Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 133: Lęk przed nieznanym

Przez wszystkie słowa, tony wypowiedzi i gesty przebijał się ludzki lęk przed nieznanym. W Niotse wezbrało współczucie. Nie zdawała sobie sprawy, że zachowuje się jak samica, dojrzała matka, która dostrzegła w potomstwie przerażenie czymś nieznanym.

– Skutków dokładnie nie znamy. Nikt ich nie zna. Możemy tylko je przewidywać, snuć spekulacje. Musimy liczyć na zdolność adaptacji konioczłowieka do nowego otoczenia i wzajemnej tolerancji dwóch gatunków. Trzech gatunków – poprawiła się po kilku sekundach. – Człowieka, konia i konioczłowieka. Dlatego przestańmy się zajmować tym, co jest niepewne. Jeśli będziemy kierować się lękiem przed nieznanym, to nigdy nie uratujemy koni ani przyrody! Ani ludzi, na dobrą sprawę.

Jej tłumaczenie, pozbawione rzeczowych argumentów, płytkie jak kałuża po deszczu, przemówiło jednak do audytorium. Ci, którzy się buntowali, uspokoili się, przynajmniej chwilowo. Niotse okazała się skutecznym spowiednikiem. Wybaczyła laborantom grzech ignorancji, zwolniła ich z poczucia winy i udzieliła przebaczenia. A oni to kupili! Niotse poczuła, że powinna kuć żelazo, póki gorące, aby ostatecznie rozprawić się z niepewnością i lękiem.

– Gdyby coś nie poszło tak, jak trzeba, zniszczymy Obiekt. To my będziemy Stwórcą, którego nikt nie rozlicza. Skoro zostaliśmy stworzeni na wzór i podobieństwo boże, to mamy także jego władzę.

Była to wypowiedź odważna, wręcz obrazoburcza. Niotse przestraszyła się, czy uzurpowanie sobie roli Stwórcy nie wywoła buntu osób najmocniej wierzących w Boga. Nic takiego nie nastąpiło. Konsternacja zebranych przemieniła się w zapał. Wątpiący zostali wciągnięci w wir pozytywnego myślenia. Pracownicy wstawali z foteli i klaszcząc w dłonie przyłączali się do rosnącego aplauzu. Był to odruch stadny, udzielania poparcia charyzmatycznemu przywódcy. Nie zdawali sobie z tego sprawy, mieli poczucie współuczestnictwa w wyzwolicielskiej rewolucji.

Niotse pozwoliła zebranym wyrazić radość odzyskania dobrego samopoczucia, po czym interweniowała. Chciała zakończyć spotkanie w najlepszym punkcie.

– Dobrze! Osiągnęliśmy porozumienie. To mnie bardzo cieszy. Wobec tego zamykam zebranie. Wracajcie do dyskusji panelowych. Zgodnie z zasadami, każdy może zmienić stół, grupę i temat w dowolnym momencie. Każdy zespół ma przewodniczącego i sekretarza. Jutro o godzinie ósmej rano, punktualnie jak na świątecznej mszy w kościele, zbieramy się tutaj, w tym samym miejscu, aby omówić wyniki spotkań grupowych. Poprowadzę również jutrzejsze zebranie.

Kiedy wychodziła z sali, laboranci podchodzili do niej i gratulowali. Znowu byli jedną, zgraną ferajną połączoną duchem sprzeciwu wobec niegodziwości społeczeństwa i pragnieniem naprawy rzeczywistości.

 

Konspiracja dawała się we znaki pracownikom laboratorium. Nieprzerwane pilnowanie się, używanie pseudonimów, kodowanie, szyfrowanie, strach przed zdradą któregoś z kolegów choćby wskutek beznadziejnej słabości czy głupoty, paraliżowała pracę twórczą i krępowała swobodę osobistą. Niotse nie mogła dłużej tego tolerować. Znowu pokierowała nią bardziej intuicja, instynkt i temperament niż rozum. Po kolejnym spięciu na temat wzajemnego zaufania i dyscypliny pracy podjęła decyzję.

– Rozumiem was. Myślałam o tym niejednokrotnie. Spisałam sobie wszystkie niedogodności konspiracji. To długa lista. Wymieniacie przykładowo podsłuchiwanie rozmów telefonicznych, rozbudowane instrukcje, szczegółowe regulaminy, częste szkolenia, jak zachować bezpieczeństwo osobiste i tajemnicę służbową, materiały ściśle tajne, tajne, poufne i inne. Skarżycie się też, że ktoś przegląda wasze szafki.

