Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 99: Zamach

W trakcie przemówienia, dwie lub trzy minuty po jego rozpoczęciu, nastąpiło nieoczekiwane zdarzenie. Z samochodu wysiadło trzech mężczyzn w czarnych kombinezonach i kominiarkach na twarzy i zanim ktokolwiek zorientował się, co się dzieje, padły strzały z pistoletów maszynowych. Wybuchła ogromna panika. Uczestnicy wiecu, znajdujący się najbliżej samochodu, pierwsi rzucili się do ucieczki odpychając na boki służbę ochrony i innych uczestników. Stadny instynkt ucieczki spotęgował przerażenie wywołane strzelaniną.

Rozpętało się piekło. Pierwszym celem napastników był gubernator, który zaskoczony stał nieruchomo na trybunie wiecowej przypominającej wielki pomost. Strzały oddane w jego kierunku okazały się niecelne, co dało ochroniarzom czas na osłonięcie gubernatora własnymi ciałami. Terroryści przeładowali magazynki i zaczęli ponownie strzelać w kierunku gubernatora otoczonego już ludźmi. Strzelali do nich jak do kaczek, a ci padali na deski platformy niby snopki uderzane potężnym wiatrem. Nie czuli bólu, nic nie czuli, tylko uderzenia kul. Ofiar byłoby znacznie więcej, gdyby nie decyzja dowódcy ochrony osobistej natychmiastowej ewakuacji gubernatora z platformy.

Zanim to nastąpiło, zdarzyła się rzecz nieoczekiwana. Gubernator Blawatsky zachował się jak rozkapryszone dziecko, któremu odmówiono ukochanej zabawki; zaczął tupać, strasznie krzyczeć, potem wyć nie tyle z przerażenia, ile z wściekłości, że uniemożliwiono mu dokończenie przemówienia, do którego przygotowywał się od długiego czasu z niezwykłą starannością. Twarz rozciągnęła mu się spazmatycznie w osobliwym, małpim grymasie, a z gardła wydobył się nieludzki skowyt. Jego zachowanie było szokujące, dziwne i straszne zarazem. Ktoś nagrał te scenę telefonem komórkowym z bliskiej odległości, jakby specjalnie było to reżyserowane. Niespełna godzinę później jedna ze stacji telewizyjnych przerwała dziennik, aby pokazać nagranie. Tego samego dnia było ono transmitowane i retransmitowane przez wszystkie krajowe i wiele zagranicznych stacji telewizyjnych.

Szokujące zachowanie gubernatora obejrzeli wszyscy obywatele Nomadii. Nie było nikogo, oprócz osób głuchych, niewidomych i pomylonych, którzy by tego nie zrobili. Mimo współczucia, jakie z powodu terrorystycznego ataku mieli dla niego mieszkańcy kraju, jego zachowanie uznano za kompromitujące. Pojawiły się głosy, że gubernator wiedział lub przynajmniej domyślał się, że terroryści zechcą zrobić zamach w czasie wiecu, ale nie podjął środków zaradczych. Był to drugi powód jego kompromitacji.

Prawdziwe rewelacje pojawiły się kilka godzin później. W trakcie strzelaniny nikt nie zauważył, co naprawdę dzieje się na placu wiecowym. Domniemani terroryści strzelali do ludzi, ale kulami gumowymi. Nikt nie zginął ani nie został ranny. Jak na filmowej egzekucji napastnicy rozstrzeliwali przede wszystkim materiały propagandowe i reklamy partyjne: transparenty, flagi, bilbordy, zdjęcia, banery, wielkie afisze i małe kolorowe ulotki. Pod trybuną eksplodowały ładunki wybuchowe; efektem był jedynie przerażający huk i bryzgi czerwonej farby a nie ofiary w ludziach i szkody materialne.

