Paszkwil na kobiety

Zamiast wstępu: Jest piątek wieczór. Poczułem się tak smutno, że musiałem napisać coś podniosłego.

Wybiegłem z domu wzburzony tym, co usłyszałem o sobie i popędziłem jak szalony w kierunku pól jeszcze nie złocistych i łąk jeszcze nie zielonych, aby zanurzyć się w wolność, która jeszcze nie zakwitła. Na zakręcie (nie pamiętam, jakiej ulicy) zderzyłem się z Iwanem Iwanowiczem, a za chwilę obydwaj zderzyliśmy się z Wiktorem.

– Dlaczego zderzenia są takie bolesne? – Zaczęliśmy wołać jeden przez drugiego. Kto jest temu winien?

– Kobiety! – Zawołaliśmy zgodnie jak jeden mąż. To był cud.

– Dlaczego mówi się „jak jeden mąż”, a nie mówi „jak jedna niewiasta”? – Zapytałem.

– Ponieważ mężczyźni są zgodni, a kobiety nie. – Iwan Iwanowicz w tym momencie zapłakał. Głupio mi się zrobiło, bo to starszy facet, a płakał jak bóbr. – Dobrze, że ziemia jest miękka, to nie będzie kałuży. – Pomyślałem ze współczuciem.

– Kiedy Iwan Iwanowicz doszedł już do siebie, wyznał: Dzisiaj trzynastego, w dzień nieszczęścia, wywalę całą prawdę o kobietach! Napiszę o nich paszkwil!

– Co masz na myśli? – Zapytał Wiktor, logiczny i dociekający prawdy z determinacją równą jamnikowi szukającemu borsuka w norze.

– Mam na myśli prawdę.

– To nie mów „paszkwil”, tylko „prawda”. Prawda o kobietach. Do tego to i ja rękę przyłożę. – Zdecydował Wiktor.

– I ja. – Dodałem z determinacją. – Prawda zawsze mi była bliska.

– Co mamy im do zarzucenia? – Rozpoczął dochodzenie Wiktor siadając pomnikowo na kamieniu podobnie jak Jarosław Kaczyński albo inna wielka postać historyczno-polityczna.

– Żyją dłużej! To jawna krzywda gatunkowa. – Prawie krzyknął Iwan Iwanowicz. Nastrój mu się zmienił, ogień płonął mu w oczach. Pomyślałem, że w starym piecu diabeł pali, lecz dla równowagi dodałem: – Iwanie Iwanowiczu, zgadzam się z panem co do joty, a nawet co do bukwy. Użyłem ostatniego wyrazu chcąc nawiązać do rosyjskich korzeni tego miłego mężczyzny.

– Żyją dłużej, ponieważ żyją kosztem nas, mężczyzn! Tak mówią najnowsze teorie naukowe.

– Co jeszcze? Mówcie szczerze. – Wiktor był aktywny jak zbrojny patriotyzmem separatysta na froncie ukraińskim. Na jego wezwanie wylała się rzeka prawdy, pomieszanej ze złorzeczeniami.

– Gdybym nie był żonaty, to byłbym bogaty jak … jak….Iwan Iwanowicz nie wyjaśnił do końca zasady bogactwa wynikającego z bezżenności.

– Wiemy, drogi Iwanie Iwanowiczu, co ma pan na myśli. – Podniosłem w górę sztandar męskiej krzywdy.

– Kobieta wydaje pieniądze szybciej, niż mężczyzna jest w stanie je zarobić. – To był głos Wiktora. Powiedzenie tak mi się podobało, że zacząłem szukać po kieszeniach dłuta, aby je uwiecznić w kamieniu. Narzędzia nie znalazłem, ale przypomniałem sobie własną krzywdę.

– Żona mi wypomina, że stale myślę o niebieskich migdałach. To mnie boli. A wiecie dlaczego? Dlatego, że ja to wiem, a ona mi to powtarza.

– Zamyśliliśmy się głęboko nad losem mężczyzny. W nastroju powagi staliśmy wyprostowani przez minutę.

– Słuchajcie! Kończmy już dzisiaj, jest zbyt wiele prawdy do powiedzenia o kobietach. Rozejdźmy się, dokończymy innego dnia. – Zaproponował Wiktor. Na dowód zgody rozdaliśmy sobie po kieliszeczku Absolutu.

– Hej, góralu, czy ci nie żal? –Wyrwało nam się z piersi. Było to okrzyk spontaniczny i rozszedł się takim echem, że psy zaczęły wyć w oddali.

– Pieski los mężczyzny! – To była oczywista konkluzja. Dobił nas Iwan Iwanowicz wiadomością odczytaną ze smartfonu, że prezydent Putin zgubił się w lesie i nie chce z niego wyjść. Nikt nie widział go od tygodnia.

A kuku!

„A kuku!” – To zjawisko, które istnieje, a zarazem go nie ma. – Tajemniczo zaczął starszy pan podający się za Iwana Iwanowicza. Wymieniliśmy porozumiewawcze spojrzenia z Wiktorem, które jednakże nie doprowadziły nas do zgody, czy ów tajemniczy osobnik to Iwan Iwanowicz czy nie. ”

W momencie niepewności podszedł do nas chłopiec z gazetami. Dzisiaj nikt już nie prowadzi domokrążnego handlu gazetami, ale ten jeden konkretny, drobny, nierozwinięty jeszcze młodzieniec, zaoferował nam gazetę. Skorzystaliśmy z okazji i kupiliśmy

– Kto by nie skorzystał? – Wymieniliśmy z Wiktorem spojrzenie, tym razem osiągając porozumienie. – Każdy by skorzystał!.

Gazeta nosiła tytuł „A Kuku!” Na pierwszej stronie była wiadomość, że waluta ukraińska, hrywna, jest wymienna. Chcesz wyjechać na wakacje zagraniczne, nazbierałeś trochę waluty, idziesz do banku, do bankowego kantora wymiany, aby mieć pewność, że nie zostaniesz oszukany (co bank to bank, aby tylko nie we frankach szachrajskich), wykładasz jak lord swoje dziesięć tysięcy hrywien przed kasjerem, a on ci mówi: – Niestety, nie mogę wymienić panu hrywien na euro.

– Jak to „nie mogę”? – Pytasz ustami i oczami. Czy hrywna nie jest wymienna?

– Jest, oczywiście, że jest. – Urzędnik uśmiecha się przyjaźnie. – Ale my nie mamy żadnej waluty obcej do wymiany. Ani dolarów, ani euro, ani marek niemieckich, ani żadnej innej twardej waluty. Nazwy walut urzędnik określał ekstrawagancko, choć nie wiadomo dlaczego, jako dołłary, ojro i dojcze marken.

– A kiedy będziecie mieli?

– Nie mieliśmy i nie będziemy. Nie wymieniamy hrywien na inne waluty. Bo nie mamy walut obcych w ogóle.

– Czyli hrywna będąc wymienną walut, nie jest wymienna.

– I tak, i nie. – Po czym uprzejmie wysmarkał się do chusteczki w dużą kratę.

– To jest właśnie „A Kuku!”- Wtrącił objaśniająco Iwan Iwanowicz. Nie za bardzo jeszcze rozumieliśmy jego tłumaczenie.

Chimera_Apulia_Louvre_K362

Na stronie drugiej gazety znaleźliśmy informacje o innym fenomenie, mianowicie o obojnaku.

– Z obojnakiem, proszę pana – z łam gazety spoglądały na nas dobroduszne oczy dziennikarza śledczego Iwana Iwanowicza – to jest tak. Patrzysz nań z jednej strony – a musi on być nagi, aby to dojrzeć – i cóż widzisz? – Dramatycznie zawiesił głos. – Widzisz mężczyznę w pełnej krasie. Patrzysz z drugiej strony, i cóż widzisz?

– Dramatyzm pytań i odpowiedzi Iwana Iwanowicza rozpalił naszą ciekowość do czerwoności. – Widzisz kobietę, też w pełnej krasie! – Wyjaśnił Iwan Iwanowicz oblizując się lubieżnie i obleśnie, co wspólnie z Wiktorem oceniliśmy jako niesmaczny i nieudany żart. Kto tak oblizuje się i podnieca na widok cielesnego aspektu kobiety?

Iwan Iwanowicz niezrażony naszą reakcją dokończył: – Obojnak też jest przykładem „A Kuku!”. Jest to fenomen, dylemat, mgławica pomieszania, w której nie wiadomo, co jest, a czego nie ma.

C.d.n. jutro.  dwukolorowy kot

Drugie spotkanie w drodze do okrutnej prawdy

Los przyciągnął nas ku sobie i herbacie ponownie kilka dni później. Tym razem nie zdziwiliśmy się. Było to równie naturalne jak przerabianie nadmiaru jabłek na cydr.

– W książce Ewy Woydyłło „W zgodzie z sobą” odnalazłem prawdę o sobie, kiedy przeczytałem, że człowiek może stać się wrogiem samego siebie. Ja nim jestem! – Iwan Iwanowicz zadeklarował zdecydowanie. Jestem, ponieważ wybucham gniewem z byle powodu, wściekły na siebie i na świat. Zachowuję się wtedy okropnie, przebieram nogami jak południowoamerykański kogut ze stalowymi ostrogami nafaszerowany narkotykami przed walką albo wyskakuję jak stójkowy zza słupa ogłoszeniowego w Rosji carskiej, aby zszokować kogoś bliskiego, a także siebie samego. Wybuchając jak granat terrorysty, przerażam wszystkich. To potworne!

Walka kogutów w ostrogach

– Czy czuje się pan wtedy tak, jak ja, czyli jak zwierzę w pułapce z bali drewnianych, których nie może przegryźć, mimo że ma kły i silne zęby trzonowe? – Zapytałem równocześnie z Wiktorem, jakbyśmy wyuczyli się zdania jak aktorzy roli.

– Dokładnie tak. – Wykrzyknął starzec zaskoczony trafnością naszej obserwacji i dla udokumentowania prawdy otworzył usta. Miał rzeczywiście uzębienie imponujące dwoma masywnymi kłami i solidnymi zębami trzonowymi. Powaga na jego obliczu i na naszych świadczyła o nadzwyczajności sytuacji.

