Buntownik. Opowiadanie abstrakcyjne.

Był mężczyzną w dojrzałym wieku, jednym z wielu na świecie. Jak rozum i praktyka nakazują, jeszcze w starym roku postanowił, że w nowym roku będzie lepszy, mądrzejszy i sprawniejszy. Powiedział to na głos, aby być pewnym, że w pełni świadomości podjął tę decyzję. Odpowiedziało mu echo.

– Ano dobrze. Zobaczymy, ile warte jest twoje postanowienie.

Kiedy to usłyszał, zaciął się i dodał:

– I będę dotrzymywać postanowień.

Tym razem echo nic nie odpowiedziało. Wziął to za dobry znak. Pomyślał nawet, że to nomen-omen. Dla żartu postanowił zmienić imię i nazwisko. Nazwał się Bezimienny. Jednowyrazowo.

Był to trzeci dzień Nowego Roku, niedziela. W drodze samochodem do lasu słuchał radia. Wiedział coraz więcej. Czuł, że łagodnieje, bo były to dobre wiadomości. Świat zmierzał ku lepszemu. Słysząc komunikaty o koronawirusie ani razu nie przeklął rządu, zwłaszcza premiera. Garbatego też nie nazwał garbatym. To były kolejne dobre znaki.

W starym roku Bezimienny chodził regularnie po lesie dla utrzymania kondycji. Starał się, aby trwało to co najmniej godzinę. Chodząc nabijał baterie organizmu, który mu się starzał, zupełnie bez potrzeby, jakby nawet na złość. Nikt go w sprawie starzenia nie pytał o opinię, z konieczności godził się więc na starzenie, ale nie do tego stopnia, aby dać się obezwładnić fizycznie lub umysłowo. Dlatego chodził po lesie. Czasem także rozmawiał z przyjaciółmi, aby wzmocnić się informacyjnie, uczuciowo i intelektualnie. Postanowił to kontynuować.

Wszedłszy między zanurzone w ciszy i zmarznięte drzewa i krzewy, nabrał w płuca świeżego powietrza.

– Umysł mam jak brzytwa – pomyślał i od razu się pocieszył. – Nieostrzona, ale jednak brzytwa.

Kierując się w głąb starego lasu rejestrował zmiany w otoczeniu. Krótko, hasłowo. Tak trzeba było, bo wyścig szczurów trwał nadal. – Nikt nas z niego nie zwolnił. A szkoda! – pomyślał, marząc przez chwilę, aby i ludzie się nie ścigali tylko patrzyli na siebie i kochali się nawzajem. Porzucił tę myśl, bo wiedział, że to mrzonka. Przynajmniej częściowo – pocieszył się, i natychmiast się zradykalizował. – Zamiast nadstawiać policzek, najpierw jeden a potem drugi, trzeba oddać, jak mówi Pismo Święte. Nie był pewien, czy dobrze je cytuje. 

Wrócił do rzeczywistości leśnej i notował. – Idę. Na razie pod górkę. Trwa cisza. Epidemia również, ale chyba już niedługo, bo szczepionki są już w drodze. Widzę siwy szron na krzewach i drzewach. Niesamowita sceneria. Mija mnie mężczyzna z szeroko otwartymi oczami. Pędzi jak automat, chrapiąc głośno, znaczy się, jest we śnie. Trudno się mówi. Lunatycy są na świecie. Takich mamy obywateli, jakie młodzieży chowanie. Idę z kijkami. To bardzo dobrze. Nie potknę się. A gdybym się potknął, to przecież mam kijki. Uważaj – ostrzegł się – schodzisz na boczną ścieżkę prowadzącą w głąb młodego lasu i powinieneś się wyciszyć.

Po przejściu kilkuset metrów, kiedy był już niebywale wyciszony, usłyszał głuchy szurgot za plecami. Ni z tego ni z owego, nie wiadomo skąd i kiedy, zaczął go wyprzedzać niewysoki osobnik z głową owiniętą szalikiem zasłaniającym oczy. Mózg Bezimiennego natychmiast to zarejestrował i telegraficznie rozesłał po całym organizmie sygnały ostrzegawcze. Pracował z regularnością zegarka szwajcarskiego. Wiedział jak to jest, bo kiedyś Bezimienny miał taki zegarek, cienki jak blaszka, rewelacyjny, ale go schował tak skutecznie, że już go nie odnalazł. Mimo to nie tracił nadziei, licząc na cud, ale nie na kościół, choć tam się też dzieją cuda. Kiedy mózg pomyślał o tym, całe ciało ucieszyło się, że nie jest już małym chłopcem, szczególnie w dolnych partiach.

Porzuciwszy myśl o pacholęctwie Bezimienny skoncentrował się ponownie na rejestracji zdarzeń.

– Ten szalik to chyba zasłania mu oczy. To osiłek. Biegnie ciężko, oddycha tak głośno, że aż rzęzi. Nie zważa na mnie. Prawie na mnie wpadł. Pies go drapał!

Bezimienny szybko odszedł na bok, aby nie dać się zarazić, bo osobnik na pewno intensywnie wydychał wirusy. Miał paralitycznie chude nogi i dobrze rozwiniętą klatkę piersiową. Na pewno przygotowuje się – myślał Bezimienny – do maratonu światowego, który trwa tak długo, dopóki nie padnie trzech zawodników. Wtedy wszyscy kończą bieg. Ten zawodnik, który pokonał największy dystans zostaje ogłoszony zwyciężą. Reszta się cieszy, że przeżyła, z wyjątkiem tych, którzy się przeinwestowali energetycznie. Trudno się cieszyć, kiedy się nie istnieje.

Po powrocie do starej części lasu Bezimienny kontynuował obserwacje, rozglądając się uważnie na boki.

– Gdzieś tu stuka dzięcioł. Słyszę to wyraźnie. Robił to także w ostatnią i w poprzednią niedzielę, i w poprzednią poprzedniej. A niedziela to przecież dzień święty.

Bezimienny zatrzymał się, zadarł głowę do góry i przeszukał wzrokiem konary i gałęzie. W końcu zobaczył sprawcę hałasu – mały, szary kształt z czerwonawym łebkiem. Głowa odskakiwała mu od pnia, kiedy walił w niego dziobem jak młotem.

– Na pewno wkrótce przyjdzie po niego dwóch ludzi w płaszczach, z sutannami pod spodem i strzelbą ukrytą w futerale od skrzypiec. Będą pozorować, że niby to idą grać koncert w lesie. Jak nic wycelują w dzięcioła i zabiją. Popełnił ciężki grzech – powiedzą – i to wiele razy mimo naszych upomnień. Taki to niby spokojny, ładnie upierzony ptaszek, a grzesznik. Pracuje regularnie w niedzielę, kiedy nie wolno. Jest przecież święto, siódmy dzień tygodnia, kiedy Bóg po stworzeniu świata wypoczywał, a on to ignoruje jakby nie żył wśród istot bogobojnych. Taki osiołek na przykład, jaki on jest religijny. Można go spotkać na każdym obrazku świętym. Nigdy nie hałasuje w niedzielę. Najwyżej przez nieuwagę stuknie kopytkiem o podłoże. Ale to zupełnie co innego.

Potem ci ludzie usiądą – spekulował Bezimienny- w wielkiej sali i będą rozpatrywać, co to jest grzech. Otoczeni encyklopediami i bullami pisanymi ozdobną łaciną na grubym pergaminie, na ścianach tablice pomiarowe, na stołach liniały, szkła powiększające i mikroskopy, będą rozkładali grzech na czynniki pierwsze. Stworzą świeżą, noworoczną definicję grzechu. Nowe czasy wymagają nowych definicji i redukcji liczby grzeszników niedzielnych – stwierdził Bezimienny i ruszył dalej, nie spuszczając z oka otaczającej go rzeczywistości.

Po lesie przemieszczali się ludzie mniejszymi lub większymi grupkami, rzadko samotnie. Szli w różnych kierunkach, przecinając sobie ścieżki nawzajem. Kiedy się mijali, nie zakładali maseczek, tylko odwracali głowy.

– Mam nadzieję, że nie oddychają wtedy– pomyślał Bezimienny. Dokładnie w tym momencie jakaś kobieta upadła na ziemię. Była młoda, w obcisłej kurtce i czarnych getrach. Zastanowił się, czy może istnieć związek przyczynowo-skutkowy między jego myśleniem a upadłą kobietą. Ludzie przechodzili obok niej obojętnie.

– To okrutne – powiedział sobie.

Nic się jednak nie stało, bo postać podniosła się żwawo, a spod niej wyskoczył spory pies. Był czarnobiały, uroczo łaciaty, z białym pyszczkiem.

– Do diabła! Czy musisz mi wpadać pod nogi, Reksiu? – zapytała kobieta. Reksio coś odszczeknął, czego Bezimienny nie zrozumiał.

– Dobrze byłoby rozumieć mowę psów – Pomyślał. – Ile forsy można by na tym zarobić jako tłumacz, ile ciekawych rzeczy można by się dowiedzieć i nauczyć. Pomyślał nawet, że przez pewien czas mógłby być psem, ale mu to przeszło.

– Człowiek to człowiek, chociaż też zwierzę, w dodatku mało rozumne. Na przykład te śmieci porozrzucane po lesie. To głupie i podłe. Ludzie postępują gorzej niż zwierzęta – pomyślał, zatrzymując się, aby się wysikać. – Jesteśmy tacy sami jak zwierzęta. One też sikają. Ptaki już nie, bo mają inaczej skonstruowany system wydalania. Ptaki są inne, uproszczone – mruknął z niechęcią. Przypomniał sobie koguta, który go dziobnął w palec, kiedy był dzieckiem. Jego niechęć do ptactwa domowego pogłębiła się.

Rzucił okiem na zegarek. Minęło dopiero trzydzieści minut. Pomyślał, że nie musi patrzeć ile czasu upłynęło, jakby chciał wiedzieć, ile mu jeszcze zostało do życia.

– W nocy, kiedy się budzisz i nie możesz zasnąć, nie patrz na zegarek, bo to cię dodatkowo rozstroi – przypomniał sobie zalecenia specjalisty od spania i mierzenia czasu. – Sen to sen, a zegarek to zegarek. Nie idą razem w parze. No i ponadto szczęśliwi czasu nie liczą.

Przed nim, nieco z prawej strony, pojawiły się trzy osoby, dwóch młodych mężczyzn i kobieta w nieokreślonym wieku. Głowy mieli zakryte kapturami. Maszerowali energicznie w kierunku skoczni rowerowej. Zatrzymali się tam, coś oceniali, potem ruszyli do najbardziej dzikiego obszaru lasu, gdzie wąwozy i wądoły są tak głębokie, że mogą z łatwością pomieścić dziesięciopiętrowy budynek.

– Tu kompletnie brak zwierząt – zauważył Bezimienny i jakby na wezwanie pojawiły się na bocznej ścieżce grupka ludzi nieokreślonej płci i tożsamości, niosących sarnę związaną linkami i zakneblowaną, aby nie wydawała z siebie głosu.

– O co tu chodzi? – zapytał zszokowany Bezimienny, kiedy nieco się zbliżyli. Odpowiedzieli mu.

– Musimy zaludnić las zwierzętami, bo tutaj nie ma nawet myszy leśnej, dzika, lisa, niczego.

– A te ślady zrytej ziemi w dziesiątkach miejsc?

– To my je zrobiliśmy, aby upozorować, że tu żyją dziki.

– Po co wam to?

– Po to, aby stworzyć wrażenie, że tu naprawdę żyją dziki i inne zwierzęta, bo to choć trochę chroni las przed tymi, co chcą go wyciąć.

 – Dlaczego mieliby go wycinać? Las jest piękny.

– Aby budować wieżowce, bo ludzie chcą zapanować nad przyrodą, patrzeć na nią z góry, trzymać ją za mordę, podporządkować ją sobie. Tak, jak interpretują pismo święte.

Bezimienny z niechęcią przyjął to do wiadomości. Wychodząc z lasu zauważył:

– Kiedy przyjechałem, stał tu tylko jeden samochód, teraz kiedy mam odjechać, jest ich wielokrotnie więcej. Taki jest ten świat, w ciągłym ruchu. Raz jeden pojazd, raz wiele. Kiedy wreszcie ludzie nauczą się porządku i przestaną jeździć w tę i we w tę, bo będą chodzić lub mieć las pod nosem, zamiast parkingów, lotnisk, ośrodków handlowych? Kiedy wreszcie będzie ich mniej i będą mniej konsumować, bo na tym rzecz się zasadza? – Zadał sobie serię pytań, aby się ożywić. – Ja czułbym się szczęśliwy, gdyby na ziemi było o połowę mniej ludzi albo jeszcze mniej.

Wtedy przypomniał sobie jak się nazywa i kim jest: Jan Kowalski, abstrakcyjny buntownik cywilizacji.

Michael Tequila
Gdańsk, 3 grudnia 2021

0Shares

Święty Słoń. Bajka świąteczna dla dzieci i dla dorosłych.

 

Dzieci były bardzo grzeczne. Pod nieobecność rodziców, którzy wyszli na spacer, aby spokojnie omówić przygotowania do Świąt Bożego Narodzenia, cała czwórka oglądała telewizję w sypialni. Kiedy wróciły do salonu, na kanapie siedział kolorowo ubrany słoń i przyglądał się choince migocącej światełkami. U jego stóp leżał wielki worek z egzotycznymi naklejkami i zielonymi symbolami w kształcie choinki. Dzieci nie zdziwiły się tym specjalnie, ponieważ Mamusia i Tatuś mówili im o Świętym Mikołaju, który tego dnia miał przynieść upominki.

– Fajną choinkę macie, dzieciaczki. Też chciałbym taką mieć. Siedziałbym przed nią i śpiewał kolędy. Strasznie je lubię – odezwał się słoń. Miał spokojny, ciepły głos, poważne oczy i uśmiechał się łagodnie. To dodało im otuchy.

– My też lubimy. Możemy razem zaśpiewać, bo robimy to razem z Mamusią i Tatusiem.

Śpiewając spoglądały z ciekawością na worek z upominkami, o nic jednak nie pytały, bo Mamusia wyjaśniła im wcześniej, że upominki otwiera się dopiero wieczorem, kiedy zapali się na niebie pierwsza gwiazdka. Po kolędach długo rozmawiały ze słoniem i była to bardzo miła rozmowa. W końcu musiały go przeprosić, aby wyjść do kuchni i zjeść kolację, którą przygotowała im Mamusia. Jadły w pośpiechu, ponieważ chciały jeszcze porozmawiać ze słoniem. Jak tylko usłyszały skrzyp otwieranych drzwi wejściowych, popędziły gromadką, aby przywitać rodziców i podzielić się wiadomościami.

– Mamusiu! Tatusiu! Przyszedł do nas Święty Słoń i przyniósł wielki worek upominków. Powiedział, że wszystkie są dla nas i on nam je da, ale trochę później – krzyczały na wyścigi.

– I nawet nie pytał, czy byliśmy grzeczni – przypomniał sobie Adaś. 

– Co wy opowiadacie? To niemożliwe, nie ma przecież świętych słoni!

– A Święci Mikołaje są? – zapytała odważnie Jola. – Wydało jej się dziwne, że Mamusia nie słyszała o Świętych Słoniach.

– Oczywiście, że są, kochanie!

– To samo nam powiedział Święty Słoń. Powiedział, że jeśli jest Święty Mikołaj to jest także Święty Słoń – odparła rezolutnie dziewczynka i popatrzyła na siostrę i braci, którzy potwierdzili jej słowa zgodnie potakując głowami.

– Czy to możliwe? – zapytała Mamusia spoglądając wymownie w kierunku Tatusia.

– Tak! Tak! – rozkrzyczały się dzieci. – To prawda. Święty Słoń wyjaśnił nam wszystko – inicjatywę znowu przejęła Jolunia, starsza z dziewczynek. Powiedział tak: U was w grudniu jest bardzo zimno, dlatego upominki roznosi Święty Mikołaj, bo on ma ciepły kożuch, wysokie skórzane buty i wielką czapkę z wełny. Tam, gdzie ja mieszkam, czyli w Indiach, jest ciepło i nikt nie nosi kożuchów. Dlatego u nas nie ma Świętego Mikołaja tylko jest Święty Słoń.

– Mieszkasz tak daleko, Święty Słoniu, to jak nas znalazłeś? – zapytał Romuś, najstarszy z rodzeństwa i najbardziej dociekliwy.

– Zabłądziłem. Długo chodziłem po drogach, polach i lasach, dwa razy zgubiłem się we mgle na wielkiej łące nad rzeką, w końcu trafiłem do was. I bardzo dobrze, że tak się stało, bo mam dla was piękne upominki.

– Mamo, to nie był zwyczajny Święty Słoń – wtrąciła energicznie Jola – to był Słoń Mikołaj. Długo z nim rozmawialiśmy. I on nam powiedział, że możemy go nazywać Słoń Mikołaj albo Święty Słoń. Nazywajcie mnie tak, jak wam wygodnie. Tak powiedział. I to nawet dwa razy.

– I on przyniósł wielki worek upominków. Romuś mówił nawet, że to wór, a nie worek. Taki wielki jak namiot – włączył się Adaś i rozkładając rączki na boki pokazał, jak wielki był ten wór. – Był pięć razy większy niż worek tego Mikołaja, którego w zeszłym roku zaprosiliście do naszego domu.

– Mu nie chcemy tamtego Mikołaja. On był taki słaby. Trzeba było mu pomagać siąść na krześle. W dodatku śmierdziało od niego piwskiem – odezwała się Kasia, najmłodsza z rodzeństwa. 

– Jak to „śmierdziało piwskiem”? – zaniepokoiła się Mamusia.

– Tak, piwskiem, albo nawet i gorzej, bo wódą. Tak mi powiedział Tatuś. W tajemnicy oczywiście. Chciałam ci o tym powiedzieć, ale Tatuś nie pozwolił. Wyjaśnił mi, że to nieładnie skarżyć na Świętego Mikołaja. Tatuś wtedy mrugał do niego jednym okiem ale nie wiem dlaczego.

Mamusia popatrzyła znacząco na Tatusia lecz nie odezwała się słowem. Coś tylko zamruczała pod nosem. 

– Ten wór to nie jest pięć razy tylko siedem razy większy – wrócił do tematu Adaś. – Możemy zmierzyć, bo ja już umiem liczyć i mierzyć do dwudziestu.

– Nie ma o co się kłócić, dzieci. Im więcej upominków, tym lepiej. Ale z tym Świętym Słoniem to wam się śniło, prawda? Albo oglądaliście coś w telewizji? – Mamusia chciała zakończyć już temat.

– Mamusia nie wierzy, że to był Święty Słoń i on nam przyniósł upominki – najmłodsza ze wszystkich Kasia rozszlochała się. Łzy padały na parkiet i zaczynały zbierać się w małą kałużę. Mamusia przestraszyła się, że parkiet się wypaczy. 

– No dobrze. Zgadzam się, że to był Święty Słoń. Czy on wam coś mówił albo o coś pytał? – Mamusia pochyliła się w kierunku Tatusia i szepnęła zaniepokojona: – Bóg raczy wiedzieć, czy dzieci nie widziały jakiegoś oszusta.

– A tak! – Wyrwał się Romuś, przybierając poważny wyraz twarzy. – Rozmawialiśmy o bardzo wielu sprawach, bo Święty Słoń pytał nas, kim chcielibyśmy być.

– Opowiedz, jak to było. O co dokładnie was pytał? – zainteresował się Tatuś.

– No właśnie. Ja chciałem być żołnierzem a Jola kierowniczką w przedszkolu. Takim kolorowym, jakiego u nas jeszcze nie ma. Adaś chciał być dyrektorem domu towarowego z zabawkami, a Kasia nauczycielką, taką, co uczy grać na trąbce i w orkiestrze, i cienko śpiewać. I kiedy ja mu powiedziałem, że chciałbym być żołnierzem, to on zapytał nas, czy my wierzymy w Boga i czy jesteśmy patriotami. Wtedy my powiedzieliśmy – to znaczy powiedziałem ja i Adaś potwierdził, bo on także chciał już być żołnierzem albo strażakiem – że wierzymy w Boga i jesteśmy patriotami.

– I jak na to zareagował ten słoń? Przepraszam, Święty Słoń?  – kontynuował Tatuś.

– To on wtedy powiedział, że jeśli wierzymy w Boga i jesteśmy patriotami, i kochamy naszą ojczyznę, to będziemy dobrymi terrorystami. I powiedział jeszcze „terrorystami pełną gębą”, ale ja nie wiedziałem, co to znaczy.

Wyraz niepokoju pojawił się na twarzach Tatusia i Mamusi. Mamusia dała znak ręką Tatusiowi, aby przyniósł krzesło dla niej i dla siebie.

– Musimy z nimi poważnie porozmawiać. Niepokoi mnie to wszystko, bo nie rozumiem, o co tu chodzi.

– No i jak było dalej? – zapytał Tatuś, kiedy już usiadł na krześle.

Dzieci popatrzyły po sobie a potem na Adasia, aby wyjaśnił.

– I on wtedy powiedział, to znaczy Święty Słoń, że on nas może nauczyć.

– Nauczyć czego? – zniecierpliwiła się Mamusia.

Adaś popatrzył na Romusia licząc na braterskie wsparcie, po czym wyrzucił z siebie z pełnym zdecydowaniem.

– To znaczy nauczyć mnie i Romusia walczyć, bo my jesteśmy mężczyznami. Najpierw rzucać nożem do tarczy. Takiej dużej, na której narysowany jest człowiek. To jest najłatwiejsze, od tego trzeba zacząć – tak powiedział Święty Słoń. – I wcale się nie uśmiechał, bo rozmawialiśmy bardzo poważnie. A potem dodał, że musimy także nauczyć się uzbrajać ładunki wybuchowe.

– To znaczy on powiedział „ładunki wybuchowe”, a potem wyjaśnił, że to będą granaty i miny, takie jak do czołgów – włączył się ożywiony Romuś. – To mi się bardzo podobało, bo ja wtedy sobie przypomniałem, że chcę być też inżynierem, takim od wagonów, czołgów i samolotów. I to by mi bardzo odpowiadało.

– Czego jeszcze chciał Święty Słoń was nauczyć? – Pytanie zadał Tatuś po przyniesieniu sobie butelki piwa z lodówki. – Język mi przysechł do podniebienia w czasie rozmowy – wyjaśnił Mamusi, przyglądającej mu się z dezaprobatą.

– Na końcu on powiedział – kontynuował Romuś – że jeśli jeszcze nauczymy się wrzucać takie małe pigułeczki do herbaty, aby nikt nie widział, i używać szeroki nóż jak ten do ciachania upieczonej kaczki – tak powiedział – to będziemy znakomitymi terrorystami. I on nas tego wszystkiego nauczy, że hej – powiedział.

– O! O! Właśnie – włączyła się milcząca od pewnego czasu Jola. – On na końcu mówił właśnie „że hej”. Mnie to się bardzo podobało. Sama będę tak mówić.

– Kochane moje serduszka – Mamusia zebrała się w sobie. – Czuję zamieszanie w głowie. Wy tego wszystkiego nasłuchaliście się chyba w telewizji, prawda?

Nie czekając na reakcję dzieci, odwróciła się w kierunku Tatusia. – Co to za kretyński program dzieci oglądały? To twoja wina, że nie zablokowałeś tych dwóch kanałów telewizyjnych, gdzie nieprzerwanie mówią o Bogu, patriotyzmie, tradycji oraz walce ze złem używając takich słów i wygłaszając takie poglądy, że nie tylko dzieci ich nie rozumieją! – Po przekazaniu mężowi szorstkich oskarżeń odwróciła się do dzieci.

– Moje serduszka! Bardzo mi przykro, ale to jakieś nieprozumienie. Tu nie było ani nie ma żadnego słonia. Słonie nigdy nie chodziły przebrane za Mikołaja. Tak było za moich czasów, kiedy byłam dzieckiem i tak jest teraz. Może na tym dzisiaj skończymy, dobrze? Kolację już zjedliście, bo wam przygotowałam, to teraz idźcie się umyć …i do łózia.

– My chcemy Świętego Słonia na własność – energicznie oświadczyła najmłodsza latorośl, Kasia. On jest najlepszy i ja go kocham. Ma najwięcej upominków i nauczy walczyć Romusia i Adasia. Nie to, co ten czerwony, od którego śmierdziało piwskiem. Nie pójdziemy spać jak nam nie obiecacie Świętego Słonia. Prawda dzieci? – zwróciła się do rodzeństwa. Cała trójka przytaknęła energicznie, nie pozostawiając wątpliwości, że będą walczyć do upadłego.

– Jeśli się nie zgodzicie, to my nie pójdziemy spać – potwierdził energicznie Romuś.

– To ja was nie utulę do snu i nie opowiem wam bajki – odpowiedziała zdenerwowana już Mamusia.

– Ja nie chcę żadnej bajki. Ja chcę Świętego Słonia! A nawet jak pójdziemy spać, to będziemy płakać całą noc. Prawda dzieci! – żałośnie odezwała się Kasia. W jej oczach znowu pojawiły się łzy.

– A jak zaśniemy to i tak będą nam się śnić potwory. A ja to nawet mogę zesikać się w majtki – zapewnił z przekonaniem Romuś. – To się każdemu zdarza, nawet ludziom dorosłym, kiedy są bardzo zdenerwowani.

Rodzice patrzyli na siebie zaskoczeni. Zastanawiali się, co robić.

– Co to za dziwaczna historia z tym Świętym Słoniem? – niepewnie zapytała Mamusia zwracając głowę w kierunku pana domu.

– Ten Święty Słoń to nie jest żaden wymyślony, Mamusiu! – zapewnił ją pocieszająco Adaś. Pozostałe dzieci mu zawtórowały, krzycząc jedno przez drugie:

– Sama możesz go zobaczyć. Jest w salonie. Chcieliśmy wam to powiedzieć wcześniej, ale wy ciągle pytacie nas o coś!

Rodzice rzucili się w kierunku salonu. Mamusia była najbliżej, pierwsza otworzyła drzwi i stanęła w progu.

Na kanapie siedział Święty Słoń. Spostrzegłszy dzieci, domyślił się, że dwójka dorosłych to ich rodzice. Unosząc się nieco z kanapy, aby było go lepiej widać, odezwał się uśmiechając się dostojnie.

– Miło mi poznać rodziców tak wspaniałych, inteligentnych i rozmownych dzieci. Na pewno wspomniały państwu o upominkach. Mam oczywiście podarki także dla pani i dla pana. Będę zachwycony, jeśli zechcecie państwo je przyjąć. To drobiazgi: kolia z naturalnych pereł dla pani i zloty sygnet z turkusem dla pana. U nas, w Indiach, nie zapomina się o rodzicach.

Mamusia przyglądała mu się uważnie, kiedy mówił. Święty Słoń miał na sobie wspaniały odświętny strój. Jego szyję zdobił szal z brokatu, zasłaniając część uszu, a czoło przysłaniał wzorzysty materiał w kwiaty. Kły pokryte były płatkami złota i srebrnymi bransoletami. Na grzbiecie Święty Słoń miał królewską kapę obrzeżoną czarnym pasem ze złotymi frędzlami, a na stopach srebrne dzwoneczki.

– To musi być jakiś maharadża – pomyślała Mamusia i całkiem już uspokojona odpowiedziała:

– To miło, że pan nas odwiedził, Święty Słoniu. Dzieci opowiedziały nam tyle cudowności o panu. Jest pan nadzwyczajny. Proszę tylko uważać, Święty Słoniu, aby przypadkiem nie zrzucił pan łokciem tej różowej doniczki z parapetu. Będę panu za to szczerze wdzięczna, bo to mój ulubiony kwiat – odpowiedziała Mamusia i chciała jeszcze coś dodać, lecz przeszkodziły jej dzieci.

– Musimy już iść spać, Święty Słoniu. Ale zobaczymy się jutro – wołały jedno przez drugie.

– My też się musimy pożegnać, bo zrobiło się późno – powiedziała Mamusia. – Zapytam jeszcze tylko czy woli pan, aby zwracać się do pana Święty Słoniu czy Słoniu Mikołaju?

– Jak pani sobie życzy, madame. Odpowiadają mi obydwie formy. 

– Wobec tego proszę spokojnie odpoczywać. Gdyby pan życzył sobie coś do picia, to tu obok stoi karafka z wodą źródlaną oraz szklanka. Pijemy tylko ekologiczną wodę źródlaną lub mineralną. I oczywiście serdecznie dziękujemy, Święty Słoniu, za wspaniałe upominki.

– Naprawdę nie ma za co. My, Święte Słonie, lubimy dawać upominki. W Indiach to bardzo długa i piękna tradycja.

Ostatni wychodził Tatuś. Odwrócił się na moment i wyszeptał:

– Wpadnę do Pana, Słoniu Mikołaju, za kilka minut, to porozmawiamy. Chciałbym się zapisać na to szkolenie wojskowe. Potrzebuję więcej ruchu i motywacji do czynienia dobra. Oczywiście wierzę w Boga i jestem patriotą. Doskonale rozumiem, że to konieczne. Mam nadzieję, że lubi pan zimny browarek?

– Owszem, dziękuję, z przyjemnością – odpowiedział poważnie Święty Słoń i oczy zaszkliły mu się ze wzruszenia.

Michael Tequila
Gdańsk, 28 grudnia 2020

0Shares

Kat. Opowiadanie.

To już całe opowiadanie. Wreszcie je dopracowałem. Proszę mi wierzyć, to masa roboty. Mam nadzieję, że się Państwu podoba.
Pozdrawiam serdecznie,
Autor

Na sześćdziesiąte urodziny swojej babki, Katarzyny Kaszmir, Maurycy zaprosił kata. O zaproszeniu tej jednej osoby nic nikomu nie powiedział, przede wszystkim samej zainteresowanej. 

Maurycy od początku nie był entuzjastą organizacji tych urodzin. Do zaangażowania się trzeba było go przekonać. Największą rolę odegrała w tym jego cioteczna babka, Karolina, siostra Katarzyny. Stać ją było na to, aby – nie przejmując się wrażliwością krewniaka – wyrazić swoją prośbę w bardzo bezpośredni sposób.

– Maurycy! Masz dwadzieścia pięć lat, umiesz pisać i czytać, nie masz nic do roboty. Zamiast obijać się po mieście, pić piwo i podrywać mężatki, zajmij się lepiej organizacją urodzin swojej babki. Masz ją tylko jedną a rocznica jest wyjątkowa. Jej organizacja nie wymaga nadzwyczajnych kwalifikacji. Nie chodzi o gastronomię ani o przygotowanie pomieszczeń, tylko o sporządzenie listy gości i wysłanie im zaproszeń. No i zorganizowanie jakichś atrakcji. Musisz wymyśleć jakiś program. Jestem przekonana, że potrafisz zrobić to wszystko, tym bardziej, że niezwykłych pomysłów nigdy ci nie brakowało.

Zaproszenie prawdziwego kata, pracującego lub kiedyś wykonującego  ten zawód, miało być niespodzianką, dobrze przemyślaną i oryginalną rozrywką. Katarzyna Kaszmir była zawodową aktorką i grywała także w sztukach dramatycznych opartych na różnych scenariuszach. Lubiła też literaturę kryminalną i detektywistyczną. Obecność kata, odpowiednio ubranego i wyposażonego w symbol władzy katowskiej, nie powinno jej niemile zaskoczyć – rozumował Maurycy. Miał w tym także swój własny plan.

Zaproszeni byli ludźmi z kręgów towarzyskich, w jakich babka obracała się przez swoje długie zawodowe życie: miłośnicy teatru, literatury i bibliotek, autorzy, krytycy, recenzenci, wydawcy i kilka innych postaci określanych mianem celebrytów.

– Razem z tym swoim doborowym towarzystwem babcia Kasia zasługuje na nietypowe potraktowanie – mruknął do siebie Maurycy, zaklejając kopertę z zaproszeniem dla kata.

Kat nazywał się Patryk Radwan. Nie pracował już w zawodzie, był na emeryturze. Zanim Maurycy go zaangażował, zebrał o nim informacje z różnych źródeł. Nie chciał popełnić błędu włączenia do ważnej imprezy niewłaściwego człowieka. Mając już podstawowe dane w ręku, umówił się Radwanem, aby przeprowadzić z nim rozmowę, która uzupełniłaby luki i wyjaśniła szczegóły dotyczące jego kariery zawodowej.

Kat Radwan okazał się zwalistym, wysokim mężczyzną o rumianej twarzy wieśniaka i sumiastych wąsach starodawnego szlachcica. Spotkali się w barze hotelu „Nepot”. Po zamówieniu czegoś do picia, Maurycy poprosił gościa, aby w krótkich słowach powiedział coś o sobie.

– W charakterze kata pracowałem w Stanach Zjednoczonych przez dziesięć lat. Było to w stanie Virginia. Wykonałem egzekucję czterdziestu czterech osób. Na początku więzienie korzystało z krzesła elektrycznego, potem były już zastrzyki trucizny. Stosowaliśmy głównie tiopental. Takie jest najkrótsze streszczenie mojej kariery w tym zawodzie.

Maurycy pomyślał, że była to odpowiedź w iście katowskim stylu, raz a dobrze. Wywnioskował, że Radwan ma szczególne poczucie humoru, kiedy ten mu powiedział z całą powagą, że skazańcy, na których miał dokonać egzekucji go lubili podczas gdy on ich nienawidził.

– Skąd pan wie, że pana lubili? I dlaczego miał ich pan nienawidzić?

– Nienawidziłem ich, bo byli to bezwzględni przestępcy i z ich powodu miałem niekiedy wyrzuty sumienia.

– Ale przecież żaden z nich nie mógł wiedzieć, że to pan będzie dokonywać na nim egzekucji. Takich informacji nie udostępnia się osobom skazanym na karę śmierci.

– Oficjalnie nie, ale i tak wszyscy oni dowiadują się o tym przed egzekucją. Nie wiem po co to robią, ani co to im daje.

W trakcie rozmowy ustalili szczegóły wystąpienia kata na urodzinach. Miał on odegrać w nich ważną aczkolwiek nietypową rolę.

Partię gości spoza miasta przywiózł ze stacji kolejowej wynajęty mikrobus. Pod dom solenizantki podjechał punktualnie, dwadzieścia minut po przyjeździe pociągu. Maurycy obserwował wysiadających. Kata poznał od razu, jak tylko wyszedł z mikrobusu. Był ubrany w szary flanelowy garnitur w paski i miał przy sobie wielki topór. W głowie Maurycego kotłowało się. Myślał o tym, co miało się zdarzyć, martwiąc się, czy plan się powiedzie i impreza się uda. Wróciły dawne niespokojne wspomnienia. Aby oderwać się od nich, skoncentrował się na Radwanie.

– Przyjechał kacisko i przywiózł ze sobą wielki topór. Błyszczy z daleka, nie sposób go nie zauważyć. Zatłucze tę gadzinę, moją babkę. Tak obrzydziła życie memu ojcu, że nie miał czasu ani siły, aby mnie wychować.

Maurycy przypomniał sobie szczegóły swojego dzieciństwa. Babka Katarzyna przez wiele lat maksymalnie wykorzystywała Jana, jego ojca. Maurycy miał bardzo jasny pogląd na ten temat. Babka przekazała ojcu do prowadzenia, a właściwie to kazała mu prowadzić dużą firmę odzieżową, stanowiącą od pokoleń własność rodziny. Sama nie była w stanie – jak mówiła – sprostać wszystkim obowiązkom domu, pracy w teatrze i biznesu, albo po prostu nie miała już chęci osobiście zarządzać firmą. Ojciec był dla Maurycego dobry ale nie miał dla niego czasu, zaniedbał go. Matka Maurycego sama nie umiała sobie poradzić z synem. Po kilku aresztowaniach i dwóch krótkich pobytach w więzieniu Maurycy nabrał głębokiego przekonania, że ojciec zmarnował mu życie. Nie mogąc zapewnić mu właściwego wychowania, widząc jak się wykoleja, ojciec popełnił samobójstwo.

– To przez babkę Katarzynę się zabił, a ja się zmarnowałem. Przepuściłem wszystkie pieniądze, jakie ojciec mi zostawił, i teraz muszę żyć na garnuszku tej wiedźmy.

Maurycy nie znosił babki, lecz skrzętnie to ukrywał. Nikt nie miał prawa o tym wiedzieć, ona sama najmniej. Jeśli rozmawiał z kimś o niej, to jedynie z przyjacielem ze szkoły, Cezarym, z którym się spotykał, aby razem pić do upadłego. Czasem rozmawiał na głos sam ze sobą. Treść była ta sama.

– Jest brzydka, choć wszyscy mówią, że to nieprawda, że ma oryginalną urodę. Ja tej urody nie widzę, mimo że staram się rozumieć innych ludzi. Jeśli mówią, że babka jest urodziwa, to chciałbym wiedzieć, w czym się to wyraża.

Maurycy widział tylko jej brzydotę. Zmarszczki pod oczami, pypeć na lewym policzku, jak to nazywał. Inni uznawali to za uroczy pieprzyk.

Solenizantka uznała obecność kata za oryginalny i zabawny pomysł. Jak tylko przedstawiono jej Patryka Radwana, podjęła z nim rozmowę. Pytała o szczegóły. Jak wykonywał egzekucje, jak się do nich przymierzał, także o wyrzuty sumienia. Odpowiadał szczerze, w sposób dla niego typowy, krótki i szarmancki.

– Wyrzuty sumienia to na pewno nie. Miałem je tylko na początku, potem mi przeszło, kiedy sobie uświadomiłem, że uśmiercam tylko morderców, podżegaczy do zbrodni i podobnych łajdaków.

W trakcie rozmowy z katem, ktoś podszedł do Katarzyny. Miała jeszcze inne obowiązki, była panią domu. Nie mogła dłużej z nim rozmawiać, wyjaśniła mu, że musi odejść. Aby nie pozostawiać gościa samego poprosiła siostrę, Karolinę, aby w jej miejsce kontynuowała rozmowę z Radwanem. Pomyślała, że to szansa dla niej, aby poznać kogoś nowego i interesującego. Karolina była tak krótko mężatką, że wiele osób wciąż uważało ją za starą pannę.

– Nie dziw, że nikt jej nie chce. Jest zbyt podobna do Katarzyny. Ta sama krew – pomyślał Maurycy, uważnie obserwujący wszystko, co dzieje się na sali. Starał się kontrolować rozwój sytuacji.

Karolina i Patryk Radwan rozmawiali z ożywieniem najpierw w salonie, nieco na uboczu, pod wielkim oknem, potem udali się na przechadzkę po parku okalającym dom z dwóch stron.

Po dłuższym czasie nieobecności z parku wrócił tylko kat. Nie skierował się do sali ogólnej, gdzie przebywali goście, tylko na taras z boku budynku, gdzie przebywała Katarzyna Kaszmir razem z Maurycym. Kat trzymał w prawej ręce za włosy ludzką głowę. Była to głowa Karoliny; z szyi kapała jeszcze krew. Maurycy omówił tę scenę wcześniej bardzo dokładnie z Radwanem. Rekwizyt był przygotowany w umówionym miejscu w parku.

Maska twarzy Karoliny była wykonana w sposób idealny. Kosztowało to charakteryzatora masę pracy. Był to podstawowy rekwizyt przedstawienia granego przez kata.

Efekt był bardziej przerażający niż to przewidział Maurycy. Chciał tylko babkę przerazić, ukarać ją za to, co zrobiła z jego ojcem. Był przekonany, że zareaguje spokojniej, była przecież zawodową aktorką, osobą przyzwyczajoną do niezwykłych inscenizacji.

Na widok głowy siostry Katarzyna upadła na taras, dostała drgawek, po czym znieruchomiała.

– To zawał serca – po krótkim badaniu stwierdził lekarz przybyły z salonu razem z innymi gośćmi, kiedy Maurycy zaczął wzywać pomocy. Maurycy przypomniał sobie, że sam umieścił nazwisko lekarza na liście zaproszeń sugerując się opinią babki, że był on wielbicielem jej talentu i oglądał wszystkie jej wystąpienia teatralne. Lekarz natychmiast wezwał karetkę pogotowia ratunkowego. Jak tylko przyjechała, powiedział rozkazująco:

– Proszę się rozejść. Nic państwo tu nie pomożecie. Chodzi o natychmiastową pomoc. Ja się tym zajmę, pojadę z nimi, pomogę ją reanimować w drodze do szpitala. Proszę pozostać na miejscu. Możliwe, że przyjedzie tu policja. Mam obowiązek ich zawiadomić o takim zdarzeniu.

Kilka godzin później Maurycy otrzymał telefon ze szpitala. Dzwonił lekarz.

– Pańskiej babci nie udało się uratować. Bardzo mi przykro z tego powodu.

Maurycy zastanawiał się, co czuje. Był zdezorientowany. Tłumaczył sobie:

– To nie była moja wina. Nikt tego nie mógł przewidzieć.

Odczuł ulgę, kiedy wyjaśnił sobie, że tak musiało być, że śmierć ojca została pomszczona i była to jego zemsta zza grobu.

Rozprawa odbywała się w dużej, staromodnie zabudowanej sali sądowej. Maurycy uczestniczył w niej w charakterze oskarżonego o usiłowanie spowodowania śmierci. Po ustaleniu podstawowych faktów i przesłuchaniu dwóch świadków, sędzia zażądała od prokuratury dokładniejszego zbadania okoliczności związanych z pożarem domu.

Maurycy uznał, że rozprawa nie poszła we właściwym kierunku. Spodziewał się, że dochodzenie zatrzyma się w miejscu z braku dowodów wskazujących, kto konkretnie wywołał pożar, i całe zdarzenie rozejdzie się po kościach. Tłumaczył się, że zorganizował wszystko za wiedzą i aprobatą babki. Patryk Radwan twierdził natomiast, że miał pewne obawy co do sceny z obciętą głową, ale zleceniodawca uspokoił go zapewniając, że zna dobrze swoją babkę i jej stan zdrowia, i wszystko będzie w porządku.

– To, czego oczekiwał ode mnie pan Maurycy Kaszmir, było tak niezwykłe, że z obawy o konsekwencje mimo jego zapewnień poprosiłem go o potwierdzenie zlecenia na piśmie. Mam je przy sobie.

Na życzenie sądu pokazał pismo sędzi; ta, po przeczytaniu go, poleciła włączyć je do akt. Sąd nie dopatrzył się w dokumencie niczego nadzwyczajnego.

Dwa dni po rozprawie Maurycy otrzymał list.

– Maurycy, o mało co mnie nie wykończyłeś. Nigdy bym cię nie posądziła o taką wyobraźnię i takie postępowanie. To była gruba przesada, jeśli chodzi o rozrywkę. To, co uczyniłeś, było okropne. Uznałam, że miałeś nieudany dzień i skłonna jestem ci wybaczyć. Ty zagrałeś „va bank”, ja również, dlatego upozorowałam własną śmierć. Moja przyjaciółka obserwowała spacer kata Patryka z moją siostrą. Poszła za nimi i widziała wszystko. Zdążyła ostrzec mnie w porę.

– Ten wypadek był wyrokiem losu – pomyślał Maurycy i czytał dalej.

– Chyba zawsze posądzałeś mnie, że zrujnowałam życie twojego ojca. Teraz sprawa jest jasna. Chciałeś mnie przetestować, dać mi nauczkę. Martwię się o twój stan psychiczny. Być może to nic poważnego, ale powinieneś skorzystać z pomocy psychoterapeuty. Musisz się zmienić. Jeśli tego nie zrozumiałeś, to powiem się ostrzej:  musisz się leczyć. Stawiam to jako warunek naszego porozumienia. Jeśli tego nie uczynisz, wydziedziczę cię, bo nie będziesz się nadawać nawet na parobka do sprzątania nawozu ze stajni. Chociaż nie! Może koń cię kopnie i wbije ci do głowy trochę rozumu. To może być jednak niebezpieczne, bo równie dobrze może skończyć twój nędzny żywot!

Maurycy przyjął list z ulgą. Babka żyła i to było najważniejsze. Tym razem to ona go przechytrzyła. Miał jeszcze nadzieję, że wróci do jej łask. Nie przekreśliła go całkowicie. Swoją przebiegłością i porównaniem go do parobka zraniła go bardziej niż sugestią wydziedziczenia. Bardzo go to zabolało.

Cztery tygodnie później w nocy spłonął dom Katarzyny Kaszmir. Była wewnątrz budynku. Maurycy nie miał co do tego wątpliwości; obserwował babkę od pewnego czasu, aby dokładnie poznać jej zwyczaje. Oglądał też pożar z oddali i słyszał kobiece krzyki.

Zaraz po straży pożarnej przyjechała policja. Skutki były tragiczne. W pogorzelisku znaleziono zwęglone ciało kobiety.

– Katarzyna Kaszmir zginęła tragicznie. Tym razem naprawdę. – Lokalna prasa rozpisywała się obszernie o pożarze i jego ofierze przez kilka dni. 

Wkrótce rozpoczęto zakrojone na szeroką skalę śledztwo. W kręgu podejrzanych znalazła się służba pani domu, przede wszystkim kucharz zwolniony przez nią kilka tygodni wcześniej, oraz Maurycy. Policji nie udało się niczego mu udowodnić. Już po pierwszym przesłuchaniu był przekonany, że tak właśnie będzie. Dom podpalił nie pozostawiając śladów mogących doprowadzić śledczych i prokuratora do sprawcy pożaru. Był jedną z wielu osób przebywających w domu lub w jego pobliżu w ciągu ostatniego miesiąca. Kilka dni przed pożarem podłożył specjalny zapalnik, którego obudowa stopniała i wyparowała pod wpływem wysokiej temperatury.

Czekał na uspokojenie się sytuacji. Był szczęśliwy, że wreszcie wszystko się stabilizowało. Był też pewien, że do dnia pożaru babka nie zdążyła zmienić testamentu. Nie zrobił niczego, co mogłoby ją nastawić negatywnie do niego. Wręcz przeciwnie, starał się prowadzić jak najbardziej przykładne życie. Zaczął nawet poszukiwać pracy. Zadbał o to, aby ta wiadomość dotarła do babki Katarzyny, co prawdopodobnie podniosło jego notowania. W przypadku pozytywnego rozwoju wydarzeń, planował kilkutygodniową wycieczkę zagraniczną. Przemyślał nawet, jak to zrobi. Pieniądze na nią pożyczyłby z banku, później spłaciłby ze swojego udziału w spadku.

Niecały tydzień później, z samego rana, do drzwi mieszkania Maurycego zapukał oficer policji.

– Wygląda na generała, tyle ma odznaczeń – pomyślał Maurycy zaskoczony nietypową wizytą. Za oficerem stał drugi policjant, młodszy i niższej rangi. Mężczyzna stojący za progiem przedstawił się:

– Podinspektor policji Damian Narożny. A to jest detektyw policyjny sierżant Józef Paliwoda.

Z wszystkiego, co usłyszał, Maurycy zapamiętał tylko nazwisko Paliwoda. Szumiało mu w uszach, czuł ssanie w żołądku. Nie rozumiał tego, ponieważ nigdy wcześniej, nawet w najbardziej opresyjnych sytuacjach nic takiego nie odczuwał. Znający go ludzie mówili o nim, że ma skórę słonia.

– Jest pan aresztowany pod zarzutem podpalenia domu pani Katarzyny Kaszmir i usiłowania jej zabójstwa.

Maurycy domyślił się, że coś poszło zdecydowanie nie tak, jak zaplanował, ale nie upadł na duchu. Postanowił walczyć.

– Nie mam pojęcia o co chodzi – odpowiedział zdecydowanym tonem.

– Nie szkodzi. Nie musi pan wiedzieć. Mam nakaz aresztowania. Tam, gdzie pana zabierzemy, będzie się mógł pan wytłumaczyć ze swojej niewiedzy.

– Co mam ze sobą zabrać? – zapytał zrezygnowany Maurycy, gotów udać się od razu w głąb mieszkania, aby zebrać i włożyć do plecaka niezbędne rzeczy.

– To, co pan chce, ale tylko rzeczy osobiste. Zrobi pan to w asyście sierżanta Paliwody. Tylko bez żadnych wygłupów, bo w razie jakichkolwiek wątpliwości sierżant natychmiast obezwładni pana, a to może być bolesne.

Po opuszczeniu domu i zamknięciu drzwi na klucz, Maurycy zajrzał do skrytki pocztowej. Był tam tylko jeden list. Zabrał go ze sobą, nie sprawdzając nawet, kto był nadawcą. W samochodzie usiadł na tylnym siedzeniu obok sierżanta. Jadąc siedział nieruchomo i gapił się w milczeniu przez okno. Podinspektor popatrzył na niego przekręcając głowę z przedniego siedzenia.

– Ma pan teraz czas. Może pan spokojnie przeczytać ten swój list.

Maurycy otworzył kopertę obrywając jej boczną krawędź palcami. Serce w nim zadrżało, kiedy rozpoznał charakter pisma. Zaczął czytać.

– Nie wiem jak się do Ciebie zwracać, bo na pewno nie „Drogi Maurycy”. Wiedz, że mam prawo serdecznie cię nienawidzić po tylu udrękach, jakie na mnie sprowadziłeś. Tym razem wyeliminowałeś się sam. Domyśliłam się, że twój stan psychiczny nie polepszył się i nie popuścisz, dopóki nie uczynisz czegoś okropnego. Nie miałam pojęcia, co to mogłoby być. Pomyślałam, że zechcesz zrobić coś, aby mnie postraszyć bardziej niż za pierwszym razem.  Dlatego kazałam cię śledzić. Cały czas chodził za tobą detektyw. Byłeś zbyt pewny siebie i chyba także zbyt głupi, abyś to zauważył. Nawet nie spostrzegłeś, że wokół domu poleciłam zainstalować kamery. Nie sądziłam jednak, że stać cię na taką podłość, że spalisz dom, aby mnie ostatecznie unicestwić. Na szczęście byłam nieobecna, musiałam wyjechać na kilka dni do rodziny. Podpalając dom, niczego nie osiągnąłeś. Wewnątrz była tylko gosposia, która zdążyła uciec. Uratowała się cudem. Informacja o ludzkich szczątkach znalezionych wewnątrz służyła tylko uśpieniu twojej czujności. Nie był to mój pomysł. Dom był ubezpieczony, w związku z czym nic nie straciłam. Mam jego plany i mogę go odbudować w takiej samej postaci. Lubię teatr dramatyczny, ale to, co zrobiłeś, przerasta ludzkie wyobrażenie. Wydarzenia wywołane przez ciebie uznałam za najbardziej tragiczne chwile mojego życia.

Przebywając w areszcie śledczym Maurycy otrzymywał listy. Wszystkie pochodziły od babki Katarzyny. Uznał, że go prześladuje, choć nic prześladowczego w nich nie było. Pojawiły się w nim wyrzuty sumienia. Odrzucał je od siebie. Babkę wciąż nazywał starą, podłą klępą oraz dręczycielką. Potem nachodziły go myśli, że ona w ogóle nie istnieje, że ją sobie wymyślił, że wychowywał się bez ojca a nawet go nie znał.

Katarzyna Kaszmir była zawsze kilka kroków do przodu. Pisała mu co się zdarzyło, w końcu także o tym, co się zdarzy.

Tydzień przed procesem otrzymał list w żółtej kopercie. Nigdy wcześniej nie otrzymał takiej przesyłki. Ucieszył się, że to nie od babki. Pomylił się. Tym razem napisała mu o zbliżającej się rozprawie sądowej, przewidując jaki zapadnie wyrok. Było tak, jak zapowiedziała. Sąd skierował go na badania do szpitala psychiatrycznego.

– To tylko badania – pocieszał się. Miał pojechać tam prosto z aresztu.

Zaraz po zakończeniu rozprawy sądowej, otrzymał kolejny list. Koperta była bez znaczka. Wyglądało na to, że ktoś specjalnie przyjechał do aresztu sądowego, aby go doręczyć adresatowi w odpowiednim czasie.

– Cieszę się, że wreszcie otrzymałeś zaproszenie na stały pobyt tam, gdzie zawsze było twoje miejsce. Nie martw się. Będę cię regularnie odwiedzać. Będziesz paradować w białym mundurku z rękawami zapinanymi na plecach na klipsy, a ja będę mieć na sobie moją najlepszą garsonkę, tę, w której najbardziej mnie nienawidziłeś. Możesz liczyć na mnie, będę ci służyć w formie wyrzutów sumienia. Ilekroć mnie zobaczysz, będziesz żałować swojej głupoty i okrucieństwa. Obudziłeś w sobie najgorsze duchy naszej rodziny. Czeka cię jeszcze jedna niespodzianka; nie zgadniesz jaka, ja ci też tego nie zdradzę. Niespodzianka to niespodzianka.

Samochód z podsądnym zatrzymał się na placyku przed wejściem do szpitala. Najpierw wysiadł strażnik więzienny, potem Maurycy. Wśród trzech osób, które czekały na niego, był także …. Tego się nie spodziewał. Zrozumiał, co babka miała na myśli pisząc o niespodziance. To był Patryk Radwan, masywne chłopisko ze swoim nieodłącznym towarzyszem – wielkim katowskim toporem. Stał spokojnie i czekał, aż Maurycy podejdzie bliżej. Przywitał się z nim jak z dobrym znajomym. Nie rozmawiali długo.

– Będę czekać na ciebie. Skontaktuj się ze mną po południu, to pogadamy. Mam tu pokój gościnny. To numer 13, przynoszący szczęście. Dziś wieczorem wygłaszam tutaj prelekcję. Będę opowiadać o moim zawodzie, o występach w roli kata. Wyobraź sobie, ci ludzie tutaj w większości biorą mnie za prawdziwego kata, podobnie jak ty, choć byłem tylko aktorem charakterystycznym grającym takie role. Przyjdź, przypomnisz sobie swoją własną przeszłość i zlecenie, jakiego mi udzieliłeś. Musisz wiedzieć, że kiedy to uczyniłeś, nie zadając sobie trudu sprawdzenia, gdzie pracowałem i co robiłem w ostatnich latach, byłeś już przegrany. Twoja babka Katarzyna to moja koleżanka ze sceny. Przyjaźniliśmy się. Powiedziałem jej o wszystkim. Nie grałeś nigdy w teatrze, byłeś amatorem i to jest twoja największa słabość. Dobry byłeś tylko w jednym; wspaniale udawałeś osobę zaburzoną psychicznie, aby wykończyć Katarzynę i przejąć majątek rodzinny, którym dysponuje. Teraz musisz dokonać poważnego wyboru, najpoważniejszego w twoim życiu. Pierwsza możliwość jest taka, że nadal będziesz grać osobę psychicznie niezrównoważoną, niebezpieczną dla otoczenia … i wtedy pozostaniesz tu na stałe. Druga możliwość, przyznasz się do świadomie popełnionych przestępstw i wtedy dostaniesz dożywocie za podpalenie domu i usiłowanie dwóch zabójstw z premedytacją. Masz na koncie też kilka szantaży i dwie krótkie odsiadki w więzieniu. W średniowieczu ktoś taki jak ja musiałby skrócić cię o głowę.

Masz jeszcze trzecie wyjście. Skończyć ze sobą. Ale nie życzę, ani nawet nie rekomenduję ci tego. Gdybyś się jednak na to zdecydował, doradzę ci, jaka trucizna jest najłagodniejsza w rozstaniu się ze światem. Jeśli mnie oczywiście poprosisz o radę. My, zawodowi aktorzy, niczego nie robimy na siłę, w odróżnieniu od amatorów, takich jak ty, którzy ubarwiają fikcję, myśląc, że dokonują czegoś realnego. Życie to wielki teatr, w którym trzeba umieć grać.

Michael Tequila,
Gdańsk, 27 grudnia 2020

0Shares

Głowy w autobusie do Dżajpuru. Opowiadanie. Odc.1-35/50.

Odc. 1 Marzenia

Podróż do Indii była dla Piotra Praktyka potrzebą serca, marzeniem marzeń. Kraj wielkości kontynentu stanowił dlań ogromną, bogatą i kolorową świątynię duchowej niezwykłości, łączącej różne religie, tradycje i zwyczaje. Sama mozaika religii mogła zamieszać w głowie; począwszy od hinduizmu, najstarszej i najbardziej powszechnej religii, przez buddyzm, sikhizm i dżinizm, a skończywszy na chrześcijaństwie. Był to kraj, gdzie od wieków miały miejsce zdarzenia przerastające ludzką wyobraźnię.

Piotr Praktyk zobaczył to we śnie, barwny, wijący się jak wąż korowód osobliwości: brodaci guru, wychudli fakirzy, grzechotniki tańczące na dźwięk fletu, święte krowy, panteon bóstw, bogiń i ich wcieleń, w końcu szalone bogactwa nababów i niewiarygodną nędzę mas. W jego pamięci pozostał bóg Ganeśa, przypominający czteroręcznego mężczyznę o głowie słonia z jednym kłem, złośliwego, ale kiedy się go udobruchało, bardzo pomocnego. Ganeśa posiadał cechy słonia, jego mądrość i siłę, a jego skóra była złota, czerwona lub niebieska, w zależności od nastroju. Praktyk zapamiętał atrybuty jego boskości: księgę, kieł, topór i wielki brzuch jako znak dobrobytu.

Wyobrażeń było znacznie więcej. Mangusta, zwierzątko, którego opis walki z grzechotnikiem miłośnik Indii znalazł w książce Norberta Wienera, ojca cybernetyki, jako ilustrację sprzężenia zwrotnego, także reinkarnacja, kamienie szlachetne wielkości męskiej pięści, wielkie, pracowite i spokojne zwierzęta pociągowe, które raził czasem atak szaleństwa. Był także mędrzec Sathya Sai Baba, głoszący jedność wszystkich religii i pogodzenie się z samym sobą. Praktyk widział go na video jak materializował z niczego, z pustej dłoni, białawy w kolorze święty popiół, którym posypywał głowy wiernych. W marzeniach podróżnika była jeszcze joga i praktyki duchowo-fizyczne, pozwalające ludziom dokonywać cudu – obywać się bez pokarmu, czerpiąc czystą energię z kosmosu. Był także zwyczaj uroczystego palenia zmarłych na wielkich stosach drewna i zrzucania ich prochów do świętej rzeki Ganges, w której codziennie dla zdrowia zanurzały się rzesze wiernych. Na liście zainteresowań Indiami znalazł się także Mahatma Gandhi, który oporem milczenia pokonał potężne imperium brytyjskie.

Najbardziej wyobraźnię Praktyka rozpalił jednak Lotan Baba, w języku angielskim zwany Rolling Saint, człowiek o głębokiej wierze i niewiarygodnej wytrzymałości. Praktyk kilkakrotnie oglądał go na filmie nie wierząc własnym oczom. Tocząc się po ziemi drogami polnymi i po asfalcie, w słońcu, deszczu i kurzu, Lotan Baba odbył podróż czterech tysięcy kilometrów z Ratlam do świątyni Bogini Vaishno Devi w Jammu. Towarzyszyła mu grupka wyznawców przygrywająca mu dźwięcznie na bębenku i innych instrumentach. Jego nieludzka odporność imponowała Praktykowi tym bardziej, że sam podejmował niejedno “święte” przyrzeczenie, którego nie potrafił dotrzymać.

Późną jesienią Piotr Praktyk oderwał się od marzeń i wykupił wreszcie wycieczkę w biurze podróży. W programie były dwa kraje: Indie i Nepal. Przygotowując się do wyjazdu, starał się zapamiętać jak najwięcej faktów, zdarzeń i miejsc. Niewiele to dało. Wygodnie uznał wtedy, że aby coś wspaniałego zapamiętać, trzeba to najpierw zobaczyć na własne oczy i przeżyć. Przed wyjazdem wynotował sobie tylko najciekawsze miejsca i zabytki wymienione w programie wycieczki.

Podróż rozpoczynała się na lotnisku międzynarodowym stolicy Nomadii. Tam miał się spotkać z pozostałymi uczestnikami wycieczki. Ich również był ciekaw. Był samotnikiem z natury i dawno już nie podróżował w większym towarzystwie.

Na dworzec kolejowy, skąd pociąg ekspresowy miał go zabrać do stolicy, trafił przed godziną piątą rano, pół godziny wcześniej niż trzeba. Było wyjątkowo dużo ludzi. Miał czas, więc ich policzył; razem z nim było czterdzieści osiem osób. Sam się zdziwił, czemu to uczynił, po co było mu to potrzebne. Od tego momentu nie mógł oderwać się od liczenia. W gorączce podróżnej odczuwał chyba potrzebę porządkowania rzeczywistości albo robił to bezwiednie, dla uspokojenia.

Przed wyjściem na peron sprawdził bilet. Miał miejscówkę w wagonie numer dwa. Zapamiętał numer wagonu i miejsca. Na peronie nie słuchał już zapowiedzi dotyczącej ustawienia wagonów. Było oczywiste, że wagon numer dwa będzie blisko początku pociągu. Okazało się, że na początku były wagony numer sześć, siedem i osiem, a wagony jeden, dwa i trzy na końcu. Wagonów numer cztery i pięć w ogólne nie było. Przeklinając, Praktyk pokonał dystans biegiem zdenerwowany i zażenowany, że nie słuchał zapowiedzi. W wagonie było ogółem czterdzieści pięć miejsc; większość była pusta, zajęte było łącznie dziewięć miejsc. Szybko obliczył, że to tylko dwadzieścia procent. To było proste.

Z dworca głównego w stolicy miał pociąg bezpośrednio na lotnisko, ale kasa biletowa nie wiadomo dlaczego była zamknięta. Czas naglił.

– W kolejce dojazdowej nie kupi pan biletu. Pozostaje panu tylko automat biletowy – życzliwe podsunął mu starszy podróżny, widząc go nerwowo rozglądającego się przy kasie.

Znalezienie automatu nie było proste, ale udało się w końcu. Kupując bilet dla siebie, Piotr Praktyk, kierując się współczuciem, kupił także bilet nieznajomemu mężczyźnie, który mu towarzyszył w poszukiwaniu kasy automatycznej.

– Jestem umówiony na lotnisku z przyjacielem i zabrakło mi pieniędzy. Przyjechałem tu do pracy i wyrzucili mnie po dwóch tygodniach. Nie wiem co robić. Wstyd mi wracać do siebie. Czy pan mógłby mi pomóc?

Zanim decyzja została podjęta Praktyk ocenił petenta rzutem oka: młody człowiek, słabo ubrany jak na zimową porę roku, zmęczony i nieogolony. Mówił z nieznacznym obcym akcentem. Razem wsiedli do kolejki. W wagonie Praktyk bez zastanowienia policzył pasażerów. Było czternaście osób. To go trochę zdenerwowało, bo miał tego nie robić. Postanowił więcej nie liczyć. Skoncentrował się na myśleniu o Indiach. Przed oczami stanął mu Lotan Baba, toczący się święty, zwykły, brodaty, skąpo odziany mężczyzna o niezwykłej sile ducha.

Odc. 2 Stambuł

Po drodze do New Delhi, pierwszego celu podróży w Indiach, była jeszcze przesiadka w Stambule. Tłum ludzi na lotnisku oddzielił Piotra Praktyka od jego grupy. Wkrótce znalazł się razem z innymi pasażerami w autobusie mającym ich dowieźć do samolotu odlatującego do New Delhi. Autobus nie ruszał, mimo że był pełny. Otoczony ciasno dziwnym tłumem Praktyk poczuł się nieswojo. Określił to w myśli jako rozmamłanie w kulturowej tożsamości.

Obok niego, z boku po lewej stronie, stał wysoki mężczyzna o ciemnej karnacji. Sądząc po wyglądzie był to Azjata. Jego głowa znajdowała się powyżej czupryny Praktyka; odczuł to jak niezasłużoną przykrość. Nie mając nic lepszego do roboty, przyglądał się dyskretnie współpasażerowi. Miał włosy podcięte pod donicę i kolczyki w uszach, na przegubie prawej dłoni błyszczały srebrne obrączki, z tyłu wygolonej czaszki świeciły blado dwie ukośne szramy. Mężczyzna miał na sobie markowe spodnie dresowe. Wyglądały elegancko. Piotr Praktyk zadał sobie pytanie, czy mówiąc o dresie można w ogóle myśleć o elegancji. Czarna skórzana kurtka i białe spacerowe Adidasy na nogach dopełniały ubiór obcokrajowca.

Piętro niżej od głowy Praktyka znalazł się zupełnie inny osobnik, niski, drobny, z długą czarną brodą i obfitymi bokobrodami. Na głowie miał zmyślnie ukształtowany różowy turban. Z uwagi na strój głowy Praktyk uznał go za Hindusa. Najbardziej zastanawiało go jego spojrzenie, wyrozumiała łagodność jak u Karola, dawnego przyjaciela Piotra, który wyjechał do Sydney.

Hindus miał na sobie płaszcz z ciemnoszarego materiału w pasy, w ręku bagaż, kolorową plastikową torbę z adresem sklepu odzieżowego w Toronto. Obserwator domyślił się, że podróżny przybył z Kanady, choć torba mogła znaleźć się w jego ręku zupełnie przypadkiem.

Trzecim obiektem zainteresowania Praktyka była kobieta. Stała tak blisko, że fizycznie czuł jej obecność. Wyróżniała ją twarz o połyskliwej, oliwkowej karnacji, oraz biust, sterczący przed nią jak taran do rozbijania męskich żądz. Podróżnik zobaczył w niej obiekt miłości osesków spragnionych mleka, ciepła i aksamitu. Spekulując swobodnie uznał, że wydatny biust nie tyle określa walory kobiety, ile podkreśla fakt, że konstrukcyjnie wybiega ona przed inne niewiasty co najmniej dwie miary kobiecości. W kwestii anatomii uznał jeszcze, że biustem znacznie bardziej może imponować niż biodrami, którym też nie można było nic ująć. Jej wiek oszacował między trzydzieści a trzydzieści pięć lat. Kobieta robiła sobie zdjęcia selfie czerwonym telefonem komórkowym, aby chwilę później przeglądać je w skupieniu, nie zwracając uwagi, że stojący za nią dwaj mężczyźni również je oglądali z takim zainteresowaniem, jakby obraz na małym był ciekawszy niż ona sama.

Po kilku minutach obserwacji Piotr Praktyk uświadomił sobie, że fantazjuje, unosząc się jak duch między pasażerami i węsząc niby wampir za ludzkim ciałem i krwią. Przestał o tym myśleć, kiedy doszedł go głośny krzyk dziecka gdzieś z głębi autobusu. Wszyscy obrócili głowy w tym kierunku. Krzyk przeszedł w rozpaczliwy płacz. Słysząc go Piotr Praktyk poczuł się niezręcznie nie mogąc nic pomóc. Uznał się za niewydarzonego przedstawiciela gatunku ludzkiego.

W samolocie przypadło mu miejsce przy oknie. Zaraz po nim przyszła kobieta. Nie poznał jej w pierwszym momencie, ani ona jego. Dopiero kiedy zaczęli rozmawiać, okazało się, że są z tej samej grupy wycieczkowej.

– Nie rozpoznaliśmy się, ponieważ widzieliśmy się zbyt krótko na odprawie przed odlotem z krajowego lotniska. Wszyscy patrzyli na zegarki, aby jak najszybciej znaleźć się w samolocie – wyjaśniła kobieta. Popatrzyła na Praktyka i dodała:

– Mam na imię Maria. Mówmy sobie po imieniu, będziemy w tej samej grupie przez dwa tygodnie. A jak ty masz na imię? – zapytała, jakby znali się od dawna.

Przed podaniem swojego imienia, Piotr przyjrzał jej się uważnie. Miała podłużną twarz, blond włosy i marzące oczy. Rozmowa potoczyła się szybciej. Kiedy Maria zapytała go, czy mogliby się zamienić miejscami, zgodził się bez wahania.

– To mi nawet odpowiada. W samolocie jest za mało miejsca, abym mógł wyprostować nogi. Siedząc przy przejściu będzie mi łatwiej wstać i trochę pochodzić, aby się rozruszać.  

Zanim samolot wystartował zapadła noc. Oboje patrzyli przez okno na wielką przestrzeń w dole, kiedy samolot opuszczał lotnisko. Powietrze było wyjątkowo przejrzyste.

– Nigdy nie widziałem piękniejszego widoku miasta nocą. Te pasma i pasemka oświetlonych ulic, różnej szerokości i kierunku, kwadraty placów i zaciemnione plamy parków. Czyż nie jest to zachwycające? – Piotr zadał pytanie, nie oczekując odpowiedzi. – Większość świateł jest jakby różowa a wielopiętrowe budynki wyglądają jak białe pionowe ramy.

Pojedyncza, przypominająca rozczapierzoną dłoń, błyskawica rozświetliła niebo i chwilę później wszystkie światła na dole zgasły jak na komendę. Piotr pomyślał, że musiała nastąpić wielka awaria sieci energetycznej.

– To tylko gęste chmury, w które wleciał samolot – wyjaśniła uprzejmie Maria. – Teraz już nic nie będziemy widzieć.

Piotr poczuł się rozczarowany. Aby zmienić nastrój zapytał:

– Lubisz latać samolotem?

– Bardzo. Nie odczuwam strachu jak niektórzy pasażerowie.

– Ja też lubię, z wyjątkiem tych momentów, kiedy samolot wpada w komin powietrzny. Pamiętam, jak raz spadał tak gwałtownie, że skrzydła wygięły się do góry. Zatrzymał się dopiero dwieście metrów nad lasem. Kapitan nam to powiedział. Byliśmy tak nisko, że widzieliśmy grzybiarzy machających do nas rękami.

Maria popatrzyła na sąsiada przestraszona, po czym zaśmiała się.

– Mam nadzieję, że będzie to bardzo udana wycieczka. Wiele sobie po niej obiecuję.

– Ja też. Myślę o zmianie wiary, chcę zostać buddystą. Oni są tacy spokojni, chodzą lekko ubrani i nie muszą pracować. A ty, Mario, nie myślałaś o zmianie religii? Kobiety podobno lubią zmiany. To nie byłby zresztą wielki przełom, bo Bóg podobno jest tylko jeden. W Indiach jest taki zestaw religii, że jest z czego wybierać. Na przykład hinduizm. Byłoby mi raźniej.

Maria zastanawiała się chwilę nad propozycją.

– Może następnym razem. Nie zabrałam ze sobą odpowiedniego stroju i nie znam języka hindi. Żaden z ich bogów by mnie nie zrozumiał. 

Odc. 3 New Delhi

Przylot do New Delhi nastąpił o godzinie piątej trzydzieści pięć rano. Po zakwaterowaniu się w hotelu Gautam Deluxe grupa ruszyła w miasto. Wstępne informacje były proste: New Delhi to trzecia aglomeracja świata, dwadzieścia sześć milionów mieszkańców, wielki węzeł komunikacyjny, centrum przemysłu i kultury, miasto uniwersyteckie z licznymi teatrami, galeriami, muzeami i zabytkami z okresu Wielkich Mogołów. Jest co zwiedzać.

Tego dnia obejrzeli sześć ważnych obiektów: Meczet Piątkowy Jama Masjid, Czerwony Fort nad rzeką Jamuną, Grobowiec Humajuna, budynek Parlamentu, Bramę Indii oraz świątynię Sikhów Gurudwara Bangla Sahib. Był to intensywny dzień: przejazdy rikszami, autobusem, długie marsze pieszo. Piotr Praktyk czuł się jak na obozie wojskowym. Jego wspomnienia poszatkował pośpiech. Oglądał Indie nie tak, jak sobie to wcześniej wyobrażał. Liczył na to, że będzie mieć trochę czasu ma refleksję, rozmowę jedną czy drugą w ciągu dnia, zapamiętanie tego, co najbardziej znaczące w historii i tradycji kraju. New Delhi nie zaoferowało mu tego luksusu. Nie było czasu zachwycić się czymkolwiek, przysiąść na ławce i choćby popatrzyć na Hindusów lub na wodę. Zapamiętał niewiele, często nie to, co trzeba, jakieś fragmenty, urwane oceny, przypadkowe widoki.

Przed Grobowcem Humajuna stały grupy uczennic.

Przyciągnęły jego uwagę; pierwszy raz widział dzieci hinduskie, zupełnie odmienne od jego wyobrażeń. Oczekiwał biedy, a zobaczył ład i porządek: dobrze utrzymane dzieci, jednolite mundurki szkolne w kolorze czerwono-białym, gładkie buzie, miłe uśmiechy, swobodne rozmowy. Był przekonany, że były to uczennice z zamożnych domów.

Najbardziej podobało mu się ich zachowanie. Podchodziły do ich grupy i pytały, czy mogłyby zrobić sobie zdjęcie z uczestnikami.

– Zawsze było na odwrót. To my pytaliśmy Hindusów, czy moglibyśmy zrobić sobie z nimi zdjęcie. Te dziewczynki robią zdjęcia z nami, traktując nas jak maskotki – skomentował ktoś z grupy. – W domu na pewno pokażą je rodzinie, rodzicom, przyjaciołom i powiedzą: O, popatrz na tego z siwą głową! Jaki on śmieszny! Ta czarna kurtka, spodnie turystyczne, plecak, czapka, okulary przeciwsłoneczne i wąsy. Ci Europejczycy to prawdziwa egzotyka!

Wieczorem poszli się przejść w kilka osób, aby zwiedzić okolicę hotelu. Bardzo szybko i niespodziewanie dotarli do większej ulicy z dziesiątkami sklepów i sklepików jubilerskich. Jeden z nich był wyjątkowo obszerny; wewnątrz było co najmniej dwadzieścia osób personelu oraz dwóch strażników z wysłużonymi karabinami.

– Broń chyba jeszcze z okresu imperium brytyjskiego – mruknął Praktyk na ich widok.

Rozeszli się po wielkiej sali, aby nacieszyć oczy bogactwem oryginalnych w kształcie i misternych w wykonaniu wyrobów ze złota i szlachetnych kamieni. Na zewnątrz sklepu jubilerskiego przewalały się tłumy ludzi; stragany i straganiki, sprzedawcy i ich klienci, turyści, rowery, riksze, samochody i autobusy. Nie to jednak zapadło w pamięć Praktyka, lecz chodniki uliczne wyglądające tak, jakby ktoś chciał je specjalnie źle ułożyć; nieprzerwane nierówności, dziury i garby.

Następnego dnia grupa miała wstać o godzinie piątej rano, znieść bagaż do recepcji o godzinie piątej trzydzieści, potem zjeść śniadanie i o godzinie szóstej wyjechać autobusem na lotnisko, skąd mieli udać się do Katmandu.

Kilka minut przed pobudką Praktyk zszedł do recepcji, aby zrobić parę zdjęć na pamiątkę jak wyglądał pierwszy hotel, oraz notatki. Nic z tego nie wyszło. W recepcji było ciemno, na sofach spali dwaj recepcjoniści. Nie było nawet stolika, przy którym można by usiąść.

Wyszedł na dwór. Panował tam przyjemny chłód. Naprzeciwko był wielki plac z samochodami osobowymi, autobusami i motocyklami, przypominający zatłoczony parking z małą stacją benzynową, a właściwie pompą do tankowania paliwa. Obok zauważył drugi budynek, Hotel Swarami De Luxe.

– Tutaj wszystko jest „deluxe” – mruknął do siebie, rozglądając się wokół i starając się wchłonąć jak najwięcej egzotyki.

Przed wejściem do hotelu na betonowych płytach spał rudy pies. Odchodzący w bok chodnik przecięty był poprzecznym wałem betonu wysokości dwudziestu centymetrów. Umieszczono w nim dwie plastikowe rury z przewodami elektrycznymi. Podróżnik przypomniał sobie wcześniejszy spacer po mieście.

– Ordynarna, prostacka robota – pomyślał. – Chodniki w New Delhi! Jeśli można coś spieprzyć w ich wykonaniu, to ci artyści to zrobili. To jest po prostu niewiarygodne.

Nie mieściło mu się w głowie, że naród prawdziwych mistrzów rzemiosła wykonujących koronkową robotę jubilerską może równocześnie tak brutalnie traktować obiekty użyteczności publicznej, z których sami korzystają.

Po powrocie do pokoju uznał, że niesłusznie ocenia Hindusów. Sam nie był ideałem; jak większość ludzi potrafił obchodzić się misternie z jedną częścią rzeczywistości i brutalnie traktować inną. Uznał, że to kwestia podejścia. Nie był jednak pewien, czy wyczerpuje to całą prawdę. Rzeczywistość Indii nie dawała się zdefiniować w prosty sposób. Praktyk postanowił czekać na dalsze wrażenia.

Odc. 4 Postacie

Imiona i nazwiska uczestników wycieczki stanowiły dla Piotra Praktyka wyzwanie od pierwszego dnia pobytu w Indiach. Nigdy nie miał pamięci do twarzy ani imion. Jeśli pamiętał twarz, to imię uciekało mu z pamięci, lub na odwrót, mimo że miał wrodzone pewne zdolności typowe dla fizjonomisty, człowieka umiejącego rozpoznawać cechy umysłu i emocje innej osoby z wyglądu jej twarzy i postaci.

Przy pierwszym spotkaniu Praktyk zapamiętał trwale imiona dwóch uczestników, pozostałe zapomniał już po pięciu minutach, niektóre z nich ponadto mu się myliły.

– Taka pamięć psu na budę się zdała – zżymał się wtedy, ulegając chwilowemu przygnębieniu.

Czasem zapominał coś tak trywialnego, że ogarniał go strach, czy nie dopadła go demencja lub coś jeszcze gorszego. Robił wtedy test polegający na przypomnieniu sobie kilku najświeższych zdarzeń. Jeśli nie miał z tym problemów, pocieszał sobie:

– Nie jest źle, nie martw się niepotrzebnie.

Aby nie pogubić się całkowicie, oznaczył w myśli wszystkich uczestników wycieczki pseudonimami nawiązującymi do ich cech zewnętrznych, wyglądu lub zachowań, których nie sposób było pomylić. Skuteczne posługiwanie się ksywami zależało od ich akceptacji przez zainteresowanych; bez tego ich używanie mogło być niezręczne. Praktyk zorganizował w związku z tym dyskusję, aby się upowszechnić ksywy i zyskać zgodę na ich używanie. Przyjęły się one łatwiej niż się spodziewał; może nie od razu, ale już po kilku dniach powszechnie je używano. Pomysł był skuteczny i to było najważniejsze.

Od tej pory Piotr Praktyk przywoływał w pamięci towarzyszy podróży skojarzeniami, używając ich w rozmowach: Porywczy, Fotograf, Darczyńca, Kindżał, Wysoka z Kokiem, Rasputin, Wizażystka, Szczepan, Proteza i Półgębek. To ostatnia ksywa odnosiła się do mężczyzny w średnim wieku, który uśmiechał się połową twarzy.

Proteza jako ksywa człowieka ze sztuczną nogą w pierwszej chwili wzbudziła kontrowersję. Została jednak przyjęta, ponieważ sam zainteresowany nie tylko nie zaprotestował, ale poczuł się wyróżniony.

– To, że mam sztuczną nogę, tylko mnie nobilituje. Mogę biegać szybciej niż inni, bo to specjalna konstrukcja. W najmniejszym stopniu mnie nie szpeci, a kopa mam potężniejszego niż koń, który mnie kiedyś zrzucił. Do dzisiaj tego żałuje – oświadczył z dumą Proteza.

Uzgadniając komu i jaka ksywa przysługuje, Nomadowie starali się, aby nie uwłaczała ona ludzkiej godności. Uderzali w wysokie tony a ich dyskusję przenikały określenia takie jak szacunek, przywilej, dyskryminacja. Kiedy ktoś sugerował niestosowny pseudonim podchodzili do sprawy spokojnie, wyjaśniając bez pouczania czy karcenia, że propozycja nie jest w dobrym tonie. To był właśnie charakter ich dyskusji; rzeczowy i poważny, ale bez przesady.

Samego siebie Piotr Praktyk oznaczył kryptonimem Śnięty. Nikt jednak nie używał tej ksywy, ponieważ grupa doszła do wniosku, że jego nazwisko doskonale brzmi w naturalnej formie i jest łatwe do zachowania w pamięci. Tak też go zapamiętano i tak się do niego zwracano od tej chwili. Uczestnicy grupy widzieli jego słabość do przysypiania, lecz nikt mu tego nie wypominał, tym bardziej, że sami też ulegali temu nawykowi w czasie jazdy autobusem. Było oczywiste, że Praktyk kocha sen i zasypia jak suseł w Boże Narodzenie, kiedy na ziemi szaleje zima, a on leży zagrzebany w grubej pierzynie liści zgromadzonych przez wiatr w górskiej jaskini.

– Każdy ma prawo być oryginałem – usprawiedliwiał siebie Praktyk. Temat bycia ekscentrykiem był tak intrygujący, że postanowił poświęcić mu w przyszłości więcej uwagi, może nawet ująć go w pamiętniku.

Najważniejszą osobą w grupie był przewodnik. Podał wszystkim swoje imię i nazwisko, nikt jednak nie starał się nawet ich zapamiętać, bo nie były łatwe. Pozostał Przewodnikiem, w skrócie Przewo. Nie zwracano się do niego inaczej. Czasem tylko, kiedy była mowa o różnych przewodnikach, mówiono Przewo 13. Był to numer ich grupy wycieczkowej nadany przez agencję turystyczną.

Dla Praktyka trzynastka była zawsze szczęśliwa. Pod tym numerem wygrał kiedyś na loterii fantowej pierwszą nagrodę. Nie chciał jednak ujawnić, co to było, więc nie za bardzo wierzono w jego wygraną. Z samą trzynastką było inaczej. Szczerze w nią wierzył i dzielił się swoim przekonaniem, podając rozliczne przykłady z biblii, życia, kabały, powołując się na źródła historyczne, przyjaciół oraz znajomych. Wkrótce większość uczestników była przekonana, że grupa nie mogła mieć szczęśliwszego numeru.

Przewodnik grupy też nie mógł być lepszy. Był dobrze zorganizowany, chętny do pomocy i umiał przewidzieć najbardziej dziwaczne życzenia uczestników wycieczki. Co najważniejsze, o Indiach i Nepalu wiedział chyba wszystko.

– Więcej wiedzy o kraju, jego historii i tradycjach zawierają tylko Wedy, święte księgi hinduizmu – po kilku dniach stwierdził Inżynier.

Przewo, jak się okazało, od długiego czasu mieszkał w Indiach. Był żonaty z obywatelką Butanu, której przodkowie przenieśli się do Indii i przeszli na hinduizm. Była to osoba majętna, z wyższym wykształceniem; nie była jednak urodziwa. Przewo pokazywał uczestnikom Trzynastki jej zdjęcie.

– Jest osobą niezwykle sympatyczną. Nie mogłem znaleźć lepszej żony. Niejedna kobieta tutaj uważa męża za istotę wyższą i tak go traktuje. Tak było też ze mną. Walczyłem z tym bałwochwalstwem, lecz przestałem, kiedy teściowa powiedziała mi, abym poważnie zastanowił się nad tym, co robię. Zapamiętałem jej słowa, była w nich poezja.

– Nie musisz płynąć pod prąd kobiecych przekonań, że mężczyzna jest istotą bliższą ideału niż kobieta.

Korzystając z pozycji społecznej żony Przewo zbudował solidną wiedzę o Indiach, stając się łącznikiem między skromną duchowością Nomadów a nieokiełznaną religijnością hinduską. Dzięki niemu uczestnicy wycieczki mieli szansę lepiej poznać i rozumieć Indie. Nikomu to się zresztą nie udało; wszyscy zgodnie stwierdzali każdego dnia, że Indie są nie do zgłębienia.

W wolnych chwilach Przewo chętnie odpowiadał na pytania. Często widziano go z Półgębkiem, jak w przerwie na odpoczynek siedzieli w cieniu drzewa na ławce i konwersowali, podobni do braci syjamskich, oddając się poważnej wymianie słów, gestów i znaczeń.

Odc. 5 Nomadowie

Trzynastka rozkręcała się z dnia na dzień. Pochłonęła ich pasja poznawania Indii i zgłębiania jej historii i duchowości. W pierwszych dniach poświęcali temu całą swoją energię biegając, słuchając i oglądając wszystko z otwartymi oczami, nie zapominając o zdjęciach. Z czasem jednak, kiedy poznali się już trochę wzajemnie, życie towarzyskie zaczęło odgrywać większą rolę. Wpływało na to rosnące zmęczenie regularnym wstawaniem rano, widokami, przejazdami z hotelu do hotelu oraz męcząca monotonność intensywnego zwiedzania.

Nazwa „Trzynastka” nie utrwaliła się do końca. Pojawiły się głosy zwątpienia, czy był to dobry pomysł. Praktyk nie kupował tej sugestii, wierzył, że jest to syndrom psucia tego, co dobre. Padły propozycje innych nazw: Turyści, Wędrowcy, Podróżnicy, Włóczykije, Globtroterzy, Obieżyświaty, Urlopowicze, Koczownicy, Tułacze i Włóczykije.  

Decyzja w końcu zapadła: Nomadowie. Uzasadnienie było praktycznie niepotrzebne.

– Skoro pochodzimy z Nomadii, kraju stworzonego przez Nomadów, to dlaczego nie mielibyśmy używać tej nazwy w Indiach i Nepalu? Nie musimy silić się na oryginalność. Jest ona pożądana w relacjach damsko-męskich, ale niekoniecznie w opisie rzeczywistości podróżnej – Wysoka z Kokiem jak zwykle nie umiała powstrzymać się od skojarzeń erotycznych. Niektórzy Nomadowie podejrzewali ją, że jest mitomanką.

W miarę jak rosła zażyłość między nimi coraz mniej krępowali się o tym mówić. Indie stymulowały ich w tym kierunku. Były wolne, swobodne, pełne erotyki i seksualności, nawet frywolne. Na każdym kroku wiedzieli symbole erotyczne: w religii, rzeźbach, literaturze, poezji, legendach i świątyniach. Działało to na nich.

Tego dnia po kolacji wypili więcej niż powinni. Darczyńca i Kindżał szarpnęli się i na stołach znalazło się kilka butelek alkoholu. Chyba sami już wcześniej spróbowali, bo zaczęli błaznować. Nikt nie miał im tego za złe. Wszyscy odczuwali potrzebę odprężenia, zrzucenia z siebie pyłu i kurzu dnia, zapomnienia o zabytkach; murach, warowniach, budynkach i pomnikach wystawionych dla uczczenia zwycięstwa kogoś sławnego nad kimś jeszcze bardziej sławnym lub odwrotnie.

– To lokalna okowita – oświadczył Kindżał. – Kupiliśmy ją po drodze w supermarkecie. Sprzedawca zaklinał się, że to najlepsza marka w całych Indiach. Kupują ją nawet ludzie niepijący alkoholu, aby spróbować tego specjału.

Rozmowa szybko zeszła na temat seksu i erotyki, który w Nomadii był publicznym tabu. Podróżnicy poczuli się wolni od okowów przyzwoitości obowiązujących w kraju. Zaczęło się od krótkich wypowiedzi, potem była to już lawina. Każdy miał jakąś cegiełkę do dorzucenia. Wspierali się nawzajem jak grupa alkoholików anonimowych czy grupa psychoterapeutyczna. Prześcigali się w wypowiedziach.

– Seks w Indiach zawsze był ważną częścią życia, bo oznacza radość. Każdy z nas to wie, tylko o tym nie mówi.

– Jest źródłem życia, sprawą ważną, pozytywną i godną podziwu.

– Ludzie garną się do dyskusji o seksie i erotyce. A co my? My, w Nomadii, we własnym kraju, od niej uciekamy jak od zarazy, nazywamy bezwstydem. Rodzice nie umieją rozmawiać z dziećmi na temat seksualności ani dzieci z rodzicami. W głowie mamy bociany, kapustę, motylki i schowki, które nazywamy oknami życia, gdzie można wrzucić po kryjomu dziecko zrodzone z pożądania lub miłości, zamiast publicznie przyznać, że pragnie się je oddać do adopcji. Wstyd!

– Dlatego Hindusi tolerują homoseksualistów, lesbijki i trzecią płeć, a my tych ludzi nienawidzimy. Tylko z tego powodu, że się kochają inaczej. Odmienność seksualna zawsze była, jest i będzie, bo jest produktem ewolucji.

– U nas może nie jest całkiem źle, ale trzymamy to na uwięzi, w zamrażarce albo w konfesjonale, tak jakby wyłącznie księża mieli przywilej słuchania o niepokojach, osiągnięciach i wpadkach seksualnych. Potem nazywają to grzechem i potępiają.

Kiedy się już rozchodzili, Wysoka z Kokiem, chyba pod wpływem dyskusji wyznała, że jest po prostu niewyżyta seksualnie.

– To ta historia z moim mężem tak mnie dobiła. Byliśmy bardzo młodzi. Nie wiedziałam, że był nałogowcem, hazardzistą. Ukrywał to skutecznie przede mną. Przegrał w karty cały majątek, jaki w posagu wniosłam do małżeństwa. Musiałam się z nim rozstać. Stało się to w najgorszym czasie, bo zaczęliśmy już snuć cudowne fantazje erotyczne, otwieraliśmy się na nową rzeczywistość. To mnie załamało uczuciowo.

Odc. 6 Nepal i buddyzm

Po przebudzeniu się Praktyk wykąpał się, ogolił i umył zęby korzystając z wody z kranu. Zdenerwował się i zaklął, kiedy przypomniał sobie ostrzeżenie Przewo, aby nie brać do ust wody z kranu nawet po przegotowaniu. Chciał jak najszybciej zdezynfekować się alkoholem. Miał trochę w metalowej piersiówce. Dusił się dłuższą chwilę nie mogąc złapać oddechu. Wtedy sobie przypomniał, że był to spirytus zmieszany z wódką żołądkową gorzką. Była w bardzo dobrym gatunku, lubił jej smak.

Rano starał się zachowywać jak najciszej, aby nie zbudzić Kindżała. Mieszkali razem w jednym pokoju. Wycieczka na całej trasie korzystała w hotelach tylko z pokoi dwuosobowych, z wyjątkiem osób, które za dodatkową opłatą wykupiły pokoje tylko dla siebie. Wieczorem pierwszego dnia pobytu w Indiach Przewo zorganizował losowanie, kto z kim będzie mieszkać w pokoju. Praktykowi i Kindżałowi wypadło mieszkać razem.

Tego dnia Nomadowie mieli lecieć samolotem do Katmandu. Praktyk mając jeszcze trochę czasu do śniadania, wyciągnął notatnik i zaczął pisać.

– New Delhi to konfrontacja misternego piękna z niewymowną brzydotą – zapisał pierwsze zdanie.  

Myślał o ludziach najuboższych. Nie miał pomysłu, co pisać dalej, wszystko wydało mu się bez sensu. Z zamyślenia wyrwał go głos Kindżała.

– Co się z tobą dzieje? Wyglądasz jakby żaba zajrzała ci w oczy i postraszyła, że cię opluje.

– Żaba żabą – skwitował Praktyk – ja myślę o Hindusach, tych najuboższych, bezdomnych, śpiących na chodnikach. Wielu z nich to analfabeci, ludzie zagubieni i biedni jak mysz kościelna. Los zdegradował ich kompletnie przez sam fakt ich urodzenia się na samym dole, w piwnicy hierarchii społecznej. Walczą o przeżycie każdego dnia, często nie wiedząc, co będą jeść na obiad następnego dnia a nawet, czy w ogóle przypadnie im w udziale jakiś posiłek.

– Ale się nakręciłeś! – Oczy Kindżała zwęziły się i twarz mu stężała. Kiedy myślał o tych ludziach wpadał w zły nastrój. Współczując im, nie był w stanie im pomóc w jakikolwiek sposób.

W trakcie lotu z Delhi do Katmandu Praktykowi drętwiały stopy. Było to tak męczące, że co jakiś czas wstawał i chodził przejściem między rzędami foteli w jedną i drugą stronę. Na szczęście lot nie trwał zbyt długo. Po przylocie do Katmandu, stolicy Nepalu, i odprawie paszportowej, Nomadowie udali się wynajętym autobusem do hotelu Tibet. Przewo taki przejazd nazywał transferem. Po zameldowaniu się w recepcji i przydziale pokoi mieli czas wolny na odpoczynek. W notatkach Praktyka ten dzień w dziwny sposób się zagubił. Znalazł tylko jedno zdanie, że na kolację pojechali autobusem, pokonując trasę trzydziestu kilometrów. Nie rozumiał tego.

Był to piąty dzień grudnia, idealnej pory na zwiedzanie północnych Indii i Nepalu. W dzień było ciepło, słońce często wychodziło zza chmur. Tylko noce były chłodne a w górnych regionach Nepalu wręcz zimne. Praktyk był na to przygotowany. Wszyscy byli na to przygotowani.

Wbrew wcześniejszym obserwacjom, Praktyk uznał, że ma do czynienia z wytrawnymi podróżnikami. Kiedy po raz pierwszy spotkał się ze swoją grupą przed odlotem z Nomadii, nie miał możliwości poznać ich bliżej. Byli obcymi sobie ludźmi z nielicznymi wyjątkami: dwóch par małżeńskich oraz kilku singli, znających się już wcześniej.

Praktyk hołubił w sobie wyobrażenie, że dużo w życiu podróżował i ma za sobą więcej doświadczenia niż inni. Była to prawda dotycząca tylko kilku osób, pozostali Nomadowie mieli o niebo więcej doświadczenia.

Północne Indie, leżące u podnóży Himalajów, to był kraj Buddy, gdzie się urodził, nauczał i medytował, także poszcząc tak intensywnie, że żebra było widać jak na dłoni. Zmarł w wieku ponad osiemdziesięciu lat, jak głosi przekaz ustny. Było to niezwykłe, ponieważ w tamtych czasach ludzie nie dożywali nawet pięćdziesięciu lat.

Praktyk zetknął się z buddyzmem wielokrotnie. Były to przeżycia intensywne i dostatecznie długie, aby w końcu uznał go za ważny także dla siebie. Mówił o tym innym uczestnikom wycieczki zagłębiając się w szczegóły, kiedy tylko wykazali zainteresowanie. Po kilku dniach wszyscy wiedzieli, że Praktyk przyjechał do Indii i Nepalu przede wszystkim po to, aby odwiedzić miejsca i zobaczyć zabytki poświęcone Buddzie, przede wszystkim rzeźby, stupy i świątynie buddyjskie.

 

Odc. 7 Budda

Wychowanemu w tradycji chrześcijańskiej Praktykowi, Budda, jego mądrość i jego nauki, niezwykle imponowały. Nie wzięło się to z niczego. W pewnym okresie życia Praktyk przeżył tragedię rodzinną; myślał wtedy o samobójstwie. Z pomocą przyszła mu książka “Budda i jego nauczanie”, zaczynająca się od stwierdzenia, że życie jest cierpieniem. 

W czasie podróży autobusem, traktowanym przez Praktyka jak dom kultury na kółkach, a przez innych jak przytulna karczma służąca zabawie, pytano go, czy Budda był cierpiętnikiem. Praktykowi nie podobało się to pytanie. Uznał je za wywołane przez alkohol lub skłonność do grubych żartów. Aby zakończyć temat, odpowiedział po prostu:

– Bzdura. Kto ci to powiedział? 

Po chwili zreflektował się, że Budda – bez żadnych wątpliwości – przez kilka lat świadomie poddawał się cierpieniu, medytując i głodząc się, aby zrozumieć naturę wyrzeczeń przyjemności ciała i ducha. Wyjaśnił to pytającemu, podsumowując na końcu: 

– Był to ważny fragment jego życia. Poznał naturę tych zjawisk i to wystarczyło, aby sformułował myśl, że ani nadmierne pobłażanie sobie, ani całkowita abnegacja nie służą człowiekowi, ponieważ prowadzą do cierpienia. Według Buddy cierpienie jest wszechobecne. Człowiek cierpi, kiedy się rodzi, choruje, doznaje niepowodzeń, starzeje się i umiera. Także wtedy, gdy jest oddalony od tego, co kocha, lub jest blisko tego, co jest dla niego przykre lub wrogie.

Swoją wiedzą buddyjską Praktyk dzielił się szczerze z innymi, ale tylko wtedy, kiedy wykazywali szczere zainteresowanie. Nie zdarzało się to często. Praktyk tłumaczył sobie, że ludzie reprezentują różne poziomy otwartości i zainteresowania światem. Były to zbyt poważne sprawy, aby można było je wyjaśnić w kilku prostych słowach, dlatego Praktyk unikał przypadkowych, miałkich dyskusji.

Nomadowie wyczuwali jego słabość do buddyzmu. Niektórzy prowokowali go zadając mu dziwaczne pytania lub świadomie kwestionując jego poglądy. Czasem robili to z ciekawości, czy nie wyprowadzą go z równowagi, innym razem, aby zobaczyć jego entuzjazm. Praktyk rzeczywiście potrafił cieszyć się jak dziecko. Kiedy Inżynier zwrócił mu na to uwagę, Praktyk wyjaśnił:

– Nie przeszkadza mi, że ktoś myśli, że entuzjazmuję się jak dziecko. To wielka rzecz zachować sobie jak najdłużej świeżość i ciekawość świata, jakie ma w sobie dziecko. W zachowaniu dziecka jest naturalność i prawda, w zachowaniu osoby dorosłej dużo wyrachowania i kłamstwa. Ja staram się być jak najczęściej po tej pierwszej stronie.

Z akceptacją poglądów i przekonań Praktyka bywało różnie. Na ogół towarzysze podróży byli życzliwie do niego ustosunkowani. Byli jednak i tacy, którzy traktowali jego głębokie zainteresowanie buddyzmem jako odstępstwo od wiary chrześcijańskiej. Kindżał, Darczyńca i Szczepan lojalnie ostrzegali go o niechęci innych osób. 

Któregoś dnia, w przerwie podróży autobusem, Darczyńca poprosił Praktyka na bok i powiedział.

– Piotrze, zachowujesz się jak mnich buddyjski.

W głowie masz ciągle Buddę. Niektórzy z naszego towarzystwa śmieją się z ciebie. Uważają cię za zarozumialca. Przytoczę słowa Protezy, tego z chromą nogą:

– Ostatnio odmówił wypicia z nimi dzióbasa alkoholu. To nie wypada. Nie traktuje nas przyzwoicie. A przecież wszyscy jesteśmy ludźmi. Bez względu na to, czy ktoś jest rzezimieszkiem, właścicielką trzech kotów czy rzeźnikiem, który sam nie je wieprzowiny, bo jest wegetarianinem.

Praktyk przyjrzał się uważnie Darczyńcy. Tknęła go podejrzliwość. Nie zauważył jednak nic szczególnego; ta sama krępa sylwetka, spodenki sięgające kolan, kieszenie wypchane cukierkami, kolorowa koszulka. Wydawało się, że widzi w jego oczach iskierki życzliwości, dlatego postanowił odpowiedzieć jak najszczerzej.

– Ci ludzie musieliby się wgłębić do końca, tak jak ja, w buddyzm. Dopiero wtedy zrozumieliby, że każdy może być Buddą. Budda po prostu oznacza człowieka, który doznał olśnienia, jest oświecony, zna tajemnicę życia. Dla mnie buddyzm to filozofia życia, a nie religia.

Odc. 8 Na trasie

Szaleństwo Praktyka coraz wyraźniej rzucało się w oczy przyjaciołom, szczególnie Kindżałowi, z którym dzielił pokój w hotelach, gdzie nocowali. Także Darczyńcy, z którym najczęściej konwersował oraz Szczepanowi, lubiącemu żartować i opowiadać kawały. Martwili się o niego. Widzieli, jak coraz częściej odpływa, oddając się myślom o buddyzmie.

– Jest z nim coraz gorzej. W autobusie mało co się odzywa. Albo przysypia, albo mówi od rzeczy. Coraz mniej w nim normalności, chyba chłop dziczeje. Ostatnio dwa razy odmówił wypicia z nami kieliszka lokalnej wódki. Tłumaczył się, że wódka wywołuje w nim mdłości.

– Nie znoszę anyżku. Smakuje jak czosnek roztarty z cukrem i kapustą. Okropne świństwo.

W czasie podróży autobusem Praktyk oddawał się wspomnieniom. Zamykał oczy i wyobrażał sobie kobiety, które były jego ideałem piękna i dobra. Była w tym tęsknota za kimś bliskim i ciepłym. Niewiasty, jakie ukazywały mu się w marzeniach, miały pełne kształty, krągłe ramiona i śmiejące się oczy, najczęściej czarne i figlarne. Nie znosił nadmiernie chudych kobiet. Wzdrygnął się, kiedy przypomniał sobie grupę słynnych modelek, które na pokazie mody kompletnie nagie przedefilowały przed widzami. Ich szczupłość zszokowała go. Była chorobliwa.

Kiedy senne mary znikały, wracał do buddyzmu. Historyczny Budda nazywał się Budda Gautama i pochodził z książęcego rodu. Nigdy nie uważał się za boga ani za inną, wyższą istotę, tylko za przewodnika i nauczyciela. Miał uczniów oraz zwolenników, uznających go za także za mędrca. W 253 roku przed naszą erą Cesarz Aśoka edyktem upowszechnił buddyzm w Indiach i dopiero wtedy Budda znalazł się ołtarzu. Dla Praktyka był on odkryciem, które zmieniło jego duchowość. Kiedy mówił o Buddzie, dramatyzował, aby przesłanie trafiło także do jednostek opornych, za jakie uważał ludzi zamykających się w jednej religii z pominięciem innych. Rozmawiał o tym z Darczyńcą.

 – Filozofia buddyjska oferuje szczęście i radość. A wiesz gdzie? Tutaj, na tym padole gorzkich łez i nieczęstej radości, a nie w zaświatach, jak czynią to inne religie. Stamtąd nikt nie prześle ci nawet marnego SMS-a, aby cię pocieszyć, że coś tam istnieje. Kiedy jesteś buddystą, nie martwisz się, że umrzesz, bo koncentrujesz się na tym, co dzieje się tu i teraz.

Słysząc te słowa, Darczyńca popatrzył na Praktyka, jakby widział go po raz pierwszy.

– Dobrze, że mi to powiedziałeś. Będę miał o czym myśleć. Poczytam też sobie trochę na temat Buddy.

Praktyk zobaczył go później, jak stojąc przed autobusem tłumaczył komuś: – Indie to Indie. Tu trzeba myśleć transcendentalnie. Buddyzm to nie ceremonia klękania i modlenia się, ale rzetelnej medytacji i panowania nad sobą.

Zakupiwszy u kierowcy autobusu dwie butelki chłodnej wody mineralnej, Praktyk usiadł na swoim stałym miejscu i powiedział siedzącemu obok Kindżałowi:

– Darczyńca wyraża swoje myśli nieco chaotycznie, ale poważnie traktuje buddyzm. Mam nadzieję, że w końcu pójdzie tą samą drogą co niegdyś Budda a teraz ja.

– Czyli? – rzucił Kindżał, majstrując coś przy zdobnej rękojeści świeżo nabytego sztyletu.

– Widzieć rzeczywistość, taka jaka ona jest, a nie taką, jak nam się wydaje. To kwestia realizmu. Podam ci przykład. Ktoś mówi ci w twarz, ty złodzieju, łajdaku, oszuście, a ty przyjmujesz to spokojnie, ponieważ w głębi serca wiesz doskonale, że jesteś uczciwym i odpowiedzialnym człowiekiem. Co więcej, zamiast okazać agresorowi nienawiść i gniew, współczujesz mu, że zjadają go tak negatywne uczucia.

– To jest oczywiście ideał, do jakiego dążysz? – sugerował Kindżał, nadal pozorując majstrowanie przy sztylecie.

Praktyk popatrzył na niego z uwagą.

– Tak, zgadza się.

Pod koniec podróży autobusem Praktyk dla odmiany zajął się sprawami bieżącymi. Dla porządku stworzył sobie w głowie listę najbardziej czasochłonnych czynności dnia: pakowanie się rano i rozpakowywanie wieczorem, transfery z jednego hotelu do drugiego, zbieranie się razem i wspólna droga do ważnych zabytków, zwiedzanie ich, pilnowanie się, aby nie odłączyć się od grupy, słuchanie Przewo i robienie zdjęć. Zdał sobie sprawę, że był nieprzerwanie w ruchu, a ożywiał się najbardziej wtedy, kiedy Przewo mówił o jakimś miejscu lub pamiątce związanej z Buddą, jego wyznawcami i jego nauczaniem. Było tego niemało, choć w sumie nie więcej niż wiadro wody w wielkiej beczce w porównaniu z hinduizmem, dominującą religią Indii.

Kraj wciągał go coraz mocniej; do tego stopnia, że zaczął z obawą myśleć, czy nie dzieje się z nim coś niedobrego.

Odc. 9 Nad rzeką Bagmati

Grupa wycieczkowa znalazła się w mieście Patan na rzeką Bagmati, stanowiącym nepalski odpowiednik hinduskiego Varanasi nad Gangesem, uznawanego za święte miasto. Dla wyznawców hinduizmu to najbardziej dostojne miejsce żegnania zmarłych poprzez spalenie ich na stosie.

Patan, niegdyś zwany Lalitpur czyli „Miasto Piękna”, to jedna z dawnych stolic doliny. Leży na południe od Katmandu, po drugiej stronie rzeki Bagmati. Z dwustu trzydziestoma tysiącami mieszkańców jest trzecim, największym miastem Nepalu. Turyści odwiedzają je głównie w celu zwiedzenia wspaniałego Pałacu Królewskiego i Durbar Square. Z uwagi na wyjątkową wartość zabytków historycznych Patan znalazł się wraz z sześcioma innymi podobnymi miejscami Doliny Katmandu na Liście Światowego Dziedzictwa UNESCO.

Siódmego grudnia wycieczki Nomadowie udali się pieszo nad Bagmati, aby obejrzeć ghaty, kamienne stopnie schodzące ku rzece, na których na stosach drewna pali się ciała zmarłych. Szli wzdłuż rzeki wąską uliczką obrzeżoną kolorowymi sklepikami, promieniującymi średniowieczną atmosferą. Jej staromodny charakter naruszały produkty eksponowane na wystawach, w kolorowych, nowoczesnych opakowaniach, głównie importowane z Chin, oraz ludzie trzymający w rękach smartfony, słuchający, mówiący lub klikający w klawiaturę. Dalej, tuż nad samym brzegiem rzeki, zobaczyli przytulone do skały trzy malutkie domki, prowizoryczne konstrukcje, obwieszone starymi workami dla ochrony przed deszczem i zimnem.

Antyczność miejsca i zabudowań mieszała się z teraźniejszością ubiorów oraz towarów na wystawach sklepowych, naruszając estetyczne odczucia nieprzyzwyczajonych do takich kontrastów turystów z Nomadii. Idąc, rozmawiali o zwierzętach, jakich spodziewali się ujrzeć w czasie spaceru przy drodze, małpach, psach i jaszczurkach.

Praktyk zdenerwował się z nieokreślonego powodu.

– Ja to chromolę – zwrócił się do osób idących obok niego. – Pies, małpa, jaszczurka! – Jakie to ma znaczenie! Tu trzeba by myśleć o zmianie pojęcia czasu, na takie, w którym mieściłoby się zarówno średniowiecze jak i współczesność, starożytne żarno do mielenia ziarna jak i telefon komórkowy najnowszej generacji.

W szerszym miejscu drogi zatrzymali się i przysiedli na ławkach, aby wysłuchać wyjaśnień Przewo. Słońce świeciło prosto w oczy Praktyka, więc je przymknął. Słowa mówiącego brzmiały to silniej, to słabiej w jego uszach. Przez półprzymknięte powieki ujrzał scenę zaprzeczającą jego wiedzy o Bagmati. Przypominało to odsłonięcie kurtyny w teatrze zbrodni, gdzie zamiast sceny morderstwa ukazuje się sielski widok dzieci swawolących na wolnym powietrzu. Praktyk skoncentrował się. Widział i słyszał młodego, poważnego mężczyznę w okularach, z czarną brodą oraz kolorowymi paznokciami i biodrami kobiety nepalskiej.

– Nasza rzeka Bagmati, drodzy państwo, płynie z wysokich gór i jest jednym z najczystszych miejsc w Nepalu, o poziomie higieny, o jakim Europejczycy nawet nie marzą. Nastąpiło to dzięki zmianom jakie wprowadziliśmy w ochronie środowiska naturalnego. Zachowaniu tej czystości nie przeszkadza nawet palenie tutaj, na ghatach Bagmati, naszych zmarłych.

