Człowiek z taczką. Opowiadanie. Odc. 1-3/3

Odc. 1/3 Spotkanie nad jeziorem

Pierwszy raz zobaczyłem go na początku maja, kiedy buki i brzozy pobliskiego lasu pyszniły się już zielonością, jak pchał wyładowaną ziemią taczkę w kierunku jeziora. Był młody, miał na sobie czerwoną koszulę w kraty i podniszczone, jasne, długie spodnie. Towarzyszyły mu dwa figlujące nieprzerwanie psy rasy Jack Russel.

Obserwowałem go kilka minut, nie wychodząc z samochodu. Przyjeżdżałem tu, aby jak zwykle pochodzić po lesie. Od początku epidemii robiłem to regularnie, dwa razy w tygodniu. Stało za tym przekonanie, że wirus może dopaść człowieka wszędzie z wyjątkiem lasu.

Za trzecim razem, kiedy zatrzymałem się na kawałku dzikiej murawy między drogą a siatką ogrodzenia, mężczyzna jak zwykle odbywał swoją wędrówkę z taczką w kierunku jeziora. Nie wszyscy ludzie lubią, aby im przeszkadzać, kiedy pracują, dlatego się wahałem, zanim ośmieliłem się zagadać. Poczekałem, aż znalazł się kilka metrów ode mnie i wysiadłem z samochodu. Nie zdziwiło go, kiedy szedłem prosto w jego kierunku, był już chyba przyzwyczajony do mnie i do samochodu. Zatrzymał się, oparł nóżki taczki o ziemię, otarł pot z czoła i pozdrowił mnie. Odpowiedziałem pozdrowieniem.

Pięknie tu – zacząłem z przekonaniem, bo rzeczywiście była to piękna okolica: po lewej stronie jezioro Onta, po prawej wzgórze, w głębi stary las, miejsce moich spacerów i marszów. – Te widoki. Mieszka pan w cudownym miejscu. Wzgórza, woda, lasy. Nowenna to przyszłościowo najlepsza dzielnica miasta. Widzę, że wywozi pan ziemię. Będzie się pan budować? – Zapytałem, domyślając się, jaka będzie odpowiedź.

Nawiązaliśmy rozmowę. Mówił chętnie. Miał na imię Alfred. Miałem wrażenie, że rozmowa była dla niego pretekstem, aby odpocząć. 

Miał narzeczoną z bogatego domu. Planowali pobrać się. Jej ojciec, znany przemysłowiec, był zdecydowanie przeciwny ich planom. Arnika, jego narzeczona, opowiedziała mu, co ojciec mówił jej o ich związku. Rozmawiała z nim na temat wybranka swojego serca nie jeden ale wiele razy. Ojciec nie owijał spraw w bawełnę.

– To człowiek bez charakteru i przyszłości. Bo co to za zawód – fryzjer?! Stać cię na dużo lepszą partię. Możesz zostać żoną człowieka, który jest dyplomatą, przemysłowcem czy dobrze zapowiadającym się naukowcem. Ten twój fryzjer kiedyś się zagapi i przypali włosy klientce elektryczną lokówką, i wtedy skończy się jego sława artysty fryzjerstwa.

– A co miałby twoim zdaniem zrobić, aby przekonać ciebie, że jest człowiekiem z przyszłością?

– Musiałby udowodnić, że jest coś wart. Zrobić coś imponującego, aby zasłużyć na ciebie.

– Na przykład, co?

– Na przykład zbudować dom. Nie jakiś domek, tylko coś naprawdę pięknego, abyśmy nie musieli się wstydzić przychodząc do ciebie w odwiedziny.

– Na szczęście negatywna opinia ojca nie zraziła Arniki do mnie. Potrafiła bronić swoich racji. Gotowa była czekać na mnie. Powiedziała mi tylko „byle nie za długo”. To było zrozumiałe, zgodziłem się. Ostatecznie sprawa stanęła na domu. Powiedziałem jej, że zbuduję dla niej wspaniały dom. Taki, z którego naprawdę będzie dumna.

Alfred przerwał. Odwrócił głowę w kierunku powiększającej się wyrwy w ziemi i przyglądał się jej przez chwilę. Poszedłem za jego wzrokiem. Było to urocze miejsce. Działki po bokach były niezbudowane. Były to niegdyś  ogrody z krzewami i drzewami owocowymi, różowymi, białymi i czerwonymi o tej porze roku. Dalej, patrząc w kierunku lasu, stał dom  z dużym gankiem i kolumnami. Z daleka było już widać, ze budował go chyba architekt zakochamy w budownictwie śródziemnomorskim.

– Jak pan widzi, przygotuję miejsce pod fundamenty – przerwał moje zamyślenie taczkarz. Zaciąłem się, robię to sam, aby udowodnić sobie i jej ojcu, że dam radę. Chyba bardziej sobie niż jemu. 

Słuchając, przyglądałem się człowiekowi. Było w nim coś niezrozumiałego, zastanawiającego: szorstkość przemieszana z delikatnością, zwierzęcy upór zintegrowany z duszą artysty, jakiś dysonans, rozbieżność. Miał uduchowioną twarz męczennika i dłonie wirtuoza fortepianu. Nie musiałem sobie tego wyobrażać, bo zdjął z jednej ręki roboczą rękawicę, aby dać odpocząć dłoni. Te atrybuty męskiej urody były jakby doczepione do nóg, rąk i korpusu wysportowanego, proporcjonalnie zbudowanego, mężczyzny. Pomyślałem, że Arnika dobrze wybrała.

Odc. 2/3 Samotnik

Wracając do domu zmęczony intensywnym marszem po lesie, nie mogłem przestać myśleć o człowieku z taczką. Tak mi się kojarzył, tak go sobie zapamiętałem. Nie jako Alfreda, ale jako człowieka z taczką. Nigdy nie widziałem go inaczej. Stanowili parę zrośniętych ze sobą istnień, człowieka i przedmiotu. Nie potrafiłem nazywać go taczkarzem, choć byłoby to najwłaściwsze bo to profesjonalny termin.

Ojciec Arniki uważał go za gołodupca. Może nie dosłownie, ale taki to miało sens. Uznałem postępowanie jej ojca za haniebne. Było haniebne, bo ten mężczyzna, choć był tylko fryzjerem, zasługiwał na coś znacznie lepszego. Dla mnie był człowiekiem z charakterem. Miał swoje ideały. Zdecydowanie stałem po jego stronie.

Historia Alfreda poruszyła mnie do głębi. Ilekroć jechałem, aby odbyć kondycyjny antywirusowy marsz po lesie, zadawałem sobie pytania:

Z zawodu jest fryzjerem. Jak doszło do ich pierwszego spotkania a następnie wzajemnej fascynacji sobą? Prawdopodobnie Arnika zjawiła się u niego jako klientka. Ale jak doszło do zaprzyjaźnienia się a następnie zakochania się z wzajemnością? Mężczyźni-fryzjerzy i ich klientki nie zakochują się w sobie; to brzmi prawie jak banał. A jednak!

Wkrótce dowiedziałem się, że nazywa się Alfred Tarota, powszechniej znany jest jednak jako Fredo. Był to jego zawodowy pseudonim. Coś zagrało w mojej pamięci. Córka kiedyś wspomniała mi to imię, była jego klientką. Fredo był artystą sztuki fryzjerskiej, czesały się u niego panie z towarzystwa. Niektóre kobiety uważały go za super stylistę, niezrównanego mistrza fryzjerstwa damskiego.

Kiedy następnym razem zapytałem go, czy to wszystko jest prawdą, potwierdził.

– Fryzjerstwo zawsze było moim ulubionym zawodem. Jestem fryzjerem artystycznym. Teraz niestety mam mniej czasu, aby się tym cieszyć. Dzielę życie między zakład fryzjerski a budowę domu. Z konieczności mniej się udzielam towarzysko. Nie jest to dobre rozwiązanie, ale nic na to nie poradzę. Dzięki mojej pracy poznałem Arnikę i to jest najważniejsze.

Obserwowałem Fredo regularnie przez cały sezon letni i wiosną następnego roku, jak wywozi ziemię na brzeg jeziora. Czytałem także o nim w prasie. Sprawa stała się głośna, bo w grę wchodziła niepowszednia historia miłosna. Wraz z informacjami pojawiły się zdjęcia Fredo z taczką i dwoma nieodłącznymi psami, omawiano nawet postępy prac. Potem sprawa ucichła.

Zapytany przeze mnie, dlaczego nie wynajmie firmy, która szybko przygotowałaby miejsce pod fundamenty korzystając z koparki, fryzjer zaskoczył mnie swoją odpowiedzią:

– Ziemia jest święta. Nie można jej szarpać bezduszną maszyną. Dlatego robię to ręcznie. Mam siłę i cierpliwość. Kiedy postawię już dom będę mieć poczucie dobrze spełnionego obowiązku.

– I wykonania monstrualnej roboty – dodałem. – Zapiszą pana w księdze rekordów Guinnessa.

– Nie zależy mi na tym.

Rozmawiając ze mną, uśmiechał się cały czas. Była w nim dobroduszność, wiara i upór, których nie rozumiałem. Pracował sam, cierpliwie, dzień po dniu po zakończeniu pracy w zakładzie fryzjerskim, czasem nawet w sobotę i niedzielę, aby zbudować najpiękniejszy dom na świecie dla ukochanej kobiety.

– Skąd on ma na to pieniądze? Pracując zarobkowo na pół etatu i drugie pół bez wynagrodzenia przy budowie domu, musi się przecież z czegoś utrzymywać. Dochód z fryzjerstwa nie mógł mu wystarczyć.

Rozmawiałem na ten temat z moją żoną, którą historia miłosna i szaleńcza praca Fredo coraz wyraźniej intrygowały, choć nie tak bardzo jak mnie.

– Uważam go za człowieka pozytywnego, ale zupełnie niepraktycznego, po prostu oryginał i dziwak – Taka była jej opinia. Miała dużo racji. Nie mogłem tego nie przyznać.

Kiedyś żona dała się przekonać, aby pojechać ze mną i go poznać, a przynajmniej go zobaczyć. Rozmawialiśmy z Fredo bardzo krótko, bo zbliżała się burza. Od tego czasu – nie wiem dlaczego – żona straciła zainteresowanie całą tą historią.

Kontynuując wyprawy do lasu rozmawiałem z Fredo głównie po to, aby podtrzymać naszą znajomość, bo w jego życiu praktycznie nic się nie zmieniało. Byłem do niego pozytywnie nastawiony. Sam miałem niełatwe życie i rozumiałem go co najmniej częściowo. Zaprzyjaźniliśmy się, choć byłem znacznie starszy od niego.

Opowiedział mi więcej o sobie. Otrzymał spadek po rodzicach, właśnie to wzgórze oraz teren z jeziorem w Nowennie, stopniowo rozbudowującej się, najdroższej dzielnicy miasta. Zostawili mu także spore oszczędności w postaci funduszu inwestycyjnego, z którego otrzymywał wypłaty każdego miesiąca.

– Jakby domyślili się, że będę bardzo potrzebować tych pieniędzy. Zawsze troszczyli się o mnie, chyba nadmiernie, bo sami żyli dosyć oszczędnie. Nie mogę oczywiście narzekać. – Wyjaśnił, że nie potrzebuje dużo, bo żyje skromnie. – To tylko ja i moje psy. Na nic więcej nie muszę wydawać pieniędzy.

Odc. 3/3 Wymarzony dom

Zapytałem go o Arnikę. Dowiedziałem się tylko tyle, że obiecała mu, że będzie czekać, ale po roku przestała. Nie chciał powiedzieć nic więcej. Doszło do mnie wkrótce, że znalazła sobie kogoś innego. Fredo zachowywał się tak, jakby tego nie wiedział lub nie chciał wiedzieć, lub nie miało to dla niego znaczenia. Przestałem go rozumieć, ale nie straciłem zainteresowania jego życiem. Scenariusz jego postępowania był dla mnie niejasny, mogłem tylko czekać i śledzić rozwój wydarzeń.

Nadal podziwiałem Fredo, jak z wytrwałością graniczącą z uporem maniaka wywozi ziemię taczką. Imponował mi jego niezwykły hart i pokój ducha. Nie było widać po nim zmęczenia. Wydobyty urobek składował na płaskim brzegu jeziora, który stopniowo wydłużał się, zmniejszając powierzchnię wody. Miałem wrażenie, że Fredo tego nie widzi, ponieważ proces kurczenia się jeziora następował stopniowo. Pchając taczkę i opróżniając ją patrzył tylko w ziemię. Być może w ogóle go to nie interesowało.

Przez cały okres obserwacji nic się w nim nie zmieniało: ta sama czerwona koszula, te same długie, jasne spodnie, ta sama taczka. Zmieniała się tylko góra, jezioro i chyba trochę psy. Były mniej rozbiegane, spokojniejsze, wierni towarzysze pracowitej samotności swego pana. Polubiliśmy się wzajemnie; psy łasiły się do mnie, jakbym był członkiem rodziny.

Po półrocznej przerwie – przebywałem wtedy za granicą w niekończącej się podróży służbowej – przyjechałem znowu, aby odbyć tradycyjny już spacer po lesie. Zaskoczył mnie widok miejsca tak dobrze mi znanego. Tam, gdzie ostatnio widziałem prymitywne zarysy fundamentów, stał dom. Ale jaki! Była to rezydencja, coś jak dawny szlachecki dworek, rozległy, imponujący, tonący w kwiatach. Połowa wzgórza na całej szerokości rozległej działki zniknęła, nie pozostało z niego nic oprócz stromych wycięć w stoku po obydwu bokach i ogromnego nawisu ziemi z tyłu.

Przyglądałem się niezwykłej zmianie pejzażu, kiedy z domu wyszedł Fredo. Poznał mnie i z daleka machał już ręką. Zaskoczył mnie swoim zrelaksowanym, odmiennym wyglądem. Miał na sobie elegancką, jasnoniebieską koszulę w paski oraz jasne, nowe spodnie z dobrego materiału, na nogach zaś granatowe zamszowe mokasyny. Z gustownym, nie rzucającym się w oczy złotym łańcuchem na szyi wyglądał jak popularny artysta wychodzący przed dom, aby przywitać gościa przybywającego na urodzinowe przyjęcie lub towarzyski niedzielny grill.

Wyraziłem podziw dla jego osiągnięć i zapytałem czy nawis ziemi z tyłu nie jest niebezpieczny. Uspokoił mnie.

– To bardzo solidna konstrukcja ułożonych pod odpowiednim kątem betonowych kolumn i płyt. Projektował ją znany architekt. Jego żona była moją klientką, zrobiła mi dobrą reklamę dzięki czemu mogłem uzyskać korzystniejszą cenę za usługi firmy jej męża.

Przy kolejnej wizycie zapytałem Fredo ponownie o Arnikę, czy wie, co u niej słychać. Tym razem był trochę bardziej rozmowny. Powiedział, że jest mężatką, ale nie ma dzieci.

– Podobno co roku wyjeżdżają za granicę na wakacje. Czy jest szczęśliwa, tego to nie wiem – dodał odwracając głowę w kierunku psów, które ujadając radośnie wybiegły zza domu aby mnie przywitać.

Wydawało mi się, że pogodził się z losem. Bardzo tylko pragnął, aby zobaczyła dom, który dla niej zbudował. To było jego jedyne marzenie – podzielił się nim ze mną zanim się pożegnaliśmy. Dowiedziałem się od mojej żony, że wierzył, że jak Arnika zobaczy ten wymarzony dom, wtedy wróci do niego.

Wytrwałość Fredo przyniosła wyniki. Udało mu się umówić z Arniką na ósmy dzień sierpnia, że przyjedzie do niego, aby razem obejrzeli dom. Liczył na słoneczny, ciepły dzień.

Fredo przygotowywał się do wizyty jakby zależało od niej jego życie. Posprzątał dom wewnątrz i dookoła, włożył świeże kwiaty do wazonów, gruntownie przewietrzył wszystkie pomieszczenia. Pościerał starannie zakamarki, gdzie mógł zgromadzić się kurz, umył zlewy, wanny i sedesy. Robił wszystko sam. Był skrupulatny w każdym szczególe. Przygotował nawet kawę do naparzenia, aby jej zapach stworzył atmosferę ciepła i radości.

W nocy z siódmego na ósmego sierpnia około godziny dwudziestej drugiej zaczął padać deszcz. Takich opadów nie notowano w historii ani miasta, ani kraju. To była potworna ulewa, pogrom wszystkiego, co stanęło na drodze miliardom litrów wody spadającym z nieba. Potop trwał sześć długich godzin. Potoki wody spływały w kierunku jeziora Onta, podnosząc jego poziom metr po metrze.

Kiedy Arnika przyjechała pod wskazany adres, nie szukała długo. Pamiętała to miejsce. Nie było tam niczego do oglądania. Nie było wzgórza, nie było domu, tylko w miejscu jeziora rozciągało się gigantyczne rozlewisko mętnej wody.

Przyjechałem na miejsce kilka godzin później, jak tylko dowiedziałem się o skutkach oberwania chmury nad Nowenną i sąsiednimi dzielnicami. Stałem w szoku w miejscu, z którego lubiłem podziwiać dom i nie wierzyłem własnym oczom. Dołączył do mnie mężczyzna; nigdy wcześniej go nie widziałem. Lekko przygarbiony, w surducie i sztuczkowych spodniach wyglądał jak zapomniany przez czas kaznodzieja, który wybrał się nad jezioro, aby ułożyć sobie w głowie kazanie na ważne święto kościelne. Jego twarz była jeszcze młoda; postarzały ją posiwiałe przedwcześnie włosy i dwie wyraźne zmarszczki zatroskania. Staliśmy w milczeniu, szukając wzrokiem tego domu. Mężczyzna popatrzył na mnie, następnie spojrzał w niebo, milczał chwilę, po czym przemówił wyraźnym, mocnym głosem:

– Nie znałem osobiście Fredo, właściciela domu, ale znam ich historię. Fredo zbudował go z miłości do kobiety. W najpiękniejszym miejscu, na stoku wzgórza, z widokiem na jezioro. To wyjaśnia i uzasadnia wszystko. Miłość to najświętszy z sakramentów.

Michael Tequila
Gdańsk, 20 03 2021

0Shares

Drzewo kłamstwa. Opowiadanie.

Rok był przestępny. Dwudziestego dziewiątego lutego ogrody nad rzeką Karmą były jeszcze ośnieżone, kiedy zakwitły drzewa kłamstwa. Uznano to za cud przyrody. Kwiaty były dwukolorowe czarno-czerwone i wzbudzały powszechny zachwyt.

– To tak jakby jeden kolor wzywał do piekła, a drugi do szalonej, gorącej miłości – napisał poeta Jeremi Caprio.

Kilka dni potem zakwitły drzewa prawdy. Kwiaty były drobniejsze i miały tylko jeden kolor – śnieżnej bieli z aksamitnym połyskiem błękitu w dniach, kiedy panował mróz. Ponieważ śniegu było nadal dużo, pierwszego dnia nikt nawet nie zauważył białego kwiecia. Nie miały w sobie tyle czaru ile ich poprzedniczki.

Widok kwitnących ogrodów kłamstwa i prawdy był tak niezwykły, że pod ogrody samochodami i środkami komunikacji miejskiej przyjeżdżały tłumy ludzi, aby je podziwiać. Mróz trzymał jeszcze dwa tygodnie powodując, że przy najlżejszym powiewie z drzew sypał się pył śnieżny … „i błyszczał rozzuchwalony osobliwością kwitnienia” – dopisał do swego poematu Jeremi Caprio, urzeczony niezwykłością zjawiska.

Joanna stała na balkonie i podziwiała dwa odosobnione drzewa kłamstwa widoczne w dole, na stoku przy strumieniu. Była zamyślona, kiedy obok niej pojawił się mąż. Przyniósł jej bukiet kłamstwa, najpiękniejszy, jaki mogła sobie wymarzyć. Wręczył go całując ją w szyję i szepcząc do ucha:

– To z okazji trzydziestolecia naszego ślubu. Wyglądasz piękniej niż Wenus z Milo.

Uszczęśliwiona kobieta wzięła bukiet w rękę i trzymała go przed sobą, aby nasycić się widokiem i odurzającym zapachem kwiatów. Wiatr uchylił poły jej szlafroka i odsłonił biel obfitych piersi. Błyszczały zachwycone nagłą jawnością. Nie mogły być piękniejsze, bardziej dorodne ani bardziej ponętne. Przysłonięte bukietem kłamstwa były idealne.

Przez dwa tygodnie słonecznej pogody rozwijała się moda na bukiety kłamstwa. Ludzie obdarzali się nimi nie szczędząc pieniędzy ani zachodu w poszukiwaniu najpiękniejszych kwiatów. Przybrane ciemnoczerwonymi wstążkami z dodatkiem złotego pyłu, cieszyły się szczególnym wzięciem u zakochanych par, młodych panien i narzeczonych, zwłaszcza wtedy, gdy w grę wchodziły wyznania i przysięgi, szepty i oczarowania.

– Będę kochać cię nad życie – wyznał Zdzisław Krystynie stojąc na ślubnym kobiercu w pałacu ślubów Hosanna, wręczając jej symboliczną gałązkę drzewa kłamstwa przybraną jedynie dwiema wstążeczkami. Wiedział, że lubiła proste formy. Tego dnia wprost zgadywał jej życzenia.

– Szacunek, miłość, oddanie – na tle bukietu kłamstwa te słowa nabierały nowego znaczenia. Niektóre kobiety przyjmowały je lekko i z wdziękiem, inne poważnie, jakby były to portfele wypełnione grubymi plikami banknotów, jeszcze inne z uśmiechem, tak jakby kwiaty im się zawsze należały.

Umiejętności doboru, wręczania i otrzymywania bukietów kłamstwa dzieci uczyły się od osób dorosłych w sposób naturalny i niewymuszony. Było w tym coś budującego, jak szybko nabywały tych umiejętności.

– Czy odrobiłaś już lekcje, kochanie? – zapytał ojciec swoją Jolę, uczennicę drugiej klasy.

– Oczywiście, tatusiu. Odrobiłam je wyjątkowo solidnie, choć miałam mało czasu – dziewczynka uśmiechnęła się, wręczając ojcu gałązkę kłamstwa zapakowaną w celofan z kolorowymi wstążeczkami. – Sama je namalowałam – dodała.  

Dzięki bukietom kłamstwa ludziom łatwiej było porozumiewać się bez słów. Czarno-czerwone kwiaty miały w sobie niezwykły urok. Kiedy w domu stał taki bukiet, mniej było kłótni, życie toczyło się pogodniej. Czasem wystarczył nawet jeden mały, ale ładnie ułożony bukiecik, aby rozradować napięcie lub uśmierzyć kłótnię.

Z bukietów kłamstwa chętnie korzystali tłumacze języka migowego. Nadia, zatrudniona w telewizji jako tłumaczka tego języka, była wręcz entuzjastyczna.

– Wreszcie mamy coś, co ułatwia nam, tłumaczom migowym, komunikację. Ileż musiałam namachać się rękami, dłońmi i palcami tłumacząc wystąpienie jakiegoś naukowca lub urzędnika na konferencji prasowej! To niewiarygodne. Teraz posiłkuję się bukietem kłamstwa i wszyscy obserwujący mnie wiedzą, o co chodzi. Ważne jest ułożenie gałązek w odpowiedni sposób. Sygnał staje się wtedy mocniejszy, a przekaz wyraźniejszy.

Wkrótce pojawiły się reklamy zachęcające do kupowania bukietów kłamstwa. Najbardziej popularne było hasło: Człowiek może cię oszukać, kwiat nigdy ci nie skłamie”.

W telewizji odbyło się kilka dyskusji na temat najbardziej popularnych kwiatów sezonu. Udział brali w nich ogrodnicy, przyrodnicy, etycy a nawet historycy. Każdy z nich miał coś ciekawego do powiedzenia. Najwięcej kontrowersji wywołała wypowiedź katechetki, starszej wysuszonej niewiasty w granatowej sukience, zatrudnionej w biurze porad sercowych i matrymonialnych.

– Nie musisz się tłumaczyć, że popełniłeś czy popełniłaś zdradę. Wręczasz bukiet kłamstwa i masz sprawę z głowy. Każda kobieta to zrozumie, każdy mężczyzna wybaczy.

Osoby obecne na widowni argumentowały, że jeden bukiet niekoniecznie wszystko załatwi.

Zapytany o kwiaty kłamstwa rzecznik rządu zdystansował się ostrożnie.

– Jesteśmy nowoczesnym, demokratycznym społeczeństwem. Korzystanie czy nie korzystania z bukietów kłamstwa to wybór indywidualny, jeśli tylko mieści się on w granicach konstytucyjnego prawa wolności słowa i ekspresji.

– Czy ministerstwo szkolnictwa myśli o wprowadzeniu do programu edukacji sztuki układania kwiatów kłamstwa?

Na to pytanie rzecznik odpowiedział wymijająco:

– Nic mi o tym nie wiadomo. Proszę pytać o to ministra szkolnictwa.

Po dwóch latach okazało się, że z ogrodów prawie całkowicie znikły drzewa prawdy wyparte przez drzewa kłamstwa.

– To było nie do uniknięcia. Kwiaty drzewa kłamstwa są oryginalniejsze w kształcie, bogatsze w kolorze i piękniej pachną – wyjaśniali ogrodnicy. – Dlatego ludzie chętniej je kupują i hodują. Każdego roku mamy coraz więcej klientów zgłaszających się po ich sadzonki.

Drzewa kłamstwa okazały się też bardziej odporne na niekorzystne warunki atmosferyczne, mróz, suszę, obfite deszcze, silny wiatr oraz szkodniki.

– Jak na razie nic się ich nie ima. Może z czasem pojawi się jakieś robactwo, bakterie lub grzyby wywołujące choroby, ale miejmy nadzieję, że nie nastąpi to prędko – tłumaczyli ogrodnicy, osoby najlepiej zorientowane w zawiłościach rozwoju drzew kłamstwa.

Obydwie odmiany drzew można było sadzić wiosną, latem i jesienią, pod warunkiem, że przez pierwsze cztery tygodnie sadzonki będą należycie podlewane i osłonięte przed nadmiernym słońcem i zimnym wiatrem. Pół litra wody wystarczało na tydzień dla jednego drzewka.

Późną wiosną odkryto jeszcze jedną użyteczną właściwość kwiatów kłamstwa. Okazało się, że mają one znaczenie lecznicze. Kobieta w białym fartuchu reprezentująca firmę Gemma Flowers tłumaczyła w telewizji, że napar z ich kwiatów działa leczniczo na bóle sumienia.

Po kilku dalszych latach rosnącej popularności drzew kłamstwa pojawiła się ich krzyżówka z drzewem przekleństw. Z wyglądu obydwa gatunki drzew były prawie identyczne, w kwiatach hybrydy było tylko więcej szarości. Najczęściej były one nie do odróżnienia. Uwidoczniło to zupełnie nieoczekiwany problem.

– O ile kwiaty kłamstwa wszystkim odpowiadają zapachem, kolorem i kształtem, o tyle te z domieszką przekleństw wyraźnie śmierdzą prostactwem i chamstwem.

Niechęć społeczeństwa do nowej hybrydy była tak wielka, że ministerstwo rolnictwa wydało zakaz hodowli krzyżówek drzewa kłamstwa i drzewa przekleństwa. Nakazano też zniszczenie istniejących ich egzemplarzy. Ponieważ nie wszyscy obywatele potraktowali nowe prawo z należytym szacunkiem, w domach i ogrodach pojawili się strażnicy miejscy a nawet policjanci. Wręczali oni mandaty oraz niszczyli drzewa podobne do wzorca, jaki mieli w smartfonach i na zdjęciach. Kiedy wszystkie krzyżówki z udziałem drzewa przekleństwa zostały zniszczone, okazało się, że niewiele to dało. Ludzie nadal bluzgali jak rzeźnik tonący w kloace.

– Świat kręci się jak zawsze dookoła własnej osi i wokół słońca, niezależnie od tego czy na ziemi rosną drzewa kłamstwa, prawdy czy też hybrydy. Wszystko zależy od poczucia piękna i estetyki. Jedni lubią kwiaty drobne i białe, inni większe, czarnoczerwone. Czy mają one więcej czy mniej szarości, czy też nie mają jej w ogóle, wielu osobom nie robi jednak różnicy. Mamy coraz bardziej liberalne społeczeństwo. Przekleństwa zadomowiły się w naszym życiu podobnie jak drzewa kłamstwa i prawdy w ogrodach – tłumaczono w programie „Kultura roślin” w telewizji. – I tak już musi być, chyba żebyśmy wystrzelali tych najbardziej przeklinających dla odstraszenia pozostałych. To jest oczywiście niemożliwe, bo kraj by się wyludnił.

Nie były to mądre słowa. Następnego tygodnia zastrzelono znanego polityka oraz ciężko zraniono dwóch innych.

Michael Tequila
Gdańsk, 9 marca 2021

0Shares

Zabójstwo. Opowiadanie surrealistyczne.

– Zabiła go pogoda – orzekł młodszy posterunkowy Zupak, wyjmując ołówek, kalkę i notatnik.

Pogoda nie mogła być nędzniejsza. Od trzech dni tumany chmur wałęsały się przy ziemi, rozkołtunione, wredne, duszące za szyję samym swym widokiem. W końcu dopadła Szaleńca walczącego z wiatrakami uprzedzeń rasowych, seksualnych i medycznych, kiedy szedł do sklepu z psem, schwyciła za gardło i zdusiła ku ziemi. Nawet się nie bronił. Kilka razy poruszył nerwowo nogami jakby chciał podbiec do odjeżdżającego autobusu i to było wszystko.

– Świadkowie twierdzą, że poruszył nogami pięć razy, inni, że trzy – zapisał w notatniku posterunkowy Zupak. – Tak czy inaczej po zakończeniu tego dziwnego spektaklu denat znieruchomiał na dobre. Tak to sobie wydedukowałem.

Wierny pies Szaleńca uciekł, aby zanieść wiadomość rodzinie, że czas już dzielić spadek. Sam miał nadzieję na stosik świeżych kości oraz większą sztukę wołową, jakie właściciel obiecał mu zapisać w swojej ostatniej woli. Domownicy ucieszeni wiadomością się rzucili do szafki, gdzie Szaleniec trzymał dokumenty, była jednak zamknięta na kłódkę i dodatkowo zakratowana.

Upadły leżał przy chodniku w kałuży błota. Obchodzono go z daleka, bo przedstawiał niemiły a może nawet i odrażający widok, zachowując na ustach wyzywający, sardoniczny uśmiech jakby to on uśmiercił pogodę, a nie ona jego.

– Niby to człowiek, ale bardziej przypomina rozmamłany wór starych ubrań dla bezdomnych ofiar wielkiego dobrobytu. – Szeptały między sobą dwie niewiasty. Stały naprzeciwko siebie i konwersowały; jedna młoda ubrana na czarno, w szerokiej spódnicy i druga starsza, w kolorowym stroju dzierlatki i getrach tak obcisłych, że momentami znikał pod nimi kształt jej nóg.

I leżałby tak człowiek szalony, ofiara pogody, do końca świata, gdyby nie słoneczko, które pojawiło się dwie godziny później oraz sześć naparstków whisky, jakie litościwy pijak wlał mu do ust. Ratując człowieka, słowa modlitwy spływały z jego własnych ust wysuszonych wieloletnim obcowaniem z napojami wyskokowymi.

– Życzyłbym sobie, aby i mnie ktoś wyświadczył taką przysługę, kiedy będę na ziemi na klęczkach głodu i pragnienia.

– Masz to jak w banku – odezwał się głos od strony wysokiego budynku, gdzie zakwaterowano wielką gromadę nowoczesnych Samarytan od Świętego Grzechu. Patrzyli w dół z dziesiątego piętra pozdrawiając go rękami pełnymi obietnic.

Ich ciepłe gesty dotarły do Pijaka i Szaleńca przekonując ich ostatecznie, że świat jest piękny mimo nędznej pogody, okrutnego wirusa,  zazdrosnych kochanek, zaplutych polityków i wszystkich innych nieszczęść cywilizacji.

Michael Tequila
Gdańsk, 4 marca 2021

0Shares

Ja, Herkules. Powieść. Odc. 41/80

Odc. 1 Prezentacja 

Postanowiłem zostać celebrytą. Postanowiłem i słowa dotrzymałem. Oto stoję przed wami w całej krasie i okazałości, ja, Herkules Celebryta. Aby się nacieszyć, że to jestem ja, człowiek na piedestale sławy, chodzę regularnie do łazienki i patrzę w lustro. To mi sprawia przyjemność. Kiedyś tego tak nie odbierałem, dzisiaj jest inaczej. Nie uważam tego za narcyzm, tylko przypominanie sobie, jak wyglądam; ostatecznie nie patrzę na siebie nieprzerwanie. Oczywiście żartuję z tym chodzeniem do łazienki i podziwianiem siebie. Mam nadzieję, że nie dałeś się złapać na ten prościutki żart.

W niedzielę rano przeglądałem zdjęcia. W ręce wpadła mi kolorowa fotka z ambasady Stanów Zjednoczonych w Argentynie, z podpisem na odwrocie: US Embassy in Argentina, Avenida Colombia 4300, Buenos Aires. Jeden z dwóch mężczyzn na zdjęciu to byłem ja. Ten drugi to był ambasador amerykański. Pamiętam jak się nazywał: John Sidro. Znałem już wtedy protokół dyplomatyczny, umiałem się znaleźć i miałem dobre maniery. Byłem też pewny siebie. Dlatego też znalazłem się w tamtym miejscu.

Nie zawsze nosiłem imię Herkules, podobnie jak nie od dziecka jest się celebrytą. Ale zawsze miałem w sobie zalążki wielkości; nosiłem buławę hetmańską w plecaku, jak to mówią. Tak jak większość z nas, bo wiele jest genialnych dzieci. Będąc tego świadomym, trzeba też pamiętać ostrzeżenie, wypowiedziane przez kogoś chyba nie bez przyczyny:

– Jak to się dzieje, że jest tyle genialnych dzieci, a na starość tylu głupców?

To ostrzeżenie, że człowiek może ulec degeneracji.

Wracam do imienia. Byłem jeszcze młody, ale bez przesady, bo miałem już za sobą kawał udanego życia, kiedy poczułem w sobie taką parę, że przestraszyłem się, że wybuchnę jak kocioł parowy. Czułem się wtedy jak wypełniona paliwem rakieta wykonana ze stali nierdzewnej i tytanu, gotowa wzlecieć w przestrzeń kosmiczną. Był to moment, kiedy uznałem, że muszę zmienić imię na Herkules. To super imię, podoba mi się, idealnie pasuje do celebryty.

Czasem moi wielbiciele i wielbicielki proszą mnie:

– Opowiedz nam historię Herkulesa. Wiemy, że masz mało czasu, ale opowiedz choćby w dwóch słowach.

Niestety, odmawiam takim prośbom, bo nie sposób jest opowiedzieć historii półboga-półczłowieka w ciągu kilku minut. Kiedyś to oczywiście uczynię, w korzystniejszych warunkach, kiedy będę mieć więcej czasu. Obecnie jest to niemożliwe, jestem za bardzo rozchwytywany.

Były to lata, kiedy żyliśmy wszyscy w świecie chwiejącym się pod presją szalonych idei, zwariowanych przywódców, lokalnych wojen i zabójczego wirusa; każde nietypowe zachowanie zasługiwało wówczas na szacunek pod warunkiem, że było skuteczne, że stawiało cię przed innymi. Ponadto, co tu dużo mówić, ludziom znanym, słynnym i wybitnym, zawsze wiele się wybaczało.

Pamiętam, że w ambasadzie amerykańskiej w Buenos Aires, w czasie mojego wystąpienia w roli celebryty przed personelem dyplomatycznym ambasady i zaproszonymi gośćmi, przypomniał mi się kawał o słupie. Musiałem go opowiedzieć, bo był krótki i dobry. To było silniejsze ode mnie. Mam taką zasadę, że nigdy nie powinno się odmawiać sobie czegoś, na co ma się chęć. Oczywiście musisz liczyć się z następstwami. To, co robisz, może nieść ze sobą konsekwencje. Inaczej mówiąc, cenę, jaką zapłacisz. Ja nie zapłaciłem wówczas żadnej ceny, wręcz przeciwnie, dużo zyskałem jako człowiek z poczuciem humoru.

Wracam do kawału. Tematem był pijany w sztok mężczyzna, który chodził dookoła wielkiego betonowego słupa ogłoszeniowego, dotykał go rękami szukając wyjścia, szukał i szukał, w końcu pełen przerażenia krzyknął:

– Rany boskie! Zamknęli mnie! Zamknęli!

Tak naprawdę, to nie powinienem wtedy, ani w ogóle, opowiadać tej dykteryjki, bo pijaków nie znoszę. Znam nawet kilka obraźliwych określeń na ich temat: moczymorda, pijus, opój, oliwa, pijanica, alkoholik, ochlapus, gazownik, opilec. Dzisiaj bym tego raczej nie zrobił, mamy inne czasy, jest większa wrażliwość na losy ludzi, którym się nie powiodło, sam też jestem inny. Nie bez znaczenia jest też poprawność polityczna.

Wtedy w ambasadzie, zatrzymałem się po zakończeniu kawału, choć przychodziły mi do głowy inne, może nawet jeszcze lepsze kawały, i powiedziałem:

– Szlus. To już koniec kawału, dygresji i wyliczanki.

Były to lata, kiedy robiłem rzeczy dziwne i szalone, bo takie były warunki życia. Wszyscy zachowali się wtedy nietypowo; wirus mieszał ludziom w głowach i dezorganizował życie, każdy starał się radzić sobie z tym jak mógł. Dzisiaj jest tylko trochę łatwiej, ale nie za dużo. Nadal mamy przed sobą masę niepewności, nawet co do przyszłości samej cywilizacji ludzkiej.

Ja byłem uprzywilejowany, ponieważ wiedziałem już, jak uniknąć pułapek, jakie niesie życie. Tłumaczyłem moim zwolennikom:

– Nawet jeśli jesteś pewny siebie, masz w sobie dynamit, talent i pomysły, jak się wyróżniać, to nie wystarczy. Musisz stale się uczyć pamiętając, że są jeszcze sposoby widzenia, myślenia i postępowania inne niż twoje i warto się w nich ogarnąć, jeśli chcesz pozostać na topie.

Dzisiaj, mimo że zaszedłem daleko na drodze sławy, nie przestaję pracować nad sobą, bo bycie celebrytą ma swój początek ale nie ma końca. Oczywiście z wyjątkiem samobójstwa lub cichego pokoiku w szpitalu dla psychicznie chorych z widokiem na morze w miejscu, gdzie za oknami jest park i rosną rozłożyste drzewa. Rzecz jasna żartuję, ale tylko na temat widoku na morze w parku.

Odc. 2 Bagno i waga patriotyzmu

Wtedy, w ambasadzie, kiedy powiedziałem „Szlus. To już koniec kawału, dygresji i wyliczanki”, ambasador John Sidro zapytał mnie:

– Co ma pan na myśli? Jak należy rozumieć pańskie słowa?

Z Johnem Sidro łączyła mnie oryginalna pasja filatelistyczna – zbierania znaczków i innych walorów pocztowych w tematach „Prymitywna jednostka społeczna” oraz „Zbiorowa głupota narodu”. Były to dwa zjawiska, które uznaliśmy za największe zagrożenie demokracji, a szerzej mówiąc zagrożenie wolności, którą obydwaj stawialiśmy na najwyższym piedestale. Poglądy nas zbliżały, tworząc coś w rodzaju wspólnoty ducha, łączącej ludzi i ułatwiającej porozumiewanie się w innych sprawach. Pamiętam, co mu odpowiedziałem:

– Dobrze, że pan pyta, panie ambasadorze, bo kto pyta, nie błądzi. Ale tylko wtedy, kiedy człowiek nie znajduje się na bagnie, bo tam, nawet jeśli zna się kierunek drogi, to i tak niewiele to pomoże. Bagno to bagno.

– To miejsce, gdzie możesz szybko utonąć i to w sposób bardzo bolesny, nabierając błota w usta. To ohydne – dodał ambasador, wykrzywiając boleśnie twarz i otwierając usta tak, jakby chciał schwycić ostatnią drobinę bagiennego powietrza.

Był to nasz frymuśny sposób rozmowy o sprawach poważnych, wolności, demokracji, mądrości oraz niebezpiecznej głupocie, reprezentującej najwyższą formę ludzkiej beznadziejności.

Wracając do bagna zrobię małą dygresję. Pisał o nim Arthur Conan Doyle (Co tu mówić! Ludzie kochali go za wyobraźnię detektywistyczną oraz znakomity adres zamieszkania przy Baker Street w Londynie). Conan Doyle był pisarzem-celebrytą. To nas łączyło. Oczywiście żył sporo wcześniej więc nie była to więź bezpośrednia tylko ezoteryczna. Uwielbiałem czytać fragment jego kryminału „Pies Baskervillów” opisujący bagna Grimpen-Mire, które stały się przedmiotem szczególnego zainteresowania Sherlocka Holmesa, a w filmie mroczną oprawą wystąpienia samego psa Baskerwilów. Była to przerażająca bestia, niesamowity, straszny; w nocy fosfor świecił mu się z mordy trupim blaskiem. Będąc wówczas chłopcem myślałem, że takiego psa dobrze było mieć, kiedy masz słabą latarkę albo zapomniałeś ją zabrać. Zwierzak oświetlał ci wówczas drogę, w dodatku miałeś towarzystwo.

Wskoczę teraz na sekundę w nurt fascynacji miłosnych, aby złożyć także i wobec ciebie deklarację, że kocham psy, czasem nawet bardziej niż człowieka. Jest to miłość odwzajemniana. Tylko raz pies mnie ugryzł, i to gdzie, w pośladek. Wybaczyłem mu to, ponieważ obydwaj byliśmy młodzi. Był jeszcze szczeniakiem, a ja pod względem dojrzałości byłem niewiele mądrzejszy od niego. Opowiem tę historyjkę przy innej okazji, ponieważ ma wydźwięk filozoficzny, jak postępować w warunkach zagrożenia.

Dzisiaj jest inaczej niż za czasów Conan Doyle’a, Sherlocka Watsona i psa Baskerwilów. Wciąż mamy pisarzy, detektywów i psy, ale bagien jest znacznie mniej, tych naturalnych oczywiście, no i technologie się zmieniły. Dziś masz latarkę w smartfonie, a niedługo będziesz mieć źródło światła wszczepione pod skórę dłoni zasilane energią produkowaną przez twój organizm. Inwencja ludzka nie ma granic, jestem o tym przekonany, a to nas prowadzi wprost do bramy nieba i piekła, gdzie droga rozdwaja się w bardzo ciekawy sposób. Którąkolwiek z nich nie pójdziesz, dojdziesz równocześnie w jedno i w drugie miejsce, to znaczy i do nieba i do piekła. Chodzi o to, że cokolwiek człowiek nie wymyśli, ma swoje zalety jak i wady. Taki samochód przykładowo. Masz wypasione limo, jeździsz nim gdzie chcesz, ale przestajesz używać nogi, w związku z czym obrastasz tłuszczem, kurczą ci się płuca, a serce zniechęca się coraz bardziej do działania. Eh! Jest to szeroki, słodko-cierpki temat, kwestia dwoistości zjawisk, inaczej mówiąc dualizmu. Na temat dualizmu rozmawiałem raz lub dwa razy z ambasadorem Sidro, częściej natomiast z mym przyjacielem Erazmem. Dualizm to mój konik, moja szczególna pasja. Jeśli chcesz być celebrytą, koniecznie musisz mieć coś takiego w sobie, bo to cię odróżnia także od innych celebrytów. Podobnie jak zabłocone buty od czystych lub kobietę z pełnymi piersiami od chudziny mogącej przestraszyć nawet własne, spragnione mleka dziecko.

Temat celebrytyzmu podjąłem kiedyś z profesorem Janem Zybe. Zybe to ten facet, który wynalazł wagę do mierzenia patriotyzmu. Dla mnie, urządzenie to bardziej niż wagę przypominało alkomat, który określa poziom patriotyzmu na podstawie wdychanego i wydychanego powietrza. Znielubiłem Zybego za to urządzenie. Była to jakaś perwersja, wynalazek z podszeptu szatana. O ile wiem, Zybe miał sugerować prezydentowi, żeby to wykorzystać w procesie przyznawania i odbierania obywatelstwa. To tak jakby powiedzieć:

– Oceńmy kandydatkę, czy jest dostatecznie patriotyczna, aby zająć stanowisko dyrektora państwowej kopalni węgla kamiennego.

Myślę, że równie dobrze można oceniać przejrzystość człowieka, czy nie będzie nadmiernie zasłaniać światła stojąc naprzeciw okna. Temat jest nie bez znaczenia w małych mieszkaniach, sklepikach, komórkach, kurnikach, celach więziennych, piwnicach i garażach, gdzie jest tylko jedno okno. Wybacz, że jestem taki zgryźliwy, ale to kwestia krytycyzmu. Celebryta musi umieć krytycznie oceniać rzeczywistość, aby nie robić z siebie durnia jak niektórzy politycy. Niektórych nie znoszę do tego stopnia, że chętnie bym ich rozstrzelał. Nie bierz tego dosłownie, przyjmij to jako wyraz celebryckiego poczucia humoru.

Ostatnio zadzwonił do mnie profesor Zybe, aby przekonsultować definicję celebrytyzmu, nad którą pracował. Jak wspomniałem, facet był a może i nadal jest doradcą prezydenta. Nie przepadam za jednym ani za drugim ale też nie unikam z nimi kontaktów.

Decyzja utrzymywania kontaktów z ludźmi, których nie lubimy, jest bardziej racjonalna niż uczuciowa. Powiedziałem sobie kiedyś, że uczucia i emocje rezerwuję dla rodziny, przyjaciół oraz zwierząt, a w szerszym sensie przyrody. Inne byty postanowiłem traktować bardziej racjonalnie, inaczej mówiąc rozumowo czyli chłodno. Pozwala to zachować równowagę ducha w kontaktach z otoczeniem, które staje się coraz bardziej niezrozumiałe, żeby nie powiedzieć zwariowane. Za przejaw niezdrowego szaleństwa, rodzaj łagodnego debilizmu społecznego, uważam wszystko, co budzi racjonalny jak i emocjonalny sprzeciw człowieka.

Może to być urządzenie elektroniczne zdolne pełnić tysiąc różnych funkcji, z których przeciętny użytkownik wykorzystuje tylko pięć procent, bo nie potrzebuje więcej. Ta reszta tylko komplikuje mu życie, kiedy usiłuje coś zmienić, na przykład ustawić głośność. Pojawiają się wtedy przeróżne przyciski, guziki, opcje i warianty, które sprowadzają go na manowce. Taka jest natura wynalazków mających ułatwić ci życie; potrafi je zdrowo skomplikować. Tak jak niewinny, maciupci wirus; miał służyć za pokarm bakteriom, a tu okazuje się, że zjada ci płuca. Mój znajomy chirurg, który żenił się trzy razy, określił go  dosadnie:

– To taka samosiejka, co to niewinnie wyrasta ci pod domem, aby zabrać ci w jednej chwili szopę, samochód, psa, jego budę i zabawki dzieci twoich, twojej żony, waszych wspólnych oraz tych z poprzednich małżeństw. 

Jest to wyraźne także w przypadku celebrytów. Mogą oni mieć potężne wady, że tak powiem systemowe. Żeby nie gmatwać, za taką wadę uważam odbieranie sobie życia, kiedy ma się wszystko, łącznie z majątkiem, zdrowiem, sławą i rodziną, aby w pełni cieszyć się życiem.

Odc. 3 Definicja celebryty

Profesor Zybe zadzwonił wieczorem i od razu przeprosił, że odrywa mnie od pracy. Te poniekąd niepotrzebne przeprosiny dobrze przyjąłem, pomyślałem o nim życzliwiej niż zawsze. Zależało mu na mojej opinii. Dzwonił, aby zapytać mnie, co sądzę o jego definicji celebryty. Przygotowywał jakiś materiał dla prezydenta do oficjalnego wystąpienia. Byłem ciekaw o co chodzi, ale profesor zasłonił się tajemnicą służbową. Sumitował się niezdarnie jak dzieciak wyrwany nagle do tablicy.

– Prezydent by mi oberwał … no, wie pan … proszę zrozumieć … mam na ustach kaganiec, takie czasy … władzy też nie jest lekko…

Pomyślałem, że prosi mnie o opinię także dlatego, aby mi zrobić przyjemność. Nie chwaliłem go za bardzo, żeby nie wbił się w zachwyt nad samym sobą. Wysłuchałem jego definicji. Nie powiem, sprokurował ją dosyć zgrabnie.

„Celebryci to jednostki wyższej klasy, promieniujące niezwykłością, w blasku której pragną się kąpać tłumy wielbicieli i naśladowców. Celebryta jest mistrzem, gwiazdą i idolem, postacią złożoną, zewnętrznie piękną i szlachetną, uśmiechającą się, rozdającą autografy i wyrozumiałą. Jeśli ma słabości lub przeżywa rozterki to czyni to w ukryciu, najczęściej w domu, bo to sprawa prywatna, choć czasem obnaża się publicznie ze swoim bólem, niepokojem lub niepowodzeniem. W momentach kryzysu celebryta ratuje się alkoholem, narkotykami, seksem, a czasem przemocą wobec najbliższych, co należy uznać za fatalny przejaw bezsilności. W podsumowaniu, można by powiedzieć, że celebryta jest jednostką niezwykłą, bez typowych ludzkich wad, dzięki czemu staje się idolem wielu osób, zwłaszcza ludzi młodych.”

Definicja była poetycka choć nieco przesadna w opisie. Poetyckość stylu profesora zapisałem mu na plus, zważywszy że to urzędas państwowy, posługujący się na co dzień językiem sztywnym jak wilgotny dywan wystawiony na silny mróz. W opisie doszukałem się także wpływów religijnych, konkretnie pobłażliwego wybaczenia, idealizacji i uwielbienia. Zasugerowałem profesorowi, aby nie ujmował ostatniego fragmentu w sposób bezpośredni „nie bez wad”, lecz jakiś łagodniejszy. Było to niejako także w moim interesie.

Zaraz potem pomyślałem, że profesor sam jest niezłym narcyzem: w momencie kiedy czytał mi definicję celebryty, stał nagi przed lustrem, podziwiał się i idealizował. 

– A to niesforny onanista! – tak to mi się sfomułowało. Wyglądał mi na takiego z tą swoją rumianą twarzyczką i rączkami rozpieszczonego intelektualisty.

Muszę wyjaśnić, że celebryci od czasu do czasu też odkrywają w sobie twardą ludzką duszę. Potrafią nie tylko wdzięczyć się do tłumu słuchaczy, widzów, dziennikarzy, fotografów i reporterów ale i przekląć, powiedzieć coś dosadnego, wyzłośliwić się na kogoś, walnąć pięścią w stół lub głową w ścianę.

Rozpędziłem się, a nie chcę przesadzać. Domyślam się, chyba słusznie, że wielu admiratorów celebrytów i celebrytek, chciałoby wiedzieć, czy przyjaciele i osoby im najbliższe mają tak pozytywny stosunek do nich, jak to opisał profesor Zybe.

Otóż niekoniecznie. Mój przyjaciel Erazm Jansen na przykład nie znosi celebrytów. Powiedział mi to wprost. Trochę to mnie nawet zabolało, że nie powiem ubodło. Erazm uważa każdego celebrytę za niereformowalnego narcyza, rodzaj diabła-anioła, z przewagą elementów piekielnych, a w najlepszym przypadku za anioła-diabła z akcentem przesuniętym również w kierunku demonizmu. Pozory nieba w celebrycie tłumaczy Erazm podstępnością, pokazywaniem pięknej twarzy, pozorowaniem uprzejmości. W rzeczywistości – cytuję mego przyjaciela – „w każdym nadętym celebryci jest narcyzm, egoizm, egocentryzm, co cuchnie czarcim łajnem na odległość”.

Oczywiście odrzucam tego rodzaju krytyki, jako nieuzasadnione.

W profesorskim opisie była jakaś niesamowitość. Udzieliła mi się ona, choć wiedziałem, że jest w niej przesada. Przyszło mi na myśl, że i ja muszę być niesamowity, skoro uznają mnie za celebrytę.

– Ten wyuzdaniec prezydencki połaskotał mnie w czułe miejsce – pomyślałem i od razu poczułem się lepiej, choć i tak czułem się doskonale.

Dobre samopoczucie jest sztuką, której potrzebuje się nauczyć każdy adept celebryzmu. Jest to szczególnie ważne dla radzenia sobie w niesprzyjających sytuacjach.

– Chwal siebie, zachwyć się sobą, uznaj się za niezwykłego człowieka, przynajmniej od czasu do czasu! To część bycia celebrytą – to mój postulat dla ciebie przynajmniej na dzisiaj.

Odc. 4 Rok wirusa

Wirus, a wraz z nim epidemia, pojawił się w styczniu i zapisał się w kalendarzu światowych przemian jako Rok Wirusa Quagga. Sytuacja rozwijała się tak dynamicznie, że większość obywateli Bangrolu nie nadążała śledzić zmian fali zakażeń i statystyk. Na początku nikt nie umiał nawet opisać sytuacji. Premier Jonasz Chudy ustami swego rzecznika prasowego przedstawiał pewne definicje, ale albo ich nie rozumiano, albo nie akceptowano. Wydawało się, że każdy obywatel ma swoją własną definicję.

Wieczorem Erazm Jansen spotkał się z Herkulesem na Skajpie, aby porozmawiać na te tematy. Przedtem telefonicznie zaoferował się przedstawić ocenę stanu epidemii.

– Będzie ona konkretna i wyczerpująca. Myślałem dłużej na ten temat, bo jesteśmy w głębokim kryzysie. Nawet celebryci ją zrozumieją. Nie mówię tego pod twoim adresem, tylko wszystkich celebrytów jako takich.

Herkules nie brał do serca słów przyjaciela, wiedział, że lubi się podrażnić, zwłaszcza kiedy mucha mu usiądzie na nosie. Rozmawiali o tym i o owym, zanim Erazm nie sprowadził rozmowy na właściwy temat.

– Od kilku dni nikt w kraju o niczym innym nie mówi, tylko o wirusie Quagga, jego możliwych i niemożliwych mutacjach, o epidemii, jej ryzykach i kosztach, lokautach i bezrobociu. Jednym słowem czarna rozpacz. Wszyscy się boją wirusa, z wyjątkiem ludzi młodych, narkomanów, alkoholików, otępiałych starców, pająków i zwierząt. Może nawet one też się go boją, ale to niemowy, więc nic ci nie powiedzą. Ja takiego poglądu nie podzielam, bo ludzie to też zwierzęta.

– Więc jaka jest w końcu twoja definicja sytuacji? – W głosie Herkulesa zabrzmiał nutka zniecierpliwienia. Bardzo się śpieszył się do swoich obowiązków. Tego dnia miał być jeszcze fotografowany na tle domu i na tle ulicy, udzielić dwa wywiady, pokazać się publicznie na spotkaniu wolontariuszy organizacji dobroczynnej, którą sponsorował, odkrycia rąbka jakiejś tajemnicy osobistej oraz podpisywania autografów. Śpieszył się do tych obowiązków.

– Najpierw był wirus, koncentracja regionalna, podobna do obozu nowej ideologii, potem epidemia, ogarniająca coraz szersze kręgi świata przenosząc się samolotami z jednego kraju do drugiego, w końcu pandemia, która ogarnęła sobą cały świat.

– Jak pożoga lasu w Australii podsycana gorącym oddechem wiatru nasączonym palnym olejkiem eukaliptusowym – dodał Celebryta.

Rząd Bangrolu dwoił się i troił tworząc zasady, przepisy i mechanizmy ograniczające dalszy rozwój epidemii. Mimo jego wysiłków, krytykowano go.

– Ludzie są niewdzięczni – skarżyli się ministrowie premierowi na spotkaniu gabinetu.  – Zaharowujemy się jak woły, a nawet wiązki siana nikt ci nie postawi przed oczy – rzucił minister rolnictwa. Rozgoryczenie wylewało się z niego. – Mam na myśli siano w sensie symbolicznym, jako podziękowanie za ciężką pracę, cięższą nawet niż przy pługu, w dodatku bardziej niebezpieczną.

Krytyka rządu była powszechna. Erazm mówił z podnieceniem równym niezwykłości wirusa, istoty niepojęcie małej, a bardziej zabójczej niż najbardziej zjadliwa bakteria Zonna364. Herkules czuł przez skórę, jak przyjaciel wymachuje rękami, wyrażając gniew i frustrację. O rządzie mówił nie wprost, ale „oni”, aby dać wyraz swej odrazie do praktyk gorszych niż zwierzęce.

– Oni tworzą przepisy, ale ich nie wyjaśniają. Wiem to dobrze, bo rozmawiam codziennie z ludźmi na ulicy. Czuję ból ich niepewności, a nawet rozpaczy. Nikt im nie mówi także kiedy to się wreszcie skończy. Ci z góry dają fatalny przykład; nie pokazują się w miejscach publicznych, aby zademonstrować, jak prawidłowo nosi się maseczki, zasłaniając w pełni nos i usta. Ważne jest też zachowanie odległości. Nikt jej nie mierzy.

– To widać na oko – Herkules przerwał potok mowy przyjaciela rzeczową uwagą. Erazm nie pozostał dłużny.

– Na oko to chłop w szpitalu umarł, drogi Herkulu – odparł mężczyzna, przerywając tylko na chwilę krytykę władz. – Sami nie przestrzegają bezpiecznej odległości dwóch metrów. Widziano ich, jak grupowo wchodzili na teren gorzelni zamkniętej z powodu epidemii oraz do obiektu sportowego, gdzie obowiązywał zakaz wchodzenia. Rzekomo po to, aby wypróbować nową partię obuwia sportowego, mającego stanowić prawdziwy hit eksportowy. Takie postępowanie władz wywołuje ferment społeczny; ludzie zaczynają ignorować przepisy. To nie wszystko. Najpierw premier Chudy zarządza lockdown, trzyma właścicieli biznesów w niepewności przez tydzień lub dwa, a potem wedle swojego widzimisię otwiera, co mu się podoba, jakby to była klatka z oswojonym kanarkiem lub paczka tanich papierosów. Potem dla odprężenia trochę pojeździ z dzieckiem na kucyku na domowym torze hippicznym i znowu dekretuje, otwiera i zamyka przedsiębiorstwa, sklepy, punkty usługowe, kina  i szkoły. Co to za postępowanie?!

Odc. 5. Dwa obozy

W kraju utworzyły się dwa obozy, zwolenników i przeciwników wszystkiego, czym żyło społeczeństwo: wirusa, maseczek, rękawiczek oraz ograniczeń i nakazów ustalanych przez rząd. Większość obywateli akceptowała ograniczenia lecz niemało było buntujących się przeciwko nim. Strach przed wirusem wziął się za bary z buntem przeciw zakazom wprowadzanym przez władze. Najbardziej ludzie obawiali się zakażenia się wirusem i pobytu w szpitalu oraz utraty pracy i dochodów.

W walce z wirusem pojawiły się dwie strategie, dwie koncepcje, dwa sposoby podejścia. Rząd szarpał się jak dzik na uwięzi, nie mając pojęcia, jak walczyć z epidemią godząc w dodatku często sprzeczne uczucia, oczekiwania i potrzeby społeczeństwa. Większość młodych ludzi, bardziej odpornych na wirusa, często przechodzący zakażenie bezobjawowo, reprezentowali twardą linii postępowania. Demonstrowali to ignorując polecenia władz, spotykając się towarzysko i na manifestach bez maseczek i rękawiczek. Zdecydowanie prezentowali swoje poglądy na forach internetowych. Przeważały głosy, że epidemia może się skończyć tylko w sposób naturalny, kiedy większość ulegnie zakażeniu i przechoruje to. Oznaczało to, że wymrze jakaś część społeczeństwa. To miał być nieunikniony koszt powrotu społeczeństwa do zdrowia. Traktowano to jak wyrok losu.

Na forum internetowym Głos Wolności młoda kobieta z twarzą zasłoniętą chustą i zdecydowanym głosem mówiła;

– Nie ma cudów, natura niczego nie wybacza. Jedyny sposób ocalenia społeczeństwa to zachowywać się naturalnie, odrzucić maseczki w kąt, plunąć na rękawiczki, wychodzić na ulice bez skrępowania i poruszać się swobodnie z otwartą przyłbicą. Pojawiły się hasła i zawołania:

– Czyś stary czy młody, musisz tak postępować. Bez tego społeczeństwo się nie uodporni. Większość z nas musi zachorować, aby to nastąpiło. Nie ma żadnego skrótu do celu, żadnego „zmiłuj się”. Takie są zasady gry. Dyktuje je nie rząd, ale wszechmocny wirus, część natury. To on dzisiaj jest panem.

Władze Bangrolu traktowały tego rodzaju poglądy i zachowania jako sabotaż walki z wirusem. Policja i prokuratura rozpoczęły dochodzenia, wkrótce nastąpiły pierwsze aresztowania i oskarżenia. Nie powstrzymywało to zwolenników pozostawienia wirusa w spokoju, aby płacąc daninę społeczeństwo odzyskało naturalną odporność.

Ludzie starsi i bardziej schorowani argumentowali:

– Ale w takim wypadku będziemy mieć wkrótce mieć na ulicach zwały trupów tak jak w czasie wielkiej epidemii w Konstantynopolu. To, do czego usiłujecie nas przekonać, to prawa dżungli.

Anarchiści, przeciwnicy wszelkiej władzy i ładu społecznego, stanęli pośrodku.

– Chcesz nosić maseczkę ochronną – bardzo dobrze, nie chcesz jej nosić – też bardzo dobrze.

Erazm ocenił sytuację zwięźle ale zupełnie niezrozumiale.

– Zamieszanie i rozgardiasz pojawiają się równie szybko jak nieszczęście. Czy będzie to powódź, osunięcie się mas ziemi, wybuch wulkanu, czy śmiertelny wirus. Nie musimy na nic czekać, już jesteśmy w bagnie. Ja nawet czuję śmierdzący gaz wydobywający się z niego.

Zdziwiłem się, skąd u niego takie słowa. Popatrzyłem na jego twarz, rozmawialiśmy na Skajpie, i pomyślałem, że chyba wypił. Zawsze miał słabą głowę. Jego żona dawała mi znaki zza jego pleców, aby nie brać go poważnie.

Wieczorem wróciłem do tej rozmowy. Wiedziałem swoje. To nie może być takie proste, jak uważa Erazm, ani też nie może być nadmiernie wyszukane. To nie byli żadni spiskowcy, anarchiści, burzyciele, rebelianci, czy ekstremiści. To musiała być jakaś większa organizacja czy grupa ludzi, która w niepokoju społecznym wietrzyła jakiś śmierdzący interes dla siebie. Ktoś chciał na tym zarobić. Ale kto? Sugestie nasunęły mi się od razu, nie wiedziałem jednak, która z nich była słuszna: właściciele sieci szpitalnych, wielkie firmy farmaceutyczne, producenci trumien i akcesoriów pogrzebowych, właściciele prosektoriów i cmentarzy. Może mafia zarabiająca na wszelkich ludzkich nieszczęściach? Może nawet jakieś ugrupowanie chcące zbuntować społeczeństwo, aby położyć rząd na łopatki i przejąć władzę?

Tej nocy nie spałem spokojnie. Miałem się nad czym zastanawiać.

Odc. 6 Konferencja

Rząd tworzył w pośpiechu fundusze pomocy i rozdzielał środki ludziom i biznesom w potrzebie. Wkrótce pojawiły się wieści przekrętach i aferach oraz krytycy działań władzy. Wyszli na barykady z czerwonymi sztandarami protestu krzycząc, że dysponenci pomocy rozdają ją przede wszystkim swoim zwolennikom; wzywano społeczeństwo do buntu. Nie przebierano w słowach.

– Winni przekrętów są premier Chudy i jego sponsor, milioner Leon Sawiłło-Kukuła. To on decyduje komu dać dużo, komu dać mniej a komu w ogóle nie dać. To jemu Chudy zawdzięcza stanowisko i gotów jest mu buty czyścić. To ma być demokracja? To łajdactwo!

Erazm Jansen uważnie obserwował wydarzenia. Zadzwonił do Herkulesa z prośbą, aby przyłączył się do głosów potępiających nieuczciwe praktyki rządzących.

– Herkulu! Jesteś znaną osobą. Wiesz dobrze, że pomoc państwowa jest kierowana nie do najbardziej potrzebujących lecz do przyjaciół i znajomych królika. To jest fakt. Wykazały to czarno na białym badania prowadzone przez Uniwersytet Humboldta oraz kilku niezależnych dziennikarzy. Skala rozdawnictwa na rzecz zwolenników tego despoty jest porażająca. Rząd wydaje tyle pieniędzy, że nie wystarczy na zakupy szczepionek, które właśnie ukazały się na rynku.

– Mówisz ciągle „ królik”. Króliki skaczą u ciebie jak po zagonie kapusty. Wiem, co to znaczy królik, ale kogo konkretnie masz na myśli? To, że partia Kukuły zadecydowała, kto jest premierem, to wszyscy wiedzą – trzeźwo podsumował Herkules.

Od początku było wiadome, że ostatecznym ratunkiem przed wirusem i epidemią są szczepionki. Czekano na nie jak na zbawienie. Kiedy w końcu pojawiły się, rząd dokonał zakupów. Kupował, gdzie się dało. Wszystko odbywało się w pośpiechu. Szczepionki były pakowane po sto sztuk dla usprawnienia dystrybucji do punktów szczepień i musiały być przechowywane w bardzo niskiej temperaturze. Pierwsze dwie partie próbne po tysiąc sztuk zapakowano niestarannie lub też w transporcie wystąpiły jakieś problemy, gdyż część przesyłki uległa uszkodzeniu, została zniszczona. Sprawę usiłowano zatuszować. Opozycja zażądała przeprowadzenia śledztwa. Minister zdrowia poinformował, że jest ono w toku. Jonasz Chudy to potwierdził. Występując w telewizji, obydwaj nie patrzyli przed siebie w obiektyw kamery, tylko w ziemię. Wydawało się, że nikt nie panuje nad sytuacją. 

W końcu marca, w samym środku epidemii, odbyła się konferencja poświęcona ocenie przebiegu, skutków oraz strategii walki z wirusem. Szukano wyjaśnień, jak mogło dość do epidemii i co należało dalej robić. Dobrą atmosferę obrad zburzyła na koniec profesor Karolina Hopkins, biolożka ewolucyjna. Była ubrana na czarno i miała ochrypły głos.

– Mówi, jakby połknęła kłębek wełny – skomentował wąsaty mężczyzna siedzący obok Herkulesa Celebryty.

Jej głos dobywał się gdzieś z głębi gardła, a wygląd i sposób mówienia sprawiały wrażenie mowy pożegnalnej nad grobem.

– Wirus Quagga jest odpowiedzią natury na eksplozję demograficzną ludzkości i monstrualną dewastację środowiska naturalnego. To są ekscesy naszej cywilizacji. Wywołały one z uśpienia wirusa i spowodowały epidemię na skalę światową. Sami to sprowokowaliśmy, my jako gatunek dominujący na świecie. Teraz mamy to, co mamy. Niszcząc planetę okazaliśmy się samobójcami.

Część sali wstała, aby gromkimi brawami wyrazić swoje poparcie. Pozostała część milczała, patrząc w podłogę lub na mówiącą z niedowierzaniem lub niechęcią. Zakończenie wystąpienia profesor Hopkins było jeszcze prostsze i wymowniejsze.

– Quagga nas wytłucze, o ile nie wypowiemy jej totalnej wojny. Chyba nie zanosi się jednak na to. Mamy rząd pozorujący aktywność, któremu brak jest energii i zdecydowania. My sami, jako społeczeństwo, jesteśmy zbyt podzieleni w opiniach, aby to uczynić.

Udzielając wywiadu grupie dziennikarzy i reporterów profesorka spokojniej już wyjaśniała.

– Powiedziałam to celowo. Musiałam spoliczkować słowami wszystkich nadętych urzędasów i ich popleczników, którzy nie wiedzą, co maja robić, lub nie maj chęci zrobić, co wymaga sytuacja, aby ratować naród przed zagładą. A i tak nie wiem, czy zrozumieją moje przesłanie.

– Jak pani widzi naszą przyszłość?

Profesor popatrzyła na pytającego z niechęcią.

– Wyłącznie w czarnych barwach. Nie ma w tym żadnego pesymizmu. Nie jestem pesymistką, tylko kobieta myśląca. To bardzo realistyczna ocena.

Zwolennicy profesorki i jej poglądów byli zachwyceni. Chwalono jej naturalność i szczerość wypowiedzi. Zachwycano się łatwością, z jaką wywaliła prawdę i rozprawiła się z władzą, z jaką przeszła od oceny pandemii do walki z nią.

Po zakończeniu konferencji, na prośbę organizatorów konferencji, profesor Hopkins dała popis gry na harfie. Okazało się, że oddawała jej się przy każdej okazji, kiedy miała nieco więcej czasu.

– Harfa to moja największa pasja – pochwaliła się, uśmiechając się radośnie.

Po zakończonej konferencji otoczyła mnie grupa zwolenników i admiratorów. Znowu poczułem się w roli autorytetu i idola. Oczekiwano mego komentarza.

– Zapisałem sobie w notatniku ważniejsze fragmenty wystąpień profesor Hopkins. W większości spraw zgadzam się z nią, z niektórymi nie. Osobiście najbardziej podobał mi się jej pokaz gry na harfie. Pani Hopkins jest doskonałą harfistką a ja uwielbiam ten instrument. To szczere wyznanie. Jej występ muzyczny mile mnie zaskoczył. W morzu nieszczęść wywołanych przez wirusa Quagga jej niewymuszone, radosne i szczere zachowanie jest na wagę złota.

– A jaka jest pańska ocena konferencji, panie Herkulesie?

– Powiem tylko tyle: profesor naładowała mnie energią. Dała nam wszystkim przykład, jak postępować w tym tragicznym czasie. Być bezkompromisowym, uczciwym i mieć coś osobistego, co pozwala odciąć się od mrocznej rzeczywistości.

Odc. 7 Nowe wyzwania

Pod koniec wiosny sytuacja epidemiologiczna Bangrolu pogarszała się coraz szybciej, już nie z tygodnia na tydzień, ale z dnia na dzień. Wirus Quagga dokonywał masowych spustoszeń; nazywano go seryjnym mordercą bez opamiętania.

Zamieszanie i niepewność nie mogły być większe. Tak się na początku wydawało wielu ekspertom. Dezorganizacja życia objęła wszystkie ważne dziedziny i sprawy: ochronę zdrowia, edukację, gospodarkę, transport, rozrywkę i wypoczynek. Portale informacyjne podsumowywały hasłowo liczne bolączki i niedomagania: długie kolejki do testów, niepewny transport szczepionek, kolejki do szczepień, koncerny farmaceutyczne opóźniające dostawy, niedostatek lekarzy i pielęgniarek, niestabilna edukacja, stres, depresja i bezsenność.

Wkrótce pojawiły się zachowania irracjonalne, szerzyły się plotki, chętniej też wierzono ludziom mającym nietypowy stosunek do rzeczywistości. W ostatni piątek miesiąca przed głównym dziennikiem telewizji publicznej ukazały się wywiady z ludźmi określanymi jako „zwykli obywatele”. Najpierw był kierowca autobusu, a po nim ekspedientka w sklepie piekarniczym, Zofia Makowska, osoba tęga i rumiana, o twarzy wyglądającej jakby upudrowanej mąką, z okularami zasłaniającymi pół twarzy. Stwarzała wrażenie osoby słabowidzącej, choć nic w jej zachowaniu na to nie wskazywało.

– Ten wirus nas nie zabije, tylko umocni. Ludzie dadzą sobie radę. Widzę to najlepiej z perspektywy sklepu. Rozmawiam z tyloma ludźmi, że wiem chyba wszystko, co dzieje się w mieście, kto przeżył a kto umarł, co ludzie wiedzą i myślą o tym wirusie. Przede wszystkim ma bardzo dziwną nazwę, tak jakby nie był prawdziwy. Ludzie mówią mi, że najważniejsze jest mieć co do ust włożyć. Wszystkie problemy jakie mamy, ze służbą zdrowia, szpitalami i maseczkami, w ogóle ze wszystkim, to nie ludzie są winni, ale wirus. Najważniejsze jest to, aby rząd przetrwał, bo jak nie będzie rządu, to będzie wojna i głód.

Badania przeprowadzone dwa dni później pokazały, że duża część społeczeństwa przyjęła bardzo dobrze jej wyjaśnienia. Na pytanie, czy bardziej wierzą ekspedientce Zofii Makowskiej czy premierowi Jeremiaszowi Chudemu, głosy rozłożyły się prawie po równo.

– Z czego wynika pana/pani przekonanie do ekspedientki a nie do premiera, ludzie odpowiadali w podobny sposób:

– Bo ona mówi językiem zrozumiałym dla mnie, z przekonaniem, i nie ma nic do ukrycia. To nie ona odpowiada za szczepienia, tylko premier.

Rządząca Partia Powszechnego Dobrobytu już nawet się nie broniła tylko usiłowała zrzucać z siebie winę i obarczać nią opozycję i media.

– W tym trudnym czasie nie ma warunków, aby zajmować się czymkolwiek innym, jak tylko jałowym roztrząsaniem pandemicznych wydarzeń. Wirus przysłonił wszystkie inne problemy stając się skumulowanym nieszczęściem Bangrolu – powiedział pisarz Albin Ramo.

Rząd w pośpiechu tworzył system zbierania danych i modele analityczne, które pozwoliłyby mu monitorować i choćby częściowo rozumieć rozpowszechnianie się wirusa i zachorowania, ale jego starania były opóźnione w stosunku do wirusa. Ten zawsze był w przodzie. O prognozach nikt nawet nie myślał. To była zbyt odległa perspektywa.

Pocieszano się, że w innych krajach nie jest lepiej. Zabójcza atmosfera udzielała się wszędzie. Każdy kraj borykał się z epidemią w samotności odcięty fizycznie od świata po zawieszeniu wszystkich lotów i połączeń drogowych, kolejowych i morskich. Wszędzie pojawiły się zniechęcenie, rozpacz i depresja.

W obozie uchodźców koło Islamabadu, stolicy Pakistanu, widziano rodzinę składającą się z ojca, matki i trojga dzieci. Byli w stanie głębokiej apatii; nie było z nimi niemal żadnego kontaktu. Uciekali nie widomo dokąd przed epidemią wirusa Quagga. W drodze przez górskie przełęcze ojciec, by ocalić resztę rodziny, by mogli dalej maszerować, zabił najmłodsze dziecko. Tak podała prasa. On sam milczał. Nie odzywał się nawet słowem, tylko patrzył w ziemię albo w ścianę niewidzącym wzrokiem.

W Europie media donosiły o imigrantach mężczyznach błąkających się we mgle na granicach, którym straż graniczna łamała nogi, aby ich odstraszyć od prób przekraczania granicy. W niektórych krajach mówiono  o paramilitarnych bojówkach, organizujących polowania na ludzi bez maseczek, zarzucając im celowe rozpowszechnianie wirusa. Byli to głównie imigranci, którzy przybyli do kraju wcześniej legalnie oraz całkiem ostatnio nielegalnie. Mówiono o policjantach współpracujących z mafiami wymuszającymi haracze od firm handlujących maseczkami antywirusowymi, rękawiczkami, szczepionkami i innymi akcesoriami użytecznymi w walce z wirusem. Celem ataków dla okupu byli także ludzie gwarantujący miejsca w szpitalach, gdzie były jeszcze wolne łóżka i respiratory.

Odc. 8 Minister zdrowia

W kwietniu w Bangolu wprowadzono godzinę policyjną. Po ulicach krążyły patrole wyposażone w pałki teleskopowe używane dotychczas przez tajnych agentów pracujących po cywilnemu, paralizatory elektryczne do zatrzymywania osób szczególnie agresywnych i niebezpiecznych oraz małe miotacze gazu pieprzowego. Policja zdecydowanie rozpędzała zgromadzenia osób zbierających się w jakimkolwiek celu. Kilku dziennikarzy aresztowano, a ich sprzęt i nagrania zostały zniszczone. Powszechne stało się atakowanie na ulicach cudzoziemców, których winiono za przywleczenie wirusa do kraju. Tylko nieliczni ludzie brali ich w obronę.

– Kiedy nadchodzi godzina policyjna i pustoszeją ulice, to właśnie oni, imigranci, ludzie pragnący utrzymać się na powierzchni, nie bojąc się wirusa rozwożą na rowerach gorące dania na nasze stoły – bronił imigrantów właściciel restauracji z niezbyt fortunną w okresie pandemii nazwą „Szampańska zabawa”.

Wraz z tragedią, pojawiła się fascynacja wirusem, heroldem śmierci. Pisarz Albin Ramo określił to zjawisko treściwie mówiąc, że  „wirus Quagga emituje światło śmierci ale i nadzwyczajnej ludzkiej ekscytacji”. Niezwykłości wirusa dopatrywano się w jego ulotności, nieokreśloności i skrytości, nagłym pojawianiu się i znikaniu. Grupa bezrobotnych tancerzy w Agarze, stolicy kraju, skrzyknęła się i wystawiła w przestrzeni wirtualnej nowatorski spektakl „Chocholi taniec śmierci”. W galeriach i na rynku pojawiły się oryginalne dzieła sztuki, rysunki, obrazy, plany miejsc najbardziej tragicznych na mapie ofiar wirusa, artystyczne wizerunki epidemii a nawet wyobrażenia publicznych egzekucji z wykorzystaniem wirusa, w których ofiara umiera w wyniku zainfekowania wirusem o wzmożonej zjadliwości. U artystów już wczesnej ekscytujących się śmiercią fascynacja wirusem pogłębiła się.

Minister zdrowia poprosił o pilne spotkanie z premierem. Wyglądał fatalnie. Premier patrzył na niego zaniepokojony. Widział zupełnie innego człowieka niż ten, z którym spotykał się prawie codziennie: zmęczona twarz, sine podkówki pod oczami, zazwyczaj uczesane włosy w nieprzyjemnym nieładzie. Pogłębione zmarszczki między nosem a krawędziami warg wprost demonstrowały przygnębienie i smutek ich właściciela.   

– Co ci dolega? Bardzo źle wyglądasz. Chyba nie Quagga? Jeśli jesteś chory i masz gorączkę, natychmiast załatwimy ci miejsce w szpitalu wojskowym!

– Chcę się podać do dymisji. Nie chodzi o wirusa ani epidemię i to co one z nami wyprawiają. Martwi mnie … Nie! Nie! Nie martwi, ale wręcz dobija mnie stan psychiczny i duchowy społeczeństwa! Wygląda to na początek ciężkich zaburzeń psychicznych. Idziemy w dół po równi pochyłej prosto do piekła!

Zanim premier wyraził w duchu życzenie, aby słowa ministra nie okazały się prorocze, ten upadł na kolana i zaczął się głośno modlić. Chudy przestraszył się. Usiłował go uspokoić.

– Co takiego się stało, że tak się zdenerwowałeś? Nigdy nie widziałem cię w takim stanie.

– Nie wiesz nawet, co to znaczy zaburzenie psychiczne. W rodzinie mojej żony był taki przypadek. Jej dalszy kuzyn, trzydzieści pięć lat, w sile wieku, raczej drobnej budowy. Odbiło mu. Kiedy dostawał ataku, stawał się demonem. Był w wojsku porucznikiem, kiedy ja kończyłem służbę wojskową na studiach w stopniu sierżanta sztabowego. To był wariat. Wydawał mi komendy, powstań, padnij, kazał meldować mi się stojąc na baczność, groził przeczołganiem. Unikałem go jak ognia. Wiem, co to znaczy. Nie chcę mieć z takimi ludźmi więcej do czynienia!

Premier poprosił sekretarkę o wezwanie karetki pogotowia. Kiedy odjechała, wezwał do gabinetu swoich ochroniarzy.

– Macie milczeć jak grób. On się załamał. Ale my musimy być silni. Aby was zachęcić do jeszcze większej wytrwałości, od jutra podwyższam wam uposażenia.

W domu Chudy opowiedział żonie, zaraz po przybyciu, co się stało. Dodał na koniec:

– Upadamy coraz niżej. Czuję się bezradny wobec siły i przewrotności tego wirusa. Zaczynam przekupywać ludzi, aby dalej pełnili swoje regularne obowiązki. Obawiam się, że jak tak dalej pójdzie, będę musiał chyba używać policji i wojska dla utrzymania porządku w kraju. To straszne, kiedy ludzie stają się masowo anormalni.

Odc. 9 Przed konferencją

– Czuję się dzisiaj jak na własnej stypie – premier podzielił się tą opinią ze swoją asystentką, Julią, dojrzałą blondyną, przyglądającą mu się przez nowe okulary z dużymi szkłami. Długo je wybierała, aby dobrze wyglądać. Z lekko upudrowanymi policzkami jej twarz przypominała pięknego motyla o skrzydłach obrzeżonych kołami połyskliwego bursztynu. Bardzo jej się to podobało, przywołując dobre skojarzenia: dzieciństwo, zielona łąka, wczesne lato, zapachy kwiatów i dwa motyle fruwające nad nią leżącą na plecach ze wzrokiem utkwionym w niebo.

Pragnęła podobać się premierowi, doceniającemu piękno świata. Tak go odbierała, ciesząc się, że należy do mężczyzn umiejących docenić wygląd dbającej o siebie kobiety. Była szczęśliwa; od roku łączył ich romans. Oprócz erotycznej ekscytacji, upominków i pochwał za osiągnięcia w pracy oznaczało to również regularne podwyżki pensji.

Domyślała się, skąd bierze się jego marne samopoczucie, oprócz incydentu z ministrem zdrowia. Na popołudnie zaplanowana była konferencja prasowa, na której premier miał zapowiedzieć nadzwyczajny ogólnokrajowy konkurs na Człowieka Roku. Nie zachwycało go to w najmniejszym stopniu, ponieważ sam miał ambicję zostać Człowiekiem Roku, a wiadome było, że będzie to kto inny. Liczył na ten tytuł, uważał, że sobie na niego zasłużył.

Kilka godzin później Jonasz Chudy szedł już do sali konferencyjnej znajdującej się na końcu korytarza prześlizgując się wzrokiem po portretach poprzednich premierów. Zanim wszedł do środka, popatrzył na zegarek i przeżegnał się. Był blady i nadmiernie się pocił, co tylko pogarszało sytuację, ponieważ sam nie znosił ludzi spoconych. To go dodatkowo denerwowało. Pomyślał sobie, że wygląda jak zdziwiony grabarz, któremu rodzina zmarłego w ostatniej chwili oddała na przechowanie wielki złoty pierścień zamiast włożyć go do trumny.

Nie było mu łatwo. Po wystąpieniu konferencyjnym, na którym zapowiedział wielki konkurs i odpowiedział na kilka pytań dziennikarzy, premier rozmawiał z sekretarką i asystentką. Były tego samego zdania, że rzeczywiście jest niedobry czas, paranoiczny a nawet paranoidalny, kiedy wszystko się wali, wirus i epidemia poszerzają stan posiadania, ciągłe wahania i zawirowania, a to w dół a to w górę. Padały słowa przykre i przygnębiające: ofiary śmiertelne, szpitale, łóżka, tematyka można śmiało powiedzieć pogrzebowa. Poza tym także bezrobocie, gniew, samotność i zmęczenie. Zdali sobie sprawę, że cała ich trójka obecna w gabinecie ma niezdrowe skojarzenia. Jedyne, co im zostało to – padały propozycje – nie ustępować, zacisnąć zęby, wziąć się w karby, podnieść głowę i iść przed siebie z otwartymi oczami.

– Epidemia w końcu ustąpi i nadejdą jasne, słoneczne dni. Najważniejsze to nie dać się – zakończył premier zaskoczony własną determinacją pokonywania wszelkich przeszkód. Pomógł mu w tym widok zasobnych piersi Julii odsłoniętych śmielszą niż zawsze bluzeczką w kremowym kolorze.

W mieście pojawiły się czarne ptaki a obok nich białe ulotkidoniosła prasa poranna. Nad samym ranem, jak tylko się rozjaśniło, przechodnie znaleźli pięć martwych ptaków przy ulicy biegnącej wzdłuż parku nad rzeką. Dwa z nich przynieśli do redakcji Kuriera Narodowego. Nie ulegało wątpliwości, że coś symbolizują. Na obrzeżach ulotek wyraźne były ślady pazurów, do krawędzi papieru przykleiły się fragmenty ptasich piór. Zmobilizowano epidemiologów, zbadano ptaki i ulotki, czy nie jest to próba rozprzestrzenienia ptasiej grypy, choroby dziesiątkującej najpierw ptaki, a potem ludzi.

Zdarzenie potraktowano jako złą wróżbę, zapowiedź czegoś niedobrego, jakiejś katastrofy, choć byli tacy, co pytali, czy nie jest to zapowiedź czegoś przeciwnego, miłego i pożytecznego, na przykład urodzaju. Po konsultacjach z trzema wróżbiarzami było już mniej więcej wiadomo, o co chodzi. Dwoje z nich uważało, że ptaki i ulotki były zapowiedzią przewrotu i przejęcia władzy w kraju przez wojsko. Trzecia osoba wróżąca, kobieta, nie była tego pewna, aczkolwiek nie odcinała się od takiej interpretacji. Wywołało to pogłoski, że władzę w kraju usiłuje przechwycić tajna organizacja mafijna ukrywająca się pod nazwą „Siła Nieczysta”.

– To bezsensowna informacja – oświadczyłem Erazmowi, z którym odbywałem co najmniej dwie dłuższe, poważne rozmowy każdego tygodnia. Siły nieczyste to nic innego jak sekty religijne zastępujące wiarę w Boga wiarą w Szatana, tego pisanego z dużej litery. Władza w Bangolu, jak dobrze wiesz, od dawna jest w rękach Partii Powszechnego Dobrobytu, pierwszej w historii kraju sprywatyzowanej organizacji politycznej zależnej od jednego człowieka. Jej właścicielem jest Leon Sawiłło-Kukuła, dawny dyrektor cyrku Abrakadabra, dziś multimilioner.

Kukułę zawsze podejrzewałem o najgorsze. Był to człowiek skryty, przebiegły i rozważny jak mało kto uwikłany w wielką politykę. Sprawował władzę, także w swoim imperium przemysłowym, z tylnego siedzenia, dyskretnie i bardzo skutecznie. Oficjalnie był tylko właścicielem firm i inwestycji w przemyśle, transporcie, handlu oraz szpitalnictwie, szczególnie psychiatrycznym. Angażował się także w działalność dobroczynną. Był z tego znany. Mało kto słyszał o innych jego działaniach. Była to wiedza, którą niechętnie dzieliłem się z kimkolwiek. Uważałem to za nieostrożne i niepotrzebne.

Odc. 10 Niepokoje władzy

Z Erazmem od dłuższego czasu nie rozmawiałem. Brak mi było tego kontaktu, bo nie o wszystkim mogłem konwersować z moimi zwolennikami oraz dziennikarzami mediów społecznych i redaktorami z telewizji. Ucieszyłem się więc, kiedy wieczorem nieoczekiwanie połączył się ze mną na Skajpie. Mieliśmy o czym rozmawiać.

Czas nie był łaskawy dla Bangolu. Nie tyle martwiłem się o teraźniejszość kraju, ile o jego przyszłość. Sprawy nie szły w dobrym kierunku; wirus szalał nieprzerwanie, gospodarka tkwiła w stanie niepewności i zagrożenia. W kręgach wojskowych (miałem tam swoje kontakty) mówiono o zbliżającym się głębokim kryzysie i możliwości zamachu stanu, co nie wiadomo dokąd mógłby doprowadzić kraj. Osobiście zagrożenie widziałem, a może bardziej czułem niż widziałem, w Leonie Sawiłło-Kukule, skutecznie strząsającym z siebie wszystkie posądzenia o nieczyste praktyki. Oficjalnie ten człowiek niczym nie zarządzał, nawet swoim majątkiem, powierzywszy jego zarząd rodzinie oraz wysoko płatnym fachowcom, nie był też w sposób widoczny zaangażowany politycznie. Najchętniej występował w roli dobroczyńcy i filantropa, ciesząc się z tego tytułu pozytywną opinią wśród wielu obywateli. Tylko ci, co znali go bliżej, mogli mieć o nim negatywną opinię, lecz zgodnie milczeli. Ludzie bali się go, nawet ci, którzy pracowali dla niego lub dorywczo mu się wysługiwali. Przypominali mi strażników więzienia z czasów Pol Pota, którym dawano wielką władzę do ręki ale też bezwzględnie karano za przewinienia a nawet błędy w postępowaniu z więźniami. Taką opinię o sytuacji kraju przedstawiłem Erazmowi dodając na zakończenie, chyba zupełnie niepotrzebnie:

– Dzielę się nią z tobą i liczę, że ją zachowasz tylko dla siebie.

Prawie obruszył się na takie zastrzeżenie, ponieważ nasza przyjaźń nigdy nie doznała uszczerbku z powodu jakiejś nielojalności czy niedotrzymania tajemnicy. Mimo to nie byłem pewny, czy nie powiedziałem mu za dużo.

Myśli o niepewnej przyszłości wracały do mnie z męczącą częstotliwością. W końcu udało mi się wyrzucić je z pamięci. Jestem jednak pewien, że i tak tam zostały, ponieważ pamięć przechowuje wszystko bez wyjątku, co najwyżej sprawy kłopotliwe ukrywa zręcznie w jakimś zakamarku, między neuronami, pomniejsza, zmienia dla niepoznaki, a nawet deformuje. Ale niczego nie gubi.

W sprawach polityki Erazm reprezentował niezmienną, jednoznaczną opinię. Obnosił się z nią jak kura ze złotym jajem w przekonaniu, że jest to jedyna rozsądna i możliwa ocena. Nie mogłem odmówić jej prawdziwości, ale uważałem ją za zbyt sztywną.

– Każda władza to jedna wielka sitwa ludzi, którzy dobrali się jak w korcu maku. W Bangolu jest to szczególnie wyraźne. Najważniejsza jest dla nich zasada: ręka rękę myje, noga nogę wspiera. Normy moralne czy głębsze refleksje nad postępowaniem wyrzucają przez okno lub do sedesu, w zależności od tego, co jest bliżej. Wiem, że gdzie indziej, w krajach demokratycznych, może nie jest doskonale, ale jest chyba lepiej.

Nie była to opinia odosobniona. Wiele osób krzywo patrzyło na władze.

Premier Chudy publicznie ignorował takie opinie, podobnie jak jego koledzy z partii i rządu. Nie zawsze mu się to udawało, ponieważ prawda zawsze zachodzi człowiekowi gdzieś za skórę, a czego takiego nikt nie jest w stanie zignorować. .

Kiedy rano wchodził do budynku parlamentu, dobre samopoczucie zepsuli mu dziennikarze, którzy dopadli go na korytarzu. Na dwa ich pytania odpowiedział, pozostałe zignorował. Nie był z tego powodu szczęśliwy. Przypomniał mu się minister zdrowia. Tego dnia sam czuł się podobnie.

Przechodząc przez sekretariat w drodze do swego gabinetu niemrawo pozdrowił Julię, asystentkę osobistą. Poczuła się tym trochę dotknięta. Domyślała się, że wciąż boli go sprawa człowieka roku. Chciała wiedzieć o co chodzi.

– Niedobrze pan wygląda, panie premierze. Czy coś panu dolega?

– Czuję się tak, jakbym tonę węgla wrzucił do piwnicy używając tylko szufelki. To jest tym dziwniejsze, że sezon grzewczy już minął, a do nowego jeszcze daleko.

– Przecież węglem nie opala pan mieszkania już od wielu lat – zauważyła sekretarka starając się zachować uprzejmość. Słowa premiera wydały jej się dziwne. 

Odc. 11 Dziwna rozmowa

– No właśnie. Po prostu o tym zapomniałem. Za dużo spraw mam na głowie. Wirus, epidemia, szpitale, szczepienia, konferencje, gospodarka, człowiek roku. Źle przez to wszystko sypiam. Wczoraj w nocy nad domem widziałem wielką czarną chmurę, która wznosiła się i opadała. Potem zrobił się z niej wielki wir, wciągnął dom, ale nie wiem, co się dalej działo, bo się przebudziłem. To był tylko sen. Musiałem to sobie powtórzyć kilka razy, zanim zasnąłem. Wcześniej, przed miesiącem, widziałem czarnego kota, jak kręcił się koło mego domu, przeciął mi drogę chyba trzykrotnie, ale na szczęście nic złego się nie wydarzyło. Nie lubię takich sytuacji.

– Muszę pana pocieszyć, panie premierze, że czarnych kotów jest więcej niż białych. Mówią to statystyki – sekretarka wpadła w ton narracji premiera. Pomyślała, że chce się wyluzować opowiadając żartobliwe historie na podstawie jakichś przywidzeń. Nie zawsze właściwie odczytywała jego poczucie humoru czy nastrój i to ją męczyło. Usiłowała utrzymać rozmowę na gruncie rozsądku.

– No właśnie, ale to było w nocy, kiedy wszystkie koty są czarne, więc i ten – idąc logicznym tropem – też mógł być biały. A ja go widziałem czarnego. Będę się co do tego upierać, że był czarny.

Kiedy premier wszedł już do swego gabinetu kobiety wymieniły się wymownymi spojrzeniami. Pierwsza zareagowała Kinga, sekretarka.

– Wyraźnie pada mu na mózg. Specjalnie nawet się nie dziwię, bo czasy są kretyńskie.

– Tak. Dzieje się z nim coś niedobrego. Jest chyba bardzo przemęczony. Jeszcze pół roku temu zapraszał mnie do siebie, abym zapisała, co miał mi do podyktowania. Teraz to nawet raz tygodniu jest mu ciężko – Julia westchnęła obracając głowę w kierunku okna. Nie chciała, aby koleżanka to zauważyła. Pilnowała się, aby się nie wygadać, że potem zapraszał ją na kanapę, do której trzymał pościel pod zamknięciem w swoim dużym biurku.

– No właśnie. Sama też nie wiem jak mu pomóc – odpowiedziała sekretarka. Zamierzała jeszcze dodać, „Czasem mnie prosi, aby mu kark wymasować dla rozluźnienia, ale to widocznie nie wiele mu pomaga”, ale w czas ugryzła się w język. – Normalnie premier chodzi prosty jak struna, ale ostatnio coraz bardziej pochyla się do przodu. Bardzo się garbi.

Zauważywszy zdziwiony wzrok Kingi, poprawiła się.

– Martwię się tylko o niego. Opozycja to nawet mówi, że premierowi w walce z wirusem garb się powiększył o wszystkie niepowodzenia. Co za obrzydliwe określenie! Co oni od niego chcą, to nie wiem, ale nie jest to miłe. Ci ludzie potrafią być wulgarni.

Odc. 12 Profesor Hopkins

Przemówienie konferencyjne i późniejsze wywiady profesor Hopkins były oskarżycielskie w tonie. Środki masowego przekazu transmitowały i komentowały jej wystąpienia. Profesor potrafiła mówić mocno i celnie, wzbudzać zainteresowanie i uczucia. Zaczęła od ludzi najsłabszych.

– W okresie epidemii państwo ma szczególny obowiązek troszczyć się o ludzi najbardziej poszkodowanych przez życie: starszych, schorowanych, samotnych, ubogich, bezrobotnych, bezdomnych, niestabilnych emocjonalnie, w depresji, obarczonych problemami rodzinnymi, oczywiście także o dzieci. Pozostali ludzie muszą radzić sobie sami, tak jak to zawsze było przez wieki. Mówiąc państwo mam na myśli rząd oraz władze lokalne.

Profesor mówiła mocnym, równym głosem, przez niektóre fragmenty przemówienia przebijał się gniew. Nie wszystkim słuchaczom na sali konferencyjnej podobało się to, większość obecnych nagradzała ją jednak gromkimi brawami.

– Czy pani profesor ma również jakieś pozytywne przesłanie? – pytanie padło ze strony mężczyzny w sile wieku, który wstał z krzesła i przedstawił się ale tak niewyraźnie, że mało kto go słyszał.

– Kto to taki? – ktoś pytał w końcu sali.

– To Robert Fikus, znany psychiatra. Widziałam go na zdjęciu i w telewizji. Poznaję go po tych rozczochranych włosach, okrąglej twarzy i rozmytym spojrzeniu. Wygląda jakby patrzył gdzieś w powietrze.

– Tak. To temat niezwykle interesujący. Pracuję nad nim z moim zespołem badawczym. Chodzi o ludzi sukcesu w warunkach epidemicznych. Pytaniem jest, czy tacy ludzie w ogóle istnieją. Odpowiedź jest pozytywna. To ludzie bardzo różni, zamożni i niezamożni, starsi i młodsi. Pochodzą z różnych grup społecznych, dlatego trudno jest ich zidentyfikować. Mimo wszelkich przeciwności, ci ludzie zachowują zimną krew, nie dramatyzują. Widzą i akceptują świat taki, jaki jest. Mimo tego, że stał się nagle niebezpieczny, skutecznie odrzucają od siebie przygnębienie, niepokój i strach, grożące depresją. Należy im się za to uznanie publiczne. Są motorem optymizmu dla innych. Można ich porównać do ptaka, który zderza się w całym pędzie z niewidoczną szybą. Siła uderzenia jest tak wielka, że pada jak martwy na ziemię. Ma zwichnięte jedno skrzydło, opada na bok, możliwe, że ma jakieś obrażenia wewnętrzne i jest w stanie oszołomienia. Jest zdezorientowany, jakby był pod wpływem narkotyków. Mimo wszystko podnosi się na nogi, zbiera się w sobie i odlatuje.

– Czy wzmianka o narkotykach odnosi się do dzisiejszego społeczeństwa?

– Tak. Żyjemy w śnie narkotycznym, jaki sami stworzyliśmy, a przynajmniej pozwoliliśmy mu zaistnieć. Tworzymy i używamy coraz więcej leków, narkotyków, używek oraz środków pobudzających i uspokajających. Jedne nas uspokajają, inne pobudzają. Sami już nie potrafimy normalnie funkcjonować. Najsilniejszym narkotykiem, mało kto zdaje sobie z tego sprawę, jest nasz tryb życia. Konkretnie, konsumpcja bez wstrzemięźliwości, zapatrzenie się w wynalazki i nowe technologie, pracoholizm, spożywanie żywności faszerowanej dodatkami chemicznymi, nadużywanie kawy i alkoholu, w końcu prostacki tryb życia. Nie waham się tak powiedzieć. Wszystko, co nie daje czasu ani możliwości zatrzymania się i refleksji nad samym sobą. Dom, praca, sklep, dom, łóżko, szybki seks, byle jaki sen. Czasem ktoś taki wyjdzie z dzieckiem lub psem na spacer. Częściej z psem niż z dzieckiem. To są ustalenia zespołu, jakim kieruję. Usiłujemy zebrać to wszystko do kupy i opracować.

– Jest pani naukowcem, a mówi pani jak …

– Jak furman do konia … Jeśli tak to pani określi, nie obrażę się. Naukowcy mają dziś obowiązek mówić dosadnie, aby przekrzyczeć rosnącą falę głupoty i bylejakości, która zalewa nas ze wszystkich stron.

– Czy to znaczy, że nie ma ludzi radzących sobie w dzisiejszych trudnych czasach?

– Dziękuję za to pytanie. Jest bardzo na czasie. Otóż są tacy ludzie. Nie ma ich zbyt wielu, ale są. Dysponują naturalnym instynktem uciekania od zagrożeń, jak tylko się pojawiają, w kierunku, gdzie mają szansę uniknięcia większych urazów. Kierują się zasadami rozumu oraz intuicją, mniej emocjami. Oprócz pracy zarobkowej, zajmują ich codzienne czynności i obowiązki, jak sprzątanie, gotowanie, utrzymanie porządku, ale w rozsądnych wymiarach. Dbają o to, by mieć wolny czas i wykorzystują go na to, co piękne i pożyteczne: słuchanie muzyki, sport, spacery, czytanie, rozmowy z przyjaciółmi. Nie na oglądanie ogłupiającej telewizji. Odnajdują się w morzu literatury, która łączy przeszłość z przyszłością. Dużo czytają i dyskutują, chcą rozumieć ten świat. To jest to: czytać i dyskutować.

Ludzie znający profesor Hopkins, nie dziwili się, że mówi ostro. Od lat ostrzegała wszystkie rządy, że ludzkość kroczy w niewłaściwym kierunku, że zmierza do samobójstwa. Cytowano jej słowa:

– Wirus nie jest wrogiem, który nagle wtargnął na terytorium jakiegoś kraju. Wirus pojawia się i sieje zniszczenie na nasze własne zaproszenie. Za bardzo zbliżyliśmy się do zwierząt, za bardzo przetrzebiliśmy ich środowisko naturalne. Sześćdziesiąt procent epidemii to epidemie odzwierzęce. To coś znaczy, ale jakoś nie przenika do świadomości społecznej.

Przemówienie profesor odbiło się szerokim echem. Nie było w nim obcych słów. Wszyscy je rozumieli. Nie musiało być tłumaczone na prostszy język.

Na spotkaniu z kilkoma ministrami Jonasz Chudy nawet nie usiłował pocieszyć się, że Karolina Hopkins jest znana z kontrowersyjnych i oskarżycielskich opinii.

– Ta baba wetknęła kij w mrowisko, teraz, kiedy jest to nam najmniej potrzebne. Jest gotowa nawarzyć nam jeszcze więcej gorzkiego piwa.

Po południu premier wezwał do siebie ministra zdrowia.

– Powinieneś się zapaść pod ziemie. To ty byłeś pomysłodawcą i sponsorem tej konferencji, to ty zaprosiłeś Karolinę Hopkins! Tak się podłożyć! Jej opinie i krytyka rządu poszły na cały kraj. Ta baba jest szalona. Uznała, ni mniej ni więcej, że to nasza wina, że kraj nie radzi sobie z wirusem i epidemią. Napisz podanie, że rezygnujesz ze stanowiska ze względu na stan zdrowia lub sytuację rodzinną. Jedynie to mogę dla ciebie zrobić.

Nagła dymisja ministra zdrowia zaskoczyła wszystkich. Nikt nie domyślał się nawet, że był to początek ciągu negatywnych zdarzeń.

Odc. 13 Premier mówi o wirusie

Po odejściu ministra zdrowia, premier spotykał się częściej ze społeczeństwem organizując krótkie konferencje prasowe. Zazwyczaj w czasie takiego spotkania mówił o statystykach, ile osób zachorowało, ile trafiło do szpitala i ile opuściło szpital. Najbardziej nie lubił mówić o osobach zmarłych wskutek zakażenia wirusem. Gdyby nie presja społeczeństwa, mediów i opozycji, w ogóle pomijałby tę kwestię.

Po kilku tygodniach nie wiadomo dlaczego nabrał przekonania, że pespektywa życia wirusa jest krótka i że ledwie trzyma się on na nogach. Było to niedorzeczne określenie – porównywanie wirusa z człowiekiem. Przekonało go do tego ministerstwo zdrowia, uważając, że prezentując drażliwe tematy lepiej jest być po stronie pozytywnej niż negatywnej.

– To dobra zasada. Mówić jak najmniej o sprawach przykrych i jak najwięcej o dobrych, nawet jeśli rzeczywistość jest inna. Społeczeństwo oczekuje od pana optymizmu, wiary w przyszłość, przekonania, że damy sobie radę.

Premier wziął sobie radę do serca i przy wszystkich możliwych okazjach uspokajał obywateli. Mówił, że jest nieźle a będzie jeszcze lepiej. Opozycja krytykowała jak zwykle, że jest to przedwczesny optymizm, ludzie jednak cieszyli się.

Po kilku dniach pięknej pogody i niskich notowaniach zachorowań, Jonasz Chudy nabrał pewności, że nastąpił przełom. Poruszając rękami, jakby karmił małe dziecko, uspokajał słuchaczy i widzów:

– Wirus dał się oswoić. Prawie je nam z ręki. Osobiście czuję się już tak spokojnie, że dzisiaj jestem w pracy bez maseczki i bez rękawiczek.

Szef rządu szybko wypracował sobie formułę przekonywania do siebie ludzi takimi komunikatami. Lubili go za to, jego notowania rosły. Podnosił prawą rękę otwartą dłonią w kierunku tłumu i uśmiechał się. Potem wygłaszał to, co miał do wygłoszenia. Zazwyczaj zajmowało mu to nie więcej niż piętnaście minut.

– Ludzkie panisko – mówili świadkowie wystąpień.

Największym mirem premier cieszył się wśród mieszkańców wsi. Zyskał go zwiedzając wzorową hodowlę krów, kiedy się przyznał, że jego dziadkowie ze strony matki pochodzili ze wsi, a on sam umie wydoić krowę.

– Nauczyłem się tego, kiedy przyjeżdżałem do babci i dziadka na wakacje – powiedział, pokazując obrazowo palcami jak ściągać mleko z dojki krowiego wymienia.

Jego przeciwnicy wykoślawili to wystąpienie, twierdząc, że pokazał, jak się onanizować. Nazwano go zboczeńcem gorszącym dzieci i młodzież.

Media błyskawicznie podjęły drażliwy temat, komentowano zdarzenie i zadawano pytania. Premier na początku tłumaczył się, że niewłaściwie zinterpretowano jego gesty; jego rzecznik prasowy mówił natomiast, że dziennikarze wyrywają sprawę z kontekstu. Po rozmowie z żoną premier postanowił w ogóle nie zabierać głosu w tej sprawie. Zabronił też komentowania jej sekretarce i asystentce.

– Proszę nie rozmawiać o tym incydencie z pracownikami gabinetu, ani ministrami, ani z żadnymi innymi osobami, z którymi będziecie w kontakcie. Liczę na wasz takt i umiejętność ignorowania złośliwych zaczepek.

Kobiety przyjęły to do wiadomości. Dla podkreślenia swojej lojalności sekretarka wyjaśniła:

– Rozmawialiśmy o tym z Julią. Opozycja zachowuje się podle. Nie wnosi niczego pozytywnego do debaty jak zwalczać wirusa, tylko krytykuje i wyzłośliwia się, wykoślawiając to, co pan powiedział albo zrobił. W ten sposób można każdemu dorobić rachityczne nogi lub wmówić jąkanie się.

Premier zmrużył oczy zastanawiając się nad jej słowami, po czym zgodził się, że postępowanie opozycji jest wyjątkowo wredne. Publicznie mówił o nim jako zachowaniu nieprzyjaznym. 

Odc. 14 Wyzwania

Pierwsza decyzja rządu była jednoznaczna: wszyscy obywatele Bangolu zostaną zaszczepieni przeciwko wirusowi Quagga ze względu na bezpieczeństwo publiczne. Stały za tym mocne argumenty; dopiero kiedy znaczna większość społeczeństwa zostanie zaszczepiona, epidemia zacznie słabnąć.

Na drodze planu szybko pojawiła się przeszkoda: wielu obywateli było niechętnych obowiązkowi szczepienia. Kiedy okazało się jeszcze, że dostawy szczepionek będą wolniejsze niż wynika to z potrzeb, plan zmieniono. Niechęć wobec szczepień rząd postanowił zwalczać akcją uświadamiającą korzyści szczepienia.

Premier miał dobrą noc, nie śnił mu się ani wirus, ani epidemia, ani opozycja – trzy trucizny jego życia. Na porannym posiedzeniu rządu tryskał energią:

– Nie bez znaczenia jest też opozycja. Cokolwiek nie zdecydujemy, będą torpedować nasze cenne inicjatywy. Niedoczekanie ich. Zgnieciemy ich jak pluskwę.

Program powszechnych szczepień rząd uznał za pierwsze poważne zwycięstwo. Następnego dnia ogłoszono akcję rejestracji osób chętnych do szczepienia. Wieczorem odbył się z tego tytułu bankiet w sali konferencyjnej dla wyższych funkcjonariuszy państwowych i zaproszonych gości. Ze względów bezpieczeństwa uczestników przyjęcia przywoziły limuzyny rządowe.

Na sali panował radosny gwar, kiedy przez okno wpadły do wnętrza dwa kamienie. Na ulicy przed budynkiem rządowym zgromadził się już tłum, powiększając się z każdą minutą. Byli to antyszczepionkowcy. Bardzo szybko sytuacja pogorszyła się. Przeciwnicy szczepień pojawiali się ze wszystkich stron i przez megafon głośno wyrażali swe niezadowolenie. Życie przeniosło się na ulice i do Internetu. W mieście pojawiły się grupy ludzi z plakietkami i transparentami, wznoszono okrzyki wzywając do bojkotu szczepień. Ludzie demonstracyjnie rzucali maseczki na ziemię i deptali. Orężem antyszczepionkowców było przekonanie, że wirus jest wymysłem, a szczepienie jest tylko podstępnym eksperymentem zagrażającym życiu.  

W odpowiedzi rząd zorganizował debatę w telewizji pod hasłem „Powszechne szczepienia antywirusowe”. Na podium pojawili się: prowadzący dyskusję, minister zdrowia, przedstawiciele mediów społecznych, przeciwnicy szczepień.

Nikt nie zdawał sobie sprawy, jaką siłą perswazji i głębią przekonań dysponowali przeciwnicy szczepień. Rząd przegrał debatę. Premier z trudem strawił porażkę.

Wieczorem zadzwonił telefon domowy.

– Jest późno. Nikt nie zna tego numeru, oprócz kilku naszych przyjaciół. Odbierz telefon – poprosiła żona.

Premier podniósł słuchawkę. Po chwili odwrócił się i szepnął:

– To Leon Kukuła. Mówi syczącym tonem jak wąż. Jest wściekły.

– Oj, Jonaszu, Jonaszu! Zawiodłeś mnie. Nie zrobiliście rozeznania. Nie wiedzieliście, jak liczna jest to rzesza ludzi ani jakiego rodzaju argumenty będą stosować. Oczywiście oni pletli androny, ale ludzie w nie wierzą. Taki jest ten świat. Irracjonalny. Twój nowy minister zdrowia też się nie popisał. To młody lekarz, jakiś konował, bez doświadczenia w debacie publicznej.

– To znany internista, człowiek o wielkiej wiedzy medycznej, naukowiec – bronił go premier. Chwilę później żałował, że to uczynił, bo tylko pogorszył sprawę.

– Stań, człowieku, na ziemi i nie broń kogoś, kto może i umie robić lewatywę osobom w potrzebie, ale nie ma pojęcia o debacie publicznej.

Chudemu nie podobało się, że milioner zwracał się do niego po imieniu i fatalnie mówił o jego ministrze. Nie miał możliwości odpowiedzieć mu pięknym za nadobne, był od niego zależny. To Kukuła zadecydował o przyznaniu mu stanowiska premiera i od czasu do czasu bronił przed atakami opozycji.

Rozmawiał o tym potem z Zuzanną. Omawiał z nią wszystkie ważniejsze sprawy; zawsze stała po jego stronie. Zgodziła się, że nie jest to miła sytuacja.

– Ale są ogromne plusy. Jesteś najbardziej popularną osobą w kraju, nawet przed prezydentem, i masz pensję i przywileje, których wszyscy ci zazdroszczą. Jesteś wybitnym celebrytą.

– Wierzysz w to? – zapytał żonę raczej dla usłyszenia potwierdzenia, niż z powodu jakichś wątpliwości. Wiedział, że to prawda. Zajmował stanowisko, na którym mógł swobodnie kreować wizerunek człowieka wpływowego, eleganckiego i inteligentnego.

Odc. 15 Konkurs

Wspólne posiedzenie rządu i kierownictwa Partii Powszechnego Dobrobytu odbyło się bez rozgłosu. Wiadomość nie przedostała się do prasy. Nawet o tym, że w spotkaniu uczestniczył Leon Sawiłło-Kukuła. Prowadzący zebranie premier Chudy był w dobrym nastroju. Zdjął marynarkę i podwinął rękawy, jakby miał wykonać fizyczną pracę. Zachęcał zebranych do częstowania się kanapkami.

– Czasy stają się coraz trudniejsze. Coraz więcej ludzi choruje i umiera. Dlatego musimy się zastanowić, jak ożywić mroczną atmosferę panującą w kraju w związku z tą fatalną epidemią i lockoutami. Mam propozycję do dyskusji.  

Podjęto tylko jedną decyzję: rząd znajdzie i wypromuje człowieka skutecznie radzącego sobie w trudnych czasach ze wszystkimi problemami, jako osoba prywatna i właściciel biznesu.

– Nie mamy czasu do zmarnowania. Musimy pokazać wszystkim ideał obywatela. Ludzie sami go sobie wybiorą w głosowaniu Człowieka Roku. Musi to być osoba pozytywna, autentyczna, nie jakiś lansowany przez media celebryta. Potrzebujemy kogoś, kto będzie także naszym ideałem, pokazując jacy jesteśmy jako partia rządząca. Kiedy już zostanie ogłoszony Człowiekiem Roku, wtedy my upowszechnimy jego wizerunek publiczny.

Organizację konkursu powierzono tygodnikowi „Społeczeństwo Dobrobytu”, prowadzącego wcześniej podobne konkursy. Sponsorem konkursu było ministerstwo kultury. Aby nie było wątpliwości, warunki i zasady konkursu oparto o „Kodeks Cywilny” w części dotyczącej „Przyrzeczenia publicznego”.

Każdy dorosły obywatel mógł kandydować. Chętnych było więcej niż zakładały najbardziej ambitne przewidywania. Wszyscy przedstawiali kandydatów: władze samorządowe, instytucje państwowe, organizacje społeczne, redakcje gazet, kluby sportowe i organizacje kombatanckie. W pierwszych trzech dniach po ogłoszeniu konkursu zgłosiło się trzystu dwudziestu kandydatów. Propozycje napływały dziesiątkami każdego następnego dnia. Łącznie złożono czterysta pięćdziesiąt pięć propozycji. Konkurs odbywał się trzyetapowo: ćwierćfinał, półfinał i finał. Jury zajęło dziesięć dni, aby przebić się przez wszystkie etapy, zanim dokonano ostatecznego wyboru.

W ostatnim etapie wzięło udział tylko trzech finalistów. Zwycięzcą konkursu został Marian Wójcik, biznesman i społecznik z miasteczka „Lewar” na południu kraju. Ogłoszenie go Człowiekiem Roku odbyło się na specjalnej gali w Centrum Konferencji Międzynarodowych w stolicy kraju, Agarze. W uroczystości uczestniczył także Leon Sawiłło-Kukuła.

Transmisja telewizyjna cieszyła się wielkim zainteresowaniem. Człowiek Roku okazał się mężczyzną postawnym choć niezbyt wysokim, o regularnych rysach twarzy. Ubrany w ciemnoszary garnitur, ogolony i modnie ostrzyżony, prezentował się doskonale.

Feliks i Weronika Tarczyńscy, małżeństwo emerytów, oglądali galę w telewizji komentując między sobą.

– Mnie się podoba. Dobrze wygląda. Jest niezbyt wysoki, jakby jury konkursu wybierając go zadbało, aby nie był wyższy niż otaczające go osoby. Można powiedzieć, jest idealnej postury i wagi. To także człowiek z osiągnięciami. – Pani domu była wyraźnie zadowolona ze zwycięzcy konkursu.

