Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 217: Gubernator Blawatsky zapada na zdrowiu.

Gubernator od dłuższego czasu nie widział pozytywnych wyników wojny o prokreację. Opozycja także wytykała mu nieudolność. Niepowodzenia trwały już tak długo, że w końcu opanowało go przekonanie, że rozum go zawodzi. Coraz częściej nękały go natręctwa, wciąż powtarzające się sceny niepowodzeń. Pojawiały się, odchodziły i powracały. Rzeczywistość stawała się fikcją, a fikcja rzeczywistością.

Pracownicy nie poznawali go; gubernator, człowiek niezwykle uporządkowany, nagle, bez potrzeby, wstawał od biurka w czasie narady i wychodził z gabinetu, wzdychając i patrząc pod nogi albo w sufit, jakby tam znajdowało się rozwiązanie dręczącej go gorączki. Chodząc po gabinecie był tak niespokojny, że brakowało mu miejsca, zderzał się z przedmiotami, w związku z czym musiano stale przemeblowywać pomieszczenie.

Zaczęto podejrzewać go o rozstrój nerwowy. Okazało się to prawdą. Stwierdził to lekarz domowy, a wkrótce poświadczył profesor sprowadzony w pośpiechu z drugiego krańca kraju, gdzie walczył z plagą choroby zwanej gorączką błotną. W trakcie badania gubernator był nerwowy, miał zaburzenia mowy, głośno i niewyraźnie krzyczał albo szeptał bardzo wyraźnie, ale tak cicho, że nie można było go zrozumieć. W końcu jego stan pogorszył się do tego stopnia, że przed oczami jawiły mu się czerwone grochy rzucające się agresywnie na niego.

Profesor podejrzewał miazmę, osobliwy rozstrój nerwowy powodujący spadek siły witalnej. Po intensywnych konsultacjach z kolegami, co było nieuniknione, gdyż rzeczywistość była zbyt skomplikowana, aby najprostsza diagnoza była łatwa, uznał, że gubernatora przygniótł ogrom pracy i odpowiedzialności, a dobiła go gorączka błotna. Jak się okazało, gubernator dwukrotnie odwiedzał tereny, gdzie się panoszyła.

– Praca i gorączka uczyniły z niego kukłę miękką jak wata, pozbawioną wigoru, z którego był powszechnie znany – stwierdził z żalem Czarna Eminencja, często odwiedzający chorego, aby nieść mu pocieszenie i opiekę duchową. Po kilkunastu dniach duchowny zrezygnował całkowicie z wizyt uznając nie bez żalu, że lepiej poświęcić czas zdrowym ludziom w potrzebie niż jednemu pomyleńcowi, który sam napytał sobie biedy biorąc na siebie nadmierną odpowiedzialność.

– Sam Bóg, który jest przecież wszechmocny, nie wziąłby tyle na swoje barki. – Podsumował duchowny w obecności ministrów i rodziny gubernatora, którzy wobec beznadziejnego stanu jego zdrowia zaczęli poważnie martwić się o siebie.

Kiedy próbowano zdjąć z gubernatora choćby część odpowiedzialności, odmawiał, upierając się, że ten garb to jego droga krzyżowa, którą musi dźwigać do końca. Dopełniło to przeświadczenia Czarnej Eminencji, że gubernator nosi w sobie ogromne poczucie winy i niespełnienia. Jego przekonanie miało uzasadnienie historyczne. Kiedy społeczeństwo podzieliło się na dwa obozy, Pro i Anty, zwalczające się nawzajem, Gubernator winił siebie za ten podział, ponieważ dysponując pełnią władzy, nic wtedy nie zrobił, aby to ukrócić. Mówił tylko, że łeb trzeba urwać hydrze.

Z troski i zmęczenia gubernator w końcu skapcaniał. Pozostawiony pod opieką pielęgniarki, siostry zakonnej delegowanej przez Czarną Eminencję, popadł w marazm, a następnie w letarg przypominający stan hibernacji. Gdy ciepłota jego ciała spadła o dwa stopnie, przestał poruszać się. Mimo chybotliwej kondycji jego twarz zachowała zdrowy wygląd; rozjaśniał ją czasami tak delikatny uśmiech, że trzeba było skoncentrować się, aby go zauważyć.

