Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 80: Niezwykłe spotkania i puchnące wargi

Spotkanie z Tedem było planowane od dawna. Po latach niewidzenia Sefardi odwiedził swego serdecznego przyjaciela z lat dziecinnych. Mimo dojrzałości wiekowej, mężczyźni zachowali ciepło chłopięcych imion z dzieciństwa. Ted zwracał się do niego Eddy. Na spotkaniu Sefardi poznał żonę Teda, niewiastę pobożną, sfatygowaną trudami życia, które uwidoczniły się na twarzy głębokimi zmarszczkami i wyrazem rzetelnego smutku. Zaczęli rozmawiać zupełnie luźno na tematy obojętne, kiedy żona przyjaciela oświadczyła:

– Wie pan, nie miałam lekkiego życia. Ted nie jest łatwym człowiekiem, jak pan zauważył prawdopodobnie już czterdzieści lat temu, a mnie los, oprócz małżeństwa dotknął także chorobą. Musiałam przejść kilka operacji na szczęście bardzo udanych. To nie znaczy, że jestem teraz szczęśliwa. Chodzi o mastektomię, którą przeprowadził doktor Corduro w lokalnym szpitalu. Szpital jak szpital, ale doktor był w porządku. Musieliśmy dać mu dużą kopertę, bo był przecież ordynatorem działu chirurgii. Doktor Corduro usunął mi prawą pierś, bardzo skutecznie, ponieważ od lat nic mnie już nie trapi. Nie było to wszystko. Miałam jeszcze inne okropne przeżycia. W zeszłym roku zatrudniłam się na czarno u pewnego biznesmena, pracowałam w jego restauracji, gdzie smażyłam naleśniki. To była straszna praca, gorąco, w dymie, pod presją czasu. Ale wytrwałam, bo byłam sumienna, zaangażowana i miałam pozytywne nastawienie, tak jak oczekiwali. Smażyć to ja umiem bardzo dobrze, nauczyła mnie tego mama. Ten drań jednak mnie oszukał.

W długim opowiadaniu kobieta otworzyła Sefardiemu wrota do dziesiątków nadzwyczajnych przeżyć i doświadczeń. Nie mógł przerwać potoku jej słów zważywszy, że rozmówczyni traktowała go niezwykle poważnie, jak spowiednika z kwalifikacjami psychoterapeuty, więcej – jak powiernika, z racji wieloletniej przyjaźni z jej mężem. Ted protestował, miał inne zdanie, głos jego nie brzmiał jednak dostatecznie głośno, aby wywołał jakiś skutek.

– Moje zatrudnienie u tego łajdaka biznesmena, oby ziemia go pochłonęła, im szybciej tym lepiej, skończyło się moim odejściem. Do dzisiaj wisi mi dwie miesięczne pensje. Przeżyłam to jakoś, ale żal w sercu pozostał.

Za wyznaniem kobiety poszły dalsze, poczynione przez innych mieszkańców wsi. Obserwacje ludzkich zachowań u fundamentów społeczeństwa, pozwoliły Sefardiemu pogłębić swoje zrozumienie wiejskiej polityki. Tego wieczoru wyłożył przyjacielowi po wypiciu kilku kieliszków wina, których nie mógł odmówić z uwagi na gościnność, swoje poglądy na demokrację, podkreślając jej prymitywny charakter.

 – Widzisz, Ted, ludzie mają poglądy, które ich dzielą, co nie wychodzi nikomu na dobre. Upierają się przy tych poglądach, często przestarzałych i zgubnych, bronią ich, w końcu biją się z ludźmi myślącym inaczej, widząc w nich wrogów raczej niż zwyczajnych obywateli, często im życzliwych, mających tylko inny pogląd na świat. W efekcie, w kraju nastąpiły podziały, pogłębiły się niesnaski, społeczeństwo poszatkowało się na grupy, z których wyłoniły się trzy wielkie trzy nurty myślenia i działania. Sefardi nie zdążył wyłożyć więcej, ponieważ żona Teda nakazała mu pomóc w kuchni przy obieraniu ziemniaków, co uniemożliwiło dalszą dyskusję.

– Wiele rzeczy trzeba zmienić, wiele nowych stworzyć i wiele się jeszcze nauczyć. To zadanie dla nas wszystkich, dla społeczeństwa – zdążył jeszcze podsumować Sefardi.

Po latach Sefardi nie był nawet pewien, czy poglądy te wyłożył w rozmowie z Tedem czy może z Enrique, z którym czasem konwersował przez telefon. Był to drugi przyjaciel z dzieciństwa mieszkający na przeciwległym krańcu Nomadii.

*****

W trakcie rozmowy z Isabelą Sefardi zauważył, że jego wargi niepokojąco puchną. Czuł to nabrzmiewanie fizycznie, kiedy dotykał ust. Zjawisko powtarzało się za każdym razem, kiedy z kimś rozmawiał, potem znikło, potem znowu wróciło i występowało ze zmienną częstotliwością. Wizyta Sefardiego u lekarza niewiele przyniosła. Lekarz nie umiał rozpoznać choroby. Tym niemniej zalecił pacjentowi zagraniczne serum, zapewniając, że jeśli ono nie pomoże, to z pewnością nie zaszkodzi. Była to znana formuła medyczna służąca poprawie samopoczucia pacjentów.

Nabrzmiałe wargi Sefardiego wywoływały różne reakcje. Zdarzało się, że w trakcie rozmowy ludzie nieoczekiwanie wybuchali śmiechem, twierdząc, że właśnie przypomnieli sobie coś bardzo zabawnego. Inni wpadali w panikę i pod byle pretekstem opuszczali towarzystwo Sefardiego z obawy o nagłe zarażenie się, mimo że z góry wszystkich zapewniał, że opuchlizna nie jest zaraźliwa ani niebezpieczna. Dla niego samego najdziwniejsze było to, że wszyscy pytali go, czy jest świadomy, że puchną mu wargi i sugerowali pilne udanie się do lekarza.