Był to przedziwny zamach, zupełnie niezrozumiały dla przeciętnego obywatela, a nawet dla reportera czy choćby uważnego obserwatora. Na wiecu obecni byli tylko uczestnicy spotkania porażeni śmiertelnym strachem o własne życie. Powietrze rozdzierały krzyki nieszczęśników, którzy znaleźli się na drodze uciekającego tłumu. Następnego dnia okazało się, że były tylko dwie osoby poważniej – choć bez zagrożenia życia – poturbowane w trakcie ucieczki, ponieważ służby porządkowe były dobrze przygotowane do ewakuacji ludzi na wypadek nieprzewidzianych okoliczności. Każdy sektor miał odrębną drogę ewakuacji w innym kierunku, tak że odbywała się ona w sposób raczej bezkolizyjny. Po przesłuchaniach świadków okazało się także, że sami napastnicy wskazywali uciekającym właściwy kierunek ewakuacji. Nikt nie zorientował się od razu, że dzieje się coś dziwnego, ponieważ byli oni ubrani tak samo, jak regularna służba ochrony wiecu.

Pod koniec niezwykłych zdarzeń nad trybuną pojawił się helikopter, obniżył lot do wysokości kilkudziesięciu metrów, rozrzucił ulotki, po czym ktoś zaczął z niego strzelać w dół w kierunku trybuny. Z grubych desek posypały się drzazgi; żadna z osób tam się znajdujących nie poniosła jednak uszczerbku, czego nikt nie zauważył w ferworze strzelaniny i eksplozji materiałów wybuchowych. W chwili, kiedy zamarł huk oddalającej się maszyny, dały się słyszeć słowa płynące z głośników wiecowych zainstalowanych na metalowych słupach:

– Mówi przewodniczący rewolucji o lepsze jutro. Barras, ty satrapo! To jest twój pogrzeb, twojej partii i twojej ideologii! Bóg i naród odwrócili się od ciebie! Przegrałeś łajdaku!

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 21: Konspiracja

Podejmując się stworzenia hybrydy konia i człowieka członkowie Frontu Wyzwolenia Koni nie od razu zdali sobie w pełni sprawę z niebezpieczeństw, jakimi to groziło. Nikt w kraju nie zaakceptowałby takiego projektu, ani kościół, ani rząd, ani obywatele. Było to wyzwanie rzucone ludziom i Bogu, stworzenie istoty nieistniejącej w przyrodzie, która z łatwością mogła być uznana za większe nieszczęście niż zaraza czy bomba atomowa. Była ona dlatego przerażająca, że przewyższała człowieka: równie inteligentna jak on, a może i inteligentniejsza, lecz dużo silniejsza, bardziej wytrwała i posiadająca instynkt, rodzaj intuicji zwierzęcej, słabo rozwiniętej u człowieka. Już sam wygląd takiej istoty wystarczyłby, aby ludzie ją odrzucili.

Ekoanarchiści wierzyli jednak w konioczłowieka i za żadne skarby nie odstąpiliby od swojego zamysłu. Myśleli tylko intensywnie, jak ograniczyć ryzyko, że ktoś mógłby odkryć ich tajemnicę i zniszczyć laboratorium, ich samych, w końcu także wytwór ich marzeń i wyobraźni. Bali się przede wszystkim rządu, wrogiego koniom jak i anarchistom, którzy z zasady sami byli wrogami państwa i władzy. Konspiracja stała się imperatywem.

Na początku były to nieudolne poczynania, amatorszczyzna oparta na zasadzie, róbmy to, co komu przychodzi go głowy, co wydaje się słuszne, aby się chronić. Potem przyznali, że zachowywali się jak rozbrykany źrebak, któremu do łba przychodzą myśli świeże i nieuporządkowane jak trawa rosnąca pod ławką, gdzie nikt jej nie depcze, żaden pies nie obsika i gęsi nie wyskubują.

Na pierwszy ogień poszła firma. Nazwę „Laboratorium” ścięto do podstawy pozostawiając tylko „Labo”. Tak było krócej i poręczniej. W drugiej kolejności poskracano imiona pracowników lub zastąpiono je pseudonimami, przestano też używać nazwisk. Każdy pracownik laboratorium miał swoją ksywę. Praktyka brania pod nóż imion, nazwisk, laboratorium i jego części organizacyjnych, a potem także czynności i wszystkiego, co dawało się zakamuflować, ukryć przed obcymi oczami, nie było żadnym widzimisię lub fanaberią kierownictwa, ale bezwzględną koniecznością. Było to coś poważniejszego niż mydlenie oczu, gra pozorów i robienie zmyłek.