– W takich momentach pan gubernator wraca do dzieciństwa i niech mu Bóg błogosławi – szeptała siostra zakonna zachęcając gości do pozostawienia pacjenta samemu sobie.

*****

Tajna policja miała ręce pełne roboty eksmitując z zajmowanych lokali kluby wyzwolonych kobiet, przenikając do ich kręgów kierowniczych, rekrutując donosicieli, prowadząc sabotaż produkcji i dystrybucji materiałów antyprokreacyjnych, rozpędzając akcje protestacyjne kobiet, manifestacje i kontrmanifestacje. Coraz częściej dokonywała też aresztowań aktywistek ruchu.

Czas pokazał, że trzy formy działania rządu były szczególnie skuteczne: eliminacja przywódczyń ruchu wyzwolenia kobiet, edukacja prokreacyjna oraz formowanie duchowe poprzez spowiedź, obrządki i nauczanie religii.

Kiedy gubernator opadł z sił i ostatecznie zanurzył się w letarg, w kraju nastał stan zamieszania i bezładu. Stanowisko premiera, szefa rządu, przejął po nim oficjalnie Czarna Eminencja, nie spełnił się jednak dobrze w tej roli. Duża część społeczeństwa go rozumiała; był przecież duchownym, a nie mężem stanu, który dysponuje giętkim umysłem politycznym i rękami silnymi jak chwytak mechaniczny, aby solidnie ująć ster władzy. Łaskawość obywateli nie cieszyła bynajmniej Eminencji, dlatego przekazał władzę wicegubernatorowi. Ten okazał się jeszcze słabszym zarządcą i gotów był zrezygnować z aspiracji samodzielnego rządzenia.

 

0Shares

Byłem w sanatorium NFZ. Widziałem, przeżyłem, wróciłem.

Dzielę się przeżyciami, póki ciało jeszcze gorące. W sanatorium przeżyłem trzy tygodnie. Zabiegi były w porządku. Borowiny, magnetotron, naświetlania, ćwiczenia rozciągające, kąpiele, co kto sobie życzy. W ciągu 3 tygodni (18 dni zabiegowych), przeszedłem 61 zabiegów.

Panowała dyscyplina. Trzeba było przybyć na czas. Siódma czterdzieści pięć to siódma czterdzieści pięć. Spóźniłeś się, zabieg przepadał. Wszyscy ruszali się jak na mustrze sprężeni niby maszyna do druku inflacyjnych pieniędzy. Każdy pędził, aby zaznać jak najwięcej słodyczy. Jeden kuracjusz mówił, że podobnie było tylko w sanatorium w Egipcie. Pokazywał nawet zdjęcie. Niezbyt wyraźne, bo na papirusie.

Stołówkę też przeżyłem. Przy moim stole zorganizowały się od razu sekcje. Samobójcy (trzy osoby) byli najsympatyczniejsi. Mało jedli, dużo palili. Cienkie papieroski, podobno zdrowszy dym. Przy trzech posiłkach dziennie co najmniej trzy wyjścia na papieroska przed budynek. Był tam napis „Palenie zakazane”. Władzom sanatoryjnym to nie przeszkadzało. Wszyscy byli za.

Jem dużo, bo chcę być jeszcze większy, niż jestem. W stołówce dokarmiało mnie jedno małżeństwo. Jestem im wdzięczny. Bardzo zacni ludzie. Polubiliśmy się nawzajem. Oni palili, więc nie musieli tyle jeść. Odchudzali się zresztą. Mam wrażenie, że całe życie o tym marzyli.

Ja reprezentowałem sekcję sportową. Samotniczo. O godzinie 6.30 rano wychodziłem, aby pobiegać jak Robert Korzeniowski. 40 minut. Uparłem się i liczyłem czas. Dlatego mnie dożywiano. Inaczej bym nie przeżył. Biegając przez ogródki działkowe i po parku planowałem zabójstwo ofiary mojego kolejnego opowiadania. Czytajcie mnie, to dożyjecie momentu, kiedy ten człowiek padnie, zostanie poćwiartowany i zakopany. Nie piszę o szczegółach, ale będą krwawe.