Praktyk zauważył, że brodaty przewodnik przyciszył głos, aby nie płoszyć nastroju świętości miejsc kremacji. Po zakończeniu wyjaśnień brodacz skinął ręką, pojawili się ludzie z tablicami reklamowymi, zachęcając mieszkańców i turystów do rezerwacji miejsc kremacji dla rodziny i dla siebie. Kiedy ludzie zastanawiali się, jak na życzenie zjawił się przedstawiciel Miejskiego Zakładu Kremacji „Śniegi Himalajów”, młody Hindus w stroju Boga Małp Hanumana, z bloczkiem formularzy rezerwacyjnych, pieczątką i dowodami wpłaty za kremację. Z torby przewieszonej przez ramię wyjął elektroniczny kalendarz pokazujący dni roku bieżącego i przyszłego.

Wezwanie przyciągnęło kilku klientów, w tym małżeństwo z wycieczki Praktyka. Po krótkich negocjacjach mężczyzna uzgodnił datę i koszt spalenia swego ciała na ghacie. Oboje przeliczyli to na własną walutę. Wydali pomruk zadowolenia, że cena usługi była niższa niż koszt śniadania w restauracji „Świat Marzeń” w centrum stolicy Nomadii. Kiedy zdali sobie z tego sprawę, mężczyzna dopędził oddalającego się pracownika Miejskiego Zakładu Kremacji „Śniegi Himalajów” i poprosił o podwójną usługę spalenia na stosie. Zadowolony pracowniku przyjął zamówienie i z uśmiechem zaoferował bezpłatne dwa miejsca dla krewnych i przyjaciół na stypie pogrzebowej. Chwilę dyskutowali o menu, małżeństwo pytało jeszcze o listę alkoholi serwowanych na stypie rodzinno-przyjacielsko-towarzyskiej, jak ją nazwał przedstawiciel Miejskiego Zakładu Kremacji „Śniegi Himalajów”.

Odc. 10 Ławka, ludzie i zwierzęta

Siedząc na ławce Praktyk widział wyraźnie rzekę płynącą czystym i rześkim nurtem. Stosy pogrzebowe płonęły tylko na dwóch ghatach obsługiwanych przez pracowników Miejskiego Zakładu Kremacji „Śniegi Himalajów”. Mówiły to duże przywieszki imienne z nazwą i logo firmy przyczepione srebrnymi agrafkami do białych fartuchów. Jeden z pracowników, wyróżniający się oryginalnym plecionym warkoczem spływającym mu na plecy z czubka głowy, pozłacanymi grabkami spychał ze stosu popiół do rzeki. Tak się wydawało Praktykowi, dopóki nie wstał i nie podszedł bliżej miejsca kremacji. Wtedy zauważył, że pod ghatą przyczepiona była na trzech skórzanych paskach czerwonoszara urna.

– Widać, że Śniegi Himalajów dbają o to, aby do rzeki nie wpadły nawet drobiny popiołu z płonącego stosu – powiedział głośno obracając się do tyłu, w przekonaniu, że razem z nim podeszli także inni uczestnicy grupy. Nikogo jednak nie zauważył, odwrócił się więc z powrotem w kierunku rzeki. Woda w niej była tak czysta, że pracownicy firmy czerpali ją dłońmi i metalowymi kubkami i przykładali do ust, aby gasić pragnienie.

Praktyk postanowił też jej spróbować. Zszedł w dół po schodkach przylegających do ghaty, nachylił się nad wodą i zaczerpnął jej do termosu wyjętego z plecaka. Spróbował i uznał, że jest ożywcza w smaku.

– Jaki ja byłem naiwny – pomyślał. – Uwierzyłem zdjęciom i opisom w Internecie, które pokazywały kawały niespalonego drewna w wodzie przypominającej brunatnoszary ściek.

Zdał sobie sprawę z siły złudzeń tworzonych przez celowo skonstruowane, oszukańcze przekazy internetowe. Postanowił zapisać swoje odkrycia. Wyciągnął z plecaka zeszyt i długopis, i zaczął notować.

– Woda w Bagmati tuż przy ghatach jest doskonałej jakości. Wodę tę butelkuje się i rozsyła po całym świecie, ponieważ zaspokaja pragnienie lepiej niż słynna Coca-Cola.

Ostatnią informację kilka minut wcześniej przeczytał na tablicy informacyjnej. Zastanawiał się, co jeszcze powinien zanotować. Nic nie przychodziło mu do głowy. Popatrzył w górę rzeki, skąd było słychać krzyki małp. W oddali widniały zielone rozłożyste drzewa z tak płaskimi wierzchołkami, jakby je celowo przycięto. Postanowił przejść się w tamtym kierunku. Uszedł zaledwie kilka kroków, kiedy – jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki – pojawili się przed nim dwaj mężczyźni w białych fartuchach Miejskiego Zakładu Kremacji „Śniegi Himalajów”. Trzymali w rękach transparent z napisem „Coca-Cola to przeżytek. Pij Bagmati Water, najzdrowszą wodę na świecie”. Byli młodzi i podobnie jak pracownik na ghacie mieli na głowach plecione warkocze opadające im na plecy. Praktyk zatrzymał się, aby się przyjrzeć i zrobić im zdjęcie.

Wkrótce dołączyła do niego reszta wycieczki. Stanęli grupą naprzeciwko drugiej ghaty, na której właśnie podpalono stos drewna. Był chyba wcześniej polany benzyną albo umieszczono w nim jakiś materiał łatwopalny, ponieważ w ciągu minuty płomienie rozhulały się jak wielki pożar. Obok pracowników Miejskiego Zakładu Kremacji „Śniegi Himalajów” stali członkowie rodziny, przyjaciele i znajomi zmarłego i czekali cierpliwie zbici w kupki i milczący. Ból i cierpienie malowały się na ich twarzach. Kiedy zwracali się do siebie, składali razem dłonie i pochylali nieznacznie głowę w rytualnym pozdrowieniu „namaste”.

– A ja słyszałem, że oni na pogrzebach stoją jak na przystanku autobusowym, rozprawiają o polityce, opowiadają sobie kawały i czekają na stypę pogrzebową – Inżynier skierował te słowa do stojącego obok Fotografa ubranego w kraciastą koszulę hawajską, jasne krótkie spodnie i sandały, i trzymającego w ręku kosztowną kamerę fotograficzną.

Po kilku minutach Przewo dał znak chorągiewką i ruszyli w dalszą drogę. Posuwali się w górę rzeki wzdłuż jej lewego brzegu wypatrując zabiedzonego psa i wychudłej rudej małpy, które stanowiły atrakcję turystyczną. Zobaczyli zwierzęta minutę później; były dobrze odkarmione i spoczywały nie na stosie brudnych liści czy szmat, ale na porządnych słomiankach, zadowolone ze swego losu. Pies, starannie przystrzyżony biały pudelek, miał na szyi obrożę wysadzaną półszlachetnymi kamieniami. Obok niego stała miseczka ze świeżą kością i druga z czystą wodą.

– Mieszkańcy miasteczka wyraźnie kochają zwierzęta i dbają o nie – Praktyk nie miał co do tego wątpliwości. Wyraził to głośno przekonany, że pozostali uczestnicy wycieczki nie wiedzieli o tym.

Odc. 11 Płonące ghaty

Obudziło go łomotanie blachy o coś bardzo twardego, cała seria dźwięków. Praktyk przetarł oczy i popatrzył w kierunku rzeki. Był zły na siebie, że przysnął. Pamiętał jeszcze trzy sceny niezwykłego snu: sylwetki spokojnych pracowników z Miejskiego Zakładu Kremacji „Śniegi Himalajów, czyste wody Bagmati i zadbane zwierzęta. 

Na drugim brzegu rzeki, na daszku osłaniającym dogasający ogień na ghacie, siedziała małpa i w napadzie zwierzęcego amoku tłukła o dach naderwanym kawałem blachy. Mężczyzna przyglądał jej się jakiś czas i widząc, że nie zamierza skończyć swojej szalonej rozrywki, przeniósł wzrok na rzekę. Zauważył, że całkowicie się zmieniła; stanowiła teraz jeden wielki bury ściek. Wody w niej było tak mało, że widać było sterczące z dna szczapy nadpalonego drewna, wokół których prześwitywały plamy brudnego piachu. Była rozlazła i wyglądała nieświeżo jak stęchła zupa warzywna. Dwa jaśniejsze ostre kształty przypominały nadwątlone ogniem ludzkie kości udowe. Praktyk żałował, że nie zabrał ze sobą lornetki, aby przyjrzeć się im z brutalną dokładnością.

Patrząc ukośnie przez rzekę na przeciwległy brzeg rzeki, zauważył dogorywające płomienie stosu kremacyjnego na ghacie numer dwa położonej poniżej budynku przypominjącego zaniedbaną świątynię. Za chwilę ogień już tylko tlił się. Mężczyźni obsługujący stos kremacyjny zaczęli spychać ostrymi drągami jego pozostałości do rzeki. Pracowali systematycznie, kawałek po kawałku, bez pośpiechu. W wodzie lądowały dymiące jeszcze kawałki drewna jak i niekształtne fragmenty kości, głośno sycząc i buchając parą.

Po usunięciu resztek stosu mężczyźni schodzili po schodach na brzeg rzeki, zanurzali w niej wiadra i czerpali wodę, aby wróciwszy polać nią rozgrzaną powierzchnię betonowej płyty. Wywoływało to natychmiast ogromną, syczącą chmurę pary wodnej. Zanurzeni w szarym obłoku kończyli pracę ścierając ghatę szerokimi szczotkami umocowanymi na długich kijach. W powietrzu roznosił się odpychający zapach spalenizny drażniąc nos, oczy i usta. Zafascynowany sceną sprzątania ghaty podszedł bliżej, aby przypatrzeć się pracownikom. Obydwaj byli dobrze zbudowani i krępi. Pochodzili z najniższej kasty sprzątaczy brudów i czyścicieli. Z tyłu głowy mieli rzadkie i zaniedbane kosmyki włosów; był to ich znak rozpoznawczy.

Teren za ghatą wznosił się lekko w górę. Przy długiej ławie osłoniętej daszkiem zebrała się grupka kobiet, dzieci i mężczyzn w różnym wieku. Praktyk domyślił się, że była to rodzina, przyjaciele i znajomi zmarłej osoby. Zebrani spokojnie rozmawiali ze sobą, na ich twarzach nie było widać smutku, skupienia czy napięcia.

Po inspekcji prawobrzeżnej ghaty, gdzie kilkadziesiąt minut wcześniej płonął stos z ciałem okrytym białym prześcieradłem, Praktyk razem z przyjaciółmi wrócił na lewy brzeg, aby odbyć spacer w górę rzeki. Wkrótce napotkali braminów siedzących w kucki na dwóch okrągłych betonowych płytach ustawionych między krawędzią wody a wąską uliczką. Towarzyszy im dwie zwyczajnie ubrane osoby. Obydwaj bramini mieli na sobie kolorowy sznur przewieszony przez prawe ramię i wchodzący pod pachę. Siedząc w kucki, odprawiali ciche modły razem z rodziną zmarłego. Ceremoniałowi towarzyszyły krzyki małp skaczących po drugiej stronie uliczki, ukrytych w poskręcanych chaszczach i drzewach.

– W tym, co widzę, mniej jest religijnego obrządku, a więcej rutyny wypełniającej czas oczekiwania na spalenie zmarłego na stosie – Inżynier, uważny obserwator rzeczywistości, nie powstrzymał się od komentarza. Nikt nie potwierdził ani nie skomentował jego obserwacji; milczenie grupy Inżynier przyjął jako formę niezgody wobec jego opinii.

W hotelu Praktyk dokonał krótkiego wpisu w swoim notatniku podróżnym:

– Palenie zwłok na rzecznych ghatach to ważna część tradycji także Nepalu. Trwa ona od wieków. Kiedyś nie miało to znaczenia dla rzeki, ponieważ pochówków było mało. Teraz, kiedy ich ilość powiększyła się wielokrotnie, nabrało to zupełnie innego wymiaru. Niegdyś żywa i naturalnie piękna rzeka Bagmati płynąca przez miasto Patan stała się obrzydliwym i martwym ściekiem. Mogę to zaświadczyć osobiście, a nawet udokumentować zdjęciami.

Po kolacji w restauracji hotelowej Praktyk otrzymał nieoczekiwaną propozycję od Kindżała, miłośnika i zbieracza inkrustowanych sztyletów i noży, aby udać się do pokoju czterysta dwadzieścia.

– To wezwanie sponsora imprezy rozrywkowej pod tytułem „No, to teraz chłopcy po małym dzióbasie”- Wyjaśnił przyjaciel uśmiechając się tajemniczo.

Wskazany pokój mieścił się na czwartym piętrze hotelu, w którym mieli nocować. Aby wejść, trzeba było zapukać trzy razy w określony sposób. Był to pokój Darczyńcy. Rozmowa zeszła na wrażenia dnia. To, co mieli okazję obejrzeć, były to najprawdziwsze ghaty, uświęcone wielowiekową tradycją miejsca palenia zwłok, oraz ceremoniał kremacji. Tego dnia, w czasie ich pobytu na rzeką, odbyły się tylko dwie kremacje.

Odc. 12 Patan i Bhatapur 

Na ulicach miasta Patan rządził transport. Ludzie i towary przemieszczały się w tysięcznych kierunkach. Nie było osób, które by gdzieś nie jechały, ani towarów, których by ktoś gdzieś nie przewoził. Przejazdy osób, w ilości do czterech, odbywały się na motocyklach. Motocyklista plus trzy osoby z tyłu to była wysoka forma ekwilibrystyki. Nomadowie zatrzymywali się przy krawężniku, patrzyli i podziwiali. Ulicami pędzili ludzie na rowerach, rykszach nożnych i motorowych wyposażonych w terkoczący i śmierdzący silniczek, wózkach ciągniętych przez człowieka-kulisa oraz wózkach ciągniętych przez konie lub wielbłądy.

System obsługi technicznej transportu był zdumiewająco prosty i przejrzysty. Nie było problemu, kiedy coś się zepsuło. Jadąc autobusem przez miasto Nomadowie co raz to mijali kawałek ziemi, mały placyk, wnękę w budynku, szopę lub otwarty garaż ze stojącymi i leżącymi rowerami, motorowerami, motocyklami i rykszami. Były to uliczne warsztaty naprawy i konserwacji urządzeń technicznych.

Praktyk jak zwykle miał coś do powiedzenia. Jednym się to podobało, inni pozostali obojętni, jeszcze inni milczeli wymownie, ponieważ wyraził tę samą myśl już wcześniej, nad rzeką Bagmati, kiedy zwiedzali świat ręcznych krematoriów na ghatach.

– Tutaj to tylko ludzie i samochody reprezentują współczesność, reszta to średniowiecze i wieki wcześniejsze.

Najwspanialsze były zabytki historyczne. W odróżnieniu od Indii, zabytki Nepalu przypominały cacuszka świeżo wyjęte z pudełka, w nienaruszonym stanie, idealnie utrzymane. Praktyk tłumaczył to sobie oddaleniem Nepalu od zaborczego Imperium Brytyjskiego. Niewielki górski, ubogi kraj nie interesował imperium. Anglicy skolonizowali Indie i tym się zadowolili. Nepal pozostał na uboczu. Nawet walki między lokalnymi władcami nie spowodowały większych zniszczeń w dorobku materialnym kraju; walczący najczęściej reprezentowali tą samą kulturę i tą samą religię.

Praktykowi historyczny i buddyjski Nepal podobał się o niebo bardziej niż Indie. Cieszył się, że prawie połowa czasu wycieczki przypadła na zwiedzanie Nepalu.

Większość Nomadów uwieczniała oglądane zabytki w mieście robiąc zdjęcia aparatem fotograficznym, smartfonem lub nagrywając sceny i widoki kamerą video. Czyniono to w pośpiechu, każdy się spieszył. W trakcie zwiedzania Inżynierowi wysiadł aparat fotograficzny, prawdopodobnie wyczerpała się bateria. Właściciel sprzętu gorzko złorzeczył, niewspółmiernie do problemu. Nie przeklinał jednak martwego przedmiotu, o którym mógł powiedzieć, że jest bezduszny i głupi jak but, ale siebie, że nie zabrał zapasowej baterii.

Późnym popołudniem Nomadowie oglądali misy lecznicze zwane „singing bowls”  czyli śpiewającymi misami, ręcznie kute ze stopu siedmiu metali. Uderzone drewnianym młoteczkiem misy wydawały z siebie niezwykle długi, pulsujący i przejmujący metaliczny dźwięk. Po napełnieniu wodą, okrążanie misy po wewnętrznej krawędzi drewnianą rolką wywoływało burzenie się wody. Tworzyła ona żywe rozpryski prawie przelewając się na zewnątrz.

Wieczorem w hotelu Nomadowie oceniali, jak przeżyli dzień. Rozpierały ich pozytywne uczucia, żartowali.

– Zmęczyło nas to zwiedzanie. Stanowimy kwiat dojrzałości, który, jak wiadomo, ma skłonność do więdnięcia, także na świeżym powietrzu.

Najgorzej wypadł Kantyna, który słaniał się jak podtruty.

– Każdemu może uderzyć do głowy świeże górskie powietrze – wyjaśnił, przysiadając po kolacji w hallu przy ozdobnym kominku.

Twierdził, że usiadł dla relaksu. Na początku wszyscy myśleli, że mówi prawdę, ponieważ wyglądał blado, co sam interpretował jako oznakę powagi. Proteza uznał, że jego niezwykła bladość, którą nazwał organiczną – mają się do siebie jak pięść do nosa. Wierzono mu, ponieważ miał za sobą bliżej nieokreślone wykształcenie medyczne. Inni woleli interpretować zdarzenie na korzyść Kantyny.

– Nie można być krytycznym wobec krajana w obcym kraju zwłaszcza wśród tubylców, dla których alkohol nie jest najwyższym osiągnięciem cywilizacji. To niepatriotyczne zachowanie – były to słowa Wysokiej z Kokiem. Przyjęto je jako wyrzuty sumienia kobiety, która regularnie krytykowała Kantynę.

Jego zachowanie się w obcym kraju, gdzie na człowieka działają różne siły przyrody i cywilizacji, było problematyczne. Na skrzydłach niepewności wyrosła dyskusja o moralności, alkoholu, miłości bliźniego oraz paleniu na stosie. Niektórym Nomadom nadużywanie alkoholu kojarzyło się z Inkwizycją. Był to dla nich temat szczególnie bolesny w Nepalu, kraju, gdzie społeczeństwo jest tolerancyjne i bez kłopotów respektuje odmienne postawy etyczne i religijne.

– Takiego zamieszania postaw i poglądów nie sposób rozwikłać – Praktyk zdobył się na ubogie podsumowanie. – Czuję się analfabetą, a nawet ślepcem błądzącym po omacku w gęstwinie ludzkich słabości, zbuntowanych sumień i zdeformowanych przekonań – usiłował ratować się wykazując skruchę. Aby zakończyć mroczny temat pijaństwa i Inkwizycji przedstawił poemat zatytułowany „Francisco Goya”:

Gdy umysł zasypia, budzą się potwory,
zaludniają rozpierzchłych pagórów ugory,
serce zbroi się w kaptur i zgęstniałą togę;
prawda nie spłonie – ja płonąć mogę.

Sędzią mnich obłąkany miłością do Boga,
kielich dym napełnia, unosi go trwoga.
Na płomiennych ołtarzach łkają innowiercy,
milknące oczy bluźnią samemu bluźniercy.

Odc. 13 Wracające wspomnienia

Alkohol wypity na czwartym piętrze sprowokował wspomnienia. Tematem było pierwsze spotkanie na stołecznym lotnisku przed odlotem do Indii. Kiedy przedstawiciel agencji turystycznej powiedział, że grupa trzynasta liczy równe trzydzieści osób, intuicja szepnęła Praktykowi do ucha, że ma to ukryte znaczenie. Nie miał czasu zastanawiać się nad tym, ponieważ zaabsorbował go skład wiekowy grupy. Podzielił ją na proste kategorie statystyczne. Liczenie, dzielenie, komponowanie i dekomponowanie było nawykiem, z którym bezskutecznie walczył. Faktem było, że był mocny w statystyce i lubił liczby. Miał też swoje argumenty. Uważał, że liczby kwantyfikują rozumienie rzeczywistości, ułatwiając jej dokładniejsze poznanie. Jeszcze przed odlotem, kiedy już się trochę rozkręcili, wdał się w dyskusję na ten temat.

– Mówimy przykładowo, że większość Nomadów to ludzie wierzący. Co w tym wypadku znaczy „większość”? Równie dobrze jest to pięćdziesiąt jeden procent jak i dziewięćdziesiąt dziewięć procent. Dopiero jak ustalisz, że osoby wierzące stanowią osiemdziesiąt trzy procent społeczeństwa, to dopiero wtedy wiesz, na czym stoisz. Statystyka to liczby, fundament rozumienia świata.

Nie uzyskał szerszego uznania, nie mówiąc o poparciu. Większość Nomadów wierzyła, że ludzie używają statystyki dla udowodnienia jakiejś prawdy, która jest im na rękę. Wezwanie do wchodzenia na pokład samolotu uniemożliwiło dalszą rozmowę.

W samolocie przypadło mu miejsce obok kobiety należącej do grupy trzynastej. Zwrócił na nią uwagę już na lotnisku. Jej kruczoczarne włosy były upięte na szczycie głowy w wymyślny kok. Wyglądała z nim ekscentrycznie. Nazwał ją w duchu czarną blondyną, kiedy siedząc obok zauważył, że jej włosy u samej podstawy były bardzo jasne. Była naturalną blondyną. Pomyślał wtedy, że jest barwionym lisem i ma podwójną osobowość, jedną na pokaz i drugą ukrytą.

Kilka dni Praktyk później dowiedział się, że zagłodziła na śmierć swego męża, kiedy przegrał w karty większą część majątku, jaki w posagu wniosła do małżeństwa. Uznał to za plotkę, bo nie wyobrażał sobie, w jaki sposób żona może zagłodzić męża we współczesnym małżeństwie. Tak czy inaczej, jej mąż już nie żył, nie było więc możliwości sprawdzenia, jaka była prawda.

Od czasu jak wystąpiła w jego obronie w czasie głośnej dyskusji, pamiętał jej imię: Anita. Był jej to winien.

– W trakcie tej dyskusji, kiedy uznano, że nie mam racji, a Wysoka z Kokiem ujęła się za mną, moja pamięć otrzymała stymulującego kopa. Zapamiętałem jej imię i to chyba na zawsze. To jeszcze jeden przykład jak mózg kojarzy imię z osobą. Nie tylko wygląd i twarz człowieka, ale i czyn, tworzą połączenia neuronowe w mózgu – Praktyk wywnętrzał się wieczorem w pokoju licząc na Kindżała, że podejmie rozmowę.

Nie miał szczęścia. Kolekcjoner zdobnych sztyletów tak był pochłonięty oglądaniem pod lupą finezyjnego wykończenia kolejnego nabytku, że nawet nie zwrócił uwagi na jego słowa. Zdegustowany brakiem zainteresowania, Praktyk pomyślał, że nigdy nie wiadomo, co tkwi w głowach ludzi połączonych przez los wspólną wyprawą do Indii.

– Ludzie to bajarze, zmyślacze i zwariowani kolekcjonerzy – powiedział Kindżałowi i ten się zgodził.

Wobec milczenia przyjaciela w sprawie Wysokiej z Kokiem, Praktyk wrócił do podziału statystycznego Trzynastki. Najliczniejszą kategorię stanowiły osoby między czterdziestym a sześćdziesiątym piątym rokiem życia. Było ich dwadzieścia trzy.

– Czyżby tylko ludzie w wieku średnim i przedemerytalnym byli ciekawi świata? – Praktyk zastanawiał się głośno, jak to jest możliwe.

W kategorii powyżej sześćdziesięciu pięciu lat było tylko pięć osób. Poza trym były dwie nieprzyzwoicie młode osoby, para kochanków poniżej trzydziestki. Praktyk uznał, że społeczeństwo potraktowało tę dwójkę jak wyrzutków.

– Zamiast docenić i zatrudnić w gorącej końcówce roku ten rezerwuar młodości, wysyłają go w delegację na odległy kontynent, gdzie ludzie umierają młodo. Tak jakby chciano ich nastraszyć, aby szybciej wpłacali składki emerytalne, ponieważ nie zostało im wiele do przeżycia – tłumaczył Kindżałowi.

Odc. 14 Przewo i grupa

Nomadowie szybko zadomowili się w grupie i chętnie utrzymywali ze sobą kontakty.

– Chyba dlatego, że nie muszą spędzać ze sobą pozostałej części życia, tylko kilkanaście dni – ocena Kantyny była nie tylko cyniczna ale i śmierdziała alkoholem.

Mogła być w tym cząstka prawdy. Atmosfera w grupie była jednak pozytywna, oparta na wzajemnym szacunku. Fundamentem była wspólna pasja zwiedzania zabytków i dokumentowania tego maksymalną ilością zdjęć. Nie wszystko ich jednak łączyło. Oprócz dobrych chęci, przywieźli ze sobą także sporą dawkę nieżyczliwości i niezrozumiałej obcości. Lubili krytykować; ta skłonność pojawiała się niejednokrotnie. Niektórzy wycieczkowicze twierdzili, że jest to wada narodowa. Mówili to czasem takim tonem, jakby nie miało to dla nich znaczenia.

Krytykując innych, Praktyk nie dostrzegał belki we własnym oku.

– Mam wrażenie, że dla naszego towarzysza podróży Rasputina, ważniejsze niż zwiedzanie zabytków jest uwiecznianie się na zdjęciach na tle świątyń i świętości, świętych krów, świętej rzeki Ganges, tubylców, a nawet większego słupa ogłoszeniowego. On nawet nie słucha niezwykłych historii opowiadanych przez Przewo – oznajmił Kindżałowi, z którym los każdego wieczoru łączył go wspólnym pokojem hotelowym. Tolerancja wzajemnych odrębności pozwoliła obydwu mężczyznom zachować spokój ducha.

Każdego dnia rano, przed wyjazdem autobusem na zwiedzanie zabytków lub w dalszą podróż , Przewo z powagą sprawdzał listę obecności.

Osoba, której nazwisko wyczytywał, odpowiadała lakonicznym „Jestem”, ewentualnie „Obecny”. Czasem zniecierpliwiony uczestnik wycieczki odpowiadał pytaniem: „Przewo, dlaczego stale pytasz mnie o to samo? Przecież widzisz, że jestem!”.

Praktykowi przyszło na myśl, że w Indiach poddańcze oświadczenie „ Jestem”, „Obecny” czy rzadziej „Do usług” stanowi część spadku po imperialistach brytyjskich, usiłujących zrobić z podbitego narodu potakiwaczy i służalców. Myśl wydała mu się przesadna i niestosowna; porzucił ją z obawy, że skazi jego umysł nieznaną psychiczną toksyną.

Co do sprawdzania obecności przez Przewo, opinie Nomadów były takie, że czynił to nawyku albo z potrzeby serca. Rzeczywistość była bardziej prozaiczna, wręcz bolesna.

– Woli dmuchać na zimne – oznajmił Inżynier zza pleców innych osób w czasie porannego rytuału odliczania.

Jak się okazało, kiedyś jeden z uczestników jego grupy zgubił się i odnalazł dopiero po dwóch latach, tak bardzo odmieniony, że nie poznał go nikt z rodziny ani przyjaciół. Historię ze szczegółami znał Inżynier. Wedle jego wyjaśnień, zaginiony mężczyzna zgubił się wskutek upojenia alkoholowego i długi okres nieobecności spędził w północnych Indiach na ulicach i w aśramie, dzięki czemu z gwałtownika i pijaka stał się uduchowionym ascetą.

– Najciekawsze było to, co stało się później – podsumował Inżynier. – Po krótkim pobycie w kraju ojczystym ten człowiek wrócił do Indii, przedstawiając doprawdy oryginalne wyjaśnienie:

– Nie pasuję już do naszego społeczeństwa, rozbudzonego i pozytywnego w ogólności, lecz zatrutego pesymizmem i narzekaniem, w dodatku łatwego do kupienia tanimi obietnicami.

Odc. 15 Widok na Himalaje

Nagarkot to wioska położona w środkowej części Nepalu na wysokości dwóch tysięcy dwustu metrów nad poziomem morza. Jej nepalska nazwa na tablicy informacyjnej wyglądała tak egzotycznie i skomplikowanie, że niejeden turysta dziwił się, jak można nauczyć się takiego języka.

Wioska liczyła sobie osiemset gospodarstw domowych i cztery i pół tysiąca mieszkańców, w równych częściach mężczyźni i kobiety. Przewo twierdził, że turyści z całego świata ściągają do niej, aby nacieszyć oczy najpiękniejszymi widokami gór. W przejrzysty dzień można było zobaczyć nawet Mount Everest i inne ośnieżone szczyty wschodniego Nepalu. Sława Nagarkot najmocniej wiązała piękne widoki ze wschodem słońca.

Do Nagarkot Nomadowie dotarli po męczącej podróży autobusem wąską, przeważnie marnej jakości nieasfaltowaną drogą. Na miejscu okazało się, że nie ma dla nich pokoi w hotelu, gdzie mieli rezerwację. Przez kilka minut Przewo wykłócał się z właścicielem. Ponieważ nie rokowało to żadnych nadziei, zachęcany przez kilka osób z grupy szybko zmienił decyzję:

– Jedziemy do drugiego hotelu. Mam tu jego adres.

W światłach nocy hotel, murowany surowy budynek na stoku góry, wyglądał jak nowa szopa na sprzęt rolniczy. Mieli szczęście, w końcu, nie bez trudu znaleźni odpowiednią ilość wolnych łóżek. Kolację zjedli w restauracji „Kosmiczna Góra”, po czym udali się do wyznaczonych pokoi.

Panowało w nich wyjątkowe zimno. Łóżko Praktyka okazało się twarde i płaskie jak worek z piaskiem przygnieciony płytą betonową. Aby nie przeszkadzać Kindżałowi paleniem światła, Praktyk robił notatki w łazience. W rurach woda wydawała dźwięki podobne do brzęczenia komara-wampira szukającego świeżej krwi. Do snu podróżnik ułożył się w zielonej koszuli z długimi rękawami, na którą nałożył piżamę. Na goleń lewej nogi naciągnął ocieplacz z wełny przypominający rurę wykonaną z surowej wełny. W nocy zaczęły mu marznąć stopy, założył więc jeszcze skarpety.

Recepcjonista zbudził wycieczkę o godzinie piątej czterdzieści pięć, aby obejrzeli wschód słońca, mający nastąpić pół godziny później. Miało być rewelacyjnie. Wszyscy przyszykowali sobie aparaty fotograficzne, kamery video i smartfony, i ostrzyli sobie z zęby na niesamowite widoki, jakie im zapowiedziano. Droga ku wschodowi słońcu wiodła przez schody, drabinę i dwa dachy. O godzinie szóstej rano byli już w punkcie obserwacyjnym. Był to dach w formie tarasu z barierkami zdolny pomieścić kilkanaście osób. Stał tam stolik, dwa kloce drzewa i jakieś graty. Wschód słońca miał nastąpić punktualnie o godzinie szóstej piętnaście, siedzieli więc lub stali i czekali.

Wschód słońca okazał się niewypałem. Słońca zobaczyli tyle, co kot napłakał, ponieważ niebo cały czas było zaciągnięte chmurami i zamglone.

Godzinę później Nomadowie jedli śniadanie w restauracji hotelowej. Przewo zdecydowanym głosem wydał polecenie kelnerom, aby zabrali Kantynie drugi kufel piwa o pojemności trzy czwarte litra. Dla łatwiejszej identyfikacji określił go jako „ chudego faceta z wiecznie zamglonymi oczami”.

– Chłop urodził się na bagnach, to nie jego wina, że jego oczy nie mają blasku. Podobnie dziecko górnika nie może odpowiadać za to, że ma oczy czarne jak węgiel – Praktykowi łatwo przyszły perwersyjne skojarzenia; rozważnie nie podzielił się nimi z innymi osobami z wyjątkiem Kindżała. – Jestem surowy i okrutny – pomyślał o sobie – jak otaczające nas Himalaje.

Kantyna obraził się i wyszedł zostawiając niedopite piwo w kuflu. Był „intoxicated” jak mówili o nim lokalni mieszkańcy. Poruszał się wodząc wokół błędnym wzrokiem, powoli i niepewnie stawiał nogi. Kilka dni wcześniej zostawił w restauracji hotelowej torbę z dokumentami i pieniędzmi. Dla Przewo był jak ból głowy po przepiciu, a dla grupy był źródłem niepokoju. Gdyby zagubił się, wszyscy musieliby czekać na jego odnalezienie, aby móc ruszyć dalej.

Nagarkot Praktyk opuszczał pod wrażeniem, że budynki, wnętrza, wyposażenie i cała atmosfera tej miejscowości są wyjątkowo siermiężne w swej surowości, podobnie jak otaczające je zimne szczyty Himalajów. Kiedy czekali na autobus, rozmowa zeszła na temat lokalnych zwyczajów związanych z narodzinami dziecka. Wysoka z Kokiem wspomniała, że w Nepalu imiona nadaje się dzieciom według daty kalendarza księżycowego, głowa dziecka jest golona a na nim samym dokonuje się ceremoniału karmienia ryżem. W ciągu kilku dni po urodzeniu dziecka matce nie wolno przyjmować gości. Między czwartym a dwunastym dniem po urodzeniu rodzina świętuje „machu bu benkyu”, ceremonię, w czasie której dziecko przedstawia się ojcu i reszcie rodziny. Rodzice otrzymują wtedy gratulacje i upominki.

Odc. 16 Fantazje i Park Narodowy Chitwan

Wracając trzęsącym autobusem z wysokich partii Himalajów Praktyk oddał się rozważaniom egzystencjalno-filozoficznym. Zimno i niepowodzenia nocne przyprawiły go o chandrę. Chodziło mu o wolny czas. Do głowy przyszły mu porównania bycia wolnym: dorosły człowiek bez obowiązków, dziecko bawiące się na placu zabaw oraz zwierzę pasące się na pastwisku.

Dla Grupy 13 czas wolny właściwie nie istniał. Rozmywał się w rutynie codziennych czynności i wielości odwiedzanych miejsc. Z pokoju hotelowego Nomadowie udawali się do restauracji lub baru na śniadanie, wracali do pokoju, zabierali bagaże i schodzili lub zjeżdżali windą do holu, z holu do autobusu, z autobusu do pierwszego zwiedzanego obiektu, potem następnego. Wczesnym popołudniem korzystali z przerwy na posiłek, po czym udawali się zwiedzać kolejny obiekt i tak do późnego popołudnia lub wieczora, kiedy wyjeżdżali do innego hotelu najczęściej w innej miejscowości. Przybywszy na miejsce, po zagospodarowaniu się w pokojach, zostawał im jedynie czas na obiadokolację, rzadziej na wyjście na zewnątrz i włóczenie się po ulicach.

Wieczorem, jeśli miał szczęście, Praktyk zdążył napisać jeden lub dwa emaile z pozdrowieniami oraz połączyć się przez Skype na kilka minut z rodziną. Po powrocie do pokoju kolejność działań nie mogła być prostsza: prysznic, lulu i sen, a od rana nowa rutyna dzienna.

Praktyk nie lubił myśleć o nocy i śnie. Nie była to czynność, w której celował, wyróżniając się pozytywnie z wielomilionowego tłumu nieszczęśników cierpiących na całym świecie na bezsenność. Uczciwiej byłoby powiedzieć, że źle sypiał, co odrabiał drzemiąc w autobusie w trakcie licznych przejazdów. Nie był w tym wyjątkiem.

Na terenie Parku Narodowego Chitwan podróżnicy mieli spędzić dwa dni. Park należał do światowej klasy zabytków UNESCO i urzekał naturalnym pięknem dziewiczej przyrody. Położony między dolinami rzecznymi miał ponad dziewięćset kilometrów kwadratowych powierzchni. Teren był pagórkowaty, przepływały przez niego trzy rzeki, Narayani, Rapti i Reu, utrzymując w dobrej kondycji bagna i mokradła. Większość parku porastały drzewa damarzyka mocnego, na suchszych wzniesieniach rosły sosny, było także sporo palm. Na wilgotniejszych stokach zachwycała różnorodność gatunków bambusa.

Pierwszym punktem zwiedzania był spływ kajakowy. Płynęli rzeką Rapti po dwie osoby w kajaku. Oprócz ptaków, widzieli tylko dwa lub trzy gawiale wylegujące się na brzegu. Dla ludzi nieobytych z dziką przyrodą była to niezwykła była bliskość; niebezpieczne zwierzęta żyjące na wolności kilkadziesiąt metrów od człowieka. Lokalny przewodnik wyjaśnił, że rzeka staje się coraz uboższa w wodę, klimat coraz bardziej suchy, a gleba bardziej pylista.

Płynąc kajakiem przez park wycieczkowicze komentowali kształty drzew, krzewów i skał. Niektórych mężczyzn ogarnął stan dziwnego podniecenia: bambusy kojarzyły im się seksualnie. Kobiety rozważnie milczały na ten temat. Żartownisie przerzucali się słówkami i przysłowiami ponad głowami towarzystwa, odkrywając podobieństwa natury do organizmu ludzkiego.

– Bambus swoją prostotą kojarzy mi się mniej z męskością a więcej ze zwierzęcością. Kiedy nachodzą mnie chwile jędrności, mówiąc to myślę o czymś bardziej wymownym niż bicie kogoś po pysku, to czuję wnikające we mnie zwierzę. Znaczy się samca, który odmawia opuszczenia mego wnętrza dopóki nie nasyci się zabawą na aksamitnej łące kobiecości. Najczęściej jest to tygrys, rzadziej dzik, najrzadziej mocarny słoń. Ale i to się zdarza – intensywnie improwizował Rasputin, rozglądając się po okolicy rozkojarzonym wzrokiem.

Kiedy wygłosił zaskakującą tyradę, mężczyźni obrzucili go spojrzeniami pełnymi zdumienia i podziwu. Był to moment powszechnego zrozumienia, dlaczego nosił takie imię.

– Ty to chyba często masz takie zwierzęce myśli, Rasputinie. Że też nie przejrzałam cię wcześniej – odezwała się Wysoka patrząc nad jego głową w dal, w kierunku zakola rzeki, gdzie nastąpiło jakieś poruszenie. – Zastanawiam się, skąd bierze się w tobie tyle energii. Chyba jesz dużo słodkiego ciasta albo makaronu, produktów bardzo energetyzujących. Nie zrozum nie źle. Mówię to poważnie, absolutnie nie jestem krytyczna, wręcz przeciwnie, bo i ja lubię słodycze oraz makaron ciągnący się długimi nitkami. W takich momentach, po najedzeniu się, wzruszam się i też oddaje się podobnym marzeniom, z tym że we mnie wstępuje łania. Myślę wtedy o uległości, dziwnej nieco, ponieważ czasem chciałoby mi się skubnąć to i owo, schwytać a nawet zerwać, jakiś kwiat lub ziele, a nawet dotknąć czegoś serdecznie gorącego. Oddycham wtedy szaleńczo, pełnymi piersiami, czując bardziej niż wiedząc, że jest to efekt działania hormonów: dużej dawki estrogenu i małej dawki testosteronu. Każda kobieta ma to w sobie. I dzięki Bogu. Po wypaleniu się w ogniu namiętności zagłębiam się, jeśli tyko mam chęć, w fantazje ero. Niemało też czytałam na ten temat.

Nomadzi bez wyjątku przyjęli życzliwie spontaniczny wybuch fantazji kobiety, o której wiedzieli, że przez kilka lat poważnie zaniedbywał ją mąż-hazardzista. Kiedy przegrał w karty jej posag małżeński, miara jej cierpienia przebrała się i kobieta usunęła go raz na zawsze ze swego życia.

– Wysoka! – odezwała się siedząca z nią w jednej łodzi Wizażystka. – Jak ja ci zazdroszczę tak bogatych choć trudnych przeżyć. Ja od roku nie mam nikogo, kto by mnie zdradzał z kasynem, ręcznym bandytą, zielonym stolikiem karcianym, pokerem, czy nawet bukmacherem na wyścigach konnych. Tak mi brakuje tej serdeczności, poczucia bycia z mężczyzną nieobliczalnym, kochającym hazard, konie, ryzyko, przestrzeń i pieniądze. – Wizażystka przestała poruszać wiosłami i odchyliła się do tyłu. – Przepraszam, rozmarzyłam się do szaleństwa. Nie jestem w stanie wiosłować. Jak to dobrze, że płyniemy z biegiem rzeki.

Wypowiedź obydwu kobiet, zwłaszcza Wizażystki, rzadko odzywającej się publicznie, zachwyciła mężczyzn. Przyglądali jej się, niektórzy dopiero teraz zauważyli jej imponująco przemyślny makijaż, z mikroskopijnymi widoczkami drzew pod oczami i na policzkach oraz takimiż figurkami zwierząt na paznokciach. 

Po zakończeniu spływu kajakowego Rasputin, Wysoka i Wizażystka wrócili do poezji wspominkowo – erotycznej dochodząc do wniosku, że musieli być pod wpływem narkotyku.

– Niemożliwe jest wyrzucić z siebie taki ładunek emocji bez udziału jakiegoś barbituratu – głośno i z przekonaniem obwieścił Rasputin. – Jesteśmy w regionie, gdzie erotyka – aż prosi się to tak ująć – kwitnie na drzewach. Wspomnę tylko Kamasutrę.

Pytaniem było, co to był za narkotyk oraz kto i jak im go zaaplikował. W głowach Nomadów rodziły się podejrzenia, które ujawniły się one dopiero wieczorem przy kolacji.

Odc. 17 Oskarżenia i zwiedzanie

Po kolacji dyskusja o nietypowych zdarzeniach na spływie kajakowym rozgorzała na nowo. Najwięcej podejrzeń padło na Darczyńcę. Okazało się, że przed spływem częstował on innych uczestników cukierkami o dziwnym smaku. Zapytany o to nie zaprzeczał, tłumaczył się jednak niezrozumiale.

– Nie pamiętam co się działo, co robiłem i czego nie robiłem. Miałem chyba udar słoneczny, ponieważ często zdejmowałem kapelusz, aby się ochłodzić siedząc w kajaku w pełnym słońcu.

– Ale ty rozdawałeś swoje narkomańskie cukierki wcześniej, przed rozpoczęciem przygody kajakowej – logiczne spostrzeżenie Inżyniera nie wywołały u oskarżonego żadnego komentarza.

Następnego dnia znowu zwiedzali Park Narodowy Chitwan. Cała grupa z samego rana została zakwaterowała się w parkowym hotelu. Warunki zamieszkania były niewyszukane. Praktyk dzielił pokój z Kindżałem na parterze budynku.

Praktykowi ten niezwykły teren zdał się być wielką, naturalną arką Noego, jako ze gościł sześćdziesiąt gatunków ssaków i trzysta pięćdziesiąt gatunków ptaków. Królem był tygrys bengalski; w parku żyło ponad trzysta tych zwierząt. Była to największa chluba administracji parku. Drugim źródłem jej dumy były nosorożce indyjskie, łącznie sześćset pięćdziesiąt sztuk, gatunek zagrożony wymarciem podobnie jak tygrysy bengalskie. Zagrożone wyginięciem były też inne gatunki zwierząt żyjące w parku: to gawial gangesowy, hubarka bengalska, lampart, kotek cętkowany, gaur, suzu gangesowy, krokodyl błotny, sambar jednobarwny i wargacz leniwy. Za dnia zwierzęta były mało aktywne; tylko nieliczni turyści mieli szczęście zobaczyć jakieś zwierzęta. Z ptakami było łatwiej.

Nazwy żyjących w parku zwierząt podawano turystom tylko w języku angielskim. Praktyk notował je sobie i po powrocie do Nomadii odszukał w Internecie rodzime nazwy. O większości zwierząt słyszał po raz pierwszy w życiu: jeleń Hyelaphus, mundżak, aksis-czytal, kuna żółtogardła, cyweta, kot błotny, szakal, hiena pręgowana, lis bengalski, dzioborożec wielki, wężojad czubaty, rybożer białosterny.

Siedząc pod dachem na tarasie hotelu czekali na Przewo, kiedy nieoczekiwanie spadł deszcz. Krople głośno uderzały o liście palm przypominających wychudłe, szarozielone szufle. Nad ich głową, piętro wyżej, przebudził się rój pszczół zaczepiony pod krawędzią dachu jak gruba, ruszająca się, trójkątna chusta. W łazience przeciekała umywalka, nie dawała się naprawić nawet prowizorycznie, więc przestali o niej myśleć. W atmosferze oczekiwania, deszczu i narastającej wilgoci znikała chęć rozmowy o czymkolwiek.

– Nie ma co się przejmować. Przemieszkamy tu tylko jedną noc – pocieszali się nawzajem.

– Najważniejsze, aby nie zamokły ci sztylety. Mogłyby zardzewieć – ostrożnie sugerował Praktyk.

– A tobie pamięć i notatki; nie dałoby się ich odzyskać, gdyby nie daj Boże rozmokły w wodzie – Kindżał nie pozostał dłużny. Zaśmiali się obydwaj.

Następnego dnia, a może nawet tego samego, odbyli jeszcze wyprawę na słoniach, dumnie zwaną safari. Pobyt w parku zakończyła przejażdżka wozami ciągnionymi przez bawoły. Tę drugą imprezę Praktyk zapamiętał jako niekończące wleczenie się prymitywnych dwukołowych wozów po zalesionych bezdrożach. Siedział na samym początku pierwszego wozu, obserwując grzbiety zwierząt pociągowych. Przyglądał im się, ich zachowaniu, sposobie poruszania się. Lewy bawół był wolniejszy. Woźnica, starszy, szczupły pan w okularach na twarzy profesora wyższej uczelni, poganiał go, lekko dotykając końcem bata jego grzbietu lub nasady ogona. Z dwóch zwierząt ciągnących wóz, to jedno zawsze pozostawało z tyłu, podobnie jak jego jarzmo na grubym karku w stosunku do jarzma towarzysza. Siedząc obok poganiacza podróżnik chętnie wdałby się w pogawędkę, gdyby nie to, że profesor był prostym wieśniakiem bez jakiejkolwiek znajomości języków obcych.

Przejażdżka na słoniach była nieporównywalnie ciekawsza. Kindżał, Praktyk, Fotograf i Wysoka z Kokiem jechali razem. Na palankin umocowany na grzbiecie słonia wsiadali z drewnianej wieżyczki. Jej płaski szczyt miał postać platformy ogrodzonej barierką z czymś w rodzaju niskiej furtki, przez którą trzeba było fizycznie przesunąć się na palankin.

Słoń jako uniwersalny pojazd terenowy okazał się nadzwyczajny. Powoził nim mieszkaniec lokalnej wsi, będący jego właścicielem, opiekunem i poganiaczem. Praktyk nie potrzebował wiele czasu, aby zorientować się, że poganiacz i jego zwierzę w jakiś szczególny sposób komunikują się ze sobą. Obydwu sprawiało radość, kiedy zwierzę podchodziło pod stromy brzeg rzeki lub schodziło gwałtownie w dół po nierówności terenu.

Kiedy turyści przechylali się czując, że zaraz wypadną z palankinu, malutkie oczka słonia rozjaśniały się drobniutkimi iskierkami. Podobnie na niepokój podróżnych reagował poganiacz. Ich przywilejem był z kolei swobodny komentarz we własnym języku.

– Słoń i poganiacz chyba lepiej rozumieją się nawzajem, a może nawet są sobie bliżsi, niż my i on, choć jesteśmy przedstawicielami tego samego gatunku.

– Co to za gatunek, co wyrzyna się nawzajem jak barbarzyńcy, głodzi bliźnich na śmieć lub upodla do granic możliwości, aby w końcu przepuścić ich przez komin obozu koncentracyjnego? – reakcja Kindżała zaskoczyła towarzystwo. Kindżał nigdy nie reagował w taki sposób, miał raczej pogodne, filozoficzne usposobienie. Jego wypowiedź ucięła rozmowę niby ostry sztylet. Zamilkli wobec szokującego rozmiaru prawdy, jakim potworem potrafi być człowiek w porównaniu z najdzikszym zwierzęciem.

Odc. 18 Safari w Parku Narodowym Chitwan

Na równym terenie jazda na grzbiecie słonia przypominała huśtanie się. Dla urozmaicenia drogi przez busz poganiacz słonia zwany kornakiem demonstrował niezwykłe zdolności zwierzęcia. Rzucał jakiś przedmiot w górę i kiedy ten już upadł na ziemię, jego podopieczny go odszukiwał, chwytał koniuszkiem trąby i podawał mu do ręki. Zawiadamiał też trąbieniem, kiedy w pobliżu znajdowały się inne zwierzęta.

– Słoń trąbi w różny sposób, w zależności od tego, jakie zwierzę widzi w pobliżu – wyjaśnił Nepalczyk.

Chodziło nie tyle o gatunek zwierzęcia, ile o jego wielkość. Niebezpieczny tygrys czy też spokojniejsze, nawet większe zwierzę, wzbudzało w sposób naturalny inne odczucia słonia kierującego się instynktem.

-– O! Teraz na przykład Kudu, była to nazwa słonia, na którym jechali, sygnalizuje, że gdzieś w pobliżu jest krokodyl – przerwał ciszę poganiacz koncentrując wzrok na rzece Rapti, w kierunku której zmierzali. I rzeczywiście, chwilę potem podróżnicy zobaczyli gawiala wylegującego się na słonecznym skrawku ziemi po drugiej stronie rzeki.

Wyjaśnienia poganiacza słonia, a zarazem jego opiekuna i przewodnika czwórki pasażerów wycieczki, stwarzały liczne okazje przyjrzenia mu się dokładniej. Na imię miał Sumen. Był drobnym mężczyzną o szczupłej, omalże wychudłej twarzy, i ogorzałej cerze mieszkańca gór przebywającego dużo na słońcu i świeżym powietrzu. Czarna czupryna, skromne wąsy i niepielęgnowana broda oraz wyraz spokoju na twarzy stwarzały wrażenie człowieka na luzie, szczęśliwego z tym co ma i kim jest. Sumen cierpliwie cmokał na słonia i coś do niego mówił od czasu do czasu, na co zwierzę strzygło wielkimi uszami, jakby potwierdzając, że słyszało i przyjmuje słowa do wiadomości.

Historiami o zachowaniu i umiejętnościach słonia czwórka Nomadów dzieliła się z innymi uczestnikami wyprawy w trakcie posiłku. Kindżał z poważną miną przedstawił historię okularów przeciwsłonecznych, które upadły mu na ziemię, kiedy nadmiernie wychylił się do przodu.

– Słoń to zauważył, zatrzymał się, odszukał okulary w trawie, jaka tam rosła, chwycił je niezwykle delikatnie koniuszkiem trąby i podniósł na wysokość mojej twarzy.

Mówiący zastanawiał się, co dalej powiedzieć, kiedy odezwał się czyjś niecierpliwy głos:

– Opowiadaj! Opowiadaj! Co dalej?

– Nic! Wziąłem okulary do lewej ręki i prawą ręką wyciągnąłem z kieszeni chusteczkę. I wtedy słoń zaskoczył mnie całkowicie. Wyjął ją z mojej ręki i przetarł soczewki okularów trzymanych przeze mnie w palcach lewej dłoni. Dosłownie zbaraniałem. To było niesamowite – prawie krzyknął, po czym kontynuował opowiadanie pełen entuzjazmu i wiary w nadzwyczajne umiejętności zwierzęcia. Po zaoczeniu jego relacji, zapadło milczenie. Przerwał je kobiecy głos.

– E, tam! Opowiadasz bajki!

Historia skończyłaby się prawdopodobnie poczuciem niewiary w słonia, poganiacza i Kindżała, gdyby nie pozostała trójka podróżników. Jednomyślnie potwierdzili słowa Kindżała z takim ferworem, że nikt nie mógł nie uwierzyć w ich prawdziwość. Na dwóch lub trzech obliczach błąkały się cienie wątpliwości, nikt jednak nie śmiał wypowiedzieć się sceptycznie z obawy o wyśmianie lub krytykę za niedowiarstwo.

W trakcie wypraw po parku i okolicach Praktyk z wytrwałością godną lepszej sprawy notował nazwy sklepów, firm, szkół i organizacji. Wydawały mu się zbyt egzotyczne i ciekawe, aby powierzyć je pamięci. Miały dla niego niepowtarzalny urok, podobnie jak żywa przyroda widziana oczami człowieka nawykłego do betonu, asfaltu i mechanicznych konstrukcji cywilizacji. Nazwy były oryginalne: Jayamata Kalika Oil Store, Ratopul, Sipradi Autoparts, Gausala, Kalanki, Gaushala Internet Travel, Baidehi Guest House, Matrix Energy, Drinks Yeti Yatalat, Panchakanya, Pashupati Area, Shree Gansesh, Sipradi Shiva Ratin Palace.

Mimo dojrzałego wieku Praktyk lubił bawić się podobnie jak dziecko. Tłumaczył to żartobliwe naturalną skłonnością człowieka do dziecinnienia w miarę starzenia się. Było w tym coś głębszego, przekonanie, że naturalna ciekawość świata jest najpiękniejszą z cech dziecka, ideału człowieczeństwa, którą szybko i bezpowrotnie traci ucząc się manipulacji i kłamstw od osób dorosłych.

Odc. 19 Inżynier Uniwersalny

Po zakończeniu zwiedzania Parku Narodowego Chitwan, grupa wyruszyła późnym popołudniem w drogę powrotną do Katmandu. Podróżowali jak zwykle autobusem. Był to już ósmy z kolei dzień podróży, dostatecznie długiej, aby wszyscy czuli się zmęczeni.  

Wieczorem spotkali się na kolacji odświeżeni prysznicem oraz drzemką, w zależności od tego, na co kto miał ochotę. Po posiłku nikomu nie chciało się wychodzić na zewnątrz, siedzieli więc przy stolikach, mając przed sobą coś do picia: kawę, herbatę, sok lub jakiś koktajl bezalkoholowy. Tylko Kantyna, Darczyńca i Kindżał mieli przed sobą dzióbasy. Pytani, co w nich jest, odpowiadali zgodnie, że nektar. Wzrok Kantyny był jeszcze niezmęczony wpatrywaniem się w kieliszek.

– Widok, jaki mam przed sobą, przypomina mi relaks sybarytów po sesji obżarstwa – Praktyk dobierał słowa próbując zaimponować zebranym oryginalną obserwacją.

Czuł się syty i rozleniwiony. Siedział między Kindżałem a czarnobrodym Rasputinem, którego ze słynnym pierwowzorem łączyło najmocniej krzaczaste bogactwo twarzy oraz ekscytacje erotyczne.

– Dał chłop popis ostatnim razem na kajakach – pomyślał Praktyk, usiłując ponownie zebrać myśli.

Rozglądając się po sali restauracyjnej, zauważył, że wszystko było określone trójkowo: trzy okna w ścianach, trójka kelnerów żywo coś dyskutujących na końcu sali, nawet potrójne drzwi wejściowe do restauracji. Także towarzystwo po drugiej stronie stołu prowadzące ożywioną rozmowę zawierało w sobie podobne aspekty geometryczne. Siedzący w środku mężczyzna przypominał kształtem gruszkę; tęższy w siedzeniu, zwężał się ku górze na kształt trójkąta z przyciętym płasko szczytem. Widać było, że nie sportuje się nadmiernie zagubiony w morzu ludzkich potrzeb i problemów. Praktyk bezskutecznie usiłował przypomnieć sobie jego imię; w końcu poprosił Kindżała o podpowiedź.

– Nie siedzieliśmy jeszcze z nim przy jednym stole. To Inżynier, chyba specjalności gazowniczej. Jak sobie przypominam, nazywają go także Ateistą. Słyszałem, jak sam mówił o sobie, że jest inżynierem uniwersalnym z górnej półki. Tak, tak właśnie powiedział. Mówił też, że wierzy w Boga, ale z zasady jest ateistą. To jakiś dziwak. Tylko tyle wiem – zakończył Kindżał, po czym obrócił się do Darczyńcy siedzącego po prawej stronie, aby poprosić o podanie cukiernicy.

Praktyk przyglądał się Inżynierowi. Męczyła go jego nietypowa sylwetka. Zastanawiał się, czy bardziej przypomina mężczyznę o wyglądzie kobiety czy też kobietę o wyglądzie mężczyzny. Zaintrygowany, zaczął wsłuchiwać się w rozmowę toczącą się po drugiej stronie stołu. Ateista mówił wyraźnym, lekko podniesionym głosem. Własne słowa i słuchające go otoczenie wyraźnie go ekscytowały. Praktyk pomyślał, że jest to człowiek kochający mówić, aby go podziwiano i uwielbiano, i że potrzebuje uznania innych osób, ponieważ nie znajduje go w sobie. Poprzez szmer innych rozmów dobiegły go wyraźnie słowa:

– Ja, proszę państwa, w sprawach zawodowych zawsze mam rację. No, powiedzmy, prawie zawsze. Po prostu, umiem odnaleźć się w każdej sytuacji – Inżynier przerwał, aby pyknąć z fajki chwilę wcześniej włożonej w usta.

W głębi restauracji trzech śniadych tubylców, jeden w białym fartuchu i czepku kucharskim, drugi w kelnerskiej liberii i trzeci w garniturze, prawdopodobnie kierownik sali, nie zwracali uwagi, że ktoś pali na sali. Praktyk pomyślał, że czekają wyłącznie na oznaki zainteresowania nimi, prośbę o wyjaśnienie lub pomoc, podanie potrawy lub napoju, lub jakikolwiek inny znak, który pozwoliłby im wykazać się inicjatywą. Z boku po prawej stronie grupki stały stoły z podgrzewanymi metalowymi pojemnikami, w których dymiły potrawy.

– Ja, proszę państwa, umiem odnaleźć się w każdej sytuacji – powtórzył Inżynier dostatecznie głośno, aby słyszano go także przy innych stolikach. – Kiedy ludzie mają problemy z samochodem, klimatyzacją, pralką, zatkanym zlewem, lodówką czy budową domu, walą do mnie jak w dym. Jestem dobry, nie chwaląc się. Jak tylko jakiś problem, to oni od razu do mnie.

– Z wszystkim? – podchwycił siedzący obok Fotograf.

– No … Może nie z wszystkim, ale w bardzo szerokim zakresie spraw wymagających wiedzy naukowej i doświadczenia – wyjaśnił trójkątny Inżynier. – Z całą pewnością w takich dziedzinach jak hydraulika, chłodnictwo, dużo elektryczności i sporo mechaniki. Jestem, co tu dużo mówić, mistrzem w tych sprawach. Bywa tak, że do mnie dzwonią i mówią:

– Panie inżynierze, pogubiliśmy się. Niech pan nas ratuje. Bez pana nie damy rady. To będzie klęska! Przyjeżdżam, patrzę, siedzą w kilku po obydwu stronach korytarza w piwnicy budynku, z tymi wszystkimi rurami na ścianach i pod sufitem, głowy zwieszone jak u wisielca. Normalnie pogubili się. Widzę to wyraźnie i od razu, z kopyta, jak to mówią, przystępuję do roboty. Mnie nie potrzeba dużo czasu ani wysiłku, aby znaleźć przyczynę problemu i go rozwiązać. Dobry jestem. Nie mówię tego, aby się chwalić, ale po to, abyście po prostu wiedzieli.

– Poza tym jestem … Inżynier pochylił się do przodu dla wyjawienia sekretu, przyciągając ku sobie głowy osób siedzących w pobliżu, aby głośnym szeptem wyjawić tajemnicę:

– Jestem abstynentem. Całkowitym i bezkompromisowym – wyprostował się i od razu dodał: – Jestem także agnostykiem. Nie jakimś tam bezbożnikiem, prostackim ateistą, jak czasem o mnie mówią, teistą czy nawet deistą. W Boga nie wierzę, ale ani nie potwierdzam, ani nie zaprzeczam jego istnienia.

– To dosyć wygodne. Nie sądzi pan? – Zaczepnie podjął Fotograf.

Inżynier uniwersalny popatrzył na niego uważnie, spod brwi, i nie tracąc rezonu, wyjaśnił spokojnie.

– To jest bez znaczenia, co pan sądzi. Moja postawa jest naukowa. Zacząłem ją budować za czasów chłopięcych, a później, już jako inżynier, osoba dojrzała, rozwinąłem i pogłębiłem. Dla mnie wyjaśnienie istnienia czy nieistnienia Boga jest szokująco łatwe. Po prostu, nie jest możliwe stwierdzić, że Bóg istnieje ani też, że nie istnieje. Tutaj, w Indiach i w Nepalu, mają pod tym względem łatwiejsze życie. Ich bogowie są o niebo łatwiejsi do zdefiniowania.

Siedzący obok członkowie grupy nie podjęli dyskusji ani nie zachęcali Inżyniera do dalszych wynurzeń. Prawdopodobnie uznał, że dyskusja jest zakończona i on, inżynier uniwersalny, nie ma co się wywnętrzać dalej przed laikami, istotami człekokształtnymi o prostszej niż jego konstrukcji intelektualnej oraz skromniejszych i zasobach wiedzy i doświadczeń.

Wieczorem Praktyk widział go z okna swojego pokoju, jak stał przed wejściem do hotelu przyglądając się obojętnie scenom ulicznym. Inżynier ożywił się jedynie na widok tubylca wiozącego stos paczek na rykszy-platformie tak wielkiej, że wprost niemożliwe było, aby cała ta konstrukcja była w stanie zachować równowagę dłużej niż kilkanaście sekund. Inżynier palił nierozłączną fajeczkę; kółka dymu tworzyły wokół niego aurę zobojętnienia wobec wszelkich spraw nie dotyczących hydrauliki, chłodnictwa, elektryki i mechaniki.

Odc. 20 Kantyna

Wysoki, dobrze ubrany chudzielec o wiecznie zamglonych oczach, od początku wycieczki miał sławę moczymordy, która prawie natychmiast przysporzyła mu ksywę Alkoholik. Zastąpiła ona dziwne imię Baraku, jakie sam zainteresowany podał Przewo – w rzadkiej chwili półprzytomności – w obecności kilku członków grupy. Nikt mu jednak nie uwierzył, ponieważ oczy miał połyskliwe niby maślaki wyjęte z octu.

Pierwszy wypowiedział się Fotograf.

– To nie jest dobry pseudonim. Wprawdzie dokładnie określa człowieka, ale rzuca złe światło na nas wszystkich, ponieważ jest jednym z nas, obywatelem tego samego kraju. Mnie to krępuje.

Kilka osób poparło Fotografa również uznając ksywę za niezręczną. Zaproponowali w zamian Alko, argumentując, że jest to określenie prostsze, doskonale zrozumiale dla grupy, niezrozumiałe natomiast dla ludzi z zewnątrz, przede wszystkim dla recepcjonistów, kelnerów i barmanów oraz innych pracowników obsługi w hotelach, gdzie się zatrzymywali. Druga ksywa też napotkała opór. Kilka osób uznało, głównie kobiety, że Alko brzmi zbyt łagodnie.

– Ten pijus nie przysparza nam sławy i nie musimy go oszczędzać – Wysoka z Kokiem miała prawo być negatywna, ponieważ poprzedniego dnia Alkoholik popchnął ją na schodach i to tak bardzo, że prawie upadła. Przepraszał ja potem zawstydzony, że jego zachowanie wynikało z przepicia a nie ze zwykłego potknięcia się na schodach.

Ktoś zaproponował nazwę Szynkwas, uzasadniając, że jest to określenie wyraziste, historyczne i niezrozumiałe dla tubylców. Zaczęła się dyskusja; większość uczestników zgodziła się, że wprawdzie jest to nazwa historyczna, to jednak bardzo już zdezaktualizowana i zaprzeczająca godności człowieka, choćby nawet podłego gatunku.

– Psa tak można nazwać. nie pasuje to jednak do człowieka. W ogóle mi ona nie leży – był to głos Inżyniera, o tyle nietypowy, że sam otwarcie deklarował się jako nieprzejednany wróg alkoholu i pijaków.

Nie był to koniec ewolucji pseudonimu. Dyskusja trwała jeszcze przy kolacji. Ostatecznie przyjęła się ksywa Kantyna; uznano ją za najbardziej wyważoną. Wymyślenie ksywy niczego nie rozwiązywało oprócz problemu komunikacji między członkami grupy. Już następnego dnia Kantyna zjawił się na śniadaniu z twarzą zaciemnioną pustką alkoholowego wyczerpania. Chodził między stolikami przyciągając uwagę gości hotelowych i obsługi. Po zakończonym posiłku, kiedy Nomadowie wyszli do autobusu, wlókł się milcząco za grupą na swoich gumowych nogach, zupełnie jak robot, tylko bardziej miękko, mniej mechanicznie. Wszyscy już zrozumieli, że potrafi trwać w stanie upojenia przez dwadzieścia cztery godziny na dobę.

– A nawet dłużej. On jest po prostu niezmordowany – dodawali, kiwając z niechęcią głowami, lokatorzy sąsiednich pokoi hotelowych, którzy widywali go najczęściej.

Sytuacja okazała się podlejsza niż można było przewidywać. Rozmawiali o tym z Przewo, odpowiadającym za grupę z ramienia agencji turystycznej, organizatora wycieczki do Indii i Nepalu, oraz między sobą; nikt jednak nie widział rozwiązania.

Kantyna stał się przekleństwem Nomadów. Trzeba było nieprzerwanie go pilnować, ponieważ zgodnie z regulaminem wycieczki grupa miała podróżować razem. Istniał ponadto dobry zwyczaj, że członkowie grupy wzajemnie się pilnowali, aby się nie spóźnić lub nie zagubić.

Z Kantyną było inaczej. Nikt nigdy nie wiedział, gdzie jest i co robi. Starał trzymać się grupy, najczęściej jednak nie za bardzo mu się to udawało. Porywczy, sam nie wylewający za kołnierz, przypisywał mu demoniczne zdolności, twierdząc, że opiera je na obserwacjach.

– Kantyna to prawdziwy sztukmistrz; potrafi wydobyć alkohol nawet z podłogi. Sam widziałem, miał akurat uchylone drzwi do pokoju, jak przykucnął przy fotelu, włożył do ust długą, cienką rurkę wychodzącą ze szpary w podłodze i pił. Nie mam pojęcia, jak on to robi.

Mroczna sława Kantyny rosła z dnia na dzień. Jedynym i niezaprzeczalnym plusem było to, że był on niezwykle spokojny, a nawet uczynny, nie podnosił głosu i nie awanturował się.

– On jest jak z waty, miękki i wyciszony. Dotkniesz go i nic nie czujesz – Porywczy miał o Kantynie więcej wiedzy niż inni. Przyciśnięty wyjawił, że usiłował zbliżyć się do niego i zaprzyjaźnić, aby móc na niego wpływać.

– Mam wrażenie, że on uważa siebie za kogoś podobnego do sadhu, ascety i cierpiętnika. Błądzi we mgle zadumy duchowej, jaką w Indiach nazywają stanem błogosławionego zamyślenia. Sam mi to powiedział, kiedy wydawało się, że jesteśmy już przyjaciółmi.

Na prośbę grupy Porywczy zobowiązał się zebrać więcej informacji o Kantynie. Dostarczył mu ich telefonicznie brat przyjaciela ze studiów, który mieszkał w tej samej miejscowości co Kantyna z żoną. Jak się okazało, to żona Kantyny wysłała go na wycieczkę. Miała dobre wytłumaczenie.

– Już nie daję sobie rady. Wreszcie będę mieć trochę wolnego czasu dla siebie. Nie będę musiała pilnować go, aby nie wpadł pod samochód, autobus lub tramwaj. To alkoholik, który nie chce się leczyć, uważając, że nic mu nie jest. Wielka szkoda, że u nas nie ma więzienia za alkoholizm i przymusowego leczenia! Kiedy Baraku jest sam, pije mniej, twierdząc, że nie podoba mu się samotny obraz w lustrze; woli patrzeć ma inne twarze. Ma przebłyski świadomości, zrobi nawet zakupy, ale nie mogę go nigdzie wysłać, bo mając pieniądze wydaje je na alkohol. Już o godzinie szóstej rano ten rabbi, niespokojna dusza, krząta się po kuchni, sprząta, słyszę jak szura nogami i coś przestawia. On potrafi wszystko, nawet przeżyć delirium trzy razy dziennie, kiedy idzie w tan z kolegami. To prawdziwe skaranie boskie.

W czasie spotkania grupy po kolacji, ktoś nazwał Kantynę makabrą i upiorem. Kindżał, sam niemały oryginał, zaprotestował.

– Takie słowa gwałcą logikę horroru, która intensywne opisy rezerwuje dla zdarzeń gwałtowniejszych niż włóczenie się gdzieś po pijanemu, mianowicie do scen ociekających posoką i krwią przegryzionego gardła. Nie powinniśmy tak mówić o Kantynie.

Odc. 21 Zakupy

W drodze do Katmandu autobus zatrzymał się, aby uczestnicy wycieczki mogli zrobić zakupy w wielopiętrowym domu towarowym Bhat-Bhati Supermarket and Departamental Store. Jego pełen opis był wyjątkowo bogaty i zawierał w sobie określenia w rodzaju „international”, „imperial”, „gigantic” i „futuristic”. Właścicielem domu był Baba Ditto, Hindus z Varanasi, właściciel wielkiej fortuny, człowiek o nieprzeciętnych zdolnościach, marzyciel i twórca idei łańcucha wznoszących się reinkarnacji, z których każda następna była bliższa absolutu niż jej poprzedniczka.

Ditto pokazywał się niekiedy przy wejściu głównym do Bhat-Bhati, ubrany w garnitur z jedwabiu, z krzaczastą brodą i wąsami skrywającymi usta i dolną część twarzy, oraz złotym sygnetem na ręce. Rozdawał ulotki i rozmawiał z klientami. Jeśli rozmowa sprawiała mu przyjemność, częstował osobę wyróżnioną gorącą kawą w malutkiej filiżaneczce i oferował autograf z swoim zdjęciem dużego formatu. Ich zapas nosił za nim służący, biały Europejczyk, w liberii, płynnie mówiący czterema językami. Był to Anglik zatrudniony przez Babę Ditto dla upamiętnienia czasów, kiedy Anglicy w ramach Imperium Brytyjskiego zatrudniali Hindusów w roli służących.

Dom towarowy Bhat-Bhati cieszył się sławą największego sklepu na kontynencie. Był doskonale zaopatrzony; najdrobniejszy produkt nie mógł pojawić się na półce jeśli nie był dostępny co najmniej w trzech odmianach.

Nomadowie szybko uzyskali cenną wiadomość, że w południowym skrzydle na czwartym piętrze, jest niesamowity wybór herbat, także ekologicznych zwanych tu organicznymi. Były one w różnych opakowaniach, od prostego do najbardziej luksusowego, bardzo dobrej jakości i miały rozsądne ceny. Większość wycieczkowiczów skorzystała z okazji i zaopatrzyła się w większą ilość herbat przeznaczonych na upominki dla rodziny i przyjaciół. Czas zakończenia zakupów ustalono na godzinę piętnastą piętnaście. Zbliżała się już godzina szesnasta, a część Nomadów wciąż robiła zakupy. Pozostali, czekający już w autobusie, niecierpliwili się coraz bardziej. Kiedy zauważono, że nie ma też Kantyny, zdenerwowanie pogłębiło się. Słychać było przekleństwa.

– Zaraz go przyprowadzę – zaoferował się Darczyńca.

Po kilku minutach, szybciej niż ktokolwiek mógł się tego spodziewać, wrócił razem z alkoholikiem.

– Skąd wiedziałeś, gdzie go szukać? – padały pytania.

– To nie było trudne. W dziale alkoholi. Siedział i gapił się na sprzedawcę, czekając na zapakowanie trzech butelek “Desi Daru”, najbardziej popularnego alkoholu na Półwyspie Indyjskim. Kantyna wie, co jest dobre. Wiedzy o alkoholach nie można mu odmówić. To coś rewelacyjnego! To najlepszy na świecie absynt – wyciąg z kwiatów i liści piołunu, anyżu oraz kopru włoskiego z niewielkim dodatkiem innych ziół. Otrzymuje się go w procesie ekstrakcji.

Zasięgnąłem języka i kupiłem absynt o nazwie Gogoo-Loo, produkowany z dodatkiem wyciągu z jakiegoś egzotycznego robaka. To najmocniejszy trunek na świecie, ma osiemdziesiąt czystego alkoholu. Jest zakazany w wielu krajach. Po kilku kieliszkach można już mieć urojenia, a z całą pewnością następnego dnia. Nigdy jeszcze nie przeżyłem delirium, dlatego musiałem go kupić – w miarę opowiadania Darczyńca ożywiał się coraz bardziej.

– Po wypiciu Gogoo-Loo nie można już pić innego alkoholu, jeśli chce się dożyć następnego dnia. To przeżycie na miarę reinkarnacji. To, co usłyszałem, tak mnie poruszyło, że nabyłem trzy butelki. Inne trunki wyglądają przy nim jak bezalkoholowy szampan dla dzieci. Jak tylko ruszymy, zaczynam rozlewać. Możecie już ustawiać się w kolejce.

Wieczorem, po kolacji, grupa oglądała tańce newarskie w restauracji „Nepali Chudo” w hotelu „Northcrop”. Mieścił się on w dwupiętrowym budynku zbudowanym z czerwonej cegły, bardzo przyjemnej dla oka. Każde piętro otaczał balkon osłonięty metalową barierką. Od podstawy ściany frontowej strzelał w górę blaszany komin; kończyła go konstrukcja przypominająca dziwaczną budkę dla ptaków.

Większość czasu tańczył mężczyzna o twarzy, uśmiechu i wdzięku kobiety; każdy gest jego ramion i dłoni wyrażał delikatność. Przygrywała mu dwuosobowa orkiestra. Goście siedzieli przy długich stołach i smakowali sake serwowane w mikroskopijnych kieliszkach.

Odc. 22 Abstrakcja i historia

Następnego dnia zrobiło się zimniej, wzrosło ciśnienie atmosferyczne, rozjaśnił się błękit nieba i inaczej pachniało powietrze. Wydawało się, że czas ruszył z kopyta i sprawy toczą się szybciej. Odczuł to nawet Kantyna, kiedy zapytał:

– Czy nie sądzicie, że dzisiaj poruszam się szybciej i jestem bardziej przytomny?

– Ja to zauważyłam. Jesteś żwawy jak brykający źrebak i w oczach masz ogień zamiast mgły – zagadkowo odpowiedziała Wysoka z Kokiem.

Grupie Trzynastej udzieliła się atmosfera przyśpieszenia. Rozmowy stały się luźniejsze i jakby bardziej ekstrawaganckie. Nagle wzięli sobie do serca lokalną rzeczywistość. Była drastycznie inna niż w Nomadii. Wiedzieli to już wcześniej ale dopiero teraz to odczuli, jakby się właśnie obudzili i przejrzeli na oczy. To był zupełnie inny świat. Wyłaniał się z chaosu i nie mógł sobie z tym poradzić. Było coś, co pędziło go naprzód, coś, co go cofało do przeszłości, i coś, co trzymało go w miejscu. Zniknął porządek. Chodniki na ulicach stawały dęba, śmieci nie chciały się sprzątać, autobusy nie przyjeżdżały po dzieci, aby zabrać je do szkoły. Nadal kwitła bieda, ale jej kwiaty nie wydawały słodkich zapachów, tylko męczący zaduch. Ludzie koczowali na otwartym powietrzu. Na ulicach sprzedawano, gotowano, rozmawiano, wykonywano prace użytkowe, załatwiano sprawy. Urzędy działały opieszale i byle jak. Mieszkańcy przemieszczali się nieprzerwanie, setkami i tysiącami z miejsca na miejsce niby uparte mrówki. Katmandu stanowiło jedno wielkie pole bitwy, gdzie mieszkańcy toczyli nieprzerwanie walkę z losem o przeżycie do następnego dnia.

Podsumował to Darczyńca. Nikogo to nie zdziwiło, ponieważ zawsze był rzecznikiem społeczności tubylczych i lokalnych, zwłaszcza dzieci. W czasie przerwy w zwiedzaniu miasta zebrało mu się na przemówienie.

– W Indiach i w Nepalu wszystko jest święte. Krowy, małpy, szczury, rzeki, bogowie i boginie, ich wcielenia, świątynie. Najbiedniejsi to też święte krowy. Nikt ich nie atakuje, ale też nikt im nie pomaga. Nie sprzedałeś kilku naszyjników, nie użebrałeś, nie przewiozłeś pasażera rykszą, to nie masz co włożyć do ust. Taka jest ich prawda. To samo jest z edukacją, opieką lekarską, mieszkaniem i transportem. Nikt się nie przejmuje, że ktoś zachorował i umiera, z wyjątkiem osób najbliższych. A i to też nie jest pewne, bo ludzie w biedzie obojętnieją. To okropne!

Rozmawiali na luzie jakby sprawy życia i śmierci, losu jednostki oraz choroby i zdrowia były równie ważne jak ołówek, kanapka z szynką, gumka do majtek czy ulotne spojrzenie przechodnia.

Po przerwie na lunch znowu ruszyli w drogę. Przewo mówił krótszymi zdaniami. Ciął je na kawałki, częściej używał równoważników zdań.

– Katmandu ma już swój wiek. Zostało założone w siedemset dwudziestym trzecim roku przez króla Gunakamadevę. O tym królu powiem później, jeśli zostanie mi trochę czasu. Stare miasto jest znane ze świątyń różnych religii i wyznań. Obok siebie koegzystują świątynie hinduistyczne, buddyjskie i chrześcijańskie, chociaż chrześcijan jest tu jak na lekarstwo. To tylko kilka kościołów protestanckich i sal Królestwa Świadków Jehowy.

– Czyli że my, nomadzka Grupa Trzynaście, stanowimy w Katmandu większą grupą chrześcijan? – Inżynier Uniwersalny usiłował wtrącić swoje trzy grosze. – Ale co to za chrześcijanie! – wyrwało mu się, kiedy zauważył Kantynę usiłującego dolać sobie kawy z termosu, o którym wszyscy wiedzieli, że zdolny jest przyjąć tylko alkohol.

Adresat inżynierskich uwag nie tylko nie poczuł się urażony, ale wyprostował się jakby przywrócono mu godność. W swojej pomroczności również uczestniczył w grze wymiany myśli i opisów rzeczywistości.

Powaga turystyczna wróciła do nich, kiedy zwiedzali zabytki starych dzielnic Katmandu: Durbar Square z pałacem królewskim Hanuman Doka, Patarn Durbar Square, Bhaktapur oraz stupę Swayambhunath. Stupa znana była także jako Świątynia Małp; wiele z nich żyło w jej północno-zachodniej części. Przewo wyjaśnił, że stupa to budowla sakralna symbolizująca oświecony stan Buddy.

– Na terenie Sri Lanki stupy buddyjskie noszą nazwę dagoby, w Tajlandii – czedi, w Indonezji – candi, w Bhutanie, Nepalu i Tybecie – czortenu, w Mongolii – suburganu. Czy nie jest to ciekawe? – zapytał z nadzieją, że ktoś zechce się z nim zgodzić. Spotkało go milczenie.

Odc. 23 Święte miasto Varanasi

Po raz pierwszy Praktyk zobaczył Varanasi siedemnaście lat przed przyjazdem do Indii, odwiedzając cmentarz na południu Nomadii, gdzie odbywała się uroczystość pochówku lokalnego poety. Przy akompaniamencie werbli w nastroju rozważnej powagi, wynajęty aktor recytował poemat „Reinkarnacja”.

Nagrobek przybrany w betonowe szaty,
na nim dłutem wyryte nazwiska,
urodził się… zmarł… ale gdzie daty
Każda rubryka pusta, szara, czysta.

Niektórzy za życia już po tamtej stronie,
a ja marzenia uparcie wciąż gonię.
Nie dam się zepchnąć pod strojne marmury,
wybiorę wolność spopielałej chmury.

Hindus nad Gangesem płomieniem się wzbiję,
lekkością zachwycę i blaskiem opiję,
nie zgodzę się oddać do wiecznej kasacji,
wrócę w łańcuchu reinkarnacji.

Mnie myśl ociężała przy ziemi nie trzyma,
wierzę w mądrość Stwórcy, dobroci olbrzyma,
nie zniżę czoła do cmentarnej jaźni;
ulotnością żyć będę w boskiej wyobraźni.

Teraz podróżnik oglądał prawdziwe Varanasi, idealne miejsce do snucia refleksji na temat ostateczności łączącej bez wyjątku wszystkich ludzi: otyłych i chudych, mądrych i głupich, nieskończonych bogaczy i nagich nędzarzy. Nie podobała mu się nazwa miasta. Poprzednia nazwa, Benares, była o wiele szlachetniejsza, lepiej brzmiąca, po prostu lepsza.

– Dlaczego zmieniono nazwę, starając się poprawić to, co było już doskonałe? – Głośno zastanawiał się Nomada.

Nawet Przewo nie umiał odpowiedzieć na to pytanie. Trochę go nawet zdziwiło, ponieważ nikt wcześniej nie poruszał z nim filozoficznych kwestii, mających dwie lub trzy odpowiedzi, a może nawet i więcej.

Nomadowie chodzili po mieście przyglądając się budynkom, ludziom, zwierzętom i rzece. Wszędzie widzieli atrybuty wiary w bogów, ich wcielenia i namiastki: figury, figurki, świątynie duże i małe, rzeźby i obrazy, a także gałązki, kwiaty i liście roślin, reprezentujących symbolikę religijną. Na każdym kroku była okazja zrobienia ciekawego zdjęcia.

Przez kilka minut Nomadowie podziwiali w świątyńce ulicznej obraz Kamadewy zwanego także Kamą, boga miłości w hinduizmie. Miał on postać dorodnego młodzieńca, wyposażonego w łuk z trzciny cukrowej z cięciwą z pszczół oraz w strzały wykonane z kwiatów. Towarzyszyły mu święte ptaki, kukułka i papuga.

– Jak na mój gust, to on ma kobiece biodra, podobnie jak i uda. Twarz też ma jakąś taką pełną; przypomina mi ona moją teściową, kiedy była młoda.  – odezwał się Rasputin. Żaden z Nomadów nie poparł go w obserwacji szczegółów anatomicznych boga miłości, nikt też nie zaprzeczył ich trafności.   

Ze zdjęć własnych wykonanych w Varanasi Praktykowi najbardziej podobało się zdjęcie pokazujące go w czarnej kurtce z girlandą różowych kwiatów na szyi stojącego w łodzi na Gangesie. To była najlepsza kurtka jego życia, kupił ją specjalnie na wyjazd do Indii i Nepalu. Po powrocie do domu najchętniej wracał wspomnieniami właśnie do tego zdjęcia. Rozumiał, że to dlatego, że rzadko kiedy człowiek widzi siebie samego.

W Varanasi bogaty duch hinduizmu przemieszczał się wraz z tłumem Hindusów po nabrzeżu sześćdziesięciu ghat. W różnorodności wyznań i postaw prawda mieszała się z fałszem. Obok prawdziwych sadhu pojawiali się fałszywi sadhu, jedni autentyczni w swej wierze i praktyce religijnej, drudzy pozorujący świętość. Pierwsi byli samotnikami unikającymi tłumów, mistykami karmiącymi się energią kosmosu, szukającymi wewnętrznej doskonałości i jedności z duchem wszechświata. Ci drudzy stanowili rodzaj żywych manekinów wystawowych wyciągających ręce po datki, podróbek świętych mężów odzianych w kolorowe szaty i sprzedających turystom swój wizerunek za dziesięć rupii, równowartość siedemnastu centów amerykańskich.

Wierzący Hindusi mieszali się z obcokrajowcami, kierowanymi tandetną ciekawością zobaczenia świętego miasta. Podobnie jak rzeka miasto było święte, ale nie dla nich. Oprócz wykonywanych w pośpiechu i często ukradkiem zdjęć niewiele zachowali dla siebie, byli symbolami z tryptyku małpek, co mają oczy, a nie widzą, mają uszy a nie słyszą, mają usta, a nie mówią.

Wiara w bogów, bóstwa i ich repliki były jawnie nadużywane, ponieważ życie z zasady dzierży prymat nad wiarą. Sama wiara choćby najczystsza, zbliżająca człowieka do Boga i Boga do człowieka, nie zaspokaja głodu dostarczając pożywienia dla organizmu. Stojące wysoko nad brzegiem, jeden obok drugiego, pałace były najczęściej niezamieszkałe i ulegały degradacji. Władze sprzeciwiały się sprzedaży czy choćby wydzierżawieniu ich firmom, które przywróciłyby im dawne piękno i blask w zamian za prawo do użytkowania jako hotele, ośrodki konferencyjne czy zabytki kultury odwiedzane przez turystów. Nie zgadzały się z obawy, że na tarasie górującym na świętą rzeką Ganges pojawi się nagle człowiek ze szklanką whisky w jednej ręce i cygarem w drugiej. Tradycja i wiara przeciwstawiały się rozumowi, pozwalając na dewastację zabytków.

Kontynuacja wielowiekowej tradycji unicestwiały przyrodę. Palenie stosów kremacyjnych przekształciło się w bezsens, kiedy ich liczba wzrosła do setek i tysięcy. Nieprzerwane kremacje na ghatach zabijały świętą rzekę. Ilość bakterii coli w Gangesie przekraczała bezpieczny dla zdrowia poziom dwadzieścia dwa tysiące razy. Nomadowie w swoim zarozumialstwie obcokrajowców widzieli to w sposób oczywisty: rzeka stała się ściekiem. Co było dla niej do zniesienia kilkaset lat wcześniej, stało się hekatombą, ofiarą składaną bogom z niej samej. Mimo zanieczyszczeń Hindusi masowo brali uświęcającą kąpiel w wodach Gangesu, przekonani, że zmywają przewinienia popełnione w obecnym i wcześniejszych wcieleniach. Czego rzeka nie wybaczyłaby obcokrajowcom, akceptowała u tubylców, nie wywołując większych szkód w ich organizmach.

– Chyba jesteśmy zboczeńcami – wymieniali się uwagami Nomadowie. – Nie dostrzegamy szlachetności płonącego stosu, lecz widzimy rzekę cierpiącą za każdym razem, kiedy wrzucają do niej nadpalone drewno razem ze spopielonym ciałem.

Praktyk też to źle odbierał, ale nie do tego stopnia, aby nie cieszyć się kolorowym leniwie przesuwającym się tłumem, dziwnymi zapachami, wieczornym ceremoniałem religijnym w wykonaniu kilkunastu braminów, wąskimi uliczkami, ludźmi siedzącymi w kucki na progach domów, świętymi krowami na skrawkach zieleni oraz niekończącymi się schodami nadrzecznych ghat. Ambitny podróżnik uspokajał się myślą, że nie wszystko jest w stanie zrozumieć.

Odc. 24 Kult religijny

Na kolację Przewo przyniósł kilka akcesoriów związanych z religiami hinduistycznymi: figurki, grę oraz lampkę religijną i położył na stole, aby każdy mógł wziąć je do ręki i dokładnie im się przyjrzeć. Kiedy opowiadał o nich, zebrani brali je w ręce, dotykali i przyglądali im się z bliska, aby poznać szczegóły. Niektóre przedmioty także wąchali, ponieważ wydzielały przyjemne dla nosa zapachy.

Największą niespodziankę Przewo zachował na koniec. Były to fragmenty świętych roślin,  uważanych także za magiczne i lecznicze, stanowiących ważną część kultów religijnych Indii. Stanowiły je głównie liście, ale także gałązki, owoce i kwiaty. Wszystkie związane były z jakimś bogiem lub bóstwem.

Pokaz objął pięć rodzajów świętych liści. Przewo zaimponował grupie podając z pamięci ich nazwy i opowiadając związane z nimi historie.

– Ten pierwszy liść należy do rośliny zwanej „Amla”, wyrosłej z łez Brahmy. Tak wierzą Hindusi. Druga, równie egzotycznie brzmiąca nazwa „Dźuhi” jest niczym innym jak nazwą kwiatu jaśminu, oferowanego wszystkim bogom i boginiom. „Padma” z kolei, to gatunek lotosu, symbol czystości, ponieważ nie przywiera do niej brud. „Gańdźa” to konopie indyjskie, rytualnie palone przez sadhu, ascetów i mędrców hinduskich. Ostatnia roślina to „Haldi”, inaczej mówiąc kurkuma. Wyrabia się z niej pastę do nacierania posągów bóstw. – To tylko niektóre ze świętych roślin hinduskich.

Oczy Kantyny rozbłysły dziwnym blaskiem.

– Czy któraś z tych roślin poprawia samopoczucie człowieka – zapytał.

Przewo popatrzył na niego ze zdziwieniem.

– W sensie wiary religijnej – tak. Co do innych odczuć – zawahał się – to bardzo mi przykro, ale nie mam pojęcia.

Kantyna był rozczarowany, widać było, jak zgarbił się i oklapł na krześle.

– Żal na niego patrzeć – szepnęła Wysoka do Wizażystki skrzywiając usta. – Człowiek szukał nadziei, a otrzymał uderzenie młotkiem.

– Na szczęście drewnianym i nie w głowę, tylko w palec – Wizażystka starała się żartem złagodzić napięcie. 

Pokój hotelowy Praktyka i Kindżała był wyjątkowo nijaki. Ściany, meble i urządzenia były tego samego nudnego, plastikowego koloru, podobnie jak podłoga, która w dodatku skrzypiała. Aby oderwać się od męczącego wystroju pomieszczenia, Piotr Praktyk zaczął zastanawiać się, skąd w Nomadach jest tyle luzu. Jak zwykle podzielił się swoimi myślami z Kindżałem.

Kindżał był inżynierem-biologiem z zawodu, niezwykle pracowitym, praktycznym i odpowiedzialnym biznesmenem; prowadził w życiu wiele przedsięwzięć. Chętnie zmieniał każde z nich na inne, jak tylko odkrył jakąś nową lukę rynkową w zaopatrzeniu w towary lub usługi. Na wycieczce pokazał swoją odmienność. Był innym człowiekiem; ciekawym świata turystą, entuzjastą broni krótkiej i ostrej, lubił wypić i pożartować, czasem cieszył się  jak dziecko.

Praktyk przedstawił mu swoje przemyślenia.

– Normalnie w kraju jesteśmy – z grubsza rzecz biorąc – sztywni, oficjalni i poprawni w zachowaniach i reakcjach. Teraz, na wycieczce, jesteśmy inni: bardziej wyraziści, swobodni, entuzjazmujemy się jak dzieci, wymyślamy sobie ksywy, pokazujemy nasze głębsze ja, nawet fantazjujemy jak członkowie tajnego towarzystwa rozbuchanej seksualności. Aby to zrozumieć trzeba psychologa głębi i seksuologa.

– Nie mam kwalifikacji – zaczął Kindżał – o jakich mówisz, ale chyba znam wytłumaczenie. Wyrwaliśmy się z dyscypliny społecznej, ocen przełożonych, bacznego oka współmałżonka i rodzeństwa, dzieci, rodziców oraz opinii publicznej. Tu jesteśmy panami sytuacji. Dzikie zachowanie nikogo nie szokuje. Ośmielamy się być sobą wobec niewielkiej grupy ludzi, którzy rozjadą się do swoich domów jak tylko przekroczymy granicę w drodze powrotnej. Wycieczka to efemeryda, teatrzyk eksperymentalny, gdzie gramy role wedle improwizowanych, odręcznie wymyślanych scenariuszy. Ułatwia nam to odmienność tego kraju. Nasze problemy są myszką Miki w porównaniu z problemami Hindusów. Nasza duchowa wyobraźnia jest dzidziusiem w stosunku do bogactwa ich religii i wyobrażeń. Oni są w tym niesamowici. To nas zmienia, pokazuje, jacy i my możemy być, daje nam poczucie luzu i swobody, a zatem i szczęścia. Powtórzę, nasze niezwykłe zachowania w Indiach i Nepalu, oczywiście bez jakichś idiotycznych ekscesów, nie szokują nas ani nikogo innego.

Tej nocy Praktyk zasnął z poczuciem wyjątkowości w pokoju kolorystycznej nijakości, o której wiedział, że przeminie, jak tylko opuści hotel rankiem następnego dnia.

Odc. 25 Małpy i elephantiasis

Piotr Praktyk zapamiętał małpy jako współwłaścicieli kraju. Zapadły mu w pamięć. Był pewny, że to wspomnienie tego, co przeżył, będzie go prześladować, że każdy kiosk będzie mu się kojarzyć z bankiem i małpami. Coś w rodzaju zaraźliwego trójkąta wyobrażeń: bank-kiosk-małpy. Wspomnienie zjawiało się nieproszone pod różnymi hasłami, wracało uparcie, wielokrotnie, głównie we śnie, ale nie tylko. Później, już po powrocie do kraju, zwiedzał ogród zoologiczny i zobaczył małe stado małp. Był prawie pewien, że samiec groził mu kłami i gardłowym warkotem jak ten znad kiosku z bankomatem w Indiach.

Dzień zapowiadał się zupełnie zwyczajnie. Po południu rykszarz zawiózł Praktyka do bankomatu, jaki był najbliżej hotelu. Sprawa była prosta, chodziło o podjęcie pieniędzy. Bankomat był zainstalowany w ścianie małego budyneczku przypominającego kiosk. W kolejce stało już dwóch Hindusów. Nomada dołączył do nich i spokojnie czekał. Kiedy pierwszy klient odszedł od bankomatu, drugi ani myślał zbliżyć się do kiosku. Zapytany przez Praktyka, dlaczego tego nie zrobi, wskazał głową małpy siedzące na dachu tuż obok bankomatu. Zwierzęta poruszały się niespokojnie, parskały. Przewodził im samiec, większy niż pozostali członkowie stada. Wyglądał groźnie, on jeden szczerzył kły.

– Musimy poczekać, aż się uspokoją. Teraz są niebezpieczne – Hindus ostrzegł Praktyka obracając się do tyłu.

Nomada popatrzył na przewodnika stada i zauważył, że ten go obserwuje i przygląda mu się przenikliwie, zupełnie jak człowiek. Twarz małpy, mimo bardziej płaskiego kształtu, upodobniła się do ludzkiej twarzy. Podróżnik poczuł się nieswojo, przeszły go ciarki. Zobaczył nagle przed sobą nie zwierzę ale prawdziwego człowieka, przyglądającego mu się rozumnie, choć z pewnym wzburzeniem. Na grzbiecie samca srożyła się grzywa. W całej sytuacji była groźba i tajemnica.

Praktyk przypomniał sobie, że przebywa w świecie, w którym małpa została wyniesiona do rangi wyższej nawet niż człowiek. Myślał o bohaterskim Hanumanie, Bogu-Małpie, repezentującym odwagę, nadzieję i mądrość, najbardziej oddanym bogowi Ramie. Był to niezwykły przypadek w historii wiary, że zwierzę sięgnęło pozycji Boga. Przyglądając się osobnikom siedzącym na dachu kiosku, Praktyk zauważył moment, kiedy samiec uspokoił się, przybierając normalny wygląd. Wydało mu się, że spokojny już samiec nie różnił się za bardzo wyglądem i zachowaniem od niejednego człowieka; ten sam bezmyślny, jakby głupawy wyraz twarzy, podobnie leniwe ruchy, nieme zawieszenie wzroku.

Jeszcze tego samego dnia Praktyk wraz z grupą udał się pieszo na dworzec autobusowy. Stanęli na uboczu na rozległym i wyjątkowo niezaśmieconym placu, czekając na zamówiony autobus. Było bardzo gorąco mimo późnego popołudnia. Nie wiadomo kiedy pojawili się sprzedawcy. Okazali się wyjątkowo natrętni, może dlatego, że Nomadowie stanowili jedyną grupę turystów w zasięgu wzroku na placu autobusowym.

Piotr zastosował wypróbowaną już technikę postępowania: wyłączył się, nie reagował na składane mu propozycje zakupu, nie odpowiadał na pytania ani pozdrowienia. Nie od razu zauważył, że wpatruje się w niego kilkunastoletni Hindus o przyjemnej twarzy i żywych, prawie chłopięcych oczach. Siedział na trójkołowcu, wózku osadzonym na kołach rowerowych, z boczną platformą, na której trzymał póługiętą lewą nogę. Jej stopa, przypominająca zdeformowany balon, o mocno pociemniałej skórze, raziła potwornością kształtu i wielkości. Była to słoniowatość, elephantiasis.

Widok był tak szokujący, że Nomada odwrócił wzrok. Słyszał o tej chorobie, widział nawet jej deformacje na zdjęciach, ale po raz pierwszy miał przed sobą żywego człowieka cierpiącego na tę potworność. Praktyk dyskretnie obserwował chłopca. Stopa nieszczęśnika, potworna, jak tylko można sobie wyobrazić, zupełnie jak z filmu, stała się dla niego symbolem ludzkiego losu na kontynencie indyjskim.

Pragnąc wyłączyć się, Piotr zamknął oczy i natychmiast poczuł otaczające go ciepło. W wyobraźni zobaczył piramidę Hindusów, każdy cierpiący na słoniowatość. Na dole odwróconej do góry nogami piramidy stała jedna osoba, nad nią już dziesięć osób, na trzecim i kolejnych poziomach, setki, tysiące i miliony Hindusów; ogromna rzesza ludzi hierarchicznie wtłoczonych w ramy nieszczęścia. Widział napięcie na ich twarzach, jak usiłowali wyrwać się z rzeczywistości. Na rękach i nogach mieli łańcuchy – parodię wolności. Nomada zadał sobie pytanie, jaka jest wartość bycia wolnym człowiekiem, jeśli nie ma się środków na utrzymanie, nie mówiąc o leczeniu okropnej choroby.

W nagrzanym słońcem autobusie Praktyk przysnął. Jego wyobraźnia produkowała nowe obrazy. Najpierw pojawiła się machina umocowań; przywiązany do rykszy Hindus w złachmanionym ubraniu, ryksza przypięta łańcuchem do żelaznej barierki przy brudnej ulicy, ulica przytwierdzona asfaltem i krawężnikami do ziemi, a nad tym wszystkim gęsta atmosfera zapomnienia o bliźnich. Była to machina społeczna Indii. Stała w miejscu zablokowana wielowiekową tradycją niemocy. Obraz nieszczęść był nie do wytrzymania; machina zaczęła się łamać, po chwili eksplodowała sardonicznym śmiechem. Tworzący ją artyści nieszczęścia dostrzegli swoją kukiełkowatość i wyszczerzyli zęby w szyderczych uśmiechach, ukazując szczerby, plomby i luki między zębami. Na końcu, jakby na pocieszenie, pojawił się rząd nienaturalnie białych i równych zębów. Była to prawdziwa wystawa uzębienia przed i po leczeniu dentystycznym. Druga grupa artystów, ci ze słoniowatymi stopami, poruszali się w prawo i w lewo, wyginali, pozorując grę w piłkę, jazdę konną i skoki do wody. Niektórzy wtykali między słoniowate palce nóg kwiaty, medaliony, łańcuszki koralików a nawet kolorowe zdjęcia premiera kraju i jego ministrów.

– Parodia losu osiągnęła szczyt – pomyślał Praktyk. Oglądałby dalej niezwykłe sceny, gdyby nie głośne trąbienie autobusu. Popatrzył w kierunku chłopca ze słoniowatą stopą; oddalał się szybko, zniechęcony brakiem datków a nawet zainteresowania.

– Losem milionów Hindusów jest upokorzenie – pomyślał, starając się oderwać od przykrej wizji. Zanim obudził się z szalonego snu, dwa razy machnął ręką w powietrzu, jakby opędzał się od much.

Odc. 26 Fort Amber

W Fort Amber koło Dżajpuru Piotr Praktyk zobaczył Indie bezwstydnie odarte z godności królewsko-cesarskich, złota, drogich kamieni, pereł, barwnych dywanów i dzieł sztuki. To tutaj Cesarz Akbar z muzułmańskiej dynastii Wielkich Mogołów zgromadził bibliotekę trzech tysięcy dzieł naukowych i literackich sprowadzanych z całego świata, także z odległej Europy.

Praktyk rozglądał się po pustym pomieszczeniu szukając wzrokiem sprzętów, mebli i wyposażenia, które nadawałyby sens istnieniu takiego miejsca. Właśnie to najbardziej nie podobało mu się w Indiach, że ogromne zamki i pałace, pozbawione były treści: mebli, sprzętów, strojów, biżuterii ze szlachetnych kamieni, zabawek i setek innych akcesoriów, tworzących nastrój i nadających koloryt życiu. Wszystko, co piękne i najbardziej cenne, zostało wyrwane, rozebrane i ukradzione. Znaczącą rolę mieli w tym brytyjscy kolonizatorzy Indii. Piotr prawie z nienawiścią zdefiniował pozostawione przez historię dziedzictwo jako „Indie wybebeszone”

Cesarza Akbara Wielkiego przedstawiano kiedyś jako dziwadło, osobnika ni w pięć ni w dziesięć, analfabetę nieumiejącego czytać ani pisać. Prawda była taka, że prawdopodobnie był dyslektykiem, cierpiącym na dolegliwość doskwierającą współcześnie wielu dzieciom, która dziś daje się leczyć. Mimo tego cesarz był jednym z najlepiej wykształconych władców tamtych czasów. Miał wspaniałą pamięć; codziennie czytano mu sprawozdania, z których czerpał wiedzę o państwie i świecie. Był miłośnikiem poezji perskiej oraz znawcą i patronem muzyki, malarstwa i architektury.

Stojąc w pustej sali, bez oszklonych okien, bez drzwi, półek, dywanów i miejsc do siedzenia, Praktyk wyobraził sobie bibliotekę z kilku tysiącami tomów. Był to widok imponujący: okna zasłonięte półprzezroczystą materią, na podłodze wspaniałe dywany, wokół sali półki, stoły i skrzynie z książkami. Wyobraził sobie cesarza; widział go kiedyś na rycinie. Szczupły, czarnowłosy, z ostrymi rysami twarzy, był władcą surowym, a równocześnie pełnym wyrozumiałości, jak rzadko który rządzący. Wiadome było o nim, że starał się szukać porozumienia raczej niż wojny. W demokracji władza wyraża się w postanowieniach regulujących szczegóły życia obywateli, poruszania się, pracy, nauki, a nawet uprawiania hobby w rodzaju picia alkoholu i palenia papierosów. W Indiach to wszystko regulował władca, dyktując, jakie mają być zasady i zwyczaje.

Cesarz miał także pewne słabości, można by powiedzieć natury estetycznej. Przykładem był kamień, stojący na środku dziedzińca, na którym słoń – na rozkaz cesarza- rozdeptywał głowę skazańca nie tylko po to, aby skrócić mu życie, ale aby go upokorzyć, bo była to śmierć najbardziej hańbiąca. Słoń, kamień, upokorzenie – to były skojarzenia, jakie Praktyk zabierał ze sobą, umieszczając je w pamięci równie łatwo jak chusteczkę do nosa lub grzebyk w bocznej kieszeni spodni.

– Dzisiaj można by taką śmierć porównać – pochylając się nad kamieniem, Piotr pozwolił sobie na swobodną spekulację wobec Kindżała i Darczyńcy – ze śmiercią człowieka pod ciężarówką wiozącą ładunek kiszonej kapusty, czymś tak beznadziejnym i rzadkim jak krokus przy kożuchu wielkiego świętego.

Tego samego dnia, podróżnik zwiedził jeszcze Pałac Wiatrów, Hawa Mahal, w Jaipur, zwanym różowym miastem od koloru piaskowca, jaki wykorzystywano do budowy. Pałac Wiatrów, malowniczy jak bajka od zewnątrz, był kompletnie pusty od strony wewnętrznej.

– Jeszcze inny przykład Indii wybebeszonych – niechętnie myślał Praktyk, samotnie wspinając się po wąskich schodach miejsca zwanego pałacem, który wewnątrz był niczym innych jak piramidalnym nagromadzeniem pustych pomieszczeń, drzwi, schodów i krótkich korytarzy.

Odc. 27 Hierarchia wiary

Na zakończenie dnia Grupa 13 udała się do kawiarni „Psycho”, gdzie potajemnie podawano do spróbowania lokalny narkotyk „Luri”. Wiedzieli, że jest mocny, byli jednak przekonani, że nie jest zabójczy. Przed skutkami jego użycia ostrzegał ich chudy Anglik, sąsiad z tego samego piętra w hotelu „Cal Moria”, w którym jaszczurki wielkości małego palca ścigały się po ścianach w pogoni za insektami. Nomadowie zignorowali go, zapominając, że kto jak kto, ale potomek dawnych kolonizatorów wie najlepiej, jak odróżnić trującą prawdę od psychodelicznego pozoru.

Siedząc w wysokiej sali z lampami zwisającymi z sufitu na wąskich metalowych rurach, Nomadowie obserwowali gości, stoliki i kolorowe obrusy, wielkie akwarium z rybami i krabami u wejścia oraz obrazy i ozdoby na ścianach. Pili kawę, nieświadomi, jak zmienia się otoczenie. Najpierw pojawiła się chmura motyli, błyskająca w świetle lamp aksamitnym błękitem, potem obrazy zamieniały się miejscami, w końcu wnętrze kawiarni zaczęło przesuwać się w kierunku wyjścia. 

Piotr Praktyk czuł się całkiem dobrze jeszcze kiedy wychodził z innymi grupowiczami z kawiarni. Trwało to tylko do czasu, kiedy wrócił do pokoju w hotelu. Narkotyk zadziałał w ułamku sekundy. Piotr najpierw zauważył, jak wielka ozdobna półka z bibelotami i kwiatami wali się na niego. Usiłował poderwać się, nogi jednakże okazały się cięższe niż padły z przejedzenia bawół indyjski zwany także arnim. Zaraz potem przygniotła go ściana; zobaczył niebo w sześciu kolorach i formach, mówił kilkoma językami, przybierał dziwaczne imiona i nazwiska, stał się wielopostaciowy. Widział siebie; był przezroczystym manekinem skonstruowanym dla studentów anatomii. Jego myśli zbiegły się w hippokampusie, przedniej części mózgu, i pulsowały srebrnie w chemiczno-fizycznych niciach myślenia i zapamiętywania. Miał wrażenie, że falują niby powietrze nad rozpaloną pustynią, gdzie jajko rzucone na piasek ścina się w dwadzieścia pięć sekund. Trans trwał. Wokół niego falowały obrazy pól, lasów, jezior i nieba, dźwięki nabierały barw a kolory zapachów. Kiedy Piotr zanurzył się w gąszcz przeżyć, zobaczył Boga, który pojawiał się, poruszał, nieruchomiał i znikał, aby w końcu skryć się za drzewami. Piotr nie wiedział dlaczego Najwyższy to uczynił, bo gdyby chciał, to przecież mógłby wszystko zmienić jednym gestem ręki, skinieniem głowy czy nawet poruszeniem brwi. Kiedy zauważył, że prawdopodobnie wskutek swej sędziwości Najwyższy ma brwi gęste jak krzaki, zreflektował się, że był to podszept szatana i od razu porzucił niedorzeczną myśl.

Budząc się, Piotr czuł, jak przewraca się w nim ogromna piramida hinduskich kultów, wyznań i religii. Jej części zamieniały się miejscami niby kolorowe kamyki obracającego się kalejdoskopu.

Przed przyjazdem do Indii dałby sobie głowę uciąć, że buddyzm był jedną z głównych religii kraju. Tymczasem w ponad miliardowym orszaku wyznawców na początku szli hinduiści powiewając imponującym transparentem osiemdziesięciu procent udziału, daleko za nim islam ze skromnym sztandarem piętnastu procent, następnie chrześcijaństwo z ubogą wywieszką czterech procent.

– Buddystów, dla których Indie są kolebką i domem rodzinnym, nie stać nawet na anemiczną plakietkę – szepnął do siebie Piotr.

Zmartwił się. Buddyzm, jego ukochana religia, był wyznaniem zagubionym, o którym słyszeli tylko ludzie czytający co najmniej jedną książkę rocznie. Nie było to jedyne zaskoczenie ani ostatnia plama na honorze podróżnika, zgłębiającego wiedzę o świecie i Bogu.

Odc. 28 Zderzenie Wschodu z Zachodem

Kolejna męcząca podróż autobusem przyniosła skutki, jakich Praktyk się nie spodziewał. Coś się w nim załamało, przestawiły się jakieś tryby, zmieniła się wewnętrzna perspektywa, w końcu dostrzegł sprzeczności życia.

– Można by powiedzieć, że się przebudziłem. Było to bolesne, ale na pewno bardzo potrzebne – skomentował to w gronie Nomadów.

Przebudzenie miało religijną postać i filozoficzną moc. Jadąc autobusem, Piotr patrzył smętnie przez okno, za którym migały widoki, ludzie, zwierzęta i cienie. Na ich tle ukazał mu się Budda, siedzący w lotosie medytacji, oraz panteon bogów hinduistycznych, wszyscy wyciszeni i promieniujący światłem. Tuż za nimi pojawili się Chrystus, Mahomet oraz nad wyraz poważni brodaci święci i prorocy, z niczym mu się nie kojarzący.