Zniecierpliwiony Niedźwiedź rzucił przykład, podtrzymany okrzykami poparcia.

– Nie mogę wyjść na cholerny spacer po terenie laboratorium, aby ktoś mnie nie szpiegował. Musimy poluźnić dyscyplinę. Konspiracja nie może nas przytłaczać, ograniczając zdolność i nastrój do twórczej pracy.

Niotse przerwała tok wynurzeń.

– Nie ma nic za darmo. Musicie to wiedzieć. Dla rozwiązania problemu, wprowadźmy prostą zasadę: za zdradę, nieuzasadnioną nieostrożność, drastyczne zaniedbanie, które narazi Laboratorium na poważne niebezpieczeństwo, winny odpowie głową. – Kiedy skończyła mówić, poczuła kołatanie serca i suchość w ustach. Zachowała się jak dyktator, decydujący o życiu i śmierci. Było to jednak konieczne, wręcz nieuniknione. Odpowiedziało jej milczenie. Uznała je za akceptację brutalnej zasady.

*****

Kolejne zebranie załogi zgromadziło wszystkich specjalistów, osoby kluczowe dla stworzenia konioczłowieka. Była to ogromna grupa: bioinżynierowie genetyczni, biotechnolodzy, genetycy molekularni, inżynierowe projektów, jakości i procesów, anestezjolodzy, cała plejada chirurgów, farmakolodzy, weterynarze, fizjolodzy, genetycy, neurobiolodzy, biochemicy. Po twarzach było widać, jak bardzo są sfrustrowani. Wywołali burzę.

– To, co osiągnęliśmy na poprzednich zebraniach, niewiele nam daje. Potrzebujemy dokładniejszego zrozumienia celu. Musimy w końcu naukowo uporządkować cechy Obiektu, jaki mamy stworzyć, ustalić definicję i opis nowego gatunku biologicznego.

Dyskusja o już istniejącej systematyce konia domowego i człowieka, z opisem domeny, królestwa, gromady, podgromady, rodziny, rodzaju i gatunku, była dla Niotse zbyt skomplikowana, aby zastanawiać się nad nią, ale rozumiała, że twórcy konioczłowieka muszą znać te szczegóły. Zdała sobie sprawę, że każdy specjalista i każdy zespół ma swoje oczekiwania, a jej rolą jest je zrozumieć, skoordynować i włączyć do programu pracy Laboratorium.

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 127: Konspiracja

Mimo poważnych zastrzeżeń wobec rządu, Niotse zdecydowała się podjąć próbę przekonania wicegubernatora Csudo do koni i ochrony ich środowiska. Poznała go osobiście, kiedy jeszcze jej rodzice obracali się w towarzystwie bliskim elitom władzy. To jej ułatwiło kontakt. Ze spotkania wróciła rozczarowana, nie szczędząc gorzkich słów rozmówcy. Zdenerwowała się, opowiadając o swoim spotkaniu.

– Nigdy więcej nie będziemy go o nic prosić. Ani ja, ani wy. Z nim się nie da rozmawiać. To goguś w białych rękawiczkach wychowany w salonie, paniczyk pozbawiony wyższych uczuć. Jego świat to martwa technika i ideologia, nasz to natura i żywe zwierzęta. On nie ma pojęcia o przyrodzie i wolności, nawet o gnoju równie naturalnym jak rośliny, którym służy za pokarm i podstawę rozwoju. Jego rząd przypomina obraz martwej natury ze śniętą rybą w środku, jaką widziałam w muzeum sztuki średniowiecznej. Csudo potrafi tylko otaczać się tym, co nowe i martwe, obrazami w złoconych ramach, samochodami o szklanej karoserii, garnkami kuchennymi wygrywającymi utwory muzyczne, sztucznymi kwiatami, bo nie wymagają podlewania, i nosi tylko garnitury ze sztucznych tworzyw, bo są lżejsze i nie mną się.

Nie wszystko co stwierdziła, było prawdą. Na obronę Csudo przytaczano fakt, że jego rodzice mieli kiedyś psa, który pozostawił w wicegubernatorze ciepłe wspomnienia.

Po nieudanej rozmowie Niotse z Csudo, Front przygotował akt oskarżenia przeciw rządowi. Wprawdzie był to dokument wstępny i nieoficjalny, ale niezwykle głęboki i ostry w ocenach. Opracowano go z udziałem dwóch prawników, prokuratora oraz sędziego, członków Frontu. Obydwaj byli już na emeryturze. To uspokajało środowisko ekoanarchistów; prawnicy byli bezstronni, ponieważ nie ciążyła na nich przynależność do jakiegokolwiek zrzeszenia prawniczego, które mogłoby mieć wobec nich statutowe lub inne oczekiwania.