– To prawda. Przyzwoicie ogolony, wygląda jak człowiek a nie jak jakiś bezdomny. Żaden tam zarost trzydniowy, to dobre dla artysty. Widać, że nie jest to celebryta, egoista, jakich ogląda się w gazetach i w Internecie. Dobrze o nim mówią. Uzdolniony ponad miarę, nawet genialny w niektórych swoich posunięciach, bardzo pracowity, dobry menedżer i społecznik dostępny dla każdego. Ma rodzinę, jest ojcem dwojga dzieci. Mnie też się podoba.

Odc. 16 Szczepienia  

Szczepienia przeciwwirusowe zagościły na stałe w życiu społeczeństwa i przejściowo zdominowały temat Człowieka Roku. W mediach coraz częściej go krytykowano. Zwiększone zainteresowanie szczepieniami dawało rządowi więcej luzu, aby poprawiać, modyfikować i retuszować treści przekazów na ten coraz bardziej drażliwy temat.

Opór przeciwko szczepieniom był silniejszy niż myślano. Ludzie inaczej je sobie wyobrażali niż naukowcy i rząd. Każdy miał swoje racje i uzasadnienia. Byli tacy, co nawet polubili wirusa, bo im dawał zarobić.

– Kiedy inni tracą na nim, my zwiększamy dochody. I to całkiem nieźle – chwalił się Karol Czerstwy, przedsiębiorca pogrzebowy. – Wkrótce będę budować nowy zakład.

Każdego dnia na ulicach, placach i przed budynkami rządowymi i instytucji publicznych pojawiały się manifestacje. Argumentacja antyszczepionkowców nasilała się, stanowiąc coraz poważniejsze wyzwanie. Przeciwnicy szczepionek przychodzili kolorowo ubrani i krzyczeli. Aby był im wygodniej zdejmowali maseczki i rękawiczki.

– Ręce mi się pocą – wyjaśniła dziewczyna z krasnymi policzkami.

Niektórzy dla kawału zakładali maski teatralne. Ci krzyczeli najgłośniej.

– Wszyscy w niego wierzą, a my nie. Jesteśmy inni.

Rządowa promocja szczepień rozbijała się o potężną rafę argumentów przeciwników szczepionek. Jakkolwiek dziwne by się one nie wydawały, były proste, jednoznaczne w treści i całkowicie przekonujące dla dużej części społeczeństwa.

– Wirus nie istnieje, jest tworem wymyślonym, wytworem chorego umysłu. Skoro nie ma wirusa, to i nie ma epidemii. Rząd podaje statystyki ludzi umierających z powodu wirusa w szpitalach. Prawda jest także, że to są statyści. Nawet jeśli ktoś umrze, to precież się zadzra, to na inną chorobę. To wszystko to spisek mający wypełnić pieniędzmi kieszenie właścicieli szpitali i wielkich firm farmaceutycznych.

Inna grupa osób niechętnych szczepieniom miała inną argumentację:

– Nie wierzymy w wirusa. Jeśli nawet gdzieś się pokaże, to jest równie niebezpieczny jak wirus przeziębienia lub grypy. Ludzie od grypy też umierają, ale społeczeństwo nabiera odporności. Jest to nieuniknione.

Ruch antyszczepionkowy nie organizował się od podstaw, tylko narastał. Był zasilany importowanymi ideami Międzynarodowego Frontu Antyszczepionkowego. W Bangolu w większych miejscowościach samoczynnie organizowały się oddziały, wzorowane na komórkach terrorystycznych. Tak to widziała policja.

Minister spraw wewnętrznych po naradzie z premierem powołał w pośpiechu specjalną komórkę policji do śledzenia i zwalczania antyszczepionkowców. Przede wszystkim chodziło o rozpoznanie ich sił, programu i organizacji. Na początku szło to dosyć opornie. Problemem był brak prawa określającego kary za poglądy sprzeczne z wiedzą naukową. Ponadto antyszczepionkowcy byli zbyt rozproszeni. Widząc zainteresowanie władz swoją aktywnością, stali się ostrożniejsi, zaczęli się organizować, stosując kamuflaż i zasady konspiracji.

Równolegle do upowszechniania szczepień, rząd energicznie promował Człowieka Roku. W miarę upływu czasu Marian Wójcik awansował; powierzano mu zarządzanie coraz większymi przedsiębiorstwami i organizacjami. Leon Sawiłło-Kukuła w wywiadzie prasowym nie szczędził mu słów uznania.

– To mąż opatrznościowy i fantastyczny menedżer. Mogę szczerze go nazwać uzdrowicielem gospodarki Bangolu, obecnie w nienajlepszym stanie z powodu epidemii. Ze swoich obowiązków wywiązuje się na medal. Czego nie tknie, zamienia się w złoto. 

Stopniowo w świadomości publicznej kształtował się obraz nadzwyczajności Wójcika – Człowieka Roku. Będąc kierownikiem Miejskiego Klubu Sportowego, opiekował się drużyną piłki nożnej Lewaru. W ciągu dwóch lat doprowadził ją do trzeciej ligi. To zdobyło mu uznanie mieszkańców i władz miejskich; był dobrym organizatorem i menedżerem. Wkrótce został dyrektorem lokalnej, ledwo dychającej ekonomicznie mleczarni. Zatrudniono go na tym stanowisku, aby ustabilizował a następnie rozkręcił jej działalność. Kiedy to nastąpiło, stanowisko przejął jego zastępca, on sam zaś został dyrektorem zakładu ogrodniczo-pszczelarskiego. I w tym przypadku również osiągnął wielki sukces: Lewar nabył prawo używania sloganu „Miasto mlekiem i miodem płynące”. Dzięki temu udało się miastu zarejestrować w dwudziestu krajach europejskich marki trzech lokalnych produktów: dwóch rodzajów miodu oraz jednego wyrobu mlecznego. Wszystkie okazały się sukcesem eksportowym. Wójcika okrzyknięto bohaterem Lewaru.

Odc. 17 Człowiek Roku

Rząd promował Człowieka Roku także za granicą. Konsul Bangolu w Szkocji pierwszy podjął kampanię upowszechniania Wójcika jako Człowieka Roku. Organizując wystawy, spotkania i konferencje, rozbudził zainteresowanie „Wielkim Bangolczykiem”. Wkrótce w mediach szkockich pojawiły się informacje o Wójciku jako „celebrycie znikąd, zbawicielu Bangolu i cudotwórcy w sprawach gospodarczych”.

Ktoś zwrócił uwagę na jego podobieństwo do Roberta Louisa Stevensona, szkockiego pisarza, reportażysty, autora powieści „Wyspa Skarbów” oraz „Doktor Jekyll i pan Hyde”. W kontaktach z mediami konsul tak napompował Wójcika substancją genialności, że w Szkocji pojawiły się głosy, iż w jego żyłach płynie krew szkocka. Prawdopodobnie stali za tym nacjonaliści, rozpaczliwie odczuwający potrzebę ożywienia swoich idei.

O Człowieku Roku rozmawialiśmy w Klubie Niezależnych Celebrytów, którego byłem członkiem. Byliśmy oburzeni, że robiono mu tyle reklamy, ponieważ był to figurant i marionetka, sądząc po tym, co na zamówienie robił i mówił. Przede wszystkim był wulgarny, bluzgał jak alkoholik, który właśnie otrzeźwiał i wyszedł z rynsztoka. Dla prawdziwych celebrytów wybór Wójcika jako Człowieka Roku był przewrotnym żartem i manipulacją. Dyskusja w klubie dawno nie była tak ożywiona, przedstawiano opinie i sugestie.

– Wójcik to pseudo celebryta, sztuczny wytwór przeżartej ambicjami władzy, usiłującej narzucić społeczeństwu wzorcowy model obywatela.

– Nie należy tworzyć z niego męczennika, wchodząc w konfrontację z rządem. Wyśmiejemy go. Władza autorytarna nie znosi szyderstwa. Ten człowiek ma cechy, które go same zdyskredytują.

– Nie musimy nic więcej robić, jak tylko go ignorować. Dla mnie to nie jest Człowiek Roku tylko Człowiek od Lewara. Wypadałoby przedstawić jego kandydaturę do nagrody Nobla w dziedzinie współpracy z rządem.

Będąc w zarządzie klubu, włączyłem się do dyskusji publicznej. Miałem własny punkt widzenia, jak należy potraktować Człowieka Roku. Udzieliłem wywiadu.

– Pan Marian Wójcik to jednostka bardzo pozytywna, z wieloma osiągnięciami. Jest niezwykle silny; lewą ręką wyciska hantel ważący 90 kilogramów, prawą 110 kilogramów.  Ma wielkie zasługi w rozwoju różnych dziedzin życia Lewaru i całego kraju. Wniósł znaczący wkład do kultury, sportu, medycyny, gospodarki, przemysłu, nauki, ochrony środowiska naturalnego oraz bankowości. To on odkrył i zapoczątkował hodowlę zimojada, wysokowydajnego gatunku pszczół zbierających nektar przez cały rok z wyjątkiem dni, kiedy jest dużo śniegu lub panuje mróz.

Myśleliśmy, że nikt tego nie kupi, i pomyliliśmy się. Wiele osób w to uwierzyło i jeszcze bardziej przekonało do Mariana Wójcika jako Człowieka Roku.

W Klubie Niezależnych Celebrytów mamy także dwóch lekarzy. Obydwaj uważają, że wirus Quagga ma wpływ na psychikę, powodując deformację sposobu widzenia świata przez osoby żyjące w silnym poczuciu zagrożenia epidemiologicznego.

Odc. 18 Naga prawda

Prawda o Człowieku Roku objawiała się stopniowo, fragmentami, czasem nagłą rewelacją. Okazało się, że tak naprawdę to nikt nie znał prawdziwego Mariana Wójcika. W ujawnianie prawdy o nim włączyli się mieszkańcy Lewaru, często ludzie prości, z pozoru nie potrafiący odróżnić koła od kwadratu, obserwatorzy sceny lokalnej, przypadkowi świadkowie zdarzeń. Dołączyły do nich osoby poszkodowane przez Wójcika, w tym najbliższa rodzina. Pytającym o niego dziennikarzom odmawiano prawa do rejestrowania twarzy i podawania nazwisk.

Albin Ramo, pisarz o ambicjach nastolatka, wypowiadający się na różne tematy, trafił do Lewaru przypadkowo. Jak zwykle szukał tematu do dzieła swego życia, zrodzonego w głowie z pragnienia sławy i wiary we własny talent. Kierowany instynktem śledczym zatrzymywał ludzi o ciekawych twarzach, rokujących ciekawsze myśli niż tylko te dotyczące codziennego życia. Na przystanku autobusowym wypatrzył mężczyznę o ptasich oczach i ostrym nosie.

– Oto twarz zdziwionego sępa, ptaka drapieżnego. Z pewnością widział niejedno i rozumie więcej niż inni – pomyślał.

Kierowany tą niewypowiedzianą myślą Ramo wdał się w konwersację. Nieznajomy był nauczycielem historii w szkole podstawowej w Lewarze. Mariana Wójcika nazywał filarem miasta. W uszach Ramo słowa te zabrzmiały jak „filar Lewaru”, zachęcając do drążenia innych wątków, jakie mógł mieć w dyspozycji mężczyzna.

– Ludzie bali się o nim mówić. Na początku był to człowiek skromny, ambitny, ale skromny, pomagający bliźnim. Teraz jest zupełnie kim innym. Zmienił się. To człowiek wpływowy i mściwy. Ma specjalny immunitet. Stoi za nim państwo. Coś go łączy z jakimś milionerem, podobno się spotykają, aby rozmawiać o czarnych interesach.

W rozmowach o Wójciku pojawiały się też informacje chaotyczne, irracjonalne, świadkowie desperackich pragnień wyrzucenia z siebie rzeczy długo tajonych.

Ramo notował sobie te skojarzenia, uznając je za ciekawe: wielki człowiek z małej miejscowości, zdjęcia z celebrytami z rządu, cacy-cacy, rąsia w rąsie, grube pieniądze, przepływy, romanse, majątki, niebotyczna emerytura, przywileje. Były tam nawet wiersze, pohańbienie i upadek miłości. Ramo pomyślał, że są to zeznania śliskie, rozdmuchane, nieogarnione w tęsknocie za sławą.

Nieznajomy o fizjonomii sępa kontynuował swoje rewelacje:

– Robią z niego wybitnego celebrytę, przywódcę, wielkiego menedżera, takiego, co to raz na tysiąc lat spada z księżyca na ziemię i ratuje ludzkość przed głodem, zimnem i zarazą, przewiduje bezbłędnie ceny surowców na trzy lata do przodu i jest za pan brat z Nostradamusem.

Do badania życia i kariery Mariana Wójcika włączyła się energicznie opozycja. Pojawiły się nowe oceny, coraz bardziej sprzeczne z obrazem kreowanym przez władze. W obrazie Człowieka Roku pojawiły się szczeliny, przez które wyciekało kłamstwo, fałsz i obłuda. Poglądy i oceny były coraz śmielsze.

– Jaki to biznesmen i elegant, skoro słoma wystaje mu z butów. Nie jest to krystaliczna postać, jaką przedstawia Partia Powszechnego Dobrobytu.

Rzecznik rządu a za nim media prorządowe wytoczyły natychmiast swoje armaty.

– Marian Wójcik, postać ze wszech miar pozytywna i autentyczna, ma swoich przeciwników. Zazdroszczą mu sławy. To zamach na godność i wizerunek człowieka sukcesu. Lewackie media prowadzą przeciwko niemu kampanię oczerniającą.

Odc. 19 Podwójne życie

Szczegóły życia Mariana Wójcika wyciekały cienkimi strumyczkami plotek, szeptanek i zgadywań, w pierwszej kolejności do lokalnej gazety żyjącej tym, co tu i teraz. Wszyscy ją czytali bo była tania i dostępna w kioskach i sklepach spożywczych, warzywniakach a nawet u weterynarza, na każdym rogu ulicy. Niektóre doniesienia rozdmuchiwano do niemożliwości; ludzie przestawali w nie wierzyć, tak były nieprawdopodobne. Wynikało z nich, że Wójcik jest świętym człowiekiem, niezwykłej pracowitości, oddanym rodzinie i przyjaciołom.

– On nie ma nawet czasu, aby się podrapać. Tylko pracuje i pracuje pomnażając dobra dla swojej rodziny i dla naszej wspólnoty. Także wspiera ludzi w potrzebie – szeptały między sobą w kościele panie z kółka różańcowego, Eliza i Joanna. Mówienie o mężczyźnie takiej klasy uważały za wyróżnienie, bo same już nie miały mężów. Odeszli w sposób naturalny w stan wiecznego spoczynku, powołani do niebieskiej armii Nieba.

– Ten Wójcik jest taki wyrazisty, inny niż większość mężczyzn, którzy są byle jacy. Mój mąż na przykład bardzo lubił rąbać drewno. Rąbał więcej niż potrzebowaliśmy, więc zaczęliśmy je sprzedawać. On rąbał a ja sprzedawałam, To właśnie z tych dochodów zbudowaliśmy sobie drugi dom. Wynajmuję go teraz razem z pierwszym , bo mieszkam u córki, zaraz za miastem – Eliza Paczyńska lubiła mówić o osiągnięciach małżeńskich.

– A co mężem?

– Odszedł biedak dwa lata temu. Ciężko pracował. Najpierw przyszła przepuklina, potem wysiadło mu serce. I tak odszedł. Dobry to był człowiek, może nawet lepszy niż ten Wójcik, Człowiek Roku.

Następnej niedzieli panie Eliza i Joanna spotkały się znowu w kościele. Prowadziły życie pełne podniosłości, ciesząc się wiarą w Boga, proboszcza i własne przekonanie, że są dobrze poinformowane, co dzieje się w mieście.

– Powiem pani od razu, Joanno, że ten Wójcik nie był święty – Eliza Paczyńska była podekscytowana wiadomością burzącą porządek życia Lewaru. – Dowiedziałam się wszystkiego od mojej córki. Ten człowiek udawał, że wyjeżdża w delegacje służbowe, bo miał kochankę na boku. Oddawał jej większą część swoich dochodów. Jego żona wiedziała o tym, ale nikomu się nie skarżyła, bo groził jej, że ją pobije. Zmuszał ją do milczenia także groźbą zatrzymania pieniędzy, jakie jej wysyłał na utrzymanie domu i rodziny. Bez tego by nie przeżyła. Sama nie mogła o tym mówić, więc upoważniła swoich braci, aby ujawnili jej krzywdę. Prawdę o kochance potwierdzili także sąsiedzi. Przyjeżdżał do niej przeważnie po południu, w sobotę lub w niedzielę. Już na progu ściskał ją i całował w usta. Ledwo się przywitali, rozbierał ją prawie do naga i kładł się na nią. Gdziekolwiek, nawet na podłodze!

– Skąd pani to wie?

– Mówił mi mój wnuczek. Ma lornetkę i ich podglądał. To okropne, jak ci ludzie gorszą nawet dzieci.

Życie Bangolu na pewien czas przeniosło się do Lewaru. W miasteczku pojawili się dziennikarze, korespondenci różnych agencji informacyjnych, paparazzi, przedstawiciele opozycji w parlamencie. Dwa razy przyjeżdżały ekipy telewizyjne. Wieczorem na ulicy pojawiały się czarne limuzyny i jak krety zagłębiały w ciemności ulicy prowadzącej do domu należącego do Wójcika.

W ślad za informacją o kochance pojawiła się druga, bardziej doniosła i poważniejsza. Ujawniła ją księgowa mleczarni prowadzonej niegdyś przez Wójcika.

– Ten człowiek okradał mleczarnię. Nikt o tym nie wiedział oprócz jego dwóch wspólników. Technika okradania mleczarni nie była wyszukana, ale bardzo skuteczna. Będąc dyrektorem zawarł umowy na dostawy wyrobów zakładu z dwoma dystrybutorami produktów mleczarskich. Dał im dobre ceny w zamian za zobowiązanie, że będą mu płacić prowizję od wartości dostaw. Dopiero jak się pokłócili, sprawa wyszła na jaw.

Odc. 20 Człowiek Roku celebryta

Dochody Człowieka Roku stały się przedmiotem powszechnego zainteresowania, kiedy okazało się, że ma on dwa domy w podgórskiej miejscowości turystycznej. Wyglądały identycznie i stały na sąsiednich działkach, i to zwróciło uwagę. Poza tym miał jeszcze kilka innych dużych inwestycji. Był krezusem. Ta pozycja przyciąga nie tylko pieniądze, ale i uwagę i zazdrość, a nawet zawiść.

– Kto buduje równocześnie dwa domy, musi mieć furę pieniędzy. Żadnego mleczarza, nawet dyrektora czy właściciela mleczarni, na to nie stać. Musiałby to być mega prezes a marże zysku ze sprzedaży mleka i przetworów mlecznych musiałby być grubsze niż kożuch z czarnego barana niestrzyżonego przez trzy lata – księgowa mleczarni lubiła kolorować zdarzenia. Czuła się wtedy doceniona i ważna.

Na spotkaniu Klubu Niezależnych Celebrytów każdy miał coś ciekawego do powiedzenia. Temat i jego błyskotliwej kariery, talentu i pieniędzy Człowieka Roku był głębszy niż studnia artezyjska w Australii. Porównanie ze studnią artezyjską nasuwało się w sposób naturalny.

Przewodzący klubu, barczysty, wysportowany mężczyzna, wybitny aktor, powszechnie znany pod pseudonimem Barbarossa, znany bohater słynnego filmu o podboju kosmosy „Czerń i blask”, pierwszy zabrał głos.

– Cieszymy się opinią ludzi bogatych wewnętrznie i zdolnych dostrzegać rzeczy niezwykłe. Pochlebiamy sobie, że stanowimy grono osób najbardziej podziwianych. A tu proszę, ktoś zupełnie nieznany przerasta nas swoją niezwykłością. Brzmi to jak obraza, a z całą pewnością wyzwanie. Oto z małego niewinnego misia koala wyrósł potężny niedźwiedź grizzly.

Celebryci tym chętniej zagłębili się w temat Człowieka Roku, że był on prezentowany przez rząd jako fenomen, ewenement, artysta wielkiego biznesu, rodzaj niezwykłego celebryty, choć nikt nie nazywał go tym imieniem.  

Człowiek Roku miał potężnych sponsorów. Przed oskarżeniami bronili go multimilioner Leon Sawiłło-Kukuła, premier Chudy, ministrowie, media prorządowe. Głosząc swoje argumenty mieli nadzieję, że zabiją niezdrową atmosferę podejrzeń rosnących wokół Człowieka Roku.

– Władza przeżywa wstrząsy sumienia, jeden po drugim. Głoszone przez nią prawdy szybko okazują się mieć drugie dno. Czasem nawet trzecie. My celebryci, rozumiemy to najlepiej, ponieważ kłamstwo zabija autentyczność celebryty. Kłamiący celebryta to człowiek wypisujący się z klubu profesjonalistów. 

Marian Wójcik znalazł się w potrzasku, unikając odpowiedzi na pytania dotyczące jego osoby, przyjaciół, awansów i majątku. Nie chwalił się swoim dorobkiem i to było podejrzane.

– Każdy lubi mówić o swoich osiągnięciach, a on zachowuje się jak dziewica, negująca spotkania towarzyskie z przystojnym młodzieńcem. Posądzam go o chorobliwą skromność – Erazm jak zwykle nie kryl się ze swoimi opiniami.

Rząd Bangolu rozpaczliwie bronił swojego idola, w zamian za co Marian Wójcik poświadczał każde ich słowo, nadużycie i niegodziwość, podtrzymując sztandary ich przekonań . Była to cena wdzięczności za wypromowanie go na geniusza. Między społeczeństwem dociekającym prawdy a rządem, toczyła się wojna informacyjna, w której wiadomości o wirusie i epidemii karlały do poziomu dodatku do dziennika telewizyjnego.

Odc. 21 Epidemia dezorganizuje

Okres epidemicznych szaleństw wydłużał się mimo rozpoczęcia szczepień. Wirus pędził do przodu jak pomylony koń brykając na boki w tańcu szalonych mutacji. W marcu pojawiły się wersje kontynentalne mutacji, jedna bardziej zjadliwa od drugiej. Wydawało się, że w końcu każdy kraj będzie mieć własną wariację Quaggi. Nikt nie znał przyczyn tak obłąkanego tańca wirusa. Nawet znani z zimnej krwi naukowcy łapali się za głowy.

Szaleństwa wirusa dezorientowały życie społeczeństwa. Bangolczycy zachowywali się w sposób coraz bardziej nietypowy i nieprzewidywalny. Albina Ramo, entuzjastę pisarstwa, też dopadło szaleństwo. Przeżywał na przemian dwa cykle, jeden ospałości, drugi ożywienia. Pierwszy porównywał do schodzenia ze zwieszoną głową długimi schodami do piwnicy w nieokreślonym celu.

Drugi cykl był błogosławieństwem. Pisarskie ciało nabierało wigoru; Albin czuł się na tyle silniejszy, aby snuć przebojowe rozważania na temat sennej ospałości.

– To potwór. Mogę go życzyć tylko najgorszym wrogom. Spadasz gdzieś w dół koszącym lotem, twój umysł pracuje jak zdezelowany wózek do przewozu makulatury a organizm ulega depresji.

W dniu, kiedy został zaszczepiony przeciwko wirusowi, Ramo – podobnie jak inni wybrańcy losu – poczuł radość świeżo nabytej odporności. Powstrzymał się jednak od szaleństwa optymizmu, rozumiejąc, że jest to odporność niekompletna, malejąca z czasem, nie gwarantująca pełnego bezpieczeństwa.

– Sprawa była złożona, zależna od rozwoju sytuacji: jakiego kształtu wirus nabierze, jakie przyssawki straci a jakie zyska, jak bardzo będą one przyczepne i zdolne do przenikania do organizmu – tłumaczyli wirusolodzy, obecni prawie na każdym rogu ulicy.

W Klubie Niezależnych Celebrytów nie sposób było uniknąć tematu. Wszyscy starali się trzymać głowy and mętnym oceanem epidemii, dając przykład radzenia sobie siłą ducha z przygnębieniem.

Wirus Quagga mnie zastanawiał, często myślałem o nim.

– Taki mały sukinsyn niewidoczny gołym okiem, a trzyma całe społeczeństwo w szachu, powodując depresję i zamieszanie.

Nie chciałem nikogo straszyć, ale byłem pewny, że Quagga pozostanie z nami, nawet kiedy większość ludzi będzie już zaszczepiona, jak to przewidywała profesor Hopkins. Będzie czekać na lepsze czasy przyczajony gdzieś w krzakach nad rzeką, w lesie, w kłaku futra zdechłego zająca lub w starej remizie strażackiej. Możliwe, że także w jakimś wschodnim laboratorium, gdzie naukowcy śnią o potędze rozumu.

Pomyślałem, że wirus ma w sobie przewrotność na skalę człowieka i wyobraziłem go sobie jako istotę rozumną. Gdyby z nim porozmawiać, mógłby powiedzieć:

– Człowieku! Kocham was zaskakiwać, widzieć wasze zdrętwiałe z przerażenia gęby i te śmiesznie zaciśnięte ze strachu szczęki. Dam wam jeszcze popalić. Bronicie się przede mną maseczkami, trzymaniem się z dala od siebie i częstym myciem rąk. Przyjdzie jeszcze taki czas, że ciepła woda z kranu tak podrożeje, że będzie was to dobijać finansowo, dopóki nie wymyślicie skromniejszego modelu życia i nie przestaniecie niszczyć przyrody. Nie drażnij małpy, bo cię pogryzie!

Zastanawiałem się nad ostatnimi słowami. Faktem jest, że epidemie w większości pochodzą od zwierząt. Jest to wiedza ludzka a nie beznadziejnie prymitywnego wirusa, prostej drobiny białka, która tym niemniej daje nam popalić na niespotykaną skalę.

Swoją koncepcją podzieliłem się z Erazmem. Myślał podobnie. Ucieszyłem się. Ludzi lubimy za to, że podzielają nasze poglądy. Wiele nas łączyło. Obydwaj buntowaliśmy się przeciwko władzy Kukułów, Chudych i Marianów Wójcików, narzucających swój światopogląd innym, cichych kombinatorów i skrytych złodziei. Gniew we mnie wzbierał.

– Zła władza jest jak wirus. On wyżera ci płuca, a ona rujnuje ci system nerwowy – powiedziałem Erazmowi.

Siedział przy biurku, pijąc kawę. Podniósł głowę i zgodził się ze mną. Poczuliśmy solidarność wobec ciemiężców ludzkości.

Odc. 22 Trzynasty Apostoł

Walkę z wirusem hamowała niechęć wobec szczepień. Znaczna część społeczeństwa miała obawy i nie planowała się szczepić. Rząd prowadził sondaże. Czytając kolejny wręczony mu po wejściu do sekretariatu, premier Chudy zatrzymał się i powiedział głośno:

– Mając coraz większą ilość szczepionek, zamiast mniej, mamy coraz więcej problemów. Ludzie nie chcą się szczepić. Skąd bierze się w nich taki upór? To czysty bezsens! Nie rozumiem tego.

Kinga Sobol, sekretarka premiera, zrozumiała, że nie jest to zachęta do zabrania głosu.  

– Nikt tego nie wie – pomyślała. Śpieszyła się. Musiała zadzwonić w kilka miejsc. Miała też inne zmartwienia. Była samotną matką wychowującą dwoje dzieci, chłopca i dziewczynkę. Były teraz w przedszkolu w dobrych warunkach, ale zawsze miała obawę, że coś przywleką do domu. Niepokoiło ją to, bo ani ona ani dzieci nie były szczepione.

Od czasu przejścia na emeryturę Weronika Tarczyńska miała więcej czasu. Razem z mężem byli już zaszczepieni przeciwko wirusowi Quagga i chętniej wychodziła z domu. Po powrocie z porannych zakupów podszedł do niej mąż, aby zabrać od niej torbę i postawić w kuchni koło zlewu.

– Kiedy wracałam, nasza sąsiadka wyszła na korytarz, jakby na mnie czekała, rozejrzała się uważnie na boki i powiedziała mi szeptem:

– Niech się pani nie szczepi. To nie wirus, ale szczepionka zabija. Dzieci kobiet zaszczepionych rodzą się w wodogłowiem, cukrzycą a nawet i chorobą weneryczną.

Zadaję sobie pytanie, skąd bierze się w ludziach tyle głupoty? Skąd ona czerpie taką wiedzę?

– Nie myśl o niej. Ta kobieta widzi świat w barwach czerni i bieli. Za dużo spędza czasu adorując księdza Granę zamiast pielęgnować kwiaty w ogrodzie lub czytać książkę. Ksiądz lubi straszyć. Może to właśnie od niego? Chociaż, cholera ją wie. Ludzie lubią plotkować. Dzisiaj każdy mówi, co chce, choćby nie miało to najmniejszego sensu. Niektórzy głoszą swoje prawdy nawet w Internecie. Takie czasy.

„Trzynasty Apostoł” był jednym z oddziałów Frontu Antyszczepionkowego. Sama grupa nie była liczna. Policji udało się ustalić, że w kraju jest co najmniej kilkanaście takich grup i wszystko wygląda na to, że pojawiać się będą nowe. Każdy oddział miał własny rejon działania; przeważnie było to większe miasto lub cała aglomeracja.

Seweryn, przywódca „Trzynastego Apostoła”, zwołał tajne spotkanie. Siedzieli razem w salonie wynajętego domu i czekali na przybycie ostatnich dwóch osób. Nie nudził się, mając do przeglądu notatki i punkty do dyskusji. Rozejrzał się wokół stołu. Pamiętał pseudonimy każdej z osób. Nazwisk nikt nie notował zgodnie z zasadami konspiracji. Pamiętał ich ksywy w układzie alfabetycznym: Aldo, Barba, Bogdan, Karola, Oriana, Salome, Saturn, Toma, Zofia, Komandos. Za niektórymi męskimi ksywami kryły się kobiety i na odwrót.

– Można się do tego przyzwyczaić – pomyślał.

Byli w różnym wieku i mieli różne wykształcenie, co najmniej szkołę średnią, z wyjątkiem Saturna, który był kierowcą taksówki i miał tylko wykształcenie podstawowe.

Odc. 23 Gorączka wirusowa

Kraj ogarnęła gorączka wirusowa. Premier i minister zdrowia dwoili się i troili, aby sprostać wyzwaniom. Najważniejsze były środki ochrony osobistej przed wirusem, w pierwszej kolejności maseczki, rękawiczki i wyposażenie dla personelu medycznego, oraz szczepionki dla całego społeczeństwa. Na początku nie było szczepionek, kupowano więc gdzie się dało. Wykorzystywano w tym celu wszystkie możliwe kontakty, aby dotrzeć do źródeł zaopatrzenia. Premier i minister zdrowia dzwonili do przyjaciół i znajomych i pytali, czy nie znają kogoś, kto mógłby im dostarczyć partie szczepionek.

– Muszą być koniecznie certyfikowane – zaznaczali.

Pracowali w tak wielkim napięciu, że czasem wyrwał im się żart w rodzaju „nie mogą pochodzić z produkcji domowej”. Pilnowali się, aby nie dotarło to do wiadomości publicznej, bo dla większości obywateli – oprócz przeciwników szczepień – nie był to czas na żarty. Już przy pierwszym zakupie premier zarezerwował odpowiednią ilość szczepionek dla osób krytycznie ważnych dla funkcjonowania państwa. Stworzono w tym celu listę, zastrzeżoną wyłącznie do wiadomości jego, ministra zdrowia, przewodniczącego Partii Powszechnego Dobrobytu, marszałków Izby Niższej i Wyższej Parlamentu oraz Prezydenta.  

Zakupione partie szczepionek kierowane były dla bezpieczeństwa do Centralnej Składnicy Materiałów Strategicznych, obiektu stanowiącego własność sił zbrojnych.

Program szczepień rozwijał się wolno; był kulawy już od początku. Tak twierdziła opozycja i niektóre media. Rzecznik prasowy rządu dementował te wiadomości, twierdząc, ze wszystko rozwija się pomyślnie i zgodnie z planami. Premier nie pozostawiał wątpliwości, że jest dumny z osiągnięć kraju.

– Pod względem walki z wirusem, jesteśmy w czołówce światowej.

Media twierdziły co innego. W ocenie Partii Powszechnego Dobrobytu ich zawołaniem było:

– No i doigraliśmy się! Mamy władze, które radzą sobie tylko w walkach ulicznych z demonstrantami.

Przygotowanie szczepień odbywało się etapowo. Nie udało się uniknąć kontrowersji i dwuznaczności. Najpierw określono jakie grupy społeczne będą się szczepić w pierwszej kolejności; zmieniano to kilka razy z różnych względów. Potem spisywano i rejestrowano osoby chętne do szczepienia. To trwało, bo trzeba było zapisać i sprawdzać dane osobowe, serię i numer dokumentu tożsamości, adres, telefon i email, oraz wyznaczyć termin i miejsce szczepienia. Chętnych było tak dużo, że kilka razy blokował się system informatyczny. Akcję koordynował departament szczepień, specjalnie w tym celu utworzony w ministerstwie zdrowia.

Rząd podjął decyzję zaszczepienia najpierw służb mundurowych, jako stojących na straży prawa i porządku w kraju. W więzieniach szczepiono równocześnie pracowników i więźniów.

– Nie ma sensu szczepić tylko pracowników, skoro mogą oni natychmiast zarazić więźniów.

Poza tym panowała wolna amerykanka. Niektóre przychodnie lekarskie tworzyły sobie własne listy osób do szczepienia według własnych kryteriów. Na listach pojawili się także ludzi przypadkowi, przedstawiciele władz lokalnych, osoby wpływowe, celebryci oraz rodziny ich wszystkich.

W Centralnej Składnicy Materiałów Strategicznych, gdzie gromadzono szczepionki dla całego kraju, w ciągu pierwszego tygodnia część szczepionek straciła ważność.

Komendant wojskowej składnicy udzielił wywiadu w tej sprawie.

– Były odłożone na boczną półkę. nie zauważono, że zbliża się termin ważności, bo producent niewyraźnie oznaczył daty.

Wkrótce po tym nastąpiła wielka awaria elektryczna. Na szczęście składnica była przygotowana na taką ewentualność. W ciągu kilkunastu minut pracowały już rezerwowe generatory opalane gazem płynnym. Po upływie godziny wysiadły także generatory rezerwowe. Nastąpiła panika, wezwano pomoc. Niewiele to dało. Straż pożarna z awaryjnymi generatorami prądu przybyła zbyt późno. Dwa miliony szczepionek uległo zniszczeniu, natychmiast je spalono w wysokiej temperaturze i zgodnie z procedurą sporządzono protokół zniszczenia. Sprawa trafiła do prokuratury.

– Dlaczego zniszczono tak wielką ilość szczepionek zanim prokuratura przeprowadziła śledztwo – pytanie to postawiła opozycja i dziennikarze wolnych mediów.

– Nie można było czekać dłużej, bo stanowiłoby to zagrożenie epidemiologiczne na niebywałą skalę – wyjaśnił szef grup utylizacyjnej.

Odc. 24 Śledztwo

Śledztwo prokuratorskie ślimaczyło się. Prowadzący sprawę prokurator na konferencji prasowej cierpliwie dzielił temat na kawałki. Mówił powoli jakby chciał zniechęcić do siebie słuchaczy.

– My, w prokuraturze, jesteśmy zadowoleni z postępów. Sprawę prowadzi zespół trzech śledczych, w tym jeden z żandarmerii wojskowej. Dochodzenie posuwa się do przodu, cele są realizowane. To nie jest zwykłe śledztwo. Wszyscy musimy uzbroić się w cierpliwość. Pewnych spraw się nie przeskoczy. Dużo czasu zajmuje przesłuchanie świadków. Sama obróbka dokumentów i podpisywanie też wymaga czasu. Są też przeszkody natury proceduralnej.

Dziennikarze nie czekali na zakończenie oficjalnego śledztwa. Prowadzili własne. Fakty ujawniali dopiero wtedy, kiedy były dobrze udokumentowane, z obawy, że mogą być oskarżeni. Najbardziej aktywny był portal śledczy „Cerber” należący do Stowarzyszenia Dziennikarzy Bangolu. Zatrudniona przez nich psycholożka Anna Romanow, specjalistka komunikacji niewerbalnej, obejrzała kilkakrotnie wystąpienie prokuratora.

– Ten człowiek bardzo dba o swój wygląd, chce się jak najlepiej prezentować. Oprawki okularów, garnitur, stonowany krawat, świadcząc o jego elegancji, odwracają uwagę od tego, co istotne, czyli od treści wypowiedzi. Jego uśmiech nazywany fachowo uśmiechem górną szczęką ma budzić sympatię. Prokurator pilnuje się. Stoi daleko od dziennikarzy, jakby bał się, że odczytają jego myśli. Jego mimika jest bardzo stonowana. Nie jest szczęśliwy w swojej roli, niepewnie mruży oczy. Stara się być opanowany, czuje się jednak niepewnie. Jego twarz, postawa, język ciała sugerują: Dajcie mi spokój. Sprawa jest kłopotliwa. Nie mogę powiedzieć wszystkiego. Odpowiadając na pytania patrzy w bok a nie w oczy pytającego. Moim zdaniem nie mówi prawdy. Należałoby go zbadać wariografem, ale to niemożliwe. Nie jest o nic oskarżony. Tylko osoby oskarżone można badać wariografem.

Po miesiącu rząd wstrzymał śledztwo. Decyzję zakomunikował premier.

– Potrzebny jest dodatkowy czas na konsultacje międzyresortowe.

– Jak to rozumieć? – pytali dziennikarze.

– Szczepionki są własnością ministerstwa zdrowia, Centralna Składnica Materiałów Strategicznych należy do ministerstwa obrony narodowej, zasady składowania szczepionek ustala ministerstwo transportu i logistyki, śledztwo prowadzi prokurator podlegający prokuratorowi generalnemu, straż pożarna uczestnicząca w gaszeniu pożaru podlega ministrowi spraw wewnętrznych. W sumie mamy do czynienia z kilkunastoma różnymi instytucjami. To wymaga koordynacji.

– To bałamutne tłumaczenia. Jakie wstępne konsultacje? Co on kręci? – wymieniali się uwagami między sobą emeryci Feliks i Weronika Tarczyńscy, oglądający konferencję.

Portal śledczy „Cerber” pierwszy ujawnił szokujące informacje. Szczepionki, a przynajmniej ich część, zostały skradzione i sprzedane za granicę. W grę wchodziły poważne pieniądze. Jedną partię odkryto w Arabii Saudyjskiej, inną w Kuwejcie. Pożar nie był przypadkowy, wywołano go dla ukrycia oszustwa.

Odc. 25 Rewelacje

Stopniowo wychodziły na jaw zastanawiające fakty. Córka ministra zdrowia pół roku po pożarze w centralnej Składnicy Materiałów Strategicznych kupiła rezydencję we Francji na Lazurowym Wybrzeżu. Nie było wiadomo, kto to wywęszył, w każdym razie informacja okazała się prawdziwa. Jej znajomi twierdzili, że nie była bogata. Przyciśnięty do muru minister zdrowia tłumaczył, że córka miała na to środki, ponieważ wyszła za mąż za barona Tuxedo, bardzo bogatego obywatela Hiszpanii.

– To po prostu magnat. Takiego człowieka stać na wiele. To jego powinniście pytać.

Sprawę małżeństwa oczywiście zbadano. Wzbudziła jeszcze więcej wątpliwości i tylko dolała oliwy do ognia. Baron Tuxedo w Hiszpanii był praktycznie nieznany. On sam odmówił udzielenia bliższych informacji dotyczącej jego małżeństwa z obywatelką Bangolu, pokazał tylko zdjęcia ze ślubu i przyjęcia weselnego. Wątpliwości budziły okoliczności ślubu i wesela. Dokumentowały je liczne zdjęcia, nie wiadomo było jednak, gdzie i kiedy ślub został zawarty i gdzie odbyło się wesele. Baron tłumaczył, że były to ściśle prywatne uroczystości.

Dziennikarze kojarzyli fakty. Wraz z „pożarową aferą szczepionkową”, jak ją nazywano, premier przestał się skarżyć, że nie jest najlepiej zarabiającym członkiem rządu i twierdzić, że prowadzi raczej skromne życie.

Wkrótce okazało się, że zaczął regularnie podróżować po świecie, wyjeżdżając do najbardziej renomowanych kurortów. Zapytany o to, informował z kamienną twarzą:

– Zmieniłem tryb życia. Zrozumiałem, że z życia należy korzystać, To chyba zdrowa postawa?

Mimo początkowych problemów szczepienia kontynuowano. Po kilku miesiącach okazało się, że część osób zaszczepionych nie nabyła odporności. Ich liczbę szacowano na ponad dwadzieścia pięć procent. Już po trzech miesiącach od drugiego szczepienia ludzie znowu zarażali się wirusem Quagga. Szczepionki okazały się w dużej mierze nieskuteczne. Ministerstwo zdrowia tłumaczyło to na swoje sposoby.

– Przede wszystkim musimy pamiętać, że wirus mutuje. Ponadto używamy kilka rodzajów szczepionek, które mogą być niewłaściwie przechowywane, osoby zaszczepione różnie też reagują na szczepionki. Doniesień o słabej skuteczności szczepionek nie ignorujemy lecz uważnie je monitorujemy.

Lekarze i naukowcy wirusolodzy nie chcieli wypowiadać się na ten temat lub wypowiadali się niechętnie. Dziennikarze zbadali ich wstrzemięźliwość. Okazało się, że dwaj profesorowie, szefowie klinik, gdzie leczono osoby ponownie zarażone wirusem stracili stanowiska. Specjaliści wyrażający otwarcie kontrowersyjne poglądy czuli się zastraszeni. Wywierano na nich różne formy nacisku, nękania a nawet zastraszania.  

Pojawiły się nowe znaki zapytania. Nie było jasne, jakie były ilości poszczególnych szczepionek użytych w procesie masowych szczepień. Premier i minister zdrowia zaczęli unikać dziennikarzy zasłaniając się innym obowiązkami. W swoich wystąpieniach uderzali w uspokajający ton: 

– Szczepienia idą bardzo dobrze. Coraz więcej obywateli jest zaszczepionych. Teraz rząd musi koncentrować się na pomocy gospodarce, aby nie upadła. Musimy podejmować trudne decyzje, o lockdownach i podobnych bolesnych rozwiązaniach. Mamy tysiące spraw na głowie. Niech opozycja, która inspiruje te zarzuty, zajmie się opracowaniem i przedstawieniem jakichś twórczych propozycji, a nie tylko krytyką władz.

Opozycja miała jedno wyraźne wytłumaczenie:

– Żadne propozycje, jakie przedstawiliśmy i regularnie przedstawiamy rządowi, nie są brane pod uwagę. Oni kompletnie je ignorują. Pozostaje nam tylko śledzić, co robią i pokazywać ich niedociągnięcia, błędy i kanty. To typowa rola opozycji, będziemy to kontynuować.

Odc. 26 Wirus dzieci i władza 

Dzień zapowiadał się słoneczny. Z okna swojego pokoju na drugim piętrze, Herkules zobaczył większy niż zawsze teren osiedla. Powietrze było przezroczyste, że wszystko było powiększone. Na chodniku przed budynkiem dzieci narysowały swój świat. Wyglądał jak jako mleko rozlane w kosmosie pokryte symbolami współczesności oraz hieroglifami starożytności. Celebryta przyjrzał się niezwykłym malunkom wykonanym kolorowymi kredkami. Były tam znaki matematyczne, równania, symbole oraz obrazy żyjątek jakby wyjętych spod mikroskopu. Drobne rysuneczki pokazywały wirusa Quagga z jego okropnymi szypułkami. Na oknach i na drzwiach widniały kraty; piaskownica i plac zabaw z kolorowymi zabawkami przekreślone były białym szlabanem z lampkami ostrzegawczymi. Był to świat epidemiczny, zatopiony w dziecięcej pamięci, uczuciach i marzeniach.

Herkules poczuł ciarki na plecach. Wyszedł przed dom, aby przyjrzeć się bliżej dziwnym rysunkom. Rozciągały się na przestrzeni kilkudziesięciu metrów wzdłuż chodnika. Sfotografował ciekawsze fragmenty chodnika. Naprzeciw furtki prowadzącej z osiedla na łąkowo-leśne nieużytki rzucał się w oczy powiększony obraz wirusa Quagga. Wyglądał jak kolczasta kulka w różowym kolorze. Wokół niej ręka osoby dorosłej umieściła opisy i strzałki wskazujące czego dotyczą: kolec, płaszcz, błona, RNA czyli genom, nukleokapsyd, otoczka, dimer esterazy. 

W Klubie Niezależnego Celebryty rozmawiał wieczorem o malunkach na chodniku. Rozmówcy zgadzali się, że wirus odmienił dzieciństwo, choć każdy widział sprawę z nieco innej perspektywy.

– Fale epidemii Quagga zdeformowały życie wszystkich grup społecznych, nawet dzieci, i wszystkich społeczeństw wytyczając drogę w przyszłość. Nic już nie jest i nie będzie takie same. Nawet noce nie są już tak ciemne jak niegdyś.

– Czy epidemia to sprawa ręki bożej czy też natury? Nawet tego nie wiemy.

– Ta epidemia jest zwiastunem rodzącego się świata, w który dopiero wkraczamy, świata zmienionej umysłowości człowieka. Przeobrażą go także nowe technologie. Człowiek szybko uczy się manipulować rzeczywistością.

– Nie będzie tak źle, jak niektórzy myślą, ale na pewno będzie zupełnie inaczej – pocieszali się nawzajem.

Następne godziny i dni niewiele zmieniły w życiu celebryty. Herkules uprzytomnił sobie, że prawie nieprzerwanie myśli o sobie, rodzinie i przyjaciołach. Czasem nachodził go strach, że cokolwiek nie zrobi, to wirus i epidemia będą czaić się w pobliżu czyhając na okazję, aby potraktować go swoim jadem. Był to niedobry okres dla niego. Cały czas myślał. W ciągu dnia, kiedy nie spał oraz nocą, kiedy spał, myśli wciąż przetaczały się w jego głowie niby poszarpane chmury burzowe. Potem odkładały się w nim w postaci snów, wspomnień, wyobrażeń a także zachęt do dyskutowania, mówienia, rysowania i pisania to tym wszystkim.

Wieczorem zadzwonił do Erazma Jansena. Bezpośrednio nie widzieli się już od dawna. Nie spotykali się razem, choć Erazm i jego żona byli już dwukrotnie zaszczepieni. Ryzyko wciąż było duże, każdy je kalkulował.

– Ci, którzy o nim zapomnieli lub go zignorowali i nie mieli szczęścia, wąchają dziś kwiatki od spodu – przypominali sobie i innym. – Z Quaggą nie ma żartów, to bezmyślny twór, dziwoląg kierujący się tylko prawami prawdopodobieństwa. 

Mieszkając dosyć daleko od siebie, chętnie konferowali przez telefon. Postanowili unikać trudnych tematów ale rozmowa prawie zawsze schodziła na wirusa, epidemię i postępy w jej zwalczaniu.

– Czyli na temat rządu – podsumował Herkules. – Wirus i władza to dwa męczące, ale związane ze sobą tematy. Nie da się ich rozdzielić.

– Dlaczego, Herkulu, tak to ciebie męczy, co robi lub czego nie robi rząd Bangolu? – Erazm nie był pierwszą osobą zadającą to pytanie celebrycie. – Masz obsesję na punkcie władzy!

– Nie ma w tym niczego nadzwyczajnego. Uświadomiłem sobie, jak bardzo moje życie jest zależne od władzy, że nie ma niczego, które rząd lub instytucje z nim związane nie określałby: wysokość pokoju, w którym stale przebywam, godziny pracy poczty, wynagrodzenia, podatki, prędkość, z jaką mogę jechać samochodem oraz czy wolno mi nazwać publicznie wysokiego funkcjonariusza państwa Krzywonogim Belzebubem. Rząd decyduje o wszystkim, nie tylko o zasadach, regułach, procedurach i normach, ale o całym systemie sprawiedliwości, siłach zbrojnych, budowie i użytkowaniu dróg, służbie zdrowia, edukacji, biznesie, o wszystkim. Mogę cię zanudzić na śmierć, wymieniając, jak bardzo jesteśmy osaczeni tymi ograniczeniami. Władza podporządkowała sobie jednostkę w sposób totalny. Tak bardzo w to wrośliśmy, że przestaliśmy to widzieć i rozumieć. Rząd może ci pomóc, może cię także zgnoić. Pomyśl o despotach, szalonych okrutnikach. O niektórych z nich nawet nie słyszałeś a przecież wymordowali setki tysięcy a nawet miliony ludzi, głównie współplemieńców: Mao Tsetung, Stalin, Hitler, Pol Pot, Ismail Enver, Wład Paliwnik, Kim Ir Sen, królowa Madagaskaru Ranavanola, Saddam Husajn, Mikołaj II Romanow czy Leopold II Koburg. Dlatego interesuję się władzą. Władza i jednostka to temat odwieczny i zawsze aktualny. Nie sprawia mi to przyjemności, dla mnie to kwestia czujności. Największym wyzwaniem jest nie dać się zdominować, dopuścić do sytuacji, kiedy nie będziesz mieć nic do powiedzenia, będziesz kukłą w rękach władzy.

Odc. 27 Władza i obywatel

Temat odpowiedzialności rządu za niepowstrzymanie rosnącą liczbę ofiar epidemii nabierał coraz większego znaczenia. W miarę pogarszania się sytuacji, zaostrzała się krytyka rządu. W parlamencie dominował głos Anny Czepukojć, przewodniczącej partii opozycyjnej Awangarda. Masywnie zbudowana, lekarka z zawodu z wykształceniem także prawniczym, była bezwzględna w swoich wypowiedziach. 

– Sami się sprowadziliście się do parteru. Nie macie nic do powiedzenia. Ilość zakażeń wirusem Quagga przekroczył już dawno zdolność szpitali do ratowania ludzi. Ludzie umierają już nawet w karetkach pogotowia . Społeczeństwo straciło dla was resztki szacunku a antyszczepionkowcy po prostu bezczelnie was ignorują. Po mieście krążą już ulotki, że w przypadku zachorowania na wirusa trzeba czekać w karetce na szpital co najmniej dwadzieścia pięć godzin. Zachowujecie się jak nieporadne kurczaki przerażone samochodami pędzącymi po autostradzie.  

Rząd oskarżano go o nieudolność, opóźnioną reakcję na postępy epidemii, brak jasnych reguł postępowania wobec biznesu, nieuzasadnione lockdowny, brak testowania osób przylatujących do kraju, nierzetelne statystyki, ulgowe traktowanie kościoła w przestrzeganiu zasad epidemiologicznych, słabą mobilizację młodych lekarzy oraz niezatrudnianie lekarzy z zagranicy. Do tego dochodziły oskarżenia o nadużycia. Szczepionki i wcześniejsze terminy szczepień stały się cennym towarem i niektórzy przedstawiciele władz, podejmujący decyzje w tym zakresie, wykorzystywali te okazje. W niewyjaśnionych okolicznościach ulegały zniszczeniu dwie kolejne partie szczepionek.

W obszernej sali konferencyjnej Klubu Niezależnego Celebryty, przewodzący klubu, zwany powszechnie Barbarossą prowadził briefing na temat wydarzeń. Zaniepokojenie celebrytów, znakomicie zorientowanych w rozwoju wydarzeń, sięgało szczytu. Atmosferę podkreślały maszkarony u sufitu, szczerzące swoje wykrzywione maski w kierunku osób zebranych pod nimi. Analizowano różne scenariusze. Przewodniczący spodziewał się najgorszego.

– Do końca epidemii jest wciąż daleko. Każdy negatywny scenariusz wydarzeń jest możliwy. Mamy wyjątkowo parszywą sytuację. Szpitale są tak przepełnione, że ludzie umierają już na ulicy. Antyszczepionkowcy skutecznie zwalczają rządową akcje promocję szczepień, zwłaszcza od czasu, kiedy rząd wprowadził po cichu obowiązkowe szczepienia w wojsku i policji i wybranych ośrodkach administracji państwowej. Antyszczepionkowcy uważają, że ci ludzie są uprzywilejowani i otrzymują inną szczepionkę niż zwykły obywatele.

– Na swoich to nie eksperymentują – tak mówią i są o tym przekonani.

Może i coś w tym jest? Tak czy inaczej, widać wyraźnie, że premier i jego partia przygotowują się do oblężenia i tworzą zaplecze bezwarunkowego poparcia. Za Chudym stoi szara eminencja, ten krezus Kukuła, wspierający go finansowo, oraz prezydent. Ten to nabrał wody w usta, chyba kompletnie oniemiał. Rządzący się radykalizują i stosują coraz ostrzejsze metody działania. Nie mają nic do stracenia, bo w przypadku dojścia opozycji do władzy, szybko rozpoczną się procesy przeciwko osobom winnym błędów, opieszałości, zaniedbań i nadużyć w walce z epidemią.

Odc. 28 Rozmowy i rozmyślania 

Po dwóch minutach rozmowy telefonicznej Erazm miał wrażenie, że Herkules stracił kontrolę nad sobą, dał się unieść niezdrowej fascynacji. Mówił jak urzeczony.

– Przypomnij sobie „Rok 1980” oraz „Folwark zwierzęcy” Orwella czy „Proces” Kafki. To tylko ilustracje, czym staje się władza, kiedy obywatele przestają patrzeć jej na ręce i skutecznie kontrolować. To jest zapowiedź tego, co może stać się także u nas, w Bangolu. Tak naprawdę to już się dzieje. Jesteśmy w podwójnym potrzasku: z jednej strony epidemia, z drugiej władza, która w imię ochrony przed epidemią stopniowo nakłada coraz to nowy kaganiec na twarz i kajdanki na ręce.

– Chyba mocno przesadzasz!

– Nie, nie przesadzam. Widzę te zapędy jak na dłoni. Jest coraz więcej zdarzeń trudnych do wyjaśnienia. Społeczeństwo staje się coraz bardziej apatyczne, tylko część się buntuje. Podejmując środki nadzwyczajne w celu ograniczenia skutków epidemii, rząd coraz wyraźniej wykorzystuje je dla celów inwigilacji, kontroli opinii i zachowań obywateli. Ma zainstalowane importowane z Chin oprogramowanie w smartfonie analizujące, jacy ludzie znajdują się w odległości mniejszej niż dwa metry od ciebie. Jeśli ktoś z nich zachoruje, będzie wiadomo, z kim miałeś styczność. A to daje również wiedzę, gdzie przebywasz i z kim utrzymujesz kontakty. Policja otrzymała ostatnio dodatkowe uprawnienia represjonowania osób przeciwnych decyzjom rządu. To sprawa poufna. Nie chcę więcej o tym mówić, bo to mnie przytłacza.

– Porozmawiajmy wobec tego o czymś milszym.

– Co masz na myśli?

– Choćby wirusa.

– Chyba żartujesz? Dlaczego miały to być milszy temat?

– Bo wirus i epidemia przemijają. Społeczeństwo ponosi ofiary i w końcu doczeka się czasu, kiedy wirus przestanie zagrażać, przynajmniej w sposób drastyczny. Na krawędziach rzeczywistości zawsze może brykać ten lub inny wirus, ale to będzie tylko brykanie.

– To prawda. Władza natomiast zawsze pozostaje. Ważne jest to, że historia świata to dzieje dominacji jednostek nad społeczeństwem, despotyzmu i okropnych nadużyć. Nie przesadzam. Co gorsze, widzę jak to się powoli rodzi w Bangolu. Rząd krok po kroku kontroluje coraz więcej instytucji. Co najgorsze, wiele osób nawet tego nie zauważa, bo wszyscy się do tego przyzwyczajamy.

Feliks i Weronika Tarczyńscy rozmawiali telefonicznie z córką.

– Kochanie! Martwimy się o ciebie. My jesteśmy w dobrej sytuacji, emeryci po dwóch szczepieniach, ale ty nie będąc niezaszczepiona akurat zaraziłaś się wirusem. Nie możemy ci nawet pomóc, bo nie wolno nam kontaktować się z tobą, bo jesteś na kwarantannie.

– Nie jest mi łatwo, ale jakoś sobie radzę. Każdy dzień przynosi mi nowe przesilenie. Muszę chorować w domu, bo niestety w szpitalach nie ma wolnych łóżek. Brakuje również lekarzy, a ci który pracują są fatalnie przemęczeni. Bardzo dużo osób lekceważyło problem i wirus się rozpowszechnił. Ja do pobrania samego wymazu czekałam w kolejce ponad dwie i pół godziny. Teraz muszę zapisać się do lekarza na kontrolę przed ukończeniem izolacji. Termin jest dopiero za tydzień, ale brak jest wcześniejszych możliwości.

Albin Ramo, pisarz nieprzerwanie poszukujący tematu życia, nadawał swoim obserwacjom literacką formę. Od pewnego czasu każdego tygodnia pisał fragment po fragmencie powieść zatytułowaną „Bieg czasu z przeszkodami”. Pisał ją w odcinkach, nie uciekając od głębszych przemyśleń, spekulacji i wyobraźni. Starał się być realistą. Pisał o tym, co widział i czuł, ale też nie wahał się wybiegać do przodu myślami wizjonerskimi. Czytał na głos ostatni fragment.

– Epidemia zmieniła wszystko: nasz codzienny tryb życia, podróże, pracę, zakupy, nawyki, nawet miłość. Wywołała niepokój jak wielkie stado bizonów pędzących przez kontynenty tratując wszystko po kolei wszystko, co stanęło mu na drodze, przede wszystkim ludzkie życie. Wyzwoliła demony przyszłości, o których zapomnieliśmy, zamknięte w zapiskach historii. Ten wirus i ta epidemia są odpowiedzią przyrody; żywotną siłą wychodzącą gdzieś z jej trzewi, dziką i wszechobecną. Quagga żyje w symbiozie z człowiekiem, roznoszącym go na ubraniu i w swoim własnym organizmie po całym świecie. Nigdy wcześniej człowiek nie podróżował tak dużo i był tak wszechobecny w każdym zakątku świata jak dzisiaj. Jesteśmy globalistami i sami roznosimy wirusa wszędzie, gdzie nigdy by nie trafił sam lub trafił osłabiony dopiero po latach. To nowa, niezwykle ciekawa konstrukcja świata – wirus Quagga jako regulator życia na planecie.

Odc. 29 Wiosna, wirus, przemówienie

Przyroda piękniała w oczach. Na łąkach pojawiły się kolorowe krokusy, drzewa i krzewy nabrzmiewały pączkami liści, zwiastunami nadchodzącej wiosny. W ciepłą jak nigdy niedzielę Bangolczycy wylegli na otwarte przestrzenie, na brzegi stawów i jezior, pojawili się w parkach i lasach. Pasja życia kazała im zapomnieć, że nie oni decydują o swoim losie, ale wirus Quagga, którego władzy nikt jest w stanie naruszyć. Ignorowano wciąż rosnące statystyki zachorowań i zgonów. Wirusolodzy ostrzegali:

– W ciepła pogodę wirus może przycichnąć, skryć, ale wciąż jest i będzie obecny. To wszechpotężny imperator o nieokreślonych zasadach postępowania, nieobliczalny i dziki prymityw. Szczepionki są bronią człowieka, ale tylko częściowo skuteczna, ponieważ nie niszczą samego wirusa, ograniczają jedynie zabójczy wpływ na człowieka. On sam pozostaje nienaruszony. Nic więcej, nic mniej.  Pojawił się pewnego dnia niczym Deus ex machina i zawładnął światem. Rzucił swoją potęgę przeciwko człowiekowi, dotychczasowemu władcy świata. Stanął z nim do konfrontacji na wszystkich frontach. W czym imieniu. Przyrody? Boga? Nieokreślonego porządku świata?

W następne dni ludzie padali zarażeni wirusem jak muchy opite słodką wodą z wywarem z muchomora.

Krytyka społeczna i naciski opozycji dawały się premierowi we znaki. Był atakowany ze wszystkich stron. Do domu wracał nową rządową limuzyną ze sprawdzonym kierowcą. Czuł się w niej wyjątkowo bezpiecznie. Pojazd był doskonale wyposażony: samopompujące się opony, butla z tlenem, armatka gazu łzawiącego automatyczny system przeciwpożarowy w bagażniku, pistolety na sprężone powietrze, specjalny system nawigacyjny GPS, ukryta kamera z noktowizorem. Premier myślał czasem, że może stać się ofiarą zamachu; w lodowce samochodu umieszczono więc pojemnik z jego krwią.

Po powrocie z pracy Chudy usiadł w fotelu ze szklanką piwa a ręce, aby się zrelaksować. Żona krzątała się po kuchni, dzieci bawiły w swoich pokojach. Dzielił się wiadomościami.

– Każdy ma swoich wrogów. Ja również. Przyzwyczaiłem się do tego. Nawet gdybym czynił samo dobro to i tak ktoś oceni to negatywnie. Ludzie są podzieleni w swoich opiniach. Czasem tylko można się dziwić, jak bardzo, i skąd się to bierze.

Żona patrzyła na niego jak ściągał koszulę.

– Pocisz się bardziej niż kiedykolwiek wcześniej.

– To od stresu i ciągłego pośpiechu. To nie jest praca dla normalnego człowieka. Trzeba mieć skórę słonia.

– A jak twój promotor, ten milioner Sawiłło-Kukuła? Też się tak męczy jak ty?

– To dziwny człowiek. Jest odporny na stres. Ludzie mogą na nim psy wieszać i go opluwać, a on nic. Miałem kiedyś takiego znajomego. Lekarz mu powiedział, że ma inną konstrukcję serca. Bodźce docierały do niego wolniej. Mówił mi, że nigdy się nie denerwuje.

– Nie macie teraz dobrej opinii. Wszyscy mają pretensje do rządu o to, jak przebiega kampania szczepień. Posądzają was o błędy, a nawet złodziejstwo.

– Nie przejmuj się tym. Ważne, że dobrze nam się powodzi. Opływamy we wszystko.

Jan Zybe, doradca prezydenta, udzielał wywiadu w telewizji. Premier był swoim gabinecie i miał włączony telewizor. Słuchał Zybego bez szczególnej uwagi.

– Z niecierpliwością czekałem na dzień i godzinę szczepienia. Zaszczepiłem się. Nastąpiło to szybciej niż się spodziewałem, ponieważ rząd uruchomił dodatkowe rezerwy. Chwała mu za to.

Przechyliwszy się do tyłu w fotelu Chudy przysypiał. Nie stracił jednak kontaktu słuchowego. Sekretarka zapukała; zobaczywszy go z zamkniętymi oczami, zamknęła cicho drzwi i zwróciła się do asystentki premiera.

– Chyba śpi. Jest bardzo zmęczony. Nie budźmy go, niech odpocznie.

Premier słuchał z uwagą. Obraz mu się rozmazał, ale głos Zybego słyszał wyraźnie.

– Popadłem w euforię, kiedy otrzymałem wezwanie SMS-em do zaszczepienia się. Było mi obojętne, jaka to będzie szczepionka. Aby tylko była! Szczepienie było tak przyjemne, że dałbym się kłuć dowolną ilość razy. Pielęgniarkę ucałowałbym w usta gdyby nie miała na twarzy maseczki. Piękna kobieta. Wyglądała na trzydzieści pięć lat. Od jutra ze wzmożoną energią przystępuję do pracy uczestnicząc w dyskusjach publicznych i zachęcając do szczepienia się. Będę przedstawiać wizję kraju o świetlanej przyszłości, ludziach bez skazy, rządzie, który nie kradnie, obywatelach uczciwie płacących podatki i noszących na twarzy maseczki zamiast trzymać je w kieszeni. Tacy jesteśmy.

Potem pojawił się wysoki ksiądz w sutannie. Był pierwszy dzień Świąt Wielkanocnych. Duchowny stał przy drzwiach kościoła i uśmiechał się witając po kolei każdego wiernego wchodzącego do kościoła:

– Jesteś świadomy epidemii. Wchodzisz do świątyni na własne ryzyko. Pamiętaj, że miejsca na cmentarzu są już limitowane, a pan Bóg i tak widzi, jakie grzechy popełniasz, niezależnie od tego, w jakim jesteś miejscu. Nie musisz nawet spowiadać się. Nie martw się, jeśli zarazisz się wirusem w kościele, zachorujesz i umrzesz. Będzie to radość dla kościoła, bo urządzimy ci piękny pogrzeb, za który zapłaci twoja rodzina. Dosyć już ciebie wykorzystywali, mają na to środki.

Odc. 30 Dyskusje

Wystąpienie profesora Zybego nie pozostało bez reakcji. Nie podobało się wielu osobom. Erazm zareagował od razu.

– Wiadomo, że profesor miał powód, aby się cieszyć, ale mocno przesolił. O szczepieniu poinformował publicznie pół kraju jakby była to wygrana ważna bitwa. Przedstawił je jako akt ostatecznej gwarancji, że nawet jeśli zachoruje to szybko zazna rozkoszy powrotu do zdrowia. Zachował się jak sługus, chwalący bez umiaru swojego pana, który uratował mu życie podając gałąź, kiedy tonął w bagnie. Bo przecież mógł tego nie zrobić! Entuzjazm i serdeczność dla władzy, której służy, wylewały się z profesora niczym woda z dziurawego garnka. Nie wypadło to dobrze.

Na forum dyskusyjnym „Wirus Quagga i przyszłość” rozwinęła się żywa dyskusja. Internauci podzielili się opiniami. Jedni potępiali szczepienia w czambuł, inni chwalili. Dyskusję utrzymywano w ryzach przyzwoitości poprzez moderowanie. Moderator usuwał wypowiedzi złośliwe, głupie i napastliwe.

Dwuznaczność poglądów i zachowań w odniesieniu do wirusa i epidemii stała się normą. Jeśli jedna część społeczeństwa była za czymś, to druga była przeciw. Jedni szczepili się, drudzy uciekali od szczepień, jedni nosili maseczki, drudzy kompletnie je ignorowali lub nosili byle jak najczęściej odsłaniając nos, co negowało sens używania maseczki.

Profesor Zybe zmienił front po ostrej krytyce jego wystąpienia w telewizji; nazwano je lizusowskim i wiernopoddańczym a nawet lokajskim. Wkrótce ponownie pojawił się w telewizji.

– Ja nie przesadzam w moich pochwałach szczepienia się. Drastycznie zmniejszyłem szansę znalezienia się w szpitalu. Przyjrzyjcie się szpitalom, co tam się dzieje. Lekarze dosłownie robią bokami. Popatrzcie na sytuację dzieci, coraz więcej zaraża się wirusem i choruje, niektóre bardzo ciężko. Powtarzające się fale epidemii nie rokują dobrze. Przewiduję dużą śmiertelność. Cała ludzkość nie wymrze, to pewne, ale dwadzieścia pięć procent przypadków śmiertelnych to dużo czy mało? Oczywiście jest to tylko przybliżenie. Ale nie spekulacja, jak mi niektórzy moi oponenci zarzucają. Wiem, rozmawiałem na ten temat z najlepszymi wirusologami, że nie jest to poziom niemożliwy. To sprawa wyścigu, kto będzie szybszy: wirus wywołując kolejną falę epidemii czy człowiek tworząc, testując, produkując i dystrybuując szczepionkę. Do tego dochodzi problematyczna gotowość ludzi do szczepienia się i szybkość szczepień.

Kolejny wymiar, to mutacje wirusa. W krótkim czasie pojawiły się cztery nowe odmiany. Quagga szybciej mutował i stawał się groźniejszy. Laboratoria badawcze donosiły, że jest możliwe, że wirus przykleja się cząstek zanieczyszczeń powietrza i zwiększa swoją koncentrację w niebezpieczny sposób.

Członkowie rządu coraz wcześniej przyjeżdżali do pracy i coraz później ją opuszczali. Ziemia paliła im się pod nogami. Toczyły się nerwowe narady i konsultacje. Do dyskusji włączył się Sawiłło-Kukuła. Nie była to informacja powszechna, ale sprawdzona. W mediach pojawiły się plotki, że rząd jest zdesperowany i robi dobrą minę do złej gry. Nasiliły się wystąpienia antyrządowe. Premier i jego gabinet byli krytykowani zarówno przez osoby pragnące się zaszczepić jak i antyszczepionkowców. Sytuacja nabierała tragicznie-absurdalnych wymiarów.

Odc. 31 Niebezpieczna droga

Liczba osób chętnych do zaszczepienia się spadała na łeb na szyję. Wystąpienia antyrządowe stały się chlebem codziennym Bangolu, odbierały ludziom energię i dekoncentrowały rząd. Powoli rolo przekonanie, że kraj stoi na przegranej pozycji. Wobec nasilających się wystąpień antyrządowych, premier zdecydował się podjąć kroki zapobiegawcze. Szczegóły ustalono w rezydencji Leona Sawiłło-Kukuły. Czuł się tutaj bezpieczniej. Niż u siebie w gabinecie. Pomieszczenie było sprawdzone a sama rezydencja była nieprzerwanie strzeżona. 

Chodząc po obszernym gabinecie pana domu Chudy mówił powoli jakby przypominając sobie wyuczoną lekcję.

– Chodzi o moje nowe wytyczne. To sprawa wagi państwowej, ścisłe tajna. Niczego nie będziemy publikować, wszystko przekazywać będziemy ustnie. Mógłbym ogłosić stan nadzwyczajny, ale to nałożyłoby na rząd spore ograniczenia, wiązałoby nam ręce. Ogłoszenie stanu nadzwyczajnego uważam za przedwczesne, liczę się jednak z taką możliwością. Atakują nas ludzie bez zasad, anarchiści i opozycja. Ci to aż rwą się do przejęcia władzy i postawienia nas pod sąd za walkę z epidemią. Nie ukrywają tego. Musimy się przed nimi bronić, musimy bronić państwa przed nimi, jego zdolności działania w najbardziej kryzysowych czasach, jakie można sobie wyobrazić. Dlatego zachowamy nasz plan w tajemnicy. Rzecz w tym, aby mieć do dyspozycji ludzi podejmujących decyzje, o wydatkach, porządku prawnym i na ulicach, przestrzeganiu rządowych zakazów i nakazów. 

– Ile osób będzie w to zaangażowanych? Jak długo da się to zachować w tajemnicy? – minister spraw wewnętrznych wytarł usta chusteczką, czując drobiny potu na dolnej wardze. Czuł się najbardziej odpowiedzialny za realizację planu. Rozmawiali o tym wcześniej w cztery oczy. Był współtwórcą planu. Nie spodziewał się, że premier tak szybko podejmie decyzję.

– Przemyślałem wszystko gruntownie. Zachowanie tajemnicy to klucz do sukcesu. Wyliczę osoby, zaczynając do siebie. Ja, pan Leon Sawiłło-Kukuła, który trzyma w ręku wszystkie sznurki, ty, jako minister spraw wewnętrznych, następnie zastępca ministra finansów. To człowiek zaufany, gwarantujący nam dostęp do funduszy państwowych bez niepotrzebnego rozgłosu. To już cztery osoby. Środki masowego przekazu biorę na siebie. Poza tym  szef agencji bezpieczeństwa wewnętrznego oraz prokurator generalny. Sam się do mnie zgłosił z sugestiami podjęcia środków nadzwyczajnych. To gorliwiec i przekonujący mówca, będzie niezwykle użyteczny. To razem sześć osób.

Premier zawahał się, Przypatrywał się z boku Leonowi Kukule siedzącemu wygodnie w swoim ulubionym fotelu i słuchającemu z uwagą jego słów. – Muszę też włączyć moją asystentkę, Julię. Znacie ją. Będzie naszą skrzynką kontaktową. To osoba w pełni zaufana. Jest do mnie bardzo przywiązana… – premier obrócił się w kierunku milionera i zmilkł jakby czekając, że coś powie.

Odc. 32 Dyscyplina

Pogrążone w epidemicznym niepokoju społeczeństwo przypominało manekiny niezdolne do obserwacji zmian zachodzących w kraju. Nieliczni zauważyli zaostrzanie dyscypliny społecznej przez władze. Pierwsi odczuli jej skutki krytycy rządu za sposób walki z pandemią.

Park Kaskada rozciągał się na północnej krawędzi stolicy na zalesionym terenie przeciętym strumieniem niezwykle czystej wody zasilanej ze źródła na pobliskim wzgórzu. O godzinie siódmej rano Kaskada była oazą spokoju: dwie babcie z wnuczkami, kilku emerytów, grupka miłośników przyrody, wpatrzona w siebie para zakochanych oraz jeden miłośnik spokojnej lektury. Herkules i Erazm spotkali się w parku, aby porozmawiać w cztery oczy. Dawno się już nie widzieli. Wybrali to miejsce, ponieważ nie mieli zaufania do połączeń telefonicznych, miejskich ulic z ukrytymi kamerami oraz zamkniętych miejsc publicznych. Zjawili się równocześnie w umówionym miejscu w maseczkach; pozdrowiwszy się jak spiskowcy uniesieniem otwartej dłoni podjęli spacer mroczną, mało uczęszczaną aleją bukową. Pierwszy odezwał się Herkules.

– Zaproponowałem ci to spotkanie, ponieważ dowiedziałem się ciekawych i ważnych rzeczy. Władza przykręca śrubę. Premier rozpędza się zupełnie jak pandemia. Jego krytycy otrzymują wezwania na policję albo do prokuratury, aby składać zeznania w różnych dziwnych sprawach. Policja coraz częściej legitymuje ludzi na manifestacjach, a nawet na ulicy. Było też kilka przeszukań mieszkań. Przeprowadzono je na podstawie nie wiadomo czyich doniesień o możliwości popełnienia przestępstwa. Osobom przebywającym w areszcie przedłuża się go poza granice rozsądku.

Herkules przerwał, dając czas, aby minęło ich dwóch młodych mężczyzn milcząco rozglądających się po parku.

– Mam podobne obserwacje. Rozmawiam z różnymi ludźmi, uważnie słucham i czytam między wierszami. Nasiliły się ataki trolli na oponentów rządu. Wyraźnie widać to na forach dyskusyjnych. Ktoś podpalił samochód Daniela Potoka, dziennikarz portalu śledczego Neron, który skrytykował ministra zdrowia za opieszałość, ktoś usiłował też włamać się a następnie podpalić mieszkanie organizatora demonstracji antyrządowych. Stołeczna komenda policji, prokuratura i urzędy opieszale traktują skargi dotyczące naruszeń prawa przez policjantów, a prokuratura najczęściej nie znajduje powodów do wszczęcia śledztwa.

– Rząd ćwiczy metody skutecznego zamykania ust krytykom bez robienia hałasu. Przegotowują grunt pod coś, ale nie wiem pod co. Tak jakby chcieli dokonać zamachu stanu, ale to nie ma sensu, bo przecież są przy władzy. Chyba po prostu chcą przyzwyczaić społeczeństwo do podporządkowania się wszystkim ich decyzjom bez szemrania – Herkules wpadł w słowo Erazmowi.

Na doraźnie zwołanej konferencji prasowej na poligonie premier ukazał się w kurtce wojskowej. Okazją wystąpienia były manewry wojsk lądowych. Sprawie tej poświęcił najmniej uwagi.

– Oczekujemy większej dyscypliny społecznej. Jest ona niezbędna dla poprawy skuteczności walki z wirusem Quagga. Epidemia nie może wlec się w skończoność bo nas wykończy. Oczekuję zrozumienia i poparcia dla naszych działań ze strony wszystkich obywateli. Jeśli trzeba będzie, to wprowadzimy całkowity lokaut i godzinę policyjną.

Odc. 33 Marazm

Dwudziesty miesiąc od dnia pojawienia się wirusa Quagga i początku pierwszej fali epidemii kończył się tragicznie. Służba zdrowia nie radziła sobie z nawałem potrzeb hospitalizacji. Brakowało lekarzy, miejsc, środków i energii.

Szczepienia objęły tylko część społeczeństwa i nie powstrzymały epidemii. Rząd oficjalnie nie poddawał się, ale powoli kapitulował. Kraj zanurzał się stopniowo w marazmie. Ludzie przestawali odzywać się do siebie i milczeli albo reagowali zbyt agresywnie. Społeczeństwo żyło nadzieją, że koszmar się kiedyś skończy, ale nikt nie miał pojęcia kiedy.

Herkules utrzymywał coraz rzadsze kontakty. Niespodziewanie odezwał się przyjaciel z lat dziecinnych, Marek Ramus, rolnik z zawodu, złota rączka, kolekcjoner narzędzi wszelkiego rodzaju. Jego email przypominał nieszczęśnika w letargu wyciągającego rękę z głębokiego rowu z prośbą o pomoc a co najmniej współczucie.

– Witaj, Herkulesie. Co u ciebie słychać? Bo ja czuję się fatalnie. Chodzę jakby mi odjęło nogi. To ta bagienna atmosfera, która wszystkich dołuje. Widzę jak kraj wchodzi w stan cywania.

Herkules zadzwonił do niego, aby podtrzymać go na duchu i porozmawiać.

– Cieszę się, że do mnie napisałeś. O co chodzi z tym cywaniem? Nic z tego nie rozumiem. Nie znam tego słowa. Szukałem w Internecie, ale nic nie znalazłem.

– To zabójcza ptasia choroba. Nie wiem, jak to się nazywa oficjalnie, ale wiem, jak wygląda. Przychodzi nie wiadomo skąd i dusi; zdrowa kura nagle zaczyna cywać. Zatrzymuje się, stroszy pióra, staje się osowiała, przestaje się poruszać, oczy zachodzą jej bielmem. Czasem mruga jakby chciała obudzić się z głębokiego snu, nie interesuje jej jedzenie. Dzwonki i grzebień ciemnieją, stają się sine. To stan dogorywania.

– Co wtedy robisz?

– Nic nie mogę zrobić. Nie ma dla niej ratunku. To wyrok losu.

Dyskusje w telewizji stały się chaotyczne i pełne niepokoju. Eksperci i ministrowie zabierali głos lecz nikt nie umiał choćby w przybliżeniu określić, dokąd zmierza epidemia a wraz nią cały kraj. W końcu wirusolodzy z niechęcią przyznali, że siły sprzyjające epidemii okazały się silniejsze niż działania człowieka, szczepienia, utrzymywanie dystansu społecznego, izolacja, noszenie maseczek – wszystkie środki przeciwdziałania skutkom wirusa. Rząd nie poddawał się jednak. Niechętnie podjęto decyzję przejścia w stan oblężenia i minimalizacji efektów epidemii na tyle, na ile było to możliwe.

Odc. 34 Mroczne perspektywy

Naukowcy, historycy i duchowni analizowali przebiegi wcześniejszych epidemii w dziejach ludzkości. Nie były to wieści budujące. Było oczywiste, że prędzej czy późnej epidemia wygaśnie, różnice polegały liczbie unicestwionych ludzkich istnień. Karolina Hopkins, biolożka ewolucyjna i wirusolożka, przedstawiła mroczną prognozę:

– Człowiek uległ naturze, która nonszalancko uczyniła z wirusa perpetuum mobile. Możemy oczekiwać kolejnych fal epidemii. Czegokolwiek nie usprawnimy w szczepionkach, wirus natychmiast zniweczy to swoją kolejną mutacją. Jest od nas szybszy.

Milczący od pewnego czasu pisarz Albin Ramo, pokazał się w telewizji w dzienniku wieczornym. Nie miał na sobie jak zawsze, kraciastej kamizeli pod szarą marynarką; jego długi, odpychająco czarny sweter i opadłe policzki upodabniały go do zmęczonego grabarza.

– Wchodzimy w stan stagnacji i otępienia. Wiem, że przetrwamy jako społeczeństwo – tak uczy historia epidemii – ale będziemy zdziesiątkowani i to będzie cena, jaką zapłacimy za wolność od zarazy.

Wśród telewidzów niewielu było chętnych wyrazić sprzeciw i głośno powiedzieć, że jest fatalistą i sieje zamęt. Przygotowywano się na najgorsze. Ostatnią deską ratunku i pocieszenia, stały się szpitale. Pracowały na najwyższych obrotach podobnie jak przedsiębiorstwa pogrzebowe. Władze mobilizowały rezerwy pomocy dla służby zdrowia i biznesu.

Wyjątkiem w morzu niepewności byli kaznodzieje głoszący tonem pocieszenia, że pandemia jest karą bożą za wykroczenia przeciw Najwyższemu.

– Miarka ludzkich niegodziwości przebrała się. Nie można żyć w grzechu żarłocznej konsumpcji i chciwości przestrzeni kosztem innych gatunków i przyrody. Jest to kara bolesna ale słuszna, która nas oczyści i nawróci na drogę prawdy i uczciwości.

– Przyroda i jej związki z człowiekiem stały się nowym wątkiem duchowych i filozoficznych rozważań ludzi sięgających sercem i myślą dalej niż koniec własnego nosa – słowa te wypowiedziała Karolina Hopkins na posiedzeniu Klubu Niezależnych Celebrytów. Biolożka schodziła z mównicy mniej pewna siebie niż zawsze i jakby zasmucona.

Po jej przemówieniu Barbarossa, przewodniczący klubu, ogłosił zawieszenie spotkań aż do odwołania.

Odc. 35 Przebudzenie

Riccardo Baron przebudził się w spokojny majowy dzień, w momencie, kiedy ktoś na sali Kliniki Odrodzenia „Feniks” powiedział głośno „Z ręką na pulsie”. Jak się okazało, było to hasło użyte, aby wprowadzić pacjenta w stan hipnozy dla przeprowadzania kolejnej operacji. Kiedy mu wyjaśniono, o co chodzi, chciał wiedzieć dlaczego go hipnotyzowano.

– Hipnozę stosujemy, aby zredukować ilość środków farmakologicznych, jakie stosuje się przy operacjach. Nie poprawiają one stanu zdrowia pacjenta – wyjaśniła pielęgniarka.

Pokój, w którym leżał Riccardo, był duży i jasny. Czuł się wygodnie. Leżał wyciągnięty na łóżku o pełnej regulacji położenia. Opuścił lewą rękę poza krawędź łóżka i poruszył nią; poczuł się niepewnie, jakby nie należała do niego. Opuścił prawą rękę i poruszył palcami, rozprostowując je i zaciskając; w końcu podniósł rękę do góry. To wywołało reakcję; przednia część łóżka, na której spoczywały jego głowa i plecy, powoli uniosła się do góry. Po chwili był już w pozycji półsiedzącej. Łóżko automatycznie dostosowywało się do kształtu i położenia jego ciała.

Obok Riccardo pojawiły się dwie ubrane na biało kobiety. Jedna była pielęgniarką i nazywała się Amelia Miller. Druga była lekarką. Przedstawiła się tylko imieniem Sofia, wyjaśniając, że jej nazwisko jest zbyt trudne, aby je wymówić. Mówiła z jakimś nieznanym mu akcentem.

– Zapamiętać to już w ogóle niemożliwe.

Patrząc na nie Riccardo po chwili nie kojarzył już, która z nich jest lekarką, a która pielęgniarką. Potem zaczął je rozróżniać.

Kiedy stało się jasne, że pacjent ma problemy rozumienia, tego, co mu mówi, lekarka zaczęła używać prostych słów. Ricardo rozumiał wiele w prostej konwersacji, ale nie radził sobie ze słownictwem medycznym.

– Przyszłyśmy, jak tylko zauważyłyśmy na ekranie w dyżurce, że poruszył się pan w łóżku. Przez cały czas był pan w stanie śpiączki.

Riccardo przyjrzał się uważnie Sofii. Nie była ładna, ale zgrabna. Kiedy stała nieruchomo, przypomniała boginię rzymską, Junonę, żonę Jowisza. We Włoszech, w restauracji, gdzie pracował, na ścianie wisiał obraz Junony. Bogini była opiekunką kobiet, przede wszystkim ich życia seksualnego i macierzyństwa. Sofia była do niej bardzo podobna. Miała poważną, raczej pełną twarz, prosty nos, mocne dłonie i niezbyt duże usta. Junona na obrazie w lewej ręce trzymała kulę, podczas gdy Sofia trzymała tablet medyczny przypominający smartfon. Schowała go zaraz do kieszeni fartucha. Miała pulchne palce. Riccardo zauważył to, kiedy poprawiała włosy upięte w płaski kok.

Kobiety mówiły do niego powoli i wyraźnie. Był z tego zadowolony, ponieważ słabo kojarzył słowa. Jak przez mgłę przypomniał sobie turystów posługujących się tym językiem. Dobrze pamiętał tylko kawiarnię, gdzie pracował, fartuch kelnera, plażę oraz błękitną powierzchnię morza widocznego z tarasu. Na moment wspomnienia wywołały w nim tęsknotę za przyjaciółmi i rodziną, których nie mógł sobie jednak przypomnieć.

Odpowiedział coś po włosku, na co pielęgniarka, wyższa, ciemniejsza blondynka, zareagowała słowami „molto bene”. Potem dodała „Non parlo italiano”. Amelia znała jeszcze kilka innych włoskich słów. To była cała jej wiedza lingwistyczna. Riccardo zrozumiał, że musi posługiwać się ich językiem. Na szczęście rozumiał więcej, niż sam mógł wyrazić. Musiał sięgać do przeszłości z wczesnego dzieciństwa, kiedy rodzice wyjechali razem z nim z Bangolu.

Odc. 36 Klinika

Obserwując uważnie Riccardo, lekarka sięgnęła ręką do kieszeni fartucha i wyjęła z niej mały tablet medyczny. Coś wystukała na ekranie i po chwili odczytała na głos temperaturę ciała, ciśnienie krwi, tętno, częstość oddechu, saturację oraz parametry pracy serca. Pacjent popatrzył na nią zdezorientowany. Zauważyła jego niepewność.

– Ma pan na sobie czujniki i sondy, które bezprzewodowo przekazują do systemu monitoringu odczyt podstawowych parametrów życiowych. To niezawodny system. Gdyby tylko nastąpiło pogorszenie, na przykład znacznie spadło lub wzrosło ciśnienie krwi, natychmiast uruchomiłby się alarm na moim tablecie.

Po zakończeniu rozmowy Sofia dotknęła ekranu i powiedziała półgłosem:

– Proszę o lekarstwa dla RB201.

Po dwóch minutach otworzyły się drzwi z prawej strony i do sali wjechał na elektrycznym monocyklu mężczyzna w granatowym uniformie. Zbliżył się do łóżka, kiwnął przyjaźnie głową w kierunku pacjenta, pochylił się i z bocznego koszyka wyjął małe opakowanie. Podał lekarce i odjechał. Riccardo nie zdążył nawet mu się przyjrzeć. Imponowała mu łatwość, sprawność i szybkość działania personelu kliniki.

Następnego dnia Sofia przeprowadziła z Riccardo wywiad. Chodziło o stan jego pamięci. Na początku pobytu w szpitalu było najgorzej. Po wybudzeniu ze śpiączki niewiele pamiętał. Nie przypominał sobie nawet, co takiego zdarzyło się w jego życiu. Nie pamiętał miejsca, dnia ani miesiąca swego urodzenia. Dziwnie pamiętał tylko rok urodzenia. Po kilkunastu dniach nadal mało co sobie przypominał.

– Każdego dnia notujemy jednak jakiś postęp. To bardzo ważne, Ricardo -pocieszała go pielęgniarka. Zwracała się do niego po imieniu. – Odpowiemy na wszystkie twoje pytania, ale najpierw musimy wykonać więcej badań twojego stanu zdrowia, szczególnie pamięci. Zakażenie wirusem Quagga, zwłaszcza którąś z jego późniejszych mutacji, może wywoływać poważne zmiany w mózgu; niekiedy widać to wprost na twarzy pacjenta.

Po kilku wywiadach z Riccardo lekarka zrobiła notatkę w dokumentacji medycznej:

– Z tego, co pacjent słyszy, poprawnie zapamiętuje tylko część, część przekręca, resztę zapomina. Doznał utraty pamięci, ale tylko przeszłych zdarzeń. Dobrze zapamiętuje wydarzenia bieżące. Niektórych zachowań musi uczyć się od początku Z przeszłości pozostały mu niekompletne fragmenty wspomnień, obrazy, reminiscencje. Wszczepiono mu implant wspomagający pamięć bieżącą, stanowiący rodzaj pamięci zastępczej.

Następnego dnia doktor Sofia przyszła na obchód wcześniej niż zwykle. Była wypoczęta i zrelaksowana. Riccardo poprosił ją, aby powiedziała mu coś więcej na temat jego stanu zdrowia i pobytu w klinice. Po wykonaniu standardowych czynności przyciągnęła sobie krzesło stojące w rogu sali i usiadła przy jego łóżku.

Zanim trafił do Kliniki Odrodzenia „Feniks” mieszkał w schronisku dla bezdomnych. Przebywał tam od czasu, kiedy policja zabrała go z ulicy oskarżając o włóczęgostwo: nie miał stałego miejsca zamieszkania, pracy ani innego źródła utrzymania. W schronisku mieszkał kilka miesięcy. Był tam badany przez lekarzy, którzy stwierdzili silne zakażenie wirusowe.

– Do kliniki przywieziono pana, kiedy uległ pan wypadkowi. Czytałam raport policji. Najechał na pana samochód osobowy. Kierowca rozmawiał przez smartfon. Kiedy ten mu wypadł z ręki, kierowca schylił się, stracił koncentrację, nie zauważył, że światło na przejściu dla pieszych zmieniło się na czerwone. Za późno zaczął hamować. Pojazd uderzył, kiedy schodził pan z pasów dla pieszych. Był pan w tak beznadziejnym stanie, jakby uczestniczył w wypadku lotniczym a nie samochodowym: nieprzytomny, obrażenia wewnętrzne, z połamane nogi, uszkodzona miednica. Spędził pan u nas trzy miesiące w stanie śpiączki, sztucznie podtrzymywany przy życiu.

Odc. 37 Rekonwalescencja Riccardo

Kiedy odezwał się alarm, lekarka przerwała badanie, popatrzyła na ekran tabletu i przeprosiła Riccardo. Miała pilne wezwanie do innej sali.

Słowa Sofii o tym, że wyglądał jak ofiara wypadku lotniczego, dziwnie utrwaliły się w pamięci Riccardo. Od tej pory opowiadał innym pacjentom, jak to przywieziono go do kliniki po wypadku lotniczym, w opłakanym stanie, połamanego i nieprzytomnego.

– Mój samolot rozbił się wskutek fatalnej pogody pół godziny przed lądowaniem na lotnisku w Agarze. Miałem szczęście. W beznadziejnym stanie trafiłem do naszej kliniki, gdzie mnie odrestaurowano jak tego ptaka Feniksa. Czuję się szczęśliwy, że przeżyłem – powtarzał, zamykając oczy w kontemplacji swego szczęścia.

– W jaki sposób znalazł się pan w Bangolu, nikt tego dokładnie nie wie – zakończyła swoje wyjaśnianie Sofia następnego dnia. – W odkrycie pańskiej tajemnicy zaangażowane były policja, urząd imigracji i urząd celny. Podejrzewano, że został pan przemycony przez granicę w ciężarówce z dobrze ukrytym schowkiem do przewozu ludzi.

Dla Riccardo nastał trudny okres czasu. Nie wiadomo dlaczego nagle tracił przytomność i w miarę szybko ją odzyskiwał. W takie dni pielęgniarka odwiedzała go kilka razy dziennie. Kiedy przytomniał, mówiła mu, czy majaczył czy nie. Cieszyła się, że wraca mu świadomość i pocieszała:

– Teraz to może być tylko lepiej.

Za każdym razem dodawała jakieś szczegóły o jego stanie zdrowia, metodach leczenia lub klinice. Czasami mówiła coś banalnego, zupełnie bez znaczenia, sprawdzała jakieś dane na monitorze zawieszonym na ścianie przy oknie i wychodziła. Bywało i tak, że zaraz wracała, stawała przy jego łóżku, patrzyła na niego z uwagą i nie odzywała się.

– Nie ma chęci rozmawiać ze mną – myślał wtedy Riccardo. Widział to w jej twarzy, ani starej, ani młodej, trudnej do określenia. Nie rozumiał jej postępowania, w dodatku szumiało mu w głowie. Źle odbierał problemy z pamięcią, niemożność przypomnienia sobie prostych spraw lub zdarzeń. Miał wrażenie, że Amelia unika tematu wirusa, że jest on czymś nadzwyczajnym. Czuł to wyraźnie.

Początki poruszania się na własnych nogach nie były łatwe. Za pierwszym razem Riccardo z trudem utrzymywał się na nogach. Udało mu się przejść tylko kilka kroków posiłkując się chodzikiem. To go zmobilizowało. Stopniowo chodził coraz więcej. Miał chęć wybrać się na dłuższą wycieczkę.

– Najpierw zwiedzę klinikę – postanowił. Intrygowała go jej nowoczesność, odmienność od wszystkiego co pozostało w zakamarkach jego pamięci.

Wkrótce nadarzyła się okazja. W sobotę organizowano zwiedzanie kliniki ze specjalnym przewodnikiem.

– Mam nadzieję, że stanie się to rytuałem, umacniającym w pacjentach przekonanie o niezwykłej roli medycyny w życiu każdego człowieka, jej nieskończonych możliwościach – Riccardo podsłuchał słowa Sofii przeznaczone dla Amelii Miller.

Z samego rana w sobotę, zaraz po śniadaniu, Riccarda i kilka innych osób z sali ubrano w stroje ochronne. Przezroczyste okrągłe hełmy, zasilane w filtrowane powietrze, skutecznie izolowały ich organizmy od otoczenia zewnętrznego. Riccardo przejrzał się w lustrze wiszącym na ścianie przy drzwiach. Jego broda ledwo mieściła się w plastikowym hełmie. Wyglądał jak członek wyprawy na inną planetę.

– Przypominam niedźwiedzia w przebraniu kosmonauty. Mógłbym straszyć dzieci – wydusił z siebie.

Nie rozumiał dlaczego ich tak ubrano, ale nie zdecydował się zapytać o to. Wiedział że świat się zmienił i nie jest już ten sam, co za dawnych lat. Najgorsze była utrata orientacji czasu, wyczucia tempa jego przemijania.

Odc. 38 Zwiedzanie kliniki

Przewodnik nie śpieszył się. Grupa zwiedzających powoli wychodziła na zewnątrz. Nie wymagało to żadnego wysiłku poza pracą mięśni, ponieważ wszystko uruchamiane było automatycznie. Przed drzwiami obrotowymi usłyszeli zapowiedź:

– Zbliżasz się do drzwi obrotowych, za chwilę znajdziesz się na zewnątrz. Twój strój i maska są szczelne.

Przewodnik zatrzymał grupkę przed budynkiem, aby oswoiła się z otoczeniem. Riccardo zauważył jego gładkie policzki i niebieskie błyszczące oczy.

Znajdowali się przed czterema ogromnymi gmachami stojącymi w jednej linii obok siebie. Wyruszyli na zwiedzanie. Budynki były połączone nadziemnymi i podziemnymi korytarzami dla pieszych i przejściami dla transportu materiałów i zaopatrzenia. Korytarze szpitalne przypominały zwoje rozciągniętych w linii prostej taśm produkcyjnych, wzdłuż których ciągnęły się gabinety specjalistyczne. Przy każdym z nich siedzieli i stali pacjenci. Riccardo notował w pamięci spostrzeżenia. Był przekonany, że przewodnik, pielęgniarka lub lekarka zechce go zapytać co widział i jaki to wywarło na nim wrażenie. Mruczał po cichu do siebie:

– Kompleks szpitalny przypomina system połączonych ze sobą taśm produkcyjnych – korytarzy, prowadzących do setek sal i gabinetów zabiegowych. Przy każdym z tych pomieszczeń czekają pacjenci.

Przewodnik zatrzymał grupkę i poprosił zwiedzających o skupienie się.

– Proszę zwrócić uwagę na ten najwyższy a zarazem najnowszy budynek. Na samym szczycie ma on dach w kształcie korony wzorowanej na fragmencie łańcucha genów fundatora Kliniki Odrodzenia Feniks. Nazywał się Jonasz Karter. Wszystkie swoje organy, całe ciało, podarował uniwersytetowi medycznemu, do którego należy klinika. Stopniowo staje się to standardem postępowania, że człowiek oddaje swoje ciało w służbę społeczeństwu i ludzkości. Karter był naukowcem, odkrywcą nowej generacji leków genetycznych, czcicielem nauki i wiedzy naukowej. Żył sto trzydzieści lat. Jego życie było przedłużane dzięki postępom medycyny, wymianie organów oraz tkanek i innym zabiegom. Mógł żyć dłużej, ale nie chciał. Nazywamy to osiągnięciem pełnej dojrzałości psychofizycznej, kiedy człowiek opuszcza świat bez żalu i wątpliwości.

Po powrocie ze zwiedzania, Riccardo dzielił się Amelią spostrzeżeniami.

– Przewodnik miał gładką cerę prawie jak kobieta i błyszczące oczy, jakby brał narkotyki.

Pielęgniarka zaśmiała się życzliwie.

– To robot humanoidalny. Wykorzystujemy je do pomocy przy prostszych, powtarzających się czynnościach. Podobnie jak pracownik przywożący leki na monocyklu. Są bardzo użyteczni, uprzejmi i nigdy się nie męczą, dopóki mają naładowane baterie.

Pomagając Riccardo przebrać się w strój szpitalny, kontynuowała wyjaśnienia.

– Zaczynasz już chodzić, Riccardo. To bardzo dobrze. Proszę tylko się nie forsować. Mieszkasz w klinice. To jest teraz twój dom, w związku z czym mam obowiązek poinformować ciebie, jakie zasady tu obowiązują. Określa je regulamin wewnętrzny. Jest on dla mieszkańców i pracowników kliniki jak konstytucja dla kraju. Możesz zawsze zajrzeć do niego. Został on wydrukowany, oprawiony w ramki i zawieszony w każdej sali, gdzie przebywają pacjenci. W tej sali wisi przy wejściu od strony zachodniej. Masz do niego dostęp także na stronie internetowej kliniki. Ja wspomnę tylko kilka najważniejszych postanowień regulaminu. Po pierwsze, kierujemy się zasadą przekazywania pacjentowi pełnej informacji o jego stanie zdrowia. To jest twoje prawo. Po drugie, masz też prawo wglądu do informacji zgromadzonych na twój temat w Narodowym Systemie Monitorowania Pacjentów. Loginem jest twój adres email zapisany w twojej elektronicznej karcie zdrowia. Ostatnia sprawa, to każdy pacjent i każdy osoba z personelu ma obowiązki obywatelskie. Musimy je przestrzegać. Określają one przed wszystkim nasz stosunek i obowiązki wobec środowiska naturalnego.

Kilka dni późnej Riccardo podszedł do regulaminu i usiłował go czytać. Nie szło mu to za dobrze. 

Odc. 39 Przeszczepy 

Obok regulaminu kliniki wisiała oprawiona w połyskliwą ramkę Historia Kliniki Przebudzenia „Fenix”. Była to bardziej historia mitu jej powstania niż samej kliniki. Autor dokumentu uważał, że ludzie trafiający do kliniki odradzali się jak sfinks z popiołów, powracali do życia z martwych.

– Klinika dokonuje cudów przywracania życia ludziom po miesiącach na nawet latach letargicznego uśpienia epidemiologicznego. To było ostatnie zdanie tekstu.

Riccardo Baron miał czas na obserwacje i rozmyślania. Nie od razu zauważył w kilku miejscach swego ciała odbarwienia skóry. Zapytał pielęgniarkę Amelię, co one znaczą. Zmieszała się i odwróciła twarz w kierunku drzwi. Riccardo odczekał chwilę, dając jej czas na uspokojenie się. Kiedy doszła do siebie, poprosił ją o uczciwe informowanie go o wszystkim, co go dotyczy.

– Powiedz mi, Amelio, prawdę, nawet gdyby miała być dla mnie bolesna. Dosyć się już nacierpiałem, aby nie móc znieść więcej.

– Wykonaliśmy ci wiele przeszczepów skóry. Z samochodu, przy którym cię znaleziono po wypadku, wyciekła benzyna i zapaliła się. Doznałeś poważnych poparzeń. Z przeszczepami skóry na szczęście nie mieliśmy problemów. Wyhodowano ją w naszym laboratorium, tyle, ile trzeba. Kiedyś był to prawdziwy problem. Ludziom wycinano płaty ich własnej skóry w miejscach mało widocznych, aby przeszczepić ja na miejsca poparzeń na twarzy, szyi czy rękach. Cierpiałeś bardzo, podawaliśmy ci nieprzerwanie leki przeciwbólowe. Takie sytuacje pozostawiają ślady również w psychice personelu medycznego.

Riccardo zaintrygowała ta historia. Postanowił dowiedzieć się więcej. Była w tym jakaś tajemnica. Pomyślał, że potraktowano go eksperymentalnie jak namiot, na który naszywa się wielką łatę, aby wyglądał jak nowy.

Nalegał przez dwa dni, zanim Amelia za wiedzą lekarki zgodziła się zorganizować mu spotkanie z pracowniczką laboratorium hodowli komórek.

– To ta sama kobieta, co wyhodowała komórki dla twoich potrzeb.

Poszedł tam z przewodnikiem. Miał na imię Yorge i podobnie jak poprzednik był robotem humanoidalnym. Wyglądał i zachowywał się jak żywy człowiek.

– Wyższy poziom jazdy – pomyślał Ricardo o Yorge. Po chwili poprawił się: -Wyższy poziom sztucznej inteligencji.

Przed przybyciem na miejsce Yorge gdzieś dzwonił.

Czeka już na ciebie w małej poczekalni przy laboratorium. To specjalne miejsce spotkań. Jest aseptyczne, bezpieczne. Można tam być bez hełmu a nawet maseczki lekarskiej. Ma na imię Krystyna. Tyle wiem. Reszty dowiemy się na miejscu. Ja nie będę towarzyszyć ci w rozmowie. Mam obowiązki. 

– Wiem, kim pan jest – odezwała się kobieta, po czym przedstawiła się: – Biotechnolog Krystyna Ukaz, Bank Komórek Zakładu Biotechnologii.

Była postawną blondyną z długimi włosami osłaniającymi po bokach owalną twarz. W Riccardo coś drgnęło, poczuł nagły przypływ energii. To go ucieszyło. Rozmawiali zachowując dystans dwóch metrów. Nie było to konieczne, ponieważ w suficie pracowały nieprzerwanie wentylatory wyciągające powietrze z pomieszczenia.

Odc. 40 Oznaka powrotu do zdrowia

Krystyna Ukaz mówiła krótkimi zdaniami, gestykulując.

– Jak wyhodować skórę? To proste. Dzisiaj to proste. A będzie jeszcze prostsze. – Skóra to niezwykła tkanka; potrafi sama się regenerować, ponieważ zawiera mnóstwo komórek macierzystych. Mają one szczególne właściwości. To wyjątkowo przemyślne i inteligentne twory organizmu. Przypominają mi długodystansowców. Trzeba tylko umieć wykorzystać ich zdolności i możliwości. Odtwarzanie skóry z wykorzystaniem komórek macierzystych nie jest to jeszcze taśma produkcyjna, ale wkrótce będzie. Mam wrażenie, że cała służba medyczna upodabnia się do taśmowego systemu produkcyjnego z ciągami technologicznymi.

– Wyrzuca z siebie słowa jak działko szybkostrzelne! – zachwycił się Riccardo, po czym zdziwił się, skąd mu przyszło do głowy takie określenie. Nigdy nie był w wojsku ani nie interesował się sprzętem wojskowym.

Słuchał Krystyny z uwagą. Starał się zapamiętać i nauczyć jak najwięcej. Ciekawiło go to, co mówiła, czasu miał w nadmiarze.

– Pobieramy malutki wycinek skóry pacjenta i przenosimy do laboratorium, aby wyizolować pojedyncze komórki, wysiać do pojemników hodowlanych i zalać pożywką, w której zaczynają się dzielić. Przybywa ich bardzo szybko. Po około dwóch tygodniach można już je przeszczepić pacjentowi na ranę. Komórki zasiedlają miejsca poparzone; wciąż się dzieląc tworzą wysepki i w ten sposób stopniowo zarastają miejsce poparzone. Sama hodowla trwa dwa tygodnie. W jednej hodowli są miliony komórek. Malutki pojemniczek o objętości trzech mililitrów zawiera sześć milionów komórek.

Kobieta Biotechnolog przerwała i popatrzyła na Riccardo, czy nadąża za jej wyjaśnieniami lub może ma jakieś pytanie.

– Umiemy już skutecznie leczyć trudno gojące się i rozlegle oparzenia. To wielki postęp.

Rozmowa z Krystyną z Banku Komórek dobrze wpłynęła na Riccardo. Poczuł się znacznie lepiej. Nie wiedział tylko, czy był to wpływ jej kobiecego uroku, czy też w grę wchodziły inne czynniki. Biotechnolog podobała mu się.

Następnego dnia z samego rana Riccardo zaskoczył pielęgniarkę. Na pierwszym obchodzie podniosła koc, aby sprawdzić postępy leczenia skóry w okolicy brzucha. Ricardo leżał jak zwykle na plecach w swojej ulubionej granatowej piżamie w kratę. Ukryty pod nią jego seksus stał wyprostowany jak kołek w oczekiwaniu zaspokojenia. Amelia Miller widziała już niejednokrotnie takie sceny, poczuła się jednak zaskoczona. Dla kliniki była to dobra wiadomość, oznaczała powrót pacjenta do zdrowia. Erekcja była symbolem zdrowia. Pielęgniarka nie dała od razu po sobie poznać, że ją to poruszyło, nie okazała żadnych emocji, przykryła tylko pacjenta kocem.

– Przyjdę później, aby sprawdzić stan skóry na brzuchu – uśmiechnęła się blado usiłując pokryć zmieszanie. Był w nim śmiech jak i wyraz uznania i gratulacje z okazji kolejnego symptomu powrotu pacjenta do zdrowia.

Śmiesznym doświadczeniem podzieliła się z Grace, rehabilitantką prowadzącą ćwiczenia z pacjentami w ustalone dni w salce rehabilitacyjnej na tym samym piętrze. Zrobiła to odruchowo, kiedy ją zobaczyła. Przyjaźniły się od czasu, kiedy tylko się poznały.

Wieczorem naszły Amelię wyrzuty sumienia. Nie powinna nikomu mówić o Riccardo, ponieważ udzielanie informacji osobom trzecim o stanie zdrowia pacjenta było przywilejem lekarza prowadzącego pacjenta, a nie personelu pomocniczego. Było to także niezgodne z regulaminem kliniki; w grę wchodziła ochrona prywatności pacjenta.

Pozbyć się ostatniego zastrzeżenia pomogła jej Grace, przypominając, że ona również jest pracownikiem Kliniki Odrodzenia Feniks. Było to ważne, ponieważ część osób pracujących w klinice była zatrudniona przez firmy zewnętrzne i niekiedy traktowana inaczej. 

Odc. 41 Widoki i wspomnienia 

Dzień zaczął się słonecznie. Riccardo wstał z łózka i podszedł do wielkiego okna. Lubił gapić się przez nie na ulicę. Była nieco oddalona od budynku i spokojna, wyludniona o tej porze dnia. Od czasu do czasu przejeżdżał nią samochód o opływowych kształtach. Poruszając się nie wydawał dźwięku. Dwie wysokie topole porośnięte kępkami jemioły przypomniały mu przeszłość.

– Jestem z pokolenia śmieciowego – od pewnego czasu ta myśl uporczywie pojawiała się w jego głowie. Właściwie to była obecna przez cały czas niby czujny strażnik, ujawniając się tylko przy okazji znajomego widoku, kształtu lub wspomnienia.

Pokoleniem śmieciowym nazywano jego generację, ludzi, którzy pierwsi podnieśli larum o to, że tworzywa sztuczne nie tylko zaśmiecają lądy i wody ale zabijają życie na ziemi. To była różnica – zaśmiecanie i zabójstwo. Każdy mieszkaniec planety zużywał wtedy ponad dwieście kilogramów wyrobów plastikowych rocznie. Było to dziedzictwo pozostawione przez poprzednie pokolenia, nie bez udziału jednak jego własnego pokolenia.

Okno sali rozciągało się prawie od podłogi do sufitu. Widział przez nie ulicę i przylegający do niej skwer, a na jego krawędzi rząd błyszczących pojemników. Pomyślał się, że są to pojemniki na śmieci. Zaintrygowały go. Długo im się przyglądał oceniając ich kształty, kolory i wielkości. Były ustawione prawie w jednym rzędzie, w trudnym do określenia artystycznym ładzie-nieładzie. Zapragnął obejrzeć je z bliska, dotknąć i poczuć ich powierzchnię.

Rozejrzał się po sali niepewnie, zastanawiając się, czy mógłby wyjść sam na zewnątrz, aby je pooglądać. Nie miał o to kogo zapytać, na sali byli tylko pacjenci. Regulamin kliniki czytał już kilka razy, przeważnie fragmentami, ale nie pamiętał żadnych zasad dotyczących samodzielnego wychodzenia z kliniki. Był na zewnątrz dwa razy, zawsze z przewodnikiem.

Amelia mówiła mu, że klinika jest jego domem. W tym momencie był przekonany, że jest bardziej więzieniem niż domem, z którego można swobodnie wychodzić i wracać. Popatrzył na szybę. Nie zauważył w niej żadnych ukrytych krat; tylko szkło było tak grube, że przypominało ścianę.

Następnego dnia, po zakończonym obchodzie, Riccardo wstał z łóżka i ocenił sytuację. W pokoju oprócz niego była tylko jedna osoba. Nie wiedział, czy to pielęgniarka czy lekarka. Nie przypominał jej sobie. Była odwrócona do niego tyłem. Siedziała przy stoliku, który po bliższym przyjrzeniu się okazał biurkiem z płaskim blatem i dwiema płaskimi szufladami.

– Chyba coś ogląda lub pisze – domyślił się, widząc jej lekko zgarbione plecy. – Zachowuje się jakby było jej obojętne, co dzieje się na sali.

Zdecydował się opuścić sale bez pytania kogokolwiek o zgodę, aby obejrzeć pojemniki. W szafce przy łóżku znalazł hełm. Ktoś go tam włożył poprzedniego dnia. Leżał sam, bez kombinezonu. Był inny niż ten poprzedni, jaki Riccardo miał na głowie w czasie wycieczki z przewodnikiem. Pomyślał, że na otwartej przestrzeni nie potrzebuje kombinezonu.

Z nowym hełmem na głowie poczuł się trochę niepewnie; wszystko jednak szło składnie. Po wyjściu z sali i przejściu kilku kroków korytarzem poczuł, jakby jego ciałem sterował jakiś mechanizm równowagi, korygujący chwiejność nóg i tułowia. Miał wrażenie, je jest obserwowany. Skierował wzrok w górę i zauważył dwie miniaturowe kamery. Wcześniej ich tam nie widział. Teraz był już pewny, że jest obserwowany a jego ruchy są rejestrowane i analizowane. Ruszył w kierunku drzwi prowadzących na zewnątrz budynku. Błąkał się po nich różowawy połysk ścian, miły i naturalny. Było to sympatyczne odczucie. Riccardo nabierał przekonania, że ktoś nad nim czuwa a otoczenie dostosowuje się do jego potrzeb. Poczuł się pewniej.

0Shares

Cień wielkiego sztukmistrza. Opowiadanie.

Wszyscy pragnęli choćby raz z życiu zobaczyć cień Leona Witusa, zwanego powszechnie Sztukmistrzem, ukazujący się dwa razy w tygodniu na ścianie parlamentu Abstrakcji. Od czasu odejścia na emeryturę Witus pojawiał się tam regularnie w formie cienia.

– To mój dar dla potomnych – powiedział, zanim po raz ostatni zacisnął usta w parlamencie, jak miał we zwyczaju, kiedy pytano go o coś, o czym nie miał chęci mówić. Był pod tym względem powściągliwy jak i konsekwentny. 

Leon Witus od lat udzielał się w parlamencie. Na życzenie większości parlamentarnej prezentował tam własny program cyrkowy. Był dyrektorem cyrku oraz znakomitym treserem. Tresował głównie konie, psy i małpy oraz ekwilibrystów cyrkowych, pragnących nauczyć się utrzymywania równowagi w ekstremalnie trudnych sytuacjach. Był to człowiek wyjątkowo utalentowany. Ludzie znający jego metody i osiągnięcia przypisywali mu cechy wręcz demoniczne.

– On potrafi ugnieść człowieka jak plastelinę – Wyznał kiedyś jego bliski współpracownik, zwany Spękaną Twarzą. Pseudonimy obydwu mężczyzn były typowe dla branży cyrkowej, z której się wywodzili.  

W dniach obrad parlamentarnych Sztukmistrz siedział spokojnie i przysłuchiwał się dyskusjom. Czasem zagłębiał się w ekran iPada, smartfonu lub czytał książkę. Miał swoje hobby i słabości. Był bezpośredni i uczciwy i nie krył się z nimi. Nikt nie miał mu tego za złe, ponieważ był powszechnie lubiany, oczywiście z pewnymi wyjątkami. Z czasem stał się  wpływowym działaczem parlamentarnym oraz wzorem uczciwości i dobroczynności dla dużej części społeczeństwa. Z tego względu nazywano go także Prawdziwym Człowiekiem. Kiedy odszedł na emeryturę, przyjęto to jakby odszedł na zawsze.

– Został po nim wspaniały dorobek duchowy i wspomnienia – pocieszali się przewodnicy wycieczek, gromadzący się z rana w małej grupie obok długiej kolejki ludzi pragnących zwiedzić parlament. Ich rolą było oprowadzać wycieczek po parlamencie.

Odejście Wielkiego Sztukmistrza na emeryturę pociągnęło za sobą zmiany w parlamencie. Tę część budynku, gdzie spędził większość swego pracowitego życia służąc narodowi i sprawie, przemieniono na Mauzoleum Wielkiego Sztukmistrza a miejsca na korytarzach, którędy się poruszał, odgrodzono barierkami. Kuratorem mauzoleum został najbliższy współpracownik Sztukmistrza, popularnie zwany Spękaną Twarzą. Pseudonimy obydwu mężczyzn były typowe dla pracowników branży cyrkowej.

Na zlecenie minister kultury, ślady w podłodze, gdzie Wielki Sztukmistrz klęczał i wstawał z kolan, odlano w złocie i przekazano do Muzeum Narodowego. Licencję na produkcję podobizn jego twarzy, miniaturek śladów klęczenia oraz na powielanie jego słów otrzymała firma Agara. Już po dwóch miesiącach podobizny i miniaturki trafiły do kiosków z pamiątkami rozsianymi po całym kraju. Produkcja akcesoriów upamiętniających Sztukmistrza dopiero po roku dogoniła popyt.

Rząd Abstrakcji pragnął, aby postać Wielkiego Sztukmistrza znalazła się także w Muzeum Figur Woskowych w Londynie. Premier Cichy wystosował w tej sprawie pismo do muzeum. Nie było to udane przedsięwzięcie. Najpierw odesłano pismo z adnotacją, że adresat jest nieznany. Po zbadaniu sprawy okazało się, że zamiast do Muzeum Figur Woskowych zaadresowano je do Muzeum Figur Wojskowych. List błąkał się przez dwa miesiące po Ministerstwie Obrony Narodowej w Londynie, zanim udzielono odpowiedzi.