Przez pewien czas Mistrz podejrzewał, że jego problem kosmetyczno-zdrowotny jest efektem jakieś sztuczki Barrasa, usiłującego wyeliminować go jako krytyka jego rządu. Podejrzenia te miały swoje uzasadnienie, gdyż od pewnego czasu Sefardi miał wrażenie, że ktoś za nim chodzi i śledzi każdy jego krok. Czując to bardziej niż będąc pewnym, zastanawiał pułapki, aby sprawdzić podejrzenia, niczego nie udało mu się jednak odkryć. Umówił się wtedy ze znajomym, aby obserwował, co dzieje się wokół niego, kiedy idzie ulicą w centrum miasta, czy ktoś nie towarzyszy mu po cichu. Nikt mu nie towarzyszył.

Dla pewności, spróbował tej samej metody weryfikacji, czy nie jest śledzony, na wystawie sztuki rzemieślniczej, kiedy przesuwał się między straganami, zatrzymując się od czasu do czasu, aby o coś zapytać, kupić lub zrobić zdjęcie. Tym razem rzeczywiście go śledzono. Znajomy nagrał to kamerą video z drugiej strony ulicy. W ślad za Sefardim poruszał się w stałej odległości nieznany, szczupły mężczyzna, z wąsem, o twarzy wieśniaka, wyglądający podobnie jak tysiące innych osób przybyłych na wystawę rzemiosła artystycznego. Był to złodziej. Jego twarz Sefardi rozpoznał kilka dni później na zdjęciu w gazecie. Osobnik okazał się sprytnym i niezwykle skutecznym złodziejem aparatów fotograficznych, którego w końcu ujęto. Nic mu się nie stało. Wkrótce go wypuszczono z aresztu z braku dostatecznych dowodów i niskiej szkodliwości społecznej. Sefardi uspokoił się na tyle, że wiedział już teraz na pewno, że nie był to człowiek nasłany przez Barrasa.

 

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 75: Transformacja wsi i mieszkańców

Dwa dni później na Placu Zgromadzeń Obywatelskich odbył się wielki festyn. Mieszkańcy wsi stawili się tłumnie, niektórzy przynieśli ze sobą sprzęt komputerowy, audiowizualny i telefoniczny w celu wymiany lub odsprzedaży. Zorganizowano pokazy sprzętu oraz konkursy wiedzy i umiejętności jego użytkowania.

Sondaż opinii pokazał gwałtowny wzrost poziomu uświadomienia technologicznego i aspiracji technicznych mieszkańców Casi. Na festyn przybyli także uczniowie, aby oklaskiwać swoich nauczycieli, rodziców i dziadków. Nastąpiła integracja społeczności wsi. Składano sobie nawzajem obietnice bliskich i serdecznych więzi. Córka przebaczała matce, matka przebaczała córce. Proboszcz, do niedawna abnegat komputerowy, widzący w komputerze narzędzie diabla, z powagą pobłogosławił zgromadzenie, a potem poświęcił remizę strażacką oraz komputery, tablety, smartfony i inne urządzenia przyniesione przez uczestników festynu. Nastrój był bardzo podniosły. 

W krótkim czasie wieś zmieniła się nie do poznania. Zmodernizowała się światopoglądowo. Role pokoleniowe zostały przewartościowane. Jeśli ktoś starszy czegoś nie wiedział, natychmiast zjawiał się uczeń szkoły podstawowej lub średniej, aby pomóc w nabyciu nowych umiejętności. Użyteczni byli w szczególności uczniowie biegli w obsłudze komputerów i tabletów, ale nie tylko. Pogardzani dotychczas przez nauczycieli, poczuli się ważni i znaczący. Przebaczano sobie nawzajem brak praktycznych umiejętności korzystania z komputera i płynącą stąd pogardę. Rodzice wysłali petycję do kuratorium, aby zwiększyć zakres nauki obsługi komputera kosztem lekcji świadomego macierzyństwa i życia w rodzinie. Kierownictwu gminy zarzucono opóźnienie technologiczne oraz brak elektronicznego dostępu obywateli do urzędowych danych.

Z wyjątkiem straży pożarnej, policji i dyżurnego lekarza wszyscy chodzili pijani z radości, obejmowali się i gratulowali sobie nawzajem: konferansjer, wójt gminy, lokalny rzecznik praw obywatelskich, proboszcz i wikary, dyrektor szkoły, kierowniczka biblioteki, a nawet przewodniczący komitetu anonimowych alkoholików. Wrogowie godzili się ze sobą, przyjaźnie pogłębiały się.

Tego dnia w oknach budynków przy głównej ulicy ukazały się tylko dwie głowy wsparte na dłoniach. Byli to głuchoniemi nie mający pojęcia, że wokół zachodzą przełomowe zmiany. Większość mieszkańców siedziało przy komputerach rozsyłając pocztę elektroniczną do znajomych, przyjaciół i rodziny, przekazując wieść o narodzinach skomputeryzowanej społeczności i zmianie nazwy wsi z Casi na Computi.

Mistrz był w siódmym niebie. Zainicjowane przez niego działania całkowicie zmieniły zagubioną wieś. Wieczorem, w notatniku elektronicznym odznaczył kolejny dobry uczynek zrealizowany w ramach Planu Czterdziestu Dni. Kilkanaście dni później wrócił do Computi, aby ocenić zmiany. Z trudem wieś poznał. Była oazą nowoczesności, w której Internet napędzał wszystkie działania komunikacyjne, edukacyjne i gospodarcze. W Internecie koncentrowało się życie codzienne, rodzinne i towarzyskie: zamawiano towary w sklepach i rezerwowano wizyty u lekarza, stomatologa a nawet weterynarza, elektronicznie wymieniano korespondencję z urzędem gminy. Szkoła łączyła się interaktywnie światłowodem z uniwersytecką bazą wiedzy przyrodniczej, prosperowały dwa sklepy ze sprzętem i programami komputerowymi, klub gier komputerowych prowadził szkolenia, w co grać i jak grać, działała nowoczesna biblioteka z bogatym zasobem ebooków.

W Centrum Nowych Technologii zachwycił gościa piętnastolatek, kierownik pracowni komputerowej. To on opracowywał i prowadził konkursy wiedzy komputerowej sponsorowane przez szkołę podstawową, parafię, sklepy komputerowe oraz Klub Emeryta. E-booki upowszechniły się do tego stopnia, że korzystał z nich co drugi mieszkaniec. Nikt nie był w stanie uwierzyć, że tak szybki postęp był możliwy. Pytaniem było, kto to sfinansował. Tajemnica wyszła na jaw dopiero po kilku miesiącach. Był to miliarder, dawny mieszkaniec Computi, który wyemigrował do Hong Kongu i tam zrobił wielką fortunę na handlu narkotykami.

