 Minister zdrowia

W kwietniu w Bangolu wprowadzono godzinę policyjną. Po ulicach krążyły patrole wyposażone w pałki teleskopowe używane dotychczas przez tajnych agentów pracujących po cywilnemu, paralizatory elektryczne do zatrzymywania osób szczególnie agresywnych i niebezpiecznych oraz małe miotacze gazu pieprzowego. Policja zdecydowanie rozpędzała zgromadzenia osób zbierających się w jakimkolwiek celu. Kilku dziennikarzy aresztowano, a ich sprzęt i nagrania zostały zniszczone. Powszechne stało się atakowanie na ulicach cudzoziemców, których winiono za przywleczenie wirusa do kraju. Tylko nieliczni ludzie brali ich w obronę.

– Kiedy nadchodzi godzina policyjna i pustoszeją ulice, to właśnie oni, imigranci, ludzie pragnący utrzymać się na powierzchni, nie bojąc się wirusa rozwożą na rowerach gorące dania na nasze stoły – bronił imigrantów właściciel restauracji z niezbyt fortunną w okresie pandemii nazwą „Szampańska zabawa”.

Wraz z tragedią, pojawiła się fascynacja wirusem, heroldem śmierci. Pisarz Albin Ramo określił to zjawisko treściwie mówiąc, że  „wirus Quagga emituje światło śmierci ale i nadzwyczajnej ludzkiej ekscytacji”. Niezwykłości wirusa dopatrywano się w jego ulotności, nieokreśloności i skrytości, nagłym pojawianiu się i znikaniu. Grupa bezrobotnych tancerzy w Agarze, stolicy kraju, skrzyknęła się i wystawiła w przestrzeni wirtualnej nowatorski spektakl „Chocholi taniec śmierci”. W galeriach i na rynku pojawiły się oryginalne dzieła sztuki, rysunki, obrazy, plany miejsc najbardziej tragicznych na mapie ofiar wirusa, artystyczne wizerunki epidemii a nawet wyobrażenia publicznych egzekucji z wykorzystaniem wirusa, w których ofiara umiera w wyniku zainfekowania wirusem o wzmożonej zjadliwości. U artystów już wczesnej ekscytujących się śmiercią fascynacja wirusem pogłębiła się.

Minister zdrowia poprosił o pilne spotkanie z premierem. Wyglądał fatalnie. Premier patrzył na niego zaniepokojony. Widział zupełnie innego człowieka niż ten, z którym spotykał się prawie codziennie: zmęczona twarz, sine podkówki pod oczami, zazwyczaj uczesane włosy w nieprzyjemnym nieładzie. Pogłębione zmarszczki między nosem a krawędziami warg wprost demonstrowały przygnębienie i smutek ich właściciela.   

– Co ci dolega? Bardzo źle wyglądasz. Chyba nie Quagga? Jeśli jesteś chory i masz gorączkę, natychmiast załatwimy ci miejsce w szpitalu wojskowym!

– Chcę się podać do dymisji. Nie chodzi o wirusa ani epidemię i to co one z nami wyprawiają. Martwi mnie … Nie! Nie! Nie martwi, ale wręcz dobija mnie stan psychiczny i duchowy społeczeństwa! Wygląda to na początek ciężkich zaburzeń psychicznych. Idziemy w dół po równi pochyłej prosto do piekła!

Zanim premier wyraził w duchu życzenie, aby słowa ministra nie okazały się prorocze, ten upadł na kolana i zaczął się głośno modlić. Chudy przestraszył się. Usiłował go uspokoić.

– Co takiego się stało, że tak się zdenerwowałeś? Nigdy nie widziałem cię w takim stanie.

– Nie wiesz nawet, co to znaczy zaburzenie psychiczne. W rodzinie mojej żony był taki przypadek. Jej dalszy kuzyn, trzydzieści pięć lat, w sile wieku, raczej drobnej budowy. Odbiło mu. Kiedy dostawał ataku, stawał się demonem. Był w wojsku porucznikiem, kiedy ja kończyłem służbę wojskową na studiach w stopniu sierżanta sztabowego. To był wariat. Wydawał mi komendy, powstań, padnij, kazał meldować mi się stojąc na baczność, groził przeczołganiem. Unikałem go jak ognia. Wiem, co to znaczy. Nie chcę mieć z takimi ludźmi więcej do czynienia!

Premier poprosił sekretarkę o wezwanie karetki pogotowia. Kiedy odjechała, wezwał do gabinetu swoich ochroniarzy.

– Macie milczeć jak grób. On się załamał. Ale my musimy być silni. Aby was zachęcić do jeszcze większej wytrwałości, od jutra podwyższam wam uposażenia.

W domu Chudy opowiedział żonie, zaraz po przybyciu, co się stało. Dodał na koniec:

– Upadamy coraz niżej. Czuję się bezradny wobec siły i przewrotności tego wirusa. Zaczynam przekupywać ludzi, aby dalej pełnili swoje regularne obowiązki. Obawiam się, że jak tak dalej pójdzie, będę musiał chyba używać policji i wojska dla utrzymania porządku w kraju. To straszne, kiedy ludzie stają się masowo anormalni.

Odc. 9 Przed konferencją

– Czuję się dzisiaj jak na własnej stypie – premier podzielił się tą opinią ze swoją asystentką, Julią, dojrzałą blondyną, przyglądającą mu się przez nowe okulary z dużymi szkłami. Długo je wybierała, aby dobrze wyglądać. Z lekko upudrowanymi policzkami jej twarz przypominała pięknego motyla o skrzydłach obrzeżonych kołami połyskliwego bursztynu. Bardzo jej się to podobało, przywołując dobre skojarzenia: dzieciństwo, zielona łąka, wczesne lato, zapachy kwiatów i dwa motyle fruwające nad nią leżącą na plecach ze wzrokiem utkwionym w niebo.

Pragnęła podobać się premierowi, doceniającemu piękno świata. Tak go odbierała, ciesząc się, że należy do mężczyzn umiejących docenić wygląd dbającej o siebie kobiety. Była szczęśliwa; od roku łączył ich romans. Oprócz erotycznej ekscytacji, upominków i pochwał za osiągnięcia w pracy oznaczało to również regularne podwyżki pensji.

Domyślała się, skąd bierze się jego marne samopoczucie, oprócz incydentu z ministrem zdrowia. Na popołudnie zaplanowana była konferencja prasowa, na której premier miał zapowiedzieć nadzwyczajny ogólnokrajowy konkurs na Człowieka Roku. Nie zachwycało go to w najmniejszym stopniu, ponieważ sam miał ambicję zostać Człowiekiem Roku, a wiadome było, że będzie to kto inny. Liczył na ten tytuł, uważał, że sobie na niego zasłużył.

Kilka godzin później Jonasz Chudy szedł już do sali konferencyjnej znajdującej się na końcu korytarza prześlizgując się wzrokiem po portretach poprzednich premierów. Zanim wszedł do środka, popatrzył na zegarek i przeżegnał się. Był blady i nadmiernie się pocił, co tylko pogarszało sytuację, ponieważ sam nie znosił ludzi spoconych. To go dodatkowo denerwowało. Pomyślał sobie, że wygląda jak zdziwiony grabarz, któremu rodzina zmarłego w ostatniej chwili oddała na przechowanie wielki złoty pierścień zamiast włożyć go do trumny.

Nie było mu łatwo. Po wystąpieniu konferencyjnym, na którym zapowiedział wielki konkurs i odpowiedział na kilka pytań dziennikarzy, premier rozmawiał z sekretarką i asystentką. Były tego samego zdania, że rzeczywiście jest niedobry czas, paranoiczny a nawet paranoidalny, kiedy wszystko się wali, wirus i epidemia poszerzają stan posiadania, ciągłe wahania i zawirowania, a to w dół a to w górę. Padały słowa przykre i przygnębiające: ofiary śmiertelne, szpitale, łóżka, tematyka można śmiało powiedzieć pogrzebowa. Poza tym także bezrobocie, gniew, samotność i zmęczenie. Zdali sobie sprawę, że cała ich trójka obecna w gabinecie ma niezdrowe skojarzenia. Jedyne, co im zostało to – padały propozycje – nie ustępować, zacisnąć zęby, wziąć się w karby, podnieść głowę i iść przed siebie z otwartymi oczami.

– Epidemia w końcu ustąpi i nadejdą jasne, słoneczne dni. Najważniejsze to nie dać się – zakończył premier zaskoczony własną determinacją pokonywania wszelkich przeszkód. Pomógł mu w tym widok zasobnych piersi Julii odsłoniętych śmielszą niż zawsze bluzeczką w kremowym kolorze.

W mieście pojawiły się czarne ptaki a obok nich białe ulotkidoniosła prasa poranna. Nad samym ranem, jak tylko się rozjaśniło, przechodnie znaleźli pięć martwych ptaków przy ulicy biegnącej wzdłuż parku nad rzeką. Dwa z nich przynieśli do redakcji Kuriera Narodowego. Nie ulegało wątpliwości, że coś symbolizują. Na obrzeżach ulotek wyraźne były ślady pazurów, do krawędzi papieru przykleiły się fragmenty ptasich piór. Zmobilizowano epidemiologów, zbadano ptaki i ulotki, czy nie jest to próba rozprzestrzenienia ptasiej grypy, choroby dziesiątkującej najpierw ptaki, a potem ludzi.

Zdarzenie potraktowano jako złą wróżbę, zapowiedź czegoś niedobrego, jakiejś katastrofy, choć byli tacy, co pytali, czy nie jest to zapowiedź czegoś przeciwnego, miłego i pożytecznego, na przykład urodzaju. Po konsultacjach z trzema wróżbiarzami było już mniej więcej wiadomo, o co chodzi. Dwoje z nich uważało, że ptaki i ulotki były zapowiedzią przewrotu i przejęcia władzy w kraju przez wojsko. Trzecia osoba wróżąca, kobieta, nie była tego pewna, aczkolwiek nie odcinała się od takiej interpretacji. Wywołało to pogłoski, że władzę w kraju usiłuje przechwycić tajna organizacja mafijna ukrywająca się pod nazwą „Siła Nieczysta”.

– To bezsensowna informacja – oświadczyłem Erazmowi, z którym odbywałem co najmniej dwie dłuższe, poważne rozmowy każdego tygodnia. Siły nieczyste to nic innego jak sekty religijne zastępujące wiarę w Boga wiarą w Szatana, tego pisanego z dużej litery. Władza w Bangolu, jak dobrze wiesz, od dawna jest w rękach Partii Powszechnego Dobrobytu, pierwszej w historii kraju sprywatyzowanej organizacji politycznej zależnej od jednego człowieka. Jej właścicielem jest Leon Sawiłło-Kukuła, dawny dyrektor cyrku Abrakadabra, dziś multimilioner.

Kukułę zawsze podejrzewałem o najgorsze. Był to człowiek skryty, przebiegły i rozważny jak mało kto uwikłany w wielką politykę. Sprawował władzę, także w swoim imperium przemysłowym, z tylnego siedzenia, dyskretnie i bardzo skutecznie. Oficjalnie był tylko właścicielem firm i inwestycji w przemyśle, transporcie, handlu oraz szpitalnictwie, szczególnie psychiatrycznym. Angażował się także w działalność dobroczynną. Był z tego znany. Mało kto słyszał o innych jego działaniach. Była to wiedza, którą niechętnie dzieliłem się z kimkolwiek. Uważałem to za nieostrożne i niepotrzebne.

Odc. 10 Niepokoje władzy

Z Erazmem od dłuższego czasu nie rozmawiałem. Brak mi było tego kontaktu, bo nie o wszystkim mogłem konwersować z moimi zwolennikami oraz dziennikarzami mediów społecznych i redaktorami z telewizji. Ucieszyłem się więc, kiedy wieczorem nieoczekiwanie połączył się ze mną na Skajpie. Mieliśmy o czym rozmawiać.

Czas nie był łaskawy dla Bangolu. Nie tyle martwiłem się o teraźniejszość kraju, ile o jego przyszłość. Sprawy nie szły w dobrym kierunku; wirus szalał nieprzerwanie, gospodarka tkwiła w stanie niepewności i zagrożenia. W kręgach wojskowych (miałem tam swoje kontakty) mówiono o zbliżającym się głębokim kryzysie i możliwości zamachu stanu, co nie wiadomo dokąd mógłby doprowadzić kraj. Osobiście zagrożenie widziałem, a może bardziej czułem niż widziałem, w Leonie Sawiłło-Kukule, skutecznie strząsającym z siebie wszystkie posądzenia o nieczyste praktyki. Oficjalnie ten człowiek niczym nie zarządzał, nawet swoim majątkiem, powierzywszy jego zarząd rodzinie oraz wysoko płatnym fachowcom, nie był też w sposób widoczny zaangażowany politycznie. Najchętniej występował w roli dobroczyńcy i filantropa, ciesząc się z tego tytułu pozytywną opinią wśród wielu obywateli. Tylko ci, co znali go bliżej, mogli mieć o nim negatywną opinię, lecz zgodnie milczeli. Ludzie bali się go, nawet ci, którzy pracowali dla niego lub dorywczo mu się wysługiwali. Przypominali mi strażników więzienia z czasów Pol Pota, którym dawano wielką władzę do ręki ale też bezwzględnie karano za przewinienia a nawet błędy w postępowaniu z więźniami. Taką opinię o sytuacji kraju przedstawiłem Erazmowi dodając na zakończenie, chyba zupełnie niepotrzebnie:

– Dzielę się nią z tobą i liczę, że ją zachowasz tylko dla siebie.

Prawie obruszył się na takie zastrzeżenie, ponieważ nasza przyjaźń nigdy nie doznała uszczerbku z powodu jakiejś nielojalności czy niedotrzymania tajemnicy. Mimo to nie byłem pewny, czy nie powiedziałem mu za dużo.

Myśli o niepewnej przyszłości wracały do mnie z męczącą częstotliwością. W końcu udało mi się wyrzucić je z pamięci. Jestem jednak pewien, że i tak tam zostały, ponieważ pamięć przechowuje wszystko bez wyjątku, co najwyżej sprawy kłopotliwe ukrywa zręcznie w jakimś zakamarku, między neuronami, pomniejsza, zmienia dla niepoznaki, a nawet deformuje. Ale niczego nie gubi.

W sprawach polityki Erazm reprezentował niezmienną, jednoznaczną opinię. Obnosił się z nią jak kura ze złotym jajem w przekonaniu, że jest to jedyna rozsądna i możliwa ocena. Nie mogłem odmówić jej prawdziwości, ale uważałem ją za zbyt sztywną.

– Każda władza to jedna wielka sitwa ludzi, którzy dobrali się jak w korcu maku. W Bangolu jest to szczególnie wyraźne. Najważniejsza jest dla nich zasada: ręka rękę myje, noga nogę wspiera. Normy moralne czy głębsze refleksje nad postępowaniem wyrzucają przez okno lub do sedesu, w zależności od tego, co jest bliżej. Wiem, że gdzie indziej, w krajach demokratycznych, może nie jest doskonale, ale jest chyba lepiej.

Nie była to opinia odosobniona. Wiele osób krzywo patrzyło na władze.

Premier Chudy publicznie ignorował takie opinie, podobnie jak jego koledzy z partii i rządu. Nie zawsze mu się to udawało, ponieważ prawda zawsze zachodzi człowiekowi gdzieś za skórę, a czego takiego nikt nie jest w stanie zignorować. .

Kiedy rano wchodził do budynku parlamentu, dobre samopoczucie zepsuli mu dziennikarze, którzy dopadli go na korytarzu. Na dwa ich pytania odpowiedział, pozostałe zignorował. Nie był z tego powodu szczęśliwy. Przypomniał mu się minister zdrowia. Tego dnia sam czuł się podobnie.

Przechodząc przez sekretariat w drodze do swego gabinetu niemrawo pozdrowił Julię, asystentkę osobistą. Poczuła się tym trochę dotknięta. Domyślała się, że wciąż boli go sprawa człowieka roku. Chciała wiedzieć o co chodzi.

– Niedobrze pan wygląda, panie premierze. Czy coś panu dolega?

– Czuję się tak, jakbym tonę węgla wrzucił do piwnicy używając tylko szufelki. To jest tym dziwniejsze, że sezon grzewczy już minął, a do nowego jeszcze daleko.

– Przecież węglem nie opala pan mieszkania już od wielu lat – zauważyła sekretarka starając się zachować uprzejmość. Słowa premiera wydały jej się dziwne. 

Odc. 11 Dziwna rozmowa

– No właśnie. Po prostu o tym zapomniałem. Za dużo spraw mam na głowie. Wirus, epidemia, szpitale, szczepienia, konferencje, gospodarka, człowiek roku. Źle przez to wszystko sypiam. Wczoraj w nocy nad domem widziałem wielką czarną chmurę, która wznosiła się i opadała. Potem zrobił się z niej wielki wir, wciągnął dom, ale nie wiem, co się dalej działo, bo się przebudziłem. To był tylko sen. Musiałem to sobie powtórzyć kilka razy, zanim zasnąłem. Wcześniej, przed miesiącem, widziałem czarnego kota, jak kręcił się koło mego domu, przeciął mi drogę chyba trzykrotnie, ale na szczęście nic złego się nie wydarzyło. Nie lubię takich sytuacji.

– Muszę pana pocieszyć, panie premierze, że czarnych kotów jest więcej niż białych. Mówią to statystyki – sekretarka wpadła w ton narracji premiera. Pomyślała, że chce się wyluzować opowiadając żartobliwe historie na podstawie jakichś przywidzeń. Nie zawsze właściwie odczytywała jego poczucie humoru czy nastrój i to ją męczyło. Usiłowała utrzymać rozmowę na gruncie rozsądku.

– No właśnie, ale to było w nocy, kiedy wszystkie koty są czarne, więc i ten – idąc logicznym tropem – też mógł być biały. A ja go widziałem czarnego. Będę się co do tego upierać, że był czarny.

Kiedy premier wszedł już do swego gabinetu kobiety wymieniły się wymownymi spojrzeniami. Pierwsza zareagowała Kinga, sekretarka.

– Wyraźnie pada mu na mózg. Specjalnie nawet się nie dziwię, bo czasy są kretyńskie.

– Tak. Dzieje się z nim coś niedobrego. Jest chyba bardzo przemęczony. Jeszcze pół roku temu zapraszał mnie do siebie, abym zapisała, co miał mi do podyktowania. Teraz to nawet raz tygodniu jest mu ciężko – Julia westchnęła obracając głowę w kierunku okna. Nie chciała, aby koleżanka to zauważyła. Pilnowała się, aby się nie wygadać, że potem zapraszał ją na kanapę, do której trzymał pościel pod zamknięciem w swoim dużym biurku.

– No właśnie. Sama też nie wiem jak mu pomóc – odpowiedziała sekretarka. Zamierzała jeszcze dodać, „Czasem mnie prosi, aby mu kark wymasować dla rozluźnienia, ale to widocznie nie wiele mu pomaga”, ale w czas ugryzła się w język. – Normalnie premier chodzi prosty jak struna, ale ostatnio coraz bardziej pochyla się do przodu. Bardzo się garbi.

Zauważywszy zdziwiony wzrok Kingi, poprawiła się.

– Martwię się tylko o niego. Opozycja to nawet mówi, że premierowi w walce z wirusem garb się powiększył o wszystkie niepowodzenia. Co za obrzydliwe określenie! Co oni od niego chcą, to nie wiem, ale nie jest to miłe. Ci ludzie potrafią być wulgarni.

Odc. 12 Profesor Hopkins

Przemówienie konferencyjne i późniejsze wywiady profesor Hopkins były oskarżycielskie w tonie. Środki masowego przekazu transmitowały i komentowały jej wystąpienia. Profesor potrafiła mówić mocno i celnie, wzbudzać zainteresowanie i uczucia. Zaczęła od ludzi najsłabszych.

– W okresie epidemii państwo ma szczególny obowiązek troszczyć się o ludzi najbardziej poszkodowanych przez życie: starszych, schorowanych, samotnych, ubogich, bezrobotnych, bezdomnych, niestabilnych emocjonalnie, w depresji, obarczonych problemami rodzinnymi, oczywiście także o dzieci. Pozostali ludzie muszą radzić sobie sami, tak jak to zawsze było przez wieki. Mówiąc państwo mam na myśli rząd oraz władze lokalne.

Profesor mówiła mocnym, równym głosem, przez niektóre fragmenty przemówienia przebijał się gniew. Nie wszystkim słuchaczom na sali konferencyjnej podobało się to, większość obecnych nagradzała ją jednak gromkimi brawami.

– Czy pani profesor ma również jakieś pozytywne przesłanie? – pytanie padło ze strony mężczyzny w sile wieku, który wstał z krzesła i przedstawił się ale tak niewyraźnie, że mało kto go słyszał.

– Kto to taki? – ktoś pytał w końcu sali.

– To Robert Fikus, znany psychiatra. Widziałam go na zdjęciu i w telewizji. Poznaję go po tych rozczochranych włosach, okrąglej twarzy i rozmytym spojrzeniu. Wygląda jakby patrzył gdzieś w powietrze.

– Tak. To temat niezwykle interesujący. Pracuję nad nim z moim zespołem badawczym. Chodzi o ludzi sukcesu w warunkach epidemicznych. Pytaniem jest, czy tacy ludzie w ogóle istnieją. Odpowiedź jest pozytywna. To ludzie bardzo różni, zamożni i niezamożni, starsi i młodsi. Pochodzą z różnych grup społecznych, dlatego trudno jest ich zidentyfikować. Mimo wszelkich przeciwności, ci ludzie zachowują zimną krew, nie dramatyzują. Widzą i akceptują świat taki, jaki jest. Mimo tego, że stał się nagle niebezpieczny, skutecznie odrzucają od siebie przygnębienie, niepokój i strach, grożące depresją. Należy im się za to uznanie publiczne. Są motorem optymizmu dla innych. Można ich porównać do ptaka, który zderza się w całym pędzie z niewidoczną szybą. Siła uderzenia jest tak wielka, że pada jak martwy na ziemię. Ma zwichnięte jedno skrzydło, opada na bok, możliwe, że ma jakieś obrażenia wewnętrzne i jest w stanie oszołomienia. Jest zdezorientowany, jakby był pod wpływem narkotyków. Mimo wszystko podnosi się na nogi, zbiera się w sobie i odlatuje.

– Czy wzmianka o narkotykach odnosi się do dzisiejszego społeczeństwa?

– Tak. Żyjemy w śnie narkotycznym, jaki sami stworzyliśmy, a przynajmniej pozwoliliśmy mu zaistnieć. Tworzymy i używamy coraz więcej leków, narkotyków, używek oraz środków pobudzających i uspokajających. Jedne nas uspokajają, inne pobudzają. Sami już nie potrafimy normalnie funkcjonować. Najsilniejszym narkotykiem, mało kto zdaje sobie z tego sprawę, jest nasz tryb życia. Konkretnie, konsumpcja bez wstrzemięźliwości, zapatrzenie się w wynalazki i nowe technologie, pracoholizm, spożywanie żywności faszerowanej dodatkami chemicznymi, nadużywanie kawy i alkoholu, w końcu prostacki tryb życia. Nie waham się tak powiedzieć. Wszystko, co nie daje czasu ani możliwości zatrzymania się i refleksji nad samym sobą. Dom, praca, sklep, dom, łóżko, szybki seks, byle jaki sen. Czasem ktoś taki wyjdzie z dzieckiem lub psem na spacer. Częściej z psem niż z dzieckiem. To są ustalenia zespołu, jakim kieruję. Usiłujemy zebrać to wszystko do kupy i opracować.

– Jest pani naukowcem, a mówi pani jak …

– Jak furman do konia … Jeśli tak to pani określi, nie obrażę się. Naukowcy mają dziś obowiązek mówić dosadnie, aby przekrzyczeć rosnącą falę głupoty i bylejakości, która zalewa nas ze wszystkich stron.

– Czy to znaczy, że nie ma ludzi radzących sobie w dzisiejszych trudnych czasach?

– Dziękuję za to pytanie. Jest bardzo na czasie. Otóż są tacy ludzie. Nie ma ich zbyt wielu, ale są. Dysponują naturalnym instynktem uciekania od zagrożeń, jak tylko się pojawiają, w kierunku, gdzie mają szansę uniknięcia większych urazów. Kierują się zasadami rozumu oraz intuicją, mniej emocjami. Oprócz pracy zarobkowej, zajmują ich codzienne czynności i obowiązki, jak sprzątanie, gotowanie, utrzymanie porządku, ale w rozsądnych wymiarach. Dbają o to, by mieć wolny czas i wykorzystują go na to, co piękne i pożyteczne: słuchanie muzyki, sport, spacery, czytanie, rozmowy z przyjaciółmi. Nie na oglądanie ogłupiającej telewizji. Odnajdują się w morzu literatury, która łączy przeszłość z przyszłością. Dużo czytają i dyskutują, chcą rozumieć ten świat. To jest to: czytać i dyskutować.

Ludzie znający profesor Hopkins, nie dziwili się, że mówi ostro. Od lat ostrzegała wszystkie rządy, że ludzkość kroczy w niewłaściwym kierunku, że zmierza do samobójstwa. Cytowano jej słowa:

– Wirus nie jest wrogiem, który nagle wtargnął na terytorium jakiegoś kraju. Wirus pojawia się i sieje zniszczenie na nasze własne zaproszenie. Za bardzo zbliżyliśmy się do zwierząt, za bardzo przetrzebiliśmy ich środowisko naturalne. Sześćdziesiąt procent epidemii to epidemie odzwierzęce. To coś znaczy, ale jakoś nie przenika do świadomości społecznej.

Przemówienie profesor odbiło się szerokim echem. Nie było w nim obcych słów. Wszyscy je rozumieli. Nie musiało być tłumaczone na prostszy język.

Na spotkaniu z kilkoma ministrami Jonasz Chudy nawet nie usiłował pocieszyć się, że Karolina Hopkins jest znana z kontrowersyjnych i oskarżycielskich opinii.

– Ta baba wetknęła kij w mrowisko, teraz, kiedy jest to nam najmniej potrzebne. Jest gotowa nawarzyć nam jeszcze więcej gorzkiego piwa.

Po południu premier wezwał do siebie ministra zdrowia.

– Powinieneś się zapaść pod ziemie. To ty byłeś pomysłodawcą i sponsorem tej konferencji, to ty zaprosiłeś Karolinę Hopkins! Tak się podłożyć! Jej opinie i krytyka rządu poszły na cały kraj. Ta baba jest szalona. Uznała, ni mniej ni więcej, że to nasza wina, że kraj nie radzi sobie z wirusem i epidemią. Napisz podanie, że rezygnujesz ze stanowiska ze względu na stan zdrowia lub sytuację rodzinną. Jedynie to mogę dla ciebie zrobić.

Nagła dymisja ministra zdrowia zaskoczyła wszystkich. Nikt nie domyślał się nawet, że był to początek ciągu negatywnych zdarzeń.

Odc. 13 Premier mówi o wirusie

Po odejściu ministra zdrowia, premier spotykał się częściej ze społeczeństwem organizując krótkie konferencje prasowe. Zazwyczaj w czasie takiego spotkania mówił o statystykach, ile osób zachorowało, ile trafiło do szpitala i ile opuściło szpital. Najbardziej nie lubił mówić o osobach zmarłych wskutek zakażenia wirusem. Gdyby nie presja społeczeństwa, mediów i opozycji, w ogóle pomijałby tę kwestię.

Po kilku tygodniach nie wiadomo dlaczego nabrał przekonania, że pespektywa życia wirusa jest krótka i że ledwie trzyma się on na nogach. Było to niedorzeczne określenie – porównywanie wirusa z człowiekiem. Przekonało go do tego ministerstwo zdrowia, uważając, że prezentując drażliwe tematy lepiej jest być po stronie pozytywnej niż negatywnej.

– To dobra zasada. Mówić jak najmniej o sprawach przykrych i jak najwięcej o dobrych, nawet jeśli rzeczywistość jest inna. Społeczeństwo oczekuje od pana optymizmu, wiary w przyszłość, przekonania, że damy sobie radę.

Premier wziął sobie radę do serca i przy wszystkich możliwych okazjach uspokajał obywateli. Mówił, że jest nieźle a będzie jeszcze lepiej. Opozycja krytykowała jak zwykle, że jest to przedwczesny optymizm, ludzie jednak cieszyli się.

Po kilku dniach pięknej pogody i niskich notowaniach zachorowań, Jonasz Chudy nabrał pewności, że nastąpił przełom. Poruszając rękami, jakby karmił małe dziecko, uspokajał słuchaczy i widzów:

– Wirus dał się oswoić. Prawie je nam z ręki. Osobiście czuję się już tak spokojnie, że dzisiaj jestem w pracy bez maseczki i bez rękawiczek.

Szef rządu szybko wypracował sobie formułę przekonywania do siebie ludzi takimi komunikatami. Lubili go za to, jego notowania rosły. Podnosił prawą rękę otwartą dłonią w kierunku tłumu i uśmiechał się. Potem wygłaszał to, co miał do wygłoszenia. Zazwyczaj zajmowało mu to nie więcej niż piętnaście minut.

– Ludzkie panisko – mówili świadkowie wystąpień.

Największym mirem premier cieszył się wśród mieszkańców wsi. Zyskał go zwiedzając wzorową hodowlę krów, kiedy się przyznał, że jego dziadkowie ze strony matki pochodzili ze wsi, a on sam umie wydoić krowę.

– Nauczyłem się tego, kiedy przyjeżdżałem do babci i dziadka na wakacje – powiedział, pokazując obrazowo palcami jak ściągać mleko z dojki krowiego wymienia.

Jego przeciwnicy wykoślawili to wystąpienie, twierdząc, że pokazał, jak się onanizować. Nazwano go zboczeńcem gorszącym dzieci i młodzież.

Media błyskawicznie podjęły drażliwy temat, komentowano zdarzenie i zadawano pytania. Premier na początku tłumaczył się, że niewłaściwie zinterpretowano jego gesty; jego rzecznik prasowy mówił natomiast, że dziennikarze wyrywają sprawę z kontekstu. Po rozmowie z żoną premier postanowił w ogóle nie zabierać głosu w tej sprawie. Zabronił też komentowania jej sekretarce i asystentce.

– Proszę nie rozmawiać o tym incydencie z pracownikami gabinetu, ani ministrami, ani z żadnymi innymi osobami, z którymi będziecie w kontakcie. Liczę na wasz takt i umiejętność ignorowania złośliwych zaczepek.

Kobiety przyjęły to do wiadomości. Dla podkreślenia swojej lojalności sekretarka wyjaśniła:

– Rozmawialiśmy o tym z Julią. Opozycja zachowuje się podle. Nie wnosi niczego pozytywnego do debaty jak zwalczać wirusa, tylko krytykuje i wyzłośliwia się, wykoślawiając to, co pan powiedział albo zrobił. W ten sposób można każdemu dorobić rachityczne nogi lub wmówić jąkanie się.

Premier zmrużył oczy zastanawiając się nad jej słowami, po czym zgodził się, że postępowanie opozycji jest wyjątkowo wredne. Publicznie mówił o nim jako zachowaniu nieprzyjaznym. 

Odc. 14 Wyzwania

Pierwsza decyzja rządu była jednoznaczna: wszyscy obywatele Bangolu zostaną zaszczepieni przeciwko wirusowi Quagga ze względu na bezpieczeństwo publiczne. Stały za tym mocne argumenty; dopiero kiedy znaczna większość społeczeństwa zostanie zaszczepiona, epidemia zacznie słabnąć.

Na drodze planu szybko pojawiła się przeszkoda: wielu obywateli było niechętnych obowiązkowi szczepienia. Kiedy okazało się jeszcze, że dostawy szczepionek będą wolniejsze niż wynika to z potrzeb, plan zmieniono. Niechęć wobec szczepień rząd postanowił zwalczać akcją uświadamiającą korzyści szczepienia.

Premier miał dobrą noc, nie śnił mu się ani wirus, ani epidemia, ani opozycja – trzy trucizny jego życia. Na porannym posiedzeniu rządu tryskał energią:

– Nie bez znaczenia jest też opozycja. Cokolwiek nie zdecydujemy, będą torpedować nasze cenne inicjatywy. Niedoczekanie ich. Zgnieciemy ich jak pluskwę.

Program powszechnych szczepień rząd uznał za pierwsze poważne zwycięstwo. Następnego dnia ogłoszono akcję rejestracji osób chętnych do szczepienia. Wieczorem odbył się z tego tytułu bankiet w sali konferencyjnej dla wyższych funkcjonariuszy państwowych i zaproszonych gości. Ze względów bezpieczeństwa uczestników przyjęcia przywoziły limuzyny rządowe.

Na sali panował radosny gwar, kiedy przez okno wpadły do wnętrza dwa kamienie. Na ulicy przed budynkiem rządowym zgromadził się już tłum, powiększając się z każdą minutą. Byli to antyszczepionkowcy. Bardzo szybko sytuacja pogorszyła się. Przeciwnicy szczepień pojawiali się ze wszystkich stron i przez megafon głośno wyrażali swe niezadowolenie. Życie przeniosło się na ulice i do Internetu. W mieście pojawiły się grupy ludzi z plakietkami i transparentami, wznoszono okrzyki wzywając do bojkotu szczepień. Ludzie demonstracyjnie rzucali maseczki na ziemię i deptali. Orężem antyszczepionkowców było przekonanie, że wirus jest wymysłem, a szczepienie jest tylko podstępnym eksperymentem zagrażającym życiu.  

W odpowiedzi rząd zorganizował debatę w telewizji pod hasłem „Powszechne szczepienia antywirusowe”. Na podium pojawili się: prowadzący dyskusję, minister zdrowia, przedstawiciele mediów społecznych, przeciwnicy szczepień.

Nikt nie zdawał sobie sprawy, jaką siłą perswazji i głębią przekonań dysponowali przeciwnicy szczepień. Rząd przegrał debatę. Premier z trudem strawił porażkę.

Wieczorem zadzwonił telefon domowy.

– Jest późno. Nikt nie zna tego numeru, oprócz kilku naszych przyjaciół. Odbierz telefon – poprosiła żona.

Premier podniósł słuchawkę. Po chwili odwrócił się i szepnął:

– To Leon Kukuła. Mówi syczącym tonem jak wąż. Jest wściekły.

– Oj, Jonaszu, Jonaszu! Zawiodłeś mnie. Nie zrobiliście rozeznania. Nie wiedzieliście, jak liczna jest to rzesza ludzi ani jakiego rodzaju argumenty będą stosować. Oczywiście oni pletli androny, ale ludzie w nie wierzą. Taki jest ten świat. Irracjonalny. Twój nowy minister zdrowia też się nie popisał. To młody lekarz, jakiś konował, bez doświadczenia w debacie publicznej.

– To znany internista, człowiek o wielkiej wiedzy medycznej, naukowiec – bronił go premier. Chwilę później żałował, że to uczynił, bo tylko pogorszył sprawę.

– Stań, człowieku, na ziemi i nie broń kogoś, kto może i umie robić lewatywę osobom w potrzebie, ale nie ma pojęcia o debacie publicznej.

Chudemu nie podobało się, że milioner zwracał się do niego po imieniu i fatalnie mówił o jego ministrze. Nie miał możliwości odpowiedzieć mu pięknym za nadobne, był od niego zależny. To Kukuła zadecydował o przyznaniu mu stanowiska premiera i od czasu do czasu bronił przed atakami opozycji.

Rozmawiał o tym potem z Zuzanną. Omawiał z nią wszystkie ważniejsze sprawy; zawsze stała po jego stronie. Zgodziła się, że nie jest to miła sytuacja.

– Ale są ogromne plusy. Jesteś najbardziej popularną osobą w kraju, nawet przed prezydentem, i masz pensję i przywileje, których wszyscy ci zazdroszczą. Jesteś wybitnym celebrytą.

– Wierzysz w to? – zapytał żonę raczej dla usłyszenia potwierdzenia, niż z powodu jakichś wątpliwości. Wiedział, że to prawda. Zajmował stanowisko, na którym mógł swobodnie kreować wizerunek człowieka wpływowego, eleganckiego i inteligentnego.

Odc. 15 Konkurs

Wspólne posiedzenie rządu i kierownictwa Partii Powszechnego Dobrobytu odbyło się bez rozgłosu. Wiadomość nie przedostała się do prasy. Nawet o tym, że w spotkaniu uczestniczył Leon Sawiłło-Kukuła. Prowadzący zebranie premier Chudy był w dobrym nastroju. Zdjął marynarkę i podwinął rękawy, jakby miał wykonać fizyczną pracę. Zachęcał zebranych do częstowania się kanapkami.

– Czasy stają się coraz trudniejsze. Coraz więcej ludzi choruje i umiera. Dlatego musimy się zastanowić, jak ożywić mroczną atmosferę panującą w kraju w związku z tą fatalną epidemią i lockoutami. Mam propozycję do dyskusji.  

Podjęto tylko jedną decyzję: rząd znajdzie i wypromuje człowieka skutecznie radzącego sobie w trudnych czasach ze wszystkimi problemami, jako osoba prywatna i właściciel biznesu.

– Nie mamy czasu do zmarnowania. Musimy pokazać wszystkim ideał obywatela. Ludzie sami go sobie wybiorą w głosowaniu Człowieka Roku. Musi to być osoba pozytywna, autentyczna, nie jakiś lansowany przez media celebryta. Potrzebujemy kogoś, kto będzie także naszym ideałem, pokazując jacy jesteśmy jako partia rządząca. Kiedy już zostanie ogłoszony Człowiekiem Roku, wtedy my upowszechnimy jego wizerunek publiczny.

Organizację konkursu powierzono tygodnikowi „Społeczeństwo Dobrobytu”, prowadzącego wcześniej podobne konkursy. Sponsorem konkursu było ministerstwo kultury. Aby nie było wątpliwości, warunki i zasady konkursu oparto o „Kodeks Cywilny” w części dotyczącej „Przyrzeczenia publicznego”.

Każdy dorosły obywatel mógł kandydować. Chętnych było więcej niż zakładały najbardziej ambitne przewidywania. Wszyscy przedstawiali kandydatów: władze samorządowe, instytucje państwowe, organizacje społeczne, redakcje gazet, kluby sportowe i organizacje kombatanckie. W pierwszych trzech dniach po ogłoszeniu konkursu zgłosiło się trzystu dwudziestu kandydatów. Propozycje napływały dziesiątkami każdego następnego dnia. Łącznie złożono czterysta pięćdziesiąt pięć propozycji. Konkurs odbywał się trzyetapowo: ćwierćfinał, półfinał i finał. Jury zajęło dziesięć dni, aby przebić się przez wszystkie etapy, zanim dokonano ostatecznego wyboru.

W ostatnim etapie wzięło udział tylko trzech finalistów. Zwycięzcą konkursu został Marian Wójcik, biznesman i społecznik z miasteczka „Lewar” na południu kraju. Ogłoszenie go Człowiekiem Roku odbyło się na specjalnej gali w Centrum Konferencji Międzynarodowych w stolicy kraju, Agarze. W uroczystości uczestniczył także Leon Sawiłło-Kukuła.

Transmisja telewizyjna cieszyła się wielkim zainteresowaniem. Człowiek Roku okazał się mężczyzną postawnym choć niezbyt wysokim, o regularnych rysach twarzy. Ubrany w ciemnoszary garnitur, ogolony i modnie ostrzyżony, prezentował się doskonale.

Feliks i Weronika Tarczyńscy, małżeństwo emerytów, oglądali galę w telewizji komentując między sobą.

– Mnie się podoba. Dobrze wygląda. Jest niezbyt wysoki, jakby jury konkursu wybierając go zadbało, aby nie był wyższy niż otaczające go osoby. Można powiedzieć, jest idealnej postury i wagi. To także człowiek z osiągnięciami. – Pani domu była wyraźnie zadowolona ze zwycięzcy konkursu.

– To prawda. Przyzwoicie ogolony, wygląda jak człowiek a nie jak jakiś bezdomny. Żaden tam zarost trzydniowy, to dobre dla artysty. Widać, że nie jest to celebryta, egoista, jakich ogląda się w gazetach i w Internecie. Dobrze o nim mówią. Uzdolniony ponad miarę, nawet genialny w niektórych swoich posunięciach, bardzo pracowity, dobry menedżer i społecznik dostępny dla każdego. Ma rodzinę, jest ojcem dwojga dzieci. Mnie też się podoba.

Odc. 16 Szczepienia  

Szczepienia przeciwwirusowe zagościły na stałe w życiu społeczeństwa i przejściowo zdominowały temat Człowieka Roku. W mediach coraz częściej go krytykowano. Zwiększone zainteresowanie szczepieniami dawało rządowi więcej luzu, aby poprawiać, modyfikować i retuszować treści przekazów na ten coraz bardziej drażliwy temat.

Opór przeciwko szczepieniom był silniejszy niż myślano. Ludzie inaczej je sobie wyobrażali niż naukowcy i rząd. Każdy miał swoje racje i uzasadnienia. Byli tacy, co nawet polubili wirusa, bo im dawał zarobić.

– Kiedy inni tracą na nim, my zwiększamy dochody. I to całkiem nieźle – chwalił się Karol Czerstwy, przedsiębiorca pogrzebowy. – Wkrótce będę budować nowy zakład.

Każdego dnia na ulicach, placach i przed budynkami rządowymi i instytucji publicznych pojawiały się manifestacje. Argumentacja antyszczepionkowców nasilała się, stanowiąc coraz poważniejsze wyzwanie. Przeciwnicy szczepionek przychodzili kolorowo ubrani i krzyczeli. Aby był im wygodniej zdejmowali maseczki i rękawiczki.

– Ręce mi się pocą – wyjaśniła dziewczyna z krasnymi policzkami.

Niektórzy dla kawału zakładali maski teatralne. Ci krzyczeli najgłośniej.

– Wszyscy w niego wierzą, a my nie. Jesteśmy inni.

Rządowa promocja szczepień rozbijała się o potężną rafę argumentów przeciwników szczepionek. Jakkolwiek dziwne by się one nie wydawały, były proste, jednoznaczne w treści i całkowicie przekonujące dla dużej części społeczeństwa.

– Wirus nie istnieje, jest tworem wymyślonym, wytworem chorego umysłu. Skoro nie ma wirusa, to i nie ma epidemii. Rząd podaje statystyki ludzi umierających z powodu wirusa w szpitalach. Prawda jest także, że to są statyści. Nawet jeśli ktoś umrze, to precież się zadzra, to na inną chorobę. To wszystko to spisek mający wypełnić pieniędzmi kieszenie właścicieli szpitali i wielkich firm farmaceutycznych.

Inna grupa osób niechętnych szczepieniom miała inną argumentację:

– Nie wierzymy w wirusa. Jeśli nawet gdzieś się pokaże, to jest równie niebezpieczny jak wirus przeziębienia lub grypy. Ludzie od grypy też umierają, ale społeczeństwo nabiera odporności. Jest to nieuniknione.

Ruch antyszczepionkowy nie organizował się od podstaw, tylko narastał. Był zasilany importowanymi ideami Międzynarodowego Frontu Antyszczepionkowego. W Bangolu w większych miejscowościach samoczynnie organizowały się oddziały, wzorowane na komórkach terrorystycznych. Tak to widziała policja.

Minister spraw wewnętrznych po naradzie z premierem powołał w pośpiechu specjalną komórkę policji do śledzenia i zwalczania antyszczepionkowców. Przede wszystkim chodziło o rozpoznanie ich sił, programu i organizacji. Na początku szło to dosyć opornie. Problemem był brak prawa określającego kary za poglądy sprzeczne z wiedzą naukową. Ponadto antyszczepionkowcy byli zbyt rozproszeni. Widząc zainteresowanie władz swoją aktywnością, stali się ostrożniejsi, zaczęli się organizować, stosując kamuflaż i zasady konspiracji.

Równolegle do upowszechniania szczepień, rząd energicznie promował Człowieka Roku. W miarę upływu czasu Marian Wójcik awansował; powierzano mu zarządzanie coraz większymi przedsiębiorstwami i organizacjami. Leon Sawiłło-Kukuła w wywiadzie prasowym nie szczędził mu słów uznania.

– To mąż opatrznościowy i fantastyczny menedżer. Mogę szczerze go nazwać uzdrowicielem gospodarki Bangolu, obecnie w nienajlepszym stanie z powodu epidemii. Ze swoich obowiązków wywiązuje się na medal. Czego nie tknie, zamienia się w złoto. 

Stopniowo w świadomości publicznej kształtował się obraz nadzwyczajności Wójcika – Człowieka Roku. Będąc kierownikiem Miejskiego Klubu Sportowego, opiekował się drużyną piłki nożnej Lewaru. W ciągu dwóch lat doprowadził ją do trzeciej ligi. To zdobyło mu uznanie mieszkańców i władz miejskich; był dobrym organizatorem i menedżerem. Wkrótce został dyrektorem lokalnej, ledwo dychającej ekonomicznie mleczarni. Zatrudniono go na tym stanowisku, aby ustabilizował a następnie rozkręcił jej działalność. Kiedy to nastąpiło, stanowisko przejął jego zastępca, on sam zaś został dyrektorem zakładu ogrodniczo-pszczelarskiego. I w tym przypadku również osiągnął wielki sukces: Lewar nabył prawo używania sloganu „Miasto mlekiem i miodem płynące”. Dzięki temu udało się miastu zarejestrować w dwudziestu krajach europejskich marki trzech lokalnych produktów: dwóch rodzajów miodu oraz jednego wyrobu mlecznego. Wszystkie okazały się sukcesem eksportowym. Wójcika okrzyknięto bohaterem Lewaru.

Odc. 17 Człowiek Roku

Rząd promował Człowieka Roku także za granicą. Konsul Bangolu w Szkocji pierwszy podjął kampanię upowszechniania Wójcika jako Człowieka Roku. Organizując wystawy, spotkania i konferencje, rozbudził zainteresowanie „Wielkim Bangolczykiem”. Wkrótce w mediach szkockich pojawiły się informacje o Wójciku jako „celebrycie znikąd, zbawicielu Bangolu i cudotwórcy w sprawach gospodarczych”.

Ktoś zwrócił uwagę na jego podobieństwo do Roberta Louisa Stevensona, szkockiego pisarza, reportażysty, autora powieści „Wyspa Skarbów” oraz „Doktor Jekyll i pan Hyde”. W kontaktach z mediami konsul tak napompował Wójcika substancją genialności, że w Szkocji pojawiły się głosy, iż w jego żyłach płynie krew szkocka. Prawdopodobnie stali za tym nacjonaliści, rozpaczliwie odczuwający potrzebę ożywienia swoich idei.

O Człowieku Roku rozmawialiśmy w Klubie Niezależnych Celebrytów, którego byłem członkiem. Byliśmy oburzeni, że robiono mu tyle reklamy, ponieważ był to figurant i marionetka, sądząc po tym, co na zamówienie robił i mówił. Przede wszystkim był wulgarny, bluzgał jak alkoholik, który właśnie otrzeźwiał i wyszedł z rynsztoka. Dla prawdziwych celebrytów wybór Wójcika jako Człowieka Roku był przewrotnym żartem i manipulacją. Dyskusja w klubie dawno nie była tak ożywiona, przedstawiano opinie i sugestie.

– Wójcik to pseudo celebryta, sztuczny wytwór przeżartej ambicjami władzy, usiłującej narzucić społeczeństwu wzorcowy model obywatela.

– Nie należy tworzyć z niego męczennika, wchodząc w konfrontację z rządem. Wyśmiejemy go. Władza autorytarna nie znosi szyderstwa. Ten człowiek ma cechy, które go same zdyskredytują.

– Nie musimy nic więcej robić, jak tylko go ignorować. Dla mnie to nie jest Człowiek Roku tylko Człowiek od Lewara. Wypadałoby przedstawić jego kandydaturę do nagrody Nobla w dziedzinie współpracy z rządem.

Będąc w zarządzie klubu, włączyłem się do dyskusji publicznej. Miałem własny punkt widzenia, jak należy potraktować Człowieka Roku. Udzieliłem wywiadu.

– Pan Marian Wójcik to jednostka bardzo pozytywna, z wieloma osiągnięciami. Jest niezwykle silny; lewą ręką wyciska hantel ważący 90 kilogramów, prawą 110 kilogramów.  Ma wielkie zasługi w rozwoju różnych dziedzin życia Lewaru i całego kraju. Wniósł znaczący wkład do kultury, sportu, medycyny, gospodarki, przemysłu, nauki, ochrony środowiska naturalnego oraz bankowości. To on odkrył i zapoczątkował hodowlę zimojada, wysokowydajnego gatunku pszczół zbierających nektar przez cały rok z wyjątkiem dni, kiedy jest dużo śniegu lub panuje mróz.

Myśleliśmy, że nikt tego nie kupi, i pomyliliśmy się. Wiele osób w to uwierzyło i jeszcze bardziej przekonało do Mariana Wójcika jako Człowieka Roku.

W Klubie Niezależnych Celebrytów mamy także dwóch lekarzy. Obydwaj uważają, że wirus Quagga ma wpływ na psychikę, powodując deformację sposobu widzenia świata przez osoby żyjące w silnym poczuciu zagrożenia epidemiologicznego.

Odc. 18 Naga prawda

Prawda o Człowieku Roku objawiała się stopniowo, fragmentami, czasem nagłą rewelacją. Okazało się, że tak naprawdę to nikt nie znał prawdziwego Mariana Wójcika. W ujawnianie prawdy o nim włączyli się mieszkańcy Lewaru, często ludzie prości, z pozoru nie potrafiący odróżnić koła od kwadratu, obserwatorzy sceny lokalnej, przypadkowi świadkowie zdarzeń. Dołączyły do nich osoby poszkodowane przez Wójcika, w tym najbliższa rodzina. Pytającym o niego dziennikarzom odmawiano prawa do rejestrowania twarzy i podawania nazwisk.

Albin Ramo, pisarz o ambicjach nastolatka, wypowiadający się na różne tematy, trafił do Lewaru przypadkowo. Jak zwykle szukał tematu do dzieła swego życia, zrodzonego w głowie z pragnienia sławy i wiary we własny talent. Kierowany instynktem śledczym zatrzymywał ludzi o ciekawych twarzach, rokujących ciekawsze myśli niż tylko te dotyczące codziennego życia. Na przystanku autobusowym wypatrzył mężczyznę o ptasich oczach i ostrym nosie.

– Oto twarz zdziwionego sępa, ptaka drapieżnego. Z pewnością widział niejedno i rozumie więcej niż inni – pomyślał.

Kierowany tą niewypowiedzianą myślą Ramo wdał się w konwersację. Nieznajomy był nauczycielem historii w szkole podstawowej w Lewarze. Mariana Wójcika nazywał filarem miasta. W uszach Ramo słowa te zabrzmiały jak „filar Lewaru”, zachęcając do drążenia innych wątków, jakie mógł mieć w dyspozycji mężczyzna.

– Ludzie bali się o nim mówić. Na początku był to człowiek skromny, ambitny, ale skromny, pomagający bliźnim. Teraz jest zupełnie kim innym. Zmienił się. To człowiek wpływowy i mściwy. Ma specjalny immunitet. Stoi za nim państwo. Coś go łączy z jakimś milionerem, podobno się spotykają, aby rozmawiać o czarnych interesach.

W rozmowach o Wójciku pojawiały się też informacje chaotyczne, irracjonalne, świadkowie desperackich pragnień wyrzucenia z siebie rzeczy długo tajonych.

Ramo notował sobie te skojarzenia, uznając je za ciekawe: wielki człowiek z małej miejscowości, zdjęcia z celebrytami z rządu, cacy-cacy, rąsia w rąsie, grube pieniądze, przepływy, romanse, majątki, niebotyczna emerytura, przywileje. Były tam nawet wiersze, pohańbienie i upadek miłości. Ramo pomyślał, że są to zeznania śliskie, rozdmuchane, nieogarnione w tęsknocie za sławą.

Nieznajomy o fizjonomii sępa kontynuował swoje rewelacje:

– Robią z niego wybitnego celebrytę, przywódcę, wielkiego menedżera, takiego, co to raz na tysiąc lat spada z księżyca na ziemię i ratuje ludzkość przed głodem, zimnem i zarazą, przewiduje bezbłędnie ceny surowców na trzy lata do przodu i jest za pan brat z Nostradamusem.

Do badania życia i kariery Mariana Wójcika włączyła się energicznie opozycja. Pojawiły się nowe oceny, coraz bardziej sprzeczne z obrazem kreowanym przez władze. W obrazie Człowieka Roku pojawiły się szczeliny, przez które wyciekało kłamstwo, fałsz i obłuda. Poglądy i oceny były coraz śmielsze.

– Jaki to biznesmen i elegant, skoro słoma wystaje mu z butów. Nie jest to krystaliczna postać, jaką przedstawia Partia Powszechnego Dobrobytu.

Rzecznik rządu a za nim media prorządowe wytoczyły natychmiast swoje armaty.

– Marian Wójcik, postać ze wszech miar pozytywna i autentyczna, ma swoich przeciwników. Zazdroszczą mu sławy. To zamach na godność i wizerunek człowieka sukcesu. Lewackie media prowadzą przeciwko niemu kampanię oczerniającą.

Odc. 19 Podwójne życie

Szczegóły życia Mariana Wójcika wyciekały cienkimi strumyczkami plotek, szeptanek i zgadywań, w pierwszej kolejności do lokalnej gazety żyjącej tym, co tu i teraz. Wszyscy ją czytali bo była tania i dostępna w kioskach i sklepach spożywczych, warzywniakach a nawet u weterynarza, na każdym rogu ulicy. Niektóre doniesienia rozdmuchiwano do niemożliwości; ludzie przestawali w nie wierzyć, tak były nieprawdopodobne. Wynikało z nich, że Wójcik jest świętym człowiekiem, niezwykłej pracowitości, oddanym rodzinie i przyjaciołom.

– On nie ma nawet czasu, aby się podrapać. Tylko pracuje i pracuje pomnażając dobra dla swojej rodziny i dla naszej wspólnoty. Także wspiera ludzi w potrzebie – szeptały między sobą w kościele panie z kółka różańcowego, Eliza i Joanna. Mówienie o mężczyźnie takiej klasy uważały za wyróżnienie, bo same już nie miały mężów. Odeszli w sposób naturalny w stan wiecznego spoczynku, powołani do niebieskiej armii Nieba.

– Ten Wójcik jest taki wyrazisty, inny niż większość mężczyzn, którzy są byle jacy. Mój mąż na przykład bardzo lubił rąbać drewno. Rąbał więcej niż potrzebowaliśmy, więc zaczęliśmy je sprzedawać. On rąbał a ja sprzedawałam, To właśnie z tych dochodów zbudowaliśmy sobie drugi dom. Wynajmuję go teraz razem z pierwszym , bo mieszkam u córki, zaraz za miastem – Eliza Paczyńska lubiła mówić o osiągnięciach małżeńskich.

– A co mężem?

– Odszedł biedak dwa lata temu. Ciężko pracował. Najpierw przyszła przepuklina, potem wysiadło mu serce. I tak odszedł. Dobry to był człowiek, może nawet lepszy niż ten Wójcik, Człowiek Roku.

Następnej niedzieli panie Eliza i Joanna spotkały się znowu w kościele. Prowadziły życie pełne podniosłości, ciesząc się wiarą w Boga, proboszcza i własne przekonanie, że są dobrze poinformowane, co dzieje się w mieście.

– Powiem pani od razu, Joanno, że ten Wójcik nie był święty – Eliza Paczyńska była podekscytowana wiadomością burzącą porządek życia Lewaru. – Dowiedziałam się wszystkiego od mojej córki. Ten człowiek udawał, że wyjeżdża w delegacje służbowe, bo miał kochankę na boku. Oddawał jej większą część swoich dochodów. Jego żona wiedziała o tym, ale nikomu się nie skarżyła, bo groził jej, że ją pobije. Zmuszał ją do milczenia także groźbą zatrzymania pieniędzy, jakie jej wysyłał na utrzymanie domu i rodziny. Bez tego by nie przeżyła. Sama nie mogła o tym mówić, więc upoważniła swoich braci, aby ujawnili jej krzywdę. Prawdę o kochance potwierdzili także sąsiedzi. Przyjeżdżał do niej przeważnie po południu, w sobotę lub w niedzielę. Już na progu ściskał ją i całował w usta. Ledwo się przywitali, rozbierał ją prawie do naga i kładł się na nią. Gdziekolwiek, nawet na podłodze!

– Skąd pani to wie?

– Mówił mi mój wnuczek. Ma lornetkę i ich podglądał. To okropne, jak ci ludzie gorszą nawet dzieci.

Życie Bangolu na pewien czas przeniosło się do Lewaru. W miasteczku pojawili się dziennikarze, korespondenci różnych agencji informacyjnych, paparazzi, przedstawiciele opozycji w parlamencie. Dwa razy przyjeżdżały ekipy telewizyjne. Wieczorem na ulicy pojawiały się czarne limuzyny i jak krety zagłębiały w ciemności ulicy prowadzącej do domu należącego do Wójcika.

W ślad za informacją o kochance pojawiła się druga, bardziej doniosła i poważniejsza. Ujawniła ją księgowa mleczarni prowadzonej niegdyś przez Wójcika.

– Ten człowiek okradał mleczarnię. Nikt o tym nie wiedział oprócz jego dwóch wspólników. Technika okradania mleczarni nie była wyszukana, ale bardzo skuteczna. Będąc dyrektorem zawarł umowy na dostawy wyrobów zakładu z dwoma dystrybutorami produktów mleczarskich. Dał im dobre ceny w zamian za zobowiązanie, że będą mu płacić prowizję od wartości dostaw. Dopiero jak się pokłócili, sprawa wyszła na jaw.

Odc. 20 Człowiek Roku celebryta

Dochody Człowieka Roku stały się przedmiotem powszechnego zainteresowania, kiedy okazało się, że ma on dwa domy w podgórskiej miejscowości turystycznej. Wyglądały identycznie i stały na sąsiednich działkach, i to zwróciło uwagę. Poza tym miał jeszcze kilka innych dużych inwestycji. Był krezusem. Ta pozycja przyciąga nie tylko pieniądze, ale i uwagę i zazdrość, a nawet zawiść.

– Kto buduje równocześnie dwa domy, musi mieć furę pieniędzy. Żadnego mleczarza, nawet dyrektora czy właściciela mleczarni, na to nie stać. Musiałby to być mega prezes a marże zysku ze sprzedaży mleka i przetworów mlecznych musiałby być grubsze niż kożuch z czarnego barana niestrzyżonego przez trzy lata – księgowa mleczarni lubiła kolorować zdarzenia. Czuła się wtedy doceniona i ważna.

Na spotkaniu Klubu Niezależnych Celebrytów każdy miał coś ciekawego do powiedzenia. Temat i jego błyskotliwej kariery, talentu i pieniędzy Człowieka Roku był głębszy niż studnia artezyjska w Australii. Porównanie ze studnią artezyjską nasuwało się w sposób naturalny.

Przewodzący klubu, barczysty, wysportowany mężczyzna, wybitny aktor, powszechnie znany pod pseudonimem Barbarossa, znany bohater słynnego filmu o podboju kosmosy „Czerń i blask”, pierwszy zabrał głos.

– Cieszymy się opinią ludzi bogatych wewnętrznie i zdolnych dostrzegać rzeczy niezwykłe. Pochlebiamy sobie, że stanowimy grono osób najbardziej podziwianych. A tu proszę, ktoś zupełnie nieznany przerasta nas swoją niezwykłością. Brzmi to jak obraza, a z całą pewnością wyzwanie. Oto z małego niewinnego misia koala wyrósł potężny niedźwiedź grizzly.

Celebryci tym chętniej zagłębili się w temat Człowieka Roku, że był on prezentowany przez rząd jako fenomen, ewenement, artysta wielkiego biznesu, rodzaj niezwykłego celebryty, choć nikt nie nazywał go tym imieniem.  

Człowiek Roku miał potężnych sponsorów. Przed oskarżeniami bronili go multimilioner Leon Sawiłło-Kukuła, premier Chudy, ministrowie, media prorządowe. Głosząc swoje argumenty mieli nadzieję, że zabiją niezdrową atmosferę podejrzeń rosnących wokół Człowieka Roku.

– Władza przeżywa wstrząsy sumienia, jeden po drugim. Głoszone przez nią prawdy szybko okazują się mieć drugie dno. Czasem nawet trzecie. My celebryci, rozumiemy to najlepiej, ponieważ kłamstwo zabija autentyczność celebryty. Kłamiący celebryta to człowiek wypisujący się z klubu profesjonalistów. 

Marian Wójcik znalazł się w potrzasku, unikając odpowiedzi na pytania dotyczące jego osoby, przyjaciół, awansów i majątku. Nie chwalił się swoim dorobkiem i to było podejrzane.

– Każdy lubi mówić o swoich osiągnięciach, a on zachowuje się jak dziewica, negująca spotkania towarzyskie z przystojnym młodzieńcem. Posądzam go o chorobliwą skromność – Erazm jak zwykle nie kryl się ze swoimi opiniami.

Rząd Bangolu rozpaczliwie bronił swojego idola, w zamian za co Marian Wójcik poświadczał każde ich słowo, nadużycie i niegodziwość, podtrzymując sztandary ich przekonań . Była to cena wdzięczności za wypromowanie go na geniusza. Między społeczeństwem dociekającym prawdy a rządem, toczyła się wojna informacyjna, w której wiadomości o wirusie i epidemii karlały do poziomu dodatku do dziennika telewizyjnego.

Odc. 21 Epidemia dezorganizuje

Okres epidemicznych szaleństw wydłużał się mimo rozpoczęcia szczepień. Wirus pędził do przodu jak pomylony koń brykając na boki w tańcu szalonych mutacji. W marcu pojawiły się wersje kontynentalne mutacji, jedna bardziej zjadliwa od drugiej. Wydawało się, że w końcu każdy kraj będzie mieć własną wariację Quaggi. Nikt nie znał przyczyn tak obłąkanego tańca wirusa. Nawet znani z zimnej krwi naukowcy łapali się za głowy.

Szaleństwa wirusa dezorientowały życie społeczeństwa. Bangolczycy zachowywali się w sposób coraz bardziej nietypowy i nieprzewidywalny. Albina Ramo, entuzjastę pisarstwa, też dopadło szaleństwo. Przeżywał na przemian dwa cykle, jeden ospałości, drugi ożywienia. Pierwszy porównywał do schodzenia ze zwieszoną głową długimi schodami do piwnicy w nieokreślonym celu.

Drugi cykl był błogosławieństwem. Pisarskie ciało nabierało wigoru; Albin czuł się na tyle silniejszy, aby snuć przebojowe rozważania na temat sennej ospałości.

– To potwór. Mogę go życzyć tylko najgorszym wrogom. Spadasz gdzieś w dół koszącym lotem, twój umysł pracuje jak zdezelowany wózek do przewozu makulatury a organizm ulega depresji.

W dniu, kiedy został zaszczepiony przeciwko wirusowi, Ramo – podobnie jak inni wybrańcy losu – poczuł radość świeżo nabytej odporności. Powstrzymał się jednak od szaleństwa optymizmu, rozumiejąc, że jest to odporność niekompletna, malejąca z czasem, nie gwarantująca pełnego bezpieczeństwa.

– Sprawa była złożona, zależna od rozwoju sytuacji: jakiego kształtu wirus nabierze, jakie przyssawki straci a jakie zyska, jak bardzo będą one przyczepne i zdolne do przenikania do organizmu – tłumaczyli wirusolodzy, obecni prawie na każdym rogu ulicy.

W Klubie Niezależnych Celebrytów nie sposób było uniknąć tematu. Wszyscy starali się trzymać głowy and mętnym oceanem epidemii, dając przykład radzenia sobie siłą ducha z przygnębieniem.

Wirus Quagga mnie zastanawiał, często myślałem o nim.

– Taki mały sukinsyn niewidoczny gołym okiem, a trzyma całe społeczeństwo w szachu, powodując depresję i zamieszanie.

Nie chciałem nikogo straszyć, ale byłem pewny, że Quagga pozostanie z nami, nawet kiedy większość ludzi będzie już zaszczepiona, jak to przewidywała profesor Hopkins. Będzie czekać na lepsze czasy przyczajony gdzieś w krzakach nad rzeką, w lesie, w kłaku futra zdechłego zająca lub w starej remizie strażackiej. Możliwe, że także w jakimś wschodnim laboratorium, gdzie naukowcy śnią o potędze rozumu.

Pomyślałem, że wirus ma w sobie przewrotność na skalę człowieka i wyobraziłem go sobie jako istotę rozumną. Gdyby z nim porozmawiać, mógłby powiedzieć:

– Człowieku! Kocham was zaskakiwać, widzieć wasze zdrętwiałe z przerażenia gęby i te śmiesznie zaciśnięte ze strachu szczęki. Dam wam jeszcze popalić. Bronicie się przede mną maseczkami, trzymaniem się z dala od siebie i częstym myciem rąk. Przyjdzie jeszcze taki czas, że ciepła woda z kranu tak podrożeje, że będzie was to dobijać finansowo, dopóki nie wymyślicie skromniejszego modelu życia i nie przestaniecie niszczyć przyrody. Nie drażnij małpy, bo cię pogryzie!

Zastanawiałem się nad ostatnimi słowami. Faktem jest, że epidemie w większości pochodzą od zwierząt. Jest to wiedza ludzka a nie beznadziejnie prymitywnego wirusa, prostej drobiny białka, która tym niemniej daje nam popalić na niespotykaną skalę.

Swoją koncepcją podzieliłem się z Erazmem. Myślał podobnie. Ucieszyłem się. Ludzi lubimy za to, że podzielają nasze poglądy. Wiele nas łączyło. Obydwaj buntowaliśmy się przeciwko władzy Kukułów, Chudych i Marianów Wójcików, narzucających swój światopogląd innym, cichych kombinatorów i skrytych złodziei. Gniew we mnie wzbierał.

– Zła władza jest jak wirus. On wyżera ci płuca, a ona rujnuje ci system nerwowy – powiedziałem Erazmowi.

Siedział przy biurku, pijąc kawę. Podniósł głowę i zgodził się ze mną. Poczuliśmy solidarność wobec ciemiężców ludzkości.

Odc. 22 Trzynasty Apostoł

Walkę z wirusem hamowała niechęć wobec szczepień. Znaczna część społeczeństwa miała obawy i nie planowała się szczepić. Rząd prowadził sondaże. Czytając kolejny wręczony mu po wejściu do sekretariatu, premier Chudy zatrzymał się i powiedział głośno:

– Mając coraz większą ilość szczepionek, zamiast mniej, mamy coraz więcej problemów. Ludzie nie chcą się szczepić. Skąd bierze się w nich taki upór? To czysty bezsens! Nie rozumiem tego.

Kinga Sobol, sekretarka premiera, zrozumiała, że nie jest to zachęta do zabrania głosu.  

– Nikt tego nie wie – pomyślała. Śpieszyła się. Musiała zadzwonić w kilka miejsc. Miała też inne zmartwienia. Była samotną matką wychowującą dwoje dzieci, chłopca i dziewczynkę. Były teraz w przedszkolu w dobrych warunkach, ale zawsze miała obawę, że coś przywleką do domu. Niepokoiło ją to, bo ani ona ani dzieci nie były szczepione.

Od czasu przejścia na emeryturę Weronika Tarczyńska miała więcej czasu. Razem z mężem byli już zaszczepieni przeciwko wirusowi Quagga i chętniej wychodziła z domu. Po powrocie z porannych zakupów podszedł do niej mąż, aby zabrać od niej torbę i postawić w kuchni koło zlewu.

– Kiedy wracałam, nasza sąsiadka wyszła na korytarz, jakby na mnie czekała, rozejrzała się uważnie na boki i powiedziała mi szeptem:

– Niech się pani nie szczepi. To nie wirus, ale szczepionka zabija. Dzieci kobiet zaszczepionych rodzą się w wodogłowiem, cukrzycą a nawet i chorobą weneryczną.

Zadaję sobie pytanie, skąd bierze się w ludziach tyle głupoty? Skąd ona czerpie taką wiedzę?

– Nie myśl o niej. Ta kobieta widzi świat w barwach czerni i bieli. Za dużo spędza czasu adorując księdza Granę zamiast pielęgnować kwiaty w ogrodzie lub czytać książkę. Ksiądz lubi straszyć. Może to właśnie od niego? Chociaż, cholera ją wie. Ludzie lubią plotkować. Dzisiaj każdy mówi, co chce, choćby nie miało to najmniejszego sensu. Niektórzy głoszą swoje prawdy nawet w Internecie. Takie czasy.

„Trzynasty Apostoł” był jednym z oddziałów Frontu Antyszczepionkowego. Sama grupa nie była liczna. Policji udało się ustalić, że w kraju jest co najmniej kilkanaście takich grup i wszystko wygląda na to, że pojawiać się będą nowe. Każdy oddział miał własny rejon działania; przeważnie było to większe miasto lub cała aglomeracja.

Seweryn, przywódca „Trzynastego Apostoła”, zwołał tajne spotkanie. Siedzieli razem w salonie wynajętego domu i czekali na przybycie ostatnich dwóch osób. Nie nudził się, mając do przeglądu notatki i punkty do dyskusji. Rozejrzał się wokół stołu. Pamiętał pseudonimy każdej z osób. Nazwisk nikt nie notował zgodnie z zasadami konspiracji. Pamiętał ich ksywy w układzie alfabetycznym: Aldo, Barba, Bogdan, Karola, Oriana, Salome, Saturn, Toma, Zofia, Komandos. Za niektórymi męskimi ksywami kryły się kobiety i na odwrót.

– Można się do tego przyzwyczaić – pomyślał.

Byli w różnym wieku i mieli różne wykształcenie, co najmniej szkołę średnią, z wyjątkiem Saturna, który był kierowcą taksówki i miał tylko wykształcenie podstawowe.

Odc. 23 Gorączka wirusowa

Kraj ogarnęła gorączka wirusowa. Premier i minister zdrowia dwoili się i troili, aby sprostać wyzwaniom. Najważniejsze były środki ochrony osobistej przed wirusem, w pierwszej kolejności maseczki, rękawiczki i wyposażenie dla personelu medycznego, oraz szczepionki dla całego społeczeństwa. Na początku nie było szczepionek, kupowano więc gdzie się dało. Wykorzystywano w tym celu wszystkie możliwe kontakty, aby dotrzeć do źródeł zaopatrzenia. Premier i minister zdrowia dzwonili do przyjaciół i znajomych i pytali, czy nie znają kogoś, kto mógłby im dostarczyć partie szczepionek.

– Muszą być koniecznie certyfikowane – zaznaczali.

Pracowali w tak wielkim napięciu, że czasem wyrwał im się żart w rodzaju „nie mogą pochodzić z produkcji domowej”. Pilnowali się, aby nie dotarło to do wiadomości publicznej, bo dla większości obywateli – oprócz przeciwników szczepień – nie był to czas na żarty. Już przy pierwszym zakupie premier zarezerwował odpowiednią ilość szczepionek dla osób krytycznie ważnych dla funkcjonowania państwa. Stworzono w tym celu listę, zastrzeżoną wyłącznie do wiadomości jego, ministra zdrowia, przewodniczącego Partii Powszechnego Dobrobytu, marszałków Izby Niższej i Wyższej Parlamentu oraz Prezydenta.  

Zakupione partie szczepionek kierowane były dla bezpieczeństwa do Centralnej Składnicy Materiałów Strategicznych, obiektu stanowiącego własność sił zbrojnych.

Program szczepień rozwijał się wolno; był kulawy już od początku. Tak twierdziła opozycja i niektóre media. Rzecznik prasowy rządu dementował te wiadomości, twierdząc, ze wszystko rozwija się pomyślnie i zgodnie z planami. Premier nie pozostawiał wątpliwości, że jest dumny z osiągnięć kraju.

– Pod względem walki z wirusem, jesteśmy w czołówce światowej.

Media twierdziły co innego. W ocenie Partii Powszechnego Dobrobytu ich zawołaniem było:

– No i doigraliśmy się! Mamy władze, które radzą sobie tylko w walkach ulicznych z demonstrantami.

Przygotowanie szczepień odbywało się etapowo. Nie udało się uniknąć kontrowersji i dwuznaczności. Najpierw określono jakie grupy społeczne będą się szczepić w pierwszej kolejności; zmieniano to kilka razy z różnych względów. Potem spisywano i rejestrowano osoby chętne do szczepienia. To trwało, bo trzeba było zapisać i sprawdzać dane osobowe, serię i numer dokumentu tożsamości, adres, telefon i email, oraz wyznaczyć termin i miejsce szczepienia. Chętnych było tak dużo, że kilka razy blokował się system informatyczny. Akcję koordynował departament szczepień, specjalnie w tym celu utworzony w ministerstwie zdrowia.

Rząd podjął decyzję zaszczepienia najpierw służb mundurowych, jako stojących na straży prawa i porządku w kraju. W więzieniach szczepiono równocześnie pracowników i więźniów.

– Nie ma sensu szczepić tylko pracowników, skoro mogą oni natychmiast zarazić więźniów.

Poza tym panowała wolna amerykanka. Niektóre przychodnie lekarskie tworzyły sobie własne listy osób do szczepienia według własnych kryteriów. Na listach pojawili się także ludzi przypadkowi, przedstawiciele władz lokalnych, osoby wpływowe, celebryci oraz rodziny ich wszystkich.

W Centralnej Składnicy Materiałów Strategicznych, gdzie gromadzono szczepionki dla całego kraju, w ciągu pierwszego tygodnia część szczepionek straciła ważność.

Komendant wojskowej składnicy udzielił wywiadu w tej sprawie.

– Były odłożone na boczną półkę. nie zauważono, że zbliża się termin ważności, bo producent niewyraźnie oznaczył daty.

Wkrótce po tym nastąpiła wielka awaria elektryczna. Na szczęście składnica była przygotowana na taką ewentualność. W ciągu kilkunastu minut pracowały już rezerwowe generatory opalane gazem płynnym. Po upływie godziny wysiadły także generatory rezerwowe. Nastąpiła panika, wezwano pomoc. Niewiele to dało. Straż pożarna z awaryjnymi generatorami prądu przybyła zbyt późno. Dwa miliony szczepionek uległo zniszczeniu, natychmiast je spalono w wysokiej temperaturze i zgodnie z procedurą sporządzono protokół zniszczenia. Sprawa trafiła do prokuratury.

– Dlaczego zniszczono tak wielką ilość szczepionek zanim prokuratura przeprowadziła śledztwo – pytanie to postawiła opozycja i dziennikarze wolnych mediów.

– Nie można było czekać dłużej, bo stanowiłoby to zagrożenie epidemiologiczne na niebywałą skalę – wyjaśnił szef grup utylizacyjnej.

Odc. 24 Śledztwo

Śledztwo prokuratorskie ślimaczyło się. Prowadzący sprawę prokurator na konferencji prasowej cierpliwie dzielił temat na kawałki. Mówił powoli jakby chciał zniechęcić do siebie słuchaczy.

– My, w prokuraturze, jesteśmy zadowoleni z postępów. Sprawę prowadzi zespół trzech śledczych, w tym jeden z żandarmerii wojskowej. Dochodzenie posuwa się do przodu, cele są realizowane. To nie jest zwykłe śledztwo. Wszyscy musimy uzbroić się w cierpliwość. Pewnych spraw się nie przeskoczy. Dużo czasu zajmuje przesłuchanie świadków. Sama obróbka dokumentów i podpisywanie też wymaga czasu. Są też przeszkody natury proceduralnej.

Dziennikarze nie czekali na zakończenie oficjalnego śledztwa. Prowadzili własne. Fakty ujawniali dopiero wtedy, kiedy były dobrze udokumentowane, z obawy, że mogą być oskarżeni. Najbardziej aktywny był portal śledczy „Cerber” należący do Stowarzyszenia Dziennikarzy Bangolu. Zatrudniona przez nich psycholożka Anna Romanow, specjalistka komunikacji niewerbalnej, obejrzała kilkakrotnie wystąpienie prokuratora.

– Ten człowiek bardzo dba o swój wygląd, chce się jak najlepiej prezentować. Oprawki okularów, garnitur, stonowany krawat, świadcząc o jego elegancji, odwracają uwagę od tego, co istotne, czyli od treści wypowiedzi. Jego uśmiech nazywany fachowo uśmiechem górną szczęką ma budzić sympatię. Prokurator pilnuje się. Stoi daleko od dziennikarzy, jakby bał się, że odczytają jego myśli. Jego mimika jest bardzo stonowana. Nie jest szczęśliwy w swojej roli, niepewnie mruży oczy. Stara się być opanowany, czuje się jednak niepewnie. Jego twarz, postawa, język ciała sugerują: Dajcie mi spokój. Sprawa jest kłopotliwa. Nie mogę powiedzieć wszystkiego. Odpowiadając na pytania patrzy w bok a nie w oczy pytającego. Moim zdaniem nie mówi prawdy. Należałoby go zbadać wariografem, ale to niemożliwe. Nie jest o nic oskarżony. Tylko osoby oskarżone można badać wariografem.

Po miesiącu rząd wstrzymał śledztwo. Decyzję zakomunikował premier.

– Potrzebny jest dodatkowy czas na konsultacje międzyresortowe.

– Jak to rozumieć? – pytali dziennikarze.

– Szczepionki są własnością ministerstwa zdrowia, Centralna Składnica Materiałów Strategicznych należy do ministerstwa obrony narodowej, zasady składowania szczepionek ustala ministerstwo transportu i logistyki, śledztwo prowadzi prokurator podlegający prokuratorowi generalnemu, straż pożarna uczestnicząca w gaszeniu pożaru podlega ministrowi spraw wewnętrznych. W sumie mamy do czynienia z kilkunastoma różnymi instytucjami. To wymaga koordynacji.

– To bałamutne tłumaczenia. Jakie wstępne konsultacje? Co on kręci? – wymieniali się uwagami między sobą emeryci Feliks i Weronika Tarczyńscy, oglądający konferencję.

Portal śledczy „Cerber” pierwszy ujawnił szokujące informacje. Szczepionki, a przynajmniej ich część, zostały skradzione i sprzedane za granicę. W grę wchodziły poważne pieniądze. Jedną partię odkryto w Arabii Saudyjskiej, inną w Kuwejcie. Pożar nie był przypadkowy, wywołano go dla ukrycia oszustwa.

Odc. 25 Rewelacje

Stopniowo wychodziły na jaw zastanawiające fakty. Córka ministra zdrowia pół roku po pożarze w centralnej Składnicy Materiałów Strategicznych kupiła rezydencję we Francji na Lazurowym Wybrzeżu. Nie było wiadomo, kto to wywęszył, w każdym razie informacja okazała się prawdziwa. Jej znajomi twierdzili, że nie była bogata. Przyciśnięty do muru minister zdrowia tłumaczył, że córka miała na to środki, ponieważ wyszła za mąż za barona Tuxedo, bardzo bogatego obywatela Hiszpanii.

– To po prostu magnat. Takiego człowieka stać na wiele. To jego powinniście pytać.

Sprawę małżeństwa oczywiście zbadano. Wzbudziła jeszcze więcej wątpliwości i tylko dolała oliwy do ognia. Baron Tuxedo w Hiszpanii był praktycznie nieznany. On sam odmówił udzielenia bliższych informacji dotyczącej jego małżeństwa z obywatelką Bangolu, pokazał tylko zdjęcia ze ślubu i przyjęcia weselnego. Wątpliwości budziły okoliczności ślubu i wesela. Dokumentowały je liczne zdjęcia, nie wiadomo było jednak, gdzie i kiedy ślub został zawarty i gdzie odbyło się wesele. Baron tłumaczył, że były to ściśle prywatne uroczystości.

Dziennikarze kojarzyli fakty. Wraz z „pożarową aferą szczepionkową”, jak ją nazywano, premier przestał się skarżyć, że nie jest najlepiej zarabiającym członkiem rządu i twierdzić, że prowadzi raczej skromne życie.

Wkrótce okazało się, że zaczął regularnie podróżować po świecie, wyjeżdżając do najbardziej renomowanych kurortów. Zapytany o to, informował z kamienną twarzą:

– Zmieniłem tryb życia. Zrozumiałem, że z życia należy korzystać, To chyba zdrowa postawa?

