Wiadomości ze świata i z domowego podwórka

Są krótkie, ale rzeczowe. Telewizja, taka i siaka, jak to telewizja, transmitowała kalejdoskop wiadomości. O demonstracji frankowiczów przeciw kłamstwom polityków i bankokracji, Kamilu Stochu skaczącym ponad 250 metrów (serce mi skoczyło aż do gardła), oponom samochodowym przeciw reformie edukacji, dniu wolności na Białorusi, protestom przeciw korupcji w Rosji (podobno prezydent Putin zdziwił się, że są takie protesty, protestując słowami: „U nas nie ma korupcji!” i dodatkowym zdziwieniem, że ktoś mógł pomyśleć inaczej).

Wiadomość o „Marszu dla Europy” przerwał ptaszek, dokładniej ptak, tęgawy, wyfraczony, uśmiechnięty, cały żółty jak kanarek (tylko od dołu, gdzie nóżki, czarny jak wrona) kroczący po dywanie, chyba pijanym, bo był rubinowy jak wino zamiast być czerwony jak maliny. Zdziwiłem się, kiedy powiedziano, że to pani premier. – Zapytałem się:

– Jaka?, a potem: Czyja? – Tak byłem zdezorientowany.

Rozpoznałem ją dopiero wtedy, kiedy rozłożyła skrzydełka, czyli ramionka (mówiąc bardziej anatomicznie, po ludzku) i uśmiechnęła się słonecznie, jak to ona, niby nic, do wroga, Tuska, szczerząc zęby, czyli dziubek, bo kanarki – jak podaje encyklopedia, choć trudno w to uwierzyć – zębów nie mają.

Bardzo ją lubię, znaczy się, panią premier. W momencie uśmiechu i unoszenia skrzydełek polubiłem ją jeszcze bardziej, ponieważ tylko chwilę zawahała się, podpisać czy nie podpisać. Chodziło o jakiś cyrograf, chyba rzymski, jak zrozumiałem, o Europie idącej w jednym kierunku.

Pani premier przez chwilę szła w przeciwnym kierunku, kiedy zauważyła kierunkowskaz (trzymał go tęgawy, niezbyt wysoki, siwy, poważny pan, nie wiem, jakiej narodowości, bo teraz kierunkowskazy i populizm są wszędzie) i zawróciła, i poszła razem z innymi w tym samym kierunku. Bardzo mnie to ucieszyło, bo sam nie lubię chodzić pod prąd (zwłaszcza, jeśli ma 220 woltów lub więcej).

Tak mi się to napisało, niezbyt składnie, chyba gwoli rozrywki, bo głowa mnie rozbolała od nadmiaru wiadomości.

PS. Te same teksty publikuję także na  http://www.wiadomosci24.pl/moje_trzy_grosze/ 

Zachęcam do zakupu:

Michael Tequila: Sędzia od Świętego Jerzego. Powieść.
Michael Tequila: Klęczy cisza niezmącona. Zbiór poezji. Nowe wydanie.
Michael Tequila: Niezwykła decyzja Abuelo Caduco. Humoreski i inne opowiadania. Zapowiedź: kwiecień 2017.

Recenzje i opinie na górnym pasku menu – kliknij przycisk: Powieści i Poezje.

 

Spór o Maltę. Czy pan Prezydent jest dobrym człowiekiem?

Zanim odpowiem pytanie przytoczę wypowiedź Nadieżdy Krupskiej, bardzo bliskiej Leninowi (żonaty podobno nie był, czyli żył w konkubinacie, „na kocią łapę”, a w urzędowym języku australijskim „w związku partnerskim” czyli „de facto”).

– Dziennikarz zapytał panią Nadieżdę: Czy towarzysz Lenin jest dobrym człowiekiem?

– Oczywiście, że tak. – Odparła bez wahania, niezwykle silnie przekonana o dobroci towarzysza Lenina.

– Czy towarzyszka mogłaby to zilustrować jakimś przykładem?

– Z przyjemnością. – Odparła de facto towarzysza Lenina.

– Byliśmy kiedyś na urlopie, na daczy. Było bardzo spokojnie, towarzysz Lenin stał przy otwartym oknie, golił się. W ręku miał brzytwę. Za oknem dzieciaki strasznie wrzeszczały.

– No i…

– No i mógł je wszystkie zariezat, a nie zariezał. (Przypisek tłumacza: zariezat znaczy zarżnąć).

– Oczywiście, że był dobrym człowiekiem. – Powtórzyła z przekonaniem Nadieżda Krupska.