– Darowanemu koniowi w zęby się nie patrzy, tym bardziej, jeśli jest to złoty koń, a nie wałach z likwidacyjnej przeceny. – wyjaśnił Sefardiemu rzeźnik, cieszący się sławą dorobkiewicza. Milioner darowiznę miał już gotową od dawna, czekał tylko na okazję, na wyrwanie się mieszkańców wsi ze szponów marazmu.

– U nas, w Hong Kongu, marazm nie jest znany, dlatego byłem w stanie zarobić wielkie pieniądze – mężczyzna wyjaśnił tajemnicę swojego powodzenia.

*****

Po powrocie z Computi, w życiu Sefardiego nastąpił okres dziwnych zdarzeń. Kiedy myślał o nich z perspektywy czasu, nie umiał wyjaśnić sobie ich znaczenia. Mógł tylko zrozumieć, jak to się stało, że w ogóle one nastąpiły. Isabela, jak również Penelopa, przemawiająca teraz tylko za pośrednictwem gosposi, sugerowały mu, a czasami nawet przekonywały, że wydarzenia te były efektem podświadomości sterującej jego losem w dyskretny i niezrozumiały sposób. Sefardi wiązał je z wróżbą dawno spotkanej osoby. Czekał kiedyś na autobus, kiedy podeszła do niego kobieta w kolorowej sukni i zaproponowała, że mu powróży. Nie miał wątpliwości, że to była Cyganka. Na początku odmówił, wiedziony jednak ciekawością poprosił o wróżbę. Oprócz kilku mało znanych faktów z jego życia, które mu przypomniała, zaskakując go całkowicie, powiedział mu także, że nastąpi w jego życiu okres dziwnych zdarzeń.

– Nie będzie pan umiał ich sobie wytłumaczyć, ale proszę się tym nie przejmować. One pokazują ludzkie wnętrze, do którego nie można dotrzeć w sposób zwyczajny, ponieważ ukryte są w podświadomości.

Zaskoczyła go tą podświadomością, bo było to określenie psychologiczne, zapytał ją więc o to. Nie zdziwił się specjalnie, kiedy ujawniła, że z wykształcenia była psycholożką, praktykującą, ale zarabiającą tak mało, że nie miało to sensu. Wtedy ktoś jej zasugerował, że może nadal pomagać ludziom jako psycholożka, ale robić to w inny sposób, łatwiejszy do przyjęcia.

– Ludzie chętnie słuchają wróżbiarki, kabalarki czy cyganki, ale niechętnie psychiatry, psychologa czy psychoterapeuty. Boją się. Kiedy przyznasz się komuś, że byłeś u psychiatry, od razu myślą, że jesteś pomyleńcem udającym osobę normalną. Przyznając się do rozmowy z Cyganką, nie narażasz się na nic. Dla ludzi to normalne, podobnie jak wiara w zabobony, trzynastkę jako liczbę przynoszącą nieszczęście czy czarnego kota przebiegającego ulicę. Ponadto specjaliści dużo drożej kosztują i są do nich kolejki. Poradzono mi: – Rób to samo dziewczyno, tylko pod inną postacią. Przebierz się za wróżbiarkę lub Cygankę, wróż z dłoni, stawiaj kabałę, a pójdzie ci dużo łatwiej. Jak zdobędziesz trochę uznania, ludzie będą ustawiać się w kolejce, aby posłuchać twoich rad. Pieniądz będzie płynąć szeroką strugą, a ty nie będzie ponosić żadnej odpowiedzialności. No bo za co? Za wróżby czy układanie kabały czy pasjansa?

Sefardi wysłuchał jej uważnie, zapamiętując tylko część jej przepowiedni, ale potem przypomniał sobie wszystko, kiedy spotkały go dziwne zdarzenia.

 

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 74: Burza w remizie strażackiej

Aluzja do burzliwej dyskusji parlamentarnej została przyjęta aplauzem. Słuchającym podobało się, że ksiądz mówił o wybrańcach narodu żartobliwie a nawet złośliwie. Konferansjer energicznym ruchem ręki przeciął rozgardiasz.

– W Casi, latem w oknach, a zimą przed telewizorami, siedzą nasi bliźni, przyjaciele, krewni i sąsiedzi zamknięci w skorupie własnej ograniczoności. Ci nieszczęśnicy nie znają cudu telefonu komórkowego ani komputera. Nie możemy tolerować dłużej ich zagubienia. Milczenie w słusznej sprawie nie jest postawą obywatelską.

– Proszę pana! Ci w oknach to tylko jedna grupa ludzi odciętych od wielkiego świata – zwróciła się do konferansjera sprzątaczka szkolna w sukience w duże zielone grochy.

Mężczyźni patrzyli na nią z uznaniem; jej jędrne ciało przebijało przekonywująco przez kropkowaną zieleń sukienki. Kobiety nie dostrzegły w niej nic oryginalnego: ani porywającego kształtu obleczonego w obcisły materiał, ani dużych ciemnych oczu, ani wysportowanej sylwetki, ani czerwonych szpilek marki Dolce & Gabbana i torebki Superieur z pracowni rymarskiej Braci Marx ze stałym adresem na lokalnym cmentarzu. Sterowane zazdrością i pogardą nie dostrzegły w niej nic pozytywnego. Tym razem mężczyźni popisali się spostrzegawczością lokując mówczynię wysoko na drabinie ewolucyjnego rozwoju.

Konferansjer uznał sprzątaczkę za dar opatrzności, wyzwanie rzucone utartym nawykom szablonowego myślenia. On też dostrzegł w niej postać większą niż dyktowała jej pozycja zawodowa i wykorzystał tę okazję, aby pchnąć dyskusję na właściwe tory. Zadawał kobiecie pytania i prosił o wyjaśnienia rzucając kolejne pytanie natychmiast po uzyskaniu odpowiedzi na poprzednie. Najpierw zapragnął ujawnić, czy kiedykolwiek doznała marazmu okiennego.

– Nie doznałam, bo nie mogłam sobie na to pozwolić. Musiałam zarabiać na życie, a ponadto zapadłabym się ze wstydu pod ziemię.

