Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 18: Początki kariery Blawatsky’ego vel Mesjasza

©Photo. R.M.N. / R.-G. OjŽda

Mesjasz. Nie było to prawdziwe nazwisko, lecz pseudonim nadany przewodniczącemu Partii Konserwatywnej przez entuzjastów jego talentu i charyzmy. Naprawdę nazywał się Barras Blawatsky i jak wielu innych obywateli Nomadii był potomkiem dawnych imigrantów. Żyjąc długo na pustyni, gdzie upał zabójczo uderza ludziom do głowy, mieszając im czasem zmysły, Barras nabrał przekonania, że Bóg powierzył mu rolę przewodzenia narodowi. Nie był tego całkiem świadomy, dopóki nie zauważył, że jest głęboko religijny i że pobożność i bogobojność przemawiają silniej do obywateli niż słowa.

Barras zaakceptował ksywę „Mesjasz”. Stała się ona jego drugim imieniem, odpowiadając wierze, że jest najlepszym pasterzem ludu Nomadii. To przekonanie umacniały w narodzie zwarte szeregi jego wielbicieli, zwolenników twardej ręki, którzy w okresach kryzysowych rodzą się wszędzie, nawet na kamieniu. Był w tym jakiś nomen-omen, ponieważ Barras ubóstwiał kamienne konstrukcje, obeliski, posągi, figury i rzeźby, świątynie i pomniki, symbole wielkości jednostki i historii kraju. Wszystko, co go otaczało, choćby nawet zwykły manekin, musiało być solidne.

Kiedyś w czasie studiów przyniesiono mu uszyty specjalnie na miarę uniform marszałka, dowódcy armii. Barras miał go nosić na sobie w trakcie odtwarzania historycznej sceny bitewnej w dniu ważnej rocznicy państwowej. Był to strój paradny zdobiony złotymi odznakami, wężykiem generalskim, dwiema skrzyżowanymi buławami oraz szerokoskrzydłym orłem na naramiennikach. Do stroju dochodziły jeszcze akcesoria: buława marszałkowska, czapka z dwoma galonami w postaci srebrnych pasków na daszku i dwiema skrzyżowanymi buławami na otoku oraz proporczyk marszałkowski na limuzynie wojskowej.

Barras nie patrzył na strój, tylko na manekina wykonanego z pianki poliuretanowej, tak lekkiej, że pod wpływem przeciągu przewrócił się w najmniej oczekiwanej chwili. To zbulwersowało go do tego stopnia, że kazał natychmiast wymienić manekina na figurę wykonaną z solidnego materiału.

– Jakiego materiału? Czy ma pan coś konkretnego na myśli? – zapytał krawiec, który nabywał potrzebne mu body forms w lokalnej wytwórni manekinów krawieckich i wystawowych.

– Właśnie! Z konkretnego materiału. Z kamienia, betonu lub metalu. Co najmniej z solidnego drewna – Barras mówił to jak najbardziej poważnie.

Świadkowie tej sceny, koledzy i koleżanki skłonni do żartów, wzięli go wtedy prawie za wariata. Ale on tak myślał naprawdę. Było to już w czasach, kiedy przeczuwał, a może nawet wiedział, że pisana jest mu sława i ćwiczył się w manipulowaniu ludźmi, narzucaniu im swojej woli.

– Tu chodzi o władzę, o rządzenie – tłumaczył na spacerze koledze, z którym utrzymywał szczególnie dobre stosunki. Kiedy coś powiesz, to cię usłyszą, albo i nie. Jak natomiast tupniesz, że aż podłoga zadrży, to każdy cię usłyszy i zrobi to, o co ci chodzi. W życiu nie jest ważna lekkość spojrzenia i swada mówienia, ale zdolność wzbudzania szacunku w otoczeniu, pokazanie, kto naprawdę rządzi. 

Barras sam obmyślał konstrukcje z kamienia i podobnych materiałów. Potem, kiedy już zdobył władzę i pieniądze, chętnie je także stawiał, gdzie tylko się dało, na miejskich skwerach i placach, w parkach, na lotniskach i dworcach autobusowych, na placach zabaw dla dzieci, aby i one uczyły się myśleć historycznie. Raz nawet ustawił kamienną rzeźbę Wenus o niebieskich oczach na działce rekreacyjnej, gdzie z ziemi wytryskiwało źródło krystalicznej wody i rosły niezapominajki, przetacznik polny i ożankowy oraz cykoria podróżnik, rośliny o niebieskich kwiatach idealnie oddających nastrój słonecznego nieba i wody żywo rozpryskującej się na kamykach. 

– Jej oczy wspaniale współgrają z kwiatami, niebem i wodą – wyjaśniał z przekonaniem użytkownikom sąsiednich ogródków działkowych, którym jego pomysł nie przypadł do gustu.

Masywne konstrukcje były jego słabością. Cenił je, ponieważ były symbolem potęgi, władzy i historii. Ich pomysły rodziły się w jego głowie równie obficie jak kijanki na wiosnę. Wszyscy to wiedzieli. Niektórym się to nie podobało, uważali to za dziwactwo, może nawet za coś nienormalnego. Inni go za to uwielbiali, zwłaszcza duchowni i ludzie starsi, którym cmentarze i płyty nagrobne kojarzyły się pogodnie jak wiosenny spacer dziecku lub wiązka soczystej trawy spracowanemu koniowi.

– Właściciel partii i rządu! – Mesjasz lubił te słowa, sam je często powtarzał, kiedy się rozmarzył albo w chwili spokoju zagłębił w myśli o losie i przeznaczeniu narodu, którym przyszło mu kierować. Wyrazy szacunku okazywanego mu na każdym kroku już go nie dziwiły, gdyż miał za sobą lata solidnej pracy, osiągnięć oraz osobisty czar zwany charyzmą. Nic go już nie dziwiło, ani uwielbienie tłumów, ani nienawiść pulsująca w żyłach i sercach przeciwników. Nie przyznawał się do tego nikomu, choć nie przyniosłoby mu to ujmy, bo był już znanym obywatelem, ale nienawiść ludzka podniecała go; czuł wtedy, że żyje.

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz 3: Spotkanie partii z obywatelami

Spotkanie rządzącej Partii Konserwatywnej z obywatelami odbyło się wieczorem przy zasłoniętych oknach, w miejscowości, której nazwy nie podano do wiadomości, może nawet nie była ona oznaczona na mapie, z uwagi na bezpieczeństwo zebranych. Prowadził je Prokurat, stary jak świat aktywista partyjny, ważniak z kręgu gwardii przybocznej Mesjasza, szefa i właściciela partii.

Celem zebrania było umocnienie więzi z wyborcami i zapoznanie ich z bieżącą polityką rządu, przeciwstawiającego się naciskom ekologów i anarchistów. Te dwie grupy społeczne zgodnie żądały od państwa większej ochrony i pomocy dla koni, uznawanych przez nich za gatunek najbardziej użyteczny a zarazem najbardziej zagrożony postępem technicznym w transporcie i rolnictwie.

– Ich żądania zmierzają do ograniczenia naszego wpływu na przyrodę. Rząd nie zamierza ustępować, ponieważ traktujemy zasoby naturalne kraju jako źródło niekończących się pożytków dla społeczeństwa. Po naszej stronie stoi także Kościół Hierarchiczny, kierujący się zasadą, że to Bóg dał człowiekowi zwierzchnictwo nad przyrodą ożywioną – tak przedstawił stanowisko rządu przewodniczący zebrania.

