Szopka świąteczno-noworoczna. Odc. 5: Rozmowa o przyszłości

Anna, sekretarka dyrektora Kukuły, kończyła śniadanie, kiedy zadzwonił telefon. Dyrektor mówił w pośpiechu, jakby był ponaglany przez kogoś stojącego obok.

– Pani Anno! Proszę jak najszybciej przyjechać do biura. Musi mi pani pomóc. Mam ręce pełne roboty. Udzielam dziś wywiadu, muszę się przygotować. Przewiduję różne pytania.

– Dzisiaj przecież teatr nie pracuje! Mamy dzień wolny od pracy.

– Pracuje, nie pracuje, proszę przyjechać. Pilnie potrzebuję panią. Jest mi pani bardzo potrzebna.  

Nie mogła odmówić, musiała przyjechać. Była zła, bo była już spakowana. Obiecała siostrze, że ją odwiedzi. Przeczuwała, że w pracy szykuje się coś niezwykłego, ponieważ dyrektor kilka razy używał słowa „muszę” lub „musimy”. Pomyślała, że będzie się czuć lepiej mając kogoś za ścianą. Ostatnio nie wyglądał dobrze. Chodził jak podminowany.

*****

Dyrektor Kukuła spodziewał się, że po transmisji wywiadu udzielonego niezależnej telewizji nastąpi burza medialna.

– Muszę być przygotowany na najgorsze – mruknął do siebie.

Kiedy Anna weszła do sekretariatu, wokół panowała cisza. Zdjęła ubranie i zapukała do drzwi gabinetu dyrektora, weszła do środka i zamieniła z nim kilka słów. Otrzymała instrukcje i wróciła do swego pokoju. Czekała na przyjście gościa. Nie martwiła się, że będzie się nudzić. Zawsze nosiła ze sobą książkę do czytania. 

Wkrótce usłyszała podniesiony głos dyrektora. Rozmawiał z kimś. Nie mogła to być reporterka, bo nikt nie dzwonił do drzwi wejściowych. Anna pomyślała, że to ktoś z zarządu teatru, kto miał klucze do bocznych drzwi budynku.

*****

Dyrektor zaprosił reporterkę, aby usiadła na fotelu naprzeciw jego biurka. Była inaczej ubrana i jakby wyższa. Nie zastanawiał się nad tym. Czekał na pytania. Nie zaskoczyły go.

– Nad jakimi projektami pracujecie państwo teraz? Kto będzie zajmować się ich realizacją?

Dyrektor słuchał wpatrując się w maskę wiszącą na ścianie nad fotelem. Przez chwilę miał wrażenie, że fotel odsuwa się od niego w kierunku ściany. Skoncentrował się.

– Mamy przed sobą wyzwań co niemiara. Angażujemy się w życie społeczności lokalnej, ponieważ jesteśmy jej częścią. Uczestnictwo w jej życiu jest także źródłem naszej inspiracji. Mamy mnóstwo pracy, ale radzimy sobie. – Zapewnił dyrektor.

– Rozumiem, ale jakie macie państwo plany na najbliższe miesiące? Pański teatr jest już dobrze znany poza krajem. Czy planuje pan jakieś spektakle za granicą?

– Mamy taką sztukę na tapecie. Nasza społeczność jest trochę zaśniedziała, potrzebujemy ją rozkręcić. Negocjujemy też występy za granicą, liczymy na powodzenie.

– Kto się tym zajmuje?

Dyrektor popatrzył na kobietę z uwagą. Zastanawiał się, dlaczego o to pyta.

– Teo Dua, nasz plenipotent. On reprezentuje nas w kwestiach formalnych, prawnych i międzynarodowych. Ma pełnomocnictwo do podpisywania umów. To uczciwy i spolegliwy człowiek, niezwykle pracowity. Mogę go zbudzić o północy, od razu jest chętny wykonać zlecenia. Sprawdzam regularnie, czy utrzymuje się w kondycji. Potrzeba nam takich ludzi.

Dyrektor przerwał wyjaśnienia. Chwilę błądził wzrokiem po ścianie gabinetu, starając się wydobyć coś z pamięci lub sformułować myśl. Zatrzymał się na masce, która odwzajemniła jego spojrzenie nienaturalnym wytrzeszczem oczu wykonanych z opalizującej muszli. Podjął temat ze wzmożoną energią.

– W sprawach bieżących teatru decydujący głos ma administrator, Jeremi Smukły, powszechnie zwany adminem. To człowiek wysokich kwalifikacji, mam do niego pełne przekonanie. Sam nie mam dostatecznie dużo czasu, aby zająć się wszystkim. Moją rolą jest być inspiratorem, promotorem i animatorem tego, co się tutaj dzieje. Jak już wspomniałem, piszę także scenariusze i reżyseruję każdą sztukę. Admin natomiast ustala plany, koordynuje ich wykonanie, pilnuje spraw bieżących. Nie tylko teatralnych, gdyż jesteśmy forpocztą szeroko rozumianej kultury. Angażujemy się w różne projekty, współpracujemy z innymi organizacjami. W razie potrzeby Admin wygłasza też przemówienia, na przykład z okazji oddania do użytku pomnika, otwarcia izby pamięci, śmierci, a nawet awansu kogoś znaczącego, przypomina o ważnych wydarzeniach kulturalnych, zapowiada obchody i demonstracje. Ostatnio informował o klęskach żywiołowych, okropnym pożarze i powodzi. Jesteśmy rodzajem kroniki ważnych wydarzeń i kreatorem rzeczywistości, nowym rodzajem teatru, który nazywam obywatelskim.

Naszym najnowszym pomysłem jest przedstawienie dotyczące sprawności i sprawczości. W jego przygotowanie najbardziej zaangażował się Zbig Stanucha, nasz inscenizator. Pracownicy teatru nazywają go człowiekiem w kapturze. Sztuka, o której mówię, ma mocno wstrząsnąć widzem. Społeczeństwo mamy raczej statyczne, potrzebujemy je rozkręcić, zwiększyć w obywatelach wiarę w przyszłość, uelastycznić. Sztuka dotyczy niezwykle ważnego obszaru działań, w którym decydująca rola przypada sędziom, prokuratorom i zarządom więzień. Te trzy role integrujemy w jedną. Chcę, aby ludzie gotowi złamać prawo, widząc kogoś takiego, doznawali wstrząsu, poczuli dreszcz na plecach, ten rodzaj uczucia, jakie wywołuje w człowieku solidny kryminał czy dobry mecz bokserski. Chodzi o stworzenie nowej świadomość i moralności, które nazywam strumieniem natchnienia obywatelskiego. Stanucha to były wojskowy. Jest specjalistą od zaskoczenia, ładunków wybuchowych i eksplozji. Publiczność bardzo to lubi, ten dreszcz emocji, wstrząs, poczucie, że zaraz coś się zawali.

Dyrektor Kukuła ożywił się.

– Wyznam szczerze, chcę zrobić tę sztukę lepiej niż Franz Kafka ten swój „Proces”. Bohaterów dodatkowo uszlachetnimy i wzmocnimy, pokażemy ich co najmniej z dwóch stron: z jednej strony sędzia, z drugiej prokurator. Niektórzy mogą mieć jeszcze trzecią twarz, naczelnika więzienia, ewentualnie kata. To będzie mocny przekaz.

*******

Po zakończonym wywiadzie, dyrektor Kukuła poprosił sekretarkę do siebie. Zapytała go wówczas:

– Z kim pan rozmawiał, panie dyrektorze? Dzisiaj teatr jest nieczynny. Nikt do budynku nie wchodził. Główne wejście było zamknięte, klucz miałam cały czas przy sobie. Oprócz mnie i pana nikogo tu nie było.

Kukuła patrzył na nią uważnie jakby widział ją pierwszy raz w życiu. Był zamyślony. Ubierał się powoli wpatrując się w maski na ścianie. Przyciągały jego uwagę. Potem poszukał wzrokiem swojej czarnej teczki, w której trzymał dokumenty. Jeszcze raz przyjrzał się sekretarce, podszedł do niej i ucałował jej dłoń na pożegnanie.

– Proszę nie zapomnieć zamknąć na wszystkie zamki drzwi wejściowe.

– Rozmawiał sam ze sobą? Dziwne. Wygląda na zmęczonego, ma cienie pod oczami – pomyślała Anna.

Michael Tequila w Empiku: https://tinyurl.com/y52br67b  

0Shares

Szopka świąteczno-noworoczna. Odcinki 1, 2 i 3.

 

Na przełomie starego i nowego roku eksplodowała rzeczywistość. Teraźniejszość stała się przeszłością. Nie była to jedna eksplozja, ale cała seria, trwająca nie dłużej niż kilka minut. Zaczęła się tuż przed północą i skończyła pięć minut po północy. Wybuchy słyszano w wielu miejscach. Pierwsi usłyszeli je obywatele Europy Wschodniej; mieszkańcy innych krajów kontynentu nie mieli tyle szczęścia, wyczucia a może nawet i chęci wsłuchiwania się w jakieś odlegle detonacje. Wkrótce okazało się, że eksplozje nastąpiły w jednym kraju, w Nomadii, a to, co słyszano za granicą, to było tylko echo. Potworny hałas wystraszył ptaki, zwierzęta oraz nowonarodzone dzieci. Meteorolodzy, śledzący zmiany zachodzące na ziemi i w atmosferze spekulowali, że zdarzenia te mogły zapoczątkować inne problemy.

– Ten kraj ma coraz mniej czasu na cokolwiek, a jego kłopoty będą narastać wraz z upływem dni, tygodni i miesięcy. O latach nie wspominam, bo to zbyt odległa perspektywa. Oni nie radzą sobie praktycznie z niczym, z rzeczywistością, czasem, rozwojem gospodarczym, ładem społecznym czy porządkiem prawnym – oświadczył przywódca dużego kraju europejskiego.

*****

Policja krajowa podjęła śledztwo traktując serię wybuchów jako zapowiedź zmasowanego terroru. Poszukiwania sprawców, potencjalnych terrorystów, zaczęto od analizy nagrań z kamer przemysłowych. Ich zapisy poddano analizie w poszukiwaniu nietypowych i dziwnych zachowań. Prowadzono dokładną statystykę. W ciągu pięciu minut nowego roku kamery zarejestrowały obrazy blisko dwudziestu milionów osób. Większość z nich była w ruchu, pozostałe osoby stały na placach i ulicach przed budynkami użyteczności publicznej w różnych miejscowościach i wznosili okrzyki. Nie miało to nic wspólnego z obchodami Nowego Roku. Policja ustaliła to analizując okrzyki jakie wznoszono, mowy jakie wygłaszano i treść transparentów i flag. Zachowania ludzi wydawały się nietypowe, dziwne, budzące wątpliwość.

– Po co ludzie mieliby gromadzić się na ulicach i placach na przełomie starego i nowego roku i protestować, skoro jest to czas spokojnego świętowania? – zadał sobie pytanie komendant. – Coś mi tu śmierdzi. Zgromadzenia, protesty, gniewne twarze i gwałtowne gesty, a zaraz potem seria wybuchów, których nie umiemy nawet porządnie opisać!

Sprawę powierzono specjalnej grupie policyjnej, do której zaproszono także meteorologa, klimatologa, specjalistę od balistyki, socjologa i politologa. Szef policji był przeciwny temu, gdyż nadawało to rozgłos niejasnej sprawie, do powołania grupy przekonał go zastępca. Komendant zaufał mu, bo już kilkakrotnie wykazał się intuicją.

Wkrótce przewodniczący grupy specjalnej wyjaśnił sprawę z pewnym zażenowaniem.

– Analizowane zdarzenia okazały się fikcją. Nie było żadnych eksplozji, nikt się nie wystraszył, ani nie zbudził. Wszystko okazało się inscenizacją zorganizowaną przez Teatr Narodowy. Rzekome wybuchy rzeczywistości to były happeningi teatralne, próby szopki świąteczno-noworocznej. Zaczęły się już dosyć dawno i wciąż trwają. Teatr przygotowuje się do wielkiego spektaklu. Organizatorzy czekają tylko na śnieg, bo bez śniegu nie ma odpowiedniego nastroju. Z uwagi na rozmiar i skalę przedsięwzięć powinno się je nazywać nie szopką, ale szopą świąteczno-noworoczną. Rządzi się ona własnymi prawami, opartymi na historii i tradycji, z nowatorskimi akcentami wprowadzonymi przez Teatr Narodowy.

– To jakieś wariactwo – zgodnie podsumowali komendant i jego zastępca. – Nic nam do tego.