Zaadresowany już poprawnie drugi list premiera dotarł we właściwe miejsce. Ku rozczarowaniu obywateli Abstrakcji dyrekcja muzeum odmówiła wystawienia u siebie podobizny Wielkiego Sztukmistrza. Jej dyrektor odpisał, że postać jest im mało znana. W Abstrakcji wywołało to wielkie oburzenie, kiedy dodatkowo ujawniono, że w rozmowie telefonicznej pracownika gabinetu premiera Cichego z Muzeum Figur Woskowych jego urzędnik miał powiedzieć:

– Who the hell is that bloke?! Nobody here has ever heard about him! Do diabła, kim jest ten facet?! Nikt nigdy o nim tutaj nie słyszał!

W odpowiedzi rząd Abstrakcji powołał Fundację Wielkiego Sztukmistrza, aby uwiecznić jego imię i osiągnięcia.

Kiedy na ścianie mauzoleum ukazywał się cień Witusa milkły głosy a oczy zwiedzających zachodziły mgłą wzruszenia. Cień nadchodził z reguły z prawej strony korytarza i posuwał się naprzód spokojnym, równym krokiem, pozostając w środku kolumny ochroniarzy. Przed nim, z przodu, z boku i z tyłu, milcząco osłaniali go solidnie zbudowani mężczyźni. Czasem tylko towarzyszył mu jakiś dygnitarz.

– Wielki Sztukmistrz jest dobrze pilnowany, ponieważ jest skarbem narodowym – zwykła wyjaśniać dziennikarzom minister kultury na konferencjach prasowych.

– Leon Witus jest wielkim człowiekiem mimo nienadzwyczajnej postury – skomentował kiedyś w artykule prasowym znany z nietuzinkowych obserwacji dziennikarz prasy niezależnej.

Wiele osób miało mu to za złe, twierdząc, że taka ocena nie jest uczciwa, ponieważ Wielki Sztukmistrz jest w istocie rzeczy dobrze zbudowanym mężczyzną. Niektórzy porównywali go nawet z Napoleonem. Wkrótce opisujący Witusa dziennikarz odszedł z pracy. Jak się okazało na własne życzenie. Wyjaśnił to:

– Zrozumiałem niestosowność tego sformułowania i przyznaję się do błędu.

Nie uczynił tego od razu. W decyzji pomógł mu prawdopodobnie pożar jego nowego samochodu, gdzie w skrytce mały trzymał laptop i aparat fotograficzny. Miał w związku z tym wyrzuty sumienia, że coś chyba zawinił, skoro los tak podle go potraktował. Pożar samochodu dziennikarz zgłosił na policji, ta zaś przekazała sprawę do prokuratury.

– Nie wiedziałem, że dochodzenie w sprawie, kto wywołał pożar samochodu i w jakim celu, nie miało naprawdę sensu – żalił się dziennikarz przyjacielowi.

Sprawa trafiła do prokuratora, który wezwał poszkodowanego, aby go przesłuchać i w końcu mu zakomunikować:

– Widzimy małą szkodliwość społeczną czynu. Tylko pan został poszkodowany. Jedna osoba to jeszcze nie społeczeństwo. Chyba pan się z tym zgodzi.

– Przy okazji, czy pański samochód był ubezpieczony? – zapytała  siedząca obok prokuratora urzędniczka, oferując gościowi spokojny uśmiech pocieszenia.

– Tak, oczywiście.

– No widzi pan. Czyli nic pan na pożarze nie stracił. To tylko powinno umocnić pana w przekonaniu, że był to czyn o znikomej szkodliwości społecznej.

Dziennikarz opowiedział swoją historię przyjacielowi, żyjącemu wspomnieniami o Wielkim Sztukmistrzu. Ten mu odpowiedział:

– Jesteś okropnym pesymistą. Ja nie mam takich problemów. Prokuratura zawsze mi pomaga, kiedy moja sprawa do nich trafia.

Leon Witus, którego cień pojawiał się regularnie co najmniej dwa razy w tygodniu na ścianie mauzoleum, z każdym dniem był coraz pełniejszy. Widać to było po jego brzuchu.

– Nie jest to zjawisko pozytywne – krytykowali Sztukmistrza przeciwnicy parlamentarni, nie tylko zresztą oni. – Za granicą ludzie na tak wysokich stanowiskach bardziej dbają o siebie, ćwiczą, biegają. Sztukmistrz wyraźnie się zaniedbał. Można by pomyśleć, że jest abnegatem.

Oprócz powiększającego się brzucha, kojarzącego się coraz wyraźniej z chorobliwą opuchlizną, w jego sylwetce niewiele się zmieniało. Nadal dumnie obnosił się swoją dużą głowę, oszronioną na szczycie pogłębiająca się siwizną. Jego sylwetka wywoływała coraz liczniejsze komentarze a nawet okazyjne dyskusje; nikt jednak z niego nie żartował. Pytany o coś przez dziennikarzy, mistrz sztuki cyrkowej rzadko się odzywał..

– Ma zasznurowane usta. I to sznurówkami najlepszej jakości – czasem ktoś rzucił niewybredny żart, kryjąc się za plecami tłumu. Na ogół unikano żartów w jego towarzystwie. Skomentował to kiedyś sekretarz osobisty Witusa.

– Żartowanie w towarzystwie Mistrza ma sensu. I tak wiadomo, że nikt nie dorówna mu humorem. Ma on ogromne poczucie humoru, ale rzadko je okazuje.

– Dlaczego?

– Bo jest to człowiek znacznie poważniejszy od nas wszystkich. Żal mu czasu na żarty. On myśli o wszystkich obywatelach, nie tylko o sobie.

– Całkowicie się z tym zgadzam – poparła sekretarza stojąca niedaleko starsza niewiasta, o siwych, opadających na ramiona włosach.

– On zawsze jest taki sam, poważny i odpowiedzialny. Zupełnie jak pan Bóg. Jest też skromny i nienarzucający się: czarny garnitur i czarne pantofle, ciemny płaszcz i ciemna czapka. Przeważnie jest zamyślony, rzadko się uśmiecha. To dlatego, że nieprzerwanie myśli o nas wszystkich i za nas wszystkich. O ojczyźnie, rodzinie, dobrobycie, bezpieczeństwie. Codziennie dziękuję Bogu za to, bo sama nie udźwignęłabym takiego ciężaru. Wystarczy mi, że go posłucham i już wiem wszystko, i jestem szczęśliwa.

Na zamknięcie letniego sezonu wspomnień o Wielkim Sztukmistrzu, Janina Kokoszka, minister kultury wygłosiła przemówienie okolicznościowe.

– Leon Witus jest nie tylko wspaniałym sztukmistrzem, ale i wielkim człowiekiem. Przeszedł na emeryturę, ale jego dorobek i jego postać pozostały i weszły na zawsze do naszego dziedzictwa narodowego. Dzięki niemu dziś wiemy lepiej, kogo kochać, a kogo nienawidzić, komu ufać, a komu nie. Mamy nowoczesne więzienia i obozy kondycyjne dla młodzieży, służące przygotowaniu ich do wielkich czynów na rzecz ojczyzny. Osobiście wspominam go najlepiej jak tylko można. To wielki patriota. To on mnie mianował na to stanowisko, abym pomnażała i sławiła bogactwa naszej kultury. Nie szczędził też pieniędzy na kulturę, zawsze popierał nasze projekty przedstawiane pod obrady rządu. Dzięki niemu mamy to, co najcenniejsze: kulturę narodową bez naleciałości, oznaczoną setkami pomników i tysiącem ulic z nazwiskami naszych bohaterów.

-Będzie co burzyć, kiedy przyjdzie czas zmian – szeptali między sobą kryjący się w cieniu konspiratorzy, na których nikt nie zwracał uwagi.

Były to czasy tak wielkiej niepewności, że nawet Albert Kozło, znany wróżbiarz i jasnowidz, zachowywał ostrożność snując przepowiednie co do losów ludzi i kraju. W czasie wywiadów telewizyjnych na stoliku obok siebie umieszczał wypchanego lelka kozodoja. Był to rzadki eksponat – nocny ptak o szerokiej paszczy sięgającej aż poza oko, otoczonej wieńcem sztywnej szczeciny, ułatwiającej łapanie owadów w czasie lotu. Oprócz pustułki, był to jedyny ptak, potrafiący zawisnąć nieruchomo w powietrzu. Z jego kształtu, barwy upierzenia i niezwykłości zachowań, wyciągano wniosek, że los niekoniecznie będzie sprzyjać Wielkiemu Sztukmistrzowi.

 

0Shares

Buntownik. Opowiadanie.

Był mężczyzną w dojrzałym wieku, jednym z wielu na świecie. Jak rozum i praktyka nakazują, jeszcze w starym roku postanowił, że w nowym roku będzie lepszy, mądrzejszy i sprawniejszy. Powiedział to na głos, aby być pewnym, że w pełni świadomości podjął tę decyzję. Odpowiedziało mu echo.

– Ano dobrze. Zobaczymy, ile warte jest twoje postanowienie.

Kiedy to usłyszał, zaciął się i dodał:

– I będę dotrzymywać postanowień.

Tym razem echo nic nie odpowiedziało. Wziął to za dobry znak. Pomyślał nawet, że to nomen-omen. Dla żartu postanowił zmienić imię i nazwisko. Nazwał się Bezimienny. Jednowyrazowo.

Był to trzeci dzień Nowego Roku, niedziela. W drodze samochodem do lasu słuchał radia. Wiedział coraz więcej. Czuł, że łagodnieje, bo były to dobre wiadomości. Świat zmierzał ku lepszemu. Słysząc komunikaty o koronawirusie ani razu nie przeklął rządu, zwłaszcza premiera. Garbatego też nie nazwał garbatym. To były kolejne dobre znaki.

W starym roku Bezimienny chodził regularnie po lesie dla utrzymania kondycji. Starał się, aby trwało to co najmniej godzinę. Chodząc nabijał baterie organizmu, który mu się starzał, zupełnie bez potrzeby, jakby nawet na złość. Nikt go w sprawie starzenia nie pytał o opinię, z konieczności godził się więc na starzenie, ale nie do tego stopnia, aby dać się obezwładnić fizycznie lub umysłowo. Dlatego chodził po lesie. Czasem także rozmawiał z przyjaciółmi, aby wzmocnić się informacyjnie, uczuciowo i intelektualnie. Postanowił to kontynuować.

Wszedłszy między zanurzone w ciszy i zmarznięte drzewa i krzewy, nabrał w płuca świeżego powietrza.

– Umysł mam jak brzytwa – pomyślał i od razu się pocieszył. – Nieostrzona, ale jednak brzytwa.

Kierując się w głąb starego lasu rejestrował zmiany w otoczeniu. Krótko, hasłowo. Tak trzeba było, bo wyścig szczurów trwał nadal. – Nikt nas z niego nie zwolnił. A szkoda! – pomyślał, marząc przez chwilę, aby i ludzie się nie ścigali tylko patrzyli na siebie i kochali się nawzajem. Porzucił tę myśl, bo wiedział, że to mrzonka. Przynajmniej częściowo – pocieszył się, i natychmiast się zradykalizował. – Zamiast nadstawiać policzek, najpierw jeden a potem drugi, trzeba oddać, jak mówi Pismo Święte. Nie był pewien, czy dobrze je cytuje. 

Wrócił do rzeczywistości leśnej i notował. – Idę. Na razie pod górkę. Trwa cisza. Epidemia również, ale chyba już niedługo, bo szczepionki są już w drodze. Widzę siwy szron na krzewach i drzewach. Niesamowita sceneria. Mija mnie mężczyzna z szeroko otwartymi oczami. Pędzi jak automat, chrapiąc głośno, znaczy się, jest we śnie. Trudno się mówi. Lunatycy są na świecie. Takich mamy obywateli, jakie młodzieży chowanie. Idę z kijkami. To bardzo dobrze. Nie potknę się. A gdybym się potknął, to przecież mam kijki. Uważaj – ostrzegł się – schodzisz na boczną ścieżkę prowadzącą w głąb młodego lasu i powinieneś się wyciszyć.

Po przejściu kilkuset metrów, kiedy był już niebywale wyciszony, usłyszał głuchy szurgot za plecami. Ni z tego ni z owego, nie wiadomo skąd i kiedy, zaczął go wyprzedzać niewysoki osobnik z głową owiniętą szalikiem zasłaniającym oczy. Mózg Bezimiennego natychmiast to zarejestrował i telegraficznie rozesłał po całym organizmie sygnały ostrzegawcze. Pracował z regularnością zegarka szwajcarskiego. Wiedział jak to jest, bo kiedyś Bezimienny miał taki zegarek, cienki jak blaszka, rewelacyjny, ale go schował tak skutecznie, że już go nie odnalazł. Mimo to nie tracił nadziei, licząc na cud, ale nie na kościół, choć tam się też dzieją cuda. Kiedy mózg pomyślał o tym, całe ciało ucieszyło się, że nie jest już małym chłopcem, szczególnie w dolnych partiach.

Porzuciwszy myśl o pacholęctwie Bezimienny skoncentrował się ponownie na rejestracji zdarzeń.

– Ten szalik to chyba zasłania mu oczy. To osiłek. Biegnie ciężko, oddycha tak głośno, że aż rzęzi. Nie zważa na mnie. Prawie na mnie wpadł. Pies go drapał!

Bezimienny szybko odszedł na bok, aby nie dać się zarazić, bo osobnik na pewno intensywnie wydychał wirusy. Miał paralitycznie chude nogi i dobrze rozwiniętą klatkę piersiową. Na pewno przygotowuje się – myślał Bezimienny – do maratonu światowego, który trwa tak długo, dopóki nie padnie trzech zawodników. Wtedy wszyscy kończą bieg. Ten zawodnik, który pokonał największy dystans zostaje ogłoszony zwyciężą. Reszta się cieszy, że przeżyła, z wyjątkiem tych, którzy się przeinwestowali energetycznie. Trudno się cieszyć, kiedy się nie istnieje.

Po powrocie do starej części lasu Bezimienny kontynuował obserwacje, rozglądając się uważnie na boki.

– Gdzieś tu stuka dzięcioł. Słyszę to wyraźnie. Robił to także w ostatnią i w poprzednią niedzielę, i w poprzednią poprzedniej. A niedziela to przecież dzień święty.

Bezimienny zatrzymał się, zadarł głowę do góry i przeszukał wzrokiem konary i gałęzie. W końcu zobaczył sprawcę hałasu – mały, szary kształt z czerwonawym łebkiem. Głowa odskakiwała mu od pnia, kiedy walił w niego dziobem jak młotem.

– Na pewno wkrótce przyjdzie po niego dwóch ludzi w płaszczach, z sutannami pod spodem i strzelbą ukrytą w futerale od skrzypiec. Będą pozorować, że niby to idą grać koncert w lesie. Jak nic wycelują w dzięcioła i zabiją. Popełnił ciężki grzech – powiedzą – i to wiele razy mimo naszych upomnień. Taki to niby spokojny, ładnie upierzony ptaszek, a grzesznik. Pracuje regularnie w niedzielę, kiedy nie wolno. Jest przecież święto, siódmy dzień tygodnia, kiedy Bóg po stworzeniu świata wypoczywał, a on to ignoruje jakby nie żył wśród istot bogobojnych. Taki osiołek na przykład, jaki on jest religijny. Można go spotkać na każdym obrazku świętym. Nigdy nie hałasuje w niedzielę. Najwyżej przez nieuwagę stuknie kopytkiem o podłoże. Ale to zupełnie co innego.

Potem ci ludzie usiądą – spekulował Bezimienny- w wielkiej sali i będą rozpatrywać, co to jest grzech. Otoczeni encyklopediami i bullami pisanymi ozdobną łaciną na grubym pergaminie, na ścianach tablice pomiarowe, na stołach liniały, szkła powiększające i mikroskopy, będą rozkładali grzech na czynniki pierwsze. Stworzą świeżą, noworoczną definicję grzechu. Nowe czasy wymagają nowych definicji i redukcji liczby grzeszników niedzielnych – stwierdził Bezimienny i ruszył dalej, nie spuszczając z oka otaczającej go rzeczywistości.

Po lesie przemieszczali się ludzie mniejszymi lub większymi grupkami, rzadko samotnie. Szli w różnych kierunkach, przecinając sobie ścieżki nawzajem. Kiedy się mijali, nie zakładali maseczek, tylko odwracali głowy.

– Mam nadzieję, że nie oddychają wtedy– pomyślał Bezimienny. Dokładnie w tym momencie jakaś kobieta upadła na ziemię. Była młoda, w obcisłej kurtce i czarnych getrach. Zastanowił się, czy może istnieć związek przyczynowo-skutkowy między jego myśleniem a upadłą kobietą. Ludzie przechodzili obok niej obojętnie.

– To okrutne – powiedział sobie.

Nic się jednak nie stało, bo postać podniosła się żwawo, a spod niej wyskoczył spory pies. Był czarnobiały, uroczo łaciaty, z białym pyszczkiem.

– Do diabła! Czy musisz mi wpadać pod nogi, Reksiu? – zapytała kobieta. Reksio coś odszczeknął, czego Bezimienny nie zrozumiał.

– Dobrze byłoby rozumieć mowę psów – Pomyślał. – Ile forsy można by na tym zarobić jako tłumacz, ile ciekawych rzeczy można by się dowiedzieć i nauczyć. Pomyślał nawet, że przez pewien czas mógłby być psem, ale mu to przeszło.

– Człowiek to człowiek, chociaż też zwierzę, w dodatku mało rozumne. Na przykład te śmieci porozrzucane po lesie. To głupie i podłe. Ludzie postępują gorzej niż zwierzęta – pomyślał, zatrzymując się, aby się wysikać. – Jesteśmy tacy sami jak zwierzęta. One też sikają. Ptaki już nie, bo mają inaczej skonstruowany system wydalania. Ptaki są inne, uproszczone – mruknął z niechęcią. Przypomniał sobie koguta, który go dziobnął w palec, kiedy był dzieckiem. Jego niechęć do ptactwa domowego pogłębiła się.

Rzucił okiem na zegarek. Minęło dopiero trzydzieści minut. Pomyślał, że nie musi patrzeć ile czasu upłynęło, jakby chciał wiedzieć, ile mu jeszcze zostało do życia.

– W nocy, kiedy się budzisz i nie możesz zasnąć, nie patrz na zegarek, bo to cię dodatkowo rozstroi – przypomniał sobie zalecenia specjalisty od spania i mierzenia czasu. – Sen to sen, a zegarek to zegarek. Nie idą razem w parze. No i ponadto szczęśliwi czasu nie liczą.

Przed nim, nieco z prawej strony, pojawiły się trzy osoby, dwóch młodych mężczyzn i kobieta w nieokreślonym wieku. Głowy mieli zakryte kapturami. Maszerowali energicznie w kierunku skoczni rowerowej. Zatrzymali się tam, coś oceniali, potem ruszyli do najbardziej dzikiego obszaru lasu, gdzie wąwozy i wądoły są tak głębokie, że mogą z łatwością pomieścić dziesięciopiętrowy budynek.

– Tu kompletnie brak zwierząt – zauważył Bezimienny i jakby na wezwanie pojawiły się na bocznej ścieżce grupka ludzi nieokreślonej płci i tożsamości, niosących sarnę związaną linkami i zakneblowaną, aby nie wydawała z siebie głosu.

– O co tu chodzi? – zapytał zszokowany Bezimienny, kiedy nieco się zbliżyli. Odpowiedzieli mu.

– Musimy zaludnić las zwierzętami, bo tutaj nie ma nawet myszy leśnej, dzika, lisa, niczego.

– A te ślady zrytej ziemi w dziesiątkach miejsc?

– To my je zrobiliśmy, aby upozorować, że tu żyją dziki.

– Po co wam to?

– Po to, aby stworzyć wrażenie, że tu naprawdę żyją dziki i inne zwierzęta, bo to choć trochę chroni las przed tymi, co chcą go wyciąć.

 – Dlaczego mieliby go wycinać? Las jest piękny.

– Aby budować wieżowce, bo ludzie chcą zapanować nad przyrodą, patrzeć na nią z góry, trzymać ją za mordę, podporządkować ją sobie. Tak, jak interpretują pismo święte.

Bezimienny z niechęcią przyjął to do wiadomości. Wychodząc z lasu zauważył:

– Kiedy przyjechałem, stał tu tylko jeden samochód, teraz kiedy mam odjechać, jest ich wielokrotnie więcej. Taki jest ten świat, w ciągłym ruchu. Raz jeden pojazd, raz wiele. Kiedy wreszcie ludzie nauczą się porządku i przestaną jeździć w tę i we w tę, bo będą chodzić lub mieć las pod nosem, zamiast parkingów, lotnisk, ośrodków handlowych? Kiedy wreszcie będzie ich mniej i będą mniej konsumować, bo na tym rzecz się zasadza? – Zadał sobie serię pytań, aby się ożywić. – Ja czułbym się szczęśliwy, gdyby na ziemi było o połowę mniej ludzi albo jeszcze mniej.

Wtedy przypomniał sobie jak się nazywa i kim jest: Jan Kowalski,  buntownik cywilizacji.

Michael Tequila
Gdańsk, 3 grudnia 2021

0Shares

Święty Słoń. Bajka świąteczna dla dzieci i dla dorosłych.

 

Dzieci były bardzo grzeczne. Pod nieobecność rodziców, którzy wyszli na spacer, aby spokojnie omówić przygotowania do Świąt Bożego Narodzenia, cała czwórka oglądała telewizję w sypialni. Kiedy wróciły do salonu, na kanapie siedział kolorowo ubrany słoń i przyglądał się choince migocącej światełkami. U jego stóp leżał wielki worek z egzotycznymi naklejkami i zielonymi symbolami w kształcie choinki. Dzieci nie zdziwiły się tym specjalnie, ponieważ Mamusia i Tatuś mówili im o Świętym Mikołaju, który tego dnia miał przynieść upominki.

– Fajną choinkę macie, dzieciaczki. Też chciałbym taką mieć. Siedziałbym przed nią i śpiewał kolędy. Strasznie je lubię – odezwał się słoń. Miał spokojny, ciepły głos, poważne oczy i uśmiechał się łagodnie. To dodało im otuchy.

– My też lubimy. Możemy razem zaśpiewać, bo robimy to razem z Mamusią i Tatusiem.

Śpiewając spoglądały z ciekawością na worek z upominkami, o nic jednak nie pytały, bo Mamusia wyjaśniła im wcześniej, że upominki otwiera się dopiero wieczorem, kiedy zapali się na niebie pierwsza gwiazdka. Po kolędach długo rozmawiały ze słoniem i była to bardzo miła rozmowa. W końcu musiały go przeprosić, aby wyjść do kuchni i zjeść kolację, którą przygotowała im Mamusia. Jadły w pośpiechu, ponieważ chciały jeszcze porozmawiać ze słoniem. Jak tylko usłyszały skrzyp otwieranych drzwi wejściowych, popędziły gromadką, aby przywitać rodziców i podzielić się wiadomościami.

– Mamusiu! Tatusiu! Przyszedł do nas Święty Słoń i przyniósł wielki worek upominków. Powiedział, że wszystkie są dla nas i on nam je da, ale trochę później – krzyczały na wyścigi.

– I nawet nie pytał, czy byliśmy grzeczni – przypomniał sobie Adaś. 

– Co wy opowiadacie? To niemożliwe, nie ma przecież świętych słoni!

– A Święci Mikołaje są? – zapytała odważnie Jola. – Wydało jej się dziwne, że Mamusia nie słyszała o Świętych Słoniach.

– Oczywiście, że są, kochanie!

– To samo nam powiedział Święty Słoń. Powiedział, że jeśli jest Święty Mikołaj to jest także Święty Słoń – odparła rezolutnie dziewczynka i popatrzyła na siostrę i braci, którzy potwierdzili jej słowa zgodnie potakując głowami.

– Czy to możliwe? – zapytała Mamusia spoglądając wymownie w kierunku Tatusia.

– Tak! Tak! – rozkrzyczały się dzieci. – To prawda. Święty Słoń wyjaśnił nam wszystko – inicjatywę znowu przejęła Jolunia, starsza z dziewczynek. Powiedział tak: U was w grudniu jest bardzo zimno, dlatego upominki roznosi Święty Mikołaj, bo on ma ciepły kożuch, wysokie skórzane buty i wielką czapkę z wełny. Tam, gdzie ja mieszkam, czyli w Indiach, jest ciepło i nikt nie nosi kożuchów. Dlatego u nas nie ma Świętego Mikołaja tylko jest Święty Słoń.

– Mieszkasz tak daleko, Święty Słoniu, to jak nas znalazłeś? – zapytał Romuś, najstarszy z rodzeństwa i najbardziej dociekliwy.

– Zabłądziłem. Długo chodziłem po drogach, polach i lasach, dwa razy zgubiłem się we mgle na wielkiej łące nad rzeką, w końcu trafiłem do was. I bardzo dobrze, że tak się stało, bo mam dla was piękne upominki.

– Mamo, to nie był zwyczajny Święty Słoń – wtrąciła energicznie Jola – to był Słoń Mikołaj. Długo z nim rozmawialiśmy. I on nam powiedział, że możemy go nazywać Słoń Mikołaj albo Święty Słoń. Nazywajcie mnie tak, jak wam wygodnie. Tak powiedział. I to nawet dwa razy.

– I on przyniósł wielki worek upominków. Romuś mówił nawet, że to wór, a nie worek. Taki wielki jak namiot – włączył się Adaś i rozkładając rączki na boki pokazał, jak wielki był ten wór. – Był pięć razy większy niż worek tego Mikołaja, którego w zeszłym roku zaprosiliście do naszego domu.

– Mu nie chcemy tamtego Mikołaja. On był taki słaby. Trzeba było mu pomagać siąść na krześle. W dodatku śmierdziało od niego piwskiem – odezwała się Kasia, najmłodsza z rodzeństwa. 

– Jak to „śmierdziało piwskiem”? – zaniepokoiła się Mamusia.

– Tak, piwskiem, albo nawet i gorzej, bo wódą. Tak mi powiedział Tatuś. W tajemnicy oczywiście. Chciałam ci o tym powiedzieć, ale Tatuś nie pozwolił. Wyjaśnił mi, że to nieładnie skarżyć na Świętego Mikołaja. Tatuś wtedy mrugał do niego jednym okiem ale nie wiem dlaczego.

Mamusia popatrzyła znacząco na Tatusia lecz nie odezwała się słowem. Coś tylko zamruczała pod nosem. 

– Ten wór to nie jest pięć razy tylko siedem razy większy – wrócił do tematu Adaś. – Możemy zmierzyć, bo ja już umiem liczyć i mierzyć do dwudziestu.

– Nie ma o co się kłócić, dzieci. Im więcej upominków, tym lepiej. Ale z tym Świętym Słoniem to wam się śniło, prawda? Albo oglądaliście coś w telewizji? – Mamusia chciała zakończyć już temat.

– Mamusia nie wierzy, że to był Święty Słoń i on nam przyniósł upominki – najmłodsza ze wszystkich Kasia rozszlochała się. Łzy padały na parkiet i zaczynały zbierać się w małą kałużę. Mamusia przestraszyła się, że parkiet się wypaczy. 

– No dobrze. Zgadzam się, że to był Święty Słoń. Czy on wam coś mówił albo o coś pytał? – Mamusia pochyliła się w kierunku Tatusia i szepnęła zaniepokojona: – Bóg raczy wiedzieć, czy dzieci nie widziały jakiegoś oszusta.

– A tak! – Wyrwał się Romuś, przybierając poważny wyraz twarzy. – Rozmawialiśmy o bardzo wielu sprawach, bo Święty Słoń pytał nas, kim chcielibyśmy być.

– Opowiedz, jak to było. O co dokładnie was pytał? – zainteresował się Tatuś.

– No właśnie. Ja chciałem być żołnierzem a Jola kierowniczką w przedszkolu. Takim kolorowym, jakiego u nas jeszcze nie ma. Adaś chciał być dyrektorem domu towarowego z zabawkami, a Kasia nauczycielką, taką, co uczy grać na trąbce i w orkiestrze, i cienko śpiewać. I kiedy ja mu powiedziałem, że chciałbym być żołnierzem, to on zapytał nas, czy my wierzymy w Boga i czy jesteśmy patriotami. Wtedy my powiedzieliśmy – to znaczy powiedziałem ja i Adaś potwierdził, bo on także chciał już być żołnierzem albo strażakiem – że wierzymy w Boga i jesteśmy patriotami.

– I jak na to zareagował ten słoń? Przepraszam, Święty Słoń?  – kontynuował Tatuś.

– To on wtedy powiedział, że jeśli wierzymy w Boga i jesteśmy patriotami, i kochamy naszą ojczyznę, to będziemy dobrymi terrorystami. I powiedział jeszcze „terrorystami pełną gębą”, ale ja nie wiedziałem, co to znaczy.

Wyraz niepokoju pojawił się na twarzach Tatusia i Mamusi. Mamusia dała znak ręką Tatusiowi, aby przyniósł krzesło dla niej i dla siebie.

– Musimy z nimi poważnie porozmawiać. Niepokoi mnie to wszystko, bo nie rozumiem, o co tu chodzi.

– No i jak było dalej? – zapytał Tatuś, kiedy już usiadł na krześle.

Dzieci popatrzyły po sobie a potem na Adasia, aby wyjaśnił.

– I on wtedy powiedział, to znaczy Święty Słoń, że on nas może nauczyć.

– Nauczyć czego? – zniecierpliwiła się Mamusia.

Adaś popatrzył na Romusia licząc na braterskie wsparcie, po czym wyrzucił z siebie z pełnym zdecydowaniem.

– To znaczy nauczyć mnie i Romusia walczyć, bo my jesteśmy mężczyznami. Najpierw rzucać nożem do tarczy. Takiej dużej, na której narysowany jest człowiek. To jest najłatwiejsze, od tego trzeba zacząć – tak powiedział Święty Słoń. – I wcale się nie uśmiechał, bo rozmawialiśmy bardzo poważnie. A potem dodał, że musimy także nauczyć się uzbrajać ładunki wybuchowe.

– To znaczy on powiedział „ładunki wybuchowe”, a potem wyjaśnił, że to będą granaty i miny, takie jak do czołgów – włączył się ożywiony Romuś. – To mi się bardzo podobało, bo ja wtedy sobie przypomniałem, że chcę być też inżynierem, takim od wagonów, czołgów i samolotów. I to by mi bardzo odpowiadało.

– Czego jeszcze chciał Święty Słoń was nauczyć? – Pytanie zadał Tatuś po przyniesieniu sobie butelki piwa z lodówki. – Język mi przysechł do podniebienia w czasie rozmowy – wyjaśnił Mamusi, przyglądającej mu się z dezaprobatą.

– Na końcu on powiedział – kontynuował Romuś – że jeśli jeszcze nauczymy się wrzucać takie małe pigułeczki do herbaty, aby nikt nie widział, i używać szeroki nóż jak ten do ciachania upieczonej kaczki – tak powiedział – to będziemy znakomitymi terrorystami. I on nas tego wszystkiego nauczy, że hej – powiedział.

– O! O! Właśnie – włączyła się milcząca od pewnego czasu Jola. – On na końcu mówił właśnie „że hej”. Mnie to się bardzo podobało. Sama będę tak mówić.

– Kochane moje serduszka – Mamusia zebrała się w sobie. – Czuję zamieszanie w głowie. Wy tego wszystkiego nasłuchaliście się chyba w telewizji, prawda?

Nie czekając na reakcję dzieci, odwróciła się w kierunku Tatusia. – Co to za kretyński program dzieci oglądały? To twoja wina, że nie zablokowałeś tych dwóch kanałów telewizyjnych, gdzie nieprzerwanie mówią o Bogu, patriotyzmie, tradycji oraz walce ze złem używając takich słów i wygłaszając takie poglądy, że nie tylko dzieci ich nie rozumieją! – Po przekazaniu mężowi szorstkich oskarżeń odwróciła się do dzieci.

– Moje serduszka! Bardzo mi przykro, ale to jakieś nieprozumienie. Tu nie było ani nie ma żadnego słonia. Słonie nigdy nie chodziły przebrane za Mikołaja. Tak było za moich czasów, kiedy byłam dzieckiem i tak jest teraz. Może na tym dzisiaj skończymy, dobrze? Kolację już zjedliście, bo wam przygotowałam, to teraz idźcie się umyć …i do łózia.

– My chcemy Świętego Słonia na własność – energicznie oświadczyła najmłodsza latorośl, Kasia. On jest najlepszy i ja go kocham. Ma najwięcej upominków i nauczy walczyć Romusia i Adasia. Nie to, co ten czerwony, od którego śmierdziało piwskiem. Nie pójdziemy spać jak nam nie obiecacie Świętego Słonia. Prawda dzieci? – zwróciła się do rodzeństwa. Cała trójka przytaknęła energicznie, nie pozostawiając wątpliwości, że będą walczyć do upadłego.

– Jeśli się nie zgodzicie, to my nie pójdziemy spać – potwierdził energicznie Romuś.

– To ja was nie utulę do snu i nie opowiem wam bajki – odpowiedziała zdenerwowana już Mamusia.

– Ja nie chcę żadnej bajki. Ja chcę Świętego Słonia! A nawet jak pójdziemy spać, to będziemy płakać całą noc. Prawda dzieci! – żałośnie odezwała się Kasia. W jej oczach znowu pojawiły się łzy.

– A jak zaśniemy to i tak będą nam się śnić potwory. A ja to nawet mogę zesikać się w majtki – zapewnił z przekonaniem Romuś. – To się każdemu zdarza, nawet ludziom dorosłym, kiedy są bardzo zdenerwowani.

Rodzice patrzyli na siebie zaskoczeni. Zastanawiali się, co robić.

– Co to za dziwaczna historia z tym Świętym Słoniem? – niepewnie zapytała Mamusia zwracając głowę w kierunku pana domu.

– Ten Święty Słoń to nie jest żaden wymyślony, Mamusiu! – zapewnił ją pocieszająco Adaś. Pozostałe dzieci mu zawtórowały, krzycząc jedno przez drugie:

– Sama możesz go zobaczyć. Jest w salonie. Chcieliśmy wam to powiedzieć wcześniej, ale wy ciągle pytacie nas o coś!

Rodzice rzucili się w kierunku salonu. Mamusia była najbliżej, pierwsza otworzyła drzwi i stanęła w progu.

Na kanapie siedział Święty Słoń. Spostrzegłszy dzieci, domyślił się, że dwójka dorosłych to ich rodzice. Unosząc się nieco z kanapy, aby było go lepiej widać, odezwał się uśmiechając się dostojnie.

– Miło mi poznać rodziców tak wspaniałych, inteligentnych i rozmownych dzieci. Na pewno wspomniały państwu o upominkach. Mam oczywiście podarki także dla pani i dla pana. Będę zachwycony, jeśli zechcecie państwo je przyjąć. To drobiazgi: kolia z naturalnych pereł dla pani i zloty sygnet z turkusem dla pana. U nas, w Indiach, nie zapomina się o rodzicach.

Mamusia przyglądała mu się uważnie, kiedy mówił. Święty Słoń miał na sobie wspaniały odświętny strój. Jego szyję zdobił szal z brokatu, zasłaniając część uszu, a czoło przysłaniał wzorzysty materiał w kwiaty. Kły pokryte były płatkami złota i srebrnymi bransoletami. Na grzbiecie Święty Słoń miał królewską kapę obrzeżoną czarnym pasem ze złotymi frędzlami, a na stopach srebrne dzwoneczki.

– To musi być jakiś maharadża – pomyślała Mamusia i całkiem już uspokojona odpowiedziała:

– To miło, że pan nas odwiedził, Święty Słoniu. Dzieci opowiedziały nam tyle cudowności o panu. Jest pan nadzwyczajny. Proszę tylko uważać, Święty Słoniu, aby przypadkiem nie zrzucił pan łokciem tej różowej doniczki z parapetu. Będę panu za to szczerze wdzięczna, bo to mój ulubiony kwiat – odpowiedziała Mamusia i chciała jeszcze coś dodać, lecz przeszkodziły jej dzieci.

– Musimy już iść spać, Święty Słoniu. Ale zobaczymy się jutro – wołały jedno przez drugie.

– My też się musimy pożegnać, bo zrobiło się późno – powiedziała Mamusia. – Zapytam jeszcze tylko czy woli pan, aby zwracać się do pana Święty Słoniu czy Słoniu Mikołaju?

– Jak pani sobie życzy, madame. Odpowiadają mi obydwie formy. 

– Wobec tego proszę spokojnie odpoczywać. Gdyby pan życzył sobie coś do picia, to tu obok stoi karafka z wodą źródlaną oraz szklanka. Pijemy tylko ekologiczną wodę źródlaną lub mineralną. I oczywiście serdecznie dziękujemy, Święty Słoniu, za wspaniałe upominki.

– Naprawdę nie ma za co. My, Święte Słonie, lubimy dawać upominki. W Indiach to bardzo długa i piękna tradycja.

Ostatni wychodził Tatuś. Odwrócił się na moment i wyszeptał:

– Wpadnę do Pana, Słoniu Mikołaju, za kilka minut, to porozmawiamy. Chciałbym się zapisać na to szkolenie wojskowe. Potrzebuję więcej ruchu i motywacji do czynienia dobra. Oczywiście wierzę w Boga i jestem patriotą. Doskonale rozumiem, że to konieczne. Mam nadzieję, że lubi pan zimny browarek?

– Owszem, dziękuję, z przyjemnością – odpowiedział poważnie Święty Słoń i oczy zaszkliły mu się ze wzruszenia.

Michael Tequila
Gdańsk, 28 grudnia 2020

0Shares

Kat. Opowiadanie.

To już całe opowiadanie. Wreszcie je dopracowałem. Proszę mi wierzyć, to masa roboty. Mam nadzieję, że się Państwu podoba.
Pozdrawiam serdecznie,
Autor

Na sześćdziesiąte urodziny swojej babki, Katarzyny Kaszmir, Maurycy zaprosił kata. O zaproszeniu tej jednej osoby nic nikomu nie powiedział, przede wszystkim samej zainteresowanej. 

Maurycy od początku nie był entuzjastą organizacji tych urodzin. Do zaangażowania się trzeba było go przekonać. Największą rolę odegrała w tym jego cioteczna babka, Karolina, siostra Katarzyny. Stać ją było na to, aby – nie przejmując się wrażliwością krewniaka – wyrazić swoją prośbę w bardzo bezpośredni sposób.

– Maurycy! Masz dwadzieścia pięć lat, umiesz pisać i czytać, nie masz nic do roboty. Zamiast obijać się po mieście, pić piwo i podrywać mężatki, zajmij się lepiej organizacją urodzin swojej babki. Masz ją tylko jedną a rocznica jest wyjątkowa. Jej organizacja nie wymaga nadzwyczajnych kwalifikacji. Nie chodzi o gastronomię ani o przygotowanie pomieszczeń, tylko o sporządzenie listy gości i wysłanie im zaproszeń. No i zorganizowanie jakichś atrakcji. Musisz wymyśleć jakiś program. Jestem przekonana, że potrafisz zrobić to wszystko, tym bardziej, że niezwykłych pomysłów nigdy ci nie brakowało.

Zaproszenie prawdziwego kata, pracującego lub kiedyś wykonującego  ten zawód, miało być niespodzianką, dobrze przemyślaną i oryginalną rozrywką. Katarzyna Kaszmir była zawodową aktorką i grywała także w sztukach dramatycznych opartych na różnych scenariuszach. Lubiła też literaturę kryminalną i detektywistyczną. Obecność kata, odpowiednio ubranego i wyposażonego w symbol władzy katowskiej, nie powinno jej niemile zaskoczyć – rozumował Maurycy. Miał w tym także swój własny plan.

Zaproszeni byli ludźmi z kręgów towarzyskich, w jakich babka obracała się przez swoje długie zawodowe życie: miłośnicy teatru, literatury i bibliotek, autorzy, krytycy, recenzenci, wydawcy i kilka innych postaci określanych mianem celebrytów.

– Razem z tym swoim doborowym towarzystwem babcia Kasia zasługuje na nietypowe potraktowanie – mruknął do siebie Maurycy, zaklejając kopertę z zaproszeniem dla kata.

Kat nazywał się Patryk Radwan. Nie pracował już w zawodzie, był na emeryturze. Zanim Maurycy go zaangażował, zebrał o nim informacje z różnych źródeł. Nie chciał popełnić błędu włączenia do ważnej imprezy niewłaściwego człowieka. Mając już podstawowe dane w ręku, umówił się Radwanem, aby przeprowadzić z nim rozmowę, która uzupełniłaby luki i wyjaśniła szczegóły dotyczące jego kariery zawodowej.

Kat Radwan okazał się zwalistym, wysokim mężczyzną o rumianej twarzy wieśniaka i sumiastych wąsach starodawnego szlachcica. Spotkali się w barze hotelu „Nepot”. Po zamówieniu czegoś do picia, Maurycy poprosił gościa, aby w krótkich słowach powiedział coś o sobie.

– W charakterze kata pracowałem w Stanach Zjednoczonych przez dziesięć lat. Było to w stanie Virginia. Wykonałem egzekucję czterdziestu czterech osób. Na początku więzienie korzystało z krzesła elektrycznego, potem były już zastrzyki trucizny. Stosowaliśmy głównie tiopental. Takie jest najkrótsze streszczenie mojej kariery w tym zawodzie.

Maurycy pomyślał, że była to odpowiedź w iście katowskim stylu, raz a dobrze. Wywnioskował, że Radwan ma szczególne poczucie humoru, kiedy ten mu powiedział z całą powagą, że skazańcy, na których miał dokonać egzekucji go lubili podczas gdy on ich nienawidził.

– Skąd pan wie, że pana lubili? I dlaczego miał ich pan nienawidzić?

– Nienawidziłem ich, bo byli to bezwzględni przestępcy i z ich powodu miałem niekiedy wyrzuty sumienia.

– Ale przecież żaden z nich nie mógł wiedzieć, że to pan będzie dokonywać na nim egzekucji. Takich informacji nie udostępnia się osobom skazanym na karę śmierci.

– Oficjalnie nie, ale i tak wszyscy oni dowiadują się o tym przed egzekucją. Nie wiem po co to robią, ani co to im daje.

W trakcie rozmowy ustalili szczegóły wystąpienia kata na urodzinach. Miał on odegrać w nich ważną aczkolwiek nietypową rolę.

Partię gości spoza miasta przywiózł ze stacji kolejowej wynajęty mikrobus. Pod dom solenizantki podjechał punktualnie, dwadzieścia minut po przyjeździe pociągu. Maurycy obserwował wysiadających. Kata poznał od razu, jak tylko wyszedł z mikrobusu. Był ubrany w szary flanelowy garnitur w paski i miał przy sobie wielki topór. W głowie Maurycego kotłowało się. Myślał o tym, co miało się zdarzyć, martwiąc się, czy plan się powiedzie i impreza się uda. Wróciły dawne niespokojne wspomnienia. Aby oderwać się od nich, skoncentrował się na Radwanie.

– Przyjechał kacisko i przywiózł ze sobą wielki topór. Błyszczy z daleka, nie sposób go nie zauważyć. Zatłucze tę gadzinę, moją babkę. Tak obrzydziła życie memu ojcu, że nie miał czasu ani siły, aby mnie wychować.

Maurycy przypomniał sobie szczegóły swojego dzieciństwa. Babka Katarzyna przez wiele lat maksymalnie wykorzystywała Jana, jego ojca. Maurycy miał bardzo jasny pogląd na ten temat. Babka przekazała ojcu do prowadzenia, a właściwie to kazała mu prowadzić dużą firmę odzieżową, stanowiącą od pokoleń własność rodziny. Sama nie była w stanie – jak mówiła – sprostać wszystkim obowiązkom domu, pracy w teatrze i biznesu, albo po prostu nie miała już chęci osobiście zarządzać firmą. Ojciec był dla Maurycego dobry ale nie miał dla niego czasu, zaniedbał go. Matka Maurycego sama nie umiała sobie poradzić z synem. Po kilku aresztowaniach i dwóch krótkich pobytach w więzieniu Maurycy nabrał głębokiego przekonania, że ojciec zmarnował mu życie. Nie mogąc zapewnić mu właściwego wychowania, widząc jak się wykoleja, ojciec popełnił samobójstwo.

– To przez babkę Katarzynę się zabił, a ja się zmarnowałem. Przepuściłem wszystkie pieniądze, jakie ojciec mi zostawił, i teraz muszę żyć na garnuszku tej wiedźmy.

Maurycy nie znosił babki, lecz skrzętnie to ukrywał. Nikt nie miał prawa o tym wiedzieć, ona sama najmniej. Jeśli rozmawiał z kimś o niej, to jedynie z przyjacielem ze szkoły, Cezarym, z którym się spotykał, aby razem pić do upadłego. Czasem rozmawiał na głos sam ze sobą. Treść była ta sama.

– Jest brzydka, choć wszyscy mówią, że to nieprawda, że ma oryginalną urodę. Ja tej urody nie widzę, mimo że staram się rozumieć innych ludzi. Jeśli mówią, że babka jest urodziwa, to chciałbym wiedzieć, w czym się to wyraża.

Maurycy widział tylko jej brzydotę. Zmarszczki pod oczami, pypeć na lewym policzku, jak to nazywał. Inni uznawali to za uroczy pieprzyk.

Solenizantka uznała obecność kata za oryginalny i zabawny pomysł. Jak tylko przedstawiono jej Patryka Radwana, podjęła z nim rozmowę. Pytała o szczegóły. Jak wykonywał egzekucje, jak się do nich przymierzał, także o wyrzuty sumienia. Odpowiadał szczerze, w sposób dla niego typowy, krótki i szarmancki.

– Wyrzuty sumienia to na pewno nie. Miałem je tylko na początku, potem mi przeszło, kiedy sobie uświadomiłem, że uśmiercam tylko morderców, podżegaczy do zbrodni i podobnych łajdaków.

W trakcie rozmowy z katem, ktoś podszedł do Katarzyny. Miała jeszcze inne obowiązki, była panią domu. Nie mogła dłużej z nim rozmawiać, wyjaśniła mu, że musi odejść. Aby nie pozostawiać gościa samego poprosiła siostrę, Karolinę, aby w jej miejsce kontynuowała rozmowę z Radwanem. Pomyślała, że to szansa dla niej, aby poznać kogoś nowego i interesującego. Karolina była tak krótko mężatką, że wiele osób wciąż uważało ją za starą pannę.

– Nie dziw, że nikt jej nie chce. Jest zbyt podobna do Katarzyny. Ta sama krew – pomyślał Maurycy, uważnie obserwujący wszystko, co dzieje się na sali. Starał się kontrolować rozwój sytuacji.

Karolina i Patryk Radwan rozmawiali z ożywieniem najpierw w salonie, nieco na uboczu, pod wielkim oknem, potem udali się na przechadzkę po parku okalającym dom z dwóch stron.

Po dłuższym czasie nieobecności z parku wrócił tylko kat. Nie skierował się do sali ogólnej, gdzie przebywali goście, tylko na taras z boku budynku, gdzie przebywała Katarzyna Kaszmir razem z Maurycym. Kat trzymał w prawej ręce za włosy ludzką głowę. Była to głowa Karoliny; z szyi kapała jeszcze krew. Maurycy omówił tę scenę wcześniej bardzo dokładnie z Radwanem. Rekwizyt był przygotowany w umówionym miejscu w parku.

Maska twarzy Karoliny była wykonana w sposób idealny. Kosztowało to charakteryzatora masę pracy. Był to podstawowy rekwizyt przedstawienia granego przez kata.

Efekt był bardziej przerażający niż to przewidział Maurycy. Chciał tylko babkę przerazić, ukarać ją za to, co zrobiła z jego ojcem. Był przekonany, że zareaguje spokojniej, była przecież zawodową aktorką, osobą przyzwyczajoną do niezwykłych inscenizacji.

Na widok głowy siostry Katarzyna upadła na taras, dostała drgawek, po czym znieruchomiała.

– To zawał serca – po krótkim badaniu stwierdził lekarz przybyły z salonu razem z innymi gośćmi, kiedy Maurycy zaczął wzywać pomocy. Maurycy przypomniał sobie, że sam umieścił nazwisko lekarza na liście zaproszeń sugerując się opinią babki, że był on wielbicielem jej talentu i oglądał wszystkie jej wystąpienia teatralne. Lekarz natychmiast wezwał karetkę pogotowia ratunkowego. Jak tylko przyjechała, powiedział rozkazująco:

– Proszę się rozejść. Nic państwo tu nie pomożecie. Chodzi o natychmiastową pomoc. Ja się tym zajmę, pojadę z nimi, pomogę ją reanimować w drodze do szpitala. Proszę pozostać na miejscu. Możliwe, że przyjedzie tu policja. Mam obowiązek ich zawiadomić o takim zdarzeniu.

Kilka godzin później Maurycy otrzymał telefon ze szpitala. Dzwonił lekarz.

– Pańskiej babci nie udało się uratować. Bardzo mi przykro z tego powodu.

Maurycy zastanawiał się, co czuje. Był zdezorientowany. Tłumaczył sobie:

– To nie była moja wina. Nikt tego nie mógł przewidzieć.

Odczuł ulgę, kiedy wyjaśnił sobie, że tak musiało być, że śmierć ojca została pomszczona i była to jego zemsta zza grobu.

Rozprawa odbywała się w dużej, staromodnie zabudowanej sali sądowej. Maurycy uczestniczył w niej w charakterze oskarżonego o usiłowanie spowodowania śmierci. Po ustaleniu podstawowych faktów i przesłuchaniu dwóch świadków, sędzia zażądała od prokuratury dokładniejszego zbadania okoliczności związanych z pożarem domu.

Maurycy uznał, że rozprawa nie poszła we właściwym kierunku. Spodziewał się, że dochodzenie zatrzyma się w miejscu z braku dowodów wskazujących, kto konkretnie wywołał pożar, i całe zdarzenie rozejdzie się po kościach. Tłumaczył się, że zorganizował wszystko za wiedzą i aprobatą babki. Patryk Radwan twierdził natomiast, że miał pewne obawy co do sceny z obciętą głową, ale zleceniodawca uspokoił go zapewniając, że zna dobrze swoją babkę i jej stan zdrowia, i wszystko będzie w porządku.

– To, czego oczekiwał ode mnie pan Maurycy Kaszmir, było tak niezwykłe, że z obawy o konsekwencje mimo jego zapewnień poprosiłem go o potwierdzenie zlecenia na piśmie. Mam je przy sobie.

Na życzenie sądu pokazał pismo sędzi; ta, po przeczytaniu go, poleciła włączyć je do akt. Sąd nie dopatrzył się w dokumencie niczego nadzwyczajnego.

Dwa dni po rozprawie Maurycy otrzymał list.

– Maurycy, o mało co mnie nie wykończyłeś. Nigdy bym cię nie posądziła o taką wyobraźnię i takie postępowanie. To była gruba przesada, jeśli chodzi o rozrywkę. To, co uczyniłeś, było okropne. Uznałam, że miałeś nieudany dzień i skłonna jestem ci wybaczyć. Ty zagrałeś „va bank”, ja również, dlatego upozorowałam własną śmierć. Moja przyjaciółka obserwowała spacer kata Patryka z moją siostrą. Poszła za nimi i widziała wszystko. Zdążyła ostrzec mnie w porę.

– Ten wypadek był wyrokiem losu – pomyślał Maurycy i czytał dalej.

– Chyba zawsze posądzałeś mnie, że zrujnowałam życie twojego ojca. Teraz sprawa jest jasna. Chciałeś mnie przetestować, dać mi nauczkę. Martwię się o twój stan psychiczny. Być może to nic poważnego, ale powinieneś skorzystać z pomocy psychoterapeuty. Musisz się zmienić. Jeśli tego nie zrozumiałeś, to powiem się ostrzej:  musisz się leczyć. Stawiam to jako warunek naszego porozumienia. Jeśli tego nie uczynisz, wydziedziczę cię, bo nie będziesz się nadawać nawet na parobka do sprzątania nawozu ze stajni. Chociaż nie! Może koń cię kopnie i wbije ci do głowy trochę rozumu. To może być jednak niebezpieczne, bo równie dobrze może skończyć twój nędzny żywot!

Maurycy przyjął list z ulgą. Babka żyła i to było najważniejsze. Tym razem to ona go przechytrzyła. Miał jeszcze nadzieję, że wróci do jej łask. Nie przekreśliła go całkowicie. Swoją przebiegłością i porównaniem go do parobka zraniła go bardziej niż sugestią wydziedziczenia. Bardzo go to zabolało.

Cztery tygodnie później w nocy spłonął dom Katarzyny Kaszmir. Była wewnątrz budynku. Maurycy nie miał co do tego wątpliwości; obserwował babkę od pewnego czasu, aby dokładnie poznać jej zwyczaje. Oglądał też pożar z oddali i słyszał kobiece krzyki.

Zaraz po straży pożarnej przyjechała policja. Skutki były tragiczne. W pogorzelisku znaleziono zwęglone ciało kobiety.

– Katarzyna Kaszmir zginęła tragicznie. Tym razem naprawdę. – Lokalna prasa rozpisywała się obszernie o pożarze i jego ofierze przez kilka dni. 

Wkrótce rozpoczęto zakrojone na szeroką skalę śledztwo. W kręgu podejrzanych znalazła się służba pani domu, przede wszystkim kucharz zwolniony przez nią kilka tygodni wcześniej, oraz Maurycy. Policji nie udało się niczego mu udowodnić. Już po pierwszym przesłuchaniu był przekonany, że tak właśnie będzie. Dom podpalił nie pozostawiając śladów mogących doprowadzić śledczych i prokuratora do sprawcy pożaru. Był jedną z wielu osób przebywających w domu lub w jego pobliżu w ciągu ostatniego miesiąca. Kilka dni przed pożarem podłożył specjalny zapalnik, którego obudowa stopniała i wyparowała pod wpływem wysokiej temperatury.

Czekał na uspokojenie się sytuacji. Był szczęśliwy, że wreszcie wszystko się stabilizowało. Był też pewien, że do dnia pożaru babka nie zdążyła zmienić testamentu. Nie zrobił niczego, co mogłoby ją nastawić negatywnie do niego. Wręcz przeciwnie, starał się prowadzić jak najbardziej przykładne życie. Zaczął nawet poszukiwać pracy. Zadbał o to, aby ta wiadomość dotarła do babki Katarzyny, co prawdopodobnie podniosło jego notowania. W przypadku pozytywnego rozwoju wydarzeń, planował kilkutygodniową wycieczkę zagraniczną. Przemyślał nawet, jak to zrobi. Pieniądze na nią pożyczyłby z banku, później spłaciłby ze swojego udziału w spadku.

Niecały tydzień później, z samego rana, do drzwi mieszkania Maurycego zapukał oficer policji.

– Wygląda na generała, tyle ma odznaczeń – pomyślał Maurycy zaskoczony nietypową wizytą. Za oficerem stał drugi policjant, młodszy i niższej rangi. Mężczyzna stojący za progiem przedstawił się:

– Podinspektor policji Damian Narożny. A to jest detektyw policyjny sierżant Józef Paliwoda.

Z wszystkiego, co usłyszał, Maurycy zapamiętał tylko nazwisko Paliwoda. Szumiało mu w uszach, czuł ssanie w żołądku. Nie rozumiał tego, ponieważ nigdy wcześniej, nawet w najbardziej opresyjnych sytuacjach nic takiego nie odczuwał. Znający go ludzie mówili o nim, że ma skórę słonia.

– Jest pan aresztowany pod zarzutem podpalenia domu pani Katarzyny Kaszmir i usiłowania jej zabójstwa.

Maurycy domyślił się, że coś poszło zdecydowanie nie tak, jak zaplanował, ale nie upadł na duchu. Postanowił walczyć.

– Nie mam pojęcia o co chodzi – odpowiedział zdecydowanym tonem.

– Nie szkodzi. Nie musi pan wiedzieć. Mam nakaz aresztowania. Tam, gdzie pana zabierzemy, będzie się mógł pan wytłumaczyć ze swojej niewiedzy.

– Co mam ze sobą zabrać? – zapytał zrezygnowany Maurycy, gotów udać się od razu w głąb mieszkania, aby zebrać i włożyć do plecaka niezbędne rzeczy.

– To, co pan chce, ale tylko rzeczy osobiste. Zrobi pan to w asyście sierżanta Paliwody. Tylko bez żadnych wygłupów, bo w razie jakichkolwiek wątpliwości sierżant natychmiast obezwładni pana, a to może być bolesne.

Po opuszczeniu domu i zamknięciu drzwi na klucz, Maurycy zajrzał do skrytki pocztowej. Był tam tylko jeden list. Zabrał go ze sobą, nie sprawdzając nawet, kto był nadawcą. W samochodzie usiadł na tylnym siedzeniu obok sierżanta. Jadąc siedział nieruchomo i gapił się w milczeniu przez okno. Podinspektor popatrzył na niego przekręcając głowę z przedniego siedzenia.

– Ma pan teraz czas. Może pan spokojnie przeczytać ten swój list.

Maurycy otworzył kopertę obrywając jej boczną krawędź palcami. Serce w nim zadrżało, kiedy rozpoznał charakter pisma. Zaczął czytać.

– Nie wiem jak się do Ciebie zwracać, bo na pewno nie „Drogi Maurycy”. Wiedz, że mam prawo serdecznie cię nienawidzić po tylu udrękach, jakie na mnie sprowadziłeś. Tym razem wyeliminowałeś się sam. Domyśliłam się, że twój stan psychiczny nie polepszył się i nie popuścisz, dopóki nie uczynisz czegoś okropnego. Nie miałam pojęcia, co to mogłoby być. Pomyślałam, że zechcesz zrobić coś, aby mnie postraszyć bardziej niż za pierwszym razem.  Dlatego kazałam cię śledzić. Cały czas chodził za tobą detektyw. Byłeś zbyt pewny siebie i chyba także zbyt głupi, abyś to zauważył. Nawet nie spostrzegłeś, że wokół domu poleciłam zainstalować kamery. Nie sądziłam jednak, że stać cię na taką podłość, że spalisz dom, aby mnie ostatecznie unicestwić. Na szczęście byłam nieobecna, musiałam wyjechać na kilka dni do rodziny. Podpalając dom, niczego nie osiągnąłeś. Wewnątrz była tylko gosposia, która zdążyła uciec. Uratowała się cudem. Informacja o ludzkich szczątkach znalezionych wewnątrz służyła tylko uśpieniu twojej czujności. Nie był to mój pomysł. Dom był ubezpieczony, w związku z czym nic nie straciłam. Mam jego plany i mogę go odbudować w takiej samej postaci. Lubię teatr dramatyczny, ale to, co zrobiłeś, przerasta ludzkie wyobrażenie. Wydarzenia wywołane przez ciebie uznałam za najbardziej tragiczne chwile mojego życia.

Przebywając w areszcie śledczym Maurycy otrzymywał listy. Wszystkie pochodziły od babki Katarzyny. Uznał, że go prześladuje, choć nic prześladowczego w nich nie było. Pojawiły się w nim wyrzuty sumienia. Odrzucał je od siebie. Babkę wciąż nazywał starą, podłą klępą oraz dręczycielką. Potem nachodziły go myśli, że ona w ogóle nie istnieje, że ją sobie wymyślił, że wychowywał się bez ojca a nawet go nie znał.

Katarzyna Kaszmir była zawsze kilka kroków do przodu. Pisała mu co się zdarzyło, w końcu także o tym, co się zdarzy.

Tydzień przed procesem otrzymał list w żółtej kopercie. Nigdy wcześniej nie otrzymał takiej przesyłki. Ucieszył się, że to nie od babki. Pomylił się. Tym razem napisała mu o zbliżającej się rozprawie sądowej, przewidując jaki zapadnie wyrok. Było tak, jak zapowiedziała. Sąd skierował go na badania do szpitala psychiatrycznego.

– To tylko badania – pocieszał się. Miał pojechać tam prosto z aresztu.

Zaraz po zakończeniu rozprawy sądowej, otrzymał kolejny list. Koperta była bez znaczka. Wyglądało na to, że ktoś specjalnie przyjechał do aresztu sądowego, aby go doręczyć adresatowi w odpowiednim czasie.

– Cieszę się, że wreszcie otrzymałeś zaproszenie na stały pobyt tam, gdzie zawsze było twoje miejsce. Nie martw się. Będę cię regularnie odwiedzać. Będziesz paradować w białym mundurku z rękawami zapinanymi na plecach na klipsy, a ja będę mieć na sobie moją najlepszą garsonkę, tę, w której najbardziej mnie nienawidziłeś. Możesz liczyć na mnie, będę ci służyć w formie wyrzutów sumienia. Ilekroć mnie zobaczysz, będziesz żałować swojej głupoty i okrucieństwa. Obudziłeś w sobie najgorsze duchy naszej rodziny. Czeka cię jeszcze jedna niespodzianka; nie zgadniesz jaka, ja ci też tego nie zdradzę. Niespodzianka to niespodzianka.

Samochód z podsądnym zatrzymał się na placyku przed wejściem do szpitala. Najpierw wysiadł strażnik więzienny, potem Maurycy. Wśród trzech osób, które czekały na niego, był także …. Tego się nie spodziewał. Zrozumiał, co babka miała na myśli pisząc o niespodziance. To był Patryk Radwan, masywne chłopisko ze swoim nieodłącznym towarzyszem – wielkim katowskim toporem. Stał spokojnie i czekał, aż Maurycy podejdzie bliżej. Przywitał się z nim jak z dobrym znajomym. Nie rozmawiali długo.

– Będę czekać na ciebie. Skontaktuj się ze mną po południu, to pogadamy. Mam tu pokój gościnny. To numer 13, przynoszący szczęście. Dziś wieczorem wygłaszam tutaj prelekcję. Będę opowiadać o moim zawodzie, o występach w roli kata. Wyobraź sobie, ci ludzie tutaj w większości biorą mnie za prawdziwego kata, podobnie jak ty, choć byłem tylko aktorem charakterystycznym grającym takie role. Przyjdź, przypomnisz sobie swoją własną przeszłość i zlecenie, jakiego mi udzieliłeś. Musisz wiedzieć, że kiedy to uczyniłeś, nie zadając sobie trudu sprawdzenia, gdzie pracowałem i co robiłem w ostatnich latach, byłeś już przegrany. Twoja babka Katarzyna to moja koleżanka ze sceny. Przyjaźniliśmy się. Powiedziałem jej o wszystkim. Nie grałeś nigdy w teatrze, byłeś amatorem i to jest twoja największa słabość. Dobry byłeś tylko w jednym; wspaniale udawałeś osobę zaburzoną psychicznie, aby wykończyć Katarzynę i przejąć majątek rodzinny, którym dysponuje. Teraz musisz dokonać poważnego wyboru, najpoważniejszego w twoim życiu. Pierwsza możliwość jest taka, że nadal będziesz grać osobę psychicznie niezrównoważoną, niebezpieczną dla otoczenia … i wtedy pozostaniesz tu na stałe. Druga możliwość, przyznasz się do świadomie popełnionych przestępstw i wtedy dostaniesz dożywocie za podpalenie domu i usiłowanie dwóch zabójstw z premedytacją. Masz na koncie też kilka szantaży i dwie krótkie odsiadki w więzieniu. W średniowieczu ktoś taki jak ja musiałby skrócić cię o głowę.

Masz jeszcze trzecie wyjście. Skończyć ze sobą. Ale nie życzę, ani nawet nie rekomenduję ci tego. Gdybyś się jednak na to zdecydował, doradzę ci, jaka trucizna jest najłagodniejsza w rozstaniu się ze światem. Jeśli mnie oczywiście poprosisz o radę. My, zawodowi aktorzy, niczego nie robimy na siłę, w odróżnieniu od amatorów, takich jak ty, którzy ubarwiają fikcję, myśląc, że dokonują czegoś realnego. Życie to wielki teatr, w którym trzeba umieć grać.

Michael Tequila,
Gdańsk, 27 grudnia 2020

0Shares

Głowy w autobusie do Dżajpuru. Opowiadanie.

Odc. 1 Marzenia

Podróż do Indii była dla Piotra Praktyka potrzebą serca, marzeniem marzeń. Kraj wielkości kontynentu stanowił dlań ogromną, bogatą i kolorową świątynię duchowej niezwykłości, łączącej różne religie, tradycje i zwyczaje. Sama mozaika religii mogła zamieszać w głowie; począwszy od hinduizmu, najstarszej i najbardziej powszechnej religii, przez buddyzm, sikhizm i dżinizm, a skończywszy na chrześcijaństwie. Był to kraj, gdzie od wieków miały miejsce zdarzenia przerastające ludzką wyobraźnię.

Piotr Praktyk zobaczył to we śnie, barwny, wijący się jak wąż korowód osobliwości: brodaci guru, wychudli fakirzy, grzechotniki tańczące na dźwięk fletu, święte krowy, panteon bóstw, bogiń i ich wcieleń, w końcu szalone bogactwa nababów i niewiarygodną nędzę mas. W jego pamięci pozostał bóg Ganeśa, przypominający czteroręcznego mężczyznę o głowie słonia z jednym kłem, złośliwego, ale kiedy się go udobruchało, bardzo pomocnego. Ganeśa posiadał cechy słonia, jego mądrość i siłę, a jego skóra była złota, czerwona lub niebieska, w zależności od nastroju. Praktyk zapamiętał atrybuty jego boskości: księgę, kieł, topór i wielki brzuch jako znak dobrobytu.

Wyobrażeń było znacznie więcej. Mangusta, zwierzątko, którego opis walki z grzechotnikiem miłośnik Indii znalazł w książce Norberta Wienera, ojca cybernetyki, jako ilustrację sprzężenia zwrotnego, także reinkarnacja, kamienie szlachetne wielkości męskiej pięści, wielkie, pracowite i spokojne zwierzęta pociągowe, które raził czasem atak szaleństwa. Był także mędrzec Sathya Sai Baba, głoszący jedność wszystkich religii i pogodzenie się z samym sobą. Praktyk widział go na video jak materializował z niczego, z pustej dłoni, białawy w kolorze święty popiół, którym posypywał głowy wiernych. W marzeniach podróżnika była jeszcze joga i praktyki duchowo-fizyczne, pozwalające ludziom dokonywać cudu – obywać się bez pokarmu, czerpiąc czystą energię z kosmosu. Był także zwyczaj uroczystego palenia zmarłych na wielkich stosach drewna i zrzucania ich prochów do świętej rzeki Ganges, w której codziennie dla zdrowia zanurzały się rzesze wiernych. Na liście zainteresowań Indiami znalazł się także Mahatma Gandhi, który oporem milczenia pokonał potężne imperium brytyjskie.

Najbardziej wyobraźnię Praktyka rozpalił jednak Lotan Baba, w języku angielskim zwany Rolling Saint, człowiek o głębokiej wierze i niewiarygodnej wytrzymałości. Praktyk kilkakrotnie oglądał go na filmie nie wierząc własnym oczom. Tocząc się po ziemi drogami polnymi i po asfalcie, w słońcu, deszczu i kurzu, Lotan Baba odbył podróż czterech tysięcy kilometrów z Ratlam do świątyni Bogini Vaishno Devi w Jammu. Towarzyszyła mu grupka wyznawców przygrywająca mu dźwięcznie na bębenku i innych instrumentach. Jego nieludzka odporność imponowała Praktykowi tym bardziej, że sam podejmował niejedno “święte” przyrzeczenie, którego nie potrafił dotrzymać.

Późną jesienią Piotr Praktyk oderwał się od marzeń i wykupił wreszcie wycieczkę w biurze podróży. W programie były dwa kraje: Indie i Nepal. Przygotowując się do wyjazdu, starał się zapamiętać jak najwięcej faktów, zdarzeń i miejsc. Niewiele to dało. Wygodnie uznał wtedy, że aby coś wspaniałego zapamiętać, trzeba to najpierw zobaczyć na własne oczy i przeżyć. Przed wyjazdem wynotował sobie tylko najciekawsze miejsca i zabytki wymienione w programie wycieczki.

Podróż rozpoczynała się na lotnisku międzynarodowym stolicy Nomadii. Tam miał się spotkać z pozostałymi uczestnikami wycieczki. Ich również był ciekaw. Był samotnikiem z natury i dawno już nie podróżował w większym towarzystwie.

Na dworzec kolejowy, skąd pociąg ekspresowy miał go zabrać do stolicy, trafił przed godziną piątą rano, pół godziny wcześniej niż trzeba. Było wyjątkowo dużo ludzi. Miał czas, więc ich policzył; razem z nim było czterdzieści osiem osób. Sam się zdziwił, czemu to uczynił, po co było mu to potrzebne. Od tego momentu nie mógł oderwać się od liczenia. W gorączce podróżnej odczuwał chyba potrzebę porządkowania rzeczywistości albo robił to bezwiednie, dla uspokojenia.

Przed wyjściem na peron sprawdził bilet. Miał miejscówkę w wagonie numer dwa. Zapamiętał numer wagonu i miejsca. Na peronie nie słuchał już zapowiedzi dotyczącej ustawienia wagonów. Było oczywiste, że wagon numer dwa będzie blisko początku pociągu. Okazało się, że na początku były wagony numer sześć, siedem i osiem, a wagony jeden, dwa i trzy na końcu. Wagonów numer cztery i pięć w ogólne nie było. Przeklinając, Praktyk pokonał dystans biegiem zdenerwowany i zażenowany, że nie słuchał zapowiedzi. W wagonie było ogółem czterdzieści pięć miejsc; większość była pusta, zajęte było łącznie dziewięć miejsc. Szybko obliczył, że to tylko dwadzieścia procent. To było proste.

Z dworca głównego w stolicy miał pociąg bezpośrednio na lotnisko, ale kasa biletowa nie wiadomo dlaczego była zamknięta. Czas naglił.

– W kolejce dojazdowej nie kupi pan biletu. Pozostaje panu tylko automat biletowy – życzliwe podsunął mu starszy podróżny, widząc go nerwowo rozglądającego się przy kasie.

Znalezienie automatu nie było proste, ale udało się w końcu. Kupując bilet dla siebie, Piotr Praktyk, kierując się współczuciem, kupił także bilet nieznajomemu mężczyźnie, który mu towarzyszył w poszukiwaniu kasy automatycznej.

– Jestem umówiony na lotnisku z przyjacielem i zabrakło mi pieniędzy. Przyjechałem tu do pracy i wyrzucili mnie po dwóch tygodniach. Nie wiem co robić. Wstyd mi wracać do siebie. Czy pan mógłby mi pomóc?

Zanim decyzja została podjęta Praktyk ocenił petenta rzutem oka: młody człowiek, słabo ubrany jak na zimową porę roku, zmęczony i nieogolony. Mówił z nieznacznym obcym akcentem. Razem wsiedli do kolejki. W wagonie Praktyk bez zastanowienia policzył pasażerów. Było czternaście osób. To go trochę zdenerwowało, bo miał tego nie robić. Postanowił więcej nie liczyć. Skoncentrował się na myśleniu o Indiach. Przed oczami stanął mu Lotan Baba, toczący się święty, zwykły, brodaty, skąpo odziany mężczyzna o niezwykłej sile ducha.

Odc. 2 Stambuł

Po drodze do New Delhi, pierwszego celu podróży w Indiach, była jeszcze przesiadka w Stambule. Tłum ludzi na lotnisku oddzielił Piotra Praktyka od jego grupy. Wkrótce znalazł się razem z innymi pasażerami w autobusie mającym ich dowieźć do samolotu odlatującego do New Delhi. Autobus nie ruszał, mimo że był pełny. Otoczony ciasno dziwnym tłumem Praktyk poczuł się nieswojo. Określił to w myśli jako rozmamłanie w kulturowej tożsamości.

Obok niego, z boku po lewej stronie, stał wysoki mężczyzna o ciemnej karnacji. Sądząc po wyglądzie był to Azjata. Jego głowa znajdowała się powyżej czupryny Praktyka; odczuł to jak niezasłużoną przykrość. Nie mając nic lepszego do roboty, przyglądał się dyskretnie współpasażerowi. Miał włosy podcięte pod donicę i kolczyki w uszach, na przegubie prawej dłoni błyszczały srebrne obrączki, z tyłu wygolonej czaszki świeciły blado dwie ukośne szramy. Mężczyzna miał na sobie markowe spodnie dresowe. Wyglądały elegancko. Piotr Praktyk zadał sobie pytanie, czy mówiąc o dresie można w ogóle myśleć o elegancji. Czarna skórzana kurtka i białe spacerowe Adidasy na nogach dopełniały ubiór obcokrajowca.

Piętro niżej od głowy Praktyka znalazł się zupełnie inny osobnik, niski, drobny, z długą czarną brodą i obfitymi bokobrodami. Na głowie miał zmyślnie ukształtowany różowy turban. Z uwagi na strój głowy Praktyk uznał go za Hindusa. Najbardziej zastanawiało go jego spojrzenie, wyrozumiała łagodność jak u Karola, dawnego przyjaciela Piotra, który wyjechał do Sydney.

Hindus miał na sobie płaszcz z ciemnoszarego materiału w pasy, w ręku bagaż, kolorową plastikową torbę z adresem sklepu odzieżowego w Toronto. Obserwator domyślił się, że podróżny przybył z Kanady, choć torba mogła znaleźć się w jego ręku zupełnie przypadkiem.

Trzecim obiektem zainteresowania Praktyka była kobieta. Stała tak blisko, że fizycznie czuł jej obecność. Wyróżniała ją twarz o połyskliwej, oliwkowej karnacji, oraz biust, sterczący przed nią jak taran do rozbijania męskich żądz. Podróżnik zobaczył w niej obiekt miłości osesków spragnionych mleka, ciepła i aksamitu. Spekulując swobodnie uznał, że wydatny biust nie tyle określa walory kobiety, ile podkreśla fakt, że konstrukcyjnie wybiega ona przed inne niewiasty co najmniej dwie miary kobiecości. W kwestii anatomii uznał jeszcze, że biustem znacznie bardziej może imponować niż biodrami, którym też nie można było nic ująć. Jej wiek oszacował między trzydzieści a trzydzieści pięć lat. Kobieta robiła sobie zdjęcia selfie czerwonym telefonem komórkowym, aby chwilę później przeglądać je w skupieniu, nie zwracając uwagi, że stojący za nią dwaj mężczyźni również je oglądali z takim zainteresowaniem, jakby obraz na małym był ciekawszy niż ona sama.

Po kilku minutach obserwacji Piotr Praktyk uświadomił sobie, że fantazjuje, unosząc się jak duch między pasażerami i węsząc niby wampir za ludzkim ciałem i krwią. Przestał o tym myśleć, kiedy doszedł go głośny krzyk dziecka gdzieś z głębi autobusu. Wszyscy obrócili głowy w tym kierunku. Krzyk przeszedł w rozpaczliwy płacz. Słysząc go Piotr Praktyk poczuł się niezręcznie nie mogąc nic pomóc. Uznał się za niewydarzonego przedstawiciela gatunku ludzkiego.

W samolocie przypadło mu miejsce przy oknie. Zaraz po nim przyszła kobieta. Nie poznał jej w pierwszym momencie, ani ona jego. Dopiero kiedy zaczęli rozmawiać, okazało się, że są z tej samej grupy wycieczkowej.

– Nie rozpoznaliśmy się, ponieważ widzieliśmy się zbyt krótko na odprawie przed odlotem z krajowego lotniska. Wszyscy patrzyli na zegarki, aby jak najszybciej znaleźć się w samolocie – wyjaśniła kobieta. Popatrzyła na Praktyka i dodała:

– Mam na imię Maria. Mówmy sobie po imieniu, będziemy w tej samej grupie przez dwa tygodnie. A jak ty masz na imię? – zapytała, jakby znali się od dawna.

Przed podaniem swojego imienia, Piotr przyjrzał jej się uważnie. Miała podłużną twarz, blond włosy i marzące oczy. Rozmowa potoczyła się szybciej. Kiedy Maria zapytała go, czy mogliby się zamienić miejscami, zgodził się bez wahania.

– To mi nawet odpowiada. W samolocie jest za mało miejsca, abym mógł wyprostować nogi. Siedząc przy przejściu będzie mi łatwiej wstać i trochę pochodzić, aby się rozruszać.  

Zanim samolot wystartował zapadła noc. Oboje patrzyli przez okno na wielką przestrzeń w dole, kiedy samolot opuszczał lotnisko. Powietrze było wyjątkowo przejrzyste.

– Nigdy nie widziałem piękniejszego widoku miasta nocą. Te pasma i pasemka oświetlonych ulic, różnej szerokości i kierunku, kwadraty placów i zaciemnione plamy parków. Czyż nie jest to zachwycające? – Piotr zadał pytanie, nie oczekując odpowiedzi. – Większość świateł jest jakby różowa a wielopiętrowe budynki wyglądają jak białe pionowe ramy.

Pojedyncza, przypominająca rozczapierzoną dłoń, błyskawica rozświetliła niebo i chwilę później wszystkie światła na dole zgasły jak na komendę. Piotr pomyślał, że musiała nastąpić wielka awaria sieci energetycznej.

– To tylko gęste chmury, w które wleciał samolot – wyjaśniła uprzejmie Maria. – Teraz już nic nie będziemy widzieć.

Piotr poczuł się rozczarowany. Aby zmienić nastrój zapytał:

– Lubisz latać samolotem?

– Bardzo. Nie odczuwam strachu jak niektórzy pasażerowie.

– Ja też lubię, z wyjątkiem tych momentów, kiedy samolot wpada w komin powietrzny. Pamiętam, jak raz spadał tak gwałtownie, że skrzydła wygięły się do góry. Zatrzymał się dopiero dwieście metrów nad lasem. Kapitan nam to powiedział. Byliśmy tak nisko, że widzieliśmy grzybiarzy machających do nas rękami.

Maria popatrzyła na sąsiada przestraszona, po czym zaśmiała się.

– Mam nadzieję, że będzie to bardzo udana wycieczka. Wiele sobie po niej obiecuję.

– Ja też. Myślę o zmianie wiary, chcę zostać buddystą. Oni są tacy spokojni, chodzą lekko ubrani i nie muszą pracować. A ty, Mario, nie myślałaś o zmianie religii? Kobiety podobno lubią zmiany. To nie byłby zresztą wielki przełom, bo Bóg podobno jest tylko jeden. W Indiach jest taki zestaw religii, że jest z czego wybierać. Na przykład hinduizm. Byłoby mi raźniej.

Maria zastanawiała się chwilę nad propozycją.

– Może następnym razem. Nie zabrałam ze sobą odpowiedniego stroju i nie znam języka hindi. Żaden z ich bogów by mnie nie zrozumiał. 

Odc. 3 New Delhi

Przylot do New Delhi nastąpił o godzinie piątej trzydzieści pięć rano. Po zakwaterowaniu się w hotelu Gautam Deluxe grupa ruszyła w miasto. Wstępne informacje były proste: New Delhi to trzecia aglomeracja świata, dwadzieścia sześć milionów mieszkańców, wielki węzeł komunikacyjny, centrum przemysłu i kultury, miasto uniwersyteckie z licznymi teatrami, galeriami, muzeami i zabytkami z okresu Wielkich Mogołów. Jest co zwiedzać.

Tego dnia obejrzeli sześć ważnych obiektów: Meczet Piątkowy Jama Masjid, Czerwony Fort nad rzeką Jamuną, Grobowiec Humajuna, budynek Parlamentu, Bramę Indii oraz świątynię Sikhów Gurudwara Bangla Sahib. Był to intensywny dzień: przejazdy rikszami, autobusem, długie marsze pieszo. Piotr Praktyk czuł się jak na obozie wojskowym. Jego wspomnienia poszatkował pośpiech. Oglądał Indie nie tak, jak sobie to wcześniej wyobrażał. Liczył na to, że będzie mieć trochę czasu ma refleksję, rozmowę jedną czy drugą w ciągu dnia, zapamiętanie tego, co najbardziej znaczące w historii i tradycji kraju. New Delhi nie zaoferowało mu tego luksusu. Nie było czasu zachwycić się czymkolwiek, przysiąść na ławce i choćby popatrzyć na Hindusów lub na wodę. Zapamiętał niewiele, często nie to, co trzeba, jakieś fragmenty, urwane oceny, przypadkowe widoki.

Przed Grobowcem Humajuna stały grupy uczennic.

Przyciągnęły jego uwagę; pierwszy raz widział dzieci hinduskie, zupełnie odmienne od jego wyobrażeń. Oczekiwał biedy, a zobaczył ład i porządek: dobrze utrzymane dzieci, jednolite mundurki szkolne w kolorze czerwono-białym, gładkie buzie, miłe uśmiechy, swobodne rozmowy. Był przekonany, że były to uczennice z zamożnych domów.

Najbardziej podobało mu się ich zachowanie. Podchodziły do ich grupy i pytały, czy mogłyby zrobić sobie zdjęcie z uczestnikami.

– Zawsze było na odwrót. To my pytaliśmy Hindusów, czy moglibyśmy zrobić sobie z nimi zdjęcie. Te dziewczynki robią zdjęcia z nami, traktując nas jak maskotki – skomentował ktoś z grupy. – W domu na pewno pokażą je rodzinie, rodzicom, przyjaciołom i powiedzą: O, popatrz na tego z siwą głową! Jaki on śmieszny! Ta czarna kurtka, spodnie turystyczne, plecak, czapka, okulary przeciwsłoneczne i wąsy. Ci Europejczycy to prawdziwa egzotyka!

Wieczorem poszli się przejść w kilka osób, aby zwiedzić okolicę hotelu. Bardzo szybko i niespodziewanie dotarli do większej ulicy z dziesiątkami sklepów i sklepików jubilerskich. Jeden z nich był wyjątkowo obszerny; wewnątrz było co najmniej dwadzieścia osób personelu oraz dwóch strażników z wysłużonymi karabinami.

– Broń chyba jeszcze z okresu imperium brytyjskiego – mruknął Praktyk na ich widok.

Rozeszli się po wielkiej sali, aby nacieszyć oczy bogactwem oryginalnych w kształcie i misternych w wykonaniu wyrobów ze złota i szlachetnych kamieni. Na zewnątrz sklepu jubilerskiego przewalały się tłumy ludzi; stragany i straganiki, sprzedawcy i ich klienci, turyści, rowery, riksze, samochody i autobusy. Nie to jednak zapadło w pamięć Praktyka, lecz chodniki uliczne wyglądające tak, jakby ktoś chciał je specjalnie źle ułożyć; nieprzerwane nierówności, dziury i garby.

Następnego dnia grupa miała wstać o godzinie piątej rano, znieść bagaż do recepcji o godzinie piątej trzydzieści, potem zjeść śniadanie i o godzinie szóstej wyjechać autobusem na lotnisko, skąd mieli udać się do Katmandu.

Kilka minut przed pobudką Praktyk zszedł do recepcji, aby zrobić parę zdjęć na pamiątkę jak wyglądał pierwszy hotel, oraz notatki. Nic z tego nie wyszło. W recepcji było ciemno, na sofach spali dwaj recepcjoniści. Nie było nawet stolika, przy którym można by usiąść.

Wyszedł na dwór. Panował tam przyjemny chłód. Naprzeciwko był wielki plac z samochodami osobowymi, autobusami i motocyklami, przypominający zatłoczony parking z małą stacją benzynową, a właściwie pompą do tankowania paliwa. Obok zauważył drugi budynek, Hotel Swarami De Luxe.

– Tutaj wszystko jest „deluxe” – mruknął do siebie, rozglądając się wokół i starając się wchłonąć jak najwięcej egzotyki.

Przed wejściem do hotelu na betonowych płytach spał rudy pies. Odchodzący w bok chodnik przecięty był poprzecznym wałem betonu wysokości dwudziestu centymetrów. Umieszczono w nim dwie plastikowe rury z przewodami elektrycznymi. Podróżnik przypomniał sobie wcześniejszy spacer po mieście.

– Ordynarna, prostacka robota – pomyślał. – Chodniki w New Delhi! Jeśli można coś spieprzyć w ich wykonaniu, to ci artyści to zrobili. To jest po prostu niewiarygodne.

Nie mieściło mu się w głowie, że naród prawdziwych mistrzów rzemiosła wykonujących koronkową robotę jubilerską może równocześnie tak brutalnie traktować obiekty użyteczności publicznej, z których sami korzystają.

Po powrocie do pokoju uznał, że niesłusznie ocenia Hindusów. Sam nie był ideałem; jak większość ludzi potrafił obchodzić się misternie z jedną częścią rzeczywistości i brutalnie traktować inną. Uznał, że to kwestia podejścia. Nie był jednak pewien, czy wyczerpuje to całą prawdę. Rzeczywistość Indii nie dawała się zdefiniować w prosty sposób. Praktyk postanowił czekać na dalsze wrażenia.

Odc. 4 Postacie

Imiona i nazwiska uczestników wycieczki stanowiły dla Piotra Praktyka wyzwanie od pierwszego dnia pobytu w Indiach. Nigdy nie miał pamięci do twarzy ani imion. Jeśli pamiętał twarz, to imię uciekało mu z pamięci, lub na odwrót, mimo że miał wrodzone pewne zdolności typowe dla fizjonomisty, człowieka umiejącego rozpoznawać cechy umysłu i emocje innej osoby z wyglądu jej twarzy i postaci.

Przy pierwszym spotkaniu Praktyk zapamiętał trwale imiona dwóch uczestników, pozostałe zapomniał już po pięciu minutach, niektóre z nich ponadto mu się myliły.

– Taka pamięć psu na budę się zdała – zżymał się wtedy, ulegając chwilowemu przygnębieniu.

Czasem zapominał coś tak trywialnego, że ogarniał go strach, czy nie dopadła go demencja lub coś jeszcze gorszego. Robił wtedy test polegający na przypomnieniu sobie kilku najświeższych zdarzeń. Jeśli nie miał z tym problemów, pocieszał sobie:

– Nie jest źle, nie martw się niepotrzebnie.

Aby nie pogubić się całkowicie, oznaczył w myśli wszystkich uczestników wycieczki pseudonimami nawiązującymi do ich cech zewnętrznych, wyglądu lub zachowań, których nie sposób było pomylić. Skuteczne posługiwanie się ksywami zależało od ich akceptacji przez zainteresowanych; bez tego ich używanie mogło być niezręczne. Praktyk zorganizował w związku z tym dyskusję, aby się upowszechnić ksywy i zyskać zgodę na ich używanie. Przyjęły się one łatwiej niż się spodziewał; może nie od razu, ale już po kilku dniach powszechnie je używano. Pomysł był skuteczny i to było najważniejsze.

Od tej pory Piotr Praktyk przywoływał w pamięci towarzyszy podróży skojarzeniami, używając ich w rozmowach: Porywczy, Fotograf, Darczyńca, Kindżał, Wysoka z Kokiem, Rasputin, Wizażystka, Szczepan, Proteza i Półgębek. To ostatnia ksywa odnosiła się do mężczyzny w średnim wieku, który uśmiechał się połową twarzy.

Proteza jako ksywa człowieka ze sztuczną nogą w pierwszej chwili wzbudziła kontrowersję. Została jednak przyjęta, ponieważ sam zainteresowany nie tylko nie zaprotestował, ale poczuł się wyróżniony.

– To, że mam sztuczną nogę, tylko mnie nobilituje. Mogę biegać szybciej niż inni, bo to specjalna konstrukcja. W najmniejszym stopniu mnie nie szpeci, a kopa mam potężniejszego niż koń, który mnie kiedyś zrzucił. Do dzisiaj tego żałuje – oświadczył z dumą Proteza.

Uzgadniając komu i jaka ksywa przysługuje, Nomadowie starali się, aby nie uwłaczała ona ludzkiej godności. Uderzali w wysokie tony a ich dyskusję przenikały określenia takie jak szacunek, przywilej, dyskryminacja. Kiedy ktoś sugerował niestosowny pseudonim podchodzili do sprawy spokojnie, wyjaśniając bez pouczania czy karcenia, że propozycja nie jest w dobrym tonie. To był właśnie charakter ich dyskusji; rzeczowy i poważny, ale bez przesady.

Samego siebie Piotr Praktyk oznaczył kryptonimem Śnięty. Nikt jednak nie używał tej ksywy, ponieważ grupa doszła do wniosku, że jego nazwisko doskonale brzmi w naturalnej formie i jest łatwe do zachowania w pamięci. Tak też go zapamiętano i tak się do niego zwracano od tej chwili. Uczestnicy grupy widzieli jego słabość do przysypiania, lecz nikt mu tego nie wypominał, tym bardziej, że sami też ulegali temu nawykowi w czasie jazdy autobusem. Było oczywiste, że Praktyk kocha sen i zasypia jak suseł w Boże Narodzenie, kiedy na ziemi szaleje zima, a on leży zagrzebany w grubej pierzynie liści zgromadzonych przez wiatr w górskiej jaskini.

– Każdy ma prawo być oryginałem – usprawiedliwiał siebie Praktyk. Temat bycia ekscentrykiem był tak intrygujący, że postanowił poświęcić mu w przyszłości więcej uwagi, może nawet ująć go w pamiętniku.

Najważniejszą osobą w grupie był przewodnik. Podał wszystkim swoje imię i nazwisko, nikt jednak nie starał się nawet ich zapamiętać, bo nie były łatwe. Pozostał Przewodnikiem, w skrócie Przewo. Nie zwracano się do niego inaczej. Czasem tylko, kiedy była mowa o różnych przewodnikach, mówiono Przewo 13. Był to numer ich grupy wycieczkowej nadany przez agencję turystyczną.

Dla Praktyka trzynastka była zawsze szczęśliwa. Pod tym numerem wygrał kiedyś na loterii fantowej pierwszą nagrodę. Nie chciał jednak ujawnić, co to było, więc nie za bardzo wierzono w jego wygraną. Z samą trzynastką było inaczej. Szczerze w nią wierzył i dzielił się swoim przekonaniem, podając rozliczne przykłady z biblii, życia, kabały, powołując się na źródła historyczne, przyjaciół oraz znajomych. Wkrótce większość uczestników była przekonana, że grupa nie mogła mieć szczęśliwszego numeru.

Przewodnik grupy też nie mógł być lepszy. Był dobrze zorganizowany, chętny do pomocy i umiał przewidzieć najbardziej dziwaczne życzenia uczestników wycieczki. Co najważniejsze, o Indiach i Nepalu wiedział chyba wszystko.

– Więcej wiedzy o kraju, jego historii i tradycjach zawierają tylko Wedy, święte księgi hinduizmu – po kilku dniach stwierdził Inżynier.

Przewo, jak się okazało, od długiego czasu mieszkał w Indiach. Był żonaty z obywatelką Butanu, której przodkowie przenieśli się do Indii i przeszli na hinduizm. Była to osoba majętna, z wyższym wykształceniem; nie była jednak urodziwa. Przewo pokazywał uczestnikom Trzynastki jej zdjęcie.

– Jest osobą niezwykle sympatyczną. Nie mogłem znaleźć lepszej żony. Niejedna kobieta tutaj uważa męża za istotę wyższą i tak go traktuje. Tak było też ze mną. Walczyłem z tym bałwochwalstwem, lecz przestałem, kiedy teściowa powiedziała mi, abym poważnie zastanowił się nad tym, co robię. Zapamiętałem jej słowa, była w nich poezja.

– Nie musisz płynąć pod prąd kobiecych przekonań, że mężczyzna jest istotą bliższą ideału niż kobieta.

Korzystając z pozycji społecznej żony Przewo zbudował solidną wiedzę o Indiach, stając się łącznikiem między skromną duchowością Nomadów a nieokiełznaną religijnością hinduską. Dzięki niemu uczestnicy wycieczki mieli szansę lepiej poznać i rozumieć Indie. Nikomu to się zresztą nie udało; wszyscy zgodnie stwierdzali każdego dnia, że Indie są nie do zgłębienia.

W wolnych chwilach Przewo chętnie odpowiadał na pytania. Często widziano go z Półgębkiem, jak w przerwie na odpoczynek siedzieli w cieniu drzewa na ławce i konwersowali, podobni do braci syjamskich, oddając się poważnej wymianie słów, gestów i znaczeń.

Odc. 5 Nomadowie

Trzynastka rozkręcała się z dnia na dzień. Pochłonęła ich pasja poznawania Indii i zgłębiania jej historii i duchowości. W pierwszych dniach poświęcali temu całą swoją energię biegając, słuchając i oglądając wszystko z otwartymi oczami, nie zapominając o zdjęciach. Z czasem jednak, kiedy poznali się już trochę wzajemnie, życie towarzyskie zaczęło odgrywać większą rolę. Wpływało na to rosnące zmęczenie regularnym wstawaniem rano, widokami, przejazdami z hotelu do hotelu oraz męcząca monotonność intensywnego zwiedzania.

Nazwa „Trzynastka” nie utrwaliła się do końca. Pojawiły się głosy zwątpienia, czy był to dobry pomysł. Praktyk nie kupował tej sugestii, wierzył, że jest to syndrom psucia tego, co dobre. Padły propozycje innych nazw: Turyści, Wędrowcy, Podróżnicy, Włóczykije, Globtroterzy, Obieżyświaty, Urlopowicze, Koczownicy, Tułacze i Włóczykije.  

Decyzja w końcu zapadła: Nomadowie. Uzasadnienie było praktycznie niepotrzebne.

– Skoro pochodzimy z Nomadii, kraju stworzonego przez Nomadów, to dlaczego nie mielibyśmy używać tej nazwy w Indiach i Nepalu? Nie musimy silić się na oryginalność. Jest ona pożądana w relacjach damsko-męskich, ale niekoniecznie w opisie rzeczywistości podróżnej – Wysoka z Kokiem jak zwykle nie umiała powstrzymać się od skojarzeń erotycznych. Niektórzy Nomadowie podejrzewali ją, że jest mitomanką.

W miarę jak rosła zażyłość między nimi coraz mniej krępowali się o tym mówić. Indie stymulowały ich w tym kierunku. Były wolne, swobodne, pełne erotyki i seksualności, nawet frywolne. Na każdym kroku wiedzieli symbole erotyczne: w religii, rzeźbach, literaturze, poezji, legendach i świątyniach. Działało to na nich.

Tego dnia po kolacji wypili więcej niż powinni. Darczyńca i Kindżał szarpnęli się i na stołach znalazło się kilka butelek alkoholu. Chyba sami już wcześniej spróbowali, bo zaczęli błaznować. Nikt nie miał im tego za złe. Wszyscy odczuwali potrzebę odprężenia, zrzucenia z siebie pyłu i kurzu dnia, zapomnienia o zabytkach; murach, warowniach, budynkach i pomnikach wystawionych dla uczczenia zwycięstwa kogoś sławnego nad kimś jeszcze bardziej sławnym lub odwrotnie.

– To lokalna okowita – oświadczył Kindżał. – Kupiliśmy ją po drodze w supermarkecie. Sprzedawca zaklinał się, że to najlepsza marka w całych Indiach. Kupują ją nawet ludzie niepijący alkoholu, aby spróbować tego specjału.

Rozmowa szybko zeszła na temat seksu i erotyki, który w Nomadii był publicznym tabu. Podróżnicy poczuli się wolni od okowów przyzwoitości obowiązujących w kraju. Zaczęło się od krótkich wypowiedzi, potem była to już lawina. Każdy miał jakąś cegiełkę do dorzucenia. Wspierali się nawzajem jak grupa alkoholików anonimowych czy grupa psychoterapeutyczna. Prześcigali się w wypowiedziach.

– Seks w Indiach zawsze był ważną częścią życia, bo oznacza radość. Każdy z nas to wie, tylko o tym nie mówi.

– Jest źródłem życia, sprawą ważną, pozytywną i godną podziwu.

– Ludzie garną się do dyskusji o seksie i erotyce. A co my? My, w Nomadii, we własnym kraju, od niej uciekamy jak od zarazy, nazywamy bezwstydem. Rodzice nie umieją rozmawiać z dziećmi na temat seksualności ani dzieci z rodzicami. W głowie mamy bociany, kapustę, motylki i schowki, które nazywamy oknami życia, gdzie można wrzucić po kryjomu dziecko zrodzone z pożądania lub miłości, zamiast publicznie przyznać, że pragnie się je oddać do adopcji. Wstyd!

– Dlatego Hindusi tolerują homoseksualistów, lesbijki i trzecią płeć, a my tych ludzi nienawidzimy. Tylko z tego powodu, że się kochają inaczej. Odmienność seksualna zawsze była, jest i będzie, bo jest produktem ewolucji.

– U nas może nie jest całkiem źle, ale trzymamy to na uwięzi, w zamrażarce albo w konfesjonale, tak jakby wyłącznie księża mieli przywilej słuchania o niepokojach, osiągnięciach i wpadkach seksualnych. Potem nazywają to grzechem i potępiają.

Kiedy się już rozchodzili, Wysoka z Kokiem, chyba pod wpływem dyskusji wyznała, że jest po prostu niewyżyta seksualnie.

– To ta historia z moim mężem tak mnie dobiła. Byliśmy bardzo młodzi. Nie wiedziałam, że był nałogowcem, hazardzistą. Ukrywał to skutecznie przede mną. Przegrał w karty cały majątek, jaki w posagu wniosłam do małżeństwa. Musiałam się z nim rozstać. Stało się to w najgorszym czasie, bo zaczęliśmy już snuć cudowne fantazje erotyczne, otwieraliśmy się na nową rzeczywistość. To mnie załamało uczuciowo.

Odc. 6 Nepal i buddyzm

Po przebudzeniu się Praktyk wykąpał się, ogolił i umył zęby korzystając z wody z kranu. Zdenerwował się i zaklął, kiedy przypomniał sobie ostrzeżenie Przewo, aby nie brać do ust wody z kranu nawet po przegotowaniu. Chciał jak najszybciej zdezynfekować się alkoholem. Miał trochę w metalowej piersiówce. Dusił się dłuższą chwilę nie mogąc złapać oddechu. Wtedy sobie przypomniał, że był to spirytus zmieszany z wódką żołądkową gorzką. Była w bardzo dobrym gatunku, lubił jej smak.

Rano starał się zachowywać jak najciszej, aby nie zbudzić Kindżała. Mieszkali razem w jednym pokoju. Wycieczka na całej trasie korzystała w hotelach tylko z pokoi dwuosobowych, z wyjątkiem osób, które za dodatkową opłatą wykupiły pokoje tylko dla siebie. Wieczorem pierwszego dnia pobytu w Indiach Przewo zorganizował losowanie, kto z kim będzie mieszkać w pokoju. Praktykowi i Kindżałowi wypadło mieszkać razem.

Tego dnia Nomadowie mieli lecieć samolotem do Katmandu. Praktyk mając jeszcze trochę czasu do śniadania, wyciągnął notatnik i zaczął pisać.

– New Delhi to konfrontacja misternego piękna z niewymowną brzydotą – zapisał pierwsze zdanie.  

Myślał o ludziach najuboższych. Nie miał pomysłu, co pisać dalej, wszystko wydało mu się bez sensu. Z zamyślenia wyrwał go głos Kindżała.

– Co się z tobą dzieje? Wyglądasz jakby żaba zajrzała ci w oczy i postraszyła, że cię opluje.

– Żaba żabą – skwitował Praktyk – ja myślę o Hindusach, tych najuboższych, bezdomnych, śpiących na chodnikach. Wielu z nich to analfabeci, ludzie zagubieni i biedni jak mysz kościelna. Los zdegradował ich kompletnie przez sam fakt ich urodzenia się na samym dole, w piwnicy hierarchii społecznej. Walczą o przeżycie każdego dnia, często nie wiedząc, co będą jeść na obiad następnego dnia a nawet, czy w ogóle przypadnie im w udziale jakiś posiłek.

– Ale się nakręciłeś! – Oczy Kindżała zwęziły się i twarz mu stężała. Kiedy myślał o tych ludziach wpadał w zły nastrój. Współczując im, nie był w stanie im pomóc w jakikolwiek sposób.

W trakcie lotu z Delhi do Katmandu Praktykowi drętwiały stopy. Było to tak męczące, że co jakiś czas wstawał i chodził przejściem między rzędami foteli w jedną i drugą stronę. Na szczęście lot nie trwał zbyt długo. Po przylocie do Katmandu, stolicy Nepalu, i odprawie paszportowej, Nomadowie udali się wynajętym autobusem do hotelu Tibet. Przewo taki przejazd nazywał transferem. Po zameldowaniu się w recepcji i przydziale pokoi mieli czas wolny na odpoczynek. W notatkach Praktyka ten dzień w dziwny sposób się zagubił. Znalazł tylko jedno zdanie, że na kolację pojechali autobusem, pokonując trasę trzydziestu kilometrów. Nie rozumiał tego.

Był to piąty dzień grudnia, idealnej pory na zwiedzanie północnych Indii i Nepalu. W dzień było ciepło, słońce często wychodziło zza chmur. Tylko noce były chłodne a w górnych regionach Nepalu wręcz zimne. Praktyk był na to przygotowany. Wszyscy byli na to przygotowani.

Wbrew wcześniejszym obserwacjom, Praktyk uznał, że ma do czynienia z wytrawnymi podróżnikami. Kiedy po raz pierwszy spotkał się ze swoją grupą przed odlotem z Nomadii, nie miał możliwości poznać ich bliżej. Byli obcymi sobie ludźmi z nielicznymi wyjątkami: dwóch par małżeńskich oraz kilku singli, znających się już wcześniej.

Praktyk hołubił w sobie wyobrażenie, że dużo w życiu podróżował i ma za sobą więcej doświadczenia niż inni. Była to prawda dotycząca tylko kilku osób, pozostali Nomadowie mieli o niebo więcej doświadczenia.

Północne Indie, leżące u podnóży Himalajów, to był kraj Buddy, gdzie się urodził, nauczał i medytował, także poszcząc tak intensywnie, że żebra było widać jak na dłoni. Zmarł w wieku ponad osiemdziesięciu lat, jak głosi przekaz ustny. Było to niezwykłe, ponieważ w tamtych czasach ludzie nie dożywali nawet pięćdziesięciu lat.

Praktyk zetknął się z buddyzmem wielokrotnie. Były to przeżycia intensywne i dostatecznie długie, aby w końcu uznał go za ważny także dla siebie. Mówił o tym innym uczestnikom wycieczki zagłębiając się w szczegóły, kiedy tylko wykazali zainteresowanie. Po kilku dniach wszyscy wiedzieli, że Praktyk przyjechał do Indii i Nepalu przede wszystkim po to, aby odwiedzić miejsca i zobaczyć zabytki poświęcone Buddzie, przede wszystkim rzeźby, stupy i świątynie buddyjskie.

 

Odc. 7 Budda

Wychowanemu w tradycji chrześcijańskiej Praktykowi, Budda, jego mądrość i jego nauki, niezwykle imponowały. Nie wzięło się to z niczego. W pewnym okresie życia Praktyk przeżył tragedię rodzinną; myślał wtedy o samobójstwie. Z pomocą przyszła mu książka “Budda i jego nauczanie”, zaczynająca się od stwierdzenia, że życie jest cierpieniem. 

W czasie podróży autobusem, traktowanym przez Praktyka jak dom kultury na kółkach, a przez innych jak przytulna karczma służąca zabawie, pytano go, czy Budda był cierpiętnikiem. Praktykowi nie podobało się to pytanie. Uznał je za wywołane przez alkohol lub skłonność do grubych żartów. Aby zakończyć temat, odpowiedział po prostu:

– Bzdura. Kto ci to powiedział? 

Po chwili zreflektował się, że Budda – bez żadnych wątpliwości – przez kilka lat świadomie poddawał się cierpieniu, medytując i głodząc się, aby zrozumieć naturę wyrzeczeń przyjemności ciała i ducha. Wyjaśnił to pytającemu, podsumowując na końcu: 

– Był to ważny fragment jego życia. Poznał naturę tych zjawisk i to wystarczyło, aby sformułował myśl, że ani nadmierne pobłażanie sobie, ani całkowita abnegacja nie służą człowiekowi, ponieważ prowadzą do cierpienia. Według Buddy cierpienie jest wszechobecne. Człowiek cierpi, kiedy się rodzi, choruje, doznaje niepowodzeń, starzeje się i umiera. Także wtedy, gdy jest oddalony od tego, co kocha, lub jest blisko tego, co jest dla niego przykre lub wrogie.

Swoją wiedzą buddyjską Praktyk dzielił się szczerze z innymi, ale tylko wtedy, kiedy wykazywali szczere zainteresowanie. Nie zdarzało się to często. Praktyk tłumaczył sobie, że ludzie reprezentują różne poziomy otwartości i zainteresowania światem. Były to zbyt poważne sprawy, aby można było je wyjaśnić w kilku prostych słowach, dlatego Praktyk unikał przypadkowych, miałkich dyskusji.

Nomadowie wyczuwali jego słabość do buddyzmu. Niektórzy prowokowali go zadając mu dziwaczne pytania lub świadomie kwestionując jego poglądy. Czasem robili to z ciekawości, czy nie wyprowadzą go z równowagi, innym razem, aby zobaczyć jego entuzjazm. Praktyk rzeczywiście potrafił cieszyć się jak dziecko. Kiedy Inżynier zwrócił mu na to uwagę, Praktyk wyjaśnił:

– Nie przeszkadza mi, że ktoś myśli, że entuzjazmuję się jak dziecko. To wielka rzecz zachować sobie jak najdłużej świeżość i ciekawość świata, jakie ma w sobie dziecko. W zachowaniu dziecka jest naturalność i prawda, w zachowaniu osoby dorosłej dużo wyrachowania i kłamstwa. Ja staram się być jak najczęściej po tej pierwszej stronie.

Z akceptacją poglądów i przekonań Praktyka bywało różnie. Na ogół towarzysze podróży byli życzliwie do niego ustosunkowani. Byli jednak i tacy, którzy traktowali jego głębokie zainteresowanie buddyzmem jako odstępstwo od wiary chrześcijańskiej. Kindżał, Darczyńca i Szczepan lojalnie ostrzegali go o niechęci innych osób. 

Któregoś dnia, w przerwie podróży autobusem, Darczyńca poprosił Praktyka na bok i powiedział.

– Piotrze, zachowujesz się jak mnich buddyjski.

W głowie masz ciągle Buddę. Niektórzy z naszego towarzystwa śmieją się z ciebie. Uważają cię za zarozumialca. Przytoczę słowa Protezy, tego z chromą nogą:

– Ostatnio odmówił wypicia z nimi dzióbasa alkoholu. To nie wypada. Nie traktuje nas przyzwoicie. A przecież wszyscy jesteśmy ludźmi. Bez względu na to, czy ktoś jest rzezimieszkiem, właścicielką trzech kotów czy rzeźnikiem, który sam nie je wieprzowiny, bo jest wegetarianinem.

Praktyk przyjrzał się uważnie Darczyńcy. Tknęła go podejrzliwość. Nie zauważył jednak nic szczególnego; ta sama krępa sylwetka, spodenki sięgające kolan, kieszenie wypchane cukierkami, kolorowa koszulka. Wydawało się, że widzi w jego oczach iskierki życzliwości, dlatego postanowił odpowiedzieć jak najszczerzej.

– Ci ludzie musieliby się wgłębić do końca, tak jak ja, w buddyzm. Dopiero wtedy zrozumieliby, że każdy może być Buddą. Budda po prostu oznacza człowieka, który doznał olśnienia, jest oświecony, zna tajemnicę życia. Dla mnie buddyzm to filozofia życia, a nie religia.

Odc. 8 Na trasie

Szaleństwo Praktyka coraz wyraźniej rzucało się w oczy przyjaciołom, szczególnie Kindżałowi, z którym dzielił pokój w hotelach, gdzie nocowali. Także Darczyńcy, z którym najczęściej konwersował oraz Szczepanowi, lubiącemu żartować i opowiadać kawały. Martwili się o niego. Widzieli, jak coraz częściej odpływa, oddając się myślom o buddyzmie.

– Jest z nim coraz gorzej. W autobusie mało co się odzywa. Albo przysypia, albo mówi od rzeczy. Coraz mniej w nim normalności, chyba chłop dziczeje. Ostatnio dwa razy odmówił wypicia z nami kieliszka lokalnej wódki. Tłumaczył się, że wódka wywołuje w nim mdłości.

– Nie znoszę anyżku. Smakuje jak czosnek roztarty z cukrem i kapustą. Okropne świństwo.

W czasie podróży autobusem Praktyk oddawał się wspomnieniom. Zamykał oczy i wyobrażał sobie kobiety, które były jego ideałem piękna i dobra. Była w tym tęsknota za kimś bliskim i ciepłym. Niewiasty, jakie ukazywały mu się w marzeniach, miały pełne kształty, krągłe ramiona i śmiejące się oczy, najczęściej czarne i figlarne. Nie znosił nadmiernie chudych kobiet. Wzdrygnął się, kiedy przypomniał sobie grupę słynnych modelek, które na pokazie mody kompletnie nagie przedefilowały przed widzami. Ich szczupłość zszokowała go. Była chorobliwa.

Kiedy senne mary znikały, wracał do buddyzmu. Historyczny Budda nazywał się Budda Gautama i pochodził z książęcego rodu. Nigdy nie uważał się za boga ani za inną, wyższą istotę, tylko za przewodnika i nauczyciela. Miał uczniów oraz zwolenników, uznających go za także za mędrca. W 253 roku przed naszą erą Cesarz Aśoka edyktem upowszechnił buddyzm w Indiach i dopiero wtedy Budda znalazł się ołtarzu. Dla Praktyka był on odkryciem, które zmieniło jego duchowość. Kiedy mówił o Buddzie, dramatyzował, aby przesłanie trafiło także do jednostek opornych, za jakie uważał ludzi zamykających się w jednej religii z pominięciem innych. Rozmawiał o tym z Darczyńcą.

 – Filozofia buddyjska oferuje szczęście i radość. A wiesz gdzie? Tutaj, na tym padole gorzkich łez i nieczęstej radości, a nie w zaświatach, jak czynią to inne religie. Stamtąd nikt nie prześle ci nawet marnego SMS-a, aby cię pocieszyć, że coś tam istnieje. Kiedy jesteś buddystą, nie martwisz się, że umrzesz, bo koncentrujesz się na tym, co dzieje się tu i teraz.

Słysząc te słowa, Darczyńca popatrzył na Praktyka, jakby widział go po raz pierwszy.

– Dobrze, że mi to powiedziałeś. Będę miał o czym myśleć. Poczytam też sobie trochę na temat Buddy.

Praktyk zobaczył go później, jak stojąc przed autobusem tłumaczył komuś: – Indie to Indie. Tu trzeba myśleć transcendentalnie. Buddyzm to nie ceremonia klękania i modlenia się, ale rzetelnej medytacji i panowania nad sobą.

Zakupiwszy u kierowcy autobusu dwie butelki chłodnej wody mineralnej, Praktyk usiadł na swoim stałym miejscu i powiedział siedzącemu obok Kindżałowi:

– Darczyńca wyraża swoje myśli nieco chaotycznie, ale poważnie traktuje buddyzm. Mam nadzieję, że w końcu pójdzie tą samą drogą co niegdyś Budda a teraz ja.

– Czyli? – rzucił Kindżał, majstrując coś przy zdobnej rękojeści świeżo nabytego sztyletu.

– Widzieć rzeczywistość, taka jaka ona jest, a nie taką, jak nam się wydaje. To kwestia realizmu. Podam ci przykład. Ktoś mówi ci w twarz, ty złodzieju, łajdaku, oszuście, a ty przyjmujesz to spokojnie, ponieważ w głębi serca wiesz doskonale, że jesteś uczciwym i odpowiedzialnym człowiekiem. Co więcej, zamiast okazać agresorowi nienawiść i gniew, współczujesz mu, że zjadają go tak negatywne uczucia.

– To jest oczywiście ideał, do jakiego dążysz? – sugerował Kindżał, nadal pozorując majstrowanie przy sztylecie.

Praktyk popatrzył na niego z uwagą.

– Tak, zgadza się.

Pod koniec podróży autobusem Praktyk dla odmiany zajął się sprawami bieżącymi. Dla porządku stworzył sobie w głowie listę najbardziej czasochłonnych czynności dnia: pakowanie się rano i rozpakowywanie wieczorem, transfery z jednego hotelu do drugiego, zbieranie się razem i wspólna droga do ważnych zabytków, zwiedzanie ich, pilnowanie się, aby nie odłączyć się od grupy, słuchanie Przewo i robienie zdjęć. Zdał sobie sprawę, że był nieprzerwanie w ruchu, a ożywiał się najbardziej wtedy, kiedy Przewo mówił o jakimś miejscu lub pamiątce związanej z Buddą, jego wyznawcami i jego nauczaniem. Było tego niemało, choć w sumie nie więcej niż wiadro wody w wielkiej beczce w porównaniu z hinduizmem, dominującą religią Indii.

Kraj wciągał go coraz mocniej; do tego stopnia, że zaczął z obawą myśleć, czy nie dzieje się z nim coś niedobrego.

Odc. 9 Nad rzeką Bagmati

Grupa wycieczkowa znalazła się w mieście Patan na rzeką Bagmati, stanowiącym nepalski odpowiednik hinduskiego Varanasi nad Gangesem, uznawanego za święte miasto. Dla wyznawców hinduizmu to najbardziej dostojne miejsce żegnania zmarłych poprzez spalenie ich na stosie.

Patan, niegdyś zwany Lalitpur czyli „Miasto Piękna”, to jedna z dawnych stolic doliny. Leży na południe od Katmandu, po drugiej stronie rzeki Bagmati. Z dwustu trzydziestoma tysiącami mieszkańców jest trzecim, największym miastem Nepalu. Turyści odwiedzają je głównie w celu zwiedzenia wspaniałego Pałacu Królewskiego i Durbar Square. Z uwagi na wyjątkową wartość zabytków historycznych Patan znalazł się wraz z sześcioma innymi podobnymi miejscami Doliny Katmandu na Liście Światowego Dziedzictwa UNESCO.

Siódmego grudnia wycieczki Nomadowie udali się pieszo nad Bagmati, aby obejrzeć ghaty, kamienne stopnie schodzące ku rzece, na których na stosach drewna pali się ciała zmarłych. Szli wzdłuż rzeki wąską uliczką obrzeżoną kolorowymi sklepikami, promieniującymi średniowieczną atmosferą. Jej staromodny charakter naruszały produkty eksponowane na wystawach, w kolorowych, nowoczesnych opakowaniach, głównie importowane z Chin, oraz ludzie trzymający w rękach smartfony, słuchający, mówiący lub klikający w klawiaturę. Dalej, tuż nad samym brzegiem rzeki, zobaczyli przytulone do skały trzy malutkie domki, prowizoryczne konstrukcje, obwieszone starymi workami dla ochrony przed deszczem i zimnem.

Antyczność miejsca i zabudowań mieszała się z teraźniejszością ubiorów oraz towarów na wystawach sklepowych, naruszając estetyczne odczucia nieprzyzwyczajonych do takich kontrastów turystów z Nomadii. Idąc, rozmawiali o zwierzętach, jakich spodziewali się ujrzeć w czasie spaceru przy drodze, małpach, psach i jaszczurkach.

Praktyk zdenerwował się z nieokreślonego powodu.

– Ja to chromolę – zwrócił się do osób idących obok niego. – Pies, małpa, jaszczurka! – Jakie to ma znaczenie! Tu trzeba by myśleć o zmianie pojęcia czasu, na takie, w którym mieściłoby się zarówno średniowiecze jak i współczesność, starożytne żarno do mielenia ziarna jak i telefon komórkowy najnowszej generacji.