Mimo początkowych problemów szczepienia kontynuowano. Po kilku miesiącach okazało się, że część osób zaszczepionych nie nabyła odporności. Ich liczbę szacowano na ponad dwadzieścia pięć procent. Już po trzech miesiącach od drugiego szczepienia ludzie znowu zarażali się wirusem Quagga. Szczepionki okazały się w dużej mierze nieskuteczne. Ministerstwo zdrowia tłumaczyło to na swoje sposoby.

– Przede wszystkim musimy pamiętać, że wirus mutuje. Ponadto używamy kilka rodzajów szczepionek, które mogą być niewłaściwie przechowywane, osoby zaszczepione różnie też reagują na szczepionki. Doniesień o słabej skuteczności szczepionek nie ignorujemy lecz uważnie je monitorujemy.

Lekarze i naukowcy wirusolodzy nie chcieli wypowiadać się na ten temat lub wypowiadali się niechętnie. Dziennikarze zbadali ich wstrzemięźliwość. Okazało się, że dwaj profesorowie, szefowie klinik, gdzie leczono osoby ponownie zarażone wirusem stracili stanowiska. Specjaliści wyrażający otwarcie kontrowersyjne poglądy czuli się zastraszeni. Wywierano na nich różne formy nacisku, nękania a nawet zastraszania.  

Pojawiły się nowe znaki zapytania. Nie było jasne, jakie były ilości poszczególnych szczepionek użytych w procesie masowych szczepień. Premier i minister zdrowia zaczęli unikać dziennikarzy zasłaniając się innym obowiązkami. W swoich wystąpieniach uderzali w uspokajający ton: 

– Szczepienia idą bardzo dobrze. Coraz więcej obywateli jest zaszczepionych. Teraz rząd musi koncentrować się na pomocy gospodarce, aby nie upadła. Musimy podejmować trudne decyzje, o lockdownach i podobnych bolesnych rozwiązaniach. Mamy tysiące spraw na głowie. Niech opozycja, która inspiruje te zarzuty, zajmie się opracowaniem i przedstawieniem jakichś twórczych propozycji, a nie tylko krytyką władz.

Opozycja miała jedno wyraźne wytłumaczenie:

– Żadne propozycje, jakie przedstawiliśmy i regularnie przedstawiamy rządowi, nie są brane pod uwagę. Oni kompletnie je ignorują. Pozostaje nam tylko śledzić, co robią i pokazywać ich niedociągnięcia, błędy i kanty. To typowa rola opozycji, będziemy to kontynuować.

Odc. 26 Wirus dzieci i władza 

Dzień zapowiadał się słoneczny. Z okna swojego pokoju na drugim piętrze, Herkules zobaczył większy niż zawsze teren osiedla. Powietrze było przezroczyste, że wszystko było powiększone. Na chodniku przed budynkiem dzieci narysowały swój świat. Wyglądał jak jako mleko rozlane w kosmosie pokryte symbolami współczesności oraz hieroglifami starożytności. Celebryta przyjrzał się niezwykłym malunkom wykonanym kolorowymi kredkami. Były tam znaki matematyczne, równania, symbole oraz obrazy żyjątek jakby wyjętych spod mikroskopu. Drobne rysuneczki pokazywały wirusa Quagga z jego okropnymi szypułkami. Na oknach i na drzwiach widniały kraty; piaskownica i plac zabaw z kolorowymi zabawkami przekreślone były białym szlabanem z lampkami ostrzegawczymi. Był to świat epidemiczny, zatopiony w dziecięcej pamięci, uczuciach i marzeniach.

Herkules poczuł ciarki na plecach. Wyszedł przed dom, aby przyjrzeć się bliżej dziwnym rysunkom. Rozciągały się na przestrzeni kilkudziesięciu metrów wzdłuż chodnika. Sfotografował ciekawsze fragmenty chodnika. Naprzeciw furtki prowadzącej z osiedla na łąkowo-leśne nieużytki rzucał się w oczy powiększony obraz wirusa Quagga. Wyglądał jak kolczasta kulka w różowym kolorze. Wokół niej ręka osoby dorosłej umieściła opisy i strzałki wskazujące czego dotyczą: kolec, płaszcz, błona, RNA czyli genom, nukleokapsyd, otoczka, dimer esterazy. 

W Klubie Niezależnego Celebryty rozmawiał wieczorem o malunkach na chodniku. Rozmówcy zgadzali się, że wirus odmienił dzieciństwo, choć każdy widział sprawę z nieco innej perspektywy.

– Fale epidemii Quagga zdeformowały życie wszystkich grup społecznych, nawet dzieci, i wszystkich społeczeństw wytyczając drogę w przyszłość. Nic już nie jest i nie będzie takie same. Nawet noce nie są już tak ciemne jak niegdyś.

– Czy epidemia to sprawa ręki bożej czy też natury? Nawet tego nie wiemy.

– Ta epidemia jest zwiastunem rodzącego się świata, w który dopiero wkraczamy, świata zmienionej umysłowości człowieka. Przeobrażą go także nowe technologie. Człowiek szybko uczy się manipulować rzeczywistością.

– Nie będzie tak źle, jak niektórzy myślą, ale na pewno będzie zupełnie inaczej – pocieszali się nawzajem.

Następne godziny i dni niewiele zmieniły w życiu celebryty. Herkules uprzytomnił sobie, że prawie nieprzerwanie myśli o sobie, rodzinie i przyjaciołach. Czasem nachodził go strach, że cokolwiek nie zrobi, to wirus i epidemia będą czaić się w pobliżu czyhając na okazję, aby potraktować go swoim jadem. Był to niedobry okres dla niego. Cały czas myślał. W ciągu dnia, kiedy nie spał oraz nocą, kiedy spał, myśli wciąż przetaczały się w jego głowie niby poszarpane chmury burzowe. Potem odkładały się w nim w postaci snów, wspomnień, wyobrażeń a także zachęt do dyskutowania, mówienia, rysowania i pisania to tym wszystkim.

Wieczorem zadzwonił do Erazma Jansena. Bezpośrednio nie widzieli się już od dawna. Nie spotykali się razem, choć Erazm i jego żona byli już dwukrotnie zaszczepieni. Ryzyko wciąż było duże, każdy je kalkulował.

– Ci, którzy o nim zapomnieli lub go zignorowali i nie mieli szczęścia, wąchają dziś kwiatki od spodu – przypominali sobie i innym. – Z Quaggą nie ma żartów, to bezmyślny twór, dziwoląg kierujący się tylko prawami prawdopodobieństwa. 

Mieszkając dosyć daleko od siebie, chętnie konferowali przez telefon. Postanowili unikać trudnych tematów ale rozmowa prawie zawsze schodziła na wirusa, epidemię i postępy w jej zwalczaniu.

– Czyli na temat rządu – podsumował Herkules. – Wirus i władza to dwa męczące, ale związane ze sobą tematy. Nie da się ich rozdzielić.

– Dlaczego, Herkulu, tak to ciebie męczy, co robi lub czego nie robi rząd Bangolu? – Erazm nie był pierwszą osobą zadającą to pytanie celebrycie. – Masz obsesję na punkcie władzy!

– Nie ma w tym niczego nadzwyczajnego. Uświadomiłem sobie, jak bardzo moje życie jest zależne od władzy, że nie ma niczego, które rząd lub instytucje z nim związane nie określałby: wysokość pokoju, w którym stale przebywam, godziny pracy poczty, wynagrodzenia, podatki, prędkość, z jaką mogę jechać samochodem oraz czy wolno mi nazwać publicznie wysokiego funkcjonariusza państwa Krzywonogim Belzebubem. Rząd decyduje o wszystkim, nie tylko o zasadach, regułach, procedurach i normach, ale o całym systemie sprawiedliwości, siłach zbrojnych, budowie i użytkowaniu dróg, służbie zdrowia, edukacji, biznesie, o wszystkim. Mogę cię zanudzić na śmierć, wymieniając, jak bardzo jesteśmy osaczeni tymi ograniczeniami. Władza podporządkowała sobie jednostkę w sposób totalny. Tak bardzo w to wrośliśmy, że przestaliśmy to widzieć i rozumieć. Rząd może ci pomóc, może cię także zgnoić. Pomyśl o despotach, szalonych okrutnikach. O niektórych z nich nawet nie słyszałeś a przecież wymordowali setki tysięcy a nawet miliony ludzi, głównie współplemieńców: Mao Tsetung, Stalin, Hitler, Pol Pot, Ismail Enver, Wład Paliwnik, Kim Ir Sen, królowa Madagaskaru Ranavanola, Saddam Husajn, Mikołaj II Romanow czy Leopold II Koburg. Dlatego interesuję się władzą. Władza i jednostka to temat odwieczny i zawsze aktualny. Nie sprawia mi to przyjemności, dla mnie to kwestia czujności. Największym wyzwaniem jest nie dać się zdominować, dopuścić do sytuacji, kiedy nie będziesz mieć nic do powiedzenia, będziesz kukłą w rękach władzy.

Odc. 27 Władza i obywatel

Temat odpowiedzialności rządu za niepowstrzymanie rosnącą liczbę ofiar epidemii nabierał coraz większego znaczenia. W miarę pogarszania się sytuacji, zaostrzała się krytyka rządu. W parlamencie dominował głos Anny Czepukojć, przewodniczącej partii opozycyjnej Awangarda. Masywnie zbudowana, lekarka z zawodu z wykształceniem także prawniczym, była bezwzględna w swoich wypowiedziach. 

– Sami się sprowadziliście się do parteru. Nie macie nic do powiedzenia. Ilość zakażeń wirusem Quagga przekroczył już dawno zdolność szpitali do ratowania ludzi. Ludzie umierają już nawet w karetkach pogotowia . Społeczeństwo straciło dla was resztki szacunku a antyszczepionkowcy po prostu bezczelnie was ignorują. Po mieście krążą już ulotki, że w przypadku zachorowania na wirusa trzeba czekać w karetce na szpital co najmniej dwadzieścia pięć godzin. Zachowujecie się jak nieporadne kurczaki przerażone samochodami pędzącymi po autostradzie.  

Rząd oskarżano go o nieudolność, opóźnioną reakcję na postępy epidemii, brak jasnych reguł postępowania wobec biznesu, nieuzasadnione lockdowny, brak testowania osób przylatujących do kraju, nierzetelne statystyki, ulgowe traktowanie kościoła w przestrzeganiu zasad epidemiologicznych, słabą mobilizację młodych lekarzy oraz niezatrudnianie lekarzy z zagranicy. Do tego dochodziły oskarżenia o nadużycia. Szczepionki i wcześniejsze terminy szczepień stały się cennym towarem i niektórzy przedstawiciele władz, podejmujący decyzje w tym zakresie, wykorzystywali te okazje. W niewyjaśnionych okolicznościach ulegały zniszczeniu dwie kolejne partie szczepionek.

W obszernej sali konferencyjnej Klubu Niezależnego Celebryty, przewodzący klubu, zwany powszechnie Barbarossą prowadził briefing na temat wydarzeń. Zaniepokojenie celebrytów, znakomicie zorientowanych w rozwoju wydarzeń, sięgało szczytu. Atmosferę podkreślały maszkarony u sufitu, szczerzące swoje wykrzywione maski w kierunku osób zebranych pod nimi. Analizowano różne scenariusze. Przewodniczący spodziewał się najgorszego.

– Do końca epidemii jest wciąż daleko. Każdy negatywny scenariusz wydarzeń jest możliwy. Mamy wyjątkowo parszywą sytuację. Szpitale są tak przepełnione, że ludzie umierają już na ulicy. Antyszczepionkowcy skutecznie zwalczają rządową akcje promocję szczepień, zwłaszcza od czasu, kiedy rząd wprowadził po cichu obowiązkowe szczepienia w wojsku i policji i wybranych ośrodkach administracji państwowej. Antyszczepionkowcy uważają, że ci ludzie są uprzywilejowani i otrzymują inną szczepionkę niż zwykły obywatele.

– Na swoich to nie eksperymentują – tak mówią i są o tym przekonani.

Może i coś w tym jest? Tak czy inaczej, widać wyraźnie, że premier i jego partia przygotowują się do oblężenia i tworzą zaplecze bezwarunkowego poparcia. Za Chudym stoi szara eminencja, ten krezus Kukuła, wspierający go finansowo, oraz prezydent. Ten to nabrał wody w usta, chyba kompletnie oniemiał. Rządzący się radykalizują i stosują coraz ostrzejsze metody działania. Nie mają nic do stracenia, bo w przypadku dojścia opozycji do władzy, szybko rozpoczną się procesy przeciwko osobom winnym błędów, opieszałości, zaniedbań i nadużyć w walce z epidemią.

Odc. 28 Rozmowy i rozmyślania 

Po dwóch minutach rozmowy telefonicznej Erazm miał wrażenie, że Herkules stracił kontrolę nad sobą, dał się unieść niezdrowej fascynacji. Mówił jak urzeczony.

– Przypomnij sobie „Rok 1980” oraz „Folwark zwierzęcy” Orwella czy „Proces” Kafki. To tylko ilustracje, czym staje się władza, kiedy obywatele przestają patrzeć jej na ręce i skutecznie kontrolować. To jest zapowiedź tego, co może stać się także u nas, w Bangolu. Tak naprawdę to już się dzieje. Jesteśmy w podwójnym potrzasku: z jednej strony epidemia, z drugiej władza, która w imię ochrony przed epidemią stopniowo nakłada coraz to nowy kaganiec na twarz i kajdanki na ręce.

– Chyba mocno przesadzasz!

– Nie, nie przesadzam. Widzę te zapędy jak na dłoni. Jest coraz więcej zdarzeń trudnych do wyjaśnienia. Społeczeństwo staje się coraz bardziej apatyczne, tylko część się buntuje. Podejmując środki nadzwyczajne w celu ograniczenia skutków epidemii, rząd coraz wyraźniej wykorzystuje je dla celów inwigilacji, kontroli opinii i zachowań obywateli. Ma zainstalowane importowane z Chin oprogramowanie w smartfonie analizujące, jacy ludzie znajdują się w odległości mniejszej niż dwa metry od ciebie. Jeśli ktoś z nich zachoruje, będzie wiadomo, z kim miałeś styczność. A to daje również wiedzę, gdzie przebywasz i z kim utrzymujesz kontakty. Policja otrzymała ostatnio dodatkowe uprawnienia represjonowania osób przeciwnych decyzjom rządu. To sprawa poufna. Nie chcę więcej o tym mówić, bo to mnie przytłacza.

– Porozmawiajmy wobec tego o czymś milszym.

– Co masz na myśli?

– Choćby wirusa.

– Chyba żartujesz? Dlaczego miały to być milszy temat?

– Bo wirus i epidemia przemijają. Społeczeństwo ponosi ofiary i w końcu doczeka się czasu, kiedy wirus przestanie zagrażać, przynajmniej w sposób drastyczny. Na krawędziach rzeczywistości zawsze może brykać ten lub inny wirus, ale to będzie tylko brykanie.

– To prawda. Władza natomiast zawsze pozostaje. Ważne jest to, że historia świata to dzieje dominacji jednostek nad społeczeństwem, despotyzmu i okropnych nadużyć. Nie przesadzam. Co gorsze, widzę jak to się powoli rodzi w Bangolu. Rząd krok po kroku kontroluje coraz więcej instytucji. Co najgorsze, wiele osób nawet tego nie zauważa, bo wszyscy się do tego przyzwyczajamy.

Feliks i Weronika Tarczyńscy rozmawiali telefonicznie z córką.

– Kochanie! Martwimy się o ciebie. My jesteśmy w dobrej sytuacji, emeryci po dwóch szczepieniach, ale ty nie będąc niezaszczepiona akurat zaraziłaś się wirusem. Nie możemy ci nawet pomóc, bo nie wolno nam kontaktować się z tobą, bo jesteś na kwarantannie.

– Nie jest mi łatwo, ale jakoś sobie radzę. Każdy dzień przynosi mi nowe przesilenie. Muszę chorować w domu, bo niestety w szpitalach nie ma wolnych łóżek. Brakuje również lekarzy, a ci który pracują są fatalnie przemęczeni. Bardzo dużo osób lekceważyło problem i wirus się rozpowszechnił. Ja do pobrania samego wymazu czekałam w kolejce ponad dwie i pół godziny. Teraz muszę zapisać się do lekarza na kontrolę przed ukończeniem izolacji. Termin jest dopiero za tydzień, ale brak jest wcześniejszych możliwości.

Albin Ramo, pisarz nieprzerwanie poszukujący tematu życia, nadawał swoim obserwacjom literacką formę. Od pewnego czasu każdego tygodnia pisał fragment po fragmencie powieść zatytułowaną „Bieg czasu z przeszkodami”. Pisał ją w odcinkach, nie uciekając od głębszych przemyśleń, spekulacji i wyobraźni. Starał się być realistą. Pisał o tym, co widział i czuł, ale też nie wahał się wybiegać do przodu myślami wizjonerskimi. Czytał na głos ostatni fragment.

– Epidemia zmieniła wszystko: nasz codzienny tryb życia, podróże, pracę, zakupy, nawyki, nawet miłość. Wywołała niepokój jak wielkie stado bizonów pędzących przez kontynenty tratując wszystko po kolei wszystko, co stanęło mu na drodze, przede wszystkim ludzkie życie. Wyzwoliła demony przyszłości, o których zapomnieliśmy, zamknięte w zapiskach historii. Ten wirus i ta epidemia są odpowiedzią przyrody; żywotną siłą wychodzącą gdzieś z jej trzewi, dziką i wszechobecną. Quagga żyje w symbiozie z człowiekiem, roznoszącym go na ubraniu i w swoim własnym organizmie po całym świecie. Nigdy wcześniej człowiek nie podróżował tak dużo i był tak wszechobecny w każdym zakątku świata jak dzisiaj. Jesteśmy globalistami i sami roznosimy wirusa wszędzie, gdzie nigdy by nie trafił sam lub trafił osłabiony dopiero po latach. To nowa, niezwykle ciekawa konstrukcja świata – wirus Quagga jako regulator życia na planecie.

Odc. 29 Wiosna, wirus, przemówienie

Przyroda piękniała w oczach. Na łąkach pojawiły się kolorowe krokusy, drzewa i krzewy nabrzmiewały pączkami liści, zwiastunami nadchodzącej wiosny. W ciepłą jak nigdy niedzielę Bangolczycy wylegli na otwarte przestrzenie, na brzegi stawów i jezior, pojawili się w parkach i lasach. Pasja życia kazała im zapomnieć, że nie oni decydują o swoim losie, ale wirus Quagga, którego władzy nikt jest w stanie naruszyć. Ignorowano wciąż rosnące statystyki zachorowań i zgonów. Wirusolodzy ostrzegali:

– W ciepła pogodę wirus może przycichnąć, skryć, ale wciąż jest i będzie obecny. To wszechpotężny imperator o nieokreślonych zasadach postępowania, nieobliczalny i dziki prymityw. Szczepionki są bronią człowieka, ale tylko częściowo skuteczna, ponieważ nie niszczą samego wirusa, ograniczają jedynie zabójczy wpływ na człowieka. On sam pozostaje nienaruszony. Nic więcej, nic mniej.  Pojawił się pewnego dnia niczym Deus ex machina i zawładnął światem. Rzucił swoją potęgę przeciwko człowiekowi, dotychczasowemu władcy świata. Stanął z nim do konfrontacji na wszystkich frontach. W czym imieniu. Przyrody? Boga? Nieokreślonego porządku świata?

W następne dni ludzie padali zarażeni wirusem jak muchy opite słodką wodą z wywarem z muchomora.

Krytyka społeczna i naciski opozycji dawały się premierowi we znaki. Był atakowany ze wszystkich stron. Do domu wracał nową rządową limuzyną ze sprawdzonym kierowcą. Czuł się w niej wyjątkowo bezpiecznie. Pojazd był doskonale wyposażony: samopompujące się opony, butla z tlenem, armatka gazu łzawiącego automatyczny system przeciwpożarowy w bagażniku, pistolety na sprężone powietrze, specjalny system nawigacyjny GPS, ukryta kamera z noktowizorem. Premier myślał czasem, że może stać się ofiarą zamachu; w lodowce samochodu umieszczono więc pojemnik z jego krwią.

Po powrocie z pracy Chudy usiadł w fotelu ze szklanką piwa a ręce, aby się zrelaksować. Żona krzątała się po kuchni, dzieci bawiły w swoich pokojach. Dzielił się wiadomościami.

– Każdy ma swoich wrogów. Ja również. Przyzwyczaiłem się do tego. Nawet gdybym czynił samo dobro to i tak ktoś oceni to negatywnie. Ludzie są podzieleni w swoich opiniach. Czasem tylko można się dziwić, jak bardzo, i skąd się to bierze.

Żona patrzyła na niego jak ściągał koszulę.

– Pocisz się bardziej niż kiedykolwiek wcześniej.

– To od stresu i ciągłego pośpiechu. To nie jest praca dla normalnego człowieka. Trzeba mieć skórę słonia.

– A jak twój promotor, ten milioner Sawiłło-Kukuła? Też się tak męczy jak ty?

– To dziwny człowiek. Jest odporny na stres. Ludzie mogą na nim psy wieszać i go opluwać, a on nic. Miałem kiedyś takiego znajomego. Lekarz mu powiedział, że ma inną konstrukcję serca. Bodźce docierały do niego wolniej. Mówił mi, że nigdy się nie denerwuje.

– Nie macie teraz dobrej opinii. Wszyscy mają pretensje do rządu o to, jak przebiega kampania szczepień. Posądzają was o błędy, a nawet złodziejstwo.

– Nie przejmuj się tym. Ważne, że dobrze nam się powodzi. Opływamy we wszystko.

Jan Zybe, doradca prezydenta, udzielał wywiadu w telewizji. Premier był swoim gabinecie i miał włączony telewizor. Słuchał Zybego bez szczególnej uwagi.

– Z niecierpliwością czekałem na dzień i godzinę szczepienia. Zaszczepiłem się. Nastąpiło to szybciej niż się spodziewałem, ponieważ rząd uruchomił dodatkowe rezerwy. Chwała mu za to.

Przechyliwszy się do tyłu w fotelu Chudy przysypiał. Nie stracił jednak kontaktu słuchowego. Sekretarka zapukała; zobaczywszy go z zamkniętymi oczami, zamknęła cicho drzwi i zwróciła się do asystentki premiera.

– Chyba śpi. Jest bardzo zmęczony. Nie budźmy go, niech odpocznie.

Premier słuchał z uwagą. Obraz mu się rozmazał, ale głos Zybego słyszał wyraźnie.

– Popadłem w euforię, kiedy otrzymałem wezwanie SMS-em do zaszczepienia się. Było mi obojętne, jaka to będzie szczepionka. Aby tylko była! Szczepienie było tak przyjemne, że dałbym się kłuć dowolną ilość razy. Pielęgniarkę ucałowałbym w usta gdyby nie miała na twarzy maseczki. Piękna kobieta. Wyglądała na trzydzieści pięć lat. Od jutra ze wzmożoną energią przystępuję do pracy uczestnicząc w dyskusjach publicznych i zachęcając do szczepienia się. Będę przedstawiać wizję kraju o świetlanej przyszłości, ludziach bez skazy, rządzie, który nie kradnie, obywatelach uczciwie płacących podatki i noszących na twarzy maseczki zamiast trzymać je w kieszeni. Tacy jesteśmy.

Potem pojawił się wysoki ksiądz w sutannie. Był pierwszy dzień Świąt Wielkanocnych. Duchowny stał przy drzwiach kościoła i uśmiechał się witając po kolei każdego wiernego wchodzącego do kościoła:

– Jesteś świadomy epidemii. Wchodzisz do świątyni na własne ryzyko. Pamiętaj, że miejsca na cmentarzu są już limitowane, a pan Bóg i tak widzi, jakie grzechy popełniasz, niezależnie od tego, w jakim jesteś miejscu. Nie musisz nawet spowiadać się. Nie martw się, jeśli zarazisz się wirusem w kościele, zachorujesz i umrzesz. Będzie to radość dla kościoła, bo urządzimy ci piękny pogrzeb, za który zapłaci twoja rodzina. Dosyć już ciebie wykorzystywali, mają na to środki.

Odc. 30 Dyskusje

Wystąpienie profesora Zybego nie pozostało bez reakcji. Nie podobało się wielu osobom. Erazm zareagował od razu.

– Wiadomo, że profesor miał powód, aby się cieszyć, ale mocno przesolił. O szczepieniu poinformował publicznie pół kraju jakby była to wygrana ważna bitwa. Przedstawił je jako akt ostatecznej gwarancji, że nawet jeśli zachoruje to szybko zazna rozkoszy powrotu do zdrowia. Zachował się jak sługus, chwalący bez umiaru swojego pana, który uratował mu życie podając gałąź, kiedy tonął w bagnie. Bo przecież mógł tego nie zrobić! Entuzjazm i serdeczność dla władzy, której służy, wylewały się z profesora niczym woda z dziurawego garnka. Nie wypadło to dobrze.

Na forum dyskusyjnym „Wirus Quagga i przyszłość” rozwinęła się żywa dyskusja. Internauci podzielili się opiniami. Jedni potępiali szczepienia w czambuł, inni chwalili. Dyskusję utrzymywano w ryzach przyzwoitości poprzez moderowanie. Moderator usuwał wypowiedzi złośliwe, głupie i napastliwe.

Dwuznaczność poglądów i zachowań w odniesieniu do wirusa i epidemii stała się normą. Jeśli jedna część społeczeństwa była za czymś, to druga była przeciw. Jedni szczepili się, drudzy uciekali od szczepień, jedni nosili maseczki, drudzy kompletnie je ignorowali lub nosili byle jak najczęściej odsłaniając nos, co negowało sens używania maseczki.

Profesor Zybe zmienił front po ostrej krytyce jego wystąpienia w telewizji; nazwano je lizusowskim i wiernopoddańczym a nawet lokajskim. Wkrótce ponownie pojawił się w telewizji.

– Ja nie przesadzam w moich pochwałach szczepienia się. Drastycznie zmniejszyłem szansę znalezienia się w szpitalu. Przyjrzyjcie się szpitalom, co tam się dzieje. Lekarze dosłownie robią bokami. Popatrzcie na sytuację dzieci, coraz więcej zaraża się wirusem i choruje, niektóre bardzo ciężko. Powtarzające się fale epidemii nie rokują dobrze. Przewiduję dużą śmiertelność. Cała ludzkość nie wymrze, to pewne, ale dwadzieścia pięć procent przypadków śmiertelnych to dużo czy mało? Oczywiście jest to tylko przybliżenie. Ale nie spekulacja, jak mi niektórzy moi oponenci zarzucają. Wiem, rozmawiałem na ten temat z najlepszymi wirusologami, że nie jest to poziom niemożliwy. To sprawa wyścigu, kto będzie szybszy: wirus wywołując kolejną falę epidemii czy człowiek tworząc, testując, produkując i dystrybuując szczepionkę. Do tego dochodzi problematyczna gotowość ludzi do szczepienia się i szybkość szczepień.

Kolejny wymiar, to mutacje wirusa. W krótkim czasie pojawiły się cztery nowe odmiany. Quagga szybciej mutował i stawał się groźniejszy. Laboratoria badawcze donosiły, że jest możliwe, że wirus przykleja się cząstek zanieczyszczeń powietrza i zwiększa swoją koncentrację w niebezpieczny sposób.

Członkowie rządu coraz wcześniej przyjeżdżali do pracy i coraz później ją opuszczali. Ziemia paliła im się pod nogami. Toczyły się nerwowe narady i konsultacje. Do dyskusji włączył się Sawiłło-Kukuła. Nie była to informacja powszechna, ale sprawdzona. W mediach pojawiły się plotki, że rząd jest zdesperowany i robi dobrą minę do złej gry. Nasiliły się wystąpienia antyrządowe. Premier i jego gabinet byli krytykowani zarówno przez osoby pragnące się zaszczepić jak i antyszczepionkowców. Sytuacja nabierała tragicznie-absurdalnych wymiarów.

Odc. 31 Niebezpieczna droga

Liczba osób chętnych do zaszczepienia się spadała na łeb na szyję. Wystąpienia antyrządowe stały się chlebem codziennym Bangolu, odbierały ludziom energię i dekoncentrowały rząd. Powoli rolo przekonanie, że kraj stoi na przegranej pozycji. Wobec nasilających się wystąpień antyrządowych, premier zdecydował się podjąć kroki zapobiegawcze. Szczegóły ustalono w rezydencji Leona Sawiłło-Kukuły. Czuł się tutaj bezpieczniej. Niż u siebie w gabinecie. Pomieszczenie było sprawdzone a sama rezydencja była nieprzerwanie strzeżona. 

Chodząc po obszernym gabinecie pana domu Chudy mówił powoli jakby przypominając sobie wyuczoną lekcję.

– Chodzi o moje nowe wytyczne. To sprawa wagi państwowej, ścisłe tajna. Niczego nie będziemy publikować, wszystko przekazywać będziemy ustnie. Mógłbym ogłosić stan nadzwyczajny, ale to nałożyłoby na rząd spore ograniczenia, wiązałoby nam ręce. Ogłoszenie stanu nadzwyczajnego uważam za przedwczesne, liczę się jednak z taką możliwością. Atakują nas ludzie bez zasad, anarchiści i opozycja. Ci to aż rwą się do przejęcia władzy i postawienia nas pod sąd za walkę z epidemią. Nie ukrywają tego. Musimy się przed nimi bronić, musimy bronić państwa przed nimi, jego zdolności działania w najbardziej kryzysowych czasach, jakie można sobie wyobrazić. Dlatego zachowamy nasz plan w tajemnicy. Rzecz w tym, aby mieć do dyspozycji ludzi podejmujących decyzje, o wydatkach, porządku prawnym i na ulicach, przestrzeganiu rządowych zakazów i nakazów. 

– Ile osób będzie w to zaangażowanych? Jak długo da się to zachować w tajemnicy? – minister spraw wewnętrznych wytarł usta chusteczką, czując drobiny potu na dolnej wardze. Czuł się najbardziej odpowiedzialny za realizację planu. Rozmawiali o tym wcześniej w cztery oczy. Był współtwórcą planu. Nie spodziewał się, że premier tak szybko podejmie decyzję.

– Przemyślałem wszystko gruntownie. Zachowanie tajemnicy to klucz do sukcesu. Wyliczę osoby, zaczynając do siebie. Ja, pan Leon Sawiłło-Kukuła, który trzyma w ręku wszystkie sznurki, ty, jako minister spraw wewnętrznych, następnie zastępca ministra finansów. To człowiek zaufany, gwarantujący nam dostęp do funduszy państwowych bez niepotrzebnego rozgłosu. To już cztery osoby. Środki masowego przekazu biorę na siebie. Poza tym  szef agencji bezpieczeństwa wewnętrznego oraz prokurator generalny. Sam się do mnie zgłosił z sugestiami podjęcia środków nadzwyczajnych. To gorliwiec i przekonujący mówca, będzie niezwykle użyteczny. To razem sześć osób.

Premier zawahał się, Przypatrywał się z boku Leonowi Kukule siedzącemu wygodnie w swoim ulubionym fotelu i słuchającemu z uwagą jego słów. – Muszę też włączyć moją asystentkę, Julię. Znacie ją. Będzie naszą skrzynką kontaktową. To osoba w pełni zaufana. Jest do mnie bardzo przywiązana… – premier obrócił się w kierunku milionera i zmilkł jakby czekając, że coś powie.

Odc. 32 Dyscyplina

Pogrążone w epidemicznym niepokoju społeczeństwo przypominało manekiny niezdolne do obserwacji zmian zachodzących w kraju. Nieliczni zauważyli zaostrzanie dyscypliny społecznej przez władze. Pierwsi odczuli jej skutki krytycy rządu za sposób walki z pandemią.

Park Kaskada rozciągał się na północnej krawędzi stolicy na zalesionym terenie przeciętym strumieniem niezwykle czystej wody zasilanej ze źródła na pobliskim wzgórzu. O godzinie siódmej rano Kaskada była oazą spokoju: dwie babcie z wnuczkami, kilku emerytów, grupka miłośników przyrody, wpatrzona w siebie para zakochanych oraz jeden miłośnik spokojnej lektury. Herkules i Erazm spotkali się w parku, aby porozmawiać w cztery oczy. Dawno się już nie widzieli. Wybrali to miejsce, ponieważ nie mieli zaufania do połączeń telefonicznych, miejskich ulic z ukrytymi kamerami oraz zamkniętych miejsc publicznych. Zjawili się równocześnie w umówionym miejscu w maseczkach; pozdrowiwszy się jak spiskowcy uniesieniem otwartej dłoni podjęli spacer mroczną, mało uczęszczaną aleją bukową. Pierwszy odezwał się Herkules.

– Zaproponowałem ci to spotkanie, ponieważ dowiedziałem się ciekawych i ważnych rzeczy. Władza przykręca śrubę. Premier rozpędza się zupełnie jak pandemia. Jego krytycy otrzymują wezwania na policję albo do prokuratury, aby składać zeznania w różnych dziwnych sprawach. Policja coraz częściej legitymuje ludzi na manifestacjach, a nawet na ulicy. Było też kilka przeszukań mieszkań. Przeprowadzono je na podstawie nie wiadomo czyich doniesień o możliwości popełnienia przestępstwa. Osobom przebywającym w areszcie przedłuża się go poza granice rozsądku.

Herkules przerwał, dając czas, aby minęło ich dwóch młodych mężczyzn milcząco rozglądających się po parku.

– Mam podobne obserwacje. Rozmawiam z różnymi ludźmi, uważnie słucham i czytam między wierszami. Nasiliły się ataki trolli na oponentów rządu. Wyraźnie widać to na forach dyskusyjnych. Ktoś podpalił samochód Daniela Potoka, dziennikarz portalu śledczego Neron, który skrytykował ministra zdrowia za opieszałość, ktoś usiłował też włamać się a następnie podpalić mieszkanie organizatora demonstracji antyrządowych. Stołeczna komenda policji, prokuratura i urzędy opieszale traktują skargi dotyczące naruszeń prawa przez policjantów, a prokuratura najczęściej nie znajduje powodów do wszczęcia śledztwa.

– Rząd ćwiczy metody skutecznego zamykania ust krytykom bez robienia hałasu. Przegotowują grunt pod coś, ale nie wiem pod co. Tak jakby chcieli dokonać zamachu stanu, ale to nie ma sensu, bo przecież są przy władzy. Chyba po prostu chcą przyzwyczaić społeczeństwo do podporządkowania się wszystkim ich decyzjom bez szemrania – Herkules wpadł w słowo Erazmowi.

Na doraźnie zwołanej konferencji prasowej na poligonie premier ukazał się w kurtce wojskowej. Okazją wystąpienia były manewry wojsk lądowych. Sprawie tej poświęcił najmniej uwagi.

– Oczekujemy większej dyscypliny społecznej. Jest ona niezbędna dla poprawy skuteczności walki z wirusem Quagga. Epidemia nie może wlec się w skończoność bo nas wykończy. Oczekuję zrozumienia i poparcia dla naszych działań ze strony wszystkich obywateli. Jeśli trzeba będzie, to wprowadzimy całkowity lokaut i godzinę policyjną.

Odc. 33 Marazm

Dwudziesty miesiąc od dnia pojawienia się wirusa Quagga i początku pierwszej fali epidemii kończył się tragicznie. Służba zdrowia nie radziła sobie z nawałem potrzeb hospitalizacji. Brakowało lekarzy, miejsc, środków i energii.

Szczepienia objęły tylko część społeczeństwa i nie powstrzymały epidemii. Rząd oficjalnie nie poddawał się, ale powoli kapitulował. Kraj zanurzał się stopniowo w marazmie. Ludzie przestawali odzywać się do siebie i milczeli albo reagowali zbyt agresywnie. Społeczeństwo żyło nadzieją, że koszmar się kiedyś skończy, ale nikt nie miał pojęcia kiedy.

Herkules utrzymywał coraz rzadsze kontakty. Niespodziewanie odezwał się przyjaciel z lat dziecinnych, Marek Ramus, rolnik z zawodu, złota rączka, kolekcjoner narzędzi wszelkiego rodzaju. Jego email przypominał nieszczęśnika w letargu wyciągającego rękę z głębokiego rowu z prośbą o pomoc a co najmniej współczucie.

– Witaj, Herkulesie. Co u ciebie słychać? Bo ja czuję się fatalnie. Chodzę jakby mi odjęło nogi. To ta bagienna atmosfera, która wszystkich dołuje. Widzę jak kraj wchodzi w stan cywania.

Herkules zadzwonił do niego, aby podtrzymać go na duchu i porozmawiać.

– Cieszę się, że do mnie napisałeś. O co chodzi z tym cywaniem? Nic z tego nie rozumiem. Nie znam tego słowa. Szukałem w Internecie, ale nic nie znalazłem.

– To zabójcza ptasia choroba. Nie wiem, jak to się nazywa oficjalnie, ale wiem, jak wygląda. Przychodzi nie wiadomo skąd i dusi; zdrowa kura nagle zaczyna cywać. Zatrzymuje się, stroszy pióra, staje się osowiała, przestaje się poruszać, oczy zachodzą jej bielmem. Czasem mruga jakby chciała obudzić się z głębokiego snu, nie interesuje jej jedzenie. Dzwonki i grzebień ciemnieją, stają się sine. To stan dogorywania.

– Co wtedy robisz?

– Nic nie mogę zrobić. Nie ma dla niej ratunku. To wyrok losu.

Dyskusje w telewizji stały się chaotyczne i pełne niepokoju. Eksperci i ministrowie zabierali głos lecz nikt nie umiał choćby w przybliżeniu określić, dokąd zmierza epidemia a wraz nią cały kraj. W końcu wirusolodzy z niechęcią przyznali, że siły sprzyjające epidemii okazały się silniejsze niż działania człowieka, szczepienia, utrzymywanie dystansu społecznego, izolacja, noszenie maseczek – wszystkie środki przeciwdziałania skutkom wirusa. Rząd nie poddawał się jednak. Niechętnie podjęto decyzję przejścia w stan oblężenia i minimalizacji efektów epidemii na tyle, na ile było to możliwe.

Odc. 34 Mroczne perspektywy

Naukowcy, historycy i duchowni analizowali przebiegi wcześniejszych epidemii w dziejach ludzkości. Nie były to wieści budujące. Było oczywiste, że prędzej czy późnej epidemia wygaśnie, różnice polegały liczbie unicestwionych ludzkich istnień. Karolina Hopkins, biolożka ewolucyjna i wirusolożka, przedstawiła mroczną prognozę:

– Człowiek uległ naturze, która nonszalancko uczyniła z wirusa perpetuum mobile. Możemy oczekiwać kolejnych fal epidemii. Czegokolwiek nie usprawnimy w szczepionkach, wirus natychmiast zniweczy to swoją kolejną mutacją. Jest od nas szybszy.

Milczący od pewnego czasu pisarz Albin Ramo, pokazał się w telewizji w dzienniku wieczornym. Nie miał na sobie jak zawsze, kraciastej kamizeli pod szarą marynarką; jego długi, odpychająco czarny sweter i opadłe policzki upodabniały go do zmęczonego grabarza.

– Wchodzimy w stan stagnacji i otępienia. Wiem, że przetrwamy jako społeczeństwo – tak uczy historia epidemii – ale będziemy zdziesiątkowani i to będzie cena, jaką zapłacimy za wolność od zarazy.

Wśród telewidzów niewielu było chętnych wyrazić sprzeciw i głośno powiedzieć, że jest fatalistą i sieje zamęt. Przygotowywano się na najgorsze. Ostatnią deską ratunku i pocieszenia, stały się szpitale. Pracowały na najwyższych obrotach podobnie jak przedsiębiorstwa pogrzebowe. Władze mobilizowały rezerwy pomocy dla służby zdrowia i biznesu.

Wyjątkiem w morzu niepewności byli kaznodzieje głoszący tonem pocieszenia, że pandemia jest karą bożą za wykroczenia przeciw Najwyższemu.

– Miarka ludzkich niegodziwości przebrała się. Nie można żyć w grzechu żarłocznej konsumpcji i chciwości przestrzeni kosztem innych gatunków i przyrody. Jest to kara bolesna ale słuszna, która nas oczyści i nawróci na drogę prawdy i uczciwości.

– Przyroda i jej związki z człowiekiem stały się nowym wątkiem duchowych i filozoficznych rozważań ludzi sięgających sercem i myślą dalej niż koniec własnego nosa – słowa te wypowiedziała Karolina Hopkins na posiedzeniu Klubu Niezależnych Celebrytów. Biolożka schodziła z mównicy mniej pewna siebie niż zawsze i jakby zasmucona.

Po jej przemówieniu Barbarossa, przewodniczący klubu, ogłosił zawieszenie spotkań aż do odwołania.

Odc. 35 Przebudzenie

Riccardo Baron przebudził się w spokojny majowy dzień, w momencie, kiedy ktoś na sali Kliniki Odrodzenia „Feniks” powiedział głośno „Z ręką na pulsie”. Jak się okazało, było to hasło użyte, aby wprowadzić pacjenta w stan hipnozy dla przeprowadzania kolejnej operacji. Kiedy mu wyjaśniono, o co chodzi, chciał wiedzieć dlaczego go hipnotyzowano.

– Hipnozę stosujemy, aby zredukować ilość środków farmakologicznych, jakie stosuje się przy operacjach. Nie poprawiają one stanu zdrowia pacjenta – wyjaśniła pielęgniarka.

Pokój, w którym leżał Riccardo, był duży i jasny. Czuł się wygodnie. Leżał wyciągnięty na łóżku o pełnej regulacji położenia. Opuścił lewą rękę poza krawędź łóżka i poruszył nią; poczuł się niepewnie, jakby nie należała do niego. Opuścił prawą rękę i poruszył palcami, rozprostowując je i zaciskając; w końcu podniósł rękę do góry. To wywołało reakcję; przednia część łóżka, na której spoczywały jego głowa i plecy, powoli uniosła się do góry. Po chwili był już w pozycji półsiedzącej. Łóżko automatycznie dostosowywało się do kształtu i położenia jego ciała.

Obok Riccardo pojawiły się dwie ubrane na biało kobiety. Jedna była pielęgniarką i nazywała się Amelia Miller. Druga była lekarką. Przedstawiła się tylko imieniem Sofia, wyjaśniając, że jej nazwisko jest zbyt trudne, aby je wymówić. Mówiła z jakimś nieznanym mu akcentem.

– Zapamiętać to już w ogóle niemożliwe.

Patrząc na nie Riccardo po chwili nie kojarzył już, która z nich jest lekarką, a która pielęgniarką. Potem zaczął je rozróżniać.

Kiedy stało się jasne, że pacjent ma problemy rozumienia, tego, co mu mówi, lekarka zaczęła używać prostych słów. Ricardo rozumiał wiele w prostej konwersacji, ale nie radził sobie ze słownictwem medycznym.

– Przyszłyśmy, jak tylko zauważyłyśmy na ekranie w dyżurce, że poruszył się pan w łóżku. Przez cały czas był pan w stanie śpiączki.

Riccardo przyjrzał się uważnie Sofii. Nie była ładna, ale zgrabna. Kiedy stała nieruchomo, przypomniała boginię rzymską, Junonę, żonę Jowisza. We Włoszech, w restauracji, gdzie pracował, na ścianie wisiał obraz Junony. Bogini była opiekunką kobiet, przede wszystkim ich życia seksualnego i macierzyństwa. Sofia była do niej bardzo podobna. Miała poważną, raczej pełną twarz, prosty nos, mocne dłonie i niezbyt duże usta. Junona na obrazie w lewej ręce trzymała kulę, podczas gdy Sofia trzymała tablet medyczny przypominający smartfon. Schowała go zaraz do kieszeni fartucha. Miała pulchne palce. Riccardo zauważył to, kiedy poprawiała włosy upięte w płaski kok.

Kobiety mówiły do niego powoli i wyraźnie. Był z tego zadowolony, ponieważ słabo kojarzył słowa. Jak przez mgłę przypomniał sobie turystów posługujących się tym językiem. Dobrze pamiętał tylko kawiarnię, gdzie pracował, fartuch kelnera, plażę oraz błękitną powierzchnię morza widocznego z tarasu. Na moment wspomnienia wywołały w nim tęsknotę za przyjaciółmi i rodziną, których nie mógł sobie jednak przypomnieć.

Odpowiedział coś po włosku, na co pielęgniarka, wyższa, ciemniejsza blondynka, zareagowała słowami „molto bene”. Potem dodała „Non parlo italiano”. Amelia znała jeszcze kilka innych włoskich słów. To była cała jej wiedza lingwistyczna. Riccardo zrozumiał, że musi posługiwać się ich językiem. Na szczęście rozumiał więcej, niż sam mógł wyrazić. Musiał sięgać do przeszłości z wczesnego dzieciństwa, kiedy rodzice wyjechali razem z nim z Bangolu.

Odc. 36 Klinika

Obserwując uważnie Riccardo, lekarka sięgnęła ręką do kieszeni fartucha i wyjęła z niej mały tablet medyczny. Coś wystukała na ekranie i po chwili odczytała na głos temperaturę ciała, ciśnienie krwi, tętno, częstość oddechu, saturację oraz parametry pracy serca. Pacjent popatrzył na nią zdezorientowany. Zauważyła jego niepewność.

– Ma pan na sobie czujniki i sondy, które bezprzewodowo przekazują do systemu monitoringu odczyt podstawowych parametrów życiowych. To niezawodny system. Gdyby tylko nastąpiło pogorszenie, na przykład znacznie spadło lub wzrosło ciśnienie krwi, natychmiast uruchomiłby się alarm na moim tablecie.

Po zakończeniu rozmowy Sofia dotknęła ekranu i powiedziała półgłosem:

– Proszę o lekarstwa dla RB201.

Po dwóch minutach otworzyły się drzwi z prawej strony i do sali wjechał na elektrycznym monocyklu mężczyzna w granatowym uniformie. Zbliżył się do łóżka, kiwnął przyjaźnie głową w kierunku pacjenta, pochylił się i z bocznego koszyka wyjął małe opakowanie. Podał lekarce i odjechał. Riccardo nie zdążył nawet mu się przyjrzeć. Imponowała mu łatwość, sprawność i szybkość działania personelu kliniki.

Następnego dnia Sofia przeprowadziła z Riccardo wywiad. Chodziło o stan jego pamięci. Na początku pobytu w szpitalu było najgorzej. Po wybudzeniu ze śpiączki niewiele pamiętał. Nie przypominał sobie nawet, co takiego zdarzyło się w jego życiu. Nie pamiętał miejsca, dnia ani miesiąca swego urodzenia. Dziwnie pamiętał tylko rok urodzenia. Po kilkunastu dniach nadal mało co sobie przypominał.

– Każdego dnia notujemy jednak jakiś postęp. To bardzo ważne, Ricardo -pocieszała go pielęgniarka. Zwracała się do niego po imieniu. – Odpowiemy na wszystkie twoje pytania, ale najpierw musimy wykonać więcej badań twojego stanu zdrowia, szczególnie pamięci. Zakażenie wirusem Quagga, zwłaszcza którąś z jego późniejszych mutacji, może wywoływać poważne zmiany w mózgu; niekiedy widać to wprost na twarzy pacjenta.

Po kilku wywiadach z Riccardo lekarka zrobiła notatkę w dokumentacji medycznej:

– Z tego, co pacjent słyszy, poprawnie zapamiętuje tylko część, część przekręca, resztę zapomina. Doznał utraty pamięci, ale tylko przeszłych zdarzeń. Dobrze zapamiętuje wydarzenia bieżące. Niektórych zachowań musi uczyć się od początku Z przeszłości pozostały mu niekompletne fragmenty wspomnień, obrazy, reminiscencje. Wszczepiono mu implant wspomagający pamięć bieżącą, stanowiący rodzaj pamięci zastępczej.

Następnego dnia doktor Sofia przyszła na obchód wcześniej niż zwykle. Była wypoczęta i zrelaksowana. Riccardo poprosił ją, aby powiedziała mu coś więcej na temat jego stanu zdrowia i pobytu w klinice. Po wykonaniu standardowych czynności przyciągnęła sobie krzesło stojące w rogu sali i usiadła przy jego łóżku.

Zanim trafił do Kliniki Odrodzenia „Feniks” mieszkał w schronisku dla bezdomnych. Przebywał tam od czasu, kiedy policja zabrała go z ulicy oskarżając o włóczęgostwo: nie miał stałego miejsca zamieszkania, pracy ani innego źródła utrzymania. W schronisku mieszkał kilka miesięcy. Był tam badany przez lekarzy, którzy stwierdzili silne zakażenie wirusowe.

– Do kliniki przywieziono pana, kiedy uległ pan wypadkowi. Czytałam raport policji. Najechał na pana samochód osobowy. Kierowca rozmawiał przez smartfon. Kiedy ten mu wypadł z ręki, kierowca schylił się, stracił koncentrację, nie zauważył, że światło na przejściu dla pieszych zmieniło się na czerwone. Za późno zaczął hamować. Pojazd uderzył, kiedy schodził pan z pasów dla pieszych. Był pan w tak beznadziejnym stanie, jakby uczestniczył w wypadku lotniczym a nie samochodowym: nieprzytomny, obrażenia wewnętrzne, z połamane nogi, uszkodzona miednica. Spędził pan u nas trzy miesiące w stanie śpiączki, sztucznie podtrzymywany przy życiu.

Odc. 37 Rekonwalescencja Riccardo

Kiedy odezwał się alarm, lekarka przerwała badanie, popatrzyła na ekran tabletu i przeprosiła Riccardo. Miała pilne wezwanie do innej sali.

Słowa Sofii o tym, że wyglądał jak ofiara wypadku lotniczego, dziwnie utrwaliły się w pamięci Riccardo. Od tej pory opowiadał innym pacjentom, jak to przywieziono go do kliniki po wypadku lotniczym, w opłakanym stanie, połamanego i nieprzytomnego.

– Mój samolot rozbił się wskutek fatalnej pogody pół godziny przed lądowaniem na lotnisku w Agarze. Miałem szczęście. W beznadziejnym stanie trafiłem do naszej kliniki, gdzie mnie odrestaurowano jak tego ptaka Feniksa. Czuję się szczęśliwy, że przeżyłem – powtarzał, zamykając oczy w kontemplacji swego szczęścia.

– W jaki sposób znalazł się pan w Bangolu, nikt tego dokładnie nie wie – zakończyła swoje wyjaśnianie Sofia następnego dnia. – W odkrycie pańskiej tajemnicy zaangażowane były policja, urząd imigracji i urząd celny. Podejrzewano, że został pan przemycony przez granicę w ciężarówce z dobrze ukrytym schowkiem do przewozu ludzi.

Dla Riccardo nastał trudny okres czasu. Nie wiadomo dlaczego nagle tracił przytomność i w miarę szybko ją odzyskiwał. W takie dni pielęgniarka odwiedzała go kilka razy dziennie. Kiedy przytomniał, mówiła mu, czy majaczył czy nie. Cieszyła się, że wraca mu świadomość i pocieszała:

– Teraz to może być tylko lepiej.

Za każdym razem dodawała jakieś szczegóły o jego stanie zdrowia, metodach leczenia lub klinice. Czasami mówiła coś banalnego, zupełnie bez znaczenia, sprawdzała jakieś dane na monitorze zawieszonym na ścianie przy oknie i wychodziła. Bywało i tak, że zaraz wracała, stawała przy jego łóżku, patrzyła na niego z uwagą i nie odzywała się.

– Nie ma chęci rozmawiać ze mną – myślał wtedy Riccardo. Widział to w jej twarzy, ani starej, ani młodej, trudnej do określenia. Nie rozumiał jej postępowania, w dodatku szumiało mu w głowie. Źle odbierał problemy z pamięcią, niemożność przypomnienia sobie prostych spraw lub zdarzeń. Miał wrażenie, że Amelia unika tematu wirusa, że jest on czymś nadzwyczajnym. Czuł to wyraźnie.

Początki poruszania się na własnych nogach nie były łatwe. Za pierwszym razem Riccardo z trudem utrzymywał się na nogach. Udało mu się przejść tylko kilka kroków posiłkując się chodzikiem. To go zmobilizowało. Stopniowo chodził coraz więcej. Miał chęć wybrać się na dłuższą wycieczkę.

– Najpierw zwiedzę klinikę – postanowił. Intrygowała go jej nowoczesność, odmienność od wszystkiego co pozostało w zakamarkach jego pamięci.

Wkrótce nadarzyła się okazja. W sobotę organizowano zwiedzanie kliniki ze specjalnym przewodnikiem.

– Mam nadzieję, że stanie się to rytuałem, umacniającym w pacjentach przekonanie o niezwykłej roli medycyny w życiu każdego człowieka, jej nieskończonych możliwościach – Riccardo podsłuchał słowa Sofii przeznaczone dla Amelii Miller.

Z samego rana w sobotę, zaraz po śniadaniu, Riccarda i kilka innych osób z sali ubrano w stroje ochronne. Przezroczyste okrągłe hełmy, zasilane w filtrowane powietrze, skutecznie izolowały ich organizmy od otoczenia zewnętrznego. Riccardo przejrzał się w lustrze wiszącym na ścianie przy drzwiach. Jego broda ledwo mieściła się w plastikowym hełmie. Wyglądał jak członek wyprawy na inną planetę.

– Przypominam niedźwiedzia w przebraniu kosmonauty. Mógłbym straszyć dzieci – wydusił z siebie.

Nie rozumiał dlaczego ich tak ubrano, ale nie zdecydował się zapytać o to. Wiedział że świat się zmienił i nie jest już ten sam, co za dawnych lat. Najgorsze była utrata orientacji czasu, wyczucia tempa jego przemijania.

Odc. 38 Zwiedzanie kliniki

Przewodnik nie śpieszył się. Grupa zwiedzających powoli wychodziła na zewnątrz. Nie wymagało to żadnego wysiłku poza pracą mięśni, ponieważ wszystko uruchamiane było automatycznie. Przed drzwiami obrotowymi usłyszeli zapowiedź:

– Zbliżasz się do drzwi obrotowych, za chwilę znajdziesz się na zewnątrz. Twój strój i maska są szczelne.

Przewodnik zatrzymał grupkę przed budynkiem, aby oswoiła się z otoczeniem. Riccardo zauważył jego gładkie policzki i niebieskie błyszczące oczy.

Znajdowali się przed czterema ogromnymi gmachami stojącymi w jednej linii obok siebie. Wyruszyli na zwiedzanie. Budynki były połączone nadziemnymi i podziemnymi korytarzami dla pieszych i przejściami dla transportu materiałów i zaopatrzenia. Korytarze szpitalne przypominały zwoje rozciągniętych w linii prostej taśm produkcyjnych, wzdłuż których ciągnęły się gabinety specjalistyczne. Przy każdym z nich siedzieli i stali pacjenci. Riccardo notował w pamięci spostrzeżenia. Był przekonany, że przewodnik, pielęgniarka lub lekarka zechce go zapytać co widział i jaki to wywarło na nim wrażenie. Mruczał po cichu do siebie:

– Kompleks szpitalny przypomina system połączonych ze sobą taśm produkcyjnych – korytarzy, prowadzących do setek sal i gabinetów zabiegowych. Przy każdym z tych pomieszczeń czekają pacjenci.

Przewodnik zatrzymał grupkę i poprosił zwiedzających o skupienie się.

– Proszę zwrócić uwagę na ten najwyższy a zarazem najnowszy budynek. Na samym szczycie ma on dach w kształcie korony wzorowanej na fragmencie łańcucha genów fundatora Kliniki Odrodzenia Feniks. Nazywał się Jonasz Karter. Wszystkie swoje organy, całe ciało, podarował uniwersytetowi medycznemu, do którego należy klinika. Stopniowo staje się to standardem postępowania, że człowiek oddaje swoje ciało w służbę społeczeństwu i ludzkości. Karter był naukowcem, odkrywcą nowej generacji leków genetycznych, czcicielem nauki i wiedzy naukowej. Żył sto trzydzieści lat. Jego życie było przedłużane dzięki postępom medycyny, wymianie organów oraz tkanek i innym zabiegom. Mógł żyć dłużej, ale nie chciał. Nazywamy to osiągnięciem pełnej dojrzałości psychofizycznej, kiedy człowiek opuszcza świat bez żalu i wątpliwości.

Po powrocie ze zwiedzania, Riccardo dzielił się Amelią spostrzeżeniami.

– Przewodnik miał gładką cerę prawie jak kobieta i błyszczące oczy, jakby brał narkotyki.

Pielęgniarka zaśmiała się życzliwie.

– To robot humanoidalny. Wykorzystujemy je do pomocy przy prostszych, powtarzających się czynnościach. Podobnie jak pracownik przywożący leki na monocyklu. Są bardzo użyteczni, uprzejmi i nigdy się nie męczą, dopóki mają naładowane baterie.

Pomagając Riccardo przebrać się w strój szpitalny, kontynuowała wyjaśnienia.

– Zaczynasz już chodzić, Riccardo. To bardzo dobrze. Proszę tylko się nie forsować. Mieszkasz w klinice. To jest teraz twój dom, w związku z czym mam obowiązek poinformować ciebie, jakie zasady tu obowiązują. Określa je regulamin wewnętrzny. Jest on dla mieszkańców i pracowników kliniki jak konstytucja dla kraju. Możesz zawsze zajrzeć do niego. Został on wydrukowany, oprawiony w ramki i zawieszony w każdej sali, gdzie przebywają pacjenci. W tej sali wisi przy wejściu od strony zachodniej. Masz do niego dostęp także na stronie internetowej kliniki. Ja wspomnę tylko kilka najważniejszych postanowień regulaminu. Po pierwsze, kierujemy się zasadą przekazywania pacjentowi pełnej informacji o jego stanie zdrowia. To jest twoje prawo. Po drugie, masz też prawo wglądu do informacji zgromadzonych na twój temat w Narodowym Systemie Monitorowania Pacjentów. Loginem jest twój adres email zapisany w twojej elektronicznej karcie zdrowia. Ostatnia sprawa, to każdy pacjent i każdy osoba z personelu ma obowiązki obywatelskie. Musimy je przestrzegać. Określają one przed wszystkim nasz stosunek i obowiązki wobec środowiska naturalnego.

Kilka dni późnej Riccardo podszedł do regulaminu i usiłował go czytać. Nie szło mu to za dobrze. 

Odc. 39 Przeszczepy 

Obok regulaminu kliniki wisiała oprawiona w połyskliwą ramkę Historia Kliniki Przebudzenia „Fenix”. Była to bardziej historia mitu jej powstania niż samej kliniki. Autor dokumentu uważał, że ludzie trafiający do kliniki odradzali się jak sfinks z popiołów, powracali do życia z martwych.

– Klinika dokonuje cudów przywracania życia ludziom po miesiącach na nawet latach letargicznego uśpienia epidemiologicznego. To było ostatnie zdanie tekstu.

Riccardo Baron miał czas na obserwacje i rozmyślania. Nie od razu zauważył w kilku miejscach swego ciała odbarwienia skóry. Zapytał pielęgniarkę Amelię, co one znaczą. Zmieszała się i odwróciła twarz w kierunku drzwi. Riccardo odczekał chwilę, dając jej czas na uspokojenie się. Kiedy doszła do siebie, poprosił ją o uczciwe informowanie go o wszystkim, co go dotyczy.

– Powiedz mi, Amelio, prawdę, nawet gdyby miała być dla mnie bolesna. Dosyć się już nacierpiałem, aby nie móc znieść więcej.

– Wykonaliśmy ci wiele przeszczepów skóry. Z samochodu, przy którym cię znaleziono po wypadku, wyciekła benzyna i zapaliła się. Doznałeś poważnych poparzeń. Z przeszczepami skóry na szczęście nie mieliśmy problemów. Wyhodowano ją w naszym laboratorium, tyle, ile trzeba. Kiedyś był to prawdziwy problem. Ludziom wycinano płaty ich własnej skóry w miejscach mało widocznych, aby przeszczepić ja na miejsca poparzeń na twarzy, szyi czy rękach. Cierpiałeś bardzo, podawaliśmy ci nieprzerwanie leki przeciwbólowe. Takie sytuacje pozostawiają ślady również w psychice personelu medycznego.

Riccardo zaintrygowała ta historia. Postanowił dowiedzieć się więcej. Była w tym jakaś tajemnica. Pomyślał, że potraktowano go eksperymentalnie jak namiot, na który naszywa się wielką łatę, aby wyglądał jak nowy.

Nalegał przez dwa dni, zanim Amelia za wiedzą lekarki zgodziła się zorganizować mu spotkanie z pracowniczką laboratorium hodowli komórek.

– To ta sama kobieta, co wyhodowała komórki dla twoich potrzeb.

Poszedł tam z przewodnikiem. Miał na imię Yorge i podobnie jak poprzednik był robotem humanoidalnym. Wyglądał i zachowywał się jak żywy człowiek.

– Wyższy poziom jazdy – pomyślał Ricardo o Yorge. Po chwili poprawił się: -Wyższy poziom sztucznej inteligencji.

Przed przybyciem na miejsce Yorge gdzieś dzwonił.

Czeka już na ciebie w małej poczekalni przy laboratorium. To specjalne miejsce spotkań. Jest aseptyczne, bezpieczne. Można tam być bez hełmu a nawet maseczki lekarskiej. Ma na imię Krystyna. Tyle wiem. Reszty dowiemy się na miejscu. Ja nie będę towarzyszyć ci w rozmowie. Mam obowiązki. 

– Wiem, kim pan jest – odezwała się kobieta, po czym przedstawiła się: – Biotechnolog Krystyna Ukaz, Bank Komórek Zakładu Biotechnologii.

Była postawną blondyną z długimi włosami osłaniającymi po bokach owalną twarz. W Riccardo coś drgnęło, poczuł nagły przypływ energii. To go ucieszyło. Rozmawiali zachowując dystans dwóch metrów. Nie było to konieczne, ponieważ w suficie pracowały nieprzerwanie wentylatory wyciągające powietrze z pomieszczenia.

Odc. 40 Oznaka powrotu do zdrowia

Krystyna Ukaz mówiła krótkimi zdaniami, gestykulując.

– Jak wyhodować skórę? To proste. Dzisiaj to proste. A będzie jeszcze prostsze. – Skóra to niezwykła tkanka; potrafi sama się regenerować, ponieważ zawiera mnóstwo komórek macierzystych. Mają one szczególne właściwości. To wyjątkowo przemyślne i inteligentne twory organizmu. Przypominają mi długodystansowców. Trzeba tylko umieć wykorzystać ich zdolności i możliwości. Odtwarzanie skóry z wykorzystaniem komórek macierzystych nie jest to jeszcze taśma produkcyjna, ale wkrótce będzie. Mam wrażenie, że cała służba medyczna upodabnia się do taśmowego systemu produkcyjnego z ciągami technologicznymi.

– Wyrzuca z siebie słowa jak działko szybkostrzelne! – zachwycił się Riccardo, po czym zdziwił się, skąd mu przyszło do głowy takie określenie. Nigdy nie był w wojsku ani nie interesował się sprzętem wojskowym.

Słuchał Krystyny z uwagą. Starał się zapamiętać i nauczyć jak najwięcej. Ciekawiło go to, co mówiła, czasu miał w nadmiarze.

– Pobieramy malutki wycinek skóry pacjenta i przenosimy do laboratorium, aby wyizolować pojedyncze komórki, wysiać do pojemników hodowlanych i zalać pożywką, w której zaczynają się dzielić. Przybywa ich bardzo szybko. Po około dwóch tygodniach można już je przeszczepić pacjentowi na ranę. Komórki zasiedlają miejsca poparzone; wciąż się dzieląc tworzą wysepki i w ten sposób stopniowo zarastają miejsce poparzone. Sama hodowla trwa dwa tygodnie. W jednej hodowli są miliony komórek. Malutki pojemniczek o objętości trzech mililitrów zawiera sześć milionów komórek.

Kobieta Biotechnolog przerwała i popatrzyła na Riccardo, czy nadąża za jej wyjaśnieniami lub może ma jakieś pytanie.

– Umiemy już skutecznie leczyć trudno gojące się i rozlegle oparzenia. To wielki postęp.

Rozmowa z Krystyną z Banku Komórek dobrze wpłynęła na Riccardo. Poczuł się znacznie lepiej. Nie wiedział tylko, czy był to wpływ jej kobiecego uroku, czy też w grę wchodziły inne czynniki. Biotechnolog podobała mu się.

Następnego dnia z samego rana Riccardo zaskoczył pielęgniarkę. Na pierwszym obchodzie podniosła koc, aby sprawdzić postępy leczenia skóry w okolicy brzucha. Ricardo leżał jak zwykle na plecach w swojej ulubionej granatowej piżamie w kratę. Ukryty pod nią jego seksus stał wyprostowany jak kołek w oczekiwaniu zaspokojenia. Amelia Miller widziała już niejednokrotnie takie sceny, poczuła się jednak zaskoczona. Dla kliniki była to dobra wiadomość, oznaczała powrót pacjenta do zdrowia. Erekcja była symbolem zdrowia. Pielęgniarka nie dała od razu po sobie poznać, że ją to poruszyło, nie okazała żadnych emocji, przykryła tylko pacjenta kocem.

– Przyjdę później, aby sprawdzić stan skóry na brzuchu – uśmiechnęła się blado usiłując pokryć zmieszanie. Był w nim śmiech jak i wyraz uznania i gratulacje z okazji kolejnego symptomu powrotu pacjenta do zdrowia.

Śmiesznym doświadczeniem podzieliła się z Grace, rehabilitantką prowadzącą ćwiczenia z pacjentami w ustalone dni w salce rehabilitacyjnej na tym samym piętrze. Zrobiła to odruchowo, kiedy ją zobaczyła. Przyjaźniły się od czasu, kiedy tylko się poznały.

Wieczorem naszły Amelię wyrzuty sumienia. Nie powinna nikomu mówić o Riccardo, ponieważ udzielanie informacji osobom trzecim o stanie zdrowia pacjenta było przywilejem lekarza prowadzącego pacjenta, a nie personelu pomocniczego. Było to także niezgodne z regulaminem kliniki; w grę wchodziła ochrona prywatności pacjenta.

Pozbyć się ostatniego zastrzeżenia pomogła jej Grace, przypominając, że ona również jest pracownikiem Kliniki Odrodzenia Feniks. Było to ważne, ponieważ część osób pracujących w klinice była zatrudniona przez firmy zewnętrzne i niekiedy traktowana inaczej. 

Odc. 41 Widoki i wspomnienia 

Dzień zaczął się słonecznie. Riccardo wstał z łózka i podszedł do wielkiego okna. Lubił gapić się przez nie na ulicę. Była nieco oddalona od budynku i spokojna, wyludniona o tej porze dnia. Od czasu do czasu przejeżdżał nią samochód o opływowych kształtach. Poruszając się nie wydawał dźwięku. Dwie wysokie topole porośnięte kępkami jemioły przypomniały mu przeszłość.

– Jestem z pokolenia śmieciowego – od pewnego czasu ta myśl uporczywie pojawiała się w jego głowie. Właściwie to była obecna przez cały czas niby czujny strażnik, ujawniając się tylko przy okazji znajomego widoku, kształtu lub wspomnienia.

Pokoleniem śmieciowym nazywano jego generację, ludzi, którzy pierwsi podnieśli larum o to, że tworzywa sztuczne nie tylko zaśmiecają lądy i wody ale zabijają życie na ziemi. To była różnica – zaśmiecanie i zabójstwo. Każdy mieszkaniec planety zużywał wtedy ponad dwieście kilogramów wyrobów plastikowych rocznie. Było to dziedzictwo pozostawione przez poprzednie pokolenia, nie bez udziału jednak jego własnego pokolenia.

Okno sali rozciągało się prawie od podłogi do sufitu. Widział przez nie ulicę i przylegający do niej skwer, a na jego krawędzi rząd błyszczących pojemników. Pomyślał się, że są to pojemniki na śmieci. Zaintrygowały go. Długo im się przyglądał oceniając ich kształty, kolory i wielkości. Były ustawione prawie w jednym rzędzie, w trudnym do określenia artystycznym ładzie-nieładzie. Zapragnął obejrzeć je z bliska, dotknąć i poczuć ich powierzchnię.

Rozejrzał się po sali niepewnie, zastanawiając się, czy mógłby wyjść sam na zewnątrz, aby je pooglądać. Nie miał o to kogo zapytać, na sali byli tylko pacjenci. Regulamin kliniki czytał już kilka razy, przeważnie fragmentami, ale nie pamiętał żadnych zasad dotyczących samodzielnego wychodzenia z kliniki. Był na zewnątrz dwa razy, zawsze z przewodnikiem.

Amelia mówiła mu, że klinika jest jego domem. W tym momencie był przekonany, że jest bardziej więzieniem niż domem, z którego można swobodnie wychodzić i wracać. Popatrzył na szybę. Nie zauważył w niej żadnych ukrytych krat; tylko szkło było tak grube, że przypominało ścianę.

Następnego dnia, po zakończonym obchodzie, Riccardo wstał z łóżka i ocenił sytuację. W pokoju oprócz niego była tylko jedna osoba. Nie wiedział, czy to pielęgniarka czy lekarka. Nie przypominał jej sobie. Była odwrócona do niego tyłem. Siedziała przy stoliku, który po bliższym przyjrzeniu się okazał biurkiem z płaskim blatem i dwiema płaskimi szufladami.

– Chyba coś ogląda lub pisze – domyślił się, widząc jej lekko zgarbione plecy. – Zachowuje się jakby było jej obojętne, co dzieje się na sali.

Zdecydował się opuścić sale bez pytania kogokolwiek o zgodę, aby obejrzeć pojemniki. W szafce przy łóżku znalazł hełm. Ktoś go tam włożył poprzedniego dnia. Leżał sam, bez kombinezonu. Był inny niż ten poprzedni, jaki Riccardo miał na głowie w czasie wycieczki z przewodnikiem. Pomyślał, że na otwartej przestrzeni nie potrzebuje kombinezonu.

Z nowym hełmem na głowie poczuł się trochę niepewnie; wszystko jednak szło składnie. Po wyjściu z sali i przejściu kilku kroków korytarzem poczuł, jakby jego ciałem sterował jakiś mechanizm równowagi, korygujący chwiejność nóg i tułowia. Miał wrażenie, je jest obserwowany. Skierował wzrok w górę i zauważył dwie miniaturowe kamery. Wcześniej ich tam nie widział. Teraz był już pewny, że jest obserwowany a jego ruchy są rejestrowane i analizowane. Ruszył w kierunku drzwi prowadzących na zewnątrz budynku. Błąkał się po nich różowawy połysk ścian, miły i naturalny. Było to sympatyczne odczucie. Riccardo nabierał przekonania, że ktoś nad nim czuwa a otoczenie dostosowuje się do jego potrzeb. Poczuł się pewniej.

Odc. 42 Recykling

Riccardo zbliżył się do wyjścia zewnętrznego z budynku, drzwi otworzyły się automatycznie. Było to wyjście boczne. Zatrzymał się i rozglądał się zalany jasnym słonecznym światłem. Przed sobą miał schody łagodnie opadające w kierunku ulicy. Zszedł po nich. Miał przed sobą płaski teren przecięty pasmem ulicy bez krawężników. W miejscu, gdzie można było się ich spodziewać, widoczne były tylko czerwone pasy odcinające wizualnie chodnik od jezdni. Mężczyzna rozejrzał się w lewo i w prawo i wkroczył na ulicę, aby się przekonać, że ma dziwnie sprężystą powierzchnię.

Wszystkie pojemniki były wykonane z metalu, każdy w innym kolorze. Było ich osiem, ustawionych jeden obok drugiego w równym rzędzie. Przyglądając się im, włożył odruchowo rękę do kieszeni spodni i poczuł w palcach pomięty kawałek papieru. Pomyślał, że znalazł się tam chyba celowo, aby go wyrzucić. Wyjął go z kieszeni i przyjrzał się. Był to kawałek papieru gazetowego. Nie było na nim niczego godnego uwagi oprócz jakichś ogłoszeń kupna i sprzedaży. Riccardo podszedł do najbliższego, pierwszego z brzegu, pojemnika o kształcie cylindra. Wyświetlił się na nim napis:

– Wprowadź kod dostępu lub przeczytaj instrukcję na tablicy ogłoszeniowej.

Przyszło mu na myśl, że kod dostępu to coś w rodzaju jednorazowego biletu wstępu do kina. Pomysł ten uznał po chwili za głupi.

Przeczytał instrukcję. Nie wszystko w niej zrozumiał. Mówiła o identyfikatorze odpadów, który miał wbudowane kamery i czujniki rozpoznające zapachy, dźwięki, kolory i skład chemiczny materiału. Analizując wymienione parametry, urządzenie rozpoznawało każdy rodzaj materiału. To pozwalało na jednoznaczną segregację wszystkich, nawet najmniejszych śmieci i odpadów. Przedmioty większe i składające się różnych materiałów należało wrzucić do większego pojemnika stojącego na uboczu.

Riccardo nie miał chęci czytać dalej ani zastanawiać się. Postanowił zrobić to, co mu przyjdzie do głowy i popatrzeć, co z tego wyniknie. Przybliżył papier do pojemnika. Wyświetlił się na nim poziomy pasek z napisem:

– To papier. Wrzuć do pojemnika numer 3. Tego szarego.

Domyślił się, że informacja pochodzi z identyfikatora odpadów. W górnej części pojemnika spostrzegł naklejkę. Pochylił się i przeczytał zawarte na niej dane. Była to tabliczka znamionowa produktu.

Po pozbyciu się papieru, Riccardo rozejrzał się. W pobliżu znajdowały się dwie ławki. Podszedł do tej, która wydała mu się wygodniejsza, i usiadł, aby się zrelaksować. Zamknął oczy. Nawet nie zauważył, kiedy przysiadł się do niego mężczyzna. Nie miał na sobie hełmu, tylko czarną maskę zasłaniającą usta i nos. Ubrany był w dres i obuwie sportowe. Wyglądał na znudzonego emeryta, szukającego na spacerze okazji do pogadania.

– Pan pewnie jest pacjentem kliniki? – mężczyzna ruchem głowy wskazał budynek za plecami.

Zaczęli rozmawiać. Mówił głównie nieznajomy.

– Żyjemy teraz dwoma wyzwaniami: służbą zdrowia i ochroną środowiska, a najbardziej to totalnym recyklingiem.

– O co w nim chodzi? Czym się różni totalny recykling od zwykłego recyklingu?

Odc. 43 Nowe czasy

Starszy mężczyzna wstał z ławki is stanął naprzeciwko Riccardo. Na jego twarzy widać było skupienie. Poprawił maseczkę, rozciągając ja do góry w kierunku czoła i w dół w kierunku szyi. Mówił powoli, zastanawiając się nad słowami. Sprawiał wrażenie człowieka wygłaszającego niezwykle ważne oświadczenie.

– Identyfikator odpadów i te metalowe pojemniki to tylko częściowe ucieleśnienie idei, że wszystko, co człowiek wyprodukuje musi podlegać recyklingowi. I to nie byle jakiemu, ale całkowitemu. W przyszłości będzie on zgodny z rytmem przyrody. Najprościej mówiąc, ma to wyglądać tak, że odpady tworzone przecz człowieka będą bez wyjątku ponownie wykorzystywane w niemienionej postaci lub przetwarzane tak, aby wejść do ponownego obiegu. Butelka szklana może być użytkowana setki razy podobnie jak i wiele, innych opakowań. Mam na myśli odpadki ekologiczne, rośliny, żywność i podobne. Wszystko to jest naturalnym wytworem gleby i do niej musi tarć. To kardynalna zasada. Nie mieszajmy odpadków ekologicznych z innymi, na przykład obierek czy resztek obiadowych z farbą, drukowanym papierem czy sztuczna tkaniną, jak to się nadal zdarza, bo wtedy wszystko trafia razem na wysypisko i zatruwa glebę. W końcu przyjdzie taki czas, że odpadki ekologiczne będą przetwarzane także w odpowiednim czasie. Tak jak liście drzew gniją jesienią, kiedy spadną już na ziemie i mokną na deszczu, tak odpady ekologiczne będą na kompostowe nicy ulegać rozpadowi podobnie jak drzewo w lesie powalone przez wiatr.

Riccardo nie przerywał mu, tylko słuchał. Rozmowny typ – jak określił rozmówcę – mówi jak nakręcony.

– Żyjemy w skomplikowanym świecie. Sami go skomplikowaliśmy. Sytuacja zmieniła się. Musimy gospodarować zasobami znacznie rozważniej niż dotychczas. Każdy obywatel musi mieć dostęp do środków, jakie są mu potrzebne do życia. Godnego, ale nie przesadnego, rozrzutnego, kiedy marnuje się środki materialne i energię, aby zaspokajać czyjeś fanaberie. Kod znajduje się razem z wieloma innymi informacjami na Uniwersalnej Karcie Identyfikacyjnej. Karta ta daje właścicielowi dostęp do instytucji państwowych, środków transportu, bibliotek, szkół i temu podobnych. To coś takiego jak legitymacja przynależności do wszystkich organizacji. Bez niej nie da się żyć. Wprowadzono ją wtedy, kiedy ktoś podłożył w pojemniku na śmieci bombę, która rozwaliła pół miasta i zanieczyściła atmosferę w dużej części Bangolu. Była to bomba nieznanej konstrukcji, jakieś dziwadło technologiczne. Po jej wybuchu zatrudniono połowę kadry naukowej kraju, aby ja opisała i określiła sposób usunięcia skutków wybuchu. Nie całkiem się to udało, niektóre z nich trwają do dzisiaj. Teraz podłożenie jakiejkolwiek bomby jest niemożliwe. Gdyby ktoś zbliżył się z jakimś ładunkiem wybuchowym lub bronią do puntu kontroli na przykład kamery przemysłowej na ulicy, natychmiast uruchomi to czujniki wykrywające obecność materiału wybuchowego.

W klinice Riccardo rozmawiał z pielęgniarką, lekarką i pacjentami. Zadawał im pytania. Chciał wiedzieć jak najwięcej o recyklingu. Pytał o kosze i segregację recykling śmieci. Nie dziwiło ich to. Reagowali tak, jakby nigdy nie pytano ich o nic innego w życiu. Widział coraz wyraźniej, jak bardzo wszystko się zmieniło.

– Nic już nie jest takie same, jak za moich czasów.

Kiedy to mówił, rozmówcy patrzyli na niego z uznaniem, że ma szczęście, że to rozumie. Czasem dodawali jakiś komentarz. Najbardziej zaskoczył Barona nowy pacjent z sąsiedniego łóżka.

Masz szczęście, Riccardo. Dzisiaj człowiek może wybrać sobie nawet Boga, bo każdy wierzy, w co chce, wybrać szkołę, metodę nauki i pracy, miłość lub nienawiść, środek transportu, podróż w dowolny punkt świata, smartfon lub iPad, jaki mu najbardziej odpowiada. Tylko władzy nie można wybrać. Bo kogokolwiek nie wybierzesz, oni i tak pójdą swoją drogą. Podobna sprawa jak z wirusem Quagga. Mamy już chyba jego dziesiątą wersję. I z epidemiami, które wracają, kiedy chcą. I depresją gotową dopaść człowieka w każdym momencie.

– Jak można żyć w tych warunkach?

– O! To jest pytanie na miarę Szekspira: Być albo nie być! Sam sobie musisz wymyśleć formułę, jak żyć. Ja ratuję się przepowiedniami. Nauczyłem się. Czasem nawet zarabiam na tym. Jak chcesz mogę ci powróżyć. Z kart można nawet przepowiedzieć pogodę. To kwestia rachunku prawdopodobieństwa.

Odc. 44 Nowa rzeczywistość

Riccardo przyglądał się z daleka lekarce i pielęgniarce, jak tylko weszły do sali. Pomyślał, że zachowują się jak siostry syjamskie. Przyglądał im się. Były do siebie niepodobne mimo prawie identycznego ubioru. Przyszło mu do głowy, że są lesbijkami. Czekał, aż podejdą do niego. Myśli snuły mu się po głowie jak leniwe chmury.