Odc. 2. Negocjacje

Tematem zainteresowały się media. Natychmiastową inicjatywę wykazała telewizja niezależna Newsroom TV. Reporterka, Iza Karbo, której powierzono sprawę, nie ociągając się przeprowadziła wywiady z teatrologiem i miłośnikami teatru, ludźmi znającymi nie tylko scenę krajową ale i teatry europejskie. Niewiele udało jej się ustalić, z jednym wyjątkiem. W grę nie wchodził Teatr Narodowy ale Teatr Nowy, na czele którego kilka lat wcześniej stanął znany ze śmiałych pomysłów dyrektor Kukuła, wielki animator kultury. Iza zastanawiała się, jak można było pomylić Teatr Narodowy z Teatrem Nowym.

O dyrektorze Leonie Kukule niewiele było wiadomo. Był to człowiek nietuzinkowej osobowości, wytrwały introwertyk, pobożny, regularnie chodzący do kościoła. Jego współpracownicy, niechętnie wypowiadający się na jego temat, mówili, że w swoim teatrze jest Bogiem „jedynym, ale w trzech osobach: dyrektora, scenarzysty i reżysera”. Kiedyś był on właścicielem cyrku i miał opatentowanych kilka oryginalnych metod tresury zwierząt i szkolenia artystów cyrkowych. Mówiono też o nim, że jest właścicielem kuźni charakterów. Co to dokładnie znaczyło, nikt nie umiał wyjaśnić.

Dyrektor Kukuła nie udzielał wywiadów. Nie udzielał, ponieważ nie ufał dziennikarzom ani reporterom. Nie wierzył w cudzą obiektywność. Tylko swoje poglądy uznawał za miarodajne i uczciwe.

– Jestem obiektywny, bo zależy mi wyłącznie na prawdzie. Nie interesuje mnie babranie się w łajnie kłamstw, zmyśleń i dezinformacji – kiedy wygłaszał tę opinię, stukał laską w podłogę jakby dla wzmocnienia wagi słów.

Iza Karbo postanowiła ubiegać się o wywiad. Spróbowała, choć nie miała wielkich szans. Miała jednak szczęście. Sekretarka dyrektora, którą kiedyś poznała na spotkaniu towarzyskim, obiecała jej, że będzie mogła przynajmniej osobiście porozmawiać na ten temat z dyrektorem. Dziesięć minut później zadzwoniła i podała jej termin i godzinę spotkania.

Kiedy reporterka zjawiła się w gabinecie dyrektora, poważna, szczupła, ciemnowłosa, wydała mu się inna niż reporterzy i dziennikarze, z jakimi miał wcześniej do czynienia. Dowiedział się od niej, że jest gotowa opisać sprawy tak, jak on je widział, a nie po swojemu czyli „obiektywnie” jak zazwyczaj przekonywali go jej koledzy i koleżanki po fachu. Uwierzył jej. Była podobna do jego matki, to go ostatecznie przekonało. Interesowały ją cele teatru, plany i metody zarządzania.

Iza nie widziała wcześniej dyrektora z bliskiej odległości. Był to starszy pan, starszy niż sądziła, lekko utykający na prawą nogę. W trakcie rozmowy chodził po gabinecie podpierając się laską z czarnego hebanu, z poozłacaną rączką. Kontrastowały z nią jego siwe włosy. Jego krągła twarz podobnie dobrze prezentowała się na tle wąskich masek afrykańskich zdobiących ściany gabinetu.

Zapytany o maski wyjaśnił, że jest wielkim miłośnikiem kultur innych krajów i kontynentów.

– Życzyłbym sobie, abyśmy mieli w kraju więcej obcokrajowców, ludzie z różnych kontynentów, aby tutaj mieszkali a przynajmniej, aby przyjeżdżali do nas jak najczęściej. Bylibyśmy przez to bogatsi. Odmienność jest piękna. Niby są tacy sami jak my, a jednak są inni. Te kolory skóry, kształty a nawet zapachy ciała. Używają innych rodzajów mydła, wonności, pachnideł. Ja szczególnie lubię zapach imbiru i goździków, trochę mniej cynamonu. Jest dla mnie za słodki. My jako naród jesteśmy niesamowicie bogaci kulturowo, ale jako znawcy innych kultur jesteśmy ubodzy jak mysz kościelna, nie umielibyśmy nawet zadać sensownych pytań. Podróżowałem trochę po Afryce, to mam pojęcie, jak ci ludzie wyglądają, co mówią, jak się zachowują. Wiem nawet jak wygląda Pigmej. Ale kto inny u nas wie to jeszcze? To nie to samo, co mieć własnych obcokrajowców. Kiedyś można było mieć niewolników, dzisiaj niestety jest to niemożliwe. Nie będę tego wyjaśniać pani, bo i tak pani tego nie zrozumie. – Dyrektor zamyślił się patrząc w przestrzeń ponad jej głową.

Reporterka zastanawiała się, czy historyjka o Afryce była prawdziwa czy był to jakiś dziwny żart, balansujący miedzy prawdą a zmyśleniem. Popatrzyła na dyrektora niepewnie; Wiedziała, że jest oryginałem, że trudno go czasem zrozumieć. Zaskoczył ją, podobnie jak zaskakiwał innych, nie dając poznać po sobie, co naprawdę myśli.

– Taki z cicha pęk, a wewnątrz geniusz! – Na chwilę zgniewało ją jego zachowanie.

Odrzuciła od siebie jak najszybciej to uczucie. Najważniejsze było to, że zgodził się na wywiad i wyznaczył jej termin spotkania. Uczynił to pod warunkiem, że nie będzie żadnych kamerzystów, żadnego nagrywania obrazów i robienia zdjęć. Tylko on i ona.

– Oprowadzę za to panią po teatrze – obiecał.

Było to kolejne osiągnięcie reporterki. Wiele sobie obiecywała po zapowiedzianej rozmowie i zwiedzaniu.

Odc. 3 Wizyta w teatrze

W dniu spotkania dyrektor był ubrany identycznie jak za pierwszym razem. Iza zauważyła to od razu. Nie było w tym nic nadzwyczajnego. Przestała o tym myśleć, bo coś innego zwróciło jej uwagę. Zaskoczyły ją wyjaśnienia dyrektora, jego narracja, prosta i bezpretensjonalna. Nie oczekiwała tego. Czasem powiedział coś, czego nie rozumiała, użył jakiego dziwnego zwrotu; wydawało jej się wtedy, że coś jest z nim nie w porządku i rzucała na niego ukradkowe spojrzenie, nic nie odkrywając. Był niestandardowy, wymykał się wszystkim porównaniom. Na jego pełnej, bladawej twarzy rzadko pojawiał się wyraz ożywienia.

Kiedy rozmawiali, czasem były to szczegóły niewarte uwagi, zbyt drobne i mało znaczące, poświęcała wtedy czas obserwacji swego przewodnika. Nabierała stopniowo wrażenia, że za spokojem dyrektora kryje się jakiś niezrozumiała niechęć do świata, rodzaj nienawiści, tak głęboko ukrytej, że sam nie był jej świadomy. Wynikało to z fragmentów jego wypowiedzi, pewnej niecierpliwości, kiedy mówił o konieczności zmian w teatrze i uksztaltowaniu nowego widza, bardziej wrażliwego na ludzki dramat. Kiedy wspomniał o konieczności zmiany niedobrego świata na dobry, a co najmniej na lepszy, zapamiętała to zdanie.

On sam z nikim o tym nie rozmawiał, nawet z osobami najbliższymi, z wyjątkiem swojego serdecznego przyjaciela, Sobowtóra, jak go nazywał, kiedy ten jeszcze żył. Tylko z nim dzielił się swoimi wizjami i marzeniami o lepszym świecie.

*****

Dyrektor oprowadzał Izę po teatrze, opisując wszystko jak najdokładniej i najbardziej przekonująco. Kilkakrotnie powtarzał „mój teatr”, odmieniając te słowa przez wszystkie przypadki. Nie pozostawił żadnych wątpliwości, że to on stworzył ten teatr, wprowadził nowy program i zmienił wielu aktorów, zwalniając najchętniej tych, którzy wyrażali wątpliwości w jego pomysły, nawet jeśli odnosiły się one do pojedynczej sceny czy odsłony.

– To mój teatr – powtarzał z dumą. – Najpierw coś sobie wyobrażam, potem piszę scenariusz, w końcu reżyseruję.

Iza Karbo była przekonana, że mówi to nawet w myśli, bo jest to głos wewnętrzny, który sam pojawia się w jego głowie. Nie miała już wątpliwości, że Leon Kukuła jest dyktatorem.

0Shares

Poezja. W nijaką zimową noc nastrojowa Australia

Nie mam dziś nic więcej do zaoferowania jak dwa australijskie wiersze. Sam bardzo je lubię, mam dobre wspomnienia.

Temat pierwszego to pelikany. Żyje ich w Australii bardzo dużo, są wszędzie, gdzie jest trochę więcej słodkiej wody. Zasięg ich skrzydeł jest imponujący; sięga nawet 3,4 m. Jak podają fachowe źródła, kości tych ptaków są niezwykle lekkie, szkielet stanowi około 10% wagi ciała. Stado pelikanów może przekroczyć nawet tysiąc sztuk.

Nad Jeziorem Alberta

Jezioro wiatr omiata, spóźniony i chłodny,
dzień chmurny, deszczowy, wydarzeń niegodny.
Ptaki o tym nie wiedzą, łączą się w gromady
i na przekór pogodzie odbywają parady.

Czy widziałeś kiedyś pelikanów sznury,
jak spływają w jezioro spod nawisu chmury
na białoczarnych skrzydłach rozwartych jak żagle,
co nie drgną, nawet, gdy wiatr uderzy je nagle?

Żeglują nad jeziorem powietrzne okręty,
wielki dziób odchylony, przód zgrabnie wygięty,
przypominając z oddali węzłowate sznury
przesuwane w przestworzu prawami natury.

Kiedy wiatr je unosi tuż, tuż nad falami,
bryzgi wody muskają białymi brzuchami.
Myślisz, wdzięk bezgłośny szybuje w bezruchu;
to oczy chłoną piękno nie angażując słuchu.

Nadrzeczna mgła

W okolicach Adelajdy (gdzie mieszkałem), mgła jest rzadkością. Gęstą mgłę zdarzyło mi się widzieć tylko raz w ciągu kilkunastu lat, na równinie w pobliżu rzeki Murray. Dzień był niezwykle spokojny, bez wiatru. To wtedy napisałem ten wiersz.  

Mgła błękitnoszara rozwleka nastroje,
mota je w lepkości rozmazane zwoje,
dumny wiatr klei do nagiej skóry drzewa;
milczy, w liściach nie szemrze, nie śpiewa.

Mglistość drobiny światła przyciąga i chłonie,
przesącza powoli poprzez lepkie dłonie
i rozmiękłe na krzewy zwilgotniałe kładzie
równo, nie w słońca kontrastów nieładzie.

Rośliny milczą w pejzaż mgły wtopione,
kwiat oczy przymyka smutkiem podkrążone.
W pustkowiu ciszy zwilgły ptak zakwili,
jedyna kropla dźwięku w nostalgicznej chwili.

0Shares

Spóźnione poezje wtorkowe

Dziś niewiele z siebie wykrzesałem. Nic nie napisałem, nic nie stworzyłem. Przeczytałem tylko duży fragment książki „Nie ma” autorstwa Mariusza Szczygła. Polecam.

W poczuciu winy przedstawiam dwa wiersze z mojego tomiku „Klęczy cisza niezmącona”. Pozdrawiam.

Michael T.

Obraz z górami Grampians

Za powiek zamkniętych gęstą zasłoną
słońca Australii wspomnieniami płoną,
ożywają równiny, przemawiają drzewa,
słyszę i czuję, jak magpie śpiewa.

 

 

 

 

 

 

 

W ściany zamknięty żyję po kryjomu,
wybiegam z chłodu ciasnoty domu,
przestrzeni szukam, wolności bez granic,
światła i ciszy….

Wszystko to na nic, bo ja tu jestem.
Lotem gołębia
myśl w pejzaż daleki rączą duszę wprzęga,
ręce unoszę i z serca krzyczę
… i znów przeżywam przestrzeń i ciszę.

Sopot, 3 października 1997

 

 

 

 

 

Odwieczne przemienienie

Słońce po dnia obchodzie zstępuje z zenitu,
ocean oczy razi pękami ogników
i tonie ogniste koło rzucając promienie:
majestatyczne, odwieczne, wieczorne przemienienie.

Kiedy jasność w sen cichy powoli zapada
i w chmur ciepłej pierzynie kryje się mew gromada,
woda tak dziwnie szemrze. Czy to senne marzenie?
To ocean rozmawia z Bogiem, to ciche rozmodlenie.