Pozostałe cztery osoby przy stoliku były neutralne w zainteresowaniach. Innych stołów nie oceniałem.

Jedzenie było trafione jak rzadko. Zawsze to samo na śniadanie. Nikt nigdy się nie przejadł. To było cudowne. Chlebek, masełko, jakiś serek i większa ćwiartka pomidora. Zacna osoba żeńska, o której wspomniałem, nazwała go plastikowym. Mnie wydał się on papierowy, ale nie wdawałem się w spory. Poza tym był jeszcze obiad i kolacja. Nie mogę o nich pisać, bo łzy wspomnień cisną mi się do oczu.

Mieszkałem w jedynce. Dwa pokoje podwójne i dwie jedynki obok siebie w tak zwanym studio z jedną łazienką i jedną ubikacją. W ubikacji papier ciemnobrązowy i szorstki, jeszcze z czasów PRL.  

Rozrywek było w bród. Wycieczki, spacery, spotkania towarzyskie, wieczorki taneczne. Jeden pan rozrzedził sobie krew, poszedł na tańce, popił alkoholem, znowu rozrzedził i dostał krwotoku. Zabarwił łazienkę na czerwono. Sprzątaczka była zachwycona.

– Lubię żywe kolory. – Tak twierdziła sprzątając.

Za drugim razem zabrało go pogotowie. Podobało mu się to.

– Cholernie nie lubię chodzić na piechotę do szpitala. Kocham, jak mnie wożą. – Miał powiedzieć. 

Lubiłem go, bo w nocy głośno śpiewał, przeklinał i nie spuszczał wody w sedesie. To ostatnie także w dzień. Raz nawet myślałem przyłączyć się do niego z piosenką „My młodzi, my młodzi, nam wino nie zaszkodzi”, ale była ona zbyt słaba w stosunku do jego ambitnych marynarskich szant w rodzaju „Raz bosman Pipa miał wychodne”. Żwawy  kuracjusz miał 82 lata, ubierał się w garniturek, lakiereczki i chodził regularnie na tańce.

Ciekaw jestem, czy ja też będę mieć taki ładny garnitur w tym wieku. Zawsze marzyłem o bogactwie.

Dam Ci radę. Jedź do sanatorium. Poczujesz się dużo lepiej. Wróci ci młodość i błogostan z nią związany. Obyśmy tylko zdrowi byli.

0Shares

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 157: Problemy zdrowotne Josefa

Zastanawiano się, czy na samopoczucie Josefa nie mogło wpływać połączenie ludzkiej anatomii z końską fizjologią. Szkielet, tkanki, kości i mięśnie oraz mózg Josefa były ludzkiego pochodzenia, natomiast organy wewnętrzne pochodziły od konia. Na pytanie, czy nie występuje tu konflikt, nie sposób było odpowiedzieć. Sam Josef twierdził, że nie odczuwa ani nie widzi w ich funkcjonowaniu niczego dziwnego, tym bardziej podejrzanego.

– W moim organizmie anatomia i fizjologia idą ze sobą ręka w rękę jak para najlepszych kochanków. Nie szukajcie dziury w całym! – Jego twarz i oczy sugerowały, że uważa sprawę za wymyśloną i bez sensu, a rozmowa o niej tylko go denerwuje.

Na pytanie, jak sobie radzi emocjonalnie jako hybryda człowieka i konia, Josef nie umiał jednak odpowiedzieć. Długo się zastanawiał. Po kolejnej rozmowie na ten temat wyszło na jaw, że nie wszystko układa się pozytywnie w jego życiu. Niektóre jego zachowania wskazywały na typowo ludzkie, racjonalne spojrzenie i postępowanie, inne na zwierzęce, bardziej instynktowe odczucia i zachowania. Między nimi pozostawała jednak jakaś równowaga, ale i to się zmieniło.