– Zachowują się normalnie; nie wymieniają uścisków, uśmiechów, nie dotykają się, nie trzymają się za ręce, nie okazują sobie żadnej bliskości. Nic takiego, co zdarza się, kiedy dwie kobiety są sobie uczuciowo i erotycznie bliskie.

Postanowił je obserwować. Rozejrzał po sali. Trwał obchód i niewiele się działo. Pacjenci leżeli spokojnie czekaj, aż lekarka i pielęgniarka podejdą do nich. Poczuł się tak zrelaksowany, że przysnął. Obudził się, kiedy usłyszał głosy i zobaczył Sofię i Amelię stojące pry jego łóżku. Coś do niego mówiły. Przyglądał się ich ustom.

Słyszał teraz wyraźnie ich glosy; najpierw pojedyncze słowa, potem całe zdania, potem docierał do niego sens tego, co mówią. Wymagało to nieprzerwanej koncentracji. Zrozumiał, ze ma się nauczyć, jak wygląda i funkcjonuje nowy świat.

– Kierujemy pana na cykl szkoleń. Nazywa się on Nowa Rzeczywistość. – powiedziała lekarka, po czym objaśniła mu, na czy on polega i czemu ma służyć. Słuchał uważnie, po czym zapytał:

– Dlaczego ludzie komunikują się teraz tak krótkimi zdaniami? Brzmi to prawie jak wypowiadanie haseł.

Popatrzyły na niego zastanawiając się nad tym, co powiedział. Lekarka obróciła głowę w kierunku pielęgniarki.

– Wyjaśnij mu, Amelio.

Riccardo słuchał jej wyjaśnień. Mówiła zastanawiając się na każdym zdaniem, a czasem nawet słowem, bez pośpiechu. Zaczął zdawać sobie sprawę, że Amelia mówi w taki sposób, aby jej słowa nie tylko dotarły do niego, ale także aby zrozumiał ich znaczenie.

Bardzo mu się to podobało. Przypomniał sobie przeszłość, swoje młodsze lata. Wszyscy mówili jak nakręceni, śpieszyli się, wyrzucali z siebie słowa. Każdy chciał powiedzieć jak najwięcej. Oderwał się od rozmyślań i ponownie skoncentrował na Amelii.

– Dzisiaj, drogi Riccardo, w pełni rozumiemy, że chodzi nie tylko o to, co mamy do powiedzenia i co mówimy, ale przede wszystkim o to, aby rozmówca jak najwięcej zapamiętał i zrozumiał. Chodzi nam o porozumienie. Mówimy mniej, ale tak, abyśmy lepiej się rozumieli. Proszę się starać postępować tak samo. Będzie panu lżej. A nam wszystkim łatwiej. Brak umiejętności porozumiewania się to był wielki mankament minionych lat. Ludzie byli egocentrykami. Koncentrowali się na sobie, na tym, co sami mieli do powiedzenia. Nie na rozmówcy czy rozmówcach. Potężnie nadużywano smartfony. Służyły głównie do wymiany myśli, byle jakich, be znaczenia. Rozmawiano o głupotach, a nie w celu porozumienia się w ważnych sprawach. Trochę się zmieniliśmy. Jesteśmy uważniejsi. Mniej wierzymy już w konkurencję, więcej wierzymy we współpracę. Ale to dopiero początek drogi, być może nie ma ona w ogóle końca.

Do rozmowy włączyła się Sofia Lomaratequi. Riccardo przypomniał sobie jej nazwisko. Wyuczył się go na pamięć, mimo tego, że było tak trudne do wymówienia, że ona sama mówiła, że nie warto go zapamiętywać.

Nie jest to proste, oczywiście. Powiem coś od serca. Wbrew pozorom człowiek to gatunek przyciężki umysłowo, jakiego nigdy jeszcze nie było. Mam na myśli bardzo jednostronny, mało refleksyjny. Weźmy pod uwagę „postęp”. Dla przeciętnego człowieka to hasło budzi głównie pozytywne skojarzenia. A przecież postęp niesie często ze sobą także negatywne sprawy. Prosty przykład. Mamy bogactwo jedzenia. To dobre. Ale złe jest to, że jemy za dużo, czasem się wręcz obżeramy. W rezultacie mamy szybko rosnącą liczbę ludzi z nadwagą i choroby cywilizacyjne. To czysty bezsens. Mogąc żyć lepiej, pod wieloma żyjemy gorzej, nawet jeśli żyjemy dłużej. Najgorsze, że nic nie robimy, aby temu przeciwdziałać. Służba zdrowia nie podchodzi poważnie do prewencji chorób i problemów społecznych, tylko zajmuje się usuwaniem ich zgubnych skutków.

Riccardo zaczynało o podobać. Patrzył na jej usta. Miała duże czerwone wargi i białe zęby. Na chwilę zapomniał się, przestał jej słuchać. Chyba to zauważyła, ponieważ przestała mówić. Czekała na niego. Kiedy oprzytomniał, oboje jednocześnie uśmiechnęli się do siebie. Mężczyzna poczuł, że otaczający go świat będąc tak sam, jaki był kiedyś, jest też już inny.

0Shares

Cień wielkiego sztukmistrza. Opowiadanie.

Wszyscy pragnęli choćby raz z życiu zobaczyć Leona Witusa, zwanego powszechnie Sztukmistrzem, ukazującego się dwa razy w tygodniu w budynku parlamentu Abstrakcji. Od czasu odejścia na emeryturę Witus pojawiał się tam regularnie na ścianie w formie cienia.

– To mój dar dla potomnych – powiedział, zanim po raz ostatni zacisnął usta, jak miał we zwyczaju, kiedy pytano go o coś, o czym nie miał chęci mówić. Był pod tym względem powściągliwy jak i konsekwentny. 

Leon Witus od lat udzielał się w parlamencie. Na życzenie większości parlamentarnej prezentował tam własny program cyrkowy. Był dyrektorem cyrku oraz znakomitym treserem. Tresował głównie konie, psy i małpy oraz ekwilibrystów cyrkowych, pragnących nauczyć się utrzymywania równowagi w ekstremalnie trudnych sytuacjach. Był to człowiek wyjątkowo utalentowany. Ludzie znający jego metody i osiągnięcia przypisywali mu cechy wręcz demoniczne.

– On potrafi ugnieść człowieka jak plastelinę – Wyznał kiedyś jego bliski współpracownik, zwany Spękaną Twarzą. Pseudonimy obydwu mężczyzn były typowe dla branży cyrkowej, z której się wywodzili.  

W dniach obrad parlamentarnych Sztukmistrz siedział spokojnie i przysłuchiwał się dyskusjom. Czasem zagłębiał się w ekran iPada, smartfonu lub czytał książkę. Miał swoje hobby i słabości. Był bezpośredni i uczciwy i nie krył się z nimi. Nikt nie miał mu tego za złe, ponieważ był powszechnie lubiany, oczywiście z pewnymi wyjątkami. Z czasem stał się  wpływowym działaczem parlamentarnym oraz wzorem uczciwości i dobroczynności dla dużej części społeczeństwa. Z tego względu nazywano go także Prawdziwym Człowiekiem. Kiedy odszedł na emeryturę, przyjęto to jakby odszedł na zawsze.

– Został po nim wspaniały dorobek duchowy i wspomnienia – pocieszali się przewodnicy wycieczek, gromadzący się z rana w małej grupie obok długiej kolejki ludzi pragnących zwiedzić parlament. Ich rolą było oprowadzać wycieczek po parlamencie.

Odejście Wielkiego Sztukmistrza na emeryturę pociągnęło za sobą zmiany w parlamencie. Tę część budynku, gdzie spędził większość swego pracowitego życia służąc narodowi i sprawie, przemieniono na Mauzoleum Wielkiego Sztukmistrza a miejsca na korytarzach, którędy się poruszał, odgrodzono barierkami. Kuratorem mauzoleum został najbliższy współpracownik Sztukmistrza, popularnie zwany Spękaną Twarzą. Pseudonimy obydwu mężczyzn były typowe dla pracowników branży cyrkowej.

Na zlecenie minister kultury, ślady w podłodze, gdzie Wielki Sztukmistrz klęczał i wstawał z kolan, odlano w złocie i przekazano do Muzeum Narodowego. Licencję na produkcję podobizn jego twarzy, miniaturek śladów klęczenia oraz na powielanie jego słów otrzymała firma Agara. Już po dwóch miesiącach podobizny i miniaturki trafiły do kiosków z pamiątkami rozsianymi po całym kraju. Produkcja akcesoriów upamiętniających Sztukmistrza dopiero po roku dogoniła popyt.

Rząd Abstrakcji pragnął, aby postać Wielkiego Sztukmistrza znalazła się także w Muzeum Figur Woskowych w Londynie. Premier Cichy wystosował w tej sprawie pismo do muzeum. Nie było to udane przedsięwzięcie. Najpierw odesłano pismo z adnotacją, że adresat jest nieznany. Po zbadaniu sprawy okazało się, że zamiast do Muzeum Figur Woskowych zaadresowano je do Muzeum Figur Wojskowych. List błąkał się przez dwa miesiące po Ministerstwie Obrony Narodowej w Londynie, zanim udzielono odpowiedzi.

Zaadresowany już poprawnie drugi list premiera dotarł we właściwe miejsce. Ku rozczarowaniu obywateli Abstrakcji dyrekcja muzeum odmówiła wystawienia u siebie podobizny Wielkiego Sztukmistrza. Jej dyrektor odpisał, że postać jest im mało znana. W Abstrakcji wywołało to wielkie oburzenie, kiedy dodatkowo ujawniono, że w rozmowie telefonicznej pracownika gabinetu premiera Cichego z Muzeum Figur Woskowych jego urzędnik miał powiedzieć:

– Who the hell is that bloke?! Nobody here has ever heard about him! Do diabła, kim jest ten facet?! Nikt nigdy o nim tutaj nie słyszał!

W odpowiedzi rząd Abstrakcji powołał Fundację Wielkiego Sztukmistrza, aby uwiecznić jego imię i osiągnięcia.

Kiedy na ścianie mauzoleum ukazywał się cień Witusa milkły głosy a oczy zwiedzających zachodziły mgłą wzruszenia. Cień nadchodził z reguły z prawej strony korytarza i posuwał się naprzód spokojnym, równym krokiem, pozostając w środku kolumny ochroniarzy. Przed nim, z przodu, z boku i z tyłu, milcząco osłaniali go solidnie zbudowani mężczyźni. Czasem tylko towarzyszył mu jakiś dygnitarz.

– Wielki Sztukmistrz jest dobrze pilnowany, ponieważ jest skarbem narodowym – zwykła wyjaśniać dziennikarzom minister kultury na konferencjach prasowych.

– Leon Witus jest wielkim człowiekiem mimo nienadzwyczajnej postury – skomentował kiedyś w artykule prasowym znany z nietuzinkowych obserwacji dziennikarz prasy niezależnej.

Wiele osób miało mu to za złe, twierdząc, że taka ocena nie jest uczciwa, ponieważ Wielki Sztukmistrz jest w istocie rzeczy dobrze zbudowanym mężczyzną. Niektórzy porównywali go nawet z Napoleonem. Wkrótce opisujący Witusa dziennikarz odszedł z pracy. Jak się okazało na własne życzenie. Wyjaśnił to:

– Zrozumiałem niestosowność tego sformułowania i przyznaję się do błędu.

Nie uczynił tego od razu. W decyzji pomógł mu prawdopodobnie pożar jego nowego samochodu, gdzie w skrytce mały trzymał laptop i aparat fotograficzny. Miał w związku z tym wyrzuty sumienia, że coś chyba zawinił, skoro los tak podle go potraktował. Pożar samochodu dziennikarz zgłosił na policji, ta zaś przekazała sprawę do prokuratury.

– Nie wiedziałem, że dochodzenie w sprawie, kto wywołał pożar samochodu i w jakim celu, nie miało naprawdę sensu – żalił się dziennikarz przyjacielowi.

Sprawa trafiła do prokuratora, który wezwał poszkodowanego, aby go przesłuchać i w końcu mu zakomunikować:

– Widzimy małą szkodliwość społeczną czynu. Tylko pan został poszkodowany. Jedna osoba to jeszcze nie społeczeństwo. Chyba pan się z tym zgodzi.

– Przy okazji, czy pański samochód był ubezpieczony? – zapytała  siedząca obok prokuratora urzędniczka, oferując gościowi spokojny uśmiech pocieszenia.

– Tak, oczywiście.

– No widzi pan. Czyli nic pan na pożarze nie stracił. To tylko powinno umocnić pana w przekonaniu, że był to czyn o znikomej szkodliwości społecznej.

Dziennikarz opowiedział swoją historię przyjacielowi, żyjącemu wspomnieniami o Wielkim Sztukmistrzu. Ten mu odpowiedział:

– Jesteś okropnym pesymistą. Ja nie mam takich problemów. Prokuratura zawsze mi pomaga, kiedy moja sprawa do nich trafia.

Leon Witus, którego cień pojawiał się regularnie co najmniej dwa razy w tygodniu na ścianie mauzoleum, z każdym dniem był coraz pełniejszy. Widać to było po jego brzuchu.

– Nie jest to zjawisko pozytywne – krytykowali Sztukmistrza przeciwnicy parlamentarni, nie tylko zresztą oni. – Za granicą ludzie na tak wysokich stanowiskach bardziej dbają o siebie, ćwiczą, biegają. Sztukmistrz wyraźnie się zaniedbał. Można by pomyśleć, że jest abnegatem.

Oprócz powiększającego się brzucha, kojarzącego się coraz wyraźniej z chorobliwą opuchlizną, w jego sylwetce niewiele się zmieniało. Nadal dumnie obnosił się swoją dużą głowę, oszronioną na szczycie pogłębiająca się siwizną. Jego sylwetka wywoływała coraz liczniejsze komentarze a nawet okazyjne dyskusje; nikt jednak z niego nie żartował. Pytany o coś przez dziennikarzy, mistrz sztuki cyrkowej rzadko się odzywał..

– Ma zasznurowane usta. I to sznurówkami najlepszej jakości – czasem ktoś rzucił niewybredny żart, kryjąc się za plecami tłumu. Na ogół unikano żartów w jego towarzystwie. Skomentował to kiedyś sekretarz osobisty Witusa.

– Żartowanie w towarzystwie Mistrza ma sensu. I tak wiadomo, że nikt nie dorówna mu humorem. Ma on ogromne poczucie humoru, ale rzadko je okazuje.

– Dlaczego?

– Bo jest to człowiek znacznie poważniejszy od nas wszystkich. Żal mu czasu na żarty. On myśli o wszystkich obywatelach, nie tylko o sobie.

– Całkowicie się z tym zgadzam – poparła sekretarza stojąca niedaleko starsza niewiasta, o siwych, opadających na ramiona włosach.

– On zawsze jest taki sam, poważny i odpowiedzialny. Zupełnie jak pan Bóg. Jest też skromny i nienarzucający się: czarny garnitur i czarne pantofle, ciemny płaszcz i ciemna czapka. Przeważnie jest zamyślony, rzadko się uśmiecha. To dlatego, że nieprzerwanie myśli o nas wszystkich i za nas wszystkich. O ojczyźnie, rodzinie, dobrobycie, bezpieczeństwie. Codziennie dziękuję Bogu za to, bo sama nie udźwignęłabym takiego ciężaru. Wystarczy mi, że go posłucham i już wiem wszystko, i jestem szczęśliwa.

Na zamknięcie letniego sezonu wspomnień o Wielkim Sztukmistrzu, Janina Kokoszka, minister kultury wygłosiła przemówienie okolicznościowe.

– Leon Witus jest nie tylko wspaniałym sztukmistrzem, ale i wielkim człowiekiem. Przeszedł na emeryturę, ale jego dorobek i jego postać pozostały i weszły na zawsze do naszego dziedzictwa narodowego. Dzięki niemu dziś wiemy lepiej, kogo kochać, a kogo nienawidzić, komu ufać, a komu nie. Mamy nowoczesne więzienia i obozy kondycyjne dla młodzieży, służące przygotowaniu ich do wielkich czynów na rzecz ojczyzny. Osobiście wspominam go najlepiej jak tylko można. To wielki patriota. To on mnie mianował na to stanowisko, abym pomnażała i sławiła bogactwa naszej kultury. Nie szczędził też pieniędzy na kulturę, zawsze popierał nasze projekty przedstawiane pod obrady rządu. Dzięki niemu mamy to, co najcenniejsze: kulturę narodową bez naleciałości, oznaczoną setkami pomników i tysiącem ulic z nazwiskami naszych bohaterów.

-Będzie co burzyć, kiedy przyjdzie czas zmian – szeptali między sobą kryjący się w cieniu konspiratorzy, na których nikt nie zwracał uwagi.

Były to czasy tak wielkiej niepewności, że nawet Albert Kozło, znany wróżbiarz i jasnowidz, zachowywał ostrożność snując przepowiednie co do losów ludzi i kraju. W czasie wywiadów telewizyjnych na stoliku obok siebie umieszczał wypchanego lelka kozodoja. Był to rzadki eksponat – nocny ptak o szerokiej paszczy sięgającej aż poza oko, otoczonej wieńcem sztywnej szczeciny, ułatwiającej łapanie owadów w czasie lotu. Oprócz pustułki, był to jedyny ptak, potrafiący zawisnąć nieruchomo w powietrzu. Z jego kształtu, barwy upierzenia i niezwykłości zachowań, wyciągano wniosek, że los niekoniecznie będzie sprzyjać Wielkiemu Sztukmistrzowi.

 

0Shares

Buntownik. Opowiadanie.

Był mężczyzną w dojrzałym wieku, jednym z wielu na świecie. Jak rozum i praktyka nakazują, jeszcze w starym roku postanowił, że w nowym roku będzie lepszy, mądrzejszy i sprawniejszy. Powiedział to na głos, aby być pewnym, że w pełni świadomości podjął tę decyzję. Odpowiedziało mu echo.

– Ano dobrze. Zobaczymy, ile warte jest twoje postanowienie.

Kiedy to usłyszał, zaciął się i dodał:

– I będę dotrzymywać postanowień.

Tym razem echo nic nie odpowiedziało. Wziął to za dobry znak. Pomyślał nawet, że to nomen-omen. Dla żartu postanowił zmienić imię i nazwisko. Nazwał się Bezimienny. Jednowyrazowo.

Był to trzeci dzień Nowego Roku, niedziela. W drodze samochodem do lasu słuchał radia. Wiedział coraz więcej. Czuł, że łagodnieje, bo były to dobre wiadomości. Świat zmierzał ku lepszemu. Słysząc komunikaty o koronawirusie ani razu nie przeklął rządu, zwłaszcza premiera. Garbatego też nie nazwał garbatym. To były kolejne dobre znaki.

W starym roku Bezimienny chodził regularnie po lesie dla utrzymania kondycji. Starał się, aby trwało to co najmniej godzinę. Chodząc nabijał baterie organizmu, który mu się starzał, zupełnie bez potrzeby, jakby nawet na złość. Nikt go w sprawie starzenia nie pytał o opinię, z konieczności godził się więc na starzenie, ale nie do tego stopnia, aby dać się obezwładnić fizycznie lub umysłowo. Dlatego chodził po lesie. Czasem także rozmawiał z przyjaciółmi, aby wzmocnić się informacyjnie, uczuciowo i intelektualnie. Postanowił to kontynuować.

Wszedłszy między zanurzone w ciszy i zmarznięte drzewa i krzewy, nabrał w płuca świeżego powietrza.

– Umysł mam jak brzytwa – pomyślał i od razu się pocieszył. – Nieostrzona, ale jednak brzytwa.

Kierując się w głąb starego lasu rejestrował zmiany w otoczeniu. Krótko, hasłowo. Tak trzeba było, bo wyścig szczurów trwał nadal. – Nikt nas z niego nie zwolnił. A szkoda! – pomyślał, marząc przez chwilę, aby i ludzie się nie ścigali tylko patrzyli na siebie i kochali się nawzajem. Porzucił tę myśl, bo wiedział, że to mrzonka. Przynajmniej częściowo – pocieszył się, i natychmiast się zradykalizował. – Zamiast nadstawiać policzek, najpierw jeden a potem drugi, trzeba oddać, jak mówi Pismo Święte. Nie był pewien, czy dobrze je cytuje. 

Wrócił do rzeczywistości leśnej i notował. – Idę. Na razie pod górkę. Trwa cisza. Epidemia również, ale chyba już niedługo, bo szczepionki są już w drodze. Widzę siwy szron na krzewach i drzewach. Niesamowita sceneria. Mija mnie mężczyzna z szeroko otwartymi oczami. Pędzi jak automat, chrapiąc głośno, znaczy się, jest we śnie. Trudno się mówi. Lunatycy są na świecie. Takich mamy obywateli, jakie młodzieży chowanie. Idę z kijkami. To bardzo dobrze. Nie potknę się. A gdybym się potknął, to przecież mam kijki. Uważaj – ostrzegł się – schodzisz na boczną ścieżkę prowadzącą w głąb młodego lasu i powinieneś się wyciszyć.

Po przejściu kilkuset metrów, kiedy był już niebywale wyciszony, usłyszał głuchy szurgot za plecami. Ni z tego ni z owego, nie wiadomo skąd i kiedy, zaczął go wyprzedzać niewysoki osobnik z głową owiniętą szalikiem zasłaniającym oczy. Mózg Bezimiennego natychmiast to zarejestrował i telegraficznie rozesłał po całym organizmie sygnały ostrzegawcze. Pracował z regularnością zegarka szwajcarskiego. Wiedział jak to jest, bo kiedyś Bezimienny miał taki zegarek, cienki jak blaszka, rewelacyjny, ale go schował tak skutecznie, że już go nie odnalazł. Mimo to nie tracił nadziei, licząc na cud, ale nie na kościół, choć tam się też dzieją cuda. Kiedy mózg pomyślał o tym, całe ciało ucieszyło się, że nie jest już małym chłopcem, szczególnie w dolnych partiach.

Porzuciwszy myśl o pacholęctwie Bezimienny skoncentrował się ponownie na rejestracji zdarzeń.

– Ten szalik to chyba zasłania mu oczy. To osiłek. Biegnie ciężko, oddycha tak głośno, że aż rzęzi. Nie zważa na mnie. Prawie na mnie wpadł. Pies go drapał!

Bezimienny szybko odszedł na bok, aby nie dać się zarazić, bo osobnik na pewno intensywnie wydychał wirusy. Miał paralitycznie chude nogi i dobrze rozwiniętą klatkę piersiową. Na pewno przygotowuje się – myślał Bezimienny – do maratonu światowego, który trwa tak długo, dopóki nie padnie trzech zawodników. Wtedy wszyscy kończą bieg. Ten zawodnik, który pokonał największy dystans zostaje ogłoszony zwyciężą. Reszta się cieszy, że przeżyła, z wyjątkiem tych, którzy się przeinwestowali energetycznie. Trudno się cieszyć, kiedy się nie istnieje.

Po powrocie do starej części lasu Bezimienny kontynuował obserwacje, rozglądając się uważnie na boki.

– Gdzieś tu stuka dzięcioł. Słyszę to wyraźnie. Robił to także w ostatnią i w poprzednią niedzielę, i w poprzednią poprzedniej. A niedziela to przecież dzień święty.

Bezimienny zatrzymał się, zadarł głowę do góry i przeszukał wzrokiem konary i gałęzie. W końcu zobaczył sprawcę hałasu – mały, szary kształt z czerwonawym łebkiem. Głowa odskakiwała mu od pnia, kiedy walił w niego dziobem jak młotem.

– Na pewno wkrótce przyjdzie po niego dwóch ludzi w płaszczach, z sutannami pod spodem i strzelbą ukrytą w futerale od skrzypiec. Będą pozorować, że niby to idą grać koncert w lesie. Jak nic wycelują w dzięcioła i zabiją. Popełnił ciężki grzech – powiedzą – i to wiele razy mimo naszych upomnień. Taki to niby spokojny, ładnie upierzony ptaszek, a grzesznik. Pracuje regularnie w niedzielę, kiedy nie wolno. Jest przecież święto, siódmy dzień tygodnia, kiedy Bóg po stworzeniu świata wypoczywał, a on to ignoruje jakby nie żył wśród istot bogobojnych. Taki osiołek na przykład, jaki on jest religijny. Można go spotkać na każdym obrazku świętym. Nigdy nie hałasuje w niedzielę. Najwyżej przez nieuwagę stuknie kopytkiem o podłoże. Ale to zupełnie co innego.

Potem ci ludzie usiądą – spekulował Bezimienny- w wielkiej sali i będą rozpatrywać, co to jest grzech. Otoczeni encyklopediami i bullami pisanymi ozdobną łaciną na grubym pergaminie, na ścianach tablice pomiarowe, na stołach liniały, szkła powiększające i mikroskopy, będą rozkładali grzech na czynniki pierwsze. Stworzą świeżą, noworoczną definicję grzechu. Nowe czasy wymagają nowych definicji i redukcji liczby grzeszników niedzielnych – stwierdził Bezimienny i ruszył dalej, nie spuszczając z oka otaczającej go rzeczywistości.

Po lesie przemieszczali się ludzie mniejszymi lub większymi grupkami, rzadko samotnie. Szli w różnych kierunkach, przecinając sobie ścieżki nawzajem. Kiedy się mijali, nie zakładali maseczek, tylko odwracali głowy.

– Mam nadzieję, że nie oddychają wtedy– pomyślał Bezimienny. Dokładnie w tym momencie jakaś kobieta upadła na ziemię. Była młoda, w obcisłej kurtce i czarnych getrach. Zastanowił się, czy może istnieć związek przyczynowo-skutkowy między jego myśleniem a upadłą kobietą. Ludzie przechodzili obok niej obojętnie.

– To okrutne – powiedział sobie.

Nic się jednak nie stało, bo postać podniosła się żwawo, a spod niej wyskoczył spory pies. Był czarnobiały, uroczo łaciaty, z białym pyszczkiem.

– Do diabła! Czy musisz mi wpadać pod nogi, Reksiu? – zapytała kobieta. Reksio coś odszczeknął, czego Bezimienny nie zrozumiał.

– Dobrze byłoby rozumieć mowę psów – Pomyślał. – Ile forsy można by na tym zarobić jako tłumacz, ile ciekawych rzeczy można by się dowiedzieć i nauczyć. Pomyślał nawet, że przez pewien czas mógłby być psem, ale mu to przeszło.

– Człowiek to człowiek, chociaż też zwierzę, w dodatku mało rozumne. Na przykład te śmieci porozrzucane po lesie. To głupie i podłe. Ludzie postępują gorzej niż zwierzęta – pomyślał, zatrzymując się, aby się wysikać. – Jesteśmy tacy sami jak zwierzęta. One też sikają. Ptaki już nie, bo mają inaczej skonstruowany system wydalania. Ptaki są inne, uproszczone – mruknął z niechęcią. Przypomniał sobie koguta, który go dziobnął w palec, kiedy był dzieckiem. Jego niechęć do ptactwa domowego pogłębiła się.

Rzucił okiem na zegarek. Minęło dopiero trzydzieści minut. Pomyślał, że nie musi patrzeć ile czasu upłynęło, jakby chciał wiedzieć, ile mu jeszcze zostało do życia.

– W nocy, kiedy się budzisz i nie możesz zasnąć, nie patrz na zegarek, bo to cię dodatkowo rozstroi – przypomniał sobie zalecenia specjalisty od spania i mierzenia czasu. – Sen to sen, a zegarek to zegarek. Nie idą razem w parze. No i ponadto szczęśliwi czasu nie liczą.

Przed nim, nieco z prawej strony, pojawiły się trzy osoby, dwóch młodych mężczyzn i kobieta w nieokreślonym wieku. Głowy mieli zakryte kapturami. Maszerowali energicznie w kierunku skoczni rowerowej. Zatrzymali się tam, coś oceniali, potem ruszyli do najbardziej dzikiego obszaru lasu, gdzie wąwozy i wądoły są tak głębokie, że mogą z łatwością pomieścić dziesięciopiętrowy budynek.

– Tu kompletnie brak zwierząt – zauważył Bezimienny i jakby na wezwanie pojawiły się na bocznej ścieżce grupka ludzi nieokreślonej płci i tożsamości, niosących sarnę związaną linkami i zakneblowaną, aby nie wydawała z siebie głosu.

– O co tu chodzi? – zapytał zszokowany Bezimienny, kiedy nieco się zbliżyli. Odpowiedzieli mu.

– Musimy zaludnić las zwierzętami, bo tutaj nie ma nawet myszy leśnej, dzika, lisa, niczego.

– A te ślady zrytej ziemi w dziesiątkach miejsc?

– To my je zrobiliśmy, aby upozorować, że tu żyją dziki.

– Po co wam to?

– Po to, aby stworzyć wrażenie, że tu naprawdę żyją dziki i inne zwierzęta, bo to choć trochę chroni las przed tymi, co chcą go wyciąć.

 – Dlaczego mieliby go wycinać? Las jest piękny.

– Aby budować wieżowce, bo ludzie chcą zapanować nad przyrodą, patrzeć na nią z góry, trzymać ją za mordę, podporządkować ją sobie. Tak, jak interpretują pismo święte.

Bezimienny z niechęcią przyjął to do wiadomości. Wychodząc z lasu zauważył:

– Kiedy przyjechałem, stał tu tylko jeden samochód, teraz kiedy mam odjechać, jest ich wielokrotnie więcej. Taki jest ten świat, w ciągłym ruchu. Raz jeden pojazd, raz wiele. Kiedy wreszcie ludzie nauczą się porządku i przestaną jeździć w tę i we w tę, bo będą chodzić lub mieć las pod nosem, zamiast parkingów, lotnisk, ośrodków handlowych? Kiedy wreszcie będzie ich mniej i będą mniej konsumować, bo na tym rzecz się zasadza? – Zadał sobie serię pytań, aby się ożywić. – Ja czułbym się szczęśliwy, gdyby na ziemi było o połowę mniej ludzi albo jeszcze mniej.

Wtedy przypomniał sobie jak się nazywa i kim jest: Jan Kowalski,  buntownik cywilizacji.

Michael Tequila
Gdańsk, 3 grudnia 2021

0Shares

Święty Słoń. Bajka świąteczna dla dzieci i dla dorosłych.

 

Dzieci były bardzo grzeczne. Pod nieobecność rodziców, którzy wyszli na spacer, aby spokojnie omówić przygotowania do Świąt Bożego Narodzenia, cała czwórka oglądała telewizję w sypialni. Kiedy wróciły do salonu, na kanapie siedział kolorowo ubrany słoń i przyglądał się choince migocącej światełkami. U jego stóp leżał wielki worek z egzotycznymi naklejkami i zielonymi symbolami w kształcie choinki. Dzieci nie zdziwiły się tym specjalnie, ponieważ Mamusia i Tatuś mówili im o Świętym Mikołaju, który tego dnia miał przynieść upominki.

– Fajną choinkę macie, dzieciaczki. Też chciałbym taką mieć. Siedziałbym przed nią i śpiewał kolędy. Strasznie je lubię – odezwał się słoń. Miał spokojny, ciepły głos, poważne oczy i uśmiechał się łagodnie. To dodało im otuchy.

– My też lubimy. Możemy razem zaśpiewać, bo robimy to razem z Mamusią i Tatusiem.

Śpiewając spoglądały z ciekawością na worek z upominkami, o nic jednak nie pytały, bo Mamusia wyjaśniła im wcześniej, że upominki otwiera się dopiero wieczorem, kiedy zapali się na niebie pierwsza gwiazdka. Po kolędach długo rozmawiały ze słoniem i była to bardzo miła rozmowa. W końcu musiały go przeprosić, aby wyjść do kuchni i zjeść kolację, którą przygotowała im Mamusia. Jadły w pośpiechu, ponieważ chciały jeszcze porozmawiać ze słoniem. Jak tylko usłyszały skrzyp otwieranych drzwi wejściowych, popędziły gromadką, aby przywitać rodziców i podzielić się wiadomościami.

– Mamusiu! Tatusiu! Przyszedł do nas Święty Słoń i przyniósł wielki worek upominków. Powiedział, że wszystkie są dla nas i on nam je da, ale trochę później – krzyczały na wyścigi.

– I nawet nie pytał, czy byliśmy grzeczni – przypomniał sobie Adaś. 

– Co wy opowiadacie? To niemożliwe, nie ma przecież świętych słoni!

– A Święci Mikołaje są? – zapytała odważnie Jola. – Wydało jej się dziwne, że Mamusia nie słyszała o Świętych Słoniach.

– Oczywiście, że są, kochanie!

– To samo nam powiedział Święty Słoń. Powiedział, że jeśli jest Święty Mikołaj to jest także Święty Słoń – odparła rezolutnie dziewczynka i popatrzyła na siostrę i braci, którzy potwierdzili jej słowa zgodnie potakując głowami.

– Czy to możliwe? – zapytała Mamusia spoglądając wymownie w kierunku Tatusia.

– Tak! Tak! – rozkrzyczały się dzieci. – To prawda. Święty Słoń wyjaśnił nam wszystko – inicjatywę znowu przejęła Jolunia, starsza z dziewczynek. Powiedział tak: U was w grudniu jest bardzo zimno, dlatego upominki roznosi Święty Mikołaj, bo on ma ciepły kożuch, wysokie skórzane buty i wielką czapkę z wełny. Tam, gdzie ja mieszkam, czyli w Indiach, jest ciepło i nikt nie nosi kożuchów. Dlatego u nas nie ma Świętego Mikołaja tylko jest Święty Słoń.

– Mieszkasz tak daleko, Święty Słoniu, to jak nas znalazłeś? – zapytał Romuś, najstarszy z rodzeństwa i najbardziej dociekliwy.

– Zabłądziłem. Długo chodziłem po drogach, polach i lasach, dwa razy zgubiłem się we mgle na wielkiej łące nad rzeką, w końcu trafiłem do was. I bardzo dobrze, że tak się stało, bo mam dla was piękne upominki.

– Mamo, to nie był zwyczajny Święty Słoń – wtrąciła energicznie Jola – to był Słoń Mikołaj. Długo z nim rozmawialiśmy. I on nam powiedział, że możemy go nazywać Słoń Mikołaj albo Święty Słoń. Nazywajcie mnie tak, jak wam wygodnie. Tak powiedział. I to nawet dwa razy.

– I on przyniósł wielki worek upominków. Romuś mówił nawet, że to wór, a nie worek. Taki wielki jak namiot – włączył się Adaś i rozkładając rączki na boki pokazał, jak wielki był ten wór. – Był pięć razy większy niż worek tego Mikołaja, którego w zeszłym roku zaprosiliście do naszego domu.

– Mu nie chcemy tamtego Mikołaja. On był taki słaby. Trzeba było mu pomagać siąść na krześle. W dodatku śmierdziało od niego piwskiem – odezwała się Kasia, najmłodsza z rodzeństwa. 

– Jak to „śmierdziało piwskiem”? – zaniepokoiła się Mamusia.

– Tak, piwskiem, albo nawet i gorzej, bo wódą. Tak mi powiedział Tatuś. W tajemnicy oczywiście. Chciałam ci o tym powiedzieć, ale Tatuś nie pozwolił. Wyjaśnił mi, że to nieładnie skarżyć na Świętego Mikołaja. Tatuś wtedy mrugał do niego jednym okiem ale nie wiem dlaczego.

Mamusia popatrzyła znacząco na Tatusia lecz nie odezwała się słowem. Coś tylko zamruczała pod nosem. 

– Ten wór to nie jest pięć razy tylko siedem razy większy – wrócił do tematu Adaś. – Możemy zmierzyć, bo ja już umiem liczyć i mierzyć do dwudziestu.

– Nie ma o co się kłócić, dzieci. Im więcej upominków, tym lepiej. Ale z tym Świętym Słoniem to wam się śniło, prawda? Albo oglądaliście coś w telewizji? – Mamusia chciała zakończyć już temat.

– Mamusia nie wierzy, że to był Święty Słoń i on nam przyniósł upominki – najmłodsza ze wszystkich Kasia rozszlochała się. Łzy padały na parkiet i zaczynały zbierać się w małą kałużę. Mamusia przestraszyła się, że parkiet się wypaczy. 

– No dobrze. Zgadzam się, że to był Święty Słoń. Czy on wam coś mówił albo o coś pytał? – Mamusia pochyliła się w kierunku Tatusia i szepnęła zaniepokojona: – Bóg raczy wiedzieć, czy dzieci nie widziały jakiegoś oszusta.

– A tak! – Wyrwał się Romuś, przybierając poważny wyraz twarzy. – Rozmawialiśmy o bardzo wielu sprawach, bo Święty Słoń pytał nas, kim chcielibyśmy być.

– Opowiedz, jak to było. O co dokładnie was pytał? – zainteresował się Tatuś.

– No właśnie. Ja chciałem być żołnierzem a Jola kierowniczką w przedszkolu. Takim kolorowym, jakiego u nas jeszcze nie ma. Adaś chciał być dyrektorem domu towarowego z zabawkami, a Kasia nauczycielką, taką, co uczy grać na trąbce i w orkiestrze, i cienko śpiewać. I kiedy ja mu powiedziałem, że chciałbym być żołnierzem, to on zapytał nas, czy my wierzymy w Boga i czy jesteśmy patriotami. Wtedy my powiedzieliśmy – to znaczy powiedziałem ja i Adaś potwierdził, bo on także chciał już być żołnierzem albo strażakiem – że wierzymy w Boga i jesteśmy patriotami.

– I jak na to zareagował ten słoń? Przepraszam, Święty Słoń?  – kontynuował Tatuś.

– To on wtedy powiedział, że jeśli wierzymy w Boga i jesteśmy patriotami, i kochamy naszą ojczyznę, to będziemy dobrymi terrorystami. I powiedział jeszcze „terrorystami pełną gębą”, ale ja nie wiedziałem, co to znaczy.

Wyraz niepokoju pojawił się na twarzach Tatusia i Mamusi. Mamusia dała znak ręką Tatusiowi, aby przyniósł krzesło dla niej i dla siebie.

– Musimy z nimi poważnie porozmawiać. Niepokoi mnie to wszystko, bo nie rozumiem, o co tu chodzi.

– No i jak było dalej? – zapytał Tatuś, kiedy już usiadł na krześle.

Dzieci popatrzyły po sobie a potem na Adasia, aby wyjaśnił.

– I on wtedy powiedział, to znaczy Święty Słoń, że on nas może nauczyć.

– Nauczyć czego? – zniecierpliwiła się Mamusia.

Adaś popatrzył na Romusia licząc na braterskie wsparcie, po czym wyrzucił z siebie z pełnym zdecydowaniem.

– To znaczy nauczyć mnie i Romusia walczyć, bo my jesteśmy mężczyznami. Najpierw rzucać nożem do tarczy. Takiej dużej, na której narysowany jest człowiek. To jest najłatwiejsze, od tego trzeba zacząć – tak powiedział Święty Słoń. – I wcale się nie uśmiechał, bo rozmawialiśmy bardzo poważnie. A potem dodał, że musimy także nauczyć się uzbrajać ładunki wybuchowe.

– To znaczy on powiedział „ładunki wybuchowe”, a potem wyjaśnił, że to będą granaty i miny, takie jak do czołgów – włączył się ożywiony Romuś. – To mi się bardzo podobało, bo ja wtedy sobie przypomniałem, że chcę być też inżynierem, takim od wagonów, czołgów i samolotów. I to by mi bardzo odpowiadało.

– Czego jeszcze chciał Święty Słoń was nauczyć? – Pytanie zadał Tatuś po przyniesieniu sobie butelki piwa z lodówki. – Język mi przysechł do podniebienia w czasie rozmowy – wyjaśnił Mamusi, przyglądającej mu się z dezaprobatą.

– Na końcu on powiedział – kontynuował Romuś – że jeśli jeszcze nauczymy się wrzucać takie małe pigułeczki do herbaty, aby nikt nie widział, i używać szeroki nóż jak ten do ciachania upieczonej kaczki – tak powiedział – to będziemy znakomitymi terrorystami. I on nas tego wszystkiego nauczy, że hej – powiedział.

– O! O! Właśnie – włączyła się milcząca od pewnego czasu Jola. – On na końcu mówił właśnie „że hej”. Mnie to się bardzo podobało. Sama będę tak mówić.

– Kochane moje serduszka – Mamusia zebrała się w sobie. – Czuję zamieszanie w głowie. Wy tego wszystkiego nasłuchaliście się chyba w telewizji, prawda?

Nie czekając na reakcję dzieci, odwróciła się w kierunku Tatusia. – Co to za kretyński program dzieci oglądały? To twoja wina, że nie zablokowałeś tych dwóch kanałów telewizyjnych, gdzie nieprzerwanie mówią o Bogu, patriotyzmie, tradycji oraz walce ze złem używając takich słów i wygłaszając takie poglądy, że nie tylko dzieci ich nie rozumieją! – Po przekazaniu mężowi szorstkich oskarżeń odwróciła się do dzieci.

– Moje serduszka! Bardzo mi przykro, ale to jakieś nieprozumienie. Tu nie było ani nie ma żadnego słonia. Słonie nigdy nie chodziły przebrane za Mikołaja. Tak było za moich czasów, kiedy byłam dzieckiem i tak jest teraz. Może na tym dzisiaj skończymy, dobrze? Kolację już zjedliście, bo wam przygotowałam, to teraz idźcie się umyć …i do łózia.

– My chcemy Świętego Słonia na własność – energicznie oświadczyła najmłodsza latorośl, Kasia. On jest najlepszy i ja go kocham. Ma najwięcej upominków i nauczy walczyć Romusia i Adasia. Nie to, co ten czerwony, od którego śmierdziało piwskiem. Nie pójdziemy spać jak nam nie obiecacie Świętego Słonia. Prawda dzieci? – zwróciła się do rodzeństwa. Cała trójka przytaknęła energicznie, nie pozostawiając wątpliwości, że będą walczyć do upadłego.

– Jeśli się nie zgodzicie, to my nie pójdziemy spać – potwierdził energicznie Romuś.

– To ja was nie utulę do snu i nie opowiem wam bajki – odpowiedziała zdenerwowana już Mamusia.

– Ja nie chcę żadnej bajki. Ja chcę Świętego Słonia! A nawet jak pójdziemy spać, to będziemy płakać całą noc. Prawda dzieci! – żałośnie odezwała się Kasia. W jej oczach znowu pojawiły się łzy.

– A jak zaśniemy to i tak będą nam się śnić potwory. A ja to nawet mogę zesikać się w majtki – zapewnił z przekonaniem Romuś. – To się każdemu zdarza, nawet ludziom dorosłym, kiedy są bardzo zdenerwowani.

Rodzice patrzyli na siebie zaskoczeni. Zastanawiali się, co robić.

– Co to za dziwaczna historia z tym Świętym Słoniem? – niepewnie zapytała Mamusia zwracając głowę w kierunku pana domu.

– Ten Święty Słoń to nie jest żaden wymyślony, Mamusiu! – zapewnił ją pocieszająco Adaś. Pozostałe dzieci mu zawtórowały, krzycząc jedno przez drugie:

– Sama możesz go zobaczyć. Jest w salonie. Chcieliśmy wam to powiedzieć wcześniej, ale wy ciągle pytacie nas o coś!

Rodzice rzucili się w kierunku salonu. Mamusia była najbliżej, pierwsza otworzyła drzwi i stanęła w progu.

Na kanapie siedział Święty Słoń. Spostrzegłszy dzieci, domyślił się, że dwójka dorosłych to ich rodzice. Unosząc się nieco z kanapy, aby było go lepiej widać, odezwał się uśmiechając się dostojnie.

– Miło mi poznać rodziców tak wspaniałych, inteligentnych i rozmownych dzieci. Na pewno wspomniały państwu o upominkach. Mam oczywiście podarki także dla pani i dla pana. Będę zachwycony, jeśli zechcecie państwo je przyjąć. To drobiazgi: kolia z naturalnych pereł dla pani i zloty sygnet z turkusem dla pana. U nas, w Indiach, nie zapomina się o rodzicach.

Mamusia przyglądała mu się uważnie, kiedy mówił. Święty Słoń miał na sobie wspaniały odświętny strój. Jego szyję zdobił szal z brokatu, zasłaniając część uszu, a czoło przysłaniał wzorzysty materiał w kwiaty. Kły pokryte były płatkami złota i srebrnymi bransoletami. Na grzbiecie Święty Słoń miał królewską kapę obrzeżoną czarnym pasem ze złotymi frędzlami, a na stopach srebrne dzwoneczki.

– To musi być jakiś maharadża – pomyślała Mamusia i całkiem już uspokojona odpowiedziała:

– To miło, że pan nas odwiedził, Święty Słoniu. Dzieci opowiedziały nam tyle cudowności o panu. Jest pan nadzwyczajny. Proszę tylko uważać, Święty Słoniu, aby przypadkiem nie zrzucił pan łokciem tej różowej doniczki z parapetu. Będę panu za to szczerze wdzięczna, bo to mój ulubiony kwiat – odpowiedziała Mamusia i chciała jeszcze coś dodać, lecz przeszkodziły jej dzieci.

– Musimy już iść spać, Święty Słoniu. Ale zobaczymy się jutro – wołały jedno przez drugie.

– My też się musimy pożegnać, bo zrobiło się późno – powiedziała Mamusia. – Zapytam jeszcze tylko czy woli pan, aby zwracać się do pana Święty Słoniu czy Słoniu Mikołaju?

– Jak pani sobie życzy, madame. Odpowiadają mi obydwie formy. 

– Wobec tego proszę spokojnie odpoczywać. Gdyby pan życzył sobie coś do picia, to tu obok stoi karafka z wodą źródlaną oraz szklanka. Pijemy tylko ekologiczną wodę źródlaną lub mineralną. I oczywiście serdecznie dziękujemy, Święty Słoniu, za wspaniałe upominki.

– Naprawdę nie ma za co. My, Święte Słonie, lubimy dawać upominki. W Indiach to bardzo długa i piękna tradycja.

Ostatni wychodził Tatuś. Odwrócił się na moment i wyszeptał:

– Wpadnę do Pana, Słoniu Mikołaju, za kilka minut, to porozmawiamy. Chciałbym się zapisać na to szkolenie wojskowe. Potrzebuję więcej ruchu i motywacji do czynienia dobra. Oczywiście wierzę w Boga i jestem patriotą. Doskonale rozumiem, że to konieczne. Mam nadzieję, że lubi pan zimny browarek?

– Owszem, dziękuję, z przyjemnością – odpowiedział poważnie Święty Słoń i oczy zaszkliły mu się ze wzruszenia.

Michael Tequila
Gdańsk, 28 grudnia 2020

0Shares

Kat. Opowiadanie.

To już całe opowiadanie. Wreszcie je dopracowałem. Proszę mi wierzyć, to masa roboty. Mam nadzieję, że się Państwu podoba.
Pozdrawiam serdecznie,
Autor

Na sześćdziesiąte urodziny swojej babki, Katarzyny Kaszmir, Maurycy zaprosił kata. O zaproszeniu tej jednej osoby nic nikomu nie powiedział, przede wszystkim samej zainteresowanej. 

Maurycy od początku nie był entuzjastą organizacji tych urodzin. Do zaangażowania się trzeba było go przekonać. Największą rolę odegrała w tym jego cioteczna babka, Karolina, siostra Katarzyny. Stać ją było na to, aby – nie przejmując się wrażliwością krewniaka – wyrazić swoją prośbę w bardzo bezpośredni sposób.

– Maurycy! Masz dwadzieścia pięć lat, umiesz pisać i czytać, nie masz nic do roboty. Zamiast obijać się po mieście, pić piwo i podrywać mężatki, zajmij się lepiej organizacją urodzin swojej babki. Masz ją tylko jedną a rocznica jest wyjątkowa. Jej organizacja nie wymaga nadzwyczajnych kwalifikacji. Nie chodzi o gastronomię ani o przygotowanie pomieszczeń, tylko o sporządzenie listy gości i wysłanie im zaproszeń. No i zorganizowanie jakichś atrakcji. Musisz wymyśleć jakiś program. Jestem przekonana, że potrafisz zrobić to wszystko, tym bardziej, że niezwykłych pomysłów nigdy ci nie brakowało.

Zaproszenie prawdziwego kata, pracującego lub kiedyś wykonującego  ten zawód, miało być niespodzianką, dobrze przemyślaną i oryginalną rozrywką. Katarzyna Kaszmir była zawodową aktorką i grywała także w sztukach dramatycznych opartych na różnych scenariuszach. Lubiła też literaturę kryminalną i detektywistyczną. Obecność kata, odpowiednio ubranego i wyposażonego w symbol władzy katowskiej, nie powinno jej niemile zaskoczyć – rozumował Maurycy. Miał w tym także swój własny plan.

Zaproszeni byli ludźmi z kręgów towarzyskich, w jakich babka obracała się przez swoje długie zawodowe życie: miłośnicy teatru, literatury i bibliotek, autorzy, krytycy, recenzenci, wydawcy i kilka innych postaci określanych mianem celebrytów.

– Razem z tym swoim doborowym towarzystwem babcia Kasia zasługuje na nietypowe potraktowanie – mruknął do siebie Maurycy, zaklejając kopertę z zaproszeniem dla kata.

Kat nazywał się Patryk Radwan. Nie pracował już w zawodzie, był na emeryturze. Zanim Maurycy go zaangażował, zebrał o nim informacje z różnych źródeł. Nie chciał popełnić błędu włączenia do ważnej imprezy niewłaściwego człowieka. Mając już podstawowe dane w ręku, umówił się Radwanem, aby przeprowadzić z nim rozmowę, która uzupełniłaby luki i wyjaśniła szczegóły dotyczące jego kariery zawodowej.

Kat Radwan okazał się zwalistym, wysokim mężczyzną o rumianej twarzy wieśniaka i sumiastych wąsach starodawnego szlachcica. Spotkali się w barze hotelu „Nepot”. Po zamówieniu czegoś do picia, Maurycy poprosił gościa, aby w krótkich słowach powiedział coś o sobie.

– W charakterze kata pracowałem w Stanach Zjednoczonych przez dziesięć lat. Było to w stanie Virginia. Wykonałem egzekucję czterdziestu czterech osób. Na początku więzienie korzystało z krzesła elektrycznego, potem były już zastrzyki trucizny. Stosowaliśmy głównie tiopental. Takie jest najkrótsze streszczenie mojej kariery w tym zawodzie.

Maurycy pomyślał, że była to odpowiedź w iście katowskim stylu, raz a dobrze. Wywnioskował, że Radwan ma szczególne poczucie humoru, kiedy ten mu powiedział z całą powagą, że skazańcy, na których miał dokonać egzekucji go lubili podczas gdy on ich nienawidził.

– Skąd pan wie, że pana lubili? I dlaczego miał ich pan nienawidzić?

– Nienawidziłem ich, bo byli to bezwzględni przestępcy i z ich powodu miałem niekiedy wyrzuty sumienia.

– Ale przecież żaden z nich nie mógł wiedzieć, że to pan będzie dokonywać na nim egzekucji. Takich informacji nie udostępnia się osobom skazanym na karę śmierci.

– Oficjalnie nie, ale i tak wszyscy oni dowiadują się o tym przed egzekucją. Nie wiem po co to robią, ani co to im daje.

W trakcie rozmowy ustalili szczegóły wystąpienia kata na urodzinach. Miał on odegrać w nich ważną aczkolwiek nietypową rolę.

Partię gości spoza miasta przywiózł ze stacji kolejowej wynajęty mikrobus. Pod dom solenizantki podjechał punktualnie, dwadzieścia minut po przyjeździe pociągu. Maurycy obserwował wysiadających. Kata poznał od razu, jak tylko wyszedł z mikrobusu. Był ubrany w szary flanelowy garnitur w paski i miał przy sobie wielki topór. W głowie Maurycego kotłowało się. Myślał o tym, co miało się zdarzyć, martwiąc się, czy plan się powiedzie i impreza się uda. Wróciły dawne niespokojne wspomnienia. Aby oderwać się od nich, skoncentrował się na Radwanie.

– Przyjechał kacisko i przywiózł ze sobą wielki topór. Błyszczy z daleka, nie sposób go nie zauważyć. Zatłucze tę gadzinę, moją babkę. Tak obrzydziła życie memu ojcu, że nie miał czasu ani siły, aby mnie wychować.

Maurycy przypomniał sobie szczegóły swojego dzieciństwa. Babka Katarzyna przez wiele lat maksymalnie wykorzystywała Jana, jego ojca. Maurycy miał bardzo jasny pogląd na ten temat. Babka przekazała ojcu do prowadzenia, a właściwie to kazała mu prowadzić dużą firmę odzieżową, stanowiącą od pokoleń własność rodziny. Sama nie była w stanie – jak mówiła – sprostać wszystkim obowiązkom domu, pracy w teatrze i biznesu, albo po prostu nie miała już chęci osobiście zarządzać firmą. Ojciec był dla Maurycego dobry ale nie miał dla niego czasu, zaniedbał go. Matka Maurycego sama nie umiała sobie poradzić z synem. Po kilku aresztowaniach i dwóch krótkich pobytach w więzieniu Maurycy nabrał głębokiego przekonania, że ojciec zmarnował mu życie. Nie mogąc zapewnić mu właściwego wychowania, widząc jak się wykoleja, ojciec popełnił samobójstwo.

– To przez babkę Katarzynę się zabił, a ja się zmarnowałem. Przepuściłem wszystkie pieniądze, jakie ojciec mi zostawił, i teraz muszę żyć na garnuszku tej wiedźmy.

Maurycy nie znosił babki, lecz skrzętnie to ukrywał. Nikt nie miał prawa o tym wiedzieć, ona sama najmniej. Jeśli rozmawiał z kimś o niej, to jedynie z przyjacielem ze szkoły, Cezarym, z którym się spotykał, aby razem pić do upadłego. Czasem rozmawiał na głos sam ze sobą. Treść była ta sama.

– Jest brzydka, choć wszyscy mówią, że to nieprawda, że ma oryginalną urodę. Ja tej urody nie widzę, mimo że staram się rozumieć innych ludzi. Jeśli mówią, że babka jest urodziwa, to chciałbym wiedzieć, w czym się to wyraża.

Maurycy widział tylko jej brzydotę. Zmarszczki pod oczami, pypeć na lewym policzku, jak to nazywał. Inni uznawali to za uroczy pieprzyk.

Solenizantka uznała obecność kata za oryginalny i zabawny pomysł. Jak tylko przedstawiono jej Patryka Radwana, podjęła z nim rozmowę. Pytała o szczegóły. Jak wykonywał egzekucje, jak się do nich przymierzał, także o wyrzuty sumienia. Odpowiadał szczerze, w sposób dla niego typowy, krótki i szarmancki.

– Wyrzuty sumienia to na pewno nie. Miałem je tylko na początku, potem mi przeszło, kiedy sobie uświadomiłem, że uśmiercam tylko morderców, podżegaczy do zbrodni i podobnych łajdaków.

W trakcie rozmowy z katem, ktoś podszedł do Katarzyny. Miała jeszcze inne obowiązki, była panią domu. Nie mogła dłużej z nim rozmawiać, wyjaśniła mu, że musi odejść. Aby nie pozostawiać gościa samego poprosiła siostrę, Karolinę, aby w jej miejsce kontynuowała rozmowę z Radwanem. Pomyślała, że to szansa dla niej, aby poznać kogoś nowego i interesującego. Karolina była tak krótko mężatką, że wiele osób wciąż uważało ją za starą pannę.

– Nie dziw, że nikt jej nie chce. Jest zbyt podobna do Katarzyny. Ta sama krew – pomyślał Maurycy, uważnie obserwujący wszystko, co dzieje się na sali. Starał się kontrolować rozwój sytuacji.

Karolina i Patryk Radwan rozmawiali z ożywieniem najpierw w salonie, nieco na uboczu, pod wielkim oknem, potem udali się na przechadzkę po parku okalającym dom z dwóch stron.

Po dłuższym czasie nieobecności z parku wrócił tylko kat. Nie skierował się do sali ogólnej, gdzie przebywali goście, tylko na taras z boku budynku, gdzie przebywała Katarzyna Kaszmir razem z Maurycym. Kat trzymał w prawej ręce za włosy ludzką głowę. Była to głowa Karoliny; z szyi kapała jeszcze krew. Maurycy omówił tę scenę wcześniej bardzo dokładnie z Radwanem. Rekwizyt był przygotowany w umówionym miejscu w parku.

Maska twarzy Karoliny była wykonana w sposób idealny. Kosztowało to charakteryzatora masę pracy. Był to podstawowy rekwizyt przedstawienia granego przez kata.

Efekt był bardziej przerażający niż to przewidział Maurycy. Chciał tylko babkę przerazić, ukarać ją za to, co zrobiła z jego ojcem. Był przekonany, że zareaguje spokojniej, była przecież zawodową aktorką, osobą przyzwyczajoną do niezwykłych inscenizacji.

Na widok głowy siostry Katarzyna upadła na taras, dostała drgawek, po czym znieruchomiała.

– To zawał serca – po krótkim badaniu stwierdził lekarz przybyły z salonu razem z innymi gośćmi, kiedy Maurycy zaczął wzywać pomocy. Maurycy przypomniał sobie, że sam umieścił nazwisko lekarza na liście zaproszeń sugerując się opinią babki, że był on wielbicielem jej talentu i oglądał wszystkie jej wystąpienia teatralne. Lekarz natychmiast wezwał karetkę pogotowia ratunkowego. Jak tylko przyjechała, powiedział rozkazująco:

– Proszę się rozejść. Nic państwo tu nie pomożecie. Chodzi o natychmiastową pomoc. Ja się tym zajmę, pojadę z nimi, pomogę ją reanimować w drodze do szpitala. Proszę pozostać na miejscu. Możliwe, że przyjedzie tu policja. Mam obowiązek ich zawiadomić o takim zdarzeniu.

Kilka godzin później Maurycy otrzymał telefon ze szpitala. Dzwonił lekarz.

– Pańskiej babci nie udało się uratować. Bardzo mi przykro z tego powodu.

Maurycy zastanawiał się, co czuje. Był zdezorientowany. Tłumaczył sobie:

– To nie była moja wina. Nikt tego nie mógł przewidzieć.

Odczuł ulgę, kiedy wyjaśnił sobie, że tak musiało być, że śmierć ojca została pomszczona i była to jego zemsta zza grobu.

Rozprawa odbywała się w dużej, staromodnie zabudowanej sali sądowej. Maurycy uczestniczył w niej w charakterze oskarżonego o usiłowanie spowodowania śmierci. Po ustaleniu podstawowych faktów i przesłuchaniu dwóch świadków, sędzia zażądała od prokuratury dokładniejszego zbadania okoliczności związanych z pożarem domu.

Maurycy uznał, że rozprawa nie poszła we właściwym kierunku. Spodziewał się, że dochodzenie zatrzyma się w miejscu z braku dowodów wskazujących, kto konkretnie wywołał pożar, i całe zdarzenie rozejdzie się po kościach. Tłumaczył się, że zorganizował wszystko za wiedzą i aprobatą babki. Patryk Radwan twierdził natomiast, że miał pewne obawy co do sceny z obciętą głową, ale zleceniodawca uspokoił go zapewniając, że zna dobrze swoją babkę i jej stan zdrowia, i wszystko będzie w porządku.

– To, czego oczekiwał ode mnie pan Maurycy Kaszmir, było tak niezwykłe, że z obawy o konsekwencje mimo jego zapewnień poprosiłem go o potwierdzenie zlecenia na piśmie. Mam je przy sobie.

Na życzenie sądu pokazał pismo sędzi; ta, po przeczytaniu go, poleciła włączyć je do akt. Sąd nie dopatrzył się w dokumencie niczego nadzwyczajnego.

Dwa dni po rozprawie Maurycy otrzymał list.

– Maurycy, o mało co mnie nie wykończyłeś. Nigdy bym cię nie posądziła o taką wyobraźnię i takie postępowanie. To była gruba przesada, jeśli chodzi o rozrywkę. To, co uczyniłeś, było okropne. Uznałam, że miałeś nieudany dzień i skłonna jestem ci wybaczyć. Ty zagrałeś „va bank”, ja również, dlatego upozorowałam własną śmierć. Moja przyjaciółka obserwowała spacer kata Patryka z moją siostrą. Poszła za nimi i widziała wszystko. Zdążyła ostrzec mnie w porę.

– Ten wypadek był wyrokiem losu – pomyślał Maurycy i czytał dalej.

– Chyba zawsze posądzałeś mnie, że zrujnowałam życie twojego ojca. Teraz sprawa jest jasna. Chciałeś mnie przetestować, dać mi nauczkę. Martwię się o twój stan psychiczny. Być może to nic poważnego, ale powinieneś skorzystać z pomocy psychoterapeuty. Musisz się zmienić. Jeśli tego nie zrozumiałeś, to powiem się ostrzej:  musisz się leczyć. Stawiam to jako warunek naszego porozumienia. Jeśli tego nie uczynisz, wydziedziczę cię, bo nie będziesz się nadawać nawet na parobka do sprzątania nawozu ze stajni. Chociaż nie! Może koń cię kopnie i wbije ci do głowy trochę rozumu. To może być jednak niebezpieczne, bo równie dobrze może skończyć twój nędzny żywot!

Maurycy przyjął list z ulgą. Babka żyła i to było najważniejsze. Tym razem to ona go przechytrzyła. Miał jeszcze nadzieję, że wróci do jej łask. Nie przekreśliła go całkowicie. Swoją przebiegłością i porównaniem go do parobka zraniła go bardziej niż sugestią wydziedziczenia. Bardzo go to zabolało.

Cztery tygodnie później w nocy spłonął dom Katarzyny Kaszmir. Była wewnątrz budynku. Maurycy nie miał co do tego wątpliwości; obserwował babkę od pewnego czasu, aby dokładnie poznać jej zwyczaje. Oglądał też pożar z oddali i słyszał kobiece krzyki.

Zaraz po straży pożarnej przyjechała policja. Skutki były tragiczne. W pogorzelisku znaleziono zwęglone ciało kobiety.

– Katarzyna Kaszmir zginęła tragicznie. Tym razem naprawdę. – Lokalna prasa rozpisywała się obszernie o pożarze i jego ofierze przez kilka dni. 

Wkrótce rozpoczęto zakrojone na szeroką skalę śledztwo. W kręgu podejrzanych znalazła się służba pani domu, przede wszystkim kucharz zwolniony przez nią kilka tygodni wcześniej, oraz Maurycy. Policji nie udało się niczego mu udowodnić. Już po pierwszym przesłuchaniu był przekonany, że tak właśnie będzie. Dom podpalił nie pozostawiając śladów mogących doprowadzić śledczych i prokuratora do sprawcy pożaru. Był jedną z wielu osób przebywających w domu lub w jego pobliżu w ciągu ostatniego miesiąca. Kilka dni przed pożarem podłożył specjalny zapalnik, którego obudowa stopniała i wyparowała pod wpływem wysokiej temperatury.

Czekał na uspokojenie się sytuacji. Był szczęśliwy, że wreszcie wszystko się stabilizowało. Był też pewien, że do dnia pożaru babka nie zdążyła zmienić testamentu. Nie zrobił niczego, co mogłoby ją nastawić negatywnie do niego. Wręcz przeciwnie, starał się prowadzić jak najbardziej przykładne życie. Zaczął nawet poszukiwać pracy. Zadbał o to, aby ta wiadomość dotarła do babki Katarzyny, co prawdopodobnie podniosło jego notowania. W przypadku pozytywnego rozwoju wydarzeń, planował kilkutygodniową wycieczkę zagraniczną. Przemyślał nawet, jak to zrobi. Pieniądze na nią pożyczyłby z banku, później spłaciłby ze swojego udziału w spadku.

Niecały tydzień później, z samego rana, do drzwi mieszkania Maurycego zapukał oficer policji.

– Wygląda na generała, tyle ma odznaczeń – pomyślał Maurycy zaskoczony nietypową wizytą. Za oficerem stał drugi policjant, młodszy i niższej rangi. Mężczyzna stojący za progiem przedstawił się:

– Podinspektor policji Damian Narożny. A to jest detektyw policyjny sierżant Józef Paliwoda.

Z wszystkiego, co usłyszał, Maurycy zapamiętał tylko nazwisko Paliwoda. Szumiało mu w uszach, czuł ssanie w żołądku. Nie rozumiał tego, ponieważ nigdy wcześniej, nawet w najbardziej opresyjnych sytuacjach nic takiego nie odczuwał. Znający go ludzie mówili o nim, że ma skórę słonia.

– Jest pan aresztowany pod zarzutem podpalenia domu pani Katarzyny Kaszmir i usiłowania jej zabójstwa.

Maurycy domyślił się, że coś poszło zdecydowanie nie tak, jak zaplanował, ale nie upadł na duchu. Postanowił walczyć.

– Nie mam pojęcia o co chodzi – odpowiedział zdecydowanym tonem.

– Nie szkodzi. Nie musi pan wiedzieć. Mam nakaz aresztowania. Tam, gdzie pana zabierzemy, będzie się mógł pan wytłumaczyć ze swojej niewiedzy.

– Co mam ze sobą zabrać? – zapytał zrezygnowany Maurycy, gotów udać się od razu w głąb mieszkania, aby zebrać i włożyć do plecaka niezbędne rzeczy.

– To, co pan chce, ale tylko rzeczy osobiste. Zrobi pan to w asyście sierżanta Paliwody. Tylko bez żadnych wygłupów, bo w razie jakichkolwiek wątpliwości sierżant natychmiast obezwładni pana, a to może być bolesne.

Po opuszczeniu domu i zamknięciu drzwi na klucz, Maurycy zajrzał do skrytki pocztowej. Był tam tylko jeden list. Zabrał go ze sobą, nie sprawdzając nawet, kto był nadawcą. W samochodzie usiadł na tylnym siedzeniu obok sierżanta. Jadąc siedział nieruchomo i gapił się w milczeniu przez okno. Podinspektor popatrzył na niego przekręcając głowę z przedniego siedzenia.

– Ma pan teraz czas. Może pan spokojnie przeczytać ten swój list.

Maurycy otworzył kopertę obrywając jej boczną krawędź palcami. Serce w nim zadrżało, kiedy rozpoznał charakter pisma. Zaczął czytać.

– Nie wiem jak się do Ciebie zwracać, bo na pewno nie „Drogi Maurycy”. Wiedz, że mam prawo serdecznie cię nienawidzić po tylu udrękach, jakie na mnie sprowadziłeś. Tym razem wyeliminowałeś się sam. Domyśliłam się, że twój stan psychiczny nie polepszył się i nie popuścisz, dopóki nie uczynisz czegoś okropnego. Nie miałam pojęcia, co to mogłoby być. Pomyślałam, że zechcesz zrobić coś, aby mnie postraszyć bardziej niż za pierwszym razem.  Dlatego kazałam cię śledzić. Cały czas chodził za tobą detektyw. Byłeś zbyt pewny siebie i chyba także zbyt głupi, abyś to zauważył. Nawet nie spostrzegłeś, że wokół domu poleciłam zainstalować kamery. Nie sądziłam jednak, że stać cię na taką podłość, że spalisz dom, aby mnie ostatecznie unicestwić. Na szczęście byłam nieobecna, musiałam wyjechać na kilka dni do rodziny. Podpalając dom, niczego nie osiągnąłeś. Wewnątrz była tylko gosposia, która zdążyła uciec. Uratowała się cudem. Informacja o ludzkich szczątkach znalezionych wewnątrz służyła tylko uśpieniu twojej czujności. Nie był to mój pomysł. Dom był ubezpieczony, w związku z czym nic nie straciłam. Mam jego plany i mogę go odbudować w takiej samej postaci. Lubię teatr dramatyczny, ale to, co zrobiłeś, przerasta ludzkie wyobrażenie. Wydarzenia wywołane przez ciebie uznałam za najbardziej tragiczne chwile mojego życia.

Przebywając w areszcie śledczym Maurycy otrzymywał listy. Wszystkie pochodziły od babki Katarzyny. Uznał, że go prześladuje, choć nic prześladowczego w nich nie było. Pojawiły się w nim wyrzuty sumienia. Odrzucał je od siebie. Babkę wciąż nazywał starą, podłą klępą oraz dręczycielką. Potem nachodziły go myśli, że ona w ogóle nie istnieje, że ją sobie wymyślił, że wychowywał się bez ojca a nawet go nie znał.

Katarzyna Kaszmir była zawsze kilka kroków do przodu. Pisała mu co się zdarzyło, w końcu także o tym, co się zdarzy.

Tydzień przed procesem otrzymał list w żółtej kopercie. Nigdy wcześniej nie otrzymał takiej przesyłki. Ucieszył się, że to nie od babki. Pomylił się. Tym razem napisała mu o zbliżającej się rozprawie sądowej, przewidując jaki zapadnie wyrok. Było tak, jak zapowiedziała. Sąd skierował go na badania do szpitala psychiatrycznego.

– To tylko badania – pocieszał się. Miał pojechać tam prosto z aresztu.

Zaraz po zakończeniu rozprawy sądowej, otrzymał kolejny list. Koperta była bez znaczka. Wyglądało na to, że ktoś specjalnie przyjechał do aresztu sądowego, aby go doręczyć adresatowi w odpowiednim czasie.

– Cieszę się, że wreszcie otrzymałeś zaproszenie na stały pobyt tam, gdzie zawsze było twoje miejsce. Nie martw się. Będę cię regularnie odwiedzać. Będziesz paradować w białym mundurku z rękawami zapinanymi na plecach na klipsy, a ja będę mieć na sobie moją najlepszą garsonkę, tę, w której najbardziej mnie nienawidziłeś. Możesz liczyć na mnie, będę ci służyć w formie wyrzutów sumienia. Ilekroć mnie zobaczysz, będziesz żałować swojej głupoty i okrucieństwa. Obudziłeś w sobie najgorsze duchy naszej rodziny. Czeka cię jeszcze jedna niespodzianka; nie zgadniesz jaka, ja ci też tego nie zdradzę. Niespodzianka to niespodzianka.

Samochód z podsądnym zatrzymał się na placyku przed wejściem do szpitala. Najpierw wysiadł strażnik więzienny, potem Maurycy. Wśród trzech osób, które czekały na niego, był także …. Tego się nie spodziewał. Zrozumiał, co babka miała na myśli pisząc o niespodziance. To był Patryk Radwan, masywne chłopisko ze swoim nieodłącznym towarzyszem – wielkim katowskim toporem. Stał spokojnie i czekał, aż Maurycy podejdzie bliżej. Przywitał się z nim jak z dobrym znajomym. Nie rozmawiali długo.

– Będę czekać na ciebie. Skontaktuj się ze mną po południu, to pogadamy. Mam tu pokój gościnny. To numer 13, przynoszący szczęście. Dziś wieczorem wygłaszam tutaj prelekcję. Będę opowiadać o moim zawodzie, o występach w roli kata. Wyobraź sobie, ci ludzie tutaj w większości biorą mnie za prawdziwego kata, podobnie jak ty, choć byłem tylko aktorem charakterystycznym grającym takie role. Przyjdź, przypomnisz sobie swoją własną przeszłość i zlecenie, jakiego mi udzieliłeś. Musisz wiedzieć, że kiedy to uczyniłeś, nie zadając sobie trudu sprawdzenia, gdzie pracowałem i co robiłem w ostatnich latach, byłeś już przegrany. Twoja babka Katarzyna to moja koleżanka ze sceny. Przyjaźniliśmy się. Powiedziałem jej o wszystkim. Nie grałeś nigdy w teatrze, byłeś amatorem i to jest twoja największa słabość. Dobry byłeś tylko w jednym; wspaniale udawałeś osobę zaburzoną psychicznie, aby wykończyć Katarzynę i przejąć majątek rodzinny, którym dysponuje. Teraz musisz dokonać poważnego wyboru, najpoważniejszego w twoim życiu. Pierwsza możliwość jest taka, że nadal będziesz grać osobę psychicznie niezrównoważoną, niebezpieczną dla otoczenia … i wtedy pozostaniesz tu na stałe. Druga możliwość, przyznasz się do świadomie popełnionych przestępstw i wtedy dostaniesz dożywocie za podpalenie domu i usiłowanie dwóch zabójstw z premedytacją. Masz na koncie też kilka szantaży i dwie krótkie odsiadki w więzieniu. W średniowieczu ktoś taki jak ja musiałby skrócić cię o głowę.

Masz jeszcze trzecie wyjście. Skończyć ze sobą. Ale nie życzę, ani nawet nie rekomenduję ci tego. Gdybyś się jednak na to zdecydował, doradzę ci, jaka trucizna jest najłagodniejsza w rozstaniu się ze światem. Jeśli mnie oczywiście poprosisz o radę. My, zawodowi aktorzy, niczego nie robimy na siłę, w odróżnieniu od amatorów, takich jak ty, którzy ubarwiają fikcję, myśląc, że dokonują czegoś realnego. Życie to wielki teatr, w którym trzeba umieć grać.

Michael Tequila,
Gdańsk, 27 grudnia 2020

0Shares

Głowy w autobusie do Dżajpuru. Opowiadanie.

Odc. 1 Marzenia

Podróż do Indii była dla Piotra Praktyka potrzebą serca, marzeniem marzeń. Kraj wielkości kontynentu stanowił dlań ogromną, bogatą i kolorową świątynię duchowej niezwykłości, łączącej różne religie, tradycje i zwyczaje. Sama mozaika religii mogła zamieszać w głowie; począwszy od hinduizmu, najstarszej i najbardziej powszechnej religii, przez buddyzm, sikhizm i dżinizm, a skończywszy na chrześcijaństwie. Był to kraj, gdzie od wieków miały miejsce zdarzenia przerastające ludzką wyobraźnię.

Piotr Praktyk zobaczył to we śnie, barwny, wijący się jak wąż korowód osobliwości: brodaci guru, wychudli fakirzy, grzechotniki tańczące na dźwięk fletu, święte krowy, panteon bóstw, bogiń i ich wcieleń, w końcu szalone bogactwa nababów i niewiarygodną nędzę mas. W jego pamięci pozostał bóg Ganeśa, przypominający czteroręcznego mężczyznę o głowie słonia z jednym kłem, złośliwego, ale kiedy się go udobruchało, bardzo pomocnego. Ganeśa posiadał cechy słonia, jego mądrość i siłę, a jego skóra była złota, czerwona lub niebieska, w zależności od nastroju. Praktyk zapamiętał atrybuty jego boskości: księgę, kieł, topór i wielki brzuch jako znak dobrobytu.

Wyobrażeń było znacznie więcej. Mangusta, zwierzątko, którego opis walki z grzechotnikiem miłośnik Indii znalazł w książce Norberta Wienera, ojca cybernetyki, jako ilustrację sprzężenia zwrotnego, także reinkarnacja, kamienie szlachetne wielkości męskiej pięści, wielkie, pracowite i spokojne zwierzęta pociągowe, które raził czasem atak szaleństwa. Był także mędrzec Sathya Sai Baba, głoszący jedność wszystkich religii i pogodzenie się z samym sobą. Praktyk widział go na video jak materializował z niczego, z pustej dłoni, białawy w kolorze święty popiół, którym posypywał głowy wiernych. W marzeniach podróżnika była jeszcze joga i praktyki duchowo-fizyczne, pozwalające ludziom dokonywać cudu – obywać się bez pokarmu, czerpiąc czystą energię z kosmosu. Był także zwyczaj uroczystego palenia zmarłych na wielkich stosach drewna i zrzucania ich prochów do świętej rzeki Ganges, w której codziennie dla zdrowia zanurzały się rzesze wiernych. Na liście zainteresowań Indiami znalazł się także Mahatma Gandhi, który oporem milczenia pokonał potężne imperium brytyjskie.

Najbardziej wyobraźnię Praktyka rozpalił jednak Lotan Baba, w języku angielskim zwany Rolling Saint, człowiek o głębokiej wierze i niewiarygodnej wytrzymałości. Praktyk kilkakrotnie oglądał go na filmie nie wierząc własnym oczom. Tocząc się po ziemi drogami polnymi i po asfalcie, w słońcu, deszczu i kurzu, Lotan Baba odbył podróż czterech tysięcy kilometrów z Ratlam do świątyni Bogini Vaishno Devi w Jammu. Towarzyszyła mu grupka wyznawców przygrywająca mu dźwięcznie na bębenku i innych instrumentach. Jego nieludzka odporność imponowała Praktykowi tym bardziej, że sam podejmował niejedno “święte” przyrzeczenie, którego nie potrafił dotrzymać.

Późną jesienią Piotr Praktyk oderwał się od marzeń i wykupił wreszcie wycieczkę w biurze podróży. W programie były dwa kraje: Indie i Nepal. Przygotowując się do wyjazdu, starał się zapamiętać jak najwięcej faktów, zdarzeń i miejsc. Niewiele to dało. Wygodnie uznał wtedy, że aby coś wspaniałego zapamiętać, trzeba to najpierw zobaczyć na własne oczy i przeżyć. Przed wyjazdem wynotował sobie tylko najciekawsze miejsca i zabytki wymienione w programie wycieczki.

Podróż rozpoczynała się na lotnisku międzynarodowym stolicy Nomadii. Tam miał się spotkać z pozostałymi uczestnikami wycieczki. Ich również był ciekaw. Był samotnikiem z natury i dawno już nie podróżował w większym towarzystwie.

Na dworzec kolejowy, skąd pociąg ekspresowy miał go zabrać do stolicy, trafił przed godziną piątą rano, pół godziny wcześniej niż trzeba. Było wyjątkowo dużo ludzi. Miał czas, więc ich policzył; razem z nim było czterdzieści osiem osób. Sam się zdziwił, czemu to uczynił, po co było mu to potrzebne. Od tego momentu nie mógł oderwać się od liczenia. W gorączce podróżnej odczuwał chyba potrzebę porządkowania rzeczywistości albo robił to bezwiednie, dla uspokojenia.

Przed wyjściem na peron sprawdził bilet. Miał miejscówkę w wagonie numer dwa. Zapamiętał numer wagonu i miejsca. Na peronie nie słuchał już zapowiedzi dotyczącej ustawienia wagonów. Było oczywiste, że wagon numer dwa będzie blisko początku pociągu. Okazało się, że na początku były wagony numer sześć, siedem i osiem, a wagony jeden, dwa i trzy na końcu. Wagonów numer cztery i pięć w ogólne nie było. Przeklinając, Praktyk pokonał dystans biegiem zdenerwowany i zażenowany, że nie słuchał zapowiedzi. W wagonie było ogółem czterdzieści pięć miejsc; większość była pusta, zajęte było łącznie dziewięć miejsc. Szybko obliczył, że to tylko dwadzieścia procent. To było proste.

Z dworca głównego w stolicy miał pociąg bezpośrednio na lotnisko, ale kasa biletowa nie wiadomo dlaczego była zamknięta. Czas naglił.

– W kolejce dojazdowej nie kupi pan biletu. Pozostaje panu tylko automat biletowy – życzliwe podsunął mu starszy podróżny, widząc go nerwowo rozglądającego się przy kasie.

Znalezienie automatu nie było proste, ale udało się w końcu. Kupując bilet dla siebie, Piotr Praktyk, kierując się współczuciem, kupił także bilet nieznajomemu mężczyźnie, który mu towarzyszył w poszukiwaniu kasy automatycznej.

– Jestem umówiony na lotnisku z przyjacielem i zabrakło mi pieniędzy. Przyjechałem tu do pracy i wyrzucili mnie po dwóch tygodniach. Nie wiem co robić. Wstyd mi wracać do siebie. Czy pan mógłby mi pomóc?

Zanim decyzja została podjęta Praktyk ocenił petenta rzutem oka: młody człowiek, słabo ubrany jak na zimową porę roku, zmęczony i nieogolony. Mówił z nieznacznym obcym akcentem. Razem wsiedli do kolejki. W wagonie Praktyk bez zastanowienia policzył pasażerów. Było czternaście osób. To go trochę zdenerwowało, bo miał tego nie robić. Postanowił więcej nie liczyć. Skoncentrował się na myśleniu o Indiach. Przed oczami stanął mu Lotan Baba, toczący się święty, zwykły, brodaty, skąpo odziany mężczyzna o niezwykłej sile ducha.