Kobieta udzielała odpowiedzi sprawnie jakby poruszała się w tańcu z najnowszą samosterującą szczotką do zamiatania w ręce, zaczynając każde zdanie od łącznika „bo”, dobrze kojarzącego się z jej kształtną postacią. Była to osoba w miarę młoda i nieco zarozumiała. Myślała i mówiła równocześnie jak kobieta i mężczyzna, krzyżówka gender, mająca do dyspozycji urlopy macierzyńskie i tacierzyńskie, uprawiająca te same sporty co mężczyźni włącznie z podnoszeniem ciężarów i chodząca w garsonce wzorowanej na męskim garniturze. Wyjaśniła, że z komputerów korzystają nawet dzieci pięcioletnie, coś sobie rysują, odtwarzają bajki, uprawiają gry, starsze natomiast zbierają wiadomości, czytają książki, wymieniają się zdjęciami, wysyłają listy i oglądają filmy.

– Z komputera korzystają nawet analfabeci – Podsumowała w sposób nie budzący wątpliwości, że wie co mówi.

Podniosły się głosy oburzenia. Najgłośniej zachowywał się mężczyzna bardziej wysuszony niż szynka parmeńska, widzący świat z perspektywy ogródka, uprawy winnej latorośli, beczki wina produkowanego rocznie z własnych jabłek, rąbania drzewa oraz pomocy wnukom w nauce. Sprzątaczkę poparły kobiety, dwie bezrobotne i nauczycielka-emerytka, która wyjawiła, że w ogóle nie korzysta z komputera. Ze łzami w oczach przyznała, że nie umie nawet go włączyć.

– Jest to dla mnie zbyt trudne. Straciłam wprawę i pewność siebie.

Wrzawa powiększyła się, przytaczano najróżnorodniejsze argumenty.

– Władze powinny się wstydzić. Minister edukacji nie pomaga emerytom finansowo w zakupie komputera, który jest drogi, a minister budownictwa zgadza się na budowanie mieszkań z kontaktem u dołu ściany zapominając, że starszym osobom trudno jest się schylać.

Najgorętszej oponowały osoby zaangażowane religijnie.

– Komputer tylko zajmuje czas, a nie przynosi żadnych korzyści. Daje dostęp do pornografii, jest dobry dla pedofilów i innych zboczeńców. – Krzyczała starsza niewiasta ze Stowarzyszenia Wierności Różańcowej. Odezwały się gwizdy osłabione równoczesnymi słowami poparcia.

W sali wybuchła burza. Jedni byli za komputerem, drudzy przeciw. Konferansjer usiłował godzić zwaśnionych. W końcu ktoś przebił się z pytaniem, kto prowadzi spotkanie i konferansjer wskazał na siebie.

– To niech pan zrobi porządek! Przecież tu można oszaleć. Czy w takich warunkach my, mieszkańcy wsi, obywatele nowoczesnego państwa i dwudziestego pierwszego wieku, możemy wyrwać się z marazmu komputerowo-okiennego? – Zaryczał mężczyzna wyglądający na bezdomnego. Okazało się, że był to lekarz, który stracił uprawnienia zawodowe, ponieważ przeprowadził po pijanemu udaną operację na pacjencie, który go zadenuncjował na policji, mimo że ten uratował mu życie.

– Cisza! – Wrzasnął na zakończenie, aby zainicjować spokój, kiedy usiłowano mu przypomnieć słabość do spirytusu służącego antyseptyce szpitalnej.

W remizie zrobiła się taka cisza, że słychać było milczący szloch nauczycielki-emerytki, która nagle uświadomiła sobie, że nieumiejętność korzystania z komputera jest oznaką wtórnego analfabetyzmu.

– Jak ja się teraz pokażę moim byłym uczniom na oczy? – Łkała kobieta dystyngowana w każdym calu, nosząca się elegancko, na wysokich obcasach, ubrana w modne obcisłe getry. Zrobiło jej się wstyd, że ubierając się na wskroś trendy, w sprawach komputera pozostawała ciemna jak tabaka w rogu. Przypomniała sobie szklane domy, jakie znany pisarz wymyślił po to, aby pokazać świat lepszy i piękniejszy niż rzeczywisty. Ogarnął ją smutek, że dopiero teraz zrozumiała przesłanie autora, o którym ze wzruszeniem opowiadała młodzieży na lekcjach kulturalnych manier.

Wiec osiągnął punkt kulminacyjny. Towarzystwo zebrane w remizie wpiło oczy w usta konferansjera; oczekiwano, że odpowiedzą one na zawieszone w powietrzu pytanie „Co dalej?”. Odpowiedź okazała się dla niego wyjątkowo krępująca, ponieważ chwilę przedtem niespodziewanie wypadł mu przedni ząb pomniejszając jego walory estetyczne i narażając go na śmieszność. Zdesperowany, wzrokiem szukał ratunku u Mistrza, ten jednak zajęty był rozmową.

 

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 73: Burzliwe przemiany mieszkańców Casi

Wiec okazał się wielkim sukcesem. Pisały o nim lokalne media, prasa i blogerzy. Mieszkańcy wsi otworzyli się i podjęli poważną debatę. Sefardi postanowił pójść za ciosem. Wieczorem opracował plan dalszych działań i nadał mu nazwę „Strategii dynamicznego rozwoju społeczności Casi i okolic”.

– To za mało. Ten tytuł nic nie wyjaśnia, ponieważ każda strategia określa dalsze działania – protestował Wiktor, po czym zaproponował, aby do nazwy „Strategia” dodać słowa „na rzecz otwarcia umysłów i serc mieszkańców Casi: matuzalemów, dinozaurów ostatniej generacji elektronicznej oraz ludzi zagubionych w marazmie, włącznie z tymi, którzy przesiadują w oknach z głowami podpartymi dłońmi”. Na zarzut, że jest to nazwa długa i zawiła, i może jeszcze bardziej skonfundować ludzi, bronił się upierając, że jedynie precyzja słowa i myśli może uratować ludzi zagubionych. W duchu nazywał ich matołami. Po burzliwej dyskusji uproszczono tytuł strategii, uzgodniono, że nie będzie się używać w niej słów negatywnych oraz że we wsi powstanie Komitet Organizacyjny Walki z Marazmem.