Australia, Morphett Vale, 1996

0Shares

Galeria handlowa. Opowiadanie fantastyczne.

To drugie z serii krótkich opowiadań.

Wczoraj przeprowadziłem inwentarz folderu „Opowiadania” i okazało się, że mam sporo opowiadań w stanie „rozmamłania” czyli zaczętych i niedokończonych, w zarysie, w formie pomysłu, wstępnej fabuły itp. To mnie zdopingowało, aby skończyć i przedstawić kilka z nich do oceny Czytelników. Mam nadzieję, że przynajmniej niektóre podobają się Państwu.  

Galeria handlowa 

Najczęściej zdarza się to rano. Nagle ogarnia mnie smutek i marnieję. Idę na przykład szeroką aleją Galerii Handlowej Św. Nepomucena, patrona Bóg wie czego, i czuję, że coś jest ze mną nie tak. Odnoszę wrażenie, że klatka piersiowa mi się zapada, wdycham mniej powietrza, kurczę się. W oknie wystawowym widzę wyraźnie, że jestem mniejszy. Wchodzę do sklepu z ubraniami, pożyczam miarę krawiecką i mierzę się. Tak, to ewi. Sam fakt, że używam skrótu „ewi” zamiast „ewidentne” tylko potwierdza, że coś się we mnie psuje, zapada i kurczy. Proszę ekspedienta o pomoc, znowu się mierzę, tym razem wzrost. Mam metr sześćdziesiąt pięć, mój regularny wzrost to metr osiemdziesiąt.

Wiem to doskonale, bo kiedyś na lotnisku w Moskwie oficer paszportowy kazał mi stanąć przy ścianie, gdzie była miara. Długo mi się przyglądał, po czym odwrócił oczy w kierunku paszportu, odczytał tam mój wzrost i znowu patrzył na mnie. Stałem w niespokojnym oczekiwaniu, jaki zapadnie wyrok. Miałem szczęście, wzrost okazał się prawidłowy, ani centymetra więcej, ani mniej.

Niepewny wychodzę ze sklepu na korytarz galerii. Widzę, z naprzeciwka idzie w moim kierunku kobieta, niemłoda już, raczej brzydka i niekształtna. W miarę zbliżania się, pięknieje, staje się pełniejsza, promienieje urodą. Przecieram oczy ze zdumienia; fakt pozostaje faktem.

Dostrzegam szczegóły. Piersi wielkości małych zielonych melonów, tych brazylijskich, od rumby i samby; te lubię najbardziej. Usta ma koloru malin, dojrzałych na słońcu, jędrnych, nic tylko zachwycać się, całować lub jeść. Oczy ma jak migdały; czuję zapach kwitnącego drzewka migdałowego, słodki i zniewalający. Słyszę nawet, jakby w pobliżu brzęczała pszczoła zbierająca nektar. No i biodra kobiety, najprawdziwsza gruszka klapsa, dół obfitszy, zwężający się ku górze, kształty, że paluszki lizać. Myślę, że najlepiej to chyba te marki Lajkonik, dobrze wypieczone. Moja rodzina je lubi. W strumieniu przeżyć zapominam nawet czyje paluszki należałoby lizać, jej czy moje, tak jestem oszołomiony.

Patrzę na siebie ponownie, widzę to wyraźnie, rosnę, mam już ponad metr siedemdziesiąt; nawet nie mierzę, aby sprawdzić. Powiększam się na całym ciele, nie będę wyszczególniać. I tak wiesz o co chodzi, przecież też masz ciało i wrażliwość, a jeśli nie, to żałuj. Ważne jest, aby było młode, jędrne, gotowe dawać i brać miłość, namiętnie i bez zastanowienia.

Zjawiskowa piękna Helena już mnie minęła. Żałuję, że to się dokonało, że już nie mam jej w oczach, nie czuję jej zapachu, ale co robić, taki los, prawo przemijania piękna, nic na to nie poradzę.

Idę dalej. Znowu zaczynam się kurczyć, jestem niższy i węższy, ubranie wisi na mnie jak na strachu na wróble, czuję drżenie chudnących łydek. Zapadam się w sobie.

– To bardzo źle – myślę ze smutkiem. Ale nie załamuję się, bo oto, z naprzeciwka zbliża się inna kobieta. Na pierwszy rzut oka widać, że jest niezwykła, istnie niebiańskie kształty, może nawet piękniejsza od poprzedniej. Pieję z zachwytu. Głupio mi, bo słyszę głos koguta. Pocieszam się, nie jest to nadzwyczajne pocieszenie, że przynajmniej nie jest to głos kapłona. Rosnę i mężnieję, widzę: klata-sześciopak, bicepsy jak góry, łeb jak młot parowy. Czuję w sobie parę, dynamit, ogień, chciałbym komuś przywalić, tak mnie to rozpiera.

Mówię sobie:

– Uspokój się, chłopie, bo eksplodujesz z nadmiaru energii.

I tak jest przez cały dzień. W samotności schnę i marnieję ale na widok kobiety, pięknej kobiety, rosnę. To ciekawe ćwiczenie. Kurczenie się i ekspansja, malenie i wzrastanie, brzuch flaczeje, brzuch napina się. To moja codzienna gimnastyka. Dzięki niej utrzymuję się w doskonałej kondycji plus oczywiście zadowolenie. Żyję. I to jak! Każdemu z was tego życzę.

Mówię to ja, Alberto Cinci, obserwator życia, adorator kobiet i miłośnik galerii handlowych.

0Shares

Dzień Wszystkich Świętych 2019

Każdego roku publikuję kilka wierszy odpowiadających nastrojowi tego wyjątkowego dnia. O ile narodziny człowieka wydają się logiczne, jasne i proste, o tyle śmierć jest totalną zagadką, podobnie jak Bóg, kosmos, czas czy nieskończoność.

Dzisiaj dwa wiersze z mojego niepublikowanego zbioru „Modlitwy do Anioła”

Cmentarz nadziei

Nagrobek przybrany w betonowe szaty,
na nim dłutem wyryte nazwiska,
urodził się… zmarł… ale gdzie daty?
Każda rubryka pusta, szara, czysta.

Niektórzy za życia już po tamtej stronie,
a ja marzenia uparcie wciąż gonię.
Nie dam się zepchnąć pod strojne marmury,
wybiorę wolność spopielałej chmury.

Hindus nad Gangesem płomieniem się wzbiję,
lekkością zachwycę i blaskiem opiję,
nie zgodzę się oddać do wiecznej kasacji,
wrócę w łańcuchu reinkarnacji.

Mnie myśl ociężała przy ziemi nie trzyma
wierzę w mądrość Stwórcy, dobroci olbrzyma,
nie zniżę czoła do cmentarnej jaźni;
ulotnością żyć będę w boskiej wyobraźni.

Zwierzyniec, 20 lipca 1997

W snach przyjdzie

Bezdrożami chodzi ten, co mnoży kwiaty,
wolność hoduje, z oczu zdejmuje kraty.
On czas zatrzyma, łez rozmrozi krople,
da przemówić drzewom, co szumią wyniośle.

Kiedy już cię spotka, obejmie serdecznie,
brodaty, stęskniony, bo sam żyje wiecznie,
oczy ma poważne, rozumne, śmiejąc
spyta, czy widziałeś, jak ptak budzi słońce.

Nie planuj na próżno, by wymawiać słowa,
Jemu niepotrzebna pusta, ludzka mowa,
On cię bez prośby obdarzy wytchnieniem.
Ciesz się: oczy rozumne niosą zapomnienie.

Gdynia, 8 stycznia 2000

Śmierć jest dla mnie czymś nieskończenie absurdalnym, ponieważ całe ludzkie życie, ten ciąg starań, trosk, przeżyć, radości i cierpienia, nade wszystko miłości kończy bezsensem, zanikiem świadomości, zapomnieniem wszystkiego, zerwaniem wszystkich więzi. Na jej usprawiedliwienie można powiedzieć chyba tylko to, że jest aktem ostatecznej sprawiedliwości, zrównując wszystkich ludzi, bez względu na pochodzenie, dorobek, pozycję społeczną, stan zdrowia, wiedzę czy poglądy. Nie darmo przeszłe cywilizacje wyniosły ją do rangi boskiej. Oto przykłady:

  • Anubis – mitologia egipska, później zastąpiony przez Ozyrysa
  • Azrael – islam
  • Balor – mitologia celtycka
  • Hades – mitologia grecka
  • Mictlantecuhtli – mitologia aztecka
  • Jama – hinduistyczny bóg śmierci i zmarłych
  • Mot – mitologia bliskowschodnia
  • Ozyrys – mitologia egipska
  • Tanatos (mitologia) – mitologia grecka, uosobienie śmierci
  • Weles – mitologia słowiańska

Michael Tequila, poezja i proza, w księgarni: https://tinyurl.com/y52br67b  

0Shares

Nocna radość zwycięstwa nad duchem i materią

Postanowiłem napisać dziś coś tak rozrzewniającego, że popłaczecie się ze wzruszenia. Chodzi o zwycięstwo wyborcze Partii Powszechnego Dobrobytu. Z tej okazji Wielki Mistrz zwany też Klasykiem wygłosił przemówienie. Nie było długie, ale bardzo obiecujące. Wspomniał, że nie wszyscy jeszcze wierzą w Partię. Postanowiłem, że kiedy już uwierzą, osobiście zainicjuję Kult Wielkiego Mistrza.

Późną nocą ogłoszono wstępny wyrok wyborczy. Wysłuchałem go z uwagą, po czym wyszedłem na deszcz, aby go sobie przemyśleć i nacieszyć się nim w ciszy. Chodziłem boso po ulicy, a po powrocie posypałem sobie głowę popiołem. Dobrze mi to zrobiło. Uczciłem w ten sposób zwycięstwo Wielkiego Mistrza, ukochanego przywódcy milionów.

To on zorganizował i opłacił wesele przedwyborcze. Na jego czas cudownie rozmnożył pieniądze, nakarmił miliony a potem zwielokrotnił głosy. Tak silnie nawiązywało to do Biblii, że wyszukałem biskupa, aby mu podziękować całując w pierścień.

Okazało się, że był bezręki; wobec czego pocałowałem go z wdzięczności gdzie indziej za to, że on i jego koledzy po komży pomogli w zwycięstwie Wielkiemu Mistrzowi i PPD otwierając także i mnie drogę do raju.

W nocy rozpłakałem się serdecznie. Były to łzy gorące i z taką zawartością słodyczy, że dla równowagi wypiłem kielich goryczy i powziąłem postanowienie w ogóle już nie myśleć. Dla pewności zapytałem sumienie:

– Po co miałbym myśleć skoro jest ktoś większy i mądrzejszy, co myśli za mnie i za miliony?

Zapytane przyznało mi rację, po czym zamilkło.

– Szkoda słów – dodało po chwili.

Zrozumiałem to jako potwierdzenie mojego rozumowania. Żal mi było tylko, że od razu nie zapisałem się do tych milionów, które głosowały na Partię Powszechnego Dobrobytu. Porzuciłem ten niewczesny żal, kiedy znajomy zwycięzca wyborczy poinformował mnie, że jest możliwe, że w niedalekiej przyszłości zapisy będą już obowiązkowe i on mi w tym pomoże przedstawiając moją kandydaturę gdzie trzeba.

– Zadba o ciebie nasz niezrównany Mistrz Ceremonii Prawnych, który określa, co jest dopuszczalne, a co nie, kiedy ma to nastąpić, oraz kiedy sprawa trafia do prokuratury a kiedy na śmietnik.

Wydało mi się to dziwne, może nawet okrutne.  

0Shares

Przydługi komunikat o formularzu i stanie zdrowia

Jak Państwo zauważyliście, można się skontaktować ze mną wysyłając wiadomość z formularza „Kontakt” na pasku menu u góry po prawej stronie ekranu.

Nie byłem świadomy, że od jakiegoś czasu wiadomości z tego formularza są kierowane automatycznie do spamu. Niedawno prowadzona była aktualizacja platformy WordPress, być może to spowodowało zmianę przekierowań. Mógłbym jeszcze wymyślić inne wątpliwe usprawiedliwienia, ale nie będę bo się spieszę. Inaczej mówiąc, nie kijem go to pałką. Co tu będę mącić, czuję się nędznie w tej sytuacji. Jest ona o tyle korzystna, że tak powiem z drugiej strony (która bywa również stroną miłosną, co mnie zachwyca), że pobudza mnie do kontynuacji powieści „Pamiętnik zmyślnego świrusa”.

Tak czy inaczej, przepraszam. Poprawiłem oczywiście wadliwy mechanizm.