– Ta książka mówi o takim stanie frustracji. Autorka pisze wprawdzie o kobiecie, ale na mój gust pasuje to doskonale także do mnie. Zacytuję wam. – Wiktor wydawał się zaskoczony nagłą własną interwencja. Nie ociągając się wydobył zza pazuchy książeczkę i przeczytał fragment: „Gdy tylko coś jest nie po jej myśli, natychmiast podnosi głos, i nie przebiera przy tym w słowach. Krzyczy na męża, córki, koleżanki w pracy, kasjerkę w sklepie, nawet na matkę staruszkę … Po każdym takim wybuchu czuje się winna, ale kolejna frustracja znów wywołuje jej gwałtowną reakcję. Czy możliwe jest, by przestała wpadać w furię? Obawiam się, że problemem tu nie jest impulsywny temperament. Złość i gniew prawie zawsze kryją jakieś zranienie, lęk lub wstyd. Wybuchy złości przy byle okazji są symptomem dawno doznanego, przeważnie głęboko skrywanego bólu, ujawniającego się w formie obraźliwych epitetów, gniewnych okrzyków, czasem nawet rękoczynów.”

Po głośnej lekturze Wiktora poczuliśmy się nieswojo. Ogarnęło nas dziwne uczucie smutku, pochyliliśmy głowy i zachowaliśmy milczenie. Nie byliśmy podjąć tematu; był zbyt trudny. Przed rozejściem się, zdecydowaliśmy jednak kontynuować go na następnym przypadkowym lub nieprzypadkowym spotkaniu.

 

Trójca psychologiczna

Przypadki chodzą po ulicy. Dzisiaj spotkałem Iwana Iwanowicza, choć on utrzymuje, że to on spotkał mnie. Z okazji spotkania zaprosiliśmy się do pobliskiej kawiarenki na dużą herbatę z dwioma plasterkami cytryny i brązowym cukrem. Teraz herbatę pije się na litry, dlatego nie zdziwiliśmy się porcelanowymi garami zamiast filiżanek, jakie przyniosła nam kelnerka.

Kiedy już usiedliśmy przy stoliku, pojawił się tan Wiktor. Przedstawiłem go Iwanowi Iwanowiczowi. Wiktor też zamówił herbatę.

– Wśród ludzi dojrzałych popyt na herbatę rośnie, na kawę maleje. Lepiej dla Chin, gorzej dla Brazylii. – Pomyślałem bez satysfakcji przyglądając się moim towarzyszom przy stoliku. Po chwili zauważyłem, że bardzo się zmienili, byli jacyś dziwni. Wiktor miał długie dziewczęce rzęsy, którymi mrugał zalotnie jak panienka usiłująca przypodobać się mężczyźnie, zaś starszy pan miał policzki uróżowane i przypudrowane jak dbająca o siebie kobieta sprzed drugiej wojny światowej. Zastanawiałem się, jakie mogły być powody tych nieoczekiwanych zmian, kiedy obydwaj zaczęli machać rękami przed moimi oczami życzliwie wołając:

– Hej, obudź się. Chyba śpisz i masz widziadła senne, bo wyglądasz jak nieobecny.

Podziękowałem im za życzliwą obserwację, wróciłem do przytomności i zacząłem mieszać herbatę.

– Czytam teraz fantastyczną książkę „W zgodzie z sobą” – Iwan Iwanowicz rozpoczął konwersację.

– Ja też ją czytam. – Dodałem w pośpiechu zaskoczony zgodnością zainteresowań, na co Wiktor odezwał się niepewnie: – Chyba was przebiję. Ja również ją czytam!

Tego było za dużo. – Nie przesadzacie!? Może to jest w dodatku ten sam egzemplarz? – Zapytał zdegustowany naszymi oświadczeniami Iwan Iwanowicz. Wyraźnie wziął je za łgarstwo lub głupi żart.

– Trzech mężczyzn przy jednym stoliku czytających w tym samym czasie tę samą lekturę to zbieżność nad zbieżnościami zakrawająca na poważne śledztwo. – Podsumował, lecz w widząc naszą powagę zrozumiał, że mówimy prawdę.

– Otóż powiem wam, ale tylko wam, że czytam ją, ponieważ odkryłem w niej samego siebie.

– Ja też. – Dodałem w zdumieniu.

– Nie przesadzajcie. Znowu opowiadacie jakieś głodne kawały, bo ja też odkryłem w niej prawdę o sobie samym. – Zakończenie licytacji przez Wiktora nie mogło być bardziej zaskakujące. Nasza zdumienie sięgnęło zenitu, którym okazał się wysoki sufit kawiarenki, czysty, ale niezbyt atrakcyjny, aby o nim pisać.

– O co chodzi, panowie?. – Zaczęliśmy się dopytywać jeden prze drugiego.

– Chyba nie jesteśmy rodzeństwem jednojajowym. – Zapytałem pragnąc zaimponować przyjaciołom terminologią medyczną.

C.d.n.

Polityka męcząca

Obiecuję sobie, że nie będę pisać o polityce, ale jakżeż tu nie pisać skoro długopis jak nóż sam otwiera się w dłoni.

Myślę o niepodliczonych jeszcze do końca wyborach samorządowych. Widzę, jak dwie partie i kilku polityków mieszają ludziom w głowach. Mnie nie, nie przyjmuję ich argumentów do wiadomości. Ostatnio szczepiłem się i jestem odporny. Inni obywatele wydają się być zagubieni.

Podsumuję kilka spraw.

  1. Wybory samorządowe jako destabilizacja państwa i klęska narodowa. Totalna bzdura. Żadne pojedyncze wydarzenie nie jest wstanie zdestabilizować państwa, tylko ciąg powtarzających się negatywnych zdarzeń o poważnych konsekwencjach społecznych, politycznych czy ekonomicznych. Przykłady: rządy PRL czy rządy Prezydenta Putina.
  2. Obarczanie rządu i lub prezydenta Komorowskiego problemami podliczania głosów. Druga bzdura. Państwowa Komisja Wyborcza, jej organy i działania są niezależne od prezydenta i rządu. Nawet sejm, najwyższa władza w Państwie, nie ma na nich wpływu. Jest tylko droga sądowa i to nie w odniesieniu do całości wyborów, tylko poszczególnych nieprawidłowości.
  3. Głośno krzyczący politycy są zwykłymi łajdakami. To, co głoszą, czynią wyłącznie dla własnej korzyści, nie z troski o dobro społeczeństwa.
    1. Kaczyński, atakując rząd, który nie ma nic wspólnego z wyborami, chce zniechęcić społeczeństwo do popierania PO.
    2. Duda, oskarżając Prezydenta Komorowskiego, stara się osłabić jego pozycję i umocnić swoją w zbliżających się wyborach prezydenckich.
    3. Miller żąda powtórzenia wyborów. SLD pod jego przywództwem doznało sromotnej porażki. Cokolwiek by się teraz nie stało, może tylko mu pomoc np. odwracając uwagę od jego odpowiedzialności za wynik wyborczy.
    4. Gowin (przypomina mi blady balon), chce dać się poznać jako mąż opatrznościowy, jedyny sprawiedliwy, człowiek piętnujący zło, aby zwiększyć swoją popularność społeczną i polityczną.
    5. Wipler, kandydat na prezydenta Warszawy. Niechby i został tym prezydentem, mieszkańcy mieliby szansę rozpicia się a on utonięcia w Wiśle.
  4. Błędy systemu wyborczego. Jest to błąd z gatunku „sztuki zarządzania”. Niechby każdy z krytyków podliczania głosów poddał się ocenie publicznej, jak sobie radzi we własnym życiu, zobaczylibyśmy, czy nie popełnia równie poważnych błędów. Kaczyński popełnił 7 (przegrane wyborcze) i jego zwolennicy powinni żądać wobec niego (tak jak on wobec PKW) zniknięcia z życia publicznego. Nie zmienia faktu, że takie błędy czy zaniedbania jakie wystąpiły w czasie wyborów są niedopuszczalne.

Podsumowanie: Ludzie czynią czasem coś podłego dla osiągniecia korzyści własnych, lecz ilość łajdactw i łajdaków w naszym kraju przekracza miarę normalności.

Po naradzie z Wiktorem, Iwanem Iwanowiczem Iwanczynem i własnym sumieniem proponuję:

  • Wprowadzić karę dożywotniego więzienia za podżeganie (ciężka forma łajdactwa), skoro nie możemy zastosować kary wyższej.
  • Dziesięciokrotnie zwiększyć nakłady na edukację polityczną, społeczną i ekonomiczną, aby ludzie nie dali manipulować się łajdakom. Dołożymy się finansowo.
  • Postawić pomnik facecjoniście z okresu międzywojennego (nazwiska nie pamiętam), który powiedział: Nie będzie w Polsce lepiej, dopóki nie rozstrzela się 70 000 łajdaków (Jest jeszcze ciąg dalszy tego powiedzenia).

Spotkanie wyborcze w fabryce serów

Po ważnym dla kraju wydarzeniu spotkaliśmy się we trójkę, Iwan Iwanowicz Iwanczyn, Wiktor i ja, aby omówić sytuację polityczną. Mówią o nas na osiedlu, że jesteśmy podobni do Bandy Czworga, która niegdyś stanowiła przewodnią siłę polityczną Chin. Szczerze mówiąc nie widzę podobieństwa.

Przedmiotem spotkania była ocena wystąpienia przywódcy Prawa i Pięści w serowarni. Porządek dnia zorganizował się sam w przysłowiowe try miga. Omawialiśmy temat po temacie.

Miejsce wizyty.

Rewelacyjne. Hałas maszyn stanowił doskonałe tło do wygłaszania mocnych tez politycznych i społecznych. W pewnym momencie hałas był tak wielki, że przywódca PiP musiał przekrzykiwać się z mikrofonem, dziennikarzami i pracownikami zakładu pracy. To pogłębiło siłę dyskusji i uwydatniło problemy, z jakimi boryka się kraj.

Hasło wyborcze.

Wyśmienite. Nikt nie mógł wymyśleć nic lepszego. „Suchać sołeczeństwa i sużyć sołeczeństwu”. Tego nie wymyśliłby nawet sam Michał Kamiński u szczytu formy. Hasło nadawało wiarygodność przywódcy i ujmowało esencję programu PiP. – Wiktor podsumował to tak udatnie, że rzuciliśmy się obydwaj, aby go całować. Odmówił. To człowiek skromny.

Prezencja przywódcy.