Bardzo szybko stało się oczywiste, że sprawami bezpieczeństwa musi kierować osoba doskonale znająca zasady konspiracji, z doświadczeniem zdobytym w wojsku, policji, wywiadzie lub ochronie osobistej.

Inicjatywę przejęła Niotse. Miała szczęście. W szeregach członków klubu znalazła wysokiej rangi wojskowego, pułkownika, będącego od członkiem klubu ekoanarchistów. Ujawnił się dopiero wtedy, kiedy ogłosiła, że poszukuje specjalisty do spraw bezpieczeństwa.

W klubie nikt nie miał pojęcia o jego kwalifikacjach, ponieważ z nikim o tym nie rozmawiał. Zachowanie tajemnicy było dla Niotse najlepszą rekomendacją; z miejsca uznała pułkownika za właściwego człowieka. Od razu ustalili dla niego pseudonim Aaron. Nikt nie miał prawa znać jego prawdziwej roli ani tożsamości, Aaron oficjalnie podawał się za asystenta Niotse.  

Miało to miejsce już po tym, jak Front Wyzwolenia Koni nabył połowę udziałów kapitałowych Laboratorium i wszyscy członkowie Frontu stali się automatycznie jego pracownikami.

Niotse przedstawiła sytuację jednoznacznie, aby nikt nie miał najmniejszego złudzenia, w co jest zamieszany.

– Im świat wie mniej o nas, tym lepiej. Tak naprawdę, to nic nie może o nas wiedzieć. To, co robimy, to coś więcej niż bomba atomowa. Chodzi o stworzenie żywej istoty łączącej w sobie dwa gatunki, konia i człowieka, hybrydy, która zapobiegnie dalszej dewastacji przyrody i zniknięciu konia jako gatunku. Człowiek jest najbardziej inteligentnym zwierzęciem na świecie, ale najbardziej niebezpiecznym, koń jest nie tylko niezwykle użytecznym, zwierzęciem, ale i najmniej agresywnym biologicznie, ponieważ w minimalnym stopniu zużywa zasoby naturalne. Konioczłowiek to nasz ratunek. Praca nad nim jest nie tylko nielegalna, ale i niebezpieczna; jest prawie samobójstwem. Dlatego musimy otoczyć ją kompletną tajemnicą. Od tej chwili obowiązuje nas totalna konspiracja. Możemy ufać tylko sobie nawzajem. Gdyby ktoś z nas świadomie zdradził naszą tajemnicę, może być pewny, że tego nie przeżyje – Niotse wypowiedziała tylko raz te słowa, nie musiały być one powtarzane, ponieważ weszły natychmiast w krwioobieg wszystkich działań firmy.

Pierwszym zadaniem Aarona było gruntowne sprawdzenie życiorysów wszystkich pracowników.  

– Twój życiorys, Niotse, też sprawdzę. Nie myśl, że twoje stanowisko zwalnia cię od tego obowiązku. Możesz też sprawdzić mnie, jeśli sobie życzysz –  poważnie zaproponował mężczyzna.

Dwóch członków klubu nie przeszło weryfikacji. Nigdy się o tym nie dowiedzieli. Laboratorium zmieniło siedzibę i znikło z ich pola widzenia. Dwójka przestała otrzymywać zaproszenia, nie miała pojęcia, gdzie, kiedy i czy w ogóle spotkania odbywają się. Pozostałych członków organizacji poproszono, aby zerwali z nimi wszelkie kontakty.

Tego wieczoru młodsi pracownicy Laboratorium tańczyli do rana wokół ogniska. Tańce były wymyślone, pląsawica końska i różne inne nazwy, przeważnie biologiczne, także sprawy niewypowiedziane. Bawili się jak dzieci, trzymając się za ręce. Ktoś przyniósł narkotyzowany napój „Perswazja” i częstował szklaneczkami małymi jak naparstek. Nie czuli wyrzutów sumienia, że piją, gdyż przebaczenie spływało na nich falami żywicznego dymu z tlącej się na ognisku gałęzi sosny dziwnej w kształcie i zapachu. Zabawą unicestwiali własne urazy złego traktowania przez podłych ludzi oraz niezaspokojoną tęsknotę za światem idealnym, w którym także konie mają znaczące miejsce. Do namiotów rozchodzili się dopiero nad ranem. Pomogło im w tym zmęczenie i biała mgła, zniechęcając do dalszej aktywności.