Odc. 2 Stambuł

Po drodze do New Delhi, pierwszego celu podróży w Indiach, była jeszcze przesiadka w Stambule. Tłum ludzi na lotnisku oddzielił Piotra Praktyka od jego grupy. Wkrótce znalazł się razem z innymi pasażerami w autobusie mającym ich dowieźć do samolotu odlatującego do New Delhi. Autobus nie ruszał, mimo że był pełny. Otoczony ciasno dziwnym tłumem Praktyk poczuł się nieswojo. Określił to w myśli jako rozmamłanie w kulturowej tożsamości.

Obok niego, z boku po lewej stronie, stał wysoki mężczyzna o ciemnej karnacji. Sądząc po wyglądzie był to Azjata. Jego głowa znajdowała się powyżej czupryny Praktyka; odczuł to jak niezasłużoną przykrość. Nie mając nic lepszego do roboty, przyglądał się dyskretnie współpasażerowi. Miał włosy podcięte pod donicę i kolczyki w uszach, na przegubie prawej dłoni błyszczały srebrne obrączki, z tyłu wygolonej czaszki świeciły blado dwie ukośne szramy. Mężczyzna miał na sobie markowe spodnie dresowe. Wyglądały elegancko. Piotr Praktyk zadał sobie pytanie, czy mówiąc o dresie można w ogóle myśleć o elegancji. Czarna skórzana kurtka i białe spacerowe Adidasy na nogach dopełniały ubiór obcokrajowca.

Piętro niżej od głowy Praktyka znalazł się zupełnie inny osobnik, niski, drobny, z długą czarną brodą i obfitymi bokobrodami. Na głowie miał zmyślnie ukształtowany różowy turban. Z uwagi na strój głowy Praktyk uznał go za Hindusa. Najbardziej zastanawiało go jego spojrzenie, wyrozumiała łagodność jak u Karola, dawnego przyjaciela Piotra, który wyjechał do Sydney.

Hindus miał na sobie płaszcz z ciemnoszarego materiału w pasy, w ręku bagaż, kolorową plastikową torbę z adresem sklepu odzieżowego w Toronto. Obserwator domyślił się, że podróżny przybył z Kanady, choć torba mogła znaleźć się w jego ręku zupełnie przypadkiem.

Trzecim obiektem zainteresowania Praktyka była kobieta. Stała tak blisko, że fizycznie czuł jej obecność. Wyróżniała ją twarz o połyskliwej, oliwkowej karnacji, oraz biust, sterczący przed nią jak taran do rozbijania męskich żądz. Podróżnik zobaczył w niej obiekt miłości osesków spragnionych mleka, ciepła i aksamitu. Spekulując swobodnie uznał, że wydatny biust nie tyle określa walory kobiety, ile podkreśla fakt, że konstrukcyjnie wybiega ona przed inne niewiasty co najmniej dwie miary kobiecości. W kwestii anatomii uznał jeszcze, że biustem znacznie bardziej może imponować niż biodrami, którym też nie można było nic ująć. Jej wiek oszacował między trzydzieści a trzydzieści pięć lat. Kobieta robiła sobie zdjęcia selfie czerwonym telefonem komórkowym, aby chwilę później przeglądać je w skupieniu, nie zwracając uwagi, że stojący za nią dwaj mężczyźni również je oglądali z takim zainteresowaniem, jakby obraz na małym był ciekawszy niż ona sama.

Po kilku minutach obserwacji Piotr Praktyk uświadomił sobie, że fantazjuje, unosząc się jak duch między pasażerami i węsząc niby wampir za ludzkim ciałem i krwią. Przestał o tym myśleć, kiedy doszedł go głośny krzyk dziecka gdzieś z głębi autobusu. Wszyscy obrócili głowy w tym kierunku. Krzyk przeszedł w rozpaczliwy płacz. Słysząc go Piotr Praktyk poczuł się niezręcznie nie mogąc nic pomóc. Uznał się za niewydarzonego przedstawiciela gatunku ludzkiego.

W samolocie przypadło mu miejsce przy oknie. Zaraz po nim przyszła kobieta. Nie poznał jej w pierwszym momencie, ani ona jego. Dopiero kiedy zaczęli rozmawiać, okazało się, że są z tej samej grupy wycieczkowej.

– Nie rozpoznaliśmy się, ponieważ widzieliśmy się zbyt krótko na odprawie przed odlotem z krajowego lotniska. Wszyscy patrzyli na zegarki, aby jak najszybciej znaleźć się w samolocie – wyjaśniła kobieta. Popatrzyła na Praktyka i dodała:

– Mam na imię Maria. Mówmy sobie po imieniu, będziemy w tej samej grupie przez dwa tygodnie. A jak ty masz na imię? – zapytała, jakby znali się od dawna.

Przed podaniem swojego imienia, Piotr przyjrzał jej się uważnie. Miała podłużną twarz, blond włosy i marzące oczy. Rozmowa potoczyła się szybciej. Kiedy Maria zapytała go, czy mogliby się zamienić miejscami, zgodził się bez wahania.

– To mi nawet odpowiada. W samolocie jest za mało miejsca, abym mógł wyprostować nogi. Siedząc przy przejściu będzie mi łatwiej wstać i trochę pochodzić, aby się rozruszać.  

Zanim samolot wystartował zapadła noc. Oboje patrzyli przez okno na wielką przestrzeń w dole, kiedy samolot opuszczał lotnisko. Powietrze było wyjątkowo przejrzyste.

– Nigdy nie widziałem piękniejszego widoku miasta nocą. Te pasma i pasemka oświetlonych ulic, różnej szerokości i kierunku, kwadraty placów i zaciemnione plamy parków. Czyż nie jest to zachwycające? – Piotr zadał pytanie, nie oczekując odpowiedzi. – Większość świateł jest jakby różowa a wielopiętrowe budynki wyglądają jak białe pionowe ramy.

Pojedyncza, przypominająca rozczapierzoną dłoń, błyskawica rozświetliła niebo i chwilę później wszystkie światła na dole zgasły jak na komendę. Piotr pomyślał, że musiała nastąpić wielka awaria sieci energetycznej.

– To tylko gęste chmury, w które wleciał samolot – wyjaśniła uprzejmie Maria. – Teraz już nic nie będziemy widzieć.

Piotr poczuł się rozczarowany. Aby zmienić nastrój zapytał:

– Lubisz latać samolotem?

– Bardzo. Nie odczuwam strachu jak niektórzy pasażerowie.

– Ja też lubię, z wyjątkiem tych momentów, kiedy samolot wpada w komin powietrzny. Pamiętam, jak raz spadał tak gwałtownie, że skrzydła wygięły się do góry. Zatrzymał się dopiero dwieście metrów nad lasem. Kapitan nam to powiedział. Byliśmy tak nisko, że widzieliśmy grzybiarzy machających do nas rękami.

Maria popatrzyła na sąsiada przestraszona, po czym zaśmiała się.

– Mam nadzieję, że będzie to bardzo udana wycieczka. Wiele sobie po niej obiecuję.

– Ja też. Myślę o zmianie wiary, chcę zostać buddystą. Oni są tacy spokojni, chodzą lekko ubrani i nie muszą pracować. A ty, Mario, nie myślałaś o zmianie religii? Kobiety podobno lubią zmiany. To nie byłby zresztą wielki przełom, bo Bóg podobno jest tylko jeden. W Indiach jest taki zestaw religii, że jest z czego wybierać. Na przykład hinduizm. Byłoby mi raźniej.

Maria zastanawiała się chwilę nad propozycją.

– Może następnym razem. Nie zabrałam ze sobą odpowiedniego stroju i nie znam języka hindi. Żaden z ich bogów by mnie nie zrozumiał. 

Odc. 3 New Delhi

Przylot do New Delhi nastąpił o godzinie piątej trzydzieści pięć rano. Po zakwaterowaniu się w hotelu Gautam Deluxe grupa ruszyła w miasto. Wstępne informacje były proste: New Delhi to trzecia aglomeracja świata, dwadzieścia sześć milionów mieszkańców, wielki węzeł komunikacyjny, centrum przemysłu i kultury, miasto uniwersyteckie z licznymi teatrami, galeriami, muzeami i zabytkami z okresu Wielkich Mogołów. Jest co zwiedzać.

Tego dnia obejrzeli sześć ważnych obiektów: Meczet Piątkowy Jama Masjid, Czerwony Fort nad rzeką Jamuną, Grobowiec Humajuna, budynek Parlamentu, Bramę Indii oraz świątynię Sikhów Gurudwara Bangla Sahib. Był to intensywny dzień: przejazdy rikszami, autobusem, długie marsze pieszo. Piotr Praktyk czuł się jak na obozie wojskowym. Jego wspomnienia poszatkował pośpiech. Oglądał Indie nie tak, jak sobie to wcześniej wyobrażał. Liczył na to, że będzie mieć trochę czasu ma refleksję, rozmowę jedną czy drugą w ciągu dnia, zapamiętanie tego, co najbardziej znaczące w historii i tradycji kraju. New Delhi nie zaoferowało mu tego luksusu. Nie było czasu zachwycić się czymkolwiek, przysiąść na ławce i choćby popatrzyć na Hindusów lub na wodę. Zapamiętał niewiele, często nie to, co trzeba, jakieś fragmenty, urwane oceny, przypadkowe widoki.

Przed Grobowcem Humajuna stały grupy uczennic.

Przyciągnęły jego uwagę; pierwszy raz widział dzieci hinduskie, zupełnie odmienne od jego wyobrażeń. Oczekiwał biedy, a zobaczył ład i porządek: dobrze utrzymane dzieci, jednolite mundurki szkolne w kolorze czerwono-białym, gładkie buzie, miłe uśmiechy, swobodne rozmowy. Był przekonany, że były to uczennice z zamożnych domów.

Najbardziej podobało mu się ich zachowanie. Podchodziły do ich grupy i pytały, czy mogłyby zrobić sobie zdjęcie z uczestnikami.

– Zawsze było na odwrót. To my pytaliśmy Hindusów, czy moglibyśmy zrobić sobie z nimi zdjęcie. Te dziewczynki robią zdjęcia z nami, traktując nas jak maskotki – skomentował ktoś z grupy. – W domu na pewno pokażą je rodzinie, rodzicom, przyjaciołom i powiedzą: O, popatrz na tego z siwą głową! Jaki on śmieszny! Ta czarna kurtka, spodnie turystyczne, plecak, czapka, okulary przeciwsłoneczne i wąsy. Ci Europejczycy to prawdziwa egzotyka!

Wieczorem poszli się przejść w kilka osób, aby zwiedzić okolicę hotelu. Bardzo szybko i niespodziewanie dotarli do większej ulicy z dziesiątkami sklepów i sklepików jubilerskich. Jeden z nich był wyjątkowo obszerny; wewnątrz było co najmniej dwadzieścia osób personelu oraz dwóch strażników z wysłużonymi karabinami.

– Broń chyba jeszcze z okresu imperium brytyjskiego – mruknął Praktyk na ich widok.

Rozeszli się po wielkiej sali, aby nacieszyć oczy bogactwem oryginalnych w kształcie i misternych w wykonaniu wyrobów ze złota i szlachetnych kamieni. Na zewnątrz sklepu jubilerskiego przewalały się tłumy ludzi; stragany i straganiki, sprzedawcy i ich klienci, turyści, rowery, riksze, samochody i autobusy. Nie to jednak zapadło w pamięć Praktyka, lecz chodniki uliczne wyglądające tak, jakby ktoś chciał je specjalnie źle ułożyć; nieprzerwane nierówności, dziury i garby.

Następnego dnia grupa miała wstać o godzinie piątej rano, znieść bagaż do recepcji o godzinie piątej trzydzieści, potem zjeść śniadanie i o godzinie szóstej wyjechać autobusem na lotnisko, skąd mieli udać się do Katmandu.

Kilka minut przed pobudką Praktyk zszedł do recepcji, aby zrobić parę zdjęć na pamiątkę jak wyglądał pierwszy hotel, oraz notatki. Nic z tego nie wyszło. W recepcji było ciemno, na sofach spali dwaj recepcjoniści. Nie było nawet stolika, przy którym można by usiąść.

Wyszedł na dwór. Panował tam przyjemny chłód. Naprzeciwko był wielki plac z samochodami osobowymi, autobusami i motocyklami, przypominający zatłoczony parking z małą stacją benzynową, a właściwie pompą do tankowania paliwa. Obok zauważył drugi budynek, Hotel Swarami De Luxe.

– Tutaj wszystko jest „deluxe” – mruknął do siebie, rozglądając się wokół i starając się wchłonąć jak najwięcej egzotyki.

Przed wejściem do hotelu na betonowych płytach spał rudy pies. Odchodzący w bok chodnik przecięty był poprzecznym wałem betonu wysokości dwudziestu centymetrów. Umieszczono w nim dwie plastikowe rury z przewodami elektrycznymi. Podróżnik przypomniał sobie wcześniejszy spacer po mieście.

– Ordynarna, prostacka robota – pomyślał. – Chodniki w New Delhi! Jeśli można coś spieprzyć w ich wykonaniu, to ci artyści to zrobili. To jest po prostu niewiarygodne.

Nie mieściło mu się w głowie, że naród prawdziwych mistrzów rzemiosła wykonujących koronkową robotę jubilerską może równocześnie tak brutalnie traktować obiekty użyteczności publicznej, z których sami korzystają.

Po powrocie do pokoju uznał, że niesłusznie ocenia Hindusów. Sam nie był ideałem; jak większość ludzi potrafił obchodzić się misternie z jedną częścią rzeczywistości i brutalnie traktować inną. Uznał, że to kwestia podejścia. Nie był jednak pewien, czy wyczerpuje to całą prawdę. Rzeczywistość Indii nie dawała się zdefiniować w prosty sposób. Praktyk postanowił czekać na dalsze wrażenia.

Odc. 4 Postacie

Imiona i nazwiska uczestników wycieczki stanowiły dla Piotra Praktyka wyzwanie od pierwszego dnia pobytu w Indiach. Nigdy nie miał pamięci do twarzy ani imion. Jeśli pamiętał twarz, to imię uciekało mu z pamięci, lub na odwrót, mimo że miał wrodzone pewne zdolności typowe dla fizjonomisty, człowieka umiejącego rozpoznawać cechy umysłu i emocje innej osoby z wyglądu jej twarzy i postaci.

Przy pierwszym spotkaniu Praktyk zapamiętał trwale imiona dwóch uczestników, pozostałe zapomniał już po pięciu minutach, niektóre z nich ponadto mu się myliły.

– Taka pamięć psu na budę się zdała – zżymał się wtedy, ulegając chwilowemu przygnębieniu.

Czasem zapominał coś tak trywialnego, że ogarniał go strach, czy nie dopadła go demencja lub coś jeszcze gorszego. Robił wtedy test polegający na przypomnieniu sobie kilku najświeższych zdarzeń. Jeśli nie miał z tym problemów, pocieszał sobie:

– Nie jest źle, nie martw się niepotrzebnie.

Aby nie pogubić się całkowicie, oznaczył w myśli wszystkich uczestników wycieczki pseudonimami nawiązującymi do ich cech zewnętrznych, wyglądu lub zachowań, których nie sposób było pomylić. Skuteczne posługiwanie się ksywami zależało od ich akceptacji przez zainteresowanych; bez tego ich używanie mogło być niezręczne. Praktyk zorganizował w związku z tym dyskusję, aby się upowszechnić ksywy i zyskać zgodę na ich używanie. Przyjęły się one łatwiej niż się spodziewał; może nie od razu, ale już po kilku dniach powszechnie je używano. Pomysł był skuteczny i to było najważniejsze.

Od tej pory Piotr Praktyk przywoływał w pamięci towarzyszy podróży skojarzeniami, używając ich w rozmowach: Porywczy, Fotograf, Darczyńca, Kindżał, Wysoka z Kokiem, Rasputin, Wizażystka, Szczepan, Proteza i Półgębek. To ostatnia ksywa odnosiła się do mężczyzny w średnim wieku, który uśmiechał się połową twarzy.

Proteza jako ksywa człowieka ze sztuczną nogą w pierwszej chwili wzbudziła kontrowersję. Została jednak przyjęta, ponieważ sam zainteresowany nie tylko nie zaprotestował, ale poczuł się wyróżniony.

– To, że mam sztuczną nogę, tylko mnie nobilituje. Mogę biegać szybciej niż inni, bo to specjalna konstrukcja. W najmniejszym stopniu mnie nie szpeci, a kopa mam potężniejszego niż koń, który mnie kiedyś zrzucił. Do dzisiaj tego żałuje – oświadczył z dumą Proteza.

Uzgadniając komu i jaka ksywa przysługuje, Nomadowie starali się, aby nie uwłaczała ona ludzkiej godności. Uderzali w wysokie tony a ich dyskusję przenikały określenia takie jak szacunek, przywilej, dyskryminacja. Kiedy ktoś sugerował niestosowny pseudonim podchodzili do sprawy spokojnie, wyjaśniając bez pouczania czy karcenia, że propozycja nie jest w dobrym tonie. To był właśnie charakter ich dyskusji; rzeczowy i poważny, ale bez przesady.

Samego siebie Piotr Praktyk oznaczył kryptonimem Śnięty. Nikt jednak nie używał tej ksywy, ponieważ grupa doszła do wniosku, że jego nazwisko doskonale brzmi w naturalnej formie i jest łatwe do zachowania w pamięci. Tak też go zapamiętano i tak się do niego zwracano od tej chwili. Uczestnicy grupy widzieli jego słabość do przysypiania, lecz nikt mu tego nie wypominał, tym bardziej, że sami też ulegali temu nawykowi w czasie jazdy autobusem. Było oczywiste, że Praktyk kocha sen i zasypia jak suseł w Boże Narodzenie, kiedy na ziemi szaleje zima, a on leży zagrzebany w grubej pierzynie liści zgromadzonych przez wiatr w górskiej jaskini.

– Każdy ma prawo być oryginałem – usprawiedliwiał siebie Praktyk. Temat bycia ekscentrykiem był tak intrygujący, że postanowił poświęcić mu w przyszłości więcej uwagi, może nawet ująć go w pamiętniku.

Najważniejszą osobą w grupie był przewodnik. Podał wszystkim swoje imię i nazwisko, nikt jednak nie starał się nawet ich zapamiętać, bo nie były łatwe. Pozostał Przewodnikiem, w skrócie Przewo. Nie zwracano się do niego inaczej. Czasem tylko, kiedy była mowa o różnych przewodnikach, mówiono Przewo 13. Był to numer ich grupy wycieczkowej nadany przez agencję turystyczną.

Dla Praktyka trzynastka była zawsze szczęśliwa. Pod tym numerem wygrał kiedyś na loterii fantowej pierwszą nagrodę. Nie chciał jednak ujawnić, co to było, więc nie za bardzo wierzono w jego wygraną. Z samą trzynastką było inaczej. Szczerze w nią wierzył i dzielił się swoim przekonaniem, podając rozliczne przykłady z biblii, życia, kabały, powołując się na źródła historyczne, przyjaciół oraz znajomych. Wkrótce większość uczestników była przekonana, że grupa nie mogła mieć szczęśliwszego numeru.

Przewodnik grupy też nie mógł być lepszy. Był dobrze zorganizowany, chętny do pomocy i umiał przewidzieć najbardziej dziwaczne życzenia uczestników wycieczki. Co najważniejsze, o Indiach i Nepalu wiedział chyba wszystko.

– Więcej wiedzy o kraju, jego historii i tradycjach zawierają tylko Wedy, święte księgi hinduizmu – po kilku dniach stwierdził Inżynier.

Przewo, jak się okazało, od długiego czasu mieszkał w Indiach. Był żonaty z obywatelką Butanu, której przodkowie przenieśli się do Indii i przeszli na hinduizm. Była to osoba majętna, z wyższym wykształceniem; nie była jednak urodziwa. Przewo pokazywał uczestnikom Trzynastki jej zdjęcie.

– Jest osobą niezwykle sympatyczną. Nie mogłem znaleźć lepszej żony. Niejedna kobieta tutaj uważa męża za istotę wyższą i tak go traktuje. Tak było też ze mną. Walczyłem z tym bałwochwalstwem, lecz przestałem, kiedy teściowa powiedziała mi, abym poważnie zastanowił się nad tym, co robię. Zapamiętałem jej słowa, była w nich poezja.

– Nie musisz płynąć pod prąd kobiecych przekonań, że mężczyzna jest istotą bliższą ideału niż kobieta.

Korzystając z pozycji społecznej żony Przewo zbudował solidną wiedzę o Indiach, stając się łącznikiem między skromną duchowością Nomadów a nieokiełznaną religijnością hinduską. Dzięki niemu uczestnicy wycieczki mieli szansę lepiej poznać i rozumieć Indie. Nikomu to się zresztą nie udało; wszyscy zgodnie stwierdzali każdego dnia, że Indie są nie do zgłębienia.

W wolnych chwilach Przewo chętnie odpowiadał na pytania. Często widziano go z Półgębkiem, jak w przerwie na odpoczynek siedzieli w cieniu drzewa na ławce i konwersowali, podobni do braci syjamskich, oddając się poważnej wymianie słów, gestów i znaczeń.

Odc. 5 Nomadowie

Trzynastka rozkręcała się z dnia na dzień. Pochłonęła ich pasja poznawania Indii i zgłębiania jej historii i duchowości. W pierwszych dniach poświęcali temu całą swoją energię biegając, słuchając i oglądając wszystko z otwartymi oczami, nie zapominając o zdjęciach. Z czasem jednak, kiedy poznali się już trochę wzajemnie, życie towarzyskie zaczęło odgrywać większą rolę. Wpływało na to rosnące zmęczenie regularnym wstawaniem rano, widokami, przejazdami z hotelu do hotelu oraz męcząca monotonność intensywnego zwiedzania.

Nazwa „Trzynastka” nie utrwaliła się do końca. Pojawiły się głosy zwątpienia, czy był to dobry pomysł. Praktyk nie kupował tej sugestii, wierzył, że jest to syndrom psucia tego, co dobre. Padły propozycje innych nazw: Turyści, Wędrowcy, Podróżnicy, Włóczykije, Globtroterzy, Obieżyświaty, Urlopowicze, Koczownicy, Tułacze i Włóczykije.  

Decyzja w końcu zapadła: Nomadowie. Uzasadnienie było praktycznie niepotrzebne.

– Skoro pochodzimy z Nomadii, kraju stworzonego przez Nomadów, to dlaczego nie mielibyśmy używać tej nazwy w Indiach i Nepalu? Nie musimy silić się na oryginalność. Jest ona pożądana w relacjach damsko-męskich, ale niekoniecznie w opisie rzeczywistości podróżnej – Wysoka z Kokiem jak zwykle nie umiała powstrzymać się od skojarzeń erotycznych. Niektórzy Nomadowie podejrzewali ją, że jest mitomanką.

W miarę jak rosła zażyłość między nimi coraz mniej krępowali się o tym mówić. Indie stymulowały ich w tym kierunku. Były wolne, swobodne, pełne erotyki i seksualności, nawet frywolne. Na każdym kroku wiedzieli symbole erotyczne: w religii, rzeźbach, literaturze, poezji, legendach i świątyniach. Działało to na nich.

Tego dnia po kolacji wypili więcej niż powinni. Darczyńca i Kindżał szarpnęli się i na stołach znalazło się kilka butelek alkoholu. Chyba sami już wcześniej spróbowali, bo zaczęli błaznować. Nikt nie miał im tego za złe. Wszyscy odczuwali potrzebę odprężenia, zrzucenia z siebie pyłu i kurzu dnia, zapomnienia o zabytkach; murach, warowniach, budynkach i pomnikach wystawionych dla uczczenia zwycięstwa kogoś sławnego nad kimś jeszcze bardziej sławnym lub odwrotnie.

– To lokalna okowita – oświadczył Kindżał. – Kupiliśmy ją po drodze w supermarkecie. Sprzedawca zaklinał się, że to najlepsza marka w całych Indiach. Kupują ją nawet ludzie niepijący alkoholu, aby spróbować tego specjału.

Rozmowa szybko zeszła na temat seksu i erotyki, który w Nomadii był publicznym tabu. Podróżnicy poczuli się wolni od okowów przyzwoitości obowiązujących w kraju. Zaczęło się od krótkich wypowiedzi, potem była to już lawina. Każdy miał jakąś cegiełkę do dorzucenia. Wspierali się nawzajem jak grupa alkoholików anonimowych czy grupa psychoterapeutyczna. Prześcigali się w wypowiedziach.

– Seks w Indiach zawsze był ważną częścią życia, bo oznacza radość. Każdy z nas to wie, tylko o tym nie mówi.

– Jest źródłem życia, sprawą ważną, pozytywną i godną podziwu.

– Ludzie garną się do dyskusji o seksie i erotyce. A co my? My, w Nomadii, we własnym kraju, od niej uciekamy jak od zarazy, nazywamy bezwstydem. Rodzice nie umieją rozmawiać z dziećmi na temat seksualności ani dzieci z rodzicami. W głowie mamy bociany, kapustę, motylki i schowki, które nazywamy oknami życia, gdzie można wrzucić po kryjomu dziecko zrodzone z pożądania lub miłości, zamiast publicznie przyznać, że pragnie się je oddać do adopcji. Wstyd!

– Dlatego Hindusi tolerują homoseksualistów, lesbijki i trzecią płeć, a my tych ludzi nienawidzimy. Tylko z tego powodu, że się kochają inaczej. Odmienność seksualna zawsze była, jest i będzie, bo jest produktem ewolucji.

– U nas może nie jest całkiem źle, ale trzymamy to na uwięzi, w zamrażarce albo w konfesjonale, tak jakby wyłącznie księża mieli przywilej słuchania o niepokojach, osiągnięciach i wpadkach seksualnych. Potem nazywają to grzechem i potępiają.

Kiedy się już rozchodzili, Wysoka z Kokiem, chyba pod wpływem dyskusji wyznała, że jest po prostu niewyżyta seksualnie.

– To ta historia z moim mężem tak mnie dobiła. Byliśmy bardzo młodzi. Nie wiedziałam, że był nałogowcem, hazardzistą. Ukrywał to skutecznie przede mną. Przegrał w karty cały majątek, jaki w posagu wniosłam do małżeństwa. Musiałam się z nim rozstać. Stało się to w najgorszym czasie, bo zaczęliśmy już snuć cudowne fantazje erotyczne, otwieraliśmy się na nową rzeczywistość. To mnie załamało uczuciowo.

Odc. 6 Nepal i buddyzm

Po przebudzeniu się Praktyk wykąpał się, ogolił i umył zęby korzystając z wody z kranu. Zdenerwował się i zaklął, kiedy przypomniał sobie ostrzeżenie Przewo, aby nie brać do ust wody z kranu nawet po przegotowaniu. Chciał jak najszybciej zdezynfekować się alkoholem. Miał trochę w metalowej piersiówce. Dusił się dłuższą chwilę nie mogąc złapać oddechu. Wtedy sobie przypomniał, że był to spirytus zmieszany z wódką żołądkową gorzką. Była w bardzo dobrym gatunku, lubił jej smak.

Rano starał się zachowywać jak najciszej, aby nie zbudzić Kindżała. Mieszkali razem w jednym pokoju. Wycieczka na całej trasie korzystała w hotelach tylko z pokoi dwuosobowych, z wyjątkiem osób, które za dodatkową opłatą wykupiły pokoje tylko dla siebie. Wieczorem pierwszego dnia pobytu w Indiach Przewo zorganizował losowanie, kto z kim będzie mieszkać w pokoju. Praktykowi i Kindżałowi wypadło mieszkać razem.

Tego dnia Nomadowie mieli lecieć samolotem do Katmandu. Praktyk mając jeszcze trochę czasu do śniadania, wyciągnął notatnik i zaczął pisać.

– New Delhi to konfrontacja misternego piękna z niewymowną brzydotą – zapisał pierwsze zdanie.  

Myślał o ludziach najuboższych. Nie miał pomysłu, co pisać dalej, wszystko wydało mu się bez sensu. Z zamyślenia wyrwał go głos Kindżała.

– Co się z tobą dzieje? Wyglądasz jakby żaba zajrzała ci w oczy i postraszyła, że cię opluje.

– Żaba żabą – skwitował Praktyk – ja myślę o Hindusach, tych najuboższych, bezdomnych, śpiących na chodnikach. Wielu z nich to analfabeci, ludzie zagubieni i biedni jak mysz kościelna. Los zdegradował ich kompletnie przez sam fakt ich urodzenia się na samym dole, w piwnicy hierarchii społecznej. Walczą o przeżycie każdego dnia, często nie wiedząc, co będą jeść na obiad następnego dnia a nawet, czy w ogóle przypadnie im w udziale jakiś posiłek.

– Ale się nakręciłeś! – Oczy Kindżała zwęziły się i twarz mu stężała. Kiedy myślał o tych ludziach wpadał w zły nastrój. Współczując im, nie był w stanie im pomóc w jakikolwiek sposób.

W trakcie lotu z Delhi do Katmandu Praktykowi drętwiały stopy. Było to tak męczące, że co jakiś czas wstawał i chodził przejściem między rzędami foteli w jedną i drugą stronę. Na szczęście lot nie trwał zbyt długo. Po przylocie do Katmandu, stolicy Nepalu, i odprawie paszportowej, Nomadowie udali się wynajętym autobusem do hotelu Tibet. Przewo taki przejazd nazywał transferem. Po zameldowaniu się w recepcji i przydziale pokoi mieli czas wolny na odpoczynek. W notatkach Praktyka ten dzień w dziwny sposób się zagubił. Znalazł tylko jedno zdanie, że na kolację pojechali autobusem, pokonując trasę trzydziestu kilometrów. Nie rozumiał tego.

Był to piąty dzień grudnia, idealnej pory na zwiedzanie północnych Indii i Nepalu. W dzień było ciepło, słońce często wychodziło zza chmur. Tylko noce były chłodne a w górnych regionach Nepalu wręcz zimne. Praktyk był na to przygotowany. Wszyscy byli na to przygotowani.

Wbrew wcześniejszym obserwacjom, Praktyk uznał, że ma do czynienia z wytrawnymi podróżnikami. Kiedy po raz pierwszy spotkał się ze swoją grupą przed odlotem z Nomadii, nie miał możliwości poznać ich bliżej. Byli obcymi sobie ludźmi z nielicznymi wyjątkami: dwóch par małżeńskich oraz kilku singli, znających się już wcześniej.

Praktyk hołubił w sobie wyobrażenie, że dużo w życiu podróżował i ma za sobą więcej doświadczenia niż inni. Była to prawda dotycząca tylko kilku osób, pozostali Nomadowie mieli o niebo więcej doświadczenia.

Północne Indie, leżące u podnóży Himalajów, to był kraj Buddy, gdzie się urodził, nauczał i medytował, także poszcząc tak intensywnie, że żebra było widać jak na dłoni. Zmarł w wieku ponad osiemdziesięciu lat, jak głosi przekaz ustny. Było to niezwykłe, ponieważ w tamtych czasach ludzie nie dożywali nawet pięćdziesięciu lat.

Praktyk zetknął się z buddyzmem wielokrotnie. Były to przeżycia intensywne i dostatecznie długie, aby w końcu uznał go za ważny także dla siebie. Mówił o tym innym uczestnikom wycieczki zagłębiając się w szczegóły, kiedy tylko wykazali zainteresowanie. Po kilku dniach wszyscy wiedzieli, że Praktyk przyjechał do Indii i Nepalu przede wszystkim po to, aby odwiedzić miejsca i zobaczyć zabytki poświęcone Buddzie, przede wszystkim rzeźby, stupy i świątynie buddyjskie.

 

Odc. 7 Budda

Wychowanemu w tradycji chrześcijańskiej Praktykowi, Budda, jego mądrość i jego nauki, niezwykle imponowały. Nie wzięło się to z niczego. W pewnym okresie życia Praktyk przeżył tragedię rodzinną; myślał wtedy o samobójstwie. Z pomocą przyszła mu książka “Budda i jego nauczanie”, zaczynająca się od stwierdzenia, że życie jest cierpieniem. 

W czasie podróży autobusem, traktowanym przez Praktyka jak dom kultury na kółkach, a przez innych jak przytulna karczma służąca zabawie, pytano go, czy Budda był cierpiętnikiem. Praktykowi nie podobało się to pytanie. Uznał je za wywołane przez alkohol lub skłonność do grubych żartów. Aby zakończyć temat, odpowiedział po prostu:

– Bzdura. Kto ci to powiedział? 

Po chwili zreflektował się, że Budda – bez żadnych wątpliwości – przez kilka lat świadomie poddawał się cierpieniu, medytując i głodząc się, aby zrozumieć naturę wyrzeczeń przyjemności ciała i ducha. Wyjaśnił to pytającemu, podsumowując na końcu: 

– Był to ważny fragment jego życia. Poznał naturę tych zjawisk i to wystarczyło, aby sformułował myśl, że ani nadmierne pobłażanie sobie, ani całkowita abnegacja nie służą człowiekowi, ponieważ prowadzą do cierpienia. Według Buddy cierpienie jest wszechobecne. Człowiek cierpi, kiedy się rodzi, choruje, doznaje niepowodzeń, starzeje się i umiera. Także wtedy, gdy jest oddalony od tego, co kocha, lub jest blisko tego, co jest dla niego przykre lub wrogie.

Swoją wiedzą buddyjską Praktyk dzielił się szczerze z innymi, ale tylko wtedy, kiedy wykazywali szczere zainteresowanie. Nie zdarzało się to często. Praktyk tłumaczył sobie, że ludzie reprezentują różne poziomy otwartości i zainteresowania światem. Były to zbyt poważne sprawy, aby można było je wyjaśnić w kilku prostych słowach, dlatego Praktyk unikał przypadkowych, miałkich dyskusji.

Nomadowie wyczuwali jego słabość do buddyzmu. Niektórzy prowokowali go zadając mu dziwaczne pytania lub świadomie kwestionując jego poglądy. Czasem robili to z ciekawości, czy nie wyprowadzą go z równowagi, innym razem, aby zobaczyć jego entuzjazm. Praktyk rzeczywiście potrafił cieszyć się jak dziecko. Kiedy Inżynier zwrócił mu na to uwagę, Praktyk wyjaśnił:

– Nie przeszkadza mi, że ktoś myśli, że entuzjazmuję się jak dziecko. To wielka rzecz zachować sobie jak najdłużej świeżość i ciekawość świata, jakie ma w sobie dziecko. W zachowaniu dziecka jest naturalność i prawda, w zachowaniu osoby dorosłej dużo wyrachowania i kłamstwa. Ja staram się być jak najczęściej po tej pierwszej stronie.

Z akceptacją poglądów i przekonań Praktyka bywało różnie. Na ogół towarzysze podróży byli życzliwie do niego ustosunkowani. Byli jednak i tacy, którzy traktowali jego głębokie zainteresowanie buddyzmem jako odstępstwo od wiary chrześcijańskiej. Kindżał, Darczyńca i Szczepan lojalnie ostrzegali go o niechęci innych osób. 

Któregoś dnia, w przerwie podróży autobusem, Darczyńca poprosił Praktyka na bok i powiedział.

– Piotrze, zachowujesz się jak mnich buddyjski.

W głowie masz ciągle Buddę. Niektórzy z naszego towarzystwa śmieją się z ciebie. Uważają cię za zarozumialca. Przytoczę słowa Protezy, tego z chromą nogą:

– Ostatnio odmówił wypicia z nimi dzióbasa alkoholu. To nie wypada. Nie traktuje nas przyzwoicie. A przecież wszyscy jesteśmy ludźmi. Bez względu na to, czy ktoś jest rzezimieszkiem, właścicielką trzech kotów czy rzeźnikiem, który sam nie je wieprzowiny, bo jest wegetarianinem.

Praktyk przyjrzał się uważnie Darczyńcy. Tknęła go podejrzliwość. Nie zauważył jednak nic szczególnego; ta sama krępa sylwetka, spodenki sięgające kolan, kieszenie wypchane cukierkami, kolorowa koszulka. Wydawało się, że widzi w jego oczach iskierki życzliwości, dlatego postanowił odpowiedzieć jak najszczerzej.

– Ci ludzie musieliby się wgłębić do końca, tak jak ja, w buddyzm. Dopiero wtedy zrozumieliby, że każdy może być Buddą. Budda po prostu oznacza człowieka, który doznał olśnienia, jest oświecony, zna tajemnicę życia. Dla mnie buddyzm to filozofia życia, a nie religia.

Odc. 8 Na trasie

Szaleństwo Praktyka coraz wyraźniej rzucało się w oczy przyjaciołom, szczególnie Kindżałowi, z którym dzielił pokój w hotelach, gdzie nocowali. Także Darczyńcy, z którym najczęściej konwersował oraz Szczepanowi, lubiącemu żartować i opowiadać kawały. Martwili się o niego. Widzieli, jak coraz częściej odpływa, oddając się myślom o buddyzmie.

– Jest z nim coraz gorzej. W autobusie mało co się odzywa. Albo przysypia, albo mówi od rzeczy. Coraz mniej w nim normalności, chyba chłop dziczeje. Ostatnio dwa razy odmówił wypicia z nami kieliszka lokalnej wódki. Tłumaczył się, że wódka wywołuje w nim mdłości.

– Nie znoszę anyżku. Smakuje jak czosnek roztarty z cukrem i kapustą. Okropne świństwo.

W czasie podróży autobusem Praktyk oddawał się wspomnieniom. Zamykał oczy i wyobrażał sobie kobiety, które były jego ideałem piękna i dobra. Była w tym tęsknota za kimś bliskim i ciepłym. Niewiasty, jakie ukazywały mu się w marzeniach, miały pełne kształty, krągłe ramiona i śmiejące się oczy, najczęściej czarne i figlarne. Nie znosił nadmiernie chudych kobiet. Wzdrygnął się, kiedy przypomniał sobie grupę słynnych modelek, które na pokazie mody kompletnie nagie przedefilowały przed widzami. Ich szczupłość zszokowała go. Była chorobliwa.

Kiedy senne mary znikały, wracał do buddyzmu. Historyczny Budda nazywał się Budda Gautama i pochodził z książęcego rodu. Nigdy nie uważał się za boga ani za inną, wyższą istotę, tylko za przewodnika i nauczyciela. Miał uczniów oraz zwolenników, uznających go za także za mędrca. W 253 roku przed naszą erą Cesarz Aśoka edyktem upowszechnił buddyzm w Indiach i dopiero wtedy Budda znalazł się ołtarzu. Dla Praktyka był on odkryciem, które zmieniło jego duchowość. Kiedy mówił o Buddzie, dramatyzował, aby przesłanie trafiło także do jednostek opornych, za jakie uważał ludzi zamykających się w jednej religii z pominięciem innych. Rozmawiał o tym z Darczyńcą.

 – Filozofia buddyjska oferuje szczęście i radość. A wiesz gdzie? Tutaj, na tym padole gorzkich łez i nieczęstej radości, a nie w zaświatach, jak czynią to inne religie. Stamtąd nikt nie prześle ci nawet marnego SMS-a, aby cię pocieszyć, że coś tam istnieje. Kiedy jesteś buddystą, nie martwisz się, że umrzesz, bo koncentrujesz się na tym, co dzieje się tu i teraz.

Słysząc te słowa, Darczyńca popatrzył na Praktyka, jakby widział go po raz pierwszy.

– Dobrze, że mi to powiedziałeś. Będę miał o czym myśleć. Poczytam też sobie trochę na temat Buddy.

Praktyk zobaczył go później, jak stojąc przed autobusem tłumaczył komuś: – Indie to Indie. Tu trzeba myśleć transcendentalnie. Buddyzm to nie ceremonia klękania i modlenia się, ale rzetelnej medytacji i panowania nad sobą.

Zakupiwszy u kierowcy autobusu dwie butelki chłodnej wody mineralnej, Praktyk usiadł na swoim stałym miejscu i powiedział siedzącemu obok Kindżałowi:

– Darczyńca wyraża swoje myśli nieco chaotycznie, ale poważnie traktuje buddyzm. Mam nadzieję, że w końcu pójdzie tą samą drogą co niegdyś Budda a teraz ja.

– Czyli? – rzucił Kindżał, majstrując coś przy zdobnej rękojeści świeżo nabytego sztyletu.

– Widzieć rzeczywistość, taka jaka ona jest, a nie taką, jak nam się wydaje. To kwestia realizmu. Podam ci przykład. Ktoś mówi ci w twarz, ty złodzieju, łajdaku, oszuście, a ty przyjmujesz to spokojnie, ponieważ w głębi serca wiesz doskonale, że jesteś uczciwym i odpowiedzialnym człowiekiem. Co więcej, zamiast okazać agresorowi nienawiść i gniew, współczujesz mu, że zjadają go tak negatywne uczucia.

– To jest oczywiście ideał, do jakiego dążysz? – sugerował Kindżał, nadal pozorując majstrowanie przy sztylecie.

Praktyk popatrzył na niego z uwagą.

– Tak, zgadza się.

Pod koniec podróży autobusem Praktyk dla odmiany zajął się sprawami bieżącymi. Dla porządku stworzył sobie w głowie listę najbardziej czasochłonnych czynności dnia: pakowanie się rano i rozpakowywanie wieczorem, transfery z jednego hotelu do drugiego, zbieranie się razem i wspólna droga do ważnych zabytków, zwiedzanie ich, pilnowanie się, aby nie odłączyć się od grupy, słuchanie Przewo i robienie zdjęć. Zdał sobie sprawę, że był nieprzerwanie w ruchu, a ożywiał się najbardziej wtedy, kiedy Przewo mówił o jakimś miejscu lub pamiątce związanej z Buddą, jego wyznawcami i jego nauczaniem. Było tego niemało, choć w sumie nie więcej niż wiadro wody w wielkiej beczce w porównaniu z hinduizmem, dominującą religią Indii.

Kraj wciągał go coraz mocniej; do tego stopnia, że zaczął z obawą myśleć, czy nie dzieje się z nim coś niedobrego.

Odc. 9 Nad rzeką Bagmati

Grupa wycieczkowa znalazła się w mieście Patan na rzeką Bagmati, stanowiącym nepalski odpowiednik hinduskiego Varanasi nad Gangesem, uznawanego za święte miasto. Dla wyznawców hinduizmu to najbardziej dostojne miejsce żegnania zmarłych poprzez spalenie ich na stosie.

Patan, niegdyś zwany Lalitpur czyli „Miasto Piękna”, to jedna z dawnych stolic doliny. Leży na południe od Katmandu, po drugiej stronie rzeki Bagmati. Z dwustu trzydziestoma tysiącami mieszkańców jest trzecim, największym miastem Nepalu. Turyści odwiedzają je głównie w celu zwiedzenia wspaniałego Pałacu Królewskiego i Durbar Square. Z uwagi na wyjątkową wartość zabytków historycznych Patan znalazł się wraz z sześcioma innymi podobnymi miejscami Doliny Katmandu na Liście Światowego Dziedzictwa UNESCO.

Siódmego grudnia wycieczki Nomadowie udali się pieszo nad Bagmati, aby obejrzeć ghaty, kamienne stopnie schodzące ku rzece, na których na stosach drewna pali się ciała zmarłych. Szli wzdłuż rzeki wąską uliczką obrzeżoną kolorowymi sklepikami, promieniującymi średniowieczną atmosferą. Jej staromodny charakter naruszały produkty eksponowane na wystawach, w kolorowych, nowoczesnych opakowaniach, głównie importowane z Chin, oraz ludzie trzymający w rękach smartfony, słuchający, mówiący lub klikający w klawiaturę. Dalej, tuż nad samym brzegiem rzeki, zobaczyli przytulone do skały trzy malutkie domki, prowizoryczne konstrukcje, obwieszone starymi workami dla ochrony przed deszczem i zimnem.

Antyczność miejsca i zabudowań mieszała się z teraźniejszością ubiorów oraz towarów na wystawach sklepowych, naruszając estetyczne odczucia nieprzyzwyczajonych do takich kontrastów turystów z Nomadii. Idąc, rozmawiali o zwierzętach, jakich spodziewali się ujrzeć w czasie spaceru przy drodze, małpach, psach i jaszczurkach.

Praktyk zdenerwował się z nieokreślonego powodu.

– Ja to chromolę – zwrócił się do osób idących obok niego. – Pies, małpa, jaszczurka! – Jakie to ma znaczenie! Tu trzeba by myśleć o zmianie pojęcia czasu, na takie, w którym mieściłoby się zarówno średniowiecze jak i współczesność, starożytne żarno do mielenia ziarna jak i telefon komórkowy najnowszej generacji.

W szerszym miejscu drogi zatrzymali się i przysiedli na ławkach, aby wysłuchać wyjaśnień Przewo. Słońce świeciło prosto w oczy Praktyka, więc je przymknął. Słowa mówiącego brzmiały to silniej, to słabiej w jego uszach. Przez półprzymknięte powieki ujrzał scenę zaprzeczającą jego wiedzy o Bagmati. Przypominało to odsłonięcie kurtyny w teatrze zbrodni, gdzie zamiast sceny morderstwa ukazuje się sielski widok dzieci swawolących na wolnym powietrzu. Praktyk skoncentrował się. Widział i słyszał młodego, poważnego mężczyznę w okularach, z czarną brodą oraz kolorowymi paznokciami i biodrami kobiety nepalskiej.

– Nasza rzeka Bagmati, drodzy państwo, płynie z wysokich gór i jest jednym z najczystszych miejsc w Nepalu, o poziomie higieny, o jakim Europejczycy nawet nie marzą. Nastąpiło to dzięki zmianom jakie wprowadziliśmy w ochronie środowiska naturalnego. Zachowaniu tej czystości nie przeszkadza nawet palenie tutaj, na ghatach Bagmati, naszych zmarłych.

Praktyk zauważył, że brodaty przewodnik przyciszył głos, aby nie płoszyć nastroju świętości miejsc kremacji. Po zakończeniu wyjaśnień brodacz skinął ręką, pojawili się ludzie z tablicami reklamowymi, zachęcając mieszkańców i turystów do rezerwacji miejsc kremacji dla rodziny i dla siebie. Kiedy ludzie zastanawiali się, jak na życzenie zjawił się przedstawiciel Miejskiego Zakładu Kremacji „Śniegi Himalajów”, młody Hindus w stroju Boga Małp Hanumana, z bloczkiem formularzy rezerwacyjnych, pieczątką i dowodami wpłaty za kremację. Z torby przewieszonej przez ramię wyjął elektroniczny kalendarz pokazujący dni roku bieżącego i przyszłego.

Wezwanie przyciągnęło kilku klientów, w tym małżeństwo z wycieczki Praktyka. Po krótkich negocjacjach mężczyzna uzgodnił datę i koszt spalenia swego ciała na ghacie. Oboje przeliczyli to na własną walutę. Wydali pomruk zadowolenia, że cena usługi była niższa niż koszt śniadania w restauracji „Świat Marzeń” w centrum stolicy Nomadii. Kiedy zdali sobie z tego sprawę, mężczyzna dopędził oddalającego się pracownika Miejskiego Zakładu Kremacji „Śniegi Himalajów” i poprosił o podwójną usługę spalenia na stosie. Zadowolony pracowniku przyjął zamówienie i z uśmiechem zaoferował bezpłatne dwa miejsca dla krewnych i przyjaciół na stypie pogrzebowej. Chwilę dyskutowali o menu, małżeństwo pytało jeszcze o listę alkoholi serwowanych na stypie rodzinno-przyjacielsko-towarzyskiej, jak ją nazwał przedstawiciel Miejskiego Zakładu Kremacji „Śniegi Himalajów”.

Odc. 10 Ławka, ludzie i zwierzęta

Siedząc na ławce Praktyk widział wyraźnie rzekę płynącą czystym i rześkim nurtem. Stosy pogrzebowe płonęły tylko na dwóch ghatach obsługiwanych przez pracowników Miejskiego Zakładu Kremacji „Śniegi Himalajów”. Mówiły to duże przywieszki imienne z nazwą i logo firmy przyczepione srebrnymi agrafkami do białych fartuchów. Jeden z pracowników, wyróżniający się oryginalnym plecionym warkoczem spływającym mu na plecy z czubka głowy, pozłacanymi grabkami spychał ze stosu popiół do rzeki. Tak się wydawało Praktykowi, dopóki nie wstał i nie podszedł bliżej miejsca kremacji. Wtedy zauważył, że pod ghatą przyczepiona była na trzech skórzanych paskach czerwonoszara urna.

– Widać, że Śniegi Himalajów dbają o to, aby do rzeki nie wpadły nawet drobiny popiołu z płonącego stosu – powiedział głośno obracając się do tyłu, w przekonaniu, że razem z nim podeszli także inni uczestnicy grupy. Nikogo jednak nie zauważył, odwrócił się więc z powrotem w kierunku rzeki. Woda w niej była tak czysta, że pracownicy firmy czerpali ją dłońmi i metalowymi kubkami i przykładali do ust, aby gasić pragnienie.

Praktyk postanowił też jej spróbować. Zszedł w dół po schodkach przylegających do ghaty, nachylił się nad wodą i zaczerpnął jej do termosu wyjętego z plecaka. Spróbował i uznał, że jest ożywcza w smaku.

– Jaki ja byłem naiwny – pomyślał. – Uwierzyłem zdjęciom i opisom w Internecie, które pokazywały kawały niespalonego drewna w wodzie przypominającej brunatnoszary ściek.

Zdał sobie sprawę z siły złudzeń tworzonych przez celowo skonstruowane, oszukańcze przekazy internetowe. Postanowił zapisać swoje odkrycia. Wyciągnął z plecaka zeszyt i długopis, i zaczął notować.

– Woda w Bagmati tuż przy ghatach jest doskonałej jakości. Wodę tę butelkuje się i rozsyła po całym świecie, ponieważ zaspokaja pragnienie lepiej niż słynna Coca-Cola.

Ostatnią informację kilka minut wcześniej przeczytał na tablicy informacyjnej. Zastanawiał się, co jeszcze powinien zanotować. Nic nie przychodziło mu do głowy. Popatrzył w górę rzeki, skąd było słychać krzyki małp. W oddali widniały zielone rozłożyste drzewa z tak płaskimi wierzchołkami, jakby je celowo przycięto. Postanowił przejść się w tamtym kierunku. Uszedł zaledwie kilka kroków, kiedy – jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki – pojawili się przed nim dwaj mężczyźni w białych fartuchach Miejskiego Zakładu Kremacji „Śniegi Himalajów”. Trzymali w rękach transparent z napisem „Coca-Cola to przeżytek. Pij Bagmati Water, najzdrowszą wodę na świecie”. Byli młodzi i podobnie jak pracownik na ghacie mieli na głowach plecione warkocze opadające im na plecy. Praktyk zatrzymał się, aby się przyjrzeć i zrobić im zdjęcie.

Wkrótce dołączyła do niego reszta wycieczki. Stanęli grupą naprzeciwko drugiej ghaty, na której właśnie podpalono stos drewna. Był chyba wcześniej polany benzyną albo umieszczono w nim jakiś materiał łatwopalny, ponieważ w ciągu minuty płomienie rozhulały się jak wielki pożar. Obok pracowników Miejskiego Zakładu Kremacji „Śniegi Himalajów” stali członkowie rodziny, przyjaciele i znajomi zmarłego i czekali cierpliwie zbici w kupki i milczący. Ból i cierpienie malowały się na ich twarzach. Kiedy zwracali się do siebie, składali razem dłonie i pochylali nieznacznie głowę w rytualnym pozdrowieniu „namaste”.

– A ja słyszałem, że oni na pogrzebach stoją jak na przystanku autobusowym, rozprawiają o polityce, opowiadają sobie kawały i czekają na stypę pogrzebową – Inżynier skierował te słowa do stojącego obok Fotografa ubranego w kraciastą koszulę hawajską, jasne krótkie spodnie i sandały, i trzymającego w ręku kosztowną kamerę fotograficzną.

Po kilku minutach Przewo dał znak chorągiewką i ruszyli w dalszą drogę. Posuwali się w górę rzeki wzdłuż jej lewego brzegu wypatrując zabiedzonego psa i wychudłej rudej małpy, które stanowiły atrakcję turystyczną. Zobaczyli zwierzęta minutę później; były dobrze odkarmione i spoczywały nie na stosie brudnych liści czy szmat, ale na porządnych słomiankach, zadowolone ze swego losu. Pies, starannie przystrzyżony biały pudelek, miał na szyi obrożę wysadzaną półszlachetnymi kamieniami. Obok niego stała miseczka ze świeżą kością i druga z czystą wodą.

– Mieszkańcy miasteczka wyraźnie kochają zwierzęta i dbają o nie – Praktyk nie miał co do tego wątpliwości. Wyraził to głośno przekonany, że pozostali uczestnicy wycieczki nie wiedzieli o tym.

Odc. 11 Płonące ghaty

Obudziło go łomotanie blachy o coś bardzo twardego, cała seria dźwięków. Praktyk przetarł oczy i popatrzył w kierunku rzeki. Był zły na siebie, że przysnął. Pamiętał jeszcze trzy sceny niezwykłego snu: sylwetki spokojnych pracowników z Miejskiego Zakładu Kremacji „Śniegi Himalajów, czyste wody Bagmati i zadbane zwierzęta. 

Na drugim brzegu rzeki, na daszku osłaniającym dogasający ogień na ghacie, siedziała małpa i w napadzie zwierzęcego amoku tłukła o dach naderwanym kawałem blachy. Mężczyzna przyglądał jej się jakiś czas i widząc, że nie zamierza skończyć swojej szalonej rozrywki, przeniósł wzrok na rzekę. Zauważył, że całkowicie się zmieniła; stanowiła teraz jeden wielki bury ściek. Wody w niej było tak mało, że widać było sterczące z dna szczapy nadpalonego drewna, wokół których prześwitywały plamy brudnego piachu. Była rozlazła i wyglądała nieświeżo jak stęchła zupa warzywna. Dwa jaśniejsze ostre kształty przypominały nadwątlone ogniem ludzkie kości udowe. Praktyk żałował, że nie zabrał ze sobą lornetki, aby przyjrzeć się im z brutalną dokładnością.

Patrząc ukośnie przez rzekę na przeciwległy brzeg rzeki, zauważył dogorywające płomienie stosu kremacyjnego na ghacie numer dwa położonej poniżej budynku przypominjącego zaniedbaną świątynię. Za chwilę ogień już tylko tlił się. Mężczyźni obsługujący stos kremacyjny zaczęli spychać ostrymi drągami jego pozostałości do rzeki. Pracowali systematycznie, kawałek po kawałku, bez pośpiechu. W wodzie lądowały dymiące jeszcze kawałki drewna jak i niekształtne fragmenty kości, głośno sycząc i buchając parą.

Po usunięciu resztek stosu mężczyźni schodzili po schodach na brzeg rzeki, zanurzali w niej wiadra i czerpali wodę, aby wróciwszy polać nią rozgrzaną powierzchnię betonowej płyty. Wywoływało to natychmiast ogromną, syczącą chmurę pary wodnej. Zanurzeni w szarym obłoku kończyli pracę ścierając ghatę szerokimi szczotkami umocowanymi na długich kijach. W powietrzu roznosił się odpychający zapach spalenizny drażniąc nos, oczy i usta. Zafascynowany sceną sprzątania ghaty podszedł bliżej, aby przypatrzeć się pracownikom. Obydwaj byli dobrze zbudowani i krępi. Pochodzili z najniższej kasty sprzątaczy brudów i czyścicieli. Z tyłu głowy mieli rzadkie i zaniedbane kosmyki włosów; był to ich znak rozpoznawczy.

Teren za ghatą wznosił się lekko w górę. Przy długiej ławie osłoniętej daszkiem zebrała się grupka kobiet, dzieci i mężczyzn w różnym wieku. Praktyk domyślił się, że była to rodzina, przyjaciele i znajomi zmarłej osoby. Zebrani spokojnie rozmawiali ze sobą, na ich twarzach nie było widać smutku, skupienia czy napięcia.

Po inspekcji prawobrzeżnej ghaty, gdzie kilkadziesiąt minut wcześniej płonął stos z ciałem okrytym białym prześcieradłem, Praktyk razem z przyjaciółmi wrócił na lewy brzeg, aby odbyć spacer w górę rzeki. Wkrótce napotkali braminów siedzących w kucki na dwóch okrągłych betonowych płytach ustawionych między krawędzią wody a wąską uliczką. Towarzyszy im dwie zwyczajnie ubrane osoby. Obydwaj bramini mieli na sobie kolorowy sznur przewieszony przez prawe ramię i wchodzący pod pachę. Siedząc w kucki, odprawiali ciche modły razem z rodziną zmarłego. Ceremoniałowi towarzyszyły krzyki małp skaczących po drugiej stronie uliczki, ukrytych w poskręcanych chaszczach i drzewach.

– W tym, co widzę, mniej jest religijnego obrządku, a więcej rutyny wypełniającej czas oczekiwania na spalenie zmarłego na stosie – Inżynier, uważny obserwator rzeczywistości, nie powstrzymał się od komentarza. Nikt nie potwierdził ani nie skomentował jego obserwacji; milczenie grupy Inżynier przyjął jako formę niezgody wobec jego opinii.

W hotelu Praktyk dokonał krótkiego wpisu w swoim notatniku podróżnym:

– Palenie zwłok na rzecznych ghatach to ważna część tradycji także Nepalu. Trwa ona od wieków. Kiedyś nie miało to znaczenia dla rzeki, ponieważ pochówków było mało. Teraz, kiedy ich ilość powiększyła się wielokrotnie, nabrało to zupełnie innego wymiaru. Niegdyś żywa i naturalnie piękna rzeka Bagmati płynąca przez miasto Patan stała się obrzydliwym i martwym ściekiem. Mogę to zaświadczyć osobiście, a nawet udokumentować zdjęciami.

Po kolacji w restauracji hotelowej Praktyk otrzymał nieoczekiwaną propozycję od Kindżała, miłośnika i zbieracza inkrustowanych sztyletów i noży, aby udać się do pokoju czterysta dwadzieścia.

– To wezwanie sponsora imprezy rozrywkowej pod tytułem „No, to teraz chłopcy po małym dzióbasie”- Wyjaśnił przyjaciel uśmiechając się tajemniczo.

Wskazany pokój mieścił się na czwartym piętrze hotelu, w którym mieli nocować. Aby wejść, trzeba było zapukać trzy razy w określony sposób. Był to pokój Darczyńcy. Rozmowa zeszła na wrażenia dnia. To, co mieli okazję obejrzeć, były to najprawdziwsze ghaty, uświęcone wielowiekową tradycją miejsca palenia zwłok, oraz ceremoniał kremacji. Tego dnia, w czasie ich pobytu na rzeką, odbyły się tylko dwie kremacje.

Odc. 12 Patan i Bhatapur 

Na ulicach miasta Patan rządził transport. Ludzie i towary przemieszczały się w tysięcznych kierunkach. Nie było osób, które by gdzieś nie jechały, ani towarów, których by ktoś gdzieś nie przewoził. Przejazdy osób, w ilości do czterech, odbywały się na motocyklach. Motocyklista plus trzy osoby z tyłu to była wysoka forma ekwilibrystyki. Nomadowie zatrzymywali się przy krawężniku, patrzyli i podziwiali. Ulicami pędzili ludzie na rowerach, rykszach nożnych i motorowych wyposażonych w terkoczący i śmierdzący silniczek, wózkach ciągniętych przez człowieka-kulisa oraz wózkach ciągniętych przez konie lub wielbłądy.

System obsługi technicznej transportu był zdumiewająco prosty i przejrzysty. Nie było problemu, kiedy coś się zepsuło. Jadąc autobusem przez miasto Nomadowie co raz to mijali kawałek ziemi, mały placyk, wnękę w budynku, szopę lub otwarty garaż ze stojącymi i leżącymi rowerami, motorowerami, motocyklami i rykszami. Były to uliczne warsztaty naprawy i konserwacji urządzeń technicznych.

Praktyk jak zwykle miał coś do powiedzenia. Jednym się to podobało, inni pozostali obojętni, jeszcze inni milczeli wymownie, ponieważ wyraził tę samą myśl już wcześniej, nad rzeką Bagmati, kiedy zwiedzali świat ręcznych krematoriów na ghatach.

– Tutaj to tylko ludzie i samochody reprezentują współczesność, reszta to średniowiecze i wieki wcześniejsze.

Najwspanialsze były zabytki historyczne. W odróżnieniu od Indii, zabytki Nepalu przypominały cacuszka świeżo wyjęte z pudełka, w nienaruszonym stanie, idealnie utrzymane. Praktyk tłumaczył to sobie oddaleniem Nepalu od zaborczego Imperium Brytyjskiego. Niewielki górski, ubogi kraj nie interesował imperium. Anglicy skolonizowali Indie i tym się zadowolili. Nepal pozostał na uboczu. Nawet walki między lokalnymi władcami nie spowodowały większych zniszczeń w dorobku materialnym kraju; walczący najczęściej reprezentowali tą samą kulturę i tą samą religię.

Praktykowi historyczny i buddyjski Nepal podobał się o niebo bardziej niż Indie. Cieszył się, że prawie połowa czasu wycieczki przypadła na zwiedzanie Nepalu.

Większość Nomadów uwieczniała oglądane zabytki w mieście robiąc zdjęcia aparatem fotograficznym, smartfonem lub nagrywając sceny i widoki kamerą video. Czyniono to w pośpiechu, każdy się spieszył. W trakcie zwiedzania Inżynierowi wysiadł aparat fotograficzny, prawdopodobnie wyczerpała się bateria. Właściciel sprzętu gorzko złorzeczył, niewspółmiernie do problemu. Nie przeklinał jednak martwego przedmiotu, o którym mógł powiedzieć, że jest bezduszny i głupi jak but, ale siebie, że nie zabrał zapasowej baterii.

Późnym popołudniem Nomadowie oglądali misy lecznicze zwane „singing bowls”  czyli śpiewającymi misami, ręcznie kute ze stopu siedmiu metali. Uderzone drewnianym młoteczkiem misy wydawały z siebie niezwykle długi, pulsujący i przejmujący metaliczny dźwięk. Po napełnieniu wodą, okrążanie misy po wewnętrznej krawędzi drewnianą rolką wywoływało burzenie się wody. Tworzyła ona żywe rozpryski prawie przelewając się na zewnątrz.

Wieczorem w hotelu Nomadowie oceniali, jak przeżyli dzień. Rozpierały ich pozytywne uczucia, żartowali.

– Zmęczyło nas to zwiedzanie. Stanowimy kwiat dojrzałości, który, jak wiadomo, ma skłonność do więdnięcia, także na świeżym powietrzu.

Najgorzej wypadł Kantyna, który słaniał się jak podtruty.

– Każdemu może uderzyć do głowy świeże górskie powietrze – wyjaśnił, przysiadając po kolacji w hallu przy ozdobnym kominku.

Twierdził, że usiadł dla relaksu. Na początku wszyscy myśleli, że mówi prawdę, ponieważ wyglądał blado, co sam interpretował jako oznakę powagi. Proteza uznał, że jego niezwykła bladość, którą nazwał organiczną – mają się do siebie jak pięść do nosa. Wierzono mu, ponieważ miał za sobą bliżej nieokreślone wykształcenie medyczne. Inni woleli interpretować zdarzenie na korzyść Kantyny.

– Nie można być krytycznym wobec krajana w obcym kraju zwłaszcza wśród tubylców, dla których alkohol nie jest najwyższym osiągnięciem cywilizacji. To niepatriotyczne zachowanie – były to słowa Wysokiej z Kokiem. Przyjęto je jako wyrzuty sumienia kobiety, która regularnie krytykowała Kantynę.

Jego zachowanie się w obcym kraju, gdzie na człowieka działają różne siły przyrody i cywilizacji, było problematyczne. Na skrzydłach niepewności wyrosła dyskusja o moralności, alkoholu, miłości bliźniego oraz paleniu na stosie. Niektórym Nomadom nadużywanie alkoholu kojarzyło się z Inkwizycją. Był to dla nich temat szczególnie bolesny w Nepalu, kraju, gdzie społeczeństwo jest tolerancyjne i bez kłopotów respektuje odmienne postawy etyczne i religijne.

– Takiego zamieszania postaw i poglądów nie sposób rozwikłać – Praktyk zdobył się na ubogie podsumowanie. – Czuję się analfabetą, a nawet ślepcem błądzącym po omacku w gęstwinie ludzkich słabości, zbuntowanych sumień i zdeformowanych przekonań – usiłował ratować się wykazując skruchę. Aby zakończyć mroczny temat pijaństwa i Inkwizycji przedstawił poemat zatytułowany „Francisco Goya”:

Gdy umysł zasypia, budzą się potwory,
zaludniają rozpierzchłych pagórów ugory,
serce zbroi się w kaptur i zgęstniałą togę;
prawda nie spłonie – ja płonąć mogę.

Sędzią mnich obłąkany miłością do Boga,
kielich dym napełnia, unosi go trwoga.
Na płomiennych ołtarzach łkają innowiercy,
milknące oczy bluźnią samemu bluźniercy.

Odc. 13 Wracające wspomnienia

Alkohol wypity na czwartym piętrze sprowokował wspomnienia. Tematem było pierwsze spotkanie na stołecznym lotnisku przed odlotem do Indii. Kiedy przedstawiciel agencji turystycznej powiedział, że grupa trzynasta liczy równe trzydzieści osób, intuicja szepnęła Praktykowi do ucha, że ma to ukryte znaczenie. Nie miał czasu zastanawiać się nad tym, ponieważ zaabsorbował go skład wiekowy grupy. Podzielił ją na proste kategorie statystyczne. Liczenie, dzielenie, komponowanie i dekomponowanie było nawykiem, z którym bezskutecznie walczył. Faktem było, że był mocny w statystyce i lubił liczby. Miał też swoje argumenty. Uważał, że liczby kwantyfikują rozumienie rzeczywistości, ułatwiając jej dokładniejsze poznanie. Jeszcze przed odlotem, kiedy już się trochę rozkręcili, wdał się w dyskusję na ten temat.

– Mówimy przykładowo, że większość Nomadów to ludzie wierzący. Co w tym wypadku znaczy „większość”? Równie dobrze jest to pięćdziesiąt jeden procent jak i dziewięćdziesiąt dziewięć procent. Dopiero jak ustalisz, że osoby wierzące stanowią osiemdziesiąt trzy procent społeczeństwa, to dopiero wtedy wiesz, na czym stoisz. Statystyka to liczby, fundament rozumienia świata.

Nie uzyskał szerszego uznania, nie mówiąc o poparciu. Większość Nomadów wierzyła, że ludzie używają statystyki dla udowodnienia jakiejś prawdy, która jest im na rękę. Wezwanie do wchodzenia na pokład samolotu uniemożliwiło dalszą rozmowę.

W samolocie przypadło mu miejsce obok kobiety należącej do grupy trzynastej. Zwrócił na nią uwagę już na lotnisku. Jej kruczoczarne włosy były upięte na szczycie głowy w wymyślny kok. Wyglądała z nim ekscentrycznie. Nazwał ją w duchu czarną blondyną, kiedy siedząc obok zauważył, że jej włosy u samej podstawy były bardzo jasne. Była naturalną blondyną. Pomyślał wtedy, że jest barwionym lisem i ma podwójną osobowość, jedną na pokaz i drugą ukrytą.

Kilka dni Praktyk później dowiedział się, że zagłodziła na śmierć swego męża, kiedy przegrał w karty większą część majątku, jaki w posagu wniosła do małżeństwa. Uznał to za plotkę, bo nie wyobrażał sobie, w jaki sposób żona może zagłodzić męża we współczesnym małżeństwie. Tak czy inaczej, jej mąż już nie żył, nie było więc możliwości sprawdzenia, jaka była prawda.

Od czasu jak wystąpiła w jego obronie w czasie głośnej dyskusji, pamiętał jej imię: Anita. Był jej to winien.

– W trakcie tej dyskusji, kiedy uznano, że nie mam racji, a Wysoka z Kokiem ujęła się za mną, moja pamięć otrzymała stymulującego kopa. Zapamiętałem jej imię i to chyba na zawsze. To jeszcze jeden przykład jak mózg kojarzy imię z osobą. Nie tylko wygląd i twarz człowieka, ale i czyn, tworzą połączenia neuronowe w mózgu – Praktyk wywnętrzał się wieczorem w pokoju licząc na Kindżała, że podejmie rozmowę.

Nie miał szczęścia. Kolekcjoner zdobnych sztyletów tak był pochłonięty oglądaniem pod lupą finezyjnego wykończenia kolejnego nabytku, że nawet nie zwrócił uwagi na jego słowa. Zdegustowany brakiem zainteresowania, Praktyk pomyślał, że nigdy nie wiadomo, co tkwi w głowach ludzi połączonych przez los wspólną wyprawą do Indii.

– Ludzie to bajarze, zmyślacze i zwariowani kolekcjonerzy – powiedział Kindżałowi i ten się zgodził.

Wobec milczenia przyjaciela w sprawie Wysokiej z Kokiem, Praktyk wrócił do podziału statystycznego Trzynastki. Najliczniejszą kategorię stanowiły osoby między czterdziestym a sześćdziesiątym piątym rokiem życia. Było ich dwadzieścia trzy.

– Czyżby tylko ludzie w wieku średnim i przedemerytalnym byli ciekawi świata? – Praktyk zastanawiał się głośno, jak to jest możliwe.

W kategorii powyżej sześćdziesięciu pięciu lat było tylko pięć osób. Poza trym były dwie nieprzyzwoicie młode osoby, para kochanków poniżej trzydziestki. Praktyk uznał, że społeczeństwo potraktowało tę dwójkę jak wyrzutków.

– Zamiast docenić i zatrudnić w gorącej końcówce roku ten rezerwuar młodości, wysyłają go w delegację na odległy kontynent, gdzie ludzie umierają młodo. Tak jakby chciano ich nastraszyć, aby szybciej wpłacali składki emerytalne, ponieważ nie zostało im wiele do przeżycia – tłumaczył Kindżałowi.

Odc. 14 Przewo i grupa

Nomadowie szybko zadomowili się w grupie i chętnie utrzymywali ze sobą kontakty.

– Chyba dlatego, że nie muszą spędzać ze sobą pozostałej części życia, tylko kilkanaście dni – ocena Kantyny była nie tylko cyniczna ale i śmierdziała alkoholem.

Mogła być w tym cząstka prawdy. Atmosfera w grupie była jednak pozytywna, oparta na wzajemnym szacunku. Fundamentem była wspólna pasja zwiedzania zabytków i dokumentowania tego maksymalną ilością zdjęć. Nie wszystko ich jednak łączyło. Oprócz dobrych chęci, przywieźli ze sobą także sporą dawkę nieżyczliwości i niezrozumiałej obcości. Lubili krytykować; ta skłonność pojawiała się niejednokrotnie. Niektórzy wycieczkowicze twierdzili, że jest to wada narodowa. Mówili to czasem takim tonem, jakby nie miało to dla nich znaczenia.

Krytykując innych, Praktyk nie dostrzegał belki we własnym oku.

– Mam wrażenie, że dla naszego towarzysza podróży Rasputina, ważniejsze niż zwiedzanie zabytków jest uwiecznianie się na zdjęciach na tle świątyń i świętości, świętych krów, świętej rzeki Ganges, tubylców, a nawet większego słupa ogłoszeniowego. On nawet nie słucha niezwykłych historii opowiadanych przez Przewo – oznajmił Kindżałowi, z którym los każdego wieczoru łączył go wspólnym pokojem hotelowym. Tolerancja wzajemnych odrębności pozwoliła obydwu mężczyznom zachować spokój ducha.

Każdego dnia rano, przed wyjazdem autobusem na zwiedzanie zabytków lub w dalszą podróż , Przewo z powagą sprawdzał listę obecności.

Osoba, której nazwisko wyczytywał, odpowiadała lakonicznym „Jestem”, ewentualnie „Obecny”. Czasem zniecierpliwiony uczestnik wycieczki odpowiadał pytaniem: „Przewo, dlaczego stale pytasz mnie o to samo? Przecież widzisz, że jestem!”.

Praktykowi przyszło na myśl, że w Indiach poddańcze oświadczenie „ Jestem”, „Obecny” czy rzadziej „Do usług” stanowi część spadku po imperialistach brytyjskich, usiłujących zrobić z podbitego narodu potakiwaczy i służalców. Myśl wydała mu się przesadna i niestosowna; porzucił ją z obawy, że skazi jego umysł nieznaną psychiczną toksyną.

Co do sprawdzania obecności przez Przewo, opinie Nomadów były takie, że czynił to nawyku albo z potrzeby serca. Rzeczywistość była bardziej prozaiczna, wręcz bolesna.

– Woli dmuchać na zimne – oznajmił Inżynier zza pleców innych osób w czasie porannego rytuału odliczania.

Jak się okazało, kiedyś jeden z uczestników jego grupy zgubił się i odnalazł dopiero po dwóch latach, tak bardzo odmieniony, że nie poznał go nikt z rodziny ani przyjaciół. Historię ze szczegółami znał Inżynier. Wedle jego wyjaśnień, zaginiony mężczyzna zgubił się wskutek upojenia alkoholowego i długi okres nieobecności spędził w północnych Indiach na ulicach i w aśramie, dzięki czemu z gwałtownika i pijaka stał się uduchowionym ascetą.

– Najciekawsze było to, co stało się później – podsumował Inżynier. – Po krótkim pobycie w kraju ojczystym ten człowiek wrócił do Indii, przedstawiając doprawdy oryginalne wyjaśnienie:

– Nie pasuję już do naszego społeczeństwa, rozbudzonego i pozytywnego w ogólności, lecz zatrutego pesymizmem i narzekaniem, w dodatku łatwego do kupienia tanimi obietnicami.

Odc. 15 Widok na Himalaje

Nagarkot to wioska położona w środkowej części Nepalu na wysokości dwóch tysięcy dwustu metrów nad poziomem morza. Jej nepalska nazwa na tablicy informacyjnej wyglądała tak egzotycznie i skomplikowanie, że niejeden turysta dziwił się, jak można nauczyć się takiego języka.

Wioska liczyła sobie osiemset gospodarstw domowych i cztery i pół tysiąca mieszkańców, w równych częściach mężczyźni i kobiety. Przewo twierdził, że turyści z całego świata ściągają do niej, aby nacieszyć oczy najpiękniejszymi widokami gór. W przejrzysty dzień można było zobaczyć nawet Mount Everest i inne ośnieżone szczyty wschodniego Nepalu. Sława Nagarkot najmocniej wiązała piękne widoki ze wschodem słońca.

Do Nagarkot Nomadowie dotarli po męczącej podróży autobusem wąską, przeważnie marnej jakości nieasfaltowaną drogą. Na miejscu okazało się, że nie ma dla nich pokoi w hotelu, gdzie mieli rezerwację. Przez kilka minut Przewo wykłócał się z właścicielem. Ponieważ nie rokowało to żadnych nadziei, zachęcany przez kilka osób z grupy szybko zmienił decyzję:

– Jedziemy do drugiego hotelu. Mam tu jego adres.

W światłach nocy hotel, murowany surowy budynek na stoku góry, wyglądał jak nowa szopa na sprzęt rolniczy. Mieli szczęście, w końcu, nie bez trudu znaleźni odpowiednią ilość wolnych łóżek. Kolację zjedli w restauracji „Kosmiczna Góra”, po czym udali się do wyznaczonych pokoi.

Panowało w nich wyjątkowe zimno. Łóżko Praktyka okazało się twarde i płaskie jak worek z piaskiem przygnieciony płytą betonową. Aby nie przeszkadzać Kindżałowi paleniem światła, Praktyk robił notatki w łazience. W rurach woda wydawała dźwięki podobne do brzęczenia komara-wampira szukającego świeżej krwi. Do snu podróżnik ułożył się w zielonej koszuli z długimi rękawami, na którą nałożył piżamę. Na goleń lewej nogi naciągnął ocieplacz z wełny przypominający rurę wykonaną z surowej wełny. W nocy zaczęły mu marznąć stopy, założył więc jeszcze skarpety.

Recepcjonista zbudził wycieczkę o godzinie piątej czterdzieści pięć, aby obejrzeli wschód słońca, mający nastąpić pół godziny później. Miało być rewelacyjnie. Wszyscy przyszykowali sobie aparaty fotograficzne, kamery video i smartfony, i ostrzyli sobie z zęby na niesamowite widoki, jakie im zapowiedziano. Droga ku wschodowi słońcu wiodła przez schody, drabinę i dwa dachy. O godzinie szóstej rano byli już w punkcie obserwacyjnym. Był to dach w formie tarasu z barierkami zdolny pomieścić kilkanaście osób. Stał tam stolik, dwa kloce drzewa i jakieś graty. Wschód słońca miał nastąpić punktualnie o godzinie szóstej piętnaście, siedzieli więc lub stali i czekali.

Wschód słońca okazał się niewypałem. Słońca zobaczyli tyle, co kot napłakał, ponieważ niebo cały czas było zaciągnięte chmurami i zamglone.

Godzinę później Nomadowie jedli śniadanie w restauracji hotelowej. Przewo zdecydowanym głosem wydał polecenie kelnerom, aby zabrali Kantynie drugi kufel piwa o pojemności trzy czwarte litra. Dla łatwiejszej identyfikacji określił go jako „ chudego faceta z wiecznie zamglonymi oczami”.

– Chłop urodził się na bagnach, to nie jego wina, że jego oczy nie mają blasku. Podobnie dziecko górnika nie może odpowiadać za to, że ma oczy czarne jak węgiel – Praktykowi łatwo przyszły perwersyjne skojarzenia; rozważnie nie podzielił się nimi z innymi osobami z wyjątkiem Kindżała. – Jestem surowy i okrutny – pomyślał o sobie – jak otaczające nas Himalaje.

Kantyna obraził się i wyszedł zostawiając niedopite piwo w kuflu. Był „intoxicated” jak mówili o nim lokalni mieszkańcy. Poruszał się wodząc wokół błędnym wzrokiem, powoli i niepewnie stawiał nogi. Kilka dni wcześniej zostawił w restauracji hotelowej torbę z dokumentami i pieniędzmi. Dla Przewo był jak ból głowy po przepiciu, a dla grupy był źródłem niepokoju. Gdyby zagubił się, wszyscy musieliby czekać na jego odnalezienie, aby móc ruszyć dalej.

Nagarkot Praktyk opuszczał pod wrażeniem, że budynki, wnętrza, wyposażenie i cała atmosfera tej miejscowości są wyjątkowo siermiężne w swej surowości, podobnie jak otaczające je zimne szczyty Himalajów. Kiedy czekali na autobus, rozmowa zeszła na temat lokalnych zwyczajów związanych z narodzinami dziecka. Wysoka z Kokiem wspomniała, że w Nepalu imiona nadaje się dzieciom według daty kalendarza księżycowego, głowa dziecka jest golona a na nim samym dokonuje się ceremoniału karmienia ryżem. W ciągu kilku dni po urodzeniu dziecka matce nie wolno przyjmować gości. Między czwartym a dwunastym dniem po urodzeniu rodzina świętuje „machu bu benkyu”, ceremonię, w czasie której dziecko przedstawia się ojcu i reszcie rodziny. Rodzice otrzymują wtedy gratulacje i upominki.

Odc. 16 Fantazje i Park Narodowy Chitwan

Wracając trzęsącym autobusem z wysokich partii Himalajów Praktyk oddał się rozważaniom egzystencjalno-filozoficznym. Zimno i niepowodzenia nocne przyprawiły go o chandrę. Chodziło mu o wolny czas. Do głowy przyszły mu porównania bycia wolnym: dorosły człowiek bez obowiązków, dziecko bawiące się na placu zabaw oraz zwierzę pasące się na pastwisku.

Dla Grupy 13 czas wolny właściwie nie istniał. Rozmywał się w rutynie codziennych czynności i wielości odwiedzanych miejsc. Z pokoju hotelowego Nomadowie udawali się do restauracji lub baru na śniadanie, wracali do pokoju, zabierali bagaże i schodzili lub zjeżdżali windą do holu, z holu do autobusu, z autobusu do pierwszego zwiedzanego obiektu, potem następnego. Wczesnym popołudniem korzystali z przerwy na posiłek, po czym udawali się zwiedzać kolejny obiekt i tak do późnego popołudnia lub wieczora, kiedy wyjeżdżali do innego hotelu najczęściej w innej miejscowości. Przybywszy na miejsce, po zagospodarowaniu się w pokojach, zostawał im jedynie czas na obiadokolację, rzadziej na wyjście na zewnątrz i włóczenie się po ulicach.