W szerszym miejscu drogi zatrzymali się i przysiedli na ławkach, aby wysłuchać wyjaśnień Przewo. Słońce świeciło prosto w oczy Praktyka, więc je przymknął. Słowa mówiącego brzmiały to silniej, to słabiej w jego uszach. Przez półprzymknięte powieki ujrzał scenę zaprzeczającą jego wiedzy o Bagmati. Przypominało to odsłonięcie kurtyny w teatrze zbrodni, gdzie zamiast sceny morderstwa ukazuje się sielski widok dzieci swawolących na wolnym powietrzu. Praktyk skoncentrował się. Widział i słyszał młodego, poważnego mężczyznę w okularach, z czarną brodą oraz kolorowymi paznokciami i biodrami kobiety nepalskiej.

– Nasza rzeka Bagmati, drodzy państwo, płynie z wysokich gór i jest jednym z najczystszych miejsc w Nepalu, o poziomie higieny, o jakim Europejczycy nawet nie marzą. Nastąpiło to dzięki zmianom jakie wprowadziliśmy w ochronie środowiska naturalnego. Zachowaniu tej czystości nie przeszkadza nawet palenie tutaj, na ghatach Bagmati, naszych zmarłych.

Praktyk zauważył, że brodaty przewodnik przyciszył głos, aby nie płoszyć nastroju świętości miejsc kremacji. Po zakończeniu wyjaśnień brodacz skinął ręką, pojawili się ludzie z tablicami reklamowymi, zachęcając mieszkańców i turystów do rezerwacji miejsc kremacji dla rodziny i dla siebie. Kiedy ludzie zastanawiali się, jak na życzenie zjawił się przedstawiciel Miejskiego Zakładu Kremacji „Śniegi Himalajów”, młody Hindus w stroju Boga Małp Hanumana, z bloczkiem formularzy rezerwacyjnych, pieczątką i dowodami wpłaty za kremację. Z torby przewieszonej przez ramię wyjął elektroniczny kalendarz pokazujący dni roku bieżącego i przyszłego.

Wezwanie przyciągnęło kilku klientów, w tym małżeństwo z wycieczki Praktyka. Po krótkich negocjacjach mężczyzna uzgodnił datę i koszt spalenia swego ciała na ghacie. Oboje przeliczyli to na własną walutę. Wydali pomruk zadowolenia, że cena usługi była niższa niż koszt śniadania w restauracji „Świat Marzeń” w centrum stolicy Nomadii. Kiedy zdali sobie z tego sprawę, mężczyzna dopędził oddalającego się pracownika Miejskiego Zakładu Kremacji „Śniegi Himalajów” i poprosił o podwójną usługę spalenia na stosie. Zadowolony pracowniku przyjął zamówienie i z uśmiechem zaoferował bezpłatne dwa miejsca dla krewnych i przyjaciół na stypie pogrzebowej. Chwilę dyskutowali o menu, małżeństwo pytało jeszcze o listę alkoholi serwowanych na stypie rodzinno-przyjacielsko-towarzyskiej, jak ją nazwał przedstawiciel Miejskiego Zakładu Kremacji „Śniegi Himalajów”.

Odc. 10 Ławka, ludzie i zwierzęta

Siedząc na ławce Praktyk widział wyraźnie rzekę płynącą czystym i rześkim nurtem. Stosy pogrzebowe płonęły tylko na dwóch ghatach obsługiwanych przez pracowników Miejskiego Zakładu Kremacji „Śniegi Himalajów”. Mówiły to duże przywieszki imienne z nazwą i logo firmy przyczepione srebrnymi agrafkami do białych fartuchów. Jeden z pracowników, wyróżniający się oryginalnym plecionym warkoczem spływającym mu na plecy z czubka głowy, pozłacanymi grabkami spychał ze stosu popiół do rzeki. Tak się wydawało Praktykowi, dopóki nie wstał i nie podszedł bliżej miejsca kremacji. Wtedy zauważył, że pod ghatą przyczepiona była na trzech skórzanych paskach czerwonoszara urna.

– Widać, że Śniegi Himalajów dbają o to, aby do rzeki nie wpadły nawet drobiny popiołu z płonącego stosu – powiedział głośno obracając się do tyłu, w przekonaniu, że razem z nim podeszli także inni uczestnicy grupy. Nikogo jednak nie zauważył, odwrócił się więc z powrotem w kierunku rzeki. Woda w niej była tak czysta, że pracownicy firmy czerpali ją dłońmi i metalowymi kubkami i przykładali do ust, aby gasić pragnienie.

Praktyk postanowił też jej spróbować. Zszedł w dół po schodkach przylegających do ghaty, nachylił się nad wodą i zaczerpnął jej do termosu wyjętego z plecaka. Spróbował i uznał, że jest ożywcza w smaku.

– Jaki ja byłem naiwny – pomyślał. – Uwierzyłem zdjęciom i opisom w Internecie, które pokazywały kawały niespalonego drewna w wodzie przypominającej brunatnoszary ściek.

Zdał sobie sprawę z siły złudzeń tworzonych przez celowo skonstruowane, oszukańcze przekazy internetowe. Postanowił zapisać swoje odkrycia. Wyciągnął z plecaka zeszyt i długopis, i zaczął notować.

– Woda w Bagmati tuż przy ghatach jest doskonałej jakości. Wodę tę butelkuje się i rozsyła po całym świecie, ponieważ zaspokaja pragnienie lepiej niż słynna Coca-Cola.

Ostatnią informację kilka minut wcześniej przeczytał na tablicy informacyjnej. Zastanawiał się, co jeszcze powinien zanotować. Nic nie przychodziło mu do głowy. Popatrzył w górę rzeki, skąd było słychać krzyki małp. W oddali widniały zielone rozłożyste drzewa z tak płaskimi wierzchołkami, jakby je celowo przycięto. Postanowił przejść się w tamtym kierunku. Uszedł zaledwie kilka kroków, kiedy – jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki – pojawili się przed nim dwaj mężczyźni w białych fartuchach Miejskiego Zakładu Kremacji „Śniegi Himalajów”. Trzymali w rękach transparent z napisem „Coca-Cola to przeżytek. Pij Bagmati Water, najzdrowszą wodę na świecie”. Byli młodzi i podobnie jak pracownik na ghacie mieli na głowach plecione warkocze opadające im na plecy. Praktyk zatrzymał się, aby się przyjrzeć i zrobić im zdjęcie.

Wkrótce dołączyła do niego reszta wycieczki. Stanęli grupą naprzeciwko drugiej ghaty, na której właśnie podpalono stos drewna. Był chyba wcześniej polany benzyną albo umieszczono w nim jakiś materiał łatwopalny, ponieważ w ciągu minuty płomienie rozhulały się jak wielki pożar. Obok pracowników Miejskiego Zakładu Kremacji „Śniegi Himalajów” stali członkowie rodziny, przyjaciele i znajomi zmarłego i czekali cierpliwie zbici w kupki i milczący. Ból i cierpienie malowały się na ich twarzach. Kiedy zwracali się do siebie, składali razem dłonie i pochylali nieznacznie głowę w rytualnym pozdrowieniu „namaste”.

– A ja słyszałem, że oni na pogrzebach stoją jak na przystanku autobusowym, rozprawiają o polityce, opowiadają sobie kawały i czekają na stypę pogrzebową – Inżynier skierował te słowa do stojącego obok Fotografa ubranego w kraciastą koszulę hawajską, jasne krótkie spodnie i sandały, i trzymającego w ręku kosztowną kamerę fotograficzną.

Po kilku minutach Przewo dał znak chorągiewką i ruszyli w dalszą drogę. Posuwali się w górę rzeki wzdłuż jej lewego brzegu wypatrując zabiedzonego psa i wychudłej rudej małpy, które stanowiły atrakcję turystyczną. Zobaczyli zwierzęta minutę później; były dobrze odkarmione i spoczywały nie na stosie brudnych liści czy szmat, ale na porządnych słomiankach, zadowolone ze swego losu. Pies, starannie przystrzyżony biały pudelek, miał na szyi obrożę wysadzaną półszlachetnymi kamieniami. Obok niego stała miseczka ze świeżą kością i druga z czystą wodą.

– Mieszkańcy miasteczka wyraźnie kochają zwierzęta i dbają o nie – Praktyk nie miał co do tego wątpliwości. Wyraził to głośno przekonany, że pozostali uczestnicy wycieczki nie wiedzieli o tym.

Odc. 11 Płonące ghaty

Obudziło go łomotanie blachy o coś bardzo twardego, cała seria dźwięków. Praktyk przetarł oczy i popatrzył w kierunku rzeki. Był zły na siebie, że przysnął. Pamiętał jeszcze trzy sceny niezwykłego snu: sylwetki spokojnych pracowników z Miejskiego Zakładu Kremacji „Śniegi Himalajów, czyste wody Bagmati i zadbane zwierzęta. 

Na drugim brzegu rzeki, na daszku osłaniającym dogasający ogień na ghacie, siedziała małpa i w napadzie zwierzęcego amoku tłukła o dach naderwanym kawałem blachy. Mężczyzna przyglądał jej się jakiś czas i widząc, że nie zamierza skończyć swojej szalonej rozrywki, przeniósł wzrok na rzekę. Zauważył, że całkowicie się zmieniła; stanowiła teraz jeden wielki bury ściek. Wody w niej było tak mało, że widać było sterczące z dna szczapy nadpalonego drewna, wokół których prześwitywały plamy brudnego piachu. Była rozlazła i wyglądała nieświeżo jak stęchła zupa warzywna. Dwa jaśniejsze ostre kształty przypominały nadwątlone ogniem ludzkie kości udowe. Praktyk żałował, że nie zabrał ze sobą lornetki, aby przyjrzeć się im z brutalną dokładnością.

Patrząc ukośnie przez rzekę na przeciwległy brzeg rzeki, zauważył dogorywające płomienie stosu kremacyjnego na ghacie numer dwa położonej poniżej budynku przypominjącego zaniedbaną świątynię. Za chwilę ogień już tylko tlił się. Mężczyźni obsługujący stos kremacyjny zaczęli spychać ostrymi drągami jego pozostałości do rzeki. Pracowali systematycznie, kawałek po kawałku, bez pośpiechu. W wodzie lądowały dymiące jeszcze kawałki drewna jak i niekształtne fragmenty kości, głośno sycząc i buchając parą.

Po usunięciu resztek stosu mężczyźni schodzili po schodach na brzeg rzeki, zanurzali w niej wiadra i czerpali wodę, aby wróciwszy polać nią rozgrzaną powierzchnię betonowej płyty. Wywoływało to natychmiast ogromną, syczącą chmurę pary wodnej. Zanurzeni w szarym obłoku kończyli pracę ścierając ghatę szerokimi szczotkami umocowanymi na długich kijach. W powietrzu roznosił się odpychający zapach spalenizny drażniąc nos, oczy i usta. Zafascynowany sceną sprzątania ghaty podszedł bliżej, aby przypatrzeć się pracownikom. Obydwaj byli dobrze zbudowani i krępi. Pochodzili z najniższej kasty sprzątaczy brudów i czyścicieli. Z tyłu głowy mieli rzadkie i zaniedbane kosmyki włosów; był to ich znak rozpoznawczy.

Teren za ghatą wznosił się lekko w górę. Przy długiej ławie osłoniętej daszkiem zebrała się grupka kobiet, dzieci i mężczyzn w różnym wieku. Praktyk domyślił się, że była to rodzina, przyjaciele i znajomi zmarłej osoby. Zebrani spokojnie rozmawiali ze sobą, na ich twarzach nie było widać smutku, skupienia czy napięcia.

Po inspekcji prawobrzeżnej ghaty, gdzie kilkadziesiąt minut wcześniej płonął stos z ciałem okrytym białym prześcieradłem, Praktyk razem z przyjaciółmi wrócił na lewy brzeg, aby odbyć spacer w górę rzeki. Wkrótce napotkali braminów siedzących w kucki na dwóch okrągłych betonowych płytach ustawionych między krawędzią wody a wąską uliczką. Towarzyszy im dwie zwyczajnie ubrane osoby. Obydwaj bramini mieli na sobie kolorowy sznur przewieszony przez prawe ramię i wchodzący pod pachę. Siedząc w kucki, odprawiali ciche modły razem z rodziną zmarłego. Ceremoniałowi towarzyszyły krzyki małp skaczących po drugiej stronie uliczki, ukrytych w poskręcanych chaszczach i drzewach.

– W tym, co widzę, mniej jest religijnego obrządku, a więcej rutyny wypełniającej czas oczekiwania na spalenie zmarłego na stosie – Inżynier, uważny obserwator rzeczywistości, nie powstrzymał się od komentarza. Nikt nie potwierdził ani nie skomentował jego obserwacji; milczenie grupy Inżynier przyjął jako formę niezgody wobec jego opinii.

W hotelu Praktyk dokonał krótkiego wpisu w swoim notatniku podróżnym:

– Palenie zwłok na rzecznych ghatach to ważna część tradycji także Nepalu. Trwa ona od wieków. Kiedyś nie miało to znaczenia dla rzeki, ponieważ pochówków było mało. Teraz, kiedy ich ilość powiększyła się wielokrotnie, nabrało to zupełnie innego wymiaru. Niegdyś żywa i naturalnie piękna rzeka Bagmati płynąca przez miasto Patan stała się obrzydliwym i martwym ściekiem. Mogę to zaświadczyć osobiście, a nawet udokumentować zdjęciami.

Po kolacji w restauracji hotelowej Praktyk otrzymał nieoczekiwaną propozycję od Kindżała, miłośnika i zbieracza inkrustowanych sztyletów i noży, aby udać się do pokoju czterysta dwadzieścia.

– To wezwanie sponsora imprezy rozrywkowej pod tytułem „No, to teraz chłopcy po małym dzióbasie”- Wyjaśnił przyjaciel uśmiechając się tajemniczo.

Wskazany pokój mieścił się na czwartym piętrze hotelu, w którym mieli nocować. Aby wejść, trzeba było zapukać trzy razy w określony sposób. Był to pokój Darczyńcy. Rozmowa zeszła na wrażenia dnia. To, co mieli okazję obejrzeć, były to najprawdziwsze ghaty, uświęcone wielowiekową tradycją miejsca palenia zwłok, oraz ceremoniał kremacji. Tego dnia, w czasie ich pobytu na rzeką, odbyły się tylko dwie kremacje.

Odc. 12 Patan i Bhatapur 

Na ulicach miasta Patan rządził transport. Ludzie i towary przemieszczały się w tysięcznych kierunkach. Nie było osób, które by gdzieś nie jechały, ani towarów, których by ktoś gdzieś nie przewoził. Przejazdy osób, w ilości do czterech, odbywały się na motocyklach. Motocyklista plus trzy osoby z tyłu to była wysoka forma ekwilibrystyki. Nomadowie zatrzymywali się przy krawężniku, patrzyli i podziwiali. Ulicami pędzili ludzie na rowerach, rykszach nożnych i motorowych wyposażonych w terkoczący i śmierdzący silniczek, wózkach ciągniętych przez człowieka-kulisa oraz wózkach ciągniętych przez konie lub wielbłądy.

System obsługi technicznej transportu był zdumiewająco prosty i przejrzysty. Nie było problemu, kiedy coś się zepsuło. Jadąc autobusem przez miasto Nomadowie co raz to mijali kawałek ziemi, mały placyk, wnękę w budynku, szopę lub otwarty garaż ze stojącymi i leżącymi rowerami, motorowerami, motocyklami i rykszami. Były to uliczne warsztaty naprawy i konserwacji urządzeń technicznych.

Praktyk jak zwykle miał coś do powiedzenia. Jednym się to podobało, inni pozostali obojętni, jeszcze inni milczeli wymownie, ponieważ wyraził tę samą myśl już wcześniej, nad rzeką Bagmati, kiedy zwiedzali świat ręcznych krematoriów na ghatach.

– Tutaj to tylko ludzie i samochody reprezentują współczesność, reszta to średniowiecze i wieki wcześniejsze.

Najwspanialsze były zabytki historyczne. W odróżnieniu od Indii, zabytki Nepalu przypominały cacuszka świeżo wyjęte z pudełka, w nienaruszonym stanie, idealnie utrzymane. Praktyk tłumaczył to sobie oddaleniem Nepalu od zaborczego Imperium Brytyjskiego. Niewielki górski, ubogi kraj nie interesował imperium. Anglicy skolonizowali Indie i tym się zadowolili. Nepal pozostał na uboczu. Nawet walki między lokalnymi władcami nie spowodowały większych zniszczeń w dorobku materialnym kraju; walczący najczęściej reprezentowali tą samą kulturę i tą samą religię.

Praktykowi historyczny i buddyjski Nepal podobał się o niebo bardziej niż Indie. Cieszył się, że prawie połowa czasu wycieczki przypadła na zwiedzanie Nepalu.

Większość Nomadów uwieczniała oglądane zabytki w mieście robiąc zdjęcia aparatem fotograficznym, smartfonem lub nagrywając sceny i widoki kamerą video. Czyniono to w pośpiechu, każdy się spieszył. W trakcie zwiedzania Inżynierowi wysiadł aparat fotograficzny, prawdopodobnie wyczerpała się bateria. Właściciel sprzętu gorzko złorzeczył, niewspółmiernie do problemu. Nie przeklinał jednak martwego przedmiotu, o którym mógł powiedzieć, że jest bezduszny i głupi jak but, ale siebie, że nie zabrał zapasowej baterii.

Późnym popołudniem Nomadowie oglądali misy lecznicze zwane „singing bowls”  czyli śpiewającymi misami, ręcznie kute ze stopu siedmiu metali. Uderzone drewnianym młoteczkiem misy wydawały z siebie niezwykle długi, pulsujący i przejmujący metaliczny dźwięk. Po napełnieniu wodą, okrążanie misy po wewnętrznej krawędzi drewnianą rolką wywoływało burzenie się wody. Tworzyła ona żywe rozpryski prawie przelewając się na zewnątrz.

Wieczorem w hotelu Nomadowie oceniali, jak przeżyli dzień. Rozpierały ich pozytywne uczucia, żartowali.

– Zmęczyło nas to zwiedzanie. Stanowimy kwiat dojrzałości, który, jak wiadomo, ma skłonność do więdnięcia, także na świeżym powietrzu.

Najgorzej wypadł Kantyna, który słaniał się jak podtruty.

– Każdemu może uderzyć do głowy świeże górskie powietrze – wyjaśnił, przysiadając po kolacji w hallu przy ozdobnym kominku.

Twierdził, że usiadł dla relaksu. Na początku wszyscy myśleli, że mówi prawdę, ponieważ wyglądał blado, co sam interpretował jako oznakę powagi. Proteza uznał, że jego niezwykła bladość, którą nazwał organiczną – mają się do siebie jak pięść do nosa. Wierzono mu, ponieważ miał za sobą bliżej nieokreślone wykształcenie medyczne. Inni woleli interpretować zdarzenie na korzyść Kantyny.

– Nie można być krytycznym wobec krajana w obcym kraju zwłaszcza wśród tubylców, dla których alkohol nie jest najwyższym osiągnięciem cywilizacji. To niepatriotyczne zachowanie – były to słowa Wysokiej z Kokiem. Przyjęto je jako wyrzuty sumienia kobiety, która regularnie krytykowała Kantynę.

Jego zachowanie się w obcym kraju, gdzie na człowieka działają różne siły przyrody i cywilizacji, było problematyczne. Na skrzydłach niepewności wyrosła dyskusja o moralności, alkoholu, miłości bliźniego oraz paleniu na stosie. Niektórym Nomadom nadużywanie alkoholu kojarzyło się z Inkwizycją. Był to dla nich temat szczególnie bolesny w Nepalu, kraju, gdzie społeczeństwo jest tolerancyjne i bez kłopotów respektuje odmienne postawy etyczne i religijne.

– Takiego zamieszania postaw i poglądów nie sposób rozwikłać – Praktyk zdobył się na ubogie podsumowanie. – Czuję się analfabetą, a nawet ślepcem błądzącym po omacku w gęstwinie ludzkich słabości, zbuntowanych sumień i zdeformowanych przekonań – usiłował ratować się wykazując skruchę. Aby zakończyć mroczny temat pijaństwa i Inkwizycji przedstawił poemat zatytułowany „Francisco Goya”:

Gdy umysł zasypia, budzą się potwory,
zaludniają rozpierzchłych pagórów ugory,
serce zbroi się w kaptur i zgęstniałą togę;
prawda nie spłonie – ja płonąć mogę.

Sędzią mnich obłąkany miłością do Boga,
kielich dym napełnia, unosi go trwoga.
Na płomiennych ołtarzach łkają innowiercy,
milknące oczy bluźnią samemu bluźniercy.

Odc. 13 Wracające wspomnienia

Alkohol wypity na czwartym piętrze sprowokował wspomnienia. Tematem było pierwsze spotkanie na stołecznym lotnisku przed odlotem do Indii. Kiedy przedstawiciel agencji turystycznej powiedział, że grupa trzynasta liczy równe trzydzieści osób, intuicja szepnęła Praktykowi do ucha, że ma to ukryte znaczenie. Nie miał czasu zastanawiać się nad tym, ponieważ zaabsorbował go skład wiekowy grupy. Podzielił ją na proste kategorie statystyczne. Liczenie, dzielenie, komponowanie i dekomponowanie było nawykiem, z którym bezskutecznie walczył. Faktem było, że był mocny w statystyce i lubił liczby. Miał też swoje argumenty. Uważał, że liczby kwantyfikują rozumienie rzeczywistości, ułatwiając jej dokładniejsze poznanie. Jeszcze przed odlotem, kiedy już się trochę rozkręcili, wdał się w dyskusję na ten temat.

– Mówimy przykładowo, że większość Nomadów to ludzie wierzący. Co w tym wypadku znaczy „większość”? Równie dobrze jest to pięćdziesiąt jeden procent jak i dziewięćdziesiąt dziewięć procent. Dopiero jak ustalisz, że osoby wierzące stanowią osiemdziesiąt trzy procent społeczeństwa, to dopiero wtedy wiesz, na czym stoisz. Statystyka to liczby, fundament rozumienia świata.

Nie uzyskał szerszego uznania, nie mówiąc o poparciu. Większość Nomadów wierzyła, że ludzie używają statystyki dla udowodnienia jakiejś prawdy, która jest im na rękę. Wezwanie do wchodzenia na pokład samolotu uniemożliwiło dalszą rozmowę.

W samolocie przypadło mu miejsce obok kobiety należącej do grupy trzynastej. Zwrócił na nią uwagę już na lotnisku. Jej kruczoczarne włosy były upięte na szczycie głowy w wymyślny kok. Wyglądała z nim ekscentrycznie. Nazwał ją w duchu czarną blondyną, kiedy siedząc obok zauważył, że jej włosy u samej podstawy były bardzo jasne. Była naturalną blondyną. Pomyślał wtedy, że jest barwionym lisem i ma podwójną osobowość, jedną na pokaz i drugą ukrytą.

Kilka dni Praktyk później dowiedział się, że zagłodziła na śmierć swego męża, kiedy przegrał w karty większą część majątku, jaki w posagu wniosła do małżeństwa. Uznał to za plotkę, bo nie wyobrażał sobie, w jaki sposób żona może zagłodzić męża we współczesnym małżeństwie. Tak czy inaczej, jej mąż już nie żył, nie było więc możliwości sprawdzenia, jaka była prawda.

Od czasu jak wystąpiła w jego obronie w czasie głośnej dyskusji, pamiętał jej imię: Anita. Był jej to winien.

– W trakcie tej dyskusji, kiedy uznano, że nie mam racji, a Wysoka z Kokiem ujęła się za mną, moja pamięć otrzymała stymulującego kopa. Zapamiętałem jej imię i to chyba na zawsze. To jeszcze jeden przykład jak mózg kojarzy imię z osobą. Nie tylko wygląd i twarz człowieka, ale i czyn, tworzą połączenia neuronowe w mózgu – Praktyk wywnętrzał się wieczorem w pokoju licząc na Kindżała, że podejmie rozmowę.

Nie miał szczęścia. Kolekcjoner zdobnych sztyletów tak był pochłonięty oglądaniem pod lupą finezyjnego wykończenia kolejnego nabytku, że nawet nie zwrócił uwagi na jego słowa. Zdegustowany brakiem zainteresowania, Praktyk pomyślał, że nigdy nie wiadomo, co tkwi w głowach ludzi połączonych przez los wspólną wyprawą do Indii.

– Ludzie to bajarze, zmyślacze i zwariowani kolekcjonerzy – powiedział Kindżałowi i ten się zgodził.

Wobec milczenia przyjaciela w sprawie Wysokiej z Kokiem, Praktyk wrócił do podziału statystycznego Trzynastki. Najliczniejszą kategorię stanowiły osoby między czterdziestym a sześćdziesiątym piątym rokiem życia. Było ich dwadzieścia trzy.

– Czyżby tylko ludzie w wieku średnim i przedemerytalnym byli ciekawi świata? – Praktyk zastanawiał się głośno, jak to jest możliwe.

W kategorii powyżej sześćdziesięciu pięciu lat było tylko pięć osób. Poza trym były dwie nieprzyzwoicie młode osoby, para kochanków poniżej trzydziestki. Praktyk uznał, że społeczeństwo potraktowało tę dwójkę jak wyrzutków.

– Zamiast docenić i zatrudnić w gorącej końcówce roku ten rezerwuar młodości, wysyłają go w delegację na odległy kontynent, gdzie ludzie umierają młodo. Tak jakby chciano ich nastraszyć, aby szybciej wpłacali składki emerytalne, ponieważ nie zostało im wiele do przeżycia – tłumaczył Kindżałowi.

Odc. 14 Przewo i grupa

Nomadowie szybko zadomowili się w grupie i chętnie utrzymywali ze sobą kontakty.

– Chyba dlatego, że nie muszą spędzać ze sobą pozostałej części życia, tylko kilkanaście dni – ocena Kantyny była nie tylko cyniczna ale i śmierdziała alkoholem.

Mogła być w tym cząstka prawdy. Atmosfera w grupie była jednak pozytywna, oparta na wzajemnym szacunku. Fundamentem była wspólna pasja zwiedzania zabytków i dokumentowania tego maksymalną ilością zdjęć. Nie wszystko ich jednak łączyło. Oprócz dobrych chęci, przywieźli ze sobą także sporą dawkę nieżyczliwości i niezrozumiałej obcości. Lubili krytykować; ta skłonność pojawiała się niejednokrotnie. Niektórzy wycieczkowicze twierdzili, że jest to wada narodowa. Mówili to czasem takim tonem, jakby nie miało to dla nich znaczenia.

Krytykując innych, Praktyk nie dostrzegał belki we własnym oku.

– Mam wrażenie, że dla naszego towarzysza podróży Rasputina, ważniejsze niż zwiedzanie zabytków jest uwiecznianie się na zdjęciach na tle świątyń i świętości, świętych krów, świętej rzeki Ganges, tubylców, a nawet większego słupa ogłoszeniowego. On nawet nie słucha niezwykłych historii opowiadanych przez Przewo – oznajmił Kindżałowi, z którym los każdego wieczoru łączył go wspólnym pokojem hotelowym. Tolerancja wzajemnych odrębności pozwoliła obydwu mężczyznom zachować spokój ducha.

Każdego dnia rano, przed wyjazdem autobusem na zwiedzanie zabytków lub w dalszą podróż , Przewo z powagą sprawdzał listę obecności.

Osoba, której nazwisko wyczytywał, odpowiadała lakonicznym „Jestem”, ewentualnie „Obecny”. Czasem zniecierpliwiony uczestnik wycieczki odpowiadał pytaniem: „Przewo, dlaczego stale pytasz mnie o to samo? Przecież widzisz, że jestem!”.

Praktykowi przyszło na myśl, że w Indiach poddańcze oświadczenie „ Jestem”, „Obecny” czy rzadziej „Do usług” stanowi część spadku po imperialistach brytyjskich, usiłujących zrobić z podbitego narodu potakiwaczy i służalców. Myśl wydała mu się przesadna i niestosowna; porzucił ją z obawy, że skazi jego umysł nieznaną psychiczną toksyną.

Co do sprawdzania obecności przez Przewo, opinie Nomadów były takie, że czynił to nawyku albo z potrzeby serca. Rzeczywistość była bardziej prozaiczna, wręcz bolesna.

– Woli dmuchać na zimne – oznajmił Inżynier zza pleców innych osób w czasie porannego rytuału odliczania.

Jak się okazało, kiedyś jeden z uczestników jego grupy zgubił się i odnalazł dopiero po dwóch latach, tak bardzo odmieniony, że nie poznał go nikt z rodziny ani przyjaciół. Historię ze szczegółami znał Inżynier. Wedle jego wyjaśnień, zaginiony mężczyzna zgubił się wskutek upojenia alkoholowego i długi okres nieobecności spędził w północnych Indiach na ulicach i w aśramie, dzięki czemu z gwałtownika i pijaka stał się uduchowionym ascetą.

– Najciekawsze było to, co stało się później – podsumował Inżynier. – Po krótkim pobycie w kraju ojczystym ten człowiek wrócił do Indii, przedstawiając doprawdy oryginalne wyjaśnienie:

– Nie pasuję już do naszego społeczeństwa, rozbudzonego i pozytywnego w ogólności, lecz zatrutego pesymizmem i narzekaniem, w dodatku łatwego do kupienia tanimi obietnicami.

Odc. 15 Widok na Himalaje

Nagarkot to wioska położona w środkowej części Nepalu na wysokości dwóch tysięcy dwustu metrów nad poziomem morza. Jej nepalska nazwa na tablicy informacyjnej wyglądała tak egzotycznie i skomplikowanie, że niejeden turysta dziwił się, jak można nauczyć się takiego języka.

Wioska liczyła sobie osiemset gospodarstw domowych i cztery i pół tysiąca mieszkańców, w równych częściach mężczyźni i kobiety. Przewo twierdził, że turyści z całego świata ściągają do niej, aby nacieszyć oczy najpiękniejszymi widokami gór. W przejrzysty dzień można było zobaczyć nawet Mount Everest i inne ośnieżone szczyty wschodniego Nepalu. Sława Nagarkot najmocniej wiązała piękne widoki ze wschodem słońca.

Do Nagarkot Nomadowie dotarli po męczącej podróży autobusem wąską, przeważnie marnej jakości nieasfaltowaną drogą. Na miejscu okazało się, że nie ma dla nich pokoi w hotelu, gdzie mieli rezerwację. Przez kilka minut Przewo wykłócał się z właścicielem. Ponieważ nie rokowało to żadnych nadziei, zachęcany przez kilka osób z grupy szybko zmienił decyzję:

– Jedziemy do drugiego hotelu. Mam tu jego adres.

W światłach nocy hotel, murowany surowy budynek na stoku góry, wyglądał jak nowa szopa na sprzęt rolniczy. Mieli szczęście, w końcu, nie bez trudu znaleźni odpowiednią ilość wolnych łóżek. Kolację zjedli w restauracji „Kosmiczna Góra”, po czym udali się do wyznaczonych pokoi.

Panowało w nich wyjątkowe zimno. Łóżko Praktyka okazało się twarde i płaskie jak worek z piaskiem przygnieciony płytą betonową. Aby nie przeszkadzać Kindżałowi paleniem światła, Praktyk robił notatki w łazience. W rurach woda wydawała dźwięki podobne do brzęczenia komara-wampira szukającego świeżej krwi. Do snu podróżnik ułożył się w zielonej koszuli z długimi rękawami, na którą nałożył piżamę. Na goleń lewej nogi naciągnął ocieplacz z wełny przypominający rurę wykonaną z surowej wełny. W nocy zaczęły mu marznąć stopy, założył więc jeszcze skarpety.

Recepcjonista zbudził wycieczkę o godzinie piątej czterdzieści pięć, aby obejrzeli wschód słońca, mający nastąpić pół godziny później. Miało być rewelacyjnie. Wszyscy przyszykowali sobie aparaty fotograficzne, kamery video i smartfony, i ostrzyli sobie z zęby na niesamowite widoki, jakie im zapowiedziano. Droga ku wschodowi słońcu wiodła przez schody, drabinę i dwa dachy. O godzinie szóstej rano byli już w punkcie obserwacyjnym. Był to dach w formie tarasu z barierkami zdolny pomieścić kilkanaście osób. Stał tam stolik, dwa kloce drzewa i jakieś graty. Wschód słońca miał nastąpić punktualnie o godzinie szóstej piętnaście, siedzieli więc lub stali i czekali.

Wschód słońca okazał się niewypałem. Słońca zobaczyli tyle, co kot napłakał, ponieważ niebo cały czas było zaciągnięte chmurami i zamglone.

Godzinę później Nomadowie jedli śniadanie w restauracji hotelowej. Przewo zdecydowanym głosem wydał polecenie kelnerom, aby zabrali Kantynie drugi kufel piwa o pojemności trzy czwarte litra. Dla łatwiejszej identyfikacji określił go jako „ chudego faceta z wiecznie zamglonymi oczami”.

– Chłop urodził się na bagnach, to nie jego wina, że jego oczy nie mają blasku. Podobnie dziecko górnika nie może odpowiadać za to, że ma oczy czarne jak węgiel – Praktykowi łatwo przyszły perwersyjne skojarzenia; rozważnie nie podzielił się nimi z innymi osobami z wyjątkiem Kindżała. – Jestem surowy i okrutny – pomyślał o sobie – jak otaczające nas Himalaje.

Kantyna obraził się i wyszedł zostawiając niedopite piwo w kuflu. Był „intoxicated” jak mówili o nim lokalni mieszkańcy. Poruszał się wodząc wokół błędnym wzrokiem, powoli i niepewnie stawiał nogi. Kilka dni wcześniej zostawił w restauracji hotelowej torbę z dokumentami i pieniędzmi. Dla Przewo był jak ból głowy po przepiciu, a dla grupy był źródłem niepokoju. Gdyby zagubił się, wszyscy musieliby czekać na jego odnalezienie, aby móc ruszyć dalej.

Nagarkot Praktyk opuszczał pod wrażeniem, że budynki, wnętrza, wyposażenie i cała atmosfera tej miejscowości są wyjątkowo siermiężne w swej surowości, podobnie jak otaczające je zimne szczyty Himalajów. Kiedy czekali na autobus, rozmowa zeszła na temat lokalnych zwyczajów związanych z narodzinami dziecka. Wysoka z Kokiem wspomniała, że w Nepalu imiona nadaje się dzieciom według daty kalendarza księżycowego, głowa dziecka jest golona a na nim samym dokonuje się ceremoniału karmienia ryżem. W ciągu kilku dni po urodzeniu dziecka matce nie wolno przyjmować gości. Między czwartym a dwunastym dniem po urodzeniu rodzina świętuje „machu bu benkyu”, ceremonię, w czasie której dziecko przedstawia się ojcu i reszcie rodziny. Rodzice otrzymują wtedy gratulacje i upominki.

Odc. 16 Fantazje i Park Narodowy Chitwan

Wracając trzęsącym autobusem z wysokich partii Himalajów Praktyk oddał się rozważaniom egzystencjalno-filozoficznym. Zimno i niepowodzenia nocne przyprawiły go o chandrę. Chodziło mu o wolny czas. Do głowy przyszły mu porównania bycia wolnym: dorosły człowiek bez obowiązków, dziecko bawiące się na placu zabaw oraz zwierzę pasące się na pastwisku.

Dla Grupy 13 czas wolny właściwie nie istniał. Rozmywał się w rutynie codziennych czynności i wielości odwiedzanych miejsc. Z pokoju hotelowego Nomadowie udawali się do restauracji lub baru na śniadanie, wracali do pokoju, zabierali bagaże i schodzili lub zjeżdżali windą do holu, z holu do autobusu, z autobusu do pierwszego zwiedzanego obiektu, potem następnego. Wczesnym popołudniem korzystali z przerwy na posiłek, po czym udawali się zwiedzać kolejny obiekt i tak do późnego popołudnia lub wieczora, kiedy wyjeżdżali do innego hotelu najczęściej w innej miejscowości. Przybywszy na miejsce, po zagospodarowaniu się w pokojach, zostawał im jedynie czas na obiadokolację, rzadziej na wyjście na zewnątrz i włóczenie się po ulicach.

Wieczorem, jeśli miał szczęście, Praktyk zdążył napisać jeden lub dwa emaile z pozdrowieniami oraz połączyć się przez Skype na kilka minut z rodziną. Po powrocie do pokoju kolejność działań nie mogła być prostsza: prysznic, lulu i sen, a od rana nowa rutyna dzienna.

Praktyk nie lubił myśleć o nocy i śnie. Nie była to czynność, w której celował, wyróżniając się pozytywnie z wielomilionowego tłumu nieszczęśników cierpiących na całym świecie na bezsenność. Uczciwiej byłoby powiedzieć, że źle sypiał, co odrabiał drzemiąc w autobusie w trakcie licznych przejazdów. Nie był w tym wyjątkiem.

Na terenie Parku Narodowego Chitwan podróżnicy mieli spędzić dwa dni. Park należał do światowej klasy zabytków UNESCO i urzekał naturalnym pięknem dziewiczej przyrody. Położony między dolinami rzecznymi miał ponad dziewięćset kilometrów kwadratowych powierzchni. Teren był pagórkowaty, przepływały przez niego trzy rzeki, Narayani, Rapti i Reu, utrzymując w dobrej kondycji bagna i mokradła. Większość parku porastały drzewa damarzyka mocnego, na suchszych wzniesieniach rosły sosny, było także sporo palm. Na wilgotniejszych stokach zachwycała różnorodność gatunków bambusa.

Pierwszym punktem zwiedzania był spływ kajakowy. Płynęli rzeką Rapti po dwie osoby w kajaku. Oprócz ptaków, widzieli tylko dwa lub trzy gawiale wylegujące się na brzegu. Dla ludzi nieobytych z dziką przyrodą była to niezwykła była bliskość; niebezpieczne zwierzęta żyjące na wolności kilkadziesiąt metrów od człowieka. Lokalny przewodnik wyjaśnił, że rzeka staje się coraz uboższa w wodę, klimat coraz bardziej suchy, a gleba bardziej pylista.

Płynąc kajakiem przez park wycieczkowicze komentowali kształty drzew, krzewów i skał. Niektórych mężczyzn ogarnął stan dziwnego podniecenia: bambusy kojarzyły im się seksualnie. Kobiety rozważnie milczały na ten temat. Żartownisie przerzucali się słówkami i przysłowiami ponad głowami towarzystwa, odkrywając podobieństwa natury do organizmu ludzkiego.

– Bambus swoją prostotą kojarzy mi się mniej z męskością a więcej ze zwierzęcością. Kiedy nachodzą mnie chwile jędrności, mówiąc to myślę o czymś bardziej wymownym niż bicie kogoś po pysku, to czuję wnikające we mnie zwierzę. Znaczy się samca, który odmawia opuszczenia mego wnętrza dopóki nie nasyci się zabawą na aksamitnej łące kobiecości. Najczęściej jest to tygrys, rzadziej dzik, najrzadziej mocarny słoń. Ale i to się zdarza – intensywnie improwizował Rasputin, rozglądając się po okolicy rozkojarzonym wzrokiem.

Kiedy wygłosił zaskakującą tyradę, mężczyźni obrzucili go spojrzeniami pełnymi zdumienia i podziwu. Był to moment powszechnego zrozumienia, dlaczego nosił takie imię.

– Ty to chyba często masz takie zwierzęce myśli, Rasputinie. Że też nie przejrzałam cię wcześniej – odezwała się Wysoka patrząc nad jego głową w dal, w kierunku zakola rzeki, gdzie nastąpiło jakieś poruszenie. – Zastanawiam się, skąd bierze się w tobie tyle energii. Chyba jesz dużo słodkiego ciasta albo makaronu, produktów bardzo energetyzujących. Nie zrozum nie źle. Mówię to poważnie, absolutnie nie jestem krytyczna, wręcz przeciwnie, bo i ja lubię słodycze oraz makaron ciągnący się długimi nitkami. W takich momentach, po najedzeniu się, wzruszam się i też oddaje się podobnym marzeniom, z tym że we mnie wstępuje łania. Myślę wtedy o uległości, dziwnej nieco, ponieważ czasem chciałoby mi się skubnąć to i owo, schwytać a nawet zerwać, jakiś kwiat lub ziele, a nawet dotknąć czegoś serdecznie gorącego. Oddycham wtedy szaleńczo, pełnymi piersiami, czując bardziej niż wiedząc, że jest to efekt działania hormonów: dużej dawki estrogenu i małej dawki testosteronu. Każda kobieta ma to w sobie. I dzięki Bogu. Po wypaleniu się w ogniu namiętności zagłębiam się, jeśli tyko mam chęć, w fantazje ero. Niemało też czytałam na ten temat.

Nomadzi bez wyjątku przyjęli życzliwie spontaniczny wybuch fantazji kobiety, o której wiedzieli, że przez kilka lat poważnie zaniedbywał ją mąż-hazardzista. Kiedy przegrał w karty jej posag małżeński, miara jej cierpienia przebrała się i kobieta usunęła go raz na zawsze ze swego życia.

– Wysoka! – odezwała się siedząca z nią w jednej łodzi Wizażystka. – Jak ja ci zazdroszczę tak bogatych choć trudnych przeżyć. Ja od roku nie mam nikogo, kto by mnie zdradzał z kasynem, ręcznym bandytą, zielonym stolikiem karcianym, pokerem, czy nawet bukmacherem na wyścigach konnych. Tak mi brakuje tej serdeczności, poczucia bycia z mężczyzną nieobliczalnym, kochającym hazard, konie, ryzyko, przestrzeń i pieniądze. – Wizażystka przestała poruszać wiosłami i odchyliła się do tyłu. – Przepraszam, rozmarzyłam się do szaleństwa. Nie jestem w stanie wiosłować. Jak to dobrze, że płyniemy z biegiem rzeki.

Wypowiedź obydwu kobiet, zwłaszcza Wizażystki, rzadko odzywającej się publicznie, zachwyciła mężczyzn. Przyglądali jej się, niektórzy dopiero teraz zauważyli jej imponująco przemyślny makijaż, z mikroskopijnymi widoczkami drzew pod oczami i na policzkach oraz takimiż figurkami zwierząt na paznokciach. 

Po zakończeniu spływu kajakowego Rasputin, Wysoka i Wizażystka wrócili do poezji wspominkowo – erotycznej dochodząc do wniosku, że musieli być pod wpływem narkotyku.

– Niemożliwe jest wyrzucić z siebie taki ładunek emocji bez udziału jakiegoś barbituratu – głośno i z przekonaniem obwieścił Rasputin. – Jesteśmy w regionie, gdzie erotyka – aż prosi się to tak ująć – kwitnie na drzewach. Wspomnę tylko Kamasutrę.

Pytaniem było, co to był za narkotyk oraz kto i jak im go zaaplikował. W głowach Nomadów rodziły się podejrzenia, które ujawniły się one dopiero wieczorem przy kolacji.

Odc. 17 Oskarżenia i zwiedzanie

Po kolacji dyskusja o nietypowych zdarzeniach na spływie kajakowym rozgorzała na nowo. Najwięcej podejrzeń padło na Darczyńcę. Okazało się, że przed spływem częstował on innych uczestników cukierkami o dziwnym smaku. Zapytany o to nie zaprzeczał, tłumaczył się jednak niezrozumiale.

– Nie pamiętam co się działo, co robiłem i czego nie robiłem. Miałem chyba udar słoneczny, ponieważ często zdejmowałem kapelusz, aby się ochłodzić siedząc w kajaku w pełnym słońcu.

– Ale ty rozdawałeś swoje narkomańskie cukierki wcześniej, przed rozpoczęciem przygody kajakowej – logiczne spostrzeżenie Inżyniera nie wywołały u oskarżonego żadnego komentarza.

Następnego dnia znowu zwiedzali Park Narodowy Chitwan. Cała grupa z samego rana została zakwaterowała się w parkowym hotelu. Warunki zamieszkania były niewyszukane. Praktyk dzielił pokój z Kindżałem na parterze budynku.

Praktykowi ten niezwykły teren zdał się być wielką, naturalną arką Noego, jako ze gościł sześćdziesiąt gatunków ssaków i trzysta pięćdziesiąt gatunków ptaków. Królem był tygrys bengalski; w parku żyło ponad trzysta tych zwierząt. Była to największa chluba administracji parku. Drugim źródłem jej dumy były nosorożce indyjskie, łącznie sześćset pięćdziesiąt sztuk, gatunek zagrożony wymarciem podobnie jak tygrysy bengalskie. Zagrożone wyginięciem były też inne gatunki zwierząt żyjące w parku: to gawial gangesowy, hubarka bengalska, lampart, kotek cętkowany, gaur, suzu gangesowy, krokodyl błotny, sambar jednobarwny i wargacz leniwy. Za dnia zwierzęta były mało aktywne; tylko nieliczni turyści mieli szczęście zobaczyć jakieś zwierzęta. Z ptakami było łatwiej.

Nazwy żyjących w parku zwierząt podawano turystom tylko w języku angielskim. Praktyk notował je sobie i po powrocie do Nomadii odszukał w Internecie rodzime nazwy. O większości zwierząt słyszał po raz pierwszy w życiu: jeleń Hyelaphus, mundżak, aksis-czytal, kuna żółtogardła, cyweta, kot błotny, szakal, hiena pręgowana, lis bengalski, dzioborożec wielki, wężojad czubaty, rybożer białosterny.

Siedząc pod dachem na tarasie hotelu czekali na Przewo, kiedy nieoczekiwanie spadł deszcz. Krople głośno uderzały o liście palm przypominających wychudłe, szarozielone szufle. Nad ich głową, piętro wyżej, przebudził się rój pszczół zaczepiony pod krawędzią dachu jak gruba, ruszająca się, trójkątna chusta. W łazience przeciekała umywalka, nie dawała się naprawić nawet prowizorycznie, więc przestali o niej myśleć. W atmosferze oczekiwania, deszczu i narastającej wilgoci znikała chęć rozmowy o czymkolwiek.

– Nie ma co się przejmować. Przemieszkamy tu tylko jedną noc – pocieszali się nawzajem.

– Najważniejsze, aby nie zamokły ci sztylety. Mogłyby zardzewieć – ostrożnie sugerował Praktyk.

– A tobie pamięć i notatki; nie dałoby się ich odzyskać, gdyby nie daj Boże rozmokły w wodzie – Kindżał nie pozostał dłużny. Zaśmiali się obydwaj.

Następnego dnia, a może nawet tego samego, odbyli jeszcze wyprawę na słoniach, dumnie zwaną safari. Pobyt w parku zakończyła przejażdżka wozami ciągnionymi przez bawoły. Tę drugą imprezę Praktyk zapamiętał jako niekończące wleczenie się prymitywnych dwukołowych wozów po zalesionych bezdrożach. Siedział na samym początku pierwszego wozu, obserwując grzbiety zwierząt pociągowych. Przyglądał im się, ich zachowaniu, sposobie poruszania się. Lewy bawół był wolniejszy. Woźnica, starszy, szczupły pan w okularach na twarzy profesora wyższej uczelni, poganiał go, lekko dotykając końcem bata jego grzbietu lub nasady ogona. Z dwóch zwierząt ciągnących wóz, to jedno zawsze pozostawało z tyłu, podobnie jak jego jarzmo na grubym karku w stosunku do jarzma towarzysza. Siedząc obok poganiacza podróżnik chętnie wdałby się w pogawędkę, gdyby nie to, że profesor był prostym wieśniakiem bez jakiejkolwiek znajomości języków obcych.

Przejażdżka na słoniach była nieporównywalnie ciekawsza. Kindżał, Praktyk, Fotograf i Wysoka z Kokiem jechali razem. Na palankin umocowany na grzbiecie słonia wsiadali z drewnianej wieżyczki. Jej płaski szczyt miał postać platformy ogrodzonej barierką z czymś w rodzaju niskiej furtki, przez którą trzeba było fizycznie przesunąć się na palankin.

Słoń jako uniwersalny pojazd terenowy okazał się nadzwyczajny. Powoził nim mieszkaniec lokalnej wsi, będący jego właścicielem, opiekunem i poganiaczem. Praktyk nie potrzebował wiele czasu, aby zorientować się, że poganiacz i jego zwierzę w jakiś szczególny sposób komunikują się ze sobą. Obydwu sprawiało radość, kiedy zwierzę podchodziło pod stromy brzeg rzeki lub schodziło gwałtownie w dół po nierówności terenu.

Kiedy turyści przechylali się czując, że zaraz wypadną z palankinu, malutkie oczka słonia rozjaśniały się drobniutkimi iskierkami. Podobnie na niepokój podróżnych reagował poganiacz. Ich przywilejem był z kolei swobodny komentarz we własnym języku.

– Słoń i poganiacz chyba lepiej rozumieją się nawzajem, a może nawet są sobie bliżsi, niż my i on, choć jesteśmy przedstawicielami tego samego gatunku.

– Co to za gatunek, co wyrzyna się nawzajem jak barbarzyńcy, głodzi bliźnich na śmieć lub upodla do granic możliwości, aby w końcu przepuścić ich przez komin obozu koncentracyjnego? – reakcja Kindżała zaskoczyła towarzystwo. Kindżał nigdy nie reagował w taki sposób, miał raczej pogodne, filozoficzne usposobienie. Jego wypowiedź ucięła rozmowę niby ostry sztylet. Zamilkli wobec szokującego rozmiaru prawdy, jakim potworem potrafi być człowiek w porównaniu z najdzikszym zwierzęciem.

Odc. 18 Safari w Parku Narodowym Chitwan

Na równym terenie jazda na grzbiecie słonia przypominała huśtanie się. Dla urozmaicenia drogi przez busz poganiacz słonia zwany kornakiem demonstrował niezwykłe zdolności zwierzęcia. Rzucał jakiś przedmiot w górę i kiedy ten już upadł na ziemię, jego podopieczny go odszukiwał, chwytał koniuszkiem trąby i podawał mu do ręki. Zawiadamiał też trąbieniem, kiedy w pobliżu znajdowały się inne zwierzęta.

– Słoń trąbi w różny sposób, w zależności od tego, jakie zwierzę widzi w pobliżu – wyjaśnił Nepalczyk.

Chodziło nie tyle o gatunek zwierzęcia, ile o jego wielkość. Niebezpieczny tygrys czy też spokojniejsze, nawet większe zwierzę, wzbudzało w sposób naturalny inne odczucia słonia kierującego się instynktem.

-– O! Teraz na przykład Kudu, była to nazwa słonia, na którym jechali, sygnalizuje, że gdzieś w pobliżu jest krokodyl – przerwał ciszę poganiacz koncentrując wzrok na rzece Rapti, w kierunku której zmierzali. I rzeczywiście, chwilę potem podróżnicy zobaczyli gawiala wylegującego się na słonecznym skrawku ziemi po drugiej stronie rzeki.

Wyjaśnienia poganiacza słonia, a zarazem jego opiekuna i przewodnika czwórki pasażerów wycieczki, stwarzały liczne okazje przyjrzenia mu się dokładniej. Na imię miał Sumen. Był drobnym mężczyzną o szczupłej, omalże wychudłej twarzy, i ogorzałej cerze mieszkańca gór przebywającego dużo na słońcu i świeżym powietrzu. Czarna czupryna, skromne wąsy i niepielęgnowana broda oraz wyraz spokoju na twarzy stwarzały wrażenie człowieka na luzie, szczęśliwego z tym co ma i kim jest. Sumen cierpliwie cmokał na słonia i coś do niego mówił od czasu do czasu, na co zwierzę strzygło wielkimi uszami, jakby potwierdzając, że słyszało i przyjmuje słowa do wiadomości.

Historiami o zachowaniu i umiejętnościach słonia czwórka Nomadów dzieliła się z innymi uczestnikami wyprawy w trakcie posiłku. Kindżał z poważną miną przedstawił historię okularów przeciwsłonecznych, które upadły mu na ziemię, kiedy nadmiernie wychylił się do przodu.

– Słoń to zauważył, zatrzymał się, odszukał okulary w trawie, jaka tam rosła, chwycił je niezwykle delikatnie koniuszkiem trąby i podniósł na wysokość mojej twarzy.

Mówiący zastanawiał się, co dalej powiedzieć, kiedy odezwał się czyjś niecierpliwy głos:

– Opowiadaj! Opowiadaj! Co dalej?

– Nic! Wziąłem okulary do lewej ręki i prawą ręką wyciągnąłem z kieszeni chusteczkę. I wtedy słoń zaskoczył mnie całkowicie. Wyjął ją z mojej ręki i przetarł soczewki okularów trzymanych przeze mnie w palcach lewej dłoni. Dosłownie zbaraniałem. To było niesamowite – prawie krzyknął, po czym kontynuował opowiadanie pełen entuzjazmu i wiary w nadzwyczajne umiejętności zwierzęcia. Po zaoczeniu jego relacji, zapadło milczenie. Przerwał je kobiecy głos.

– E, tam! Opowiadasz bajki!

Historia skończyłaby się prawdopodobnie poczuciem niewiary w słonia, poganiacza i Kindżała, gdyby nie pozostała trójka podróżników. Jednomyślnie potwierdzili słowa Kindżała z takim ferworem, że nikt nie mógł nie uwierzyć w ich prawdziwość. Na dwóch lub trzech obliczach błąkały się cienie wątpliwości, nikt jednak nie śmiał wypowiedzieć się sceptycznie z obawy o wyśmianie lub krytykę za niedowiarstwo.

W trakcie wypraw po parku i okolicach Praktyk z wytrwałością godną lepszej sprawy notował nazwy sklepów, firm, szkół i organizacji. Wydawały mu się zbyt egzotyczne i ciekawe, aby powierzyć je pamięci. Miały dla niego niepowtarzalny urok, podobnie jak żywa przyroda widziana oczami człowieka nawykłego do betonu, asfaltu i mechanicznych konstrukcji cywilizacji. Nazwy były oryginalne: Jayamata Kalika Oil Store, Ratopul, Sipradi Autoparts, Gausala, Kalanki, Gaushala Internet Travel, Baidehi Guest House, Matrix Energy, Drinks Yeti Yatalat, Panchakanya, Pashupati Area, Shree Gansesh, Sipradi Shiva Ratin Palace.

Mimo dojrzałego wieku Praktyk lubił bawić się podobnie jak dziecko. Tłumaczył to żartobliwe naturalną skłonnością człowieka do dziecinnienia w miarę starzenia się. Było w tym coś głębszego, przekonanie, że naturalna ciekawość świata jest najpiękniejszą z cech dziecka, ideału człowieczeństwa, którą szybko i bezpowrotnie traci ucząc się manipulacji i kłamstw od osób dorosłych.

Odc. 19 Inżynier Uniwersalny

Po zakończeniu zwiedzania Parku Narodowego Chitwan, grupa wyruszyła późnym popołudniem w drogę powrotną do Katmandu. Podróżowali jak zwykle autobusem. Był to już ósmy z kolei dzień podróży, dostatecznie długiej, aby wszyscy czuli się zmęczeni.  

Wieczorem spotkali się na kolacji odświeżeni prysznicem oraz drzemką, w zależności od tego, na co kto miał ochotę. Po posiłku nikomu nie chciało się wychodzić na zewnątrz, siedzieli więc przy stolikach, mając przed sobą coś do picia: kawę, herbatę, sok lub jakiś koktajl bezalkoholowy. Tylko Kantyna, Darczyńca i Kindżał mieli przed sobą dzióbasy. Pytani, co w nich jest, odpowiadali zgodnie, że nektar. Wzrok Kantyny był jeszcze niezmęczony wpatrywaniem się w kieliszek.

– Widok, jaki mam przed sobą, przypomina mi relaks sybarytów po sesji obżarstwa – Praktyk dobierał słowa próbując zaimponować zebranym oryginalną obserwacją.

Czuł się syty i rozleniwiony. Siedział między Kindżałem a czarnobrodym Rasputinem, którego ze słynnym pierwowzorem łączyło najmocniej krzaczaste bogactwo twarzy oraz ekscytacje erotyczne.

– Dał chłop popis ostatnim razem na kajakach – pomyślał Praktyk, usiłując ponownie zebrać myśli.

Rozglądając się po sali restauracyjnej, zauważył, że wszystko było określone trójkowo: trzy okna w ścianach, trójka kelnerów żywo coś dyskutujących na końcu sali, nawet potrójne drzwi wejściowe do restauracji. Także towarzystwo po drugiej stronie stołu prowadzące ożywioną rozmowę zawierało w sobie podobne aspekty geometryczne. Siedzący w środku mężczyzna przypominał kształtem gruszkę; tęższy w siedzeniu, zwężał się ku górze na kształt trójkąta z przyciętym płasko szczytem. Widać było, że nie sportuje się nadmiernie zagubiony w morzu ludzkich potrzeb i problemów. Praktyk bezskutecznie usiłował przypomnieć sobie jego imię; w końcu poprosił Kindżała o podpowiedź.

– Nie siedzieliśmy jeszcze z nim przy jednym stole. To Inżynier, chyba specjalności gazowniczej. Jak sobie przypominam, nazywają go także Ateistą. Słyszałem, jak sam mówił o sobie, że jest inżynierem uniwersalnym z górnej półki. Tak, tak właśnie powiedział. Mówił też, że wierzy w Boga, ale z zasady jest ateistą. To jakiś dziwak. Tylko tyle wiem – zakończył Kindżał, po czym obrócił się do Darczyńcy siedzącego po prawej stronie, aby poprosić o podanie cukiernicy.

Praktyk przyglądał się Inżynierowi. Męczyła go jego nietypowa sylwetka. Zastanawiał się, czy bardziej przypomina mężczyznę o wyglądzie kobiety czy też kobietę o wyglądzie mężczyzny. Zaintrygowany, zaczął wsłuchiwać się w rozmowę toczącą się po drugiej stronie stołu. Ateista mówił wyraźnym, lekko podniesionym głosem. Własne słowa i słuchające go otoczenie wyraźnie go ekscytowały. Praktyk pomyślał, że jest to człowiek kochający mówić, aby go podziwiano i uwielbiano, i że potrzebuje uznania innych osób, ponieważ nie znajduje go w sobie. Poprzez szmer innych rozmów dobiegły go wyraźnie słowa:

– Ja, proszę państwa, w sprawach zawodowych zawsze mam rację. No, powiedzmy, prawie zawsze. Po prostu, umiem odnaleźć się w każdej sytuacji – Inżynier przerwał, aby pyknąć z fajki chwilę wcześniej włożonej w usta.

W głębi restauracji trzech śniadych tubylców, jeden w białym fartuchu i czepku kucharskim, drugi w kelnerskiej liberii i trzeci w garniturze, prawdopodobnie kierownik sali, nie zwracali uwagi, że ktoś pali na sali. Praktyk pomyślał, że czekają wyłącznie na oznaki zainteresowania nimi, prośbę o wyjaśnienie lub pomoc, podanie potrawy lub napoju, lub jakikolwiek inny znak, który pozwoliłby im wykazać się inicjatywą. Z boku po prawej stronie grupki stały stoły z podgrzewanymi metalowymi pojemnikami, w których dymiły potrawy.

– Ja, proszę państwa, umiem odnaleźć się w każdej sytuacji – powtórzył Inżynier dostatecznie głośno, aby słyszano go także przy innych stolikach. – Kiedy ludzie mają problemy z samochodem, klimatyzacją, pralką, zatkanym zlewem, lodówką czy budową domu, walą do mnie jak w dym. Jestem dobry, nie chwaląc się. Jak tylko jakiś problem, to oni od razu do mnie.

– Z wszystkim? – podchwycił siedzący obok Fotograf.

– No … Może nie z wszystkim, ale w bardzo szerokim zakresie spraw wymagających wiedzy naukowej i doświadczenia – wyjaśnił trójkątny Inżynier. – Z całą pewnością w takich dziedzinach jak hydraulika, chłodnictwo, dużo elektryczności i sporo mechaniki. Jestem, co tu dużo mówić, mistrzem w tych sprawach. Bywa tak, że do mnie dzwonią i mówią:

– Panie inżynierze, pogubiliśmy się. Niech pan nas ratuje. Bez pana nie damy rady. To będzie klęska! Przyjeżdżam, patrzę, siedzą w kilku po obydwu stronach korytarza w piwnicy budynku, z tymi wszystkimi rurami na ścianach i pod sufitem, głowy zwieszone jak u wisielca. Normalnie pogubili się. Widzę to wyraźnie i od razu, z kopyta, jak to mówią, przystępuję do roboty. Mnie nie potrzeba dużo czasu ani wysiłku, aby znaleźć przyczynę problemu i go rozwiązać. Dobry jestem. Nie mówię tego, aby się chwalić, ale po to, abyście po prostu wiedzieli.

– Poza tym jestem … Inżynier pochylił się do przodu dla wyjawienia sekretu, przyciągając ku sobie głowy osób siedzących w pobliżu, aby głośnym szeptem wyjawić tajemnicę:

– Jestem abstynentem. Całkowitym i bezkompromisowym – wyprostował się i od razu dodał: – Jestem także agnostykiem. Nie jakimś tam bezbożnikiem, prostackim ateistą, jak czasem o mnie mówią, teistą czy nawet deistą. W Boga nie wierzę, ale ani nie potwierdzam, ani nie zaprzeczam jego istnienia.

– To dosyć wygodne. Nie sądzi pan? – Zaczepnie podjął Fotograf.

Inżynier uniwersalny popatrzył na niego uważnie, spod brwi, i nie tracąc rezonu, wyjaśnił spokojnie.

– To jest bez znaczenia, co pan sądzi. Moja postawa jest naukowa. Zacząłem ją budować za czasów chłopięcych, a później, już jako inżynier, osoba dojrzała, rozwinąłem i pogłębiłem. Dla mnie wyjaśnienie istnienia czy nieistnienia Boga jest szokująco łatwe. Po prostu, nie jest możliwe stwierdzić, że Bóg istnieje ani też, że nie istnieje. Tutaj, w Indiach i w Nepalu, mają pod tym względem łatwiejsze życie. Ich bogowie są o niebo łatwiejsi do zdefiniowania.

Siedzący obok członkowie grupy nie podjęli dyskusji ani nie zachęcali Inżyniera do dalszych wynurzeń. Prawdopodobnie uznał, że dyskusja jest zakończona i on, inżynier uniwersalny, nie ma co się wywnętrzać dalej przed laikami, istotami człekokształtnymi o prostszej niż jego konstrukcji intelektualnej oraz skromniejszych i zasobach wiedzy i doświadczeń.

Wieczorem Praktyk widział go z okna swojego pokoju, jak stał przed wejściem do hotelu przyglądając się obojętnie scenom ulicznym. Inżynier ożywił się jedynie na widok tubylca wiozącego stos paczek na rykszy-platformie tak wielkiej, że wprost niemożliwe było, aby cała ta konstrukcja była w stanie zachować równowagę dłużej niż kilkanaście sekund. Inżynier palił nierozłączną fajeczkę; kółka dymu tworzyły wokół niego aurę zobojętnienia wobec wszelkich spraw nie dotyczących hydrauliki, chłodnictwa, elektryki i mechaniki.

Odc. 20 Kantyna

Wysoki, dobrze ubrany chudzielec o wiecznie zamglonych oczach, od początku wycieczki miał sławę moczymordy, która prawie natychmiast przysporzyła mu ksywę Alkoholik. Zastąpiła ona dziwne imię Baraku, jakie sam zainteresowany podał Przewo – w rzadkiej chwili półprzytomności – w obecności kilku członków grupy. Nikt mu jednak nie uwierzył, ponieważ oczy miał połyskliwe niby maślaki wyjęte z octu.

Pierwszy wypowiedział się Fotograf.

– To nie jest dobry pseudonim. Wprawdzie dokładnie określa człowieka, ale rzuca złe światło na nas wszystkich, ponieważ jest jednym z nas, obywatelem tego samego kraju. Mnie to krępuje.

Kilka osób poparło Fotografa również uznając ksywę za niezręczną. Zaproponowali w zamian Alko, argumentując, że jest to określenie prostsze, doskonale zrozumiale dla grupy, niezrozumiałe natomiast dla ludzi z zewnątrz, przede wszystkim dla recepcjonistów, kelnerów i barmanów oraz innych pracowników obsługi w hotelach, gdzie się zatrzymywali. Druga ksywa też napotkała opór. Kilka osób uznało, głównie kobiety, że Alko brzmi zbyt łagodnie.

– Ten pijus nie przysparza nam sławy i nie musimy go oszczędzać – Wysoka z Kokiem miała prawo być negatywna, ponieważ poprzedniego dnia Alkoholik popchnął ją na schodach i to tak bardzo, że prawie upadła. Przepraszał ja potem zawstydzony, że jego zachowanie wynikało z przepicia a nie ze zwykłego potknięcia się na schodach.

Ktoś zaproponował nazwę Szynkwas, uzasadniając, że jest to określenie wyraziste, historyczne i niezrozumiałe dla tubylców. Zaczęła się dyskusja; większość uczestników zgodziła się, że wprawdzie jest to nazwa historyczna, to jednak bardzo już zdezaktualizowana i zaprzeczająca godności człowieka, choćby nawet podłego gatunku.

– Psa tak można nazwać. nie pasuje to jednak do człowieka. W ogóle mi ona nie leży – był to głos Inżyniera, o tyle nietypowy, że sam otwarcie deklarował się jako nieprzejednany wróg alkoholu i pijaków.

Nie był to koniec ewolucji pseudonimu. Dyskusja trwała jeszcze przy kolacji. Ostatecznie przyjęła się ksywa Kantyna; uznano ją za najbardziej wyważoną. Wymyślenie ksywy niczego nie rozwiązywało oprócz problemu komunikacji między członkami grupy. Już następnego dnia Kantyna zjawił się na śniadaniu z twarzą zaciemnioną pustką alkoholowego wyczerpania. Chodził między stolikami przyciągając uwagę gości hotelowych i obsługi. Po zakończonym posiłku, kiedy Nomadowie wyszli do autobusu, wlókł się milcząco za grupą na swoich gumowych nogach, zupełnie jak robot, tylko bardziej miękko, mniej mechanicznie. Wszyscy już zrozumieli, że potrafi trwać w stanie upojenia przez dwadzieścia cztery godziny na dobę.

– A nawet dłużej. On jest po prostu niezmordowany – dodawali, kiwając z niechęcią głowami, lokatorzy sąsiednich pokoi hotelowych, którzy widywali go najczęściej.

Sytuacja okazała się podlejsza niż można było przewidywać. Rozmawiali o tym z Przewo, odpowiadającym za grupę z ramienia agencji turystycznej, organizatora wycieczki do Indii i Nepalu, oraz między sobą; nikt jednak nie widział rozwiązania.

Kantyna stał się przekleństwem Nomadów. Trzeba było nieprzerwanie go pilnować, ponieważ zgodnie z regulaminem wycieczki grupa miała podróżować razem. Istniał ponadto dobry zwyczaj, że członkowie grupy wzajemnie się pilnowali, aby się nie spóźnić lub nie zagubić.

Z Kantyną było inaczej. Nikt nigdy nie wiedział, gdzie jest i co robi. Starał trzymać się grupy, najczęściej jednak nie za bardzo mu się to udawało. Porywczy, sam nie wylewający za kołnierz, przypisywał mu demoniczne zdolności, twierdząc, że opiera je na obserwacjach.

– Kantyna to prawdziwy sztukmistrz; potrafi wydobyć alkohol nawet z podłogi. Sam widziałem, miał akurat uchylone drzwi do pokoju, jak przykucnął przy fotelu, włożył do ust długą, cienką rurkę wychodzącą ze szpary w podłodze i pił. Nie mam pojęcia, jak on to robi.

Mroczna sława Kantyny rosła z dnia na dzień. Jedynym i niezaprzeczalnym plusem było to, że był on niezwykle spokojny, a nawet uczynny, nie podnosił głosu i nie awanturował się.

– On jest jak z waty, miękki i wyciszony. Dotkniesz go i nic nie czujesz – Porywczy miał o Kantynie więcej wiedzy niż inni. Przyciśnięty wyjawił, że usiłował zbliżyć się do niego i zaprzyjaźnić, aby móc na niego wpływać.

– Mam wrażenie, że on uważa siebie za kogoś podobnego do sadhu, ascety i cierpiętnika. Błądzi we mgle zadumy duchowej, jaką w Indiach nazywają stanem błogosławionego zamyślenia. Sam mi to powiedział, kiedy wydawało się, że jesteśmy już przyjaciółmi.

Na prośbę grupy Porywczy zobowiązał się zebrać więcej informacji o Kantynie. Dostarczył mu ich telefonicznie brat przyjaciela ze studiów, który mieszkał w tej samej miejscowości co Kantyna z żoną. Jak się okazało, to żona Kantyny wysłała go na wycieczkę. Miała dobre wytłumaczenie.

– Już nie daję sobie rady. Wreszcie będę mieć trochę wolnego czasu dla siebie. Nie będę musiała pilnować go, aby nie wpadł pod samochód, autobus lub tramwaj. To alkoholik, który nie chce się leczyć, uważając, że nic mu nie jest. Wielka szkoda, że u nas nie ma więzienia za alkoholizm i przymusowego leczenia! Kiedy Baraku jest sam, pije mniej, twierdząc, że nie podoba mu się samotny obraz w lustrze; woli patrzeć ma inne twarze. Ma przebłyski świadomości, zrobi nawet zakupy, ale nie mogę go nigdzie wysłać, bo mając pieniądze wydaje je na alkohol. Już o godzinie szóstej rano ten rabbi, niespokojna dusza, krząta się po kuchni, sprząta, słyszę jak szura nogami i coś przestawia. On potrafi wszystko, nawet przeżyć delirium trzy razy dziennie, kiedy idzie w tan z kolegami. To prawdziwe skaranie boskie.

W czasie spotkania grupy po kolacji, ktoś nazwał Kantynę makabrą i upiorem. Kindżał, sam niemały oryginał, zaprotestował.

– Takie słowa gwałcą logikę horroru, która intensywne opisy rezerwuje dla zdarzeń gwałtowniejszych niż włóczenie się gdzieś po pijanemu, mianowicie do scen ociekających posoką i krwią przegryzionego gardła. Nie powinniśmy tak mówić o Kantynie.

Odc. 21 Zakupy

W drodze do Katmandu autobus zatrzymał się, aby uczestnicy wycieczki mogli zrobić zakupy w wielopiętrowym domu towarowym Bhat-Bhati Supermarket and Departamental Store. Jego pełen opis był wyjątkowo bogaty i zawierał w sobie określenia w rodzaju „international”, „imperial”, „gigantic” i „futuristic”. Właścicielem domu był Baba Ditto, Hindus z Varanasi, właściciel wielkiej fortuny, człowiek o nieprzeciętnych zdolnościach, marzyciel i twórca idei łańcucha wznoszących się reinkarnacji, z których każda następna była bliższa absolutu niż jej poprzedniczka.

Ditto pokazywał się niekiedy przy wejściu głównym do Bhat-Bhati, ubrany w garnitur z jedwabiu, z krzaczastą brodą i wąsami skrywającymi usta i dolną część twarzy, oraz złotym sygnetem na ręce. Rozdawał ulotki i rozmawiał z klientami. Jeśli rozmowa sprawiała mu przyjemność, częstował osobę wyróżnioną gorącą kawą w malutkiej filiżaneczce i oferował autograf z swoim zdjęciem dużego formatu. Ich zapas nosił za nim służący, biały Europejczyk, w liberii, płynnie mówiący czterema językami. Był to Anglik zatrudniony przez Babę Ditto dla upamiętnienia czasów, kiedy Anglicy w ramach Imperium Brytyjskiego zatrudniali Hindusów w roli służących.

Dom towarowy Bhat-Bhati cieszył się sławą największego sklepu na kontynencie. Był doskonale zaopatrzony; najdrobniejszy produkt nie mógł pojawić się na półce jeśli nie był dostępny co najmniej w trzech odmianach.

Nomadowie szybko uzyskali cenną wiadomość, że w południowym skrzydle na czwartym piętrze, jest niesamowity wybór herbat, także ekologicznych zwanych tu organicznymi. Były one w różnych opakowaniach, od prostego do najbardziej luksusowego, bardzo dobrej jakości i miały rozsądne ceny. Większość wycieczkowiczów skorzystała z okazji i zaopatrzyła się w większą ilość herbat przeznaczonych na upominki dla rodziny i przyjaciół. Czas zakończenia zakupów ustalono na godzinę piętnastą piętnaście. Zbliżała się już godzina szesnasta, a część Nomadów wciąż robiła zakupy. Pozostali, czekający już w autobusie, niecierpliwili się coraz bardziej. Kiedy zauważono, że nie ma też Kantyny, zdenerwowanie pogłębiło się. Słychać było przekleństwa.

– Zaraz go przyprowadzę – zaoferował się Darczyńca.

Po kilku minutach, szybciej niż ktokolwiek mógł się tego spodziewać, wrócił razem z alkoholikiem.

– Skąd wiedziałeś, gdzie go szukać? – padały pytania.

– To nie było trudne. W dziale alkoholi. Siedział i gapił się na sprzedawcę, czekając na zapakowanie trzech butelek “Desi Daru”, najbardziej popularnego alkoholu na Półwyspie Indyjskim. Kantyna wie, co jest dobre. Wiedzy o alkoholach nie można mu odmówić. To coś rewelacyjnego! To najlepszy na świecie absynt – wyciąg z kwiatów i liści piołunu, anyżu oraz kopru włoskiego z niewielkim dodatkiem innych ziół. Otrzymuje się go w procesie ekstrakcji.

Zasięgnąłem języka i kupiłem absynt o nazwie Gogoo-Loo, produkowany z dodatkiem wyciągu z jakiegoś egzotycznego robaka. To najmocniejszy trunek na świecie, ma osiemdziesiąt czystego alkoholu. Jest zakazany w wielu krajach. Po kilku kieliszkach można już mieć urojenia, a z całą pewnością następnego dnia. Nigdy jeszcze nie przeżyłem delirium, dlatego musiałem go kupić – w miarę opowiadania Darczyńca ożywiał się coraz bardziej.

– Po wypiciu Gogoo-Loo nie można już pić innego alkoholu, jeśli chce się dożyć następnego dnia. To przeżycie na miarę reinkarnacji. To, co usłyszałem, tak mnie poruszyło, że nabyłem trzy butelki. Inne trunki wyglądają przy nim jak bezalkoholowy szampan dla dzieci. Jak tylko ruszymy, zaczynam rozlewać. Możecie już ustawiać się w kolejce.

Wieczorem, po kolacji, grupa oglądała tańce newarskie w restauracji „Nepali Chudo” w hotelu „Northcrop”. Mieścił się on w dwupiętrowym budynku zbudowanym z czerwonej cegły, bardzo przyjemnej dla oka. Każde piętro otaczał balkon osłonięty metalową barierką. Od podstawy ściany frontowej strzelał w górę blaszany komin; kończyła go konstrukcja przypominająca dziwaczną budkę dla ptaków.

Większość czasu tańczył mężczyzna o twarzy, uśmiechu i wdzięku kobiety; każdy gest jego ramion i dłoni wyrażał delikatność. Przygrywała mu dwuosobowa orkiestra. Goście siedzieli przy długich stołach i smakowali sake serwowane w mikroskopijnych kieliszkach.

Odc. 22 Abstrakcja i historia

Następnego dnia zrobiło się zimniej, wzrosło ciśnienie atmosferyczne, rozjaśnił się błękit nieba i inaczej pachniało powietrze. Wydawało się, że czas ruszył z kopyta i sprawy toczą się szybciej. Odczuł to nawet Kantyna, kiedy zapytał:

– Czy nie sądzicie, że dzisiaj poruszam się szybciej i jestem bardziej przytomny?

– Ja to zauważyłam. Jesteś żwawy jak brykający źrebak i w oczach masz ogień zamiast mgły – zagadkowo odpowiedziała Wysoka z Kokiem.

Grupie Trzynastej udzieliła się atmosfera przyśpieszenia. Rozmowy stały się luźniejsze i jakby bardziej ekstrawaganckie. Nagle wzięli sobie do serca lokalną rzeczywistość. Była drastycznie inna niż w Nomadii. Wiedzieli to już wcześniej ale dopiero teraz to odczuli, jakby się właśnie obudzili i przejrzeli na oczy. To był zupełnie inny świat. Wyłaniał się z chaosu i nie mógł sobie z tym poradzić. Było coś, co pędziło go naprzód, coś, co go cofało do przeszłości, i coś, co trzymało go w miejscu. Zniknął porządek. Chodniki na ulicach stawały dęba, śmieci nie chciały się sprzątać, autobusy nie przyjeżdżały po dzieci, aby zabrać je do szkoły. Nadal kwitła bieda, ale jej kwiaty nie wydawały słodkich zapachów, tylko męczący zaduch. Ludzie koczowali na otwartym powietrzu. Na ulicach sprzedawano, gotowano, rozmawiano, wykonywano prace użytkowe, załatwiano sprawy. Urzędy działały opieszale i byle jak. Mieszkańcy przemieszczali się nieprzerwanie, setkami i tysiącami z miejsca na miejsce niby uparte mrówki. Katmandu stanowiło jedno wielkie pole bitwy, gdzie mieszkańcy toczyli nieprzerwanie walkę z losem o przeżycie do następnego dnia.

Podsumował to Darczyńca. Nikogo to nie zdziwiło, ponieważ zawsze był rzecznikiem społeczności tubylczych i lokalnych, zwłaszcza dzieci. W czasie przerwy w zwiedzaniu miasta zebrało mu się na przemówienie.

– W Indiach i w Nepalu wszystko jest święte. Krowy, małpy, szczury, rzeki, bogowie i boginie, ich wcielenia, świątynie. Najbiedniejsi to też święte krowy. Nikt ich nie atakuje, ale też nikt im nie pomaga. Nie sprzedałeś kilku naszyjników, nie użebrałeś, nie przewiozłeś pasażera rykszą, to nie masz co włożyć do ust. Taka jest ich prawda. To samo jest z edukacją, opieką lekarską, mieszkaniem i transportem. Nikt się nie przejmuje, że ktoś zachorował i umiera, z wyjątkiem osób najbliższych. A i to też nie jest pewne, bo ludzie w biedzie obojętnieją. To okropne!

Rozmawiali na luzie jakby sprawy życia i śmierci, losu jednostki oraz choroby i zdrowia były równie ważne jak ołówek, kanapka z szynką, gumka do majtek czy ulotne spojrzenie przechodnia.

Po przerwie na lunch znowu ruszyli w drogę. Przewo mówił krótszymi zdaniami. Ciął je na kawałki, częściej używał równoważników zdań.

– Katmandu ma już swój wiek. Zostało założone w siedemset dwudziestym trzecim roku przez króla Gunakamadevę. O tym królu powiem później, jeśli zostanie mi trochę czasu. Stare miasto jest znane ze świątyń różnych religii i wyznań. Obok siebie koegzystują świątynie hinduistyczne, buddyjskie i chrześcijańskie, chociaż chrześcijan jest tu jak na lekarstwo. To tylko kilka kościołów protestanckich i sal Królestwa Świadków Jehowy.

– Czyli że my, nomadzka Grupa Trzynaście, stanowimy w Katmandu większą grupą chrześcijan? – Inżynier Uniwersalny usiłował wtrącić swoje trzy grosze. – Ale co to za chrześcijanie! – wyrwało mu się, kiedy zauważył Kantynę usiłującego dolać sobie kawy z termosu, o którym wszyscy wiedzieli, że zdolny jest przyjąć tylko alkohol.

Adresat inżynierskich uwag nie tylko nie poczuł się urażony, ale wyprostował się jakby przywrócono mu godność. W swojej pomroczności również uczestniczył w grze wymiany myśli i opisów rzeczywistości.

Powaga turystyczna wróciła do nich, kiedy zwiedzali zabytki starych dzielnic Katmandu: Durbar Square z pałacem królewskim Hanuman Doka, Patarn Durbar Square, Bhaktapur oraz stupę Swayambhunath. Stupa znana była także jako Świątynia Małp; wiele z nich żyło w jej północno-zachodniej części. Przewo wyjaśnił, że stupa to budowla sakralna symbolizująca oświecony stan Buddy.

– Na terenie Sri Lanki stupy buddyjskie noszą nazwę dagoby, w Tajlandii – czedi, w Indonezji – candi, w Bhutanie, Nepalu i Tybecie – czortenu, w Mongolii – suburganu. Czy nie jest to ciekawe? – zapytał z nadzieją, że ktoś zechce się z nim zgodzić. Spotkało go milczenie.

Odc. 23 Święte miasto Varanasi

Po raz pierwszy Praktyk zobaczył Varanasi siedemnaście lat przed przyjazdem do Indii, odwiedzając cmentarz na południu Nomadii, gdzie odbywała się uroczystość pochówku lokalnego poety. Przy akompaniamencie werbli w nastroju rozważnej powagi, wynajęty aktor recytował poemat „Reinkarnacja”.

Nagrobek przybrany w betonowe szaty,
na nim dłutem wyryte nazwiska,
urodził się… zmarł… ale gdzie daty
Każda rubryka pusta, szara, czysta.

Niektórzy za życia już po tamtej stronie,
a ja marzenia uparcie wciąż gonię.
Nie dam się zepchnąć pod strojne marmury,
wybiorę wolność spopielałej chmury.

Hindus nad Gangesem płomieniem się wzbiję,
lekkością zachwycę i blaskiem opiję,
nie zgodzę się oddać do wiecznej kasacji,
wrócę w łańcuchu reinkarnacji.

Mnie myśl ociężała przy ziemi nie trzyma,
wierzę w mądrość Stwórcy, dobroci olbrzyma,
nie zniżę czoła do cmentarnej jaźni;
ulotnością żyć będę w boskiej wyobraźni.

Teraz podróżnik oglądał prawdziwe Varanasi, idealne miejsce do snucia refleksji na temat ostateczności łączącej bez wyjątku wszystkich ludzi: otyłych i chudych, mądrych i głupich, nieskończonych bogaczy i nagich nędzarzy. Nie podobała mu się nazwa miasta. Poprzednia nazwa, Benares, była o wiele szlachetniejsza, lepiej brzmiąca, po prostu lepsza.

– Dlaczego zmieniono nazwę, starając się poprawić to, co było już doskonałe? – Głośno zastanawiał się Nomada.

Nawet Przewo nie umiał odpowiedzieć na to pytanie. Trochę go nawet zdziwiło, ponieważ nikt wcześniej nie poruszał z nim filozoficznych kwestii, mających dwie lub trzy odpowiedzi, a może nawet i więcej.

Nomadowie chodzili po mieście przyglądając się budynkom, ludziom, zwierzętom i rzece. Wszędzie widzieli atrybuty wiary w bogów, ich wcielenia i namiastki: figury, figurki, świątynie duże i małe, rzeźby i obrazy, a także gałązki, kwiaty i liście roślin, reprezentujących symbolikę religijną. Na każdym kroku była okazja zrobienia ciekawego zdjęcia.

Przez kilka minut Nomadowie podziwiali w świątyńce ulicznej obraz Kamadewy zwanego także Kamą, boga miłości w hinduizmie. Miał on postać dorodnego młodzieńca, wyposażonego w łuk z trzciny cukrowej z cięciwą z pszczół oraz w strzały wykonane z kwiatów. Towarzyszyły mu święte ptaki, kukułka i papuga.

– Jak na mój gust, to on ma kobiece biodra, podobnie jak i uda. Twarz też ma jakąś taką pełną; przypomina mi ona moją teściową, kiedy była młoda.  – odezwał się Rasputin. Żaden z Nomadów nie poparł go w obserwacji szczegółów anatomicznych boga miłości, nikt też nie zaprzeczył ich trafności.   

Ze zdjęć własnych wykonanych w Varanasi Praktykowi najbardziej podobało się zdjęcie pokazujące go w czarnej kurtce z girlandą różowych kwiatów na szyi stojącego w łodzi na Gangesie. To była najlepsza kurtka jego życia, kupił ją specjalnie na wyjazd do Indii i Nepalu. Po powrocie do domu najchętniej wracał wspomnieniami właśnie do tego zdjęcia. Rozumiał, że to dlatego, że rzadko kiedy człowiek widzi siebie samego.

W Varanasi bogaty duch hinduizmu przemieszczał się wraz z tłumem Hindusów po nabrzeżu sześćdziesięciu ghat. W różnorodności wyznań i postaw prawda mieszała się z fałszem. Obok prawdziwych sadhu pojawiali się fałszywi sadhu, jedni autentyczni w swej wierze i praktyce religijnej, drudzy pozorujący świętość. Pierwsi byli samotnikami unikającymi tłumów, mistykami karmiącymi się energią kosmosu, szukającymi wewnętrznej doskonałości i jedności z duchem wszechświata. Ci drudzy stanowili rodzaj żywych manekinów wystawowych wyciągających ręce po datki, podróbek świętych mężów odzianych w kolorowe szaty i sprzedających turystom swój wizerunek za dziesięć rupii, równowartość siedemnastu centów amerykańskich.

Wierzący Hindusi mieszali się z obcokrajowcami, kierowanymi tandetną ciekawością zobaczenia świętego miasta. Podobnie jak rzeka miasto było święte, ale nie dla nich. Oprócz wykonywanych w pośpiechu i często ukradkiem zdjęć niewiele zachowali dla siebie, byli symbolami z tryptyku małpek, co mają oczy, a nie widzą, mają uszy a nie słyszą, mają usta, a nie mówią.

Wiara w bogów, bóstwa i ich repliki były jawnie nadużywane, ponieważ życie z zasady dzierży prymat nad wiarą. Sama wiara choćby najczystsza, zbliżająca człowieka do Boga i Boga do człowieka, nie zaspokaja głodu dostarczając pożywienia dla organizmu. Stojące wysoko nad brzegiem, jeden obok drugiego, pałace były najczęściej niezamieszkałe i ulegały degradacji. Władze sprzeciwiały się sprzedaży czy choćby wydzierżawieniu ich firmom, które przywróciłyby im dawne piękno i blask w zamian za prawo do użytkowania jako hotele, ośrodki konferencyjne czy zabytki kultury odwiedzane przez turystów. Nie zgadzały się z obawy, że na tarasie górującym na świętą rzeką Ganges pojawi się nagle człowiek ze szklanką whisky w jednej ręce i cygarem w drugiej. Tradycja i wiara przeciwstawiały się rozumowi, pozwalając na dewastację zabytków.

Kontynuacja wielowiekowej tradycji unicestwiały przyrodę. Palenie stosów kremacyjnych przekształciło się w bezsens, kiedy ich liczba wzrosła do setek i tysięcy. Nieprzerwane kremacje na ghatach zabijały świętą rzekę. Ilość bakterii coli w Gangesie przekraczała bezpieczny dla zdrowia poziom dwadzieścia dwa tysiące razy. Nomadowie w swoim zarozumialstwie obcokrajowców widzieli to w sposób oczywisty: rzeka stała się ściekiem. Co było dla niej do zniesienia kilkaset lat wcześniej, stało się hekatombą, ofiarą składaną bogom z niej samej. Mimo zanieczyszczeń Hindusi masowo brali uświęcającą kąpiel w wodach Gangesu, przekonani, że zmywają przewinienia popełnione w obecnym i wcześniejszych wcieleniach. Czego rzeka nie wybaczyłaby obcokrajowcom, akceptowała u tubylców, nie wywołując większych szkód w ich organizmach.

– Chyba jesteśmy zboczeńcami – wymieniali się uwagami Nomadowie. – Nie dostrzegamy szlachetności płonącego stosu, lecz widzimy rzekę cierpiącą za każdym razem, kiedy wrzucają do niej nadpalone drewno razem ze spopielonym ciałem.

Praktyk też to źle odbierał, ale nie do tego stopnia, aby nie cieszyć się kolorowym leniwie przesuwającym się tłumem, dziwnymi zapachami, wieczornym ceremoniałem religijnym w wykonaniu kilkunastu braminów, wąskimi uliczkami, ludźmi siedzącymi w kucki na progach domów, świętymi krowami na skrawkach zieleni oraz niekończącymi się schodami nadrzecznych ghat. Ambitny podróżnik uspokajał się myślą, że nie wszystko jest w stanie zrozumieć.

Odc. 24 Kult religijny

Na kolację Przewo przyniósł kilka akcesoriów związanych z religiami hinduistycznymi: figurki, grę oraz lampkę religijną i położył na stole, aby każdy mógł wziąć je do ręki i dokładnie im się przyjrzeć. Kiedy opowiadał o nich, zebrani brali je w ręce, dotykali i przyglądali im się z bliska, aby poznać szczegóły. Niektóre przedmioty także wąchali, ponieważ wydzielały przyjemne dla nosa zapachy.

Największą niespodziankę Przewo zachował na koniec. Były to fragmenty świętych roślin,  uważanych także za magiczne i lecznicze, stanowiących ważną część kultów religijnych Indii. Stanowiły je głównie liście, ale także gałązki, owoce i kwiaty. Wszystkie związane były z jakimś bogiem lub bóstwem.

Pokaz objął pięć rodzajów świętych liści. Przewo zaimponował grupie podając z pamięci ich nazwy i opowiadając związane z nimi historie.

– Ten pierwszy liść należy do rośliny zwanej „Amla”, wyrosłej z łez Brahmy. Tak wierzą Hindusi. Druga, równie egzotycznie brzmiąca nazwa „Dźuhi” jest niczym innym jak nazwą kwiatu jaśminu, oferowanego wszystkim bogom i boginiom. „Padma” z kolei, to gatunek lotosu, symbol czystości, ponieważ nie przywiera do niej brud. „Gańdźa” to konopie indyjskie, rytualnie palone przez sadhu, ascetów i mędrców hinduskich. Ostatnia roślina to „Haldi”, inaczej mówiąc kurkuma. Wyrabia się z niej pastę do nacierania posągów bóstw. – To tylko niektóre ze świętych roślin hinduskich.

Oczy Kantyny rozbłysły dziwnym blaskiem.

– Czy któraś z tych roślin poprawia samopoczucie człowieka – zapytał.

Przewo popatrzył na niego ze zdziwieniem.

– W sensie wiary religijnej – tak. Co do innych odczuć – zawahał się – to bardzo mi przykro, ale nie mam pojęcia.

Kantyna był rozczarowany, widać było, jak zgarbił się i oklapł na krześle.

– Żal na niego patrzeć – szepnęła Wysoka do Wizażystki skrzywiając usta. – Człowiek szukał nadziei, a otrzymał uderzenie młotkiem.

– Na szczęście drewnianym i nie w głowę, tylko w palec – Wizażystka starała się żartem złagodzić napięcie. 

Pokój hotelowy Praktyka i Kindżała był wyjątkowo nijaki. Ściany, meble i urządzenia były tego samego nudnego, plastikowego koloru, podobnie jak podłoga, która w dodatku skrzypiała. Aby oderwać się od męczącego wystroju pomieszczenia, Piotr Praktyk zaczął zastanawiać się, skąd w Nomadach jest tyle luzu. Jak zwykle podzielił się swoimi myślami z Kindżałem.

Kindżał był inżynierem-biologiem z zawodu, niezwykle pracowitym, praktycznym i odpowiedzialnym biznesmenem; prowadził w życiu wiele przedsięwzięć. Chętnie zmieniał każde z nich na inne, jak tylko odkrył jakąś nową lukę rynkową w zaopatrzeniu w towary lub usługi. Na wycieczce pokazał swoją odmienność. Był innym człowiekiem; ciekawym świata turystą, entuzjastą broni krótkiej i ostrej, lubił wypić i pożartować, czasem cieszył się  jak dziecko.

Praktyk przedstawił mu swoje przemyślenia.

– Normalnie w kraju jesteśmy – z grubsza rzecz biorąc – sztywni, oficjalni i poprawni w zachowaniach i reakcjach. Teraz, na wycieczce, jesteśmy inni: bardziej wyraziści, swobodni, entuzjazmujemy się jak dzieci, wymyślamy sobie ksywy, pokazujemy nasze głębsze ja, nawet fantazjujemy jak członkowie tajnego towarzystwa rozbuchanej seksualności. Aby to zrozumieć trzeba psychologa głębi i seksuologa.

– Nie mam kwalifikacji – zaczął Kindżał – o jakich mówisz, ale chyba znam wytłumaczenie. Wyrwaliśmy się z dyscypliny społecznej, ocen przełożonych, bacznego oka współmałżonka i rodzeństwa, dzieci, rodziców oraz opinii publicznej. Tu jesteśmy panami sytuacji. Dzikie zachowanie nikogo nie szokuje. Ośmielamy się być sobą wobec niewielkiej grupy ludzi, którzy rozjadą się do swoich domów jak tylko przekroczymy granicę w drodze powrotnej. Wycieczka to efemeryda, teatrzyk eksperymentalny, gdzie gramy role wedle improwizowanych, odręcznie wymyślanych scenariuszy. Ułatwia nam to odmienność tego kraju. Nasze problemy są myszką Miki w porównaniu z problemami Hindusów. Nasza duchowa wyobraźnia jest dzidziusiem w stosunku do bogactwa ich religii i wyobrażeń. Oni są w tym niesamowici. To nas zmienia, pokazuje, jacy i my możemy być, daje nam poczucie luzu i swobody, a zatem i szczęścia. Powtórzę, nasze niezwykłe zachowania w Indiach i Nepalu, oczywiście bez jakichś idiotycznych ekscesów, nie szokują nas ani nikogo innego.

Tej nocy Praktyk zasnął z poczuciem wyjątkowości w pokoju kolorystycznej nijakości, o której wiedział, że przeminie, jak tylko opuści hotel rankiem następnego dnia.

Odc. 25 Małpy i elephantiasis

Piotr Praktyk zapamiętał małpy jako współwłaścicieli kraju. Zapadły mu w pamięć. Był pewny, że to wspomnienie tego, co przeżył, będzie go prześladować, że każdy kiosk będzie mu się kojarzyć z bankiem i małpami. Coś w rodzaju zaraźliwego trójkąta wyobrażeń: bank-kiosk-małpy. Wspomnienie zjawiało się nieproszone pod różnymi hasłami, wracało uparcie, wielokrotnie, głównie we śnie, ale nie tylko. Później, już po powrocie do kraju, zwiedzał ogród zoologiczny i zobaczył małe stado małp. Był prawie pewien, że samiec groził mu kłami i gardłowym warkotem jak ten znad kiosku z bankomatem w Indiach.

Dzień zapowiadał się zupełnie zwyczajnie. Po południu rykszarz zawiózł Praktyka do bankomatu, jaki był najbliżej hotelu. Sprawa była prosta, chodziło o podjęcie pieniędzy. Bankomat był zainstalowany w ścianie małego budyneczku przypominającego kiosk. W kolejce stało już dwóch Hindusów. Nomada dołączył do nich i spokojnie czekał. Kiedy pierwszy klient odszedł od bankomatu, drugi ani myślał zbliżyć się do kiosku. Zapytany przez Praktyka, dlaczego tego nie zrobi, wskazał głową małpy siedzące na dachu tuż obok bankomatu. Zwierzęta poruszały się niespokojnie, parskały. Przewodził im samiec, większy niż pozostali członkowie stada. Wyglądał groźnie, on jeden szczerzył kły.

– Musimy poczekać, aż się uspokoją. Teraz są niebezpieczne – Hindus ostrzegł Praktyka obracając się do tyłu.

Nomada popatrzył na przewodnika stada i zauważył, że ten go obserwuje i przygląda mu się przenikliwie, zupełnie jak człowiek. Twarz małpy, mimo bardziej płaskiego kształtu, upodobniła się do ludzkiej twarzy. Podróżnik poczuł się nieswojo, przeszły go ciarki. Zobaczył nagle przed sobą nie zwierzę ale prawdziwego człowieka, przyglądającego mu się rozumnie, choć z pewnym wzburzeniem. Na grzbiecie samca srożyła się grzywa. W całej sytuacji była groźba i tajemnica.

Praktyk przypomniał sobie, że przebywa w świecie, w którym małpa została wyniesiona do rangi wyższej nawet niż człowiek. Myślał o bohaterskim Hanumanie, Bogu-Małpie, repezentującym odwagę, nadzieję i mądrość, najbardziej oddanym bogowi Ramie. Był to niezwykły przypadek w historii wiary, że zwierzę sięgnęło pozycji Boga. Przyglądając się osobnikom siedzącym na dachu kiosku, Praktyk zauważył moment, kiedy samiec uspokoił się, przybierając normalny wygląd. Wydało mu się, że spokojny już samiec nie różnił się za bardzo wyglądem i zachowaniem od niejednego człowieka; ten sam bezmyślny, jakby głupawy wyraz twarzy, podobnie leniwe ruchy, nieme zawieszenie wzroku.

Jeszcze tego samego dnia Praktyk wraz z grupą udał się pieszo na dworzec autobusowy. Stanęli na uboczu na rozległym i wyjątkowo niezaśmieconym placu, czekając na zamówiony autobus. Było bardzo gorąco mimo późnego popołudnia. Nie wiadomo kiedy pojawili się sprzedawcy. Okazali się wyjątkowo natrętni, może dlatego, że Nomadowie stanowili jedyną grupę turystów w zasięgu wzroku na placu autobusowym.

Piotr zastosował wypróbowaną już technikę postępowania: wyłączył się, nie reagował na składane mu propozycje zakupu, nie odpowiadał na pytania ani pozdrowienia. Nie od razu zauważył, że wpatruje się w niego kilkunastoletni Hindus o przyjemnej twarzy i żywych, prawie chłopięcych oczach. Siedział na trójkołowcu, wózku osadzonym na kołach rowerowych, z boczną platformą, na której trzymał póługiętą lewą nogę. Jej stopa, przypominająca zdeformowany balon, o mocno pociemniałej skórze, raziła potwornością kształtu i wielkości. Była to słoniowatość, elephantiasis.

Widok był tak szokujący, że Nomada odwrócił wzrok. Słyszał o tej chorobie, widział nawet jej deformacje na zdjęciach, ale po raz pierwszy miał przed sobą żywego człowieka cierpiącego na tę potworność. Praktyk dyskretnie obserwował chłopca. Stopa nieszczęśnika, potworna, jak tylko można sobie wyobrazić, zupełnie jak z filmu, stała się dla niego symbolem ludzkiego losu na kontynencie indyjskim.

Pragnąc wyłączyć się, Piotr zamknął oczy i natychmiast poczuł otaczające go ciepło. W wyobraźni zobaczył piramidę Hindusów, każdy cierpiący na słoniowatość. Na dole odwróconej do góry nogami piramidy stała jedna osoba, nad nią już dziesięć osób, na trzecim i kolejnych poziomach, setki, tysiące i miliony Hindusów; ogromna rzesza ludzi hierarchicznie wtłoczonych w ramy nieszczęścia. Widział napięcie na ich twarzach, jak usiłowali wyrwać się z rzeczywistości. Na rękach i nogach mieli łańcuchy – parodię wolności. Nomada zadał sobie pytanie, jaka jest wartość bycia wolnym człowiekiem, jeśli nie ma się środków na utrzymanie, nie mówiąc o leczeniu okropnej choroby.

W nagrzanym słońcem autobusie Praktyk przysnął. Jego wyobraźnia produkowała nowe obrazy. Najpierw pojawiła się machina umocowań; przywiązany do rykszy Hindus w złachmanionym ubraniu, ryksza przypięta łańcuchem do żelaznej barierki przy brudnej ulicy, ulica przytwierdzona asfaltem i krawężnikami do ziemi, a nad tym wszystkim gęsta atmosfera zapomnienia o bliźnich. Była to machina społeczna Indii. Stała w miejscu zablokowana wielowiekową tradycją niemocy. Obraz nieszczęść był nie do wytrzymania; machina zaczęła się łamać, po chwili eksplodowała sardonicznym śmiechem. Tworzący ją artyści nieszczęścia dostrzegli swoją kukiełkowatość i wyszczerzyli zęby w szyderczych uśmiechach, ukazując szczerby, plomby i luki między zębami. Na końcu, jakby na pocieszenie, pojawił się rząd nienaturalnie białych i równych zębów. Była to prawdziwa wystawa uzębienia przed i po leczeniu dentystycznym. Druga grupa artystów, ci ze słoniowatymi stopami, poruszali się w prawo i w lewo, wyginali, pozorując grę w piłkę, jazdę konną i skoki do wody. Niektórzy wtykali między słoniowate palce nóg kwiaty, medaliony, łańcuszki koralików a nawet kolorowe zdjęcia premiera kraju i jego ministrów.

– Parodia losu osiągnęła szczyt – pomyślał Praktyk. Oglądałby dalej niezwykłe sceny, gdyby nie głośne trąbienie autobusu. Popatrzył w kierunku chłopca ze słoniowatą stopą; oddalał się szybko, zniechęcony brakiem datków a nawet zainteresowania.

– Losem milionów Hindusów jest upokorzenie – pomyślał, starając się oderwać od przykrej wizji. Zanim obudził się z szalonego snu, dwa razy machnął ręką w powietrzu, jakby opędzał się od much.

Odc. 26 Fort Amber

W Fort Amber koło Dżajpuru Piotr Praktyk zobaczył Indie bezwstydnie odarte z godności królewsko-cesarskich, złota, drogich kamieni, pereł, barwnych dywanów i dzieł sztuki. To tutaj Cesarz Akbar z muzułmańskiej dynastii Wielkich Mogołów zgromadził bibliotekę trzech tysięcy dzieł naukowych i literackich sprowadzanych z całego świata, także z odległej Europy.

Praktyk rozglądał się po pustym pomieszczeniu szukając wzrokiem sprzętów, mebli i wyposażenia, które nadawałyby sens istnieniu takiego miejsca. Właśnie to najbardziej nie podobało mu się w Indiach, że ogromne zamki i pałace, pozbawione były treści: mebli, sprzętów, strojów, biżuterii ze szlachetnych kamieni, zabawek i setek innych akcesoriów, tworzących nastrój i nadających koloryt życiu. Wszystko, co piękne i najbardziej cenne, zostało wyrwane, rozebrane i ukradzione. Znaczącą rolę mieli w tym brytyjscy kolonizatorzy Indii. Piotr prawie z nienawiścią zdefiniował pozostawione przez historię dziedzictwo jako „Indie wybebeszone”

Cesarza Akbara Wielkiego przedstawiano kiedyś jako dziwadło, osobnika ni w pięć ni w dziesięć, analfabetę nieumiejącego czytać ani pisać. Prawda była taka, że prawdopodobnie był dyslektykiem, cierpiącym na dolegliwość doskwierającą współcześnie wielu dzieciom, która dziś daje się leczyć. Mimo tego cesarz był jednym z najlepiej wykształconych władców tamtych czasów. Miał wspaniałą pamięć; codziennie czytano mu sprawozdania, z których czerpał wiedzę o państwie i świecie. Był miłośnikiem poezji perskiej oraz znawcą i patronem muzyki, malarstwa i architektury.

Stojąc w pustej sali, bez oszklonych okien, bez drzwi, półek, dywanów i miejsc do siedzenia, Praktyk wyobraził sobie bibliotekę z kilku tysiącami tomów. Był to widok imponujący: okna zasłonięte półprzezroczystą materią, na podłodze wspaniałe dywany, wokół sali półki, stoły i skrzynie z książkami. Wyobraził sobie cesarza; widział go kiedyś na rycinie. Szczupły, czarnowłosy, z ostrymi rysami twarzy, był władcą surowym, a równocześnie pełnym wyrozumiałości, jak rzadko który rządzący. Wiadome było o nim, że starał się szukać porozumienia raczej niż wojny. W demokracji władza wyraża się w postanowieniach regulujących szczegóły życia obywateli, poruszania się, pracy, nauki, a nawet uprawiania hobby w rodzaju picia alkoholu i palenia papierosów. W Indiach to wszystko regulował władca, dyktując, jakie mają być zasady i zwyczaje.

Cesarz miał także pewne słabości, można by powiedzieć natury estetycznej. Przykładem był kamień, stojący na środku dziedzińca, na którym słoń – na rozkaz cesarza- rozdeptywał głowę skazańca nie tylko po to, aby skrócić mu życie, ale aby go upokorzyć, bo była to śmierć najbardziej hańbiąca. Słoń, kamień, upokorzenie – to były skojarzenia, jakie Praktyk zabierał ze sobą, umieszczając je w pamięci równie łatwo jak chusteczkę do nosa lub grzebyk w bocznej kieszeni spodni.

– Dzisiaj można by taką śmierć porównać – pochylając się nad kamieniem, Piotr pozwolił sobie na swobodną spekulację wobec Kindżała i Darczyńcy – ze śmiercią człowieka pod ciężarówką wiozącą ładunek kiszonej kapusty, czymś tak beznadziejnym i rzadkim jak krokus przy kożuchu wielkiego świętego.

Tego samego dnia, podróżnik zwiedził jeszcze Pałac Wiatrów, Hawa Mahal, w Jaipur, zwanym różowym miastem od koloru piaskowca, jaki wykorzystywano do budowy. Pałac Wiatrów, malowniczy jak bajka od zewnątrz, był kompletnie pusty od strony wewnętrznej.

– Jeszcze inny przykład Indii wybebeszonych – niechętnie myślał Praktyk, samotnie wspinając się po wąskich schodach miejsca zwanego pałacem, który wewnątrz był niczym innych jak piramidalnym nagromadzeniem pustych pomieszczeń, drzwi, schodów i krótkich korytarzy.

Odc. 27 Hierarchia wiary

Na zakończenie dnia Grupa 13 udała się do kawiarni „Psycho”, gdzie potajemnie podawano do spróbowania lokalny narkotyk „Luri”. Wiedzieli, że jest mocny, byli jednak przekonani, że nie jest zabójczy. Przed skutkami jego użycia ostrzegał ich chudy Anglik, sąsiad z tego samego piętra w hotelu „Cal Moria”, w którym jaszczurki wielkości małego palca ścigały się po ścianach w pogoni za insektami. Nomadowie zignorowali go, zapominając, że kto jak kto, ale potomek dawnych kolonizatorów wie najlepiej, jak odróżnić trującą prawdę od psychodelicznego pozoru.

Siedząc w wysokiej sali z lampami zwisającymi z sufitu na wąskich metalowych rurach, Nomadowie obserwowali gości, stoliki i kolorowe obrusy, wielkie akwarium z rybami i krabami u wejścia oraz obrazy i ozdoby na ścianach. Pili kawę, nieświadomi, jak zmienia się otoczenie. Najpierw pojawiła się chmura motyli, błyskająca w świetle lamp aksamitnym błękitem, potem obrazy zamieniały się miejscami, w końcu wnętrze kawiarni zaczęło przesuwać się w kierunku wyjścia. 

Piotr Praktyk czuł się całkiem dobrze jeszcze kiedy wychodził z innymi grupowiczami z kawiarni. Trwało to tylko do czasu, kiedy wrócił do pokoju w hotelu. Narkotyk zadziałał w ułamku sekundy. Piotr najpierw zauważył, jak wielka ozdobna półka z bibelotami i kwiatami wali się na niego. Usiłował poderwać się, nogi jednakże okazały się cięższe niż padły z przejedzenia bawół indyjski zwany także arnim. Zaraz potem przygniotła go ściana; zobaczył niebo w sześciu kolorach i formach, mówił kilkoma językami, przybierał dziwaczne imiona i nazwiska, stał się wielopostaciowy. Widział siebie; był przezroczystym manekinem skonstruowanym dla studentów anatomii. Jego myśli zbiegły się w hippokampusie, przedniej części mózgu, i pulsowały srebrnie w chemiczno-fizycznych niciach myślenia i zapamiętywania. Miał wrażenie, że falują niby powietrze nad rozpaloną pustynią, gdzie jajko rzucone na piasek ścina się w dwadzieścia pięć sekund. Trans trwał. Wokół niego falowały obrazy pól, lasów, jezior i nieba, dźwięki nabierały barw a kolory zapachów. Kiedy Piotr zanurzył się w gąszcz przeżyć, zobaczył Boga, który pojawiał się, poruszał, nieruchomiał i znikał, aby w końcu skryć się za drzewami. Piotr nie wiedział dlaczego Najwyższy to uczynił, bo gdyby chciał, to przecież mógłby wszystko zmienić jednym gestem ręki, skinieniem głowy czy nawet poruszeniem brwi. Kiedy zauważył, że prawdopodobnie wskutek swej sędziwości Najwyższy ma brwi gęste jak krzaki, zreflektował się, że był to podszept szatana i od razu porzucił niedorzeczną myśl.

Budząc się, Piotr czuł, jak przewraca się w nim ogromna piramida hinduskich kultów, wyznań i religii. Jej części zamieniały się miejscami niby kolorowe kamyki obracającego się kalejdoskopu.

Przed przyjazdem do Indii dałby sobie głowę uciąć, że buddyzm był jedną z głównych religii kraju. Tymczasem w ponad miliardowym orszaku wyznawców na początku szli hinduiści powiewając imponującym transparentem osiemdziesięciu procent udziału, daleko za nim islam ze skromnym sztandarem piętnastu procent, następnie chrześcijaństwo z ubogą wywieszką czterech procent.

– Buddystów, dla których Indie są kolebką i domem rodzinnym, nie stać nawet na anemiczną plakietkę – szepnął do siebie Piotr.

Zmartwił się. Buddyzm, jego ukochana religia, był wyznaniem zagubionym, o którym słyszeli tylko ludzie czytający co najmniej jedną książkę rocznie. Nie było to jedyne zaskoczenie ani ostatnia plama na honorze podróżnika, zgłębiającego wiedzę o świecie i Bogu.

Odc. 28 Zderzenie Wschodu z Zachodem

Kolejna męcząca podróż autobusem przyniosła skutki, jakich Praktyk się nie spodziewał. Coś się w nim załamało, przestawiły się jakieś tryby, zmieniła się wewnętrzna perspektywa, w końcu dostrzegł sprzeczności życia.

– Można by powiedzieć, że się przebudziłem. Było to bolesne, ale na pewno bardzo potrzebne – skomentował to w gronie Nomadów.

Przebudzenie miało religijną postać i filozoficzną moc. Jadąc autobusem, Piotr patrzył smętnie przez okno, za którym migały widoki, ludzie, zwierzęta i cienie. Na ich tle ukazał mu się Budda, siedzący w lotosie medytacji, oraz panteon bogów hinduistycznych, wszyscy wyciszeni i promieniujący światłem. Tuż za nimi pojawili się Chrystus, Mahomet oraz nad wyraz poważni brodaci święci i prorocy, z niczym mu się nie kojarzący.

– To jest Wschód – uznał Piotr.

Kiedy tkwił w chwili zamyślenia, z naprzeciwka nadjechał wielki kolorowy autobus pełen ludzi naładowanych energią, rozgardiaszem i przedsiębiorczością.

– To jest Zachód – powiedział Piotr Praktyk. Nie miał wątpliwości.

Doszło do zderzenia. Niecierpliwa fizyczna ruchliwość Zachodu zderzyła się z wyciszoną duchowością Wschodu. Piotr poczuł tę konfrontację wewnątrz siebie; szumiało mu w głowie, coś skrzypiało, przestawiało się, regulowało. Szerzej otworzył oczy i zauważył, że w autobusie tylko on nie śpi; reszta towarzystwa wyglądała na pogrążoną w letargu. Niektórzy uczestnicy wycieczki spali z otwartymi ustami, niektórzy pochrapywali, ktoś drapał się po twarzy. Byłoby to zabawne, gdyby nie zderzenie autobusów, którego nawet nie zauważyli.

W nagłym rozbłysku świadomości Praktyk zrozumiał błąd swój i towarzyszy. Zamiast koncentrować się na zwiedzaniu zabytków, poznawaniu i przeżywaniu miejsc i czas, koncentrowali się na przemieszczaniu się, na sobie i na Kantynie, wymagającym nieprzerwanej uwagi, inaczej mówiąc na sprawach niegodnych uwagi. Zdał sobie sprawę, jak fatalnie on i inni Nomadowie pobłądzili, jakiemu zaciemnieniu uległy ich umysły.

Osaczyły go zajadłe ogary wyrzutów sumienia. Miał sobie za złe, że stał się bezwolnym manekinem, obiektem przemieszczającym się jak ślepiec po kraju pełnym bogactw historii i współczesności. Dostrzegł absurd sytuacji: wokół zabytki historii z trzech tysięcy lat oraz miliony mieszkańców walczących o przeżycie, umierających z biedy, głodu i chorób, a w autobusie i w hotelu oni i Kantyna, uparty nałogowiec, marnotrawiący pieniądze na odurzanie się, i sprawiający wszystkim problemy. Narosła w nim taka fala protestu, że krzykiem obudził śpiącego obok Kindżała, aby zadać mu gniewne pytanie:

– Czy my musimy być tacy opiekuńczy wobec Kantyny, zwykłego moczymordy, tylko dlatego, że jest naszym rodakiem? Szukać go, kiedy się gubi oraz martwić się ciągle o to, że gdzieś polezie i coś sobie zrobi!? Ten typ blokuje naszą uwagę, kradnie nam czas, a my okazujemy mu wspaniałomyślność. A co z tymi biedakami na ulicach? Czy oni nie zasługują bardziej na naszą uwagę, współczucie i pomoc? A co z nami samymi?

Zaspany Kindżał nie otwierając oczu odezwał się filozoficznie:

– Za dużo myślisz o pijaku Kantynie i o sobie. Skoncentruj się na tym, co dzieje się wokół, a będziesz szczęśliwszy. Prawdziwe życie jest na zewnątrz, a nie wewnątrz nas.

Odc. 29 Konkurs

Wieczorem grupka Nomadów siadła przy stolikach na zewnątrz hotelu i konwersując piła to, co sobie każdy zamówił, przeważnie była to kawa. Inżynier Uniwersalny jak zwykle przechwalał się, wymieniając swoje niezwykłe osiągnięcia, wysokie stanowiska, jakie zajmował oraz nadzwyczajne miejsca, gdzie przebywał. Słuchali go, po czym niektórzy doszli do wniosku, że kawa im nie smakuje.

– Picie kawy stało się rytuałem bez wartości, automatem. Nie masz nic innego do roboty, to pij kawę. To motto zamkniętego umysłu, któremu wszyscy ulegamy – Oświadczył Kindżał, odsuwając filiżankę ze wstrętem. Inni nie poszli w jego ślady. Nie mając nic lepszego do roboty wlewali w siebie napój, niektórzy przy okazji złorzeczyli.

Praktyk miał wrażenie jakby przestrzeń wokół coraz bardziej zamykał się i coraz trudniej jest my oddychać. Poczuł się nieswojo. Uznał, że powodem jest obecność Inżyniera wyzwalającego w ludziach niedobre uczucia.

– Też ulegam jego wpływowi. Zabieram głos, aby powiedzieć coś o sobie, zupełnie niepotrzebnie pokazując moje osiągnięcia, zdobycze czy inny dorobek – pomyślał.

Zastanawiał się, czy nie powinien od razu wstać od stołu i udać się na spacer lub wrócić do pokoju hotelowego. Miał sobie za złe, że nie potrafił wykorzenić w sobie nawyku mówienia rzeczy niepotrzebnych. Zastanowił się nad tym. Był człowiekiem ciekawskim, chciwym wiedzy i świata, ciągle doskonalącym się i lubił to w sobie. Postanowił zmienić to egocentryczne nastawienie, począwszy do następnego dnia, jak tylko ruszą w drogę. Byłby to najlepszy moment, bo kiedyś trzeba przecież zacząć.