Dziennikarz Rosaton przebieg zebrania starannie utrwalił w swej pamięci wspomaganej chipem bio zainstalowanym w mózgu dla ułatwienia przechowywania i przypominania sobie informacji. Od pewnego czasu obserwował Prokurata, zwanego niegdyś także Towarzyszem. Był to niemłody już osobnik, partyjna złota rączka, utalentowany, o twarzy porysowanej zmarszczkami doświadczeń więziennych. Złośliwcy mówili, on sam także to czynił w zaufanym gronie, że potrafi służyć dowolnemu panu, byle tylko dał mu trochę władzy i sypnął groszem, bez którego nawet asceta nie jest w stanie godnie przetrwać jednego dnia.

Z dokumentów Prokurata wynikało, że pracował kiedyś w administracji cyrku państwowego. Opozycja, ekolodzy i anarchiści wspierający ochronę natury zarzucały mu złe traktowanie zwierząt. Oskarżony nie przyznawał się do tego, tłumaczył się jak umiał, nie zawsze zrozumiale. Twierdził, że była to praca przypadkowa, że tylko pomagał trzymać konie na uwięzi, że to inni okładali je batem, i że on tylko obserwował niedźwiedzia, kiedy uczono go tańczyć boogie woogie na gorącej blasze. Upierał się też, że to nie on podgrzewał mu podłogę, a jedynie podkręcał kurek gazu i to tylko wtedy, kiedy go o to proszono.

Z czasów pracy w cyrku, prawdziwej czy domniemanej, Prokurat wyniósł umiejętność wykonywania sztuczki: potrafił napluć na dłoń tak, aby jego proste słowa wypowiedziane moment później urosły w wielkie kłamstwo. W domu podobno miał piec, w którym palił reszki godności – tak mówiła o nim opozycja, też nie zawsze tak święta, jak chciała być widziana.

– Nie dziw, że z takimi umiejętnościami Duży Pikuś uważa go za klejnot. Przecież on każdej prawdzie kark skręci – twierdzili przedstawiciele Opozycji, zwanej w skrócie Opo. Duży Pikuś była to pogardliwa nazwa partii rządzącej, która odpowiadała pięknym za nadobne nazywając opozycjonistów Małym Pikusiem.

– Umiecie tylko szczekać pod wiatr, a i to wam marnie wychodzi – Sytuację opozycji złośliwie kiedyś podsumował przewodniczący klubu parlamentarnego Konserwy.

Na spotkanie z obywatelami, które miało także charakter wspominkowy, przybyli nie tak znowu tłumnie wyborcy partii, jej namiętni miłośnicy oraz szczere przydupasy, dla który ważne było dać się sfotografować z kimś z zarządu Konserwy i przekazać życzenia jej szefowi i właścicielowi, Mesjaszowi, którego złoty wizerunek nosili na piersiach na wysokości serca.

Sala była uroczyście, choć niewykwintnie udekorowana. Na głównej ścianie wisiał obraz przedstawiający Mesjasza z ręką na sercu i promienną twarzą, stojącego na rydwanie symbolizującym partię, siłę przewodnią narodu. Mesjasz, wyprostowany jak struna, patrzył za siebie, w siną dal. Rydwan na obrazie pędził – zgodnie ze strategią wodza – w kierunku odwrotnym do rydwanów konkurencyjnych partii. Nie było to malarstwo najwyższego lotu, ale zupełnie udane; ważne było, że jego twórca, mający na koncie osiągnięć artystycznych także znaczące zasługi dla Partii Konserwatywnej, został uhonorowany.

Zza obrazu dochodziła niezbyt głośna muzyka, na tle której chór męsko-damski wykonywał patriotyczne i rewolucyjne pieśni oraz kąśliwe przyśpiewki „Nie rzucim”, „Wyklęty powstań”, „My z upodlonych”, „Podlece partyjni” i „Przykuty do pastwiska”. Mimo jednego czy dwóch drażniących tytułów miały one swój wydźwięk wspominkowo-propagandowy. Ostatecznie liczyła się skuteczność.

Przywódca partii wyglądał na obrazie tak realistycznie, że starsza kobieta, do której członkowie partii zwracali się z wielkim szacunkiem, chciała podejść i go uścisnąć a może nawet pocałować w przekonaniu, że jest to autentyczny i żywy człowiek, którego znała i podziwiała. Na szczęście w porę odwiedziono ją od tego zamiaru. 

Zebranie odbywało się według ustalonego rytuału. Najpierw było zagajenie. Wykonał je Prokurat stwierdzając, że kraj od czasu nowej władzy płynie już mlekiem i miodem, i to wyłącznie dzięki ogromnemu poświęceniu i wkładowi pracy Mesjasza, którego nazwał autentycznym wizjonerem. Wywołało to na sali wybuch entuzjazmu, w górę poleciały czapki, wzniosły się flagi i wzbiły okrzyki „Niech żyje”!

Po okrzykach nastąpiły sążniste oklaski. Klakierzy stali z boku tak ustawieni, aby nie rzucać się w oczy. Byli doskonale zorganizowani, chłop w chłopa, rumiane wiejskie i małomiasteczkowe twarze, ręce jak młoty. Kiedy walili w dłonie, ziemia się trzęsła, a popularność wodza i partii przez najbliższe dni rosła jak na drożdżach. Pokazywały to słupki, które zarząd partii studiował z ogromną uwagą.

Atmosfery zebrania o mało co nie zepsuł mężczyzna, prawdopodobnie niezrzeszony, albo i zrzeszony, ale mało świadomy, że do dobrego tonu nie należy zadawanie przewodniczącemu pytań co do jakości mleka i miodu płynących strumieniem obfitości, gdyż nawet podrostki w szkole wiedziały, że są najwyższego lotu. Nie dziw, że jego pytanie spotkało się z potępieniem w formie twierdzącej, pytającej i rozkazującej: „Zamknij pysk, bo dostaniesz w mordę”, „Koń by się uśmiał z takiego pytania”, „Po co taki się urodził?” i podobne. Kilka osób rzuciło się na intruza i zaczęło go szarpać, ochroniarz usiłował wyrwać mu rękę z barku, ktoś inny starał się dać mu zdrowego kopa. Zwracano się do niego bezpośrednio, przez „ty”, wieloma imionami, niektóre brzmiały raczej brutalnie. Ze wszystkich stron padały pytania: „Co tutaj robisz, pedale?”, „Po co się tak szarpiesz, gnojku?” oraz „Czemu jesteś taki nerwowy?”. Salę opanował amok nienawiści, w którym określenia typu „ty byku” szumiały łagodnie jak bryza znad wysp pacyficznych, gdzie małpy spokojnie grają sobie w kręgle na plecionej platformie zawieszonej u szczytu palmy kokosowej.

Kolejnym rytuałem, niewątpliwie najważniejszym, było przekazywanie podziękowań i życzeń. Najpierw wystąpiła kobieta wyrażając wdzięczność przywódcy partii za czujność i za to, że do kraju nie trafił żaden ciapaty. Po niej wystąpił mężczyzna w średnim wieku. Pierwszy raz w życiu składał życzenia komuś tak wysoko postawionemu; było widać, jak bardzo to przeżywał. Adresata swojego wzruszenia nazywał Wielebnym oraz Czcigodnym. Najpierw zakrztusił się ze wzruszenia, myśląc o tym, że on, prosty człowiek, albo i nie, bo przecież nie może być prostakiem ktoś, kto ma warsztat, małe przedsiębiorstwo i sto hektarów pod zasiewami, dostąpił zaszczytu składania życzeń przywódcy partii rządzącej całym krajem. Przerastało to jego lokalną, wiejską wyobraźnię. Potem poszło mu już całkiem zgrabnie. 