Oskarżenie przedstawiało informację, co w sprawie koni i przyrody rząd zrobił, czego nie zrobił, co pozoruje oraz w czym wyraźnie szkodzi. W działalności rządu było tyle negatywów, że ekoanarchiści zaczęli wprost podejrzewać ukrytą dywersję wymierzoną w konie oraz rzeczników ich interesów.

– Rząd nie jest w stanie zagwarantować koniom nawet przeżycia. Woła to o pomstę do nieba. – Tak podsumował sytuację akt oskarżenia. 

Pod wpływem Frontu w społeczeństwie narastał opór przeciwko pozostawieniu koni ich tragicznemu losowi. Obywatele coraz ostrzej wypowiadali się na temat ich ochrony, sprzeciwiali się polowaniom, nakręcali filmy o koniach, uczęszczali na różne szkolenia. Nie zmieniało to jednak tragicznej sytuacji. Kiedy ludzie mnożyli się jak króliki, konie wymierały w przyśpieszonym tempie. Cywilizacja i przyroda znalazły się wyraźnie na kursie kolizyjnym. Konieczne było radykalne rozwiązanie, coś przełomowego. Ekoanarchia dojrzewała do podjęcia takiej decyzji.

Podejmując misję stworzenia hybrydy konia i człowieka członkowie Frontu Wyzwolenia Koni nie zdawali sobie w pełni sprawy z niebezpieczeństw, jakimi to groziło. Nikt w kraju nie zaakceptowałby takiego projektu ani kościół, ani rząd, ani obywatele. Stworzenie istoty nieistniejącej w przyrodzie mogło być uznane za większe nieszczęście niż zaraza czy bomba atomowa. Było to wyzwanie rzucone Bogu i ludzkości. Konioczłowiek miał być równie albo i bardziej inteligentny niż człowiek, dużo silniejszy, bardziej wytrwały i dodatkowo jeszcze posiadać instynkt, słabo rozwinięty u człowieka. Już sam jego wygląd mógłby wystarczyć, aby go znienawidzono.

Ekoanarchiści wierzyli w konioczłowieka i za żadne skarby nie odstąpiliby od zamysłu jego stworzenia. Myśleli tylko, jak ograniczyć ryzyko, że ktoś mógłby odkryć ich tajemnicę i zniszczyć laboratorium, ich samych, w końcu także wytwór ich wyobraźni i marzeń. Bali się przede wszystkim rządu, wrogiego koniom i ekoanarchistom, z zasady traktowanym jako przeciwnicy państwa i władzy.

Konspiracja była sprawą życia i śmierci. Na początku były to nieudolne poczynania, amatorszczyzna oparta na przesłaniu, róbmy wszystko, co nam przyjdzie do głowy, co wydaje się słuszne, aby bronić się przed niebezpieczeństwem. Potem pracownicy Laboratorium przyznali, że zachowywali się jak rozbrykany źrebak, któremu do łba przychodzą myśli świeże i nieuporządkowane jak trawa rosnąca pod ławką, gdzie nikt jej nie depcze, żaden pies nie obsikuje i gęsi nie wyskubują.

Na pierwszy ogień poszła firma. Nazwę „Laboratorium” ścięto do pnia – dla celów wewnętrznej komunikacji – pozostawiając tylko „Labo”. Tak było krócej i poręczniej. W drugiej kolejności poskracano imiona pracowników lub zastąpiono je pseudonimami i przestano używać nazwisk. Każdy pracownik miał swoją ksywę. Wzięcie pod nóż imion, nazwisk, nazwy firmy i jej części organizacyjnych, a potem także czynności i wszystkiego, co dawało się ukryć, nie było żadnym widzimisię lub fanaberią, ale bezwzględną koniecznością. Nie było to mydlenie oczu, gra pozorów i robienie zmyłek, lecz walka o przetrwanie.

Szybko stało się oczywiste, że sprawami bezpieczeństwa musi kierować osoba gruntownie znająca zasady konspiracji, z doświadczeniem pracy w wojsku, policji, wywiadzie lub ochronie osobistej. Inicjatywę przejęła Niotse. Miała szczęście. W szeregach klubu znajdował się wysokiej rangi wojskowy, pułkownik, który ujawnił się dopiero wtedy, kiedy Niotse ogłosiła, że poszukuje specjalisty do spraw bezpieczeństwa.

