Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 81: Perypetie z opuchlizną

Sefardi umocnił się w przeświadczeniu o zaangażowaniu Barrasa, kiedy ten zaczął rozpowszechniać pogłoskę, że uczulenie Sefardiego nasila się, kiedy źle myśli i mówi o osobach znanych i zasługujących na uznanie za swoją działalność społeczną lub polityczną. Ktoś zasugerował Sefardiemu, że chodzi o związek psychosomatyczny, jaki tkwi w jego organizmie. Mistrz postanowił zapytać o to lekarza. Okazał się on zwykłym konowałem. Nie poznał się na chorobie, albo też, śpiesząc się przyjąć następnego pacjenta starał się zbyć Sefardiego, gdyż nic mu nie wyjaśnił. Zapisał mu tylko leki. Nie przyniosły mu one ulgi ani poprawy. Wobec braku pozytywnej reakcji organizmu, rozczarowany Mistrz postanowił sam stawiać sobie diagnozy i sprawdzać je po kolei. Wymagało to czasu. Po wyczerpaniu cierpliwości mniej więcej po tygodniu, Sefardi udał się do innej przychodni, tym razem specjalisty od ust. Był to okres, kiedy lekarze specjalizowali się już w pojedynczych organach ciała, ręce, nodze, uchu, ustach, a nawet grubym palcu prawej stopy.

Po drobiazgowym zapoznaniu się z historią choroby, lekarz zalecił pacjentowi przeprowadzenie kosmetycznej operacji poprawy kształtu ust. Zabieg był bolesny i wyłączył Sefardiego z życia publicznego na kilka tygodni. Po wygojeniu się blizn okazało się, że efekt operacji jest nienadzwyczajny. Wargi nadal były powiększone. W dodatku pojawiły się podejrzenia, nawet ze strony przyjaciół, że Sefardi chciał się „upiększyć” podobnie jak kobieta. W sprawie wypowiadał się także Wiktor, żartując na temat botoksu i chęci odmłodzenia się Sefardi. Bezsensowne, a zarazem przykre podejrzenia i komentarze wyprowadziły Sefardiego z równowagi. W obronie własnej wymyślił sposób kompromitowania plotkarzy i ich pomysłów. Twierdził, że opuchlizna to charakteryzacja do roli w filmie science-fiction, w którym gra kosmitę gromadzącego energię w wargach. Efekt kontrofensywy zaskoczył Sefardiego; wiele osób uwierzyło w jego rolę w filmie i z powagą zadawało mu pytania na ten temat.

Niezrozumiała i uparta opuchlizna warg doprowadziła w końcu do najgorszego: Barras rozpętał kampanię oszczerstw przeciwko Sefardiemu. W krzywych zwierciadłach na Plaza Central pojawiły się nowe, jeszcze bardziej karykaturalne wizerunki Sefardiego. Obok starych luster zaczęto instalować nowe, bardziej nowoczesne, zasilane energią z paneli słonecznych. Burmistrz tłumaczył inwestycję potrzebą rozjaśnienia miasta wykorzystując energię odnawialną. Rozbudowy sytemu luster zaniechano dopiero wtedy, kiedy okazało się, że ściągają one owady, które rozbijając się tysiącami o nagrzaną, błyszczącą powierzchnię, zanieczyszczają ją i wywołują zabójczy fetor.

*****

Puchnięcie warg powoli zmniejszało się. Lekarz nie wiedział, kiedy spuchlizna ostatecznie ustąpi, co gorsza, nie dawał gwarancji, że zniknie ona w ogóle. Nie wiadomo, co podejrzewał, gdyż wciąż zlecał wykonywanie dodatkowych badań. Najgorsze było to, że pojawiły się nowe plotki, że Sefardi prowadząc hulaszczy tryb życia zaraził się nieznaną, niebezpieczną chorobą. Sefardi dementował je, nazywał je bzdurami wyssanymi z palca lub wziętymi z sufitu.

Isabeli nie widział od dawna. Kiedy rano jak zwykle przyniosła mu herbatę, wyglądała jak ibis. Miała na sobie czerwone szpilki na wysokim obcasie, cienkie jedwabne pończochy z pionowym motywem roślinnym, wymyślny kapelusz oraz suknię o fakturze i kolorze upierzenia szkarłatnego ibisa. Przypominała go sylwetką, detalami ubioru i sposobem poruszania się: mocne nogi, dojrzałe jakby zdziwione oczy ostrożnego ptaka, gotowego odlecieć w każdej chwili unosząc ze sobą niezwykły majestat. Zwisający z szyi gruby wisior wyraźnie przypominał charakterystyczny długi dziób ptaka. Gospodyni wyglądała tak dziwnie i wyzywająco, że Sefardi skojarzył ją sobie z kurtyzaną. Myśl była tak obraźliwa, że zawstydził się.

Isabela była uroczysta i małomówna.

– Idę dzisiaj do kościoła – poinformowała, po czym zawahała się, zmieszała i zamilkła. Oboje milczeli, zażenowani niezręcznością sytuacji, choć nie było w niej nic żenującego. – Potem idę na przyjęcie – dodała, jej policzki zaróżowiły się.

Sefardi miał wrażenie, że chce mu jeszcze coś wyznać, podzielić się czymś, co ją męczy, ale milczała. Czuł się podobnie. Chciał jej powiedzieć, że wygląda uroczo, fascynująco, rewelacyjnie. Nawet jedno słowo nie przeszło mu przez gardło. Zabrzmiałoby to tak, jakby chciał jej się oświadczyć. Poczuł się zagubiony.

O puchnięciu warg Izabela wiedziała od dawna, ale bagatelizowała problem.

– Czy warga to taka ważna część ciała? – Pytała, przyglądając mu się z nieukrywaną powagą. – Sama mam wydatne wargi i nawet to sobie chwalę. Co do pana, to jest coś gorszego. Ktoś szerzy pogłoski, że ma pan chorobę weneryczną. Ja osobiście w to nie wierzę, ale moi znajomi tego nie wykluczają. – Podsumowała z niesmakiem.

Kiedy opuściła pokój, Mistrz powiedział sobie półgłosem: – Tak. Zdecydowanie przypomina ibisa. Nie był pewien, dlaczego uznał to za ważne. Coś błądziło mu po głowie, jakieś dalekie pragnienia, rajski ogród wypełniony zapachem konwalii snującym się między kwitnącymi drzewami.