Mimo klimatyzacji, w autobusie szybko zrobiło się duszno. Trzeba było jakoś to przeżyć. Najstosowniej byłoby zasnąć, bo mieli przed sobą długą trasę. Większość to uczyniła. Kiedy obudzili się, uznali, że pozostały czas trzeba jakoś zagospodarować. Po kilku godzinach podróży mieli już dosyć snu. Padł pomysł: – Zorganizować konkurs z nagrodami za największe osiągnięcia podróżnicze, włączając w to szacunek i dobroć okazywaną mieszkańcom odwiedzanych krajów.

Rozpoczęto przygotowania nie stroniąc oczywiście od alkoholu, który Darczyńca już wcześniej zaczął roznosić w słynnych dzióbasach. Jego inicjatywę uznano za pozytywną i zgodną z tradycjami Nomadii.

– Kto odbył najwięcej podróży i okazał najwięcej serca tubylcom, oto jest pytanie – wyrwał się Kantyna. Był jeszcze w miarę dobrym stanie i oczy świeciły mu się naturalnym blaskiem.

Analizy osiągnięć i wybór zwycięzcy dokonało jury w osobach Nomadów, którzy wyrazili chęć uczestniczyć w ocenie. Pierwsze miejsce i złoty medal przypadły Darczyńcy. Był szczęśliwy, tym bardziej, że poprzedniego dnia ogłoszono go Strażnikiem Butelki (Guardian of the Bottle) w ramach Mistrzostw Różnych Ceremonii, po tym, jak krzyknął pełen entuzjazmu, kiedy zabrakło jednego kieliszka:

– To pij z gwinta!

W obydwu przypadkach Darczyńca otrzymał masę braw i okrzyków poparcia. Było widoczne, że decyzja jury była trafna. Kiedy wstał z fotela, aby podziękować, zaprezentował w pełni swój podróżniczy profil.

– Rozważnie niski, dosyć tęgawy osobnik, w obszernych spodenkach, z których sterczą z jednej strony krótkie nogi, a z drugiej wystający brzuch – szeptem opisała go Wysoka z Kokiem przybliżając usta do ucha Wizażystki. 

Okolicznościowe przemówienie wygłosił Kindżał. Było tego tyle, co kot napłakał.

– Darczyńca to osobnik bardzo uprzejmy, uczynny, za dziećmi skoczyłby w ogień. Nie cierpi banków i bankierów, wierzy w ich niszczycielską, piekielną moc. Sam tego nie rozumiem, bo chłop wydaje się być człowiekiem racjonalnym. Jeśli wy rozumiecie, to powiedzcie.

– Chyba go wielokrotnie krzywdzono, kiedy był dzieckiem. To są najgłębsze urazy. Pozostają w człowieku do końca życia i deformują go w rozumieniu świata. Dlatego okazuje miłość dzieciom, czyli małym ludziom podobnie potraktowanym przez życie – zdecydowanie zawyrokowała Wysoka z Kokiem.

Chwilę rozmawiano na ten temat, po czym uznano dyskusję, czy w przypadku Darczyńcy jest to prawdą czy nie, za jałową wobec braku bliższych informacji o jego dzieciństwie. Sam zainteresowany milczał, uśmiechając się niepewnie. Wyglądało na to, że rozmowa na jego temat go nie cieszyła, ale też nie sprawiała mu przykrości.

Dwuznaczną sytuację przerwał Kindżał, pragnący dokończyć mowę pochwalną.

– Darczyńca był w Indiach wielokrotnie. Upodobał sobie ten kraj. Za dziećmi tak bardzo przepada, że przywiózł im z kraju dziesięć kilogramów cukierków. Ponieważ szybko się skończyły, dokupował je kilka razy w sklepach po drodze. Gdziekolwiek zatrzymywaliśmy się, natychmiast otaczały go dzieci. Dawał im chyba jakiś sygnał, że będzie rozdawać łakocie.

Po Kindżale zabierali głos inni. Podkreślano, że zwycięzcy jak najbardziej należy się złoty medal także za wielką siłę zachęty do czynienia dobrych uczynków.

– Jest w nim obfitość uczuć, czułość i użyteczna rozrzutność. W czasie pobytu za granicą pamiętał o każdym święcie narodowym Nomadii oraz zwiedzanego kraju – włączył się Praktyk.

Odc. 30 Darczyńca

O głos poprosił Kantyna, aby – jak to wyjaśnił na wstępie – dokonać ważnego uzupełnienia biografii Darczyńcy. Zaczął bardzo przytomnie, zaskakując nawet te osoby, które za nim nie przepadały.

– Znam przyczyny dobrego serca Darczyńcy. To człowiek, który rozumie krzywdę, jaką wyrządzają dziecku dorośli. Opowiedział mi o traumie jaką sam przeżył. Kochał chałwę, mógłby jeść ją kilogramami, ale rodzice nie pozwalali mu na to. Byli to dziwni rodzice, ale ważne, że go kochali i on kochał ich takimi jacy byli. Marzył o tym, aby wreszcie najeść się chałwy do syta. Nigdy to nie nastąpiło. Dlaczego tak się stało, nie wiem, nie powiedział mi tego. Chodziło o niezaspokojenie ważnych potrzeb, głód tego, co lubi się najbardziej, czego się pragnie, o czym się marzy. Dlatego jubilat tak bardzo lubi pomagać dzieciom, którym brakuje słodyczy i miłości.

Kantyna ogarnął wzrokiem słuchaczy i kontynuował.

– Wiem o czym mówię, bo sam przeżywam taki głód od lat. Dlatego rozumiem i cenię Darczyńcę. Ja bym jednak dzieciakom cukierków z alkoholem nie dawał. To mnie różni od Darczyńcy. Dlatego nie dziwię się, że to on został wyróżniony za pomoc najmłodszym na w czasie swoich licznych podróży misjonarskich, a nie ja. Też chciałem być misjonarzem, ale kiedy mi uświadomiono, że będę musiał chodzić w tej samej ciepłej sutannie w upalne lato jak i w mroźną zimę i powstrzymywać się od jedzenia mięsa w dni świąteczne oraz picia alkoholu we wszystkie dni, powiedziałem sobie: Basta!

Dalsze przemówienie Kantyny przerwały okrzyki. Jedni krzyczeli zachęcająco: – Dać mu wódki, niech mówi, bo mówi rozsądnie, inni: – Nie zawstydzajmy człowieka. To nie po chrześcijańsku.

– W tym, że chciał być misjonarzem, nie ma nic śmiesznego. Sam o tym marzyłem, tylko rodzice woleli, abym zdobył wykształcenie techniczne, bo jak się samochód zepsuje lub zlew w domu zapcha to taka wiedza jest na wagę złota – przemówił Inżynier, zaskakując towarzystwo krótkością swojej wypowiedzi.

Na chwilę do rozmowy włączył się jeszcze Kantyna, aby dokończyć swoje wystąpienie rozgoryczonym głosem: – Nie dla psa kiełbasa, nie dla kota skórka, nie dla ciebie moczymordo wojewody córka. Wiwat, wiwat, wszystkie stany. Napijmy się, aby rozładować ból lat dziecięcych, za niewłaściwe traktowanie potomstwa przez rodziców a mężów przez żony.

Po występie Kantyny Mistrz Ceremonii Kindżał poprosił o zabranie głosu zwycięzcę konkursu. Wyróżniony złotym medalem Darczyńca był wzruszony. Na ogół nie lubił mówić o sobie, tym razem był w wyjątkowo dobrym nastroju. Przemawiając opierał się o fotel prawą ręką, w drugiej trzymał słynnego dzióbasa, z którego ostrożnie popijał. Kilka razy oblizywał usta wznosząc kieliszek do góry.

– Wychowałem się w środowisku narodowo-patriotycznym, wśród ludzi wrogich wszelkim odmieńcom. Moi rodzice byli homoseksualistami i im się też dostało. Dlatego nie jest mi łatwo teraz przemawiać, ale okazja jest tak ważna, a ja jestem tak szczęśliwy, że uczynię to z przyjemnością. Historia mojej rodziny i dzieciństwa jest nietypowa, lecz pełna miłości i poezji.

– Najważniejsze, homo czy nie homo, jest to, że rodzice bardzo mnie kochali, powiedziałbym nawet, że do szaleństwa. Zresztą wszyscy wiemy, że homo brzmi bardzo podobnie jak dom po angielsku, a dom znaczy wszystko, co najlepsze. Nie będę cenzurować rodziców za to, kim byli, bo darzyli mnie najlepszymi uczuciami. Teraz, będąc dorosłym człowiekiem, lepiej rozumiem labirynty uczuć. Ludzie są różni a miłość jest jak ekwilibrystyka cyrkowa. Każdy cyrkowiec robi swoje sztuczki inaczej. Jeden na leżąco, na brzuchu lub na plecach, inny na siedząco lub stojąco, jeszcze inni na boku, w zwisie lub w układzie piramidalnym. Tu, w Indiach, możemy sobie śmiało powiedzieć, że Kamasutra i miłość są dla wszystkich, bo żyjemy w demokracji. Nasze Pismo Święte mówi też wyraźnie: Kochaj bliźniego swego jak siebie samego. Wśród bliźnich nie ma podziału na mężczyzn i kobiety, mądrych i głupich czy dobrych i złych. Nie jest ważne, jakiej płci jest bliźni, mamy święty obowiązek go kochać. Zresztą niejednej kobiecie jest na imię Marzanna, a niejednemu mężczyźnie na imię Teofil, a wszyscy wiemy, że to są dobre imiona podobnie jak tysiące innych. Nie możemy nikogo dyskryminować. Dlatego ja kocham dzieci, bo one są niewinne niezależnie od rodziców, którzy mogą być tacy lub inni, a przy okazji dziękuję Bogu za złoty medal.

Po toastach na cześć medalisty towarzystwo rozruszało się, niektórzy mieli prośby o wyjaśnienie jakichś szczegółów przemówienia Darczyńcy, powagę mieszano z żartami a tematy ważne z niepoważnymi. Bawiono się, aby zapomnieć o przeszłości, trudnym dzieciństwie, przeciągającej się podróży, upale panującym na zewnątrz, zmęczeniu, tuszując, kiedy trzeba, zgrabnym słowem, żartem lub uśmiechem niezręczne sytuacje, jakie zdarzają się między ludźmi, nawet w najlepszym towarzystwie.

Odc. 31 Kindżał

Impreza tak się podobała, że Nomadowie postanowili organizować podobne konkursy przy każdej, mającej sens, okazji. Sensu dopatrywano się w czasie przejazdu, który musiał być dostatecznie długi, oraz w dostępności alkoholu uznanego za najlepszy środek stymulowania wyobraźni i dobrego nastroju.

– Nie ma nic lepszego nad alkohol w podróży, także w życiu. Ja stosuję go leczniczo od lat i jestem najszczęśliwszym człowiekiem na świecie – Kantyna złożył deklarację miłości do używki z takim przekonaniem, że aż wzbudził sprzeciw.

– Nie przesadzaj! – prawie krzyknęła Wizażystka. – Nie widać tego po tobie, ze reprezentujesz szczęście na tym padole łez i nieudanych makijaży.

Siedzący w pobliżu Nomadowie popatrzyli na nią. Mieli wrażenie, że krzyknęła, aby zwrócić na siebie uwagę. Jej twarz promieniała oryginalnymi motywami kwietnymi, wzorami liści i kwiatów roślin pokazywanych kilka dni wcześniej przez Przewo. Były to miniaturki ułożone w pasmo kolorowych bukiecików artystycznie wymalowanych pod oczami, tworzących panoramę przerwaną pośrodku pionowym fragmentem nosa. Było to tak oryginalne i zachwycające, że kilka osób poprosiło, aby pozowała im do zdjęcia. Przystała na to z radością, jaką odczuwa twórca dający innym okazję do przeżywania głębokich wzruszeń artystycznych. 

Następnego dnia, w Drugim Wielkim Konkursie Autobusowym, poświęconym upowszechnianiu piękna i artyzmu w sztuce, pierwsze miejsce i złoty medal zdobył Kindżał. Był najlepszy w artystycznych pomysłach rozrywkowych, konkretnie w umiłowaniu i upowszednianiu szlachetnej broni. Był bezkonkurencyjny. Wszyscy na niego głosowali. Chodziło o białą broń, noże i sztylety, stanowiące jego pasję artystyczną. W Nomadii Kindżał był przedsiębiorcą, niezwykle pracowitym i praktycznym. W życiu zawodowym prowadził kilka przedsiębiorstw, wykazując wielką inicjatywę i przedsiębiorczość. Bez wahania zmieniał prowadzony biznes na inny, jak tylko odkrył ważną lukę rynkową w zaopatrzeniu w towary lub usługi. Można było mieć wrażenie, że po powrocie do kraju pasja artystyczna pogrąży jego miłość do biznesu.

Zdobywca złotego medalu kochał sztylety i noże, pod warunkiem – jak to wyjaśnił w wywiadzie udzielonym na gorąco między dwoma rzędami foteli w autobusie – że były pięknie zdobione i miały płaskie ostrza, nie trójkątne, czyli w kształcie, którego organicznie nie znosił.

W Indiach i w Nepalu wszyscy sprzedawcy, właściciele sklepików i straganów, handlarze obnośni i obwoźni chyba na odległość wyczuwali jego szaloną miłość do sztyletów i noży. Raz zdarzyło się nawet, że grupa handlarzy czekała na autobus, którym podróżował. Zanim pojazd zatrzymał się, w kierunku drzwi ruszył na wyścigi cały tłum. Podbiegli do Kindżała z pękami noży i sztyletów w rękach, w torbach a nawet powiązanych sznurkiem na ramieniu. Kilkanaście metrów dalej czekali straganiarze z akcesoriami rozłożonymi schludnie jeden obok drugiego na prowizorycznych stołach. Wszyscy starali się zgadnąć jego oczekiwania, jakiego eksponatu poszukuje danego dnia i biegali za nim, oferując mu „nadzwyczajne kindżały, jakie jeszcze na oczy nie widział” i podobne niezwykłości.

Kiedy ogarniał go amok kupowania, Kindżał był niepowstrzymany dopóki nie skończyły mu się pieniądze zarezerwowane na dany dzień. Czasami zdarzało się jednak, że kupował sztylety jak bułeczki, prawie jak leci, bez większych negocjacji płacąc po dwadzieścia, trzydzieści a nawet pięćdziesiąt dolarów za sztukę, jakby uznając, że każdy następny okaz jest piękniejszy od poprzedniego.

Sprzedawcy bywali wobec niego obrzydliwie nachalni, mimo to usprawiedliwiał ich.

– Ich życie wymaga nieprzerwanej aktywności, natarczywości i napastliwości, podejmowania wszelkich prób sprzedaży. Gdyby tacy nie byli, zdechliby z głodu.

Chyba wyczuwali jego odporność na agresywny marketing, ponieważ zachwalali swój towar bez umiaru, na wszelkie sposoby, wynajdując nieprawdopodobne argumenty.

– O! Ten sztylet ma ostrze wygięte łukowato do tyłu dużo bardziej niż inne i jest zdobny kamieniami półszlachetnymi, ametystami, ten z kolei ma wielki szlachetny agat wprawiony w rączkę, a ten jest bardzo historyczny, ma co najmniej trzysta a może nawet czterysta lat.

– Co najmniej czterysta lat! – podpowiadał z boku z przekonaniem cichy wspólnik sprzedającego.

Jambiya dagger with pistol-shaped hilt. India Mughal dynasty.

Zakupy ulubionych akcesoriów w ilościach przekraczających pojemność małego muzeum Kindżał uzasadniał w prosty sposób.

– Znam w kraju kilka osób, które lubią tylko noże i sztylety i muszę im przywieźć odpowiedni upominek. Mam wobec nich zobowiązania i muszę je spełnić. Nie musicie się martwić, nikogo nie zamierzam zamordować. Nie będę też otwierać rzeźni uboju rytualnego.

Może była to prawda, może półprawda, a może w ogóle jej nie było. Piotr spekulował po cichu, że przyjaciel prowadzi albo zamierza prowadzić ekskluzywny sklep z orientalną białą bronią dla bogatej klienteli.

Odc. 32 Tajemnica Kindżała

Tajemnica wydała się dopiero kilka lat później; Kindżał kilka przemycał narkotyki w rękojeściach noży i sztyletów. Celnicy tego nie zauważyli, tak bardzo byli pochłonięci liczeniem upominków a jeszcze bardziej oglądaniem ich zdobień. Ich głowy były zaprzątnięte podejrzeniami przemytu kamieni szlachetnych i złota. Po badaniu przez eksperta zdobienia okazywały się sztuczne; imitacje kamieni i złota były tak doskonałe, że trzeba było niemałej wiedzy i doświadczenia, aby odróżnić je od naturalnych.

Dopiero kilka miesięcy po powrocie z Indii Kindżał przyznał się Piotrowi, a właściwe tylko napomknął, kiedy się bezpośrednio spotkali, co było jego prawdziwą pasją. Piotr słyszał o nim potem niejednokrotnie, że stał się bogatym człowiekiem, jednym z najbogatszych w kraju. Miał akwarium wielkości pół domu, wyłożonym złotymi płytkami, w którym pływały złote rybki. Lubił patrzeć, jak ich złote kształty odbijają się w złotym dnie. Miał obsesję na punkcie złota. W miejscowości, gdzie miał letnią rezydencję, nazywano go Krezusem.

W dniu, kiedy Praktyk dowiedział się o tym wszystkim, nie mógł zasnąć, zastanawiając się, co w życiu Kindżała było prawdą a co zmyśleniem. Był do tego stopnia zdezorientowany, że uznał to za stan przejściowego upośledzenia umysłowego. Rano poczuł się już znacznie lepiej.

W Drugim Wielkim Konkursie Autobusowym była jeszcze druga nagroda. Przypadła ona w udziale Szczepanowi, wysokiemu i chudemu osobnikowi, pasjonatowi lotnictwa, samolotów i podróży lotniczych. Z zawodu był profesorem muzyki i znał tysiące kawałów. Cieszył się z drugiego miejsca w konkursie i srebrnego medalu, ale dalece mniej entuzjastycznie jak Kindżał.

– Zachowuje się tak, jakby codziennie wręczano mu srebrny medal i przy okazji całowano po rękach. Zarozumialec! – Wysoka z Kokiem miała chyba do niego jakieś uprzedzenia, może z racji jego postawy, ponieważ był znacznie od niej wyższy i chodził w głową uniesioną do góry.

Przewo był jedyną osobą nie przywiązującą do konkursów autobusowych większego znaczenia. Uważał, że są to sprawy, którymi mogą interesować się prości turyści i miał za złe rodakom poważne traktowanie konkursów. Swój pogląd wyraził bardzo prosto:

– Wasze konkursy pod pozorami rozrywki trywializują sprawy naprawdę ważne.

Pod koniec wycieczki Przewo odsunął się nieco od grupy, uważając, że powinna ona poświęcać więcej uwagi miejscom, jakie przyjechali zwiedzać, a nie sobie samej. Starał się jej pomóc jak mógł, objaśniając i uświadamiając Nomadom, jak żyją ludzie w kraju, który stał się jego drugą ojczyzną poprzez małżeństwo z Hinduską.

Praktyk nagrywał na dyktafonie fragmenty jego wypowiedzi. Niektóre potem zapisywał i wykasowywał, aby zdobyć miejsce na dalsze nagrania. Zapadła mu w pamięć ostatnia wypowiedź Przewo zarejestrowaną na dyktafonie:

– Świat jest kompletnie nieświadomy, że masy ludzi żyją w Indiach jak porzucone na pastwę losu dzieci, a obywatele innych państw, obcokrajowcy tacy jak my, przyjeżdżają do Indii aby oglądać ich nędzę i jak najszybciej o niej zapomnieć.

Spokojny przebieg wycieczki zakłócił incydent związany z Piotrem Praktykiem, który w niewytłumaczalny sposób zniknął na dwa dni z życia grupy. Wszystko zaczęło się w momencie wejścia Nomadów do autobusu mającego ich zawieźć do Dżajpuru. To był początek jego niebytu. Sam mało co pamiętał, wszystko musieli mu przypominać towarzysze podróży.

– Zniknąłeś kompletnie. Byłeś pijany albo w transie. Nie wiadomo, co się z tobą działo, całe dwa dni. Nikt ciebie nie widział.

Z tego co mu mówiono, niewiele do niego dotarło. Był jak odurzony, słyszał co do niego mówią, ale nie wiadomo, ile z tego rozumiał. Świadczyły o tym jego zatopione w przestrzeni oczy, niemy świadek bezmiaru zagubienia. Był to najdziwniejszy epizod jego życia, rozpuszczenie się w czasie i w przestrzeni. Wkrótce o tym wszyscy zapomnieli.

Autobus był nowoczesny i wygodny. Kiedy wsiadali do niego popołudniową porą, było wciąż gorąco, wewnątrz panował jednak przyjemny chłód. Wnętrze autobusu było urządzone jak sala teatralna. Na ścianach wisiały obrazy, zasłony okien przypominały kotarę oddzielającą widownię od sceny. Jak tylko pojazd ruszył, natychmiast dało im się we znaki zmęczenie. Darczyńca zaproponował rozluźnić się odrobiną alkoholu.

– Wznieśmy toast za szczęśliwe zakończenie podróży w Dżajpur, gdzie czeka na nas wygodny czterogwiazdkowy hotel.

Kilku mężczyzn zgłosiło się do pomocy przy serwowaniu alkoholu. Ostatecznie rozlewczym został Kindżał. Podawał alkohol w małych metalowych kieliszeczkach napełnianych z trzylitrowej butelki. Robił to szybko i sprawnie. Kieliszki podawano sobie z ręki do ręki. Ci, którzy mieli chęć wypić więcej, wstawali z miejsc i podchodzili do niego, aby im dolał. Każdy pił do woli. Alkohol wyjątkowo dobrze smakował, nawet tym, którym wcześniej wzdragali się przed nim. Było w tym coś niezrozumiałego, ale nikt nie zadawał sobie trudu, aby zastanawiać się, o co chodzi. Wkrótce wszyscy posnęli. Tylko Praktyk czuwał mając problemy ze snem. Z nudów patrzył jak na zewnątrz zapada zmierzch. Wszystkie okna w autobusie miały już zaciągnięte zasłony. Nie miał pojęcia, kto i kiedy to zrobił, bo wszyscy spali.

Odc. 33 Głowa

Kiedy u sufitu autobusu zapaliły się rozjaśniające mrok małe lampki, Piotr Praktyk poczuł, że nastąpiła jakaś niezrozumiała i tajemnicza zmiana. Skoncentrował się i obserwował, co się dzieje. Popatrzył na śpiących. Leżeli oparci plecami o fotele, przeważnie z otwartymi ustami, pokazując wnętrza gardeł jak u lekarza. Ich twarze były pogodne, niektóre uśmiechnięte, kontrastując z tułowiem, pełnym sennej dojrzałości i powagi. Praktyk wytężył uwagę i wyobraźnię starając się dostrzec coś więcej. Przypatrzył się uważniej śpiącym, określając ich zachowanie jako zawadiackie.

Głowy podróżujących sprawiały wrażenie jakby były przyklejone do oparcia foteli. Pod wpływem ruchu autobusu lub marzeń sennych oczy podróżników otwierały się lekko i zamykały, a twarze wymieniały uśmiechami. Rzucane na boki spojrzenia i uśmiechy zatrzymywały się na zasłonach okiennych, odcinających ich od świata zewnętrznego, który przesuwał się z szybkością ruchu autobusu. Czasem zasłona okienna uchyliła się z boku i wtedy Piotr widział migające drobne postacie rikszarzy, pedałujących w pośpiechu, aby zarobić na posiłek i szybszy powrót do domu. Piotr pomyślał o głodzie i poczuł w ustach smak placka naan świeżo upieczonego na rozgrzanej płycie. Jeden z rykszarzy wiózł tak wielką gorę paczek i pakunków, że można by jej użyć dla demonstracji, jak na przestrzeni wieków wybrzuszały się Himalaje.

Około północy nad przejściem między przednimi i środkowymi drzwiami autobusu pojawiła się samotna ludzka głowa, z wąsami i niewielkimi bokobrodami. Była pozbawiona tułowia, zawieszona w łagodnym mroku nad przejściem na wysokości ramion dorosłego mężczyzny. Spoczywała tam spokojnie i bezgłośnie, wydawało się nawet, że porusza ustami jakby w modlitwie lub konwersując z kimś stojącym obok.

– Ktoś stracił głowę – odruchowo pomyślał Piotr i żachnął się, uznając to za nonsens.

Przyglądał się Głowie. Nikt inny jej nie zauważył. Był pewien, że współpasażerowie pozostawali w uśpieniu, bo nikt się nie odzywał. Głowa nie pozostała długo bez ruchu. Zniżała się powoli, jakby schodząc po schodkach, aby w końcu znaleźć się na podłodze i rozpocząć dziwaczny taniec, taczając się do przodu i do tyłu w zależności od tego, czy autobus hamował czy przyśpieszał. Po kilku minutach uniosła się i znowu znieruchomiała na wysokości górnych półek autobusu.

Pasażerowie powoli budzili się ze snu. Wyciągali ramiona przed siebie i przecierali oczy. Nie mieli pojęcia, co zdarzyło się w autobusie. Piotr nie odzywał się do nich, nie zwracał im na nic uwagi, obserwował tylko ich reakcje. Zawieszona w powietrzu Głowa wywoływała różne uczucia i zachowania. Jej widok przestraszył kobiety; mężczyźni wyglądali raczej na zaciekawionych lub rozbawionych. Wszyscy czuli się jednak nieswojo. Piotr nie dziwił się temu, gdyż mogli być także pod wpływem alkoholu.

Głowa ożywiła się. Wisząc nieruchomo w powietrzu, zaczęła mrugać oczami. Wyglądała na zmęczoną. Jej usta pozostawały zamknięte. Uczucie niepokoju pasażerów pogłębiło się.

– Spokojnie, panie i panowie! Nie ma co się przejmować – głośno uspokajał Kindżał, chyba najbardziej poczuwający się do prowokowania złych zdarzeń. – Ona robi sobie z nas jaja.

Nastąpił wybuch śmiechu. Nie była to fala, podnosząca ludzi na duchu, tylko rodzaj ulgi wynikającej z przypomnienia sobie, że diabeł nie jest taki straszny jak go malują. Śmieli się tylko mężczyźni. Pierwszy opanował się Rasputin. Chyba dla dodania otuchy sobie i innym opowiedział żartobliwą historię mężczyzny, który na Galapagos stracił głowę wpadając w gniazdo wielkiego warana. Nie na wiele to się przydało.

Mimo głośnej rozmowy i śmiechu pasażerów Głowa pozostawała nieruchoma. Dopiero teraz Piotr zauważył, że jest smutna. Jej smutek i samotność wywoływały stopniowo coraz większe współczucie w obserwujących ją ludziach. Zapragnęli coś dla niej zrobić, jakoś jej pomóc. Darczyńca wyjął z torby fotograficznej aparat z długim obiektywem i zaczął robić jej zdjęcia. Wtedy Głowa zaczęła się zniżać. W pewnym momencie zgasły światła i wewnątrz autobusu zapadła prawie ciemność. To, co stało się potem, Darczyńca opowiedział głośno, kiedy się uspokoił.

– Głowa znalazła się na podłodze i potoczyła w moim kierunku, z jej ust wysunął się język a oczy zamrugały filuternie. Domyśliłem się, o co jej chodzi i sięgnąłem do kieszeni, gdzie trzymam słodycze dla dzieci. Dałem jej lizaka a ona złapała go zębami i zamrugała oczami na znak podziękowania, po czym zniknęła w mroku. Czułem, że jest wciąż w autobusie, ale jej nie widziałem.

Odc. 34 Kierowca Rashid i Głowa

Kiedy Głowa ukazała się ponownie, Piotr zauważył zniknięcie kierowcy autobusu. Wyglądało to jak sztuczka prestidigitatora: jeden obiekt pojawia się, drugi znika. Zaniepokojony, że autobusem nikt nie kieruje, wstał z siedzenia i przeszedł kilka kroków w kierunku kierowcy. Już z dala widział, że w kabinie kierowcy nie ma nikogo, więc zawołał:

– Rashid, gdzie jesteś?

Nie było to imię kierowcy, ale kiedy Nomadowie mówili do niego Rashid, reagował bardzo pozytywnie, czasem ciesząc się wręcz jak dziecko. Prawdziwe imię kierowcy było nie do wymówienia ani zapamiętania. Kierowca z zasady nie odzywał się do nikogo, ale kiedyś powiedział Wizażystce:

– Prawidłowo wymawiasz to imię, masz dobry akcent.

Przewo mówił im potem, że kierowca, prawdziwy Hindus, ma bardzo pozytywne usposobienie, jest pogodny i życzliwy. Imię Rashid bardzo lubił bo było to imię słynnego aktora hinduskiego Rashida Khana, grającego w filmie Czarny Bazar. Kierowca oglądał ten film piętnaście razy.

Piotr zawołał ponownie:

– Rashid, gdzie jesteś? ale nikt się nie pojawił ani nie odezwał, Piotr wrócił więc zrezygnowany na swoje miejsce.

Potem, już po zatrzymaniu się autobusu, kierowca tłumaczył się, że cały czas był w kabinie i tylko się schylił, aby podnieść coś z podłogi. Komuś innemu mówił natomiast, że wyszedł do toalety i drzwi się zablokowały, ale nic się nie stało bo był to długi i prosty odcinek drogi a autobus ma tempomat utrzymujący stały kierunek jazdy. Były to dziwne tłumaczenia. W trakcie rozmowy z kierowcą, Piotr Praktyk przyjrzał mu się dokładnie. Był to szczupły i niezbyt wysoki mężczyzna, w nieokreślonym wieku między trzydzieści pięć a pięćdziesiąt lat. Czarne wąsy nadawały mu powagę a obfita czupryna odmładzający wygląd. Na wysokości uszu włosy były nieco dłuższe. Piotra ogarnęło wrażenie, że Rashid jest aktorem i to, co miał na sobie, było tylko charakteryzacją.

Nieprawdopodobne zdarzenia dały początek spekulacjom wycieczkowiczów, że zarówno kierowca jak i oni podlegali halucynacjom. Głowa była wytworem ich własnych wyobrażeń, ale tak rzeczywistych, że za nic nie godzili się uznać jej za wymysł. Nie potrafili ani nie chcieli odmówić jej prawa do rzeczywistego istnienia, może dlatego, że budziła w nich dobre uczucia. Była ucieleśnieniem ducha kraju, po którym podróżowali.

Po zapaleniu się świateł – kierowca autobusu musiał je wcześniej wyłączyć albo była to awaria – głowa znowu się ukazała, jakby była tam zawsze. Na wyścigi starali się okazać jej dowody życzliwości i wsparcia. Darczyńca wyjął naszyjnik kupiony na upominek i założył go Głowie na szyję. Naszyjnik spadł na podłogę bo szyja okazała się za krótka. Pozostawiło to poczucie niesmaku, niezręczności, czegoś niemiłego. Zapadła niezręczna cisza. Sytuację usiłował ratować Rasputin; odważnie stanął obok Głowy, aby zrobić sobie z nią wspólne zdjęcie i odwrócić w ten sposób uwagę od niemiłej sytuacji.

Wykonanie zdjęcia okazało się niemożliwe, ponieważ pierwsze promienie słońca przebijające się z zewnątrz pozostawiły Głowę w cieniu. Ktoś zaproponował wtedy, aby zrobić sobie z nią wspólne zdjęcie. Wszyscy zebrali się w centralnej części autobusu. Umieściwszy Głowę w środku grupy, poproszono ją, aby się uśmiechała. Darczyńca wykonał kilka zdjęć w różnych ujęciach. Okazały się tak udane, że wszyscy zapragnęli zrobić sobie z Głową indywidualne zdjęcia na pamiątkę. Towarzystwo bawiło się jak nigdy. Głowa również wydawała się być szczęśliwa. Przerwano, kiedy zbliżyli się na pięćdziesiąt kilometrów do celu. Wywiązała się dyskusja, co zrobić z Głową, kiedy dotrą na miejsce.

– Przecież nie zostawimy jej samej w autobusie. To niedopuszczalne i okrutne. Narazilibyśmy ją na niewygodę i niebezpieczeństwo – był to głos Darczyńcy.

– Jakie niebezpieczeństwo? – zapytał Kantyna wbijając rozmydlony wzrok w Nomadów.

– Kurz, hałas, ruch uliczny, skoki temperatury, niewygoda, w końcu możliwość ataku ze strony żarłocznych szczurów. W Indiach nie brakuje szczurów.

Wszyscy wzięli sobie do serca los Głowy. Zapanował radosny rejwach, każdy chciał być pomocny. Dobry nastrój zepsuł Kantyna. Podszedł do Głowy, schylił się, schwycił ją i uniósł w górę. Poprosił zebranych, aby nie robili mu zdjęć.

– Nie chcę, aby dowiedziała się o tym moja żona. Jej by się to bardzo nie podobało. Ona jest tak zazdrosna, że posądzi mnie o romans z Głową. Właśnie dlatego piję, że jest taka nienormalna.

Obiecano mu dotrzymać słowa. Zabawa rozkręcała się, bo kieliszki jakby same napełniały się złotym rumem, ulubionym napojem wycieczki. Alkohol ożywiał ich działając jak najlepszy narkotyk. Pod jego wpływem podróżnicy czuli się jak we śnie: jedni budzili się, inni wstępowali w świat marzeń i miłych urojeń.

Po wyjściu z autobusu, jak zwykle policzyli się. Nikogo nie brakowało.

– A gdzie Głowa? – krzyknął zrozpaczony Darczyńca.

Głowa zniknęła. Przeszukali cały autobus, sprawdzając także czy ktoś jej nie widział na zewnątrz, poza pojazdem. Towarzystwo poczuło się nieswojo, niektórzy Nomadowie rozglądali się niespokojnie na boki. Przewo nieświadomie dołożył do ogólnego zdenerwowania swoją cegiełkę, opowiadając historię zdarzenia mającego w tle dziewczynę na cmentarzu o północy. Skończył wyjaśnieniem:

– To była bardzo odważna osoba. Nie bała się być na cmentarzu nawet o północy. Przechodziła tamtędy w nocy kilka razy, bo była to dla niej najkrótsza droga do domu ze stacji kolejowej. Ale kiedy ją przestraszyli, padła martwa na ziemię. Po prostu zmarła na serce.

Odc. 35 Lustrzana Sala Wyobrażeń

Dzień przed zwiedzaniem Sali Wyobrażeń Przewo powiedział, że można się w niej zgubić.

– Lustrzana Sala Wyobrażeń jest przedziwnym miejscem. Jest małym fragmentem wielkiego kompleksu pałacowego lecz tworzy poczucie, jakby go wypełniała. Ma kilka ścian wewnętrznych, każda ma swoją nazwę i wywołuje w zwiedzających inne odczucia i emocje. Wskutek milionowych odbić w lustrach ułożonych pod różnym kątem na ścianach, suficie i podłodze ma się wrażenie przebywania w labiryncie. Można się tam naprawdę zagubić.

– To chyba niemożliwe – zaoponował słabo Kantyna. Jego przekrwione z przepicia oczy i zmęczona twarz sugerowały, że odzywa się, aby utrzymać się w stanie przytomności.

Przewo popatrzył na niego i kontynuował.

– Kiedyś, dopiero po trzech dniach, odnaleziono w niej turystę. Siedział w rogu sali skulony ze strachu, głodu i zimna. Lustra tak pomniejszyły i zdeformowały jego postać, że nie zauważyli go nawet strażnicy. Skończyłby się na amen, gdyby przypadkowo nie potknęła się o niego turystka zagraniczna i nie zaczęła głośno wzywać pomocy. Pracownicy szpitala, gdzie trafił, opowiadali, że po kilku dniach bez jedzenia i picia skóra mu dosłownie poszarzała a on sam wychudł. Kiedy doszedł do siebie wyjaśnił, że przetrwał zlizując wilgoć spływającą ze ścian pod koniec nocy, kiedy powietrze jest najchłodniejsze.

Uczestnicy wycieczki uznali, że Przewo ich straszy lub sobie z nich dworuje. Nie wierzyli mu, ponieważ poważnemu tonowi głosu i spokojnej mimice twarzy przeczyły żywe gesty rąk i błyski w oczach. On sam nie widział w tym żadnej sprzeczności. Niezrażony kontynuował wyjaśnienia.

– Po zwiedzaniu trwającym zazwyczaj kilka godzin, ludzie opuszczają Lustrzaną Salę Wyobrażeń pobudzeni duchowo. Sporo osób czuje, że się zmieniło, że stali się lepsi. Mało kto twierdzi inaczej, ponieważ takie jednostki uważane są za oszustów ukrywających prawdziwe uczucia, markujących, że nic się nie zmieniło i wszystko jest w porządku. Ludzie naprawdę się zmieniają. Pewna zakochana kobieta, pamiętam, że była to młoda, rudowłosa Angielka o imieniu Jane, zobaczyła się w lustrze w objęciach innego mężczyzny i uznała, że jest rozpustna. Upierała się przy tym mimo tego, że ci którzy ja dobrze znali, twierdzili, że to czyste urojenie z jej strony. Jej ukochany po pewnym czasie zapadł w depresję i przestał się do niej odzywać. Nawet jej się nie przyznał, że i on zobaczył siebie w objęciach innej kobiety. Oboje byli głęboko rozczarowani sami sobą i partnerem. Kobieta straciła wdzięk, atrakcyjność i czułość, on zaś popęd seksualny i chęć do życia. Tłumaczono im, że były to tylko fałszywe odbicia jakichś głębszych, nieuporządkowanych myśli, lecz nic to nie zmieniło. To tylko przykład ryzyka zwiedzania Lustrzanej Sali Wyobrażeń.

Przed wejściem do sali stały dwa potężne wykonane z miedzi kotły, każdy o pojemności pięciu tysięcy litrów. Od strony frontowej na ich powierzchni widniał obraz masywnej twarzy z wąsami. Legenda głosiła, że byli to poddani cesarza Akbara, którzy zwątpili w potęgę jego władzy. Cesarzowi wpadł w gniew, kazał ich przetopić razem z miedzią i umieścić ich wizerunki na kotłach dla przestrogi innych. Tuż obok kotłów, na wystawie eleganckiego małego sklepu, pyszniły się manekiny w strojach maharadżów i radżów oraz ich kobiet, zdobnych w historyczne stroje i oszałamiającą biżuterię. Ich twarze wyglądały jak po ospie, dziurawe i pręgowate. Tworzyło to atmosferę niepokoju jeszcze przed wejściem do sali. Przewo przypomniał grupie, że to są tylko manekiny, ale i tak wkraczali do sali z duszą na ramieniu. Nastrój udzielił się wszystkim, tym bardziej, że i w recepcji hotelu nie szczędzono im ostrzeżeń.

Piotr Praktyk poczuł się nieswojo, jak tylko znalazł się wewnątrz. W pierwszym odruchu uznał pomieszczenie za dziwaczne muzeum z przeszłości, w którym ludzie grają rolę eksponatów. Najbardziej zaskoczyło go, że lustra otaczały go ze wszystkich stron jak gęste zasłony, wypełniając ściany, sufit, podłogi jak i fragmenty wewnętrznych przestrzeni sali. Nawet klamki i okucia okienne błyszczały odbiciami ludzkich postaci. Czuł się osaczony, miał wrażenie, że lustra krzyczą coś do niego niemymi ustami. Nawet po kilkunastu minutach zwiedzania nie oswoił się jeszcze z niezwykłym otoczeniem. Rozglądał się, ale nie widział nikogo z towarzyszy wycieczki, jakby rozmyli się we w mgle. Był sam. Potem się okazało, że inni znaleźli się w tej samej sytuacji, czując się osamotnieni.

Odc. 36 Piotr w Sali Luster

Ogrom Sali Lustrzanych Wyobrażeń poraził Praktyka. Nie wiadomo, co powodowało, że pomieszczenie, sięgając gdzieś w nieskończoną dal, wydawało się nie mieć ścian ani krawędzi. Czuł się jak na pustyni oświetlonej rozsypanymi w pył promieniami słońca. Strażnicy napotykani po drodze wyjaśniali zwiedzającym, że poruszają się w sali jak po spirali, stąd wydaje się im bezgranicznie wielka. Słyszał ich głosy, ale ich nie widział.

Na ścianie wschodniej zobaczył napis wygrawerowany na srebrnej tabliczce: „W tej sali Bogini Kali, dawczyni życia, zagubiła się na cztery wieki zanim odnalazła się nad brzegiem Gangesu”.

Piotr przemierzał salę przez pół dnia, widząc tylko obcych ludzi, zanim dotarł do jej środka. Nie miał pojęcia jak tam trafił, ponieważ nigdzie nie było tabliczek wskazujących kierunek. Nikt też nie umiał wyjaśnić, którędy iść. O kierunek zwiedzania pytał przypadkowo napotkanych strażników i kobietę w średnim wieku, blondynkę, wyglądającą na Europejkę, ale nie zrozumiał tego, co mówili.

– Tego się nie da określić. To kwestia intuicji tak jak szukanie drogi w labiryncie – wytłumaczył mu chwilę później po angielsku starszy Hindus. Powiedział, że ma sto dziewięć lat i nazywa się Arya Patil. Był rzeczywiście bardzo stary. Miał chude ramiona, pomarszczoną jak pergamin twarz, rozwichrzone rzadkie siwe włosy na głowie oraz wyjątkowo krzaczaste brwi. Razem z białą brodą i bokobrodami jego twarz sprawiała wrażenie maski aktorskiej. O wieku mężczyzny świadczyły długie przypominające szpony paznokcie.

– Śmierć o mnie zapomniała – skarżył się starczym, gardłowym głosem – i tak się błąkam po tym świecie. Byłem balwierzem i pracowałem do setnego roku życia. Teraz jestem sam, nie mam nawet rodziny. Utrzymuję się z datków dobrych ludzi.

Piotr dał mu dwadzieścia rupii i ruszył dalej nie oglądając się za siebie, aby nie prowokować starca do dalszej rozmowy.

Sam środek sali był oznaczony. Stał tam drogowskaz z kierunkami stron świata oraz opisem, jak dotrzeć do Ściany Pięciu Żywiołów reprezentowanych przez ziemię, wodę, ogień, powietrze i dźwięk, Ściany Czterech Stron Świata oraz Ściany Proroctw, gdzie w lustrach można było czytać proroctwa, przepowiednie i kabały. Były też jeszcze Ściana Luster Bez Dna oraz Ściana Mądrości i Głupoty.

Ściana Luster Bez Dna była przerażająca, ponieważ można było zobaczyć na niej siebie samego w szczegółach anatomicznych i ocenić stan swojej śledziony, wątroby a nawet stan umysłu, choroby czy szaleństwa. Wszystko to było tak szokujące, że niektórzy zwiedzający nie wytrzymywali i uciekali. Zdarzały się też omdlenia i zasłabnięcia, kiedy ludzie tracili przytomność lub wpadali w dziwną ekstazę. Na miejscu był lekarz i pielęgniarka, aby w razie potrzeby udzielić pomocy. Najczęściej wyjaśniali ofierze, że nastąpiła autohipnoza i pomagali jej odzyskać naturalną interpretację rzeczywistości. Cięższe przypadki kierowali do karetki pogotowia ratunkowego, stojącej za ukrytymi w lustrze drzwiami, która odwoziła ofiarę do szpitala.

Przewo wyjaśnił potem Nomadom, że niezwykłe zachowania ludzi w Sali Lustrzanych Wyobrażeń nie były przypadkowe. Nie bez znaczenia były napoje sprzedawane w lokalnym sklepie, aromatyzowane a nierzadko narkotyzowane. Władze wiedziały o wszystkim; procederu sprzedaży napojów jednak nie likwidowano. Przewo znał przyczynę. Powołał się na słowa gubernatora prowincji Radżastan, któremu zarzucano tolerowanie niewłaściwych praktyk handlowych.

– Nie zabijemy przecież kury znoszącej złote jaja. Jeśli zwiedzający pragną popaść w ekstazę lub dręczyć się swoim nędznym wyglądem, to dlaczego mielibyśmy im tego zabraniać?

Droga do Ściany Luster Bez Dna była najbardziej wydeptana. Tłumaczono to tym, że nie ma niczego bardziej pasjonującego i szokującego dla człowieka jak poznanie prawdy o sobie.

Piotrowi Praktyce najbardziej podobała się Ściana Mądrości i Głupoty. Stał przed nią najdłużej, przypatrując się lustrzanej powierzchni wielkości frontu małego domu. Figurowała na niej połyskliwa naga para Mądrości i Głupoty, splecionych w serdecznym uścisku. Przewo, wiedzący chyba wszystko o Lustrzanej Sali Wyobrażeń, wyjaśnił symbolikę ściany:

– To, co jednym wydaje się mądre, dla drugich jest głupie. Dzisiejsze czasy pokazują to szczególnie wyraźnie. Przykładami mogą służyć: szalona miłość, wyścig szczurów, nienawiść, szczepienia przeciwko epidemii, naga prawda oraz niektóre książki i filmy. Jeden ci powie o powieści „Zachwyciła mnie. Nie ma chyba nic piękniejszego i mądrzejszego w literaturze”, drugi zaś „Gorszej chały nie czytałem, jej autor to wyjątkowe beztalencie”.

Na nierzucającej się w oczy małej ścianie obok Ściany Mądrości i Głupoty, Piotr Praktyk znalazł krótkie przesłanie kobiety dojrzałej do dojrzałego mężczyzny pochodzące ze starohinduskiej Księgi Mądrości Limitowanych. Kobieta napisała:

„Witaj Mężczyzno! Nie możemy spotkać się jutro. Mam kilka ważnych spraw osobistych, które muszę pilnie załatwić, ponieważ ich odwlekanie może zaciążyć na losach wielu ludzi. Dotyczą one przyszłości, tych pokoleń, które już są i tych, które przyjdą. Mam nadzieję, że zrozumiesz to przesłanie. Pozdrawiam Cię przyjaźnie, Kobieta”

Piotr zastanawiał się dłużej nad tekstem starając się zrozumieć, jakie było dokładnie przesłanie kobiety. Aby nie psuć sobie samopoczucia uznał, że tekst nie jest w jego stylu i dlatego nie przemawia do niego.

– Sam mówię i piszę jaśniej, mniej poetycko, nie tak tajemniczo i skrótowo. Może kobiety coś z tego zrozumieją, bo ja nie potrafię – powiedział w kierunku mikrofonu służącego do nagrywania wypowiedzi gości.

Odc. 37 Fatehpur Sikri

Przy wyjściu z Lustrzanej Sali Wyobrażeń, już po zewnętrznej stronie drzwi, wyłożona była księga pamiątkowa. O niezwykłości miejsca świadczyły wpisy wybitnych gości, przywódców państw, prezydentów i premierów, dygnitarzy krajowych i zagranicznych, naukowców, generałów, prezesów wielkich korporacji oraz celebrytów i podobnych osób.

– Brakuje tylko wpisów oczytanych przewodniczących stowarzyszeń alkoholików anonimowych, właścicieli księgozbiorów o mądrości ludowej oraz kutych na cztery nogi studentów – ironizował Kantyna, czekając – w stanie wyjątkowej trzeźwości – razem ze Szczepanem i Inżynierem na pozostałych członków grupy.

Wieczorem Nomadowie rozmawiali o wrażeniach wyniesionych z Lustrzanej Sali Wyobrażeń. Szukali we wcześniejszych wspomnieniach czegoś równie imponującego i tajemniczego. Niemile zaskoczył wszystkich Proteza. Mówił tak, jakby chciał wyrządzić im przykrość wspomnieniami z przeszłości.

– Byłem kiedyś w moim miasteczku w sklepie meblowym, gdzie pod ścianą stały obok siebie trzy szafy z lustrzanymi drzwiami. To było dla mnie największe przeżycie. Potem jeszcze widziałem siebie w krzywym zwierciadle. Był to jednak tak nędzny i wynaturzony obraz, że odwróciłem się tyłu, aby nie widzieć wstydu w moich oczach. Pomyślcie! Tacy Hindusi, niby prosty naród w porównaniu z nami, dumnymi Nomadami, już kilkaset lat temu stworzyli Lustrzaną Salę Wyobrażeń, gdzie człowiek może się rozświetlić i nasączyć duszę miliardem świetlanych odbić . A co my wynaleźliśmy w tym czasie? Szafę z lustrami, w której można było tylko przechowywać ubrania i to koniecznie w naftalinie, aby je mole nie zjadły. Taka szafa nie dość, że nie emitowała milionów odbić, to jeszcze miała przykry dla człowieka zapach. Jacy my jesteśmy mierni w stosunku do Wschodu! Nie wiem, czy coś się w tym kiedykolwiek zmieni. Może u nas jest tylko czyściej i małpy nie chodzą po ulicach. Eh, do licha!

Tego wieczora nie rozmawiali już więcej, oprócz przypominania sobie nawzajem, o której godzinie mają się spotkać rano przed hotelem, aby wyruszyć w dalszą podróż.

Spotkanie po śniadaniu przed wyjazdem na zwiedzanie miasta Fatehpur Sikri rozpoczęło się od wyjaśnień Przewo. Z tej okazji, że był to już dziesiąty dzień wycieczki, uczestnicy już wcześniej ustalili, że nadadzą mu honorowy tytuł Prześwietny Przewo. Na początku Przewo podszedł do tego nieufnie, podejrzewając chęć zemsty za jakieś nieokreślone niedociągnięcia z jego strony, ale mu wytłumaczono, że powód nominacji jest szczery i uczciwy.

Plan dnia obejmował zwiedzanie Fatehpur Sikri zwanego Miastem Duchów. Przewo zaimponował grupie, posługując się mapami i slajdami wyświetlanymi na przenośnym ekranie. 

– Fatehpur Sikri, zwane Miastem Duchów, to ogromny kompleks forteczno-pałacowy dawnej stolicy Wielkich Mogołów. Leży w stanie Uttar Pradesz sto osiemdziesiąt kilometrów na południe od Delhi i trzydzieści siedem kilometrów na zachód od Agry. To niezwykłe miejsce. Zobaczymy tam grobowiec Szejka Salim Chisti, arcydzieło architektury tamtych czasów czyli szesnastego wieku. Także grobowiec cesarza Indii z dynastii Wielkich Mogołów, Akbara, miłośnika literatury, architektury i sztuki, który – jak podaje część źródeł historycznych – nie umiał czytać. Prawda jest taka, że był dyslektykiem. To on założył królewskie miasto Fatehpur Sikri, dziś wspaniały zabytek architektoniczny chroniony przez UNESCO.

Aby ułatwić zapamiętanie ważniejszych informacji, Przewo wyciągnął z torby podróżnej kolorową rycinę z wizerunkiem cesarza Akbara oraz zdjęcia pokazujące kluczowe obiekty Fatehpur Sikri. Piotr Praktyk był mu za to wdzięczny. Swoimi wspomnieniami podzielił się ze stojącym obok Kindżałem.

– Ilekroć zwiedzałem jakieś imponujące miejsce za granicą, przewodnicy pędzili nas jak stado zwierząt do wodopoju, abyśmy jak najszybciej nasączyli się życiodajnymi widokami zabytków w oprawie ich wyuczonych słów.

Przewo dawkował im informacje, pokazując ryciny, zdjęcia oraz wyświetlając plan miasta na ścianie muru, przy którym się zatrzymali w celu odbycia szkolenia.

Odc. 38 Zabytki Fatehpur Sikri

Na miejscu, już wewnątrz kompleksu pałacowego, Przewo podjął dalsze wyjaśnienia. Nie były one odbierane jak zawsze, z uwagą i zrozumieniem. Czy to z powodu gorąca, czy też tego dnia uczestnicy poczęstowali się czymś stymulującym, przerywali mu często, aby dorzucić coś od siebie lub choćby skomentować jego słowa. Przewo miał wrażenie, że usiłują pokazać swoją wiedzę, czymś się wykazać. Starając się zapomnieć o utrudnieniach, kontynuował.

– Początkowo Cesarz Akbar za stolicę państwa obrał Agrę, a swoją siedzibę ustanowił w Czerwonym Forcie. Wkrótce, podobnie jak inni władcy indyjscy, postanowił założyć nową stolicę, nazywając ją Fatehpur Sikri. Zbudował w tym celu imponujące miasto, którego rozmach architektoniczny można podziwiać do dziś i to …

– Nowe miasto wybudowane zostało na miejscu wioski Sikri, a powstanie stolicy zostało ogłoszone w roku 1571 – przerwał mu Kantyna, czym wszystkich zadziwił jak i zdenerwował, prowokując komentarze.

– Jak on zdobył się na tak monstrualny wysiłek intelektualny, tego nie zrozumiem do końca życia – odezwała się Wysoka z Kokiem.

– Ta kobieta potrafi być okrutna jak mało kto, ale też nie można powiedzieć, że nie ma racji – pomyślał Praktyk.

– No właśnie – podjął Przewo, dokonujący cudów na niwie przywracania spokoju i uwagi wobec licznych interwencji słownych uczestników wyprawy.

– Zbudowane w owym roku miasto zostało opuszczone zaledwie czternaście lat później. Nastąpiło to prawdopodobnie z powodu niedostatku wody pitnej. W ten sposób przeszło do historii jako miasto-widmo.

Zabytków do zwiedzania w Fatehpur Sikri i Dżajpurze była taka masa, że Nomadom prawie się w głowach kotłowało. Piotr Praktyk zapamiętał cztery najważniejsze: Wielki Meczet, Brama Zwycięstwa, Pałac Wiatrów oraz Sala Audiencji Prywatnych. Robił mało zdjęć, aby nie tracić czasu, sporządzał tylko notatki, gdzie był i co zwiedzał tego dnia. Po powrocie do domu łatwiej mu było przypomnieć sobie, co to za obiekt czy miejsce, ponieważ zdjęcia były automatycznie oznaczane datą i godziną wykonania.

Po zakończeniu zwiedzania jak zwykle posilali się w restauracji i rozmawiali. Była to restauracja Putnia przy Bypass Crossing, oferująca dania azjatyckie i hinduskie, przyjazna dla wegetarian, wegan i dzieci. Piotr jadł tego dnia niewiele. Brakowało mu apetytu. Było bardzo gorąco, co mogło wyjaśniać jego zachowanie, on jednak tłumaczył przyjaciołom przy stole, że nie musi jeść wiele, ponieważ upaja się egzotycznymi nazwami. Miał je zapisane, niektóre pamiętał: Wielki Meczet czyli Jama Masjid, Brama Zwycięstwa – Buland Darwaza, Pałac Wiatrów – Hawa Mahal oraz Sala Audiencji Prywatnych czyli Diwan-i-Khas.

Nastrój podsumował poetycko Szczepan, w ostatnich dniach mniej aktywny. Martwiono się o niego, ponieważ zazwyczaj był duszą towarzystwa. Szczepan zaskoczył Nomadów stając na krześle i recytując z głowy, jak zapowiedział, fragment znanej ballady hinduskiej. Może była to nawet jego własna improwizacja, lecz nikt tego nie dochodził, bo uwagę zebranych wypełniły brawa.

– W promieniach słońca tańczącego na ścianie razem z drobnymi jak dziecięcy palec jaszczureczkami, w powietrzu pachnącym zielonolistną herbatą, poczuliśmy na podniebieniach dźwięczne nazwy zabytków przeszłości ubranych w ciepłe kolory Orientu.

– Zwróćcie uwagę, jak bardzo budowle Fatehpur Sikri wykonane z takiego samego rodzaju kamienia różniły się od siebie kolorystycznie – dodał Przewo, przerywając posiłek.

–  Kocham kolory – rozmarzyła się Wysoka z Kokiem. Pochyliła się do siedzącej obok Wizażystki i szeptała jej do ucha najciszej jak potrafiła, ale tak, aby sąsiedzi też słyszeli.

– Uwielbiam nosić bieliznę w kolorach intymności. Dzisiaj na przykład mam na sobie łososiowe majteczki, jasnobłękitną haleczkę i – jak widać – czerwoną sukienkę w grochy symbolizujące grzech pierworodny. Takie stroje doprowadzają mężczyzn do ekstazy, pod warunkiem stworzenia odpowiedniej atmosfery. Jeśli chcesz, powiem ci później, jakiej marki jest ta bielizna i gdzie można ją kupić. Tutaj zamierzam wzbogacić ją lokalnymi wyrobami delikatnymi w dotyku jak puch łabędzi. Jutro będziemy zwiedzać sklep przy fabryce, gdzie produkują takie wyroby sprzedając je po atrakcyjnych cenach. Najbardziej interesują mnie wyroby jedwabne. Z prawdziwego, a nie sztucznego jedwabiu.

– Krótko mówiąc, my to gadu-gadu, a ciało stygnie – odpowiedziała tajemniczo Wizażystka, z powiekami ciężkimi od wizerunków ptaków Indii.

– No właśnie – westchnęła Wysoka z Kokiem, puszczając perskie oko w kierunku Kindżała, najprzystojniejszego mężczyzny Grupy Trzynastej.

Odc. 39 Cesarz Mogołów

Do prezentacji długiej i bogatej historii cesarza Akbara Wielkiego Przewo wynajął lokalną siłę. Była to dziewczyna po studiach, mówiąca dobrze po angielsku, ubrana w tradycyjny strój północnej części Indii. Stanowiło go banarasi sari wykonane ze złoto-srebrnego brokatu z misternie przeplatającymi się motywami kwiatowymi i liściastymi kalga i bel, między którymi migotały metalicznie figurki kobiet wykonane z drobniutkich cekinów.

Kiedy przewodniczka opowiadała historie miłości Akbara Wielkiego i jego następców, w szczególności cesarza Szahdżahana, który wzniósł w Agrze słynne mauzoleum Tadż Mahal dla upamiętnienia najukochańszej, przedwcześnie zmarłej żony, Mumtaz Mahal, Praktykowi wydało się, że kobieta ma łzy w oczach. Inni Nomadowie też to zauważyli. Uważali to za niepotrzebną przesadę w zachowaniu Hinduski, dopóki nie zrozumieli źródła jej wzruszenia.

– Cesarz Akbar i jego następcy z dynastii Wielkich Mogołów mieli cudowne marzenia, które udało im się zrealizować. Mnie się nie powiodło. Też miałam takie marzenia. Przepraszam, że to mówię, ale pozwalam sobie na wzruszenie wyłącznie wobec turystów z Europy. Jesteście państwo ludźmi o większej wrażliwości niż nasza, kraju, gdzie ciężkie warunki życia oduczyły serdeczności znaczną część społeczeństwa. Dla wielu naszych obywateli życie to walka o byt podobnie jak w dżungli. Ale nie o tym chciałam mówić.

– Akbar został władcą i cesarzem Wielkich Mogołów w wieku czternastu lat, kiedy przedwcześnie zmarł jego ojciec, Humajun. Imię Akbara jest w istocie całkiem długie: Dżalal ad-Din Muhammad Akbar. W kulturze europejskiej, z wyjątkiem Hiszpanii, nie używa się tak rozbudowach imion i nazwisk.

Po dniu pełnym wrażeń Grupa Trzynasta udała się do restauracji hotelowej na wspólną kolację.  Uzgodniono, że tym razem będzie to wyłącznie tradycyjna kuchnia hinduska.

– Umawiamy się, że nie robimy żadnych wyjątków. Wszyscy jemy to samo, abyśmy mogli potem wymienić się obserwacjami. Chociaż raz skonsumujemy coś lokalnego, a nie zieloną sałatę, podsmażane kartofelki i fasolkę z kiełbasą, podlane na zakończenie czarną kawą. Musimy zachować się choć raz przyzwoicie! – entuzjazmował się Darczyńca, energicznie gestykulując rękami, jakby trzymał w nich nóż i widelec, którymi kroił i przebijał opisywane przez siebie składniki posiłku.

Kelnerzy byli szczupli, wąsaci i sympatycznie uśmiechnięci. W różowych turbanach na głowie, czerwonych kamizelkach i nienagannych białych dhoti podali najpierw przekąskę: gorące pierożki samosy z warzywami, gobi tikka czyli marynowany kalafior oraz różne sosy i dipy do cienkich chlebków chapati i grubszych placków naan. Danie główne było inspirowane kuchnią arabską: słynne biryani z baraniny i jagnięciny, serwowane z łagodniejszą wersją curry. Niektórzy Nomadzi jedli swoje dania rękami posiłkując się chlebkami chapati jako sztućcami. Po posiłku głównym na stole pojawiły się dobrze schłodzony, słodki napój lassi z mango oraz aromatyczna herbata z kardamonem.

Po kolacji wrócił temat długiego imienia cesarza Dżalala ad-Din Muhammada Akbara.

Sprowokował go zapewne niesłusznie Kantyna, niezrozumiale powstrzymujący się od alkoholu w ostatnich dniach. Dyskusja na początkowym etapie była bardziej burzliwa niż twórcza. Zainicjowała ją Wysoka z Kokiem wygłaszając krótką tyradę pod adresem przejściowego abstynenta.

– Twoja spostrzegawczość, Kantyno, zaskoczyła mnie – zaczęła Wysoka. – Widziałam, że to, co mówiła hinduska przewodniczka w boskim banarasi sari w ogóle cię nie interesowało. Wolałeś oglądać się za piersiastymi blondynami, turystycznymi eksponatami prosto ze Szwecji. Dopiero kiedy przewodniczka wymawiała długie imię Akbara, przytomność ci powróciła. Czyżbyś usłyszał szelest jedwabiu przyprawionego lukrem z czerwonego szafranu i cukru trzcinowego z dużym dodatkiem rumu?

Kantyna zastygł przy stole ze szklanką lassi z mango. Upłynęła dłuższa chwila, zanim ochłonął. Odstawił szklankę na stół i zebrał się w sobie jakby miał się rzucić w kierunku Wysokiej z Kokiem.

– Usłyszałem raczej twardy gruchot zatrutych migdałów przygotowanych na kolację przez zawistną kobietę, na których łatwiej połamać sobie zęby niż na kawałku drewna dębowego – wypalił Kantyna, tłumacząc potem swoje zachowanie tym, że został bezczelnie, w dodatku niesłusznie, zaatakowany.

Wymiana słów była tak nieoczekiwana i brutalna, że pozostałym Nomadom przeszła chęć zgadzania się lub niezgadzania w sprawie długiego imienia Akbara. Trzeźwy Kantyna, sprowokowany obserwacjami Wysokiej z Kokiem, wpadł w tak awanturniczy nastrój, że grupa przestraszyła się, że w burdzie dostanie się także innym osobom a nie tylko mówczyni o niewyparzonej gębie.

Odc. 40 Akbar, ciąg dalszy

Sytuację uratował Przewo, wykazując znakomity refleks. Głośno zwrócił uwagę biesiadników na złożoną osobowość Cesarza Akbara i poprosił, aby każdy określił jedną, najbardziej frapującą, cechę jego charakteru, i podzielił się swoimi obserwacjami. Dla zatarcia niesmaku po awanturze między Wysoką a Kantyną, grupowicze skwapliwie dzielili się obserwacjami i odczuciami. Na początku używali skrótów myślowych.

– Walczący! Mecenas sztuki! Religijny a zarazem tolerancyjny! Kochający! Okrutny ale także pojednawczy i łagodny! Rodzinny!

Zagłębili się w niuanse. Dla sprawniejszej i bardziej kulturalnej dyskusji, Przewo poprosił, aby każdy pojedynczy wątek omawiał ktoś inny.

– W ten sposób dochowamy wierności zasadom demokracji i współudziału. Każdy powinien mieć swoje pięć minut. Ja będę czuwać nad całością. Pozwólcie, że zacznę pierwszy. Czułbym się bez tego bezrobotny. Akbar stoczył wiele walk, podporządkowując sobie lokalnych możnowładców tak skutecznie, że udało mu się zjednoczyć wielką część Indii. Był suwerenem sprawującym władzę autokratyczną. Wprowadził ład administracyjny ustanawiając prowincje zarządzane przez wicekrólów. Wobec oponentów potrafił być bezwzględny. Po bitwie pod Chitor kazał wmurować głowy swoich wrogów w wieżę wzniesioną ku upamiętnieniu zwycięstwa. Najchętniej jednak jednoczył kraj posługując się mediacjami. Niejedną prowincję przyłączył do cesarstwa poprzez traktaty i małżeństwa.

W sprawie wiary i tolerancji Akbara wypowiedział się Inżynier. Jak się okazało, był on niegdyś klerykiem. Znający go bliżej Rasputin określił go szeptem jako „niedorobionego księdza i niespełnionego kaznodzieję”.

– Akbar był władcą oświeconym, mecenasem nauki i sztuki. Lubił dyskutować i mimo że nigdy nie nauczył się czytać, zgromadził ogromną bibliotekę. Był kochliwy, miał cztery żony. Aby dowieść, że jest tolerancyjny wybrał sobie kobiety różnych wyznań: pierwsza była hinduską, druga chrześcijanką, trzecia muzułmanką, ostatnia żydówką. Był wyrozumiały dla misjonarzy przybywających z Portugalii. Musimy pamiętać, że w Europie był to czas krwawych wojen na tle religijnym, kiedy władcy siłą zmuszali poddanych do przyjmowania wiary. Mimo, że jego ród wyznawał islam, Akbar odnosił się z szacunkiem do innych religii. Na początku był gorącym wyznawcą islamu, potem rura mu zmiękła i złagodniał. Wprowadził nawet ustawę o tolerancji religijnej. Coraz bardziej sceptyczny wobec islamu, stworzył nowe wyznanie o nazwie Din-i-Ilahi. Była to konstrukcja ciekawsza niż niejeden mechanizm techniczny; nowa religia łączyła w sobie islam, zoroastryzm i inne wierzenia.

Niefortunne nawiązanie do rury i porównanie religii do konstrukcji mechanicznej w przemówieniu Inżyniera nie podobały się grupie. Musieli się jednak pogodzić, że z człowieka o zainteresowaniach technicznych nie da się usunąć pewnego automatyzmu podejścia do języka.

– Mówi, jakby naprawiał zlew w domu pijanej i zdegustowanej samotnością babci – podsumowała Wysoka z Kokiem.

– Erotyczne podeście do ocen innych ludzi to jej wyraźna słabość – zawyrokował po cichu Piotr Praktyk, zwracając się do siedzącego obok Kindżała. – Nikt nie ucieka od erotyki, ale każdy stara się być w miarę wrażliwy i nie wywlekać rodzinnych słabości na światło dzienne.

Przewo jak zwykle zareagował pojednawczo wobec stron szykujących nową awanturę. Natychmiast wynalazł temat zastępczy, którym skutecznie odwrócił uwagę i zmniejszył napięcie.

– Powiem teraz coś od siebie. Nie mogę siedzieć bezczynnie słuchając jak się wywnętrzacie, bo w końcu odmówicie mi zapłaty za przewodnictwo. Na pewno słyszeliście o sati, samospalaniu się na stosie wdowy po zmarłym władcy.

Akbar wydał zarządzenie zakazujące sati, zgodnie z którym żadna kobieta nie mogła dokonać ceremonii samospalenia bez zgody szefa lokalnej policji. Cesarz nakazał im, aby odwlekali jak najdłużej takie decyzje. Kobiecie myślącej o samospaleniu oferowano pobyt w pensjonacie, upominki i rehabilitację psychiczną w celu zniechęcenia do samobójczego odejścia w zaświaty razem z mężem.

– To wstyd, aby kobieta umierała razem z mężem! To przypomina sytuację z aborcją. Umrzyj, ale wytrwaj – Wysoka z Kokiem po raz kolejny usiłowała rozpętać awanturę.

Głos zabrał natychmiast Kantyna, jednakże w zupełnie innym tonie. Swoją przytomnością zaskoczył chyba także siebie samego. Słuchano go z uwagą.

– Nie mogę zgodzić się z argumentami cesarza Akbara. Mając na uwadze moją sytuację rodzinną, uważam, że żona powinna odejść razem z mężem w krainę wiecznych czarów. Ja w ogień, to i ona w ogień. Mówię to z przekonaniem, bo każdy szanujący się mąż może mieć dosyć życia pod nieprzerwaną kuratelą i presją niepicia alkoholu!

Dyskusję zakończył Przewo opowiadając o niezwykłym proroctwie.

– We wsi Fatehpur Sikri Akbar spotkał sufickiego pustelnika Selima Ćisti, który mu przepowiedział urodziny syna; cesarz czekał na to niecierpliwie od wielu lat. Historia mówi, że Ćisti zabił własnego półrocznego syna, aby jego dusza inkarnowała się w syna cesarza, spełniając w ten sposób przepowiednię. Akbar wierzył głęboko, że to dzięki Ćistiemu urodził mu się pierworodny syn, przyszły cesarz Dżahangir. Spotkania z pustelnikiem były rzeczywiście owocne; cesarzowi urodzili się wkrótce trzej kolejni synowie. Pragnąc uhonorować Ćistiego, Akbar zbudował mu w Fatehpur Sikri grobowiec z białego marmuru.

Odc. 41 Poranny pejzaż

Nad ranem autobus wjechał do strefy handlowo-przemysłowej jakiegoś nieznanego miasta. Rozsunięte zasłony na oknach ukazały zupełnie nowy pejzaż: ulice zaśmiecone i zastawione setkami środków transportu i urządzeń. Przed oczami podróżnych przesuwały się skupiska ludzi, motocykli, rowerów i ryksz oraz budki z żywnością, dymiące podręczne kuchnie, stragany warzyw i owoców oraz stosy rur plastykowych i góry śmieci.

– Te sterty śmieci i odpadów chronią ziemię przed przegrzaniem. Hindusi są lepiej przygotowani niż Europejczycy do zmian klimatycznych – Praktyk po zbudzeniu się z przypisanej mu genetycznie drzemki autobusowej, z łapczywością obserwował i komentował świat przesuwający się za oknem autobusu.

Śmieci stały się na krótko głównym tematem rozmów.

Sceneria powtarzających się obrazów ulicznych wkrótce znużyła podróżnych. Niektórzy z nich powstawali z foteli, aby przenieść się do tyłu, gdzie Banda Sześciorga raczyła się alkoholem rozlewanym do metalowych kieliszeczków. Do bandy zaliczano dowolny zestaw sześciu osób oddających się wspólnej degustacji alkoholu.

– Naczynia, w jakich pijemy alkohol, też są ważne – stwierdził Inżynier, biolog z zawodu, przedstawiający się za granicą jako „bilogical engineer”.

Z rozmowy o naczyniach Banda Sześciorga przeszła do dyskusji o planie Kindżała stworzenia w Nomadii stałej ekspozycji kindżałów, sztyletów i noży bojowych. Właściciel nie zamierzał ich sprzedawać. Myśl ta była dla niego tak niemiła, że aż wstrząsał nim dreszcz, kiedy ktoś o tym wspominał. On sam nie mówił o tym, przyjaciele domyślali się jednak, że w jego sercu kwitnie pragnienie imponowania ludziom niezwykłą kolekcją.

– Co tu mówić! Kindżał jest seksualnym obsesjonatem, że nie powiem zboczeńcem; biała broń zastąpiła mu kobietę. On marzy tylko o tym, aby mieć ją własność, pieścić wzrokiem i dotykać do woli. Tym niemniej, ktoś, kto przywozi z wycieczki do Azji kilkanaście egzemplarzy cudownie inkrustowanych kindżałów bojowych i ceremonialnych, zasługuje na szacunek – powiedział Inżynier chętnie kojarzący białą broń z ludzką godnością.

Kindżał lekceważąco przysłuchiwał się dyskusji. Nie marnując czasu, uważnie rozlewał whisky o przewrotnej nazwie Indian Rye Vodka do metalowych kieliszeczków. Ich zestaw nosił zawsze ze sobą. Nazywał je dzióbasami. W gotowości do ich użycia nic nie było w stanie go zaskoczyć; ani burza, ani gęsty pył z pustyni, ani natrętni uliczni sprzedawcy, ani niespokojne makaki.

W okolicach, po których podróżowali, małpy były wszędzie, gdzie rosło choćby pojedyncze drzewo lub kępka krzaków. W niektórych miastach przejęły na własny użytek świątynie powszechnie zwane „monkey temples”.

Ożywieni alkoholem podróżnicy doszli do przekonania, że makaki były szczególnie ciekawe europejskich twarzy i zwyczajów. W momencie pojawienia się tematu małpich zainteresowań, do dyskusji włączył się Kindżał. Siedział na fotelu autobusowym, odpoczywając, ze wzrokiem znieruchomiałym na górnej krawędzi okna, po którym poruszały się trzy muchy. Sączył powoli słowa wyrażając coś w rodzaju życzenia.

– Gdybym w tym towarzystwie poczęstował makaki alkoholem w zgrabnych dzióbasach, to by się rozpiły na amen. Uwierzcie mi, mnie każdy ulega. Powiem wam dlaczego. Po prostu daję się lubić. Jestem popularny szczególnie wśród sprzedawców ulicznych. Admirują mnie. Jakimś sposobem wyczuwają moją pasję kolekcjonerską i kiedy zjawiam się na ulicy, wciskają mi w ręce sztylety i noże bojowe, choćbym był już nimi obwieszony jak choinka Alibaby.

Widząc zaskoczone oblicza przyjaciół, domyślił się, o co chodzi.

– Nie wiecie jakiego Alibaby!? Tego od czterdziestu rozbójników. Ale co tam rozbójnicy. Porozmawiajmy o tym wspaniałym narodzie, który nas gości nie szczędząc sił i środków. Niech żyją Hindusi!

Po wyjęciu z mdlejącej dłoni butelki z whisky towarzystwo ułożyło Kindżała wygodnie na fotelu i z pełnymi dzióbasami w dłoniach podjęło dyskusję o złożonych losach milionów Hindusów. Rolę rozlewającego alkohol przejął Darczyńca.

– Ich świat jest zagubiony w wiekach średnich mimo nowoczesnych, choć mocno poobijanych, pojazdów mechanicznych.

– Zachowują się nieobliczalnie na ulicy jako kierowcy i przechodnie. Jedni wpadają na drugich jakby ich jedynym celem było łamanie przepisów ruchu drogowego, aby w końcu popełnić samobójstwo – rzucił półgębkiem Darczyńca z trudem poruszając językiem ścierpłym od alkoholu.

W trakcie dyskusji miłośnicy Indian Rye Vodka wpatrywali się w butelkę. Wyglądała, jakby była gorąca od serdecznego nastroju oraz pieszczot i uścisków, jakimi ją obdarzano. Podniecenie alkoholowe wywoływało  coraz bardziej intymne wspomnienia i wyznania.

– Mnie jeden makak chciał wyrwać z ręki aparat fotograficzny!

– A mnie odgryźć banana przy samych ustach. O mało mnie kłem nie zahaczył – rzuciła przyciszonym głosem Wizażystka. Jej oczy zwilgotniały a na twarzy pojawiły się oznaki przestrachu. Przetarła twarz chusteczką, sytuując się wygodniej w fotelu.

– Przyznam się, że dobrze się czuję po tym alkoholu. Jest jak masaż rozluźniający mięśnie pleców, pośladków i nóg. Odkryłam to dopiero w Indiach podróżując często autobusem – wyjaśniła, wysuwając do przodu dłoń z kieliszkiem, kiedy Kindżał spojrzał na nią niepewnie, czy ma dolać alkoholu.

Odc. 42 Żarty i pieśni

Po uzupełnieniu wszystkich kieliszków, towarzystwo zgromadzone wokół Darczyńcy pełniącego teraz rolę mistrza ceremonii, zaczęło opowiadać żarty i kawały. Wizażystka przyjmowała rozmowy coraz bardziej milcząco. Czasem tylko bolesny grymas wykrzywiał jej starannie pomalowane usta. Jej wargi miały przedziwny kształt spłaszczonego serca przebitego strzałą stojącego w rogu ust mikroskopijnego Erosa. Podziwiano ją za niezwykłą precyzję malarską, która wydawała się wręcz nieludzka w doskonałości odtwarzania detali. Podejrzewano ją, że makijażowi poświęcała większość czasu, kiedy była sama. Znająca ja bliżej Wysoka z Kokiem twierdziła, że nie zajmowała się niczym innym.

– To kobieta opętana malowaniem ust. Tak ją można najkrócej scharakteryzować – podsumowała, uśmiechając się tajemniczo, jakby sama była w zmowie z diabłem, ojcem wszelkiego opętania.

W opowiadaniu kawałów najlepszy był Szczepan. Znał nieprawdopodobne historie z wszystkich kontynentów. Słuchano go z uwagą, ponieważ miał dar opowiadania. Również dlatego, że był człowiekiem poszukującym w tych historiach prawdy o świecie i o sobie.

– Szukam prawdy przede wszystkim w kawałach, przypowieściach i wspomnieniach, ponieważ jest to prawda najprostsza, radosna i najłatwiejsza do przyswojenia. Po to Bóg dał nam, ludziom, poczucie humoru, abyśmy wyraźniej odróżnili się od zwierząt, którymi w istocie jesteśmy. Czyste człowieczeństwo nie istnieje, to tylko niezdrowa iluzja – wyjaśniał, kiedy nachodził go bardziej filozoficzny nastrój.

W gronie jego słuchaczy był także Kantyna, wciąż daleki od alkoholowego upojenia. Męczyło go to, ponieważ kochał stan wniebowzięcia, jak to nazywał.

– To jedyna kondycja, kiedy jestem szczęśliwy, kiedy nie męczy mnie sam fakt istnienia.

W dążeniu do swojej, niezrozumiałej dla innych doskonałości, przeprosił Bandę Sześciorga, że ją opuszcza i ruszył w podróż po autobusie w poszukiwaniu głębszych wrażeń.

Pod koniec trasy Kindżał budził się co jakiś czas z letargicznego snu i samotnie nucił na przemian dwie melodie. Raz była to rzewna szanta żeglarska o bosmanie-gwałcicielu, który popełnił haniebny czyn i po powrocie bezecnie sczezł na pokładzie statku, drugi raz smutna pieśń zaczynająca się od słów „Tu leży ręka, tam leży głowa, to jest robota Paramonowa”. Śpiewając ją Kindżał wykonywał ruchy dłonią imitujące uderzenia młotkiem w coś, czego zapewne serdecznie nienawidził, ponieważ krzywił się przy tym niemiłosiernie. Kilka razy zaczynał przyśpiewkę „Olaboga, nie wytsymom, inne mają a ja ni mom”, lecz szybko ją kończył, ponieważ nie mógł przypomnieć sobie dalszych słów. 

Po wielogodzinnej podróży autobus w końcu dotarł do celu. Było już ciemno. Nomadowie byli tak zmęczeni, że z wyjątkiem Przewo nie wiedzieli nawet, gdzie się znajdują. Wychodzili po kolei z autobusu, pomagając sobie nawzajem przy zejściu z wysokiego schodka pojazdu. Po wyjściu na zewnątrz zgromadzili się w jednym miejscu i obliczyli. Wszystko było w porządku, rachunek się zgadzał.

Nocleg mieli zarezerwowany w trzygwiazdowym hotelu Grand Chakya. Nazwę hotelu zobaczyli z daleka. Na ścianie przedsionka prowadzącego do hallu głównego, gdzie mieściła się recepcja, jaszczurki polujące na insekty ułożyły się na ścianie w kształt ludzkiej głowy. Nomadów ciarki przeszły po plecach. Pracownicy recepcji starali się zbagatelizować niezwykłe odkrycie. Zachęcali, aby się nim nie przejmować, gdyż jaszczurki mogą znaleźć się także pokojach.

– Są całkowicie nieszkodliwe i bardzo użyteczne, ponieważ polują na insekty. Nie stanowią najmniejszego zagrożenia – uspokajali, uśmiechając się z wyrozumiałością.

Szczepan, podróżujący z żoną, zastanawiał się, czy zamiast w pokoju nie powinni spędzić nocy w hallu. Zapytał o to w recepcji. Recepcjonista popatrzył na niego zdziwiony.

– W nocy w hallu zawsze świeci się lampa – powiedział jakby na potwierdzenie, że jeśli z powodu kilku jaszczurek na ścianie ktoś woli męczyć się skurczony w ubraniu na fotelu zamiast swobodnie rozciągnąć się w piżamie w czystej pościeli, to on nie będzie go odwodził od tak szalonego pomysłu.

Podróżnik zmienił zdanie, kiedy wraz z żoną znaleźli się w pokoju numer sto trzynaście. Lubił trzynastkę, nie był przesądny. Było to wygodne i czyste pomieszczenie w odcieniach zieleni i brązu, z małym biurkiem, barkiem, telefonem, klimatyzacją a nawet podręcznym sejfem na pieniądze i dokumenty. W nocy dokuczał im tylko klimatyzator; jakakolwiek temperaturę nie nastawili, było albo zbyt zimno, albo zbyt gorąco.

Odc. 43 Studnia Chand Baori

Kolejny dzień minął Nomadom na zwiedzaniu jakiejś niewielkiej miejscowości, do której zawiózł ich Przewo, a której nazwy nikt nie zapamiętał. Przypomnieli ją sobie dopiero po powrocie do hotelu, kiedy opadł z nich kurz podróży i odpoczęli. Chodziło o studnię Chand Baori w wiosce Abhaneri położonej około stu kilometrów od Dżajpuru. Studnia powstała w IX wieku i stwarzała niesamowite wrażenie: potężny lej sięgający w głąb ziemi, w którym można by umieścić trzynastopiętrowy budynek.

Stojąc na powierzchni czuło się chłód płynący z jej wnętrza. Zejście na dno studni wymagało pokonania 3500 wąskich stopni. Na górnych poziomach studni w ścianach mieściły się pomieszczenia mieszkalne.

Zaskakujące było samo miejsce. Szary, płaski, pustynny teren, uboga wieś, aż dziw brał, kto mógł mieszkać w takim miejscu.

Naprzeciwko studni Chand Baori po drugiej stronie ulicy znajdowała się świątynia Harshat Mata, poświęcona bogini szczęścia i radości, a w niej rzeźba męskiego członka zwanego lingam, bezwstydny symbol płodności.

Po kolacji, kiedy już otrząsnęli się z wrażeń dnia, Przewo zebrał grupę, aby porozmawiać o dotychczasowych przeżyciach. Był to już jedenasty dzień podróży, mieli więc co wspominać.

Rozmawiali szczerze, z wyjątkiem Kantyny, uciekającego na boki przygaszonym wzrokiem, w którym mieszały się uczucia nostalgii i zagubienia w sprawach doczesności. Na początku Praktyk nie miał chęci nic mówić; czuł gorycz w ustach i nieokreślone ssanie w żołądku; tłumaczył to sobie nadmierną ilością kawy wypitej w ciągu dnia. Tylko on jeden nie rwał się, aby podzielić się z innymi, jak się czuje po tylu dniach podróży, wszystkich tych zwiedzaniach, przejazdach, przeprowadzkach z hotelu do hotelu, rozmowach i wieczornych spacerach po mieście w małych grupach.

Każdy się wypowiedział. Przewo wyjaśnił, że ludzie przyjeżdżają do Indii najczęściej po to, aby odświeżyć swoją duchowość, zobaczyć niezwykłe świątynie różnych religii, święte krowy, przepełnione po brzegi miasta, życie na ulicach i Bóg wie jeszcze co.

– W rzeczywistości turyści odkrywają coś, czego nie da się przeczytać w żadnym przewodniku, żadnej książce, obejrzeć na ekranie, a nawet przyśnić. Są to niezwykłe zabytki historii. Oglądają także na własne oczy nędzę współczesności, o jakiej nie mieli pojęcia. Taką, przy której ubóstwo wygląda jak wypasiona kura, zwyciężczyni trzech wystaw, na tle dogorywającego z głodu kurczaka.

– Każdy obywatel cywilizowanego świata jest bogaczem w Indiach, chyba, że zabraknie mu wyobraźni lub uczciwości – obudził się nagle Piotr.

U siebie w kraju Nomadowie należeli do klasy średniej, może niższej średniej, może średniej-średniej, a może nawet i wyższej średniej. W Indiach każdy z nich czuł się jak nabab, wybraniec losu, człowiek o niezmierzonym bogactwie. Indie przywróciły im świadomość, jak wiele każdy z nich posiada i jak stabilne jest ich życie: mieszkanie, samochód, biurko, często z komputerem, regularny dochód oraz prawie całkowita pewność, że będzie jeść obiad następnego dnia.

– W Nomadii jesteśmy trwałymi elementami ludzkiego pejzażu, a nie żywymi tłumokami leżącymi na chodniku, pozostawionymi samym sobie jak kawałek bezużytecznego drewna – Mówiąc to Przewo odwrócił głowę, aby ukryć współczucie dla biedaków i zadowolenie z własnego losu.

Odc. 44 Teatrzyk uliczny 

Następnego dnia, po śniadaniu w restauracji hotelowej, Nomadowie mieli trochę czasu dla siebie. Praktyk nie mógł sobie potem przypomnieć, jak znalazł się wraz z dwójką przyjaciół, Darczyńcą i Wysoką z Kokiem, w bocznej, raczej pustej uliczce położonej naprzeciw jakiegoś skromnego parku. Stali rozmawiając i przyglądając się rachitycznym drzewom, kiedy obok pojawił się – jakby wyszedł spod ziemi – teatrzyk uliczny, pełen kolorowych akcesoriów i wyjątkowo poprawnej mowy aktorów w języku angielskim.

Była ich trójka, kobieta i dwaj mężczyźni. Przedstawili się; mieli imiona i nazwiska tak egzotyczne, że rozmyły się w przestrzeni zanim dotarły do uszu Nomadów. Role aktorów wyjaśnił najstarszy mężczyzna.

– Ja jestem narratorem. Ona jest oblubienicą, a on jest oblubieńcem.

Mówiąc „ona” i „on” narrator wskazywał na postać ręką chyba tylko z nawyku, bo nie było żadnych wątpliwości, kogo ma na myśli.

Kiedy skończył prezentację dopiero wtedy Nomadowie odczuli wyjątkowość wieczoru. Powietrze było przesycone słodko-gorzkim zapachem białych kwiatów rosnących za wysokim płotem parku, pod którym teatrzyk rozłożył swoje rekwizyty, niską przenośną scenę, zasłony, maski, lalki, kołatki.

Trójkę Nomadów zaproszono do obejrzenia spektaklu żądając śmiesznie niskiej opłaty, jakby sam udział zagranicznych gości miał dostatecznie wynagrodzić artystów. Kiedy dwaj mężczyźni rozkładali przenośną scenę i kurtynę, kobieta przygotowywała herbatę na małym samowarze, aby poczęstować gości.

– Taki jest nasz rytuał od wieków. Wymaga tego gościnność – cierpliwie wyjaśniała, nie dając się przekonać, że jest to niepotrzebne.

Napój był bardzo aromatyczny, poszedł im do głowy. Pijąc, nie zdawali sobie z tego sprawy. Myśleli, że było to zauroczenie, a nawet odurzenie niezwykłością spotkania.

Spektakl, przedstawiający historię szalonej miłości wysokiego urzędnika do tancerki kabaretowej, trwał blisko godzinę. Widzów zachwycił kunszt artystyczny aktorów. Ich gra była tak fantastyczna, że Wysoka, Darczyńca i Praktyk całkowicie utożsamili się z postaciami bohaterów spektaklu.

Po jego zakończeniu rozmawiali o miłości. O tym, że aktorzy właściwie nie grali, tylko byli zakochani i postępowali naturalnie jak kochające się osoby zachowują się w życiu, kiedy są sami.

– Nie było żadnego udawania. Oni po prostu byli sobą, ubrali to w formę teatru prawdopodobnie tylko dlatego, że w ich środowisku lub w ich rodzinach nie akceptowano ich miłości. W spektaklu, który właściwie nie był teatrem, tylko fragmentem ich życia, byli autentyczni: naturalni, szczerzy, bezpretensjonalni, otwarci, tolerancyjni, życzliwi. Niczego nie udawali.

– Mieli także w sobie cierpliwość, której nam, Europejczykom czy też ludziom zachodu często brakuje. Była to autentyczna miłość – podsumował Darczyńca, odwracając głowę od rozmówców, jakby wstydził się uczuć malujących się na jego okrągłej twarzy.

To były także ich miłości, ponieważ sami w życiu nie zaznali prawdziwego uczucia, o jakim marzą wszyscy mężczyźni i kobiety. Tak wspaniała, głęboka i intensywna miłość, jaką zobaczyli w teatrzyku, nie była im znana nawet z literatury.

– A przecież czytaliśmy i widzieliśmy niemało – przypominali sobie nawzajem, zachwycając się talentem wykonawców, kiedy wracali do hotelu.

Śpieszyli się, bo musieli się jeszcze spakować.

Odc. 45 Pociąg do Agry

W podróż pociągiem wyruszyli wieczorem, aby jadąc przez całą noc dotrzeć nad ranem do Agry. Ich celem było słynne na cały świat mauzoleum Taj Mahal.

Wsiadając do wagonu Piotr Praktyk poczuł mdlący zapach ubikacji. Minął ją i po przejściu kilku metrów, odnalazł swój przedział. Były w nim już dwie osoby, Hindus i Hinduska. Prawdopodobnie nie znali się, ponieważ siedzieli po dwóch stronach przedziału i nie rozmawiali ze sobą. W przedziale było wciąż gorąco mimo chłodu płynącego z sufitowych nawiewników. Wagon w ciągu dnia nagrzał się na trasach palącego słońca Wielkiej Pustyni Thar i nadejście nocy niewiele zmieniło w temperaturze wnętrza.

Piotr rozejrzał się, położył swoją walizkę i plecak na półce i usiadł. Miał zarezerwowane miejsce przy oknie.

Razem z ludźmi pociągiem podróżowały karaluchy, niezbyt duże i nie w oszałamiającej ilości. Po kilkuminutowej obserwacji Piotr uznał, że są dyskretne i nie narzucają się. Zmienił zdanie, kiedy jeden z nich pojawił się nagle przy oknie, tuż przed nim, na krawędzi stolika. Uznał go za agresora, z którym należało się rozprawić. Insekt siedział nieruchomo, dając myśliwemu czas na przygotowanie się i wyprowadzenie śmiertelnego ciosu. Piotr osłonił dłoń papierową serwetką i nagłym ruchem przycisnął karalucha do stolika. Tak mu się tylko wydawało, gdyż insekt w ułamku sekundy zniknął w szparze między stolikiem a ścianą wagonu.

Zapowiadała się męcząca noc. Leżąc na górnym łóżku, Nomada nie mógł zasnąć. Po godzinie oddychał z trudem z powodu kataru, który pojawił się nie wiadomo kiedy. Ofiara niewygody, duchoty i strumienia zimnego powietrza przewracała się z boku na bok, aby znaleźć sobie odpowiednią pozycję. Nie mogąc zasnąć przez dłuższy czas, Piotr wyszedł na korytarz. Było tam odrobinę chłodniej. Wychodził i wracał kilka razy. Nad ranem postanowił zostać na korytarzu, aby doczekać przyjazdu do Agry.

Schodząc z drabinki – po przebraniu się na łóżku w codzienne ubranie – zauważył, że na kuszetce umocowanej wzdłuż ściany korytarza naprzeciw jego kabiny leży męska czapka. Jej właściciel zniknął. Wrócił dziesięć minut później i zmierzył Nomadę swymi dużymi czarnymi oczami. Był to dobrze zbudowany Hindus, nie starszy niż trzydzieści pięć lat, czarnowłosy, wąsaty, z gładko wygolonymi różowymi policzkami.

– Wygląda na przekarmionego lekkoatletę, utrzymującego się w formie piekarza lub niedożywionego kowala – pomyślał Piotr, nie odwracając wzroku od obiektu obserwacji. Ucieszył się, że trudna noc nie zabiła w nim wyobraźni.

Po nałożeniu czapki na głowę, przybysz zasunął zasłonę nad łóżkiem i odszedł w głąb wagonu.

Pociąg zatrzymywał się kilkakrotnie na trasie. Było zbyt ciemno, aby można było cokolwiek widzieć na zewnątrz. W końcu pociąg stanął na jakieś większej stacji kolejowej, zatłoczonej i dobrze oświetlonej. Po peronie przesuwały się niemrawo tłumy podróżnych. Byli to sami Hindusi. Piotr przerwał obserwację ludzi, kiedy po drugiej stronie peronu dokładnie naprzeciwko jego okna pojawił się szczur. Zdezorientowany zatrzymał się na chwilę, aby rozejrzeć się uważnie wokół. Po chwili przebiegł w poprzek peronu, zeskoczył na tory i zniknął w mroku.

Piotr przypomniał sobie, że najbardziej popularnym gatunkiem tego gryzonia jest szczur wędrowny. Pamiętał nawet jego dziwną łacińską nazwę „Rattus norvegicus”. Ten którego widział, nie był zbyt duży. Długość ciała największych szczurów sięgała dwadzieścia pięć centymetrów, nieco mniej niż długość linijki szkolnej. Ich ogony były dłuższe niż ciało. Nomada nie czuł obrzydzenia do gryzonia, raczej dziwną solidarność, bo był to jeden z najstarszych żyjących ssaków świata, o wyjątkowej inteligencji i zdolności dostosowania się. Przypomniał sobie krótki film na YouTube o niezwykłej pomysłowości tych zwierząt: szczur zrzucający kurze jajka z półki w spiżarni na grzbiet czekających na podłodze towarzyszy, którzy amortyzowali upadek nie dopuszczając do rozbicia delikatnych opakowań ulubionego pożywienia.

– A to sprytne sukinsyny! – Obserwator był pełen podziwu dla inteligencji zwierząt.

Odc. 46 Nocna rozmowa

Czekanie w stojącym na dworcu pociągu dłużyło się Piotrowi. Kiedy w końcu ruszyli, pociąg toczył się ślimaczo wzdłuż niekończącego się peronu wypełnionego podróżnymi. W mroku nocy rozjaśnianym co kilkadziesiąt metrów słabymi lampami widać było Hindusów stojących, siedzących i leżących, gdzie kto znalazł kawałek wolnego miejsca, na peronie, na ławkach, na walizkach i tobołkach. Znieruchomiali przypominali modele pozujące malarzowi w smętnym atelier bez dachu i ścian bocznych. Wielu podróżnych spało bezpośrednio na betonowej płycie peronu, najczęściej leżeli przykryci wraz z głową jakimś kocem lub płaszczem. Sceny dworcowe ciągnęły się i ciągnęły, jakby nigdy nie miały się skończyć.

Myśląc o niemrawym przemijaniu czasu Piotr popatrzył z rezygnacją na zegarek. Dochodziła już godzina druga w nocy; poczuł się bardzo zmęczony. Chciał usiąść, ale nie miał na czym. Wycofał się więc w głąb wagonu i oparł plecami o ściankę działową. Pociąg nabrał już rozpędu i łomotał na złączach szyn pędząc przez noc wypełnioną duchami drzew. Koła dudniły rzucając wagonami na boki. Piotr przeszły ciarki; przez moment miał wrażenie, że lada chwila wagon rozsypie się lub wypadnie z szyn. Na korytarzu nie było żywego ducha; wszyscy pasażerowie spali. Podróżnik poczuł się jak hinduski parias wpleciony w koło niekończącej się dharmy bez perspektyw zmiany losu na lepszy. Narastała w nim głucha frustracja. Poczuł się jak koń na pogrzebie, któremu ubrany na czarno woźnica ściąga cugle, aby okiełznać rozpierającą go energię.

Zmęczony i niewyspany potrzebował bodźca, aby poczuć, że żyje. Ożywił się, kiedy obok przy oknie pojawiło się młode małżeństwo hinduskie z dzieckiem. Zainteresował się nimi, ponieważ chłopczyk zwracał się do swego ojca mówiąc „papa”.

Piotr pierwszy zaczął rozmowę. Pochwalił chłopca za dziewczęco piękne czarne oczy i zapytał rodziców czy jadą do Agry. Jechali dalej, do miasta Gangapur, gdzie jest stacja kolejowa najbliższa świątyni jaką mieli odwiedzić, aby wziąć udział w festiwalu religijnym. Była to świątynia Kaila Devi w dystrykcie Karauli. Hindus chętnie wdał się w rozmowę dotyczącą świątyni i wiary.

– To jest nasza trzecia podróż do świątyni poświęconej bogini Kaila Devi Ji. Ma ona dwa miliony wyznawców i jest ucieleśnieniem bardzo popularnej w Indiach bogini Durga. Nie wyobrażamy sobie, abyśmy odwiedzili inną świątynię Kaila Devi Ji, nawet gdyby była bliżej. Dla mego ojca było to święte miejsce.

Piotr przyjrzał się uważniej rozmówcy. Mężczyzna miał na sobie dhoti, tradycyjny hinduski strój męski, składający się z upiętego w pasie białego materiału bawełnianego o długości kilku metrów i szerokości jednego metra.

Ciekawie rozwijająca się rozmowa zakończyła się nagle, kiedy Przewo głośno zapowiedział na korytarzu:

– Jest godzina szósta dwanaście. Za dziesięć minut wysiadamy na Agra Cantt, głównej stacji kolejowej Agry. Spotykamy się na peronie bezpośrednio przy pociągu. Proszę nie rozchodzić się.

W drodze do Tadż Mahal Piotr dzielił się z przyjaciółmi swoimi nocnymi przeżyciami, ubarwiając je co nieco dla nadania im żywości. Czuł się jak bohater filmu relacjonujący niezwykłe przeżycia.

– Pociąg opuścił stację i jechał tak wolno, że myślałem, że się zatrzyma. Zniecierpliwiłem się. Nie wytrzymałem i wyskoczyłem z wagonu i szedłem obok peronem wymijając pakunki, skrzynie, budki z żywością i Bóg wie co jeszcze. Poruszałem się wymijając ludzi przywiązanych do podróży jak starzec do skurczów nóg i biegania do łazienki w celu pogodzenia się z pęcherzem. Hindusi patrzyli na mnie jak na dziwoląga, różowego ibisa z dwoma dziobami rodzącego się raz na sto lat. Pozdrawiałem ich uniesioną dłonią ze złączonymi razem kciukiem i palcem wskazującym jak dłoń Buddy. I oni i ja byliśmy niewolnikami losu, to nas łączyło. Żałujcie, że was tam nie było. To było przeżycie. Sam na sam w niekończącym się tłumie hinduskich pielgrzymów. Kiedy pociąg zaczął przyspieszać, wskoczyłem do wagonu. Przez okno zauważyłem jeszcze stos wielkich skrzyń ułożonych jedna na drugiej. Za nimi, na końcu peronu, gdzie była już ubita ziemia, stało kilku mężczyzn. Obróceni w kierunku pociągu rozmawiali z ożywieniem, sikając sobie spokojnie jakby byli w lesie.

– Oczywiście niczym się nie przejmowali, może nawet celowo demonstrowali swoje instrumenty anatomiczne, aby popisać się przed pasażerami pociągu. Mężczyźni to świnie -warknęła Wysoka z Kokiem. Po chwili, uznając, że przesadziła, dodała sarkastycznie.

– Oczywiście nie wszyscy. Słyszałam o jednym lub dwóch, którzy nie zachowywali się tak bezwstydnie jak większość samców rodzaju ludzkiego.

Kantyna, jak zawsze dziwnym trafem znajdujący się w pobliżu, gdzie coś się działo, otwierał już usta, aby odpowiedzieć złośliwością na złośliwość. Na szczęście Przewo podszedł do niego z boku i dyskretnie szepnął:

-Daj spokój, Kantyno. Wykaż męską wyższość nad niemęską swarliwością. To kobieta nieszczęśliwa, która nie zaznała szczęścia w objęciach mężczyzny. Wręcz przeciwnie, spotkało ją upokorzenie, bo mąż przez kilka lat zdradzał ją z hazardem w kasynie przepuszczając pieniądze. Mieć wiano ślubne i nie mieć wiana ślubnego i to, jak rozumiem, dużej wartości, każdego wyprowadziłoby z równowagi.

Odc. 47 Powrót do kraju

Temat zachowań w miejscach publicznych wrócił kilka minut później, kiedy się zatrzymali dla zdjęcia obuwia przed wejściem do mauzoleum Tadż Mahal. Temat podjął Przewo, znający najlepiej rzeczywistość Indii.

– Prawda wyzwań natury jest jednoznaczna. Tam gdzie są setki mężczyzn i nie ma toalet, albo jest ich niezwykle mało, mężczyźni będą załatwiać swoje potrzeby w przypadkowych miejscach i niefortunnym czasie. Są takie miejsca w Indiach, gdzie pasażerowie jadący rannym pociągiem kiedy jest już jasno mogą widzie dziesiątki mieszkańców wsi siedzących w kucki na wolnym kawałku ziemi w pobliżu torów i załatwiający swoje potrzeby naturalne.

– W Indiach, raczej niż odzwyczaić się od alkoholu, na co liczyła moja żona, chyba jeszcze więcej będę pić. Wystarczy, że sobie wyobrażę, że urodziłem się tutaj i nie mam w domu łazienki ani sedesu – posępność twarzy Kantyny potwierdziła szczerość jego wypowiedzi.

Nomadowie uznali, że przesadził biorąc na barki ciężar ludzkiego losu, uważając, że ma w sobie ducha nieszczęsnego Hindusa pozbawionego podstawowych urządzeń sanitarnych.

Dla złagodzenia niepokoju Szczepan dodał filozoficznie:

– Z pęcherzem nikt jeszcze nie wygrał.

– Z wyjątkiem ryb, które z powodzeniem używają pęcherz pławny dla poruszania się w wodzie – wtórował mu Kindżał, biolog z wykształcenia.

Po wylądowaniu na międzynarodowym lotnisku Angaria w Gabaro, stolicy Nomadii, członkowie Grupy Trzynastej pośpieszyli do hali przylotów, aby zabrać swoje bagaże i załatwić formalności celne i paszportowe. Pół godziny później spotkali się w punkcie zbiorczym lotniska, tak jak się umówili, aby pożegnać się przed udaniem do swoich domów.

– Być może spotykamy się po raz ostatni w życiu, bo nic nie trwa wiecznie – żartowali, choć nie było im do śmiechu.

– Zróbmy sobie wspólne zdjęcie – zaproponował Przewo. Poparli go Proteza, Praktykant i Uśmiechnięta, potem ktoś jeszcze. Ostatecznie propozycja została zaakceptowana przez wszystkich, mimo że niektórzy bardzo się śpieszyli.

– Tak rodzi się solidarność społeczna. Moglibyśmy wywołać w ten sposób rewolucję, zmieniając świat. Szkoda, że nie zrobiliśmy tego w Indiach – rzucił Kindżał, chwytając do ręki nóż o inkrustowanej rękojeści przypominający bagnet.

– Też żałuję, bo przy okazji rozdałbym jeszcze kilogram cukierków, które znalazłem na dnie walizki. Zupełnie o nich zapomniałem – dodał niepocieszony Darczyńca.

– Wkrótce Święta Bożego Narodzenia i Nowy Rok – podjął Przewo. – Jeśli zrobimy sobie wspólne zdjęcie pod tą wielką choinką, to będziemy mieli co pokazywać rodzinie i przyjaciołom. Możemy nawet ponazywać się imionami postaci z szopki noworocznej.

– Nie warto – włączyła się Wysoka z Kokiem – bo się pokłócimy, kto będzie królem, kto dzieciątkiem, kto osiołkiem a kto żłóbkiem.

Do zdjęcia stanęli obładowani upominkami nabytymi w Indiach i Nepalu. Była tego prawdziwa obfitość: kolorowe naszyjniki, bawełniane koszulki ze słonikami, małe rzeźby, duże kolorowe albumy, magnesy na lodówkę, dywany i dywaniki, koszule dzienne i nocne oraz niezliczona ilość produktów spożywczych. Praktyk trzymał w ręku odręcznie sporządzony plakat z kartonu „Nomadowie po powrocie z Indii”. Nastrój był radosny. Wszyscy byli prowizorycznie ucharakteryzowani i mieli na sobie stroje nabyte w Indiach i Nepalu.

Przewo, przebrany w bogate hinduskie dhoti, przeliczył uczestników. Nikogo nie brakowało. Kindżał, ucharakteryzowany na dostojnego, starszego wojownika Sikha w turbanie, demonstrował sztylet inkrustowany szlachetnymi kamieniami. Wysoki osobnik, którego w przebraniu nie można było rozpoznać, bo przypominał spłoszonego woźnego ze świątyni małp, prawdopodobnie był to Szczepan, opowiadał sąsiadce dykteryjkę o babie u lekarza. Ktoś inny rozwijał jedwabny dywan wypełniony wzorami liści, dojrzałych owoców i kolorowych ptaków. Darczyńca wyciągał do przodu ręce oferując garście pełne cukierków. Trzech mężczyzn, Fotograf, Inżynier i Proteza oraz dwie panie, Uśmiechnięta i Wysoka z Kokiem, pozorowali grupę rozmawiających ze sobą Hindusów i Hindusek.

Po wykonaniu zdjęć, nie jednego ale kilku, przemówił Przewo. Był wzruszony.

– Wszystkim Nomadom, uczestnikom zimowej wycieczki do Indii i Nepalu, oraz ich rodzinom, życzę radosnych i szczęśliwych Świąt Bożego Narodzenia i pomyślnego Nowego Roku. Namaste!

Wiedzieli, że „Namaste” to tradycyjne indyjskie pozdrowienie znaczące „Pokłon tobie”. Wypowiadając go Przewo wykonał andźali czyli półukłon z dłońmi złożonymi razem na wysokości serca, uważanego w Indiach za siedzibę boskości w człowieku, i palcami wskazującymi do góry. Mógł wykonać ten gest nie odzywając się, miałoby to takie samo znaczenie jak wypowiedzenie słów pozdrowienia.

Słowa życzeń zabrzmiały w ustach Przewo dziwnie metalicznie. Dopiero wtedy zdali sobie sprawę, że nie był to jego głos.

– Przypomnijcie sobie państwo, że jeszcze przed odlotem z Indii Przewo zapowiedział, że tam zostanie, bo przecież tam mieszka – wyjaśnił mężczyzna łudząco podobny do niego z sylwetki i idealnie ucharakteryzowany. Jak się okazało, był to aktor teatralny, którego Przewo zatrudnił telefonicznie kilka dni wcześniej.

– Moja nieobecność nie powinna was dziwić, ponieważ wracacie z kraju, gdzie cudów jest więcej niż rzeczywistości, a przywidzenia i omamy czają się na turystów na każdym rogu ulicy – był to autentyczny głos Przewo.

Słuchający go podróżnicy pomyśleli, że sobowtór Przewo odtwarza nagranie z doskonałego dyktafonu lub jest utalentowanym brzuchomówcą.

Odc. 48 Powrót do domu

Z lotniska Piotr Praktyk wracał do domu cztery razy, za każdym razem inaczej, za każdym razem odkrywając nową rzeczywistość. Zauważył to dopiero po kilku miesiącach, przeglądając notatnik, gdzie rejestrował ważniejsze zdarzenia. Nie umiał sobie wytłumaczyć, jak to się stało. Czuł tylko, że nie jest już tym samym człowiekiem, jakim był przed wyjazdem do Indii. Ta wyprawa go odmieniła; nie poznawał sam siebie. Przyznał się do tego Kindżałowi w rozmowie telefonicznej.

– Wyobraź sobie, że ludzie, których znam od lat, moi znajomi i przyjaciele, nie poznają mnie. Pytają mnie:

– Piotrze, to ty?

Dla mnie było to też dziwne, ponieważ sami byli mało widoczni, jakby ukrywali się za grubą warstwą mgły. Kiedy zdarzyło się to po raz pierwszy, pomyślałem, że dopadła mnie amnezja lub nie daj Boże demencja. Przeraziłem się. W końcu domyśliłem się jednak jaka mogła być przyczyna takich ich zachowań i mojego dziwnego samopoczucia. To nie podróż do Indii to wywołała. Po prostu strasznie przemarzłem w czasie jazdy pociągiem z lotniska do domu i poważnie się rozchorowałem. Przed laty miałem też wypadek motocyklowy i to wszystko chyba się skumulowało. Prawdziwy miszmasz.

– Jeździsz motocyklem? – zdziwienie Kindżała było uzasadnione, ponieważ Piotr był ignorantem w sprawach mechaniki. Sam mu to powiedział jednego wieczoru w hotelu w Indiach:

– Mam dwie lewe ręce do mechaniki. Żadnego talentu, żadnego drygu do tych spraw. Jestem jak pusta beczka po piwie, nic tam nie ma. Tak jest od dzieciństwa i nic na to nie poradzę.

Pierwszy raz Piotr wracał ze stolicy do domu pociągiem. Była to końcówka grudnia i w wagonie było bardzo zimno z powodu awarii ogrzewania. Przewiało go, rozchorował się, wywiązały się komplikacje. Przez jakiś czas był w szpitalu. W końcu wyzdrowiał, ale drogo to go kosztowało. Jego pamięć wskutek choroby tak się pogorszyła, że stracił masę wspomnień z pobytu w Indiach i Nepalu.

– To było straszne, kiedy próbowałem odtworzyć moje przeżycia z tej podróży. Miałem wrażenie, że moja pamięć zapadła się pod ziemię. Coś okropnego. Nic nie pamiętałem; wycieczka do Indii i Nepalu znikła, wyparowała, uległa kondensacji podobnie jak para wodna, która z wielkiej chmury przekształca się w krople deszczu, nietrwałe w swojej egzystencji.

Po powrocie ze szpitala do domu koncentracja, pamięć i świadomość Piotra Praktyka były tak nędzne, że wydało mu się, już po wejściu do domu i rozebraniu się, że jeszcze nie otworzył drzwi wejściowych i szukał klucza, aby to uczynić. Otrząsnął się dopiero kilka godzin później, kiedy zaczęły docierać do niego domowe i rodzinne dźwięki zamiast dziwnych głosów zrodzonych w głowie przez chorobę. W dodatku w domu nie było nikogo. Piotr poczuł się też zawiedziony czystością panującą w domu, tym mrocznym bezosobowym stanem ducha, jakim zima karze ludzi w krajach bliższych bieguna północnego. Miał poczucie, że już tylko fizycznie jest podobny do pierwowzoru, który wyjechał do Indii.

Następnego dnia postanowił uporządkować notatki, opisać zdjęcia i choćby fragmentarycznie na ich podstawie podzielić się wrażeniami z podróży z rodziną i przyjaciółmi. Nawet to było utrudnione, ponieważ w rozwirowanym świecie każdy pędził w innym kierunku lub oglądał swój film w telewizji.

Tej nocy Piotr przeżył pierwszy po powrocie z Indii i Nepalu kolorowy sen. Potem miał ich więcej, często powtarzały się też ich fragmenty.

– Właściwie to ja nic nie robię, tylko śnię nieprzerwanie – skarżył się Kindżałowi jak dziecko. Miał wrażenie, że zaraził się jakimś okropnym szaleństwem w Indiach, bezskutecznie usiłując przypomnieć sobie kiedy lub w jakich okolicznościach. Najmocniej z kolorowym śnieniem kojarzył mu się autobus i ostatni, wyjątkowo długi przejazd, kiedy pojawiła się głowa.

Nocne przeżycia denerwowały go i męczyły. Kiedy już udało mu się zasnąć mimo pokus czuwania, spał skąpiutko i niepewnie jak wróbel indyjski, z otwartymi oczami, zachowując pełną czujność zupełnie jak za dnia. Wczuwał się w niego, a po pewnym czasie wręcz się z nim utożsamił do tego stopnia, że musiał uważać, aby nie spaść z gałęzi poruszającej się pod wpływem wiatru. Przekonał się o tym, kiedy gałąź, na której spał czując się ptakiem, załamała się pod nim, tak że wylądował na ziemi. Nie byłby tego pewien, gdyby nie siniaki widoczne na siedzeniu i na łokciach.

W nocy wstawał z łóżka i chodził po mieszkaniu, przeklinając ciemność, bezsenność, ptaki, drzewa, siebie oraz podróże, których wspomnienia rujnowały mu życie. Nachodziły go dziwne myśli.

Aby się ratować rozmawiał ze sobą. Uważał, że działa to terapeutycznie. Przyznał się samemu sobie, że jest sobie droższy niż wszystkie pieniądze, jakie posiadał. Był to niemały majątek. Zdobył go inwestując przez lata na giełdzie papierów wartościowych. Rodzina ceniła go za to. Uważał to za bardzo egoistyczne z ich strony.

W miarę upływu czasu myślał coraz więcej o Indiach i Nepalu, o wierze ich mieszkańców w dziesiątki bogów i ich wcieleniach, powtarzających się kąpielach w Gangesie, a nawet o kremacji nad wodą. Jeszcze głębiej zdał sobie sprawę, jak bardzo walka o byt codzienny absorbuje tam ludzi.

– Zajmuje im nieporównywalnie więcej uwagi i czasu niż ludziom ambitnym myślenie o seksie, pieniądzach i władzy.

Kiedy już oswoił się z utratą wspomnień i samotnością, rozmawiał częściej z przyjaciółmi poznanymi na wycieczce. Usiłując odnaleźć się, szukał także w Internecie i w bibliotekach, a nawet na ulicy. I nic. Sam od siebie nie był w stanie niczego odtworzyć z czasów podróży. Tak jakby wszystkie wspomnienia wywiał silny huragan. Pozostały mu tylko notatki, zdjęcia i nagrania dyktafonu, rezerwuary konkretnej wiedzy i wspomnień. Nic więcej nie pamiętał. To było straszne.

Przy okazji rozmów telefonicznych odkrył, że towarzysze podróży to jego dodatkowa pamięć zastępcza w razie potrzeby. Niektórych z nich uznał za współczesnych Kolumbów i Vasco da Gamów, tak bardzo imponowały mu ich rozliczne podróże. Zawsze miał wyobrażenie, że dużo podróżował i dużo widział, ale przy Szczepanie, Darczyńcy a nawet Kindżale czuł się zwykłym parweniuszem, który może jedynie zazdrościć bogaczom ich zasobów materialnych i duchowych.

Odc. 49 Kolejny powrót do domu

Drugi raz Piotr wrócił ze stołecznego lotniska Angaria do rodzinnego domu taksówką. Nie tak planował wracać, ale wyszło inaczej. Chyba bardzo się śpieszył lub coś mu się pokręciło w głowie. Zamiast udać się z lotniska bezpośrednio na dworzec kolejowy, pchając przed sobą wózek z bagażem poszedł prosto na przystanek taksówek, aby negocjować sensowną stawkę za kurs do domu. Pomysł powrotu taksówką do domu był szalony, bo koszt był astronomiczny. Była to odległość kilkuset kilometrów.

Jadąc, zaraz po opuszczeniu miasta miał wrażenie, jakby już raz jechał w tym samym kierunku, tylko innym środkiem lokomocji. Był to pociąg. Przypomniał sobie nawet wagon, otwarty, bez przedziałów, z siedzeniami ustawionymi w tym samym kierunku. Było to déjà vu, sytuacja jaka się zdarza, kiedy człowiek o czymś intensywnie myśli i odradzają się w nim wspomnienia, że już tu był lub to widział.

Powrót do domu rozczarował Piotra, ponieważ zima nieoczekiwanym mrozem i kopnym śniegiem przez kilka dni dewastowała jego pragnienie spędzania czasu na świeżym powietrzu. Pierwsza noc w domu też nie była przyjemna, inna niż oczekiwał.