– To jest Wschód – uznał Piotr.

Kiedy tkwił w chwili zamyślenia, z naprzeciwka nadjechał wielki kolorowy autobus pełen ludzi naładowanych energią, rozgardiaszem i przedsiębiorczością.

– To jest Zachód – powiedział Piotr Praktyk. Nie miał wątpliwości.

Doszło do zderzenia. Niecierpliwa fizyczna ruchliwość Zachodu zderzyła się z wyciszoną duchowością Wschodu. Piotr poczuł tę konfrontację wewnątrz siebie; szumiało mu w głowie, coś skrzypiało, przestawiało się, regulowało. Szerzej otworzył oczy i zauważył, że w autobusie tylko on nie śpi; reszta towarzystwa wyglądała na pogrążoną w letargu. Niektórzy uczestnicy wycieczki spali z otwartymi ustami, niektórzy pochrapywali, ktoś drapał się po twarzy. Byłoby to zabawne, gdyby nie zderzenie autobusów, którego nawet nie zauważyli.

W nagłym rozbłysku świadomości Praktyk zrozumiał błąd swój i towarzyszy. Zamiast koncentrować się na zwiedzaniu zabytków, poznawaniu i przeżywaniu miejsc i czas, koncentrowali się na przemieszczaniu się, na sobie i na Kantynie, wymagającym nieprzerwanej uwagi, inaczej mówiąc na sprawach niegodnych uwagi. Zdał sobie sprawę, jak fatalnie on i inni Nomadowie pobłądzili, jakiemu zaciemnieniu uległy ich umysły.

Osaczyły go zajadłe ogary wyrzutów sumienia. Miał sobie za złe, że stał się bezwolnym manekinem, obiektem przemieszczającym się jak ślepiec po kraju pełnym bogactw historii i współczesności. Dostrzegł absurd sytuacji: wokół zabytki historii z trzech tysięcy lat oraz miliony mieszkańców walczących o przeżycie, umierających z biedy, głodu i chorób, a w autobusie i w hotelu oni i Kantyna, uparty nałogowiec, marnotrawiący pieniądze na odurzanie się, i sprawiający wszystkim problemy. Narosła w nim taka fala protestu, że krzykiem obudził śpiącego obok Kindżała, aby zadać mu gniewne pytanie:

– Czy my musimy być tacy opiekuńczy wobec Kantyny, zwykłego moczymordy, tylko dlatego, że jest naszym rodakiem? Szukać go, kiedy się gubi oraz martwić się ciągle o to, że gdzieś polezie i coś sobie zrobi!? Ten typ blokuje naszą uwagę, kradnie nam czas, a my okazujemy mu wspaniałomyślność. A co z tymi biedakami na ulicach? Czy oni nie zasługują bardziej na naszą uwagę, współczucie i pomoc? A co z nami samymi?

Zaspany Kindżał nie otwierając oczu odezwał się filozoficznie:

– Za dużo myślisz o pijaku Kantynie i o sobie. Skoncentruj się na tym, co dzieje się wokół, a będziesz szczęśliwszy. Prawdziwe życie jest na zewnątrz, a nie wewnątrz nas.

Odc. 29 Konkurs

Wieczorem grupka Nomadów siadła przy stolikach na zewnątrz hotelu i konwersując piła to, co sobie każdy zamówił, przeważnie była to kawa. Inżynier Uniwersalny jak zwykle przechwalał się, wymieniając swoje niezwykłe osiągnięcia, wysokie stanowiska, jakie zajmował oraz nadzwyczajne miejsca, gdzie przebywał. Słuchali go, po czym niektórzy doszli do wniosku, że kawa im nie smakuje.

– Picie kawy stało się rytuałem bez wartości, automatem. Nie masz nic innego do roboty, to pij kawę. To motto zamkniętego umysłu, któremu wszyscy ulegamy – Oświadczył Kindżał, odsuwając filiżankę ze wstrętem. Inni nie poszli w jego ślady. Nie mając nic lepszego do roboty wlewali w siebie napój, niektórzy przy okazji złorzeczyli.

Praktyk miał wrażenie jakby przestrzeń wokół coraz bardziej zamykał się i coraz trudniej jest my oddychać. Poczuł się nieswojo. Uznał, że powodem jest obecność Inżyniera wyzwalającego w ludziach niedobre uczucia.

– Też ulegam jego wpływowi. Zabieram głos, aby powiedzieć coś o sobie, zupełnie niepotrzebnie pokazując moje osiągnięcia, zdobycze czy inny dorobek – pomyślał.

Zastanawiał się, czy nie powinien od razu wstać od stołu i udać się na spacer lub wrócić do pokoju hotelowego. Miał sobie za złe, że nie potrafił wykorzenić w sobie nawyku mówienia rzeczy niepotrzebnych. Zastanowił się nad tym. Był człowiekiem ciekawskim, chciwym wiedzy i świata, ciągle doskonalącym się i lubił to w sobie. Postanowił zmienić to egocentryczne nastawienie, począwszy do następnego dnia, jak tylko ruszą w drogę. Byłby to najlepszy moment, bo kiedyś trzeba przecież zacząć.

Mimo klimatyzacji, w autobusie szybko zrobiło się duszno. Trzeba było jakoś to przeżyć. Najstosowniej byłoby zasnąć, bo mieli przed sobą długą trasę. Większość to uczyniła. Kiedy obudzili się, uznali, że pozostały czas trzeba jakoś zagospodarować. Po kilku godzinach podróży mieli już dosyć snu. Padł pomysł: – Zorganizować konkurs z nagrodami za największe osiągnięcia podróżnicze, włączając w to szacunek i dobroć okazywaną mieszkańcom odwiedzanych krajów.

Rozpoczęto przygotowania nie stroniąc oczywiście od alkoholu, który Darczyńca już wcześniej zaczął roznosić w słynnych dzióbasach. Jego inicjatywę uznano za pozytywną i zgodną z tradycjami Nomadii.

– Kto odbył najwięcej podróży i okazał najwięcej serca tubylcom, oto jest pytanie – wyrwał się Kantyna. Był jeszcze w miarę dobrym stanie i oczy świeciły mu się naturalnym blaskiem.

Analizy osiągnięć i wybór zwycięzcy dokonało jury w osobach Nomadów, którzy wyrazili chęć uczestniczyć w ocenie. Pierwsze miejsce i złoty medal przypadły Darczyńcy. Był szczęśliwy, tym bardziej, że poprzedniego dnia ogłoszono go Strażnikiem Butelki (Guardian of the Bottle) w ramach Mistrzostw Różnych Ceremonii, po tym, jak krzyknął pełen entuzjazmu, kiedy zabrakło jednego kieliszka:

– To pij z gwinta!

W obydwu przypadkach Darczyńca otrzymał masę braw i okrzyków poparcia. Było widoczne, że decyzja jury była trafna. Kiedy wstał z fotela, aby podziękować, zaprezentował w pełni swój podróżniczy profil.

– Rozważnie niski, dosyć tęgawy osobnik, w obszernych spodenkach, z których sterczą z jednej strony krótkie nogi, a z drugiej wystający brzuch – szeptem opisała go Wysoka z Kokiem przybliżając usta do ucha Wizażystki. 

Okolicznościowe przemówienie wygłosił Kindżał. Było tego tyle, co kot napłakał.

– Darczyńca to osobnik bardzo uprzejmy, uczynny, za dziećmi skoczyłby w ogień. Nie cierpi banków i bankierów, wierzy w ich niszczycielską, piekielną moc. Sam tego nie rozumiem, bo chłop wydaje się być człowiekiem racjonalnym. Jeśli wy rozumiecie, to powiedzcie.

– Chyba go wielokrotnie krzywdzono, kiedy był dzieckiem. To są najgłębsze urazy. Pozostają w człowieku do końca życia i deformują go w rozumieniu świata. Dlatego okazuje miłość dzieciom, czyli małym ludziom podobnie potraktowanym przez życie – zdecydowanie zawyrokowała Wysoka z Kokiem.

Chwilę rozmawiano na ten temat, po czym uznano dyskusję, czy w przypadku Darczyńcy jest to prawdą czy nie, za jałową wobec braku bliższych informacji o jego dzieciństwie. Sam zainteresowany milczał, uśmiechając się niepewnie. Wyglądało na to, że rozmowa na jego temat go nie cieszyła, ale też nie sprawiała mu przykrości.

Dwuznaczną sytuację przerwał Kindżał, pragnący dokończyć mowę pochwalną.

– Darczyńca był w Indiach wielokrotnie. Upodobał sobie ten kraj. Za dziećmi tak bardzo przepada, że przywiózł im z kraju dziesięć kilogramów cukierków. Ponieważ szybko się skończyły, dokupował je kilka razy w sklepach po drodze. Gdziekolwiek zatrzymywaliśmy się, natychmiast otaczały go dzieci. Dawał im chyba jakiś sygnał, że będzie rozdawać łakocie.

Po Kindżale zabierali głos inni. Podkreślano, że zwycięzcy jak najbardziej należy się złoty medal także za wielką siłę zachęty do czynienia dobrych uczynków.

– Jest w nim obfitość uczuć, czułość i użyteczna rozrzutność. W czasie pobytu za granicą pamiętał o każdym święcie narodowym Nomadii oraz zwiedzanego kraju – włączył się Praktyk.

Odc. 30 Darczyńca

O głos poprosił Kantyna, aby – jak to wyjaśnił na wstępie – dokonać ważnego uzupełnienia biografii Darczyńcy. Zaczął bardzo przytomnie, zaskakując nawet te osoby, które za nim nie przepadały.

– Znam przyczyny dobrego serca Darczyńcy. To człowiek, który rozumie krzywdę, jaką wyrządzają dziecku dorośli. Opowiedział mi o traumie jaką sam przeżył. Kochał chałwę, mógłby jeść ją kilogramami, ale rodzice nie pozwalali mu na to. Byli to dziwni rodzice, ale ważne, że go kochali i on kochał ich takimi jacy byli. Marzył o tym, aby wreszcie najeść się chałwy do syta. Nigdy to nie nastąpiło. Dlaczego tak się stało, nie wiem, nie powiedział mi tego. Chodziło o niezaspokojenie ważnych potrzeb, głód tego, co lubi się najbardziej, czego się pragnie, o czym się marzy. Dlatego jubilat tak bardzo lubi pomagać dzieciom, którym brakuje słodyczy i miłości.

Kantyna ogarnął wzrokiem słuchaczy i kontynuował.

– Wiem o czym mówię, bo sam przeżywam taki głód od lat. Dlatego rozumiem i cenię Darczyńcę. Ja bym jednak dzieciakom cukierków z alkoholem nie dawał. To mnie różni od Darczyńcy. Dlatego nie dziwię się, że to on został wyróżniony za pomoc najmłodszym na w czasie swoich licznych podróży misjonarskich, a nie ja. Też chciałem być misjonarzem, ale kiedy mi uświadomiono, że będę musiał chodzić w tej samej ciepłej sutannie w upalne lato jak i w mroźną zimę i powstrzymywać się od jedzenia mięsa w dni świąteczne oraz picia alkoholu we wszystkie dni, powiedziałem sobie: Basta!

Dalsze przemówienie Kantyny przerwały okrzyki. Jedni krzyczeli zachęcająco: – Dać mu wódki, niech mówi, bo mówi rozsądnie, inni: – Nie zawstydzajmy człowieka. To nie po chrześcijańsku.

– W tym, że chciał być misjonarzem, nie ma nic śmiesznego. Sam o tym marzyłem, tylko rodzice woleli, abym zdobył wykształcenie techniczne, bo jak się samochód zepsuje lub zlew w domu zapcha to taka wiedza jest na wagę złota – przemówił Inżynier, zaskakując towarzystwo krótkością swojej wypowiedzi.

Na chwilę do rozmowy włączył się jeszcze Kantyna, aby dokończyć swoje wystąpienie rozgoryczonym głosem: – Nie dla psa kiełbasa, nie dla kota skórka, nie dla ciebie moczymordo wojewody córka. Wiwat, wiwat, wszystkie stany. Napijmy się, aby rozładować ból lat dziecięcych, za niewłaściwe traktowanie potomstwa przez rodziców a mężów przez żony.

Po występie Kantyny Mistrz Ceremonii Kindżał poprosił o zabranie głosu zwycięzcę konkursu. Wyróżniony złotym medalem Darczyńca był wzruszony. Na ogół nie lubił mówić o sobie, tym razem był w wyjątkowo dobrym nastroju. Przemawiając opierał się o fotel prawą ręką, w drugiej trzymał słynnego dzióbasa, z którego ostrożnie popijał. Kilka razy oblizywał usta wznosząc kieliszek do góry.

– Wychowałem się w środowisku narodowo-patriotycznym, wśród ludzi wrogich wszelkim odmieńcom. Moi rodzice byli homoseksualistami i im się też dostało. Dlatego nie jest mi łatwo teraz przemawiać, ale okazja jest tak ważna, a ja jestem tak szczęśliwy, że uczynię to z przyjemnością. Historia mojej rodziny i dzieciństwa jest nietypowa, lecz pełna miłości i poezji.

– Najważniejsze, homo czy nie homo, jest to, że rodzice bardzo mnie kochali, powiedziałbym nawet, że do szaleństwa. Zresztą wszyscy wiemy, że homo brzmi bardzo podobnie jak dom po angielsku, a dom znaczy wszystko, co najlepsze. Nie będę cenzurować rodziców za to, kim byli, bo darzyli mnie najlepszymi uczuciami. Teraz, będąc dorosłym człowiekiem, lepiej rozumiem labirynty uczuć. Ludzie są różni a miłość jest jak ekwilibrystyka cyrkowa. Każdy cyrkowiec robi swoje sztuczki inaczej. Jeden na leżąco, na brzuchu lub na plecach, inny na siedząco lub stojąco, jeszcze inni na boku, w zwisie lub w układzie piramidalnym. Tu, w Indiach, możemy sobie śmiało powiedzieć, że Kamasutra i miłość są dla wszystkich, bo żyjemy w demokracji. Nasze Pismo Święte mówi też wyraźnie: Kochaj bliźniego swego jak siebie samego. Wśród bliźnich nie ma podziału na mężczyzn i kobiety, mądrych i głupich czy dobrych i złych. Nie jest ważne, jakiej płci jest bliźni, mamy święty obowiązek go kochać. Zresztą niejednej kobiecie jest na imię Marzanna, a niejednemu mężczyźnie na imię Teofil, a wszyscy wiemy, że to są dobre imiona podobnie jak tysiące innych. Nie możemy nikogo dyskryminować. Dlatego ja kocham dzieci, bo one są niewinne niezależnie od rodziców, którzy mogą być tacy lub inni, a przy okazji dziękuję Bogu za złoty medal.

Po toastach na cześć medalisty towarzystwo rozruszało się, niektórzy mieli prośby o wyjaśnienie jakichś szczegółów przemówienia Darczyńcy, powagę mieszano z żartami a tematy ważne z niepoważnymi. Bawiono się, aby zapomnieć o przeszłości, trudnym dzieciństwie, przeciągającej się podróży, upale panującym na zewnątrz, zmęczeniu, tuszując, kiedy trzeba, zgrabnym słowem, żartem lub uśmiechem niezręczne sytuacje, jakie zdarzają się między ludźmi, nawet w najlepszym towarzystwie.

Odc. 31 Kindżał

Impreza tak się podobała, że Nomadowie postanowili organizować podobne konkursy przy każdej, mającej sens, okazji. Sensu dopatrywano się w czasie przejazdu, który musiał być dostatecznie długi, oraz w dostępności alkoholu uznanego za najlepszy środek stymulowania wyobraźni i dobrego nastroju.

– Nie ma nic lepszego nad alkohol w podróży, także w życiu. Ja stosuję go leczniczo od lat i jestem najszczęśliwszym człowiekiem na świecie – Kantyna złożył deklarację miłości do używki z takim przekonaniem, że aż wzbudził sprzeciw.

– Nie przesadzaj! – prawie krzyknęła Wizażystka. – Nie widać tego po tobie, ze reprezentujesz szczęście na tym padole łez i nieudanych makijaży.

Siedzący w pobliżu Nomadowie popatrzyli na nią. Mieli wrażenie, że krzyknęła, aby zwrócić na siebie uwagę. Jej twarz promieniała oryginalnymi motywami kwietnymi, wzorami liści i kwiatów roślin pokazywanych kilka dni wcześniej przez Przewo. Były to miniaturki ułożone w pasmo kolorowych bukiecików artystycznie wymalowanych pod oczami, tworzących panoramę przerwaną pośrodku pionowym fragmentem nosa. Było to tak oryginalne i zachwycające, że kilka osób poprosiło, aby pozowała im do zdjęcia. Przystała na to z radością, jaką odczuwa twórca dający innym okazję do przeżywania głębokich wzruszeń artystycznych. 

Następnego dnia, w Drugim Wielkim Konkursie Autobusowym, poświęconym upowszechnianiu piękna i artyzmu w sztuce, pierwsze miejsce i złoty medal zdobył Kindżał. Był najlepszy w artystycznych pomysłach rozrywkowych, konkretnie w umiłowaniu i upowszednianiu szlachetnej broni. Był bezkonkurencyjny. Wszyscy na niego głosowali. Chodziło o białą broń, noże i sztylety, stanowiące jego pasję artystyczną. W Nomadii Kindżał był przedsiębiorcą, niezwykle pracowitym i praktycznym. W życiu zawodowym prowadził kilka przedsiębiorstw, wykazując wielką inicjatywę i przedsiębiorczość. Bez wahania zmieniał prowadzony biznes na inny, jak tylko odkrył ważną lukę rynkową w zaopatrzeniu w towary lub usługi. Można było mieć wrażenie, że po powrocie do kraju pasja artystyczna pogrąży jego miłość do biznesu.

Zdobywca złotego medalu kochał sztylety i noże, pod warunkiem – jak to wyjaśnił w wywiadzie udzielonym na gorąco między dwoma rzędami foteli w autobusie – że były pięknie zdobione i miały płaskie ostrza, nie trójkątne, czyli w kształcie, którego organicznie nie znosił.

W Indiach i w Nepalu wszyscy sprzedawcy, właściciele sklepików i straganów, handlarze obnośni i obwoźni chyba na odległość wyczuwali jego szaloną miłość do sztyletów i noży. Raz zdarzyło się nawet, że grupa handlarzy czekała na autobus, którym podróżował. Zanim pojazd zatrzymał się, w kierunku drzwi ruszył na wyścigi cały tłum. Podbiegli do Kindżała z pękami noży i sztyletów w rękach, w torbach a nawet powiązanych sznurkiem na ramieniu. Kilkanaście metrów dalej czekali straganiarze z akcesoriami rozłożonymi schludnie jeden obok drugiego na prowizorycznych stołach. Wszyscy starali się zgadnąć jego oczekiwania, jakiego eksponatu poszukuje danego dnia i biegali za nim, oferując mu „nadzwyczajne kindżały, jakie jeszcze na oczy nie widział” i podobne niezwykłości.

Kiedy ogarniał go amok kupowania, Kindżał był niepowstrzymany dopóki nie skończyły mu się pieniądze zarezerwowane na dany dzień. Czasami zdarzało się jednak, że kupował sztylety jak bułeczki, prawie jak leci, bez większych negocjacji płacąc po dwadzieścia, trzydzieści a nawet pięćdziesiąt dolarów za sztukę, jakby uznając, że każdy następny okaz jest piękniejszy od poprzedniego.

Sprzedawcy bywali wobec niego obrzydliwie nachalni, mimo to usprawiedliwiał ich.

– Ich życie wymaga nieprzerwanej aktywności, natarczywości i napastliwości, podejmowania wszelkich prób sprzedaży. Gdyby tacy nie byli, zdechliby z głodu.

Chyba wyczuwali jego odporność na agresywny marketing, ponieważ zachwalali swój towar bez umiaru, na wszelkie sposoby, wynajdując nieprawdopodobne argumenty.

– O! Ten sztylet ma ostrze wygięte łukowato do tyłu dużo bardziej niż inne i jest zdobny kamieniami półszlachetnymi, ametystami, ten z kolei ma wielki szlachetny agat wprawiony w rączkę, a ten jest bardzo historyczny, ma co najmniej trzysta a może nawet czterysta lat.

– Co najmniej czterysta lat! – podpowiadał z boku z przekonaniem cichy wspólnik sprzedającego.

Jambiya dagger with pistol-shaped hilt. India Mughal dynasty.

Zakupy ulubionych akcesoriów w ilościach przekraczających pojemność małego muzeum Kindżał uzasadniał w prosty sposób.

– Znam w kraju kilka osób, które lubią tylko noże i sztylety i muszę im przywieźć odpowiedni upominek. Mam wobec nich zobowiązania i muszę je spełnić. Nie musicie się martwić, nikogo nie zamierzam zamordować. Nie będę też otwierać rzeźni uboju rytualnego.

Może była to prawda, może półprawda, a może w ogóle jej nie było. Piotr spekulował po cichu, że przyjaciel prowadzi albo zamierza prowadzić ekskluzywny sklep z orientalną białą bronią dla bogatej klienteli.

Odc. 32 Tajemnica Kindżała

Tajemnica wydała się dopiero kilka lat później; Kindżał kilka przemycał narkotyki w rękojeściach noży i sztyletów. Celnicy tego nie zauważyli, tak bardzo byli pochłonięci liczeniem upominków a jeszcze bardziej oglądaniem ich zdobień. Ich głowy były zaprzątnięte podejrzeniami przemytu kamieni szlachetnych i złota. Po badaniu przez eksperta zdobienia okazywały się sztuczne; imitacje kamieni i złota były tak doskonałe, że trzeba było niemałej wiedzy i doświadczenia, aby odróżnić je od naturalnych.

Dopiero kilka miesięcy po powrocie z Indii Kindżał przyznał się Piotrowi, a właściwe tylko napomknął, kiedy się bezpośrednio spotkali, co było jego prawdziwą pasją. Piotr słyszał o nim potem niejednokrotnie, że stał się bogatym człowiekiem, jednym z najbogatszych w kraju. Miał akwarium wielkości pół domu, wyłożonym złotymi płytkami, w którym pływały złote rybki. Lubił patrzeć, jak ich złote kształty odbijają się w złotym dnie. Miał obsesję na punkcie złota. W miejscowości, gdzie miał letnią rezydencję, nazywano go Krezusem.

W dniu, kiedy Praktyk dowiedział się o tym wszystkim, nie mógł zasnąć, zastanawiając się, co w życiu Kindżała było prawdą a co zmyśleniem. Był do tego stopnia zdezorientowany, że uznał to za stan przejściowego upośledzenia umysłowego. Rano poczuł się już znacznie lepiej.

W Drugim Wielkim Konkursie Autobusowym była jeszcze druga nagroda. Przypadła ona w udziale Szczepanowi, wysokiemu i chudemu osobnikowi, pasjonatowi lotnictwa, samolotów i podróży lotniczych. Z zawodu był profesorem muzyki i znał tysiące kawałów. Cieszył się z drugiego miejsca w konkursie i srebrnego medalu, ale dalece mniej entuzjastycznie jak Kindżał.

– Zachowuje się tak, jakby codziennie wręczano mu srebrny medal i przy okazji całowano po rękach. Zarozumialec! – Wysoka z Kokiem miała chyba do niego jakieś uprzedzenia, może z racji jego postawy, ponieważ był znacznie od niej wyższy i chodził w głową uniesioną do góry.

Przewo był jedyną osobą nie przywiązującą do konkursów autobusowych większego znaczenia. Uważał, że są to sprawy, którymi mogą interesować się prości turyści i miał za złe rodakom poważne traktowanie konkursów. Swój pogląd wyraził bardzo prosto:

– Wasze konkursy pod pozorami rozrywki trywializują sprawy naprawdę ważne.

Pod koniec wycieczki Przewo odsunął się nieco od grupy, uważając, że powinna ona poświęcać więcej uwagi miejscom, jakie przyjechali zwiedzać, a nie sobie samej. Starał się jej pomóc jak mógł, objaśniając i uświadamiając Nomadom, jak żyją ludzie w kraju, który stał się jego drugą ojczyzną poprzez małżeństwo z Hinduską.

Praktyk nagrywał na dyktafonie fragmenty jego wypowiedzi. Niektóre potem zapisywał i wykasowywał, aby zdobyć miejsce na dalsze nagrania. Zapadła mu w pamięć ostatnia wypowiedź Przewo zarejestrowaną na dyktafonie:

– Świat jest kompletnie nieświadomy, że masy ludzi żyją w Indiach jak porzucone na pastwę losu dzieci, a obywatele innych państw, obcokrajowcy tacy jak my, przyjeżdżają do Indii aby oglądać ich nędzę i jak najszybciej o niej zapomnieć.

Spokojny przebieg wycieczki zakłócił incydent związany z Piotrem Praktykiem, który w niewytłumaczalny sposób zniknął na dwa dni z życia grupy. Wszystko zaczęło się w momencie wejścia Nomadów do autobusu mającego ich zawieźć do Dżajpuru. To był początek jego niebytu. Sam mało co pamiętał, wszystko musieli mu przypominać towarzysze podróży.

– Zniknąłeś kompletnie. Byłeś pijany albo w transie. Nie wiadomo, co się z tobą działo, całe dwa dni. Nikt ciebie nie widział.

Z tego co mu mówiono, niewiele do niego dotarło. Był jak odurzony, słyszał co do niego mówią, ale nie wiadomo, ile z tego rozumiał. Świadczyły o tym jego zatopione w przestrzeni oczy, niemy świadek bezmiaru zagubienia. Był to najdziwniejszy epizod jego życia, rozpuszczenie się w czasie i w przestrzeni. Wkrótce o tym wszyscy zapomnieli.

Autobus był nowoczesny i wygodny. Kiedy wsiadali do niego popołudniową porą, było wciąż gorąco, wewnątrz panował jednak przyjemny chłód. Wnętrze autobusu było urządzone jak sala teatralna. Na ścianach wisiały obrazy, zasłony okien przypominały kotarę oddzielającą widownię od sceny. Jak tylko pojazd ruszył, natychmiast dało im się we znaki zmęczenie. Darczyńca zaproponował rozluźnić się odrobiną alkoholu.

– Wznieśmy toast za szczęśliwe zakończenie podróży w Dżajpur, gdzie czeka na nas wygodny czterogwiazdkowy hotel.

Kilku mężczyzn zgłosiło się do pomocy przy serwowaniu alkoholu. Ostatecznie rozlewczym został Kindżał. Podawał alkohol w małych metalowych kieliszeczkach napełnianych z trzylitrowej butelki. Robił to szybko i sprawnie. Kieliszki podawano sobie z ręki do ręki. Ci, którzy mieli chęć wypić więcej, wstawali z miejsc i podchodzili do niego, aby im dolał. Każdy pił do woli. Alkohol wyjątkowo dobrze smakował, nawet tym, którym wcześniej wzdragali się przed nim. Było w tym coś niezrozumiałego, ale nikt nie zadawał sobie trudu, aby zastanawiać się, o co chodzi. Wkrótce wszyscy posnęli. Tylko Praktyk czuwał mając problemy ze snem. Z nudów patrzył jak na zewnątrz zapada zmierzch. Wszystkie okna w autobusie miały już zaciągnięte zasłony. Nie miał pojęcia, kto i kiedy to zrobił, bo wszyscy spali.

Odc. 33 Głowa

Kiedy u sufitu autobusu zapaliły się rozjaśniające mrok małe lampki, Piotr Praktyk poczuł, że nastąpiła jakaś niezrozumiała i tajemnicza zmiana. Skoncentrował się i obserwował, co się dzieje. Popatrzył na śpiących. Leżeli oparci plecami o fotele, przeważnie z otwartymi ustami, pokazując wnętrza gardeł jak u lekarza. Ich twarze były pogodne, niektóre uśmiechnięte, kontrastując z tułowiem, pełnym sennej dojrzałości i powagi. Praktyk wytężył uwagę i wyobraźnię starając się dostrzec coś więcej. Przypatrzył się uważniej śpiącym, określając ich zachowanie jako zawadiackie.

Głowy podróżujących sprawiały wrażenie jakby były przyklejone do oparcia foteli. Pod wpływem ruchu autobusu lub marzeń sennych oczy podróżników otwierały się lekko i zamykały, a twarze wymieniały uśmiechami. Rzucane na boki spojrzenia i uśmiechy zatrzymywały się na zasłonach okiennych, odcinających ich od świata zewnętrznego, który przesuwał się z szybkością ruchu autobusu. Czasem zasłona okienna uchyliła się z boku i wtedy Piotr widział migające drobne postacie rikszarzy, pedałujących w pośpiechu, aby zarobić na posiłek i szybszy powrót do domu. Piotr pomyślał o głodzie i poczuł w ustach smak placka naan świeżo upieczonego na rozgrzanej płycie. Jeden z rykszarzy wiózł tak wielką gorę paczek i pakunków, że można by jej użyć dla demonstracji, jak na przestrzeni wieków wybrzuszały się Himalaje.

Około północy nad przejściem między przednimi i środkowymi drzwiami autobusu pojawiła się samotna ludzka głowa, z wąsami i niewielkimi bokobrodami. Była pozbawiona tułowia, zawieszona w łagodnym mroku nad przejściem na wysokości ramion dorosłego mężczyzny. Spoczywała tam spokojnie i bezgłośnie, wydawało się nawet, że porusza ustami jakby w modlitwie lub konwersując z kimś stojącym obok.

– Ktoś stracił głowę – odruchowo pomyślał Piotr i żachnął się, uznając to za nonsens.

Przyglądał się Głowie. Nikt inny jej nie zauważył. Był pewien, że współpasażerowie pozostawali w uśpieniu, bo nikt się nie odzywał. Głowa nie pozostała długo bez ruchu. Zniżała się powoli, jakby schodząc po schodkach, aby w końcu znaleźć się na podłodze i rozpocząć dziwaczny taniec, taczając się do przodu i do tyłu w zależności od tego, czy autobus hamował czy przyśpieszał. Po kilku minutach uniosła się i znowu znieruchomiała na wysokości górnych półek autobusu.

Pasażerowie powoli budzili się ze snu. Wyciągali ramiona przed siebie i przecierali oczy. Nie mieli pojęcia, co zdarzyło się w autobusie. Piotr nie odzywał się do nich, nie zwracał im na nic uwagi, obserwował tylko ich reakcje. Zawieszona w powietrzu Głowa wywoływała różne uczucia i zachowania. Jej widok przestraszył kobiety; mężczyźni wyglądali raczej na zaciekawionych lub rozbawionych. Wszyscy czuli się jednak nieswojo. Piotr nie dziwił się temu, gdyż mogli być także pod wpływem alkoholu.

Głowa ożywiła się. Wisząc nieruchomo w powietrzu, zaczęła mrugać oczami. Wyglądała na zmęczoną. Jej usta pozostawały zamknięte. Uczucie niepokoju pasażerów pogłębiło się.

– Spokojnie, panie i panowie! Nie ma co się przejmować – głośno uspokajał Kindżał, chyba najbardziej poczuwający się do prowokowania złych zdarzeń. – Ona robi sobie z nas jaja.

Nastąpił wybuch śmiechu. Nie była to fala, podnosząca ludzi na duchu, tylko rodzaj ulgi wynikającej z przypomnienia sobie, że diabeł nie jest taki straszny jak go malują. Śmieli się tylko mężczyźni. Pierwszy opanował się Rasputin. Chyba dla dodania otuchy sobie i innym opowiedział żartobliwą historię mężczyzny, który na Galapagos stracił głowę wpadając w gniazdo wielkiego warana. Nie na wiele to się przydało.

Mimo głośnej rozmowy i śmiechu pasażerów Głowa pozostawała nieruchoma. Dopiero teraz Piotr zauważył, że jest smutna. Jej smutek i samotność wywoływały stopniowo coraz większe współczucie w obserwujących ją ludziach. Zapragnęli coś dla niej zrobić, jakoś jej pomóc. Darczyńca wyjął z torby fotograficznej aparat z długim obiektywem i zaczął robić jej zdjęcia. Wtedy Głowa zaczęła się zniżać. W pewnym momencie zgasły światła i wewnątrz autobusu zapadła prawie ciemność. To, co stało się potem, Darczyńca opowiedział głośno, kiedy się uspokoił.

– Głowa znalazła się na podłodze i potoczyła w moim kierunku, z jej ust wysunął się język a oczy zamrugały filuternie. Domyśliłem się, o co jej chodzi i sięgnąłem do kieszeni, gdzie trzymam słodycze dla dzieci. Dałem jej lizaka a ona złapała go zębami i zamrugała oczami na znak podziękowania, po czym zniknęła w mroku. Czułem, że jest wciąż w autobusie, ale jej nie widziałem.

Odc. 34 Kierowca Rashid i Głowa

Kiedy Głowa ukazała się ponownie, Piotr zauważył zniknięcie kierowcy autobusu. Wyglądało to jak sztuczka prestidigitatora: jeden obiekt pojawia się, drugi znika. Zaniepokojony, że autobusem nikt nie kieruje, wstał z siedzenia i przeszedł kilka kroków w kierunku kierowcy. Już z dala widział, że w kabinie kierowcy nie ma nikogo, więc zawołał:

– Rashid, gdzie jesteś?

Nie było to imię kierowcy, ale kiedy Nomadowie mówili do niego Rashid, reagował bardzo pozytywnie, czasem ciesząc się wręcz jak dziecko. Prawdziwe imię kierowcy było nie do wymówienia ani zapamiętania. Kierowca z zasady nie odzywał się do nikogo, ale kiedyś powiedział Wizażystce:

– Prawidłowo wymawiasz to imię, masz dobry akcent.

Przewo mówił im potem, że kierowca, prawdziwy Hindus, ma bardzo pozytywne usposobienie, jest pogodny i życzliwy. Imię Rashid bardzo lubił bo było to imię słynnego aktora hinduskiego Rashida Khana, grającego w filmie Czarny Bazar. Kierowca oglądał ten film piętnaście razy.

Piotr zawołał ponownie:

– Rashid, gdzie jesteś? ale nikt się nie pojawił ani nie odezwał, Piotr wrócił więc zrezygnowany na swoje miejsce.

Potem, już po zatrzymaniu się autobusu, kierowca tłumaczył się, że cały czas był w kabinie i tylko się schylił, aby podnieść coś z podłogi. Komuś innemu mówił natomiast, że wyszedł do toalety i drzwi się zablokowały, ale nic się nie stało bo był to długi i prosty odcinek drogi a autobus ma tempomat utrzymujący stały kierunek jazdy. Były to dziwne tłumaczenia. W trakcie rozmowy z kierowcą, Piotr Praktyk przyjrzał mu się dokładnie. Był to szczupły i niezbyt wysoki mężczyzna, w nieokreślonym wieku między trzydzieści pięć a pięćdziesiąt lat. Czarne wąsy nadawały mu powagę a obfita czupryna odmładzający wygląd. Na wysokości uszu włosy były nieco dłuższe. Piotra ogarnęło wrażenie, że Rashid jest aktorem i to, co miał na sobie, było tylko charakteryzacją.

Nieprawdopodobne zdarzenia dały początek spekulacjom wycieczkowiczów, że zarówno kierowca jak i oni podlegali halucynacjom. Głowa była wytworem ich własnych wyobrażeń, ale tak rzeczywistych, że za nic nie godzili się uznać jej za wymysł. Nie potrafili ani nie chcieli odmówić jej prawa do rzeczywistego istnienia, może dlatego, że budziła w nich dobre uczucia. Była ucieleśnieniem ducha kraju, po którym podróżowali.

Po zapaleniu się świateł – kierowca autobusu musiał je wcześniej wyłączyć albo była to awaria – głowa znowu się ukazała, jakby była tam zawsze. Na wyścigi starali się okazać jej dowody życzliwości i wsparcia. Darczyńca wyjął naszyjnik kupiony na upominek i założył go Głowie na szyję. Naszyjnik spadł na podłogę bo szyja okazała się za krótka. Pozostawiło to poczucie niesmaku, niezręczności, czegoś niemiłego. Zapadła niezręczna cisza. Sytuację usiłował ratować Rasputin; odważnie stanął obok Głowy, aby zrobić sobie z nią wspólne zdjęcie i odwrócić w ten sposób uwagę od niemiłej sytuacji.

Wykonanie zdjęcia okazało się niemożliwe, ponieważ pierwsze promienie słońca przebijające się z zewnątrz pozostawiły Głowę w cieniu. Ktoś zaproponował wtedy, aby zrobić sobie z nią wspólne zdjęcie. Wszyscy zebrali się w centralnej części autobusu. Umieściwszy Głowę w środku grupy, poproszono ją, aby się uśmiechała. Darczyńca wykonał kilka zdjęć w różnych ujęciach. Okazały się tak udane, że wszyscy zapragnęli zrobić sobie z Głową indywidualne zdjęcia na pamiątkę. Towarzystwo bawiło się jak nigdy. Głowa również wydawała się być szczęśliwa. Przerwano, kiedy zbliżyli się na pięćdziesiąt kilometrów do celu. Wywiązała się dyskusja, co zrobić z Głową, kiedy dotrą na miejsce.

– Przecież nie zostawimy jej samej w autobusie. To niedopuszczalne i okrutne. Narazilibyśmy ją na niewygodę i niebezpieczeństwo – był to głos Darczyńcy.

– Jakie niebezpieczeństwo? – zapytał Kantyna wbijając rozmydlony wzrok w Nomadów.

– Kurz, hałas, ruch uliczny, skoki temperatury, niewygoda, w końcu możliwość ataku ze strony żarłocznych szczurów. W Indiach nie brakuje szczurów.

Wszyscy wzięli sobie do serca los Głowy. Zapanował radosny rejwach, każdy chciał być pomocny. Dobry nastrój zepsuł Kantyna. Podszedł do Głowy, schylił się, schwycił ją i uniósł w górę. Poprosił zebranych, aby nie robili mu zdjęć.

– Nie chcę, aby dowiedziała się o tym moja żona. Jej by się to bardzo nie podobało. Ona jest tak zazdrosna, że posądzi mnie o romans z Głową. Właśnie dlatego piję, że jest taka nienormalna.

Obiecano mu dotrzymać słowa. Zabawa rozkręcała się, bo kieliszki jakby same napełniały się złotym rumem, ulubionym napojem wycieczki. Alkohol ożywiał ich działając jak najlepszy narkotyk. Pod jego wpływem podróżnicy czuli się jak we śnie: jedni budzili się, inni wstępowali w świat marzeń i miłych urojeń.

Po wyjściu z autobusu, jak zwykle policzyli się. Nikogo nie brakowało.

– A gdzie Głowa? – krzyknął zrozpaczony Darczyńca.

Głowa zniknęła. Przeszukali cały autobus, sprawdzając także czy ktoś jej nie widział na zewnątrz, poza pojazdem. Towarzystwo poczuło się nieswojo, niektórzy Nomadowie rozglądali się niespokojnie na boki. Przewo nieświadomie dołożył do ogólnego zdenerwowania swoją cegiełkę, opowiadając historię zdarzenia mającego w tle dziewczynę na cmentarzu o północy. Skończył wyjaśnieniem:

– To była bardzo odważna osoba. Nie bała się być na cmentarzu nawet o północy. Przechodziła tamtędy w nocy kilka razy, bo była to dla niej najkrótsza droga do domu ze stacji kolejowej. Ale kiedy ją przestraszyli, padła martwa na ziemię. Po prostu zmarła na serce.

Odc. 35 Lustrzana Sala Wyobrażeń

Dzień przed zwiedzaniem Sali Wyobrażeń Przewo powiedział, że można się w niej zgubić.

– Lustrzana Sala Wyobrażeń jest przedziwnym miejscem. Jest małym fragmentem wielkiego kompleksu pałacowego lecz tworzy poczucie, jakby go wypełniała. Ma kilka ścian wewnętrznych, każda ma swoją nazwę i wywołuje w zwiedzających inne odczucia i emocje. Wskutek milionowych odbić w lustrach ułożonych pod różnym kątem na ścianach, suficie i podłodze ma się wrażenie przebywania w labiryncie. Można się tam naprawdę zagubić.

– To chyba niemożliwe – zaoponował słabo Kantyna. Jego przekrwione z przepicia oczy i zmęczona twarz sugerowały, że odzywa się, aby utrzymać się w stanie przytomności.

Przewo popatrzył na niego i kontynuował.

– Kiedyś, dopiero po trzech dniach, odnaleziono w niej turystę. Siedział w rogu sali skulony ze strachu, głodu i zimna. Lustra tak pomniejszyły i zdeformowały jego postać, że nie zauważyli go nawet strażnicy. Skończyłby się na amen, gdyby przypadkowo nie potknęła się o niego turystka zagraniczna i nie zaczęła głośno wzywać pomocy. Pracownicy szpitala, gdzie trafił, opowiadali, że po kilku dniach bez jedzenia i picia skóra mu dosłownie poszarzała a on sam wychudł. Kiedy doszedł do siebie wyjaśnił, że przetrwał zlizując wilgoć spływającą ze ścian pod koniec nocy, kiedy powietrze jest najchłodniejsze.

Uczestnicy wycieczki uznali, że Przewo ich straszy lub sobie z nich dworuje. Nie wierzyli mu, ponieważ poważnemu tonowi głosu i spokojnej mimice twarzy przeczyły żywe gesty rąk i błyski w oczach. On sam nie widział w tym żadnej sprzeczności. Niezrażony kontynuował wyjaśnienia.

– Po zwiedzaniu trwającym zazwyczaj kilka godzin, ludzie opuszczają Lustrzaną Salę Wyobrażeń pobudzeni duchowo. Sporo osób czuje, że się zmieniło, że stali się lepsi. Mało kto twierdzi inaczej, ponieważ takie jednostki uważane są za oszustów ukrywających prawdziwe uczucia, markujących, że nic się nie zmieniło i wszystko jest w porządku. Ludzie naprawdę się zmieniają. Pewna zakochana kobieta, pamiętam, że była to młoda, rudowłosa Angielka o imieniu Jane, zobaczyła się w lustrze w objęciach innego mężczyzny i uznała, że jest rozpustna. Upierała się przy tym mimo tego, że ci którzy ja dobrze znali, twierdzili, że to czyste urojenie z jej strony. Jej ukochany po pewnym czasie zapadł w depresję i przestał się do niej odzywać. Nawet jej się nie przyznał, że i on zobaczył siebie w objęciach innej kobiety. Oboje byli głęboko rozczarowani sami sobą i partnerem. Kobieta straciła wdzięk, atrakcyjność i czułość, on zaś popęd seksualny i chęć do życia. Tłumaczono im, że były to tylko fałszywe odbicia jakichś głębszych, nieuporządkowanych myśli, lecz nic to nie zmieniło. To tylko przykład ryzyka zwiedzania Lustrzanej Sali Wyobrażeń.

Przed wejściem do sali stały dwa potężne wykonane z miedzi kotły, każdy o pojemności pięciu tysięcy litrów. Od strony frontowej na ich powierzchni widniał obraz masywnej twarzy z wąsami. Legenda głosiła, że byli to poddani cesarza Akbara, którzy zwątpili w potęgę jego władzy. Cesarzowi wpadł w gniew, kazał ich przetopić razem z miedzią i umieścić ich wizerunki na kotłach dla przestrogi innych. Tuż obok kotłów, na wystawie eleganckiego małego sklepu, pyszniły się manekiny w strojach maharadżów i radżów oraz ich kobiet, zdobnych w historyczne stroje i oszałamiającą biżuterię. Ich twarze wyglądały jak po ospie, dziurawe i pręgowate. Tworzyło to atmosferę niepokoju jeszcze przed wejściem do sali. Przewo przypomniał grupie, że to są tylko manekiny, ale i tak wkraczali do sali z duszą na ramieniu. Nastrój udzielił się wszystkim, tym bardziej, że i w recepcji hotelu nie szczędzono im ostrzeżeń.

Piotr Praktyk poczuł się nieswojo, jak tylko znalazł się wewnątrz. W pierwszym odruchu uznał pomieszczenie za dziwaczne muzeum z przeszłości, w którym ludzie grają rolę eksponatów. Najbardziej zaskoczyło go, że lustra otaczały go ze wszystkich stron jak gęste zasłony, wypełniając ściany, sufit, podłogi jak i fragmenty wewnętrznych przestrzeni sali. Nawet klamki i okucia okienne błyszczały odbiciami ludzkich postaci. Czuł się osaczony, miał wrażenie, że lustra krzyczą coś do niego niemymi ustami. Nawet po kilkunastu minutach zwiedzania nie oswoił się jeszcze z niezwykłym otoczeniem. Rozglądał się, ale nie widział nikogo z towarzyszy wycieczki, jakby rozmyli się we w mgle. Był sam. Potem się okazało, że inni znaleźli się w tej samej sytuacji, czując się osamotnieni.

0Shares

Obraz ze zwierzętami. Opowiadanie fantastyczne.

Do Narbony, podgórskiego miasteczka, gdzie drogi rozchodzą się tylko w dwóch kierunkach, Mario Miller przybył kilka dni po pożarze swojego domu. Przyjechał, a właściwie przywieziono go, bezpośrednio ze szpitala, gdzie leczył się z oparzeń i szoku. W celu odpoczynku i rekonwalescencji przyjeżdżał do Narbony jeszcze dwukrotnie. W końcu kupił tu dom, a właściwie domek położony na krawędzi miasta, i pozostał na stałe. Nie był rozmowny, niewiele o nim wiedziano. Mieszkał sam, bez żony i bez dzieci, które podobno żyły gdzieś w innej części kraju. Uważano go za dziwaka i nazywano Samotnikiem.

On sam czuł się samotny dlatego, że nie miał wspomnień.

– Jest w mojej pamięci jakaś luka, czarna plama, miejsce kompletnie puste. Dlatego jestem, jak podejrzewam, podłym człowiekiem – wyznał księdzu na spowiedzi. Samuel Alternat, proboszcz, jedna z nielicznych osób, które znały Millera bliżej i mu pomagały, starał się go pocieszyć i przekonywał, że powinien odszukać w sobie coś pozytywnego. Będąc dużo starszy niż Mario, nie wahał się udzielać mu życzliwych pouczeń.

– Mario! Nie powinieneś tak myśleć. To, że odczuwasz wewnętrzną pustkę, która wydaje ci się zimna i mroczna, nie znaczy, że jesteś złym człowiekiem. Bóg to wie najlepiej. To jemu powinieneś zostawić ocenę, jaki jesteś. Jakie to zresztą ma znaczenie? Czy musimy w ogóle siebie oceniać?

Pozostałe osoby, które znały Mario bliżej, to lekarka, odwiedzająca go raz w miesiącu oraz starsza pani mieszkająca blisko kościoła, przychodząca do domu Samotnika raz w tygodniu. Robiła dla niego zakupy, gotowała posiłki od razu na kilka dni, prała pościel i trochę sprzątała. Lekarka przyjeżdżała do Mario w ostatnią sobotę miesiąca własnym samochodem, nowym Reno Clio. Na początku nie wiedziano, kim jest i po co przyjeżdża, bo była ubrana po cywilnemu i spędzała z Mario kilka godzin. Wyglądało to tajemniczo. Raz przywiozła ją karetka pogotowia i wtedy pani doktor – tak zwracał się do niej kierowca – miała na sobie biały strój lekarski, jakoś do niej nie pasujący. Potem, na stacji benzynowej, kierowca powiedział obsługującemu go pracownikowi, że lekarka nazywa się Renata Sandauer i jest bardzo przyzwoitym człowiekiem, pomagającym innym w potrzebie. Dom Mario doktor opuszczała bez pośpiechu i chyba w nienajlepszym nastroju, bo zanim wsiadła do samochodu patrzyła tak jakoś dziwnie w otwarte drzwi domu, żegnając jego mieszkańca machaniem ręki. Raz tylko była wyraźnie zadowolona; sam Mario chyba również, bo wyszedł przed dom i się uśmiechał.

W życiorysie Samotnika były właściwie same tajemnice. Nie wiedziano, kim jest i z czego się utrzymuje, bo nie pracował. Po pewnym czasie mieszkańcy miasteczka dowiedzieli się pocztą pantoflową, że był najpierw adwokatem, a potem sędzią w sądzie okręgowym w dużym mieście.

– Sam nie wiem, jak to możliwe, że był sędzią, bo to dziwak. Czasem z nim rozmawiałem przez płot, ale opowiadał mi tak niestworzone historie, że przestałem się nim interesować. Zachowywał się jak artysta, widział świat w zupełnie inny sposób niż my wszyscy. Może to jakiś malarz abstrakcjonista? – wyjawił kiedyś sąsiad Millera, mieszkający w dużym domu po drugiej stronie płotu.

Po pół roku w Narbonie nikt nie miał wątpliwości, że Mario jest niesamowitym dziwakiem. Niektórzy uważali go nawet za wariata.

Chlubą miasteczka, oprócz otaczających je wzgórz i lasów, było jezioro Parne. Letnicy przyjeżdżający tu na wypoczynek nie mieli jednak o nim najwyższego zdania.

– Tyle w nim wody, co kot napłakał. Łabędzie zamieszkujące wysepkę, mogłyby ją wypić, gdyby tylko zechciały.

Nie były to komplementy, choć jezioro nie było bynajmniej małe czy płytkie.

Zimą Samotnik chodził nad jezioro w wielkich czarnych butach, które smarował tłuszczem Shoe Open Classic, kupowanym w lokalnym sklepie, aby ze skóry nie wychodziły białe plamy soli. Zachowanie Mario komentowali, przynajmniej na początku, mieszkańcy miasteczka. Potem się już przyzwyczaili do jego dziwactw.

– Jego buty są tak stare i wielkie, że pożal się Boże.

Również białe plamy od soli wysypywanej zimą na drogę okazały się fałszywe. Pojawiały się także wtedy, kiedy Mario chodził wyłącznie po śniegu, gdzie nie było ani grama soli.

Pewnego styczniowego dnia Mario stanął przed zamarzniętym jeziorem i wlepił wzrok w martwą taflę wody. Poczuł się samotny, bardziej niż kiedykolwiek wcześniej. Przypisał to wiadomościom o wydarzeniach krajowych, których słuchał w radio przed wyjściem z domu. Były niepomyślne. Mając je w pamięci przyglądał się tafli jeziora, zaciągniętej nieświeżym, szarym lodem, wyglądającym jak przybrudzony dywan, słuchał wiatru hulającego na otwartej przestrzeni i patrzył na drzewa zamazane zimową wilgocią. Gorąco zapragnął psa do towarzystwa.

Idąc dalej napotkał malarza z paletą w ręce, obrazami i rozkładanym stołeczkiem do siedzenia. Uznał to za wyjątkowy przejaw szczęścia. Artysta był tęgim mężczyzną ubranym w ciężki kożuch, buty walonki oraz czapę wielką jak łeb niedźwiedzia, pod którą ukrywał własną rozkudłaną głowę. Obok niego stały obrazy na sztalugach rozstawionych wzdłuż brzegu jeziora przy krawędzi szerokiej ścieżki. Pośrodku, zamocowana do drewnianego słupka, stała biała tablica z napisem „Wyprzedaż”. Oglądając obrazy, Samotnik konwersował z artystą. Pytał go jak człowiek, który dawno z nikim nie rozmawiał i był ciekaw świata: o techniki malarskie, rynek dzieł sztuki, a nawet o życie osobiste i losy spóźnionych artystów, którym oprócz ambicji niewiele już pozostało w dyspozycji. Były to sprawy, o jakie pyta inteligentny człowiek ogarnięty zimowym smutkiem.

Malarz nieufnie odpowiadał na pytania. Był ostrożny wobec obcego, dziwnie zachowującego się człowieka w ciężkim czarnym wojskowym obuwiu, obszernym swetrze, sztuczkowych spodniach w kolorze bordo i rozpiętym zimowym płaszczu. Określił siebie jako „zwolennika silnej władzy artystycznej, która potrafi nakarmić naród dobrym samopoczuciem i nadzieją wiecznego szczęścia”, po czym zachęcił Samotnika do obejrzenia jego dzieł. Ostatni obraz zatytułowany „Gospodarstwo agroturystyczne” był naprawdę wielkich rozmiarów. Oprawiony w zdobną, szeroką ramę, przedstawiał pejzaż z lasem, jeziorem i zwierzętami. Były to głównie psy różnych ras, całe mnóstwo. Mario poczuł słabość do obrazu, ponieważ znajdował się na końcu szeregu i prezentował się równie samotnie jak on w czasie wędrówek nad jeziorem.

Po dokładnym obejrzeniu „Gospodarstwa agroturystycznego”, niektórych fragmentów nawet przez lupę, która nie wiadomo jak znalazła się w kieszeni płaszcza, Mario zauważył dwa psy rasy Jack Russell. Na obrazie były też inne rasy psów, uszeregowane według wielkości, kolorów i inteligencji. Wszystkie dane dotyczące menażerii agroturystycznej były elegancko przedstawione na miniaturowych plakietach ułożonych w tabele przy prawej krawędzi obrazu. Samotnik zapytał właściciela, czy mógłby kupić psa z górnego prawego rogu obrazu.

– Co to za okaz? O, ten pies, tutaj, w samym górnym prawym rogu? Ten, co ma ugiętą prawą nogę i trzyma w pysku przepiórkę – zainteresował się Samotnik. – To niewątpliwe pies myśliwski. Imponuje mi jego postawa; wygląda jakby wystawiał ptaki na strzał myśliwemu.

Malarza nie zaskoczyły pytania ani obserwacje Samotnika. Przyjął je tak naturalnie, jakby nigdy nie pytano go o nic innego. Uśmiechnął się tylko jakoś tak łagodnie, wyrozumiale.

– A, ten! To, co trzyma w pysku, to nie jest przepiórka, tylko nać marchewki. To pies ogrodnika. Taki, co to sam nie zje i innemu nie da. To najgorszy gatunek psa. Jeśli zechce go pan wziąć, to dam panu solidny rabat i dołożę jeszcze gratis smycz i kaganiec. Pies wprawdzie jest skąpy, ale nie bez walorów. To najlepszy strażnik ogródka, działki a nawet pola. Najsprytniejszy złodziej nic przy nim nie wskóra. Tylko z lasem mu nie wychodzi, bo psy mają słaby wzrok, kierują się węchem, a w lesie jest dużo zapachów.

Samotnik zastanawiał się. Po chwili przywołał malarza skinieniem ręki i oświadczył:

– Wezmę te dwa psy. Te rasy Jack Russel. Potrzebuję ich do towarzystwa, kiedy spaceruję samotnie nad jeziorem. Jak one się nazywają i ile kosztują?

– Nazywają się Jack i Russel. – Żywo odpowiedział artysta.

Mario informację przyjął bez komentarza.

– Jeśli przychodzi pan nad jezioro niezbyt regularnie – kontynuował malarz – to lepiej chyba je wypożyczyć. Odpada wtedy panu troska o zwierzęta, nie musi pan niczym się zajmować.

Mężczyzna mówił niezbyt wyraźnie i jakby trochę seplenił. Trudno było go zrozumieć. Nie przeszkodziło to Samotnikowi, od razu zaskoczył. Ujął go rzeczowy język artysty. Sam od dawna myślał o tym, że dobrze byłoby nie robić z gęby cholewy, unikając mówienia dużo i rozwlekle lub coś przekręcając.

Po minucie negocjacji mężczyźni dobili targu; psy zostały wypożyczone na dwa miesiące. Malarz wręczył Samotnikowi swoją wizytówkę z datą i dopiskiem: „Abonament dwumiesięczny na psy Jack i Russel”. Mario odczytał na głos pozostałą treść wizytówki: „Jan Krnąbrny, malarz-naturysta”, po czym schował ją do kieszeni płaszcza. Podszedł do obrazu i zdjął z niego psy – były zawieszone na małych, prawie niewidocznych haczykach – po czym ruszył na spacer wokół jeziora. Zwierzaki były stęsknione za wolnością. Mario cieszył się, obserwując, jak bawiły się ze sobą. Pomyślał, że powinien zadzwonić do Zuzanny, z którą łączyła go intymna przyjaźń, aby podzielić się wiadomością. Przyjeżdżała do niego starym, dobrze utrzymanym sportowym samochodem, najczęściej w piątek po południu, kiedy szczególnie męczyła go chandra.

– Zuzanno, dzielę się z tobą radosną nowiną. Wynająłem dwa psy od grubego malarza sprzedającego obrazy nad jeziorem Parnym. To czysta rozkosz patrzeć, jak one figlują, naskakują na siebie, czają się, pozorują akty agresji, kiedy w istocie usposobione są przyjaźnie. Myślę, że wiele moglibyśmy nauczyć się od nich.

W trakcie rozmowy Samotnik kontynuował obserwację Jacka i Russela. Najciekawsze było to, że zwierzaki wymyślały sobie gry i zabawy. Były one tak przemyślne, że Mario zadał sobie pytanie, czy nie warto byłoby ich wykorzystać dla opracowania gry komputerowej. Widział w niej psa w roli głównej i człowieka jako istotę mu podporządkowaną. Podobało mu się odwrócenie ról.

Zuzanna wysłuchała jego rewelacji, ale nie okazała entuzjazmu. Zapytała tylko:

– Kto będzie je karmił, wyprowadzał na spacer, szczotkował i czyścił, kiedy się ubłocą?

Samotnik zastanawiał się chwilę, po czym odpowiedział z powagą:

– My oboje, oczywiście. Ale ty tylko w piątek. Kiedy już wyjdziesz zaspokojona z łóżka, zobaczysz, ile radości sprawią ci te psiaki.

Po zakończeniu rozmowy Mario w ciągu kilku minut obmyślił scenariusz gry korzystając z pomysłu, jaki przyszedł mu do głowy. Strasznie mu się podobał.

Po zakończeniu spaceru wrócił do malarza, podniósł psy i zaczepił je ponownie na obrazie. Natychmiast wtopiły się w tło i znieruchomiały. Znając ich ruchliwość, wiedział, ile ten spokój je kosztuje. Wyglądały jednak na szczęśliwe. Odchodząc przypomniał malarzowi, że ma abonament na dalsze ich wypożyczenia.

Następnego dnia Mario zadzwonił do urzędu patentowego, aby zorientować się w zasadach rejestrowania gier komputerowych z psem w roli głównej. Okazało się, że taką grę już wymyślono i opatentowano kilka lat wcześniej.

– Kto jest właścicielem patentu? – zapytał Samotnik, nie zamierzając rezygnować ze swego planu. Pomyślał, że porozmawia z posiadaczem patentu i wynegocjuje jakieś ustępstwo na rzecz własnej gry.

– Dzieci ze szkoły podstawowej z miejscowości Propyle, proszę pana. Klasa 3B. To one są właścicielem patentu. Zwiedzały z wychowawczynią schronisko dla psów i wtedy wpadły na ten pomysł.

Oświadczenie urzędnika zaskoczyło Mario, bo nie spodziewał się, że młodzież w tym wieku jest zdolna do takiej inwencji. Bardzo lubił dzieci, więc go to nawet ucieszyło.

– Dziecko potrafi wszystko wymyśleć, jeśli tylko nie jest przejedzone lub śpiące – dodał urzędnik biura patentowego, jakby domyślając się, o czym może myśleć rozmówca.

Nadeszło lato i Samotnik poczuł się lepiej. Mniej odczuwał smutek i nostalgię. Równocześnie stracił zainteresowanie psami. Miał inne sprawy na głowie. Wokół jego domu wyrosła wysoka trawa i trochę chwastów i trzeba było zająć się nimi. Zamiast psów, Samotnik wypożyczał teraz na zmianę owcę, kozę i krowę. Bardzo mu to odpowiadało, bo oprócz przyjemności obcowania z żywą istotą miał także mleko. Krowę nazwał Baśka, przypominając sobie sąsiada z czasów młodości, który tak właśnie nazwał swoją krowę. Kozie ani owcy Samotnik nie nadawał imienia, wołał na nie po prostu: Kozo albo Owco! Rozumiały to doskonale, nie buntowały się, w końcu uznał, że jest im wszystko jedno.

– Zachowują się obojętnie podobnie jak niektórzy ludzie – pomyślał uspokojony.

Koza była najmniej wymagająca z całej trójki, żywiła się wszystkim, co jej wpadło do pyska, i nie potrzebowała opieki. Mario wypożyczył ją na całe dwa tygodnie i zabrał do domu, aby sprawdzić żydowską przypowiastkę o człowieku, który skarżył się na ciasne mieszkanie. Wprawdzie sam nie cierpiał na ograniczoność przestrzeni, ale bez kozy mieszkanie wydało mu się nieporównanie większe. Kiedy ją oddawał, uznał, że było to wartościowe doświadczenie.

Trwały wakacje, czas płynął. Jan Krnąbrny pojawił się nad jeziorem Parne dopiero pod ich koniec; widać było, że nie próżnował. Miał nowe obrazy i prezentował je na sztalugach ustawionych wzdłuż brzegu jeziora. Z ostatniej podróży do Afryki przywiózł ze sobą bogate wspomnienia. Musiał brać udział chyba w niejednym safari, bo na jego obrazach dominowały słonie, żyrafy, nosorożce i bawoły.

– Teraz najbardziej mi leżą duże afrykańskie zwierzęta roślinożerne. Maluję je, póki jeszcze istnieją, bo są to gatunki zagrożone – wyjawił malarz, spokojnie rozstawiając sztalugi.

Popołudnie tego dnia było wyjątkowo gorące. Słońce buchało żarem jak rozgrzana pustynia. Samotnik wypożyczył żyrafę. Nie było to tanie przedsięwzięcie, ponieważ rząd wcześniej podwyższył opłaty za wypożyczanie zwierząt powyżej dwóch metrów wysokości. Dla Mario było to jednak wartościowe doświadczenie; żyrafa w ciągu kilku godzin zjadła liście z rozłożystej akacji rosnącej w rogu podwórka Mario, zaśmiecające mu posesję. Kiedy objadała z liści dąb rosnący na brzegu jeziora Parne, oboje musieli salwować się ucieczką, ponieważ pojawiły się rozwścieczone dziki polujące na swój ulubiony pokarm – żołędzie.

Było to jesienią, kilka lat później, kiedy Samotnik przeszedł już na emeryturę rezygnując z dotychczas pobieranej renty inwalidzkiej. Robił sobie akurat herbatę, kiedy usłyszał pukanie do drzwi. Za progiem stał młody uśmiechnięty listonosz z dużą przesyłką; przekazał ją Samotnikowi za pokwitowaniem. Kto wysłał paczkę, nie było wiadome. Był to jakiś nieznany nadawca, jego adres był również zupełnie obcy odbiorcy.

Wszystkie nadjeziorne doświadczenia ze zwierzętami, aczkolwiek użyteczne i ciekawe, nie okazały się tak odkrywcze jak album ze starymi zdjęciami, dokumentami i listami znalezionymi w paczce. Mario dowiedział się z nich o tej części swego życia, która zawsze wydawała mu się czarną plamą. Okazało się, że na chrzcie nadano mu imię Luna, skrót od Lunatyk, i że szalone pomysły przychodziły mu do głowy już od piątego roku życia. Jego emocjonalność rodzice docenili dopiero wtedy, kiedy Luna, po przeczytaniu powieści Winnetou uznał, że jest Old Shatterhandem i usiłował powalić konia jednym uderzeniem pięści. Właściciel dorożki oskarżył go wtedy o to, że jest nienormalny i naskoczył na jego rodziców, towarzyszących mu na spacerze. Luna usiłował wyperswadować mu niewłaściwą postawę również uderzeniem pięści; wynikła z tego wielka awantura.

Sprawa nie trafiła do sądu, a on do więzienia, ponieważ sąd uznał, że jest jeszcze niepełnoletni. Był jednak na tyle rozwinięty, że oddano go do domu poprawczego z widokami na wolność zza zakratowanych okien. Był to dom dla dorastającej, trudnej młodzieży. Luna mieszkał tam kilka tygodni. Znudziło go to, a potem zmęczyło do tego stopnia, że wyrwał kraty, udowadniając ostatecznie, że imię Old Shatterhand pasuje do niego jak ulał.

Były to ciekawe czasy, pełne gwałtownych zmian, kiedy wiele niedobrych zachowań uchodziło za właściwe i poprawne. To mu pomogło. Po osiągnięciu dojrzałości Luna-Mario zmienił się. Skończył studia na wydziale psychologii przez pewien czas praktykował jako psycholog, potem przekwalifikował się na psychiatrę, posługując się dyplomem kolegi, z którym mieszkał w jednym pokoju w domu poprawczym.

Po zapoznaniu się z zapomnianą częścią własnego życiorysu, Mario, postanowił oddać się pasji wypożyczania zwierząt. Cieszył się, że odkrył ją w sobie z wielką korzyścią dla zwierząt i dla siebie. Kiedy o tym myślał, dochodził nieodwracalnie do filozoficznego wniosku, że każdy ma w życiu dobre i złe dni, tygodnie i miesiące, i że nigdy nie jest za późno za dobrą zmianę, dopóki się żyje.

Śmieć zastała Mario we śnie. Stało się to nagle, bez ostrzeżenia ze strony serca, wątroby czy płuc, że coś jest nie w porządku. Pogrzeb odbył się trzy dni później. Nie był liczny. Stawili się wszyscy, którzy go znali, ksiądz, gospodyni, lekarka i młody literat spisujący jego obserwacje i wspomnienia.

W drodze na cmentarz kondukt pogrzebowy został zatrzymany przez policję, aby przepuścić ważny transport ciężarowy. Czekanie przedłużało się. Sąsiad zmarłego zaczął snuć wspomnienia z okresu ich wczesnej znajomości. Opowiadając o jakimś incydencie nazwał Mario świrem. Lekarka zaniemówiła, a chwilę potem wpadła we wściekłość. Rzadko widzi się człowieka w stanie takiego wzburzenia. Wyrzucała z siebie słowa obciążone gniewem. 

– Mario Miller nie był świrem. W więzieniu, gdzie trafił z wyrokiem za wykonywanie zawodu psychiatry ze sfałszowanym dyplomem, zmienił się. Po odsłużeniu kary podjął i skończył studia prawnicze. Pracował najpierw w kancelarii prawniczej, potem został mianowany na stanowisko sędziego. W międzyczasie ożenił się i miał dwójkę dzieci. Dobił go pożar domu, w którym zginęła jego córeczka i jego pies. Miał wcześniej pewne problemy psychiczne, teraz załamał się kompletnie. Poznałam go, kiedy trafił do szpitala. Była to schizofrenia paranoidalna. Żył w urojonym świecie, nawiedzały go omamy i halucynacje. Mimo zaburzenia świadomości pozostał człowiekiem pozytywnym i twórczym. Mówię to na podstawie zapisków młodego literata, który na moją prośbę spisywał jego przeżycia. Mario żył wśród przyrody, życzliwych ludzi i kolorowych zwierząt. Nie był świadomy, że przebywa w innym wymiarze niż my wszyscy. Miał szczęście. Taką pozytywną rzeczywistość generował mu jego zbuntowany umysł. Pies na obrazie malarza Krnąbrnego nie był obrazkiem, ale żywym zwierzęciem, biegającym, węszącym i figlarnym. Taki był świat Mario.

Renata Sandauer zamyśliła się, patrząc jak ulicą przejeżdżają wielkie ciężarówki przykryte szarozielonym brezentem. Uspokajała się powoli. Kiedy z jej oczu zniknęły sztalugi, obrazy, gruby artysta w kożuchu, zwierzęta i Mario, doktor skończyła mówić. Uśmiechnęła się. Postanowiła, że będzie to robić częściej, zwłaszcza wtedy, gdy ktoś  nazwie innego człowieka świrem.

Autor: Michael (Michał) Tequila
Gdańsk, lipiec 2020

0Shares

Świrus. Opowiadanie fantastyczne. 32 odcinki. Całość.

Odc. 1 Wdepnięcie

O godzinie ósmej rano powietrze drżało już od upału. Zapowiadał się piekielnie gorący dzień. Szli we czwórkę szeroką ławą przez łąki w kierunku rzeki, kiedy Alfred Zygadło wdepnął w parujące krowie łajno. Od razu to skomentował:

– Nie jest to wprawdzie pełnoprawne gówno, takie jak ludzkie, bo my jesteśmy gatunkiem z najwyższej półki ewolucji. Tym niemniej ma ono swoją wagę gatunkową i zasługuje na szacunek. W Indiach rząd płaci za krowie odchody w stanie suchym dwie rupie za kilogram. To coś znaczy. Mógłbym wam coś więcej na ten temat powiedzieć, ale nie ma na to czasu.

Pozostałość po krowie nażartej mokrą trawą widzieli wszyscy, cała czwórka, ale on jeden postanowił wykorzystać je, aby udowodnić gotowość przyjmowania wyzwań, jakie stoją przed człowiekiem w dobie niekończących się zmian. Był to test zdrowego rozsądku, wartości społecznej, o której wszyscy myśleli i mówili, tylko mało kto przestrzegał.

Zaraz po wdepnięciu Alfred wyłożył swoją teorię. Robił to przy każdej okazji i taka okazja właśnie zaistniała.

– Dzisiaj, aby przeżyć, musisz nauczyć się być świrusem. To nie przychodzi od razu. Trzeba to regularnie praktykować, by doświadczenie wsiąkło w organizm dostatecznie głęboko. Ja to właśnie uczyniłem. Mój czyn ma znaczenie symboliczne. Jest znakiem niezależności, śmiałej konfrontacji z wyzwaniami, dowodem radzenia sobie w trudnych czasach – wyjaśniał bez pośpiechu towarzyszom.

Słuchając, patrzyli ze zdumieniem, jak powoli, uważnie wyciąga z brązowozielonej mazi elegancki pantofel.

– Nie możesz normalnie funkcjonować w zwariowanym świecie – tłumaczył, wycierając pantofel o trawę – jeśli nie nauczysz się reagować w sposób elastyczny, w zależności od sytuacji. Jeśli tego nie umiesz, popadniesz w głęboką depresję lub zwariujesz. Świrowanie to umiejętność właściwego zachowania się w każdych okolicznościach, a świrus to ekscentryk, jednostka szybko ucząca się, twórcza i odważna, radząca sobie w życiu.

– I tego trzeba się nauczyć tak samo jak czytania czy tabliczki mnożenia. Znaczy się, nauczyć się być świrusem – podpowiedział Rafał, bratanek Alfreda, najmłodszy z czwórki. Powiedział to dla żartu, na wiatr. Myślał, że sprowokuje tym innych do sprzeciwienia się stryjowi. Jego zachowanie i argumentację uważał za nienormalne.

Dwaj towarzysze weselni milczeli. Wyzwanie podjął Alfred.

– Tak, Rafale. Dokładnie tak, jak mówisz. To jedyna postawa dająca szansę przeżycia w pędzącym do przodu społeczeństwie.

– A nawet sukcesu – podpowiedział prowokująco bratanek.

Alfred popatrzył na niego. Zauważył sypiący się pod nosem wąs, szczupłe barki, wyciągniętą sylwetkę, czarne włosy i jaśniejsze brwi. Lubił swojego bratanka.

– Tak. Z tym, że nie „nawet sukcesu”, ale „także sukcesu”. Sukces jest immanentnym składnikiem świrowania – wyjawił z przekonaniem. Świadomie użył obcego słowa, aby podkreślić, że wiedza i ogłada towarzyska nie stoją na drodze bycia ekscentrykiem.

Na łące znaleźli się nieprzypadkowo. Po całonocnej pijatyce weselnej zasnęli z rękami i głowami na stołach. Po dwóch godzinach zdrętwiały im ramiona. Obudzili się i doszli do wniosku, że warto pojechać nad rzekę samochodem, czterech mężczyzn w różnym wieku, aby orzeźwić się poranną kąpielą. Z całej czwórki tylko Jarek był trzeźwy, bo nie pił w ogóle. To on prowadził samochód Alfreda.

– Gdyby nie Jarek, nigdy byśmy tutaj nie dojechali. Rozbilibyśmy się jak amen w pacierzu – podsumował Alfred. Wdychając z przyjemnością powietrze płynące z nadrzecznej łąki przyglądał się swemu nowemu samochodowi. Nic złego się nie stało; to usposobiło go pozytywnie, mimo że bolała go głowa. Postanowił nie pić więcej. Pomyślał, że jest to sprzeczne z jego pragnieniem zostania świrusem, człowiekiem radzącym sobie w coraz bardziej pogmatwanym świecie.

Rzeczywistość zmieniała się tak szybko, że ludzie nie nadążali śledzić najważniejszych wydarzeń. Każdego dnia stacje telewizyjne i internetowe portale informacyjne przelicytowywały się listą ważnych zdarzeń krajowych i zagranicznych. Było to nieuniknione, ponieważ telewizja utrzymywała się głównie z reklam.

– Bez wiadomości przyciągających uwagę nie ma widzów, a jeśli nie ma widzów, to nie ma ogłoszeniodawców, a jeśli na ma ich zleceń, to przestajesz istnieć – przypominał pracownikom dyrektor stacji telewizyjnej Best News TV.

– Ale my tych ludzi ogłupiamy wiadomościami, które może i są ciekawe, ale nie niosą żadnej wartości poznawczej. Zachowajmy chociaż jakąś proporcję informacji sensownych do bezwartościowych – wyrwał się kierownik programu informacyjnego.

Dyrektor popatrzył na niego z niechęcią. Pomyślał, że będzie pierwszym kandydatem do zwolnienia, kiedy konieczna będzie kompresja etatów.

Alfred starał się utrzymać na powierzchni zdarzeń, rozumieć, co się dzieje w kraju i odpowiednio reagować. Regularnie oglądał wybrany dziennik telewizyjny i czytał przyzwoitą prasę, choć czasem i do niej miał wątpliwości. Za wiadomościami i forami dyskusyjnymi w Internecie niespecjalnie przepadał.

Poprzedniego dnia zdarzyło się wiele; miał o czym myśleć. Przed oknem gabinetu właściciela renomowanej firmy transportowej położnego na dwudziestym piątym piętrze wieżowca pojawił się dron i ostrzelał pokój z szybkostrzelnego karabinka, zamocowanego na pokładzie. Budynek był bardzo dobrze strzeżony i znajdował się w centrum stolicy. Zanim ktokolwiek zdążył zareagować, dron zniknął wlatując do garażu na parterze sąsiedniego budynku przez duże okno nad wjazdem do garażu. Śledztwo prowadzone przez ochronę budynku ujawniło, że wewnątrz korytarza, gdzie wleciał dron znaleziono ślady płynu stosowanego czyszczenia broni automatycznej. Pół godziny przed atakiem padła sieć komputerowa firmy, obsługująca także system monitorowania przemysłowego. W sprawę zaangażowała się policja i wywiad wojskowy. Atak odebrano jako akt terroru nieznanej organizacji. Kilka dni później policja przeprowadziła rewizje ciężarówek firmy obsługujących trasy zagraniczne.

Odc. 2 Przyśpieszający świat

Wieczorem w trakcie przemówienia premiera w lewym górnym rogu ekranów telewizora pojawił się obraz przedrzeźniającej go małpy. Partia rządząca uznała to za zamach na godność premiera i rządu. Na początku nikt nie miał pojęcia, jak do tego doszło, kto i jak to zorganizował. W grę wchodziły nowe technologie manipulacji głosem i obrazem. Podejrzewano zagranicznych hakerów, potem także opozycję.

– To było wyjątkowo podłe! Nigdy mi takiego kawału nie zrobiono – denerwował się premier w swoim gabinecie. Od razu wezwał do siebie ministra odpowiedzialnego za cyberbezpieczeństwo państwa. Rozmowa trwała prawie godzinę.

Opuszczając gabinet minister pomyślał, że premier przestraszył się konsekwencji propagandowych. Sprawie nie nadano rozgłosu publicznego ponieważ doradca premiera do spraw public relations uznał, że to tylko pogorszyłoby sytuację.

Godzinę później na portalu informacyjnym w Internecie pojawiło się zdjęcie znanego celebryty bawiącego się w ogrodzie z dziećmi. Przedstawiono go jako perwersyjnego zboczeńca i oskarżano o liczne przewinienia. Alfred usiłował dociec prawdy, okazało się to jednak niemożliwe. Portal upierał się przy swoim, oskarżony celebryta bronił się zaprzeczając wszystkim rewelacjom.

Alfred zastanawiał się.

– Nie sposób wiedzieć, co jest, a co nie jest prawdą. Nawet w pojedynczej sprawie trzeba dociekać prawdy, a i tak nie doszłoby się do niej. Konieczne są jakieś nowe rozwiązania, algorytmy analizy informacji, mechanizmy matematyczno-logiczne.

Zenon, do którego zadzwonił, aby podzielić się myślami, wykazał obojętność.

– Daj sposób, czy ty musisz dochodzić prawdy w każdej sprawie? Nie masz nic lepszego do roboty?

– Mnie nie chodzi o pojedynczy fakt, ale o to, dokąd zmierzamy jako społeczeństwo. Czy mamy żyć w bagnie, gdzie nie sposób odróżnić prawdy od łgarstwa? Pomyśl o tym celebrycie i wyobraź sobie, że ktoś oskarża ciebie, że jesteś pedałem i zmieniasz partnerów co trzeci dzień, którzy w dodatku ubierają się kolorowo jak tęcza?

– Zagalopowałeś się, człowieku! – odkrzyknął Zenon. Teraz to naprawdę świrujesz! Myślałem, że to tylko wygłupy z twojej strony, ale widzę, że to co poważniejszego. W dodatku jeszcze mieszasz do tego logikę i matematykę, szukasz jakichś algorytmów. Ty chyba zwariowałeś! Kończę rozmowę – krzyknął, odkładając słuchawkę.

Siedział dłuższy czas w milczeniu, nie mogąc się uspokoić. Martwił się o brata, przyznając mu tylko tyle racji, ze coś jest nie w porządku z tym, co dzieje się w kraju.

Wchodząc do pokoju Rafał zauważył wzburzenie i niepewność malujące się na twarzy ojca.

– Co się stało?

– Sam nie wiem. Twój stryj szaleje. Zapytał mnie właśnie o to, jakbym się czuł jako homoseksualista utrzymujący kontakty z wieloma mężczyznami ubranymi w kolorowe majtki!

Przed północą telewizja ujawniła kolejną sensację: zdjęcie krowy i informacja, że produkuje ona mleko zatrute siarką. Piła je trójka dzieci właścicielki krowy; z trudem uratowano je od śmierci. Sondaż przeprowadzony następnego dnia pokazał, że jedna czwarta widzów oglądających program uznało informację za wiarygodną.

Alfred czuł gęstniejącą atmosferę i presję oszałamiających zdarzeń. Starał się być pozytywny, napotykał jednak coraz większy opór. Aby rozładować napięcie, rozmawiał z przyjaciółmi i znajomymi, przede wszystkim z Młodym, jak nazywał Rafała, przedstawiając mu tempo przemian. Dzielenie się niepokojem przynosiło mu ulgę.

– Świat coraz bardziej przyśpiesza. Można od tego oszaleć. Wszystko się zmienia: samochody jeżdżą już bez kierowcy, ludzie pracują zdalnie z własnego pokoju, w oceanie pływają miliony ton plastikowych śmieci, mój nowy smartfony ma setki nowych cech i aplikacji, nie umiem sobie z nimi poradzić. Jest tego więcej. Zabójczy wirus roznoszony po całym świecie przez miliony podróżujących, roboty i mikroskopijne drony, rewelacyjne technologie medyczne i leki, w dodatku jeszcze ta manipulacja opinią publiczną. Popatrz na efekty, na nasze miasto. Pięć lat temu był tu tylko jeden szpital psychiatryczny, teraz mamy trzy. Ale to wciąż za mało, bo w domach opieki, schroniskach dla bezdomnych i na działkach rekreacyjnych czekają dalsi kandydaci do leczenia psychiatrycznego.

Wielu przyjaciół i znajomych już to wiedziało. Jego bratanek również. Wiedzieli jednak inaczej. Głowa bolała go od myślenia, jak sobie z tym wszystkim poradzić.

Odc. 3 Edukacja społeczna

Szkoła powszechna i liceum mieściły się w długim, prostokątnym budynku położonym na Garbatym Wzgórzu. Pierwszy raz, kiedy tam się znalazł, Alfred powtórzył nazwę kilka razy, aby się przyzwyczaić. Nie przystawała do miejsca, ponieważ teren był płaski, a plac na którym znajdowała się szkoła, stanowił zaledwie niewielką wyniosłość. Budynek, jego kształt i wymiary łatwo zapadły mu w pamięć, ponieważ dawały się opisać liczbowo. Pracował tu ucząc matematyki w szkole podstawowej.

W ostatni piątek semestru Alfred spotkał się jak zwykle z rodzicami na wywiadówce, aby rozmawiać o postępach dzieci, problemach i wyzwaniach. Korzystał z okazji, aby edukować także dorosłych. Wierzył w permanentną edukację całego społeczeństwa, uznawał ją za swoją misję.

Alfred był cenionym nauczycielem, miał nadzwyczajne osiągnięcia. Dzieciaki przepadały za jego lekcjami matematyki. Do szkoły przyjeżdżali wizytatorzy z kuratorium i dyrektorzy innych szkół, aby zobaczyć, jak można rozbudzić miłość do przedmiotu gdzie indziej traktowanego jak piąte koło u wozu, jeśli nie nieszczęście.

Misja edukacyjna Alfreda nie pozostawała w cieniu. W pobliżu szkoły przebiegała linia kolejowa Wschód-Zachód. Dyrektor wzywał Alfreda do siebie kierując się rozkładem jazdy międzynarodowego pociągu, przejeżdżającego raz w miesiącu przez miasteczko. Przejazd pociągu stwarzał możliwość nieskrępowanej dyskusji.

Tematem spotkania była równowaga między potrzebami szkoły a indywidualną inicjatywą nauczycielską. Było to już trzecie wezwanie Alberta przez dyrektora szkoły, Sebastiana Masaja. Przed biurkiem pryncypała czekał na niego zgrabny, czerwony dywan. Spotkania odbywały się na stojąco, zwiększało to sprawność wymiany opinii.

– Panie kolego Zygadło! – zaczął zwierzchnik, kiedy pociąg zbliżał się do miasteczka. Był to masywny mężczyzna z głową lwa zdobną grzywą gęstych, nieco już siwiejących włosów.

Alfred przyzwyczaił się do formuły spotkań. Rozumiał, że „panie kolego” zbliżało ich do siebie i umacniało w przekonaniu, że stanowią jedność pedagogiczną.

– Osiąga pan znakomite wyniki w nauczaniu matematyki. Jestem z pana dumny. Rodzice jednak skarżą mi się, że niepotrzebnie wzywa ich pan do zwiększonej czujności edukacyjnej wobec zmieniającej się rzeczywistości i ilustruje to przykładami.

Po standardowym wstępie dyrektor cytował fragmenty wypowiedzi rodziców.

Akceptując słowa zwierzchnika, Alfred prosił go o wyjaśnienie niektórych niuansów skarg rodziców.

– Zgadzam się z panem, że bez permanentnej edukacji społeczeństwo nie ma szans przeżycia. Nie mówiąc o sukcesie stojącym tuż za progiem, którego jednak nie da się osiągnąć bez wspólnego wysiłku szkoły, rodziców i dzieci.

Obydwaj liczyli na to, że szczera rozmowa doprowadzi w końcu do porozumienia. Sprawa jednak przeciągała się.

Po rozmowie z Alfredem dyrektor udał się do pokoju nauczycielskiego, gdzie było więcej przestrzeni i światła, aby nabrać oddechu. Wydał się nieco mniejszy i jakby zadumany.

– On chyba traci wiarę w naukę i siebie samego – szeptali między sobą nauczyciele obecni w pokoju.

– Liczę na to, że w końcu uda mi się go oswoić, bo to doskonały pedagog. Pomóżcie mi! Dla dobra szkoły! – apelował do członków ciała pedagogicznego. W zamian oferowano mu życzliwe sugestie, że nie powinien zwracać tak dużej uwagi na ambicje edukacyjne matematyka, bo są w niej elementy racjonalne.

– On się w końcu musi wypalić! – to było ostateczne pocieszenie, jakie mieli mu do zaoferowania nauczyciele. Lepiej znali Świra. W duchu wierzyli, że jest on niezniszczalny zwłaszcza od czasu, kiedy doszedł do wniosku, że człowiek wymaga specjalnego rodzaju inteligencji aby radzić sobie ze zmianami.

Idea świrowania pozostawała im obca. Wyjątkiem był nauczyciel przedmiotu „Jednostka i społeczeństwo” oraz katechetka przesiąknięta wiarą w doskonalenie człowieka. Dzieliła ją ze Świrem  niewielka różnica, ale nie miało to znaczenia. Dla niej było to doskonalenie się człowieka w Bogu, dla niego w umiejętnościach radzenia sobie z postępem. Oboje spajał ferwor misyjny. Mogli liczyć na wzajemnie wsparcie.

Odc. 4 Wywiadówka

Do wywiadówki Alfred przygotował się bardzo starannie. W klasie 3B uczył matematyki i był jej wychowawcą. Po przedstawieniu ocen i omówieniu wyników nauczania całej klasy i poszczególnych uczniów przystąpił do edukacji rodziców. Nazywał to ofensywą. Mówił o sprawach ważnych i nie wahał się używać wyrazistych, a nawet kontrowersyjnych określeń. Mówił tak, aby pobudzić słuchających do myślenia. Miał wątpliwości, czy społeczeństwo potrafi myśleć twórczo i odważnie, na miarę wyzwań współczesności. Był przekonany, że on to potrafi i że jest to konieczne. 

– Mamy telewizję, która coraz więcej czasu poświęca edukacji. Z badań wiadomo, że społeczeństwo ma problemy medyczne lecz nie umie sobie z nimi poradzić. Dwadzieścia pięć procent osób cierpi na obstrukcję. W odpowiedzi na to przemysł farmaceutyczny oferuje nam leki, a telewizja je reklamuje, edukując, jakie są ich zalety i jak je stosować, aby uzyskać najlepsze efekty. Ludzie nie lubią reklam, ale to błąd, bo to źródło bezpłatnej wiedzy. Należy z niej korzystać. Dobrze dobrany lek rozwiązuje problemy, człowiek staje się zdrowszy i szczęśliwszy. Im więcej leków kupujemy, tym silniejszy staje się nasz przemysł farmaceutyczny, powstają nowe stanowiska pracy. Minister zdrowia zachęca:

– Bądź patriotą, kupuj produkty krajowe.

Ja oczywiście zgadzam się z tym, co mówi rząd, pan premier i ministrowie. Trzeba kupować jak najwięcej rodzimej produkcji; jest to postępowanie racjonalne i uczciwe. Na rynku pojawia się ciągle coś nowego, co dobrze świadczy o naszej innowacyjności. Mam wrażenie, że my – jako społeczeństwo – wynalazczość mamy we krwi. Ostatnio pojawiły się dopalacze osiemdziesiąt razy mocniejsze niż najsilniejszy narkotyk. Dają one ludziom szansę błyskawicznego przeniesienia się w inny, bogatszy świat. Interesujmy się nowościami, rozmawiajmy o nich z dziećmi, rodzeństwem i przyjaciółmi. Trzeba żyć mądrze i godnie. Korzystać z życia.

– Ludzie chyba umieją żyć? – Odezwała się młoda kobieta, szykownie wciśnięta w różowe getry i czarny sweter. Alfred zwrócił na nią uwagę wcześniej: średniego wzrostu, czarnowłosa, pod każdym względem zadbana. Kiedy wchodziła do pokoju, jej pośladki poruszały się tak zniewalająco, że pomyślał, że powinna mieć je z przodu, aby każdy mężczyzna miał szansę docenienia piękna kobiecego ciała. Był estetą,  uważał, że duchowość jest niezwykle ważną cechą człowieka w dobie szybkiego postępu techniki.  

– Tak naprawdę, to chyba niewiele osób umie – Podjął Świrus. – Przesadzają, zachowując się zbyt wstrzemięźliwe, ograniczając się. Zapominają, że można w pełni cieszyć się życiem. Na moim osiedlu o piątej rano ludzie głośno rozmawiają, śmieją się, ciesząc się jak Beduini na pustyni, których szczęśliwie ominęła wielka burza piaskowa. Myślę sobie: – Chcę spać, a tu ktoś mnie budzi. I nagle zdaję sobie sprawę, że to wczesne budzenie ratuje mnie, bo nie przesypiam życia. Albo alarm samochodowy, który budzi mnie wyjąc dwa razy w nocy. Właściciel samochodu nie naprawia go. Wnioskuję, że może nie słyszy alarmu albo nie ma pieniędzy, aby go naprawić. Albo jest mu trudno podjąć decyzję. Samochód stoi po drugiej stronie strumienia płynącego głębokim jarem. Gdyby nie to, poszedłbym i powybijał mu szyby. Trzeba być pomocnym. Zmotywować człowieka, ułatwić mu podjęcie decyzji. To spontaniczne i pozytywne postępowanie: konfrontować się z wyzwaniami, pomagając innym. Nazywam je świrowaniem. Jestem jego zwolennikiem. Może ono budzić oczywiście kontrowersje, ale nic na to nie poradzimy. Trzeba być realistą. 

Matematyk ucieszył się, kiedy matka Oksany, niezwykle utalentowanej matematycznie uczennicy, poparła go:

– Też bym to zrobiła. Właścicieli i kierowców samochodów należy edukować. Ci ludzie powodują wypadki i są przez to nieszczęśliwi. Może nawet nie wiedzą, że są już samochody jeżdżące bezpiecznie bez kierowcy. Transport publiczny to poważna sprawa. Samochód to nie klocek Lego. 

Odc. 5 Walec drogowy

Najgorsze zdarzenia spotykały Alfreda w dniach, kiedy księżyc przechodził fazę pełni. Na początku nie zdawał sobie sprawy, że łączą ich niewidzialne więzi. Z czasem nauczył się, kiedy księżyc mu sprzyja a kiedy nie. Przyszło to dopiero później.

Dwudziestego trzeciego marca, w dzień Superksiężyca, kiedy był on nie tylko w pełni, ale i najbliżej ziemi, przejechał Alfreda walec drogowy. Trwało to nie dłużej niż trzydzieści sekund, mimo że maszyna jechała bardzo wolno. Alfred odczuł ogromną samotność. Nie była to pustka, bo wszystko w nim stężało i poczuł się wypełniony jakąś nadzwyczajną treścią. To jego ciało uległo intensyfikacji pod wpływem ogromnego ciśnienia.

Alfred zapamiętał to zdarzenie ze wszystkimi szczegółami. Był to czwartek przed weekendem z zapowiedzianą zimną pogodą. Rano Alfred czuł się wyjątkowo nerwowy, nogi mu drżały. Opanował go dziwny niepokój, że wpadnie na niego człowiek jadący na hulajnodze, jeden z tych pędzących w zaślepieniu przed siebie. Po południu Alfred poczuł się lepiej. Poprowadził trzy udane lekcje. Wracał ze szkoły ulicą Parkową, trochę przejedzony obiadem. Po lewej stronie widział park z alejami wysadzanymi dębami, wiązami, jesionami i lipami. Szedł zamyślony chodnikiem obmyślając pytania do testu z matematyki, kiedy to nastąpiło.

Była to jego wina. Nie oglądając się na boki wkroczył na jezdnię, aby przejść na drugą stronę ulicy. Maszyna jechała tak cicho, że jej nie usłyszał. Zauważył ją w chwili, kiedy już spłaszczała mu stopy. Upadając na asfalt, odczytał jej nazwę wypisaną wielkimi literami nad przednią szybą: „Powercast”. Przetłumaczył ją szybko na „Odlew mocy” i chwilę zastanawiał się, czy było to poprawne tłumaczenie. Pomyślał jeszcze „Nie na takie widoki się patrzyło”. Zapamiętał to zdanie doskonale choć nie miało ono sensu.

Następnego dnia rano, po przebudzeniu, czuł się wciąż nieswój. Leżał rozpłaszczony na łóżku jak żaba. Jak się tam znalazł, nie pamiętał, ale też nie dziwił się temu. Nie miał nawet na to czasu, bo śpieszył się do szkoły. Zaczynał zajęcia o godzinie ósmej rano.

Dobre samopoczucie odzyskał dopiero w pokoju nauczycielskim.

– Było to tak niesamowite przeżycie, że nie dziwię się, że pamięć ze mnie uszła – wyjawił głośno, stojąc pod oknem rozświetlonym intensywnym słońcem.

Przy stole siedziało dwóch nauczycieli i trzy nauczycielki. Popatrzyli na niego zdziwieni. Opowiedział im niezwykłe zdarzenie. Pragnął pokazać się z najlepszej strony, że jest interesujący, ma bogate wnętrze i ciekawe przeżycia. Chciał, aby go lubiono. Ich uznanie umocniłoby poczucie własnej wartości. W takich chwilach czuł wyraźnie, że ma w sobie dobroć i ludzie to dostrzegają.

Najuważniej słuchała go nauczycielka filozofii i logiki, najstarsza osoba w ich gronie. Była już bliska wieku emerytalnego. Nie tylko go słuchała, ale także zadawała mu pytania. Przeżywała razem z nim jego niezwykłą przygodę. Wyczuwał w nich głębię humanitarną, dystans i refleksyjność. Pytała go o to, co czuł lub myślał w danym momencie, jak się zachowywał i co go do tego skłoniło. Odpowiadał szczerze, na co ona uśmiechała się z łagodną wyrozumiałością. Czasem wtrącała:

– Ja już takich przeżyć nie mam. Mogę tylko pogratulować panu, drogi kolego Alfredzie, wrażliwości psychicznej. Imponuje mi to wszystko, co się panu przydarzyło i zapewne jeszcze przydarzy w życiu. Także pańska wyobraźnia, świeżość i niezwykłość reakcji. Powinien pan to wszystko spisywać. To jest bardzo oryginalne. Widzę to jako dorobek naszej współczesności.

Alfred popatrzył na nią z wdzięcznością. Jego przeżycie sprawiło jej przyjemność, wzbogaciło jej życie.

Odc.6 Rozmowy z dyrektorem

Najmniej przychylny dla Alfreda był dyrektor szkoły, Sebastian Masaj. Nie miał chęci słuchać, co przydarzyło się nauczycielowi.

– Panie kolego! Ja po prostu nie mam czasu na słuchanie bajek. Szkoła mi się wali na głowę. Za dwa dni mam wizytę z kuratorium, jest zagrożenie narkotyczne, rodzice mają pretensje, że nie dbamy dostatecznie o ich dzieci, że program nauczania jest przeciążony, że uczniowie otrzymują za dużo pracy do domu, a pan mi tu wyjeżdża z jakimiś niesamowitymi historiami jak magik latający na czarodziejskim dywanie!

Alfred przyjął jego słowa ze spokojem. Zdał sobie sprawę, wcześniej wspominali o tym inni nauczyciele, że dyrektor jest w wielkim stresie. Widać to było w jego głosie, twarzy i ruchach. Zwierzchnik nie miał dla niego cierpliwości ani zrozumienia bo był pod presją wielu zdarzeń i otoczenia. Dlatego Alfred usiłował go przekonać do skorzystania z techniki autorefleksji. Wyobraził sobie nawet, że dyrektor staje się kimś w rodzaju przewodnika duchowego dla wszystkich nauczycieli, jak radzić sobie ze stresem jako człowiek, dydaktyk i koordynator pracy zespołu ludzkiego. Liczył na to, że dyrektor rozwinie w sobie tę umiejętność, lecz po kilku próbach zrezygnował. Powiedział sobie w duchu:

– Nic tu nie wskóram. Masaj to uparty kozioł. Zastygł w swoim myśleniu jak beton i już się nie zmieni. Nie stać go nawet na refleksję, czy to co mówię, ma jakiś sens czy nie.

Przed konsekwencjami negatywnych reakcji zwierzchnika ratowała Świrusa opinia uczniów. Uwielbiali go za sposób nauczania, historie, jakie im opowiadał, możliwość zadawania pytań bez skrępowania, jak również wyrażania własnych opinii i sugestii.

– Pan jest zupełnie inny niż pozostali nauczyciele. Oni są tacy sztywni! Nie można z nimi swobodnie porozmawiać, bo zaraz się denerwują i mówią: „to nie wypada”, „to nie jest temat do dyskusji w czasie lekcji” czy „szkoła nie zajmuje się takimi problemami”.

Urzeczony szczerością uczniów i uznaniem jego wyjątkowości Alfred nie dostrzegał drobnych uszczypliwości. Tłumaczył, że krytyka jego osoby czy postępowania mu nie przeszkadza.

– To tylko udowadnia, że ekscentryczność i odmienność ma sens. Proszę zwrócić uwagę, że ze wszystkich członków ciała pedagogicznego jestem najspokojniejszym i najbardziej zrównoważonym człowiekiem.

Kiedy to mówił, uczniowie kiwali głowami i zapewniali, że zgadzają się z nim. Z wdzięcznością przyjmował pochwały i słowa poparcia. Wiedział, że autentycznie się cieszą, że jest ich nauczycielem i wychowawcą. Od czasu jak uznał świrowanie za najlepszy model myślenia i postępowania, czuł się bardziej wyciszony i twórczy. 

Odc. 7 Piekareczka 

Świrus udał się do piekarni jak zwykle z samego rana, aby kupić na śniadanie dwie bułeczki orkiszowe i jedną poznańską. W sklepie nie było nikogo oprócz ekspedientki. Alfred nie znał jej nazwiska, tylko imię, Aldona. W duchu nazywał ją Piekareczką, choć nie miało to sensu, bo była rosłą i pulchną kobietą. Sam na sam z kobietą uznał za wymarzoną okazję, aby przedstawić jej swoją teorię złożoności mąki. Od dawna o tym myślał. Teorię opracował zaraz po tym, jak Aldona opowiedziała mu niezwykłe zdarzenie z początków swojej kariery zawodowej. Pracowała razem z mężem w piekarni, przygotowując ciasto i wypiekając chleb w tradycyjnym piecu opalanym drewnem. Kiedy zbliżyła się do otwartego paleniska, zapaliły jej się włosy.

– Jak do tego doszło, nie mam pojęcia. To było po prostu niemożliwe. Od włosów zajął się mój fartuch i stanęłam w płomieniach. Nie zgadnie pan w jakiś sposób mnie uratowano. Pracujący obok mąż chwycił worek z mąką i wysypał ją na mnie. Ogień zgasł i wtedy ukazałam się ja; wyglądałam jak niedomyty kocmołuch po pijackiej orgii. Fartuch i to co miałam na sobie  spłonęło, a to co zostało, opadło ze mnie. Stałam naga, osmalona, pół czarna, pół biała. Mąż patrzył na mnie i wybuchnął śmiechem.

– Przed chwilą wyglądałaś jak płonąca choinka, a teraz wyglądasz gorzej niż diabeł. Brakuje ci tylko rogów i ogona!

Dobiło mnie to. Rozpłakałam się. Przez kilka nocy mąż nie poszedł ze mną do łóżka. Powiedział mi, że przypominam starą czarownicę i nic go nie zmusi do tego, aby choćby mnie dotknąć.

– Jesteś łysa, ciało masz w bąblach, wyglądasz jak potwór- drwił ze mnie. Rozwiedliśmy się bardzo szybko. Od tej pory nienawidzę piekarzy. 

Z tamtej rozmowy Alfred wyniósł wrażenie, że mąka była rodzajem tworzywa, z którego osoba z powołaniem może wyczarowywać radość, słodycz a nawet miłość. Które także, w szczególnych okolicznościach, ratuje człowiekowi życie.

– Chleb jest substancją życia – zawyrokował wtedy – a jego podstawowy składnik, mąka, jest światem zapewniającym mu istnienie.

Ostateczną teorię złożoności mąki opracował po zapoznaniu się ze składnikami mąki. Rozmawiał o tym z kolegą, nauczycielem biologii pracującym w tej samej szkole.

– Zrozumiałem – było to jak płomień rozjaśniający ciemność – w jak bardzo złożonym świecie żyjemy. My mieszkamy na planecie Ziemia i to jest nasz świat. Dla bakterii, antyustrojów, biokonserwantów czy laseczek Bacillusa, mąka jest światem.

Czekając na bułeczki Świrus był pewien, że jego teoria zainteresuje Piekareczkę. I rzeczywiście, po zapakowaniu pieczywa do dwóch torebek papierowych, przyjęciu zapłaty i wydaniu paragonu, sprzedawczyni podniosła wzrok i znieruchomiała.

– Teraz zamieniam się w słuch. Ciekawi mnie pańska teoria mąki, bo to produkt bliski moim zainteresowaniom zawodowym. Czy ona dotyczy jakiejś konkretnej mąki? Na przykład tortowej? Sprzedajemy jej najwięcej, bo ludzie najchętniej biorą ją do pieczenia.

– Chodzi o teorię złożoności mąki – przypomniał Alfred.

Ucieszyła go pozytywna reakcja Piekareczki. Popatrzył na nią z uwagą, jakby chciał utrwalić sobie jej wygląd. Była kobietą w wieku nieokreślonym, ubierającą się prosto i tradycyjnie. Pod fartuchem nosiła ciemne spodnie i żółty blezerek. Wyróżniały ją oczy, duże, ciemnoszare, w kolorze chmury burzowej, często zamyślone. Nie brakowało jej ciała. Miała pełną twarz i mocne ręce osoby mającej za sobą lata pracy.

Świrus skoncentrował się. Zapragnął pomóc Piekareczce, okazać jej sympatię, podzielić się czymś, co doda jej życiu więcej radości, a nawet uszczęśliwi, jeśli było to możliwe. W duchu liczył też na to, że z wzajemności okaże mu uznanie, którego potrzebę odczuwał jak każdy mężczyzna przerastający swą niezwykłością otoczenie. 

Odc 8 Matematyka a mąka

Mając wdzięczną słuchaczkę przed sobą, Świrus zagłębił się w szczegóły teorii złożoności mąki.

– W mojej teorii są elementy matematyki. Jest to zrozumiałe, bo – jak pani wie – jestem nauczycielem i pasjonatem matematyki. To matka wszystkich nauk. Jej niezwykła siła polega na poddaniu naszego rozumienia świata reżymowi liczb. To oznacza zdolność zmierzenia wszystkiego i dokładność. Przepraszam, że mówię o matematyce a nie o teorii złożoności mąki. Otóż ta teoria określa wielość i różnorodność zastosowań mąki. Pierwsze z nich to oczywiście ciasta i różne dania kulinarne. To jest najprostsze.

Zauważywszy grymas na twarzy Piekareczki, Świrus domyślił się, że uraził ją słowami „to jest najprostsze”. Ona widziała to inaczej. Postanowił usposobić ją życzliwie kupując trzy razy więcej pieczywa niż potrzebował. Zaraz po porcie do domu zjadł pół bochenka chleba „Staromodny Wiejski”, zawierającego mąkę żytnią i pszenną.

Obiad był ważnym zdarzeniem tego dnia. Składał się z solidnej porcji gorących placków ziemniaczanych ze śmietaną. Był to jego ulubiony przysmak. Po obiedzie, Alfred zanurzył się w fotelu z książką w ręku. Nie czytał długo. Zamyślił się nad sytuacją w kraju. Tylko nieliczni obywatele sobie radzili, mieli żony, dzieci, domy i samochody, dorabiali się firm i majątków. Los ich wyróżniał; podróżowali po świecie, penetrowali niezgłębione jaskinie, gdzie diabeł mówi dobranoc i nurkowali na rafie koralowej. Oddał się marzeniom. Oglądał niezwykłe stalaktyty i stalagmity w jaskini, biegał po słonecznej plaży pod palmami, delektował się fantastycznie przyrumienioną kaczką z jabłkami, skwierczącymi krewetkami w sosie czosnkowym, a na końcu pierożki z jagodami polanymi słodką śmietaną. Wszystko to pomieszało się razem w jeden ciąg przeżyć i doznań głębokich jak Rów Mariański. Obudził się wieczorem żałując, że zmarnował kilka cennych godzin dnia.

Odc. 9 Spotkanie w barze

Wieczorem Alfred spotkał się w barze „Hosanna” ze swoim bratem Zenonem i bratankiem Rafałem. Siedzieli przy stoliku w roku sali, pili piwo i w milczeniu przyglądali się klientom. Alfred zastanawiał się, dlaczego mężczyźni i kobiety siedzą przeważnie osobno przy stolikach. Nudził się. Miał poczucie, że należy przerwać milczenie.

– Niewielu ludzi radzi sobie w życiu – zaczął swoją ulubioną śpiewkę. – Ci, którzy sobie nie radzą, to jednostki najbardziej wrażliwe. To oni schodzą na psy, zaniedbują siebie i swoich najbliższych, popadają w wiry alkoholizmu i depresji, aby skończyć samobójstwem. 

Wobec milczenia brata i bratanka, Alfred oddał się wspomnieniom. Przez długi czas sam był takim nieradzącym sobie osobnikiem. Nic mu to jednak nie mówiło, dopóki nie wyrzucono go z pracy i nie opuściła go druga żona. Pierwsza rozwiodła się z nim dając mu radę przy pożegnaniu:

– Aby małżeństwo było udane, trzeba najpierw zmądrzeć.

Wtedy zrozumiał, że normalne postępowanie oparte na prostej miłości, rozsądku i przyzwoitości, nie doprowadzi go daleko. Czuł się zawiedziony, bo miał swoją filozofię i wierzył w jej skuteczność. Wobec kobiet starał się być uprzejmy, sympatyczny i pomocny. Wierzył, że okazywanie komuś życzliwości, wywołuje identyczną reakcję drugiej strony.

Kiedy Zenon wyszedł do toalety, Alfred tłumaczył bratankowi:

– Jeśli ty uśmiechasz się do kobiety, ona odpowie ci uśmiechem. Przynajmniej większość z nich. Jeśli natomiast kogoś traktujesz opryskliwie, możesz spodziewać się, że ten ktoś będzie warczeć na ciebie. To podstawowa reguła: jak Kuba Bogu, tak Bóg Kubie.

Swoją filozofią układności wobec kobiet, z którymi był związany, Alfred czuł się zawiedziony, bo w jego przypadku to nie zadziałało. Była w tym jakaś głębsza dynamika, której nie rozumiał. Podejrzewał, że chodzi o zrządzenie losu, o dobranie się kobiety i mężczyzny jak w korcu maku. Czasem w myśleniu o tym związku, zapętlał się, angażując siły wyższe. Odrywając się od myśli, zwrócił się do towarzyszy przy stoliku:

– Niektórzy ludzie dają sobie wmówić Boga, jaki jest, co myśli, czego oczekuje, co karze a co nagradza. I do czego to nas doprowadziło? Do wojen krzyżowych i błogosławienia ludzi idących na wojnę, aby mordować innych. – To okropieństwo – podsumował z goryczą. Zawsze dochodził do tego samego wniosku.

Brat i bratanek popatrzyli na niego zdziwieni.

Odc. 10 Sufit 

Leżąc na łóżku wieczorem, Alfred zapatrzył się w sufit. Działo się z nim coś niezwykłego: falował, zbliżał się i oddalał. W pewnym momencie rozświetlił się niesamowitym obrazem nieba. Kiedy niebo zgasło, okazało się, że sufit jest nierówny, w dodatku pofałdowany. Alfred wiedział, że to nieprawda, oczy jednak mówiły mu co innego. Usiłował to zrozumieć.

– Mam umysł matematyka, precyzyjny i ostry jak brzytwa. Podsuwa mi on myśl, że to, co obserwuję, może sugerować, że to ja mam nierówno pod sufitem.

– Czy to dobrze czy źle? Odpowiedział sobie po chwili, że dobrze, bo sufit jest podstawą wszystkiego, punktem odniesienia, powierzchnią centralną, pod którą dzieją się rzeczy niesamowite.

– To mój świat. Zgodził się ze sobą bez kłótni, bo i po co miał się kłócić, skoro mógł żyć w zgodzie z własnym umysłem?

Przypomniał sobie miniony dzień. Także inne, wcześniejsze dni. Widział, jak bardzo były do siebie podobne. Zaczął ze sobą rozmawiać. Było to jak pisanie pamiętnika.