Udając się na spoczynek widzieli namioty pokryte przezroczystymi kroplami rosy, zapowiadającymi promienie słońca. Ktoś powiedział na głos:

– Mamy cholerne szczęście, że znaleźliśmy rozwiązanie nie łączące się z okrucieństwem, terroryzmem i bezprawiem walki o słuszną sprawę. Nie znoszę przemocy.

 

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 7: Dziwne widzenia dowódcy straży

Uwaga: Ten tekst zastępuje poprzedni fragment powieści, który został usunięty.

Dowódca straży parlamentarnej przeżywał najgorsze dni swojego życia. Społeczeństwo Nomadii przygotowywało się już do letnich wakacji, kiedy nastąpiło wydarzenie, które wstrząsnęło opinią publiczną, a jego dotknęło osobiście. Przyćmiło ono wszystkie inne zdarzenia, spór w sprawie inżynierii genetycznej, zmiany klimatyczne, czy masowe migracje ludzi zagrażające czystości rasowej i wierze w jednego Boga.

Myśląc o tym wieczorem dowódca straży popadł w odrętwienie, które przeszło w dręczący sen. Nad ranem, około godziny piątej trzydzieści, kiedy straż parlamentarna była jeszcze rozespana, na portierni pojawiły się dwie sprzątaczki. Strażnicy pozwolili im wejść nawet nie sprawdzając przepustek. Był to błąd, za który dowódca straży obarczał siebie, tak jakby mógł zaradzić temu, że jego ludzie nie byli dostatecznie czujni widząc te same kobiety nieprzerwanie od kilku lat. Na korytarzu głównym, na pierwszym piętrze, rzekome sprzątaczki otworzyły okno, przez które niegdyś, jeszcze w czasach historycznych wciągano meble, i wyrzuciły na zewnątrz liny. Na dole czekał już oddział uzbrojonych ludzi, mężczyzn i kobiet; na teren parlamentu dostali się oni podkopem. Oddział sprawnie opanował korytarz i sąsiednie pomieszczenia, i zabarykadował się. Komandosi byli uzbrojeni w pistolety wojskowe, pałki, paralizatory i inną broń podręczną. Po zabarykadowaniu się część jej ukryli, ale tak, by mieć ją pod ręką. Strażnikom wydawało się, że porywaczy jest dużo więcej niż zakładników. Odtwarzając nagrania z kamer przemysłowych zauważyli, że twarze porywaczy i zakładników były pokryte wizerunkami drzew i koni.

O godzinie dziesiątej rano okupanci zażądali widzenia się z ministrem leśnictwa i środowiska.

– Co najmniej z ministrem, jeśli nie premierem. Nie zaakceptujemy nikogo poniżej tej rangi – taki był dokładny przekaz.

W tym momencie nikt w parlamencie niczego poważnego jeszcze nie podejrzewał. Sądzono, że był to jakiś wygłup, maskarada lub fanaberia, ponieważ napastnicy cały czas twierdzili, że chcą tylko porozmawiać, że ich intencje są pozytywne, że pragną jedynie zwrócić uwagę na pewne, niezbyt pozytywne zjawiska w ochronie środowiska. W końcu postawili jasne żądanie: drastyczne ograniczenie wyrębu lasów i niszczenia środowiska naturalnego oraz całkowita ochrona wszystkich gatunków koni przed wyginięciem lub koniec z zakładnikami.  

Do rozmów przystąpiła grupa rządowa na czele z ministrem leśnictwa i środowiska. Hodowcy koni uważali, że nie ma on żadnego zrozumienia dla przyrody, dla nich ani ich zwierząt.

– Traktuje nas nawet nie jak konie, ale jak bydło, a bydło jak śmieci – była to opinia jednego z hodowców, od której odżegnali się inni uznając ją za drastyczną i niewyważoną.