– Pragnę serdecznie, najserdeczniej, pozdrowić czcigodnego pana prezesa. Proszę mu powiedzieć, że my go tutaj, wszyscy jak jeden mąż i jedna żona, szanujemy i oby Bóg dał mu zdrowie od końca do końca. Pan prezes jest geniuszem. Jestem mu dozgonnie wdzięczny, że nas uwolnił od tych popaprańców, łajdaków, sukinsynów i złodziei, którzy promowali konie kosztem zwykłych obywateli. W momencie, kiedy mówcy skończyła się pamięć, wyjął kartkę z kieszeni, aby dokończyć … szabrowników i zboczeńców. Zebrani słuchali go z uwagą, rozumiejąc, że złożonej rzeczywistości nie da się opisać kilku prostymi słowami tak jak kółko, kwadrat czy trapez.

Rosaton bardziej wyczuł niż dostrzegł, że uczestnicy spotkania kierowali się głównie uczuciami. Nie było w nich niczego innego jak tylko nienawiść do ludzi wskazanych przez partię jako źródło niegodziwości, osobników stawiających zwierzęta na równi z ludźmi a nawet i wyżej.

Kronika narodu wybranego. Odc. 10: Nazywajmy rzeczy po imieniu

Historia naturalis palmarum

Słonecznym rankiem, kiedy fanfary przedwiośnia budziły ludzi radosną pobudką, Iwan Iwanowicz, wspomagany dodatkowo darem bezsenności, przedstawił tajemnicę nazywania rzeczy po imieniu. Stało się to przy krawężniku, miejscu objawień demokracji bezpośredniej. Przyszło mu to tym łatwiej, że był pijany, w stanie określanym przez mieszkańców tropików jako „muy embriagado”, czemu zawdzięczał upojne wizje i kolorowe przemyślenia. Zapytany, jak przeżywa stan uniesienia emocjonalnego i intelektualnego, skwitował krótko:

– Czuję się tak samo jak cały kraj.

Uspokoiwszy się, kontynuował.

– Nazywajmy rzeczy po imieniu – zaczął, wynosząc pod niebiosa Czcigodnego, przywódcę partii i narodu. Uznał za rzecz nadzwyczajną połączenie w jednym umyśle i sercu tych dwóch wielkich bytów. Z Czcigodnym, jak się okazało, łączyła go zażyłość historyczna.

– Bardzo dobrze go rozumiem, należymy do tej samej kategorii geriatrycznej, inaczej mówiąc jesteśmy synami ustroju robotniczo-chłopskiego wspomaganego przez inteligencję pracującą. Premier Cudny też jest wytworem tego samego ustroju rozłąki z rozumem, z tą różnicą, że nie jest on synem, ale jego wnukiem. Mądrość ustroju nabył on w sposób naturalny wraz z mlekiem matki i poglądami ojca wracającego tęsknotą do lat młodości, kiedy to naród stał nad prawem jak złota brama nad wjazdem do królewskiej rzeźni.

Z Mężem Czcigodnym łączy mnie historia, pobrane nauki, zwyczaje i nawyki. Rozumiem, co go dręczy, ponieważ dobrze pamiętam niespełnione pragnienie ówczesnej władzy uszczęśliwienia narodu. Czyż nie jest to piękne, że dobrobyt w ojczyźnie tworzony jest dzisiaj przez człowieka ukształtowanego przez naszą wspólną, histeryczną przeszłość, i jest to dobrobyt obowiązkowy? Gdzie indziej dobrobyt jest dobrowolny, chcesz to bierz, a nie chcesz, to nie bierz, ale nie u nas. Musisz go wziąć, bo rozumna władza wie najlepiej.

Po krótkiej czkawce, Iwan Iwanowicz pociągnął temat dalej.

– Czcigodny i pan premier stworzyli już ekonomiczny fundament dobrobytu. Aby nie rzucać słów na wiatr, przedstawię wyliczenie. Dzisiaj, na przedwiośniu, rzodkiewki z Włoch, pęczek zawierający 10 sztuk, były w warzywniaku po złotówce. W przeliczeniu na przeciętną premię w wysokości 75 000 zł, znaczy to 750 000 sztuk. Jeśli przeciętny obywatel będzie jeść z umiarem, powiedzmy 5 sztuk dziennie, to premia zapewni mu rzodkiewki przez 150.000 dni, co daje 410 lat zdrowego odżywiania. Tylko za jedną premię roczną!

Iwan Iwanowicz poruszał ustami, testując kubeczki smakowe, aż w końcu – wciąż myśląc o świeżych warzywach – poczuł smak włoskiej pizzy o kształcie pieroga, jaką kiedyś zachwycił się w Wenecji. Wspomnienia przeszłości przywróciły go na tory rozważań o Mężu Czcigodnym.

– Wszyscy go znamy i kochamy – podjął wątek. – Ciało lekko pulchne, łagodne zaburzenie kaszkietu wywołane kryjącą się pod nim siwizną. Dla wielu osób, które go ubóstwiają – nie to co ja, który go cenię, a nawet szanuję za pomysłowość i dobre intencje – pełni on wzór męża opatrznościowego.

Porównania wyczerpały mówcę. Machnął ręką, dając znak, że już skończył mowę pochwalną i nie zamierza więcej absorbować zebranych swoim zauroczeniem władzą. Powitano to mieszanymi oklaskami.

Kronika narodu wybranego. Odc 2: Iwan Iwanowicz niecierpliwi się

Iwan Iwanowicz zniecierpliwił się, a nawet wzburzył. Mógłby nawet powiedzieć, że ogarnęła go szewska pasja, gdyby tylko potrafił ocenić jej intensywność. Ten rodzaj pasji stawał się mu szczególnie bliski, kiedy przypominał sobie, że jego mateczny dziadek był szewcem. Krótko, ale był.

Wzburzenie dojrzewało w nim od dawna. Teraz czuł je w postaci dojmującego chłodu wypełniającego nogę do kostki, potem do kolana i pełznącego powoli w górę. Zdarzyło się to w najmniej stosownym momencie; Iwan Iwanowicz wracał pieszo do domu i na dworze panował siarczysty mróz. Kiedy zimno doszło do miejsca, które szanuje każdy mężczyzna a ceni, najwyżej po pieniądzach, każda szanująca się dojrzała niewiasta, Iwan Iwanowicz poczuł nieprzyjemne mrowienie. To mu przypomniało zimne lato i wchodzenie do morza.

– Najtrudniej jest zanurzyć termometr – zamruczał pod nosem – potem już idzie łatwo.

Przedmiotem jego nagłego niepokoju i zapamiętania była szalona sprzeczność, jaką od pewnego czasu dostrzegał w społeczeństwie Błądzących Nomadów, głęboko i boleśnie podzielonych. Jedna ich część entuzjazmowała się władzą, jej obietnicami i osiągnięciami i był gotowa w dowód uwielbienia obnosić ją na rękach, gdyby tylko było to możliwe. Druga część, opozycyjna, zadeptałby tę władzę razem z przywódcą, Czcigodnym Mężem, osobnikiem niezwykłej religijności, dopatrując się w nim źródła najgorszego zła.

Tego Iwan Iwanowicz nie mógł zrozumieć, a nie mogąc zrozumieć, nie mógł wybaczyć, a tym bardziej ścierpieć. Stąd jego szalony gniew.

Po godzinie, dłużącej się jak nigdy wcześniej, doszedł do siebie. Nie tylko dlatego, że wypił kawę dla uspokojenia rozkołatanego serca a potem kieliszeczek sherry, która wyjątkowo dobrze mu się kojarzyła z późnomłodzieńczymi latami, kiedy ludzie nie mieli pieniędzy i piło się malutkimi kieliszkami, a nie szklanicami i kielichami o pojemności dziecięcego nocnika. Skojarzenie z metalowym naczyniem wskrzesiło w nim moment dziecięctwa; przypomniał sobie, jak strofowała go ukochana niania, kiedy zamiast wypić mleko wlewał je w szparę między deskami podłogi, co nie uszło jej czujnemu oku.

