Świrus. Opowiadanie fantastyczne.

Szanowni Czytelnicy! 

Pierwsza wersja opowiadania „Świrus” ukazała się na tej stronie kilka miesięcy temu. Uznałem ją za niedojrzałą i postanowiłem przekształcić w coś bardziej wartościowego.

Opowiadanie jest rodzajem pamiętnika mężczyzny, który dochodzi do wniosku, że w dobie niekończących się zmian, postępu cywilizacyjnego, życie wymaga od niego bardziej elastycznych reakcji i zachowań.

Będę się cieszyć, jeśli zechcecie Państwo towarzyszyć mi w tej podróży literackiej czytając kolejne odcinki i przedstawiając komentarze. Oto mój adres emailowy: michael.tequila@anciano.pl.

Pozdrawiam serdecznie,

Michael Tequila

Odc. 1 Wdepnięcie

O godzinie ósmej rano powietrze drżało już od upału. Zapowiadał się piekielnie gorący dzień. Szli we czwórkę szeroką ławą przez łąki w kierunku rzeki, kiedy Alfred Zygadło wdepnął w parujące krowie łajno. Od razu to skomentował:

– Nie jest to wprawdzie pełnoprawne gówno, takie jak ludzkie, bo my jesteśmy gatunkiem z najwyższej półki ewolucji. Tym niemniej ma ono swoją wagę gatunkową i zasługuje na szacunek. W Indiach rząd płaci za krowie odchody w stanie suchym dwie rupie za kilogram. To coś znaczy. Mógłbym wam coś więcej na ten temat powiedzieć, ale nie ma na to czasu.

Pozostałość po krowie nażartej mokrą trawą widzieli wszyscy, cała czwórka, ale on jeden postanowił wykorzystać je, aby udowodnić gotowość przyjmowania wyzwań, jakie stoją przed człowiekiem w dobie niekończących się zmian. Był to test zdrowego rozsądku, wartości społecznej, o której wszyscy myśleli i mówili, tylko mało kto przestrzegał.

Zaraz po wdepnięciu Alfred wyłożył swoją teorię. Robił to przy każdej okazji i taka okazja właśnie zaistniała.

– Dzisiaj, aby przeżyć, musisz nauczyć się być świrusem. To nie przychodzi od razu. Trzeba to regularnie praktykować, by doświadczenie wsiąkło w organizm dostatecznie głęboko. Ja to właśnie uczyniłem. Mój czyn ma znaczenie symboliczne. Jest znakiem niezależności, śmiałej konfrontacji z wyzwaniami, dowodem radzenia sobie w trudnych czasach – wyjaśniał bez pośpiechu towarzyszom.

Słuchając, patrzyli ze zdumieniem, jak powoli, uważnie wyciąga z brązowozielonej mazi elegancki pantofel.

– Nie możesz normalnie funkcjonować w zwariowanym świecie – tłumaczył, wycierając pantofel o trawę – jeśli nie nauczysz się reagować w sposób elastyczny, w zależności od sytuacji. Jeśli tego nie umiesz, popadniesz w głęboką depresję lub zwariujesz. Świrowanie to umiejętność właściwego zachowania się w każdych okolicznościach, a świrus to ekscentryk, jednostka szybko ucząca się, twórcza i odważna, radząca sobie w życiu.

– I tego trzeba się nauczyć tak samo jak czytania czy tabliczki mnożenia. Znaczy się, nauczyć się być świrusem – podpowiedział Rafał, bratanek Alfreda, najmłodszy z czwórki. Powiedział to dla żartu, na wiatr. Myślał, że sprowokuje tym innych do sprzeciwienia się stryjowi. Jego zachowanie i argumentację uważał za nienormalne.

Dwaj towarzysze weselni milczeli. Wyzwanie podjął Alfred.

– Tak, Rafale. Dokładnie tak, jak mówisz. To jedyna postawa dająca szansę przeżycia w pędzącym do przodu społeczeństwie.

– A nawet sukcesu – podpowiedział prowokująco bratanek.

Alfred popatrzył na niego. Zauważył sypiący się pod nosem wąs, szczupłe barki, wyciągniętą sylwetkę, czarne włosy i jaśniejsze brwi. Lubił swojego bratanka.

– Tak. Z tym, że nie „nawet sukcesu”, ale „także sukcesu”. Sukces jest immanentnym składnikiem świrowania – wyjawił z przekonaniem. Świadomie użył obcego słowa, aby podkreślić, że wiedza i ogłada towarzyska nie stoją na drodze bycia ekscentrykiem.

Na łące znaleźli się nieprzypadkowo. Po całonocnej pijatyce weselnej zasnęli z rękami i głowami na stołach. Po dwóch godzinach zdrętwiały im ramiona. Obudzili się i doszli do wniosku, że warto pojechać nad rzekę samochodem, czterech mężczyzn w różnym wieku, aby orzeźwić się poranną kąpielą. Z całej czwórki tylko Jarek był trzeźwy, bo nie pił w ogóle. To on prowadził samochód Alfreda.

– Gdyby nie Jarek, nigdy byśmy tutaj nie dojechali. Rozbilibyśmy się jak amen w pacierzu – podsumował Alfred. Wdychając z przyjemnością powietrze płynące z nadrzecznej łąki przyglądał się swemu nowemu samochodowi. Nic złego się nie stało; to usposobiło go pozytywnie, mimo że bolała go głowa. Postanowił nie pić więcej. Pomyślał, że jest to sprzeczne z jego pragnieniem zostania świrusem, człowiekiem radzącym sobie w coraz bardziej pogmatwanym świecie.

Rzeczywistość zmieniała się tak szybko, że ludzie nie nadążali śledzić najważniejszych wydarzeń. Każdego dnia stacje telewizyjne i internetowe portale informacyjne przelicytowywały się listą ważnych zdarzeń krajowych i zagranicznych. Było to nieuniknione, ponieważ telewizja utrzymywała się głównie z reklam.

– Bez wiadomości przyciągających uwagę nie ma widzów, a jeśli nie ma widzów, to nie ma ogłoszeniodawców, a jeśli na ma ich zleceń, to przestajesz istnieć – przypominał pracownikom dyrektor stacji telewizyjnej Best News TV.

– Ale my tych ludzi ogłupiamy wiadomościami, które może i są ciekawe, ale nie niosą żadnej wartości poznawczej. Zachowajmy chociaż jakąś proporcję informacji sensownych do bezwartościowych – wyrwał się kierownik programu informacyjnego.

Dyrektor popatrzył na niego z niechęcią. Pomyślał, że będzie pierwszym kandydatem do zwolnienia, kiedy konieczna będzie kompresja etatów.

Alfred starał się utrzymać na powierzchni zdarzeń, rozumieć, co się dzieje w kraju i odpowiednio reagować. Regularnie oglądał wybrany dziennik telewizyjny i czytał przyzwoitą prasę, choć czasem i do niej miał wątpliwości. Za wiadomościami i forami dyskusyjnymi w Internecie niespecjalnie przepadał.

Poprzedniego dnia zdarzyło się wiele; miał o czym myśleć. Przed oknem gabinetu właściciela renomowanej firmy transportowej położnego na dwudziestym piątym piętrze wieżowca pojawił się dron i ostrzelał pokój z szybkostrzelnego karabinka, zamocowanego na pokładzie. Budynek był bardzo dobrze strzeżony i znajdował się w centrum stolicy. Zanim ktokolwiek zdążył zareagować, dron zniknął wlatując do garażu na parterze sąsiedniego budynku przez duże okno nad wjazdem do garażu. Śledztwo prowadzone przez ochronę budynku ujawniło, że wewnątrz korytarza, gdzie wleciał dron znaleziono ślady płynu stosowanego czyszczenia broni automatycznej. Pół godziny przed atakiem padła sieć komputerowa firmy, obsługująca także system monitorowania przemysłowego. W sprawę zaangażowała się policja i wywiad wojskowy. Atak odebrano jako akt terroru nieznanej organizacji. Kilka dni później policja przeprowadziła rewizje ciężarówek firmy obsługujących trasy zagraniczne.

Odc. 2 Przyśpieszający świat

Wieczorem w trakcie przemówienia premiera w lewym górnym rogu ekranów telewizora pojawił się obraz przedrzeźniającej go małpy. Partia rządząca uznała to za zamach na godność premiera i rządu. Na początku nikt nie miał pojęcia, jak do tego doszło, kto i jak to zorganizował. W grę wchodziły nowe technologie manipulacji głosem i obrazem. Podejrzewano zagranicznych hakerów, potem także opozycję.

– To było wyjątkowo podłe! Nigdy mi takiego kawału nie zrobiono – denerwował się premier w swoim gabinecie. Od razu wezwał do siebie ministra odpowiedzialnego za cyberbezpieczeństwo państwa. Rozmowa trwała prawie godzinę.

Opuszczając gabinet minister pomyślał, że premier przestraszył się konsekwencji propagandowych. Sprawie nie nadano rozgłosu publicznego ponieważ doradca premiera do spraw public relations uznał, że to tylko pogorszyłoby sytuację.

Godzinę później na portalu informacyjnym w Internecie pojawiło się zdjęcie znanego celebryty bawiącego się w ogrodzie z dziećmi. Przedstawiono go jako perwersyjnego zboczeńca i oskarżano o liczne przewinienia. Alfred usiłował dociec prawdy, okazało się to jednak niemożliwe. Portal upierał się przy swoim, oskarżony celebryta bronił się zaprzeczając wszystkim rewelacjom.

Alfred zastanawiał się.

– Nie sposób wiedzieć, co jest, a co nie jest prawdą. Nawet w pojedynczej sprawie trzeba dociekać prawdy, a i tak nie doszłoby się do niej. Konieczne są jakieś nowe rozwiązania, algorytmy analizy informacji, mechanizmy matematyczno-logiczne.

Zenon, do którego zadzwonił, aby podzielić się myślami, wykazał obojętność.

– Daj sposób, czy ty musisz dochodzić prawdy w każdej sprawie? Nie masz nic lepszego do roboty?

– Mnie nie chodzi o pojedynczy fakt, ale o to, dokąd zmierzamy jako społeczeństwo. Czy mamy żyć w bagnie, gdzie nie sposób odróżnić prawdy od łgarstwa? Pomyśl o tym celebrycie i wyobraź sobie, że ktoś oskarża ciebie, że jesteś pedałem i zmieniasz partnerów co trzeci dzień, którzy w dodatku ubierają się kolorowo jak tęcza?

– Zagalopowałeś się, człowieku! – odkrzyknął Zenon. Teraz to naprawdę świrujesz! Myślałem, że to tylko wygłupy z twojej strony, ale widzę, że to co poważniejszego. W dodatku jeszcze mieszasz do tego logikę i matematykę, szukasz jakichś algorytmów. Ty chyba zwariowałeś! Kończę rozmowę – krzyknął, odkładając słuchawkę.

Siedział dłuższy czas w milczeniu, nie mogąc się uspokoić. Martwił się o brata, przyznając mu tylko tyle racji, ze coś jest nie w porządku z tym, co dzieje się w kraju.

Wchodząc do pokoju Rafał zauważył wzburzenie i niepewność malujące się na twarzy ojca.

– Co się stało?

– Sam nie wiem. Twój stryj szaleje. Zapytał mnie właśnie o to, jakbym się czuł jako homoseksualista utrzymujący kontakty z wieloma mężczyznami ubranymi w kolorowe majtki!

Przed północą telewizja ujawniła kolejną sensację: zdjęcie krowy i informacja, że produkuje ona mleko zatrute siarką. Piła je trójka dzieci właścicielki krowy; z trudem uratowano je od śmierci. Sondaż przeprowadzony następnego dnia pokazał, że jedna czwarta widzów oglądających program uznało informację za wiarygodną.

Alfred czuł gęstniejącą atmosferę i presję oszałamiających zdarzeń. Starał się być pozytywny, napotykał jednak coraz większy opór. Aby rozładować napięcie, rozmawiał z przyjaciółmi i znajomymi, przede wszystkim z Młodym, jak nazywał Rafała, przedstawiając mu tempo przemian. Dzielenie się niepokojem przynosiło mu ulgę.

– Świat coraz bardziej przyśpiesza. Można od tego oszaleć. Wszystko się zmienia: samochody jeżdżą już bez kierowcy, ludzie pracują zdalnie z własnego pokoju, w oceanie pływają miliony ton plastikowych śmieci, mój nowy smartfony ma setki nowych cech i aplikacji, nie umiem sobie z nimi poradzić. Jest tego więcej. Zabójczy wirus roznoszony po całym świecie przez miliony podróżujących, roboty i mikroskopijne drony, rewelacyjne technologie medyczne i leki, w dodatku jeszcze ta manipulacja opinią publiczną. Popatrz na efekty, na nasze miasto. Pięć lat temu był tu tylko jeden szpital psychiatryczny, teraz mamy trzy. Ale to wciąż za mało, bo w domach opieki, schroniskach dla bezdomnych i na działkach rekreacyjnych czekają dalsi kandydaci do leczenia psychiatrycznego.

Wielu przyjaciół i znajomych już to wiedziało. Jego bratanek również. Wiedzieli jednak inaczej. Głowa bolała go od myślenia, jak sobie z tym wszystkim poradzić.

Odc. 3 Edukacja społeczna

Szkoła powszechna i liceum mieściły się w długim, prostokątnym budynku położonym na Garbatym Wzgórzu. Pierwszy raz, kiedy tam się znalazł, Alfred powtórzył nazwę kilka razy, aby się przyzwyczaić. Nie przystawała do miejsca, ponieważ teren był płaski, a plac na którym znajdowała się szkoła, stanowił zaledwie niewielką wyniosłość. Budynek, jego kształt i wymiary łatwo zapadły mu w pamięć, ponieważ dawały się opisać liczbowo. Pracował tu ucząc matematyki w szkole podstawowej.

W ostatni piątek semestru Alfred spotkał się jak zwykle z rodzicami na wywiadówce, aby rozmawiać o postępach dzieci, problemach i wyzwaniach. Korzystał z okazji, aby edukować także dorosłych. Wierzył w permanentną edukację całego społeczeństwa, uznawał ją za swoją misję.

Alfred był cenionym nauczycielem, miał nadzwyczajne osiągnięcia. Dzieciaki przepadały za jego lekcjami matematyki. Do szkoły przyjeżdżali wizytatorzy z kuratorium i dyrektorzy innych szkół, aby zobaczyć, jak można rozbudzić miłość do przedmiotu gdzie indziej traktowanego jak piąte koło u wozu, jeśli nie nieszczęście.

Misja edukacyjna Alfreda nie pozostawała w cieniu. W pobliżu szkoły przebiegała linia kolejowa Wschód-Zachód. Dyrektor wzywał Alfreda do siebie kierując się rozkładem jazdy międzynarodowego pociągu, przejeżdżającego raz w miesiącu przez miasteczko. Przejazd pociągu stwarzał możliwość nieskrępowanej dyskusji.

Tematem spotkania była równowaga między potrzebami szkoły a indywidualną inicjatywą nauczycielską. Było to już trzecie wezwanie Alberta przez dyrektora szkoły, Sebastiana Masaja. Przed biurkiem pryncypała czekał na niego zgrabny, czerwony dywan. Spotkania odbywały się na stojąco, zwiększało to sprawność wymiany opinii.

– Panie kolego Zygadło! – zaczął zwierzchnik, kiedy pociąg zbliżał się do miasteczka. Był to masywny mężczyzna z głową lwa zdobną grzywą gęstych, nieco już siwiejących włosów.

Alfred przyzwyczaił się do formuły spotkań. Rozumiał, że „panie kolego” zbliżało ich do siebie i umacniało w przekonaniu, że stanowią jedność pedagogiczną.

– Osiąga pan znakomite wyniki w nauczaniu matematyki. Jestem z pana dumny. Rodzice jednak skarżą mi się, że niepotrzebnie wzywa ich pan do zwiększonej czujności edukacyjnej wobec zmieniającej się rzeczywistości i ilustruje to przykładami.

Po standardowym wstępie dyrektor cytował fragmenty wypowiedzi rodziców.

Akceptując słowa zwierzchnika, Alfred prosił go o wyjaśnienie niektórych niuansów skarg rodziców.

– Zgadzam się z panem, że bez permanentnej edukacji społeczeństwo nie ma szans przeżycia. Nie mówiąc o sukcesie stojącym tuż za progiem, którego jednak nie da się osiągnąć bez wspólnego wysiłku szkoły, rodziców i dzieci.

Obydwaj liczyli na to, że szczera rozmowa doprowadzi w końcu do porozumienia. Sprawa jednak przeciągała się.

Po rozmowie z Alfredem dyrektor udał się do pokoju nauczycielskiego, gdzie było więcej przestrzeni i światła, aby nabrać oddechu. Wydał się nieco mniejszy i jakby zadumany.

– On chyba traci wiarę w naukę i siebie samego – szeptali między sobą nauczyciele obecni w pokoju.

– Liczę na to, że w końcu uda mi się go oswoić, bo to doskonały pedagog. Pomóżcie mi! Dla dobra szkoły! – apelował do członków ciała pedagogicznego. W zamian oferowano mu życzliwe sugestie, że nie powinien zwracać tak dużej uwagi na ambicje edukacyjne matematyka, bo są w niej elementy racjonalne.

– On się w końcu musi wypalić! – to było ostateczne pocieszenie, jakie mieli mu do zaoferowania nauczyciele. Lepiej znali Świra. W duchu wierzyli, że jest on niezniszczalny zwłaszcza od czasu, kiedy doszedł do wniosku, że człowiek wymaga specjalnego rodzaju inteligencji aby radzić sobie ze zmianami.

Idea świrowania pozostawała im obca. Wyjątkiem był nauczyciel przedmiotu „Jednostka i społeczeństwo” oraz katechetka przesiąknięta wiarą w doskonalenie człowieka. Dzieliła ją ze Świrem  niewielka różnica, ale nie miało to znaczenia. Dla niej było to doskonalenie się człowieka w Bogu, dla niego w umiejętnościach radzenia sobie z postępem. Oboje spajał ferwor misyjny. Mogli liczyć na wzajemnie wsparcie.

Odc. 4 Wywiadówka

Do wywiadówki Alfred przygotował się bardzo starannie. W klasie 3B uczył matematyki i był jej wychowawcą. Po przedstawieniu ocen i omówieniu wyników nauczania całej klasy i poszczególnych uczniów przystąpił do edukacji rodziców. Nazywał to ofensywą. Mówił o sprawach ważnych i nie wahał się używać wyrazistych, a nawet kontrowersyjnych określeń. Mówił tak, aby pobudzić słuchających do myślenia. Miał wątpliwości, czy społeczeństwo potrafi myśleć twórczo i odważnie, na miarę wyzwań współczesności. Był przekonany, że on to potrafi i że jest to konieczne. 

– Mamy telewizję, która coraz więcej czasu poświęca edukacji. Z badań wiadomo, że społeczeństwo ma problemy medyczne lecz nie umie sobie z nimi poradzić. Dwadzieścia pięć procent osób cierpi na obstrukcję. W odpowiedzi na to przemysł farmaceutyczny oferuje nam leki, a telewizja je reklamuje, edukując, jakie są ich zalety i jak je stosować, aby uzyskać najlepsze efekty. Ludzie nie lubią reklam, ale to błąd, bo to źródło bezpłatnej wiedzy. Należy z niej korzystać. Dobrze dobrany lek rozwiązuje problemy, człowiek staje się zdrowszy i szczęśliwszy. Im więcej leków kupujemy, tym silniejszy staje się nasz przemysł farmaceutyczny, powstają nowe stanowiska pracy. Minister zdrowia zachęca:

– Bądź patriotą, kupuj produkty krajowe.

Ja oczywiście zgadzam się z tym, co mówi rząd, pan premier i ministrowie. Trzeba kupować jak najwięcej rodzimej produkcji; jest to postępowanie racjonalne i uczciwe. Na rynku pojawia się ciągle coś nowego, co dobrze świadczy o naszej innowacyjności. Mam wrażenie, że my – jako społeczeństwo – wynalazczość mamy we krwi. Ostatnio pojawiły się dopalacze osiemdziesiąt razy mocniejsze niż najsilniejszy narkotyk. Dają one ludziom szansę błyskawicznego przeniesienia się w inny, bogatszy świat. Interesujmy się nowościami, rozmawiajmy o nich z dziećmi, rodzeństwem i przyjaciółmi. Trzeba żyć mądrze i godnie. Korzystać z życia.

– Ludzie chyba umieją żyć? – Odezwała się młoda kobieta, szykownie wciśnięta w różowe getry i czarny sweter. Alfred zwrócił na nią uwagę wcześniej: średniego wzrostu, czarnowłosa, pod każdym względem zadbana. Kiedy wchodziła do pokoju, jej pośladki poruszały się tak zniewalająco, że pomyślał, że powinna mieć je z przodu, aby każdy mężczyzna miał szansę docenienia piękna kobiecego ciała. Był estetą,  uważał, że duchowość jest niezwykle ważną cechą człowieka w dobie szybkiego postępu techniki.  

– Tak naprawdę, to chyba niewiele osób umie – Podjął Świrus. – Przesadzają, zachowując się zbyt wstrzemięźliwe, ograniczając się. Zapominają, że można w pełni cieszyć się życiem. Na moim osiedlu o piątej rano ludzie głośno rozmawiają, śmieją się, ciesząc się jak Beduini na pustyni, których szczęśliwie ominęła wielka burza piaskowa. Myślę sobie: – Chcę spać, a tu ktoś mnie budzi. I nagle zdaję sobie sprawę, że to wczesne budzenie ratuje mnie, bo nie przesypiam życia. Albo alarm samochodowy, który budzi mnie wyjąc dwa razy w nocy. Właściciel samochodu nie naprawia go. Wnioskuję, że może nie słyszy alarmu albo nie ma pieniędzy, aby go naprawić. Albo jest mu trudno podjąć decyzję. Samochód stoi po drugiej stronie strumienia płynącego głębokim jarem. Gdyby nie to, poszedłbym i powybijał mu szyby. Trzeba być pomocnym. Zmotywować człowieka, ułatwić mu podjęcie decyzji. To spontaniczne i pozytywne postępowanie: konfrontować się z wyzwaniami, pomagając innym. Nazywam je świrowaniem. Jestem jego zwolennikiem. Może ono budzić oczywiście kontrowersje, ale nic na to nie poradzimy. Trzeba być realistą. 

Matematyk ucieszył się, kiedy matka Oksany, niezwykle utalentowanej matematycznie uczennicy, poparła go:

– Też bym to zrobiła. Właścicieli i kierowców samochodów należy edukować. Ci ludzie powodują wypadki i są przez to nieszczęśliwi. Może nawet nie wiedzą, że są już samochody jeżdżące bezpiecznie bez kierowcy. Transport publiczny to poważna sprawa. Samochód to nie klocek Lego. 

Odc. 5 Walec drogowy

Najgorsze zdarzenia spotykały Alfreda w dniach, kiedy księżyc przechodził fazę pełni. Na początku nie zdawał sobie sprawy, że łączą ich niewidzialne więzi. Z czasem nauczył się, kiedy księżyc mu sprzyja a kiedy nie. Przyszło to dopiero później.

Dwudziestego trzeciego marca, w dzień Superksiężyca, kiedy był on nie tylko w pełni, ale i najbliżej ziemi, przejechał Alfreda walec drogowy. Trwało to nie dłużej niż trzydzieści sekund, mimo że maszyna jechała bardzo wolno. Alfred odczuł ogromną samotność. Nie była to pustka, bo wszystko w nim stężało i poczuł się wypełniony jakąś nadzwyczajną treścią. To jego ciało uległo intensyfikacji pod wpływem ogromnego ciśnienia.

Alfred zapamiętał to zdarzenie ze wszystkimi szczegółami. Był to czwartek przed weekendem z zapowiedzianą zimną pogodą. Rano Alfred czuł się wyjątkowo nerwowy, nogi mu drżały. Opanował go dziwny niepokój, że wpadnie na niego człowiek jadący na hulajnodze, jeden z tych pędzących w zaślepieniu przed siebie. Po południu Alfred poczuł się lepiej. Poprowadził trzy udane lekcje. Wracał ze szkoły ulicą Parkową, trochę przejedzony obiadem. Po lewej stronie widział park z alejami wysadzanymi dębami, wiązami, jesionami i lipami. Szedł zamyślony chodnikiem obmyślając pytania do testu z matematyki, kiedy to nastąpiło.

Była to jego wina. Nie oglądając się na boki wkroczył na jezdnię, aby przejść na drugą stronę ulicy. Maszyna jechała tak cicho, że jej nie usłyszał. Zauważył ją w chwili, kiedy już spłaszczała mu stopy. Upadając na asfalt, odczytał jej nazwę wypisaną wielkimi literami nad przednią szybą: „Powercast”. Przetłumaczył ją szybko na „Odlew mocy” i chwilę zastanawiał się, czy było to poprawne tłumaczenie. Pomyślał jeszcze „Nie na takie widoki się patrzyło”. Zapamiętał to zdanie doskonale choć nie miało ono sensu.

Następnego dnia rano, po przebudzeniu, czuł się wciąż nieswój. Leżał rozpłaszczony na łóżku jak żaba. Jak się tam znalazł, nie pamiętał, ale też nie dziwił się temu. Nie miał nawet na to czasu, bo śpieszył się do szkoły. Zaczynał zajęcia o godzinie ósmej rano.

Dobre samopoczucie odzyskał dopiero w pokoju nauczycielskim.

– Było to tak niesamowite przeżycie, że nie dziwię się, że pamięć ze mnie uszła – wyjawił głośno, stojąc pod oknem rozświetlonym intensywnym słońcem.

Przy stole siedziało dwóch nauczycieli i trzy nauczycielki. Popatrzyli na niego zdziwieni. Opowiedział im niezwykłe zdarzenie. Pragnął pokazać się z najlepszej strony, że jest interesujący, ma bogate wnętrze i ciekawe przeżycia. Chciał, aby go lubiono. Ich uznanie umocniłoby poczucie własnej wartości. W takich chwilach czuł wyraźnie, że ma w sobie dobroć i ludzie to dostrzegają.

Najuważniej słuchała go nauczycielka filozofii i logiki, najstarsza osoba w ich gronie. Była już bliska wieku emerytalnego. Nie tylko go słuchała, ale także zadawała mu pytania. Przeżywała razem z nim jego niezwykłą przygodę. Wyczuwał w nich głębię humanitarną, dystans i refleksyjność. Pytała go o to, co czuł lub myślał w danym momencie, jak się zachowywał i co go do tego skłoniło. Odpowiadał szczerze, na co ona uśmiechała się z łagodną wyrozumiałością. Czasem wtrącała:

– Ja już takich przeżyć nie mam. Mogę tylko pogratulować panu, drogi kolego Alfredzie, wrażliwości psychicznej. Imponuje mi to wszystko, co się panu przydarzyło i zapewne jeszcze przydarzy w życiu. Także pańska wyobraźnia, świeżość i niezwykłość reakcji. Powinien pan to wszystko spisywać. To jest bardzo oryginalne. Widzę to jako dorobek naszej współczesności.

Alfred popatrzył na nią z wdzięcznością. Jego przeżycie sprawiło jej przyjemność, wzbogaciło jej życie.

Odc.6 Rozmowy z dyrektorem

Najmniej przychylny dla Alfreda był dyrektor szkoły, Sebastian Masaj. Nie miał chęci słuchać, co przydarzyło się nauczycielowi.

– Panie kolego! Ja po prostu nie mam czasu na słuchanie bajek. Szkoła mi się wali na głowę. Za dwa dni mam wizytę z kuratorium, jest zagrożenie narkotyczne, rodzice mają pretensje, że nie dbamy dostatecznie o ich dzieci, że program nauczania jest przeciążony, że uczniowie otrzymują za dużo pracy do domu, a pan mi tu wyjeżdża z jakimiś niesamowitymi historiami jak magik latający na czarodziejskim dywanie!

Alfred przyjął jego słowa ze spokojem. Zdał sobie sprawę, wcześniej wspominali o tym inni nauczyciele, że dyrektor jest w wielkim stresie. Widać to było w jego głosie, twarzy i ruchach. Zwierzchnik nie miał dla niego cierpliwości ani zrozumienia bo był pod presją wielu zdarzeń i otoczenia. Dlatego Alfred usiłował go przekonać do skorzystania z techniki autorefleksji. Wyobraził sobie nawet, że dyrektor staje się kimś w rodzaju przewodnika duchowego dla wszystkich nauczycieli, jak radzić sobie ze stresem jako człowiek, dydaktyk i koordynator pracy zespołu ludzkiego. Liczył na to, że dyrektor rozwinie w sobie tę umiejętność, lecz po kilku próbach zrezygnował. Powiedział sobie w duchu:

– Nic tu nie wskóram. Masaj to uparty kozioł. Zastygł w swoim myśleniu jak beton i już się nie zmieni. Nie stać go nawet na refleksję, czy to co mówię, ma jakiś sens czy nie.

Przed konsekwencjami negatywnych reakcji zwierzchnika ratowała Świrusa opinia uczniów. Uwielbiali go za sposób nauczania, historie, jakie im opowiadał, możliwość zadawania pytań bez skrępowania, jak również wyrażania własnych opinii i sugestii.

– Pan jest zupełnie inny niż pozostali nauczyciele. Oni są tacy sztywni! Nie można z nimi swobodnie porozmawiać, bo zaraz się denerwują i mówią: „to nie wypada”, „to nie jest temat do dyskusji w czasie lekcji” czy „szkoła nie zajmuje się takimi problemami”.

Urzeczony szczerością uczniów i uznaniem jego wyjątkowości Alfred nie dostrzegał drobnych uszczypliwości. Tłumaczył, że krytyka jego osoby czy postępowania mu nie przeszkadza.

– To tylko udowadnia, że ekscentryczność i odmienność ma sens. Proszę zwrócić uwagę, że ze wszystkich członków ciała pedagogicznego jestem najspokojniejszym i najbardziej zrównoważonym człowiekiem.

Kiedy to mówił, uczniowie kiwali głowami i zapewniali, że zgadzają się z nim. Z wdzięcznością przyjmował pochwały i słowa poparcia. Wiedział, że autentycznie się cieszą, że jest ich nauczycielem i wychowawcą. Od czasu jak uznał świrowanie za najlepszy model myślenia i postępowania, czuł się bardziej wyciszony i twórczy. 

Odc. 7 Piekareczka 

Świrus udał się do piekarni jak zwykle z samego rana, aby kupić na śniadanie dwie bułeczki orkiszowe i jedną poznańską. W sklepie nie było nikogo oprócz ekspedientki. Alfred nie znał jej nazwiska, tylko imię, Aldona. W duchu nazywał ją Piekareczką, choć nie miało to sensu, bo była rosłą i pulchną kobietą. Sam na sam z kobietą uznał za wymarzoną okazję, aby przedstawić jej swoją teorię złożoności mąki. Od dawna o tym myślał. Teorię opracował zaraz po tym, jak Aldona opowiedziała mu niezwykłe zdarzenie z początków swojej kariery zawodowej. Pracowała razem z mężem w piekarni, przygotowując ciasto i wypiekając chleb w tradycyjnym piecu opalanym drewnem. Kiedy zbliżyła się do otwartego paleniska, zapaliły jej się włosy.

– Jak do tego doszło, nie mam pojęcia. To było po prostu niemożliwe. Od włosów zajął się mój fartuch i stanęłam w płomieniach. Nie zgadnie pan w jakiś sposób mnie uratowano. Pracujący obok mąż chwycił worek z mąką i wysypał ją na mnie. Ogień zgasł i wtedy ukazałam się ja; wyglądałam jak niedomyty kocmołuch po pijackiej orgii. Fartuch i to co miałam na sobie  spłonęło, a to co zostało, opadło ze mnie. Stałam naga, osmalona, pół czarna, pół biała. Mąż patrzył na mnie i wybuchnął śmiechem.

– Przed chwilą wyglądałaś jak płonąca choinka, a teraz wyglądasz gorzej niż diabeł. Brakuje ci tylko rogów i ogona!

Dobiło mnie to. Rozpłakałam się. Przez kilka nocy mąż nie poszedł ze mną do łóżka. Powiedział mi, że przypominam starą czarownicę i nic go nie zmusi do tego, aby choćby mnie dotknąć.

– Jesteś łysa, ciało masz w bąblach, wyglądasz jak potwór- drwił ze mnie. Rozwiedliśmy się bardzo szybko. Od tej pory nienawidzę piekarzy. 

Z tamtej rozmowy Alfred wyniósł wrażenie, że mąka była rodzajem tworzywa, z którego osoba z powołaniem może wyczarowywać radość, słodycz a nawet miłość. Które także, w szczególnych okolicznościach, ratuje człowiekowi życie.

– Chleb jest substancją życia – zawyrokował wtedy – a jego podstawowy składnik, mąka, jest światem zapewniającym mu istnienie.

Ostateczną teorię złożoności mąki opracował po zapoznaniu się ze składnikami mąki. Rozmawiał o tym z kolegą, nauczycielem biologii pracującym w tej samej szkole.

– Zrozumiałem – było to jak płomień rozjaśniający ciemność – w jak bardzo złożonym świecie żyjemy. My mieszkamy na planecie Ziemia i to jest nasz świat. Dla bakterii, antyustrojów, biokonserwantów czy laseczek Bacillusa, mąka jest światem.

Czekając na bułeczki Świrus był pewien, że jego teoria zainteresuje Piekareczkę. I rzeczywiście, po zapakowaniu pieczywa do dwóch torebek papierowych, przyjęciu zapłaty i wydaniu paragonu, sprzedawczyni podniosła wzrok i znieruchomiała.

– Teraz zamieniam się w słuch. Ciekawi mnie pańska teoria mąki, bo to produkt bliski moim zainteresowaniom zawodowym. Czy ona dotyczy jakiejś konkretnej mąki? Na przykład tortowej? Sprzedajemy jej najwięcej, bo ludzie najchętniej biorą ją do pieczenia.

– Chodzi o teorię złożoności mąki – przypomniał Alfred.

Ucieszyła go pozytywna reakcja Piekareczki. Popatrzył na nią z uwagą, jakby chciał utrwalić sobie jej wygląd. Była kobietą w wieku nieokreślonym, ubierającą się prosto i tradycyjnie. Pod fartuchem nosiła ciemne spodnie i żółty blezerek. Wyróżniały ją oczy, duże, ciemnoszare, w kolorze chmury burzowej, często zamyślone. Nie brakowało jej ciała. Miała pełną twarz i mocne ręce osoby mającej za sobą lata pracy.

Świrus skoncentrował się. Zapragnął pomóc Piekareczce, okazać jej sympatię, podzielić się czymś, co doda jej życiu więcej radości, a nawet uszczęśliwi, jeśli było to możliwe. W duchu liczył też na to, że z wzajemności okaże mu uznanie, którego potrzebę odczuwał jak każdy mężczyzna przerastający swą niezwykłością otoczenie. 

Odc 8 Matematyka a mąka

Mając wdzięczną słuchaczkę przed sobą, Świrus zagłębił się w szczegóły teorii złożoności mąki.

– W mojej teorii są elementy matematyki. Jest to zrozumiałe, bo – jak pani wie – jestem nauczycielem i pasjonatem matematyki. To matka wszystkich nauk. Jej niezwykła siła polega na poddaniu naszego rozumienia świata reżymowi liczb. To oznacza zdolność zmierzenia wszystkiego i dokładność. Przepraszam, że mówię o matematyce a nie o teorii złożoności mąki. Otóż ta teoria określa wielość i różnorodność zastosowań mąki. Pierwsze z nich to oczywiście ciasta i różne dania kulinarne. To jest najprostsze.

Zauważywszy grymas na twarzy Piekareczki, Świrus domyślił się, że uraził ją słowami „to jest najprostsze”. Ona widziała to inaczej. Postanowił usposobić ją życzliwie kupując trzy razy więcej pieczywa niż potrzebował. Zaraz po porcie do domu zjadł pół bochenka chleba „Staromodny Wiejski”, zawierającego mąkę żytnią i pszenną.

Obiad był ważnym zdarzeniem tego dnia. Składał się z solidnej porcji gorących placków ziemniaczanych ze śmietaną. Był to jego ulubiony przysmak. Po obiedzie, Alfred zanurzył się w fotelu z książką w ręku. Nie czytał długo. Zamyślił się nad sytuacją w kraju. Tylko nieliczni obywatele sobie radzili, mieli żony, dzieci, domy i samochody, dorabiali się firm i majątków. Los ich wyróżniał; podróżowali po świecie, penetrowali niezgłębione jaskinie, gdzie diabeł mówi dobranoc i nurkowali na rafie koralowej. Oddał się marzeniom. Oglądał niezwykłe stalaktyty i stalagmity w jaskini, biegał po słonecznej plaży pod palmami, delektował się fantastycznie przyrumienioną kaczką z jabłkami, skwierczącymi krewetkami w sosie czosnkowym, a na końcu pierożki z jagodami polanymi słodką śmietaną. Wszystko to pomieszało się razem w jeden ciąg przeżyć i doznań głębokich jak Rów Mariański. Obudził się wieczorem żałując, że zmarnował kilka cennych godzin dnia.

Odc. 9 Spotkanie w barze

Wieczorem Alfred spotkał się w barze „Hosanna” ze swoim bratem Zenonem i bratankiem Rafałem. Siedzieli przy stoliku w roku sali, pili piwo i w milczeniu przyglądali się klientom. Alfred zastanawiał się, dlaczego mężczyźni i kobiety siedzą przeważnie osobno przy stolikach. Nudził się. Miał poczucie, że należy przerwać milczenie.

– Niewielu ludzi radzi sobie w życiu – zaczął swoją ulubioną śpiewkę. – Ci, którzy sobie nie radzą, to jednostki najbardziej wrażliwe. To oni schodzą na psy, zaniedbują siebie i swoich najbliższych, popadają w wiry alkoholizmu i depresji, aby skończyć samobójstwem. 

Wobec milczenia brata i bratanka, Alfred oddał się wspomnieniom. Przez długi czas sam był takim nieradzącym sobie osobnikiem. Nic mu to jednak nie mówiło, dopóki nie wyrzucono go z pracy i nie opuściła go druga żona. Pierwsza rozwiodła się z nim dając mu radę przy pożegnaniu:

– Aby małżeństwo było udane, trzeba najpierw zmądrzeć.

Wtedy zrozumiał, że normalne postępowanie oparte na prostej miłości, rozsądku i przyzwoitości, nie doprowadzi go daleko. Czuł się zawiedziony, bo miał swoją filozofię i wierzył w jej skuteczność. Wobec kobiet starał się być uprzejmy, sympatyczny i pomocny. Wierzył, że okazywanie komuś życzliwości, wywołuje identyczną reakcję drugiej strony.

Kiedy Zenon wyszedł do toalety, Alfred tłumaczył bratankowi:

– Jeśli ty uśmiechasz się do kobiety, ona odpowie ci uśmiechem. Przynajmniej większość z nich. Jeśli natomiast kogoś traktujesz opryskliwie, możesz spodziewać się, że ten ktoś będzie warczeć na ciebie. To podstawowa reguła: jak Kuba Bogu, tak Bóg Kubie.

Swoją filozofią układności wobec kobiet, z którymi był związany, Alfred czuł się zawiedziony, bo w jego przypadku to nie zadziałało. Była w tym jakaś głębsza dynamika, której nie rozumiał. Podejrzewał, że chodzi o zrządzenie losu, o dobranie się kobiety i mężczyzny jak w korcu maku. Czasem w myśleniu o tym związku, zapętlał się, angażując siły wyższe. Odrywając się od myśli, zwrócił się do towarzyszy przy stoliku:

– Niektórzy ludzie dają sobie wmówić Boga, jaki jest, co myśli, czego oczekuje, co karze a co nagradza. I do czego to nas doprowadziło? Do wojen krzyżowych i błogosławienia ludzi idących na wojnę, aby mordować innych. – To okropieństwo – podsumował z goryczą. Zawsze dochodził do tego samego wniosku.

Brat i bratanek popatrzyli na niego zdziwieni.

Odc. 10 Sufit 

Leżąc na łóżku wieczorem, Alfred zapatrzył się w sufit. Działo się z nim coś niezwykłego: falował, zbliżał się i oddalał. W pewnym momencie rozświetlił się niesamowitym obrazem nieba. Kiedy niebo zgasło, okazało się, że sufit jest nierówny, w dodatku pofałdowany. Alfred wiedział, że to nieprawda, oczy jednak mówiły mu co innego. Usiłował to zrozumieć.

– Mam umysł matematyka, precyzyjny i ostry jak brzytwa. Podsuwa mi on myśl, że to, co obserwuję, może sugerować, że to ja mam nierówno pod sufitem.

– Czy to dobrze czy źle? Odpowiedział sobie po chwili, że dobrze, bo sufit jest podstawą wszystkiego, punktem odniesienia, powierzchnią centralną, pod którą dzieją się rzeczy niesamowite.

– To mój świat. Zgodził się ze sobą bez kłótni, bo i po co miał się kłócić, skoro mógł żyć w zgodzie z własnym umysłem?

Przypomniał sobie miniony dzień. Także inne, wcześniejsze dni. Widział, jak bardzo były do siebie podobne. Zaczął ze sobą rozmawiać. Było to jak pisanie pamiętnika.

– Kładę się spać o godzinie dwudziestej trzeciej i budzę się o dwudziestej trzeciej czterdzieści pięć, dokładnie kwadrans przed północą. Bardzo mnie to cieszy, bo cenię punktualność. Budzę się i martwię, że nie widzę sufitu, oraz tego, że jest on nierówny. Czasem myślę, że to dlatego, że jestem zbyt pobudliwy. Czasy są trudne, a będą jeszcze trudniejsze. . Nie można tego określić jednym zdaniem. Być może nie ma to znaczenia, bo jest wiele ważniejszych spraw. Pierwsza i najbardziej podstawowa – fundamentalna jak to mówią – to dostosować się do zmieniającej się rzeczywistości. Ja się dostosowałem. Wykorzystałem do tego moje wrodzone cechy i zdolności. Zawsze mi mówiono, że jestem dziwny. Nie jest to prawdą, jestem tylko inny. Choć może i trochę dziwny. Nie będę się upierać. To jedna z moich cech: zdolność szybkiego wyczucia, co jest ważne w danym momencie, i odpowiedniej reakcji. Zdolność oportunistycznego dostosowania się, jakby to powiedział Darwin. Czytałem go; bardzo mi pomógł. Nie obnoszę się z moimi poglądami, wolę zachować je dla siebie. Sekretność myśli i postępowania uważam za ważną umiejętność życiową.

Zanim zasnął, zdecydował, że będzie pisać pamiętnik. Następnego dnia, zaraz po obudzeniu się, zrobił w brulionie pierwsze notatki. Zdecydował, że przepisze je późnej na komputerze. 

– Myślę, że tytuł „Pamiętnik rozsądnego szaleńca” brzmi dumnie. Może nawet służyć jako tytuł powieści. To mnie mobilizuje. Może to być jakiś omen nomen, który jest jak trafny los na loterii, dający wygraną. Odrzucam tę myśl, bo to niepotrzebna dygresja.

W nocy śniło mu się, że chodził do toalety kilka razy z rzędu. Było to nienormalne, ale wcale go to nie zdziwiło.

Odc. 11 Prośba

Przed śniadaniem Alfred udał się do piekarni. Już po drodze czuł zapach świeżo upieczonego pieczywa. Przepadał za świeżym, ciepłym jeszcze chlebem żytnio-pszennym. Stojąc w kolejce, którą ze względu na rozmiar nazwał kolejeczką, przypatrywał się sprzedawczyni. Była to ta sama Piekareczka Aldona, ciepła blondynka o niebieskich oczach, jak ostatnim razem, podobnie pulchna, ale świeższa, jakby jej lat ubyło. Nieco umączona przypominała gorącą bułeczkę. Jej konstrukcję cielesną Alfred ocenił na „w sam raz”. Wyobraził sobie jej model matematyczny i pomyślał, że warto byłoby zmierzyć jej wymiary. Pamiętał idealne proporcje kobiecego ciała, 96-68-96; kojarzył je z Wenus z Milo. Nie pasowały do Piekareczki. To go zmartwiło, ale tylko na chwilę.

Kiedy stanął przy ladzie, pozdrowił sprzedawczynię, po czym kupił dwie bułki, zapłacił, ale nie wychodził. Kobieta popatrzyła na niego pytająco. Widział, jak głębiej oddycha, niepewna, dlaczego nie opuszcza sklepu. Patrzył jej w oczy, dając czas na domysł, o co chodzi. Nie udało jej się jednak zrealizować postawionego przez niego celu. Chyba się zagubiła, bo zapytała:

– Czy pan jeszcze sobie czegoś życzy?

Ucieszony, że pytaniem weszła na właściwy tor, poprosił ją o błogosławieństwo na drogę. Była zdziwiona, ale udzieliła mu go. Nie wiedział, co ją do tego skłoniło, bo prosił ją o to wcześniej kilka razy. Uspokojony, rzucił na odchodnym słowami podzięki. Miał wrażenie, rozsypały się na ladzie niby błyszczące perły.

– Bez pani błogosławieństwa nie wyszedłbym za próg. Siedziałbym tu i warował aż do końca. Błogosławieństwo to błogosławieństwo.

Adresatka wyjaśnienia poważnie pokiwała głową. Odkiwnął jej.

Wychodząc z piekarni pomyślał, że kobiety go nie rozumieją. Miał swoje doświadczenia, na podstawie których wyrobił sobie filozofię. Nazywał ją samotniczą. Zdobyć kobietę nie było trudno, jeszcze łatwiej kobietom było zdobyć mężczyznę. Wystarczyło uśmiechnąć się zalotnie, dać się zaprosić do kawiarni i ulec jego namiętności, równie naturalnej jak powietrze, kurz zbierający się na oknie, chmura leniwie płynąca po niebie, brudne nogi po wyjściu z kałuży czy też kolorowy kwiat na drzewie. To ostatnie wyobrażenie zaniepokoiło go do tego stopnia, że zatrzymał się na jezdni prawie wpadając pod samochód.  Uspokoił się dopiero wtedy, kiedy przypomniał sobie dziką orchideę kwitnącą w tropiku w zagłębieniu między konarami, gdzie zebrało się trochę pyłu i wilgoci.

Odc. 12 Magazynek

W nocy śniło się Świrusowi, że rozbiera Aldonę. Było to w magazynku z tyłu sklepu piekarniczego. Kiedy zdjął z niej sukienkę i zabrał się za biustonosz, weszła druga ekspedientka, Zuzanna.

– Chcę do was dołączyć. We trójkę będzie raźniej – wyjaśniła i uśmiechnęła się.

Zgodzili się. Zuzanna przyniosła ze sobą kwiaty polne i pieczywo w koszyku. Jakby tego nie widzieli, powiedziała:

 – Przyniosłam kwiaty, jeden bochenek chleba, trochę świeżych bułeczek oraz nóż.

Poczuli się głodni. Wyjmowali z koszyka bułeczki, kroili je lub łamali, i jedli wkładając sobie nawzajem do ust co smaczniejsze kąski. Wpadła na to Aldona.

– To zwyczaj arabski. A może armeński, nie pamiętam. W każdym bądź razie wkłada się do ust drugiego biesiadnika najsmaczniejsze kąski. To bardzo podniecające i świadczy o gościnności domu i dobrych manierach gospodarzy.

Jedli bułeczki fitness i wieloziarniste, słodką chałkę, bułeczki z jagodami oraz pączki, i rozbierali się nawzajem. Leżeli na workach z mąką, wśród pachnącego świeżością pieczywa, umajonego kwiatami polnymi. Coraz bardziej ich to podniecało. W pewnym momencie Aldona wystraszyła się, włożyła na siebie sukienkę i powiedziała:

– Przepraszam, muszę wyjść, ale za chwilę wrócę.

Wróciła zmieszana i wyjaśniła:

– Zapomnieliśmy o tym, że drzwi do piekarni nie zostały zamknięte. W środku była już klientka z mężem i dzieckiem. Pytali, co się dzieje, że nikogo nie ma w sklepie. Wytłumaczyłam im, że jesteśmy bardzo zajęci, wyprosiłam ze sklepu, zamknęłam drzwi na klucz i wywiesiłam kartkę „Remanent”.

Wrócili do igraszek, niewinnych, ale bardzo treściwych. Tak je określił Alfred. Męczył się, bo nie mógł pozbyć się nawyku mierzenia i liczenia. Kiedy wyciągnął z kieszeni metr krawiecki i zaczął mierzyć kobiety, aby stworzyć potem ich modele matematyczne, obydwie się sprzeciwiły.

– Daj spokój, człowieku. Wiemy, że jesteś nauczycielem matematyki i matematyka cię pasjonuje, ale nie przesadzaj. Nie masz nic lepszego do roboty? Lepiej nas pieść, bo czujemy się niedowartościowane.

To go zmobilizowało. Pieścił jak tylko potrafił najlepiej, z pełnym zaangażowaniem, odkrywając ich strefy erogenne. Nie pozostawało to bez wdzięczności. Rozochocili się tak bardzo, że krzyczeli z podniecenia. Mąka pyliła się wokół po magazynku, a oni szaleli. Zrobiło się bardzo głośno, czuli się fantastycznie. Co raz to musieli jednak przerywać okrzyki, bo nie mogli się zrozumieć. Po osiągnięciu porozumienia, Śmirus kochał się z dwiema partnerkami na raz. Zastanawiał się potem, jak to było możliwe, lecz nie potrafił sobie tego wytłumaczyć. Cały czas jedli. Aldona przyniosła jeszcze masło i smarowali pieczywo. Alfred poczuł się wkrótce tak najedzony, że postanowił nic już nie brać do ust tego dnia.

Najbardziej podobały mu się worki z mąką. Nigdy nie kochał się na takim podłożu. Uważał warunki za ekstrawaganckie, gdyż pozwalały na wykonywanie figur prawie akrobatycznych. Nieprzerwanie rozmawiali też ze sobą.

– Jesteśmy niesamowicie wyuzdane. Zawsze o tym marzyłyśmy. Kamasutra przy nas to książeczka dla niewinnych dziewczynek – powiedziała Zuzanna i Aldona jej przytaknęła.

– I dla zbuntowanego chłopca – dodał Świrus. Wybuchnęli śmiechem, wznosząc tumany mąki.

Kiedy następnego dnia Świrus zjawił się w piekarni, ekspedientki wyglądały na zawstydzone, ale radosne. Spoglądały z uśmiechem w kierunku drzwi magazynku. Alfred zrozumiał wtedy, że nie był to sen z fantazjami erotycznymi, ale coś poważniejszego. Zresztą nie mogły to być fantazje, bo rano zauważył na swoim ciele zadrapania oraz delikatne ślady ugryzień. Budząc się, wydało mu się nawet, że widział wgniecenia na pościeli idealnie pasujące do kształtów obydwu kobiet. Nie miało to sensu, bo przecież kochali się na workach z mąką w magazynku przy piekarni. Pozostawała jednak możliwość, że poszli potem do jego mieszkania i tam kontynuowali miłosne zapasy. Lubił to określenie. Było w tym coś sportowego, a zarazem radosnego.

Przed opuszczeniem piekarni Aldona i Zuzanna udzieliły mu błogosławieństwa na drogę, mimo, że nie prosił je o to. Po prostu zapomniał.

– To były wspaniałe przeżycia – powiedział na odchodnym i pożegnał się uśmiechem.

W drodze do szkoły postanowił opowiedzieć wszystko dyrektorowi Masajowi, prosząc oczywiście o dyskrecję. Miał nadzieję, że to go poruszy i wreszcie zrozumie, że świrowanie ma sens jako nowoczesna forma życia jednostki w społeczeństwie. Kiedy znalazł się sam na sam z dyrektorem, ten znowu miał pretensje o niewłaściwe metody nauczania młodzieży i nie tylko.

– Daje pan im nieprzerwanie, panie kolego, zły przykład swoim zachowaniem.

Alfred postanowił go ukarać.

– Nie będę staremu draniowi niczego opowiadać. Nie zasługuje na to – powiedział sobie.

Sam się potem dziwił, jak bardzo był stanowczy, wręcz niemiły dla zwierzchnika. Normalnie tak nie postępował. Był znacznie łagodniejszy. Uważał siebie za pacyfistę. Koleżanki i koledzy poinformowali go w pokoju nauczycielskim w czasie dużej przerwy, co im powiedział dyrektor.

– Kolega Zygadło jest większym świrusem niż myślałem.

Alfred poczuł się szczęśliwy, że jego talent i postępowanie zostały wreszcie docenione przez dyrektora.

Odc. 13 Sklep mięsny

Do sklepu mięsnego, od pewnego czasu noszącego szyld „Słoneczna Wędliniarnia”, Alfred zachodził dwa razy w tygodniu. Dawniej odwiedzał sklep częściej. Zmieniło się to, kiedy postanowił przejść na bardziej wegetariańską dietę.

W wędliniarni znał wszystkie ekspedientki. Kiedy widział je krzątające się za ladą, przypominały mu się łanie na skraju lasu. Wszystkie kobiety bez wyjątku były ciemnymi brunetkami. Był przekonany, że specjalnie tak się dobrały. To znaczy, że tak je dobrał kierownik, który był właścicielem sklepu. Kiedy o tym myślał, w jego matematycznej świadomości pojawiał się dylemat, czy to kierownik jest właścicielem sklepu, czy też właściciel sklepu jest kierownikiem. Było to zadanie logiczne. Czekając w kolejce, szukał odpowiedzi na te pytania. Myśl uciekła mu z pamięci, kiedy za ladą pojawiła się ekspedientka gotowa do przyjęcia jego zamówienia. Nie pamiętał jej imienia, dlatego zaszyfrował ją w pamięci pod hasłem Średnia Łania. Oprócz niej była jeszcze Duża Łania i Drobna Łania. Był to logiczny układ; w miejsce niewiadomych imion podstawione zostały nazwy umowne. 

– To ta, z którą lubimy się wzajemnie, bo uśmiecha się z daleka. Robi mi się wtedy jaśniej w oczach i na duszy – pomyślał, odpowiadając jej uśmiechem. Niezmiennie kierował się zasadą wzajemności.

Czarnula ubiegła jego słowa wypowiadając formułę okraszoną uśmiechem.

– Pan jak zawsze to samo. Czyli kiełbasę swojską?

Chwilę przypominał sobie, czy miała to być kiełbasa swoja czy swojska, po czym pokiwał głową, że tak, dodając:

– Nie pamiętam. Chyba ta druga.

Był to oszczędnościowy model zachowania. Alfred uważał go za udany, ponieważ ciężar ustalenia, czy chodziło o kiełbasę swojską czy swoją przechodził na ekspedientkę. Był pewny, że ona wie najlepiej na podstawie poprzednich zakupów, co chce kupić. Nie omylił się.

Kiedy Średnia Łania ważyła i pakowała towar, Alfred przypomniał sobie sprawę abonamentu. Kilka tygodni wcześniej pytał, kupując ulubioną kiełbasę, czy mógłby mieć na nią abonament miesięczny.

– To byłoby bardzo dobre rozwiązanie. Przychodzę tu regularnie i kupuję tę samą wędlinę, zawsze pół pęta. Czasem zapominam jej nazwy. Abonament by to uprościł. Firmie dałby gwarancję regularnych dochodów, a mnie pewność, że zawsze otrzymam właściwy towar.

Po cichej konsultacji z koleżankami sprzedawczyni skierowała go do właściciela sklepu zasłaniając się tym, że decyzja o abonamencie na kiełbasę przekracza poziom ich uprawnień.

– Abonament na zakup towaru wydaje nam się rozwiązaniem tak nowoczesnym, że nie jesteśmy w stanie udźwignąć ciężaru odpowiedzialności – wyjaśniła, uśmiechając się nieznacznie. Przez chwilę Alfred zastanawiał się, jak rozumieć jej niepełny uśmiech.

Ponieważ właściciel Słonecznej Wędliniarni był nieobecny, Średnia Łania telefonicznie umówiła spotkanie na następny dzień.

Rozmowa z właścicielem sklepu nie była udana. Sprawa rozmyła się z braku przepisów określających, czy sklep wędliniarski może czy nie może sprzedawać towaru na abonament, a jeśli tak, to na jakich warunkach. Nie udało się tego wyjaśnić mimo dociekliwości Alfreda. Był matematykiem i lubił być pewny, że dwa i dwa to cztery. Rozmowa z właścicielem sklepu, który był także jego kierownikiem, albo na odwrót, czego Alfred ostatecznie nie rozstrzygnął, umocniła go w przekonaniu, że kolejny dzień rozpoczął się niezbyt dobrze.

Odc. 14 Symbole i matematyka

Wieczorem, nie mając nic lepszego do roboty, Alfred obmyślał symbole, tajemne znaki i hasła. Chciał je mieć pod ręką do przekazywania komunikatów i dawania ogłoszeń niosących ze sobą przekaz dla osób wtajemniczonych. Ostatecznie był matematykiem, osobą o ścisłym umyśle ukierunkowanym na odkrywanie prawdy i rozwiązywanie problemów. Matematyki uczył do czasu, kiedy pojął, co znaczy nieskończoność. Właściwie to zrozumiał, że nieskończoności nie można zrozumieć, bo ona nigdy się nie kończy. Tłumaczył to uczniom:

– Dochodzisz do granicy, a ona ciągnie się jeszcze dalej. Idziesz dalej, a tam pustynia bez granic. Przecież to można zwariować.

Tak rozumując uświadomił sobie własną małość, oraz konieczność nieprzerwanej adaptacji do rzeczywistości.

Pierwsze, co mu się nasunęło, to hasło „Rozum z głowy, koniom lżej”. Następnym hasłem było „Tylko w szpitalu psychiatrycznym możesz być całkowicie sobą”.

To drugie było absolutną prawdą. Alfred sam to sprawdził, ale nikomu o tym nie mówił. Do szpitala psychiatrycznego umówił się kiedyś na bardzo krótką wizytę poprzez znajomego dyrektora więzienia. Jego celem było zweryfikować kilka założeń teoretycznych oraz pogłosek i spekulacji na metod i wyników leczenia psychiatrycznego, z jakimi się spotkał w czasie dyskusji w gronie nauczycieli.

W czasie pierwszej umówionej wizyty nie odkrył tam nic rewelacyjnego; niczego takiego zresztą nie oczekiwał. Poznał natomiast trzy ciekawe osoby, jak najbardziej pozytywne, oraz dwie, które – w jego ocenie – należałoby zepchnąć w przepaść lub rzucić lwom na pożarcie. Jedna z nich była pacjentem, druga pracownikiem szpitala. Swoje doświadczenia Alfred opisał w pamiętniku. Był szczery w ocenach. Mógł sobie na to pozwolić, ponieważ był to jego prywatny pamiętnik. Wątpił, aby ktoś inny kiedykolwiek go czytał.

– Zresztą, gdyby nawet przeczytał, to co z tego? Mogę pisać, co mi tylko przyjdzie do głowy, a przychodzi mi właśnie być szczerym. Taki jestem i inny nie będę.

Powtarzając ostania myśl Alfred umacniał się w przekonaniu, że słusznie postąpił wyrażając opinie stojące na bakier z poprawnością polityczną innych nauczycieli. Pamiętał jedno zdanie z takiej dyskusji:

– Takich rzeczy się nie mówi, panie kolego, bo nie ma na to dowodów naukowych. Chodziło wtedy o stosowanie przymusu dla reedukacji społecznej więźniów z odchyłkami psychicznymi.

Odc. 15 Rezygnacja

Rezygnację Świrusa z pracy nauczyciele przyjęli spokojnie, dyrektor mniej. Świrus rozmawiał z nim w tej sprawie kilkakrotnie. Dyrektor najpierw ucieszył się, a zaraz potem zdenerwował, bo nie miał innego matematyka. Kiedy wydusił z siebie „To już koniec z nauczaniem matematyki w naszej szkole”, Alfred zauważył, że klatka piersiowa zwierzchnika powiększała się i podnosiła, jakby nabierała wielkiej ilości powietrza do płuc, a następnie kurczyła się i opadała. Na nalanej twarzy dyrektora pojawiły się oznaki niepokoju, łagodzone czymś w rodzaju błysków zadowolenia. Opisując jego postępowanie w pamiętniku, Alfred odruchowo chciał napisać „na nalanej gębie dyrektora”. Zaniechał tego, ponieważ przypomniał sobie, że powinien sam zachować się wstrzemięźliwie nawet w obliczu przeciwności.

– Ostatecznie jestem świrusem, ale pozytywnym, umiejącym znaleźć równowagę w obliczu zdarzeń trudnych do zrozumienia – przypomniał sobie.

Sebastiana Masaja, wysokiego osiłka, nigdy nie lubił. Po pierwsze, regularnie wykonywał on na siłowni ćwiczenia rozciągania ciała, które nazywał harmonią. Alfred uważał je za uwłaczające ludzkiej godności, ponieważ dyrektor nieludzko pocił się przy nich wydając w dodatku jakieś zwierzęce dźwięki. Najgorsze było jednak przekonanie Masaja, że matematyk stosując niekonwencjonalne metody nauczania ogłupia uczniów. 

– Dzieciaki się go boją i dlatego nie skarżą się nikomu. Uważają go za szaleńca, człowieka nieobliczalnego – Dyrektor wyraził tę opinię w pokoju nauczycielskim pod nieobecność Alfreda, za jego plecami.