Wieczorem, jeśli miał szczęście, Praktyk zdążył napisać jeden lub dwa emaile z pozdrowieniami oraz połączyć się przez Skype na kilka minut z rodziną. Po powrocie do pokoju kolejność działań nie mogła być prostsza: prysznic, lulu i sen, a od rana nowa rutyna dzienna.

Praktyk nie lubił myśleć o nocy i śnie. Nie była to czynność, w której celował, wyróżniając się pozytywnie z wielomilionowego tłumu nieszczęśników cierpiących na całym świecie na bezsenność. Uczciwiej byłoby powiedzieć, że źle sypiał, co odrabiał drzemiąc w autobusie w trakcie licznych przejazdów. Nie był w tym wyjątkiem.

Na terenie Parku Narodowego Chitwan podróżnicy mieli spędzić dwa dni. Park należał do światowej klasy zabytków UNESCO i urzekał naturalnym pięknem dziewiczej przyrody. Położony między dolinami rzecznymi miał ponad dziewięćset kilometrów kwadratowych powierzchni. Teren był pagórkowaty, przepływały przez niego trzy rzeki, Narayani, Rapti i Reu, utrzymując w dobrej kondycji bagna i mokradła. Większość parku porastały drzewa damarzyka mocnego, na suchszych wzniesieniach rosły sosny, było także sporo palm. Na wilgotniejszych stokach zachwycała różnorodność gatunków bambusa.

Pierwszym punktem zwiedzania był spływ kajakowy. Płynęli rzeką Rapti po dwie osoby w kajaku. Oprócz ptaków, widzieli tylko dwa lub trzy gawiale wylegujące się na brzegu. Dla ludzi nieobytych z dziką przyrodą była to niezwykła była bliskość; niebezpieczne zwierzęta żyjące na wolności kilkadziesiąt metrów od człowieka. Lokalny przewodnik wyjaśnił, że rzeka staje się coraz uboższa w wodę, klimat coraz bardziej suchy, a gleba bardziej pylista.

Płynąc kajakiem przez park wycieczkowicze komentowali kształty drzew, krzewów i skał. Niektórych mężczyzn ogarnął stan dziwnego podniecenia: bambusy kojarzyły im się seksualnie. Kobiety rozważnie milczały na ten temat. Żartownisie przerzucali się słówkami i przysłowiami ponad głowami towarzystwa, odkrywając podobieństwa natury do organizmu ludzkiego.

– Bambus swoją prostotą kojarzy mi się mniej z męskością a więcej ze zwierzęcością. Kiedy nachodzą mnie chwile jędrności, mówiąc to myślę o czymś bardziej wymownym niż bicie kogoś po pysku, to czuję wnikające we mnie zwierzę. Znaczy się samca, który odmawia opuszczenia mego wnętrza dopóki nie nasyci się zabawą na aksamitnej łące kobiecości. Najczęściej jest to tygrys, rzadziej dzik, najrzadziej mocarny słoń. Ale i to się zdarza – intensywnie improwizował Rasputin, rozglądając się po okolicy rozkojarzonym wzrokiem.

Kiedy wygłosił zaskakującą tyradę, mężczyźni obrzucili go spojrzeniami pełnymi zdumienia i podziwu. Był to moment powszechnego zrozumienia, dlaczego nosił takie imię.

– Ty to chyba często masz takie zwierzęce myśli, Rasputinie. Że też nie przejrzałam cię wcześniej – odezwała się Wysoka patrząc nad jego głową w dal, w kierunku zakola rzeki, gdzie nastąpiło jakieś poruszenie. – Zastanawiam się, skąd bierze się w tobie tyle energii. Chyba jesz dużo słodkiego ciasta albo makaronu, produktów bardzo energetyzujących. Nie zrozum nie źle. Mówię to poważnie, absolutnie nie jestem krytyczna, wręcz przeciwnie, bo i ja lubię słodycze oraz makaron ciągnący się długimi nitkami. W takich momentach, po najedzeniu się, wzruszam się i też oddaje się podobnym marzeniom, z tym że we mnie wstępuje łania. Myślę wtedy o uległości, dziwnej nieco, ponieważ czasem chciałoby mi się skubnąć to i owo, schwytać a nawet zerwać, jakiś kwiat lub ziele, a nawet dotknąć czegoś serdecznie gorącego. Oddycham wtedy szaleńczo, pełnymi piersiami, czując bardziej niż wiedząc, że jest to efekt działania hormonów: dużej dawki estrogenu i małej dawki testosteronu. Każda kobieta ma to w sobie. I dzięki Bogu. Po wypaleniu się w ogniu namiętności zagłębiam się, jeśli tyko mam chęć, w fantazje ero. Niemało też czytałam na ten temat.

Nomadzi bez wyjątku przyjęli życzliwie spontaniczny wybuch fantazji kobiety, o której wiedzieli, że przez kilka lat poważnie zaniedbywał ją mąż-hazardzista. Kiedy przegrał w karty jej posag małżeński, miara jej cierpienia przebrała się i kobieta usunęła go raz na zawsze ze swego życia.

– Wysoka! – odezwała się siedząca z nią w jednej łodzi Wizażystka. – Jak ja ci zazdroszczę tak bogatych choć trudnych przeżyć. Ja od roku nie mam nikogo, kto by mnie zdradzał z kasynem, ręcznym bandytą, zielonym stolikiem karcianym, pokerem, czy nawet bukmacherem na wyścigach konnych. Tak mi brakuje tej serdeczności, poczucia bycia z mężczyzną nieobliczalnym, kochającym hazard, konie, ryzyko, przestrzeń i pieniądze. – Wizażystka przestała poruszać wiosłami i odchyliła się do tyłu. – Przepraszam, rozmarzyłam się do szaleństwa. Nie jestem w stanie wiosłować. Jak to dobrze, że płyniemy z biegiem rzeki.

Wypowiedź obydwu kobiet, zwłaszcza Wizażystki, rzadko odzywającej się publicznie, zachwyciła mężczyzn. Przyglądali jej się, niektórzy dopiero teraz zauważyli jej imponująco przemyślny makijaż, z mikroskopijnymi widoczkami drzew pod oczami i na policzkach oraz takimiż figurkami zwierząt na paznokciach. 

Po zakończeniu spływu kajakowego Rasputin, Wysoka i Wizażystka wrócili do poezji wspominkowo – erotycznej dochodząc do wniosku, że musieli być pod wpływem narkotyku.

– Niemożliwe jest wyrzucić z siebie taki ładunek emocji bez udziału jakiegoś barbituratu – głośno i z przekonaniem obwieścił Rasputin. – Jesteśmy w regionie, gdzie erotyka – aż prosi się to tak ująć – kwitnie na drzewach. Wspomnę tylko Kamasutrę.

Pytaniem było, co to był za narkotyk oraz kto i jak im go zaaplikował. W głowach Nomadów rodziły się podejrzenia, które ujawniły się one dopiero wieczorem przy kolacji.

Odc. 17 Oskarżenia i zwiedzanie

Po kolacji dyskusja o nietypowych zdarzeniach na spływie kajakowym rozgorzała na nowo. Najwięcej podejrzeń padło na Darczyńcę. Okazało się, że przed spływem częstował on innych uczestników cukierkami o dziwnym smaku. Zapytany o to nie zaprzeczał, tłumaczył się jednak niezrozumiale.

– Nie pamiętam co się działo, co robiłem i czego nie robiłem. Miałem chyba udar słoneczny, ponieważ często zdejmowałem kapelusz, aby się ochłodzić siedząc w kajaku w pełnym słońcu.

– Ale ty rozdawałeś swoje narkomańskie cukierki wcześniej, przed rozpoczęciem przygody kajakowej – logiczne spostrzeżenie Inżyniera nie wywołały u oskarżonego żadnego komentarza.

Następnego dnia znowu zwiedzali Park Narodowy Chitwan. Cała grupa z samego rana została zakwaterowała się w parkowym hotelu. Warunki zamieszkania były niewyszukane. Praktyk dzielił pokój z Kindżałem na parterze budynku.

Praktykowi ten niezwykły teren zdał się być wielką, naturalną arką Noego, jako ze gościł sześćdziesiąt gatunków ssaków i trzysta pięćdziesiąt gatunków ptaków. Królem był tygrys bengalski; w parku żyło ponad trzysta tych zwierząt. Była to największa chluba administracji parku. Drugim źródłem jej dumy były nosorożce indyjskie, łącznie sześćset pięćdziesiąt sztuk, gatunek zagrożony wymarciem podobnie jak tygrysy bengalskie. Zagrożone wyginięciem były też inne gatunki zwierząt żyjące w parku: to gawial gangesowy, hubarka bengalska, lampart, kotek cętkowany, gaur, suzu gangesowy, krokodyl błotny, sambar jednobarwny i wargacz leniwy. Za dnia zwierzęta były mało aktywne; tylko nieliczni turyści mieli szczęście zobaczyć jakieś zwierzęta. Z ptakami było łatwiej.

Nazwy żyjących w parku zwierząt podawano turystom tylko w języku angielskim. Praktyk notował je sobie i po powrocie do Nomadii odszukał w Internecie rodzime nazwy. O większości zwierząt słyszał po raz pierwszy w życiu: jeleń Hyelaphus, mundżak, aksis-czytal, kuna żółtogardła, cyweta, kot błotny, szakal, hiena pręgowana, lis bengalski, dzioborożec wielki, wężojad czubaty, rybożer białosterny.

Siedząc pod dachem na tarasie hotelu czekali na Przewo, kiedy nieoczekiwanie spadł deszcz. Krople głośno uderzały o liście palm przypominających wychudłe, szarozielone szufle. Nad ich głową, piętro wyżej, przebudził się rój pszczół zaczepiony pod krawędzią dachu jak gruba, ruszająca się, trójkątna chusta. W łazience przeciekała umywalka, nie dawała się naprawić nawet prowizorycznie, więc przestali o niej myśleć. W atmosferze oczekiwania, deszczu i narastającej wilgoci znikała chęć rozmowy o czymkolwiek.

– Nie ma co się przejmować. Przemieszkamy tu tylko jedną noc – pocieszali się nawzajem.

– Najważniejsze, aby nie zamokły ci sztylety. Mogłyby zardzewieć – ostrożnie sugerował Praktyk.

– A tobie pamięć i notatki; nie dałoby się ich odzyskać, gdyby nie daj Boże rozmokły w wodzie – Kindżał nie pozostał dłużny. Zaśmiali się obydwaj.

Następnego dnia, a może nawet tego samego, odbyli jeszcze wyprawę na słoniach, dumnie zwaną safari. Pobyt w parku zakończyła przejażdżka wozami ciągnionymi przez bawoły. Tę drugą imprezę Praktyk zapamiętał jako niekończące wleczenie się prymitywnych dwukołowych wozów po zalesionych bezdrożach. Siedział na samym początku pierwszego wozu, obserwując grzbiety zwierząt pociągowych. Przyglądał im się, ich zachowaniu, sposobie poruszania się. Lewy bawół był wolniejszy. Woźnica, starszy, szczupły pan w okularach na twarzy profesora wyższej uczelni, poganiał go, lekko dotykając końcem bata jego grzbietu lub nasady ogona. Z dwóch zwierząt ciągnących wóz, to jedno zawsze pozostawało z tyłu, podobnie jak jego jarzmo na grubym karku w stosunku do jarzma towarzysza. Siedząc obok poganiacza podróżnik chętnie wdałby się w pogawędkę, gdyby nie to, że profesor był prostym wieśniakiem bez jakiejkolwiek znajomości języków obcych.

Przejażdżka na słoniach była nieporównywalnie ciekawsza. Kindżał, Praktyk, Fotograf i Wysoka z Kokiem jechali razem. Na palankin umocowany na grzbiecie słonia wsiadali z drewnianej wieżyczki. Jej płaski szczyt miał postać platformy ogrodzonej barierką z czymś w rodzaju niskiej furtki, przez którą trzeba było fizycznie przesunąć się na palankin.

Słoń jako uniwersalny pojazd terenowy okazał się nadzwyczajny. Powoził nim mieszkaniec lokalnej wsi, będący jego właścicielem, opiekunem i poganiaczem. Praktyk nie potrzebował wiele czasu, aby zorientować się, że poganiacz i jego zwierzę w jakiś szczególny sposób komunikują się ze sobą. Obydwu sprawiało radość, kiedy zwierzę podchodziło pod stromy brzeg rzeki lub schodziło gwałtownie w dół po nierówności terenu.

Kiedy turyści przechylali się czując, że zaraz wypadną z palankinu, malutkie oczka słonia rozjaśniały się drobniutkimi iskierkami. Podobnie na niepokój podróżnych reagował poganiacz. Ich przywilejem był z kolei swobodny komentarz we własnym języku.

– Słoń i poganiacz chyba lepiej rozumieją się nawzajem, a może nawet są sobie bliżsi, niż my i on, choć jesteśmy przedstawicielami tego samego gatunku.

– Co to za gatunek, co wyrzyna się nawzajem jak barbarzyńcy, głodzi bliźnich na śmieć lub upodla do granic możliwości, aby w końcu przepuścić ich przez komin obozu koncentracyjnego? – reakcja Kindżała zaskoczyła towarzystwo. Kindżał nigdy nie reagował w taki sposób, miał raczej pogodne, filozoficzne usposobienie. Jego wypowiedź ucięła rozmowę niby ostry sztylet. Zamilkli wobec szokującego rozmiaru prawdy, jakim potworem potrafi być człowiek w porównaniu z najdzikszym zwierzęciem.

Odc. 18 Safari w Parku Narodowym Chitwan

Na równym terenie jazda na grzbiecie słonia przypominała huśtanie się. Dla urozmaicenia drogi przez busz poganiacz słonia zwany kornakiem demonstrował niezwykłe zdolności zwierzęcia. Rzucał jakiś przedmiot w górę i kiedy ten już upadł na ziemię, jego podopieczny go odszukiwał, chwytał koniuszkiem trąby i podawał mu do ręki. Zawiadamiał też trąbieniem, kiedy w pobliżu znajdowały się inne zwierzęta.

– Słoń trąbi w różny sposób, w zależności od tego, jakie zwierzę widzi w pobliżu – wyjaśnił Nepalczyk.

Chodziło nie tyle o gatunek zwierzęcia, ile o jego wielkość. Niebezpieczny tygrys czy też spokojniejsze, nawet większe zwierzę, wzbudzało w sposób naturalny inne odczucia słonia kierującego się instynktem.

-– O! Teraz na przykład Kudu, była to nazwa słonia, na którym jechali, sygnalizuje, że gdzieś w pobliżu jest krokodyl – przerwał ciszę poganiacz koncentrując wzrok na rzece Rapti, w kierunku której zmierzali. I rzeczywiście, chwilę potem podróżnicy zobaczyli gawiala wylegującego się na słonecznym skrawku ziemi po drugiej stronie rzeki.

Wyjaśnienia poganiacza słonia, a zarazem jego opiekuna i przewodnika czwórki pasażerów wycieczki, stwarzały liczne okazje przyjrzenia mu się dokładniej. Na imię miał Sumen. Był drobnym mężczyzną o szczupłej, omalże wychudłej twarzy, i ogorzałej cerze mieszkańca gór przebywającego dużo na słońcu i świeżym powietrzu. Czarna czupryna, skromne wąsy i niepielęgnowana broda oraz wyraz spokoju na twarzy stwarzały wrażenie człowieka na luzie, szczęśliwego z tym co ma i kim jest. Sumen cierpliwie cmokał na słonia i coś do niego mówił od czasu do czasu, na co zwierzę strzygło wielkimi uszami, jakby potwierdzając, że słyszało i przyjmuje słowa do wiadomości.

Historiami o zachowaniu i umiejętnościach słonia czwórka Nomadów dzieliła się z innymi uczestnikami wyprawy w trakcie posiłku. Kindżał z poważną miną przedstawił historię okularów przeciwsłonecznych, które upadły mu na ziemię, kiedy nadmiernie wychylił się do przodu.

– Słoń to zauważył, zatrzymał się, odszukał okulary w trawie, jaka tam rosła, chwycił je niezwykle delikatnie koniuszkiem trąby i podniósł na wysokość mojej twarzy.

Mówiący zastanawiał się, co dalej powiedzieć, kiedy odezwał się czyjś niecierpliwy głos:

– Opowiadaj! Opowiadaj! Co dalej?

– Nic! Wziąłem okulary do lewej ręki i prawą ręką wyciągnąłem z kieszeni chusteczkę. I wtedy słoń zaskoczył mnie całkowicie. Wyjął ją z mojej ręki i przetarł soczewki okularów trzymanych przeze mnie w palcach lewej dłoni. Dosłownie zbaraniałem. To było niesamowite – prawie krzyknął, po czym kontynuował opowiadanie pełen entuzjazmu i wiary w nadzwyczajne umiejętności zwierzęcia. Po zaoczeniu jego relacji, zapadło milczenie. Przerwał je kobiecy głos.

– E, tam! Opowiadasz bajki!

Historia skończyłaby się prawdopodobnie poczuciem niewiary w słonia, poganiacza i Kindżała, gdyby nie pozostała trójka podróżników. Jednomyślnie potwierdzili słowa Kindżała z takim ferworem, że nikt nie mógł nie uwierzyć w ich prawdziwość. Na dwóch lub trzech obliczach błąkały się cienie wątpliwości, nikt jednak nie śmiał wypowiedzieć się sceptycznie z obawy o wyśmianie lub krytykę za niedowiarstwo.

W trakcie wypraw po parku i okolicach Praktyk z wytrwałością godną lepszej sprawy notował nazwy sklepów, firm, szkół i organizacji. Wydawały mu się zbyt egzotyczne i ciekawe, aby powierzyć je pamięci. Miały dla niego niepowtarzalny urok, podobnie jak żywa przyroda widziana oczami człowieka nawykłego do betonu, asfaltu i mechanicznych konstrukcji cywilizacji. Nazwy były oryginalne: Jayamata Kalika Oil Store, Ratopul, Sipradi Autoparts, Gausala, Kalanki, Gaushala Internet Travel, Baidehi Guest House, Matrix Energy, Drinks Yeti Yatalat, Panchakanya, Pashupati Area, Shree Gansesh, Sipradi Shiva Ratin Palace.

Mimo dojrzałego wieku Praktyk lubił bawić się podobnie jak dziecko. Tłumaczył to żartobliwe naturalną skłonnością człowieka do dziecinnienia w miarę starzenia się. Było w tym coś głębszego, przekonanie, że naturalna ciekawość świata jest najpiękniejszą z cech dziecka, ideału człowieczeństwa, którą szybko i bezpowrotnie traci ucząc się manipulacji i kłamstw od osób dorosłych.

Odc. 19 Inżynier Uniwersalny

Po zakończeniu zwiedzania Parku Narodowego Chitwan, grupa wyruszyła późnym popołudniem w drogę powrotną do Katmandu. Podróżowali jak zwykle autobusem. Był to już ósmy z kolei dzień podróży, dostatecznie długiej, aby wszyscy czuli się zmęczeni.  

Wieczorem spotkali się na kolacji odświeżeni prysznicem oraz drzemką, w zależności od tego, na co kto miał ochotę. Po posiłku nikomu nie chciało się wychodzić na zewnątrz, siedzieli więc przy stolikach, mając przed sobą coś do picia: kawę, herbatę, sok lub jakiś koktajl bezalkoholowy. Tylko Kantyna, Darczyńca i Kindżał mieli przed sobą dzióbasy. Pytani, co w nich jest, odpowiadali zgodnie, że nektar. Wzrok Kantyny był jeszcze niezmęczony wpatrywaniem się w kieliszek.

– Widok, jaki mam przed sobą, przypomina mi relaks sybarytów po sesji obżarstwa – Praktyk dobierał słowa próbując zaimponować zebranym oryginalną obserwacją.

Czuł się syty i rozleniwiony. Siedział między Kindżałem a czarnobrodym Rasputinem, którego ze słynnym pierwowzorem łączyło najmocniej krzaczaste bogactwo twarzy oraz ekscytacje erotyczne.

– Dał chłop popis ostatnim razem na kajakach – pomyślał Praktyk, usiłując ponownie zebrać myśli.

Rozglądając się po sali restauracyjnej, zauważył, że wszystko było określone trójkowo: trzy okna w ścianach, trójka kelnerów żywo coś dyskutujących na końcu sali, nawet potrójne drzwi wejściowe do restauracji. Także towarzystwo po drugiej stronie stołu prowadzące ożywioną rozmowę zawierało w sobie podobne aspekty geometryczne. Siedzący w środku mężczyzna przypominał kształtem gruszkę; tęższy w siedzeniu, zwężał się ku górze na kształt trójkąta z przyciętym płasko szczytem. Widać było, że nie sportuje się nadmiernie zagubiony w morzu ludzkich potrzeb i problemów. Praktyk bezskutecznie usiłował przypomnieć sobie jego imię; w końcu poprosił Kindżała o podpowiedź.

– Nie siedzieliśmy jeszcze z nim przy jednym stole. To Inżynier, chyba specjalności gazowniczej. Jak sobie przypominam, nazywają go także Ateistą. Słyszałem, jak sam mówił o sobie, że jest inżynierem uniwersalnym z górnej półki. Tak, tak właśnie powiedział. Mówił też, że wierzy w Boga, ale z zasady jest ateistą. To jakiś dziwak. Tylko tyle wiem – zakończył Kindżał, po czym obrócił się do Darczyńcy siedzącego po prawej stronie, aby poprosić o podanie cukiernicy.

Praktyk przyglądał się Inżynierowi. Męczyła go jego nietypowa sylwetka. Zastanawiał się, czy bardziej przypomina mężczyznę o wyglądzie kobiety czy też kobietę o wyglądzie mężczyzny. Zaintrygowany, zaczął wsłuchiwać się w rozmowę toczącą się po drugiej stronie stołu. Ateista mówił wyraźnym, lekko podniesionym głosem. Własne słowa i słuchające go otoczenie wyraźnie go ekscytowały. Praktyk pomyślał, że jest to człowiek kochający mówić, aby go podziwiano i uwielbiano, i że potrzebuje uznania innych osób, ponieważ nie znajduje go w sobie. Poprzez szmer innych rozmów dobiegły go wyraźnie słowa:

– Ja, proszę państwa, w sprawach zawodowych zawsze mam rację. No, powiedzmy, prawie zawsze. Po prostu, umiem odnaleźć się w każdej sytuacji – Inżynier przerwał, aby pyknąć z fajki chwilę wcześniej włożonej w usta.

W głębi restauracji trzech śniadych tubylców, jeden w białym fartuchu i czepku kucharskim, drugi w kelnerskiej liberii i trzeci w garniturze, prawdopodobnie kierownik sali, nie zwracali uwagi, że ktoś pali na sali. Praktyk pomyślał, że czekają wyłącznie na oznaki zainteresowania nimi, prośbę o wyjaśnienie lub pomoc, podanie potrawy lub napoju, lub jakikolwiek inny znak, który pozwoliłby im wykazać się inicjatywą. Z boku po prawej stronie grupki stały stoły z podgrzewanymi metalowymi pojemnikami, w których dymiły potrawy.

– Ja, proszę państwa, umiem odnaleźć się w każdej sytuacji – powtórzył Inżynier dostatecznie głośno, aby słyszano go także przy innych stolikach. – Kiedy ludzie mają problemy z samochodem, klimatyzacją, pralką, zatkanym zlewem, lodówką czy budową domu, walą do mnie jak w dym. Jestem dobry, nie chwaląc się. Jak tylko jakiś problem, to oni od razu do mnie.

– Z wszystkim? – podchwycił siedzący obok Fotograf.

– No … Może nie z wszystkim, ale w bardzo szerokim zakresie spraw wymagających wiedzy naukowej i doświadczenia – wyjaśnił trójkątny Inżynier. – Z całą pewnością w takich dziedzinach jak hydraulika, chłodnictwo, dużo elektryczności i sporo mechaniki. Jestem, co tu dużo mówić, mistrzem w tych sprawach. Bywa tak, że do mnie dzwonią i mówią:

– Panie inżynierze, pogubiliśmy się. Niech pan nas ratuje. Bez pana nie damy rady. To będzie klęska! Przyjeżdżam, patrzę, siedzą w kilku po obydwu stronach korytarza w piwnicy budynku, z tymi wszystkimi rurami na ścianach i pod sufitem, głowy zwieszone jak u wisielca. Normalnie pogubili się. Widzę to wyraźnie i od razu, z kopyta, jak to mówią, przystępuję do roboty. Mnie nie potrzeba dużo czasu ani wysiłku, aby znaleźć przyczynę problemu i go rozwiązać. Dobry jestem. Nie mówię tego, aby się chwalić, ale po to, abyście po prostu wiedzieli.

– Poza tym jestem … Inżynier pochylił się do przodu dla wyjawienia sekretu, przyciągając ku sobie głowy osób siedzących w pobliżu, aby głośnym szeptem wyjawić tajemnicę:

– Jestem abstynentem. Całkowitym i bezkompromisowym – wyprostował się i od razu dodał: – Jestem także agnostykiem. Nie jakimś tam bezbożnikiem, prostackim ateistą, jak czasem o mnie mówią, teistą czy nawet deistą. W Boga nie wierzę, ale ani nie potwierdzam, ani nie zaprzeczam jego istnienia.

– To dosyć wygodne. Nie sądzi pan? – Zaczepnie podjął Fotograf.

Inżynier uniwersalny popatrzył na niego uważnie, spod brwi, i nie tracąc rezonu, wyjaśnił spokojnie.

– To jest bez znaczenia, co pan sądzi. Moja postawa jest naukowa. Zacząłem ją budować za czasów chłopięcych, a później, już jako inżynier, osoba dojrzała, rozwinąłem i pogłębiłem. Dla mnie wyjaśnienie istnienia czy nieistnienia Boga jest szokująco łatwe. Po prostu, nie jest możliwe stwierdzić, że Bóg istnieje ani też, że nie istnieje. Tutaj, w Indiach i w Nepalu, mają pod tym względem łatwiejsze życie. Ich bogowie są o niebo łatwiejsi do zdefiniowania.

Siedzący obok członkowie grupy nie podjęli dyskusji ani nie zachęcali Inżyniera do dalszych wynurzeń. Prawdopodobnie uznał, że dyskusja jest zakończona i on, inżynier uniwersalny, nie ma co się wywnętrzać dalej przed laikami, istotami człekokształtnymi o prostszej niż jego konstrukcji intelektualnej oraz skromniejszych i zasobach wiedzy i doświadczeń.

Wieczorem Praktyk widział go z okna swojego pokoju, jak stał przed wejściem do hotelu przyglądając się obojętnie scenom ulicznym. Inżynier ożywił się jedynie na widok tubylca wiozącego stos paczek na rykszy-platformie tak wielkiej, że wprost niemożliwe było, aby cała ta konstrukcja była w stanie zachować równowagę dłużej niż kilkanaście sekund. Inżynier palił nierozłączną fajeczkę; kółka dymu tworzyły wokół niego aurę zobojętnienia wobec wszelkich spraw nie dotyczących hydrauliki, chłodnictwa, elektryki i mechaniki.

Odc. 20 Kantyna

Wysoki, dobrze ubrany chudzielec o wiecznie zamglonych oczach, od początku wycieczki miał sławę moczymordy, która prawie natychmiast przysporzyła mu ksywę Alkoholik. Zastąpiła ona dziwne imię Baraku, jakie sam zainteresowany podał Przewo – w rzadkiej chwili półprzytomności – w obecności kilku członków grupy. Nikt mu jednak nie uwierzył, ponieważ oczy miał połyskliwe niby maślaki wyjęte z octu.

Pierwszy wypowiedział się Fotograf.

– To nie jest dobry pseudonim. Wprawdzie dokładnie określa człowieka, ale rzuca złe światło na nas wszystkich, ponieważ jest jednym z nas, obywatelem tego samego kraju. Mnie to krępuje.

Kilka osób poparło Fotografa również uznając ksywę za niezręczną. Zaproponowali w zamian Alko, argumentując, że jest to określenie prostsze, doskonale zrozumiale dla grupy, niezrozumiałe natomiast dla ludzi z zewnątrz, przede wszystkim dla recepcjonistów, kelnerów i barmanów oraz innych pracowników obsługi w hotelach, gdzie się zatrzymywali. Druga ksywa też napotkała opór. Kilka osób uznało, głównie kobiety, że Alko brzmi zbyt łagodnie.

– Ten pijus nie przysparza nam sławy i nie musimy go oszczędzać – Wysoka z Kokiem miała prawo być negatywna, ponieważ poprzedniego dnia Alkoholik popchnął ją na schodach i to tak bardzo, że prawie upadła. Przepraszał ja potem zawstydzony, że jego zachowanie wynikało z przepicia a nie ze zwykłego potknięcia się na schodach.

Ktoś zaproponował nazwę Szynkwas, uzasadniając, że jest to określenie wyraziste, historyczne i niezrozumiałe dla tubylców. Zaczęła się dyskusja; większość uczestników zgodziła się, że wprawdzie jest to nazwa historyczna, to jednak bardzo już zdezaktualizowana i zaprzeczająca godności człowieka, choćby nawet podłego gatunku.

– Psa tak można nazwać. nie pasuje to jednak do człowieka. W ogóle mi ona nie leży – był to głos Inżyniera, o tyle nietypowy, że sam otwarcie deklarował się jako nieprzejednany wróg alkoholu i pijaków.

Nie był to koniec ewolucji pseudonimu. Dyskusja trwała jeszcze przy kolacji. Ostatecznie przyjęła się ksywa Kantyna; uznano ją za najbardziej wyważoną. Wymyślenie ksywy niczego nie rozwiązywało oprócz problemu komunikacji między członkami grupy. Już następnego dnia Kantyna zjawił się na śniadaniu z twarzą zaciemnioną pustką alkoholowego wyczerpania. Chodził między stolikami przyciągając uwagę gości hotelowych i obsługi. Po zakończonym posiłku, kiedy Nomadowie wyszli do autobusu, wlókł się milcząco za grupą na swoich gumowych nogach, zupełnie jak robot, tylko bardziej miękko, mniej mechanicznie. Wszyscy już zrozumieli, że potrafi trwać w stanie upojenia przez dwadzieścia cztery godziny na dobę.

– A nawet dłużej. On jest po prostu niezmordowany – dodawali, kiwając z niechęcią głowami, lokatorzy sąsiednich pokoi hotelowych, którzy widywali go najczęściej.

Sytuacja okazała się podlejsza niż można było przewidywać. Rozmawiali o tym z Przewo, odpowiadającym za grupę z ramienia agencji turystycznej, organizatora wycieczki do Indii i Nepalu, oraz między sobą; nikt jednak nie widział rozwiązania.

Kantyna stał się przekleństwem Nomadów. Trzeba było nieprzerwanie go pilnować, ponieważ zgodnie z regulaminem wycieczki grupa miała podróżować razem. Istniał ponadto dobry zwyczaj, że członkowie grupy wzajemnie się pilnowali, aby się nie spóźnić lub nie zagubić.

Z Kantyną było inaczej. Nikt nigdy nie wiedział, gdzie jest i co robi. Starał trzymać się grupy, najczęściej jednak nie za bardzo mu się to udawało. Porywczy, sam nie wylewający za kołnierz, przypisywał mu demoniczne zdolności, twierdząc, że opiera je na obserwacjach.

– Kantyna to prawdziwy sztukmistrz; potrafi wydobyć alkohol nawet z podłogi. Sam widziałem, miał akurat uchylone drzwi do pokoju, jak przykucnął przy fotelu, włożył do ust długą, cienką rurkę wychodzącą ze szpary w podłodze i pił. Nie mam pojęcia, jak on to robi.

Mroczna sława Kantyny rosła z dnia na dzień. Jedynym i niezaprzeczalnym plusem było to, że był on niezwykle spokojny, a nawet uczynny, nie podnosił głosu i nie awanturował się.

– On jest jak z waty, miękki i wyciszony. Dotkniesz go i nic nie czujesz – Porywczy miał o Kantynie więcej wiedzy niż inni. Przyciśnięty wyjawił, że usiłował zbliżyć się do niego i zaprzyjaźnić, aby móc na niego wpływać.

– Mam wrażenie, że on uważa siebie za kogoś podobnego do sadhu, ascety i cierpiętnika. Błądzi we mgle zadumy duchowej, jaką w Indiach nazywają stanem błogosławionego zamyślenia. Sam mi to powiedział, kiedy wydawało się, że jesteśmy już przyjaciółmi.

Na prośbę grupy Porywczy zobowiązał się zebrać więcej informacji o Kantynie. Dostarczył mu ich telefonicznie brat przyjaciela ze studiów, który mieszkał w tej samej miejscowości co Kantyna z żoną. Jak się okazało, to żona Kantyny wysłała go na wycieczkę. Miała dobre wytłumaczenie.

– Już nie daję sobie rady. Wreszcie będę mieć trochę wolnego czasu dla siebie. Nie będę musiała pilnować go, aby nie wpadł pod samochód, autobus lub tramwaj. To alkoholik, który nie chce się leczyć, uważając, że nic mu nie jest. Wielka szkoda, że u nas nie ma więzienia za alkoholizm i przymusowego leczenia! Kiedy Baraku jest sam, pije mniej, twierdząc, że nie podoba mu się samotny obraz w lustrze; woli patrzeć ma inne twarze. Ma przebłyski świadomości, zrobi nawet zakupy, ale nie mogę go nigdzie wysłać, bo mając pieniądze wydaje je na alkohol. Już o godzinie szóstej rano ten rabbi, niespokojna dusza, krząta się po kuchni, sprząta, słyszę jak szura nogami i coś przestawia. On potrafi wszystko, nawet przeżyć delirium trzy razy dziennie, kiedy idzie w tan z kolegami. To prawdziwe skaranie boskie.

W czasie spotkania grupy po kolacji, ktoś nazwał Kantynę makabrą i upiorem. Kindżał, sam niemały oryginał, zaprotestował.

– Takie słowa gwałcą logikę horroru, która intensywne opisy rezerwuje dla zdarzeń gwałtowniejszych niż włóczenie się gdzieś po pijanemu, mianowicie do scen ociekających posoką i krwią przegryzionego gardła. Nie powinniśmy tak mówić o Kantynie.

Odc. 21 Zakupy

W drodze do Katmandu autobus zatrzymał się, aby uczestnicy wycieczki mogli zrobić zakupy w wielopiętrowym domu towarowym Bhat-Bhati Supermarket and Departamental Store. Jego pełen opis był wyjątkowo bogaty i zawierał w sobie określenia w rodzaju „international”, „imperial”, „gigantic” i „futuristic”. Właścicielem domu był Baba Ditto, Hindus z Varanasi, właściciel wielkiej fortuny, człowiek o nieprzeciętnych zdolnościach, marzyciel i twórca idei łańcucha wznoszących się reinkarnacji, z których każda następna była bliższa absolutu niż jej poprzedniczka.

Ditto pokazywał się niekiedy przy wejściu głównym do Bhat-Bhati, ubrany w garnitur z jedwabiu, z krzaczastą brodą i wąsami skrywającymi usta i dolną część twarzy, oraz złotym sygnetem na ręce. Rozdawał ulotki i rozmawiał z klientami. Jeśli rozmowa sprawiała mu przyjemność, częstował osobę wyróżnioną gorącą kawą w malutkiej filiżaneczce i oferował autograf z swoim zdjęciem dużego formatu. Ich zapas nosił za nim służący, biały Europejczyk, w liberii, płynnie mówiący czterema językami. Był to Anglik zatrudniony przez Babę Ditto dla upamiętnienia czasów, kiedy Anglicy w ramach Imperium Brytyjskiego zatrudniali Hindusów w roli służących.

Dom towarowy Bhat-Bhati cieszył się sławą największego sklepu na kontynencie. Był doskonale zaopatrzony; najdrobniejszy produkt nie mógł pojawić się na półce jeśli nie był dostępny co najmniej w trzech odmianach.

Nomadowie szybko uzyskali cenną wiadomość, że w południowym skrzydle na czwartym piętrze, jest niesamowity wybór herbat, także ekologicznych zwanych tu organicznymi. Były one w różnych opakowaniach, od prostego do najbardziej luksusowego, bardzo dobrej jakości i miały rozsądne ceny. Większość wycieczkowiczów skorzystała z okazji i zaopatrzyła się w większą ilość herbat przeznaczonych na upominki dla rodziny i przyjaciół. Czas zakończenia zakupów ustalono na godzinę piętnastą piętnaście. Zbliżała się już godzina szesnasta, a część Nomadów wciąż robiła zakupy. Pozostali, czekający już w autobusie, niecierpliwili się coraz bardziej. Kiedy zauważono, że nie ma też Kantyny, zdenerwowanie pogłębiło się. Słychać było przekleństwa.

– Zaraz go przyprowadzę – zaoferował się Darczyńca.

Po kilku minutach, szybciej niż ktokolwiek mógł się tego spodziewać, wrócił razem z alkoholikiem.

– Skąd wiedziałeś, gdzie go szukać? – padały pytania.

– To nie było trudne. W dziale alkoholi. Siedział i gapił się na sprzedawcę, czekając na zapakowanie trzech butelek “Desi Daru”, najbardziej popularnego alkoholu na Półwyspie Indyjskim. Kantyna wie, co jest dobre. Wiedzy o alkoholach nie można mu odmówić. To coś rewelacyjnego! To najlepszy na świecie absynt – wyciąg z kwiatów i liści piołunu, anyżu oraz kopru włoskiego z niewielkim dodatkiem innych ziół. Otrzymuje się go w procesie ekstrakcji.

Zasięgnąłem języka i kupiłem absynt o nazwie Gogoo-Loo, produkowany z dodatkiem wyciągu z jakiegoś egzotycznego robaka. To najmocniejszy trunek na świecie, ma osiemdziesiąt czystego alkoholu. Jest zakazany w wielu krajach. Po kilku kieliszkach można już mieć urojenia, a z całą pewnością następnego dnia. Nigdy jeszcze nie przeżyłem delirium, dlatego musiałem go kupić – w miarę opowiadania Darczyńca ożywiał się coraz bardziej.

– Po wypiciu Gogoo-Loo nie można już pić innego alkoholu, jeśli chce się dożyć następnego dnia. To przeżycie na miarę reinkarnacji. To, co usłyszałem, tak mnie poruszyło, że nabyłem trzy butelki. Inne trunki wyglądają przy nim jak bezalkoholowy szampan dla dzieci. Jak tylko ruszymy, zaczynam rozlewać. Możecie już ustawiać się w kolejce.

Wieczorem, po kolacji, grupa oglądała tańce newarskie w restauracji „Nepali Chudo” w hotelu „Northcrop”. Mieścił się on w dwupiętrowym budynku zbudowanym z czerwonej cegły, bardzo przyjemnej dla oka. Każde piętro otaczał balkon osłonięty metalową barierką. Od podstawy ściany frontowej strzelał w górę blaszany komin; kończyła go konstrukcja przypominająca dziwaczną budkę dla ptaków.

Większość czasu tańczył mężczyzna o twarzy, uśmiechu i wdzięku kobiety; każdy gest jego ramion i dłoni wyrażał delikatność. Przygrywała mu dwuosobowa orkiestra. Goście siedzieli przy długich stołach i smakowali sake serwowane w mikroskopijnych kieliszkach.

Odc. 22 Abstrakcja i historia

Następnego dnia zrobiło się zimniej, wzrosło ciśnienie atmosferyczne, rozjaśnił się błękit nieba i inaczej pachniało powietrze. Wydawało się, że czas ruszył z kopyta i sprawy toczą się szybciej. Odczuł to nawet Kantyna, kiedy zapytał:

– Czy nie sądzicie, że dzisiaj poruszam się szybciej i jestem bardziej przytomny?

– Ja to zauważyłam. Jesteś żwawy jak brykający źrebak i w oczach masz ogień zamiast mgły – zagadkowo odpowiedziała Wysoka z Kokiem.

Grupie Trzynastej udzieliła się atmosfera przyśpieszenia. Rozmowy stały się luźniejsze i jakby bardziej ekstrawaganckie. Nagle wzięli sobie do serca lokalną rzeczywistość. Była drastycznie inna niż w Nomadii. Wiedzieli to już wcześniej ale dopiero teraz to odczuli, jakby się właśnie obudzili i przejrzeli na oczy. To był zupełnie inny świat. Wyłaniał się z chaosu i nie mógł sobie z tym poradzić. Było coś, co pędziło go naprzód, coś, co go cofało do przeszłości, i coś, co trzymało go w miejscu. Zniknął porządek. Chodniki na ulicach stawały dęba, śmieci nie chciały się sprzątać, autobusy nie przyjeżdżały po dzieci, aby zabrać je do szkoły. Nadal kwitła bieda, ale jej kwiaty nie wydawały słodkich zapachów, tylko męczący zaduch. Ludzie koczowali na otwartym powietrzu. Na ulicach sprzedawano, gotowano, rozmawiano, wykonywano prace użytkowe, załatwiano sprawy. Urzędy działały opieszale i byle jak. Mieszkańcy przemieszczali się nieprzerwanie, setkami i tysiącami z miejsca na miejsce niby uparte mrówki. Katmandu stanowiło jedno wielkie pole bitwy, gdzie mieszkańcy toczyli nieprzerwanie walkę z losem o przeżycie do następnego dnia.

Podsumował to Darczyńca. Nikogo to nie zdziwiło, ponieważ zawsze był rzecznikiem społeczności tubylczych i lokalnych, zwłaszcza dzieci. W czasie przerwy w zwiedzaniu miasta zebrało mu się na przemówienie.

– W Indiach i w Nepalu wszystko jest święte. Krowy, małpy, szczury, rzeki, bogowie i boginie, ich wcielenia, świątynie. Najbiedniejsi to też święte krowy. Nikt ich nie atakuje, ale też nikt im nie pomaga. Nie sprzedałeś kilku naszyjników, nie użebrałeś, nie przewiozłeś pasażera rykszą, to nie masz co włożyć do ust. Taka jest ich prawda. To samo jest z edukacją, opieką lekarską, mieszkaniem i transportem. Nikt się nie przejmuje, że ktoś zachorował i umiera, z wyjątkiem osób najbliższych. A i to też nie jest pewne, bo ludzie w biedzie obojętnieją. To okropne!

Rozmawiali na luzie jakby sprawy życia i śmierci, losu jednostki oraz choroby i zdrowia były równie ważne jak ołówek, kanapka z szynką, gumka do majtek czy ulotne spojrzenie przechodnia.

Po przerwie na lunch znowu ruszyli w drogę. Przewo mówił krótszymi zdaniami. Ciął je na kawałki, częściej używał równoważników zdań.

– Katmandu ma już swój wiek. Zostało założone w siedemset dwudziestym trzecim roku przez króla Gunakamadevę. O tym królu powiem później, jeśli zostanie mi trochę czasu. Stare miasto jest znane ze świątyń różnych religii i wyznań. Obok siebie koegzystują świątynie hinduistyczne, buddyjskie i chrześcijańskie, chociaż chrześcijan jest tu jak na lekarstwo. To tylko kilka kościołów protestanckich i sal Królestwa Świadków Jehowy.

– Czyli że my, nomadzka Grupa Trzynaście, stanowimy w Katmandu większą grupą chrześcijan? – Inżynier Uniwersalny usiłował wtrącić swoje trzy grosze. – Ale co to za chrześcijanie! – wyrwało mu się, kiedy zauważył Kantynę usiłującego dolać sobie kawy z termosu, o którym wszyscy wiedzieli, że zdolny jest przyjąć tylko alkohol.

Adresat inżynierskich uwag nie tylko nie poczuł się urażony, ale wyprostował się jakby przywrócono mu godność. W swojej pomroczności również uczestniczył w grze wymiany myśli i opisów rzeczywistości.

Powaga turystyczna wróciła do nich, kiedy zwiedzali zabytki starych dzielnic Katmandu: Durbar Square z pałacem królewskim Hanuman Doka, Patarn Durbar Square, Bhaktapur oraz stupę Swayambhunath. Stupa znana była także jako Świątynia Małp; wiele z nich żyło w jej północno-zachodniej części. Przewo wyjaśnił, że stupa to budowla sakralna symbolizująca oświecony stan Buddy.

– Na terenie Sri Lanki stupy buddyjskie noszą nazwę dagoby, w Tajlandii – czedi, w Indonezji – candi, w Bhutanie, Nepalu i Tybecie – czortenu, w Mongolii – suburganu. Czy nie jest to ciekawe? – zapytał z nadzieją, że ktoś zechce się z nim zgodzić. Spotkało go milczenie.

Odc. 23 Święte miasto Varanasi

Po raz pierwszy Praktyk zobaczył Varanasi siedemnaście lat przed przyjazdem do Indii, odwiedzając cmentarz na południu Nomadii, gdzie odbywała się uroczystość pochówku lokalnego poety. Przy akompaniamencie werbli w nastroju rozważnej powagi, wynajęty aktor recytował poemat „Reinkarnacja”.

Nagrobek przybrany w betonowe szaty,
na nim dłutem wyryte nazwiska,
urodził się… zmarł… ale gdzie daty
Każda rubryka pusta, szara, czysta.

Niektórzy za życia już po tamtej stronie,
a ja marzenia uparcie wciąż gonię.
Nie dam się zepchnąć pod strojne marmury,
wybiorę wolność spopielałej chmury.

Hindus nad Gangesem płomieniem się wzbiję,
lekkością zachwycę i blaskiem opiję,
nie zgodzę się oddać do wiecznej kasacji,
wrócę w łańcuchu reinkarnacji.

Mnie myśl ociężała przy ziemi nie trzyma,
wierzę w mądrość Stwórcy, dobroci olbrzyma,
nie zniżę czoła do cmentarnej jaźni;
ulotnością żyć będę w boskiej wyobraźni.

Teraz podróżnik oglądał prawdziwe Varanasi, idealne miejsce do snucia refleksji na temat ostateczności łączącej bez wyjątku wszystkich ludzi: otyłych i chudych, mądrych i głupich, nieskończonych bogaczy i nagich nędzarzy. Nie podobała mu się nazwa miasta. Poprzednia nazwa, Benares, była o wiele szlachetniejsza, lepiej brzmiąca, po prostu lepsza.

– Dlaczego zmieniono nazwę, starając się poprawić to, co było już doskonałe? – Głośno zastanawiał się Nomada.

Nawet Przewo nie umiał odpowiedzieć na to pytanie. Trochę go nawet zdziwiło, ponieważ nikt wcześniej nie poruszał z nim filozoficznych kwestii, mających dwie lub trzy odpowiedzi, a może nawet i więcej.

Nomadowie chodzili po mieście przyglądając się budynkom, ludziom, zwierzętom i rzece. Wszędzie widzieli atrybuty wiary w bogów, ich wcielenia i namiastki: figury, figurki, świątynie duże i małe, rzeźby i obrazy, a także gałązki, kwiaty i liście roślin, reprezentujących symbolikę religijną. Na każdym kroku była okazja zrobienia ciekawego zdjęcia.

Przez kilka minut Nomadowie podziwiali w świątyńce ulicznej obraz Kamadewy zwanego także Kamą, boga miłości w hinduizmie. Miał on postać dorodnego młodzieńca, wyposażonego w łuk z trzciny cukrowej z cięciwą z pszczół oraz w strzały wykonane z kwiatów. Towarzyszyły mu święte ptaki, kukułka i papuga.

– Jak na mój gust, to on ma kobiece biodra, podobnie jak i uda. Twarz też ma jakąś taką pełną; przypomina mi ona moją teściową, kiedy była młoda.  – odezwał się Rasputin. Żaden z Nomadów nie poparł go w obserwacji szczegółów anatomicznych boga miłości, nikt też nie zaprzeczył ich trafności.   

Ze zdjęć własnych wykonanych w Varanasi Praktykowi najbardziej podobało się zdjęcie pokazujące go w czarnej kurtce z girlandą różowych kwiatów na szyi stojącego w łodzi na Gangesie. To była najlepsza kurtka jego życia, kupił ją specjalnie na wyjazd do Indii i Nepalu. Po powrocie do domu najchętniej wracał wspomnieniami właśnie do tego zdjęcia. Rozumiał, że to dlatego, że rzadko kiedy człowiek widzi siebie samego.

W Varanasi bogaty duch hinduizmu przemieszczał się wraz z tłumem Hindusów po nabrzeżu sześćdziesięciu ghat. W różnorodności wyznań i postaw prawda mieszała się z fałszem. Obok prawdziwych sadhu pojawiali się fałszywi sadhu, jedni autentyczni w swej wierze i praktyce religijnej, drudzy pozorujący świętość. Pierwsi byli samotnikami unikającymi tłumów, mistykami karmiącymi się energią kosmosu, szukającymi wewnętrznej doskonałości i jedności z duchem wszechświata. Ci drudzy stanowili rodzaj żywych manekinów wystawowych wyciągających ręce po datki, podróbek świętych mężów odzianych w kolorowe szaty i sprzedających turystom swój wizerunek za dziesięć rupii, równowartość siedemnastu centów amerykańskich.

Wierzący Hindusi mieszali się z obcokrajowcami, kierowanymi tandetną ciekawością zobaczenia świętego miasta. Podobnie jak rzeka miasto było święte, ale nie dla nich. Oprócz wykonywanych w pośpiechu i często ukradkiem zdjęć niewiele zachowali dla siebie, byli symbolami z tryptyku małpek, co mają oczy, a nie widzą, mają uszy a nie słyszą, mają usta, a nie mówią.

Wiara w bogów, bóstwa i ich repliki były jawnie nadużywane, ponieważ życie z zasady dzierży prymat nad wiarą. Sama wiara choćby najczystsza, zbliżająca człowieka do Boga i Boga do człowieka, nie zaspokaja głodu dostarczając pożywienia dla organizmu. Stojące wysoko nad brzegiem, jeden obok drugiego, pałace były najczęściej niezamieszkałe i ulegały degradacji. Władze sprzeciwiały się sprzedaży czy choćby wydzierżawieniu ich firmom, które przywróciłyby im dawne piękno i blask w zamian za prawo do użytkowania jako hotele, ośrodki konferencyjne czy zabytki kultury odwiedzane przez turystów. Nie zgadzały się z obawy, że na tarasie górującym na świętą rzeką Ganges pojawi się nagle człowiek ze szklanką whisky w jednej ręce i cygarem w drugiej. Tradycja i wiara przeciwstawiały się rozumowi, pozwalając na dewastację zabytków.

Kontynuacja wielowiekowej tradycji unicestwiały przyrodę. Palenie stosów kremacyjnych przekształciło się w bezsens, kiedy ich liczba wzrosła do setek i tysięcy. Nieprzerwane kremacje na ghatach zabijały świętą rzekę. Ilość bakterii coli w Gangesie przekraczała bezpieczny dla zdrowia poziom dwadzieścia dwa tysiące razy. Nomadowie w swoim zarozumialstwie obcokrajowców widzieli to w sposób oczywisty: rzeka stała się ściekiem. Co było dla niej do zniesienia kilkaset lat wcześniej, stało się hekatombą, ofiarą składaną bogom z niej samej. Mimo zanieczyszczeń Hindusi masowo brali uświęcającą kąpiel w wodach Gangesu, przekonani, że zmywają przewinienia popełnione w obecnym i wcześniejszych wcieleniach. Czego rzeka nie wybaczyłaby obcokrajowcom, akceptowała u tubylców, nie wywołując większych szkód w ich organizmach.

– Chyba jesteśmy zboczeńcami – wymieniali się uwagami Nomadowie. – Nie dostrzegamy szlachetności płonącego stosu, lecz widzimy rzekę cierpiącą za każdym razem, kiedy wrzucają do niej nadpalone drewno razem ze spopielonym ciałem.

Praktyk też to źle odbierał, ale nie do tego stopnia, aby nie cieszyć się kolorowym leniwie przesuwającym się tłumem, dziwnymi zapachami, wieczornym ceremoniałem religijnym w wykonaniu kilkunastu braminów, wąskimi uliczkami, ludźmi siedzącymi w kucki na progach domów, świętymi krowami na skrawkach zieleni oraz niekończącymi się schodami nadrzecznych ghat. Ambitny podróżnik uspokajał się myślą, że nie wszystko jest w stanie zrozumieć.

Odc. 24 Kult religijny

Na kolację Przewo przyniósł kilka akcesoriów związanych z religiami hinduistycznymi: figurki, grę oraz lampkę religijną i położył na stole, aby każdy mógł wziąć je do ręki i dokładnie im się przyjrzeć. Kiedy opowiadał o nich, zebrani brali je w ręce, dotykali i przyglądali im się z bliska, aby poznać szczegóły. Niektóre przedmioty także wąchali, ponieważ wydzielały przyjemne dla nosa zapachy.

Największą niespodziankę Przewo zachował na koniec. Były to fragmenty świętych roślin,  uważanych także za magiczne i lecznicze, stanowiących ważną część kultów religijnych Indii. Stanowiły je głównie liście, ale także gałązki, owoce i kwiaty. Wszystkie związane były z jakimś bogiem lub bóstwem.

Pokaz objął pięć rodzajów świętych liści. Przewo zaimponował grupie podając z pamięci ich nazwy i opowiadając związane z nimi historie.

– Ten pierwszy liść należy do rośliny zwanej „Amla”, wyrosłej z łez Brahmy. Tak wierzą Hindusi. Druga, równie egzotycznie brzmiąca nazwa „Dźuhi” jest niczym innym jak nazwą kwiatu jaśminu, oferowanego wszystkim bogom i boginiom. „Padma” z kolei, to gatunek lotosu, symbol czystości, ponieważ nie przywiera do niej brud. „Gańdźa” to konopie indyjskie, rytualnie palone przez sadhu, ascetów i mędrców hinduskich. Ostatnia roślina to „Haldi”, inaczej mówiąc kurkuma. Wyrabia się z niej pastę do nacierania posągów bóstw. – To tylko niektóre ze świętych roślin hinduskich.

Oczy Kantyny rozbłysły dziwnym blaskiem.

– Czy któraś z tych roślin poprawia samopoczucie człowieka – zapytał.

Przewo popatrzył na niego ze zdziwieniem.

– W sensie wiary religijnej – tak. Co do innych odczuć – zawahał się – to bardzo mi przykro, ale nie mam pojęcia.

Kantyna był rozczarowany, widać było, jak zgarbił się i oklapł na krześle.

– Żal na niego patrzeć – szepnęła Wysoka do Wizażystki skrzywiając usta. – Człowiek szukał nadziei, a otrzymał uderzenie młotkiem.

– Na szczęście drewnianym i nie w głowę, tylko w palec – Wizażystka starała się żartem złagodzić napięcie. 

Pokój hotelowy Praktyka i Kindżała był wyjątkowo nijaki. Ściany, meble i urządzenia były tego samego nudnego, plastikowego koloru, podobnie jak podłoga, która w dodatku skrzypiała. Aby oderwać się od męczącego wystroju pomieszczenia, Piotr Praktyk zaczął zastanawiać się, skąd w Nomadach jest tyle luzu. Jak zwykle podzielił się swoimi myślami z Kindżałem.

Kindżał był inżynierem-biologiem z zawodu, niezwykle pracowitym, praktycznym i odpowiedzialnym biznesmenem; prowadził w życiu wiele przedsięwzięć. Chętnie zmieniał każde z nich na inne, jak tylko odkrył jakąś nową lukę rynkową w zaopatrzeniu w towary lub usługi. Na wycieczce pokazał swoją odmienność. Był innym człowiekiem; ciekawym świata turystą, entuzjastą broni krótkiej i ostrej, lubił wypić i pożartować, czasem cieszył się  jak dziecko.

Praktyk przedstawił mu swoje przemyślenia.

– Normalnie w kraju jesteśmy – z grubsza rzecz biorąc – sztywni, oficjalni i poprawni w zachowaniach i reakcjach. Teraz, na wycieczce, jesteśmy inni: bardziej wyraziści, swobodni, entuzjazmujemy się jak dzieci, wymyślamy sobie ksywy, pokazujemy nasze głębsze ja, nawet fantazjujemy jak członkowie tajnego towarzystwa rozbuchanej seksualności. Aby to zrozumieć trzeba psychologa głębi i seksuologa.

– Nie mam kwalifikacji – zaczął Kindżał – o jakich mówisz, ale chyba znam wytłumaczenie. Wyrwaliśmy się z dyscypliny społecznej, ocen przełożonych, bacznego oka współmałżonka i rodzeństwa, dzieci, rodziców oraz opinii publicznej. Tu jesteśmy panami sytuacji. Dzikie zachowanie nikogo nie szokuje. Ośmielamy się być sobą wobec niewielkiej grupy ludzi, którzy rozjadą się do swoich domów jak tylko przekroczymy granicę w drodze powrotnej. Wycieczka to efemeryda, teatrzyk eksperymentalny, gdzie gramy role wedle improwizowanych, odręcznie wymyślanych scenariuszy. Ułatwia nam to odmienność tego kraju. Nasze problemy są myszką Miki w porównaniu z problemami Hindusów. Nasza duchowa wyobraźnia jest dzidziusiem w stosunku do bogactwa ich religii i wyobrażeń. Oni są w tym niesamowici. To nas zmienia, pokazuje, jacy i my możemy być, daje nam poczucie luzu i swobody, a zatem i szczęścia. Powtórzę, nasze niezwykłe zachowania w Indiach i Nepalu, oczywiście bez jakichś idiotycznych ekscesów, nie szokują nas ani nikogo innego.

Tej nocy Praktyk zasnął z poczuciem wyjątkowości w pokoju kolorystycznej nijakości, o której wiedział, że przeminie, jak tylko opuści hotel rankiem następnego dnia.

Odc. 25 Małpy i elephantiasis

Piotr Praktyk zapamiętał małpy jako współwłaścicieli kraju. Zapadły mu w pamięć. Był pewny, że to wspomnienie tego, co przeżył, będzie go prześladować, że każdy kiosk będzie mu się kojarzyć z bankiem i małpami. Coś w rodzaju zaraźliwego trójkąta wyobrażeń: bank-kiosk-małpy. Wspomnienie zjawiało się nieproszone pod różnymi hasłami, wracało uparcie, wielokrotnie, głównie we śnie, ale nie tylko. Później, już po powrocie do kraju, zwiedzał ogród zoologiczny i zobaczył małe stado małp. Był prawie pewien, że samiec groził mu kłami i gardłowym warkotem jak ten znad kiosku z bankomatem w Indiach.

Dzień zapowiadał się zupełnie zwyczajnie. Po południu rykszarz zawiózł Praktyka do bankomatu, jaki był najbliżej hotelu. Sprawa była prosta, chodziło o podjęcie pieniędzy. Bankomat był zainstalowany w ścianie małego budyneczku przypominającego kiosk. W kolejce stało już dwóch Hindusów. Nomada dołączył do nich i spokojnie czekał. Kiedy pierwszy klient odszedł od bankomatu, drugi ani myślał zbliżyć się do kiosku. Zapytany przez Praktyka, dlaczego tego nie zrobi, wskazał głową małpy siedzące na dachu tuż obok bankomatu. Zwierzęta poruszały się niespokojnie, parskały. Przewodził im samiec, większy niż pozostali członkowie stada. Wyglądał groźnie, on jeden szczerzył kły.

– Musimy poczekać, aż się uspokoją. Teraz są niebezpieczne – Hindus ostrzegł Praktyka obracając się do tyłu.

Nomada popatrzył na przewodnika stada i zauważył, że ten go obserwuje i przygląda mu się przenikliwie, zupełnie jak człowiek. Twarz małpy, mimo bardziej płaskiego kształtu, upodobniła się do ludzkiej twarzy. Podróżnik poczuł się nieswojo, przeszły go ciarki. Zobaczył nagle przed sobą nie zwierzę ale prawdziwego człowieka, przyglądającego mu się rozumnie, choć z pewnym wzburzeniem. Na grzbiecie samca srożyła się grzywa. W całej sytuacji była groźba i tajemnica.

Praktyk przypomniał sobie, że przebywa w świecie, w którym małpa została wyniesiona do rangi wyższej nawet niż człowiek. Myślał o bohaterskim Hanumanie, Bogu-Małpie, repezentującym odwagę, nadzieję i mądrość, najbardziej oddanym bogowi Ramie. Był to niezwykły przypadek w historii wiary, że zwierzę sięgnęło pozycji Boga. Przyglądając się osobnikom siedzącym na dachu kiosku, Praktyk zauważył moment, kiedy samiec uspokoił się, przybierając normalny wygląd. Wydało mu się, że spokojny już samiec nie różnił się za bardzo wyglądem i zachowaniem od niejednego człowieka; ten sam bezmyślny, jakby głupawy wyraz twarzy, podobnie leniwe ruchy, nieme zawieszenie wzroku.

Jeszcze tego samego dnia Praktyk wraz z grupą udał się pieszo na dworzec autobusowy. Stanęli na uboczu na rozległym i wyjątkowo niezaśmieconym placu, czekając na zamówiony autobus. Było bardzo gorąco mimo późnego popołudnia. Nie wiadomo kiedy pojawili się sprzedawcy. Okazali się wyjątkowo natrętni, może dlatego, że Nomadowie stanowili jedyną grupę turystów w zasięgu wzroku na placu autobusowym.

Piotr zastosował wypróbowaną już technikę postępowania: wyłączył się, nie reagował na składane mu propozycje zakupu, nie odpowiadał na pytania ani pozdrowienia. Nie od razu zauważył, że wpatruje się w niego kilkunastoletni Hindus o przyjemnej twarzy i żywych, prawie chłopięcych oczach. Siedział na trójkołowcu, wózku osadzonym na kołach rowerowych, z boczną platformą, na której trzymał póługiętą lewą nogę. Jej stopa, przypominająca zdeformowany balon, o mocno pociemniałej skórze, raziła potwornością kształtu i wielkości. Była to słoniowatość, elephantiasis.

Widok był tak szokujący, że Nomada odwrócił wzrok. Słyszał o tej chorobie, widział nawet jej deformacje na zdjęciach, ale po raz pierwszy miał przed sobą żywego człowieka cierpiącego na tę potworność. Praktyk dyskretnie obserwował chłopca. Stopa nieszczęśnika, potworna, jak tylko można sobie wyobrazić, zupełnie jak z filmu, stała się dla niego symbolem ludzkiego losu na kontynencie indyjskim.

Pragnąc wyłączyć się, Piotr zamknął oczy i natychmiast poczuł otaczające go ciepło. W wyobraźni zobaczył piramidę Hindusów, każdy cierpiący na słoniowatość. Na dole odwróconej do góry nogami piramidy stała jedna osoba, nad nią już dziesięć osób, na trzecim i kolejnych poziomach, setki, tysiące i miliony Hindusów; ogromna rzesza ludzi hierarchicznie wtłoczonych w ramy nieszczęścia. Widział napięcie na ich twarzach, jak usiłowali wyrwać się z rzeczywistości. Na rękach i nogach mieli łańcuchy – parodię wolności. Nomada zadał sobie pytanie, jaka jest wartość bycia wolnym człowiekiem, jeśli nie ma się środków na utrzymanie, nie mówiąc o leczeniu okropnej choroby.

W nagrzanym słońcem autobusie Praktyk przysnął. Jego wyobraźnia produkowała nowe obrazy. Najpierw pojawiła się machina umocowań; przywiązany do rykszy Hindus w złachmanionym ubraniu, ryksza przypięta łańcuchem do żelaznej barierki przy brudnej ulicy, ulica przytwierdzona asfaltem i krawężnikami do ziemi, a nad tym wszystkim gęsta atmosfera zapomnienia o bliźnich. Była to machina społeczna Indii. Stała w miejscu zablokowana wielowiekową tradycją niemocy. Obraz nieszczęść był nie do wytrzymania; machina zaczęła się łamać, po chwili eksplodowała sardonicznym śmiechem. Tworzący ją artyści nieszczęścia dostrzegli swoją kukiełkowatość i wyszczerzyli zęby w szyderczych uśmiechach, ukazując szczerby, plomby i luki między zębami. Na końcu, jakby na pocieszenie, pojawił się rząd nienaturalnie białych i równych zębów. Była to prawdziwa wystawa uzębienia przed i po leczeniu dentystycznym. Druga grupa artystów, ci ze słoniowatymi stopami, poruszali się w prawo i w lewo, wyginali, pozorując grę w piłkę, jazdę konną i skoki do wody. Niektórzy wtykali między słoniowate palce nóg kwiaty, medaliony, łańcuszki koralików a nawet kolorowe zdjęcia premiera kraju i jego ministrów.

– Parodia losu osiągnęła szczyt – pomyślał Praktyk. Oglądałby dalej niezwykłe sceny, gdyby nie głośne trąbienie autobusu. Popatrzył w kierunku chłopca ze słoniowatą stopą; oddalał się szybko, zniechęcony brakiem datków a nawet zainteresowania.

– Losem milionów Hindusów jest upokorzenie – pomyślał, starając się oderwać od przykrej wizji. Zanim obudził się z szalonego snu, dwa razy machnął ręką w powietrzu, jakby opędzał się od much.

Odc. 26 Fort Amber

W Fort Amber koło Dżajpuru Piotr Praktyk zobaczył Indie bezwstydnie odarte z godności królewsko-cesarskich, złota, drogich kamieni, pereł, barwnych dywanów i dzieł sztuki. To tutaj Cesarz Akbar z muzułmańskiej dynastii Wielkich Mogołów zgromadził bibliotekę trzech tysięcy dzieł naukowych i literackich sprowadzanych z całego świata, także z odległej Europy.

Praktyk rozglądał się po pustym pomieszczeniu szukając wzrokiem sprzętów, mebli i wyposażenia, które nadawałyby sens istnieniu takiego miejsca. Właśnie to najbardziej nie podobało mu się w Indiach, że ogromne zamki i pałace, pozbawione były treści: mebli, sprzętów, strojów, biżuterii ze szlachetnych kamieni, zabawek i setek innych akcesoriów, tworzących nastrój i nadających koloryt życiu. Wszystko, co piękne i najbardziej cenne, zostało wyrwane, rozebrane i ukradzione. Znaczącą rolę mieli w tym brytyjscy kolonizatorzy Indii. Piotr prawie z nienawiścią zdefiniował pozostawione przez historię dziedzictwo jako „Indie wybebeszone”

Cesarza Akbara Wielkiego przedstawiano kiedyś jako dziwadło, osobnika ni w pięć ni w dziesięć, analfabetę nieumiejącego czytać ani pisać. Prawda była taka, że prawdopodobnie był dyslektykiem, cierpiącym na dolegliwość doskwierającą współcześnie wielu dzieciom, która dziś daje się leczyć. Mimo tego cesarz był jednym z najlepiej wykształconych władców tamtych czasów. Miał wspaniałą pamięć; codziennie czytano mu sprawozdania, z których czerpał wiedzę o państwie i świecie. Był miłośnikiem poezji perskiej oraz znawcą i patronem muzyki, malarstwa i architektury.

Stojąc w pustej sali, bez oszklonych okien, bez drzwi, półek, dywanów i miejsc do siedzenia, Praktyk wyobraził sobie bibliotekę z kilku tysiącami tomów. Był to widok imponujący: okna zasłonięte półprzezroczystą materią, na podłodze wspaniałe dywany, wokół sali półki, stoły i skrzynie z książkami. Wyobraził sobie cesarza; widział go kiedyś na rycinie. Szczupły, czarnowłosy, z ostrymi rysami twarzy, był władcą surowym, a równocześnie pełnym wyrozumiałości, jak rzadko który rządzący. Wiadome było o nim, że starał się szukać porozumienia raczej niż wojny. W demokracji władza wyraża się w postanowieniach regulujących szczegóły życia obywateli, poruszania się, pracy, nauki, a nawet uprawiania hobby w rodzaju picia alkoholu i palenia papierosów. W Indiach to wszystko regulował władca, dyktując, jakie mają być zasady i zwyczaje.

Cesarz miał także pewne słabości, można by powiedzieć natury estetycznej. Przykładem był kamień, stojący na środku dziedzińca, na którym słoń – na rozkaz cesarza- rozdeptywał głowę skazańca nie tylko po to, aby skrócić mu życie, ale aby go upokorzyć, bo była to śmierć najbardziej hańbiąca. Słoń, kamień, upokorzenie – to były skojarzenia, jakie Praktyk zabierał ze sobą, umieszczając je w pamięci równie łatwo jak chusteczkę do nosa lub grzebyk w bocznej kieszeni spodni.

– Dzisiaj można by taką śmierć porównać – pochylając się nad kamieniem, Piotr pozwolił sobie na swobodną spekulację wobec Kindżała i Darczyńcy – ze śmiercią człowieka pod ciężarówką wiozącą ładunek kiszonej kapusty, czymś tak beznadziejnym i rzadkim jak krokus przy kożuchu wielkiego świętego.

Tego samego dnia, podróżnik zwiedził jeszcze Pałac Wiatrów, Hawa Mahal, w Jaipur, zwanym różowym miastem od koloru piaskowca, jaki wykorzystywano do budowy. Pałac Wiatrów, malowniczy jak bajka od zewnątrz, był kompletnie pusty od strony wewnętrznej.

– Jeszcze inny przykład Indii wybebeszonych – niechętnie myślał Praktyk, samotnie wspinając się po wąskich schodach miejsca zwanego pałacem, który wewnątrz był niczym innych jak piramidalnym nagromadzeniem pustych pomieszczeń, drzwi, schodów i krótkich korytarzy.

Odc. 27 Hierarchia wiary

Na zakończenie dnia Grupa 13 udała się do kawiarni „Psycho”, gdzie potajemnie podawano do spróbowania lokalny narkotyk „Luri”. Wiedzieli, że jest mocny, byli jednak przekonani, że nie jest zabójczy. Przed skutkami jego użycia ostrzegał ich chudy Anglik, sąsiad z tego samego piętra w hotelu „Cal Moria”, w którym jaszczurki wielkości małego palca ścigały się po ścianach w pogoni za insektami. Nomadowie zignorowali go, zapominając, że kto jak kto, ale potomek dawnych kolonizatorów wie najlepiej, jak odróżnić trującą prawdę od psychodelicznego pozoru.

Siedząc w wysokiej sali z lampami zwisającymi z sufitu na wąskich metalowych rurach, Nomadowie obserwowali gości, stoliki i kolorowe obrusy, wielkie akwarium z rybami i krabami u wejścia oraz obrazy i ozdoby na ścianach. Pili kawę, nieświadomi, jak zmienia się otoczenie. Najpierw pojawiła się chmura motyli, błyskająca w świetle lamp aksamitnym błękitem, potem obrazy zamieniały się miejscami, w końcu wnętrze kawiarni zaczęło przesuwać się w kierunku wyjścia. 

Piotr Praktyk czuł się całkiem dobrze jeszcze kiedy wychodził z innymi grupowiczami z kawiarni. Trwało to tylko do czasu, kiedy wrócił do pokoju w hotelu. Narkotyk zadziałał w ułamku sekundy. Piotr najpierw zauważył, jak wielka ozdobna półka z bibelotami i kwiatami wali się na niego. Usiłował poderwać się, nogi jednakże okazały się cięższe niż padły z przejedzenia bawół indyjski zwany także arnim. Zaraz potem przygniotła go ściana; zobaczył niebo w sześciu kolorach i formach, mówił kilkoma językami, przybierał dziwaczne imiona i nazwiska, stał się wielopostaciowy. Widział siebie; był przezroczystym manekinem skonstruowanym dla studentów anatomii. Jego myśli zbiegły się w hippokampusie, przedniej części mózgu, i pulsowały srebrnie w chemiczno-fizycznych niciach myślenia i zapamiętywania. Miał wrażenie, że falują niby powietrze nad rozpaloną pustynią, gdzie jajko rzucone na piasek ścina się w dwadzieścia pięć sekund. Trans trwał. Wokół niego falowały obrazy pól, lasów, jezior i nieba, dźwięki nabierały barw a kolory zapachów. Kiedy Piotr zanurzył się w gąszcz przeżyć, zobaczył Boga, który pojawiał się, poruszał, nieruchomiał i znikał, aby w końcu skryć się za drzewami. Piotr nie wiedział dlaczego Najwyższy to uczynił, bo gdyby chciał, to przecież mógłby wszystko zmienić jednym gestem ręki, skinieniem głowy czy nawet poruszeniem brwi. Kiedy zauważył, że prawdopodobnie wskutek swej sędziwości Najwyższy ma brwi gęste jak krzaki, zreflektował się, że był to podszept szatana i od razu porzucił niedorzeczną myśl.

Budząc się, Piotr czuł, jak przewraca się w nim ogromna piramida hinduskich kultów, wyznań i religii. Jej części zamieniały się miejscami niby kolorowe kamyki obracającego się kalejdoskopu.

Przed przyjazdem do Indii dałby sobie głowę uciąć, że buddyzm był jedną z głównych religii kraju. Tymczasem w ponad miliardowym orszaku wyznawców na początku szli hinduiści powiewając imponującym transparentem osiemdziesięciu procent udziału, daleko za nim islam ze skromnym sztandarem piętnastu procent, następnie chrześcijaństwo z ubogą wywieszką czterech procent.

– Buddystów, dla których Indie są kolebką i domem rodzinnym, nie stać nawet na anemiczną plakietkę – szepnął do siebie Piotr.

Zmartwił się. Buddyzm, jego ukochana religia, był wyznaniem zagubionym, o którym słyszeli tylko ludzie czytający co najmniej jedną książkę rocznie. Nie było to jedyne zaskoczenie ani ostatnia plama na honorze podróżnika, zgłębiającego wiedzę o świecie i Bogu.

Odc. 28 Zderzenie Wschodu z Zachodem

Kolejna męcząca podróż autobusem przyniosła skutki, jakich Praktyk się nie spodziewał. Coś się w nim załamało, przestawiły się jakieś tryby, zmieniła się wewnętrzna perspektywa, w końcu dostrzegł sprzeczności życia.

– Można by powiedzieć, że się przebudziłem. Było to bolesne, ale na pewno bardzo potrzebne – skomentował to w gronie Nomadów.

Przebudzenie miało religijną postać i filozoficzną moc. Jadąc autobusem, Piotr patrzył smętnie przez okno, za którym migały widoki, ludzie, zwierzęta i cienie. Na ich tle ukazał mu się Budda, siedzący w lotosie medytacji, oraz panteon bogów hinduistycznych, wszyscy wyciszeni i promieniujący światłem. Tuż za nimi pojawili się Chrystus, Mahomet oraz nad wyraz poważni brodaci święci i prorocy, z niczym mu się nie kojarzący.

– To jest Wschód – uznał Piotr.

Kiedy tkwił w chwili zamyślenia, z naprzeciwka nadjechał wielki kolorowy autobus pełen ludzi naładowanych energią, rozgardiaszem i przedsiębiorczością.

– To jest Zachód – powiedział Piotr Praktyk. Nie miał wątpliwości.

Doszło do zderzenia. Niecierpliwa fizyczna ruchliwość Zachodu zderzyła się z wyciszoną duchowością Wschodu. Piotr poczuł tę konfrontację wewnątrz siebie; szumiało mu w głowie, coś skrzypiało, przestawiało się, regulowało. Szerzej otworzył oczy i zauważył, że w autobusie tylko on nie śpi; reszta towarzystwa wyglądała na pogrążoną w letargu. Niektórzy uczestnicy wycieczki spali z otwartymi ustami, niektórzy pochrapywali, ktoś drapał się po twarzy. Byłoby to zabawne, gdyby nie zderzenie autobusów, którego nawet nie zauważyli.

W nagłym rozbłysku świadomości Praktyk zrozumiał błąd swój i towarzyszy. Zamiast koncentrować się na zwiedzaniu zabytków, poznawaniu i przeżywaniu miejsc i czas, koncentrowali się na przemieszczaniu się, na sobie i na Kantynie, wymagającym nieprzerwanej uwagi, inaczej mówiąc na sprawach niegodnych uwagi. Zdał sobie sprawę, jak fatalnie on i inni Nomadowie pobłądzili, jakiemu zaciemnieniu uległy ich umysły.

Osaczyły go zajadłe ogary wyrzutów sumienia. Miał sobie za złe, że stał się bezwolnym manekinem, obiektem przemieszczającym się jak ślepiec po kraju pełnym bogactw historii i współczesności. Dostrzegł absurd sytuacji: wokół zabytki historii z trzech tysięcy lat oraz miliony mieszkańców walczących o przeżycie, umierających z biedy, głodu i chorób, a w autobusie i w hotelu oni i Kantyna, uparty nałogowiec, marnotrawiący pieniądze na odurzanie się, i sprawiający wszystkim problemy. Narosła w nim taka fala protestu, że krzykiem obudził śpiącego obok Kindżała, aby zadać mu gniewne pytanie:

– Czy my musimy być tacy opiekuńczy wobec Kantyny, zwykłego moczymordy, tylko dlatego, że jest naszym rodakiem? Szukać go, kiedy się gubi oraz martwić się ciągle o to, że gdzieś polezie i coś sobie zrobi!? Ten typ blokuje naszą uwagę, kradnie nam czas, a my okazujemy mu wspaniałomyślność. A co z tymi biedakami na ulicach? Czy oni nie zasługują bardziej na naszą uwagę, współczucie i pomoc? A co z nami samymi?

Zaspany Kindżał nie otwierając oczu odezwał się filozoficznie:

– Za dużo myślisz o pijaku Kantynie i o sobie. Skoncentruj się na tym, co dzieje się wokół, a będziesz szczęśliwszy. Prawdziwe życie jest na zewnątrz, a nie wewnątrz nas.

Odc. 29 Konkurs

Wieczorem grupka Nomadów siadła przy stolikach na zewnątrz hotelu i konwersując piła to, co sobie każdy zamówił, przeważnie była to kawa. Inżynier Uniwersalny jak zwykle przechwalał się, wymieniając swoje niezwykłe osiągnięcia, wysokie stanowiska, jakie zajmował oraz nadzwyczajne miejsca, gdzie przebywał. Słuchali go, po czym niektórzy doszli do wniosku, że kawa im nie smakuje.

– Picie kawy stało się rytuałem bez wartości, automatem. Nie masz nic innego do roboty, to pij kawę. To motto zamkniętego umysłu, któremu wszyscy ulegamy – Oświadczył Kindżał, odsuwając filiżankę ze wstrętem. Inni nie poszli w jego ślady. Nie mając nic lepszego do roboty wlewali w siebie napój, niektórzy przy okazji złorzeczyli.

Praktyk miał wrażenie jakby przestrzeń wokół coraz bardziej zamykał się i coraz trudniej jest my oddychać. Poczuł się nieswojo. Uznał, że powodem jest obecność Inżyniera wyzwalającego w ludziach niedobre uczucia.

– Też ulegam jego wpływowi. Zabieram głos, aby powiedzieć coś o sobie, zupełnie niepotrzebnie pokazując moje osiągnięcia, zdobycze czy inny dorobek – pomyślał.

Zastanawiał się, czy nie powinien od razu wstać od stołu i udać się na spacer lub wrócić do pokoju hotelowego. Miał sobie za złe, że nie potrafił wykorzenić w sobie nawyku mówienia rzeczy niepotrzebnych. Zastanowił się nad tym. Był człowiekiem ciekawskim, chciwym wiedzy i świata, ciągle doskonalącym się i lubił to w sobie. Postanowił zmienić to egocentryczne nastawienie, począwszy do następnego dnia, jak tylko ruszą w drogę. Byłby to najlepszy moment, bo kiedyś trzeba przecież zacząć.

Mimo klimatyzacji, w autobusie szybko zrobiło się duszno. Trzeba było jakoś to przeżyć. Najstosowniej byłoby zasnąć, bo mieli przed sobą długą trasę. Większość to uczyniła. Kiedy obudzili się, uznali, że pozostały czas trzeba jakoś zagospodarować. Po kilku godzinach podróży mieli już dosyć snu. Padł pomysł: – Zorganizować konkurs z nagrodami za największe osiągnięcia podróżnicze, włączając w to szacunek i dobroć okazywaną mieszkańcom odwiedzanych krajów.