Skorzystam z okazji, aby wydać, jak każdy szanujący się celebryta, komunikat o stanie mojego zdrowia.

Poza wyżej wymienioną – i minioną już na szczęście dolegliwością komunikacyjną – czuję się doskonale, nic mi nie dolega, oprócz braku czasu i uczucia serdeczności do miłościwie nam panującej Partii Rządzącej, którą ukochało czterdzieści procent społeczeństwa. Jak oni wzbudzają w sobie tyle miłości nie wiem. Jest to zagadka patriotycznie-erotyczna, której nie jestem w stanie rozgryźć mimo że regularnie ostrzę sobie zęby.

Pozdrawiam serdecznie,

Michael Tequila

Tu znajdziesz wszystkie moje utwory, przyzwoite jak i bezecne: https://tinyurl.com/y52br67b  

0Shares

Pamiętnik dojrzałego świrusa. Powieść. Odc. 3: Hasła, matematyka i pęd do wiedzy.

Wczoraj wieczorem obmyślałem sobie hasła, zawołania i tajemne znaki. Na początku przyszły mi do głowy hasła. Pierwsze, co nasunęło mi się to „Rozum z głowy, koniom lżej”, drugie to „Tylko w szpitalu psychiatrycznym możesz być całkowicie sobą”.

To drugie to absolutna prawda. Sam to sprawdziłem, ale nikomu o tym nie mówię. Złożyłem tam krótką wizytę. Sam byłem ciekaw wyników obserwacji. Nie było specjalnych rewelacji, niczego takiego zresztą nie oczekiwałem. Poznałem wtedy kilka ciekawych osób, jak najbardziej pozytywnych, i dwie, jedna to pacjent, druga to pracownik, które należałoby zepchnąć w przepaść lub rzucić lwom na pożarcie. Jestem szczery. Mogę sobie na to pozwolić, bo to mój prywatny pamiętnik; wątpię, aby go ktoś kiedykolwiek czytał. Zresztą, gdyby nawet przeczytał, to co z tego. Mogę pisać, co tylko przyjdzie mi do głowy, a przychodzi mi właśnie być szczerym. Taki jestem i inny nie będę.

Uważam, że hasła, zawołania i tajemne znaki powinienem mieć pod ręką, do wypowiadania zaklęć, przekazywania komunikatów i dawania ogłoszeń niosących ze sobą przekaz tylko dla osób wtajemniczonych. Jeśli będę się ogłaszać, to umiarkowanie, bo nie lubię przesady, i tylko na miarę potrzeby. Ostatecznie jestem matematykiem, osobą o ścisłym umyśle ukierunkowanym na rozwiązywanie problemów i odkrywanie prawdy.

Matematyki uczyłem do czasu, kiedy zrozumiałem co znaczy nieskończoność; wtedy właśnie zrezygnowałem z pracy, choć byli tacy, co twierdzili, ze mnie wyrzucono. Właściwie to zrozumiałem, że nieskończoności nie można zrozumieć, bo ona nigdy się nie kończy. Dochodzisz do granicy, a ona ciągnie się jeszcze dalej. Idziesz dalej, a tam pustynia bez granic. Tak rozumując uświadomiłem sobie własną małość, oraz konieczność nieprzerwanej adaptacji do zmieniającej się rzeczywistości.

Moją rezygnację z nauczania matematyki nauczyciele przyjęli spokojnie, dyrektor chyba mniej. Rozmawiałem z nim w tej sprawie kilkakrotnie. Kiedy w końcu wydusił z siebie „Koniec z pańskim nauczaniem matematyki” zauważyłem, że klatka piersiowa mu się powiększyła i podniosła, jakby nabrał wielkiej ilości powietrza do płuc, a następnie skurczyła się i opadła. Wtedy na jego tłustej twarzy rozlały się liczne promienie szczęścia. Chciałem napisać „gębie”, ale zaniechałem tego, ponieważ uważam się za człowieka umiarkowanego i wyważonego. Ostatecznie nazywają mnie pozytywnym świrusem. Dyrektora, wysokiego osiłka, ćwiczącego całą harmonię rozciągnięć ciała na siłowni, nigdy nie lubiłem, bo mówił, że stosując niekonwencjonalne metody nauczania ogłupiam dzieci.

Same dzieci nigdy mi czegoś takiego nie powiedziały. Teraz to sobie myślę, że może bały się mnie. Chyba jednak nie? Kiedy mi mówiły, że jestem inny niż inni nauczyciele, pytałem, co znaczy „inny”. Nie potrafiły tego jednak wyjaśnić. Dopiero któryś z chłopców, zdaje się, że był to Adaś z Siódmej B wyjaśnił to tak:

– To znaczy, że chodzi pan po wertepach, bagnach i manowcach nauki, i czymś tam jeszcze, i czuje się pan z tym dobrze.

Podobała mi się jego wypowiedź. Miał wyobraźnię i bogaty język. Nie dałem mu za nią szóstki. Po prostu nie mogłem, bo nie dotyczyła ona matematyki, ale poprosiłem polonistkę, aby podwyższyła mu ocenę ze swojego przedmiotu. Okazało się to niepotrzebne, bo już miał szóstkę. Podziękowałem jej, że dostrzegła jego talent do głębokich przemyśleń. Popatrzyła na mnie jakoś tak dziwnie. Nie zraziło mnie to, ponieważ jestem przyzwyczajony do takich spojrzeń. Raz wszedłem pod most w wielkim mieście, aby się wysikać, bo nigdzie nie było toalety publicznej, i tam zobaczyłem dziką świnię, dzika znaczy się. Też mi się dziwnie przyglądał. I też mnie to nie speszyło, bo każdy musi się wysikać kiedy go przypili, czy to w samotności czy w obecności innych. Tak, jak w toaletach publicznych, gdzie są pisuary i każdy może podejrzeć, co wyjmują i chowają sąsiedzi, ale tylko wtedy, kiedy chce to zobaczyć. Robi się to odruchowo, najczęściej z ciekawości. Podobno chłopcy nie znający jeszcze życia ani dojrzałego męskiego organizmu oraz początkujący lekarze robią to najczęściej. Jest to naturalny pęd do wiedzy.

0Shares

Trzeci fragment powieści 4 portrety cudze i 1 własny

Tytułem zachęty do przeczytania powieści przedstawiam trzeci jej fragment. Jest to historia spotkania czterech przyjaciół ze szkoły średniej po kilkudziesięciu latach od jej ukończenia. Każdy z nich ma wiele do powiedzenia i coś do ukrycia o sobie.

Fragment 3:

– Ależ ty robisz sobie ze mnie jaja! – wykrzyknął Mistrz, ubawiony, ale i zawiedziony. Przyglądał się Poecie z takim zainteresowaniem, jakby zobaczył go po raz pierwszy w życiu. Poruszył głową, wyglądało to na otrząśnięcie się z zaskoczenia i kontynuował. – Będzie to podobne do wielkiego quizu, rozwiązywania zagadek. To tak, jakby nieznający się ludzie spotkali się na obozie szkoleniowym, wiedząc, że są wśród nich donosiciele i chcieli jak najwięcej dowiedzieć się o innych, mówiąc jak najmniej o sobie. To będzie podróż odkrywcza, prawdziwa frajda. Nie sądzisz? – Mistrz odmłodniał, oczy mu się zaświeciły, twarz ożywił rumieniec.

– Domyślam się, że chodzi ci o coś w rodzaju zabawy w kotka i myszkę, z pewną dozą zagrożenia i ryzyka. Inaczej mówiąc, nie mówimy od razu niczego o sobie, bo boimy się, że otwarte przedstawienie faktów może mieć dla nas negatywne konsekwencje. W postaci na przykład ośmieszenia się. Dlatego lepiej jest pozwolić innym dochodzić do prawdy, bo wtedy mamy możliwość robienia uników. Poeta zastanawiał się chwilę, po czym dodał: – Powiedzmy, że z zawodu jestem parobkiem, a tu okazuje się, że moi koledzy to ministrowie, biskupi i wielcy artyści. Byłoby mi wtedy bardzo głupio – Poeta precyzował swoje przypuszczenia, dając unieść się fantazji. Przypomniał sobie zabawę w sztukę udawania, w którą bawili się w internacie. Mistrz spojrzał niepewnie. Nie wiedział, jak zareagować na słowa przyjaciela. Poeta uznał, że sytuacja wymaga wyjaśnienia. – Mistrzu! Nie przejmuj się moim gadaniem. Tak tylko żartowałem. To moja przywara, czasem opowiadam żarty, niekiedy głupie. W sumie podoba mi się aura tajemniczości, którą roztoczyłeś, przyjmuję więc twoją propozycję. Nie musimy nawet specjalnie udawać, że się nie znamy. Praktycznie się nie znamy. Na naszym wspólnym zdjęciu szkolnym rozpoznałem tylko kilka twarzy. Moje wspomnienia z tamtych czasów są naprawdę rozmazane. To już pięćdziesiąt lat! – podsumował, ponownie studiując twarz Mistrza. Jego pamięć żądała aktualizacji wizerunku kolegi, konfrontacji z odległymi wspomnieniami. W drodze do samochodu Mistrza opadły wątpliwości.

– Czy to nie będzie wyglądać dziecinnie? Jesteśmy teraz poważnymi facetami, żonatymi, dzieciatymi, na emeryturze. W przeszłości wszyscy wykonywaliśmy na pewno poważną pracę.

– Mistrzu! Nie psuj zabawy, którą sam wymyśliłeś i zaproponowałeś, a ja zaakceptowałem. Nie mów o sobie rzeczy, które miałem zgadnąć. Mnie się podoba twój pomysł. Każdy trochę dziecinnieje w miarę upływu czasu i nic na to nie poradzimy. Zawsze uważałem, że świeżość umysłu, zdolność spontanicznego zachowania, wyrażanie radości, ciekawość, czyli zachowania typowe dla dzieci, to rzecz nadzwyczajna u dorosłych. Chyba zgodzisz się ze mną? Jestem za zachowaniem tajemniczości przynajmniej do pierwszego wspólnego spotkania. Nie wiem, jak Boss i Ambasador to przyjmą. Może powinieneś uzgodnić z nimi, jaką grę prowadzimy. – Kiedy skończył, uznał, że chyba niepotrzebnie robi nadzieję koledze na jakieś tajemnicze dochodzenia, kim są i czym się zajmowali w przeszłości. W kontaktach z ludźmi preferował zawsze bezpośredniość i otwartość. Jeśli zgodził się z propozycją Mistrza, to głównie dlatego, aby nie robić mu przykrości. To był jego pomysł towarzyskiej zabawy. Jego rozmyślania przerwał głos przyjaciela:

– Chyba masz rację. Zadzwonię do nich wieczorem, aby wyjaśnić reguły postępowania. Jestem pewny, że je przyjmą. Każdy potrzebuje odmiany. Humor nigdy nikomu nie zaszkodził.

Cztery portrety cudze i jeden własny”https://www.wyczerpane.pl/cztery-portrety-cudze-i-jeden-wlasny.html

0Shares

Instrukcja rysowania słonia oraz zapowiedź zmian na blogu.

Drodzy Czytelnicy!

Zmuszony jestem zawiesić pisanie powieści „Cezarea”. Mam zbyt wiele obowiązków. Najważniejsze to znalezienie wydawcy dla moich dwóch powieści („Laboratorium szyfrowanych koni” oraz „Cztery portrety cudze i jeden własny”), które ukończyłem już kilka miesięcy temu, i ich przygotowanie do wydania (korekty, edycja, projekt okładki, skład, druk itp.) To mój priorytet. W tej sytuacji będę mógł tylko od czasu do czasu dokonać jakiegoś wpisu na blogu. Tematy mogą być różne. Dzisiaj jest nim „Instrukcja rysowania słonia”.

Pozdrawiam bardzo serdecznie,

Michael Tequila

Instrukcja jest stosowna dla rodziców, których dziecko pragnie narysować słonia. Przedstawia ona uporządkowany sposób tłumaczenia dziecku, jak powinno postępować, aby osiągnąć pożądany efekt. Ważne są też walory wychowawcze. 