Dla rządu oczekiwania agresorów stanowiły ogromne wyzwanie. Rozmawiano wiele godzin, na początku w tonie wskazującym na możliwość porozumienia. W końcu napastnicy wręczyli ministrowi kartkę ze spisanymi odręcznie żądaniami. Minister obiecał ich uczciwe rozpatrzenie.

Nie był poruszony bezwzględnością oczekiwań i gróźb porywaczy. Wiedział z kim ma do czynienia. Dla niego byli to ekoterroryści, taką też opinię przedstawił premierowi Csudo. Kiedy ten w spokoju swojego gabinetu zdobnego obrazami największych patriotów kraju zapoznał się z żądaniami, również uznał, że są one nieuzasadnione i ekstremalne.

– Nie uważam, że traktujemy konie i przyrodę w sposób nierozsądny, gorzej niż w innych krajach – powiedział tonem wskazującym, że minister nie powinien ustępować.  

Tajnym służbom państwowym udało się sprawdzić w międzyczasie, kim są napastnicy i wtedy wybuchła bomba. Okazało się, że były to osoby zrzeszone w organizacji radykalnego ekologizmu. Podejrzewano, że działały one pod parasolem międzynarodowej organizacji Megan International Ecoterrorists, wymuszającej ustępstwa na rządach państw na rzecz totalnej ochrony środowiska naturalnego.  

Rozpoczęły się żmudne negocjacje rząd – porywacze. Ich przebieg był transmitowany na cały kraj. Ustępując przed przemocą, której zakończenie siłowe mogłoby przynieść fatalne skutki dla wszystkich stron, rząd złożył propozycję zaostrzenia przepisów i wyłożenia większych środków zgodnie z żądaniami napastników, zdając sobie sprawę, że ich spełnienie będzie niezwykle trudne. Eksperci ministerstwa finansów przez kilka dni i nocy analizowali wszystkie wpływy i wydatki budżetowe. Sytuacja okazała się beznadziejna, nie było sposobu, aby jeszcze bardziej okroić wydatki, czy to na wojsko, czy na infrastrukturę, czy na inne cele, gdyż zmniejszyłoby to drastycznie zdolność bojową armii i pogrzebało szansę rozwoju gospodarczego. Niemożliwe było też podwyższenie podatków dla osób najbogatszych, ponieważ doprowadziłoby to do drastycznego ograniczenia kumulacji kapitału i spadku inwestycji. Opozycja miała odmienne zdanie wskazując na bezsens wydatków dla wojska w postaci interaktywnych ławek dla żołnierzy.

Negocjacje trwały kilka tygodni. Okupanci jak i niektórzy zakładnicy stali się agresywni, utrudniali życie służbom porządkowym, szarpali ich bez przyczyny, żądali posiłków z najdroższych restauracji i trzymali w szachu groźbą użycia środków wybuchowych ukrytych gdzieś w parlamencie.

Dla dowódcy straży były to przeżycia tak koszmarne, że szczypał się bezwiednie po udach, aby upewnić się, czy to sen czy jawa. Pokazywał potem sine ślady na ciele.

Rząd zachęcany przez dużą część społeczeństwa do nieustępowania, kontynuował negocjacje. Nic to jednak nie dało, tylko rozjuszyło rebeliantów i zaostrzyło ich wymagania.

Mimo żądań uczestnictwa, w rozmowach nie mógł uczestniczyć Mesjasz, szef i właściciel Partii Konserwatywnej. Miał problemy ze zdrowiem, napad na parlament tylko pogorszył jego stan. Mężczyzna upadł wcześniej na schodach i doznał wstrząśnienia mózgu, wskutek czego stracił władzę najpierw w jednej ręce, potem w drugiej, w końcu doznał paraliżu dolnej część twarzy utrudniającego mówienie. Mógł mówić, odczuwał jednak ostry ból w trakcie poruszania ustami. Mimo tego zdecydował się spotkać z porywaczami, aby ostatecznie zakończyć kryzys, choć spotkanie odradzał mu najbliższy krąg współpracowników oraz lekarze, w szczególności opiekujący się nim profesor medycyny wojskowej, który osobiście przywiózł mu protezę prawej ręki do domu. Kiedy stan zdrowia Mesjasza pogorszył się, zabrano go do szpitala. Przebywając w separatce był starannie strzeżony przez grupę antyterrorystyczną, obawiano się bowiem, że oddział okupujący parlament może być częścią większej organizacji przestępczej, która nie cofnie się przed niczym, aby wymusić ustępstwa.