Rozpoczęto przygotowania nie stroniąc oczywiście od alkoholu, który Darczyńca już wcześniej zaczął roznosić w słynnych dzióbasach. Jego inicjatywę uznano za pozytywną i zgodną z tradycjami Nomadii.

– Kto odbył najwięcej podróży i okazał najwięcej serca tubylcom, oto jest pytanie – wyrwał się Kantyna. Był jeszcze w miarę dobrym stanie i oczy świeciły mu się naturalnym blaskiem.

Analizy osiągnięć i wybór zwycięzcy dokonało jury w osobach Nomadów, którzy wyrazili chęć uczestniczyć w ocenie. Pierwsze miejsce i złoty medal przypadły Darczyńcy. Był szczęśliwy, tym bardziej, że poprzedniego dnia ogłoszono go Strażnikiem Butelki (Guardian of the Bottle) w ramach Mistrzostw Różnych Ceremonii, po tym, jak krzyknął pełen entuzjazmu, kiedy zabrakło jednego kieliszka:

– To pij z gwinta!

W obydwu przypadkach Darczyńca otrzymał masę braw i okrzyków poparcia. Było widoczne, że decyzja jury była trafna. Kiedy wstał z fotela, aby podziękować, zaprezentował w pełni swój podróżniczy profil.

– Rozważnie niski, dosyć tęgawy osobnik, w obszernych spodenkach, z których sterczą z jednej strony krótkie nogi, a z drugiej wystający brzuch – szeptem opisała go Wysoka z Kokiem przybliżając usta do ucha Wizażystki. 

Okolicznościowe przemówienie wygłosił Kindżał. Było tego tyle, co kot napłakał.

– Darczyńca to osobnik bardzo uprzejmy, uczynny, za dziećmi skoczyłby w ogień. Nie cierpi banków i bankierów, wierzy w ich niszczycielską, piekielną moc. Sam tego nie rozumiem, bo chłop wydaje się być człowiekiem racjonalnym. Jeśli wy rozumiecie, to powiedzcie.

– Chyba go wielokrotnie krzywdzono, kiedy był dzieckiem. To są najgłębsze urazy. Pozostają w człowieku do końca życia i deformują go w rozumieniu świata. Dlatego okazuje miłość dzieciom, czyli małym ludziom podobnie potraktowanym przez życie – zdecydowanie zawyrokowała Wysoka z Kokiem.

Chwilę rozmawiano na ten temat, po czym uznano dyskusję, czy w przypadku Darczyńcy jest to prawdą czy nie, za jałową wobec braku bliższych informacji o jego dzieciństwie. Sam zainteresowany milczał, uśmiechając się niepewnie. Wyglądało na to, że rozmowa na jego temat go nie cieszyła, ale też nie sprawiała mu przykrości.

Dwuznaczną sytuację przerwał Kindżał, pragnący dokończyć mowę pochwalną.

– Darczyńca był w Indiach wielokrotnie. Upodobał sobie ten kraj. Za dziećmi tak bardzo przepada, że przywiózł im z kraju dziesięć kilogramów cukierków. Ponieważ szybko się skończyły, dokupował je kilka razy w sklepach po drodze. Gdziekolwiek zatrzymywaliśmy się, natychmiast otaczały go dzieci. Dawał im chyba jakiś sygnał, że będzie rozdawać łakocie.

Po Kindżale zabierali głos inni. Podkreślano, że zwycięzcy jak najbardziej należy się złoty medal także za wielką siłę zachęty do czynienia dobrych uczynków.

– Jest w nim obfitość uczuć, czułość i użyteczna rozrzutność. W czasie pobytu za granicą pamiętał o każdym święcie narodowym Nomadii oraz zwiedzanego kraju – włączył się Praktyk.

Odc. 30 Darczyńca

O głos poprosił Kantyna, aby – jak to wyjaśnił na wstępie – dokonać ważnego uzupełnienia biografii Darczyńcy. Zaczął bardzo przytomnie, zaskakując nawet te osoby, które za nim nie przepadały.

– Znam przyczyny dobrego serca Darczyńcy. To człowiek, który rozumie krzywdę, jaką wyrządzają dziecku dorośli. Opowiedział mi o traumie jaką sam przeżył. Kochał chałwę, mógłby jeść ją kilogramami, ale rodzice nie pozwalali mu na to. Byli to dziwni rodzice, ale ważne, że go kochali i on kochał ich takimi jacy byli. Marzył o tym, aby wreszcie najeść się chałwy do syta. Nigdy to nie nastąpiło. Dlaczego tak się stało, nie wiem, nie powiedział mi tego. Chodziło o niezaspokojenie ważnych potrzeb, głód tego, co lubi się najbardziej, czego się pragnie, o czym się marzy. Dlatego jubilat tak bardzo lubi pomagać dzieciom, którym brakuje słodyczy i miłości.

Kantyna ogarnął wzrokiem słuchaczy i kontynuował.

– Wiem o czym mówię, bo sam przeżywam taki głód od lat. Dlatego rozumiem i cenię Darczyńcę. Ja bym jednak dzieciakom cukierków z alkoholem nie dawał. To mnie różni od Darczyńcy. Dlatego nie dziwię się, że to on został wyróżniony za pomoc najmłodszym na w czasie swoich licznych podróży misjonarskich, a nie ja. Też chciałem być misjonarzem, ale kiedy mi uświadomiono, że będę musiał chodzić w tej samej ciepłej sutannie w upalne lato jak i w mroźną zimę i powstrzymywać się od jedzenia mięsa w dni świąteczne oraz picia alkoholu we wszystkie dni, powiedziałem sobie: Basta!

Dalsze przemówienie Kantyny przerwały okrzyki. Jedni krzyczeli zachęcająco: – Dać mu wódki, niech mówi, bo mówi rozsądnie, inni: – Nie zawstydzajmy człowieka. To nie po chrześcijańsku.

– W tym, że chciał być misjonarzem, nie ma nic śmiesznego. Sam o tym marzyłem, tylko rodzice woleli, abym zdobył wykształcenie techniczne, bo jak się samochód zepsuje lub zlew w domu zapcha to taka wiedza jest na wagę złota – przemówił Inżynier, zaskakując towarzystwo krótkością swojej wypowiedzi.

Na chwilę do rozmowy włączył się jeszcze Kantyna, aby dokończyć swoje wystąpienie rozgoryczonym głosem: – Nie dla psa kiełbasa, nie dla kota skórka, nie dla ciebie moczymordo wojewody córka. Wiwat, wiwat, wszystkie stany. Napijmy się, aby rozładować ból lat dziecięcych, za niewłaściwe traktowanie potomstwa przez rodziców a mężów przez żony.

Po występie Kantyny Mistrz Ceremonii Kindżał poprosił o zabranie głosu zwycięzcę konkursu. Wyróżniony złotym medalem Darczyńca był wzruszony. Na ogół nie lubił mówić o sobie, tym razem był w wyjątkowo dobrym nastroju. Przemawiając opierał się o fotel prawą ręką, w drugiej trzymał słynnego dzióbasa, z którego ostrożnie popijał. Kilka razy oblizywał usta wznosząc kieliszek do góry.

– Wychowałem się w środowisku narodowo-patriotycznym, wśród ludzi wrogich wszelkim odmieńcom. Moi rodzice byli homoseksualistami i im się też dostało. Dlatego nie jest mi łatwo teraz przemawiać, ale okazja jest tak ważna, a ja jestem tak szczęśliwy, że uczynię to z przyjemnością. Historia mojej rodziny i dzieciństwa jest nietypowa, lecz pełna miłości i poezji.

– Najważniejsze, homo czy nie homo, jest to, że rodzice bardzo mnie kochali, powiedziałbym nawet, że do szaleństwa. Zresztą wszyscy wiemy, że homo brzmi bardzo podobnie jak dom po angielsku, a dom znaczy wszystko, co najlepsze. Nie będę cenzurować rodziców za to, kim byli, bo darzyli mnie najlepszymi uczuciami. Teraz, będąc dorosłym człowiekiem, lepiej rozumiem labirynty uczuć. Ludzie są różni a miłość jest jak ekwilibrystyka cyrkowa. Każdy cyrkowiec robi swoje sztuczki inaczej. Jeden na leżąco, na brzuchu lub na plecach, inny na siedząco lub stojąco, jeszcze inni na boku, w zwisie lub w układzie piramidalnym. Tu, w Indiach, możemy sobie śmiało powiedzieć, że Kamasutra i miłość są dla wszystkich, bo żyjemy w demokracji. Nasze Pismo Święte mówi też wyraźnie: Kochaj bliźniego swego jak siebie samego. Wśród bliźnich nie ma podziału na mężczyzn i kobiety, mądrych i głupich czy dobrych i złych. Nie jest ważne, jakiej płci jest bliźni, mamy święty obowiązek go kochać. Zresztą niejednej kobiecie jest na imię Marzanna, a niejednemu mężczyźnie na imię Teofil, a wszyscy wiemy, że to są dobre imiona podobnie jak tysiące innych. Nie możemy nikogo dyskryminować. Dlatego ja kocham dzieci, bo one są niewinne niezależnie od rodziców, którzy mogą być tacy lub inni, a przy okazji dziękuję Bogu za złoty medal.

Po toastach na cześć medalisty towarzystwo rozruszało się, niektórzy mieli prośby o wyjaśnienie jakichś szczegółów przemówienia Darczyńcy, powagę mieszano z żartami a tematy ważne z niepoważnymi. Bawiono się, aby zapomnieć o przeszłości, trudnym dzieciństwie, przeciągającej się podróży, upale panującym na zewnątrz, zmęczeniu, tuszując, kiedy trzeba, zgrabnym słowem, żartem lub uśmiechem niezręczne sytuacje, jakie zdarzają się między ludźmi, nawet w najlepszym towarzystwie.

Odc. 31 Kindżał

Impreza tak się podobała, że Nomadowie postanowili organizować podobne konkursy przy każdej, mającej sens, okazji. Sensu dopatrywano się w czasie przejazdu, który musiał być dostatecznie długi, oraz w dostępności alkoholu uznanego za najlepszy środek stymulowania wyobraźni i dobrego nastroju.

– Nie ma nic lepszego nad alkohol w podróży, także w życiu. Ja stosuję go leczniczo od lat i jestem najszczęśliwszym człowiekiem na świecie – Kantyna złożył deklarację miłości do używki z takim przekonaniem, że aż wzbudził sprzeciw.

– Nie przesadzaj! – prawie krzyknęła Wizażystka. – Nie widać tego po tobie, ze reprezentujesz szczęście na tym padole łez i nieudanych makijaży.

Siedzący w pobliżu Nomadowie popatrzyli na nią. Mieli wrażenie, że krzyknęła, aby zwrócić na siebie uwagę. Jej twarz promieniała oryginalnymi motywami kwietnymi, wzorami liści i kwiatów roślin pokazywanych kilka dni wcześniej przez Przewo. Były to miniaturki ułożone w pasmo kolorowych bukiecików artystycznie wymalowanych pod oczami, tworzących panoramę przerwaną pośrodku pionowym fragmentem nosa. Było to tak oryginalne i zachwycające, że kilka osób poprosiło, aby pozowała im do zdjęcia. Przystała na to z radością, jaką odczuwa twórca dający innym okazję do przeżywania głębokich wzruszeń artystycznych. 

Następnego dnia, w Drugim Wielkim Konkursie Autobusowym, poświęconym upowszechnianiu piękna i artyzmu w sztuce, pierwsze miejsce i złoty medal zdobył Kindżał. Był najlepszy w artystycznych pomysłach rozrywkowych, konkretnie w umiłowaniu i upowszednianiu szlachetnej broni. Był bezkonkurencyjny. Wszyscy na niego głosowali. Chodziło o białą broń, noże i sztylety, stanowiące jego pasję artystyczną. W Nomadii Kindżał był przedsiębiorcą, niezwykle pracowitym i praktycznym. W życiu zawodowym prowadził kilka przedsiębiorstw, wykazując wielką inicjatywę i przedsiębiorczość. Bez wahania zmieniał prowadzony biznes na inny, jak tylko odkrył ważną lukę rynkową w zaopatrzeniu w towary lub usługi. Można było mieć wrażenie, że po powrocie do kraju pasja artystyczna pogrąży jego miłość do biznesu.

Zdobywca złotego medalu kochał sztylety i noże, pod warunkiem – jak to wyjaśnił w wywiadzie udzielonym na gorąco między dwoma rzędami foteli w autobusie – że były pięknie zdobione i miały płaskie ostrza, nie trójkątne, czyli w kształcie, którego organicznie nie znosił.

W Indiach i w Nepalu wszyscy sprzedawcy, właściciele sklepików i straganów, handlarze obnośni i obwoźni chyba na odległość wyczuwali jego szaloną miłość do sztyletów i noży. Raz zdarzyło się nawet, że grupa handlarzy czekała na autobus, którym podróżował. Zanim pojazd zatrzymał się, w kierunku drzwi ruszył na wyścigi cały tłum. Podbiegli do Kindżała z pękami noży i sztyletów w rękach, w torbach a nawet powiązanych sznurkiem na ramieniu. Kilkanaście metrów dalej czekali straganiarze z akcesoriami rozłożonymi schludnie jeden obok drugiego na prowizorycznych stołach. Wszyscy starali się zgadnąć jego oczekiwania, jakiego eksponatu poszukuje danego dnia i biegali za nim, oferując mu „nadzwyczajne kindżały, jakie jeszcze na oczy nie widział” i podobne niezwykłości.

Kiedy ogarniał go amok kupowania, Kindżał był niepowstrzymany dopóki nie skończyły mu się pieniądze zarezerwowane na dany dzień. Czasami zdarzało się jednak, że kupował sztylety jak bułeczki, prawie jak leci, bez większych negocjacji płacąc po dwadzieścia, trzydzieści a nawet pięćdziesiąt dolarów za sztukę, jakby uznając, że każdy następny okaz jest piękniejszy od poprzedniego.

Sprzedawcy bywali wobec niego obrzydliwie nachalni, mimo to usprawiedliwiał ich.

– Ich życie wymaga nieprzerwanej aktywności, natarczywości i napastliwości, podejmowania wszelkich prób sprzedaży. Gdyby tacy nie byli, zdechliby z głodu.

Chyba wyczuwali jego odporność na agresywny marketing, ponieważ zachwalali swój towar bez umiaru, na wszelkie sposoby, wynajdując nieprawdopodobne argumenty.

– O! Ten sztylet ma ostrze wygięte łukowato do tyłu dużo bardziej niż inne i jest zdobny kamieniami półszlachetnymi, ametystami, ten z kolei ma wielki szlachetny agat wprawiony w rączkę, a ten jest bardzo historyczny, ma co najmniej trzysta a może nawet czterysta lat.

– Co najmniej czterysta lat! – podpowiadał z boku z przekonaniem cichy wspólnik sprzedającego.

Jambiya dagger with pistol-shaped hilt. India Mughal dynasty.

Zakupy ulubionych akcesoriów w ilościach przekraczających pojemność małego muzeum Kindżał uzasadniał w prosty sposób.

– Znam w kraju kilka osób, które lubią tylko noże i sztylety i muszę im przywieźć odpowiedni upominek. Mam wobec nich zobowiązania i muszę je spełnić. Nie musicie się martwić, nikogo nie zamierzam zamordować. Nie będę też otwierać rzeźni uboju rytualnego.

Może była to prawda, może półprawda, a może w ogóle jej nie było. Piotr spekulował po cichu, że przyjaciel prowadzi albo zamierza prowadzić ekskluzywny sklep z orientalną białą bronią dla bogatej klienteli.

Odc. 32 Tajemnica Kindżała

Tajemnica wydała się dopiero kilka lat później; Kindżał kilka przemycał narkotyki w rękojeściach noży i sztyletów. Celnicy tego nie zauważyli, tak bardzo byli pochłonięci liczeniem upominków a jeszcze bardziej oglądaniem ich zdobień. Ich głowy były zaprzątnięte podejrzeniami przemytu kamieni szlachetnych i złota. Po badaniu przez eksperta zdobienia okazywały się sztuczne; imitacje kamieni i złota były tak doskonałe, że trzeba było niemałej wiedzy i doświadczenia, aby odróżnić je od naturalnych.

Dopiero kilka miesięcy po powrocie z Indii Kindżał przyznał się Piotrowi, a właściwe tylko napomknął, kiedy się bezpośrednio spotkali, co było jego prawdziwą pasją. Piotr słyszał o nim potem niejednokrotnie, że stał się bogatym człowiekiem, jednym z najbogatszych w kraju. Miał akwarium wielkości pół domu, wyłożonym złotymi płytkami, w którym pływały złote rybki. Lubił patrzeć, jak ich złote kształty odbijają się w złotym dnie. Miał obsesję na punkcie złota. W miejscowości, gdzie miał letnią rezydencję, nazywano go Krezusem.

W dniu, kiedy Praktyk dowiedział się o tym wszystkim, nie mógł zasnąć, zastanawiając się, co w życiu Kindżała było prawdą a co zmyśleniem. Był do tego stopnia zdezorientowany, że uznał to za stan przejściowego upośledzenia umysłowego. Rano poczuł się już znacznie lepiej.

W Drugim Wielkim Konkursie Autobusowym była jeszcze druga nagroda. Przypadła ona w udziale Szczepanowi, wysokiemu i chudemu osobnikowi, pasjonatowi lotnictwa, samolotów i podróży lotniczych. Z zawodu był profesorem muzyki i znał tysiące kawałów. Cieszył się z drugiego miejsca w konkursie i srebrnego medalu, ale dalece mniej entuzjastycznie jak Kindżał.

– Zachowuje się tak, jakby codziennie wręczano mu srebrny medal i przy okazji całowano po rękach. Zarozumialec! – Wysoka z Kokiem miała chyba do niego jakieś uprzedzenia, może z racji jego postawy, ponieważ był znacznie od niej wyższy i chodził w głową uniesioną do góry.

Przewo był jedyną osobą nie przywiązującą do konkursów autobusowych większego znaczenia. Uważał, że są to sprawy, którymi mogą interesować się prości turyści i miał za złe rodakom poważne traktowanie konkursów. Swój pogląd wyraził bardzo prosto:

– Wasze konkursy pod pozorami rozrywki trywializują sprawy naprawdę ważne.

Pod koniec wycieczki Przewo odsunął się nieco od grupy, uważając, że powinna ona poświęcać więcej uwagi miejscom, jakie przyjechali zwiedzać, a nie sobie samej. Starał się jej pomóc jak mógł, objaśniając i uświadamiając Nomadom, jak żyją ludzie w kraju, który stał się jego drugą ojczyzną poprzez małżeństwo z Hinduską.

Praktyk nagrywał na dyktafonie fragmenty jego wypowiedzi. Niektóre potem zapisywał i wykasowywał, aby zdobyć miejsce na dalsze nagrania. Zapadła mu w pamięć ostatnia wypowiedź Przewo zarejestrowaną na dyktafonie:

– Świat jest kompletnie nieświadomy, że masy ludzi żyją w Indiach jak porzucone na pastwę losu dzieci, a obywatele innych państw, obcokrajowcy tacy jak my, przyjeżdżają do Indii aby oglądać ich nędzę i jak najszybciej o niej zapomnieć.

Spokojny przebieg wycieczki zakłócił incydent związany z Piotrem Praktykiem, który w niewytłumaczalny sposób zniknął na dwa dni z życia grupy. Wszystko zaczęło się w momencie wejścia Nomadów do autobusu mającego ich zawieźć do Dżajpuru. To był początek jego niebytu. Sam mało co pamiętał, wszystko musieli mu przypominać towarzysze podróży.

– Zniknąłeś kompletnie. Byłeś pijany albo w transie. Nie wiadomo, co się z tobą działo, całe dwa dni. Nikt ciebie nie widział.

Z tego co mu mówiono, niewiele do niego dotarło. Był jak odurzony, słyszał co do niego mówią, ale nie wiadomo, ile z tego rozumiał. Świadczyły o tym jego zatopione w przestrzeni oczy, niemy świadek bezmiaru zagubienia. Był to najdziwniejszy epizod jego życia, rozpuszczenie się w czasie i w przestrzeni. Wkrótce o tym wszyscy zapomnieli.

Autobus był nowoczesny i wygodny. Kiedy wsiadali do niego popołudniową porą, było wciąż gorąco, wewnątrz panował jednak przyjemny chłód. Wnętrze autobusu było urządzone jak sala teatralna. Na ścianach wisiały obrazy, zasłony okien przypominały kotarę oddzielającą widownię od sceny. Jak tylko pojazd ruszył, natychmiast dało im się we znaki zmęczenie. Darczyńca zaproponował rozluźnić się odrobiną alkoholu.

– Wznieśmy toast za szczęśliwe zakończenie podróży w Dżajpur, gdzie czeka na nas wygodny czterogwiazdkowy hotel.

Kilku mężczyzn zgłosiło się do pomocy przy serwowaniu alkoholu. Ostatecznie rozlewczym został Kindżał. Podawał alkohol w małych metalowych kieliszeczkach napełnianych z trzylitrowej butelki. Robił to szybko i sprawnie. Kieliszki podawano sobie z ręki do ręki. Ci, którzy mieli chęć wypić więcej, wstawali z miejsc i podchodzili do niego, aby im dolał. Każdy pił do woli. Alkohol wyjątkowo dobrze smakował, nawet tym, którym wcześniej wzdragali się przed nim. Było w tym coś niezrozumiałego, ale nikt nie zadawał sobie trudu, aby zastanawiać się, o co chodzi. Wkrótce wszyscy posnęli. Tylko Praktyk czuwał mając problemy ze snem. Z nudów patrzył jak na zewnątrz zapada zmierzch. Wszystkie okna w autobusie miały już zaciągnięte zasłony. Nie miał pojęcia, kto i kiedy to zrobił, bo wszyscy spali.

Odc. 33 Głowa

Kiedy u sufitu autobusu zapaliły się rozjaśniające mrok małe lampki, Piotr Praktyk poczuł, że nastąpiła jakaś niezrozumiała i tajemnicza zmiana. Skoncentrował się i obserwował, co się dzieje. Popatrzył na śpiących. Leżeli oparci plecami o fotele, przeważnie z otwartymi ustami, pokazując wnętrza gardeł jak u lekarza. Ich twarze były pogodne, niektóre uśmiechnięte, kontrastując z tułowiem, pełnym sennej dojrzałości i powagi. Praktyk wytężył uwagę i wyobraźnię starając się dostrzec coś więcej. Przypatrzył się uważniej śpiącym, określając ich zachowanie jako zawadiackie.

Głowy podróżujących sprawiały wrażenie jakby były przyklejone do oparcia foteli. Pod wpływem ruchu autobusu lub marzeń sennych oczy podróżników otwierały się lekko i zamykały, a twarze wymieniały uśmiechami. Rzucane na boki spojrzenia i uśmiechy zatrzymywały się na zasłonach okiennych, odcinających ich od świata zewnętrznego, który przesuwał się z szybkością ruchu autobusu. Czasem zasłona okienna uchyliła się z boku i wtedy Piotr widział migające drobne postacie rikszarzy, pedałujących w pośpiechu, aby zarobić na posiłek i szybszy powrót do domu. Piotr pomyślał o głodzie i poczuł w ustach smak placka naan świeżo upieczonego na rozgrzanej płycie. Jeden z rykszarzy wiózł tak wielką gorę paczek i pakunków, że można by jej użyć dla demonstracji, jak na przestrzeni wieków wybrzuszały się Himalaje.

Około północy nad przejściem między przednimi i środkowymi drzwiami autobusu pojawiła się samotna ludzka głowa, z wąsami i niewielkimi bokobrodami. Była pozbawiona tułowia, zawieszona w łagodnym mroku nad przejściem na wysokości ramion dorosłego mężczyzny. Spoczywała tam spokojnie i bezgłośnie, wydawało się nawet, że porusza ustami jakby w modlitwie lub konwersując z kimś stojącym obok.

– Ktoś stracił głowę – odruchowo pomyślał Piotr i żachnął się, uznając to za nonsens.

Przyglądał się Głowie. Nikt inny jej nie zauważył. Był pewien, że współpasażerowie pozostawali w uśpieniu, bo nikt się nie odzywał. Głowa nie pozostała długo bez ruchu. Zniżała się powoli, jakby schodząc po schodkach, aby w końcu znaleźć się na podłodze i rozpocząć dziwaczny taniec, taczając się do przodu i do tyłu w zależności od tego, czy autobus hamował czy przyśpieszał. Po kilku minutach uniosła się i znowu znieruchomiała na wysokości górnych półek autobusu.

Pasażerowie powoli budzili się ze snu. Wyciągali ramiona przed siebie i przecierali oczy. Nie mieli pojęcia, co zdarzyło się w autobusie. Piotr nie odzywał się do nich, nie zwracał im na nic uwagi, obserwował tylko ich reakcje. Zawieszona w powietrzu Głowa wywoływała różne uczucia i zachowania. Jej widok przestraszył kobiety; mężczyźni wyglądali raczej na zaciekawionych lub rozbawionych. Wszyscy czuli się jednak nieswojo. Piotr nie dziwił się temu, gdyż mogli być także pod wpływem alkoholu.

Głowa ożywiła się. Wisząc nieruchomo w powietrzu, zaczęła mrugać oczami. Wyglądała na zmęczoną. Jej usta pozostawały zamknięte. Uczucie niepokoju pasażerów pogłębiło się.

– Spokojnie, panie i panowie! Nie ma co się przejmować – głośno uspokajał Kindżał, chyba najbardziej poczuwający się do prowokowania złych zdarzeń. – Ona robi sobie z nas jaja.

Nastąpił wybuch śmiechu. Nie była to fala, podnosząca ludzi na duchu, tylko rodzaj ulgi wynikającej z przypomnienia sobie, że diabeł nie jest taki straszny jak go malują. Śmieli się tylko mężczyźni. Pierwszy opanował się Rasputin. Chyba dla dodania otuchy sobie i innym opowiedział żartobliwą historię mężczyzny, który na Galapagos stracił głowę wpadając w gniazdo wielkiego warana. Nie na wiele to się przydało.

Mimo głośnej rozmowy i śmiechu pasażerów Głowa pozostawała nieruchoma. Dopiero teraz Piotr zauważył, że jest smutna. Jej smutek i samotność wywoływały stopniowo coraz większe współczucie w obserwujących ją ludziach. Zapragnęli coś dla niej zrobić, jakoś jej pomóc. Darczyńca wyjął z torby fotograficznej aparat z długim obiektywem i zaczął robić jej zdjęcia. Wtedy Głowa zaczęła się zniżać. W pewnym momencie zgasły światła i wewnątrz autobusu zapadła prawie ciemność. To, co stało się potem, Darczyńca opowiedział głośno, kiedy się uspokoił.

– Głowa znalazła się na podłodze i potoczyła w moim kierunku, z jej ust wysunął się język a oczy zamrugały filuternie. Domyśliłem się, o co jej chodzi i sięgnąłem do kieszeni, gdzie trzymam słodycze dla dzieci. Dałem jej lizaka a ona złapała go zębami i zamrugała oczami na znak podziękowania, po czym zniknęła w mroku. Czułem, że jest wciąż w autobusie, ale jej nie widziałem.

Odc. 34 Kierowca Rashid i Głowa

Kiedy Głowa ukazała się ponownie, Piotr zauważył zniknięcie kierowcy autobusu. Wyglądało to jak sztuczka prestidigitatora: jeden obiekt pojawia się, drugi znika. Zaniepokojony, że autobusem nikt nie kieruje, wstał z siedzenia i przeszedł kilka kroków w kierunku kierowcy. Już z dala widział, że w kabinie kierowcy nie ma nikogo, więc zawołał:

– Rashid, gdzie jesteś?

Nie było to imię kierowcy, ale kiedy Nomadowie mówili do niego Rashid, reagował bardzo pozytywnie, czasem ciesząc się wręcz jak dziecko. Prawdziwe imię kierowcy było nie do wymówienia ani zapamiętania. Kierowca z zasady nie odzywał się do nikogo, ale kiedyś powiedział Wizażystce:

– Prawidłowo wymawiasz to imię, masz dobry akcent.

Przewo mówił im potem, że kierowca, prawdziwy Hindus, ma bardzo pozytywne usposobienie, jest pogodny i życzliwy. Imię Rashid bardzo lubił bo było to imię słynnego aktora hinduskiego Rashida Khana, grającego w filmie Czarny Bazar. Kierowca oglądał ten film piętnaście razy.

Piotr zawołał ponownie:

– Rashid, gdzie jesteś? ale nikt się nie pojawił ani nie odezwał, Piotr wrócił więc zrezygnowany na swoje miejsce.

Potem, już po zatrzymaniu się autobusu, kierowca tłumaczył się, że cały czas był w kabinie i tylko się schylił, aby podnieść coś z podłogi. Komuś innemu mówił natomiast, że wyszedł do toalety i drzwi się zablokowały, ale nic się nie stało bo był to długi i prosty odcinek drogi a autobus ma tempomat utrzymujący stały kierunek jazdy. Były to dziwne tłumaczenia. W trakcie rozmowy z kierowcą, Piotr Praktyk przyjrzał mu się dokładnie. Był to szczupły i niezbyt wysoki mężczyzna, w nieokreślonym wieku między trzydzieści pięć a pięćdziesiąt lat. Czarne wąsy nadawały mu powagę a obfita czupryna odmładzający wygląd. Na wysokości uszu włosy były nieco dłuższe. Piotra ogarnęło wrażenie, że Rashid jest aktorem i to, co miał na sobie, było tylko charakteryzacją.

Nieprawdopodobne zdarzenia dały początek spekulacjom wycieczkowiczów, że zarówno kierowca jak i oni podlegali halucynacjom. Głowa była wytworem ich własnych wyobrażeń, ale tak rzeczywistych, że za nic nie godzili się uznać jej za wymysł. Nie potrafili ani nie chcieli odmówić jej prawa do rzeczywistego istnienia, może dlatego, że budziła w nich dobre uczucia. Była ucieleśnieniem ducha kraju, po którym podróżowali.

Po zapaleniu się świateł – kierowca autobusu musiał je wcześniej wyłączyć albo była to awaria – głowa znowu się ukazała, jakby była tam zawsze. Na wyścigi starali się okazać jej dowody życzliwości i wsparcia. Darczyńca wyjął naszyjnik kupiony na upominek i założył go Głowie na szyję. Naszyjnik spadł na podłogę bo szyja okazała się za krótka. Pozostawiło to poczucie niesmaku, niezręczności, czegoś niemiłego. Zapadła niezręczna cisza. Sytuację usiłował ratować Rasputin; odważnie stanął obok Głowy, aby zrobić sobie z nią wspólne zdjęcie i odwrócić w ten sposób uwagę od niemiłej sytuacji.

Wykonanie zdjęcia okazało się niemożliwe, ponieważ pierwsze promienie słońca przebijające się z zewnątrz pozostawiły Głowę w cieniu. Ktoś zaproponował wtedy, aby zrobić sobie z nią wspólne zdjęcie. Wszyscy zebrali się w centralnej części autobusu. Umieściwszy Głowę w środku grupy, poproszono ją, aby się uśmiechała. Darczyńca wykonał kilka zdjęć w różnych ujęciach. Okazały się tak udane, że wszyscy zapragnęli zrobić sobie z Głową indywidualne zdjęcia na pamiątkę. Towarzystwo bawiło się jak nigdy. Głowa również wydawała się być szczęśliwa. Przerwano, kiedy zbliżyli się na pięćdziesiąt kilometrów do celu. Wywiązała się dyskusja, co zrobić z Głową, kiedy dotrą na miejsce.

– Przecież nie zostawimy jej samej w autobusie. To niedopuszczalne i okrutne. Narazilibyśmy ją na niewygodę i niebezpieczeństwo – był to głos Darczyńcy.

– Jakie niebezpieczeństwo? – zapytał Kantyna wbijając rozmydlony wzrok w Nomadów.

– Kurz, hałas, ruch uliczny, skoki temperatury, niewygoda, w końcu możliwość ataku ze strony żarłocznych szczurów. W Indiach nie brakuje szczurów.

Wszyscy wzięli sobie do serca los Głowy. Zapanował radosny rejwach, każdy chciał być pomocny. Dobry nastrój zepsuł Kantyna. Podszedł do Głowy, schylił się, schwycił ją i uniósł w górę. Poprosił zebranych, aby nie robili mu zdjęć.

– Nie chcę, aby dowiedziała się o tym moja żona. Jej by się to bardzo nie podobało. Ona jest tak zazdrosna, że posądzi mnie o romans z Głową. Właśnie dlatego piję, że jest taka nienormalna.

Obiecano mu dotrzymać słowa. Zabawa rozkręcała się, bo kieliszki jakby same napełniały się złotym rumem, ulubionym napojem wycieczki. Alkohol ożywiał ich działając jak najlepszy narkotyk. Pod jego wpływem podróżnicy czuli się jak we śnie: jedni budzili się, inni wstępowali w świat marzeń i miłych urojeń.

Po wyjściu z autobusu, jak zwykle policzyli się. Nikogo nie brakowało.

– A gdzie Głowa? – krzyknął zrozpaczony Darczyńca.

Głowa zniknęła. Przeszukali cały autobus, sprawdzając także czy ktoś jej nie widział na zewnątrz, poza pojazdem. Towarzystwo poczuło się nieswojo, niektórzy Nomadowie rozglądali się niespokojnie na boki. Przewo nieświadomie dołożył do ogólnego zdenerwowania swoją cegiełkę, opowiadając historię zdarzenia mającego w tle dziewczynę na cmentarzu o północy. Skończył wyjaśnieniem:

– To była bardzo odważna osoba. Nie bała się być na cmentarzu nawet o północy. Przechodziła tamtędy w nocy kilka razy, bo była to dla niej najkrótsza droga do domu ze stacji kolejowej. Ale kiedy ją przestraszyli, padła martwa na ziemię. Po prostu zmarła na serce.

Odc. 35 Lustrzana Sala Wyobrażeń

Dzień przed zwiedzaniem Sali Wyobrażeń Przewo powiedział, że można się w niej zgubić.

– Lustrzana Sala Wyobrażeń jest przedziwnym miejscem. Jest małym fragmentem wielkiego kompleksu pałacowego lecz tworzy poczucie, jakby go wypełniała. Ma kilka ścian wewnętrznych, każda ma swoją nazwę i wywołuje w zwiedzających inne odczucia i emocje. Wskutek milionowych odbić w lustrach ułożonych pod różnym kątem na ścianach, suficie i podłodze ma się wrażenie przebywania w labiryncie. Można się tam naprawdę zagubić.

– To chyba niemożliwe – zaoponował słabo Kantyna. Jego przekrwione z przepicia oczy i zmęczona twarz sugerowały, że odzywa się, aby utrzymać się w stanie przytomności.

Przewo popatrzył na niego i kontynuował.

– Kiedyś, dopiero po trzech dniach, odnaleziono w niej turystę. Siedział w rogu sali skulony ze strachu, głodu i zimna. Lustra tak pomniejszyły i zdeformowały jego postać, że nie zauważyli go nawet strażnicy. Skończyłby się na amen, gdyby przypadkowo nie potknęła się o niego turystka zagraniczna i nie zaczęła głośno wzywać pomocy. Pracownicy szpitala, gdzie trafił, opowiadali, że po kilku dniach bez jedzenia i picia skóra mu dosłownie poszarzała a on sam wychudł. Kiedy doszedł do siebie wyjaśnił, że przetrwał zlizując wilgoć spływającą ze ścian pod koniec nocy, kiedy powietrze jest najchłodniejsze.

Uczestnicy wycieczki uznali, że Przewo ich straszy lub sobie z nich dworuje. Nie wierzyli mu, ponieważ poważnemu tonowi głosu i spokojnej mimice twarzy przeczyły żywe gesty rąk i błyski w oczach. On sam nie widział w tym żadnej sprzeczności. Niezrażony kontynuował wyjaśnienia.

– Po zwiedzaniu trwającym zazwyczaj kilka godzin, ludzie opuszczają Lustrzaną Salę Wyobrażeń pobudzeni duchowo. Sporo osób czuje, że się zmieniło, że stali się lepsi. Mało kto twierdzi inaczej, ponieważ takie jednostki uważane są za oszustów ukrywających prawdziwe uczucia, markujących, że nic się nie zmieniło i wszystko jest w porządku. Ludzie naprawdę się zmieniają. Pewna zakochana kobieta, pamiętam, że była to młoda, rudowłosa Angielka o imieniu Jane, zobaczyła się w lustrze w objęciach innego mężczyzny i uznała, że jest rozpustna. Upierała się przy tym mimo tego, że ci którzy ja dobrze znali, twierdzili, że to czyste urojenie z jej strony. Jej ukochany po pewnym czasie zapadł w depresję i przestał się do niej odzywać. Nawet jej się nie przyznał, że i on zobaczył siebie w objęciach innej kobiety. Oboje byli głęboko rozczarowani sami sobą i partnerem. Kobieta straciła wdzięk, atrakcyjność i czułość, on zaś popęd seksualny i chęć do życia. Tłumaczono im, że były to tylko fałszywe odbicia jakichś głębszych, nieuporządkowanych myśli, lecz nic to nie zmieniło. To tylko przykład ryzyka zwiedzania Lustrzanej Sali Wyobrażeń.

Przed wejściem do sali stały dwa potężne wykonane z miedzi kotły, każdy o pojemności pięciu tysięcy litrów. Od strony frontowej na ich powierzchni widniał obraz masywnej twarzy z wąsami. Legenda głosiła, że byli to poddani cesarza Akbara, którzy zwątpili w potęgę jego władzy. Cesarzowi wpadł w gniew, kazał ich przetopić razem z miedzią i umieścić ich wizerunki na kotłach dla przestrogi innych. Tuż obok kotłów, na wystawie eleganckiego małego sklepu, pyszniły się manekiny w strojach maharadżów i radżów oraz ich kobiet, zdobnych w historyczne stroje i oszałamiającą biżuterię. Ich twarze wyglądały jak po ospie, dziurawe i pręgowate. Tworzyło to atmosferę niepokoju jeszcze przed wejściem do sali. Przewo przypomniał grupie, że to są tylko manekiny, ale i tak wkraczali do sali z duszą na ramieniu. Nastrój udzielił się wszystkim, tym bardziej, że i w recepcji hotelu nie szczędzono im ostrzeżeń.

Piotr Praktyk poczuł się nieswojo, jak tylko znalazł się wewnątrz. W pierwszym odruchu uznał pomieszczenie za dziwaczne muzeum z przeszłości, w którym ludzie grają rolę eksponatów. Najbardziej zaskoczyło go, że lustra otaczały go ze wszystkich stron jak gęste zasłony, wypełniając ściany, sufit, podłogi jak i fragmenty wewnętrznych przestrzeni sali. Nawet klamki i okucia okienne błyszczały odbiciami ludzkich postaci. Czuł się osaczony, miał wrażenie, że lustra krzyczą coś do niego niemymi ustami. Nawet po kilkunastu minutach zwiedzania nie oswoił się jeszcze z niezwykłym otoczeniem. Rozglądał się, ale nie widział nikogo z towarzyszy wycieczki, jakby rozmyli się we w mgle. Był sam. Potem się okazało, że inni znaleźli się w tej samej sytuacji, czując się osamotnieni.

Odc. 36 Piotr w Sali Luster

Ogrom Sali Lustrzanych Wyobrażeń poraził Praktyka. Nie wiadomo, co powodowało, że pomieszczenie, sięgając gdzieś w nieskończoną dal, wydawało się nie mieć ścian ani krawędzi. Czuł się jak na pustyni oświetlonej rozsypanymi w pył promieniami słońca. Strażnicy napotykani po drodze wyjaśniali zwiedzającym, że poruszają się w sali jak po spirali, stąd wydaje się im bezgranicznie wielka. Słyszał ich głosy, ale ich nie widział.

Na ścianie wschodniej zobaczył napis wygrawerowany na srebrnej tabliczce: „W tej sali Bogini Kali, dawczyni życia, zagubiła się na cztery wieki zanim odnalazła się nad brzegiem Gangesu”.

Piotr przemierzał salę przez pół dnia, widząc tylko obcych ludzi, zanim dotarł do jej środka. Nie miał pojęcia jak tam trafił, ponieważ nigdzie nie było tabliczek wskazujących kierunek. Nikt też nie umiał wyjaśnić, którędy iść. O kierunek zwiedzania pytał przypadkowo napotkanych strażników i kobietę w średnim wieku, blondynkę, wyglądającą na Europejkę, ale nie zrozumiał tego, co mówili.

– Tego się nie da określić. To kwestia intuicji tak jak szukanie drogi w labiryncie – wytłumaczył mu chwilę później po angielsku starszy Hindus. Powiedział, że ma sto dziewięć lat i nazywa się Arya Patil. Był rzeczywiście bardzo stary. Miał chude ramiona, pomarszczoną jak pergamin twarz, rozwichrzone rzadkie siwe włosy na głowie oraz wyjątkowo krzaczaste brwi. Razem z białą brodą i bokobrodami jego twarz sprawiała wrażenie maski aktorskiej. O wieku mężczyzny świadczyły długie przypominające szpony paznokcie.

– Śmierć o mnie zapomniała – skarżył się starczym, gardłowym głosem – i tak się błąkam po tym świecie. Byłem balwierzem i pracowałem do setnego roku życia. Teraz jestem sam, nie mam nawet rodziny. Utrzymuję się z datków dobrych ludzi.

Piotr dał mu dwadzieścia rupii i ruszył dalej nie oglądając się za siebie, aby nie prowokować starca do dalszej rozmowy.

Sam środek sali był oznaczony. Stał tam drogowskaz z kierunkami stron świata oraz opisem, jak dotrzeć do Ściany Pięciu Żywiołów reprezentowanych przez ziemię, wodę, ogień, powietrze i dźwięk, Ściany Czterech Stron Świata oraz Ściany Proroctw, gdzie w lustrach można było czytać proroctwa, przepowiednie i kabały. Były też jeszcze Ściana Luster Bez Dna oraz Ściana Mądrości i Głupoty.

Ściana Luster Bez Dna była przerażająca, ponieważ można było zobaczyć na niej siebie samego w szczegółach anatomicznych i ocenić stan swojej śledziony, wątroby a nawet stan umysłu, choroby czy szaleństwa. Wszystko to było tak szokujące, że niektórzy zwiedzający nie wytrzymywali i uciekali. Zdarzały się też omdlenia i zasłabnięcia, kiedy ludzie tracili przytomność lub wpadali w dziwną ekstazę. Na miejscu był lekarz i pielęgniarka, aby w razie potrzeby udzielić pomocy. Najczęściej wyjaśniali ofierze, że nastąpiła autohipnoza i pomagali jej odzyskać naturalną interpretację rzeczywistości. Cięższe przypadki kierowali do karetki pogotowia ratunkowego, stojącej za ukrytymi w lustrze drzwiami, która odwoziła ofiarę do szpitala.

Przewo wyjaśnił potem Nomadom, że niezwykłe zachowania ludzi w Sali Lustrzanych Wyobrażeń nie były przypadkowe. Nie bez znaczenia były napoje sprzedawane w lokalnym sklepie, aromatyzowane a nierzadko narkotyzowane. Władze wiedziały o wszystkim; procederu sprzedaży napojów jednak nie likwidowano. Przewo znał przyczynę. Powołał się na słowa gubernatora prowincji Radżastan, któremu zarzucano tolerowanie niewłaściwych praktyk handlowych.

– Nie zabijemy przecież kury znoszącej złote jaja. Jeśli zwiedzający pragną popaść w ekstazę lub dręczyć się swoim nędznym wyglądem, to dlaczego mielibyśmy im tego zabraniać?

Droga do Ściany Luster Bez Dna była najbardziej wydeptana. Tłumaczono to tym, że nie ma niczego bardziej pasjonującego i szokującego dla człowieka jak poznanie prawdy o sobie.

Piotrowi Praktyce najbardziej podobała się Ściana Mądrości i Głupoty. Stał przed nią najdłużej, przypatrując się lustrzanej powierzchni wielkości frontu małego domu. Figurowała na niej połyskliwa naga para Mądrości i Głupoty, splecionych w serdecznym uścisku. Przewo, wiedzący chyba wszystko o Lustrzanej Sali Wyobrażeń, wyjaśnił symbolikę ściany:

– To, co jednym wydaje się mądre, dla drugich jest głupie. Dzisiejsze czasy pokazują to szczególnie wyraźnie. Przykładami mogą służyć: szalona miłość, wyścig szczurów, nienawiść, szczepienia przeciwko epidemii, naga prawda oraz niektóre książki i filmy. Jeden ci powie o powieści „Zachwyciła mnie. Nie ma chyba nic piękniejszego i mądrzejszego w literaturze”, drugi zaś „Gorszej chały nie czytałem, jej autor to wyjątkowe beztalencie”.

Na nierzucającej się w oczy małej ścianie obok Ściany Mądrości i Głupoty, Piotr Praktyk znalazł krótkie przesłanie kobiety dojrzałej do dojrzałego mężczyzny pochodzące ze starohinduskiej Księgi Mądrości Limitowanych. Kobieta napisała:

„Witaj Mężczyzno! Nie możemy spotkać się jutro. Mam kilka ważnych spraw osobistych, które muszę pilnie załatwić, ponieważ ich odwlekanie może zaciążyć na losach wielu ludzi. Dotyczą one przyszłości, tych pokoleń, które już są i tych, które przyjdą. Mam nadzieję, że zrozumiesz to przesłanie. Pozdrawiam Cię przyjaźnie, Kobieta”

Piotr zastanawiał się dłużej nad tekstem starając się zrozumieć, jakie było dokładnie przesłanie kobiety. Aby nie psuć sobie samopoczucia uznał, że tekst nie jest w jego stylu i dlatego nie przemawia do niego.

– Sam mówię i piszę jaśniej, mniej poetycko, nie tak tajemniczo i skrótowo. Może kobiety coś z tego zrozumieją, bo ja nie potrafię – powiedział w kierunku mikrofonu służącego do nagrywania wypowiedzi gości.

Odc. 37 Fatehpur Sikri

Przy wyjściu z Lustrzanej Sali Wyobrażeń, już po zewnętrznej stronie drzwi, wyłożona była księga pamiątkowa. O niezwykłości miejsca świadczyły wpisy wybitnych gości, przywódców państw, prezydentów i premierów, dygnitarzy krajowych i zagranicznych, naukowców, generałów, prezesów wielkich korporacji oraz celebrytów i podobnych osób.

– Brakuje tylko wpisów oczytanych przewodniczących stowarzyszeń alkoholików anonimowych, właścicieli księgozbiorów o mądrości ludowej oraz kutych na cztery nogi studentów – ironizował Kantyna, czekając – w stanie wyjątkowej trzeźwości – razem ze Szczepanem i Inżynierem na pozostałych członków grupy.

Wieczorem Nomadowie rozmawiali o wrażeniach wyniesionych z Lustrzanej Sali Wyobrażeń. Szukali we wcześniejszych wspomnieniach czegoś równie imponującego i tajemniczego. Niemile zaskoczył wszystkich Proteza. Mówił tak, jakby chciał wyrządzić im przykrość wspomnieniami z przeszłości.

– Byłem kiedyś w moim miasteczku w sklepie meblowym, gdzie pod ścianą stały obok siebie trzy szafy z lustrzanymi drzwiami. To było dla mnie największe przeżycie. Potem jeszcze widziałem siebie w krzywym zwierciadle. Był to jednak tak nędzny i wynaturzony obraz, że odwróciłem się tyłu, aby nie widzieć wstydu w moich oczach. Pomyślcie! Tacy Hindusi, niby prosty naród w porównaniu z nami, dumnymi Nomadami, już kilkaset lat temu stworzyli Lustrzaną Salę Wyobrażeń, gdzie człowiek może się rozświetlić i nasączyć duszę miliardem świetlanych odbić . A co my wynaleźliśmy w tym czasie? Szafę z lustrami, w której można było tylko przechowywać ubrania i to koniecznie w naftalinie, aby je mole nie zjadły. Taka szafa nie dość, że nie emitowała milionów odbić, to jeszcze miała przykry dla człowieka zapach. Jacy my jesteśmy mierni w stosunku do Wschodu! Nie wiem, czy coś się w tym kiedykolwiek zmieni. Może u nas jest tylko czyściej i małpy nie chodzą po ulicach. Eh, do licha!

Tego wieczora nie rozmawiali już więcej, oprócz przypominania sobie nawzajem, o której godzinie mają się spotkać rano przed hotelem, aby wyruszyć w dalszą podróż.

Spotkanie po śniadaniu przed wyjazdem na zwiedzanie miasta Fatehpur Sikri rozpoczęło się od wyjaśnień Przewo. Z tej okazji, że był to już dziesiąty dzień wycieczki, uczestnicy już wcześniej ustalili, że nadadzą mu honorowy tytuł Prześwietny Przewo. Na początku Przewo podszedł do tego nieufnie, podejrzewając chęć zemsty za jakieś nieokreślone niedociągnięcia z jego strony, ale mu wytłumaczono, że powód nominacji jest szczery i uczciwy.

Plan dnia obejmował zwiedzanie Fatehpur Sikri zwanego Miastem Duchów. Przewo zaimponował grupie, posługując się mapami i slajdami wyświetlanymi na przenośnym ekranie. 

– Fatehpur Sikri, zwane Miastem Duchów, to ogromny kompleks forteczno-pałacowy dawnej stolicy Wielkich Mogołów. Leży w stanie Uttar Pradesz sto osiemdziesiąt kilometrów na południe od Delhi i trzydzieści siedem kilometrów na zachód od Agry. To niezwykłe miejsce. Zobaczymy tam grobowiec Szejka Salim Chisti, arcydzieło architektury tamtych czasów czyli szesnastego wieku. Także grobowiec cesarza Indii z dynastii Wielkich Mogołów, Akbara, miłośnika literatury, architektury i sztuki, który – jak podaje część źródeł historycznych – nie umiał czytać. Prawda jest taka, że był dyslektykiem. To on założył królewskie miasto Fatehpur Sikri, dziś wspaniały zabytek architektoniczny chroniony przez UNESCO.

Aby ułatwić zapamiętanie ważniejszych informacji, Przewo wyciągnął z torby podróżnej kolorową rycinę z wizerunkiem cesarza Akbara oraz zdjęcia pokazujące kluczowe obiekty Fatehpur Sikri. Piotr Praktyk był mu za to wdzięczny. Swoimi wspomnieniami podzielił się ze stojącym obok Kindżałem.

– Ilekroć zwiedzałem jakieś imponujące miejsce za granicą, przewodnicy pędzili nas jak stado zwierząt do wodopoju, abyśmy jak najszybciej nasączyli się życiodajnymi widokami zabytków w oprawie ich wyuczonych słów.

Przewo dawkował im informacje, pokazując ryciny, zdjęcia oraz wyświetlając plan miasta na ścianie muru, przy którym się zatrzymali w celu odbycia szkolenia.

Odc. 38 Zabytki Fatehpur Sikri

Na miejscu, już wewnątrz kompleksu pałacowego, Przewo podjął dalsze wyjaśnienia. Nie były one odbierane jak zawsze, z uwagą i zrozumieniem. Czy to z powodu gorąca, czy też tego dnia uczestnicy poczęstowali się czymś stymulującym, przerywali mu często, aby dorzucić coś od siebie lub choćby skomentować jego słowa. Przewo miał wrażenie, że usiłują pokazać swoją wiedzę, czymś się wykazać. Starając się zapomnieć o utrudnieniach, kontynuował.

– Początkowo Cesarz Akbar za stolicę państwa obrał Agrę, a swoją siedzibę ustanowił w Czerwonym Forcie. Wkrótce, podobnie jak inni władcy indyjscy, postanowił założyć nową stolicę, nazywając ją Fatehpur Sikri. Zbudował w tym celu imponujące miasto, którego rozmach architektoniczny można podziwiać do dziś i to …

– Nowe miasto wybudowane zostało na miejscu wioski Sikri, a powstanie stolicy zostało ogłoszone w roku 1571 – przerwał mu Kantyna, czym wszystkich zadziwił jak i zdenerwował, prowokując komentarze.

– Jak on zdobył się na tak monstrualny wysiłek intelektualny, tego nie zrozumiem do końca życia – odezwała się Wysoka z Kokiem.

– Ta kobieta potrafi być okrutna jak mało kto, ale też nie można powiedzieć, że nie ma racji – pomyślał Praktyk.

– No właśnie – podjął Przewo, dokonujący cudów na niwie przywracania spokoju i uwagi wobec licznych interwencji słownych uczestników wyprawy.

– Zbudowane w owym roku miasto zostało opuszczone zaledwie czternaście lat później. Nastąpiło to prawdopodobnie z powodu niedostatku wody pitnej. W ten sposób przeszło do historii jako miasto-widmo.

Zabytków do zwiedzania w Fatehpur Sikri i Dżajpurze była taka masa, że Nomadom prawie się w głowach kotłowało. Piotr Praktyk zapamiętał cztery najważniejsze: Wielki Meczet, Brama Zwycięstwa, Pałac Wiatrów oraz Sala Audiencji Prywatnych. Robił mało zdjęć, aby nie tracić czasu, sporządzał tylko notatki, gdzie był i co zwiedzał tego dnia. Po powrocie do domu łatwiej mu było przypomnieć sobie, co to za obiekt czy miejsce, ponieważ zdjęcia były automatycznie oznaczane datą i godziną wykonania.

Po zakończeniu zwiedzania jak zwykle posilali się w restauracji i rozmawiali. Była to restauracja Putnia przy Bypass Crossing, oferująca dania azjatyckie i hinduskie, przyjazna dla wegetarian, wegan i dzieci. Piotr jadł tego dnia niewiele. Brakowało mu apetytu. Było bardzo gorąco, co mogło wyjaśniać jego zachowanie, on jednak tłumaczył przyjaciołom przy stole, że nie musi jeść wiele, ponieważ upaja się egzotycznymi nazwami. Miał je zapisane, niektóre pamiętał: Wielki Meczet czyli Jama Masjid, Brama Zwycięstwa – Buland Darwaza, Pałac Wiatrów – Hawa Mahal oraz Sala Audiencji Prywatnych czyli Diwan-i-Khas.

Nastrój podsumował poetycko Szczepan, w ostatnich dniach mniej aktywny. Martwiono się o niego, ponieważ zazwyczaj był duszą towarzystwa. Szczepan zaskoczył Nomadów stając na krześle i recytując z głowy, jak zapowiedział, fragment znanej ballady hinduskiej. Może była to nawet jego własna improwizacja, lecz nikt tego nie dochodził, bo uwagę zebranych wypełniły brawa.

– W promieniach słońca tańczącego na ścianie razem z drobnymi jak dziecięcy palec jaszczureczkami, w powietrzu pachnącym zielonolistną herbatą, poczuliśmy na podniebieniach dźwięczne nazwy zabytków przeszłości ubranych w ciepłe kolory Orientu.

– Zwróćcie uwagę, jak bardzo budowle Fatehpur Sikri wykonane z takiego samego rodzaju kamienia różniły się od siebie kolorystycznie – dodał Przewo, przerywając posiłek.

–  Kocham kolory – rozmarzyła się Wysoka z Kokiem. Pochyliła się do siedzącej obok Wizażystki i szeptała jej do ucha najciszej jak potrafiła, ale tak, aby sąsiedzi też słyszeli.

– Uwielbiam nosić bieliznę w kolorach intymności. Dzisiaj na przykład mam na sobie łososiowe majteczki, jasnobłękitną haleczkę i – jak widać – czerwoną sukienkę w grochy symbolizujące grzech pierworodny. Takie stroje doprowadzają mężczyzn do ekstazy, pod warunkiem stworzenia odpowiedniej atmosfery. Jeśli chcesz, powiem ci później, jakiej marki jest ta bielizna i gdzie można ją kupić. Tutaj zamierzam wzbogacić ją lokalnymi wyrobami delikatnymi w dotyku jak puch łabędzi. Jutro będziemy zwiedzać sklep przy fabryce, gdzie produkują takie wyroby sprzedając je po atrakcyjnych cenach. Najbardziej interesują mnie wyroby jedwabne. Z prawdziwego, a nie sztucznego jedwabiu.

– Krótko mówiąc, my to gadu-gadu, a ciało stygnie – odpowiedziała tajemniczo Wizażystka, z powiekami ciężkimi od wizerunków ptaków Indii.

– No właśnie – westchnęła Wysoka z Kokiem, puszczając perskie oko w kierunku Kindżała, najprzystojniejszego mężczyzny Grupy Trzynastej.

Odc. 39 Cesarz Mogołów

Do prezentacji długiej i bogatej historii cesarza Akbara Wielkiego Przewo wynajął lokalną siłę. Była to dziewczyna po studiach, mówiąca dobrze po angielsku, ubrana w tradycyjny strój północnej części Indii. Stanowiło go banarasi sari wykonane ze złoto-srebrnego brokatu z misternie przeplatającymi się motywami kwiatowymi i liściastymi kalga i bel, między którymi migotały metalicznie figurki kobiet wykonane z drobniutkich cekinów.

Kiedy przewodniczka opowiadała historie miłości Akbara Wielkiego i jego następców, w szczególności cesarza Szahdżahana, który wzniósł w Agrze słynne mauzoleum Tadż Mahal dla upamiętnienia najukochańszej, przedwcześnie zmarłej żony, Mumtaz Mahal, Praktykowi wydało się, że kobieta ma łzy w oczach. Inni Nomadowie też to zauważyli. Uważali to za niepotrzebną przesadę w zachowaniu Hinduski, dopóki nie zrozumieli źródła jej wzruszenia.

– Cesarz Akbar i jego następcy z dynastii Wielkich Mogołów mieli cudowne marzenia, które udało im się zrealizować. Mnie się nie powiodło. Też miałam takie marzenia. Przepraszam, że to mówię, ale pozwalam sobie na wzruszenie wyłącznie wobec turystów z Europy. Jesteście państwo ludźmi o większej wrażliwości niż nasza, kraju, gdzie ciężkie warunki życia oduczyły serdeczności znaczną część społeczeństwa. Dla wielu naszych obywateli życie to walka o byt podobnie jak w dżungli. Ale nie o tym chciałam mówić.

– Akbar został władcą i cesarzem Wielkich Mogołów w wieku czternastu lat, kiedy przedwcześnie zmarł jego ojciec, Humajun. Imię Akbara jest w istocie całkiem długie: Dżalal ad-Din Muhammad Akbar. W kulturze europejskiej, z wyjątkiem Hiszpanii, nie używa się tak rozbudowach imion i nazwisk.

Po dniu pełnym wrażeń Grupa Trzynasta udała się do restauracji hotelowej na wspólną kolację.  Uzgodniono, że tym razem będzie to wyłącznie tradycyjna kuchnia hinduska.

– Umawiamy się, że nie robimy żadnych wyjątków. Wszyscy jemy to samo, abyśmy mogli potem wymienić się obserwacjami. Chociaż raz skonsumujemy coś lokalnego, a nie zieloną sałatę, podsmażane kartofelki i fasolkę z kiełbasą, podlane na zakończenie czarną kawą. Musimy zachować się choć raz przyzwoicie! – entuzjazmował się Darczyńca, energicznie gestykulując rękami, jakby trzymał w nich nóż i widelec, którymi kroił i przebijał opisywane przez siebie składniki posiłku.

Kelnerzy byli szczupli, wąsaci i sympatycznie uśmiechnięci. W różowych turbanach na głowie, czerwonych kamizelkach i nienagannych białych dhoti podali najpierw przekąskę: gorące pierożki samosy z warzywami, gobi tikka czyli marynowany kalafior oraz różne sosy i dipy do cienkich chlebków chapati i grubszych placków naan. Danie główne było inspirowane kuchnią arabską: słynne biryani z baraniny i jagnięciny, serwowane z łagodniejszą wersją curry. Niektórzy Nomadzi jedli swoje dania rękami posiłkując się chlebkami chapati jako sztućcami. Po posiłku głównym na stole pojawiły się dobrze schłodzony, słodki napój lassi z mango oraz aromatyczna herbata z kardamonem.

Po kolacji wrócił temat długiego imienia cesarza Dżalala ad-Din Muhammada Akbara.

Sprowokował go zapewne niesłusznie Kantyna, niezrozumiale powstrzymujący się od alkoholu w ostatnich dniach. Dyskusja na początkowym etapie była bardziej burzliwa niż twórcza. Zainicjowała ją Wysoka z Kokiem wygłaszając krótką tyradę pod adresem przejściowego abstynenta.

– Twoja spostrzegawczość, Kantyno, zaskoczyła mnie – zaczęła Wysoka. – Widziałam, że to, co mówiła hinduska przewodniczka w boskim banarasi sari w ogóle cię nie interesowało. Wolałeś oglądać się za piersiastymi blondynami, turystycznymi eksponatami prosto ze Szwecji. Dopiero kiedy przewodniczka wymawiała długie imię Akbara, przytomność ci powróciła. Czyżbyś usłyszał szelest jedwabiu przyprawionego lukrem z czerwonego szafranu i cukru trzcinowego z dużym dodatkiem rumu?

Kantyna zastygł przy stole ze szklanką lassi z mango. Upłynęła dłuższa chwila, zanim ochłonął. Odstawił szklankę na stół i zebrał się w sobie jakby miał się rzucić w kierunku Wysokiej z Kokiem.

– Usłyszałem raczej twardy gruchot zatrutych migdałów przygotowanych na kolację przez zawistną kobietę, na których łatwiej połamać sobie zęby niż na kawałku drewna dębowego – wypalił Kantyna, tłumacząc potem swoje zachowanie tym, że został bezczelnie, w dodatku niesłusznie, zaatakowany.

Wymiana słów była tak nieoczekiwana i brutalna, że pozostałym Nomadom przeszła chęć zgadzania się lub niezgadzania w sprawie długiego imienia Akbara. Trzeźwy Kantyna, sprowokowany obserwacjami Wysokiej z Kokiem, wpadł w tak awanturniczy nastrój, że grupa przestraszyła się, że w burdzie dostanie się także innym osobom a nie tylko mówczyni o niewyparzonej gębie.

Odc. 40 Akbar, ciąg dalszy

Sytuację uratował Przewo, wykazując znakomity refleks. Głośno zwrócił uwagę biesiadników na złożoną osobowość Cesarza Akbara i poprosił, aby każdy określił jedną, najbardziej frapującą, cechę jego charakteru, i podzielił się swoimi obserwacjami. Dla zatarcia niesmaku po awanturze między Wysoką a Kantyną, grupowicze skwapliwie dzielili się obserwacjami i odczuciami. Na początku używali skrótów myślowych.

– Walczący! Mecenas sztuki! Religijny a zarazem tolerancyjny! Kochający! Okrutny ale także pojednawczy i łagodny! Rodzinny!

Zagłębili się w niuanse. Dla sprawniejszej i bardziej kulturalnej dyskusji, Przewo poprosił, aby każdy pojedynczy wątek omawiał ktoś inny.

– W ten sposób dochowamy wierności zasadom demokracji i współudziału. Każdy powinien mieć swoje pięć minut. Ja będę czuwać nad całością. Pozwólcie, że zacznę pierwszy. Czułbym się bez tego bezrobotny. Akbar stoczył wiele walk, podporządkowując sobie lokalnych możnowładców tak skutecznie, że udało mu się zjednoczyć wielką część Indii. Był suwerenem sprawującym władzę autokratyczną. Wprowadził ład administracyjny ustanawiając prowincje zarządzane przez wicekrólów. Wobec oponentów potrafił być bezwzględny. Po bitwie pod Chitor kazał wmurować głowy swoich wrogów w wieżę wzniesioną ku upamiętnieniu zwycięstwa. Najchętniej jednak jednoczył kraj posługując się mediacjami. Niejedną prowincję przyłączył do cesarstwa poprzez traktaty i małżeństwa.

W sprawie wiary i tolerancji Akbara wypowiedział się Inżynier. Jak się okazało, był on niegdyś klerykiem. Znający go bliżej Rasputin określił go szeptem jako „niedorobionego księdza i niespełnionego kaznodzieję”.

– Akbar był władcą oświeconym, mecenasem nauki i sztuki. Lubił dyskutować i mimo że nigdy nie nauczył się czytać, zgromadził ogromną bibliotekę. Był kochliwy, miał cztery żony. Aby dowieść, że jest tolerancyjny wybrał sobie kobiety różnych wyznań: pierwsza była hinduską, druga chrześcijanką, trzecia muzułmanką, ostatnia żydówką. Był wyrozumiały dla misjonarzy przybywających z Portugalii. Musimy pamiętać, że w Europie był to czas krwawych wojen na tle religijnym, kiedy władcy siłą zmuszali poddanych do przyjmowania wiary. Mimo, że jego ród wyznawał islam, Akbar odnosił się z szacunkiem do innych religii. Na początku był gorącym wyznawcą islamu, potem rura mu zmiękła i złagodniał. Wprowadził nawet ustawę o tolerancji religijnej. Coraz bardziej sceptyczny wobec islamu, stworzył nowe wyznanie o nazwie Din-i-Ilahi. Była to konstrukcja ciekawsza niż niejeden mechanizm techniczny; nowa religia łączyła w sobie islam, zoroastryzm i inne wierzenia.

Niefortunne nawiązanie do rury i porównanie religii do konstrukcji mechanicznej w przemówieniu Inżyniera nie podobały się grupie. Musieli się jednak pogodzić, że z człowieka o zainteresowaniach technicznych nie da się usunąć pewnego automatyzmu podejścia do języka.

– Mówi, jakby naprawiał zlew w domu pijanej i zdegustowanej samotnością babci – podsumowała Wysoka z Kokiem.

– Erotyczne podeście do ocen innych ludzi to jej wyraźna słabość – zawyrokował po cichu Piotr Praktyk, zwracając się do siedzącego obok Kindżała. – Nikt nie ucieka od erotyki, ale każdy stara się być w miarę wrażliwy i nie wywlekać rodzinnych słabości na światło dzienne.

Przewo jak zwykle zareagował pojednawczo wobec stron szykujących nową awanturę. Natychmiast wynalazł temat zastępczy, którym skutecznie odwrócił uwagę i zmniejszył napięcie.

– Powiem teraz coś od siebie. Nie mogę siedzieć bezczynnie słuchając jak się wywnętrzacie, bo w końcu odmówicie mi zapłaty za przewodnictwo. Na pewno słyszeliście o sati, samospalaniu się na stosie wdowy po zmarłym władcy.

Akbar wydał zarządzenie zakazujące sati, zgodnie z którym żadna kobieta nie mogła dokonać ceremonii samospalenia bez zgody szefa lokalnej policji. Cesarz nakazał im, aby odwlekali jak najdłużej takie decyzje. Kobiecie myślącej o samospaleniu oferowano pobyt w pensjonacie, upominki i rehabilitację psychiczną w celu zniechęcenia do samobójczego odejścia w zaświaty razem z mężem.

– To wstyd, aby kobieta umierała razem z mężem! To przypomina sytuację z aborcją. Umrzyj, ale wytrwaj – Wysoka z Kokiem po raz kolejny usiłowała rozpętać awanturę.

Głos zabrał natychmiast Kantyna, jednakże w zupełnie innym tonie. Swoją przytomnością zaskoczył chyba także siebie samego. Słuchano go z uwagą.

– Nie mogę zgodzić się z argumentami cesarza Akbara. Mając na uwadze moją sytuację rodzinną, uważam, że żona powinna odejść razem z mężem w krainę wiecznych czarów. Ja w ogień, to i ona w ogień. Mówię to z przekonaniem, bo każdy szanujący się mąż może mieć dosyć życia pod nieprzerwaną kuratelą i presją niepicia alkoholu!

Dyskusję zakończył Przewo opowiadając o niezwykłym proroctwie.

– We wsi Fatehpur Sikri Akbar spotkał sufickiego pustelnika Selima Ćisti, który mu przepowiedział urodziny syna; cesarz czekał na to niecierpliwie od wielu lat. Historia mówi, że Ćisti zabił własnego półrocznego syna, aby jego dusza inkarnowała się w syna cesarza, spełniając w ten sposób przepowiednię. Akbar wierzył głęboko, że to dzięki Ćistiemu urodził mu się pierworodny syn, przyszły cesarz Dżahangir. Spotkania z pustelnikiem były rzeczywiście owocne; cesarzowi urodzili się wkrótce trzej kolejni synowie. Pragnąc uhonorować Ćistiego, Akbar zbudował mu w Fatehpur Sikri grobowiec z białego marmuru.

Odc. 41 Poranny pejzaż

Nad ranem autobus wjechał do strefy handlowo-przemysłowej jakiegoś nieznanego miasta. Rozsunięte zasłony na oknach ukazały zupełnie nowy pejzaż: ulice zaśmiecone i zastawione setkami środków transportu i urządzeń. Przed oczami podróżnych przesuwały się skupiska ludzi, motocykli, rowerów i ryksz oraz budki z żywnością, dymiące podręczne kuchnie, stragany warzyw i owoców oraz stosy rur plastykowych i góry śmieci.

– Te sterty śmieci i odpadów chronią ziemię przed przegrzaniem. Hindusi są lepiej przygotowani niż Europejczycy do zmian klimatycznych – Praktyk po zbudzeniu się z przypisanej mu genetycznie drzemki autobusowej, z łapczywością obserwował i komentował świat przesuwający się za oknem autobusu.

Śmieci stały się na krótko głównym tematem rozmów.

Sceneria powtarzających się obrazów ulicznych wkrótce znużyła podróżnych. Niektórzy z nich powstawali z foteli, aby przenieść się do tyłu, gdzie Banda Sześciorga raczyła się alkoholem rozlewanym do metalowych kieliszeczków. Do bandy zaliczano dowolny zestaw sześciu osób oddających się wspólnej degustacji alkoholu.

– Naczynia, w jakich pijemy alkohol, też są ważne – stwierdził Inżynier, biolog z zawodu, przedstawiający się za granicą jako „bilogical engineer”.

Z rozmowy o naczyniach Banda Sześciorga przeszła do dyskusji o planie Kindżała stworzenia w Nomadii stałej ekspozycji kindżałów, sztyletów i noży bojowych. Właściciel nie zamierzał ich sprzedawać. Myśl ta była dla niego tak niemiła, że aż wstrząsał nim dreszcz, kiedy ktoś o tym wspominał. On sam nie mówił o tym, przyjaciele domyślali się jednak, że w jego sercu kwitnie pragnienie imponowania ludziom niezwykłą kolekcją.

– Co tu mówić! Kindżał jest seksualnym obsesjonatem, że nie powiem zboczeńcem; biała broń zastąpiła mu kobietę. On marzy tylko o tym, aby mieć ją własność, pieścić wzrokiem i dotykać do woli. Tym niemniej, ktoś, kto przywozi z wycieczki do Azji kilkanaście egzemplarzy cudownie inkrustowanych kindżałów bojowych i ceremonialnych, zasługuje na szacunek – powiedział Inżynier chętnie kojarzący białą broń z ludzką godnością.

Kindżał lekceważąco przysłuchiwał się dyskusji. Nie marnując czasu, uważnie rozlewał whisky o przewrotnej nazwie Indian Rye Vodka do metalowych kieliszeczków. Ich zestaw nosił zawsze ze sobą. Nazywał je dzióbasami. W gotowości do ich użycia nic nie było w stanie go zaskoczyć; ani burza, ani gęsty pył z pustyni, ani natrętni uliczni sprzedawcy, ani niespokojne makaki.

W okolicach, po których podróżowali, małpy były wszędzie, gdzie rosło choćby pojedyncze drzewo lub kępka krzaków. W niektórych miastach przejęły na własny użytek świątynie powszechnie zwane „monkey temples”.

Ożywieni alkoholem podróżnicy doszli do przekonania, że makaki były szczególnie ciekawe europejskich twarzy i zwyczajów. W momencie pojawienia się tematu małpich zainteresowań, do dyskusji włączył się Kindżał. Siedział na fotelu autobusowym, odpoczywając, ze wzrokiem znieruchomiałym na górnej krawędzi okna, po którym poruszały się trzy muchy. Sączył powoli słowa wyrażając coś w rodzaju życzenia.

– Gdybym w tym towarzystwie poczęstował makaki alkoholem w zgrabnych dzióbasach, to by się rozpiły na amen. Uwierzcie mi, mnie każdy ulega. Powiem wam dlaczego. Po prostu daję się lubić. Jestem popularny szczególnie wśród sprzedawców ulicznych. Admirują mnie. Jakimś sposobem wyczuwają moją pasję kolekcjonerską i kiedy zjawiam się na ulicy, wciskają mi w ręce sztylety i noże bojowe, choćbym był już nimi obwieszony jak choinka Alibaby.

Widząc zaskoczone oblicza przyjaciół, domyślił się, o co chodzi.

– Nie wiecie jakiego Alibaby!? Tego od czterdziestu rozbójników. Ale co tam rozbójnicy. Porozmawiajmy o tym wspaniałym narodzie, który nas gości nie szczędząc sił i środków. Niech żyją Hindusi!

Po wyjęciu z mdlejącej dłoni butelki z whisky towarzystwo ułożyło Kindżała wygodnie na fotelu i z pełnymi dzióbasami w dłoniach podjęło dyskusję o złożonych losach milionów Hindusów. Rolę rozlewającego alkohol przejął Darczyńca.

– Ich świat jest zagubiony w wiekach średnich mimo nowoczesnych, choć mocno poobijanych, pojazdów mechanicznych.

– Zachowują się nieobliczalnie na ulicy jako kierowcy i przechodnie. Jedni wpadają na drugich jakby ich jedynym celem było łamanie przepisów ruchu drogowego, aby w końcu popełnić samobójstwo – rzucił półgębkiem Darczyńca z trudem poruszając językiem ścierpłym od alkoholu.

W trakcie dyskusji miłośnicy Indian Rye Vodka wpatrywali się w butelkę. Wyglądała, jakby była gorąca od serdecznego nastroju oraz pieszczot i uścisków, jakimi ją obdarzano. Podniecenie alkoholowe wywoływało  coraz bardziej intymne wspomnienia i wyznania.

– Mnie jeden makak chciał wyrwać z ręki aparat fotograficzny!

– A mnie odgryźć banana przy samych ustach. O mało mnie kłem nie zahaczył – rzuciła przyciszonym głosem Wizażystka. Jej oczy zwilgotniały a na twarzy pojawiły się oznaki przestrachu. Przetarła twarz chusteczką, sytuując się wygodniej w fotelu.

– Przyznam się, że dobrze się czuję po tym alkoholu. Jest jak masaż rozluźniający mięśnie pleców, pośladków i nóg. Odkryłam to dopiero w Indiach podróżując często autobusem – wyjaśniła, wysuwając do przodu dłoń z kieliszkiem, kiedy Kindżał spojrzał na nią niepewnie, czy ma dolać alkoholu.

Odc. 42 Żarty i pieśni

Po uzupełnieniu wszystkich kieliszków, towarzystwo zgromadzone wokół Darczyńcy pełniącego teraz rolę mistrza ceremonii, zaczęło opowiadać żarty i kawały. Wizażystka przyjmowała rozmowy coraz bardziej milcząco. Czasem tylko bolesny grymas wykrzywiał jej starannie pomalowane usta. Jej wargi miały przedziwny kształt spłaszczonego serca przebitego strzałą stojącego w rogu ust mikroskopijnego Erosa. Podziwiano ją za niezwykłą precyzję malarską, która wydawała się wręcz nieludzka w doskonałości odtwarzania detali. Podejrzewano ją, że makijażowi poświęcała większość czasu, kiedy była sama. Znająca ja bliżej Wysoka z Kokiem twierdziła, że nie zajmowała się niczym innym.

– To kobieta opętana malowaniem ust. Tak ją można najkrócej scharakteryzować – podsumowała, uśmiechając się tajemniczo, jakby sama była w zmowie z diabłem, ojcem wszelkiego opętania.

W opowiadaniu kawałów najlepszy był Szczepan. Znał nieprawdopodobne historie z wszystkich kontynentów. Słuchano go z uwagą, ponieważ miał dar opowiadania. Również dlatego, że był człowiekiem poszukującym w tych historiach prawdy o świecie i o sobie.

– Szukam prawdy przede wszystkim w kawałach, przypowieściach i wspomnieniach, ponieważ jest to prawda najprostsza, radosna i najłatwiejsza do przyswojenia. Po to Bóg dał nam, ludziom, poczucie humoru, abyśmy wyraźniej odróżnili się od zwierząt, którymi w istocie jesteśmy. Czyste człowieczeństwo nie istnieje, to tylko niezdrowa iluzja – wyjaśniał, kiedy nachodził go bardziej filozoficzny nastrój.

W gronie jego słuchaczy był także Kantyna, wciąż daleki od alkoholowego upojenia. Męczyło go to, ponieważ kochał stan wniebowzięcia, jak to nazywał.

– To jedyna kondycja, kiedy jestem szczęśliwy, kiedy nie męczy mnie sam fakt istnienia.

W dążeniu do swojej, niezrozumiałej dla innych doskonałości, przeprosił Bandę Sześciorga, że ją opuszcza i ruszył w podróż po autobusie w poszukiwaniu głębszych wrażeń.

Pod koniec trasy Kindżał budził się co jakiś czas z letargicznego snu i samotnie nucił na przemian dwie melodie. Raz była to rzewna szanta żeglarska o bosmanie-gwałcicielu, który popełnił haniebny czyn i po powrocie bezecnie sczezł na pokładzie statku, drugi raz smutna pieśń zaczynająca się od słów „Tu leży ręka, tam leży głowa, to jest robota Paramonowa”. Śpiewając ją Kindżał wykonywał ruchy dłonią imitujące uderzenia młotkiem w coś, czego zapewne serdecznie nienawidził, ponieważ krzywił się przy tym niemiłosiernie. Kilka razy zaczynał przyśpiewkę „Olaboga, nie wytsymom, inne mają a ja ni mom”, lecz szybko ją kończył, ponieważ nie mógł przypomnieć sobie dalszych słów. 

Po wielogodzinnej podróży autobus w końcu dotarł do celu. Było już ciemno. Nomadowie byli tak zmęczeni, że z wyjątkiem Przewo nie wiedzieli nawet, gdzie się znajdują. Wychodzili po kolei z autobusu, pomagając sobie nawzajem przy zejściu z wysokiego schodka pojazdu. Po wyjściu na zewnątrz zgromadzili się w jednym miejscu i obliczyli. Wszystko było w porządku, rachunek się zgadzał.

Nocleg mieli zarezerwowany w trzygwiazdowym hotelu Grand Chakya. Nazwę hotelu zobaczyli z daleka. Na ścianie przedsionka prowadzącego do hallu głównego, gdzie mieściła się recepcja, jaszczurki polujące na insekty ułożyły się na ścianie w kształt ludzkiej głowy. Nomadów ciarki przeszły po plecach. Pracownicy recepcji starali się zbagatelizować niezwykłe odkrycie. Zachęcali, aby się nim nie przejmować, gdyż jaszczurki mogą znaleźć się także pokojach.

– Są całkowicie nieszkodliwe i bardzo użyteczne, ponieważ polują na insekty. Nie stanowią najmniejszego zagrożenia – uspokajali, uśmiechając się z wyrozumiałością.

Szczepan, podróżujący z żoną, zastanawiał się, czy zamiast w pokoju nie powinni spędzić nocy w hallu. Zapytał o to w recepcji. Recepcjonista popatrzył na niego zdziwiony.

– W nocy w hallu zawsze świeci się lampa – powiedział jakby na potwierdzenie, że jeśli z powodu kilku jaszczurek na ścianie ktoś woli męczyć się skurczony w ubraniu na fotelu zamiast swobodnie rozciągnąć się w piżamie w czystej pościeli, to on nie będzie go odwodził od tak szalonego pomysłu.

Podróżnik zmienił zdanie, kiedy wraz z żoną znaleźli się w pokoju numer sto trzynaście. Lubił trzynastkę, nie był przesądny. Było to wygodne i czyste pomieszczenie w odcieniach zieleni i brązu, z małym biurkiem, barkiem, telefonem, klimatyzacją a nawet podręcznym sejfem na pieniądze i dokumenty. W nocy dokuczał im tylko klimatyzator; jakakolwiek temperaturę nie nastawili, było albo zbyt zimno, albo zbyt gorąco.