Same dzieci nigdy nie skarżyły mu się na jego metody nauczania. Po wypowiedzi dyrektora Alfred pomyślał, że być może rzeczywiście się go bały. Chyba jednak nie! – uspokajał się, odrzucając wątpliwości. Kiedy mówiły mu, że jest inny niż pozostali nauczyciele, pytał je, co znaczy „inny”, ale nie potrafiły tego wyjaśnić. Dopiero Adaś z klasy 7B wyjaśnił mu to nie pozostawiając wątpliwości:

– To znaczy, że chodzi pan po wertepach i manowcach nauki, i czymś tam jeszcze, i czuje się z tym dobrze.

Alfredowi podobała się jego wypowiedź. Dzieciak miał wyobraźnię i bogaty język. Nie dał mu jednak za nią szóstki. Po prostu nie mógł, bo nie dotyczyła ona matematyki, ale poprosił polonistkę, aby podwyższyła Adasiowi ocenę ze swojego przedmiotu. Okazało się to niepotrzebne, bo Adaś miał już szóstkę. Alfred podziękował jej, że dostrzegła talent chłopca, jego zdolność głębokich przemyśleń. Nauczycielka popatrzyła wtedy na niego z ukosa. Nie zraziło go to, był przyzwyczajony do takich spojrzeń. Następnego dnia wytłumaczył to bratu.

– Kiedyś w mieście wszedłem pod most, aby się wysikać, bo nigdzie nie było toalety publicznej. Tam zobaczyłem dziką świnię, znaczy się dzika. Też mi się dziwnie przyglądał. I też mnie to nie speszyło, ponieważ każdy musi się wysikać, kiedy go przypili, czy to w samotności czy w obecności innych. Podobnie jak w toalecie publicznej, gdzie są pisuary i każdy może podejrzeć, co wyjmuje i chowa sąsiad.  

Ten fragment przemyśleń Alfred uzupełnił w pamiętniku wyjaśnieniem:

– Mężczyźni robią to odruchowo. Chłopcy nie znający jeszcze życia oraz lekarze najchętniej podpatrują penisy innych mężczyzn. Nie ma w tym nic zdrożnego. To naturalny pęd do wiedzy. O kobietach nie będę się wypowiadać; to leży poza zakresem moich kompetencji.

0Shares

Kronika mniej więcej osobista

Poniedziałek, 13 lipca 

Zagubiłem się w chaszczach kampanii wyborczej. Zajęło mi cały tydzień, aby się z nich wydobyć. Nastąpiło to, kiedy ogłoszono ostateczne wyniki wyborów. Byłem aktywny, zachęcałem i przekonywałem do głosowania na Rafała Trzaskowskiego, a konkretniej na opcję polityczną, jaką reprezentuje: Polskę otwartą, proeuropejską, liberalną w poglądach, zorientowaną na przyszłość. Byłem za zmianą.

W drugiej turze niektórzy aspiranci do wielkości nie umieli powiedzieć, na kogo będą głosować. Dwaj z nich, Hołownia i Kosiniak-Kamysz, w czasie kampanii wyborczej niezwykle krytyczni wobec Dudy i PiS, nie zdobyli się na stwierdzenie: „Będę głosować na Trzaskowskiego”. Stan ich zdrowia określiłem jako nadęcie. Rozżalili się chłopcy serdecznie, że to nie oni przeszli do drugiej tury wyborów, tylko Rafał Trzaskowski. 

Nigdy nie podobały mi się mętne tłumaczenia, że żaden z kandydatów nie jest dostatecznie dobry, aby go popierać, albo „będę głosować na mniejsze zło”. Ci, którzy to mówią, zachowują się tak, jakby istnieli idealni kandydaci czy idealne partie. Nie ma takich cudów. Jeśli ma się do wyboru wyłącznie jabłko albo gruszkę, i nic więcej, głupotą jest kręcić nosem i mówić: Wolę wiśnie, ale tylko duże, dojrzałe i bardzo słodkie. 

Kampania wyborcza i jej efekt otrzeźwiły mnie. Wracam do pisania. Powiedziałem sobie: Precz z polityką! Mój najbliższy plan to publikacja ulepszonej, trzeciej już wersji opowiadania „Broda”. Zebrałem trzy opinie na jego temat. Okazało się, że nie było ono tak dobre, jak powinno. W przypadku, gdyby wciąż nie było do zaakceptowania, sam się skopię.

Piątek, 17 lipca, godzina poranna 

Z samego rana postanowiłem się obnażyć, ale nie całkowicie, bo byłoby mi za zimno. Ujawnię coś o sobie, jak ten kowal, co wyznaje, że najbardziej nie lubi rozgrzanych do czerwoności obcęgów położonych na słońcu, gdzie nie widać jak wściekle są one gorące. Ten niby żart jest jak najbardziej historią wziętą z życia. Miała ona miała miejsce kilkadziesiąt lat temu, kiedy czeladnicy kowala postanowili się zemścić za ich podle traktowanie. Na szczęście kowal jako człowiek ciężkiej pracy miał bardzo zgrubiałe dłonie, poparzenie nie było więc tragiczne tylko niezwykle bolesne.

Skończyłem trzecią wersję opowiadania „Broda” korzystając ze szczerych uwag trzech osób. Poprosiłem je o to. Pisząc opowiadanie, czy jakikolwiek inny utwór, zawsze staram się – przed jego opublikowaniem – o uwagi czytelników, prosząc, aby nie szczędzono mi krytyki. Zanotowałem ważniejsze z nich: zbyt długie zdania, dłużyzna w postaci fragmentu „edukacyjnego” o historii brody w starożytności, niezbyt udane zakończenie opowiadania, komentarz „w sumie nie wiedziałam, czy bohater w ogóle miał brodę i jak ona wyglądała”, opowiadanie mało zaskakujące, imiona i nazwiska bohaterów obco brzmiące (to uwaga dotyczy także innych moich utworów). Wszystkie uwagi spożytkowałem jak umiałem najlepiej: wynikiem jest właśnie trzecia, pełniejsza i zgrabniejsza wersja opowiadania. Zachęcam do przeczytania „Brody”, szczególnie jeśli ktoś jej nie czytał w ogóle, lub bardzo dawno  https://michaeltequila.com/?p=13683

Piątek, 17 lipca, godzina wieczorna

Opowiadanie seryjne „Epidemia i sukcesja” jest tak naprawdę rodzajem kroniki pisanej na bieżąco, przedstawiającej, co dzieje się wokół. W relacjonowaniu rzeczywistości najbardziej odpowiada mi forma groteski, parodii i szyderstwa. Stosuję ją nie tyle dla obrzydzenia zdarzeń czy postaci (choć to jest również możliwe), ile dla uwypuklenia czegoś niezwykłego, dziwacznego czy “nienormalnego”. Przykładem jest głowa państwa, która rozmawiając przez dziesięć minut nie zauważa, że jego rozmówca żadną miarą nie może być przywódcą wielkiej organizacji międzynarodowej. Głowa nie zauważa jego akcentu, wyraźnie wschodniego, tego, że porusza on tematy, których osoba na tym stanowisku nie ma zwyczaju podnosić, że zadaje pytania nie na miejscu, że zabawia się kosztem rozmówcy. W końcu, czy też raczej na początku, że będąc niezwykle zajętym funkcjonariuszem publicznym dzwoni w celu złożenia gratulacji i wdaje się w niekończące się dywagacje na tematy prawie studzienne i kosmiczne. Porównuję to z sytuacją, kiedy ktoś rozmawia z osobą nietrzeźwą i nie dostrzega, że rozmówca ma maślane oczy i bełkocze.

Eksperci różnie tłumaczyli fakt dojścia do tej rozmowy. Ja z bohaterem mojego opowiadania skonfrontowałem się w inny sposób. Posądziłem go o niedostatek inteligencji i refleksji na poziomie odpowiadającym jego wykształceniu i pozycji społecznej, o brak poczucia humoru i poczucia własnej godności.

Ten rodzaj absurdu najlepiej pokazuje właśnie groteska, która przedstawiane sceny, postacie i sytuacje rozciąga, powiększa lub pomniejsza, lub w inny sposób deformuje. Czyni to po to, aby unaocznić coś oczywistego, co na pierwszy rzut oka niekoniecznie wydaje się być oczywistym.

Ostatni odcinek “Epidemii i sukcesji”  https://michaeltequila.com/?m=20200601 

Sobota, 18 lipca

W życiu ma się dni dobre, złe i parszywe.

Ostatnie określenie – na zdefiniowanie ciągu ludzkiego istnienia – podsunął mi znajomy weterynarz, borykający się z doświadczeniami z domu letniskowego “Aurora”, który odwiedził w ramach wycieczki krajoznawczej do Tajlandii.

– Spotkałem tam cud kobietę, kolor szwajcarskiej czekolady mlecznej z tureckimi rodzynkami, istotę niesamowitej słodyczy. Przeżyliśmy chwile wzlotów i jednego upadku, kiedy załamało się pod nami łóżko. Najgorszy okazał się jednak jej pies. Kiedy odmówiłem mu podzielenia się moim śniadaniem, na co nalegała jego pani, wpadł we wściekłość i pogryzł mnie tak, że musiałem przyjąć serię bolesnych zastrzyków. W dodatku pies okazał się parszywy. Zauważyłem to dopiero wtedy, kiedy go pogłaskałem, aby się uspokoił. Tę jego słabość zapamiętałem najboleśniej, bo od dziecka jestem estetą.

Rano bez kawy czułem się jak – nie przymierzając – samotny zdezelowany kapeć porzucony na przyzbie domu w porze ponurych deszczów.

Z ponurego nastroju wyrwał mnie, ożywił i wewnętrznie rozświetlił email otrzymany od Anili. Zawierał on przesłanie wielkiej serdeczności. Nie znam dziewczyny, domyśliłem się jednak, że jest ona pełna słodyczy oraz szlachetnych intencji i mieszka w Nigerii. Cytuję:

„Cześć kochanie! Jak się masz? Mam dla ciebie lukratywną propozycję. Proszę o więcej odpowiedzi za pośrednictwem mojego adresu e-mail i wyjaśnienia o sobie. (w tym miejscu był adres, którego nie zamieszczam z obawy, że ktoś mógłby mi podebrać lukratywną propozycję). Życzę miłego dnia, ponieważ czekam na kontakt z Państwem wkrótce. Dzięki, Anila”

To mnie tak ożywiło, że po ekspresowym zakończeniu śniadania, potykając się o własne myśli, nogi i krzesło rzuciłem się do pisania kolejnego opowiadania. Jego tytuł to „Wykład profesora Inha”. Podzielę się w nim z czytelnikami niezbyt radosną wizją naszej przyszłości. Na temat opowiadania nic więcej nie mogę powiedzieć, ponieważ nie wiem, co profesor Inha jeszcze wymyśli. Jest on Szwedem, a wszyscy wiemy, że jest to naród, któremu po głowach i podbrzuszach chodzą różne myśli.

2020 07 30 Późny czwartek

Siedzę i myślę. Zastanawiam się, czy myślenie mi nie szkodzi. Chyba tak, ale co mam zrobić, skoro już myślę. Pogodziłem się z tym tłumacząc sobie prosto: – Taka jest twoja uroda, chłopie.

Miałem ostatnio trochę przeżyć. Miałem się z tym nie obnażać, ale się przełamię. Jedno ciekawsze od drugiego. W pobliżu osiedla, gdzie mieszkam, rośnie sobie lasek. Jeszcze, bo w okolicy w ostatnich latach szybciej niż drzewa rosną osiedla mieszkaniowe. I w tym lasku biegłem raz sobie wytyczoną trasą o kształcie jajowatego rombu. Na dróżce, którą pokonywałem pół marszem, pół biegiem, dwaj chłopcy zrobili sobie skocznię rowerową: górka najazdowa a za nią dół taki, że mamuta można w nim schować. Coś takiego, żeby sobie kark skręcić. Zapytałem ich ostrzegawczo, czy się nie boją, że zrobią sobie krzywdę. Odpowiedź była życzliwie wyrozumiała:

– Mamy wszystko pod kontrolą.

Porozmawialiśmy chwilę. Pochwaliłem się, że mam rower i też jeżdżę, ale nie skaczę. Chyba wybaczyli mi to inwalidztwo. Kiedy trzeci czy czwarty raz ich mijałem, drobniejszy młodzianek zatrzymał mnie i zapytał głosem pełnym troski:

– Czy pan wie, że pan cały czas chodzi w kółko?

Strasznie podobało mi się to pytanie. Troska chłopca dobrze mi zrobiła. Teraz wiem, że mogę poruszać się w kółko nie zdając sobie z tego sprawy. Odnoszę to także do myślenia.

Środa, 5 sierpnia 2020

Po zwycięskich wyborach prezydenckich uznanych przez omalże pół narodu za nieszczęście, oderwałem się od polityki. Dobrze mi to zrobiło. Wyprostowałem się, mniej się garbię, lepiej mi się pisze. Dzisiaj opublikowałem odcinek erotyczny opowiadania Świrus.

Ogromnie cieszą mnie wyrazy uznania za strony Czytelniczek i Czytelników. To one najbardziej motywują mnie do pisania. Przedstawiam dwie najświeższe opinie. Dotyczą tego samego utworu „Obraz ze zwierzętami”. Cytuję, podając tylko imię, bo nie wiem, czy autorki życzyłyby sobie, aby je zidentyfikować.

Danuta. Dzień dobry Panie Michale 🙂 Przeczytałam opowiadanie „Obraz ze zwierzętami”. W związku z tym, że kocham zwierzęta bardziej niż ludzi, wzruszyłam się ogromnie i poczułam ogromną więź z tym dziwnym, tajemniczym człowiekiem. Przeczytałam to opowiadanie dosłownie na jednym oddechu i czuję, że muszę przeczytać je jeszcze ze dwa razy :). Pozdrawiam bardzo serdecznie i cieszę się, że są w naszym kraju tacy wspaniali ludzie jak Pan. Pozdrawiamy z M. bardzo serdecznie.

Nina. Czyta się z ogromnym zainteresowaniem. Aż przykro, kiedy się kończy. Język miękki, giętki jak się to onegdaj mówiło. Trzeba mieć wyobraźnię i intelekt, aby coś takiego napisać. Brawo Michale! Prosimy o jeszcze!

Z pisaniem i publikowaniem mam problemy dziwacznej natury. Moja wyobraźnia podsuwa mi ciągle jakieś nowe pomysły na opowiadania, nowele czy powieść, robię notatki, zapisuję w pośpiechu zarys fabuły (z tysiącem błędów ortograficznych do poprawy), i pozostawiam na później do wykorzystania. To zjada mi czas. Ostatnio staram się jednak być bardziej skoncentrowany. Wkrótce opublikuję zbiór poezji, drugi i ostatni, bo nie piszę już wierszy. Planuję dodać do niego „Myśli i aforyzmy”. Jest ich zbyt mało, aby mogła to być osobna publikacja. Planuję też uaktualnić mechanizmy i wygląd mojej strony autorskiej. Jest to przedsięwzięcie dosyć kosztowne, ale konieczne. Pozdrawiam.

0Shares

Aforyzmy i myśli

„Aforyzm – złota myśl, sentencja, maksyma, gnoma, apoftegmat; zwięzła, lapidarna, przeważnie jednozdaniowa wypowiedź, wyrażająca ogólną prawdę filozoficzną lub moralną, w sposób zaskakujący i błyskotliwy.

Znani aforyści to cesarz Marek Aureliusz (Rozmyślania), książę François de La Rochefoucauld (Maksymy i rozważania moralne), francuski moralista Nicolas Chamfort (Charaktery i anegdoty), belgijski pisarz Octave Pirmez, niemiecki poeta Johann Wolfgang von Goethe, hiszpański eseista José Bergamin oraz serbski poeta Jovan Dučić.”

Boski kształt ciała, orzechowe oczy i koralowe usta aptekarki były tak niezwykłe, że aby je chwalić trzeba było – oprócz zapłaty za lekarstwo – wykupić abonament. Pozdrawianie jej uroczego psa było już bezpłatne.

Bóg najpierw stworzył mężczyznę, przekonał się, że nie jest ideałem i wtedy stworzył kobietę. Bóg najpierw stworzył kobietę, przekonał się, że nie jest ideałem i wtedy stworzył mężczyznę. Historia tworzenia człowieka zależy od tego, kto ją opowiada. Sam akt tworzenia jest teatralny z natury: próba generalna, poprawki, prezentacja ideału.

Bóg nie był w stanie stworzyć doskonałej kobiety, ponieważ nie miał wzorca. Tworząc mężczyznę, wystarczyło mu patrzeć w lustro.

Bóg nie pomaga ludziom bezpośrednio, tylko przez innych ludzi. Modląc się do Boga o pomoc, proś i oczekuj jej od człowieka.

Bóg w brudnych butach nie chodzi. Twoje obuwie jest najprostszym dowodem, czy zostałeś stworzony na obraz i podobieństwo boże.

Byłem człowiekiem niewierzącym. Nie wierzyłem w demokrację. Nawróciłem się i uwierzyłem, że wszyscy są sobie równi. Potem znowu straciłem wiarę i znowu się nawróciłem. Teraz naprawdę wierzę, że wszyscy są równi. Ale inaczej. Czy ja jestem równy panu albo pani? Jestem przecież wyższy.

Chciałbym być lepszy, mądrzejszy, wytrwalszy, coś na wzór i podobieństwo boże, ale ktoś mnie ciągnie w dół. Przyjrzałem się: to moje drugie „Ja”.

Czas, przestrzeń i śmierć to jedyne byty, którymi człowiek nie potrafi jeszcze manipulować.

Czasem myślę, że aby mieć porządek w głowie, muszę najpierw uporządkować moje biurko i szafę z ubraniami.

Dom bez mężczyzny jest jak ogród bez kwiatów, lodówka bez piwa i małżeństwo bez przekleństw.

Dziś na śmietniku, w lesie i w polityce można znaleźć wszystko, czego dusza zapragnie.

Ewolucja fatalnie wyróżniła człowieka, dając mu mózg prowadzący niezmiennie na rozdroża mądrości i głupoty, dobra i podłości.

Jaka jest najkrótsza droga do serca mężczyzny? Nóż w piersi. Miłość bywa bolesna.

Jest we mnie nienawiść. Nienawidzę krótkości życia, odbierania mi wolności i bylejakości.

Jeśli Bóg jest wieczny, a czas płynie, to w jakim jest on teraz wieku?

Jeśli Bóg obdarzył człowieka głupotą, to nie znaczy, że kazał mu ją demonstrować publicznie.

Jeśli kupiłeś cały chleb, zamiast krojonego, i chwytasz ostry nóż do ręki, zastanów się, co to oznacza: brak poczucia bezpieczeństwa czy też perwersyjną potrzebę dominacji?

Każdy nosi garb na plecach, tylko o nim nie wie, bo nie widać go w lustrze.

Kiedy dostrzegła własną doskonałość, nie mogła patrzeć na męża. Przestał być ideałem.

Kiedy żona prosi męża, aby jej kupił pęsetę do rzęs, ma on prawo wpaść w szał. Mężczyzna zna się na pęsetach kosmetycznych jak koń na obcęgach. Czy ktoś prosi konia o kupowanie obcęgów? Czy mąż jest gorszy od konia?

Kobiety nie można zrozumieć, można ją tylko pokochać. To też nie jest łatwe, bo często mówi innym językiem.

Litania do Najwyższego: Boże spraw, aby ukochany kraj przestał płynąć mlekiem, miodem i banknotami pięćsetzłotowymi, a spłynął normalnością.

Lubię literaturę zagraniczną. Czytam tylko dobrych autorów: Jacka Danielsa, Johnnie Walkera, Agwę de Boliwia, Camus, Remy Martin.

Męska decyzja niekiedy bardziej świadczy o męskości niż genitalia.

Miała tak głęboki dekolt, że widać było owłosienie na łydkach (zasłyszane, strasznie dawno)

Między człowiekiem a Bogiem stoi ludzka psychika, która małość jednego przeciwstawia wielkości drugiego. 

Mocna kawa jest moją słabością.

Mówią: Przesoliła, bo jest zakochana. Zakochany mężczyzna raczej zapomni o soli. Bywa też i odwrotnie. Są różni kucharze.

Na zdjęciach jestem przystojniejszy niż w rzeczywistości. Nie znoszę rzeczywistości.

Namiętność nie jest potrawą, która zamrożona dłuższy czas daje się odgrzewać.

Nie lubię ludzi wytykających mi moje wady. Sam o nich wiem. Wolałbym, aby mnie nauczyli, jak się ich pozbyć.

Nie samo kłamstwo jest problemem, ale ludzie, którzy tkwiąc w nim ubarwiają, przeinaczają i wykręcają prawdę.

Okazał się takim sukinsynem, że nawet rodzona matka go nie poznała.

Pamięć starzeje się szybciej niż ciało.

Piękno starości kryje się w oczach, uśmiechu, pogodzie ducha i dobrych uczynkach.

Pisanie, czytanie lub mówienie, które jest przyjemnością, za którą ci w dodatku płacą, jest szczególną formą perwersji. Jest jak kochanie się połączone z podglądaniem siebie przez dziurkę od klucza.

Po powrocie z wakacji, gdzie poznałem wiele osób i psów, nie miałem już wątpliwości, że pies to szlachetniejsza odmiana człowieka.

Podły wobec siebie samego jest ten, kto nie czyni wszystkiego – nie raniąc innych po drodze – aby zapewnić sobie szczęście.

Rano piję trzy mocne kawy i wciąż śpię. Cieszy mnie siła mego charakteru.

Roznamiętniony mężczyzna stygnie szybciej niż gorąca kobieta.

Są trzy rodzaje demokracji: Zachodnia – „Pozostańmy stabilni i bezpieczni”, Władimira Putina – „Uczynię was potężnymi” i Jarosława Kaczyńskiego – „Uszczęśliwię was”.

Sienkiewiczowski Kali zawsze będzie dbać o to, aby słuszność była po jego stronie.

Skoro Bóg jest niepojęty, to nie znamy też prawdy bożej. Ci, którzy się na nią powołują, to ludzie naiwni, szalbierze lub głupcy.

Słaba kobieta z nożem w ręku może być bardziej przekonująca niż  mocny mężczyzna.

Spiżowe pomniki wystawiane przez dyktatorów ku chwale własnej lub rodziny po zmianie władzy okazują się atrapami wypchanymi trocinami historii.

Stuprocentowa cnota nie idzie ani do nieba, ani do piekła, tylko do korekty.

Sukces niektórych pisarzy pochodzi nie tyle z ich wyobraźni, ile z ich ekshibicjonizmu i łamania konwencji. Publiczne obnażenie się w utworze literackim nie jest w tym przypadku grzechem, ale cnotą.

Świat jest zbyt złożony, abyśmy nie różnili się poglądami. Problemem jest to, że ludzie decydują się podnieść te różnice do rangi nienawiści.

Tak się zapatrzył w przyszłość, że zapomniał, skąd wyrastają mu nogi i jakie to ma znaczenie praktyczne.

Tłumaczenie własnych problemów życiowych wyrokami losu niekoniecznie jest wyrazem mądrości, szczerości czy prawdy.

U młodych ludzi ślepota objawia się często niewidzeniem niczego poza ekranem smartfonu.

Udowodnił swoją męskość nie zdejmując spodni. Nie każdy to potrafi.

Umierając człowiek przestaje się starzeć. Powinni o tym pamiętać ci, którzy pragną zachować wieczną młodość.

Uwielbiam ludzi, którzy mnie uwielbiają. Wydaje mi się to sprawiedliwe.

W epoce cudów dobrej zmiany łatwiej i taniej wymienisz prawdę na kłamstwo, a zachowując wiarę w Boga, szybciej staniesz się bezbożnikiem.

W świecie jest wiele prawd; ich ocena jest często kwestią proporcji. Kiedy ktoś mówi, że panuje łajdactwo lub głupota, nasuwa się pytanie: W jakiej mierze jest to prawdziwe?

Wiedząc, co to jest demencja, inkontynencja, artretyzm i choroba Alzheimera, beznadziejną głupotą jest starzeć się.

Większa głowa nie znaczy, że jest pojemniejsza. W grę wchodzi także wodogłowie.

Większość ludzi nie ma własnych poglądów, więc biorą je od innych. To rozsądne i ekonomiczne: w ten sposób zużywają mniej energii.

Wyobraźnia nie ma granic. Nie można jednak wyobrazić sobie nieskończoności, czasu, Boga. Wyobraźnia ma granice.

Wywiady z niektórymi politykami sprawdzają się tak dobrze jako środki wymiotne, że lekarze i apteki powinni je rekomendować jako alternatywę środków farmaceutycznych.

Z czego jest wykonany prawdziwy mężczyzna? Z metalu: srebro na głowie, złoto w kieszeni i żelazo w spodniach (zasłyszane)

Zachłysnąłem się i rzęziłem, nie mogąc złapać oddechu. Dano mi radę, abym wstrzymał oddech, to wrócę do siebie. Każdy ma własny sposób duszenia się.

Zamiast popatrzeć na siebie w lustrze, popatrzyłem w dowód osobisty. Przeraziłem się, jak bardzo się zestarzałem.

Zapomniał języka w gębie. Szukał, ale go nie znalazł. Może dlatego, że nigdy go nie miał.

Zapuściłem brodę, wyglądałem fatalnie. Żona przestała mnie kochać. Kiedy zgoliłem brodę, znowu stałem się cudnym księciem. Broda mężczyzny to patent na odnowę miłości.

Dodatek:

Dla łajdaka i polityka Bóg jest narzędziem usprawiedliwiania wątpliwych poglądów i czynów.

Jego twarz i wypowiedzi są tak niezwykłe, że trudno rozpoznać, czy jest to polityk z głową barana, czy też baran z twarzą polityka.

Jeśli zapytasz człowieka wygadanego o rzecz kłopotliwą, a on nie umie jej wyjaśnić, to tylko dlatego, że oddał zęby do naostrzenia.

Jeśli Bóg zagląda jeszcze na ziemię, to tylko po to, aby sprawdzić, czy jego najwyższym przedstawicielem jest wciąż Papież Franciszek w Watykanie czy też już Ojciec Rydzyk w Toruniu.

Jeśli prezydent państwa jest miernotą, czy nie należałoby tego podać do publicznej wiadomości? Czy wielkość człowieka nie zasługuje na wyróżnienie, nawet jeśli on sam jest kieszonkowego wymiaru?

Każdy obywatel w czasie wyborów ma jeden głos. Prostak i mędrzec reprezentują identyczną siłę decyzji. Demokracja nie jest ustrojem sprawiedliwości społecznej, a jedynie wyrazicielką powszechnego dążenia do równości i sprawiedliwości.

Kiedy czytam komentarze internautów na tematy polityczne, widzę, że mimo wszystko jestem zdrowy psychicznie. Jak tu się nie cieszyć?

Kierunek rozwoju Kościoła w Polsce: wciąż polski, mniej katolicki, więcej partyjny, z sercem szeroko otwartym ku partii rządzącej.

Oszołomów, cyników, wazeliniarzy i innych miernot nie trzeba importować. Każdy kraj ma ich aż nadto, napędzanych żądzą władzy, wysokich dochodów i chęcią pokazania się w telewizji.

Naród, który ma beznadziejny rząd, zasłużył sobie na kopniaka od losu: jedni obywatele za to, że głosowali „tak”, drudzy, że nie umieli im się przeciwstawić, pozostali – za obojętność.

Niedostatek rozumu przy głosowaniu w wyborach parlamentarnych bywa formą ubóstwa, którą zwycięska partia może zrekompensować swoim wyborcom zasiłkami finansowymi dla poprawy samopoczucia.

Moi rodzice już nie żyją, jestem sierotą. Mam pytanie: Czy Ojciec Rydzyk mógłby mnie usynowić? Chciałbym żyć w dużej i bogobojnej rodzinie.

O niektórych politykach: Z prochu powstałeś, w śmiech się obrócisz!

Obywatele popierający przywódcę politycznego o skłonnościach dyktatorskich są większym zagrożeniem dla społeczeństwa niż on sam. Dla siebie również, tylko nie wiedzą jeszcze o tym.

Od człowieka zależy tylko to, co czyni w danej chwili. Reszta zależy od genów, Boga, losu. Czasem także od dyktatora pociągającego sznurki manipulacji i przemocy.

Poziom zakłamania polityków powinien być regulowany przez prawo. Ale jak to zrobić, skoro to oni je stanowią?

W demokracji jest władza i są obywatele. W dyktaturze jest władza i są poddani. Bywa i tak, że społeczeństwo znajdzie się pośrodku; jeszcze nie poddani, ale już nie wolni obywatele.

Ludzie nigdy nie byli sobie równi. Ma to coraz mniejsze znaczenie, ponieważ coraz wyraźniej liczy się przeciętność i bylejakość.

W demokracji równość jest wyobrażeniem, a nie bochenkiem chleba dającym się dzielić na równe części. Równość obywateli jest równością wobec prawa, a nie stanu majątkowego, wiedzy czy rozsądku.

W szemranych demokracjach rządzącym najlepiej służy kłamstwo, opozycji prawda a kościołowi oportunizm.

Oprócz prywatnego kościoła i wielkiej pobożnej rodziny, Ojcu Rydzykowi można także zazdrościć, że ma własnego pana Boga.

W wystąpieniach telewizyjnych wybrańców narodu najcenniejszy jest widok poruszających się ust oraz błysk złotego zęba mądrości.

Zwycięzcy nigdy nie byli bardziej sobie równi niż obecnie; przywódcy włożyli buty na koturnach, ich zwolennicy zgarbili się do poziomu nietolerancji.

Autor: Michael (Michał) Tequila
Gdańsk, rok 2020

0Shares

Epidemia i sukcesja. Opowiadanie seryjne.

Odc. 1

Wirus YZ przewrócił ludziom w głowie, pozmieniał myśli i zdeformował wyobrażenia. Nie od razu oczywiście. Pierwsze dni minęły bez większych sensacji, odpływając w przeszłość spokojnie niczym oliwa z przechylonej butelki. Mało kto je zapamiętał. Zaplątani w sieci codziennego życia ludzie żyli obowiązkami: dom, dzieci, samochód lub autobus, praca, zakupy, gotowanie, sprzątanie, wyprowadzanie psa, łóżko. Czasem przeżywali jakąś drobną pieszczotę lub przekleństwo w zależności od tego, jak im się ułożyło.

Minister zdrowia ogłosił w telewizji pierwszy przypadek zakażenia wirusem YZ. Oczekiwano, że to nastąpi prędzej czy później, nie wiadomo było tylko kiedy, dokładnie gdzie i ile osób będzie dotkniętych tym nieszczęściem. Telewidzowie odetchnęli z ulgą; zakażonymi okazali się ludzie obcy. Nikt o nich wcześniej nie słyszał. Przeżywanie  nieszczęścia człowieka, którego się nie zna, mniej boli albo nie boli w ogóle. 

– Choroba wirusowa w rodzinie to co innego. – Mówili z przekonaniem. Wielu im potakiwało. 

Po pięciu dniach – trochę mniej, trochę więcej, jaka to różnica – pojawiła się w społeczeństwie niepewność. Przyczyną była niepomyślna informacja. Ktoś rozpuścił w Internecie i ludzie zaczęli to powtarzać, że wirus najpierw atakuje głowę.

– Ludzie głupieją. Nie wszyscy oczywiście. I nie w jednakowym stopniu – pocieszano się. Faktem było, że od czasu zwrócenia uwagi na to zjawisko, dało się dostrzec coraz więcej dziwnych zachowań. Ludzi zaczęli przyglądać się sobie nawzajem. 

Alfero Cantora, „Nieszczęsny Włoch”, jak nazywał sam siebie, też nie wiedział, co o tym sądzić. Inni myśleli podobnie. 

– Czy ten wirus to coś poważnego? – Zadawano pytania, rozglądając się na boki, jakby niebezpieczeństwo czaiło się gdzieś w kącie. Bardziej rzutcy obywatele wysyłali petycje o więcej informacji, najbardziej agresywni ostrzegali władze: – Lepiej nas nie straszcie!

Zanim rząd zdążył udzielić odpowiedzi, zjawiła się śmierć. Był to początek nowego etapu historii wirusa, społeczeństwa i rządu. Zmarła kobieta i mężczyzna, małżeństwo w wieku wyższym niż średni.

– Zarazili się od siebie tylko dlatego, że trzymali się za ręce, kiedy jeździli na nartach. Żadnych innych kontaktów – wyjaśniali znający ich dobrze sąsiedzi. – To było straszne. Patrzyliśmy na nich z bliska. Na początku nieznaczna gorączka, uczucie duszności, potem wymioty, drgawki i koniec.

W ciągu kilku dni statystyki zgonów znacznie wzrosły. Najpierw było to kilkanaście, wkrótce potem kilkadziesiąt osób. Rząd, dotychczas niedostrzegający lub bagatelizujący, co działo się w innych krajach, nagle się obudził.

– Ten wirus to znacznie poważniejsza sprawa niż sobie myślałem – zagaił premier Chudy otwierając posiedzenie gabinetu poświęcone sytuacji w kraju. Musimy wziąć to sobie do serca, bo inaczej może być z nami źle. Mam nadzieję, że wiecie, o co mi chodzi.

Nie musiał wyjaśniać, bo wszyscy ministrowie wiedzieli, co szef miał na myśli. Popatrzyli po sobie i odpowiedzieli jednym głosem:

– Chodzi o naszą przyszłość, naszą władzę, nasz dobrobyt.

Na posiedzeniu podjęto pierwsze kroki przeciwdziałania wirusowi. Przede wszystkim ustalono, że członkowie rządu będą przybierać poważniejszy wyrazy twarzy w trakcie wystąpień publicznych. Najgorzej było z ministrem spraw wewnętrznych; na pierwszym wystąpieniu razem z premierem i ministrem zdrowia wyglądał smutniej niż grabarz w dniu potrójnego pogrzebu.

Premier zapytał go przyczynę i upomniał.

– Nie możesz siać defetyzmu swoją twarzą. Ludziom może ona paść na umysł, a my musimy dobrze się kojarzyć. Nadchodzą ważne wybory i musimy ich do tego przygotować, wirus nie wirus. Nie może on być powodem, abyśmy cały czas byli smutni. Sprzedajemy dobre pomysły na życie, a nie trumny.

Upomnienie udzielone przez premiera zapadło ministrowi w serce. Myślał, jakby się zmienić.

Rząd zdopingował się i częściej organizował prezentacje w telewizji na temat wirusa YZ. Premier i ministrowie podawali i pokazywali liczby, mówili i przekonywali, ostrzegali i pocieszali.

– Przede wszystkim musimy myć ręce. Będziemy wam o tym przypominać. Jak na razie, to stoimy nieźle w rodzinie europejskiej. Jesteśmy nawet lepsi od innych – mówiąc to premier wypiął pierś do przodu. Guzik odpadł mu na wysokości serca. Nie przejął się tym, strzepnął tylko nitkę, aby spokojnie kontynuować.

– Nigdy nie był atletą, ale to dzielny człowiek – chwalili go zwolennicy rządu.

Minister zdrowia pokazał statystyki. Okazało się, że najstarsi obywatele mrą jak komary w upale pustynnym. Porównanie podobało się, statystyka nie. Prezentacje rządowe robiły coraz większe wrażenie. Obywatele zaczęli odczuwać strach; coraz mniej rozumieli z tego, dokąd to zmierza.

– Nie ma w tym nic dziwnego, ponieważ wielu z nas umie tylko mówić przez telefon, mało czyta, a nawet jak czyta, to mało rozumie. – wyjaśnił w telewizji socjolog. Nazywał się Jan Humana i rozumiał więcej niż inni, co się dzieje na świecie.

Ludzie mało czytający okazali się najszczęśliwsi. Przynajmniej na początku, Spotykali się, klepali po plecach, całowali. To wśród nich pojawiły się kolejne ofiary.

– Los, ślepy los, który podobno nie umie pisać ani czytać, mści się na swoich – Myślał ze współczuciem Alfero Cantora.

Rząd nie mógł sobie pozwolić na dalszą zwłokę. Ogłosił alarm antywirusowy. Odbyło się to głośno, wszyscy usłyszeli fanfary. Od tego dnia premier Chudy i najbliżsi ministrowie, uroczyście ubrani w ciemne garnitury, spotykali się codziennie z narodem przed kamerami telewizji, aby informować, co, ile, gdzie, kto i kiedy. Ponowiono zalecenia. Myć ręce. Kilka razy dziennie.

– Jak myć? – pytano, skoro w sklepach i aptekach nie ma środków do dezynfekcji, mycia, kąpieli, a czasem nawet płynu do płukania zębów.

– Wiemy o tym, zapewniał premier, i czuwamy nad tym. Szukamy dostawców, wyznaczyliśmy dwóch producentów. Jeden z nich to wielka firma państwowa. Mamy tam swoich ludzi. To daje nam pewność, że wszystko pójdzie dobrze, bo to ludzie dobrze opłacani.

Mało kto go słuchał i zastanawiał się, dlaczego powierzono produkcję środków antyseptycznych i czyszczących tylko dwom firmom, a nie tysiącu. Ludzi interesowały inne ważne sprawy.

– Jak się witać? – pytano. – A co z tymi, którzy mają protezę zamiast ręki.

Sprawa była poważna. Obywatele coraz tłumniej zbierający przed telewizorami czekali na odpowiedź. Tego dnia wszyscy patrzyli na minister kultury, dużą, postawną, powolną w ruchach kobietę z lekkim wąsem pod solidnym nosem. Minister zastanowiła się, zanim udzieliła odpowiedzi.

– Łokciami – wyjaśniła. – Ale nie obydwoma, tylko jednym.

– Podejdź do mnie – mrugnęła do ministra spraw wewnętrznych. Jak zwykle miał smutną twarz. Miał powody. Ktoś na Twitterze użył wobec niego określenia, że został obłaskawiony przez prezydenta, aby uzyskać spokój ducha. Nieco zdezorientowany podszedł do minister. Ta trąciła go łokciem w łokieć.

– Tak należy się witać – powiedziała do kamery z zachęcającym uśmiechem.

Ludziom się to podobało. Próbowali przed telewizorami. Minister kultury dłuższą chwilę myślała – jak to miała we zwyczaju, aby nie chlapnąć czegoś niepotrzebnego – po czym zapowiedziała:

– Opracujemy nowy protokół antywirusowego savoir-vivre. Jak się witać, jak żegnać, jak porozumiewać się bez słów i jak oddychać, aby nie wchłonąć wirusa. Nasz rząd dba o obywatela. Nie zapominajcie o tym – zachęciła na zakończenie. 

Odc. 2

Sprawę zagrożenia wirusem YZ ktoś musiał niepotrzebnie rozdmuchać, bo w sklepach zabrakło wszystkiego, co niezbędne do życia. Przede wszystkim artykułów spożywczych.

– Jest źle, będzie jeszcze gorzej – przekazywano sobie komunikat z ust do ust.

Panika ruszyła ulicami. Po południu tłum pchał się drzwiami i oknami do sklepów i magazynów. W nocy nastąpiły pierwsze włamania. Brano, co kto mógł. Domy pęczniały, sklepy pustoszały, tylko Wirus YZ pozostał niewzruszony.

– Jaka może być przyczyna tak szybkiego upowszechniania się go? I dlaczego atakuje on w przede wszystkim głowę? – pytali obywatele.

Dyskusje toczyły się wszędzie, w domach, w telewizji, na ulicy. Każdy wysilał umysł, aby swoim tłumaczeniem przyczynić się do poprawy wiedzy o wirusie. Najprostsze wyjaśnienie oferowały starsze kobiety na rynku. 

– Winni są obcokrajowcy, te diabły wcielone. To oni przywlekli go z Afryki. Ten potwór jest zupełnie niepodobny do innych wirusów i bakterii. Jest kompletnie dziki. Zjada ciało zanim zauważysz, że je w ogóle miałaś.

Blady strach, jaki już wcześniej padł na naród, stał się wyraźniejszy. Sytuacja ulegała pogorszeniu. W sklepach półki straszyły pustką. Ekspedientki chowały się za ladą z obawy przed klientami, gotowymi wyładować na nich gniew na brak towaru, panoszenie się wirusa, złe samopoczucie czy nawet problemy rodzinne. Wirus stał się okazją, aby brać odwet za wszystko. Także na rządzie za to, który nie potrafił spowolnić jego przenikania do kraju.

Korzystniejsza była tylko sytuacja prezydenta. Przerwał kampanię wyborczą, aby dwojąc się i trojąc, na wiecach, spotkaniach i konferencjach, dawać ludziom dobre rady, namawiać do wstrzemięźliwości towarzyskiej. Na spotkania prezydent Lambrekin przyjeżdżał w polowym mundurze generalskim, wyglądał i przemawiał bardzo oficjalnie i przekonywująco.

– Myjcie ręce – nawoływał. To było jego stałe zawołanie.

Na spotkania z nim tłumnie stawiali się strażacy, gospodynie wiejskie, rolnicy i zespoły ludowe, ludzie spragnieni symboli władzy. Widzieli w nim majestat.

– Za mundurem panny sznurem – wzdychały starsze niewiasty patrząc z uwielbieniem na rumianą twarz prezydenta.

Jego przeciwnicy twierdzili, że wzywa ludzi do pozostawania w domu, ale sam gromadzi tłumy, narażając je na ryzyko zarażenia się wirusem. Mówili także o stałej obecności przy nim kolumny sanitarnej z lekarzami dyżurnymi, oraz o rezerwacji łóżek w szpitalu zakaźnym w pobliżu miejsc jego spotkań.

Słysząc takie oskarżenia prezydent wydymał usta i dumnie odpowiadał.

– Bylem, jestem i będę patriotą. Gotów jestem poświęcić życie dla mojej ojczyzny. Tam, gdzie chodzi o miłość do ojczyzny, koszt nie gra roli.

Nastał piątek. Dzień jak dzień, o tyle odmienny od poprzednich dni tygodnia, że zapowiedziano mróz nocą. Alfero Cantora, mężczyzna z poczuciem nieszczęścia osobistego, jak siebie nazywał, przeklinając dzień swoich urodzin i księdza, który nadal mu imię,  poszukiwał spirytusu do odkażania. W piątek odwiedził wszystkie sklepy alkoholowe i inne, gdziekolwiek w oknie wystawowym widać było obraz butelki, kapsla, nakrętki lub napis „Alkohol”. Nigdzie nie było spirytusu. W ostatnim sklepie alkoholowym, wielkim jak hala fabryczna, zapytał sprzedawcę:

– Kiedy będzie najbliższa dostawa spirytusu?

– Nie mam pojęcia. Nic nam nie mówią. Są braki w hurtowniach. To artykuł pierwszej potrzeby – wyjaśnienia sprzedawcy brzmiały jak reklama.

Po odwiedzeniu dwóch sklepów z alkoholem, Cantora udał się do piekarni przy ulicy Łowieckiej. Była godzina dwunasta w południe. Mimo nieudanych prób zakupu spirytusu, był nastawiony pozytywnie, że przynajmniej kupi coś rodzinie na pocieszenie.

W sklepie panowały pustki, nie licząc osamotnionych czterdziestu pszennych bułeczek dowiezionych kilka minut wcześniej. W bród było tylko ciastek i ciast, pierniczków, faworków i podobnych wyrobów.

Alfero patrzył na półki z wyrobami cukierniczymi. Przed oczami stanął mu napis „Cukrzyca”, zaraz potem wyświetlił mu się w głowie obraz gangreny i operacja amputacji nogi. Dwie ekspedientki patrzyły na niego z niepewnością na twarzy. Wzrokiem uciekały w bok w kierunku bocznych drzwi.

Mężczyzna otworzył usta, aby wylać z siebie uczucia niedowierzania, niepewności i zawodu.

– To wy za to odpowiadacie. Tu nie ma niczego oprócz ciastek, czyli cukru, mąki i niezdrowego oleju palmowego. Powiem szczerze. Jestem spokojnym człowiekiem, ale wrócę jutro i jeśli nadal nie będzie chleba na półkach, to wyciągnę was zza lady i …  nie wiem, co zrobię.

Po wyjściu ze sklepu zatrzymał się, rozpiął kurtkę pod szyją, aby przewiał go chłodny wiatr. Musiał ochłonąć. Zastanawiał się, co się z nim dzieje.

– Jestem chyba nienormalny! Ten amok jest naprawdę zaraźliwy.

Obiecał sobie kontrolować swoje zachowanie, nie dać się sprowokować brakiem towaru do sklepie. Po wyjściu ze sklepu piekarniczego skierował się do sklepu mięsnego. Miał kupić kawałek świeżego mięsa. Przed wejściem przypomniał sobie polecenie:

– Indyk, wołowina, wieprzowina … Cokolwiek, byle nie wędlina czy kurczak.

W sklepie przy ulicy Łowieckiej półki były puste, tylko pod szkłem szerokiej lady chłodniczej widać było kilka wędlin w kolorze filetowym. Pod ścianą stały bezczynnie trzy czarno ubrane ekspedientki.

– Dlaczego panie są ubrane na czarno? Nie obchodzimy przecież dnia żałoby czy klęski narodowej – Cantora odezwał się pojednawczo.

– Czarno widzimy przyszłość. I nie jest żart. Po trzech dniach szturmu na sklep padamy z nóg ze zmęczenia. Ludzie oszaleli i kupują wszystko, co tylko mamy. Widzi pan sam, że nie mamy już prawie nic do zaoferowania.

– A co będzie jutro?

– Otwieramy sklep o godzinie siódmej trzydzieści. Jeśli przyjdzie pan o tej godzinie i będzie mieć pan szczęście, to może uda się panu coś kupić, bo będzie kolejka.

Ekspedientka nachyliła się w kierunku klienta i dodała poufnie:

– Klienci zachowują się jak szarańcza! Widzi pan tych ludzi. Niby tacy normalni a kupują wszystko na pniu, bez zastanowienia. Niektórzy to nawet zaczynają jeść wędlinę w sklepie, jakby bali się, że ktoś im ją odbierze w drodze do domu. Ten cholerny wirus wszystkim pomieszał zmysły!

Odc. 3

Alfero wstał o świcie, aby udać się na zakupy. Na dworze panowała cisza. Każdego dnia jest coraz głębsza – pomyślał. Poprzedniego dnia pojawiła się pogłoska jakoby służby oczyszczania miasta wysyłały swoje śmieciarki po to, aby robiły hałas i utrzymywały ludzi w przekonaniu, że cisza jest złudna bo wszystko jest w porządku. W drodze po zakupy Alfero wyobraził sobie sceny głodu, same wyskakiwały mu przed oczy.

W nocy spadł śnieg, na chodniku i na ulicy leżała warstwa około trzech milimetrów.

– Utrzymuje się, bo zimno. Temperatura przy ziemi jest poniżej zera – pomyślał Alfero.

Z osiedla „Rześkie Powietrze” wyjechał traktor z pługiem śnieżnym. Alfero odnotował ten fakt w pamięci.

– Będzie chyba zbierać śnieg na pamiątkę. Każdemu mieszkańcowi osiedla po garści śniegu. Niech pamiętają, że była zima.

W sklepie mięsnym przy ulicy Łowieckiej, gdzie pracują kobiety w czerni, Alfero kupił udziec indyka. Przypomniał sobie, że żona coś mu mówiła o piersiach indyczych. Kupił więc drugi kawałek mięsa.

W drodze powrotnej sprawdził, gdzie można kupić spirytus. Nigdzie. W osiedlowym sklepie alkoholowym zapytał, dlaczego nie ma spirytusu.

– Tak chciałbym się napić – wyjaśnił. Świadomie mówił teraz częściej jakby lekceważąco, dla rozładowania narastającego napięcia.

Ekspedientka, młoda ciemnooka kobieta z kokardą we włosach i dojrzałym uśmiechu na twarzy, odpowiedziała.

– Podobno ziemniaki wymarły.

– A zboże? – pyta Alfero.

– Myszy zjadły. A to, co zostało, zatruły własnym wirusem. Żeby ludzie nie mieli. Podobnie jak my one kierują się przysłowiem „Jak Kuba Bogu, tak Bóg Kubie”. Myszy też mają własny rozum, chociaż malutki.

– Malutkie rozumy to nie tylko myszy mają – z przekonaniem wyjaśnił Alfero. – To jest coś, co łączy nasz gatunek z niżej stojącymi gatunkami zwierząt. Na przykład, i my i one, znaczy się zwierzęta, jesteśmy atakowani przez wirusy.

Oboje zaśmiali się ostrożnie, bo nie wiadomo, do czego to wszystko zmierza, włącznie z poczuciem humoru.

Następnym etapem porannej wędrówki Alfero była apteka. Przed apteką stały cztery osoby. Dwie z nich, mężczyzna i kobieta, trzymały się za ręce.

– Wyraz solidarności w obliczu nieszczęścia – pomyślał Alfero. Postanawia nie myśleć o wirusie. 

Czekał na wejście do apteki. To jego ulubiona apteka. Zna wszystkie farmaceutki, a one znają jego. Ma to praktyczne znaczenie. Teraz, kiedy lekarka rodzinna wystawia receptę z dużą ilością leków, dla niego lub dla żony, bierze tylko część leków i zostawia receptę w aptece. Jest to konieczne także dlatego, że najczęściej apteka musi zamówić leki w hurtowni.  Na stanie ma zazwyczaj nie więcej niż kilka opakowań. Czekając na swoją kolejkę, przypomniał sobie, co jest ważne: zapisać sobie numer recepty oraz dzień, kiedy ją realizuje. To ważne, w razie potrzeby aptekarka może szybko odszukać receptę. Sam numer czy nazwisko nie wystarczą. 

W aptece widać zmiany i ograniczenia. Wzdłuż lady w odległości jednego metra biegnie szeroka niebieska linia. Aptekarki mają na sobie maseczki. Wyglądają jak laborantki.

– Czy są już środki antyseptyczne, płyn do mycia rąk, chusteczki i maseczki ochronne na twarz – Alfero zadaje to pytanie od ponad tygodnia.

– Nie ma.

– A kiedy będą. Tak z grubsza, w przybliżeniu.

– Nie wiemy. Premier Chudy mówił w telewizji, że jest dobre zaopatrzenie aptek, ale nie mówił o naszej.

Alfero nie lubi premiera bo nie zawsze mówił prawdę. Kiedy ją mówił, to zdarzało mu się niedopowiedzieć czegoś albo odpowiedzieć na okrągło. Na pytanie na ile dni wystarczy oddziałom zakaźnym sprzętu antyseptycznego, kombinezonów, maseczek, okularów i obuwia, premier odpowiedział: 

– Rządowe Biuro Rezerw Materiałowych intensywnie gromadzi to wszystko, aby niczego nie zabrakło. 

Odc. 4

Kiedy podejmował pieniądze w bankomacie koło supermarketu „Coccinella”, tuż obok, przed sklepem mięsnym, stała już kolejka. Nigdy nie była taka długa. Z ciekawości Alfero policzył czekających; dwadzieścia pięć osób. Wszyscy stali i gapili się bezmyślnie w przestrzeń z wyjątkiem trzech osób patrzących w smartfon. Nikt nie miał książki w ręku.

– Bo i po co? – Pytały ich niewidzące oczy i nieme twarze. Czy my czytać nie umiemy? – literacko wyobraził sobie scenę Alfero.

Kiedy sam musiał gdzieś czekać, był na to przygotowany, zawsze miał książkę ze sobą, w plecaku lub w torbie na zakupy. Dla niego czas czekania nigdy nie był stracony ani bezwartościowy. Kiedykolwiek myślał o tym, ile jest cudownych książek do przeczytania, włos mu się jeżył z rozpaczy, że nie zdąży tego zrobić. W kolejkach nadrabiał zaległości lektury. Czas oczekiwania wzbogacał jego życie. Sens życia widział w znaczącym jego przeżywaniu; czytanie czegoś wartościowego było znaczące, bezmyślne oczekiwanie – nie. Był apodyktyczny w tym względzie.

Życie kraju skupiło się wokół jednego punktu. Nic nie dyktowało rytmu życia jednostki i społeczeństwa bardziej niż Wirus YZ. Wszyscy o nim myśleli i mówili. Jego nieustępliwa ekspansja wywoływała masę informacji w mediach publicznych. Ujawniały one rozmiar ludzkich możliwości intelektualnych, od mądrości i rozwagi do głupoty i bezmyślności, od spraw ważnych do banalnych. Informacje nie płynęły równymi, dającymi się wyodrębnić strumieniami, lecz wpadały na siebie, kołowały, pędziły i zawracały, mieszając się ze sobą. Przekazy były tak skonstruowane, że często nie było wiadome, co jest prawdą a co zmyśleniem, półprawdą, ćwierćprawdą czy też prawdą niekompletną jak człowiek bez nogi, ręki lub ucha.

– Nie sposób połapać się w tym galimatiasie. Świat kołowacieje, goni jak pies za swoim ogonem – Alfero myślał o narastającym gubieniu się człowieka w wytworach własnej cywilizacji. To tylko umacniało jego determinację utrzymania się na powierzchni. 

Wieczorem w telewizji gruby rolnik z oczami wygłodniałego lisa i policzkami przekarmionego wieprzka z przejęciem opowiadał, wyobrażając sobie przyszłość, jak to pod wpływem mutującego Wirusa YZ z farm hodowlanych i gospodarstw rolnych masowo uciekają indyki, bażanty, kury, kaczki i inne ptactwo.

– Za nimi pędzi grubsza zwierzyna, krowy, świnie, konie i owce. Na miejscu pozostają tylko kozy; są odporne na wszystko. W okresach powszechnego głodu koza przeżyje karmiąc się suchą trawą, kolczastymi badylami a nawet papierem. 

– Pędzimy do lasu. Nie chcemy iść na przerób przez człowieka lub wirusa – takie komunikaty wysyłają uciekające zwierzęta – zakończył grubas.

Czy jest to prawdą, co mówi wiejski tłuścioch odnośnie przyszłości, nie jest pewne. Chyba raczej nie, choć nikt nie wie, co rzeczywiście przyniesie przyszłość. Ze zwierzętami jednak też jest coś nie w porządku. Nikt nie jest pewny, czy nie jest to wpływ Wirusa YZ – podsumował Alfero.

Przechodząc koło przystanku autobusowego Alfero zatrzymał się, aby popatrzeć na rozkład jazdy. Uczynił to odruchowo, z ciekawości, czy w czasie kryzysu jeździ znacznie mniej autobusów. Kilka kroków dalej, w bezpiecznej odległości od niego, stały dwie młode kobiety i rozmawiały. Zaczął je słuchać, ich rozmowa wydała mu się ciekawa.

– Dzisiaj psy też się leczą, proszę pani. Ja ze swoim Reksem chodziłam kiedyś do weterynarza, bo pies nie miał siły biegać, był apatyczny, nie chciał jeść. Okazało się, że miał depresję. Poszłam z nim wtedy do psychologa zwierząt i ten stwierdził, że pies musi zmienić swoje nawyki spania, jedzenia, ruchu, spacerów. Skierował mnie do behawiorysty zwierzęcego. Była to kobieta, bardzo miła zresztą. Siedziałam sobie w poczekalni, kiedy usłyszałam hałas. Jak się okazało mój Rex dostał szału. Behawiorystka nie miała pojęcia dlaczego. Mówiła tylko, że sama źle się czuje i może to udzieliło się psu. Teraz Reks chodzi już ze mną do innej behawiorystki. Dużo z nim rozmawia. Ja mogę stać obok i nic z tego nie rozumiem. Kiedy Rex wychodzi z jej gabinetu, jest bardzo zadowolony. Merda ogonem, chce mnie lizać, jakby w podziękowaniu za to, co dla niego robię. Tak sobie myślę, że dzisiaj jest łatwiej o porozumienie zwierzęcia z człowiekiem, niż człowieka z człowiekiem.

Wieczorem Alfero rozmawiał telefonicznie z przyjacielem. Spotkali się po wielu latach zagubienia w dżungli życia, która tylko wydaje się być miłą równiną pokrytą domkami, ogródkami, ulicami oraz kolorowymi fragmentami pól i lasów zdobnych wstążkami rzek i kotylionami jezior. Poruszali sprawy bieżące związane z nieszczęściem, jakie spadło na świat i kraj: malejące zatrudnienie, lawinowo rosnące problemy gospodarcze, nakazy i zakazy, co robić a czego nie robić, aby ochronić się przed wirusem.

W telewizji dominował zwarty front władzy. Premier Chudy, MinZdro, którego nazwiska nikt nie pamiętał, tak silnie kojarzyło się ze szpitalem, oraz prezydent Lambrekin, zgodnie głosili, że trzeba myć ręce i nie gromadzić się.

– To podstawa wszystkiego – przekonywali. Bez tego jesteśmy jak śnięta ryba na pustyni; leży sobie wygodnie w ciepłym piachu ale nie ma czym zaspokoić pragnienia.

Rząd wprowadził zakaz organizowania zgromadzeń, stanowiących niezdrowy choć naturalny odruch stadny u ludzi, wyższej ewolucyjnej formy rozwoju zwierząt. Z polecenia rządu zamykano wszystko, co ma drzwi i zamek lub kłódkę.

Prezydent Lambrekin – nie była to jego jedyna identyfikacja, bo różnie go nazywano, także Adadu – też to mówił, z tym, że wbrew własnym słowom sam organizował spotkania z ludźmi, aby ich przekonywać, że bez niego padną z głodu i pragnienia. Robiono mu z tego tytułu zarzuty. Nawet jego własne otoczenie zwracało mu na to uwagę.

– Wiem, że tłumaczę obywatelom, aby się nie gromadzili się w jednym miejscu, ale ja tak bardzo lubię przemawiać. Podnieca mnie to, co mówię i jak mówię. Usta mi się wtedy układają jak do pocałunku i czuję, jak się unoszę w górę. Ludzie mnie oklaskują, cokolwiek nie powiem. Kiedyś mówiłem o żarówce, coś mnie wtedy strzeliło, chyba było ciemno, i to się bardzo podobało ludziom. W dobrym stylu jest być krytycznym, wytykać błędy innym, wyzywać oponentów od łajdaków, zachęcać i gromić. Ja to robię właśnie na spotkaniach i słupki mi rosną. Czy chcielibyście, abym odszedł i abyście wy stracili pracę i przywileje? – zwrócił się go otaczających go ludzi. 

– Ależ nigdy, panie prezydencie! – krzyczeli. – Pan jest najlepszy. Nikt tak nie przewodzi narodowi jak pan! Jest pan wzorem dla nas wszystkich! Reprezentuje pan cały naród, a nie tylko partię rządzącą. Pan tu o wszystkim decyduje!

Po ostatnim zdaniu prezydent Lambrekin przerwał strumień zachwytów. Uznał, że ludzie przesadzają.

– To było niesmaczne – poskarżył się żonie po zakończonym spotkaniu.

Odc. 5

Zgodnie z oficjalnymi rozporządzeniami dotyczącymi Wirusa YZ Alfero pozostał w domu. Serce w nim skowyczało z żalu, ale postanowił trzymać je na wodzy. Znając swoje niezdyscyplinowanie założył sobie munsztuk i cugle. Obejrzał się w lustrze. Nie wyglądało to najlepiej, postanowił jednak nie załamywać się.

– Najważniejsze to skutecznie kierować sobą – zanucił starą jak świat pieśń, do której słowa napisał podobno filozof Seneka. Przerwał, jak tylko przypomniał sobie, że głos ma marniejszy od pijanej orki.

Nie mając nic lepszego do roboty, rozpoczął pisanie pamiętnika. Pisze na luzie, tak jak czuje się większość ludzi w schronach domowych, w poczuciu bezpieczeństwa czterech ścian, kuchni i ubikacji. Samotność i izolacja wpływają pozytywnie również na jego psychikę. Nie czuje się podminowany. Po pokonaniu pierwszych wątpliwości, jest czy nie jest więźniem, nie męczy go niemożność wyjścia na zewnątrz i rzucania kamieniami w psy i koty. Brak ruchu fizycznego nadrabia obserwując, co dzieje się w kraju i na świecie. Notuje swoje obserwacje.

Wniosek pierwszy: sytuacja jest dynamiczna jak na froncie, znaczy się wybuchowa. Ludzi coraz mocniej ogarnia amok, pojawiła się aberracja, życie staje się abstrakcją. Jest w nim coraz więcej sztuki, wręcz artyzmu. Rzecz w tym, że wirus wkręcił się w tryby wszystkiego, czym zajmowała się dotąd cywilizacja ludzka. W psychice, najbardziej zaniedbanej z dziedzin ludzkich zainteresowań, wirus naprawia wszystko co można, czyni to tym intensywniej, im bardziej była ona zwichrowana wcześniej.

Jest masa faktów do przeanalizowania.

Alfero analizy przeprowadza sam, czasem konsultuje ze specjalistami. Jednego odkrył niedawno. To kolega ze studiów nad istotą młodzieńczego życia z akademikiem i tanią stołówką. Teraz jest mistrzem obserwacji, specjalistą od interpretacji historii. Trzeźwość jego spojrzenia jest imponująca, przebija z łatwością mury wątpliwości, odsłania żywą prawdę.

Z historii przyjaciel ma czarny pas. Wisi na ścianie w salonie.

– Używam go tylko wtedy, kiedy mi spodnie spadają – mówi.