– Kładę się spać o godzinie dwudziestej trzeciej i budzę się o dwudziestej trzeciej czterdzieści pięć, dokładnie kwadrans przed północą. Bardzo mnie to cieszy, bo cenię punktualność. Budzę się i martwię, że nie widzę sufitu, oraz tego, że jest on nierówny. Czasem myślę, że to dlatego, że jestem zbyt pobudliwy. Czasy są trudne, a będą jeszcze trudniejsze. . Nie można tego określić jednym zdaniem. Być może nie ma to znaczenia, bo jest wiele ważniejszych spraw. Pierwsza i najbardziej podstawowa – fundamentalna jak to mówią – to dostosować się do zmieniającej się rzeczywistości. Ja się dostosowałem. Wykorzystałem do tego moje wrodzone cechy i zdolności. Zawsze mi mówiono, że jestem dziwny. Nie jest to prawdą, jestem tylko inny. Choć może i trochę dziwny. Nie będę się upierać. To jedna z moich cech: zdolność szybkiego wyczucia, co jest ważne w danym momencie, i odpowiedniej reakcji. Zdolność oportunistycznego dostosowania się, jakby to powiedział Darwin. Czytałem go; bardzo mi pomógł. Nie obnoszę się z moimi poglądami, wolę zachować je dla siebie. Sekretność myśli i postępowania uważam za ważną umiejętność życiową.

Zanim zasnął, zdecydował, że będzie pisać pamiętnik. Następnego dnia, zaraz po obudzeniu się, zrobił w brulionie pierwsze notatki. Zdecydował, że przepisze je późnej na komputerze. 

– Myślę, że tytuł „Pamiętnik rozsądnego szaleńca” brzmi dumnie. Może nawet służyć jako tytuł powieści. To mnie mobilizuje. Może to być jakiś omen nomen, który jest jak trafny los na loterii, dający wygraną. Odrzucam tę myśl, bo to niepotrzebna dygresja.

W nocy śniło mu się, że chodził do toalety kilka razy z rzędu. Było to nienormalne, ale wcale go to nie zdziwiło.

Odc. 11 Prośba

Przed śniadaniem Alfred udał się do piekarni. Już po drodze czuł zapach świeżo upieczonego pieczywa. Przepadał za świeżym, ciepłym jeszcze chlebem żytnio-pszennym. Stojąc w kolejce, którą ze względu na rozmiar nazwał kolejeczką, przypatrywał się sprzedawczyni. Była to ta sama Piekareczka Aldona, ciepła blondynka o niebieskich oczach, jak ostatnim razem, podobnie pulchna, ale świeższa, jakby jej lat ubyło. Nieco umączona przypominała gorącą bułeczkę. Jej konstrukcję cielesną Alfred ocenił na „w sam raz”. Wyobraził sobie jej model matematyczny i pomyślał, że warto byłoby zmierzyć jej wymiary. Pamiętał idealne proporcje kobiecego ciała, 96-68-96; kojarzył je z Wenus z Milo. Nie pasowały do Piekareczki. To go zmartwiło, ale tylko na chwilę.

Kiedy stanął przy ladzie, pozdrowił sprzedawczynię, po czym kupił dwie bułki, zapłacił, ale nie wychodził. Kobieta popatrzyła na niego pytająco. Widział, jak głębiej oddycha, niepewna, dlaczego nie opuszcza sklepu. Patrzył jej w oczy, dając czas na domysł, o co chodzi. Nie udało jej się jednak zrealizować postawionego przez niego celu. Chyba się zagubiła, bo zapytała:

– Czy pan jeszcze sobie czegoś życzy?

Ucieszony, że pytaniem weszła na właściwy tor, poprosił ją o błogosławieństwo na drogę. Była zdziwiona, ale udzieliła mu go. Nie wiedział, co ją do tego skłoniło, bo prosił ją o to wcześniej kilka razy. Uspokojony, rzucił na odchodnym słowami podzięki. Miał wrażenie, rozsypały się na ladzie niby błyszczące perły.

– Bez pani błogosławieństwa nie wyszedłbym za próg. Siedziałbym tu i warował aż do końca. Błogosławieństwo to błogosławieństwo.

Adresatka wyjaśnienia poważnie pokiwała głową. Odkiwnął jej.

Wychodząc z piekarni pomyślał, że kobiety go nie rozumieją. Miał swoje doświadczenia, na podstawie których wyrobił sobie filozofię. Nazywał ją samotniczą. Zdobyć kobietę nie było trudno, jeszcze łatwiej kobietom było zdobyć mężczyznę. Wystarczyło uśmiechnąć się zalotnie, dać się zaprosić do kawiarni i ulec jego namiętności, równie naturalnej jak powietrze, kurz zbierający się na oknie, chmura leniwie płynąca po niebie, brudne nogi po wyjściu z kałuży czy też kolorowy kwiat na drzewie. To ostatnie wyobrażenie zaniepokoiło go do tego stopnia, że zatrzymał się na jezdni prawie wpadając pod samochód.  Uspokoił się dopiero wtedy, kiedy przypomniał sobie dziką orchideę kwitnącą w tropiku w zagłębieniu między konarami, gdzie zebrało się trochę pyłu i wilgoci.

Odc. 12 Magazynek

W nocy śniło się Świrusowi, że rozbiera Aldonę. Było to w magazynku z tyłu sklepu piekarniczego. Kiedy zdjął z niej sukienkę i zabrał się za biustonosz, weszła druga ekspedientka, Zuzanna.

– Chcę do was dołączyć. We trójkę będzie raźniej – wyjaśniła i uśmiechnęła się.

Zgodzili się. Zuzanna przyniosła ze sobą kwiaty polne i pieczywo w koszyku. Jakby tego nie widzieli, powiedziała:

 – Przyniosłam kwiaty, jeden bochenek chleba, trochę świeżych bułeczek oraz nóż.

Poczuli się głodni. Wyjmowali z koszyka bułeczki, kroili je lub łamali, i jedli wkładając sobie nawzajem do ust co smaczniejsze kąski. Wpadła na to Aldona.

– To zwyczaj arabski. A może armeński, nie pamiętam. W każdym bądź razie wkłada się do ust drugiego biesiadnika najsmaczniejsze kąski. To bardzo podniecające i świadczy o gościnności domu i dobrych manierach gospodarzy.

Jedli bułeczki fitness i wieloziarniste, słodką chałkę, bułeczki z jagodami oraz pączki, i rozbierali się nawzajem. Leżeli na workach z mąką, wśród pachnącego świeżością pieczywa, umajonego kwiatami polnymi. Coraz bardziej ich to podniecało. W pewnym momencie Aldona wystraszyła się, włożyła na siebie sukienkę i powiedziała:

– Przepraszam, muszę wyjść, ale za chwilę wrócę.

Wróciła zmieszana i wyjaśniła:

– Zapomnieliśmy o tym, że drzwi do piekarni nie zostały zamknięte. W środku była już klientka z mężem i dzieckiem. Pytali, co się dzieje, że nikogo nie ma w sklepie. Wytłumaczyłam im, że jesteśmy bardzo zajęci, wyprosiłam ze sklepu, zamknęłam drzwi na klucz i wywiesiłam kartkę „Remanent”.

Wrócili do igraszek, niewinnych, ale bardzo treściwych. Tak je określił Alfred. Męczył się, bo nie mógł pozbyć się nawyku mierzenia i liczenia. Kiedy wyciągnął z kieszeni metr krawiecki i zaczął mierzyć kobiety, aby stworzyć potem ich modele matematyczne, obydwie się sprzeciwiły.

– Daj spokój, człowieku. Wiemy, że jesteś nauczycielem matematyki i matematyka cię pasjonuje, ale nie przesadzaj. Nie masz nic lepszego do roboty? Lepiej nas pieść, bo czujemy się niedowartościowane.

To go zmobilizowało. Pieścił jak tylko potrafił najlepiej, z pełnym zaangażowaniem, odkrywając ich strefy erogenne. Nie pozostawało to bez wdzięczności. Rozochocili się tak bardzo, że krzyczeli z podniecenia. Mąka pyliła się wokół po magazynku, a oni szaleli. Zrobiło się bardzo głośno, czuli się fantastycznie. Co raz to musieli jednak przerywać okrzyki, bo nie mogli się zrozumieć. Po osiągnięciu porozumienia, Śmirus kochał się z dwiema partnerkami na raz. Zastanawiał się potem, jak to było możliwe, lecz nie potrafił sobie tego wytłumaczyć. Cały czas jedli. Aldona przyniosła jeszcze masło i smarowali pieczywo. Alfred poczuł się wkrótce tak najedzony, że postanowił nic już nie brać do ust tego dnia.

Najbardziej podobały mu się worki z mąką. Nigdy nie kochał się na takim podłożu. Uważał warunki za ekstrawaganckie, gdyż pozwalały na wykonywanie figur prawie akrobatycznych. Nieprzerwanie rozmawiali też ze sobą.

– Jesteśmy niesamowicie wyuzdane. Zawsze o tym marzyłyśmy. Kamasutra przy nas to książeczka dla niewinnych dziewczynek – powiedziała Zuzanna i Aldona jej przytaknęła.

– I dla zbuntowanego chłopca – dodał Świrus. Wybuchnęli śmiechem, wznosząc tumany mąki.

Kiedy następnego dnia Świrus zjawił się w piekarni, ekspedientki wyglądały na zawstydzone, ale radosne. Spoglądały z uśmiechem w kierunku drzwi magazynku. Alfred zrozumiał wtedy, że nie był to sen z fantazjami erotycznymi, ale coś poważniejszego. Zresztą nie mogły to być fantazje, bo rano zauważył na swoim ciele zadrapania oraz delikatne ślady ugryzień. Budząc się, wydało mu się nawet, że widział wgniecenia na pościeli idealnie pasujące do kształtów obydwu kobiet. Nie miało to sensu, bo przecież kochali się na workach z mąką w magazynku przy piekarni. Pozostawała jednak możliwość, że poszli potem do jego mieszkania i tam kontynuowali miłosne zapasy. Lubił to określenie. Było w tym coś sportowego, a zarazem radosnego.

Przed opuszczeniem piekarni Aldona i Zuzanna udzieliły mu błogosławieństwa na drogę, mimo, że nie prosił je o to. Po prostu zapomniał.

– To były wspaniałe przeżycia – powiedział na odchodnym i pożegnał się uśmiechem.

W drodze do szkoły postanowił opowiedzieć wszystko dyrektorowi Masajowi, prosząc oczywiście o dyskrecję. Miał nadzieję, że to go poruszy i wreszcie zrozumie, że świrowanie ma sens jako nowoczesna forma życia jednostki w społeczeństwie. Kiedy znalazł się sam na sam z dyrektorem, ten znowu miał pretensje o niewłaściwe metody nauczania młodzieży i nie tylko.

– Daje pan im nieprzerwanie, panie kolego, zły przykład swoim zachowaniem.

Alfred postanowił go ukarać.

– Nie będę staremu draniowi niczego opowiadać. Nie zasługuje na to – powiedział sobie.

Sam się potem dziwił, jak bardzo był stanowczy, wręcz niemiły dla zwierzchnika. Normalnie tak nie postępował. Był znacznie łagodniejszy. Uważał siebie za pacyfistę. Koleżanki i koledzy poinformowali go w pokoju nauczycielskim w czasie dużej przerwy, co im powiedział dyrektor.

– Kolega Zygadło jest większym świrusem niż myślałem.

Alfred poczuł się szczęśliwy, że jego talent i postępowanie zostały wreszcie docenione przez dyrektora.

Odc. 13 Sklep mięsny

Do sklepu mięsnego, od pewnego czasu noszącego szyld „Słoneczna Wędliniarnia”, Alfred zachodził dwa razy w tygodniu. Dawniej odwiedzał sklep częściej. Zmieniło się to, kiedy postanowił przejść na bardziej wegetariańską dietę.

W wędliniarni znał wszystkie ekspedientki. Kiedy widział je krzątające się za ladą, przypominały mu się łanie na skraju lasu. Wszystkie kobiety bez wyjątku były ciemnymi brunetkami. Był przekonany, że specjalnie tak się dobrały. To znaczy, że tak je dobrał kierownik, który był właścicielem sklepu. Kiedy o tym myślał, w jego matematycznej świadomości pojawiał się dylemat, czy to kierownik jest właścicielem sklepu, czy też właściciel sklepu jest kierownikiem. Było to zadanie logiczne. Czekając w kolejce, szukał odpowiedzi na te pytania. Myśl uciekła mu z pamięci, kiedy za ladą pojawiła się ekspedientka gotowa do przyjęcia jego zamówienia. Nie pamiętał jej imienia, dlatego zaszyfrował ją w pamięci pod hasłem Średnia Łania. Oprócz niej była jeszcze Duża Łania i Drobna Łania. Był to logiczny układ; w miejsce niewiadomych imion podstawione zostały nazwy umowne. 

– To ta, z którą lubimy się wzajemnie, bo uśmiecha się z daleka. Robi mi się wtedy jaśniej w oczach i na duszy – pomyślał, odpowiadając jej uśmiechem. Niezmiennie kierował się zasadą wzajemności.

Czarnula ubiegła jego słowa wypowiadając formułę okraszoną uśmiechem.

– Pan jak zawsze to samo. Czyli kiełbasę swojską?

Chwilę przypominał sobie, czy miała to być kiełbasa swoja czy swojska, po czym pokiwał głową, że tak, dodając:

– Nie pamiętam. Chyba ta druga.

Był to oszczędnościowy model zachowania. Alfred uważał go za udany, ponieważ ciężar ustalenia, czy chodziło o kiełbasę swojską czy swoją przechodził na ekspedientkę. Był pewny, że ona wie najlepiej na podstawie poprzednich zakupów, co chce kupić. Nie omylił się.

Kiedy Średnia Łania ważyła i pakowała towar, Alfred przypomniał sobie sprawę abonamentu. Kilka tygodni wcześniej pytał, kupując ulubioną kiełbasę, czy mógłby mieć na nią abonament miesięczny.

– To byłoby bardzo dobre rozwiązanie. Przychodzę tu regularnie i kupuję tę samą wędlinę, zawsze pół pęta. Czasem zapominam jej nazwy. Abonament by to uprościł. Firmie dałby gwarancję regularnych dochodów, a mnie pewność, że zawsze otrzymam właściwy towar.

Po cichej konsultacji z koleżankami sprzedawczyni skierowała go do właściciela sklepu zasłaniając się tym, że decyzja o abonamencie na kiełbasę przekracza poziom ich uprawnień.

– Abonament na zakup towaru wydaje nam się rozwiązaniem tak nowoczesnym, że nie jesteśmy w stanie udźwignąć ciężaru odpowiedzialności – wyjaśniła, uśmiechając się nieznacznie. Przez chwilę Alfred zastanawiał się, jak rozumieć jej niepełny uśmiech.

Ponieważ właściciel Słonecznej Wędliniarni był nieobecny, Średnia Łania telefonicznie umówiła spotkanie na następny dzień.

Rozmowa z właścicielem sklepu nie była udana. Sprawa rozmyła się z braku przepisów określających, czy sklep wędliniarski może czy nie może sprzedawać towaru na abonament, a jeśli tak, to na jakich warunkach. Nie udało się tego wyjaśnić mimo dociekliwości Alfreda. Był matematykiem i lubił być pewny, że dwa i dwa to cztery. Rozmowa z właścicielem sklepu, który był także jego kierownikiem, albo na odwrót, czego Alfred ostatecznie nie rozstrzygnął, umocniła go w przekonaniu, że kolejny dzień rozpoczął się niezbyt dobrze.

Odc. 14 Symbole i matematyka

Wieczorem, nie mając nic lepszego do roboty, Alfred obmyślał symbole, tajemne znaki i hasła. Chciał je mieć pod ręką do przekazywania komunikatów i dawania ogłoszeń niosących ze sobą przekaz dla osób wtajemniczonych. Ostatecznie był matematykiem, osobą o ścisłym umyśle ukierunkowanym na odkrywanie prawdy i rozwiązywanie problemów. Matematyki uczył do czasu, kiedy pojął, co znaczy nieskończoność. Właściwie to zrozumiał, że nieskończoności nie można zrozumieć, bo ona nigdy się nie kończy. Tłumaczył to uczniom:

– Dochodzisz do granicy, a ona ciągnie się jeszcze dalej. Idziesz dalej, a tam pustynia bez granic. Przecież to można zwariować.

Tak rozumując uświadomił sobie własną małość, oraz konieczność nieprzerwanej adaptacji do rzeczywistości.

Pierwsze, co mu się nasunęło, to hasło „Rozum z głowy, koniom lżej”. Następnym hasłem było „Tylko w szpitalu psychiatrycznym możesz być całkowicie sobą”.

To drugie było absolutną prawdą. Alfred sam to sprawdził, ale nikomu o tym nie mówił. Do szpitala psychiatrycznego umówił się kiedyś na bardzo krótką wizytę poprzez znajomego dyrektora więzienia. Jego celem było zweryfikować kilka założeń teoretycznych oraz pogłosek i spekulacji na metod i wyników leczenia psychiatrycznego, z jakimi się spotkał w czasie dyskusji w gronie nauczycieli.

W czasie pierwszej umówionej wizyty nie odkrył tam nic rewelacyjnego; niczego takiego zresztą nie oczekiwał. Poznał natomiast trzy ciekawe osoby, jak najbardziej pozytywne, oraz dwie, które – w jego ocenie – należałoby zepchnąć w przepaść lub rzucić lwom na pożarcie. Jedna z nich była pacjentem, druga pracownikiem szpitala. Swoje doświadczenia Alfred opisał w pamiętniku. Był szczery w ocenach. Mógł sobie na to pozwolić, ponieważ był to jego prywatny pamiętnik. Wątpił, aby ktoś inny kiedykolwiek go czytał.

– Zresztą, gdyby nawet przeczytał, to co z tego? Mogę pisać, co mi tylko przyjdzie do głowy, a przychodzi mi właśnie być szczerym. Taki jestem i inny nie będę.

Powtarzając ostania myśl Alfred umacniał się w przekonaniu, że słusznie postąpił wyrażając opinie stojące na bakier z poprawnością polityczną innych nauczycieli. Pamiętał jedno zdanie z takiej dyskusji:

– Takich rzeczy się nie mówi, panie kolego, bo nie ma na to dowodów naukowych. Chodziło wtedy o stosowanie przymusu dla reedukacji społecznej więźniów z odchyłkami psychicznymi.

Odc. 15 Rezygnacja

Rezygnację Świrusa z pracy nauczyciele przyjęli spokojnie, dyrektor mniej. Świrus rozmawiał z nim w tej sprawie kilkakrotnie. Dyrektor najpierw ucieszył się, a zaraz potem zdenerwował, bo nie miał innego matematyka. Kiedy wydusił z siebie „To już koniec z nauczaniem matematyki w naszej szkole”, Alfred zauważył, że klatka piersiowa zwierzchnika powiększała się i podnosiła, jakby nabierała wielkiej ilości powietrza do płuc, a następnie kurczyła się i opadała. Na nalanej twarzy dyrektora pojawiły się oznaki niepokoju, łagodzone czymś w rodzaju błysków zadowolenia. Opisując jego postępowanie w pamiętniku, Alfred odruchowo chciał napisać „na nalanej gębie dyrektora”. Zaniechał tego, ponieważ przypomniał sobie, że powinien sam zachować się wstrzemięźliwie nawet w obliczu przeciwności.

– Ostatecznie jestem świrusem, ale pozytywnym, umiejącym znaleźć równowagę w obliczu zdarzeń trudnych do zrozumienia – przypomniał sobie.

Sebastiana Masaja, wysokiego osiłka, nigdy nie lubił. Po pierwsze, regularnie wykonywał on na siłowni ćwiczenia rozciągania ciała, które nazywał harmonią. Alfred uważał je za uwłaczające ludzkiej godności, ponieważ dyrektor nieludzko pocił się przy nich wydając w dodatku jakieś zwierzęce dźwięki. Najgorsze było jednak przekonanie Masaja, że matematyk stosując niekonwencjonalne metody nauczania ogłupia uczniów. 

– Dzieciaki się go boją i dlatego nie skarżą się nikomu. Uważają go za szaleńca, człowieka nieobliczalnego – Dyrektor wyraził tę opinię w pokoju nauczycielskim pod nieobecność Alfreda, za jego plecami.

Same dzieci nigdy nie skarżyły mu się na jego metody nauczania. Po wypowiedzi dyrektora Alfred pomyślał, że być może rzeczywiście się go bały. Chyba jednak nie! – uspokajał się, odrzucając wątpliwości. Kiedy mówiły mu, że jest inny niż pozostali nauczyciele, pytał je, co znaczy „inny”, ale nie potrafiły tego wyjaśnić. Dopiero Adaś z klasy 7B wyjaśnił mu to nie pozostawiając wątpliwości:

– To znaczy, że chodzi pan po wertepach i manowcach nauki, i czymś tam jeszcze, i czuje się z tym dobrze.

Alfredowi podobała się jego wypowiedź. Dzieciak miał wyobraźnię i bogaty język. Nie dał mu jednak za nią szóstki. Po prostu nie mógł, bo nie dotyczyła ona matematyki, ale poprosił polonistkę, aby podwyższyła Adasiowi ocenę ze swojego przedmiotu. Okazało się to niepotrzebne, bo Adaś miał już szóstkę. Alfred podziękował jej, że dostrzegła talent chłopca, jego zdolność głębokich przemyśleń. Nauczycielka popatrzyła wtedy na niego z ukosa. Nie zraziło go to, był przyzwyczajony do takich spojrzeń. Następnego dnia wytłumaczył to bratu.

– Kiedyś w mieście wszedłem pod most, aby się wysikać, bo nigdzie nie było toalety publicznej. Tam zobaczyłem dziką świnię, znaczy się dzika. Też mi się dziwnie przyglądał. I też mnie to nie speszyło, ponieważ każdy musi się wysikać, kiedy go przypili, czy to w samotności czy w obecności innych. Podobnie jak w toalecie publicznej, gdzie są pisuary i każdy może podejrzeć, co wyjmuje i chowa sąsiad.  

Ten fragment przemyśleń Alfred uzupełnił w pamiętniku wyjaśnieniem:

– Mężczyźni robią to odruchowo. Chłopcy nie znający jeszcze życia oraz lekarze najchętniej podpatrują penisy innych mężczyzn. Nie ma w tym nic zdrożnego. To naturalny pęd do wiedzy. O kobietach nie będę się wypowiadać; to leży poza zakresem moich kompetencji.

Odc. 16 Dzieci i statystyka

Po odejściu ze szkoły Alfred wracał często myślą do dzieci, że traktował je jak dorosłych, co nie podobało się dyrektorowi szkoły. Nazywał matematyka świrusem, nie zdając sobie sprawy, że było to określenie pozytywne. To, że dodawał do tego wyrazu przymiotnik „zmyślny”, Alfred uznawał za pochlebstwo.

Świrowanie było dla niego ratunkiem, ponieważ czuł się często jak szczur w labiryncie, z którego nie sposób znaleźć wyjścia na zewnątrz. Aby wydobyć się z pułapki Alfred balansował między normalnością a nienormalnością. W społeczeństwie kłopotliwych dwuznaczności bycie świrusem dawało mu poczucie luzu.

O pracy w szkole rozmawiał z bratem Zenonem, który również był nauczycielem.

– Może i ogłupiałem dzieci ucząc matematyki, która dla wielu osób mogłaby nie istnieć. Nauczyłem je jednak rozumowania zgodnego z zasadami logiki oraz pokazałem zastosowania matematyki w naukach ścisłych, humanistycznych i technice. Teraz przynajmniej rozumieją, że matematyka jest użyteczna wszędzie: w mechanice, ekonomii i ekonometrii, lingwistyce, teorii gier, politologii, sztuce, estetyce i filozofii. Moi uczniowie stali się pasjonatami matematyki.

Najbardziej interesowały ich pojęcia matematyczne takie jak antynomia, łamacz kodów, szyfr, klucz, kryptologia, teoria gier, teoria decyzji, teoria automatów. Działania na liczbach, potęgi i pierwiastki, algebra, procenty, równania i nierówności oraz funkcje były już dla nich za proste.

– One są tak proste, że można je … Co można z nimi zrobić? W jaki sposób można tę wiedzę wykorzystać? – zapytał dzieci.

Adaś jak zwykle okazał się najodważniejszy:

– Można sobie nimi tyłek podetrzeć.

Wypowiedź zaskoczył Alfreda. Był pewien, że chłopiec nie powiedział tego, aby sprawić mu przykrość, ośmieszyć czy obniżyć pozycję matematyki. Zapytał, dlaczego tak sądzi. Adaś odpowiedział, że w życiu prywatnym matematyka ma znikome znaczenie, bo w dobie kalkulatorów ludzie nie potrzebują umieć dodawać i odejmować, przez co są analfabetami matematycznymi, po czym dodał:

– Matematyka jest użyteczna w statystyce, bo każdy posługuje się nią, ale ludzie uważają ją za manipulację.

– A jakie jest twoje zdanie na temat statystyki? – Alfred pociągnął temat, chcąc pokazać innym dzieciom, że w ich wieku można mieć poglądy dojrzalsze niż niejeden dorosły.

– Statystyka jest bardzo użyteczna, ale trzeba umieć się nią posługiwać. To wiedza najbardziej uczciwa na świecie, ponieważ pozwala dokładnie mierzyć i opisywać rzeczywistość.

Dzieciak był tak bystry, że Alfred czasem nie nadążał za nim, zwłaszcza kiedy chłopiec używał skrótów myślowych.

– Na przykład mówi się, że większość obywateli popiera karę śmierci. To bardzo niejasne, bo może oznaczać dowolną część społeczeństwa między pięćdziesiąt jeden procent i dziewięćdziesiąt dziewięć procent. To wszystko oznacza większość. Statystyka pokazuje natomiast dokładnie, że jest to sześćdziesiąt sześć procent. Liczba określa nieporównywalnie dokładniej rzeczywistość niż słowo „większość’. To jest oczywiście wiedza dla ludzi dociekliwych i rozumnych, nie dla głąbów.

– Dlaczego, Adasiu, używasz tak mocnych słów? – zapytał Alfred z ciekawości. Lubił go podpytywać także dlatego, że dzieciom łatwiej było zrozumieć swojego rówieśnika, niż nauczycielem, który w ich oczach był stary.

– Ludzie nie mający wiedzy o statystyce lecz wypowiadający sądy o niej zasługują na takie słowa. Tylko zarozumiali ignoranci wypowiadają się o czymś, o czym nie mają pojęcia.

Świrus zgodził się z Adasiem dając go za przykład innym dzieciom.

Odc. 17 Rehab i Cadillac

Alfred robił w pośpiechu notatki, bo czas naglił. Śpieszył się na rehab. Zauważył, że używa skrótów. Potrzebował wyluzować się. Były to tylko trzy krótkie zabiegi. Uważał je za konieczne, aby także w plecach, nie tylko w sercu mu grało. Tak to określał. Przez głowę przebiegały mu ekspresowe myśli. Był to znak czasów; myśleć i mówić szybko i zwięźle. Dobrze, jeśli w dodatku niegłupio. Skoncentrował się na swoich przeżyciach.

– Na rehabie w zastępstwie pieszczot otrzymuję masaż i prądy. Leżę na luzie i konwersuję. Słucham otaczających mnie ludzi. Zewsząd dochodzą głosy. To jakaś wada genetyczna, że wszyscy mają coś do powiedzenia. Czasem mówią głupoty. A ja nic. Jak ta skała leżę lub siedzę nieruchomo. Od czasu do czasu tylko warknę ostrzeżenie:

– Nie ze mną takie sztuczki, człowieku!

Było to proste zawołanie zapożyczone z przeszłości, wciąż skuteczne.

– Rehab oferuje mi coś w rodzaju pieszczoty miłosnej, jedwabiście delikatnej, zastępczej oczywiście. Pieszczoty należą się każdemu. Kiedy jesteś oseskiem, to pieszczą cię do znudzenia, w miarę dojrzewania, choć potrzeby rosną, podaż pieszczot maleje. Takie są prawa rynku.

Alfred skończył notatki i wyłączył komputer. Śpieszył się. Przygotowując się do opuszczenia domu, nie przestawał myśleć. Do głowy przyplątała mu się polityka. Starał się jej unikać, była jednak zaciekła w swojej wytrwałości. Musiał ustąpić.  

– Co do demokracji, to wolność nie znaczy równość. Chyba pierwszy wyłożył to Georg Simmel na początku dwudziestego wieku. Zilustrował to przykładem. Tam, gdzie jest wolność, ludzie bardziej energiczni, pomysłowi czy bardziej oszczędni wybiją się, staną się bogaci, zajmą wysokie stanowiska, zdobędą władzę. Kiedy to już nastąpi, przestają być równi wobec tych, którzy pozostali na tym samym szczeblu drabiny społecznej.

Któregoś dnia, idąc z parkingu szpitalnego do gabinetu zabiegowego, minęła Świrusa limuzyna, długi, czarny Cadillac z zaciemnionymi szybami. Bok samochodu zdobiła postać mrocznego anioła. Limuzyna jechała dostojnie, zwalniając na nierównościach. Alfred widział ją, ale nie reagował. Jakby go to nie dotyczyło, jakby nie był ciekaw, kto jest w środku, czy ten ktoś stoi, siedzi czy leży, dokąd go wiozą i po co. Powiedział sobie:

– Spoko! Czy ja jestem nienormalny, żeby brać sobie do serca taki widok i zadawać pytania, kto, gdzie, kiedy?

Nie pozostał jednak całkiem obojętny. Jego intel pracował. Alfred zaczął spekulować, że to jednak wygodnie jechać takim wypasionym Cadillakiem, bo można nawet na leżąco, czyli superwygodnie. Po głowie snuły mu się myśli i marzenia:

– W takim pojeździe jedzie się o niebo wygodniej niż nawet na najbardziej eleganckiej kuszetce w pociągu ekspresowym, łomoczącym na złączach szyn nie mówiąc o żelaznych mostach. Cadillac z pewnością ma super resorowanie. To czysty luksus. Nie miałem szczęścia jechać takim cudem techniki, ale domyślam się, jak to bosko, bo wyobraźni mi nie brakuje. W dodatku człowiek wieziony takim samochodem, nawet bez zasług, otrzymuje sygnały uznania. Ludzie widzą takie limo i wpadają w zachwyt.

Idąc dalej, Alfred zauważył, jak dwaj idący chodnikiem mężczyźni zdejmują czapki z głów i pochylają głowy.

– Pełen szacun – pomyślał. – Każdy chciałby znaleźć się w takiej sytuacji.

Jego myśl przeniosła się z limuzyny na szacunek, jaki należy się każdemu człowiekowi. Pomyślał, że czarna limuzyna również, choćby raz na dziesięć lat. Rozmawiał o tym później z mężczyzną siedzącym naprzeciwko niego w przedziale kolejki miejskiej. Tłumaczył nieznajomemu:

– Nie każdy ma tyle pieniędzy, bo państwo u nas niebogate. Wydaje dużo na dzieci i młodzież, choć rządzą w nim siwi jak gołąbki staruszkowie. Takie samochody są im obojętne. Nie dlatego, że mają demencję, ale dlatego, że na wysokich stanowiskach luksusowa limuzyna jest pewna jak gorąca zupa pomidorowa na obiad.

Odc. 18 Oddział Psychiatrii 

Siedząc nad pamiętnikiem Świrus przypomniał sobie hasło, że tylko w domu wariatów można być całkowicie sobą. Także swoją wizytę w takim miejscu. Był tam bardzo krótko, lecz pamiętał wszystkie szczegóły. Powtórzył sobie hasło dwa razy, nie wiedząc dlaczego.

Myśl o szpitalu psychiatrycznym chodziła mu po głowie tak uparcie, że postanowił odwiedzić oddział psychiatrii szpitala, gdzie miał ćwiczenia rehabilitacyjne. Mógł zrobić to już następnego dnia przy okazji wyjazdu do szpitala.

Na miejsce dotarł bez problemów. Oddział psychiatrii znajdował się w niewielkim oddaleniu od innych budynków szpitalnych, w pobliżu parkingu zwanego zielonym, na który skierował go pracownik ochrony. Alfred zdziwił się, bo parking wcale nie był zielony; myślał o sztucznej murawie lub zielonym płocie. Był to zwyczajny plac wysypany żwirem. Nazwa nie pasowała mu do parkingu. To go trochę zgniewało.

Podszedł do budynku, gdzie na ścianie widniała duża tablica „Oddział Psychiatrii”, a tuż obok dwie mniejsze: „Rzecznik praw pacjenta Oddziału Psychiatrii” oraz „Biuro Rzecznika Praw Pacjenta Oddziału Psychiatrii”. Stał przed nimi i zastanawiał się, po co umieszczać na ścianie aż trzy tablice, skoro wystarczyłaby jedna i dlaczego napisano „pacjenta” a nie „pacjentów”. Męczyło go to; jako matematyk zawsze kierował się logiką. Szukając odpowiedzi pomyślał, że musi to być ważny pacjent, skoro ma własnego rzecznika. Po chwili machnął ręką, ponieważ widział nie takie wyjątki od reguł. Przenosząc wzrok obok zauważył uchylone okno. Zastanawiał się dlaczego, bo było jeszcze chłodno. Spekulował, że człowiek, jak ma aak szału, to się poci, a pot ma zapach i dlatego okno jest uchylone.

Wracając z rehabilitacji, Świrus znowu przechodził koło Oddziału Psychiatrii. Okna wydały mu się większe, na parapecie stały doniczki z kwiatami intensywniejszymi w kolorze niż rano. Był to znak, że coś się zmieniło. Miał już odejść kiedy zza uchylonego okna dobiegły krzyki. Właściwie nie krzyki, tylko wrzask. Cały wór wrzasków.

– Uspokój się, kretynie! – zabrzmiał wyrazisty i mocny głos kobiecy. Za chwilę usłyszał świst bata. Zapadła cisza. Świrus wsłuchiwał się, czekając, co będzie dalej. Znowu usłyszał krzyk.

– Coś okropnego – pomyślał. – Jakiś człowiek cierpi.

Znowu usłyszał głos kobiety, tej samej, co poprzednio, i towarzyszący mu świst bata. Jęków, wycia, płaczu czy zawodzenia nie słyszał. To go trochę uspokoiło. Odczuł ulgę.

– Przynajmniej ten człowiek ma opiekę. Lepszą czy gorszą, ale ma.

W szpitalu zapadła cisza.

– Zupełnie jak przed burzą – pomyślał Świrus i popatrzył w niebo. Rzeczywiście chmurzyło się. Miał wrażenie, że zaraz ktoś wyskoczy z okna budynku. Rozejrzał się po ziemi. Zobaczył kamień, podszedł, nachylił się i wziął go do ręki na wszelki wypadek.

– Ludzie cierpiący, krzyczący z bólu, bywają niebezpieczni – pomyślał. – Jak ten ktoś wyskoczy z budynku, będę przygotowany. Najpierw wrzeszczy jak opętany, potem milczy jak głaz na rozdrożu. Może być niebezpieczny.

Dla pewności, aby nie powiększać w sobie niepokoju, Alfred postanowił wyłączyć się, ogłuchnąć jak borowik w ciemnym borze.

Odc. 19 Kobieta w kitlu

Stojąc przed budynkiem z napisem „Oddział Psychiatrii”, Świrus myślał o kobiecie z nahajką. Był pewien, że posługuje się tym narzędziem lub czymś podobnym. Nazwa nie miała znaczenia.

– Czy słusznie postępuje? – zadał sobie pytanie. – Chyba tak – odpowiedział. Jak trzeba komuś przylać, aby się uspokoił, bo cierpi, to trzeba. Na to nie ma rady. Sam Salomon by to zrobił.

– Jaki Salomon?

Przez chwilę nie mógł sobie przypomnieć, o jakiego Salomona chodzi. Szukał w pamięci, ale nic nie odnalazł.

– To ten król od dzbana do nalewania – przypomina sobie w końcu i uspokoił się.

Patrzył w okno i starał się wyobrazić sobie tę kobietę na podstawie jej głosu.

– Wyraźny i donośny – szepnął do siebie, nie odrywając wzroku od okna. – To pewne. – Potem przyszło mu do głowy, zupełnie bez sensu, że patologie się kumulują.

Oddalił się od budynku, jak tylko popatrzył na zegarek. Przypomniał sobie o ćwiczeniach rehabilitacyjnych. Był już prawie spóźniony.

Kiedy wracał dwie godziny później, z budynku Oddziału Psychiatrii wyszła kobieta w białym kitlu. Nie miał wątpliwości, że była to lekarka. Wyszła, rozejrzała się i przeciągnęła się jakoś tak dziwnie. Potem popatrzyła w niebo i zeszła powolnym krokiem ze schodków na wysypany żwirem placyk przed budynkiem. Świrus postanowił ją pozdrowić.

– Dzień dobry, pani doktor. Piękną mamy pogodę.

Chciał być uprzejmy i był. Czuł się z tym dobrze.

Kobieta w białym kitlu odpowiedziała „Dzień dobry”, ledwie muskając go oczami. Alfred pomyślał, że lekarka właściwie to warczy tym swoim wysokim, wyrazistym głosem.

Patrzył na nią z uwagą. Postanowił ją obserwować. Założyła ręce jedną na drugą i zaplotła je wokół swego ciała. Rękawy miała nieco za długie. Wyglądały, jakby fartuch był uszyty na większą osobę. Stała tak i patrzyła nieporadnie w niebo. Świrus domyślił się o co jej chodzi; że znowu będzie musiała użyć swojej nahajki. Postanowił działać. Uznał to za konieczne. Postawił swoją torbę na ziemi, podszedł do kobiety z tyłu i schwycił ją za rękawy. Nie było przy nich tasiemek, ale miał przygotowaną linkę. Wyciągnął ją z kieszeni i związał jej dłonie na plecach. Nie było jej wygodnie. Chyba dlatego zaczęła krzyczeć. To go zdenerwowało, Wyciągnął z kieszeni chusteczkę i zgniótł ją w kłębek, po czym wcisnął jej w usta. Chusteczka była świeżo uprasowana i czysta. Pamiętał o tym, to była kwestia przyzwoitości.

Odc. 20 Spowiedź

Do spowiedzi Alfred chodził rzadko. Spowiadał się kiedyś w dzieciństwie, co najmniej kilka razy. Potem w ogóle już nie chodził. Nie za bardzo wierzył w spowiedź. Ktoś mu powiedział:

– Zachowujesz się tak nienormalnie, że powinieneś się z tego wyspowiadać.

Alfred wahał się. Porozmawiał z przyjaciółmi, aby zorientować się w sytuacji.

– Ludzie wierzący w Boga chodzą do spowiedzi. Dlaczego ty nie miałbyś pójść? To nic nie kosztuje – podpowiedział mu Erazm, jego najlepszy przyjaciel.

To Alfreda zachęciło, jeśli nie przekonało. W końcu zdecydował się pójść. Raczej z ciekawości, niż z potrzeby serca. Także po to, aby porozmawiać z księdzem.

Przed udaniem się do kościoła poczytał trochę na temat spowiedzi. W sumie dowiedział się tak wiele, że umocnił się w pragnieniu wyspowiadania się. Konfesjonał przestał kojarzyć mu się z pożarem; skojarzył się z ulgą. Przy konfesjonale był penitentem. To był nowy wyraz.

Konfesjonał, przy którym się spowiadał kiedyś jako chłopiec, wyglądał w jego wspomnieniu ja pudełko zapałek. Ten, który zobaczył, przypominał masywną trzydrzwiową szafę gdańską wbudowaną między dwa wystające fragmenty ściany bocznej kościoła. Czarny kolor drewna rozjaśniały u góry złocenia przypominające kute, metalowe klamki i klamry. Na samym szczycie konfesjonału stały dwie figury. Alfred dostrzegł w nich duże ciemne ślimaki trzymające w podniesionych otworach gębowych coś w rodzaju wybrzuszonego rogala. Zanim podszedł do konfesjonału obserwował kto do niego wejdzie. Chciał wiedzieć, u kogo będzie się spowiadać.

Ksiądz zwrócił się do niego szeptem. Alfred zastanawiał się, dlaczego mówi tak cicho.

– Prawie księdza nie rozumiem.

Po uzyskaniu wyjaśnienia, że chodzi o tajemnicę spowiedzi, żeby nikt nie podsłuchał, Alfred upewnił się, że spowiednik nikomu nie powie, o czym rozmawiają.

– To dla mnie ważne. Jestem człowiekiem wrażliwym i nie zniósłbym, gdyby ktoś mi potem powtarzał, co mówiłem księdzu.

Uzyskał zapewnienie, że nikt oprócz pana Boga nie dowie się, o czym rozmawiali. To go uspokoiło. Wyrwał się jednak z komentarzem, uznając, że będzie on w dobrym tonie.

– Bóg jest tak daleko, że na pewno nie usłyszy. Chyba, że podsłuchuje.

Ksiądz milczał chwilę, zanim odpowiedział. Jego głos był silniejszy, brzmiał sucho i uroczyście.

– Przystąpmy do spowiedzi. Słucham cię, synu.

W pierwszym momencie Alfred chciał zaprotestować i zapytać, dlaczego ksiądz zwraca się do niego przez „synu”, ale zrezygnował. Przypomniał sobie, że była to standardowa formuła w ustach księży. Podobnie jak „Dzień dobry” czy „Do widzenia”.

Zastanawiał się, od czego zacząć. Pomyślał, że to wspaniała okazja, aby przedstawić księdzu teorię świrowania i wyjaśnić dlaczego jest ono ważne.

– To mechanizm dostosowawczy – zaczął od deklaracji. – Najważniejsza w życiu, proszę księdza, jest zdolność radzenia sobie. Czy ksiądz zgodzi się ze mną?

– Nie wiem, co mam odpowiedzieć, ponieważ nie rozumiem, o co ci chodzi, synu. Proszę wyłożyć mi swój pogląd na ten temat, oby tylko krótko.

– U mnie dostosowanie się poszło drogą świrowania. Świrusem zostałem z własnego wyboru. Chodzi o to, że dzisiaj i w dającej się przewidzieć przyszłości sukcesy będą osiągać tylko ci, co umieją rozumieć innych ludzi, a także pozorować, kamuflować się i udawać, a nawet wyrzec się swoich ideałów, kiedy pojawi się zagrożenie.

– Jakie ideały masz na myśli, synu? – przerwał duchowny. Ton jego głosu wskazywał na zainteresowanie.

– Prawda, rzetelność, spolegliwość. Pytania o te wartości powtarzałem sobie tyle razy obserwując ludzi sukcesu, że w końcu znalazłem odpowiedź. Chodzi o świrowanie, nie jakieś tam chamskie, ale inteligentne zachowanie się. Znaczy się, udawanie, że jest się mądrzejszym niż sądzi nasze otoczenie, że lubi się i szanuje ludzi, kiedy w istocie ich się nie toleruje, udawanie, że jest się uczciwym, kiedy po cichu, przemyślnie i często nieuczciwie zdobywa się intratne stanowisko, aby zarabiać duże pieniądze.

Odc. 21 Papiery

Spowiedź umocniła Alfreda w przekonaniu, że kroczy słuszną i niezawodną drogą. Swoje wrażenia zapisał wieczorem w prywatnej kronice zdarzeń.

– Świrowanie to droga ku szczęściu. Jestem o tym przekonany. Wszystko idzie mi bardzo dobrze. Do czego się nie zabiorę, udaje mi się. Spowiedź mnie w tym umocniła. Ponieważ mam trzydzieści osiem lat, mam prawo nazywać siebie dojrzałym świrusem. To określenie dobrze mi się kojarzy. Jest w nim coś wdzięcznego i stymulującego. Mój spowiednik powiedział mi, że to niedobry wyraz. Że jeśli muszę już go używać, to powinienem zastąpić go innym określeniem. Zapytałem jakim? Odpowiedział, że może to być cudak, ekscentryk lub dziwak. Zastanawiam się nad tym. Może to zrobię?

Kiedy Alfred myślał o tym, przypomniały mu się liście wielkiego jesionu rosnącego koło domu, w którym mieszkało sześć rodzin. Będąc jeszcze dzieckiem, grabił te liście, przy okazji wybierał ciekawsze do swojej kolekcji. Były zmiętoszone i zbrązowiale. Niektóre jakby pogryzione szybko pękały i rozpadały się.

Wrócił pamięcią do rzeczywistości. W ciągu dnia zachowywał czujność. Wokół siebie widział dużo ludzi, wyglądali normalnie. Obserwował ich. Krzątali się, dzień i noc mieli zajęte aż po brzegi. Kiedy ich pytał, odpowiadali mu, że dobrze się z tym czują. Nie wierzył im; dla niego nie byli normalni.

Wieczorem notował sobie ważniejsze wydarzenia w pamiętniku.

– Sąsiedzi to co innego. Mam miłych sąsiadów. On jest wysoki, ona niska. Kiedy ich zobaczyłem pierwszy raz, wydawało mi się, że jest odwrotnie, bo ona miała pantofle na wysokich obcasach. Później takich już nie nosiła. Jestem pewien, że mąż zwrócił jej na to uwagę, bo była od niego wyższa. Który mężczyzna to lubi? Ja na przykład nie.

Sąsiedzi mieli dwie córki, obydwie bardzo zgrabne. Alfred myślał o nich często. Chętnie by je podpatrywał przez lornetkę, jeśli tylko byłoby to możliwe, ale nie miał gdzie i kiedy. Dziewczyny miały żywe usposobienia. Alfred myślał, że mogłoby to im się podobać. Spotykał je przy windzie. Jedna przyszła kiedyś sama prowadząc na smyczy ratlerka. Miał srebrną obróżkę i był maciupci jak naparstek w rozmiarze XXL. Zamienił z nią wtedy kilka słów. Chciał jej powiedzieć o świrowaniu i korzyściach radzenia sobie w życiu. Byli już w windzie, kiedy zrozumiał, że ona już to wie. Powiedziały mu to jej oczy, pewne siebie, zdecydowane, lustrujące. Czuł, że powinien się zmieszać, ale postanowił nie ulegać słabości, nie poddawać się. Nie zmieszał się i nie ukorzył. Było to możliwe tylko dlatego, że był świrusem.

Przypomniał sobie lekarkę z Oddziału Psychiatrii. Zmarła, zwyczajnie udusiła się. Nie zamierzał tego zrobić, tak po prostu wyszło. Od tego czasu nawiedzała go myśl o żółtych papierach. Na początku traktował to jak rozrywkę. Bawiło go to. Potem zaczął myśleć o znaczeniu i symbolice koloru żółtego. Kojarzył mu się ze słońcem przesuwającym się regularnie po niebie, jego stanowczością i niezawodnością. Wieczorem znowu myślał o żółtych papierach. Dawałyby one pewne przywileje. Nie było to bez znaczenia, jak sobie spekulował.

Włączył komputer i zapisał w pamiętniku tylko trzy krótkie zdania.

– Jestem nastawiony pozytywnie. Jak tylko otrzymam certyfikat, od razu sobie wydrukuję. W domu mam żółty papier.

Zatrzymał się nad tym zdaniem; ogarnęły go wątpliwości. Posiadanie takiego certyfikatu byłoby nienormalne. Nie był przecież wariatem i żadnych papierów nie potrzebował. Przypomniał sobie, że kiedyś sam wystawiał certyfikat. Było to dawno. Jego żona zatrudniła wtedy kucharkę, na próbę. Tak bardzo ją polubiła, że poprosiła Alfreda, aby wystawił jej certyfikat. Napisał w nim, że ma ona najwyższe kwalifikacje kucharskie, ponieważ skończyła zaawansowany kurs gotowania i uzyskała kwalifikacje „chef de cuisine”. Miał ten dokument w komputerze.

Pisanie na komputerze szło mu całkiem dobrze. Robiłby to częściej, ale bał się, że zgarbacieje. Tak mu powiedział doktor rehabilitant. Alfred jechał właśnie do jego gabinetu na zabiegi, kiedy zobaczył tablice z napisem Oddział Psychiatrii. Zastanowił się, czy zapisał to w pamiętniku. Kontynuował notowanie.

Jeśli pisałem, że było inaczej, to się omyliłem. Czasem o tym zapominam. Nie mogę tego zrozumieć, dlaczego tak łatwo zapominam niektóre rzeczy. Nie rozumiem sam siebie. Jeśli nie mogę zrozumieć samego siebie, to kto mnie rozumie? Nawet mój własny brat mówi, że często mnie nie rozumie. Nie tylko on zresztą. Mnie samemu wydaje się niekiedy, że jestem dziwny. Patrzę wtedy w lustro. Coś mnie nachodzi i rozbieram się. Najpierw zdejmuję czapkę, potem rękawiczki, potem szalik, potem stopniowo całą górę, w końcu cały dół. Wyliczam to bardzo dokładnie dlatego, że posługuję się językiem matematyki. Ktoś mógłby zapytać, skąd go znam. Jestem matematykiem i jestem z tego dumny. Nie zrobiłem od razu całych studiów, tylko połowę, dochodząc do licencjatu. Przerwałem, bo zainteresowała mnie astronomia. Ale tylko na dwa semestry. Wróciłem do matematyki i uzyskałem tytuł magistra. Świrus to moje ulubione powiedzenie. Piszę je na kartce i przyczepiam je do … Chciałem powiedzieć do stanika. To przejęzyczenie. Takie rzeczy zdarzają się chyba każdemu. Najgorsze jest to, że ja wpadam wtedy we wściekłość. Wybucham jak nienormalny. Potem się uspokajam. Taki już jestem. Spokojny i burzliwy, radosny i smutny. Ktoś mi mówił, że jestem binarny. Albo zero, albo jedynka. Potem przeczytałem, że nie binarny tylko bipolarny. Lubię obydwa słowa.

Odc. 22 Apteka

W miarę rozszerzania się epidemii życie społeczne komplikowało się. Dla niektórych grup obywateli stawało się wprost nie do zniesienia. Ludzie zachowywali się w sposób coraz trudniejszy do przewidzenia, częściej popełniając też samobójstwa. Pojawiły się różne teorie wyjaśniające ten stan rzeczy. Alfred przestał mieć wątpliwości, że sprawa epidemii jest czystym przypadkiem działania natury. Teorie konspiracyjne wyrastały jak grzyby po deszczu, każda następna coraz solidniej uzasadniona. Sam też opracował teorię, do której stworzył wielowariantowy model matematyczny. To dawało mu przewagę nad konkurentami. Pracował nad nią nieprzerwanie, doceniając konieczność skuteczniejszego przewidywania przyszłości.

Już pierwsze próby modelowania przyszłości wskazywały, że pogłębiająca się epidemia będzie przynosić coraz tragiczniejsze skutki. Wniosek mógł być tylko jeden; apteka stała się instytucją społeczną, bez której społeczeństwo nie będzie w stanie przetrwać. Piekarnia i wędliniarnia siłą rzeczy zeszły na plan dalszy. Ich rola społeczna zmalała w jego ocenie.

Alfred skoncentrował się na aptece, z której usług korzystał najczęściej. Była to Apteka Panorama, jego ulubione miejsce zaopatrzenia w leki. O nowej roli apteki, wynikającej przede wszystkim z jego modelowania matematycznego, poinformował od razu kierowniczkę i personel. Uważał, że cała załoga bez wyjątku powinna być świadoma, że reprezentuje coś znacznie więcej niż tylko punkt dystrybucji leków.

– Apteka stała się w dobie gwałtownych zmian i zagrożeń życia centralną instytucją społeczną. Jest rodzajem Sevres pod Paryżem, gdzie znajduje się wzorcowa miara systemu metrycznego, wzór wszystkich miar długości, bez względu na szerokość geograficzną i ustrój polityczny. W najbliższej przyszłości apteka będzie łączyć skład i punkt dystrybucji leków z kulturą i edukacją. Ostatecznie stanie się oazą postępu i ostoją równowagi psychicznej i moralności społecznej. Będę z paniami współpracować, aby rola tej apteki rosła i nikt nie miał wątpliwości, że to tutaj decydować się będą losy lokalnej społeczności i obywateli.

Wyobraźnię Alfreda, oprócz wyników modelowania matematycznego, rozpaliło drobne z pozoru wydarzenie. Kilka dni wcześniej, było bardzo gorąco, Alfred poczuł się tak słabo, ze farmaceutka wydająca mu przepisane lekarstwo, wydała mu przez omyłkę opakowanie z trucizną, którą przyjął w przekonaniu, że bierze właściwy lek. Natychmiast poczuł, że zapada się w ciemność jakby zjeżdżał szybkobieżną windą w kopalni węgla kamiennego. Nic się oczywiście nie stało, ponieważ kobiety zauważyły jego stan i od razu podjęły akcję ratunkową podając mu odtrutkę. Obudził się na krześle na środku apteki z buteleczką „Carbo medicinalis” w ręce.

To niezwykłe przeżycie rozpaliło jego wyobraźnię. Od tej pory, ilekroć przychodził do apteki, doznawał niezwykłych przeżyć. Cieszył się nimi. Były mu one potrzebne, gdyż od czasu odejścia ze szkoły jego życie marniało szybciej niż niepodlewana róża. Podkreślił to przy kolejnej wizycie, aby ostatecznie rozwiać niepokój farmaceutek co do minionego zdarzenia.

– Apteka pań stała się dla mnie równie ważna jak zielona oaza dla arabskiego nomady i jego wielbłąda, spragnionych wody, pożywienia, chłodu i wypoczynku. Potrzebuję więcej przestrzeni i szerszego oddechu i to właśnie tutaj znajduję.

Piekarnię i wędliniarnię uznał Alfred za miejsca ważne i niezbędne, aby nie doznać głodu i odprężyć się erotycznie, a nawet przetestować granice wyuzdania w egzotycznych warunkach. Nie sprzyjały one jednak rozwojowi intelektualnemu, duchowemu i moralnemu w warunkach zagrożenia epidemiologicznego.

Następnym razem, kiedy zjawił się w aptece, wydała mu się ona świątynią zadumy i poważnych rozważań. Panowała w niej atmosfera wieczornego słońca. Skąpana w jasności apteka wyglądała tak rewelacyjnie, że nazwał ją filmowym imieniem „Bulwaru Zachodzącego Słońca”. Kiedy zaproponował paniom zmianę jej nazwy na bardziej ambitną i wymowną reklamowo, nic nie odpowiedziały. Zrozumiał, że zaskoczył je swoją propozycją i muszą ją przemyśleć zanim wyrażą opinię. Zgodziły się natomiast bez zastrzeżeń, że apteka jest miejscem powagi, gdzie rozstrzygają się sprawy życia i śmierci.

Alfred dodał do tego: „ a w przyszłości będą także decydować się sprawy rozwoju intelektualnego i duchowego”. Jego słowa nie wywołały pozytywnej reakcji, tak jak oczekiwał.

W piątek, przed długim weekendem wolnym od pracy, pod koniec godzin urzędowania apteki, Alfred przyniósł kilka ciastek z pobliskiej cukierni.

– Proszę się częstować. Ciastka są wyśmienite, szczególnie te tortowe. Wiem to z własnego doświadczenia i opinii znajomych.

Kobiety wahały się. Alfred postanowił przełamać ich niezdecydowanie, przemawiając z ostrożną zachętą, aby nie przesadzić.

– Proszę tylko spróbować. Choćby jeden gryz. To naprawdę niewiele.

Dobierając dalsze słowa zachęty Alfred użył zdrobnień, które zbyt późno uznał za przesadne. Zaproszenie zabrzmiało jak rozmowa z małymi dziećmi. Było w nim pragnienie sprawienia przyjemności także sobie. Chciał ujrzeć uśmiech na twarzach osób obdarowanych wyraz zadowolenia i wdzięczności. Od dłuższego już czasu myślał o aptekarkach z troską i niepokojem.

Odc. 23 Stres

Od kilku miesięcy wirus ulegał niebezpiecznym mutacjom. Towarzyszyły mu pozornie niezbyt groźne przypadłości i choroby, grypa azjatycka, przeziębienia, zapalenia płuc, także dziwne zatrucia pokarmowe. Ograniczenia poruszania się w miejscach publicznych zwiększały ryzyko cukrzycy i otyłości. Szpitale zakaźne wypełniały się pacjentami. W niejednym brakowało maseczek, przyłbic na twarz lub rękawiczek ochronnych.

Alfred uznał, że jego świętym obowiązkiem w tym trudnym czasie jest pomagać personelowi apteki redukować stres. Pomysł jaki przyszedł mu do głowy, to słodycze, poprawiające nastrój. Kiedy zaproponował, że przyniesie ciastka zauważył niepewność oczach kierowniczki apteki, lecz nie rozumiał dlaczego.

– Nikt nam nie oferuje ciastek. To mogłoby wyglądać jak przekupstwo – wyjaśniła, poważnie patrząc mu w oczy.

– Proszę nie żartować! – zaoponował. – Nie można nikogo przekupić ciastkiem. To nierealne, przynajmniej u nas. Może jakiegoś biedaka, który nie jadł od trzech dni. Ale musielibyśmy żyć w Indiach, a nie w … Przecież panie mnie znają i wiedzą, że kieruję się sercem a nie podstępną chęcią zdobycia zaufania w niejasnych celach

Postanowił pracować nad złagodzeniem stosunku personelu apteki do niewinnych propozycji klientów. Zrozumiał, że musi zreformować uczucia i poglądy wszystkich pań pracujących w aptece. Zamierzał w tym celu oferować drobne, gustowne lecz niekosztowne upominki. Mógłby to być pojedynczy kwiat lub bukiecik niezapominajek, które sam uwielbiał, ewentualnie drobny kosmetyk. Wymagało to zbadania gruntu, zrozumienia pragnień i wrażliwości kobiet.

Starał się być uczynny w sposób naturalny, nie narzucający się, gdyż sam nie znosił zachowań, kiedy pod pozorem uprzejmości mężczyzna ukrywa skryte intencje. Mimo ograniczonego doświadczenia z kobietami – był żonaty tylko dwa razy, w dodatku niezbyt udanie – rozumiał znaczenie prostych i szczerych propozycji. Przy pierwszej okazji złożył ofertę:

– Idę zrobić zakupy. Może panie czegoś potrzebują?

Mimo jego starań, aptekarki odmawiały przyjęcia nawet skromnej pomocy, pod jakimkolwiek wymyślonym pozorem. Raz jednak, kiedy ponowił propozycję, starając się zachować takt i umiar, Zuzanna, drobna czarnula z włosami upiętymi w zgrabny kok, zgodziła się. Chodziło o drobiazg, serek homogenizowany „Wiosenny” oraz butelkę wody mineralnej „Duszna Góra”. Alfred uznał to za pierwszy przyczółek do nawiązania bardziej intymnej współpracy.

Odc. 24 Kultura

Nadeszła pełnia lata, gorąca i sucha. Trudno było oddychać. Ludzie przestali poruszać się po mieście. Na wszystkich padł blady strach. Wirus przeszedł kolejną mutację, nabył dodatkowe bardzo przyczepne czułki,  zwane organellami, i stał się naprawdę zjadliwy. Nastąpiły masowe zachorowania, szpitale nie były w stanie przyjmować więcej pacjentów. Alfred, a także nauczyciele – wiedział to, ponieważ często rozmawiał telefonicznie z nauczycielką filozofii i logiki – jeśli gdzieś wychodzili to do najbliższego sklepu oraz do apteki. On sam chodził tam częściej niż zawsze, czasem nawet dwukrotnie w ciągu dnia, aby odebrać zamówione leki. Mało rozmawiał z ludźmi, ale wszyscy mieli te same obawy. Zamykali się w domach jak w warowniach. Świat się skurczył, przede wszystkim rozrywki. 

Dojazdy do pracy traktowano jak rosyjską ruletkę.

– Nigdy nie wiesz, czy nie zarazisz się wirusem. W autobusach i tramwajach aż ciemno jest od niego, tyle ludzi jeździ środkami masowej komunikacji. Wskutek redukcji uposażeń, mało kto ma dziś pieniądze na benzynę – Alfred podsłuchał tn fragment rozmowy stojąc w kolejce przed apteką.

Znikły imprezy kulturalne. Koncerty muzyczne i wokalne, opera, spektakle teatralne, śpiewy chóralne i wystawy przeniosły się do radia, telewizji i Internetu. Elektroniczne media stały się schronieniem dla kultury. Czasem jakiś zespół wystąpił gdzieś na podwórku lub placu, ale i to się skończyło, bo okazało się zbyt niebezpieczne. Alfredowi najbardziej brakowało galerii malarskich. Cierpiał z tego powodu; był fanem malarstwa.

Wracając wieczorem z apteki, Alfred wspominał, jak przyjemne jest to miejsce: klimatyzacja, spokój, dużo przestrzeni, ludzi jak na lekarstwo, uprzejma obsługa. Idealizował aptekę. Oddychał w niej pełną piersią, czując zapach ziół i niezwykłą woń różnych mikstur medycznych. Patrząc na ściany ozdobione wywieszkami i plakatami, wyobraził sobie obrazy olejne w drewnianych ramach przedstawiające trzy farmaceutki pracujące za ladą. 

To nasunęło mu myśl stworzenia w aptece galerii malarstwa. Myślał o Luwrze, jako o wzorze. Luwr zwiedzał dwa razy, kilkanaście lat wcześniej. Zamarzył, aby apteka stała się kultowym miejscem kultury, na co w pełni zasługiwała. W domu Alfred odświeżył sobie pamięć odbywając po Luwrze zdalną wycieczkę z przewodnikiem. To go umocniło w przekonaniu, że idea jest jak najbardziej słuszna. Zapalił się do niej.

Odc. 25 Galeria sztuki 

W domu Alfred stworzył plan kulturowego rozwoju apteki. Przy najbliższej okazji przedstawił go Zuzannie, kierowniczce apteki. Od pierwszego spotkania wiązał z nią poważne nadzieje. Były one tak intymne, że krępował się myśleć o nich z obawy, aby czegoś nie zepsuć. Miał w pamięci dwa nieudane małżeństwa i to rujnowało mu radość myślenia o kobiecie.

Zuzanna obiecała przedstawić plan z personelowi. Następnego dnia zadzwoniła, że plan został przyjęty.

– Koleżanki powiedziały mi, że od dawna o czymś takim myślały. W warunkach poważnych zagrożeń zdrowia publicznego potrzebne jest szersze widzenie zadań apteki. To znaczy, musimy zajmować się nie tylko zdrowiem w sensie fizycznym, ale i rozwijać kondycję intelektualną i psychiczną społeczeństwa. Z tą kondycją jest niestety coraz gorzej. Ludzie cofają się w rozwoju. Rozpaczliwie potrzebują stymulacji duchowej. To ważne pole naszego działania.

Alfred zachwycił się podejściem Zuzanny. Jej rzeczowość i bezpośredniość uprościły sprawę. Od razu podjął odpowiednie kroki. Przy każdej wizycie omawiał z paniami z apteki działania niezbędne dla realizacji planu. Wymieniali się wtedy pomysłami i wzajemnie przekonywali. Sztuka malarska, a w szerszym sensie kultura, stały się jego namiętnością. Tak bardzo go to wciągnęło, że zastanawiał się nawet, czy nie zrodzi to zagrożeń dla zespołu. Bał się zbudować piramidę oczekiwań, która pod wpływem trudniejszych wydarzeń mogłaby rozsypać się, grzebiąc w gruzach nadzieje coraz bardziej zwartego zespołu.

Czekając w aptece na podejście do okienka, Alfred obserwował farmaceutki. Lubił je wszystkie, wpadły mu w oko już przy pierwszej wizycie. Zachwycała go ich świeżość i naturalność zachowań, cechy, które cenił u kobiet oraz łagodność, którą cenił najwyżej. Aptekarki uporządkował sobie według wzrostu. Był to najprostszy zabieg matematyczny, nawyk wynikający z nauczania matematyki.

Z lewej strony stanęła Zuzanna, kierowniczka apteki, najbardziej postawna z całej trójki. Nadał jej ksywę „Zuzi”; w nowym imieniu słyszał dźwięk harfy i czuł dawkę egzotyki. Druga wedle wzrostu była Aldona. Po namyśle nadał jej ksywę Smukła. Przypadło jej miejsce środkowe. Trzecia była Alti, istota o dużych ciemnych oczach. Nazwał ją Drobną Czarnulą. Co do tej ksywy miał najmniej wątpliwości. Była jej przeznaczona. Stojąc na końcu szeregu Alti nie wydała mu się niższa od koleżanek.

Ogarnął je wszystkie wzrokiem i zawstydził się. Było to właściwie zażenowanie, że wcześniej nie nazwał je Aptekareczkami. Poczuł się niezręcznie. Ekspedientki w piekarni nazwał Piekareczkami, a personelowi apteki, osobom o nieprzeciętnej wiedzy o człowieku i zdrowiu, od razu nie przyznał należnego im ciepłego imienia. Była to jego ulubiona forma zdrobnienia.

Kobiety przypominały modelki pozujące artyście-malarzowi. Alfred poczuł szybsze bicie serca i pomyślał, że powinny się rozebrać do naga jak przysłowiowa kura do rosołu. Myśl wydała mu się bezwstydna, szybko ją odrzucił. Nie była też do przyjęcia z uwagi na konserwatyzm klientów apteki. Formułował swoje myśli.

– Niektórzy klienci straciliby chęć przychodzenia tutaj, uznając to za miejsce stworzone na ich utracenie. Tak z pewnością myślałyby kobiety wysyłające do apteki swoich mężów.

Nie przeszkodziło to mimowolnemu, nie wiedział nawet kiedy to nastąpiło, rozebraniu Aptekareczek. Ich nagość zachwyciła jego artystyczną duszę. Wszystkie miały karnację o różnych odcieniach słonecznego aksamitu. Najciemniejszą miała Drobna Czarnula. Przypominała Hiszpankę z południa kraju, gdzie najsilniej operuje słońce. Alfred poczuł się jak rozpieszczany przez los młody malarz portrecista.

Odc. 26 Kompozycje

Wracając do rzeczywistości, Alfred wzrokowo ustawił aptekarki na tle ściany apteki. Za kontuarem widoczne były tylko ich ramiona, piersi i głowy. Wyobrażał sobie różne ich konfiguracje. Poszukiwał najbardziej wymownej, uwzględniając kolor, tło, oświetlenie, zróżnicowanie postaci oraz perspektywę klienta. Postanowił kontynuować te testy przy kolejnych wizytach w aptece.

Zamierzał przekonać Aptekareczki, aby przychodziły do pracy w bardziej atrakcyjnych ubiorach, podkreślających ich niepoślednią urodę.

– Chciałbym, abyście pozowały w nich artyście, który namaluje obrazy olejne dla naszej galerii aptecznej.  

Sugestię tę skierował do Zuzi, kiedy znalazł się naprzeciw niej przy okienku.

– Dlaczego olejnych? – zapytała, unosząc w górę twarz osłoniętą przyłbicą.

Alfred poczuł zapach perfum zmieszany z wonią alkoholu salicylowego, którym odkażała ręce.

– To utrwalona wieloletnią tradycją technika malarska, pozwalająca na wydobycie i utrwalenie całego piękna postaci.

Apteka Panorama w roli promotora kultury w okresie epidemii stała się dla Alfreda wyzwaniem.

– Placówki kultury nie da się zbudować od ręki. To nie jest żadne hula hop ani hip-hop -tłumaczył Erazmowi, z którym konsultował ważniejsze pomysły i przedsięwzięcia. 

Działał systematycznie i konsekwentnie. Galerię można było stworzyć tylko drogą stopniowych zmian w rozumieniu roli apteki w okresie zagrożenia wirusem. Częstsze wizyty Alfreda w aptece stały się koniecznością. Aby wypadło to naturalnie, Alfred wymyślał nowe uzasadnienia swoich wizyt. Na początku przyjął zasadę kupować mało i często. Środki dezynfekujące, maseczki i rękawiczki ochronne kupował nie więcej niż dwie sztuki jednorazowo. Wymawiał się, że nie może kupić więcej, ponieważ zapomina zabierać kartę bankową, a nie nosi przy sobie większej ilości gotówki. Były też inne uzasadnienia. A to zapomniał kupić tabletki na ból głowy, a to przyjaciel skaleczył się i pilnie potrzebował środka dezynfekującego, a to sąsiadka prosiła go o zasypkę dla wnuczka.

Przed każdą wizytą w aptece, robił sobie notatki. Studiował je w drodze do apteki przygotowując się do rozmów z Aptekareczkami. Stało się to jego pasją do tego stopnia, że zastanawiał się, czy przypadkiem swoją gorliwością nie wywoła nadmiernego niepokoju u pań z apteki. Bał się stworzenia piramidy oczekiwań, która pod wpływem jakiegoś niekorzystnego obrotu spraw mogłaby rozsypać się grzebiąc w gruzach jego wielkie nadzieje.

Na jego oczach rodził się zespół osób darzących się zaufaniem. Miało to kapitalne znaczenie dla pracy w warunkach konspiracji, gdyby zaszła taka potrzeba. Wiele wskazywało, że jest to możliwe. Telewizja od pewnego czasu informowała, że zagrożenie wirusem nie zmalało lecz urosło a kraj ogarnęła pandemia. Rząd stosował coraz silniejsze środki kontroli epidemiologicznej. Media wciąż tworzyły nowe scenariusze rozwoju wydarzeń. Jednym z nich było pojawienie się władzy autorytarnej.

– Dla kontroli zachowań społecznych w warunkach zagrożenia każda władza wykazuje skłonność do autorytaryzmu. Inaczej mówiąc, bierze społeczeństwo za mordę, aby się nie się rozbrykało w niewłaściwym kierunku. Właśnie tak. I to nie jest żart – tę prowokacyjną myśl podsunął Alfredowi kolega dziennikarz.

Alfred liczył się z wprowadzeniem stanu wyjątkowego a nawet przejęcia władzy przez wojsko. Budując zaufanie, zmierzał podświadomie w kierunku konspiracji, gdyby ten scenariusz okazał się prawdziwy. Zdolność konspiracji zamierzał osiągnąć zacieśniając więzy osobiste z Aptekareczkami. Myślał politycznie; od czegoś trzeba było zacząć.

Odc. 27 Ksywa 

Szczepienia ochronne stały się przedmiotem teorii konspiracji. Przypisywano im diaboliczne role. Pojawiły się opinie, że prowadzą do autyzmu, zmniejszają odporność na antybiotyki, powiększają obciążenia genetyczne i wpływ zanieczyszczeń powietrza na organizm. Alfred postanowił to wykorzystać. Zapytał dyżurną farmaceutkę, Serenę, o szczepienia przeciwko grypie i pneumokokom.

– Nie są one obowiązkowe, ale pożądane. Lekarze uważają je wręcz za konieczne.

Farmaceutka, umiarkowana brzydula, czasowo zastępująca Drobną Czarnulę, była krytyczna na temat rodziców, odmawiających szczepienia swoich dzieci.

– Takich ludzi należałoby wytruć. Sama bym to zrobiła, gdybym nie była aptekarką. Moją misją niestety jest nieść pomoc, a nie zabijać.

Alfred nie zareagował na jej nietypowy pogląd. Miał w tym cel; chciał przekonać aptekarkę do swoich planów.

Konspirację budował spokojnie, systematycznie i tak umiejętnie, że pewnego dnia farmaceutki uznały, że to one wystąpiły z tym pomysłem. Było mu to na rękę. Cieszył się, że znalazły się po jego stronie.

Plan rozwoju konspiracji wyłożył, jak zwykle, najpierw Erazmowi, a następnie przedstawił Zuzi.

– W razie zagrożenia kontaktujemy się potajemnie. Wrażliwe informacje i materiały przekazujemy sobie w opakowaniach leków. Wyglądałoby to tak: Przychodzę i coś kupuję, i jeśli panie w aptece mają mi do przekazania jakieś poufne informacje umieszczają je w opakowaniu leku. Z drugiej strony, jeśli to ja miałbym coś do przekazania, wkładam to do opakowania przeterminowanego leku i wrzucam do pojemnika z lekami do utylizacji. Przesyłka byłaby oznaczona. Nie musi to być nic skomplikowanego, na przykład znak „x” w lewym górnym rogu strony głównej opakowania. Nawet w pełnym świetle dnia z kilkoma klientami w aptece, nikt nie będzie w stanie niczego zauważyć. Sygnał, że mam coś do przekazania dawałbym wkładając okulary w złotej oprawce zawieszone na bordowym rzemyku.

Informacje o rozwoju kultury malarskiej w aptece i inne posunięcia powoli tworzyły wokół Alfreda atmosferę niezwykłości, a nawet tajemniczości. Widział siebie coraz wyraźniej w roli celebryty. Wyobrażał sobie, jak różne osoby i instytucje zwracają się do niego z prośbą, aby wypowiedział się publicznie w ważnej sprawie, udzielił wywiadu lub sponsorował akcję dobroczynną. Czuł, jak przechodzi z bezimiennej masy obywateli do kręgu łatwo rozpoznawanych i szanowanych.

W związku z postępującym awansem społecznym, Alfred zdecydował się porzucić pseudonim Świrus. Przed podjęciem ostatecznej decyzji, skonsultował plan z Erazmem. Czuł się z nim bezpiecznie, był gotów powierzyć mu najskrytszą tajemnicę. Przyjaciel był przewidywalny. Alfred mógł się spodziewać od niego tylko pochwały, jeśli plan był dobry, lub wyrozumiałości i pomocy, jeśli był wadliwy.

– Ksywa Świrus przylgnęła do mnie jak pijawka. Teraz, kiedy sięgam wyższych kręgów społecznych, budzi coraz więcej niedobrych skojarzeń. Zebrałem opinie czterech znanych osobistości: intelektualisty, lekarza, wyższego urzędnika państwowego oraz pewnego arystokraty. Ufam tym ludziom, wiem też, że świat ceni ich opinie. I co się okazało? Świrus kojarzy im się głównie z chorobą psychiczną, przytułkiem dla obłąkanych, szaleństwem, a nawet zboczeniami!

Alfred rozważał jeszcze ksywę Szajbus, bliską Świrusowi. Erazm odrzucił ją bez wahania, rozpoznając w niej przezwisko.

– Ta ksywa brzmi zbyt ciężko. Kojarzy się z żelazną sztabą, jaką rzucają między sobą napakowane sterydami osiłki, w celu jednoczesnego ćwiczenia siły i refleksu. Ta niby zabawka jest niezwykle niebezpieczna. Gdyby upadła takiemu kulturyście na głowę, nawet chronioną kaskiem, natychmiast zrobiłaby z niego kalekę. W przypadku uderzenia w głowę nieuzbrojoną w kask ochronny, zaprowadziłaby nieszczęśnika prosto na cmentarz.

Sytuacja Alfreda była oczywista: potrzebował pseudonimu odpowiadającego jego rosnącej pozycji społecznej. Nowy pseudonim powinien budzić podziw i respekt. Myślał nad tym w nocy. Ksywa „Ekscentryk” przyszła mu do głowy dopiero nad ranem. Od razu mu się spodobała. Alfred od razu usiadł do biurka z czystą kartką w ręku. Spisał na niej, nie bez wahania, czym będzie się kierować będąc już uznanym ekscentrykiem: być w ofensywie, zaskakiwać ludzi, nie bać się ośmieszenia, zachowywać się dojrzale a równocześnie spontanicznie, być człowiekiem niezależnym, kierować się w wyższym stopniu intuicją, w ekstremalnych sytuacjach być nieobliczalnym człowiekiem. Dla nadania pełnej powagi postanowieniu, przypieczętował je krwią. Nakłuł sobie palec i wycisnął z niego kroplę krwi. Zanurzywszy w niej końcówkę naostrzonego ołówka, podpisał się pod dokumentem. Poczuł wzniosłość chwili. Chciał podzielić się tym uczuciem z Erazmem, nie była to jednak stosowna pora. Zbliżała się godzina czwarta rano.

Odc. 28 Przemiany

Buszując po Internecie, Alfred natknął się na nowelę „Doktor Jekyll i pan Hyde” Roberta Stevensona. Słyszał o niej wcześniej, była przełomem w literaturze kryminalnej. Zafascynowała go niezwykła osobowość głównego bohatera; odpowiadał Alfredowi duchowo. Stał się dla niego symbolem i wzorcem. Myślał o nim przez pół nocy. Była to bardzo pozytywna rozrywka umysłowa. Bardzo mu jej brakowało od czasu, jak przestał uczyć w szkole. Czuł, że ta podwójna osobowość, zachowująca się inaczej w dzień i inaczej w nocy, będzie dobrze służyć jego celom.

Po obiedzie Alfreda męczył niezwykły ból głowy. Jego przyczyną mógł być posiłek zamówiony w pobliskiej restauracji. Było to właściwie jedno danie z dużą ilością duszonych grzybów. Alfred przyjął podwójną dawkę środka przeciwbólowego, potem co cztery godziny brał już normalną, rekomendowana ilość. Niewiele mu to pomogło. Kiedy kładł się spać dwie godziny przed północą, czuł się nadal źle. Była to niespokojna noc; mimo złego samopoczucie nic mu się nie śniło. Trochę tego żałował, ponieważ nie jeden raz czerpał ze snu dobre pomysły.

Rano zadzwonił do Erazma.

– A może po prostu nie zapamiętałeś snu? – Erazm usiłował oderwać przyjaciela od złych myśli.

– Stara się mnie pocieszyć. To jedyny człowiek życzliwie myślący o mnie – skwitował Alfred.

Rozmowa dobrze na niego podziałała, wkrótce uspokoił się. Siedział w fotelu, ciesząc się, że odzyskuje równowagę i dobre samopoczucie.

Październik przyniósł dwa tygodnie dni mrocznych i wilgotnych, bez odrobimy słońca, tych najobrzydliwszych, kiedy wszyscy marzą o mrozie zabijającym zarazę i smutek wiszący w powietrzu. Alfred obudził się rano z wielkim trudem, skołowany i niechętny do jakiegokolwiek działania. Zdjął nogi z łóżka na podłogę, po ciemku wciągnął kapcie na nogi, i poszedł, a raczej powlekł się do kuchni, aby napić się wody. Idąc czuł wyraźnie, że obok idzie ktoś drugi, stawiając kroki tej samej długości, w tym samym co on tempie. Pomyślał, że są tego samego wzrostu, i skojarzył to sobie ze sceną z noweli „Dr Jekyll i pan Hyde”. Po powrocie do sypialni, aby nie zapomnieć dziwnego przeżycia, od razu zapisał w kronice osobistej:

– Odkryłem w sobie drugą osobę. Zachowuje się identycznie jak ja, wygląda jak ja, ale wiem, że jest to ktoś inny. Odezwałem się do niego i ku menu zdumieniu, on mi odpowiedział. Nie musiałem nawet się przedstawiać, znał mnie już. Nazywa się Sobo. Poczułem się raźniej. Jest nas teraz dwóch w świecie rzeczywistym.

Rano sprawy nie ułożyły się dobrze. W kuchni doszło do drugiej rozmowy. Alfred i Sobo poróżnili się. Alfred uznał, że nie było to miłe przeżycie, ale też i nie tragiczne. Zaliczył to do nieporozumień, jakie zdarzają się każdemu i zanotował w pamiętniku.

– W rozmowie z Sobo poprosiłem, aby używał wobec mnie imienia Ekscentryk, ewentualnie Alfred. On jednakże uparł się, aby nazywać mnie Świrusem.

– Przywykłem do tego – odpowiedział – i nie widzę powodu, abym miał to zmieniać. Będę nazywać cię Świrusem.

Alfred przekonywał Sobo, ale odmówił. W końcu musiał zaakceptować jego dziwactwo.

W ciągu dnia z nudów lub z potrzeby chwili prowadzili konwersacje. Dla Alfreda było to dziwne uczucie, rozmawiać z samym sobą. Zastanawiał się, czy jest jakieś pojęcie matematyczne na określenie takiej sytuacji. Byłoby mu wtedy lżej na duchu. W nocy Sobo zaczepiał go kilka razy, zadając mu pytania.

– Jak się czujesz? Chyba nie śpisz. Co robisz, jak nie śpisz?

Alfred odpowiedział:

– Robię to samo co ty, czyli nie śpię. Przecież ja to ty, a ty to ja.

Następnego dnia przyszła burza, wiatr wiał szalenie. Sobo – podobnie jak Alfred – był w zmiennym nastroju. W pewnym momencie nieoczekiwanie burknął: – Odczep się. Innym razem rzucił Alfredowi jak ochłap: – Odwal się kretynie.

To go wzburzyło. Nie był przyzwyczajony do takiego traktowania. Odpowiedział Sobo:

– Nie przesadzaj! Nie udawaj pacyfisty. Nazwałeś mnie kretynem, a to znaczy, że ty też jesteś kretynem, co wynika z definicji, skoro jesteś mną, choć w innym wydaniu.

Zaczęli się kłócić. Alfred czuł, że nie chodzi o to, kto jest pierwszy a kto drugi, kto dominuje, a kto podporządkowuje się, ale o to, kto ma ostatnie słowo.

– Zupełnie jak w małżeństwie – przypomniał sobie swoje relacje z jedną i drugą żoną.

Częściej jednak Sobo reagował w sposób cywilizowany, po ludzku.

Odc. 29 Galeria 

Alfred czekał przed apteką już kilka minut. Wszedł do środka, jak tylko opuścił ją ostatni klient. Aptekareczki patrzyły się w niego z intensywnością, która na moment go onieśmieliła. Zapadło nieręczne milczenie. Przerwała je kierowniczka apteki, Zizi.

– Przestudiowaliśmy pańskie propozycje pozowania do portretów dla naszej Galerii Aptecznej. Proponujemy nazwę Galeria Tajemniczych Kobiet. Uznałyśmy, że tytuł musi zwracać uwagę. Oczywiście zgadzamy się, aby nas malowano nago ale pod jednym warunkiem. Podczas malowania będziemy miały twarze zakryte woalkami, jakie same sobie wybierzemy. Również na obrazach twarze postaci muszą być zawoalowane. Albo zmienione. My dwie jesteśmy mężatkami, natomiast Drobna Czarnula ma narzeczonego. Nie chcemy, aby mężczyźni rozpoznali nas na obrazach, bo by się wściekli. Stawiamy więc warunek, że to pan będzie nas malować. Nie chcemy innego malarza. Do pana mamy zaufanie.

Alfred nie spodziewał się tak pozytywnej reakcji. Wspomniał kiedyś, że zamierzał zostać malarzem i jeden rok studiował na wydziale malarstwa akademii stuk pięknych. Kobiety musiały to zapamiętać. Poczuł gorąco w piersi a chwilę potem w całym ciele. Starał się opanować wewnętrzne drżenie. Przez jego mózg przebiegały obrazy atelier malarskiego, nagości i pożądania.

– To podnosi na wyższy poziom intymność naszej współpracy – to była jedyna myśl, jak przyszła mu do głowy. Był tak zaskoczony, że zdołał tylko wydusić z siebie:

– Czuję się zaszczycony tą propozycją.

W domu dokładnie przemyślał słowa Zizi. Aptekareczki dawały mu wyraźny sygnał, aby kontynuował plany malarsko-wystawiennicze uzupełniając je o podtekst erotyczny. To było zachwycające. Przed jego oczami pojawiła się naga kobieta siedząca w swobodnej pozie na podwyższeniu, z udami lekko rozchylonymi i obróconymi w kierunku światła padającego z okna. Jej oczy przesłaniała przezroczysta, błękitna woalka z drobniutkimi węzełkami. Patrzyła w jego kierunku. Było to uczucie ekscytujące, a równocześnie tak pełne napięcia, że musiał natychmiast pójść do łazienki. Szybko rozebrał się, namydlił się, zmył ciało ciepłą wodą, po czym polał się szokująco zimną, aby ochłonąć.

Zapragnął porozmawiać z kimś, podzielić się ciekawymi wiadomościami i rozładować napięcie. Jedyną osobą, której mógł zaufać, był jak zwykle Erazm. Alfred zadzwonił do niego i czekał niecierpliwie dłuższą chwilę, aby usłyszeć komunikat:

– Zostaw wiadomość. Oddzwonię, jak tylko będę mógł najszybciej.

Miał chęć rzucić smartfonem o podłogę. Nagrał się, wyjaśniając jedynie, że chciałby porozmawiać na temat erotyki i perwersji seksualnych.

Telefon odezwał się blisko północy. Alfred czekał i natychmiast odebrał. Erazm bez żadnych wstępów pochwalił się, że przeszedł inicjację seksualną w czternastym roku życia.

– Od tego czasu zebrałem bogate doświadczenia. Chętnie podzielę się nimi z tobą. Perwersja jest dla mnie czymś równie powszednim jak bułka z masłem dla piekarza. Taka duża, pęknięta, o której kiedyś wspominałeś, że to twój ulubiony rodzaj pieczywa, zwłaszcza kiedy pijesz gorące kakao.

Alfred nie czekał dłużej. Nieuprzejmie przerwał przyjacielowi, aby podzielić się niezwykłą wiadomością i zadać kilka pytań.

Rozmawiając, nabrał przekonania, że Erazm jest pijany albo pod wpływem narkotyków. Nastąpiło to wtedy, kiedy Erazm powiedział coś ciepłego o uczuciach wobec mężczyzn, co zdezorientowało Alfreda. Aby nie pozostawiać wątpliwości, wyjaśnił niecierpliwie:

– Perwersja czy nie perwersja, mnie interesują tylko kobiety.

Erazm odpowiedział pytaniem:

– Czy ty wiesz, że dwadzieścia sześć procent mężczyzn i taki sam odsetek kobiet odczuwa pociąg do obydwu płci?

Po zakończonej rozmowie Alfred zrobił zapis w kronice osobistej. Opatrzył go hasłem „Poufne”. Lubił tajemnice.

Perwersję, jej naturę i uroki, odkrywał dalej, głównie rozmawiając z Erazmem. Przyjaciel miał niesamowicie bogate przeżycia erotyczne. Alfred nie od razu zorientował się, że jego wiedza pochodziła z filmów i literatury erotycznej i pornograficznej. Erazm krył się z tym. Alfred swoim zainteresowaniem otworzył rezerwuar jego wspomnień, wiedzy i wyobrażeń. Pod koniec długiej rozmowy Erazm naprowadził go na nowy trop.

– Zainteresuj się ludźmi władzy. Ci są najbardziej wyuzdani. Ich obserwacja to najłatwiejszy sposób uczenia się o zboczeniach i perwersjach.

– To dlaczego nikt o tym nie mówi?

– Bo to ryzykowna sprawa. Ci ludzie mogą sobie na to pozwolić, bo nikt im nie może podskoczyć. Mają do dyspozycji ludzi i aparat, pozwalające ukrywać największe przewinienia. Także karać a nawet niszczyć tych, którzy poznali ich tajemnice i byliby skłonni ujawnić je publicznie.

Alfred był zadowolony z rozmowy. Otrzeźwiła go. Niejedno z dotychczas niezrozumiałych zachowań ludzi na piedestale mógł teraz łatwiej sobie wytłumaczyć. Nie miał im specjalnie za złe ich seksualnych zachowań , ponieważ sam miał podobne pragnienia.

Odc. 30 Szalony dzień

W poniedziałek Alfred zastał Panoramę zamkniętą. Na drzwiach była wywieszka „Zamknięte z powodu kwarantanny”. Poczuł się nieszczęśliwy. Od czasu zakończenia pracy w szkole to było jedyne miejsce kontaktów społecznych, rozrywki i rozwoju kulturalnego. Miał żal do Aptekareczek, że go nie uprzedziły o kwarantannie lub choćby o takiej możliwości. Poczuł się zdradzony i samotny. Stracił chęć na cokolwiek, czuł się jak człowiek bezdomny, bez przyjaciół, ciepłej wody, własnego pokoju. Poprzedniego dnia słyszał, że policja zrobiła obławę na bezdomnych. To go umocniło w przekonaniu, że świat staje się nienormalny.

W drodze do domu Alfred postanowił nie poddawać się. Skoncentrował się, aby ze zdwojoną uwagą obserwować otoczenie.

– Zamknięcie apteki nie mogło być było przypadkowe – był o tym przekonany. – To tylko zwiastun głębszych zmian.

Naszły go wątpliwości, czy władze nie oszukują społeczeństwa, czy informacja o kwarantannie w aptece była prawdziwa. Martwił się o Aptekareczki.

Mijając ludzi idących chodnikiem zauważył, że są inni. Inaczej się zachowują. Niby tacy sami, a jednak odmienni. Niektórzy szli powoli głęboko zamyśleni, patrząc przed siebie niewidzącymi oczami, inni byli nadmiernie ożywieni. Nikt już nie miał na sobie maseczki ani rękawiczek ochronnych. Wiele osób jadło lody.

– To chyba jakaś nowa epidemia. Jakby nie mieli niczego innego do jedzenia. Zachowują się jak na pikniku.

Ekscentryk starał się zapamiętać obserwacje, aby je zapisać w notatniku. Zrobił to natychmiast, jak tylko znalazł się w domu.

– Społeczeństwo wyraźnie odchodzi od normalności. Prawda coraz częściej miesza się z kłamstwem. To niedobrze, bo jest to także mój świat. Przypomina mi to równania liniowe z jedną, dwiema i trzema niewiadomymi.

Myśląc o zmianach, Ekscentryk zastanawiał się, jak daleko mogą one pójść. To go natchnęło, aby przyjrzeć się przypadkowym największych szaleństw w historii świata. Intrygowali go jej bohaterowie. Nazywał ich Szajbusami. Najbardziej niesamowity był cesarz rzymski Kaligula. Był okrutnym, kapryśnym i niepohamowanym władcą; zabijał dla rozrywki. Był seksualnym dewiantem. Upojony władzą, skazywał ludzi na tortury i śmierć. Lubił przyglądać się egzekucjom i torturom podczas posiłków. Otaczał się też szalonym przepychem. Pił ocet z rozpuszczonymi perłami a swoim gościom podawał przysmaki ze złota i zatrute smakołyki, uprawiał miłość kazirodczą z własnymi siostrami; dwie z nich skazał potem na wygnanie. Obwołał siebie żywym bogiem, budował świątynie i ołtarze, gdzie kazał składać sobie wymyślne ofiary. W końcu go zamordowano. Niektórzy historycy tłumaczyli, że postępował niestandardowo, bo takie było jego otoczenie: zagrażające, niespokojne, nienormalne.

– Szaleństwo to czysto ludzka cecha – Ekscentryk przestał mieć co do tego wątpliwości.

Zadzwonił do Erazma. Nawet się nad tym nie zastanawiał, że w jego życiu nie działo się nic ważnego bez udziału Erazma.

– Przestudiował kilka przypadków szaleństwa w historii cywilizacji. Zawsze było obecne. Najbardziej zaimponował mi cesarz rzymski Kaligula, szaleniec i morderca.

Opowiadając o Kaliguli Alfred nie mógł pozbyć się poczucia, że było w nim coś fascynującego, szczególnie w jego niepohamowanym wyrażaniu własnych pragnień i uczuć. Poczuł żądło zazdrości.

Kiedy nadeszła pora obiadu, Ekscentryk nie czuł się na tyle głodny, aby przygotować sobie posiłek. Postanowił poświęcić czas rozważaniom nad upadkiem społeczeństwa. Jedna przyczyna wydała mu się szczególnie ważna: upadek zainteresowania czytaniem książek i czasopism, dyskusją and tym, co się przeczytało, i jakaś ogólna refleksja.

Musiał o tym porozmawiać. Erazm nie odpowiadał na telefon. Nie pozostało mu nic innego, jak podjąć monolog z samym sobą.

– To przyczyna degradacji duchowej i intelektualnej ludzi. Bo co my mamy dzisiaj? Czytelnictwo na poziomie trzydziestu siedmiu procent. Trzydzieści siedem procent czystego alkoholu w wódce to dobry poziom, ale nie w aktywności intelektualnej? I to przy założeniu, że te trzydzieści siedem procent to ludzie, który w ciągu roku przeczytali co najmniej jedną książkę. Co to jest książka każdy rozumie. To może być nawet broszurka słynnego Jonny Krowina „Jak nie płacić podatków i co z tego wyniknie?” Nie wiem, jak sklasyfikować poziom tego autora, bo nie ma takiego szpitala psychiatrycznego, gdzie mógłby bezkarnie głosić swoje tezy, hipotezy i antytezy. On przerasta wszystko, należy mu się w związku z tym osobna salka. Chyba będę musiał napisać w tej sprawie do ministra zdrowia.

Zgłodniawszy, Alfred udał się do kuchni. Przypomniał sobie swoich uczniów, całą klasę, której był wychowawcą. Na koniec roku dostawał od nich kwiaty. Nadal pamiętał ich upojny zapach. Był to pachnący groszek ułożony w wielki bukiet. Potem otrzymał jeszcze jeden bukiet. I jeszcze jeden. Coś mu się nie zgadzało. Wielkie bukiety pachnącego groszku pachnącego? Zaniepokoił się, nie wiedział, co o tym myśleć.

– Z groszku pachnącego nie robi się bukietów, bo to drobna i wiotka roślina – przekonywał siebie.

Coraz częściej zdarzało mu się, że w drodze do któregoś pokoju zapominał, po co tam idzie i co zamierza tam robić.

– Moja myśl skacze jak wyposzczony królik po zagonie kapusty albo małpa po gałęziach drzewa. Muszę o tym napisać w pamiętniku – postanowił i od razu zapomniał. Był świadomy, że ciągle o czymś zapomina ale nie umiał temu zaradzić.

Odc. 31 Wspomnienia

Alfred otrzymał pozew sądowy w sprawie alimentów. Wystąpiły o nie równocześnie jego dwie byłe żony. Nigdy czegoś takiego nie spodziewałby się, ponieważ kobiety nie znosiły się nawzajem. Natychmiast stracił grunt pod nogami. Przez dwa dni nie mógł oderwać się od myślenia o tym, jak źle ułożyło mu się życie z nimi. Teraz domagały się alimentów.

Na początku obydwu małżeństw nic nie zapowiadało niepowodzenia. Z pierwszą żoną, Penelopą, sprawy układały się znakomicie. Lubił rozmawiać i dyskutować na każdy temat; była oczytana i umiała słuchać. Trwało to do czasu podjęcia decyzji zakupu nowego mieszkania. To był punkt przełomowy. Zapadła mu w pamięć rozmowa na ten temat. Było to przed obiadem. Siedzieli przy stole kuchennym i pili kawę, aby rozpędzić senność chmurnego dnia. Dyskutowali sprawy wykończenia nowego mieszkania, jakie kupili zaciągając kredyt w banku, oraz datę wprowadzenia się. Poszło o rzecz nonsensowną: w jakim stopniu mieszkanie było już wykończone. Penelopa uważała, że zostało jeszcze bardzo dużo do zrobienia, on natomiast, że większość prac wykończeniowych mieli już za sobą. Miało to znaczenie dla określenia daty wprowadzenia się do mieszkania.

W pewnym momencie Penelopa stwierdziła:

– Ty, Alfredzie, masz w głowie galimatias. W ogóle nie widzisz tego mieszkania, co zostało zrobione, a co nie. Nie ogarniasz proporcji. Nie mogę mieć ci tego za złe, bo wy, mężczyźni jesteście właśnie tacy; gubicie się w szczegółach. Kobietom przychodzi łatwiej zorientowanie się w takich sprawach.

Alfred odebrał to jako oskarżenie o nienormalność. Penelopa dodała jeszcze coś, co go ostatecznie dobiło.

– Kłócisz się ze mną, bo masz słabą pamięć. Nie pamiętasz nazw ani kolorów farb do malowania ścian, ani ustawienia mebli, nie mówiąc o kolorystyce obrazów, jakie będą wisiały na tych ścianach między tymi meblami. Ja to wszystko mam w głowie, tak że lepiej nie kłóć się ze mną, bo nie wygrasz.

Alfred pomyślał wtedy, że sama jest nie bez wad lecz tego nie widzi. Rzadko kiedy miała dla niego czas. Była ciągle czymś zajęta, w firmie, gdzie była księgową, lub w domu. Czasem przypominała mu pracowitą mrówkę targającą nieprzerwanie jakiś wielki liść. Kiedy skończyli rozmawiać, Alfred wolałby, aby rozmowa z Penelopą nigdy nie miała miejsca. Przyszło mu także do głowy, że byłoby lepiej, aby nie był żonaty, bo małżeństwo nie jest instytucją stosowną dla niego, osoby niezależnej w myśleniu i działaniu. Wyznał to kiedyś Erazmowi:

– Nie jestem i nigdy nie byłem odpowiednią partią małżeńską. Kto by ze mną wytrzymał?

Myśl ta przychodziła mu nieprzypadkowo do głowy, ponieważ stały za nią pytania o to, czy w ogóle powinien się żenić. Zadawało mu je wiele osób, jego rodzice, nauczyciele w szkole, z wyjątkiem przyjaciół no i narzeczonych, późniejszych żon, Penelopy i Anabelli.

Trudności porozumienia się z żoną wychodziły na jaw także w trakcie spotkań towarzyskich. Kiedyś wyrwało mu się w rozmowie z koleżanką Penelopy, opowiadającą o obiedzie przygotowywanym na jakieś święto rodzinne:

– Mówi pani jak moja żona. Czy pani też tak rozmawia ze swoim mężem?

Kobieta udzieliła odpowiedzi bez namysłu. Alfred był przekonany, że było to przemyślane i przećwiczone.

– Ja w takich momentach odpowiadam mężowi „wrrrrr” i on przestaje mówić.

Alfred zareagował nietypowo; roześmiał się. Rzadko zdarzało mu się śmiać tak spontanicznie. Nie podobało mu się to, ponieważ nie było mu wcale do śmiechu. Śmiejąc się, zachował się jak mężczyźni nie przywiązujący wagi do tego, co ktoś mówi poważnie. Nie chciał, aby widziano go i oceniano tak samo jak innych mężczyzn uznawanych powszechnie za „normalnych”.

Żeniąc się z Anabellą miał już za sobą doświadczenia jednego małżeństwa. Był ostrożniejszy, wahał się przez pewien czas. W decyzji pewną rolę odegrała historia imienia Anabella. Według niej była to kobieta pełna uroku osobistego, pozytywnie nastawiona do życia, tolerancyjna i romantyczna. Romantyczność wiązała się możliwością niezwykłych pomysłów, wynikających z jej artystycznej duszy. Anabella miała być też uparta, niechętna do zmiany zdania.

Alfred nie brał poważnie historii imienia, dopóki nie odnalazł w niej swoich własnych obserwacji dotyczących rzeczywistej Anabelli. „Anabella sprawdza się w zawodach związanych ze sztuką i jako nauczycielka”. To ostatecznie przeważyło szalę. Sam był nauczycielem i cenił ten zawód. Pod koniec małżeństwa z Anabellą wiedział już, że druga część historii imienia była znacznie bliższa prawdy niż pierwsza.

Porzuciwszy wspomnienia przedślubne, Alfred przypomniał sobie pytanie o różnicę między małżeństwem i narzeczeństwem. Był to żart, który można było opowiedzieć każdej osobie dorosłej. Zastanawiał się nad tym chwilę.

– Teraz to już nie ma znaczenia. Dziś dzieci w szkole podstawowej mają więcej doświadczeń seksualnych niż dawniej niejeden dorosły. Piętnastoletnie dziewczynki zachodzą w ciążę.

Odpowiedź na pytanie o różnicę między małżeństwem i narzeczeństwem była prosta: stosunkowo żadna. Alfred uznał żart za banalny i niegodny uwagi. Był zły na siebie, że zajmuje się głupotami.

Odc. 32 (ostatni) Skok

Od kilku dni Alfred przeczuwał, że zdarzy się coś niezwykłego. Zadzwoniła do niego nauczycielka filozofii i etyki ze szkoły i poinformowała, że w nocy będzie widoczny na niebie superksiężyc.

– To pełnia księżyca, kiedy jest on najbliżej ziemi. Znajduje się w punkcie zwanym perigeum. Jest wtedy czternaście procent większy i trzydzieści procent jaśniejszy. Oglądaj, jeśli masz taką możliwość, bo nigdy więcej takiego księżyca nie zobaczysz. To jedyna szansa w życiu, które przecież nie trwa wiecznie.

Najdogodniejszym miejscem obserwacji superksiężyca był hotel Athabaska, mieszczący się w najwyższym budynku w mieście. Alfred pojechał tam swoim samochodem, zaparkował go na podziemnym parkingu i od razu udał się na taras na szczycie budynku. Przyjazd w to miejsce planował już od kilku tygodni. Miał wcześniej ustalony cel niezależny od oglądania superksiężyca.

Na tarasie zebrał się już niemały tłum, wszyscy czekali na niezwykły widok. Kiedy księżyc ukazał się, Alfred skierował się bezpośrednio do barierki ochronnej. Stało przy niej kilkanaście osób. Przeprosił je, aby znaleźć się na samym przodzie.

Był przygotowany. Miał na sobie odpowiednie wyposażenie. Jego zdobycie nie było proste. Takich urządzeń nie było w oficjalnej sprzedaży. Sama informacja, że coś takiego istnieje, była już cenna. Ucieszył się, kiedy na nią trafił. Zdążył jeszcze kupić specjalny spadochron. Miał szczęście, bo stronę wkrótce zlikwidowano. Kilka razy przeczytał instrukcje i sprawdził wszystkie szczegóły i mechanizmy spadochronu.

Po pokonaniu barierki rozłożył ręce, tak jak sobie wyobrażał, że skacze się do wody z wysokiej sterczącej nad oceanem skały. Był szczęśliwy, kiedy leciał w dół. Zanim skoczył, pomyślał, że są to najcenniejsze chwile jego życia. Nie był pewien, czy będzie mógł opowiedzieć tę niesamowitą historię, stanowiącą ukoronowanie wszystkich jego przeżyć, nauczycielce filozofii i logiki.

– Na pewno by się ucieszyła. Zawsze lubiła mnie słuchać.

Przed jego oczami pojawiła się na sekundę jej twarz, poważne siwe oczy i łagodny uśmiech.

– Ten skok to moje największe osiągnięcie – powiedział jej.

Skinęła tylko głową na znak zrozumienia. Tak się zapamiętał w nadzwyczajnym locie, że przestał cokolwiek czuć poza samym faktem istnienia.

Otwieranie spadochronu ustawione było na trzysta metrów nad ziemią, pełne rozwarcie czaszy nastąpiło sto metrów niżej. Alfred ustawił prawdopodobieństwo otwarcia spadochronu w położeniu 50 – 50, dając równą szansę jego otwarcia jak i nieotwarcia. Był to skomplikowany mechanizm losowy pozwalający na różne stopnie prawdopodobieństwa w zależności od ustawienia. Alfred mógł zwiększyć szansę otwarcia spadochronu zaczynając od skali 51 do 49. Nie zrobił tego.

Spadochron otworzył się mocnym szarpnięciem. Pod nim był plac z ławkami i wielkimi donicami z kwiatami. Istniała jeszcze szansa, że wyląduje na jednej z tych przeszkód. W najgorszym wypadku ryzykował złamanie nóg. Nic takiego nie nastąpiło. Odczuł tylko wstrząs lądowania na betonowej powierzchni. Złagodziło go amortyzujące obuwie. W tym momencie Alfred uznał, że wybrał słuszną drogę, ekscentryczności w najwyższym stopniu, jedynej postawy w szalonych czasach, które pierwszy przeczuł i przepowiedział.

Wstał z ziemi, pozbierał się i rozejrzał. Wokół poruszali się ludzie. Nikt nie zwrócił na niego uwagi. Usiadł na ławce i podjął decyzję. Postanowił postawić pomnik sobie, ekscentryczności i szaleństwu. Musiał być czarny i oryginalny w formie.

– Będzie to rzeźba symboliczna: upiorne oczy, zdeformowany człowiek żyjący pełnią życia, dominująca nad nim despotyczna władza oraz niosący zagładę wirus – zdecydował.

Michael (Michał) Tequila
Gdańsk, wrzesień 2020

0Shares

Broda. Opowiadanie.

Motto: Je déteste être triste. Nienawidzę być smutnym.

Admireusz Sasnal w końcu zdecydował się zapuścić brodę. Od dawna o niej marzył. Jego ideałem była broda gęsta, czarna jak smoła, imponująca wielkością. Miał ku temu stosowne warunki, gdyż natura obdarzyła go ciemną karnacją i uwłosieniem koloru sadzy.

Na początku był niepewny, jak ta broda powinna wyglądać. Nie miał doświadczeń. Decyzję o jej wyglądzie wypracowywał więc stopniowo, bez pośpiechu, dając sobie czas na przemyślenia. Musiał to być kształt oryginalny, coś bardzo osobistego, co odróżniłoby go od innych brodaczy. Dopuszczał nawet kształt perwersyjny. Był historykiem kultury i podróżnikiem i widział wielu brodatych mężczyzn. Nie brakowało mu też wyobraźni, choć ta czasem sprowadzała go na manowce. Wypominano mu to, lecz nic konkretnego z tych sugestii nigdy nie wynikło, oprócz przejściowego zachwiania jego samopoczucia i wiary w rozum bez granic.

Co do własnej brody miał na początku chyba niezbyt jasne oczekiwania.

– Jakkolwiek by ona nie wyglądała, ważne jest to, abym oglądając siebie w lustrze odczuwał radość życia a nie pragnienie rozbicia się samochodem o słup wysokiego napięcia – tak to ujął w rozmowie z Erazmem, wieloletnim przyjacielem. Rozmawiał z nim, aby umocnić się w przekonaniu, że myśli i postępuje słusznie.

Erazm był kimś wyjątkowym w jego życiu. Był wieloletnim przyjacielem, zaufanym i niezawodnym. Admireusz mógł z nim rozmawiać na dowolny temat, bez obawy, że Erazm będzie starać się narzucić mu własny punkt widzenia, lub sugerować coś, co nie leżało w interesie Admireusza. Zawsze dobrze im się rozmawiało, ponieważ reprezentowali podobny system wartości i sposób widzenia świata. Byli uczciwi wobec siebie, starali się też być obiektywni w ocenie zdarzeń, ludzi i rzeczywistości. Co najważniejsze, Erazm od lat nosił brodę, był więc nieocenionym źródłem wiedzy i refleksji nad tym, co znaczy być brodaczem.

Pragnienie Admireusza posiadania brody wyrastało z jego poczucia bycia niekochanym. Buntował się przeciwko takiemu stanowi rzeczy. Hodując brodę pragnął, aby go wreszcie zauważono, dostrzeżono w nim dobroć, czy choćby nawet poczucie humoru, cokolwiek wartościowego. I choć trochę pokochano.

Życie bez miłości i uwielbienia było dlań nieprzyjemnie odmienne w porównaniu z wczesnym dzieciństwem. Admireusz nosił w sobie te wspomnienia. Osoby bliskie, szczególnie matka i siostry, prześcigały się nawzajem, aby okazać mu miłość, oferując pieszczoty, ciepłe ciu, ciu, ciu, pa, pa, pa, gul, gul, ciumkając na przeróżne sposoby, dotykając stópek, całując w brzuszek, pieszcząc i nagradzając go na tysiące sposobów. Otrzymywał to wszystko w zamian za uśmieszek czy nieporadne gaworzenie. Wspomnieniami z okresu wczesnego dzieciństwa okresu nie dzielił się z nikim, nawet z Erazmem, tak bardzo były intymne.

W dorosłym wieku Admireusz nie doznał szczęścia w miłości. Dwie próby wspólnego życia z kobietą były nieudane, skończyły się tylko na przyjaźni. Nie rozwinęły się w prawdziwą miłość, jak oczekiwał. Od tej pory Admireusz pozostawał w jaskini samotności, marząc o kobiecie, która obdarzyłaby go prawdziwym uczuciem. Najbardziej odpowiadałaby mu jakaś forma adoracji, przypominająca choćby w odległy sposób miłość okazywaną mu w dzieciństwie przez najbliższą rodzinę, szczególnie matkę.

Kobietę uważał za istotę nieporównywalnie szlachetniejszą niż mężczyzna, choć w chronologii świata była istotą niejako wtórną, stworzoną w drugiej kolejności, z żebra Adama. Tę prostą wiarę wpoiły w niego katechetki na lekcjach religii, i tak już zostało, choć zdawał sobie sprawę, że była to tylko legenda, mit zapożyczony z przekazów biblijnych.

Adorację ze strony kobiety wyobrażał sobie w różnych formach: podziwu, respektu, nawet fascynacji. Często zastanawiał się, które z tych określeń byłoby najbardziej stosowne. Lubił o tym myśleć; sprawiało mu to przyjemność. Pilnował się jednak, aby nie pójść za daleko, nie przesadzić, nie stać się narcyzem, człowiekiem przesadnie uwielbiającym siebie samego.

– To byłby egocentryzm – tłumaczył Erazmowi, serdecznemu przyjacielowi z lat studenckich, kiedy zbierało mu się na wspomnienia.

Admireusz był wykładowcą na Uniwersytecie Humboldta, na Wydziale Antropologii Kultury, gdzie uczył historii kultury i języka hiszpańskiego. Z niepokojem myślał o tym, że proporcja osób adorujących go na uczelni mogła być zwichnięta na rzecz mężczyzn. Było to o tyle możliwe, że na wydziale studiowali głównie mężczyźni myślący o karierze dyplomatycznej, a on był cenionym i lubianym wykładowcą. Swoim niepokojem podzielił się kiedyś z Erazmem.