– Dlaczego to robisz, skarbie? – zapytała, choć gniew palił jej usta bardziej niż wspomnienie gorącej czuszki.

– Enrique mi pokazał – odpowiedział z poczuciem słabnącej niewinnosci. Wydanie brata na pastwę rodziców zapamiętał jako pierwszą bolesną zdradę, długo uwierającą jego sumienie.

Po powrocie do świeżości umysłu, Iwan Iwanowicz podjął decyzję: wytłumaczy podzielonemu na fragmenty narodowi Błądzących Nomadów, jak dokonywać wyboru wodza, partii i władzy, i jak je oceniać, co przecież każdy musi czynić czy tego łaknie czy nie, gdyż być rządzonym jest losem każdego człowieka, choćby był żebrakiem, nędznym rabem kupionym na afrykańskim targu za marne centy czy robakiem zdatnym wyłącznie na rybią przynętę.

Tego dnia Iwan Iwanowicz zrobił niewiele, dużo jednak sobie obiecał. Potwierdził przede wszystkim kolejność myślenia: najpierw wódz, potem partia, w końcu władza. Nie był to wybór w rodzaju „kura czy jajo”. Obowiązała tu żelazna logika: zanim powstanie partia, musi zaistnieć czynnik organizujący, czyli przywódca. Władza pojawiała się dopiero w trzeciej kolejności jako efekt wygranych wyborów lub użycia siły bezwzględnego despotyzmu.

– To tak jak z Big Bangiem – pomyślał starzec i wyobraził sobie sekwencję zamierzchłych zdarzeń: najpierw zjawia się Wszechmocny Bóg, potem następuje kosmiczna eksplozja, w końcu nadchodzi ludzka władza.

Pozytywnie usposobiony dobrym początkiem, Iwan Iwanowicz spokojnie udał się spać. Tej nocy wyjątkowo nie miał snów.

Wszystkie książki autora w Księgarni Merlin:  https://tinyurl.com/y7cza5nc . Wszystkie recenzje na górnym pasku menu powyżej na tej stronie. 

 

Najkrótszy dzień roku i Święta Bożego Narodzenia

Najkrótszy dzień w roku na bliskiej perspektywie cieszy mnie, ponieważ potem wszystko idzie z górki, dni stają się coraz dłuższe, mogę też sobie wyobrazić, że coraz bardziej słoneczne. Zdaję sobie sprawę, że tworzę w ten sposób wyobrażenie, które ułatwia mi przetrwanie dni zimowych, ponurych, męczących i przygnębiających, jak obecna polityka.

Polityka i władza mnie znużyły; konsekwentnie ciągną nas w dół, w nieznanym kierunku; mam złe przeczucia, ponieważ kłamstwo zbyt często rozdziobuje prawdę, a duża część społeczeństwa jakby tego nie dostrzegała zachowując się tak, jakby kasza manna padała z nieba. Mojemu rozczarowaniu daję wyraz tweetując na Twitterze, którzy stał się dla mnie głównym forum wypowiedzi.

Przygotowałem sobie kilka wpisów z Twittera, głównie o charakterze aforyzmów, na jutrzejsze spotkanie autorskie o godzinie 18.30 w Instytucie Kultury Miejskiej w Gdańsku. Miejsce i czas spotkania przypominam także sobie, ponieważ jest to dla mnie ważne spotkanie. Myślę o nim od kilkunastu dni, zamierzam przedstawić fragmenty mojej twórczości, poezji, powieści, opowiadań, aforyzmów, blogów i tweetów, twórczości dosyć rozrzuconej gatunkowo, częściowo publikowanej, częściowo niepublikowanej.

Skończyłem właśnie czytać książkę Mariusza Szczygła: „Projekt prawda”, nietypową pod względem zawartości. Obok tekstów autora w książce zawarta jest powieść Stanisława Stanucha „Portret z pamięci”, wyróżniona nieco ciemniejszym kolorem kart, wydana pierwotnie w roku 1959, której autora porównywano – jak podaje M Szczygieł – do takich znakomitości jak Camus, Beckett, Sartre i Proust. Pierwsza część Stanucha podobała mi się, nawet bardzo, druga pisana techniką „strumienia świadomości” już nie. Obydwie części, ta stanuchowa i ta szczygłowa, godne są uwagi, przynajmniej częściowo.

Część szczygłowa zawiera krótkie opowiadana, rodzaj wspomnień i refleksji, każda na temat jakiejś lub czyjejś prawdy, człowieka, zdarzenia lub miejsca. Literatura zawsze sprawia mi przyjemność, ponieważ czytam teraz mniej, za to uważniej i rzeczy, o których jestem przekonany, że warto je przeczytać.

Szczęśliwy kraj, szczęśliwi obywatele

Po dwóch wetach prezydenta kraj wypełniły postacie i zdarzenia. Każdy miał coś ciekawego do powiedzenia, jedni wzniośle, inni bardziej przyziemnie. Pani premier też przemówiła, była jakby większa i pełniejsza, bardziej uroczysta. Do „Radia Wiara” zadzwonił pan Józef z Lublina, wyraził troskę o wydarzenia i zaproponował demonstrację 500.000 osób, nazywając ją małymi Węgrami. Ministra obrony określił mianem największego patrioty i najprzedniejszego stratega w historii kraju. O godzinie szóstej rano następnego dnia biły dzwony, miarowo, potężnie, wzywając wierzących i niewierzących do wiary w przyszłość. Jedni uwierzyli, inni nie, trzeci tylko połowicznie.

Wydarzenia w kraju okazały się tak niezwykłe, że zainteresowały się nimi wszystkie media, nawet król Butanu, jedynego państwa na świecie, gdzie mierzy się poziom szczęścia obywatelskiego. Dziennikarze pisali tam, że ludzie w dalekim orientalnym kraju tak bardzo kochają swoją partię rządzącą i prezydenta, że chodzą wiecować pod wysokie budynki, zapalają świece i czyniąc wspomnienia śpiewają pieśni dziękczynne i wznoszą okrzyki.

Wielki nastrój panuje też w budynkach. Prezes partii rządzącej często się modli i radość czerpaną z modlitwy przenosi do Sejmu. Kiedy opozycja w swoim zagubieniu atakuje go, albo protestuje, że marszałek zbyt wolno prowadzi obrady, prezes odpowiada jej słowami otuchy i miłości: „Moje wy mordki łagodne, krzywe pyszczki, łajdaczki najukochańsze. Zamknijcie drzwi, bo straszny przeciąg się tu robi”. Potem ich przytula do serca i pieści słowami do tego stopnia, że robi im się przykro, że nie mogą mu się odwdzięczyć.

Całkiem ostatnio prezydent i prezes popatrzyli w odwrotne strony świata i ten niewinny z pozoru incydent tak zdezorientował społeczeństwo, że zamarło ono w oczekiwaniu. Na wszelki wypadek naród nabrał otuchy w piersi i słodyczy na usta i czeka, co będzie dalej.

Historia radośnie krótka jak urwany dzień

O niczym nie powinno pisać się tak dużo, jak o sprawach radosnych. Radość to imperatyw, nakaz obecnych czasów.

W wyniku informacji, że w budynku może znajdować się ładunek wybuchowy, wczesnym popołudniem ewakuowano Centrum Handlowe Manhattan w Gdańsku. Na zewnątrz wyszło 700 osób, klientów i pracowników sklepów i biur. Czas był piękny, słoneczny, ludzie się rozgadali, atmosfera podniecenia, rozmowy i pytania.