Oczywiście żartuje, co trzeba wyjaśnić, aby nie było wątpliwości w czasach, kiedy żart staniał. Właściwie to nikt nie chce go kupować a nawet brać bezpłatnie. Trzeba go wciskać ludziom siłą, tacy stali się poważni.

Alfero też stara się żartować, ale idzie mu nie najlepiej. Zauważył, że ludzie stracili poczucie humoru. Dobitnym przykładem jest przedwcześnie posiwiały staruszek ukazujący się w telewizji z okazji świąt narodowych i podobnych okazji, czasem bez przyczyny. To osoba czcigodna i natchniona, prowadzi wykłady na temat „W jakim kierunku należy rozwijać władzę”.

W żartach najlepszy jest prezydent Lambrekin zwany też Ubu. Różnie go nazywają. Przeważnie krótkie, czteroliterowe wyrazy, poręczne i łatwe do zapamiętania. Jego najlepszy żart jest o ludożercach, którzy zjedli pasażerów z rozbitego samolotu. Wysoko postawiony uczony, któremu Lambrekin opowiedział żart publicznie, dostał zawału serca, kiedy dowiedział się, że tylko jego ludożercy oszczędzili. To straszne – powiedział. – Wszystkich zjedli, tylko mnie oszczędzili, i to tylko dlatego, że razem z naczelnikiem plemienia uczęszczałem cztery lata na ten sam kurs polowania na lisy.

W żartach prezydent Lambrekin wyróżnia się również dlatego, że po opowiedzeniu kawału śmieje się pierwszy. Wyjaśnił dlaczego.

– Śmieję się bardzo wyraziście. Ćwiczę to w domu, znaczy się, w pałacu. Wyrazisty śmiech, szczery aż do bólu, to sygnał i zachęta do tego, aby ludzie zaczęli się śmiać. Bo czasem się nie śmieją i to mnie boli. O, tu! – pokazał na serce.

Wedle źródeł zbliżonych do sfer wyższych prezydent Lambrekin jest wybitnym przejawem wirusowych czasów – zapisał w pamiętniku Alfero.

Życie w kraju coraz bardziej staje się abstrakcją. Są jeszcze miejsca, gdzie pozostało skostniałe jak dawniej, ale to wyjątki.

– Abstrakcyjność dzisiejszego życia to pewnik – twierdzą logicy. Abstrakcja to czysty byt. Coś, co istnieje a zarazem nie istnieje. Identycznie jak atom w teorii kwantowej. Istnieje, ale nie w sposób tak konkretny i wyrazisty jak kawał mięcha, które możesz odgryźć i zjeść. Logicy i ich duchowe dzieci są niestety na wymarciu, bo świat kieruje się coraz bardziej uczuciami, a nie rozumem.

– Ależ tu chodzi o to, aby kierować się mieszanką uczuć i rozumu, a nie wyłącznie jednym lub drugim – bronią się logicy.

Nikt im nie wierzy, bo uczucia są najważniejsze. W rozum i w prawdę wierzą już tylko zboczeńcy.

– A co jest prawdą? – wołają ludzie pustynnej aberracji.

Prawdą jest fakt. Fakt to konkret, filar, znak drogowy dla wędrowcy spragnionego wody życia.

– Jaki fakt? – uparcie drążą ludzie pustynnej aberracji. I chwała im za to – myśli Alfero.

– Zwykły, ale może być też żelazny – odpowiadają logicy.

Nic nie jest w stanie zbić ich z tropu. Może tylko siwy dziadunio w telewizji, symbol władzy bezimiennej i absolutnej.

Na zachodzie bez zmian. W Wielkiej Brytanii zrobiło się ciepło. Ludzie zwani obywatelami wylegli masowo na ulice, ruszyli na place, miejsca zabaw, do galerii handlowych, aby odetchnąć świeżym powietrzem, pojeździć na wrotkach i pospadać z betonowych ramp, gdzie ćwiczą.

– Takie uderzenie o beton dobrze mi robi. Potrzeba mi wstrząsu mózgu od czasu do czasu bo inaczej życie jest nudne – wyjaśnił w telewizji młodzieniec, pseudonim Lumbago, celebryta mimo młodego wieku. Jest mistrzem w jeździe na wrotkach.

– Jeżdżę na wrotkach tylko po twardej powierzchni, poręczach, schodach i kamieniach. Mnie nawet wirus nie dogoni. Taki jestem szybki – przechwala się. Wiele osób mu wierzy, młodzież w szczególności.

Coraz więcej ludzi zachowuje się naturalnie. To są ci idący z prądem czasu.

– Idziemy tam, dokąd zmierza wirus. Wirus wychodzi na ulice, my wychodzimy razem z nim, pojawia się w parku, my razem z nim, pojawia się w centrum handlowym, tam też mu towarzyszymy. Nic nas nie wystraszy. Nikt nie będzie nam mówić, co robić a czego nie robić, ostrzegać, zakazywać.

W parku nad Tamizą wielki tłum zamienił się w chór. Dyryguje się sam, spontanicznie. Śpiewa pieśni rewolucyjne, religijne i buntownicze. Zaczyna od „Boże, chroń króla albo królową, w zależności od tego, kto jest na tronie”, następnie międzynarodową pieśń o wielkiej pożodze “My ze spalonych miast, my z głodujących wsi, my zbuntowani”. Pieśń znajduje odzwierciedlenie w podziale chóru na trzy grupy: miasto, wieś i reszta, czyli zbuntowani. 

Brytyjczycy zawsze dawali przykład inicjatywy i przedsiębiorczości.

– Kiedyś mieliśmy Imperium, wczoraj mieliśmy Brexit, dzisiaj mamy wolność konfrontacji z Wirusem YZ na wolnym powietrzu – słychać na ulicach.

Na Zachodzie bez zmian. Jest to film uwspółcześniony, pokazujący to, co żywe i znaczące. Idzie wszędzie, choć kina są pozamykane. Nie przeszkadza to niczemu, bo można go wyświetlać na murach, ścianach domów, plandekach zwisających z wielkich ciężarówek, nawet prześcieradłach. Potrzebna jest tylko taśma z nagraniem i silna latarka z przełącznikami: start, muzyka, komentarz, stop.

W Niemczech mężczyzna o wyraźnym podbródku lizał biletomat w tramwaju. Uznano go za oryginała. Podbródek miał świadczyć o jego silnej woli. Ludzie oklaskiwali go, choć sami nie zdecydowali się lizać. Pytano go, dlaczego to robi.

– Chcę upowszechnić wirusa. Kocham go. Kiedyś kochałem kobiety, potem mężczyzn, potem – co tu będę oszukiwać – sam sobie sprawiałem przyjemność. Dzisiaj kocham Wirusa YZ – powtórzył i chlasnął językiem po biletomacie, potem zrobił to samo kilkakrotnie z uchwytami do trzymania się w czasie jazdy. Mężczyzna rozglądał się, szukając wzrokiem metalowych przedmiotów w pobliżu. Nie było niczego, oprócz panelu kierowniczego, ale ten był zamknięty na kłódkę.

– Dajcie mi więcej metalu. Lubię jego chłód. Wirus trzyma się go najdłużej – wołał, ale nikt mu nie pomógł. Ludzie stali się nieczuli.

Po incydencie samotnego artysty zaczęto zastanawiać się, czy nie stworzyć listy miłośników Wirusa YZ zapisując na niej, włącznie z adresami i numerami telefonów, osoby wyróżniające się sposobem myślenia i zachowania w stosunku do wirusa. Reakcja społeczeństwa była pozytywna. Pojawiło się wezwanie, aby rząd stworzył fundusz poparcia dla kulturalnych inicjatyw społecznych wyłaniających się w okresie wielkich epidemii. W Internecie zbierane są podpisy.

Odc. 6

W kraju rodzi się nowa fala aktywności społecznej pod hasłem „Naprzód mimo wirusa”. Rzecz jest poważna. Okazuje się, że wirus jest bez znaczenia w sprawach najważniejszych. W telewizji publicznej znowu ukazał się siwy człowiek. Może nawet był to jego duch, bo wyglądał raczej smutno. Różnie go nazywają: Namiestnik, Dobroczyńca, Kurdu. On sam nie wypowiada się, czy te ksywy mu się podobają czy nie, więc ludzie się tylko domyślają. Jedni mówią, że tak, inni że nie, Inni zadają pytanie: Czy to takie ważne?

Na ekranie telewizora Namiestnik miał przylizane włosy. Na świeżym powietrzu widziano go z bardziej rozwichrzonymi. Ręce trzymał splecione ze sobą, aby nie rozbiegły się po stole. Prawą dłoń unosił od czasu do czasu do góry, powolutku, prawdopodobnie po to, aby nią walnąć w razie potrzeby i zaskoczyć wszystkich. Obywatele lubią  mocne gesty. Mówił powoli. Stwarzał wrażenie, że nie jest mu łatwo myśleć, ale jeszcze ciężej jest nie myśleć. Mówił o wybieraniu i to już niedługo bo w maju. Alfero domyśla się, że prawdopodobnie chodziło mu o wybór dobra nad złem. Nie był jednak tego pewny. Tak czy inaczej starszy pan zachęcał do udziału w jakichś wyborach. W końcu przemówienia rzucił hasło. Było mocne, choć wypowiedziane nieco słabowitym głosem. Był chyba głodny; w każdym razie nie wyglądał na przejedzonego.

– Idźcie na wybory. Macie szansę wybrać najlepszego kandydata dla kraju a równocześnie koronawirusa dla siebie i dla rodziny. To niezwykła okazja. Ja sam nie pójdę głosować, bo urnę wyborczą na jeden głos przywiozą mi do domu. Mam skromne wymagania, a chodzić specjalnie nie lubię. W życiu już dosyć się nachodziłem. Mam swoje lata i nie przesadzam, zwłaszcza że obecnie nie wolno wychodzić z domu.

Ludzie bardzo go podziwiają za jego pomysły i inicjatywy. Klika lat wcześniej zaczął wskrzeszać postępową organizację społeczną „Folwark Zwierzęcy im. George’a Orwella”. Podobno idzie mu nieźle.

W czasie wystąpienia telewizyjnego Namiestnik zachęcał do odważnych działań powołując się na prawa wyższego rzędu. 

– Postępujcie zgodnie z rozrządzeniami rządu, podkreślił, bo prawo jest najważniejsze. Sam te rozporządzenia redagowałem, więc wiem najlepiej, co dobre, a co złe. Jestem osobą głęboko wierzącą. Możecie mi więc wierzyć. W końcu chodzi o wybór najlepszego kandydata. Jest ich wielu, ale tylko jeden jest najlepszy. Sami musicie się domyślić, który to jest i jak wygląda. Ja też nie wiem, domyślam się tylko, że to może być ten rumiany na twarzy i rozważnie żonaty. Rumieńce na policzkach i piękna żona to dzisiaj majątek. Rzucam więc hasło „ Idźcie i wybierzcie”. Taka jest logika czasu, że musimy głosować mimo zakazu gromadzenia się, a nawet wychodzenia z domu. Nie musicie się martwić, że popełniacie grzech. Znam pewnego bardzo wpływowego księdza, to za niewielką opłatą zwolni was od winy. Może nawet zrobi to za darmo, jak z nim pogadam. To mój kolega z seminarium duchownego. Znaczy się, ja tam nie studiowałem, ale byłem raz na korytarzu i tam go poznałem. Siedział samotnie przy stoliku pod palmą i pił kawę, więc się przysiadłem, aby nie było mu smutno. 

Namiestnik długo jeszcze przemawiał. Wydobywał z siebie ciepły usypiający głos. Zrobiło się późno, ludzi poczuli się szczęśliwi, bo ich usypiał. Chyba to dostrzegł, bo zdecydował się zakończyć wystąpienie. Złożył obietnicę.

– Będę występować w telewizji w programie wieczornym, aby was uspokajać, że w dobie panoszącego się wirusa wszystko jest dobrze, a będzie jeszcze lepiej. Będę też zachęcać was do chodzenia do kościoła i głosowania, ale tylko w słusznej sprawie. Nie gromadźcie się w żadnym miejscu w liczbie większej niż jeden, bo to niebezpieczne, oczywiście z wyjątkiem urn wyborczych. Wyraz „urna” brzmi dobrze i dobrze się kojarzy. 

Po pokrzepieniu się kilkoma łykami wody, namiestnik przyśpieszył.

– Czuję w sobie misjonarskiego ducha. To rodzinne. To nawoływanie do czynienia dobra. Mój dziadek był taki, moja babka była taka, cała moja rodzina była taka. W przyszłości, oprócz przekazywania treści patriotycznych i religijnych, będę też mówić o zasadach, jak dobrze i mądrze żyć. Najlepiej za państwowe pieniądze, bo wiadomo, że jest to pieniądz czysty, a nie z pralni brudnych pieniędzy. Ludzie lubią mnie słuchać, bo mówię o sprawach ważnych, o kraju mlekiem i miodem płynącym. Nie to, co mój poprzednik, ten burak, złodziej i cham. Wybaczcie mi, że się uniosłem, ale to w słusznej sprawie.

Odc. 7

W telewizji trwały debaty. Stała się ona centrum wymiany poglądów w czasach wielkiej zarazy i samotności. Uwaga społeczeństwa zawisła na ustach analityków, doradców i ekspertów, od których oczekiwano odpowiedzi na trudne pytania: – Co dalej? Jak rozumieć to, co się dzieje? Dokąd zmierzamy?

W budynkach stacji telewizyjnych co chwila pojawiali się eksperci od spraw wirusa, zdrowia, gospodarki, religii, filozofii, a nawet sztucznego mózgu zdolnego do gry w pokera za małe pieniądze. Korytarzami przewalały się tłumy wchodzących i wychodzących ekspertów, wśród których zdarzali się nawet prorocy i zbawiciele. Zapraszano tylko największe autorytety.

– Magister u nas nic już nie znaczy. Zapraszamy od doktora nauk wzwyż– wyjaśniała przed kamerą reporterka telewizyjna.

W pomieszczeniach stacji telewizyjnych panowały prawdziwe upały mimo chłodu na zewnątrz. Na początku podejrzewano o sabotaż palaczy kotłowni, którzy czuli się pokrzywdzeni, ponieważ mówiąc o wirusie nikt nie wspomniał o nich nawet marnym słowem.

– A przecież mamy swoją godność – argumentowali, myśląc o pracy z szuflą i węglem.

Dochodzenie wykazało, że przyczyną wysokiej temperatury były kamery telewizyjne grzejące się od ciągłej pracy.

– U nas wirus nie ma najmniejszej szansy, w tym upale zdechłby jak marny robak – żartował operator kamery telewizyjnej, stojący na stanowisku pracy trzeci dzień z kolei z powodu choroby zmiennika. Były to tylko pozory łagodności; w jego otwartych ustach ukazały się kły wściekłości.

Alfero oglądał telewizję w ograniczonym zakresie. Szybko przesuwające się obrazy, reklamy, dwa rzędy pasków informacyjnych, słowa osób biorących udział w dyskusjach na temat wirusa, cały ten szum medialny tak działał mu na nerwy, że drżały mu nogi i rwały się, aby komuś dokopać.

Były też inne przyczyny. Zdenerwowało go pokazanie w telewizji filozofa, historyka idei, i pytanie go o sprawy gospodarcze, o wpływ wirusa na gospodarkę i społeczeństwo. Profesorowi, żyjącemu od lat na odludziu w lesie razem z trzema psami i dwoma kotami, dano do rozwiązania węzeł gordyjski tematów zjadliwych jak kłębowisko żmij.

– Przydałby mi się Aleksander Wielki, aby rozciął ten węzeł – nerwowo myślał profesor zanim podjął wyjaśnienia, jakie przyszły mu przypadkiem do głowy. Wiedział, że nikogo nimi nie przekona, musiał jednak ratować honor własny, profesury i osób żyjących na uboczu. Nic nie powiedzieć albo przyznać się, że niewiele wie na obcy mu temat uznał za niedopuszczalne.

– Nie tędy droga – wołali zdegustowani widzowie i słuchacze.

Alfero słyszał ich głosy i postanowił zrobić coś w tej sprawie. Czuł, że ma wiele do zaoferowania ze swojej wiedzy i przemyśleń.

W rozmowie telefonicznej z Erazmem, szczęśliwie odnalezionym kolegą z okresu studiów nad człowieczeństwem wspieranym tanią stołówką studencką i akademikiem, Alfero poruszył sprawę wiedzy i charakteru. Mówił z przekonaniem, stwarzając wrażenie człowieka porażonego pasją dobroczynnego dokształcania społeczeństwa.

– Nocą miałem sen. To wtedy przyszło do mnie natchnienie. Śniło mi się, że stoję na wysokim słupie, tym samym, z którego w starożytności przemawiał Szymon Słupnik Starszy. Ten słup mnie zmotywował. Przychodzili pod niego pielgrzymi z Arabii, Persji i Rzymu, aby słuchać kazań Szymona i prosić go o nauki, rady i modlitwę wstawienniczą. Z wysokości tego wspaniałego obiektu dojrzałem sekwencję spraw  najważniejszych w dobie wielkich zagrożeń. Nazwałem ją świętą trójcą współczesnego człowieka. Są to: Wirus YZ, wisząca nad nami recesja gospodarcza oraz sukcesja władzy.

– Wirus i jego zabójcza siła to wielka tragedia – kontynuował Alfero – ale przeminie ona dosyć szybko. To kwestia tygodni, może miesiąca lub dwóch. A nawet jeśli nie przeminie całkowicie, to osłabi się znacząco. Wtedy, nawet wcześniej, pojawi się coś straszniejszego i długofalowego, co nie zniknie po kilku tygodniach. Będzie to recesja gospodarcza na niespotykaną skalę, bankructwo tysięcy firm, utrata dochodów przez miliony ludzi. W odróżnieniu od wirusa, kiedy śmierć jednego człowieka nie pociąga za sobą śmierci innego człowieka, w recesji gospodarczej upadek jednej firmy pociąga za sobą fatalne konsekwencje dla wielu podmiotów: pracowników, którzy wylądują na bruku, dostawców, którym bankrut nie zapłaci długów, skarbu państw, do którego nie trafią podatki, banki – którym upadła firma nie zwróci pożyczonych pieniędzy. To jeden wielki strumień wzajemnie powiązanych nieszczęść.

Wypowiedź wyczerpała Alfero; nie miał już chęci rozwodzić się nad trzecim wyzwaniem – sukcesją władzy; jaka będzie następna władza.

– Recesja gospodarcza oznaczać będzie wielki kryzys społeczny. Także polityczny. Co stanie się z obecnie rządzącymi partiami i ludźmi, to wielki temat.

Alfero czuł w sobie ogień niegłębionych pragnień ulepszenia świata. Pomyślał, że jest to ten sam żywioł, jaki trawi Namiestnika.

– Mamy chyba podobne paleniska i korzystamy w podobnego paliwa. Nie mogę jednak porównywać się z tym niezwykłym człowiekiem. On działa na nieporównywalnie większa skalę, pociągając sznurki sterujące ludźmi władzy. Ja tylko myślę, piszę i wygłaszam poglądy. Jeśli chodzi o sznurki, to mogę jedynie pociągać w pamięci za linkę w do spuszczania wody w zdezelowanej kolejowej toalecie.

Prymitywna toaleta przypomniała Alfero jego młodość w latach sojuszu robotniczo-chłopskiego i partii stanowiącej przewodnią siłę narodu. Były to zjawiska równie naturalne jak krzyżówka dwugarbnego wielbłąda z odporną na mrozy jabłonką wielkiego Iwana Miczurina.

Odc. 8

W okresie nasilającej się epidemii wirusa Alfero chętnie przedstawiał swoje poglądy na ten temat. Jego przemówienia miały charakter wizji.

– Przewiduję, drodzy obywatele, kobiety, mężczyźni i wy, trzecia kategorio osób nieokreślonych, rozproszonych i zagubionych, że staniemy przed kolejnymi wielkimi wyzwaniami. Każde z nich będzie miało kształt drzewka, na którym będzie można zawieszać owoce lub robaki, które będą je żarły. Drzewkami opiekować się będą fenomeni.

Nie było łatwo domyśleć się, co miał na myśli. Podejrzewano, że wysłał go rząd dla zmylenia przeciwnika politycznego. Coś w tym jednak było, ponieważ rzeczywiście pojawili się fenomeni. Pierwszym okazał się Namiestnik Kurdu. Jego zwolennicy okrzyknęli go jasnowidzem. On jeden bezbłędnie typował, co się stanie, kto wygra, a kto przegra, kto zostanie aresztowany, a kto wyróżniony kosmiczną pensją lub astronomiczną odprawą już po czterech miesiącach pracy. To robiło mu renomę i przyciągało do niego rzesze ludzi ambitnych pragnących realizować przyśpieszoną karierę zawodową i zasłużyć się dla kraju.

Namiestnik śnił się ludziom po nocach. Widziano go, siwego, dojrzałego męża,  idącego równym krokiem przez pola, łąki i lasy do celu, który tylko jemu był znany. Nazywano go Feniksem wyrosłym z popiołów oraz pomnikiem jeszcze nie zbudowanym a już widocznym na horyzoncie. Pisano na jego cześć poezje, wygłaszano hymny pochwalne, organizowano festyny. Kluby wioślarzy chwaliły go za to, że umie płynąć pod prąd, a krajowe zrzeszenie grabarzy, że zmierza do celu po trupach.

– Nie widzimy w tym nic specjalnego – twierdzili spokojnie, kiedy zwykli ludzie oburzali się na deptanie świętości. – Nieboszczyk nie przedstawia wartości materialnej ani finansowej, co najwyżej wartość uczuciową.

Psychiatrzy i psychologowie z kolei dostrzegli w Namiestniku autentyczny talent wyzwalania ludzi od bólu, niepokoju i gniewu. Cytowano jego słowa:

– Nie powodzi ci się dobrze, nie dorobiłeś się domu czy dużego samochodu, jesteś alkoholikiem, to może to tylko znaczyć, że ktoś jest za to odpowiedzialny i ja pomogę ci go znaleźć.

Przenosząc niezadowolenie za swoją sytuację na innych ludzi Namiestnik uwalniał obywateli z bólu i niepokoju. Całowano go za to po rękach, szczególnie ludzie prości i wierzący w cuda. W małych miejscowościach i na wsiach mieszkańcy chłonęli słowa Namiestnika jak pożywienie.

–  Jego święte słowa to nasz pokarm, odżywiamy się nimi. Im więcej mówi, tym lepiej, bo mniej wydajemy w sklepie. Zawsze to taniej. No i wygodniej w czasach tego cholernego wirusa.

– A co pan sądzi o poglądach Namiestnika? – zapytano kiedyś zwolennika Namiestnika.

– Czy ja muszę coś sądzić w ogóle? Wystarczy, że go słucham. To nasz guru, prorok i źródło mądrości. Wystarczy, że on myśli za nas. Ktoś to musi robić.

W telewizji wystąpił premier Chudy i też chwalił Namiestnika. Ktoś podpatrzył, że nosił jego medalion na piersiach i całował w wolnych chwilach. Zapytany o to, odpowiedział z przekonaniem.

– Inni czytaj książki, a ja całuję medalion. Namiestnik to także mój dobroczyńca.

Pytany o ilość testów przeprowadzanych na Wirusa YZ i ich wpływ na statystyki, wyjaśniał.

– Sprawa testów i statystyk zachorowań jest złożona, piekielnie złożona. Nie każdy prosty umysł to pojmie. Na szczęście mnie i mojemu rządowi nie brakuje intelektualnego potencjału i zdolności mówienia prawdy – premier wypiął pierś z dumą, widać było jak napinają się guziki na piersi, po czym kontynuował.

Nie możemy robić za dużo testów, ponieważ testowanie po prostu osłabia i dezorientuje obywateli. Im więcej ludzi dowiaduje się, że są zarażeni wirusem, tym gorzej dla nich. Mogliby żyć sobie w niewiedzy i spokoju, a tu masz babo pasztet! To dlatego nie robimy więcej testów, choć moglibyśmy. To dla dobra społeczeństwa.

Odc. 9

W końcu marca spadł śnieg. Zrobiło się jeszcze ciszej. Premier nie spał całą noc. Ciążyło mu poczucie obowiązków wobec partii i społeczeństwa w związku z bezczelnie panoszącym się Wirusem YZ. Nie mógł zasnąć, obmyślał plany. Rano obudził się z podkrążonymi oczami, bledszy niż Dziewica Orleańska na obrazie pijanego malarza El Cardulo. Ostry nos premiera rzucał jeszcze ostrzejszy cień. Mężczyzna był w wisielczym humorze.

– Chyba mógłby służyć za wskazówkę zegara słonecznego – mruknął do kota. Zwierzę popatrzyło na niego spode łba. Na niego też działała atmosfera niepewności i strachu. 

– Mówią, że mój nos jest wyostrzony od kłamstwa. A to po prostu zmartwienia – pocieszył się premier.

Kłamstwa mu nie ciążyły, bo musiał tak postępować. Takie reguły obwiązywały w organizacji. Regularnie spowiadał się, dawał też w kościele na ofiarę i wznosił oczy do nieba. To go ratowało przed utratą poczucia własnej wartości.

Sytuacja była trudna, stawała się coraz trudniejsza a dnia na dzień. Ilość zachorowań i ofiar śmiertelnych rosła lawinowo mimo drastycznych środków podejmowanych przez rząd, różne organizacje i obywateli. Wirus YZ szalał niby pijany wiatr po ulicach dopadając tych, którzy nierozważnie znaleźli mu się na drodze. Dopadał w domach, w podróży, choć mało kto podróżował, na służbie, w nielicznych środkach lokomocji. Drwił sobie z ludzkiej ostrożności. 

Narada w gabinecie premiera rozpoczęła się o godzinie dziesiątej rano. Wnętrze oddawało atmosferę panującą w kraju. Sekretarka ustawiła czarne kwiaty w dwóch wazonach i włączyła cichą muzykę. Grano marsz żałobny, wykonanie stłumione oddechami ludzi uciekających przed nieszczęściem. Premier wyraźnie je słyszał. Mimo to marsz podobał mu się. Niektórzy ministrowie wybijali takt nogami, inni palcami ręki. Stali już w szeregu na baczność, kiedy wszedł premier. Witał się z każdym serdecznym uściskiem dłoni. Zbliżając się do swego miejsca wyjaśnił.

– Obowiązuje powszechny zakaz zgromadzeń, ale nas to nie dotyczy. Jesteśmy awangardą narodu. Jesteśmy chronieni bardziej niż ktokolwiek inny, bo jesteśmy ważni. Mamy oczywiście problem. Jest to zagadka z trzema niewiadomymi: Jak zachowa się wirus? Jak zachowa się społeczeństwo? jak zachowa się świat? Czwarta niewiadoma to my sami. Też nie wiemy, jak się zachowamy. Co jest dla nas największym zagrożeniem? – Liczył na twórcze wypowiedzi.

Wszyscy patrzyli na niego. MinSpra obserwował wyzywająco członków gabinetu. Nie znali odpowiedzi, on ją znał. Był pewny swego. Trwało milczenie. Zastanowił się dlaczego. Dopiero po chwili zorientował się, że czekają na niego. Odczuł satysfakcję, że tym razem to on jest najważniejszy. Nie MinZdro, nie MinFin, nawet nie sam premier, tylko on, minister sprawiedliwości. Włączył się ze swoim wytłumaczeniem.

– Zabić nas może tylko szpitalnictwo; zbyt mała ilość miejsc w szpitalach, zbyt mało sprzętu. Lekarze czują się zagrożeni, uważają, że mają za mało masek, gogli, kombinezonów ochronnych, wszystkiego. Jeśli w szpitalach będzie nawet dwadzieścia tysięcy miejsc, a ilość osób zarażonych tym cholernym wirusem czterdzieści tysięcy, to co wtedy? Wtedy zechcą nas ukrzyżować jak Chrystusa.

– Módlmy się bracia i siostry, aby do tego nie doszło – pomyślał premier Chudy. Zadrżał wewnętrznie. Wiedział, że poszedłby pod sąd, gdyby sprawy potoczyły się niepomyślnie. Nie tylko za wirusa i szpitale, ale za inne sprawy. Za afery, jakie rządowi udało się ukryć, nie dopuszczając do prokuratury czy sądu. Nawet do dyskusji w parlamencie, nie mówiąc o otwartej dyskusji publicznej.

Premier poczuł się niepewnie. W gardle mu zaschło. Myślał intensywnie.

– Wtedy władza przeszłaby w ręce opozycji, a my stalibyśmy się ofiarami. Zobaczył siebie na wygnaniu, w dziurze zabitej dechami, w jurcie na pograniczu Pustyni Gobi, z kawałkiem suszonej koniny w lewej ręce i szklanką kumysu w prawej. Wstrząsnęło nim.

– Dosyć – powiedział głośno. Nie poznał swego głosu. Brzmiał jakoś chrapliwie. Dosyć myślenia. Wypowiadajcie się, co należy zrobić. Scenariusz numer sześć, ten ostatni, nie jest niezmienny. Mówcie, jakie macie pomysły. Wszyscy jedziemy na jednym wozie i wolałbym, aby opozycja lub ktoś inny nie włożył nam kija w szprychy.

Dyskusja trwała do wieczora. Premier zamówił pizzę. Nikt nie usiłował wymówić się, aby wyjść wcześniej. W pewnym momencie padło pytanie, czy można uśmiercić wirusa. Pojawiły się złe skojarzenia. Rozmowa zeszła na historię upadku monarchii, gilotyny i stryczka na szyi. W sali powiało chłodem. MinSpra rozejrzał się. Miał dobry dzień. Podszedł do okna i zamknął je z trzaskiem. Zrobił to celowo, aby wystraszyć ludzi. Okazał brutalność.

– To chłód od przeciągu. – Wyjaśnił. – Nie martwcie się. Poradzimy sobie. Zawsze radziliśmy sobie. Członkowie gabinetu premiera poczuli się raźniej. Premier upewnił się w przekonaniu, że ma rywala. Przestał o tym myśleć, bo miał na głowie przemówienie wczesnym popołudniem.

Odc. 10

Premier przemawiał na Placu Ostatniego Ratunku. Sam wybrał to miejsce, uważał, że jest symboliczne, że w dobie wielkiej epidemii Bóg go tutaj wysłucha i szybko zakończy epidemię. Miejsce było bezpieczne. Ludzi przed nim nie było. Przemawiał publicznie na otwartej przestrzeni tylko po to, aby nadać powagi swoim słowom. Specjaliści od mediów dodadzą tło. Nie był to jego pomysł, polecenie przyszło z góry. Nie mógł przecież sprzeciwić się.

Czuł, że mimo wysiłków, jakie podejmuje jego rząd społeczeństwo oceni go negatywnie. Opozycja stale mu coś zarzucała. Przede wszytkom skąpienia pieniędzy na ochronę służby zdrowia w czasie epidemii, na niekorzystanie ze środków Unii Kontynentalnej. Sytuacja z Unią była skomplikowana; raz mówił o niej źle, innym razem pozytywnie. Sam już się w tym gubił, czy są dobroczyńcami czy też wrogami krępującymi jego kraj. Namiestnik ciągnął Unię w dół, jemu nie pozostawało nic innego jak iść w jego ślady.

Bał się, że nie podoła wszystkim oczekiwaniom Namiestnika. To była ręka, która go karmiła. Nie mógł jej uszczypnąć nawet drobną uwagą, że ma inny pogląd.

– Wszyscy kłamiemy, to i ja muszę. – Powtarzał to sobie, stale wracając do tego samego punktu wyjścia.

W trakcie przemówienia używał słów człowieka wykształconego, aby zaimponować swoją wiedzą. Uważał, że i tak niewiele osób rozumie sprawy budżetowe i jak pracuje rząd. Nie miał pewności, jak przyjmą jego przemówienie. Mówił powoli i wyraźnie: Wyciągnęliśmy przesłanki. Będziemy uważnie obserwować. Zrobimy wszystko. Zagadnienia o charterze fiskalnym. Globalny kryzys. W sumie jest sześć rodzajów kryzysu. Wymienił je po kolei.

Ludzie słuchali go z uwagą, bo mówił o pomocy dla firm, przedsiębiorców i pracowników. Był z siebie zadowolony, mówił tak, aby powiedzieć jak najmniej i aby można to było w razie potrzeby odwołać lub inaczej zinterpretować To był styl jego formacji politycznej. W okresie napięcia takiego jak epidemia była to ważna taktyka: mówić tak, aby nie powiedzieć za dużo i aby zrobić ludziom wodę z mózgu. Nie za wiele oczywiście, tylko tyle, aby myśleli o wirusie, a nie o skuteczności pracy rządu i środkach jakie podejmuje. W końcu powiedział: otulina gospodarcza, stawiamy na scenariusz, przyjmujemy założenie.

Miał przekonanie, że z jego słów wieje otucha, a nawet powiew odległego zwycięstwa. Wzmocnił się w swojej determinacji walki z wirusem i walki o utrzymanie władzy. Był pewien, że kiedy kryzys zdrowotny będzie ustępować, rozpacznie się bezwzględna walka o władzę w jego własnym obozie.

Wyjął telefon i wybrał numer. Kiedy usłyszał męski głos, wyprostował się, mimo woli przybierając postawę na baczność. Słuchał uważnie każdego słowa. Odpowiadał, pilnując się, aby nie zaprzeczyć. Dopiero pod koniec rozmowy, wtórując rozmówcy, potwierdził:

– Tak, rozumiem. To pierwsza i najważniejsza sprawa. Nie dopuścić opozycji do głosu. Niech mówią, krytykują i przedstawiają poprawki do naszych propozycji. Będziemy ich ignorować. Obiecuję.

Odc. 11 

Pierwszego dnia kwietnia wszystko układało się Namiestnikowi nie tak, jak trzeba. Wydawało mu się, że martwe przedmioty nabrały własnego życia i przeciwstawiały mu się.

– Stają dęba jak ten pajacowaty … – Nie dokończył myśli nie chcąc pognębiać się jeszcze bardziej myślą o człowieku, któremu zapewnił awans życiowy, o jakim by nawet nie marzył. Nie znosił oporu z jego strony, tych nieoczekiwanych głupich zagrań jakby dla demonstracji, że może się uniezależnić.

Jedzenie kleiło się Namiestnikowi do łyżki, a potem do podniebienia. Herbata wypełniająca kubek do połowy, ni z tego ni z owego rozlewała się na obrus. Kiedy gospodyni mu powiedziała, że rozsypał w kuchni cukier na podłodze, uwierzył jej bez chwili wahania. Tylko częściowo zaakceptował kaprysy losu, kiedy mu przypominała, że to prima aprilis. Czuł, że się starzeje i nie jest już taki sprawny i bystry jak niegdyś. To go coraz bardziej gnębiło.

Zły na siebie i na świat, postanowił odegrać się na kimś lub na czymś. Musiał gdzieś rozładować złe przeżycia. Postanowił zwołać naradę. Zastanawiał się nad godziną, w końcu ustalił godzinę trzynastą. Miał w planie to spotkanie, ale wcześniej nie określił dnia. Zrobił to teraz.

Zasadniczo narad w swoim domu nie urządzał. Ta była pierwsza, od kiedy pojawił się wirus i zrobiło się groźnie. Wirus szalał prawie bez zahamowań. Namiestnik czuł się o tyle bezpiecznie, że ludzie którzy mieli do niego przyjechać regularnie poddawani byli testom, czy nie są zakażeni wirusem. Nawet gdyby stało się nieszczęście, to i tak mieli zapewnioną natychmiastową opiekę szpitalną. Rząd dysponował własną pulą łóżek i niezbędnego wyposażenia.

– Ostatecznie jesteśmy grupą ludzi decydujących o wszystkim. „Ja to państwo” oraz „rząd się zawsze wyżywi” – Namiestnik przypomniał sobie stare powiedzenia. W jego wypadku były prawdziwe. Był jedynowładcą, dysponując wszystkim, czym dysponowało państwo.

Spojrzał przez okno. Pogoda nie była specjalna, ale też i nie najgorsza.

– Jakie to zresztą ma znaczenie ? – niepotrzebnie zadał sobie to pytanie.

Wiedział, że wszyscy przyjadą bez względu na porę dnia i okoliczności, czy był to dzień czy noc. W nocy starał się nie urządzać spotkań. Współpracujących z nim ludzi urobił sobie i podporządkował. O to mu chodziło – społeczeństwo podległe jego woli. Nie dopuszczał do władzy osób, które wykazywały zbyt wielką samodzielność i zdolność niezależnego myślenia, a już nie daj Boże byli skłonni przeciwstawić mu się. Poczuł się panem życia i śmierci.

– Kiedyś do tego dojdzie – mruknął do siebie pod nosem,

Patrząc w lustro przy goleniu zobaczył potwierdzenie wszystkiego, o czym myślał w swoich oczach. Były zimne i zdecydowane. W łazience zachowywał się swobodnie. Nikt go nie widział i nie słyszał, mógł być całkowicie sobą. W głowie poczuł charakterystyczną blokadę, coś jak twardy kłąb waty, niejasne przeżycia i wspomnienia z przeszłości. Znał to uczucie. To coś budziło w nim bezwzględność i nieoglądanie się na innych.

Godzinę przed naradą usiadł w fotelu i zaczął myśleć, czy nie powinien zwiększyć swego bezpieczeństwa. Wyobrażał sobie, co i jak można by poprawić. Nowoczesne technologie. Wszystko było możliwe. Myślał o Chinach. Byli najbardziej zorganizowani, władza praktycznie w jednym ręku. Tylko gigantycznie większe środki materialne i finansowe. Chiny to potęga.

Myślał, co mógłby zmienić w samym domu. Zamienić go w twierdzę nie do pokonania. Wszystko szyfrowane: zamki drzwi, nawet płyty chodnikowe przesyłające sygnały, kiedy ktoś idzie po nich. Miał obsesję bezpieczeństwa. Wiedzil o tym ale był z tego zadowlony. Nadzwyczajne środki ostrożności były konieczne i nieuniknione. Jestem namiestnikiem dużego kraju, jestem zbyt cenny, aby cokolwiek mi się stało, a zło nie śpi.

Znowu popatrzył przez okno. Wyobraził sobie, jak osoba wysiadająca z podjeżdżającego samochodu wchodzi bezpośrednio do rękawa, takiego samego jak na lotniskach, przez który pasażerowie przechodzą z samolotu do hali lotniska.

– Myśleliśmy o budowie podkopu – powiedział mu kiedyś specjalista od bezpieczeństwa. Namiestnik nie potraktował tego poważnie. – Samochód zatrzymuje się przed pańskim domem, pod samochodem jest właz do tunelu, pasażer schodzi do włazu i przechodzi podziemnym tunelem do pańskiego domu.

Kurdu oderwał się od tego pomysłu. Był zbyt prymitywny w dobie sztucznej inteligencji, masowej inwigilacji i służb specjalnych dysponujących odpowiednimi środkami technologicznymi, pieniędzmi i ludźmi.

Odc 12

W przewidywaniu, że fala epidemii w końcu przewali się przez kraj, rząd sporządził rejestr strat i zysków. Była to praktyka wprowadzona przez Namiestnika.

– Nie ma takiej sytuacji, nawet najgorszej, kiedy oprócz strat nie doliczymy się zysków. Ludzie niech sobie patrzą na straty, to jest normalne, my patrzmy także, jakie mamy lub możemy mieć z tego zyski. Niektórzy mogą powiedzieć, że to cynizm. Nie zgadzam się z tak pesymistycznym poglądem. Dla mnie to czysta matematyka, a ta jak wiadomo jest obiektywna czyli neutralna, ani dobra ani zła. Ważne są statystyki, abyśmy wiedzieli na czym stoimy. Wszyscy wiemy, że musimy stać na gruncie twardszym niż beton, bo tylko my jedyni jesteśmy ostoją demokracji i dobrobytu. Dlatego musimy porozmawiać też o zbliżających się wyborach, które dają nam wielką szansę na lepsze jutro.

Na naradzie premier i MinZdro przedstawiali statystyki na tablicach: zakażeni, ilu zmarło, nowe zakażenia, ilość osób w szpitalach, na kwarantannie i objętych nadzorem. Zaczął MinZdro, blady, zmęczony, ale pełen pozytywnej determinacji.

– Nie podajemy tylko liczby osób, które wyzdrowiały z wirusa. Są one tak liczne, że aż mnie to oszałamia. Nie podajemy tych statystyk, aby nie stwarzać wrażenia, że więcej osób zdrowieje niż choruje, bo taki właśnie wyłania się obraz. Jestem pełen ostrożnego optymizmu.

– A jakie zyski? – zwrócił się do premiera MinWew, odpowiedzialny za rozpędzanie zgromadzeń przekraczających dwadzieścia osób.

– Wyjaśnię to za chwilę, bo teraz muszę pilnie pozdrowić naszych ukochanych obywateli, naszego suwerena, aby Bóg miał go w niezmiennie w swojej opiece – premier odwrócił się do czekającej na niego kamery i podziękował wylewnie widzom za uwagę. Wyraził nadzieję, że wszystko ułoży się szczęśliwie, dziękował za zrozumienie i obywatelską postawę.

– Muszę szczerze powiedzieć, że nikt tak serdecznie nie zajmował się wami, siłą przewodnią narodu, jak nasz rząd. My wszyscy tutaj pracujemy dla was, obywateli naszego ukochanego kraju, osób starych i młodych, samotnych i niesamotnych matek, wiernych widzów nasze stacji telewizyjne, osób wierzących i niewierzących. Nie zapominamy o nikim, nawet o tak drobnych grupach jak wodzireje, bywalcy kin czy radiowcy i gołębiarze.

Na pytanie, ile konkretnie kombinezonów, masek, obuwia ochronnego i podobnego sprzętu zamówiono dla lekarzy i pozostałego personelu medycznego w szpitalach, premier uśmiechnął się, że pytają go o tak proste i oczywiste sprawy. Mówił z pamięci i to imponowało. Sam nawet krótko podziwiał siebie, że wykazuje tyle energii, pamięci i entuzjazmu poświęcając się sprawie ratowania obywateli przed wirusem.

– Zadbaliśmy o wszystko. MinReze, minister rezerw, wszystko skrupulatnie liczy, ewidencjonuje, rozdziela, dystrybuuje, zamawia a nawet antycypuje. Aprowizacja to jest to słowo. W aprowizacji szpitali jesteśmy dużo lepsi niż inne kraje, nawet te najbogatsze. Uczestniczyłam dzisiaj w telekonferencji z siedmioma innymi premierami. Rozmawiamy bardzo serdecznie i szczerze wymieniamy się poglądami. My, jako kraj, wypadamy najlepiej w Europie. Przodujemy, mamy najlepsze metody, inni biorą nas za przykład. Tak się cieszę! Tak się cieszę! – krzyknął i schwycił za ręce swoich najbliższych dwóch współpracowników.

– Jemu chyba też padło na rozum – komentowali widzowie w telewizji. Jak tak można ściskać się publicznie, kiedy wirus czyha nawet w rękawie niewinnej sieroty.

– Co ty robisz? – zaniepokoił się MinSpra. Przecież nie wolno dotykać się rękami.

– Daj spokój. To nas największy zysk. Kiedy mówmy, zapewniamy, zachęcamy, dziękujemy i solidaryzujemy się publicznie, nikt nas nie pyta o to, jak rządzimy. Ten wirus to nasze wybawienie, O ile tylko nie osiągniemy poziomu,  kiedy w szpitalach zakaźnych zabraknie leków, lekarzy i łóżek. To byłaby nasza klęska.

Natchnieni duchem jedności Namiestnika Kurdu wszyscy obecni zgodzili się z tym poglądem. Premier podsumował.

– Na razie nie martwmy się o to. Mamy inne zmartwienia. Ludziom wirus pada na rozum, zaczynają się gubić, gonią w piętkę. Starzy ludzie chodzą do sklepu nawet trzy razy dzienne po małe zakupy. Te sytuacje są tak częste jak krótkie nogawki spodni celebrytów czy brudne nogi bezdomnych.

Premier zrozumiał swój nietakt i spojrzał w kamerę. — Proszę mi wybaczyć, ale wszyscy używają takich określeń. Wszyscy widzą, że sprawy idą nie tak jak trzeba. Temat, w jaki sposób wirus wpływa na ludzką umysłowość i psychikę staje się coraz poważniejszy. Będziemy musieli poświęcać mu w przyszłości więcej czasu. Teraz lepiej, abyśmy koncentrowali się na myciu rąk i unikaniu zgromadzeń. To jest ten komunikat, który chciałbym utrwalić w społeczeństwie. Sam też czuję się jakoś nieswojo. – Mówiąc to, premier wyjął z kieszeni chusteczkę i kichnął. Stojący obok ministrowie, mężczyzna i kobieta, odsunęli się od niego.

Odc. 13

Rząd przeżywał problemy. Premier Chudy wrócił z narady z Namiestnikiem i wybuchł gniewem już na progu gabinetu:

– Do groma! Mamy problemy, a wy mi nic nie mówicie. Dowiaduję się wszystkiego od Namiestnika. Dlaczego?

Ministrowie patrzyli po sobie zdezorientowani. O jakie problemy chodzi? – szeptali miedzy sobą?

– Służba medyczna nam wymiera. Już dwadzieścia pięć procent jest zarażonych Wirusem YZ. Ludzi mówią, ze w pobliżu szpitali słychać wołania o pomoc. Nie pytam dlaczego, bo już wiem od Namiestnika. Bo nie robimy im regularnych testów na wirusa i nie zapewniamy dostatecznej ochrony przeciwko wirusowi.

Premier wyciągnął kartkę z bocznej kieszeni, rozprostował ja i czytał: maseczki, hełmy, fartuchy, odczynniki, obuwie antyseptyczne, odczynniki. Do Namiestnika docierają skargi, ze mają zaopatrzenie tylko na jeden dzień lub dwa. A czas płynie. Musimy coś z trym począć. Nie robi to nam dobrej reklamy.

Porozmawiaj o tym z ministrem zdrowia. Pamiętaj tylko, ze to nie on powinien mieć ostatnie sławo. On będzie myśleć o zwalczaniu wirusa i zdrowiu, ty musisz myśleć o kontynuacji naszych rządów. Liczę na ciebie i wierzę w ciebie. Nie zawiedź mego zaufania.

Dwie godziny później premier wezwał do siebie członków gabinetu, aby wspólnie dokonać oceny rozwój epidemii i jej skutków zdrowotnych, społecznych i gospodarczych. MinZdro przedstawił dane na tablicach i wykresach: liczba zakażonych zakażeni, ilu zmarło, nowe zakażenia, ilość osób w szpitalach, ilość osób na kwarantannie oraz objętych nadzorem sanitarnym. Minister, blady i zmęczony, był pełen pozytywnej determinacji.

– Nie podajemy tylko liczby osób, które wyzdrowiały z zakażenia wirusem. Są one tak liczne, że aż mnie to oszołamia. Nie podajemy tych statystyk, ponieważ więcej osób zdrowieje niż choruje; taki wyłania się obraz. Nie wiem jeszcze z czego się to bierze. Szpitale są pod presją, lecz dyrektorzy pokazują optymistyczne statystyki. Rozumieją, że tego od nich oczekujemy. Po co komu obraz pogarszającej się sytuacji? Każdy woli wesele niż pogrzeb. Nie ukrywając pogrzebów, musimy dać społeczeństwu trochę wesela. 

– A jakie daje nam to zyski? – zwrócił się do premiera MinWew, odpowiedzialny za rozpędzanie zgromadzeń przekraczających dwadzieścia osób.

– Wyjaśnię to za chwilę, bo teraz muszę pilnie pozdrowić naszych ukochanych obywateli, naszego suwerena, aby Bóg miał go w niezmiennie w swojej opiece.

Premier odwrócił się do czekającej na niego kamery i podziękował wylewnie widzom za uwagę. Wyraził nadzieję, że wszystko ułoży się szczęśliwie, dziękował za zrozumienie i obywatelską postawę.

– Muszę szczerze powiedzieć, że nikt tak serdecznie nigdy nie zajmował się wami, suwerenem, jak nasz rząd. My wszyscy tutaj pracujemy dla was, obywateli naszego ukochanego kraju, osób starych i młodych, samotnych i zamężnych matek, widzów naszej  telewizji osób wierzących i niewierzących. Nie zapominamy o nikim, nawet o tak drobnych grupach jak wodzireje, bywalcy kin czy radiowcy i gołębiarze.

Na pytanie, ile konkretnie kombinezonów, masek, obuwia ochronnego i podobnego sprzętu zamówiono dla lekarzy i pozostałego personelu medycznego w szpitalach, premier uśmiechnął się dając wyraz pobłażliwości, że pytają go o tak proste i oczywiste sprawy. Udzielił odpowiedzi, mówiąc z pamięci. To imponowało. Sam nawet krótko podziwiał siebie, że wykazuje tyle energii i entuzjazmu poświęcając się sprawie ratowania obywateli przed wirusem.

– Zadbaliśmy o wszystko. MinReze, minister rezerw materiałowych, wszystko skrupulatnie liczy, ewidencjonuje, rozdziela i kupuje, Aprowizacja to jest to słowo. Jesteśmy dużo lepsi niż kraje sąsiednie i i nie tylko. Uczestniczyłam dzisiaj w telekonferencji z siedmioma innymi premierami. Rozmawialiśmy bardzo serdecznie i szczerze wymienialiśmy się poglądami. Wypadamy najlepiej w Europie. Przodujemy, mamy najlepsze metody. Inni biorą nas za przykład. Tak się cieszę! Tak się cieszę! – krzyknął i schwycił za ręce swoich najbliższych dwóch współpracowników.

– Jemu chyba też padło na rozum – komentowali widzowie w telewizji. Tego wieczoru nikt nic innego nie mówił jak tylko o skutecznej walce rządu z wirusem.

– Co ty robisz? – zaniepokoił się MinSpra. Przecież nie wolno dotykać się rękami.

– Daj spokój. Tu chodzi o nasz rząd. Kiedy mówmy, zapewniamy, zachęcamy, dziękujemy i solidaryzujemy się, nikt nie zastanawia się nad tym, jak skutecznie rządzimy. Ten wirus to nasze wybawienie, o ile tylko nie osiągniemy poziomu, kiedy w szpitalach zakaźnych zabraknie leków, lekarzy, respiratorów lub łóżek. To byłaby nasza klęska.

Ministrowie bez wahania zgodzili się z tym poglądem. Premier podsumował.

– Na razie nie martwmy się o to. Mamy inne zmartwienia. Wirus zmienia ludzi także psychicznie i mentalnie. Jest coraz większym obciążeniem. Ludzie fiksują, stają się agresywni, zachowują irracjonalnie, zaczynają się gubić. Sam czasami gonię w piętkę. Nawet sposób, w jaki opisujemy te zdarzenia, jest nienormalny. Nasza walka w wirusem przypomina mi krótkie nogawki spodni celebrytów lub brudne nogi bezdomnych.

Premier poczuł się niezręcznie.

Odc. 14

W parlamencie toczyła się walka o teraźniejszość i przyszłość kraju równocześnie na dwóch frontach: walki z wirusem YZ i walki o sukcesję władzy. Jedno pole walki wiązało się z drugim. Stratedzy wojskowi nazywali to teatrem wojennym. Nie było to określenie negatywne.

Do każdego kolejnego posiedzenia parlamentu starannie przygotowywały się partia rządząca jak i opozycja. Każda ze stron miała dwóch wrogów: wirusa YZ oraz przeciwników politycznych po drugiej stronie sali parlamentarnej. Chodziło o najwyższą stawkę: kto będzie sprawować władzę w kolejnej kadencji. Namiestnik i jego sojusznicy walczyli o sukcesję, o zachowanie władzy. Starali się jak tylko mogli, stosując wybiegi i podstępy polityczne znane z historii jak i własne, świeżo opracowane. Walczyli bohatersko, nie szczędząc sił ani zarwanych nocy.

W parlamencie spiker partii rządzącej przekazał partiom opozycyjnym tylko niektóre punkty porządku dnia. Poprzedniego dnia premier Chudy uspokoił swoich ministrów na odprawie zwołanej w celu omówienia zasad postępowania z opozycją.

– Zafundujemy im jak zwykle zimny prysznic. Mogą nam naskoczyć, powołując się na regulamin parlamentu, bo i tak mamy większość. Nasz kierunek działania to utrudnianie im zabierania głosu, skracanie czasu wypowiedzi, odrzucanie przedstawionych przez nią poprawek oraz oskarżanie o brak współpracy. Nasi spikerzy mają doświadczenie w takim postępowaniu, otrzymali też instrukcje od Namiestnika. My nie musimy więc się wysilać. Mamy być tylko obecni i głosować jak Bóg i partia przykazują.

Obydwie strony podejrzewały, że niektórzy posłowie mogą mieć ze sobą ostre narzędzia i inne środki ataku lub obrony osobistej. Typowano przede wszystkim tych znanych z używania siły w relacjach domowych, nadużywania alkoholu, krewkości oraz zaburzeń psychicznych.

– Na zachowanie parlamentarzystów może też wpływać wirus YZ. Jego działania dobrze jeszcze nie znamy, wiemy jednak, że wywołuje stan podwyższonego napięcia. Jeśli wcześniej przebywałeś dużo na świeżym powietrzu i uprawiałeś sport, to obecne siedzenie w domu źle na ciebie wpływa. Sam odczuwam czasem chęć przywalenia komuś słownie a nawet fizycznie. Niektórzy ludzie mnie wkurzają. Dlatego musimy się pilnować – ostrzegał premier swoich kolegów partyjnych.

*****

Na posiedzenie parlamentu wszyscy przyszli osłonięci maseczkami na twarzy i w rękawiczkach ochronnych. Maseczki były najwyższej klasy; tylko nieliczni lekarze dysponowali takimi. To ich zbulwersowało; publicznie uznali parlament za grupę ludzi uprzywilejowanych. Mówili otwarcie:

– Rząd nie boi się ani wirusa ani Boga.

Opozycję zbulwersowała wiadomość, że Ministerstwo Rezerw sprzedało wielką partię maseczek ochronnych twarzy w czasie, kiedy było już wiadome, że światem owładnął wirus YZ. Pojawiły się głosy lekarzy, że jeśli zostaną zakażeni z powodu braku środków ochronnych, to będą odmawiać leczenia przedstawicieli rządu i władz lokalnych, które im nie pomagają. Wśród lekarzy zawiązał się tajny związek, rodzaj spisku, o nazwie OLW; nikt nie wiedział, kto do niego konkretnie należy ani jakie ma cele. Była to organizacja ekstremistyczna. Wedle doniesień prasy brukowej jej hasłem było “Oko za oko, ząb za ząb” z kodeksu Hammurabiego.

– Wobec władz musimy zapomnieć o przysiędze Hipokratesa, kiedy rzucają nam w twarz wirusa. Hammurabi jest dzisiaj bardziej stosowny – motywowali się nawzajem członkowie OLW.

*****

W przyszłym posiedzeniu parlamentu ma uczestniczyć również prezydent Palankin. To jeden z jego licznych pseudonimów używanych dla dezorientacji przeciwników i zapewnienia mu bezpieczeństwa. Niechętni mu ludzie zamiast najwyższym urzędnikiem nazywają go urzędasem. Prezydent wie o tym i mówi, że mu to nie przeszkadza.

– Wszyscy coś udają – stwierdził Alfero w rozmowie z Czarną Łanią ze sklepu mięsnego. Tak nazywał ekspedientki ubierające się na czarno. Mówiły mu, że im to odpowiada.

– Siedzimy w sklepie od rana do wieczora. Nie dziw, że twarze nam wyblakły stając się białe jak opłatki. Czerń nadaje im blasku. Dlatego ubieramy się na czarno. Jest to również wyraz naszego protestu przeciwko wirusowi szalejącemu bardziej niż roznamiętniony do czerwoności seksoholik.

– Każdy lubi seks, ale nie w takich rozmiarach. Znaczy się wirusowaty – dodała stojąca obok Alfero klientka.

W trudnych czasach, kiedy wirus mógł pojawić się nawet na wędlinie wyjętej prosto z wędzarni, ekspedientek w czerni nie opuszczał wisielczy humor. Ten styl postępowania, filozofia konfrontacji z przeciwnościami piętrzącymi się jak ściana, podobał się Alfero. Miał swoje skojarzenia. Dobrze pamiętał wisielca-samobójcę dyndającego na wietrze w lesie, kiedy razem z przyjaciółmi zbierał grzyby w latach chłopięcych, jak i pogryzionego przez szczury samotnego mężczyznę, o którym głośno było w okolicy, gdzie mieszkał. Nie były to obrazy wydumane ale rzeczywistość.

– Wisielczość jest częścią naszego życia, zwłaszcza w czasach klęsk żywiołowych i zarazy. Wirus YZ tylko to przypomniał – podsumował w duchu Alfero.

Odc. 15

Prezydent Palankin wsiadł do windy w podziemnym garażu parlamentu, aby udać się na drugie piętro, gdzie miało odbyć się uroczyste przyjęcie. Po zamknięciu się drzwi zauważył, że jest sam w windzie. Zdziwił się, że nikt mu nie towarzyszy. Nie był do tego przyzwyczajony, zawsze miał wokół siebie ochroniarzy. Tak ich polubił, że czasem nawet myślał, że są mu bliżsi niż żona.

– Nigdy mnie nie krytykują. Nie znoszę tego.

Przejechał tylko dwa piętra, kiedy drzwi otworzyły się nagle i przed prezydentem ukazało się trzech mężczyzn w zamszowych kurtkach. Byli masywnie zbudowani, ich twarze ukryte były za maseczkami antyseptycznymi. Nic nie mówili tylko chwycili go za ramiona. Opierał się zdecydowanie, siłą wyciągnęli go z windy. Szli korytarzem. Trzeci mężczyzna, przypominający czołg, postępował z przodu torując drogę.

– To na pewno jakaś organizacja terrorystyczna – pomyślał Palankin pełen najgorszych obaw. Po chwili zmienił zdanie, uznając że porwanie mogło być dokonane dla uzyskania okupu.

Zapytał porywaczy, o co im chodzi, lecz pytanie uwięzło w ciszy. Żaden z agresorów nawet nie mruknął. Wlekli go korytarzem przez całe piętro. Prezydent był przekonany, że chcą go zamordować. Strach żywym ogniem palił jego świadomość, z przerażenia oczy zaszły mu mgłą. Pocieszał się, że każdy zareagowałby podobnie w takiej sytuacji. Był bezsilny, pocił się, serce waliło mu młotem, brakowało mu oddechu.

W końcu korytarza prześladowcy wepchnęli go do okrągłej sali, której ściany zdobiły portrety elegancko ubranych mężczyzn i kobiet z medalami i orderami na piersiach. Większość mężczyzn miała na sobie wyjściowe mundury wojskowe, kobiety ubrane były w suknie wieczorne. W obszernym i jasnym pomieszczeniu panował spokój. Widząc się w otoczeniu uroczyście wyglądających postaci, prezydent Palankin nabrał na moment otuchy. Trwało to bardzo krótko, gdyż pojawiła się przed nim – jakby wyrosła spod ziemi – męska postać. Nie poznał jej od razu. Był to Namiestnik Kurdu, dziwnie jeśli nie dziwacznie ubrany. Z prawej strony wyglądał jak fanfaron, bohater filmowy, z lewej przypominał nobliwą postać sędziego w todze z łańcuchem na piersi. Prezydent usiłował zgadnąć, na czym polega symbolika jego ubioru.

Namiestnik podszedł do prezydenta, podał mu rękę i po ojcowsku pocałował go w czoło.

– Nie dziw się, drogi Palankinie, tej maskaradzie począwszy od pozorowanego porwania cię z windy a skończywszy na moim stroju. Przyznam, że czuję się w nim trochę niezręcznie. Uznałem jednak, że ten teatr był konieczny, aby poszerzyć twoją wyobraźnię, zanim złożę ci propozycję nie do odrzucenia, wymagającą dużej elastyczności umysłu oraz powagi. Zajmując się na co dzień praktyczną polityką, realpolitik, tracimy z oczu często teatralną stronę życia. Mówię to tobie i sobie dla przypomnienia.

– Teraz powiem ci o co chodzi. Ten moment to koniec twojej osobistej wolności. Przestajesz być mężem, ojcem, kolegą. To dlatego, że przedstawiam ciebie jako naszego kandydata na prezydenta na kolejną kadencję. Wkrótce mamy wybory. Nie są one konieczne, ale to część naszej tradycji, więc je organizujemy. Organizujemy je specjalnie dla ciebie, aby cię wybrano. Będziesz prezydentem już do końca życia. Musisz w związku z tym wyrzec się swoich praw i wolności. Będziesz mieć tylko obowiązki, ale nie za duże, bo to ja będę pociągać za sznurki. To ogromnie ułatwi ci życie, nie będziesz musiał główkować, jak pokonywać przeszkody ani podejmować ryzyka. Ja będę to wszystko robić w imieniu własnym, partii i twoim.

Prezydent wyobraził sobie, że Namiestnik wyciągnął do niego rękę zakończoną hakiem z pazurami, aby wyszarpać z niego przyrzeczenie posłuszeństwa. Przetarł oczy i hak z pazurami zniknął. Prezydent uspokoił się, ale tylko trochę, ponieważ nie wszystko było dla niego jasne w tym, co usłyszał.

Namiestnik kontynuował.