Kiedy Mesjasz wychodził ze szpitala, blady i wycieńczony, witały go rzesze zwolenników. Podziwiano go za chęć prowadzenia negocjacji mimo poważnych problemów zdrowotnych. Opozycja usiłowała pomniejszyć jego popularność, upowszechniając złośliwą plotkę, że ilość kwiatów, jakimi go obdarowano, była tak wielka, że uniemożliwiła wyjazd samochodu opancerzonego, którym miano go przewieźć do specjalnego bunkra, skąd mógł bezpiecznie kierować partią, udzielać wskazówek premierowi i konsultować się ze społeczeństwem.

Jeszcze tego samego dnia problem sam się rozwiązał. Znikło trzech członków grupy okupującej parlament. Pozostałe osoby czekały niezdecydowane, co robić. Kiedy na korytarz wkroczyli strażnicy, nikt nie stawiał oporu. Dopiero wtedy okazało się, że napastnicy nie mieli prawdziwej broni ale atrapy. Znikli tylko prawdziwi napastnicy, pozostałe osoby okazały się zakładnikami. Rozpoczęto poszukiwania. Rząd postawił na nogi policję i wojsko, obiecując wysoką nagrodę za skuteczną pomoc w poszukiwaniach.

Napad na parlament uznano za nieudany test ekoterrorystów, jak daleko rząd jest gotów pójść na ustępstwa.

– To tylko kwestia czasu, że rząd będzie musiał ustąpić – podsumował ekspert od spraw terroryzmu, zastrzegając się, że jest to jego osobista opinia.

Kiedy dowódca straży parlamentarnej ocknął się z koszmarnego ni to snu, ni to czuwania, rzeczywistość okazała się inna. W parlamencie faktycznie zdarzył się incydent; samotny mężczyzna wtargnął do budynku i żądał przeprowadzenia śledztwa w sprawie okrutnego traktowania koni w państwowej stadninie. Groził, że się wysadzi w powietrze, gdyby rząd odmówił. Był to bluff i siłą usunięto go z hallu parlamentu.

– Jesteś przewrażliwiony w sprawie tego terroryzmu. Przeminie tak, jak każdy inny ruch radykalny – była to opinia żony.

Pomyślał, że mogła mieć rację. Ostatnie szkolenia na temat zagrożeń terrorystycznych mogły go nadmiernie uwrażliwić. Nie był jednak o tym całkiem przeświadczony, ponieważ jego przeżycia były zbyt wyraziste. Czuł podświadomie, że były prorocze. Zdarzały mu się wcześniej takie widzenia, ukrywał je jednak skrzętnie. Miał zdolność jasnowidzenia, którym zajmował się z powodzeniem w przeszłości. Raz czy dwa razy zdarzyły mu się jednak potknięcia, jego przewidywania nie sprawdziły się. Wtedy właśnie musiał porzucić swoje ulubione zajęcie i szukać pracy gdzie indziej. Karierę jasnowidza ukrywał przed przełożonymi. Wiedział, że nie byłoby to dobrze widziane.

Maximus z Cane Corso i radość życia na luzie

Życie niesamowicie mnie opromieniło. I to dzisiaj, w niezbyt słoneczny dzień. W sklepie mięsnym dojrzałem czarne oczy ekspedientki, ogromne i dystyngowane, głośno wyraziłem uznanie, na co otrzymałem natychmiastową odpowiedź:

– Co pan sobie życzy?

Pytanie zaskoczyło mnie. Ja do wielkookiej z wdziękiem, a ona do mnie z pytaniem jak nóż rzeźnicki. Życzyłem sobie sera i kiełbasy. Potem, kiedy w zaciszu odmowym, otrzymałem kość indyczą do ogryzienia, ostatecznie już poczułem się syty, pełen miłości i dobrobytu.