W rozmowach na przedzie, u góry, z boku, wszędzie, był parlament, oczywiście nie cały, tylko większość parlamentarna. Wszycy chwalili PiS, ganili opozycję.

– Partia idzie do przodu, rząd idzie do przodu, tylko opozycja drepcze w miejscu, społeczeństwo buntuje się, na szczęście tylko w połowie. – Ktoś mówił głośno.

Wszyscy się cieszyli, że rząd dokonuje zmian, cudownych, perspektywicznych, które zapewnią nam raj, jakiego nie znali nawet Adam i Ewa. Za czasów PO demokracja była pozorna, teraz jest prawdziwa. Parlament, jego decydująca większość pod sztandarem PiS, źródło wiedzy, wiary, nadziei, uczciwości i prawdy, będzie teraz kierować wszystkim: trybunałem konstytucyjnym, sądem najwyższym, sądami niższymi, prokuratorami, sędziami, nawet prezydentem, który jest niezależny.

Władza ma talent, umie stopniować napięcie, prawda płynie strumieniem z jej słodkich ust i wylewa się na ulice. A tam, niestety, niezrozumienie, ciemny naród, ludzie tysiącami sprzeciwiający się mądremu rządowi, mądrej partii, mądrym ministrom. Nocami palą świeczki na znak protestu. Ale co to za świeczki!? To ogarki! Prawdziwa świeca jest jak pała, wielka, wysmukła, od takiej to pół nieba może się zająć. To byłby dopiero ogień. Kto wie, może i ludzie nauczą się jeszcze palić porządne świece, ku chwale rządu, większości parlamentarnej i prezydenta. No i Naczelnika, chluby narodu, który zbudował nam reputację za granicą potężniejszą niż mur chiński, oby żył wiecznie, oczywiście nie mur, tylko Naczelnik.

 

Maximus z Cane Corso i radość życia na luzie

Życie niesamowicie mnie opromieniło. I to dzisiaj, w niezbyt słoneczny dzień. W sklepie mięsnym dojrzałem czarne oczy ekspedientki, ogromne i dystyngowane, głośno wyraziłem uznanie, na co otrzymałem natychmiastową odpowiedź:

– Co pan sobie życzy?

Pytanie zaskoczyło mnie. Ja do wielkookiej z wdziękiem, a ona do mnie z pytaniem jak nóż rzeźnicki. Życzyłem sobie sera i kiełbasy. Potem, kiedy w zaciszu odmowym, otrzymałem kość indyczą do ogryzienia, ostatecznie już poczułem się syty, pełen miłości i dobrobytu.

Biegając dla zdrowia po lesie spotkałem psa, osobnika rodzaju męskiego, wielkiego jak mała góra. Kulturalny, przedstawił się: Maximus z Cane Corso, typ mastifa, zaliczany do grupy molosów, Półwysep Apeniński, pies stróżujący, obronny, tropiący i policyjny, nie podlega próbom pracy. Ostatnie wyjaśnienie zaintrygowało mnie. Był w wieku 2,5 roku, odpowiednik naszych 18 lat, towarzyski, poważny z wyglądu, pochodzenie prawdopodobnie murzyńskie, bo był czarny jak węgiel. Mnie tam to nie przeszkadza, ale boję się o stosunek władz do niego, bo w dodatku łeb miał wielki jak parlamentarzysta, co może sugerować konkurencję.

Był autentycznie ucieszony, zaprosił mnie do zabawy, zaproponował bieganie w kółko. Wybrałem bieg na wprost, towarzyszył mi. Był małomówny, ust nawet nie otworzył. Wszystko wyjaśniła mi właścicielka, przemiła istota. To mnie wzmocniło w przekonaniu, że psy i ich właściciele to gatunki odmienne od gatunku ludzkiego, całkowicie i nieodwołalnie. Podkreślam „nieodwołalnie”, ponieważ było wiele rzeczy w naszym kraju, które w ostatnich czasach odwołano w sposób bezkompromisowy, podobno dla dobra narodu, co nie zawsze rozumiem.

Martwię się o Maximusa, bo to on ma konkurencję. Ludzie już nie tylko mówią, ale i szczekają. To chyba jakaś manipulacja genetyczna. Uchodźców nie wpuściliśmy, ani terrorystów, manipulację niestety dopuściliśmy do głosu. Włos się jeży na głowie. W stolicy występuje osobnik o solidnej głowie, wyraz twarzy Maximusa, podobnie lubi się uśmiechać. Niby łagodny, ale z charakterem, komiczny, prawi dykteryjki, zadaje zabawne pytania na przykład o kobiety na najwyższych stanowiskach, osoby żyjące, w istocie rzeczy dawno zmarłe. Eksperymentowanie ze zmarłymi to niebezpieczny biznes. Jednym kojarzy się z nekrofilią, innym z ekshumacją. Do wielkogłowego nie mam zaufania. Łże jak człowiek. Psy tego nie robią.

Sam już nie wiem, co myśleć o takim świecie. Może przestanę myśleć? To też jakaś rozrywka, wiele osób to robi i czują się szczęśliwi.

Trzej panowie w krainie cudów

Tyle wspaniałych rzeczy dzieje się w Polsce, a ja tu siedzę jak ta niemowa i nie cieszę się na skalę osób i wydarzeń.

Pan prezydent odwiedził Parczew. Było to wzniosłe wydarzenie, ponieważ w historii kraju jest jedynym prezydentem, który odwiedził Parczew. Przed nim było tam tylko siedmiu królów polskich. Urósł przez to w moich oczach jeszcze bardziej, choć przecież i tak był niemały. Teraz jest już wielki. Jakiż on jest mądry historycznie i w ogóle, jaki dobry, i jaki odważny. Najbardziej imponuje mi jego odwaga, czego nie zamierzam ukrywać, niech wszyscy to wiedzą.

W kraju mamy tyle talentów. Pan Błaszczak na przykład dostrzegł w Brukseli czołgi, wozy pancerne, ludzi uzbrojonych w broń krótką, długą i średnią, co mnie zasmuciło, że ci Belgowie, jak oni tam żyją, przecież to czasy schyłku PRL-u, a u nas taki błogostan. Podziwiam pana ministra, że jest tak dalekowzroczny, przenikliwy i inteligentny. Przecież nie musi taki być, a jednak jest. Dobrze, że często występuje publicznie, bo ludzie starsi, mniej spostrzegawczy i o słabszym wzroku mogliby tego nie zauważyć.

Albo pan Warchoł, Wiceminister Sprawiedliwości, nazwijmy go krótko Warchołem, przemówił tak bardzo od serca na Kongresie Prawników Polskich, że wszyscy uczestnicy wyszli z sali, aby się wyszlochać na zewnątrz, ponieważ nikt wcześniej nie mówił do nich tak ciepło, serdecznie i szczerze. Wiceminister potwierdził potem, że był bardzo stonowany, koncyliacyjny, wychodził naprzeciw, czarne owce są wszędzie, należy je eliminować, bezkarność rodzi pychę, arogancję, butę, a nie ma nic gorszego niż arogancja władzy. Nie dosłyszałem, czy mówiąc o eliminacji czarnych owiec wspomniał coś o rzeźni, ale chyba nie. To ładnie z jego strony. On jest taki subtelny.

Po wysłuchaniu wiadomości w TV zrobiło mi się słabo, chyba było za gorąco, tak nagle przyszły upały, a może zjadłem coś niewłaściwego, fakt, że poszedłem do łazienki i zwymiotowałem. To mi przyniosło ulgę, od razu poczułem się lepiej. Tak bardzo, że postanowiłem już nigdy nie przeklinać widząc krzywą mordę na zdjęciu lub na filmie.