– Będziesz mieć wszystkiego w bród. Niczego ci nie zabraknie. Chcesz jeździć na mecze ping ponga, twego ulubionego sportu, będziesz jeździć do woli. Także kobiet będziesz mieć do woli. Jakie tylko zechcesz: Kreolki, Metyski, proste i garbate. Nie mów tylko o tym nikomu. Rób z nimi, co tylko przyjdzie ci do głowy. Solidaryzuję się z tobą. Każdy musi mieć jakieś przyjemności w życiu. Ja mam władzę, tym masz sławę i popularność. Wiem, że czułość wobec kobiet to twoja słabość. Widziałem zdjęcie tej piegowatej góraleczki z Tybetu; to mnie umocniło w przekonaniu, że i kobiety cię lubią. Żarcia będziesz mieć też do woli. Wódy również, ale z umiarem. Będziemy cię sprawdzać. Ponadto, dla twojego dobra, jak i dobra wszystkich obywateli kraju, których będziesz godnie reprezentować, będziesz regularnie badany, czy nie zaraziłeś się koronawirusem lub chorobą weneryczną. W razie potrzeby otrzymasz bezpłatne leczenie. Do dyspozycji będziesz mieć najlepszych specjalistów, to sami profesorowie. Co do choroby wenerycznej, oby do tego nigdy nie doszło, to leczenie nie jest bolesne, ale szczypie. Nie powiem w co, sam tego możesz doświadczyć, jeśli będziesz nieostrożny. Pamiętaj tylko, że nie masz prawa złamać przyrzeczenia wierności, jakie mi złożysz. Jeśli je złamiesz, będziemy łamać cię kołem. Sam to zrobię. Wiesz, że dotrzymuję słowa.

– Przynieść koło! – krzyknął Namiestnik. – Minutę później przed prezydentem Palankinem stało koło z uchwytami i kolcami.

– Tu jest instrukcja, jak odbywa się łamanie. Poczytaj sobie, to ci dobrze zrobi. To stara ale bardzo bolesna tortura. Oczywiście nie dla torturującego, ale dla łamanego. To koło jest pewne jak amen w pacierzu do utrzymania każdego w ryzach porządku prawnopartyjnego. Stosowano je w czasie wielkiej inkwizycji. Łamany nie od razu umiera. Może to potrwać dwa tygodnie, a nawet dłużej. To zależy, jak będziesz się zachowywać, czy twoje przewinienie będzie małe czy duże i jak będziesz się odżywiać. Im lepiej będziesz się odżywiać, tym będziesz zdrowszy, tym dłużej będziesz cierpieć. Nie znaczy to, że sugeruję ci, abyś słabo się odżywiał, w przypadku gdybyś chciał bryknąć i nie wykonał czegoś, co ci poleciłem. Nie rób tego. Ostrzegam cię! – krzyknął namiestnik.

Krzyk przebudził prezydenta z koszmarnego snu. Był cały spocony, nie mógł uspokoić się, czuł, że coś się w nim zmieniło. Rozbolał go żołądek, musiał biec do ubikacji. Dziwił się temu, bo żołądek miał zawsze jak struś. Kiedyś połknął kawałek metalu ukryty w chlebie, innym razem wypił przez omyłkę denaturat, myśląc, że to sok. I nic. A teraz brał środki zapobiegawcze i nic mu nie pomagały. Prezydent bardzo źle przeżywał niezwykły sen.

Odc. 16

O godzinie piątej trzydzieści rano prezydent był już na nogach. Obudził się kilkanaście minut wcześniej i nie mógł już zasnąć. Czuł na sobie ciężar odpowiedzialności za kraj. Chodził po sypialni i wykonywał ćwiczenia dla rozluźnienia napiętych mięśni, niewiele to jednak pomogło. Spróbował wtedy poćwiczyć zginanie tułowia w dół, aby sprawdzić, czy dotknie końcami palców podłogi. Był to test sprawności. Nie zdał go.

– Brzuch mi przeszkadza. Od czasu jak zostałem prezydentem dużo jem, ciągle są jakieś okazje, przyjęcia, rauty, bankiety, spotkania i dyskusje. Wszędzie jest jedzenie. I to jakie.

W głowie tłoczyły mu się myśli. Kiedy poczuł ucisk na szczycie głowy,  miał wrażenie, że to korona. Miał takie marzenia. Wyobraził sobie, że go koronowano. Nie na króla oczywiście, było to niemożliwe, ale na Żelaznego Prezydenta. To tytuł, który przyszedł mu do głowy.

Postanowił zapisać te myśli. Od pewnego czasu prowadził notatnik dla upamiętnienia ciekawych i ważnych zdarzeń oraz cennych myśli. Wyciągnął podręczny laptop, uruchomił, odnalazł plik „Notatki własne” i pod bieżącą datą zanotował tytuł „Żelazny Prezydent”. Pisał nie zważając na błędy, aby nie stracić wątku.

– Ludzie podziwiają mnie za odporność na koronawirusa. Prowadzę kampanie wyborczą, jeżdżę po kraju, spotykam się z dużymi grupami ludzi i nic. Jestem zdrów jak ryba. Wirus YZ, ten najsłynniejszy, odbija się ode mnie jak owad od niewidocznej metalowej tarczy. To coś nadzwyczajnego. Wczoraj zorganizowałem u siebie garden party. To już tradycja. Zaprosiłem sto osób, wyłącznie ludzie pozytywni, myślący podobnie jak ja. Przyszli ubrani we fraki, maseczki anytwirusowe i jedwabne rękawiczki. Było wspaniale. Zgodnie z zasadami staliśmy w odległości dwóch metrów od siebie. Kazałem w tym celu poznaczyć kółka na ziemi z imionami i nazwiskami, aby było jasne, gdzie kto ma stać. Wszyscy trzymali nad głową lampiony, kelnerzy w maseczkach i rękawiczkach roznosili sampana. Po dziesięciu minutach rozpoczęły się fajerwerki.

Z budki ustawionej na końcu ogrodu wirusolodzy obserwowali zgromadzonych. Od wczoraj pałac prezydencki dysponuje chińskim wirusometrem pozwalającym ustalić, czy w powietrzu nie ma wirusa YZ. Oczywiście nie jednego ale pewnego ich stężenia. Pokazano mi wirusy w postaci chmurki połyskliwych kropeczek. To powiększenie ponad dziesięć tysięcy razy.

– Tak powiększyć to dla nas tyle, co dla pana splunąć na przeciwnika, panie prezydencie. Pana też widzieliśmy w powiększeniu. Jest pan gigantem. I to jakim! Kiedy patrzyliśmy na pana, nie było wokół pana nie jednego wirusa. Ma pan w sobie nadzwyczajną siłę odpychania epidemii. Ludzie znajdujący się w pana otoczeniu są również bezpieczni. To nadzwyczajne, panie prezydencie! Może pan organizować tyle masowych spotkań, ile pan sobie zamarzy! – wykrzyknął profesor wirusologii, obsługujący urządzenie.

Na słowa uznania odpowiedziałem uśmiechem, tym najlepszym, numer 3. To mój ulubiony. Dobrze z nim wypadam. Są też nieudane, Krytycy nazywają je pociesznymi, czasem żałosnymi. Nie podoba mi się to, ale co mam zrobić. Zresztą nie potrwa to długo, bo Namiestnik zamierza przykręcić śrubę społeczeństwu, przede wszystkim wrogom państwa. Musimy się bronić. Podobno ja mam w tym bardzo poważną rolę do odegrania. Zawsze dowiaduję się ostatni, bo Namiestnik nigdy nie ma dla mnie czasu. Jutro w parlamencie ma odbyć się ważna uroczystość. Jestem na nią zaproszony, nie wiem jednak co tam będzie się działo.

– To niespodzianka – poinformował mnie  minister z kancelarii premiera Chudego, dostarczając mi zaproszenie. – Ja sam nic nie wiem – dodał uprzedzając moje pytanie. Wiem tylko, że to pan, panie prezydencie, ma być główną postacią uroczystości.

Mam niedobre przeczucia – zakończył prezydent.

Odc. 17

W dniu uroczystości prezydentowi związano oczy, wprowadzono go do sali bankietowej i ustawiono na cokole. Potem poprawiono mu wargi szminką odblaskową, podrasowano usta, przypudrowano policzki i uczesano. Prezydent występował w telewizji setki razy i był do takich zabiegów przyzwyczajony. Znał te czynność i lubił je. Czuł się wtedy dopieszczony. W końcu zasłonięto go jak postać na pomniku. Zapadła cisza. Na salę wchodzili parlamentarzyści. Prezydent nie widział ich, ani oni jego, nawet nie domyślali się jego obecności. W końcu nadszedł sam Namiestnik i podszedł do cokołu. Mówił uroczystym głosem.

– Teraz przedstawię państwu naszego kandydata na najbliższe wybory. Oto on, przyszły prezydent Bubu Lambrekin!

Prezydent osłupiał z oburzenia, zwinął się z bólu i zaczął strasznie krzyczeć.

– Nigdy! Po moim trupie. Możesz mnie połamać kołem już teraz, ty oprawco! Zeskoczył z piedestału i tupał nogami krzycząc nieprzerwanie. Nigdy! Nie zostanę prezydentem tylko dlatego, że ty sobie tego życzysz! Nie jestem taki głupi. Nie zrobisz ze mnie manekina. Od tego twojego szarparnia sznurkami już nóg i rąk nie czuję!

W domu prezydent przedstawił swoje przeżycia żonie. Cenił ją, ponieważ umiała milczeć. Nawet kiedy jej zadawano pytania, nie otwierała ust. Przez długi czas ludzie myśleli, że w ogóle ich nie ma. Lekarze jednak wyjaśnili, że nie jest to możliwe, ponieważ usta służą także do odżywiania się, a żona prezydenta nie wygląda na niedożywioną. Wywołało to debatę, czy jednak żona prezydenta nie powinna od czasu do czasu coś powiedzieć, choćby nawet zaśmiać się szyderczo, kiedy pytają ją o coś śmiesznego. Ona jednak milczała.

– Taka już jestem od urodzenia i tego nie zmienię – miała kiedyś ujawnić tę bolesną prawdę swej najlepszej przyjaciółce. Przyjaciółka jednak tego nie potwierdziła. 

Prezydent był szczery aż do bólu, niczego przed żoną nie ukrywał.

– To było niesprawiedliwe, co mi zaproponował. Dawał mi gwarancję, że wygram, że nie muszę podejmować żadnego wysiłku. Nie zniosłem tego, bo to byłoby niedemokratyczne, kłóciło się z moją moralnością, etyką, konstytucją, Bóg wie jeszcze z czym. To nie ja krzyczałem tylko moje sumienie. Dzięki Bogu, że dał mi sumienie. Poczekam, aż się uspokoi, wtedy zadecyduję, co zrobię.

– Powinnaś widzieć i słyszeć tego starucha. Jest okropny. Niby jest mi przyjazny, szepcze mi do ucha słodkie słówka, składa obietnice, w istocie zaś eksploatuje mnie jak chciwy kapitalista starą kopalnię węgla, Chce wyciągnąć ze mnie wszystko, wycisnąć mnie jak cytrynę. A jak on do mnie mówił!

– Słuchaj Bubu. Mówię do ciebie po imieniu, aby sprawić Ci przyjemność. Masz wspaniały charakter pisma. Nikt nie napisze wstępu do objawień mojej woli tak zgrabnie jak ty.  Jesteś też mańkutem, a ja bez twojej lewej ręki czuję się jak bez mojej prawej. Ty jesteś naszą tarczą, przedmurzem chrześcijaństwa, jesteś wszystkim. Zgódź się zostać kandydatem! Pomogę ci we wszystkim. Mam już psychoterapeutę, popracuję z tobą nad twoją mimiką i kawałami, jakie opowiadasz. Trzeba je dopracować. Można w nich wiele poprawić.

– Absolutnie nie! Odmawiam – prezydent Lambrekin był zdecydowany. Czuł w sobie wielką odpowiedzialność za naród.

Wobec nieoczekiwanej odmowy prezydenta przyjęcia nominacji na kandydata, twarz Namiestnika zbielała. Nic nie powiedział, tylko zachwiał się na nogach. Odwieziono go do domu. Dla bezpieczeństwa przed, z boku i za jego samochodem biegło dwudziestu agentów ochrony, po pięciu z każdej strony. Ludzie na ulicach pytali ich, kogo eskortują, że jest ich aż tylu, na co oni zgodnie odpowiadali, że skarb narodowy.

Następnego dnia pojawiły się spekulacje. Podejrzewano, że odmowa prezydenta Lambrekina została sprokurowana, aby uśmiercić Namiestnika wywołując zawał serca, że na śniadanie zamiast płatków owsianych dodano mu do mleka środki odurzające, wskutek czego miał halucynacje i mówił nie to, czego naprawdę pragnął.

*****

Namiestnik Kurdu nie odzywał się w ogóle w czasie drogi do domu. Patrzył tylko smutno na mijane budynki, ludzi i drzewa i szeptał:

– Taka niewdzięczność. Nazwać mnie oprawcą!

W domu czekał na niego osobisty lekarz, bardzo opiekuńczy. Był to profesor nauk medycznych, co mu kiedyś przywoził leki do domu. Popatrzył na pacjenta i powiedział:

– Wygląda pan bardzo blado, panie Namiestniku. Muszę pana zbadać.

Namiestnik odmówił. Rano przyszedł do niego sekretarz osobisty i go nie poznał. Nocą namiestnik osiwiał. Twarz miał skurczoną bólem, pod lewym okiem drgał mu nerw policzkowy. Nie odzywał się. Wyglądało to tak źle, że sekretarz pomyślał, już Namiestnik nigdy się już nie odezwie.

Sprawę stanu zdrowia Namiestnika przedstawił parlamentowi premier już następnego dnia. Opisał sprawę bardzo jasno. Nie był tylko pewien, czy namiestnik osiwiał całkowicie czy tylko częściowo. On sam prawie rozchorował się ze zmartwienia. Dla upamiętnienia tragicznego zdarzenia Premier zaproponował uznać ten dzień za święto państwowe nazywając je Dniem Wielkiego Milczenia.

Następnego dnia jak zwykle pojawiły się spekulacje. Mówiono, że nie wszystko, co myślał i mówił premier było prawdą. Premier ani nie potwierdzał, ani nie zaprzeczał tym wiadomościom.

– Takie są zasady protokołu dyplomatycznego – wyjaśnił rzecznik prasowy premiera.

W duchu premier myślał, że jeśli zdrowie Namiestnika pogorszy się, to dla niego pojawi się szansa przejęcia po Namiestniku schedy. W czasie przemówienia premier obrzucił MinSpra wymownym spojrzeniem, aby dać mu znać, że zna jego chore ambicje udziału w schedzie.

Dwa dni później sprawa wyjaśniła się. Namiestnik zaprosił prezydenta do siebie, aby porozmawiać w cztery oczy. Odmowa prezydenta okazała się najzwyklejszym nieporozumieniem. Nieprawdą też okazałą się informacja, że Namiestnik osiwiał. Okazało się, że wręcz przeciwnie, włosy mu pociemniały. Jego sekretarz wyjaśnił, że był to efekt użycia nowego szamponu z dodatkiem czarnej porzeczki. Prezydent uznał argument Namiestnika, że najważniejsze jest, aby prezydent jak najszybciej stanął na cokole wyborczym, aby pokazać, że naród i tradycja są silniejsze od coraz bardziej szalejącego wirusa.

– Złamiemy go naszą nieustępliwością – zgodnie oświadczyli dwaj mężowie stanu.

Odc. 18

Premier Chudy przedstawił ministrom wyniki spotkania z Namiestnikiem.

– Namiestnik wyglądał bardzo dobrze. Widziałem na własne oczy, jest silny jak tur. Zwrócił się do mnie od razu, kiedy byłem jeszcze w progu.

– Słuchaj, chłopie. Nie jest dobrze. Musimy cos zrobić w sprawie tego wirusa. Zaczyna mnie przytłaczać. Czuję jakby przyklejał się do skóry. On ma podobno jakieś czułki. Nocą słyszę szum i mam wrażenie, że czas płynie szybciej niż zawsze. Albo że napadła na nas szarańcza. Sam, już nie wiem, co myśleć.

Tak mi powiedział, a potem dodał:

– Tym lekarzom i pielęgniarkom to ja nie wierzę. Zawsze robili szum wokół siebie. Ale zrób coś, chłopie, aby te negatywne informacje nie docierały do społeczeństwa. Nie możemy dopuść do pogorszenia się opinii o naszej partii, bo to podmyje piedestał, na którym stoi prezydent Lambrekin. A on jest dla nas wszystkim. Wiesz, że mam wizje i widzenia. Widziałem go w nocy jak na dłoni. Był taki malutki, kiedy patrzył na mnie. Kiedy się odwrócił, od razu urósł. Może on jest nadmuchiwany? Ale co tam jego wygląd! W tych trudnych czasach, kiedy ten wirus gryzie ludzi w rękę a niektórych nawet w szyję, jedynym naszym obrońcą jest Lambrekin. To nasz Anioł Stróż, Archanioł Michał, ten od smoka, i Archanioł Gabriel, ten od dobrej nowiny. Prezydent pomaga nam obydwiema rękami.

– Namiestnik roznamiętnił się opowiadaniem o prezydencie. Sam się dziwiłem, że tak go szanuje. To nadzwyczajne – zachwycił się Premier.

W tym zachwycie, kiedy tak stał na środku gabinetu i mówił, członkom gabinetu wydał się jeszcze szczuplejszy, jeszcze wymowniejszy.

Namiestnik powiedział mi więcej.

– Prezydent to człowiek uniwersalny, dwuręczny. Wyobraź sobie, że on je, sznuruje buty i wykonuje wszystkie inne czynności prawą ręką, ale pisze tylko lewą. To nadzwyczajne! Trzeba by to spopularyzować, aby wygrał wybory. Może byście wrzucali każdemu obywatelowi jego zdjęcie z autografem do skrzynki pocztowej razem kartami do głosowania? Niech sobie przypomną. Jest przystojny i ma fajną żonę, to prawdziwy majątek, jeszcze bardziej go polubią. Trzeba robić, co się da. Na przykład MinKult myśli o założeniu Fundacji Upowszechnia Wiedzy o Prezydencie Lambrekinie. Ma w domu na ten cel miliard złotych, odłożył je na czarną godzinę. Ja myślę bardziej o pomniku Prezydenta. Mam nawet w głowie pomysł. „Bubu Lambrekin” wypisane złotymi literami. Czy ty wiesz chłopie, co to by było, gdyby prezydent przegrał wybory?

– To znaczy, że stracilibyśmy nóż do krojenia chleba. – odpowiedziałem.

– No właśnie! – wykrzyknął Namiestnik. – Co nam z chleba, jak nie będziemy mieli noża! Bez noża też jak bez ręki. W takich warunkach to nawet straszenie wirusem i zakazy chodzenia dwójkami i trójkami nie pomogą.

Twarz Namiestnika zszarzała. Wiedziałem, że mu to przejdzie, bo chłop trzyma się mocno przy ziemi. Trochę ostatnio przytył, więc jest mu łatwiej, działa siła grawitacji. Już miałem mu to powiedzieć, kiedy Namiestnik powiedział:

– Wydaj temu swojemu ministrowi od epidemii nakaz, aby ukrócił skargi personelu szpitalnego na braki i zmęczenie. Daję ci na to dwie godziny. Skargi muszą się skończyć. Jak chcą coś mówić, niech zachęcają do wyboru prezydenta Lambrekina na prezydenta.

– Co miałem zrobić?! Trzasnąłem kopytami i odkrzyknąłem:

– Służba nie drużba, panie Naczelniku. Zrobię, co trzeba. Musimy ukrócić skargi personelu medycznego i wygrać wybory. Prezydent musi być nasz. Bez niego jesteśmy jak bez ręki i bez noża, może nawet chleba. Nie daj, Boże, bo bez jedzenia nie da się żyć.

Premier zasmucił się. 

Odc. 19

W niedzielę telefony do stołecznego centrum kryzysowego i policji nie przestawały dzwonić. Donoszono, że na cmentarzu centralnym pojawiła się duża grupa czarno ubranych osób i udała się w głąb cmentarza, mimo że obwiązuje zakaz wchodzenia. Domyślano się, że mogą to być ludzie zamierzający dokonać aktów wandalizmu. Jak weszli na cmentarz, nie wiadomo. Wszędzie stały patrole i zapory. Podejrzewano, że mogli wejśc przez dziurę w ogrodzeniu.

Wieczorem okazało się, że był to Naczelnik z grupą osób; udali się oni na cmentarz, aby złożyć kwiaty na grobie Znanego Bohatera. Telewizja transmitowała wywiad z Naczelnikiem. Ubrany był na czarno, od stóp do głów, na twarzy miał białą maseczkę ochronną a na rękach białe rękawiczki. Opowiedział wszystko w szczegółach.

– Byłem w domu sam jak palec. Pogoda była piękna. Pomyślałem sobie, z wyjdę na spacer. Nie widziałem, gdzie pójść. Wszędzie byli ludzie, w parkach, na ulicach, na bulwarze nadrzecznym, tam, gdzie był tylko kawałek wolnej powierzchni i niebieskiego nieba. Do głowy przyszedł mi cmentarz. Tam zawsze jest spokojnie, pomyślałem sobie. Jak tylko wyszedłem z domu, spotkałem na ulicy kilku znajomych z Klubu Kultury “Patriota”, którego jestem przewodniczącym. Jak tylko dowiedzieli się, dokąd idę, od razu wyrazili chęć przyłączenia się do mnie. Poszliśmy więc w czwórkę. W miarę jak zbliżaliśmy się do celu, przyłączało się do nas coraz więcej osób. Przed bramą cmentarną wytłumaczyłem im, że wejście jest związane z ryzykiem, jest niebezpieczne.

– W mieście, w kraju i na świecie grasuje wirus, bardzo agresywny i zaborczy. Im większa grupa ludzi, tym większe niebezpieczeństwo. Właściwe to zakazane jest nawet grupowe spotykanie się – powiedziałem, aby ich nastraszyć. Nie uwierzyli mi. Ostrzegałem ich, że ryzykują zakażenie wirusem, że mogą stracić płuca, i w ogóle. Uparli się jednak, że im to nie przeszkadza.

– Pobyt na świeżym powietrzu może tylko nas wzmocnić. Ponadto samotne siedzenie w domu przez dłuższy czas jest niezdrowe, wręcz zabójcze. Stajemy się agresywni.

– Ja na przykład wywołałem już kilka awantur i kłótni, uderzyłem brata w twarz, skląłem siostrę i żonę, i kopnąłem psa, To straszne! Dlatego muszę tam iść, aby się wyciszyć.

– Dla mnie to kwestia być albo nie być. – Powiedział jeden z członków grupy.

Nawet nie zauważyłem, kto to był, bo schował się za plecami innych osób. To były mocne argumenty, nie mogłem się nie zgodzić. Kiedy tam znaleźliśmy się, ułożyliśmy wiązankę na gronie Znanego Bohatera. Pogoda była piękna, staliśmy i modliliśmy się. Nagle jak spod ziemi wyrósł przed nami fotografii i zapytał czy nie chcielibyśmy zrobić sobie wspólnego zdjęcia. Dawno już nie robiłem sobie zdjęcia, właściwie to już nawet zapomniałem jak wyglądam na fotografii.

– Czemu nie? – zapytałem i od razu ustaliłem z fotografem cenę i sposób dostarczenia odbitek. Ustawiliśmy się do wspólnej fotografii. Nie poszło z tym łatwo. Niektórzy kryli się za plecami, inni z kolei rwali się do przodu. Jedna moja znajoma, drobna kobiecina – chyba kieruje jakąś ważną instytucją, bo często widzę ją w telewizji – nie wiedziała, co z sobą zrobić, kazałem więc jej stanąć po mojej prawej stronie.

– Rzecz w tym, panie Namiestniku, że nie mieliście prawa wstępu na cmentarz. Co więcej, nie mieliście maseczek na twarzy ani nie zachowaliście odległości co najmniej dwóch metrów od siebie.

– To mnie pan zaskoczył. W ogóle mi to nie przyszło do głowy. Żeby ktoś wydawał zakaz wstępu na cmentarz! Dobrze, że mi pan to powiedział. Co do odległości, to trudno jest, kiedy człowiek jest rozleniwiony słońcem, oceniać, czy ktoś nie podchodzi zbyt blisko do mnie, albo czy ja nie zbliżam się za bardzo do kogoś.

– A maseczki?

– Muszę zaprotestować. Maseczki mieliśmy na twarzy wszyscy bez wyjątku, tylko nie był tego widać, bo były przezroczyste. Tak właśnie było. 

Odc. 20

Na spotkaniu w gabinecie premiera Chudego pojawili się główni aktorzy sceny politycznej: członkowie jego gabinetu oraz namiestnik Kurdu i prezydent Bubu Lambrekin. Wszyscy byli ubrani w eleganckie garnitury. Tylko Namiestnik wyróżniał się ubiorem. Miał na sobie płaszcz gronostajowy, w lewej ręce trzymał berło, w prawej pejcz wielorzemienny, atrybuty nieograniczonej władzy. Zebrani otaczali go wielkim szacunkiem; był dla nich symbolem najwyższej mądrości i niezwykłej serdeczności. Również naród go szanował. Namiestnik nazywał go hegemonem i jedynowładcą i słał mu drogę pełną cennych obietnic. 

Spotkanie rozpoczął premier. Wyprostował się, zwarł się w sobie i przemówił krótko i zwięźle, jak tylko on to potrafił. 

– Sytuacja w kraju zaostrzyła się. Jest dynamiczna, ale panujemy nad nią. Wirus mniej już szaleje, ponieważ rząd konsekwentnie stosuje wszystkie strategie, aby go ujarzmić. Jesteśmy w tym najlepsi, pierwsi w Europie, a nawet na świecie. Nie jest ważne, ile jest zakażeń i zgonów, ważne jest, co o nich sądzi społeczeństwo, obywatele i obywatelki. Musimy to wykorzystać dla ich dobra.

Słowa premiera zmobilizowały zebranych.

– Dobijmy wirusa statystyką – zaproponował MinZdro. Pokażemy, że epidemię mamy za nic, że nie stoi ona na przeszkodzie otwieraniu szkół, zwiększaniu zatrudnienia i rozwojowi gospodarki. Wszyscy interesują się liczbą codziennych zakażeń, mówią o tym i piszą. Powiedzmy sobie szczerze: im bardziej wstrzemięźliwe są statystyki, tym lepiej naród odbiera rzeczywistość. Dlatego zwalniamy wszystkich z obowiązku noszenia maseczek, dajemy swobodę poruszania się w sklepach, centrach handlowych, na przystankach autobusowych i na boiskach, wszędzie, gdzie ludzie pragną czuć się swobodnie. Będziemy też wykonywać mało testów na zakażenia wirusem. Gdybyśmy robili więcej testów, wpędzilibyśmy społeczeństwo w niepotrzebny stres, przygnębienie, depresję, zaburzenia psychiczne oraz inne nieszczęścia, włącznie z samobójstwami. To nie jest nikomu potrzebne, kiedy ludzie tracą pracę i są zdezorientowani, dokąd to wszystko zmierza.

Po MinZdro głos zabrał Namiestnik. Zaznaczył, że będzie mówić w trybie.

– Towarzysze! Bracia i siostry! Powiem od rzeczy. Znaczy się, powiem o czymś innym. Mamy ważniejsze sprawy niż wirus YZ, którego nikt nawet na oczy nie widział. Zaszły nowe okoliczności. Pojawił się konkurent dla naszego prezydenta Bubu Lambrekina. To bezwstydny typ! Wyskoczył jak Filip z konopi. Mówi, że jest lepszy, określa się nawet jako „lepsza alternatywa”, i twierdzi, że zepchnie naszego prezydenta z piedestału wyborczego. Dlatego musimy się skonsolidować, wzmocnić i pokazać, że to my jesteśmy tą alternatywą! Nie lepszą, ale najlepszą! Proszę o propozycje.

– Proponuję wotum zaufania dla rządu. – Odważnie wystąpił prezydent. Od dawna marzył o tym, aby powiedzieć coś naprawdę mądrego i ważnego, co by poruszyło ludzi do głębi. Czuł w sobie ogień palących inicjatyw. – Będziemy walczyć do upadłego, aby rząd to wotum uzyskał. Mamy większość w parlamencie, ale będziemy walczyć do ostatniej kropli krwi. Od dziecka jestem dawcą krwi i wiem co to znaczy. Zna nawet doskonały kawał na ten temat. Chętnie go opowiem. 

– Wotum! Wotum! – hałaśliwie przerwali mu zebrani.

– Pozwólcie, siostry i bracia, że skończę. Nie jest źle! Czuję to w kościach. Ludzie wciąż mówią o mnie „pan prezydent Lambrekin”. Byłoby gorzej, gdyby mówili „prezydent Lambrekin”, a już całkiem źle, gdyby mówili „Lambrekin”. Czułbym się wtedy nago jak kura przed samobójczym skokiem go garnka z wrzącą wodą. Boję się jednak, że to nastąpi. Dziś czarny kot przebiegł mi drogę.

Niepokój prezydenta udzielił się zebranym. Przeszły ich ciarki.

– Nie czas zastanawiać się nad skrótami tytułu, kurą i rosołem. – przerwał Namiestnik. Wracamy na salę obrad po wotum. Tylko pamiętajcie, morda w kubeł i sza!

Idący zwarli szeregi, mimo zagrożenia wirusem.

– Wirus nas nie dotyczy – pomyślał Premier. Miał ważną rolę do spełnienia – wygłosić mowę obrończo-pochwalną na rzecz rządu. Postanowił być obiektywny i mówić o rządzie tylko dobre rzeczy. Przesunął językiem w ustach, aby sprawdzić, czy ma dosyć śliny, po czym ściągnął maseczkę z twarzy i schował do kieszeni.

– Nie będę się kneblować w czasie ważnego przemówienia. To poniżej mojej godności. Wirus mi nie zagrozi. Nie takie rzeczy łykało się w codziennie, kiedy walczyłem w ruchu oporu! – pomyślał delektując się uczuciem ciepła rozlewającego się w dolnej części brzucha. Lubił uczucie podniecenia.

W sprawie wotum premier przemawiał półtorej godziny. Mówił wytrwale, tylko same ciekawe rzeczy. Parlamentarzyści siedzieli urzeczeni głęboką treścią i przemyślną literacko formą jego przemówienia.

Po premierze wystąpiła rzeczniczka opozycji. Ubrana w czarną suknię z jeszcze czarniejszą kokardą demonstrowała pogardę dla rządu. Było to tak wyraziste, tak podłe i perwersyjne, że Namiestnik zebrał ludzi wokół siebie, aby odwrócić się do niej plecami w dowód protestu. Przywódca opozycji powiedział głośno, że postępują niewłaściwe. Wobec dwóch prostackich prowokacji w obozie Namiestnika zawrzało.

– Co ten palant będzie nam mówić o godności? Nam, którzy wynieśliśmy godność na piedestały, którzy popieramy najszlachetniejszego człowieka w wyborach na prezydenta!

Namiestnik poczuł, że musi dać odpór nikczemnym zachowaniom opozycji. Odwrócił się i ryknął:

– Wy, synowie i córki zmurszałego mamuta i dinozaura! Co wy wiecie o godności? 

Wybuchły brawa. Partia stanęła murem za swym wodzem. Namiestnik, prezydent i premier poczuli lekkość w piersiach i szum huzarskich skrzydeł w głowach. Nad salę obrad uniósł się namiestnikowski ptak zwycięstwa w kształcie bociana ze srebrną szablą zamiast dzioba. 

Odc. 21

Czerwiec stanął pod znakiem Wirusa YZ i wyborów prezydenckich. Koniec pierwszej dekady miesiąca okazał się bezlitosny. W całym kraju gwałtowne burze i tornada przeplatały się z żarem pustyni. Szalał wiatr i ciśnienie atmosferyczne skakało szybciej niż piłeczka pingpongowa.

Prezydent Lambrekin, Premier Chudy i Naczelnik Kurdu przeżywali niespokojne sny. Śniły im się hieny, podstępni drapieżcy z potężnymi szczękami mieszczącymi wielkie kły i rzędy szablistych zębów. Mężczyźni siedzieli przy stole przy wielkim torcie, kiedy nagle z ciemności wynurzyły się hieny, aby wyrwać im ciasto. Zdarzyło się to kilka razy w ciągu nocy, napastnicy byli nieustępliwi.

– Im nie zależy na kawałku tortu, oni chcą nam zabrać całość! – krzyknął ostrzegawczo przez sen Prezydent Lambrekin. Dwaj pozostali mężowie stanu zawtórowali mu we śnie okrzykami niepokoju.

Na naradzie w ciągu dnia ustalono, że symboliczne zwierzęta ze snu to nic innego jak konkurenci prezydenta Lambrekina do fotela prezydenta nowej kadencji. Najgorszym z nich był Kardamon, kandydat opozycyjnej koalicji.

– Wyskoczył jak Filip z konopi, bez uzasadnienia i najmniejszego ostrzeżenia. Tacy są najgorsi. Niby taki spokojny, rozważny, powolny, a jeździ autobusem i tramwajem jak zwykły pijak po miastach i wsiach, i nawija, jak to będzie lepiej, kiedy już zostanie głową państwa. Kłamstwa wyborcze leją się z niego jak woda z urwanej rynny.

Kiedy Prezydent Lambrekin wypowiedział ostatnie słowa, poczuł na plecach strumień lodowatej wody, tak wyraźnie, że wstrząsnęły nim dreszcze.

W nocy po dniu, kiedy trzej mężowie odbyli naradę, znowu schwyciły go dreszcze.

– Co ci jest kochanie? Ty drżysz cały! – odezwała się żona prezydenta, niewiasta milcząca jak kamień przydrożny, o którym mówiono, że miałby wiele do powiedzenia, gdyby tylko chciał otworzyć swoje zimne usta.

Pierwsza dama rozmyślała czasem o swoim milczeniu, nie była jednak pewna, czy powinna je przerwać. Nie martwiło jej ono nadmiernie, gdyż robiła to z miłości do męża, który zapewniał jej wikt, opierunek, oferował bajeczne wycieczki do tropików i dawał w upominku szlachetne kamienie. W nocy, tuląc się do niego, szeptała:

– Bubu! Mój ty szejku arabski! Mój krezusie! Gdybyś jeszcze oderwał się od tego starucha, który traktuje cię jak niewolnika!

Prezydent Lambrekin, słysząc ostatnie słowa, pytał zdziwiony:

– O kim ty mówisz, kochanie?

Pani prezydentowa denerwowała się w takich momentach, ponieważ scena powtarzała się kolejny raz. Denerwowała się, gdyż udawał, że nie wie o kogo chodzi.

– Mówię o tym przystojniaku z pióropuszem z trzech piórek siwizny na głowie, tym suflerze teatralnym w ciemnym garniturze, który podpowiada ci, co masz mówić na publicznej scenie, który sprowadza cię do roli pasa transmisyjnego swoich chorobliwych wyobrażeń, jak powinien wyglądać świat.

– A, o tym – odpowiadał spokojnie Prezydent i zapadał w sen. Był już przyzwyczajony do takich oskarżeń.

Pierwsza dama wzdychała wtedy jakby ciężki kamień przytłoczył jej piersi.

Dziesiąty dzień czerwca był wyjątkowy. Prezydent Bubu Lambrekin wystąpił publicznie, aby podpisać ważny dokument. Z tej okazji wygłosił przemówienie zawierające długą listę upojnych obietnic. Słuchający go tłum wpadł w euforię. Dziękowano mu, dyskretnie całowano po rękach i proszono o dodatkowe bezpłatne kiełbaski na grilla dla każdej rodziny o ilości dzieci większej niż siedmioro.

Po ciężkim dniu, mimo iż był to dzień sukcesu, stojąc przed lustrem w wypasionej złotem pałacowej łazience, prezydent Lambrekin poczuł, że robi bokami. Nie rozumiał tego. Dzień był bardzo udany. W prasie nazwano go „Dniem Tysiąca Obietnic” a jego samego okrzyknięto zbawieniem kraju zagrożonego przez epidemię wirusa YZ, bezwstydnych kandydatów opozycji głoszących jawne nieprawdy i skąpych w obietnicach oraz niebezpieczne trendy homoseksualizmu, gender i LGBT zagrażające krajowi.

Prezydent oszacował w lustrze pełnię swej majestatycznej nagości. Wszystko co, zobaczył, to rumiane policzki spęczniałe radosnym uśmiechem. Przyjrzał się sobie dokładniej. Był zadowolony widokiem prężnego ciała. Patrząc w lustro przeglądał w myślach ulubione techniki wystąpień publicznych: przemówienia na ruchliwych skrzyżowaniach kolejowych, wąchanie w sadzie kwitnących jabłoni, cichy spacer nad rzeką, gdzie obiecał zbudować największy w kraju most, opowiadanie kawałów o ludożercach i krwiopijcach oraz całowanie bochenka chleba na dożynkach.

– To odróżnia mnie pozytywnie od moich konkurentów – pomyślał z satysfakcją.

Odc. 22

Wybory prezydenckie uruchomiły nieskończone zasoby dumy, energii i pomysłowości Partii. Najsolidniej pracował prezydent Bubu Lambrekin; niezmordowanie podróżował po kraju wygłaszając płomienne przemówienia. Od czasu do czasu wracał do siedziby Namiestnika, aby zaczerpnąć świeżego powietrza i naładować baterie energią.

Sprawy postępu w kampanii wyborczej Partia dyskutowała w gronie zaufanych ludzi w atmosferze tolerancji i życzliwego wsparcia.

– Nie będziemy sobie wytykać błędów. Każdemu z nas może się coś nie udać, ale musimy bronić go do upadłego przed oskarżeniami. Opozycja jest agresywna do nieprzytomności. Stale coś wyciąga na światło dzienne. I po co to?– Wyjaśnił Naczelnik na początku. – Ogłaszam zero tolerancji dla żądań o dochodzenia i dymisje!

Następny w kolejce był Prezydent Bubu Lambrekin.

– Bracia i Siostry w Namiestniku Panu! Opracowałem zwycięską technikę kampanijną. Ludzi, naszych zwolenników, zwozimy na wiece wyborcze autobusami. Dajemy im do ręki plakietki antyoszczercze: „Sondaże w dół, Lambrekin w górę!”. „Im niżej, tym wyżej!”, „Opozycja dno!” i podobne. Następnie wyznaczamy klakierów i uczymy ich nowych okrzyków. Ja przyjeżdżam na przygotowany już grunt. Wchodzę z głową dumnie uniesioną do góry, niech wiedzą, kto tu rządzi, staję wyprostowany i rozglądam się powoli: w lewo, w prawo, w lewo, w prawo. Potem uśmiecham się i opowiadam żart lub kawał. Kiedy tłum jest już rozgrzany, wygłaszam przemówienie.

– O czym? O czym? – wyrwał się MinZdro, odpowiedzialny za bezpieczeństwo epidemiologiczne wieców Prezydenta.

– O wszystkim, co najważniejsze: rodzinie, dzieciach, dobrobycie i wielkich projektach: milionie elektrycznych samochodów, moście, jaki postawię w najszerszym miejscu rzeki, megalotnisku z widokiem z jednej strony na góry a z drugiej na morze, o łajdactwach opozycji, no i o epidemii Elgiebete.

Prezydent westchnął.

– Elgiebete to najtrudniejszy temat. Wielu obywateli nie rozumie, że wirus Elgiebete jest zaraźliwy i że należy walczyć z osobnikami, którzy chodząc po ulicach zarażają wirusem dzieci, aby zostały homoseksualistami i lesbijkami, biseksualistami i transwestytami. Ci ludzie uderzają w rodzinę: zachęcają żony, aby odeszły od mężów i znalazły sobie partnerki, i mężów, aby opuszczali żony i znajdowali sobie partnerów, a potem aby jedne i drugie pary adoptowały dzieci. To jest potworne i zaraźliwe. Obywatele muszą zrozumieć, że nikt nie rodzi się homoseksualistą, tylko zaraża się jego bakcylem. Z trudem powstrzymywałem się, aby nie nazwać tych ludzi pedałami i lesbami.

Prezydent ogarnął wzrokiem zebranych i nadął lekko policzki.

– Na wiecach wyborczych mówię o wszystkim prosto, nie zastanawiając się nadmiernie, co mówię. Jest to naturalny sposób mówienia. Ludzie to kupują. Także krzyczę, aby pobudzić ich wyobraźnię. Po kilkunastu minutach zaczyna im kołować w głowie, przestają myśleć i cieszą się, że im mówię, jak powinni myśleć i postępować. Społeczeństwo potrzebuje przywództwa.

– I o to nam chodzi, towarzyszu prezydencie Lambrekinie – odezwał się Naczelnik. – Wybaczcie, że zwracam się do was per towarzyszu, ale to nasza tradycja. Otóż, naród to naród, ludzie pracowici i prości w myśleniu i odczuciach, i takich ich kochamy. Dlatego dajemy im pieniądze, zasiłki, przywileje, karty, plusy oraz składamy obietnice. Oni to cenią. Reprezentujecie właściwe podejście i macie dobre pomysły, towarzyszu prezydencie, i za to wam dziękuję. Wygramy!

Uczestnicy spotkania poderwali się z foteli, aby skandować: „Wygramy!” „Sondaże w dół, Lambrekin w górę!” „Precz z czarną opozycją!”. „Precz z Elgiebete!”. Energia wyborcza popłynęła z nową siłą w kierunku Prezydenta Lambrekina.

Odc. 23

Noc przesilenia letniego była tak krótka, że z łatwością zmieściła się między dniami dwudziestego i dwudziestego pierwszego czerwca. Oś obrotu Ziemi wychyliła się maksymalnie w kierunku Słońca; biegun północny Ziemi znalazł się bliżej Słońca niż południowy. Niezwykłe przesilenie było zapowiedzią cudów. Kiedy po północy zakwitł kwiat paproci, ludziom poprzestawiało się w głowach, zmieniali nazwiska, pozycje i orientacje. Prezydent Lambrekin przemianował się na Plenipotenta, Naczelnik kazał nazywać się Prorokiem, premier zmienił się w Kanclerza, Alfero Cantora, właściciel ksywy „Nieszczęsny Włoch”, przemianował się na Skrybę. Obywatele, na wyrost zwani narodem, przyjęli zmiany z ukontentowaniem rozumiejąc, że nie wszystko da się objąć rozumem.

Kilkanaście dni później, rankiem, kiedy ranne wstały zorze, Skrybę ogarnęła niewymowna wena twórcza. Natchnione słowa same pchały mu się do głowy tak intensywnie, że prawie odczuwał ból. Uznał, że nastąpiło to pod wpływem przeżyć z dnia nominacji Plenipotenta, który – po ogłoszeniu wstępnego sondażu popularności – bezbłędnie rozpoznał, że to on jest zwycięzcą plebiscytu na to zaszczytne stanowisko. W sercu rozdźwięczały mu się struny miłości do obywateli, którzy go poparli, oraz czułego wybaczenia wobec tych, którzy byli mu niechętni.

– Kochaj bliźniego swego jak siebie samego – zagrała mu w sercu pozytywka, otrzymana w darze od Hierarchy reprezentującego sferę najwyższej pobożności i wiedzy o sprawach niebieskich.

Plenipotent wygłosił przemowę. Mówił od serca, niezwykle przejmująco. Jego głos wypełnił najpierw gardło, potem ogarnął rodzinę i doradców, potem słuchające go tłumy, następnie miasteczko, powiat, województwo, w końcu cały kraj. Niektórzy świadkowie wydarzenia twierdzili, że cały świat.

– Niosę przesłanie pojednania i miłości – zaczął Plenipotent. – Proszę o wybaczenie, jeśli kogoś nazwałem łajdakiem, śmieciem lub złodziejem. W czasie ważnych nominacji różne słowa padają z ust, nie tylko moich, ponieważ nominacje działają na człowieka jak narkotyk. Czuję się zaszczycony wygraną, tym bardziej, że nikt mi nie pomagał.

Plenipotent przerwał, i zaginając do wewnątrz palce lewej ręki, tej od serca, wyliczał:

– Ani pan kanclerz, ani jego ministrowie, ani marszałkowie, ci z buławą i ci bez buławy, ani też Tuba TV, umiłowana przez naród niezależna instytucja medialna. Pragnę im wszystkim podziękować za neutralność i wstrzemięźliwość. Zachowali się jak ojciec szesnaściorga dzieci, który niezwykłą siłą woli powstrzymał się od spłodzenia kolejnego potomka może nawet dwojaczków lub trojaczków, aby nie powiększać hałasu w żłobkach. Wierzcie mi, nastał czas miłości, bajecznej prosperity i ogólnego szczęścia. Będziecie nadal otrzymywać dary ode mnie i nic za to nie zapłacicie.

Po jego przemówieniu wybuchły takie brawa, że nikt nie słyszał nawet przelatującego nad głowami samolotu odrzutowego. Obywatele rozpływali się w podziękowaniach, gratulowali sobie nawzajem, że żaden naród nie ma tak wspaniałego Plenipotenta.

– Mocnego jak dąb, wrażliwego jak osika i nieskończenie szczodrego – szeptały do siebie dwie matrony siwiutkie jak gołąbki, wznosząc oczy do góry, aby niebu złożyć podziękę.

Na zakończenie Plenipotent zwrócił się do swego największego rywala.

– Zapraszam cię serdecznie, drogi druhu, do mego pałacu plenipotenckiego, abyś mógł łatwiej pogodzić się ze swą porażką przy piwie i precelkach. O północy moja kuchnia jest wprawdzie nieczynna, ale przyjmę cię z całą serdecznością, a nawet oprowadzę po pałacu i pokażę klatkę, gdzie trzymam chomiki, które jutro wypuszczę na wolność z okazji mego zwycięstwa.

Odc. 24

Po przemówieniu Plenipotenta głos zabrała jego małżonka, kobieta niewymownej urody i dostojeństwa. Ubrana była w długie kolorowe sari, spływające jedwabiście po smukłej sylwetce. Powszechnie uważano, że Pierwsza Dama jest wielką samotniczką i nie mówi od dziecka. Kiedy przemówiła, ludzie uznali to za cud i zamarli z wrażenia. Zapadła taka cisza, że słychać było komara, który wydawał się huczeć w przelocie jak młockarnia walcząca z tysiącem snopków. Prawda okazała się inna niż wszyscy sądzili.

– Kiedy dowiedziałam się, że mój mąż, został Plenipotentem po raz pierwszy, a potem zobaczyłam na własne oczy, jak wspaniale pełni swoje obowiązki i jakim cieszy się poważaniem, w tym momencie wzruszenie odebrało mi mowę, i nie byłam w stanie wydusić z siebie ani słowa. Udałam się niezwłocznie do laryngologa, potem do otolaryngologa, ale to nic nie pomogło. Pan Plenipotent, mój kochający mnie aż do szaleństwa mąż, sprowadzał mi najlepszych specjalistów zza granicy, ze Szwajcarii i innych krajów, dysponujących doskonałą aparaturą i fantastycznym aparatem pojęciowym z zakresu laryngologii i otolaryngologii. Nikt jednak nie był w stanie mi pomóc. Dopiero dzisiaj, kiedy znowu zaznałam szoku radości, że mój mąż po raz drugi został wybrany – z niezwykłą łatwością i lekkością stylu, typową dla wszystkich jego przedsięwzięć – na kolejną rundę plenipotencji, odzyskałam władzę nad językiem. Od dzisiaj, obiecałam to sobie solennie, będę już mówić regularnie, przemawiać, przekonywać, zachęcać, pomagać naszemu narodowi, choć praktycznie nie ma tu już nic do zrobienia, ponieważ pan Kanclerz i jego rząd pod światłym kierownictwem mego męża, którego ja również kocham do szaleństwa, zrobili już wszystko, przez co obywatele, jak kraj długi i szeroki są szczęśliwi.

Po pierwszej damie wystąpił prawdopodobnie synek pana Plenipotenta; był podobny do niego i Pierwszej Damy jak trzecia kropla wody. Pacholę to mówiło o miłości, uwielbieniu i wzajemnej pomocy posługując się słowami ze słownika wyrazów obcych, Biblii oraz międzynarodowego języka młodzieżowego, zwanego niesłusznie slangiem lub żargonem. Było rezolutne, nazywało pana Plenipotenta „my dear daddy” i podkreśliło chyba ze trzy razy, że pan Plenipotent łączy a nie dzieli. Posługiwanie się językami obcymi przychodziło mu w sposób naturalny, ponieważ studiowało za granicą.

– Studiuję za granicą nie dlatego, że tam jest lepiej czy mądrzej, ale dlatego, że tak jest taniej. Bo my dear daddy dba o pieniądze, nie szasta nimi i dlatego zatrudnia w swoim gabinecie tylko pięćset osób, choć inny plenipotent zatrudniłby tysiąc a może nawet i dwa tysiące urzędników.

Po pacholęciu głos zabrał jeszcze raz Plenipotent.

– Mam w sobie milion miłości, całą kopalnię tego szlachetnego uczucia, i gotów jestem przytulić do siebie każdego człowieka, nawet osobę Elgiebete. Objąć homoseksualistę czy lesbijkę to dla mnie małe piwo. Przychodzi mi to łatwiej niż mojemu konkurentowi splunąć; choć to brzydkie zachowanie, on jednak to robi. My wszyscy stanowimy jedną wielką rodzinę, ludzie, zwierzęta, ptaki, owady, a nawet gady i płazy, bo one też czują. To jest myśl, którą ja usilnie promuję dla ratowania środowiska naturalnego i klimatu przed zagładą. Ponadto my jako społeczeństwo jesteśmy szlachetniejsi, bardziej patriotyczni i głębiej wierzymy w pana Boga niż oni, tam na Zachodzie. I to jest przesłanie, które każdy niesie ze sobą w sercu, bez względu na to czy jedzie rowerem na wakacje czy też krząta się po kuchni. I żaden wirus, pandemia ani nasi oponenci polityczni tego nie zmienią.

Odc. 25

Po powrocie z plaży, gdzie od czasu wyborów Plenipotent jeździł codziennie dla utrzymania się w dobrej kondycji fizycznej, podzielił się on ze swym spowiednikiem pierwszymi osiągnięciami.

– Odbyłem wspaniałą rozmowę telefoniczną. Zadzwoniła do mnie królowa brytyjska i pogratulowała mi zwycięstwa. Była bardzo serdeczna, powiedziałbym nawet wylewna.

– Masz szczęście, chłopie. Odnieść takie zwycięstwo, to ho, ho, ho! Mnie się to nigdy nie udało, choć startowałam przecież w wielu wyborach.

– Odpowiedziałem jej: Serdecznie dziękuję, Your Royal Highness. Jestem zaszczycony pani telefonem. Jej Królewska Wysokość głos miała bardzo męski, zdecydowany, jak to królowie brytyjscy. Oni zawsze byli dumni. Powinniśmy brać z nich przykład – kontynuował Plenipotent. – Chwilę później królowa zaskoczyła mnie propozycją, czy nie zechcielibyśmy przyłączyć się do Brytyjskiej Wspólnoty Narodów, znaczy się do dawnego Imperium Brytyjskiego.

– Odrestaurowujemy je – powiedziała królowa tak zdecydowanym tonem, że aż mnie to zaskoczyło. – Będzie wam znacznie lepiej u nas niż u tego waszego Dużego Brata, który zdziera z was skórę, mało daje a dużo żąda, i ogranicza was we wszystkim. Nawet ogórki każe wam produkować pod dyktando, maksimum tylko trzy centymetry długości i półtora centymetra średnicy. Znaczy się, podała to w calach, ale szybko sobie przeliczyłem. Od razu też mi wyjaśniła: – U nas nie będziecie płacić żadnych składek ani danin, tylko otrzymywać fundusze. Imperium leży na forsie. Mamy niezmierzone bogactwa: przyprawy i bawełnę w Indiach, złoto w Południowej Afryce, diamentów do diabła i trochę w Kongo. To wszystko jest do wzięcia. Co o tym sądzisz, Mr Plenipotent, Your Excellency?

– Kiedy usłyszałem słowa „do diabla i trochę” – była to trzecia minuta naszej rozmowy – od razu zorientowałem się, że to nie ona. Domyśliłem się, że był to Józef Kowal, aktywista społeczny z miejscowości Ciarka, gdzie głosowało na mnie sto procent mieszkańców. Wiedząc to kontynuowałem z rozmowę z królową przez następne dziesięć minut, jakby nigdy nic, i uzgodniłem, że przystępujemy do tego ich Imperium. A co nam szkodzi!? Mieć forsy jak lodu i żadnych obowiązków!

Opozycja wykorzystała rozmowę Plenipotenta z rzekomą monarchinią brytyjską oskarżając go, że dał się wpuścić w maliny.

– Nie wiedział z kim rozmawia. Niby to żartował, ale wyraził zgodę na zmianę układu politycznego, co oznacza rozwiązanie naszej umowy ze Starszym Bratem. Ten człowiek nie poznał, że rozmówczyni miała przepity głos i obiecywała gruszki na wierzbie!

W parlamencie rząd obronił Plenipotenta bez problemów, wykazując, że doskonale wiedział z kim rozmawia i co mówi.

– To, co pan Plenipotent uzgodnił z królową brytyjską to jak najbardziej słuszne rozwiązanie. Pozwala ono nam, rządowi, przedłużyć dobrobyt narodu co najmniej o następne dwanaście lat, a może i dłużej. Teraz tylko wystarczy zwalczyć wirusa i epidemię, i już mamy osiągnięty pierwszy etap Ziemi Obiecanej, którą nam obiecał pięć lat temu nasz ukochany Prorok Szara Eminencja.

Wieczorem medium narodowe Tuba TV w trzech komunikatach wyjaśniło społeczeństwu znaczenie i wagę fantastycznych efektów dyplomacji zagranicznej Plenipotenta w nowej kadencji.

0Shares

Biblioteka Opowiadań i Poezji. Lista i daty publikacji.

Polecane

Drodzy Czytelnicy!

Biblioteka zawiera już 34 pozycje. Wszystkie pozycje są w układzie alfabetycznym i są łatwo dostępne (wystarczy kliknąć na linku poniżej wybranego tytułu). Strona jest bezpieczna, ma Certyfikat Bezpieczeństwa SSL (kłódeczka). Nie ma reklam. 

Jeśli tekst Ci się podoba, stawiaj lajki. To rekomendacja dla innych Czytelników, że warto przeczytać (duża część lajków została niestety usunięta przy ostatniej aktualizacji WordPress na serwerze). Na stronie każdego opowiadania najłatwiej poruszać się przesuwając suwak (mały kwadracik) znajdujący się tuż przy prawej krawędzi ekranu. 

Wszystkie moje utwory udostępniam na zasadach dozwolonego użytku prywatnego określonego „Ustawą z dnia 4 lutego 1994 o prawach autorskich i prawach pokrewnych” plus nowelizacje.

Zachęcam do komentowania opowiadań. Może jakieś sugestie? Mój adres email: michael.tequila@anciano.pl  

Życzę miłej lektury,
Michael Tequila

Biblioteka Opowiadań i Poezji. Lista i daty publikacji. 43 lajki. Jesteś na tej stronie. Wkrótce dalsze opowiadania. (“Świrus” – nowy odcinek (15) dodany dziś 08 08 2020 (sobota) godz 08.33) https://michaeltequila.com/?p=13918   

Aforyzmy i myśli. 6 lajków. https://michaeltequila.com/?m=20200604  
Aleksander Cumagin Sake. 3 lajki. Opowiadanie. O prezydencie, który marzył o koronie imperatora. 2640 wyrazów.  https://michaeltequila.com/?m=20200322  
Automat. 2 lajki. O człowieku bez poczucia czasu i woli. Opowiadanie science-fiction. 1216 wyrazów.  https://michaeltequila.com/?m=20191211 
Broda. O męskim życiu bez miłości i uwielbienia. 4 lajki. Opowiadanie. 2480 wyrazów. https://michaeltequila.com/?p=13683 
Dzień weselny. 19 lajków. https://michaeltequila.com/?m=20191008 
Dziewczyna z pieskiem. 2 lajki. Opowiadanie. O miłości do ludzi i zwierząt. 1540 wyrazów. https://michaeltequila.com/?p=11924  
Dziwna noc mieszańca etnicznego. 1 lajk. Groteska. O szalonych przeżyciach nocnych starszego mężczyzny. 624 wyrazy. https://michaeltequila.com/?m=20200129  
Epidemia i sukcesja. 12 lajków. O wpływie Wirusa YZ i walki o władzę na społeczeństwo i obywatela. Opowiadanie seryjne. Odc. 1 – 24 i 25. https://michaeltequila.com/?m=20200601 
Gabriel Garcia Marquez – refleksje pisarskie Odc. 1 – 11. 11 lajków. https://michaeltequila.com/?m=20200517 
Galeria handlowa. 3 lajki. O wzrastaniu mężczyzny na widok kobiety. 580 wyrazów.  https://michaeltequila.com/?m=20191210  
Goryl. 4 lajki. O partii i człowieku przypominającym małpę. Opowiadanie. 3850 wyrazów. https://michaeltequila.com/?m=20200305  
Instrukcja obsługi pejcza. 3 lajki. O walce arystokraty francuskiego z bólem i bezsennością. Opowiadanie. 6800 wyrazów. https://michaeltequila.com/?m=20200226  
Jalapo Umota, Inuit z charakterem. 10 lajków. O niezwykłych losach autochtona z Labradoru. Opowiadanie science-fiction. 9700 wyrazów. https://michaeltequila.com/?m=20200320 
Koniec świata. 3 lajki. Opowiadanie fantastyczne. O człowieku, który
przeżył koniec świata. 1920 wyrazów. https://michaeltequila.com/?m=20200407 
Kronika mniej więcej osobista. Obserwacje i notatki. 3 lajki. https://michaeltequila.com/?p=13782  Ostatni wpis dodany 05 08 2020 (środa) godz 11.20
Miniatura z kolibrem. 2 lajki. O pocieszeniu w codziennym życiu. Opowiadanie. 601 wyrazów. https://michaeltequila.com/?p=11447  
Natręt. 3 lajki. Opowiadanie kryminalne. O dwóch mężczyznach na przystanku autobusowym. 1620 wyrazów.  https://michaeltequila.com/?m=20200519  
Niedziela z Alberto. 2 lajki. O miłości i ludzkich postawach. Opowiadanie kryminalne. 3718 wyrazów.  https://michaeltequila.com/?m=20200205 
Nienawiść organiczna. 2 lajki. Opowiadanie. O nienawiści do własnego ciała. 430 wyrazów.  https://michaeltequila.com/?p=10332
Niepokorny świat Izydora Czyżyka. 4 lajki. Opowiadanie fantastyczne. 3050 wyrazów. https://michaeltequila.com/?m=20200418  
Niesforny starzec. Groteska. 1720 wyrazów https://michaeltequila.com/?m=20200620  
Nowy wymiar ewolucji. 2 lajki. Opowiadanie fantastyczne. O technologii zastępującej ewolucję, 2510 wyrazów. https://michaeltequila.com/?p=10832  
Obraz ze zwierzętami. Opowiadanie fantastyczne. 2920 wyrazów. 3 lajki. https://michaeltequila.com/?p=13976  
Osiedle Panorama. 5 lajków. O pijącej młodzieży i problemach osiedla. Opowiadanie. 6470 wyrazów. https://michaeltequila.com/?m=20200420  
Ostatni dzień. 1 lajk. Opowiadanie. 1680 wyrazów. https://michaeltequila.com/?p=13619  
Papier. 2 lajki. Opowiadanie kryminalne. 1520 wyrazów. https://michaeltequila.com/?p=12781 
Patriarcha Anastasio Gerylas. 2 lajki. Opowiadanie fantastyczne. O walce hierarchy kościelnego z Trójcą Zła. 1190 wyrazów.  https://michaeltequila.com/?p=10690  
Pies gończy słowa mówionego. 1 lajk. Groteska. O społeczeństwie bliskiej przyszłości. 780 wyrazów. https://michaeltequila.com/?m=20191220  
Poezje refleksyjne “Oniemiałość”. 9 lajków. https://michaeltequila.com/?m=20200520 
Polowanie. 3 lajki. Opowiadanie kryminalne. O zabójcy z wyrachowaniem. 5200 wyrazów. https://michaeltequila.com/?m=20200413  
Prezydent Zrzeszenia Nafciarzy. 4 lajki. Opowiadanie. O życiu wysokiego funkcjonariusza w dobie pandemii. 993 wyrazy. https://michaeltequila.com/?m=20200429  
Sierżant Baba. 3 lajki. O wojskowym szkoleniu dzieci. 980 wyrazów. https://michaeltequila.com/?p=10759  
Świrus. Opowiadanie fantastyczne. O dostosowywaniu się człowieka do zmieniającej się rzeczywistości. 4 lajki. Nowy odcinek (15) dodany 08 08 2020 (sobota) godz. 08.33 https://michaeltequila.com/?p=13918  
W nocy wymyśliłem sobie diabła. 3 lajki. Humoreska. O diable podobnym do człowieka. 284 wyrazy. https://michaeltequila.com/?m=20190916 
Wsteczna ewolucja. 1 lajk. Opowiadanie fantastyczne. 840 wyrazów. https://michaeltequila.com/?m=20200612  
Znak pokoju. 4 lajki. Opowiadanie kryminalne. O rodzinnej miłości i nienawiści. 4380 wyrazów. https://michaeltequila.com/?m=20200522  

Pod tym linkiem znajdziecie Państwo wszystkie moje książki w Empiku, także w wersji ebookhttps://tinyurl.com/y52br67b 

0Shares

Prezydent Zrzeszenia Nafciarzy. Opowiadanie.