*****

Mimo niewątpliwej dojrzałości, Josef zachowywał się coraz częściej jak rozbrykany źrebak lub rozpuszczony chłopiec, zniechęcając do siebie otoczenie. W tym wszystkim we znaki dawała się jego końska natura; czasem zachowywał się tak, jakby dziczał i upodabniał się do zwykłego konia. Zarząd Laboratorium był coraz bardziej zdezorientowany, podobnie jak i pracownicy utrzymujący kontakt z Josefem. Jego poprzednik, zmarły tragicznie Josef Półkoń, wydawał im się teraz wręcz ideałem. Spowodowało to, że pierwsze pozytywne wrażenia o Josefie Nowym szybko ulegały erozji.

Firma zaangażowała wszystkie środki i ludzi, aby zaradzić utrapieniom. Im więcej jednak poświęcano uwagi Josefowi, tym bardziej stawał się nieznośny. Nie była to jakaś wrodzona złośliwość, zgodni w tym byli wszyscy specjaliści, zarówno lekarze psychiatrzy, psychologowie jak i weterynarze oraz hodowcy koni, ale niezwykła huśtawka uczuć i zachowań. Josef raz zachowywał się jak dojrzały, ustabilizowany mężczyzna, innym razem jak rozkapryszone dziecko, które nie wie, czego chce, kiedy indziej zaś jak zwykły koń o niezdecydowanym charakterze.

Po dłuższej obserwacji Josefa, podjęto jego leczenie. Próby wykorzystania leków roślinnych a potem farmakologicznych nie przyniosły dobrego rezultatu. Josef wyczuwał nawet najmniejszą ilość obcej substancji w pokarmie; o bezpośrednim przyjmowaniu leku nie było nawet mowy. Było to też niebezpieczne, ponieważ dysponując końskimi trzewiami nie był w stanie wymiotować, co mogło doprowadzić do tragicznych skutków. Próby podawania leku ukrytego w jedzeniu okazały się zbyt ryzykowne; Josef wpadał w szał. Stawał się wtedy niebezpieczny zachowując się jak zwykły bandzior. Był tak silny, że kilku mężczyzn nie było w stanie dać mu rady. Zdecydowano się wówczas na psychoterapię. Było to leczenie powolne i mniej skuteczne, ale przynajmniej dawało się zastosować i stwarzało jakąś szansę powodzenia.

Impas w stanie zdrowia Josefa trwał dłuższy czas. Laboratorium nie podejmowało działań, kiedy wbrew zaleceniom terapeutów Josef stawiał na swoim i znajdował sobie jakieś bezsensowne zajęcie lub udawał się na dłuższą wędrówkę. Lubił długie, samotne wyprawy, czasem zgadzał się nawet, aby ktoś mu towarzyszył. Na początku akceptował towarzystwo także laborantek, bardzo szybko okazało się jednak, że coraz gorzej znosi ich obecność. One same mówiły, że wprawdzie Josef nie okazuje im nadmiernego zainteresowania ani nie zaleca się, coraz częściej miały jednak niejasne poczucie zagrożenia z jego strony. Nie umiały określić na czym ono polega. Dla bezpieczeństwa Nina Aleman po konsultacji z Aaronem zakazała kobietom, aby towarzyszyły Josefowi na spacerze nawet w towarzystwie mężczyzn.

W trakcie kolejnej rozmowy w gabinecie terapeutycznym, Josef wyznał, że chciałby znaleźć sobie regularne zajęcie.

– Potrzebuję zająć się czymś na stałe. Czuję nadmiar energii i chciałbym robić coś użytecznego. Potrzebuję pracy, zaangażowania, wysiłku fizycznego. Sama rozrywka czy prosty wysiłek intelektualny już mnie nie cieszą. Zresztą nigdy mnie nie cieszyły, wydawało mi się tylko, że jest inaczej.

 

3Shares

Ludzie, psy, jezioro i pizzeria wczesną wiosną

Jeziorko, trzy wysepki, wrzeszczące mewy. Byłem tam dzisiaj rano, dla zdrowia. Słyszę głuchy łomot jakby lądujący łabędź uderzał skrzydłami o wodę. Widzę tylko mewy. Biegnę dalej; to dwaj mężczyźni prowadzą sparring bokserski.