  1. Pomyśl, co chcesz zrobić.
  2. Jeżeli wiesz, że chcesz narysować słonia, skoncentruj się, wyjmij ołówek i dużą kartkę papieru lub arkusz brystolu. Połóż je przed sobą.
  3. Zamknij oczy i wyobraź sobie całego słonia. Postaraj się zachować ten obraz w pamięci co najmniej przez kilka minut.
  4. Potem wyobraź sobie słonia w szczegółach. Zastanów się nad każdym szczegółem. Postaraj się jak najwięcej z nich zapamiętać.
  5. Weź ołówek do prawej ręki, jeśli jesteś praworęczny, lub do lewej, jeśli jesteś leworęczny. To już powinieneś wiedzieć. Jeśli jesteś niepewny, zapytaj mnie, to ci podpowiem.
  6. Jeszcze raz się zastanów, czy naprawdę chcesz narysować słonia. Rozważ trzy możliwości: „Tak – chcę”, „Nie – nie chcę”, oraz „Nie wiem”.
  7. Jeśli nie wiesz, to zostaw sobie czas do namysłu. Tylko nie myśl za długo. Jeśli po namyśle nadal nie wiesz, czy chcesz narysować słonia, schowaj papier i ołówek i zajmij się swoim smartfonem. Albo idź na podwórko, aby się pobawić z innymi dziećmi. Tylko pamiętaj, żeby się nie spocić lub pobrudzić.
  8. Jeśli twoja odpowiedź jest „tak – chcę”, zastanów się, czy naprawdę jest ci to potrzebne. W tym celu zadaj sobie pytania: – Po co mi słoń? – Czy ktoś inny rysował przede mną słonia? Jeśli tak, to jakie odniósł z tego korzyści? – Czy narysowanie słonia da mi jakieś korzyści? Konkretnie jakie? Jakie ryzyka wiążą się z narysowaniem słonia? Co będzie, jeśli stanie mi na nogę? Albo wejdzie do składu porcelany i narobi szkód? Kto za nie zapłaci? Zadaj sobie też inne ważne pytania: Jakie koszty wiążą się z utrzymaniem słonia? Co z klatką, wybiegiem, wyżywieniem i higieną? Kto będzie się nim zajmować?
  9. Jeśli twoja decyzja jest nadal na tak, nie przeciągaj sprawy w nieskończoność i narysuj wreszcie tego słonia, bo mnie szlag trafi! Ileż można tłumaczyć, jak narysować słonia!?

0Shares

Powieść „Cezarea”. Odc. 12: Rząd składa propozycję negocjacji przy okrągłym stole

Rząd przygotowywał się do negocjacji. Wymagało to czasu. Wobec agresywności strony przeciwnej premier stosował taktykę zwodów i opóźnień. Wyjaśniał trudną sytuację państwa, jednocześnie dodawał otuchy:

– Nie mamy pieniędzy, ale będziemy mieli.

Dla udokumentowania prawdy premier wywrócił na zewnątrz kieszenie spodni w czasie telewizyjnego wystąpienia. Wypadły tylko dwa spinacze, grzebyk i książeczka do nabożeństwa.

Przemówiło to do wyobraźni zwłaszcza osób starszych, pamiętających czasy pustych półek, naparstka, nożyczek oraz drobnej naprawy odzieży. Niektórzy wzruszyli się nawet do tego stopnia, że wysyłali pieniądze na wsparcie bezdomnych.

Premier zapewnił, że jego rząd będzie ściśle współpracować z Przyziemiem, aby wyprowadzić kraj na prostą.

W następnych dniach rząd zaskakiwał wszystkich niezwykłą energią i pomysłami. Strajkującym zaproponowano wspólną pracę nad reformowaniem gospodarki.

– Chodzi nam o rzeczywistą reformę, pełną, bez żadnych ulg dla kogokolwiek. Począwszy od programów usprawnień zarządzania koleją, przez ekologię, loty kosmiczne, aż do gaszenia pożarów wysypisk śmieci.

Za każdym wystąpieniem premier przedstawiał nowe propozycje: reformy całkowite i cząstkowe, poprawa jakości myślenia obywatelskiego, podwyższenie smaku produktów rolnych, lepsza łączność z Chinami, edukacja seksualna młodzieży. W końcu premier zaproponował negocjacje przy wspólnym stole.

Strajkujący odpowiedzieli okrzykami sprzeciwu.

– Nie ma takiego stołu, który pomieściłby nas wszystkich.

W odpowiedzi premier polecił wyświetlić animację negocjacji. Miały się odbyć na błoniach podmiejskich, gdzie zarezerwowano pięć hektarów terenu. Stół był okrągły i miał średnicę stu metrów.

Wokół niego stały dziesiątki mniejszych kwadratowych stołów. Przy głównym stole, przyciętym z jednej strony, aby nie miał krągłości (nie znosił jej Namiestnik Kukuła), siedział sam Namiestnik, Premier Chudy, jego ministrowie, przewodniczący organizacji społecznych, dyrektorzy wielkich koncernów, przedstawiciele mediów krajowych i zagranicznych. Drony unosiły nad nimi wielkie wachlarze. To poruszyło wyobraźnię. Strony szybko doszły do porozumienia w sprawie negocjacji już po wakacjach.

– Tak będzie najlepiej. – Podsumował premier, zacierając dyskretnie ręce. – Cieszył się, miał ambitne plany.

Michael Tequila – książki https://tinyurl.com/y895884p

0Shares

Powieść „Cezarea”. Odc. 10: Rząd rozmawia z demonstrantami

Tego dnia Premier wychodził dwa razy do demonstrantów i przemawiał. Aby go lepiej słyszano przemawiał z balkonu budynku rządowego. Powtórzył kilka razy, że doskonale rozumie strajkujących i przekonywał, że rząd ma wszystko pod kontrolą a sprawy państwa układają się pomyślnie.

– Ale w tym roku wydaliśmy już wszystkie pieniądze i nic już nie mamy. – Na dowód prawdy Premier wywrócił na zewnątrz kieszenie spodni. Były puste.

– Nie te spodnie pan włożył! –  Odezwały się okrzyki. – Niech pan przyjdzie w tych z szyfrowanymi kontami bankowymi i kasą pancerną w tylnej kieszeni!

Premier patrzył zmieszany na tłum. Nie wiedział czy ludzie krzyczą  poważnie czy też dworują sobie z niego. Przyjrzał im się uważnie i zauważył zaciśnięte pięści i usta rzucające przekleństwa. Pomyślał, że powinien zgnieść rebeliantów.

Nad ranem wjechało do miasta dziesięć asenizacyjnych beczkowozów, z których wyciekały nieczystości. Ludzie mieszkający przy ulicy i w sąsiedztwie mdleli w mieszkaniach. Na twarzach i rękach bardziej wrażliwych osób pojawiły się ślady uczulenia. Karetki nie nadążały z przewozem ofiar do szpitali. Wywołało to w mieście wielki gniew.

Na żądanie demonstrantów, aby rozmawiał z nimi Namiestnik, rzeczniczka Partii Powszechnego Dobrobytu ogłosiła przez megafon:

– Pan Namiestnik nie może wyjść. Czuje się niedobrze. W mieście strasznie śmierdzi, a on jest uczulony na odór. Namiestnik nie znosi brzydkich zapachów. Prosił mnie, aby państwa pozdrowić z wielką serdecznością i życzyć pełni zdrowia i powodzenia. Namiestnik przywiązuje wielką wagę do spraw zdrowia i sukcesów obywateli naszego pięknego kraju. Będzie się też za państwa modlić uczestnicząc w mszy w najbliższą niedzielę

Miasto ogarnęło wrzenie.

– Dlaczego on nas ignoruje? – Krzyczano. – Niech wyjdzie wreszcie na zewnątrz i sam poczuje ten smród!
*****
Rankiem następnego dnia do gabinetu Namiestnika Krzepkiego-Kukuły wpadł zdyszany Premier. Nie był podobny do siebie. Okulary zwisały mu na cienkim paseczku w połowie brody, twarz miał czerwoną z wysiłku i niepokoju. Ręce mu się pociły.

– Panie Namiestniku! – Krzyknął, stając na baczność i porządkując ubranie. – Po wczorajszym przejeździe wozów asenizacyjnych mieszkańcy Cezarei dosłownie się wściekli. To jeden wielki bunt. Właściwie to epidemia. Rewolucja. Zaraza. Sam nie wiem, jak to nazwać! Oni teraz stoją pod pańskim oknem i żądają, aby pan wyszedł do nich i przemówił.

Namiestnik Kukuła popatrzył na premiera, jakby widział go po raz pierwszy w życiu. Pozioma zmarszczka przecięła mu czoło, blada zazwyczaj twarz nabrała rumieńców. Wyszedł na balkon razem z Premierem, który trzymał się nieco z boku. Przed nimi falowało morze głów, transparentów i sztandarów. Oprócz osób dorosłych było sporo młodzieży, trochę dzieci z rodzicami, emeryci, kilku duchownych, tramwajarze. Namiestnik poznał ich po uniformach. Obecni byli także pracownicy sądownictwa z symbolami Temidy i inne grupy zawodowe.

Zebrani trzymali nad głowami transparenty: „Tak nie sposób żyć”, Nie chcemy żyć w smrodzie i upodleniu”, „Żądamy pieniędzy i reform”. „Koniec z żebractwem”. „Do duszy z taką władzą”.

– To anarchiści i buntownicy. – Warknął Namiestnik do Premiera, po czym uspokoił się, nie na tyle jednak, aby nie odczuwać niesmaku.

– Co robić wobec takiej skali protestów? – Zapytał bezradnie premier.

– Podejmiemy akcję informacyjną. Wywalimy społeczeństwu całą prawdę o bezzasadnych roszczeniach strajkujących. Niech pan, Premierze, uruchomi Świerszcza w naszej telewizji. Niech nadaje komunikaty o sytuacji. A pan niech tłumaczy społeczeństwu trudną sytuację kraju. Że po prostu nie stać nas na zaspokojenie wyolbrzymionych i nieuzasadnionych roszczeń! Teraz nie możemy nic zrobić, ale rozwiążemy wszystkie problemy w najbliższej przyszłości!

Premier stał nieruchomo z mroczną twarzą. Nie wiadomo, czy słuchał Namiestnika. Po chwili uśmiechnął się niewyraźnie i ręką uczynił niepewny ruch.

– Niechżesz pan wydobędzie z siebie więcej optymizmu. Nich pan składa obietnice, jeśli trzeba. Tylko bez przesady. – Namiestnik przyjął postawę człowieka sukcesu.
*****
Po południu nieznany sprawca narysował na murze parlamentu szubienicę, pod którą Namiestnik Kukuła zakładał sobie sznur na szyję. Policja ujęła i aresztowała autora graffiti. Następnego dnia do prokuratora dotarł poufny list Namiestnika z prośbą o zaniechanie postępowania karnego przeciw winowajcy. Został wypuszczony na wolność. Informacja o interwencji Namiestnika u prokuratora pojawiła się w mediach społecznościowych. Przeprowadzono sondaż popularności polityków. Wzrosło poparcie dla Namiestnika, spadło zaś dla Premiera.

Namiestnik powiedział swojemu sekretarzowi:

– Ten człowiek od graffiti to jakiś pomyleniec. Tylko ktoś nienormalny mógłby uwierzyć, że sam sobie założę pętlę na szyję. Niedoczekanie jego.

0Shares

Nie samym alkoholem człowiek żyje.

Dziś, zamiast regularnego blogu, dla odświeżenia pamięci, serca i ducha, o strajku, nauczycielach, rządzie i podobnych zjawiskach. Wyciąłem tylko niektóre fragmenty, aby skrócić i uprościć tekst, i pogrubiłem tematy spraw. Trzewia pozostały te same. Pozostawiłem też linki do artykułów, o których mowa w tekście.

Źródło: Wyborcza.pl newsletter_wyborcza@wyborcza.pl  Wydarzenia dnia, 24 kwietnia 2019.

 Rostam killing the White Demon

Cytuję:

17-y dzień strajku nauczycieli. Rząd zamierza w ekspresowym tempie zmienić prawo i „doprowadzić do przeprowadzenia matur”. Mimo że nauczyciele zapowiedzieli, iż nie zamierzają utrudniać życia swoim wychowankom. Premier Morawiecki wyjaśnił obywatelom, że teraz dyrektorzy będą mogli klasyfikować uczniów.

Ciekawy komentarz o strajku, który przeradza się w bunt, publikuje dziś w „Wyborczej” znawczyni putinowskiej Rosji Krystyna Kurczab-Redlich. Pisze między innymi: „Nauczyciel przystępujący do strajku na dalekiej prowincji nie przypuszczał, że perfidia, z jaką przedstawiciele władz dobiorą mu się do duszy, zrani połowę społeczeństwa. Nie przypuszczał też, że zajadła wściekłość pozostałej połowy zepchnie go w samotność. Nie przyszło mu także do głowy, że legalny, pokojowy protest pokaźnej warstwy polskiej inteligencji, do której należą nauczyciele, urośnie na drożdżach propagandy do dramatu narodowego”. Trudno się nie zgodzić.

