Wakacyjno-patriotyczne uniesienia majowe. Cz. 1: Rozmowy przy ognisku.

Krótkie jak senne marzenie wakacje spędziłem w gospodarstwie agroturystycznym; odświeżyły mnie one bardziej niż pół tuzina butelek zimnego piwa chmielowego z Lubelszczyzny. Wieś była tak mała, że na mapie jej nazwa była wielkości łebka od szpilki. Dojazd był zaszyfrowany; mogę zdradzić tylko, że po drodze była stara i nowa gorzelnia, sześćdziesiąt znaków drogowych, trzy ostre zakręty, zielony dach i dwa dęby. Jadąc, aby nie zagubić się, liczyłem domy. Naliczyłem co najmniej trzy.

Na miejscu zastałem szlaban z solidną kłódą i łańcuchem przy wjeździe, a za nimi dobrze utrzymane obejście. Agro było więcej niż turystyki. Wokół sama przyroda; z techniki zauważyłem tylko kilka samochodów osobowych, potem także naczynia kuchenne i siekierę. W centrum posiadłości, usytuowanym na jej początku, stał stuletni drewniany dom, nieco dalej stajnia z drewutnią, a w stajni boksy dla koni wielkości małych boisk. Koni nie było. Właścicielka majątku wyjaśniła, że konie tak się rozbisurmaniły luksusem, że pewnej księżycowej nocy wybrały wolność. Z jej słów wynikało, że koń to zwierzę z nadprzyrodzonymi zdolnościami. Nie głoszę tego powszechnie, bo kościół mógłby się sprzeciwić.

Przed wjazdem do posiadłości znajdował się staw, wyglądał tajemniczo, porośnięty drzewami i pokryty żabim skrzekiem. Żaby dawały bezpłatny koncert.

Mnie się wydało, że słyszałem dźwięk malutkich organów i utwory Haendla, Bacha

i Brahmsa, wyłącznie muzyka poważna, inni, że było to tylko kumkanie, wprawdzie artystyczne, ale nieporównywalne z trzema wielkimi kompozytorami, w dodatku Niemcami, co mogło by nie spodobać się rządowi.

Towarzystwo było nieliczne, ale doborowe. Wkrótce rozpalono ognisko, zaczęło się pieczenie kiełbasek i niesamowite opowiadania. Wszyscy opowiadali o swoich przeżyciach, niektóre z nich tak mroziły krew w żyłach, że poczułem dreszcze. Skojarzyłem to sobie z nagłym oziębieniem atmosfery, nie wiem czy słusznie.

Najciekawiej i najwięcej opowiadał kapitan żeglugi dalekomorskiej, podwodnej i nawodnej oraz rybackiej, obwieszony orderami i medalami. Jak się okazało, był to książę krwi spokrewniony z maharadżą Udaj Singh Dygnijmy z północnych Indii. Potwierdziła to pani, która rozmawiała z kucharzami księcia. Była w księciu zakochana, chciała nawet popełnić samobójstwo, kiedy dowiedziała się, że jest żonaty i ma sześcioro dzieci. Aby odwieść ją od tego strasznego planu, który oprócz jej życia mógłby zrujnować także jego nieposzlakowaną reputację, książę oddał jej najcenniejszy order. Powiedziała, że nosi go nieprzerwanie na sercu, choć jest nieco ciężki i uwiera ją w pierś.

– Kobieta jest zdolna znieść w wszystko – oświadczyła z dumą, wspominając także pewną wybitną kobietę polityczną, prawdziwego męża stanu, która na piersi nosiła niezliczone kilogramy broszek, medalionów i kotylionów.

Panie obecne przy ognisku potwierdziły, że cierpienie jest ulubioną formą rozrywki każdej dojrzałej kobiety, podając liczne przykłady cierpienia, które je uszlachetniło. Wzruszeni mężczyźni nagrodzili to oklaskami; trwałyby one znacznie dłużej, gdyby nie zmęczenie, jakie wzięło górę nad duchowym uniesieniem.

Wśród gości objawiły się też inne talenty. Właścicielka majątku była osobą nie tylko przemiłą, ale tak pracowitą, że okoliczne mrówki uznały, że odbiera im reputację.

– Ona wstaje wcześniej niż my, idzie później spać niż my, i wykonuje w ciągu dnia znacznie więcej pracy niż my! Były wyraźnie rozżalone.

Inna z kolei pani, też osoba niezwykłej dobroci, tak udanie modulowała głos, mimikę i ruchy naśladując znajomego geja, że kiedyś jej powiedział:

– Och! Och! Och! Pani robi to tak cudownie, że wydaję się sobie nieautentyczny. Byłbym jeszcze lepszym gejem, gdybym to potrafił!

Zaproponował jej prowadzenie za dobrym wynagrodzeniem szkoleń dla gejów w zakresie chodzenia, gestykulacji i użycia głosu, ale odmówiła z powodu braku czasu. Nie podobało jej się także to, że proponował szkolenia dla gejów, nie wspominając nawet lesbijek, co było jawnym przykładem dyskryminacji.

Dyskusja zeszła na tory normalności i nienormalności, inności, odmiany i estetyki zachowań.