Potem były inne fenomeny. Dwaj młodzieńcy siódmy raz obiegali jeziorko o obwodzie jednego kilometra, w planie mieli 10 razy. Piersi jak miechy, ale bez serca – pomyślałem. Tak pastwić się nad własnym ciałem. Tym niemniej wyraziłem im uznanie za wytrwałość.

Nieco dalej młoda kobieta, właściwie dziewczyna, biegnąc pchała przed sobą wózek z dzieckiem. Zazdrość wkradła się w moje serce. Czy ze mną ktoś tak biegał? Potem spotkałem inną kobietę z dwoma psami królewskiej rasy Cavalier King Charles Spaniel. Jeden z nich to szczeniaczek pięciomiesięczny, istne cudo, czysta radość.

 Cavalier King Charles spaniel

Zgodziliśmy się we czwórkę, że pies to rasa wyższa niż człowiek. Superior, jak mówią Anglicy.

Szkoda, że u nas nie ma króla i takich spanieli. Prezes to rasa pośrednia między wieśniakiem zdobnym słomą sterczącą z butów a monarchą w złotej szubie, powiedziałbym byle jaka, chyba, że założy nam kagańce.

SONY DSC

Wtedy to będzie już królem a my spanielami. To byłoby coś. Zawiało grozą, zrobiło mi się zimno.

W pizzerii „U Skrzypka” dziewczyna, usta jak korale, imię starorzymskie, piękna jak róża. Jest wiosna to wszystko kwitnie. Boże! Jak ja chciałbym być inny, ładniejszy i tak zgrabnie poruszać nogami!

Nic to. Będę pracować nad sobą.

Michael Tequila, powieść, poezje, opowiadania: https://tinyurl.com/y7cza5nc 

3Shares

Zbrodnia i kara według Wiktora

Zniknięcie bohatera ze sceny nie oznacza jeszcze jego zejścia, inaczej mówiąc zgonu. Z tym optymistycznym przekonaniem wykręciłem numer telefonu Wiktora. Był w domu. Wywiązała się między nami konwersacja, którą na początku możnaby określić jako niewyszukaną.

Wiktorze, mam dla ciebie ciepłą wiadomość.

Czy to łączy się w jakiś sposób z dzisiejszą temperaturą?

Ależ skądże. Pytały o ciebie trzy osoby.

Kto taki?

Heniek, Ania i Radek.

Nie znam.

Nie możesz. To moi przyjaciele. Ale naprawdę pytali o ciebie, chcieliby ponownie być z tobą w kontakcie. Nad czym teraz pracujesz? – postanowiłem pomóc Wiktorowi wyjść z zapaści intelektualnej stymulując pytaniem jego komórki mózgowe.

Wszyscy znają powiedzenie Kartezjusza: „Myślę, więc jestem”. Ja to przekuwam na bardziej praktyczne „ Myślę, więc pracuję”. To jest moja odpowiedź.

Ależ ty jesteś dzisiaj oporny, Wiktorze. O co ci chodzi?

Szukam zastosowania teorii „Zbrodni i kary”, inaczej mówiąc „Kija i marchewki” do dbałości o ciało i ducha, które są zintegrowane na czas oznaczony.

Twoje myślenie pochłania chyba więcej energii niż dwulitrowy czajnik potrzebuje do zagotowania wody. Mów jaśniej. Co masz na myśli?

Czas życia. Urodziny – zgon. Przypomnę ci, ze jedynym darem jaki otrzymujesz w życiu jest czas. Przychodzisz goły, odchodzisz goły. Między jednym a drugim masz tylko czas do wykorzystania.

Nie goły, tylko nagi. Tak brzmi przyzwoiciej. Ale jak ten czas ma się do twojej teorii zbrodni i kary albo owego duum ciała i ducha?

Wiktor ożywił się. Słyszałem jego przyśpieszony oddech w słuchawce, a potem  silniejszy głos.