– Byłoby to niezdrowe. Gdyby tak się stało, ludzie mogliby utożsamiać mnie z osobami o odmiennych preferencjach seksualnych, kochających kolory i walczących o lepszy świat dla siebie.

Chciał jeszcze dodać „i lepszy świat dla potomnych”, ale uznał to za przesadę. Nie powiedział tego głośno, ale miał na myśli LGBT.

Admireuszowe pragnienie posiadania brody wzmocniło pewne zdarzenie polityczne. Było to w okresie, kiedy pomysł brody dopiero raczkował w jego głowie. Chodziło o Igora Kardanowa, który – wykorzystując słabości demokracji – podstępnie wywindował swoją partię na pozycję totalnej dominacji politycznej. Admireusz nazywał go Satrapą. Przestał używać tej nazwy publicznie, kiedy stało się to niebezpieczne. Gdyby epitet dotarł do zaufanych ludzi Kardanowa, w najlepszym przypadku Admireusz byłby oskarżony o burzenie studentów przeciwko legalnej władzy lub szerzenie anarchii i relegowany z uczelni jako persona non grata.

Admireusz pragnął brodą odróżnić się od Kardanowa, rażącego go brutalną nagością swego oblicza, obrzydliwie połyskliwego w świetle reflektorów. Jego policzki, wypełnione botoksem, gładkie, bez punktu zaczepienia dla wzroku szukającego w ludzkim obliczu szlachetności czy choćby przyzwoitości, przypominały Admireuszowi nagie dziecięce pośladki. Podobnie odrażający byli dlań ludzie z otoczenia Satrapy, wszyscy o identycznie gładkich i obleśnych obliczach jak ich pryncypał. Ich twarze, posiekane zmarszczkami żądzy władzy, wyglądające jakby wielokrotnie uderzali głowami o twardą powierzchnię, drażniły jego wrażliwość estetyczną.

– Dworzanie Satrapy to jednostki amoralne i zakłamane. Sami pozbawili się wolności, aby mówić i robić tylko to, co nakazuje im ich pan i władca – twierdził Admireusz, dzieląc się swą opinią z Erazmem, którego traktował prawie jak spowiednika.

Brodaty Admireusz nie miał łatwego życia. Jego obfity zarost nie przypadł do gustu rodzinie; w sposób bardziej lub mniej bolesny usiłowano mu ją obrzydzić. Broda Admireusza wydała się im czystym wymysłem, ponieważ jego umysł – wedle ich oceny – nie znał odpoczynku kreując zdeformowaną rzeczywistość. Narzekaniom nie było końca. Nie szczędzono mu uwag i przytyków w rodzaju „Wyglądasz zdecydowanie gorzej niż poprzednio, jak człowiek zaniedbany”, „Postarzasz się zupełnie niepotrzebnie. Mógłbyś przestać siebie i nas krzywdzić”, „Co takiego zrobiliśmy ci, abyś nas karał takim wyglądem?”

Matka Admireusza, osoba, która z miłości nadała mu to niezwykłe imię, rozpaczała najbardziej, nie szczędząc mu bezlitosnych porównań.

– Jak ty wyglądasz, synu!? Jak stary cap lub pijany żebrak spod kościoła Świętego Wawrzyńca!

Admireusz bronił się jak tylko potrafił, sięgając nawet po fałszywe argumenty.

– Golenie drażni mu skórę.  Dermatolog zalecił mi, abym przez dłuższy czas się nie golił. Nic na to nie poradzę.

W chwilach nasilenia presji rodzinnej odczuwał niechęć, czasem wręcz obrzydzenie, do siebie samego. Tym niemniej nie ustąpił.

Niewzruszonym sojusznikiem Admireusza czas pozostawał jedynie Sabir, krótkowłosy jamnik o jedwabistej, brązowej sieci i oczach przypominających lśniące guziki z masy perłowej. Broda nie tylko mu nie przeszkadzała, ale budziła w nim niezwykły entuzjazm; lizał ją przy okazji każdego zbliżenia się do twarzy swojego pana. Admireusz cieszył się tą zwierzęcą miłością, nigdy o niej nie wspominając. Raz tylko, na spotkaniu z przyjaciółmi w kawiarni, po wypiciu kilku kieliszków Cava Negra, podzielił się swymi przeżyciami.

– Wybaczcie mi, moi drodzy, że wzruszę się publicznie. Pies jest jedyną istotą kochającą człowieka bez względu na to, jak się prezentuje. Myślę o moim jamniku Sabirze, jedynym bezwarunkowym miłośniku mojej brody. Przy każdej okazji, kiedy znajdzie się w jej pobliżu, czuję się jak nastolatek obrzucany pocałunkami.

Wzruszenie nie pozwoliło mu powiedzieć więcej. Admireusz zaczerwienił się i zapatrzył w kieliszek stojący na stoliku. Po chwili doszedł do siebie. To co powiedział, nie było całkiem zrozumiałe.

– Nie mogę dalej o tym mówić, bo zapętlę się w emocjach. Jest już zresztą późna godzina. Muszę udać się do domu, aby dać odpocząć oczom, ustom, nosowi i uszom, atrybutom twarzy, bez których broda wyglądałaby jak nagi myśliwy na patelni ludożerców.

Kolejny wyjazd na Kubę odświeżył Admireusza. Jeździł tam jak tylko mógł najczęściej, aby zgłębiać kulturę kraju i doskonalić język. Wyprawiał się zawsze w marcu, kiedy temperatura powietrza w Hawanie wynosiła dwadzieścia siedem, a morza dwadzieścia cztery stopnie Celsjusza. Dziekan Wydziału Antropologii Kultury udzielał mu urlopu tym chętniej, że Admireusz wracał wzbogacony w wiedzę i doświadczenia, wydatnie podnoszące poziom nauczania.

Na Kubie Admireusz spotkał mężczyzn kultywujących tradycje słynnych Jóvenes Barbudos, Młodych Brodaczy, towarzyszy Fidela Castro. W okresie Rewolucji Kubańskiej paradowali oni publicznie w mundurach koloru zielonej oliwki bez medali i odznaczeń. Otaczała ich aura odmienności, powagi i romantyczności. Byli nietypowymi rewolucjonistami: walczyli z despotycznym Batistą, ale mimo znojnego życia i nieprzerwanej konfrontacji ze śmiercią nie pili, nie rabowali, zachowywali się wyjątkowo przyzwoicie. W czasie pobytu Admireusza na wyspie brodacze cieszyli się statusem mężczyzn przystojnych i nowoczesnych. Pod koniec pobytu myślenie Admireusza zdominowała logika historii; broda zawsze była symbolem niezależności i siły mężczyzny.

Po powrocie, Admireusz rozmawiał ze studentami o tradycjach i zwyczajach noszenia brody na Kubie. Wykazali tyle zainteresowania, że zorganizował warsztaty dyskusyjne. Ich tematem było znaczenie męskiej brody na przestrzeni wieków. Studenci poprosili go o pozostawienie im inicjatywy rozwinięcia tematu. Odpowiadało to Admireuszowi jak i władzom wydziału.

Grupa studencka podzieliła się na zespoły. Każdy z nich miał opracować i przedstawić znaczenie brody w wybranej epoce historycznej i regionie geograficznym. Prezentację zorganizowano na zasadzie spektaklu dydaktycznego, korzystając z sali i instalacji teatralnych uczelnianego Wydziału Animacji Kultury.

Temat „Broda w historii i kulturze narodów” został ogłoszony jako wydarzenie teatralne, na które zaproszono całą społeczność uczelnianą, naukowców, pracowników administracyjnych oraz studentów. Audytorium wypełniło się po brzegi.

Na początku każdego aktu pojawiał się konferansjer, aby dokonać krótkiego wprowadzenia do aktu, jaki miał się rozegrać. Chwilę po tym na scenie ukazywał się student ucharakteryzowany na historyczną postać.

Pierwsza prezentacja dotyczyła Babilonu, najstarszej cywilizacji, znanej ze źródeł pisanych, reliefów i rzeźb. Prawie wszyscy władcy Persji szczycili się posiadaniem brody. Przed widownią stawił się jak żywy nie kto inny jak sam Hammurabi, król I dynastii Babilonu, autor słynnego Kodeksu Praw, kojarzonego ze słowami „oko za oko, ząb za ząb”. Jego twarz okalała szeroka broda kształtem przypominająca szpadel, równo przycięta u dołu, spływająca ku piersi pionowymi pasmami włosów niby gęsta kurtyna. Pojawienie się Hammurabiego na scenie wywołało nieoczekiwaną reakcję. Koleżanki i koledzy z Wydziału Antropologii Kultury głośno zgadywali, kim jest aktor, wymieniając jego imię. Kiedy wybór okazał się trafny, student ukłonił się wyrażając pochwałę pod adresem zgadującego i zszedł ze sceny.

W starożytnym Egipcie noszenie brody było przywilejem zastrzeżonym wyłącznie dla wysokich rangą funkcjonariuszy państwa. Brodę zazwyczaj barwiono henną na kolor czerwono-brązowy, czasem przeplatano także złotą nicią. Na scenie ukazał się faraon z imitacją brody wykonaną z drewna i doczepioną do podbródka; była to oznaka najwyższej władzy w państwie. Nikt oprócz faraona nie miał prawa nosić takiej brody.

W Indiach broda symbolizowała mądrość i dostojeństwo. Zwyczaj jej noszenia przetrwał dzięki sadhu, wędrownym ascetom uznawanym za świętych. Sadhu, jaki pojawił się na scenie, zdobiła niezwykle obfita, czarna broda, ze śladami siwizny na krawędziach. Uzupełniały ją siwe bokobrody oraz wąsy podkręcone na końcach do góry. Brodę świętego męża dopełniały gęste włosy splecione w dredy oraz szerokie pasma kolorowej farby na czole.

W starożytnej Grecji broda była świadectwem męskości i siły. Mężczyzna bez brody oznaczał młodość i niedoświadczenie. Przedstawicielem tego okresu okazał się Sokrates. Szczyt głowy filozofa pokrywały luźne kosmyki włosów, po bokach przechodziły one w brodę ufryzowaną w loki, okalającą pełną twarz z masywnym nosem.

W średniowieczu broda była oznaką męstwa i honoru. Okres ten reprezentował Karol IV Luksemburski, ubrany w niezwykły biały, wzorzysty płaszcz, pokryty motywami dwóch czerwonodziobych, zielono upierzonych ptaków. Władca wyglądał jakby wyjęto go z ram świętego obrazu: złota korona, wyrazisty nos, czarne oczy oraz ręce złożone jak do modlitwy. Broda i wąsy były ciemnego koloru, lecz nie imponowały rozmiarem. Mężczyzna przedstawił się słowami:

– Jam jest z łaski Bożej cesarz rzymski, po wieki August, król Czech i hrabia Luksemburga.

Inscenizacja, charakteryzacja, ubiory i prezentacje teatralne okazały się tak udane, że wkrótce na Wydziale Antropologii Kultury powstał Klub Młodych Brodaczy, wzorując się na Kubie, gdzie tradycja noszenia brody rozwijała się szybciej niż uprzedzenia wobec odmienności.

Szczęście studentów nie trwało jednak długo. Po okresie rosnącej popularności, kiedy brody członków klubu nie rzucały się jeszcze nadmiernie w oczy, nastąpił kryzys. Zupełnie nieoczekiwanie pojawiła się niechęć, a wkrótce za nią wrogość wobec członków Klubu Młodych Brodaczy. Presja ze strony rodzin, władz uczelni, narzeczonych a nawet koleżanek studentów starających się wybić na samodzielność osiągnęła taki poziom, że stanęli oni przed zabójczym dylematem: pozbyć się brody lub rozwieść z uczelnią, domem rodzinnym lub miłością. Musieli ustąpić. Pocieszali się, że ich dorobek nie pójdzie całkiem w zapomnienie dzięki certyfikatom członkowskim, wspólnym zdjęciom, nagraniom video i wspomnieniom.

Dla Admireusza było to marne pocieszenie. Dociekając źródeł nienawiści do brody i jej wyznawców, doszedł do wniosku, że zainicjowały ją zrzeszenia i związki zawodowe fryzjerów oraz dystrybutorów sprzętu i akcesoriów do golenia. Nie sposób było jednak udowodnić komukolwiek podstępnych intencji.

Jesienią następnego roku, po powrocie z wakacji, Admireusz poznał nową wykładowczynię zatrudnioną na Wydziale Animacji Kultury. Zbliżyły ich wspomnienia z Kuby, gdzie Cyntia, tak miała na imię, mieszkała kilka lat z rodzicami pracującymi w konsulacie w Hawanie.

W oczach Admireusza była kobietą niezwykle urodziwą. Zauroczyła go jej obfita czupryna w kolorze płonącej miedzi. Z czasem nachodziła go okropna myśl, że bez tej ozdoby Cyntia nie byłaby w stanie wzbudzić w nim gorącego uczucia, jakim do niej zapałał. Było to już w okresie wielkiej intymności, kiedy leżąc przed nim z rozłożonymi zapraszająco udami wydawała mu się niekompletna i jakby mniej podniecająca bez rozsypanej na poduszce cudownej czupryny.

Koledzy wykładowcy widzieli w Cyntii raczej niedobory; była dla nich zbyt szczupła, wręcz chuda i chodziła dziwnie wykręcając stopy na zewnątrz.

– Potrzebujecie chyba szkieł korekcyjnych – skwitował kiedyś sceptyczne uwagi Admireusz, nie przejmując się opiniami kolegów.

Spotykali się coraz częściej. Cyntia nigdy nie wspomniała jego brody, tak jakby jej nie miał. Po pewnym czasie zaczęło to go męczyć. Pomyślał nawet – było to coś przerażającego – że byłby gotów wyzbyć się brody, jeśli miałaby ona stać się przeszkodą w ich coraz namiętniejszych relacjach.

Długo się wahał, jak wybadać Cyntię, co sądzi o jego brodzie. Zastanawiał się nad sformułowaniem samego pytania. Najbardziej naturalne byłoby zapytać w sposób otwarty, jak jej się podoba jego broda. Uznał jednak, że tak sformułowane pytanie – ze względu na łączące ich uczucia – otwierało możliwość odpowiedzi niekompletnej, wymijającej, nie całkiem uczciwej. Dlatego ostatecznie zdecydował się zapytać Cyntię wprost, czy broda jej się podoba, czy nie. Wolał bolesną pewność nad dwuznaczność, kiedy druga strona – pragnąc uniknąć powiedzenia czegoś niemiłego – nie zachowuje się całkiem szczerze. 

Po zadaniu pytania patrzył na Cyntię z niepewnością. Śledził jej twarz, gotów wyłapać najmniejszy gest, dający się zinterpretować jako życzliwy lub nieżyczliwy dla niego. Cyntia zamyśliła się dziwnie, jakby w jej głowie mieszały się różne uczucia, oczarowania i niechęci, pewności i wątpliwości. Admireusz czuł prawie fizycznie, jak przygląda mu się, ocenia jego brodę i waży na szali niezliczonych ocen, jak omiata wzrokiem jego twarz, usta, włosy. W końcu, patrząc mu w oczy, wydała wyrok:

– Admireuszu! Nie bądź dzieckiem. Jakie to ma znaczenie, co ja myślę o twej brodzie. Ważne, że tobie ona się podoba, że sprawia ci przyjemność. Żyjemy w świecie wolnych ludzi. Czy ty uzależniłbyś swoją miłość do mnie od mojej fryzury?

Michael (Michał) Tequila
Gdańsk, lipiec 2020

0Shares

Niesforny starzec. Groteska.

Radosław Bojan był postawnym mężczyzną w zaawansowanym wieku. Przyjaciele zwali go radosnym emerytem, choć taki radosny, jak im się wydawało, to on nie był. Takiej opinii była też jego rodzina. Jeden z jej członków, prosząc o nieujawnianie imienia ani nazwiska, a nawet pseudonimu, przedstawił sprawę krótko i jasno:

– Radosław to człowiek, który źle sypia, chodzi po nocy, sprawia najbliższym kłopoty, dziecinnieje, a w dodatku pije do upadłego, a potem twierdzi, że są to zioła, choć śmierdzi od niego alkoholem na odległość. Jednym słowem jest zakałą rodziny. Ponadto ma na imię Radosław. Jest to imię znienawidzone w naszym rodzie, bo w jego przeszłości, która sięga Łokietka ludzie o imieniu Radosław okazywali się pedofilami albo, nie będąc prawdziwymi księżmi, chodzili w sutannach, co prawie na jedno wychodzi.

Rodzina zmordowana wybrykami starca wywoziła go dwa razy do lasu, aby przewietrzył się, otrzeźwiał i doszedł do siebie, jak mówili, albo pozostał tam w celu upokorzenia się i śmierci głodowej, jak mówił on sam. W sumie nic się nie stało, bo w lesie Radosław za każdym razem ożywał i nabierał wigoru, przypominając sobie, że kiedyś był komandosem i to gdzie, w Maroku w Legii Cudzoziemskiej, o której z pasją opowiadał. Kiedy wracał pamięcią do wojennej przeszłości, przypominał sobie wszystkie sztuczki i chwyty wojskowe, dzięki którym wychodził z lasu obronną ręką.

Jego cudowne ocalenia nie kończyły się dobrze dla rodziny, ponieważ organizacje seniorów za każdym razem z całą bezwzględnością oskarżały ją o zaniedbania i próbę jego zabójstwa. Rodzina broniła się, wyjaśniając i tłumacząc, jak również przedstawiając dowody w postaci zdjęć, że starszy pan sam uciekał z domu do lasu z powodu utraty pamięci i tęsknoty za naturą.

– Przypominała mu się wtedy partyzantka, w której nigdy nie był. Niszczy go fatalna niepamięć, że nie powiem demencja, bo to straszny wyraz. On patrzy w lustro, pozdrawia a następnie wygania z domu człowieka, którego tam widzi – tłumaczyła synowa Radosława, mająca z nim na pieńku od czasu, kiedy powiedział, że widział ją nocą na moście z naćpanym facetem.

– Po co przyszedłeś – pytał tego w lustrze – a potem krzyczał głośno: – Nikt cię tu nie zapraszał.

– Było to w nocy – wyjaśniała synowa. – Zbiegli się sąsiedzi, zrobiła się awantura, że najpierw ktoś kogoś zaprasza, a potem jest taki niegościnny, że go wypędza.

Dochodzenie policyjne ustaliło, że były to słowa mężczyzny z lustra. Jak się okazało, był to starszy brat Radosława, tak bardzo do niego podobny, że myśliwi mówili, że to skóra ściągnięta z Radosława. W ogóle było niemiło, jak to przy każdym zbiegowisku, kiedy ludzie są spragnieni, a nie ma wódki tylko jedna wielka okazja do kłótni.

W niedziele Radosław chodził do parku miejskiego i wygłaszał tam przemówienia polityczne, w których oskarżał premiera o rozdwojony język i krzywoprzysięstwo, co można było różnie tłumaczyć, albo malował obrazy.

– Hyde Parku mu się zachciało – Mówił wtedy jego starszy brat z najwyższym oburzeniem.

Ludzie spoza rodziny Radosława byli pozytywnie nastawieni do niego.

– To dusza artystyczna – wyjaśniali – kiedy wypisywał graffiti na ścianie przystanku kolejowego, jednego z tych nowoczesnych, gdzie jest miejsca do diabła i trochę na afisze, ogłoszenia, murale i napisy.

– Takiej jałowej przestrzeni miejskiej nie można pozostawić niezagospodarowanej – mówił Radosław – i spokojnie malował graffiti. Nazywał je malunkami albo malowidłami. Raz o mało co nie wywołał wypadku. Ludzie tak się namiętnie gapili na jego malunki, uważając, że były doskonałe, że kiedy pociąg wjeżdżał na peron, w ogóle tego nie zauważyli. Maszynista gwizdał i gwizdał, lecz niewiele to pomogło. Byli tak zaślepieni sztuką muralną Radosława, że o mało co nie powpadali pod pociąg. Jeden z mężczyzn stojących na peronie spadł wówczas na szyny i złamał sobie nogę.

Był to głośny wypadek, opisywała go prasa. Nazwano go wypadkiem z psem Baskerwilów, bo na torach znalazł się także wielki dog duński, ogromnie zwierzę, który skoczył za swoim panem na szyny, prawdopodobnie dlatego, że był na smyczy. Świadkowie mówili, że z pyska ziało mu fosforem. Właściciel przyznał, że faktycznie poprzedniego dnia pies wypił mu połowę farby do malowania ścian, fosforyzującej w nocy.

Ludzie pytali, co się stało z psem. Szczególnie namolni w odpytywaniu właściciela byli ludzie z ochrony środowiska, nazywający siebie zielonymi.

– Myślałem, że pies zdechnie, ale nie. Zawiozłem go do znajomego weterynarza, gabinet był jednak nieczynny. Wtedy zawiozłem go do pogotowia ratunkowego zwierząt. Tam lekarz weterynarii obejrzał go dokładnie, popatrzył mi w oczy i zapytał, co mój pupil zjadł lub wypił. Kiedy mu powiedziałem, wydał diagnozę:

– Niech pan lepiej szykuje trumnę dla psa.

W poczekalni pogotowia ratunkowego oprócz właściciela dużego psa byli jeszcze dentysta, mechanik samochodowy i ksiądz, każdy ze swoim pupilem. Wywiązała się awantura.

– Jak może pan sugerować trumnę i pochówek dla psa jak dla człowieka? – Zapytał ksiądz przypominający cywila w sutannie, prawdopodobnie dlatego, że był nieogolony.

– A nie jest to stworzenie boże jak każdy z nas? – Weterynarz rzucił wyzwanie duchownemu patrząc mu prosto w oczy jakby chciał go wyspowiadać. Wkrótce wyszło na jaw, że był to ateista czystej wody, gdyż zaczął złorzeczyć najpierw na pojedynczych księży, potem zbiorowo na kler. Oskarżał ich o to, że nie ćwiczą żadnych sportów, tylko hodują kałduny. W końcu wspomniał coś o pedofilach. Ksiądz oburzył się, wpadł we wściekłość i uderzył go w twarz tak silnie, że weterynarz upadł. Napadnięty wstał z podłogi, wytarł z kurzu i pyłu twarz i ręce wilgotną ściereczką, którą miał w kieszeni fartucha, i hojnie mu oddał.

– Rozpoczęła się regularna bijatyka. Dobrze, że pies leżał i spokojnie przyglądał się rozgrywającym się na jego oczach dantejskim scenom nie decydując się interweniować, bo to wielkie zwierzę i byłaby jatka jak się patrzy. Nigdy by ich nie pozszywali – opowiadał potem Radosław, który jakimś cudem też tam się znalazł.

– Nie wiadomo, czy to właśnie nie on wywołał tę awanturę. Gdziekolwiek się nie znajdzie, zaraz powstają niesnaski – skarżyła się rodzina.

Sprawa bijatyki trafiła do sądu. W tym samym dniu o tej samej godzinie toczyły się tam dwie rozprawy, które zupełnie przypadkowo zazębiły się o siebie. Pierwsza dotyczyła bijatyki w poczekalni pogotowia ratunkowego zwierząt. Na drugiej miał być rozpatrywany spór miedzy parlamentarzystą a obywatelem, który nie zgadzał się z nim w sprawie wysokości funduszu walki z wtórnym analfabetyzmem i upadkiem moralnym obywateli.

Starzec Radosław dostał wezwanie do złożenia zeznań jako świadek zajścia. Sprawę miała prowadzić sędzina w zastępstwie sędziego, który w ostatniej chwili odmówił udziału w rozprawie wyjaśniając, że dosyć ma sporów, nieuczciwych weterynarzy, mechaników samochodowych, dentystów, księży i innych przebierańców.

– To wszystko oszuści – krzyczał na korytarzu, kiedy koleżanka zapytała go, dlaczego nie chce poprowadzić sprawy.

– To kto jest uczciwy według kolegi? – zapytała rzeczowo, lekko już zdenerwowana.

– Tylko politycy! – wykrzyknął sędzia. Nie wiadomo czy mówił to poważnie, czy żartował, bo twarz mu się wykrzywiła boleśnie z lewej strony, gdzie miał szpetną bliznę po ciosie nożem zadanym przez świadka, który oskarżał go o stronniczość.

Zachowanie sędziego wyprowadziło z równowagi ludzi przybyłych na rozprawę dotyczącą członka ich rodziny, który wszedł w konflikt ze znanym parlamentarzystą.

– Ten typ był pijany, wstał z rynsztoka – mówił o parlamentarzyście brat oskarżonego – i chciał nasikać do kieszeni oskarżonego w przekonaniu, że stoi przed nim pisuar. Przeklinał przy tym okropnie używając wyzwisk i wulgaryzmów.

Rozprawa w sprawie pijanego i wulgarnego parlamentarzysty stała się głośna, bo w grę wchodziła wielka polityka. Prowadzący ją sędzia zadał oskarżonemu pytanie:

– Czy nie chodzi o to, że to pan napadł na Bogu ducha winnego parlamentarzystę, zepchnął go do rynsztoka i chciał go skopać, ponieważ nie zgadzał się on z oskarżonym co do wysokości składek na fundusz walki z wtórnym analfabetyzmem i upadkiem moralnym obywateli, którzy kłamstwo uznają za prawdę, a prawdę za kłamstwo.

Na rozprawie dotyczącej bijatyki z udziałem dentysty, mechanika samochodowego, księdza z małym pieskiem i weterynarza, Radosław brał udział jako świadek zdarzenia. Zapytany, co wie o zajściu, zaczął od wyjaśnienia okoliczności swej obecności w poczekalni u weterynarza w tamtym miejscu i czasie. Zaczął bardzo rezolutnie korzystając z łaskawości sędziny, reprezentującej życzliwy stosunek do osób starszych.

– Wcześniej nie miałem tej świadomości, jakoś umknęło mojej uwadze, jak ja się tam w ogóle znalazłem. Jest to chyba kwestia pamięci, która w miarę starzenia się zaczyna chodzić własnymi drogami, niekiedy przez wertepy i bagna. A może po prostu bałem się zbudzić demony wspomnień, które drzemią we mnie?

Sędzina patrzyła na Radosława jakby zdziwiona, co zrozumiał jako zachętę do kontynuacji swoich wynurzeń. Zakończyło si to niestety orzeczeniem obrazy sądu przez Radosława i usunięciem go z sali rozpraw przez woźnego sądowego.

Radosław wyjaśniał przyjaciołom po rozprawie, że na sali sądowej zamierzał uczciwie opisać zdarzenia, w których uczestniczył, oraz własny charakter, czyli wszystko to, co jego zdaniem było istotne dla wyjaśnienia przebiegu awantury. Od razu przyznał, że nie jest ideałem. Jako przykład podał, że w dniu pierwszego września, kiedy rodzice i dzieci przygotowywali się do nowego roku szkolnego, on jakby nigdy nic pojechał na plażę San Domingo, aby popływać. Pływał daleko od brzegu, aby zaimponować plażowiczom jaki to on jest odważnym i dobrym pływakiem. Nie było to jeszcze najgorsze przewinienie. W drodze na plażę i w drodze do domu, jak i na samej plaży uważnie przyglądał się kobietom i wybierał te najbardziej ponętne.

Sędzinę to zaintrygowało, poprosiła go o przedstawienie szczegółów. Odpowiedział, że taksował je wzrokiem, jedną nawet rozebrał wizualnie.

–  Nie żałowałem tego. W ogóle zachowywałem się niesfornie, a może nawet bezczelnie. W dodatku nie robiłem tego za ich zezwoleniem, ale też z drugiej strony powstrzymałem się od dociekania szczegółów o każdej nich, pytania, ile ma lat, ile waży, jak się odżywia, co robi a czego nie robi w samotności. Nawet takie moje zachowanie nie usprawiedliwia traktowania mnie przez własną rodzinę jak wyrzutka, krnąbrnego starca a nawet zarazy. Nigdy nie powiedzieli mi tego wprost, ale wiem, że tak jest i jest to niesprawiedliwe. Dlatego mam powody, aby nie lubić mojej rodziny, ponieważ mówi i myśli o mnie  dziwne rzeczy. Przede wszystkim, o tym, jak rzekomo zachowuję się, patrząc w lustro.

Tak zakończył swoją historię Radosław Bojan, ten sam, co to dziecinniał, źle sypiał, chodził po nocy, sprawiał najbliższym kłopoty, pił do upadłego, twierdząc potem, że były to zioła, choć śmierdziało od niego alkoholem, co go rodzina dwa razy wywiozła do lasu, gdzie ożywiał, przypominał sobie, jak kiedyś był komandosem w Legii Cudzoziemskiej, i wychodził z lasu obronną ręką.

Autor: Michael Tequila
Gdańsk, 20 06 2020

0Shares

Wsteczna ewolucja. Opowiadanie fantastyczne.

 

Euzebiusz Kasyda od pewnego czasu prowadził monologi wewnętrzne. Rozmawiając ze sobą, rozmawiał z wszystkimi ludźmi. Wierzył w siłę i znaczenie takiego postępowania. Latem zaczynał wcześniej, zimą później. Zapisywał to, co mówił, aby mieć dowód, że mówił prawdę.

– Nie uwierzycie w to, co powiem. Jest godzina 4.50. Budzę się. O tej porze budzę się regularnie od miesięcy. Patrzę na budzik. Po co mi on, skoro sam się budzę z wielką punktualnością? Wyrzucam go do kosza na śmieci. Dzwoni w proteście więc go wyjmuję z kosza i przydeptuję nogą. Milknie.

Na zewnątrz kwilą ptaki. Że też nie jest im zimno! Ja w takiej sytuacji nie kwiliłbym. Dobrze, myślę. W szybie drzwi balkonowych większych niż dźwig budowlany widzę siebie. Jestem zgarbiony, ręce długie opuszczone wzdłuż boków ciała. Jest dosyć szczupłe, można by powiedzieć skąpe, nie całkiem jednak. Myślę, że człowiek jest bardziej małpopodobny niż że małpa jest człekokształtna, jak to utrzymują mieszkańcy naszego globu. Czuję coraz mocniej, że chcę być małpą. Pragnę tego, mam poważne powody.

Wczuwam się w jej postać i rolę. Myślenie idzie mi nieco wolniej. Teraz rozumiem, dlaczego małpa mówi krótko, a człowiek długo, w dodatku często łże. W miarę przeobrażania się myślę, że nie będzie źle. Myślenie we mnie nie zanika, tylko zmienia się. Jest spokojniejsze, bardziej pozytywne. Postanawiam odczłowieczyć się do końca. 

Wychodzę na środek pokoju, aby mieć więcej powietrza. Przekształcam się, ewoluuję wstecz. Bardziej się już garbię, ręce się wydłużają lecz brzuch wciąż wystaje jak piłka.

– Idzie opornie, ale dam radę. Małpa potrafi, myślę, wspominając rudych i siwych osobników rządzących wielkimi narodowymi stadami. Nie znoszę ich. Choć w części chciałbym być kimś takim. Myślę o majątku, jaki zbijają przy okazji rządzenia. Taka góra szmalu! I to wszystko dla siebie. No i ta niezwykła lojalność ludzi otaczających rządzących. Wierność aż do grobowej deski! I za co? Za poczucie siły i bezkarności, przywileje i szmal. 

– Dlaczego chcesz całkowicie zmałpieć, pytam sam siebie dla uzyskania całkowitej pewności, że nie błądzę. Źle jest ci być człowiekiem? Ostatecznie, za kilka milionów lat będziesz musiał zejść z drzewa i ucywilizować się.

– Drzew już wtedy nie będzie, odpowiadam sobie. Nie będzie zwykłej wody i zwykłego powietrza, będą tylko wielkie miasta i dwadzieścia miliardów ludzi. Będą jedli wszystko, co zielone lub się rusza. Zostaną tylko wirusy. Będzie beznadziejnie. Bez wody, lodowców, powietrza będzie susza, tajfuny, potopy, pożary i tsunami. Taki tajfun to tak ci we łbie namiesza, że hej! Trzeba będzie mieszkać na księżycu lub Marsie.

Wracam do pytania, dlaczego chcę się całkowicie odcywilizować.

– Bo człowiek to bezrozumna istota. Niszczy przyrodę i tworzy potencjał unicestwienia siebie samego.   

– Dlaczego tak sądzisz, pytam.

– Popatrz na dowolnego wielkiego przywódcę, na jego zbrodnie. Jest ich wielu. Nie chcę mieć z kimś takim nic wspólnego. Łgarz, złodziej, krzywoprzysięzca, często morderca. Taki to wymyśla sobie nawet Boga, którego kreuje na podobieństwo ludzkie, twierdząc, że jest na odwrót. Wysługuje się nim, upierając się, że on, człowiek, robi tylko to, co Bóg chce. Na szczęście Bóg jest oporny i broni się jak może. Przeważnie milczy, a niekiedy przypomina, że przyroda to nie jest wymysł, że ma swoje środki rażenia, różne choroby, epidemie, pandemie, cholery, dżumy – wyliczam i chcę uporządkować ich listę alfabetycznie. Nie! – postanawiam. Tylko nie alfabetycznie. To zbyt ludzkie. 

Godzinę później jest już jaśniej. Widzę, że nie poczyniłem wielkich postępów na drodze ewolucyjnego uwstecznienia się. Ta sama zgarbiona sylwetka, długachne łapy, wystający brzuch. No, może już trochę mniej wyraźny. To dobrze. Nos też mam już szerszy i wolniej mi się myśli; wolniej ale i swobodniej. Zauważam jeszcze włosy porastające całe ciało i trochę mniej włosów na głowie. Łysieję, myślę ze zgrozą. Nie chcę łysieć, postanawiam. Żadna małpa nie jest łysa!

Przede mną pojawia się drzewo. Wyciągam łapy przed siebie, aby uchwycić się gałęzi, wyciągnąć na całą długość, pohuśtać. A tu nic wokół. Gdzie puszcza amazońska, gdzie niezmierzona tajga? –  pytam. Nic tylko głusza. Wszystko wycięli!

– Kurwa mać – przeklinam. Myślę, że jak już całkiem zmałpieję, to zostawię sobie przekleństwa na pamiątkę. To będzie jedyny ludzki dorobek we mnie, człowieku z demobilu przekształconym w małpę, istotę pozytywną, nie niszczącą środowiska naturalnego, bez trzech tysięcy pocisków jądrowych, szowinizmu, terroryzmu, dyskryminacji, nienawiści rasowej, przewożenia wirusów z jednego kontynentu na drugi, bez gór śmieci, spalin, wyścigu szczurów i podobnych osiągnięć. 

Obmyślam hasła. Precz z demokracją, którą można manipulować. To pierwsze. Mam też dłuższe: Precz z władzą cyborgów o starczym ciele i zważonym umyśle, z wielkim brzuchem, laską, maseczką powagi na dziobie oraz sardonicznym uśmiechem w zaciszu własnego gabinetu.

Tak, bezwzględnie chcę być małpą, umacniam się w tym przekonaniu, choć nie odejdę dostatecznie daleko od człowieczeństwa, bo małpy łączy z ludźmi dziewięćdziesiąt osiem procent cech genetycznych. Mamy prawie identyczny genom. Ludzie nie lubią o tym myśleć, bo nie tak jest w Piśmie Świętym i w Kościele. Trudno się mówi, przekonuję siebie. Ewolucji, historii ani religii nie przeskoczę.

Będę natomiast rozdawać autografy. Ten zwyczaj zachowam. Zmienię imię na Kacper i będę podpisywać się lewą ręką. To zdaje się pomaga. Zyskam popularność. Będę wszystkich pozdrawiać małpim gestem, ponieważ nie podoba mi się wyciągnięte na wprost ramię. Na tym kończę, bo słabo mi się zrobiło od myślenia o człowieku.

Autor: Michael Tequila
Gdańsk, 12 06 2020

0Shares

Epidemia i sukcesja. Opowiadanie seryjne.

Odc. 1

Wirus YZ przewrócił ludziom w głowie, pozmieniał myśli i zdeformował wyobrażenia. Nie od razu oczywiście. Pierwsze dni minęły bez większych sensacji, odpływając w przeszłość spokojnie niczym oliwa z przechylonej butelki. Mało kto je zapamiętał. Zaplątani w sieci codziennego życia ludzie żyli obowiązkami: dom, dzieci, samochód lub autobus, praca, zakupy, gotowanie, sprzątanie, wyprowadzanie psa, łóżko. Czasem przeżywali jakąś drobną pieszczotę lub przekleństwo w zależności od tego, jak im się ułożyło.

Minister zdrowia ogłosił w telewizji pierwszy przypadek zakażenia wirusem YZ. Oczekiwano, że to nastąpi prędzej czy później, nie wiadomo było tylko kiedy, dokładnie gdzie i ile osób będzie dotkniętych tym nieszczęściem. Telewidzowie odetchnęli z ulgą; zakażonymi okazali się ludzie obcy. Nikt o nich wcześniej nie słyszał. Przeżywanie  nieszczęścia człowieka, którego się nie zna, mniej boli albo nie boli w ogóle. 

– Choroba wirusowa w rodzinie to co innego. – Mówili z przekonaniem. Wielu im potakiwało. 

Po pięciu dniach – trochę mniej, trochę więcej, jaka to różnica – pojawiła się w społeczeństwie niepewność. Przyczyną była niepomyślna informacja. Ktoś rozpuścił w Internecie i ludzie zaczęli to powtarzać, że wirus najpierw atakuje głowę.

– Ludzie głupieją. Nie wszyscy oczywiście. I nie w jednakowym stopniu – pocieszano się. Faktem było, że od czasu zwrócenia uwagi na to zjawisko, dało się dostrzec coraz więcej dziwnych zachowań. Ludzi zaczęli przyglądać się sobie nawzajem. 

Alfero Cantora, „Nieszczęsny Włoch”, jak nazywał sam siebie, też nie wiedział, co o tym sądzić. Inni myśleli podobnie. 

– Czy ten wirus to coś poważnego? – Zadawano pytania, rozglądając się na boki, jakby niebezpieczeństwo czaiło się gdzieś w kącie. Bardziej rzutcy obywatele wysyłali petycje o więcej informacji, najbardziej agresywni ostrzegali władze: – Lepiej nas nie straszcie!

Zanim rząd zdążył udzielić odpowiedzi, zjawiła się śmierć. Był to początek nowego etapu historii wirusa, społeczeństwa i rządu. Zmarła kobieta i mężczyzna, małżeństwo w wieku wyższym niż średni.

– Zarazili się od siebie tylko dlatego, że trzymali się za ręce, kiedy jeździli na nartach. Żadnych innych kontaktów – wyjaśniali znający ich dobrze sąsiedzi. – To było straszne. Patrzyliśmy na nich z bliska. Na początku nieznaczna gorączka, uczucie duszności, potem wymioty, drgawki i koniec.

W ciągu kilku dni statystyki zgonów znacznie wzrosły. Najpierw było to kilkanaście, wkrótce potem kilkadziesiąt osób. Rząd, dotychczas niedostrzegający lub bagatelizujący, co działo się w innych krajach, nagle się obudził.

– Ten wirus to znacznie poważniejsza sprawa niż sobie myślałem – zagaił premier Chudy otwierając posiedzenie gabinetu poświęcone sytuacji w kraju. Musimy wziąć to sobie do serca, bo inaczej może być z nami źle. Mam nadzieję, że wiecie, o co mi chodzi.

Nie musiał wyjaśniać, bo wszyscy ministrowie wiedzieli, co szef miał na myśli. Popatrzyli po sobie i odpowiedzieli jednym głosem:

– Chodzi o naszą przyszłość, naszą władzę, nasz dobrobyt.

Na posiedzeniu podjęto pierwsze kroki przeciwdziałania wirusowi. Przede wszystkim ustalono, że członkowie rządu będą przybierać poważniejszy wyrazy twarzy w trakcie wystąpień publicznych. Najgorzej było z ministrem spraw wewnętrznych; na pierwszym wystąpieniu razem z premierem i ministrem zdrowia wyglądał smutniej niż grabarz w dniu potrójnego pogrzebu.

Premier zapytał go przyczynę i upomniał.

– Nie możesz siać defetyzmu swoją twarzą. Ludziom może ona paść na umysł, a my musimy dobrze się kojarzyć. Nadchodzą ważne wybory i musimy ich do tego przygotować, wirus nie wirus. Nie może on być powodem, abyśmy cały czas byli smutni. Sprzedajemy dobre pomysły na życie, a nie trumny.

Upomnienie udzielone przez premiera zapadło ministrowi w serce. Myślał, jakby się zmienić.

Rząd zdopingował się i częściej organizował prezentacje w telewizji na temat wirusa YZ. Premier i ministrowie podawali i pokazywali liczby, mówili i przekonywali, ostrzegali i pocieszali.

– Przede wszystkim musimy myć ręce. Będziemy wam o tym przypominać. Jak na razie, to stoimy nieźle w rodzinie europejskiej. Jesteśmy nawet lepsi od innych – mówiąc to premier wypiął pierś do przodu. Guzik odpadł mu na wysokości serca. Nie przejął się tym, strzepnął tylko nitkę, aby spokojnie kontynuować.

– Nigdy nie był atletą, ale to dzielny człowiek – chwalili go zwolennicy rządu.

Minister zdrowia pokazał statystyki. Okazało się, że najstarsi obywatele mrą jak komary w upale pustynnym. Porównanie podobało się, statystyka nie. Prezentacje rządowe robiły coraz większe wrażenie. Obywatele zaczęli odczuwać strach; coraz mniej rozumieli z tego, dokąd to zmierza.

– Nie ma w tym nic dziwnego, ponieważ wielu z nas umie tylko mówić przez telefon, mało czyta, a nawet jak czyta, to mało rozumie. – wyjaśnił w telewizji socjolog. Nazywał się Jan Humana i rozumiał więcej niż inni, co się dzieje na świecie.

Ludzie mało czytający okazali się najszczęśliwsi. Przynajmniej na początku, Spotykali się, klepali po plecach, całowali. To wśród nich pojawiły się kolejne ofiary.

– Los, ślepy los, który podobno nie umie pisać ani czytać, mści się na swoich – Myślał ze współczuciem Alfero Cantora.

Rząd nie mógł sobie pozwolić na dalszą zwłokę. Ogłosił alarm antywirusowy. Odbyło się to głośno, wszyscy usłyszeli fanfary. Od tego dnia premier Chudy i najbliżsi ministrowie, uroczyście ubrani w ciemne garnitury, spotykali się codziennie z narodem przed kamerami telewizji, aby informować, co, ile, gdzie, kto i kiedy. Ponowiono zalecenia. Myć ręce. Kilka razy dziennie.

– Jak myć? – pytano, skoro w sklepach i aptekach nie ma środków do dezynfekcji, mycia, kąpieli, a czasem nawet płynu do płukania zębów.

– Wiemy o tym, zapewniał premier, i czuwamy nad tym. Szukamy dostawców, wyznaczyliśmy dwóch producentów. Jeden z nich to wielka firma państwowa. Mamy tam swoich ludzi. To daje nam pewność, że wszystko pójdzie dobrze, bo to ludzie dobrze opłacani.

Mało kto go słuchał i zastanawiał się, dlaczego powierzono produkcję środków antyseptycznych i czyszczących tylko dwom firmom, a nie tysiącu. Ludzi interesowały inne ważne sprawy.

– Jak się witać? – pytano. – A co z tymi, którzy mają protezę zamiast ręki.

Sprawa była poważna. Obywatele coraz tłumniej zbierający przed telewizorami czekali na odpowiedź. Tego dnia wszyscy patrzyli na minister kultury, dużą, postawną, powolną w ruchach kobietę z lekkim wąsem pod solidnym nosem. Minister zastanowiła się, zanim udzieliła odpowiedzi.

– Łokciami – wyjaśniła. – Ale nie obydwoma, tylko jednym.

– Podejdź do mnie – mrugnęła do ministra spraw wewnętrznych. Jak zwykle miał smutną twarz. Miał powody. Ktoś na Twitterze użył wobec niego określenia, że został obłaskawiony przez prezydenta, aby uzyskać spokój ducha. Nieco zdezorientowany podszedł do minister. Ta trąciła go łokciem w łokieć.

– Tak należy się witać – powiedziała do kamery z zachęcającym uśmiechem.

Ludziom się to podobało. Próbowali przed telewizorami. Minister kultury dłuższą chwilę myślała – jak to miała we zwyczaju, aby nie chlapnąć czegoś niepotrzebnego – po czym zapowiedziała:

– Opracujemy nowy protokół antywirusowego savoir-vivre. Jak się witać, jak żegnać, jak porozumiewać się bez słów i jak oddychać, aby nie wchłonąć wirusa. Nasz rząd dba o obywatela. Nie zapominajcie o tym – zachęciła na zakończenie. 

Odc. 2

Sprawę zagrożenia wirusem YZ ktoś musiał niepotrzebnie rozdmuchać, bo w sklepach zabrakło wszystkiego, co niezbędne do życia. Przede wszystkim artykułów spożywczych.

– Jest źle, będzie jeszcze gorzej – przekazywano sobie komunikat z ust do ust.

Panika ruszyła ulicami. Po południu tłum pchał się drzwiami i oknami do sklepów i magazynów. W nocy nastąpiły pierwsze włamania. Brano, co kto mógł. Domy pęczniały, sklepy pustoszały, tylko Wirus YZ pozostał niewzruszony.

– Jaka może być przyczyna tak szybkiego jego upowszechniania się? I dlaczego atakuje on w przede wszystkim głowę? – pytali obywatele.

Dyskusje toczyły się wszędzie, w domach, w telewizji, na ulicy. Każdy wysilał umysł, aby swoim tłumaczeniem przyczynić się do poprawy wiedzy o wirusie. Najprostsze wyjaśnienie oferowały starsze kobiety na rynku. 

– Winni są obcokrajowcy, te diabły wcielone. To oni przywlekli go z Afryki. Ten potwór jest zupełnie niepodobny do innych wirusów i bakterii. Jest kompletnie dziki. Zjada ciało zanim zauważysz, że je w ogóle miałaś.

Blady strach, jaki już wcześniej padł na naród, stał się wyraźniejszy. Sytuacja ulegała pogorszeniu. W sklepach półki straszyły pustką. Ekspedientki chowały się za ladą z obawy przed klientami, gotowymi wyładować na nich gniew na brak towaru, panoszenie się wirusa, złe samopoczucie czy nawet problemy rodzinne. Wirus stał się okazją, aby brać odwet za wszystko. Także na rządzie za to, który nie potrafił spowolnić jego przenikania do kraju.

Korzystniejsza była tylko sytuacja prezydenta. Przerwał kampanię wyborczą, aby dwojąc się i trojąc, na wiecach, spotkaniach i konferencjach, dawać ludziom dobre rady, namawiać do wstrzemięźliwości towarzyskiej. Na spotkania prezydent Lambrekin przyjeżdżał w polowym mundurze generalskim, wyglądał i przemawiał bardzo oficjalnie i przekonywująco.

– Myjcie ręce – nawoływał. To było jego stałe zawołanie.

Na spotkania z nim tłumnie stawiali się strażacy, gospodynie wiejskie, rolnicy i zespoły ludowe, ludzie spragnieni symboli władzy. Widzieli w nim majestat.

– Za mundurem panny sznurem – wzdychały starsze niewiasty patrząc z uwielbieniem na rumianą twarz prezydenta.

Jego przeciwnicy twierdzili, że wzywa ludzi do pozostawania w domu, ale sam gromadzi tłumy, narażając je na ryzyko zarażenia się wirusem. Mówili także o stałej obecności przy nim kolumny sanitarnej z lekarzami dyżurnymi, oraz o rezerwacji łóżek w szpitalu zakaźnym w pobliżu miejsc jego spotkań.

Słysząc takie oskarżenia prezydent wydymał usta i dumnie odpowiadał.

– Byłem, jestem i będę patriotą. Gotów jestem poświęcić życie dla mojej ojczyzny. Tam, gdzie chodzi o miłość do ojczyzny, koszt nie gra roli.

Nastał piątek. Dzień jak dzień, o tyle odmienny od poprzednich dni tygodnia, że zapowiedziano mróz nocą. Alfero Cantora, mężczyzna z poczuciem nieszczęścia osobistego, przeklinając dzień swoich urodzin i księdza, który nadal mu imię,  poszukiwał spirytusu do odkażania. W piątek odwiedził wszystkie sklepy alkoholowe i inne, gdziekolwiek w oknie wystawowym widać było obraz butelki, kapsla, nakrętki lub napis „Alkohol”. Nigdzie nie było spirytusu. W ostatnim sklepie alkoholowym, wielkim jak hala fabryczna, zapytał sprzedawcę:

– Kiedy będzie najbliższa dostawa spirytusu?

– Nie mam pojęcia. Nic nam nie mówią. Są braki w hurtowniach. To artykuł pierwszej potrzeby – wyjaśnienia sprzedawcy brzmiały jak reklama.

Po odwiedzeniu dwóch sklepów z alkoholem, Cantora udał się do piekarni przy ulicy Łowieckiej. Była godzina dwunasta w południe. Mimo nieudanych prób zakupu spirytusu, był nastawiony pozytywnie, że przynajmniej kupi coś rodzinie na pocieszenie.

W sklepie panowały pustki, nie licząc osamotnionych czterdziestu pszennych bułeczek dowiezionych kilka minut wcześniej. W bród było tylko ciastek i ciast, pierniczków, faworków i podobnych wyrobów.

Alfero patrzył na półki z wyrobami cukierniczymi. Przed oczami stanął mu napis „Cukrzyca”, zaraz potem wyświetlił mu się w głowie obraz gangreny i operacja amputacji nogi. Dwie ekspedientki patrzyły na niego z niepewnością na twarzy. Wzrokiem uciekały w bok w kierunku bocznych drzwi. Mężczyzna otworzył usta, aby wylać z siebie uczucia niedowierzania, niepewności i zawodu.

– To wy za to odpowiadacie. Tu nie ma niczego oprócz ciastek, czyli cukru, mąki i niezdrowego oleju palmowego. Powiem szczerze. Jestem spokojnym człowiekiem, ale wrócę jutro i jeśli nadal nie będzie chleba na półkach, to wyciągnę was zza lady i …  nie wiem, co zrobię.

Po wyjściu ze sklepu zatrzymał się, rozpiął kurtkę pod szyją, aby przewiał go chłodny wiatr. Musiał ochłonąć. Zastanawiał się, co się z nim dzieje.

– Jestem chyba nienormalny! Ten amok jest naprawdę zaraźliwy.

Obiecał sobie kontrolować swoje zachowanie, nie dać się sprowokować brakiem towaru do sklepie. Po wyjściu ze sklepu piekarniczego skierował się do sklepu mięsnego. Miał kupić kawałek świeżego mięsa. Przed wejściem przypomniał sobie polecenie:

– Indyk, wołowina, wieprzowina. Cokolwiek, byle nie wędlina czy kurczak.

W sklepie półki były puste, tylko pod szkłem szerokiej lady chłodniczej widać było kilka wędlin w kolorze filetowym. Pod ścianą stały bezczynnie trzy czarno ubrane ekspedientki.

– Dlaczego panie są ubrane na czarno? Nie obchodzimy przecież dnia żałoby czy klęski narodowej – Cantora odezwał się pojednawczo.

– Czarno widzimy przyszłość. I nie jest żart. Po trzech dniach szturmu na sklep padamy z nóg ze zmęczenia. Ludzie oszaleli i kupują wszystko, co tylko mamy. Widzi pan sam, że nie mamy już prawie nic do zaoferowania.

– A co będzie jutro?

– Otwieramy sklep o godzinie siódmej trzydzieści. Jeśli przyjdzie pan o tej godzinie i będzie mieć pan szczęście, to może uda się panu coś kupić, bo będzie kolejka.

Ekspedientka nachyliła się w kierunku klienta i dodała poufnie:

– Klienci zachowują się jak szarańcza! Widzi pan tych ludzi. Niby tacy normalni a kupują wszystko na pniu, bez zastanowienia. Niektórzy to nawet zaczynają jeść wędlinę w sklepie, jakby bali się, że ktoś im ją odbierze w drodze do domu. Ten cholerny wirus wszystkim pomieszał zmysły!

Odc. 3

Alfero wstał o świcie, aby udać się na zakupy. Na dworze panowała cisza. Każdego dnia jest coraz głębsza – pomyślał. Poprzedniego dnia pojawiła się pogłoska jakoby służby oczyszczania miasta wysyłały swoje śmieciarki po to, aby robiły hałas i utrzymywały ludzi w przekonaniu, że cisza jest złudna bo wszystko jest w porządku. W drodze po zakupy Alfero wyobraził sobie sceny głodu, same wyskakiwały mu przed oczy. W nocy spadł śnieg, na chodniku i na ulicy leżała warstwa około trzech milimetrów.

– Utrzymuje się, bo zimno. Temperatura przy ziemi jest poniżej zera – pomyślał Alfero.

Z osiedla „Rześkie Powietrze” wyjechał traktor z pługiem śnieżnym. Alfero odnotował ten fakt w pamięci.

– Będzie chyba zbierać śnieg na pamiątkę. Każdemu mieszkańcowi osiedla po garści śniegu. Niech pamiętają, że była zima.

W sklepie mięsnym przy ulicy Łowieckiej, gdzie pracują kobiety w czerni, Alfero kupił udziec indyka. Przypomniał sobie, że żona coś mu mówiła o piersiach indyczych. Kupił więc drugi kawałek mięsa.

W drodze powrotnej sprawdził, gdzie można kupić spirytus. Nigdzie. W osiedlowym sklepie alkoholowym zapytał, dlaczego nie ma spirytusu.

– Tak chciałbym się napić – wyjaśnił. Świadomie mówił teraz częściej jakby lekceważąco, dla rozładowania narastającego napięcia.

Ekspedientka, młoda ciemnooka kobieta z kokardą we włosach i dojrzałym uśmiechu na twarzy, odpowiedziała.

– Podobno ziemniaki wymarły.

– A zboże? – pyta Alfero.

– Myszy zjadły. A to, co zostało, zatruły własnym wirusem. Żeby ludzie nie mieli. Podobnie jak my one kierują się przysłowiem „Jak Kuba Bogu, tak Bóg Kubie”. Myszy też mają własny rozum, chociaż malutki.

– Malutkie rozumy to nie tylko myszy mają – z przekonaniem wyjaśnił Alfero. – To jest coś, co łączy nasz gatunek z niżej stojącymi gatunkami zwierząt. Na przykład, i my i one, znaczy się zwierzęta, jesteśmy atakowani przez wirusy.

Oboje zaśmiali się ostrożnie, bo nie wiadomo, do czego to wszystko zmierza, włącznie z poczuciem humoru.

Następnym etapem porannej wędrówki Alfero była apteka. Przed apteką stały cztery osoby. Dwie z nich, mężczyzna i kobieta, trzymały się za ręce.

– Wyraz solidarności w obliczu nieszczęścia – pomyślał Alfero. Postanawia nie myśleć o wirusie. 

Czekał na wejście do apteki. To jego ulubiona apteka. Zna wszystkie farmaceutki, a one znają jego. Ma to praktyczne znaczenie. Teraz, kiedy lekarka rodzinna wystawia receptę z dużą ilością leków, dla niego lub dla żony, bierze tylko część leków i zostawia receptę w aptece. Jest to konieczne także dlatego, że najczęściej apteka musi zamówić leki w hurtowni.  Na stanie ma zazwyczaj nie więcej niż kilka opakowań. Czekając na swoją kolejkę, przypomniał sobie, co jest ważne: zapisać sobie numer recepty oraz dzień, kiedy ją realizuje. To ważne, w razie potrzeby aptekarka może szybko odszukać receptę. Sam numer czy nazwisko nie wystarczą. 

W aptece widać zmiany i ograniczenia. Wzdłuż lady w odległości jednego metra biegnie szeroka niebieska linia. Aptekarki mają na sobie maseczki. Wyglądają jak laborantki.

– Czy są już środki antyseptyczne, płyn do mycia rąk, chusteczki i maseczki ochronne na twarz – Alfero zadaje to pytanie od ponad tygodnia.

– Nie ma.

– A kiedy będą. Tak z grubsza, w przybliżeniu.

– Nie wiemy. Premier Chudy mówił w telewizji, że jest dobre zaopatrzenie aptek, ale nie mówił o naszej.

Alfero nie lubi premiera bo nie zawsze mówił prawdę. Kiedy ją mówił, to zdarzało mu się niedopowiedzieć czegoś albo odpowiedzieć na okrągło. Na pytanie na ile dni wystarczy oddziałom zakaźnym sprzętu antyseptycznego, kombinezonów, maseczek, okularów i obuwia, premier odpowiedział: 

– Rządowe Biuro Rezerw Materiałowych intensywnie gromadzi to wszystko, aby niczego nie zabrakło. 

Odc. 4

Kiedy podejmował pieniądze w bankomacie koło supermarketu „Coccinella”, tuż obok, przed sklepem mięsnym, stała już kolejka. Nigdy nie była taka długa. Z ciekawości Alfero policzył czekających; dwadzieścia pięć osób. Wszyscy stali i gapili się bezmyślnie w przestrzeń z wyjątkiem trzech osób patrzących w smartfon. Nikt nie miał książki w ręku.

– Bo i po co? – Pytały ich niewidzące oczy i nieme twarze. Czy my czytać nie umiemy? – literacko wyobraził sobie scenę Alfero.

Kiedy sam musiał gdzieś czekać, był na to przygotowany, zawsze miał książkę ze sobą, w plecaku lub w torbie na zakupy. Dla niego czas czekania nigdy nie był stracony ani bezwartościowy. Kiedykolwiek myślał o tym, ile jest cudownych książek do przeczytania, włos mu się jeżył z rozpaczy, że nie zdąży tego zrobić. W kolejkach nadrabiał zaległości lektury. Czas oczekiwania wzbogacał jego życie. Sens życia widział w znaczącym jego przeżywaniu; czytanie czegoś wartościowego było znaczące, bezmyślne oczekiwanie – nie. Był apodyktyczny w tym względzie.

Życie kraju skupiło się wokół jednego punktu. Nic nie dyktowało rytmu życia jednostki i społeczeństwa bardziej niż Wirus YZ. Wszyscy o nim myśleli i mówili. Jego nieustępliwa ekspansja wywoływała masę informacji w mediach publicznych. Ujawniały one rozmiar ludzkich możliwości intelektualnych, od mądrości i rozwagi do głupoty i bezmyślności, od spraw ważnych do banalnych. Informacje nie płynęły równymi, dającymi się wyodrębnić strumieniami, lecz wpadały na siebie, kołowały, pędziły i zawracały, mieszając się ze sobą. Przekazy były tak skonstruowane, że często nie było wiadome, co jest prawdą a co zmyśleniem, półprawdą, ćwierćprawdą czy też prawdą niekompletną jak człowiek bez nogi, ręki lub ucha.

– Nie sposób połapać się w tym galimatiasie. Świat kołowacieje, goni jak pies za swoim ogonem – Alfero myślał o narastającym gubieniu się człowieka w wytworach własnej cywilizacji. To tylko umacniało jego determinację utrzymania się na powierzchni. 

Wieczorem w telewizji gruby rolnik z oczami wygłodniałego lisa i policzkami przekarmionego wieprzka z przejęciem opowiadał, wyobrażając sobie przyszłość, jak to pod wpływem mutującego Wirusa YZ z farm hodowlanych i gospodarstw rolnych masowo uciekają indyki, bażanty, kury, kaczki i inne ptactwo.

– Za nimi pędzi grubsza zwierzyna, krowy, świnie, konie i owce. Na miejscu pozostają tylko kozy; są odporne na wszystko. W okresach powszechnego głodu koza przeżyje karmiąc się suchą trawą, kolczastymi badylami a nawet papierem. 

– Pędzimy do lasu. Nie chcemy iść na przerób przez człowieka lub wirusa – takie komunikaty wysyłają uciekające zwierzęta – zakończył grubas.

Czy jest to prawdą, co mówi wiejski tłuścioch odnośnie przyszłości, nie jest pewne. Chyba raczej nie, choć nikt nie wie, co rzeczywiście przyniesie przyszłość. Ze zwierzętami jednak też jest coś nie w porządku. Nikt nie jest pewny, czy nie jest to wpływ Wirusa YZ – podsumował Alfero.

Przechodząc koło przystanku autobusowego Alfero zatrzymał się, aby popatrzeć na rozkład jazdy. Uczynił to odruchowo, z ciekawości, czy w czasie kryzysu jeździ znacznie mniej autobusów. Kilka kroków dalej, w bezpiecznej odległości od niego, stały dwie młode kobiety i rozmawiały. Zaczął je słuchać, ich rozmowa wydała mu się ciekawa.

– Dzisiaj psy też się leczą, proszę pani. Ja ze swoim Reksem chodziłam kiedyś do weterynarza, bo pies nie miał siły biegać, był apatyczny, nie chciał jeść. Okazało się, że miał depresję. Poszłam z nim wtedy do psychologa zwierząt i ten stwierdził, że pies musi zmienić swoje nawyki spania, jedzenia, ruchu, spacerów. Skierował mnie do behawiorysty zwierzęcego. Była to kobieta, bardzo miła zresztą. Siedziałam sobie w poczekalni, kiedy usłyszałam hałas. Jak się okazało mój Rex dostał szału. Behawiorystka nie miała pojęcia dlaczego. Mówiła tylko, że sama źle się czuje i może to udzieliło się psu. Teraz Reks chodzi już ze mną do innej behawiorystki. Dużo z nim rozmawia. Ja mogę stać obok i nic z tego nie rozumiem. Kiedy Rex wychodzi z jej gabinetu, jest bardzo zadowolony. Merda ogonem, chce mnie lizać, jakby w podziękowaniu za to, co dla niego robię. Tak sobie myślę, że dzisiaj jest łatwiej o porozumienie zwierzęcia z człowiekiem, niż człowieka z człowiekiem.

Wieczorem Alfero rozmawiał telefonicznie z przyjacielem. Spotkali się po wielu latach zagubienia w dżungli życia, która tylko wydaje się być miłą równiną pokrytą domkami, ogródkami, ulicami oraz kolorowymi fragmentami pól i lasów zdobnych wstążkami rzek i kotylionami jezior. Poruszali sprawy bieżące związane z nieszczęściem, jakie spadło na świat i kraj: malejące zatrudnienie, lawinowo rosnące problemy gospodarcze, nakazy i zakazy, co robić a czego nie robić, aby ochronić się przed wirusem.

W telewizji dominował zwarty front władzy. Premier Chudy, MinZdro, którego nazwiska nikt nie pamiętał, tak silnie kojarzyło się ze szpitalem, oraz prezydent Lambrekin, zgodnie głosili, że trzeba myć ręce i nie gromadzić się.

– To podstawa wszystkiego – przekonywali. Bez tego jesteśmy jak śnięta ryba na pustyni; leży sobie wygodnie w ciepłym piachu ale nie ma czym zaspokoić pragnienia.

Rząd wprowadził zakaz organizowania zgromadzeń, stanowiących niezdrowy choć naturalny odruch stadny u ludzi, wyższej ewolucyjnej formy rozwoju zwierząt. Z polecenia rządu zamykano wszystko, co ma drzwi i zamek lub kłódkę.

Prezydent Lambrekin – nie była to jego jedyna identyfikacja, bo różnie go nazywano, także Adadu – też to mówił, z tym, że wbrew własnym słowom sam organizował spotkania z ludźmi, aby ich przekonywać, że bez niego padną z głodu i pragnienia. Robiono mu z tego tytułu zarzuty. Nawet jego własne otoczenie zwracało mu na to uwagę.

– Wiem, że tłumaczę obywatelom, aby się nie gromadzili się w jednym miejscu, ale ja tak bardzo lubię przemawiać. Podnieca mnie to, co mówię i jak mówię. Usta mi się wtedy układają jak do pocałunku i czuję, jak się unoszę w górę. Ludzie mnie oklaskują, cokolwiek nie powiem. Kiedyś mówiłem o żarówce, coś mnie wtedy strzeliło, chyba było ciemno, i to się bardzo podobało ludziom. W dobrym stylu jest być krytycznym, wytykać błędy innym, wyzywać oponentów od łajdaków, zachęcać i gromić. Ja to robię właśnie na spotkaniach i słupki mi rosną. Czy chcielibyście, abym odszedł i abyście wy stracili pracę i przywileje? – zwrócił się go otaczających go ludzi. 

– Ależ nigdy, panie prezydencie! – krzyczeli. – Pan jest najlepszy. Nikt tak nie przewodzi narodowi jak pan! Jest pan wzorem dla nas wszystkich! Reprezentuje pan cały naród, a nie tylko partię rządzącą. Pan tu o wszystkim decyduje!

Po ostatnim zdaniu prezydent Lambrekin przerwał strumień zachwytów. Uznał, że ludzie przesadzają.

– To było niesmaczne – poskarżył się żonie po zakończonym spotkaniu.

Odc. 5

Zgodnie z oficjalnymi rozporządzeniami dotyczącymi Wirusa YZ Alfero pozostał w domu. Serce w nim skowyczało z żalu, ale postanowił trzymać je na wodzy. Znając swoje niezdyscyplinowanie założył sobie munsztuk i cugle. Obejrzał się w lustrze. Nie wyglądało to najlepiej, postanowił jednak nie załamywać się.

– Najważniejsze to skutecznie kierować sobą – zanucił starą jak świat pieśń, do której słowa napisał podobno filozof Seneka. Przerwał, jak tylko przypomniał sobie, że głos ma marniejszy od pijanej orki.

Nie mając nic lepszego do roboty, rozpoczął pisanie pamiętnika. Pisze na luzie, tak jak czuje się większość ludzi w schronach domowych, w poczuciu bezpieczeństwa czterech ścian, kuchni i ubikacji. Samotność i izolacja wpływają pozytywnie również na jego psychikę. Nie czuje się podminowany. Po pokonaniu pierwszych wątpliwości, jest czy nie jest więźniem, nie męczy go niemożność wyjścia na zewnątrz i rzucania kamieniami w psy i koty. Brak ruchu fizycznego nadrabia obserwując, co dzieje się w kraju i na świecie. Notuje swoje obserwacje.

Wniosek pierwszy: sytuacja jest dynamiczna jak na froncie, znaczy się wybuchowa. Ludzi coraz mocniej ogarnia amok, pojawiła się aberracja, życie staje się abstrakcją. Jest w nim coraz więcej sztuki, wręcz artyzmu. Rzecz w tym, że wirus wkręcił się w tryby wszystkiego, czym zajmowała się dotąd cywilizacja ludzka. W psychice, najbardziej zaniedbanej z dziedzin ludzkich zainteresowań, wirus naprawia wszystko co można, czyni to tym intensywniej, im bardziej była ona zwichrowana wcześniej.

Jest masa faktów do przeanalizowania.

Alfero analizy przeprowadza sam, czasem konsultuje ze specjalistami. Jednego odkrył niedawno. To kolega ze studiów nad istotą młodzieńczego życia z akademikiem i tanią stołówką. Teraz jest mistrzem obserwacji, specjalistą od interpretacji historii. Trzeźwość jego spojrzenia jest imponująca, przebija z łatwością mury wątpliwości, odsłania żywą prawdę.

Z historii przyjaciel ma czarny pas. Wisi na ścianie w salonie.

– Używam go tylko wtedy, kiedy mi spodnie spadają – mówi.

Oczywiście żartuje, co trzeba wyjaśnić, aby nie było wątpliwości w czasach, kiedy żart staniał. Właściwie to nikt nie chce go kupować a nawet brać bezpłatnie. Trzeba go wciskać ludziom siłą, tacy stali się poważni.

Alfero też stara się żartować, ale idzie mu nie najlepiej. Zauważył, że ludzie stracili poczucie humoru. Dobitnym przykładem jest przedwcześnie posiwiały staruszek ukazujący się w telewizji z okazji świąt narodowych i podobnych okazji, czasem bez przyczyny. To osoba czcigodna i natchniona, prowadzi wykłady na temat „W jakim kierunku należy rozwijać władzę”.

W żartach najlepszy jest prezydent Lambrekin zwany też Ubu. Różnie go nazywają. Przeważnie krótkie, czteroliterowe wyrazy, poręczne i łatwe do zapamiętania. Jego najlepszy żart jest o ludożercach, którzy zjedli pasażerów z rozbitego samolotu. Wysoko postawiony uczony, któremu Lambrekin opowiedział żart publicznie, dostał zawału serca, kiedy dowiedział się, że tylko jego ludożercy oszczędzili. To straszne – powiedział. – Wszystkich zjedli, tylko mnie oszczędzili, i to tylko dlatego, że razem z naczelnikiem plemienia uczęszczałem cztery lata na ten sam kurs polowania na lisy.

W żartach prezydent Lambrekin wyróżnia się również dlatego, że po opowiedzeniu kawału śmieje się pierwszy. Wyjaśnił dlaczego.

– Śmieję się bardzo wyraziście. Ćwiczę to w domu, znaczy się, w pałacu. Wyrazisty śmiech, szczery aż do bólu, to sygnał i zachęta do tego, aby ludzie zaczęli się śmiać. Bo czasem się nie śmieją i to mnie boli. O, tu! – pokazał na serce.

Wedle źródeł zbliżonych do sfer wyższych prezydent Lambrekin jest wybitnym przejawem wirusowych czasów – zapisał w pamiętniku Alfero.

Życie w kraju coraz bardziej staje się abstrakcją. Są jeszcze miejsca, gdzie pozostało skostniałe jak dawniej, ale to wyjątki.

– Abstrakcyjność dzisiejszego życia to pewnik – twierdzą logicy. Abstrakcja to czysty byt. Coś, co istnieje a zarazem nie istnieje. Identycznie jak atom w teorii kwantowej. Istnieje, ale nie w sposób tak konkretny i wyrazisty jak kawał mięcha, które możesz odgryźć i zjeść. Logicy i ich duchowe dzieci są niestety na wymarciu, bo świat kieruje się coraz bardziej uczuciami, a nie rozumem.

– Ależ tu chodzi o to, aby kierować się mieszanką uczuć i rozumu, a nie wyłącznie jednym lub drugim – bronią się logicy.

Nikt im nie wierzy, bo uczucia są najważniejsze. W rozum i w prawdę wierzą już tylko zboczeńcy.

– A co jest prawdą? – wołają ludzie pustynnej aberracji.

Prawdą jest fakt. Fakt to konkret, filar, znak drogowy dla wędrowcy spragnionego wody życia.

– Jaki fakt? – uparcie drążą ludzie pustynnej aberracji. I chwała im za to – myśli Alfero.

– Zwykły, ale może być też żelazny – odpowiadają logicy.

Nic nie jest w stanie zbić ich z tropu. Może tylko siwy dziadunio w telewizji, symbol władzy bezimiennej i absolutnej.

Na zachodzie bez zmian. W Wielkiej Brytanii zrobiło się ciepło. Ludzie zwani obywatelami wylegli masowo na ulice, ruszyli na place, miejsca zabaw, do galerii handlowych, aby odetchnąć świeżym powietrzem, pojeździć na wrotkach i pospadać z betonowych ramp, gdzie ćwiczą.

– Takie uderzenie o beton dobrze mi robi. Potrzeba mi wstrząsu mózgu od czasu do czasu bo inaczej życie jest nudne – wyjaśnił w telewizji młodzieniec, pseudonim Lumbago, celebryta mimo młodego wieku. Jest mistrzem w jeździe na wrotkach.

– Jeżdżę na wrotkach tylko po twardej powierzchni, poręczach, schodach i kamieniach. Mnie nawet wirus nie dogoni. Taki jestem szybki – przechwala się. Wiele osób mu wierzy, młodzież w szczególności.

Coraz więcej ludzi zachowuje się naturalnie. To są ci idący z prądem czasu.

– Idziemy tam, dokąd zmierza wirus. Wirus wychodzi na ulice, my wychodzimy razem z nim, pojawia się w parku, my razem z nim, pojawia się w centrum handlowym, tam też mu towarzyszymy. Nic nas nie wystraszy. Nikt nie będzie nam mówić, co robić a czego nie robić, ostrzegać, zakazywać.

W parku nad Tamizą wielki tłum zamienił się w chór. Dyryguje się sam, spontanicznie. Śpiewa pieśni rewolucyjne, religijne i buntownicze. Zaczyna od „Boże, chroń króla albo królową, w zależności od tego, kto jest na tronie”, następnie międzynarodową pieśń o wielkiej pożodze “My ze spalonych miast, my z głodujących wsi, my zbuntowani”. Pieśń znajduje odzwierciedlenie w podziale chóru na trzy grupy: miasto, wieś i reszta, czyli zbuntowani. 

Brytyjczycy zawsze dawali przykład inicjatywy i przedsiębiorczości.

– Kiedyś mieliśmy Imperium, wczoraj mieliśmy Brexit, dzisiaj mamy wolność konfrontacji z Wirusem YZ na wolnym powietrzu – słychać na ulicach.

Na Zachodzie bez zmian. Jest to film uwspółcześniony, pokazujący to, co żywe i znaczące. Idzie wszędzie, choć kina są pozamykane. Nie przeszkadza to niczemu, bo można go wyświetlać na murach, ścianach domów, plandekach zwisających z wielkich ciężarówek, nawet prześcieradłach. Potrzebna jest tylko taśma z nagraniem i silna latarka z przełącznikami: start, muzyka, komentarz, stop.

W Niemczech mężczyzna o wyraźnym podbródku lizał biletomat w tramwaju. Uznano go za oryginała. Podbródek miał świadczyć o jego silnej woli. Ludzie oklaskiwali go, choć sami nie zdecydowali się lizać. Pytano go, dlaczego to robi.

– Chcę upowszechnić wirusa. Kocham go. Kiedyś kochałem kobiety, potem mężczyzn, potem – co tu będę oszukiwać – sam sobie sprawiałem przyjemność. Dzisiaj kocham Wirusa YZ – powtórzył i chlasnął językiem po biletomacie, potem zrobił to samo kilkakrotnie z uchwytami do trzymania się w czasie jazdy. Mężczyzna rozglądał się, szukając wzrokiem metalowych przedmiotów w pobliżu. Nie było niczego, oprócz panelu kierowniczego, ale ten był zamknięty na kłódkę.

– Dajcie mi więcej metalu. Lubię jego chłód. Wirus trzyma się go najdłużej – wołał, ale nikt mu nie pomógł. Ludzie stali się nieczuli.

Po incydencie samotnego artysty zaczęto zastanawiać się, czy nie stworzyć listy miłośników Wirusa YZ zapisując na niej, włącznie z adresami i numerami telefonów, osoby wyróżniające się sposobem myślenia i zachowania w stosunku do wirusa. Reakcja społeczeństwa była pozytywna. Pojawiło się wezwanie, aby rząd stworzył fundusz poparcia dla kulturalnych inicjatyw społecznych wyłaniających się w okresie wielkich epidemii. W Internecie zbierane są podpisy.

Odc. 6

W kraju rodzi się nowa fala aktywności społecznej pod hasłem „Naprzód mimo wirusa”. Rzecz jest poważna. Okazuje się, że wirus jest bez znaczenia w sprawach najważniejszych. W telewizji publicznej znowu ukazał się siwy człowiek. Może nawet był to jego duch, bo wyglądał raczej smutno. Różnie go nazywają: Namiestnik, Dobroczyńca, Kurdu. On sam nie wypowiada się, czy te ksywy mu się podobają czy nie, więc ludzie się tylko domyślają. Jedni mówią, że tak, inni że nie, Inni zadają pytanie: Czy to takie ważne?

Na ekranie telewizora Namiestnik miał przylizane włosy. Na świeżym powietrzu widziano go z bardziej rozwichrzonymi. Ręce trzymał splecione ze sobą, aby nie rozbiegły się po stole. Prawą dłoń unosił od czasu do czasu do góry, powolutku, prawdopodobnie po to, aby nią walnąć w razie potrzeby i zaskoczyć wszystkich. Obywatele lubią  mocne gesty. Mówił powoli. Stwarzał wrażenie, że nie jest mu łatwo myśleć, ale jeszcze ciężej jest nie myśleć. Mówił o wybieraniu i to już niedługo bo w maju. Alfero domyśla się, że prawdopodobnie chodziło mu o wybór dobra nad złem. Nie był jednak tego pewny. Tak czy inaczej starszy pan zachęcał do udziału w jakichś wyborach. W końcu przemówienia rzucił hasło. Było mocne, choć wypowiedziane nieco słabowitym głosem. Był chyba głodny; w każdym razie nie wyglądał na przejedzonego.

– Idźcie na wybory. Macie szansę wybrać najlepszego kandydata dla kraju a równocześnie koronawirusa dla siebie i dla rodziny. To niezwykła okazja. Ja sam nie pójdę głosować, bo urnę wyborczą na jeden głos przywiozą mi do domu. Mam skromne wymagania, a chodzić specjalnie nie lubię. W życiu już dosyć się nachodziłem. Mam swoje lata i nie przesadzam, zwłaszcza że obecnie nie wolno wychodzić z domu.

Ludzie bardzo go podziwiają za jego pomysły i inicjatywy. Klika lat wcześniej zaczął wskrzeszać postępową organizację społeczną „Folwark Zwierzęcy im. George’a Orwella”. Podobno idzie mu nieźle.

W czasie wystąpienia telewizyjnego Namiestnik zachęcał do odważnych działań powołując się na prawa wyższego rzędu. 

– Postępujcie zgodnie z rozrządzeniami rządu, podkreślił, bo prawo jest najważniejsze. Sam te rozporządzenia redagowałem, więc wiem najlepiej, co dobre, a co złe. Jestem osobą głęboko wierzącą. Możecie mi więc wierzyć. W końcu chodzi o wybór najlepszego kandydata. Jest ich wielu, ale tylko jeden jest najlepszy. Sami musicie się domyślić, który to jest i jak wygląda. Ja też nie wiem, domyślam się tylko, że to może być ten rumiany na twarzy i rozważnie żonaty. Rumieńce na policzkach i piękna żona to dzisiaj majątek. Rzucam więc hasło „ Idźcie i wybierzcie”. Taka jest logika czasu, że musimy głosować mimo zakazu gromadzenia się, a nawet wychodzenia z domu. Nie musicie się martwić, że popełniacie grzech. Znam pewnego bardzo wpływowego księdza, to za niewielką opłatą zwolni was od winy. Może nawet zrobi to za darmo, jak z nim pogadam. To mój kolega z seminarium duchownego. Znaczy się, ja tam nie studiowałem, ale byłem raz na korytarzu i tam go poznałem. Siedział samotnie przy stoliku pod palmą i pił kawę, więc się przysiadłem, aby nie było mu smutno. 

Namiestnik długo jeszcze przemawiał. Wydobywał z siebie ciepły usypiający głos. Zrobiło się późno, ludzi poczuli się szczęśliwi, bo ich usypiał. Chyba to dostrzegł, bo zdecydował się zakończyć wystąpienie. Złożył obietnicę.

– Będę występować w telewizji w programie wieczornym, aby was uspokajać, że w dobie panoszącego się wirusa wszystko jest dobrze, a będzie jeszcze lepiej. Będę też zachęcać was do chodzenia do kościoła i głosowania, ale tylko w słusznej sprawie. Nie gromadźcie się w żadnym miejscu w liczbie większej niż jeden, bo to niebezpieczne, oczywiście z wyjątkiem urn wyborczych. Wyraz „urna” brzmi dobrze i dobrze się kojarzy. 

Po pokrzepieniu się kilkoma łykami wody, namiestnik przyśpieszył.

– Czuję w sobie misjonarskiego ducha. To rodzinne. To nawoływanie do czynienia dobra. Mój dziadek był taki, moja babka była taka, cała moja rodzina była taka. W przyszłości, oprócz przekazywania treści patriotycznych i religijnych, będę też mówić o zasadach, jak dobrze i mądrze żyć. Najlepiej za państwowe pieniądze, bo wiadomo, że jest to pieniądz czysty, a nie z pralni brudnych pieniędzy. Ludzie lubią mnie słuchać, bo mówię o sprawach ważnych, o kraju mlekiem i miodem płynącym. Nie to, co mój poprzednik, ten burak, złodziej i cham. Wybaczcie mi, że się uniosłem, ale to w słusznej sprawie.

Odc. 7

W telewizji trwały debaty. Stała się ona centrum wymiany poglądów w czasach wielkiej zarazy i samotności. Uwaga społeczeństwa zawisła na ustach analityków, doradców i ekspertów, od których oczekiwano odpowiedzi na trudne pytania: – Co dalej? Jak rozumieć to, co się dzieje? Dokąd zmierzamy?

W budynkach stacji telewizyjnych co chwila pojawiali się eksperci od spraw wirusa, zdrowia, gospodarki, religii, filozofii, a nawet sztucznego mózgu zdolnego do gry w pokera za małe pieniądze. Korytarzami przewalały się tłumy wchodzących i wychodzących ekspertów, wśród których zdarzali się nawet prorocy i zbawiciele. Zapraszano tylko największe autorytety.

– Magister u nas nic już nie znaczy. Zapraszamy od doktora nauk wzwyż– wyjaśniała przed kamerą reporterka telewizyjna.

W pomieszczeniach stacji telewizyjnych panowały prawdziwe upały mimo chłodu na zewnątrz. Na początku podejrzewano o sabotaż palaczy kotłowni, którzy czuli się pokrzywdzeni, ponieważ mówiąc o wirusie nikt nie wspomniał o nich nawet marnym słowem.

– A przecież mamy swoją godność – argumentowali, myśląc o pracy z szuflą i węglem.

Dochodzenie wykazało, że przyczyną wysokiej temperatury były kamery telewizyjne grzejące się od ciągłej pracy.

– U nas wirus nie ma najmniejszej szansy, w tym upale zdechłby jak marny robak – żartował operator kamery telewizyjnej, stojący na stanowisku pracy trzeci dzień z kolei z powodu choroby zmiennika. Były to tylko pozory łagodności; w jego otwartych ustach ukazały się kły wściekłości.

Alfero oglądał telewizję w ograniczonym zakresie. Szybko przesuwające się obrazy, reklamy, dwa rzędy pasków informacyjnych, słowa osób biorących udział w dyskusjach na temat wirusa, cały ten szum medialny tak działał mu na nerwy, że drżały mu nogi i rwały się, aby komuś dokopać.

Były też inne przyczyny. Zdenerwowało go pokazanie w telewizji filozofa, historyka idei, i pytanie go o sprawy gospodarcze, o wpływ wirusa na gospodarkę i społeczeństwo. Profesorowi, żyjącemu od lat na odludziu w lesie razem z trzema psami i dwoma kotami, dano do rozwiązania węzeł gordyjski tematów zjadliwych jak kłębowisko żmij.

– Przydałby mi się Aleksander Wielki, aby rozciął ten węzeł – nerwowo myślał profesor zanim podjął wyjaśnienia, jakie przyszły mu przypadkiem do głowy. Wiedział, że nikogo nimi nie przekona, musiał jednak ratować honor własny, profesury i osób żyjących na uboczu. Nic nie powiedzieć albo przyznać się, że niewiele wie na obcy mu temat uznał za niedopuszczalne.

– Nie tędy droga – wołali zdegustowani widzowie i słuchacze.

Alfero słyszał ich głosy i postanowił zrobić coś w tej sprawie. Czuł, że ma wiele do zaoferowania ze swojej wiedzy i przemyśleń.

W rozmowie telefonicznej z Erazmem, szczęśliwie odnalezionym kolegą z okresu studiów nad człowieczeństwem wspieranym tanią stołówką studencką i akademikiem, Alfero poruszył sprawę wiedzy i charakteru. Mówił z przekonaniem, stwarzając wrażenie człowieka porażonego pasją dobroczynnego dokształcania społeczeństwa.

– Nocą miałem sen. To wtedy przyszło do mnie natchnienie. Śniło mi się, że stoję na wysokim słupie, tym samym, z którego w starożytności przemawiał Szymon Słupnik Starszy. Ten słup mnie zmotywował. Przychodzili pod niego pielgrzymi z Arabii, Persji i Rzymu, aby słuchać kazań Szymona i prosić go o nauki, rady i modlitwę wstawienniczą. Z wysokości tego wspaniałego obiektu dojrzałem sekwencję spraw  najważniejszych w dobie wielkich zagrożeń. Nazwałem ją świętą trójcą współczesnego człowieka. Są to: Wirus YZ, wisząca nad nami recesja gospodarcza oraz sukcesja władzy.

– Wirus i jego zabójcza siła to wielka tragedia – kontynuował Alfero – ale przeminie ona dosyć szybko. To kwestia tygodni, może miesiąca lub dwóch. A nawet jeśli nie przeminie całkowicie, to osłabi się znacząco. Wtedy, nawet wcześniej, pojawi się coś straszniejszego i długofalowego, co nie zniknie po kilku tygodniach. Będzie to recesja gospodarcza na niespotykaną skalę, bankructwo tysięcy firm, utrata dochodów przez miliony ludzi. W odróżnieniu od wirusa, kiedy śmierć jednego człowieka nie pociąga za sobą śmierci innego człowieka, w recesji gospodarczej upadek jednej firmy pociąga za sobą fatalne konsekwencje dla wielu podmiotów: pracowników, którzy wylądują na bruku, dostawców, którym bankrut nie zapłaci długów, skarbu państw, do którego nie trafią podatki, banki – którym upadła firma nie zwróci pożyczonych pieniędzy. To jeden wielki strumień wzajemnie powiązanych nieszczęść.

Wypowiedź wyczerpała Alfero; nie miał już chęci rozwodzić się nad trzecim wyzwaniem – sukcesją władzy; jaka będzie następna władza.

– Recesja gospodarcza oznaczać będzie wielki kryzys społeczny. Także polityczny. Co stanie się z obecnie rządzącymi partiami i ludźmi, to wielki temat.

Alfero czuł w sobie ogień niegłębionych pragnień ulepszenia świata. Pomyślał, że jest to ten sam żywioł, jaki trawi Namiestnika.

– Mamy chyba podobne paleniska i korzystamy w podobnego paliwa. Nie mogę jednak porównywać się z tym niezwykłym człowiekiem. On działa na nieporównywalnie większa skalę, pociągając sznurki sterujące ludźmi władzy. Ja tylko myślę, piszę i wygłaszam poglądy. Jeśli chodzi o sznurki, to mogę jedynie pociągać w pamięci za linkę w do spuszczania wody w zdezelowanej kolejowej toalecie.

Prymitywna toaleta przypomniała Alfero jego młodość w latach sojuszu robotniczo-chłopskiego i partii stanowiącej przewodnią siłę narodu. Były to zjawiska równie naturalne jak krzyżówka dwugarbnego wielbłąda z odporną na mrozy jabłonką wielkiego Iwana Miczurina.

Odc. 8

W okresie nasilającej się epidemii wirusa Alfero chętnie przedstawiał swoje poglądy na ten temat. Jego przemówienia miały charakter wizji.

– Przewiduję, drodzy obywatele, kobiety, mężczyźni i wy, trzecia kategorio osób nieokreślonych, rozproszonych i zagubionych, że staniemy przed kolejnymi wielkimi wyzwaniami. Każde z nich będzie miało kształt drzewka, na którym będzie można zawieszać owoce lub robaki, które będą je żarły. Drzewkami opiekować się będą fenomeni.

Nie było łatwo domyśleć się, co miał na myśli. Podejrzewano, że wysłał go rząd dla zmylenia przeciwnika politycznego. Coś w tym jednak było, ponieważ rzeczywiście pojawili się fenomeni. Pierwszym okazał się Namiestnik Kurdu. Jego zwolennicy okrzyknęli go jasnowidzem. On jeden bezbłędnie typował, co się stanie, kto wygra, a kto przegra, kto zostanie aresztowany, a kto wyróżniony kosmiczną pensją lub astronomiczną odprawą już po czterech miesiącach pracy. To robiło mu renomę i przyciągało do niego rzesze ludzi ambitnych pragnących realizować przyśpieszoną karierę zawodową i zasłużyć się dla kraju.

Namiestnik śnił się ludziom po nocach. Widziano go, siwego, dojrzałego męża,  idącego równym krokiem przez pola, łąki i lasy do celu, który tylko jemu był znany. Nazywano go Feniksem wyrosłym z popiołów oraz pomnikiem jeszcze nie zbudowanym a już widocznym na horyzoncie. Pisano na jego cześć poezje, wygłaszano hymny pochwalne, organizowano festyny. Kluby wioślarzy chwaliły go za to, że umie płynąć pod prąd, a krajowe zrzeszenie grabarzy, że zmierza do celu po trupach.

– Nie widzimy w tym nic specjalnego – twierdzili spokojnie, kiedy zwykli ludzie oburzali się na deptanie świętości. – Nieboszczyk nie przedstawia wartości materialnej ani finansowej, co najwyżej wartość uczuciową.

Psychiatrzy i psychologowie z kolei dostrzegli w Namiestniku autentyczny talent wyzwalania ludzi od bólu, niepokoju i gniewu. Cytowano jego słowa:

– Nie powodzi ci się dobrze, nie dorobiłeś się domu czy dużego samochodu, jesteś alkoholikiem, to może to tylko znaczyć, że ktoś jest za to odpowiedzialny i ja pomogę ci go znaleźć.

Przenosząc niezadowolenie za swoją sytuację na innych ludzi Namiestnik uwalniał obywateli z bólu i niepokoju. Całowano go za to po rękach, szczególnie ludzie prości i wierzący w cuda. W małych miejscowościach i na wsiach mieszkańcy chłonęli słowa Namiestnika jak pożywienie.

–  Jego święte słowa to nasz pokarm, odżywiamy się nimi. Im więcej mówi, tym lepiej, bo mniej wydajemy w sklepie. Zawsze to taniej. No i wygodniej w czasach tego cholernego wirusa.

– A co pan sądzi o poglądach Namiestnika? – zapytano kiedyś zwolennika Namiestnika.

– Czy ja muszę coś sądzić w ogóle? Wystarczy, że go słucham. To nasz guru, prorok i źródło mądrości. Wystarczy, że on myśli za nas. Ktoś to musi robić.

W telewizji wystąpił premier Chudy i też chwalił Namiestnika. Ktoś podpatrzył, że nosił jego medalion na piersiach i całował w wolnych chwilach. Zapytany o to, odpowiedział z przekonaniem.

– Inni czytaj książki, a ja całuję medalion. Namiestnik to także mój dobroczyńca.

Pytany o ilość testów przeprowadzanych na Wirusa YZ i ich wpływ na statystyki, wyjaśniał.

– Sprawa testów i statystyk zachorowań jest złożona, piekielnie złożona. Nie każdy prosty umysł to pojmie. Na szczęście mnie i mojemu rządowi nie brakuje intelektualnego potencjału i zdolności mówienia prawdy – premier wypiął pierś z dumą, widać było jak napinają się guziki na piersi, po czym kontynuował.

Nie możemy robić za dużo testów, ponieważ testowanie po prostu osłabia i dezorientuje obywateli. Im więcej ludzi dowiaduje się, że są zarażeni wirusem, tym gorzej dla nich. Mogliby żyć sobie w niewiedzy i spokoju, a tu masz babo pasztet! To dlatego nie robimy więcej testów, choć moglibyśmy. To dla dobra społeczeństwa.

Odc. 9

W końcu marca spadł śnieg. Zrobiło się jeszcze ciszej. Premier nie spał całą noc. Ciążyło mu poczucie obowiązków wobec partii i społeczeństwa w związku z bezczelnie panoszącym się Wirusem YZ. Nie mógł zasnąć, obmyślał plany. Rano obudził się z podkrążonymi oczami, bledszy niż Dziewica Orleańska na obrazie pijanego malarza El Cardulo. Ostry nos premiera rzucał jeszcze ostrzejszy cień. Mężczyzna był w wisielczym humorze.

– Chyba mógłby służyć za wskazówkę zegara słonecznego – mruknął do kota. Zwierzę popatrzyło na niego spode łba. Na niego też działała atmosfera niepewności i strachu. 

– Mówią, że mój nos jest wyostrzony od kłamstwa. A to po prostu zmartwienia – pocieszył się premier.

Kłamstwa mu nie ciążyły, bo musiał tak postępować. Takie reguły obwiązywały w organizacji. Regularnie spowiadał się, dawał też w kościele na ofiarę i wznosił oczy do nieba. To go ratowało przed utratą poczucia własnej wartości.

Sytuacja była trudna, stawała się coraz trudniejsza a dnia na dzień. Ilość zachorowań i ofiar śmiertelnych rosła lawinowo mimo drastycznych środków podejmowanych przez rząd, różne organizacje i obywateli. Wirus YZ szalał niby pijany wiatr po ulicach dopadając tych, którzy nierozważnie znaleźli mu się na drodze. Dopadał w domach, w podróży, choć mało kto podróżował, na służbie, w nielicznych środkach lokomocji. Drwił sobie z ludzkiej ostrożności. 

Narada w gabinecie premiera rozpoczęła się o godzinie dziesiątej rano. Wnętrze oddawało atmosferę panującą w kraju. Sekretarka ustawiła czarne kwiaty w dwóch wazonach i włączyła cichą muzykę. Grano marsz żałobny, wykonanie stłumione oddechami ludzi uciekających przed nieszczęściem. Premier wyraźnie je słyszał. Mimo to marsz podobał mu się. Niektórzy ministrowie wybijali takt nogami, inni palcami ręki. Stali już w szeregu na baczność, kiedy wszedł premier. Witał się z każdym serdecznym uściskiem dłoni. Zbliżając się do swego miejsca wyjaśnił.

– Obowiązuje powszechny zakaz zgromadzeń, ale nas to nie dotyczy. Jesteśmy awangardą narodu. Jesteśmy chronieni bardziej niż ktokolwiek inny, bo jesteśmy ważni. Mamy oczywiście problem. Jest to zagadka z trzema niewiadomymi: Jak zachowa się wirus? Jak zachowa się społeczeństwo? jak zachowa się świat? Czwarta niewiadoma to my sami. Też nie wiemy, jak się zachowamy. Co jest dla nas największym zagrożeniem? – Liczył na twórcze wypowiedzi.

Wszyscy patrzyli na niego. MinSpra obserwował wyzywająco członków gabinetu. Nie znali odpowiedzi, on ją znał. Był pewny swego. Trwało milczenie. Zastanowił się dlaczego. Dopiero po chwili zorientował się, że czekają na niego. Odczuł satysfakcję, że tym razem to on jest najważniejszy. Nie MinZdro, nie MinFin, nawet nie sam premier, tylko on, minister sprawiedliwości. Włączył się ze swoim wytłumaczeniem.

– Zabić nas może tylko szpitalnictwo; zbyt mała ilość miejsc w szpitalach, zbyt mało sprzętu. Lekarze czują się zagrożeni, uważają, że mają za mało masek, gogli, kombinezonów ochronnych, wszystkiego. Jeśli w szpitalach będzie nawet dwadzieścia tysięcy miejsc, a ilość osób zarażonych tym cholernym wirusem czterdzieści tysięcy, to co wtedy? Wtedy zechcą nas ukrzyżować jak Chrystusa.

– Módlmy się bracia i siostry, aby do tego nie doszło – pomyślał premier Chudy. Zadrżał wewnętrznie. Wiedział, że poszedłby pod sąd, gdyby sprawy potoczyły się niepomyślnie. Nie tylko za wirusa i szpitale, ale za inne sprawy. Za afery, jakie rządowi udało się ukryć, nie dopuszczając do prokuratury czy sądu. Nawet do dyskusji w parlamencie, nie mówiąc o otwartej dyskusji publicznej.

Premier poczuł się niepewnie. W gardle mu zaschło. Myślał intensywnie.

– Wtedy władza przeszłaby w ręce opozycji, a my stalibyśmy się ofiarami. Zobaczył siebie na wygnaniu, w dziurze zabitej dechami, w jurcie na pograniczu Pustyni Gobi, z kawałkiem suszonej koniny w lewej ręce i szklanką kumysu w prawej. Wstrząsnęło nim.

– Dosyć – powiedział głośno. Nie poznał swego głosu. Brzmiał jakoś chrapliwie. Dosyć myślenia. Wypowiadajcie się, co należy zrobić. Scenariusz numer sześć, ten ostatni, nie jest niezmienny. Mówcie, jakie macie pomysły. Wszyscy jedziemy na jednym wozie i wolałbym, aby opozycja lub ktoś inny nie włożył nam kija w szprychy.

Dyskusja trwała do wieczora. Premier zamówił pizzę. Nikt nie usiłował wymówić się, aby wyjść wcześniej. W pewnym momencie padło pytanie, czy można uśmiercić wirusa. Pojawiły się złe skojarzenia. Rozmowa zeszła na historię upadku monarchii, gilotyny i stryczka na szyi. W sali powiało chłodem. MinSpra rozejrzał się. Miał dobry dzień. Podszedł do okna i zamknął je z trzaskiem. Zrobił to celowo, aby wystraszyć ludzi. Okazał brutalność.

– To chłód od przeciągu. – Wyjaśnił. – Nie martwcie się. Poradzimy sobie. Zawsze radziliśmy sobie. Członkowie gabinetu premiera poczuli się raźniej. Premier upewnił się w przekonaniu, że ma rywala. Przestał o tym myśleć, bo miał na głowie przemówienie wczesnym popołudniem.

Odc. 10

Premier przemawiał na Placu Ostatniego Ratunku. Sam wybrał to miejsce, uważał, że jest symboliczne, że w dobie wielkiej epidemii Bóg go tutaj wysłucha i szybko zakończy epidemię. Miejsce było bezpieczne. Ludzi przed nim nie było. Przemawiał publicznie na otwartej przestrzeni tylko po to, aby nadać powagi swoim słowom. Specjaliści od mediów dodadzą tło. Nie był to jego pomysł, polecenie przyszło z góry. Nie mógł przecież sprzeciwić się.

Czuł, że mimo wysiłków, jakie podejmuje jego rząd społeczeństwo oceni go negatywnie. Opozycja stale mu coś zarzucała. Przede wszytkom skąpienia pieniędzy na ochronę służby zdrowia w czasie epidemii, na niekorzystanie ze środków Unii Kontynentalnej. Sytuacja z Unią była skomplikowana; raz mówił o niej źle, innym razem pozytywnie. Sam już się w tym gubił, czy są dobroczyńcami czy też wrogami krępującymi jego kraj. Namiestnik ciągnął Unię w dół, jemu nie pozostawało nic innego jak iść w jego ślady.

Bał się, że nie podoła wszystkim oczekiwaniom Namiestnika. To była ręka, która go karmiła. Nie mógł jej uszczypnąć nawet drobną uwagą, że ma inny pogląd.

– Wszyscy kłamiemy, to i ja muszę. – Powtarzał to sobie, stale wracając do tego samego punktu wyjścia.

W trakcie przemówienia używał słów człowieka wykształconego, aby zaimponować swoją wiedzą. Uważał, że i tak niewiele osób rozumie sprawy budżetowe i jak pracuje rząd. Nie miał pewności, jak przyjmą jego przemówienie. Mówił powoli i wyraźnie: Wyciągnęliśmy przesłanki. Będziemy uważnie obserwować. Zrobimy wszystko. Zagadnienia o charterze fiskalnym. Globalny kryzys. W sumie jest sześć rodzajów kryzysu. Wymienił je po kolei.

Ludzie słuchali go z uwagą, bo mówił o pomocy dla firm, przedsiębiorców i pracowników. Był z siebie zadowolony, mówił tak, aby powiedzieć jak najmniej i aby można to było w razie potrzeby odwołać lub inaczej zinterpretować To był styl jego formacji politycznej. W okresie napięcia takiego jak epidemia była to ważna taktyka: mówić tak, aby nie powiedzieć za dużo i aby zrobić ludziom wodę z mózgu. Nie za wiele oczywiście, tylko tyle, aby myśleli o wirusie, a nie o skuteczności pracy rządu i środkach jakie podejmuje. W końcu powiedział: otulina gospodarcza, stawiamy na scenariusz, przyjmujemy założenie.

Miał przekonanie, że z jego słów wieje otucha, a nawet powiew odległego zwycięstwa. Wzmocnił się w swojej determinacji walki z wirusem i walki o utrzymanie władzy. Był pewien, że kiedy kryzys zdrowotny będzie ustępować, rozpacznie się bezwzględna walka o władzę w jego własnym obozie.

Wyjął telefon i wybrał numer. Kiedy usłyszał męski głos, wyprostował się, mimo woli przybierając postawę na baczność. Słuchał uważnie każdego słowa. Odpowiadał, pilnując się, aby nie zaprzeczyć. Dopiero pod koniec rozmowy, wtórując rozmówcy, potwierdził:

– Tak, rozumiem. To pierwsza i najważniejsza sprawa. Nie dopuścić opozycji do głosu. Niech mówią, krytykują i przedstawiają poprawki do naszych propozycji. Będziemy ich ignorować. Obiecuję.

Odc. 11 

Pierwszego dnia kwietnia wszystko układało się Namiestnikowi nie tak, jak trzeba. Wydawało mu się, że martwe przedmioty nabrały własnego życia i przeciwstawiały mu się.

– Stają dęba jak ten pajacowaty … – Nie dokończył myśli nie chcąc pognębiać się jeszcze bardziej myślą o człowieku, któremu zapewnił awans życiowy, o jakim by nawet nie marzył. Nie znosił oporu z jego strony, tych nieoczekiwanych głupich zagrań jakby dla demonstracji, że może się uniezależnić.

Jedzenie kleiło się Namiestnikowi do łyżki, a potem do podniebienia. Herbata wypełniająca kubek do połowy, ni z tego ni z owego rozlewała się na obrus. Kiedy gospodyni mu powiedziała, że rozsypał w kuchni cukier na podłodze, uwierzył jej bez chwili wahania. Tylko częściowo zaakceptował kaprysy losu, kiedy mu przypominała, że to prima aprilis. Czuł, że się starzeje i nie jest już taki sprawny i bystry jak niegdyś. To go coraz bardziej gnębiło.

Zły na siebie i na świat, postanowił odegrać się na kimś lub na czymś. Musiał gdzieś rozładować złe przeżycia. Postanowił zwołać naradę. Zastanawiał się nad godziną, w końcu ustalił godzinę trzynastą. Miał w planie to spotkanie, ale wcześniej nie określił dnia. Zrobił to teraz.

Zasadniczo narad w swoim domu nie urządzał. Ta była pierwsza, od kiedy pojawił się wirus i zrobiło się groźnie. Wirus szalał prawie bez zahamowań. Namiestnik czuł się o tyle bezpiecznie, że ludzie którzy mieli do niego przyjechać regularnie poddawani byli testom, czy nie są zakażeni wirusem. Nawet gdyby stało się nieszczęście, to i tak mieli zapewnioną natychmiastową opiekę szpitalną. Rząd dysponował własną pulą łóżek i niezbędnego wyposażenia.

– Ostatecznie jesteśmy grupą ludzi decydujących o wszystkim. „Ja to państwo” oraz „rząd się zawsze wyżywi” – Namiestnik przypomniał sobie stare powiedzenia. W jego wypadku były prawdziwe. Był jedynowładcą, dysponując wszystkim, czym dysponowało państwo.

Spojrzał przez okno. Pogoda nie była specjalna, ale też i nie najgorsza.

– Jakie to zresztą ma znaczenie ? – niepotrzebnie zadał sobie to pytanie.

Wiedział, że wszyscy przyjadą bez względu na porę dnia i okoliczności, czy był to dzień czy noc. W nocy starał się nie urządzać spotkań. Współpracujących z nim ludzi urobił sobie i podporządkował. O to mu chodziło – społeczeństwo podległe jego woli. Nie dopuszczał do władzy osób, które wykazywały zbyt wielką samodzielność i zdolność niezależnego myślenia, a już nie daj Boże byli skłonni przeciwstawić mu się. Poczuł się panem życia i śmierci.

– Kiedyś do tego dojdzie – mruknął do siebie pod nosem,

Patrząc w lustro przy goleniu zobaczył potwierdzenie wszystkiego, o czym myślał w swoich oczach. Były zimne i zdecydowane. W łazience zachowywał się swobodnie. Nikt go nie widział i nie słyszał, mógł być całkowicie sobą. W głowie poczuł charakterystyczną blokadę, coś jak twardy kłąb waty, niejasne przeżycia i wspomnienia z przeszłości. Znał to uczucie. To coś budziło w nim bezwzględność i nieoglądanie się na innych.

Godzinę przed naradą usiadł w fotelu i zaczął myśleć, czy nie powinien zwiększyć swego bezpieczeństwa. Wyobrażał sobie, co i jak można by poprawić. Nowoczesne technologie. Wszystko było możliwe. Myślał o Chinach. Byli najbardziej zorganizowani, władza praktycznie w jednym ręku. Tylko gigantycznie większe środki materialne i finansowe. Chiny to potęga.

Myślał, co mógłby zmienić w samym domu. Zamienić go w twierdzę nie do pokonania. Wszystko szyfrowane: zamki drzwi, nawet płyty chodnikowe przesyłające sygnały, kiedy ktoś idzie po nich. Miał obsesję bezpieczeństwa. Wiedzil o tym ale był z tego zadowlony. Nadzwyczajne środki ostrożności były konieczne i nieuniknione. Jestem namiestnikiem dużego kraju, jestem zbyt cenny, aby cokolwiek mi się stało, a zło nie śpi.

Znowu popatrzył przez okno. Wyobraził sobie, jak osoba wysiadająca z podjeżdżającego samochodu wchodzi bezpośrednio do rękawa, takiego samego jak na lotniskach, przez który pasażerowie przechodzą z samolotu do hali lotniska.

– Myśleliśmy o budowie podkopu – powiedział mu kiedyś specjalista od bezpieczeństwa. Namiestnik nie potraktował tego poważnie. – Samochód zatrzymuje się przed pańskim domem, pod samochodem jest właz do tunelu, pasażer schodzi do włazu i przechodzi podziemnym tunelem do pańskiego domu.

Kurdu oderwał się od tego pomysłu. Był zbyt prymitywny w dobie sztucznej inteligencji, masowej inwigilacji i służb specjalnych dysponujących odpowiednimi środkami technologicznymi, pieniędzmi i ludźmi.

Odc 12

W przewidywaniu, że fala epidemii w końcu przewali się przez kraj, rząd sporządził rejestr strat i zysków. Była to praktyka wprowadzona przez Namiestnika.

– Nie ma takiej sytuacji, nawet najgorszej, kiedy oprócz strat nie doliczymy się zysków. Ludzie niech sobie patrzą na straty, to jest normalne, my patrzmy także, jakie mamy lub możemy mieć z tego zyski. Niektórzy mogą powiedzieć, że to cynizm. Nie zgadzam się z tak pesymistycznym poglądem. Dla mnie to czysta matematyka, a ta jak wiadomo jest obiektywna czyli neutralna, ani dobra ani zła. Ważne są statystyki, abyśmy wiedzieli na czym stoimy. Wszyscy wiemy, że musimy stać na gruncie twardszym niż beton, bo tylko my jedyni jesteśmy ostoją demokracji i dobrobytu. Dlatego musimy porozmawiać też o zbliżających się wyborach, które dają nam wielką szansę na lepsze jutro.

Na naradzie premier i MinZdro przedstawiali statystyki na tablicach: zakażeni, ilu zmarło, nowe zakażenia, ilość osób w szpitalach, na kwarantannie i objętych nadzorem. Zaczął MinZdro, blady, zmęczony, ale pełen pozytywnej determinacji.

– Nie podajemy tylko liczby osób, które wyzdrowiały z wirusa. Są one tak liczne, że aż mnie to oszałamia. Nie podajemy tych statystyk, aby nie stwarzać wrażenia, że więcej osób zdrowieje niż choruje, bo taki właśnie wyłania się obraz. Jestem pełen ostrożnego optymizmu.

– A jakie zyski? – zwrócił się do premiera MinWew, odpowiedzialny za rozpędzanie zgromadzeń przekraczających dwadzieścia osób.

– Wyjaśnię to za chwilę, bo teraz muszę pilnie pozdrowić naszych ukochanych obywateli, naszego suwerena, aby Bóg miał go w niezmiennie w swojej opiece – premier odwrócił się do czekającej na niego kamery i podziękował wylewnie widzom za uwagę. Wyraził nadzieję, że wszystko ułoży się szczęśliwie, dziękował za zrozumienie i obywatelską postawę.

– Muszę szczerze powiedzieć, że nikt tak serdecznie nie zajmował się wami, siłą przewodnią narodu, jak nasz rząd. My wszyscy tutaj pracujemy dla was, obywateli naszego ukochanego kraju, osób starych i młodych, samotnych i niesamotnych matek, wiernych widzów nasze stacji telewizyjne, osób wierzących i niewierzących. Nie zapominamy o nikim, nawet o tak drobnych grupach jak wodzireje, bywalcy kin czy radiowcy i gołębiarze.