Bez zarzutu. Ciemny garnitur w prążki doskonale kontrastował z żółtym kolorem serów i białymi z nazwy fartuchami pracowników serowarni. Brak hełmu ochronnego na głowie był przemyślany. Świadczył o zdolności przeciwstawienia się bzdurnym przepisom BHP. Podobały nam się też stonowane, rzeczowe wypowiedzi suchych ust oraz sylwetka w modnym stylu „kloc drewna”.

Twarz była jednym z największych osiągnięć. To zasługa charakteryzatorów. Króciutkie, siwoblade włosy przyklejone do skroni, drewniana, ciosana w alabastrze twarz, sardoniczny uśmiech przyklejony raz do prawej, raz do lewej strony ust w zależności od kierunku, w jakim obraca się głowa, lub poniżej kącików ust, kiedy mówca patrzy w dół, aby nabrać natchnienia. W górę nie patrzył, ponieważ mogłoby to sugerować brak natchnienia, błaganie o łaskę lub oczekiwanie pomocy z nieba.

– Ludzie mogliby to odebrać jako brak moich własnych pomysłów, których mam przecież w nadmiarze”. – Wyjaśnił w chwili przerwy (w hałasie) współpracownikom tak głeboko wierzącym, że nie występowali z żadnymi pytaniami o nic, jak to bywa w przypadku słabszych przywódców prowadzących dyskurs z członkami własnej partii.

Wyprostowana sylwetka nie pozostawiała złudzeń: oto człowiek o moralnym kręgosłupie.

– W moralności nie dotrzymuje mu pola żaden inny polityk, a nawet rosnąca w siłę trzecia płeć obficie reprezentowana przez partię „Cala Naprzód”. – Uznaliśmy zgodnie. Inni politycy umieją tylko kołysać się w prawo i w lewo, niby gałęzie na wietrze podlegające naciskom nieobliczalnych grup społecznych, górników, pielęgniarek, nauczycieli i emerytów, geodetów i producentów piwa, wyciągających ręce po podwyżki lub pięści zaciśnięte w gniewie. „Być dobrym a zarazem być skutecznym” to była dewiza PiP, człowiek z serowarni obiecywał więc szczodrze tak długo, jak długo pieniędzmi rządzi inna partia.

Tylko niepełnosprawni nie wywierali na niego presji, gdyż nie mieli siły. Tym bardziej o nich pamiętał i był do nich życzliwie usposobiony.

– Jeśli o nich nie wspomina, to tylko z delikatności, aby nie przypominać im inwalidztwa. To pozytywna i wrażliwa postawa. – Doszliśmy do wniosku. Nie musieliśmy długo iść, aby uzyskać konsensus.

Reakcja otoczenia.

Była bardzo pozytywna. Nikt nie rzucał jajami, ani nawet serami, co byłoby łatwiejsze. Ocenialiśmy wypowiedzi politologów, socjologów i wybitnych dziennikarzy, komentujących wystąpienie w serowni.

– Przywódca partii Prawo i Pięść śmiał się do kamery jak głupi do sera. – Bzdura. – To była nasza ocena. Odrzuciliśmy ich opinię jako próbę zdyskredytowania zdolnego przywódcy politycznego, który już wkrótce będzie rządzić krajem.

Pod koniec wystąpienia w serowarni wybuchły owacje. Nie było ich słychać, ponieważ zagłuszały je maszyny. Pierwsza naszą myślą było, że to sabotaż partii rządzącej. Ostatecznie uznaliśmy, że był to dobrze przemyślany scenariusz wystąpienia, podkreślający skromność człowieka, który pierwszy w historii światowej polityki zdobył tytuł „Siedem zwycięskich przegranych wyborczych”.

W końcu naszego spotkania dokonaliśmy podsumowania.

– To najlepszy Kim Dzong Un, jakiego los dał krajowi. Nie tylko Korea Północna ma szczęście do światłego przywódcy.

– Co oni zrobiliby bez niego?

– Bez jego wytycznych nie umieliby nawet zbudować głupiego lotniska.

Dzięki takim ludziom jak przywódca PiP w Polsce i Kim Dzong Un w Korei Północnej słońce świeci nieprzerwanym blaskiem a dzieci chodzą spokojnie do szkoły.- Stwierdzenie to przyjęliśmy przez aklamację.

Polskie półtora metra pod ziemią

– Zamyśliłem się głęboko nad życiem. Potem jeszcze głębiej. Zanim się spostrzegłem, byłem już półtora metra pod ziemią.- Iwan Iwanowicz Iwanczyn podzielił się ze mną swoim niezwykłym doświadczeniem.

Pochyliliśmy się nad problemem głębokości zamyślenia oddając hołd tysiącom myślicieli, którzy byli przed nami.

– I tysiącom ludzi myślących, którzy przyjdą po nas. – Dorzucił Wiktor, mój przyjaciel, który przyplątał się Bóg wie skąd i dołączył do towarzystwa.

– O, to nie jest takie pewne. Te tysiące ludzi myślących po nas. – Wyjaśnił Iwan Iwanowicz z wrodzoną dla niego żywością i spostrzegawczością. Myślenie nie jest dzisiaj w cenie.

– Popatrzyłem na niego z uwagą.

– Może zechcesz łaskawco wyłożyć, co masz pan na swoim żywym jak rtęć umyśle. – Zapytał Wiktor dowcipnie, a może i trochę kąśliwie, a ja od razu pomyślałem, że rtęć jest trująca. Obydwaj mężczyźni rywalizowali ze sobą w ćwiczeniach umysłowych, które chronią osobę ostatecznie dojrzewającą przed utratą pamięci, amnezją, chorobą Parkinsona a nawet zanikiem zdrowego rozsądku.

– I chorobą szalonych krów. – Dodałem w myśli swoje trzy grosze, całkiem niewinnie, ponieważ miałem na uwadze dobro społeczeństwa coraz bardziej zapadającego na umyśle, sercu i moralności politycznej.

– Wgryźliśmy się w temat tak głęboko, że o mało co znowu nie znaleźliśmy się owe prawie historyczne półtora metrów pod ziemią. Nie wiem, dlaczego przypomniała mi się Alina i Balladyna, obydwie panie z „Balladyny” Juliusza Słowackiego, oraz lilie rosnące wysoko, lecz kojarzące z głębokością pochówku.

– Dzisiaj, drodzy panowie – Iwan Iwanowicz gestem głowy zachęcił nas do spiskowego zbliżenia głów – nie ma czasu na myślenie. Dzisiaj się żyje, ogląda reklamy w telewizji, słucha dziesięć godzin relacji o tym samym wybuchu gazu w kamienicy na południu Polski, robi grilla, rozmawia przez telefon komórkowy, słowem pędzi życie jałowe intelektualnie jak gazik do opatrywania ran po ukąszeniu moskita.

– Dzisiaj ludzie nie spotykają się, aby porozmawiać poważnie na poważny temat, tylko słuchają polityków, choćby takich jak ów Ziobro, który mówi o redukcji zanieczyszczeń środowiska w taki sposób, aby ludzie myśleli, że chodzi tylko o pognębienie ich wyższymi cenami energii. To stało się, szanowni panowie, motywem przewodnim polityków opozycji: mówić nie po to, aby objaśnić gruntownie i uczciwie problem ochrony środowiska, ale po to, aby udowodnić, że pani premier powinna trafić do trybunału stanu. Te dwie postawy mają się do siebie jak łopata do cygara. – Nie pamiętam, który z nas trzech to powiedział.

– Ja tych skurwysynów, zdenerwował się Wiktor, powyrzynałbym.

Jakich?

Tych, co mącą społeczeństwu w głowach. Autentycznie skopałbym ich na głębokość półtora metra pod ziemię.- Rzucił zdecydowanie, zaskakując tym również siebie samego, ponieważ jest człowiekiem raczej łagodnej natury, choć nieco porywczej.

– To po ojcu – pomyślałem cicho, nie chcąc mieszać do dyskusji wiktorskiego rodziciela, który mógłby mieć lepszy charakter.

– Oni, to znaczy politycy w Polsce, nie różnią się bardzo od polityków w innych krajach, z tym jednym wyjątkiem, że są kompletnie niemoralni. Mówią tylko to, co ma ich doprowadzić do władzy, a nie to, co leży w interesie społeczeństwa.

– Prawda nie jest po to, aby ją wyjawiać społeczeństwu, ale po to, aby ją wykręcić jak szmatę we własnym interesie. – Iwan Iwanowicz rzeczowo włączył się do dyskusji.

– Rozumiem, że każdy polityk dba o własny interes, ale nie może to być w stu procentach. Troska o siebie i dbałość o społeczeństwo powinny zachować co najmniej proporcjach 50/50. – Oświadczenie to spłynęło na nas z góry od kogoś, kto dodał: – Nie po to stworzyłem świat, aby opanowało go kłamstwo i posunięte do absurdu chciejstwo. A gdzie jest zwykła uczciwość, altruizm, interes innych ludzi i przysłowiowy bliźni? – Zapytał z góry groźny i tajemniczy głos. Brzmiał jak dzwon sumienia.

Na obronę polskich polityków zaczęliśmy szukać atrybutów człowieczeństwa u polityka Ziobry i jemu podobnych. Znaleźliśmy je na głębokości półtora metra pod ziemią.

– Panowie, zupełnie rozsądnie wydaje mi się, że na tej głębokości leży przyszłość narodu, który być może sam nie łże, lecz chętnie doprowadza do władzy ludzi o pyskach wykrzywionych kłamstwem.

Zdjęliśmy czapki i pochyliliśmy głowy w cichej modlitwie nad umierającą prawdą. Było to bardzo na miejscu zważywszy zbliżający się Dzień Zaduszny.

 

Dzień Pożyczonych Imienin

Pożyczyłem imienny od przyjaciół, aby spróbować sił pisarskich. – Oświadczył Wiktor okazując miłosierność podobnie jak profesor Chazan. – Z podwójnej okazji imienin i próby sił pozwalam wam dzisiaj nazywać mnie Księciem Karolem. Był to gest królewski, choć obcego pochodzenia.

Za oknem zaczął padać deszcz. Bez ostrzeżenia. Było to przykre i przygnębiające, aczkolwiek w swej niebiańskiej wyrozumiałości deszcz czynił to za oknem, a nie wewnątrz.

Nie było czasu na rozpamiętywanie nieszczęść. Wszyscy poszukiwali rozrywki, która nie nadchodziła. Trzeba było coś zainicjować. Dwójka rześkich staruszków-dwudziestopięciolatków zmęczonych już na tyle życiem, że marzyli o wcześniejszej emeryturze, zaczęła żartować w niewybrednym stylu.