Unia Europejska ustaliła spotkanie na szczycie z państwami afrykańskimi na Malcie w dniu 12 listopada 2015 roku jeszcze w maju 2015. Pan Prezydent Duda wyznaczając pierwszą sesje Sejmu na dzień 12 listopada, mógł wyznaczyć ją na inny dzień, na przykład 10 listopada (wtorek), 13 listopada (piątek), 16 listopada (poniedziałek). Mógł, a nie wyznaczył.

Na pytanie, czy pan Prezydent jest dobrym człowiekiem, Nadieżda Krupska odpowiedziałaby z przekonaniem: – Oczywiście, że jest. Mógł wyznaczyć sesję na inny dzień, ale nie wyznaczył.

Zastanawiającym się, czy rząd zawiadomił Pana Prezydenta o spotkaniu na szczycie Rady Unii Europejskiej w dniu 12 listopada odpowiem krótko: Jeśli Kancelaria Pana Prezydenta nie widziała o tej dacie bez zawiadomienia z czyjejkolwiek strony, to Pan Prezydent powinien rozpędzić tę kancelarię na cztery wiatry, a następnie posypać sobie głowę popiołem z żalu, ze to on sam wybrał i zatrudnił takich kancelistów. To tak, jakby wójt organizując wielką imprezę wiejską w jedynym domu kultury we wsi w dniu 12 listopada nie sprawdził, czy tym dniu sala jest wolna.

Dyskutując te sprawę w Australii, usłyszałoby się pytanie: – Czy, rozsądnie rzecz biorąc, wójt (prezydent) powinien o tym wiedzieć? I nie ma znaczenia, że nie wiedział, ale czy rozsądnie rzecz biorąc powinien wiedzieć (gdyż każdy ma obwiązek wiedzieć o rzeczach prostych, o których wiedzą wszyscy rozsądni ludzie). Podobnie brzmi zasada, że nieznajomość prawa nie zwalnia z odpowiedzialności.

– Pan Prezydent jest dobrym człowiekiem. – Powiedziałaby Nadieżda Krupska.

Polska. Nieliczni zbuntowani. Część 1.

Tytuł blogu jest zmodyfikowanym zapożyczeniem z książki: „Indie. Miliony zbuntowanych.” autorstwa V.S.Naipaul’a, rzeczy godnej czytania i przeczytania. Jeśli ktoś ma choć cień wątpliwości, że życie w Polsce jest dobre i dostatnie, to po przeczytaniu tej książki dozna oświecenia i zacznie całować się po nogach z radości, że mieszka w tym kraju. Ja robię to od dawna, choć mieszkałem w Australii.

images (1) Podróże.Onet.pl Indie

 

 

 

 

 

Do wyrzucenia z siebie wszystkiego, co dobre i co złe, a zła jest wiele, gdyż jest ono oburzeniem na to, że świat nie jest taki, jak chciałbym, aby był, skłonili mnie synowa Pudźiarego, rozmowa z Czytelnikiem oraz moje własne zbuntowane ego.

Synowa Pudźiarego poinformowała mnie, że Premier Tusk mówił o znaczeniu i możliwościach objęcia przez Polaków wysokich stanowisk w Unii Europejskiej. Tekst wypowiedzi podobno nie był skomplikowany, tym niemniej nie miała ona wątpliwości, że nie zostałby zrozumiany przez więcej niż 10 procent polskich obywateli. Chyba wie, co mówi, bo jest nauczycielką, osobą świadomą procesów myślowych zachodzący w jej głowie i wielu innych. Ma do czynienia z dziećmi i rodzicami. Uparłem się razem z nią, że to założenie jest prawdziwe.

Wkrótce, jak po podsłuchu, zjawił się na skrzydłach Czytelnik, Czytelnik I i Czytelnik II, zapewne jeden, ale w trzech osobach i dodatkowo sprowokował mnie do niechętnego podsumowania, jacy jesteśmy jako społeczeństwo. Nie wypadło to dobrze.

Jesteśmy zbiorem mieszanym ludzi dojrzałych jak i prostaków, prawdopodobnie ani lepsi, ani gorsi od innych nacji. Z analiz specjalistów wynika, że wielu ludzi w Polsce czyta, jeśli już zdobędzie się na ten wysiłek (i nie chodzi tu o ulotkę o świeżych produktach piekarniczych, lecz coś bardziej znaczącego) i nie rozumie tego, co czyta. Nie znaczy to, że się nie wypowiadają, wręcz przeciwnie. Wszyscy mówią jak najęci. Ja jestem raczej wyjątkiem, bo głównie piszę (co nie znaczy, że nie nawiedza mnie od czasu do czasu pierwsza przypadłość).