Na pytanie, ile konkretnie kombinezonów, masek, obuwia ochronnego i podobnego sprzętu zamówiono dla lekarzy i pozostałego personelu medycznego w szpitalach, premier uśmiechnął się, że pytają go o tak proste i oczywiste sprawy. Mówił z pamięci i to imponowało. Sam nawet krótko podziwiał siebie, że wykazuje tyle energii, pamięci i entuzjazmu poświęcając się sprawie ratowania obywateli przed wirusem.

– Zadbaliśmy o wszystko. MinReze, minister rezerw, wszystko skrupulatnie liczy, ewidencjonuje, rozdziela, dystrybuuje, zamawia a nawet antycypuje. Aprowizacja to jest to słowo. W aprowizacji szpitali jesteśmy dużo lepsi niż inne kraje, nawet te najbogatsze. Uczestniczyłam dzisiaj w telekonferencji z siedmioma innymi premierami. Rozmawiamy bardzo serdecznie i szczerze wymieniamy się poglądami. My, jako kraj, wypadamy najlepiej w Europie. Przodujemy, mamy najlepsze metody, inni biorą nas za przykład. Tak się cieszę! Tak się cieszę! – krzyknął i schwycił za ręce swoich najbliższych dwóch współpracowników.

– Jemu chyba też padło na rozum – komentowali widzowie w telewizji. Jak tak można ściskać się publicznie, kiedy wirus czyha nawet w rękawie niewinnej sieroty.

– Co ty robisz? – zaniepokoił się MinSpra. Przecież nie wolno dotykać się rękami.

– Daj spokój. To nas największy zysk. Kiedy mówmy, zapewniamy, zachęcamy, dziękujemy i solidaryzujemy się publicznie, nikt nas nie pyta o to, jak rządzimy. Ten wirus to nasze wybawienie, O ile tylko nie osiągniemy poziomu,  kiedy w szpitalach zakaźnych zabraknie leków, lekarzy i łóżek. To byłaby nasza klęska.

Natchnieni duchem jedności Namiestnika Kurdu wszyscy obecni zgodzili się z tym poglądem. Premier podsumował.

– Na razie nie martwmy się o to. Mamy inne zmartwienia. Ludziom wirus pada na rozum, zaczynają się gubić, gonią w piętkę. Starzy ludzie chodzą do sklepu nawet trzy razy dzienne po małe zakupy. Te sytuacje są tak częste jak krótkie nogawki spodni celebrytów czy brudne nogi bezdomnych.

Premier zrozumiał swój nietakt i spojrzał w kamerę. — Proszę mi wybaczyć, ale wszyscy używają takich określeń. Wszyscy widzą, że sprawy idą nie tak jak trzeba. Temat, w jaki sposób wirus wpływa na ludzką umysłowość i psychikę staje się coraz poważniejszy. Będziemy musieli poświęcać mu w przyszłości więcej czasu. Teraz lepiej, abyśmy koncentrowali się na myciu rąk i unikaniu zgromadzeń. To jest ten komunikat, który chciałbym utrwalić w społeczeństwie. Sam też czuję się jakoś nieswojo. – Mówiąc to, premier wyjął z kieszeni chusteczkę i kichnął. Stojący obok ministrowie, mężczyzna i kobieta, odsunęli się od niego.

Odc. 13

Rząd przeżywał problemy. Premier Chudy wrócił z narady z Namiestnikiem i wybuchł gniewem już na progu gabinetu:

– Do groma! Mamy problemy, a wy mi nic nie mówicie. Dowiaduję się wszystkiego od Namiestnika. Dlaczego?

Ministrowie patrzyli po sobie zdezorientowani. O jakie problemy chodzi? – szeptali miedzy sobą?

– Służba medyczna nam wymiera. Już dwadzieścia pięć procent jest zarażonych Wirusem YZ. Ludzi mówią, ze w pobliżu szpitali słychać wołania o pomoc. Nie pytam dlaczego, bo już wiem od Namiestnika. Bo nie robimy im regularnych testów na wirusa i nie zapewniamy dostatecznej ochrony przeciwko wirusowi.

Premier wyciągnął kartkę z bocznej kieszeni, rozprostował ja i czytał: maseczki, hełmy, fartuchy, odczynniki, obuwie antyseptyczne, odczynniki. Do Namiestnika docierają skargi, ze mają zaopatrzenie tylko na jeden dzień lub dwa. A czas płynie. Musimy coś z trym począć. Nie robi to nam dobrej reklamy.

Porozmawiaj o tym z ministrem zdrowia. Pamiętaj tylko, ze to nie on powinien mieć ostatnie sławo. On będzie myśleć o zwalczaniu wirusa i zdrowiu, ty musisz myśleć o kontynuacji naszych rządów. Liczę na ciebie i wierzę w ciebie. Nie zawiedź mego zaufania.

Dwie godziny później premier wezwał do siebie członków gabinetu, aby wspólnie dokonać oceny rozwój epidemii i jej skutków zdrowotnych, społecznych i gospodarczych. MinZdro przedstawił dane na tablicach i wykresach: liczba zakażonych zakażeni, ilu zmarło, nowe zakażenia, ilość osób w szpitalach, ilość osób na kwarantannie oraz objętych nadzorem sanitarnym. Minister, blady i zmęczony, był pełen pozytywnej determinacji.

– Nie podajemy tylko liczby osób, które wyzdrowiały z zakażenia wirusem. Są one tak liczne, że aż mnie to oszołamia. Nie podajemy tych statystyk, ponieważ więcej osób zdrowieje niż choruje; taki wyłania się obraz. Nie wiem jeszcze z czego się to bierze. Szpitale są pod presją, lecz dyrektorzy pokazują optymistyczne statystyki. Rozumieją, że tego od nich oczekujemy. Po co komu obraz pogarszającej się sytuacji? Każdy woli wesele niż pogrzeb. Nie ukrywając pogrzebów, musimy dać społeczeństwu trochę wesela. 

– A jakie daje nam to zyski? – zwrócił się do premiera MinWew, odpowiedzialny za rozpędzanie zgromadzeń przekraczających dwadzieścia osób.

– Wyjaśnię to za chwilę, bo teraz muszę pilnie pozdrowić naszych ukochanych obywateli, naszego suwerena, aby Bóg miał go w niezmiennie w swojej opiece.

Premier odwrócił się do czekającej na niego kamery i podziękował wylewnie widzom za uwagę. Wyraził nadzieję, że wszystko ułoży się szczęśliwie, dziękował za zrozumienie i obywatelską postawę.

– Muszę szczerze powiedzieć, że nikt tak serdecznie nigdy nie zajmował się wami, suwerenem, jak nasz rząd. My wszyscy tutaj pracujemy dla was, obywateli naszego ukochanego kraju, osób starych i młodych, samotnych i zamężnych matek, widzów naszej  telewizji osób wierzących i niewierzących. Nie zapominamy o nikim, nawet o tak drobnych grupach jak wodzireje, bywalcy kin czy radiowcy i gołębiarze.

Na pytanie, ile konkretnie kombinezonów, masek, obuwia ochronnego i podobnego sprzętu zamówiono dla lekarzy i pozostałego personelu medycznego w szpitalach, premier uśmiechnął się dając wyraz pobłażliwości, że pytają go o tak proste i oczywiste sprawy. Udzielił odpowiedzi, mówiąc z pamięci. To imponowało. Sam nawet krótko podziwiał siebie, że wykazuje tyle energii i entuzjazmu poświęcając się sprawie ratowania obywateli przed wirusem.

– Zadbaliśmy o wszystko. MinReze, minister rezerw materiałowych, wszystko skrupulatnie liczy, ewidencjonuje, rozdziela i kupuje, Aprowizacja to jest to słowo. Jesteśmy dużo lepsi niż kraje sąsiednie i i nie tylko. Uczestniczyłam dzisiaj w telekonferencji z siedmioma innymi premierami. Rozmawialiśmy bardzo serdecznie i szczerze wymienialiśmy się poglądami. Wypadamy najlepiej w Europie. Przodujemy, mamy najlepsze metody. Inni biorą nas za przykład. Tak się cieszę! Tak się cieszę! – krzyknął i schwycił za ręce swoich najbliższych dwóch współpracowników.

– Jemu chyba też padło na rozum – komentowali widzowie w telewizji. Tego wieczoru nikt nic innego nie mówił jak tylko o skutecznej walce rządu z wirusem.

– Co ty robisz? – zaniepokoił się MinSpra. Przecież nie wolno dotykać się rękami.

– Daj spokój. Tu chodzi o nasz rząd. Kiedy mówmy, zapewniamy, zachęcamy, dziękujemy i solidaryzujemy się, nikt nie zastanawia się nad tym, jak skutecznie rządzimy. Ten wirus to nasze wybawienie, o ile tylko nie osiągniemy poziomu, kiedy w szpitalach zakaźnych zabraknie leków, lekarzy, respiratorów lub łóżek. To byłaby nasza klęska.

Ministrowie bez wahania zgodzili się z tym poglądem. Premier podsumował.

– Na razie nie martwmy się o to. Mamy inne zmartwienia. Wirus zmienia ludzi także psychicznie i mentalnie. Jest coraz większym obciążeniem. Ludzie fiksują, stają się agresywni, zachowują irracjonalnie, zaczynają się gubić. Sam czasami gonię w piętkę. Nawet sposób, w jaki opisujemy te zdarzenia, jest nienormalny. Nasza walka w wirusem przypomina mi krótkie nogawki spodni celebrytów lub brudne nogi bezdomnych.

Premier poczuł się niezręcznie.

Odc. 14

W parlamencie toczyła się walka o teraźniejszość i przyszłość kraju równocześnie na dwóch frontach: walki z wirusem YZ i walki o sukcesję władzy. Jedno pole walki wiązało się z drugim. Stratedzy wojskowi nazywali to teatrem wojennym. Nie było to określenie negatywne.

Do każdego kolejnego posiedzenia parlamentu starannie przygotowywały się partia rządząca jak i opozycja. Każda ze stron miała dwóch wrogów: wirusa YZ oraz przeciwników politycznych po drugiej stronie sali parlamentarnej. Chodziło o najwyższą stawkę: kto będzie sprawować władzę w kolejnej kadencji. Namiestnik i jego sojusznicy walczyli o sukcesję, o zachowanie władzy. Starali się jak tylko mogli, stosując wybiegi i podstępy polityczne znane z historii jak i własne, świeżo opracowane. Walczyli bohatersko, nie szczędząc sił ani zarwanych nocy.

W parlamencie spiker partii rządzącej przekazał partiom opozycyjnym tylko niektóre punkty porządku dnia. Poprzedniego dnia premier Chudy uspokoił swoich ministrów na odprawie zwołanej w celu omówienia zasad postępowania z opozycją.

– Zafundujemy im jak zwykle zimny prysznic. Mogą nam naskoczyć, powołując się na regulamin parlamentu, bo i tak mamy większość. Nasz kierunek działania to utrudnianie im zabierania głosu, skracanie czasu wypowiedzi, odrzucanie przedstawionych przez nią poprawek oraz oskarżanie o brak współpracy. Nasi spikerzy mają doświadczenie w takim postępowaniu, otrzymali też instrukcje od Namiestnika. My nie musimy więc się wysilać. Mamy być tylko obecni i głosować jak Bóg i partia przykazują.

Obydwie strony podejrzewały, że niektórzy posłowie mogą mieć ze sobą ostre narzędzia i inne środki ataku lub obrony osobistej. Typowano przede wszystkim tych znanych z używania siły w relacjach domowych, nadużywania alkoholu, krewkości oraz zaburzeń psychicznych.

– Na zachowanie parlamentarzystów może też wpływać wirus YZ. Jego działania dobrze jeszcze nie znamy, wiemy jednak, że wywołuje stan podwyższonego napięcia. Jeśli wcześniej przebywałeś dużo na świeżym powietrzu i uprawiałeś sport, to obecne siedzenie w domu źle na ciebie wpływa. Sam odczuwam czasem chęć przywalenia komuś słownie a nawet fizycznie. Niektórzy ludzie mnie wkurzają. Dlatego musimy się pilnować – ostrzegał premier swoich kolegów partyjnych.

*****

Na posiedzenie parlamentu wszyscy przyszli osłonięci maseczkami na twarzy i w rękawiczkach ochronnych. Maseczki były najwyższej klasy; tylko nieliczni lekarze dysponowali takimi. To ich zbulwersowało; publicznie uznali parlament za grupę ludzi uprzywilejowanych. Mówili otwarcie:

– Rząd nie boi się ani wirusa ani Boga.

Opozycję zbulwersowała wiadomość, że Ministerstwo Rezerw sprzedało wielką partię maseczek ochronnych twarzy w czasie, kiedy było już wiadome, że światem owładnął wirus YZ. Pojawiły się głosy lekarzy, że jeśli zostaną zakażeni z powodu braku środków ochronnych, to będą odmawiać leczenia przedstawicieli rządu i władz lokalnych, które im nie pomagają. Wśród lekarzy zawiązał się tajny związek, rodzaj spisku, o nazwie OLW; nikt nie wiedział, kto do niego konkretnie należy ani jakie ma cele. Była to organizacja ekstremistyczna. Wedle doniesień prasy brukowej jej hasłem było “Oko za oko, ząb za ząb” z kodeksu Hammurabiego.

– Wobec władz musimy zapomnieć o przysiędze Hipokratesa, kiedy rzucają nam w twarz wirusa. Hammurabi jest dzisiaj bardziej stosowny – motywowali się nawzajem członkowie OLW.

*****

W przyszłym posiedzeniu parlamentu ma uczestniczyć również prezydent Palankin. To jeden z jego licznych pseudonimów używanych dla dezorientacji przeciwników i zapewnienia mu bezpieczeństwa. Niechętni mu ludzie zamiast najwyższym urzędnikiem nazywają go urzędasem. Prezydent wie o tym i mówi, że mu to nie przeszkadza.

– Wszyscy coś udają – stwierdził Alfero w rozmowie z Czarną Łanią ze sklepu mięsnego. Tak nazywał ekspedientki ubierające się na czarno. Mówiły mu, że im to odpowiada.

– Siedzimy w sklepie od rana do wieczora. Nie dziw, że twarze nam wyblakły stając się białe jak opłatki. Czerń nadaje im blasku. Dlatego ubieramy się na czarno. Jest to również wyraz naszego protestu przeciwko wirusowi szalejącemu bardziej niż roznamiętniony do czerwoności seksoholik.

– Każdy lubi seks, ale nie w takich rozmiarach. Znaczy się wirusowaty – dodała stojąca obok Alfero klientka.

W trudnych czasach, kiedy wirus mógł pojawić się nawet na wędlinie wyjętej prosto z wędzarni, ekspedientek w czerni nie opuszczał wisielczy humor. Ten styl postępowania, filozofia konfrontacji z przeciwnościami piętrzącymi się jak ściana, podobał się Alfero. Miał swoje skojarzenia. Dobrze pamiętał wisielca-samobójcę dyndającego na wietrze w lesie, kiedy razem z przyjaciółmi zbierał grzyby w latach chłopięcych, jak i pogryzionego przez szczury samotnego mężczyznę, o którym głośno było w okolicy, gdzie mieszkał. Nie były to obrazy wydumane ale rzeczywistość.

– Wisielczość jest częścią naszego życia, zwłaszcza w czasach klęsk żywiołowych i zarazy. Wirus YZ tylko to przypomniał – podsumował w duchu Alfero.

Odc. 15

Prezydent Palankin wsiadł do windy w podziemnym garażu parlamentu, aby udać się na drugie piętro, gdzie miało odbyć się uroczyste przyjęcie. Po zamknięciu się drzwi zauważył, że jest sam w windzie. Zdziwił się, że nikt mu nie towarzyszy. Nie był do tego przyzwyczajony, zawsze miał wokół siebie ochroniarzy. Tak ich polubił, że czasem nawet myślał, że są mu bliżsi niż żona.

– Nigdy mnie nie krytykują. Nie znoszę tego.

Przejechał tylko dwa piętra, kiedy drzwi otworzyły się nagle i przed prezydentem ukazało się trzech mężczyzn w zamszowych kurtkach. Byli masywnie zbudowani, ich twarze ukryte były za maseczkami antyseptycznymi. Nic nie mówili tylko chwycili go za ramiona. Opierał się zdecydowanie, siłą wyciągnęli go z windy. Szli korytarzem. Trzeci mężczyzna, przypominający czołg, postępował z przodu torując drogę.

– To na pewno jakaś organizacja terrorystyczna – pomyślał Palankin pełen najgorszych obaw. Po chwili zmienił zdanie, uznając że porwanie mogło być dokonane dla uzyskania okupu.

Zapytał porywaczy, o co im chodzi, lecz pytanie uwięzło w ciszy. Żaden z agresorów nawet nie mruknął. Wlekli go korytarzem przez całe piętro. Prezydent był przekonany, że chcą go zamordować. Strach żywym ogniem palił jego świadomość, z przerażenia oczy zaszły mu mgłą. Pocieszał się, że każdy zareagowałby podobnie w takiej sytuacji. Był bezsilny, pocił się, serce waliło mu młotem, brakowało mu oddechu.

W końcu korytarza prześladowcy wepchnęli go do okrągłej sali, której ściany zdobiły portrety elegancko ubranych mężczyzn i kobiet z medalami i orderami na piersiach. Większość mężczyzn miała na sobie wyjściowe mundury wojskowe, kobiety ubrane były w suknie wieczorne. W obszernym i jasnym pomieszczeniu panował spokój. Widząc się w otoczeniu uroczyście wyglądających postaci, prezydent Palankin nabrał na moment otuchy. Trwało to bardzo krótko, gdyż pojawiła się przed nim – jakby wyrosła spod ziemi – męska postać. Nie poznał jej od razu. Był to Namiestnik Kurdu, dziwnie jeśli nie dziwacznie ubrany. Z prawej strony wyglądał jak fanfaron, bohater filmowy, z lewej przypominał nobliwą postać sędziego w todze z łańcuchem na piersi. Prezydent usiłował zgadnąć, na czym polega symbolika jego ubioru.

Namiestnik podszedł do prezydenta, podał mu rękę i po ojcowsku pocałował go w czoło.

– Nie dziw się, drogi Palankinie, tej maskaradzie począwszy od pozorowanego porwania cię z windy a skończywszy na moim stroju. Przyznam, że czuję się w nim trochę niezręcznie. Uznałem jednak, że ten teatr był konieczny, aby poszerzyć twoją wyobraźnię, zanim złożę ci propozycję nie do odrzucenia, wymagającą dużej elastyczności umysłu oraz powagi. Zajmując się na co dzień praktyczną polityką, realpolitik, tracimy z oczu często teatralną stronę życia. Mówię to tobie i sobie dla przypomnienia.

– Teraz powiem ci o co chodzi. Ten moment to koniec twojej osobistej wolności. Przestajesz być mężem, ojcem, kolegą. To dlatego, że przedstawiam ciebie jako naszego kandydata na prezydenta na kolejną kadencję. Wkrótce mamy wybory. Nie są one konieczne, ale to część naszej tradycji, więc je organizujemy. Organizujemy je specjalnie dla ciebie, aby cię wybrano. Będziesz prezydentem już do końca życia. Musisz w związku z tym wyrzec się swoich praw i wolności. Będziesz mieć tylko obowiązki, ale nie za duże, bo to ja będę pociągać za sznurki. To ogromnie ułatwi ci życie, nie będziesz musiał główkować, jak pokonywać przeszkody ani podejmować ryzyka. Ja będę to wszystko robić w imieniu własnym, partii i twoim.

Prezydent wyobraził sobie, że Namiestnik wyciągnął do niego rękę zakończoną hakiem z pazurami, aby wyszarpać z niego przyrzeczenie posłuszeństwa. Przetarł oczy i hak z pazurami zniknął. Prezydent uspokoił się, ale tylko trochę, ponieważ nie wszystko było dla niego jasne w tym, co usłyszał.

Namiestnik kontynuował.

– Będziesz mieć wszystkiego w bród. Niczego ci nie zabraknie. Chcesz jeździć na mecze ping ponga, twego ulubionego sportu, będziesz jeździć do woli. Także kobiet będziesz mieć do woli. Jakie tylko zechcesz: Kreolki, Metyski, proste i garbate. Nie mów tylko o tym nikomu. Rób z nimi, co tylko przyjdzie ci do głowy. Solidaryzuję się z tobą. Każdy musi mieć jakieś przyjemności w życiu. Ja mam władzę, tym masz sławę i popularność. Wiem, że czułość wobec kobiet to twoja słabość. Widziałem zdjęcie tej piegowatej góraleczki z Tybetu; to mnie umocniło w przekonaniu, że i kobiety cię lubią. Żarcia będziesz mieć też do woli. Wódy również, ale z umiarem. Będziemy cię sprawdzać. Ponadto, dla twojego dobra, jak i dobra wszystkich obywateli kraju, których będziesz godnie reprezentować, będziesz regularnie badany, czy nie zaraziłeś się koronawirusem lub chorobą weneryczną. W razie potrzeby otrzymasz bezpłatne leczenie. Do dyspozycji będziesz mieć najlepszych specjalistów, to sami profesorowie. Co do choroby wenerycznej, oby do tego nigdy nie doszło, to leczenie nie jest bolesne, ale szczypie. Nie powiem w co, sam tego możesz doświadczyć, jeśli będziesz nieostrożny. Pamiętaj tylko, że nie masz prawa złamać przyrzeczenia wierności, jakie mi złożysz. Jeśli je złamiesz, będziemy łamać cię kołem. Sam to zrobię. Wiesz, że dotrzymuję słowa.

– Przynieść koło! – krzyknął Namiestnik. – Minutę później przed prezydentem Palankinem stało koło z uchwytami i kolcami.

– Tu jest instrukcja, jak odbywa się łamanie. Poczytaj sobie, to ci dobrze zrobi. To stara ale bardzo bolesna tortura. Oczywiście nie dla torturującego, ale dla łamanego. To koło jest pewne jak amen w pacierzu do utrzymania każdego w ryzach porządku prawnopartyjnego. Stosowano je w czasie wielkiej inkwizycji. Łamany nie od razu umiera. Może to potrwać dwa tygodnie, a nawet dłużej. To zależy, jak będziesz się zachowywać, czy twoje przewinienie będzie małe czy duże i jak będziesz się odżywiać. Im lepiej będziesz się odżywiać, tym będziesz zdrowszy, tym dłużej będziesz cierpieć. Nie znaczy to, że sugeruję ci, abyś słabo się odżywiał, w przypadku gdybyś chciał bryknąć i nie wykonał czegoś, co ci poleciłem. Nie rób tego. Ostrzegam cię! – krzyknął namiestnik.

Krzyk przebudził prezydenta z koszmarnego snu. Był cały spocony, nie mógł uspokoić się, czuł, że coś się w nim zmieniło. Rozbolał go żołądek, musiał biec do ubikacji. Dziwił się temu, bo żołądek miał zawsze jak struś. Kiedyś połknął kawałek metalu ukryty w chlebie, innym razem wypił przez omyłkę denaturat, myśląc, że to sok. I nic. A teraz brał środki zapobiegawcze i nic mu nie pomagały. Prezydent bardzo źle przeżywał niezwykły sen.

Odc. 16

O godzinie piątej trzydzieści rano prezydent był już na nogach. Obudził się kilkanaście minut wcześniej i nie mógł już zasnąć. Czuł na sobie ciężar odpowiedzialności za kraj. Chodził po sypialni i wykonywał ćwiczenia dla rozluźnienia napiętych mięśni, niewiele to jednak pomogło. Spróbował wtedy poćwiczyć zginanie tułowia w dół, aby sprawdzić, czy dotknie końcami palców podłogi. Był to test sprawności. Nie zdał go.

– Brzuch mi przeszkadza. Od czasu jak zostałem prezydentem dużo jem, ciągle są jakieś okazje, przyjęcia, rauty, bankiety, spotkania i dyskusje. Wszędzie jest jedzenie. I to jakie.

W głowie tłoczyły mu się myśli. Kiedy poczuł ucisk na szczycie głowy,  miał wrażenie, że to korona. Miał takie marzenia. Wyobraził sobie, że go koronowano. Nie na króla oczywiście, było to niemożliwe, ale na Żelaznego Prezydenta. To tytuł, który przyszedł mu do głowy.

Postanowił zapisać te myśli. Od pewnego czasu prowadził notatnik dla upamiętnienia ciekawych i ważnych zdarzeń oraz cennych myśli. Wyciągnął podręczny laptop, uruchomił, odnalazł plik „Notatki własne” i pod bieżącą datą zanotował tytuł „Żelazny Prezydent”. Pisał nie zważając na błędy, aby nie stracić wątku.

– Ludzie podziwiają mnie za odporność na koronawirusa. Prowadzę kampanie wyborczą, jeżdżę po kraju, spotykam się z dużymi grupami ludzi i nic. Jestem zdrów jak ryba. Wirus YZ, ten najsłynniejszy, odbija się ode mnie jak owad od niewidocznej metalowej tarczy. To coś nadzwyczajnego. Wczoraj zorganizowałem u siebie garden party. To już tradycja. Zaprosiłem sto osób, wyłącznie ludzie pozytywni, myślący podobnie jak ja. Przyszli ubrani we fraki, maseczki anytwirusowe i jedwabne rękawiczki. Było wspaniale. Zgodnie z zasadami staliśmy w odległości dwóch metrów od siebie. Kazałem w tym celu poznaczyć kółka na ziemi z imionami i nazwiskami, aby było jasne, gdzie kto ma stać. Wszyscy trzymali nad głową lampiony, kelnerzy w maseczkach i rękawiczkach roznosili sampana. Po dziesięciu minutach rozpoczęły się fajerwerki.

Z budki ustawionej na końcu ogrodu wirusolodzy obserwowali zgromadzonych. Od wczoraj pałac prezydencki dysponuje chińskim wirusometrem pozwalającym ustalić, czy w powietrzu nie ma wirusa YZ. Oczywiście nie jednego ale pewnego ich stężenia. Pokazano mi wirusy w postaci chmurki połyskliwych kropeczek. To powiększenie ponad dziesięć tysięcy razy.

– Tak powiększyć to dla nas tyle, co dla pana splunąć na przeciwnika, panie prezydencie. Pana też widzieliśmy w powiększeniu. Jest pan gigantem. I to jakim! Kiedy patrzyliśmy na pana, nie było wokół pana nie jednego wirusa. Ma pan w sobie nadzwyczajną siłę odpychania epidemii. Ludzie znajdujący się w pana otoczeniu są również bezpieczni. To nadzwyczajne, panie prezydencie! Może pan organizować tyle masowych spotkań, ile pan sobie zamarzy! – wykrzyknął profesor wirusologii, obsługujący urządzenie.

Na słowa uznania odpowiedziałem uśmiechem, tym najlepszym, numer 3. To mój ulubiony. Dobrze z nim wypadam. Są też nieudane, Krytycy nazywają je pociesznymi, czasem żałosnymi. Nie podoba mi się to, ale co mam zrobić. Zresztą nie potrwa to długo, bo Namiestnik zamierza przykręcić śrubę społeczeństwu, przede wszystkim wrogom państwa. Musimy się bronić. Podobno ja mam w tym bardzo poważną rolę do odegrania. Zawsze dowiaduję się ostatni, bo Namiestnik nigdy nie ma dla mnie czasu. Jutro w parlamencie ma odbyć się ważna uroczystość. Jestem na nią zaproszony, nie wiem jednak co tam będzie się działo.

– To niespodzianka – poinformował mnie  minister z kancelarii premiera Chudego, dostarczając mi zaproszenie. – Ja sam nic nie wiem – dodał uprzedzając moje pytanie. Wiem tylko, że to pan, panie prezydencie, ma być główną postacią uroczystości.

Mam niedobre przeczucia – zakończył prezydent.

Odc. 17

W dniu uroczystości prezydentowi związano oczy, wprowadzono go do sali bankietowej i ustawiono na cokole. Potem poprawiono mu wargi szminką odblaskową, podrasowano usta, przypudrowano policzki i uczesano. Prezydent występował w telewizji setki razy i był do takich zabiegów przyzwyczajony. Znał te czynność i lubił je. Czuł się wtedy dopieszczony. W końcu zasłonięto go jak postać na pomniku. Zapadła cisza. Na salę wchodzili parlamentarzyści. Prezydent nie widział ich, ani oni jego, nawet nie domyślali się jego obecności. W końcu nadszedł sam Namiestnik i podszedł do cokołu. Mówił uroczystym głosem.

– Teraz przedstawię państwu naszego kandydata na najbliższe wybory. Oto on, przyszły prezydent Bubu Lambrekin!

Prezydent osłupiał z oburzenia, zwinął się z bólu i zaczął strasznie krzyczeć.

– Nigdy! Po moim trupie. Możesz mnie połamać kołem już teraz, ty oprawco! Zeskoczył z piedestału i tupał nogami krzycząc nieprzerwanie. Nigdy! Nie zostanę prezydentem tylko dlatego, że ty sobie tego życzysz! Nie jestem taki głupi. Nie zrobisz ze mnie manekina. Od tego twojego szarparnia sznurkami już nóg i rąk nie czuję!

W domu prezydent przedstawił swoje przeżycia żonie. Cenił ją, ponieważ umiała milczeć. Nawet kiedy jej zadawano pytania, nie otwierała ust. Przez długi czas ludzie myśleli, że w ogóle ich nie ma. Lekarze jednak wyjaśnili, że nie jest to możliwe, ponieważ usta służą także do odżywiania się, a żona prezydenta nie wygląda na niedożywioną. Wywołało to debatę, czy jednak żona prezydenta nie powinna od czasu do czasu coś powiedzieć, choćby nawet zaśmiać się szyderczo, kiedy pytają ją o coś śmiesznego. Ona jednak milczała.

– Taka już jestem od urodzenia i tego nie zmienię – miała kiedyś ujawnić tę bolesną prawdę swej najlepszej przyjaciółce. Przyjaciółka jednak tego nie potwierdziła. 

Prezydent był szczery aż do bólu, niczego przed żoną nie ukrywał.

– To było niesprawiedliwe, co mi zaproponował. Dawał mi gwarancję, że wygram, że nie muszę podejmować żadnego wysiłku. Nie zniosłem tego, bo to byłoby niedemokratyczne, kłóciło się z moją moralnością, etyką, konstytucją, Bóg wie jeszcze z czym. To nie ja krzyczałem tylko moje sumienie. Dzięki Bogu, że dał mi sumienie. Poczekam, aż się uspokoi, wtedy zadecyduję, co zrobię.

– Powinnaś widzieć i słyszeć tego starucha. Jest okropny. Niby jest mi przyjazny, szepcze mi do ucha słodkie słówka, składa obietnice, w istocie zaś eksploatuje mnie jak chciwy kapitalista starą kopalnię węgla, Chce wyciągnąć ze mnie wszystko, wycisnąć mnie jak cytrynę. A jak on do mnie mówił!

– Słuchaj Bubu. Mówię do ciebie po imieniu, aby sprawić Ci przyjemność. Masz wspaniały charakter pisma. Nikt nie napisze wstępu do objawień mojej woli tak zgrabnie jak ty.  Jesteś też mańkutem, a ja bez twojej lewej ręki czuję się jak bez mojej prawej. Ty jesteś naszą tarczą, przedmurzem chrześcijaństwa, jesteś wszystkim. Zgódź się zostać kandydatem! Pomogę ci we wszystkim. Mam już psychoterapeutę, popracuję z tobą nad twoją mimiką i kawałami, jakie opowiadasz. Trzeba je dopracować. Można w nich wiele poprawić.

– Absolutnie nie! Odmawiam – prezydent Lambrekin był zdecydowany. Czuł w sobie wielką odpowiedzialność za naród.

Wobec nieoczekiwanej odmowy prezydenta przyjęcia nominacji na kandydata, twarz Namiestnika zbielała. Nic nie powiedział, tylko zachwiał się na nogach. Odwieziono go do domu. Dla bezpieczeństwa przed, z boku i za jego samochodem biegło dwudziestu agentów ochrony, po pięciu z każdej strony. Ludzie na ulicach pytali ich, kogo eskortują, że jest ich aż tylu, na co oni zgodnie odpowiadali, że skarb narodowy.

Następnego dnia pojawiły się spekulacje. Podejrzewano, że odmowa prezydenta Lambrekina została sprokurowana, aby uśmiercić Namiestnika wywołując zawał serca, że na śniadanie zamiast płatków owsianych dodano mu do mleka środki odurzające, wskutek czego miał halucynacje i mówił nie to, czego naprawdę pragnął.

*****

Namiestnik Kurdu nie odzywał się w ogóle w czasie drogi do domu. Patrzył tylko smutno na mijane budynki, ludzi i drzewa i szeptał:

– Taka niewdzięczność. Nazwać mnie oprawcą!

W domu czekał na niego osobisty lekarz, bardzo opiekuńczy. Był to profesor nauk medycznych, co mu kiedyś przywoził leki do domu. Popatrzył na pacjenta i powiedział:

– Wygląda pan bardzo blado, panie Namiestniku. Muszę pana zbadać.

Namiestnik odmówił. Rano przyszedł do niego sekretarz osobisty i go nie poznał. Nocą namiestnik osiwiał. Twarz miał skurczoną bólem, pod lewym okiem drgał mu nerw policzkowy. Nie odzywał się. Wyglądało to tak źle, że sekretarz pomyślał, już Namiestnik nigdy się już nie odezwie.

Sprawę stanu zdrowia Namiestnika przedstawił parlamentowi premier już następnego dnia. Opisał sprawę bardzo jasno. Nie był tylko pewien, czy namiestnik osiwiał całkowicie czy tylko częściowo. On sam prawie rozchorował się ze zmartwienia. Dla upamiętnienia tragicznego zdarzenia Premier zaproponował uznać ten dzień za święto państwowe nazywając je Dniem Wielkiego Milczenia.

Następnego dnia jak zwykle pojawiły się spekulacje. Mówiono, że nie wszystko, co myślał i mówił premier było prawdą. Premier ani nie potwierdzał, ani nie zaprzeczał tym wiadomościom.

– Takie są zasady protokołu dyplomatycznego – wyjaśnił rzecznik prasowy premiera.

W duchu premier myślał, że jeśli zdrowie Namiestnika pogorszy się, to dla niego pojawi się szansa przejęcia po Namiestniku schedy. W czasie przemówienia premier obrzucił MinSpra wymownym spojrzeniem, aby dać mu znać, że zna jego chore ambicje udziału w schedzie.

Dwa dni później sprawa wyjaśniła się. Namiestnik zaprosił prezydenta do siebie, aby porozmawiać w cztery oczy. Odmowa prezydenta okazała się najzwyklejszym nieporozumieniem. Nieprawdą też okazałą się informacja, że Namiestnik osiwiał. Okazało się, że wręcz przeciwnie, włosy mu pociemniały. Jego sekretarz wyjaśnił, że był to efekt użycia nowego szamponu z dodatkiem czarnej porzeczki. Prezydent uznał argument Namiestnika, że najważniejsze jest, aby prezydent jak najszybciej stanął na cokole wyborczym, aby pokazać, że naród i tradycja są silniejsze od coraz bardziej szalejącego wirusa.

– Złamiemy go naszą nieustępliwością – zgodnie oświadczyli dwaj mężowie stanu.

Odc. 18

Premier Chudy przedstawił ministrom wyniki spotkania z Namiestnikiem.

– Namiestnik wyglądał bardzo dobrze. Widziałem na własne oczy, jest silny jak tur. Zwrócił się do mnie od razu, kiedy byłem jeszcze w progu.

– Słuchaj, chłopie. Nie jest dobrze. Musimy cos zrobić w sprawie tego wirusa. Zaczyna mnie przytłaczać. Czuję jakby przyklejał się do skóry. On ma podobno jakieś czułki. Nocą słyszę szum i mam wrażenie, że czas płynie szybciej niż zawsze. Albo że napadła na nas szarańcza. Sam, już nie wiem, co myśleć.

Tak mi powiedział, a potem dodał:

– Tym lekarzom i pielęgniarkom to ja nie wierzę. Zawsze robili szum wokół siebie. Ale zrób coś, chłopie, aby te negatywne informacje nie docierały do społeczeństwa. Nie możemy dopuść do pogorszenia się opinii o naszej partii, bo to podmyje piedestał, na którym stoi prezydent Lambrekin. A on jest dla nas wszystkim. Wiesz, że mam wizje i widzenia. Widziałem go w nocy jak na dłoni. Był taki malutki, kiedy patrzył na mnie. Kiedy się odwrócił, od razu urósł. Może on jest nadmuchiwany? Ale co tam jego wygląd! W tych trudnych czasach, kiedy ten wirus gryzie ludzi w rękę a niektórych nawet w szyję, jedynym naszym obrońcą jest Lambrekin. To nasz Anioł Stróż, Archanioł Michał, ten od smoka, i Archanioł Gabriel, ten od dobrej nowiny. Prezydent pomaga nam obydwiema rękami.

– Namiestnik roznamiętnił się opowiadaniem o prezydencie. Sam się dziwiłem, że tak go szanuje. To nadzwyczajne – zachwycił się Premier.

W tym zachwycie, kiedy tak stał na środku gabinetu i mówił, członkom gabinetu wydał się jeszcze szczuplejszy, jeszcze wymowniejszy.

Namiestnik powiedział mi więcej.

– Prezydent to człowiek uniwersalny, dwuręczny. Wyobraź sobie, że on je, sznuruje buty i wykonuje wszystkie inne czynności prawą ręką, ale pisze tylko lewą. To nadzwyczajne! Trzeba by to spopularyzować, aby wygrał wybory. Może byście wrzucali każdemu obywatelowi jego zdjęcie z autografem do skrzynki pocztowej razem kartami do głosowania? Niech sobie przypomną. Jest przystojny i ma fajną żonę, to prawdziwy majątek, jeszcze bardziej go polubią. Trzeba robić, co się da. Na przykład MinKult myśli o założeniu Fundacji Upowszechnia Wiedzy o Prezydencie Lambrekinie. Ma w domu na ten cel miliard złotych, odłożył je na czarną godzinę. Ja myślę bardziej o pomniku Prezydenta. Mam nawet w głowie pomysł. „Bubu Lambrekin” wypisane złotymi literami. Czy ty wiesz chłopie, co to by było, gdyby prezydent przegrał wybory?

– To znaczy, że stracilibyśmy nóż do krojenia chleba. – odpowiedziałem.

– No właśnie! – wykrzyknął Namiestnik. – Co nam z chleba, jak nie będziemy mieli noża! Bez noża też jak bez ręki. W takich warunkach to nawet straszenie wirusem i zakazy chodzenia dwójkami i trójkami nie pomogą.

Twarz Namiestnika zszarzała. Wiedziałem, że mu to przejdzie, bo chłop trzyma się mocno przy ziemi. Trochę ostatnio przytył, więc jest mu łatwiej, działa siła grawitacji. Już miałem mu to powiedzieć, kiedy Namiestnik powiedział:

– Wydaj temu swojemu ministrowi od epidemii nakaz, aby ukrócił skargi personelu szpitalnego na braki i zmęczenie. Daję ci na to dwie godziny. Skargi muszą się skończyć. Jak chcą coś mówić, niech zachęcają do wyboru prezydenta Lambrekina na prezydenta.

– Co miałem zrobić?! Trzasnąłem kopytami i odkrzyknąłem:

– Służba nie drużba, panie Naczelniku. Zrobię, co trzeba. Musimy ukrócić skargi personelu medycznego i wygrać wybory. Prezydent musi być nasz. Bez niego jesteśmy jak bez ręki i bez noża, może nawet chleba. Nie daj, Boże, bo bez jedzenia nie da się żyć.

Premier zasmucił się. 

Odc. 19

W niedzielę telefony do stołecznego centrum kryzysowego i policji nie przestawały dzwonić. Donoszono, że na cmentarzu centralnym pojawiła się duża grupa czarno ubranych osób i udała się w głąb cmentarza, mimo że obwiązuje zakaz wchodzenia. Domyślano się, że mogą to być ludzie zamierzający dokonać aktów wandalizmu. Jak weszli na cmentarz, nie wiadomo. Wszędzie stały patrole i zapory. Podejrzewano, że mogli wejśc przez dziurę w ogrodzeniu.

Wieczorem okazało się, że był to Naczelnik z grupą osób; udali się oni na cmentarz, aby złożyć kwiaty na grobie Znanego Bohatera. Telewizja transmitowała wywiad z Naczelnikiem. Ubrany był na czarno, od stóp do głów, na twarzy miał białą maseczkę ochronną a na rękach białe rękawiczki. Opowiedział wszystko w szczegółach.

– Byłem w domu sam jak palec. Pogoda była piękna. Pomyślałem sobie, z wyjdę na spacer. Nie widziałem, gdzie pójść. Wszędzie byli ludzie, w parkach, na ulicach, na bulwarze nadrzecznym, tam, gdzie był tylko kawałek wolnej powierzchni i niebieskiego nieba. Do głowy przyszedł mi cmentarz. Tam zawsze jest spokojnie, pomyślałem sobie. Jak tylko wyszedłem z domu, spotkałem na ulicy kilku znajomych z Klubu Kultury “Patriota”, którego jestem przewodniczącym. Jak tylko dowiedzieli się, dokąd idę, od razu wyrazili chęć przyłączenia się do mnie. Poszliśmy więc w czwórkę. W miarę jak zbliżaliśmy się do celu, przyłączało się do nas coraz więcej osób. Przed bramą cmentarną wytłumaczyłem im, że wejście jest związane z ryzykiem, jest niebezpieczne.

– W mieście, w kraju i na świecie grasuje wirus, bardzo agresywny i zaborczy. Im większa grupa ludzi, tym większe niebezpieczeństwo. Właściwe to zakazane jest nawet grupowe spotykanie się – powiedziałem, aby ich nastraszyć. Nie uwierzyli mi. Ostrzegałem ich, że ryzykują zakażenie wirusem, że mogą stracić płuca, i w ogóle. Uparli się jednak, że im to nie przeszkadza.

– Pobyt na świeżym powietrzu może tylko nas wzmocnić. Ponadto samotne siedzenie w domu przez dłuższy czas jest niezdrowe, wręcz zabójcze. Stajemy się agresywni.

– Ja na przykład wywołałem już kilka awantur i kłótni, uderzyłem brata w twarz, skląłem siostrę i żonę, i kopnąłem psa, To straszne! Dlatego muszę tam iść, aby się wyciszyć.

– Dla mnie to kwestia być albo nie być. – Powiedział jeden z członków grupy.

Nawet nie zauważyłem, kto to był, bo schował się za plecami innych osób. To były mocne argumenty, nie mogłem się nie zgodzić. Kiedy tam znaleźliśmy się, ułożyliśmy wiązankę na gronie Znanego Bohatera. Pogoda była piękna, staliśmy i modliliśmy się. Nagle jak spod ziemi wyrósł przed nami fotografii i zapytał czy nie chcielibyśmy zrobić sobie wspólnego zdjęcia. Dawno już nie robiłem sobie zdjęcia, właściwie to już nawet zapomniałem jak wyglądam na fotografii.

– Czemu nie? – zapytałem i od razu ustaliłem z fotografem cenę i sposób dostarczenia odbitek. Ustawiliśmy się do wspólnej fotografii. Nie poszło z tym łatwo. Niektórzy kryli się za plecami, inni z kolei rwali się do przodu. Jedna moja znajoma, drobna kobiecina – chyba kieruje jakąś ważną instytucją, bo często widzę ją w telewizji – nie wiedziała, co z sobą zrobić, kazałem więc jej stanąć po mojej prawej stronie.

– Rzecz w tym, panie Namiestniku, że nie mieliście prawa wstępu na cmentarz. Co więcej, nie mieliście maseczek na twarzy ani nie zachowaliście odległości co najmniej dwóch metrów od siebie.

– To mnie pan zaskoczył. W ogóle mi to nie przyszło do głowy. Żeby ktoś wydawał zakaz wstępu na cmentarz! Dobrze, że mi pan to powiedział. Co do odległości, to trudno jest, kiedy człowiek jest rozleniwiony słońcem, oceniać, czy ktoś nie podchodzi zbyt blisko do mnie, albo czy ja nie zbliżam się za bardzo do kogoś.

– A maseczki?

– Muszę zaprotestować. Maseczki mieliśmy na twarzy wszyscy bez wyjątku, tylko nie był tego widać, bo były przezroczyste. Tak właśnie było. 

Odc. 20

Na spotkaniu w gabinecie premiera Chudego pojawili się główni aktorzy sceny politycznej: członkowie jego gabinetu oraz namiestnik Kurdu i prezydent Bubu Lambrekin. Wszyscy byli ubrani w eleganckie garnitury. Tylko Namiestnik wyróżniał się ubiorem. Miał na sobie płaszcz gronostajowy, w lewej ręce trzymał berło, w prawej pejcz wielorzemienny, atrybuty nieograniczonej władzy. Zebrani otaczali go wielkim szacunkiem; był dla nich symbolem najwyższej mądrości i niezwykłej serdeczności. Również naród go szanował. Namiestnik nazywał go hegemonem i jedynowładcą i słał mu drogę pełną cennych obietnic. 

Spotkanie rozpoczął premier. Wyprostował się, zwarł się w sobie i przemówił krótko i zwięźle, jak tylko on to potrafił. 

– Sytuacja w kraju zaostrzyła się. Jest dynamiczna, ale panujemy nad nią. Wirus mniej już szaleje, ponieważ rząd konsekwentnie stosuje wszystkie strategie, aby go ujarzmić. Jesteśmy w tym najlepsi, pierwsi w Europie, a nawet na świecie. Nie jest ważne, ile jest zakażeń i zgonów, ważne jest, co o nich sądzi społeczeństwo, obywatele i obywatelki. Musimy to wykorzystać dla ich dobra.

Słowa premiera zmobilizowały zebranych.

– Dobijmy wirusa statystyką – zaproponował MinZdro. Pokażemy, że epidemię mamy za nic, że nie stoi ona na przeszkodzie otwieraniu szkół, zwiększaniu zatrudnienia i rozwojowi gospodarki. Wszyscy interesują się liczbą codziennych zakażeń, mówią o tym i piszą. Powiedzmy sobie szczerze: im bardziej wstrzemięźliwe są statystyki, tym lepiej naród odbiera rzeczywistość. Dlatego zwalniamy wszystkich z obowiązku noszenia maseczek, dajemy swobodę poruszania się w sklepach, centrach handlowych, na przystankach autobusowych i na boiskach, wszędzie, gdzie ludzie pragną czuć się swobodnie. Będziemy też wykonywać mało testów na zakażenia wirusem. Gdybyśmy robili więcej testów, wpędzilibyśmy społeczeństwo w niepotrzebny stres, przygnębienie, depresję, zaburzenia psychiczne oraz inne nieszczęścia, włącznie z samobójstwami. To nie jest nikomu potrzebne, kiedy ludzie tracą pracę i są zdezorientowani, dokąd to wszystko zmierza.

Po MinZdro głos zabrał Namiestnik. Zaznaczył, że będzie mówić w trybie.

– Towarzysze! Bracia i siostry! Powiem od rzeczy. Znaczy się, powiem o czymś innym. Mamy ważniejsze sprawy niż wirus YZ, którego nikt nawet na oczy nie widział. Zaszły nowe okoliczności. Pojawił się konkurent dla naszego prezydenta Bubu Lambrekina. To bezwstydny typ! Wyskoczył jak Filip z konopi. Mówi, że jest lepszy, określa się nawet jako „lepsza alternatywa”, i twierdzi, że zepchnie naszego prezydenta z piedestału wyborczego. Dlatego musimy się skonsolidować, wzmocnić i pokazać, że to my jesteśmy tą alternatywą! Nie lepszą, ale najlepszą! Proszę o propozycje.

– Proponuję wotum zaufania dla rządu. – Odważnie wystąpił prezydent. Od dawna marzył o tym, aby powiedzieć coś naprawdę mądrego i ważnego, co by poruszyło ludzi do głębi. Czuł w sobie ogień palących inicjatyw. – Będziemy walczyć do upadłego, aby rząd to wotum uzyskał. Mamy większość w parlamencie, ale będziemy walczyć do ostatniej kropli krwi. Od dziecka jestem dawcą krwi i wiem co to znaczy. Zna nawet doskonały kawał na ten temat. Chętnie go opowiem. 

– Wotum! Wotum! – hałaśliwie przerwali mu zebrani.

– Pozwólcie, siostry i bracia, że skończę. Nie jest źle! Czuję to w kościach. Ludzie wciąż mówią o mnie „pan prezydent Lambrekin”. Byłoby gorzej, gdyby mówili „prezydent Lambrekin”, a już całkiem źle, gdyby mówili „Lambrekin”. Czułbym się wtedy nago jak kura przed samobójczym skokiem go garnka z wrzącą wodą. Boję się jednak, że to nastąpi. Dziś czarny kot przebiegł mi drogę.

Niepokój prezydenta udzielił się zebranym. Przeszły ich ciarki.

– Nie czas zastanawiać się nad skrótami tytułu, kurą i rosołem. – przerwał Namiestnik. Wracamy na salę obrad po wotum. Tylko pamiętajcie, morda w kubeł i sza!

Idący zwarli szeregi, mimo zagrożenia wirusem.

– Wirus nas nie dotyczy – pomyślał Premier. Miał ważną rolę do spełnienia – wygłosić mowę obrończo-pochwalną na rzecz rządu. Postanowił być obiektywny i mówić o rządzie tylko dobre rzeczy. Przesunął językiem w ustach, aby sprawdzić, czy ma dosyć śliny, po czym ściągnął maseczkę z twarzy i schował do kieszeni.

– Nie będę się kneblować w czasie ważnego przemówienia. To poniżej mojej godności. Wirus mi nie zagrozi. Nie takie rzeczy łykało się w codziennie, kiedy walczyłem w ruchu oporu! – pomyślał delektując się uczuciem ciepła rozlewającego się w dolnej części brzucha. Lubił uczucie podniecenia.

W sprawie wotum premier przemawiał półtorej godziny. Mówił wytrwale, tylko same ciekawe rzeczy. Parlamentarzyści siedzieli urzeczeni głęboką treścią i przemyślną literacko formą jego przemówienia.

Po premierze wystąpiła rzeczniczka opozycji. Ubrana w czarną suknię z jeszcze czarniejszą kokardą demonstrowała pogardę dla rządu. Było to tak wyraziste, tak podłe i perwersyjne, że Namiestnik zebrał ludzi wokół siebie, aby odwrócić się do niej plecami w dowód protestu. Przywódca opozycji powiedział głośno, że postępują niewłaściwe. Wobec dwóch prostackich prowokacji w obozie Namiestnika zawrzało.

– Co ten palant będzie nam mówić o godności? Nam, którzy wynieśliśmy godność na piedestały, którzy popieramy najszlachetniejszego człowieka w wyborach na prezydenta!

Namiestnik poczuł, że musi dać odpór nikczemnym zachowaniom opozycji. Odwrócił się i ryknął:

– Wy, synowie i córki zmurszałego mamuta i dinozaura! Co wy wiecie o godności? 

Wybuchły brawa. Partia stanęła murem za swym wodzem. Namiestnik, prezydent i premier poczuli lekkość w piersiach i szum huzarskich skrzydeł w głowach. Nad salę obrad uniósł się namiestnikowski ptak zwycięstwa w kształcie bociana ze srebrną szablą zamiast dzioba. 

Odc. 21

Czerwiec stanął pod znakiem Wirusa YZ i wyborów prezydenckich. Koniec pierwszej dekady miesiąca okazał się bezlitosny. W całym kraju gwałtowne burze i tornada przeplatały się z żarem pustyni. Szalał wiatr i ciśnienie atmosferyczne skakało szybciej niż piłeczka pingpongowa.

Prezydent Lambrekin, Premier Chudy i Naczelnik Kurdu przeżywali niespokojne sny. Śniły im się hieny, podstępni drapieżcy z potężnymi szczękami mieszczącymi wielkie kły i rzędy szablistych zębów. Mężczyźni siedzieli przy stole przy wielkim torcie, kiedy nagle z ciemności wynurzyły się hieny, aby wyrwać im ciasto. Zdarzyło się to kilka razy w ciągu nocy, napastnicy byli nieustępliwi.

– Im nie zależy na kawałku tortu, oni chcą nam zabrać całość! – krzyknął ostrzegawczo przez sen Prezydent Lambrekin. Dwaj pozostali mężowie stanu zawtórowali mu we śnie okrzykami niepokoju.

Na naradzie w ciągu dnia ustalono, że symboliczne zwierzęta ze snu to nic innego jak konkurenci prezydenta Lambrekina do fotela prezydenta nowej kadencji. Najgorszym z nich był Kardamon, kandydat opozycyjnej koalicji.

– Wyskoczył jak Filip z konopi, bez uzasadnienia i najmniejszego ostrzeżenia. Tacy są najgorsi. Niby taki spokojny, rozważny, powolny, a jeździ autobusem i tramwajem jak zwykły pijak po miastach i wsiach, i nawija, jak to będzie lepiej, kiedy już zostanie głową państwa. Kłamstwa wyborcze leją się z niego jak woda z urwanej rynny.

Kiedy Prezydent Lambrekin wypowiedział ostatnie słowa, poczuł na plecach strumień lodowatej wody, tak wyraźnie, że wstrząsnęły nim dreszcze.

W nocy po dniu, kiedy trzej mężowie odbyli naradę, znowu schwyciły go dreszcze.

– Co ci jest kochanie? Ty drżysz cały! – odezwała się żona prezydenta, niewiasta milcząca jak kamień przydrożny, o którym mówiono, że miałby wiele do powiedzenia, gdyby tylko chciał otworzyć swoje zimne usta.

Pierwsza dama rozmyślała czasem o swoim milczeniu, nie była jednak pewna, czy powinna je przerwać. Nie martwiło jej ono nadmiernie, gdyż robiła to z miłości do męża, który zapewniał jej wikt, opierunek, oferował bajeczne wycieczki do tropików i dawał w upominku szlachetne kamienie. W nocy, tuląc się do niego, szeptała:

– Bubu! Mój ty szejku arabski! Mój krezusie! Gdybyś jeszcze oderwał się od tego starucha, który traktuje cię jak niewolnika!

Prezydent Lambrekin, słysząc ostatnie słowa, pytał zdziwiony:

– O kim ty mówisz, kochanie?

Pani prezydentowa denerwowała się w takich momentach, ponieważ scena powtarzała się kolejny raz. Denerwowała się, gdyż udawał, że nie wie o kogo chodzi.

– Mówię o tym przystojniaku z pióropuszem z trzech piórek siwizny na głowie, tym suflerze teatralnym w ciemnym garniturze, który podpowiada ci, co masz mówić na publicznej scenie, który sprowadza cię do roli pasa transmisyjnego swoich chorobliwych wyobrażeń, jak powinien wyglądać świat.

– A, o tym – odpowiadał spokojnie Prezydent i zapadał w sen. Był już przyzwyczajony do takich oskarżeń.

Pierwsza dama wzdychała wtedy jakby ciężki kamień przytłoczył jej piersi.

Dziesiąty dzień czerwca był wyjątkowy. Prezydent Bubu Lambrekin wystąpił publicznie, aby podpisać ważny dokument. Z tej okazji wygłosił przemówienie zawierające długą listę upojnych obietnic. Słuchający go tłum wpadł w euforię. Dziękowano mu, dyskretnie całowano po rękach i proszono o dodatkowe bezpłatne kiełbaski na grilla dla każdej rodziny o ilości dzieci większej niż siedmioro.

Po ciężkim dniu, mimo iż był to dzień sukcesu, stojąc przed lustrem w wypasionej złotem pałacowej łazience, prezydent Lambrekin poczuł, że robi bokami. Nie rozumiał tego. Dzień był bardzo udany. W prasie nazwano go „Dniem Tysiąca Obietnic” a jego samego okrzyknięto zbawieniem kraju zagrożonego przez epidemię wirusa YZ, bezwstydnych kandydatów opozycji głoszących jawne nieprawdy i skąpych w obietnicach oraz niebezpieczne trendy homoseksualizmu, gender i LGBT zagrażające krajowi.

Prezydent oszacował w lustrze pełnię swej majestatycznej nagości. Wszystko co, zobaczył, to rumiane policzki spęczniałe radosnym uśmiechem. Przyjrzał się sobie dokładniej. Był zadowolony widokiem prężnego ciała. Patrząc w lustro przeglądał w myślach ulubione techniki wystąpień publicznych: przemówienia na ruchliwych skrzyżowaniach kolejowych, wąchanie w sadzie kwitnących jabłoni, cichy spacer nad rzeką, gdzie obiecał zbudować największy w kraju most, opowiadanie kawałów o ludożercach i krwiopijcach oraz całowanie bochenka chleba na dożynkach.

– To odróżnia mnie pozytywnie od moich konkurentów – pomyślał z satysfakcją.

Odc. 22

Wybory prezydenckie uruchomiły nieskończone zasoby dumy, energii i pomysłowości Partii. Najsolidniej pracował prezydent Bubu Lambrekin; niezmordowanie podróżował po kraju wygłaszając płomienne przemówienia. Od czasu do czasu wracał do siedziby Namiestnika, aby zaczerpnąć świeżego powietrza i naładować baterie energią.

Sprawy postępu w kampanii wyborczej Partia dyskutowała w gronie zaufanych ludzi w atmosferze tolerancji i życzliwego wsparcia.

– Nie będziemy sobie wytykać błędów. Każdemu z nas może się coś nie udać, ale musimy bronić go do upadłego przed oskarżeniami. Opozycja jest agresywna do nieprzytomności. Stale coś wyciąga na światło dzienne. I po co to?– Wyjaśnił Naczelnik na początku. – Ogłaszam zero tolerancji dla żądań o dochodzenia i dymisje!

Następny w kolejce był Prezydent Bubu Lambrekin.

– Bracia i Siostry w Namiestniku Panu! Opracowałem zwycięską technikę kampanijną. Ludzi, naszych zwolenników, zwozimy na wiece wyborcze autobusami. Dajemy im do ręki plakietki antyoszczercze: „Sondaże w dół, Lambrekin w górę!”. „Im niżej, tym wyżej!”, „Opozycja dno!” i podobne. Następnie wyznaczamy klakierów i uczymy ich nowych okrzyków. Ja przyjeżdżam na przygotowany już grunt. Wchodzę z głową dumnie uniesioną do góry, niech wiedzą, kto tu rządzi, staję wyprostowany i rozglądam się powoli: w lewo, w prawo, w lewo, w prawo. Potem uśmiecham się i opowiadam żart lub kawał. Kiedy tłum jest już rozgrzany, wygłaszam przemówienie.

– O czym? O czym? – wyrwał się MinZdro, odpowiedzialny za bezpieczeństwo epidemiologiczne wieców Prezydenta.

– O wszystkim, co najważniejsze: rodzinie, dzieciach, dobrobycie i wielkich projektach: milionie elektrycznych samochodów, moście, jaki postawię w najszerszym miejscu rzeki, megalotnisku z widokiem z jednej strony na góry a z drugiej na morze, o łajdactwach opozycji, no i o epidemii Elgiebete.

Prezydent westchnął.

– Elgiebete to najtrudniejszy temat. Wielu obywateli nie rozumie, że wirus Elgiebete jest zaraźliwy i że należy walczyć z osobnikami, którzy chodząc po ulicach zarażają wirusem dzieci, aby zostały homoseksualistami i lesbijkami, biseksualistami i transwestytami. Ci ludzie uderzają w rodzinę: zachęcają żony, aby odeszły od mężów i znalazły sobie partnerki, i mężów, aby opuszczali żony i znajdowali sobie partnerów, a potem aby jedne i drugie pary adoptowały dzieci. To jest potworne i zaraźliwe. Obywatele muszą zrozumieć, że nikt nie rodzi się homoseksualistą, tylko zaraża się jego bakcylem. Z trudem powstrzymywałem się, aby nie nazwać tych ludzi pedałami i lesbami.

Prezydent ogarnął wzrokiem zebranych i nadął lekko policzki.

– Na wiecach wyborczych mówię o wszystkim prosto, nie zastanawiając się nadmiernie, co mówię. Jest to naturalny sposób mówienia. Ludzie to kupują. Także krzyczę, aby pobudzić ich wyobraźnię. Po kilkunastu minutach zaczyna im kołować w głowie, przestają myśleć i cieszą się, że im mówię, jak powinni myśleć i postępować. Społeczeństwo potrzebuje przywództwa.

– I o to nam chodzi, towarzyszu prezydencie Lambrekinie – odezwał się Naczelnik. – Wybaczcie, że zwracam się do was per towarzyszu, ale to nasza tradycja. Otóż, naród to naród, ludzie pracowici i prości w myśleniu i odczuciach, i takich ich kochamy. Dlatego dajemy im pieniądze, zasiłki, przywileje, karty, plusy oraz składamy obietnice. Oni to cenią. Reprezentujecie właściwe podejście i macie dobre pomysły, towarzyszu prezydencie, i za to wam dziękuję. Wygramy!

Uczestnicy spotkania poderwali się z foteli, aby skandować: „Wygramy!” „Sondaże w dół, Lambrekin w górę!” „Precz z czarną opozycją!”. „Precz z Elgiebete!”. Energia wyborcza popłynęła z nową siłą w kierunku Prezydenta Lambrekina.

Odc. 23

Noc przesilenia letniego była tak krótka, że z łatwością zmieściła się między dniami dwudziestego i dwudziestego pierwszego czerwca. Oś obrotu Ziemi wychyliła się maksymalnie w kierunku Słońca; biegun północny Ziemi znalazł się bliżej Słońca niż południowy. Niezwykłe przesilenie było zapowiedzią cudów. Kiedy po północy zakwitł kwiat paproci, ludziom poprzestawiało się w głowach, zmieniali nazwiska, pozycje i orientacje. Prezydent Lambrekin przemianował się na Plenipotenta, Naczelnik kazał nazywać się Prorokiem, premier zmienił się w Kanclerza, Alfero Cantora, właściciel ksywy „Nieszczęsny Włoch”, przemianował się na Skrybę. Obywatele, na wyrost zwani narodem, przyjęli zmiany z ukontentowaniem rozumiejąc, że nie wszystko da się objąć rozumem.

Kilkanaście dni później, rankiem, kiedy ranne wstały zorze, Skrybę ogarnęła niewymowna wena twórcza. Natchnione słowa same pchały mu się do głowy tak intensywnie, że prawie odczuwał ból. Uznał, że nastąpiło to pod wpływem przeżyć z dnia nominacji Plenipotenta, który – po ogłoszeniu wstępnego sondażu popularności – bezbłędnie rozpoznał, że to on jest zwycięzcą plebiscytu na to zaszczytne stanowisko. W sercu rozdźwięczały mu się struny miłości do obywateli, którzy go poparli, oraz czułego wybaczenia wobec tych, którzy byli mu niechętni.

– Kochaj bliźniego swego jak siebie samego – zagrała mu w sercu pozytywka, otrzymana w darze od Hierarchy reprezentującego sferę najwyższej pobożności i wiedzy o sprawach niebieskich.

Plenipotent wygłosił przemowę. Mówił od serca, niezwykle przejmująco. Jego głos wypełnił najpierw gardło, potem ogarnął rodzinę i doradców, potem słuchające go tłumy, następnie miasteczko, powiat, województwo, w końcu cały kraj. Niektórzy świadkowie wydarzenia twierdzili, że cały świat.

– Niosę przesłanie pojednania i miłości – zaczął Plenipotent. – Proszę o wybaczenie, jeśli kogoś nazwałem łajdakiem, śmieciem lub złodziejem. W czasie ważnych nominacji różne słowa padają z ust, nie tylko moich, ponieważ nominacje działają na człowieka jak narkotyk. Czuję się zaszczycony wygraną, tym bardziej, że nikt mi nie pomagał.

Plenipotent przerwał, i zaginając do wewnątrz palce lewej ręki, tej od serca, wyliczał:

– Ani pan kanclerz, ani jego ministrowie, ani marszałkowie, ci z buławą i ci bez buławy, ani też Tuba TV, umiłowana przez naród niezależna instytucja medialna. Pragnę im wszystkim podziękować za neutralność i wstrzemięźliwość. Zachowali się jak ojciec szesnaściorga dzieci, który niezwykłą siłą woli powstrzymał się od spłodzenia kolejnego potomka może nawet dwojaczków lub trojaczków, aby nie powiększać hałasu w żłobkach. Wierzcie mi, nastał czas miłości, bajecznej prosperity i ogólnego szczęścia. Będziecie nadal otrzymywać dary ode mnie i nic za to nie zapłacicie.

Po jego przemówieniu wybuchły takie brawa, że nikt nie słyszał nawet przelatującego nad głowami samolotu odrzutowego. Obywatele rozpływali się w podziękowaniach, gratulowali sobie nawzajem, że żaden naród nie ma tak wspaniałego Plenipotenta.

– Mocnego jak dąb, wrażliwego jak osika i nieskończenie szczodrego – szeptały do siebie dwie matrony siwiutkie jak gołąbki, wznosząc oczy do góry, aby niebu złożyć podziękę.

Na zakończenie Plenipotent zwrócił się do swego największego rywala.

– Zapraszam cię serdecznie, drogi druhu, do mego pałacu plenipotenckiego, abyś mógł łatwiej pogodzić się ze swą porażką przy piwie i precelkach. O północy moja kuchnia jest wprawdzie nieczynna, ale przyjmę cię z całą serdecznością, a nawet oprowadzę po pałacu i pokażę klatkę, gdzie trzymam chomiki, które jutro wypuszczę na wolność z okazji mego zwycięstwa.

Odc. 24

Po przemówieniu Plenipotenta głos zabrała jego małżonka, kobieta niewymownej urody i dostojeństwa. Ubrana była w długie kolorowe sari, spływające jedwabiście po smukłej sylwetce. Powszechnie uważano, że Pierwsza Dama jest wielką samotniczką i nie mówi od dziecka. Kiedy przemówiła, ludzie uznali to za cud i zamarli z wrażenia. Zapadła taka cisza, że słychać było komara, który wydawał się huczeć w przelocie jak młockarnia walcząca z tysiącem snopków. Prawda okazała się inna niż wszyscy sądzili.

– Kiedy dowiedziałam się, że mój mąż, został Plenipotentem po raz pierwszy, a potem zobaczyłam na własne oczy, jak wspaniale pełni swoje obowiązki i jakim cieszy się poważaniem, w tym momencie wzruszenie odebrało mi mowę, i nie byłam w stanie wydusić z siebie ani słowa. Udałam się niezwłocznie do laryngologa, potem do otolaryngologa, ale to nic nie pomogło. Pan Plenipotent, mój kochający mnie aż do szaleństwa mąż, sprowadzał mi najlepszych specjalistów zza granicy, ze Szwajcarii i innych krajów, dysponujących doskonałą aparaturą i fantastycznym aparatem pojęciowym z zakresu laryngologii i otolaryngologii. Nikt jednak nie był w stanie mi pomóc. Dopiero dzisiaj, kiedy znowu zaznałam szoku radości, że mój mąż po raz drugi został wybrany – z niezwykłą łatwością i lekkością stylu, typową dla wszystkich jego przedsięwzięć – na kolejną rundę plenipotencji, odzyskałam władzę nad językiem. Od dzisiaj, obiecałam to sobie solennie, będę już mówić regularnie, przemawiać, przekonywać, zachęcać, pomagać naszemu narodowi, choć praktycznie nie ma tu już nic do zrobienia, ponieważ pan Kanclerz i jego rząd pod światłym kierownictwem mego męża, którego ja również kocham do szaleństwa, zrobili już wszystko, przez co obywatele, jak kraj długi i szeroki są szczęśliwi.

Po pierwszej damie wystąpił prawdopodobnie synek pana Plenipotenta; był podobny do niego i Pierwszej Damy jak trzecia kropla wody. Pacholę to mówiło o miłości, uwielbieniu i wzajemnej pomocy posługując się słowami ze słownika wyrazów obcych, Biblii oraz międzynarodowego języka młodzieżowego, zwanego niesłusznie slangiem lub żargonem. Było rezolutne, nazywało pana Plenipotenta „my dear daddy” i podkreśliło chyba ze trzy razy, że pan Plenipotent łączy a nie dzieli. Posługiwanie się językami obcymi przychodziło mu w sposób naturalny, ponieważ studiowało za granicą.

– Studiuję za granicą nie dlatego, że tam jest lepiej czy mądrzej, ale dlatego, że tak jest taniej. Bo my dear daddy dba o pieniądze, nie szasta nimi i dlatego zatrudnia w swoim gabinecie tylko pięćset osób, choć inny plenipotent zatrudniłby tysiąc a może nawet i dwa tysiące urzędników.

Po pacholęciu głos zabrał jeszcze raz Plenipotent.

– Mam w sobie milion miłości, całą kopalnię tego szlachetnego uczucia, i gotów jestem przytulić do siebie każdego człowieka, nawet osobę Elgiebete. Objąć homoseksualistę czy lesbijkę to dla mnie małe piwo. Przychodzi mi to łatwiej niż mojemu konkurentowi splunąć; choć to brzydkie zachowanie, on jednak to robi. My wszyscy stanowimy jedną wielką rodzinę, ludzie, zwierzęta, ptaki, owady, a nawet gady i płazy, bo one też czują. To jest myśl, którą ja usilnie promuję dla ratowania środowiska naturalnego i klimatu przed zagładą. Ponadto my jako społeczeństwo jesteśmy szlachetniejsi, bardziej patriotyczni i głębiej wierzymy w pana Boga niż oni, tam na Zachodzie. I to jest przesłanie, które każdy niesie ze sobą w sercu, bez względu na to czy jedzie rowerem na wakacje czy też krząta się po kuchni. I żaden wirus, pandemia ani nasi oponenci polityczni tego nie zmienią.

Odc. 25

Po powrocie z plaży, gdzie od czasu wyborów Plenipotent jeździł codziennie dla utrzymania się w dobrej kondycji fizycznej, podzielił się on ze swym spowiednikiem pierwszymi osiągnięciami.

– Odbyłem wspaniałą rozmowę telefoniczną. Zadzwoniła do mnie królowa brytyjska i pogratulowała mi zwycięstwa. Była bardzo serdeczna, powiedziałbym nawet wylewna.

– Masz szczęście, chłopie. Odnieść takie zwycięstwo, to ho, ho, ho! Mnie się to nigdy nie udało, choć startowałam przecież w wielu wyborach.

– Odpowiedziałem jej: Serdecznie dziękuję, Your Royal Highness. Jestem zaszczycony pani telefonem. Jej Królewska Wysokość głos miała bardzo męski, zdecydowany, jak to królowie brytyjscy. Oni zawsze byli dumni. Powinniśmy brać z nich przykład – kontynuował Plenipotent. – Chwilę później królowa zaskoczyła mnie propozycją, czy nie zechcielibyśmy przyłączyć się do Brytyjskiej Wspólnoty Narodów, znaczy się do dawnego Imperium Brytyjskiego.

– Odrestaurowujemy je – powiedziała królowa tak zdecydowanym tonem, że aż mnie to zaskoczyło. – Będzie wam znacznie lepiej u nas niż u tego waszego Dużego Brata, który zdziera z was skórę, mało daje a dużo żąda, i ogranicza was we wszystkim. Nawet ogórki każe wam produkować pod dyktando, maksimum tylko trzy centymetry długości i półtora centymetra średnicy. Znaczy się, podała to w calach, ale szybko sobie przeliczyłem. Od razu też mi wyjaśniła: – U nas nie będziecie płacić żadnych składek ani danin, tylko otrzymywać fundusze. Imperium leży na forsie. Mamy niezmierzone bogactwa: przyprawy i bawełnę w Indiach, złoto w Południowej Afryce, diamentów do diabła i trochę w Kongo. To wszystko jest do wzięcia. Co o tym sądzisz, Mr Plenipotent, Your Excellency?

– Kiedy usłyszałem słowa „do diabla i trochę” – była to trzecia minuta naszej rozmowy – od razu zorientowałem się, że to nie ona. Domyśliłem się, że był to Józef Kowal, aktywista społeczny z miejscowości Ciarka, gdzie głosowało na mnie sto procent mieszkańców. Wiedząc to kontynuowałem z rozmowę z królową przez następne dziesięć minut, jakby nigdy nic, i uzgodniłem, że przystępujemy do tego ich Imperium. A co nam szkodzi!? Mieć forsy jak lodu i żadnych obowiązków!

Opozycja wykorzystała rozmowę Plenipotenta z rzekomą monarchinią brytyjską oskarżając go, że dał się wpuścić w maliny.

– Nie wiedział z kim rozmawia. Niby to żartował, ale wyraził zgodę na zmianę układu politycznego, co oznacza rozwiązanie naszej umowy ze Starszym Bratem. Ten człowiek nie poznał, że rozmówczyni miała przepity głos i obiecywała gruszki na wierzbie!

W parlamencie rząd obronił Plenipotenta bez problemów, wykazując, że doskonale wiedział z kim rozmawia i co mówi.

– To, co pan Plenipotent uzgodnił z królową brytyjską to jak najbardziej słuszne rozwiązanie. Pozwala ono nam, rządowi, przedłużyć dobrobyt narodu co najmniej o następne dwanaście lat, a może i dłużej. Teraz tylko wystarczy zwalczyć wirusa i epidemię, i już mamy osiągnięty pierwszy etap Ziemi Obiecanej, którą nam obiecał pięć lat temu nasz ukochany Prorok Szara Eminencja.

Wieczorem medium narodowe Tuba TV w trzech komunikatach wyjaśniło społeczeństwu znaczenie i wagę fantastycznych efektów dyplomacji zagranicznej Plenipotenta w nowej kadencji.

0Shares

Znak pokoju. Opowiadanie kryminalne.

W wieku czterdziestu pięciu lat Karol Zendra zwątpił w sens życia. Zastanawiał się, skąd się to wzięło, znaczy się, od kiedy przestał się czuć dobrze we własnej skórze. Odpowiedź nie pojawiła się od razu, jak na zawołanie, nie musiał jednak czekać zbyt długo. Zrozumiał swój niepokój po obejrzeniu filmu o małżeństwie, jak do niego dochodzi, jak się rozwija i jak najczęściej się kończy.

Zdał sobie wówczas sprawę, że początek jego zwątpienia sięgał dnia, kiedy do jego domu, gdzie żył spokojnie z żoną Penelopą, wprowadziła się jej siostra Lucyna. Pamiętał nawet ten dzień; był to sam początek ponurej jesieni, zimnej i deszczowej; w nocy wiał tak porywisty wiatr, że bali się czy dach domu wytrzyma.

Od dnia wprowadzenia się Lucyny Penelopa stała się nie do zniesienia. Nie była łatwa w małżeństwie, teraz przechodziła już samą siebie. Nabrała nowych nawyków. Polegały one głównie na tym, że intensywniej starała się ulepszyć Karola, usprawnić jego działania, nadać jego życiu więcej rozmachu. 

Pierwszym obszarem nieporozumień stał się sposób odżywiania. On i kobiety reprezentowali krańcowo odmienne punkty widzenia. Kiedy Karol zaczął jeść więcej warzyw, ograniczając konsumpcję mięsa, one dosłownie wciskały je w niego, twierdząc, że powinien jeść więcej kurczaków, bo to nie jest mięso. Kiedy mówił im o wegetarianach, dając jako przykład Morarji Desai, który został premierem Indii w wieku osiemdziesięciu jeden lat i przez kilka lat z powodzeniem rządził wielkim krajem, nie wierzyły mu. Podobnie jak premier Desai, Karol preferował warzywa, orzechy, owoce, nabiał. Wyjaśniał i przekonywał, że warzywa są łatwo strawne, zawierają błonnik, są absolutnie niezbędne dla organizmu.

– To dzięki nim Desai zachował tak fantastyczny stan zdrowia i ja tylko idę w jego ślady. Podobnie jak on nie palę też papierosów, nie piję alkoholu i ćwiczę jogę. Przynajmniej staram się.

Przykład premiera Indii jako wzorca dobrego odżywiania tylko pogorszył sytuację Karola. Penelopa, korzystając z pomocy siostry biegłej w korzystaniu z Internetu, wyszperała informacje, która go pogrążyła.

– Czy ty wiesz, znawco zdrowego odżywiania Hindusów, że Desai, kiedy został premierem, od pięćdziesięciu lat nie miał kontaktu seksualnego z kobietą a każdy dzień rozpoczynał od modlitwy i wypicia szklaneczki moczu?

Był to skuteczny cios, ale Karol nie ustępował.

– Kiedy nie jem większej ilości warzyw, czuję się podle. Warzywa to podstawa odżywiania się współczesnego człowieka. Chyba, że jest się kanibalem i kocha się ludzi dla celów konsumpcyjnych. To inna sprawa.

Obracanie drażliwego tematu w żart było jego sposobem rozładowywania napięcia. Na Penelopę to jednak nie działało. Nie dzieliła jego poczucia humoru. Kiedy mówił coś żartobliwego, ona traktowała to jako zasłonę dymną, za którą usiłował ukryć swoją bezradność, niechęć do natychmiastowego działania lub defekt charakteru.

Drugim obszarem nieporozumień i kontrowersji stała się czystość domu, konkretnie zaś podłogi. Szwagierka była pedantką, nie akceptowała najmniejszego okruszka. Karol nie czuł się człowiekiem wiekowym, niezdarnym czy wyjątkowo roztargnionym, zdarzało mu się jednak upuścić jakiś okruch pieczywa na podłogę i nie zauważyć tego. Najczęściej następowało to w trakcie ożywionej dyskusji przy stole albo nocą, kiedy nachodziło go gwałtowne pragnienie zjedzenia choćby jednej kromki chleba, nawet czerstwego, z masłem lub z miodem.

Lucyna, przez siostrę zwana Lusią, regularnie chodziła po domu i sprzątała. Lubiła sprzątać. Najczęściej robiła to, kiedy były same w pokoju, przy okazji delikatnie sugerując siostrze, że Karol jest bałaganiarzem. Właśnie z tego powodu Karol pozostawał w stanie niezadeklarowanej wojny wobec szwagierki, pilnując się, aby nie przekroczyć granicy tolerancji drugiej strony.

Kolejnym spornym tematem okazały się praca w domu, wykonanie czegoś dla wspólnego dobra, naprawa sprzętu czy choćby zawieszenie obrazu na ścianie. Penelopa oczekiwała, że Karol wykona to natychmiast, przynajmniej bez większej zwłoki, on jednak zwlekał, tłumacząc się innymi pilnymi obowiązkami i sprawami. Jego wyjaśnienia były często nieprzekonujące, nawet dla niego samego, dlatego też nie wahał się przyznawać żonie racji i przepraszać ją. Zapewniał przy tym, że pragnie być inny, bardziej sprawny i szybszy, tak jak ona sobie to wyobrażała, on zresztą też, ale nie potrafi wykrzesać w sobie motywacji do takiej zmiany.

*****

Dopuszczając, że nie jest ideałem męża i współlokatora, Karol walczył o zachowanie minimum niezależności i godności.

– Niech to będzie niezależność nawet częściowa, ale niech będzie. Nie mogę czuć się jak człowiek obcy, jak wygnaniec we własnym domu. Mam prawo być człowiekiem niedoskonałym – tłumaczył Zenobiuszowi, serdecznemu przyjacielowi, kiedy spotykali się, aby porozmawiać przy piwie lub kawie o sporcie, pracy i życiu.

Denerwując się, kiedy groziła mu kolejna konfrontacja z żoną, Karol zdecydował się przyjąć najbardziej racjonalną postawę: ustępować w sprawach mniej znaczących, nigdy w sprawach zasadniczych. Mimo zmiany strategii nieprozumienia domowe nie kończyły się; były jak woda lejąca się strumieniem z uszkodzonej rury. Karol zastanawiał się nad tym wielokrotnie. W końcu doszedł do wniosku, że tkwi po uszy w dylemacie relacji męsko-damskich, czyli wiecznej sprzeczności charakterów mężczyzny i kobiety, stanowiącej źródło wszelkich konfliktów. Wynikał on także z różnic temperamentu, przyzwyczajeń, innego widzenia świata, co jest ważne, co mniej ważne, a co zupełnie nieważne.

– Czy okruchy na podłodze są ważne? – zadawał czasem to pytanie w momentach sprzeczki.

Nie potrzebował odpowiedzi. Dla niego nie, dla niej tak. Kiedyś, nie mogąc dojść do porozumienia z Penelopą, Karol krzyknął w zdenerwowaniu w obecności także szwagierki:

– My, mężczyźni, i wy, kobiety, pochodzimy od zupełnie innej małpy.

Jego wypowiedź dolała oliwy do buzującego już ognia. Okazała się fatalna. Dla świętej zgody, Karol musiał przeprosić żonę i szwagierkę dwukrotnie za wyjątkowo niefortunne porównanie człowieka z odległym przodkiem, który w opinii kościoła, Penelopy i Lucyny nie wiadomo kim był w ogóle, jeśli w ogóle istniał. Dla Karola nie ulegało to wątpliwości.

*****

W pewnym okresie życia żona kojarzyła się Karolowi z komendantem obozu koncentracyjnego. Potem zarzucił ten pogląd, uznając go za oderwany od wiary w człowieka i małżeństwo. Nie bez znaczenia była też refleksja, że jeśli ona jest komendantem, to on jest ofiarą. Coś w tym było, skoro przyszło mu to do głowy. Swoją słabość wobec Penelopy Karol tłumaczył ukrytą w sobie wadą genetyczną i wychowaniem. Taki już był; zawsze szukający wytłumaczenia spraw niewytłumaczalnych.

– Na pochyłe drzewo każda koza skacze – przypominał sobie, kiedy o tym rozmyślał.

Kiedy przypominał sobie to porzekadło, serce w nim twardniało. Czuł wtedy potrzebę rozwinięcia w sobie odporności uczuciowej.

W grę wchodziło coś więcej niż genetyka i wychowanie. Dotarło to do niego dopiero po latach, jak bardzo różniło ich pochodzenie społeczne, środowisko rodzinne, w jakim oboje wyrastali, oraz kultura, w bardzo ogólnym sensie. Chodziło o coś więcej niż różnice, chodziło o trudną do zdefiniowania naturalną odmienność. Coś tak głębokiego, jak bycie czarnym lub białym, które się wzajemnie wykluczają. Zastanawiał się nad tym.

Mieli odmienny start. Karol pochodził z przeciętnie zamożnej rodziny, Penelopa była bogata od początku. Wiadome było jeszcze za czasów panieńskich, że jako jedynaczka odziedziczy dom po rodzicach i ich oszczędności oraz inwestycje. Było tego niemało. To był majątek na tamte czasy.

Pobrali się późno. Była to prawdziwa miłość, zafascynowanie drugą osobą. Potem trochę się popsuło. Kiedy brali ślub był inspicjentem teatralnym, z głową zanurzoną w sztuce teatralnej i jej organizacji. Z natury był raczej ustępliwy, skłonny do negocjacji. Penelopa zawsze była bardziej wymagająca od siebie i od niego. On był duszą artystyczną, ona miała bardziej menedżerskie usposobienie. Oboje pracowali. On w teatrze miejskim a potem w kuratorium oświaty, ona nieprzerwanie, powoli awansując, w dyrekcji dużej kopalni węgla jako samodzielny pracownik księgowości. Dzieci i nie mieli. To nie było problemem, a jeśli było, to rozłożonym równo między obydwie strony.

******

Lucyna, siostra Penelopy uważała, że Karol jest niedomiarowy, inaczej mówiąc niepełny, w swoim postępowaniu, podczas gdy Penelopa jest nadmiarowa, ponieważ jest towarzyska, szczera i otwarta. Wszyscy ją lubili. Karol również cenił te cechy żony, niezwykłą łatwość nawiązywania kontaktów. Uważał, że z ich dwojga ona była lepiej uzbrojona od początku małżeństwa. Na ten temat zgromadził liczne przemyślenia.

Życie małżeńskie to walka o prymat: kto decyduje, kto rządzi, kto gra na fortepianie, a kto śpiewa pod takt muzyki, kto nosi spodnie, a kto pyta. Takie myśli nasuwały mu się nie tylko w chwilach przygnębienia. Pocieszał się myślą, że zachowanie Penelopy wobec niego było uzasadnione, ponieważ każdy żonaty mężczyzna potrzebuje przypominania, jak należy postępować w wątpliwych sytuacjach życiowych.

Któregoś dnia przeczytał artykuł o wiktymologii. To mu bardzo pomogło, zaczął lepiej siebie rozumieć. Wkrótce uznał, że powinien okazywać Penelopie więcej zrozumienia i jako wyraz dobrej woli i pojednania zaczął przekazywać jej znak pokoju. Było to rozumne i błogosławione w skutkach postanowienie. „Przekazuję ci znak pokoju” uznał za skuteczną formę łagodzenia napięcia oraz wyrażania pozytywnej postawy. Te słowa miały znaczyć: „Nie jestem twoim wrogiem. Życzę ci jak najlepiej. Tylko okazuj mi trochę więcej zrozumienia”. To było sedno jego przekazu, narracji i zachowań. Od tej pory czuł się dużo lepiej.

Będąc osobą wierzącą, choć nie praktykującą, Karol wyobrażał sobie, że znak pokoju wymyślili i stosowali pierwsi chrześcijanie, a on tylko go zapożyczył i udoskonalił. Przekazywanie znaku pokoju stało się ważną czynnością, stanowiło też formę zastępczą chodzenia do kościoła.  

Po krótkim czasie przekazywanie znaku pokoju weszło mu w krew. Kiedyś śniło mu się nawet, że uczynił to na ruchliwej ulicy zaraz po tym, jak o mało co nie wpadł pod samochód. Dla uspokojenia nerwów wybrał w tłumie przechodniów człowieka, podszedł do niego, zatrzymał gestem ręki, objął ramieniem i powiedział uroczyście:

– Przekazuję ci znak pokoju. Czy zechcesz go przyjąć? Może nawet zechcesz odwzajemnić, co by ukoiło moją rozhuśtaną niepokojem duszę, co się stanie ze mną, kiedy już odejdę w zaświaty. Cholernie mało wiem o tym miejscu.

Używając określenia „Znak pokoju”, Karol zakładał, że każdy rozumie, że jest on symbolem pojednania a nie konkretu obejmującego podłogę, ściany i sufit oraz kilka dodatkowych elementów w rodzaju lampy, łóżka, stołu czy szafki nocnej.

*****

Na początku grudnia, kiedy spóźniona zima szykowała się do nadejścia, w małżeństwie Karola i Penelopy nastąpiło przesilenie. Dzień rozpoczął się słonecznie, narzucając charakter wszystkim innym zdarzeniom. Słońce wstało znad horyzontu i bryznęło plamą jasności na ścianę, stół i podłogę apartamentu Zendrów. Oprawione w złote ramy obrazy popstrzyły się plamami, egzotyczny pejzaż największego obrazu przecięła smuga cienia padającego z ramy okiennej. Dzień zapowiadał się sympatycznie. Pobudzony nieoczekiwaną obfitością słońca Karol zapragnął wyrwać się z domu i biec w słoneczną przestrzeń, nawet krzyczeć.

Tego dnia czuł się szczególnie szczęśliwy. Na nogach był już od godziny szóstej rano. Wczesne wstawanie bardzo mu odpowiadało, ponieważ nauczył się poruszać po ciemku ciszej niż mysz pod kołdrą. Prawie nie wydawał dźwięków. Był sam w kuchni, przygotowywał sobie śniadanie.

O godzinie ósmej z minutami do pokoju weszła Penelopa razem ze swoją siostrą. Miała dla niego wiadomość. Jej komunikaty były zawsze suche i krótkie. Słuchając ich myślał, że powinna pracować na poczcie przy nadawaniu telegramów, gdzie oszczędność słów jest cnotą, a nie w kopalni węgla, gdzie była księgową i miała do czynienia z tysiącami liczb. Liczby – uważał – podobnie jak węgiel mogą być bardzo różnej jakości i nie ma co na nich oszczędzać.

– Kupiłam wczoraj szynkę. Nazywają ją polędwicą łososiową. Jest krucha, lśniąca i delikatna. Zjedz ją na śniadanie. To tylko cztery plastry. My będziemy jeść inną szynkę.

– Wspaniale! – ucieszył się Karol.

Postanowił i chciał być optymistyczny. Słońce i propozycja Penelopy nastroiły go niezwykle pozytywnie. Skończył krojenie pomidora, dodał przygotowaną wcześniej cebulkę i szczypiorek, całość posolił i popieprzył. Miał przed sobą cieszącą oko i podniebienie sałatkę warzywną. Po zakończeniu śniadania, syty i zrelaksowany, zapragnął podzielić się z kobietami swoją radością i poczuciem szczęścia. Zawsze tego pragnął.

– Pozwólcie, że z samego rana przekażę wam znak pokoju – powiedział, po czym podszedł do żony, objął ją ramieniem i pocałował w policzek.

– Pokój z tobą – odpowiedziała żywo Penelopa, umacniając w nim przekonanie o wyjątkowości dnia i krążącym po domu duchu miłości.

– Lucyno, tobie także przekazuję znak pokoju.

Zajęta czymś przy kuchni szwagierka nie zareagowała na jego słowa. Dopiero kilka minut później, przechodząc obok stołu, życzyła Karolowi smacznego.

– Dziękuję bardzo – odpowiedział głośno i wyraźnie, aby go usłyszała. Zależało mu na dobrych relacjach także z siostrą żony.

– Na zdrowie – odrzekła szwagierka nie patrząc na niego. Była zajęta oglądaniem kolorowych zdjęć na smartfonie. To była jej prawdziwa pasja.

Ucieszył się, że nie patrzyła na podłogę, gdzie spadło mu kilka okruchów.

Godzinę później sytuacja zmieniła się diametralnie. Poszło właśnie o okruchy. Zapomniał je sprzątnąć. Wybuchła z tego tytułu awantura. Nie było to tak, że kobiety ją wywołały, ale ją zainicjowały – jego zdaniem złośliwymi uwagami – na temat jego nieuwagi i niezdarności. To przepełniło jego kielich goryczy. Uznał, że mimo najlepszych chęci i starań z jego strony, ustępowania i przekazywania znaków pokoju, będzie nadal trwać stan cichej wojny.

*****

Wyprowadzony z równowagi, Karol przypomniał sobie odległy fragment młodości. Były to właściwie dwie niezależne od siebie historie, dwa ważne epizody, kiedy był jeszcze kawalerem. Zakopał je głęboko w pamięci, ponieważ był to najtrudniejszy i najbardziej wstydliwy okres jego życia. Chodziło o kobietę o bladej twarzy i niezwykłe zlecenie, jakiego mu udzieliła.

*****

Karol dysponował naturalnym darem straszenia ludzi. Na początku nie zdawał sobie sprawy, jak rzadka jest to umiejętność; większości ludzi to się nie udaje, nawet kiedy bardzo się starają. Ujawniło się to zupełnie przypadkiem w okresie wakacji. Grupa studencka, w której uczestniczył, zorganizowała obóz wypoczynkowy w namiotach w lesie nad jeziorem.

Wieczorem pierwszego dnia, kiedy inni członkowie grupy jedli jeszcze kolację, Karol wyszedł popatrzeć na jezioro. Wracając, zauważył studentkę wychodzącą z namiotu. Znał ją stosunkowo słabo, pamiętał tylko, że miała na imię Krystyna. Szła w jego kierunku, prawdopodobnie w tym samym celu, co on, kontemplacji w samotności widoku spokojnego jeziora. Niewiele się zastanawiając, stanął za grubym pniem sosny rosnącej tuż przy ścieżce i czekał. Chciał koleżankę po prostu nastraszyć; niewinny żart, chwila emocji dla obojga. Kiedy dziewczyna dochodziła do sosny, Karol wykonał bez słowa dwa kroki do przodu. Krystyna padła na ziemię jak rażona, straciła przytomność. Karol przeraził się. Nie wiedział co robić, nigdy nie był w takiej sytuacji. Natychmiast wezwał na pomoc kolegów i koleżanki. Ze strachu nie powiedział im, co naprawdę się stało. Zaniesiono ją do namiotu. Wkrótce przyjechało pogotowie. Jeszcze tego samego dnia zmarła, nie odzyskawszy przytomności. Lekarze stwierdzili niewyjaśnione zatrzymanie pracy serca.

– To niezwykle rzadki przypadek – stwierdził dyżurny lekarz. – Ludzie normalnie nie umierają na serce w tym wieku bez wyraźnej przyczyny.

*****

Tego wieczoru Karol zdał sobie sprawę, że to co się stało, to nie był przypadek. Przypomniał sobie więcej takich zdarzeń w swoim życiu, tylko z mniej tragicznymi skutkami. Postanowił to wykorzystać.

Był to dla niego wyjątkowo trudny okres życia, kiedy – jak przysłowiowy tonący człowiek – był gotów czepić się nawet brzytwy, aby nie utonąć. Pracy było jak na lekarstwo. Było mu wyjątkowo ciężko. Także dlatego, że lubił grać w pokera na pieniądze. Sporo wygrywał, częściej jednak tracił. Nie mógł poradzić sobie nałogiem.

Minął rok zanim otrzymał pierwsze zlecenie. Najpierw wyeliminował dwie osoby z własnego grona znajomych, wyjątkowo negatywnie nastawione do niego, jedna w rodzinie, druga w firmie, gdzie w końcu znalazł zatrudnienie. Tak je nastraszył, że unikały go jak ognia a potem wyprowadziły się z miasta. Ich odejście uznał za wielkie osiągnięcie; nabrał pewności siebie i zrobił sobie reklamę, bo ludzie – łącznie z tą dwójką – nawet źle mówiąc o nim przypisywali mu nadzwyczajne zdolności. To go wzmocniło.

Szukał poważnych zleceń. W obecności i w rozmowach z potencjalnymi klientami, ludzmi z towarzystwa, wśród których się obracał, zachowywał się ostrożnie i z rozwagą. Nauczył się mówić oszczędnie, tylko to, co trzeba. W duchu żartował, że chętnie milczy w towarzystwie, ponieważ wystarczają mu rozmowy z psem. Pies był rzeczywiście jego najlepszym przyjacielem. Karol umiał słuchać, ludzie otwierali się przed nim. Robił wszystko, aby wzbudzać zaufanie. Był punktualny, dotrzymywał słowa, był rozsądny w słowach i opiniach. Budował reputację. Tworzył wokół siebie aurę profesjonalizmu, powagi i rzeczowości.

Kiedy już poczuł się pewnie, sugerował dyskretnie, ale tylko tym osobom, które w jego ocenie odczuwały potrzebę pozbycia się kogoś niewygodnego, że może im w tym pomóc, że ma ku temu kwalifikacje i odpowiednie doświadczenie. Był uważny, aby nie przesadzić oferując pomoc.

*****

Pierwszym zleceniodawcą była kobieta. Wyczuł ją. Odprowadzał ją do samochodu zaparkowanego dwie przecznice dalej i miał okazję z nią porozmawiać. Byli sam na sam. Zaoferowała mu duże pieniądze, tak poważną kwotę, że Karol mógłby wycofać się całkowicie z zawodu, kupić sobie mieszkanie i przyzwoicie się urządzić. Marzył o podróży po krajach Afryki Północnej, zwiedzaniu Maroka, Tunezji i Egiptu. Miał marzenia, to go dodatkowo nakręcało.

Ofiarą miał być mężczyzna. Nazywał się Paweł Diak. Zleceniodawczyni nie powiedział mu, czy był to jej mąż, kochanek czy może ktoś inny. Przekazała mu tylko szczegółowe informacje o ofierze.

– Dla mnie to nie ma znaczenia – powtarzał sobie. – Mogę nie wiedzieć, kto to jest. Nie była to cała prawda. Wyszło to na jaw dopiero później.

Mężczyzna wskazany do „usunięcia” – jak to określiła zleceniodawczyni – musiał domyślać się niebezpieczeństwa, ponieważ ukrywał się. I to tak skutecznie, że nie sposób było go wytropić. Karol nie ustawał w wysiłkach, tym bardziej, że to zleceniodawczyni ponosiła koszty poszukiwań. Coraz bardziej go to wciągało, wręcz ekscytowało. Kiedy już ujawnił miejsce ukrywania się ofiary, podjął ostateczne kroki. Mężczyzna zmienił nazwisko i mieszkał w niepozornym, małym domu z ogródkiem na przedmieściach. W domu przebywał zawsze sam. Karol ustalił to ponad wszelką wątpliwość.

Akcję wykonał z rana. Kilka minut po godzinie dziewiątej zapukał i przedstawił się jako nowy listonosz. Był odpowiednio ubrany i wyposażony. Prawdziwego listonosza związał i zamknął w bezpiecznym miejscu, aby móc spokojnie wykonać swoją pracę nie narażając się na niebezpieczeństwo. Nikt nie mógł mu stanąć na drodze. Powtórzył to sobie kilka razy. Był autentycznym listonoszem, w autentycznym uniformie i z prawdziwymi listami i przesyłkami do doręczenia.

Po usłyszeniu „Proszę”, wszedł do środka. Paweł Diak chyba wiedział lub domyślał się, co może się stać, bo był w jakimś sensie przygotowany na taką wizytę. Była w nim rezygnacja. Karol wyjaśnił mu, w jakim celu przybył i z czyjego polecenia. Chciał widzieć jego twarz, potworne przerażenie, jakiego się spodziewał. Zobaczył tylko przygnębienie i smutek. Dlatego postanowił z nim porozmawiać; chciał poznać drugą wersję historii przedstawionej mu przez kobietę.

– Moja żona to bezwzględna i mściwa osoba – zaczął mężczyzna. Opowiedział mu historię swojego związku małżeńskiego i problemów, które spowodowały separację a potem rozpad małżeństwa. Był dla niej niewygodny, dlatego chciała go usunąć. Dzięki temu mogła przejąć jego majątek.

Karol chętnie go słuchał. Diak nie rozciągał swojej relacji. Wręcz przeciwnie, streszczał się, jakby nie zależało mu na życiu.

– W dużej części sam sobie na to zasłużyłem, wiążąc się z tą kobietą – wyznał na zakończenie. Po chwili milczenia, zaskoczył Karola pytaniem.

– Chciałbym wiedzieć, ile moja była żona zaoferowała panu za moje życie. – Na ile mnie wyceniła?

Karol odpowiedział mu szczerze. Nie powiększał kwoty ani nie umniejszał.

– To ja zaoferuję panu równe dwa razy tyle za jej życie i darowanie mojego. Zapłacę od razu w gotówce. Jestem na to przygotowany. Co pan na to? Proszę wziąć pod uwagę, co panu o niej powiedziałem. Może pan to sobie wszystko sprawdzić. Jeśli daruje mi pan życie, musi pan ją usunąć. W przeciwnym wypadku narażałby się pan na śmiertelne niebezpieczeństwo.

Oferta Diaka zaskoczyła Karola. Po krótkiej rozmowie przyjął propozycję. Przemyślał sobie wszystko. Ustalili warunki i umówili się, że mężczyzna natychmiast wyjedzie za granicę i ukryje się.

– Zawiadomię, kiedy będzie pan mógł wrócić bezpiecznie. Będzie już wtedy po wszystkim.

Karol miał swoją kalkulację. Było to mądre posunięcie, propozycja Diaka urządzała go na całe życie dużo bardziej niż mógłby marzyć. Mógł wziąć pieniądze od jednej i drugiej strony.

*****

Karol zgłosił się do zleceniodawczyni po odbiór pozostałych pięćdziesięciu procent kwoty należnej po wykonaniu egzekucji na Pawle Diaku. Na dowód wykonania zadania pokazał jej zdjęcie, jakie zrobiła sobie z mężem, oraz prywatny list do męża od osoby, którą dobrze znała. Uwierzyła mu i ucieszyła się. Wyszła do drugiego pokoju i przyniosła pieniądze, tak jak było uzgodnione, w używanych banknotach studolarowych, wręczyła mu je, po czym objęła go serdecznie.

– Zupełnie jak przyjaciółka lub kochanka – pomyślał Karol, zaskoczony takim zachowaniem. Szybko opanował się. Miał już swoje pieniądze. Wtedy wyjaśnił wszystko.

– Mam wyrok na panią. Domyśla się pani, kto jest zleceniodawcą. Muszę go wykonać natychmiast, nie będę przedłużać agonii.

Naturalna jasność cery kobiety przeszła w trupią bladość. Twarz jej poszarzała, skóra wyglądała jak zwiędła. O nic nie prosiła, zaczęła tylko drżeć jak w febrze. Trwało to nie dłużej niż minutę. Umarła na jego oczach. Wiedział, że nastąpi zawał serca, znał jej stan zdrowia i siłę swego działania. Uznał, że nie jest mordercą. Spodziewał się, był nawet pewny, że umrze, ale nie musiało to nastąpić. To był jej wybór.

Kiedy Karol przypomniał sobie historię z okresu młodości, był już pewien co powinien zrobić. Przeprowadzi taką samą operację na Lucynie. Miał już w głowie ogólny plan. Liczył się z pewnymi utrudnieniami, ale nie w takim stopniu, aby mieć wątpliwości co do jego powodzenia.

*****

Karol miał aż nadto powodów, aby serdecznie nienawidzić Lucyny. To ona nakręcała Penelopę.

– Żona ma swoje słabości, ale żyło nam się całkiem dobrze. O niebo lepiej niż we trójkę. Wszystko zmieniło się po wprowadzaniu się Lucyny – skarżył się koledze w pracy.

– Mamy duży dom, pokoi nie brakuje, będzie mi pomagała – zadecydowała Penelopa przed przyjazdem siostry nie pytając go o zdanie.

Na jego pytanie, jak długo siostra zamierza pozostać, jak zwykle miała gotową odpowiedź.

– Ma własne mieszkanie, wyjedzie kiedy zechce. Nie zostaje u nas na wieczność. Jej obecność nie może ci przeszkadzać. Przecież to moja rodzona siostra.

Nie miał szansy jej wytłumaczyć, że nie chodzi o dom, jedzenie, koszty, ale o jego spokój. Penelopa nie przyjęłaby tego do wiadomości; wierzyła zbyt mocno, że Lucyna czyni tylko dobro.

– Będzie dbać o dom a także o ciebie. Powinieneś jej za to dziękować a nie sarkać.

****

Od przyjazdu Lucyny wszystko, czego by nie zrobił, było złe. Nie mógł już dłużej tego wytrzymać. Czekał okazji. Penelopa wyjechała do sanatorium na trzy tygodnie. Lucyna przejęła na siebie jej rolę. Zachowywała się jak pani domu, szarogęsiła się. Jednego wieczoru Karol miał wrażenie, że była gotowa podjąć także rolę żony w miejsce siostry. Schwyciła go za ramiona, kiedy pośliznął się i upadał, i przyciągnęła do siebie. Był przekonany w tym momencie, że oddałaby mu się, gdyby tylko chciał. Mylił się. Chwilę później odepchnęła go z wyraźnym wstrętem na twarzy, aż wzdrygnął się.

– Harpia – pomyślał z nienawiścią.

Nie znosił jej fizycznie. Była chuda i koścista, choć miała niebrzydką twarz. Właściwe to nawet ładniejszą niż Penelopa. Była samotna od kilku lat. Była dwukrotnie mężatką, nie miała jednak szczęścia. Jej pierwszy mąż zmarł na serce, drugi zginął w wypadku samochodowym.

*****

Moment, na który czekał Karol, nastąpił, kiedy szwagierka zachorowała. Radziła sobie dobrze, nie korzystała z jego pomocy. Było to tylko uparte przeziębienie. Nie chciała iść do szpitala, nikt jej zresztą do tego nie zachęcał.

– Pańska szwagierka jest w dobrym stanie zdrowia i ma silny organizm – zawyrokował lekarz domowy wezwany do chorej.

– Skarży się jednak na serce – odpowiedział Karol. Sam nie za bardzo wierzył w jej problemy sercowe. Kiedyś regularnie biegała dla zdrowia.

– Kto dzisiaj nie skarży się na serce? – zapytał filozoficznie lekarz, składając swoje narzędzia do torby. Znany był z tego, że miał smętne usposobienie i powiedzenia.

*****

Karol nie musiał pomagać szwagierce w czasie choroby. Raz tylko w nocy, kiedy miała wysoką gorączkę, poprosiła go o podanie wody i lekarstwa oraz o przykrycie dodatkowym kocem. Musiała czuć się bardzo źle, bo majaczyła. Powtarzała na przemian: nogi…. ręce…głowa… zimno …. ciepło. Zżymał się, że coś sobie wymyśliła, bo nie wyglądała na chorą. Myślał, że robi to celowo, nie wiedział tylko, po co. Posądzał ją o najgorsze.

*****

Walczył o swoje. Przypominał sobie rozmowy z żoną i wtórującą jej Lucyną i ich postępowanie. Najpierw żona, a potem Lucyna za jej sugestią, bez jego wiedzy zmieniała mu ustawienia mebli w pokoju, wyrzucała z szafy jego ulubione stare ciuchy i kupowała mu nowe. Destabilizowała jego życie. Wiedział, że robiła to w uzgodnieniu z Penelopą, a pod jej nieobecność już na własną rękę. W rozmach telefonicznych Penelopa wyrażała zadowolenie, kiedy siostra coś kupiła, zreperowała czy nawet uszyła coś dla niego.

– Karol nie umie zadbać o siebie. Gdyby nie ty, to chodziłby w brudnym i nieuprasowanym ubraniu. Powinien być ci dozgonnie wdzięczny za to, co robisz.

Karol czuł, że we własnym domu nie ma już nic swojego. Że był trochę bałaganiarzem, to sam wiedział. Wściekał się na Lucynę, kiedy mu to przypominała.

– Po co kulawemu nieprzerwanie przypominać, że ma jedną krótszą nogę? On to doskonale wie.

Nic do niej nie trafiało. Stanowiła bastion nie do pokonania.

*****

Po tygodniu nieobecności Penelopy Karol podjął decyzję. Przygotował sobie odpowiednie narzędzia i przećwiczył ważniejsze elementy swego planu. Przede wszystkim nasmarował zawiasy drzwi sypialni Lucyny, upewniając się, że nie wydają żadnego dźwięku przy otwieraniu i zamykaniu. Po drugie, zanotował sobie i zapamiętał, dokładnie o której godzinie w nocy nad domem przelatuje samolot w kierunku lotniska.

Krytycznej nocy przyszedł pod drzwi sypialni Lucyny i dłuższy czas nasłuchiwał czy śpi. Kiedy był pewny, że tak, otworzył drzwi, podszedł na palcach do jej łóżka i załomotał potężnie uderzając młotkiem w starą patelnię prosto nad jej głową. Nie martwił się, że hałas będzie słyszany na zewnątrz w środku nocy; głuchy dźwięk silników samolotu znacznie redukowały to niebezpieczeństwo. Zanim Lucyna przebudziła z szoku w ciemności, Karol był już za drzwiami jej pokoju. Chwilę później pełna przerażenia wołała o pomoc.  

Kobieta ciężko przeżyła pierwszy szok. Nie miała w ogóle pojęcia, o co chodzi. Po dwóch razach była już chora z przerażenia na samą myśl, że nadchodzi noc, a ona musi iść spać. Myślała, że to jakiś potworny koszmar, zmora, która dusi ludzi nocą. W ogóle tego nie rozumiała.

Karol zrobił dwa dni przerwy. Piątego dnia, kiedy już słyszał nadlatujący samolot, dokonał znowu aktu agresji waląc młotkiem w patelnię. Uciekł z pokoju, zanim Lucyna zareagowała. W ogóle nie obudziła się, w całym domu panowała cisza. Natychmiast wszedł do jej pokoju, zapalił światło i sprawdził. Lucyna była nieprzytomna, traciła oddech, tylko cicho charczała Wkrótce umilkła i przestała poruszać się. Przeraził się, ale nie na tyle, żeby mieć wyrzuty sumienia. Zmierzał przecież do tego. Tak czy inaczej było już za późno. Natychmiast wezwał pogotowie.

Lekarz wyjaśnił sprawę, tak jak Karol się spodziewał. Określił zgon jako nagłą śmierć sercową. Z tego, co mówił, Karol zrozumiał, że chodziło o ostrą niewydolność oddechowo-krążeniową, chorobę niedokrwienną, możliwie, że także o wrodzoną wadę serca.

*****

Dwa dni później, może było to nawet następnego dnia, Karol usłyszał głos sąsiadki. Rozmawiała z mężem tuż za żywopłotem dzielącym obydwie posesje na temat niespodziewanej śmierci Lucyny.

– Ciągle myślę o tej młodszej siostrze Penelopy Zendra. Takie nieszczęście! Najbardziej zaskoczyła mnie nagłość jej śmierci. To nie mógł być przypadek. Ktoś musiał jej w tym pomóc.

Karol był pewien, że nikt, nawet dociekliwy policyjny detektyw by jej nie uwierzył.

Autor: Michael (Michał) Tequila
Gdańsk, 23.05.2020

0Shares

Natręt. Opowiadanie kryminalne.