Zanim położył się spać, zjadł solidną kolację, nie żałując sobie wina ulubionej marki. Nie chciał się do tego przyznać, ale się upił. Kiedy dowlókł się do łóżka, zasnął w ubraniu. Miał szalony sen. Na początku wydawało mu się, że jest koniem, a potem to już tylko jeźdźcem, i to doskonałym. Służył w kawalerii i nosił szablę u boku. Wyglądał godnie i groźnie. To chyba dlatego Kindżał, który się wkrótce zjawił w domu Piotra, rzucał w niego sztyletem. Kindżał był już wtedy znaną osobistością, prawie celebrytą. Zaraz na wstępnie wyznał Piotrowi:

– Nie masz pojęcia, ile otrzymuję ofert zatrudnienia. Ostatnio to w cyrku, w ośrodku szkolenia komandosów, w klubie wojskowym, gdzie ćwiczą walkę białą bronią oraz w filmie, gdzie zaproponowano mi przygotowanie kaskaderów do posługiwania się sztyletem.

Nieco wcześniej Kindżał został odznaczony złotym krzyżem zasługi przez prezydenta Nomadii za wybitne osiągnięcia kolekcjonerskie broni białej. Przyjaciel opowiadał mu to tak plastycznie, że Piotr zobaczył wszystko jak na dłoni. Zapamiętał nawet szczegóły; mógł do nich wrócić w każdej chwili, jakby wrosły w sieć neuronów w jego mózgu. Uroczystość odznaczenia krzyżem zasługi odbyła w wielkiej sali bankietowej pałacu prezydenckiego. Prezydent i Kindżał pozowali do wspólnego zdjęcia. Kindżał pokazał mu je na ekranie smartfona.

Prezydent wyglądał na zdjęciu jak głupawy księgowy; śmiał się dziko obwieszony sztyletami i nożami bojowymi z kolekcji Kindżała. Kindżał powiedział prezydentowi, że zdjęcie jest tak fantastyczne, że można je sobie powiększyć, oprawić i nosić na piersi. Godzinę później instruował już prezydenta w jego prywatnej strzelnicy na tyłach pałacu jak rzucać sztyletem do tarczy. Nie była to typowa tarcza; figurował na niej  naturalnej wielkości obraz samego prezydenta. Kindżał oczywiście nie rzucał, natomiast prezydent wręcz wył z rozkoszy, kiedy to czynił. Był chyba mocno pijany, bo twarz miał czerwoną jak po chorobie. To wycie obudziło Piotra. Okazało się, że był to wóz strażacki jadący do pożaru na drugi koniec miasta. Szczegółów gaszenia pożaru dowiedział się następnego dnia z gazety miejskiej.

Po oswojeniu się z domem, snem i pogodą, Praktyk podjął wędrówki po rodzinnym mieście, po miejscach znanych mu jak pięć palców własnej ręki. Tak mu się wydawało. Chodził po mieście, ale nie poznawał ulic, placów ani budynków.

Musiał podzielić się z kimś tą wiadomością. Tym razem zadzwonił do Wysokiej z Kokiem. Jej numer telefonu znalazł przypadkiem w swoim smartfonie; aż zdziwił się, bo w ogóle nie pamiętał, aby go otrzymał i zanotował.

W pierwszym momencie Wysoka go nie poznała, kiedy się przedstawił. Musiał powtórzyć swoje imię i nazwisko. Dodatkowo, na wszelki wypadek, podał hasła dla łatwiejszego skojarzenia: wycieczka do Indii. grupa trzynasta, Przewo. Ucieszyła się. Zwracała się do niego „Piotrze”, a nie „Praktyku”, jak mieli we zwyczaju w Indiach. Niepytana poinformowała go, że wyszła ponownie za mąż i jest bardzo szczęśliwa. Kiedy skończyła mówić o sobie, przedstawił jej swoją sytuację. Nic się nie odzywała, tylko słuchała.

– Brak mi Indii. Chodzę po moim rodzinnym mieście i cierpię, bo wszędzie widzę Indie. Wydają mi się rajem, krainą płynącą miodem i mlekiem.

Chyba musiał powiedzieć coś takiego, co kobietę wyprowadziło z równowagi, bo nagle zmieniła front. Wróciła dawna Wysoka z Kokiem, oschła, uszczypliwa a nawet złośliwa.

– Z przykrością ciebie słucham, Praktyku. Jest zima, a ty chciałbyś lato. Chyba coś ci się we łbie przestawiło. Może nadużywasz trunków podobnie jak Darczyńca i Kindżał. Podejrzewam was nawet o używanie narkotyków. Jesteście bezwstydnymi degeneratami, zupełnie jak ten alkoholik Kantyna. Niech was … Przestała mówić, ale nie odłożyła telefonu. Piotr usłyszał odgłosy kłótni, ktoś głośno krzyczał. Pomyślał wtedy:

– Nie jest u niej lepiej niż u mnie.

Zreflektował się a nawet ucieszył, że nie tylko jemu jest ciężko w życiu. To go tak rozbawiło, że wybuchł śmiechem na ulicy. Ludzie omijali go, wydało mu się nawet, że słyszy ostrzeżenia:

– To jaki wariat. Lepiej obejść go z daleka.

To go wprowadziło w jeszcze lepszy nastrój. Znowu poczuł się jak za dawnych, dobrych czasów.

Odc. 50 Zmiana pogody

Po dwóch dniach Piotr Praktyk zobaczył przez szybę promień słońca, najpierw jeden, potem drugi, w końcu całą wiązkę. Buszowały w przestrzeni jak sztuczne ognie na choince ożywione nadzieją kolorowych upominków. Poprawa pogody zachęciła go do wyjścia na miasto.

Było inne niż dawniej. Na ulicach panowała cisza i pustka, coś zupełnie odmiennego, do czego przywykł w Indiach. Zatęsknił za tym krajem. Nikt do niego nie podbiegał, aby zaoferować mu choćby skromną, kolorową torebkę z bawełny na upominek dla dziecka, figurkę słonika, rozkładaną książeczkę ze zdjęciami, naszyjnik z kamieni półszlachetnych czy choćby nawet i sztucznych, magnes na lodówkę, figurkę jednego z wielu bogów nie mówiąc o sztylecie, który mógłby mu posłużyć za ozdobę ścienną. Zaskoczyła go czystość na ulicach i brak zwierząt swobodnie poruszających się między ludźmi oraz śpiących między straganami. Straganów też mu brakowało, podobnie jak i wielkiego gara lub patelni, na których coś wrzało, gotowało się lub smażyło. Poczuł się samotnie jak palec środkowy wzniesiony do góry.

Z poczucia zagubienia i tęsknoty za Indiami, Piotr wstąpił do pubu, zamówił grzane piwo, jedno drugie i trzecie. Po kilku dalszych stracił rachunek. Pił do upadłego.

– Mam taką fantazję – wyjawił barmance, pytającą go po dwóch godzinach, czy nie powinien iść już do domu.

Kiedy wychodził z pubu, była jeszcze dosyć wczesna pora. Było jasno i ciepło.

– Wszystko się zmieniło – pomyślał.

Cieszył się, rozpoznając miejsca, których od dawna nie widział. Pomyślał, że to pogoda wszystko odmieniła. Podążał śmiało, z rozmachem, długimi krokami, maszerując kwietnymi ulicami, przez skwery, place i mosty. Wszyscy byli szczęśliwi, zarówno ludzie jak i zwierzęta. Obok ławki nad rzeką zobaczył dwie łaciate krowy z chustami przewiązanymi przez szyję, jak obgryzały gałęzie wielkiego świerka obwieszonego bombkami i światełkami. Na pierwszym piętrze budynku za nimi biegały skrzecząc małpy, pod nogami leżały śpiące psy. Otaczali go tubylcy w malowanych rykszach, słychać było klaksony i dzwonki rowerowe. W końcu zobaczył ciężarówkę wiozącą górę paczek ułożonych jedna na drugiej. W powietrzu oprócz spalin czuć było słodkawy dym z ghat płonących nad rzeką. Czuł jak bije od nich ciepło i pomyślał, że to efekt papierów, puszek po piwie, plastykowych opakowań i resztek jedzenia zaścielających ziemię w celu zmniejszenia zużycia energii dla ochrony środowiska naturalnego.

Na miasto wychodził coraz częściej, Zbliżała się wiosna, było coraz cieplej. Spacerując, Piotr przypominał sobie kolejne szczegóły: pustynię Thar, żywe jak iskra jaszczurki, makaki o czerwonych pyskach grasujące po balkonach i dachach, czarnożółte ptaki dziobiące wielkie opony autobusu, ospałe wielbłądy. Wszystko to go cieszyło. Chciało mu się tańczyć na ulicy.

Napisał list do Kindżała na komputerze i wydrukował. Włożył do koperty i wysyłał. Trzy dni później Kindżał zadzwonił.

– Coś się w tobie zmieniło, Piotrze, tylko nie wiem co. Chyba odmłodniałeś albo oddaje ci się jakaś fajna dziewucha ze słodkimi melonami zamiast piersi. Ty to masz szczęście. Nie to co ja. Miałem piękną kolekcję sztyletów i noży bojowych i skradziono mi kilka najcenniejszych okazów. W dodatku ktoś usiłował podpalić mi dom. Na dobitkę dostałem wezwanie do sądu. Wznawiają sprawę przemytu narkotyków, w której rzekomo jestem uwikłany. To domniemane przestępstwo oczywiście, bo nikt inny, oprócz policji i prokuratury nie wierzy, że przemycałem narkotyki.

Los Kindżała nie zaskoczył Piotra i niespecjalnie zasmucił. Żył już własnym życiem, wracała mu pamięć i to go izolowało od niepowodzeń innych ludzi. Nie wiedział nawet jak i kiedy nastąpiła ta przemiana.

Wychodził teraz regularnie na miasto. Wszędzie widział Indie, nie żadne urojone, ale prawdziwe, słoneczne, hałaśliwe i brudne. Widział tłumy ludzi i grupki zwierząt. Pokochał je, kiedy przez dwa tygodnie pobytu w Indiach i Nepalu cieszyły jego oko. Była to prawdziwa oranżeria: słonie, krowy, kozy, psy, małpy i małpki, świnie, kury, kilka dorodnych pawi a także sześć wielbłądów czekających cierpliwie w asyście poganiaczy na turystów w pobliżu przystanku autobusowego gdzieś na trasie.

Do domu wróciła żona razem z dwójką dzieci. Kiedy pojawiła się w drzwiach Piotr przypomniał sobie wszystko. Była na feriach zimowo-wiosennych u swojej matki. Zaczął im opowiadać swoje przeżycia, co i gdzie oglądał każdego dnia po przyjeździe do kraju. Wyraźnie poczuł, że żona jest po jego stronie. Nie przerywała mu a nawet słuchała go z uwagą. Podobnie zachowywały się dzieci. Od czasu do czasu któreś z nich potwierdzało swój życzliwy stosunek do ojca: „To fantastyczne!” albo „To super ciekawe!”. W pewnym momencie Piotr pomyślał, że przesadzają w swoim entuzjazmie, bo fragment, który właśnie opowiedział nie wydawał mu się ciekawy.

Odc. 51 Czas pomyślności

Dla Piotra Praktyka nastał czas pomyślności. Modlił się, aby trwał jak najdłużej. Był to okres częstych porównań własnego kraju i miasta z Indiami, w nieco mniejszym stopniu także Nepalem. Włócząc się po mieście zobaczył konia, co go zachęciło do snucia porównań Nomadii z Indiami.

– Niby nic nadzwyczajnego, a jednak … – zaczął myśl i nie skończył.

Najczęściej przypominały mu się słonie. Co najmniej dwa razy odbywał na nich przejażdżkę; raz wjeżdżając do fortu Amber w Indiach, drugi raz zwiedzając Park Narodowy Chitwan na południu Nepalu.

– Jazda na słoniu jest jak ujeżdżanie skórzanej góry – słowa te wypowiedziała Wizażystka. Przejażdżka i związane z nią doznania stały się dla niej inspiracją do niekończących się wariacji makijażu wokół oczu. Słonie nasunęły jej pomysł ukrywania zmarszczek wokół oczu pod miniaturowymi obrazkami tych zwierząt.

Wracając wspomnieniami do Parku Narodowego Chitwan, Piotr zorientował się, że myśli o słoniach jak o ludziach. Pamiętał swoje słowa skierowane do Kindżała i Darczyńcy:

– Te zwierzęta są tak mądre, że gdyby dać im wybór, to wybrałyby spokój Parku Narodowego Chitwan nad luksusy wielkich zamków i pałaców.

Kindżał przywrócił go do równowagi zaskakującym, nieco dziwacznym komentarzem.

– W miłości do przyrody i niechęci do pałaców, Piotrze, sam jesteś jak ten słoń, inteligentny i solidny środek transportu, a w razie potrzeby także narzędzie zbrodni.

Wspominając zbrodnię przyjaciel miał na myśli rozdeptywanie głów śmiałków, którzy kilka wieków wcześniej nierozważnie postanowili nie zgodzić się z rządzącym wówczas cesarzem z dynastii Wielkich Mogołów.

Wracając z Indii do rzeczywistości rodzinnego miasta, Piotr uświadomił sobie fakt kompletnego braku ryksz rowerowych i motorowych zwanych tuk-tuk oraz zwariowanych , ciężarówek, półciężarówek i autobusów. Pamiętał, jak niezwykle umiejętnie i szarmancko wymijały one przechodniów w odległości nie większej niż dziesięć centymetrów, tak jakby chciały sprawić im przyjemność lub zaimponować bliskością góry metalu, spalin i pędu.

Kiedy to opowiadał rodzinie, w oczach młodszej córki dostrzegł łzy radości. Ucieszył się podwójnie, kiedy mu wyznała:

– Znowu jesteś sobą, tato. A już myślałyśmy, że nie wyjdziesz z depresji. Lubię cię słuchać, jak opowiadasz te wszystkie szalone historyjki o Indiach i Nepalu. Mam wtedy wrażenie, że jak wyjdę na ulicę, to za chwilę podejdzie do mnie wielki słoń, który mnie zawiezie do kina.

Piotr poczuł się niepewny, czy córka mówi to poważnie, czy też żartując delikatnie daje mu znak, aby nie przekraczał linii oddzielającej zwykłej normalności od chorobliwego fantazjowania. Zrozumiał wtedy, jak bardzo jego wahania nastroju mogą wpływać na córki i żonę. Postanowił pilnować się bardziej.

Tylko raz wyszedł do miasta wieczorem. Nie lubił nocy. W jej mrocznej – mimo świateł ulicznych – atmosferze, szczególnie mocno odczuwał brak towarzyszy wycieczki, osób prawie bez wyjątku przemiłych, z takim dorobkiem podróży po świecie, że Piotr wpadał w zachwyt – jak mówił- większy niż dziury w hinduskich jezdniach i chodnikach.

Jednego z przyjaciół, Szczepana, bogatego w doświadczenia globtrotera, prawdziwego Krezusa podróży, zapytał, czy jest jeszcze jakiś kraj, którego nie odwiedził. Rozmówca, mężczyzna postawniejszy i dostojniejszy niż większość szlachetnych mędrzec sadhu, wyznał z żalem, że są jeszcze trzy takie kraje. Odmówił jednak podania, co to są za kraje; uczynił to chyba ze wstydu.

Piotr wyznał wtedy Szczepanowi:

– Tak jak ty wstydzisz się niebycia w dwóch miejscach na świecie, tak ja wstydzę się przed samym sobą, że dopiero w fazie późnej dojrzałości odwiedziłem Indie i Nepal, gdzie płyną źródła niezwykle skutecznych terapii leczących z poczucia niemocy i pesymizmu.

Odc. 52 Trzeci powrót do domu

Trzeci raz Piotr Praktyk wracał ze stołecznego lotniska do rodzinnego miasta samolotem krajowych linii lotniczych Adana. Rzadko podróżował tak małym samolotem, nie był przyzwyczajony do ciasnoty. Siedział przy oknie i patrzył w dół. Najpierw zobaczył linię kolejową a potem autostradę biegnącą na północ. W miejscu, gdzie się krzyżowały, stał szlaban i budka strażnika. Pamiętał je z pociągu i z taksówki. Były bardzo charakterystyczne, bo budka stała równiutko na przedłużeniu szlabanu i miała nietypowo okrągły dach. Pomyślał, że wygląda jak daszek osłony przed słońcem na plaży w tropikach. Wtedy już był pewny, że jest to déjà vu, że wracając z Indii dwukrotnie już podróżował w tym samym kierunku, tylko pociągiem i samochodem osobowym.

Po kilku minutach poczuł się potwornie senny. Nie znosił tego, uważając, że taki sen to tylko marnotrawstwo życia. Postanowił walczyć z bezsennością. Wypił mocną kawę, potem poprosił o drugą i trzecią. Do każdej dolewał alkoholu, aby ją wzmocnić i przedłużyć jej działanie. Prawdopodobnie, chyba nieświadomie, zamówił i wypił czwartą. Tak pomyślał, kiedy znalazł w schowku przed sobą cztery chusteczki ze śladami kawy. Odciśnięcia ust były tak wyraźne, że wyglądały omalże jak płaskorzeźby.

W efekcie kilka razy musiał wstawać z fotela, aby udać się do toalety. Powtarzające się wychodzenie i powracanie uznał za rytuał. Wyobraził go sobie w postaci komend:

– Odepnij pas bezpieczeństwa, przeproś pasażera siedzącego obok, wstań, wyjdź na przejście między fotelami, przejdź do toalety, poczekaj, aż użytkownik toalety wyjdzie, otwórz drzwi, wejdź, odpowietrz się, spuść wodę, umyj ręce, odśwież się wodą kolońską.

Resztę działań załatwił krótką instrukcją:

– Wróć na miejsce powtarzając czynności w odwrotnej kolejności.

Kiedy samolot leciał w chmurach i nic nie było widać za oknem oprócz białej piany, Piotr rozmyślał o wcześniejszych doświadczeniach dnia. Były doprawdy niezwykłe. Im bardziej zagłębiał się w szczegóły, tym bardziej czuł się skołowany, ponieważ niektóre były dziwne czy wręcz dziwaczne. Postanowił je zapamiętać.

Na początku koła samolotu przymarzły do płyty lotniska i kapitan – nie mogąc uzyskać natychmiastowej pomocy z zarządu lotniska – poprosił pasażerów, aby pomogli pchać samolot na pas startowy. Kapitan miał basowy głos, łopoczący w ciasnym wnętrzu jak zerwany żagiel na silnym wietrze. Dużo wyjaśniał i zachęcał, mobilizując pasażerów do działania.

– Rozgrzejecie się państwo. Nie ma co się lenić. To nie są tłuste Indie. Ojczyzna jest w potrzebie.

Nie wiadomo dlaczego nazwał Indie tłustymi. Kiedy Piotr zapytał go o to, ten coś odpowiedział, lecz Piotr niewiele z tego zrozumiał. Mógł się tylko domyślać. Kapitan mówił żargonem technicznym i Piotr zrozumiał tylko „kąt natarcia śmigła”. Słowa kapitana „Ojczyzna jest w potrzebie” wywołały reakcję pasażerów.

– Jak to ojczyzna? – krzyknął jakiś rudzielec w zielonym swetrze, siedzący dwa rzędy przed Praktykiem.

Piotr popatrzył na niego z niechęcią. Nidy nie lubił rudych ani łysych, choć sam już stracił dużo włosów. Łysienie wydawało mu się jednak łagodniejszą formą degeneracji mężczyzny niż rudość. Uspokoił się dopiero, kiedy kapitan wyjaśnił.

– Oczywiście, że w grę wchodzi ojczyzna. Linie lotnicze to własność państwa, naszego narodu, czyli właścicielem samolotu jest nasza ojczyzna. Proszę nie wyważać otwartych drzwi lub walczyć z wiatrakami!

Po takim dictum, mężczyzna usiadł i nie odzywał się już do końca lotu.

Kiedy samolot znalazł się na stanowisku startowym, czekali na rozkręcenie śmigieł. Nie szło to dobrze. Silnik dyszał i gasł, dyszał i gasł. Kapitan zdenerwował się, wybrał dwóch osiłków spośród pasażerów i poprosił stewardesę, aby – zanim zaczną robotę – dała im podwójny posiłek i trochę alkoholu, jeśli zechcą.

– To was będzie kosztować sporo wysiłku, ale dacie sobie radę. Jestem tego pewien.

Aby ich zachęcić, kapitan kazał im zginać ramiona, dotykał ich bicepsy i chwalił. Na końcu – widać było po jego oczach, że wyznanie nie przyszło mu łatwo – powiedział:

– Mnie się tak nie powiodło w rozwoju muskulatury. A ćwiczyłem niemało z dużym poświęceniem. Siłownia stała się dla mnie czymś tak bliskim jak pokój w domu rodzinnym. Starłem tam kilka par podeszew sportowego obuwia.

Kiedy już wszystko zostało załatwione, samolot wystartował. Po kilkunastu minutach do Piotra podszedł kapitan i wyjaśnił, dlaczego mówił o Indiach, że są tłuste. Było to co najmniej dziwne tłumaczenie. Również dlatego, że kapitan stał nad nim jak kat. Miał czerwoną twarz i ciężko dyszał jakby miał astmę.

– To jakaś zwariowana inscenizacja – pomyślał Piotr. – Ten człowiek to szaleniec!

– Miałem kiedyś kobietę, Hinduskę. Było to oczywiście w Indiach. Konkretnie, w Hajdarabadzie. Zna pan może to miasto? – zapytał kapitan.

Piotr odpowiedział przecząco. Kapitan rozgadał się na temat swojego pobytu w Hajdarabadzie i Hinduski.

– A co z pilotowaniem? Kiedy pan rozmawia tutaj ze mną, to kto prowadzi samolot? – zaniepokoił się Piotr.

– Lecimy na pilocie automatycznym. W razie czego stewardessa będzie interweniować. Zrobiła kurs obsługi pilotów automatycznych w samolotach pasażerskich. Możemy być o to spokojni. Lecimy bezpiecznie.

Odc. 53 W samolocie

Piotr zdenerwował się. Serce mu łomotało i pociły się ręce. Tłumaczenie dowódcy załogi nie podobało mu się.

– Niech pan mnie nie czaruje, panie kapitanie! Powinien się pan wstydzić takiego zachowania. Jest pan dowódcą statku powietrznego a nie papierowej łódeczki z dwoma wygłodzonymi chudzielcami na pokładzie! – mówił te słowa nie rozumiejąc za bardzo ich sensu. Były jakieś napuszone, co tylko pogłębiło jego zdenerwowanie.

– Proszę się uspokoić – odrzekł kapitan. – Samolot i tak jest najbardziej najbezpieczniejszym środkiem lokomocji, prawdopodobieństwo, że stanie się coś niedobrego jest zupełnie znikome. Chcę skończyć tylko historię mojej miłości z Hajdarabadu. Miała ona na imię Patil i bardzo długie i skomplikowane nazwisko. Brzmiało to Deepakbhimarajusanga lub bardzo podobnie. Jako pilot mam wyostrzony wzrok i nie mogąc zapamiętać nazwiska wpatrywałem się w niego tak długo, aż go w końcu zapamiętałem. Patil była Hinduską, jak już chyba wspominałem, profesorką archeologii. Ciągle mówiła o wykopaliskach, ale mnie to nie przeszkadzało. Kochaliśmy się przez trzy lata. Równiutkie trzy lata. Nie, nie trzy lata, ale dwa lata i trzysta sześćdziesiąt jeden dni i … – Kapitan liczył dni w pamięci z oczami wzniesionymi w górę. Coś mu się chyba myliło, bo zaczynał od nowa.

Piotr poczuł się oszukiwany przez dowódcę załogi i to nie wiadomo w jakim celu. Tak go to rozeźliło, że mu przerwał.

– Proszę nie kołować wokół tematu jak samolot z wykrzywionym kołem i oponą wygryzioną przez bobra tylko wyjaśnić mi w czym rzecz z tą tłustością Indii.

– Patil była bardzo tłusta, ale bynajmniej nie była tęga. Była rozkoszna. Kiedy wracałem zmęczony z rejsu, przeżywałem z nią chwile rozkoszy. Nurzałem się w jej pachnącym ziołami sari a potem w zagłębieniach szyi, ramion, piersi, brzucha … – Kapitan rozmarzył się.

Jego zdumiewające wyznania przerwała informacja z głośnika, że jest pilnie potrzebny w kabinie pilotów. Skoncentrował się, powiedział „przepraszam pana ale obowiązki mnie wzywają” i odszedł.

Wkrótce słońce wyszło zza chmur i w samolocie rozjaśniło się. Pasażerom poprawiły się humory. Również dlatego, że stewardesy zaczęły roznosić jedzenie. Zapowiedziano je jako „lekki posiłek, coś do przegryzienia”. Wkrótce Piotr otrzymał kanapeczkę maciupcią jak dla wróbelka. Była to bułeczka z masłem i szpinakiem tak mała, że musiał ją schwycić w dwa palce, aby nie wypadła. Pilnował się, ponieważ samolot poważnie huśtał. Mocniejsze szarpnięcie kadłuba samolotu wyprostowało go na siedzeniu. Nie był pewny, co się z nim działo, czy był na jawie czy też właśnie budził się ze snu. Rozejrzał się po samolocie; pasażerowie przypominali śnięte ryby, ni to żywe, ni to martwe. Niektórzy spali z rozchylonymi ustami, inni poruszali niespokojnie nogami, jeszcze inni jęczeli cicho przez sen. Ktoś czytał, ktoś inny oglądał film na ekranie.

Piotr pomyślał, że chyba przysnął uspokojony jednostajnym warkotem silników i szumem śmigieł samolotu. Kiedy patrzył na nie przez okno, nie widział ich kształtu, ale był pewien ich podobieństwa do wioseł, jakich sam kiedyś używał na spływie kajakowym.

Przelot samolotem źle wpłynął na Piotra. W nocy, zamiast spać jak suseł zmordowany długą podróżą kosmiczną przez krainę zimowych słońc, śnił pijacką orgię w autobusie. Uczestniczył w rozpasaniu, gestykulował, przeklinał i zachowywał się tak wulgarnie, jakby chciał wymazać z pamięci wszystkie momenty skromności i umiaru całego życia. W ręku trzymał wielką butelkę Indian Rye Vodka i pił alkohol bezpośrednio z gwinta. Panie z wycieczki rozebrały się do naga, osłaniając ciała tylko kolorowymi przepaskami zamocowanymi na gumce na wysokości pępka, i tańczyły nostalgicznie w przejściu między fotelami odsuniętymi pod ściany autobusu jakby to były krzesła.

– Miejsca mamy teraz jak na stadionie w gabinecie lekarskim wujka Cyryla i Metodego – niezrozumiale ryczał Szczepan, zawsze najbardziej spokojny i wyważony w zachowaniu uczestnik wycieczki. Wlewając w siebie alkohol bez umiaru, wszyscy regularnie odwiedzali toaletę w końcu autobusu. Najgorsze było to, że Piotr nie mógł sobie przypomnieć, że w autobusie w ogóle była toaleta. Wymiotował dwa razy, pogłębiając w sobie przekonanie, że rozwija się w nim marskość wątroby. Pod koniec  ponurego spektaklu rzucił opróżnioną butelkę w tył autobusu wywołując czyjś bolesny krzyk. Był to przełomowy moment. Piotr przysiągł sobie nie wziąć do ust nawet kropli alkoholu tylko dzielić się sobą jak opłatkiem z innymi opowiadając swoje przeżycia i historię przyjaźni z Hindusami. Pamiętał jeszcze tylko, że pytał w autobusie:

– Tylko gdzie ja ich znajdę i jak poznam, że są to prawdziwi Hindusi, a nie osoby podstawione?

Odc. 54 Rozmowa o prezydencie

W ciągu kilku dni zima złagodniała i odpuściła, zrobiło się prawie wiosennie.

– To efekt zmian klimatu – wyjaśniano w telewizji.

– Pojawiła się ciepła wiosna, idzie lato – cieszył się Piotr. Byłby to dla niego czas prawdziwie wiosenny, gdyby nie niedobre sny. Zwalczał je, budząc w sobie entuzjazm i aktywność.

Zachęcony poprawą pogody odbywał spotkania w klubach podróżnika, bibliotekach, zakładach pracy, raz nawet w więzieniu. Potem także w domach kultury, w końcu a klubach młodych emerytów. Nie wiedział nawet, że taki istnieją. Gromadzili się tam emeryci i emerytki, nalegający, aby nazywać ich początkującymi seniorami. Piotr postanawia przyswoić sobie nowy język. Seniorzy, senior, seniorka, senioralność, senioralny. Brzmiało to szlachetniej niż skojarzenia z emeryturą i rentą, garbieniem się i smutkiem samotności.

Raz lub dwa razy Piotr rozmawiał na temat spotkań, swojej nowej pasji, z Kindżałem, ale ten nie miał zbyt wiele czasu. Ostatnim razem zaskoczył Piotra dziwnym, żarliwym wyznaniem.

– Życie układa mi się teraz, drogi Piotrusiu, wprost rewelacyjnie. Pomysły i Idee rodzą się we mnie z szybkością karabinu maszynowego, aż mi się głowa grzeje. Mierzę codzienne temperaturę, aby nie dopuść do jakiegoś schorzenia wskutek przegrzania. To moje jedyne zmartwienie – nie dać się chorobie. Poza tym radzę sobie doskonale. Odzyskałem skradzione eksponaty, pilnuję ich teraz jak oka w głowie. Nie dość, że zainstalowałem podwójny alarm, z podłączeniem do agencji ochrony mienia oraz do policji, to często pozostaję na noc w sali wystawowej, aby z dwururką w ręku pilnować moich skarbów. Mogę ci nawet powiedzieć, jakiej marki jest ta broń, jeśli tylko chcesz.

Słuchając potoku słów wprost tryskających z szybkostrzelnych ust przyjaciela, Piotr nie miał wątpliwości, że jest on mocno wstawiony albo pod wpływem narkotyków. Nie wahał się i szczerze mu to powiedział. Kindżał zaśmiał się serdecznie.

– Mój drogi! Co ty gadasz!?Masz przed sobą, to znaczy po drugiej stronie połączenia telefonicznego, człowieka szczęśliwego, który może myśleć, co chce. mówić, co chce i robić co chce. To jest wolność. Widzę wprawdzie zakusy na naszą wolność obywatelską, ale nie damy się podporządkować tym triumfatorom spod ciemnej gwiazdy.

Drugi fragment rozmowy nie tylko nie wyzwoli Piotra z podejrzeń co do stanu zdrowia Kindżała, ale wręcz go umocnił. Chciał mu to powiedzieć i ostrzec przed konsekwencjami, lecz Kindżał go uprzedził.

– Nie mogę z tobą dłużej rozmawiać, bo mam teraz wiele spraw na głowie. Podam ci tylko numer telefonu do Darczyńcy. Dopytywał się o ciebie, chętnie z tobą porozmawia. Masz coś do pisania?

– Tak.

– Dobrze. Wobec tego notuj.

Zanim Piotr skończył pisać, Kindżał odezwał się ponownie.

– Życzę ci powodzenia w spotkaniach z ludźmi, których największym osiągnięciem jest przekroczenie dojrzałego wieku i uzyskanie emerytury. Powiedz im, aby wzorowali się na mnie, człowieku sukcesu, podróżniku i kolekcjonerze, celebrycie, z którym sam prezydent obcuje na co dzień dzieląc się wspomnieniami. Powiem Ci szczerze, Piotrze, ostatnio dzwoni do mnie prawie codziennie, ale nie poświęcam mu więcej niż pięć, góra dziesięć minut. Moje obowiązki nie pozwalają mi na więcej. Ani zdrowy rozsądek, bo ten człowiek stał się jakiś dziwny. Jest po prostu chorobliwie uzależniony od opinii publicznej. Powtarza mi regularnie, aż do znudzenia:

– Codziennie sprawdzam sondaże poparcia dla mnie. Bez tego żaden szanujący się prezydent nie przeżyje. Od sondaży uzależniam wszystkie moje decyzje. Ponieważ nikt nie sporządza tak często sondaży, sam muszę je zlecać. A to mnie tyle kosztuje, że chyba kupię sobie własną sondażownię i nie tylko będę prowadzić badania opinii dla własnych potrzeb, ale także zarabiać przyjmując zlecenia od instytucji, firm i osób prywatnych. Prawo mi tego nie zabrania. Na przyszłość jak znalazł.

Wtedy ja mu mówię:

– Panie prezydencie! Po co panu taki biznes? Przecież ma pan przed sobą po zakończeniu kadencji perspektywy międzynarodowej kariery i to prawdopodobnie nie jednej.

Wyobraź sobie, że on normalnie przyjmował takie fałszywe komplementy jak najlepszy podarunek. Całowałby mnie po rękach, gdybym był w pobliżu. Ale ostatnim razem zaprotestował.

– Nie ma szans – powiedział. – Zbyt wielu obywateli psy na mnie wiesza, uważa, że jestem bezwolny, leniwy, nic nie robię z wyjątkiem głupich min, że gadam od rzeczy, w końcu, że jestem przesądny, bo sprawdzam horoskopy oraz że jestem uzależniony od alkoholu. Skąd oni wiedzą o tym wszystkim, nie mam pojęcia. Dla mnie najważniejsze jest jednak to, że nikt mi o tym nie mówi, tylko sondaże. Przynajmniej wiem, jak mnie widzą ludzie. Musi być w tym jakaś prawda, bo przecież nie wszyscy kłamią.

– Ten protest z jego strony to był jedyny ludzki odruch, jaki w nim ostatnio zauważyłem. Uznałem, że jest jeszcze nadzieja na jego powrót do normalności, że pozostało w nim jeszcze trochę rozumu i sumienia.

– Czy to wszystko, co pan mi przedstawił, to prawda? Jeśli tak, to dlaczego pan mi to mówi? Przecież nikt takich rzeczy nie opowiada o sobie – powiedziałem to bardzo szczerze.

– I wtedy on ciebie zaskoczył, oświadczając, że mówi ci to dlatego, że ma do ciebie wyjątkowe zaufanie – podsunął Piotr Kindżałowi.

Zapadło milczenie. Piotr wiedział, że trafił w sedno.

– Skąd wiesz, że tak mi właśnie odpowiedział? – odezwał się niepewnie Kindżał.

– Bo wy, celebryci, należycie wprawdzie do tej samej kasty narcyzów i plotkarzy, ale czasem okazujecie się ludźmi przyzwoitymi, umiejącymi dochować tajemnicy, godnymi zaufania.

– No wiesz … Nie za bardzo mi się to udało. Powiedziałem ci o prezydencie coś, czego nie powinienem mówić, skoro obdarza mnie zaufaniem.

– Nie musisz się martwić, Kindżale. Ja dochowuję tajemnicy. Znasz mnie przecież – składając tę deklarację Piotr poczuł się człowiekiem pełnowymiarowym, godnym szacunku. 

Odc. 55 Czwarty powrót 

Zanim Piotr rozkręcił swoje spotkania, uporządkował najpierw materiały niezbędne do ich prowadzenia, głównie notatki oraz zdjęcia. Notatki porządkował sam, nie potrzebował nikogo do pomocy. Zdjęcia stanowiły większe wyzwanie, było ich wiele, różnej jakości i nie były uporządkowane tematycznie.

Przeglądu zdjęć z wycieczki dokonał razem z rodziną. Najpierw oglądali zdjęcia z Nepalu. Na lotnisku w Katmandu z nudów fotografował siebie i innych podróżnych siedzących z opuszczonymi ze znużenia głowami lub rozciągniętych we śnie na ławkach i na podłodze. Były to sceny pełne uspokojenia i bezruchu: dwie turystki śpiące obok siebie na ławce jak zrośnięte głowami siostry syjamskie, mężczyzna z głową opartą o dużego psa leżącego przy jego boku na ławce oraz kobieta śpiąca z malutkim kotem pod pachą, przypominającym kłębek brązowo-białej włóczki zakończony wypustką różowego języka. Widoki te kontrastowały z pełnymi ruchu zdjęciami wykonanymi w centrum miasta, przed świątyniami, na rynku i na stacjach autobusowych.

Kiedy młodsza córka zapytała go, kim jest ten Hindus o jaśniejszej cerze, który pokazał się na kilku zdjęciach, Piotr zdał sobie sprawę, jak bardzo się zmienił w ciągu jednej egzotycznej podróży. Nie umiał sobie wytłumaczyć przemiany Europejczyka w Hindusa o smagłej cerze, nieco bardziej owalnej twarzy i większych, ciemnych oczach, w których czaiło się coś w rodzaju niepokoju.

Na spotkaniach w bibliotekach, szkołach, klubach podróżnika i podobnych miejscach zainteresowań egzotycznymi ludźmi i kulturami, opowiadał prawdziwe historie zdarzeń, jakich sam doświadczył oraz i scen, jakie widział, choć niektórzy uczestnicy spotkań uważali, że nie był ich bezpośrednim świadkiem. Tłumaczył to sobie tym, że chyba opowiadał o swoich przeżyciach w sposób sprawiający wrażenie, jakby relacjonował historie zaczerpnięte z życiorysów innych ludzi. W Klubie Świadomego Podróżnika spotkał się z takim sprzeciwem, że sam zwątpił w jedną ze swoich relacji. Było to zupełnie bezpodstawnie, ponieważ to, o czym mówił, miał wciąż jak żywe przed oczami: widoki, zapachy i kolory, ludzi,  małpkę na tle kamiennego postumentu, psa z żółtą plamą ma grzbiecie oraz krowę z kolorową chustą przewiązaną przez wychudłą szyję.

– Czego najbardziej panu brakowało w czasie podróży do Indii? – W Klubie Świadomego Podróżnika zapytano go po zakończeniu pokazu slajdów.

– Najbardziej to obrazów Indii współczesnych, bajecznie bogatego pałacu maharadży, wypełnionego luksusem, jego samego otulonego pozłacanym płaszczem, jego żon obwieszonych koliami klejnotów o wszystkich kolorach tęczy oraz bajecznych sal jego pałacu. Tego mi zabrakło. Zabrakło mi także bogatego dnia dzisiejszych Indii. Dzisiaj Hindusi nie mają na pokaz bogactwa, chwalą się tylko nędzą i deformacjami ciała i ducha.

– To prawda! – Piotr gotów był wykrzyknąć a następnie zaklinać się na Boga, nawet bić się z oponentami, gdyby ktokolwiek zakwestionował ten punkt widzenia na jego Indie a w pewnym stopniu także jego Nepal.

Wracając po raz czwarty do domu Piotr zachowywał się jak człowiek nieprzytomny, usilnie starając się zrozumieć, co się z nim dzieje oraz przypomnieć sobie, skąd przyjechał i dokąd zmierza. W głowie mu szumiało. Pamiętał, że na lotnisku ktoś go częstował napojem przywiezionym z Indii. Kiedy wyszedł przed budynek lotniska i  zastanawiał się, gdzie jest przystanek taksówek, usłyszał głos tuż obok siebie.

– Piotrze, jadę w tym samym kierunku. Mogę cię podrzucić. Była to kobieta z jego grupy, ale nie był w stanie rozpoznać która.

Jadąc z nią przeżywał znowu déjà vu. Pamiętał szczegóły poprzednich powrotów. Pierwszy raz były to koła pociągu a konkretnie lokomotywy, drugi raz koła taksówki i twarz taksówkarza, trzeci raz koła samolotu i pierwszy pilot, kapitan lotnictwa.

– Zawsze te cholerne koła i niewiele więcej – pomyślał zagubiony.

– Fortuna kołem się toczy – usłyszał głos kobiety za kierownicą. Uznał, że odczytuje jego myśli, lecz za nic nie mógł przypomnieć sobie jej imienia. Było mu głupio. Aby choć trochę rozładować niepokój, zadał najprostsze pytanie, jakie przyszło mu do głowy:

– Dokąd my właściwie jedziemy?

– Do twego domu – odpowiedziała jak tylko można najkrócej.

– Dlaczego mówisz tak zwięźle, właściwie skrótami? – nie zamierzał zadać tego pytania, bo stawiało go w niekorzystnym świetle, ponadto było nieuprzejme a nawet obcesowe. Tym niemniej je zadał.

– Trzeba oszczędzać energię – wyjaśniła nieznajoma. – Jest zima a energia jest coraz droższa.

Kiedy to usłyszał, poczuł się jeszcze bardziej zagubiony. 

Odc. 56 Miłosne sny 

Znalazłszy się w domu po kilku godzinach podróży, Piotr wrócił do przytomności. Tak mu się tylko wydawało, bo życie niby przewrotny chirurg siedzący gdzieś we wnętrzu głowy dokonywało zaskakujących korekt. Chodziło o erotyczne sny rodem z Indii i Nepalu, niezwykłe jak przepaści i szczyty Himalajów, jakie oglądał w czasie wycieczki z wynajętej awionetki.

Życie Piotra biegło teraz dwutorowo: w dzień spotykał się ze słuchaczami w bibliotekach i innych miejscach, by dzielić się niezwykłymi przeżyciami i wspomnieniami, w nocy zaś w skrytości sypialni prywatnie oddawał się czynom bezwstydnym i rozwiązłym. Były to orgie z udziałem przyjaciół z Grupy Trzynastej, postaci z Kamasutry oraz żywych rzeźb ze świątyń w Karadżaho. Aktorzy nocnego teatru wyginali się w erotycznym tańcu wykonując ruchy pełne lubieżności, wyuzdania i rozpusty.

Na początku coś powstrzymywało Piotra przed poddaniem się nęcącym słodkim szeptom, gestom i widokom ponętnych ciał. Dezorientowała go niepewność, jest czy nie jest żonaty, a kiedy przypomniał sobie, że jest, przestało to mieć jakiekolwiek znaczenie.

Szczególnie wyraźnie zapamiętał scenę, kiedy w korowodzie kompletnej nagości w żółtoczerwonym autobusie pojawili się wszyscy uczestnicy wycieczki. Natychmiast rozpoznał towarzyszki podróży: Uśmiechniętą z ciałem bogini i oczami rozjaśnionymi płomieniem pożądania, Wizażystkę z powiekami zdobionymi miniaturkami złotobłękitnozielonych piór pawia, przypominających oczy, Wysoką z Kokiem, odważnie prężącą alabastrowe piersi i biodra.

Za kobietami pojawili się mężczyźni, wszyscy bez wyjątku obnoszący się dumnie ze swoją męskością: wysoki Szczepan z rozchylonymi na boki fałdami szlafroka, Kindżał trzymający w ręku wysadzany szlachetnymi kamieniami sztylet, Proteza dumnie prezentujący dwie zdrowe nogi, szokująco tłusty Inżynier, nagi jak osesek Fotograf z aparatem fotograficznym  w ręce, Darczyńca z emblematem Mistrza Różnych Ceremonii wymalowanym na włochatych piersiach, w końcu Rasputin z wielkim zdjęciem złączonych w miłosnym uścisku postaci z Pałacu Miłości w Karadżaho. 

Piotr poczuł się wyróżniony, kiedy rozbawione towarzystwo zaczęło podrzucać go do góry na prześcieradle, śpiewając mu „Sto lat miłości” i wykonując lubieżne, a zarazem pieszczotliwe i miłe gesty i ruchy. Nie było w tym nic niemiłego czy odrażającego; wręcz przeciwnie, wszystko sprawiało mu wielką radość.

Na początku myślał, że był to tylko sen. O tym, że był to fakt, a nie czczy wymysł wyposzczonego seksualnie organizmu, świadczyło prześcieradło. Rano było tak pomięte, jakby dla miłosnej wygody nieprzerwanie podkładano je pod plecy, głowę lub pośladki. Był jeszcze drugi niezbity dowód autentyczności przeżyć; kiedy się budził, niezwykle wyraźnie słyszał w uszach energiczny głos Przewo intonującego „Sto lat miłości”.

Nurzając się nocą w oparach wybujałej erotyki, każdego kolejnego ranka Piotr czuł się coraz bardziej zmęczony, uświadamiając sobie, że wszystko ma swoje granice, nawet najprzyjemniejsza perwersja. Trwało to dostatecznie długo, aby w końcu zapragnął otrząsnąć się z szalonej zabawy w Kamasutrę w towarzystwie przyjaciół z wycieczki.

Wieczorem położył się spać z postanowieniem, że nic mu się nie przyśni z wycieczkowo-hinduskiej erotyki. Dla pewności wcześniej przewietrzył pokój, nic nie jadł w ostatnich godzinach przed snem, nie oglądał telewizji i nie pracował przy komputerze. Tej nocy nic mu się nie śniło. Piotr odetchnął z ulgą.

– Udało się – pomyślał, wypoczęty i odświeżony, nie bez nutki żalu, że przeminęło coś, co jest niezwykle ulotne i piękne. Pocieszył się:

– Mam nadzieję, że jest to stan przejściowy, bo kto nie lubi głębokiej i satysfakcjonującej miłości.

Odc. 57 Pracowitość

Było to najbardziej pracowite lato w życiu Piotra Praktyka. Dwoił się i troił, jakby miał to już być koniec świata. Miał spotkania w dziesiątkach miejsc. Najpierw opowiadał o Indiach i Nepalu, ale w miarę upływu czasu coraz więcej o hinduskich bogach, bóstwach i ich wcieleniach. Stał się wziętym mówcą. Nie oznaczało to tylko przyjemności.

Któregoś dnia zatrzymał go na ulicy ksiądz katecheta, pamiętający go z czasów nauczania religii w szkole. Piotr nie kojarzył go sobie z nikim ani z niczym. Pomyślał, że ludzie w dojrzałym wieku starzeją się szybciej niż młodzi, w związku z czym księdzu było łatwiej zapamiętać Piotra niż jemu księdza.

– Co cię opętało, Piotrze? Jakiś egzotyczny szał religijny? Ty, umiarkowany bezbożnik, niespodziewanie podejmujesz się głoszenia chwały stwórcy świata. Ale jakim prawem mówisz o wyższości bogów hinduskich nad naszym Bogiem? Czy nie wydaje ci się to absurdem nie wspominając bezbożności?

Piotr – nie bez oporu zaciągnął katechetę do kawiarni, aby porozmawiać. Zaproponował mu drinka. Duchowny wzdragał się wypić, lecz niezbyt długo. Piotr zaoferował mu drugiego a następnie trzeciego drinka, co zostało przyjęte. Dostrzegając wyraz relaksu na rumianej twarzy rozmówcy Piotr uznał, że jest to najlepszy czas na laicki wykład na temat Boga.

– Bóg jest uniwersalny, ani krajowy ani hinduski. Istnieje w wielu postaciach. Nie w jednej ani w trzech, ale w setkach a może i tysiącach postaci. Gdyby ktoś zapytał księdza, ilu bogów tworzyło świat, ksiądz odpowiedziałby oczywiście, że jeden.

– Tylko jeden? – Zapytaliby Hindusi. – To niemożliwe!

Nastąpiła ożywiona dyskusja. Ksiądz otworzył się jak kwiat na wiosnę, mówił, był ożywiony. Zgodził się z kilkoma poglądami Piotra, większość krytykował i odrzucał. Zgodzili się tylko co do tego, że religijność społeczeństwa Nomadii schodzi na psy.

– Nomada w kościele przysięga ze łzami, że kocha bliźniego, ale kiedy wyjdzie na ulicę, to gotów niejednemu wbić nóż w plecy, a przynajmniej skopać – Piotr nie wahał się użyć mocnych słów, aby wyrazić swoja niechęć to takich postaw.

 – Przesadzasz, Piotrze, ale generalnie zgodzę się z tobą, że w kościele co drugi wierny mówi „tak, oczywiście wierzę w dobro, prawdę i miłość”, ale w domu, w pracy i na ulicy mówi „nie wierzę” a w najlepszym przypadku „Chciałbym w to wierzyć”. Nie wiem do czego zmierzamy jako społeczeństwo – Powiedziawszy to duchowny zasmucił się, po czym zamówił sobie drinka aby się pocieszyć.

Dyskusja toczyła nieprzerwanie cztery godziny, z przerwami na picie, chodzenie do toalety i raz na większy posiłek, przy którym katecheta miał więcej możliwości wyłożenia swoich poglądów. Ich rozmowa zakończyła się dopiero wtedy, kiedy już zamykano lokal. Na ogół dominował Piotr. Swoją ulubioną tezę powtórzył co najmniej pięć razy:

– Bóg jest uniwersalny a nie krajowy czy hinduski. Jest wielki, ale wielopostaciowy. Nie jeden i nie w trzech osobach, ale w tysiącach postaci.

Od dnia potkania z katecheta Piotr coraz bardziej rozkręcał się prowadząc prelekcje i pogadanki o wierze, bogach i religiach. Stały się one tak popularne, że po kilku tygodniach terminy spotkań były ustalane już z wyprzedzeniem kilku miesięcy. Piotr przygotowywał się do nich solidnie, starając się, aby nie robić tego z przesadą. Traktował je mniej jak wykłady czy uporządkowane prelekcje a więcej jak rozważania, dywagacje i wspomnienia na temat wiary w Boga i religii.

Przygotowując się do nich dużo ćwiczył, rozmawiał sam ze sobą, inscenizował sceny i symulował przebieg spotkań, obsadzając się w zależności od potrzeby w roli słuchacza, prelegenta lub osoby prowadzącej spotkanie. Zadawał sobie wówczas pytania, odpowiadał na nie, zaprzeczał, a nawet kluczył i gubił się na bagnach ignorancji lub niepewności, jak to się zdarza uczestnikom dyskusji na poważne tematy.

Był również przygotowany na najbardziej niewiarygodne scenariusze wydarzeń. Kiedy musiał ratować się przed wpadką, że czegoś ważnego nie wie lub nie pamięta, co najlepszemu mówcy może się zdarzyć, opowiadał kawał o świętym Antonim i lotniku, któremu spadochron się nie otworzył i który salwował się modlitwą do świętego o ratunek. Historia ta miała w sobie tyle dynamiki, że skutecznie odwracała uwagę słuchaczy.

– Tak samo jest z bogami w Indiach – przekonywał – kiedy ludzie zaskakują ich swoimi nieodpowiedzialnymi a często i szalonymi pomysłami, decyzjami i czynami. Duchowość Indii jest inna, jest nieporównanie bogatsza niż nasza. Ich bogowie są żywi, dynamiczni, bywają w dobrym lub złym nastroju. W hinduizmie bogowie i boginie mają wiele wspólnych cech z człowiekiem, co świadczy o wzajemnej bliskości.  

Wypowiadając te słowa Piotr pokazywał wielką tablicę przedstawiającą panteon najważniejszych hinduskich bogów, bogiń, bóstw oraz dobrych i złych demonów. Na szczycie piramidy stała trójka bogów: Brahma, Wisznu i Śiwa. Po chwili Piotr wygłaszał zaskakujący argument.

– Jesteśmy odmienni duchowo od Hindusów, ale jesteśmy tacy sami jeśli chodzi o konstrukcję serca i umysłu, prawdy i fałszu, dobra i zła. Jesteśmy Hindusami, podobnie jak oni są Nomadami.

Odc. 58 Spotkanie w sali wystawowej

Następnego roku lato w Nomadii zakończyła potężna burza, która skutecznie choć krótkotrwale oczyściła powietrze, nasyciła je ozonem i natchnęła ludzi energią. W sferze jej energetyzującego wpływu znalazł się także Piotr Praktyk. Poczuwszy nagły dopływ energii uznał, że nadszedł czas, aby ostatecznie rozliczyć się z podróżą do Indii i Nepalu i wszystkim, co się z nią wiązało i kojarzyło. Wcześniej myślał, aby uczynić to jesienią, kiedy z drzew opadną liście i pejzaż będzie mu przypominać pustynię Thar w Radżastanie.

Z Grupą Trzynastą Piotr spotkał się najpierw na Skajpie. Zaaranżował to spotkanie, aby wzajemnie przypomnieć się sobie, zapytać, co słychać oraz umówić się na spotkanie w realu.

Spotkali się dwa tygodnie później w domu Kindżała, w sali mieszczącej ekspozycję sztyletów i noży bojowych. Wystrój pomieszczenia był typowy dla aranżacji wnętrz sprzed dwudziestu lat. Uwagę zwracał kasetonowy drewniany sufit oraz tynkowane ściany pokryte fakturą w stylu „ostrego baranka”. W każdym kasetonie mieściła się mroczna figurka świętego o twarzy znudzonego męczennika, co kontrastowało z ekspozycją jasno oświetlonych eksponatów białej broni.

Po pojawieniu się pierwszych pięciu członków Grupy Trzynastej, kiedy rozglądali się po sali, Kindżał, nie czekając na pozostałych, rozkładając zapraszająco ramiona wyjaśnił:

– Jest to moja najnowsza i najbogatsza ekspozycja broni białej. Dokupiłem kilka fantastycznych egzemplarzy. Łącznie jest ich tutaj trzydzieści sztuk. Teraz na wystawie są sztylety, kordziki, mizerykordie, puginały oraz noże bojowe.

– Masz tu tyle broni, że mógłbyś wyposażyć oddział desantowy do walki wręcz z terrorystami grożącymi wysadzeniem w powietrze nocnego pociągu pancernego.

Autorem tych słów był Darczyńca. Kindżał popatrzył na niego z uwagą i widocznie dojrzał w jego twarzy objawy pobudzenia alkoholowego lub narkotycznego, ponieważ zaśmiał się i odpowiedział:

– Masz rację. Jeśli zgodzisz się, to zaproponuję ciebie dowódcy oddziału jako nocnego przewodnika.

Kiedy już wszyscy się zebrali, na pierwszy rzut oka widać było, jak bardzo grupa się skurczyła i jak nierówno zmienili się jej członkowie. Po kilku latach niektórzy wyglądali jak świeżo ścięte gerbery, inni jak przeleżałe w ciemnicy bochenki chleba boleśnie pogryzione przez myszy. 

Nie o wszystkich było wiadome, co się z nimi stało. Niektórzy szukali szczęścia za granicą. Inżynier wyjechał do Stanów Zjednoczonych, aby tam ćwiczyć umiejętności zdalnej manipulacji hydrauliką w ramach nowatorskiego projektu „New Plumbing Virtual Reality”. Największą niespodziankę dostarczył przybyłym na zjazd Trzynastki Kantyna. Od kilku miesięcy przebywał w Indiach w Bangalurze, prowadził tam koło alkoholików anonimowych. Wszystko układało mu się bardzo dobrze, od czasu kiedy wyrwał się ze zgubnego nałogu, niszczącego wątrobę i gryzącego duszę, a stało się to dopiero po uzyskaniu rozwodu z żoną.

Wiadomość tę przekazał Darczyńca, jeszcze tęższy i niższy niż za czasów wyprawy do Indii i Nepalu. Na brzuchu miał torbę ze słodyczami, wyglądał jak podstarzały kangur dokarmiający dzikie wielbłądy na pustyni.

– Z Kantyną rozmawiałem telefonicznie. Sam zadzwonił do mnie. Przekazywał pozdrowienia dla wszystkich. Rozmawialiśmy o tym, jak udało mu się wyjść z nałogu. Mówił głównie o swojej żonie. Powiedział mi:

– Nie była to zła kobieta, lecz nękała mnie swoim ciągłym piłowaniem: Nie pij! Nie pij! Nie pij! Było to głupie, bo oboje wiedzieliśmy, że taka pomoc niczego nie załatwi, ponieważ nikt z rodziny nie może być psychoterapeutą dla drugiego członka rodziny. W moim przypadku to tylko dolewało oliwy do ognia zagubienia się w i tak już ognistym napoju.

– Co my wiemy o tym mieście? Tym Bangalurze? – zapytała Wysoka z Kokiem, jakby miało to jakiś sens. Wyglądała jakby była spokojniejsza, bardziej wyciszona, mniej bojowa, ale pozostała w niej dawna nieokiełznana wścibskość.

– Pies drapał Bangalur – mruknął pod nosem Kindżał, ale nie podjął tematu.

Piotr już wcześniej dokonał wstępnego rozrachunku z Indiami, Nepalem, Grupą Trzynastą i samym sobą. Chciał oderwać się od tych wspomnień, zapomnieć o nich. Zbyt często do niego wracały, tak jakby w nich koncentrowało się całe jego życie. Na spotkaniu dokonał ostatecznego podsumowania, jak buchalter, któremu wreszcie dodają się liczby w pionie i poziomie arkusza kalkulacyjnego. Wyznał szczerze dawnym towarzyszom podróży:

– Chcę o tym wszystkim, co razem przeżyliśmy, zapomnieć, bo to mnie strasznie męczy, śni mi się po nocach. Najlepiej podróżować, kiedy jest się młodym, ponieważ wtedy w pełni odczuwa się temperaturę zdarzeń, serdeczniej odbiera otoczenie i patrzy na świat szeroko otwartymi oczami, żywo i świeżo jak dziecko. Z wiekiem oczy zwężają się zupełnie jak żyły i wzrok staje się bardziej niemrawy a umysł ponury, podobnie jak usposobienie i duch człowieka.

– To coś w rodzaju spowiedzi na łożu boleści, kiedy za oknem latają już nietoperze-wampiry, aby wyssać krew z umierającego – rzucił nonszalancko Kindżał, bawiąc się sztyletem przerzucanym z jednej dłoni do drugiej.

Wszyscy entuzjastycznie zgodzili się z Piotrem, zaprzeczając niejako jego przekonaniu, że z wiekiem duch w człowieku marnieje i zamiera, a co najmniej flaczeje.

Wspominając oczy dziecka, Piotr przypomniał sobie ciekawostkę, szczegół geograficzny. Żyjący w skórzanych jurtach Mongołowie uznają duże oczy kobiet z innych części świata za brzydkie, porównują je nawet do wyłupiastych oczu krowy. W cenie u mieszkańców tej surowej krajobrazowo i klimatycznie krainy są tylko oczy zwężone i ukośne. Jedynie te są dla nich piękne. Piotr powiedział to zebranym. Chwilę rozmawiali na ten temat.

– Niby jesteśmy tacy sami, a jakżeż jesteśmy różni – podsumowała Wizażystka.

– Kurwa mać! – głośno zaklął Kindżał. – A niech to nagła krew zaleje! Znowu się skaleczyłem. Zgadzam się z przedmówcą. Chyba rzeczywiście i ja dziadzieję.

Darczyńca uznał, że jest to koniec spotkania i wyciągnął z torby na brzuchu sławetne dzióbasy, aby rozlać do nich Indian Rye Vodka, koniak hinduski, który przewrotnie oznaczano na naklejce nazwą Hinduska Wódka Żytnia.

– To zmniejsza koszty cła – wyjaśnił Darczyńca, kiedy Rasputin zakwestionował sens takiej nazwy.

Sącząc alkohol, Piotr wciąż myślał o kobiecych oczach. Oczy stanowiły dla niego ważny atrybut jak i kryterium oceny piękna kobiety, jej twarzy i ciała, niezależnie od innych powabów. Myślenie o pięknie uspokoiło go na tyle, że tego dnia nie wrócił już do wspomnień nadzwyczajnej krótkości wyprawy do Indii i Nepalu, nawiedzającej go amnezji oraz prowadzących donikąd dyskusji o istotach wyższych, których nikt nie rozumiał i nie zrozumie.

Michael Tequila
Gdańsk, 19 lutego 2021

0Shares

Obraz ze zwierzętami. Opowiadanie fantastyczne.

Do Narbony, podgórskiego miasteczka, gdzie drogi rozchodzą się tylko w dwóch kierunkach, Mario Miller przybył kilka dni po pożarze swojego domu. Przyjechał, a właściwie przywieziono go, bezpośrednio ze szpitala, gdzie leczył się z oparzeń i szoku. W celu odpoczynku i rekonwalescencji przyjeżdżał do Narbony jeszcze dwukrotnie. W końcu kupił tu dom, a właściwie domek położony na krawędzi miasta, i pozostał na stałe. Nie był rozmowny, niewiele o nim wiedziano. Mieszkał sam, bez żony i bez dzieci, które podobno żyły gdzieś w innej części kraju. Uważano go za dziwaka i nazywano Samotnikiem.

On sam czuł się samotny dlatego, że nie miał wspomnień.

– Jest w mojej pamięci jakaś luka, czarna plama, miejsce kompletnie puste. Dlatego jestem, jak podejrzewam, podłym człowiekiem – wyznał księdzu na spowiedzi. Samuel Alternat, proboszcz, jedna z nielicznych osób, które znały Millera bliżej i mu pomagały, starał się go pocieszyć i przekonywał, że powinien odszukać w sobie coś pozytywnego. Będąc dużo starszy niż Mario, nie wahał się udzielać mu życzliwych pouczeń.

– Mario! Nie powinieneś tak myśleć. To, że odczuwasz wewnętrzną pustkę, która wydaje ci się zimna i mroczna, nie znaczy, że jesteś złym człowiekiem. Bóg to wie najlepiej. To jemu powinieneś zostawić ocenę, jaki jesteś. Jakie to zresztą ma znaczenie? Czy musimy w ogóle siebie oceniać?

Pozostałe osoby, które znały Mario bliżej, to lekarka, odwiedzająca go raz w miesiącu oraz starsza pani mieszkająca blisko kościoła, przychodząca do domu Samotnika raz w tygodniu. Robiła dla niego zakupy, gotowała posiłki od razu na kilka dni, prała pościel i trochę sprzątała. Lekarka przyjeżdżała do Mario w ostatnią sobotę miesiąca własnym samochodem, nowym Reno Clio. Na początku nie wiedziano, kim jest i po co przyjeżdża, bo była ubrana po cywilnemu i spędzała z Mario kilka godzin. Wyglądało to tajemniczo. Raz przywiozła ją karetka pogotowia i wtedy pani doktor – tak zwracał się do niej kierowca – miała na sobie biały strój lekarski, jakoś do niej nie pasujący. Potem, na stacji benzynowej, kierowca powiedział obsługującemu go pracownikowi, że lekarka nazywa się Renata Sandauer i jest bardzo przyzwoitym człowiekiem, pomagającym innym w potrzebie. Dom Mario doktor opuszczała bez pośpiechu i chyba w nienajlepszym nastroju, bo zanim wsiadła do samochodu patrzyła tak jakoś dziwnie w otwarte drzwi domu, żegnając jego mieszkańca machaniem ręki. Raz tylko była wyraźnie zadowolona; sam Mario chyba również, bo wyszedł przed dom i się uśmiechał.

W życiorysie Samotnika były właściwie same tajemnice. Nie wiedziano, kim jest i z czego się utrzymuje, bo nie pracował. Po pewnym czasie mieszkańcy miasteczka dowiedzieli się pocztą pantoflową, że był najpierw adwokatem, a potem sędzią w sądzie okręgowym w dużym mieście.

– Sam nie wiem, jak to możliwe, że był sędzią, bo to dziwak. Czasem z nim rozmawiałem przez płot, ale opowiadał mi tak niestworzone historie, że przestałem się nim interesować. Zachowywał się jak artysta, widział świat w zupełnie inny sposób niż my wszyscy. Może to jakiś malarz abstrakcjonista? – wyjawił kiedyś sąsiad Millera, mieszkający w dużym domu po drugiej stronie płotu.

Po pół roku w Narbonie nikt nie miał wątpliwości, że Mario jest niesamowitym dziwakiem. Niektórzy uważali go nawet za wariata.

Chlubą miasteczka, oprócz otaczających je wzgórz i lasów, było jezioro Parne. Letnicy przyjeżdżający tu na wypoczynek nie mieli jednak o nim najwyższego zdania.

– Tyle w nim wody, co kot napłakał. Łabędzie zamieszkujące wysepkę, mogłyby ją wypić, gdyby tylko zechciały.

Nie były to komplementy, choć jezioro nie było bynajmniej małe czy płytkie.

Zimą Samotnik chodził nad jezioro w wielkich czarnych butach, które smarował tłuszczem Shoe Open Classic, kupowanym w lokalnym sklepie, aby ze skóry nie wychodziły białe plamy soli. Zachowanie Mario komentowali, przynajmniej na początku, mieszkańcy miasteczka. Potem się już przyzwyczaili do jego dziwactw.

– Jego buty są tak stare i wielkie, że pożal się Boże.

Również białe plamy od soli wysypywanej zimą na drogę okazały się fałszywe. Pojawiały się także wtedy, kiedy Mario chodził wyłącznie po śniegu, gdzie nie było ani grama soli.

Pewnego styczniowego dnia Mario stanął przed zamarzniętym jeziorem i wlepił wzrok w martwą taflę wody. Poczuł się samotny, bardziej niż kiedykolwiek wcześniej. Przypisał to wiadomościom o wydarzeniach krajowych, których słuchał w radio przed wyjściem z domu. Były niepomyślne. Mając je w pamięci przyglądał się tafli jeziora, zaciągniętej nieświeżym, szarym lodem, wyglądającym jak przybrudzony dywan, słuchał wiatru hulającego na otwartej przestrzeni i patrzył na drzewa zamazane zimową wilgocią. Gorąco zapragnął psa do towarzystwa.

Idąc dalej napotkał malarza z paletą w ręce, obrazami i rozkładanym stołeczkiem do siedzenia. Uznał to za wyjątkowy przejaw szczęścia. Artysta był tęgim mężczyzną ubranym w ciężki kożuch, buty walonki oraz czapę wielką jak łeb niedźwiedzia, pod którą ukrywał własną rozkudłaną głowę. Obok niego stały obrazy na sztalugach rozstawionych wzdłuż brzegu jeziora przy krawędzi szerokiej ścieżki. Pośrodku, zamocowana do drewnianego słupka, stała biała tablica z napisem „Wyprzedaż”. Oglądając obrazy, Samotnik konwersował z artystą. Pytał go jak człowiek, który dawno z nikim nie rozmawiał i był ciekaw świata: o techniki malarskie, rynek dzieł sztuki, a nawet o życie osobiste i losy spóźnionych artystów, którym oprócz ambicji niewiele już pozostało w dyspozycji. Były to sprawy, o jakie pyta inteligentny człowiek ogarnięty zimowym smutkiem.

Malarz nieufnie odpowiadał na pytania. Był ostrożny wobec obcego, dziwnie zachowującego się człowieka w ciężkim czarnym wojskowym obuwiu, obszernym swetrze, sztuczkowych spodniach w kolorze bordo i rozpiętym zimowym płaszczu. Określił siebie jako „zwolennika silnej władzy artystycznej, która potrafi nakarmić naród dobrym samopoczuciem i nadzieją wiecznego szczęścia”, po czym zachęcił Samotnika do obejrzenia jego dzieł. Ostatni obraz zatytułowany „Gospodarstwo agroturystyczne” był naprawdę wielkich rozmiarów. Oprawiony w zdobną, szeroką ramę, przedstawiał pejzaż z lasem, jeziorem i zwierzętami. Były to głównie psy różnych ras, całe mnóstwo. Mario poczuł słabość do obrazu, ponieważ znajdował się na końcu szeregu i prezentował się równie samotnie jak on w czasie wędrówek nad jeziorem.

Po dokładnym obejrzeniu „Gospodarstwa agroturystycznego”, niektórych fragmentów nawet przez lupę, która nie wiadomo jak znalazła się w kieszeni płaszcza, Mario zauważył dwa psy rasy Jack Russell. Na obrazie były też inne rasy psów, uszeregowane według wielkości, kolorów i inteligencji. Wszystkie dane dotyczące menażerii agroturystycznej były elegancko przedstawione na miniaturowych plakietach ułożonych w tabele przy prawej krawędzi obrazu. Samotnik zapytał właściciela, czy mógłby kupić psa z górnego prawego rogu obrazu.

– Co to za okaz? O, ten pies, tutaj, w samym górnym prawym rogu? Ten, co ma ugiętą prawą nogę i trzyma w pysku przepiórkę – zainteresował się Samotnik. – To niewątpliwe pies myśliwski. Imponuje mi jego postawa; wygląda jakby wystawiał ptaki na strzał myśliwemu.

Malarza nie zaskoczyły pytania ani obserwacje Samotnika. Przyjął je tak naturalnie, jakby nigdy nie pytano go o nic innego. Uśmiechnął się tylko jakoś tak łagodnie, wyrozumiale.

– A, ten! To, co trzyma w pysku, to nie jest przepiórka, tylko nać marchewki. To pies ogrodnika. Taki, co to sam nie zje i innemu nie da. To najgorszy gatunek psa. Jeśli zechce go pan wziąć, to dam panu solidny rabat i dołożę jeszcze gratis smycz i kaganiec. Pies wprawdzie jest skąpy, ale nie bez walorów. To najlepszy strażnik ogródka, działki a nawet pola. Najsprytniejszy złodziej nic przy nim nie wskóra. Tylko z lasem mu nie wychodzi, bo psy mają słaby wzrok, kierują się węchem, a w lesie jest dużo zapachów.

Samotnik zastanawiał się. Po chwili przywołał malarza skinieniem ręki i oświadczył:

– Wezmę te dwa psy. Te rasy Jack Russel. Potrzebuję ich do towarzystwa, kiedy spaceruję samotnie nad jeziorem. Jak one się nazywają i ile kosztują?

– Nazywają się Jack i Russel. – Żywo odpowiedział artysta.

Mario informację przyjął bez komentarza.

– Jeśli przychodzi pan nad jezioro niezbyt regularnie – kontynuował malarz – to lepiej chyba je wypożyczyć. Odpada wtedy panu troska o zwierzęta, nie musi pan niczym się zajmować.

Mężczyzna mówił niezbyt wyraźnie i jakby trochę seplenił. Trudno było go zrozumieć. Nie przeszkodziło to Samotnikowi, od razu zaskoczył. Ujął go rzeczowy język artysty. Sam od dawna myślał o tym, że dobrze byłoby nie robić z gęby cholewy, unikając mówienia dużo i rozwlekle lub coś przekręcając.

Po minucie negocjacji mężczyźni dobili targu; psy zostały wypożyczone na dwa miesiące. Malarz wręczył Samotnikowi swoją wizytówkę z datą i dopiskiem: „Abonament dwumiesięczny na psy Jack i Russel”. Mario odczytał na głos pozostałą treść wizytówki: „Jan Krnąbrny, malarz-naturysta”, po czym schował ją do kieszeni płaszcza. Podszedł do obrazu i zdjął z niego psy – były zawieszone na małych, prawie niewidocznych haczykach – po czym ruszył na spacer wokół jeziora. Zwierzaki były stęsknione za wolnością. Mario cieszył się, obserwując, jak bawiły się ze sobą. Pomyślał, że powinien zadzwonić do Zuzanny, z którą łączyła go intymna przyjaźń, aby podzielić się wiadomością. Przyjeżdżała do niego starym, dobrze utrzymanym sportowym samochodem, najczęściej w piątek po południu, kiedy szczególnie męczyła go chandra.

– Zuzanno, dzielę się z tobą radosną nowiną. Wynająłem dwa psy od grubego malarza sprzedającego obrazy nad jeziorem Parnym. To czysta rozkosz patrzeć, jak one figlują, naskakują na siebie, czają się, pozorują akty agresji, kiedy w istocie usposobione są przyjaźnie. Myślę, że wiele moglibyśmy nauczyć się od nich.

W trakcie rozmowy Samotnik kontynuował obserwację Jacka i Russela. Najciekawsze było to, że zwierzaki wymyślały sobie gry i zabawy. Były one tak przemyślne, że Mario zadał sobie pytanie, czy nie warto byłoby ich wykorzystać dla opracowania gry komputerowej. Widział w niej psa w roli głównej i człowieka jako istotę mu podporządkowaną. Podobało mu się odwrócenie ról.

Zuzanna wysłuchała jego rewelacji, ale nie okazała entuzjazmu. Zapytała tylko:

– Kto będzie je karmił, wyprowadzał na spacer, szczotkował i czyścił, kiedy się ubłocą?

Samotnik zastanawiał się chwilę, po czym odpowiedział z powagą:

– My oboje, oczywiście. Ale ty tylko w piątek. Kiedy już wyjdziesz zaspokojona z łóżka, zobaczysz, ile radości sprawią ci te psiaki.

Po zakończeniu rozmowy Mario w ciągu kilku minut obmyślił scenariusz gry korzystając z pomysłu, jaki przyszedł mu do głowy. Strasznie mu się podobał.

Po zakończeniu spaceru wrócił do malarza, podniósł psy i zaczepił je ponownie na obrazie. Natychmiast wtopiły się w tło i znieruchomiały. Znając ich ruchliwość, wiedział, ile ten spokój je kosztuje. Wyglądały jednak na szczęśliwe. Odchodząc przypomniał malarzowi, że ma abonament na dalsze ich wypożyczenia.

Następnego dnia Mario zadzwonił do urzędu patentowego, aby zorientować się w zasadach rejestrowania gier komputerowych z psem w roli głównej. Okazało się, że taką grę już wymyślono i opatentowano kilka lat wcześniej.

– Kto jest właścicielem patentu? – zapytał Samotnik, nie zamierzając rezygnować ze swego planu. Pomyślał, że porozmawia z posiadaczem patentu i wynegocjuje jakieś ustępstwo na rzecz własnej gry.

– Dzieci ze szkoły podstawowej z miejscowości Propyle, proszę pana. Klasa 3B. To one są właścicielem patentu. Zwiedzały z wychowawczynią schronisko dla psów i wtedy wpadły na ten pomysł.

Oświadczenie urzędnika zaskoczyło Mario, bo nie spodziewał się, że młodzież w tym wieku jest zdolna do takiej inwencji. Bardzo lubił dzieci, więc go to nawet ucieszyło.

– Dziecko potrafi wszystko wymyśleć, jeśli tylko nie jest przejedzone lub śpiące – dodał urzędnik biura patentowego, jakby domyślając się, o czym może myśleć rozmówca.

Nadeszło lato i Samotnik poczuł się lepiej. Mniej odczuwał smutek i nostalgię. Równocześnie stracił zainteresowanie psami. Miał inne sprawy na głowie. Wokół jego domu wyrosła wysoka trawa i trochę chwastów i trzeba było zająć się nimi. Zamiast psów, Samotnik wypożyczał teraz na zmianę owcę, kozę i krowę. Bardzo mu to odpowiadało, bo oprócz przyjemności obcowania z żywą istotą miał także mleko. Krowę nazwał Baśka, przypominając sobie sąsiada z czasów młodości, który tak właśnie nazwał swoją krowę. Kozie ani owcy Samotnik nie nadawał imienia, wołał na nie po prostu: Kozo albo Owco! Rozumiały to doskonale, nie buntowały się, w końcu uznał, że jest im wszystko jedno.

– Zachowują się obojętnie podobnie jak niektórzy ludzie – pomyślał uspokojony.

Koza była najmniej wymagająca z całej trójki, żywiła się wszystkim, co jej wpadło do pyska, i nie potrzebowała opieki. Mario wypożyczył ją na całe dwa tygodnie i zabrał do domu, aby sprawdzić żydowską przypowiastkę o człowieku, który skarżył się na ciasne mieszkanie. Wprawdzie sam nie cierpiał na ograniczoność przestrzeni, ale bez kozy mieszkanie wydało mu się nieporównanie większe. Kiedy ją oddawał, uznał, że było to wartościowe doświadczenie.

Trwały wakacje, czas płynął. Jan Krnąbrny pojawił się nad jeziorem Parne dopiero pod ich koniec; widać było, że nie próżnował. Miał nowe obrazy i prezentował je na sztalugach ustawionych wzdłuż brzegu jeziora. Z ostatniej podróży do Afryki przywiózł ze sobą bogate wspomnienia. Musiał brać udział chyba w niejednym safari, bo na jego obrazach dominowały słonie, żyrafy, nosorożce i bawoły.

– Teraz najbardziej mi leżą duże afrykańskie zwierzęta roślinożerne. Maluję je, póki jeszcze istnieją, bo są to gatunki zagrożone – wyjawił malarz, spokojnie rozstawiając sztalugi.

Popołudnie tego dnia było wyjątkowo gorące. Słońce buchało żarem jak rozgrzana pustynia. Samotnik wypożyczył żyrafę. Nie było to tanie przedsięwzięcie, ponieważ rząd wcześniej podwyższył opłaty za wypożyczanie zwierząt powyżej dwóch metrów wysokości. Dla Mario było to jednak wartościowe doświadczenie; żyrafa w ciągu kilku godzin zjadła liście z rozłożystej akacji rosnącej w rogu podwórka Mario, zaśmiecające mu posesję. Kiedy objadała z liści dąb rosnący na brzegu jeziora Parne, oboje musieli salwować się ucieczką, ponieważ pojawiły się rozwścieczone dziki polujące na swój ulubiony pokarm – żołędzie.

Było to jesienią, kilka lat później, kiedy Samotnik przeszedł już na emeryturę rezygnując z dotychczas pobieranej renty inwalidzkiej. Robił sobie akurat herbatę, kiedy usłyszał pukanie do drzwi. Za progiem stał młody uśmiechnięty listonosz z dużą przesyłką; przekazał ją Samotnikowi za pokwitowaniem. Kto wysłał paczkę, nie było wiadome. Był to jakiś nieznany nadawca, jego adres był również zupełnie obcy odbiorcy.

Wszystkie nadjeziorne doświadczenia ze zwierzętami, aczkolwiek użyteczne i ciekawe, nie okazały się tak odkrywcze jak album ze starymi zdjęciami, dokumentami i listami znalezionymi w paczce. Mario dowiedział się z nich o tej części swego życia, która zawsze wydawała mu się czarną plamą. Okazało się, że na chrzcie nadano mu imię Luna, skrót od Lunatyk, i że szalone pomysły przychodziły mu do głowy już od piątego roku życia. Jego emocjonalność rodzice docenili dopiero wtedy, kiedy Luna, po przeczytaniu powieści Winnetou uznał, że jest Old Shatterhandem i usiłował powalić konia jednym uderzeniem pięści. Właściciel dorożki oskarżył go wtedy o to, że jest nienormalny i naskoczył na jego rodziców, towarzyszących mu na spacerze. Luna usiłował wyperswadować mu niewłaściwą postawę również uderzeniem pięści; wynikła z tego wielka awantura.

Sprawa nie trafiła do sądu, a on do więzienia, ponieważ sąd uznał, że jest jeszcze niepełnoletni. Był jednak na tyle rozwinięty, że oddano go do domu poprawczego z widokami na wolność zza zakratowanych okien. Był to dom dla dorastającej, trudnej młodzieży. Luna mieszkał tam kilka tygodni. Znudziło go to, a potem zmęczyło do tego stopnia, że wyrwał kraty, udowadniając ostatecznie, że imię Old Shatterhand pasuje do niego jak ulał.

Były to ciekawe czasy, pełne gwałtownych zmian, kiedy wiele niedobrych zachowań uchodziło za właściwe i poprawne. To mu pomogło. Po osiągnięciu dojrzałości Luna-Mario zmienił się. Skończył studia na wydziale psychologii przez pewien czas praktykował jako psycholog, potem przekwalifikował się na psychiatrę, posługując się dyplomem kolegi, z którym mieszkał w jednym pokoju w domu poprawczym.

Po zapoznaniu się z zapomnianą częścią własnego życiorysu, Mario, postanowił oddać się pasji wypożyczania zwierząt. Cieszył się, że odkrył ją w sobie z wielką korzyścią dla zwierząt i dla siebie. Kiedy o tym myślał, dochodził nieodwracalnie do filozoficznego wniosku, że każdy ma w życiu dobre i złe dni, tygodnie i miesiące, i że nigdy nie jest za późno za dobrą zmianę, dopóki się żyje.

Śmieć zastała Mario we śnie. Stało się to nagle, bez ostrzeżenia ze strony serca, wątroby czy płuc, że coś jest nie w porządku. Pogrzeb odbył się trzy dni później. Nie był liczny. Stawili się wszyscy, którzy go znali, ksiądz, gospodyni, lekarka i młody literat spisujący jego obserwacje i wspomnienia.

W drodze na cmentarz kondukt pogrzebowy został zatrzymany przez policję, aby przepuścić ważny transport ciężarowy. Czekanie przedłużało się. Sąsiad zmarłego zaczął snuć wspomnienia z okresu ich wczesnej znajomości. Opowiadając o jakimś incydencie nazwał Mario świrem. Lekarka zaniemówiła, a chwilę potem wpadła we wściekłość. Rzadko widzi się człowieka w stanie takiego wzburzenia. Wyrzucała z siebie słowa obciążone gniewem. 

– Mario Miller nie był świrem. W więzieniu, gdzie trafił z wyrokiem za wykonywanie zawodu psychiatry ze sfałszowanym dyplomem, zmienił się. Po odsłużeniu kary podjął i skończył studia prawnicze. Pracował najpierw w kancelarii prawniczej, potem został mianowany na stanowisko sędziego. W międzyczasie ożenił się i miał dwójkę dzieci. Dobił go pożar domu, w którym zginęła jego córeczka i jego pies. Miał wcześniej pewne problemy psychiczne, teraz załamał się kompletnie. Poznałam go, kiedy trafił do szpitala. Była to schizofrenia paranoidalna. Żył w urojonym świecie, nawiedzały go omamy i halucynacje. Mimo zaburzenia świadomości pozostał człowiekiem pozytywnym i twórczym. Mówię to na podstawie zapisków młodego literata, który na moją prośbę spisywał jego przeżycia. Mario żył wśród przyrody, życzliwych ludzi i kolorowych zwierząt. Nie był świadomy, że przebywa w innym wymiarze niż my wszyscy. Miał szczęście. Taką pozytywną rzeczywistość generował mu jego zbuntowany umysł. Pies na obrazie malarza Krnąbrnego nie był obrazkiem, ale żywym zwierzęciem, biegającym, węszącym i figlarnym. Taki był świat Mario.

Renata Sandauer zamyśliła się, patrząc jak ulicą przejeżdżają wielkie ciężarówki przykryte szarozielonym brezentem. Uspokajała się powoli. Kiedy z jej oczu zniknęły sztalugi, obrazy, gruby artysta w kożuchu, zwierzęta i Mario, doktor skończyła mówić. Uśmiechnęła się. Postanowiła, że będzie to robić częściej, zwłaszcza wtedy, gdy ktoś  nazwie innego człowieka świrem.

Autor: Michael (Michał) Tequila
Gdańsk, lipiec 2020

0Shares

Świrus. Opowiadanie fantastyczne. 32 odcinki. Całość.

Odc. 1 Wdepnięcie

O godzinie ósmej rano powietrze drżało już od upału. Zapowiadał się piekielnie gorący dzień. Szli we czwórkę szeroką ławą przez łąki w kierunku rzeki, kiedy Alfred Zygadło wdepnął w parujące krowie łajno. Od razu to skomentował:

– Nie jest to wprawdzie pełnoprawne gówno, takie jak ludzkie, bo my jesteśmy gatunkiem z najwyższej półki ewolucji. Tym niemniej ma ono swoją wagę gatunkową i zasługuje na szacunek. W Indiach rząd płaci za krowie odchody w stanie suchym dwie rupie za kilogram. To coś znaczy. Mógłbym wam coś więcej na ten temat powiedzieć, ale nie ma na to czasu.

Pozostałość po krowie nażartej mokrą trawą widzieli wszyscy, cała czwórka, ale on jeden postanowił wykorzystać je, aby udowodnić gotowość przyjmowania wyzwań, jakie stoją przed człowiekiem w dobie niekończących się zmian. Był to test zdrowego rozsądku, wartości społecznej, o której wszyscy myśleli i mówili, tylko mało kto przestrzegał.

Zaraz po wdepnięciu Alfred wyłożył swoją teorię. Robił to przy każdej okazji i taka okazja właśnie zaistniała.

– Dzisiaj, aby przeżyć, musisz nauczyć się być świrusem. To nie przychodzi od razu. Trzeba to regularnie praktykować, by doświadczenie wsiąkło w organizm dostatecznie głęboko. Ja to właśnie uczyniłem. Mój czyn ma znaczenie symboliczne. Jest znakiem niezależności, śmiałej konfrontacji z wyzwaniami, dowodem radzenia sobie w trudnych czasach – wyjaśniał bez pośpiechu towarzyszom.

Słuchając, patrzyli ze zdumieniem, jak powoli, uważnie wyciąga z brązowozielonej mazi elegancki pantofel.

– Nie możesz normalnie funkcjonować w zwariowanym świecie – tłumaczył, wycierając pantofel o trawę – jeśli nie nauczysz się reagować w sposób elastyczny, w zależności od sytuacji. Jeśli tego nie umiesz, popadniesz w głęboką depresję lub zwariujesz. Świrowanie to umiejętność właściwego zachowania się w każdych okolicznościach, a świrus to ekscentryk, jednostka szybko ucząca się, twórcza i odważna, radząca sobie w życiu.

– I tego trzeba się nauczyć tak samo jak czytania czy tabliczki mnożenia. Znaczy się, nauczyć się być świrusem – podpowiedział Rafał, bratanek Alfreda, najmłodszy z czwórki. Powiedział to dla żartu, na wiatr. Myślał, że sprowokuje tym innych do sprzeciwienia się stryjowi. Jego zachowanie i argumentację uważał za nienormalne.

Dwaj towarzysze weselni milczeli. Wyzwanie podjął Alfred.

– Tak, Rafale. Dokładnie tak, jak mówisz. To jedyna postawa dająca szansę przeżycia w pędzącym do przodu społeczeństwie.

– A nawet sukcesu – podpowiedział prowokująco bratanek.

Alfred popatrzył na niego. Zauważył sypiący się pod nosem wąs, szczupłe barki, wyciągniętą sylwetkę, czarne włosy i jaśniejsze brwi. Lubił swojego bratanka.

– Tak. Z tym, że nie „nawet sukcesu”, ale „także sukcesu”. Sukces jest immanentnym składnikiem świrowania – wyjawił z przekonaniem. Świadomie użył obcego słowa, aby podkreślić, że wiedza i ogłada towarzyska nie stoją na drodze bycia ekscentrykiem.

Na łące znaleźli się nieprzypadkowo. Po całonocnej pijatyce weselnej zasnęli z rękami i głowami na stołach. Po dwóch godzinach zdrętwiały im ramiona. Obudzili się i doszli do wniosku, że warto pojechać nad rzekę samochodem, czterech mężczyzn w różnym wieku, aby orzeźwić się poranną kąpielą. Z całej czwórki tylko Jarek był trzeźwy, bo nie pił w ogóle. To on prowadził samochód Alfreda.

– Gdyby nie Jarek, nigdy byśmy tutaj nie dojechali. Rozbilibyśmy się jak amen w pacierzu – podsumował Alfred. Wdychając z przyjemnością powietrze płynące z nadrzecznej łąki przyglądał się swemu nowemu samochodowi. Nic złego się nie stało; to usposobiło go pozytywnie, mimo że bolała go głowa. Postanowił nie pić więcej. Pomyślał, że jest to sprzeczne z jego pragnieniem zostania świrusem, człowiekiem radzącym sobie w coraz bardziej pogmatwanym świecie.

Rzeczywistość zmieniała się tak szybko, że ludzie nie nadążali śledzić najważniejszych wydarzeń. Każdego dnia stacje telewizyjne i internetowe portale informacyjne przelicytowywały się listą ważnych zdarzeń krajowych i zagranicznych. Było to nieuniknione, ponieważ telewizja utrzymywała się głównie z reklam.

– Bez wiadomości przyciągających uwagę nie ma widzów, a jeśli nie ma widzów, to nie ma ogłoszeniodawców, a jeśli na ma ich zleceń, to przestajesz istnieć – przypominał pracownikom dyrektor stacji telewizyjnej Best News TV.

– Ale my tych ludzi ogłupiamy wiadomościami, które może i są ciekawe, ale nie niosą żadnej wartości poznawczej. Zachowajmy chociaż jakąś proporcję informacji sensownych do bezwartościowych – wyrwał się kierownik programu informacyjnego.

Dyrektor popatrzył na niego z niechęcią. Pomyślał, że będzie pierwszym kandydatem do zwolnienia, kiedy konieczna będzie kompresja etatów.

Alfred starał się utrzymać na powierzchni zdarzeń, rozumieć, co się dzieje w kraju i odpowiednio reagować. Regularnie oglądał wybrany dziennik telewizyjny i czytał przyzwoitą prasę, choć czasem i do niej miał wątpliwości. Za wiadomościami i forami dyskusyjnymi w Internecie niespecjalnie przepadał.

Poprzedniego dnia zdarzyło się wiele; miał o czym myśleć. Przed oknem gabinetu właściciela renomowanej firmy transportowej położnego na dwudziestym piątym piętrze wieżowca pojawił się dron i ostrzelał pokój z szybkostrzelnego karabinka, zamocowanego na pokładzie. Budynek był bardzo dobrze strzeżony i znajdował się w centrum stolicy. Zanim ktokolwiek zdążył zareagować, dron zniknął wlatując do garażu na parterze sąsiedniego budynku przez duże okno nad wjazdem do garażu. Śledztwo prowadzone przez ochronę budynku ujawniło, że wewnątrz korytarza, gdzie wleciał dron znaleziono ślady płynu stosowanego czyszczenia broni automatycznej. Pół godziny przed atakiem padła sieć komputerowa firmy, obsługująca także system monitorowania przemysłowego. W sprawę zaangażowała się policja i wywiad wojskowy. Atak odebrano jako akt terroru nieznanej organizacji. Kilka dni później policja przeprowadziła rewizje ciężarówek firmy obsługujących trasy zagraniczne.

Odc. 2 Przyśpieszający świat

Wieczorem w trakcie przemówienia premiera w lewym górnym rogu ekranów telewizora pojawił się obraz przedrzeźniającej go małpy. Partia rządząca uznała to za zamach na godność premiera i rządu. Na początku nikt nie miał pojęcia, jak do tego doszło, kto i jak to zorganizował. W grę wchodziły nowe technologie manipulacji głosem i obrazem. Podejrzewano zagranicznych hakerów, potem także opozycję.

– To było wyjątkowo podłe! Nigdy mi takiego kawału nie zrobiono – denerwował się premier w swoim gabinecie. Od razu wezwał do siebie ministra odpowiedzialnego za cyberbezpieczeństwo państwa. Rozmowa trwała prawie godzinę.

Opuszczając gabinet minister pomyślał, że premier przestraszył się konsekwencji propagandowych. Sprawie nie nadano rozgłosu publicznego ponieważ doradca premiera do spraw public relations uznał, że to tylko pogorszyłoby sytuację.

Godzinę później na portalu informacyjnym w Internecie pojawiło się zdjęcie znanego celebryty bawiącego się w ogrodzie z dziećmi. Przedstawiono go jako perwersyjnego zboczeńca i oskarżano o liczne przewinienia. Alfred usiłował dociec prawdy, okazało się to jednak niemożliwe. Portal upierał się przy swoim, oskarżony celebryta bronił się zaprzeczając wszystkim rewelacjom.

Alfred zastanawiał się.

– Nie sposób wiedzieć, co jest, a co nie jest prawdą. Nawet w pojedynczej sprawie trzeba dociekać prawdy, a i tak nie doszłoby się do niej. Konieczne są jakieś nowe rozwiązania, algorytmy analizy informacji, mechanizmy matematyczno-logiczne.

Zenon, do którego zadzwonił, aby podzielić się myślami, wykazał obojętność.

– Daj sposób, czy ty musisz dochodzić prawdy w każdej sprawie? Nie masz nic lepszego do roboty?

– Mnie nie chodzi o pojedynczy fakt, ale o to, dokąd zmierzamy jako społeczeństwo. Czy mamy żyć w bagnie, gdzie nie sposób odróżnić prawdy od łgarstwa? Pomyśl o tym celebrycie i wyobraź sobie, że ktoś oskarża ciebie, że jesteś pedałem i zmieniasz partnerów co trzeci dzień, którzy w dodatku ubierają się kolorowo jak tęcza?

– Zagalopowałeś się, człowieku! – odkrzyknął Zenon. Teraz to naprawdę świrujesz! Myślałem, że to tylko wygłupy z twojej strony, ale widzę, że to co poważniejszego. W dodatku jeszcze mieszasz do tego logikę i matematykę, szukasz jakichś algorytmów. Ty chyba zwariowałeś! Kończę rozmowę – krzyknął, odkładając słuchawkę.

Siedział dłuższy czas w milczeniu, nie mogąc się uspokoić. Martwił się o brata, przyznając mu tylko tyle racji, ze coś jest nie w porządku z tym, co dzieje się w kraju.

Wchodząc do pokoju Rafał zauważył wzburzenie i niepewność malujące się na twarzy ojca.

– Co się stało?

– Sam nie wiem. Twój stryj szaleje. Zapytał mnie właśnie o to, jakbym się czuł jako homoseksualista utrzymujący kontakty z wieloma mężczyznami ubranymi w kolorowe majtki!

Przed północą telewizja ujawniła kolejną sensację: zdjęcie krowy i informacja, że produkuje ona mleko zatrute siarką. Piła je trójka dzieci właścicielki krowy; z trudem uratowano je od śmierci. Sondaż przeprowadzony następnego dnia pokazał, że jedna czwarta widzów oglądających program uznało informację za wiarygodną.

Alfred czuł gęstniejącą atmosferę i presję oszałamiających zdarzeń. Starał się być pozytywny, napotykał jednak coraz większy opór. Aby rozładować napięcie, rozmawiał z przyjaciółmi i znajomymi, przede wszystkim z Młodym, jak nazywał Rafała, przedstawiając mu tempo przemian. Dzielenie się niepokojem przynosiło mu ulgę.

– Świat coraz bardziej przyśpiesza. Można od tego oszaleć. Wszystko się zmienia: samochody jeżdżą już bez kierowcy, ludzie pracują zdalnie z własnego pokoju, w oceanie pływają miliony ton plastikowych śmieci, mój nowy smartfony ma setki nowych cech i aplikacji, nie umiem sobie z nimi poradzić. Jest tego więcej. Zabójczy wirus roznoszony po całym świecie przez miliony podróżujących, roboty i mikroskopijne drony, rewelacyjne technologie medyczne i leki, w dodatku jeszcze ta manipulacja opinią publiczną. Popatrz na efekty, na nasze miasto. Pięć lat temu był tu tylko jeden szpital psychiatryczny, teraz mamy trzy. Ale to wciąż za mało, bo w domach opieki, schroniskach dla bezdomnych i na działkach rekreacyjnych czekają dalsi kandydaci do leczenia psychiatrycznego.

Wielu przyjaciół i znajomych już to wiedziało. Jego bratanek również. Wiedzieli jednak inaczej. Głowa bolała go od myślenia, jak sobie z tym wszystkim poradzić.

Odc. 3 Edukacja społeczna

Szkoła powszechna i liceum mieściły się w długim, prostokątnym budynku położonym na Garbatym Wzgórzu. Pierwszy raz, kiedy tam się znalazł, Alfred powtórzył nazwę kilka razy, aby się przyzwyczaić. Nie przystawała do miejsca, ponieważ teren był płaski, a plac na którym znajdowała się szkoła, stanowił zaledwie niewielką wyniosłość. Budynek, jego kształt i wymiary łatwo zapadły mu w pamięć, ponieważ dawały się opisać liczbowo. Pracował tu ucząc matematyki w szkole podstawowej.

W ostatni piątek semestru Alfred spotkał się jak zwykle z rodzicami na wywiadówce, aby rozmawiać o postępach dzieci, problemach i wyzwaniach. Korzystał z okazji, aby edukować także dorosłych. Wierzył w permanentną edukację całego społeczeństwa, uznawał ją za swoją misję.

Alfred był cenionym nauczycielem, miał nadzwyczajne osiągnięcia. Dzieciaki przepadały za jego lekcjami matematyki. Do szkoły przyjeżdżali wizytatorzy z kuratorium i dyrektorzy innych szkół, aby zobaczyć, jak można rozbudzić miłość do przedmiotu gdzie indziej traktowanego jak piąte koło u wozu, jeśli nie nieszczęście.

Misja edukacyjna Alfreda nie pozostawała w cieniu. W pobliżu szkoły przebiegała linia kolejowa Wschód-Zachód. Dyrektor wzywał Alfreda do siebie kierując się rozkładem jazdy międzynarodowego pociągu, przejeżdżającego raz w miesiącu przez miasteczko. Przejazd pociągu stwarzał możliwość nieskrępowanej dyskusji.

Tematem spotkania była równowaga między potrzebami szkoły a indywidualną inicjatywą nauczycielską. Było to już trzecie wezwanie Alberta przez dyrektora szkoły, Sebastiana Masaja. Przed biurkiem pryncypała czekał na niego zgrabny, czerwony dywan. Spotkania odbywały się na stojąco, zwiększało to sprawność wymiany opinii.

– Panie kolego Zygadło! – zaczął zwierzchnik, kiedy pociąg zbliżał się do miasteczka. Był to masywny mężczyzna z głową lwa zdobną grzywą gęstych, nieco już siwiejących włosów.

Alfred przyzwyczaił się do formuły spotkań. Rozumiał, że „panie kolego” zbliżało ich do siebie i umacniało w przekonaniu, że stanowią jedność pedagogiczną.

– Osiąga pan znakomite wyniki w nauczaniu matematyki. Jestem z pana dumny. Rodzice jednak skarżą mi się, że niepotrzebnie wzywa ich pan do zwiększonej czujności edukacyjnej wobec zmieniającej się rzeczywistości i ilustruje to przykładami.

Po standardowym wstępie dyrektor cytował fragmenty wypowiedzi rodziców.

Akceptując słowa zwierzchnika, Alfred prosił go o wyjaśnienie niektórych niuansów skarg rodziców.

– Zgadzam się z panem, że bez permanentnej edukacji społeczeństwo nie ma szans przeżycia. Nie mówiąc o sukcesie stojącym tuż za progiem, którego jednak nie da się osiągnąć bez wspólnego wysiłku szkoły, rodziców i dzieci.

Obydwaj liczyli na to, że szczera rozmowa doprowadzi w końcu do porozumienia. Sprawa jednak przeciągała się.

Po rozmowie z Alfredem dyrektor udał się do pokoju nauczycielskiego, gdzie było więcej przestrzeni i światła, aby nabrać oddechu. Wydał się nieco mniejszy i jakby zadumany.

– On chyba traci wiarę w naukę i siebie samego – szeptali między sobą nauczyciele obecni w pokoju.

– Liczę na to, że w końcu uda mi się go oswoić, bo to doskonały pedagog. Pomóżcie mi! Dla dobra szkoły! – apelował do członków ciała pedagogicznego. W zamian oferowano mu życzliwe sugestie, że nie powinien zwracać tak dużej uwagi na ambicje edukacyjne matematyka, bo są w niej elementy racjonalne.

– On się w końcu musi wypalić! – to było ostateczne pocieszenie, jakie mieli mu do zaoferowania nauczyciele. Lepiej znali Świra. W duchu wierzyli, że jest on niezniszczalny zwłaszcza od czasu, kiedy doszedł do wniosku, że człowiek wymaga specjalnego rodzaju inteligencji aby radzić sobie ze zmianami.

Idea świrowania pozostawała im obca. Wyjątkiem był nauczyciel przedmiotu „Jednostka i społeczeństwo” oraz katechetka przesiąknięta wiarą w doskonalenie człowieka. Dzieliła ją ze Świrem  niewielka różnica, ale nie miało to znaczenia. Dla niej było to doskonalenie się człowieka w Bogu, dla niego w umiejętnościach radzenia sobie z postępem. Oboje spajał ferwor misyjny. Mogli liczyć na wzajemnie wsparcie.

Odc. 4 Wywiadówka

Do wywiadówki Alfred przygotował się bardzo starannie. W klasie 3B uczył matematyki i był jej wychowawcą. Po przedstawieniu ocen i omówieniu wyników nauczania całej klasy i poszczególnych uczniów przystąpił do edukacji rodziców. Nazywał to ofensywą. Mówił o sprawach ważnych i nie wahał się używać wyrazistych, a nawet kontrowersyjnych określeń. Mówił tak, aby pobudzić słuchających do myślenia. Miał wątpliwości, czy społeczeństwo potrafi myśleć twórczo i odważnie, na miarę wyzwań współczesności. Był przekonany, że on to potrafi i że jest to konieczne. 

– Mamy telewizję, która coraz więcej czasu poświęca edukacji. Z badań wiadomo, że społeczeństwo ma problemy medyczne lecz nie umie sobie z nimi poradzić. Dwadzieścia pięć procent osób cierpi na obstrukcję. W odpowiedzi na to przemysł farmaceutyczny oferuje nam leki, a telewizja je reklamuje, edukując, jakie są ich zalety i jak je stosować, aby uzyskać najlepsze efekty. Ludzie nie lubią reklam, ale to błąd, bo to źródło bezpłatnej wiedzy. Należy z niej korzystać. Dobrze dobrany lek rozwiązuje problemy, człowiek staje się zdrowszy i szczęśliwszy. Im więcej leków kupujemy, tym silniejszy staje się nasz przemysł farmaceutyczny, powstają nowe stanowiska pracy. Minister zdrowia zachęca:

– Bądź patriotą, kupuj produkty krajowe.

Ja oczywiście zgadzam się z tym, co mówi rząd, pan premier i ministrowie. Trzeba kupować jak najwięcej rodzimej produkcji; jest to postępowanie racjonalne i uczciwe. Na rynku pojawia się ciągle coś nowego, co dobrze świadczy o naszej innowacyjności. Mam wrażenie, że my – jako społeczeństwo – wynalazczość mamy we krwi. Ostatnio pojawiły się dopalacze osiemdziesiąt razy mocniejsze niż najsilniejszy narkotyk. Dają one ludziom szansę błyskawicznego przeniesienia się w inny, bogatszy świat. Interesujmy się nowościami, rozmawiajmy o nich z dziećmi, rodzeństwem i przyjaciółmi. Trzeba żyć mądrze i godnie. Korzystać z życia.

– Ludzie chyba umieją żyć? – Odezwała się młoda kobieta, szykownie wciśnięta w różowe getry i czarny sweter. Alfred zwrócił na nią uwagę wcześniej: średniego wzrostu, czarnowłosa, pod każdym względem zadbana. Kiedy wchodziła do pokoju, jej pośladki poruszały się tak zniewalająco, że pomyślał, że powinna mieć je z przodu, aby każdy mężczyzna miał szansę docenienia piękna kobiecego ciała. Był estetą,  uważał, że duchowość jest niezwykle ważną cechą człowieka w dobie szybkiego postępu techniki.  

– Tak naprawdę, to chyba niewiele osób umie – Podjął Świrus. – Przesadzają, zachowując się zbyt wstrzemięźliwe, ograniczając się. Zapominają, że można w pełni cieszyć się życiem. Na moim osiedlu o piątej rano ludzie głośno rozmawiają, śmieją się, ciesząc się jak Beduini na pustyni, których szczęśliwie ominęła wielka burza piaskowa. Myślę sobie: – Chcę spać, a tu ktoś mnie budzi. I nagle zdaję sobie sprawę, że to wczesne budzenie ratuje mnie, bo nie przesypiam życia. Albo alarm samochodowy, który budzi mnie wyjąc dwa razy w nocy. Właściciel samochodu nie naprawia go. Wnioskuję, że może nie słyszy alarmu albo nie ma pieniędzy, aby go naprawić. Albo jest mu trudno podjąć decyzję. Samochód stoi po drugiej stronie strumienia płynącego głębokim jarem. Gdyby nie to, poszedłbym i powybijał mu szyby. Trzeba być pomocnym. Zmotywować człowieka, ułatwić mu podjęcie decyzji. To spontaniczne i pozytywne postępowanie: konfrontować się z wyzwaniami, pomagając innym. Nazywam je świrowaniem. Jestem jego zwolennikiem. Może ono budzić oczywiście kontrowersje, ale nic na to nie poradzimy. Trzeba być realistą. 

Matematyk ucieszył się, kiedy matka Oksany, niezwykle utalentowanej matematycznie uczennicy, poparła go:

– Też bym to zrobiła. Właścicieli i kierowców samochodów należy edukować. Ci ludzie powodują wypadki i są przez to nieszczęśliwi. Może nawet nie wiedzą, że są już samochody jeżdżące bezpiecznie bez kierowcy. Transport publiczny to poważna sprawa. Samochód to nie klocek Lego. 

Odc. 5 Walec drogowy

Najgorsze zdarzenia spotykały Alfreda w dniach, kiedy księżyc przechodził fazę pełni. Na początku nie zdawał sobie sprawy, że łączą ich niewidzialne więzi. Z czasem nauczył się, kiedy księżyc mu sprzyja a kiedy nie. Przyszło to dopiero później.

Dwudziestego trzeciego marca, w dzień Superksiężyca, kiedy był on nie tylko w pełni, ale i najbliżej ziemi, przejechał Alfreda walec drogowy. Trwało to nie dłużej niż trzydzieści sekund, mimo że maszyna jechała bardzo wolno. Alfred odczuł ogromną samotność. Nie była to pustka, bo wszystko w nim stężało i poczuł się wypełniony jakąś nadzwyczajną treścią. To jego ciało uległo intensyfikacji pod wpływem ogromnego ciśnienia.

Alfred zapamiętał to zdarzenie ze wszystkimi szczegółami. Był to czwartek przed weekendem z zapowiedzianą zimną pogodą. Rano Alfred czuł się wyjątkowo nerwowy, nogi mu drżały. Opanował go dziwny niepokój, że wpadnie na niego człowiek jadący na hulajnodze, jeden z tych pędzących w zaślepieniu przed siebie. Po południu Alfred poczuł się lepiej. Poprowadził trzy udane lekcje. Wracał ze szkoły ulicą Parkową, trochę przejedzony obiadem. Po lewej stronie widział park z alejami wysadzanymi dębami, wiązami, jesionami i lipami. Szedł zamyślony chodnikiem obmyślając pytania do testu z matematyki, kiedy to nastąpiło.

Była to jego wina. Nie oglądając się na boki wkroczył na jezdnię, aby przejść na drugą stronę ulicy. Maszyna jechała tak cicho, że jej nie usłyszał. Zauważył ją w chwili, kiedy już spłaszczała mu stopy. Upadając na asfalt, odczytał jej nazwę wypisaną wielkimi literami nad przednią szybą: „Powercast”. Przetłumaczył ją szybko na „Odlew mocy” i chwilę zastanawiał się, czy było to poprawne tłumaczenie. Pomyślał jeszcze „Nie na takie widoki się patrzyło”. Zapamiętał to zdanie doskonale choć nie miało ono sensu.

Następnego dnia rano, po przebudzeniu, czuł się wciąż nieswój. Leżał rozpłaszczony na łóżku jak żaba. Jak się tam znalazł, nie pamiętał, ale też nie dziwił się temu. Nie miał nawet na to czasu, bo śpieszył się do szkoły. Zaczynał zajęcia o godzinie ósmej rano.

Dobre samopoczucie odzyskał dopiero w pokoju nauczycielskim.

– Było to tak niesamowite przeżycie, że nie dziwię się, że pamięć ze mnie uszła – wyjawił głośno, stojąc pod oknem rozświetlonym intensywnym słońcem.

Przy stole siedziało dwóch nauczycieli i trzy nauczycielki. Popatrzyli na niego zdziwieni. Opowiedział im niezwykłe zdarzenie. Pragnął pokazać się z najlepszej strony, że jest interesujący, ma bogate wnętrze i ciekawe przeżycia. Chciał, aby go lubiono. Ich uznanie umocniłoby poczucie własnej wartości. W takich chwilach czuł wyraźnie, że ma w sobie dobroć i ludzie to dostrzegają.

Najuważniej słuchała go nauczycielka filozofii i logiki, najstarsza osoba w ich gronie. Była już bliska wieku emerytalnego. Nie tylko go słuchała, ale także zadawała mu pytania. Przeżywała razem z nim jego niezwykłą przygodę. Wyczuwał w nich głębię humanitarną, dystans i refleksyjność. Pytała go o to, co czuł lub myślał w danym momencie, jak się zachowywał i co go do tego skłoniło. Odpowiadał szczerze, na co ona uśmiechała się z łagodną wyrozumiałością. Czasem wtrącała:

– Ja już takich przeżyć nie mam. Mogę tylko pogratulować panu, drogi kolego Alfredzie, wrażliwości psychicznej. Imponuje mi to wszystko, co się panu przydarzyło i zapewne jeszcze przydarzy w życiu. Także pańska wyobraźnia, świeżość i niezwykłość reakcji. Powinien pan to wszystko spisywać. To jest bardzo oryginalne. Widzę to jako dorobek naszej współczesności.

Alfred popatrzył na nią z wdzięcznością. Jego przeżycie sprawiło jej przyjemność, wzbogaciło jej życie.

Odc.6 Rozmowy z dyrektorem

Najmniej przychylny dla Alfreda był dyrektor szkoły, Sebastian Masaj. Nie miał chęci słuchać, co przydarzyło się nauczycielowi.

– Panie kolego! Ja po prostu nie mam czasu na słuchanie bajek. Szkoła mi się wali na głowę. Za dwa dni mam wizytę z kuratorium, jest zagrożenie narkotyczne, rodzice mają pretensje, że nie dbamy dostatecznie o ich dzieci, że program nauczania jest przeciążony, że uczniowie otrzymują za dużo pracy do domu, a pan mi tu wyjeżdża z jakimiś niesamowitymi historiami jak magik latający na czarodziejskim dywanie!

Alfred przyjął jego słowa ze spokojem. Zdał sobie sprawę, wcześniej wspominali o tym inni nauczyciele, że dyrektor jest w wielkim stresie. Widać to było w jego głosie, twarzy i ruchach. Zwierzchnik nie miał dla niego cierpliwości ani zrozumienia bo był pod presją wielu zdarzeń i otoczenia. Dlatego Alfred usiłował go przekonać do skorzystania z techniki autorefleksji. Wyobraził sobie nawet, że dyrektor staje się kimś w rodzaju przewodnika duchowego dla wszystkich nauczycieli, jak radzić sobie ze stresem jako człowiek, dydaktyk i koordynator pracy zespołu ludzkiego. Liczył na to, że dyrektor rozwinie w sobie tę umiejętność, lecz po kilku próbach zrezygnował. Powiedział sobie w duchu:

– Nic tu nie wskóram. Masaj to uparty kozioł. Zastygł w swoim myśleniu jak beton i już się nie zmieni. Nie stać go nawet na refleksję, czy to co mówię, ma jakiś sens czy nie.

Przed konsekwencjami negatywnych reakcji zwierzchnika ratowała Świrusa opinia uczniów. Uwielbiali go za sposób nauczania, historie, jakie im opowiadał, możliwość zadawania pytań bez skrępowania, jak również wyrażania własnych opinii i sugestii.

– Pan jest zupełnie inny niż pozostali nauczyciele. Oni są tacy sztywni! Nie można z nimi swobodnie porozmawiać, bo zaraz się denerwują i mówią: „to nie wypada”, „to nie jest temat do dyskusji w czasie lekcji” czy „szkoła nie zajmuje się takimi problemami”.

Urzeczony szczerością uczniów i uznaniem jego wyjątkowości Alfred nie dostrzegał drobnych uszczypliwości. Tłumaczył, że krytyka jego osoby czy postępowania mu nie przeszkadza.

– To tylko udowadnia, że ekscentryczność i odmienność ma sens. Proszę zwrócić uwagę, że ze wszystkich członków ciała pedagogicznego jestem najspokojniejszym i najbardziej zrównoważonym człowiekiem.

Kiedy to mówił, uczniowie kiwali głowami i zapewniali, że zgadzają się z nim. Z wdzięcznością przyjmował pochwały i słowa poparcia. Wiedział, że autentycznie się cieszą, że jest ich nauczycielem i wychowawcą. Od czasu jak uznał świrowanie za najlepszy model myślenia i postępowania, czuł się bardziej wyciszony i twórczy. 

Odc. 7 Piekareczka 

Świrus udał się do piekarni jak zwykle z samego rana, aby kupić na śniadanie dwie bułeczki orkiszowe i jedną poznańską. W sklepie nie było nikogo oprócz ekspedientki. Alfred nie znał jej nazwiska, tylko imię, Aldona. W duchu nazywał ją Piekareczką, choć nie miało to sensu, bo była rosłą i pulchną kobietą. Sam na sam z kobietą uznał za wymarzoną okazję, aby przedstawić jej swoją teorię złożoności mąki. Od dawna o tym myślał. Teorię opracował zaraz po tym, jak Aldona opowiedziała mu niezwykłe zdarzenie z początków swojej kariery zawodowej. Pracowała razem z mężem w piekarni, przygotowując ciasto i wypiekając chleb w tradycyjnym piecu opalanym drewnem. Kiedy zbliżyła się do otwartego paleniska, zapaliły jej się włosy.

– Jak do tego doszło, nie mam pojęcia. To było po prostu niemożliwe. Od włosów zajął się mój fartuch i stanęłam w płomieniach. Nie zgadnie pan w jakiś sposób mnie uratowano. Pracujący obok mąż chwycił worek z mąką i wysypał ją na mnie. Ogień zgasł i wtedy ukazałam się ja; wyglądałam jak niedomyty kocmołuch po pijackiej orgii. Fartuch i to co miałam na sobie  spłonęło, a to co zostało, opadło ze mnie. Stałam naga, osmalona, pół czarna, pół biała. Mąż patrzył na mnie i wybuchnął śmiechem.

– Przed chwilą wyglądałaś jak płonąca choinka, a teraz wyglądasz gorzej niż diabeł. Brakuje ci tylko rogów i ogona!

Dobiło mnie to. Rozpłakałam się. Przez kilka nocy mąż nie poszedł ze mną do łóżka. Powiedział mi, że przypominam starą czarownicę i nic go nie zmusi do tego, aby choćby mnie dotknąć.

– Jesteś łysa, ciało masz w bąblach, wyglądasz jak potwór- drwił ze mnie. Rozwiedliśmy się bardzo szybko. Od tej pory nienawidzę piekarzy. 

Z tamtej rozmowy Alfred wyniósł wrażenie, że mąka była rodzajem tworzywa, z którego osoba z powołaniem może wyczarowywać radość, słodycz a nawet miłość. Które także, w szczególnych okolicznościach, ratuje człowiekowi życie.

– Chleb jest substancją życia – zawyrokował wtedy – a jego podstawowy składnik, mąka, jest światem zapewniającym mu istnienie.

Ostateczną teorię złożoności mąki opracował po zapoznaniu się ze składnikami mąki. Rozmawiał o tym z kolegą, nauczycielem biologii pracującym w tej samej szkole.

– Zrozumiałem – było to jak płomień rozjaśniający ciemność – w jak bardzo złożonym świecie żyjemy. My mieszkamy na planecie Ziemia i to jest nasz świat. Dla bakterii, antyustrojów, biokonserwantów czy laseczek Bacillusa, mąka jest światem.

Czekając na bułeczki Świrus był pewien, że jego teoria zainteresuje Piekareczkę. I rzeczywiście, po zapakowaniu pieczywa do dwóch torebek papierowych, przyjęciu zapłaty i wydaniu paragonu, sprzedawczyni podniosła wzrok i znieruchomiała.

– Teraz zamieniam się w słuch. Ciekawi mnie pańska teoria mąki, bo to produkt bliski moim zainteresowaniom zawodowym. Czy ona dotyczy jakiejś konkretnej mąki? Na przykład tortowej? Sprzedajemy jej najwięcej, bo ludzie najchętniej biorą ją do pieczenia.

– Chodzi o teorię złożoności mąki – przypomniał Alfred.

Ucieszyła go pozytywna reakcja Piekareczki. Popatrzył na nią z uwagą, jakby chciał utrwalić sobie jej wygląd. Była kobietą w wieku nieokreślonym, ubierającą się prosto i tradycyjnie. Pod fartuchem nosiła ciemne spodnie i żółty blezerek. Wyróżniały ją oczy, duże, ciemnoszare, w kolorze chmury burzowej, często zamyślone. Nie brakowało jej ciała. Miała pełną twarz i mocne ręce osoby mającej za sobą lata pracy.