Rzecz w tym, że jeśli nie zrobiłem czegoś, co sobie obiecałem lub nakazałem, to powinna mnie spotkać kara. I odwrotnie, jeśli obiecaną rzecz zrealizowałem, powinienem otrzymać nagrodę.

No i w czym rzecz?

Borykam się z tym. Obiecałem sobie, że nie będę jeść po godzinie 22.00, ale jem. Potem źle śpię albo odczuwam drętwienie stopy, kiedy w jedzeniu było za dużo cukru. Krótko mówiąc cierpię fizycznie i moralnie. Obmyślam teraz karę za niedotrzymywanie słowa i jedzenie przed pójściem spać. Myślę o zakładaniu pasa z dużym obciążeniem, kiedy spożyję spóźniony posiłek i noszeniu go na sobie na przykład przez dwie godziny. Musi być kara za brak dbałości o ciało. Jej nieodwołalność, raczej niż surowość, powinna być skutecznym motywatorem zmiany postępowania. Muszę to przećwiczyć.

A jak z kijem i marchewką?

Dokonałem analizy tej teorii. Wniosek jest klarowny: to dobre dla królika. Marchewka przemawia do niego znacznie silniej niż do człowieka. Co do kija, to prawdopodobnie oferuje on skuteczną karę w przypadku i ludzi i zwierząt, z tym, że zwierząt nie ma potrzeby karać. Tylko człowiek bywa krnąbrny, uparty, a w ogóle to czasem warto splunąć rozważając ten temat. Wypróbuj karę na sobie i daj mi znać. Ostatecznie, też powinieneś mieć wkład w rozwój teorii i praktyki dbałości o ciało.

0Shares

Szybki komunikat od Wiktora

Poważne pisarstwo autora blogu omalże zepchnęło Wiktora w stan śpiączki letniej. Przebił się jednak z komunikatem o stanie spraw.

Nie ze mną takie sztuczki, Bruner! – determinacja przebijała w jego głosie. Nie uda ci się zamknąć mi ust bylejakością stwierdzenia, że jesteś zajęty. Będę tak długo nazywać cię Brunerem, aż napiszesz o moich osiągnięciach w Nowym Roku.

Ustąpiłem pod groźbą zniesławienia ze strony człowieka, który okazał się brutalniejszy niż sugerował jego wygląd i codzienne dobre maniery.

Największym moim osiągnięciem jest regularne oddawanie się ćwiczeniom ciała, które hartują również mojego ducha. Na kalendarzu ściennym mam nienaganny zapis ćwiczeń od 1 stycznia 2013 roku. 1 stycznia: B25, 2 stycznia: S50, 3 stycznia: B35 itd. W innych dniach mam zapisy w rodzaju W60 oraz W&J 35. Szyfr jest prosty: B oznacza bicycle (rower), S – swimming (pływanie), W – walk (spacer) oraz W&J – walk and jogging (spacer i jogging). Liczby pokazują ilość minut wykonywania danej czynności. Zapisuję regularnie każdego dnia.

I jak oceniasz swoje osiągnięcia? Niektórzy czytelnicy mogą być spragnieni wieści o tym, jak rozpocząć i kontynuować piękny tryb życia. Tym bardziej, że nie jesteś młodzieniaszkiem, co też zasługuje na uwagę.

Oceniam bardzo dobrze. Jestem naprawdę zadowolony. Czas ćwiczenia nie jest najważniejszy. Najważniejsze jest stworzenie nawyku. Jeśli wytrwasz pierwsze dni i tygodnie, sam organizm będzie ci przypominać o potrzebie kontynuacji. Wspomnę też o moralności. Moralnie czuję się dużo lepiej wobec siebie i świata: oto dojrzały mężczyzna dba o własne ciało, w którym żyje duch, stanowiący boski mechanizm napędzający jego istnienie oraz satysfakcję życiową. Patrzysz na siebie w lustrze wody i zamiast obrazu widzisz napis: Tak trzymać! Przyglądam się dużo młodszym od siebie i widzę, że jestem do przodu. Szczęście jest na wyciągnięcie ręki; zależy tylko, jak je definiujesz i co z nim robisz. Albo je pieścisz, albo dajesz mu kopniaka. Nie zapomnij, że szczęście kieruje się wzajemnością.