Drodzy Czytelnicy,

Czasy są ciężkie. Nie tylko ja to odczuwam, ale i słudzy boży, śmieciarze, wyborcy przeszli i przyszli, nawet prezydenci. Popełniłem krótki utwór, zbrodniczy w intencjach, którego być może nie powinienem popełnić. To z nostalgii za spokojniejszym życiem.

Klikajcie, jeśli podoba Wam się to opowiadanie. Może je jeszcze poszerzę? 

Pozdrawiam,
Michael Tequila

W Internecie ukazało się zdjęcie Prezydenta Zrzeszenia Nafciarzy. Chwilę przedtem prezydent przemawiał, wygłaszając orędzie skierowane do konsumentów ropy naftowej. Mówił od serca:

– Szanowni Członkowie Zrzeszenia Nafciarzy! Panie i Panowie! Ceny ropy spadają na łeb na szyję. My, nafciarze, musimy odbiorcom płacić, aby brali od nas nadwyżki ropy naftowej i gdzieś je trzymali. Gdziekolwiek, w domu, w komórce, pod schodami, w szopie. Wirus popsuł nam wszystko. Mimo to jestem zdecydowanym optymistą. Mamy przed sobą wybory nowego Prezydenta Zrzeszenia Nafciarzy. Powiem o sobie: mam szanse. Nie wszyscy na mnie plują, obarczając mnie za sytuację z ropą naftową, która tanieje i tanieje. Żona mi mówi na przykład:

– Ty, Józiek, lepiej się pilnuj, abyś nie poszedł z torbami, jak cię nie wybiorą. Kto wtedy będzie reklamować ropę naftową? Ty to umiesz robić jak nikt. Od ciebie ludziska kupią każdą jej ilość za ostatni wdowi grosz. Masz w sobie tyle dobroci. Popiera ciebie nawet ten siwy staruszek, z którym grywasz w warcaby, a czasem to i w brydża.

– Który? – zapytał prezydent. – Znam kilku staruszków.

– No ten, o którym mówią, że oprócz szalonych pomysłów na lepsze życie, to ma jeszcze garb na plecach. To okrutne tak mówić, bo nikt nie nosi garba dla przyjemności, tylko z obowiązku lub z przywiązania.

– A! Ten – odpowiedział Prezydent, choć wciąż nie wiedział, który. Nie denerwował się jednak, bo w okresie Wirusa i jego matki Epidemii wszystkich pamięć zawodzi, tylko kontynuował orędzie.

– Kochani! Popierajcie mnie. Mam już poparcie, ale potrzeba mi więcej. Szczególnie mocno popierają mnie drobni użytkownicy ropy naftowej, członkowie naszego zrzeszenia, gospodynie domowe, bezdomni, ludzie pracujący po nocy, żniwiarze, nawet alkoholicy. Spotykam się z nimi często, rozmawiamy o różnych sprawach, nie tylko o notowaniach ropy naftowej i jej przyszłości, ale także o sprawach codziennych, obuwiu, ubraniach, filozofii, wyścigach konnych. Z gospodyniami wymieniam się przepisami, jak ugotować tanio kapuśniak. Teraz jest dużo świeżej kapusty, promuję więc zdrowe odżywianie się. Głównym tematem teraz są oczywiście  wybory władz Zrzeszenia Nafciarzy, wyjątkowo kłopotliwe z uwagi na  panoszenie się Wirusa i jego matki Epidemii. Są ludzie, którzy mnie nienawidzą, choć nie wiem dlaczego, ale ja się tym nie zrażam. Jestem bardzo religijny; na ich zniewagi i zaczepki odpowiadam nastawieniem drugiego policzka. Czasem to boli, ale takie jest życie. Żona też mi obiecała, że mnie szybko nie opuści. To zależy od wyników nie tylko notowań ropy naftowej, cen kupna i sprzedaży, ale i wyborów do naszego Zrzeszenia Nafciarzy, jednego z największych na świecie. Sam nie wiem, jak oceniać te wybory. Wszyscy wokół mówią: po prostu pójść, zagłosować i wybrać! Dla mnie, kandydata na prezydenta tak wielkiej i znanej  organizacji, nie jest to takie proste. 

Na razie, tak jak inni, pomagam przy ich przygotowaniu. Z trzech metod głosowania, osobistego, elektronicznego i korespondencyjnego, najbardziej wierzę w osobiste. Zachęcam do tego obywateli. Na argumenty przeciwników wyborów, mówiących, że w okresie rządów Wirusa i jego matki Epidemii, są one wręcz niebezpieczne, odpowiadam:

– To trudno! Nic na to nie poradzimy. Czasem człowiek musi ponieść ofiary. Ja też ponoszę. Inni chodzą piechotą, dzięki czemu utrzymują się w dobrej kondycji, a ja co? Muszę jeździć dużą i luksusową limuzyną, bo tak wypada, wskutek czego łatwo gubię w jej wnętrzu i czuję się samotnie. Duży pojazd wymaga dużo wolnej przestrzeni wokół siebie, przez co jeszcze bardziej odczuwam pustkę. Doprawdy, nie jest mi łatwo. Co gorsze, okna w samochodzie mam zaciemnione, ze względu na to, że każdy chciałby zajrzeć do środka, popatrzeć mi w twarz. Może nawet czymś rzucić, bo szaleńców w naszym kraju nie brakuje. Sam samochód też nie sprawia mi radości swoim wyglądem, mimo że jest cudem techniki. Brak mu opływowego kształtu; zamiast wdzięku kobiety zakochanej w biżuterii ma w sobie toporność pijanego drwala. Przepraszam, że tak mówię, ale to prawda. Jest szybki, ale opony łatwo mu pękają. Zawsze wozimy ze sobą kilka do wymiany. I jak to wygląda: bagażnik zapchany oponami! Samochód jest jednak bezpieczny, bo ma opancerzenie jak czołg. Dzięki temu, jak z rozpędem wjedziemy do lasu, to zatrzymujemy się dopiero po dwustu metrach, może nawet więcej. Nie sprawdzałem tego, wierzę kierowcy na słowo. Ciężar tego opancerzenia czuję w sercu, w głowie i w nogach. Nie podoba mi się też, że jestem cały czas za szybą. Czy to ja jestem pytonem, którego trzyma się w szklanym opakowaniu, aby mu się ludzie przyglądali z bezpiecznej odległości? Nie znoszę tego. Mój świat, moje życie – Prezydent Zrzeszenia Nafciarzy rozgadał się – to być wśród obywateli, ściskać ręce, obejmować niektórych cieleśnie, czasem nawet wziąć na ręce jakieś dziecko. Kocham dzieci. Szczególnie dziewczynki w wieku od dwunastego do siedemnastego roku życia. One są tak rezolutne. Strasznie je lubię. Koresponduję z nimi na różnych forach, czatach i platformach. Jest tych miejsc do konwersacji do licha i trochę, że miesza mi się w głowie od samych nazw, nie mówiąc o przepisach uczestnictwa.

Rumiane policzki Prezydenta Zrzeszenia Nafciarzy zarumieniły się jeszcze bardziej. Był poruszony. Kontynuował orędzie. Tematem były skrzynki pocztowe niezbędne w wyborach. Prezydent mówił o naprawie uszkodzonych skrzynek, aby karty do głosowania nie wypadały na ziemię.

– To wielkie wyzwanie. Stworzyliśmy lotne brygady naprawcze. Warunki są trudne. Czasem trzeba pracować w górach, gdzie jest stromo, czasem nocą, czasem w suszy, że aż język wysycha, bo deszczu wciąż nie ma. Wszędzie czai się ten wirus, ludzie muszą dezynfekować się spirytusem. Każdy broni się jak może. Sam chciałem im pomóc. Mam w moim pałacowym gabinecie obcęgi, młotek i gwoździe. Rozmawiałem o tym z psychiatrą, który pomaga mi ogarnąć się w tym trudnym świecie, i on powiedział mi, że nie wypada.

– Ludzie uznają pana za pracoholika. I tak widzą pana ciągle w telewizji; brakuje jeszcze żeby zobaczyli pana jako samodzielnego  instalatora skrzynek pocztowych.

– Członka lotnej brygady naprawczej – poprawił go prezydent.

– No właśnie – odpowiedział psychiatra. – Dobrze, że pamięć pana nie zawodzi, to może nawiąże pan rozumny kontakt z gawiedzią. Chciałem powiedzieć, ze zwykłymi szarymi ludźmi na ulicy, aby ich zachęcić do uczestnictwa w wyborach poprzez skrzynkę pocztową. 

Prezydent zgodził się. Dla wszystkich członków Zrzeszenia Nafciarzy, uczestników spotkania z Prezydentem, było to głębokie przeżycie. Wirus wydał się jakiś skromniejszy, a jego matka Epidemia mniej groźna niż zwykle.

Autor: Michael (Michał) Tequila
Gdańsk, 29 04 2020

0Shares

Aleksander Cumagin Sake. Opowiadanie.

Odc. 1

Naród pokochał prezydenta Aleksandra Cumagina Sake już w dniu jego nominacji. Był inny niż jego poprzednicy, był najlepszym prezydentem, jakiego mogli sobie wyobrazić, krwią z jego krwi i kością z jego kości. Kiedy Aleksander Cumagin udowodnił, że potrafi sprawować urząd z godnością, obywatele co pięć lat zgodnie przedłużali mu mandat. Prezydent doceniał dobrodziejstwa tytułu i urzędu i szczerze odpłacał narodowi gorącym uczuciem wdzięczności.

Aleksander Cumagin Sake miał marzenia. Po nocach śnił mu się tytuł imperatora. Brzmiał on znacznie poważniej i dumniej niż arcyksiążę, król, cesarz, sułtan a nawet car, władca wszechmocny.

– Car to przeszłość, przeżytek, można by powiedzieć rupieć historyczny, nieładna część światowej tradycji. Dla przykładu, car Iwan Zagwozdny chodził z laską zakończoną ostrym kolcem i żgał w stopę jaśniepanów wyprężonych przed nim w szeregu, aby sprawdzić ich odporność na ból i oddanie najwyższej władzy. Ten tytuł już się przeżył. Niesie złe skojarzenia – prezydent wyjaśnił kiedyś przy piwie „Imperial” siedząc na tarasie swojej daczy w otoczeniu najbliższych przyjaciół.

W nocy – trzeba to podkreślić, gdyż Aleksander Cumagin Sake śnił także w dzień – naszło go marzenie, rodzaj widziadła, niespokojne i intrygujące. Prezydent siedział wtedy w fotelu, lekko spocony, w piżamie, przykryty puchową kołdrą krytą jedwabiem. W ręku trzymał wieczne pióro; poruszając nim lekko czekał na ważne dokumenty do podpisu. Myślał o koronie. Podszedł do niego osobisty adiutant, Siewierij Niania, w randze generała lejtnanta, aby go utulić. Aleksandrowi Cumaginowi wydał się kobietą, serdeczną i opiekuńczą.

– Czy ja już jestem imperatorem, Nianiu?

– Nie, jeszcze nie, kochanie. Ale już niedługo – uspokoił prezydenta Niania i poprawił kołdrę.

Rano Aleksander Cumagin Sake czuł się nie najlepiej. Chodził po wysokich schodach w górę i w dół, w górę i w dół, aby sprawdzić, czy ogromne drzwi jego pałacu otwierają się i zamykają równie łatwo i bezszmerowo jak poprzedniego dnia. Martwił się. Miał ku temu powody. Poprzedniego dnia ktoś strzelał za oknem pałacu. Chwilę potem prezydent usłyszał głuchy odgłos padającego na ziemię ciała. Potem nastąpiło coś, o czym nigdy nie słyszał. To znaczy słyszał, ale nie miał pojęcia, że mogło to być tak wielkie i w dodatku tak milczące.

Z centrum miasta, w kierunku jego pałacu, pełznął wielki wąż, potwornie długi i rozlewał się po ulicach. Na grzbiecie niósł czerwone transparenty i potwornie milczał. To milczenie było najstraszniejsze, ponieważ milczał o ludziach zmarłych i zabitych potajemnie, i chociaż milczał, to żyjący wiedzieli, o kogo chodzi. Chodziło o tych, co nie potrafili trzymać języka za zębami, określali się jako konkurencja legalnej władzy i mówili o nieuczciwym bogaceniu się, despotyzmie i bezprawiu.

Niektórzy obywatele uważali takie zachowania za antypaństwowe i godne potępienia, ponieważ wąż podawał w wątpliwość i kwestionował to, co oni uważali za prawdę. Byli to ludzie, którzy wierzyli Aleksandrowi Cumaginowi bez granic; był dla nich wielkim człowiekiem, niezwykłym przywódcą, wspaniałym wodzem.

Na wiadomość o pełznącym monstrualnym wężu i jego podstępnym milczeniu Aleksander Sake zareagował spokojnie i rozważnie. Wiedział, co zrobić. Polecił rozesłać kondolencje, szczere, najszczersze, rodzinom tych obywateli, którzy tajemniczo zginęli, co uczyniono bezzwłocznie. Wtedy uspokoił się.

W pałacowym gabinecie, gdzie prezydent miał swoje biurko, stała w rogu bardzo stara, prawie antyczna, bogato rzeźbiona szafa. Prezydent nigdy jej się bliżej nie przyglądał.

– Stoi sobie, to stoi – myślał, nie angażując się w rozważania, jakie to ma znaczenie dla kraju lub choćby tylko dla niego.

Tym razem spojrzał na nią uważniej, miał akurat chwilę wolnego czasu, i dostrzegł na jej szczycie – ku swemu zdumieniu – błyszczącą klejnotami koronę. Taką, jaką noszą tylko najwięksi władcy. Prezydent wstał zza biurka i zadał sobie trud, aby podejść do szafy. Nie musiał tego robić, bo przecież mogłaby przynieść mu ją służba pałacowa, ale zrobił. Stojąc przy szafie wspiął się na palce i usiłował dosięgnąć korony. Była zbyt daleko; gabinet był większy niż największy salon pałacowy, a szafa odpowiadała mu wielkością i splendorem.

W końcu prezydentowi udało się zdjąć koronę z szafy korzystając ze stojącego niedaleko krzesła. Przymierzył ją. Pasowała jak ulał. Idealnie odpowiadała jego marzeniom bycia imperatorem, któremu taka korona przysługuje z urzędu. Aleksander Cumagin Sake zdjął ją z głowy i ostrożnie umieścił z powrotem na szafie, po czym obrócił się na pięcie dookoła własnej osi. Zrobił to trzy razy, bo był przesądny. Chwilę później znowu przymierzał koronę. Nie pasowała!

Próbę z przymiarką korony powtórzył kilka razy, osiągając te same wyniki. Raz pasowała, raz nie pasowała. To go rozeźliło. Aby uspokoić się wrócił do biurka, gdzie leżała kulka z napisem “Demokracja”. Była spora, plamiasta. Lubił używać ją do zabawy jako prestidigitator. Był to jego drugi zawód, o którym nikt nie wiedział. Pierwszy znali wszyscy, nie tylko w kraju, ale i na świecie. To, że o drugim nikt nie wiedział, utrzymywało prezydenta w pogodnym nastroju niewinności.

Sztuczka, jaką ćwiczył, polegała na tym, że kiedy otwierał dłoń z kulką, raz pokazywała się ona z napisem „Demokracja jest!”, a drugi raz z napisem,” Demokracji nie ma!”. Lubił to ćwiczyć, bo zmiany napisów go bawiły.

– Kiedyś pokażę ją tym amerykańskim i europejskim zarozumialcom, którzy dybią na mój kraj i majątek. – Pomyślał sobie. – Ech, co to za majątek! Takiego majątku nie ma nikt na świecie! – Westchnął z radością, która wypełniła go po brzegi jak szampan wypełnia kielich.

Po nacieszeniu się myślą o ogromie władzy i nieprzebranym majątku, Aleksander Cumagin Sake usiadł w swoim fotelu za wielkim hebanowym biurkiem i zaplanował nowy dzień. Myślał o nowych wyborach, choć nie musiał, bo popierały go rzesze obywateli, którzy go uwielbiali.

– Nie wszyscy, ale solidne osiemdziesiąt pięć procent. To mi wystarcza. Nie jestem chciwy. Wszyscy to wiedzą. A jak nie wiedzą, to tylko dlatego, że są głupi – tak sobie tłumaczył swoje myśli.

Wszystko byłoby piękne, gdyby nie wąż, który powrócił tydzień później i wszedł na Plac Prezydencki, aby pozostać tam na stałe i strasznie milczeć. Co gorsze, wąż powiedział mu we śnie:

– Będę tu czekać aż do skutku.

Prezydent wiedział od doradców, że gada podesłała mu opozycja, wrogowie państwa. Regularnie potępiał ich publicznie, aby naród wiedział, kto dobrze a kto źle mu życzy. Obywatele cenili otwarte i rzeczowe wystąpienia prezydenta. Były dla nich ważne, bo w czasach opozycji nie powodziło im się najlepiej.

Wroga choć niezdarna krytyka opozycji nie zniechęcała Aleksandra Cumagina Sake do otwartości w polityce krajowej i zagranicznej. Prezydent cenił dyplomację oraz uzbrojoną po zęby armię. Używał jej w celach obronnych, aby zniechęcić wrogów swojej ojczyzny, zwłaszcza tych najbogatszych, do myślenia o inwazji. To było ważne, ponieważ nie zamierzał dopuścić do sprowadzenia swego kraju do roli podnóżka, chłopca do bicia. Obywatele cenili go za wyjście naprzeciw wrogom z otwartą przyłbicą.

Prezydent lubił także podróżować. Celem jego podróży nie był wypoczynek, jak robi to zwykły człowiek pracy, ale pokazanie, jak piękny i bogaty jest jego kraj oraz jak silny i zwarty jest jego naród. Prezydent cenił sobie najbardziej oficjalne wizyty zagraniczne, różne grupy oznaczane symbolami cyfrowymi, A3, G8 czy nawet ZTP12, ponieważ jego udział w ich spotkaniach przynosił krajowi same korzyści. Pisała o tym obszernie prasa rządowa. Były to tak ważne wydarzenia, że w małych miasteczkach i na wsiach samoistnie organizowały się publiczne dyskusje na ich temat, aby wszyscy obywatele zrozumieli ich doniosłość.

Odc. 2

Aleksander Cumagin Sake dbał także o tradycję. Była dla niego święta. Najważniejsze były w niej wygrane wojny i ich bohaterowie, ci zabici na polu walki i ci zmarli z głodu lub choroby. Kiedy o nich myślał, wzdychał:

– To były ciężkie a zarazem heroiczne czasy. Taka jest nasza historia.

Z okazji rocznicy ostatniej zwycięskiej wojny obronnej organizował co roku wielką defiladę wojskową. Nikt inny na świecie nie był w stanie zorganizować takiej defilady; wywoływała ona w obywatelach głębokie i szlachetne wspomnienia. Było to wspólne święto całego narodu.

Defilada stanowiła wielkie przeżycie dla wszystkich. Zachwyt budziły nogi, ręce i korpusy żołnierzy poruszające się z dokładnością zegarka i ostrością bagnetu, raz-dwa, raz-dwa, raz-dwa, i ich podkute buty trzaskające o asfalt, aż sypały się iskry. Każdy obywatel przeżywał defiladę tak, jakby była ona zorganizowana na jego cześć. Zabierał jej cząstkę do domu. Dzięki prezydentowi Sake pamięć o wojnie i jej bohaterach pozostawała wciąż żywa, mimo że sama wojna skończyła się osiemdziesiąt lat wcześniej.

Obywatele byli tak zakochani w defiladzie i innych wielkich uroczystościach państwowych, że nawet biurokracja, przekupstwo czy bylejakość codziennego życia wydawały im się bardziej naturalne i do zniesienia. Byli za to wdzięczni prezydentowi Sake, bo to on wszystko sponsorował, organizował i opłacał.

Niezbyt wysoki, ale dobrze zbudowany, Aleksander Cumagin Sake reprezentował także walory osobiste, dając innym przykłady odwagi, mądrości i dobroci. Był wzorem, żaden mężczyzna nie był w stanie mu dorównać. Pokazywała to telewizja; jak walczył z niedźwiedziem, latał motolotnią ze stadem dzikich łabędzi oraz nurkował w lodowatej wodzie na głębokość dziesięciu metrów, aby bratać się z morsami i fokami. Obywatele szanowali go także za to, że w najcięższych chwilach był poważny i opanowany. Dawało im to siłę do zmagania się z trudnościami codziennego życia.

Kiedy Aleksander Cumagin Sake przyleciał z oficjalną wizytą do Republiki Elamu, na lotnisku przy powitaniu zagrano hymn narodowy Bizantu. Prezydent słuchał i uszom nie wierzył. Był to hymn zupełnie innego kraju. To, co się stało, reporter dziennika stołecznego opisał dwoma zdaniami.

– Aleksander Cumagin Sake zdrętwiał, zastygł, w końcu zamarł z wrażenia. Jego twarz stała się kamienna i taka już pozostała.

Lekarze osobisty prezydenta stwierdził, że był to uraz psychiczny, który należy leczyć.

– To było nie do zniesienia. Nikt nie był w stanie przeżyć takiego szoku bez urazu – podsumował lekarz w wywiadzie telewizyjnym.

Po zakończeniu rozmów z przywódcą Elamu, generałem Sufraginem, Aleksander Cumagin odleciał wieczorem do kraju. Lot trwał nie dłużej niż półtorej godziny. Po przylocie prezydent miał od razu udać się na wypoczynek do pałacu prezydenckiego. Pracownicy i służba zawsze byli uprzedzeni, kiedy prezydent był już w drodze do domu.

Dwie godziny później adiutant Niania wybiegł pełen niepokoju ze swojego pokoju i pobiegł do sekretariatu prezydenta. Był zdenerwowany brakiem wiadomości, gdzie jest i co robi prezydent.

– Gdzie on jest? – adiutant rzucił pytanie sekretarce. Spodziewał się natychmiastowej i uspokajającej odpowiedzi.

– Aleksander Cumagin Sake … jest już w stolicy.

– Ale gdzie w stolicy? – wrzasnął Niania do sekretarki. Nie otrzymał jednak odpowiedzi. Miejsce pobytu prezydenta skojarzyło się Niani zupełnie bezsensownie z więzieniem Varlam. Dziwił się sam sobie. Było to głupie i niepotrzebne skojarzenie.

– To ta cholerna opozycja. Sukinsyny – zawołał z wściekłością i wyszedł z sekretariatu trzaskając drzwiami. – Zawiadom mnie jak tylko będziesz wiedziała – rzucił sekretarce przez ramię.

Po powrocie z Elamu mimo interwencji lekarskiej twarz prezydenta pozostała kamienna. Widać to było wyraźnie kiedy występował w telewizji. Nie był to widok przyjemny ani obojętny dla obywateli Bizantu. Oczekiwali, że lekarze coś zrobią i prezydent wróci do swej poprzedniej formy. Minęło kilkanaście dni i nic takiego nie nastąpiło. Ludzi spekulowali na temat umiejętności lekarzy prezydenta w najbardziej nieodpowiedzialny sposób. Ktoś powiedział z przekonaniem, że drętwota zniknie z twarzy prezydenta wraz z nadejściem wiosny.

Sam prezydent, choć czuł się niezręcznie, zachował spokój i powagę. Zapytany w wywiadzie, dlaczego nie uśmiecha się, Aleksander Cumagin Sake odpowiedział:

– Nie mam teraz ku temu powodów. Mam dużo pilnych i ważnych spraw na głowie. Muszę się bardzo koncentrować, aby sobie z nimi poradzić, mimo że do pomocy rąk mi nie brakuje. Usilnie staram się doprowadzić do zakończenia konfliktów zbrojnych w kilku częściach świata. Moje wysiłki są jednak torpedowane przez duży kraj, w którego interesie leży, aby ludzie nadal umierali. To okrutne – mimo wzruszenia prezydent zachował kamienny wyraz twarzy.

Dziennikarze rządowych mediów stwierdzili, że Aleksander Cumagin Sake wykazuje nadzwyczajne poczucie rozwagi i zaangażowania. Ludzie niechętni prezydentowi byli jak zwykle innego zdania. Prasa zagraniczna z jakichś względów nawet nie wspomniała o jego wypowiedzi.

Odc. 3

Po dziesięciu latach rozwoju kraju i wzrostu jego pozycji międzynarodowej społeczeństwo doceniło zasługi prezydenta nadając mu tytuł i order Aleksander Cumagin Sake – Słońce Narodu. W stolicy zorganizowano wielką fetę i bawiono się do rana. Było to coś w rodzaju balu maskowego w najlepszym stylu, bez wygłupów czy ekstrawagancji. W zabawie uczestniczył także sam prezydent. Miał na sobie strój Pater Patriae, Ojca Ojczyzny, wzorowany na ubiorze Marka Furiusza Kamillusa, dowódcy rzymskiego, sześciokrotnego trybuna wojskowego, autora wielkich zwycięstw. Główną część stroju stanowiła zbroja, zdobna u dołu krótką suknią, oraz nakolanniki. W historycznym stroju prezydent wyglądał imponująco. 

Dla urzędnika Igora Carpatiu z Ministerstwa Aprowizacji, Aleksander Cumagin Sake był nie tylko wielkim przywódcą, ale także bohaterem i gwiazdą. Sam Carpatiu wyglądał raczej skromnie. Niezbyt wysoki, przygarbiony, przyzwoicie choć niewyszukanie ubrany, zawsze w garniturze, był urzędnikiem średniego szczebla w Ministerstwie Aprowizacji. Żonaty, z dwójką dzieci, uważał się za zwyczajnego, nieco wyżej niż przeciętnego obywatela, pragnącego normalności w życiu, rozsądnego dobrobytu i dobrego samopoczucia dla siebie i innych.

W pracy Igor Carpatiu nosił ksywę Szarak. Tak go nazwano, ponieważ lubił określać siebie jako „zwyczajny szary obywatel”. Koledzy i koleżanki w pracy byli ostrożni wobec niego, ponieważ był niezwykle gorącym zwolennikiem silnej władzy, w szczególności Aleksandra Cumagina, który kiedyś przyznał i wręczył mu order Wybitnego Urzędnika Państwowego za zasługi dla kraju.

Szarak źle znosił krytyków władzy. Nie mieli w sobie umiaru. Czasem żona go pytała, jak zmienia się służba zdrowia, emerytury, zatrudnienie czy dochody przeciętnego obywatela. O szkolnictwo nie pytała, bo była nauczycielką. Cierpiała na uczucie niezaspokojonej ciekawości, co dzieje się w kraju. Zawsze chciała z kimś porozmawiać a on akurat najczęściej był pod ręką.

– Co o tym sądzisz? – pytała. – Pracujesz w ważnym ministerstwie i z pewnością masz lepsze rozeznanie niż ja.

Na zaczepki żony Igor nie odpowiadał, zbywał je jakąś wymówką, najczęściej, że jest akurat bardzo zajęty. Potem mruczał tylko do siebie:

– Głupia baba! Szuka dziury w całym.

W sobotę rano Igor Carpatiu wybrał się na spacer. Myślał o wielkiej polityce, o sprawiedliwości i dobrobycie. Szedł wzdłuż muru okalającego pałac prezydencki kiedy z bocznej bramy wyszedł Aleksander Cumagin Sake w asyście ochroniarzy i sekretarza. Szedł w jego kierunku.

– Prezydent wychodzi na spacer podobnie jak ja. Co za wspaniały człowiek! – pomyślał Carpatiu i poczuł nagły przypływ radości i energii, i ciepło słońca choć dzień być chmurny. Zwolnił kroku i obserwując prezydenta wyobrażał sobie, jak kroczy w jego kierunku po czerwonym dywanie spokojnie, równo, z prawą ręka lekko usztywnioną, uśmiechając się po ojcowsku. Naszły go wspomnienia ostatniej parady wojskowej, niezwykle bogatej: czołgi, działa, rakiety, samochody opancerzone, nad głową warkotliwe helikoptery i huczące samoloty. I żołnierze, tysiące żołnierzy, a po bokach trasy przemarszu wojsk i na sąsiednich ulicach setki policjantów dla zapewnienia bezpieczeństwa i porządku.

Myśli Carpatiu, zwykłego urzędnika, Szaraka, jak mówił sam o sobie, poszybowały w górę. Przypomniał sobie ostatnie osiągnięcia i zdobycze kraju:

– Zachara jest już nasza. Wkrótce zdobędziemy jeszcze więcej. Będziemy bogatsi i potężniejsi. – Przypomniał sobie wrogów Bizantu, o których często mówił Aleksander Cumagin Sake. Pod wpływem wspomnień Igor Carpatiu zaczął się zastanawiać:

– Co dał nam Zachód? Patelnię teflonową? Komputer? Internet? MacDonalda? Był patriotą. Nie pytał w swoim imieniu, ale całego narodu. 

Zaśmiał się szyderczo w duchu. – To my im dajemy ropę i gaz. Bez nas nie przeżyliby nawet tygodnia.

A co dał nam i światu Aleksander Cumagin Sake? Wszystko! Poczucie bezpieczeństwa, siły, szacunek u innych. Radość rozlała się w Szaraku jak wódka. – O właśnie! – przypomniał sobie. – On nawet obniżył cenę wódki! Żaden z jego poprzedników tego nie zrobił. A przecież wódka jest ważna. Bez niej nie byłoby żadnego wesela, imienin czy chrzcin dziecka. Szarak wzruszył się wspomnieniami z przyjęcia z okazji chrztu swojej najmłodszej córeczki, ukochanej Oli.

Naładowany pozytywną energią szedł w kierunku prezydenta, aby go pozdrowić i uścisnąć mu prawicę, jeśli tylko byłoby to możliwe. Wierzył, że to możliwe, liczył na to. Szedł i cieszył się. Nagle wyrosło przed nim trzech mężczyzn. Usiłował coś im powiedzieć, kiedy rozległy się strzały. Carpatiu poczuł penetrujący ból w klatce piersiowej a sekundę później eksplozję w głowie.

Aleksander Cumagin Sake podszedł bliżej i spojrzał w gasnącą twarz mężczyzny. Przyglądał mu się, jakby chciał sobie coś przypomnieć. Obrócił się w kierunku swoich ludzi. 

– Pamiętam go. Rok temu wręczałem mu order Wybitnego Urzędnika Państwowego. Za wieloletnią, oddaną służbę ojczyźnie. To prawdziwy patriota. Jego nazwisko … Tak, tak! Przypominam sobie: Igor Carpatiu. Spokojny obywatel, pracowity urzędnik i dobry ojciec. Zapiszcie! Zorganizujemy mu pogrzeb na koszt państwa i damy piękny nagrobek. Musimy wyróżniać naszych najlepszych obywateli.

Autor: Michael (Michał) Tequila
Gdańsk, dnia 24.03.2020

0Shares

Goryl. Opowiadanie.

Odc. 1

W nocy padał intensywny deszcz. Prezes partii Jeden Naród, Anastazy Czuryłło, obudził się i słyszał, jak na balkonie krople uderzają o metalową balustradę tworząc nieprzerwany, uspokajający szum. Chwilę potem usłyszał kroki na balkonie, miał wrażenie, jakby ktoś się skradał. Wiedział, że jest to niemożliwe. Chwilę później zasnął.

– Spotka mnie jakaś niespodzianka. Ten deszcz… – Zaczął rano przy śniadaniu. Żona nie podjęła tematu, szybko zapomniał o wszystkim. Miał wiele spraw na głowie. Martwił się, partia traciła popularność, pokazywały to sondaże.

Rano do siedziby partii przy ulicy Dostojewskiej 12 zgłosił się mężczyzna. Wszedł niezauważony, choć w pomieszczeniu były dwie osoby; sekretarka prezesa, Maria Bor, i jego osobisty asystent, Jan Kantar. Mężczyzna podszedł do biurka sekretarki miękkimi, skradającymi się krokami, zatrzymał i spokojnym, gardłowym głosem wyraził swoje życzenie.

– Chcę zapisać się do partii Jeden Naród. Słyszałem o niej wiele dobrego. Czy mogę prosić o formularz członkowski? Chciałbym go wypełnić i od razu złożyć.

Nieoczekiwane wejście i nagły nieznajomy głos z dziwnym akcentem wystraszyły sekretarkę. Zaskoczona podniosła głowę i ogarnęła mężczyznę niepewnym spojrzeniem. Był średniego wzrostu i przeciętnej budowy ciała. Jego policzki pokrywał intensywny cień czarnego zarostu, szczyt głowy zdobiła czupryna sztywnych włosów. Miał ciemniejszą karnację twarzy; jego uniesione do góry prawie zrośnięte ze sobą krzaczaste brwi wyrażały zdziwienie. Nietypową twarz uzupełniały szeroki nos i wydłużone usta.

Obraz natychmiast skojarzył jej się z tatuażem „Niebieska twarz goryla”, którego wielką reklamę widziała w oknie wystawowym studio tatuaży Rebeka.  Od razu pomyślała o mężczyźnie „Goryl”. Poczuła się nieprzyjemnie.

– Czy mogę prosić o imię i nazwisko? – Pytanie nie było konieczne; za chwilę i tak miałaby formularz z wszystkim danymi osobowymi. Uczyniła to odruchowo, jakby ze strachu, na wszelki wypadek. Po chwili refleksji zrobiło jej się przykro, poczuła się nieswojo, że skojarzyła sobie zwykłego człowieka z małpą. Cała sytuacja wyprowadziła ją z równowagi. Ręce jej drżały, kiedy sięgała po formularz.

– Adrian Eze. Mogę podać pani od razu datę i miejsce urodzenia oraz adres zamieszkania i numer paszportu. Imię Adrian wymówił w miękki nietypowy sposób.

Widząc zaskoczenie w oczach sekretarki, mężczyzna wyjaśnił:

– Jestem obcokrajowcem ale mam już przyrzeczenie obywatelstwa. Moim ojcem jest Anglik urodzony w Nigerii, a matka Polką urodzoną we Francji. – Eze rozgadał się. Kontynuował, widząc zainteresowanie w oczach sekretarki. – Chcę się zapisać do partii, ponieważ zawsze byłem aktywny społecznie. O partii Jeden Naród słyszałem wiele dobrego – powtórzył frazę użytą na początku spotkania. – Wiem jakie wartości reprezentuje, jakie ma cele. Wczoraj wszedłem na stronę internetową i przeczytałem statut, bo wiem, że będę musiał podpisać oświadczenie o jego przestrzeganiu.

Sekretarkę ujął rzeczowy ton petenta; uspokoiła się, pozostając ciągle pod wrażeniem podobieństwa twarzy do reklamy z okna wystawowego.

– Dziękuję. Nie potrzeba. Pańskie dane spiszę za chwilę z formularza.

Eze wypełnił formularz, podpisał oświadczenie o przestrzeganiu statutu i oddał obydwa dokumenty sekretarce, po czym wyszedł z pokoju zabierając po drodze ze stojaka folder reklamowy partii. Maria odetchnęła z ulgą i zapytała kolegę siedzącego przy sąsiednim biurku, co sądzi o kandydacie. Adam, asystent prezesa, odniósł podobne wrażenie.

– On jest rzeczywiście podobny do goryla.

Podekscytowani rozmawiali o zdarzeniu kilka minut. Swoimi obserwacjami podzielili się w czasie lunchu z przyjaciółmi pokazując im zdjęcie Eze przyczepione spinaczem do deklaracji członkowskiej.

Zanim podanie Adriana Eze zostało rozpatrzone, w siedzibie Jednego Narodu wszyscy wiedzieli o nowym kandydacie. Mimo, że w partii obowiązywała zasada niedyskryminowania ludzi ze względu na wygląd, pochodzenie, religię czy rasę, ksywa „Goryl” przylgnęła do niego i natychmiast weszła do obiegu partyjnego.

Wywiad z kandydatem odbył się dziesięć dni później. W chwili jego przybycia, w gabinecie prezesa obecny był on sam i komisja kwalifikacyjna. Jej przewodniczący i dwóch członków stawili się z obowiązku, pozostała dwójka, kobieta i mężczyzna, przybyli z ciekawości. Zwyczajem partii było angażowanie większej ilości osób w ocenie nowych członków. Prezes przypominał na naradach, że ocena kandydata jest wtedy pewniejsza i bardziej wyważona. Rozmowa prowadzona przed przybyciem Eze dotyczyła potrzeby pilnego naboru nowych członków partii.

– To zmusza nas do przyjmowania także obcokrajowców coraz liczniej osiedlających się w naszym kraju. Nie możemy tego uniknąć. To konieczność. Oni są zresztą bardzo pomocni. Chcą się wykazać i nie boją się żadnej pracy. Łatwo podporządkowują się zasadom organizacji – argumentował przewodniczący komisji kwalifikacyjnej.

Dyskusja podzieliła zebranych. Część uczestników była przeciwna lub co najmniej niechętna obcokrajowcom, osobom reprezentującym inną kulturę czy religię. Niechętny był im także prezes partii; męczyła go ich odmienność, wiara, wygląd, sposób zachowania, nieznajomość tradycji i zwyczajów lokalnych, nie mówiąc o języku.

W chwili wejścia Eze do pokoju, rozmowy ucichły. Prezes wstał z fotela, obszedł biurko i podał mu rękę. Poczuł zaskakująco mocny uścisk dłoni.

Komisja kwalifikacyjna już wcześniej przeprowadziła wywiad środowiskowy, zebrała informacje o kandydacie i postanowiła udzielić mu rekomendacji.

– Mimo jego społecznej i kulturowej odmienności – wyjaśnił przewodniczący komisji. – Ten człowiek cieszy się dobrymi opiniami, jest życzliwy, pracowity, spokojny. Nie widzę przeciwskazań. Za jego przyjęciem przemawiają także potrzeby chwili. Zbliżają się wybory, potrzeba nam ludzi do pracy. On będzie dla nas bardzo użyteczny. Musimy pogodzić się z tym, że wygląda inaczej i pamiętać, aby nie powiedzieć przy nim Goryl. Wszyscy tak go nazywają. Nic na to nie poradzę – uzupełnił usprawiedliwiająco, schylając głowę, aby ukryć skrzywienie warg.

Odc. 2

W czasie rozmowy kwalifikacyjnej z kandydatem pierwsze pytanie zadał prezes Czuryłło. Pytał o to, co było dla niego najważniejsze.

– Czym chciałby się pan zajmować, panie Adrianie, w naszej partii? Czy ma pan jakieś doświadczenia zawodowe, które mógłby pan wykorzystać?

– Chętnie zajmuję się rozwieszaniem afiszów, plakatów i transparentów. Zawsze dobrze mi to szło. Umieszczam je wysoko, na słupach, drzewach i budynkach tak, że nie sposób jest je zerwać, zniszczyć lub uszkodzić, na przykład spryskując je sprejem. Roznosiłem także ulotki, a nawet organizowałem niektóre spotkania i wiece. Nie te najważniejsze oczywiście. Bardzo to lubię. Ja, jak się w coś angażuję, to robię to z pełnym sercem.

Słuchając go prezes myślał, że opatrzność zsyła mu człowieka idealnego do wykonywania pewnych prac w okresie kampanii wyborczych, które tylko nieliczni ludzie potrafią dobrze wykonać.

– Byłem gimnastykiem i pracowałem w cyrku. W takich sytuacjach nabywa się umiejętności użytecznych potem w życiu.

Mocowanie czy zakładanie czegokolwiek na większej wysokości idzie mi bardzo sprawnie – kontynuował Goryl. – Nie boję się pracy na wysokości. Robiłem wiele takich rzeczy jako wolontariusz pracując dla różnych organizacji. Raz także dla partii politycznej. Podobała im się moja robota, ale nie chcieli mnie przyjąć na członka.

Wyznanie Goryla zaniepokoiło prezesa.

– Dlaczego nie chcieli?

– Sam nie wiem dlaczego. Nigdy mi tego nie wyjaśnili. Powiedzieli tylko, że poradzą sobie sami, że już mają ludzi sprawdzonych w takich sprawach.

Goryl popatrzył na rozmówców jakby czekając na pocieszenie, że nie potraktowano go przyzwoicie. Widząc tylko wpatrzone w siebie oczy, kontynuował. Starał się pokazać z jak najlepszej strony.

– Jestem człowiekiem ciekawym, jak świat się kręci, i potrafię także zdobywać informacje o ludziach. Dla każdej partii jest ważne, aby jak najlepiej przygotować swoich kandydatów do dyskusji. Im więcej wiedzą o swoich konkurentach, tym lepiej. Mam w tym sporo wprawy, umiem zrobić to dyskretnie – Goryl rozkręcił się, mówił bez skrępowania, nazywając rzeczy po imieniu.

– Dlaczego wybrał pan nas a nie inną partię? – prezesa Czuryłło ogarnął nagły niepokój, czy siedzący przed nim człowiek nie jest przypadkiem wtyczką którejś z partii konkurencyjnych. W grę wchodziło zaufanie.

– Odpowiadają mi wartości, jakie reprezentuje Jeden Naród. Wolność, równość, braterstwo. To hasła rewolucji francuskiej, ale ja w nie wierzę, choć niektóre partie polityczne i organizacje już dawno o nich zapomniały. Dla nich ważniejszy jest postęp techniczny, szybki rozwój gospodarki czy liberalizacja handlu.

– Czym zajmował się pan konkretnie w czasie kampanii wyborczych? – Inni uczestnicy także mieli pytania.

Goryl rozgadał się na temat zadań wykonywanych w Nigerii w okresie wyborów burmistrza Ibadanu.

– Jeździłem wtedy wypożyczonym samochodem, obserwowałem wiece polityczne, robiłem zdjęcia i nagrywałem rozmowy. Inaczej nie mogłem, bo niektórzy ludzie boją się mnie. Tego nie rozumiem, ponieważ nikomu krzywdy nie zrobiłem. To nie leży w moim charakterze. Wyglądam trochę inaczej niż inni, ale nic na to nie poradzę. Taki się urodziłem.

Prezes Czuryłło powoli przekonywał się do niezwykłego kandydata mimo zakorzenionej niechęci do obcokrajowców. .

Po zakończeniu wywiadu na prośbę prezesa w gabinecie pozostał tylko przewodniczący komisji kwalifikacyjnej. Siedział na krześle ze wzrokiem utkwionym w ścianę i czekał. Nie chciał pierwszy zabierać głosu. Prezes dłuższy czas patrzył przez okno, zbierając myśli.

– Nie wydaje ci się, że Goryl, znaczy się Eze, to dobry nabytek dla nas? Zupełnie nietypowy obcokrajowiec, trochę taki dziwny. Goryl. Ta nazwa pasuje do niego jak ulał. Oczywiście ja tak nie myślę, mimo że – jak dobrze wiesz – ni lubię obcych. Mam tylko jedną wątpliwość. On chyba nie jest zbyt inteligentny, bo zawsze mówi otwarcie to, co myśli. Takie miałem wrażenie. A może to dobra cecha? My jesteśmy rozważniejsi, bardziej wyważeni, liczymy się ze słowami. To znaczy … my tutaj, kierownictwo partii, jesteśmy szczerzy ze sobą. Bez tego nie moglibyśmy w ogóle działać. Wracając do Goryla, jestem prawie przekonany, że będzie dla nas bardzo użyteczny, Myślę, że wykorzystamy go w pełni.

Prezes miał na języku jeszcze słowa „Jest idealny do specjalnych poruczeń”, postanowił jednak zachować tę myśl dla siebie. Miał już w głowie pewien plan.

Odc. 3

Nie mając jeszcze stałej pracy, miał ją podjąć dopiero za dwa miesiące, Adrian Eze zaoferował swój czas i energię partii. Prezesowi Czuryłło bardzo to odpowiadało. Zaczął od drobnych spraw. Dawał mu różne zlecenia, przeważnie prace organizacyjne i administracyjne. W sekretariacie dostawiono dla niego dodatkowe biurko.

Bezpośredni kontakt umożliwiał prezesowi obserwację. Goryl bez wahania wykonywał wszystkie zlecenia. Nie było po nim widać, że ma jakieś preferencje, nad czymś się zastanawia lub się waha. Był chętny do pracy bardziej niż inni członkowie partii. Każdy z nich miał jakieś oczekiwania; wychodziły one na jaw prędzej czy później.

Któregoś dnia prezes przywiózł ze sobą psa, czarnego teriera manchesterskiego, o imieniu Nero. Po pracy miał jechać z nim do szczepienia. Goryl natychmiast zaopiekował się zwierzęciem, wyprowadził je na spacer do pobliskiego parku i bawił się z nim dłuższy czas rzucając mu patyk do aportowania. Widać było, że bardzo lubi psy i to z wzajemnością. Prezes zauważył to, jak tylko Goryl wrócił z pupilem po zakończonym spacerze.

Wkrótce Goryl zaczął otrzymywać poważniejsze zlecenia. Otrzymywał je od samego prezesa, wyłącznie w formie bezpośrednich ustnych instrukcji, nigdy telefonicznie. Potem obydwaj omawiali szczegóły, jeśli zleceniobiorca miał jakieś pytania.

Zlecenia pisemne były bardzo rzadkie. Dotyczyły z zasady spraw bardziej zawiłych, z większą ilością szczegółów, wymagających zbierania danych lub opinii, lub sporządzenia analizy statystycznej. Zleceń pisemnych udzielał mu Kantar, osobisty asystent prezesa, w jego imieniu. Wyglądały zawsze tak samo: drukowane na jednej kartce cienkiego papieru, bez oznaczeń i podpisów. Asystent przywoził je rano ze sobą. Były drukowane poza siedzibą partii na drukarce, o której – z wyjątkiem prezesa i jego asystenta – nikt nie miał pojęcia, że w ogóle istnieje. Kantar kupił ją na pchlim targu, w innym mieście, kilka lat wcześniej.

– Nawet gdyby taka instrukcja wpadła komuś w ręce, ich autorstwa nie będzie można nikomu przypisać. Polityka to delikatna materia. Łatwo jest być posądzonym o niewłaściwe postępowanie – tłumaczył Kantar. Przekazując dokument prosił Goryla, aby po zapoznaniu się z treścią, zapamiętał to, co konieczne, a papier podarł na kawałeczki, wrzucił do sedesu i spuścił wodę.

– Ewentualnie możesz spalić papier, aby nie pozostawiać śladów.

W trakcie kolejnej rozmowy w cztery oczy z prezesem, Goryl przyznał się, że doskonale wie, jak go nazywają poza jego plecami.

– Taka jest prawda. Już się do tego przyzwyczaiłem i chyba już mi to nie przeszkadza. Mam szacunek dla ludzi i dla zwierząt, może nawet większy dla zwierząt niż dla ludzi. Wychowałem się w Nigerii, częściowo w dżungli, na terenach gdzie zwierzęta żyją na wolności. Znam ich zwyczaje równie dobrze jak zwyczaje ludzi. Obowiązuje tam prawda, bez względu na to, jak jest okrutna. Ludzie tutaj mają wypaczone pojęcie dżungli, jako czegoś podstępnego, najeżonego pułapkami i oszustwem.

Prezesowi ten fragment rozmowy zapadł w pamięć. Zdziwiło go, ze nieskomplikowany z natury człowiek snuje tak filozoficzne rozważania. Przypominało to zagadkę.

Każde otrzymane zadanie Goryl realizował z jednakowym wigorem i skrupulatnością bez względu na jego skalę, rangę czy znaczenie.

Zastanawiając się nad pracą Goryla, prezesowi mimowolnie nasuwały się dziwne porównania. Pozwalał sobie na nie tylko w obecności asystenta.

– On jest jak dziecko, bawiące się klockami, a zarazem chirurg prowadzący skomplikowaną operację. Obydwaj traktują każdy szczegół z identyczną uwagą, wszystko jest dla nich ważne; dla jednego sposób położenia klocka, dla drugiego precyzyjny ruch skalpela.

Wyniki swoich działań Goryl przedstawiał wyłącznie prezesowi lub jego asystentowi. Nikt poza nimi nie wiedział, że to on jest autorem zdarzeń, które potem wszyscy komentowali. Rzetelność realizacji zadań, wytrwałość i dyskrecja zyskały Gorylowi szacunek prezesa. Goryl stał się dla niego czymś w rodzaju niewidzialnej ręki, ideału pracownika partii, która jak każda inna organizacja podejmuje działania wymagające dokładności, skuteczności i dyskrecji.

– On to naprawdę lubi. Sprawia mu to autentyczną przyjemność. To jest jego życie. – Zadania stawiane mu przez partię poruszają jakąś ukrytą strunę jego osobowości, stanowią wyzwania, w których się spełnia. Przypomina to zdobywanie najwyższego szczytu w Tybecie w warunkach zimowych. – Tłumaczył prezesowi psycholog społeczny, jego dobry znajomy, z którego porad korzystał regularnie od czasu powierzenia Gorylowi pierwszego poważniejszego zlecenia. Chodziło mu o solidne zrozumienie motywacji, postępowania i reakcji członka partii wyraźnie odstającego od przeciętności.

Odc. 4

Z czasem partia powierzała Gorylowi coraz bardziej wymagające i ryzykowne zadania. Dwa razy zakłócił wiec opozycji, raz eksplodując petardę, drugi raz rzucając jajkiem w prowadzącego.

Był niewidzialny, działał jakby poza ludzkimi oczami i kamerami. Potrafił skutecznie zakłócić spotkanie. Jego szczególną umiejętnością było wydawanie z ukrycia przerażającego skowytu, kompletnie wyprowadzającego ludzi z równowagi. Nikt nigdy nie odkrył ich autora. Zdobywał też poufne informacje dotyczące przeciwników politycznych Jednego Narodu. Wiązało się to z niezwykłą łatwością poruszania się w każdych warunkach, wchodzenia do budynków i pomieszczeń, przemykania się bez zwracania na siebie uwagi. Asystent osobisty prezesa skomentował to lapidarnie:

– On naprawdę zasługuje na miano Goryla, ponieważ robi to z autentycznie małpią zręcznością.

Reporterzy i dziennikarze, jeśli nie bali się Adriana Eze, to z pewnością czuli przed nim respekt i nie lubili go. Zaskakiwał ich nieprzyjemnie na spotkaniach organizowanych przez Jeden Naród.

– On jest nieobliczalny. Musisz się przed nim pilnować – ostrzegali się nawzajem. I nie bez przyczyny, ponieważ potrafił nagłym, nieoczekiwanym ruchem ręki a nawet głowy wybić z dłoni aparat fotograficzny lub dyktafon w taki sposób, że wyglądało to na niezręczność. Nie można było go o nic oskarżyć; on sam nie sprzeciwiał się i nie protestował, kiedy mu to wytykano. Wręcz przeciwnie, przepraszał za niezręczność.

Media nie komentowały jego niezwykłych umiejętności, bojąc się oskarżeń o naruszenie ludzkiej godności. Natychmiast zarzucono by im dyskryminację, ponieważ część społeczeństwa przyznała Eze specjalne prawa uznając go za osobę poszkodowaną przez los.

Prezes Czuryłło podejrzewał, że niezwykła zręczność Goryla wynika z dwoistości jego natury, połączenia cech ludzkich i zwierzęcych. W końcu sam uwierzył, że Goryl ma w sobie także geny zwierzęce. Dzielił się tym poglądem niechętnie, wyłącznie z zaufanymi osobami z kierownictwa. Od pewnego czasu traktował Goryla jako kogoś wyjątkowego. Czasem bał się nawet mówić o nim, obawiając się wyjść na głupka, ośmieszyć siebie i partię, że głosi poglądy sprzeczne ze zdrowym rozsądkiem.

– Mówiąc to czuję się tak, jakbym twierdził, że ziemia jest płaska, kiedy wszyscy są pewni, że jest okrągła.

– Panu prezesowi chodzi o coś znacznie poważniejszego niż dyskusja o kształcie naszej planety – takim i podobnymi komentarzami asystent prezesa usiłował wzmocnić przekaz swojego szefa.

Myśl o nieprzeciętnych cechach Goryla tak bardzo prześladowała prezesa, że zlecił potajemne zbadanie próbki śliny Goryla pozostałej na jego chusteczce higienicznej wyrzuconej do kosza. Badania genetyczne wykluczyły podejrzenia sugerujące związki Adriana Eze ze światem zwierzęcym.

Niezależnie od negatywnych wyników badania, prezes Czuryłło miał coraz więcej obaw. W postępowaniu podopiecznego dostrzegł pewną nieobliczalność; Goryl nigdy nie zastanawiał się nad powierzanymi mu zadaniami; wszystkie bez zastrzeżeń akceptował i realizował, nawet jeśli stały one na pograniczu prawa. Prezes myślał o tym z coraz większym niepokojem.

– Abstrahując od korzyści, jakie osiągamy z jego działań, Adrian stanowi dla nas coraz poważniejsze zagrożenie. On zachowuje się jak dziecko, jest naturalny, otwarty i szczery. Mam wrażenie, że po prostu nie umie kłamać. Jeśli dotychczas nie ujawniono niektórych naszych działań to tylko dlatego, że wszystko mu się dotychczas udawało. W końcu jednak się potknie. To jest nieuniknione, bo nikt nie jest nieomylny. Wtedy sprawa wyjdzie na jaw, pojawi się w mediach, może nawet trafić na wokandę sądową. Zostaniemy oskarżeni, znajdziemy się pod obstrzałem. Czy możemy być pewni, że Adrian pod presją nie obciąży nas wówczas, mówiąc szczerze, co się stało? Czy on potrafi powiedzieć „nic nie wiem w tej sprawie” albo „nie mam tu nic do powiedzenia”, albo „nie wiem, o co chodzi”, inaczej mówiąc zaprzeczyć samemu sobie, swojej naturze? Czy w ostrej konfrontacji, na przykład w sądzie, nie wyzna wszystkiego, co wie?

Odc. 5

Po zwycięskich wyborach parlamentarnych, w których Eze miał znaczący choć milczący udział, zwolniono go z partii. Zaskoczyło to wszystkich. Decyzje podjął osobiście prezes Czuryłło. Konsultował ją tylko z dwoma najbliższymi współpracownikami, swoim zastępcą oraz asystentem osobistym. Aby upewnić się co do słuszności jego decyzji, wspólnie ocenili działania i charakter Goryla. Podsumowanie w ustach prezesa zabrzmiało jak uzasadnienie wyroku sądowego.

oryl zyskał sławę, nie da się tego ukryć, jako utalentowany i oddany członek naszej partii. Ludzie z zewnątrz też to wiedzą. Nie są ślepi i widzą, jak sprawy wyglądają. Też nazywają go Gorylem, czasem także Małpą, czego osobiście nie akceptuję ani nie pochwalam, co jednak mogę zrozumieć. To, co jest najgorsze, sam zrozumiałem to bardzo późno, to fakt, że on nie umie kłamać. Gdyby ktoś sprytnie go podszedł, gdyby przyciśnięto go do muru, nie umiałby zaprzeczyć, skłamać, co u nas robił i nadal robi. Człowiek nie umiejący kłamać, dla wielu ideał etyczny, dla partii politycznej jest niebezpieczny. Powiem szczerze, bardzo niebezpieczny. Dlatego musiał odejść z partii. Teraz najważniejszą kwestią jest, jak to zakomunikować, aby ta decyzja była zrozumiała dla innych członków partii. Musimy to jakoś wytłumaczyć i wy musicie mi pomóc w stworzeniu przekonania, że była to słuszna decyzji. Po co nam członek partii, którego niewzruszona etyka naraża nas na poważne niebezpieczeństwo?

W rozmowie w cztery oczy z Adrianem Eze, prezes przedstawił swoją decyzję jako decyzję kierownictwa podyktowaną interesem całej partii.

– Mimo niewątpliwych zasług dla Jednego Narodu, nie jesteś dobrze widziany przez większość naszych członków. Nie lubią cię, unikają kontaktów z tobą, są ci niechętni. Mają jakieś powody, których nie rozumiem, bo nie chcą o nich mówić, To wprowadza ferment w nasze szeregi. Dlatego musimy się rozstać. Jest mi bardzo przykro z tego powodu.

Eze nie rozumiał decyzji partii. Zajęło mu trochę czasu, zanim pogodził się z nią. Po decydującym spotkaniu z prezesem, rozmawiał jeszcze raz z nim samym i z jego asystentem. Obydwaj prosili go, aby nie dzielił się treścią rozmowy z innymi osobami.

Rozżalony na los Adrian zaglądał częściej do knajpy “Hot Africa”. Siedzącego samotnie w kącie przy stoliku wypatrzył Zeno Treska, kolega partyjny. Poznali się współpracując przy dwóch projektach. Treska polubił Adriana ze wszystkimi jego zaletami i słabościami. Nie przeszkadzała mu inność fizyczna i kulturowa. Nie porównywał go ze zwierzętami. On jeden w rozmowach z członkami partii nie używał ksywy Goryl, tylko imienia lub nazwiska. Na zakończenie spotkania, zapytany jak sobie radzi finansowo, Adrian wyjaśnił:

– Ty jeden traktujesz mnie przyzwoicie, więc odpowiem ci szczerze. Otrzymuję od partii świadczenie finansowe. Płatności idą z funduszu specjalnego i są traktowane jako usługi konsultacyjne. Jestem poza partią, ale pozostaję jej stałym doradcą. Mam nadzieję, że prezes zechce jeszcze skorzystać z moich usług. 

– To wszystko prawda? – Zapytał Treska ciesząc się, że Adrian otrzymał rekompensatę za niesprawiedliwą decyzję.

– Wszystko, co usłyszałeś ode mnie, jest zgodne z prawdą. Nie znoszę kłamstwa, nawet jak robię coś podłego. Czarne to czarne, białe to białe.

Autor: Michael (Michał) Tequila
Gdańsk, 5 marca 2020

0Shares

Miniatura z kolibrem. Opowiadanie.

O godzinie czwartej rano, kiedy mężczyzna jest najbardziej twórczy, zamiast zająć się czytaniem Kamasutry, Iwan Iwanowicz pisał opowiadanie. Sam nie wiedział dlaczego, nigdy przedtem tego nie robił. Wyszło tak krótkie, że musiał je przeczytać trzy razy, aby nabrać poczucia, że coś rzeczywiście stworzył.

Dzieło miało klasyczny kształt, początek, rozwinięcie i zakończenie. Od pierwszej do ostatniej litery wypełniała je niebagatelna fabuła, niosąca pocieszenie dla obywateli strapionych pojawieniem się strasznego Gonokoka Królewskiego, o którym wszyscy słyszeli, nikt go jednak nie widział.

Była to historia samotnej kropli alkoholu, której udało się wyrwać na wolność z butelki, gdzie nastąpiło udane połączenie miłosne spirytusu i pszczelego miodu w dodatkiem aromatycznych ziół. Wiedział, jak dobry i mocny jest to nektar, ponieważ jego ojciec przygotował niegdyś litr takiego trunku i starszy brat go upił. Iwan Iwanowicz był wtedy jeszcze dzieckiem i dawał się straszyć wizjami, jakie nieszczęścia go spotkają, jeśli nie spróbuje cudownego ojcowskiego napoju, jak i mamić pochlebstwami, jaka to radość go spotka, jeśli to uczyni.

Zastanawiał się nad tytułem opowiadania.

Myślał o czymś finezyjnie wdzięcznym, odpowiadającym powabowi miniatury. Dwa tytuły przyszły mu do głowy. Pierwszym była “Kropla”. Po chwili zastanowienia, odrzucił go, uznając nie tylko za banalny, dziecinnie prosty, ale i niebezpieczny, bo mogący sugerować coś nieprzyzwoitego, na przykład kroplę zjadliwego wąglika rozpuszczonego w wodzie zdolnego unicestwić wielkie miasto.

Drugie skojarzenie, „Koliber”, wydało mu się o niebo lepsze. Jak tylko zapisał tytuł kształtując jego pierwszą literę na podobieństwo skrzydeł ptaka, usłyszał cichy szum. Ptak ożył i poruszał miniaturowymi skrzydełkami, aby utrzymując się nieruchomo nad kroplą z opowiadania, spijać jej nektar.

Nie trwało to długo. Jak tylko skończył się napój, koliber zwalił się pijany na podłogę i zaczął chrapać. Iwan Iwanowicz nie wierzył własnym oczom. Po metamorfozie z delikatnego ptaszka w obrzydliwie chrapiącego potworka, koliber wydał mu się czymś równie łajdackim jak miłość bez seksu, kradzież ostatniej pary butów bezdomnemu, czy wyssanie z piersi kobiecej ostatniej kropli mleka przeznaczonej dla zgłodniałego oseska. 

Po tych wszystkich dodatkach, z koliberkiem, piciem nektaru, upadkiem i chrapaniem, opowiadanie urosło do całkiem przyzwoitych rozmiarów. Iwan Iwanowicz przeczytał je ponownie i uznał za udane. Było o niebo lepsze niż to pierwsze, miniaturowe. Kiedy uświadomił sobie piękno formy i treści, zrozumiał, że po stworzeniu takiego arcydzieła nie wyjdzie już z uwielbienia dla siebie samego. Postanowił zostać Narcyzem, człowiekiem tak zapatrzonym w siebie, że nie potrafi dostrzec potrzeby radykalnej naprawy psychiki, do czego od dawna zachęcała go rodzina. Myśl o Narcyzie przyniosła mu tyle ulgi, że zasnął. Śniło mu się ze zdziecinniał, co uznał za najlepsze rozwiązanie w czasach, kiedy za dziecko otrzymuje się niezły profit. Myśląc o pieniądzach, Iwan Iwanowicz pozostał w sennym błogostanie aż do późnego rana.