Większość skłaniała się do tego, że całujące się kobiety wyglądają bardziej estetycznie niż całujący się mężczyźni, co wprowadziło do dyskusji wątek wyborów prezydenckich, którego nie zrozumiałem do końca, ponieważ nie widziałem nawet na zdjęciu całujących się prezydentów, z wyjątkiem św. pamięci tow. Breżniewa, przywódcy Związku Radzieckiego serdecznie całującego w usta św. pamięci tow. Honeckera, przywódcę Niemieckiej Republiki Demokratycznej, gdzie obecni przy ognisku kupowali ciżemki, łyżki wazowe, maszynki do przecierania buraków i podobne rewelacyjne zdobycze kultury materialnej komunizmu.

Była to dyskusja tak wszechstronna, że wszyscy wyszliśmy ubogaceni, jak mówił pewien duchowy purpurat, niższy wzrostem za to wysoki rangą, czemu się sprzeciwiłem i sprzeciwiam, ponieważ należy mówić wzbogacony, a nie ubogacony, skoro prefiks „u” jest umniejszający, choć nie zawsze, jak na przykład umniejszać, uciąć, upodlić, natomiast prefiks „w” jest powiększający, choć nie zawsze, jak na przykład wzbierać, wywyższać. Ktoś podał przykład „wzwód”, co wszyscy podchwycili jako niezwykle trafny, dobitny i życiowy.

Na tym skończyła się dyskusja przy ognisku, robiło się późno i baliśmy się, że w ciemności rozmowy zejdą na bagno, co byłoby niebezpieczne nawet dla osób umiejących pływać. Ponadto mogłoby się to nie spodobać łabędziom i dzikim kaczkom, które tak jak ludzie stanowią część przyrody ożywionej, z wyjątkiem osób nie mających własnych poglądów na rzeczywistość w kraju, która mogłaby być lepsza, a jest taka, jaka jest, czyli kojarząca się z bagnem.

C.d. w przygotowaniu

Wakacje z przeżyciami

Wakacje nie sprzyjają pisaniu. Prawie oduczyłem się obsługi klawiatury komputera, co przejmuje mnie zgrozą. Korzyścią wypoczynku było jednak nasączenie oczu i duszy wrażeniami, bez których nie można nawet marzyć o pisaniu.

Miesiąc wakacji w Polsce poważnie naruszył moje rozumienie świata na odległość. Przed wyjazdem miałem wrażenie, że wiem, co się dzieje w Polsce. Było ono oparte na polskich dziennikach telewizyjnych (odbieranych przez Internet), polskich czasopismach online, rozmowach z ludźmi, którzy wrócili z kraju oraz na kontaktach telefonicznych i skype’owych.

Polska zaskoczyła mnie bardziej niż pozytywnie. W wielu miejscach i sprawach. A niemało podróżowałem: Warszawa, Puszcza Mariańska, Radziwiłłów (odrestaurowany historyczny dworzec kolejowy Kolei Warszawsko-Wiedeńskiej), Skierniewice, Żyrardów, Zwierzyniec (siedziba Roztoczańskiego Parku Narodowego i międzynarodowego festiwalu filmowego), wieś Bagno nad rzeką Wieprz, gdzie pojawiły się od lat niewidziane tam pstrągi, Guciów, Zamość, Gdańsk, Gdynia i Sopot, Kraków, Tarnów oraz liczne miejscowości i miejsca w Bieszczadach włącznie z Soliną.

Starałem się sie zwiedzić i obejrzeć jak najwięcej. A było tego nie mało: wesele, ślub (z czarującą panną młodą i jej równie czarującą siostrą w charakterze świadka), podróż samochodem z Polski centralnej na Roztocze Lubelskie, zwiedzanie nowego stadionu i Targu Dominikańskiego w Gdańsku, kąpiel w Stawach Echo i hodowla koników polskich w Zwierzyńcu, wycieczki rowerowe w różnych miejscach, prywatne muzeum archeologiczne (ze szczątkami dinozaurów!) przy Zajeździe w Guciowie (Tutaj dygresja. Na tamtych terenach żyły dinozaury. Co ciekawe, ich żywe okazy z niemałym trudem wyhodował i wciąż utrzymuje PiS, za co im chwała. Będą one straszyć społeczeństwo w najbliższych wyborach parlamentarnych, aby przekonać do głosowania na partię najsilniej osadzoną w polskiej rzeczywistości archeologiczno-historycznej.), spacer nocą po historycznym Tarnowie, pobyt w przepięknym pensjonacie Harenda (właścicielami są Australijczycy Helen i Ted) w Czarnej w Bieszczadach, gdzie znajdują się stare nieczynne jak i czynne „kopalnie ropy naftowej”, w końcu ciekawa Galeria Barak w Czarnej Dolnej.

Nigdzie nie widziałem owej biedy czy ubóstwa, o której mówią polscy politycy i media, rzucały mi się natomiast w oczy duże i piękne domy, zwłaszcza na obszarach podmiejskich i wiejskich oraz liczne inwestycje prywatne i publiczne. Te ostatnie są hojnie finansowane z funduszy Unii Europejskiej. Niewiele osób w Polsce mówi o tym. Może dlatego, że w charakterze niektórych obdarowanych nie leży wspominanie dobrodziejstwa i długu wdzięczności, który należy się darczyńcom. Wzdłuż tras przejazdów widać co raz most lub wiadukt w budowie. Jednym słowem praca wre na całego. Słusznie jednak czynią ci, którzy narzekają na korki na drogach i rozkopy, ponieważ autostrady i mosty powinny być budowane tak, aby nie utrudniać życia zmotoryzowanym. Czyli niebudowane w ogóle. A może jednak budowane, ale inaczej? Ale jak?

Sprytnie zadałem kilka pytań. Inteligentne odpowiedzi mile widziane.