Mężczyzna siedział na samym dole krótkich, wysokich schodów prowadzących z ulicy Drobnej na ulicę Samarytańską, gdzie znajdował się przystanek autobusowy. Miał podniszczoną twarz i przekrwione oczy, jego włosy i broda były w nieładzie a czoło nad prawym okiem szpeciła świeża blizna. Twarz postarzał zarost niegolony od kilku dni. Na policzku poniżej widoczne były ślady drobnych zadrapań. Ogorzała skóra sugerowała regularne przebywanie na świeżym powietrzu. Wygląd mężczyzny niewiele poprawiała czysta niebieska koszula z krótkimi rękawami, dwiema dużymi kieszeniami i pagonami na ramionach oraz nowe krótkie  spodenki w ciemnym kolorze, z których wystawały chude nogi. Ludziom śpieszącym na przystanek widok podpitego mężczyzny mimowolnie nasuwał określenie menel. 

Karol Sapieha, właściciel dobrze prosperującego warsztatu samochodowego Auto-Manit, maszerował ze wzrokiem utkwionym z ziemię. Ulica była nierówna, patrzył więc pod nogi. Śpieszył się do autobusu; chciał dotrzeć na plażę co najmniej godzinę przed zachodem słońca, aby wykąpać się i posiedzieć trochę na ciepłym piasku. Mężczyznę siedzącego na schodach zauważył z odległości kilku metrów i od razu poczuł do niego niechęć. Było w nim coś antypatycznego. Karol pomyślał z niechęcią:

– Pijaczyna i obibok.

Nazwał go pijaczyną tylko dlatego, że był raczej drobnej budowy. Nie lubił osób leniwych i nadużywających alkoholu. W pracy miał tylko problemy z takimi ludźmi.

Mężczyzna podniósł głowę i popatrzył na Sapiehę, kiedy zbliżył się do schodów. Mówił powoli, przymykając oczy, jakby był zmęczony.

– Przepraszam pana. Czy ja dojadę stąd na Zarzecze?

Karol popatrzył na niego. Z bliska widoczne były krótko przycięte wąsy, jaśniejsze niż włosy na głowie, oraz ślady siwizny na skroniach. Na środku twarzy sterczał wyraźny bulwiasto zakończony nos.

Niechęć Karola do pytającego nie przeszkadzały mu, aby odpowiedzieć na pytanie. Zawsze starał się być pomocny, nie był tylko pewny, czy tym razem udzieli prawidłowej odpowiedzi. Wiedział, gdzie jest dzielnica Zarzecze, nie przypominał sobie jednak żadnego autobusu idącego w tamtym kierunku.

– Chyba nie. Nie sądzę, aby z tego przystanku mógł pan dojechać bezpośrednio na Zarzecze.

Mężczyzna podziękował i zamilkł. Karol wszedł na górę po schodach i skierował się do wiaty przystankowej, aby sprawdzić godzinę odjazdu swojego autobusu. Odszukał numer sto dwadzieścia siedem. Odjazd miał nastąpić za piętnaście minut.

Odwrócił się i znowu zobaczył zaniedbanego osobnika z blizną i podrapaną twarzą. Siedział na ławce pod wiatą, niecałe trzy metry od niego, na przeciwnym końcu przystanku. Karol pomyślał, że niepostrzeżenie wszedł po schodach zaraz za nim.

Na przystanku było już kilka osób: dwie młode kobiety z dziećmi w wózkach, małżeństwo w średnim wieku, samotna, siwiejąca niewiasta z granatową torbą wypełnioną zakupami oraz trójka rozprawiającej żywo młodzieży. Nie mając nic lepszego do roboty, Sapieha chodził tam i z powrotem wzdłuż krawędzi chodnika. Kiedy znalazł się na wysokości menela, ten wstał z ławki i zapytał go:

– Nie wie pan, czy dojadę stąd na Zarzecze?

Sapieha popatrzył uważnie na stojącego przed nim człowieka. Zastanowił się, dlaczego pyta go po raz drugi o to samo. Odpowiedział niechętnym tonem:

– Wyjaśniłem panu wcześniej, że stąd nie ma bezpośredniego połączenia z Zarzeczem.

Mężczyzna nic nie odpowiedział. Jego oczy patrzyły bezmyślnie gdzieś w przestrzeń na prawo od Karola, który nie czekając podjął spacer wzdłuż krawężnika. Pijaczek odszedł na bok, obrócił się i zaczął gapić się na dom mieszkalny po drugiej stronie ulicy Samarytańskiej. Sapieha przyglądał mu się dyskretnie, prześlizgując się po szczegółach ubioru i sylwetki. Kiedy doszedł do twarzy, skojarzył sobie, dlaczego go nie lubi.

Wrócił pamięcią do wydarzenia sprzed prawie trzydziestu lat. Był wtedy uczniem liceum, mieszkał w internacie. Szkoła znajdowała się w centrum miasta, internat natomiast na jego obrzeżu, trzy kilometry dalej. Było już późne popołudnie. Karol wracał z miasta. Lubił tę porę dnia. Robiło się chłodniej, ściemniało się. Szedł zamyślony przez park, za którym majaczyły już budynki internatu. Z naprzeciwka nadchodził jakiś mężczyzna. W momencie zrównania się, obcy zatrzymał go i zapytał o adres. Kiedy Karol się zastanawiał, mężczyzna uderzył go w twarz i silnym pchnięciem powalił na ziemię. Schylił się, przydusił kolanem jego ramię i bezceremonialnie przeszukał mu kieszenie oraz torbę z podręcznikami. Zabrał mu wszystkie pieniądze, jakie miał w portmonetce i zażądał oddania portfela. Tłumaczenie, że nie ma portfela oraz niewielka kwota pieniędzy, rozdrażniły chyba napastnika, bo odchodząc kopnął leżącego i splunął w jego kierunku. Karol zapamiętał jego rozwichrzone włosy, nierówną brodę oraz ślad sinej blizny nad okiem.

Po kilku minutach spaceru wzdłuż krawężnika Sapieha postanowił nie marnować czasu na bezmyślne chodzenie, tylko poczytać książkę. Podszedł do ławki na przystanku, wyciągnął książkę z plecaka i zagłębił się w lekturze. Lubił tę powieść. Przestał obserwować, co dzieje się na przystanku i wokół na ulicy. Siedział na ławce zagłębiony w lekturze, kiedy naprzeciw przystanku gwałtownie zahamował samochód. Głośny pisk hamulców wyrwał go z zamyślenia. Podniósł wzrok i napotkał uważne spojrzenia pijaczka; jego oczy natychmiast uciekły w bok.

– Wcale nie jest taki pijany – przeszło przez myśl Karolowi.

Kiedy chwilę później patrzył, czy nie nadjeżdża jego autobus, mężczyzna z podrapaną twarzą wstał, rozejrzał się niemrawo, przeszedł chwiejnym krokiem i usiadł na chodniku tuż obok ławki. Patrzył gdzieś w przestrzeń nad domami. Karol odwrócił wzrok, odchylił nieznacznie rękaw koszuli i dyskretnie przyglądał się nowiutkiemu Rolexowi. To był najcenniejszy upominek, jaki otrzymał w życiu. Dostał go od żony na czterdzieste piąte urodziny. Zaskoczyła go swoją szczodrobliwością; zegarek był wyjątkowo kosztowny i elegancki. Tamtego dnia powiedział swojemu przyjacielowi:

– Rolex po prostu mnie zafascynował. Przeleciałem chyba pół encyklopedii, aby dowiedzieć się jak najwięcej o tym arcydziele techniki i sztuki.

Przyglądając się zegarkowi, podniósł na moment głowę, aby rzucić okiem w kierunku, skąd miał nadjechać autobus. Kątem oka zauważył, że jego prześladowca znowu mu się przygląda. Sytuacja powtórzyła się. Jak tylko obrócił głowę w jego kierunku, tamten natychmiast uciekał wzrokiem, udając że patrzy w inną stronę.

– Bawi się ze mną w kotka i myszkę – pomyślał Karol, zastanawiając się, dlaczego ten człowiek go obserwuje. Czuł się prowokowany.

Brak autobusu w perspektywie ulicy skłonił go do powrotu do książki. Nie przeczytał więcej niż dwie strony, kiedy jego uwagę przerwał znany mu głos:

– Przepraszam pana, czy ja dojadę stąd na Zarzecze?

– Chyba już po raz piąty pyta o to samo – pomyślał ze złością Sapieha. – Ten typ czepił się mnie jak rzep psiego ogona.

Po chwili opanował się. Nie starał się być uprzejmy. Odpowiedział niechętnie:

– Nie, nie dojedzie pan. Proszę mi dać wreszcie spokój.

Zdecydowana i nieuprzejma odpowiedź Karola chyba nie przekonała natręta, aby dał mu spokój. Nadal siedział rozciągnięty niedbale i patrzył w ziemię; wyglądało to tak, jakby czerpał stamtąd energię do zadawania dalszych pytań. Po kilku minutach bezmyślnego  patrzenia przed siebie znowu zadał to samo pytanie. Karol nabrał przekonania, że sprawia to mu jakąś perwersyjną przyjemność.

Nastąpiła chwila przerwy. Autobusu wciąż nie było, natręt przestał powtarzać swoje pytania. W pewnym momencie Karol znowu zauważył, że mężczyzna przygląda mu się bardzo uważnie. Trwało to ułamek sekundy.

Na przystanku ubywało ludzi. Przyjeżdżały różne autobusy, ale nie jego. Sytuacja coraz mocniej działała mu na nerwy. Ludzi było coraz mniej, w końcu na przystanku zostali tylko on i pijak, który znowu z uporem maniaka zaczął powtarzać swoją beznadziejną mantrę o autobusie do Zarzecza.

– Przeklęty oberwaniec! – myślał Karol z rosnącym gniewem. Żałował, że nie pojechał na plażę swoim samochodem. Był zmęczony po całym dniu pracy i chciał sobie ułatwić życie. Miał blisko do autobusu, sto dwudziestka siódemka dojeżdżała prawie aż pod samą plażę. Siedzenie w autobusie i gapienie się przez okno relaksowało go.

Autobus wciąż nie nadjeżdżał, mimo że rozkładowa godzina odjazdu już dawno minęła. W Karolu skumulowała się zła energia. Przypomniał sobie napad, kiedy był uczniem, dręczyła go świadomość, że nie zdąży na plażę oraz uparcie spóźniający się autobus, nawet ostatnia sprzeczka z żoną. Agresywna nachalność pijaka doprowadziła go do ostateczności. Miarka przebrała się. Musiał rozładować to napięcie. Czuł, że zaraz wybuchnie i zrobi coś niedorzecznego. Miarka przebrała się, stracił cierpliwość. Do głowy przyszedł mu szalony plan.

– Po prostu zwariowałem – uznał w duchu. Przestał się wahać.

Powiedział natrętowi:

– Mój autobus nie przyjeżdża i nie wiem, czy w ogóle przyjedzie. Parę minut stąd jest inny przystanek, z większą ilością połączeń, z którego może pan dojechać na Zarzecze. Ja też tam z pewnością będę mieć połączenie dla siebie. Jeśli pan chce, możemy pójść tam razem.

Mężczyzna zgodził się bez zastanowienia.

Szli nie śpiesząc się. Na początku milczeli, każdy z nich był zatopiony we własnych myślach. Potem pijak zapytał go o coś i Karol odpowiedział. Wywiązała się rozmowa. Karol odpowiadał prawie automatycznie, niewiele myśląc. Nie miało już znaczenia, o co pytał go idący obok człowiek i co on mu odpowiadał. Uspokoił się już wewnętrznie, wiedział dokąd idzie i po co. Postanowił dać nauczkę dręczycielowi.

Po kilku minutach doszli do krawędzi lasu, tuż przy nowym osiedlu mieszkaniowym. Było to odludzie na obrzeżu miasta zarośnięte młodymi brzozami. Karol uważnie patrzył przed siebie. Wokół nie było żywego ducha. Kilkaset metrów dalej na bocznej drodze widać było rowerzystę, Sapieha wiedział, że zaraz przejedzie i zniknie. Znał ten teren, chodził tam czasem na spacer.

Nadszedł czas działania. Karol zatrzymał się i schylił, pozorując potrzebę zawiązania sznurówki. Na ziemi w zasięgu ręki miał solidny kawał drewna, idealny dla jego celu. Akurat taki, jaki można było wygodnie uchwycić. Zamierzał dać nauczkę pijanemu natrętowi – przyłożyć mu porządnie kilka razy za wszystkie doznane krzywdy. Pochylił się sięgając po narzędzie kary kiedy poczuł uderzenie czymś ostrym w plecy i ból w klatce piersiowej, przenikliwy i szarpiący. Oszołomiło go to, nie miał pojęcia co się stało. Wkrótce nadeszło drugie uderzenie, w końcu trzecie, już mniej bolesne. Tracąc przytomność czuł, jak pijak ściąga mu z ręki Rolexa. Dopiero wtedy dotarło do niego, że został wywiedziony w pole, że sceny na przystanku były czystą prowokacją. Poczuł ogromny żal, przede wszystkim do siebie, że po raz drugi pozwolił, aby ktoś go tak podle potraktował. Upadając, jego ciało obróciło się. Leżał na plecach i patrzył w niebo. Usiłował coś wydobyć z siebie, lecz wargi odmawiały mu posłuszeństwa. Zdążył tylko wyszeptać:

– Boże! Tak dać się oszukać!

Autor: Michael (Michał) Tequila
Gdańsk, 19 maja 2020

0Shares

Papier. Opowiadanie kryminalne.

Odc. 1

Cezary Brago, student czwartego roku automatyki, biegł spokojnym krokiem wzdłuż ulicy Nowa Bulońska. Była niedziela, godzina piętnasta. Nie był to najlepszy czas na bieganie, ale nigdy nie potrafił zebrać się wcześniej. Uważał, że to kwestia organizmu; nie był skowronkiem tylko sową. Kładł się spać bardzo późno i późno wstawał. Zanim zgromadził dostateczną ilość energii, było już popołudnie. Tego dnia marudził, zresztą nigdy nie był w stanie rozpocząć biegania wcześniej niż o godzinie piętnastej.

Poruszał się swoją nową ulubioną trasą, chodnikiem ciągnącym się wzdłuż ulicy. Była w rozbudowie, rozbabrana pośrodku, dostępna dla ruchu pieszych i rowerzystów tylko w niedziele, kiedy pod nieobecność ludzi i maszyn brała ją we władanie cisza zakłócana jedynie silniejszymi powiewami wiatru. Cezary biegł i myślał o tym, że w epoce inżynierii genetycznej, sztucznej inteligencji i zaawansowanej automatyki wszystko może być zagrożeniem dla człowieka.

Wierzył, że inżynieria genetyczna i sztuczna inteligencja to dwa nurty cywilizacji, które prędzej lub później ją zniszczą. Nie uważał siebie z fatalistę. Po prostu – opierając się na analizie postępu cywilizacyjnego – był przekonany, że wszystko co na początku dobrze rokuje ludzkości ostatecznie przynosi fatalne skutki.

W dyskusjach posługiwał się najchętniej argumentem broni chemicznej i jądrowej, środków ochrony roślin zabójczych dla przyrody i narzędzi masowej inwigilacji, dzięki którym państwo wiedziało wszystko o każdym obywatelu i z łatwością mogło to wykorzystywać przeciwko niemu. Jeśli to nie robiło, lub robiło w niewielkiej skali, to tylko dlatego, że nie dostrzegło jeszcze takiej potrzeby.

Biegnąc, od pewnego czasu Cezary czuł, że coś porusza się za jego plecami; nie odwracał się jednak, sam nie wiedząc dlaczego. Dopiero kiedy coś zaszeleściło za nim tak wyraźnie, że aż podskoczył, zatrzymał się i obrócił głowę do tylu. Nie było za nim nikogo. Tuż przy krawężniku leżał tylko duży kawałek papieru zwinięty w kłąb. Przypatrzył mu się uważnie. Miał wrażenie, że papier też patrzy na niego. Zastanawiał się,  jak to jest możliwe. Przypatrując się uważniej, dostrzegł zarys twarzy na papierowej kuli. Był trochę nierówny na krawędziach, jednakże miał wyraźnie ukształtowany nos, szerokie usta i parę oczu w postaci ciemniejszych plam. Pod wpływem wiatru papier poruszył się i przesunął wzdłuż krawężnika, po czym podskoczył, jakby ktoś go szturchnął. W tym momencie część twarzowa kuli obróciła się w przeciwnym kierunku, jakby udawała, że jej nie ma.

– Zachowuje się zupełnie jak człowiek unikający spojrzenia innej osoby – pomyślał Cezary.

Nie wiedział jak się zachować. Po chwili zrobił dokładnie to samo: odwrócił się tyłem do papieru, aby kontynuować bieg przed siebie. Myślał intensywnie. Wciąż słyszał za plecami ten sam szurgot, szum, szeleszczenie. Zaczęło go to niepokoić. Postanowił wyjaśnić raz na zawsze, o co chodzi dziwnemu zjawisku. Zatrzymał się gwałtownie i obrócił się do tyłu. Papier znowu był za nim, tym razem przyczajony za stertą piachu przykrywającą krawężnik, część chodnika i fragment jezdni.

– Ukrywa się za nią – pomyślał, zastanawiając się, o co chodzi. Nie podobał mu się przedmiot poruszający się za nim krok w krok. Był przekonany, że papierowa kula to pułapka. Wahał się, czy nie warto jej zaatakować i zniszczyć, wdeptując w ziemię: bał się jednak, że może to wywołać niepożądaną reakcję. Mogła wybuchnąć, bryznąć jakimś płynem lub wydzielić z siebie trujący gaz. Nie wiadomo, co kryło się w jej wnętrzu.

Niepewny co robić, postanowił oddalić się jak najszybciej i zniknąć w widocznym już na horyzoncie zielonym zagajniku. Papier ciągle mu towarzyszył. Cezary nie musiał nawet oglądać się. Słyszał teraz regularne cykanie zegara. Niespokojne myśli cisnęły mu się do głowy.

– To nic innego jak miniaturowy ładunek wybuchowy, wystarczający, aby roznieść mnie na strzępy, a przynajmniej poharatać, Wystarczy tylko kilkadziesiąt drobin metalu, które pod wpływem eksplozji rozsypią się we wszystkich kierunkach, Jedna tak drobina w skroń, tętnicę szyjną, serce lub gdziekolwiek w czaszkę, a od razu znajdę się na cmentarzu.

Cezary wyobraził sobie swój pochówek. Zawsze chciał, aby odbyło się to z orkiestrą, fanfarami i marszem Mendelsohna. Lubił muzykę poważną, często jej słuchał.

Zagłębiając się w porywające duszę takty muzyki wielkiego kompozytora, Cezary zapomniał o papierze. Sam mu się przypomniał. Leżał czekając dwa metry przed nim przy stosie drobnych kamieni zrzuconych przy krawężniku. Obok niego leżała druga identyczna kula papieru. Teraz było ich dwóch, dwa przedmioty zawierające w sobie coś żywego, co je uruchamiało i jakąś namiastkę mózgu, który nimi kierował.

To było najgorsze, ta nieokreśloność. Nic ludzkiego, po prostu przedmiot, ale bynajmniej nie martwy, posiadający napęd i umysł – mechanizm podejmujący decyzje, który myślał i sterował całością.

– Zupełnie jak człowiek – analogia nie wzbudziła w Cezarym zdziwienia. Wręcz przeciwnie, uznał ja za uprawnioną a jednoczenie wciąż przekraczająca jego wyobraźnię mimo stałego karmienia je nowinkami o postępie technicznym, technologicznym, medycznym i wszelkich innych nowych wynalazkach.

Odc. 2 

Cezary nie czekał dłużej. Odwrócił się i zaczął uciekać, pozostawiając za sobą dwa kawałki papieru w formie niekształtnych kul. Były podobne do siebie, szare i groźne, nieokreślone w działaniu i możliwościach. Jego myśl zaprzątało zgadywanie, co może nastąpić. Uściślał to, co widział, szukając w pamięci wiedzy o podobnych obiektach.

– Coś, co jest zdolne poruszać się samodzielnie, dostosowywać się do warunków terenu a nawet je wykorzystywać, kamuflując się i kryjąc za nierównościami. Kule korzystają prawdopodobnie z energii słonecznej lub są zasilane energią promieni laserowych emitowanych przez stację nadawczą w kosmosie. Dobrze, że sobie przypomniałem – laser. A może te dwie kule mają tylko naprowadzić na mnie drona? Czeka gdzieś zawieszony w przestworzu, miniaturowy, sekretny, zdolny śledzić człowieka dzień i noc korzystając z technologii GPS. Wystarczy tylko sygnał od nich, a podleci do mnie i potraktuje dawką kwasu solnego, promieniem laserowym lub czymś podobnym, nie pozostawiając żadnych śladów po sobie. Nikt się nawet nie domyśli się, kto był wykonawcą wyroku.

Kto mógł być zleceniodawcą takiego zlecenia, Cezary starał się nie myśleć; zaprzątała go jedynie myśl, jak wywinąć się z opresji. Po chwili przypomniał sobie, kto mu kiedyś groził śmiercią, choć on o tym prawie całkiem już zapomniał. Było to na weselu studenta, przyjaciela z roku. Cezary siedział wśród nieznanych gości przy długim stole. Naprzeciwko, po drugiej stronie stołu, widział mężczyznę. Przypominał upiora z horroru; jego skóra na czole i policzkach, koloru i faktury identycznej jak papier, była mocno naciągnięta. Wyglądała, jakby jej właściciel przeszedł kilka operacji po ciężkich oparzeniach. Cezary w duchu nazwał go Pergaminem.

Rozmawiali o możliwościach nowych technologii w zakresie automatyki. Była to dziedzina, w której Cezary czuł się szczególnie dobrze. Jego rozmówca był pracownikiem jakiegoś instytutu. Też znał się na temacie. Wywiązała się kłótnia. Poszło o zastosowania nowych technologii w przemyśle, transporcie i usługach; co jest, a co nie jest możliwe. Wyglądający na naukowca mężczyzna i Cezary mieli zupełnie odmienne poglądy. Starali się przekonać siebie wzajemnie do swoich zapatrywań. Słuchali ich goście weselni. Udowodnienie racji stało się sprawą honoru. Pergamin zarzekł się, że zabije Cezara. Nie powiedział mu tego otwarcie, tylko w toalecie, kiedy znaleźli się tam sami. Cezary zapamiętał jego oczy, błyszczące, zdrowe oczy na tle okropnej, wysuszonej twarzy. Groźba wydała mu się wtedy efektem przejściowej emocji mężczyzny, z którym wszedł w spór na weselu. Myślenie teraz o tym nie miało sensu, ważniejsze było bezpośrednie zagrożenie.

– Nie ma co myśleć o sądzie ferującym wyrok, kiedy kat stoi nad głową.

To go przywróciło na właściwy tor szukania rozwiązania. Po prawej stronie miał przed sobą las, oddzielony od drogi wysokim otwartym nasypem, którego nie sposób było pokonać. Wypatrywał dogodniejszego wejścia do lasu. Po chwili pojawiła się w oddali gęstwa krzaków.

– Tam skręcę w kierunku lasu, trudniej im będzie śledzić mnie i wykończyć.

Podbiegł jeszcze sto metrów i już miał skręcać w kierunku lasu, kiedy usłyszał przed sobą suchy, nienaturalny śmiech, jakby wychodzący z metalowej rury.

– Chcieliśmy cię tylko nastraszyć, głupku! Gdybyśmy chcieli cię wykończyć, już dawno byśmy to zrobili.

Zobaczył ich wtedy: dwie papierowe kule o nierównych krawędziach przypominające ludzkie oblicza. Leżały na ziemi nieruchomo świdrując go niewidzialnymi czarnymi plamami wzroku. Czuł to spojrzenie. W ich słowach dostrzegł nitkę nadziei. Był zdezorientowany, o co może chodzić. Pomyślał, że chcą go powstrzymać przed ucieczką w głąb lasu. Potem, że był to jakiś pomylony, okrutny żart. Niepewność go zmobilizowała.

– Cholerna sztuczna inteligencja i nowoczesne technologie już chyba dziesiątej generacji! – warknął, aby zrzucić trochę napięcia i dodać sobie otuchy.

Przemógł strach. Podszedł bliżej do kul z wibrującymi na wietrze drobnymi strzępkami papieru. Nie wiedział jeszcze, co zrobi. Chciał im się przyjrzeć i wtedy zdecydować. Podchodził ostrożnie, starając się nie wykonać żadnego gwałtownego ruchu. Tak było najbezpieczniej. Był w odległości nie mniejszej niż dwa metry, kiedy zobaczył błysk i fala kłującego ognia ogarnęła jego ciało, głowę, tułów, ręce i nogi.

Strużki krwi zalewały mu oczy i usta. Dopiero wtedy Cezary Brago, biegacz, student czwartego roku automatyki, dokładnie przypomniał sobie człowieka, upiora z pergaminową skórą na czole i policzkach, który w trakcie kłótni na weselu zarzekał się solennie, że go zabije.

Kiedy znaleziono człowieka z pokiereszowanym tułowiem, na jego twarzy – pod warstwą krwi i wilgoci – były jeszcze oznaki zaskoczenia i bólu. Nikomu nie przyszło jednak do głowy, aby przyjrzeć się uważnie denatowi i je dostrzec. Wykonano tylko zdjęcia, wiele zdjęć. Policji nie udało się ustalić niczego oprócz identyfikacji zmarłego, faktu zgonu, czasu, kiedy nastąpił oraz zakresu obrażeń ciała.

Był to rok wielkich niespodzianek, kiedy ludzie ginęli nie wiadomo z czyjej ręki, dlaczego, w jakich okolicznościach, a nawet w jaki sposób. Winiono za to nowoczesne wynalazki, stanowiące zbawienie jak i przekleństwo człowieka, i jego nieposkromioną żądzę poprawiania Boga i przyrody.

Autor: Michael (Michał) Tequila
Gdańsk, 15 05 2020

0Shares

Głowy w autobusie do Jaipuru. Opowiadanie. Odc. 16 – 23 i 24.

Odc. 16: Święte miasto Varanasi

Po raz pierwszy Iwan Iwanowicz zobaczył Varanasi siedemnaście lat przed przyjazdem do Indii, odwiedzając cmentarz na południu Nomadii, gdzie odbywała się uroczystość pochówku lokalnego poety. Przy akompaniamencie werbli w nastroju rozważnej powagi, wynajęty aktor recytował poemat „Cmentarz nadziei”.

Nagrobek przybrany w betonowe szaty,
na nim dłutem wyryte nazwiska,
urodził się… zmarł… ale gdzie daty
Każda rubryka pusta, szara, czysta.

Niektórzy za życia już po tamtej stronie,
a ja marzenia uparcie wciąż gonię.
Nie dam się zepchnąć pod strojne marmury,
wybiorę wolność spopielałej chmury.

Hindus nad Gangesem płomieniem się wzbiję,
lekkością zachwycę i blaskiem opiję,
nie zgodzę się oddać do wiecznej kasacji,
wrócę w łańcuchu reinkarnacji.

Mnie myśl ociężała przy ziemi nie trzyma,
wierzę w mądrość Stwórcy, dobroci olbrzyma,
nie zniżę czoła do cmentarnej jaźni;
ulotnością żyć będę w boskiej wyobraźni.

Teraz podróżnik oglądał prawdziwe Varanasi, idealne miejsce do snucia refleksji na temat ostateczności łączącej wszystkich ludzi bez wyjątku: otyłych i chudych, mądrych i głupich, nieskończonych bogaczy i nagich nędzarzy.

Nie podobała mu się nazwa miasta. Poprzednia nazwa, Benares, była o wiele szlachetniejsza, lepiej brzmiąca, po prostu lepsza.

– Dlaczego zmieniono nazwę, starając się poprawić to, co było już doskonałe? – Głośno zastanawiał się podróżnik.

Nawet Przewo nie umiał odpowiedzieć na to pytanie. Trochę go ono zdziwiło, ponieważ nikt wcześniej nie poruszał z nim filozoficznych kwestii, mających dwie lub trzy odpowiedzi, a może nawet i więcej, w zależności od czegoś tam.

Chodzili po mieście przyglądając się ludziom, budynkom i zwierzętom. Wszędzie widzieli figury, figurki, świątynie duże i małe, podręczne. Na każdym kroku była okazja zrobienia ciekawego zdjęcia.

Z tych wykonanych w Varanasi Iwanowi Iwanowiczowi najbardziej podobało się zdjęcie pokazujące go w czarnej kurtce z girlandą różowych kwiatów na szyi stojącego w łodzi na Gangesie. To była najlepsza kurtka jego życia; kupił ją specjalnie na wyjazd do Indii i Nepalu. Po powrocie do domu najchętniej wracał wspomnieniami właśnie do tego zdjęcia. Rozumiał, że to dlatego, że rzadko kiedy człowiek widzi siebie samego. 

W Varanasi duch kraju setkami Hindusów przemieszczał się po nabrzeżu sześćdziesięciu ghat. W etnicznej i religijnej różnorodności prawda mieszała się z fałszem do nieprzyzwoitości. Obok prawdziwych sadhu pojawiali się fałszywi sadhu, ci autentyczni i ci pozorujący świętość. Pierwsi byli samotnikami unikającymi tłumów, szukającymi wewnętrznej doskonałości, pełni jedności z duchem wszechświata, mistykami karmiącymi się energią wszechświata. Ci drudzy stanowili rodzaj eksponatów wystawowych wyciągających ręce po datki, męskie podróbki świętych odziane w kolorowe szaty i sprzedające swój wizerunek turystom za dziesięć rupii, równowartość siedemnastu centów amerykańskich.

Wierzący Hindusi mieszali się z obcokrajowcami, kierowanymi tandetnym pragnieniem zobaczenia świętego miasta. Podobnie jak rzeka było ono święte, ale nie dla nich. Oprócz wykonywanych w pospiechu i często ukradkiem zdjęć niewiele zachowali dla siebie; byli symbolami z tryptyku małpek, co to mają oczy, a nie widzą, mają uszy a nie słyszą, mają usta, a nie mówią.

Wiara w bogów, bóstwa i ich repliki były jawnie nadużywane, ponieważ życie z zasady dzierży prymat nad wiarą. Sama wiara choćby najczystsza, zbliżająca człowieka do Boga i Boga do człowieka, nie zaspokaja głodu dostarczając pożywienia. Stojące wysoko nad brzegiem, jeden obok drugiego, pałace były najczęściej niezamieszkałe i ulegały degradacji, a co najmniej zaniedbaniu.

Władze sprzeciwiały się sprzedaży czy choćby wydzierżawieniu ich firmom, które przywróciłyby im dawne piękno i blask w zamian za praw do użytkowania jako hotele, ośrodki konferencyjne czy zabytki kultury zwiedzane przez turystów. Nie zgadzały się z obawy, że na tarasie górującym na świętą rzeką Ganges pojawi się nagle człowiek ze szklanką whisky w jednej ręce i cygarem w drugiej. Tradycja i wiara przeciwstawiały się rozumowi, pozwalając na dewastację zabytków.

Kontynuacja przeszłości zabijała przyrodę. Palenie stosów kremacyjnych przekształciło się w bezsens, kiedy ich liczba wzrosła do setek i tysięcy. Nieprzerwane kremacje na ghatach zabijały świętą rzekę. Ilość bakterii coli w Gangesie przekraczała bezpieczny dla zdrowia poziom dwadzieścia dwa tysiące razy. Iwan Iwanowicz w swoim zarozumialstwie obcokrajowca widział to w sposób oczywisty: rzeka stała się ściekiem kloacznym. Co było do zniesienia kilkaset lat wcześniej, teraz było już hekatombą, ofiarą składaną bogom z niej samej. Mimo zanieczyszczeń Hindusi masowo brali uświęcającą kąpiel w wodach Gangesu, przekonani, że zmywają przewinienia popełnione w obecnym i wcześniejszych wcieleniach. Czego rzeka nie wybaczyłaby obcokrajowcowi, akceptowała u tubylców, nie powodując szkody.

– Chyba jestem zboczeńcem – pomyślał Iwan Iwanowicz. – Nie dostrzegam szlachetności płonącego stosu, lecz widzę rzekę cierpiącą za każdym razem, kiedy wrzucają do niej nadpalone drewno razem ze spopielonym ciałem.

Iwan Iwanowicz źle to odbierał, ale nie do tego stopnia, aby nie cieszyć się widokami, dziwnymi zapachami, a nawet popadającymi w ruinę pałacami, symbolami dawnej świetności, wieczornymi pokazami religijnych ceremoniałów religijności z udziałem kilkunastu braminów, wąskich uliczek, ludzi siedzących w kucki na progu domu lub na stopniu niekończących się schodów nadrzecznych, leniwie przesuwających się tłumów.

Ambitny podróżnik uspokajał się myślą, że nie wszystko jest w stanie zrozumieć.

Odc. 17: Bankomat, małpy i elephantiasis

Iwan Iwanowicz zapamiętał małpy jako współwłaścicieli kraju. Zapadły mu w pamięć. Był pewny, że to wspomnienie będzie go prześladować, że każdy kiosk będzie mu się kojarzyć z bankiem i małpami. Coś w rodzaju zaraźliwego trójkąta wyobrażeń: bank-kiosk-małpy. Wspomnienie zjawiało się nieproszone pod różnymi hasłami, wracało uparcie, wielokrotnie, głównie we śnie, ale nie tylko. Później, już po powrocie do kraju, zwiedzał ogród zoologiczny i zobaczył małe stado małp. Był prawie pewien, że samiec groził mu kłami i gardłowym warkotem jak ten znad kiosku z bankomatem w Indiach.

Dzień zapowiadał się zupełnie zwyczajnie. Po południu rykszarz zawiózł go do bankomatu. Sam stanął w oddaleniu i czekał; Iwan Iwanowicz prosił go o to. W kolejce do bankomatu były dwie osoby. Pierwsza właśnie podeszła do bankomatu. Iwan Iwanowicz stanął za czekającym już Hindusem przed budyneczkiem przypominającym kiosk. Kiedy pierwszy klient odszedł od bankomatu, Hindus ani myślał zbliżyć się do kiosku. Zapytany, dlaczego tego nie robi, wskazał ręką małpy siedzące nad wejściem do kiosku i bankomatem zainstalowanym w ścianie. Zwierzęta poruszały się niespokojnie, parskały. Przewodził im samiec, większy niż postali członkowie stada, groźnie wyglądający; on jeden szczerzył kły.

– Musimy poczekać, aż się uspokoją. Teraz są niebezpieczne – Hindus ostrzegł Iwana Iwanowicza obracając do tyłu górną część tułowia i głowę.

Iwan Iwanowicz patrzył na przewodnika stada, przyglądającemu mu się przenikliwie zupełnie jak człowiek. Twarz małpy, mimo odmiennego kształtu, stała się twarzą człowieka. Mistrz poczuł się nieswojo, przestraszył się. Zobaczył przed sobą nie zwierzę ale prawdziwego człowieka, przyglądającego mu się rozumnie, choć gniewnie wzburzonego. Na grzbiecie samca srożyła się grzywa. Była w tym groźba i tajemnica.

Podróżnik przypomniał sobie, że przebywa w świecie, w którym małpa została wyniesiona do rangi wyższej nawet niż człowiek. Myślał o Hanumanie, Bogu-Małpie, zrodzonym przez hinduizm. Był to chyba pierwszy przypadek w historii wiary, że zwierzę sięgnęło pozycji Boga. Patrząc na małpy na dachu kiosku, podróżnik zauważył zmianę. Samiec uspokoił się, znowu przybrał postać zwykłej małpy, nie tak odległej w zachowaniu od niejednego człowieka; ten sam bezmyślny a nawet głupawy wyraz twarzy, podobnie leniwe ruchy, nieme zawieszenie wzroku.

*****

Jeszcze tego samego dnia Iwan Iwanowicz wraz z całą grupą udał się pieszo na dworzec autobusowy. Stanęli razem na uboczu na rozległym i wyjątkowo niezaśmieconym placu, czekając na zamówiony autobus. Było bardzo gorąco mimo późnego popołudnia. Nie wiadomo kiedy pojawili się sprzedawcy. Byli wyjątkowo natrętni, może dlatego, że Iwan Iwanowicz i przyjaciele stanowili jedyną grupę turystów w zasięgu wzroku na całym obszarze.

Iwan Iwanowicz zastosował wypróbowaną już technikę: wyłączył się, nie reagował na propozycje, nie odpowiadał na pytania ani pozdrowienia. Nie od razu zauważył, że wpatruje się w niego młody Hindus o przyjemnej twarzy i żywych, prawie chłopięcych oczach. Siedział na trójkołowcu, wózku osadzonym na kołach rowerowych, z boczną platformą, na której trzymał półzgiętą lewą nogę. Jej stopa, przypominająca zdeformowany balon, o mocno pociemniałej skórze, raziła potwornością kształtu i wielkości. Była to słoniowatość, elephantiasis.

Iwan Iwanowicz odwrócił wzrok. To był prawdziwy szok. Słyszał o tej chorobie, widział nawet coś takiego na zdjęciu, ale po raz pierwszy miał przed sobą żywego człowieka cierpiącego na tę potworność. Mistrz dyskretnie obserwował go i zastanawiał się. Stopa nieszczęśnika, potworna, jak można sobie to tylko wyobrazić, prawie filmowa, była symbolem ludzkiego losu na kontynencie.

Pragnąc zapomnieć się, wyłączyć choćby na chwilę, Mistrz zamknął oczy i natychmiast poczuł otaczające go ciepło. Jego wyobraźnia pracowała na zwiększonych obrotach; zobaczył w niej piramidę Hindusów, każdy cierpiący na słoniowatość. Na dole piramidy stała jedna osoba, nad nią, już dziesięć osób, na trzecim i kolejnych poziomach, setki, tysiące i miliony Hindusów; ogromna rzesza ludzi hierarchicznie wtłoczonych w ramy nieszczęścia. Widział ich napięcie na twarzach, jak usiłowali wyrwać się z rzeczywistości. Na rękach i nogach mieli łańcuchy, parodię wolności, bo jaka jest jej wartość, jeśli nie ma środków na utrzymanie się, nie mówiąc o wyrwaniu się z kręgu choroby.

Wyobraźnia Mistrza rozpędziła się, produkowała nowe obrazy. Za chwilę pojawiła się wieża: przywiązany do rykszy Hindus w złachmanionym ubraniu, podniszczona ryksza przypięta łańcuchem do żelaznej barierki przy ulicy, brudna ulica przytwierdzona asfaltem i krawężnikami do ziemi, nad nią – gęsta i zadymiona atmosfera zapomnienia o bliźnich. Cała machina demokratycznego społeczeństwa Indii niby była w ruchu, tak naprawdę, to stała w miejscu zablokowana niewzruszoną tradycją i bezsilnością.

Wielość nieszczęść była nie do wytrzymania; ludzka piramida zaczęła się łamać, po chwili eksplodowała sardonicznym śmiechem. Tworzący ją artyści nieszczęścia dostrzegli kukiełkowatość swojej kondycji. Najpierw wyszczerzyli zęby w szyderczym uśmiechu, ukazując pasmo szczerb, kłów, plomb, luk między zębami i protez, na końcu rząd nienaturalnie białych i równych zębów. Była to prawdziwa wystawa uzębienia przed leczeniem i po leczeniu dentystycznym. Druga grupa artystów, ci ze słoniowatymi stopami, poruszali się w prawo i w lewo, wyginali, pozorując grę w piłkę, jazdę konną, skoki do wody i inne rozrywki. Niektórzy z nich wtykali między słoniowate palce nóg łodygi kwiatów, kwiaty, medaliony, łańcuszki koralików a nawet kolorowe zdjęcia premiera kraju i jego ministrów.

– Parodia losu osiągnęła szczyt – pomyślał Iwan Iwanowicz. Oglądałby dalej niezwykłe sceny, gdyby nie głośne trąbienie autobusu. Popatrzył w kierunku chłopca ze słoniowatą stopą; oddalał się szybko, zniechęcony brakiem datków a nawet zainteresowania.

–  Losem milionów Hindusów jest upokorzenie – pomyślał Mistrz, starając się oderwać od przykrego myślenia. Zanim obudził się z szalonych myśli, kilka razy machnął ręką w powietrzu, jakby opędzał się od much.

Odc. 18: Fort Amber

W Fort Amber koło Jaipuru Iwan Iwanowicz zobaczył Indie bezwstydnie odarte z godności królewsko-cesarskich, złota, drogich kamieni, pereł, barwnych dywanów, dzieł sztuki i innych precjozów.

Jeden z ostatnich cesarzy, Iwan Iwanowicz nie pamiętał jego imienia i nazwiska, ten, który zgromadził bibliotekę trzech tysięcy dzieł naukowych i literackich sprowadzanych z całego świata, także z odległej Europy, był przedstawiony jak dziwadło, osobnik ni w pięć ni w dziesięć, czyli nieumiejący czytać analfabeta. Prawda była taka, że cesarz był dyslektykiem, cierpiącym na dolegliwość doskwierającą współcześnie pięciu do dwunastu procentom dzieci, która dziś daje się leczyć.

Stojąc w pustej sali, bez okien, drzwi, półek i dywanów, Mistrz wyobraził sobie bibliotekę z trzema tysiącami tomów. Był to widok imponujący. Okna były zasłonięte jakąś półprzezroczystą materią, na podłodze leżały wspaniałe dywany, wokół sali stały półki, stoły i skrzynie z książkami. Sam cesarz, uwidoczniony na rycinie, szczupły, czarny z ostrymi rysami twarzy, wyglądał na władcę surowego, może nawet okrutnego, a równocześnie pełnego wyrozumiałości, jak rzadko który rządzący. O cesarzu wiadome było, że starał się szukać porozumienia raczej niż wojny. W demokracji bezwzględność władzy wyraża się w prawie i postanowieniach regulujących najdrobniejsze szczegóły życia, poruszania się, jedzenia, pracy, nauki, a nawet uprawiania hobby w rodzaju picia alkoholu i palenia papierosów. W Indiach to wszystko regulował władca, dyktując, jakie mają być zasady i zwyczaje.

Cesarz miał także swoje zwyczajne, ludzkie słabości, można by powiedzieć natury estetycznej. Dobrym przykładem był kamień, stojący na środku dziedzińca, na którym słoń rozdeptywał głowę skazańca nie tyle po to, aby skrócić mu życie, ale aby go upokorzyć, bo była to śmierć najbardziej hańbiąca. Słoń, kamień, upokorzenie – to były skojarzenia, jakie Iwan Iwanowicz zabierał ze sobą, umieszczając je w pamięci równie łatwo jak chusteczkę do nosa lub grzebyk w bocznej kieszeni spodni.

– Dzisiaj można by to porównać – pochylając się nad kamieniem, Iwan Iwanowicz pozwolił sobie na swobodną spekulację – ze śmiercią człowieka pod ciężarówką wiozącą ładunek kiszonej kapusty, czymś tak beznadziejnym i rzadkim jak krokus przy kożuchu wielkiego świętego.

Iwan Iwanowicz rozglądał się po pustym pomieszczeniu cesarskiej biblioteki szukając sprzętów, mebli i zwyczajowego wyposażenia, które nadawały sens istnieniu tego miejsca. Właśnie to najbardziej nie podobało mu się w Indiach, że ogromne zamki i pałace, pozbawione były treści: mebli i wyposażenia, strojów, biżuterii, szlachetnych i półszlachetnych kamieni, zabawek i setek innych akcesoriów, tworzących nastrój i nadających koloryt życiu. Wszystko, co piękne i najbardziej cenne, zostało wyrwane, rozebrane i ukradzione. Znaczącą rolę mieli w tym brytyjscy kolonizatorzy Indii. Iwan Iwanowicz nienawistnie definiował pozostawione przez nich dziedzictwo jako „Indie wybebeszone”

Tego samego dnia, podróżnik zwiedzał jeszcze Pałac Wiatrów, Hawa Mahal, w Jaipur, zwanym różowym miastem od koloru piaskowca, jaki wykorzystywano do budowy.

Pałac Wiatrów, malowniczy jak bajka od zewnątrz, był również kompletnie pusty od strony wewnętrznej.

– Jeszcze inny przykład Indii wybebeszonych – niechętnie myślał Iwan Iwanowicz, samotnie wspinając się po wąskich schodach miejsca zwanego pałacem, przechodząc z jednego pustego pomieszczenia do drugiego.

Odc. 19 Hierarchia wiary i religii

Na zakończenie dnia grupa udała się do kawiarni Psycho, gdzie potajemnie podawano do spróbowania lokalny narkotyk Luri. Wiedzieli, że jest mocny, ale nie zabójczy. Przed niebezpieczeństwem ostrzegał ich chudy Anglik, sąsiad z tego samego piętra w hotelu Cal Moria, w którym jaszczurki wielkości małego palca ścigały się po ścianach w pogoni za insektami. Zignorowali go, zapominając, że kto jak kto, ale potomek dawnych kolonizatorów wie najlepiej, jak odróżnić trującą prawdę od psychodelicznego pozoru.

Siedząc w wysokiej sali z lampami zwisającymi z sufitu na długich metalowych rurach, obserwowali gości, stoliki i kolorowe obrusy, wielkie akwarium z rybami i krabami u wejścia, obrazy i ozdoby na ścianach. Pili kawę, nieświadomi, jak zmienia się otoczenie. Najpierw pojawiła się chmura motyli, błyskająca w świetle lamp aksamitnym błękitem, potem obrazy zamieniały się miejscami, w końcu wnętrze kawiarni zaczęło przesuwać się w kierunku wyjścia.  

Iwan Iwanowicz czuł się całkiem dobrze, ale tylko do czasu, kiedy wrócił do swego pokoju. Narkotyk zadziałał w ułamku sekundy. Mistrz zauważył, jak wielka ozdobna półka z bibelotami i kwiatami wali się na niego. Usiłował poderwać się, nogi jednakże okazały się cięższe od padłego bawoła. Przygniotła go niewidzialna ściana wprowadzając go w trans; zobaczył niebo w sześciu kolorach i formach, mówił wieloma językami, przybierał dziwaczne imiona i nazwiska, stał się wielopostaciowy. Widział siebie, był przezroczystym manekinem skonstruowanym dla studentów anatomii. Jego myśli zbiegły się w hippokampusie, przedniej części mózgu, gdzie pulsowały chemiczno-fizyczne nici myślenia i zapamiętywania. Miał wrażenie, że falują niby powietrze nad rozpaloną pustynią, gdzie jajko rzucone na piasek ścina się w dwadzieścia pięć sekund.

Iwan Iwanowicz zobaczył Boga, który poruszał się, pojawiał, nieruchomiał i znikał, aby w końcu skryć się za drzewami. Mistrz nie wiedział dlaczego Najwyższy to uczynił, bo gdyby chciał, to przecież mógłby wszystko zmienić jednym gestem ręki, skinieniem głowy czy nawet poruszeniem brwi. Zauważył, że prawdopodobnie wskutek swej sędziwości Bóg ma brwi gęste jak krzaki, lecz od razu zreflektował się, że był to podszept szatana i natychmiast porzucił niedorzeczną myśl. 

Budząc się, Iwan Iwanowicz czuł, jak przewraca się w nim ogromna piramida hinduskich kultów, wyznań i religii. Jej części zamieniały się miejscami niby kolorowe kamyki potrząsanego kalejdoskopu. Przed przyjazdem do Indii dałby sobie głowę uciąć, że buddyzm był jednym z głównych wyznań kraju. Tymczasem w ponad miliardowym orszaku wyznawców na początku szedł hinduizm z imponującym transparentem osiemdziesięciu procent udziału, daleko za nim islam ze skromnym sztandarem piętnastu procent, następnie chrześcijaństwo z ubogą wywieszką czterech procent.

– Buddystów, dla których Indie są kolebką i domem rodzinnym, nie stać nawet na anemiczną plakietkę – szepnął Iwan Iwanowicz. Buddyzm, jego ukochana religia, pojawił się wśród wyznań zagubionych, o których słyszeli tylko ludzie czytający ćwierć książki rocznie. Nie było to jedyne zaskoczenie ani ostatnia plama na honorze podróżnika, zgłębiającego wiedzę o świecie i Bogu.

Odc. 20 Zderzenie Wschodu z Zachodem

Ciąg zdarzeń związanych z pijakiem Kantyną przyniósł skutki, jakich Iwan Iwanowicz się nie spodziewał. Coś się w nim załamało, przestawiły się jakieś tryby, zmieniła się wewnętrzna perspektywa, w końcu dostrzegł sprzeczności życia.

– Można by powiedzieć, że przebudziłem się. Było to bolesne, ale chyba bardzo mi potrzebne – skomentował to później w gronie współpasażerów. 

Przebudzenie miało religijną postać i filozoficzną moc. Jadąc autobusem, Iwan Iwanowicz patrzył smętnie przez okno, za którym migały widoki, ludzie, zwierzęta i cienie. Na ich tle ukazał mu się Budda, siedzący w lotosie medytacji, oraz panteon bogów hinduistycznych, wszyscy wyciszeni i promieniujący światłem. Tuż za nimi pojawili się Chrystus, Mahomet i poważnie wyglądający brodaci święci i prorocy, z niczym mu się nie kojarzący.

– To jest Wschód – uznał Iwan Iwanowicz.

Nagle, z naprzeciwka, nadjechał wielki autobus pełen ludzi naładowanych energią, rozgardiaszem i przedsiębiorczością.

– To jest Zachód – powiedział Iwan Iwanowicz. Nie miał wątpliwości.

Doszło do zderzenia. Niecierpliwa fizyczna ruchliwość Zachodu zderzyła się z wyciszoną duchowością Wschodu. Mistrz poczuł tę konfrontację wewnątrz siebie; szumiało mu w głowie, coś skrzypiało, przestawiało się, regulowało. Szerzej otworzył oczy i zauważył, że w autobusie tylko on nie śpi; reszta towarzystwa wyglądała na pogrążoną w letargu. Niektórzy uczestnicy wycieczki spali z otwartymi ustami, niektórzy pochrapywali, ktoś drapał się po twarzy. Byłoby to zabawne, gdyby nie zderzenie.

Iwan Iwanowicz wyciągnął natychmiastowe wnioski. Zrozumiał swój błąd: zamiast zwiedzać zabytki poznawać i przeżywać ducha miejsc i czasu Indii i Nepalu, on koncentrował się na fizycznym przemieszczaniu się, na sobie i na swoich towarzyszach, inaczej mówiąc na sprawach niegodnych uwagi. Wiedział, że pobłądził, że jego umysł uległ zaciemnieniu. Nie podobało mu się to. Narosła w nim taka fala protestu, że krzyknął, budząc Kindżała śpiącego wygodnie w fotelu tuż za nim.

Osaczyły go i szarpały zajadle ogary wyrzutów sumienia. Miał sobie za złe, że nieświadomie lecz z własnej woli stał się bezwolnym turystą, zwykłym żywym obiektem przemieszczającym się jak ślepiec po kraju pełnym ważnych zdarzeń. Dostrzegł absurd sytuacji: wokół miliony mieszkańców walczących o przeżycie, umierających z biedy, głodu i chorób, a w autobusie i w hotelu Kantyna, uparty nałogowiec, marnotrawiący pieniądze i czas na alkohol, i sprawiający wszystkim problemy. Iwan Iwanowicz zadał sobie gniewne pytanie:

– Czy my musimy być tacy opiekuńczy wobec Kantyny, zwykłego moczymordy, tylko dlatego, że jest naszym rodakiem? Szukać go, martwić się o to, że gdzieś polazł i może cóż sobie zrobić!? To on blokuje nasze poczynania, kradnie nasz czas, a my okazujemy mu wspaniałomyślność. A co z nędzarzami na ulicach, czy oni nie zasługują bardziej na naszą uwagę, współczucie i pomoc?

Chyba to powiedział na głos, bo odezwał się Kindżał:

– Za dużo myślisz o pijaku Kantynie i o sobie, choć to naturalne. Skoncentruj się na tym, co dzieje się wokół, a będziesz szczęśliwszy. Wielkie życie jest na zewnątrz, a nie wewnątrz nas.

Odc. 21 Kawa i konkurs

Wieczorem siedli przy stoliku na zewnątrz hotelu i pili kawę. Inżynier Uniwersalny chwalił się, wymieniając swoje niezwykłe osiągnięcia, wysokie stanowiska, jakie zajmował oraz nadzwyczajne miejsca, gdzie przebywał. Słuchali go, po czym doszli do wniosku, że kawa im nie smakuje.

– Picie kawy stało się rytuałem bez wartości, automatem. Nie masz nic innego do roboty, to pij kawę. To motto zamkniętego umysłu, któremu wszyscy ulegamy – Powiedział Darczyńca, odsuwając filiżankę ze wstrętem. Inni nie poszli w jego ślady. Nie mając nic lepszego do roboty wlewali w siebie napój, niektórzy przy okazji złorzeczyli.

Przestrzeń wokół zamykała się w ciszy i oddechy stawały się wolniejsze. Iwan Iwanowicz poczuł się nieswojo. Nastąpiło to w obecności Inżyniera Uniwersalnego, który wyzwalał w nim niedobre uczucia. Po wpływem inżyniera Iwan Iwanowicz okazywał swoją próżność. Miał sobie za złe, że nie potrafił tego w sobie wykorzenić, powstrzymać się od mówienia rzeczy niepotrzebnych. Zastanowił się nad sobą. Był ciekawskim człowiekiem, chciwym wiedzy i wiadomości, ciągle doskonalącym się.

Postanowił to zmienić, począwszy do następnego dnia, jak tylko ruszą w drogę. Uznał to za najlepszy moment, ponieważ przenoszenie się z miejsca na miejsce stanowiło ważną część wyprawy.

*****

Mimo klimatyzacji, w autobusie szybko zrobiło się duszno. Trzeba było jakoś to przeżyć. Najwygodniej byłoby zasnąć. Mieli przed sobą długą trasę. Po trzech godzinach podróży wszyscy mieli już dosyć snu. Kiedy obudzili się na dobre, zorganizowali konkurs z nagrodami za wybitne osiągnięcia podróżnicze.

Pierwsze miejsce i złoty medal uzyskał Darczyńca, niski, tęgawy osobnik, w zbyt obszernych spodenkach, z których sterczały z jednej strony krótkie nogi, a z drugiej wystający brzuch. Darczyńca otrzymał najwięcej braw i okrzyków poparcia. Zasłużył na to wyróżnienie. Nie obyło się oczywiście bez alkoholu, który sam roznosił w małych kieliszeczkach. Kindżał wygłosił okolicznościowe przemówienie. Było tego tyle, co kot napłakał. Opisał zwycięzcę:

– Bardzo uprzejmy, uczynny, za dziećmi skoczyłby w ogień. Nie cierpi banków i bankierów, wierzy w ich niszczycielską, piekielną moc sprawczą. Sam tego nie rozumiem, bo chłop wydaje mi się być człowiekiem racjonalnym. Jeśli wy rozumiecie, to powiedzcie.

– Chyba go wielokrotnie krzywdzono, kiedy był jeszcze dzieckiem. To są najgłębsze urazy. Pozostają one w człowieku do końca życia i deformują go w rozumieniu świata – zawyrokowała Wysoka z Kokiem. Chwilę rozmawiano na ten temat, po czym uznano dalszą argumentację za jałową wobec braku bliższych danych.

Sam zainteresowany milczał, wyglądało na to, że nie cieszyła go rozmowa na jego temat.

Darczyńca był w Indiach wielokrotnie. Upodobał sobie ten kraj. Za dziećmi tak bardzo przepadał, że przywiózł im ze sobą dziesięć kilogramów cukierków, potem dokupywał jeszcze na miejscu. Gdziekolwiek wycieczka zatrzymywała się, natychmiast otaczały go dzieci. Dawał chyba jakiś sygnał, że będzie rozdawać słodycze.

Po Kindżale zabierali glos inni. Podkreślano, że Darczyńca miał największą siłę przekonywania, największą ilość cukierków, robił najwięcej zakupów. Była w nim obfitość, czułość i rozrzutność. W czasie pobytu za granicą pamiętał o każdym święcie narodowym Nomadii oraz zwiedzanego kraju. Opowiadał o sobie niechętnie, dopiero jak wypił, lub był w szczególnie dobrym nastroju. Wyróżniony złotym medalem, autentycznie się wzruszył. Wydobył z siebie tylko krótkie oświadczenie:

– W dzieciństwie miałem wokół siebie siły narodowo-patriotyczne, ludzi życzliwych dla maluczkich, lecz gotowych do uśmiercenia przeciwników tradycji i patriotyzmu. Rodzice moi byli homoseksualistami.

Nikt w to oczywiście nie uwierzył, ale zmienili zdanie, kiedy Darczyńca opowiedział o swoich nietypowych rodzicach. Podobała im się jego historia miłości rodzicielskiej, szokująca a zarazem pełna poezji.

W autobusie ogłoszono go już wcześniej Strażnikiem Butelki (Guardian of the Bottle) w ramach Mistrzostw Różnych Ceremonii, po tym, jak krzyknął pełen entuzjazmu, kiedy zabrakło jednego kieliszka:

– To pij z gwinta!

Po toastach na cześć złotego medalisty towarzystwo rozruszało się, zadawano sobie mądre i głupie pytania, mieszano powagę i prawdziwe zainteresowania z żartami i wygłupem. Bawiono się, aby zabić nudę, upał, zmęczenie i nieuniknione niezręczne sytuacje. Do takich należał okrzyk „ Chyba zbyt często się wypróżniasz”, kiedy ktoś wcześniej niż po dwóch godzinach wyrażał chęć zatrzymania autobusu, aby skorzystać z ubikacji w przydrożnej restauracji.

Odc. 22 Kindżał

W konkursie autobusowym drugie miejsce i srebrny medal zdobył Kindżał, głównie za pomysły rozrywkowe oraz umiłowanie piękna. Chodziło o białą broń – noże i sztylety, stanowiące jego pasję artystyczną. W życiu prywatnym Kindżał był przedsiębiorcą, niezwykle pracowitym i praktycznym. Prowadził kilka przedsiębiorstw; bez wahania zmieniał je na inne, jak tylko odkrył jakąś ważną lukę rynkową w zaopatrzeniu w towary lub usługi.

Kiedy nadano mu przydomek Kindżał, nikt nie wiedział, dlaczego tak barbarzyńsko go potraktowano. Na wycieczce pierwszy dowiedział się o tym Iwan Iwanowicz, ponieważ od jej rozpoczęcia zawsze w hotelu dzielił pokój z Kindżałem.

Zdobywca drugiego miejsca i srebrnego medalu kochał sztylety i noże, pod warunkiem, że były pięknie zdobione i miały płaskie ostrze, nie trójkątne, kształt którego nie tolerował.

W Indiach sprzedawcy, domokrążcy, właściciele sklepików i straganów, handlarze obnośni i obwoźni już na odległość wyczuwali jego szaloną miłość do sztyletów i noży. Raz zdarzyło się nawet, że cała grupa handlarzy czekała na autobus, w którym znajdował się Kindżał. Zanim jeszcze autobus zatrzymał się, w kierunku drzwi ruszył na wyścigi cały ich tłum. Przybiegli do niego z pękami noży i sztyletów w rękach, w torbach a nawet powiązanych sznurkiem na ramieniu. Kilka kroków dalej czekali straganiarze z akcesoriami rozłożonymi schludnie jeden obok drugiego na stołach. Wszyscy starali się zgadnąć jego oczekiwania, jakich noży i sztyletu poszukuje tego dnia, i biegali za nim, oferując mu „nadzwyczajny kindżał, jakiego jeszcze na oczy nie widział” lub coś podobnego.

Kiedy przemysłowca ogarniał amok kupowania był niepowstrzymany dopóki nie skończyły mu się pieniądze zarezerwowane na dany dzień. Czasami zdarzało się, że kupował sztylety jak bułeczki, prawie jak leci, bez większych negocjacji płacąc po dwadzieścia i trzydzieści dolarów za sztukę, jakby uznając, że każdy następny jest piękniejszy od poprzedniego.

Sprzedawcy bywali wobec niego niezwykle nachalni. Usprawiedliwiał ich.

– Ich życie wymaga nachalności, nieprzerwanej aktywności, natarczywości, podejmowania prób. Gdyby tacy nie byli, zdechliby z głodu!

Chyba znali jego nastawienie i odporność na agresywność handlową, bo zachwalali swój towar bez umiaru, na wszelkie sposoby, wynajdując nieprawdopodobne argumenty .

– O, ten sztylet ma ostrze wygięte łukowato do tyłu bardziej niż inne, jest zdobny kamieniami półszlachetnymi, ametystami, ten nawet ma wielki szlachetny agat wprawiony w rączkę, a ten jest bardzo historyczny, ma co najmniej trzysta a może nawet czterysta lat.

– Co najmniej czterysta lat – podpowiadał z boku z przekonaniem jakiś cichy wspólnik sprzedającego.

Zakupy ulubionych akcesoriów w ilościach przekraczających pojemność małego muzeum, Kindżał uzasadniał zawsze w podobny sposób.

– Znam w kraju kilka osób, które lubią tylko noże i sztylety i muszę im przywieźć odpowiedni upominek. Mam wobec nich zobowiązania i muszę je spełnić. Nie musicie się martwić, nikogo nie zamierzam mordować. 

Może była to prawda, może półprawda, a może w ogóle jej tam nie było. Iwan Iwanowicz spekulował po cichu, że przyjaciel po prostu prowadzi albo zamierza założyć sklep z orientalną białą bronią.

Tajemnica wydała się dopiero kilka lat później; Kindżał przemycał narkotyki w rękojeściach noży i sztyletów. Nawet celnicy tego nie zauważyli, tak bardzo byli pochłonięci ilością jego upominków a jeszcze bardziej ich zdobieniami. W głowach krążyły im myśli o możliwościach przemytu kamieni szlachetnych i złota. Wszystko to były tylko sztuczne zdobienia, ale trzeba było znać się na nich, aby umieć odróżnić je od naturalnych, tak doskonałe były to imitacje. Dopiero po powrocie z Indii Kindżał przyznał telefonicznie Iwanowi Iwanowiczowi, a właściwe tylko napomknął żartem, co go naprawdę pasjonowało. Iwan Iwanowicz słyszał o nim, że był bogatym człowiekiem, jednym z najbogatszych w kraju. Mówiono, że miał akwarium wielkości pół domu, wyłożonym złotymi płytkami, w którym pływały złote rybki. Lubił patrzeć, jak ich złote kształty odbijają się w złotym dnie. W miejscowości, gdzie Kindżał miał letnią rezydencje, nazywano go Krezusem.

Tego dnia, kiedy Iwan Iwanowicz dowiedział się o tym wszystkim, nie mógł zasnąć, zastanawiając się co, w życiu Kindżała było prawdą a co zmyśleniem. Mistrz był do tego stopnia zdezorientowany, że uznał to za przejściowy stan upośledzenia umysłowego. Rano czuł się już doskonale.

*****

W konkursie była jeszcze trzecia nagroda. Przypadła ona w udziale Szczepanowi, wysokiemu i chudemu osobnikowi, pasjonatowi lotnictwa, samolotów i podróży lotniczych. Z zawodu był profesorem muzyki i znał tysiące kawałów.

Przewo był jedyną osobą, nie przywiązującą do konkursu większego znaczenia. Uważał, że są to sprawy, którymi mogą interesować się mniej rozwinięci turyści i miał za złe rodakom poważne traktowanie konkursu, uznając, że kosztem rozrywki trywializują sprawy naprawdę poważne. Pod koniec wycieczki Przewo odstał nieco od grupy, uważając, że powinna ona poświęcać więcej uwagi miejscom, jakie przyjechali zwiedzać. Starał się, pomagał jak mógł, objaśniając i uświadamiając im, jak żyją ludzie w kraju, który stał się jego drugą ojczyzną poprzez małżeństwo z Hinduską.

Iwan Iwanowicz nagrywał fragmenty jego wypowiedzi. Niektóre potem wykasowywał, aby zdobyć miejsce na wartościowszy materiał. Pamiętał ostatnie zdanie Przewo zarejestrowane na dyktafonie:

– Świat jest kompletnie nieświadomy, jak ludzie tutaj żyją i jak umierają, jak są traktowani przez życie a także przez obywateli innych państw, obcokrajowców takich jak my.

Odc. 23 Ostatni przejazd do Jaipuru

Wszystko zaczęło się w momencie wejścia do autobusu mającego ich zawieźć do Jaipuru. To był początek długich dni. Iwan Iwanowicz zniknął ze swojego życia. Sam mało co z tego pamiętał, wszystko opowiedzieli mu towarzysze podróży.

– Zniknąłeś kompletnie. Byłeś pijany albo w transie. Nie wiadomo, co się z tobą działo. Całe trzy dni.

Ile było osób w autobusie, tyle było różnych opinii. Z tego co mu mówiono, niewiele do niego dotarło. Był jak odurzony, słyszał co do niego mówią, ale nie wiadomo, ile z tego rozumiał. Świadczyły o tym jego mętne oczy, najlepszy świadek bezmiaru zagubienia. Iwan Iwanowicz przez długi czas potem rekonstruował historię trzech dni. Był to niezrozumiały epizod jego życia, rozpuszczenie się w czasie i w przestrzeni.

*****

Autobus był nowoczesny i wygodny. Kiedy wsiedli do niego późnym popołudniem, na zewnątrz wciąż było gorąco, wewnątrz panował przyjemny chłód. Wnętrze autobusu wyglądało jak sala teatralna. Na ścianach wisiały obrazy, zasłony okien przypominały kotarę oddzielającą widownię od sceny. Jak tylko pojazd ruszył, natychmiast dało im się we znaki zmęczenie; mieli chęć spać. Darczyńca zaproponował napić się najpierw alkoholu.

– Dla zrelaksowania się i wzniesienia toastu za szczęśliwe zakończenie podróży w Jaipur, gdzie czeka na nas wygodny czterogwiazdkowy hotel.

Kilku mężczyzn zgłosiło się do pomocy. To było za dużo. Ostatecznie rozlewczym został Kindżał. Serwował alkohol w małych metalowych kieliszeczkach napełnianych z trzylitrowej butli. Robił to szczerze i z entuzjazmem. Kieliszki podawano sobie z ręki do ręki. Ci, którzy mieli chęć wypić więcej, wstawali z miejsc i podchodzili do niego, aby im dolać. Każdy pił do woli. Alkohol wyjątkowo dobrze smakował, nawet tym, którym wcześniej wzdragali się przed nim. Było w tym coś niezrozumiałego, ale nikt nie zadawał sobie trudu, aby zastanawiać się nad tym. Wkrótce wszyscy posnęli. Dziwnym trafem tylko Iwan Iwanowicz miał problemy ze snem. Czuwał. Z nudów patrzył jak na zewnątrz zapada zmierzch. Kiedy to nastąpiło, wszystkie okna miały już zaciągnięte zasłony. Nie miał pojęcia, kto i kiedy to zrobił, bo wszyscy spali.

Zapaliły się lampki u góry i w autobusie zapanowała dziwna atmosfera. Działo się coś niezrozumiałego i tajemniczego. Iwan Iwanowicz czuł to przez skórę. Skoncentrował się i obserwował, co się stanie. Patrzył na śpiących. Spali przeważnie z otwartymi ustami, pokazując wnętrze swych gardeł jak u lekarza. Ich twarze pozostały uśmiechnięte, w odróżnieniu od dolnych partii ciała, zachowujących powagę dojrzałości i znojnej przeszłości. W pewnym momencie Iwan Iwanowicz uruchomił wyobraźnię, jakby to, co widział było mu za mało.

Głowy śpiących sprawiały wrażenie przyklejonych do oparcia fotela. Nie wyglądało to najgorzej, gdyż ożywiało atmosferę panującą w autobusie. Iwan Iwanowicz określił ją w myśli jako zawadiacką i ciekawą świata, mimo dojrzałości cielesnej podróżnych. Pod wpływem ruchu autobusu lub marzeń sennych oczy podróżników otwierały się i zamykały, a twarze wymieniały uśmiechami. Spojrzenia i uśmiechy przebijały się przez zasłonięte okna na zewnątrz, gdzie świat przesuwał się z szybkością pięćdziesięciu lub więcej kilometrów na godzinę w zależności od ruchu ulicznego. Za oknem prześlizgiwały się po drobnych postaciach zwykłych rikszarzy, pedałujących w pośpiechu dla szybszego zarobienia na placki naan, oraz rikszarzy motorowych, wiozących góry paczek i pakunków, tak wielkich, że można by ich używać dla wyjaśniania, skąd się wzięły i jak rosły Himalaje.

*****

Około północy w autobusie pojawiła się ludzka głowa, z wąsami i niewielkimi bokobrodami, bez tułowia, zawieszona nad przejściem na wysokości ramion mężczyzny przeciętnego wzrostu. Spoczywała tam spokojnie i bezgłośnie, wydawało się nawet, że porusza ustami jakby w modlitwie lub konwersując z kimś stojącym obok.

– Ktoś stracił głowę – pomyślał bezwiednie Iwan Iwanowicz; po chwili zastanawiał się, kto mógł ją stracić. Przyglądał się jej. Nikt inny jej nie zauważył; wszyscy chyba nadal spali, bo nikt się nie odzywał. Głowa nie pozostała długo bez ruchu. Powoli zniżyła się, jakby schodząc po schodkach, aby w końcu znaleźć się na podłodze i rozpocząć niezwykły taniec, taczając się do przodu i do tylu w zależności od tego czy autobus hamował czy przyśpieszał. Po kilku minutach uniosła się w tajemniczy sposób i zawisła nieruchomo na wysokości górnych półek autobusu.

*****

Pasażerowie powoli budzili się ze snu. Wyciągali ramiona przed siebie i przecierali oczy. Nie mieli pojęcia, co się dzieje w autobusie. Iwan Iwanowicz nie wyprowadzał ich ze zdumienia, obserwując ich reakcje. Wisząca w powietrzu głowa szokowała, wywołując różne uczucia i reakcje. Jej widok przestraszył kobiety, mężczyźni wyglądali raczej na zaciekawionych lub rozbawionych. Wszyscy czuli się jednak nieswojo. Iwan Iwanowicz nie dziwił się temu; ludzie mogli być wciąż pod wpływem alkoholu.

W pewnym momencie głowa ożywiła się. Wisząc nieruchomo w powietrzu, zaczęła intensywnie mrugać oczami. Wyglądała na zmęczoną. Jej usta pozostawały zamknięte. Uczucie niepokoju pasażerów pogłębiło się.

– Spokojnie, panowie. Nie ma co się przejmować – głośno uspokajał Kindżał, chyba najbardziej poczuwający się do prowokowania złych zdarzeń. – Ona robi sobie z nas jaja.

Nastąpił wybuch śmiechu. Nie była to fala, podnosząca ludzi na duchu, tylko rodzaj ulgi wynikającej z nagłego przypomnienia sobie, że nie taki diabeł straszny jak go malują. Śmieli się tylko mężczyźni. Pierwszy opanował się Wysoki. Dla dodania otuchy sobie i innym opowiedział żartobliwą historię mężczyzny, który na Galapagos stracił głowę wpadając w gniazdo wielkiego warana. Nie na wiele to się przydało.

Odc. 24 Nocne zabawy z Głową

Głowa przez dłuższy czas pozostawała nieruchoma, wisząc w powietrzu na wysokości środkowych drzwi autobusu. Jej smutek i samotność przyciągały uwagę pasażerów i wywoływały coraz większe współczucie. Zapragnęli coś dla niej zrobić, jakoś jej pomóc. Dobroczyńca wyjął z torby fotograficznej aparat z długim obiektywem i zaczął robić jej zdjęcia. Wtedy Głowa zaczęła się zniżać. W pewnym momencie zgasły światła i wewnątrz autobusu zapadła prawie ciemność. To, co stało się potem, Dobroczyńca opowiedział.

– Głowa znalazła się na podłodze i potoczyła w moim kierunku; z jej brunatnych ust wysunął się siny język. Zdezorientowany sięgnąłem do kieszeni, gdzie trzymałem słodycze dla dzieci, i dałem jej lizaka. Głowa złapała go zębami i zamrugała oczami na znak podziękowania.

Ta nieprawdopodobna historia dała początek świadomości wycieczkowiczów, że zarówno on jak i oni podlegali halucynacjom. Głowa była wytworem ich własnych wyobrażeń, ale tak rzeczywistym, że za nic nie godzili się uznać jej za wymysł. Nie odmawiali, nie mogli i nie chcieli odmówić jej prawa do rzeczywistego istnienia, może dlatego, że budziła w nich dobre uczucia. Była ucieleśnieniem wszystkich Hindusów.

Po zapaleniu się świateł – kierowca autobusu musiał je wcześniej wyłączyć albo była to awaria – wszyscy starali się okazać Głowie dowody życzliwości i wsparcia. Wysoki wyjął naszyjnik kupiony na upominek i założył Głowie na szyję. Naszyjnik spadł na podłogę, szyja okazała się za krótka. Pozostawiło to poczucie niesmaku, niezręczności, czegoś niemiłego. Zapadła cisza.

Sytuację usiłował ratować Rasputin; stanął obok Głowy, aby zrobić wspólne zdjęcie i odwrócić uwagę od powstałej sytuacji. Wykonanie zdjęcia okazało się niemożliwe. Pierwsze promienie słońca przebijające się z zewnątrz pozostawiły połowę Głowy w cieniu. Padła propozycja, aby unieść Głowę do góry i zrobić sobie z nią wspólne zdjęcie. Wszyscy zebrali się w centralnej części autobusu. Umieściwszy Głowę w środku grupy, poproszono ją, aby się uśmiechała. Dobroczyńca wykonał kilka zdjęć w różnych ujęciach. Wszystkie okazały się tak udane, że uczestnicy zapragnęli zrobić sobie z Głową indywidualne zdjęcia na pamiątkę. Towarzystwo bawiło się jak nigdy. Głowa również wydawała się być szczęśliwa. Przerwano, kiedy zbliżyli się na kilkadziesiąt kilometrów do celu. Wywiązała się dyskusja, co zrobić z Głową, kiedy dotrą na miejsce.

– Przecież nie zostawmy jej samej w autobusie. To niedopuszczalne i okrutne. Narazilibyśmy ją na niewygodę i niebezpieczeństwo. Był to głos Dobroczyńcy.

– Jakie niebezpieczeństwo? – zapytał Kantyna wbijając rozmydlony wzrok w pasażerów.

– Kurz, hałas, ruch uliczny, skoki temperatury, niewygoda, w końcu możliwość ataku ze strony żarłocznych szczurów. W Indiach nie brakuje szczurów. – tłumaczyli wycieczkowicze.

Wszyscy wzięli sobie do serca los Głowy. Panował radosny rejwach, każdy chciał być pomocny. Dobry nastrój zepsuł Kantyna. Podszedł do Głowy, schylił się, schwycił ją i uniósł w górę. Poprosił zebranych, aby nie robili mu zdjęć.

– Nie chcę, aby dowiedziała się o tym moja żona. Jej by się to bardzo nie podobało. Ona jest tak zazdrosna, że posądzi mnie natychmiast o romans z Głową. Właśnie dlatego piję.

Obiecano mu dotrzymać słowa. Zabawa rozkręcała się, bo kieliszki jakby same napełniały się złocistym rumem, ulubionym napojem wycieczki. Ożywiał ich jak najlepszy narkotyk. Pod jego wpływem podróżnicy czuli się jak we śnie: jedni budzili się, inni wstępowali w świat urojeń, marzeń i fantazji.

Autor: Michael (Michał) Tequila
Gdańsk, maj 2020

0Shares

Była noc. Miniopowiadanie.

Była noc. Miała być czarna, jak w bajce, a była szara. Była wiosna, bo nadszedł jej czas. Starzec, silny prawie jak dąb, chwiejący się tylko pod naporem wiatrów jesieni, spotkał się z samym sobą, tym sprzed pięćdziesięciu lat, dwudziestopięciolatkiem. Popatrzył na niego z niechęcią, bo nie lubił bylejakości, i huknął:

– Spójrz na siebie, czyli na mnie! Patrz, jak wyglądasz. Nie jest ci głupio?

Młodego człowieka zaskoczyły takie pytania. Nie spodziewał się, że z wysokości wieku będzie krzyczeć, on, dojrzały jak ten dąb, chwiejący się tylko pod naporem wiatrów jesieni, na siebie samego, niewiele rozumiejącego, otumanionego błędami narodzenia, rodziców, czasu, szkoły, ustroju i losu, który nigdy nie jest znany, a czasem chyba powinien być.

Już miał otworzyć młode usta, uzbrojone w galerię nie idealnych ale białych zębów, umieszczone na twarzy o skórze gładkiej, ogolonej kilka godzin wcześniej, na głowie przykrytej gęstą czarną czupryną, kiedy zjawił się pies, a potem kot, ulubieńcy ich obydwu, dwa zwierzaki, jakie kiedyś trzymali, i samym swym ukazaniem się nakazały im pogodzić się.

Mężczyźni wstrzymali się. Gapili się na siebie, po czym wyciągnęli z zamrażalnika, ten młodszy, bo był szybszy, rękami tego starszego, bo miał do tego większe prawo, butelkę czerwonego szampana, a potem wyjęli z barku kieliszki o płaskim denku obrzeżone złotym paseczkiem i rozlali.

– Nie ma co się zastanawiać, chłopie, mów do mnie Noe, albo jak chcesz, jestem starszy, dwukrotnie mógłbym być twoim ojcem i raz dziadkiem, więc to ja pierwszy proponuję ci bruderszaft.

– Dobrze, odpowiedział ten drugi, jestem młodszy, nie będę się szarpać, mam przed sobą pięćdziesiąt lat, które przeżyłeś, więc nie będę się wymądrzać.

Usiedli i rozmawiali.

– Ja to jeszcze chciałbym pojechać w kilka miejsc, zobaczyć, popatrzeć z bliska na wielkie góry, śnieżne, na przyrodę dziewiczą, na wysokie fale, nauczyć się tańczyć na luzie, bez skrępowania, mówić jak wolny człowiek, wydawać pieniądze i nie zastanawiać się nad tym, że je wydaję, i w ogóle czuć się jak młody Bóg.

– Hej! Wy dwaj, tacy i owacy, nie mieszajcie mnie do tego – dał się słyszeć głos jak zza ściany. – Też mam problemy z samym sobą, stale prowadzę monologi, raz chwalę, raz ganię siebie, taki mój los, że aż przeklnę, jego mać, że nawet nie mogę tak jak wy, napić się czerwonego szampana dobrej marki, z legalnego źródła, bo mi nie wypada, bo jestem zbyt uniwersalny. Eh! Eh! Eh!

Wsłuchali się, głos pochodził z zewnątrz, z podwórka, postanowili więc wyjść na balkon.

Kiedy wychodzili, zderzyli się w drzwiach, i na balkon wyszedł już tylko jeden osobnik, zintegrowany, połączony niewidzialnymi nićmi wspomnień, oszołomiony szampanem. Podszedł do krzesełka, przysunął je sobie, usiadł i odwrócił twarz w kierunku słońca, bo było już prawie południe, aby słuchać ptaków i oglądać niezwykłą zieloność mieniącą się w liściach brzozy. 

Autor: Michael (Michał) Tequila
Gdańsk, 01 05 2020

0Shares

Biblioteka Opowiadań i Poezji. Lista i daty publikacji.

Polecane

Drodzy Czytelnicy! 
Oto ostatnia aktualizacja: 
Głowy w autobusie do Dżajpuru. Opowiadanie. Odc. 1-35/50. Ostatnia aktualizacja: 23 01 2021 (sobota) godz. 07.55.  https://michaeltequila.com/?p=15345  
Życzę przyjemnej lektury, 
Michael Tequila  

Biblioteka zawiera już ponad 40 pozycji ułożonych alfabetycznie. Aby czytać, wystarczy kliknąć na link poniżej wybranego tytułu. Na stronie każdego opowiadania najłatwiej poruszać się przesuwając suwak (mały kwadracik) znajdujący się tuż przy prawej krawędzi ekranu. Moje utwory udostępniam na zasadach dozwolonego użytku prywatnego określonego „Ustawą z dnia 4 lutego 1994 o prawach autorskich i prawach pokrewnych” plus nowelizacje. Zachęcam do komentowania opowiadań. Może jakieś sugestie? Mój adres email: michael.tequila@anciano.pl  oraz telefon 883 770 745.

Aforyzmy i myśli.  https://michaeltequila.com/?m=20200604  
Aleksander Cumagin Sake. Opowiadanie. O prezydencie, który marzył o koronie imperatora. 2640 wyrazów.  https://michaeltequila.com/?m=20200322  
Automat. Opowiadanie. O człowieku bez poczucia czasu i woli. 1216 wyrazów.  https://michaeltequila.com/?m=20191211 
Broda. Opowiadanie. O męskim życiu bez miłości i uwielbienia. 2480 wyrazów. https://michaeltequila.com/?p=13683  
Buntownik Opowiadanie. O człowieku i przyrodzie. 1550 wyrazów. https://michaeltequila.com/?p=16008  
Carajo. Krótka opowiastka. 267 wyrazów. https://michaeltequila.com/?p=15396  
Domek nad jeziorem. Opowiadanie.  https://michaeltequila.com/?p=15263  
Dyktator. Powieść. Odc. 1- 34. Przejściowo zawieszam pisanie tego opowiadania. https://michaeltequila.com/?p=14681  
Dzień weselny.  https://michaeltequila.com/?m=20191008 
Dziewczyna z pieskiem. Opowiadanie. O miłości do ludzi i zwierząt. 1540 wyrazów. https://michaeltequila.com/?p=11924  
Dziwna noc mieszańca etnicznego. Groteska. O szalonych przeżyciach nocnych starszego mężczyzny. 624 wyrazy. https://michaeltequila.com/?m=20200129  
Epidemia i sukcesja. O wpływie Wirusa YZ i walki o władzę na społeczeństwo i obywatela. Opowiadanie. Odc. 1 – 25. https://michaeltequila.com/?m=20200601 
Gabriel Garcia Marquez. Refleksje pisarza na temat własnych opowiadań. https://michaeltequila.com/?m=20200517 
Galeria handlowa. O wzrastaniu mężczyzny na widok kobiety. 580 wyrazów.  https://michaeltequila.com/?m=20191210  
Goryl. O partii i człowieku przypominającym małpę. Opowiadanie. 3850 wyrazów. https://michaeltequila.com/?m=20200305  
Hurtownia wnętrz. Opowiadanie okolicznościowe. 1250 wyrazów. https://michaeltequila.com/?p=15008  
Instrukcja obsługi pejcza. Opowiadanie. O walce arystokraty francuskiego z bólem i bezsennością. 6800 wyrazów. https://michaeltequila.com/?m=20200226  
Jalapo Umota, Inuit z charakterem. Opowiadanie. O niezwykłych losach autochtona z Labradoru. 9700 wyrazów. https://michaeltequila.com/?m=20200320  
Kat. Opowiadanie. O nietypowych urodzinach i relacjach rodzinnych. 3230 wyrazów.  https://michaeltequila.com/?p=15730
Koniec świata. Opowiadanie. O człowieku, który
przeżył koniec świata. 1920 wyrazów. https://michaeltequila.com/?m=20200407  
Kronika mniej więcej osobista. Obserwacje i notatki (aktualizowane okazyjnie). https://michaeltequila.com/?p=13782   
Miniatura z kolibrem. Opowiadanie. O pocieszeniu w codziennym życiu. 601 wyrazów. https://michaeltequila.com/?p=11447  
Natręt. Opowiadanie. O dwóch mężczyznach na przystanku autobusowym i podstępie. 1620 wyrazów.  https://michaeltequila.com/?m=20200519  
Niedziela z Alberto. Opowiadanie. O miłości i ludzkich postawach.  3718 wyrazów.  https://michaeltequila.com/?m=20200205 
Nienawiść organiczna. Opowiadanie. O nienawiści do własnego ciała. 430 wyrazów.  https://michaeltequila.com/?p=10332
Niepokorny świat Izydora Czyżyka.  Opowiadanie. 3050 wyrazów. https://michaeltequila.com/?m=20200418  
Niesforny starzec. Groteska.
1720 wyrazów https://michaeltequila.com/?m=20200620  
Nowy wymiar ewolucji. Opowiadanie. O technologii zastępującej ewolucję, 2510 wyrazów. https://michaeltequila.com/?p=10832  
Obraz ze zwierzętami. Opowiadanie. 2920 wyrazów. https://michaeltequila.com/?p=13976  
Osiedle Panorama. Opowiadanie. O pijącej młodzieży i problemach osiedla. 6470 wyrazów. https://michaeltequila.com/?m=20200420  
Ostatni dzień.
Opowiadanie. 1680 wyrazów. https://michaeltequila.com/?p=13619  
Papier. Opowiadanie. 1520 wyrazów. https://michaeltequila.com/?p=12781 
Patriarcha Anastasio Gerylas. Opowiadanie. O walce hierarchy kościelnego z Trójcą Zła. 1190 wyrazów.  https://michaeltequila.com/?p=10690  
Pies gończy słowa mówionego. O społeczeństwie bliskiej przyszłości. 780 wyrazów. https://michaeltequila.com/?m=20191220  
Poezje refleksyjne “Oniemiałość”. https://michaeltequila.com/?m=20200520  
Polowanie. Opowiadanie. O zabójcy z wyrachowaniem. 5200 wyrazów. https://michaeltequila.com/?m=20200413  
Pracowita noc malarza Sapiehy.  2540 wyrazów. https://michaeltequila.com/?p=14447  
Prezydent Zrzeszenia Nafciarzy
. Opowiadanie. O życiu wysokiego funkcjonariusza w dobie pandemii. 993 wyrazy. https://michaeltequila.com/?m=20200429   
Recydywa. Opowiadanie.  https://michaeltequila.com/?p=14355   
Sierżant Baba. Opowiadanie. O wojskowym szkoleniu dzieci. 980 wyrazów. https://michaeltequila.com/?p=10759  
Stadny instynkt. Opowiadanie kompletne, uzupełnione i poprawione. https://michaeltequila.com/?p=14856   
Święty Słoń. Bajka dla dzieci i dla dorosłych. Wpis 29 12 2020 godz. 02.00 w nocy.  https://michaeltequila.com/?p=15775   
Świrus. Opowiadanie. O dostosowywaniu się człowieka do zmieniającej się rzeczywistości.  https://michaeltequila.com/?p=13918
Walec drogowy. Opowiadanie. 5930 wyrazów. https://michaeltequila.com/?p=14612  
W nocy wymyśliłem sobie diabła. Humoreska. O diable podobnym do człowieka. 284 wyrazy. https://michaeltequila.com/?m=20190916 
Wsteczna ewolucja. Opowiadanie. 840 wyrazów. https://michaeltequila.com/?m=20200612  
Zimowy las. Opowiadanie.  https://michaeltequila.com/?p=14400  
Znak pokoju. Opowiadanie. O rodzinnej miłości i nienawiści. 4380 wyrazów. https://michaeltequila.com/?m=20200522   

Video “Niezwykłe rzeźby”. Aby powiększyć do rozmiaru pełnoekranowego, kliknij ikonkę w prawym dolnym rogu.

Pod tym linkiem znajdziecie Państwo wszystkie moje książki w Empiku, także w wersji ebookhttps://tinyurl.com/y52br67b 

0Shares

Prezydent Zrzeszenia Nafciarzy. Opowiadanie.

Drodzy Czytelnicy,

Czasy są ciężkie. Nie tylko ja to odczuwam, ale i słudzy boży, śmieciarze, wyborcy przeszli i przyszli, nawet prezydenci. Popełniłem krótki utwór, zbrodniczy w intencjach, którego być może nie powinienem popełnić. To z nostalgii za spokojniejszym życiem.

Klikajcie, jeśli podoba Wam się to opowiadanie. Może je jeszcze poszerzę? 

Pozdrawiam,
Michael Tequila

W Internecie ukazało się zdjęcie Prezydenta Zrzeszenia Nafciarzy. Chwilę przedtem prezydent przemawiał, wygłaszając orędzie skierowane do konsumentów ropy naftowej. Mówił od serca:

– Szanowni Członkowie Zrzeszenia Nafciarzy! Panie i Panowie! Ceny ropy spadają na łeb na szyję. My, nafciarze, musimy odbiorcom płacić, aby brali od nas nadwyżki ropy naftowej i gdzieś je trzymali. Gdziekolwiek, w domu, w komórce, pod schodami, w szopie. Wirus popsuł nam wszystko. Mimo to jestem zdecydowanym optymistą. Mamy przed sobą wybory nowego Prezydenta Zrzeszenia Nafciarzy. Powiem o sobie: mam szanse. Nie wszyscy na mnie plują, obarczając mnie za sytuację z ropą naftową, która tanieje i tanieje. Żona mi mówi na przykład:

– Ty, Józiek, lepiej się pilnuj, abyś nie poszedł z torbami, jak cię nie wybiorą. Kto wtedy będzie reklamować ropę naftową? Ty to umiesz robić jak nikt. Od ciebie ludziska kupią każdą jej ilość za ostatni wdowi grosz. Masz w sobie tyle dobroci. Popiera ciebie nawet ten siwy staruszek, z którym grywasz w warcaby, a czasem to i w brydża.

– Który? – zapytał prezydent. – Znam kilku staruszków.

– No ten, o którym mówią, że oprócz szalonych pomysłów na lepsze życie, to ma jeszcze garb na plecach. To okrutne tak mówić, bo nikt nie nosi garba dla przyjemności, tylko z obowiązku lub z przywiązania.

– A! Ten – odpowiedział Prezydent, choć wciąż nie wiedział, który. Nie denerwował się jednak, bo w okresie Wirusa i jego matki Epidemii wszystkich pamięć zawodzi, tylko kontynuował orędzie.

– Kochani! Popierajcie mnie. Mam już poparcie, ale potrzeba mi więcej. Szczególnie mocno popierają mnie drobni użytkownicy ropy naftowej, członkowie naszego zrzeszenia, gospodynie domowe, bezdomni, ludzie pracujący po nocy, żniwiarze, nawet alkoholicy. Spotykam się z nimi często, rozmawiamy o różnych sprawach, nie tylko o notowaniach ropy naftowej i jej przyszłości, ale także o sprawach codziennych, obuwiu, ubraniach, filozofii, wyścigach konnych. Z gospodyniami wymieniam się przepisami, jak ugotować tanio kapuśniak. Teraz jest dużo świeżej kapusty, promuję więc zdrowe odżywianie się. Głównym tematem teraz są oczywiście  wybory władz Zrzeszenia Nafciarzy, wyjątkowo kłopotliwe z uwagi na  panoszenie się Wirusa i jego matki Epidemii. Są ludzie, którzy mnie nienawidzą, choć nie wiem dlaczego, ale ja się tym nie zrażam. Jestem bardzo religijny; na ich zniewagi i zaczepki odpowiadam nastawieniem drugiego policzka. Czasem to boli, ale takie jest życie. Żona też mi obiecała, że mnie szybko nie opuści. To zależy od wyników nie tylko notowań ropy naftowej, cen kupna i sprzedaży, ale i wyborów do naszego Zrzeszenia Nafciarzy, jednego z największych na świecie. Sam nie wiem, jak oceniać te wybory. Wszyscy wokół mówią: po prostu pójść, zagłosować i wybrać! Dla mnie, kandydata na prezydenta tak wielkiej i znanej  organizacji, nie jest to takie proste. 

Na razie, tak jak inni, pomagam przy ich przygotowaniu. Z trzech metod głosowania, osobistego, elektronicznego i korespondencyjnego, najbardziej wierzę w osobiste. Zachęcam do tego obywateli. Na argumenty przeciwników wyborów, mówiących, że w okresie rządów Wirusa i jego matki Epidemii, są one wręcz niebezpieczne, odpowiadam:

– To trudno! Nic na to nie poradzimy. Czasem człowiek musi ponieść ofiary. Ja też ponoszę. Inni chodzą piechotą, dzięki czemu utrzymują się w dobrej kondycji, a ja co? Muszę jeździć dużą i luksusową limuzyną, bo tak wypada, wskutek czego łatwo gubię w jej wnętrzu i czuję się samotnie. Duży pojazd wymaga dużo wolnej przestrzeni wokół siebie, przez co jeszcze bardziej odczuwam pustkę. Doprawdy, nie jest mi łatwo. Co gorsze, okna w samochodzie mam zaciemnione, ze względu na to, że każdy chciałby zajrzeć do środka, popatrzeć mi w twarz. Może nawet czymś rzucić, bo szaleńców w naszym kraju nie brakuje. Sam samochód też nie sprawia mi radości swoim wyglądem, mimo że jest cudem techniki. Brak mu opływowego kształtu; zamiast wdzięku kobiety zakochanej w biżuterii ma w sobie toporność pijanego drwala. Przepraszam, że tak mówię, ale to prawda. Jest szybki, ale opony łatwo mu pękają. Zawsze wozimy ze sobą kilka do wymiany. I jak to wygląda: bagażnik zapchany oponami! Samochód jest jednak bezpieczny, bo ma opancerzenie jak czołg. Dzięki temu, jak z rozpędem wjedziemy do lasu, to zatrzymujemy się dopiero po dwustu metrach, może nawet więcej. Nie sprawdzałem tego, wierzę kierowcy na słowo. Ciężar tego opancerzenia czuję w sercu, w głowie i w nogach. Nie podoba mi się też, że jestem cały czas za szybą. Czy to ja jestem pytonem, którego trzyma się w szklanym opakowaniu, aby mu się ludzie przyglądali z bezpiecznej odległości? Nie znoszę tego. Mój świat, moje życie – Prezydent Zrzeszenia Nafciarzy rozgadał się – to być wśród obywateli, ściskać ręce, obejmować niektórych cieleśnie, czasem nawet wziąć na ręce jakieś dziecko. Kocham dzieci. Szczególnie dziewczynki w wieku od dwunastego do siedemnastego roku życia. One są tak rezolutne. Strasznie je lubię. Koresponduję z nimi na różnych forach, czatach i platformach. Jest tych miejsc do konwersacji do licha i trochę, że miesza mi się w głowie od samych nazw, nie mówiąc o przepisach uczestnictwa.

Rumiane policzki Prezydenta Zrzeszenia Nafciarzy zarumieniły się jeszcze bardziej. Był poruszony. Kontynuował orędzie. Tematem były skrzynki pocztowe niezbędne w wyborach. Prezydent mówił o naprawie uszkodzonych skrzynek, aby karty do głosowania nie wypadały na ziemię.

– To wielkie wyzwanie. Stworzyliśmy lotne brygady naprawcze. Warunki są trudne. Czasem trzeba pracować w górach, gdzie jest stromo, czasem nocą, czasem w suszy, że aż język wysycha, bo deszczu wciąż nie ma. Wszędzie czai się ten wirus, ludzie muszą dezynfekować się spirytusem. Każdy broni się jak może. Sam chciałem im pomóc. Mam w moim pałacowym gabinecie obcęgi, młotek i gwoździe. Rozmawiałem o tym z psychiatrą, który pomaga mi ogarnąć się w tym trudnym świecie, i on powiedział mi, że nie wypada.

– Ludzie uznają pana za pracoholika. I tak widzą pana ciągle w telewizji; brakuje jeszcze żeby zobaczyli pana jako samodzielnego  instalatora skrzynek pocztowych.

– Członka lotnej brygady naprawczej – poprawił go prezydent.

– No właśnie – odpowiedział psychiatra. – Dobrze, że pamięć pana nie zawodzi, to może nawiąże pan rozumny kontakt z gawiedzią. Chciałem powiedzieć, ze zwykłymi szarymi ludźmi na ulicy, aby ich zachęcić do uczestnictwa w wyborach poprzez skrzynkę pocztową. 

Prezydent zgodził się. Dla wszystkich członków Zrzeszenia Nafciarzy, uczestników spotkania z Prezydentem, było to głębokie przeżycie. Wirus wydał się jakiś skromniejszy, a jego matka Epidemia mniej groźna niż zwykle.

Autor: Michael (Michał) Tequila
Gdańsk, 29 04 2020

0Shares

Osiedle Panorama. Opowiadanie.

Odc. 1

Osiedle Panorama było wyjątkowo usytuowane na wysokim południowym stoku jeziora Taner blisko granicy z Francją. Mieszkańcami osiedla i samego miasteczka Grosswasser byli ludzie różnych narodowości i wyznań. Wszyscy żyli ze sobą zgodnie i spokojnie, ale tylko do czasu, kiedy na osiedlowym placu zabaw dzieci nie zaczęły spadać z huśtawki. Było to na początku lata, a wypadki dotyczyły prawie wyłącznie chłopców. Przyjeżdżało pogotowie ratunkowe „Grosswasser Express” i ich opatrywało, czasem zabierało do szpitala, gdzie zszywano im rany. Powtarzało się to coraz częściej.

Wyjaśnienie przyczyn wypadków nie stanowiło problemu. Okazało się, że chłopcy byli pijani. Było to o tyle dziwne, że osiedle należało do zamożnych, jego mieszkańcami były osoby zajmujące poważne stanowiska w miasteczku i okolicach, architekci, prokurator, dyrektor pogotowia ratunkowego, nauczyciele, ludzie biznesu.

Problem alkoholizmu młodzieży w kraju nie był niczym nowym; w Grosswasser pojawił się w takiej skali po raz pierwszy.

Burmistrz Aleksy Durer uznał za konieczne zwołanie posiedzenia rady miasta, tym bardziej, że pogotowie ratunkowe zgłosiło roszczenia finansowe wobec miasta. Wystąpił z nimi nie kto inny jak dyrektor pogotowia, barczysty mężczyzna o pełnej twarzy okolonej gęstą, czarną brodą, wyglądający jak dobroduszna postać z bajek. Dyrektor miał tubalny głos, mogący wystraszyć nawet odważnego człowieka; nie bez przyczyny nazywano go Ali Babą. O kosztach interwencji pogotowia na osiedlu mówił coraz głośniej, choć czuł się z tym nie najlepiej.

– Kto nam zapłaci za powtarzające się przyjazdy na plac zabaw? Rodzice ich nie pilnują to dzieciaki rozrabiają. To niebezpieczne zabawy dla nich i kosztowne dla pogotowia. Wydajemy na to majątek a środki mamy limitowane.

Dyrektor pogotowia był osobą, po której burmistrz Durer najmniej spodziewał się takiego wystąpienia, ponieważ Grosswasser było głównym właścicielem pogotowia. Postępowanie Ali Baby wyprowadziło burmistrza z równowagi. Sprawę wziął sobie do serca.

– To nie licuje z pozycją społeczną i zawodową człowieka. Skarży się na swój los jak dziecko. Zachowuje się bardziej jak herszt bandy zbójeckiej niż funkcjonariusz miasta. Przestał mi się kojarzyć z bohaterem bajki z Tysiąca i Jednej Nocy.

Burmistrz nie krył oburzenia ustalając ze swoją sekretarką termin i godzinę zebrania rady miasta. Sekretarka nie była pewna czy szef żartuje czy mówi poważnie, ponieważ nikt z rady miasta nie brał na serio żądań firmy wobec jej głównego właściciela.

Do dyskusji włączyli się rodzice poszkodowanych dzieci. Nie podobało im się oskarżanie ich potomstwa o pijaństwo przez dyrektora i pracowników pogotowia oraz niektórych policjantów. Głos zabrał przewodniczący wspólnoty mieszkaniowej osiedla.

– Panorama nie jest jakimkolwiek osiedlem, jednym z dziesięciu tysięcy w kraju. Nie wypadliśmy sroce spod ogona. Osiedle wygrało kilka konkursów piękności, jest wspaniale położone nad jeziorem z widokiem na rzekę w oddali i reprezentuje przekrój społeczeństwa, które dzięki inwencji i pracowitości dorobiło się wysokiej pozycji społecznej, dając przykład, że ludzie różnego koloru skóry, pochodzenia etnicznego i wiary mogą przykładnie żyć ze sobą. Nasze dzieci, nawet jeśli przypadkowo zbłądziły w swojej zabawie, nie mogą zrujnować reputacji osiedla i Grosswasser.

Mówiąc tak, wielu rodziców nie zdawało sobie sprawy, jak dobrze sobie radzi ich potomstwo. Dzieci bardzo szybko nauczyły się wywodzić dorosłych w pole. Zaczęło się od teatrzyku dziecięcego, w którego zajęciach chętnie uczestniczyły. Grając swoje role, wczuwały się w sytuacje pijaków, policjantów, rodziców, nauczycieli, właściciela sklepu spożywczego i alkoholowego, księdza a nawet kobiet złego prowadzenia. Sztuka, w jakiej grały, opowiadała o życiu osiedla. Pomagała im w tym dwójka specjalistów, aktorka i psychiatra, oboje po wyrokach więziennych. Po odsiedzeniu kar nie mogli zdobyć pracy w swoich zawodach. Z zajęć z młodzieżą byli bardzo zadowoleni, choć finansowo nic nie zyskiwali. Oboje żyli z zasiłków dla bezrobotnych, czekając na lepsze czasy.

– Teraz to przynajmniej nie doznajemy frustracji; pracujemy z młodzieżą, robimy coś użytecznego.

W teatrze dzieci nauczyły się różnych praktycznych jak i trochę niebezpiecznych umiejętności: robić niewinne miny, wprowadzać ludzi w błąd swoim zachowaniem, grać niewiniątka, pozorować napady złości i depresji, grozić samobójstwem, a także szantażować groźbą ucieczki z domu.

*****

Sprawa wypadków na placu zabaw i dodatkowych przyjazdów pogotowia została wyciszona. Nie rozwiązało to jednak problemu. Bóg wie, ile czasu mogłyby dzieci raczące się alkoholem, ich upadki z huśtawki i wezwania pomocy, nękać „Grosswasser Express”, gdyby nie zniknięcie huśtawki. Ktoś rozmontował ją po nocy i wywiózł w nieznane miejsce, prawdopodobnie na złomowisko gdzieś w innej miejscowości. Wraz z huśtawką zniknął problem obrażeń i złamanych kończyn, ale tylko na kilka dni. Dzieci przeniosły swoje zainteresowanie na drążek gimnastyczny. Teraz spadały z drążka gimnastycznego. Jak poprzednio przyczyną był alkohol. Znowu przyjeżdżała karetka, wychodzili z niej dwaj sanitariusze i lekarz, poszkodowanych cucili z omdlenia, mocowali uszkodzone kończyny w szynach bądź zabierali chłopca do szpitala. Zdarzyło się nawet, że budzono ofiarę upadku ze śpiączki w szpitalu.

– Budzenie ze śpiączki to czynność skomplikowana. Na szczęście nie mieliśmy jeszcze żadnego cięższego wypadku – pocieszali się pracownicy pogotowia. Były to zdarzenia tak rzadkie, że lekarze i pacjenci zrobili sobie przed wyjściem wspólne zdjęcia na pamiątkę.

Najbardziej interwencje pogotowia przeżywał jej współwłaściciel i dyrektor.

– Kto za te powtarzające się usługi zapłaci pogotowiu? Nieprzerwanie interweniujemy. To straszne koszty. Za każdym wyjazdem karetki na plac zabaw Josef Apfelbaum rwał sobie włosy z głowy.

Jego rozpacz była uzasadniona umową z radą miasta. Jeśli karetka w ciągu roku kalendarzowego przyjeżdżała częściej niż trzy razy w jedno miejsce, pogotowie otrzymywało zmniejszoną stawkę wynagrodzenia za przyjazd. Po kilku miesiącach interwencji na placu zabaw Panoramy, kiedy wieczorem dyrektor patrzył w domu w lustro, miał wrażenie, że ubyło mu włosów na głowie. Sprawa była o tyle skomplikowana, że rodziny poszkodowanych chłopców jak i mieszkańcy osiedla, na którego terenie miały miejsce ekscesy młodzieży, odmawiali pokrycia choćby części kosztów interwencji pogotowia. Ich argumentacja była prosta.

– Pogotowie jest od tego, żeby przyjeżdżało i ratowało życie ofiar nieszczęśliwych wypadków. Górskie pogotowie ratownicze w czasie akcji zimowej w intensywnej śnieżycy ponosi znacznie wyższe koszty, ratując ludzi, i nikt im z tego powodu nie zwraca żadnych kosztów.

*****

Po roku czasu od pierwszego upadku z huśtawki nikt nie spodziewał się, że problem częstych przyjazdów i rosnących kosztów pogotowia zostanie szybko rozwiązany. Mimo to zdarzył się cud. Tak uważał Ali Baba. Nieznany sprawca zdemontował po nocy drążek gimnastyczny. Robotę wykonano fachowo; pionowe słupki drążka gimnastycznego zostały obcięte na wysokości dziesięciu centymetrów od ziemi, krawędzie cięcia wyrównane, a cała konstrukcja wywieziona w nieznane miejsce. Pozostały tylko opiłki, drobne fragmenty farby, zdeptana ziemia oraz dwa sterczące z ziemi kikuty metalowej rury. Na wniosek wspólnoty mieszkaniowej policja przeprowadziła śledztwo, lecz nie na wiele to się zdało. Śladów obuwia nie udało się dopasować do wzorów podeszew zarejestrowanych w archiwach policyjnych nie tylko lokalnych, ale całego kraju.

Odc. 2

Wydawało się, że tym razem sytuacja ustabilizuje się a ludzie się uspokoją. Już następnego dnia po zakończeniu nieudanego śledztwa, dzieci potykały się o sterczące z ziemi resztki słupków drążka gimnastycznego i raniły sobie nogi. W jednym przypadku doszło nawet do złamania. Za każdym razem okazywało się, że poszkodowani byli w stanie zamroczenia alkoholowego albo wręcz pijani. Wypadków było mniej niż w przypadku huśtawki i drążka gimnastycznego, ale jednak były. Pogotowie znowu przyjeżdżało, jednak tylko do czasu, aż usunięto dwa sterczące kawałki rury z ziemi. Policja przeprowadziła nowe śledztwo, tym razem na okoliczność, skąd dzieci brały alkohol. Dochodzenie prawdy utkwiło w miejscu; dzieci po prostu odmawiały udzielenia informacji. Niektóre milczały, inne prosiły, aby wezwać któregoś z rodziców, w obronie jednego chłopca wystąpił psycholog, żądający zaprzestania przesłuchania z uwagi na niestabilny charakter dziecka. Policja w całym tym śledztwie nie miała wiele do powiedzenia. Prowadzący przesłuchanie podoficer zachowywał ostrożność i nie naciskał świadków.

– Wole zachować pracę i zdrowie psychiczne niż dochodzić takiej głupoty, jak źródło pochodzenia alkoholu. Przecież takiemu dwunastoletniemu szczeniakowi wystarczy naparstek wódki, aby się upić. Czy to ma sens dochodzić, skąd on wziął naparstek wódki? – młody policjant skarżył się żonie w domu.

Pochwaliła go za rozsądek.

– Takie dochodzenie to niech sobie prowadzi sam komendant! Mieszka na tym osiedlu i jego dzieciak też tam rozrabiał. Ponadto, co by nie powiedzieć, to tymi chłopcami faktycznie rodzice się nie zajmują. U nas przynajmniej, kiedy ciebie nie ma w domu, to ja zajmuję się dziećmi. Dlatego nie łamią sobie nóg i nikt nie musi ich przesłuchiwać.

Śledztwo znowu stanęło w miejscu. Podejrzewano, że chłopcy korzystali z zapasów domowych, podkradając alkohol rodzicom, dziadkom lub starszemu rodzeństwu. Ujawnienie tej kwestii nie leżało w interesie najbliższej rodziny, sprawa umarła więc naturalną śmiercią. Przy tym, kolejnym już, śledztwie policyjnym dzieci zyskały świadomość, że nic im nie grozi z powodu małoletniości.

Ogrodnik pielęgnujący zieleń osiedlową podsłuchał rozmowę na ten temat.

– Ja się tam o starych nie martwię. Mają wysokie pozycje, zarabiają dobre pieniądze i trzymają sztamę z kim trzeba.

– Oni nie martwią się mną, to i ja nie będę martwić się nimi – odpowiedział drugi chłopiec.

Ogrodnik pamiętał, że obydwu pogotowie ratowało, kiedy spadli z huśtawki. Nic więcej nie umiał powiedzieć.

*****

Nie wiadomo, czy okresowy brak przyjazdów karetki pogotowia wywołał zmianę zachowań, czy zdarzyło się coś innego, fakt pozostaje faktem, że dzieci nadal upijały się. Tym razem znalazły sobie nową rozrywkę: wybijanie szyb w budynkach z oknami wychodzącymi na plac zabaw. Spadające fragmenty szkła a czasem nawet i kamienie odbijające się od budynku, powodowały zranienia. Pogotowie znowu zjawiło się na osiedlu, aby wykonać swoją tradycyjną robotę. Pracownicy podejrzewali, że „mali przestępcy”, jak nazywali ofiary wypadków, robili to świadomie. Takie tłumaczenie nie podobało się oczywiście rodzicom. Znowu zaczęły się interwencje i ciche rozmowy. Dyrektor Josef Apfelbaum nie miał już siły protestować.