Błyskotliwy jak zawsze Jacek Dehnel wyruszył dziś na poszukiwania tuzinów naszych „kuzynek, które zapłakane wróciły ze szkoły”. Pisarz w trudnym do podrobienia stylu rozjeżdża – jak mówi młodzież – zastępy trolli na usługach walczących ze strajkiem.

Stołeczny ratusz wydał decyzję, na mocy której spółka Srebrna związana z Prawem i Sprawiedliwością może zbudować na działce położonej w centrum Warszawy budynek o wysokości zaledwie 30 metrów. A nie 190 metrów. To znacząca różnica. Iwona Szpala i Wojciech Czuchnowski przypominają, czego państwo i instytucje podległe ministrowi sprawiedliwości w sprawie wież przy Srebrnej nadal nie robią.

Rzecznik dyscyplinarny bada, czy dwoje nowych sędziów SN naruszyło prawo. Aleksander Stępkowski miał wydać orzeczenie bez akt sprawy, a Małgorzata Manowska – zignorować sprzeciw pierwszej prezes SN. Oboje nie zgadzają się z zarzutami. Cały świat może nam pozazdrościć tak wyjątkowego oblicza parlamentaryzmu.

A na koniec informacja mrożąca krew w żyłach. Pył z Sahary, który właśnie dociera nad nasz kraj, to dopiero początek prawdziwych kłopotów. Z powodu globalnego ocieplenia zimy robią się w Polsce mniej śnieżne, a lata bardziej suche. Z kolei opady stają się coraz bardziej gwałtowne. Taka „pogoda na sterydach” jest jednym z najpoważniejszych efektów zmian klimatu. Ale z węgla nie zrezygnujemy!. Zatem: po nas choćby potop!

Koniec cytatu

0Shares

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 209: Kristina odwiedza Świątynię Wiary i Prokreacji

Świątynia Wiary i Prokreacji w zamyśle Czarnej Eminencji miała być genialną machiną konwersji przeciwniczek prokreacji w jej gorące zwolenniczki. Był to jego pomysł. Kiedy myślał o nim, czuł nad sobą ożywczy oddech Stwórcy. W przekonaniu Eminencji świątynia ucieleśniała ideał zawarty w biblijnej myśli „młyny boże mielą wolno, ale dokładnie i na miałko”.

Pragnieniem Eminencji było przywrócenie społeczeństwu, oczywiście również Bogu, wierzących kobiet, które straciły orientację i zeszły z drogi prawdy. Myśląc o tym Eminencja posługiwał się czasem terminem naukowym „indoktrynacja”, ale podwładnym zakazał używać go, ponieważ zalatywał on czymś nieczystym, nawet diabelskim.

Z chwilą rozpoczęcia budowy świątyni, o szczegółach projektu, jego celu i mechanizmach działania, oprócz Eminencji i gubernatora wiedziała tylko nieliczna grupka wtajemniczonych: Babochłop, dwóch ekspertów rządowych prześwietlonych przez gubernatora, poza tym księża oddelegowani do nadzorowania prac świątynnych, oddani sprawie wiary i ojczyzny, gotowi oddać za nią życie. Wytyczne Eminencji, głowy Kościoła Hierarchicznego, były dla nich świętością.

*****

Kobieta, miała na imię Kristina, niepewnie przekroczyła próg Świątyni Wiary i Prokreacji. Wiele o niej słyszała, że jest piękna, ogromna i niezwykle urokliwa. Rozglądając się dookoła, posuwała się powoli razem z innymi kobietami w kierunku wskazywanym przez strzałki. Nie spieszyła się, miała dużo czasu, nie miała zresztą do czego wracać. W skupieniu czytała wszystkie tabliczki, ogłoszenia i wskazówki. Przyszła tu szukając pocieszenia po nieudanej miłości. Marzyła o małżeństwie, domku, ogródku i rodzinie. Kiedy jej marzenia rozpadły się, straciła chęć na wszystko.

Pierwszym pomieszczeniem była Sala Grzechu. Wypełniały ją znaki i symbole grzechu pierworodnego, z którego kościół wywodził także sprzeniewierzanie się boskiemu poleceniu „idźcie i rozmnażajcie się”. Ten grzech upowszechnił się i rozprzestrzenił po całej Nomadii. Wszyscy o nim mówili, stał się wyzwaniem dla narodu.

Symbole grzechu figurowały wszędzie, były wszechobecne. Kristina widziała je na piedestałach pomników, tablicach ogłoszeniowych, na stacji autobusowej, w piekarni, na ścianach i chodnikach, skwerach, placach, w małych parkach, a nawet w książce, którą czytała. Wiele wiedziała o grzechu. Mówiła jej o tym matka, tym głośniej i więcej, im bardziej ojciec popadał w pijaństwo. Grzech był ważny, ponieważ sięgał do zarania historii i służył odróżnieniu dobra od zła. Także zrozumieniu, czym jest dobro, jak jest ważne i dlaczego należy do niego dążyć.

Kobieta oderwała się od myśli i skoncentrowała. Ściany Sali Grzechu ozdobione były wielkimi obrazami i reliefami w złoconych i czarnych ramach, w zależności od treści, jakie zawierały. Obraz grzeszników spadających do piekła miał ramy czarne jak czeluść zapomnienia lub czerwone jak ogień piekielny. Na obrazie „Ucieczka od grzechu” kolory były jaśniejsze, coraz żywsze w miarę przesuwania wzroku ze strony lewej do prawej, w kierunku galerii nadziei.

Kristina nie zauważyła, kiedy zjawił się nad nią paznokieć. Wyglądał jak żywy. Wszystkie kobiety go dostrzegły. Działał na ich wyobraźnię, wyobraźnię osób dbających o ręce, marzących o gabinecie kosmetycznym i porządnym pedicure. Niektóre z nich śniły nawet o zawodzie kosmetyczki. Unoszący się w powietrzu paznokieć rozbudzał wyobraźnię, nawiązywał do ideału dłoni kobieciej, wydawał się pytać, czy powinien być takiego samego wzoru i koloru na każdym palcu, czy też odmienny, motywowany fantazją. Kobietom o żywszej wyobraźni i temperamencie przypominał, że miłosnemu zbliżeniu z mężczyzną pomagają piękne dłonie, podobnie jak przezroczysta koszulka w pikantne wzorki w brzoskwiniowym kolorze. Takie i podobne myśli przenikały umysły kobiet, coraz bardziej marzących o spotkaniu z mężczyzną i macierzyństwie, i o zdjęciach z maleństwem z dumą pokazywanych rodzinie i przyjaciołom. Obecne w świątyni kobiety zaczynały zdawać sobie sprawę, jak bardzo kochają dzieci, ich niezdarne ruchy i drobną buzię, która może nie jest jeszcze wyraziście piękna, ale już anielska.

Wkrótce paznokieć zniknął i pojawił się palec boży, aby stale już towarzyszyć w drodze przez świątynię przesuwając się po ścianie lub w powietrzu. Każdą z kobiet kierował inny palec; był on jak anioł stróż, czuwający nad bezpieczeństwem i wskazujący drogę w gąszczu obrazów, wyobrażeń i przepowiedni. Był to idealny przewodnik, niczego nie narzucający, tylko sugerujący i podpowiadający, w jakim kierunku uczynić następny krok.

Kristina widziała go z bliska, tuż, tuż przed sobą. Była pod jego wrażeniem. Był jak żywy, mogła go prawie dotknąć. Gdyby jej powiedziano, że był to obraz tworzony przez promienie lasera, kolorowy, połyskliwy hologram, pokazujący każdą żyłkę, najdrobniejszą nawet skazę, to by nie uwierzyła. Nie dziwiło jej nic, co działo się w tym świętym miejscu. Podobnie jak inne kobiety szeptała do siebie:

– To palec boży wskazujący prawdę miłości. To palec Stwórcy, jedynego wzoru godnego naśladowania.

Poruszający się palec przekonywał i uwodził Kristinę obrazami i cicho szeptanymi słowami. Pozytywne wrażenia wzmacniała nieziemska muzyka płynąca ze wszystkich stron. Zapowiedź macierzyństwa spływała na Kristinę niewidocznymi nitkami z sufitu, dotykała jej włosów, ciała i ubioru.

Im bardziej kobiety poddawały się uczuciom miłości, tym radośniejsze stawały się obrazy a muzyka bardziej promienna. Były to utwory muzyki liturgicznej, sakralnej i kościelnej, kompozytorów głoszących chwałę bożą, Jana Sebastiana Bacha, Ludwika von Beethovena, Georga Haendla i Amadeusza Mozarta. Najpiękniej brzmiały w uszach Kristiny pasje, msze, oratoria i kantaty Jana Sebastiana Bacha, twórcy natchnionego nie przez aniołów czy świętych, ale samego Pana Boga.

0Shares

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 203: Fenomen i rozwój chamstwa

Apokalipsa uprzytomniła ludziom potęgę siły natury, przypominając potop i Noego. Oczy wszystkich zwróciły się ku Biblii, zajmującej dotychczas skromne miejsce w biblioteczkach domowych.

Czytając Księgę Rodzaju przypominano sobie w szczegółach historię wielkiego potopu oraz patriarchy Noego, dziesiątego potomka Adama, człowieka prawego i sprawiedliwego.

Noe miał trzech synów: Sema, Jafeta i Chama. Poszukując wzorów historycznych, które mogłyby służyć rozwojowi lepszego post-apokaliptycznego społeczeństwa, odkryto Chama, najmłodszego syna Noego, najbardziej wyrazistego i prostolinijnego z wszystkich dzieci patriarchy. To on stał modelem prawdziwego mężczyzny. Cham był człowiekiem szczerym i otwartym, obnażającym nagą prawdę. Miał w sobie witalność na wagę złota czyli dziewięćdziesięciu ośmiu kilogramów. Był szlachetnym buntownikiem. To on ujawnił nagość swojego ojca, który jak świnia opił się winem z własnej winnicy i rozebrany zasnął w namiocie na pokładzie Arki.

Obywatelom podobał się Cham. Kiedy zaczęli studiować jego charakter i zachowanie, zachwycili się nim do tego stopnia, że masowo zaczęli tworzyć stowarzyszenia i kluby przyjmując go za swojego patrona. Ich celem był powrót do zwyczaju bezwzględnego, nawet brutalnego, obnażania prawdy, jakakolwiek by ona nie była oraz przywrócenie przekleństw i obraźliwych zachowań jako wyrazu nieskrępowanej szczerości. Pierwszy był Klub Chama.

Na polecenie gubernatora opracowano listę synonimów imienia „Cham”, aby ustalić ich pełen zakres semantyczny. Pierwsza lista była skromna, ale użyteczna. Objęła ona w porządku alfabetycznym: Arogant, Burak, Gbur, Grubianin, Impertynent, Prymityw, Prostak, Ordynus, Troglodyta, Warchoł. To początkowe niekompletne zestawienie uświadomiło społeczeństwu bogactwo i pokrewieństwo językowe z Biblią i jej postaciami.

W ślad za Klubem Chama pojawiły się inne: Klub Gbura, Stowarzyszenie Grubianina, Klub Aroganta, Zrzeszenie Motłochu, Fundacja Ordynus. Nazwy pokazywały różnorodność zainteresowań członkowskich. Stowarzyszenie Buraka zrzeszało głównie osoby pochodzenia wiejskiego, Kluby Aroganta miały natomiast wydźwięk bardziej intelektualny, nawet arystokratyczny.

Kolejka do zapisu do pierwszego Klubu Chama w Afarze ustawiła się jeszcze przed świtem. Prawie w połowie były to kobiety. Wkrótce Babochłop otrzymał wiadomość od swego agenta, że większość z nich to kobiety wyzwolone, pragnące dotrzymać kroku mężczyznom również w chamstwie. Babochłop poinformował o tym gubernatora. Ten polecił mu zbadać, czy przynależność kobiet do Klubu Chama może mieć wpływ na prokreację.

*****

Sefardi nie interesował się specjalnie rozwojem chamstwa. Jako wynalazca i pisarz był mu nawet przeciwny, był jednak dobrze w nim zorientowany. O wszystkim informował go Enrique, jego wnuk, przy okazji spotkań rodzinnych. Okazało się, że Enrique został sekretarzem Klubu Chama w Afarze i wiedział wszystko, co dotyczyło chamstwa. Kiedy Enrique zjawił się w niedzielę na proszony obiad, Sefardi prawie go nie poznał, tak bardzo zmienił się on fizycznie i psychicznie. Młody człowiek wyraźnie odnalazł się w nurcie chamstwa; zajmował wysokie stanowisko w co najmniej dwóch klubach, obracał się w awangardowym towarzystwie, aktywnie uczestniczył w życiu politycznym i społecznym stolicy. Kiedy wszedł do jadalni, cała rodzina zauważyła zmianę. Był wyprostowany, zmężniał, ubierał się staranniej i bardziej dbał o siebie. Zapytany przez dziadka, co się zmieniło, odpowiedział z promiennym uśmiechem:

– Odnalazłem się dzięki nowoczesności ogarniającej nasz kraj płomieniami postępu.