– Czym je żołnierz? – Zadał pytanie mężczyzna z bocianim gniazdem na głowie zamiast włosów. Zależało mu na młodzieżowym wyglądzie.

Czym je żołnierz? – Zadał pytanie powtórnie, kiedy towarzystwo pozostało nieme jak kamienie młyńskie udając, że na wschodzie Europy nic się nie dzieje, kiedy w rzeczywistości powołano do życia okrągły stół, kilka autostrad otoczonych stadionami a całkiem ostatnio zestrzelono samolot. Zupełnie przypadkiem, czyli cudem. Były to osiągnięcia oczywiste i kłujące w oczy nawet niewidomych polityków. Ich istnienia nie zaprzeczała opozycja, generalnie ciepło i pozytywnie ustosunkowana do rządu i jego przywódcy, Dużego Dona oraz ich niepowodzeń związanych ze zbyt głośnym gadaniem w restauracji.

Milczenie nie jest strawną odpowiedzią na pytanie o narzędzia żołnierskie. Nie jest najgorsza, ale nie jest poprawna. Ważna jest historyczna prawda. – Cenzorował, ripostował i kontestował człowiek zwany Jadowitym. Język rozdwoił mu się na końcu, kiedy syczał słowa w kierunku zaskoczonego audytorium. Spodziewali się czegoś innego. Na przykład śniegu na wiosnę, ale nie okrągłego stołu. Woleliby bez stołu, lecz za to z pepeszami i szubienicami. Niektórych osiągnięcia historyczne zmyliły do cna. – Stół był w istocie kwadratowy. – Stwierdził mężczyzna w kącie zarezerwowanym dla opozycji.

To dziwny gość. Wyłamuje się z szeregów jednomówiących klonów partyjnych. Przywieźli go tutaj dla rozrywki. Ma granat w kieszeni i mówi, że się rozerwie, ponieważ ma już dosyć nudy. Wszystkiemu winien jest premier i ta jego zakichana partia. On i ona przędą dzisiaj taniutko, cieniej niż wygłodzony pajączek z plebanii. – Dobieg szept z drugiego kąta, stanowiącego miejsce świątecznych zgromadzeń przeciwników hierarchii kościelnej.

C.d. istnieje i nastąpi. O ile wcześniej nie nadejdzie koniec świata.

Wzorem – świat zwierzęcy

Wczorajszy film o zwierzętach na kanale Planet wywarł na mnie wrażenie. Oglądałem wiele takich filmów, ten uznałem jednak za przełomowy. Okazał się brakującym ogniwem łańcucha mojej wiedzy, jak utrzymać się w doskonałej formie i zdrowiu do końca życia. Jedynym dobrym wzorem są zwierzęta. Po nich dopiero idzie Jane Fonda i podobni pasjonaci fitness.-– Wiktor rozpoczął filozoficzno-zwierzęce refleksje nad tematem, którym obydwaj się pasjonujemy. Nie jest to pasja przypadkowa.

Już wcześniej wspomniałeś, Wiktorze, o analogii życia ludzi i zwierząt, i dawałeś przykłady, kiedy te dwa nurty życia się rozeszły.

Zgadza się. Rozeszły się w sposób zgubny dla człowieka. Kiedy obserwujesz żyjące dziko zwierzęta (nie zwierzęta domowe, którym człowiek narzucił własna sposób odżywiania i tryb życia) to w oczy się rzuca natychmiast ich piękno: sylwetki, futerka, sprawności, kondycji, zdrowia. Tam nie ma cherlaków, istot upośledzonych fizycznie, zbyt tęgich i niezgrabnych. Nie jest to sprawą przypadku. Decyduje o tym przyroda. Jest ona nie tyle okrutna, ile bezwzględna. Nie utrzymujesz się w doskonałej kondycji fizycznej i psychicznej – odpadasz, przegrywasz. Z ludźmi jest inaczej. Mówię o tym, ponieważ współczesny świat razi mnie deformacją ludzkiego ciała. Wygląda tak, jakby straciło ono walor dla jego posiadacza.

Mogę ci tylko przytaknąć, Przyglądałem się kiedyś na deptaku w Adelajdzie przechodniom i doszedłem do wniosku, ze ludzie są fatalnie zaniedbani fizycznie. Nie dotyczy to tylko starszych osób. Dzisiaj nawet młodzi chłopcy i dziewczęta są nieforemni: platfusowaty chód, niezgrabne sylwetki, opadające ramiona, otyłość. I to wszystko w Australii, która kojarzy się ze słońcem, zamożnością i fantastycznymi warunkami uprawiania sportów. Nasunął mi się wtedy nieodparty wniosek, że jako społeczeństwo Australijczycy odeszli zdecydowanie od ideału pięknego ciała, a tym samym i zdrowia.

Wiktor wysłuchał mnie z uwagą, pokiwał głową na znak zgody, po czym wrócił do zwierzęcia, które oglądał w telewizji. – Życie tego wspaniałego zwierzaka, coś w rodzaju borsuka, którego oglądałem w telewizji, tym różni się od naszego, że jest pasmem nieprzerwanego wysiłku fizycznego, nieprzejadania się, ale także swoistej przedsiębiorczości. Zwierzę musi utrzymać się w nadzwyczajnej formie fizycznej i psychicznej, aby przeżyć. Najpierw władował mu się do nory jeżozwierz, którego borsuk zdecydował się „wykurzyć”. Wykazał w tym niezwykłą wytrwałość. Nieprzerwanie go „molestował”, że tak powiem, zbliżając się doń tak blisko, jakby chciał go zaatakować. Nie szukał jednak bezpośredniej konfrontacji, walki. Był mądry, ostrożny i wytrwały. Osiągnął sukces, gdyż jeżozwierz opuścił jamę. Ale to nie wystarczyło. Borsuk tak długo go męczył pozorowanymi atakami, że ten opuścił jego rejon. Godnych podkreślenia jest kilka cech jego postepowania: wytrwałość, koncentracja uwagi, dążenie do pełnego, nie połowicznego sukcesu, działanie na długą metę. Czy nie są to cechy, które przypisujemy gatunkowi ludzkiemu?

Następna kwestią okazało się pożywienie. Borsuk przeszedł węsząc setki metrów, zanim wykrył norę z myszami. Wykonał kawał solidnej roboty, dokopując się do niej. Okazało się to nieudanym przedsięwzięciem: mysz uciekła. Po znalezieniu drugiej nory z „posiłkiem”, borsuk po kolejnej kopaniu zdobył wreszcie kawałek mięsa. Zjadł je, i chyba nic więcej. Żadnych ciasteczek, torcików, czekoladek, kawy czy kieliszka alkoholu. Super proste pożywienie. Żadnego dojadania ani popijania. Zwierzę, kiedy je, nie popija pokarmu wodą ani niczym innym. Pokarm jest trawiony „na czysto”.

Wiktorze, może przedstaw jakąś konkluzję, aby twoja relacja nabrała przejrzystości.

Nasuwa mi się kilka wniosków. Pierwszy jest taki: Jako ludzie, jako jedyny „ucywilizowany” gatunek zwierząt, odeszliśmy w sposób szokujący od naturalnego, przypisanego każdemu gatunkowi sposobu życia: ciągły wysiłek fizyczny, dużo ruchu, naturalne pożywienie w ograniczonej ilości, niezbyt urozmaicone, bez popijania lub dojadania. Urozmaicenie to wynalazek człowieka.

Czy sądzisz, że takie proste jedzenie jest smaczne? Ludzie kochają smakować jedzenie. Lubią różnorodność, ponieważ to zaspokaja wyrafinowane podniebienie.

Nie mam cienia wątpliwości, że proste jedzenie jest smaczne, ale pod pewnym warunkiem. Gdybyś widział, z jakim apetytem borsuk zjadał swoje danie. To było lepsze niż frykasy. Prawda jest taka. Zwykłe jedzenie będzie ci nadzwyczajnie smakować, pod warunkiem, że jesteś głodny. Natura nieprzerwanie przypomina o tym, co my znamy z przysłowia, ale ignorujemy: Fames optimus cocus. Głód jest najlepszym kucharzem. Pozwól mi zrobić podsumowanie: Jeśli chodzi o utrzymanie się w idealnej formie fizycznej, sprawności, pięknego wyglądu, dobrego samopoczucia, zdrowia, to moim ideałem jest dziko żyjące zwierzę, nie człowiek. Nawet nie zwierzę domowe, bo ono zmuszone jest żyć tak, jak jego pan czy właściciel.

Zadaję sobie pytanie: dlaczego odeszliśmy od takiego trybu życia? Nie to, ze odeszliśmy w jakiś sposób szczególny, ale w sposób totalny, całkowity, zaprzeczający normom żywienia wyznaczonym przez miliony lat istnienia przyrody i milion czy dwa miliony lat istnienia człowieka.

Nie przesadzasz, Wiktorze?

A skadże! Jedyny wyjątek jaki widziałbym, to to, że zwierzęta jedzą wszystko na surowo, my moglibyśmy stosować obróbkę żywności w formie gotowania lub pieczenie. Tylko to. Wiem, że brzmi to szokująco, ale w tym tkwi prawda. Musimy ją jeszcze rozwałkować. Tego nie da się przełknąć za jednym razem. Co za dużo, to niezdrowo. Muszę sobie wbić do głowy tę maksymę, ponieważ nie jestem bez winy.

Syndrom Niespokojnych Nóg

Rzadko ostatnio widuję Wiktora, ucieszyłem się więc, kiedy usłyszałem dzwonek do drzwi. Stał za nimi mój przyjaciel w stroju wskazującym gotowość pójścia na spacer lub powrotu z takowegoż.

Cześć spacerowi! Rzucił Wiktor nonszalancko i wyjaśnił. Nie mówię „Cześć pracy”, bo ty jak zwykle pracujesz, zamiast chodzić na spacer.

Bez pracy nie ma kołaczy, Wiktorze.

Oczywiście. Zgadzam się z tobą co do ostatniego okrucha. Nie myśl, że ja nie pracuję. Zaraz przedstawię ci mój debiut literacki, który na wzór Henryka Sienkiewicza napisałem ku pokrzepieniu serc rodaków. Gotów jesteś wysłuchać mojego opowiadania? Nie jest zbyt długie. Jest o rzucaniu.

O rzucaniu? – Moje pytanie było chyba jak najbardziej uzasadnione.