Biegając dla zdrowia po lesie spotkałem psa, osobnika rodzaju męskiego, wielkiego jak mała góra. Kulturalny, przedstawił się: Maximus z Cane Corso, typ mastifa, zaliczany do grupy molosów, Półwysep Apeniński, pies stróżujący, obronny, tropiący i policyjny, nie podlega próbom pracy. Ostatnie wyjaśnienie zaintrygowało mnie. Był w wieku 2,5 roku, odpowiednik naszych 18 lat, towarzyski, poważny z wyglądu, pochodzenie prawdopodobnie murzyńskie, bo był czarny jak węgiel. Mnie tam to nie przeszkadza, ale boję się o stosunek władz do niego, bo w dodatku łeb miał wielki jak parlamentarzysta, co może sugerować konkurencję.

Był autentycznie ucieszony, zaprosił mnie do zabawy, zaproponował bieganie w kółko. Wybrałem bieg na wprost, towarzyszył mi. Był małomówny, ust nawet nie otworzył. Wszystko wyjaśniła mi właścicielka, przemiła istota. To mnie wzmocniło w przekonaniu, że psy i ich właściciele to gatunki odmienne od gatunku ludzkiego, całkowicie i nieodwołalnie. Podkreślam „nieodwołalnie”, ponieważ było wiele rzeczy w naszym kraju, które w ostatnich czasach odwołano w sposób bezkompromisowy, podobno dla dobra narodu, co nie zawsze rozumiem.

Martwię się o Maximusa, bo to on ma konkurencję. Ludzie już nie tylko mówią, ale i szczekają. To chyba jakaś manipulacja genetyczna. Uchodźców nie wpuściliśmy, ani terrorystów, manipulację niestety dopuściliśmy do głosu. Włos się jeży na głowie. W stolicy występuje osobnik o solidnej głowie, wyraz twarzy Maximusa, podobnie lubi się uśmiechać. Niby łagodny, ale z charakterem, komiczny, prawi dykteryjki, zadaje zabawne pytania na przykład o kobiety na najwyższych stanowiskach, osoby żyjące, w istocie rzeczy dawno zmarłe. Eksperymentowanie ze zmarłymi to niebezpieczny biznes. Jednym kojarzy się z nekrofilią, innym z ekshumacją. Do wielkogłowego nie mam zaufania. Łże jak człowiek. Psy tego nie robią.

Sam już nie wiem, co myśleć o takim świecie. Może przestanę myśleć? To też jakaś rozrywka, wiele osób to robi i czują się szczęśliwi.

Oracja Terrorismus Multi-Kulti w wykonaniu Ministra Błaszczaka

Apokalipsa walka-sil-zla-apokalipsa-photowidget-photo

– Realizacja planów dobrej zmiany daje już rezultaty. Oprócz tego, że naród jest bogatszy o 500 zł plus, czujemy się bezpieczniej. Ja z całą pewnością tak. – Stwierdził na konferencji prasowej Minister Spraw Wewnętrznych.

– Mówię o sobie, aby dać państwu przykład, jak należy czuć się w Europie pod naszym przewodnictwem. – Tu spojrzał na ścianę, skąd wyprowadzano flagę Unii Europejskiej i obok polskiej zawieszono flagę PiSu, aby przypomnieć, kto teraz rządzi w Europie.

– Teraz to my będziemy reformować Europę. – Po tych słowach Minister policyjnie trzasnął obcasami, wyprostował się i zmężniał. – Polska powiększyła się na mapie, Unia Europejska skurczyła. – Na pierwszy rzut oka wydawało mu się, że to może od Brexitu. Kiedy jednak podszedł bliżej, był już pewny, że to od planów polskiego rządu gruntownej reformy Europy.