– Musimy jeździć, bo to nasz święty obowiązek – tłumaczył cierpliwie pracownikom. – Po to zostaliśmy powołani do tej służby, aby ratować ludzkie życie i zdrowie, nawet jeśli są to durnowate szczeniaki, które upijają się i wyrządzają sobie krzywdę.

Aby ratować się, zachowując czyste sumienie i rozsądek, dyrektor wysyłał od tej pory mniejsze karetki pogotowia i ograniczył ilość personelu do trzech osób: kierowcy, sanitariusza i lekarza. Rolę drugiego sanitariusza przejął na siebie kierowca.

– To mi nawet odpowiada. Dzieci nie są ciężkie a mam jakąś rozrywkę chodząc z noszami zamiast siedzieć w samochodzie – wyjaśniał. Był to młody mężczyzna, pobłażający szaleńcom niewiele młodszym od siebie. Po cichu solidaryzował się z nimi, doceniając ich przedsiębiorczość, pomysłowość i niezależność.

*****

Problem okien rozwiązał się w sposób zupełnie nieoczekiwany, a wraz z nim zniknął kłopot ze spadającymi fragmentami szkła i kamieni odbijających się od muru, balkonów i ram okiennych. Nocą ktoś pozabijał okna deskami. Pierwszej nocy były to okna parteru, w ciągu następnych dwóch nocy pozostałych pięter. Budynki na osiedlu nie były wysokie, miały tylko trzy kondygnacje. Jak to zrobiono nie budząc podejrzeń, nikt nie miał pojęcia. Ogrodnik spekulował, że okna wybijano z dachu lub z poddasza, posługując się sznurkiem i przywiązanym do niego ciężkim i ostrym przedmiotem, ale bał się wychylić z tą informacją. Nic dziwnego, że śledztwo znowu było nieudane. Policja podejrzewała zmowę mieszkańców.

– Oni usilnie bronią dzieci, bo nie chcą ponosić za nie odpowiedzialności – sierżant Klucky tłumaczył komendantowi, kapitanowi Mikke. Obydwaj podejrzewali zmowę, ale nie byli w stanie niczego udowodnić.

Na osiedlu nikt nie spodziewał się innego rozwiązania. Wkrótce zabite okna zawieszono wielką reklamą na całą ścianę. Mieszkańcy byli z tego zadowoleni, ponieważ reklamodawca płacił wspólnocie mieszkaniowej znaczne pieniądze za stałą reklamę ścienną. Przynosiło im to korzyści finansowe w postaci obniżek czynszu mieszkaniowego. Wszyscy byli za takim rozwiązaniem; był to okres, kiedy słońce pozostawało z drugiej strony budynku. Protestowały tylko dzieci, ale nikt na to nie zwracał uwagi.

*****

Na osiedlu Panorama utrzymywał się spokój ku zadowoleniu pogotowia, policji i samych mieszkańców. Spodziewano się, że tak będzie dalej.

Zbliżały się Święta Bożego Narodzenia i na środku placu zabaw stanęła choinka, przepiękny wysoki świerk. Wywołało to powszechną radość, bo wszyscy czuli, że dzieciom należy się drzewko bożonarodzeniowe a pod nim upominki, tym bardziej, że wielu rodziców nie miało czasu, aby o tym pomyśleć. Nie wszyscy też garnęli się wydawać pieniądze na dzieci nadużywające alkoholu i sprawiające niepotrzebne nikomu kłopoty.

Po dwóch dniach choinka spłonęła. Policja przeprowadziła śledztwo i ustaliła tylko jeden znaczący szczegół: przyczyną podpalenia była niewiara dzieci w prawdziwego i uczciwego Świętego Mikołaja oraz upominki pod choinkę jako nagrodę za dobre zachowanie.

– Wolelibyśmy, aby rodzice poświęcały nam więcej czasu a nie silili się na choinkę wielkości masztu telewizyjnego i gówniane upominki.

Taką informację przekazał policji ogrodnik osiedlowy, zajmujący się sprzątaniem pozostałości po spalonej choince. Bał się więcej powiedzieć, bo już raz oskarżano go o kapusiostwo.

Fakt zniknięcia choinki zdenerwował dzieci. Twierdziły one, że podpalenia dokonał ktoś z dorosłych w akcie zemsty za ich wybryki i głośne dźwięki syreny policji i pogotowia ratunkowego na osiedlu.

Podejrzenia obydwu stron, dzieci przez dorosłych i dorosłych przez dzieci, doprowadziły do poważniejszego śledztwa. Sprawa na krótko trafiła nawet do sądu w sąsiednim mieście. Szybko ją umorzono, kiedy sędzia dowiedział się, że rodzicami dzieci na osiedlu są lekarze, prokurator, nauczyciele, zamożni rolnicy prowadzący gospodarstwa w pobliżu miasteczka, pracownik obserwatorium astronomicznego w Berlinie, a nawet dyrektor pogotowia ratunkowego i komendant policji w Grosswasser. Rodziców było więcej, ale nie wszyscy zdecydowali się ujawnić swoje zawody i miejsca pracy powołując się na przepisy dotyczące poufności danych osobowych.

– Bez nakazu sądowego ani myślę ujawniać, gdzie pracuję. To by mi w niczym nie pomogło w pracy.

Wypowiedzi tego rodzaju nie cieszyły policji, komendant Mikke rozumiał jednak złożoność sytuacji, lub przynajmniej udawał, że rozumie, i nie naciskał dalej. Sam też mieszkał na osiedlu Panorama.

Większość szczegółów ujawniły sami chłopcy, składający zeznania pod opieką psychologa sądowego. Argumenty były proste.

– Rodzice są czynni zawodowo i nie mają dla nas czasu. Nudzi nam się! Tylko ksiądz proboszcz z naszej parafii czasami zajmuje się nami. Oprócz modlitwy i wiedzy o Biblii, uczy nas jak robić nalewki, a potem je nawet poświęca. Wiemy od niego, że taka nalewka to dar boży równie dobry jak każdy inny, a może nawet i lepszy, bo sprawia człowiekowi prawdziwą przyjemność.

Odc. 3

Prowadzący śledztwo policjant udał się do proboszcza Zoltana Bury, aby wyjaśnić naturę jego pomocy młodzieży osiedlowej, ale nie było go na plebanii. Ksiądz został wezwany na przesłuchanie. Odbyło się ono za zamkniętymi drzwiami na prośbę kurii i połowy rodziców wierzących i praktykujących, bo druga połowa wprawdzie wierzyła, ale nie chodziła do kościoła.

Proboszcz potwierdził i uzupełnił zeznania dzieci.

– Tak, pomagam dzieciom na osiedlu Panorama jak tylko mogę. To biedne dzieci z bogatych rodzin. Panowie dobrze wiecie, kim są ich rodzice, porządni ludzie, ale nie mający czasu, za to mający obowiązki. Ktoś dziećmi musiał się zająć. Rozumiałem ich frustrację, te wszystkie ekscesy, alkohol, łamanie norm, szyby i kamienie. Na osiedlu stało się to już normalnością. Nie mogłem na to patrzeć obojętnie. Oprócz tego, że czytałem im Biblię, którą wspólnie interpretowaliśmy, opowiadałem o Stwórcy i uczyłem przykazań, uczyłem ich także robić nalewki, jako najtańszy sposób dostępu do bezpiecznego alkoholu. Dzieci muszą się wyszumieć i dlatego im pomagałem. Niech coś dobrego z nich wyrośnie, a nie tylko elokwentni adwokaci i prokuratorzy, zarobieni po uszy lekarze, bogaci rolnicy i rzemieślnicy, genialni artyści czy odurzone pięknem wizażystki.

*****

Jak można było się spodziewać, wniosek o ukaranie winnych skierowany do sądu przez policję, na prośbę rodziców, kurii i probostwa, został wycofany. Sędzina, też zamieszkała na osiedlu Panorama, miała w zaufaniu powiedzieć córce i zięciowi, że czyny poddane pod ocenę sądu miały niską szkodliwość społeczną i każdy sąd miałby wielkie problemy z inną kwalifikacją. W dziennikarskim śledztwie prowadzonym prze „Grosswasser Tageszeitung” już po wycofaniu sprawy z sądu, okazało się, że nikt nie uważał się za poszkodowanego i że sprawie nadano niepotrzebny rozgłos.

– Była ona nam potrzebna jak psu metalowa buda w upalny dzień – stwierdził dziennikarz gazety, siedząc w lokalnym pubie przy piwie.

Winę za wywołanie zamieszania wokół sprawy mieszkańcy Grosswasser zrzucili na „nieodpowiedzialne media”.

Rzecznik sądu, przewodniczący wspólnoty mieszkaniowej Panoramy oraz proboszcz Bury zgodnie uznali, że sprawa była rzeczywiście niepotrzebnie nagłośniona. Tych, którzy to zrobili, nazwano „nieodpowiedzialnymi” oraz „manipulantami opinii publicznej”. Dzieci z placu zabaw też chciały wyrazić swoją opinię, ale ich rodzice uznali, że z uwagi na niepełnoletniość w ogóle nie powinny zabrać głosu w takich sprawach.

– To rola rodziców. W kwestii wykroczeń niepełnoletniej młodzieży mogą, powinni i muszą wypowiadać się tylko rodzice i opiekunowie. Każdy sąd, policja i prokuratura zinterpretowaliby to tak samo, z tą tylko różnicą, że powołaliby się na stosowny paragraf lub punkt „Kodeksu wykroczeń” lub „Kodeksu Rodzinnego” – podsumowała na zebraniu wspólnoty mieszkaniowej jej wiceprzewodnicząca.

*****

Ubezwłasnowolnienie dzieci przez dorosłych w sprawie oceny zajść na placu zabaw stało się zarzewiem dalszych zdarzeń. Kilka dni później ktoś podpalił sklep monopolowy. Na szczęście pożar bardzo szybko ugaszono. Śledztwo rozpoczęło się z opóźnieniem z powodu zaangażowanie policji w przygotowanie bezpiecznych warunków meczu piłki nożnej z największym rywalem lokalnej drużyny w lidze okręgowej. Komendant podejrzewał, że sprawcami jak zwykle były dzieci działające pod wpływem alkoholu.

W rozmowach z rodzicami, nauczycielami a nawet księdzem, dzieci przedstawiały niezwykłe argumenty.

–  To nie jest demokracja. Powołujecie się na szczytne ideały Rewolucji Francuskiej, mówicie o równości, wolności i braterstwie, a w sklepie alkoholowym nie ma nawet niskoprocentowego alkoholu dla dzieci, choćby piwa, i stale ktoś żąda od nas dowodu osobistego. Jak można wymagać okazania dowodu osobistego, jeśli nie można go uzyskać?

Mieszkańcy osiedla zastanawiali się, kto nastawił młodzież, aby uderzyła w wysokie C praw dziecka. Komendant, mieszkaniec osiedla, usiłował delikatnie wysądować swojego syna, ten jednak zbył go bardzo szybko.

– Przepraszam cię, tato, ale nie jest w nastroju rozmawiać o tych, bo mam na głowie trudne egzaminy w szkole.

*****

Wkrótce pojawiły się pogłoski, że pożar sklepu wywołali pracownicy pogotowia ratunkowego z zemsty za sprzedaż dzieciom alkoholu, powodującego wypadki i przyjazdy pogotowia. Dyrektor Ali Baba zdecydowanie zaprzeczył pogłoskom. 

– To zupełny bezsens. Nikt z nas nie zrobiłby czegoś takiego. W pożarze ktoś mógłby ulec poparzeniu i wtedy musielibyśmy interweniować i ponosić dodatkowe koszty.

Większość ludzi zgodziła się z jego wyjaśnieniem. Nikt nie miał żalu do pogotowia, że nie jest chętne przyjeżdżać często na osiedle. Mieszkańcom osiedla nie podobało się natomiast to, że syrena pogotowia wywołuje potworny hałas. Przewodnicząca wspólnoty osiedlowej rozmawiał o tym z dyrektorem Apfelbaumem.

– Te syreny są okropne. Wielu mieszkańców Panoramy ma małe dzieci, starszych rodziców lub dziadków. Mógłby pan naprawdę zmienić syreny w karetkach pogotowia! One strasznie wyją, po prostu ryczą jak zarzynane zwierzę.

Tłumaczenie przewodniczącego być może było przesadne, tym niemniej prawdziwe i szczere. Ali Baba, na ogół skłonny do kompromisu, a przynajmniej do podjęcia dyskusji, tym razem pozostał nieugięty.

– Nic z tego. Tylko powiększyłbym moje koszty. Jak mi kupicie lepsze syreny, lub zwrócicie choćby część kosztów, to chętnie to zrobię.

Jakby na złość mieszkańcom, kiedy pogotowie przybyło następnym razem na osiedle, syrena była jeszcze głośniejsza. Powodem przyjazdu było podpalenie drzwi sklepu alkoholowego; gasząc je właściciel sklepu uległ poparzeniu. Najpierw interweniowała straż pożarna, potem pogotowie ratunkowe, w końcu przyjechała policja.

Dziwne było to, że ktoś, prawdopodobnie sprawca pożaru, dwa tygodnie wcześniej wykupił właścicielowi sklepu polisę ubezpieczeniową. Ludzie tłumaczyli, że zrobił to sam podpalacz przewidując, że ktoś mógłby być w sklepie w czasie pożaru – był to okres intensywnych inwentaryzacji – i ulec poparzeniu lub nawet zatruć się śmiertelnie dwutlenkiem węgla.

Podejrzenia ponownie padłyby na pogotowie ratunkowe, bo musieliby przyjechać na ratunek poparzonemu, opatrzyć go i być może nawet zawieźć do szpitala, gdyby nie polisa ubezpieczeniowa. Rozwiązywała ona problem kosztów naprawy szkód jak i przyjazdu pogotowia. W sprawie ubezpieczenia sklepu nikt nie prowadził śledztwa; nie doszukano się tu żadnych nieprawidłowości.

– Każdy ma prawo wykupić ubezpieczenie dla dowolnej osoby lub organizacji – wyjaśniła to firma ubezpieczeniowa.

Poza tym, wszystkim było na rękę, że właściciel sklepu nie zgłaszał wobec kogokolwiek żadnych pretensji ani roszczeń.

Zdarzenia miały swoje reperkusje w szkole podstawowej, do której uczęszczała większość dzieci z osiedla. Dyskusja na temat praw dzieci i młodzieży pojawiła się nieoczekiwane na godzinie wychowawczej w klasie IV C, a po przerwie ogarnęła inne klasy. Nauczyciele niechętnie podejmowali temat, starając się nie zajmować stanowiska w drażliwej kwestii, ale też nie negowali pewnej logiki oczekiwań młodzieży. Protestowało tylko kuratorium. Ani rodzice ani grono pedagogiczne, z wyjątkiem dyrektora szkoły, nie wzięli tego poważnie, ponieważ kuratorium wcześniej winiono za brak zainteresowania pijaną młodzieżą na osiedlu Panorama.

Odc. 4 

Późnym wieczorem przyszedł stolarz i zabił deskami wejście do sklepu z alkoholem. Pytany w trakcie wykonywania pracy, na czyje polecenie to robi, wyjaśnił, że otrzymał telefoniczne zlecenie z rady osiedla powołanej przez wspólnotę mieszkaniową.

– Od razu ustaliliśmy termin i koszt wykonania.

– A kto konkretnie dzwonił do pana? – zadano mu pytanie.

– Przewodniczący rady osiedla, mężczyzna o tubalnym głosie.

Okazało się, że przewodniczący zmienił się kilka tygodni wcześniej i radzie przewodniczyła kobieta o raczej piskliwym głosie. To wybiło argumenty z ręki stolarza. Posądzano go o samowolę, jakiś niezrozumiały wybryk. Argument upadł, kiedy stolarz pokazał ilości zgromadzonych w swoim mieszkaniu butelek po piwie, winie i innych alkoholach; zabijanie deskami wejścia do sklepu nie miałoby w jego sytuacji najmniejszego sensu.

Co do jednego ludzie na osiedlu byli zgodni; zabite drzwi sklepu powinny pozostać bez zmian.

– Dosyć picia alkoholu przez młodzież niedopatrzoną przez rodziców dlatego, że ciężko harują zarabiając się po łokcie, aby stworzyć jej jak najlepsze warunki do życia, nauki i zabawy – taka wypowiedź pojawiła się na pierwszej stronie Grosswasser Tageszeitung.

Brak dostępu do alkoholu wywołał protesty ze strony młodzieży. Wobec oporu rodziców dzieci poprosiły właściciela sklepu, aby zerwał deski, do czego miał święte prawo. Kiedy odmówił, ktoś w nocy znowu podpalił drzwi sklepu. Zrobił to tak sprytnie, że kiedy straż pożarna przybyła i ugasiła pożar okazało się, że spłonęły tylko same drzwi, ościeżnica i rama, i zupełnie przypadkiem stojące w pobliżu krzesło. Nic poza tym. Pies policyjny doprowadził policję z progu sklepu na środek placu zabaw, gdzie znajdowały się trzy samotne ławki.

– Każdy mógł chodzić tą drogą, włącznie z dziećmi, podpalaczem, policją i właścicielem sklepu – komentowali mieszkańcy osiedla. – Ta droga dochodzenia prawdy prowadzi do nikąd.

*****

Kwestia zdobywania i nadużywania alkoholu przez młodzież nie została wyjaśniona. Właściciel mówił, że podpalono mu sklep z myślą, aby i on w nim spłonął, ponieważ odmawiał sprzedaży alkoholu nieletnim i nie miał dla nich żadnej innej propozycji. Kilka razy grożono mu listownie i telefonicznie.

Niedostępność alkoholu w osiedlowym sklepie nie zmniejszyła jego konsumpcji przez młodzież. Dzieci przynosiły alkohol z miasteczka, wracając ze szkoły. Chwaliły się nawet, że to fajna rozrywka, bo zmusza ich do wysiłku fizycznego i do noszenia mniejszej ilości książek. 

Po cichu alkoholu dostarczał dzieciom także ojciec pewnej dużej rodziny z osiedla, pijak i awanturnik. One mu dawały pieniądze, a on im kupował i przynosił. W dowód wdzięczności pozwalały mu pić razem z nimi. Był z tego bardzo zadowolony; chwalił się nawet, że jest z dziećmi za pan brat i zna ich wszystkie tajemnice. Ktoś doniósł o tym policji. Kiedy mężczyzna pił razem z dziećmi na placu zabaw, przyjechał po niego nieoznaczony samochód policyjny z dwoma funkcjonariuszami w cywilu, aby nie wzbudzać podejrzeń. Nic z tego nie wyszło, ponieważ mężczyzna zniknął z placu zabaw w ostatniej chwili. Ktoś musiał go ostrzec, albo sam wyczuł pismo nosem. Komendant policji i jego zespół czuli się bezradni.

– Nic nie możemy zrobić, bo dzieci są niepełnoletnie. A ten człowiek, ojciec licznej rodziny, jego nazwiska nie możemy zdradzić, bo toczy się przeciwko niemu śledztwo, tak się ukrył, że nie można go znaleźć.

Wkrótce policja zmieniła zdanie. Za mężczyzną rozesłano listy gończe ze zdjęciem, pojawił się też odpowiedni komunikat w prasie, w mediach społecznych i na stronie internetowej policji w dziale „Poszukiwani”. Nic to nie dało; mężczyzna jakby zapadł się pod ziemię.

– On nawet nie płaci alimentów. To trudny człowiek. Często się ukrywa nawet przede mną. . – skarżyła się żona.

Nic więcej nie chciała powiedzieć; upierała się, że nic więcej nie wie. Policja podejrzewała ją o ukrywanie męża tylko dlatego, że obiecał zapisać się do Towarzystwa Alkoholików Anonimowych, aby wyleczyć się z nałogu.

Policja myślała jeszcze o użyciu specjalnie tresowanych psów, z których korzystała służba celna na granicach do wykrywania przemytu, okazało się to jednak za drogie.

– Nie będziemy ściągać z drugiego krańca kraju tresowanych zwierząt dla głupiej sprawy ścigania moczymordy, który rozpija dzieci na osiedlu. Wiemy o nim dostatecznie dużo, aby prędzej czy później wpadł w nasze ręce – zawyrokował komendant komisariatu miejskiego.

Postępowanie komendanta budziło wątpliwości, ponieważ będąc mieszkańcem osiedla Panorama znał wielu jej mieszkańców i mógł mieć interes w ukrywaniu niektórych spraw. Komendant zaprzeczył jednak, że jest mieszkańcem osiedla. Wywołało to dyskusję. Ludzie twierdzili, że musi mieć mieszkanie na osiedlu, bo bardzo często tam przebywa. Komendant zaprzeczał tym pogłoskom. Dziennikarze skrupulatnie sprawdzili fakty. Mieszkania rzeczywiście nie miał, ale często odwiedzał osiedle i zostawał na noc. Podejrzewano, że ma tam kochankę. On twierdził, że ma tylko przyjaciół i znajomych. Żadna z osób pytanych przez dziennikarzy nie chciała ujawnić szczegółów, z obawy, że może trafić do sądu za naruszenie prywatności komendanta. Skończyło się plotkami, że ma kochankę, kochanka lub mieszkanie zapisane w księgach wieczystych pod innym nazwiskiem. Nic więcej dziennikarzom nie udało się ustalić; mieszkańcy bali się udzielać informacji z uwagi na konsekwencje. Kapitan Mikke był zbyt wpływowym człowiekiem ze znajomościami w prokuraturze i sądach.

Dochodzenie dziennikarskie potwierdziło tylko kolejny raz, że na osiedlu Panorama mieszka śmietanka towarzyska miasteczka.

*****

Burmistrz Aleksy Durer i komendant Mikke mieli obawy, że odcinając młodzieży możliwości zakupu legalnego alkoholu w osiedlowym sklepie z alkoholem, szybko nauczy się ona pędzić bimber. Nie stało się to od razu, ale się stało. Oprócz nalewek nadal produkowanych w oparciu o recepturę księdza proboszcza Zoltana Bury, alkoholu donoszonego przez dzieci z miasta oraz dostarczanego przez pijaka, ojca dużej rodziny, na placu zabaw pojawił się tani alkohol, zwykły etanol. Był to dobrej jakości, bezpieczny dla zdrowia bimber. Policja od razu to sprawdziła. Ktoś go produkował i potajemnie dostarczał na plac zabaw. Operacja była tak dobrze zorganizowana, że ani policja, ani rodzice, ani wynajęty detektyw nie byli w stanie nic wykryć. Oficjalnie, nikt nic nie widział ani nie wiedział. Przypadkowe anonimowe doniesienie sugerowało, że bimbrownia jest na wyspie na jeziorze Taner. Rano przed świtem na wyspę wybrał się komendant Mikke w towarzystwie jednego policjanta. Wyspa była zatopiona we mgle. Funkcjonariusze poczekali, aż trochę opadnie i spenetrowali cały teren. Znaleźli tylko opuszczoną budę, którą kiedyś zajmowali myśliwi polujący na kaczki.

Bimbrowni na wyspie nie odkryto, ani nigdzie indziej. Chyba dlatego, że mieściła się ona w piwnicy domu, gdzie nieco wcześniej kupił drugie mieszkanie komendant policji. Pomysłodawcą, organizatorem i operatorem instalacji produkcji bimbru jak na ironię był jego własny syn. Historię bimbrowni i swojego życia opowiadał kolegom z placu zabaw. Nie wiadomo, czy wszystko było prawdą, bo chłopak lubił ubarwiać. Nie wiadomo też, ile prawdy było w tym, co mówił o swojej rodzinie, przede wszystkim matce i siostrze, bo niekoniecznie były to miłe sprawy. Jeśli naciągał, to chyba tylko po to, aby zdobyć większą popularność. Też należał do rozrabiaków na placu zabaw, zaniedbanych przez co najmniej jednego rodzica.

– Ojca nigdy nie ma w domu. Nie ma nawet pojęcia, co ja robię. Czasem tylko mnie pyta, czy nie chciałbym być policjantem. Kiedy odpowiadam mu „Po co?”, denerwuje się. Jest strasznie zajęty i nie ma czasu interesować się moim losem. Uważa, że sam sobie dobrze radzę. Raz to nawet mnie nie poznał, kiedy przebrałem się za księdza prowadzącego akcję charytatywną. Zrobiłem to, aby mu pokazać, że mimo swojej policyjnej mądrości i doświadczenia nie jest w stanie zauważyć kogoś, kogo dobrze zna, stojącego tuż obok. Podobnie jest z bimbrownią. Nie umie jej odnaleźć, mimo że ma ją pod nosem. Matka chciała odejść z domu, bo także ją ojciec zaniedbywał. Nie zrobiła tego ze względu na mnie i na siostrę, ale się rozpiła. Siostrę też to wnerwia. Mówi, że chce zostać prostytutką, taką ze studiami i znajomością języków obcych, bo to najlepsze zarobki i można poznać interesujących ludzi. Dlatego wszyscy pijemy. Teraz, kiedy w piwnicy produkuję bimber i zaopatruję matkę i siostrę, to przynajmniej piją w domu. Matka jest bardzo zadowolona, uważa, że alkohol jest bardzo dobrej jakości. Najbardziej lubi moją “Śliwówkę”. Podobnie siostra. Pije mało, bo nie potrzebuje więcej. Alkohol działa na nią bardzo dobrze, bo pisze książki dla dzieci. Mówi, że jej własne życie i bimber ją inspirują.

*****

Komendant wziął sobie na kieł trudną młodzież z osiedla. Jej uzależnienie od alkoholu, podpalenia i inne ekscesy, częste wypadki i przyjazdy pogotowia ratunkowego, oraz nieskuteczne dochodzenia, bardzo psuły reputację policji. Swoim podwładnym wydał polecenie: Cierpliwie czekać! Było to prawdziwe wyzwanie, ponieważ uzależnienie młodzieży od alkoholu nie zmniejszało się. Nadal notowano awantury, próby podpaleń, wypadki na urządzeniach zainstalowanych na placu zabaw, pożary i kolejne wezwania pogotowia.

Policja opracowała nowy plan. Kiedy dwaj chłopcy należący do grupy nieoficjalnie określanej jako „pijacy” skończyli siedemnaście lat, policja ujęła ich w stanie zamroczenia alkoholowego i zabrała do izby wytrzeźwień, a potem na przesłuchanie na komisariat. Wezwano rodziców. Odbyła się długa rozmowa. Żadna ze stron nie była chętna ujawnić jej przebiegu ani ustaleń. Komendant wyjaśnił tylko, że wszyscy uczestnicy spotkania, chłopcy, rodzice i policja, zgodzili się na pewien eksperyment społeczny przy udziale psychologa młodzieży. Szczegóły porozumienia zostały ustalone i spisane. Wszyscy się pod nim podpisali.

Chłopcy zostali przywiązani specjalną linką do dwóch metalowych słupków ustawionych na placu zabaw. Ich końcówki wygięto w dół i zespawano tworząc metalowe pętle. Nad słupkami postawiono zasłonę w postaci dachu z brezentu. Następnego dnia zastąpiono ją dużym namiotem, odpowiednio wyposażonym, aby można było w nim wygodnie mieszkać i nocować. Chłopcy byli zwalniani rano w celu udania się do szkoły. Po zakończeniu zajęć mieli dwie godziny wolnego czasu do wykorzystania wedle swego uznania, po czym wracali i byli znowu przywiązywani do słupków.

Odc. 5

Był to eksperyment wychowawczy uzgodniony także ze szkołą i kuratorium. Nikt nie protestował, rozumiejąc potrzebę znalezienia rozwiązania. Sami zainteresowani i ich rodzice zgodzili się na to na piśmie. Rodzice jasno wyjaśnili przyczynę swojej zgody.

– Szczerze mówiąc, nie mamy czasu, aby zajmować się dziećmi, bo musimy zarabiać, aby miały one lepiej niż my. Jesteśmy pod presją otoczenia, szkoły i pracy. Sami nie byliśmy w stanie poradzić sobie z chłopcami. Taka kara może im tylko pomóc. Mamy nadzieję, że wyciągną właściwe wnioski, że z alkoholem należy postępować bardzo ostrożnie. Nie jesteśmy w stanie nic zrobić w sprawie uzależnienia dzieci od alkoholu, bo większość młodzieży już pije. Problem uzależnienia młodzieży od alkoholu jest powszechny. Teraz ważne jest wyrobienie nawyków rozważnej konsumpcji alkoholu.

*****

Mijały dni. Zrobiło się ciepło i bardzo zielono, zbliżało się lato. Chłopcy uwiązani na placu zabaw nie rozrabiali, nie mieli ku temu warunków. Mniej też pili, chyba że na rozgrzewkę, kiedy nadchodził chłodniejszy lub słotny dzień. Ludzie z Panoramy pomagali im jak mogli. Przychodzili zazwyczaj grupkami; rozpalano ogniska, pieczono kiełbaski, szaszłyki, mięso z rusztu. Było to tak smaczne, że kupowali nadwyżki pieczonego mięsa, aby zabrać ze sobą do domu.

Chłopcy szybko wpadli na pomysł, że można z tego zrobić dobry biznes. Obydwaj marzyli o większych pieniądzach i uznaniu. Wkrótce założyli firmę „Szaszłykarnia dla Dorosłych i Nieletnich”. Biznes rozwijał się szybciej i pomyślniej, niż mogli się spodziewać. Pieniądze płynęły coraz większym strumieniem; wyroby były bardzo dobre, regularnie zyskiwały atest jakości „Q”, bo zawartość mięsa w kiełbaskach była nie mniejsza niż dziewięćdziesiąt procent. Wkrótce rada miasta przyznała im nagrodę. Chłopcy radzili sobie coraz lepiej; nie wyzbyli się jednak nawyku picia alkoholu. Robili to tylko z większym umiarem mając na uwadze reputację biznesową oraz możliwość wypadku.

*****

Mimo szybkich postępów w edukacji chłopców jako ludzi odpowiedzialnych, komendant Mikke tracił cierpliwość. Policja zmodyfikował swój plan. Nie ujawniając jej nazwiska, komendant wyznaczył nową pracowniczkę w randze sierżanta do śledzenia sytuacji i podstawiania sugestii lepszych rozwiązań. Sierżant Wolf znała lokalne warunki, ponieważ od dnia rozpoczęcia pracy w komendzie miejskiej wynajmowała mieszkanie na osiedlu Panorama. Policjantka przychodziła regularnie, oczywiście w ubraniu cywilnym, nie ujawniając swojej tożsamości, na przyjęcia przy ognisku, śpiewała pieśni harcerskie i religijne, deklamowała wiersze, słowem uczestniczyła w pełni w życiu placu zabaw,  pilnując równocześnie, aby nic złego się nie wydarzyło. Trwało to co najmniej kilka miesięcy. Sytuacja wydawała się zmierzać w dobrym kierunku, bo obroty Szaszłykarni dla Dorosłych i Nieletnich regularnie rosły. Jej właściciele wydawali się jednak coraz mniej nią zainteresowali. Swoim przyjaciołom mówili, że robią to już bardziej z przyzwyczajenia niż z potrzeby serca.

– Rajcują nas pieniądze oczywiście. Ale to nie wszystko.

******

W dniu, kiedy chłopcy osiągnęli pełnoletniość, zwolniono ich odbywania kary. Odbyła się mała uroczystość. Miało być bez alkoholu, stało się jednak inaczej. Chłopcy narozrabiali, przyjechała policja, musiała nawet użyć pałek, aby doprowadzić towarzystwo do porządku i zawieźć je do izby wytrzeźwień. Sprawa trafiła do sądu. Dwóch pełnoletnich już chłopców, właściwie mężczyzn, uznano za inicjatorów rozróby i postawiono im zarzuty. Było ich łącznie cztery, jeden poważniejszy od drugiego. W trakcie rozprawy przypomniano im też wcześniejsze występki. Uzbierało się tego więcej niż można by się spodziewać. Według prasy lokalnej młodzi ludzie byli kryminalistami prawie od dzieciństwa, zdeprawowanymi recydywistami, wręcz potworami.

Zapadł wyrok dwóch lat pozbawienia wolności w zawieszeniu. Oskarżyciel publiczny złożył apelację. Sprawa trafiła do ponownego rozpatrzenia. Powołano nowych świadków. Oskarżonych dodatkowo obciążyły zeznania osób z najbliższych rodzin, matki jednego chłopca i dziadków drugiego. W pierwszym przypadku matka chciała pozbyć się syna z domu, ponieważ po rozwodzie z jego ojcem, syn sprzeciwiał się jej związkowi z innym mężczyzną. W drugim przypadku dziadkowie opowiedzieli w sądzie makabreski, jakie rzekomo kochający wnuk fundował im pod choinkę z okazji Bożego Narodzenia, potem na imieniny, a regularnie z okazji świąt kościelnych.

– Jesteśmy ludźmi pobożnymi, ale nasz wnuk to degenerat. Wierzymy w Boga, chodzimy regularnie do kościoła, podczas gdy on w czasie aresztu nie był ani razu choćby w kaplicy, aby przeprosić Boga za swoje grzechy.

*****

Co było najdziwniejsze, ksiądz proboszcz, najlepiej znający młodzież osiedlową i z reguły zabierający głos w jej obronie, tym razem potwierdził złe prowadzenie się chłopców. Twierdził, że są tak zepsuci, że w więzieniu będą demoralizować starych recydywistów swoją znajomością prawa i przebiegłością, kłamiąc bez mrugnięcia okiem.

Czy tak się stało, nie wiadomo. Faktem było, że trafili do więzienia i szybciej niż ktokolwiek się spodziewał uzyskali obywaj przepustki. Wrócili z nich w terminie i w stanie pełnej trzeźwości. Zdarzyło się to kilka razy z rzędu. Naczelnik więzienia nabrał do nich zaufania. Na przepustkę wychodzili tak często, że inni więźniowie żartowali, że naczelnik dawał im klucze do bramy wejściowej a strażnicy nie sprawdzali nawet zawartości ich plecaków po powrocie z przepustki nie wspominając kieszeni.

Odc. 6

Był w tym ukryty plan. Na początku dwaj mężczyźni wracali z pustymi rękami, lecz za trzecim i każdym kolejnym razem wnosili do więzienia wódkę i papierosy. Nie handlowali tym towarem, tylko dzielili się z innymi. Wkrótce zdobyli sobie szacunek wszystkich współwięźniów. Nikt nie puścił pary z ust na temat ich postępowania, nikt nic nie widział ani nie słyszał. Któregoś razu udało im się przemycić do więzienia małego szczeniaka na wychowanie; natychmiast stał się pupilem więźniów. Sprawa się wydała; wszyscy więźniowie jak jeden mąż zastrajkowali, kiedy strażnicy chcieli usunąć szczeniaka poza teren więzienia.

Sprawa stała się poważna, trafiła na łamy prasy i telewizji. W sukurs więźniom przyszli działacze ochrony zwierząt oraz zwolennicy reedukacji i społecznej rehabilitacji więźniów. Naczelnik więzienia po konsultacji z przełożonymi wyraził w końcu zgodę na pozostawienie psa; zwierzak wychodził na spacery razem z aresztantami. Atmosfera uległa natychmiastowej poprawie.

*****

Nie trwało to długo. Wynikły problemy; więzienie było coraz bardziej przeludnione. Myślano, debatowano nad tym i nic. Kandydat na burmistrza Grosswasser w zbliżających się wyborach obiecał powiększyć więzienie kosztem mniejszej ilości mieszkań budowanych przez miasto na potrzeby najuboższych mieszkańców. Okazało się to tylko hasłem wyborczym, które pomogło mu zdobyć upragnione stanowisko. Problem przeludnienia więzienia pozostał nierozwiązany. Wszyscy oczekiwali kryzysu i buntu więźniów.

*****

Na placu zabaw sytuacja też się nie poprawiła. Młodzież pozostająca na wolności, jak również ci, którzy wychodzili z więzienia, nadal pili i rozrabiali. Przy słupkach przebywali kolejni dorastający chłopcy z osiedla przywiązani w ramach eksperymentu społecznego. Zwalniano ich rano dla umożliwienia nauki w szkole, aby unieruchomić na nowo późnym popołudniem. Każdy mieszkaniec osiedla i ludzie z miasteczka mieli do nich dostęp.

Burmistrz, rada miasta i policja po kilku naradach doszli do wniosku, że mimo wszystko jest to skuteczna metoda walki z przestępczością osiedlową i reedukacji, i ogrodzili część placu zabaw, gdzie stały namioty z dwoma słupkami i przywiązanymi do nich chłopcami. Teraz teren ten został odgrodzony siatką pozostawiając sporo miejsca wewnątrz ogrodzenia. Szaszłykarnię rozbudowano nadając jej nową nazwę „Panorama” oraz stworzono Klub Taneczny „Bezwstydna”, gdzie dziewczyny z osiedla tańczyły kankana. Jak się później okazało, były to pomysły mężczyzn przywiązywanych do słupków.

*****

Zmiany okazały się udane. Zarówno szaszłykarnia jak i klub prowadzone były fachowo, zyskując szybko renomę i uznanie jako udana forma społecznej reedukacji pijących młodych ludzi. Obydwa lokale były coraz częściej odwiedzane także przez gości zza granicy, szukających nietypowych przeżyć. Zdarzali się też turyści ze wschodu, a nawet z innych kontynentów.

Niedługi czas potem wewnątrz ogrodzenia zbudowano scenę i urządzono Teatr Osiedlowy „Marycha”. Cieszył się wielkim wzięciem, zwłaszcza od czasu, kiedy zaczęto wystawiać sztuki o zdeprawowanej młodzieży. Okazały się prawdziwie kultowe. Dochody z szaszłykarni, klubu tanecznego i teatru przeznaczano w części na finansowanie miejskiego więzienia, w części na dofinansowanie pogotowia ratunkowego, którym zarządzał syn poprzedniego dyrektora od czasu, jak ojciec zmarł na serce.

*****

Ze swoimi niekonwencjonalnymi rozwiązaniami osiedle Panorama zyskiwało coraz większą renomę. Pisała o nim prasa lokalna, potem regionalna, w końcu krajowa. Wkrótce tematem zainteresowały się także portale internetowe i telewizja.

Wraz z poprawą sytuacji na osiedlu, poprawiała się sytuacja w więzieniu. Coraz więcej cel było wolnych. Władze więzienne po konsultacji z burmistrzem i radą miasta podjęły decyzję eksperymentalnej hodowli pieczarek. Okazało się, że warunki panujące w więzieniu są wręcz idealne. Cele położone od strony południowej, na obszarze niecki gruntowej, były cieplejsze i wilgotniejsze od pozostałych. Hodowlę pieczarek prowadzili więźniowie pod nadzorem specjalisty zatrudnionego przez miasto. W miarę rozkręcania się biznesu, zyskiwali także mieszkańcy miasteczka zatrudnieni przy hodowli, transporcie, sprzedaży i reklamie.

Pieczarki stały się źródłem poważnych dochodów; dobrze się sprzedawały, szczególnie do Francji. Robiono z nich także specjalistyczne dania mrożone. Ciężarówki odjeżdżały wypełnione po brzegi. Efekt był taki, że odbiorcy francuscy pytali czy więzienie w Grosswasser nie mogłoby zaopatrywać ich także w ślimaki winniczki. Okazało się to możliwe na terenach bezpośrednio przyległych do budynku więzienia.

Po dwóch latach miasto wkroczyło w okres prawdziwej prosperity. Prasa pisała o nim, że tonęło w pieniądzach. Burmistrz przedstawił swoje sukcesy na wspólnym posiedzeniu przygranicznego regionalnego parlamentu francusko-niemieckiego. Wszyscy wzorowali się na jego mieście, organizując konferencje i narady na temat, w jaki sposób rozwiązać problem przestępczości młodocianych zapewniając równocześnie rozwój gospodarczy. Nowy model życia społecznego upowszechnił się w większości miast kraju; Grosswasser okrzyknięto miastem dziesięciolecia.

*****

Problemy pojawiły się z zupełnie innej strony; nikt się ich nie spodziewał. Były to efekty gwałtownego wzrostu dobrobytu mieszkańców osiedla Panorama i miasteczka. W krótkim czasie zanotowano gwałtowny wzrost otyłości, wzrósł poziom rozwodów, rozpanoszyła się cukrzyca i podobne choroby, w końcu upowszechniło się pijaństwo także wśród osób odpowiedzialnych za dobrostan miasta: rady miejskiej, urzędników, nauczycieli, policjantów, strażników miejskich i więziennych. Przewodniczący rady miejskiej popełnił samobójstwo, kiedy opuściły go córka i żona, obydwie, aby poświęcić się tańcu przy rurze w renomowanym już klubie tanecznym „Bezwstydna”. 

Była to prawdziwa kwadratura koła. Wrócił stan sprzed kilku lat, dzieci znowu piły na umór na placu zabaw, aby spadać z wszystkiego, co miało dostateczną wysokość, nawet z obudowy piaskownicy. Łamały się wtedy i rozbijały, dla zapomnienia o bólu znowu piły, znowu łamały się i rozbijały. Pogotowie nie nadążało z płaceniem rachunków za benzynę, groziło mu bankructwo. Nic już nie można było naprawić. Kwadratura koła była faktem: kwadrat stawał się kołem, koło elipsą, elipsa znowu kwadratem.

– Nie tak wyobrażaliśmy sobie raj. – Podsumował burmistrz, kiedy na placu zabaw pojawił się ponownie Rod, syn prokuratora, który pierwszy zaczął pić alkohol na placu zabaw Panoramy dając fatalny przykład innym dzieciom. Na zakończenie swojego wystąpienia burmistrz dodał: – Nasz raj był zmyśleniem. 

Burmistrz miał jeszcze na podorędziu kilka innych mądrych sentencji. Ludzie lubili go i słuchali jego wystąpień, nazywali go Mistrzem, Dobroczyńcą, Mecenasem, czasem także padała nazwa Think Tank. Miasteczko i osiedle Panorama zawdzięczały mu wiele; ostatecznie jednak wszystko poszło nie tak jak trzeba. Nawet burmistrz nie był w stanie temu zapobiec.

Autor: Michael (Michał) Tequila
Gdańsk, 23 04 2020

0Shares

Niepokorny świat Izydora Czyżyka. Opowiadanie fantastyczne.

Odc. 1

Izydor Czyżyk był postacią kontrowersyjną nawet dla siebie samego, włącznie z pogmatwaną historią swego życia. Chyba zdawał sobie sprawę, że jest w nim coś dziwnego, skoro napisał w pamiętniku: „Jestem przedstawicielem szalonego pokolenia szybkich technologii, smartfonu, cukrzyków, rosnącej zamożności a wraz z nią otyłości, depresji i samotności. Mam mało przyjaciół. Niewielu ludzi mnie rozumie. Żyję sam i wymyślam sobie rzeczywistość. Moje rodzeństwo to wyobraźnia, fantazja i urojenia. Wymyśliłem sobie na przykład Święto Chudego Ptaka. Ptaki rzadko bywają chude, a ten jest chudy. Ale wszystkie latają. I tego im zazdroszczę. Też chciałbym latać, być wolną istotą”.

*****

O godzinie siódmej piętnaście rano powietrze było tak przezroczyste, że Izydor widział ze swojego okna stary Mercedes w trzykrotnym powiększeniu. Zawsze stał on w odległości dwudziestu jeden metrów, teraz widoczny był w odległości nie większej niż siedem metrów. Może nawet bliżej. Kiedy Izydor wyciągnął rękę, miał wrażenie, że dotyka klamki.

– Fajne autko – krzyknął do żony zanim sobie przypomniał, że od czasu rozwodu jest znów samotnym, starym kawalerem. Rozwiódł się wtedy, kiedy stracił słuch i głos. To, co wydawało mu się krzykiem, było tylko milczącym otwieraniem ust. Obejrzał siebie kiedyś w lustrze; wyglądał jak karp wyjęty z wody bezradnie chwytający powietrze. Niepełnosprawność nie przeszkadzała mu w życiu, pod warunkiem, że nie pamiętał o niej. Kiedy ją sobie przypominał, zamykał się w sobie, tracił kontakt z otoczeniem. Myślał wtedy, że to dlatego, że jest uparty.

*****

O godzinie ósmej rano radio podało, że miasto we władanie wzięła cisza. Był to wynik rozejmu zawartego o północy między Pasjonatami Ciszy a Producentami Hałasu, którzy za wynagrodzeniem zgodzili się powstrzymywać przez czas nieokreślony od wytwarzania szumu, warkotu, jazgotu i podobnych dźwięków.

Sprawa była poważna. W kraju było coraz więcej osób głuchych, zastraszająco szybko rósł też odsetek ludzi z częściową głuchotą i niedosłuchem. Był im trudno funkcjonować w społeczeństwie. Pasjonaci Ciszy – także w ich imieniu – od wielu już lat darli koty z Producentami Hałasu; konflikt narastał. Obydwie strony gromadziły siły do ostatecznej rozgrywki, przekonani, że spór musi w końcu znaleźć jakieś rozwiązanie.

Izydor ucieszył się wiadomością o rozejmie, ponieważ lubił ciszę, zanim ogłuchł.

– Mam co najmniej siedem dni na powrót słuchu. Tylko w ciszy jest to możliwe. Co do powrotu do mówienia, to powinno być jakieś porozumienie między mówiącymi a niemowami. To ułatwiłoby powrót do zdrowia ludziom takim jak ja. Nie musiałbym kupować słuchawek do uszu ani tuby do nagłaśniania się w miejscach publicznych. Izydor ucieszył się, że wprawdzie jest głuchoniemy, ale potrafi doskonale myśleć.

Umocniwszy się w przekonaniu, że ma szansę wrócić do siebie odzyskując brakujące zmysły, usłyszał na korytarzu za drzwiami ledwo wyczuwalne szczekanie psa. Jego głos był tak cichy jakby zwierzę siedziało opakowane w wacie. Normalnie pies sąsiada, potężny doberman z odnowionym operacyjnie węchem, wydawał z siebie dźwięki masywne jak dudnienie średniego dzwonu na wieży kościelnej budowanej dla umocnienia wiary w pięć zmysłów: wzroku, słuchu, smaku, węchu i dotyku.

Przyglądając się budowie wieży, Izydor wymyślił jeszcze pięć dodatkowych zmysłów: noncepcji czyli odczuwania bólu, zmysł temperatury, zmysł równowagi, propriocepcji czyli ułożenia części ciała względem siebie oraz percepcji czasu. Pomysłów nie zgłaszał do opatentowania tylko dlatego, że mu powiedziano, że musiałby przedstawić modele tych zmysłów oraz wyliczenia matematyczne potwierdzające ich działanie.

Wracając z obserwacji wieży, uważanej za świętą z racji przynależności do kościoła, Izydor poczuł, że odzyskał mowę. Uznał to za cud. Poruszył kilka razy językiem i rzeczywiście, układał on się w ustach zupełnie inaczej niż u niemowy. Idąc zatłoczoną ulicą nie wypadało mu wykonywać testów potwierdzających fakt odzyskania mowy. Jak tylko wrócił do domu, od razu wykonał eksperyment: otworzył szeroko okno i z całych sił krzyknął. Zdumiał się, bo nie usłyszał nawet echa; tylko cisza dzwoniła mu w uchu młoteczkiem Eustachiusza, który uruchomił się automatycznie. Odzyskanie mowy okazało się złudzeniem.

Izydor postanowił wykonać jeszcze jeden eksperyment. Wyjął młotek z walizki z narzędziami, otworzył okno i z wysokości trzeciego piętra, gdzie mieszkał, zrzucił go na bruk. Po chwili usłyszał dźwięk przypominający piórko opadające na korkową podłogę, czyli praktycznie nic. To go dodatkowo zdezorientowało, ponieważ nie wiedział czy brak odgłosu uderzenia młotka o bruk było efektem jego własnej głuchoty, czy też dziwnym efektem głębokiej ciszy panującej od tygodnia.

Istnienie niekończącej się ciszy szokowało ludzi; dostrzegali to i odczuwali, nie mogąc wyjść z podziwu, co się dzieje. Izydor ze względu na swoją głuchotę nie zawsze był pewny, czy to co czuje i słyszy wokoło, to rzeczywiście świat ciszy, czy tez jego wyobrażenie ciszy puste jak orzech wygryziony przez robaki.

*****

Zamierzając wyjść z domu, Izydor spojrzał w lustro. Wydał się sobie młodszy co najmniej o sześć lat. Ustalił to ponad wszelką wątpliwość, przypominając sobie czuprynę jaką miał na głowie sześć lat wcześniej. Dla pewności odszukał zdjęcie wykonane w tamtym czasie i porównał z wizerunkiem w lustrze. Wszystko się zgadzało. Oglądanie zdjęć i czupryny zajęło mu trochę czasu. Spojrzał na zegarek i zdziwił się: wskazówka godzinna poruszał się wolniej niż zawsze. Takie miał wrażenie. Znowu skojarzył to sobie z ciszą.

*****

Następnego dnia, siedząc przy śniadaniu z rodziną, zastanawiał się, co oznaczają zmiany. Najmłodsza latorośl, dorobek córki Izydora oraz jej rudego adoratora, chłopczyk skąpy w mowie i tak wolny w myśleniu, że drzwi odmawiały mu otwarcia się, bo stojąc przed nimi nie był w stanie zdecydować się, czy w ogóle wyjdzie, zauważył rezolutnie:

– Te wszystkie zmiany są super.

Krótkie logiczne zdanie i wyraźny głos dziecka były dla rodziny objawieniem. Wszyscy popatrzyli na niego w zdumieniu.

– Sam to wymyśliłem. Nie ma co się dziwić, ta cisza też mnie zmieniła. Rezygnuję ze ssania palca, już mi się to znudziło.

Kiedy zauważył, że nikt mu nie wierzy, podszedł do drzwi balkonowych, otworzył je i udawał, że wyrzuca palec za okno. Chwilę czekał na odgłos upadku, ale nic takiego nie nastąpiło. Na zewnątrz panowała głucha cisza. Matka wytłumaczyła mu, że palec jest zbyt mały i miękki, aby wywołać jakikolwiek dźwięk.

Odc. 2

Popołudniowe wydanie „Gazety Wieczornej” ukazało się z trzygodzinnym opóźnieniem. Nikogo to nie zdziwiło bo czas był niezwykły. Gazeta przedstawiła kilka teorii wyjaśniających istnienie niezwykłej ciszy. Ksiądz kanonik – mówiono o nim, że kilka razy słyszał głos z nieba – argumentował z przekonaniem, że Bóg przypomniał sobie, że ma pod opieką całą ludzkość i zwierzęta i powrócił na ziemię dewastowaną przez zarazę hałasu.

– Mieszka teraz u mnie na plebanii. Na początku myślałem, że to mój kolega ze szkoły podstawowej. Poznałem go po rudej czuprynie. Ale jak mi pokazał legitymację, wiedziałem już na bank, że to Najwyższy. Polubiliśmy się od pierwszego wejrzenia. – Bóg powiedział mi też, co sądzi o hałasie. Był szczery aż do bólu.

– Jeszcze wczoraj gotów byłbym dokopać ludzkości za brak dbałości o porządek na ziemi, zanieczyszczenie lądów i oceanów plastikiem, jedzenie wyrzucane na śmietnik, hałas sprzeczny z zasadami przyrody, i inne świństwa, ale już tego nie zrobię. Wyłączyłem się i jestem szczęśliwy. Alleluja!

– To „Alleluja” mnie przekonało – kontynuował ksiądz kanonik. – Potem znowu popadłem w zwątpienie, kiedy mi powiedział:

– Daj mi wreszcie coś zjeść, bo jestem głodny jak wilk.

– Jego język mnie zdezorientował – zauważył kanonik. – Sam rzadko posługuję się takimi określeniami. Kiedy mu powiedziałem o porozumieniu Pasjonatów Ciszy i Producentów Hałasu, ucieszył się.

– Wreszcie poszliście po rozum do głowy. Potrzeba było wam na to kilka tysięcy lat cywilizacji, głuchoty i przytępionego słuchu milionów ludzi.

*****

W nocy Czyżykowi śnił się ogród. Udał się tam razem z wnuczkiem. Przeżyli tam przygodę. W ogrodzie panowała cisza, ale można było wyczuć niepokój. Po prostu wisiał w powietrzu. Źródłem niepokoju był symboliczny Hałas, dotknięty porozumieniem między Pasjonatami Ciszy i Producentami Hałasu.

– To tylko cisza przed burzą, którą wam zgotuję, jak tylko przestanie obowiązywać ta beznadziejna umowa między Producentami Hałasu i Pasjonatami Ciszy – Hałas zacisnął wielkie łapska, służące mu do ściskania brzucha w celu wydobycia z siebie dźwięków.

*****

W mieście nie było dobrze. Kolejarze mieli poważne problemy. Mimo, że obowiązywała powszechna cisza, pociągi jak dawniej łomotały na złączach szyn, zwłaszcza kiedy przejeżdżały po żelaznym moście. Obsługa pociągu osobowego numer 18 odjeżdżającego ze stacji Tajna na wschód postanowiła zmienić to raz na zawsze. Ustawili się na peronie w rzędzie i kolejno podchodzili do pociągu, aby smarować koła towotem. Co godzinę testowano, czy pociąg jeździ już cicho. Do połowy dnia nie zanotowano żadnych efektów.

Kolejarze nie załamywali się. Dodawali smaru do oliwiarek i kontynuowali pracę, zdecydowani zmiękczyć koła w ich żelaznym uporze. Po ośmiu godzinach wysiłku udało im się osiągnąć postęp. Koła zmiękły do tego stopnia, że nawet przy większej szybkości pociągu słychać było tylko szum wiatru.

Była to informacja jaka ukazała się następnego dnia, oczywiście nieprawdziwa. Kilka dni później wyszło na jaw, że na koła nałożono obręcze wykonane z materiału używanego do produkcji poszycia statków kosmicznych, odpornego na uderzanie, ścieranie i wysokie temperatury. Dostawę sfinansowała firma Cosmic Materials Inc., kiedy zorientowała się, że na świecie jest taka liczba pociągów, że na dostawach dla kolei zarobi tysiąc razy więcej niż zaopatrując kilka wielkich firm budujących statki kosmiczne. Potrzebę stosowania nowych rozwiązań dyktowały oczywiście warunki umowy zawartej między Pasjonatami Ciszy a Producentami Hałasu.

Problemem pozostał żelazny most. Kiedy koła nie wydawały już z siebie nieprzyjemnych dźwięków, on nadal huczał i to niezależnie od tego, co nim przejeżdżało: pociąg pancerny, lokomotywa i wagon z pieluchami dla niemowlaków, drezyna na drewnianych kołach wypełniona aseptycznymi maseczkami, czy też rowerzystka na specjalnym trójkołowcu z dwoma koszami grzybów z pobliskiego lasu.

– To wszystko jest bez sensu – pomyślał Izydor Czyżyk i udał się do kuchni, aby zrobić sobie drugą kawę. Tym razem wsypał do kawiarki sześć łyżeczek kawy. Jeszcze przed zapadnięciem ciszy ustalił drogą eksperymentów, że kawa wprawdzie nie poprawi mu słuchu ani mowy, ale nastraja go optymistycznie. Bardzo tego potrzebował, zwłaszcza kiedy świat jawił się mu niezrozumiały i okrutny. Złe myśli sprowadzały go wtedy na manowce, czarne i cuchnące grzechem bagna rozważań o zboczeniach, morderstwach i podpaleniach. W chwilach rozpaczy myślał nawet, czy by nie zostać idiotą, aby zachować stoicki spokój wobec niepokojących spraw tego świata, zwłaszcza zabójczego wirusa.

– Psychiczny upadek na głowę uchroniłby mnie przed myśleniem o samobójstwie.

Przez chwilę Izydor koncentrował uwagę na czworokącie „mocna kawa – okrutny świat – błogosławiony idiotyzm – niepotrzebne samobójstwo”, po czym wyszedł na balkon, aby sprawdzić, czy nie pojawiło się nowego.

Zdziwił się. Obok balkonu, na wyciągnięcie ręki, unosił się w powietrzu ptak. Trzepotał skrzydełkami jak koliber i w ogóle nie bał się człowieka. Był niebieskiego koloru jak electric sparrow w Australii. Tylko w ogonku miał kilka kolorowych dłuższych piórek, wyglądały jak doczepiona kitka. Izydor przyjrzał mu się i zauważył, że ptak macha skrzydełkami mechanicznie tylko w jedną stronę, jak helikopter śmigłem. Przyjrzał mu się jeszcze dokładniej. Była to zabawka, idealnie wykonana, pozorująca żywego ptaka, kolorowego i błyszczącego. Kiedy zastanawiał się, skąd tam się wzięła, na boczny balkon wyszedł sąsiad Izydora. Na imię miał Zdzisław, na nazwisko Hrabąszcz, przez samo H. Uważał, nie bez powodu, że to czyni go wyjątkowym. Okazało się, że koliber był podarunkiem od niego.

– Od dawna pragnąłem, Izydorze, zrobić panu przyjemność, czymś zaimponować, oderwać od smutnej rzeczywistości, która nas wszystkich gnębi. Miała to być niespodzianka i chyba mi się udało. Nabytku dokonałem na jarmarku w Radnicy, miejscowości, gdzie jest źródło uzdrawiającej świętej wody oraz dom wariatów przez nielicznych nazywany Zakładem Opieki Psychiatrycznej.

Mężczyźni wdali się w dyskusję.

– Nie wiem dlaczego ludzie nie wybierają prostszych nazw, bardziej przystających do rzeczywistości – stwierdził sąsiad. – Prawdopodobnie chodzi o tak zwaną polityczną poprawność. Nie rozumiem tego, ponieważ nie udało mi się dostrzec u żadnego zdrowego psychicznie człowieka zainteresowania polityką. O samym zawodzie polityka, posła i wysokich urzędników państwowych, osób politycznych z natury, nie wypowiadam się, ale wydają mi się podejrzani. Czy wie pan, drogi Izydorze, że jeden z nich chodzi regularnie na cmentarz. Mówi, że tam nachodzą go najciekawsze i najwartościowsze myśli. Wiem, jest to fakt niezbity, gotów jestem określić to dosadniej, a nawet pójść o zakład, że niektórzy politycy byli leczeni, będą leczeni lub po prostu wymagają leczenia w Radnicy. Zwiedzałem to miejsce. Mnie osobiście tam się nie podoba. Ściany Domu Pogodnego Nastroju są zjadliwie żółte, ten kolor źle mi się kojarzy, bo z żółtaczką. Nigdy nie kupiłbym kanarka w tym kolorze.

Dwie godziny później sprzed balkonu odleciał ptak. Wtedy zjawił się motyl. Było to dla Izydora zrozumiałe. Ptak był zagrożeniem dla motyla, choć ten był wielki jak piłka futbolowa. Izydor wyjaśnił to sąsiadowi, czując się zobowiązany odpłacić mu miłym zachowaniem za oryginalny upominek.

– Może przesadziłem z tym porównaniem motyla do piłki, bo dawno nie grałem w piłkę nożną, ale owad jest naprawdę duży i okrągły, kiedy porusza skrzydłami. Chodzi mi o krągłość dynamiczną, obejmującą tułów, łebek, ogon oraz kolorowe skrzydełka dodające powabu istocie żyjącej z ruchu na otwartej przestrzeni, gdzie panuje wolność i jest dużo tlenu.

*****

Wieczorem Izydor przed udaniem się spać przyjął lekarstwa. Coś musiał niedopatrzeć lub przyjąć za dużo, albo też wziąć nie te leki co trzeba, gdyż obudził się z potwornym bólem głowy dopiero trzy dni później. W ciągu tego krótkiego czasu kraj zmienił się nie do poznania. Cisza jeszcze bardziej się pogłębiła. Jeśli gdziekolwiek pojawił się hałas, natychmiast eliminowano jego źródło. Osoby wywołujące dźwięki surowo karano mandatami, przy większych przewinieniach więzieniem.

Cisza stała się najwyższą wartością, naczelnym dobrem kraju, imperatywem. Na kolorowym osiedlu zamieszkałym przez imigrantów z Ameryki Południowej, na budynkach wypisane były hasło: Silencio o Muerte, Cisza albo Śmierć. Oczywiście nikogo nie karano śmiercią, to było tylko wezwanie do śmiertelnie poważnego traktowania ciszy.

*****

Izydor zbadał sprawę. I co się okazało? W kraju nastąpił przewrót. Władzę objął generał artylerii Roto Tandem, który natychmiast sformował rząd autorytarny, przyznając sobie stanowisko premiera. Stanowiska prezydenta nie obsadzono. Nowy szef rządu był zaprzysiężonym wrogiem hałasu i miłośnikiem ciszy. Sam miał problemy zdrowotne, ale nie wierzył lekarzom. Nie miał do nich zaufania. Uważał, że jego armia doznała z ich strony wielu upokorzeń na polach bitewnych.

– Oni nie potrafili uratować nawet rannych żołnierzy mających organizmy ze stali, młode i potwornie silne. 

Kiedy lekarz wojskowy po kilku badaniach oświadczył generałowi, że stracił on słuch wskutek przewlekłych chorób ucha, chorób zakaźnych, chorób wysokogorączkowych, antybiotyków, urazów chemicznych, mechanicznych oraz psychicznych, pacjent z miejsca odrzucił diagnozę i więcej na ten temat z lekarzem nie rozmawiał. Swoimi poglądami podzielił się z członkami rządu stanowiącymi równocześnie sztab generalny sił zbrojnych kraju:

– Jestem głuchy bo popękały mi bębenki w bitwie pod Sukumi. Cóż ten pierdolony konował może wiedzieć o kanonadzie armatniej, kiedy nie tylko bębenki i trąbki Eustachiusza ale i głowy pękają od huku?!

Odc. 3

Po obiedzie Izydor wyszedł przejść się po Osiedlu Bezkresna. Nigdzie nie słyszał rodzimej mowy.

– Have you seen, by any chance, my mobile phone? – zapytał go szczupły rudzielec. Izydor znał go z widzenia; był to rozwoziciel pizzy latem w wolnych chwilach pomagający uciszać żaby na stawie osiedlowym. Zapytany o pracę, rudzielec wyjaśnił Izydorowi, że nie pracuje już przy uciszaniu żab, ponieważ po wejściu w życie porozumienia o ciszy wytępiono je całkowicie ze względu na uporczywe i głośne kumkanie.

Prawie wszyscy mówili już po angielsku. Nie wiadomo kiedy ten język zdominował kraj. Aby używać inne języki trzeba było wykupić pozwolenie zwane „permitem”. Miało ono postać karty magnetycznej, określającej dopuszczalną ilość przekazów w danym języku i czas jej ważności. Ilość przekazów obliczał specjalny chip umieszczony w karcie.

Rodzimym językiem mało kto chciał mówić. Uważano, że jest mniej precyzyjny i zbyt głośny, ponieważ zawiera zbyt wiele zgłosek warczących i syczących. Było to sprzeczne z przepisami o powszechnej ciszy. Język rodzimy stał się także niemodny. Jeśli ktoś wspomniał autora czy autorkę powieści, opowiadania, eseju czy poezji, od razu traktowano go jak erudytę. Erudyci zdarzali się jeszcze w środowiskach czytających literaturę piękną i rozumiejących jej treść. Na ogół ludzie komunikowali się ze sobą przez telefon. Nawet jak stali w odległości kilkunastu kroków, to zamiast zbliżyć się do siebie i porozmawiać patrząc sobie w oczy, rozmawiali przez telefon komórkowy.

– Dlaczego oni to robią? – Izydor zapytał mieszkańca osiedla, wzbudzającego zaufanie pełną twarzą, siwizną z zakolami łysiny oraz barczystą sylwetką. – Czuję się zagubiony w świecie tak dziwnej komunikacji.

– Tak jest łatwiej. Ja sam przystosowałem się bardzo szybko. Bez smartfonu nie wyobrażam sobie życia teraz. Nowe telefony pozwalają mówić bezgłośnie; czujnik przylegający do szyi wychwytuje głos wychodzący z krtani i przekształca go na bezgłośne fale odbierane przez drugą osobę już w formie słów trafiających bezpośrednio do ucha. Nawet w domu rozmawiam z rodziną przez telefon komórkowy. Korzyść jest taka, że kiedy odwrócę się plecami do rozmówcy, albo on do mnie, to nikt z nas tego nie widzi i nie nazywamy się nawzajem impertynentami. Przyzwyczaiłem się już do tego. Myślę, w przyszłości każdy będzie mieć miniaturowy telefon wszczepiony w ramię lub umieszczony w głowie w postaci chipu.

Powszechnie stosowano też skróty słowne i myślowe. Każda większa grupa zawodowa miała własny slang. Jego celem było oszczędne używanie słów, wydawanie z siebie jak najmniejszej ilości dźwięków. Na każdym kroku Izydor widział przypomnienia i dowody, że cisza jest dobrem narodowym, powszechnym priorytetem a nawet warunkiem zamieszkania w kraju.

*****

Wieczorem nad balkon Izydora nadleciało stadko dronów. Były tak małe, że dzieci nazywały je dronikami. Stado było liczne, w powietrzu zrobiło się gęsto. Drony były napędzane silnikami elektrycznymi najnowszej generacji, nie emitującymi dźwięków. Izydorowi przypominały wyglądem i zachowaniem miniaturowy cyrk. Porównał je do mimów i klownów. Niektóre z nich były kolorowe, niektóre kropkowane i wygrywały melodyjki. Izydor łatwo rozeznał, które były japońskie, a które południowokoreańskie. Te pierwsze miały w pyszczkach kwitnące gałązki wiśni, te drugie mikroskopijną flagę swojego kraju. Innych dronów było bardzo mało. Wszystkie okazy błyskały małymi oczkami na nanotechnicznych szypułkach.

– Same miniaturki. – Pomyślał Izydor. Wychylił się za poręcz balkonu i usiłował schwytać jednego za nóżkę, ale dronik uszczypnął go boleśnie w palec. Izydor poczuł to jak zastrzyk elektryczności. Szczypnięcie wywołało reakcję w tej część mózgu, gdzie znajduje się motywacja, wola i pragnienie. Odeszła go chęć łapania czegokolwiek.

Zrobiło się ciemno. Izydor wrócił do pokoju, zaciągnął story w oknach i zajął się porządkowaniem rzeczy na biurku. Kiedy się z tym uporał, podniósł zasłonę w oknie i popatrzył na zewnątrz. Świata już nie było. Po prostu znikł, wyniósł się, jakby zdenerwował się na ciszę, dzwoniącą o tej porze w uszach silniej niż w ciągu dnia. Izydor domyślił się, że świat wróci dopiero o brzasku, którego początek był regulowany globalnie podobnie jak pogoda. Zrozumiał, że dopiero wtedy świat pojawi się w pełni chwały oświetlony promieniami słońca dobiegającymi zza lasku brzozowego, prymitywnej monokultury przyrodniczej, położonej od wschodniej strony Osiedla Bezkresna.

Była to zapowiedź kolejnego dnia ciszy. Izydor lubił ciszę, idealnie współgrała z jego głuchotą. Męczyło go tylko jedno: brak przekonującej definicji ciszy. Powoli stawało się to jego obsesją, psującą radość płynącą z powszechnego milczenia ludzi i wytworów ich cywilizacji.

Autor: Michael (Michał) Tequila
Gdańsk, 18 04 2020

0Shares

Polowanie. Opowiadanie kryminalne.

Zima zaczęła się znacznie wcześniej, prawie w połowie jesieni i była znacznie dłuższa niż kiedykolwiek, mroczna i mroźna. Temperatura utrzymywała się poniżej wieloletnich notowań. Światło słoneczne prawie znikło, ludzie wyjeżdżali do pracy w ciemnościach i tak samo wracali. Niektórzy nie mogąc poradzić z okropnym zimnem i ciemnością upijali się, brali leki, myśleli nawet o samobójstwie.

– Takiej zimy to nawet najstarsze wieloryby nie pamiętają. – Sven Larsen lubił takie powiedzenia. Był to jego sposób żartowania. Wyglądał zresztą na człowieka, który nie umie inaczej żartować: mocnej budowy, nieśpieszny w ruchach, długie włosy opadające na ramiona, gęsta, zmierzwiona broda, wąsy i nieco ociężałe spojrzenie.

Mimo tego, że dobrze radził sobie zimą, tym razem nie powiodło mu się, został sam w domu, bez rodziny. Arne, wyjeżdżając z dziećmi do swojej matki powiedziała mu na odchodnym:

– Jesteś nie do zniesienia. Wkrótce zamęczyłbyś nas, najpierw mnie, potem dzieci. Musisz się leczyć. Ja nie mogę żyć w takich warunkach.

Długa i ostra zima wyjątkowo źle wpływała na wszystkich. Ludzie ratowali się jak mogli. W domu, po powrocie z pracy oraz w czasie weekendu, Arne postępowała podobnie jak inne kobiety, podejmowała środki zaradcze. Tłumaczyła mężowi:

– Jest tak ciemno, że wyć się chce, mimo, że mieszkamy w Norwegii od zawsze i powinniśmy być przyzwyczajeni. Dlatego ubieram się kolorowo, zasłaniam okna, zainstalowaliśmy przecież w tym celu specjalne zimowe zasłony, zapalam wszystkie światła, dodatkowo nawet świece dla poprawy nastroju. Kiedy tylko jest to możliwe staram się wychodzić na zewnątrz między jedenastą rano i drugą po południu, aby łyknąć trochę słońca. Korzystam także z solarium. A co ty?

Namawiała Svena:

– Idź chociaż do solarium, pamiętaj tylko, aby zachować ostrożność. Nie opalaj się intensywnie, przynajmniej na początku naświetlaj się jednorazowo nie dłużej niż cztery, pięć minut.

Prawie wszystko, co mówiła i robiła Arne, Sven nie odbierał tak, jak dawniej, kiedy jeszcze chodzili ze sobą i łatwo im było porozumieć się. W weekendy, zamiast siedzieć w domu razem z żoną i dwójką dzieci, które bardzo kochał, wychodził na dwór i przy świetle żarówki rąbał drewno, albo wyjeżdżał do domku nad fiordem, kilkadziesiąt kilometrów dalej na północ i tam spędzał czas, zajmując się Bóg wie jakimi sprawami.

Namówiony do skorzystania z solarium, wbrew ostrzeżeniom żony i zaleceniom pracowniczki zakładu, już pierwszego razu naświetlił się tak intensywnie, że doznał poważnego poparzenia skóry. To jeszcze bardziej zniechęciło go do żony. Uznał, że niepotrzebnie przekonywała go do solarium, skoro nie miał na to najmniejszej chęci.

Rozbieżne poglądy małżonków coraz częściej doprowadzały do sprzeczek; Sven uznawał je za normalne różnice zdań między mężem a żoną, ona zaś za nienormalne zachowanie z jego strony. Rozmawiała o tym z koleżankami, ich mężowie postępowali inaczej niż Sven.

– Sven, może jesteś chory? – pytała Arne. Te twoje ucieczki z domu na podwórko i do domku nad fiordem, wyglądają mi na depresję. Przebywasz w samotności, kryjesz się przed ludźmi.

Nie uważał tego za coś nienormalnego, nie miał też poczucia, że coś mu dolega.

– Daj spokój, nie jestem chory. Przeżywam zimą taką samą depresję jak każdy inny Norweg w moim wieku, jak większość ludzi w tym kraju.

Jedyne co praktykowali razem, co jeszcze udawało im się robić zgodnie, to wypaść od czasu do czasu na narty lub sanki razem z dziećmi i trochę się rozruszać. Było to możliwe jedynie w czasie weekendu, ponieważ Sven pracował. Był drwalem i wyjeżdżał do pracy tam, gdzie go wzywano. Najczęściej wracał do domu przed nocą.

Latem sytuacja wyglądała zupełnie inaczej. Sven stawał się tym samym pogodnym człowiekiem, jakim był od dziecka. Ale teraz była zima i to najgorsza ze wszystkich.

Od czasu wyjazdu Arne z dziećmi, Sven nie znosił obcokrajowców, przyjaciół żony. Uważał, że to oni namówili ją, aby wyjechała do matki. Tłumaczyła mu telefonicznie, że to nie tak, ale jej nie wierzył. Zanim jeszcze wyjechała, też za nimi nie przepadał. Nie podobali mu się; mogli być nawet sympatyczni, ale byli inni, szczególnie właśnie zimą. Uważał to za jakiś koszmar.

– Oni ciągle narzekają – mówił żonie. – Że stale pada śnieg, że szyby zamarzają, drogi są nieoczyszczone, że jest stromo i ślisko. To po co tutaj przyjeżdżali? Widzą tylko mróz, szarugę i gołoledź za oknem.

– Nie przesadzaj – odpowiadała Arne. – Nie ciągle narzekają, tylko od czasu do czasu, podobnie jak każdy z nas. To tacy sami ludzie.

Sven uważał przyjezdnych za mięczaków, nie wszystkich oczywiście. Sam potrafił zachować się inaczej. Kiedy był na wycieczce w Afryce, w Kenii, było bardzo gorąco, jakoś jednak poradził sobie z upałem i wściekłym słońcem. Nie narzekał. Nawet ten temat poróżnił go z żoną. Zapytała go:

– To po co wykupiłeś wycieczkę, całe dwa tygodnie pobytu, w najgorętszym okresie roku? Chciałeś mieć tanio, last minute, to miałeś tanio, ale było gorąco. A co do obcokrajowców, to trudno dziwić się Abarowi urodzonemu w Afryce, że od czasu do czasu narzeka, bo przecież zima u nas daje się we znaki nam samym, urodzonym i mieszkającym tu od pokoleń.

Abar był zaprzeczeniem Svena. Czarny, szczupły, nieprzerwanie wesoły, ożeniony z Norweżką, często bywał w ich domu, kiedy obchodzili urodziny lub organizowali jakieś spotkanie towarzyskie. Zajmował się ich dziećmi, był animatorem w domu kultury. Dobrze nauczył się języka, dzieci bardzo go lubiły, bo umiał znaleźć z nimi porozumienie, organizował spektakle, zabawy, naukę. Traktował swój zawód poważnie i Sven to doceniał. Starał się być obiektywny. Tym niemniej nie przepadał za Abarem, jakoś nie mógł przyzwyczaić się do jego koloru skóry, innego poczucia humoru i niezrozumiałej dzikości w jego oczach. Nie umiał tego określić. Przypomniał sobie swoją pierwszą dziewczynę, z którą chodził do szkoły. Było to jeszcze w Bergen. W ich klasie był chłopak z Afryki. Kiedy Sven wyraził swoją opinię na jego temat, zupełnie niewinną, sprzeciwiła się.

– Czego chcesz od niego? Chłopak jest zupełnie do rzeczy, wesoły, ma żywy temperament, żartuje. A to, że jest inny od nas, to co? Kiedy znalazłbyś się w Afryce, też mogliby wytykać ciebie palcami i nazywać białasem. U nich to my jesteśmy kolorowi, bo biały to też kolor.

Rozmowy o obcokrajowcach prowadziły najczęściej do nikąd, więc Sven starał się ich unikać. W końcu nawet uznał, że milczenie na ten temat jest poprawne polityczne.

– Skoro już przyjęliśmy uciekinierów z Afryki, to musimy ich przyzwoicie traktować. – Powtarzał sobie w duchu, aby nie dać się ponieść emocjom.

W okresie, kiedy Svenowi nie układało się najlepiej z Arne, kiedy go krytykowała za to, że wychodzi na dwór rąbać drzewo, zamiast zająć się dziećmi, zaczął jeździć do knajpy w sąsiednim miasteczku. Potem, kiedy żona już go opuściła, stało się to nawykiem, coraz częściej praktykowanym. Trzydzieści pięć kilometrów nie była to odległość, aby nie chciało mu się jechać.

Któregoś dnia spotkał tam dwóch mężczyzn, zaczęli rozmowę od niechcenia. Przedstawili się sobie i pośmiali, bo wszyscy mieli na imię Sven. Po raz drugi śmieli się serdecznie, kiedy nadali sobie pseudonimy, Sven Duży, Średni i Mały. On był Svenem Dużym, był ostatecznie drwalem i miał krzepę. Na początku spotykali się nieregularnie, od przypadku do przypadku, i tak zaczęła się jeśli nie przyjaźń, to przynajmniej kumplostwo. Czuli się dobrze w swoim towarzystwie. Oprócz imion mieli podobne przemyślenia, chodziło o poglądy na imigrantów i obcokrajowców.

Sven Mały i Średni byli bardziej radykalni niż Sven Duży. Na początku nie za bardzo akceptował ich poglądy, bo były czasem nieprzyjemne. Potem jednak dostosował się. Pogodziła ich sprawa dwóch podpaleń. Szczegóły przedstawił przy piwie Mały Sven, wiedział o tych wydarzeniach wszystko.

– Kiedy policja prowadziła śledztwo, kto dokonał podpaleń, jeden z tych typków, nazwę go Czarnuchem, choć nie powinienem, oskarżył policjantów o brutalność i napastliwość w trakcie śledztwa. Zamknęli go na dwa dni, bo był pijany i stawiał się policjantowi, który z nim rozmawiał. Znam gliniarza. To najspokojniejszy facet na świecie. Jest silny tak jak ty i nie musi używać siły, radzi sobie bez tego. Sprawa trafiła do sądu. Ostatecznie wyszło na to, że Czarnuch przesadził ze swym oskarżeniem i policjant został uniewinniony, ale niesmak pozostał.

Kilka dni później Mały Sven wyznał, że żona go opuściła, dlatego przychodził do knajpy.

– Po prostu, wyjechała z tym Murzynem czy też Arabem, o którym wam opowiadałem. Nie był pewien, jakiego pochodzenia był ten człowiek.

– Albo był to jasny Murzyn, albo ciemny Arab – zasugerował Sven Średni. Uśmieli się z tego porównania.

– Było w tym trochę mojej winy – kontynuował Mały Sven – bo popijałem wtedy za bardzo. Moje małżeństwo było w kryzysie, zaczęliśmy chodzić do poradni małżeńskiej, ale to nie znaczy, że Kristina musiała zaraz z nim uciekać.

Historie, o jakich rozmawiali, były prawdziwe i każda z nich pozostawiła osad niechęci w sercu Svena.

– Imigranci są naprawdę od nas różni i trzeba to uczciwie przyznać. Nie zawsze są tacy porządni, jak wielu ludziom się wydaje. Myśl ta chodziła mu po głowie i wracała, choć starał się tak nie myśleć. Chciał być pozytywny.

Tej zimy, bardziej niż obcokrajowcy, warunki klimatyczne i narzekanie, interesował go drewniany dom położony kilkadziesiąt kilometrów na północ od miasteczka, gdzie mieszkali. Był to dom letni podarowany mu przez rodziców, kiedy żenił się z Arne. Stał na lekko pochyłej skalnej półce na brzegu fiordu. Roztaczał się z niego wspaniały widok: obszar ciemnogranatowej wody, malownicza wielka skała po drugiej stronie fiordu, prawie góra, porośnięta lasem. Latem w okolicy było dużo zieleni, zimą dominowały drzewa iglaste przysypane śniegiem.

W połowie zimy, w piątek, kiedy Arne z dziećmi nie mieszkali już razem z nim, Sven wybrał się nad fiord, aby oderwać się od przygnębiających go wspomnień. Było to nawet uzasadnione, ponieważ miał pracę do wykonania; przygotowywał dom na zimę, ocieplając ściany i trochę modernizując wnętrze. Przy okazji przebudowywał swój warsztat, mieszczący się w przybudówce domu.

W sobotę, około godziny dziesiątej rano, zapukał do drzwi jakiś nieznajomy mężczyzna. Był szczupły i wysoki, wyższy nawet niż gospodarz. Mówił dobrze po angielsku, choć z dziwnym akcentem, nie było więc problemu, aby się porozumieć. Na imię miał Adam. Sven zapamiętał tylko jego imię, choć obcy przedstawił mu się także z nazwiska. Było trudne do wymówienia, a tym bardziej do zapamiętania. Nawet samo słowo Adam brzmiało dziwnie w ustach przybysza. Stojąc w drzwiach, drżał z zimna. Był słabo ubrany, widać to było na pierwszy rzut oka. Przez głowę Svena przeszła myśl, że to jakiś nieudacznik, w ogóle nie mający pojęcia o podróżowaniu zimą po Norwegii.

– Zepsuł mi się samochód, którym przyjechałem, aby popatrzeć na ten wspaniały fiord. Chciałbym prosić pana o pomoc. – To był początek ich rozmowy.

Była to jakaś poważniejsza awaria. Ktoś przejezdny próbował pomóc kierowcy uruchomić samochód korzystając z własnego akumulatora, ale nie dał rady. Samochód nie zapalił. Adam zadzwonił wtedy po pomoc drogową, mogła przybyć dopiero następnego dnia.

– Mamy za dużo zgłoszeń. Jutro tak, dzisiaj jest to już niemożliwe. Możemy pomóc panu załatwić hotel w pobliżu miejsca, gdzie pan się znajduje. – Taka była ich odpowiedź.

Sven, kierując się bardziej współczuciem z powodu ludzkiej głupoty niż odruchem serca, zaproponował przybyszowi nocleg w swoim domu.

– Jeszcze nie jest całkiem wykończony, ale przespać się jak najbardziej można – wyjaśnił, rozglądając się po pokoju jakby dla sprawdzenia, czy rzeczywiście warunki są odpowiednie do noclegu.

Wieczorna rozmowa nie kleiła im się. Jak się okazało, Adam był artystą-muzykiem intersującym się zupełnie innymi sprawami. Łączył ich tylko zachwyt nad zimową i letnią urodą Norwegii, ale ile czasu można na ten temat rozmawiać. Ostatecznie Sven przenocował gościa, nie przyjmując pieniędzy, które mu zaoferował. Był tylko niezadowolony, że Adam zbyt chętnie raczył się jego ulubioną whisky, obiecując odkupić ją, jak tylko znajdą się w sklepie alkoholowym.

Następnego dnia z rana Adam poprosił Svena o podwiezienie do sklepu, aby spełnić swoją obietnicę. Sklep okazał się zamknięty z powodu choroby właściciela, zdecydowali się pojechać wtedy do następnej miejscowości. Adam płacił za przejazd, zwracał koszt benzyny, Sven nie widział więc problemu. Do przyjazdu pomocy technicznej było jeszcze dużo czasu. W drodze gość poprosił kierowcę o zatrzymanie się; potrzebował odpowietrzyć się, jak to określił. Wyjaśnił, że nie może wytrzymać, bo ma słaby pęcherz. Powtórzył to kilka razy, ale Sven nie mógł znaleźć miejsca, gdzie można by zatrzymać samochód. Droga wiodła wzdłuż wysokiej skalnej ściany, po drugiej stronie była przepaść, jak w wielu innych miejscach. Mimo to gość nalegał, aby się zatrzymał, jakby nie rozumiał, że jest to niemożliwe.

Zatrzymali się na dopiero na niewielkim leśnym parkingu, położonym nieco z boku drogi, pustym o tej porze roku. Adam, zamiast odejść gdzieś w krzaki, zaczął sikać tuż przy samochodzie prosto na koło. To Svena tak wykurzyło, że nie zastanawiając się wyciągnął spod siedzenia wielki klucz francuski, który woził przy sobie przez zapomnienie, wyszedł i uderzył go w głowę. Nie wiedział, dlaczego to zrobił. Po prostu był tak wściekły, że nie mógł się pohamować.

Stał i zszokowany patrzył na ciało. Dopiero teraz zdał sobie sprawę, co się naprawdę stało. Po chwili całkiem oprzytomniał i sprawdził, czy Adam naprawdę nie żyje. W jego głowie kołatała jeszcze iskierka nadziei. Było już za późno. Nie zastanawiał się dłużej. Wokół nie było żywej duszy. Otworzył tylne drzwi furgonetki, śpiesząc się bardziej rzucił niż położył ciało na podłogę i przykrył plandeką, po czym umocnił ją kilkoma leżącymi obok kawałkami drewna. Wkładając nieboszczyka do furgonetki poczuł dotyk obcego, śliskiego ciała, przelewającego się przez ręce. Było jeszcze ciepłe, wywołując nieprzyjemne uczucie śliskości i rozlazłości. Pracując w lesie Sven był przyzwyczajony do przedmiotów twardych i szorstkich. Nie pomyślał nawet o rękawicach, które trzymał w schowku w samochodzie.

Odległość do domu nad fiordem nie była duża, nie ryzykował więc wiele. Zresztą i tak nie miał wyboru. Jadąc zastanawiał się, co się stało i co powinien zrobić z nieboszczykiem. Mimo, że miał wyrzuty sumienia, czuł się jednocześnie dobrze; ulżyło mu. Śmierć praktycznie nieznanego mężczyzny uznał za spłatę długu za wszystkie upokorzenia, jakich doznał od obcych, również żony i innych osób, jak i kretyńskiego zachowania się ofiary.

Po wstawieniu furgonetki do garażu, Sven wszedł do domu i przygotował sobie gorący posiłek. Był to jego obiad. Miał już wszystko przemyślane. Z warsztatu wyciągnął piłę. Używał jej do wycinania przerębla, kiedy łapał ryby. Pomyślał o przeręblu, ponieważ był to najlepszy sposób szybkiego i skutecznego pozbycia się ciała. Był pewien, że prąd płynący w kierunku morza zabierze ciało ze sobą, gdzie zniknie bezpowrotnie. Była też jakaś szansa, że odnajdą je rekiny i rozszarpią.

Wieczorem, jak tylko zapadł zmierzch, Sven zdjął sztywne zwłoki z furgonetki i zaciągnął nad brzeg, w miejsce, gdzie przygotował przerębel. Zdecydował się zdjąć z nieboszczyka ubranie, aby rekiny łatwiej sobie z nim poradziły. Okazało się to trudniejsze niż myślał. Zaczęła się zamieć śnieżna i ręce mu drętwiały, ponieważ zapomniał rękawic, a nie chciało mu się wracać do samochodu. Kiedy już uporał się ze wszystkim i miał zanurzyć ciało w dziurze wyciętej w lodzie, usłyszał odległy, ponury ryk syreny okrętowej. Zabrzmiał jak ostrzeżenie. Mężczyzna wzdrygnął się.

Wciskając ciało pod lód, przyszła mu do głowy dziwna myśl, że jeśli miałoby to zdarzyć jeszcze raz, to powinien pamiętać o rękawicach, rozebraniu nieboszczyka już w garażu, gdzie jest cieplej i wygodniej, oraz wycięciu szerszego przerębla. Nie będzie też wozić nieboszczyka jeszcze ciepłego, poczeka aż ostygnie i zesztywnieje, bo wtedy łatwej jest nim manipulować. Sam pomysł, że mógłby jeszcze kogoś zamordować, tak go zszokował, że rozpiął kurtkę, aby się uspokoić na zimnym wietrze.

Po powrocie do domku Sven spalił ubranie Adama w palenisku kominka. Paliło się bez przeszkód, ponieważ użył dobrze wysuszonego twardego drewna. Popiół z kominka zebrał po wystygnięciu następnego dnia przepatrzył, czy nie ma w nim jakichś metalowych przedmiotów. Znalazł tylko sprzączkę od paska, tak wygiętą w ogniu, że nie sposób było rozpoznać, co to za przedmiot. Razem z popiołem wrzucił ją do mocnego plastykowego worka, w którym zabierał śmieci do domu w mieście, aby umieścić je w wielkim metalowym pojemniku na odpadki nie nadające się do dalszego segregowania.

Przed samym wyjazdem w niedzielę rano, przypomniał sobie samochód Adama. Z jego opowieści wiedział, jaka to była marka, model i kolor, i gdzie go zostawił. Wracając do domu zatrzymał się na chwilę, aby nań popatrzeć. Stał w najlepszym miejscu, przy innych samochodach. Tak to ocenił, biorąc pod uwagę, że niektóre z nich właściciele trzymali w tym miejscu nawet tygodniami. Sven przestał się nim interesować.

Przez kilkanaście dni śledził lokalną prasę, ale nie ukazały się żadne wiadomości, które mogłyby go zainteresować. Z tego, co mu powiedział Adam, odniósł wrażenie, że nikt nie wiedział o jego wyprawie w te okolice.

– Zupełnie przypadkowy człowiek, w zupełnie przypadkowym miejscu – Sven powtórzył to kilka razy, aby się w pełni uspokoić. 

Do domu wrócił wieczorem. Okazało się, że była już w nim żona z dziećmi. Ucieszył się ich obecnością. Arne nie mogła sprawić mu większej przyjemności.

– Przyjechałam tylko na weekend. Dzieci bardzo pragnęły cię widzieć. Nie mogłam im tego odmówić. Zrobiłam to na zasadzie wyjątku, bo nie mam żadnego dowodu, że się chociaż trochę zmieniłeś. Nie poszedłeś nawet do psychologa, którego ci załatwiłam, aby przynajmniej z nim porozmawiać.

Sven był w dobrym nastroju, wszystko poszło gładko a w domu były dzieci, do tego stopnia, że żona go pochwaliła, że pobyt nad fiordem dobrze mu zrobił. Przytaknął jej chętnie i kontynuował zabawę z dziećmi.

*****

Dwa tygodnie później, był to również weekend, Sven ponownie wybrał się do domku nad fiordem. Arne nie mieszkała już z nim, miał więc mnóstwo czasu. Było jeszcze zimniej, temperatura spadła do minus dwunastu stopni Celsjusza.

Na parkingu, gdzie się zatrzymał, podszedł do niego mężczyzna ze stojącego obok samochodu i zapukał w szybę. Chciał uzyskać informację na temat wzgórz rozciągających się przed nimi. Okazał się być alpinistą planującym pieszą wyprawę jako trening przed zimową wspinaczką w górach.

– Znowu facet z obcym akcentem – pomyślał Sven niechętnie. – Ci ludzie chyba mnie prześladują. 

Pomysł, jaki przyszedł mu do głowy w trakcie udzielania wyjaśnień, nie był jego własny. Historia zdarzyła się wcześniej na innym kontynencie. Była to głośna sprawa, czytał o niej. Chodziło o polowanie. Przypadła mu do gustu. Od razu postanowił go zrealizować. W samochodzie miał sztucer myśliwski z lornetką, idealnie nadawał się do jego planu. Nie zastanawiając się dłużej, zaproponował mężczyźnie podwiezienie go do miejsca położonego kilkaset metrów dalej, gdzie znajdował się punkt widokowy, skąd mógł mu pokazać i wytłumaczyć trasę, o jakiej myślał.

– Odwiozę pana z powrotem – zaproponował. Samochód sobie tu spokojnie poczeka. W Norwegii nie kradną samochodów. – Dodał z uśmiechem.

Mężczyzna wahał się krótko, zanim przystał na propozycję i wsiadł do samochodu. Był dobrze ubrany, miał na sobie zimową kurtkę i porządny plecak znanej marki, przygotowany na dłuższą wędrówkę.

Punkt widokowy okazał się małym placykiem na skale sterczącej poziomo nad wybrzuszonym stokiem. Kiedy obydwaj wysiedli i obcy rozglądał się po okolicy, Sven odtworzył tylne drzwi furgonetki i wyciągnął sztucer spod plandeki. Nie bawił się w żadne wyjaśnienia. Zaskoczenie było całkowite.

– Urządzę ci dzisiaj trening, gnojku, który zapamiętasz na całe życie. A nawet dłużej – dodał złowróżbnie. Twarz mężczyzny nagle zbladła, w jego oczach pojawił się strach.

Plan był prosty. Sven wyłożył go w kilku zdaniach.

– Masz szansę przeżycia, jeśli uda ci się umknąć mojej pogoni. Daję ci dziesięć minut forów, zanim wyruszę za tobą. To dużo. Jesteś zdrowy i sprawny, masz więc szansę. Uciekniesz, twoje szczęście, nie uda ci się, twoja przegrana. Pamiętaj: od tego momentu ja jestem myśliwym, a ty zwierzęciem, na które poluję.

Wiedział, że mężczyzna jest praktycznie bez szans. Musiałby mieć niezwykłe szczęście albo użyć jakiegoś nieprawdopodobnego fortelu, aby mu umknąć. Na to nie mógł sobie pozwolić; gdyby to nastąpiło, jego własny los byłby przesądzony. Obcy ściągnąłby z pewnością policję; mogliby szukać także sprawcy zniknięcia Adama. Niewiele ryzykował, ponieważ każdy uciekinier, jeśli tylko miał trochę rozsądku, miał tylko jedną drogę ucieczki. Jak najdalej lasem po stoku, następnie w dół, w kierunku południowym między skałami, aby znaleźć się przy drodze, gdzie mógłby liczyć na pomoc ze strony kierowcy samochodu jadącego tą drogą. O tej porze roku była ona używana głównie przez myśliwych, prawie nikt inny tędy nie jeździł, może jeden samochód na dobę, nie więcej.

Prawa strona nie dawała żadnych szans uciekinierowi. Musiałby uciekać pod górę i następnie przekroczyć łańcuch górski, za którym najbliższa droga była w odległości co najmniej dwudziestu kilometrów. Razem byłby to dystans około trzydziestu kilometrów terenu bardzo trudnego do pokonania w warunkach zimowych, nawet przy niezbyt silnym wietrze i niezbyt ostrym mrozie.

Mężczyzna popatrzył na Svena, jakby chciał coś powiedzieć lub o coś zapytać. Widocznie zrozumiał, że nie ma żadnych szans negocjacji, ponieważ zacisnął zęby, rozejrzał się po terenie, jakby chciał zapamiętać przestrzeń przed sobą i nie oglądając się wstecz wyruszył. Svenowi podobało się, że się nie oglądał. Pomyślał, że człowiek w warunkach zagrożenia zachowuje się jak zwierzę, kierujące się instynktem.

Równo po dziesięciu minutach Sven ruszył w górę. Kilkadziesiąt metrów dalej był występ skalny, dobry punkt obserwacyjny, z którego widać było wyraźnie całą okolicę. Jego plan by prosty. Korzystając z lornetki wyśledzić uciekiniera, wziąć sztucer do ręki i poczekać, aż wystawi się na strzał. Nie martwił się o wynik, sztucer był doskonały, a on był dobrym strzelcem. Broń nie mogła być lepsza. Kilka miesięcy wcześniej Sven nabył nową lunetę celowniczą Swarovskiego z laserowym dalmierzem, komputerem balistycznym i automatyczną korektą punktu celowania; idealne wyposażenie do strzelania na dalekie dystanse. Mógł zresztą spudłować i próbować ponownie, nawet kilka razy. Strzały w tej okolicy o tej porze roku nikogo by nie zdziwiły. Był to teren polowań na dziką zwierzynę, renifery, łosie, jelenie jak i mniejsze gatunki.

Dotarłszy na punkt obserwacyjny, Sven spodziewał się wyśledzić swój cel w ciągu kilku minut. Słabo zalesiony teren opadał płasko w dół w kierunku drogi i był doskonale widoczny przez lornetkę na przestrzeni kilku kilometrów. W przeciwnym kierunku Sven nie patrzył, były tam skały i teren był trudno dostępny. Uciekinier musiałby być idiotą, aby wybrać ten kierunek, tym bardziej, że Sven w czasie jazdy samochodem celowo powiedział mu, jak teren jest ukształtowany i gdzie jest najbliżej drogi.

Po trzech minutach, spoglądając na zegarek, myśliwy zaczął się niecierpliwić. Pomyślał, że alpinista mógł zwichnąć nogę, lub zdarzyło się coś podobnego, i dlatego pozostawał w ukryciu. Z drugiej strony uspokajał się, że tym bardziej nie powinien mu umknąć. Czas jednak płynął, a on wciąż nic nie widział, żadnego ruchu. Po kolejnych pięciu minutach był już mocno zdenerwowany; na całym płaskowyżu nie było najmniejszego śladu ludzkiej obecności.

W górę, w kierunku grani, spojrzał zupełnie przypadkowo, był to raczej odruch niecierpliwości niż intuicja. Na samym szczycie, prawie na tle nieba, dojrzał ciemną sylwetkę człowieka. Był to ostatni moment. Podnosząc sztucer pomyślał, że albo alpinista był rzeczywiście szalony, albo niezwykle przebiegły; prawie go przechytrzył. Strzał padł w ostatniej chwili, postać zwaliła się na ziemię. Ciemny kształt zastygł między drzewami.

Myśliwemu ciężar spadł z serca. Nie sprawdzając nawet, czy nie był to wybieg ściganego, który padł na ziemię w momencie usłyszenia strzału, który mógł być przecież niecelny, Sven szybko wybrał wzrokiem zdeformowane drzewo w pobliżu szczytu jako punkt orientacyjny, starając się je zapamiętać. Po drodze obmyślał sposób ściągnięcia ofiary na dół do samochodu. Nie powinno to stanowić większego problemu, wystarczyły związane razem gałęzie świerka, które planował użyć jako toboganu. Miał szczęście, ponieważ śnieg był ubity przez wichurę i nie utrudniał poruszania się. Mógł też zostawić ofiarę w lesie, aby z ciałem rozprawiły się dzikie zwierzęta. Po namyśle odrzucił takie rozwiązanie.

Śmierć musiała być natychmiastowa. Pocisk przebił plecak w miejscu, gdzie był koc złożony w spłaszczony rulon, przeszedł przez klatkę piersiową i zatrzymał się na skórzanym portfelu, usztywnionym plastikowymi kartami. Sven uznał to za znak szczęścia. Zabrał pocisk ze sobą, jedyny bezsprzeczny dowód zabójstwa oraz portfel, aby je ukryć w jakimś niedostępnym miejscu lub zniszczyć.

Po powrocie do furgonetki i ułożeniu zwłok wewnątrz, Sven chwilę odpoczywał, po czym wrócił na parking i przeładował nietypowy ładunek do samochodu ofiary. Po namyśle podjechał nim na krawędź skalnej przepaści kilkadziesiąt metrów dalej, gdzie nie było barierek ograniczających, wysiadł, zwolnił hamulce i pozwolił stoczyć się pojazdowi w głęboki kanion. Słyszał potworny trzask metalowej konstrukcji walącej się w dół po skałach, po którym nastała niezrozumiała cisza. Czekał na wybuch, ale nic takiego nie nastąpiło. Pomyślał, że samochód musiał zatrzymać się na drzewie lub w zagłębieniu terenu z dużą ilością śniegu. Przeszedł kilkanaście kroków wzdłuż krawędzi szosy, aby sprawdzić, czy wraka nie widać z drogi. Stroma krawędź kanionu wyglądała jak zawsze, jakby nic się nie zdarzyło. Sven doszedł do wniosku, że jest niemożliwe, aby szybko odkryto rozbity samochód, o ile w ogóle ktoś go kiedykolwiek zauważy. Była to dzika, niedostępna okolica. O ślady wewnątrz wraka nie martwił się, ponieważ używał rękawiczek, zresztą śnieg, wiatr i korozja działały na jego korzyść.

Jadąc do domu nad fiordem cieszył się, że skutecznie pozbył się ciała ofiary. Wyobraził sobie, co musiałby zrobić. Miał już wypraktykowaną procedurę: najpierw wycięcie przerębla w lodzie, potem ściągnięcie ubrania w garażu, następnie zwleczenie trupa na dół i wepchnięcie w lodowatą wodę. Pracowałby w rękawiczkach i wszystko poszłoby mu łatwiej i szybciej niż za pierwszym razem, łącznie z paleniem ubrania na kominku. Ostatni raz wykonując tę czynność pomyślał, że być może niepotrzebnie usuwa ubranie. Uznał jednak, że to, co podpowiadała mu intuicja było ważniejsze niż zastanawianie się.

*****

Przez następne dwa tygodnie Sven śledził informacje o wydarzeniach w okolicy, interesował się również wydarzeniami w kraju. Chętnie buszował po portalach i serwisach informacyjnych organizacji zajmujących się problematyką społeczną, kryminalną i imigracyjną. Najbardziej zajmowały go sprawy obcokrajowców. Miał już rozeznanie, ilu ich jest w kraju i jakie problemy stwarzali. Było to niewiarygodne. Nie szukając niczego konkretnego, znajdował dziesiątki relacji dotyczących oszustw, malwersacji, wykorzystywania pomocy socjalnej, kradzieży, bójek, a nawet zabójstw popełnianych przez imigrantów. Miał już wyrobioną opinię na ich temat.

*****

Miejsce, w którym wycinał przerębel, znajdowało się kilka metrów od brzegu fiordu. Było tam głęboko; co najważniejsze, pod lodem płynął dosyć silny prąd znoszący wszystko na otwarte morze. Wiedział to z doświadczenia, jakie nabył wypływając latem łódką, aby łowić ryby. Uznał za bardzo ważne, wręcz konieczne, aby ciało ofiary był nagie, ponieważ stanowiło to zachętę dla rekinów. Łatwiej przyciągał je zapach ciała ulegającego stopniowemu rozkładowi. Zdarzało się, że nie ruszały ofiary przez kilka dni.  

Po pewnym czasie, przy kolejnych ofiarach, rekiny już czekały. Widział je pod lodem. Wiedział nawet, jakiego są gatunku. Nie musiały być duże, aby wykonać swoją robotę. Uznał je za pomocników.

– Doskonała symbioza – myślał. Jako drwal znał wiele tajemnic przyrody, miał odpowiednie wykształcenie.

Kiedy myślał o swoim nowym upodobaniu, o wojnie wypowiedzianej obcokrajowcom, krew intensywnej krążyła mu w żyłach. Polubił tę rozrywkę. Czuł się jak nigdy wcześniej. Marzył, aby spotkać kogoś podobnego do siebie, o podobnych zainteresowaniach, osobę zaufaną, z którą mógłby wymieniać się informacjami, podyskutować o szczegółach. Myślał też o powrocie żony i dzieci, okazało się to jednak bardzo trudne. Tym bardziej cieszył się nową misją, jaką miał do spełnienia.

Ryzyku i swojemu bezpieczeństwu nie poświęcał wiele uwagi. Wszystko szło, jak trzeba. Nie zaniedbywał jednak żadnych środków ostrożności. Przede wszystkim postępował tak, aby w jego rejonie nie szukano osób zaginionych. Zabójstw dokonywał z dala od domu nad fiordem, przeważnie w bezludnej okolicy, gdzieś na ustroniu, rzadko w jakimś odległym miasteczku i tylko raz w pobliżu większego miasta. Wyzwaniem było niekiedy pozbycie się samochodu ofiary, najczęściej Sven pozostawiał go tam, gdzie zostawił go właściciel. Było to rozsądne, ponieważ nie dokonywał zabójstw ani w samochodzie, ani w domu ofiary. Zawsze wywabiał upatrzoną ofiarę gdzieś dalej, w miejsce, gdzie czuł się bezpiecznie.

Wieczorem, obserwując z domu spokojną powierzchnię fiordu, wyobraził sobie, że kupi kiedyś mały prom z opuszczaną klapą w środku pokładu i będzie nim wypływać wieczorem, aby otworzyć luk i patrzeć, jak samochód, z ofiarą lub bez, zsuwa się na dno. Na środku fiordu było bardzo głęboko, prawie dwieście metrów. Sprawdził to. Nikt tam nigdy nie nurkował, ponieważ nie było tam nic do zobaczenia, z wyjątkiem skał i piasku. Przed spuszczeniem samochodu usunąłby wszystkie luźne przedmioty, część porzuciłby w odległych miejscach w komunalnych i osiedlowych pojemnikach na śmieci, a to co było absolutnie konieczne i praktyczne do usunięcia na zawsze, na przykład dokumenty, paliłby na kominku. I to tylko wtedy, kiedy wiatr wiał w kierunku otwartego morza, nie odwrotnie. Nikt nigdy nie czuł żadnego smrodu czy swędu z jego komina. Sam zresztą tego nie znosił.

*****

W grudniowy piątek, była to już kolejna zima bez żony i dzieci, jadąc furgonetką myślał o choince bożonarodzeniowej. Nie lubił piątków. Tego dnia jak zwykle odczekał, aż ciało ofiary zesztywnieje, bo bał się także zarazków, choć nie było to takie ważne, i załadował je do samochodu, po czym ukrył w oddalonym od drogi, nieczynnym od lat kamieniołomie przywalając kawałkami płaskich skał.

Dzień był idealny do przeprowadzenia akcji. Powietrze było białe od mgły, temperatura dużo poniżej zera w skali Celsjusza. Było tajemniczo i chłodno, emanował spokój, nie czuć było nawet drobiny wiatru. Jadąc nad fiord, przyglądał się szeregom małych świerczków na krawędzi lasu, prawie idealnie równych, jakby posadzonych przez człowieka oraz krzakom wyglądającym jak żywopłot z czapami śniegu na wierzchu. Obrazy te uspokajały go, dając pewność, że natura go chroni i nikt nigdy nie odkryje jego tajemnicy. Zatrzymał się, dla samej przyjemności przyjrzenia się zimowej przyrodzie, wysiadł i wciągnął mroźne powietrze w płuca. Na dachu samochodu gęsty szron wyglądał jak sierść renifera pokryta białą szadzią. Kochał taką pogodę. Trwał mroźny, czysty poranek; wokół panowała śnieżna biel zatopiona w ciszy. Wiedział, że będzie to udany dzień.

Jechał znaną drogą wijącą się po zboczach gór stępionych wiekiem, trochę niebezpieczną. Po lewej stronie szosy ostro pięła się do góry ściana skalna, po prawej stronie biegła ocynkowana metalowa barierka. W połowie drogi zaczął padać śnieg. W pewnym momencie usłyszał stukot, jakby ktoś pukał do drzwi prosząc o otwarcie. Wzdrygnął się. Chwilę później zaśmiał się, wydając z siebie stłumiony, odprężający chichot.

– Nieboszczyk stuka. Ciekawe o co mu chodzi – zażartował półgłosem.

Wyjechawszy zza zakrętu osłoniętego wysoką skałą, otworzył pilotem bramę i wjechał na swoją posesję. Nie zauważył ich od razu, bo padał śnieg, a on był zamyślony. Czekali na niego: dwaj mężczyźni i kobieta, wszyscy ciemno ubrani, w spodniach, solidnych zimowych butach i wojskowych kurtkach. Kiedy ich spostrzegł, było już za późno, zresztą i tak nie miałby szans. Miejsce było idealną pułapką, a cała trójka była uzbrojona. Najbliżej stojący mężczyzna, widział go wyraźnie wjeżdżając w głąb posesji, przypomniał mu drżącego z zimna chudzielca, Adama, pierwszą ofiarę. Sven domyślił się, że był to jego brat. Mijając go zauważył kątem oka w lusterku jak mężczyzna ustawia się z boku za samochodem. Nie miał pojęcia, kim były pozostałe dwie osoby, czy byli to ubrani po cywilnemu policjanci czy też może rodzina lub przyjaciele zmarłego.

Kiedy wysiadł, drugi mężczyzna kazał mu odsunąć się od samochodu, zatrzymać się i nie ruszać się z miejsca, pozostała dwójka trzymała go na muszce. Mężczyzna podszedł do furgonetki i otworzył bagażnik. Ściągnął plandekę, chwilę patrzył do wnętrza, po czym zabrał leżący z boku sztucer i kiwnął głową w kierunku swoich towarzyszy, po czym podszedł do kobiety i podał jej sztucer. Znieruchomieli i patrzyli na niego. Nie wydawali mu żadnych komend. Czekali, nie odzywając się ani słowem. Zachowywali się dokładnie tak jak on. Sven widział w tym czysty profesjonalizm, w ciszy gór, śniegu i skutego lodem morza. Domyślił się, co ma zrobić. Znał już wyrok i procedurę postępowania, którą sam stworzył.

Poszedł w kierunku przerębla. Świadkowie sceny milczeli. Zachowywali się tak jak on, poważnie, jak należało w takich okolicznościach; wykonywali spokojne, wystudiowane ruchy, żadnej szarpaniny. Był pewien, że musieli go wcześniej podglądać. Już z daleka dostrzegł otwór w lodzie, okrągły, równo wycięty. Dokładnie tak, jak on to robił.

Nie myślał o ucieczce. Przyszło mu do głowy, że gdyby nawet miał przy sobie nóż i chciałby go użyć, aby uniknąć dalszego cierpienia, nie pozwoliliby mu na to. Kiedy znalazł się nad przeręblem, zobaczył swoje rekiny. Czekały już. Zebrało mu się na wymioty. Odczuł nagłe swędzenie ciała i potworne zimno. I wtedy przypomniał sobie, a może nawet usłyszał, odległy, ponury ryk syreny okrętowej.

Autor: Michael (Michał) Tequila
Gdańsk, 13 kwietnia 2020

0Shares