Wiktor zaczął bez dalszych wstępów.

Starszy facet zjawił się u doktora i wyjaśnił, że nie może spać, ponieważ nie może znaleźć dobrej pozycji w łóżku. Mam niespokojne nogi. – Dodał.

Proszę pana! Sytuacja jest prosta jak drut nawijany na transformator.- Lekarz z entuzjazmem postawił diagnozę. To syndrom niespokojnych nóg, choroba, która szerzy się u nas jak pożar buszu australijskiego. Nie przesadzę, jeśli powiem, że połowa moich pacjentów boryka się z tym problemem. A jak to się objawia u pana?

No właśnie, panie doktorze. Wyszedłem wczoraj na spacer i nogi moje oszalały. Latały na wszystkie strony jak łyżwy na lodowisku. W pewnym momencie rzuciłem jedną z nich tak energicznie, że poleciała w krzaki. Beznadziejna sytuacja. – Pomyślałem. Zacząłem szukać, ale bez skutku. Krzaki były niezwykle gęste, ani znaleźć zguby. Pół godziny później odzyskałem nogę prawie cudem. Facet przechodził z psem i ten mi ja przywlókł. Byłem wdzięczny zwierzęciu, a równocześnie zły.

Dlaczego miałby pan być zły?

Bo był mocno pogryziona. Fatalnie wyglądała. Nie byłem nawet pewien, czy to moja, ale poznałem po nogawce i pantoflu.

No to miał pan szczęście. W czym ja mogę teraz panu pomóc?- Lekarz zadał pytanie, które w dobie nieprzerwanego postępu przyklejają sobie do ust pracownicy sektora usług obsługujący klientów: sprzedawcy, aptekarki, lekarze, mechanicy samochodowi, dorabiacze kluczy, naukowcy i sprzątaczki.

Nich mi pan zapisze jakieś lekarstwo, abym drugi raz nie odrzucił mojej nogi w krzaki.

Zapiszę panu lek, który złagodzi problem. Dodam, że i tak miał pan szczęście.

Ja? Jak to?

Słyszał pan o Iwanie Miczurinie, wielkim naukowcu radzieckim?

Słyszałem. To ten, który krzyżował rośliny, aby je uszlachetnić i zaadaptować do trudnych warunków klimatycznych byłego Związku radzieckiego.

No właśnie. Też miał syndrom niespokojnych nóg. Wykonując proste ćwiczenie jogi, tak nieszczęśliwe skrzyżował nogi, że nie mógł się załatwić. Nogi mu się poplątały. To było przyczyną jego zgonu.

Wiktor skończył opowiadanie i spojrzał na mnie pytająco. Nie wiedziałem, co odpowiedzieć. Postanowiłem być umiarkowanie pozytywny.

Początek utworu był niezły; interesujący i zachęcający do dalszego czytania. Zakończenie było również dobre, niespodziewane i zaskakujące. Co do środka, to nie umiem tego dobrze sklasyfikować. W sumie, wykazujesz się znajomością tematu i masz zalążki talentu narracji. Znasz również świat nauki. Jak na debiutanta, to nieźle. Gratuluję ci, Wiktorze. A poza tym, to czemu piszesz takie głupoty?

Jeśli to są głupoty, to jest u nas wiele rzeczy głupich. Parlamentarzyści, którzy głosują przeciw własnej partii, ośrodki zdrowia, gdzie recepcja odmawia wykonywania fotokopii recept, chyba dlatego, aby ich nie fałszowano, kiedy bez przeszkód możesz zrobić sobie fotokopię sto metrów dalej, opiekunki starszych osób, odmawiające umycia patelni, ponieważ jest to dla niej „poniżające” czy też dyrektor szpitala, który wbrew prawu odmawia dokonania aborcji płodu, który nie ma mózgu. W tym kontekście moje opowiadanie jest zupełnie do przyjęcia.

Przekonałeś mnie, Wiktorze. Jeśli napisałeś to miniopowiadanie dla pocieszenia serc, to mnie pocieszyłeś. Zasługujesz na dobrą kawę wzmocnioną alkoholem.

Rano? Kto pije alkohol rano? No dobrze, wypiję kawę z alkoholem. Nie czuję się dziś zbyt pewnie na nogach. Jakoś tak mi latają.

W świąteczny dzień ciszy wyborczej

Mam do pomocy już dwie osoby, Wiktora i Martynę, które proszę od czasu do czasu, aby zrelacjonowały wydarzenia bieżące, filozoficzne i ponadczasowe. Dzisiaj akurat takich nie było i to jest dobra wiadomość. „No news is a good news” mawiają ludzie po drugiej stronie kuli ziemskiej chodzący do góry nogami, kiedy my tutaj chodzimy na dół nogami, co wydaje mi się ze wszech miar rozsądne.

Wiktor zrelacjonował mi swój stosunek do osób, reprezentowanych tym razem przez kobietę, która uznała, że wie wszystko. Nie o wszystkim, ale o pewnym schorzeniu. Jest to osoba wyjątkowo miła, uczynna i sympatyczna, jednakże od czasu do czasu chyba wskutek nieuwagi nabiera w płuca tak wielką ilość powietrza, że zaczyna głosić prawdy uniwersalne. Jeśli cierpisz na uporczywe bóle wątroby, żyjesz z tym od lat, byłeś u dwudziestu a może nawet dwustu lekarzy, spędziłeś godziny w Internecie szukając informacji na temat, jak złagodzić swoje cierpienie, wówczas – Wiktor zawiesił głos i pokręcił głową z niedowierzaniem, że taka rzecz jest możliwa – wyprowadza cię z równowagi czyjeś przeświadczenie, że wie najlepiej, co ci jest i jak to wyleczyć.

Pokiwałem głową i dodałem własną obserwacje. Mój przyjaciel z Adelajdy, Polak z pochodzenia, wielokrotnie przebywał w Polsce, mieszkał tu nawet dłuższy czas. „Polacy mają powiększone ego” – skwitował kiedyś w rozmowie, z czym zgodziłem się bez większych wahań sugerując jedynie uściślenie: „Nie wszyscy” i zamiast „Powiększone ego” mówić „Nadęte ego”, co lepiej kojarzy tę przypadłość z naturą męczącego i obrzydliwego wzdęcia brzucha.

Z czego bierze się wspomniana dętość, nie umiem powiedzieć. Jest wytworem klimatu, warunków bytowych, poczucia rozpaczy? – Nie wiem. Kojarzy mi się z zarozumialstwem, przeświadczeniem, że doświadczenia życiowe jednostki wywyższają ją ponad przeciętność, a nawet i ponadprzeciętność. Rozumiałem niechętną reakcję Wiktora wobec sytuacji, która go spotkała i pozostaję wdzięczny za historyjkę, która przypomniała mi także o własnych możliwościach nadymania ego.

Wiktora Nikanora Władysławowicza poranny zapis z pamięci

Tylko nazwisko miał rosyjskie. Sam siebie tak ochrzcił dwie minuty wcześniej, dla rozrywki, w ramach ekwilibrystyki słownej, którą uprawiał jego umysł za łagodnym przyzwoleniem właściciela. Reszta organicznej postaci Wiktora Nikanora Władysławowicza była rodzimej, polskiej produkcji. Od stóp do głów, jak mówi porzekadło, którego treść można przekształcić, przetransponować, przerobić, zmodyfikować, zmienić, aby dostosować do pożądanej sytuacji zależnej wyłącznie od elastyczności umysłu i swobody logiki autora. Igraszki słowne były ulubioną poranną rozrywką Wiktora.

W jego życiu małe rzeczy stawały się wielkimi, ponieważ wielkie były w deficycie. – Tak chyba wygląda życie każdego z nas, z wyjątkiem ludzi z wyobraźnią i szczególnie uprzywilejowanych przez los. Małe rzeczy można nadmuchiwać do rangi wielkich, nadawać im nowe kształty, wymiary i wartości. Nie jest to przywilej tylko poety białych wierszy lub pisarza rzeczy drobnych, śniących o rzeczach wielkich. W istocie rzeczy, skoro o niej mówimy, Wiktor nie tylko o nich marzył o nich, ale i doprowadzał je do istnienia pisząc bardziej lub mniej znaczące treści.

Tupot nóg nad głową stał się wyraźniejszy, bardziej rytmiczny, trwał, upadał, powstawał z klęczek, znowu trwał i kończył się. Dzieciak biegał nad sufitem, piętro wyżej, demonstrując przywiązanie do ruchu bez zaangażowania umysłu. – To przyjdzie później, pomyślał Wiktor, albo i nie, w zależności od tego, czy rodzice pomogą mu nauczyć się odrobiny samotnosci, budząc i kształtując jego wyobraźnię, pamięć, uwagę i nawyki, krótko mówiąc – samoświadomość.

Aby wykoleić tupot nóg, jeśli nie stłumić, co byłoby najbardziej pożądane, Wiktor usiłował włączyć radio sięgając ręką głęboko za szafkę, na której tkwił jak przysłowiowy kołek w płocie telewizor broniony przez długą lampę stojącą na podłodze. Nieosiąganie pożądanych skutków było coraz częściej jego udziałem. Zwykłe przedmioty stawały mu na drodze przysłowiowym okoniem i odmawiały współpracy, podporządkowania się. To dorobek starzenia się, wątpliwego przywileju nadanego przez Boga każdemu z nas. Alternatywą dla korzystania z przywileju jest dobrowolne odejście do krainy spokojnych snów (lub wiecznych polowań, jeśli jesteś Indianinem).

Powyższe stanowi niezakończony zapis pamięci poczyniony między godzina 6.35 a 7.05 rano, przerwany i zakończony nerwowym brzęczeniem pszczoły na oknie za zasłoną. Wiktor wstał, otworzył okno z cichym hasłem w pamięci: Nie zabijaj!, milczącym pisemnym przypomnieniem Boga. Wypuścił owada na wolność. Przyniosło to ulgę jemu i temu drugiemu zwierzęciu, być może także i Bogu, jeśli miał czas to zauważyć w nawale spraw codziennych.

 

Leczenie odwykowe

Myślę o leczeniu odwykowym. Mam problem ze snem i dobrymi radami.

Za mało sypiam. Budzę się o godzinie trzeciej nad ranem, siadam przy komputerze i piszę. Pisze mi się bardzo dobrze, wręcz znakomicie, w efekcie czego w ciągu niecałych dwóch godzin powstaje blog, fragment opowiadania lub powieści, na który musiałbym poświęcić kilka godzin w mniej sprzyjających warunkach.