W skład komitetu weszli Sefardi, Wiktor, Przewodnik oraz Tubylec. Ustalenie zasad przewodniczenia komitetowi przełożono na termin późniejszy, ponieważ czas naglił do przekucia w czyn świeżo ujawnionej twórczej energii wsi. Poczynania komitetu pobłogosławił proboszcz parafii przyznając poufnie, że i on skapcaniał uciekając od nowoczesnej technologii.

– Duchowny nie może żyć tylko przykazaniami i przestrzeganiem przed grzechem śmiertelnym – podsumował, potwierdzając równocześnie, że to, co nastąpiło w Casi to istny cud. Komitet uznał, że jest on na drodze do wybawienia intelektualnego.

Kontynuując zbożne dzieło wyzwolenia ludzi z marazmu, Sefardi zwołał spotkanie starszyzny wsi. Spotkanie odbyło się w klubie, jaki założono w remizie strażackiej, tradycyjnym miejscu wielkich imprez w świecie wiejskiej małości. Klub nazwano „Matuzalem” na cześć biblijnego Matuzalema, który był synem Henocha, ojcem Lamecha i dziadkiem bohaterskiego Noego. Skojarzenie długowiecznego Matuzalema z jego przedsiębiorczym wnukiem, co uwidoczniał plakat, podziałało motywująco na mieszkańców wsi, gdzie wiara i religia stanowiły siłę pociągową społeczeństwa. Komitet inicjatywny działał jak mógł najszybciej, kując żelazo, póki gorące, z obawy, aby pozytywny trend zmian nie odwrócił się lub nie uległ załamaniu. Na drzwiach remizy pojawił się artystycznie wykonany plakat: „Czy chcesz żyć godnie i bogato?”.

Aby podnieść rangę imprezy, opracowano ceremoniał spotkań oparty na zasadach protokołu dyplomatycznego oraz wyznaczono konferansjera. Został nim były urzędnik stanu cywilnego, osobnik powszechnie znany, biegły w przemawianiu, mający za sobą bogatą karierę zawodową. W przeszłości był członkiem straży pożarnej, wodzirejem, nosicielem baldachimu nad proboszczem, występował w teatrzyku domu kultury w roli Pinokia oraz śpiewał partie solowe w chórze kościelnym. Sam lekko niedowidzący, służył w charakterze przewodnika ludziom ociemniałym. Był także znakomitym grzybiarzem, jedyną osobą w okolicy zdolną znaleźć w lesie trzydzieści borowików nawet w roku potwornego nieurodzaju na grzyby. Jego popularność była niekwestionowana. Dzięki doświadczeniom życiowym konferansjer dysponował umiejętnościami aktorskimi, co go wyróżniało spośród innych kandydatów. Mieszkańcy Casi podziwiali go za bogatą karierę i zaangażowanie, choć byli i tacy, co go szczerze nienawidzili zazdroszcząc mu niezwykłej aktywności i przodownictwa we wszystkim.

Drugim kandydatem na konferansjera był ksiądz-emeryt, który znał wszystkich i którego wszyscy znali, ponieważ ich chrzcił i udzielał ślubów, spowiadał i udzielał komunii świętej, był ich katechetą, odwiedzał w domach z opłatkiem i żegnał na ostatniej drodze życia. Prestiż kościoła, parafii i księdza był niekwestionowany. Wciąż łaknący popularności i miłości bliźniego, uznał jednak, że występując w roli konferansjera może naruszać prestiż kościoła, najtrwalszej instytucji lokalnej, i z żalem wycofał się z rywalizacji.

Konferansjer rozpoczął spotkanie chwaląc zebranych za przybycie, aby chwilę potem zaszokować ich wyjątkowo długim i szczerym pytaniem: – Jak zamierzacie wyrwać się z marazmu, jaki nam wszystkim oferuje teraźniejszość, w której nie ma czasu na czytanie książek i mądre rozmowy, ponieważ mamy smartfon, nie ma miejsca dla dzikich zwierząt, ponieważ zabieramy im przestrzeń życiową, nie ma miejsca na zdrowe odżywianie, ponieważ naturalne produkty występują głównie w formacie „Trzy w jednym” z dodatkami chemicznymi, a jedyne, co jest lepsze niż dawniej, to policja, sądy i więzienia, instytucje, które z powodzeniem zastąpiły inkwizytorów, garotę i płonące stosy. Proszę o zgłaszanie się do odpowiedzi.

Była to przemyślana strategia. Prowadzący nie oferował gotowych rozwiązań, tylko zachętę do szukania własnej odpowiedzi, a następnie – drogą przemiany wewnętrznej – dokonania przełomu w blokadach własnej osobowości. Po przypomnieniu sobie osiągnięć, pojawił się pierwszy ochotnik. Nie był pewny czy jego propozycja będzie trafna, więc wahał się chwilę, nie chcąc się zbłaźnić. W końcu wydusił z siebie:

– Czy można zgadywać?

Konferansjer okazał się właściwym człowiekiem na właściwym miejscu i szybko znalazł odpowiedź na trudne pytanie. Po krótkim zastanowieniu, którego potrzebował bardziej do wywołania uznania dla swoich umiejętności niż przemyślenia odpowiedzi, stwierdził, że w walce z marazmem obowiązuje wolna amerykanka.

– Catch as catch can! – powiedział, po czym wyjaśnił, że znaczy to, że każdy chwyt jest dozwolony i trzeba radzić sobie jak tylko można. – Wolna amerykanka to nie jest mebel, na który można usiąść, tylko styl walki z przeciwnikiem lub ze sobą, co w przypadku marazmu na jedno wychodzi – zakończył odważnie.

– Uderzyć się mocno w głowę, aby się zmienić! – Ktoś usiłował błaznować, dając zły przykład innym.

Niewybredna wypowiedź rozwiązała worek inicjatyw i energii społecznej. Z różnych stron remizy odezwały się głosy. Ludzie się ośmielili. Zapanowała atmosfera euforii sprzyjającej otwieraniu się uczestników zebrania. – Dużo czytać! Podpatrywać dzieci, jak one to robią!

Ktoś zaproponował poważnym głosem, aby kopnąć się w pośladek. Kiedy zapadło milczenie, wyjaśnił, że mówi to pod adresem osób z dużymi siedzeniami, którym ciężko jest wstać z fotela lub tapczanu, kiedy siedzą przed telewizorem. Wypowiedź została źle przyjęta.