Jest to wątpliwe dobrodziejstwo demokracji. Wszyscy jesteśmy równi i wszyscy jesteśmy wolni. Możemy myśleć, mówić i pisać, co nam ślina na język przyniesie. Prawda jest prosta. Z myśleniem jest źle, z pisaniem jest już trochę lepiej, bo podobno dzisiaj piszących jest więcej niż czytających, z mówieniem jest najlepiej. Wystarczy trochę śliny, która jest smarem czyli substancją do oliwienia poruszających się mechanizmów, język, który służy artykułowaniu mowy (rzadziej jej finezyjnemu smakowaniu) oraz oczy wzniesione w górę, nie w kontemplacyjnej szczerej modlitwie, lecz w poszukiwaniu pomocy Najwyższego w doborze odpowiednich słów. Myśli, stojących za słowami, nie ma potrzeby dobierać, gdyż same pchają się ku wyjściu jak słoma w sieczkarni.

C.d. nastąpi jak amen w pacierzu.

Ekspresowa kronika wypadków

Kolejna odsłona Teatru Ambicji, Niepowodzeń i Wzajemnych Oskarżeń zasługuje na dozę satyrycznego okrucieństwa. Wydarzenia rozwijają się jak w rosyjskiej ruletce. Nikt nie wie, kto będzie następną ofiarą. Posłowie przemykają się pod ścianami, niektórzy wynajmują goryli, inni przebierają się za postacie historyczne. W zmrokach kryją się przywódcy, duchy i przywidzenia.

„Jarosław” Pawlak wystąpił w roli watażki. Ubrany w garnitur uczestnika walk wschodnich dramatycznie wyznał, że nie pozwoli sobą szargać i zagroził śmiercią przez uduszenie Ministrowi Sienkiewiczowi, jeśli premier Tusk nie spełni warunków okupu. – Nie będę głosować w sprawie Sienkiewicza. Nazwisko historyczne, ale co za język! – Był zły. Zwołał posłów PSL w podziemiach i wezwał Premiera Tuska, aby niezwłocznie przybył. Ten nie tylko, że przybył, ale także obiecał złote góry, aby uratować szyję skatowanego podsłuchem Ministra Sienkiewicza. Widziano go, jak masował ją z lubością po ogłoszeniu wyroku uniewinniającego.

Korwin-Mikke okazał się w rewelacyjnej formie. Zapowiadała to już muszka poruszająca się żywiej na grdyce. Rano, skoro świt, przyłożył w twarz posłowi Boniemu. – Dlaczego pan to zrobił? – Pytali zmartwiali z podziwu dziennikarze. – Nie znoszę, kiedy ktoś rano mówi mi „Dzień dobry”. Poseł wykazał styl i opanowanie. Również Poseł Boni, który po chrześcijańsku wybaczył koledze i wystawił drugi policzek. To był gest. Podobno obydwaj zapowiedzieli dalsze występy.

Poseł Bury wrócił ze spowiedzi i od razu przebaczył CBA akt przeszukiwania akt w jego biurze. Potem namawiał innych posłów, aby też poddali się rygorowi przesłuchania. To bardzo odświeżający akt. – Stwierdził. Uznałem to za akt rozsądnego politycznego masochizmu.

Były buntownik Gowin, po rozmowie z Jarosławem Kaczyńskim, przemówił jeszcze cichszym głosem. Elegancja jego ubioru nie szła w parze z głosem. Znający głośną jowialność i rubaszne zachowania posła od razu to zauważyli. – Będę musiał oddać głos do naprawy. –Wyjaśnił buntownik szeptem. Ledwie mnie słychać. Nie spieszę się jednak, ponieważ sytuacja ma swoje plusy. Nie mogą mnie nagrywać.

Jarosław Kaczyński nie tylko, że drugi raz nie przytulił Ziobry, ale odmówił mu nawet rozmowy na tematy intymne. Oznacza to koniec narzeczeństwa, które zapowiadało się tak obiecująco. Jarek wytypował się dziś na przyszłego premiera. Wiedzą o tym na razie tylko dwie osoby. Przyszły Premier organizuje w tym celu pospolite ruszenie na Obecnego Premiera. Zbiera już do kupy wszystkie leworęczne i praworęczne partie polityczne, a także organizacje społeczne, kluby fitness, zrzeszenia producentów samosiejek i radykalne organizacje feministyczne. Gejów nie zaproszono. Przez pomyłkę zaproszono natomiast PO, za co rzecznik PiS zwymyślał ich od łajdaków. Dzisiaj wieczerzowe spotkanie w Warszawie pod hasłem „Ostateczne Zjednoczenie Prawicy”.