Wszystko ma jednak swoją cenę. There are no free lunches. – Jak mówią w odległym, wielkim kraju, gdzie zesłańcy już dawno wymarli, pozostał jednak język angielski. Moją ceną jest niewyspanie, ból głowy, słaba koncentracja.

Wspomniałem o tym siostrze Wiktora, pani Martynie. Od razu udzieliła mi dobrej rady, którą sama z wielkim powodzeniem wypróbowała na członkach rodziny, królikach i kocie: „Psychologowie mówią, że nie należy siedzieć przy komputerze więcej niż pół godziny dziennie. Ja moją rodzinę odzwyczaiłam od siedzenia przy komputerze”.

Tak mnie ta szokująco twórcza i jakżeż prosta, mądra i skuteczna rada poruszyła, że odpowiedziałem jej natychmiast pełen wdzięczności: „Niech pani powie temu psychologowi, co to wymyślił, żeby mnie w dupę pocałował!”. Teraz mam wyrzuty sumienia. To było nie fair.

Przepraszam Czytelników, panią Martynę i świadków rozmowy, na końcu zaś siebie, za użycie wulgarnych słów: „Niech pani powie temu psychologowi”. To było obrzydliwe. Powinienem był powiedzieć: „ Proszę powiedzieć temu psychologowi”.

Szybkie wiadomości wiktoriańskie

Żyję teraz wyborami do Unii Europejskiej, jestem niedospany, chyba byłem śpiący, gdyż Wiktor pojawił sie przed mymi oczami rozmazany.

Życie toczy się w Polsce wielkimi kołami. Jest coraz lepiej! – Wykrzyknął entuzjastycznie. Świętość Jana Pawła II zmieniła ludzi nie do poznania. Milion Polaków w Rzymie i transmisje telewizyjne dokonały swego. Polacy są o niebo grzeczniejsi, uprzejmiejsi, życzliwsi.

Kpi czy o drogę pyta? – Nie byłem pewny. Postanowiłem słuchać dalej.

W lesie dwulatek na rowerku pozdrawia mnie „Dzień dobry”. Znalazłem się jak trzeba i odpowiedziałem: Dzień dobry, skarbie. Na twarzy babci dziesięć metrów dalej rozlał się uśmiech radości i powagi. Wyciągnęła do mnie ręce, aby mnie pobłogosławić.

W telewizji Jarosław Kaczyński stoi przy czerwonej świni z napisem: „Serdeczne pozdrowienia dla SLD”, ręce ociekają mu jeszcze czerwienią, uśmiecha się i objaśnia: Kontynuujemy pokojowy proces godzenia wody z ogniem. Pozostało nam jeszcze trochę czerwonej posoki z uboju, będziemy nadal malować, a ewentualną nadwyżkę wykorzystamy do produkcji kaszanki. Naród potrzebuje wyżywienia, PSL się nie sprawdza, PO nic nie robi, mamy plan uzdrowienia chorej służby zdrowia. – Wyrzekł jednym tchem nie otwierając ust.

Gdzie? Gdzie jest ten plan? – Ktoś zapytał z nadzieją.

Największy Poeta i Prozaik PiS, Ojciec i Matka Narodu, wzniósł oczy w górę, skąd spłynął nań niezwykle ciepły blask i otoczył jego siwą głowę aureolą. Wszyscy zrozumieli: Bóg wie, gdzie jest ten plan i objawi go społeczeństwu, kiedy nadejdzie czas. Na polach wielkich jak elizejskie wybuchł aplauz, który chyba nadal tam jeszcze trwa.

W kawiarni spotkaliśmy się przy piwku, ja, JK i Rzecznik. – Kontynuował ożywiony majowo Wiktor. Jarek nonszalancko postawił nogę na nogę, czy raczej udo na udo, przyłożył browarek do ust i westchnął. – Mieliśmy plan założenia przed wyborami do Unii Europejskiej Oddziału Zamorskiego PiS w Londynie. Zrobiliśmy analizę. Trudna sprawa ci Anglicy. PiS – źle się wymawia, PiSS – źle się pisze, SS na końcu – wypada fatalnie, nawet Pi – mokro się kojarzy. Co za język! Co za ludzie! Szkoda, bo Cameron obiecał mi górę poparcia.

JK jeszcze raz westchnął, podał mi swoją spracowaną dłoń z pierścieniem do pocałowania i skinął głową dyskretnie w kierunku drzwi. To był dzień! – Wiktor wprost tańczył z radości.

Myślę, że mielibyśmy jeszcze większą szansę duchowej odnowy społeczeństwa, gdyby JPII w ogóle nie mówił po włosku, tylko po polsku. Znajomość języków obcych jest u nas wciąż słabieńka. Szkoda.

Rozmowa Marsa z Wenus

Ten blog zawsze planowałem popełnić. Chodzi mi po głowie od bardzo dawna i męczy. Może nawet od dziecka. Dzieciństwo jest trudnym okresem, jeśli dojrzewasz zbyt wolno. Potem też może być ciężko. Kiedy już dojrzałeś, istnieje niebezpieczeństwo, że zdziecinniejesz zbyt szybko. Czuj duch, gdyż trudno jest czasem zauważyć zmiany zachodzące w sobie samym. Będąc blisko siebie, co jest nieuniknione, tracisz właściwy dystans obserwacji o ile nie masz rozdwojenia jaźni. To tak, jakbyś ustawił sobie kieliszek na nosie i oceniał jego zawartość unikając zeza lub zadyszki oczu.

On jest z Marsa, Ona jest z Wenus. Nie znaczy to, że on ma marsową minę i jest dzielny jak Marsjanin, a ona jest piękna jak Wenus, choć nie jest to wykluczone. Znaczy to, że są to planety bardzo od siebie oddalone. Potrafią znaleźć się także w takiej konfiguracji niebieskiej, że będąc bardzo blisko siebie są bardzo daleko. Komunikacja jest wtedy utrudniona, ulega deformacji i wymaga interpretacji.

Interpretacja słów kobiety to najbardziej karkołomna szkoła jazdy. Ci, którzy ją ukończyli, to osoby o niebiańskiej cierpliwości, słabosłyszący lub pantoflarze. Nie wiem jak radzą sobie inni mężczyźni, bo ja czuję się stale w lesie i tam już pozostanę. „Prędzej wielbłąd przejdzie przez ucho igielne, nim mąż prawy zrozumie kobietę” – mówi Pismo Święte. Zastrzegam się, że nie znam tak dobrze Pisma Świętego jak Świadkowie Jehowy, których Bóg obdarzył szczególną pasją wiary i nadzwyczajną wytrwałością nawracania tych, którzy już wierzą w Boga.

Nie podejmę ryzyka opiniowania zachowania kobiet. Życie jest mi nadal miłe. Podam za to przykłady, jak myśli i mówi kobieta. Przysięgam, że są one wzięte z życia. Podrzucili mi je przyjaciele, mam też własne obserwacje. Za progiem stoją tysiące innych przykładów gotowych świadczyć prawdę.

Scena 1: Mąż podaje żonie posiłek

Czym będziesz jadła?

Sama nie wiem.

Jak się zdecydujesz, to mi powiesz, dobrze?

Musi być i jedno i drugie.

Co masz na myśli?

Widelec i łyżkę.

Scena 2: Maż wychodzi z domu po zakupy

Czy mam ci kupić coś z pieczywa?

Tak, bułeczkę, z tych długich krótkich, ale nie innych.

Scena 3: Żona zwraca się do męża:

Czy przyniosłeś odkurzacz z piwnicy?

Nie, ale zaraz przyniosę.

Dobrze. Teraz podaj mi pantofle. Trzeba bardzo dobrze wytrzeć szmatą.

Pantofle?

Nie, odkurzacz!

Moją prezentację zgrabnie uzupełnił Wiktor. Wnioski, do których doszedł sam, bez pomocy zewnętrznej, są następujące:

Kobiety są uroczo enigmatyczne, Mówią tak, abyś musiał zgadywać lub domyślać się, o co dokładnie chodzi. Co ona ma na myśli? – Oto jest pytanie, które musisz sobie nieprzerwanie zadawać.

Kobiety mówią skrótami. Ten, kto wymyślił alfabet Morsa a może nawet i trudniejsze szyfry, to nie był On, tylko Ona. Skrót jest podstawą myślenia i wyrażania się kobiety. Jeśli nie wiesz, jaki to skrót, to jesteś nie na czasie. Przyznaj szczerze, że nie nadążasz. Jeśli to cię bardzo męczy, to pomyśl, że możesz zostać pustelnikiem.

 

Rogi w teorii i praktyce

Nie samym jajkiem wielkanocnym człowiek żyje. O ile w ogóle żyje, gdyż wegetacji nie można nazywać życiem. Powinna być karana na równi z głupotą. Wegetacja to wegetacja, życie to życie. – Wiktor nie był nastawiony zbyt pozytywnie, świątecznie, promiennie, jak oczekiwałbym w drugim dniu Świąt Wielkanocnych. Nie wiem dlaczego, ponieważ jego relacja o sielance i jeleniu była bardzo pogodna.

Opierała się na ewolucji myślenia świątecznego: od żółtego kurczaczka, przez białą owieczkę, do szlachetnie brązowego jelenia, który ma niezbywalne prawo występowania w roli aktora łąkowego w okresie świąt kojarzonych uparcie z jajkiem.

W Pensjonacie Harenda nastały czasy sielanki. Można, a nawet wypada nazwać ją sielanką rustykalną zważywszy położenie i charakter miejscowości, której Harenda jest ozdobą. Czarna Górna jest miejscowością w wymiarze mikroskopijnym: ryneczek, sklepik z bucikami dla dzieciaczków i dla dorosłych, warzywniaczek, składzik zaopatrzenia rolniczego a nawet galeryjka sztuki. To ostatnie jest zabytkiem, w którym króluje piękno, estetyka oraz duchowość reprezentowana i propagowana obficie przez właścicieli. Wchodząc do Galerii przez duże „G” wchłaniasz atmosferę uduchowienia intelektualnego, nieobecnego dziś na ulicach, gdzie królują wyrostki z telefonami komórkowymi, którzy już umieją pisać (jednym palcem), ale nie umieją już czytać książek ani dyskutować o kulturze.