– Kopnij się sam. Nie będziesz mi, chamie, wymawiać dużego siedzenia! – Ostro replikowała obfita niewiasta, traktując wypowiedź bardzo osobiście.

Rozpętała się burza. Jedni usiłowali ją uspokoić, drudzy dolewali oliwy do ognia drażliwymi a nawet kąśliwymi uwagami. Znikły różnice merytoryczne, na wierzch wypłynęły różnice płci, kultury, języka i wykształcenia. Kobiety występowały przeciwko mężczyznom, a chwilę potem przeciwko kobietom, starzy przeciwko młodym, którzy nie pozostawali im dłużni, ignoranci przeciwko erudytom, prostacy przeciw wysublimowanym, miłośnicy pięknego języka przeciwko gburom. I na odwrót. Powstało takie zamieszanie, że musiał interweniować konferansjer. Zamachał rękami, aby zwrócić na siebie uwagę, po czym wyjaśnił, że propozycja kopania się w siedzenie dotyczy w równiej mierze kobiet jak i mężczyzn.

– Mamy równouprawnienie i wszystko, co rozpatrujemy, odnosi się do obydwu płci.

– A co z trzecią płcią? – Pytanie padło zza pleców osób siedzących na sali, było prowokujące i podstępne, ponieważ wiadomy był jego skutek – dalsze rozognienie dyskusji.

Głos zabrał ksiądz. Dzięki wieloletniej praktyce spowiedzi w bliskości pana Boga był biegły w ludzkich słabościach i dewiacjach. Nie dał się zbić z pantałyku. Ripostował z łatwością.

– Parlament hinduski stworzył definicję trzeciej płci i jesteśmy w stanie odpowiedzieć na to trudne pytanie. Wcześniej nie było to możliwe, mogło wywołać tylko zamieszanie, a nawet popłoch. To straszna rzecz. Na przykład wczoraj w parlamencie spłoszyły się dwa konie partyjne, wywołując konsternację wśród posłów.

 

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 72: Wiec i dyskusja publiczna w Casi

Wracając do wynajętego pokoju Mistrz przyglądał się budynkom, były to głównie domy mieszkalne jedno lub dwupiętrowe. Zdziwiła go liczba osób siedzących w otwartych oknach i bezmyślnie gapiących się na ulicę. Ludzie ci obserwowali sąsiadów i przypadkowych przechodniów, jak są ubrani, jak się poruszają; często krytykowali ich za wygląd, sylwetkę, ubiór, towarzystwo a nawet samochód, jego stan techniczny, kolor czy wiek. Wyglądali jak manekiny. Nie poruszyli się nawet wtedy, kiedy Sefardi potknął się o krawężnik i głośno zaklął. Pozdrowili go tylko i życzyli mu zdrowia, mimo że go nie znali. Z kilkoma osobami usiłował nawiązać konwersację, ale się nie kleiła. Dowiedział się, że z domu wychodzą głównie w celu zrobienia zakupów i odwiedzenia lekarza. Na jego rzeczowe pytania odpowiadali spokojnie, że żyją w marazmie i tak jest im najlepiej. Nie rozumiał ich, a oni nie rozumieli jego. Działało mu to na nerwy.

Poruszył ten temat z Wiktorem, który przyłączył się do niego przy powtórnym spacerze po wsi. Wiktor znał teren bardzo dobrze, były to jego rodzinne strony. Znał też wielu mieszkańców. Potraktował ich w sposób bezwzględny. Najstarszych nazwał Matuzalemami określając ich jako jednostki wiekowe i zgrzybiałe umysłowo, pozostałych – dinozaurami, przeżytkami z zeszłego wieku, choć byli ludźmi sprawnymi umysłowo. Kiedy Sefardi zwrócił mu uwagę, że dinozaury żyły miliony lat wcześniej i dawno już wymarły, Wiktor wyjaśnił, że nie chodzi mu o dinozaury pierwszej generacji sprzed dwóch milionów lat, tylko ludzkie dinozaury ostatniej generacji, elektronicznej. Wygłosił tę opinię z takim przekonaniem, jakby to on wynalazł elektronikę i tych ludzi.

Mistrzowi żal się zrobiło zagubionych mieszkańców wsi.  Był przekonany, że są nieszczęśliwi, nawet jeśli na to nie wyglądali. Chciał im pomóc. Nie wiedząc jak to najlepiej uczynić, zaprosił do pomocy Wiktora, przewodnika oraz zaspanego aspiranta farmaceutyki zwanego Tubylcem.

*****

– Coś trzeba zrobić. Nie możemy pozostać obojętni wobec bezmiaru apatii kulturalnych i często wykształconych ludzi. Potrzebna jest im pomoc. Są na pewno zdolni, pracowici, niektórzy prawdopodobnie nawet utalentowani, tylko zagubili się w życiu. Rozmówcy zgodzili się. Pytaniem było, kto może im pomóc i jak. Po dyskusji ustalili, że zorganizują wiec i publiczną dyskusję pod hasłem: Jak sam możesz wydobyć się z marazmu?

Sprawy ruszyły z kopyta. Przewodnik załatwił kilkadziesiąt plakatów; planowali zapłacić za nie później ze składek dziękczynnych zebranych od ludzi, których spodziewali się wyrwać z marazmu. Wiktor przeprowadził agitację na wsi do udziału w wiecu, chodząc od drzwi do drzwi z plakatem i przekonując do przyjścia. Tubylec odszukał i zaangażował do pomocy trzech lokalnych aktywistów, o których był przekonany, że nie całkiem jeszcze skapcanieli.

Plakat, agitacja i wysiłek aktywistów dały nadzwyczajne wyniki. Na wiec stawiła się cała wieś, jak mówiono, chłop w chłopa, baba w babę. Pojawili się też ludzie z okolicznych miejscowości przyciągnięci perspektywą korzyści. Ktoś mianowicie rozpuścił pogłoskę, że mogą liczyć na wiejską kiełbasę, zdrową żytnią bułkę i piwo. Mistrz bał się trochę, że będą rozrabiali. Było zupełnie inaczej. Przyszli niepewni, trochę wystraszeni. Mówili: – Słyszeliśmy, że jak nas nie ma w Internecie, to znaczy, że nie ma nas w ogóle. Może to i prawda. Jesteśmy tak skołowani tym, co mówią w telewizji, że sami już nie wiemy.