Moja wiara w talent pojednawczo-integrujący Jarosława Kaczyńskiego jest bezgraniczna. Wszystkim wątpiącym daję pisemną gwarancję, że zjednoczenie prawicy nastąpi jak amen w pacierzu. Nie wiem tylko kiedy. Bookmacherzy firmy „Michael Tequila” przyjmują zakłady.

 

Krótka kronika wydarzeń sejmowych

W Sejmie i poza Sejmem dzieją się rzeczy tajemnicze. Wydarzenia mają charakter okultystyczny, zaobserwowano też przypadki szamaństwa. Na pierwszy ogień poszedł Jan Maria Rokita wyrzucony z Platformy Obywatelskiej za niedobór składek członkowskich w kwocie 22 zł i 32 gr. Nie była to suma imponująca, ponieważ JMR cieszył się w PO statusem emeryta, nisko opłacanego wykładowcy oraz pokątnego pisarza.
Historia Jana Marii Rokity jest owiana grozą. W PO szerzy się ostatnio kult jednostki i JMR został uznany za niebezpiecznego dysydenta, podkopującego morale jej najwyższego wodza. Ustalono ponad wszelką wątpliwość, że JMR nocami skradał się pod pomniki wystawione na część Donalda Tuska i malował na nich obsceniczne hasła i obrazy. Pomagał mu w tym niższy wzrostem mężczyzna, którego tożsamości nie ustalono, a którego nienawiść do Tuska przerosła nawet najwyższe polskie topole. W ramach kontrakcji Komórka Specjalna PO przygotowała kopertę z DDT, aby podesłać dysydentowi. Jednakże Donald Tusk, którego wizerunek jest ostatnio kształtowany przez spin-doktora importowanego z Chin, uznał, że nie można na tyle ufać Poczcie Polskiej, aby skorzystać z ich usług w kwestiach delikatnej materii.
Zawsze może znaleźć się jakiś, który z zemsty za niskie wynagrodzenie oraz obgryzanie mu łydek przez psy, zabierze kopertę do domu i nieszczęście gotowe – zawyrokował i skinięciem ręki odesłał kopertę i pomysłodawcę w miejsce, na które słusznie zasłużyli. Nazwa tego miejsca pozostaje nieznana.
Historia JMR jest równie bogata jak tragiczna i wiąże się poświęceniem małżeńskim, który przerosło ludzkie miary. Janek odszedł z PO z powodu szalonej miłości do żony, którą niezaspokojone małżeńskie i macierzyńskie uczucia rzuciły w szeregi PiS z siłą huraganu targającego niewinnym ptasim piórkiem.
Przecież ktoś musi pomóc temu biedakowi – oświadczyła publicznie żona Janka przed podpisaniem deklaracji o lojalności wobec Najwyższego Wodza PiS. Mówiąc „biedaku” oczywiście miała na myśli naszą jedyną w europejskiej polityce pomnikową postać.
Piszę stanowiska i tytuły dużymi literami, ponieważ kult jednostki w PiS jest dłuższy niż w PO i ma masywne korzenie. W PiS-ie dysydenci skazani są na ostracyzm (słowo brzmi fatalnie, ale słusznie należy się odszczepieńcom od nieomylnej wiary Jarosława Kaczyńskiego) tak głęboki, że mało kto w Sejmie już ich rozpoznaje. Poza Sejmem to nawet ich cienie rozpuściły się we mgle zapomnienia intensywniejszej niż odór nepotyzmu i afer politycznych. Nazwisko „Ziobro” pamiętam już tylko ja i tylko dlatego, że parając się dramatopisarstwem i wiadomościami z salonów politycznych skrzętnie notuję nazwiska i odświeżam w pamięci częstym powtarzaniem. Repetitio est studiorum mater.
Siłą odrywam prawą dłoń od klawiatury komputera, aby większa dawka relacji nad losem zagubionych polityków nie okazała się zabójcza dla czytelników. Od czasu, kiedy mój blog opuściła moja żona, rodzina i przyjaciele, pozostali mi już tylko wierni Czytelnicy w liczbie 750 subskrybentów i nieznanej liczby wolontariuszy. Umocnię się w moim uwielbieniu dla nich zawołaniem wszystkich prezydentów amerykańskich oraz niektórych matek australijskich: I love you!