Właściciele Harendy widzieli to wszystko i z płaczem ubolewali na upadkiem cywilizacyjnym społeczeństwa umiejącego wydawać ciężko zarobione pieniądze na wódkę, pieczywo i frytki, a skąpiącego na ekskluzywny pensjonat. Myśli i odczucia właścicieli, boskiej Izabelli i jej czcigodnego małżonka Rościsława, były tak intensywne, że przerodziły się w pomysł podniesienia poziomu kultury gości pensjonatu i lokalnej społeczności. Lokalna społeczność mniej im ciążyła jako element obróbki kulturalnej, gdyż mniej miała na sercu rentowność Pensjonatu. – Przecież oni powinni rozumieć, że w biznesie chodzi o pieniądze – Izabella i Rościsław z żalem oceniali wiedzę i motywacje tubylców obserwując na co dzień ekonomiczne prostactwo.

Ogromną, może nawet monstrualną rolę odegrał w tym Jeleń, który z poziomu rogacizny dostrzegał (bardziej niż kler i politycy) ułomności ludzkiej natury. Jeleń wziął sobie na kieł, że tak powiem, sprawę męską, inaczej mówiąc samczą tych osobników, którym małżonki, partnerki lub kochanki przyprawiają rogi. W temacie był obskakany jak mało kto. Szczerze mówiąc, a powtarzał to sobie wielokrotnie powoli przeżuwając trawę w pozie rozleniwienia medytacyjnego, jego nadobne stadko łani, choć pilnie strzeżone, przyprawiło mu niejedne rogi. – Sam nie wiem, jak ja potrafię unieść taką ilość rogów. To byłby ciężar nie do wytrzymania dla człowieka. – Wyznał Mścisławowi i Izabelli wieczorną porą, kiedy ludzie i zwierzęta spowiadają się z najintymniejszych myśli i pragnień. Jego szczerość była przyprawiona goryczą porażki. Było w tym również rozczulenie osobników tęskniących za miłością. Zdając sobie sprawę z ogarniającego go buddyjskiego smutku z powodu oddalenia od ciepłego żeńskiego futerka Jeleń zadał sobie pytanie, jak można odczuwać pociąg do osobnika tej samej płci.

Przyłożyć mu bykiem – to tak, to ja rozumiem, zwłaszcza wtedy, kiedy trzeba ostatecznie wyjaśnić kwestię, kto ma prawo do konkretnej łani. Ale czulić się do takiego typa? – To przerasta moje wyobrażenie porządku świata, gdzie wegetarianizm od wieków jest jedyną słuszną formą diety. Zdaję sobie sprawę, że jest to podejście doktrynalne, ale nie różnię się w tym od duchowieństwa oraz zacofanych kręgów ludności przyrosłej obiema nogami do ziemi, pracy w jednej firmie oraz zabobonów. Egzystencjalnie-filozoficznym rozważaniom Jelenia nie przeszkadzały ptaki, które rozrzucały w powietrzu wdzięczne muzyczne trele przy okazji paskudząc na samochody i suszącą się bieliznę. W rozważaniach na słonecznej murawie Jeleń czuł się dziedzicem Sartra, z wyjątkiem uwielbienia dla radzieckiego komunizmu.

– Weźmy pod uwagę takiego byłego premiera Indii Desai, który w wieku 82 lat z powodzeniem i piastował to stanowisko. Był wegetarianinem, tak jak ja, choć bliższe mu były święte krowy. – Myśl ta zbliżyła Jelenia do gatunku ludzkiego tak bardzo, że zapragnął pomóc Rościsławowi i Izabelli naprawić świat ludzkich myśli, emocji i zachowań oraz porzucić mięsną deformację dietetyczną.

 

Dygresja o żabie

Mam przyjaciela, który żyje dygresjami. O czymkolwiek zaczniesz z nim rozmawiać, po minucie lub dwóch schodzi na inny temat. Dalej jest jak w dół po schodach, coraz to nowa dygresja. Tym razem uczynię wyjątek i sam zrobię dygresję. Określę ją jako świadomą i celową. – Zaczął Wiktor nie czekając na poranną gorącą kawę, która o tej porze dnia jest dla mnie napojem życia. A propos, był czas, kiedy kawę sprzedawano w aptekach jako lekarstwo. Dziś lekarstwem jest wszystko, co da się reklamować w telewizji.

Jak wiesz, ćwiczę dla zdrowia. Pół godziny dziennie. Jest to mieszanka joggingu i szybkiego marszu. Tym aktem dbałości o ciało, w którym mieszka mój duch, spełniam obowiązek nałożony na mnie przez naturę: dbałości o mechanizmy, w który mnie wyposażyła. Natura czasem myli mi się z Bogiem.

Kilka dni temu na trasie spotkałem żabę. Stała się ona dla mnie źródłem refleksji buddyjskiej. Leżała płasko na drodze prowadzącej przez zarośla, rozjechana przez samochody, dojeżdżające do ogródków działkowych. Bardziej symboliczna niż żywy płaz nawiązywała do Pisma Świętego, medytacji buddyjskiej oraz starożytnego Rzymu. Ten ostatni zasłużył się przysłowiem kondensującym treści zawarte w trzech przywołanych odnośnikach: Memento mori! Pamiętaj o śmierci!

Symbolizm żaby sprowadziłem do jej kształtu, zaiste symbolicznego jak rysunki skalne w grobach faraonów starożytnego Egiptu. Dolne, długie nogi żaby skierowane były w lewo, stwarzając wrażenie ruchu w marszu, górne wystawały tylko częściami łokciowymi po obydwu stronach, jakby trzymała się ona pod boki. To, co pozostało, czyli tułów i głowa, skierowane były także w lewo. Żaba skojarzyła mi się z generałem, wyrazistym w swojej determinacji dojścia do celu. Nie był to obraz smutny, ale też i nie radosny. Był to produkt natury rozjechany przez samochód, wytwór człowieka, pomniejszony do miniaturowego obrazu, ciemnobrązowego w kolorze, przysypanego kurzem, symbolicznego w swej wymowie „Z prochu powstałeś i w proch się obrócisz”. To Pismo Święte przemówiło do mnie najkrótszą definicją życia na tle wieczności.

Słuchałem Wiktora i zastanawiałem się, po co mi opowiada historię żaby, widzianej przez wielu jako śliski, nieprzyjemny i brzydki płaz, o którym nawet nie warto wspominać. Zapytałem go o to. Odpowiedział mi.

Żaba jest częścią przyrody, tak samo jak ty i ja, Michael. Może jest nawet bardziej użyteczna niż człowiek, który niszczy środowisko. W dzieciństwie korzystaliśmy z wody, zimnej i czystej jak łza, czerpanej ze studni głębokości dwóch metrów, na dnie której wypływało źródło. Czasem w wiadrze z wodą pobraną ze studni pojawiała się żaba. Rodzice nauczyli nas wrzucać ją z powrotem do studni, bo była ona najlepszym, naturalnym filtrem wody, która była zimna i krystalicznie czysta. Wszyscy pili ją bez najmniejszych zastrzeżeń i obaw. Mam do żab szacunek, który skłonił mnie do przedstawienia ci tej historii.

Błękitne oczy indyczki

Wiktor nie jest chwalipiętą, ale pierś wypełniała mu duma z osiągnięć kupieckich. Rzecz się ma w ogóle o piersiach i języku. Niby jest to temat miłosno-kosmetyczno-filmowy, w istocie rzeczy jest na wskroś konsumencki. Takie jest życie. Piękno można nabyć dzisiaj za pieniądze. Podobno nawet przyzwoite kobiety obdarzane dużymi pieniędzmi i biżuterią kochają mocniej.

Sam bym to robił, gdym był kobietą. – Oświadczył Wiktor wznosząc znacząco palec do góry.

Nie wiem, na ile jest to prawdą, ponieważ jestem skromny w doświadczeniach miłosnych – Oświadczyłem z pewnym zażenowaniem. – Mocniejszy jestem w języku, niż w doświadczeniach, choć jedno i drugie może w sposób zawoalowany iść ze sobą w parze. Języka używamy w różnych sprawach, dla wykwintnego opisu życia, wspaniałej konsumpcji a także lubieżnych przyjemności, własnych lub cudzych.

– Kiedy wyrzekłeś te słowa, zdałem sobie sprawę, jakże bogata jest jednostka ludzka. Po oczach Wiktora widziałem, że zaraz wygłosi tyradę. Uzbroiłem się w ciekawość.

Czy myślałeś kiedyś nad tym? – Kontynuował Wiktor. Patrzysz na język i co widzisz. Kawał obleśnego mięsa, które jednakże po uważnej ocenie zastosowań okazuje się wymowne, czułe a nawet przenikające materię ludzkiej wrażliwości i zrozumienia. A jakie bogactwo semantyczne niesie ze sobą? Jest ono równie wymowne jak sztandar obozów koncentracyjnych niesiony przez demonstrantów wiecu organizowanego przez PiS. Ileż to historii przekazuje taki sztandar swoją treścią, kolorami, sposobem niesienia, kształtem, osobą niosącego jak i osobą sterującą sprawami owej demonstracji i wielkiej polityki.

I ja dałem się unieść czarowi standardów i haseł PiS, Wiktorze. – Wtrąciłem. Nic to. Dzisiaj okażę się twardy wobec pokus. Wracam do spraw językowych. Język, języczek, ozór i porównania „język ostry jak brzytwa”, „wulgarny język”, „dosadny język”, „słowicze języczki”, „języczkiem penetrował okolice dotychczas niezbadane”. Domniemywam, że to powiedzenie z Markiza de Sade lub innego zboczeńca, z których nie wszyscy są niemili i bez uroku. – Wyjaśniłem i zawahałem się, czy nie było to przesadą.

Revenons a nos mutons. Czyli wróćmy do rzeczy. – Wiktor bez żenady przejął inicjatywę zawracając mnie z drogi zbędnych dygresji. To po francusku, języku kraju, gdzie język został ze tak powiem doceniony, doszlifowany i postawiony na wysokościach zdrowych jak i niezdrowych uniesień miłosnych, aby wejść do języka komunikacji światowej określeniem „miłość francuska”. Niezdrowe uniesienia to takie, których jest za dużo albo takie, które doprowadzają do ataku serca. Wszystkie inne są zdrowe jak żywność ekologiczna.