 

 

Kontrrewolucja. Kierunek mądrości narodu: w parę czy w gwizdek?

L0031338 An itinerant doctor, by a subterfuge, cures an undergraduate Credit: Wellcome Library, London. Wellcome Images images@wellcome.ac.uk http://wellcomeimages.org An itinerant doctor, by a subterfuge, cures an undergraduate hoaxer of his supposed maladies of lying and bad memory. Coloured etching by T. Rowlandson, 1807, after G.M. Woodward. Coloured etching 1807 By: George Moutard Woodwardafter: Thomas RowlandsonPublished: July 9 1807 Copyrighted work available under Creative Commons Attribution only licence CC BY 4.0 http://creativecommons.org/licenses/by/4.0/

http://wellcomeimages.org
An itinerant doctor, by a subterfuge, cures an undergraduate hoaxer of his supposed maladies of lying and bad memory. Coloured etching by T. Rowlandson, 1807, after G.M. Woodward.
Coloured etching
1807 By: George Moutard Woodwardafter: Thomas RowlandsonPublished: July 9 1807
Copyrighted work available under Creative Commons Attribution only licence CC BY 4.0 http://creativecommons.org/licenses/by/4.0/

Kraj reformuje się. Dla mnie najciekawsza jest reforma systemu emerytalnego odbywająca się pod hasłem ” Emeryci, łączcie się w postemeryckim dobrobycie!”. Hasło jest zapożyczone z poprzedniego ustroju, który był ustrojem równości społecznej, z tym, że była to równość w ubóstwie. Obecny pomysł reformy emerytalnej jest demokratyczny i zmierza do równości w bogactwie. Jest to pomysł krajowy, nieimportowany; mając wielu geniuszy, nie mamy potrzeby sięgać za granicę.  

Mnie podobają się emerytalni geniusze zagraniczni. Jestem bardziej międzynarodowy. To wada rozwojowa, coś jak skrzywienie kręgosłupa, tylko w odwrotną stronę niż u krajowych reformatorów emerytur. Myślę o Australii, o antypodach, gdzie ludzie chodzą do góry nogami. Śmiesznie to wygląda, kiedy patrzy się z kosmosu; z innej, krótszej perspektywy widać tylko muszelki na plaży Bondi Beach. Plusem kosmicznego położenia Australii jest to, że krew napływa Australijczykom obficiej do głowy. Może dlatego wymyślili sobie inny system emerytalny.

Kiedy przyglądałem się sprawie z bliska, co nie było łatwe z uwagi na upały, w Australii były dwa systemy emerytalne: jeden państwowy o charakterze świadczeń społecznych przyznawanych osobom, które niezależnie od tego, czy pracowały czy nie, nie mają dostatecznych środków do życia i mogą uzyskać emeryturę państwową (zwaną pension). Jej wysokość zależała od wielkości dochodu (np. pomoc od rodziny, odsetki od oszczędności, praca dorywcza itp.) oraz od wartości posiadanych aktywów (oszczędności bankowych, domu, ziemi, papierów wartościowych itp.)

Drugi rodzaj to emerytura (zwana superannuation) gromadzona w czasie lat pracy, kiedy pracownik płaci składki emerytalne. Nie wiem jak jest teraz, ale kilkanaście lat temu były one elastyczne. Istniało jakieś minimum składki miesięcznej, ale – jeśli ktoś życzył sobie mieć wyższą emeryturę – mógł tę składkę zwiększyć. Ustawową zasadą było to, że do składki płaconej przez pracownika pracodawca dopłacał jej równowartość. Jeśli płaciłeś 50 $ składki miesięcznie, to drugie 50 $ dopłacał ci pracodawca. Jeśli decydowałeś się podwyższyć tę składkę do 100 $, to drugie 100 $ miał obowiązek dopłacić ci pracodawca. Głupie może było w Australii jedynie to, że podwyższała ona wiek emerytalny podobnie jak wszystkie inne kraje na świecie, zamiast wziąć dobry przykład z naszego kraju i wiek ten obniżyć.

Tak sobie myślę, nieśmiało, choć szczerze, że przydałby się nam oświecony rządca-jedynowładca, jeśli to już konieczne, choć nie sądzę, który rozwijałby już istniejące systemy: emerytalny, konstytucyjny, nauczania, pomocy rodzinie, podatkowy, ochrony zdrowia, sprawiedliwości, i inne, zamiast z poświęceniem zwalczać wszystkie istniejące już systemy.

Zadaję też sobie pytanie, czy jeśli władzy nie jest potrzebna konstytucja i inne systemy stworzone drogą demokratyczną, to może demokratycznemu społeczeństwu nie jest potrzebna taka władza? Przetrawmy to sobie, Bracia i Siostry, w naszej mądrości zbiorowej, która jest niczym innym jak mądrością rozproszoną, czasem mądrze a czasem głupio, w zależności od głowy, gdzie podobno mieści się rozum. Ostatecznie w narodzie liczy się suma mądrości mądrej i głupiej (modlę się, oby nasza miała znak dodatni) oraz kierunkowy impet tej sumy, inaczej mówiąc, czy idzie ona w parę czy w gwizdek. Po tym jak wysłuchałem dzisiaj Rysia Czarneckiego, którego ubóstwiam, bo rozjaśnia mi wszystko w głowie i to z perspektywy europejskiej, oczekuję, że na wiosnę na wierzbach będzie znacznie więcej gałązek do wyrobu doskonałych gwizdków.

Bardzo mnie to cieszy, ponieważ mamy partię i rząd niezwykle rozważnie podejmujące decyzje, czy energia narodu ma iść w parę czy w gwizdek.

 

Ptak wygłasza przemówienie „Zbrodnia, wina, kara i przebaczenie”

Bird Rothschild's Bird of Paradise by Ellis Rowan, public domain

Tekst był pisany na luzie, w mroku. Gdybyście zauważyli światełko w tunelu, a może nawet i dwa, dajcie znać zwykłą formą uwielbienia recenzenckiego: „Dno”. „Nędza”. „Niezłe”. „Niegłupie”. „Cudowne”, lub nawet „Rewelacja”, jeśliby komuś odbiło.

Motto: Jedni mnie będą egzorcyzmem chłostać, drudzy uciekną zdziwieni (Adam Mickiewicz: Dziady)

Jest to dwudniowa historia dwóch ptaków drapieżnych, przelotnych, usiłujących zadomowić się. Jednego z nich ornitolodzy nazwali Mocnym, choć Małym, bo żwawiej robi dziobem, drugiego zaś Słabym, choć Dużym, ponieważ w argumentach ustępuje temu pierwszemu. Nazwy ptaków mają charakter roboczy, gdyż systematyka tej kategorii ptactwa jest jeszcze niedokończona. Ornitolog-sprawozdawca, obserwator ptasiej sceny, nadal ptakom cechy ludzkie, czyli je „nahumanizował” ( w odróżnieniu od „odhumanizował”). Był chyba pijany, albo taką miał fantazję, gdyż nauka nie zna takiej sytuacji. 

Ptasie sanktuarium na otwartym powietrzu pełne było ptactwa pragnącego wysłuchać tych, którzy latając najwyżej, wiedzą najlepiej. Gdzie to było dokładnie, nie wiadomo. Ważne, że było.

W odpowiedzi na orędzie Słabego na temat „Wzajemność w przebaczeniu”, Mocny wygłosił przemówienie pod tytułem „Zbrodnia, wina, kara i przebaczenie”, ujawniające inny punkt widzenia.