Czego nie ujawnił to to, że swoje sukcesy zawdzięczał głównie przynależności do tajnej policji. Sefardi nigdy się o tym nie dowiedział, podobnie jak inni członkowie rodziny a nawet przyjaciele Enrique. Był zaufanym człowiekiem Babochłopa, dysponował poważnymi wpływami i dużymi dochodami. Pieniądze, poczucie ważności, wpływy i oparcie w potężnej organizacji stworzyły z niego nowego człowieka. Okazał się jednostką utalentowaną, łatwo nawiązującą kontakty i znajomości.

*****

Analiza fenomenu chamstwa doprowadziła gubernatora do przekonania, że dla rozumienia motywacji i zachowań kobiet konieczne jest poznanie nowych fenomenów społecznych Nomadii. Wszystkie one mogły mieć wpływ na kobiety.

– Sytuacja skomplikowała się. Musimy poświęcić więcej czasu, aby rozgryźć wszystko, co wpływa na zachowanie kobiet, jak i mężczyzn. – Stwierdził na zakończenie kolejnego comiesięcznego spotkania z udziałem Czarnej Eminencji i Babochłopa.

Sekretarka gubernatora, donia Matilde, nazywała ich po cichu Świętą Trójcą. Dotarło to do gubernatora. Zastanawiał się, czy zachowanie sekretarki jest dopuszczalne. W pierwszym odruchu chciał ją skarcić. Po namyśle zmienił zdanie. Nazwa spodobała mu się, nawet bardziej niż Triumwirat, który sam wymyślił dla podkreślenia więzi łączących osoby najbardziej oddane sprawie prokreacji. Była w tym doza przekory. Wiedział, że Czarna Eminencja będzie oburzony i chciał to zobaczyć.

Kiedy Gubernator powiedział duchownemu, jak określają ich trójkę, ten zesztywniał i zaczerwienił się na twarzy. Gubernator zauważył jego zaciskające się wargi oraz dłonie zamykające się w pięść. Eminencja spojrzał na rozmówcę i chyba domyślił się jego niezbyt czystej intencji. Otworzył usta, miał już coś powiedzieć, ale powstrzymał się. Po chwili podjął zupełnie inny temat. Z czasem i on przyzwyczaił się do Trójcy Świętej, w której miał swój oczywisty udział, zdając sobie sprawę z nieuchronności nazw i nawyków niekoniecznie sprawiających ludziom przyjemność. Koncentrował się na sprawie najważniejszej – na prokreacji. Tak bardzo go to absorbowało, że coraz częściej zaniedbywał sprawy kościoła, jakie powierzał mu Bóg. Przypomnienie sobie tego obowiązku skutkowało zawsze w pośpiesznej ale szczerej modlitwy o wybaczenie.

0Shares

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 202: Sefardi rozmawia z Izabellą i przechodzi cichy zawał serca

Przy najbliższej okazji Sefardi zapytał Isabelę, co sądzi o zniknięciu i powrocie czasu. Był ciekaw jej komentarza. Jej reakcja zdumiała go, choć znał kobietę bardzo dobrze. 

– Nie biorę udziału w tej monstrualnej hecy, bo to chamska prowokacja – oświadczyła, po czym zaczęła bluźnić tak strasznymi słowami, że Mistrz przestraszył się nie na żarty. Pomyślał, że jej rozum odjęło i że zaraz zacznie się rozbierać jak głupia wiejska Tola, która za jabłko oddawała się dorastającym chłopcom.

Nie miał nic przeciwko temu, taka myśl przemknęła mu przez głowę, aby zobaczyć gospodynię w spontanicznym akcie obnażania się. Isabela widocznie domyśliła się, co mu chodzi po głowie, bo rzuciła mu tak zjadliwe spojrzenie, że odszedł zmieszany wymawiając się pilną pracą do wykonania. Zanim to się stało wyjaśniła mu, że widziała z bliska fenomenalne szaleństwo czasu i wyglądało ono inaczej niż jej relacjonował.

– Ogląda pan rzeczywistość jak ślepa kura, don Sefardi, bo nie zauważył pan żadnych zmian. Ludzie w kraju odwracają się do siebie plecami, kobiety unikają kontaktu z mężczyznami, dzieci dojrzewają tak szybko, że aż strach bierze, i już w szkole współżyją ze sobą jak dorośli ludzie. Niektóre chodzą zaniedbane i szczerbate, tłumacząc, że rodzice nie mają dla nich czasu albo pieniędzy, aby zaprowadzić je do dentysty. Ci z kolei twierdzą, że nie mogą leczyć, bo brakuje im amalgamatu do wypełniania plomb, albo narzędzi dentystycznych, a może nawet i chęci do pracy. W ogóle nie zauważył pan, jak wszystko zmieniło się po Apokalipsie! Nawet fabryki się zmieniły; pracują teraz dłużej i bardziej intensywnie wyrzucając z kominów dym czarniejszy i bardziej cuchnący niż sam diabeł.

W takich okolicznościach czas też mógł zwariować, ale ja się do tego nie mieszam. Mnie to nie obchodzi.

*****

Niezdolność wyjaśnienia fenomenu znikającego czasu męczyła Mistrza. Nosił w sobie poczucie winy i wstydu wobec społeczeństwa, gubernatora, nie wspominając Isabeli, szczególnie krytycznej wobec jego niewiedzy. Złe wspomnienia doskwierały mu tak bardzo, że odczuwał duszności i szum w głowie. Kiedy poczuł bolesny ucisk w klatce piersiowej, zgłosił się do lekarza rodzinnego, który po osłuchaniu skierował na badanie w klinice profesora Navarro, znanego kardiologa. Okazało się, że w dniach niepokoju, kiedy Sefardi nie umiał wyjaśnić ludziom fenomenu kurczącego się czasu, doznał zawału serca. Profesor wyraził swoją opinię bardzo poetycko.

– Pański zawał był tak spokojny jak przelot kolibra nad plantacją róż w Ekwadorze. Nie mógł pan go odczuć ani usłyszeć, bo był cichy niby tykanie zegara z bajki. Niby je słychać, ale tak jesteśmy do niego przyzwyczajeni, że naprawdę to go nie słyszymy – skomentował niezbyt wyraźnie kardiolog.

Sefardiego nie zdziwiło, że profesor mówił bełkotliwie, ponieważ jego głos przebijał się z przez zmierzwioną brodę, której gęste, rude włosy działały jak tłumik.

– Widocznie wszystko jest teraz cichsze niż kiedyś – pomyślał Sefardi, starając się zapamiętać te słowa. Wydały mu się godne pamięci jako prosta teza naukowa, którą warto kiedyś zweryfikować. Miał we krwi sprawdzanie wszystkiego, co tworzyło czasoprzestrzenną rzeczywistość. 

Obydwaj mężczyźni, lekarz i pacjent, razem oglądali obraz na ekranie monitora medycznego. Profesor zwrócił uwagę, że serce Mistrza prawdopodobnie wskutek zawału zmieniło się, upodabniając się do zegarka o kształcie serca, jaki niegdyś nabyła od Sefardiego królowa angielska.

Był to oczywiście żart ze strony profesora, z którego obydwaj się pośmiali. Rozmowa przedłużyła się, kiedy lekarz wyznał, że jest miłośnikiem zegarów, a w dodatku wielbicielem wynalazków Sefardiego, w związku z czym czuł się zaszczycony goszcząc go w swojej klinice.

0Shares

Obudziła mnie Wyobraźnia. Nie samą literaturą człowiek żyje. Koszula bliższa ciału.

Rano obudziła mnie Wyobraźnia. Zastukała wskazującym paluchem do mojej głowy najpierw z zewnątrz, potem od wewnątrz, w końcu popukała mnie w czoło.

– Co o tym wszystkim myślisz? – zapytała.

Nic nie odpowiedziałem, bo akurat pojawiła się przede mną ogólna sala obrad Parlamentu Europejskiego. Beata Szydło stała na fladze unijnej i wygłaszała płomienne przemówienie. Ściany były prawie gorące od żaru jej słów. Mówiła po polsku. Zauważyłem, że żaden poseł Unii Europejskiej nie ma słuchawek na uszach a kabina tłumaczy jest pusta.

– Co jest? – Zapytałem.

– Weszliśmy do Parlamentu Europejskiego i od razu zmieniamy Unię, tak jak obiecaliśmy. – Odpowiedziała pani Beata z promiennym uśmiechem. Był szeroki i szczery. Zaimponował mi. – Najpierw nauczyliśmy ich mówić naszym językiem. To teraz pierwszy język unijny. Po drugie wprowadziliśmy klęczniki, aby wygodniej było im wstawać z kolan. Po trzecie, po kolei organizujemy sprawy Unii, tak jak to sobie wyobraziliśmy.

– Jak panią i PiS odebrano w Unii? – Zapytałem onieśmielony jej osiągnięciami.

– Bardzo dobrze. Doskonale wręcz. Wszyscy posłowie pamiętali moją walkę w czasie reelekcji Tuska. Podchodzili do mnie i mówili: – Ty, Bea, i ten twój PiS jesteście cudowni. Pierwsi na świecie wystąpiliście przeciwko kandydatowi swojego kraju. Na to trzeba charakteru i odwagi. Dwadzieścia siedem krajów go chciało a wy powiedzieliście „Nie”. I wygraliście. To nie ten sam Tusk teraz. Utarliście mu nosa. No a wasz kandydat, ten Saryusz-Wolski, to gigant. Rewelacja! Powszechnie znany. Podobno to najlepszy disk-jockey w waszej partii. Rewelacja!

Chwilę później Wyobraźnia wyświetliła kolejny obraz parlamentu Europejskiego. Beata Szydło siedziała obok Theresy May, premier Wielkiej Brytanii, która jej udzielała wskazówek, jak zorganizować Polexit.

– Ty, Bea, zrobisz to lepiej. Ja popełniłam poważne błędy. Chcieliśmy to zrobić na chała-drała, wy to robicie powoli i systematycznie. Ale co będziemy gadać o exitach! Opowiedz mi o sobie, o swoim dorobku dyplomatycznym.

Pani Beata wyciągnęła przybornik i pokazał jej dużą sikawkę strażacką.

– Mój poprzednik miał większą, ale nie umiał się nią posługiwać. Zamiast jej użyć zorganizował referendum na temat Brexitu. – Wtrąciła Theresa May.

– Kiedyś dowodziłam strażakami. To były moje najlepsze lata. – Kontynuowała pani Beata. – Oni poszliby za mną w ogień i dym. To była prawdziwa walka. Cały czas kryzysy. Gaszenie pożarów. To wtedy nauczyłam się zarządzać krajem. Ale opłaciło się. Teraz widzisz sama jak Polskę szanują w Unii. Zmieniamy całą Unię, tak jak obiecaliśmy. Dzisiaj PiS stanowi największe ugrupowanie polityczne w Unii. Razem z Węgrami trzęsiemy tą organizacją. Decydujemy o wszystkim. Pieniędzy będziemy mieli teraz jak lodu. Martwię się tylko, gdzie my je wszystkie upchamy. Nie ma takiego wielkiego siennika!

– Macie na pewno wielkie potrzeby. Każdy je ma.

– Pewnie! Mamy nauczycieli. Ale ten problem rozwiążemy inaczej. Zaproponowaliśmy zmniejszenie ich liczby i zwiększenie uposażeń pozostałych nauczycieli o zaoszczędzoną kwotę wynagrodzeń. Dyskutujemy teraz, jaki procent ma odejść. Coś za coś. Większa wydajność, więcej pieniędzy! Zrobimy to samo z pielęgniarkami, niepełnosprawnymi, pracownikami sądów i administracji. Tylko górników oszczędzimy, bo to ciężko pracujący ludzie. Potrzeba nam więcej węgla, bo będziemy produkować miliony samochodów z napędem elektrycznym.

– Ależ on ma łeb! – Wykrzyknęła Tera. – Mam na myśli twojego szefa, pana Kaczyńskiego. Premiera zresztą też. Zawsze ich podziwiałam. Oni są tacy postępowi, wszystko widzą w perspektywie. No i te wasze reformy aparatu sprawiedliwości. Sędziowie to złodzieje i oszuści. Ufać możesz tylko parlamentarzystom i to tylko ze swojej partii. Wiem coś o tym. – Entuzjazmowała się Tera.