Świrus skoncentrował się. Zapragnął pomóc Piekareczce, okazać jej sympatię, podzielić się czymś, co doda jej życiu więcej radości, a nawet uszczęśliwi, jeśli było to możliwe. W duchu liczył też na to, że z wzajemności okaże mu uznanie, którego potrzebę odczuwał jak każdy mężczyzna przerastający swą niezwykłością otoczenie. 

Odc 8 Matematyka a mąka

Mając wdzięczną słuchaczkę przed sobą, Świrus zagłębił się w szczegóły teorii złożoności mąki.

– W mojej teorii są elementy matematyki. Jest to zrozumiałe, bo – jak pani wie – jestem nauczycielem i pasjonatem matematyki. To matka wszystkich nauk. Jej niezwykła siła polega na poddaniu naszego rozumienia świata reżymowi liczb. To oznacza zdolność zmierzenia wszystkiego i dokładność. Przepraszam, że mówię o matematyce a nie o teorii złożoności mąki. Otóż ta teoria określa wielość i różnorodność zastosowań mąki. Pierwsze z nich to oczywiście ciasta i różne dania kulinarne. To jest najprostsze.

Zauważywszy grymas na twarzy Piekareczki, Świrus domyślił się, że uraził ją słowami „to jest najprostsze”. Ona widziała to inaczej. Postanowił usposobić ją życzliwie kupując trzy razy więcej pieczywa niż potrzebował. Zaraz po porcie do domu zjadł pół bochenka chleba „Staromodny Wiejski”, zawierającego mąkę żytnią i pszenną.

Obiad był ważnym zdarzeniem tego dnia. Składał się z solidnej porcji gorących placków ziemniaczanych ze śmietaną. Był to jego ulubiony przysmak. Po obiedzie, Alfred zanurzył się w fotelu z książką w ręku. Nie czytał długo. Zamyślił się nad sytuacją w kraju. Tylko nieliczni obywatele sobie radzili, mieli żony, dzieci, domy i samochody, dorabiali się firm i majątków. Los ich wyróżniał; podróżowali po świecie, penetrowali niezgłębione jaskinie, gdzie diabeł mówi dobranoc i nurkowali na rafie koralowej. Oddał się marzeniom. Oglądał niezwykłe stalaktyty i stalagmity w jaskini, biegał po słonecznej plaży pod palmami, delektował się fantastycznie przyrumienioną kaczką z jabłkami, skwierczącymi krewetkami w sosie czosnkowym, a na końcu pierożki z jagodami polanymi słodką śmietaną. Wszystko to pomieszało się razem w jeden ciąg przeżyć i doznań głębokich jak Rów Mariański. Obudził się wieczorem żałując, że zmarnował kilka cennych godzin dnia.

Odc. 9 Spotkanie w barze

Wieczorem Alfred spotkał się w barze „Hosanna” ze swoim bratem Zenonem i bratankiem Rafałem. Siedzieli przy stoliku w roku sali, pili piwo i w milczeniu przyglądali się klientom. Alfred zastanawiał się, dlaczego mężczyźni i kobiety siedzą przeważnie osobno przy stolikach. Nudził się. Miał poczucie, że należy przerwać milczenie.

– Niewielu ludzi radzi sobie w życiu – zaczął swoją ulubioną śpiewkę. – Ci, którzy sobie nie radzą, to jednostki najbardziej wrażliwe. To oni schodzą na psy, zaniedbują siebie i swoich najbliższych, popadają w wiry alkoholizmu i depresji, aby skończyć samobójstwem. 

Wobec milczenia brata i bratanka, Alfred oddał się wspomnieniom. Przez długi czas sam był takim nieradzącym sobie osobnikiem. Nic mu to jednak nie mówiło, dopóki nie wyrzucono go z pracy i nie opuściła go druga żona. Pierwsza rozwiodła się z nim dając mu radę przy pożegnaniu:

– Aby małżeństwo było udane, trzeba najpierw zmądrzeć.

Wtedy zrozumiał, że normalne postępowanie oparte na prostej miłości, rozsądku i przyzwoitości, nie doprowadzi go daleko. Czuł się zawiedziony, bo miał swoją filozofię i wierzył w jej skuteczność. Wobec kobiet starał się być uprzejmy, sympatyczny i pomocny. Wierzył, że okazywanie komuś życzliwości, wywołuje identyczną reakcję drugiej strony.

Kiedy Zenon wyszedł do toalety, Alfred tłumaczył bratankowi:

– Jeśli ty uśmiechasz się do kobiety, ona odpowie ci uśmiechem. Przynajmniej większość z nich. Jeśli natomiast kogoś traktujesz opryskliwie, możesz spodziewać się, że ten ktoś będzie warczeć na ciebie. To podstawowa reguła: jak Kuba Bogu, tak Bóg Kubie.

Swoją filozofią układności wobec kobiet, z którymi był związany, Alfred czuł się zawiedziony, bo w jego przypadku to nie zadziałało. Była w tym jakaś głębsza dynamika, której nie rozumiał. Podejrzewał, że chodzi o zrządzenie losu, o dobranie się kobiety i mężczyzny jak w korcu maku. Czasem w myśleniu o tym związku, zapętlał się, angażując siły wyższe. Odrywając się od myśli, zwrócił się do towarzyszy przy stoliku:

– Niektórzy ludzie dają sobie wmówić Boga, jaki jest, co myśli, czego oczekuje, co karze a co nagradza. I do czego to nas doprowadziło? Do wojen krzyżowych i błogosławienia ludzi idących na wojnę, aby mordować innych. – To okropieństwo – podsumował z goryczą. Zawsze dochodził do tego samego wniosku.

Brat i bratanek popatrzyli na niego zdziwieni.

Odc. 10 Sufit 

Leżąc na łóżku wieczorem, Alfred zapatrzył się w sufit. Działo się z nim coś niezwykłego: falował, zbliżał się i oddalał. W pewnym momencie rozświetlił się niesamowitym obrazem nieba. Kiedy niebo zgasło, okazało się, że sufit jest nierówny, w dodatku pofałdowany. Alfred wiedział, że to nieprawda, oczy jednak mówiły mu co innego. Usiłował to zrozumieć.

– Mam umysł matematyka, precyzyjny i ostry jak brzytwa. Podsuwa mi on myśl, że to, co obserwuję, może sugerować, że to ja mam nierówno pod sufitem.

– Czy to dobrze czy źle? Odpowiedział sobie po chwili, że dobrze, bo sufit jest podstawą wszystkiego, punktem odniesienia, powierzchnią centralną, pod którą dzieją się rzeczy niesamowite.

– To mój świat. Zgodził się ze sobą bez kłótni, bo i po co miał się kłócić, skoro mógł żyć w zgodzie z własnym umysłem?

Przypomniał sobie miniony dzień. Także inne, wcześniejsze dni. Widział, jak bardzo były do siebie podobne. Zaczął ze sobą rozmawiać. Było to jak pisanie pamiętnika.

– Kładę się spać o godzinie dwudziestej trzeciej i budzę się o dwudziestej trzeciej czterdzieści pięć, dokładnie kwadrans przed północą. Bardzo mnie to cieszy, bo cenię punktualność. Budzę się i martwię, że nie widzę sufitu, oraz tego, że jest on nierówny. Czasem myślę, że to dlatego, że jestem zbyt pobudliwy. Czasy są trudne, a będą jeszcze trudniejsze. . Nie można tego określić jednym zdaniem. Być może nie ma to znaczenia, bo jest wiele ważniejszych spraw. Pierwsza i najbardziej podstawowa – fundamentalna jak to mówią – to dostosować się do zmieniającej się rzeczywistości. Ja się dostosowałem. Wykorzystałem do tego moje wrodzone cechy i zdolności. Zawsze mi mówiono, że jestem dziwny. Nie jest to prawdą, jestem tylko inny. Choć może i trochę dziwny. Nie będę się upierać. To jedna z moich cech: zdolność szybkiego wyczucia, co jest ważne w danym momencie, i odpowiedniej reakcji. Zdolność oportunistycznego dostosowania się, jakby to powiedział Darwin. Czytałem go; bardzo mi pomógł. Nie obnoszę się z moimi poglądami, wolę zachować je dla siebie. Sekretność myśli i postępowania uważam za ważną umiejętność życiową.

Zanim zasnął, zdecydował, że będzie pisać pamiętnik. Następnego dnia, zaraz po obudzeniu się, zrobił w brulionie pierwsze notatki. Zdecydował, że przepisze je późnej na komputerze. 

– Myślę, że tytuł „Pamiętnik rozsądnego szaleńca” brzmi dumnie. Może nawet służyć jako tytuł powieści. To mnie mobilizuje. Może to być jakiś omen nomen, który jest jak trafny los na loterii, dający wygraną. Odrzucam tę myśl, bo to niepotrzebna dygresja.

W nocy śniło mu się, że chodził do toalety kilka razy z rzędu. Było to nienormalne, ale wcale go to nie zdziwiło.

Odc. 11 Prośba

Przed śniadaniem Alfred udał się do piekarni. Już po drodze czuł zapach świeżo upieczonego pieczywa. Przepadał za świeżym, ciepłym jeszcze chlebem żytnio-pszennym. Stojąc w kolejce, którą ze względu na rozmiar nazwał kolejeczką, przypatrywał się sprzedawczyni. Była to ta sama Piekareczka Aldona, ciepła blondynka o niebieskich oczach, jak ostatnim razem, podobnie pulchna, ale świeższa, jakby jej lat ubyło. Nieco umączona przypominała gorącą bułeczkę. Jej konstrukcję cielesną Alfred ocenił na „w sam raz”. Wyobraził sobie jej model matematyczny i pomyślał, że warto byłoby zmierzyć jej wymiary. Pamiętał idealne proporcje kobiecego ciała, 96-68-96; kojarzył je z Wenus z Milo. Nie pasowały do Piekareczki. To go zmartwiło, ale tylko na chwilę.

Kiedy stanął przy ladzie, pozdrowił sprzedawczynię, po czym kupił dwie bułki, zapłacił, ale nie wychodził. Kobieta popatrzyła na niego pytająco. Widział, jak głębiej oddycha, niepewna, dlaczego nie opuszcza sklepu. Patrzył jej w oczy, dając czas na domysł, o co chodzi. Nie udało jej się jednak zrealizować postawionego przez niego celu. Chyba się zagubiła, bo zapytała:

– Czy pan jeszcze sobie czegoś życzy?

Ucieszony, że pytaniem weszła na właściwy tor, poprosił ją o błogosławieństwo na drogę. Była zdziwiona, ale udzieliła mu go. Nie wiedział, co ją do tego skłoniło, bo prosił ją o to wcześniej kilka razy. Uspokojony, rzucił na odchodnym słowami podzięki. Miał wrażenie, rozsypały się na ladzie niby błyszczące perły.

– Bez pani błogosławieństwa nie wyszedłbym za próg. Siedziałbym tu i warował aż do końca. Błogosławieństwo to błogosławieństwo.

Adresatka wyjaśnienia poważnie pokiwała głową. Odkiwnął jej.

Wychodząc z piekarni pomyślał, że kobiety go nie rozumieją. Miał swoje doświadczenia, na podstawie których wyrobił sobie filozofię. Nazywał ją samotniczą. Zdobyć kobietę nie było trudno, jeszcze łatwiej kobietom było zdobyć mężczyznę. Wystarczyło uśmiechnąć się zalotnie, dać się zaprosić do kawiarni i ulec jego namiętności, równie naturalnej jak powietrze, kurz zbierający się na oknie, chmura leniwie płynąca po niebie, brudne nogi po wyjściu z kałuży czy też kolorowy kwiat na drzewie. To ostatnie wyobrażenie zaniepokoiło go do tego stopnia, że zatrzymał się na jezdni prawie wpadając pod samochód.  Uspokoił się dopiero wtedy, kiedy przypomniał sobie dziką orchideę kwitnącą w tropiku w zagłębieniu między konarami, gdzie zebrało się trochę pyłu i wilgoci.

Odc. 12 Magazynek

W nocy śniło się Świrusowi, że rozbiera Aldonę. Było to w magazynku z tyłu sklepu piekarniczego. Kiedy zdjął z niej sukienkę i zabrał się za biustonosz, weszła druga ekspedientka, Zuzanna.

– Chcę do was dołączyć. We trójkę będzie raźniej – wyjaśniła i uśmiechnęła się.

Zgodzili się. Zuzanna przyniosła ze sobą kwiaty polne i pieczywo w koszyku. Jakby tego nie widzieli, powiedziała:

 – Przyniosłam kwiaty, jeden bochenek chleba, trochę świeżych bułeczek oraz nóż.

Poczuli się głodni. Wyjmowali z koszyka bułeczki, kroili je lub łamali, i jedli wkładając sobie nawzajem do ust co smaczniejsze kąski. Wpadła na to Aldona.

– To zwyczaj arabski. A może armeński, nie pamiętam. W każdym bądź razie wkłada się do ust drugiego biesiadnika najsmaczniejsze kąski. To bardzo podniecające i świadczy o gościnności domu i dobrych manierach gospodarzy.

Jedli bułeczki fitness i wieloziarniste, słodką chałkę, bułeczki z jagodami oraz pączki, i rozbierali się nawzajem. Leżeli na workach z mąką, wśród pachnącego świeżością pieczywa, umajonego kwiatami polnymi. Coraz bardziej ich to podniecało. W pewnym momencie Aldona wystraszyła się, włożyła na siebie sukienkę i powiedziała:

– Przepraszam, muszę wyjść, ale za chwilę wrócę.

Wróciła zmieszana i wyjaśniła:

– Zapomnieliśmy o tym, że drzwi do piekarni nie zostały zamknięte. W środku była już klientka z mężem i dzieckiem. Pytali, co się dzieje, że nikogo nie ma w sklepie. Wytłumaczyłam im, że jesteśmy bardzo zajęci, wyprosiłam ze sklepu, zamknęłam drzwi na klucz i wywiesiłam kartkę „Remanent”.

Wrócili do igraszek, niewinnych, ale bardzo treściwych. Tak je określił Alfred. Męczył się, bo nie mógł pozbyć się nawyku mierzenia i liczenia. Kiedy wyciągnął z kieszeni metr krawiecki i zaczął mierzyć kobiety, aby stworzyć potem ich modele matematyczne, obydwie się sprzeciwiły.

– Daj spokój, człowieku. Wiemy, że jesteś nauczycielem matematyki i matematyka cię pasjonuje, ale nie przesadzaj. Nie masz nic lepszego do roboty? Lepiej nas pieść, bo czujemy się niedowartościowane.

To go zmobilizowało. Pieścił jak tylko potrafił najlepiej, z pełnym zaangażowaniem, odkrywając ich strefy erogenne. Nie pozostawało to bez wdzięczności. Rozochocili się tak bardzo, że krzyczeli z podniecenia. Mąka pyliła się wokół po magazynku, a oni szaleli. Zrobiło się bardzo głośno, czuli się fantastycznie. Co raz to musieli jednak przerywać okrzyki, bo nie mogli się zrozumieć. Po osiągnięciu porozumienia, Śmirus kochał się z dwiema partnerkami na raz. Zastanawiał się potem, jak to było możliwe, lecz nie potrafił sobie tego wytłumaczyć. Cały czas jedli. Aldona przyniosła jeszcze masło i smarowali pieczywo. Alfred poczuł się wkrótce tak najedzony, że postanowił nic już nie brać do ust tego dnia.

Najbardziej podobały mu się worki z mąką. Nigdy nie kochał się na takim podłożu. Uważał warunki za ekstrawaganckie, gdyż pozwalały na wykonywanie figur prawie akrobatycznych. Nieprzerwanie rozmawiali też ze sobą.

– Jesteśmy niesamowicie wyuzdane. Zawsze o tym marzyłyśmy. Kamasutra przy nas to książeczka dla niewinnych dziewczynek – powiedziała Zuzanna i Aldona jej przytaknęła.

– I dla zbuntowanego chłopca – dodał Świrus. Wybuchnęli śmiechem, wznosząc tumany mąki.

Kiedy następnego dnia Świrus zjawił się w piekarni, ekspedientki wyglądały na zawstydzone, ale radosne. Spoglądały z uśmiechem w kierunku drzwi magazynku. Alfred zrozumiał wtedy, że nie był to sen z fantazjami erotycznymi, ale coś poważniejszego. Zresztą nie mogły to być fantazje, bo rano zauważył na swoim ciele zadrapania oraz delikatne ślady ugryzień. Budząc się, wydało mu się nawet, że widział wgniecenia na pościeli idealnie pasujące do kształtów obydwu kobiet. Nie miało to sensu, bo przecież kochali się na workach z mąką w magazynku przy piekarni. Pozostawała jednak możliwość, że poszli potem do jego mieszkania i tam kontynuowali miłosne zapasy. Lubił to określenie. Było w tym coś sportowego, a zarazem radosnego.

Przed opuszczeniem piekarni Aldona i Zuzanna udzieliły mu błogosławieństwa na drogę, mimo, że nie prosił je o to. Po prostu zapomniał.

– To były wspaniałe przeżycia – powiedział na odchodnym i pożegnał się uśmiechem.

W drodze do szkoły postanowił opowiedzieć wszystko dyrektorowi Masajowi, prosząc oczywiście o dyskrecję. Miał nadzieję, że to go poruszy i wreszcie zrozumie, że świrowanie ma sens jako nowoczesna forma życia jednostki w społeczeństwie. Kiedy znalazł się sam na sam z dyrektorem, ten znowu miał pretensje o niewłaściwe metody nauczania młodzieży i nie tylko.

– Daje pan im nieprzerwanie, panie kolego, zły przykład swoim zachowaniem.

Alfred postanowił go ukarać.

– Nie będę staremu draniowi niczego opowiadać. Nie zasługuje na to – powiedział sobie.

Sam się potem dziwił, jak bardzo był stanowczy, wręcz niemiły dla zwierzchnika. Normalnie tak nie postępował. Był znacznie łagodniejszy. Uważał siebie za pacyfistę. Koleżanki i koledzy poinformowali go w pokoju nauczycielskim w czasie dużej przerwy, co im powiedział dyrektor.

– Kolega Zygadło jest większym świrusem niż myślałem.

Alfred poczuł się szczęśliwy, że jego talent i postępowanie zostały wreszcie docenione przez dyrektora.

Odc. 13 Sklep mięsny

Do sklepu mięsnego, od pewnego czasu noszącego szyld „Słoneczna Wędliniarnia”, Alfred zachodził dwa razy w tygodniu. Dawniej odwiedzał sklep częściej. Zmieniło się to, kiedy postanowił przejść na bardziej wegetariańską dietę.

W wędliniarni znał wszystkie ekspedientki. Kiedy widział je krzątające się za ladą, przypominały mu się łanie na skraju lasu. Wszystkie kobiety bez wyjątku były ciemnymi brunetkami. Był przekonany, że specjalnie tak się dobrały. To znaczy, że tak je dobrał kierownik, który był właścicielem sklepu. Kiedy o tym myślał, w jego matematycznej świadomości pojawiał się dylemat, czy to kierownik jest właścicielem sklepu, czy też właściciel sklepu jest kierownikiem. Było to zadanie logiczne. Czekając w kolejce, szukał odpowiedzi na te pytania. Myśl uciekła mu z pamięci, kiedy za ladą pojawiła się ekspedientka gotowa do przyjęcia jego zamówienia. Nie pamiętał jej imienia, dlatego zaszyfrował ją w pamięci pod hasłem Średnia Łania. Oprócz niej była jeszcze Duża Łania i Drobna Łania. Był to logiczny układ; w miejsce niewiadomych imion podstawione zostały nazwy umowne. 

– To ta, z którą lubimy się wzajemnie, bo uśmiecha się z daleka. Robi mi się wtedy jaśniej w oczach i na duszy – pomyślał, odpowiadając jej uśmiechem. Niezmiennie kierował się zasadą wzajemności.

Czarnula ubiegła jego słowa wypowiadając formułę okraszoną uśmiechem.

– Pan jak zawsze to samo. Czyli kiełbasę swojską?

Chwilę przypominał sobie, czy miała to być kiełbasa swoja czy swojska, po czym pokiwał głową, że tak, dodając:

– Nie pamiętam. Chyba ta druga.

Był to oszczędnościowy model zachowania. Alfred uważał go za udany, ponieważ ciężar ustalenia, czy chodziło o kiełbasę swojską czy swoją przechodził na ekspedientkę. Był pewny, że ona wie najlepiej na podstawie poprzednich zakupów, co chce kupić. Nie omylił się.

Kiedy Średnia Łania ważyła i pakowała towar, Alfred przypomniał sobie sprawę abonamentu. Kilka tygodni wcześniej pytał, kupując ulubioną kiełbasę, czy mógłby mieć na nią abonament miesięczny.

– To byłoby bardzo dobre rozwiązanie. Przychodzę tu regularnie i kupuję tę samą wędlinę, zawsze pół pęta. Czasem zapominam jej nazwy. Abonament by to uprościł. Firmie dałby gwarancję regularnych dochodów, a mnie pewność, że zawsze otrzymam właściwy towar.

Po cichej konsultacji z koleżankami sprzedawczyni skierowała go do właściciela sklepu zasłaniając się tym, że decyzja o abonamencie na kiełbasę przekracza poziom ich uprawnień.

– Abonament na zakup towaru wydaje nam się rozwiązaniem tak nowoczesnym, że nie jesteśmy w stanie udźwignąć ciężaru odpowiedzialności – wyjaśniła, uśmiechając się nieznacznie. Przez chwilę Alfred zastanawiał się, jak rozumieć jej niepełny uśmiech.

Ponieważ właściciel Słonecznej Wędliniarni był nieobecny, Średnia Łania telefonicznie umówiła spotkanie na następny dzień.

Rozmowa z właścicielem sklepu nie była udana. Sprawa rozmyła się z braku przepisów określających, czy sklep wędliniarski może czy nie może sprzedawać towaru na abonament, a jeśli tak, to na jakich warunkach. Nie udało się tego wyjaśnić mimo dociekliwości Alfreda. Był matematykiem i lubił być pewny, że dwa i dwa to cztery. Rozmowa z właścicielem sklepu, który był także jego kierownikiem, albo na odwrót, czego Alfred ostatecznie nie rozstrzygnął, umocniła go w przekonaniu, że kolejny dzień rozpoczął się niezbyt dobrze.

Odc. 14 Symbole i matematyka

Wieczorem, nie mając nic lepszego do roboty, Alfred obmyślał symbole, tajemne znaki i hasła. Chciał je mieć pod ręką do przekazywania komunikatów i dawania ogłoszeń niosących ze sobą przekaz dla osób wtajemniczonych. Ostatecznie był matematykiem, osobą o ścisłym umyśle ukierunkowanym na odkrywanie prawdy i rozwiązywanie problemów. Matematyki uczył do czasu, kiedy pojął, co znaczy nieskończoność. Właściwie to zrozumiał, że nieskończoności nie można zrozumieć, bo ona nigdy się nie kończy. Tłumaczył to uczniom:

– Dochodzisz do granicy, a ona ciągnie się jeszcze dalej. Idziesz dalej, a tam pustynia bez granic. Przecież to można zwariować.

Tak rozumując uświadomił sobie własną małość, oraz konieczność nieprzerwanej adaptacji do rzeczywistości.

Pierwsze, co mu się nasunęło, to hasło „Rozum z głowy, koniom lżej”. Następnym hasłem było „Tylko w szpitalu psychiatrycznym możesz być całkowicie sobą”.

To drugie było absolutną prawdą. Alfred sam to sprawdził, ale nikomu o tym nie mówił. Do szpitala psychiatrycznego umówił się kiedyś na bardzo krótką wizytę poprzez znajomego dyrektora więzienia. Jego celem było zweryfikować kilka założeń teoretycznych oraz pogłosek i spekulacji na metod i wyników leczenia psychiatrycznego, z jakimi się spotkał w czasie dyskusji w gronie nauczycieli.

W czasie pierwszej umówionej wizyty nie odkrył tam nic rewelacyjnego; niczego takiego zresztą nie oczekiwał. Poznał natomiast trzy ciekawe osoby, jak najbardziej pozytywne, oraz dwie, które – w jego ocenie – należałoby zepchnąć w przepaść lub rzucić lwom na pożarcie. Jedna z nich była pacjentem, druga pracownikiem szpitala. Swoje doświadczenia Alfred opisał w pamiętniku. Był szczery w ocenach. Mógł sobie na to pozwolić, ponieważ był to jego prywatny pamiętnik. Wątpił, aby ktoś inny kiedykolwiek go czytał.

– Zresztą, gdyby nawet przeczytał, to co z tego? Mogę pisać, co mi tylko przyjdzie do głowy, a przychodzi mi właśnie być szczerym. Taki jestem i inny nie będę.

Powtarzając ostania myśl Alfred umacniał się w przekonaniu, że słusznie postąpił wyrażając opinie stojące na bakier z poprawnością polityczną innych nauczycieli. Pamiętał jedno zdanie z takiej dyskusji:

– Takich rzeczy się nie mówi, panie kolego, bo nie ma na to dowodów naukowych. Chodziło wtedy o stosowanie przymusu dla reedukacji społecznej więźniów z odchyłkami psychicznymi.

Odc. 15 Rezygnacja

Rezygnację Świrusa z pracy nauczyciele przyjęli spokojnie, dyrektor mniej. Świrus rozmawiał z nim w tej sprawie kilkakrotnie. Dyrektor najpierw ucieszył się, a zaraz potem zdenerwował, bo nie miał innego matematyka. Kiedy wydusił z siebie „To już koniec z nauczaniem matematyki w naszej szkole”, Alfred zauważył, że klatka piersiowa zwierzchnika powiększała się i podnosiła, jakby nabierała wielkiej ilości powietrza do płuc, a następnie kurczyła się i opadała. Na nalanej twarzy dyrektora pojawiły się oznaki niepokoju, łagodzone czymś w rodzaju błysków zadowolenia. Opisując jego postępowanie w pamiętniku, Alfred odruchowo chciał napisać „na nalanej gębie dyrektora”. Zaniechał tego, ponieważ przypomniał sobie, że powinien sam zachować się wstrzemięźliwie nawet w obliczu przeciwności.

– Ostatecznie jestem świrusem, ale pozytywnym, umiejącym znaleźć równowagę w obliczu zdarzeń trudnych do zrozumienia – przypomniał sobie.

Sebastiana Masaja, wysokiego osiłka, nigdy nie lubił. Po pierwsze, regularnie wykonywał on na siłowni ćwiczenia rozciągania ciała, które nazywał harmonią. Alfred uważał je za uwłaczające ludzkiej godności, ponieważ dyrektor nieludzko pocił się przy nich wydając w dodatku jakieś zwierzęce dźwięki. Najgorsze było jednak przekonanie Masaja, że matematyk stosując niekonwencjonalne metody nauczania ogłupia uczniów. 

– Dzieciaki się go boją i dlatego nie skarżą się nikomu. Uważają go za szaleńca, człowieka nieobliczalnego – Dyrektor wyraził tę opinię w pokoju nauczycielskim pod nieobecność Alfreda, za jego plecami.

Same dzieci nigdy nie skarżyły mu się na jego metody nauczania. Po wypowiedzi dyrektora Alfred pomyślał, że być może rzeczywiście się go bały. Chyba jednak nie! – uspokajał się, odrzucając wątpliwości. Kiedy mówiły mu, że jest inny niż pozostali nauczyciele, pytał je, co znaczy „inny”, ale nie potrafiły tego wyjaśnić. Dopiero Adaś z klasy 7B wyjaśnił mu to nie pozostawiając wątpliwości:

– To znaczy, że chodzi pan po wertepach i manowcach nauki, i czymś tam jeszcze, i czuje się z tym dobrze.

Alfredowi podobała się jego wypowiedź. Dzieciak miał wyobraźnię i bogaty język. Nie dał mu jednak za nią szóstki. Po prostu nie mógł, bo nie dotyczyła ona matematyki, ale poprosił polonistkę, aby podwyższyła Adasiowi ocenę ze swojego przedmiotu. Okazało się to niepotrzebne, bo Adaś miał już szóstkę. Alfred podziękował jej, że dostrzegła talent chłopca, jego zdolność głębokich przemyśleń. Nauczycielka popatrzyła wtedy na niego z ukosa. Nie zraziło go to, był przyzwyczajony do takich spojrzeń. Następnego dnia wytłumaczył to bratu.

– Kiedyś w mieście wszedłem pod most, aby się wysikać, bo nigdzie nie było toalety publicznej. Tam zobaczyłem dziką świnię, znaczy się dzika. Też mi się dziwnie przyglądał. I też mnie to nie speszyło, ponieważ każdy musi się wysikać, kiedy go przypili, czy to w samotności czy w obecności innych. Podobnie jak w toalecie publicznej, gdzie są pisuary i każdy może podejrzeć, co wyjmuje i chowa sąsiad.  

Ten fragment przemyśleń Alfred uzupełnił w pamiętniku wyjaśnieniem:

– Mężczyźni robią to odruchowo. Chłopcy nie znający jeszcze życia oraz lekarze najchętniej podpatrują penisy innych mężczyzn. Nie ma w tym nic zdrożnego. To naturalny pęd do wiedzy. O kobietach nie będę się wypowiadać; to leży poza zakresem moich kompetencji.

Odc. 16 Dzieci i statystyka

Po odejściu ze szkoły Alfred wracał często myślą do dzieci, że traktował je jak dorosłych, co nie podobało się dyrektorowi szkoły. Nazywał matematyka świrusem, nie zdając sobie sprawy, że było to określenie pozytywne. To, że dodawał do tego wyrazu przymiotnik „zmyślny”, Alfred uznawał za pochlebstwo.

Świrowanie było dla niego ratunkiem, ponieważ czuł się często jak szczur w labiryncie, z którego nie sposób znaleźć wyjścia na zewnątrz. Aby wydobyć się z pułapki Alfred balansował między normalnością a nienormalnością. W społeczeństwie kłopotliwych dwuznaczności bycie świrusem dawało mu poczucie luzu.

O pracy w szkole rozmawiał z bratem Zenonem, który również był nauczycielem.

– Może i ogłupiałem dzieci ucząc matematyki, która dla wielu osób mogłaby nie istnieć. Nauczyłem je jednak rozumowania zgodnego z zasadami logiki oraz pokazałem zastosowania matematyki w naukach ścisłych, humanistycznych i technice. Teraz przynajmniej rozumieją, że matematyka jest użyteczna wszędzie: w mechanice, ekonomii i ekonometrii, lingwistyce, teorii gier, politologii, sztuce, estetyce i filozofii. Moi uczniowie stali się pasjonatami matematyki.

Najbardziej interesowały ich pojęcia matematyczne takie jak antynomia, łamacz kodów, szyfr, klucz, kryptologia, teoria gier, teoria decyzji, teoria automatów. Działania na liczbach, potęgi i pierwiastki, algebra, procenty, równania i nierówności oraz funkcje były już dla nich za proste.

– One są tak proste, że można je … Co można z nimi zrobić? W jaki sposób można tę wiedzę wykorzystać? – zapytał dzieci.

Adaś jak zwykle okazał się najodważniejszy:

– Można sobie nimi tyłek podetrzeć.

Wypowiedź zaskoczył Alfreda. Był pewien, że chłopiec nie powiedział tego, aby sprawić mu przykrość, ośmieszyć czy obniżyć pozycję matematyki. Zapytał, dlaczego tak sądzi. Adaś odpowiedział, że w życiu prywatnym matematyka ma znikome znaczenie, bo w dobie kalkulatorów ludzie nie potrzebują umieć dodawać i odejmować, przez co są analfabetami matematycznymi, po czym dodał:

– Matematyka jest użyteczna w statystyce, bo każdy posługuje się nią, ale ludzie uważają ją za manipulację.

– A jakie jest twoje zdanie na temat statystyki? – Alfred pociągnął temat, chcąc pokazać innym dzieciom, że w ich wieku można mieć poglądy dojrzalsze niż niejeden dorosły.

– Statystyka jest bardzo użyteczna, ale trzeba umieć się nią posługiwać. To wiedza najbardziej uczciwa na świecie, ponieważ pozwala dokładnie mierzyć i opisywać rzeczywistość.

Dzieciak był tak bystry, że Alfred czasem nie nadążał za nim, zwłaszcza kiedy chłopiec używał skrótów myślowych.

– Na przykład mówi się, że większość obywateli popiera karę śmierci. To bardzo niejasne, bo może oznaczać dowolną część społeczeństwa między pięćdziesiąt jeden procent i dziewięćdziesiąt dziewięć procent. To wszystko oznacza większość. Statystyka pokazuje natomiast dokładnie, że jest to sześćdziesiąt sześć procent. Liczba określa nieporównywalnie dokładniej rzeczywistość niż słowo „większość’. To jest oczywiście wiedza dla ludzi dociekliwych i rozumnych, nie dla głąbów.

– Dlaczego, Adasiu, używasz tak mocnych słów? – zapytał Alfred z ciekawości. Lubił go podpytywać także dlatego, że dzieciom łatwiej było zrozumieć swojego rówieśnika, niż nauczycielem, który w ich oczach był stary.

– Ludzie nie mający wiedzy o statystyce lecz wypowiadający sądy o niej zasługują na takie słowa. Tylko zarozumiali ignoranci wypowiadają się o czymś, o czym nie mają pojęcia.

Świrus zgodził się z Adasiem dając go za przykład innym dzieciom.

Odc. 17 Rehab i Cadillac

Alfred robił w pośpiechu notatki, bo czas naglił. Śpieszył się na rehab. Zauważył, że używa skrótów. Potrzebował wyluzować się. Były to tylko trzy krótkie zabiegi. Uważał je za konieczne, aby także w plecach, nie tylko w sercu mu grało. Tak to określał. Przez głowę przebiegały mu ekspresowe myśli. Był to znak czasów; myśleć i mówić szybko i zwięźle. Dobrze, jeśli w dodatku niegłupio. Skoncentrował się na swoich przeżyciach.

– Na rehabie w zastępstwie pieszczot otrzymuję masaż i prądy. Leżę na luzie i konwersuję. Słucham otaczających mnie ludzi. Zewsząd dochodzą głosy. To jakaś wada genetyczna, że wszyscy mają coś do powiedzenia. Czasem mówią głupoty. A ja nic. Jak ta skała leżę lub siedzę nieruchomo. Od czasu do czasu tylko warknę ostrzeżenie:

– Nie ze mną takie sztuczki, człowieku!

Było to proste zawołanie zapożyczone z przeszłości, wciąż skuteczne.

– Rehab oferuje mi coś w rodzaju pieszczoty miłosnej, jedwabiście delikatnej, zastępczej oczywiście. Pieszczoty należą się każdemu. Kiedy jesteś oseskiem, to pieszczą cię do znudzenia, w miarę dojrzewania, choć potrzeby rosną, podaż pieszczot maleje. Takie są prawa rynku.

Alfred skończył notatki i wyłączył komputer. Śpieszył się. Przygotowując się do opuszczenia domu, nie przestawał myśleć. Do głowy przyplątała mu się polityka. Starał się jej unikać, była jednak zaciekła w swojej wytrwałości. Musiał ustąpić.  

– Co do demokracji, to wolność nie znaczy równość. Chyba pierwszy wyłożył to Georg Simmel na początku dwudziestego wieku. Zilustrował to przykładem. Tam, gdzie jest wolność, ludzie bardziej energiczni, pomysłowi czy bardziej oszczędni wybiją się, staną się bogaci, zajmą wysokie stanowiska, zdobędą władzę. Kiedy to już nastąpi, przestają być równi wobec tych, którzy pozostali na tym samym szczeblu drabiny społecznej.

Któregoś dnia, idąc z parkingu szpitalnego do gabinetu zabiegowego, minęła Świrusa limuzyna, długi, czarny Cadillac z zaciemnionymi szybami. Bok samochodu zdobiła postać mrocznego anioła. Limuzyna jechała dostojnie, zwalniając na nierównościach. Alfred widział ją, ale nie reagował. Jakby go to nie dotyczyło, jakby nie był ciekaw, kto jest w środku, czy ten ktoś stoi, siedzi czy leży, dokąd go wiozą i po co. Powiedział sobie:

– Spoko! Czy ja jestem nienormalny, żeby brać sobie do serca taki widok i zadawać pytania, kto, gdzie, kiedy?

Nie pozostał jednak całkiem obojętny. Jego intel pracował. Alfred zaczął spekulować, że to jednak wygodnie jechać takim wypasionym Cadillakiem, bo można nawet na leżąco, czyli superwygodnie. Po głowie snuły mu się myśli i marzenia:

– W takim pojeździe jedzie się o niebo wygodniej niż nawet na najbardziej eleganckiej kuszetce w pociągu ekspresowym, łomoczącym na złączach szyn nie mówiąc o żelaznych mostach. Cadillac z pewnością ma super resorowanie. To czysty luksus. Nie miałem szczęścia jechać takim cudem techniki, ale domyślam się, jak to bosko, bo wyobraźni mi nie brakuje. W dodatku człowiek wieziony takim samochodem, nawet bez zasług, otrzymuje sygnały uznania. Ludzie widzą takie limo i wpadają w zachwyt.

Idąc dalej, Alfred zauważył, jak dwaj idący chodnikiem mężczyźni zdejmują czapki z głów i pochylają głowy.

– Pełen szacun – pomyślał. – Każdy chciałby znaleźć się w takiej sytuacji.

Jego myśl przeniosła się z limuzyny na szacunek, jaki należy się każdemu człowiekowi. Pomyślał, że czarna limuzyna również, choćby raz na dziesięć lat. Rozmawiał o tym później z mężczyzną siedzącym naprzeciwko niego w przedziale kolejki miejskiej. Tłumaczył nieznajomemu:

– Nie każdy ma tyle pieniędzy, bo państwo u nas niebogate. Wydaje dużo na dzieci i młodzież, choć rządzą w nim siwi jak gołąbki staruszkowie. Takie samochody są im obojętne. Nie dlatego, że mają demencję, ale dlatego, że na wysokich stanowiskach luksusowa limuzyna jest pewna jak gorąca zupa pomidorowa na obiad.

Odc. 18 Oddział Psychiatrii 

Siedząc nad pamiętnikiem Świrus przypomniał sobie hasło, że tylko w domu wariatów można być całkowicie sobą. Także swoją wizytę w takim miejscu. Był tam bardzo krótko, lecz pamiętał wszystkie szczegóły. Powtórzył sobie hasło dwa razy, nie wiedząc dlaczego.

Myśl o szpitalu psychiatrycznym chodziła mu po głowie tak uparcie, że postanowił odwiedzić oddział psychiatrii szpitala, gdzie miał ćwiczenia rehabilitacyjne. Mógł zrobić to już następnego dnia przy okazji wyjazdu do szpitala.

Na miejsce dotarł bez problemów. Oddział psychiatrii znajdował się w niewielkim oddaleniu od innych budynków szpitalnych, w pobliżu parkingu zwanego zielonym, na który skierował go pracownik ochrony. Alfred zdziwił się, bo parking wcale nie był zielony; myślał o sztucznej murawie lub zielonym płocie. Był to zwyczajny plac wysypany żwirem. Nazwa nie pasowała mu do parkingu. To go trochę zgniewało.

Podszedł do budynku, gdzie na ścianie widniała duża tablica „Oddział Psychiatrii”, a tuż obok dwie mniejsze: „Rzecznik praw pacjenta Oddziału Psychiatrii” oraz „Biuro Rzecznika Praw Pacjenta Oddziału Psychiatrii”. Stał przed nimi i zastanawiał się, po co umieszczać na ścianie aż trzy tablice, skoro wystarczyłaby jedna i dlaczego napisano „pacjenta” a nie „pacjentów”. Męczyło go to; jako matematyk zawsze kierował się logiką. Szukając odpowiedzi pomyślał, że musi to być ważny pacjent, skoro ma własnego rzecznika. Po chwili machnął ręką, ponieważ widział nie takie wyjątki od reguł. Przenosząc wzrok obok zauważył uchylone okno. Zastanawiał się dlaczego, bo było jeszcze chłodno. Spekulował, że człowiek, jak ma aak szału, to się poci, a pot ma zapach i dlatego okno jest uchylone.

Wracając z rehabilitacji, Świrus znowu przechodził koło Oddziału Psychiatrii. Okna wydały mu się większe, na parapecie stały doniczki z kwiatami intensywniejszymi w kolorze niż rano. Był to znak, że coś się zmieniło. Miał już odejść kiedy zza uchylonego okna dobiegły krzyki. Właściwie nie krzyki, tylko wrzask. Cały wór wrzasków.

– Uspokój się, kretynie! – zabrzmiał wyrazisty i mocny głos kobiecy. Za chwilę usłyszał świst bata. Zapadła cisza. Świrus wsłuchiwał się, czekając, co będzie dalej. Znowu usłyszał krzyk.

– Coś okropnego – pomyślał. – Jakiś człowiek cierpi.

Znowu usłyszał głos kobiety, tej samej, co poprzednio, i towarzyszący mu świst bata. Jęków, wycia, płaczu czy zawodzenia nie słyszał. To go trochę uspokoiło. Odczuł ulgę.

– Przynajmniej ten człowiek ma opiekę. Lepszą czy gorszą, ale ma.

W szpitalu zapadła cisza.

– Zupełnie jak przed burzą – pomyślał Świrus i popatrzył w niebo. Rzeczywiście chmurzyło się. Miał wrażenie, że zaraz ktoś wyskoczy z okna budynku. Rozejrzał się po ziemi. Zobaczył kamień, podszedł, nachylił się i wziął go do ręki na wszelki wypadek.

– Ludzie cierpiący, krzyczący z bólu, bywają niebezpieczni – pomyślał. – Jak ten ktoś wyskoczy z budynku, będę przygotowany. Najpierw wrzeszczy jak opętany, potem milczy jak głaz na rozdrożu. Może być niebezpieczny.

Dla pewności, aby nie powiększać w sobie niepokoju, Alfred postanowił wyłączyć się, ogłuchnąć jak borowik w ciemnym borze.

Odc. 19 Kobieta w kitlu

Stojąc przed budynkiem z napisem „Oddział Psychiatrii”, Świrus myślał o kobiecie z nahajką. Był pewien, że posługuje się tym narzędziem lub czymś podobnym. Nazwa nie miała znaczenia.

– Czy słusznie postępuje? – zadał sobie pytanie. – Chyba tak – odpowiedział. Jak trzeba komuś przylać, aby się uspokoił, bo cierpi, to trzeba. Na to nie ma rady. Sam Salomon by to zrobił.

– Jaki Salomon?

Przez chwilę nie mógł sobie przypomnieć, o jakiego Salomona chodzi. Szukał w pamięci, ale nic nie odnalazł.

– To ten król od dzbana do nalewania – przypomina sobie w końcu i uspokoił się.

Patrzył w okno i starał się wyobrazić sobie tę kobietę na podstawie jej głosu.

– Wyraźny i donośny – szepnął do siebie, nie odrywając wzroku od okna. – To pewne. – Potem przyszło mu do głowy, zupełnie bez sensu, że patologie się kumulują.

Oddalił się od budynku, jak tylko popatrzył na zegarek. Przypomniał sobie o ćwiczeniach rehabilitacyjnych. Był już prawie spóźniony.

Kiedy wracał dwie godziny później, z budynku Oddziału Psychiatrii wyszła kobieta w białym kitlu. Nie miał wątpliwości, że była to lekarka. Wyszła, rozejrzała się i przeciągnęła się jakoś tak dziwnie. Potem popatrzyła w niebo i zeszła powolnym krokiem ze schodków na wysypany żwirem placyk przed budynkiem. Świrus postanowił ją pozdrowić.

– Dzień dobry, pani doktor. Piękną mamy pogodę.

Chciał być uprzejmy i był. Czuł się z tym dobrze.

Kobieta w białym kitlu odpowiedziała „Dzień dobry”, ledwie muskając go oczami. Alfred pomyślał, że lekarka właściwie to warczy tym swoim wysokim, wyrazistym głosem.

Patrzył na nią z uwagą. Postanowił ją obserwować. Założyła ręce jedną na drugą i zaplotła je wokół swego ciała. Rękawy miała nieco za długie. Wyglądały, jakby fartuch był uszyty na większą osobę. Stała tak i patrzyła nieporadnie w niebo. Świrus domyślił się o co jej chodzi; że znowu będzie musiała użyć swojej nahajki. Postanowił działać. Uznał to za konieczne. Postawił swoją torbę na ziemi, podszedł do kobiety z tyłu i schwycił ją za rękawy. Nie było przy nich tasiemek, ale miał przygotowaną linkę. Wyciągnął ją z kieszeni i związał jej dłonie na plecach. Nie było jej wygodnie. Chyba dlatego zaczęła krzyczeć. To go zdenerwowało, Wyciągnął z kieszeni chusteczkę i zgniótł ją w kłębek, po czym wcisnął jej w usta. Chusteczka była świeżo uprasowana i czysta. Pamiętał o tym, to była kwestia przyzwoitości.

Odc. 20 Spowiedź

Do spowiedzi Alfred chodził rzadko. Spowiadał się kiedyś w dzieciństwie, co najmniej kilka razy. Potem w ogóle już nie chodził. Nie za bardzo wierzył w spowiedź. Ktoś mu powiedział:

– Zachowujesz się tak nienormalnie, że powinieneś się z tego wyspowiadać.

Alfred wahał się. Porozmawiał z przyjaciółmi, aby zorientować się w sytuacji.

– Ludzie wierzący w Boga chodzą do spowiedzi. Dlaczego ty nie miałbyś pójść? To nic nie kosztuje – podpowiedział mu Erazm, jego najlepszy przyjaciel.

To Alfreda zachęciło, jeśli nie przekonało. W końcu zdecydował się pójść. Raczej z ciekawości, niż z potrzeby serca. Także po to, aby porozmawiać z księdzem.

Przed udaniem się do kościoła poczytał trochę na temat spowiedzi. W sumie dowiedział się tak wiele, że umocnił się w pragnieniu wyspowiadania się. Konfesjonał przestał kojarzyć mu się z pożarem; skojarzył się z ulgą. Przy konfesjonale był penitentem. To był nowy wyraz.

Konfesjonał, przy którym się spowiadał kiedyś jako chłopiec, wyglądał w jego wspomnieniu ja pudełko zapałek. Ten, który zobaczył, przypominał masywną trzydrzwiową szafę gdańską wbudowaną między dwa wystające fragmenty ściany bocznej kościoła. Czarny kolor drewna rozjaśniały u góry złocenia przypominające kute, metalowe klamki i klamry. Na samym szczycie konfesjonału stały dwie figury. Alfred dostrzegł w nich duże ciemne ślimaki trzymające w podniesionych otworach gębowych coś w rodzaju wybrzuszonego rogala. Zanim podszedł do konfesjonału obserwował kto do niego wejdzie. Chciał wiedzieć, u kogo będzie się spowiadać.

Ksiądz zwrócił się do niego szeptem. Alfred zastanawiał się, dlaczego mówi tak cicho.

– Prawie księdza nie rozumiem.

Po uzyskaniu wyjaśnienia, że chodzi o tajemnicę spowiedzi, żeby nikt nie podsłuchał, Alfred upewnił się, że spowiednik nikomu nie powie, o czym rozmawiają.

– To dla mnie ważne. Jestem człowiekiem wrażliwym i nie zniósłbym, gdyby ktoś mi potem powtarzał, co mówiłem księdzu.

Uzyskał zapewnienie, że nikt oprócz pana Boga nie dowie się, o czym rozmawiali. To go uspokoiło. Wyrwał się jednak z komentarzem, uznając, że będzie on w dobrym tonie.

– Bóg jest tak daleko, że na pewno nie usłyszy. Chyba, że podsłuchuje.

Ksiądz milczał chwilę, zanim odpowiedział. Jego głos był silniejszy, brzmiał sucho i uroczyście.

– Przystąpmy do spowiedzi. Słucham cię, synu.

W pierwszym momencie Alfred chciał zaprotestować i zapytać, dlaczego ksiądz zwraca się do niego przez „synu”, ale zrezygnował. Przypomniał sobie, że była to standardowa formuła w ustach księży. Podobnie jak „Dzień dobry” czy „Do widzenia”.

Zastanawiał się, od czego zacząć. Pomyślał, że to wspaniała okazja, aby przedstawić księdzu teorię świrowania i wyjaśnić dlaczego jest ono ważne.

– To mechanizm dostosowawczy – zaczął od deklaracji. – Najważniejsza w życiu, proszę księdza, jest zdolność radzenia sobie. Czy ksiądz zgodzi się ze mną?

– Nie wiem, co mam odpowiedzieć, ponieważ nie rozumiem, o co ci chodzi, synu. Proszę wyłożyć mi swój pogląd na ten temat, oby tylko krótko.

– U mnie dostosowanie się poszło drogą świrowania. Świrusem zostałem z własnego wyboru. Chodzi o to, że dzisiaj i w dającej się przewidzieć przyszłości sukcesy będą osiągać tylko ci, co umieją rozumieć innych ludzi, a także pozorować, kamuflować się i udawać, a nawet wyrzec się swoich ideałów, kiedy pojawi się zagrożenie.

– Jakie ideały masz na myśli, synu? – przerwał duchowny. Ton jego głosu wskazywał na zainteresowanie.

– Prawda, rzetelność, spolegliwość. Pytania o te wartości powtarzałem sobie tyle razy obserwując ludzi sukcesu, że w końcu znalazłem odpowiedź. Chodzi o świrowanie, nie jakieś tam chamskie, ale inteligentne zachowanie się. Znaczy się, udawanie, że jest się mądrzejszym niż sądzi nasze otoczenie, że lubi się i szanuje ludzi, kiedy w istocie ich się nie toleruje, udawanie, że jest się uczciwym, kiedy po cichu, przemyślnie i często nieuczciwie zdobywa się intratne stanowisko, aby zarabiać duże pieniądze.

Odc. 21 Papiery

Spowiedź umocniła Alfreda w przekonaniu, że kroczy słuszną i niezawodną drogą. Swoje wrażenia zapisał wieczorem w prywatnej kronice zdarzeń.

– Świrowanie to droga ku szczęściu. Jestem o tym przekonany. Wszystko idzie mi bardzo dobrze. Do czego się nie zabiorę, udaje mi się. Spowiedź mnie w tym umocniła. Ponieważ mam trzydzieści osiem lat, mam prawo nazywać siebie dojrzałym świrusem. To określenie dobrze mi się kojarzy. Jest w nim coś wdzięcznego i stymulującego. Mój spowiednik powiedział mi, że to niedobry wyraz. Że jeśli muszę już go używać, to powinienem zastąpić go innym określeniem. Zapytałem jakim? Odpowiedział, że może to być cudak, ekscentryk lub dziwak. Zastanawiam się nad tym. Może to zrobię?

Kiedy Alfred myślał o tym, przypomniały mu się liście wielkiego jesionu rosnącego koło domu, w którym mieszkało sześć rodzin. Będąc jeszcze dzieckiem, grabił te liście, przy okazji wybierał ciekawsze do swojej kolekcji. Były zmiętoszone i zbrązowiale. Niektóre jakby pogryzione szybko pękały i rozpadały się.

Wrócił pamięcią do rzeczywistości. W ciągu dnia zachowywał czujność. Wokół siebie widział dużo ludzi, wyglądali normalnie. Obserwował ich. Krzątali się, dzień i noc mieli zajęte aż po brzegi. Kiedy ich pytał, odpowiadali mu, że dobrze się z tym czują. Nie wierzył im; dla niego nie byli normalni.

Wieczorem notował sobie ważniejsze wydarzenia w pamiętniku.

– Sąsiedzi to co innego. Mam miłych sąsiadów. On jest wysoki, ona niska. Kiedy ich zobaczyłem pierwszy raz, wydawało mi się, że jest odwrotnie, bo ona miała pantofle na wysokich obcasach. Później takich już nie nosiła. Jestem pewien, że mąż zwrócił jej na to uwagę, bo była od niego wyższa. Który mężczyzna to lubi? Ja na przykład nie.

Sąsiedzi mieli dwie córki, obydwie bardzo zgrabne. Alfred myślał o nich często. Chętnie by je podpatrywał przez lornetkę, jeśli tylko byłoby to możliwe, ale nie miał gdzie i kiedy. Dziewczyny miały żywe usposobienia. Alfred myślał, że mogłoby to im się podobać. Spotykał je przy windzie. Jedna przyszła kiedyś sama prowadząc na smyczy ratlerka. Miał srebrną obróżkę i był maciupci jak naparstek w rozmiarze XXL. Zamienił z nią wtedy kilka słów. Chciał jej powiedzieć o świrowaniu i korzyściach radzenia sobie w życiu. Byli już w windzie, kiedy zrozumiał, że ona już to wie. Powiedziały mu to jej oczy, pewne siebie, zdecydowane, lustrujące. Czuł, że powinien się zmieszać, ale postanowił nie ulegać słabości, nie poddawać się. Nie zmieszał się i nie ukorzył. Było to możliwe tylko dlatego, że był świrusem.

Przypomniał sobie lekarkę z Oddziału Psychiatrii. Zmarła, zwyczajnie udusiła się. Nie zamierzał tego zrobić, tak po prostu wyszło. Od tego czasu nawiedzała go myśl o żółtych papierach. Na początku traktował to jak rozrywkę. Bawiło go to. Potem zaczął myśleć o znaczeniu i symbolice koloru żółtego. Kojarzył mu się ze słońcem przesuwającym się regularnie po niebie, jego stanowczością i niezawodnością. Wieczorem znowu myślał o żółtych papierach. Dawałyby one pewne przywileje. Nie było to bez znaczenia, jak sobie spekulował.

Włączył komputer i zapisał w pamiętniku tylko trzy krótkie zdania.

– Jestem nastawiony pozytywnie. Jak tylko otrzymam certyfikat, od razu sobie wydrukuję. W domu mam żółty papier.

Zatrzymał się nad tym zdaniem; ogarnęły go wątpliwości. Posiadanie takiego certyfikatu byłoby nienormalne. Nie był przecież wariatem i żadnych papierów nie potrzebował. Przypomniał sobie, że kiedyś sam wystawiał certyfikat. Było to dawno. Jego żona zatrudniła wtedy kucharkę, na próbę. Tak bardzo ją polubiła, że poprosiła Alfreda, aby wystawił jej certyfikat. Napisał w nim, że ma ona najwyższe kwalifikacje kucharskie, ponieważ skończyła zaawansowany kurs gotowania i uzyskała kwalifikacje „chef de cuisine”. Miał ten dokument w komputerze.

Pisanie na komputerze szło mu całkiem dobrze. Robiłby to częściej, ale bał się, że zgarbacieje. Tak mu powiedział doktor rehabilitant. Alfred jechał właśnie do jego gabinetu na zabiegi, kiedy zobaczył tablice z napisem Oddział Psychiatrii. Zastanowił się, czy zapisał to w pamiętniku. Kontynuował notowanie.

Jeśli pisałem, że było inaczej, to się omyliłem. Czasem o tym zapominam. Nie mogę tego zrozumieć, dlaczego tak łatwo zapominam niektóre rzeczy. Nie rozumiem sam siebie. Jeśli nie mogę zrozumieć samego siebie, to kto mnie rozumie? Nawet mój własny brat mówi, że często mnie nie rozumie. Nie tylko on zresztą. Mnie samemu wydaje się niekiedy, że jestem dziwny. Patrzę wtedy w lustro. Coś mnie nachodzi i rozbieram się. Najpierw zdejmuję czapkę, potem rękawiczki, potem szalik, potem stopniowo całą górę, w końcu cały dół. Wyliczam to bardzo dokładnie dlatego, że posługuję się językiem matematyki. Ktoś mógłby zapytać, skąd go znam. Jestem matematykiem i jestem z tego dumny. Nie zrobiłem od razu całych studiów, tylko połowę, dochodząc do licencjatu. Przerwałem, bo zainteresowała mnie astronomia. Ale tylko na dwa semestry. Wróciłem do matematyki i uzyskałem tytuł magistra. Świrus to moje ulubione powiedzenie. Piszę je na kartce i przyczepiam je do … Chciałem powiedzieć do stanika. To przejęzyczenie. Takie rzeczy zdarzają się chyba każdemu. Najgorsze jest to, że ja wpadam wtedy we wściekłość. Wybucham jak nienormalny. Potem się uspokajam. Taki już jestem. Spokojny i burzliwy, radosny i smutny. Ktoś mi mówił, że jestem binarny. Albo zero, albo jedynka. Potem przeczytałem, że nie binarny tylko bipolarny. Lubię obydwa słowa.

Odc. 22 Apteka

W miarę rozszerzania się epidemii życie społeczne komplikowało się. Dla niektórych grup obywateli stawało się wprost nie do zniesienia. Ludzie zachowywali się w sposób coraz trudniejszy do przewidzenia, częściej popełniając też samobójstwa. Pojawiły się różne teorie wyjaśniające ten stan rzeczy. Alfred przestał mieć wątpliwości, że sprawa epidemii jest czystym przypadkiem działania natury. Teorie konspiracyjne wyrastały jak grzyby po deszczu, każda następna coraz solidniej uzasadniona. Sam też opracował teorię, do której stworzył wielowariantowy model matematyczny. To dawało mu przewagę nad konkurentami. Pracował nad nią nieprzerwanie, doceniając konieczność skuteczniejszego przewidywania przyszłości.

Już pierwsze próby modelowania przyszłości wskazywały, że pogłębiająca się epidemia będzie przynosić coraz tragiczniejsze skutki. Wniosek mógł być tylko jeden; apteka stała się instytucją społeczną, bez której społeczeństwo nie będzie w stanie przetrwać. Piekarnia i wędliniarnia siłą rzeczy zeszły na plan dalszy. Ich rola społeczna zmalała w jego ocenie.

Alfred skoncentrował się na aptece, z której usług korzystał najczęściej. Była to Apteka Panorama, jego ulubione miejsce zaopatrzenia w leki. O nowej roli apteki, wynikającej przede wszystkim z jego modelowania matematycznego, poinformował od razu kierowniczkę i personel. Uważał, że cała załoga bez wyjątku powinna być świadoma, że reprezentuje coś znacznie więcej niż tylko punkt dystrybucji leków.

– Apteka stała się w dobie gwałtownych zmian i zagrożeń życia centralną instytucją społeczną. Jest rodzajem Sevres pod Paryżem, gdzie znajduje się wzorcowa miara systemu metrycznego, wzór wszystkich miar długości, bez względu na szerokość geograficzną i ustrój polityczny. W najbliższej przyszłości apteka będzie łączyć skład i punkt dystrybucji leków z kulturą i edukacją. Ostatecznie stanie się oazą postępu i ostoją równowagi psychicznej i moralności społecznej. Będę z paniami współpracować, aby rola tej apteki rosła i nikt nie miał wątpliwości, że to tutaj decydować się będą losy lokalnej społeczności i obywateli.

Wyobraźnię Alfreda, oprócz wyników modelowania matematycznego, rozpaliło drobne z pozoru wydarzenie. Kilka dni wcześniej, było bardzo gorąco, Alfred poczuł się tak słabo, ze farmaceutka wydająca mu przepisane lekarstwo, wydała mu przez omyłkę opakowanie z trucizną, którą przyjął w przekonaniu, że bierze właściwy lek. Natychmiast poczuł, że zapada się w ciemność jakby zjeżdżał szybkobieżną windą w kopalni węgla kamiennego. Nic się oczywiście nie stało, ponieważ kobiety zauważyły jego stan i od razu podjęły akcję ratunkową podając mu odtrutkę. Obudził się na krześle na środku apteki z buteleczką „Carbo medicinalis” w ręce.

To niezwykłe przeżycie rozpaliło jego wyobraźnię. Od tej pory, ilekroć przychodził do apteki, doznawał niezwykłych przeżyć. Cieszył się nimi. Były mu one potrzebne, gdyż od czasu odejścia ze szkoły jego życie marniało szybciej niż niepodlewana róża. Podkreślił to przy kolejnej wizycie, aby ostatecznie rozwiać niepokój farmaceutek co do minionego zdarzenia.

– Apteka pań stała się dla mnie równie ważna jak zielona oaza dla arabskiego nomady i jego wielbłąda, spragnionych wody, pożywienia, chłodu i wypoczynku. Potrzebuję więcej przestrzeni i szerszego oddechu i to właśnie tutaj znajduję.

Piekarnię i wędliniarnię uznał Alfred za miejsca ważne i niezbędne, aby nie doznać głodu i odprężyć się erotycznie, a nawet przetestować granice wyuzdania w egzotycznych warunkach. Nie sprzyjały one jednak rozwojowi intelektualnemu, duchowemu i moralnemu w warunkach zagrożenia epidemiologicznego.

Następnym razem, kiedy zjawił się w aptece, wydała mu się ona świątynią zadumy i poważnych rozważań. Panowała w niej atmosfera wieczornego słońca. Skąpana w jasności apteka wyglądała tak rewelacyjnie, że nazwał ją filmowym imieniem „Bulwaru Zachodzącego Słońca”. Kiedy zaproponował paniom zmianę jej nazwy na bardziej ambitną i wymowną reklamowo, nic nie odpowiedziały. Zrozumiał, że zaskoczył je swoją propozycją i muszą ją przemyśleć zanim wyrażą opinię. Zgodziły się natomiast bez zastrzeżeń, że apteka jest miejscem powagi, gdzie rozstrzygają się sprawy życia i śmierci.

Alfred dodał do tego: „ a w przyszłości będą także decydować się sprawy rozwoju intelektualnego i duchowego”. Jego słowa nie wywołały pozytywnej reakcji, tak jak oczekiwał.

W piątek, przed długim weekendem wolnym od pracy, pod koniec godzin urzędowania apteki, Alfred przyniósł kilka ciastek z pobliskiej cukierni.

– Proszę się częstować. Ciastka są wyśmienite, szczególnie te tortowe. Wiem to z własnego doświadczenia i opinii znajomych.

Kobiety wahały się. Alfred postanowił przełamać ich niezdecydowanie, przemawiając z ostrożną zachętą, aby nie przesadzić.

– Proszę tylko spróbować. Choćby jeden gryz. To naprawdę niewiele.

Dobierając dalsze słowa zachęty Alfred użył zdrobnień, które zbyt późno uznał za przesadne. Zaproszenie zabrzmiało jak rozmowa z małymi dziećmi. Było w nim pragnienie sprawienia przyjemności także sobie. Chciał ujrzeć uśmiech na twarzach osób obdarowanych wyraz zadowolenia i wdzięczności. Od dłuższego już czasu myślał o aptekarkach z troską i niepokojem.

Odc. 23 Stres

Od kilku miesięcy wirus ulegał niebezpiecznym mutacjom. Towarzyszyły mu pozornie niezbyt groźne przypadłości i choroby, grypa azjatycka, przeziębienia, zapalenia płuc, także dziwne zatrucia pokarmowe. Ograniczenia poruszania się w miejscach publicznych zwiększały ryzyko cukrzycy i otyłości. Szpitale zakaźne wypełniały się pacjentami. W niejednym brakowało maseczek, przyłbic na twarz lub rękawiczek ochronnych.

Alfred uznał, że jego świętym obowiązkiem w tym trudnym czasie jest pomagać personelowi apteki redukować stres. Pomysł jaki przyszedł mu do głowy, to słodycze, poprawiające nastrój. Kiedy zaproponował, że przyniesie ciastka zauważył niepewność oczach kierowniczki apteki, lecz nie rozumiał dlaczego.

– Nikt nam nie oferuje ciastek. To mogłoby wyglądać jak przekupstwo – wyjaśniła, poważnie patrząc mu w oczy.

– Proszę nie żartować! – zaoponował. – Nie można nikogo przekupić ciastkiem. To nierealne, przynajmniej u nas. Może jakiegoś biedaka, który nie jadł od trzech dni. Ale musielibyśmy żyć w Indiach, a nie w … Przecież panie mnie znają i wiedzą, że kieruję się sercem a nie podstępną chęcią zdobycia zaufania w niejasnych celach

Postanowił pracować nad złagodzeniem stosunku personelu apteki do niewinnych propozycji klientów. Zrozumiał, że musi zreformować uczucia i poglądy wszystkich pań pracujących w aptece. Zamierzał w tym celu oferować drobne, gustowne lecz niekosztowne upominki. Mógłby to być pojedynczy kwiat lub bukiecik niezapominajek, które sam uwielbiał, ewentualnie drobny kosmetyk. Wymagało to zbadania gruntu, zrozumienia pragnień i wrażliwości kobiet.

Starał się być uczynny w sposób naturalny, nie narzucający się, gdyż sam nie znosił zachowań, kiedy pod pozorem uprzejmości mężczyzna ukrywa skryte intencje. Mimo ograniczonego doświadczenia z kobietami – był żonaty tylko dwa razy, w dodatku niezbyt udanie – rozumiał znaczenie prostych i szczerych propozycji. Przy pierwszej okazji złożył ofertę:

– Idę zrobić zakupy. Może panie czegoś potrzebują?

Mimo jego starań, aptekarki odmawiały przyjęcia nawet skromnej pomocy, pod jakimkolwiek wymyślonym pozorem. Raz jednak, kiedy ponowił propozycję, starając się zachować takt i umiar, Zuzanna, drobna czarnula z włosami upiętymi w zgrabny kok, zgodziła się. Chodziło o drobiazg, serek homogenizowany „Wiosenny” oraz butelkę wody mineralnej „Duszna Góra”. Alfred uznał to za pierwszy przyczółek do nawiązania bardziej intymnej współpracy.

Odc. 24 Kultura

Nadeszła pełnia lata, gorąca i sucha. Trudno było oddychać. Ludzie przestali poruszać się po mieście. Na wszystkich padł blady strach. Wirus przeszedł kolejną mutację, nabył dodatkowe bardzo przyczepne czułki,  zwane organellami, i stał się naprawdę zjadliwy. Nastąpiły masowe zachorowania, szpitale nie były w stanie przyjmować więcej pacjentów. Alfred, a także nauczyciele – wiedział to, ponieważ często rozmawiał telefonicznie z nauczycielką filozofii i logiki – jeśli gdzieś wychodzili to do najbliższego sklepu oraz do apteki. On sam chodził tam częściej niż zawsze, czasem nawet dwukrotnie w ciągu dnia, aby odebrać zamówione leki. Mało rozmawiał z ludźmi, ale wszyscy mieli te same obawy. Zamykali się w domach jak w warowniach. Świat się skurczył, przede wszystkim rozrywki. 

Dojazdy do pracy traktowano jak rosyjską ruletkę.

– Nigdy nie wiesz, czy nie zarazisz się wirusem. W autobusach i tramwajach aż ciemno jest od niego, tyle ludzi jeździ środkami masowej komunikacji. Wskutek redukcji uposażeń, mało kto ma dziś pieniądze na benzynę – Alfred podsłuchał tn fragment rozmowy stojąc w kolejce przed apteką.

Znikły imprezy kulturalne. Koncerty muzyczne i wokalne, opera, spektakle teatralne, śpiewy chóralne i wystawy przeniosły się do radia, telewizji i Internetu. Elektroniczne media stały się schronieniem dla kultury. Czasem jakiś zespół wystąpił gdzieś na podwórku lub placu, ale i to się skończyło, bo okazało się zbyt niebezpieczne. Alfredowi najbardziej brakowało galerii malarskich. Cierpiał z tego powodu; był fanem malarstwa.

Wracając wieczorem z apteki, Alfred wspominał, jak przyjemne jest to miejsce: klimatyzacja, spokój, dużo przestrzeni, ludzi jak na lekarstwo, uprzejma obsługa. Idealizował aptekę. Oddychał w niej pełną piersią, czując zapach ziół i niezwykłą woń różnych mikstur medycznych. Patrząc na ściany ozdobione wywieszkami i plakatami, wyobraził sobie obrazy olejne w drewnianych ramach przedstawiające trzy farmaceutki pracujące za ladą. 

To nasunęło mu myśl stworzenia w aptece galerii malarstwa. Myślał o Luwrze, jako o wzorze. Luwr zwiedzał dwa razy, kilkanaście lat wcześniej. Zamarzył, aby apteka stała się kultowym miejscem kultury, na co w pełni zasługiwała. W domu Alfred odświeżył sobie pamięć odbywając po Luwrze zdalną wycieczkę z przewodnikiem. To go umocniło w przekonaniu, że idea jest jak najbardziej słuszna. Zapalił się do niej.

Odc. 25 Galeria sztuki 

W domu Alfred stworzył plan kulturowego rozwoju apteki. Przy najbliższej okazji przedstawił go Zuzannie, kierowniczce apteki. Od pierwszego spotkania wiązał z nią poważne nadzieje. Były one tak intymne, że krępował się myśleć o nich z obawy, aby czegoś nie zepsuć. Miał w pamięci dwa nieudane małżeństwa i to rujnowało mu radość myślenia o kobiecie.

Zuzanna obiecała przedstawić plan z personelowi. Następnego dnia zadzwoniła, że plan został przyjęty.

– Koleżanki powiedziały mi, że od dawna o czymś takim myślały. W warunkach poważnych zagrożeń zdrowia publicznego potrzebne jest szersze widzenie zadań apteki. To znaczy, musimy zajmować się nie tylko zdrowiem w sensie fizycznym, ale i rozwijać kondycję intelektualną i psychiczną społeczeństwa. Z tą kondycją jest niestety coraz gorzej. Ludzie cofają się w rozwoju. Rozpaczliwie potrzebują stymulacji duchowej. To ważne pole naszego działania.

Alfred zachwycił się podejściem Zuzanny. Jej rzeczowość i bezpośredniość uprościły sprawę. Od razu podjął odpowiednie kroki. Przy każdej wizycie omawiał z paniami z apteki działania niezbędne dla realizacji planu. Wymieniali się wtedy pomysłami i wzajemnie przekonywali. Sztuka malarska, a w szerszym sensie kultura, stały się jego namiętnością. Tak bardzo go to wciągnęło, że zastanawiał się nawet, czy nie zrodzi to zagrożeń dla zespołu. Bał się zbudować piramidę oczekiwań, która pod wpływem trudniejszych wydarzeń mogłaby rozsypać się, grzebiąc w gruzach nadzieje coraz bardziej zwartego zespołu.

Czekając w aptece na podejście do okienka, Alfred obserwował farmaceutki. Lubił je wszystkie, wpadły mu w oko już przy pierwszej wizycie. Zachwycała go ich świeżość i naturalność zachowań, cechy, które cenił u kobiet oraz łagodność, którą cenił najwyżej. Aptekarki uporządkował sobie według wzrostu. Był to najprostszy zabieg matematyczny, nawyk wynikający z nauczania matematyki.

Z lewej strony stanęła Zuzanna, kierowniczka apteki, najbardziej postawna z całej trójki. Nadał jej ksywę „Zuzi”; w nowym imieniu słyszał dźwięk harfy i czuł dawkę egzotyki. Druga wedle wzrostu była Aldona. Po namyśle nadał jej ksywę Smukła. Przypadło jej miejsce środkowe. Trzecia była Alti, istota o dużych ciemnych oczach. Nazwał ją Drobną Czarnulą. Co do tej ksywy miał najmniej wątpliwości. Była jej przeznaczona. Stojąc na końcu szeregu Alti nie wydała mu się niższa od koleżanek.

Ogarnął je wszystkie wzrokiem i zawstydził się. Było to właściwie zażenowanie, że wcześniej nie nazwał je Aptekareczkami. Poczuł się niezręcznie. Ekspedientki w piekarni nazwał Piekareczkami, a personelowi apteki, osobom o nieprzeciętnej wiedzy o człowieku i zdrowiu, od razu nie przyznał należnego im ciepłego imienia. Była to jego ulubiona forma zdrobnienia.

Kobiety przypominały modelki pozujące artyście-malarzowi. Alfred poczuł szybsze bicie serca i pomyślał, że powinny się rozebrać do naga jak przysłowiowa kura do rosołu. Myśl wydała mu się bezwstydna, szybko ją odrzucił. Nie była też do przyjęcia z uwagi na konserwatyzm klientów apteki. Formułował swoje myśli.

– Niektórzy klienci straciliby chęć przychodzenia tutaj, uznając to za miejsce stworzone na ich utracenie. Tak z pewnością myślałyby kobiety wysyłające do apteki swoich mężów.

Nie przeszkodziło to mimowolnemu, nie wiedział nawet kiedy to nastąpiło, rozebraniu Aptekareczek. Ich nagość zachwyciła jego artystyczną duszę. Wszystkie miały karnację o różnych odcieniach słonecznego aksamitu. Najciemniejszą miała Drobna Czarnula. Przypominała Hiszpankę z południa kraju, gdzie najsilniej operuje słońce. Alfred poczuł się jak rozpieszczany przez los młody malarz portrecista.

Odc. 26 Kompozycje

Wracając do rzeczywistości, Alfred wzrokowo ustawił aptekarki na tle ściany apteki. Za kontuarem widoczne były tylko ich ramiona, piersi i głowy. Wyobrażał sobie różne ich konfiguracje. Poszukiwał najbardziej wymownej, uwzględniając kolor, tło, oświetlenie, zróżnicowanie postaci oraz perspektywę klienta. Postanowił kontynuować te testy przy kolejnych wizytach w aptece.

Zamierzał przekonać Aptekareczki, aby przychodziły do pracy w bardziej atrakcyjnych ubiorach, podkreślających ich niepoślednią urodę.

– Chciałbym, abyście pozowały w nich artyście, który namaluje obrazy olejne dla naszej galerii aptecznej.  

Sugestię tę skierował do Zuzi, kiedy znalazł się naprzeciw niej przy okienku.

– Dlaczego olejnych? – zapytała, unosząc w górę twarz osłoniętą przyłbicą.

Alfred poczuł zapach perfum zmieszany z wonią alkoholu salicylowego, którym odkażała ręce.

– To utrwalona wieloletnią tradycją technika malarska, pozwalająca na wydobycie i utrwalenie całego piękna postaci.

Apteka Panorama w roli promotora kultury w okresie epidemii stała się dla Alfreda wyzwaniem.

– Placówki kultury nie da się zbudować od ręki. To nie jest żadne hula hop ani hip-hop -tłumaczył Erazmowi, z którym konsultował ważniejsze pomysły i przedsięwzięcia. 

Działał systematycznie i konsekwentnie. Galerię można było stworzyć tylko drogą stopniowych zmian w rozumieniu roli apteki w okresie zagrożenia wirusem. Częstsze wizyty Alfreda w aptece stały się koniecznością. Aby wypadło to naturalnie, Alfred wymyślał nowe uzasadnienia swoich wizyt. Na początku przyjął zasadę kupować mało i często. Środki dezynfekujące, maseczki i rękawiczki ochronne kupował nie więcej niż dwie sztuki jednorazowo. Wymawiał się, że nie może kupić więcej, ponieważ zapomina zabierać kartę bankową, a nie nosi przy sobie większej ilości gotówki. Były też inne uzasadnienia. A to zapomniał kupić tabletki na ból głowy, a to przyjaciel skaleczył się i pilnie potrzebował środka dezynfekującego, a to sąsiadka prosiła go o zasypkę dla wnuczka.

Przed każdą wizytą w aptece, robił sobie notatki. Studiował je w drodze do apteki przygotowując się do rozmów z Aptekareczkami. Stało się to jego pasją do tego stopnia, że zastanawiał się, czy przypadkiem swoją gorliwością nie wywoła nadmiernego niepokoju u pań z apteki. Bał się stworzenia piramidy oczekiwań, która pod wpływem jakiegoś niekorzystnego obrotu spraw mogłaby rozsypać się grzebiąc w gruzach jego wielkie nadzieje.

Na jego oczach rodził się zespół osób darzących się zaufaniem. Miało to kapitalne znaczenie dla pracy w warunkach konspiracji, gdyby zaszła taka potrzeba. Wiele wskazywało, że jest to możliwe. Telewizja od pewnego czasu informowała, że zagrożenie wirusem nie zmalało lecz urosło a kraj ogarnęła pandemia. Rząd stosował coraz silniejsze środki kontroli epidemiologicznej. Media wciąż tworzyły nowe scenariusze rozwoju wydarzeń. Jednym z nich było pojawienie się władzy autorytarnej.

– Dla kontroli zachowań społecznych w warunkach zagrożenia każda władza wykazuje skłonność do autorytaryzmu. Inaczej mówiąc, bierze społeczeństwo za mordę, aby się nie się rozbrykało w niewłaściwym kierunku. Właśnie tak. I to nie jest żart – tę prowokacyjną myśl podsunął Alfredowi kolega dziennikarz.

Alfred liczył się z wprowadzeniem stanu wyjątkowego a nawet przejęcia władzy przez wojsko. Budując zaufanie, zmierzał podświadomie w kierunku konspiracji, gdyby ten scenariusz okazał się prawdziwy. Zdolność konspiracji zamierzał osiągnąć zacieśniając więzy osobiste z Aptekareczkami. Myślał politycznie; od czegoś trzeba było zacząć.

Odc. 27 Ksywa 

Szczepienia ochronne stały się przedmiotem teorii konspiracji. Przypisywano im diaboliczne role. Pojawiły się opinie, że prowadzą do autyzmu, zmniejszają odporność na antybiotyki, powiększają obciążenia genetyczne i wpływ zanieczyszczeń powietrza na organizm. Alfred postanowił to wykorzystać. Zapytał dyżurną farmaceutkę, Serenę, o szczepienia przeciwko grypie i pneumokokom.

– Nie są one obowiązkowe, ale pożądane. Lekarze uważają je wręcz za konieczne.

Farmaceutka, umiarkowana brzydula, czasowo zastępująca Drobną Czarnulę, była krytyczna na temat rodziców, odmawiających szczepienia swoich dzieci.

– Takich ludzi należałoby wytruć. Sama bym to zrobiła, gdybym nie była aptekarką. Moją misją niestety jest nieść pomoc, a nie zabijać.

Alfred nie zareagował na jej nietypowy pogląd. Miał w tym cel; chciał przekonać aptekarkę do swoich planów.

Konspirację budował spokojnie, systematycznie i tak umiejętnie, że pewnego dnia farmaceutki uznały, że to one wystąpiły z tym pomysłem. Było mu to na rękę. Cieszył się, że znalazły się po jego stronie.

Plan rozwoju konspiracji wyłożył, jak zwykle, najpierw Erazmowi, a następnie przedstawił Zuzi.

– W razie zagrożenia kontaktujemy się potajemnie. Wrażliwe informacje i materiały przekazujemy sobie w opakowaniach leków. Wyglądałoby to tak: Przychodzę i coś kupuję, i jeśli panie w aptece mają mi do przekazania jakieś poufne informacje umieszczają je w opakowaniu leku. Z drugiej strony, jeśli to ja miałbym coś do przekazania, wkładam to do opakowania przeterminowanego leku i wrzucam do pojemnika z lekami do utylizacji. Przesyłka byłaby oznaczona. Nie musi to być nic skomplikowanego, na przykład znak „x” w lewym górnym rogu strony głównej opakowania. Nawet w pełnym świetle dnia z kilkoma klientami w aptece, nikt nie będzie w stanie niczego zauważyć. Sygnał, że mam coś do przekazania dawałbym wkładając okulary w złotej oprawce zawieszone na bordowym rzemyku.

Informacje o rozwoju kultury malarskiej w aptece i inne posunięcia powoli tworzyły wokół Alfreda atmosferę niezwykłości, a nawet tajemniczości. Widział siebie coraz wyraźniej w roli celebryty. Wyobrażał sobie, jak różne osoby i instytucje zwracają się do niego z prośbą, aby wypowiedział się publicznie w ważnej sprawie, udzielił wywiadu lub sponsorował akcję dobroczynną. Czuł, jak przechodzi z bezimiennej masy obywateli do kręgu łatwo rozpoznawanych i szanowanych.

W związku z postępującym awansem społecznym, Alfred zdecydował się porzucić pseudonim Świrus. Przed podjęciem ostatecznej decyzji, skonsultował plan z Erazmem. Czuł się z nim bezpiecznie, był gotów powierzyć mu najskrytszą tajemnicę. Przyjaciel był przewidywalny. Alfred mógł się spodziewać od niego tylko pochwały, jeśli plan był dobry, lub wyrozumiałości i pomocy, jeśli był wadliwy.

– Ksywa Świrus przylgnęła do mnie jak pijawka. Teraz, kiedy sięgam wyższych kręgów społecznych, budzi coraz więcej niedobrych skojarzeń. Zebrałem opinie czterech znanych osobistości: intelektualisty, lekarza, wyższego urzędnika państwowego oraz pewnego arystokraty. Ufam tym ludziom, wiem też, że świat ceni ich opinie. I co się okazało? Świrus kojarzy im się głównie z chorobą psychiczną, przytułkiem dla obłąkanych, szaleństwem, a nawet zboczeniami!

Alfred rozważał jeszcze ksywę Szajbus, bliską Świrusowi. Erazm odrzucił ją bez wahania, rozpoznając w niej przezwisko.

– Ta ksywa brzmi zbyt ciężko. Kojarzy się z żelazną sztabą, jaką rzucają między sobą napakowane sterydami osiłki, w celu jednoczesnego ćwiczenia siły i refleksu. Ta niby zabawka jest niezwykle niebezpieczna. Gdyby upadła takiemu kulturyście na głowę, nawet chronioną kaskiem, natychmiast zrobiłaby z niego kalekę. W przypadku uderzenia w głowę nieuzbrojoną w kask ochronny, zaprowadziłaby nieszczęśnika prosto na cmentarz.

Sytuacja Alfreda była oczywista: potrzebował pseudonimu odpowiadającego jego rosnącej pozycji społecznej. Nowy pseudonim powinien budzić podziw i respekt. Myślał nad tym w nocy. Ksywa „Ekscentryk” przyszła mu do głowy dopiero nad ranem. Od razu mu się spodobała. Alfred od razu usiadł do biurka z czystą kartką w ręku. Spisał na niej, nie bez wahania, czym będzie się kierować będąc już uznanym ekscentrykiem: być w ofensywie, zaskakiwać ludzi, nie bać się ośmieszenia, zachowywać się dojrzale a równocześnie spontanicznie, być człowiekiem niezależnym, kierować się w wyższym stopniu intuicją, w ekstremalnych sytuacjach być nieobliczalnym człowiekiem. Dla nadania pełnej powagi postanowieniu, przypieczętował je krwią. Nakłuł sobie palec i wycisnął z niego kroplę krwi. Zanurzywszy w niej końcówkę naostrzonego ołówka, podpisał się pod dokumentem. Poczuł wzniosłość chwili. Chciał podzielić się tym uczuciem z Erazmem, nie była to jednak stosowna pora. Zbliżała się godzina czwarta rano.

Odc. 28 Przemiany

Buszując po Internecie, Alfred natknął się na nowelę „Doktor Jekyll i pan Hyde” Roberta Stevensona. Słyszał o niej wcześniej, była przełomem w literaturze kryminalnej. Zafascynowała go niezwykła osobowość głównego bohatera; odpowiadał Alfredowi duchowo. Stał się dla niego symbolem i wzorcem. Myślał o nim przez pół nocy. Była to bardzo pozytywna rozrywka umysłowa. Bardzo mu jej brakowało od czasu, jak przestał uczyć w szkole. Czuł, że ta podwójna osobowość, zachowująca się inaczej w dzień i inaczej w nocy, będzie dobrze służyć jego celom.

Po obiedzie Alfreda męczył niezwykły ból głowy. Jego przyczyną mógł być posiłek zamówiony w pobliskiej restauracji. Było to właściwie jedno danie z dużą ilością duszonych grzybów. Alfred przyjął podwójną dawkę środka przeciwbólowego, potem co cztery godziny brał już normalną, rekomendowana ilość. Niewiele mu to pomogło. Kiedy kładł się spać dwie godziny przed północą, czuł się nadal źle. Była to niespokojna noc; mimo złego samopoczucie nic mu się nie śniło. Trochę tego żałował, ponieważ nie jeden raz czerpał ze snu dobre pomysły.

Rano zadzwonił do Erazma.

– A może po prostu nie zapamiętałeś snu? – Erazm usiłował oderwać przyjaciela od złych myśli.

– Stara się mnie pocieszyć. To jedyny człowiek życzliwie myślący o mnie – skwitował Alfred.

Rozmowa dobrze na niego podziałała, wkrótce uspokoił się. Siedział w fotelu, ciesząc się, że odzyskuje równowagę i dobre samopoczucie.

Październik przyniósł dwa tygodnie dni mrocznych i wilgotnych, bez odrobimy słońca, tych najobrzydliwszych, kiedy wszyscy marzą o mrozie zabijającym zarazę i smutek wiszący w powietrzu. Alfred obudził się rano z wielkim trudem, skołowany i niechętny do jakiegokolwiek działania. Zdjął nogi z łóżka na podłogę, po ciemku wciągnął kapcie na nogi, i poszedł, a raczej powlekł się do kuchni, aby napić się wody. Idąc czuł wyraźnie, że obok idzie ktoś drugi, stawiając kroki tej samej długości, w tym samym co on tempie. Pomyślał, że są tego samego wzrostu, i skojarzył to sobie ze sceną z noweli „Dr Jekyll i pan Hyde”. Po powrocie do sypialni, aby nie zapomnieć dziwnego przeżycia, od razu zapisał w kronice osobistej:

– Odkryłem w sobie drugą osobę. Zachowuje się identycznie jak ja, wygląda jak ja, ale wiem, że jest to ktoś inny. Odezwałem się do niego i ku menu zdumieniu, on mi odpowiedział. Nie musiałem nawet się przedstawiać, znał mnie już. Nazywa się Sobo. Poczułem się raźniej. Jest nas teraz dwóch w świecie rzeczywistym.

Rano sprawy nie ułożyły się dobrze. W kuchni doszło do drugiej rozmowy. Alfred i Sobo poróżnili się. Alfred uznał, że nie było to miłe przeżycie, ale też i nie tragiczne. Zaliczył to do nieporozumień, jakie zdarzają się każdemu i zanotował w pamiętniku.

– W rozmowie z Sobo poprosiłem, aby używał wobec mnie imienia Ekscentryk, ewentualnie Alfred. On jednakże uparł się, aby nazywać mnie Świrusem.

– Przywykłem do tego – odpowiedział – i nie widzę powodu, abym miał to zmieniać. Będę nazywać cię Świrusem.

Alfred przekonywał Sobo, ale odmówił. W końcu musiał zaakceptować jego dziwactwo.

W ciągu dnia z nudów lub z potrzeby chwili prowadzili konwersacje. Dla Alfreda było to dziwne uczucie, rozmawiać z samym sobą. Zastanawiał się, czy jest jakieś pojęcie matematyczne na określenie takiej sytuacji. Byłoby mu wtedy lżej na duchu. W nocy Sobo zaczepiał go kilka razy, zadając mu pytania.

– Jak się czujesz? Chyba nie śpisz. Co robisz, jak nie śpisz?

Alfred odpowiedział:

– Robię to samo co ty, czyli nie śpię. Przecież ja to ty, a ty to ja.

Następnego dnia przyszła burza, wiatr wiał szalenie. Sobo – podobnie jak Alfred – był w zmiennym nastroju. W pewnym momencie nieoczekiwanie burknął: – Odczep się. Innym razem rzucił Alfredowi jak ochłap: – Odwal się kretynie.

To go wzburzyło. Nie był przyzwyczajony do takiego traktowania. Odpowiedział Sobo:

– Nie przesadzaj! Nie udawaj pacyfisty. Nazwałeś mnie kretynem, a to znaczy, że ty też jesteś kretynem, co wynika z definicji, skoro jesteś mną, choć w innym wydaniu.

Zaczęli się kłócić. Alfred czuł, że nie chodzi o to, kto jest pierwszy a kto drugi, kto dominuje, a kto podporządkowuje się, ale o to, kto ma ostatnie słowo.

– Zupełnie jak w małżeństwie – przypomniał sobie swoje relacje z jedną i drugą żoną.

Częściej jednak Sobo reagował w sposób cywilizowany, po ludzku.

Odc. 29 Galeria 

Alfred czekał przed apteką już kilka minut. Wszedł do środka, jak tylko opuścił ją ostatni klient. Aptekareczki patrzyły się w niego z intensywnością, która na moment go onieśmieliła. Zapadło nieręczne milczenie. Przerwała je kierowniczka apteki, Zizi.

– Przestudiowaliśmy pańskie propozycje pozowania do portretów dla naszej Galerii Aptecznej. Proponujemy nazwę Galeria Tajemniczych Kobiet. Uznałyśmy, że tytuł musi zwracać uwagę. Oczywiście zgadzamy się, aby nas malowano nago ale pod jednym warunkiem. Podczas malowania będziemy miały twarze zakryte woalkami, jakie same sobie wybierzemy. Również na obrazach twarze postaci muszą być zawoalowane. Albo zmienione. My dwie jesteśmy mężatkami, natomiast Drobna Czarnula ma narzeczonego. Nie chcemy, aby mężczyźni rozpoznali nas na obrazach, bo by się wściekli. Stawiamy więc warunek, że to pan będzie nas malować. Nie chcemy innego malarza. Do pana mamy zaufanie.

Alfred nie spodziewał się tak pozytywnej reakcji. Wspomniał kiedyś, że zamierzał zostać malarzem i jeden rok studiował na wydziale malarstwa akademii stuk pięknych. Kobiety musiały to zapamiętać. Poczuł gorąco w piersi a chwilę potem w całym ciele. Starał się opanować wewnętrzne drżenie. Przez jego mózg przebiegały obrazy atelier malarskiego, nagości i pożądania.

– To podnosi na wyższy poziom intymność naszej współpracy – to była jedyna myśl, jak przyszła mu do głowy. Był tak zaskoczony, że zdołał tylko wydusić z siebie:

– Czuję się zaszczycony tą propozycją.

W domu dokładnie przemyślał słowa Zizi. Aptekareczki dawały mu wyraźny sygnał, aby kontynuował plany malarsko-wystawiennicze uzupełniając je o podtekst erotyczny. To było zachwycające. Przed jego oczami pojawiła się naga kobieta siedząca w swobodnej pozie na podwyższeniu, z udami lekko rozchylonymi i obróconymi w kierunku światła padającego z okna. Jej oczy przesłaniała przezroczysta, błękitna woalka z drobniutkimi węzełkami. Patrzyła w jego kierunku. Było to uczucie ekscytujące, a równocześnie tak pełne napięcia, że musiał natychmiast pójść do łazienki. Szybko rozebrał się, namydlił się, zmył ciało ciepłą wodą, po czym polał się szokująco zimną, aby ochłonąć.

Zapragnął porozmawiać z kimś, podzielić się ciekawymi wiadomościami i rozładować napięcie. Jedyną osobą, której mógł zaufać, był jak zwykle Erazm. Alfred zadzwonił do niego i czekał niecierpliwie dłuższą chwilę, aby usłyszeć komunikat:

– Zostaw wiadomość. Oddzwonię, jak tylko będę mógł najszybciej.

Miał chęć rzucić smartfonem o podłogę. Nagrał się, wyjaśniając jedynie, że chciałby porozmawiać na temat erotyki i perwersji seksualnych.

Telefon odezwał się blisko północy. Alfred czekał i natychmiast odebrał. Erazm bez żadnych wstępów pochwalił się, że przeszedł inicjację seksualną w czternastym roku życia.

– Od tego czasu zebrałem bogate doświadczenia. Chętnie podzielę się nimi z tobą. Perwersja jest dla mnie czymś równie powszednim jak bułka z masłem dla piekarza. Taka duża, pęknięta, o której kiedyś wspominałeś, że to twój ulubiony rodzaj pieczywa, zwłaszcza kiedy pijesz gorące kakao.

Alfred nie czekał dłużej. Nieuprzejmie przerwał przyjacielowi, aby podzielić się niezwykłą wiadomością i zadać kilka pytań.

Rozmawiając, nabrał przekonania, że Erazm jest pijany albo pod wpływem narkotyków. Nastąpiło to wtedy, kiedy Erazm powiedział coś ciepłego o uczuciach wobec mężczyzn, co zdezorientowało Alfreda. Aby nie pozostawiać wątpliwości, wyjaśnił niecierpliwie:

– Perwersja czy nie perwersja, mnie interesują tylko kobiety.

Erazm odpowiedział pytaniem:

– Czy ty wiesz, że dwadzieścia sześć procent mężczyzn i taki sam odsetek kobiet odczuwa pociąg do obydwu płci?

Po zakończonej rozmowie Alfred zrobił zapis w kronice osobistej. Opatrzył go hasłem „Poufne”. Lubił tajemnice.

Perwersję, jej naturę i uroki, odkrywał dalej, głównie rozmawiając z Erazmem. Przyjaciel miał niesamowicie bogate przeżycia erotyczne. Alfred nie od razu zorientował się, że jego wiedza pochodziła z filmów i literatury erotycznej i pornograficznej. Erazm krył się z tym. Alfred swoim zainteresowaniem otworzył rezerwuar jego wspomnień, wiedzy i wyobrażeń. Pod koniec długiej rozmowy Erazm naprowadził go na nowy trop.

– Zainteresuj się ludźmi władzy. Ci są najbardziej wyuzdani. Ich obserwacja to najłatwiejszy sposób uczenia się o zboczeniach i perwersjach.

– To dlaczego nikt o tym nie mówi?

– Bo to ryzykowna sprawa. Ci ludzie mogą sobie na to pozwolić, bo nikt im nie może podskoczyć. Mają do dyspozycji ludzi i aparat, pozwalające ukrywać największe przewinienia. Także karać a nawet niszczyć tych, którzy poznali ich tajemnice i byliby skłonni ujawnić je publicznie.

Alfred był zadowolony z rozmowy. Otrzeźwiła go. Niejedno z dotychczas niezrozumiałych zachowań ludzi na piedestale mógł teraz łatwiej sobie wytłumaczyć. Nie miał im specjalnie za złe ich seksualnych zachowań , ponieważ sam miał podobne pragnienia.

Odc. 30 Szalony dzień

W poniedziałek Alfred zastał Panoramę zamkniętą. Na drzwiach była wywieszka „Zamknięte z powodu kwarantanny”. Poczuł się nieszczęśliwy. Od czasu zakończenia pracy w szkole to było jedyne miejsce kontaktów społecznych, rozrywki i rozwoju kulturalnego. Miał żal do Aptekareczek, że go nie uprzedziły o kwarantannie lub choćby o takiej możliwości. Poczuł się zdradzony i samotny. Stracił chęć na cokolwiek, czuł się jak człowiek bezdomny, bez przyjaciół, ciepłej wody, własnego pokoju. Poprzedniego dnia słyszał, że policja zrobiła obławę na bezdomnych. To go umocniło w przekonaniu, że świat staje się nienormalny.

W drodze do domu Alfred postanowił nie poddawać się. Skoncentrował się, aby ze zdwojoną uwagą obserwować otoczenie.

– Zamknięcie apteki nie mogło być było przypadkowe – był o tym przekonany. – To tylko zwiastun głębszych zmian.

Naszły go wątpliwości, czy władze nie oszukują społeczeństwa, czy informacja o kwarantannie w aptece była prawdziwa. Martwił się o Aptekareczki.

Mijając ludzi idących chodnikiem zauważył, że są inni. Inaczej się zachowują. Niby tacy sami, a jednak odmienni. Niektórzy szli powoli głęboko zamyśleni, patrząc przed siebie niewidzącymi oczami, inni byli nadmiernie ożywieni. Nikt już nie miał na sobie maseczki ani rękawiczek ochronnych. Wiele osób jadło lody.

– To chyba jakaś nowa epidemia. Jakby nie mieli niczego innego do jedzenia. Zachowują się jak na pikniku.

Ekscentryk starał się zapamiętać obserwacje, aby je zapisać w notatniku. Zrobił to natychmiast, jak tylko znalazł się w domu.

– Społeczeństwo wyraźnie odchodzi od normalności. Prawda coraz częściej miesza się z kłamstwem. To niedobrze, bo jest to także mój świat. Przypomina mi to równania liniowe z jedną, dwiema i trzema niewiadomymi.

Myśląc o zmianach, Ekscentryk zastanawiał się, jak daleko mogą one pójść. To go natchnęło, aby przyjrzeć się przypadkowym największych szaleństw w historii świata. Intrygowali go jej bohaterowie. Nazywał ich Szajbusami. Najbardziej niesamowity był cesarz rzymski Kaligula. Był okrutnym, kapryśnym i niepohamowanym władcą; zabijał dla rozrywki. Był seksualnym dewiantem. Upojony władzą, skazywał ludzi na tortury i śmierć. Lubił przyglądać się egzekucjom i torturom podczas posiłków. Otaczał się też szalonym przepychem. Pił ocet z rozpuszczonymi perłami a swoim gościom podawał przysmaki ze złota i zatrute smakołyki, uprawiał miłość kazirodczą z własnymi siostrami; dwie z nich skazał potem na wygnanie. Obwołał siebie żywym bogiem, budował świątynie i ołtarze, gdzie kazał składać sobie wymyślne ofiary. W końcu go zamordowano. Niektórzy historycy tłumaczyli, że postępował niestandardowo, bo takie było jego otoczenie: zagrażające, niespokojne, nienormalne.

– Szaleństwo to czysto ludzka cecha – Ekscentryk przestał mieć co do tego wątpliwości.

Zadzwonił do Erazma. Nawet się nad tym nie zastanawiał, że w jego życiu nie działo się nic ważnego bez udziału Erazma.

– Przestudiował kilka przypadków szaleństwa w historii cywilizacji. Zawsze było obecne. Najbardziej zaimponował mi cesarz rzymski Kaligula, szaleniec i morderca.

Opowiadając o Kaliguli Alfred nie mógł pozbyć się poczucia, że było w nim coś fascynującego, szczególnie w jego niepohamowanym wyrażaniu własnych pragnień i uczuć. Poczuł żądło zazdrości.

Kiedy nadeszła pora obiadu, Ekscentryk nie czuł się na tyle głodny, aby przygotować sobie posiłek. Postanowił poświęcić czas rozważaniom nad upadkiem społeczeństwa. Jedna przyczyna wydała mu się szczególnie ważna: upadek zainteresowania czytaniem książek i czasopism, dyskusją and tym, co się przeczytało, i jakaś ogólna refleksja.

Musiał o tym porozmawiać. Erazm nie odpowiadał na telefon. Nie pozostało mu nic innego, jak podjąć monolog z samym sobą.

– To przyczyna degradacji duchowej i intelektualnej ludzi. Bo co my mamy dzisiaj? Czytelnictwo na poziomie trzydziestu siedmiu procent. Trzydzieści siedem procent czystego alkoholu w wódce to dobry poziom, ale nie w aktywności intelektualnej? I to przy założeniu, że te trzydzieści siedem procent to ludzie, który w ciągu roku przeczytali co najmniej jedną książkę. Co to jest książka każdy rozumie. To może być nawet broszurka słynnego Jonny Krowina „Jak nie płacić podatków i co z tego wyniknie?” Nie wiem, jak sklasyfikować poziom tego autora, bo nie ma takiego szpitala psychiatrycznego, gdzie mógłby bezkarnie głosić swoje tezy, hipotezy i antytezy. On przerasta wszystko, należy mu się w związku z tym osobna salka. Chyba będę musiał napisać w tej sprawie do ministra zdrowia.

Zgłodniawszy, Alfred udał się do kuchni. Przypomniał sobie swoich uczniów, całą klasę, której był wychowawcą. Na koniec roku dostawał od nich kwiaty. Nadal pamiętał ich upojny zapach. Był to pachnący groszek ułożony w wielki bukiet. Potem otrzymał jeszcze jeden bukiet. I jeszcze jeden. Coś mu się nie zgadzało. Wielkie bukiety pachnącego groszku pachnącego? Zaniepokoił się, nie wiedział, co o tym myśleć.

– Z groszku pachnącego nie robi się bukietów, bo to drobna i wiotka roślina – przekonywał siebie.

Coraz częściej zdarzało mu się, że w drodze do któregoś pokoju zapominał, po co tam idzie i co zamierza tam robić.

– Moja myśl skacze jak wyposzczony królik po zagonie kapusty albo małpa po gałęziach drzewa. Muszę o tym napisać w pamiętniku – postanowił i od razu zapomniał. Był świadomy, że ciągle o czymś zapomina ale nie umiał temu zaradzić.

Odc. 31 Wspomnienia

Alfred otrzymał pozew sądowy w sprawie alimentów. Wystąpiły o nie równocześnie jego dwie byłe żony. Nigdy czegoś takiego nie spodziewałby się, ponieważ kobiety nie znosiły się nawzajem. Natychmiast stracił grunt pod nogami. Przez dwa dni nie mógł oderwać się od myślenia o tym, jak źle ułożyło mu się życie z nimi. Teraz domagały się alimentów.

Na początku obydwu małżeństw nic nie zapowiadało niepowodzenia. Z pierwszą żoną, Penelopą, sprawy układały się znakomicie. Lubił rozmawiać i dyskutować na każdy temat; była oczytana i umiała słuchać. Trwało to do czasu podjęcia decyzji zakupu nowego mieszkania. To był punkt przełomowy. Zapadła mu w pamięć rozmowa na ten temat. Było to przed obiadem. Siedzieli przy stole kuchennym i pili kawę, aby rozpędzić senność chmurnego dnia. Dyskutowali sprawy wykończenia nowego mieszkania, jakie kupili zaciągając kredyt w banku, oraz datę wprowadzenia się. Poszło o rzecz nonsensowną: w jakim stopniu mieszkanie było już wykończone. Penelopa uważała, że zostało jeszcze bardzo dużo do zrobienia, on natomiast, że większość prac wykończeniowych mieli już za sobą. Miało to znaczenie dla określenia daty wprowadzenia się do mieszkania.

W pewnym momencie Penelopa stwierdziła:

– Ty, Alfredzie, masz w głowie galimatias. W ogóle nie widzisz tego mieszkania, co zostało zrobione, a co nie. Nie ogarniasz proporcji. Nie mogę mieć ci tego za złe, bo wy, mężczyźni jesteście właśnie tacy; gubicie się w szczegółach. Kobietom przychodzi łatwiej zorientowanie się w takich sprawach.

Alfred odebrał to jako oskarżenie o nienormalność. Penelopa dodała jeszcze coś, co go ostatecznie dobiło.

– Kłócisz się ze mną, bo masz słabą pamięć. Nie pamiętasz nazw ani kolorów farb do malowania ścian, ani ustawienia mebli, nie mówiąc o kolorystyce obrazów, jakie będą wisiały na tych ścianach między tymi meblami. Ja to wszystko mam w głowie, tak że lepiej nie kłóć się ze mną, bo nie wygrasz.

Alfred pomyślał wtedy, że sama jest nie bez wad lecz tego nie widzi. Rzadko kiedy miała dla niego czas. Była ciągle czymś zajęta, w firmie, gdzie była księgową, lub w domu. Czasem przypominała mu pracowitą mrówkę targającą nieprzerwanie jakiś wielki liść. Kiedy skończyli rozmawiać, Alfred wolałby, aby rozmowa z Penelopą nigdy nie miała miejsca. Przyszło mu także do głowy, że byłoby lepiej, aby nie był żonaty, bo małżeństwo nie jest instytucją stosowną dla niego, osoby niezależnej w myśleniu i działaniu. Wyznał to kiedyś Erazmowi:

– Nie jestem i nigdy nie byłem odpowiednią partią małżeńską. Kto by ze mną wytrzymał?

Myśl ta przychodziła mu nieprzypadkowo do głowy, ponieważ stały za nią pytania o to, czy w ogóle powinien się żenić. Zadawało mu je wiele osób, jego rodzice, nauczyciele w szkole, z wyjątkiem przyjaciół no i narzeczonych, późniejszych żon, Penelopy i Anabelli.

Trudności porozumienia się z żoną wychodziły na jaw także w trakcie spotkań towarzyskich. Kiedyś wyrwało mu się w rozmowie z koleżanką Penelopy, opowiadającą o obiedzie przygotowywanym na jakieś święto rodzinne:

– Mówi pani jak moja żona. Czy pani też tak rozmawia ze swoim mężem?

Kobieta udzieliła odpowiedzi bez namysłu. Alfred był przekonany, że było to przemyślane i przećwiczone.

– Ja w takich momentach odpowiadam mężowi „wrrrrr” i on przestaje mówić.

Alfred zareagował nietypowo; roześmiał się. Rzadko zdarzało mu się śmiać tak spontanicznie. Nie podobało mu się to, ponieważ nie było mu wcale do śmiechu. Śmiejąc się, zachował się jak mężczyźni nie przywiązujący wagi do tego, co ktoś mówi poważnie. Nie chciał, aby widziano go i oceniano tak samo jak innych mężczyzn uznawanych powszechnie za „normalnych”.

Żeniąc się z Anabellą miał już za sobą doświadczenia jednego małżeństwa. Był ostrożniejszy, wahał się przez pewien czas. W decyzji pewną rolę odegrała historia imienia Anabella. Według niej była to kobieta pełna uroku osobistego, pozytywnie nastawiona do życia, tolerancyjna i romantyczna. Romantyczność wiązała się możliwością niezwykłych pomysłów, wynikających z jej artystycznej duszy. Anabella miała być też uparta, niechętna do zmiany zdania.

Alfred nie brał poważnie historii imienia, dopóki nie odnalazł w niej swoich własnych obserwacji dotyczących rzeczywistej Anabelli. „Anabella sprawdza się w zawodach związanych ze sztuką i jako nauczycielka”. To ostatecznie przeważyło szalę. Sam był nauczycielem i cenił ten zawód. Pod koniec małżeństwa z Anabellą wiedział już, że druga część historii imienia była znacznie bliższa prawdy niż pierwsza.

Porzuciwszy wspomnienia przedślubne, Alfred przypomniał sobie pytanie o różnicę między małżeństwem i narzeczeństwem. Był to żart, który można było opowiedzieć każdej osobie dorosłej. Zastanawiał się nad tym chwilę.

– Teraz to już nie ma znaczenia. Dziś dzieci w szkole podstawowej mają więcej doświadczeń seksualnych niż dawniej niejeden dorosły. Piętnastoletnie dziewczynki zachodzą w ciążę.

Odpowiedź na pytanie o różnicę między małżeństwem i narzeczeństwem była prosta: stosunkowo żadna. Alfred uznał żart za banalny i niegodny uwagi. Był zły na siebie, że zajmuje się głupotami.

Odc. 32 (ostatni) Skok

Od kilku dni Alfred przeczuwał, że zdarzy się coś niezwykłego. Zadzwoniła do niego nauczycielka filozofii i etyki ze szkoły i poinformowała, że w nocy będzie widoczny na niebie superksiężyc.

– To pełnia księżyca, kiedy jest on najbliżej ziemi. Znajduje się w punkcie zwanym perigeum. Jest wtedy czternaście procent większy i trzydzieści procent jaśniejszy. Oglądaj, jeśli masz taką możliwość, bo nigdy więcej takiego księżyca nie zobaczysz. To jedyna szansa w życiu, które przecież nie trwa wiecznie.

Najdogodniejszym miejscem obserwacji superksiężyca był hotel Athabaska, mieszczący się w najwyższym budynku w mieście. Alfred pojechał tam swoim samochodem, zaparkował go na podziemnym parkingu i od razu udał się na taras na szczycie budynku. Przyjazd w to miejsce planował już od kilku tygodni. Miał wcześniej ustalony cel niezależny od oglądania superksiężyca.

Na tarasie zebrał się już niemały tłum, wszyscy czekali na niezwykły widok. Kiedy księżyc ukazał się, Alfred skierował się bezpośrednio do barierki ochronnej. Stało przy niej kilkanaście osób. Przeprosił je, aby znaleźć się na samym przodzie.

Był przygotowany. Miał na sobie odpowiednie wyposażenie. Jego zdobycie nie było proste. Takich urządzeń nie było w oficjalnej sprzedaży. Sama informacja, że coś takiego istnieje, była już cenna. Ucieszył się, kiedy na nią trafił. Zdążył jeszcze kupić specjalny spadochron. Miał szczęście, bo stronę wkrótce zlikwidowano. Kilka razy przeczytał instrukcje i sprawdził wszystkie szczegóły i mechanizmy spadochronu.

Po pokonaniu barierki rozłożył ręce, tak jak sobie wyobrażał, że skacze się do wody z wysokiej sterczącej nad oceanem skały. Był szczęśliwy, kiedy leciał w dół. Zanim skoczył, pomyślał, że są to najcenniejsze chwile jego życia. Nie był pewien, czy będzie mógł opowiedzieć tę niesamowitą historię, stanowiącą ukoronowanie wszystkich jego przeżyć, nauczycielce filozofii i logiki.

– Na pewno by się ucieszyła. Zawsze lubiła mnie słuchać.

Przed jego oczami pojawiła się na sekundę jej twarz, poważne siwe oczy i łagodny uśmiech.

– Ten skok to moje największe osiągnięcie – powiedział jej.

Skinęła tylko głową na znak zrozumienia. Tak się zapamiętał w nadzwyczajnym locie, że przestał cokolwiek czuć poza samym faktem istnienia.

Otwieranie spadochronu ustawione było na trzysta metrów nad ziemią, pełne rozwarcie czaszy nastąpiło sto metrów niżej. Alfred ustawił prawdopodobieństwo otwarcia spadochronu w położeniu 50 – 50, dając równą szansę jego otwarcia jak i nieotwarcia. Był to skomplikowany mechanizm losowy pozwalający na różne stopnie prawdopodobieństwa w zależności od ustawienia. Alfred mógł zwiększyć szansę otwarcia spadochronu zaczynając od skali 51 do 49. Nie zrobił tego.

Spadochron otworzył się mocnym szarpnięciem. Pod nim był plac z ławkami i wielkimi donicami z kwiatami. Istniała jeszcze szansa, że wyląduje na jednej z tych przeszkód. W najgorszym wypadku ryzykował złamanie nóg. Nic takiego nie nastąpiło. Odczuł tylko wstrząs lądowania na betonowej powierzchni. Złagodziło go amortyzujące obuwie. W tym momencie Alfred uznał, że wybrał słuszną drogę, ekscentryczności w najwyższym stopniu, jedynej postawy w szalonych czasach, które pierwszy przeczuł i przepowiedział.

Wstał z ziemi, pozbierał się i rozejrzał. Wokół poruszali się ludzie. Nikt nie zwrócił na niego uwagi. Usiadł na ławce i podjął decyzję. Postanowił postawić pomnik sobie, ekscentryczności i szaleństwu. Musiał być czarny i oryginalny w formie.

– Będzie to rzeźba symboliczna: upiorne oczy, zdeformowany człowiek żyjący pełnią życia, dominująca nad nim despotyczna władza oraz niosący zagładę wirus – zdecydował.

Michael (Michał) Tequila
Gdańsk, wrzesień 2020

0Shares

Broda. Opowiadanie.

Motto: Je déteste être triste. Nienawidzę być smutnym.

Admireusz Sasnal w końcu zdecydował się zapuścić brodę. Od dawna o niej marzył. Jego ideałem była broda gęsta, czarna jak smoła, imponująca wielkością. Miał ku temu stosowne warunki, gdyż natura obdarzyła go ciemną karnacją i uwłosieniem koloru sadzy.

Na początku był niepewny, jak ta broda powinna wyglądać. Nie miał doświadczeń. Decyzję o jej wyglądzie wypracowywał więc stopniowo, bez pośpiechu, dając sobie czas na przemyślenia. Musiał to być kształt oryginalny, coś bardzo osobistego, co odróżniłoby go od innych brodaczy. Dopuszczał nawet kształt perwersyjny. Był historykiem kultury i podróżnikiem i widział wielu brodatych mężczyzn. Nie brakowało mu też wyobraźni, choć ta czasem sprowadzała go na manowce. Wypominano mu to, lecz nic konkretnego z tych sugestii nigdy nie wynikło, oprócz przejściowego zachwiania jego samopoczucia i wiary w rozum bez granic.

Co do własnej brody miał na początku chyba niezbyt jasne oczekiwania.

– Jakkolwiek by ona nie wyglądała, ważne jest to, abym oglądając siebie w lustrze odczuwał radość życia a nie pragnienie rozbicia się samochodem o słup wysokiego napięcia – tak to ujął w rozmowie z Erazmem, wieloletnim przyjacielem. Rozmawiał z nim, aby umocnić się w przekonaniu, że myśli i postępuje słusznie.

Erazm był kimś wyjątkowym w jego życiu. Był wieloletnim przyjacielem, zaufanym i niezawodnym. Admireusz mógł z nim rozmawiać na dowolny temat, bez obawy, że Erazm będzie starać się narzucić mu własny punkt widzenia, lub sugerować coś, co nie leżało w interesie Admireusza. Zawsze dobrze im się rozmawiało, ponieważ reprezentowali podobny system wartości i sposób widzenia świata. Byli uczciwi wobec siebie, starali się też być obiektywni w ocenie zdarzeń, ludzi i rzeczywistości. Co najważniejsze, Erazm od lat nosił brodę, był więc nieocenionym źródłem wiedzy i refleksji nad tym, co znaczy być brodaczem.

Pragnienie Admireusza posiadania brody wyrastało z jego poczucia bycia niekochanym. Buntował się przeciwko takiemu stanowi rzeczy. Hodując brodę pragnął, aby go wreszcie zauważono, dostrzeżono w nim dobroć, czy choćby nawet poczucie humoru, cokolwiek wartościowego. I choć trochę pokochano.

Życie bez miłości i uwielbienia było dlań nieprzyjemnie odmienne w porównaniu z wczesnym dzieciństwem. Admireusz nosił w sobie te wspomnienia. Osoby bliskie, szczególnie matka i siostry, prześcigały się nawzajem, aby okazać mu miłość, oferując pieszczoty, ciepłe ciu, ciu, ciu, pa, pa, pa, gul, gul, ciumkając na przeróżne sposoby, dotykając stópek, całując w brzuszek, pieszcząc i nagradzając go na tysiące sposobów. Otrzymywał to wszystko w zamian za uśmieszek czy nieporadne gaworzenie. Wspomnieniami z okresu wczesnego dzieciństwa okresu nie dzielił się z nikim, nawet z Erazmem, tak bardzo były intymne.

W dorosłym wieku Admireusz nie doznał szczęścia w miłości. Dwie próby wspólnego życia z kobietą były nieudane, skończyły się tylko na przyjaźni. Nie rozwinęły się w prawdziwą miłość, jak oczekiwał. Od tej pory Admireusz pozostawał w jaskini samotności, marząc o kobiecie, która obdarzyłaby go prawdziwym uczuciem. Najbardziej odpowiadałaby mu jakaś forma adoracji, przypominająca choćby w odległy sposób miłość okazywaną mu w dzieciństwie przez najbliższą rodzinę, szczególnie matkę.

Kobietę uważał za istotę nieporównywalnie szlachetniejszą niż mężczyzna, choć w chronologii świata była istotą niejako wtórną, stworzoną w drugiej kolejności, z żebra Adama. Tę prostą wiarę wpoiły w niego katechetki na lekcjach religii, i tak już zostało, choć zdawał sobie sprawę, że była to tylko legenda, mit zapożyczony z przekazów biblijnych.

Adorację ze strony kobiety wyobrażał sobie w różnych formach: podziwu, respektu, nawet fascynacji. Często zastanawiał się, które z tych określeń byłoby najbardziej stosowne. Lubił o tym myśleć; sprawiało mu to przyjemność. Pilnował się jednak, aby nie pójść za daleko, nie przesadzić, nie stać się narcyzem, człowiekiem przesadnie uwielbiającym siebie samego.