– Towarzysze Bracia Cyrkowcy, Towarzyszki Siostry Cyrkówki, i Wy, Zwykłe Ptactwo Obywatelskie! – Silny, wyglądający na dyrektora, umiał serdecznie i podniośle zwrócić się do zebranych. – Ptak Słaby, choć Duży, mój syn chrzestny i adorator mojego stylu latania, specjalista od miękkiego lądowania na wodzie, mąż i ojciec nie tylko rodziny, ale i całego ptasiego narodu, przedstawił wam orędzie o przebaczaniu przestępstw dowolnego kalibru oraz wezwał was do wzajemności. Przeanalizowałem jego przemówienie dokładnie, słowo po słowie, aby nasycić się jego mądrością. Było ono wspaniałe, ale …

Kiedy do ptasiego sanktuarium wkroczył na sztywnych nogach Słaby, choć Duży, ptasie zgromadzenie wstało z miejsc z szacunku dla urzędu. Przechodząc obok Silnego, Słaby ukłonił mu się głęboko, lecz ten, zatopiony w nowych, lepszych pomysłach na rządzenie, jakich nie szczędził ptasiej społeczności, dopiero po chwili zauważył, że jakiś inny ptak przechodzi obok. Silny odwrócił się z wyrazem zniecierpliwienia, że ktoś śmie mu przeszkadzać. Kiedy zauważył swoją omyłkę, szeroki pojednawczy uśmiech radości rozjaśnił jego okrągły dziób okolony od góry siwizną. W ciasnym przejściu usiłował zrobić miejsce przechodzącemu Słabemu, lecz niechcący przydepnął mu łapę, za co od razu przeprosił ukośnym uśmiechem numer cztery, najskromniejszym z uśmiechów.

Ptasia opozycja natychmiast rozdmuchała incydent. Gęgano hasła: nie ma dymu bez ognia, rozłam w obozie ptasiej władzy, co to będzie, co to będzie? i podobne dyrdymałki. Krótko mówiąc, opozycja podjęła szalone spekulacje i jak zwykle widziała rzeczywistość zupełnie inaczej, niż widział ją obóz władzy. Jak to widział cywilizowany świat ptasi, nie wiadomo, bo – dałby Bóg, aby było to tylko chwilowe – cywilizowany świat zniknął z pola widzenia za chmurą sypiącego się obficie pierza.

Silny miał minę cierpką jak cytryna, ponieważ na widok Słabego rozbolał go dziób. Poprzedniego dnia nazwał go synem marnotrawnym, roztrwaniającym niepotrzebnie majątek nieustępliwości Ptasiego Cyrku, oferując przebaczenie bez kary za popełnione zbrodnie, dodając nawet nieroztropnie, że jeśli i on je popełnił, to też prosi o przebaczenie.

– To było głupie. Ta prośba o przebaczenie. – Skomentował ptak-wasal z rodziny hołdowników, wierny totumfacki Silnego.

– A jeśli nawet nie było całkiem głupie, to było niekompletne. – Podjął Silny. Bo musisz wiedzieć, drogi wasalu, że nie ma przebaczenia bez kary, tam gdzie jest zbrodnia. Czytałem Dostojewskiego trzy lub cztery razy i przeprowadziłem dokładną analizę tekstu „Zbrodnia i kara”. Podobnie jak Zygmunt Freud, po naszemu Zyga, jestem wielbicielem Dostojewskiego. Założę się, że o tym nie wiedziałeś. W mojej interpretacji …

…jedynej w swoim rodzaju i słusznej …- przerwał mu szczerze oddany ptak-wasal – elementem sine qua non jest kara.

– Właśnie to – podchwycił Silny – warunkiem niezbędnym przebaczenia jest kara. Jest zbrodnia, jest wina, jest kara, jest przebaczenie. Taka jest kolejność i od tego nie odstąpię. – Podsumował Silny i wykonał głęboki ruch skrzydłami dla okazania, jak wielki ciężar spadł mu z piersi.

Sójka, stojąca usłużnie z boku ptasia notariuszka, dokonała dokładnego zapisu słów Silnego, podstemplowała dokument i zwalniając autora z opłaty notarialnej przekazała go ptasim mediom do publikacji i rozpowszechnienia. Ptasia społeczność, dla której większości – jak wynika z obserwacji ornitologów – charakterystyczny jest ptasi móżdżek, przyjęła słowa do wiadomości i stosowania, gdyż pochodziły ze źródła mądrości płynącej z góry, ponieważ na ziemi Ptak Silny, choć Mały, jest pierwszy przed Bogiem. Dlatego też Sanktuarium Ptasie użycza mu wysokich ambon na drzewach dla głoszenia prawd słodkich i gorzkich, rzeczywistych i nierzeczywistych, gdyż nie samym ziarnem i rybą ptak żyje.

Michael Tequila: „Sędzia od Świętego Jerzego”, powieść psychologiczno-obyczajowo-kryminalna do nabycia w księgarniach Matras i księgarniach internetowych.

Credo. Powaga, satyra i groteska. Pytam i odpowiadam.

Cossack Mamay, author unknown, public domain

Mogę odmówić sobie wszystkiego, ale nie odmówię sobie przekonania, że umiem krytycznie analizować i dokonywać syntezy, że stać mnie na refleksję i na własne poglądy niezależnie od tego, co myślą inni ludzie. Jestem wolnym człowiekiem.

Wzorem pewnego dyrektora jeszcze z czasów PRL sam zadaję sobie pytania i sam na nie odpowiadam.

Pytam: Dlaczego uprawiam satyrę i groteskę jako formę dziennikarstwa społecznego?

Odpowiadam: Ponieważ są to formy literackie najlepiej nadające się do opisywania dzisiejszej ojczyźnianej rzeczywistości, która jest zarazem tragiczna i śmieszna, głupia i poważna, mająca jakiś sens i bezsensowna. Jak niegdyś dzikie króliki w Australii, objawy rodzimej paranoi uparcie i masowo wybiegają na jezdnię politycznego i społecznego szaleństwa. To mnie bulwersuje i męczy.

PiS mając pełnię władzy, przewagę głosów w Sejmie i w Senacie, co zdarzyło się po raz pierwszy od 1989 roku, i bezwarunkowe poparcie prezydenta, nie mogąc zmienić konstytucji, albo Bóg wie z jakich innych względów, dokonuje zamachów na trybunał konstytucyjny, służbę cywilną, tworząc dwuznaczne związki sądownictwa i prokuratury, opanowując w pełni tajne służby, itp.

Jarosław Kaczyński, Prezes PIS, przywódca zwycięskiej partii politycznej, odmawia objęcia stanowiska Premiera, co jest powszechnym zwyczajem w krajach demokratycznych, lecz steruje wszystkimi sprawami państwowymi, nie ponosząc z tego tytułu żadnej odpowiedzialności prawnej.

Pan Prezes, spiritus movens wszystkiego, co się rusza i stoi, co mówi i milczy, nasila konfrontacje między popierającą go częścią społeczeństwa, a tą, która coraz żywiej mu się sprzeciwia, broniąc swojej wolności. Prezes wydaje się zapominać o prawdziwości przysłowia „Qui seme le vent, recolte la tempete”, „Kto sieje wiatr, ten zbiera burzę”. Każde wielkie napięcie społeczne kończy się z zasady burzliwym przesileniem. Rewolucje biorą się z poczucia krzywdy, sprzeciwu, odrzucając na bok uległość i poczucie przyzwoitości.

Pan Prezes usiłuje uszczęśliwić społeczeństwo swoimi wizjami tego, co słuszne i niesłuszne, mądre i głupie, patriotyczne i niepatriotyczne, potrzebne i niepotrzebne, zapominając, że większość ludzi ma już głęboko przemyślany i utrwalony światopogląd i będzie opierać się rękami i nogami, kiedy ktoś usiłuje go zmienić.