– Mój szef to nasz skarb narodowy. Jego imieniem nazwaliśmy salę konferencyjną w Unii Europejskiej. Druga będzie nosić imię jego brata, ale najpierw musimy odkręcić tabliczkę z nazwiskiem Wałęsy. Mało kto już go pamięta. To niepopularna postać. Dlatego musimy zmienić podręczniki historii – Westchnęła pani Beata i zaczęła składać sprzęt pożarniczy do przybornika.

W tym momencie Wyobraźnia wygasła. Zdążyła jeszcze tylko postukać mnie palcem w czoło. Nie wiedziałem dlaczego akurat mnie. Poczułem się jednak wyróżniony i dumny, że to my przewodzimy Europie.  

Michael Tequila: Niezwykła decyzja Abuelo Caduco – 40% taniej. Skorzystaj i kup!  http://tinyurl.com/yxt5v8zm 

Michael Tequila – książki https://tinyurl.com/y895884p

0Shares

Konio / opowiadanie-fragmenty

„…  Tak było przynajmniej na początku, gdy zaczęliśmy od pytań o zawód, hobby i przyjaciół. Skończyliśmy, niestety, na wymianie ciosów, ale to nastąpiło później. Nie używaliśmy wulgarnych wyrazów takich jak „hucpa”, „happening” ani innych zaczynających się na „h”,choć niektórzy ludzie zaczynają je na „ch”. Domyślny wyraz jest zbyt osobisty i ktoś mógłby się obrazić. Poza tym w pełnej, bezimiennej postaci nie musi on wywoływać niemiłych skojarzeń zwłaszcza u kobiet oraz tych mężczyzn, którym myli się płeć i strony ciała. Bóg tak nas stworzył i z pewnością miał w tym swój cel. Dawno już postanowiłem, że nie będę wchodzić z nim na drogę dyskusji, gdyż za mało się znamy. Wiem tylko, że jest ostatecznym autorytetem i to mi wystarcza.
– W czym robisz, Konio? – Przejąłem inicjatywę, zadając pytanie, które pozwoliłoby mi zdefiniować profil osobniczy gościa. Profil fizyczny widziałem jak na dłoni. Był imponujący.
– Wyścigi konne? Dorożkarstwo? Przenoszenie ciężarów na odległość metodą mistrza Dzianowskiego? Biegi kłusaków? Gra w polo? Szwoleżerka, nie daj Boże? Bo chyba nie praca w polu? – Jak kierownik niegdysiejszego działu kadr dużej firmy hodowlanej
wykazałem się znajomością zawodów pracowników czworonożnych.
– Próbowałem wszystkiego po trochu. Imałem się różnych zajęć. Raz nawet na preriach amerykańskich przyłączyłem się do dzikiego stada mustangów. Ogólnie rzecz biorąc, byłem raczej niezdecydowany. Już taki jestem od maleńkości. – Konio wyjaśnił z pewnym
zażenowaniem, co objawiło się markotnym wydłużeniem pyska.
– Czyli od źrebaka.
– Dokładnie. Czy ty, Michu, nie jesteś przypadkiem weterynarzem? – Pytanie padło zupełnie  nieoczekiwanie.
– Dlaczego pytasz? Coś ci dolega?
– Nie. Pomyślałem tylko, że jeśli nie jesteś weterynarzem, to mógłbyś być koniem. Znasz terminologię fachową jak mało kto.
– Też jestem koniem. Może nie dosłownie, ale jestem.
– Co ty bredzisz!? Z taką klatką piersiową i z takim grzbietem? A twój łeb?! Gdzie grzywa? Przecież to byłby wstyd dla konia. Pęciny to masz może sensowne, ale gdzie kopyta?
– Mam nogi w butach, to nie mogę mieć kopyt.
– To jak mogą cię podkuć? Słyszałeś kiedyś o koniu bez podków? Podkowa jest potrzebna nawet na szczęście. A co z bieganiem?
Nie zaskoczyłem, o co mu chodzi. Widocznie głupio to wypadło, gdyż gość zaczął mnie pouczać. Widać było, że odczuwa wielkie zadowolenie. Oczy mu zabłysły i głos się zmienił.
– Nie kojarzysz, co?! Pytam o to, jak mógłbyś ruszyć z kopyta, nie mając takowego. Nie będę cię niszczyć pytaniami. Lepiej wytłumacz, dlaczego uważasz się za konia. – Mój rozmówca zarżał z cichej satysfakcji, czując przewagę nade mną.
– Rzecz w tym, że Dzień Mężczyzny i Dzień Konia są w tej samej dacie! Reszta to czysta dedukcja. „

„ …Była to dobra okazja, aby zaproponować coś do wypicia dla poprawy nastroju. Konio odmówił alkoholu, więc zaproponowałem mu szklankę wody. Źródlanej, niefiltrowanej – zaznaczyłem w nadziei, że doceni postawę proekologiczną.
– Koń by się uśmiał! – Jego rżenie przybrało formę drwiny. – Czyś ty oszalał? Chcesz, abym umarł ze śmiechu. Szklanka wody! To dla królika czy dla kota? Ja piję z wiadra! Słyszysz? A bucket of water, please. – Przeszedł na angielski równie łatwo jak z trawy na koniczynę.
– Nie przesadzaj, Konio. – Udzieliłem mu życzliwej rady. – Lekarze i weterynarze zalecają picie dużej ilości wody, ale nie dziesięć litrów za jednym zamachem! Od tego żaby mogą ci się zalęgnąć w brzuchu. – Stwierdziłem w nadziei, że perspektywa śliskiego płaza w żołądku powstrzyma Koniego przed spożyciem nadmiernej ilości płynu. – Zupełnie jak człowiek. Pije na umór. – Po raz nie wiadomo który zdałem sobie sprawę z fatalnego nawyku nadużywania płynów. – On postępuje podobnie jak alkoholik, który nie zna umiaru i pije na umór, a potem siada za kierownicą. Moja wyobraźnia produkowana koszmarne epizody pasujące tylko do filmów z horrorem.
Efekt wchłonięcia wiadra wody przegryzionej bochenkiem suchego chleba, gdyż tylko taki miałem w domu, nie dał na siebie długo czekać. Konio rozejrzał się najpierw na boki, jakby strach go ogarnął, a następnie zapytał szeptem, czy mógłby pójść do łazienki.
– Odczuwam pilną potrzebę przejrzenia się w lustrze! – dodał usprawiedliwiająco.”

Powyższe fragmenty pochodzą ze zbioru opowiadań  Michael Tequila: „Niezwykła decyzja Abuelo Caduco”

1Shares

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 188: Gubernator określa przeciwników prokreacji

Arcybiskup wezwał swoich podwładnych do podjęcia wszelkich wysiłków, aby nie dopuścić do zagłady Nomadii. Uznał to za podstawę pracy duszpasterskiej. Księżom niewywiązującym się z obowiązków zagroził wszystkimi karami: pokuty, upomnienia, interdyktu, suspensy, ekspiacji a nawet ekskomuniki; miało to postawić tamę zobojętnieniu wobec losów kraju. Zobowiązał ich też do intensywnej pracy nad wiernymi zdolnymi do prokreacji, lecz uchylającymi się od obowiązku, który nazywał świętym, w celu rozbudzenia w nich poczucia tej powinności.

Dla rządu kościół był rywalem w przeszłości. Kiedy podejmowano współpracę to albo z bezwzględnej konieczności, albo w zamian za przywileje lub inne korzyści. Strony reprezentowały wtedy zupełnie inne nastawienie, sam gubernator był zwolennikiem rozdziału państwa i kościoła. Teraz sprawy wyglądały inaczej.

*****

Najgorsze dla gubernatora było to, że mając nowego sojusznika, jego ludzi i środki, nadal nie wiedział, jak podejść do wyzwania, od czego zacząć, kogo przekonywać, a kogo bezpośrednio zwalczać. Dziesiątki pytań krążyło mu po głowie, nic twórczego nie przychodziło mu jednak na myśl z wyjątkiem fragmentarycznych, nieznaczących pomysłów.

Kiedy od niepokoju i napięcia doznał raz silnego zawrotu głowy, wstał od biurka i nerwowo krążył po gabinecie. Przechodząc obok posągu wychudzonej kobiety, symbolu karlejącej demografii, spojrzał jej w twarz i wtedy stało się coś niezwykłego – posąg rzucił się na niego. Gubernator odskoczył do tyłu, prawie upadł na plecy. Po chwili domyślił się, że musiał poruszyć dywan, na którym stał posąg. Przyglądając mu się z uwagą, doznał olśnienia. Pomyślał o kobietach, które nie chcą mieć dzieci. Były to feministki, kobiety wyzwolone, jednostki zarozumiałe i chorobliwie ambitne, samolubnie stawiające karierę zawodową nad macierzyństwo.

Skojarzenie okazało się bardzo użyteczne. Gubernator podszedł do tablicy i napisał: „Kobiety wyzwolone”. Krzyknął na sekretarkę. Zjawiła się prawie natychmiast. Poprosił o kawę z koniakiem, aby rozjaśnić umysł. Czekając na jej powrót chodził po gabinecie zastanawiając się, kto jeszcze wchodzi w grę. Nie zdążył udzielić sobie odpowiedzi, kiedy zadzwonił telefon. Domyślił się, że to sekretarka. Podniósł słuchawkę i nie czekając na reakcję warknął:

– Niech pani nic mi nie mówi ani o nic nie pyta, tylko wreszcie przyniesie mi tę cholerną kawę z koniakiem. I proszę wezwać do mnie seksuologa; nazwisko pani zna. Kobieta usiłowała coś wyjaśnić, gubernator jednak nie zamierzał jej słuchać.

– Proszę wysłać mój samochód i polecić natychmiast przyjechać. To sprawa wagi państwowej, niecierpiąca zwłoki. Musi przyjechać – stwierdził, ucinając konwersację. Sam dziwił się sobie, że zachował się tak obcesowo.

Słowo „seksuolog” wywoływało w gubernatorze skojarzenie ze zboczeńcami. Chwilę zastanawiał się, jak to inaczej sformułować, mruknął „oczywiście”, podszedł do tablicy i pod numerem dwa dopisał „Ludzie o odmiennej orientacji seksualnej”, po czym postawił dwukropek i zaczął dopisywać: geje, lesbijki, transwestyci i podobni. Jeszcze raz popatrzył i dopisał: Dewianci. Zdawał sobie sprawę, że jest to określenie niepoprawne politycznie, ale trafne i dosadne.

Sekretarka wniosła kawę i gubernator oderwał się od tematu. Pił kawę i myślał.

*****

Kiedy zapukano do drzwi, gubernator odczuł ulgę, jakby za chwilę przed jego oczami miał zjawić się cudotwórca lub jasnowidz zdolny rozwiązać wszystkie problemy. W drzwiach stanął seksuolog, z tyłu widoczna była sekretarka.

Gospodarz przeprosił gościa za wyrwanie go z łóżka i nie zwlekając wprowadził w temat, pokazując dwa hasła zapisane na tablicy. Poprosił o sugestie. Niecierpliwił się. Chciał mieć jak najszybciej możliwie pełny obraz. Uważał, że szybkie działanie jest kluczem do zwycięstwa.

Profesor prawie się nie zastanawiał. Dla niego sprawa była oczywista. Ożywił się, to był jego temat. Był szczęśliwy, że może przedstawić swoją wiedzę i to samemu szefowi rządu.

– Cyberseks – odpowiedział bez wahania, po czym uściślił: – Zwolennicy cyberseksu. – To produkt importowany prosto z Japonii – dodał, zaskakując gubernatora, który słyszał o tych ludziach, ale bardzo niewiele.

Gubernator nie wypowiadał się z obawy, że skompromituje się ignorancją. Żył sam i wszyscy wiedzieli lub domyślali się, że kobiety mało go interesowały. Niepokojąca myśl tkwiła nieprzerwanie w jego świadomości: gubernator, szef państwa, przywódca partii rządzącej, bojownik walki o prokreację, sam nie ma nic do zaoferowania społeczeństwu.

Po godzinie gubernator uznał, że czas kończyć spotkanie. Był zadowolony; udało mu się określić trzy grupy przeciwników prokreacji, trzy cele, na których mógł skoncentrować uwagę i energię. Był gotów uścisnąć gościa, pomyślał jednak, że mogło to być przyjęte opacznie. Była już noc i mężczyźni byli sam na sam. Aby wyrazić podziękowanie, poczęstował profesora cygarem. Drobny z pozoru gest został życzliwie przyjęty. Apokalipsa zrobiła swoje; na rynku brakowało prawie wszystkiego.

0Shares