Kiedy obudził się, w jego głowie gościło już wyjaśnienie, skąd wziął się pomysł opowiadania. Chodziło o odrobinę absurdu, minimalnej dawki higieny psychicznej, niezbędnej dla oderwania się od przykrości, jakie spotykają każdego w życiu: słuchania ludzi nie mających nic do powiedzenia, siedzenia w samochodzie uwięzionym w kilometrowym korku, kobiety niegdyś słodszej od marcepana teraz uświadamiającej ci z konsekwencją walca drogowego, jakim jesteś brudasem lub niedorajdą, czy też – na dobrą sprawę –  mężczyzny, niegdyś kształtnego jak Adonis, teraz przypominającego donicę leżącą z butelką piwa przed telewizorem, ukochanego dzieciątka budzącego cię trzydzieści razy nocą bez podania choćby zmyślonej przyczyny, teściowej kopiącej ci grób przypominaniem, że skończysz na cmentarzu dla oślepionych alkoholem samobójców, szefa o kwadratowym pysku wytykającym ci błędy, których nie akceptujesz, a czasem nawet nie rozumiesz, czy też ukochanego pudla, który pogryzł cię boleśnie, kiedy dla żartu usiłowałeś wyrwać mu kość z pyska.

Po przeczytaniu pełnej wersji opowiadania uznał, że trochę przerysował niektóre sytuacje. Dla równowagi pocieszył się myślą, że nadmiar sarkazmu czy krzywonogiego humoru nikogo jeszcze nie zabił. 

0Shares

Instrukcja obsługi pejcza. Opowiadanie.

Odc. 1

Alfons Daudet Carrere de Waldorff, arystokrata z dziada pradziada, dożył wieku, w którym imponował otoczeniu kondycją fizyczną, rozumem i dobrym samopoczuciem. Jak twierdził, zawdzięczał to ćwiczeniom, zdrowemu odżywianiu się i dziedzictwu genetycznemu. Wyróżniała go świeżość poglądów, praktycznie na każdy temat, w późniejszych latach także rozległa wiedza na temat bezsenności. W tym zakresie arystokrata okazał się prawdziwym autorytetem.

Życie Alfonsa miało nie tylko jasne strony. W jego arystokratycznym rodzie mężczyźni od pokoleń obciążeni byli bólami kręgosłupa i bezsennością. Nie sposób było dociec źródła tych przypadłości. Przyczyn mogło być kilka, jedna ważniejsza od drugiej: upadki z konia, pojedynki, awanturniczy tryb życia, kazirodztwo, nadużywanie alkoholu.

Historia zdrowia przodków Alfonsa było o tyle przejrzysta, że lekarze rodzinni rodu Daudet Carrere de Waldorff od pokoleń prowadzili zapiski medyczne. Z uwagi na luki informacyjne utrudniające ostateczne wyjaśnienie, co legło u podstaw dziedzicznego bólu pleców, Alfons wystąpił do sądu o zgodę na ekshumację szczątków swoich przodków w celu prześledzenia zmian DNA i ich wpływu na siebie.

Ekshumacja okazała się niemożliwa. Sąd z niezrozumiałych względów powziął podejrzenie, że Alfons nie czyni tego z pobudek medycznych, lecz dla upowszechnienia drzewa genealogicznego potwierdzającego jego arystokratyczne pochodzenie. Czy była w tym jakaś racja, nie wiadomo. Tak czy inaczej Alfons zrezygnował z planu ekshumacji po dwóch nieudanych apelacjach. Sprawę ostatecznie przesądził bliski przyjaciel Alfonsa, książę de Barry, też Alfons z imienia, który zauważył, że drzewo genealogiczne linii męskiej rodu Daudet Carrere de Waldorff ma kształt dębu poważnie zdeformowanego w połowie wysokości pnia. Ujawnienie faktu jakiejkolwiek deformacji zapisu genealogicznego, prawdziwej czy domniemanej, Alfons uznał za niepotrzebne zagrożenie.

„Arystokratę z łaski bożej”, jak czasem myślał o sobie, nie ominęły też cierpienia związane z wielkimi zdarzeniami, Drugą Wojną Światową oraz dwoma nieudanymi zamachami na siebie. Ich powodem były oskarżenia o kolaborację z wrogiem w czasie wojny i zdradę narodu. Ostrzeżony przez nieznaną osobę przed zamachem, Alfons zdołał w porę uciec za granicę. Wrócił dopiero wtedy, kiedy zamachowcy zostali ujęci i skazani na wieloletnie więzienie.

Bolesne doświadczenia życiowe doprowadziły mężczyznę do depresji, z której na szczęście udało mu się wyjść dzięki lekom, psychoterapii i skutecznemu wsparciu rodziny i przyjaciół. Choroba pozostawiła mu jednak wzmożoną skłonność ulegania frustracji. Kiedy coś mu się nie układało, natychmiast denerwował się. Byle co wyprowadzało go z równowagi. Jego stara opiekunka przypomniała mu, że starszą panią, jego matkę, również ogarniał nieuzasadniony niepokój, kiedy sprawy nie szły po jej myśli.

– Niedaleko pada jabłko od jabłoni – to przysłowie pocieszało Alfonsa, kiedykolwiek je sobie przypomniał.

Stosunek Alfonsa Daudet Carrere de Waldorff do polityki zmieniał się w miarę upływu lat. W młodości i wieku średnim brał on aktywny udział w polityce, podobnie jak jego przyjaciele, głównie w obronie przywilejów arystokracji przed zakusami populistów, czy to reprezentujących rząd czy opozycję. 

W miarę upływu lat w politykę angażował się coraz niechętniej. Nie bez znaczenia były pogłębiające się problemy zdrowotne, głównie bóle kręgosłupa i kłopoty ze snem, odbierające mu energię i chęć do życia. Był praktyczny, do akcji włączał się najchętniej wtedy, kiedy pojawiała się możliwość dokopania przeciwnikom grupy społecznej, którą reprezentował. Uważał już wtedy, że jedynym godnym go adwersarzem może być tylko partia rządząca.

Na opozycję patrzył niechętnie, niezależnie od tego, co sobą reprezentowała. W jego ocenie partie opozycyjne skazywały się na grób i zapomnienie już następnego dnia po przegranych wyborach. Od tej chwili przestawały go interesować.

– Nie będę kopać nieboszczyka! – to było hasło, którymi dzielił się z przyjaciółmi. – Zwalczanie opozycji, nawet nam niechętnej, mija się z celem, jest niewdzięczne i bez sensu, ponieważ ci ludzie nie mają już nic do powiedzenia – był tak przekonany o swojej racji, że nawet nie podejmował dyskusji.

Rosnące rozczarowanie polityką doprowadziło go wkrótce do przekonania, że najbardziej twórczą postawą jest uznać się za arystokratę ducha, osobę światłą i kulturalną, przerastającą społeczną bylejakość i przeciętność. W dojściu do tego wniosku nie bez znaczenia były dyskusje nad Arystotelesem, definiującym arystokrację jako ludzi najlepszych pod względem moralnym.

Odc. 2

Gdyby nie bezsenność, Alfons Daudet byłby człowiekiem najszczęśliwszym na świecie. Prowadząc życie w miarę towarzyskie kładł się spać raczej wcześnie, już o godzinie pierwszej po północy. Morfeusz, bóg i uosobienie marzeń sennych, nie był dla niego łaskawy. Budził Alfonsa wcześnie, czasem nawet o godzinie drugiej po północy, najczęściej pod pozorem, że ma obowiązek udać się do toalety w celach zrozumiałych tylko dla pęcherza.

Na początku częstsze budzenie się w nocy a następnie bezsenność wydawały się arystokracie jedynie utrapieniem, lecz zmieniało się to z czasem. Noce stawały się coraz bardziej męczące, a sama dolegliwość nie tylko frustrująca, ale i coraz bardziej niebezpieczna. Chodząc po obszernej rezydencji miejskiej, gdzie najczęściej przebywał, zdarzało mu się zapadać w nagły mikrosen, obijać się o meble, framugę drzwi a raz nawet wejść na ścianę. Niedługi czas potem zdarzyło mu się, zupełnie nieświadomie, postawić garnek z wodą na płytę elektryczna, i włączyć ją prawdopodobnie w celu zaparzenia sobie herbaty lub kawy. Najgorsze było to, że zapomniał ją wyłączyć. Uczynił to dopiero wtedy, kiedy – wciąż chodząc po mieszkaniu – poczuł swąd spalenizny wściekle rozgrzanego metalu. Zdarzało mu się też przenosić rzeczy z miejsca na miejsce, przestawiać krzesła i wykonywać inne zupełnie bezsensowne czynności.

Swoimi nocnymi doświadczeniami dzielił się jedynie z przyjaciółmi, wyłącznie mężczyznami, opisując je zwięźle, po żołniersku, językiem dosadnym, nabytym w czasie kontynentalnej i zamorskiej służby wojskowej. Jego język w takich momentach bywał zgoła niearystokratyczny.

– Kułła mać! – Przyłazi do mnie nieproszona i budzi mnie swoim szeleszczącym opowiadaniem o ciszy nocnej i sennych marzeniach, a następnie nudzi stercząc przy wezgłowiu aż do białego rana. Kiedy wreszcie mnie opuszcza, zapadam w błogosławiony sen.

To czysta złośliwość losu, bo właśnie wtedy uaktywnia się moja rodzina, szczeka pies, hałasują śmieciarze oraz interweniuje przychodnia, dzwoniąc do mnie z samego rana w sprawie ustalenia terminu wizyty u lekarza następnego roku. – Przyszły rok to dla mnie za wcześnie – tłumaczę kobiecie cierpliwie. – Nie mogę robić badań tak często. Co dwa lata zupełnie mi wystarczy. Proszę przełożyć to spotkanie na kolejny rok.

To, że Alfons mówił niezdarnie, a nawet się jąkał, wyjaśniał zawile nietypową konstrukcją krtani i strun głosowych utrudniających mu właściwą pracę warg, górnej i dolnej szczęki, podniebienia twardego i miękkiego, zębów oraz języka, najbardziej mobilnego organu artykulacji. Raz tylko, będąc w stanie lekkiego odurzenia alkoholowego, przyznał, że jego problemy wymowy były skutkiem omyłkowego usunięcia fragmentu organów głosowych w trakcie operacji migdałków, kiedy był jeszcze dzieckiem. Innym razem, również pod wpływem alkoholu, opowiadał, że przyczyną był niewyraźnej mowy był nieprawidłowo osadzony ząb trzonowy redukujący przepływ powietrza.

Opowiadanie różnych wersji tej samej historii zdarzało mu się coraz częściej. Zarzucano mu kłamstwo; bronił się przed takimi oskarżeniami. Uspokoił się i przestał komentować zarzuty dopiero wtedy, kiedy usłyszał wyjaśnienie profesora dwóch specjalności, laryngologii i psychologii społecznej.

– Zmyślanie nie jest już cechą szczególną człowieka. Zdarza się ono wielu osobom. Jest to cecha współczesności, powszechnego uznania prawa do indywidualizmu i szerszego zakresu praw jednostki. Zmyślając i fantazjując, poszerzamy nasz obszar doznań i lepiej poznajemy zakres naszych możliwości. W zmieniającym się szybko świecie jest to mechanizm obronno-rozwojowy.

Aby zabić czas nocnej bezsenności Alfons założył z przyjaciółmi cierpiącymi z tego samego powodu grupę dyskusyjną. Nazwali ją żartobliwie Stowarzyszeniem Marków Nocnych. Spotykali się na Skype w małych grupach, aby wymieniać poglądy, jak radzą sobie z bezsennością, a nawet dla zabicia nudy oczekiwania na powrót snu. Padały wtedy różne propozycje i hasła. Alfons sam przedstawił kilka haseł. Najbardziej podobało się wszystkim mocne sformułowanie, o charakterze imperatywu:

– Bezsenność trzeba wziąć za mordę i twórczo ją wykorzystać.

Mówiąc to, miał na uwadze, że musi istnieć jakiś sposób skutecznego przeciwdziałania bezsenności, może nawet jej twórczego wykorzystania. Szukając rozwiązań, Alfons, podobnie jak i inni uczestnicy forum dyskusyjnego, prowadził notatki dokonując obserwacji i wykonując eksperymenty.

Przyniosło to zupełnie nieoczekiwane rezultaty. O ile wcześniej Alfons sądził, że źródła bezsenności mają swój początek w stresie, przepracowaniu i nieodpowiedniej postawie w pracy, to prowadząc obserwacje z czasem uznał, że główną przyczyną budzenia się w nocy jest w jego przypadku ból pleców. Było to odkrycie na miarę archimedesowskiego „Eureka”. Przedstawił je na nocnym forum dyskusyjnym. Odkrycie uznano za niezwykle ważne, ponieważ wcześniej wszyscy doszukiwali się problemów w głowie, w psychice rozstrajającej pracę organizmu, a nie w napięciu mięśni związanym z wadliwą postawą, niehigienicznym trybem pracy czy starzeniem się człowieka.

Odc. 3

Nie mogąc zasnąć nocą, Alfons spacerował po salonie. Miał tam najwięcej miejsca i swobody ruchów. Obracając tułowiem na wysokości klatki piersiowej w prawo i w lewo starał się rozluźnić napięte mięśnie pleców. Wymagało to czasu i cierpliwości, lecz nie zawsze przynosiło ulgę.

Rehabilitantka wytłumaczyła mu, że w trakcie dnia, kiedy człowiek się porusza, nie odczuwa tego napięcia.

– W łóżku, po zaśnięciu, wskutek bezruchu to napięcie kumuluje się, budzi pana i uniemożliwia ponowne zaśnięcie. Na pewno wpływa na to siedzący tryb życia. O ile wiem, dużo pan czyta i długo siedzi przed komputerem.

Alfons przyjął wyjaśnienia bez zastrzeżeń. W duchu obiecał sobie spędzać mniej czasu przed komputerem, wiedząc, że nie dotrzyma słowa.

Po kilku tygodniach wymiany informacji i doświadczeń z członkami Stowarzyszenia Marków Nocnych, Alfons uznał za konieczne skorzystać z wiedzy innych osób, także naukowej, aby zyskać głębsze zrozumienie relacji między bólem pleców, biczowaniem się i rozładowaniem napięcia mięśni. Nie było to proste, chodziło bowiem o wiedzę z zakresu anatomii, fizjologii i psychiki człowieka, również z farmakologii, jeśli w grę wchodziłyby leki.

O zgłębieniu tematu myślał już wcześniej, nic jednak nie zrobił w tym kierunku. Powstrzymywała go niechęć uczenia się, jak odróżniać informacje prawdziwe od fałszywych, rzeczywiste od pozornych, w dziedzinach wiedzy, które z gruntu były mu obce. Przełamał się dopiero wtedy, kiedy jasno określił sobie, co go naprawdę interesuje. Najbardziej intrygowało go biczowanie się jako forma oczyszczenia cielesnego i duchowego praktykowana często przez członków sekt religijnych.

Któregoś dnia, po kolejnej źle przespanej nocy, usiadł po obiedzie w fotelu i nie wiedząc nawet kiedy, wkroczył w świat marzeń i fantazji. Były one odległe od realiów bezsenności nocnej, a zarazem bardzo jej bliskie. Przeżycia były jak najbardziej oczywiste, realne; Alfons przebywał wśród ludzi, rozmawiał z nimi, uczestniczył w zdarzeniach. Najpierw znalazł się na pustyni, gdzie z powodu burzy piaskowej nie mógł dostrzec słońca, a musiał zorientować się co do kierunków stron świata. Zdenerwowało go to. Uczestniczył kiedyś w wyprawie na pustynię; nie pozostawiła mu ona przyjemnych wspomnień. Przewodnik pozorował, że stracił orientację i przetrzymał ich w szalonym upale, aby w pełni poznali, co znaczy pustynia. To doświadczenie otworzyło mu oczy. Podjął postanowienie.

– Muszę wiedzieć nieporównanie więcej o bólu i biczowaniu. Zdobyć nowe doświadczenia. Z pierwszej ręki, a nie z opowiadań czy lektury – powtórzył to kilka razy, aby zakodować w głowie. Podziałało to jak hipnoza.

Kiedy wrócił do przytomności, wyszukał w Internecie adresy osób i organizacji związanych z masochizmem. Ich odszukanie okazało się w praktyce trudniejsze niż sobie wyobrażał. W końcu dotarł do klubu masochistów poprzez sklep z artykułami dla dorosłych, usytuowany w centrum Paryża przy Boulevard de Sebastopol, w pobliżu miejsca, którego adres sobie zanotował.

Kiedy zobaczył napis Passage du Grand Desir, wszedł do środka. Wyjaśnił samotnej sprzedawczyni, czego i w jakim celu szuka. Była to młoda dziewczyna, z buzią przedwcześnie dojrzałej kobiety i ciałem pełnym krągłości, wyraźnie bardziej oddanym jedzeniu niż ćwiczeniom na wolnym powietrzu. Po chwili rozmawiali ze sobą jakby znali się od lat. Spokojnie mu oznajmiła, że jest otwarta na każde doświadczenie życiowe, włącznie z erotycznymi.

– Ale tylko w zakresie, jaki jestem gotowa zaakceptować i tylko w sposób, który mi odpowiada – to zdanie podsumowało jej stanowisko.

Kiedy ujawniła swoje zainteresowania i uznała je za zupełnie normalne „w obecnych czasach”, jak to określiła, pomyślał, że to jakaś erotomanka.

Uznał jednak, że skoro zatrudniono ją w takim sklepie, to dlatego, że reprezentowała postawę i styl życia praktykowany przez osoby wyrosłe w czasach pełnej wolności obyczajowej. Jego myśli mieszały się z jej wyjaśnieniami.

– To ja odstaję od rzeczywistości, a nie ona. Wydawało mi się, że widziałem i przeżyłem wiele i nie jestem pruderyjny, ale teraz widzę, jak bardzo pozostałem w tyle za młodym pokoleniem.

Sprzedawczyni, jak się okazało miała niewyszukane imię Giselle, zaoferowała klientowi sesję masochistyczną. Wyjaśnień udzielała płynnie; widać było, że robiła to już wielokrotnie i miała wprawę.

– To rodzaj instruktażu, który ułatwi panu pełne zrozumienie bólu i cierpienia, jak również przedmiotowego traktowania ciała, zależności cierpienia i rozkoszy, a nawet redukcji cielesnego wymiaru człowieka do kategorii przedmiotu. Nic nie będzie pana krępować. Nie ujawnia pan nikomu swojej tożsamości. Będzie pan w masce podobnie jak pozostali uczestnicy tej zabawy. Nie stawiamy żadnych ograniczeń; nasi klubowicze zachowują się swobodnie. Mogą być aktywni lub pasywni, zadawać ból lub poddawać się biciu, mogą też być wyłącznie obserwatorami. Tu nie ma żadnego przymusu. Ani przemocy – dodała, podnosząc nieznacznie ton głosu. – Może pan w każdej chwili wejść i wyjść.

Słuchając dziewczyny, Alfons obserwował jej usta; dopiero teraz dostrzegł, że miała pełne, czerwone wargi i białe, śmiesznie nierówne zęby.

Po skasowaniu opłaty, która wydała mu się wysoka, Giselle położyła na ladzie kilka masek, zapewniając, że ich użycie jest absolutnie higieniczne, ponieważ są to przedmioty jednorazowego użytku. Alfons przymierzył wszystkie i wybrał maskę zakrywającą nie tylko większą część twarzy, ale i brodę. Był z tego zadowolony, albowiem miał charakterystyczny, wydatny podbródek, wyróżniający go spośród innych mężczyzn. Maska była w czarnym kolorze i dobrze pasowała do jego twarzy.

Odprowadzając go do bocznych drzwi w tyle sklepu, Giselle dodała:

– Proszę mi wierzyć. Nie będzie pan żałować.

Odc.4

Chwilę potem Alfons stał już, mrużąc oczy, w niewielkiej sali bez okien z przyćmionymi światłami u sufitu. Na ścianach wisiały dziesiątki akcesoriów sadomasochistycznych, podzielonych na grupy i zestawy. Oczy gościa prześlizgiwały się po nich szukając w pamięci stosownych określeń: zwykłe policyjne kajdanki, kneble, pejcze, obroże, zaciski, metalowe rozpórki, skórzane opaski na ręce, kajdanki na ręce i na nogi z pasami mocującymi do łóżka, metalowy łańcuch, zestaw do chłosty i krępowania, skórzana obroża na szyję, erotyczna opaska na oczy, w końcu coś, co przypominało kaftan bezpieczeństwa.

W głębi pomieszczenia arystokrata zauważył zbliżonych do siebie mężczyznę i kobietę. Oboje byli w maskach. Stali w niezwykłej pozie; ona dominacji, on podporządkowania. Kobieta miała na sobie czarny gorset odsłaniający ramiona z białymi wypustkami przypominającymi skrzydła pingwina. Gorset dokładnie opinał jej zgrabne ciało. Jędrne uda zdobiły siatkowe rajstopy z motywami lwa stojącego na tylnych łapach, łącząc się zgrabnie z wysokimi butami z czarnej skóry. Najdziwniejsze wydały się Alfonsowi jej okulary; niewyszukane oprawki ze zwykłymi szkłami przylegające do otworów maski przeznaczonych na oczy.

Partner, ubrany w podobnym guście w czarny obcisły strój, z solidną wybitą gwoździami obrożą na szyi, klęczał u stóp kobiety w pozie wiernego psa z pyskiem obróconym w kierunku twarzy właścicielki. Kobieta bez pośpiechu smagała mężczyznę pejczem po plecach i udach. Alfons słyszał ciche jęki spazmatycznej litanii bólu i rozkoszy, jakby uderzenia pejcza przynosiły ulgę zarówno katowi jak i ofierze.

Zainteresowanie parą sadomasochistów Alfons stracił w momencie, kiedy uświadomił sobie, że w swoim bogatym życiu miał wiele okazji wypróbowania podobnych praktyk. Nigdy go jednak nie ciągnęło w tym kierunku, ponieważ znajdował aż nadto pozytywnych przeżyć w klasycznym obcowaniu z kobietami. Był żonaty dwa razy, miał też przyjaciółki, tak że nie mógł narzekać na brak doświadczeń miłosnych i seksualnych.

Zwrócił wzrok ku akcesoriom. Najbardziej interesowały go pejcze. Wchodząc do sali widział kilka na ścianie. Odszukał je wzrokiem, podszedł i przyglądał im się, oceniając w końcu, że nie ma w nich nic specjalnego. Kiedy zauważył, że para w głębi sali zrobiła sobie przerwę, podszedł do nich i zapytał, czy nie przeszkadza im, że ich obserwuje.

– Wręcz przeciwnie, sprawia nam to przyjemność. Dlatego tu przechodzimy. Miłość to gra zbiorowa, w której uczestnicy stają się jednością, dzielą się sobą, uczestnicząc w akcie wspólnej miłości. Przynajmniej my to tak widzimy. To nas ekscytuje, rozwija i wzbogaca uczuciowo – wyjaśniali jedno przez drugie. – Kiedy mamy chęć, zamieniamy się rolami i wtedy on mnie biczuje – kobieta wskazała ręką partnera, który podniósł się na nogi i wyprostował.

– To mi przypomina ekshibicjonizm … – zaczął Alfons ostrożnie, niepewny reakcji rozmówców.

– Absolutnie ma pan rację! – podchwycił mężczyzna w sposób, który wydał mu się egzaltowany.

Alfons pomyślał o nich „zboczeńcy”, po czym zreflektował się, że sam jest nie inny, ani lepszy ani gorszy.

Był tolerancyjny w stosunku do ludzi tak długo, jak to, co rozbili, opierało się na zgodzie drugiej strony i nikt nie czuł się szukany, eksploatowany czy wykorzystywany. W sadomasochizmie nie znalazł nic atrakcyjnego, może z wyjątkiem działania endorfin, o których wspomniała dwójka sadomasochistów. Uznał to za sprawę wymagającą bliższego rozpoznania. Sam biczował się nie po to, aby osiągnąć przyjemność, ale dla wywołania relaksu mięśni pleców, niezbędnego dla kontynuacji snu.

Odc. 5

Sesja sadomasochizmu w klubie prowadzonym przez sklep Passage du Grand Desir niewiele dała Alfonsowi. Uznał, że nie jest to miejsce dla człowieka, który biczując się poszukuje zmniejszenia fizycznego bólu a nie zaspokojenia seksualnego. To, że używał pejcza podobnie jak sadomasochiści, było przypadkowe; wykorzystywał go do osiągnięcia zupełnie innych celów.

Pejcz pozostał w centrum zainteresowań Alfonsa mimo jego zniechęcenia sadomasochizmem. Arystokrata postanowił pracować nad metodami jego skuteczniejszego wykorzystania nie zaniedbując innych poszukiwań.

Bóle pleców i bezsenność nasilały się i coraz bardziej przytłaczały Alfonsa. Rozpaczliwie potrzebował pomocy, jakiejś nowej deski ratunku. Z doktorem Bienvenue, lekarzem rodzinnym, rozmawiał już wcześniej na te tematy. Jego zalecenia uznał za mało użyteczne. Tym razem za jego poradą zgodził się spędzić kilka dni w klinice zaburzeń snu Centre du Sommeil et de la Vigilance w celu wykonania wszechstronnych badań snu i uzyskania pełnej diagnozy. Klinika mieściła się przy Avenue de Villiers.

Pacjenta zbadano gruntownie w jednej długiej sesji nocnej. Było to męczące, ponieważ w czasie ośmiogodzinnego snu Alfons był podłączony przewodami do dwunastu czujników, co mu ogromnie utrudniało nawet proste przewrócenie się na łóżku.

– Pobyt w klinice nie dał mi nic, o czym bym nie wiedział wcześniej. Zalecono mi zmianę trybu życia na bardziej ruchliwy, dietę z większą ilością warzyw i mniejszą ilością mięsa oraz ćwiczenia jogi dla wyciszenia organizmu. Rozczarowałem się. Znowu utknąłem na bezdrożach bezsenności – skarżył się księciu de Barry, z którym w ostatnim czasie utrzymywał bliższe stosunki towarzyskie.

Badania w poradni zaburzeń snu miały przynajmniej jeden pozytywny skutek; Alfons podjął rezolucję. Wypowiedział ją głośno, aby zapamiętać sobie na zawsze:

– Alfonsie Daudet, daj sobie spokój! Skoro nie jesteś w stanie unicestwić bólu, zmniejszyć bezsenności i skrócić nocnego cierpienia, to skoncentruj się na tym, jak je twórczo wykorzystać.

Nie była to łatwa droga. Na początku Alfons błądził szukając idei, myśli i skojarzeń mogących naprowadzić go na jakieś nowe rozwiązania. Przemyśleniami dzielił się z księciem de Barry.

– To musi być coś twórczego a zarazem praktycznego. Coś, czego jeszcze nie wymyślono. Jak się domyślasz, nie jest mi łatwo. Czasami mam wrażenie, że beznadziejnie błądzę. 

Z marzeń o idealnym świecie Alfons usiłował zbudować własny świat. Nie wiedząc od czego zacząć, odtworzył swoje drzewo genealogiczne, przedstawił je graficznie,  opisał i otoczył niewidzialną zasłoną, za którą ukrył się, aby studiować zawiłości lepszego życia i szczęścia. Wrócił do zgłębiania filozofii i poważnie zainteresował się buddyzmem, licząc na to, że stanie się on – podobnie jak dla innych osób– źródłem twórczego relaksu, koncentracji i witalności. Zaczął medytować, jak postępują ludzie, których los dotknął podobnie lub bardziej niż jego. Znał ze słyszenia i mediów kilka przypadków przemawiających do wyobraźni i serca.

Najbardziej imponował mu mężczyzna skrzywdzony przez los ciężkim inwalidztwem. Nie znał go osobiście, słyszał tylko o nim, wiedział w jakiej dzielnicy Paryża mieszka i czym się zajmuje. Był to człowiek niskiego wzrostu, dosadniej mówiąc karzeł, w dodatku zdeformowany w okropny sposób. Miał nieproporcjonalnie dużą głowę oraz klocowate ręce i nogi osadzone na słabo rozwiniętym korpusie.

Mimo swego nieszczęścia człowiek ten tryskał energią i zawsze był w dobrym humorze. Imponowało to Alfonsowi tak bardzo, że postanowił go poznać i porozmawiać. Udało mu się to dzięki pomocy znajomych.

Mężczyzna nazywał się Gabriel Boucher. Na początku imał się różnych prac, w końcu trafił do cyrku. Był to jego świadomy wybór. Opowiedział o tym Alfonsowi.

– Stałem się pośmiewiskiem widzów, zwłaszcza dzieci, które nie rozumieją, co to znaczy być osobą niepełnosprawną, kaleką. Z czasem zrozumiałem, że chorobę i kalectwo, jeśli nie można ich pokonać, powinno się traktować jako swego rodzaju darowiznę, która nam ułatwia coś, co byłoby nieosiągalne, gdybyśmy nie mieli tego garbu na plecach. Jak tylko to zrozumiałem, zdobyłem dobrą pracę, dającą mi satysfakcję oraz dochody umożliwiające twórcze i dostatnie życie. Postanowiłem cieszyć się życiem mimo deformacji mego ciała.

– Czym się pan teraz zajmuje? – Alfons nie był w stanie powstrzymać się od pytania, wiedząc, że za chwilę i tak usłyszy wyjaśnienie. Od razu przeprosił rozmówcę za swoje nieopanowanie. Gabriel przyjął to w sposób spokojny, jakby ludzie nic innego nie robili tylko zadawali mu niezręczne pytania.

– Moją pracę określę nietypowo. Użyczam swojej postaci w cyrku i w reklamie. Zarabiam tak dobrze, że stać mnie na podróże i przyjemności, jakich z pewnością nie zaznałbym, gdybym był przeciętnym człowiekiem bez wad fizycznych. Kiedy jest się pozytywnym, to nawet i miłość jest możliwa. Nie mam na myśli wyłącznie seksu, ale prawdziwą miłość, zaangażowanie, radość bycia z drugą osobą. Spotkałem kogoś takiego. Ale nie chcę o tym mówić. To kwestia prywatności.

Odc. 6

Znajomość Gabriela Boucher i Alfonsa Daudet Carrere de Waldorff okazała się tak sympatyczna dla obydwu, że spotykali się regularnie, aby rozmawiać. Była to dziwna para; arystokrata cieszący się przywilejami życia oraz osoba zdeformowana fizycznie, stojąca na przeciwległym krańcu linii dobrodziejstw losu. Rozmawiali o sprawach poważnych, w szczególności, jak radzić sobie w życiu mimo ograniczeń i obciążeń.

Alfons z satysfakcją uległ wpływom Gabriela Boucher i jego pozytywnego nastawienia. Zmienił się. Twórcze wykorzystanie bezsenności stało się dla niego sensem życia, obsesją, rodzajem szczęśliwego opętania. Cel był nie tylko inspirujący, ale i niezwykle pozytywny; chodziło o pomoc ludziom nękanym bólem i bezsennością.

Swoją nową filozofią dzielił się chętnie w rozmowach z przyjaciółmi, zbierając przy okazji ich uwagi i sugestie.

– Bezsenność, skoro już tkwi we mnie, traktuję teraz jako dobrodziejstwo. Dostrzegłem w niej sens, którego przedtem nie widziałem. Ludzie powszechnie skarżą się na brak czasu. Ja mam go w bród. Teraz wiem, że bezsenna noc może być najbardziej twórczą porą doby. To tylko kwestia decyzji, powiedzenia sobie „tak”. Ten czas jest tym cenniejszy, że panuje kompletna cisza. Nikt nie zawraca mi głowy, nie dzwoni do mnie, o nic nie pyta. Czerpię z tego dobrodziejstwa pełnymi rękami opracowując nowe metody walki z bezsennością. Mam na myśli akcesoria, które sam od długiego czasu używam: szczotka kąpielowa, aplikator igłowy, pejcz, piłeczka tenisowa, wełniane skarpety, niewielka poduszka, drewniany kij do ćwiczeń oraz mata do ćwiczeń jogi. Nie mogę wam więcej powiedzieć, bo zdradziłbym wszystkie tajemnice. 

Kolejne próby wykorzystania nocnego czasu były bardzo udane; Alfons określił zestaw narzędzi i opisał zasady ich wykorzystania. Nazwał to „Pakietem Pomocy w Bezsenności”. Jego użytkownikami mieli być ludzie tacy jak on, niemogący spać z powodu bólu pleców. Myślał głównie o osobach starszych, ale nie wykluczał nikogo.

Kiedy pierwszy etap pracy został zakończony, Alfons postanowił przedstawić wyniki przyjaciołom i poddać ich ocenie. Było to wręcz konieczne. Ustalił z nimi datę, godzinę i miejsce. Prezentacja miała odbyć się w jego rezydencji.

Przygotował się do niej wyjątkowo starannie. Pragnął pokazać się z najlepszej strony, jako innowator, wynalazca jak również dobroczyńca. Nie wahał się używać ostatniego słowa, odkąd dowiedział się, że trzydzieści procent ludzi na świecie cierpi na bezsenność. Była to już choroba cywilizacyjna na niespotykaną skalę. Był oczywiście świadomy, że tylko część z tych osób mogła być beneficjentami jego pomysłu zważywszy na różnorodność przyczyn bezsenności.

W skład Pakietu Pomocy w Bezsenności wchodziły: szczotka z twardego włosia używana zwyczajowo do mycia pleców, aplikator igłowy marki Needles & Needles Ltd o wymiarach dwadzieścia osiem na pięćdziesiąt centymetrów, ośmiorzemienny pejcz z czterdziestoma węzłami, piłeczka tenisowa umieszczona w skarpetce dla łatwiejszej manipulacji w trakcie układania jej pod plecami, ciepłe skarpety, mata do ćwiczeń jogi, drewniany kij długości jednego metra do rozciągania ramion oraz płaska poduszka o rozmiarach trzydzieści na trzydzieści dwa centymetry. Umieszczał ją pod piersiami lub plecami, w zależności od sposobu ułożenia się na macie rozciągniętej na podłodze w salce treningowej.

Każde z tych narzędzi miało swoje przeznaczenie i zastosowanie. Same akcesoria nie budziły wątpliwości, wyzwaniem mogły być tylko ich opisy oraz instrukcje obsługi. Musiały być jednoznaczne, dokładne i użyteczne. Tkwił w tym problem, gdyż ludzie mogli różnie rozumieć i interpretować ten sam tekst. Co do tego Alfons nie miał najmniejszych wątpliwości. Miał doświadczenie. Niejednokrotnie fragment instrukcji dla niego niezrozumiały, jego żona czy córka odbierały jako prosty i jednoznaczny. I odwrotnie.

– Używałem już dziesiątki instrukcji. Niejedna z nich była tak napisana, że zabiłbym tego sukinsyna, co ją stworzył – arystokrata denerwował się nawet wtedy, kiedy ta myśl przychodziła mu do głowy, a przychodziła dosyć często. Lekarz mu wyjaśnił, że był to problem perseweracji, uporczywego powracania tych samych słów i skojarzeń.

Dla opisu narzędzi i sposobu ich wykorzystania Alfons wymyślił którejś nocy specjalny język. Była to forma zabawy, nie tak znowu niepoważnej, jakby się zdawało na pierwszy rzut oka. Był w niej ukryty sens, z którego nie w pełni zdawał sobie sprawę – popisać się przed zaproszonymi gośćmi, a w przyszłości użytkownikami pakietu, językiem prawdziwej arystokracji ducha, swobodnym i nonszalanckim nawet w obliczu bólu i cierpienia.

Któregoś wieczoru Alfons wrócił do domu z przyjęcia u przyjaciół w stanie emocjonalnego pobudzenia. Było to bardzo udane spotkanie. Kilka razy znalazł się w centrum uwagi; wypowiadając się wywołał większe niż zazwyczaj zainteresowanie swoim pomysłem i osobą. Częścią dobrego samopoczucia był też alkohol, jaki wypił. Rzadko miał chęć na coś mocniejszego, nie był abstynentem, ale też niezbyt często czy chętnie pił. Tym razem szampan sprawił mu prawdziwą przyjemność. Książę de Barry zgodził się z nim, jak nigdy wcześniej, że szampan Moët & Chandon, jaki pili był doskonały.

– Znam tegoroczny ranking i zasadniczo zgadzam się z nim. Może dlatego, że sam uczestniczyłem w degustacji tych szampanów. Na przyjęcia najlepszy jest właśnie Moët & Chandon, na romantyczne spotkania Veuve Clicquot, Dom Pérignon natomiast nadaje się najlepiej na upominek. Co do szampana na rodzinne spotkania, to czwarta kategoria, jaką rozpatrywaliśmy, to nie mam zdania. To zbyt trudne do określenia. To są oczywiście uproszczenia, bo najlepszy szampan to taki, który najbardziej ci smakuje bez względu na to, co inni o nim sądzą.

Po powrocie do domu i przebraniu się, Alfons wyciągnął z szafy wszystkie akcesoria i ułożył je na biurku wedle rangi ważności podyktowanej częstotliwością ich stosowania. Im częściej narzędzie miało być stosowane, tym większe miało znaczenie. Na pierwszym miejscu znalazł się pejcz, następnie piłka tenisowa w skarpetce, w trzeciej kolejności aplikator igłowy. Przyjrzał im się uważnie i zaczął nadawać im zwariowane nazwy. Wyobraził sobie, że przemawia do ludzi z przeszłości, kiedy w kraju powszechnie pasjonowano się wydarzeniami politycznymi za żelazną kurtyną.

Cel użycia akcesoriów określił jako Korektę Nocnej Deprawacji Ciała, a cały zestaw nazwał Egzekutywą. Własne ciało określił mianem Towarzysza Opornego. Zadowolony ze swojego pomysłu przemówił jak sekretarz organizacji partyjnej, wyobrażając sobie, że uczestniczy w zebraniu partii komunistycznej, niegdyś bardzo popularnej we Francji.

– Wyperswadujcie, drodzy towarzysze, Towarzyszu Pejcz i Towarzyszu Aplikatorze Igłowy, oraz Wy, Towarzyszko Szczotko, Towarzyszowi Opornemu, niestosowność jego zachowań w porze nocnej, którą każdy uczciwy obywatel poświęca na relaks i wypoczynek.

Była to forma zabawy, jak również szyderstwa i głębokiej niechęci wobec radykalnych socjalistów i komunistów, odwiecznych wrogów arystokracji na wszystkich kontynentach.

Odc. 7

Przygotowując się do pokazu akcesoriów walki z bólem i bezsennością Alfons wysłał żonę i córkę wraz z dwiema służącymi w odwiedziny do krewnych. Miał w tym ukryty cel.

Pokaz odbył się w rezydencji letniej arystokraty przy Rue de Grenelle położonej w Siódmej Dzielnicy Paryża. Rezydencja była jego chlubą, czuł się w niej wyjątkowo dobrze i chętnie ją pokazywał. Trzysta czterdzieści metrów kwadratowych powierzchni zapewniało mu przestrzeń, prywatność i niezależność. Było tam dziesięć większych pokoi; pięć sypialni, cztery toalety, duży salon ze szklanym dachem, nowoczesna kuchnia połączona z jadalnią, sala do ćwiczeń, pralnia. Przed domem znajdował się spory ogród a pod budynkiem miejsca parkingowe oraz piwnica na wina. Rezydencja powstała w roku 1880 i zachowała oryginalną fasadę. Alfons Daudet Carrere de Waldorff, arystokrata z dziada pradziada, miał się czym chwalić.

Pokaz składał się z trzech części. Najpierw odbyła się prezentacja narzędzi, pokaz slajdów z objaśnieniami oraz dyskusja.

Część drugą stanowiło przyjęcie przygotowane przez mało znaną, lecz ekskluzywną, firmę cateringową, starannie wybraną przez Alfonsa wspomaganego przez dwóch innych, wtajemniczonych w plan, członków Stowarzyszenia Marków Nocnych, znanych z wyszukanych gustów kulinarnych.

Trzecia część spotkania stanowiła niespodziankę zorganizowaną przez Alfonsa w całkowitej tajemnicy. W duchu żartował, że aby ją zachować, nie powinien informować o tym nawet samego siebie. Była to część artystyczna, najbardziej prywatna: występ sześcioosobowego zespołu tancerek z Moulin Rouge. Kluczem programu był oczywiście kankan. Występ był tak udany, że tancerki trzykrotnie bisowały.

Kiedy goście opuszczali rezydencję, właściciel z satysfakcją ogarnął ich wzrokiem. W spotkaniu uczestniczyło piętnaście osób, sami mężczyźni. Myślał o nich z satysfakcją, szczycił się ich przyjaźnią i pozycją społeczną. Były to osoby z pierwszych stron gazet: książę, kilku artystów, przedstawiciele klasy rządzącej, dyplomaci, wielki przemysł, właściciele ziemscy. Alfons pomyślał, że los go dobrze wyposażył na całe życie: był majętny podobnie jak jego ojciec i dziadek. Oprócz rezydencji przy Rue de Grenelle miał jeszcze jedną na południu kraju, pałac nad Sekwaną, poza tym domy czynszowe, kosztowne samochody, solidny pakiet papierów wartościowych, oddaną i dyskretną służbę.

Opuszczając rezydencję, książę de Barry pogratulował przyjacielowi udanej imprezy, po czym protekcjonalnie mu przypomniał:

– Pamiętaj, drogi Alfi, że twoim następnym krokiem, wręcz psim obowiązkiem, że tak powiem, wobec nas wszystkich, jest stworzenie doskonałej instrukcji obsługi tych cudownych narzędzi, jakie nam zademonstrowałeś. Dobrze to wszystko obmyśliłeś. Jedyne, co mnie martwi, to instrukcja obsługi pejcza, o której wspominałeś. Dyskusja pokazała, że może to być problemem. To nie jest takie proste, jak sobie myślałem. Pejcz każdy zna, każdy ma swoje wyobrażenie, jak powinien wyglądać i jak należy go używać. To nie jest jednak to samo co prosta piłeczka tenisowa w skarpetce.

Po przemyśleniu wyników dyskusji, uwag i sugestii, Alfons podsumował je sporządzając listę zmian, jakie musi wprowadzić do pakietu, szczególnie instrukcji. Pejcz był wyjątkiem. Alfons wypróbował kilkanaście modeli, zanim uznał, który jest najbardziej odpowiedni.

Ludzie mieli uprzedzenia co do pejcza, źle im się kojarzył. To dodatkowo komplikowało sprawę. Uważali go za narzędzie sadomasochistów, kojarzące się bardziej z bólem i cierpieniem niż z niesieniem ulgi. Fatalne były także skojarzenia z tresurą zwierząt w cyrku oraz tradycją wymuszonej dyscypliny w systemie sprawiedliwości, w szkołach, więzieniach, w obozach koncentracyjnych oraz wobec pacjentów w szpitalach psychiatrycznych. Alfons uznał, że nie zgłębi do końca wiedzy na temat pejcza i tradycji jego wykorzystania. Był to temat mocno osadzony także w Biblii i w kościele. Ze studiów wynikały różne skojarzenia, najczęściej negatywne. To działało na jego niekorzyść.

Nad instrukcją pejcza Alfons pracował wytrwale przez kilka tygodni. Czas płynął, a mimo to pozostawała ona wciąż w stanie nieukończonym. W żadnym momencie jej opracowania nie był zadowolony z wyników swojej pracy. Zastanawiał się wielokrotnie, co jest w niej nieodpowiedniego. Nie wiedzieć dlaczego, mimo że miał już gotowe instrukcje obsługi pozostałych narzędzi, w żaden sposób nie był w stanie stworzyć tej jednej, jedynej.

Myślał nad tym nieprzerwanie. Instrukcja stała się jego piętą achillesową, Scyllą i Charybdą, między którymi statek jego myśli i inwencji rozbijał się uparcie i jakby złośliwe. Mógł ją pominąć, uznając, że nawet przy nienajlepszej instrukcji jednego narzędzia cały zestaw niewiele traci na wartości. Nie potrafił jednak przekonać siebie do tego. Byłoby by to jak przyznanie się do niezdolności nauczenia się jazdy rowerem, kiedy wszyscy już to umieją, nawet małe dzieci, chromi na jedną nogę, słabowidzący i głupi.

Wbrew pozorom pejcz był skomplikowaną konstrukcją. Rozłożony wyglądał jak drzewo. Wszystko miało znaczenie dla jego skuteczności: jego ciężar, ilość, długość, grubość i twardość pasemek rzemienia, kształt odgałęzień, ilość węzłów i odległość między nimi na każdym pasemku, skóra, z jakiej był wykonany, uchwyt, a nawet kolor.

Odc. 8

Alfons Daudet zastanawiał się, dlaczego opracowanie tej instrukcji idzie mu jak Syzyfowi uparcie lecz bezskutecznie wciągającemu kamień pod górę. W grę wchodziło kilka okoliczności. Instrukcję pisał przy biurku o regulowanej wysokości blatu, zmieniając pozycję ciała z uwagi na ból pleców i ramion. Kiedy zmęczył się stojąc przy biurku, klękał na klękosiadzie, potem siadał na krześle z twardym oparciem ewentualnie na fotelu z miękkim, ergonomicznym oparciem. To mogło mieć znaczenie. Mimo regularnej zmiany pozycji praca nie posuwała się jednak do przodu. Praktycznie stanęła w miejscu. Alfons nabrał wrażenia, że zajmie mu to miesiące i lata.

W końcu zaczął doszukiwać się przyczyn w sobie. Czuł się pod presją opinii księcia de Barry, któremu wysyłał do wglądu kolejne projekty instrukcji. Książę wciąż mu odpowiadał, że to najsłabsza część pakietu pomocy.

– Pejcz to najbardziej uniwersalne narzędzie. Występuje w dziesiątkach odmian, rozmiarów i kształtów. Ludzie mieli z nim do czynienia od zawsze. Również ci zboczeńcy, których wspominałeś. Pejcz to coś zupełnie odmiennego niż taki aplikator igłowy czy piłeczka do tenisa, gdzie trudno sobie wyobrazić odstępstwo od normy, ponieważ wszystko jest proste jak drut. Pejcz ma w sobie finezję, ogromną tradycję i długą historię. Przypomnij sobie te wszystkie towarzystwa biczowników, flagelantów, dobrowolne i wymuszane kary chłosty. Każdy ma inne plecy, inny chwyt pejcza, inną siłę uderzenia, inne też odczucia bólu. Musisz to wszystko uwzględnić w instrukcji. Być może nawet rozszerzyć gamę pejczy, przedstawić kilka modeli i napisać do nich instrukcje, aby każdy mógł znaleźć coś stosownego dla siebie.

Alfons liczył się z tymi opiniami. Książę miał doświadczenie; był kiedyś wydawcą gazety, uważano go człowieka znającego życie, był ponadto wyjątkowo mu życzliwy. Alfons liczył po cichu, że będzie mu pomocny także w promocji pakietu. Negatywne oceny księcia zaczęły się powtarzać. Alfons nabrał podejrzeń, że w grę wchodzić może coś innego niż tylko chęć bezstronnej pomocy. Jeden ze znajomych dziennikarzy pracował kiedyś dla księcia. Alfons spotkał się z nim w kawiarni, aby podpytać o dawnego pryncypała, a przy okazji odświeżyć znajomość.

– Nie ukrywam, że nie przepadałem za nim, kiedy dla niego pracowałem. Na robocie wydawniczej i dziennikarstwie znał się bardzo dobrze, nie powiem, ale był to dziwkarz i rozpustnik. Przynajmniej w tamtym czasie. Miał pieniądze i gest, więc kobiety lgnęły do niego jak niedźwiedź do miodu. Fizycznie to na pewno nie był atrakcyjny. Sam go znasz, niski i grubawy. Mówiono wówczas – obracałem się w innych kręgach, więc mówię tylko, co słyszałem – że miał ciągoty sadystyczne. Nie jakieś tam przesadne, ale podobno lubił zadawać cierpienie swoim partnerkom. Kajdanki, przykuwanie do łóżka, kneblowanie, biczowanie, rozpórki nóg, takie tam różne fanaberie. Godziły się na to, bo dobrze je wynagradzał za spotkania. Powiedziała mi to w zaufaniu pewna nauczycielka, znająca go bliżej, właśnie z klubu sadomasochistycznego. Jednego z tych prywatnych, co to organizowały nawet orgie, gdzie można było trafić tylko za podwójną rekomendacją.

– A co sądzisz o dzisiejszych klubach sadomasochistycznych?

– Nic nie sądzę. Dzisiaj istnieją one prawie oficjalnie. Mają swoją rację bytu, bo wiele osób chce po prostu spróbować, co to jest ten sadomasochizm, łączyć się w pary, nawet wymieniać partnerami. Ale to już nie jest to samo, co dwadzieścia czy trzydzieści lat temu. Wtedy nie istniały żadne zasady. Dzisiaj takie kluby mają już nawet pisane reguły, kodeksy etyczne, zasady, co wolno a czego nie wolno. Ludzie umawiają się, jak daleko mogą posunąć się w zadawaniu sobie cierpienia, w relacjach sadomasochistycznych, opowiadają sobie fantazje erotyczne i chcą ich doświadczyć.

– Widzę, że znasz się na rzeczy. Nigdy o tym nie mówiłeś. A znamy się przecież sporo lat.

– E, tam! Interesowałem się tym kiedyś jako dziennikarz. To wszystko.

Na liście szczegółów do uwzględnienia przy pisaniu instrukcji obsługi pejcza nie było spraw nieważnych. Ich autor zaczął zdawać sobie sprawę z absurdalności sytuacji. Czuł, że goni w piętkę, kręci się wokół jak pies za swoim ogonem.

– Jestem zbyt drobiazgowy. Jestem kretyńskim perfekcjonistą, kunktatorem, stale mam coś innego pilniejszego lub ważniejszego do wykonania; miał dziesiątki argumentów na swoje usprawiedliwienie.

Zadawał sobie pytanie, czy przypadkiem ktoś wcześniej nie stworzył instrukcji obsługi pejcza.

– Może dorożkarze cierpiący na senność? – Było to głupie pytanie, sam w nie nie wierzył. Pojawiło się tylko dlatego, że czuł się coraz podlej. Instrukcja obsługi pejcza nie dawała mu spokoju. Stała się jakimś absurdem, obsesją, idee fixe. Nie umiał tego nazwać.

Odc. 9

W czasie pracy nad instrukcją pojawił się nowy problem. Alfons budził się w nocy z przerażającym uczuciem umierania, poczuciem, że po śmierci nie pozostanie mu nawet drobina świadomości, choćby nawet iluzoryczna więź z rzeczywistym światem. Było to doznanie tak bolesne, że mówiąc o nim najchętniej sprowadzał je do żartu, aby tylko złagodzić ból odchodzenia w nicość. Wyrażał w ten sposób swoje arystokratyczne „noblesse oblige” trzymania podniesionej głowy i przekraczania granic nonszalancji.

– Nikt nie jest w stanie określić, czy krzyczy we śnie po to, aby dosłyszeć własny głos niemy jak martwe echo i głuchy jak zmurszały pień, czy też z entuzjazmu z powodu zakończenia życiowej misji, zgodnie z objawieniem Świętego Jana Klimata zwanego też Abbą Janem, patrona ludzi cierpiących na bezsenność.

Alfons Daudet przeżywał kryzys. Brak instrukcji obsługi pejcza był porażką całego projektu. Autor znalazł się w ślepym zaułku. Nie rozumiał ani nie akceptował tej sytuacji. Gnębiło go to tak bardzo, że w końcu popadł w depresję, nie zdając nawet sobie z tego sprawy. Aby oderwać się od przykrej rzeczywistości wyprowadził się z rezydencji przy Rue de Grenelle i zamieszkał w jednym ze swoich mieszkań, świeżo zwolnionym przez lokatorów. Szukając pomocy, udał się do lekarza rodzinnego. Pomógł mu tyle, co kot napłakał, , skorzystał więc z konsultacji z dwoma specjalistami, o których mówiono, że naprawdę przynoszą ulgę ludziom w depresji. Przyjmował leki, niewiele mu to jednak mu pomogło. Coś się w nim załamało. Myślał o samobójstwie.

Kiedy mówił, że ma już dosyć życia, nikt nie przywiązywał do tego wagi. Ani najbliższa rodzina, ani przyjaciele. Odpowiadali mu: – Nie przejmuj się, każdy ma swój lepszy i gorszy okres. Masz do tego prawo. Albo pocieszano go. – Zawsze sobie jakoś radziłeś, to i tym razem też wyjdziesz z impasu. Tym bardziej, że masz przed sobą szczytny cel. Wierzymy w ciebie, daj sobie czas. Albo też: -Weź się w garść, chłopie, bo bez tego nie wyjdziesz z zapaści.

Był przekonany, że wszyscy otaczający go ludzie, rodzina, znajomi, przyjaciele i lekarze życzą mu jak najlepiej, z tym, że jemu to nie pomagało. Musiał to solidnie przemyśleć. To zdecydowało o powrocie do rezydencji przy Rue de Grenelle, gdzie zawsze czuł się najlepiej.

Dwa dni po powrocie Alfons wyszedł z domu z samego rana. Jak zwykle udał się po zakupy świeżych croissant. Lubił je jako dodatek do porannej kawy. Nie zabrał ze sobą telefonu komórkowego, chciał być sam, aby móc się skoncentrować. Był to jego nowy zwyczaj. Siostra dzwoniła do niego kilkakrotnie, najpierw na telefon komórkowy, a kiedy ten nie odpowiadał, na telefon domowy. Miała osobistą sprawę do omówienia. Alfons zawsze i chętnie służył jej radą. Kiedy nie wrócił do domu po dwóch godzinach, a jego telefon nadal nie odpowiadał, przyjechała do rezydencji. Nie znalazła go tam. Wtedy pobiegła do piekarni, aby sprawdzić, o której godzinie był u nich. Nie było go tam w ogóle tego dnia. Ogarnął ją niepokój. Wyrzucała sobie, że ignorowała jego informacje o złym samopoczuciu i napomknienia o samobójstwie. 

– Wydawały mi się tak bardzo nierealne w ustach człowieka, który mimo wszystko zawsze był pozytywny i dobrze sobie radził – skarżyła się bratanicy oraz przyjaciółce. Uspokajały ją, prosząc aby tak nie myślała. 

Zaginięcie Alfonsa Daudet Carrere de Waldorff rodzina zgłosiła na policję prosząc o natychmiastowe podjęcie poszukiwań. Sierżant w komisariacie uspokajał ich.

– Pan Alfons Daudet to już niemłody człowiek. Może zatrzymał się u znajomych i zapomniał powiadomić państwa o tym? Dwadzieścia cztery godziny to bardzo niewiele. Zgodnie z prawem policja nie podejmuje poszukiwań wcześniej niż po upływie jednej doby. Większość zagubionych osób odnajduje się sama. Znamy to z praktyki.

Nie wiadomo, czy mówił to, aby pocieszyć rodzinę czy też bardziej z niechęci do podejmowania natychmiastowych działań.

Po dwudziestu czterech godzinach nadal nie było wiadome, co stało się z Alfonsem. Nie pojawił się żaden ślad czy choćby sugestia, dokąd mógłby się udać. Policja rozpoczęła poszukiwania. Były one bardzo angażujące. Sprawdzano szpitale, posterunki policji, ośrodki ratunkowe, ośrodki opieki, noclegownie, schroniska, dworce kolejowe, kostnice, dzwoniono do przyjaciół i znajomych zaginionego. Nie dało to rezultatów. Nikt nic nie wiedział. Rodzinę gnębiły najgorsze myśli i przeczucia.

Dzień później tajemnicę odkrył Luis Charmant, od miesiąca nowy właściciel sąsiedniej rezydencji. W części jego posiadłości przylegającej do posesji Alfonsa, znajdował się dawny sad owocowy. Denat wisiał w dziwnej pozycji na wielkim, odstającym konarze półzdziczałej gruszy. Na wietrze szalejącym tego dnia nad miastem wyglądał jakby frunął. Ręce miał rozłożone na boki podobnie do skrzydeł ciężko szybującego ptaka, twarz wykrzywiał mu nienaturalny, pośmiertny grymas.

– Wygląda okropnie. To nie może być on – krzyknęła siostra Alfonsa, szczupła niewiasta, młodsza od niego o kilka lat.

Obserwujący ją policjant opowiadał później, że patrząc na ciało wisielca nie mogła się uspokoić

– Miałem wrażenie, że bardziej niż śmiercią brata była wstrząśnięta grymasem porażki i żalu zastygłym na twarzy, przypominającej maskę teatralną.

– On nigdy taki nie był! – powtarzała kobieta, zwracając się po kolei do osób obecnych na miejscu tragedii.

Obok denata wisiał zestaw narzędzi do redukcji bezsenności, z wszystkimi instrukcjami, z wyjątkiem instrukcji obsługi pejcza. W rozmowie z dziennikarzami, dyrektor firmy, której Alfons zlecił produkcję próbnej serii narzędzi Pakietu Zwalczania Bezsenności, komentował:

– Po wypuszczeniu na rynek próbnej serii pakietów uzyskaliśmy pierwsze opinie. Pakiet jest doskonałym produktem. Nie ma potrzeby nic w nim poprawiać ani zmieniać. Klienci są bardzo zadowoleni, wręcz zachwyceni.

– A co z instrukcją obsługi pejcza?

Dyrektor popatrzył uważnie na pytającego.

– Ta konkretna instrukcja w ogóle nie wydaje się potrzebna. Ludzie wiedzą jak używać pejcza. Robią to intuicyjnie. Pejcz to jedno z najstarszych narzędzi, jakie człowiek kiedykolwiek używał. Pan Alfons Daudet Carrere de Waldorff widział problem, którego naprawdę nie było. Jego śmierć to kompletny bezsens.

Autor: Michael (Michał) Tequila
Gdańsk, 26 02 2020

0Shares

Do Pana Szymona

Przez formularz kontaktowy strony autorskiej otrzymałem dzisiaj email od pana Szymona. Był tak sympatyczny, że postanowiłem go przytoczyć z pewnymi skrótami i odpowiedzieć na niego pozwalając sobie zachować tylko imię nadawcy.

„Spotkaliśmy się dzisiaj w tramwaju na Powstańców Warszawskich. Chciałem Panu podziękować za wizytówkę, którą od Pana otrzymałem. Spodobały mi się Pana opowiadania. Nie czytałem jeszcze wiele, ale na pewno to zrobię. Dziękuję jeszcze raz. Szymon”

Drogi Panie Szymonie,

Pański email to miła niespodzianka i motywacja dla mnie. Proszę do mnie pisać. Może ma pan jakiś ulubiony temat na opowiadanie? Mam kilkadziesiąt projektów. Rozkręcam się. Chcę stworzyć duży zbiór opowiadań, dobrą rozrywkę, dostępną bezpośrednio także ze smartfonu, wartościową literacko (mam nadzieję), pokazującą obecne i rodzące się czasy. Głos każdego czytelnika jest dla mnie cenny.

Pozdrawiam bardzo serdecznie,
Michael Tequila

PS 1. Pisząc to zachęcam wszystkich Czytelników do przedstawiania swoich opinii bezpośrednio w formie komentarzy do blogów lub poprzez formularz kontaktowy do mnie. Także do stawiania lajków. Są dla mnie ważne, kiedy wybieram opowiadania do publikacji książkowej.

PS 2. Pisać to i tak będę niezależnie od ilości lajków, ponieważ uparłem się zostać znanym pisarzem. Popularność pisarza, to oprócz konsekwentnie dobrej jakości utworów, jedynie dotarcie do dużej ilości Czytelników.

PS 3. Liczę w szczególności na mieszkańców Gdańska, nie wspominając dzielnicy Piecki-Migowo, a konkretnie ulicy Myśliwskie Wzgórze i Osiedla Klimaty, gdzie mieszkam i włóczę się po nocach, kiedy nie mogę spać. 

Bądź patriotą!
Popieraj lokalnego pisarza!
Think globally, act locally!

0Shares

Głowy w autobusie do Jaipuru. Opowiadanie. Odc. 9: Mnemotechnika imion, ksyw i postaci.

Imiona i nazwiska uczestników wycieczki stanowiły dla Iwana Iwanowicza ogromne wyzwanie od początku wyprawy do Indii. Nigdy nie miał pamięci do twarzy ani imion. Jeśli pamiętał twarz, to imię uciekało jego pamięci, lub na odwrót, mimo że miał wrodzone pewne zdolności typowe dla fizjonomisty, człowieka umiejącego rozpoznawać cechy umysłu i emocje innej osoby z wyglądu jej twarzy i postaci.

Przy pierwszym spotkaniu Iwan Iwanowicz łatwo zapamiętał imiona tylko trzech uczestników, pozostałe zapomniał już po pięciu minutach, niektóre z nich ponadto mu się myliły.

– Moja pamięć psu na budę się zdała – zżymał się.

