Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 148: Pierwsza wyprawa Josefa

Poza bramę Laboratorium Josef wyszedł o świcie. Wyprawa okryta była ścisłą tajemnicą. Z wyjątkiem zarządu, Daniela – osobistego opiekuna Josefa, oraz ludzi z Działu Bezpieczeństwa nie wiedział o niej nikt. Teren wybrano bardzo starannie. Była to rzadko uczęszczana droga długości jednego kilometra, ciągnąca się wzdłuż siatki otaczającej posiadłość Laboratorium. Rozjeżdżona na całej długości przez samochody i ciągniki biegła w zagłębieniu terenu. Po jej drugiej stronie rozciągał się las, niezbyt gęsty, porośnięty przeważnie brzozami; czasami pojawiali się tam ludzie wyprowadzający psy na spacer.

Josef poruszał się po drodze w obydwie strony, ćwicząc kolejno step, kłus, galop i cwał, przyśpieszając i zwalniając. Widać było, że sprawiało mu to przyjemność, że bardzo potrzebował ruchu. Cieszyły go także nowe widoki, las i większa przestrzeń niż na terenie Laboratorium. Z psami oswajał się tak długo, aż wytworzył się w nich odruch traktowania Josefa jako członka stada. Instynktownie były gotowe bronić go przed zagrożeniem nawet bez wezwania ze strony Daniela, który był także ich treserem i opiekunem. Cała paczka. Josef, psy i Daniel zachowywali się jak zgrany oddział wojskowy, w którym każdy zna swoją rolę na pamięć i bez wahania podejmuje każde wyzwanie.

Od strony Laboratorium nic Josefowi nie groziło. Prawdziwe zagrożenie stanowił tylko las. Był on ogólnie dostępny. Wiosną, latem i jesienią mógł tam się zjawić każdy, kto miał potrzebę wyjść na spacer z psem lub samotnie. Zespół Bezpieczeństwa umieścił w nim swoich ludzi; zamaskowali się w krzakach lub ukryli na drzewach, stanowiących punkty obserwacyjne. Wszyscy byli uzbrojeni w broń krótką lub pistolety maszynowe, poza tym w paralizatory, krótkofalówki, niektórzy mieli także pałki policyjne. Ubrani byli po cywilnemu podobnie jak ludzie wyprowadzający psy na spacer, zwykli spacerowicze lub przypadkowi turyści.

Na bocznej drodze pojawiły się dwie młode kobiety z wózkami dziecięcymi, osłoniętymi woalką, jakby przed komarami lub nadmiernym słońcem; miały w nich ukrytą broń, podręczne apteczki i wodę. Wózki wyposażono w nagrania głosów gaworzącego jak i płaczącego dziecka, uruchamiane przyciskiem umieszczonym w rączce wózka. Głośny płacz dziecka oznaczał pojawienie się zagrożenia i wezwanie o pomoc.

Na obydwu krańcach drogi rozstawiono jeźdźców na koniach, pozorujących miłośników porannej przejażdżki. Jeden z mężczyzn siedział na klaczy, drugi na wałachu. Mieli oni podwójną rolę do odegrania; zapewnienie Josefowi bezpieczeństwa oraz umożliwienie mu poznania nieznanych koni. Był to ważny eksperyment: stopniowe oswajanie ze sobą Josefa, koni i ludzi.

Wieczorem, już po zakończonej wyprawie, odbyło się spotkanie z udziałem ochroniarzy, Daniela oraz Josefa w celu wymiany doświadczeń. Mogli w niej uczestniczyć także inni pracownicy Laboratorium. Pierwszy dzień wolności Josefa uznano za sukces; nie nastąpiło nic, co zagroziłoby jego bezpieczeństwu, zdrowiu lub dobremu samopoczuciu.

Najwięcej do powiedzenia mieli ochroniarze. W ich imieniu wystąpił szef ochrony.

– Były takie chwile, kiedy baliśmy się, że nie sprostamy roli zapewnienia Josefowi bezpieczeństwa. W pewnym momencie Josef zboczył w las i przyśpieszył. Towarzyszyliśmy mu biegiem, z najwyższym trudem, bo byliśmy uzbrojeni i wyposażeni w sprzęt, który nie tylko ważył, ale utrudniał poruszanie się. Josef przemieszczał się tak szybko, że traciliśmy go z oczu. Wołałem za nim, aby zwolnił, ale nie posłuchał. Nie wiem dlaczego. Może bycie w ruchu, bieg przez las dawały mu tyle przyjemności, oszałamiały go, że zapominał o nas i o swoim bezpieczeństwie. – To była rozpaczliwa sytuacja. W oczach robiło mi się ciemno z wysiłku. Pomyślałem wtedy, że muszę go chronić przed nim samym, bo może narazić siebie na niebezpieczeństwo z niewiedzy, braku doświadczenia lub głupoty. – Z nieuwagi. – Poprawił się ochroniarz.

– Josefie, co ty o tym sądzisz? – Daniel był ciekawy odpowiedzi pupila.

Josef nie skomentował wydarzenia. Wszyscy patrzyli na niego; pozostał zatopiony w myślach lub ich nie rozumiał. Laboranci zaczynali zdawać sobie sprawę ze złożonej osobowości Josefa, jego odmiennej podświadomości i nieokreśloności jego niektórych zachowań. Wniosek nasunął się sam: muszą inaczej się zorganizować. Zamiast nieprzerwanie towarzyszyć Josefowi, powinni przekazywać go sobie nawzajem, sprawnie komunikując się między sobą. Innym rozwiązaniem było wykorzystanie dronów do prowadzenia ciągłej obserwacji. Było oczywiste, że muszą poprawić skuteczność ochrony Josefa.

2Shares