0Shares

Ciało w odbiciu lustrzanym. Część 5, jeszcze nie ostatnia. Może i szkoda?

Nie widziałem się z Wiktorem dłuższy czas. Trochę mi go brakowało. Jego relacji o tym, jak radzić sobie z własnym organizmem i cieszyć się dobrym zdrowiem, kondycją i wyglądem fizycznym.

Spotkaliśmy się późnym popołudniem w parku, gdzie Wiktor ćwiczył szybki spacer i jogging na zasadzie własnej formuły 50/50. Ja wybrałem się na przejażdżkę rowerową. Przyświecał nam obydwu ten sam szlachetny cel dbałości o ciało i zdrowie. To nas łączyło. Przywitaliśmy się. Zagadałem pierwszy.

Pamiętam, co mi mówiłeś ostatnio. Była to mowa o jedzeniu. Byłeś natchniony, jakbyś dopiero co wrócił z Bangladeszu głodującego po wielkich powodziach lub ze Stanów Zjednoczonych po dewastujących pożarach i tornadach. A co z innymi rzeczami: sportem, snem, dobrą lekturą?

Co do sportu, sam widzisz. Sportuję się. Praktykuję to, co widzisz. Staram się to robić pięć dni w tygodniu, co najmniej pół godziny każdorazowo. Gdzieś trzeba ćwiczyć serce, płuca, mięśnie, poprawiać metabolizm i chudnąć. Wysiłek musi być dostatecznie intensywny i dostatecznie długi. Chodzenie spacerkiem dwie godziny dziennie po świeżym powietrzu to tylko zabawa. Nabierasz wtedy lepszego apetytu i jeszcze bardziej przybierasz na wadze. Nie oszukujmy się, spacery są dobre dla karmiących matek i śpiących osesków.

W ogóle, utrzymanie dobrej wagi i kondycji to sprawa niezmiernie złożona. Współczesna cywilizacja dała i wciąż nam daje mnóstwo dóbr, pozbawia nas jednak innych, przed wszystkich konieczności częstego chodzenia pieszo. Drugą kwestią jest czas: współczesność pozbawiła nas czasu. Wszystkim wciąż brakuje czasu. Ostatnia, mocno niedoceniana, to współczesność dała nam wielki garb na grzbiecie w postaci stresu. To wszystko działa przeciwko tobie.

Statystka podaje, że nasi dziadkowie i babki przeciętnie chodzili 10 razy więcej. Patrzymy na chodzenie jak na marnotrawstwo czasu, podczas gdy jest to dobrodziejstwo podobnie jak sen. Chodzenie, a szerzej mówiąc ruch, utrzymuje i regeneruje organizm: mięśnie, kości, stawy, płuca, serce, nawet system trawienia i wydalania. Podobnie działa sen, regenerując system nerwowy i organy wewnętrzne, które odpoczywają.

Zdałem sobie sprawę, że będąc indywidualnie i zbiorowo mądrzejsi, jesteśmy większymi głupcami niż nam się wydaje. To arogancja przez nas przemawia, a oprócz niej potężny strumień nieprzerwanej reklamy promującej kupowanie, jedzenie, używanie, konsumowanie, bawienie się, leczenie się i poznawanie wszystkiego, co inni mają ci do zaoferowania. Zatraciliśmy miarę, co jest a co nie jest pożyteczne i mądre z punktu widzenia dobrego życia: radosnego, szczęśliwego, zrównoważonego. Staliśmy się nieszczerzy i kłamliwi przed wszystkim wobec siebie, udając, że to, co ludzie robią powszechnie jest sensowne, ponieważ jest powszechne.

Wiktorze, chyba dużo naczytałeś się o filozofii życia. Mówisz jak z podręcznika. Problem w tym, jak to przetworzyć na codzienność własnego życia – wskoczyłem w nurt monologu w momencie milczenia, które przyjaciel zafundował sobie dla zebrania myśli. O tym zaraz będę mówił. Przećwiczyłem i sprawdziłem to na sobie.

0Shares