Francuzi, jak j ich kocham i nienawidzę zarazem! – Wykrzyknąłem w uniesieniu gorącym jak lawa. Wynalazcy i tupeciarze, miłośnicy używania języka w amorach i wrogowie języka angielskiego. Czepiłem się słowa „język” jak tonący brzytwy. Chyba zaczynam schodzić na drogę szaleństwa! Wszędzie widzę tylko język urastający do symbolu przedziwnych skojarzeń. – Pomyślałem prawie z przerażeniem. Nie wiedziałem, co się ze mną dzieje.

Od szalonych myśli wybawił mnie Wiktor kierując rozmowę na tory zdrowej żywności. – Wracam do indyczki. Kupiłem dwa filety z piersi indyczki wyjęte spod lady przez sprzedawczynię, której życzliwości kulinarnej nie mogłem nie docenić. W ogóle to jestem lubiany w tym sklepie. Kłamstwa, jakie mówię żeńskiemu personelowi na temat promiennego uśmiechu i boskich kształtów są tak urocze, że sam niekiedy im ulegam. Raz zacząłem nawet płakać ze wzruszenia razem z panią, która wzruszyła się moim komplementem.

– Po co to robisz, jeśli kłamiesz? – Pytanie wyrwało mi się spontanicznie.

– Mówienie kłamstwa kobietom pozwala im zrozumieć lepiej naturę mężczyzny, a mnie wzbogaca skrzydła literackiej pegazury w kolorowe pawie pióra. Może „pegazości”? A może „mego osobistego literackiego Pegaza”? – Wiktor na krótko zagubił się w gąszczu języka. – Kłamstwo dyskretne jest prawdziwe, urocze i komplemenckie. Dodaję je gratis do czułości, którą obdarzam cały świat z wyjątkiem pana Jarka i pana Antka, których nie rozumiem. Ostatnio także pana Władimira, który objawił mi się jako człowiek z wielką wyobraźnią i jeszcze większymi ambicjami zdobnymi w imperialne pagony wojskowe. Ci trzej panowie są mi całkowicie obcy. Cenię sobie to uczucie obcości!. – Wiktor rozmarzył się.

O komunikacji pozytywnej i upadku uczuć

Sytuacja była co najmniej dziwna. Wiktor i ja, lub, jak kto woli, ja i Wiktor, rozpoczęliśmy, nie zdając sobie z tego sprawy, telepatyczną rozmowę na temat komunikacji interpersonalnej. Brzmi to mocno.

Zanurzmy się w naturę spraw ludzkich. Wymiarem życia, który stawiam najwyżej na drabinie wartości, jest czas. – Wiktor pierwszy zaczął teleportować. – Im dłużej żyjesz, tym bardziej zdajesz sobie sprawę z ograniczoności czasu. Jest on jedynym pełnym dobrem, którym dysponuje każdy z nas. Rozumiejąc to, cenię mój czas i staram się cenić także czas innych osób. Zauważ jednak, ze niektórym osobnikom rzekomo myślącym czas innych wydaje się być tańszy i podlejszego gatunku.

Może to i prawda, Wiktorze. – Wpadłem w słowo telepatycznego przesłania. – Przy moim niekiedy, jak mi mówią, wrednym charakterze, myślę, że pewni osobnicy nie myślą. Albo myślą, ale leniwie. Albo mają zaburzenia myślowe i emocjonalne. Albo są egocentrykami, co to sądzą, że świat i czas obracają się wobec nich, a oni są w środku jak słońce w teorii Mikołaja Kopernika, którego my, Polacy, uważamy za swojego, a Niemcy za swojego. Myślenie jest czynnością intelektualną energetycznie ogromnie obciążająca organizm.

Szkoda, że od myślenia nie można dostać orgazmu, wtedy to ludzie zaczęliby szybko myśleć. – Erotyczna wiedza Wiktora przebiła się poprzez telepatyczną falę radiową. Pośmialiśmy się chwilę, aby poruszyć przeponę w brzuchu, co podobno pozytywnie wpływa na zdrowie, bo śmiech nie tuczy. Pod warunkiem, że nie robi się tego w KFC, McDonaldzie lub innym straganie przeżutej maszynowo zdrowej żywności.

Dzwonię czasem do miłych poniekąd ludzi, z którymi pragnę utrzymać bardziej niż pozytywne stosunki. – Zaczął nowy wywód Wiktor. Dzwonię na komórkę pani domu, lecz jej telefon nie odpowiada. Powtarzam czynność, i znowu to samo. Nagrywam się więc. I co? I nic! Nic z tego nie wynika, ponieważ ta osoba, poniekąd miła i urocza, albo zadzwoni po dwóch dniach, albo nie zadzwoni w ogóle. Znasz mnie! Jestem facetem z ambicjami w godnym wykorzystaniu czasu i porażki przeżywam negatywnie. Zadaję sobie głupie pytania: Po co ktoś ma telefon komórkowy, skoro jest niedostępny?. W tym momencie odzywa się głos przekory, który toleruję, ponieważ udziela mi ważnych podpowiedzi. Ten ktoś ma telefon komórkowy, aby sam/sama mogła dzwonić, a nie po to, aby ktoś do niego/niej dzwonił. To dlaczego nie powie tego jasno i wyraźnie, aby nie budzić próżnych nadziei? Glos przekory nie odpowiada, aby po chwili cichutko wyszeptać: Ponieważ on/ona to „olewa”, brzydko mówiąc.

Nie miałem szansy wyjść przed szereg z własnymi spostrzeżeniami, gdyż Wiktor nakręcił się do pełnej spowiedzi.

Sytuacja z panem domu jest wyraźniejsza i zwięzła jak wypowiedź niemowy. Dzwonisz i po trzech sekundach telefon wyłącza się. Spokojnie i rzeczowo. Nie pozostaje to jednak bez szturchnięcia czyli sygnału w mojej świadomości, która podsyła mi kilka odpowiedzi, z których co najmniej jedna jest prawdziwa. Jestem zbyt zajęty, aby z tobą rozmawiać. Nie życzę sobie, abyś do mnie dzwonił! Po jaka cholerę dzwonisz w ogóle? Na końcu pojawia się odpowiedź najbardziej wzniosła: Pocałuj mnie w d….! Tak to odbiera petent, dobijający się wysłuchania przez osobę-instytucję, której nie dotyczą zasady przyzwoitości i rzeczowości komunikacji.

Wiktorze, dajże i mnie dodać jakąś obserwację. – Rzuciłem z desperacją licząc na cud. Wiktor zgodził się niechętnie. – Podsumuję twoje odczucia, które dzielę z tobą jako dobry i pobożny chrześcijanin.

Podsumuję zasady komunikacji, wypełniające ducha kooperacji społecznej w Polsce znacznie częściej i mocniej niż w innych krajach. Kiedy wyłączasz telefon komórkowy lub inaczej nie reagujesz na czyjeś próby połączenia się z tobą, nie sądź, że nic nie komunikujesz. Twoje konsekwentne milczenie przemawia za ciebie: Ja jestem pępkiem świata, a wy, petenci do mojego ucha, możecie się wypchać. Ja jestem najważniejszy, hołoto komunikacyjna!

Głosząc tę obrazoburczą ideę czuję się samozwańczym rzecznikiem tysięcy petentów do ucha posiadaczy telefonów, którzy nie wiedzą, do czego on służy. A jeśli wiedzą, to nie umieją ustalić i przekazać innym swoich zasad komunikacji telekomórkowej: w jakie dni, o jakiej godzinie i w jaki sposób możesz skomunikować się ze mną, drogi petencie.

Daj chłopu zegarek to go będzie kłonicą nakręcać! – Dorzucił Wiktor z przekonaniem, że przysłowia dosadniej wyrażają treści społeczne niż zwykle słowa.

Polski ekstremizm w faktach

Jeśli umiesz czytać i pisać, i w dodatku rozumiesz, co czytasz i o czym mówisz, walcz z ekstremizmem w mediach! – Wiktor od drzwi rzucił hasło, z którym zgadzałem się od zawsze.

Jesteś dzisiaj w bojowym nastroju, Wiktorze. – Stwierdziłem zastanawiając się, co wywołało jego zdenerwowanie i bojowy nastrój. Co cię skłoniło do takiego wynurzenia?

Dziennik, który dzisiaj mi wręczono. To Fakt Gazeta Codzienna. Popatrz na tytuły. Pochyliliśmy się nad dziennikiem i sporządziliśmy listę tytułów uświetniających pierwszą stronę tego nadzwyczajnego źródła wiadomości dla ludzi myślących:

  • Poderżnęli gardło burmistrzowi
  • Emerytom po 10 zł, urzędnikom po 4000 zł
  • Trynkiewicz na wczasach
  • Ukraina we krwi
  • Wokulski ciężko chory
  • Waśniewska stroi się w więzieniu

Ja nie jestem przeciwny takim tytułom ani wiadomościom. Nie można żyć samymi pozytywnymi rzeczami, lepiej jest wiedzieć, co piszą Fakty.

Oczy Wiktora rozszerzyły się ze zdumienia. Czyś ty, chłopie, oszalał?

Wiktorze, uspokój się. Jestem kontrowersyjny, aby podkreślić nonsensowność i społeczną szkodliwość wiadomości, kierujących uwagę i energię społeczeństwa w stronę morderców, trumien, pogrzebów, ciężkich chorób, więzienia i nieszczęść. To buduje ich energię, wiedzę i zainteresowania, dzięki którym zdobędą lepszą pracę, wykształcą dzieci, będą rozsądnej żyć i w ogóle będą lepiej rozumieć wydarzenia w Polsce i na świecie. Pomyśl, o czym możnaby jeszcze napisać: Trumna spadła z karawanu wywołując przerażającą tragedię rodzinną, pociąg wciągnął pod koła mężczyznę i przemielił go jak maszynka do mięsa, prawie każdy urzędnik, wojskowy, lekarz i jego pacjent są przekupni, kobieta wyrzucona z trzydziestego piętra zabiła psa, genderowcy chcą onanizować dzieci w wieku 0-4 lat.

Po krótkiej naradzie zakończyliśmy „Odezwą do społeczeństwa”: „Czytaj gazety, bogate w wyrażenia: morderca, zabójca, oszust, gwałciciel, krew, ciężka choroba, więzienie, poderżnąć gardło, zadusić, korupcja, oszuści, ofiary księdza G., prostytutki i kochanki, skażona wieprzowina, znów zmarło dziecko, kolega złodziej, pijane małżeństwo, gender, pedofile. Będziesz mądrzejszy i szczęśliwszy!