Aby nie pogubić się całkowicie, oznaczył wszystkie osoby pseudonimami nawiązującymi do ich cech zewnętrznych, wyglądu lub zachowań, których nie sposób było pomylić. Ksywy nie przypominały imion, posługiwanie się nimi zależało od ich akceptacji przez innych uczestników wycieczki, bez tego używanie ich mogło być niezręczne. Okazało się, że przyjęły się one wyjątkowo łatwo i szybko; może nie od razu, ale już po kilku dniach powszechnie je używano. Pomysł był skuteczny i to było najważniejsze.

Tak więc Iwan Iwanowicz przywoływał w pamięci towarzyszy podróży skojarzeniami, używając ich w rozmowach: Uśmiechnięta, Porywczy, Alko, Miłośnik Zdjęć, Młody, Przymglone Oko, Fotograf, Dobroczyńca, Kindżał, Wysoka z Kokiem, Rasputin, Półgębek. Siebie oznaczył kryptonimem Śnięty, nie ujawniając tego nikomu. Na szczęście nie było takiej potrzeby, gdyż wszyscy łatwo zapamiętali jego imię i tak się do niego zwracali. Kiedy ujawnił, że niegdyś zawodowo zajmował się zegarkami, nazywali go też Zegarmistrzem. Widzieli jego słabość do przysypiania po bezsennej nocy, lecz nikt mu tego nie wypominał, tym bardziej, że sami też jej ulegali, najchętniej w czasie jazdy autobusem. Pogodzili się, że Iwan ksywa Zegarmistrz jest zawsze śpiący jak suseł w Boże Narodzenie, kiedy na ziemi szaleje zima, a on leży zagrzebany w grubej pierzynie liści zgromadzonych przez wiatr w górskiej jaskini.

– Każdy ma prawo być oryginałem – usprawiedliwiał siebie Iwan Iwanowicz. Temat bycia ekscentrykiem był tak intrygujący, że postanowił poświęcić mu w przyszłości więcej uwagi, może nawet ująć go w pamiętniku.

Razem z grupą Iwan Iwanowicz poznał też przewodnika wycieczki. Podał on wszystkim swoje imię i nazwisko, nikt jednak nie starał się nawet ich zapamiętać. Pozostał Przewodnikiem, w skrócie Przewo. Nie zwracano się do niego inaczej. Czasem tylko mówiono Przewo 13. Był to numer grupy, do której należeli.

Dla Iwana Iwanowicza trzynastka była szczęśliwa. Pod tym numerem wygrał kiedyś na wielkiej loterii fantowej pierwszą nagrodę. Nie chciał jednak ujawnić, co to było, więc nie za bardzo wierzono w jego wygraną. Z samą trzynastką było inaczej. Tak bardzo w nią wierzył, że wkrótce większość uczestników była przekonana, że grupa nie mogła mieć szczęśliwszego numeru.

Przewodnik grupy nie mógł być lepszy. Był doskonale zorganizowany, pomocny, przewidujący najbardziej dziwaczne oczekiwania i sytuacje uczestników wycieczki, wiedział o Indiach i Nepalu prawie wszystko, był biegły w historii i zwyczajach zwłaszcza Indii.

– Więcej wiedzy o kraju, jego historii i tradycjach zawierają chyba tylko Wedy, święte księgi hinduizmu – już po kilku dniach pół żartem, pół serio mówili między sobą uczestnicy Trzynastki.

Od kilkunastu lat Przewo mieszkał w Indiach. Jego żoną była dawna mieszkanka Butanu, której przodkowie przenieśli się do Indii i przeszli na hinduizm.

Ślub hinduistyczny.

Była osobą majętną, z wyższym wykształceniem; nie była jednak zbyt urodziwa. Przewo pokazywał jej zdjęcie.

– Jest osobą niezwykle sympatyczną, nie mogłem znaleźć lepszej żony. Niektóre żony tutaj traktują mężów jak istoty wyższe. Walczyłem z tym bałwochwalstwem, lecz przestałem, kiedy teściowa powiedziała mi, abym poważnie zastanowił się nad tym, co robię.

– Nie musisz płynąć pod prąd naszych przekonań, że mężczyzna to istota bliższa ideału niż kobieta.

Korzystając z wysokiej pozycji społecznej żony i jej kontaktów Przewo zbudował solidną wiedzę o Indiach, stając się idealnym łącznikiem między skromną duchowością nomadyjską a nieokiełznaną religijnością hinduską. Dzięki jego wiedzy oraz bogatym doświadczeniom osobistym, uczestnikom wycieczki łatwiej było poznawać i rozumieć Indie. Nikomu to się zresztą nie udało; wszyscy wracali przekonani, że Indie są nie do zgłębienia.

W wolnych chwilach Przewo chętnie odpowiadał na pytania. Często widziano go razem ze Śmiejącym się Półgębkiem, jak siedzą w cieniu na ławce w porze odpoczynku i konwersują ze sobą, podobni do braci syjamskich, zanurzeni w poważną wymianę słów, gestów i znaczeń.

De lachende man, Rembrandt van Rijn, 1629-1630, Mauritshuis, The Hague

0Shares

Głowy w autobusie do Jaipuru. Opowiadanie. Odc. 8: Iwan Iwanowicz snuje wspomnienia.

Alkohol na czwartym piętrze hotelu wzbudził w Iwanie Iwanowiczu wspomnienia. Przypomniał sobie pierwsze spotkanie z uczestnikami wycieczki na stołecznym lotnisku przed odlotem do Indii. Grupa liczyła trzydzieści osób, jak nożem ciął. Iwan Iwanowicz zastanawiał się, czy ten fakt ma jakieś szczególne znaczenie, ale zarzucił rozmyślania wobec bogactwa innych bodźców. Grupę podzielił na kategorie. To był nawyk, z którym bezskutecznie walczył, coś liczyć, dzielić, komponować lub dekomponować. Był mocny w statystyce, lubił liczby. Uważał, że kwantyfikują one rozumienie świata, zapewniają jego dokładniejsze poznanie. Pytany, dlaczego to robi, przedstawiał dowody.

– Mówimy na przykład, że większość Nomadyjczyków to ludzie wierzący. Co to znaczy większość? Równie dobrze może to być pięćdziesiąt jeden jak i dziewięćdziesiąt dziewięć procent. Dopiero jak ustalisz, że wierzący stanowią osiemdziesiąt trzy procent społeczeństwa, to wiesz na czym stoisz. Statystyka to liczby, fundament rozumienia świata.

Kiedy to mówił, niektórzy wycieczkowicze widzieli kolorowe pawie pióra wyrastające mu z pleców. Dwóch mężczyzn z grupy gotowych było nawet przysiąc, że to prawda. Gdyby tak się stało, reputacja Iwana Iwanowicza uległaby co najmniej zachwianiu. Miał szczęście; w jego obronie nieoczekiwanie wystąpiła Wysoka z Kokiem.

– Jeśli mężczyzna ma czymś się chwalić, nie można mieć mu za złe, że sygnalizuje to kolorowym upierzeniem. Wolę opierzonego dziwaka, jak go nazywacie, z pawimi piórami, niż intelektualnego gołodupca bez pawich piór. Spojrzała przy tym na krytyków Zegarmistrza w taki sposób, że zrezygnowali z dalszego podawania w wątpliwość jego nawyków i manier.

O Wysokiej z Kokiem mówiono, że zagłodziła na śmierć swego męża, kiedy dowiedziała się, że przegrał w karty większą część majątku, jaki w posagu wniosła do małżeństwa. Mówili to ci dwaj, którzy pawimi piórami usiłowali podać w wątpliwość statystyczne nawyki Iwana Iwanowicza. Tak czy inaczej, mąż Wysokiej z Kokiem już nie żył, nie było więc możliwości zweryfikowania, co jest, a co nie jest prawdą.

Od czasu obrony swojej reputacji przez Wysoką z Kokiem, Iwan Iwanowicz pamiętał już jej imię: Anita. Był jej to winien.

– Moja pamięć otrzymała stymulującego kopa. To jeszcze jedna lekcja, jak skojarzyć sobie imię z osobą. Nie tylko wygląd i twarz człowieka, ale i czyn, tworzą mocne połączenia neuronowe w mózgu. – Iwan Iwanowicz niby to żartobliwie wywnętrzał się wieczorem w pokoju licząc na Kindżała, że podejmie rozmowę. Nie miał szczęścia, zbieracz zdobnych sztyletów pochłonięty był oglądaniem pod lupą finezyjnego wykończenia kolejnego nabytku. Nieco zdegustowany brakiem zainteresowania przyjaciela, Iwan Iwanowicz zauważył, tym razem tylko na własną potrzebę, że nigdy nie jest wiadome, co jest fikcją a co rzeczywistością w głowach ludzi, których los połączył wspólną podróżą do Indii.

– Ludzie to bajarze i zmyślacze – zasugerował Kindżałowi i ten się zgodził.

*****

Pierwsza kategoria uczestników grupy trzynastej obejmowała osoby powyżej lat sześćdziesięciu i zawierała się w liczbie dwudziestu pięciu. Była to grupa dominująca. Iwan Iwanowicz zastanawiał się, jak to było możliwe. Czyżby tylko ludzie starsi byli ciekawi świata? W kategorii do lat sześćdziesięciu było tylko pięć osób, w tym trzy nieprzyzwoicie młode, w wieku około trzydziestki. Miał wrażenie, że społeczeństwo potraktowało je jak wyrzutków.

– Zamiast docenić i zatrudnić w gorącej końcówce roku ten rezerwuar młodości, wysyłają go w delegację na odległy kontynent, gdzie ludzie umierają młodo. Tak jakby chciano ich nastraszyć, aby szybciej wpłacali składki emerytalne, ponieważ nie zostało im wiele do przeżycia – tłumaczył Kindżałowi.

Uczestnicy wycieczki stopniowo dopasowali się nawzajem do siebie. Polubili się nawzajem, może dlatego, że nie musieli spędzać ze sobą pozostałej części życia, tylko kilkanaście dni. Atmosfera była pozytywna, oparta na wzajemnym szacunku. Jak się potem okazało, jego fundamentem była wspólna pasja zwiedzania zabytków i dokumentowania tego maksymalną ilością zdjęć. Krytykując innych, Iwan Iwanowicz nie dostrzegał belki we własnym oku.

– Mam wrażenie, że dla naszego towarzysza podróży, Rasputina, ważniejsze jest uwiecznianie się na zdjęciach na tle świątyń, świętych krów, świętej rzeki Ganges, tubylców, czy nawet ciekawszego słupa ogłoszeniowego, niż zwiedzanie zabytków i słuchanie ciekawych historii opowiadanych przez Przewo – oświadczył Kindżałowi, z którym los każdego wieczoru łączył go wspólnotą pobytu w jednym pokoju hotelowym. Tolerancja wzajemnych odrębności pozwoliła obydwu zachować spokój ducha.

*****

Zapamiętanie imion i nazwisk kilkudziesięciu uczestników było niemożliwe, choć Przewo odczytywał je każdego dnia dla sprawdzenia, czy wszyscy są obecni. Osoba, której nazwisko wyczytano, odpowiadała lakonicznym „Jestem”, ewentualnie „Obecny”, rzadziej „Przewo, dlaczego stale pytasz mnie o to samo? Przecież widzisz, że jestem!”. Iwanowi Iwanowiczowi przyszło na myśl, że w Indiach to zgodne potakiwanie „ Jestem”, „Obecny” czy rzadziej słyszane „Do usług” lub „Całuję nóżki waćpana”, stanowi formę spadku po imperialistach brytyjskich, usiłujących zrobić z podbitego narodu potakiwaczy i służalców. Myśl wydała mu się przesadna i niestosowna; porzucił ją z obawy, że skazi jego umysł jakąś nieznaną psychiczną toksyną.

Przewo z uwagą i powagą każdorazowo sprawdzał obecność, czyniąc to może z nawyku, a może z potrzeby serca. W rzeczywistości robił to z ostrożności.

– Woli dmuchać na zimne – zaopiniował ktoś zza pleców innych osób. Jak się okazało, kiedyś jeden z uczestników jego grupy zgubił mu się i odnalazł dopiero po latach, tak bardzo odmieniony, że ani rodzina ani krajanie go nie poznali. Wedle jego wyjaśnień, lata nieobecności spędził na ulicach i w aśramie, dzięki czemu z gwałtownika i pijaka stał się uduchowionym ascetą. Po krótkim pobycie w kraju ojczystym wrócił do Indii, legitymując to ciekawym wyjaśnieniem:

– Nie pasuję już do naszego społeczeństwa, rozbudzonego i pozytywnego w ogólności, lecz zatrutego pesymizmem i narzekaniem, w dodatku łatwego do kupienia tanimi obietnicami.

0Shares

Głowy w autobusie do Jaipuru. Opowiadanie. Odc. 5: Nad rzeką Bagmati.

Grupa wycieczkowa znalazła się w mieście Patan na rzeką Bagmati. Patan to nepalski odpowiednik hinduskiego Varanasi położonego nad Gangesem, uznawanego za święte miasto, dla wyznawców hinduizmu najodpowiedniejsze miejsce żegnania zmarłych przez spalenie na stosie.

Patan, niegdyś zwany Lalitpur, czyli „Miasto Piękna”, to jedna z dawnych stolic doliny. Leży na południe od Katmandu, po drugiej stronie rzeki Bagmati. Z dwustu trzydziestoma tysiącami mieszkańców jest trzecim, największym miastem Nepalu. Turyści odwiedzają je głównie w celu zwiedzenia wspaniałego Pałacu Królewskiego i Durbar Square. Z uwagi na wyjątkową wartość zabytków historycznych Patan znalazł się wraz z sześcioma innymi podobnymi miejscami Doliny Katmandu na Liście Światowego Dziedzictwa UNESCO.

Siódmego grudnia wycieczkowicze udali się pieszo nad rzekę Bagmati, aby obejrzeć ghaty, kamienne stopnie schodzące ku rzece, na których na stosie drewna pali się ciała zmarłych. Szli wzdłuż rzeki wąską uliczką obrzeżoną kolorowymi sklepikami, promieniującymi średniowieczną atmosferą. Jej staromodny charakter naruszały produkty importowane z Chin, eksponowane na wystawach, w kolorowych, nowoczesnych opakowaniach, oraz ludzie trzymający w rękach smartfony, słuchający, mówiący lub klikający w klawiaturę. Dalej, tuż nad samym brzegiem rzeki, zobaczyli przytulone do skały trzy malutkie domki, prowizoryczne konstrukcje, obwieszone starymi workami dla ochrony przed deszczem i zimnem. Antyczność miejsc i zabudowań mieszała się z teraźniejszością ubiorów, towarów na sklepowych wystawach i smartfonów, naruszając estetyczne odczucia nieprzyzwyczajonych do takich kontrastów turystów z Nomadii. Idąc, rozmawiali o zwierzętach, jakich spodziewali się w czasie spaceru przy drodze, małpach, psach i jaszczurkach.

Iwan Iwanowicz zdenerwował się z nieokreślonego powodu.

– Ja to chromolę – zwrócił się do osób idących obok niego. – Pies, małpa, jaszczurka! – Jakie to ma znaczenie! Tu trzeba myśleć o zmianie pojęcia czasu, na takie, w którym mieściłoby się zarówno średniowiecze jak i współczesność, starocie jak i telefon komórkowy najnowszej generacji.

W szerszym miejscu drogi zatrzymali się i przysiedli na ławkach, aby wysłuchać wyjaśnień przewodniczki. Słońce świeciło prosto w oczy Iwana Iwanowicza, więc je przymknął. Słowa mówiącej kobiety brzmiały to silniej, to słabiej w jego uszach. Przez półprzymknięte powieki ujrzał scenę zaprzeczającą jego wiedzy o rzece Bagmati. Przypominało to odsłonięcie kurtyny w teatrze zbrodni, gdzie zamiast sceny morderstwa ukazuje się sielski widok dzieci swawolących na wolnym powietrzu. Iwan Iwanowicz skoncentrował się. Słuchał młodego, poważnego mężczyznę w okularach, z czarną brodą, i zasobnych biodrach dojrzałej matrony nepalskiej.

– Nasza rzeka Bagmati, płynąca z wysokich gór, to proszę państwa, jedno z najczystszych miejsc w Nepalu, o poziomie higieny, o jakim w Europie nikt nie ma nawet prawa marzyć. Nastąpiło to dzięki zmianom jakie wprowadziliśmy w ochronie środowiska naturalnego. Zachowaniu tej czystości nie przeszkadza nawet to, że palimy tutaj, na ghatach Bagmati, naszych ukochanych zmarłych.

Iwan Iwanowicz zauważył, że przewodniczka przyciszyła głos, aby nie płoszyć nastroju przemówienia o świętości kremacji. Po zakończeniu wyjaśnień przewodnik skinął ręką, pojawili się ludzie z tablicami reklamowymi, zachęcając mieszkańców i turystów do rezerwacji czasu i miejsca kremacji dla rodziny i dla siebie. Kiedy ludzie zastanawiali się, jak na życzenie zjawił się przedstawiciel miejskiego przedsiębiorstwa Zakład Kremacji Śniegi Himalajów, młody Hindus w stroju Boga Małp Hanumana, z bloczkiem formularzy rezerwacyjnych, pieczątką i dowodami wpłaty za kremację. Z torby przewieszonej przez ramię wyjął elektroniczny kalendarz pokazujący daty roku bieżącego i przyszłego.

Wezwanie przyciągnęło kilku chętnych klientów, w tym małżeństwo z wycieczki Iwana Iwanowicza. Po krótkich negocjacjach mężczyzna uzgodnił datę i koszt spalenia swego ciała na ghacie. Oboje przeliczyli to na walutę własną. Wydali pomruk zadowolenia, że cena usługi była nie wyższa ni koszt śniadania w restauracji hotelu „Świat Marzeń” w centrum stolicy Nomadii. Kiedy zdali sobie z tego sprawę, mężczyzna dopędził oddalającego się pracownika Zakładu Kremacji Śniegi Himalajów i poprosił o podwójną usługę spalenia na stosie. Na pracowniku sprawiło to widocznie bardzo pozytywne wrażenie, ponieważ dodatkowo zaoferował bezpłatne zaproszenie dla dwóch uczestników stypy pogrzebowej przeznaczonej dla krewnych i przyjaciół zmarłego. Chwilę dyskutowali o menu, małżeństwo pytało jeszcze o listę alkoholi, jakie będą serwowane na stypie rodzinno-przyjacielsko-towarzyskiej, jak ją określał przedstawiciel Zakładu Kremacji Śniegi Himalajów.

Z ławki, na której siedział, Iwan Iwanowicz widział wyraźnie rzekę płynącą czystym i rześkim nurtem. Stosy pogrzebowe płonęły tylko na dwóch ghatach obsługiwanych przez pracowników Zakładu Kremacji Śniegi Himalajów. Mówiły to duże przywieszki imienne z nazwą i logo firmy przyczepione srebrnymi agrafkami do białych fartuchów. Jeden z pracowników, z oryginalnym zakończeniem plecionego warkoczem na czubku głowy, pozłacanymi grabkami spychał ze stosu popiół do rzeki. Tak się wydawało Iwanowi Iwanowiczowi, dopóki nie wstał i nie podszedł bliżej miejsca kremacji. Wtedy zauważył, że pod ghatą przyczepiona była na trzech żółtych skórzanych paseczkach czerwonoszara urna.

– Widać, że Śniegi Himalajów dbają o to, aby do rzeki nie wpadły nawet drobiny popiołu z płonącego stosu – powiedział głośno obracając się do tyłu, w przekonaniu, że razem z nim podeszli także inni uczestnicy grupy. Nikogo jednak nie zauważył.

Iwan Iwanowicz stał przy ghatach i patrzył na rzekę. Woda w niej była tak czysta, ze pracownicy firmy czerpali ją dłońmi i metalowymi kubkami i przykładali do ust, aby ugasić pragnienie.

Iwan Iwanowicz szedł w dół po schodkach bocznych ghaty zaczerpnął wody do termosu wyjętego z plecaka. Spróbował i uznał, że jest czysta i ożywcza w smaku.

– Jakiż ja byłem naiwny – pomyślał. – Uwierzyłem zdjęciom i opisom w Internecie, które pokazywały kawały niespalonego drewna w wodzie przypominającej brunatnoszary ściek.

Zdał sobie sprawę z siły złudzeń tworzonych przez sprytnie skonstruowane przekazy internetowe. Wyciągnął z plecaka zeszyt i długopis, i zaczął notować.

– Woda w Bagmati tuż przy ghatach jest doskonałej jakości. Wodę tę butelkuje się i rozsyła po całym świecie, ponieważ jest zaspokaja pragnienie lepiej niż słynna Coca-Cola. Kiedy to zanotował, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki ukazał się przed nim napis: „Coca-Cola to przeżytek. Pij Bagmati Water, najzdrowszą wodę na świecie”.

Wkrótce do Iwana Iwanowicza dołączyła reszta wycieczki. Stanęli naprzeciwko drugiej ghaty, z właśnie podpalonym stosem drewna. W ciągu minuty płomień rozhulał się jak wielki pożar. Obok pracowników Zakładu Kremacji Śniegi Himalajów stali członkowie rodziny, przyjaciele i znajomi zmarłego, czekali cierpliwie zbici w kupki i milczący. Ból i cierpienie malowały się na ich twarzach. Zwracali się do siebie z pocieszeniem składając razem dłonie i pochylając lekko głowę w rytualnym pozdrowieniu „namaste”.

– A ja czytałem, że oni stoją jak na przystanku autobusowym, rozprawiają o polityce, opowiadają sobie kawały i czekają na stypę pogrzebową – Iwan Iwanowicz zwrócił się do towarzyszącego mu wysokiego członka wycieczki ubranego w kraciastą koszulę hawajską, jasne długie spodnie, trzymającego w ręku kosztowną kamerę fotograficzną.

Po kilku minutach przewodniczka dała znak chorągiewką i ruszyli w dalszą drogę. Posuwali się wzdłuż lewego brzegu rzeki wypatrując zabiedzonego psa i wychudłą rudą małpę, które tu rzekomo zamieszkiwały. Zobaczyli zwierzęta minutę później, dobrze odkarmione, spoczywające nie na stosie brudnych liści czy szmat, ale na porządnych słomiankach, zadowolone ze swego losu. Jeden z psów, starannie przystrzyżony biały pudelek, miał na szyi obrożę wysadzaną półszlachetnymi kamieniami. Obok stała miseczka ze świeżą kością i druga z czystą wodą.

– Mieszkańcy miasteczka wyraźnie dbają i kochają zwierzęta – Iwan Iwanowicz nie miał co do tego wątpliwości. Nie wyraził tego głośno, ponieważ był przekonany, że wiedzieli o tym także pozostali członkowie wycieczki idący tuż za nim.

0Shares

Głowy w autobusie do Jaipuru. Opowiadanie. Odc. 4: Nepal.

Po obudzeniu się rano Iwan Iwanowicz wykąpał się i umył zęby, po czym popukał je wodą z kranu. Żachnął się, kiedy przypomniał sobie, aby nie brać wody z kranu do ust, nawet po przegotowaniu. Chciał jak najszybciej zdezynfekować się alkoholem. Zapomniał, że w piersiówce ma spirytus zmieszany z wódką żołądkową gorzką, tą w najlepszym gatunku. Dusił się potem dłuższą chwilę nie mogąc złapać oddechu.

New Delhi to konfrontacja misternego piękna z niewymowną brzydotą. – zapisał w notatniku. To zaprzeczenie samo w sobie, wyraz filozofii kontrastu i w pewnym sensie beznadziei. Ostatnie skojarzenie odnosił do losu ludzi najuboższych, bezdomnych, śpiących na chodnikach, często analfabetów, zagubionych, zdegradowanych do zera przez sam fakt urodzenia się w piwnicy hierarchii społecznej, zaniedbanych, walczących o przeżycie każdego dnia. Należeli oni do znakomitej większości ludzi na planecie, rzeszy osób nie mających własnego kąta zamieszkania i nie wiedzących, co będą jeść na obiad następnego dnia a nawet, czy w ogóle będą jeść jakiś posiłek.

*****

W trakcie lotu z Delhi do Katmandu jak zwykle drętwiały mu stopy. To było nie do zniesienia. Wstał i chodził przejściem między jedną a drugą toaletą w samolocie, tą na przodzie i tą z tyłu samolotu. Po wylądowaniu na międzynarodowym lotnisku w Katmandu, stolicy Nepalu i zakończeniu formalności paszportowo-wizowych udali się wynajętym autobusem do hotelu. W opisie wycieczki nazywano to transferem. Po zameldowaniu się w recepcji i przydziale pokoi mieli czas wolny na odpoczynek po podróży.

 

W notatkach Iwana Iwanowicza ten dzień w dziwny sposób się zagubił. Znalazł tylko uwagę, że na kolację i na nocleg pojechali autobusem, pokonując trasę trzydziestu kilometrów. Było to niejasne.

*****

Był piąty dzień grudnia, najlepszej pory roku na zwiedzanie północnych Indii i Nepalu. W dzień było ciepło, często słonecznie. Najważniejsze, że był to okres minimalnych opadów. Ten najgorszy przypadał na deszcze monsunowe, podróż wtedy mogła być przekleństwem. Tylko noce były chłodne, w górzystych okolicach Nepalu wręcz zimne. Iwan Iwanowicz był na to przygotowany. Wszyscy byli na to przygotowani.

Wbrew przedwycieczkowym oczekiwaniom, miał do czynienia z wytrawnymi podróżnikami. Kiedy po raz pierwszy spotkał się ze swoją grupą na stołecznym lotnisku w Nomadii, nie było czasu ani sposobności poznać się bliżej i wymienić informacjami. Byli obcymi sobie ludźmi z nielicznymi wyjątkami, kilku par przeważnie małżeńskich, oraz kilku singli, znających się wcześniej. Iwan Iwanowicz miał o sobie wyobrażenie, że dużo w życiu podróżował i ma za sobą więcej doświadczenia niż inni. Była to prawda tylko w stosunku do niewielkiej grupy towarzyszy podróży, pozostali mieli o niebo więcej doświadczenia.

Zanim się spotkali był też przekonany, że zobaczy ludzi w różnym wieku, spośród których będzie jedną z najstarszych osób.

– Nie daj, Boże, abym miał określać siebie mianem Matuzalema – spekulował, ciągnąc okrągły marynarski worek podróżny.

Ku swemu zaskoczeniu, prawie wszyscy byli w wieku emerytalnym. Tylko jedno małżeństwo wyglądało na czterdzieści lat, ponadto był tylko jeszcze jeden młody mężczyzna. Przyczyna była prosta, ale on się jej nie domyślił. Grudzień nie był okresem wakacji, kiedy masowo podróżują do Indii rodzice z dziećmi. Właściwie to Iwan Iwanowicz wiedział to wszystko, tylko umknęło to jego uwadze. Kiedy o tym myślał, tym pytaniu i dowiadywaniu się, pamiętaniu i zapominaniu, zdał sobie sprawę, że w Indiach uczy się także samego siebie.

*****

Głównym celem podróży, tym co go naprawdę skłoniło, aby zwiedzić Indie, był Budda.

Iwanowi Iwanowiczowi wychowanemu w tradycjach chrześcijaństwa, życie Buddy,  jego mądrość i jego nauki, niezwykle imponowały. Nie wzięło się to z niczego. W pewnym okresie swego życia, przeżywał głęboki kryzys; myślał wtedy nawet o samobójstwie. Z pomocą przyszedł mu wówczas Budda, objawiając się w formie książki “Prawdziwe nauczanie Buddy”, zaczynające się od wyznania, że życie jest cierpieniem. To był początek i esencja także prawdy Iwana Iwanowicza o życiu. Nie znaczy to, że Budda był cierpiętnikiem.

– O, nie! – Iwan Iwanowicz przypomniał sobie okrzyk, jaki wydawał, kiedy dzielił się swoją wiedzą z innymi o Buddzie i jego nauczaniu, oraz przekonaniem o jego mądrości. Iwan Iwanowicz chętnie o tym rozmawiał z innymi, jeśli tylko wykazali chęć otwarcia się na ten temat. Nie za często się to zdarzało, ponieważ ludzie reprezentują różne stopnie otwarcia na życie i religię, na inne poglądy i wykazują różną ciekawość świata, która okresami trawiła go jak gorączka. W ocenie Buddy cierpienie było wszechobecne wyrażając się w zdarzeniach takich jak narodziny, które niosą ze sobą ból matki i dziecka, wchodzącego w nieznany świat, choroba, starzenie się i umieranie. Także oddaleniem od tego, co kochamy i bliskością tego, czego nie znosimy, co nas męczy, jest niemiłe lub wrogie. Był to zbyt obszerny temat, aby można było go ująć w kilku prostych słowach, dlatego Iwan Iwanowicz unikał przypadkowych i zdawkowych dyskusji.

Północne Indie, leżące u podnóży Himalajów, to był kraj Buddy; tutaj urodził się, medytował, także poszcząc tak intensywnie, że żebra było widać jak na dłoni, aby zgłębić naturę życia. Zmarł w wieku ponad osiemdziesięciu lat, jak głosi przekaz ustny. Było to niezwykłe, ponieważ w tamtych odległych czasach ludzie nie dożywali nawet pięćdziesięciu lat. Iwan Iwanowicz miał do czynienia z Buddą wielokrotnie, stał się jego uczniem, oczywiście zaocznie. Było to przeżywanie intensywne i dostatecznie długie, aby w końcu uznał buddyzm za filozofię także swojego życia, wiarę najwyższej klasy. Dopiero po wgłębieniu się w nią zrozumiał, że każdy może być buddą. Sam wyraz, pisany z małej litery, ma ogólne znaczenie, oznacza kogoś, kto doznał olśnienia, jest oświecony, zna tajemnicę, której inni nie znają. Rzeczywisty, historyczny Budda nazywał się Budda Gautama i pochodził z książęcego rodu. Nigdy nie uważał się za boga ani żadną wyższą istotę, tylko za przewodnika i nauczyciela, przez swoich uczniów także za mędrca. Dopiero kilka wieków później cesarz jednego z księstw w północnych Indiach wyniósł go do rangi Boga, upowszechniając jego nauki jako oficjalną religię.

*****

Pochłonięty przestrzeganiem ustalonych norm czasu, pakowania się, rozpakowywania, transferów do i z hoteli, zbiórek przed zwiedzaniem ważnych zabytków, samym zwiedzaniem, kiedy trzeba było pilnować się, aby nie odłączyć się od grupy, słuchaniem przewodnika, oglądaniem ciekawostek i robieniem zdjęć, Iwan Iwanowicz myślał o tym rzadko. Uruchamiał się dopiero wtedy, kiedy przewodniczka wspomniała jakieś miejsce lub pamiątkę związaną z Buddą, jego wyznawcami lub jego nauczaniem. Było tego niemało, nie więcej jednak niż wiadro wody w stawie w porównaniu z hinduizmem, dominującą religią Indii.

0Shares

Głowy w autobusie do Jaipuru. Opowiadanie. Odc. 3: New Delhi.

Przylot do New Delhi nastąpił o godzinie piątej trzydzieści pięć rano. Po zakwaterowaniu się grupa ruszyła w miasto. Informacja była prosta: New Delhi to trzecia aglomeracja świata, dwadzieścia sześć milionów mieszkańców, wielki węzeł komunikacyjny, centrum przemysłu i kultury, miasto uniwersyteckie z licznymi teatrami, galeriami, muzeami i zabytkami z okresu Wielkich Mogołów. Jest co zwiedzać.

Tego dnia grupa obejrzeli sześć ważnych obiektów: Meczet Piątkowy Jama Masjid,

Czerwony Fort nad rzeką Jamuną, Grobowiec Humajuna, budynek Parlamentu, Bramę Indii

oraz świątynia Sikhów Gurudwara Bangla Sahib.

Był to intensywny dzień; przejazdy rikszami, autobusem, długie marsze pieszo. Iwan Iwanowicz czuł się jak na obozie wojskowym.

Jego wspomnienia poszatkował pośpiech. Oglądał Indie nie tak, jak sobie to wcześniej wyobrażał. Liczył na to, że będzie mieć trochę czasu ma refleksję, rozmowę jedną czy drugą w ciągu dnia, zapamiętanie tego, co najbardziej znaczące w historii i tradycji kraju. New Delhi nie dało mu tego luksusu. Nie było czasu zachwycić się czymkolwiek, przysiąść na ławce i popatrzyć na wodę. Zapamiętał niewiele, często nie to, co trzeba, jakieś fragmenty, urwane sceny, przypadkowe widoki.

Przed Grobowcem Humajuna widział grupę uczennic w jednolitych mundurkach szkolnych, w kolorze zielono-niebieskim: dobrze utrzymane dzieci, gładkie buzie, miłe uśmiechy, swobodne rozmowy. Był przekonany, że były to uczennice z zamożnych domów. Najbardziej podobało mu się ich zachowanie. Podchodziły do ich grupy i pytały, czy mogłyby zrobić sobie zdjęcie z jej uczestnikami.

– Zawsze było na odwrót. To my pytaliśmy Hindusów, czy moglibyśmy zrobić sobie z nimi zdjęcie. Te dziewczynki robią sobie zdjęcia z nami, turystami, traktując nas jak maskotki. – Skomentował ktoś z grupy. – W domu na pewno pokazują je rodzinie, rodzicom, przyjaciołom i mówią. O,  popatrz na tego z siwą głową! Jaki on śmieszny! Ta czarna kurtka, spodnie turystyczne, plecak, czapka, okulary przeciwsłoneczne i wąsy. Ci Europejczycy to prawdziwa egzotyka.

*****

Wieczorem kilka osób poszło przejść się, zwiedzić okolicę hotelu Gautam Deluxe. Wkrótce dotarli do większej ulicy z dziesiątkami sklepów i sklepików jubilerskich. Jeden z nich był wyjątkowo duży; wewnątrz było dwadzieścia osób personelu. Zakładu pilnowało dwóch strażników z karabinami. Iwan Iwanowicz razem z innymi wszedł do środka, aby nacieszyć oczy bogactwem oryginalnych w kształcie i misternych w wykonaniu wyrobów ze złota. Na zewnątrz przewalały się tłumy ludzi, wszędzie stragany i straganiki, sprzedawcy i ich klienci, turyści, rowery, riksze, samochody i autobusy. Nie to jednak zapadło mu w pamięć. Ulice w sąsiedztwie miały chodniki wyglądające tak, jakby ktoś chciał je specjalnie źle ułożyć; nieprzerwane nierówności, dziury i garby.

*****

Następnego dnia grupa miała wstać o godzinie piątej rano, znieść bagaż do recepcji o godzinie piątej trzydzieści, potem zjeść śniadanie i o godzinie szóstej rano pojechać na lotnisko, skąd mieli udać się do Katmandu.

Kilka minut przed poranną pobudką Iwan Iwanowicz zszedł do recepcji, aby zrobić sobie zdjęcia na pamiątkę, jak wyglądał pierwszy hotel, oraz notatki. Nic z tego nie wyszło. W recepcji było ciemno. Na sofach spali dwaj recepcjoniści. Nie było nawet stolika, przy którym można było usiąść. Z hotelu zapamiętał potem, że naprzeciwko było wielki plac z samochodami autobusami i motocyklami, przypominający zatłoczony parking z małą stacją benzynową, a właściwie pompą do tankowania paliwa.

Wyszedł na dwór. Panował tam przyjemny chłód. Obok zauważył drugi budynek, Hotel Swarami De Luxe.

– Tutaj wszystko jest „deluxe” – mruknął, rozglądając się wokół.

Przed wejściem do hotelu na betonowych płytach spał rudy pies. Odchodzący w bok chodnik był przecięty poprzecznym wałem betonu wysokości co najmniej dwudziestu centymetrów. Umieszczono w nim dwie plastikowe rury z przewodami elektrycznymi. Podróżnik przypomniał sobie wcześniejszy spacer po mieście.

– Prostacka, chamska robota – pomyślał. – Chodniki w New Delhi ; jeśli można coś spieprzyć w ich wykonaniu, to ci artyści to zrobili. To jest po prostu niewiarygodne.

Nie mieściło mu się w głowie, że naród mający prawdziwych mistrzów rzemiosła wykonujących koronkową robotę jubilerską może równocześnie tak brutalnie traktować obiekty użyteczności publicznej, z których sami nieprzerwanie korzystają.

Po powrocie do pokoju pomyślał, że niesłusznie ocenia Hindusów. Sam nie był ideałem; jak większość ludzi potrafił obchodzić się misternie z jedną częścią rzeczywistości i brutalnie traktować inną. Uznał, że to kwestia podejścia. Nie był jednak pewien, czy to prawda. Rzeczywistość Indii nie dawała się zdefiniować w prosty sposób. Iwan Iwanowicz postanowił czekać na dalsze wrażenia.

0Shares

Życzenia Noworoczne 2020

 

 

Myślałem, że dzisiaj nic już z siebie nie wykrzeszę, a tu proszę, rozum i pamięć mi się objawiły, aby czerwonym dywanem wysłać drogę Życzeniom Noworocznym.

 

 

W Nowym Roku życzę (w kolejności alfabetycznej czyli niekoniecznie sprawiedliwej):

  • Biskupowi Jędraszewskiemu – łaski bożej objaśniającej różnice między ochroną środowiska, ekologizmem i ideologią;
  • Dzieciom – mniej słodyczy, za to więcej czasu i uwagi ze strony rodziców i dziadków;
  • Dzielnym strażakom – dużo pary w sikawce przy gaszeniu pożarów i nie tylko;
  • Hierarchom kościelnym – skuteczniejszych środków przeczyszczających umysły i serca;
  • Kandydatce na prezydenta Kidawie-Błońskiej – więcej testosteronu oraz trafiających do serc mocnych i prostych słów;
  • Kobietom – mniej obowiązków, więcej wolnego czasu;
  • Mężczyznom – mniej piwa, brzucha i prostaty, więcej czasu na myślenie, sport i spacery z rodziną;
  • Ministrowi Ziobrze – lepiej zakamuflowanych trolli, mocniejszych kagańców i jeszcze piękniejszych rumieńców na twarzy;
  • Młodzieży – smartfonu, który sam będzie pisać i czytać banały i oglądać tysiące zdjęć;
  • Narodowi polskiemu – aby spuścił jeszcze trochę pary ze zbiornika dumy, patriotyzmu i historii;
  • Narodowi rosyjskiemu – więcej pałaców rządzących oligarchów, aby przypomniały im pytania o bezdomnych, praworządność, służbę zdrowia, oświatę, płace i równość społeczną,
  • Opozycji sejmowej – pomysłów, zwartości szeregów i mocnej szczęki;
  • Osobom strzelającym sztuczne ognie i petardy – aby ten miły huk brzmiał im w uszach przez większą część roku;
  • Osobom wierzącym – więcej watykańskiego Franciszka, mniej toruńskiego Rydzyka i jego słodkich pierników;
  • Premierowi Morawieckiemu – aby okazał ludzką słabość i przestał mówić wyłącznie prawdę;
  • Prezesowi Kaczyńskiemu – szczudeł w upominku, z wysokości których dostrzeże drugą połowę Suwerena i przyczyny jego malkontenctwa;

  • Prezydentowi Dudzie – jeszcze większych bochenków chleba do całowania na dożynkach, udanych przemówień o żarówce oraz przejścia na dobrze zasłużoną emeryturę;
  • Prezydentowi Putinowi – udanych walk z niedźwiedziem, podniebnych lotów z łabędziami, wygranych meczów hokejowych w ocieplanej koszulce kuloodpornej oraz kolorowych snów ze zwycięskim Stalinem i przegranym Hitlerem.
  • Sędziom K. Pawłowicz i S. Piotrowiczowi – przegryzienia wszystkich łańcuchów i klamek w Trybunale Konstytucyjnym w dowód wierności Prezesowi i Jego Idei;
  • Sześćdziesięciu dwom procentom polskiego społeczeństwa – przeczytania jednej książki, a jeśli zdrowie im pozwoli to nawet dwóch;
  • Zwolennikom PiS – refleksji odnośnie osiągnięć i cnót miłościwie nam rządzących;
  • Sobie zaś – mniej przekleństw i polityki, więcej cierpliwości i szampana.

Wszystkiego Najlepszego,
Michael Tequila

0Shares

Automat. Opowiadanie science-fiction

To kolejne krótkie opowiadanie z dziedziny fantastyki. Myślę coraz częściej, że dzisiaj jest to science-fiction, niedługo jednak może okazać się jak najbardziej rzeczywistością.

W przestrzennej poczekalni kliniki uniwersyteckiej panował trudny do zdefiniowania zapach, przypominający mieszkankę palonych migdałów, eteru oraz płynu do dezynfekcji podłóg. Przeleciałem wzrokiem po twarzach oczekujących pacjentów, kobiet i mężczyzn; w większości były to starsze osoby. Siedzieli na krzesłach lub stali obok nich patrząc przed siebie; dwie pary rozmawiały ze sobą półgłosem. Byli niezwykle spokojni, niektórzy wręcz apatyczni, jakby przyjęli środki uspokajające. Po chwili przestali zwracać na mnie uwagę, z wyjątkiem jednego mężczyzny. Średniego wzrostu, ubrany w ciemnoszary garnitur z kolorową muszką, ze starannie wyczyszczonymi pantoflami na nogach, wyglądał dystyngowanie. Miał zaokrąglone kształty ciała; jego łagodnie uśmiechnięta twarz sugerowała dodatkowo, że lubi dobrze zjeść.

Na początku spokojny, mężczyzna ożywił się, jak tylko zauważył, że rozglądam się wokół z zamiarem znalezienia sobie miejsca. Usiadłem na krześle między gabinetem numer dwadzieścia trzy i dwadzieścia cztery, kilka kroków od niego. Po chwili wahania czy też zastanawiania się, podszedł do mnie. Domyśliłem się, że pragnie zapytać mnie o coś lub o czymś poinformować. Na serdecznym palcu lewej dłoni miał złoty sygnet z wygrawerowanym, nieokreślonym czarnym symbolem. Kiedy pochylił się w moim kierunku, zauważyłem tik pod lewym okiem a poniżej lekko opuszczony kącik ust. Zapytał mnie, czy może się przysiąść wskazując ręką stojące obok krzesło.

– Oczywiście. Bardzo proszę. Krzesło wydaje mi się wolne – odpowiedziałem starając się nie nadawać memu głosowi tonu zachęty.

Przedstawił się jako “Człowiek Ex”. Zważywszy jego wygląd i zachowanie nie zdziwiło mnie to specjalnie. Powiedział, że urodził się dosyć dawno, ale jest synem współczesności. Nic nie odpowiedziałem, skinąłem tylko głową potakująco przyjmując oświadczenie do wiadomości. Potem już tylko słuchałem. Mówił raczej szybko i krótkimi zdaniami. Opowiedział mi fragment swojego życia, właściwie to nawet dnia. Zaczął od pogody. Mówił w czasie teraźniejszym, jakby relacjonował to co się dzieje przed jego oczami.

– Jest grudzień dwa tysiące dziewiętnaście. Na dworze jest minus pięć stopni Celsjusza. W skali Fahrenheita to plus 23 stopnie. Nie! Więcej! … Nie! Mniej! Sam już nie wiem – Człowiek Ex przerwał i popatrzył gdzieś w przestrzeń nad moją głową.

– Podsumuję się – zaczął od nowa. – Jestem człowiekiem-automatem. Lub prawie automatem. Nie mam czasu ani własnej woli. Sterują mną budzik, telefon, radio, telewizor i komputer oraz sygnały, wiadomości i polecenia dochodzące z różnych stron. Zrób to! Zrób tamto! Nie rób tego! Lepiej mnie posłuchaj! Zainteresuj się! Zanotuj! Zapamiętaj! To okropne. Oprócz wymienionych urządzeń polecenia najczęściej wydaje mi rodzina. W nocy nie śpię, tylko czuwam, ale co to za czuwanie, skoro w dzień śpię, bo jestem zmęczony. Najgorsze jest to, że muszę robić kilka rzeczy na raz.

Mężczyzna zatrzymał się na moment, zbierając myśli. Przełykał ślinę, stwarzał wrażenie, jakby coś go męczyło. Po chwili zebrał się w sobie.

Czasem myślę, że oszaleję. Zły nastrój szybko mi jednak przechodzi, bo rwą mi się myśli. To dobra rzecz. Zdałem sobie z tego sprawę, dopiero dzisiaj nad ranem, kiedy się obudziłem. Wołałem o pomoc, ale nikt nie przyszedł. Wiem, że potrzebuję silnego bodźca, aby przetrwać, idę więc do kuchni i wyjmuję słoik z kawą. Jest prawie pusty, na dnie jest tylko odrobina. To za mało. Stoję i myślę, co robić. Potrzebuję więcej czasu, bo jak wspomniałem, myśli rwą mi się na strzępy. Postanawiam zaparzyć sobie kawę po turecku, czyli zagotować na wolnym ogniu. Łupię ziarna nożem, staram się robić to jak najciszej, aby nie obudzić nikogo z domowników. A tu nagle słyszę głos z ciemności:

– Co ty tam wyprawiasz? Czy musisz hałasować? 

Powstrzymuję się, aby nie wybuchnąć. To ja staram się zachowywać jak najciszej, a tu zwraca mi się głośno, w dodatku obcesowo, uwagę! Tłumię w sobie gniew i nastawiam kalarepę na parze. To na śniadanie, bo dietetyczka zaleciła mi jeść więcej warzyw. Potem wyjmuję garnek do kawy, wsypuję kawę ze słoiczka oraz pogniecione przeze mnie ziarna i włączam płytę elektryczną. Przerywam obserwację garnka po minucie, bo natychmiast muszę iść do toalety. Kiedy wracam, aby dokończyć parzenie kawy, słyszę, jak buzuje woda w garnku z kalarepą. Odrywam się od garnka z kawą, podnoszę pokrywę i żgam kalarepę widelcem, aby sprawdzić, czy nie jest już miękka. Jak widelec trafił do mej ręki, nie wiem. Kalarepa jest jeszcze twarda. Wracam do kawy. W trakcie pilnowania, czy się już nie gotuje, przypominam sobie, że w maselniczce jest mało masła. Idę do lodówki, wyjmuję kostkę masła i odłupuję kawałek nożem. Kilka skrawków pryska na bok. To mnie wkurza. Chciałbym dać sobie w pysk. W garnku dochodzi kalarepa. Odrywam się od masła, aby wyłączyć prąd pod garnkiem do gotowania na parze. Muszę zdążyć przed godziną dziewiątą, bo nie chcę być przy stole, kiedy zjawi się rodzina.

Człowiek Ex patrzy na mnie uważnie, studiuje moją twarz. Widzę, że mnie taksuje wzrokiem i ocenia. Chyba wypadło to korzystnie, bo kontynuuje jakby uspokojony. Kładzie ręce na udach i wyprostowuje palce. Zauważam, że ma zadbane dłonie i długie palce.

– Co do nerwów, to wkurzam się automatycznie. Chyba dlatego, że mam w głowie różne implanty, kostkę pamięci neuronowej, fragment sztucznej pamięci. To wszystko zainstalowano mi tutaj, w klinice. Miałem problemy z padaczką. Czasem ta cała maszyneria rozmagnesowuje mi się lub coś podobnego. Lekarze nazywają to zapaścią zakłóceniowo-energetyczną. Trudno to wszystko spamiętać, a jeszcze trudniej uporządkować w głowie, bo nerwy mam napięte jak postronki. Nie mam do siebie pretensji, bo sam ich sobie nie napiąłem.

Patrzę na Człowieka Ex z uwagą, zastanawiając się kim on jest. Aktorem? Naukowcem? Muzykiem? Jego słowa przywracają mnie do przytomności.

– W międzyczasie przypominam sobie, że wcześniej w nocy chciałem skoczyć z balkonu. Nie zrobiłem tego tylko dlatego, że mieszkam na trzecim piętrze. Spadając, choć ziemia jest twarda jak kamień, tylko bym się połamał, a nie zabił. Jaki jest sens, aby się tylko połamać? – Człowiek Ex zadaje pytanie patrząc mi w oczy.

W nocy nie śpię, bo bolą mnie plecy od długiego siedzenia przy telewizorze lub książce, goni pęcherz, niepokoją myśli. W nocy często dzwoni do mnie kuzyn, to moja najbliższa rodzina. Bardzo cierpi i płacze. Jest niesprawny od czasu, kiedy stracił nogę w wypadku samochodowym. Strasznie się męczy. Jak takiemu nie pomóc? Siedzę przy telefonie i pocieszam go, jak umiem.

– Jak pan sobie radzi, kiedy sam czuje się pan podle? – Pytam ze współczuciem. Pytanie ożywiło mojego rozmówcę.

– Strasznie przeklinam. Rzucam wulgarnymi słowami. Latają po pokoju jak krwawe ochłapy i tylko czekać, jak się psy zbiegną z całej okolicy. Kurwa mać! Gówno! Zimna dupa! Do groma! Podaję panu przykłady w miarę przyzwoitych i obyczajnych przekleństw, jakich używam. To nie jest dno, bo mam w mózgu implant, ogranicznik przekleństw. Działa on na zasadzie słownika sprawdzającego, czy znajduje się w nim przekleństwo, jakie zamierzam użyć. Od czasu do czasu poddają mnie też hipnozie, ale nie wiem w jakim celu. Chyba po to, aby nastroić mnie optymistycznie.

Z gabinetu numer dwadzieścia cztery wychodzi pielęgniarka. Jest młoda, ale niezbyt ładna. Ma na sobie biały fartuch i czerwone lakierki na wysokich obcasach. Nic nie mówi tylko patrzy na mojego towarzysza swoimi sarnimi oczami i on wie, co ma robić. Człowiek Ex mówi:

– Nie mogę więcej z panem rozmawiać. Mam operację. Zaktualizują mi oprzyrządowanie mojej głowy. Profesor powiedział mi, że jest ono jak najnowsze science fiction, połączenie możliwego z niemożliwym. Wierzę mu. Jak wróci pan tutaj w środę, to opowiem resztę mojej historii. A jest czego słuchać.

Człowiek Ex wstaje z krzesła i wchodzi w jasną plamę światła  padającego z okna. Zauważam lekko połyskliwą, prawie przezroczystą skórę twarzy delikatnie porysowaną błękitnymi żyłkami i popstrzoną brązowymi plamkami. Kiedy się odwraca, aby wejść do gabinetu, widzę także dwie podłużne blizny po nacięciach skóry za lewym uchem. To mnie przekonuje, że to człowiek autentyczny, łączący przeszłość z teraźniejszością. 

0Shares

Piramida snów. Powieść fantastyczna. Odc. 1

W nocy, leżąc na łóżku w mojej sypialni, naszedł mnie sen. Nie byłoby w tym nic ciekawego, gdybym w trakcie tego snu nie śnił innego, w którym byłem lordem mieszkającym w wielkim pałacu, z komnatami każda wielkości całego mojego mieszkania, i pozłacanym Rolls-Royce’m „Golden Arrow” w garażu. Zawsze chciałem mieć taką limuzynę, podobno nigdy się nie psuje i jest w niej barek z alkoholami i kubełkiem lodu, a na przednim siedzeniu lokaj w liberii. Kiedy jechałem moim luksusowym Rolls Royce’m śniło mi się, że zwiedzam British Museum, stanowiącym konstrukcję pojemniejszą przestrzennie niż niejedna piramida egipska, gdzie niegdyś – znaczy się w muzeum, nie w piramidzie – kolonizatorzy brytyjscy trzymali w beczce z solą nienaruszone szczątki Aborygena australijskiego.

Ten fakt, jak najbardziej prawdziwy, uprzytomnił mi, że tkwię w piramidzie snów, w której każdy kolejny sen jest wewnątrz poprzedniego. Parter piramidy stanowi moje mieszkanie, pierwsze piętro pałac lordowski z Rolls Royce’m, a drugie British Museum ze swoimi niesamowitymi eksponatami. I cała ta konstrukcja spoczywa sobie w krainie senności równie pewnie jak kubek z zimną kawą na moim biurku.

W tym krytycznym momencie zdałem sobie sprawę, jak niezwykle skomplikowanym tworem jest rozespany człowiek; wydało mi się to tak bzdurne, że zdecydowałem się wrócić do rzeczywistości. Uczyniłem to, ale nie od razu, bo złamałbym logikę snu, co nie miało sensu, bo łamanie wywołuje hałas. Ostrzegłem siebie:

– Uważaj, chłopie! Sen to sen, logika to logika, a hałas to hałas, strasznie nieprzyjemny zwłaszcza nocą.

Tak więc wszystko odbyło się jak trzeba. Najpierw wybudziłem się ze snu w British Museum, przeszedłem do snu w pędzącym do Londynu pozłacanym Rolls Royce’m, który zawsze był moim marzeniem, a następnie do pałacu o wielkich salach i niewyobrażalnie wielkich oknach, a stamtąd do snu w moim własnym łóżku.

0Shares

Budzik. Opowiadanie science-fiction. Zaktualizowane i kompletne.

Drodzy Czytelnicy!

Poniżej przedstawiam wszystkie odcinki opowiadania (łącznie jedenaście odcinków) zebrane w jedną całość. Odpowiada ona dziewiętnastu stronom maszynopisu. W tekście pozostawiłem oznaczenia odcinków dla tych osób, które przeczytały część opowiadania i chciałaby teraz dokończyć pozostałe odcinki. Z bloga usunąłem wszystkie wcześniejsze pojedynczo publikowane odcinki. 

Byłbym szczerze wdzięczny za komentarze, uwagi i sugestie, co można by dodać, ująć lub zmienić, aby opowiadanie nabrało jeszcze większej wartości. Jest to dla mnie ważne, ponieważ mam kilka dalszych projektów opowiadań z zakresu fantastyki.

Możecie też Państwo komunikować się ze mną poprzez formularz kontaktowy w górnym pasku menu.

Pozdrawiam serdecznie,

Michael Tequila  

Odc. 1

Rano usłyszałem pukanie do drzwi wejściowych. Otworzyłem je. Na schodach stał nieznany mężczyzna, w średnim wieku. Wyglądał na bezdomnego albo włóczęgę, może nawet należałoby go nazwać obszarpańcem, zważywszy stan jego ubrania. Trzeba jednak przyznać, że było czyste i kiedyś w dobrym gatunku. Był wysoki, szczupły i lekko przygarbiony, na głowie miał kaptur, policzki przyciemniał mu kilkudniowy zarost. W prawej ręce trzymał płócienną torbę podróżną, do której przylegała kolorowa torba plastikowa na zakupy. Nie przedstawił się. Powiedział dzień dobry i zapytał, czy nie mógłbym mu pomóc, po czym wyjaśnił:

– Przyniosłem zegarek. Budzik. Tak mi się wydaje, że to budzik, bo wygląda trochę dziwnie. Rzecz w tym, że nie chodzi, choć go nakręciłem. Chciałbym sprawdzić, czy on w ogóle działa i czy jest cokolwiek wart.

W pierwszym odruchu chciałem mu odmówić, wyjaśniając, że nie zajmuję się już takimi sprawami. Pomyślałem jednak, że ostatecznie mógłbym człowiekowi wyświadczyć przysługę. Zapytałem go:

– Skąd pan wie, że znam się na zegarkach. Na drzwiach nie ma żadnej informacji, ani też przed domem.

– Ale tutaj wszyscy wiedzą, że pan jest tym znanym zegarmistrzem, co to otrzymywał ważne nagrody. – Odpowiedział bez wahania, po czym dodał jakby usprawiedliwiająco: – Chciałem oddać go do lombardu, ale oni tam marnie płacą. I tak tego nie zrobiłem. Właściciel powiedział, że nie przyjmie go za żadne pieniądze, bo nie wiadomo czy on w ogóle działa. To starszy człowiek. Znam go dobrze. Jest tak głuchy, że trudno się z nim porozumieć. To sknera, chciałby kupować rzeczy za bezcen. Dlatego przyszedłem do pana. Sprawdzenie, czy działa, to chyba nie zajmie dużo czasu?

Kiedy mówił, przyglądałem mu się. Dobrze patrzyło mu z oczu. Nie był nachalny, nie wydał mi się też niebezpieczny. Rozejrzałem się, czy nie ma za nim nikogo, jakieś podejrzane towarzystwo, po czym zaprosiłem go do środka. Wchodząc wytarł starannie buty. To mnie ostatecznie przekonało. Zaprosiłem go do mego gabinetu. Podsunąłem mu krzesło do biurka, po czym usiadłem w fotelu po drugiej stronie.

– Proszę pokazać mi to cudo.

Zanim nieznajomy postawił budzik na biurku, wytarł go szarożółtą szmatką wyciągniętą z plastikowej torby razem z budzikiem. Po chwili stał przede mną kulisty przedmiot, obrócony tarczą w moim kierunku. Przyglądałem mu się. Nie było wątpliwości, był to budzik, jeden z tych nowoczesnych, wymyślnych, przyciągających wzrok. Czarny kolor, jakieś przyciski, oryginalna tarcza ze wskazówkami i cyframi. Pomyślałem, że oprócz wskazywania czasu i budzenia pełni on także jakąś inną funkcję, prawdopodobnie radioodbiornika.

Wyglądał zwyczajnie, a jednocześnie miał w sobie coś niezwykłego, zastanawiającego. Wziąłem go w rękę, aby mu się przyjrzeć z bliższa; nigdy nie widziałem takiego zegara. Okrągła kula o średnicy dziesięciu centymetrów z wyjątkiem miejsca, gdzie znajdowała się lekko wypukła tarcza. Dla pewności wyciągnąłem specjalną suwmiarkę z szuflady i zmierzyłem go dokładnie. Trzymałem go w ręce i przyglądałem mu się. Była w nim logika, perfekcja i precyzja. Te trzy określenia cisnęły mi się do głowy. Nie dałem po sobie poznać, że budzik mnie naprawdę zainteresował, a nawet zaintrygował. Jeszcze raz popatrzyłem na niego. Okrągła tarcza, z boków płaskie przyciski, wszystko miniaturowe, ponadto jakieś guziczki wyglądające jak nierówności. Tył okazał się też nieco spłaszczony, powierzchnia tego spłaszczenia była podzielona na strefy. Obudowa budzika wyglądała mi na tworzywo sztuczne, wyjątkowo twarde, przypominające stal nierdzewną, lecz w zupełnie innym, bo czarnym kolorze. Kiedy przetarłem ją własną szmatką, którą niegdyś używałem praktykując jako zegarmistrz, nabrała łagodnego połysku.

– Nigdy nie widziałem takiego budzika. To musi być coś nowego, zapewne budzik elektroniczny, który można również nakręcać ręcznie. Taka kombinacja nowoczesności i tradycji.

Zastanawiałem się. Po chwili zaproponowałem gościowi:

– Musiałby pan zostawić go u mnie. To będzie wymagało trochę pracy. Spróbuję go otworzyć i sprawdzić w środku, co w nim nie działa. Nie wiem, ile to mi zajmie czasu. Może dzień, może dwa, bo mam także inne obowiązki.

Odc. 2

Patrząc na mężczyznę doznałem wrażenia, że propozycja zostawienia u mnie budzika w celu sprawdzenia nie spodobała mu się. Wahał się. Przyszła mi do głowy myśl.

– Jak rozumiem, pan chce go sprzedać? To może ja kupiłbym go od pana? Tak naprawdę, to go nie potrzebuję, bo jak pan widzi, mam dosyć różnego rodzaju czasomierzy w gablotach, ale miałbym przynajmniej jakieś zajęcie rozkręcając go. Jestem ciekaw jak wygląda nowoczesny budzik.

Mężczyźnie zabłysły oczy. Propozycja przypadła mu chyba do gustu.

– Albo jeszcze lepiej. Dam panu w zamian zegarek ręczny albo inny budzik, dużo cenniejszy niż pański. Pokażę panu kilka. Może pan wybrać sobie taki, jaki najbardziej podoba się panu.

Znalazca popatrzył na mnie wyczekująco. Podszedłem do oszklonej, bocznej szafki po prawej stronie, skąd wyjąłem trzy zegarki zaprojektowane przeze mnie.

– Wszystkie one zdobyły nagrody na wystawach sztuki zegarmistrzowskiej. Proszę ocenić je; może któryś z nich podoba się panu.

Mężczyzna podniósł się i podszedł do biurka. Brał po kolei każdy zegarek do ręki i przyglądał mu się z uwagą. Ożywił się.

– Chce pan mi dać któryś z tych zegarków w zamian za budzik? Popatrzył na mnie z niedowierzaniem. – Na zawsze?

– Tak. Gotów jestem to zrobić.

Nie byłem jednak całkiem zdecydowany. Miałem wątpliwości, czy budzik nie był skradziony. Zanim dobiliśmy targu rozmawialiśmy jeszcze. Chciałem wiedzieć jak mężczyzna się nazywa oraz w jaki sposób przedmiot znalazł się w jego rękach. Odpowiadał bez wahania. Podał nazwisko, jeśli dobrze zapamiętałem, było to Pavo, oraz imię Arno, które natychmiast uciekło mi z pamięci.

– Nazywają mnie Paw. To taka ksywa od nazwiska. Wszyscy tutaj mnie znają. Jestem bezdomny, włóczę się po okolicy i dorabiam sobie jak mogę. Dobrzy ludzie mnie wspomagają, czasem dadzą coś do jedzenia albo jakieś pieniądze. Ale najchętniej przyjmuję pracę do wykonania. Takie różne przynieś, podaj, pozamiataj.