Na wiecu Sefardi rozwinął temat zagubienia człowieka w gąszczu nowoczesnych technologii, mówił też o tym, ile mogą one przynieść szkody na umyśle i ciele. Wiktor i przewodnik dzielnie mu wtórowali. Cała trójka szczerze wzięła sobie do serca postulat ratowania człowieka tonącego w marazmie. Mówiono nawet o ratowaniu cywilizacji wiejskiej.

Zgromadzeni matuzalemowie, dinozaury najnowszej generacji elektronicznej oraz jednostki pogrążone w milczącym zagubieniu okiennym, otworzyli się i po raz pierwszy od lat szczerze mówili o sobie i swoim życiu. Wyjaśniali, tłumaczyli się, niektórzy oskarżali siebie, rodzinę, znajomych a nawet państwo za własne zagubienie. Nieliczni twierdzili, że wcale nie są zagubieni, tylko tak się wydaje. Rozpętała się tak niesamowita dyskusja, że trzeba było chętnych rejestrować do wypowiedzi. Były one bardzo różne, ale zawsze szczere. Świadczyły o tym gorące słowa i płonące oczy. Wiodącym wątkiem była niechęć do komputera i nowoczesnych technologii komunikacji.

– Mnie brak zaangażowania w głupią technologię nie przeszkadza, mam czas na uprawę ogródka. Dokarmiam w ten sposób dzieci i wnuki. Nic innego mnie nie interesuje. Tak jak jest, jest mi bardzo dobrze.

– Ja wciąż pracuję, choć jestem na emeryturze. Też obywam się bez komputera. Jestem prostym urzędnikiem, a nie magazynierem, który musi mieć laptop i znać program gospodarki magazynowej, bo bez tego ani dudu.

– A ja poświęciłam się wnukom i zapadłam na zdrowiu. Dzieci używają komputera i nawet nie pytają mnie o zdanie. Gdyby nawet mnie zapytali, to nie wiedziałabym, co im odpowiedzieć.

– Ja nie używam komputera. Używałem, ale się zepsuł. Coś w nim bzyknęło i wyłączył się.

– Ja znam komputer, ale go nie używam. To diabelskie nasienie. Nic dobrego z niego nie wynika, może tylko doprowadzić do wojny.

– Ja nie wysyłam ani nie odbieram poczty elektronicznej, bo to złodziej czasu! Wolę mówić. Nawet jak popełnię błąd ortograficzny, to nikt nie zauważy. Pamięta pan tego prezydenta, co to strzelił byka w Internecie i potem wszyscy go wyzywali od nieuków? Podobno chciał się powiesić – wyjaśniła była kierowniczka urzędu gminy.

– Nie używasz komputera, ale godzinami wisisz na telefonie. – Ktoś zaobserwował.

– Telefon to co innego. – Broniła się zainteresowana.

 

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 71: Pierwsze doświadczenia Sefardiego w Casi

Przyjeżdżając do Casi, Sefardi miał jasny cel: wyrwać lokalną społeczność z marazmu. Od dawna o tym myślał. Czytał o marazmie jako formie apatii, chorobie społecznej o podłożu wirusowym. Chodziło mu głównie o znajome małżeństwo, osiadłe od lat na wsi. Niegdyś utrzymywało ono z nim i ze światem ożywione kontakty; od czasu przejścia na emeryturę oboje, mąż i żona, zapadli w letargiczne milczenie jak smutny borsuk w sen zimowy o korzonkach i grzybach. Sefardi na początku dziwił im się; przestał, kiedy zobaczył, że w międzyczasie cała wieś pogrążyła się w niebycie. Zaczęły się tam dziać dziwne rzeczy. Zwykły list wysłany do Casi wędrował kilka dni, jakby pocztę przewożono wozem ciągnionym przez woły. Dojeżdżając do wsi Sefardi zauważył parę wołów z okna pociągu, co go umocniło w przekonaniu, że wieś naprawdę żyje przeszłością.

Casi miała tylko dwa telefony komórkowe: jeden na posterunku policji, drugi w remizie straży pożarnej. Mieszkańcy zarażeni wirusem marazmu nie używali telefonów, komputerów ani Internetu i nie mieli pojęcia, co dzieje się na świecie. To wyłączenie się pogłębiało ich apatię. Mur ignorancji wobec świata zewnętrznego, kultury, muzeów, banków, perspektyw i widoków uważali za sensowny, a nawet użyteczny. Nieobecność komputera była dla nich pasem cnoty; sami go sobie nakładali i wytrwale nosili. 

Na początku pobytu w Casi Sefardi łudził się, że zauważy choćby nieśmiałe zapowiedzi zmian i ślady pierwszych przeobrażeń. Było gorzej niż przypuszczał. Wieś pogłębiała się w zastoju, rodzaju zaraźliwej apatii. W powietrzu czuć było atmosferę odrętwienia i rezygnacji. Już sama zabudowa wsi wpędzała w przygnębienie. Było tu wszystkiego po trosze: trochę wsi i trochę miasta, pola uprawne, kilka małych zakładów przemysłowych, niezagospodarowane działki budowlane, gdzie zimnymi wieczorami hulał pijany wiatr, jak twierdzili mieszkańcy. Sam sposób ich mówienia męczył Sefardi.

Było też trochę samochodów, wśród nich jeden zdezelowany Porsche i dwa smutne Mercedesy. Z innych pojazdów mechanicznych były jeszcze Ople, Mazdy, Renaulty, Fiaty, Fordy i Toyoty, wszystko to przestarzałe modele, jak ze złomowiska. Chlubą wsi były trzy sklepiki z artykułami żywnościowymi, apteka i dom kultury z biblioteką. Z narzędzi rolniczych podróżnik zauważył tylko traktor i kombajn, obydwa do wynajęcia za beznadziejnie niską cenę. Koni było jak na lekarstwo.

– W dobie cywilizacji globalnej, w jakiej żyjemy, zwierzęta pociągowe są przeżytkiem – tłumaczono mu. – Zrozumieliśmy, że w gospodarce zdominowanej przez firmy większe niż państwa, pył, spaliny i bylejakość produktu są normą, a woda źródlana skansenem zamykanym w butelkach plastikowych, bo tak jest najtaniej. To najpewniejszy sposób osiągnięcia dobrobytu i taki stan nam odpowiada.