Odc. 43 Studnia Chand Baori

Kolejny dzień minął Nomadom na zwiedzaniu jakiejś niewielkiej miejscowości, do której zawiózł ich Przewo, a której nazwy nikt nie zapamiętał. Przypomnieli ją sobie dopiero po powrocie do hotelu, kiedy opadł z nich kurz podróży i odpoczęli. Chodziło o studnię Chand Baori w wiosce Abhaneri położonej około stu kilometrów od Dżajpuru. Studnia powstała w IX wieku i stwarzała niesamowite wrażenie: potężny lej sięgający w głąb ziemi, w którym można by umieścić trzynastopiętrowy budynek.

Stojąc na powierzchni czuło się chłód płynący z jej wnętrza. Zejście na dno studni wymagało pokonania 3500 wąskich stopni. Na górnych poziomach studni w ścianach mieściły się pomieszczenia mieszkalne.

Zaskakujące było samo miejsce. Szary, płaski, pustynny teren, uboga wieś, aż dziw brał, kto mógł mieszkać w takim miejscu.

Naprzeciwko studni Chand Baori po drugiej stronie ulicy znajdowała się świątynia Harshat Mata, poświęcona bogini szczęścia i radości, a w niej rzeźba męskiego członka zwanego lingam, bezwstydny symbol płodności.

Po kolacji, kiedy już otrząsnęli się z wrażeń dnia, Przewo zebrał grupę, aby porozmawiać o dotychczasowych przeżyciach. Był to już jedenasty dzień podróży, mieli więc co wspominać.

Rozmawiali szczerze, z wyjątkiem Kantyny, uciekającego na boki przygaszonym wzrokiem, w którym mieszały się uczucia nostalgii i zagubienia w sprawach doczesności. Na początku Praktyk nie miał chęci nic mówić; czuł gorycz w ustach i nieokreślone ssanie w żołądku; tłumaczył to sobie nadmierną ilością kawy wypitej w ciągu dnia. Tylko on jeden nie rwał się, aby podzielić się z innymi, jak się czuje po tylu dniach podróży, wszystkich tych zwiedzaniach, przejazdach, przeprowadzkach z hotelu do hotelu, rozmowach i wieczornych spacerach po mieście w małych grupach.

Każdy się wypowiedział. Przewo wyjaśnił, że ludzie przyjeżdżają do Indii najczęściej po to, aby odświeżyć swoją duchowość, zobaczyć niezwykłe świątynie różnych religii, święte krowy, przepełnione po brzegi miasta, życie na ulicach i Bóg wie jeszcze co.

– W rzeczywistości turyści odkrywają coś, czego nie da się przeczytać w żadnym przewodniku, żadnej książce, obejrzeć na ekranie, a nawet przyśnić. Są to niezwykłe zabytki historii. Oglądają także na własne oczy nędzę współczesności, o jakiej nie mieli pojęcia. Taką, przy której ubóstwo wygląda jak wypasiona kura, zwyciężczyni trzech wystaw, na tle dogorywającego z głodu kurczaka.

– Każdy obywatel cywilizowanego świata jest bogaczem w Indiach, chyba, że zabraknie mu wyobraźni lub uczciwości – obudził się nagle Piotr.

U siebie w kraju Nomadowie należeli do klasy średniej, może niższej średniej, może średniej-średniej, a może nawet i wyższej średniej. W Indiach każdy z nich czuł się jak nabab, wybraniec losu, człowiek o niezmierzonym bogactwie. Indie przywróciły im świadomość, jak wiele każdy z nich posiada i jak stabilne jest ich życie: mieszkanie, samochód, biurko, często z komputerem, regularny dochód oraz prawie całkowita pewność, że będzie jeść obiad następnego dnia.

– W Nomadii jesteśmy trwałymi elementami ludzkiego pejzażu, a nie żywymi tłumokami leżącymi na chodniku, pozostawionymi samym sobie jak kawałek bezużytecznego drewna – Mówiąc to Przewo odwrócił głowę, aby ukryć współczucie dla biedaków i zadowolenie z własnego losu.

Odc. 44 Teatrzyk uliczny 

Następnego dnia, po śniadaniu w restauracji hotelowej, Nomadowie mieli trochę czasu dla siebie. Praktyk nie mógł sobie potem przypomnieć, jak znalazł się wraz z dwójką przyjaciół, Darczyńcą i Wysoką z Kokiem, w bocznej, raczej pustej uliczce położonej naprzeciw jakiegoś skromnego parku. Stali rozmawiając i przyglądając się rachitycznym drzewom, kiedy obok pojawił się – jakby wyszedł spod ziemi – teatrzyk uliczny, pełen kolorowych akcesoriów i wyjątkowo poprawnej mowy aktorów w języku angielskim.

Była ich trójka, kobieta i dwaj mężczyźni. Przedstawili się; mieli imiona i nazwiska tak egzotyczne, że rozmyły się w przestrzeni zanim dotarły do uszu Nomadów. Role aktorów wyjaśnił najstarszy mężczyzna.

– Ja jestem narratorem. Ona jest oblubienicą, a on jest oblubieńcem.

Mówiąc „ona” i „on” narrator wskazywał na postać ręką chyba tylko z nawyku, bo nie było żadnych wątpliwości, kogo ma na myśli.

Kiedy skończył prezentację dopiero wtedy Nomadowie odczuli wyjątkowość wieczoru. Powietrze było przesycone słodko-gorzkim zapachem białych kwiatów rosnących za wysokim płotem parku, pod którym teatrzyk rozłożył swoje rekwizyty, niską przenośną scenę, zasłony, maski, lalki, kołatki.

Trójkę Nomadów zaproszono do obejrzenia spektaklu żądając śmiesznie niskiej opłaty, jakby sam udział zagranicznych gości miał dostatecznie wynagrodzić artystów. Kiedy dwaj mężczyźni rozkładali przenośną scenę i kurtynę, kobieta przygotowywała herbatę na małym samowarze, aby poczęstować gości.

– Taki jest nasz rytuał od wieków. Wymaga tego gościnność – cierpliwie wyjaśniała, nie dając się przekonać, że jest to niepotrzebne.

Napój był bardzo aromatyczny, poszedł im do głowy. Pijąc, nie zdawali sobie z tego sprawy. Myśleli, że było to zauroczenie, a nawet odurzenie niezwykłością spotkania.

Spektakl, przedstawiający historię szalonej miłości wysokiego urzędnika do tancerki kabaretowej, trwał blisko godzinę. Widzów zachwycił kunszt artystyczny aktorów. Ich gra była tak fantastyczna, że Wysoka, Darczyńca i Praktyk całkowicie utożsamili się z postaciami bohaterów spektaklu.

Po jego zakończeniu rozmawiali o miłości. O tym, że aktorzy właściwie nie grali, tylko byli zakochani i postępowali naturalnie jak kochające się osoby zachowują się w życiu, kiedy są sami.

– Nie było żadnego udawania. Oni po prostu byli sobą, ubrali to w formę teatru prawdopodobnie tylko dlatego, że w ich środowisku lub w ich rodzinach nie akceptowano ich miłości. W spektaklu, który właściwie nie był teatrem, tylko fragmentem ich życia, byli autentyczni: naturalni, szczerzy, bezpretensjonalni, otwarci, tolerancyjni, życzliwi. Niczego nie udawali.

– Mieli także w sobie cierpliwość, której nam, Europejczykom czy też ludziom zachodu często brakuje. Była to autentyczna miłość – podsumował Darczyńca, odwracając głowę od rozmówców, jakby wstydził się uczuć malujących się na jego okrągłej twarzy.

To były także ich miłości, ponieważ sami w życiu nie zaznali prawdziwego uczucia, o jakim marzą wszyscy mężczyźni i kobiety. Tak wspaniała, głęboka i intensywna miłość, jaką zobaczyli w teatrzyku, nie była im znana nawet z literatury.

– A przecież czytaliśmy i widzieliśmy niemało – przypominali sobie nawzajem, zachwycając się talentem wykonawców, kiedy wracali do hotelu.

Śpieszyli się, bo musieli się jeszcze spakować.

Odc. 45 Pociąg do Agry

W podróż pociągiem wyruszyli wieczorem, aby jadąc przez całą noc dotrzeć nad ranem do Agry. Ich celem było słynne na cały świat mauzoleum Taj Mahal.

Wsiadając do wagonu Piotr Praktyk poczuł mdlący zapach ubikacji. Minął ją i po przejściu kilku metrów, odnalazł swój przedział. Były w nim już dwie osoby, Hindus i Hinduska. Prawdopodobnie nie znali się, ponieważ siedzieli po dwóch stronach przedziału i nie rozmawiali ze sobą. W przedziale było wciąż gorąco mimo chłodu płynącego z sufitowych nawiewników. Wagon w ciągu dnia nagrzał się na trasach palącego słońca Wielkiej Pustyni Thar i nadejście nocy niewiele zmieniło w temperaturze wnętrza.

Piotr rozejrzał się, położył swoją walizkę i plecak na półce i usiadł. Miał zarezerwowane miejsce przy oknie.

Razem z ludźmi pociągiem podróżowały karaluchy, niezbyt duże i nie w oszałamiającej ilości. Po kilkuminutowej obserwacji Piotr uznał, że są dyskretne i nie narzucają się. Zmienił zdanie, kiedy jeden z nich pojawił się nagle przy oknie, tuż przed nim, na krawędzi stolika. Uznał go za agresora, z którym należało się rozprawić. Insekt siedział nieruchomo, dając myśliwemu czas na przygotowanie się i wyprowadzenie śmiertelnego ciosu. Piotr osłonił dłoń papierową serwetką i nagłym ruchem przycisnął karalucha do stolika. Tak mu się tylko wydawało, gdyż insekt w ułamku sekundy zniknął w szparze między stolikiem a ścianą wagonu.

Zapowiadała się męcząca noc. Leżąc na górnym łóżku, Nomada nie mógł zasnąć. Po godzinie oddychał z trudem z powodu kataru, który pojawił się nie wiadomo kiedy. Ofiara niewygody, duchoty i strumienia zimnego powietrza przewracała się z boku na bok, aby znaleźć sobie odpowiednią pozycję. Nie mogąc zasnąć przez dłuższy czas, Piotr wyszedł na korytarz. Było tam odrobinę chłodniej. Wychodził i wracał kilka razy. Nad ranem postanowił zostać na korytarzu, aby doczekać przyjazdu do Agry.

Schodząc z drabinki – po przebraniu się na łóżku w codzienne ubranie – zauważył, że na kuszetce umocowanej wzdłuż ściany korytarza naprzeciw jego kabiny leży męska czapka. Jej właściciel zniknął. Wrócił dziesięć minut później i zmierzył Nomadę swymi dużymi czarnymi oczami. Był to dobrze zbudowany Hindus, nie starszy niż trzydzieści pięć lat, czarnowłosy, wąsaty, z gładko wygolonymi różowymi policzkami.

– Wygląda na przekarmionego lekkoatletę, utrzymującego się w formie piekarza lub niedożywionego kowala – pomyślał Piotr, nie odwracając wzroku od obiektu obserwacji. Ucieszył się, że trudna noc nie zabiła w nim wyobraźni.

Po nałożeniu czapki na głowę, przybysz zasunął zasłonę nad łóżkiem i odszedł w głąb wagonu.

Pociąg zatrzymywał się kilkakrotnie na trasie. Było zbyt ciemno, aby można było cokolwiek widzieć na zewnątrz. W końcu pociąg stanął na jakieś większej stacji kolejowej, zatłoczonej i dobrze oświetlonej. Po peronie przesuwały się niemrawo tłumy podróżnych. Byli to sami Hindusi. Piotr przerwał obserwację ludzi, kiedy po drugiej stronie peronu dokładnie naprzeciwko jego okna pojawił się szczur. Zdezorientowany zatrzymał się na chwilę, aby rozejrzeć się uważnie wokół. Po chwili przebiegł w poprzek peronu, zeskoczył na tory i zniknął w mroku.

Piotr przypomniał sobie, że najbardziej popularnym gatunkiem tego gryzonia jest szczur wędrowny. Pamiętał nawet jego dziwną łacińską nazwę „Rattus norvegicus”. Ten którego widział, nie był zbyt duży. Długość ciała największych szczurów sięgała dwadzieścia pięć centymetrów, nieco mniej niż długość linijki szkolnej. Ich ogony były dłuższe niż ciało. Nomada nie czuł obrzydzenia do gryzonia, raczej dziwną solidarność, bo był to jeden z najstarszych żyjących ssaków świata, o wyjątkowej inteligencji i zdolności dostosowania się. Przypomniał sobie krótki film na YouTube o niezwykłej pomysłowości tych zwierząt: szczur zrzucający kurze jajka z półki w spiżarni na grzbiet czekających na podłodze towarzyszy, którzy amortyzowali upadek nie dopuszczając do rozbicia delikatnych opakowań ulubionego pożywienia.

– A to sprytne sukinsyny! – Obserwator był pełen podziwu dla inteligencji zwierząt.

Odc. 46 Nocna rozmowa

Czekanie w stojącym na dworcu pociągu dłużyło się Piotrowi. Kiedy w końcu ruszyli, pociąg toczył się ślimaczo wzdłuż niekończącego się peronu wypełnionego podróżnymi. W mroku nocy rozjaśnianym co kilkadziesiąt metrów słabymi lampami widać było Hindusów stojących, siedzących i leżących, gdzie kto znalazł kawałek wolnego miejsca, na peronie, na ławkach, na walizkach i tobołkach. Znieruchomiali przypominali modele pozujące malarzowi w smętnym atelier bez dachu i ścian bocznych. Wielu podróżnych spało bezpośrednio na betonowej płycie peronu, najczęściej leżeli przykryci wraz z głową jakimś kocem lub płaszczem. Sceny dworcowe ciągnęły się i ciągnęły, jakby nigdy nie miały się skończyć.

Myśląc o niemrawym przemijaniu czasu Piotr popatrzył z rezygnacją na zegarek. Dochodziła już godzina druga w nocy; poczuł się bardzo zmęczony. Chciał usiąść, ale nie miał na czym. Wycofał się więc w głąb wagonu i oparł plecami o ściankę działową. Pociąg nabrał już rozpędu i łomotał na złączach szyn pędząc przez noc wypełnioną duchami drzew. Koła dudniły rzucając wagonami na boki. Piotr przeszły ciarki; przez moment miał wrażenie, że lada chwila wagon rozsypie się lub wypadnie z szyn. Na korytarzu nie było żywego ducha; wszyscy pasażerowie spali. Podróżnik poczuł się jak hinduski parias wpleciony w koło niekończącej się dharmy bez perspektyw zmiany losu na lepszy. Narastała w nim głucha frustracja. Poczuł się jak koń na pogrzebie, któremu ubrany na czarno woźnica ściąga cugle, aby okiełznać rozpierającą go energię.

Zmęczony i niewyspany potrzebował bodźca, aby poczuć, że żyje. Ożywił się, kiedy obok przy oknie pojawiło się młode małżeństwo hinduskie z dzieckiem. Zainteresował się nimi, ponieważ chłopczyk zwracał się do swego ojca mówiąc „papa”.

Piotr pierwszy zaczął rozmowę. Pochwalił chłopca za dziewczęco piękne czarne oczy i zapytał rodziców czy jadą do Agry. Jechali dalej, do miasta Gangapur, gdzie jest stacja kolejowa najbliższa świątyni jaką mieli odwiedzić, aby wziąć udział w festiwalu religijnym. Była to świątynia Kaila Devi w dystrykcie Karauli. Hindus chętnie wdał się w rozmowę dotyczącą świątyni i wiary.

– To jest nasza trzecia podróż do świątyni poświęconej bogini Kaila Devi Ji. Ma ona dwa miliony wyznawców i jest ucieleśnieniem bardzo popularnej w Indiach bogini Durga. Nie wyobrażamy sobie, abyśmy odwiedzili inną świątynię Kaila Devi Ji, nawet gdyby była bliżej. Dla mego ojca było to święte miejsce.

Piotr przyjrzał się uważniej rozmówcy. Mężczyzna miał na sobie dhoti, tradycyjny hinduski strój męski, składający się z upiętego w pasie białego materiału bawełnianego o długości kilku metrów i szerokości jednego metra.

Ciekawie rozwijająca się rozmowa zakończyła się nagle, kiedy Przewo głośno zapowiedział na korytarzu:

– Jest godzina szósta dwanaście. Za dziesięć minut wysiadamy na Agra Cantt, głównej stacji kolejowej Agry. Spotykamy się na peronie bezpośrednio przy pociągu. Proszę nie rozchodzić się.

W drodze do Tadż Mahal Piotr dzielił się z przyjaciółmi swoimi nocnymi przeżyciami, ubarwiając je co nieco dla nadania im żywości. Czuł się jak bohater filmu relacjonujący niezwykłe przeżycia.

– Pociąg opuścił stację i jechał tak wolno, że myślałem, że się zatrzyma. Zniecierpliwiłem się. Nie wytrzymałem i wyskoczyłem z wagonu i szedłem obok peronem wymijając pakunki, skrzynie, budki z żywością i Bóg wie co jeszcze. Poruszałem się wymijając ludzi przywiązanych do podróży jak starzec do skurczów nóg i biegania do łazienki w celu pogodzenia się z pęcherzem. Hindusi patrzyli na mnie jak na dziwoląga, różowego ibisa z dwoma dziobami rodzącego się raz na sto lat. Pozdrawiałem ich uniesioną dłonią ze złączonymi razem kciukiem i palcem wskazującym jak dłoń Buddy. I oni i ja byliśmy niewolnikami losu, to nas łączyło. Żałujcie, że was tam nie było. To było przeżycie. Sam na sam w niekończącym się tłumie hinduskich pielgrzymów. Kiedy pociąg zaczął przyspieszać, wskoczyłem do wagonu. Przez okno zauważyłem jeszcze stos wielkich skrzyń ułożonych jedna na drugiej. Za nimi, na końcu peronu, gdzie była już ubita ziemia, stało kilku mężczyzn. Obróceni w kierunku pociągu rozmawiali z ożywieniem, sikając sobie spokojnie jakby byli w lesie.

– Oczywiście niczym się nie przejmowali, może nawet celowo demonstrowali swoje instrumenty anatomiczne, aby popisać się przed pasażerami pociągu. Mężczyźni to świnie -warknęła Wysoka z Kokiem. Po chwili, uznając, że przesadziła, dodała sarkastycznie.

– Oczywiście nie wszyscy. Słyszałam o jednym lub dwóch, którzy nie zachowywali się tak bezwstydnie jak większość samców rodzaju ludzkiego.

Kantyna, jak zawsze dziwnym trafem znajdujący się w pobliżu, gdzie coś się działo, otwierał już usta, aby odpowiedzieć złośliwością na złośliwość. Na szczęście Przewo podszedł do niego z boku i dyskretnie szepnął:

-Daj spokój, Kantyno. Wykaż męską wyższość nad niemęską swarliwością. To kobieta nieszczęśliwa, która nie zaznała szczęścia w objęciach mężczyzny. Wręcz przeciwnie, spotkało ją upokorzenie, bo mąż przez kilka lat zdradzał ją z hazardem w kasynie przepuszczając pieniądze. Mieć wiano ślubne i nie mieć wiana ślubnego i to, jak rozumiem, dużej wartości, każdego wyprowadziłoby z równowagi.

Odc. 47 Powrót do kraju

Temat zachowań w miejscach publicznych wrócił kilka minut później, kiedy się zatrzymali dla zdjęcia obuwia przed wejściem do mauzoleum Tadż Mahal. Temat podjął Przewo, znający najlepiej rzeczywistość Indii.

– Prawda wyzwań natury jest jednoznaczna. Tam gdzie są setki mężczyzn i nie ma toalet, albo jest ich niezwykle mało, mężczyźni będą załatwiać swoje potrzeby w przypadkowych miejscach i niefortunnym czasie. Są takie miejsca w Indiach, gdzie pasażerowie jadący rannym pociągiem kiedy jest już jasno mogą widzie dziesiątki mieszkańców wsi siedzących w kucki na wolnym kawałku ziemi w pobliżu torów i załatwiający swoje potrzeby naturalne.

– W Indiach, raczej niż odzwyczaić się od alkoholu, na co liczyła moja żona, chyba jeszcze więcej będę pić. Wystarczy, że sobie wyobrażę, że urodziłem się tutaj i nie mam w domu łazienki ani sedesu – posępność twarzy Kantyny potwierdziła szczerość jego wypowiedzi.

Nomadowie uznali, że przesadził biorąc na barki ciężar ludzkiego losu, uważając, że ma w sobie ducha nieszczęsnego Hindusa pozbawionego podstawowych urządzeń sanitarnych.

Dla złagodzenia niepokoju Szczepan dodał filozoficznie:

– Z pęcherzem nikt jeszcze nie wygrał.

– Z wyjątkiem ryb, które z powodzeniem używają pęcherz pławny dla poruszania się w wodzie – wtórował mu Kindżał, biolog z wykształcenia.

Po wylądowaniu na międzynarodowym lotnisku Angaria w Gabaro, stolicy Nomadii, członkowie Grupy Trzynastej pośpieszyli do hali przylotów, aby zabrać swoje bagaże i załatwić formalności celne i paszportowe. Pół godziny później spotkali się w punkcie zbiorczym lotniska, tak jak się umówili, aby pożegnać się przed udaniem do swoich domów.

– Być może spotykamy się po raz ostatni w życiu, bo nic nie trwa wiecznie – żartowali, choć nie było im do śmiechu.

– Zróbmy sobie wspólne zdjęcie – zaproponował Przewo. Poparli go Proteza, Praktykant i Uśmiechnięta, potem ktoś jeszcze. Ostatecznie propozycja została zaakceptowana przez wszystkich, mimo że niektórzy bardzo się śpieszyli.

– Tak rodzi się solidarność społeczna. Moglibyśmy wywołać w ten sposób rewolucję, zmieniając świat. Szkoda, że nie zrobiliśmy tego w Indiach – rzucił Kindżał, chwytając do ręki nóż o inkrustowanej rękojeści przypominający bagnet.

– Też żałuję, bo przy okazji rozdałbym jeszcze kilogram cukierków, które znalazłem na dnie walizki. Zupełnie o nich zapomniałem – dodał niepocieszony Darczyńca.

– Wkrótce Święta Bożego Narodzenia i Nowy Rok – podjął Przewo. – Jeśli zrobimy sobie wspólne zdjęcie pod tą wielką choinką, to będziemy mieli co pokazywać rodzinie i przyjaciołom. Możemy nawet ponazywać się imionami postaci z szopki noworocznej.

– Nie warto – włączyła się Wysoka z Kokiem – bo się pokłócimy, kto będzie królem, kto dzieciątkiem, kto osiołkiem a kto żłóbkiem.

Do zdjęcia stanęli obładowani upominkami nabytymi w Indiach i Nepalu. Była tego prawdziwa obfitość: kolorowe naszyjniki, bawełniane koszulki ze słonikami, małe rzeźby, duże kolorowe albumy, magnesy na lodówkę, dywany i dywaniki, koszule dzienne i nocne oraz niezliczona ilość produktów spożywczych. Praktyk trzymał w ręku odręcznie sporządzony plakat z kartonu „Nomadowie po powrocie z Indii”. Nastrój był radosny. Wszyscy byli prowizorycznie ucharakteryzowani i mieli na sobie stroje nabyte w Indiach i Nepalu.

Przewo, przebrany w bogate hinduskie dhoti, przeliczył uczestników. Nikogo nie brakowało. Kindżał, ucharakteryzowany na dostojnego, starszego wojownika Sikha w turbanie, demonstrował sztylet inkrustowany szlachetnymi kamieniami. Wysoki osobnik, którego w przebraniu nie można było rozpoznać, bo przypominał spłoszonego woźnego ze świątyni małp, prawdopodobnie był to Szczepan, opowiadał sąsiadce dykteryjkę o babie u lekarza. Ktoś inny rozwijał jedwabny dywan wypełniony wzorami liści, dojrzałych owoców i kolorowych ptaków. Darczyńca wyciągał do przodu ręce oferując garście pełne cukierków. Trzech mężczyzn, Fotograf, Inżynier i Proteza oraz dwie panie, Uśmiechnięta i Wysoka z Kokiem, pozorowali grupę rozmawiających ze sobą Hindusów i Hindusek.

Po wykonaniu zdjęć, nie jednego ale kilku, przemówił Przewo. Był wzruszony.

– Wszystkim Nomadom, uczestnikom zimowej wycieczki do Indii i Nepalu, oraz ich rodzinom, życzę radosnych i szczęśliwych Świąt Bożego Narodzenia i pomyślnego Nowego Roku. Namaste!

Wiedzieli, że „Namaste” to tradycyjne indyjskie pozdrowienie znaczące „Pokłon tobie”. Wypowiadając go Przewo wykonał andźali czyli półukłon z dłońmi złożonymi razem na wysokości serca, uważanego w Indiach za siedzibę boskości w człowieku, i palcami wskazującymi do góry. Mógł wykonać ten gest nie odzywając się, miałoby to takie samo znaczenie jak wypowiedzenie słów pozdrowienia.

Słowa życzeń zabrzmiały w ustach Przewo dziwnie metalicznie. Dopiero wtedy zdali sobie sprawę, że nie był to jego głos.

– Przypomnijcie sobie państwo, że jeszcze przed odlotem z Indii Przewo zapowiedział, że tam zostanie, bo przecież tam mieszka – wyjaśnił mężczyzna łudząco podobny do niego z sylwetki i idealnie ucharakteryzowany. Jak się okazało, był to aktor teatralny, którego Przewo zatrudnił telefonicznie kilka dni wcześniej.

– Moja nieobecność nie powinna was dziwić, ponieważ wracacie z kraju, gdzie cudów jest więcej niż rzeczywistości, a przywidzenia i omamy czają się na turystów na każdym rogu ulicy – był to autentyczny głos Przewo.

Słuchający go podróżnicy pomyśleli, że sobowtór Przewo odtwarza nagranie z doskonałego dyktafonu lub jest utalentowanym brzuchomówcą.

Odc. 48 Powrót do domu

Z lotniska Piotr Praktyk wracał do domu cztery razy, za każdym razem inaczej, za każdym razem odkrywając nową rzeczywistość. Zauważył to dopiero po kilku miesiącach, przeglądając notatnik, gdzie rejestrował ważniejsze zdarzenia. Nie umiał sobie wytłumaczyć, jak to się stało. Czuł tylko, że nie jest już tym samym człowiekiem, jakim był przed wyjazdem do Indii. Ta wyprawa go odmieniła; nie poznawał sam siebie. Przyznał się do tego Kindżałowi w rozmowie telefonicznej.

– Wyobraź sobie, że ludzie, których znam od lat, moi znajomi i przyjaciele, nie poznają mnie. Pytają mnie:

– Piotrze, to ty?

Dla mnie było to też dziwne, ponieważ sami byli mało widoczni, jakby ukrywali się za grubą warstwą mgły. Kiedy zdarzyło się to po raz pierwszy, pomyślałem, że dopadła mnie amnezja lub nie daj Boże demencja. Przeraziłem się. W końcu domyśliłem się jednak jaka mogła być przyczyna takich ich zachowań i mojego dziwnego samopoczucia. To nie podróż do Indii to wywołała. Po prostu strasznie przemarzłem w czasie jazdy pociągiem z lotniska do domu i poważnie się rozchorowałem. Przed laty miałem też wypadek motocyklowy i to wszystko chyba się skumulowało. Prawdziwy miszmasz.

– Jeździsz motocyklem? – zdziwienie Kindżała było uzasadnione, ponieważ Piotr był ignorantem w sprawach mechaniki. Sam mu to powiedział jednego wieczoru w hotelu w Indiach:

– Mam dwie lewe ręce do mechaniki. Żadnego talentu, żadnego drygu do tych spraw. Jestem jak pusta beczka po piwie, nic tam nie ma. Tak jest od dzieciństwa i nic na to nie poradzę.

Pierwszy raz Piotr wracał ze stolicy do domu pociągiem. Była to końcówka grudnia i w wagonie było bardzo zimno z powodu awarii ogrzewania. Przewiało go, rozchorował się, wywiązały się komplikacje. Przez jakiś czas był w szpitalu. W końcu wyzdrowiał, ale drogo to go kosztowało. Jego pamięć wskutek choroby tak się pogorszyła, że stracił masę wspomnień z pobytu w Indiach i Nepalu.

– To było straszne, kiedy próbowałem odtworzyć moje przeżycia z tej podróży. Miałem wrażenie, że moja pamięć zapadła się pod ziemię. Coś okropnego. Nic nie pamiętałem; wycieczka do Indii i Nepalu znikła, wyparowała, uległa kondensacji podobnie jak para wodna, która z wielkiej chmury przekształca się w krople deszczu, nietrwałe w swojej egzystencji.

Po powrocie ze szpitala do domu koncentracja, pamięć i świadomość Piotra Praktyka były tak nędzne, że wydało mu się, już po wejściu do domu i rozebraniu się, że jeszcze nie otworzył drzwi wejściowych i szukał klucza, aby to uczynić. Otrząsnął się dopiero kilka godzin później, kiedy zaczęły docierać do niego domowe i rodzinne dźwięki zamiast dziwnych głosów zrodzonych w głowie przez chorobę. W dodatku w domu nie było nikogo. Piotr poczuł się też zawiedziony czystością panującą w domu, tym mrocznym bezosobowym stanem ducha, jakim zima karze ludzi w krajach bliższych bieguna północnego. Miał poczucie, że już tylko fizycznie jest podobny do pierwowzoru, który wyjechał do Indii.

Następnego dnia postanowił uporządkować notatki, opisać zdjęcia i choćby fragmentarycznie na ich podstawie podzielić się wrażeniami z podróży z rodziną i przyjaciółmi. Nawet to było utrudnione, ponieważ w rozwirowanym świecie każdy pędził w innym kierunku lub oglądał swój film w telewizji.

Tej nocy Piotr przeżył pierwszy po powrocie z Indii i Nepalu kolorowy sen. Potem miał ich więcej, często powtarzały się też ich fragmenty.

– Właściwie to ja nic nie robię, tylko śnię nieprzerwanie – skarżył się Kindżałowi jak dziecko. Miał wrażenie, że zaraził się jakimś okropnym szaleństwem w Indiach, bezskutecznie usiłując przypomnieć sobie kiedy lub w jakich okolicznościach. Najmocniej z kolorowym śnieniem kojarzył mu się autobus i ostatni, wyjątkowo długi przejazd, kiedy pojawiła się głowa.

Nocne przeżycia denerwowały go i męczyły. Kiedy już udało mu się zasnąć mimo pokus czuwania, spał skąpiutko i niepewnie jak wróbel indyjski, z otwartymi oczami, zachowując pełną czujność zupełnie jak za dnia. Wczuwał się w niego, a po pewnym czasie wręcz się z nim utożsamił do tego stopnia, że musiał uważać, aby nie spaść z gałęzi poruszającej się pod wpływem wiatru. Przekonał się o tym, kiedy gałąź, na której spał czując się ptakiem, załamała się pod nim, tak że wylądował na ziemi. Nie byłby tego pewien, gdyby nie siniaki widoczne na siedzeniu i na łokciach.

W nocy wstawał z łóżka i chodził po mieszkaniu, przeklinając ciemność, bezsenność, ptaki, drzewa, siebie oraz podróże, których wspomnienia rujnowały mu życie. Nachodziły go dziwne myśli.

Aby się ratować rozmawiał ze sobą. Uważał, że działa to terapeutycznie. Przyznał się samemu sobie, że jest sobie droższy niż wszystkie pieniądze, jakie posiadał. Był to niemały majątek. Zdobył go inwestując przez lata na giełdzie papierów wartościowych. Rodzina ceniła go za to. Uważał to za bardzo egoistyczne z ich strony.

W miarę upływu czasu myślał coraz więcej o Indiach i Nepalu, o wierze ich mieszkańców w dziesiątki bogów i ich wcieleniach, powtarzających się kąpielach w Gangesie, a nawet o kremacji nad wodą. Jeszcze głębiej zdał sobie sprawę, jak bardzo walka o byt codzienny absorbuje tam ludzi.

– Zajmuje im nieporównywalnie więcej uwagi i czasu niż ludziom ambitnym myślenie o seksie, pieniądzach i władzy.

Kiedy już oswoił się z utratą wspomnień i samotnością, rozmawiał częściej z przyjaciółmi poznanymi na wycieczce. Usiłując odnaleźć się, szukał także w Internecie i w bibliotekach, a nawet na ulicy. I nic. Sam od siebie nie był w stanie niczego odtworzyć z czasów podróży. Tak jakby wszystkie wspomnienia wywiał silny huragan. Pozostały mu tylko notatki, zdjęcia i nagrania dyktafonu, rezerwuary konkretnej wiedzy i wspomnień. Nic więcej nie pamiętał. To było straszne.

Przy okazji rozmów telefonicznych odkrył, że towarzysze podróży to jego dodatkowa pamięć zastępcza w razie potrzeby. Niektórych z nich uznał za współczesnych Kolumbów i Vasco da Gamów, tak bardzo imponowały mu ich rozliczne podróże. Zawsze miał wyobrażenie, że dużo podróżował i dużo widział, ale przy Szczepanie, Darczyńcy a nawet Kindżale czuł się zwykłym parweniuszem, który może jedynie zazdrościć bogaczom ich zasobów materialnych i duchowych.

Odc. 49 Kolejny powrót do domu

Drugi raz Piotr wrócił ze stołecznego lotniska Angaria do rodzinnego domu taksówką. Nie tak planował wracać, ale wyszło inaczej. Chyba bardzo się śpieszył lub coś mu się pokręciło w głowie. Zamiast udać się z lotniska bezpośrednio na dworzec kolejowy, pchając przed sobą wózek z bagażem poszedł prosto na przystanek taksówek, aby negocjować sensowną stawkę za kurs do domu. Pomysł powrotu taksówką do domu był szalony, bo koszt był astronomiczny. Była to odległość kilkuset kilometrów.

Jadąc, zaraz po opuszczeniu miasta miał wrażenie, jakby już raz jechał w tym samym kierunku, tylko innym środkiem lokomocji. Był to pociąg. Przypomniał sobie nawet wagon, otwarty, bez przedziałów, z siedzeniami ustawionymi w tym samym kierunku. Było to déjà vu, sytuacja jaka się zdarza, kiedy człowiek o czymś intensywnie myśli i odradzają się w nim wspomnienia, że już tu był lub to widział.

Powrót do domu rozczarował Piotra, ponieważ zima nieoczekiwanym mrozem i kopnym śniegiem przez kilka dni dewastowała jego pragnienie spędzania czasu na świeżym powietrzu. Pierwsza noc w domu też nie była przyjemna, inna niż oczekiwał.

Zanim położył się spać, zjadł solidną kolację, nie żałując sobie wina ulubionej marki. Nie chciał się do tego przyznać, ale się upił. Kiedy dowlókł się do łóżka, zasnął w ubraniu. Miał szalony sen. Na początku wydawało mu się, że jest koniem, a potem to już tylko jeźdźcem, i to doskonałym. Służył w kawalerii i nosił szablę u boku. Wyglądał godnie i groźnie. To chyba dlatego Kindżał, który się wkrótce zjawił w domu Piotra, rzucał w niego sztyletem. Kindżał był już wtedy znaną osobistością, prawie celebrytą. Zaraz na wstępnie wyznał Piotrowi:

– Nie masz pojęcia, ile otrzymuję ofert zatrudnienia. Ostatnio to w cyrku, w ośrodku szkolenia komandosów, w klubie wojskowym, gdzie ćwiczą walkę białą bronią oraz w filmie, gdzie zaproponowano mi przygotowanie kaskaderów do posługiwania się sztyletem.

Nieco wcześniej Kindżał został odznaczony złotym krzyżem zasługi przez prezydenta Nomadii za wybitne osiągnięcia kolekcjonerskie broni białej. Przyjaciel opowiadał mu to tak plastycznie, że Piotr zobaczył wszystko jak na dłoni. Zapamiętał nawet szczegóły; mógł do nich wrócić w każdej chwili, jakby wrosły w sieć neuronów w jego mózgu. Uroczystość odznaczenia krzyżem zasługi odbyła w wielkiej sali bankietowej pałacu prezydenckiego. Prezydent i Kindżał pozowali do wspólnego zdjęcia. Kindżał pokazał mu je na ekranie smartfona.

Prezydent wyglądał na zdjęciu jak głupawy księgowy; śmiał się dziko obwieszony sztyletami i nożami bojowymi z kolekcji Kindżała. Kindżał powiedział prezydentowi, że zdjęcie jest tak fantastyczne, że można je sobie powiększyć, oprawić i nosić na piersi. Godzinę później instruował już prezydenta w jego prywatnej strzelnicy na tyłach pałacu jak rzucać sztyletem do tarczy. Nie była to typowa tarcza; figurował na niej  naturalnej wielkości obraz samego prezydenta. Kindżał oczywiście nie rzucał, natomiast prezydent wręcz wył z rozkoszy, kiedy to czynił. Był chyba mocno pijany, bo twarz miał czerwoną jak po chorobie. To wycie obudziło Piotra. Okazało się, że był to wóz strażacki jadący do pożaru na drugi koniec miasta. Szczegółów gaszenia pożaru dowiedział się następnego dnia z gazety miejskiej.

Po oswojeniu się z domem, snem i pogodą, Praktyk podjął wędrówki po rodzinnym mieście, po miejscach znanych mu jak pięć palców własnej ręki. Tak mu się wydawało. Chodził po mieście, ale nie poznawał ulic, placów ani budynków.

Musiał podzielić się z kimś tą wiadomością. Tym razem zadzwonił do Wysokiej z Kokiem. Jej numer telefonu znalazł przypadkiem w swoim smartfonie; aż zdziwił się, bo w ogóle nie pamiętał, aby go otrzymał i zanotował.

W pierwszym momencie Wysoka go nie poznała, kiedy się przedstawił. Musiał powtórzyć swoje imię i nazwisko. Dodatkowo, na wszelki wypadek, podał hasła dla łatwiejszego skojarzenia: wycieczka do Indii. grupa trzynasta, Przewo. Ucieszyła się. Zwracała się do niego „Piotrze”, a nie „Praktyku”, jak mieli we zwyczaju w Indiach. Niepytana poinformowała go, że wyszła ponownie za mąż i jest bardzo szczęśliwa. Kiedy skończyła mówić o sobie, przedstawił jej swoją sytuację. Nic się nie odzywała, tylko słuchała.

– Brak mi Indii. Chodzę po moim rodzinnym mieście i cierpię, bo wszędzie widzę Indie. Wydają mi się rajem, krainą płynącą miodem i mlekiem.

Chyba musiał powiedzieć coś takiego, co kobietę wyprowadziło z równowagi, bo nagle zmieniła front. Wróciła dawna Wysoka z Kokiem, oschła, uszczypliwa a nawet złośliwa.

– Z przykrością ciebie słucham, Praktyku. Jest zima, a ty chciałbyś lato. Chyba coś ci się we łbie przestawiło. Może nadużywasz trunków podobnie jak Darczyńca i Kindżał. Podejrzewam was nawet o używanie narkotyków. Jesteście bezwstydnymi degeneratami, zupełnie jak ten alkoholik Kantyna. Niech was … Przestała mówić, ale nie odłożyła telefonu. Piotr usłyszał odgłosy kłótni, ktoś głośno krzyczał. Pomyślał wtedy:

– Nie jest u niej lepiej niż u mnie.

Zreflektował się a nawet ucieszył, że nie tylko jemu jest ciężko w życiu. To go tak rozbawiło, że wybuchł śmiechem na ulicy. Ludzie omijali go, wydało mu się nawet, że słyszy ostrzeżenia:

– To jaki wariat. Lepiej obejść go z daleka.

To go wprowadziło w jeszcze lepszy nastrój. Znowu poczuł się jak za dawnych, dobrych czasów.

Odc. 50 Zmiana pogody

Po dwóch dniach Piotr Praktyk zobaczył przez szybę promień słońca, najpierw jeden, potem drugi, w końcu całą wiązkę. Buszowały w przestrzeni jak sztuczne ognie na choince ożywione nadzieją kolorowych upominków. Poprawa pogody zachęciła go do wyjścia na miasto.

Było inne niż dawniej. Na ulicach panowała cisza i pustka, coś zupełnie odmiennego, do czego przywykł w Indiach. Zatęsknił za tym krajem. Nikt do niego nie podbiegał, aby zaoferować mu choćby skromną, kolorową torebkę z bawełny na upominek dla dziecka, figurkę słonika, rozkładaną książeczkę ze zdjęciami, naszyjnik z kamieni półszlachetnych czy choćby nawet i sztucznych, magnes na lodówkę, figurkę jednego z wielu bogów nie mówiąc o sztylecie, który mógłby mu posłużyć za ozdobę ścienną. Zaskoczyła go czystość na ulicach i brak zwierząt swobodnie poruszających się między ludźmi oraz śpiących między straganami. Straganów też mu brakowało, podobnie jak i wielkiego gara lub patelni, na których coś wrzało, gotowało się lub smażyło. Poczuł się samotnie jak palec środkowy wzniesiony do góry.

Z poczucia zagubienia i tęsknoty za Indiami, Piotr wstąpił do pubu, zamówił grzane piwo, jedno drugie i trzecie. Po kilku dalszych stracił rachunek. Pił do upadłego.

– Mam taką fantazję – wyjawił barmance, pytającą go po dwóch godzinach, czy nie powinien iść już do domu.

Kiedy wychodził z pubu, była jeszcze dosyć wczesna pora. Było jasno i ciepło.

– Wszystko się zmieniło – pomyślał.

Cieszył się, rozpoznając miejsca, których od dawna nie widział. Pomyślał, że to pogoda wszystko odmieniła. Podążał śmiało, z rozmachem, długimi krokami, maszerując kwietnymi ulicami, przez skwery, place i mosty. Wszyscy byli szczęśliwi, zarówno ludzie jak i zwierzęta. Obok ławki nad rzeką zobaczył dwie łaciate krowy z chustami przewiązanymi przez szyję, jak obgryzały gałęzie wielkiego świerka obwieszonego bombkami i światełkami. Na pierwszym piętrze budynku za nimi biegały skrzecząc małpy, pod nogami leżały śpiące psy. Otaczali go tubylcy w malowanych rykszach, słychać było klaksony i dzwonki rowerowe. W końcu zobaczył ciężarówkę wiozącą górę paczek ułożonych jedna na drugiej. W powietrzu oprócz spalin czuć było słodkawy dym z ghat płonących nad rzeką. Czuł jak bije od nich ciepło i pomyślał, że to efekt papierów, puszek po piwie, plastykowych opakowań i resztek jedzenia zaścielających ziemię w celu zmniejszenia zużycia energii dla ochrony środowiska naturalnego.

Na miasto wychodził coraz częściej, Zbliżała się wiosna, było coraz cieplej. Spacerując, Piotr przypominał sobie kolejne szczegóły: pustynię Thar, żywe jak iskra jaszczurki, makaki o czerwonych pyskach grasujące po balkonach i dachach, czarnożółte ptaki dziobiące wielkie opony autobusu, ospałe wielbłądy. Wszystko to go cieszyło. Chciało mu się tańczyć na ulicy.

Napisał list do Kindżała na komputerze i wydrukował. Włożył do koperty i wysyłał. Trzy dni później Kindżał zadzwonił.

– Coś się w tobie zmieniło, Piotrze, tylko nie wiem co. Chyba odmłodniałeś albo oddaje ci się jakaś fajna dziewucha ze słodkimi melonami zamiast piersi. Ty to masz szczęście. Nie to co ja. Miałem piękną kolekcję sztyletów i noży bojowych i skradziono mi kilka najcenniejszych okazów. W dodatku ktoś usiłował podpalić mi dom. Na dobitkę dostałem wezwanie do sądu. Wznawiają sprawę przemytu narkotyków, w której rzekomo jestem uwikłany. To domniemane przestępstwo oczywiście, bo nikt inny, oprócz policji i prokuratury nie wierzy, że przemycałem narkotyki.

Los Kindżała nie zaskoczył Piotra i niespecjalnie zasmucił. Żył już własnym życiem, wracała mu pamięć i to go izolowało od niepowodzeń innych ludzi. Nie wiedział nawet jak i kiedy nastąpiła ta przemiana.

Wychodził teraz regularnie na miasto. Wszędzie widział Indie, nie żadne urojone, ale prawdziwe, słoneczne, hałaśliwe i brudne. Widział tłumy ludzi i grupki zwierząt. Pokochał je, kiedy przez dwa tygodnie pobytu w Indiach i Nepalu cieszyły jego oko. Była to prawdziwa oranżeria: słonie, krowy, kozy, psy, małpy i małpki, świnie, kury, kilka dorodnych pawi a także sześć wielbłądów czekających cierpliwie w asyście poganiaczy na turystów w pobliżu przystanku autobusowego gdzieś na trasie.

Do domu wróciła żona razem z dwójką dzieci. Kiedy pojawiła się w drzwiach Piotr przypomniał sobie wszystko. Była na feriach zimowo-wiosennych u swojej matki. Zaczął im opowiadać swoje przeżycia, co i gdzie oglądał każdego dnia po przyjeździe do kraju. Wyraźnie poczuł, że żona jest po jego stronie. Nie przerywała mu a nawet słuchała go z uwagą. Podobnie zachowywały się dzieci. Od czasu do czasu któreś z nich potwierdzało swój życzliwy stosunek do ojca: „To fantastyczne!” albo „To super ciekawe!”. W pewnym momencie Piotr pomyślał, że przesadzają w swoim entuzjazmie, bo fragment, który właśnie opowiedział nie wydawał mu się ciekawy.

Odc. 51 Czas pomyślności

Dla Piotra Praktyka nastał czas pomyślności. Modlił się, aby trwał jak najdłużej. Był to okres częstych porównań własnego kraju i miasta z Indiami, w nieco mniejszym stopniu także Nepalem. Włócząc się po mieście zobaczył konia, co go zachęciło do snucia porównań Nomadii z Indiami.

– Niby nic nadzwyczajnego, a jednak … – zaczął myśl i nie skończył.

Najczęściej przypominały mu się słonie. Co najmniej dwa razy odbywał na nich przejażdżkę; raz wjeżdżając do fortu Amber w Indiach, drugi raz zwiedzając Park Narodowy Chitwan na południu Nepalu.

– Jazda na słoniu jest jak ujeżdżanie skórzanej góry – słowa te wypowiedziała Wizażystka. Przejażdżka i związane z nią doznania stały się dla niej inspiracją do niekończących się wariacji makijażu wokół oczu. Słonie nasunęły jej pomysł ukrywania zmarszczek wokół oczu pod miniaturowymi obrazkami tych zwierząt.

Wracając wspomnieniami do Parku Narodowego Chitwan, Piotr zorientował się, że myśli o słoniach jak o ludziach. Pamiętał swoje słowa skierowane do Kindżała i Darczyńcy:

– Te zwierzęta są tak mądre, że gdyby dać im wybór, to wybrałyby spokój Parku Narodowego Chitwan nad luksusy wielkich zamków i pałaców.

Kindżał przywrócił go do równowagi zaskakującym, nieco dziwacznym komentarzem.

– W miłości do przyrody i niechęci do pałaców, Piotrze, sam jesteś jak ten słoń, inteligentny i solidny środek transportu, a w razie potrzeby także narzędzie zbrodni.

Wspominając zbrodnię przyjaciel miał na myśli rozdeptywanie głów śmiałków, którzy kilka wieków wcześniej nierozważnie postanowili nie zgodzić się z rządzącym wówczas cesarzem z dynastii Wielkich Mogołów.

Wracając z Indii do rzeczywistości rodzinnego miasta, Piotr uświadomił sobie fakt kompletnego braku ryksz rowerowych i motorowych zwanych tuk-tuk oraz zwariowanych , ciężarówek, półciężarówek i autobusów. Pamiętał, jak niezwykle umiejętnie i szarmancko wymijały one przechodniów w odległości nie większej niż dziesięć centymetrów, tak jakby chciały sprawić im przyjemność lub zaimponować bliskością góry metalu, spalin i pędu.

Kiedy to opowiadał rodzinie, w oczach młodszej córki dostrzegł łzy radości. Ucieszył się podwójnie, kiedy mu wyznała:

– Znowu jesteś sobą, tato. A już myślałyśmy, że nie wyjdziesz z depresji. Lubię cię słuchać, jak opowiadasz te wszystkie szalone historyjki o Indiach i Nepalu. Mam wtedy wrażenie, że jak wyjdę na ulicę, to za chwilę podejdzie do mnie wielki słoń, który mnie zawiezie do kina.

Piotr poczuł się niepewny, czy córka mówi to poważnie, czy też żartując delikatnie daje mu znak, aby nie przekraczał linii oddzielającej zwykłej normalności od chorobliwego fantazjowania. Zrozumiał wtedy, jak bardzo jego wahania nastroju mogą wpływać na córki i żonę. Postanowił pilnować się bardziej.

Tylko raz wyszedł do miasta wieczorem. Nie lubił nocy. W jej mrocznej – mimo świateł ulicznych – atmosferze, szczególnie mocno odczuwał brak towarzyszy wycieczki, osób prawie bez wyjątku przemiłych, z takim dorobkiem podróży po świecie, że Piotr wpadał w zachwyt – jak mówił- większy niż dziury w hinduskich jezdniach i chodnikach.

Jednego z przyjaciół, Szczepana, bogatego w doświadczenia globtrotera, prawdziwego Krezusa podróży, zapytał, czy jest jeszcze jakiś kraj, którego nie odwiedził. Rozmówca, mężczyzna postawniejszy i dostojniejszy niż większość szlachetnych mędrzec sadhu, wyznał z żalem, że są jeszcze trzy takie kraje. Odmówił jednak podania, co to są za kraje; uczynił to chyba ze wstydu.

Piotr wyznał wtedy Szczepanowi:

– Tak jak ty wstydzisz się niebycia w dwóch miejscach na świecie, tak ja wstydzę się przed samym sobą, że dopiero w fazie późnej dojrzałości odwiedziłem Indie i Nepal, gdzie płyną źródła niezwykle skutecznych terapii leczących z poczucia niemocy i pesymizmu.

Odc. 52 Trzeci powrót do domu

Trzeci raz Piotr Praktyk wracał ze stołecznego lotniska do rodzinnego miasta samolotem krajowych linii lotniczych Adana. Rzadko podróżował tak małym samolotem, nie był przyzwyczajony do ciasnoty. Siedział przy oknie i patrzył w dół. Najpierw zobaczył linię kolejową a potem autostradę biegnącą na północ. W miejscu, gdzie się krzyżowały, stał szlaban i budka strażnika. Pamiętał je z pociągu i z taksówki. Były bardzo charakterystyczne, bo budka stała równiutko na przedłużeniu szlabanu i miała nietypowo okrągły dach. Pomyślał, że wygląda jak daszek osłony przed słońcem na plaży w tropikach. Wtedy już był pewny, że jest to déjà vu, że wracając z Indii dwukrotnie już podróżował w tym samym kierunku, tylko pociągiem i samochodem osobowym.

Po kilku minutach poczuł się potwornie senny. Nie znosił tego, uważając, że taki sen to tylko marnotrawstwo życia. Postanowił walczyć z bezsennością. Wypił mocną kawę, potem poprosił o drugą i trzecią. Do każdej dolewał alkoholu, aby ją wzmocnić i przedłużyć jej działanie. Prawdopodobnie, chyba nieświadomie, zamówił i wypił czwartą. Tak pomyślał, kiedy znalazł w schowku przed sobą cztery chusteczki ze śladami kawy. Odciśnięcia ust były tak wyraźne, że wyglądały omalże jak płaskorzeźby.

W efekcie kilka razy musiał wstawać z fotela, aby udać się do toalety. Powtarzające się wychodzenie i powracanie uznał za rytuał. Wyobraził go sobie w postaci komend:

– Odepnij pas bezpieczeństwa, przeproś pasażera siedzącego obok, wstań, wyjdź na przejście między fotelami, przejdź do toalety, poczekaj, aż użytkownik toalety wyjdzie, otwórz drzwi, wejdź, odpowietrz się, spuść wodę, umyj ręce, odśwież się wodą kolońską.

Resztę działań załatwił krótką instrukcją:

– Wróć na miejsce powtarzając czynności w odwrotnej kolejności.

Kiedy samolot leciał w chmurach i nic nie było widać za oknem oprócz białej piany, Piotr rozmyślał o wcześniejszych doświadczeniach dnia. Były doprawdy niezwykłe. Im bardziej zagłębiał się w szczegóły, tym bardziej czuł się skołowany, ponieważ niektóre były dziwne czy wręcz dziwaczne. Postanowił je zapamiętać.

Na początku koła samolotu przymarzły do płyty lotniska i kapitan – nie mogąc uzyskać natychmiastowej pomocy z zarządu lotniska – poprosił pasażerów, aby pomogli pchać samolot na pas startowy. Kapitan miał basowy głos, łopoczący w ciasnym wnętrzu jak zerwany żagiel na silnym wietrze. Dużo wyjaśniał i zachęcał, mobilizując pasażerów do działania.

– Rozgrzejecie się państwo. Nie ma co się lenić. To nie są tłuste Indie. Ojczyzna jest w potrzebie.

Nie wiadomo dlaczego nazwał Indie tłustymi. Kiedy Piotr zapytał go o to, ten coś odpowiedział, lecz Piotr niewiele z tego zrozumiał. Mógł się tylko domyślać. Kapitan mówił żargonem technicznym i Piotr zrozumiał tylko „kąt natarcia śmigła”. Słowa kapitana „Ojczyzna jest w potrzebie” wywołały reakcję pasażerów.

– Jak to ojczyzna? – krzyknął jakiś rudzielec w zielonym swetrze, siedzący dwa rzędy przed Praktykiem.

Piotr popatrzył na niego z niechęcią. Nidy nie lubił rudych ani łysych, choć sam już stracił dużo włosów. Łysienie wydawało mu się jednak łagodniejszą formą degeneracji mężczyzny niż rudość. Uspokoił się dopiero, kiedy kapitan wyjaśnił.

– Oczywiście, że w grę wchodzi ojczyzna. Linie lotnicze to własność państwa, naszego narodu, czyli właścicielem samolotu jest nasza ojczyzna. Proszę nie wyważać otwartych drzwi lub walczyć z wiatrakami!

Po takim dictum, mężczyzna usiadł i nie odzywał się już do końca lotu.

Kiedy samolot znalazł się na stanowisku startowym, czekali na rozkręcenie śmigieł. Nie szło to dobrze. Silnik dyszał i gasł, dyszał i gasł. Kapitan zdenerwował się, wybrał dwóch osiłków spośród pasażerów i poprosił stewardesę, aby – zanim zaczną robotę – dała im podwójny posiłek i trochę alkoholu, jeśli zechcą.

– To was będzie kosztować sporo wysiłku, ale dacie sobie radę. Jestem tego pewien.

Aby ich zachęcić, kapitan kazał im zginać ramiona, dotykał ich bicepsy i chwalił. Na końcu – widać było po jego oczach, że wyznanie nie przyszło mu łatwo – powiedział:

– Mnie się tak nie powiodło w rozwoju muskulatury. A ćwiczyłem niemało z dużym poświęceniem. Siłownia stała się dla mnie czymś tak bliskim jak pokój w domu rodzinnym. Starłem tam kilka par podeszew sportowego obuwia.

Kiedy już wszystko zostało załatwione, samolot wystartował. Po kilkunastu minutach do Piotra podszedł kapitan i wyjaśnił, dlaczego mówił o Indiach, że są tłuste. Było to co najmniej dziwne tłumaczenie. Również dlatego, że kapitan stał nad nim jak kat. Miał czerwoną twarz i ciężko dyszał jakby miał astmę.

– To jakaś zwariowana inscenizacja – pomyślał Piotr. – Ten człowiek to szaleniec!

– Miałem kiedyś kobietę, Hinduskę. Było to oczywiście w Indiach. Konkretnie, w Hajdarabadzie. Zna pan może to miasto? – zapytał kapitan.

Piotr odpowiedział przecząco. Kapitan rozgadał się na temat swojego pobytu w Hajdarabadzie i Hinduski.

– A co z pilotowaniem? Kiedy pan rozmawia tutaj ze mną, to kto prowadzi samolot? – zaniepokoił się Piotr.

– Lecimy na pilocie automatycznym. W razie czego stewardessa będzie interweniować. Zrobiła kurs obsługi pilotów automatycznych w samolotach pasażerskich. Możemy być o to spokojni. Lecimy bezpiecznie.

Odc. 53 W samolocie

Piotr zdenerwował się. Serce mu łomotało i pociły się ręce. Tłumaczenie dowódcy załogi nie podobało mu się.

– Niech pan mnie nie czaruje, panie kapitanie! Powinien się pan wstydzić takiego zachowania. Jest pan dowódcą statku powietrznego a nie papierowej łódeczki z dwoma wygłodzonymi chudzielcami na pokładzie! – mówił te słowa nie rozumiejąc za bardzo ich sensu. Były jakieś napuszone, co tylko pogłębiło jego zdenerwowanie.

– Proszę się uspokoić – odrzekł kapitan. – Samolot i tak jest najbardziej najbezpieczniejszym środkiem lokomocji, prawdopodobieństwo, że stanie się coś niedobrego jest zupełnie znikome. Chcę skończyć tylko historię mojej miłości z Hajdarabadu. Miała ona na imię Patil i bardzo długie i skomplikowane nazwisko. Brzmiało to Deepakbhimarajusanga lub bardzo podobnie. Jako pilot mam wyostrzony wzrok i nie mogąc zapamiętać nazwiska wpatrywałem się w niego tak długo, aż go w końcu zapamiętałem. Patil była Hinduską, jak już chyba wspominałem, profesorką archeologii. Ciągle mówiła o wykopaliskach, ale mnie to nie przeszkadzało. Kochaliśmy się przez trzy lata. Równiutkie trzy lata. Nie, nie trzy lata, ale dwa lata i trzysta sześćdziesiąt jeden dni i … – Kapitan liczył dni w pamięci z oczami wzniesionymi w górę. Coś mu się chyba myliło, bo zaczynał od nowa.

Piotr poczuł się oszukiwany przez dowódcę załogi i to nie wiadomo w jakim celu. Tak go to rozeźliło, że mu przerwał.

– Proszę nie kołować wokół tematu jak samolot z wykrzywionym kołem i oponą wygryzioną przez bobra tylko wyjaśnić mi w czym rzecz z tą tłustością Indii.

– Patil była bardzo tłusta, ale bynajmniej nie była tęga. Była rozkoszna. Kiedy wracałem zmęczony z rejsu, przeżywałem z nią chwile rozkoszy. Nurzałem się w jej pachnącym ziołami sari a potem w zagłębieniach szyi, ramion, piersi, brzucha … – Kapitan rozmarzył się.

Jego zdumiewające wyznania przerwała informacja z głośnika, że jest pilnie potrzebny w kabinie pilotów. Skoncentrował się, powiedział „przepraszam pana ale obowiązki mnie wzywają” i odszedł.

Wkrótce słońce wyszło zza chmur i w samolocie rozjaśniło się. Pasażerom poprawiły się humory. Również dlatego, że stewardesy zaczęły roznosić jedzenie. Zapowiedziano je jako „lekki posiłek, coś do przegryzienia”. Wkrótce Piotr otrzymał kanapeczkę maciupcią jak dla wróbelka. Była to bułeczka z masłem i szpinakiem tak mała, że musiał ją schwycić w dwa palce, aby nie wypadła. Pilnował się, ponieważ samolot poważnie huśtał. Mocniejsze szarpnięcie kadłuba samolotu wyprostowało go na siedzeniu. Nie był pewny, co się z nim działo, czy był na jawie czy też właśnie budził się ze snu. Rozejrzał się po samolocie; pasażerowie przypominali śnięte ryby, ni to żywe, ni to martwe. Niektórzy spali z rozchylonymi ustami, inni poruszali niespokojnie nogami, jeszcze inni jęczeli cicho przez sen. Ktoś czytał, ktoś inny oglądał film na ekranie.

Piotr pomyślał, że chyba przysnął uspokojony jednostajnym warkotem silników i szumem śmigieł samolotu. Kiedy patrzył na nie przez okno, nie widział ich kształtu, ale był pewien ich podobieństwa do wioseł, jakich sam kiedyś używał na spływie kajakowym.

Przelot samolotem źle wpłynął na Piotra. W nocy, zamiast spać jak suseł zmordowany długą podróżą kosmiczną przez krainę zimowych słońc, śnił pijacką orgię w autobusie. Uczestniczył w rozpasaniu, gestykulował, przeklinał i zachowywał się tak wulgarnie, jakby chciał wymazać z pamięci wszystkie momenty skromności i umiaru całego życia. W ręku trzymał wielką butelkę Indian Rye Vodka i pił alkohol bezpośrednio z gwinta. Panie z wycieczki rozebrały się do naga, osłaniając ciała tylko kolorowymi przepaskami zamocowanymi na gumce na wysokości pępka, i tańczyły nostalgicznie w przejściu między fotelami odsuniętymi pod ściany autobusu jakby to były krzesła.

– Miejsca mamy teraz jak na stadionie w gabinecie lekarskim wujka Cyryla i Metodego – niezrozumiale ryczał Szczepan, zawsze najbardziej spokojny i wyważony w zachowaniu uczestnik wycieczki. Wlewając w siebie alkohol bez umiaru, wszyscy regularnie odwiedzali toaletę w końcu autobusu. Najgorsze było to, że Piotr nie mógł sobie przypomnieć, że w autobusie w ogóle była toaleta. Wymiotował dwa razy, pogłębiając w sobie przekonanie, że rozwija się w nim marskość wątroby. Pod koniec  ponurego spektaklu rzucił opróżnioną butelkę w tył autobusu wywołując czyjś bolesny krzyk. Był to przełomowy moment. Piotr przysiągł sobie nie wziąć do ust nawet kropli alkoholu tylko dzielić się sobą jak opłatkiem z innymi opowiadając swoje przeżycia i historię przyjaźni z Hindusami. Pamiętał jeszcze tylko, że pytał w autobusie:

– Tylko gdzie ja ich znajdę i jak poznam, że są to prawdziwi Hindusi, a nie osoby podstawione?

Odc. 54 Rozmowa o prezydencie

W ciągu kilku dni zima złagodniała i odpuściła, zrobiło się prawie wiosennie.

– To efekt zmian klimatu – wyjaśniano w telewizji.

– Pojawiła się ciepła wiosna, idzie lato – cieszył się Piotr. Byłby to dla niego czas prawdziwie wiosenny, gdyby nie niedobre sny. Zwalczał je, budząc w sobie entuzjazm i aktywność.

Zachęcony poprawą pogody odbywał spotkania w klubach podróżnika, bibliotekach, zakładach pracy, raz nawet w więzieniu. Potem także w domach kultury, w końcu a klubach młodych emerytów. Nie wiedział nawet, że taki istnieją. Gromadzili się tam emeryci i emerytki, nalegający, aby nazywać ich początkującymi seniorami. Piotr postanawia przyswoić sobie nowy język. Seniorzy, senior, seniorka, senioralność, senioralny. Brzmiało to szlachetniej niż skojarzenia z emeryturą i rentą, garbieniem się i smutkiem samotności.

Raz lub dwa razy Piotr rozmawiał na temat spotkań, swojej nowej pasji, z Kindżałem, ale ten nie miał zbyt wiele czasu. Ostatnim razem zaskoczył Piotra dziwnym, żarliwym wyznaniem.

– Życie układa mi się teraz, drogi Piotrusiu, wprost rewelacyjnie. Pomysły i Idee rodzą się we mnie z szybkością karabinu maszynowego, aż mi się głowa grzeje. Mierzę codzienne temperaturę, aby nie dopuść do jakiegoś schorzenia wskutek przegrzania. To moje jedyne zmartwienie – nie dać się chorobie. Poza tym radzę sobie doskonale. Odzyskałem skradzione eksponaty, pilnuję ich teraz jak oka w głowie. Nie dość, że zainstalowałem podwójny alarm, z podłączeniem do agencji ochrony mienia oraz do policji, to często pozostaję na noc w sali wystawowej, aby z dwururką w ręku pilnować moich skarbów. Mogę ci nawet powiedzieć, jakiej marki jest ta broń, jeśli tylko chcesz.

Słuchając potoku słów wprost tryskających z szybkostrzelnych ust przyjaciela, Piotr nie miał wątpliwości, że jest on mocno wstawiony albo pod wpływem narkotyków. Nie wahał się i szczerze mu to powiedział. Kindżał zaśmiał się serdecznie.

– Mój drogi! Co ty gadasz!?Masz przed sobą, to znaczy po drugiej stronie połączenia telefonicznego, człowieka szczęśliwego, który może myśleć, co chce. mówić, co chce i robić co chce. To jest wolność. Widzę wprawdzie zakusy na naszą wolność obywatelską, ale nie damy się podporządkować tym triumfatorom spod ciemnej gwiazdy.

Drugi fragment rozmowy nie tylko nie wyzwoli Piotra z podejrzeń co do stanu zdrowia Kindżała, ale wręcz go umocnił. Chciał mu to powiedzieć i ostrzec przed konsekwencjami, lecz Kindżał go uprzedził.

– Nie mogę z tobą dłużej rozmawiać, bo mam teraz wiele spraw na głowie. Podam ci tylko numer telefonu do Darczyńcy. Dopytywał się o ciebie, chętnie z tobą porozmawia. Masz coś do pisania?

– Tak.

– Dobrze. Wobec tego notuj.

Zanim Piotr skończył pisać, Kindżał odezwał się ponownie.

– Życzę ci powodzenia w spotkaniach z ludźmi, których największym osiągnięciem jest przekroczenie dojrzałego wieku i uzyskanie emerytury. Powiedz im, aby wzorowali się na mnie, człowieku sukcesu, podróżniku i kolekcjonerze, celebrycie, z którym sam prezydent obcuje na co dzień dzieląc się wspomnieniami. Powiem Ci szczerze, Piotrze, ostatnio dzwoni do mnie prawie codziennie, ale nie poświęcam mu więcej niż pięć, góra dziesięć minut. Moje obowiązki nie pozwalają mi na więcej. Ani zdrowy rozsądek, bo ten człowiek stał się jakiś dziwny. Jest po prostu chorobliwie uzależniony od opinii publicznej. Powtarza mi regularnie, aż do znudzenia:

– Codziennie sprawdzam sondaże poparcia dla mnie. Bez tego żaden szanujący się prezydent nie przeżyje. Od sondaży uzależniam wszystkie moje decyzje. Ponieważ nikt nie sporządza tak często sondaży, sam muszę je zlecać. A to mnie tyle kosztuje, że chyba kupię sobie własną sondażownię i nie tylko będę prowadzić badania opinii dla własnych potrzeb, ale także zarabiać przyjmując zlecenia od instytucji, firm i osób prywatnych. Prawo mi tego nie zabrania. Na przyszłość jak znalazł.

Wtedy ja mu mówię:

– Panie prezydencie! Po co panu taki biznes? Przecież ma pan przed sobą po zakończeniu kadencji perspektywy międzynarodowej kariery i to prawdopodobnie nie jednej.

Wyobraź sobie, że on normalnie przyjmował takie fałszywe komplementy jak najlepszy podarunek. Całowałby mnie po rękach, gdybym był w pobliżu. Ale ostatnim razem zaprotestował.

– Nie ma szans – powiedział. – Zbyt wielu obywateli psy na mnie wiesza, uważa, że jestem bezwolny, leniwy, nic nie robię z wyjątkiem głupich min, że gadam od rzeczy, w końcu, że jestem przesądny, bo sprawdzam horoskopy oraz że jestem uzależniony od alkoholu. Skąd oni wiedzą o tym wszystkim, nie mam pojęcia. Dla mnie najważniejsze jest jednak to, że nikt mi o tym nie mówi, tylko sondaże. Przynajmniej wiem, jak mnie widzą ludzie. Musi być w tym jakaś prawda, bo przecież nie wszyscy kłamią.

– Ten protest z jego strony to był jedyny ludzki odruch, jaki w nim ostatnio zauważyłem. Uznałem, że jest jeszcze nadzieja na jego powrót do normalności, że pozostało w nim jeszcze trochę rozumu i sumienia.

– Czy to wszystko, co pan mi przedstawił, to prawda? Jeśli tak, to dlaczego pan mi to mówi? Przecież nikt takich rzeczy nie opowiada o sobie – powiedziałem to bardzo szczerze.

– I wtedy on ciebie zaskoczył, oświadczając, że mówi ci to dlatego, że ma do ciebie wyjątkowe zaufanie – podsunął Piotr Kindżałowi.

Zapadło milczenie. Piotr wiedział, że trafił w sedno.

– Skąd wiesz, że tak mi właśnie odpowiedział? – odezwał się niepewnie Kindżał.

– Bo wy, celebryci, należycie wprawdzie do tej samej kasty narcyzów i plotkarzy, ale czasem okazujecie się ludźmi przyzwoitymi, umiejącymi dochować tajemnicy, godnymi zaufania.

– No wiesz … Nie za bardzo mi się to udało. Powiedziałem ci o prezydencie coś, czego nie powinienem mówić, skoro obdarza mnie zaufaniem.

– Nie musisz się martwić, Kindżale. Ja dochowuję tajemnicy. Znasz mnie przecież – składając tę deklarację Piotr poczuł się człowiekiem pełnowymiarowym, godnym szacunku. 

Odc. 55 Czwarty powrót 

Zanim Piotr rozkręcił swoje spotkania, uporządkował najpierw materiały niezbędne do ich prowadzenia, głównie notatki oraz zdjęcia. Notatki porządkował sam, nie potrzebował nikogo do pomocy. Zdjęcia stanowiły większe wyzwanie, było ich wiele, różnej jakości i nie były uporządkowane tematycznie.

Przeglądu zdjęć z wycieczki dokonał razem z rodziną. Najpierw oglądali zdjęcia z Nepalu. Na lotnisku w Katmandu z nudów fotografował siebie i innych podróżnych siedzących z opuszczonymi ze znużenia głowami lub rozciągniętych we śnie na ławkach i na podłodze. Były to sceny pełne uspokojenia i bezruchu: dwie turystki śpiące obok siebie na ławce jak zrośnięte głowami siostry syjamskie, mężczyzna z głową opartą o dużego psa leżącego przy jego boku na ławce oraz kobieta śpiąca z malutkim kotem pod pachą, przypominającym kłębek brązowo-białej włóczki zakończony wypustką różowego języka. Widoki te kontrastowały z pełnymi ruchu zdjęciami wykonanymi w centrum miasta, przed świątyniami, na rynku i na stacjach autobusowych.

Kiedy młodsza córka zapytała go, kim jest ten Hindus o jaśniejszej cerze, który pokazał się na kilku zdjęciach, Piotr zdał sobie sprawę, jak bardzo się zmienił w ciągu jednej egzotycznej podróży. Nie umiał sobie wytłumaczyć przemiany Europejczyka w Hindusa o smagłej cerze, nieco bardziej owalnej twarzy i większych, ciemnych oczach, w których czaiło się coś w rodzaju niepokoju.

Na spotkaniach w bibliotekach, szkołach, klubach podróżnika i podobnych miejscach zainteresowań egzotycznymi ludźmi i kulturami, opowiadał prawdziwe historie zdarzeń, jakich sam doświadczył oraz i scen, jakie widział, choć niektórzy uczestnicy spotkań uważali, że nie był ich bezpośrednim świadkiem. Tłumaczył to sobie tym, że chyba opowiadał o swoich przeżyciach w sposób sprawiający wrażenie, jakby relacjonował historie zaczerpnięte z życiorysów innych ludzi. W Klubie Świadomego Podróżnika spotkał się z takim sprzeciwem, że sam zwątpił w jedną ze swoich relacji. Było to zupełnie bezpodstawnie, ponieważ to, o czym mówił, miał wciąż jak żywe przed oczami: widoki, zapachy i kolory, ludzi,  małpkę na tle kamiennego postumentu, psa z żółtą plamą ma grzbiecie oraz krowę z kolorową chustą przewiązaną przez wychudłą szyję.

– Czego najbardziej panu brakowało w czasie podróży do Indii? – W Klubie Świadomego Podróżnika zapytano go po zakończeniu pokazu slajdów.

– Najbardziej to obrazów Indii współczesnych, bajecznie bogatego pałacu maharadży, wypełnionego luksusem, jego samego otulonego pozłacanym płaszczem, jego żon obwieszonych koliami klejnotów o wszystkich kolorach tęczy oraz bajecznych sal jego pałacu. Tego mi zabrakło. Zabrakło mi także bogatego dnia dzisiejszych Indii. Dzisiaj Hindusi nie mają na pokaz bogactwa, chwalą się tylko nędzą i deformacjami ciała i ducha.

– To prawda! – Piotr gotów był wykrzyknąć a następnie zaklinać się na Boga, nawet bić się z oponentami, gdyby ktokolwiek zakwestionował ten punkt widzenia na jego Indie a w pewnym stopniu także jego Nepal.

Wracając po raz czwarty do domu Piotr zachowywał się jak człowiek nieprzytomny, usilnie starając się zrozumieć, co się z nim dzieje oraz przypomnieć sobie, skąd przyjechał i dokąd zmierza. W głowie mu szumiało. Pamiętał, że na lotnisku ktoś go częstował napojem przywiezionym z Indii. Kiedy wyszedł przed budynek lotniska i  zastanawiał się, gdzie jest przystanek taksówek, usłyszał głos tuż obok siebie.

– Piotrze, jadę w tym samym kierunku. Mogę cię podrzucić. Była to kobieta z jego grupy, ale nie był w stanie rozpoznać która.

Jadąc z nią przeżywał znowu déjà vu. Pamiętał szczegóły poprzednich powrotów. Pierwszy raz były to koła pociągu a konkretnie lokomotywy, drugi raz koła taksówki i twarz taksówkarza, trzeci raz koła samolotu i pierwszy pilot, kapitan lotnictwa.

– Zawsze te cholerne koła i niewiele więcej – pomyślał zagubiony.

– Fortuna kołem się toczy – usłyszał głos kobiety za kierownicą. Uznał, że odczytuje jego myśli, lecz za nic nie mógł przypomnieć sobie jej imienia. Było mu głupio. Aby choć trochę rozładować niepokój, zadał najprostsze pytanie, jakie przyszło mu do głowy:

– Dokąd my właściwie jedziemy?

– Do twego domu – odpowiedziała jak tylko można najkrócej.

– Dlaczego mówisz tak zwięźle, właściwie skrótami? – nie zamierzał zadać tego pytania, bo stawiało go w niekorzystnym świetle, ponadto było nieuprzejme a nawet obcesowe. Tym niemniej je zadał.

– Trzeba oszczędzać energię – wyjaśniła nieznajoma. – Jest zima a energia jest coraz droższa.

Kiedy to usłyszał, poczuł się jeszcze bardziej zagubiony. 

Odc. 56 Miłosne sny 

Znalazłszy się w domu po kilku godzinach podróży, Piotr wrócił do przytomności. Tak mu się tylko wydawało, bo życie niby przewrotny chirurg siedzący gdzieś we wnętrzu głowy dokonywało zaskakujących korekt. Chodziło o erotyczne sny rodem z Indii i Nepalu, niezwykłe jak przepaści i szczyty Himalajów, jakie oglądał w czasie wycieczki z wynajętej awionetki.

Życie Piotra biegło teraz dwutorowo: w dzień spotykał się ze słuchaczami w bibliotekach i innych miejscach, by dzielić się niezwykłymi przeżyciami i wspomnieniami, w nocy zaś w skrytości sypialni prywatnie oddawał się czynom bezwstydnym i rozwiązłym. Były to orgie z udziałem przyjaciół z Grupy Trzynastej, postaci z Kamasutry oraz żywych rzeźb ze świątyń w Karadżaho. Aktorzy nocnego teatru wyginali się w erotycznym tańcu wykonując ruchy pełne lubieżności, wyuzdania i rozpusty.

Na początku coś powstrzymywało Piotra przed poddaniem się nęcącym słodkim szeptom, gestom i widokom ponętnych ciał. Dezorientowała go niepewność, jest czy nie jest żonaty, a kiedy przypomniał sobie, że jest, przestało to mieć jakiekolwiek znaczenie.

Szczególnie wyraźnie zapamiętał scenę, kiedy w korowodzie kompletnej nagości w żółtoczerwonym autobusie pojawili się wszyscy uczestnicy wycieczki. Natychmiast rozpoznał towarzyszki podróży: Uśmiechniętą z ciałem bogini i oczami rozjaśnionymi płomieniem pożądania, Wizażystkę z powiekami zdobionymi miniaturkami złotobłękitnozielonych piór pawia, przypominających oczy, Wysoką z Kokiem, odważnie prężącą alabastrowe piersi i biodra.

Za kobietami pojawili się mężczyźni, wszyscy bez wyjątku obnoszący się dumnie ze swoją męskością: wysoki Szczepan z rozchylonymi na boki fałdami szlafroka, Kindżał trzymający w ręku wysadzany szlachetnymi kamieniami sztylet, Proteza dumnie prezentujący dwie zdrowe nogi, szokująco tłusty Inżynier, nagi jak osesek Fotograf z aparatem fotograficznym  w ręce, Darczyńca z emblematem Mistrza Różnych Ceremonii wymalowanym na włochatych piersiach, w końcu Rasputin z wielkim zdjęciem złączonych w miłosnym uścisku postaci z Pałacu Miłości w Karadżaho. 

Piotr poczuł się wyróżniony, kiedy rozbawione towarzystwo zaczęło podrzucać go do góry na prześcieradle, śpiewając mu „Sto lat miłości” i wykonując lubieżne, a zarazem pieszczotliwe i miłe gesty i ruchy. Nie było w tym nic niemiłego czy odrażającego; wręcz przeciwnie, wszystko sprawiało mu wielką radość.

Na początku myślał, że był to tylko sen. O tym, że był to fakt, a nie czczy wymysł wyposzczonego seksualnie organizmu, świadczyło prześcieradło. Rano było tak pomięte, jakby dla miłosnej wygody nieprzerwanie podkładano je pod plecy, głowę lub pośladki. Był jeszcze drugi niezbity dowód autentyczności przeżyć; kiedy się budził, niezwykle wyraźnie słyszał w uszach energiczny głos Przewo intonującego „Sto lat miłości”.

Nurzając się nocą w oparach wybujałej erotyki, każdego kolejnego ranka Piotr czuł się coraz bardziej zmęczony, uświadamiając sobie, że wszystko ma swoje granice, nawet najprzyjemniejsza perwersja. Trwało to dostatecznie długo, aby w końcu zapragnął otrząsnąć się z szalonej zabawy w Kamasutrę w towarzystwie przyjaciół z wycieczki.

Wieczorem położył się spać z postanowieniem, że nic mu się nie przyśni z wycieczkowo-hinduskiej erotyki. Dla pewności wcześniej przewietrzył pokój, nic nie jadł w ostatnich godzinach przed snem, nie oglądał telewizji i nie pracował przy komputerze. Tej nocy nic mu się nie śniło. Piotr odetchnął z ulgą.

– Udało się – pomyślał, wypoczęty i odświeżony, nie bez nutki żalu, że przeminęło coś, co jest niezwykle ulotne i piękne. Pocieszył się:

– Mam nadzieję, że jest to stan przejściowy, bo kto nie lubi głębokiej i satysfakcjonującej miłości.

Odc. 57 Pracowitość

Było to najbardziej pracowite lato w życiu Piotra Praktyka. Dwoił się i troił, jakby miał to już być koniec świata. Miał spotkania w dziesiątkach miejsc. Najpierw opowiadał o Indiach i Nepalu, ale w miarę upływu czasu coraz więcej o hinduskich bogach, bóstwach i ich wcieleniach. Stał się wziętym mówcą. Nie oznaczało to tylko przyjemności.

Któregoś dnia zatrzymał go na ulicy ksiądz katecheta, pamiętający go z czasów nauczania religii w szkole. Piotr nie kojarzył go sobie z nikim ani z niczym. Pomyślał, że ludzie w dojrzałym wieku starzeją się szybciej niż młodzi, w związku z czym księdzu było łatwiej zapamiętać Piotra niż jemu księdza.