Konferencja była międzynarodowa i pan Minister mówił po niemiecku. Zaczął patriotycznie: Niechaj narodowie wżdy postronni znają, iż Polacy nie gęsi i Deutsche Sprache też znają. – Zacytował Mikołaja Reja w dowód patriotyzmu, przywiązania do tradycji oraz bliskości politycznej z chrześcijaństwem. Na zakończenie konferencji Minister nie ucałował premier Szydło, tylko zdał na jej dłoń krótki policyjny pocałunek w formie raportu: Może Pani czuć się bezpieczna w Europie, Frau Szydło. Tłumacz natychmiast wyjaśnił Frau Premier, że „Europa” po niemiecku wymawia się „Ojropa”.

– Jest w tym dwuznaczność nawiązująca do ropy naftowej płynącej po dnie Bałtyku. – Pomyślała pani Premier, ale nie zbladła. Przemawiała przez nią niezłomność, którą demonstruje od czasu objęcia władzy. – Nie darmo zwą mnie „żelazną damą polskiej polityki” – Pomyślała i spojrzała z szacunkiem w kierunku pana Prezesa, aby dać mu znak długimi rządowymi rzęsami, że rozumie doskonale, że to on teraz kuje żelazo polskiej i europejskiej polityki.

Na pytanie o terroryzm, Minister Błaszczak odpowiedział.

– Ja, ja! Terrorismus. Nicht gut! Nicht gut! Das ist ein Result der Multi-Kulti Politik. Die Franzosen machen es nicht richtig. Multi-Kulti. Nein! Nein! – Minister mówił obcym językiem tak płynnie, że część jego przemówienia wyciekła do Francji, kraju niżej od nas położonego. Nie spodobała się jednak tamtejszym czynnikom rządowym. Ich rząd nic jednak nie zrobił.

– A co mieli zrobić? Mordę w kubeł i słuchać z pokorą. To zboczeńcy!

– Dlaczego zboczeńcy?

– To oni przecież wynaleźli miłość francuską i lody. Ohyda! U nich seks jest na śniadanie, obiad i kolację. Tylko w nocy odpoczywają. Nie to, co u nas. U nas w nocy to ludzie pracują. Nocna zmiana teraz jest najważniejsza. Byli hutnicy, policjanci i pielęgniarki, teraz są posłowie. Najlepiej pracuje się nocą: najlepsza koncentracja, zwartość, szybkość. Widział pan, jakie mamy wyniki!? W okresie tego rządu powstało trzy razy więcej ustaw, niż w okresie całej kadencji poprzedniej władzy! Idziemy teraz pod prąd i tak jest najlepiej. Wszyscy na świecie wydłużają wiek emerytalny, tylko my skróciliśmy go. A wie pan dlaczego?

– No dlaczego?

– Bo inne rządy myślą tylko o budżecie, a nasz tylko o obywatelach i ich szczęściu. Nie takie problemy nasz rząd rozwiązywał. Podniósł kraj z klęczek, to i z emeryturami sobie poradził. Teraz wszyscy dobrze wiedzą, kto jest dzisiaj najważniejszy w Unii, kto ją zreformuje. – Z dumą oświadczył Iwan Iwanowicz Iwanczyn, mocno starszy mężczyzna, lokalny komentator spraw wagi państwowej i międzynarodowej, który opowiedział mi tę całą historię. Jego dziadek był poliglotą i pozostawił mu w spadku ogromny talent rozumienia rządów, języków, krajów i kultur.

– Przewiduję wojnę Polski z Unią Europejską o Trybunał Konstytucyjny! – Nagłością oświadczenia Iwan Iwanowicz zaskoczył zebranych. – Będzie to blitzkrieg. Zobaczycie, Polexit kompletnie ich zaskoczy i szybko wyjdziemy z Unii. Wtedy to dopiero pójdziemy do przodu! – Iwan Iwanowicz ociekał entuzjazmem.

– Mnie nie zaskoczy! Ani mnie! Odezwały się z głosy z okien, w których ludzie usiłowali wypatrzeć, w jakim kierunku zmierza kraj. Nie przejmowali się. Byli młodzi i nikt im jeszcze nie kazał zwracać paszportów w ciągu dwóch dni po powrocie z zagranicy. Prokurator Piotrowicz, z największym prokuratorskim doświadczeniem historycznym, jeszcze na nich osobiście nie nakrzyczał. W smartfonach zaczęło im wprawdzie częściej brzęczeć, ale były to tylko uszkodzone chipy.