W rozmowie z Tubylcem, jak nazywano młodego autochtona o urodzie zaspanego aspiranta-farmaceuty, jedyną osobą w okolicy przyznającą się do tęsknoty za zmianą, Sefardi uzyskał ważną informację. Wieś zamieszkiwali głównie intelektualiści, którzy przeszli na emeryturę, rozstając się dobrowolnie nie tylko z pracą, ale także ciekawością świata i ambicjami. Tubylec nazywał ich degeneratami, siebie samego uznawał za banitę.

– Casi ma najwyższy w regionie wskaźnik intelektualistów na emeryturze – wyjaśnił rozmówca. Mimo tego miejscowość duchowo jest wymarła. – Dodał ze smutkiem w oczach skrytych za przyciemnionymi okularami. Zachowywał się jak uciekinier zapomniany przez los.

Na ulicach prawie nie było ludzi, panowała cisza, od czasu do czasu pojawiał się samochód; kierowca zazwyczaj pytał o drogę lub publiczną toaletę. Wyjątkiem były tylko okna, w których tkwiły postacie kobiet i mężczyzn, nieruchome, milczące, podparte łokciami spoczywającymi na parapecie. Były ich dziesiątki, w niedziele i święta może nawet setki. Na ich twarzach malował się smutek i zagubienie. Od tubylca o twarzy zaspanego aptekarza Sefardi dowiedział się, że tylko ludzie młodzi, przelatujący przez wieś jak upiory na rowerach, motocyklach lub w samochodach osobowych, używali smartfony, laptopy, tablety i komputery.

– Przynajmniej wiedzą, co znaczą słowa takie jak SMS, poczta elektroniczna i Skype. – Dodał Tubylec, znikając między zatopionymi w ciszy opłotkami.

*****

Spacer po wsi był przykrością, którą Sefardi nieświadomie sam sobie zafundował. Wieś była martwa, nie w dosłownym tego słowa znaczeniu, ale intelektualnie. Była ruiną. Gdziekolwiek nie ruszył się, wiało przygnębieniem. Marazm opanował wieś jak zaraza i unieruchomił mieszkańców w oknach z głowami obok doniczek z roślinami ozdobnymi. Miał wrażenie, że jest na ukwieconym cmentarzu, gdzie zdjęcia osób już nie istniejących widnieją obok świeżych kwiatów. Swoje obserwacje Mistrz zapisywał w pamięci małego laptopa, który zawsze zabierał z sobą w podróż.

Następnego dnia wyruszył na spacer o brzasku, aby nasycić się kolorami promieni słonecznych igrających kroplami rosy na trawie oraz kryształkami wody misternie ułożonymi na sieciach pajęczyn.

Wracając ze spaceru wędrowiec natknął się na pochód uroczyście ubranych, niemłodych już mężczyzn i kobiet, z ogorzałymi twarzami i oczami i o żywym wejrzeniu. Kilku mężczyzn nosiło sutanny. W nieposkromnionej ciekawości odkrywania świata, Sefardi zapytał ich, kim są i dokąd idą. Odpowiedzieli nierównym chórem, śpiesząc z wyjaśnieniami. Była to starszyzna intelektualna, osoby dojrzałe, z wyjątkiem jednego uczestnika, wyglądającego jak dziecko, z gładkimi policzkami i wyrazem uduchowienia na twarzy. Byli to ludzie różnych profesji, nauczyciele, księża, inżynierowie, rolnicy, biuraliści, funkcjonariusze policji i oficjele wiejskiej społeczności, a nawet wykształcona za granicą sprzątaczka ze znajomością dwóch języków obcych.

– Jesteśmy ludźmi kulturalnymi, lecz bez aspiracji uczenia się i stosowania nowych technologii, komputera, Internetu, Googla i podobnych wynalazków, które uznajemy za fanaberię cywilizacji.

 – Prawdziwe zadupie wiedzy, miejsce zsyłki intelektu, ciemnogród gubernatora Barrasa! – Pomyślał Sefardi z niechęcią, bez chwili wahania, czy ocena nie jest zbyt surowa. Na usta cisnęło mu się pytanie, w jakiej konkretnej sprawie demonstrują. Zaskoczyli go odpowiedzią. Żądali usunięcia nowoczesnej technologii z domu, szkoły i kościoła. Przeszkadzała im, uważali ją za narzędzie szatana. Rozgadali się ucieszeni, że mogą otworzyć usta, aby wyjaśnić komuś swoje niepokoje.

Deszcz wypowiedzi przytłoczył Sefardiego obfitością przemyśleń i obserwacji.

– Internet jest pełen pornografii! To ohydne! Palce nam pogrubiały i trudno jest uderzać w klawisze. Stukanie w klawisze i patrzenie w ekran niszczy umysł. Dzieci tracą pamięć i zdolność koncentracji i przybierają na wadze! Chłopcy przestają grać w piłkę, a dziewczynki bawić się lalkami. Siedzenie przy komputerze wywołuje hemoroidy i zabiera czas, który lepiej poświęcić uprawie ogródka lub zbieraniu grzybów w lesie! Cenię postęp cywilizacyjny, ale technologia mnie przygnębia! – Przekrzykiwali się nawzajem.

Demonstracja wydała się Sefardiemu podobna do konduktu pogrzebowego z ciałem wisielca-samobójcy, którego wszyscy dobrze znali, ale znienawidzili za popełnioną zbrodnię. Stojący przed nim ludzie pozostali w tyle za ogółem społeczeństwa, mimo że reprezentowali potencjał intelektualny wsi. Powiedział im to otwarcie w oczy. Był pewien, że zażądają wyjaśnień. Nic takiego nie nastąpiło. Przełknęli zarzut jak niewinną pigułkę na przeziębienie. Nie mieli do niego pretensji, zapewniali go o tym zgodnie. Poinformowali go też, że większość mieszkańców nie uczestniczy w demonstracji, ponieważ siedzi w oknach. Sefardi pomyślał, że demonstranci to szpica lokalnej społeczności, usiłująca wyrwać się ze szponów marazmu poprzez zorganizowany wysiłek fizyczny na świeżym powietrzu.

Bądź patriotą! Kup książkę Michaela Tequili:  https://tinyurl.com/y895884p lub: https://tinyurl.com/y7cza5nc