– Co cię opętało, Piotrze? Jakiś egzotyczny szał religijny? Ty, umiarkowany bezbożnik, niespodziewanie podejmujesz się głoszenia chwały stwórcy świata. Ale jakim prawem mówisz o wyższości bogów hinduskich nad naszym Bogiem? Czy nie wydaje ci się to absurdem nie wspominając bezbożności?

Piotr – nie bez oporu zaciągnął katechetę do kawiarni, aby porozmawiać. Zaproponował mu drinka. Duchowny wzdragał się wypić, lecz niezbyt długo. Piotr zaoferował mu drugiego a następnie trzeciego drinka, co zostało przyjęte. Dostrzegając wyraz relaksu na rumianej twarzy rozmówcy Piotr uznał, że jest to najlepszy czas na laicki wykład na temat Boga.

– Bóg jest uniwersalny, ani krajowy ani hinduski. Istnieje w wielu postaciach. Nie w jednej ani w trzech, ale w setkach a może i tysiącach postaci. Gdyby ktoś zapytał księdza, ilu bogów tworzyło świat, ksiądz odpowiedziałby oczywiście, że jeden.

– Tylko jeden? – Zapytaliby Hindusi. – To niemożliwe!

Nastąpiła ożywiona dyskusja. Ksiądz otworzył się jak kwiat na wiosnę, mówił, był ożywiony. Zgodził się z kilkoma poglądami Piotra, większość krytykował i odrzucał. Zgodzili się tylko co do tego, że religijność społeczeństwa Nomadii schodzi na psy.

– Nomada w kościele przysięga ze łzami, że kocha bliźniego, ale kiedy wyjdzie na ulicę, to gotów niejednemu wbić nóż w plecy, a przynajmniej skopać – Piotr nie wahał się użyć mocnych słów, aby wyrazić swoja niechęć to takich postaw.

 – Przesadzasz, Piotrze, ale generalnie zgodzę się z tobą, że w kościele co drugi wierny mówi „tak, oczywiście wierzę w dobro, prawdę i miłość”, ale w domu, w pracy i na ulicy mówi „nie wierzę” a w najlepszym przypadku „Chciałbym w to wierzyć”. Nie wiem do czego zmierzamy jako społeczeństwo – Powiedziawszy to duchowny zasmucił się, po czym zamówił sobie drinka aby się pocieszyć.

Dyskusja toczyła nieprzerwanie cztery godziny, z przerwami na picie, chodzenie do toalety i raz na większy posiłek, przy którym katecheta miał więcej możliwości wyłożenia swoich poglądów. Ich rozmowa zakończyła się dopiero wtedy, kiedy już zamykano lokal. Na ogół dominował Piotr. Swoją ulubioną tezę powtórzył co najmniej pięć razy:

– Bóg jest uniwersalny a nie krajowy czy hinduski. Jest wielki, ale wielopostaciowy. Nie jeden i nie w trzech osobach, ale w tysiącach postaci.

Od dnia potkania z katecheta Piotr coraz bardziej rozkręcał się prowadząc prelekcje i pogadanki o wierze, bogach i religiach. Stały się one tak popularne, że po kilku tygodniach terminy spotkań były ustalane już z wyprzedzeniem kilku miesięcy. Piotr przygotowywał się do nich solidnie, starając się, aby nie robić tego z przesadą. Traktował je mniej jak wykłady czy uporządkowane prelekcje a więcej jak rozważania, dywagacje i wspomnienia na temat wiary w Boga i religii.

Przygotowując się do nich dużo ćwiczył, rozmawiał sam ze sobą, inscenizował sceny i symulował przebieg spotkań, obsadzając się w zależności od potrzeby w roli słuchacza, prelegenta lub osoby prowadzącej spotkanie. Zadawał sobie wówczas pytania, odpowiadał na nie, zaprzeczał, a nawet kluczył i gubił się na bagnach ignorancji lub niepewności, jak to się zdarza uczestnikom dyskusji na poważne tematy.

Był również przygotowany na najbardziej niewiarygodne scenariusze wydarzeń. Kiedy musiał ratować się przed wpadką, że czegoś ważnego nie wie lub nie pamięta, co najlepszemu mówcy może się zdarzyć, opowiadał kawał o świętym Antonim i lotniku, któremu spadochron się nie otworzył i który salwował się modlitwą do świętego o ratunek. Historia ta miała w sobie tyle dynamiki, że skutecznie odwracała uwagę słuchaczy.

– Tak samo jest z bogami w Indiach – przekonywał – kiedy ludzie zaskakują ich swoimi nieodpowiedzialnymi a często i szalonymi pomysłami, decyzjami i czynami. Duchowość Indii jest inna, jest nieporównanie bogatsza niż nasza. Ich bogowie są żywi, dynamiczni, bywają w dobrym lub złym nastroju. W hinduizmie bogowie i boginie mają wiele wspólnych cech z człowiekiem, co świadczy o wzajemnej bliskości.  

Wypowiadając te słowa Piotr pokazywał wielką tablicę przedstawiającą panteon najważniejszych hinduskich bogów, bogiń, bóstw oraz dobrych i złych demonów. Na szczycie piramidy stała trójka bogów: Brahma, Wisznu i Śiwa. Po chwili Piotr wygłaszał zaskakujący argument.

– Jesteśmy odmienni duchowo od Hindusów, ale jesteśmy tacy sami jeśli chodzi o konstrukcję serca i umysłu, prawdy i fałszu, dobra i zła. Jesteśmy Hindusami, podobnie jak oni są Nomadami.

Odc. 58 Spotkanie w sali wystawowej

Następnego roku lato w Nomadii zakończyła potężna burza, która skutecznie choć krótkotrwale oczyściła powietrze, nasyciła je ozonem i natchnęła ludzi energią. W sferze jej energetyzującego wpływu znalazł się także Piotr Praktyk. Poczuwszy nagły dopływ energii uznał, że nadszedł czas, aby ostatecznie rozliczyć się z podróżą do Indii i Nepalu i wszystkim, co się z nią wiązało i kojarzyło. Wcześniej myślał, aby uczynić to jesienią, kiedy z drzew opadną liście i pejzaż będzie mu przypominać pustynię Thar w Radżastanie.

Z Grupą Trzynastą Piotr spotkał się najpierw na Skajpie. Zaaranżował to spotkanie, aby wzajemnie przypomnieć się sobie, zapytać, co słychać oraz umówić się na spotkanie w realu.

Spotkali się dwa tygodnie później w domu Kindżała, w sali mieszczącej ekspozycję sztyletów i noży bojowych. Wystrój pomieszczenia był typowy dla aranżacji wnętrz sprzed dwudziestu lat. Uwagę zwracał kasetonowy drewniany sufit oraz tynkowane ściany pokryte fakturą w stylu „ostrego baranka”. W każdym kasetonie mieściła się mroczna figurka świętego o twarzy znudzonego męczennika, co kontrastowało z ekspozycją jasno oświetlonych eksponatów białej broni.

Po pojawieniu się pierwszych pięciu członków Grupy Trzynastej, kiedy rozglądali się po sali, Kindżał, nie czekając na pozostałych, rozkładając zapraszająco ramiona wyjaśnił:

– Jest to moja najnowsza i najbogatsza ekspozycja broni białej. Dokupiłem kilka fantastycznych egzemplarzy. Łącznie jest ich tutaj trzydzieści sztuk. Teraz na wystawie są sztylety, kordziki, mizerykordie, puginały oraz noże bojowe.

– Masz tu tyle broni, że mógłbyś wyposażyć oddział desantowy do walki wręcz z terrorystami grożącymi wysadzeniem w powietrze nocnego pociągu pancernego.

Autorem tych słów był Darczyńca. Kindżał popatrzył na niego z uwagą i widocznie dojrzał w jego twarzy objawy pobudzenia alkoholowego lub narkotycznego, ponieważ zaśmiał się i odpowiedział:

– Masz rację. Jeśli zgodzisz się, to zaproponuję ciebie dowódcy oddziału jako nocnego przewodnika.

Kiedy już wszyscy się zebrali, na pierwszy rzut oka widać było, jak bardzo grupa się skurczyła i jak nierówno zmienili się jej członkowie. Po kilku latach niektórzy wyglądali jak świeżo ścięte gerbery, inni jak przeleżałe w ciemnicy bochenki chleba boleśnie pogryzione przez myszy. 

Nie o wszystkich było wiadome, co się z nimi stało. Niektórzy szukali szczęścia za granicą. Inżynier wyjechał do Stanów Zjednoczonych, aby tam ćwiczyć umiejętności zdalnej manipulacji hydrauliką w ramach nowatorskiego projektu „New Plumbing Virtual Reality”. Największą niespodziankę dostarczył przybyłym na zjazd Trzynastki Kantyna. Od kilku miesięcy przebywał w Indiach w Bangalurze, prowadził tam koło alkoholików anonimowych. Wszystko układało mu się bardzo dobrze, od czasu kiedy wyrwał się ze zgubnego nałogu, niszczącego wątrobę i gryzącego duszę, a stało się to dopiero po uzyskaniu rozwodu z żoną.

Wiadomość tę przekazał Darczyńca, jeszcze tęższy i niższy niż za czasów wyprawy do Indii i Nepalu. Na brzuchu miał torbę ze słodyczami, wyglądał jak podstarzały kangur dokarmiający dzikie wielbłądy na pustyni.

– Z Kantyną rozmawiałem telefonicznie. Sam zadzwonił do mnie. Przekazywał pozdrowienia dla wszystkich. Rozmawialiśmy o tym, jak udało mu się wyjść z nałogu. Mówił głównie o swojej żonie. Powiedział mi:

– Nie była to zła kobieta, lecz nękała mnie swoim ciągłym piłowaniem: Nie pij! Nie pij! Nie pij! Było to głupie, bo oboje wiedzieliśmy, że taka pomoc niczego nie załatwi, ponieważ nikt z rodziny nie może być psychoterapeutą dla drugiego członka rodziny. W moim przypadku to tylko dolewało oliwy do ognia zagubienia się w i tak już ognistym napoju.

– Co my wiemy o tym mieście? Tym Bangalurze? – zapytała Wysoka z Kokiem, jakby miało to jakiś sens. Wyglądała jakby była spokojniejsza, bardziej wyciszona, mniej bojowa, ale pozostała w niej dawna nieokiełznana wścibskość.

– Pies drapał Bangalur – mruknął pod nosem Kindżał, ale nie podjął tematu.

Piotr już wcześniej dokonał wstępnego rozrachunku z Indiami, Nepalem, Grupą Trzynastą i samym sobą. Chciał oderwać się od tych wspomnień, zapomnieć o nich. Zbyt często do niego wracały, tak jakby w nich koncentrowało się całe jego życie. Na spotkaniu dokonał ostatecznego podsumowania, jak buchalter, któremu wreszcie dodają się liczby w pionie i poziomie arkusza kalkulacyjnego. Wyznał szczerze dawnym towarzyszom podróży:

– Chcę o tym wszystkim, co razem przeżyliśmy, zapomnieć, bo to mnie strasznie męczy, śni mi się po nocach. Najlepiej podróżować, kiedy jest się młodym, ponieważ wtedy w pełni odczuwa się temperaturę zdarzeń, serdeczniej odbiera otoczenie i patrzy na świat szeroko otwartymi oczami, żywo i świeżo jak dziecko. Z wiekiem oczy zwężają się zupełnie jak żyły i wzrok staje się bardziej niemrawy a umysł ponury, podobnie jak usposobienie i duch człowieka.

– To coś w rodzaju spowiedzi na łożu boleści, kiedy za oknem latają już nietoperze-wampiry, aby wyssać krew z umierającego – rzucił nonszalancko Kindżał, bawiąc się sztyletem przerzucanym z jednej dłoni do drugiej.

Wszyscy entuzjastycznie zgodzili się z Piotrem, zaprzeczając niejako jego przekonaniu, że z wiekiem duch w człowieku marnieje i zamiera, a co najmniej flaczeje.

Wspominając oczy dziecka, Piotr przypomniał sobie ciekawostkę, szczegół geograficzny. Żyjący w skórzanych jurtach Mongołowie uznają duże oczy kobiet z innych części świata za brzydkie, porównują je nawet do wyłupiastych oczu krowy. W cenie u mieszkańców tej surowej krajobrazowo i klimatycznie krainy są tylko oczy zwężone i ukośne. Jedynie te są dla nich piękne. Piotr powiedział to zebranym. Chwilę rozmawiali na ten temat.

– Niby jesteśmy tacy sami, a jakżeż jesteśmy różni – podsumowała Wizażystka.

– Kurwa mać! – głośno zaklął Kindżał. – A niech to nagła krew zaleje! Znowu się skaleczyłem. Zgadzam się z przedmówcą. Chyba rzeczywiście i ja dziadzieję.

Darczyńca uznał, że jest to koniec spotkania i wyciągnął z torby na brzuchu sławetne dzióbasy, aby rozlać do nich Indian Rye Vodka, koniak hinduski, który przewrotnie oznaczano na naklejce nazwą Hinduska Wódka Żytnia.

– To zmniejsza koszty cła – wyjaśnił Darczyńca, kiedy Rasputin zakwestionował sens takiej nazwy.

Sącząc alkohol, Piotr wciąż myślał o kobiecych oczach. Oczy stanowiły dla niego ważny atrybut jak i kryterium oceny piękna kobiety, jej twarzy i ciała, niezależnie od innych powabów. Myślenie o pięknie uspokoiło go na tyle, że tego dnia nie wrócił już do wspomnień nadzwyczajnej krótkości wyprawy do Indii i Nepalu, nawiedzającej go amnezji oraz prowadzących donikąd dyskusji o istotach wyższych, których nikt nie rozumiał i nie zrozumie.

Michael Tequila
Gdańsk, 19 lutego 2021

0Shares

Obraz ze zwierzętami. Opowiadanie fantastyczne.

Do Narbony, podgórskiego miasteczka, gdzie drogi rozchodzą się tylko w dwóch kierunkach, Mario Miller przybył kilka dni po pożarze swojego domu. Przyjechał, a właściwie przywieziono go, bezpośrednio ze szpitala, gdzie leczył się z oparzeń i szoku. W celu odpoczynku i rekonwalescencji przyjeżdżał do Narbony jeszcze dwukrotnie. W końcu kupił tu dom, a właściwie domek położony na krawędzi miasta, i pozostał na stałe. Nie był rozmowny, niewiele o nim wiedziano. Mieszkał sam, bez żony i bez dzieci, które podobno żyły gdzieś w innej części kraju. Uważano go za dziwaka i nazywano Samotnikiem.

On sam czuł się samotny dlatego, że nie miał wspomnień.

– Jest w mojej pamięci jakaś luka, czarna plama, miejsce kompletnie puste. Dlatego jestem, jak podejrzewam, podłym człowiekiem – wyznał księdzu na spowiedzi. Samuel Alternat, proboszcz, jedna z nielicznych osób, które znały Millera bliżej i mu pomagały, starał się go pocieszyć i przekonywał, że powinien odszukać w sobie coś pozytywnego. Będąc dużo starszy niż Mario, nie wahał się udzielać mu życzliwych pouczeń.

– Mario! Nie powinieneś tak myśleć. To, że odczuwasz wewnętrzną pustkę, która wydaje ci się zimna i mroczna, nie znaczy, że jesteś złym człowiekiem. Bóg to wie najlepiej. To jemu powinieneś zostawić ocenę, jaki jesteś. Jakie to zresztą ma znaczenie? Czy musimy w ogóle siebie oceniać?

Pozostałe osoby, które znały Mario bliżej, to lekarka, odwiedzająca go raz w miesiącu oraz starsza pani mieszkająca blisko kościoła, przychodząca do domu Samotnika raz w tygodniu. Robiła dla niego zakupy, gotowała posiłki od razu na kilka dni, prała pościel i trochę sprzątała. Lekarka przyjeżdżała do Mario w ostatnią sobotę miesiąca własnym samochodem, nowym Reno Clio. Na początku nie wiedziano, kim jest i po co przyjeżdża, bo była ubrana po cywilnemu i spędzała z Mario kilka godzin. Wyglądało to tajemniczo. Raz przywiozła ją karetka pogotowia i wtedy pani doktor – tak zwracał się do niej kierowca – miała na sobie biały strój lekarski, jakoś do niej nie pasujący. Potem, na stacji benzynowej, kierowca powiedział obsługującemu go pracownikowi, że lekarka nazywa się Renata Sandauer i jest bardzo przyzwoitym człowiekiem, pomagającym innym w potrzebie. Dom Mario doktor opuszczała bez pośpiechu i chyba w nienajlepszym nastroju, bo zanim wsiadła do samochodu patrzyła tak jakoś dziwnie w otwarte drzwi domu, żegnając jego mieszkańca machaniem ręki. Raz tylko była wyraźnie zadowolona; sam Mario chyba również, bo wyszedł przed dom i się uśmiechał.

W życiorysie Samotnika były właściwie same tajemnice. Nie wiedziano, kim jest i z czego się utrzymuje, bo nie pracował. Po pewnym czasie mieszkańcy miasteczka dowiedzieli się pocztą pantoflową, że był najpierw adwokatem, a potem sędzią w sądzie okręgowym w dużym mieście.

– Sam nie wiem, jak to możliwe, że był sędzią, bo to dziwak. Czasem z nim rozmawiałem przez płot, ale opowiadał mi tak niestworzone historie, że przestałem się nim interesować. Zachowywał się jak artysta, widział świat w zupełnie inny sposób niż my wszyscy. Może to jakiś malarz abstrakcjonista? – wyjawił kiedyś sąsiad Millera, mieszkający w dużym domu po drugiej stronie płotu.

Po pół roku w Narbonie nikt nie miał wątpliwości, że Mario jest niesamowitym dziwakiem. Niektórzy uważali go nawet za wariata.

Chlubą miasteczka, oprócz otaczających je wzgórz i lasów, było jezioro Parne. Letnicy przyjeżdżający tu na wypoczynek nie mieli jednak o nim najwyższego zdania.

– Tyle w nim wody, co kot napłakał. Łabędzie zamieszkujące wysepkę, mogłyby ją wypić, gdyby tylko zechciały.

Nie były to komplementy, choć jezioro nie było bynajmniej małe czy płytkie.

Zimą Samotnik chodził nad jezioro w wielkich czarnych butach, które smarował tłuszczem Shoe Open Classic, kupowanym w lokalnym sklepie, aby ze skóry nie wychodziły białe plamy soli. Zachowanie Mario komentowali, przynajmniej na początku, mieszkańcy miasteczka. Potem się już przyzwyczaili do jego dziwactw.

– Jego buty są tak stare i wielkie, że pożal się Boże.

Również białe plamy od soli wysypywanej zimą na drogę okazały się fałszywe. Pojawiały się także wtedy, kiedy Mario chodził wyłącznie po śniegu, gdzie nie było ani grama soli.

Pewnego styczniowego dnia Mario stanął przed zamarzniętym jeziorem i wlepił wzrok w martwą taflę wody. Poczuł się samotny, bardziej niż kiedykolwiek wcześniej. Przypisał to wiadomościom o wydarzeniach krajowych, których słuchał w radio przed wyjściem z domu. Były niepomyślne. Mając je w pamięci przyglądał się tafli jeziora, zaciągniętej nieświeżym, szarym lodem, wyglądającym jak przybrudzony dywan, słuchał wiatru hulającego na otwartej przestrzeni i patrzył na drzewa zamazane zimową wilgocią. Gorąco zapragnął psa do towarzystwa.

Idąc dalej napotkał malarza z paletą w ręce, obrazami i rozkładanym stołeczkiem do siedzenia. Uznał to za wyjątkowy przejaw szczęścia. Artysta był tęgim mężczyzną ubranym w ciężki kożuch, buty walonki oraz czapę wielką jak łeb niedźwiedzia, pod którą ukrywał własną rozkudłaną głowę. Obok niego stały obrazy na sztalugach rozstawionych wzdłuż brzegu jeziora przy krawędzi szerokiej ścieżki. Pośrodku, zamocowana do drewnianego słupka, stała biała tablica z napisem „Wyprzedaż”. Oglądając obrazy, Samotnik konwersował z artystą. Pytał go jak człowiek, który dawno z nikim nie rozmawiał i był ciekaw świata: o techniki malarskie, rynek dzieł sztuki, a nawet o życie osobiste i losy spóźnionych artystów, którym oprócz ambicji niewiele już pozostało w dyspozycji. Były to sprawy, o jakie pyta inteligentny człowiek ogarnięty zimowym smutkiem.

Malarz nieufnie odpowiadał na pytania. Był ostrożny wobec obcego, dziwnie zachowującego się człowieka w ciężkim czarnym wojskowym obuwiu, obszernym swetrze, sztuczkowych spodniach w kolorze bordo i rozpiętym zimowym płaszczu. Określił siebie jako „zwolennika silnej władzy artystycznej, która potrafi nakarmić naród dobrym samopoczuciem i nadzieją wiecznego szczęścia”, po czym zachęcił Samotnika do obejrzenia jego dzieł. Ostatni obraz zatytułowany „Gospodarstwo agroturystyczne” był naprawdę wielkich rozmiarów. Oprawiony w zdobną, szeroką ramę, przedstawiał pejzaż z lasem, jeziorem i zwierzętami. Były to głównie psy różnych ras, całe mnóstwo. Mario poczuł słabość do obrazu, ponieważ znajdował się na końcu szeregu i prezentował się równie samotnie jak on w czasie wędrówek nad jeziorem.

Po dokładnym obejrzeniu „Gospodarstwa agroturystycznego”, niektórych fragmentów nawet przez lupę, która nie wiadomo jak znalazła się w kieszeni płaszcza, Mario zauważył dwa psy rasy Jack Russell. Na obrazie były też inne rasy psów, uszeregowane według wielkości, kolorów i inteligencji. Wszystkie dane dotyczące menażerii agroturystycznej były elegancko przedstawione na miniaturowych plakietach ułożonych w tabele przy prawej krawędzi obrazu. Samotnik zapytał właściciela, czy mógłby kupić psa z górnego prawego rogu obrazu.

– Co to za okaz? O, ten pies, tutaj, w samym górnym prawym rogu? Ten, co ma ugiętą prawą nogę i trzyma w pysku przepiórkę – zainteresował się Samotnik. – To niewątpliwe pies myśliwski. Imponuje mi jego postawa; wygląda jakby wystawiał ptaki na strzał myśliwemu.

Malarza nie zaskoczyły pytania ani obserwacje Samotnika. Przyjął je tak naturalnie, jakby nigdy nie pytano go o nic innego. Uśmiechnął się tylko jakoś tak łagodnie, wyrozumiale.

– A, ten! To, co trzyma w pysku, to nie jest przepiórka, tylko nać marchewki. To pies ogrodnika. Taki, co to sam nie zje i innemu nie da. To najgorszy gatunek psa. Jeśli zechce go pan wziąć, to dam panu solidny rabat i dołożę jeszcze gratis smycz i kaganiec. Pies wprawdzie jest skąpy, ale nie bez walorów. To najlepszy strażnik ogródka, działki a nawet pola. Najsprytniejszy złodziej nic przy nim nie wskóra. Tylko z lasem mu nie wychodzi, bo psy mają słaby wzrok, kierują się węchem, a w lesie jest dużo zapachów.

Samotnik zastanawiał się. Po chwili przywołał malarza skinieniem ręki i oświadczył:

– Wezmę te dwa psy. Te rasy Jack Russel. Potrzebuję ich do towarzystwa, kiedy spaceruję samotnie nad jeziorem. Jak one się nazywają i ile kosztują?

– Nazywają się Jack i Russel. – Żywo odpowiedział artysta.

Mario informację przyjął bez komentarza.

– Jeśli przychodzi pan nad jezioro niezbyt regularnie – kontynuował malarz – to lepiej chyba je wypożyczyć. Odpada wtedy panu troska o zwierzęta, nie musi pan niczym się zajmować.

Mężczyzna mówił niezbyt wyraźnie i jakby trochę seplenił. Trudno było go zrozumieć. Nie przeszkodziło to Samotnikowi, od razu zaskoczył. Ujął go rzeczowy język artysty. Sam od dawna myślał o tym, że dobrze byłoby nie robić z gęby cholewy, unikając mówienia dużo i rozwlekle lub coś przekręcając.

Po minucie negocjacji mężczyźni dobili targu; psy zostały wypożyczone na dwa miesiące. Malarz wręczył Samotnikowi swoją wizytówkę z datą i dopiskiem: „Abonament dwumiesięczny na psy Jack i Russel”. Mario odczytał na głos pozostałą treść wizytówki: „Jan Krnąbrny, malarz-naturysta”, po czym schował ją do kieszeni płaszcza. Podszedł do obrazu i zdjął z niego psy – były zawieszone na małych, prawie niewidocznych haczykach – po czym ruszył na spacer wokół jeziora. Zwierzaki były stęsknione za wolnością. Mario cieszył się, obserwując, jak bawiły się ze sobą. Pomyślał, że powinien zadzwonić do Zuzanny, z którą łączyła go intymna przyjaźń, aby podzielić się wiadomością. Przyjeżdżała do niego starym, dobrze utrzymanym sportowym samochodem, najczęściej w piątek po południu, kiedy szczególnie męczyła go chandra.

– Zuzanno, dzielę się z tobą radosną nowiną. Wynająłem dwa psy od grubego malarza sprzedającego obrazy nad jeziorem Parnym. To czysta rozkosz patrzeć, jak one figlują, naskakują na siebie, czają się, pozorują akty agresji, kiedy w istocie usposobione są przyjaźnie. Myślę, że wiele moglibyśmy nauczyć się od nich.

W trakcie rozmowy Samotnik kontynuował obserwację Jacka i Russela. Najciekawsze było to, że zwierzaki wymyślały sobie gry i zabawy. Były one tak przemyślne, że Mario zadał sobie pytanie, czy nie warto byłoby ich wykorzystać dla opracowania gry komputerowej. Widział w niej psa w roli głównej i człowieka jako istotę mu podporządkowaną. Podobało mu się odwrócenie ról.

Zuzanna wysłuchała jego rewelacji, ale nie okazała entuzjazmu. Zapytała tylko:

– Kto będzie je karmił, wyprowadzał na spacer, szczotkował i czyścił, kiedy się ubłocą?

Samotnik zastanawiał się chwilę, po czym odpowiedział z powagą:

– My oboje, oczywiście. Ale ty tylko w piątek. Kiedy już wyjdziesz zaspokojona z łóżka, zobaczysz, ile radości sprawią ci te psiaki.

Po zakończeniu rozmowy Mario w ciągu kilku minut obmyślił scenariusz gry korzystając z pomysłu, jaki przyszedł mu do głowy. Strasznie mu się podobał.

Po zakończeniu spaceru wrócił do malarza, podniósł psy i zaczepił je ponownie na obrazie. Natychmiast wtopiły się w tło i znieruchomiały. Znając ich ruchliwość, wiedział, ile ten spokój je kosztuje. Wyglądały jednak na szczęśliwe. Odchodząc przypomniał malarzowi, że ma abonament na dalsze ich wypożyczenia.

Następnego dnia Mario zadzwonił do urzędu patentowego, aby zorientować się w zasadach rejestrowania gier komputerowych z psem w roli głównej. Okazało się, że taką grę już wymyślono i opatentowano kilka lat wcześniej.

– Kto jest właścicielem patentu? – zapytał Samotnik, nie zamierzając rezygnować ze swego planu. Pomyślał, że porozmawia z posiadaczem patentu i wynegocjuje jakieś ustępstwo na rzecz własnej gry.

– Dzieci ze szkoły podstawowej z miejscowości Propyle, proszę pana. Klasa 3B. To one są właścicielem patentu. Zwiedzały z wychowawczynią schronisko dla psów i wtedy wpadły na ten pomysł.

Oświadczenie urzędnika zaskoczyło Mario, bo nie spodziewał się, że młodzież w tym wieku jest zdolna do takiej inwencji. Bardzo lubił dzieci, więc go to nawet ucieszyło.

– Dziecko potrafi wszystko wymyśleć, jeśli tylko nie jest przejedzone lub śpiące – dodał urzędnik biura patentowego, jakby domyślając się, o czym może myśleć rozmówca.

Nadeszło lato i Samotnik poczuł się lepiej. Mniej odczuwał smutek i nostalgię. Równocześnie stracił zainteresowanie psami. Miał inne sprawy na głowie. Wokół jego domu wyrosła wysoka trawa i trochę chwastów i trzeba było zająć się nimi. Zamiast psów, Samotnik wypożyczał teraz na zmianę owcę, kozę i krowę. Bardzo mu to odpowiadało, bo oprócz przyjemności obcowania z żywą istotą miał także mleko. Krowę nazwał Baśka, przypominając sobie sąsiada z czasów młodości, który tak właśnie nazwał swoją krowę. Kozie ani owcy Samotnik nie nadawał imienia, wołał na nie po prostu: Kozo albo Owco! Rozumiały to doskonale, nie buntowały się, w końcu uznał, że jest im wszystko jedno.

– Zachowują się obojętnie podobnie jak niektórzy ludzie – pomyślał uspokojony.

Koza była najmniej wymagająca z całej trójki, żywiła się wszystkim, co jej wpadło do pyska, i nie potrzebowała opieki. Mario wypożyczył ją na całe dwa tygodnie i zabrał do domu, aby sprawdzić żydowską przypowiastkę o człowieku, który skarżył się na ciasne mieszkanie. Wprawdzie sam nie cierpiał na ograniczoność przestrzeni, ale bez kozy mieszkanie wydało mu się nieporównanie większe. Kiedy ją oddawał, uznał, że było to wartościowe doświadczenie.

Trwały wakacje, czas płynął. Jan Krnąbrny pojawił się nad jeziorem Parne dopiero pod ich koniec; widać było, że nie próżnował. Miał nowe obrazy i prezentował je na sztalugach ustawionych wzdłuż brzegu jeziora. Z ostatniej podróży do Afryki przywiózł ze sobą bogate wspomnienia. Musiał brać udział chyba w niejednym safari, bo na jego obrazach dominowały słonie, żyrafy, nosorożce i bawoły.

– Teraz najbardziej mi leżą duże afrykańskie zwierzęta roślinożerne. Maluję je, póki jeszcze istnieją, bo są to gatunki zagrożone – wyjawił malarz, spokojnie rozstawiając sztalugi.

Popołudnie tego dnia było wyjątkowo gorące. Słońce buchało żarem jak rozgrzana pustynia. Samotnik wypożyczył żyrafę. Nie było to tanie przedsięwzięcie, ponieważ rząd wcześniej podwyższył opłaty za wypożyczanie zwierząt powyżej dwóch metrów wysokości. Dla Mario było to jednak wartościowe doświadczenie; żyrafa w ciągu kilku godzin zjadła liście z rozłożystej akacji rosnącej w rogu podwórka Mario, zaśmiecające mu posesję. Kiedy objadała z liści dąb rosnący na brzegu jeziora Parne, oboje musieli salwować się ucieczką, ponieważ pojawiły się rozwścieczone dziki polujące na swój ulubiony pokarm – żołędzie.

Było to jesienią, kilka lat później, kiedy Samotnik przeszedł już na emeryturę rezygnując z dotychczas pobieranej renty inwalidzkiej. Robił sobie akurat herbatę, kiedy usłyszał pukanie do drzwi. Za progiem stał młody uśmiechnięty listonosz z dużą przesyłką; przekazał ją Samotnikowi za pokwitowaniem. Kto wysłał paczkę, nie było wiadome. Był to jakiś nieznany nadawca, jego adres był również zupełnie obcy odbiorcy.

Wszystkie nadjeziorne doświadczenia ze zwierzętami, aczkolwiek użyteczne i ciekawe, nie okazały się tak odkrywcze jak album ze starymi zdjęciami, dokumentami i listami znalezionymi w paczce. Mario dowiedział się z nich o tej części swego życia, która zawsze wydawała mu się czarną plamą. Okazało się, że na chrzcie nadano mu imię Luna, skrót od Lunatyk, i że szalone pomysły przychodziły mu do głowy już od piątego roku życia. Jego emocjonalność rodzice docenili dopiero wtedy, kiedy Luna, po przeczytaniu powieści Winnetou uznał, że jest Old Shatterhandem i usiłował powalić konia jednym uderzeniem pięści. Właściciel dorożki oskarżył go wtedy o to, że jest nienormalny i naskoczył na jego rodziców, towarzyszących mu na spacerze. Luna usiłował wyperswadować mu niewłaściwą postawę również uderzeniem pięści; wynikła z tego wielka awantura.

Sprawa nie trafiła do sądu, a on do więzienia, ponieważ sąd uznał, że jest jeszcze niepełnoletni. Był jednak na tyle rozwinięty, że oddano go do domu poprawczego z widokami na wolność zza zakratowanych okien. Był to dom dla dorastającej, trudnej młodzieży. Luna mieszkał tam kilka tygodni. Znudziło go to, a potem zmęczyło do tego stopnia, że wyrwał kraty, udowadniając ostatecznie, że imię Old Shatterhand pasuje do niego jak ulał.

Były to ciekawe czasy, pełne gwałtownych zmian, kiedy wiele niedobrych zachowań uchodziło za właściwe i poprawne. To mu pomogło. Po osiągnięciu dojrzałości Luna-Mario zmienił się. Skończył studia na wydziale psychologii przez pewien czas praktykował jako psycholog, potem przekwalifikował się na psychiatrę, posługując się dyplomem kolegi, z którym mieszkał w jednym pokoju w domu poprawczym.

Po zapoznaniu się z zapomnianą częścią własnego życiorysu, Mario, postanowił oddać się pasji wypożyczania zwierząt. Cieszył się, że odkrył ją w sobie z wielką korzyścią dla zwierząt i dla siebie. Kiedy o tym myślał, dochodził nieodwracalnie do filozoficznego wniosku, że każdy ma w życiu dobre i złe dni, tygodnie i miesiące, i że nigdy nie jest za późno za dobrą zmianę, dopóki się żyje.

Śmieć zastała Mario we śnie. Stało się to nagle, bez ostrzeżenia ze strony serca, wątroby czy płuc, że coś jest nie w porządku. Pogrzeb odbył się trzy dni później. Nie był liczny. Stawili się wszyscy, którzy go znali, ksiądz, gospodyni, lekarka i młody literat spisujący jego obserwacje i wspomnienia.

W drodze na cmentarz kondukt pogrzebowy został zatrzymany przez policję, aby przepuścić ważny transport ciężarowy. Czekanie przedłużało się. Sąsiad zmarłego zaczął snuć wspomnienia z okresu ich wczesnej znajomości. Opowiadając o jakimś incydencie nazwał Mario świrem. Lekarka zaniemówiła, a chwilę potem wpadła we wściekłość. Rzadko widzi się człowieka w stanie takiego wzburzenia. Wyrzucała z siebie słowa obciążone gniewem. 

– Mario Miller nie był świrem. W więzieniu, gdzie trafił z wyrokiem za wykonywanie zawodu psychiatry ze sfałszowanym dyplomem, zmienił się. Po odsłużeniu kary podjął i skończył studia prawnicze. Pracował najpierw w kancelarii prawniczej, potem został mianowany na stanowisko sędziego. W międzyczasie ożenił się i miał dwójkę dzieci. Dobił go pożar domu, w którym zginęła jego córeczka i jego pies. Miał wcześniej pewne problemy psychiczne, teraz załamał się kompletnie. Poznałam go, kiedy trafił do szpitala. Była to schizofrenia paranoidalna. Żył w urojonym świecie, nawiedzały go omamy i halucynacje. Mimo zaburzenia świadomości pozostał człowiekiem pozytywnym i twórczym. Mówię to na podstawie zapisków młodego literata, który na moją prośbę spisywał jego przeżycia. Mario żył wśród przyrody, życzliwych ludzi i kolorowych zwierząt. Nie był świadomy, że przebywa w innym wymiarze niż my wszyscy. Miał szczęście. Taką pozytywną rzeczywistość generował mu jego zbuntowany umysł. Pies na obrazie malarza Krnąbrnego nie był obrazkiem, ale żywym zwierzęciem, biegającym, węszącym i figlarnym. Taki był świat Mario.

Renata Sandauer zamyśliła się, patrząc jak ulicą przejeżdżają wielkie ciężarówki przykryte szarozielonym brezentem. Uspokajała się powoli. Kiedy z jej oczu zniknęły sztalugi, obrazy, gruby artysta w kożuchu, zwierzęta i Mario, doktor skończyła mówić. Uśmiechnęła się. Postanowiła, że będzie to robić częściej, zwłaszcza wtedy, gdy ktoś  nazwie innego człowieka świrem.

Autor: Michael (Michał) Tequila
Gdańsk, lipiec 2020

0Shares

Świrus. Opowiadanie fantastyczne. 32 odcinki. Całość.

Odc. 1 Wdepnięcie

O godzinie ósmej rano powietrze drżało już od upału. Zapowiadał się piekielnie gorący dzień. Szli we czwórkę szeroką ławą przez łąki w kierunku rzeki, kiedy Alfred Zygadło wdepnął w parujące krowie łajno. Od razu to skomentował:

– Nie jest to wprawdzie pełnoprawne gówno, takie jak ludzkie, bo my jesteśmy gatunkiem z najwyższej półki ewolucji. Tym niemniej ma ono swoją wagę gatunkową i zasługuje na szacunek. W Indiach rząd płaci za krowie odchody w stanie suchym dwie rupie za kilogram. To coś znaczy. Mógłbym wam coś więcej na ten temat powiedzieć, ale nie ma na to czasu.

Pozostałość po krowie nażartej mokrą trawą widzieli wszyscy, cała czwórka, ale on jeden postanowił wykorzystać je, aby udowodnić gotowość przyjmowania wyzwań, jakie stoją przed człowiekiem w dobie niekończących się zmian. Był to test zdrowego rozsądku, wartości społecznej, o której wszyscy myśleli i mówili, tylko mało kto przestrzegał.

Zaraz po wdepnięciu Alfred wyłożył swoją teorię. Robił to przy każdej okazji i taka okazja właśnie zaistniała.

– Dzisiaj, aby przeżyć, musisz nauczyć się być świrusem. To nie przychodzi od razu. Trzeba to regularnie praktykować, by doświadczenie wsiąkło w organizm dostatecznie głęboko. Ja to właśnie uczyniłem. Mój czyn ma znaczenie symboliczne. Jest znakiem niezależności, śmiałej konfrontacji z wyzwaniami, dowodem radzenia sobie w trudnych czasach – wyjaśniał bez pośpiechu towarzyszom.

Słuchając, patrzyli ze zdumieniem, jak powoli, uważnie wyciąga z brązowozielonej mazi elegancki pantofel.

– Nie możesz normalnie funkcjonować w zwariowanym świecie – tłumaczył, wycierając pantofel o trawę – jeśli nie nauczysz się reagować w sposób elastyczny, w zależności od sytuacji. Jeśli tego nie umiesz, popadniesz w głęboką depresję lub zwariujesz. Świrowanie to umiejętność właściwego zachowania się w każdych okolicznościach, a świrus to ekscentryk, jednostka szybko ucząca się, twórcza i odważna, radząca sobie w życiu.

– I tego trzeba się nauczyć tak samo jak czytania czy tabliczki mnożenia. Znaczy się, nauczyć się być świrusem – podpowiedział Rafał, bratanek Alfreda, najmłodszy z czwórki. Powiedział to dla żartu, na wiatr. Myślał, że sprowokuje tym innych do sprzeciwienia się stryjowi. Jego zachowanie i argumentację uważał za nienormalne.

Dwaj towarzysze weselni milczeli. Wyzwanie podjął Alfred.

– Tak, Rafale. Dokładnie tak, jak mówisz. To jedyna postawa dająca szansę przeżycia w pędzącym do przodu społeczeństwie.

– A nawet sukcesu – podpowiedział prowokująco bratanek.

Alfred popatrzył na niego. Zauważył sypiący się pod nosem wąs, szczupłe barki, wyciągniętą sylwetkę, czarne włosy i jaśniejsze brwi. Lubił swojego bratanka.

– Tak. Z tym, że nie „nawet sukcesu”, ale „także sukcesu”. Sukces jest immanentnym składnikiem świrowania – wyjawił z przekonaniem. Świadomie użył obcego słowa, aby podkreślić, że wiedza i ogłada towarzyska nie stoją na drodze bycia ekscentrykiem.

Na łące znaleźli się nieprzypadkowo. Po całonocnej pijatyce weselnej zasnęli z rękami i głowami na stołach. Po dwóch godzinach zdrętwiały im ramiona. Obudzili się i doszli do wniosku, że warto pojechać nad rzekę samochodem, czterech mężczyzn w różnym wieku, aby orzeźwić się poranną kąpielą. Z całej czwórki tylko Jarek był trzeźwy, bo nie pił w ogóle. To on prowadził samochód Alfreda.

– Gdyby nie Jarek, nigdy byśmy tutaj nie dojechali. Rozbilibyśmy się jak amen w pacierzu – podsumował Alfred. Wdychając z przyjemnością powietrze płynące z nadrzecznej łąki przyglądał się swemu nowemu samochodowi. Nic złego się nie stało; to usposobiło go pozytywnie, mimo że bolała go głowa. Postanowił nie pić więcej. Pomyślał, że jest to sprzeczne z jego pragnieniem zostania świrusem, człowiekiem radzącym sobie w coraz bardziej pogmatwanym świecie.

Rzeczywistość zmieniała się tak szybko, że ludzie nie nadążali śledzić najważniejszych wydarzeń. Każdego dnia stacje telewizyjne i internetowe portale informacyjne przelicytowywały się listą ważnych zdarzeń krajowych i zagranicznych. Było to nieuniknione, ponieważ telewizja utrzymywała się głównie z reklam.

– Bez wiadomości przyciągających uwagę nie ma widzów, a jeśli nie ma widzów, to nie ma ogłoszeniodawców, a jeśli na ma ich zleceń, to przestajesz istnieć – przypominał pracownikom dyrektor stacji telewizyjnej Best News TV.

– Ale my tych ludzi ogłupiamy wiadomościami, które może i są ciekawe, ale nie niosą żadnej wartości poznawczej. Zachowajmy chociaż jakąś proporcję informacji sensownych do bezwartościowych – wyrwał się kierownik programu informacyjnego.

Dyrektor popatrzył na niego z niechęcią. Pomyślał, że będzie pierwszym kandydatem do zwolnienia, kiedy konieczna będzie kompresja etatów.

Alfred starał się utrzymać na powierzchni zdarzeń, rozumieć, co się dzieje w kraju i odpowiednio reagować. Regularnie oglądał wybrany dziennik telewizyjny i czytał przyzwoitą prasę, choć czasem i do niej miał wątpliwości. Za wiadomościami i forami dyskusyjnymi w Internecie niespecjalnie przepadał.

Poprzedniego dnia zdarzyło się wiele; miał o czym myśleć. Przed oknem gabinetu właściciela renomowanej firmy transportowej położnego na dwudziestym piątym piętrze wieżowca pojawił się dron i ostrzelał pokój z szybkostrzelnego karabinka, zamocowanego na pokładzie. Budynek był bardzo dobrze strzeżony i znajdował się w centrum stolicy. Zanim ktokolwiek zdążył zareagować, dron zniknął wlatując do garażu na parterze sąsiedniego budynku przez duże okno nad wjazdem do garażu. Śledztwo prowadzone przez ochronę budynku ujawniło, że wewnątrz korytarza, gdzie wleciał dron znaleziono ślady płynu stosowanego czyszczenia broni automatycznej. Pół godziny przed atakiem padła sieć komputerowa firmy, obsługująca także system monitorowania przemysłowego. W sprawę zaangażowała się policja i wywiad wojskowy. Atak odebrano jako akt terroru nieznanej organizacji. Kilka dni później policja przeprowadziła rewizje ciężarówek firmy obsługujących trasy zagraniczne.

Odc. 2 Przyśpieszający świat

Wieczorem w trakcie przemówienia premiera w lewym górnym rogu ekranów telewizora pojawił się obraz przedrzeźniającej go małpy. Partia rządząca uznała to za zamach na godność premiera i rządu. Na początku nikt nie miał pojęcia, jak do tego doszło, kto i jak to zorganizował. W grę wchodziły nowe technologie manipulacji głosem i obrazem. Podejrzewano zagranicznych hakerów, potem także opozycję.

– To było wyjątkowo podłe! Nigdy mi takiego kawału nie zrobiono – denerwował się premier w swoim gabinecie. Od razu wezwał do siebie ministra odpowiedzialnego za cyberbezpieczeństwo państwa. Rozmowa trwała prawie godzinę.

Opuszczając gabinet minister pomyślał, że premier przestraszył się konsekwencji propagandowych. Sprawie nie nadano rozgłosu publicznego ponieważ doradca premiera do spraw public relations uznał, że to tylko pogorszyłoby sytuację.

Godzinę później na portalu informacyjnym w Internecie pojawiło się zdjęcie znanego celebryty bawiącego się w ogrodzie z dziećmi. Przedstawiono go jako perwersyjnego zboczeńca i oskarżano o liczne przewinienia. Alfred usiłował dociec prawdy, okazało się to jednak niemożliwe. Portal upierał się przy swoim, oskarżony celebryta bronił się zaprzeczając wszystkim rewelacjom.

Alfred zastanawiał się.

– Nie sposób wiedzieć, co jest, a co nie jest prawdą. Nawet w pojedynczej sprawie trzeba dociekać prawdy, a i tak nie doszłoby się do niej. Konieczne są jakieś nowe rozwiązania, algorytmy analizy informacji, mechanizmy matematyczno-logiczne.

Zenon, do którego zadzwonił, aby podzielić się myślami, wykazał obojętność.

– Daj sposób, czy ty musisz dochodzić prawdy w każdej sprawie? Nie masz nic lepszego do roboty?

– Mnie nie chodzi o pojedynczy fakt, ale o to, dokąd zmierzamy jako społeczeństwo. Czy mamy żyć w bagnie, gdzie nie sposób odróżnić prawdy od łgarstwa? Pomyśl o tym celebrycie i wyobraź sobie, że ktoś oskarża ciebie, że jesteś pedałem i zmieniasz partnerów co trzeci dzień, którzy w dodatku ubierają się kolorowo jak tęcza?

– Zagalopowałeś się, człowieku! – odkrzyknął Zenon. Teraz to naprawdę świrujesz! Myślałem, że to tylko wygłupy z twojej strony, ale widzę, że to co poważniejszego. W dodatku jeszcze mieszasz do tego logikę i matematykę, szukasz jakichś algorytmów. Ty chyba zwariowałeś! Kończę rozmowę – krzyknął, odkładając słuchawkę.

Siedział dłuższy czas w milczeniu, nie mogąc się uspokoić. Martwił się o brata, przyznając mu tylko tyle racji, ze coś jest nie w porządku z tym, co dzieje się w kraju.

Wchodząc do pokoju Rafał zauważył wzburzenie i niepewność malujące się na twarzy ojca.

– Co się stało?

– Sam nie wiem. Twój stryj szaleje. Zapytał mnie właśnie o to, jakbym się czuł jako homoseksualista utrzymujący kontakty z wieloma mężczyznami ubranymi w kolorowe majtki!

Przed północą telewizja ujawniła kolejną sensację: zdjęcie krowy i informacja, że produkuje ona mleko zatrute siarką. Piła je trójka dzieci właścicielki krowy; z trudem uratowano je od śmierci. Sondaż przeprowadzony następnego dnia pokazał, że jedna czwarta widzów oglądających program uznało informację za wiarygodną.

Alfred czuł gęstniejącą atmosferę i presję oszałamiających zdarzeń. Starał się być pozytywny, napotykał jednak coraz większy opór. Aby rozładować napięcie, rozmawiał z przyjaciółmi i znajomymi, przede wszystkim z Młodym, jak nazywał Rafała, przedstawiając mu tempo przemian. Dzielenie się niepokojem przynosiło mu ulgę.

– Świat coraz bardziej przyśpiesza. Można od tego oszaleć. Wszystko się zmienia: samochody jeżdżą już bez kierowcy, ludzie pracują zdalnie z własnego pokoju, w oceanie pływają miliony ton plastikowych śmieci, mój nowy smartfony ma setki nowych cech i aplikacji, nie umiem sobie z nimi poradzić. Jest tego więcej. Zabójczy wirus roznoszony po całym świecie przez miliony podróżujących, roboty i mikroskopijne drony, rewelacyjne technologie medyczne i leki, w dodatku jeszcze ta manipulacja opinią publiczną. Popatrz na efekty, na nasze miasto. Pięć lat temu był tu tylko jeden szpital psychiatryczny, teraz mamy trzy. Ale to wciąż za mało, bo w domach opieki, schroniskach dla bezdomnych i na działkach rekreacyjnych czekają dalsi kandydaci do leczenia psychiatrycznego.

Wielu przyjaciół i znajomych już to wiedziało. Jego bratanek również. Wiedzieli jednak inaczej. Głowa bolała go od myślenia, jak sobie z tym wszystkim poradzić.

Odc. 3 Edukacja społeczna

Szkoła powszechna i liceum mieściły się w długim, prostokątnym budynku położonym na Garbatym Wzgórzu. Pierwszy raz, kiedy tam się znalazł, Alfred powtórzył nazwę kilka razy, aby się przyzwyczaić. Nie przystawała do miejsca, ponieważ teren był płaski, a plac na którym znajdowała się szkoła, stanowił zaledwie niewielką wyniosłość. Budynek, jego kształt i wymiary łatwo zapadły mu w pamięć, ponieważ dawały się opisać liczbowo. Pracował tu ucząc matematyki w szkole podstawowej.

W ostatni piątek semestru Alfred spotkał się jak zwykle z rodzicami na wywiadówce, aby rozmawiać o postępach dzieci, problemach i wyzwaniach. Korzystał z okazji, aby edukować także dorosłych. Wierzył w permanentną edukację całego społeczeństwa, uznawał ją za swoją misję.

Alfred był cenionym nauczycielem, miał nadzwyczajne osiągnięcia. Dzieciaki przepadały za jego lekcjami matematyki. Do szkoły przyjeżdżali wizytatorzy z kuratorium i dyrektorzy innych szkół, aby zobaczyć, jak można rozbudzić miłość do przedmiotu gdzie indziej traktowanego jak piąte koło u wozu, jeśli nie nieszczęście.

Misja edukacyjna Alfreda nie pozostawała w cieniu. W pobliżu szkoły przebiegała linia kolejowa Wschód-Zachód. Dyrektor wzywał Alfreda do siebie kierując się rozkładem jazdy międzynarodowego pociągu, przejeżdżającego raz w miesiącu przez miasteczko. Przejazd pociągu stwarzał możliwość nieskrępowanej dyskusji.

Tematem spotkania była równowaga między potrzebami szkoły a indywidualną inicjatywą nauczycielską. Było to już trzecie wezwanie Alberta przez dyrektora szkoły, Sebastiana Masaja. Przed biurkiem pryncypała czekał na niego zgrabny, czerwony dywan. Spotkania odbywały się na stojąco, zwiększało to sprawność wymiany opinii.

– Panie kolego Zygadło! – zaczął zwierzchnik, kiedy pociąg zbliżał się do miasteczka. Był to masywny mężczyzna z głową lwa zdobną grzywą gęstych, nieco już siwiejących włosów.

Alfred przyzwyczaił się do formuły spotkań. Rozumiał, że „panie kolego” zbliżało ich do siebie i umacniało w przekonaniu, że stanowią jedność pedagogiczną.

– Osiąga pan znakomite wyniki w nauczaniu matematyki. Jestem z pana dumny. Rodzice jednak skarżą mi się, że niepotrzebnie wzywa ich pan do zwiększonej czujności edukacyjnej wobec zmieniającej się rzeczywistości i ilustruje to przykładami.

Po standardowym wstępie dyrektor cytował fragmenty wypowiedzi rodziców.

Akceptując słowa zwierzchnika, Alfred prosił go o wyjaśnienie niektórych niuansów skarg rodziców.

– Zgadzam się z panem, że bez permanentnej edukacji społeczeństwo nie ma szans przeżycia. Nie mówiąc o sukcesie stojącym tuż za progiem, którego jednak nie da się osiągnąć bez wspólnego wysiłku szkoły, rodziców i dzieci.

Obydwaj liczyli na to, że szczera rozmowa doprowadzi w końcu do porozumienia. Sprawa jednak przeciągała się.

Po rozmowie z Alfredem dyrektor udał się do pokoju nauczycielskiego, gdzie było więcej przestrzeni i światła, aby nabrać oddechu. Wydał się nieco mniejszy i jakby zadumany.

– On chyba traci wiarę w naukę i siebie samego – szeptali między sobą nauczyciele obecni w pokoju.

– Liczę na to, że w końcu uda mi się go oswoić, bo to doskonały pedagog. Pomóżcie mi! Dla dobra szkoły! – apelował do członków ciała pedagogicznego. W zamian oferowano mu życzliwe sugestie, że nie powinien zwracać tak dużej uwagi na ambicje edukacyjne matematyka, bo są w niej elementy racjonalne.

– On się w końcu musi wypalić! – to było ostateczne pocieszenie, jakie mieli mu do zaoferowania nauczyciele. Lepiej znali Świra. W duchu wierzyli, że jest on niezniszczalny zwłaszcza od czasu, kiedy doszedł do wniosku, że człowiek wymaga specjalnego rodzaju inteligencji aby radzić sobie ze zmianami.

Idea świrowania pozostawała im obca. Wyjątkiem był nauczyciel przedmiotu „Jednostka i społeczeństwo” oraz katechetka przesiąknięta wiarą w doskonalenie człowieka. Dzieliła ją ze Świrem  niewielka różnica, ale nie miało to znaczenia. Dla niej było to doskonalenie się człowieka w Bogu, dla niego w umiejętnościach radzenia sobie z postępem. Oboje spajał ferwor misyjny. Mogli liczyć na wzajemnie wsparcie.

Odc. 4 Wywiadówka

Do wywiadówki Alfred przygotował się bardzo starannie. W klasie 3B uczył matematyki i był jej wychowawcą. Po przedstawieniu ocen i omówieniu wyników nauczania całej klasy i poszczególnych uczniów przystąpił do edukacji rodziców. Nazywał to ofensywą. Mówił o sprawach ważnych i nie wahał się używać wyrazistych, a nawet kontrowersyjnych określeń. Mówił tak, aby pobudzić słuchających do myślenia. Miał wątpliwości, czy społeczeństwo potrafi myśleć twórczo i odważnie, na miarę wyzwań współczesności. Był przekonany, że on to potrafi i że jest to konieczne. 

– Mamy telewizję, która coraz więcej czasu poświęca edukacji. Z badań wiadomo, że społeczeństwo ma problemy medyczne lecz nie umie sobie z nimi poradzić. Dwadzieścia pięć procent osób cierpi na obstrukcję. W odpowiedzi na to przemysł farmaceutyczny oferuje nam leki, a telewizja je reklamuje, edukując, jakie są ich zalety i jak je stosować, aby uzyskać najlepsze efekty. Ludzie nie lubią reklam, ale to błąd, bo to źródło bezpłatnej wiedzy. Należy z niej korzystać. Dobrze dobrany lek rozwiązuje problemy, człowiek staje się zdrowszy i szczęśliwszy. Im więcej leków kupujemy, tym silniejszy staje się nasz przemysł farmaceutyczny, powstają nowe stanowiska pracy. Minister zdrowia zachęca:

– Bądź patriotą, kupuj produkty krajowe.

Ja oczywiście zgadzam się z tym, co mówi rząd, pan premier i ministrowie. Trzeba kupować jak najwięcej rodzimej produkcji; jest to postępowanie racjonalne i uczciwe. Na rynku pojawia się ciągle coś nowego, co dobrze świadczy o naszej innowacyjności. Mam wrażenie, że my – jako społeczeństwo – wynalazczość mamy we krwi. Ostatnio pojawiły się dopalacze osiemdziesiąt razy mocniejsze niż najsilniejszy narkotyk. Dają one ludziom szansę błyskawicznego przeniesienia się w inny, bogatszy świat. Interesujmy się nowościami, rozmawiajmy o nich z dziećmi, rodzeństwem i przyjaciółmi. Trzeba żyć mądrze i godnie. Korzystać z życia.

– Ludzie chyba umieją żyć? – Odezwała się młoda kobieta, szykownie wciśnięta w różowe getry i czarny sweter. Alfred zwrócił na nią uwagę wcześniej: średniego wzrostu, czarnowłosa, pod każdym względem zadbana. Kiedy wchodziła do pokoju, jej pośladki poruszały się tak zniewalająco, że pomyślał, że powinna mieć je z przodu, aby każdy mężczyzna miał szansę docenienia piękna kobiecego ciała. Był estetą,  uważał, że duchowość jest niezwykle ważną cechą człowieka w dobie szybkiego postępu techniki.  

– Tak naprawdę, to chyba niewiele osób umie – Podjął Świrus. – Przesadzają, zachowując się zbyt wstrzemięźliwe, ograniczając się. Zapominają, że można w pełni cieszyć się życiem. Na moim osiedlu o piątej rano ludzie głośno rozmawiają, śmieją się, ciesząc się jak Beduini na pustyni, których szczęśliwie ominęła wielka burza piaskowa. Myślę sobie: – Chcę spać, a tu ktoś mnie budzi. I nagle zdaję sobie sprawę, że to wczesne budzenie ratuje mnie, bo nie przesypiam życia. Albo alarm samochodowy, który budzi mnie wyjąc dwa razy w nocy. Właściciel samochodu nie naprawia go. Wnioskuję, że może nie słyszy alarmu albo nie ma pieniędzy, aby go naprawić. Albo jest mu trudno podjąć decyzję. Samochód stoi po drugiej stronie strumienia płynącego głębokim jarem. Gdyby nie to, poszedłbym i powybijał mu szyby. Trzeba być pomocnym. Zmotywować człowieka, ułatwić mu podjęcie decyzji. To spontaniczne i pozytywne postępowanie: konfrontować się z wyzwaniami, pomagając innym. Nazywam je świrowaniem. Jestem jego zwolennikiem. Może ono budzić oczywiście kontrowersje, ale nic na to nie poradzimy. Trzeba być realistą. 

Matematyk ucieszył się, kiedy matka Oksany, niezwykle utalentowanej matematycznie uczennicy, poparła go:

– Też bym to zrobiła. Właścicieli i kierowców samochodów należy edukować. Ci ludzie powodują wypadki i są przez to nieszczęśliwi. Może nawet nie wiedzą, że są już samochody jeżdżące bezpiecznie bez kierowcy. Transport publiczny to poważna sprawa. Samochód to nie klocek Lego. 

Odc. 5 Walec drogowy

Najgorsze zdarzenia spotykały Alfreda w dniach, kiedy księżyc przechodził fazę pełni. Na początku nie zdawał sobie sprawy, że łączą ich niewidzialne więzi. Z czasem nauczył się, kiedy księżyc mu sprzyja a kiedy nie. Przyszło to dopiero później.

Dwudziestego trzeciego marca, w dzień Superksiężyca, kiedy był on nie tylko w pełni, ale i najbliżej ziemi, przejechał Alfreda walec drogowy. Trwało to nie dłużej niż trzydzieści sekund, mimo że maszyna jechała bardzo wolno. Alfred odczuł ogromną samotność. Nie była to pustka, bo wszystko w nim stężało i poczuł się wypełniony jakąś nadzwyczajną treścią. To jego ciało uległo intensyfikacji pod wpływem ogromnego ciśnienia.

Alfred zapamiętał to zdarzenie ze wszystkimi szczegółami. Był to czwartek przed weekendem z zapowiedzianą zimną pogodą. Rano Alfred czuł się wyjątkowo nerwowy, nogi mu drżały. Opanował go dziwny niepokój, że wpadnie na niego człowiek jadący na hulajnodze, jeden z tych pędzących w zaślepieniu przed siebie. Po południu Alfred poczuł się lepiej. Poprowadził trzy udane lekcje. Wracał ze szkoły ulicą Parkową, trochę przejedzony obiadem. Po lewej stronie widział park z alejami wysadzanymi dębami, wiązami, jesionami i lipami. Szedł zamyślony chodnikiem obmyślając pytania do testu z matematyki, kiedy to nastąpiło.

Była to jego wina. Nie oglądając się na boki wkroczył na jezdnię, aby przejść na drugą stronę ulicy. Maszyna jechała tak cicho, że jej nie usłyszał. Zauważył ją w chwili, kiedy już spłaszczała mu stopy. Upadając na asfalt, odczytał jej nazwę wypisaną wielkimi literami nad przednią szybą: „Powercast”. Przetłumaczył ją szybko na „Odlew mocy” i chwilę zastanawiał się, czy było to poprawne tłumaczenie. Pomyślał jeszcze „Nie na takie widoki się patrzyło”. Zapamiętał to zdanie doskonale choć nie miało ono sensu.

Następnego dnia rano, po przebudzeniu, czuł się wciąż nieswój. Leżał rozpłaszczony na łóżku jak żaba. Jak się tam znalazł, nie pamiętał, ale też nie dziwił się temu. Nie miał nawet na to czasu, bo śpieszył się do szkoły. Zaczynał zajęcia o godzinie ósmej rano.

Dobre samopoczucie odzyskał dopiero w pokoju nauczycielskim.

– Było to tak niesamowite przeżycie, że nie dziwię się, że pamięć ze mnie uszła – wyjawił głośno, stojąc pod oknem rozświetlonym intensywnym słońcem.

Przy stole siedziało dwóch nauczycieli i trzy nauczycielki. Popatrzyli na niego zdziwieni. Opowiedział im niezwykłe zdarzenie. Pragnął pokazać się z najlepszej strony, że jest interesujący, ma bogate wnętrze i ciekawe przeżycia. Chciał, aby go lubiono. Ich uznanie umocniłoby poczucie własnej wartości. W takich chwilach czuł wyraźnie, że ma w sobie dobroć i ludzie to dostrzegają.

Najuważniej słuchała go nauczycielka filozofii i logiki, najstarsza osoba w ich gronie. Była już bliska wieku emerytalnego. Nie tylko go słuchała, ale także zadawała mu pytania. Przeżywała razem z nim jego niezwykłą przygodę. Wyczuwał w nich głębię humanitarną, dystans i refleksyjność. Pytała go o to, co czuł lub myślał w danym momencie, jak się zachowywał i co go do tego skłoniło. Odpowiadał szczerze, na co ona uśmiechała się z łagodną wyrozumiałością. Czasem wtrącała:

– Ja już takich przeżyć nie mam. Mogę tylko pogratulować panu, drogi kolego Alfredzie, wrażliwości psychicznej. Imponuje mi to wszystko, co się panu przydarzyło i zapewne jeszcze przydarzy w życiu. Także pańska wyobraźnia, świeżość i niezwykłość reakcji. Powinien pan to wszystko spisywać. To jest bardzo oryginalne. Widzę to jako dorobek naszej współczesności.

Alfred popatrzył na nią z wdzięcznością. Jego przeżycie sprawiło jej przyjemność, wzbogaciło jej życie.

Odc.6 Rozmowy z dyrektorem

Najmniej przychylny dla Alfreda był dyrektor szkoły, Sebastian Masaj. Nie miał chęci słuchać, co przydarzyło się nauczycielowi.

– Panie kolego! Ja po prostu nie mam czasu na słuchanie bajek. Szkoła mi się wali na głowę. Za dwa dni mam wizytę z kuratorium, jest zagrożenie narkotyczne, rodzice mają pretensje, że nie dbamy dostatecznie o ich dzieci, że program nauczania jest przeciążony, że uczniowie otrzymują za dużo pracy do domu, a pan mi tu wyjeżdża z jakimiś niesamowitymi historiami jak magik latający na czarodziejskim dywanie!

Alfred przyjął jego słowa ze spokojem. Zdał sobie sprawę, wcześniej wspominali o tym inni nauczyciele, że dyrektor jest w wielkim stresie. Widać to było w jego głosie, twarzy i ruchach. Zwierzchnik nie miał dla niego cierpliwości ani zrozumienia bo był pod presją wielu zdarzeń i otoczenia. Dlatego Alfred usiłował go przekonać do skorzystania z techniki autorefleksji. Wyobraził sobie nawet, że dyrektor staje się kimś w rodzaju przewodnika duchowego dla wszystkich nauczycieli, jak radzić sobie ze stresem jako człowiek, dydaktyk i koordynator pracy zespołu ludzkiego. Liczył na to, że dyrektor rozwinie w sobie tę umiejętność, lecz po kilku próbach zrezygnował. Powiedział sobie w duchu:

– Nic tu nie wskóram. Masaj to uparty kozioł. Zastygł w swoim myśleniu jak beton i już się nie zmieni. Nie stać go nawet na refleksję, czy to co mówię, ma jakiś sens czy nie.

Przed konsekwencjami negatywnych reakcji zwierzchnika ratowała Świrusa opinia uczniów. Uwielbiali go za sposób nauczania, historie, jakie im opowiadał, możliwość zadawania pytań bez skrępowania, jak również wyrażania własnych opinii i sugestii.

– Pan jest zupełnie inny niż pozostali nauczyciele. Oni są tacy sztywni! Nie można z nimi swobodnie porozmawiać, bo zaraz się denerwują i mówią: „to nie wypada”, „to nie jest temat do dyskusji w czasie lekcji” czy „szkoła nie zajmuje się takimi problemami”.

Urzeczony szczerością uczniów i uznaniem jego wyjątkowości Alfred nie dostrzegał drobnych uszczypliwości. Tłumaczył, że krytyka jego osoby czy postępowania mu nie przeszkadza.

– To tylko udowadnia, że ekscentryczność i odmienność ma sens. Proszę zwrócić uwagę, że ze wszystkich członków ciała pedagogicznego jestem najspokojniejszym i najbardziej zrównoważonym człowiekiem.

Kiedy to mówił, uczniowie kiwali głowami i zapewniali, że zgadzają się z nim. Z wdzięcznością przyjmował pochwały i słowa poparcia. Wiedział, że autentycznie się cieszą, że jest ich nauczycielem i wychowawcą. Od czasu jak uznał świrowanie za najlepszy model myślenia i postępowania, czuł się bardziej wyciszony i twórczy. 

Odc. 7 Piekareczka 

Świrus udał się do piekarni jak zwykle z samego rana, aby kupić na śniadanie dwie bułeczki orkiszowe i jedną poznańską. W sklepie nie było nikogo oprócz ekspedientki. Alfred nie znał jej nazwiska, tylko imię, Aldona. W duchu nazywał ją Piekareczką, choć nie miało to sensu, bo była rosłą i pulchną kobietą. Sam na sam z kobietą uznał za wymarzoną okazję, aby przedstawić jej swoją teorię złożoności mąki. Od dawna o tym myślał. Teorię opracował zaraz po tym, jak Aldona opowiedziała mu niezwykłe zdarzenie z początków swojej kariery zawodowej. Pracowała razem z mężem w piekarni, przygotowując ciasto i wypiekając chleb w tradycyjnym piecu opalanym drewnem. Kiedy zbliżyła się do otwartego paleniska, zapaliły jej się włosy.

– Jak do tego doszło, nie mam pojęcia. To było po prostu niemożliwe. Od włosów zajął się mój fartuch i stanęłam w płomieniach. Nie zgadnie pan w jakiś sposób mnie uratowano. Pracujący obok mąż chwycił worek z mąką i wysypał ją na mnie. Ogień zgasł i wtedy ukazałam się ja; wyglądałam jak niedomyty kocmołuch po pijackiej orgii. Fartuch i to co miałam na sobie  spłonęło, a to co zostało, opadło ze mnie. Stałam naga, osmalona, pół czarna, pół biała. Mąż patrzył na mnie i wybuchnął śmiechem.

– Przed chwilą wyglądałaś jak płonąca choinka, a teraz wyglądasz gorzej niż diabeł. Brakuje ci tylko rogów i ogona!

Dobiło mnie to. Rozpłakałam się. Przez kilka nocy mąż nie poszedł ze mną do łóżka. Powiedział mi, że przypominam starą czarownicę i nic go nie zmusi do tego, aby choćby mnie dotknąć.

– Jesteś łysa, ciało masz w bąblach, wyglądasz jak potwór- drwił ze mnie. Rozwiedliśmy się bardzo szybko. Od tej pory nienawidzę piekarzy. 

Z tamtej rozmowy Alfred wyniósł wrażenie, że mąka była rodzajem tworzywa, z którego osoba z powołaniem może wyczarowywać radość, słodycz a nawet miłość. Które także, w szczególnych okolicznościach, ratuje człowiekowi życie.

– Chleb jest substancją życia – zawyrokował wtedy – a jego podstawowy składnik, mąka, jest światem zapewniającym mu istnienie.

Ostateczną teorię złożoności mąki opracował po zapoznaniu się ze składnikami mąki. Rozmawiał o tym z kolegą, nauczycielem biologii pracującym w tej samej szkole.

– Zrozumiałem – było to jak płomień rozjaśniający ciemność – w jak bardzo złożonym świecie żyjemy. My mieszkamy na planecie Ziemia i to jest nasz świat. Dla bakterii, antyustrojów, biokonserwantów czy laseczek Bacillusa, mąka jest światem.

Czekając na bułeczki Świrus był pewien, że jego teoria zainteresuje Piekareczkę. I rzeczywiście, po zapakowaniu pieczywa do dwóch torebek papierowych, przyjęciu zapłaty i wydaniu paragonu, sprzedawczyni podniosła wzrok i znieruchomiała.

– Teraz zamieniam się w słuch. Ciekawi mnie pańska teoria mąki, bo to produkt bliski moim zainteresowaniom zawodowym. Czy ona dotyczy jakiejś konkretnej mąki? Na przykład tortowej? Sprzedajemy jej najwięcej, bo ludzie najchętniej biorą ją do pieczenia.

– Chodzi o teorię złożoności mąki – przypomniał Alfred.

Ucieszyła go pozytywna reakcja Piekareczki. Popatrzył na nią z uwagą, jakby chciał utrwalić sobie jej wygląd. Była kobietą w wieku nieokreślonym, ubierającą się prosto i tradycyjnie. Pod fartuchem nosiła ciemne spodnie i żółty blezerek. Wyróżniały ją oczy, duże, ciemnoszare, w kolorze chmury burzowej, często zamyślone. Nie brakowało jej ciała. Miała pełną twarz i mocne ręce osoby mającej za sobą lata pracy.

Świrus skoncentrował się. Zapragnął pomóc Piekareczce, okazać jej sympatię, podzielić się czymś, co doda jej życiu więcej radości, a nawet uszczęśliwi, jeśli było to możliwe. W duchu liczył też na to, że z wzajemności okaże mu uznanie, którego potrzebę odczuwał jak każdy mężczyzna przerastający swą niezwykłością otoczenie. 

Odc 8 Matematyka a mąka

Mając wdzięczną słuchaczkę przed sobą, Świrus zagłębił się w szczegóły teorii złożoności mąki.

– W mojej teorii są elementy matematyki. Jest to zrozumiałe, bo – jak pani wie – jestem nauczycielem i pasjonatem matematyki. To matka wszystkich nauk. Jej niezwykła siła polega na poddaniu naszego rozumienia świata reżymowi liczb. To oznacza zdolność zmierzenia wszystkiego i dokładność. Przepraszam, że mówię o matematyce a nie o teorii złożoności mąki. Otóż ta teoria określa wielość i różnorodność zastosowań mąki. Pierwsze z nich to oczywiście ciasta i różne dania kulinarne. To jest najprostsze.

Zauważywszy grymas na twarzy Piekareczki, Świrus domyślił się, że uraził ją słowami „to jest najprostsze”. Ona widziała to inaczej. Postanowił usposobić ją życzliwie kupując trzy razy więcej pieczywa niż potrzebował. Zaraz po porcie do domu zjadł pół bochenka chleba „Staromodny Wiejski”, zawierającego mąkę żytnią i pszenną.

Obiad był ważnym zdarzeniem tego dnia. Składał się z solidnej porcji gorących placków ziemniaczanych ze śmietaną. Był to jego ulubiony przysmak. Po obiedzie, Alfred zanurzył się w fotelu z książką w ręku. Nie czytał długo. Zamyślił się nad sytuacją w kraju. Tylko nieliczni obywatele sobie radzili, mieli żony, dzieci, domy i samochody, dorabiali się firm i majątków. Los ich wyróżniał; podróżowali po świecie, penetrowali niezgłębione jaskinie, gdzie diabeł mówi dobranoc i nurkowali na rafie koralowej. Oddał się marzeniom. Oglądał niezwykłe stalaktyty i stalagmity w jaskini, biegał po słonecznej plaży pod palmami, delektował się fantastycznie przyrumienioną kaczką z jabłkami, skwierczącymi krewetkami w sosie czosnkowym, a na końcu pierożki z jagodami polanymi słodką śmietaną. Wszystko to pomieszało się razem w jeden ciąg przeżyć i doznań głębokich jak Rów Mariański. Obudził się wieczorem żałując, że zmarnował kilka cennych godzin dnia.

Odc. 9 Spotkanie w barze

Wieczorem Alfred spotkał się w barze „Hosanna” ze swoim bratem Zenonem i bratankiem Rafałem. Siedzieli przy stoliku w roku sali, pili piwo i w milczeniu przyglądali się klientom. Alfred zastanawiał się, dlaczego mężczyźni i kobiety siedzą przeważnie osobno przy stolikach. Nudził się. Miał poczucie, że należy przerwać milczenie.

– Niewielu ludzi radzi sobie w życiu – zaczął swoją ulubioną śpiewkę. – Ci, którzy sobie nie radzą, to jednostki najbardziej wrażliwe. To oni schodzą na psy, zaniedbują siebie i swoich najbliższych, popadają w wiry alkoholizmu i depresji, aby skończyć samobójstwem. 

Wobec milczenia brata i bratanka, Alfred oddał się wspomnieniom. Przez długi czas sam był takim nieradzącym sobie osobnikiem. Nic mu to jednak nie mówiło, dopóki nie wyrzucono go z pracy i nie opuściła go druga żona. Pierwsza rozwiodła się z nim dając mu radę przy pożegnaniu:

– Aby małżeństwo było udane, trzeba najpierw zmądrzeć.

Wtedy zrozumiał, że normalne postępowanie oparte na prostej miłości, rozsądku i przyzwoitości, nie doprowadzi go daleko. Czuł się zawiedziony, bo miał swoją filozofię i wierzył w jej skuteczność. Wobec kobiet starał się być uprzejmy, sympatyczny i pomocny. Wierzył, że okazywanie komuś życzliwości, wywołuje identyczną reakcję drugiej strony.

Kiedy Zenon wyszedł do toalety, Alfred tłumaczył bratankowi:

– Jeśli ty uśmiechasz się do kobiety, ona odpowie ci uśmiechem. Przynajmniej większość z nich. Jeśli natomiast kogoś traktujesz opryskliwie, możesz spodziewać się, że ten ktoś będzie warczeć na ciebie. To podstawowa reguła: jak Kuba Bogu, tak Bóg Kubie.

Swoją filozofią układności wobec kobiet, z którymi był związany, Alfred czuł się zawiedziony, bo w jego przypadku to nie zadziałało. Była w tym jakaś głębsza dynamika, której nie rozumiał. Podejrzewał, że chodzi o zrządzenie losu, o dobranie się kobiety i mężczyzny jak w korcu maku. Czasem w myśleniu o tym związku, zapętlał się, angażując siły wyższe. Odrywając się od myśli, zwrócił się do towarzyszy przy stoliku:

– Niektórzy ludzie dają sobie wmówić Boga, jaki jest, co myśli, czego oczekuje, co karze a co nagradza. I do czego to nas doprowadziło? Do wojen krzyżowych i błogosławienia ludzi idących na wojnę, aby mordować innych. – To okropieństwo – podsumował z goryczą. Zawsze dochodził do tego samego wniosku.

Brat i bratanek popatrzyli na niego zdziwieni.

Odc. 10 Sufit 

Leżąc na łóżku wieczorem, Alfred zapatrzył się w sufit. Działo się z nim coś niezwykłego: falował, zbliżał się i oddalał. W pewnym momencie rozświetlił się niesamowitym obrazem nieba. Kiedy niebo zgasło, okazało się, że sufit jest nierówny, w dodatku pofałdowany. Alfred wiedział, że to nieprawda, oczy jednak mówiły mu co innego. Usiłował to zrozumieć.

– Mam umysł matematyka, precyzyjny i ostry jak brzytwa. Podsuwa mi on myśl, że to, co obserwuję, może sugerować, że to ja mam nierówno pod sufitem.

– Czy to dobrze czy źle? Odpowiedział sobie po chwili, że dobrze, bo sufit jest podstawą wszystkiego, punktem odniesienia, powierzchnią centralną, pod którą dzieją się rzeczy niesamowite.

– To mój świat. Zgodził się ze sobą bez kłótni, bo i po co miał się kłócić, skoro mógł żyć w zgodzie z własnym umysłem?

Przypomniał sobie miniony dzień. Także inne, wcześniejsze dni. Widział, jak bardzo były do siebie podobne. Zaczął ze sobą rozmawiać. Było to jak pisanie pamiętnika.

– Kładę się spać o godzinie dwudziestej trzeciej i budzę się o dwudziestej trzeciej czterdzieści pięć, dokładnie kwadrans przed północą. Bardzo mnie to cieszy, bo cenię punktualność. Budzę się i martwię, że nie widzę sufitu, oraz tego, że jest on nierówny. Czasem myślę, że to dlatego, że jestem zbyt pobudliwy. Czasy są trudne, a będą jeszcze trudniejsze. . Nie można tego określić jednym zdaniem. Być może nie ma to znaczenia, bo jest wiele ważniejszych spraw. Pierwsza i najbardziej podstawowa – fundamentalna jak to mówią – to dostosować się do zmieniającej się rzeczywistości. Ja się dostosowałem. Wykorzystałem do tego moje wrodzone cechy i zdolności. Zawsze mi mówiono, że jestem dziwny. Nie jest to prawdą, jestem tylko inny. Choć może i trochę dziwny. Nie będę się upierać. To jedna z moich cech: zdolność szybkiego wyczucia, co jest ważne w danym momencie, i odpowiedniej reakcji. Zdolność oportunistycznego dostosowania się, jakby to powiedział Darwin. Czytałem go; bardzo mi pomógł. Nie obnoszę się z moimi poglądami, wolę zachować je dla siebie. Sekretność myśli i postępowania uważam za ważną umiejętność życiową.

Zanim zasnął, zdecydował, że będzie pisać pamiętnik. Następnego dnia, zaraz po obudzeniu się, zrobił w brulionie pierwsze notatki. Zdecydował, że przepisze je późnej na komputerze. 

– Myślę, że tytuł „Pamiętnik rozsądnego szaleńca” brzmi dumnie. Może nawet służyć jako tytuł powieści. To mnie mobilizuje. Może to być jakiś omen nomen, który jest jak trafny los na loterii, dający wygraną. Odrzucam tę myśl, bo to niepotrzebna dygresja.

W nocy śniło mu się, że chodził do toalety kilka razy z rzędu. Było to nienormalne, ale wcale go to nie zdziwiło.

Odc. 11 Prośba

Przed śniadaniem Alfred udał się do piekarni. Już po drodze czuł zapach świeżo upieczonego pieczywa. Przepadał za świeżym, ciepłym jeszcze chlebem żytnio-pszennym. Stojąc w kolejce, którą ze względu na rozmiar nazwał kolejeczką, przypatrywał się sprzedawczyni. Była to ta sama Piekareczka Aldona, ciepła blondynka o niebieskich oczach, jak ostatnim razem, podobnie pulchna, ale świeższa, jakby jej lat ubyło. Nieco umączona przypominała gorącą bułeczkę. Jej konstrukcję cielesną Alfred ocenił na „w sam raz”. Wyobraził sobie jej model matematyczny i pomyślał, że warto byłoby zmierzyć jej wymiary. Pamiętał idealne proporcje kobiecego ciała, 96-68-96; kojarzył je z Wenus z Milo. Nie pasowały do Piekareczki. To go zmartwiło, ale tylko na chwilę.

Kiedy stanął przy ladzie, pozdrowi