Kiedy skończył wyjaśnienia, popatrzył na mnie. Widocznie sobie przypomniał, o co go pytałem, bo dodał od razu, że budzik znalazł. Byłem przekonany, że mówi prawdę. Nie kręcił, nie udawał, że był to podarunek od kogoś z rodziny, albo ze znalazł go na strychu domu, gdzie robił porządek.

Okazało się, że było to w pobliżu.

– Przy tym nowym wielkim budynku, gdzie są laboratoria technologiczne firm japońskich. Nazwa Nippon czy coś takiego.

Przypomniałem sobie napis na budynku „Industrial Park. Japanese Technological Laboratories”. Były tam jeszcze jakieś dalsze słowa, ale uciekły mi z pamięci.  

– Budzik leżał w krzakach za ławką przy tym małym parku. – Kontynuował Pavo. – . Poszedłem tam za potrzebą. Potknąłem się o niego. Był przykryty torbą papierową. Z ciekawości podniosłem papier i wtedy go zobaczyłem. Był zakurzony i pobrudzony, jakby ktoś specjalnie to zrobił. Podniosłem go i porządnie wytarłem. Najpierw poszedłem z nim do lombardu a potem od razu do pana, jak sobie przypomniałem, że jest pan tym znanym zegarmistrzem.

Opowieść Pavo wywołała we mnie wspomnienia. Przypomniałem sobie zdarzenie z dzieciństwa, kiedy za drewnianym płotem fabryki, gdzie pracowali moi rodzice, zauważyłem zabawkę, mały zielony traktorek z przyczepką w żółtym kolorze. Strasznie mi się spodobały. Leżały tam już od kilku dni. Chodziłem i chodziłem przy płocie, oglądałem je przez szparę między sztachetami, lecz bałem się przeskoczyć przez płot. Kiedy następnego dnia przyszedłem tam gotów to zrobić, traktorka z przyczepką już nie było. Nie mogłem odżałować mojego wahania.

Nie zastanawiałem się więcej. Wziąłem budzik i wręczyłem Pavo wybrany przez niego zegarek. Obydwaj wiedzieliśmy, że to on wygrał na tej wymianie. Ale nie żałowałem. Nie myślałem już o tym, że budzik nie był jego własnością. Bezdomni włóczędzy mają szczególne umiejętności znajdowania rzeczy, na których nikomu już nie zależy. Jeśli zegarek znalazł się w parku w krzakach, to pewnie ktoś go tam wyrzucił. – Usprawiedliwiałem swoje postępowanie.

Odc. 3

Po wyjściu Pawia z gabinetu przyglądałem się chwilę budzikowi, po czym odstawiłem go na półkę w pobliżu okna. Tego dnia nie miałem czasu, aby się nim zająć. Nie śpieszyłem się, był już moją własnością. Potem zapomniałem o nim.

Kiedy wieczorem wróciłem do gabinetu, usłyszałem ciche tykanie. Zastanawiałem się, co się stało. Zegarek uruchomił się samoistnie, bez interwencji z zewnątrz. Ożywił się po tym, jak postał kilka godzin na parapecie okna. Doszedłem do wniosku, że był to efekt intensywnego światła słonecznego padającego z zewnątrz. Budzik musiał mieć baterie słoneczne. To było jedyne wyjaśnienie. Nie potrzebował niczego więcej niż odpowiedniej dawki światła. Wtedy zaczął chodzić wyrażając swą radość głośnym tykaniem. Kiedy pomyślałem o „radości”, przyszło mi do głowy, że traktuję budzik jak człowieka.

Podszedłem do okna i obserwowałem go. Chodził, nie ulegało wątpliwości. Co mnie zaskoczyło, to fakt, że pokazywał właściwy czas, godzinę osiemnastą trzydzieści pięć. Zdałem sobie z tego sprawę dopiero po dłuższej chwili. To było dziwne. W pokoju nie było nikogo, więc musiał sam się uregulować. Jeśli moje rozumowanie było słuszne, to był on znacznie bardziej skomplikowanym urządzeniem, niż wydał mi się na początku. Sam się uruchomił i sam ustawił czas.

– Postałeś kilka godzin w pobliżu źródła światła i naładowałeś się – mruknąłem głośno do siebie.

Ledwie skończyłem, usłyszałem głos dobiegający gdzieś ze środka obudowy budzika, dostatecznie wyraźny, aby nie mieć wątpliwości. To był głos budzika.

– Mówiący zegar nie jest niczym nadzwyczajnym – to były jego słowa.

To mnie kompletnie zaskoczyło. Nie wiedziałem jednak jak zareagować, czy w ogóle powinienem coś zrobić. Niezdecydowany czekałem, co będzie dalej.

– Proszę mnie uważnie wysłuchać – odezwał się znowu głos z wnętrza budzika. Był wyraźniejszy i jakoś uspokajający. Albo tak mi się wydało.

– Nie jestem zwykłym budzikiem, ale robotem. Mogę rozmawiać z tobą. Z pewnością widziałeś roboty, które mogą się komunikować, informować i odpowiadać na pytania. Podobnie jak człowiek, widzę, słyszę i mówię.

Przypomniałem sobie nagrania video i filmy w telewizji oraz na YouTube, gdzie pokazywano roboty. Miały tylko inną postać. Były podobne do ludzi. Odmienność postaci była chyba głównym elementem zaskoczenia. Miałem sobie za złe, że ja, stary doświadczony zegarmistrz, dałem się zaskoczyć czymś tak prozaicznym jak automatyczny głos generowany przez robota.

– Przepraszam na chwilę – powiedziałem, po czym przyciągnąłem sobie fotel w pobliże okna. Zanim usiadłem umieściłem budzik na wysokości moich oczu na półce regału stojącego obok okna. Usadowiwszy się wygodnie w fotelu odezwałem się pewniejszym głosem:

– Czy możemy wobec tego porozmawiać?

– Oczywiście. Co chciałbyś wiedzieć? Najłatwiej jest mi odpowiadać na pytania. Może jednak na początek przedstawię się. Nazywam się Robo i jestem robotem-budzikiem, korzystającym ze sztucznej inteligencji.

Nie wiem dlaczego, ale zaskoczyło mnie, że budzik zwraca się do mnie przez „ty”, zamiast przez „pan”. Zignorowałem to, bo wypadało mi odezwać się. Też się przedstawiłem:

– Sefardi Baroka, zegarmistrz, obecnie na emeryturze. Postaram się zapamiętać twoje imię, Robo, będzie nam łatwiej rozmawiać.

Rozmawialiśmy niezbyt długo. Wyjaśniłem Robo okoliczności, w jakich trafił do mnie. Podziękował mi za to.

– Byłem wyłączony. To dzięki tobie wróciłem do siebie. Przy okazji, nie miej mi za złe, że zwracam się do ciebie bezpośrednio zamiast przez „pan”. Wiem, że jesteś człowiekiem w starszym wieku, bo umiem rozeznać głos, wiem kiedy do mnie mówi mężczyzna a kiedy kobieta, czy jest to dziecko czy dorosły. Nie ma w tym nic nadzwyczajnego.

Słuchając mojego nietypowego rozmówcę, czułem się coraz bardziej niepewnie. Miałem do czynienia nie z jakimś prostym urządzeniem, umiejącym odpowiadać na proste pytania i coś logicznie wyjaśnić, albo choćby powiedzieć „nie wiem”, ale z czymś nieporównywalnie bardziej wyszukanym. Musiałem to wszystko przemyśleć i przygotować się. Rozpaczliwie potrzebowałem dowiedzieć się czegoś więcej, poczytać coś o robotach i sztucznej inteligencji. 

 

– Nie będę ukrywać, Robo, że zaskoczyłeś mnie. Nie spodziewałem się, że budzik do mnie przemówi. Do głowy by mi nie przyszło, że możesz być robotem. Czuję się niezręcznie tym bardziej, że jestem zegarmistrzem i widziałem już niejedno w życiu. Dlatego proponuję, abyśmy odłożyli naszą rozmowę do jutra.

Robo powiedział tylko:

– W porządku. Spotkajmy się wobec tego jutro. O dowolnej porze. Ja nie mam nic do roboty. Chętnie się dostosuję. Nie musimy się umawiać, po prostu przyjdź i odezwij się do mnie. Zresztą i tak cię zauważę. Nie przewiduję problemów, bo ilość światła wpadającego do mieszkania jest dostateczna, aby nie zabrakło mi energii. 

Rozstaliśmy się. Postanowiłem zmienić wszystkie moje plany na następne dni. Od dawna nie odczuwałem takiego podniecenia. Było to jak spotkanie z człowiekiem z innej planety.

 

Odc. 4

Następnego dnia od rana solidnie pracowałem, przeglądając informacje na interesujący mnie temat robotów. Nie robiłem tego w gabinecie, gdzie zostawiłem Robo, ale w sypialni, gdzie mam krzesło, stolik i laptop z podłączeniem do sieci kablowej. Okazało się, że nie jest to jeden temat ale wiele, ponieważ z robotyką nierozerwalnie związane są dziedziny mechaniki, automatyki, elektroniki, sensoryki, cybernetyki, informatyki oraz sztucznej inteligencji. Od razu uznałem, że obszar wiedzy związanej z budzikiem-robotem był zbyt szeroki. Nie miałem czasu ani chęci wgłębiać się w obce mi obszary wiedzy; o niektórych nawet nie słyszałem, nie mówiąc o jakimś choćby jakimś najogólniejszym ich rozumieniu.

– Do diabła – powiedziałem sobie w pewnym momencie – im dalej w las, tym więcej drzew. Powstrzymaj się, chłopie, nawet przed pobieżnym przeglądaniem takiej masy informacji. Przecież nie zamierzasz zostać naukowcem!

Byłem zły na siebie. Ponieważ nie sposób było to wszystko ogarnąć, postanowiłem skoncentrować się na sprawie interakcji robot-człowiek. Chodziło mi przede wszystkim o „rozgryzienie”, jak funkcjonuje Robo, jak komunikuje się ze mną i jak daleko sięgają jego możliwości. Idąc tą drogą uznałem, że najważniejsze jest ustalenie, czy nie stanowi on zagrożenia dla mnie. Zadałem sobie proste pytanie:

– Skoro masz w domu robota, który – jak się okazuje – tylko w małej części jest budzikiem, to jakie mogą wyniknąć z tego konsekwencje?

Wciąż miałem znikome pojęcie, jakie są możliwości Robo, co może a czego nie może zrobić, czy mówi mi o wszystkim, czy też coś ukrywa przede mną, czy ktoś może nim sterować z zewnątrz czy też działa on samodzielnie podobnie jak ja. Idealnie byłoby poznać przynajmniej to minimum: jaki jest zasięg i potencjał jego możliwości. Uznałem to za praktycznie nieosiągalne. Dodatkowo, niepokoiła mnie świadomość, że roboty są zdolne do uczenia się.

Odszedłem od komputera sfrustrowany. To było straszne. Im więcej czytałem, tym bardziej zdawałem sobie sprawę, jak mało wiem. Nagle poczułem się zagrożony właśnie z powodu mojej niewiedzy a nawet braku wyobrażenia, co taki robot może zrobić. Czy na przykład nie może wysadzić się w powietrze razem ze mną. Żałowałem, że nie zajrzałem do jego wnętrza. Teraz było już za późno.

*****

Do gabinetu wróciłem po południu, zaraz po obiedzie, jak tylko trochę odpocząłem. Zwyczajowo piję kawę po posiłku, czasem nawet dwie, jedną po drugiej, aby nie zasypiać. Tym razem nie była mi ona w ogóle potrzebna. Wiedziałem, że rozmowa z czymś tak niezwykłym jak nowoczesny robot ukryty w budziku, będzie stymulująca. Kiedy uczestniczę w żywej dyskusji nie mam problemów z zasypianiem.

Po głowie chodziła mi masa pytań. Zanotowałem sobie niektóre z nich. Jedno z pierwszych było, dlaczego Robo ma postać budzika. Wszystkie obiekty, jakie oglądałem w Internecie, to były wielkie i niekształtne roboty przemysłowe, roboty człowiekopodobne imitujące zachowania ludzi i służące głównie udzielaniu informacji, albo czworonożne roboty konstruowane dla celów wojskowych. Te ostatnie były niesamowite. Gdybym tego sam nie zobaczył, to chyba bym nie uwierzył w to, co potrafi robot. Szczególnie zapadł mi w pamięć malutki tworek, przypominający zabawkę – wózeczek na czterech plastikowych kółkach. Takie maleństwo, które można nafaszerować środkiem wybuchowym. Stojąc przed budynkiem robot wysuwał część swojej konstrukcji do góry, a następnie z niesamowitą łatwością katapultował się na dach budynku na wysokość co najmniej czterech metrów. Nie miało znaczenia, jak upadał, ponieważ natychmiast wracał do równowagi, stojąc na kółkach w gotowości do dalszej drogi.

*****

Przed wejściem do gabinetu przypomniałem sobie, właściwie postanowiłem, aby nie używać określenia „budzik,” „zegar” lub „robot”, tylko zwracać się do mojego rozmówcy używając imienia Robo. Była to forma uznania dla jego niezwykłości: dobrze mi znany budzik, przedmiot, rzecz bądź co bądź martwa, dysponuje cechami typowymi dla człowieka, takimi jak zdolność rozumienia, logicznego myślenia, słuchania, mówienia i odpowiadania na pytania. Podświadomie traktowałem Robo jak istotę wyższego rzędu, coraz bardziej kojarzącą mi się z żywą maszyną.

Wiedza, jaką sobie przyswoiłem w ciągu kilku dni, co najmniej rozjaśniła mi kilka spraw, lecz w nieporównywalnie większym stopniu zasiała wątpliwości. Robo zdał mi się być teraz czymś jeszcze bardziej wyjątkowym. Wiem, że to przesada, ale bez tej uspokajającej pewności, że tak jest istotnie. Takiej, którą mamy patrząc na przykład na psa. Wiemy doskonale, co to za zwierzę, bo towarzyszy człowiekowi od tysięcy lat i umiemy przewidzieć jego zachowanie prawie w stu procentach.

Odc. 5

Robo zastałem na półce, jak zawsze, ale w nieco innym miejscu, jakby się przesunął. Zostawiłem go na środku półki, teraz był bliżej jej krawędzi i okna. Naszła mnie myśl, prawie przekonanie, że jest on w stanie poruszać się po płaskiej powierzchni.

– Może wykorzystuje wibrację, aby przesunąć się w określonym kierunku? – to było logiczne pytanie. Oglądając go przy zakupie nie zauważyłem u podstawy budzika innego mechanizmu jak cztery niewielkie nóżki, które wydały mi się nieruchome.

Robo uprzedził mnie. Pierwszy mnie zauważył i pozdrowił. Głupio się poczułem, bo myślałem, że rozpoczęcie rozmowy mnie przypadnie w udziale. Tak sobie zaplanowałem. Przełknąłem niemiłą pigułkę zaskoczenia i skoncentrowałem się. W pierwszej kolejności chciałem mu się dobrze przyjrzeć, przyniosłem w tym celu lupę. Najbardziej intrygowała mnie teraz jego zdolność poruszania się.

Zapytałem go, czy ma coś przeciwko temu, abym obejrzał go z bliska.

– Chcę to zrobić, aby poznać ciebie jak najlepiej i móc zadawać rozsądniejsze pytania. Po prostu sensowniej rozmawiać – uzupełniłem, mając wrażenie, że mówię jakbym był młodzieńcem rozmawiającym z obrażoną na niego narzeczoną.

Pytanie od razu wydało mi się głupie, jak tylko je wypowiedziałem. Pytać budzik o to, czy zgadza się, abym wziął go w ręce i przyjrzał mu się! Poczułem gniew na siebie samego, że mam jakieś rozdwojenie jaźni. Miałem przecież do czynienia ze zwyczajnym przedmiotem, martwą istotą, z wbudowanym mechanizmem przetwarzania informacji i artykulacji słów.

Rob rozwiązał moje wątpliwości.

– Oczywiście, bez najmniejszego problemu. Jestem do tego przyzwyczajony. Kiedy mnie tworzono, setki razy brano mnie do ręki, oglądano, dotykano, ściskano, uderzano i zrzucano na ziemię. Jestem odporny na takie zachowania. Nie krępuj się. Nie mam strefy poczucia bezpieczeństwa. Martwiłbym się tylko, gdybyś chciał mnie rozkręcać.

Zastanowiłem się chwilę nad jego ostatnim zdaniem, po czym wziąłem go do ręki i – korzystając z lupy – zacząłem badać; robiłem to bez pośpiechu, systematycznie, starając się zapamiętać jak najwięcej szczegółów. Cały czas rozmawialiśmy. Nie była to skomplikowana rozmowa. Po prostu relacjonowałem mu, co widzę, od czasu do czasu zadając jakieś pytanie z prośbą o wyjaśnienie.

U podstawy budzika widoczne były cztery nóżki osadzone w malutkich zagłębieniach. Teraz dopiero zauważyłem, że dolna część obudowy wygląda jak dwie małe gąsienice przypominające kształtem gąsienice stosowane w ciężkim sprzęcie transportowym, budowlanym i w czołgach. Wyglądały jakby dawały się wysunąć na zewnątrz. Powstrzymałem się z pytaniem Robo o wyjaśnienie. Zbudziły się we mnie nieskonkretyzowane wątpliwości. Intuicja podszeptywała mi zachowanie ostrożności. Postanowiłem być bardziej powściągliwy i zważać bardziej, o czum rozmawiam z Robo. Przyszło mi do głowy, że mimo swojej bezpośredniości i uprzejmości nie powie wszystkiego.

– Każdy ma jakąś tajemnicę do ukrycia – to była moja konkluzja. 

*****

Wieczorem siedziałem dłużej przy biurku. Miałem trzy dokumenty do przejrzenia i sprawy do uporządkowania. Robo stał w tym samym miejscu, co poprzednio – na półce, w pobliżu okna. Odbywaj milczeliśmy. Miałem wrażenie, że zasnął; zastanowiłem się, czy w życiu robota, myślącego automatu, istnieje coś takiego jak sen i czuwanie. Siedząc nasłuchiwałem każdego szmeru. Raz mi się wydało, że coś słyszę, potem pomyślałem, że to jakieś przywidzenie. Postanowiłem to sprawdzić, pozorując spacer po pokoju. Powiedziałem głośno:

– Robo! Nie zważaj na mnie. Pochodzę teraz trochę po gabinecie, aby rozprostować nogi i kręgosłup. Zawsze to robię po dłuższym siedzeniu przy biurku.

Nie usłyszałem żadnej odpowiedzi, Nie byłem pewien, czy moje słowa dotarły do Robo, założyłem jednak, że tak. Kontynuowałem eksperyment. Kiedy słyszałem od strony okna coś, co przypominało szmer, szedłem w tym kierunku. Miałem wrażenie, że szmer ucichał i znikał. Po kilku takich wyprawach w kierunku okna i z powrotem, nabrałem przekonania, że obydwaj, Robo i ja, gramy jakąś grę, wsłuchując się i obserwując się nawzajem. Przypomniało mi to dwa obserwujące się zwierzęta, z których każde mogło stać się zwycięzcą lub ofiarą. Chodziło o indyjską mangustę i węża, ich grę zachowań, pozorowanych ataków i równoczesnej obrony, przedstawioną w książce „Cybernetyka” jako ilustracja sprzężenia zwrotnego. To była walka na śmierć i życie, ponieważ któryś z ataków musiał być ostateczny. 

Odc. 6

Przed pójściem spać obejrzałem na YouTube kilka krótkich filmów dokumentacyjnych o robotach. Czułem potrzebę i presję uczenia się. Mając w domu robota objawiającego się w coraz to innym świetle, znalazłem się w rzeczywistości, zupełnie odmiennej od dotychczasowej.

Rozmowy prowadziliśmy prawie każdego dnia. Było w nich coraz więcej tematów łączących świat technologii, robotyki i automatyki, z którego wywodził się Robo oraz świat przyrody ożywionej, do którego ja należałem. Uznałem to za najlepszy sposób poznawania Robo i tego, co sobą reprezentuje. Odczuwałem potrzebę zbliżenia między nami, większej zażyłości i wzajemnego zaufania.

Byłem świadomy, że to zbliżenie ma granice, ponieważ między nami istniały bariery nie do pokonania; byliśmy wytworami różnych rzeczywistości. On – sztucznej inteligencji, zdolny do uczenia się i samodoskonalenia; ja zaś – ludzkiej cywilizacji, ale praktycznie ograniczony do własnej inteligencji, czyli mojej wiedzy, doświadczeń, umiejętności i intuicji. Moja inteligencja to inteligencja pojedynczego człowieka. Robo miał nade mną jedną zasadniczą wielką przewagę: sztuczną inteligencję zdolną do nieporównywalnie szybszego uczenia się. Obserwując postępy technologii, czułem, że Robo jest w stanie mnie przewyższyć, tym bardziej, że w perspektywie widoczna jest już kombinacja technologii i żywego organizmu, prawdziwy, a nie domniemany cyborg. Odbierałem to jako rosnące niebezpieczeństwo, w dodatku niemożliwe do określenia do natury, skali i kierunków rozwoju.

Byłem zadowolony, że jestem na tyle rozważny, czy po prostu ostrożny, aby nie zakładać, że w relacjach człowiek – robot to ja będę wygrany. Ostatecznie Robo był tworem dysponującym pamięcią, zdolnością rozumowania, obserwacji. podejmowania decyzji, komunikacji, czyli ludzkimi umiejętnościami. Bałem się wchodzić dalej w takie rozważania, aby nie stracić poczucia gruntu pod nogami. Bałem się rzeczywistości szybko uczących się robotów.

– Kurwa mać! Zawsze mam jakieś wątpliwości! – Wrzasnąłem nagle do siebie. Musiałem wyładować tę frustrację. Staję się wulgarny najczęściej wtedy, kiedy czuję, że nie rozumiem czegoś ważnego, kiedy to „coś” mi bezpowrotnie ucieka lub zagraża.

******

Po tygodniu spotkań z Robo łatwiej mi się rozmawiało, więcej wiedziałem, byłem ostrożniejszy. Nie używałem już określenia „budzik” chyba, że mi się wymknęło. Wydawało mi się, że i Robo czuje się pewniej. Słyszałem to w jego głosie; mówił wyraźniej i z przekonaniem, podobnie jak mój GPS. Zauważyłem to po wyjeździe samochodem, kiedy musiałem skorzystać z tego urządzenia.

Minionej nocy, nie mogąc zasnąć, chodziłem po mieszkaniu. Drzwi do gabinetu były otwarte, mogłem więc słyszeć regularne tykanie: tik – tik, tik – tik, tik – tik. Wydało mi się, że było ono równiejsze i mocniejsze niż zawsze. Brzmiało to nieprawdopodobnie.

W rozmowie Robo wyjaśnił mi tę kwestię.

– Mogę ustawić głos w różny sposób: wyłączyć tykanie całkowicie lub tykać na różnym poziomie donośności. Większość ludzi lubi odgłos tykania. Mówią, że to ich wycisza i uspokaja, ponieważ tłumi hałasy otoczenia. Po minucie lub dwóch przyzwyczają się do tykania i już go nie słyszą. Jeśli sobie życzysz, mogę wyciszyć się całkowicie, ale wtedy możesz czuć się nieswojo. Będziesz miał uczucie, jakbym ukrywał się przed tobą. Kiedy słyszysz tykanie, wiesz, że jestem blisko, i w każdej chwili możesz nawiązać ze mną kontakt, podobnie jak z człowiekiem.

Przyznałem mu rację, kiedy to przetestowałem. Słyszałem jego tykanie, po chwili rzeczywiście o nim zapominałem. Kiedy chciałem, znowu do niego wracałem. To rzeczywiście uspokajało.

Odc.7

Zacząłem zastanawiać się, czym jest „robot myślący”, reagujący prawie jak człowiek, oraz jak mogą wyglądać jego relacje z ludźmi. Nie sposób było to zrozumieć. Rodziło to we mnie niepewność i frustrację.

 

Z tego powodu nocami nie mogłem, może nawet i nie chciałem spać. Byłem tak rozbudzony, że nie pozostawało mi nic innego, jak oddawać się rozważaniom na jakiś temat. Najczęściej pojawiał się on spontanicznie. Nie musiałem go wymyślać. Chodziłem wtedy po pokoju, aby się uspokoić.

Którejś nocy przysnąłem w fotelu w gabinecie. Obudziłem się odrętwiały, kark mnie bolał. Wstałem, aby oddać się zwyczajowej nocnej praktyce. Chodząc po gabinecie wpadłem w dziwny rytm. Na „tik” budzika stawiałem stopę na podłogę, kiedy słyszałem kolejny „tik”, stawiałem drugą. Wyobraziłem sobie, że moje nogi są ponumerowane: „pierwsza” i „druga” zamiast „prawa” i „lewa”. Uznałem, że mogę to wykorzystać dla eksperymentu w celu sprawdzenia, czy Robo ma poczucie humoru oraz zdolność abstrakcyjnego myślenia.

Zapaliłem światło. Zareagował natychmiast:

–  Dobry wieczór, Sefardi. Co za niespodzianka!

Nie wyjawiłem mu mojego zamiaru, powiedziałem tylko, jakby nigdy nic, że ponumerowałem sobie nogi.

– Po prostu oznaczyłem je inaczej niż wszyscy ludzie. Nie prawa i lewa, ale pierwsza i druga. Odpowiada to logice matematycznej i chyba także logice czasu. W tej drugiej kwestii nie wypowiadam się ze zbytnią pewnością, bo mało się na tym znam, choć znam się na pomiarach czasu.

– Zgadzam się z tobą – podchwycił Rob ku memu zaskoczeniu.

Nie spodziewałem się po nim takiej reakcji. Jego reakcja była dosyć absurdalna.

Robo kontynuował.

– Czas się liczy. A właściwe jego upływ daje się liczyć. Jestem czasomierzem i wiem to równie dobrze jak ty. Z drugiej strony wiem, że ma czasu lewego, czy prawego. Wydaje mi się, że jest to śmieszne, choć nie za bardzo to rozumiem, ponieważ nie umiem rozróżnić między śmiesznością a nieśmiesznością. Mam wiedzę encyklopedyczną, ale nie życiową, taką jak ty i inni ludzie.

Z przekory odpowiedziałem mu, że przesadza przedstawiając takie argumenty.

– Dzisiaj nie ma czasu prawego czy lewego, ale czy możesz z absolutną pewnością wykluczyć, że taki czas kiedyś się nie pojawi?

– Nie umiem na to odpowiedzieć. To zbyt abstrakcyjne myślenie. Wiem, jaka jest definicja abstrakcji ale samej abstrakcji nie rozumiem. To dla mnie zbyt trudne. Ale uczę się i mam przekonanie, że kiedyś porozmawiamy o tym jak równy z równym.

Uznałem, że rozmowa nie doprowadzi nas do nikąd, dlatego wróciłem do mojego zwariowanego ćwiczenia z krokami. Zacząłem stawiać kroki i liczyć na głos i komentować. Kiedy usłyszałem trzeci „tik”, zrobiłem trzeci krok, co znaczyło, że postawiłem na podłodze znowu pierwszą nogę. Na czwarty tik postawiłem drugą nogę. Dało mi to pole do absurdalnego spostrzeżenia, że wprawdzie ilość kroków się zwiększa, ale nogi wykonujące te kroki pozostają niezmiennie w tej samej liczbie. Uznałem to za wygłup, i wróciłem do tradycyjnych pojęć prawej i lewej nogi. Powiedziałem o tym Robo. 

– Zamiast numerować nogi pierwsza-druga, wróciłem do starych określeń: lewa-prawa.

Odpowiedzi krótko:

– To logiczne i już utrwalone myślenie. Rozumiem to i dlatego mi się podoba.

Chodzenie nocą po pokoju równo z tykaniem budzika uspokajało mnie bardziej niż wtedy, kiedy go nie słyszałem. Chodząc w takt budzika zapominałem o czasie. To była prawdziwa korzyść; coś, czego wcześniej nie odczuwałem. Było to bardzo pozytywne przeżycie. Miałem poczucie, że żyję niezależnie od czasu, może nawet poza czasem. Przestawałem wtedy odczuwać niepokój śmierci, której wcielenie – czarna zmora – męczyła mnie nocami.

W miarę upływu czasu nabieraliśmy do siebie zaufania i częściej rozmawialiśmy. Były to dobre rozmowy. Dzięki nim poznałem granice gotowości Robo do dzielenia się ze mną swoją wiedzą. Kiedy pytałem go o to, jak jest skonstruowany, jak myśli, czy jak się uczy, unikał odpowiedzi, najczęściej przedstawiając jakąś wymówkę. Kiedy ja sam wyrażałem pogląd na temat, jak działa robot taki jak on, z reguły nie zaprzeczał, ani nie potwierdzał, zostawiając mnie w niepewności. Dało mi to dużo do myślenia. Nabrałem przekonania, że wprawdzie na początku mówił mi wiele i szczerze o sobie, to teraz więcej ukrywał przede mną.

– Każdy ma tajemnice, którymi nie dzieli się z innymi. – mruknąłem do siebie cicho, aby nie usłyszał.

To, co dowiedziałem się od Robo i ze źródeł w Internecie, upewniło mnie, że nawet zwykły robot dzięki sztucznej inteligencji ma dostęp do wiedzy wielokrotnie bogatszy niż człowiek. Ja w kontakcie z Robo mogłem korzystać tylko z mojego mózgu, stanowiącego odpowiednik komputera, robot oprócz własnego komputera-mózgu dzięki łączności online miał natychmiastowy dostęp do baz wiedzy w globalnej sieci komputerowej.

– Ty masz natychmiastowy dostęp tylko do własnej pamięci, ja oprócz wewnętrznej pamięci mam do dyspozycji gigantyczną pamięć całej sieci komputerowej Internetu. Zapewnia mi to sztuczna inteligencja. Wystarczy, abym był tylko podłączony online, podobnie jak smartfon.

– To różnica na moją korzyść –podsumował Robo.

W miarę zdobywania wiedzy o robotach i sztucznej inteligencji, czułem się coraz bardziej niepewnie w obecności Robo.

Odc. 8

Od pewnego czasu nurtowała mnie sprawa przeszłości Robo. Intrygowało mnie, jak doszło do jego pojawienia się w krzakach w pobliżu ławki. Miejsce i okoliczności znalezienia sugerowały, że powstał w którymś z laboratoriów mieszczących się w wielkim gmachu niedaleko mego domu. Domyślałem się, że musiał zniknąć stamtąd w tajemniczy sposób. Zacząłem kojarzyć fakty. Od momentu jego pojawienia się u mnie, wokół budynku nieprzerwanie węszyli ludzie noszący odznaki „Japanese Technological Laboratories”. Chodzili tam jakby czegoś szukali lub na coś czekali. Niedaleko stały trzy pojemniki na śmieci a nieco dalej rząd ponumerowanych skrzynek w kolorze bordowym wyglądających jak pocztowe. Były oznaczone wizerunkiem orła trzymającego w szponach symboliczny schemat labiryntu.

W trakcie kolejnej rozmowy Robo sam mi to powiedział, ujawniając przy okazji cel, dla jakiego został stworzony.

– Byłem bardzo zaawansowanym robotem. Postać budzika, małego, nierzucającego się w oczy urządzenia, miała to tylko kamuflować. Nadano mi ją, abym nie wzbudzał zainteresowania. Nie rzucałem się w oczy w odróżnieniu od robotów humanoidalnych. Kogo może interesować zwykły budzik? Byłem robotem zdolnym wykonywać różne zadania.

Na pytanie, jakie to były zadania, Robo odpowiedział wymijająco:

– Bardzo różne. To trudno określić jednym zdaniem. Zależy od okoliczności i potrzeb.

Zapytałem go o pobyt w laboratorium, jak to wyglądało od początku, kiedy nadano mu świadomość.

– W laboratorium pilnowano mnie bardzo starannie. Byłem cennym wynalazkiem, naładowanym sztuczną inteligencją. Byłem wyspecjalizowanym komputerem, wyposażonym w kamery i głośnik, zdolnym do nieprzerwanej obserwacji wybranego obiektu, podsłuchu, wszechstronnej komunikacji, z dostępem do kluczowych baz danych w Internecie. Traktowano mnie prawie jak cyborga. Moim przeznaczeniem było przetwarzać informacje pochodzące z systemu antyterrorystycznego i określać, gdzie pojawiły się lub mogły pojawić się największe zagrożenia. Miałem zdolność określania celów i priorytetów działań antyterrorystycznych. Jeśli pojawiłyby się zagrożenia w kilku miejscach naraz, miałem ustalić, dokąd w pierwszej kolejności trzeba skierować ludzi, sprzęt, psy i inne środki. To było niezwykle ważne zadanie. Chodziło o ochronę przed terrorystami wielkiego miasta, dziesięciu milionów ludzi, najbardziej zagrożonego obszaru kraju.

Kiedy Robo przerwał, zaproponowałem przerwę. Nie lubiłem tego, ale czasem musiałem. Mogło to wynikać z konieczności wyjścia do toalety, sprawdzenia, kto dzwoni do drzwi, odebrania telefonu, kiedy ktoś miał do mnie dzwonić w ważnej sprawie. Robo był elastyczny, nie przeszkadzało mu to. Miał nieograniczone zasoby cierpliwości. Nie znał w ogóle, co to niecierpliwość czy presja czasu.

Musiałem przemyśleć i zapamiętać to, co mi powiedział, potrzebowałem też napić się kawy. On był niezmordowany, mógł mówić nieprzerwanie, bez zmęczenia, jak długo miał zapas energii w akumulatorach.

Po wypiciu mocnej kawy i sporządzeniu odręcznej notatki, wróciłem do Robo. Stał w tym samym miejscu, gdzie poprzednio, i natychmiast zaczął mówić. Nie czekał, aż powiem, że jestem gotów kontynuować naszą rozmowę.

– Wszystkie rządy i policje na świecie śledzą ludzi, usiłując ustalić, czy nie są terrorystami, aby uprzedzić ich atak. Kto mógłby pomyśleć, że stojący spokojnie na stole, w gabinecie czy nawet w oknie wystawowym dużego sklepu budzik to właśnie centralny punkt systemu antyterrorystycznego, zdolny ustalić w ciągu sekund, gdzie i kto ma się znaleźć i jakie ma podjąć kroki. Chodziło o koordynację działań w sensie przestrzennym i czasowym, określenia odległości i czasu dotarcia. Była to forma operacyjnej optymalizacji działań antyterrorystycznych. Gdybym sam był zagrożony, miałem ulec samounicestwieniu. Po prostu wysadzić się. Ale to była ostateczność, rzecz mało prawdopodobna, ponieważ byłem strzeżony.

– Dlaczego nie powiedziałeś mi wcześniej o tym wszystkim? Dlaczego mówisz mi to teraz? Nie boisz się, że mógłbym próbować to wykorzystać? – zadałem te pytania, nie w formie zarzutu, ale z pewnym rozżaleniem.

Były to głupie, nieostrożne pytania. Byłem zły na siebie samego. Domyślałem się, jaka mogła być odpowiedź Robo. Każdy unika a przynajmniej opóźnia mówienie o czymś, co jest dla niego niewygodne lub niekorzystne.

– Nie zdradziłem ci wcześniej wszystkich moich tajemnic, ponieważ mogło to być niebezpieczne dla mnie jak i dla ciebie. Żyjemy teraz jak w symbiozie, mój los zależy od ciebie, twój los zależy ode mnie. Równie dobrze mogę się bać ciebie, jak ty mnie. Mówię to dopiero teraz, bo mamy do siebie więcej zaufania.

Zabrzmiało to jak groźba lub ostrzeżenie. Robo mówił z większym napięciem niż zazwyczaj; reagował podobnie jak człowiek. Byłem o tym całkowicie przekonany.

Przerwał moje myślenie.

– Teraz to, co cię najbardziej interesuje, historia mojego pojawienia się i zniknięcia z laboratorium. Zasadniczą rolę odegrał w tym przypadek, los, jeśli chcesz to tak nazwać. Miałem opiekuna. Kogoś, kto był za mnie odpowiedzialny, prawdopodobnie własnym życiem. Była to kobieta, na imię miała Annika. Niewiele o niej wiedziałem. Ona musiała wiedzieć dużo więcej o mnie. Po kilku tygodniach znajomości nastąpiła zmiana w jej zachowaniu. Któregoś dnia przyszła z narady przygnębiona, jakby zgaszona. Nabrałem podejrzeń, bo zawsze była pozytywna i wesoła. Nie od razu chciała wyjawić, o co chodzi. W końcu wyciągnąłem to z niej.

– Szef mówi, że zmieniły się priorytety. Chcą zrezygnować z twojej roli centralnego koordynatora operacji systemu antyterrorystycznego. Nic więcej nie mogę ci powiedzieć, bo obowiązuje mnie tajemnica. I tak powiedziałam za dużo.

– Nic więcej mi nie ujawniła. Czułem, że nieprzerwanie o mnie myśli i chce ocalić mnie przed czymś nieokreślonym. Domyślałem się, że jest to coś niedobrego i niebezpiecznego. Gdyby było inaczej, powiedziałaby to. Ludzie dzielą się dobrymi wiadomościami, bo nie ma w tym ryzyka. Wkrótce potem znalazłem się poza laboratorium. Tam gdzie mnie znalazł ten bezdomny, o którym mi opowiadałeś. Nie mam pojęcia, jak to się stało, ale to Annika musiała mnie jakoś przemycić na zewnątrz. Byłem kompletnie wyłączony. Rozładowała mi akumulatory i zablokowała system samosterowania. To ona to zrobiła. Udało jej się to, ale podejrzewam, że zapłaciła za to więzieniem, może nawet własnym życiem. Inaczej nie zostawiłaby mnie w krzakach. Tak. Myślę, że to najbardziej prawdopodobny scenariusz.

Odc. 9

Wieczorem miałem o czym myśleć. Historia opowiedziana mi przez Robo nie dawała mi spokoju. Pod wpływem jego opowiadania, internetowych lektur oraz podszeptów intuicji w głowie zaczęły mi się lęgnąć dziwne myśli. Przełom nastąpił prawdopodobnie w momencie, kiedy poczytałem o układzie samosterującym zwanym „autonomem”. Doszedłem do wniosku, że w odróżnieniu od większości robotów, Robo jest właśnie autonomem, robotem samodzielnym, mogącym działać niezależnie, nie podlegając wpływom zewnętrznym. Znaczyło to, że nikt nie musiał niczego w nim uruchamiać, aby mógł funkcjonować dla realizacji jakiegoś celu. Celowość jest istotą samodzielności. Pomyślałem o inteligentnym samochodzie, który jeździ sam, bez kierowcy. Nie jest on jednak w pełni samodzielny, nie decyduje sam, kiedy ma ruszyć w trasę, którędy ma jechać i kiedy ma się zatrzymać. Ktoś to mu programuje i określa. Robo – było to dla mnie oczywiste – był kompletnie niezależny od wpływów w zewnętrznych. Sam inicjował, wykonywał i kończył działania w celu osiągnięcia efektów, które sam mógł ustalać.

Autonom to konstrukcja wyposażona w sztuczną inteligencję. Jest to układ samodzielny, samosterowny składający się receptorów, efektorów, korelatora, alimentatora czyli akumulatora energii oraz homeostatu. Koncepcyjnie przypomina to żywy organizm. Ma receptory czyli sensory umożliwiające odbieranie sygnałów z otoczenia, w oparciu o które efektory podejmują działania, na przykład to, że Robo słucha, mówi, przeszukuje Internet, przesuwa się po półce czy uruchamia pobór energii. Korelator z kolei to coś w rodzaju koordynatora wszystkich elementów, a alimentator to urządzenie pobierające energię z otoczenia i ładujące je do akumulatora. Ostatnim składnikiem jest homeostat, utrzymujący robota w stanie równowagi i przywracający ją, gdyby uległa zakłóceniu.

Na istnienie homeostatu nie miałem bezpośredniego dowodu, bo nie widziałem wnętrza Robo. Żałowałem teraz, że nie zrobiłem tego na początku, kiedy Pavo dał mi budzik w zamian za wystawowy zegarek. Nie miałem jednak wątpliwości, że Robo dysponuje homeostatem; świadczyło o tym jego bezbłędne funkcjonowanie.

Kiedy zdałem sobie sprawę z tego wszystkiego, przyszła mi do głowy szalona myśl. Na początku wydała mi się nieprawdopodobna. Annika, opiekunka Robo, mówiła o zmianie jego roli. Doszedłem do wniosku, że chodziło o to, że z antyterrorysty miał się stać terrorystą, koordynatorem działań służących zniszczeniu ważnych obiektów oraz ludzi, na przykład siedziby rządu, elektrowni jądrowej, zakładu produkcji uzbrojenia, ministerstwa obrony narodowej lub czegoś podobnego. Uznałem, że Robo został zaprojektowany tak, aby był zdolny zarówno przeciwdziałać terroryzmowi, jak i stosować terror na wielką skalę. Mógł być wykorzystany dla celów obronnych jak i wojskowych a nawet przestępczych.

Czy był on świadomy swoich ról, genialnego antyterrorysty i terrorysty, nie potrafiłem rozstrzygnąć. Czy byłby zdolny to zrobić z moralnego punktu widzenia, to inna kwestia. Pomyślałem, że jest to jak najbardziej możliwe. Roboty nie mają moralności, nie wiedzą, co to etyka. Świadczyłby o tym fakt, że Robo nie był ze mną szczery, aby ujawnić chociaż część tej tajemnicy.

Kiedy zdałem sobie z tego wszystkiego sprawę, przestraszyłem się nie na żarty. Gra stała się niebezpieczna. Nie miałem jednak wyjścia, musiałem ją kontynuować. Bałbym się teraz podjąć jakieś gwałtowne czy nieoczekiwane działania wobec Robo. Pomyślałem, że mógł być naładowany materiałem wybuchowym i w momencie zagrożenia zachować się jak samobójca, wysadzając siebie i mnie w powietrze.

Tej nocy ciężko spałem. Trawiony niepokojem zastanawiałem się, co robić dalej. Ostatecznie postanowiłem zachowywać się jak gdyby nic się nie stało starając się zdobyć jak najwięcej informacji. Może coś mi przyjdzie na myśl.

Odc. 10

Rankiem następnego dnia, był to sobota, podjęliśmy jak zwykle rozmowę. Pomyślałem, że jeśli wykażę zainteresowanie jego opiekunką, to być może doszuka się jakiegoś podtekstu męsko-damskiego w mojej ciekawości i to uśpi jego czujność. To mogło mieć ręce i nogi pod warunkiem, że Robo ma jakieś zrozumienie relacji między płciami. Była to czysta spekulacja, ponieważ nie miałem pojęcia jak daleko zaszła sztuczna inteligencja w rozumieniu takich zawiłości.

– Długo myślałem o twoim pobycie w laboratorium i o Arnice. Z tego, co mówiłeś wynika, że ona rzeczywiście niepokoiła się o ciebie. Z czego mogła wynikać jej opiekuńczość? Może w grę wchodziły uczucia? Może miała w sobie jakieś niespełnione pragnienia? Takie rzeczy się zdarzają u kobiet. Nie tylko zresztą u kobiet, także u zwierząt. Albo po prostu zakochała się w tobie? Nie wiem, czy w ogóle powinienem pytać cię o takie rzeczy?

Robo zastanawiał się. Coś chyba myślał, lecz nie odpowiadał. Zacząłem się niepokoić, czy czasem nie przesadziłem. W końcu odezwał się.  

– Wracam do Anniki. W laboratorium byłem pod podwójną kontrolą. Po pierwsze miałem ograniczoną autonomię działania. Mam na myśli to, że niektóre funkcje miałem wyłączone. Podejrzewam, że obawiano się, abym nie usamodzielnił się zbyt wcześnie. Annika chyba wiedziała lub domyślała się, że chcą mnie wykorzystać do jakichś nietypowych celów, być może likwidacji obiektu wojskowego gdzieś na obcym terenie, cokolwiek by to nie było. To ją przeraziło. Rozmawiając ze mną na ten temat, narażała się na niebezpieczeństwo. Nie było jej wolno tego robić, zaufać bardziej robotowi niż ludziom. Podejrzewam, że to ona przywróciła mi autonomię, dała mi pełną niezależność. Odzyskałem kontrolę nad sobą. Może myślała, że razem stworzymy zespół, który zapobiegnie jakiejś strasznej katastrofie? Ona miała w sobie wrażliwość, to, co nazywacie sumieniem, zdolność rozeznania dobra i zła. Rozumiem pojęcia dobra i zła, tego co słuszne i niesłuszne, zgodne z prawem i niezgodne z prawem, ale nie ma we mnie zdolności dokonywania wyboru, co wybrać. Nie rozumiem tego; dla niej to miało znaczenie.

– Czy orientujesz się, jak znalazłeś się w krzakach, skąd ostatecznie trafiłeś do mnie? – zapytałem z pewną niecierpliwością, nie mogąc powstrzymywać się od nurtującej mnie ciekawości.

Czułem, że Robo obserwuje mnie uważnie, widziałem poruszenia obrazu w obiektywie jego kamery ukierunkowanej na mnie. Chwilę milczał, jakby zastanawiając się nad słowami, po czym kontynuował swoim przytłumionym mechanicznym głosem.

– Tego nie wiem. Przemycenie mnie poza laboratorium i ukrycie musiało być prawdziwym wyzwaniem. Myślę, że wyłączyła wszystkie moje funkcje, aby przejść bezpiecznie przez bramki kontroli bezpieczeństwa. Żadna z nich z pewnością nie zareagowała, skoro tu jestem. Mogła wynieść mnie w swojej torbie, albo ukrytego gdzieś pod płaszczem przewieszonym na ramieniu. Strażnicy na pewno nie sprawdzali jej dokładnie, ponieważ robili to już tysiąc razy i każdy z nich wiedział, kim ona jest i że ma odpowiednie certyfikaty zaufania. Prawdopodobnie zdali się na automatyczne bramki kontroli bezpieczeństwa. Czego mogli nie przewidzieć, to mojego stanu wyłączenia, kompletnego letargu, kiedy nic we mnie nie działało, nie przyjmowałem ani nie wysyłałem żadnych sygnałów, na które wykrywacz bramki mógłby zareagować. Mój korpus i wnętrze wykonane są z takich materiałów, że żaden detektor ich nie wykryje. Dziś można wykrywać narkotyki i środki wybuchowe, także metal, ale nie tworzywa sztuczne, przynajmniej większość z nich. Tak to sobie tłumaczę. Nic więcej nie pamiętam. Przebudziłem się dopiero wtedy, kiedy stojąc na półce przy oknie naładowałem sobie baterie energią świetlną.

Przez chwilę milczeliśmy, po czym zapytałem go, jak wyglądała ta dziewczyna, Annika.

– To nie dziewczyna, tylko dojrzała kobieta w wieku czterdziestu pięciu lat, może nawet trochę starsza.

– Czy potrafisz ją opisać?

– Oczywiście. Była drobna, proporcjonalnie zbudowana, miała niezbyt regularną twarz.

– Czy była ładna?

– Nie mam pojęcia. Ocena piękna wykracza poza moje zdolności rozpoznawania obiektów.

*****

W nocy znowu nie mogłem zasnąć. Sytuacja mnie przerosła. Czułem się coraz bardziej zagrożony obecnością Robo i niewiedzą, czym naprawdę jest i jak może się zachować.

Nad ranem radio podało, że zbliża się wielki huragan z silnymi opadami deszczu. Komunikaty ostrzegały przed nim, zalecając zabezpieczenie domu i wyjazd z miasta. Zdecydowałem się pozostać. Dom był solidny, trzeba było tylko pomyśleć o dachu, oknach, drzwiach garażu oraz wewnętrznym patio.

Na oknach były zainstalowane od zewnątrz solidne metalowe okiennice. Zająłem się nimi w pierwszej kolejności. Od dawna nie były używane, nie było takiej potrzeby. Zamknąłem je na głucho. Nie było to łatwe, ponieważ niektóre zaczęły rdzewieć. Z dachem nie mogłem nic zrobić, miałem nadzieję, że przetrwa bez problemów podobnie jak w czasie wcześniejszych burz.

Huragan nie trwał długo, ale spowodował wielkie straty w mieście. Po niecałej godzinie od pojawienia się nastąpiły zwarcia instalacji elektrycznych, w połowie miasta zgasły światła. Dwie duże elektroenergetyczne stacje rozdzielcze uległy poważnym uszkodzeniom wskutek uderzenia pioruna. Awaria trwała kilka dni. Dom był w tym czasie bez prądu. W dodatku dwie okiennice zablokowały się, prawdopodobnie w wyniku korozji. Nie można było ich otworzyć, szukałem więc ślusarza-elektryka. Wszyscy byli zajęci. Ten, z którym rozmawiałem, mógł przyjść dopiero za kilka dni. Jego wyjaśnienie nie przypadło mi do gustu, ale nie miałem wyboru.

– Zadzwonię do pana, jak tylko będę wolny, ale nie wiem kiedy to będzie. Jesteśmy rozchwytywani, bo ludzie mają wielkie potrzeby, jedna pilniejsza od drugiej. Pańska sprawa to małe piwo w stosunku do sytuacji innych ludzi.

Musiałem czekać. Bez prądu nie było ciepłych posiłków, w domu zrobiło się zimno. Pochorowałem się. Najpierw przeziębiłem się, potem przyszła grypa; powietrze było przesycone wirusami. Byłem sam jak palec, nie miałem nikogo do pomocy. Nie miałem wtedy ani czasu, ani chęci rozmawiać z Robo. Przez trzy dni leżałem w łóżku, lekarz przyjechał dopiero następnego dnia po zgłoszeniu.

– Zapalenie płuc – oznajmił po krótkim badaniu. Musimy zabrać pana szybko do szpitala, stan jest poważny.

Nie myślałem wtedy o Robo. Nikt w takiej sytuacji nie miałby czasu myśleć o budziku. Stał samotnie na półce przy oknie z zasłoniętymi żaluzjami.

Odc. 11

W szpitalu miałem więcej czasu na myślenie. Przeanalizowałem wszystkie rozmowy i fakty związane z Robo. Doszedłem do wniosku, że może on zawierać w sobie ładunek wybuchowy, być małą bombą lub co najmniej detonatorem. Nie miałem w pełni przekonujących dowodów, ale było to jak najbardziej możliwe.

Jak tylko wróciłem ze szpitala do domu, odsłuchałem nagrań na sekretarce telefonu. Ślusarz oczywiście nie zgłosił się. Bratanica, która obiecała mi dopilnować jego przyjścia i dokonania napraw żaluzji okiennych, nie zrobiła tego. Zadzwoniłem do niej. Miała problemy z chorym dzieckiem. Przepraszała i tłumaczyła się.

– Sama jestem niewyspana i zmęczona. Nie mogłam nic zrobić w tej sprawie. Dzwoniłam kilka razy do tego remiechy, ale nie odpowiadał. Ale nie stało się chyba nic z tego powodu, że nie przyszedł?

Po rozmowie od razu poszedłem do gabinetu. Było zimno i ciemno, i trochę wilgotno jak to bywa w niewietrzonym i nieogrzewanym mieszkaniu. Robo stał w tym samym miejscu, gdzie go zostawiłem. Milczał. Odezwałem się do niego kilka razy, bez reakcji z jego strony. Wyciągałem już rękę, aby go nakręcić, kiedy poczułem niepokój. Coś jakby ostrzeżenie. Wstrzymałem się i zastanowiłem. Burzę, żaluzje, moją chorobę, która prawie mnie wykończyła, pobyt w szpitalu, nieprzyjście ślusarza, ciągły mrok w gabinecie i całkowite rozładowanie się baterii budzika uznałem za akty opatrzności.

– To jedyna okazja, aby rozwiązać problem raz na zawsze – powiedziałem głośno, jakbym chciał się umocnić w postanowieniu nieuruchamiania budzika. Nie użyłem określenia „Robo”, tylko budzik. Znowu zobaczyłem w nim zegar, martwy przedmiot, a nie jakąś inteligentną istotę, którą należy inaczej traktować. Przyszedł mi do głowy pomysł. Zastanawiałem się, jak go zrealizować, ale nie za długo. Zdecydowałem się. Wiedziałem już, jak powinienem postąpić, co powinienem zrobić.

– Nie będę rozważać żadnych za czy przeciw. To zupełnie niepotrzebne, tylko będę odwlekać decyzję. To zbyt ryzykowne, nawet niebezpieczne.

Od razu poczułem się lepiej. Przystąpiłem do działania. Przyniosłem kilka gazet i zwój pianki poliuretanowej. Pomyślałem, że działanie budzika może być podtrzymywane przez wstrząsy podobnie jak w niektórych zegarkach ręcznych. Napędzają się one automatycznie przez poruszanie ręką, pod którego wpływem wahadło zwane rotorem bądź wahnikiem naciąga sprężynę wprawiającą w ruch mechanizmy zegarka. Nie było to bardzo prawdopodobne, ale nie wykluczone. Ostatecznie budzik był nakręcany mechanicznie jak i korzystał z samoładujących się baterii słonecznych.

Powziąłem decyzję, że nie będę narażać nikogo, ani siebie, ani otoczenia, na ryzyko podjęcia aktywności przez budzik. Gdyby zaczął chodzić, uznałby, że pozostawienie go w stanie rozładowania było atakiem na niego, próbą zneutralizowania go.

– Co teraz zrobić? – zadałem sobie zasadnicze pytanie.

Mogłem zawieść budzik na policję albo na uniwersytet, aby tam zdecydowano, co robić, ale to naraziłoby także ich na niebezpieczeństwo. Postanowiłem więc dostarczyć go w miejsce, gdzie będą najlepiej wiedzieć, co zrobić z takim fantem. Dosyć przeżyłem niepokoju. Ustaliłem sobie cel i to mnie uspokoiło.

*****

Zapakowałem budzik najstaranniej, jak tylko potrafiłem. Najpierw w piankę poliuretanową, a potem w kilka warstw papieru gazetowego. Wyglądało to jak nieregularna grubaśna paczka. Ściągnąłem z półki w przedpokoju torbę podróżną; pakunek idealnie pasował do jej wnętrza. Nie był za duży, ani za mały, nie musiałem go wciskać ani nie miał luzu po bokach. Postawiłem torbę na tylnym siedzeniu mojego samochodu i wyjechałem z garażu. Jechałem z duszą na ramieniu myśląc cały czas, że skoro to cholerstwo za mną, ten złom, nie wybuchło od razu, to i nie wybuchnie w pozostałej części podróży. Ucieszyłem się, że nazwałem budzik cholerstwem a potem złomem.

Jechałem jedną z bocznych dróg w kierunku mostu prowadzącego przez rzekę do centrum miasta. W połowie drogi zobaczyłem już wieżowce; z łatwością rozpoznałem Centrum Zarządzania Kryzysowego. Było łatwo je zauważyć, bo był to trzeci najwyższy biurowiec w mieście. Zacząłem martwić się, jak się do niego dostanę: możliwości korków ulicznych, szukanie miejsca na parkingu, uzyskanie przepustki wejściowej, czekanie, ruch pojazdów i ludzi, przepychanki.

Chwilę później przejeżdżałem koło budynku, w którym mieściła się Agencja Wywiadu Wewnętrznego. Oficjalnie były tam jakieś przedsiębiorstwa, firma naprawy sprzętu komputerowego, punkty usługowe, biuro tłumaczeń. Wiedziałem, co się tam naprawdę mieści. Jakiś czas wcześniej dowiedziałem się, że agencja podjęła na wielką skalę inwigilację ludzi w celu śledzenia terrorystów. Moi przyjaciele, z którymi spotykałem się od pewnego czasu u mnie w domu, twierdzili, że również w innych celach – inwigilacji osób, które myślą „nieprawomyślnie”, inaczej niż życzyłby sobie rząd, którym się nie podoba to, co on robi. Przede wszystkim inwigilacji członków opozycji. Rozmawialiśmy o tym.

Poruszałem się wolno, ponieważ był duży ruch. Przejeżdżając przed budynkiem Agencji Wywiadu Wewnętrznego zauważyłem na schodach wyjściowych chudą, przygarbioną postać z twarzą osłoniętą kapturem. Mężczyzna schodził po schodach rozglądając się na boki. Od razu stanął mi przed oczami Arno Pavo zwany Pawiem, który trafił do mnie z budzikiem.

– To on! – spadło to na mnie jak grom z jasnego nieba. Nagle zrozumiałem, że pojawienie się budzika u mnie nie było przypadkowe. Trafił do mnie, aby śledzić ludzi odwiedzających mnie. Teraz ludzie z agencji wiedzieli wszystko, kto przychodził, w jakim celu, o czym rozmawialiśmy. Znali każde słowo i gest!

– A niech to nagła krew zaleje! – byłem wściekły i rozczarowany swoją naiwnością, że uwierzyłem w te wszystkie bzdury, historyjki i opowiadania serwowane mi przez Robo. Byłem rozczarowany także tym, co sam mówiłem, tymi moimi „dociekliwymi pytaniami” i „zmysłem detektywistycznym”!

Wjechałem na most. Dojeżdżając do jego końca, zjechałem na lewy pas dla pojazdów skręcających w lewo. Zrobiłem to bez zastanowienia, odruchowo. Musiałem czekać, aż przejedzie sznur samochodów mających zielone światło. Byłem skupiony, ponieważ był duży ruch. Pomyślałem, że zatrzymam się nad rzeką tylko na kilka minut, aby podjąć ostateczną decyzję. Zaraz za mostem zjechałem na placyk parkingowy ulokowany na wysokim, opadającym stopniowo w dół brzegiem rzeki. Wysiadłem i patrzyłem na rzekę. Urodziłem się nad rzeką, zawsze była mi przyjazna. Nie bałem się jej od czasu, kiedy nauczyłem się pływać.

Zastanawiałem się, co zrobić. Potrzebowałem jakiegoś impulsu do podjęcia decyzji. Na szczęście przypomniałem sobie czas, kiedy odbywałem służbę wojskową i jak wydawano tam rozkazy. Krótko, zwięźle, bez wahania.

– Znacie cel. Wiecie, co macie zrobić. Zniszczyć przeciwnika! Nie myśleć! Wykonać!

To mi pomogło. Opuściły mnie wątpliwości. Wróciłem do samochodu, otworzyłem bagażnik i wyjąłem z niego czarny płaszcz przeciwdeszczowy oraz gumowe buty. Ostatnio chodziłem na grzyby i woziłem obydwie rzeczy ze sobą. Usiadłem bokiem na przednim siedzeniu samochodu ze stopami opuszczonymi na zewnątrz, aby szybko i wygodnie zmienić obuwie. W gumiakach poczułem się jak grabarz na cmentarzu w deszczowy dzień. Zaśmiałem się z porównania. Wziąłem torbę z tylnego siedzenia i wyjąłem z niej pakunek. Ruszyłem w dół rzeki. Idąc brzegiem, rozmawiałem ze sobą półgłosem, chyba tylko po to, aby się wyciszyć i pozostać w stanie koncentracji.

Znałem się na rzece; bez problemu umiałem rozpoznać, gdzie jest silny nurt, a gdzie głębia. Szukałem jej. Wystarczył jeden rzut oka; wybrane miejsce nie mogło być lepsze. Stanąłem w zagłębieniu gruntu, dostatecznie głębokim, aby poczuć się bezpiecznie. Postawiłem torbę na ziemi. Pakunek w otwartej torbie zdążył już zwilgotnieć, bo siąpił drobniutki deszcz. Rozwinąłem go z pianki poliuretanowej i papieru, uchwyciłem budzik w prawą rękę i trzymając ją opuszczoną przy boku podszedłem bliżej brzegu. Pocieszyłem się myślą, że mocowania nóżek budzika mają pewien luz, przez który woda przedostanie się do środka. Rozejrzałem się wokół; ani żywego ducha. Popatrzyłem po sobie; w płaszczu przeciwdeszczowym, z kapturem na głowie, i w butach gumowych wyglądałem jak wędkarz, który – pogoda czy niepogoda – przyjeżdża nad rzekę, aby łowić ryby.

Miniona burza spowodowała, że rzeka była wezbrana. Przyszło mi do głowy pytanie, czy budzik nie wybuchnie w momencie zderzenia z powierzchnią wody. Wziąłem rozmach i cisnąłem go w najgłębszy wir jak najdalej brzegu. Padając na ziemię widziałem, jak zanurzał się w wodzie. Idealnie, bez najmniejszego rozbryzgu. Chwilę leżałem, po czym podniosłem się i otrzepałem z grudek wilgotnej ziemi zmieszanej ze szczątkami trawy.

– Jeśli nawet ktoś miałby go kiedyś znaleźć, to nie nastąpi to szybko. Plastik pozostanie ale wszystkie pozostałe elementy diabli wezmą.

Byłem jednak pewien, że nikt go nie znajdzie. Następne kilka kilometrów rzeka płynęła przez tereny bagienno-leśne.

– Poszło jak z płatka – wynagrodziłem się pochwałą.

Wsiadając do samochodu poczułem satysfakcję z mojej wygranej z przebiegłością ludzi z Agencji Wywiadu Wewnętrznego i sztuczną inteligencją budzika-robota. Nie byłem jednak pewien, czy następnym razem nie wygrają one ze mną.

Koniec 

0Shares