Minister Spraw Zagranicznych w imieniu rządu występuje o opinię Komisji Weneckiej, ważnego organu opiniodawczego w sprawach konstytucji i praworządności Unii Europejskiej, której zasad zobowiązaliśmy się przestrzegać, aby wkrótce głosić, że to „tylko opinia”, „opinia jednostronna”, „nie musimy do niej się stosować”, „jesteśmy państwem całkowicie niezależnym” itp.

Dziesiątki i setki członków PiS, ludzi poniekąd myślących, głosi, pisze i powiela dokładnie to, co wymyślił sobie Prezes Kaczyński w pasji tworzenia społeczeństwa na wzór i podobieństwo swoje.

Prawnik Andrzej Duda, który po zaskakujących wyborach został nieoczekiwanie dla siebie i dla społeczeństwa Prezydentem RP, posłusznie wykonuje to, o co go prosi lub czego żąda Prezes PiS, podpisując w ciemno, często po nocy, tak jakby dzień był niestosowną porą, przedstawione mu ustawy, mimo iż wokół wszystkie instytucje prawne, organizacje społeczne, uczelnie i autorytety wytykają niezgodność takiego postępowania z zasadami prawa i demokracji.

Prezydent jeździ nocą do prezesa partii na konsultacje, kiedy w całym świecie demokratycznym to przywódcy partii politycznych jeżdżą do prezydentów, aby rozmawiać o sprawach państwowych lub choćby pokonwersować o tym, co warto, a czego nie warto jeść, pić, czytać lub słuchać.

Prezydent i Premier wykonując polecenia Prezesa Kaczyńskiego ponoszą ryzyko, że kiedyś odpowiedzą za nie wobec Trybunału Stanu i poniosą konsekwencje swoich obecnych działań, jakby żyli ułudą, że aktualna władza jest nienaruszalna i wieczna.

Kościół Katolicki, w czasach PRL-u ostoja praw człowieka i obywatela, wielki i poważny rozjemca, dzisiaj udostępnia partii rządzącej swoje ambony na głoszenie prawd zupełnie niezwiązanych z wiarą w Boga. Kościół milczy nie dostrzegając, że coraz więcej ludzi wierzących odsuwa się od niego, i wręcz staje się jego krytykami. Mówiła o tym (na manifestacji KOD-u w Gdańsku) żona Lecha Wałęsy, człowieka, którego Kościół bezwarunkowo wspierał w nieodległej przeszłości.

Przykłady sytuacji niezrozumiałych i nonsensownych, niepotrzebnych i bulwersujących, dają się mnożyć prawie w nieskończoność, lecz nie widzę potrzeby, abym ja to czynił. Moja odpowiedzią jest satyra i groteska, formy literackiego sprzeciwu wobec bezsensu, okrucieństwa i głuchoty władz.

Uprawiając satyrę i groteskę nawiązuję do teorii ewolucji Darwina w przekonaniu, że podobnie jak buntująca się część społeczeństwa pochodzę od zupełnie innej małpy niż samouwielbiająca się władza.

Ameryka Łacińska. Intensywny przegląd uczuć Świętego Mikołaja.

democracia
Szukałem natchnienia. Spóźniało się. Dopadło mnie dopiero nad jeziorkiem, wykręciło głowę i język w kierunku Ameryki Łacińskiej, gdzie życie polityczne jest bogatsze i bardziej kolorowe.

A jednocześnie podobne do naszego. Oto coś, co mi się wyobraziło.

Najpierw otuliły mnie pieszczoty mroźnego wiatru latynoamerykańskiego zmieszanego z okrzykami „Democracia!, Democracia!” wznoszonymi na manifestacjach jakiegoś „Comité de la Defensa de Democracia” (tłumacząc na nasze KOD-u), a zaraz potem w jakimś parlamencie, gdzie większość parlamentarna partii „Derecho y Justicia” (dokładnie tłumacząc „Prawo i Sprawiedliwość”) też intonuje głośno „Democracia!”, „Democracia!”.

A propos, „Derecho y Justicia” ma w Googlu 339.000 haseł, co by świadczyło, że idea prawa i sprawiedliwości jest popularna nie tylko u nas. „Defensa de Democracia” ma 305.000 haseł. Też nieźle.

Dla przybliżenia piękna języka i oryginalnej kultury politycznej Ameryki Łacińskiej wyjaśniam, że „derecho” znaczy „prawo”, „partido” znaczy „partia”, „nacion” znaczy „naród”, „defensa” znaczy „obrona”, „justicia” znaczy „sprawiedliwość”, a „democracia” znaczy to, co każdy wie. Innych wyrazów nie tłumaczę.

Do Ameryki Południowej jesteśmy podobni także pod względem urzędu i splendoru. „Presidente” znaczy tam zarówno „prezydent” jak i „prezes”, omen nomen, to samo, co u nas, czyli … Przepraszam, zapomniałem, co chciałem napisać. Może coś szpetnego, skoro uciekło mi to z głowy?

U nas zwolennicy i przeciwnicy demokracji krzyczą równie głośno Demokracja! Demokracja! Jest to oczywiście parodia, polegająca na tym, że białe nazywa się czarne, a czarne nazywa się biale.

Co krzyczy w parlamencie latynoamerykańskim słynny anarchista Kuki16, starszy dzisiaj o rok i dużo bardziej doświadczony politycznie, nie wiem, bo on głównie śpiewa canciones i gra na guitarra, w czym jest dobry; w parlamencie przeważnie wstrzymuje się od głosu. Nie wiem też, czy jemu demokracja jest potrzebna, bo i tak przecież chce wszystko rozmontować. Oby tylko nie chciał rozmontować „Derecho i Justicia”, co mogłoby przyjść mu do głowy, skoro – jak to przepowiadają prorocy, niechciani, samozwańczy, bredzący trzy po trzy, krótko mówiąc oszołomy w rodzaju don Kichota z Manchy i jego giermka Sancho Pansy oraz niżej podpisanego – partia ta sama myśli o demontażu Kuki16 i przeciągnięciu resztek materiału w swoim kierunku. Rozbiórka nowiutkiego skansenu historycznego może i ma sens, jeśli czyni się to dla dobra narodu.

Inkantacje w parlamencie Demokracja! Demokracja! świadczą o tym, że w PiS-ie jest coraz więcej zwolenników tego ustroju. Cieszy mnie to bardzo, bo też jestem za nim. Te same okrzyki po stronie partii rządzącej i opozycji kompletnie mylą jednak połowę społeczeństwa, co jest grane. Ja, choć nie ma słuchu, znam tę melodię na tyle, że się domyślam. Druga połowa narodu również domyśla się. Ktoś powiedział o niej, że jest gorsza. Może to i prawda, skoro myśli i czuje?

Od czasu wyborów parlamentarnych obserwuję w kraju gwałtowny przyrost pozytywnych zboczeńców; coraz więcej obywateli kocha Pana Prezesa oraz Pana Prezydenta, zwyczajnie lub inaczej, co leży w naturze ludzkiej od czasu Darwina, któremu małpa pomyliła się z człowiekiem. Dzisiaj wiemy, że nie była to omyłka.

O miłości i nienawiści społeczeństwa do władzy mówią sondaże opinii publicznej.

– Kto je bierze pod uwagę? – Pytam się. – Chyba tylko nieliczni ignoranci, którzy postudiowali lub poczytali o tym, co to jest statystyka i sondaże, i jak należy je interpretować.

– Bardzo prosto, jeśli sondaż jest dobry dla nas, to jest poprawny i znaczący, jeśli nie, to kto by się takimi głupotami przejmował.