– To byłby egocentryzm – tłumaczył Erazmowi, serdecznemu przyjacielowi z lat studenckich, kiedy zbierało mu się na wspomnienia.

Admireusz był wykładowcą na Uniwersytecie Humboldta, na Wydziale Antropologii Kultury, gdzie uczył historii kultury i języka hiszpańskiego. Z niepokojem myślał o tym, że proporcja osób adorujących go na uczelni mogła być zwichnięta na rzecz mężczyzn. Było to o tyle możliwe, że na wydziale studiowali głównie mężczyźni myślący o karierze dyplomatycznej, a on był cenionym i lubianym wykładowcą. Swoim niepokojem podzielił się kiedyś z Erazmem.

– Byłoby to niezdrowe. Gdyby tak się stało, ludzie mogliby utożsamiać mnie z osobami o odmiennych preferencjach seksualnych, kochających kolory i walczących o lepszy świat dla siebie.

Chciał jeszcze dodać „i lepszy świat dla potomnych”, ale uznał to za przesadę. Nie powiedział tego głośno, ale miał na myśli LGBT.

Admireuszowe pragnienie posiadania brody wzmocniło pewne zdarzenie polityczne. Było to w okresie, kiedy pomysł brody dopiero raczkował w jego głowie. Chodziło o Igora Kardanowa, który – wykorzystując słabości demokracji – podstępnie wywindował swoją partię na pozycję totalnej dominacji politycznej. Admireusz nazywał go Satrapą. Przestał używać tej nazwy publicznie, kiedy stało się to niebezpieczne. Gdyby epitet dotarł do zaufanych ludzi Kardanowa, w najlepszym przypadku Admireusz byłby oskarżony o burzenie studentów przeciwko legalnej władzy lub szerzenie anarchii i relegowany z uczelni jako persona non grata.

Admireusz pragnął brodą odróżnić się od Kardanowa, rażącego go brutalną nagością swego oblicza, obrzydliwie połyskliwego w świetle reflektorów. Jego policzki, wypełnione botoksem, gładkie, bez punktu zaczepienia dla wzroku szukającego w ludzkim obliczu szlachetności czy choćby przyzwoitości, przypominały Admireuszowi nagie dziecięce pośladki. Podobnie odrażający byli dlań ludzie z otoczenia Satrapy, wszyscy o identycznie gładkich i obleśnych obliczach jak ich pryncypał. Ich twarze, posiekane zmarszczkami żądzy władzy, wyglądające jakby wielokrotnie uderzali głowami o twardą powierzchnię, drażniły jego wrażliwość estetyczną.

– Dworzanie Satrapy to jednostki amoralne i zakłamane. Sami pozbawili się wolności, aby mówić i robić tylko to, co nakazuje im ich pan i władca – twierdził Admireusz, dzieląc się swą opinią z Erazmem, którego traktował prawie jak spowiednika.

Brodaty Admireusz nie miał łatwego życia. Jego obfity zarost nie przypadł do gustu rodzinie; w sposób bardziej lub mniej bolesny usiłowano mu ją obrzydzić. Broda Admireusza wydała się im czystym wymysłem, ponieważ jego umysł – wedle ich oceny – nie znał odpoczynku kreując zdeformowaną rzeczywistość. Narzekaniom nie było końca. Nie szczędzono mu uwag i przytyków w rodzaju „Wyglądasz zdecydowanie gorzej niż poprzednio, jak człowiek zaniedbany”, „Postarzasz się zupełnie niepotrzebnie. Mógłbyś przestać siebie i nas krzywdzić”, „Co takiego zrobiliśmy ci, abyś nas karał takim wyglądem?”

Matka Admireusza, osoba, która z miłości nadała mu to niezwykłe imię, rozpaczała najbardziej, nie szczędząc mu bezlitosnych porównań.

– Jak ty wyglądasz, synu!? Jak stary cap lub pijany żebrak spod kościoła Świętego Wawrzyńca!

Admireusz bronił się jak tylko potrafił, sięgając nawet po fałszywe argumenty.

– Golenie drażni mu skórę.  Dermatolog zalecił mi, abym przez dłuższy czas się nie golił. Nic na to nie poradzę.

W chwilach nasilenia presji rodzinnej odczuwał niechęć, czasem wręcz obrzydzenie, do siebie samego. Tym niemniej nie ustąpił.

Niewzruszonym sojusznikiem Admireusza czas pozostawał jedynie Sabir, krótkowłosy jamnik o jedwabistej, brązowej sieci i oczach przypominających lśniące guziki z masy perłowej. Broda nie tylko mu nie przeszkadzała, ale budziła w nim niezwykły entuzjazm; lizał ją przy okazji każdego zbliżenia się do twarzy swojego pana. Admireusz cieszył się tą zwierzęcą miłością, nigdy o niej nie wspominając. Raz tylko, na spotkaniu z przyjaciółmi w kawiarni, po wypiciu kilku kieliszków Cava Negra, podzielił się swymi przeżyciami.

– Wybaczcie mi, moi drodzy, że wzruszę się publicznie. Pies jest jedyną istotą kochającą człowieka bez względu na to, jak się prezentuje. Myślę o moim jamniku Sabirze, jedynym bezwarunkowym miłośniku mojej brody. Przy każdej okazji, kiedy znajdzie się w jej pobliżu, czuję się jak nastolatek obrzucany pocałunkami.

Wzruszenie nie pozwoliło mu powiedzieć więcej. Admireusz zaczerwienił się i zapatrzył w kieliszek stojący na stoliku. Po chwili doszedł do siebie. To co powiedział, nie było całkiem zrozumiałe.

– Nie mogę dalej o tym mówić, bo zapętlę się w emocjach. Jest już zresztą późna godzina. Muszę udać się do domu, aby dać odpocząć oczom, ustom, nosowi i uszom, atrybutom twarzy, bez których broda wyglądałaby jak nagi myśliwy na patelni ludożerców.

Kolejny wyjazd na Kubę odświeżył Admireusza. Jeździł tam jak tylko mógł najczęściej, aby zgłębiać kulturę kraju i doskonalić język. Wyprawiał się zawsze w marcu, kiedy temperatura powietrza w Hawanie wynosiła dwadzieścia siedem, a morza dwadzieścia cztery stopnie Celsjusza. Dziekan Wydziału Antropologii Kultury udzielał mu urlopu tym chętniej, że Admireusz wracał wzbogacony w wiedzę i doświadczenia, wydatnie podnoszące poziom nauczania.

Na Kubie Admireusz spotkał mężczyzn kultywujących tradycje słynnych Jóvenes Barbudos, Młodych Brodaczy, towarzyszy Fidela Castro. W okresie Rewolucji Kubańskiej paradowali oni publicznie w mundurach koloru zielonej oliwki bez medali i odznaczeń. Otaczała ich aura odmienności, powagi i romantyczności. Byli nietypowymi rewolucjonistami: walczyli z despotycznym Batistą, ale mimo znojnego życia i nieprzerwanej konfrontacji ze śmiercią nie pili, nie rabowali, zachowywali się wyjątkowo przyzwoicie. W czasie pobytu Admireusza na wyspie brodacze cieszyli się statusem mężczyzn przystojnych i nowoczesnych. Pod koniec pobytu myślenie Admireusza zdominowała logika historii; broda zawsze była symbolem niezależności i siły mężczyzny.

Po powrocie, Admireusz rozmawiał ze studentami o tradycjach i zwyczajach noszenia brody na Kubie. Wykazali tyle zainteresowania, że zorganizował warsztaty dyskusyjne. Ich tematem było znaczenie męskiej brody na przestrzeni wieków. Studenci poprosili go o pozostawienie im inicjatywy rozwinięcia tematu. Odpowiadało to Admireuszowi jak i władzom wydziału.

Grupa studencka podzieliła się na zespoły. Każdy z nich miał opracować i przedstawić znaczenie brody w wybranej epoce historycznej i regionie geograficznym. Prezentację zorganizowano na zasadzie spektaklu dydaktycznego, korzystając z sali i instalacji teatralnych uczelnianego Wydziału Animacji Kultury.

Temat „Broda w historii i kulturze narodów” został ogłoszony jako wydarzenie teatralne, na które zaproszono całą społeczność uczelnianą, naukowców, pracowników administracyjnych oraz studentów. Audytorium wypełniło się po brzegi.

Na początku każdego aktu pojawiał się konferansjer, aby dokonać krótkiego wprowadzenia do aktu, jaki miał się rozegrać. Chwilę po tym na scenie ukazywał się student ucharakteryzowany na historyczną postać.

Pierwsza prezentacja dotyczyła Babilonu, najstarszej cywilizacji, znanej ze źródeł pisanych, reliefów i rzeźb. Prawie wszyscy władcy Persji szczycili się posiadaniem brody. Przed widownią stawił się jak żywy nie kto inny jak sam Hammurabi, król I dynastii Babilonu, autor słynnego Kodeksu Praw, kojarzonego ze słowami „oko za oko, ząb za ząb”. Jego twarz okalała szeroka broda kształtem przypominająca szpadel, równo przycięta u dołu, spływająca ku piersi pionowymi pasmami włosów niby gęsta kurtyna. Pojawienie się Hammurabiego na scenie wywołało nieoczekiwaną reakcję. Koleżanki i koledzy z Wydziału Antropologii Kultury głośno zgadywali, kim jest aktor, wymieniając jego imię. Kiedy wybór okazał się trafny, student ukłonił się wyrażając pochwałę pod adresem zgadującego i zszedł ze sceny.

W starożytnym Egipcie noszenie brody było przywilejem zastrzeżonym wyłącznie dla wysokich rangą funkcjonariuszy państwa. Brodę zazwyczaj barwiono henną na kolor czerwono-brązowy, czasem przeplatano także złotą nicią. Na scenie ukazał się faraon z imitacją brody wykonaną z drewna i doczepioną do podbródka; była to oznaka najwyższej władzy w państwie. Nikt oprócz faraona nie miał prawa nosić takiej brody.

W Indiach broda symbolizowała mądrość i dostojeństwo. Zwyczaj jej noszenia przetrwał dzięki sadhu, wędrownym ascetom uznawanym za świętych. Sadhu, jaki pojawił się na scenie, zdobiła niezwykle obfita, czarna broda, ze śladami siwizny na krawędziach. Uzupełniały ją siwe bokobrody oraz wąsy podkręcone na końcach do góry. Brodę świętego męża dopełniały gęste włosy splecione w dredy oraz szerokie pasma kolorowej farby na czole.

W starożytnej Grecji broda była świadectwem męskości i siły. Mężczyzna bez brody oznaczał młodość i niedoświadczenie. Przedstawicielem tego okresu okazał się Sokrates. Szczyt głowy filozofa pokrywały luźne kosmyki włosów, po bokach przechodziły one w brodę ufryzowaną w loki, okalającą pełną twarz z masywnym nosem.

W średniowieczu broda była oznaką męstwa i honoru. Okres ten reprezentował Karol IV Luksemburski, ubrany w niezwykły biały, wzorzysty płaszcz, pokryty motywami dwóch czerwonodziobych, zielono upierzonych ptaków. Władca wyglądał jakby wyjęto go z ram świętego obrazu: złota korona, wyrazisty nos, czarne oczy oraz ręce złożone jak do modlitwy. Broda i wąsy były ciemnego koloru, lecz nie imponowały rozmiarem. Mężczyzna przedstawił się słowami:

– Jam jest z łaski Bożej cesarz rzymski, po wieki August, król Czech i hrabia Luksemburga.

Inscenizacja, charakteryzacja, ubiory i prezentacje teatralne okazały się tak udane, że wkrótce na Wydziale Antropologii Kultury powstał Klub Młodych Brodaczy, wzorując się na Kubie, gdzie tradycja noszenia brody rozwijała się szybciej niż uprzedzenia wobec odmienności.

Szczęście studentów nie trwało jednak długo. Po okresie rosnącej popularności, kiedy brody członków klubu nie rzucały się jeszcze nadmiernie w oczy, nastąpił kryzys. Zupełnie nieoczekiwanie pojawiła się niechęć, a wkrótce za nią wrogość wobec członków Klubu Młodych Brodaczy. Presja ze strony rodzin, władz uczelni, narzeczonych a nawet koleżanek studentów starających się wybić na samodzielność osiągnęła taki poziom, że stanęli oni przed zabójczym dylematem: pozbyć się brody lub rozwieść z uczelnią, domem rodzinnym lub miłością. Musieli ustąpić. Pocieszali się, że ich dorobek nie pójdzie całkiem w zapomnienie dzięki certyfikatom członkowskim, wspólnym zdjęciom, nagraniom video i wspomnieniom.

Dla Admireusza było to marne pocieszenie. Dociekając źródeł nienawiści do brody i jej wyznawców, doszedł do wniosku, że zainicjowały ją zrzeszenia i związki zawodowe fryzjerów oraz dystrybutorów sprzętu i akcesoriów do golenia. Nie sposób było jednak udowodnić komukolwiek podstępnych intencji.

Jesienią następnego roku, po powrocie z wakacji, Admireusz poznał nową wykładowczynię zatrudnioną na Wydziale Animacji Kultury. Zbliżyły ich wspomnienia z Kuby, gdzie Cyntia, tak miała na imię, mieszkała kilka lat z rodzicami pracującymi w konsulacie w Hawanie.

W oczach Admireusza była kobietą niezwykle urodziwą. Zauroczyła go jej obfita czupryna w kolorze płonącej miedzi. Z czasem nachodziła go okropna myśl, że bez tej ozdoby Cyntia nie byłaby w stanie wzbudzić w nim gorącego uczucia, jakim do niej zapałał. Było to już w okresie wielkiej intymności, kiedy leżąc przed nim z rozłożonymi zapraszająco udami wydawała mu się niekompletna i jakby mniej podniecająca bez rozsypanej na poduszce cudownej czupryny.

Koledzy wykładowcy widzieli w Cyntii raczej niedobory; była dla nich zbyt szczupła, wręcz chuda i chodziła dziwnie wykręcając stopy na zewnątrz.

– Potrzebujecie chyba szkieł korekcyjnych – skwitował kiedyś sceptyczne uwagi Admireusz, nie przejmując się opiniami kolegów.

Spotykali się coraz częściej. Cyntia nigdy nie wspomniała jego brody, tak jakby jej nie miał. Po pewnym czasie zaczęło to go męczyć. Pomyślał nawet – było to coś przerażającego – że byłby gotów wyzbyć się brody, jeśli miałaby ona stać się przeszkodą w ich coraz namiętniejszych relacjach.

Długo się wahał, jak wybadać Cyntię, co sądzi o jego brodzie. Zastanawiał się nad sformułowaniem samego pytania. Najbardziej naturalne byłoby zapytać w sposób otwarty, jak jej się podoba jego broda. Uznał jednak, że tak sformułowane pytanie – ze względu na łączące ich uczucia – otwierało możliwość odpowiedzi niekompletnej, wymijającej, nie całkiem uczciwej. Dlatego ostatecznie zdecydował się zapytać Cyntię wprost, czy broda jej się podoba, czy nie. Wolał bolesną pewność nad dwuznaczność, kiedy druga strona – pragnąc uniknąć powiedzenia czegoś niemiłego – nie zachowuje się całkiem szczerze. 

Po zadaniu pytania patrzył na Cyntię z niepewnością. Śledził jej twarz, gotów wyłapać najmniejszy gest, dający się zinterpretować jako życzliwy lub nieżyczliwy dla niego. Cyntia zamyśliła się dziwnie, jakby w jej głowie mieszały się różne uczucia, oczarowania i niechęci, pewności i wątpliwości. Admireusz czuł prawie fizycznie, jak przygląda mu się, ocenia jego brodę i waży na szali niezliczonych ocen, jak omiata wzrokiem jego twarz, usta, włosy. W końcu, patrząc mu w oczy, wydała wyrok:

– Admireuszu! Nie bądź dzieckiem. Jakie to ma znaczenie, co ja myślę o twej brodzie. Ważne, że tobie ona się podoba, że sprawia ci przyjemność. Żyjemy w świecie wolnych ludzi. Czy ty uzależniłbyś swoją miłość do mnie od mojej fryzury?

Michael (Michał) Tequila
Gdańsk, lipiec 2020

0Shares

Niesforny starzec. Groteska.

Radosław Bojan był postawnym mężczyzną w zaawansowanym wieku. Przyjaciele zwali go radosnym emerytem, choć taki radosny, jak im się wydawało, to on nie był. Takiej opinii była też jego rodzina. Jeden z jej członków, prosząc o nieujawnianie imienia ani nazwiska, a nawet pseudonimu, przedstawił sprawę krótko i jasno:

– Radosław to człowiek, który źle sypia, chodzi po nocy, sprawia najbliższym kłopoty, dziecinnieje, a w dodatku pije do upadłego, a potem twierdzi, że są to zioła, choć śmierdzi od niego alkoholem na odległość. Jednym słowem jest zakałą rodziny. Ponadto ma na imię Radosław. Jest to imię znienawidzone w naszym rodzie, bo w jego przeszłości, która sięga Łokietka ludzie o imieniu Radosław okazywali się pedofilami albo, nie będąc prawdziwymi księżmi, chodzili w sutannach, co prawie na jedno wychodzi.

Rodzina zmordowana wybrykami starca wywoziła go dwa razy do lasu, aby przewietrzył się, otrzeźwiał i doszedł do siebie, jak mówili, albo pozostał tam w celu upokorzenia się i śmierci głodowej, jak mówił on sam. W sumie nic się nie stało, bo w lesie Radosław za każdym razem ożywał i nabierał wigoru, przypominając sobie, że kiedyś był komandosem i to gdzie, w Maroku w Legii Cudzoziemskiej, o której z pasją opowiadał. Kiedy wracał pamięcią do wojennej przeszłości, przypominał sobie wszystkie sztuczki i chwyty wojskowe, dzięki którym wychodził z lasu obronną ręką.

Jego cudowne ocalenia nie kończyły się dobrze dla rodziny, ponieważ organizacje seniorów za każdym razem z całą bezwzględnością oskarżały ją o zaniedbania i próbę jego zabójstwa. Rodzina broniła się, wyjaśniając i tłumacząc, jak również przedstawiając dowody w postaci zdjęć, że starszy pan sam uciekał z domu do lasu z powodu utraty pamięci i tęsknoty za naturą.

– Przypominała mu się wtedy partyzantka, w której nigdy nie był. Niszczy go fatalna niepamięć, że nie powiem demencja, bo to straszny wyraz. On patrzy w lustro, pozdrawia a następnie wygania z domu człowieka, którego tam widzi – tłumaczyła synowa Radosława, mająca z nim na pieńku od czasu, kiedy powiedział, że widział ją nocą na moście z naćpanym facetem.

– Po co przyszedłeś – pytał tego w lustrze – a potem krzyczał głośno: – Nikt cię tu nie zapraszał.

– Było to w nocy – wyjaśniała synowa. – Zbiegli się sąsiedzi, zrobiła się awantura, że najpierw ktoś kogoś zaprasza, a potem jest taki niegościnny, że go wypędza.

Dochodzenie policyjne ustaliło, że były to słowa mężczyzny z lustra. Jak się okazało, był to starszy brat Radosława, tak bardzo do niego podobny, że myśliwi mówili, że to skóra ściągnięta z Radosława. W ogóle było niemiło, jak to przy każdym zbiegowisku, kiedy ludzie są spragnieni, a nie ma wódki tylko jedna wielka okazja do kłótni.

W niedziele Radosław chodził do parku miejskiego i wygłaszał tam przemówienia polityczne, w których oskarżał premiera o rozdwojony język i krzywoprzysięstwo, co można było różnie tłumaczyć, albo malował obrazy.

– Hyde Parku mu się zachciało – Mówił wtedy jego starszy brat z najwyższym oburzeniem.

Ludzie spoza rodziny Radosława byli pozytywnie nastawieni do niego.

– To dusza artystyczna – wyjaśniali – kiedy wypisywał graffiti na ścianie przystanku kolejowego, jednego z tych nowoczesnych, gdzie jest miejsca do diabła i trochę na afisze, ogłoszenia, murale i napisy.

– Takiej jałowej przestrzeni miejskiej nie można pozostawić niezagospodarowanej – mówił Radosław – i spokojnie malował graffiti. Nazywał je malunkami albo malowidłami. Raz o mało co nie wywołał wypadku. Ludzie tak się namiętnie gapili na jego malunki, uważając, że były doskonałe, że kiedy pociąg wjeżdżał na peron, w ogóle tego nie zauważyli. Maszynista gwizdał i gwizdał, lecz niewiele to pomogło. Byli tak zaślepieni sztuką muralną Radosława, że o mało co nie powpadali pod pociąg. Jeden z mężczyzn stojących na peronie spadł wówczas na szyny i złamał sobie nogę.

Był to głośny wypadek, opisywała go prasa. Nazwano go wypadkiem z psem Baskerwilów, bo na torach znalazł się także wielki dog duński, ogromnie zwierzę, który skoczył za swoim panem na szyny, prawdopodobnie dlatego, że był na smyczy. Świadkowie mówili, że z pyska ziało mu fosforem. Właściciel przyznał, że faktycznie poprzedniego dnia pies wypił mu połowę farby do malowania ścian, fosforyzującej w nocy.

Ludzie pytali, co się stało z psem. Szczególnie namolni w odpytywaniu właściciela byli ludzie z ochrony środowiska, nazywający siebie zielonymi.

– Myślałem, że pies zdechnie, ale nie. Zawiozłem go do znajomego weterynarza, gabinet był jednak nieczynny. Wtedy zawiozłem go do pogotowia ratunkowego zwierząt. Tam lekarz weterynarii obejrzał go dokładnie, popatrzył mi w oczy i zapytał, co mój pupil zjadł lub wypił. Kiedy mu powiedziałem, wydał diagnozę:

– Niech pan lepiej szykuje trumnę dla psa.

W poczekalni pogotowia ratunkowego oprócz właściciela dużego psa byli jeszcze dentysta, mechanik samochodowy i ksiądz, każdy ze swoim pupilem. Wywiązała się awantura.

– Jak może pan sugerować trumnę i pochówek dla psa jak dla człowieka? – Zapytał ksiądz przypominający cywila w sutannie, prawdopodobnie dlatego, że był nieogolony.

– A nie jest to stworzenie boże jak każdy z nas? – Weterynarz rzucił wyzwanie duchownemu patrząc mu prosto w oczy jakby chciał go wyspowiadać. Wkrótce wyszło na jaw, że był to ateista czystej wody, gdyż zaczął złorzeczyć najpierw na pojedynczych księży, potem zbiorowo na kler. Oskarżał ich o to, że nie ćwiczą żadnych sportów, tylko hodują kałduny. W końcu wspomniał coś o pedofilach. Ksiądz oburzył się, wpadł we wściekłość i uderzył go w twarz tak silnie, że weterynarz upadł. Napadnięty wstał z podłogi, wytarł z kurzu i pyłu twarz i ręce wilgotną ściereczką, którą miał w kieszeni fartucha, i hojnie mu oddał.

– Rozpoczęła się regularna bijatyka. Dobrze, że pies leżał i spokojnie przyglądał się rozgrywającym się na jego oczach dantejskim scenom nie decydując się interweniować, bo to wielkie zwierzę i byłaby jatka jak się patrzy. Nigdy by ich nie pozszywali – opowiadał potem Radosław, który jakimś cudem też tam się znalazł.

– Nie wiadomo, czy to właśnie nie on wywołał tę awanturę. Gdziekolwiek się nie znajdzie, zaraz powstają niesnaski – skarżyła się rodzina.

Sprawa bijatyki trafiła do sądu. W tym samym dniu o tej samej godzinie toczyły się tam dwie rozprawy, które zupełnie przypadkowo zazębiły się o siebie. Pierwsza dotyczyła bijatyki w poczekalni pogotowia ratunkowego zwierząt. Na drugiej miał być rozpatrywany spór miedzy parlamentarzystą a obywatelem, który nie zgadzał się z nim w sprawie wysokości funduszu walki z wtórnym analfabetyzmem i upadkiem moralnym obywateli.

Starzec Radosław dostał wezwanie do złożenia zeznań jako świadek zajścia. Sprawę miała prowadzić sędzina w zastępstwie sędziego, który w ostatniej chwili odmówił udziału w rozprawie wyjaśniając, że dosyć ma sporów, nieuczciwych weterynarzy, mechaników samochodowych, dentystów, księży i innych przebierańców.

– To wszystko oszuści – krzyczał na korytarzu, kiedy koleżanka zapytała go, dlaczego nie chce poprowadzić sprawy.

– To kto jest uczciwy według kolegi? – zapytała rzeczowo, lekko już zdenerwowana.

– Tylko politycy! – wykrzyknął sędzia. Nie wiadomo czy mówił to poważnie, czy żartował, bo twarz mu się wykrzywiła boleśnie z lewej strony, gdzie miał szpetną bliznę po ciosie nożem zadanym przez świadka, który oskarżał go o stronniczość.

Zachowanie sędziego wyprowadziło z równowagi ludzi przybyłych na rozprawę dotyczącą członka ich rodziny, który wszedł w konflikt ze znanym parlamentarzystą.

– Ten typ był pijany, wstał z rynsztoka – mówił o parlamentarzyście brat oskarżonego – i chciał nasikać do kieszeni oskarżonego w przekonaniu, że stoi przed nim pisuar. Przeklinał przy tym okropnie używając wyzwisk i wulgaryzmów.

Rozprawa w sprawie pijanego i wulgarnego parlamentarzysty stała się głośna, bo w grę wchodziła wielka polityka. Prowadzący ją sędzia zadał oskarżonemu pytanie:

– Czy nie chodzi o to, że to pan napadł na Bogu ducha winnego parlamentarzystę, zepchnął go do rynsztoka i chciał go skopać, ponieważ nie zgadzał się on z oskarżonym co do wysokości składek na fundusz walki z wtórnym analfabetyzmem i upadkiem moralnym obywateli, którzy kłamstwo uznają za prawdę, a prawdę za kłamstwo.

Na rozprawie dotyczącej bijatyki z udziałem dentysty, mechanika samochodowego, księdza z małym pieskiem i weterynarza, Radosław brał udział jako świadek zdarzenia. Zapytany, co wie o zajściu, zaczął od wyjaśnienia okoliczności swej obecności w poczekalni u weterynarza w tamtym miejscu i czasie. Zaczął bardzo rezolutnie korzystając z łaskawości sędziny, reprezentującej życzliwy stosunek do osób starszych.

– Wcześniej nie miałem tej świadomości, jakoś umknęło mojej uwadze, jak ja się tam w ogóle znalazłem. Jest to chyba kwestia pamięci, która w miarę starzenia się zaczyna chodzić własnymi drogami, niekiedy przez wertepy i bagna. A może po prostu bałem się zbudzić demony wspomnień, które drzemią we mnie?

Sędzina patrzyła na Radosława jakby zdziwiona, co zrozumiał jako zachętę do kontynuacji swoich wynurzeń. Zakończyło si to niestety orzeczeniem obrazy sądu przez Radosława i usunięciem go z sali rozpraw przez woźnego sądowego.

Radosław wyjaśniał przyjaciołom po rozprawie, że na sali sądowej zamierzał uczciwie opisać zdarzenia, w których uczestniczył, oraz własny charakter, czyli wszystko to, co jego zdaniem było istotne dla wyjaśnienia przebiegu awantury. Od razu przyznał, że nie jest ideałem. Jako przykład podał, że w dniu pierwszego września, kiedy rodzice i dzieci przygotowywali się do nowego roku szkolnego, on jakby nigdy nic pojechał na plażę San Domingo, aby popływać. Pływał daleko od brzegu, aby zaimponować plażowiczom jaki to on jest odważnym i dobrym pływakiem. Nie było to jeszcze najgorsze przewinienie. W drodze na plażę i w drodze do domu, jak i na samej plaży uważnie przyglądał się kobietom i wybierał te najbardziej ponętne.

Sędzinę to zaintrygowało, poprosiła go o przedstawienie szczegółów. Odpowiedział, że taksował je wzrokiem, jedną nawet rozebrał wizualnie.

–  Nie żałowałem tego. W ogóle zachowywałem się niesfornie, a może nawet bezczelnie. W dodatku nie robiłem tego za ich zezwoleniem, ale też z drugiej strony powstrzymałem się od dociekania szczegółów o każdej nich, pytania, ile ma lat, ile waży, jak się odżywia, co robi a czego nie robi w samotności. Nawet takie moje zachowanie nie usprawiedliwia traktowania mnie przez własną rodzinę jak wyrzutka, krnąbrnego starca a nawet zarazy. Nigdy nie powiedzieli mi tego wprost, ale wiem, że tak jest i jest to niesprawiedliwe. Dlatego mam powody, aby nie lubić mojej rodziny, ponieważ mówi i myśli o mnie  dziwne rzeczy. Przede wszystkim, o tym, jak rzekomo zachowuję się, patrząc w lustro.

Tak zakończył swoją historię Radosław Bojan, ten sam, co to dziecinniał, źle sypiał, chodził po nocy, sprawiał najbliższym kłopoty, pił do upadłego, twierdząc potem, że były to zioła, choć śmierdziało od niego alkoholem, co go rodzina dwa razy wywiozła do lasu, gdzie ożywiał, przypominał sobie, jak kiedyś był komandosem w Legii Cudzoziemskiej, i wychodził z lasu obronną ręką.

Autor: Michael Tequila
Gdańsk, 20 06 2020

0Shares

Wsteczna ewolucja. Opowiadanie fantastyczne.

 

Euzebiusz Kasyda od pewnego czasu prowadził monologi wewnętrzne. Rozmawiając ze sobą, rozmawiał z wszystkimi ludźmi. Wierzył w siłę i znaczenie takiego postępowania. Latem zaczynał wcześniej, zimą później. Zapisywał to, co mówił, aby mieć dowód, że mówił prawdę.

– Nie uwierzycie w to, co powiem. Jest godzina 4.50. Budzę się. O tej porze budzę się regularnie od miesięcy. Patrzę na budzik. Po co mi on, skoro sam się budzę z wielką punktualnością? Wyrzucam go do kosza na śmieci. Dzwoni w proteście więc go wyjmuję z kosza i przydeptuję nogą. Milknie.

Na zewnątrz kwilą ptaki. Że też nie jest im zimno! Ja w takiej sytuacji nie kwiliłbym. Dobrze, myślę. W szybie drzwi balkonowych większych niż dźwig budowlany widzę siebie. Jestem zgarbiony, ręce długie opuszczone wzdłuż boków ciała. Jest dosyć szczupłe, można by powiedzieć skąpe, nie całkiem jednak. Myślę, że człowiek jest bardziej małpopodobny niż że małpa jest człekokształtna, jak to utrzymują mieszkańcy naszego globu. Czuję coraz mocniej, że chcę być małpą. Pragnę tego, mam poważne powody.

Wczuwam się w jej postać i rolę. Myślenie idzie mi nieco wolniej. Teraz rozumiem, dlaczego małpa mówi krótko, a człowiek długo, w dodatku często łże. W miarę przeobrażania się myślę, że nie będzie źle. Myślenie we mnie nie zanika, tylko zmienia się. Jest spokojniejsze, bardziej pozytywne. Postanawiam odczłowieczyć się do końca. 

Wychodzę na środek pokoju, aby mieć więcej powietrza. Przekształcam się, ewoluuję wstecz. Bardziej się już garbię, ręce się wydłużają lecz brzuch wciąż wystaje jak piłka.

– Idzie opornie, ale dam radę. Małpa potrafi, myślę, wspominając rudych i siwych osobników rządzących wielkimi narodowymi stadami. Nie znoszę ich. Choć w części chciałbym być kimś takim. Myślę o majątku, jaki zbijają przy okazji rządzenia. Taka góra szmalu! I to wszystko dla siebie. No i ta niezwykła lojalność ludzi otaczających rządzących. Wierność aż do grobowej deski! I za co? Za poczucie siły i bezkarności, przywileje i szmal. 

– Dlaczego chcesz całkowicie zmałpieć, pytam sam siebie dla uzyskania całkowitej pewności, że nie błądzę. Źle jest ci być człowiekiem? Ostatecznie, za kilka milionów lat będziesz musiał zejść z drzewa i ucywilizować się.

– Drzew już wtedy nie będzie, odpowiadam sobie. Nie będzie zwykłej wody i zwykłego powietrza, będą tylko wielkie miasta i dwadzieścia miliardów ludzi. Będą jedli wszystko, co zielone lub się rusza. Zostaną tylko wirusy. Będzie beznadziejnie. Bez wody, lodowców, powietrza będzie susza, tajfuny, potopy, pożary i tsunami. Taki tajfun to tak ci we łbie namiesza, że hej! Trzeba będzie mieszkać na księżycu lub Marsie.

Wracam do pytania, dlaczego chcę się całkowicie odcywilizować.

– Bo człowiek to bezrozumna istota. Niszczy przyrodę i tworzy potencjał unicestwienia siebie samego.   

– Dlaczego tak sądzisz, pytam.

– Popatrz na dowolnego wielkiego przywódcę, na jego zbrodnie. Jest ich wielu. Nie chcę mieć z kimś takim nic wspólnego. Łgarz, złodziej, krzywoprzysięzca, często morderca. Taki to wymyśla sobie nawet Boga, którego kreuje na podobieństwo ludzkie, twierdząc, że jest na odwrót. Wysługuje się nim, upierając się, że on, człowiek, robi tylko to, co Bóg chce. Na szczęście Bóg jest oporny i broni się jak może. Przeważnie milczy, a niekiedy przypomina, że przyroda to nie jest wymysł, że ma swoje środki rażenia, różne choroby, epidemie, pandemie, cholery, dżumy – wyliczam i chcę uporządkować ich listę alfabetycznie. Nie! – postanawiam. Tylko nie alfabetycznie. To zbyt ludzkie. 

Godzinę później jest już jaśniej. Widzę, że nie poczyniłem wielkich postępów na drodze ewolucyjnego uwstecznienia się. Ta sama zgarbiona sylwetka, długachne łapy, wystający brzuch. No, może już trochę mniej wyraźny. To dobrze. Nos też mam już szerszy i wolniej mi się myśli; wolniej ale i swobodniej. Zauważam jeszcze włosy porastające całe ciało i trochę mniej włosów na głowie. Łysieję, myślę ze zgrozą. Nie chcę łysieć, postanawiam. Żadna małpa nie jest łysa!

Przede mną pojawia się drzewo. Wyciągam łapy przed siebie, aby uchwycić się gałęzi, wyciągnąć na całą długość, pohuśtać. A tu nic wokół. Gdzie puszcza amazońska, gdzie niezmierzona tajga? –  pytam. Nic tylko głusza. Wszystko wycięli!

– Kurwa mać – przeklinam. Myślę, że jak już całkiem zmałpieję, to zostawię sobie przekleństwa na pamiątkę. To będzie jedyny ludzki dorobek we mnie, człowieku z demobilu przekształconym w małpę, istotę pozytywną, nie niszczącą środowiska naturalnego, bez trzech tysięcy pocisków jądrowych, szowinizmu, terroryzmu, dyskryminacji, nienawiści rasowej, przewożenia wirusów z jednego kontynentu na drugi, bez gór śmieci, spalin, wyścigu szczurów i podobnych osiągnięć. 

Obmyślam hasła. Precz z demokracją, którą można manipulować. To pierwsze. Mam też dłuższe: Precz z władzą cyborgów o starczym ciele i zważonym umyśle, z wielkim brzuchem, laską, maseczką powagi na dziobie oraz sardonicznym uśmiechem w zaciszu własnego gabinetu.

Tak, bezwzględnie chcę być małpą, umacniam się w tym przekonaniu, choć nie odejdę dostatecznie daleko od człowieczeństwa, bo małpy łączy z ludźmi dziewięćdziesiąt osiem procent cech genetycznych. Mamy prawie identyczny genom. Ludzie nie lubią o tym myśleć, bo nie tak jest w Piśmie Świętym i w Kościele. Trudno się mówi, przekonuję siebie. Ewolucji, historii ani religii nie przeskoczę.

Będę natomiast rozdawać autografy. Ten zwyczaj zachowam. Zmienię imię na Kacper i będę podpisywać się lewą ręką. To zdaje się pomaga. Zyskam popularność. Będę wszystkich pozdrawiać małpim gestem, ponieważ nie podoba mi się wyciągnięte na wprost ramię. Na tym kończę, bo słabo mi się zrobiło od myślenia o człowieku.

Autor: Michael Tequila
Gdańsk, 12 06 2020

0Shares

Epidemia i sukcesja. Opowiadanie seryjne.

Odc. 1

Wirus YZ przewrócił ludziom w głowie, pozmieniał myśli i zdeformował wyobrażenia. Nie od razu oczywiście. Pierwsze dni minęły bez większych sensacji, odpływając w przeszłość spokojnie niczym oliwa z przechylonej butelki. Mało kto je zapamiętał. Zaplątani w sieci codziennego życia ludzie żyli obowiązkami: dom, dzieci, samochód lub autobus, praca, zakupy, gotowanie, sprzątanie, wyprowadzanie psa, łóżko. Czasem przeżywali jakąś drobną pieszczotę lub przekleństwo w zależności od tego, jak im się ułożyło.

Minister zdrowia ogłosił w telewizji pierwszy przypadek zakażenia wirusem YZ. Oczekiwano, że to nastąpi prędzej czy później, nie wiadomo było tylko kiedy, dokładnie gdzie i ile osób będzie dotkniętych tym nieszczęściem. Telewidzowie odetchnęli z ulgą; zakażonymi okazali się ludzie obcy. Nikt o nich wcześniej nie słyszał. Przeżywanie  nieszczęścia człowieka, którego się nie zna, mniej boli albo nie boli w ogóle. 

– Choroba wirusowa w rodzinie to co innego. – Mówili z przekonaniem. Wielu im potakiwało. 

Po pięciu dniach – trochę mniej, trochę więcej, jaka to różnica – pojawiła się w społeczeństwie niepewność. Przyczyną była niepomyślna informacja. Ktoś rozpuścił w Internecie i ludzie zaczęli to powtarzać, że wirus najpierw atakuje głowę.

– Ludzie głupieją. Nie wszyscy oczywiście. I nie w jednakowym stopniu – pocieszano się. Faktem było, że od czasu zwrócenia uwagi na to zjawisko, dało się dostrzec coraz więcej dziwnych zachowań. Ludzi zaczęli przyglądać się sobie nawzajem. 

Alfero Cantora, „Nieszczęsny Włoch”, jak nazywał sam siebie, też nie wiedział, co o tym sądzić. Inni myśleli podobnie. 

– Czy ten wirus to coś poważnego? – Zadawano pytania, rozglądając się na boki, jakby niebezpieczeństwo czaiło się gdzieś w kącie. Bardziej rzutcy obywatele wysyłali petycje o więcej informacji, najbardziej agresywni ostrzegali władze: – Lepiej nas nie straszcie!

Zanim rząd zdążył udzielić odpowiedzi, zjawiła się śmierć. Był to początek nowego etapu historii wirusa, społeczeństwa i rządu. Zmarła kobieta i mężczyzna, małżeństwo w wieku wyższym niż średni.

– Zarazili się od siebie tylko dlatego, że trzymali się za ręce, kiedy jeździli na nartach. Żadnych innych kontaktów – wyjaśniali znający ich dobrze sąsiedzi. – To było straszne. Patrzyliśmy na nich z bliska. Na początku nieznaczna gorączka, uczucie duszności, potem wymioty, drgawki i koniec.

W ciągu kilku dni statystyki zgonów znacznie wzrosły. Najpierw było to kilkanaście, wkrótce potem kilkadziesiąt osób. Rząd, dotychczas niedostrzegający lub bagatelizujący, co działo się w innych krajach, nagle się obudził.

– Ten wirus to znacznie poważniejsza sprawa niż sobie myślałem – zagaił premier Chudy otwierając posiedzenie gabinetu poświęcone sytuacji w kraju. Musimy wziąć to sobie do serca, bo inaczej może być z nami źle. Mam nadzieję, że wiecie, o co mi chodzi.

Nie musiał wyjaśniać, bo wszyscy ministrowie wiedzieli, co szef miał na myśli. Popatrzyli po sobie i odpowiedzieli jednym głosem:

– Chodzi o naszą przyszłość, naszą władzę, nasz dobrobyt.

Na posiedzeniu podjęto pierwsze kroki przeciwdziałania wirusowi. Przede wszystkim ustalono, że członkowie rządu będą przybierać poważniejszy wyrazy twarzy w trakcie wystąpień publicznych. Najgorzej było z ministrem spraw wewnętrznych; na pierwszym wystąpieniu razem z premierem i ministrem zdrowia wyglądał smutniej niż grabarz w dniu potrójnego pogrzebu.

Premier zapytał go przyczynę i upomniał.

– Nie możesz siać defetyzmu swoją twarzą. Ludziom może ona paść na umysł, a my musimy dobrze się kojarzyć. Nadchodzą ważne wybory i musimy ich do tego przygotować, wirus nie wirus. Nie może on być powodem, abyśmy cały czas byli smutni. Sprzedajemy dobre pomysły na życie, a nie trumny.

Upomnienie udzielone przez premiera zapadło ministrowi w serce. Myślał, jakby się zmienić.

Rząd zdopingował się i częściej organizował prezentacje w telewizji na temat wirusa YZ. Premier i ministrowie podawali i pokazywali liczby, mówili i przekonywali, ostrzegali i pocieszali.

– Przede wszystkim musimy myć ręce. Będziemy wam o tym przypominać. Jak na razie, to stoimy nieźle w rodzinie europejskiej. Jesteśmy nawet lepsi od innych – mówiąc to premier wypiął pierś do przodu. Guzik odpadł mu na wysokości serca. Nie przejął się tym, strzepnął tylko nitkę, aby spokojnie kontynuować.

– Nigdy nie był atletą, ale to dzielny człowiek – chwalili go zwolennicy rządu.

Minister zdrowia pokazał statystyki. Okazało się, że najstarsi obywatele mrą jak komary w upale pustynnym. Porównanie podobało się, statystyka nie. Prezentacje rządowe robiły coraz większe wrażenie. Obywatele zaczęli odczuwać strach; coraz mniej rozumieli z tego, dokąd to zmierza.

– Nie ma w tym nic dziwnego, ponieważ wielu z nas umie tylko mówić przez telefon, mało czyta, a nawet jak czyta, to mało rozumie. – wyjaśnił w telewizji socjolog. Nazywał się Jan Humana i rozumiał więcej niż inni, co się dzieje na świecie.

Ludzie mało czytający okazali się najszczęśliwsi. Przynajmniej na początku, Spotykali się, klepali po plecach, całowali. To wśród nich pojawiły się kolejne ofiary.

– Los, ślepy los, który podobno nie umie pisać ani czytać, mści się na swoich – Myślał ze współczuciem Alfero Cantora.

Rząd nie mógł sobie pozwolić na dalszą zwłokę. Ogłosił alarm antywirusowy. Odbyło się to głośno, wszyscy usłyszeli fanfary. Od tego dnia premier Chudy i najbliżsi ministrowie, uroczyście ubrani w ciemne garnitury, spotykali się codziennie z narodem przed kamerami telewizji, aby informować, co, ile, gdzie, kto i kiedy. Ponowiono zalecenia. Myć ręce. Kilka razy dziennie.

– Jak myć? – pytano, skoro w sklepach i aptekach nie ma środków do dezynfekcji, mycia, kąpieli, a czasem nawet płynu do płukania zębów.

– Wiemy o tym, zapewniał premier, i czuwamy nad tym. Szukamy dostawców, wyznaczyliśmy dwóch producentów. Jeden z nich to wielka firma państwowa. Mamy tam swoich ludzi. To daje nam pewność, że wszystko pójdzie dobrze, bo to ludzie dobrze opłacani.

Mało kto go słuchał i zastanawiał się, dlaczego powierzono produkcję środków antyseptycznych i czyszczących tylko dwom firmom, a nie tysiącu. Ludzi interesowały inne ważne sprawy.

– Jak się witać? – pytano. – A co z tymi, którzy mają protezę zamiast ręki.

Sprawa była poważna. Obywatele coraz tłumniej zbierający przed telewizorami czekali na odpowiedź. Tego dnia wszyscy patrzyli na minister kultury, dużą, postawną, powolną w ruchach kobietę z lekkim wąsem pod solidnym nosem. Minister zastanowiła się, zanim udzieliła odpowiedzi.

– Łokciami – wyjaśniła. – Ale nie obydwoma, tylko jednym.

– Podejdź do mnie – mrugnęła do ministra spraw wewnętrznych. Jak zwykle miał smutną twarz. Miał powody. Ktoś na Twitterze użył wobec niego określenia, że został obłaskawiony przez prezydenta, aby uzyskać spokój ducha. Nieco zdezorientowany podszedł do minister. Ta trąciła go łokciem w łokieć.

– Tak należy się witać – powiedziała do kamery z zachęcającym uśmiechem.

Ludziom się to podobało. Próbowali przed telewizorami. Minister kultury dłuższą chwilę myślała – jak to miała we zwyczaju, aby nie chlapnąć czegoś niepotrzebnego – po czym zapowiedziała:

– Opracujemy nowy protokół antywirusowego savoir-vivre. Jak się witać, jak żegnać, jak porozumiewać się bez słów i jak oddychać, aby nie wchłonąć wirusa. Nasz rząd dba o obywatela. Nie zapominajcie o tym – zachęciła na zakończenie. 

Odc. 2

Sprawę zagrożenia wirusem YZ ktoś musiał niepotrzebnie rozdmuchać, bo w sklepach zabrakło wszystkiego, co niezbędne do życia. Przede wszystkim artykułów spożywczych.

– Jest źle, będzie jeszcze gorzej – przekazywano sobie komunikat z ust do ust.

Panika ruszyła ulicami. Po południu tłum pchał się drzwiami i oknami do sklepów i magazynów. W nocy nastąpiły pierwsze włamania. Brano, co kto mógł. Domy pęczniały, sklepy pustoszały, tylko Wirus YZ pozostał niewzruszony.

– Jaka może być przyczyna tak szybkiego jego upowszechniania się? I dlaczego atakuje on w przede wszystkim głowę? – pytali obywatele.

Dyskusje toczyły się wszędzie, w domach, w telewizji, na ulicy. Każdy wysilał umysł, aby swoim tłumaczeniem przyczynić się do poprawy wiedzy o wirusie. Najprostsze wyjaśnienie oferowały starsze kobiety na rynku. 

– Winni są obcokrajowcy, te diabły wcielone. To oni przywlekli go z Afryki. Ten potwór jest zupełnie niepodobny do innych wirusów i bakterii. Jest kompletnie dziki. Zjada ciało zanim zauważysz, że je w ogóle miałaś.

Blady strach, jaki już wcześniej padł na naród, stał się wyraźniejszy. Sytuacja ulegała pogorszeniu. W sklepach półki straszyły pustką. Ekspedientki chowały się za ladą z obawy przed klientami, gotowymi wyładować na nich gniew na brak towaru, panoszenie się wirusa, złe samopoczucie czy nawet problemy rodzinne. Wirus stał się okazją, aby brać odwet za wszystko. Także na rządzie za to, który nie potrafił spowolnić jego przenikania do kraju.

Korzystniejsza była tylko sytuacja prezydenta. Przerwał kampanię wyborczą, aby dwojąc się i trojąc, na wiecach, spotkaniach i konferencjach, dawać ludziom dobre rady, namawiać do wstrzemięźliwości towarzyskiej. Na spotkania prezydent Lambrekin przyjeżdżał w polowym mundurze generalskim, wyglądał i przemawiał bardzo oficjalnie i przekonywująco.

– Myjcie ręce – nawoływał. To było jego stałe zawołanie.

Na spotkania z nim tłumnie stawiali się strażacy, gospodynie wiejskie, rolnicy i zespoły ludowe, ludzie spragnieni symboli władzy. Widzieli w nim majestat.

– Za mundurem panny sznurem – wzdychały starsze niewiasty patrząc z uwielbieniem na rumianą twarz prezydenta.

Jego przeciwnicy twierdzili, że wzywa ludzi do pozostawania w domu, ale sam gromadzi tłumy, narażając je na ryzyko zarażenia się wirusem. Mówili także o stałej obecności przy nim kolumny sanitarnej z lekarzami dyżurnymi, oraz o rezerwacji łóżek w szpitalu zakaźnym w pobliżu miejsc jego spotkań.

Słysząc takie oskarżenia prezydent wydymał usta i dumnie odpowiadał.

– Byłem, jestem i będę patriotą. Gotów jestem poświęcić życie dla mojej ojczyzny. Tam, gdzie chodzi o miłość do ojczyzny, koszt nie gra roli.

Nastał piątek. Dzień jak dzień, o tyle odmienny od poprzednich dni tygodnia, że zapowiedziano mróz nocą. Alfero Cantora, mężczyzna z poczuciem nieszczęścia osobistego, przeklinając dzień swoich urodzin i księdza, który nadal mu imię,  poszukiwał spirytusu do odkażania. W piątek odwiedził wszystkie sklepy alkoholowe i inne, gdziekolwiek w oknie wystawowym widać było obraz butelki, kapsla, nakrętki lub napis „Alkohol”. Nigdzie nie było spirytusu. W ostatnim sklepie alkoholowym, wielkim jak hala fabryczna, zapytał sprzedawcę:

– Kiedy będzie najbliższa dostawa spirytusu?

– Nie mam pojęcia. Nic nam nie mówią. Są braki w hurtowniach. To artykuł pierwszej potrzeby – wyjaśnienia sprzedawcy brzmiały jak reklama.

Po odwiedzeniu dwóch sklepów z alkoholem, Cantora udał się do piekarni przy ulicy Łowieckiej. Była godzina dwunasta w południe. Mimo nieudanych prób zakupu spirytusu, był nastawiony pozytywnie, że przynajmniej kupi coś rodzinie na pocieszenie.

W sklepie panowały pustki, nie licząc osamotnionych czterdziestu pszennych bułeczek dowiezionych kilka minut wcześniej. W bród było tylko ciastek i ciast, pierniczków, faworków i podobnych wyrobów.

Alfero patrzył na półki z wyrobami cukierniczymi. Przed oczami stanął mu napis „Cukrzyca”, zaraz potem wyświetlił mu się w głowie obraz gangreny i operacja amputacji nogi. Dwie ekspedientki patrzyły na niego z niepewnością na twarzy. Wzrokiem uciekały w bok w kierunku bocznych drzwi. Mężczyzna otworzył usta, aby wylać z siebie uczucia niedowierzania, niepewności i zawodu.

– To wy za to odpowiadacie. Tu nie ma niczego oprócz ciastek, czyli cukru, mąki i niezdrowego oleju palmowego. Powiem szczerze. Jestem spokojnym człowiekiem, ale wrócę jutro i jeśli nadal nie będzie chleba na półkach, to wyciągnę was zza lady i …  nie wiem, co zrobię.

Po wyjściu ze sklepu zatrzymał się, rozpiął kurtkę pod szyją, aby przewiał go chłodny wiatr. Musiał ochłonąć. Zastanawiał się, co się z nim dzieje.

– Jestem chyba nienormalny! Ten amok jest naprawdę zaraźliwy.

Obiecał sobie kontrolować swoje zachowanie, nie dać się sprowokować brakiem towaru do sklepie. Po wyjściu ze sklepu piekarniczego skierował się do sklepu mięsnego. Miał kupić kawałek świeżego mięsa. Przed wejściem przypomniał sobie polecenie:

– Indyk, wołowina, wieprzowina. Cokolwiek, byle nie wędlina czy kurczak.

W sklepie półki były puste, tylko pod szkłem szerokiej lady chłodniczej widać było kilka wędlin w kolorze filetowym. Pod ścianą stały bezczynnie trzy czarno ubrane ekspedientki.

– Dlaczego panie są ubrane na czarno? Nie obchodzimy przecież dnia żałoby czy klęski narodowej – Cantora odezwał się pojednawczo.

– Czarno widzimy przyszłość. I nie jest żart. Po trzech dniach szturmu na sklep padamy z nóg ze zmęczenia. Ludzie oszaleli i kupują wszystko, co tylko mamy. Widzi pan sam, że nie mamy już prawie nic do zaoferowania.

– A co będzie jutro?

– Otwieramy sklep o godzinie siódmej trzydzieści. Jeśli przyjdzie pan o tej godzinie i będzie mieć pan szczęście, to może uda się panu coś kupić, bo będzie kolejka.

Ekspedientka nachyliła się w kierunku klienta i dodała poufnie:

– Klienci zachowują się jak szarańcza! Widzi pan tych ludzi. Niby tacy normalni a kupują wszystko na pniu, bez zastanowienia. Niektórzy to nawet zaczynają jeść wędlinę w sklepie, jakby bali się, że ktoś im ją odbierze w drodze do domu. Ten cholerny wirus wszystkim pomieszał zmysły!

Odc. 3

Alfero wstał o świcie, aby udać się na zakupy. Na dworze panowała cisza. Każdego dnia jest coraz głębsza – pomyślał. Poprzedniego dnia pojawiła się pogłoska jakoby służby oczyszczania miasta wysyłały swoje śmieciarki po to, aby robiły hałas i utrzymywały ludzi w przekonaniu, że cisza jest złudna bo wszystko jest w porządku. W drodze po zakupy Alfero wyobraził sobie sceny głodu, same wyskakiwały mu przed oczy. W nocy spadł śnieg, na chodniku i na ulicy leżała warstwa około trzech milimetrów.

– Utrzymuje się, bo zimno. Temperatura przy ziemi jest poniżej zera – pomyślał Alfero.

Z osiedla „Rześkie Powietrze” wyjechał traktor z pługiem śnieżnym. Alfero odnotował ten fakt w pamięci.

– Będzie chyba zbierać śnieg na pamiątkę. Każdemu mieszkańcowi osiedla po garści śniegu. Niech pamiętają, że była zima.

W sklepie mięsnym przy ulicy Łowieckiej, gdzie pracują kobiety w czerni, Alfero kupił udziec indyka. Przypomniał sobie, że żona coś mu mówiła o piersiach indyczych. Kupił więc drugi kawałek mięsa.

W drodze powrotnej sprawdził, gdzie można kupić spirytus. Nigdzie. W osiedlowym sklepie alkoholowym zapytał, dlaczego nie ma spirytusu.

– Tak chciałbym się napić – wyjaśnił. Świadomie mówił teraz częściej jakby lekceważąco, dla rozładowania narastającego napięcia.

Ekspedientka, młoda ciemnooka kobieta z kokardą we włosach i dojrzałym uśmiechu na twarzy, odpowiedziała.

– Podobno ziemniaki wymarły.

– A zboże? – pyta Alfero.

– Myszy zjadły. A to, co zostało, zatruły własnym wirusem. Żeby ludzie nie mieli. Podobnie jak my one kierują się przysłowiem „Jak Kuba Bogu, tak Bóg Kubie”. Myszy też mają własny rozum, chociaż malutki.

– Malutkie rozumy to nie tylko myszy mają – z przekonaniem wyjaśnił Alfero. – To jest coś, co łączy nasz gatunek z niżej stojącymi gatunkami zwierząt. Na przykład, i my i one, znaczy się zwierzęta, jesteśmy atakowani przez wirusy.

Oboje zaśmiali się ostrożnie, bo nie wiadomo, do czego to wszystko zmierza, włącznie z poczuciem humoru.

Następnym etapem porannej wędrówki Alfero była apteka. Przed apteką stały cztery osoby. Dwie z nich, mężczyzna i kobieta, trzymały się za ręce.

– Wyraz solidarności w obliczu nieszczęścia – pomyślał Alfero. Postanawia nie myśleć o wirusie. 

Czekał na wejście do apteki. To jego ulubiona apteka. Zna wszystkie farmaceutki, a one znają jego. Ma to praktyczne znaczenie. Teraz, kiedy lekarka rodzinna wystawia receptę z dużą ilością leków, dla niego lub dla żony, bierze tylko część leków i zostawia receptę w aptece. Jest to konieczne także dlatego, że najczęściej apteka musi zamówić leki w hurtowni.  Na stanie ma zazwyczaj nie więcej niż kilka opakowań. Czekając na swoją kolejkę, przypomniał sobie, co jest ważne: zapisać sobie numer recepty oraz dzień, kiedy ją realizuje. To ważne, w razie potrzeby aptekarka może szybko odszukać receptę. Sam numer czy nazwisko nie wystarczą. 

W aptece widać zmiany i ograniczenia. Wzdłuż lady w odległości jednego metra biegnie szeroka niebieska linia. Aptekarki mają na sobie maseczki. Wyglądają jak laborantki.

– Czy są już środki antyseptyczne, płyn do mycia rąk, chusteczki i maseczki ochronne na twarz – Alfero zadaje to pytanie od ponad tygodnia.

– Nie ma.

– A kiedy będą. Tak z grubsza, w przybliżeniu.

– Nie wiemy. Premier Chudy mówił w telewizji, że jest dobre zaopatrzenie aptek, ale nie mówił o naszej.

Alfero nie lubi premiera bo nie zawsze mówił prawdę. Kiedy ją mówił, to zdarzało mu się niedopowiedzieć czegoś albo odpowiedzieć na okrągło. Na pytanie na ile dni wystarczy oddziałom zakaźnym sprzętu antyseptycznego, kombinezonów, maseczek, okularów i obuwia, premier odpowiedział: 

– Rządowe Biuro Rezerw Materiałowych intensywnie gromadzi to wszystko, aby niczego nie zabrakło. 

Odc. 4

Kiedy podejmował pieniądze w bankomacie koło supermarketu „Coccinella”, tuż obok, przed sklepem mięsnym, stała już kolejka. Nigdy nie była taka długa. Z ciekawości Alfero policzył czekających; dwadzieścia pięć osób. Wszyscy stali i gapili się bezmyślnie w przestrzeń z wyjątkiem trzech osób patrzących w smartfon. Nikt nie miał książki w ręku.

– Bo i po co? – Pytały ich niewidzące oczy i nieme twarze. Czy my czytać nie umiemy? – literacko wyobraził sobie scenę Alfero.

Kiedy sam musiał gdzieś czekać, był na to przygotowany, zawsze miał książkę ze sobą, w plecaku lub w torbie na zakupy. Dla niego czas czekania nigdy nie był stracony ani bezwartościowy. Kiedykolwiek myślał o tym, ile jest cudownych książek do przeczytania, włos mu się jeżył z rozpaczy, że nie zdąży tego zrobić. W kolejkach nadrabiał zaległości lektury. Czas oczekiwania wzbogacał jego życie. Sens życia widział w znaczącym jego przeżywaniu; czytanie czegoś wartościowego było znaczące, bezmyślne oczekiwanie – nie. Był apodyktyczny w tym względzie.

Życie kraju skupiło się wokół jednego punktu. Nic nie dyktowało rytmu życia jednostki i społeczeństwa bardziej niż Wirus YZ. Wszyscy o nim myśleli i mówili. Jego nieustępliwa ekspansja wywoływała masę informacji w mediach publicznych. Ujawniały one rozmiar ludzkich możliwości intelektualnych, od mądrości i rozwagi do głupoty i bezmyślności, od spraw ważnych do banalnych. Informacje nie płynęły równymi, dającymi się wyodrębnić strumieniami, lecz wpadały na siebie, kołowały, pędziły i zawracały, mieszając się ze sobą. Przekazy były tak skonstruowane, że często nie było wiadome, co jest prawdą a co zmyśleniem, półprawdą, ćwierćprawdą czy też prawdą niekompletną jak człowiek bez nogi, ręki lub ucha.

– Nie sposób połapać się w tym galimatiasie. Świat kołowacieje, goni jak pies za swoim ogonem – Alfero myślał o narastającym gubieniu się człowieka w wytworach własnej cywilizacji. To tylko umacniało jego determinację utrzymania się na powierzchni. 

Wieczorem w telewizji gruby rolnik z oczami wygłodniałego lisa i policzkami przekarmionego wieprzka z przejęciem opowiadał, wyobrażając sobie przyszłość, jak to pod wpływem mutującego Wirusa YZ z farm hodowlanych i gospodarstw rolnych masowo uciekają indyki, bażanty, kury, kaczki i inne ptactwo.

– Za nimi pędzi grubsza zwierzyna, krowy, świnie, konie i owce. Na miejscu pozostają tylko kozy; są odporne na wszystko. W okresach powszechnego głodu koza przeżyje karmiąc się suchą trawą, kolczastymi badylami a nawet papierem. 

– Pędzimy do lasu. Nie chcemy iść na przerób przez człowieka lub wirusa – takie komunikaty wysyłają uciekające zwierzęta – zakończył grubas.

Czy jest to prawdą, co mówi wiejski tłuścioch odnośnie przyszłości, nie jest pewne. Chyba raczej nie, choć nikt nie wie, co rzeczywiście przyniesie przyszłość. Ze zwierzętami jednak też jest coś nie w porządku. Nikt nie jest pewny, czy nie jest to wpływ Wirusa YZ – podsumował Alfero.

Przechodząc koło przystanku autobusowego Alfero zatrzymał się, aby popatrzeć na rozkład jazdy. Uczynił to odruchowo, z ciekawości, czy w czasie kryzysu jeździ znacznie mniej autobusów. Kilka kroków dalej, w bezpiecznej odległości od niego, stały dwie młode kobiety i rozmawiały. Zaczął je słuchać, ich rozmowa wydała mu się ciekawa.

– Dzisiaj psy też się leczą, proszę pani. Ja ze swoim Reksem chodziłam kiedyś do weterynarza, bo pies nie miał siły biegać, był apatyczny, nie chciał jeść. Okazało się, że miał depresję. Poszłam z nim wtedy do psychologa zwierząt i ten stwierdził, że pies musi zmienić swoje nawyki spania, jedzenia, ruchu, spacerów. Skierował mnie do behawiorysty zwierzęcego. Była to kobieta, bardzo miła zresztą. Siedziałam sobie w poczekalni, kiedy usłyszałam hałas. Jak się okazało mój Rex dostał szału. Behawiorystka nie miała pojęcia dlaczego. Mówiła tylko, że sama źle się czuje i może to udzieliło się psu. Teraz Reks chodzi już ze mną do innej behawiorystki. Dużo z nim rozmawia. Ja mogę stać obok i nic z tego nie rozumiem. Kiedy Rex wychodzi z jej gabinetu, jest bardzo zadowolony. Merda ogonem, chce mnie lizać, jakby w podziękowaniu za to, co dla niego robię. Tak sobie myślę, że dzisiaj jest łatwiej o porozumienie zwierzęcia z człowiekiem, niż człowieka z człowiekiem.

Wieczorem Alfero rozmawiał telefonicznie z przyjacielem. Spotkali się po wielu latach zagubienia w dżungli życia, która tylko wydaje się być miłą równiną pokrytą domkami, ogródkami, ulicami oraz kolorowymi fragmentami pól i lasów zdobnych wstążkami rzek i kotylionami jezior. Poruszali sprawy bieżące związane z nieszczęściem, jakie spadło na świat i kraj: malejące zatrudnienie, lawinowo rosnące problemy gospodarcze, nakazy i zakazy, co robić a czego nie robić, aby ochronić się przed wirusem.

W telewizji dominował zwarty front władzy. Premier Chudy, MinZdro, którego nazwiska nikt nie pamiętał, tak silnie kojarzyło się ze szpitalem, oraz prezydent Lambrekin, zgodnie głosili, że trzeba myć ręce i nie gromadzić się.

– To podstawa wszystkiego – przekonywali. Bez tego jesteśmy jak śnięta ryba na pustyni; leży sobie wygodnie w ciepłym piachu ale nie ma czym zaspokoić pragnienia.

Rząd wprowadził zakaz organizowania zgromadzeń, stanowiących niezdrowy choć naturalny odruch stadny u ludzi, wyższej ewolucyjnej formy rozwoju zwierząt. Z polecenia rządu zamykano wszystko, co ma drzwi i zamek lub kłódkę.

Prezydent Lambrekin – nie była to jego jedyna identyfikacja, bo różnie go nazywano, także Adadu – też to mówił, z tym, że wbrew własnym słowom sam organizował spotkania z ludźmi, aby ich przekonywać, że bez niego padną z głodu i pragnienia. Robiono mu z tego tytułu zarzuty. Nawet jego własne otoczenie zwracało mu na to uwagę.

– Wiem, że tłumaczę obywatelom, aby się nie gromadzili się w jednym miejscu, ale ja tak bardzo lubię przemawiać. Podnieca mnie to, co mówię i jak mówię. Usta mi się wtedy układają jak do pocałunku i czuję, jak się unoszę w górę. Ludzie mnie oklaskują, cokolwiek nie powiem. Kiedyś mówiłem o żarówce, coś mnie wtedy strzeliło, chyba było ciemno, i to się bardzo podobało ludziom. W dobrym stylu jest być krytycznym, wytykać błędy innym, wyzywać oponentów od łajdaków, zachęcać i gromić. Ja to robię właśnie na spotkaniach i słupki mi rosną. Czy chcielibyście, abym odszedł i abyście wy stracili pracę i przywileje? – zwrócił się go otaczających go ludzi. 

– Ależ nigdy, panie prezydencie! – krzyczeli. – Pan jest najlepszy. Nikt tak nie przewodzi narodowi jak pan! Jest pan wzorem dla nas wszystkich! Reprezentuje pan cały naród, a nie tylko partię rządzącą. Pan tu o wszystkim decyduje!

Po ostatnim zdaniu prezydent Lambrekin przerwał strumień zachwytów. Uznał, że ludzie przesadzają.

– To było niesmaczne – poskarżył się żonie po zakończonym spotkaniu.

Odc. 5

Zgodnie z oficjalnymi rozporządzeniami dotyczącymi Wirusa YZ Alfero pozostał w domu. Serce w nim skowyczało z żalu, ale postanowił trzymać je na wodzy. Znając swoje niezdyscyplinowanie założył sobie munsztuk i cugle. Obejrzał się w lustrze. Nie wyglądało to najlepiej, postanowił jednak nie załamywać się.

– Najważniejsze to skutecznie kierować sobą – zanucił starą jak świat pieśń, do której słowa napisał podobno filozof Seneka. Przerwał, jak tylko przypomniał sobie, że głos ma marniejszy od pijanej orki.

Nie mając nic lepszego do roboty, rozpoczął pisanie pamiętnika. Pisze na luzie, tak jak czuje się większość ludzi w schronach domowych, w poczuciu bezpieczeństwa czterech ścian, kuchni i ubikacji. Samotność i izolacja wpływają pozytywnie również na jego psychikę. Nie czuje się podminowany. Po pokonaniu pierwszych wątpliwości, jest czy nie jest więźniem, nie męczy go niemożność wyjścia na zewnątrz i rzucania kamieniami w psy i koty. Brak ruchu fizycznego nadrabia obserwując, co dzieje się w kraju i na świecie. Notuje swoje obserwacje.

Wniosek pierwszy: sytuacja jest dynamiczna jak na froncie, znaczy się wybuchowa. Ludzi coraz mocniej ogarnia amok, pojawiła się aberracja, życie staje się abstrakcją. Jest w nim coraz więcej sztuki, wręcz artyzmu. Rzecz w tym, że wirus wkręcił się w tryby wszystkiego, czym zajmowała się dotąd cywilizacja ludzka. W psychice, najbardziej zaniedbanej z dziedzin ludzkich zainteresowań, wirus naprawia wszystko co można, czyni to tym intensywniej, im bardziej była ona zwichrowana wcześniej.

Jest masa faktów do przeanalizowania.

Alfero analizy przeprowadza sam, czasem konsultuje ze specjalistami. Jednego odkrył niedawno. To kolega ze studiów nad istotą młodzieńczego życia z akademikiem i tanią stołówką. Teraz jest mistrzem obserwacji, specjalistą od interpretacji historii. Trzeźwość jego spojrzenia jest imponująca, przebija z łatwością mury wątpliwości, odsłania żywą prawdę.

Z historii przyjaciel ma czarny pas. Wisi na ścianie w salonie.

– Używam go tylko wtedy, kiedy mi spodnie spadają – mówi.

Oczywiście żartuje, co trzeba wyjaśnić, aby nie było wątpliwości w czasach, kiedy żart staniał. Właściwie to nikt nie chce go kupować a nawet brać bezpłatnie. Trzeba go wciskać ludziom siłą, tacy stali się poważni.

Alfero też stara się żartować, ale idzie mu nie najlepiej. Zauważył, że ludzie stracili poczucie humoru. Dobitnym przykładem jest przedwcześnie posiwiały staruszek ukazujący się w telewizji z okazji świąt narodowych i podobnych okazji, czasem bez przyczyny. To osoba czcigodna i natchniona, prowadzi wykłady na temat „W jakim kierunku należy rozwijać władzę”.

W żartach najlepszy jest prezydent Lambrekin zwany też Ubu. Różnie go nazywają. Przeważnie krótkie, czteroliterowe wyrazy, poręczne i łatwe do zapamiętania. Jego najlepszy żart jest o ludożercach, którzy zjedli pasażerów z rozbitego samolotu. Wysoko postawiony uczony, któremu Lambrekin opowiedział żart publicznie, dostał zawału serca, kiedy dowiedział się, że tylko jego ludożercy oszczędzili. To straszne – powiedział. – Wszystkich zjedli, tylko mnie oszczędzili, i to tylko dlatego, że razem z naczelnikiem plemienia uczęszczałem cztery lata na ten sam kurs polowania na lisy.

W żartach prezydent Lambrekin wyróżnia się również dlatego, że po opowiedzeniu kawału śmieje się pierwszy. Wyjaśnił dlaczego.

– Śmieję się bardzo wyraziście. Ćwiczę to w domu, znaczy się, w pałacu. Wyrazisty śmiech, szczery aż do bólu, to sygnał i zachęta do tego, aby ludzie zaczęli się śmiać. Bo czasem się nie śmieją i to mnie boli. O, tu! – pokazał na serce.

Wedle źródeł zbliżonych do sfer wyższych prezydent Lambrekin jest wybitnym przejawem wirusowych czasów – zapisał w pamiętniku Alfero.

Życie w kraju coraz bardziej staje się abstrakcją. Są jeszcze miejsca, gdzie pozostało skostniałe jak dawniej, ale to wyjątki.

– Abstrakcyjność dzisiejszego życia to pewnik – twierdzą logicy. Abstrakcja to czysty byt. Coś, co istnieje a zarazem nie istnieje. Identycznie jak atom w teorii kwantowej. Istnieje, ale nie w sposób tak konkretny i wyrazisty jak kawał mięcha, które możesz odgryźć i zjeść. Logicy i ich duchowe dzieci są niestety na wymarciu, bo świat kieruje się coraz bardziej uczuciami, a nie rozumem.

– Ależ tu chodzi o to, aby kierować się mieszanką uczuć i rozumu, a nie wyłącznie jednym lub drugim – bronią się logicy.

Nikt im nie wierzy, bo uczucia są najważniejsze. W rozum i w prawdę wierzą już tylko zboczeńcy.

– A co jest prawdą? – wołają ludzie pustynnej aberracji.

Prawdą jest fakt. Fakt to konkret, filar, znak drogowy dla wędrowcy spragnionego wody życia.

– Jaki fakt? – uparcie drążą ludzie pustynnej aberracji. I chwała im za to – myśli Alfero.

– Zwykły, ale może być też żelazny – odpowiadają logicy.

Nic nie jest w stanie zbić ich z tropu. Może tylko siwy dziadunio w telewizji, symbol władzy bezimiennej i absolutnej.

Na zachodzie bez zmian. W Wielkiej Brytanii zrobiło się ciepło. Ludzie zwani obywatelami wylegli masowo na ulice, ruszyli na place, miejsca zabaw, do galerii handlowych, aby odetchnąć świeżym powietrzem, pojeździć na wrotkach i pospadać z betonowych ramp, gdzie ćwiczą.

– Takie uderzenie o beton dobrze mi robi. Potrzeba mi wstrząsu mózgu od czasu do czasu bo inaczej życie jest nudne – wyjaśnił w telewizji młodzieniec, pseudonim Lumbago, celebryta mimo młodego wieku. Jest mistrzem w jeździe na wrotkach.

– Jeżdżę na wrotkach tylko po twardej powierzchni, poręczach, schodach i kamieniach. Mnie nawet wirus nie dogoni. Taki jestem szybki – przechwala się. Wiele osób mu wierzy, młodzież w szczególności.

Coraz więcej ludzi zachowuje się naturalnie. To są ci idący z prądem czasu.

– Idziemy tam, dokąd zmierza wirus. Wirus wychodzi na ulice, my wychodzimy razem z nim, pojawia się w parku, my razem z nim, pojawia się w centrum handlowym, tam też mu towarzyszymy. Nic nas nie wystraszy. Nikt nie będzie nam mówić, co robić a czego nie robić, ostrzegać, zakazywać.

W parku nad Tamizą wielki tłum zamienił się w chór. Dyryguje się sam, spontanicznie. Śpiewa pieśni rewolucyjne, religijne i buntownicze. Zaczyna od „Boże, chroń króla albo królową, w zależności od tego, kto jest na tronie”, następnie międzynarodową pieśń o wielkiej pożodze “My ze spalonych miast, my z głodujących wsi, my zbuntowani”. Pieśń znajduje odzwierciedlenie w podziale chóru na trzy grupy: miasto, wieś i reszta, czyli zbuntowani. 

Brytyjczycy zawsze dawali przykład inicjatywy i przedsiębiorczości.

– Kiedyś mieliśmy Imperium, wczoraj mieliśmy Brexit, dzisiaj mamy wolność konfrontacji z Wirusem YZ na wolnym powietrzu – słychać na ulicach.

Na Zachodzie bez zmian. Jest to film uwspółcześniony, pokazujący to, co żywe i znaczące. Idzie wszędzie, choć kina są pozamykane. Nie przeszkadza to niczemu, bo można go wyświetlać na murach, ścianach domów, plandekach zwisających z wielkich ciężarówek, nawet prześcieradłach. Potrzebna jest tylko taśma z nagraniem i silna latarka z przełącznikami: start, muzyka, komentarz, stop.

W Niemczech mężczyzna o wyraźnym podbródku lizał biletomat w tramwaju. Uznano go za oryginała. Podbródek miał świadczyć o jego silnej woli. Ludzie oklaskiwali go, choć sami nie zdecydowali się lizać. Pytano go, dlaczego to robi.

– Chcę upowszechnić wirusa. Kocham go. Kiedyś kochałem kobiety, potem mężczyzn, potem – co tu będę oszukiwać – sam sobie sprawiałem przyjemność. Dzisiaj kocham Wirusa YZ – powtórzył i chlasnął językiem po biletomacie, potem zrobił to samo kilkakrotnie z uchwytami do trzymania się w czasie jazdy. Mężczyzna rozglądał się, szukając wzrokiem metalowych przedmiotów w pobliżu. Nie było niczego, oprócz panelu kierowniczego, ale ten był zamknięty na kłódkę.

– Dajcie mi więcej metalu. Lubię jego chłód. Wirus trzyma się go najdłużej – wołał, ale nikt mu nie pomógł. Ludzie stali się nieczuli.

Po incydencie samotnego artysty zaczęto zastanawiać się, czy nie stworzyć listy miłośników Wirusa YZ zapisując na niej, włącznie z adresami i numerami telefonów, osoby wyróżniające się sposobem myślenia i zachowania w stosunku do wirusa. Reakcja społeczeństwa była pozytywna. Pojawiło się wezwanie, aby rząd stworzył fundusz poparcia dla kulturalnych inicjatyw społecznych wyłaniających się w okresie wielkich epidemii. W Internecie zbierane są podpisy.

Odc. 6

W kraju rodzi się nowa fala aktywności społecznej pod hasłem „Naprzód mimo wirusa”. Rzecz jest poważna. Okazuje się, że wirus jest bez znaczenia w sprawach najważniejszych. W telewizji publicznej znowu ukazał się siwy człowiek. Może nawet był to jego duch, bo wyglądał raczej smutno. Różnie go nazywają: Namiestnik, Dobroczyńca, Kurdu. On sam nie wypowiada się, czy te ksywy mu się podobają czy nie, więc ludzie się tylko domyślają. Jedni mówią, że tak, inni że nie, Inni zadają pytanie: Czy to takie ważne?

Na ekranie telewizora Namiestnik miał przylizane włosy. Na świeżym powietrzu widziano go z bardziej rozwichrzonymi. Ręce trzymał splecione ze sobą, aby nie rozbiegły się po stole. Prawą dłoń unosił od czasu do czasu do góry, powolutku, prawdopodobnie po to, aby nią walnąć w razie potrzeby i zaskoczyć wszystkich. Obywatele lubią  mocne gesty. Mówił powoli. Stwarzał wrażenie, że nie jest mu łatwo myśleć, ale jeszcze ciężej jest nie myśleć. Mówił o wybieraniu i to już niedługo bo w maju. Alfero domyśla się, że prawdopodobnie chodziło mu o wybór dobra nad złem. Nie był jednak tego pewny. Tak czy inaczej starszy pan zachęcał do udziału w jakichś wyborach. W końcu przemówienia rzucił hasło. Było mocne, choć wypowiedziane nieco słabowitym głosem. Był chyba głodny; w każdym razie nie wyglądał na przejedzonego.

– Idźcie na wybory. Macie szansę wybrać najlepszego kandydata dla kraju a równocześnie koronawirusa dla siebie i dla rodziny. To niezwykła okazja. Ja sam nie pójdę głosować, bo urnę wyborczą na jeden głos przywiozą mi do domu. Mam skromne wymagania, a chodzić specjalnie nie lubię. W życiu już dosyć się nachodziłem. Mam swoje lata i nie przesadzam, zwłaszcza że obecnie nie wolno wychodzić z domu.

Ludzie bardzo go podziwiają za jego pomysły i inicjatywy. Klika lat wcześniej zaczął wskrzeszać postępową organizację społeczną „Folwark Zwierzęcy im. George’a Orwella”. Podobno idzie mu nieźle.

W czasie wystąpienia telewizyjnego Namiestnik zachęcał do odważnych działań powołując się na prawa wyższego rzędu. 

– Postępujcie zgodnie z rozrządzeniami rządu, podkreślił, bo prawo jest najważniejsze. Sam te rozporządzenia redagowałem, więc wiem najlepiej, co dobre, a co złe. Jestem osobą głęboko wierzącą. Możecie mi więc wierzyć. W końcu chodzi o wybór najlepszego kandydata. Jest ich wielu, ale tylko jeden jest najlepszy. Sami musicie się domyślić, który to jest i jak wygląda. Ja też nie wiem, domyślam się tylko, że to może być ten rumiany na twarzy i rozważnie żonaty. Rumieńce na policzkach i piękna żona to dzisiaj majątek. Rzucam więc hasło „ Idźcie i wybierzcie”. Taka jest logika czasu, że musimy głosować mimo zakazu gromadzenia się, a nawet wychodzenia z domu. Nie musicie się martwić, że popełniacie grzech. Znam pewnego bardzo wpływowego księdza, to za niewielką opłatą zwolni was od winy. Może nawet zrobi to za darmo, jak z nim pogadam. To mój kolega z seminarium duchownego. Znaczy się, ja tam nie studiowałem, ale byłem raz na korytarzu i tam go poznałem. Siedział samotnie przy stoliku pod palmą i pił kawę, więc się przysiadłem, aby nie było mu smutno. 

Namiestnik długo jeszcze przemawiał. Wydobywał z siebie ciepły usypiający głos. Zrobiło się późno, ludzi poczuli się szczęśliwi, bo ich usypiał. Chyba to dostrzegł, bo zdecydował się zakończyć wystąpienie. Złożył obietnicę.

– Będę występować w telewizji w programie wieczornym, aby was uspokajać, że w dobie panoszącego się wirusa wszystko jest dobrze, a będzie jeszcze lepiej. Będę też zachęcać was do chodzenia do kościoła i głosowania, ale tylko w słusznej sprawie. Nie gromadźcie się w żadnym miejscu w liczbie większej niż jeden, bo to niebezpieczne, oczywiście z wyjątkiem urn wyborczych. Wyraz „urna” brzmi dobrze i dobrze się kojarzy. 

Po pokrzepieniu się kilkoma łykami wody, namiestnik przyśpieszył.

– Czuję w sobie misjonarskiego ducha. To rodzinne. To nawoływanie do czynienia dobra. Mój dziadek był taki, moja babka była taka, cała moja rodzina była taka. W przyszłości, oprócz przekazywania treści patriotycznych i religijnych, będę też mówić o zasadach, jak dobrze i mądrze żyć. Najlepiej za państwowe pieniądze, bo wiadomo, że jest to pieniądz czysty, a nie z pralni brudnych pieniędzy. Ludzie lubią mnie słuchać, bo mówię o sprawach ważnych, o kraju mlekiem i miodem płynącym. Nie to, co mój poprzednik, ten burak, złodziej i cham. Wybaczcie mi, że się uniosłem, ale to w słusznej sprawie.

Odc. 7

W telewizji trwały debaty. Stała się ona centrum wymiany poglądów w czasach wielkiej zarazy i samotności. Uwaga społeczeństwa zawisła na ustach analityków, doradców i ekspertów, od których oczekiwano odpowiedzi na trudne pytania: – Co dalej? Jak rozumieć to, co się dzieje? Dokąd zmierzamy?

W budynkach stacji telewizyjnych co chwila pojawiali się eksperci od spraw wirusa, zdrowia, gospodarki, religii, filozofii, a nawet sztucznego mózgu zdolnego do gry w pokera za małe pieniądze. Korytarzami przewalały się tłumy wchodzących i wychodzących ekspertów, wśród których zdarzali się nawet prorocy i zbawiciele. Zapraszano tylko największe autorytety.

– Magister u nas nic już nie znaczy. Zapraszamy od doktora nauk wzwyż– wyjaśniała przed kamerą reporterka telewizyjna.

W pomieszczeniach stacji telewizyjnych panowały prawdziwe upały mimo chłodu na zewnątrz. Na początku podejrzewano o sabotaż palaczy kotłowni, którzy czuli się pokrzywdzeni, ponieważ mówiąc o wirusie nikt nie wspomniał o nich nawet marnym słowem.

– A przecież mamy swoją godność – argumentowali, myśląc o pracy z szuflą i węglem.

Dochodzenie wykazało, że przyczyną wysokiej temperatury były kamery telewizyjne grzejące się od ciągłej pracy.

– U nas wirus nie ma najmniejszej szansy, w tym upale zdechłby jak marny robak – żartował operator kamery telewizyjnej, stojący na stanowisku pracy trzeci dzień z kolei z powodu choroby zmiennika. Były to tylko pozory łagodności; w jego otwartych ustach ukazały się kły wściekłości.

Alfero oglądał telewizję w ograniczonym zakresie. Szybko przesuwające się obrazy, reklamy, dwa rzędy pasków informacyjnych, słowa osób biorących udział w dyskusjach na temat wirusa, cały ten szum medialny tak działał mu na nerwy, że drżały mu nogi i rwały się, aby komuś dokopać.

Były też inne przyczyny. Zdenerwowało go pokazanie w telewizji filozofa, historyka idei, i pytanie go o sprawy gospodarcze, o wpływ wirusa na gospodarkę i społeczeństwo. Profesorowi, żyjącemu od lat na odludziu w lesie razem z trzema psami i dwoma kotami, dano do rozwiązania węzeł gordyjski tematów zjadliwych jak kłębowisko żmij.

– Przydałby mi się Aleksander Wielki, aby rozciął ten węzeł – nerwowo myślał profesor zanim podjął wyjaśnienia, jakie przyszły mu przypadkiem do głowy. Wiedział, że nikogo nimi nie przekona, musiał jednak ratować honor własny, profesury i osób żyjących na uboczu. Nic nie powiedzieć albo przyznać się, że niewiele wie na obcy mu temat uznał za niedopuszczalne.

– Nie tędy droga – wołali zdegustowani widzowie i słuchacze.

Alfero słyszał ich głosy i postanowił zrobić coś w tej sprawie. Czuł, że ma wiele do zaoferowania ze swojej wiedzy i przemyśleń.

W rozmowie telefonicznej z Erazmem, szczęśliwie odnalezionym kolegą z okresu studiów nad człowieczeństwem wspieranym tanią stołówką studencką i akademikiem, Alfero poruszył sprawę wiedzy i charakteru. Mówił z przekonaniem, stwarzając wrażenie człowieka porażonego pasją dobroczynnego dokształcania społeczeństwa.

– Nocą miałem sen. To wtedy przyszło do mnie natchnienie. Śniło mi się, że stoję na wysokim słupie, tym samym, z którego w starożytności przemawiał Szymon Słupnik Starszy. Ten słup mnie zmotywował. Przychodzili pod niego pielgrzymi z Arabii, Persji i Rzymu, aby słuchać kazań Szymona i prosić go o nauki, rady i modlitwę wstawienniczą. Z wysokości tego wspaniałego obiektu dojrzałem sekwencję spraw  najważniejszych w dobie wielkich zagrożeń. Nazwałem ją świętą trójcą współczesnego człowieka. Są to: Wirus YZ, wisząca nad nami recesja gospodarcza oraz sukcesja władzy.

– Wirus i jego zabójcza siła to wielka tragedia – kontynuował Alfero – ale przeminie ona dosyć szybko. To kwestia tygodni, może miesiąca lub dwóch. A nawet jeśli nie przeminie całkowicie, to osłabi się znacząco. Wtedy, nawet wcześniej, pojawi się coś straszniejszego i długofalowego, co nie zniknie po kilku tygodniach. Będzie to recesja gospodarcza na niespotykaną skalę, bankructwo tysięcy firm, utrata dochodów przez miliony ludzi. W odróżnieniu od wirusa, kiedy śmierć jednego człowieka nie pociąga za sobą śmierci innego człowieka, w recesji gospodarczej upadek jednej firmy pociąga za sobą fatalne konsekwencje dla wielu podmiotów: pracowników, którzy wylądują na bruku, dostawców, którym bankrut nie zapłaci długów, skarbu państw, do którego nie trafią podatki, banki – którym upadła firma nie zwróci pożyczonych pieniędzy. To jeden wielki strumień wzajemnie powiązanych nieszczęść.

Wypowiedź wyczerpała Alfero; nie miał już chęci rozwodzić się nad trzecim wyzwaniem – sukcesją władzy; jaka będzie następna władza.

– Recesja gospodarcza oznaczać będzie wielki kryzys społeczny. Także polityczny. Co stanie się z obecnie rządzącymi partiami i ludźmi, to wielki temat.

Alfero czuł w sobie ogień niegłębionych pragnień ulepszenia świata. Pomyślał, że jest to ten sam żywioł, jaki trawi Namiestnika.

– Mamy chyba podobne paleniska i korzystamy w podobnego paliwa. Nie mogę jednak porównywać się z tym niezwykłym człowiekiem. On działa na nieporównywalnie większa skalę, pociągając sznurki sterujące ludźmi władzy. Ja tylko myślę, piszę i wygłaszam poglądy. Jeśli chodzi o sznurki, to mogę jedynie pociągać w pamięci za linkę w do spuszczania wody w zdezelowanej kolejowej toalecie.

Prymitywna toaleta przypomniała Alfero jego młodość w latach sojuszu robotniczo-chłopskiego i partii stanowiącej przewodnią siłę narodu. Były to zjawiska równie naturalne jak krzyżówka dwugarbnego wielbłąda z odporną na mrozy jabłonką wielkiego Iwana Miczurina.

Odc. 8

W okresie nasilającej się epidemii wirusa Alfero chętnie przedstawiał swoje poglądy na ten temat. Jego przemówienia miały charakter wizji.

– Przewiduję, drodzy obywatele, kobiety, mężczyźni i wy, trzecia kategorio osób nieokreślonych, rozproszonych i zagubionych, że staniemy przed kolejnymi wielkimi wyzwaniami. Każde z nich będzie miało kształt drzewka, na którym będzie można zawieszać owoce lub robaki, które będą je żarły. Drzewkami opiekować się będą fenomeni.

Nie było łatwo domyśleć się, co miał na myśli. Podejrzewano, że wysłał go rząd dla zmylenia przeciwnika politycznego. Coś w tym jednak było, ponieważ rzeczywiście pojawili się fenomeni. Pierwszym okazał się Namiestnik Kurdu. Jego zwolennicy okrzyknęli go jasnowidzem. On jeden bezbłędnie typował, co się stanie, kto wygra, a kto przegra, kto zostanie aresztowany, a kto wyróżniony kosmiczną pensją lub astronomiczną odprawą już po czterech miesiącach pracy. To robiło mu renomę i przyciągało do niego rzesze ludzi ambitnych pragnących realizować przyśpieszoną karierę zawodową i zasłużyć się dla kraju.

Namiestnik śnił się ludziom po nocach. Widziano go, siwego, dojrzałego męża,  idącego równym krokiem przez pola, łąki i lasy do celu, który tylko jemu był znany. Nazywano go Feniksem wyrosłym z popiołów oraz pomnikiem jeszcze nie zbudowanym a już widocznym na horyzoncie. Pisano na jego cześć poezje, wygłaszano hymny pochwalne, organizowano festyny. Kluby wioślarzy chwaliły go za to, że umie płynąć pod prąd, a krajowe zrzeszenie grabarzy, że zmierza do celu po trupach.

– Nie widzimy w tym nic specjalnego – twierdzili spokojnie, kiedy zwykli ludzie oburzali się na deptanie świętości. – Nieboszczyk nie przedstawia wartości materialnej ani finansowej, co najwyżej wartość uczuciową.

Psychiatrzy i psychologowie z kolei dostrzegli w Namiestniku autentyczny talent wyzwalania ludzi od bólu, niepokoju i gniewu. Cytowano jego słowa:

– Nie powodzi ci się dobrze, nie dorobiłeś się domu czy dużego samochodu, jesteś alkoholikiem, to może to tylko znaczyć, że ktoś jest za to odpowiedzialny i ja pomogę ci go znaleźć.

Przenosząc niezadowolenie za swoją sytuację na innych ludzi Namiestnik uwalniał obywateli z bólu i niepokoju. Całowano go za to po rękach, szczególnie ludzie prości i wierzący w cuda. W małych miejscowościach i na wsiach mieszkańcy chłonęli słowa Namiestnika jak pożywienie.

–  Jego święte słowa to nasz pokarm, odżywiamy się nimi. Im więcej mówi, tym lepiej, bo mniej wydajemy w sklepie. Zawsze to taniej. No i wygodniej w czasach tego cholernego wirusa.

– A co pan sądzi o poglądach Namiestnika? – zapytano kiedyś zwolennika Namiestnika.

– Czy ja muszę coś sądzić w ogóle? Wystarczy, że go słucham. To nasz guru, prorok i źródło mądrości. Wystarczy, że on myśli za nas. Ktoś to musi robić.

W telewizji wystąpił premier Chudy i też chwalił Namiestnika. Ktoś podpatrzył, że nosił jego medalion na piersiach i całował w wolnych chwilach. Zapytany o to, odpowiedział z przekonaniem.

– Inni czytaj książki, a ja całuję medalion. Namiestnik to także mój dobroczyńca.

Pytany o ilość testów przeprowadzanych na Wirusa YZ i ich wpływ na statystyki, wyjaśniał.

– Sprawa testów i statystyk zachorowań jest złożona, piekielnie złożona. Nie każdy prosty umysł to pojmie. Na szczęście mnie i mojemu rządowi nie brakuje intelektualnego potencjału i zdolności mówienia prawdy – premier wypiął pierś z dumą, widać było jak napinają się guziki na piersi, po czym kontynuował.

Nie możemy robić za dużo testów, ponieważ testowanie po prostu osłabia i dezorientuje obywateli. Im więcej ludzi dowiaduje się, że są zarażeni wirusem, tym gorzej dla nich. Mogliby żyć sobie w niewiedzy i spokoju, a tu masz babo pasztet! To dlatego nie robimy więcej testów, choć moglibyśmy. To dla dobra społeczeństwa.

Odc. 9

W końcu marca spadł śnieg. Zrobiło się jeszcze ciszej. Premier nie spał całą noc. Ciążyło mu poczucie obowiązków wobec partii i społeczeństwa w związku z bezczelnie panoszącym się Wirusem YZ. Nie mógł zasnąć, obmyślał plany. Rano obudził się z podkrążonymi oczami, bledszy niż Dziewica Orleańska na obrazie pijanego malarza El Cardulo. Ostry nos premiera rzucał jeszcze ostrzejszy cień. Mężczyzna był w wisielczym humorze.

– Chyba mógłby służyć za wskazówkę zegara słonecznego – mruknął do kota. Zwierzę popatrzyło na niego spode łba. Na niego też działała atmosfera niepewności i strachu. 

– Mówią, że mój nos jest wyostrzony od kłamstwa. A to po prostu zmartwienia – pocieszył się premier.

Kłamstwa mu nie ciążyły, bo musiał tak postępować. Takie reguły obwiązywały w organizacji. Regularnie spowiadał się, dawał też w kościele na ofiarę i wznosił oczy do nieba. To go ratowało przed utratą poczucia własnej wartości.

Sytuacja była trudna, stawała się coraz trudniejsza a dnia na dzień. Ilość zachorowań i ofiar śmiertelnych rosła lawinowo mimo drastycznych środków podejmowanych przez rząd, różne organizacje i obywateli. Wirus YZ szalał niby pijany wiatr po ulicach dopadając tych, którzy nierozważnie znaleźli mu się na drodze. Dopadał w domach, w podróży, choć mało kto podróżował, na służbie, w nielicznych środkach lokomocji. Drwił sobie z ludzkiej ostrożności. 

Narada w gabinecie premiera rozpoczęła się o godzinie dziesiątej rano. Wnętrze oddawało atmosferę panującą w kraju. Sekretarka ustawiła czarne kwiaty w dwóch wazonach i włączyła cichą muzykę. Grano marsz żałobny, wykonanie stłumione oddechami ludzi uciekających przed nieszczęściem. Premier wyraźnie je słyszał. Mimo to marsz podobał mu się. Niektórzy ministrowie wybijali takt nogami, inni palcami ręki. Stali już w szeregu na baczność, kiedy wszedł premier. Witał się z każdym serdecznym uściskiem dłoni. Zbliżając się do swego miejsca wyjaśnił.

– Obowiązuje powszechny zakaz zgromadzeń, ale nas to nie dotyczy. Jesteśmy awangardą narodu. Jesteśmy chronieni bardziej niż ktokolwiek inny, bo jesteśmy ważni. Mamy oczywiście problem. Jest to zagadka z trzema niewiadomymi: Jak zachowa się wirus? Jak zachowa się społeczeństwo? jak zachowa się świat? Czwarta niewiadoma to my sami. Też nie wiemy, jak się zachowamy. Co jest dla nas największym zagrożeniem? – Liczył na twórcze wypowiedzi.

Wszyscy patrzyli na niego. MinSpra obserwował wyzywająco członków gabinetu. Nie znali odpowiedzi, on ją znał. Był pewny swego. Trwało milczenie. Zastanowił się dlaczego. Dopiero po chwili zorientował się, że czekają na niego. Odczuł satysfakcję, że tym razem to on jest najważniejszy. Nie MinZdro, nie MinFin, nawet nie sam premier, tylko on, minister sprawiedliwości. Włączył się ze swoim wytłumaczeniem.

– Zabić nas może tylko szpitalnictwo; zbyt mała ilość miejsc w szpitalach, zbyt mało sprzętu. Lekarze czują się zagrożeni, uważają, że mają za mało masek, gogli, kombinezonów ochronnych, wszystkiego. Jeśli w szpitalach będzie nawet dwadzieścia tysięcy miejsc, a ilość osób zarażonych tym cholernym wirusem czterdzieści tysięcy, to co wtedy? Wtedy zechcą nas ukrzyżować jak Chrystusa.

– Módlmy się bracia i siostry, aby do tego nie doszło – pomyślał premier Chudy. Zadrżał wewnętrznie. Wiedział, że poszedłby pod sąd, gdyby sprawy potoczyły się niepomyślnie. Nie tylko za wirusa i szpitale, ale za inne sprawy. Za afery, jakie rządowi udało się ukryć, nie dopuszczając do prokuratury czy sądu. Nawet do dyskusji w parlamencie, nie mówiąc o otwartej dyskusji publicznej.

Premier poczuł się niepewnie. W gardle mu zaschło. Myślał intensywnie.

– Wtedy władza przeszłaby w ręce opozycji, a my stalibyśmy się ofiarami. Zobaczył siebie na wygnaniu, w dziurze zabitej dechami, w jurcie na pograniczu Pustyni Gobi, z kawałkiem suszonej koniny w lewej ręce i szklanką kumysu w prawej. Wstrząsnęło nim.

– Dosyć – powiedział głośno. Nie poznał swego głosu. Brzmiał jakoś chrapliwie. Dosyć myślenia. Wypowiadajcie się, co należy zrobić. Scenariusz numer sześć, ten ostatni, nie jest niezmienny. Mówcie, jakie macie pomysły. Wszyscy jedziemy na jednym wozie i wolałbym, aby opozycja lub ktoś inny nie włożył nam kija w szprychy.

Dyskusja trwała do wieczora. Premier zamówił pizzę. Nikt nie usiłował wymówić się, aby wyjść wcześniej. W pewnym momencie padło pytanie, czy można uśmiercić wirusa. Pojawiły się złe skojarzenia. Rozmowa zeszła na historię upadku monarchii, gilotyny i stryczka na szyi. W sali powiało chłodem. MinSpra rozejrzał się. Miał dobry dzień. Podszedł do okna i zamknął je z trzaskiem. Zrobił to celowo, aby wystraszyć ludzi. Okazał brutalność.

– To chłód od przeciągu. – Wyjaśnił. – Nie martwcie się. Poradzimy sobie. Zawsze radziliśmy sobie. Członkowie gabinetu premiera poczuli się raźniej. Premier upewnił się w przekonaniu, że ma rywala. Przestał o tym myśleć, bo miał na głowie przemówienie wczesnym popołudniem.

Odc. 10

Premier przemawiał na Placu Ostatniego Ratunku. Sam wybrał to miejsce, uważał, że jest symboliczne, że w dobie wielkiej epidemii Bóg go tutaj wysłucha i szybko zakończy epidemię. Miejsce było bezpieczne. Ludzi przed nim nie było. Przemawiał publicznie na otwartej przestrzeni tylko po to, aby nadać powagi swoim słowom. Specjaliści od mediów dodadzą tło. Nie był to jego pomysł, polecenie przyszło z góry. Nie mógł przecież sprzeciwić się.

Czuł, że mimo wysiłków, jakie podejmuje jego rząd społeczeństwo oceni go negatywnie. Opozycja stale mu coś zarzucała. Przede wszytkom skąpienia pieniędzy na ochronę służby zdrowia w czasie epidemii, na niekorzystanie ze środków Unii Kontynentalnej. Sytuacja z Unią była skomplikowana; raz mówił o niej źle, innym razem pozytywnie. Sam już się w tym gubił, czy są dobroczyńcami czy też wrogami krępującymi jego kraj. Namiestnik ciągnął Unię w dół, jemu nie pozostawało nic innego jak iść w jego ślady.

Bał się, że nie podoła wszystkim oczekiwaniom Namiestnika. To była ręka, która go karmiła. Nie mógł jej uszczypnąć nawet drobną uwagą, że ma inny pogląd.

– Wszyscy kłamiemy, to i ja muszę. – Powtarzał to sobie, stale wracając do tego samego punktu wyjścia.

W trakcie przemówienia używał słów człowieka wykształconego, aby zaimponować swoją wiedzą. Uważał, że i tak niewiele osób rozumie sprawy budżetowe i jak pracuje rząd. Nie miał pewności, jak przyjmą jego przemówienie. Mówił powoli i wyraźnie: Wyciągnęliśmy przesłanki. Będziemy uważnie obserwować. Zrobimy wszystko. Zagadnienia o charterze fiskalnym. Globalny kryzys. W sumie jest sześć rodzajów kryzysu. Wymienił je po kolei.

Ludzie słuchali go z uwagą, bo mówił o pomocy dla firm, przedsiębiorców i pracowników. Był z siebie zadowolony, mówił tak, aby powiedzieć jak najmniej i aby można to było w razie potrzeby odwołać lub inaczej zinterpretować To był styl jego formacji politycznej. W okresie napięcia takiego jak epidemia była to ważna taktyka: mówić tak, aby nie powiedzieć za dużo i aby zrobić ludziom wodę z mózgu. Nie za wiele oczywiście, tylko tyle, aby myśleli o wirusie, a nie o skuteczności pracy rządu i środkach jakie podejmuje. W końcu powiedział: otulina gospodarcza, stawiamy na scenariusz, przyjmujemy założenie.

Miał przekonanie, że z jego słów wieje otucha, a nawet powiew odległego zwycięstwa. Wzmocnił się w swojej determinacji walki z wirusem i walki o utrzymanie władzy. Był pewien, że kiedy kryzys zdrowotny będzie ustępować, rozpacznie się bezwzględna walka o władzę w jego własnym obozie.

Wyjął telefon i wybrał numer. Kiedy usłyszał męski głos, wyprostował się, mimo woli przybierając postawę na baczność. Słuchał uważnie każdego słowa. Odpowiadał, pilnując się, aby nie zaprzeczyć. Dopiero pod koniec rozmowy, wtórując rozmówcy, potwierdził:

– Tak, rozumiem. To pierwsza i najważniejsza sprawa. Nie dopuścić opozycji do głosu. Niech mówią, krytykują i przedstawiają poprawki do naszych propozycji. Będziemy ich ignorować. Obiecuję.

Odc. 11 

Pierwszego dnia kwietnia wszystko układało się Namiestnikowi nie tak, jak trzeba. Wydawało mu się, że martwe przedmioty nabrały własnego życia i przeciwstawiały mu się.

– Stają dęba jak ten pajacowaty … – Nie dokończył myśli nie chcąc pognębiać się jeszcze bardziej myślą o człowieku, któremu zapewnił awans życiowy, o jakim by nawet nie marzył. Nie znosił oporu z jego strony, tych nieoczekiwanych głupich zagrań jakby dla demonstracji, że może się uniezależnić.

Jedzenie kleiło się Namiestnikowi do łyżki, a potem do podniebienia. Herbata wypełniająca kubek do połowy, ni z tego ni z owego rozlewała się na obrus. Kiedy gospodyni mu powiedziała, że rozsypał w kuchni cukier na podłodze, uwierzył jej bez chwili wahania. Tylko częściowo zaakceptował kaprysy losu, kiedy mu przypominała, że to prima aprilis. Czuł, że się starzeje i nie jest już taki sprawny i bystry jak niegdyś. To go coraz bardziej gnębiło.

Zły na siebie i na świat, postanowił odegrać się na kimś lub na czymś. Musiał gdzieś rozładować złe przeżycia. Postanowił zwołać naradę. Zastanawiał się nad godziną, w końcu ustalił godzinę trzynastą. Miał w planie to spotkanie, ale wcześniej nie określił dnia. Zrobił to teraz.

Zasadniczo narad w swoim domu nie urządzał. Ta była pierwsza, od kiedy pojawił się wirus i zrobiło się groźnie. Wirus szalał prawie bez zahamowań. Namiestnik czuł się o tyle bezpiecznie, że ludzie którzy mieli do niego przyjechać regularnie poddawani byli testom, czy nie są zakażeni wirusem. Nawet gdyby stało się nieszczęście, to i tak mieli zapewnioną natychmiastową opiekę szpitalną. Rząd dysponował własną pulą łóżek i niezbędnego wyposażenia.

– Ostatecznie jesteśmy grupą ludzi decydujących o wszystkim. „Ja to państwo” oraz „rząd się zawsze wyżywi” – Namiestnik przypomniał sobie stare powiedzenia. W jego wypadku były prawdziwe. Był jedynowładcą, dysponując wszystkim, czym dysponowało państwo.

Spojrzał przez okno. Pogoda nie była specjalna, ale też i nie najgorsza.

– Jakie to zresztą ma znaczenie ? – niepotrzebnie zadał sobie to pytanie.

Wiedział, że wszyscy przyjadą bez względu na porę dnia i okoliczności, czy był to dzień czy noc. W nocy starał się nie urządzać spotkań. Współpracujących z nim ludzi urobił sobie i podporządkował. O to mu chodziło – społeczeństwo podległe jego woli. Nie dopuszczał do władzy osób, które wykazywały zbyt wielką samodzielność i zdolność niezależnego myślenia, a już nie daj Boże byli skłonni przeciwstawić mu się. Poczuł się panem życia i śmierci.

– Kiedyś do tego dojdzie – mruknął do siebie pod nosem,

Patrząc w lustro przy goleniu zobaczył potwierdzenie wszystkiego, o czym myślał w swoich oczach. Były zimne i zdecydowane. W łazience zachowywał się swobodnie. Nikt go nie widział i nie słyszał, mógł być całkowicie sobą. W głowie poczuł charakterystyczną blokadę, coś jak twardy kłąb waty, niejasne przeżycia i wspomnienia z przeszłości. Znał to uczucie. To coś budziło w nim bezwzględność i nieoglądanie się na innych.

Godzinę przed naradą usiadł w fotelu i zaczął myśleć, czy nie powinien zwiększyć swego bezpieczeństwa. Wyobrażał sobie, co i jak można by poprawić. Nowoczesne technologie. Wszystko było możliwe. Myślał o Chinach. Byli najbardziej zorganizowani, władza praktycznie w jednym ręku. Tylko gigantycznie większe środki materialne i finansowe. Chiny to potęga.

Myślał, co mógłby zmienić w samym domu. Zamienić go w twierdzę nie do pokonania. Wszystko szyfrowane: zamki drzwi, nawet płyty chodnikowe przesyłające sygnały, kiedy ktoś idzie po nich. Miał obsesję bezpieczeństwa. Wiedzil o tym ale był z tego zadowlony. Nadzwyczajne środki ostrożności były konieczne i nieuniknione. Jestem namiestnikiem dużego kraju, jestem zbyt cenny, aby cokolwiek mi się stało, a zło nie śpi.

Znowu popatrzył przez okno. Wyobraził sobie, jak osoba wysiadająca z podjeżdżającego samochodu wchodzi bezpośrednio do rękawa, takiego samego jak na lotniskach, przez który pasażerowie przechodzą z samolotu do hali lotniska.

– Myśleliśmy o budowie podkopu – powiedział mu kiedyś specjalista od bezpieczeństwa. Namiestnik nie potraktował tego poważnie. – Samochód zatrzymuje się przed pańskim domem, pod samochodem jest właz do tunelu, pasażer schodzi do włazu i przechodzi podziemnym tunelem do pańskiego domu.

Kurdu oderwał się od tego pomysłu. Był zbyt prymitywny w dobie sztucznej inteligencji, masowej inwigilacji i służb specjalnych dysponujących odpowiednimi środkami technologicznymi, pieniędzmi i ludźmi.

Odc 12

W przewidywaniu, że fala epidemii w końcu przewali się przez kraj, rząd sporządził rejestr strat i zysków. Była to praktyka wprowadzona przez Namiestnika.

– Nie ma takiej sytuacji, nawet najgorszej, kiedy oprócz strat nie doliczymy się zysków. Ludzie niech sobie patrzą na straty, to jest normalne, my patrzmy także, jakie mamy lub możemy mieć z tego zyski. Niektórzy mogą powiedzieć, że to cynizm. Nie zgadzam się z tak pesymistycznym poglądem. Dla mnie to czysta matematyka, a ta jak wiadomo jest obiektywna czyli neutralna, ani dobra ani zła. Ważne są statystyki, abyśmy wiedzieli na czym stoimy. Wszyscy wiemy, że musimy stać na gruncie twardszym niż beton, bo tylko my jedyni jesteśmy ostoją demokracji i dobrobytu. Dlatego musimy porozmawiać też o zbliżających się wyborach, które dają nam wielką szansę na lepsze jutro.

Na naradzie premier i MinZdro przedstawiali statystyki na tablicach: zakażeni, ilu zmarło, nowe zakażenia, ilość osób w szpitalach, na kwarantannie i objętych nadzorem. Zaczął MinZdro, blady, zmęczony, ale pełen pozytywnej determinacji.

– Nie podajemy tylko liczby osób, które wyzdrowiały z wirusa. Są one tak liczne, że aż mnie to oszałamia. Nie podajemy tych statystyk, aby nie stwarzać wrażenia, że więcej osób zdrowieje niż choruje, bo taki właśnie wyłania się obraz. Jestem pełen ostrożnego optymizmu.

– A jakie zyski? – zwrócił się do premiera MinWew, odpowiedzialny za rozpędzanie zgromadzeń przekraczających dwadzieścia osób.

– Wyjaśnię to za chwilę, bo teraz muszę pilnie pozdrowić naszych ukochanych obywateli, naszego suwerena, aby Bóg miał go w niezmiennie w swojej opiece – premier odwrócił się do czekającej na niego kamery i podziękował wylewnie widzom za uwagę. Wyraził nadzieję, że wszystko ułoży się szczęśliwie, dziękował za zrozumienie i obywatelską postawę.

– Muszę szczerze powiedzieć, że nikt tak serdecznie nie zajmował się wami, siłą przewodnią narodu, jak nasz rząd. My wszyscy tutaj pracujemy dla was, obywateli naszego ukochanego kraju, osób starych i młodych, samotnych i niesamotnych matek, wiernych widzów nasze stacji telewizyjne, osób wierzących i niewierzących. Nie zapominamy o nikim, nawet o tak drobnych grupach jak wodzireje, bywalcy kin czy radiowcy i gołębiarze.

Na pytanie, ile konkretnie kombinezonów, masek, obuwia ochronnego i podobnego sprzętu zamówiono dla lekarzy i pozostałego personelu medycznego w szpitalach, premier uśmiechnął się, że pytają go o tak proste i oczywiste sprawy. Mówił z pamięci i to imponowało. Sam nawet krótko podziwiał siebie, że wykazuje tyle energii, pamięci i entuzjazmu poświęcając się sprawie ratowania obywateli przed wirusem.

– Zadbaliśmy o wszystko. MinReze, minister rezerw, wszystko skrupulatnie liczy, ewidencjonuje, rozdziela, dystrybuuje, zamawia a nawet antycypuje. Aprowizacja to jest to słowo. W aprowizacji szpitali jesteśmy dużo lepsi niż inne kraje, nawet te najbogatsze. Uczestniczyłam dzisiaj w telekonferencji z siedmioma innymi premierami. Rozmawiamy bardzo serdecznie i szczerze wymieniamy się poglądami. My, jako kraj, wypadamy najlepiej w Europie. Przodujemy, mamy najlepsze metody, inni biorą nas za przykład. Tak się cieszę! Tak się cieszę! – krzyknął i schwycił za ręce swoich najbliższych dwóch współpracowników.

– Jemu chyba też padło na rozum – komentowali widzowie w telewizji. Jak tak można ściskać się publicznie, kiedy wirus czyha nawet w rękawie niewinnej sieroty.

– Co ty robisz? – zaniepokoił się MinSpra. Przecież nie wolno dotykać się rękami.

– Daj spokój. To nas największy zysk. Kiedy mówmy, zapewniamy, zachęcamy, dziękujemy i solidaryzujemy się publicznie, nikt nas nie pyta o to, jak rządzimy. Ten wirus to nasze wybawienie, O ile tylko nie osiągniemy poziomu,  kiedy w szpitalach zakaźnych zabraknie leków, lekarzy i łóżek. To byłaby nasza klęska.

Natchnieni duchem jedności Namiestnika Kurdu wszyscy obecni zgodzili się z tym poglądem. Premier podsumował.

– Na razie nie martwmy się o to. Mamy inne zmartwienia. Ludziom wirus pada na rozum, zaczynają się gubić, gonią w piętkę. Starzy ludzie chodzą do sklepu nawet trzy razy dzienne po małe zakupy. Te sytuacje są tak częste jak krótkie nogawki spodni celebrytów czy brudne nogi bezdomnych.

Premier zrozumiał swój nietakt i spojrzał w kamerę. — Proszę mi wybaczyć, ale wszyscy używają takich określeń. Wszyscy widzą, że sprawy idą nie tak jak trzeba. Temat, w jaki sposób wirus wpływa na ludzką umysłowość i psychikę staje się coraz poważniejszy. Będziemy musieli poświęcać mu w przyszłości więcej czasu. Teraz lepiej, abyśmy koncentrowali się na myciu rąk i unikaniu zgromadzeń. To jest ten komunikat, który chciałbym utrwalić w społeczeństwie. Sam też czuję się jakoś nieswojo. – Mówiąc to, premier wyjął z kieszeni chusteczkę i kichnął. Stojący obok ministrowie, mężczyzna i kobieta, odsunęli się od niego.

Odc. 13

Rząd przeżywał problemy. Premier Chudy wrócił z narady z Namiestnikiem i wybuchł gniewem już na progu gabinetu:

– Do groma! Mamy problemy, a wy mi nic nie mówicie. Dowiaduję się wszystkiego od Namiestnika. Dlaczego?

Ministrowie patrzyli po sobie zdezorientowani. O jakie problemy chodzi? – szeptali miedzy sobą?

– Służba medyczna nam wymiera. Już dwadzieścia pięć procent jest zarażonych Wirusem YZ. Ludzi mówią, ze w pobliżu szpitali słychać wołania o pomoc. Nie pytam dlaczego, bo już wiem od Namiestnika. Bo nie robimy im regularnych testów na wirusa i nie zapewniamy dostatecznej ochrony przeciwko wirusowi.

Premier wyciągnął kartkę z bocznej kieszeni, rozprostował ja i czytał: maseczki, hełmy, fartuchy, odczynniki, obuwie antyseptyczne, odczynniki. Do Namiestnika docierają skargi, ze mają zaopatrzenie tylko na jeden dzień lub dwa. A czas płynie. Musimy coś z trym począć. Nie robi to nam dobrej reklamy.

Porozmawiaj o tym z ministrem zdrowia. Pamiętaj tylko, ze to nie on powinien mieć ostatnie sławo. On będzie myśleć o zwalczaniu wirusa i zdrowiu, ty musisz myśleć o kontynuacji naszych rządów. Liczę na ciebie i wierzę w ciebie. Nie zawiedź mego zaufania.

Dwie godziny później premier wezwał do siebie członków gabinetu, aby wspólnie dokonać oceny rozwój epidemii i jej skutków zdrowotnych, społecznych i gospodarczych. MinZdro przedstawił dane na tablicach i wykresach: liczba zakażonych zakażeni, ilu zmarło, nowe zakażenia, ilość osób w szpitalach, ilość osób na kwarantannie oraz objętych nadzorem sanitarnym. Minister, blady i zmęczony, był pełen pozytywnej determinacji.

– Nie podajemy tylko liczby osób, które wyzdrowiały z zakażenia wirusem. Są one tak liczne, że aż mnie to oszołamia. Nie podajemy tych statystyk, ponieważ więcej osób zdrowieje niż choruje; taki wyłania się obraz. Nie wiem jeszcze z czego się to bierze. Szpitale są pod presją, lecz dyrektorzy pokazują optymistyczne statystyki. Rozumieją, że tego od nich oczekujemy. Po co komu obraz pogarszającej się sytuacji? Każdy woli wesele niż pogrzeb. Nie ukrywając pogrzebów, musimy dać społeczeństwu trochę wesela. 

– A jakie daje nam to zyski? – zwrócił się do premiera MinWew, odpowiedzialny za rozpędzanie zgromadzeń przekraczających dwadzieścia osób.

– Wyjaśnię to za chwilę, bo teraz muszę pilnie pozdrowić naszych ukochanych obywateli, naszego suwerena, aby Bóg miał go w niezmiennie w swojej opiece.

Premier odwrócił się do czekającej na niego kamery i podziękował wylew