W klubie nikt nie miał pojęcia o jego istnieniu, ponieważ z nikim o sobie nie rozmawiał. Zachowanie tajemnicy było dla Niotse najlepszą rekomendacją. Po dwóch rozmowach uznała pułkownika za idealnego człowieka. Od razu ustalili dla niego pseudonim Aaron. Miało to miejsce już po tym, jak Front Wyzwolenia Koni nabył połowę udziałów kapitałowych Laboratorium Szyfrowanych Koni i jego członkowie stali się automatycznie pracownikami firmy.

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 125: Ekoanarchiści mobilizują się

Stanowisko rządu dotyczące koni gubernator przedstawił w przemówieniu wygłoszonym w Centrum Spotkań Obywatelskich. Najpierw mówił o problemach i wyzwaniach, z jakimi boryka się rząd, o zasiewach zniszczonych przez dzikie konie, ilości osób, jakie doznały obrażeń ciała, a nawet zmarły spadając z koni w trakcie jazdy wierzchem. Potem cytował statystyki dotyczące tych ofiar, szły one w setki, podawał nazwy szpitali, gdzie je leczono, dziękował lekarzom za poświęcenie i wyniki leczenia, w końcu przedstawił kilka zdjęć osób najbardziej poszkodowanych. Niektóre zdarzenia ilustrował slajdami, pokazując, jak stado koni pędząc na pastwisko rozdeptuje stado owiec oraz jak znarowione konie blokują ruch uliczny w Afarze. Była też mowa o higienie.

– Czy wiecie państwo, że koń wypróżnia się osiem do dwunastu razy w ciągu doby? – Tym pytaniem gubernator przypomniał niebezpieczeństwo skażenia terenu pasożytami żyjącymi w jelitach zwierząt, wygodnie zapominając, że właściciele skutecznie odrobaczają swoje konie. Nie martwił się o to, ponieważ miał przygotowany kontrargument, że są przecież jeszcze dzikie konie zapomniane przez opatrzność i człowieka.

– Potrzeba nam krowiego mleka, a nie końskiego nawozu do hodowli pieczarek. Potrzebujemy krów, a nie koni. – Tym wezwaniem transmitowanym na cały kraj gubernator ostatecznie podsumował stanowisko rządu w sprawie koni.

Na czele Ekoanarchii stanęła kobieta przypominająca posturą dziewczynkę w szkolnym wieku. Nosiła ona egzotyczne, łagodnie brzmiące imię Niotse i była trzecim dzieckiem mieszanego małżeństwa. Jej matka pochodziła z wysp południowowschodniej Azji, ojciec był Nomadą z dziada pradziada. Nikt nie dawał Niotse więcej niż siedemnaście lat; w istocie miała dwadzieścia siedem. Wyglądała dziewczęco głównie dlatego, że była niezbyt wysoka, piegowata i nosiła dwa grube warkocze. Pozorny niedostatek kobiecości rekompensowało jej kształtne ciało krągłościami przypominające hinduską boginię płodności. Kiedy Niotse szła ulicą poruszając biodrami, mężczyźni otwierali usta z zachwytu, zamykając je tylko po to, aby uniknąć powiedzenia czegoś szalenie bezecnego lub intymnego.

Podziw mężczyzn i zazdrość kobiet nie imponowały Niotse. Żyła w świecie pragnień i idei związanych z końmi. Była urodzoną bojowniczką z wizją przyszłości i determinacją zwycięstwa. Nie było w tym przesady. W jej żyłach płynęła prawdziwa krew rewolucji; Niotse była wnuczką przywódczyni słynnej grupy partyzanckiej Ata Sorgoson, która wywalczyła wolność wyspie, gdzie urodziły się jej babka i matka. 

Z chwilą objęcia przywództwa przez Niotse bieg wydarzeń uległ przyśpieszeniu. Ekoanarchię przemianowano na Front Wyzwolenia Koni. Była to nazwa bardziej wyrazista i mobilizująca, nie wywołująca negatywnych skojarzeń związanych z anarchią. Wkrótce pojawiły się nazwy alternatywne, uproszczone: Front Eko lub po prostu Front.

Nowy manifest organizacji skutecznie integrował – mimo iż wydawało się to niemożliwe – cele i metody obrońców koni i anarchistów. Podstawowa zasada była prosta: zdecydowana opozycja wobec rządu, jego struktur i stanowionych przezeń praw. Celem Frontu było przywrócenie równowagi między człowiekiem a koniem, a w szerszym kontekście między cywilizacją a przyrodą. Organizacja dopuszczała każdą metodę działania koncentrując się na mobilizacji społeczeństwa dla realizacji swoich celów.

Zarząd Frontu zbierał się regularnie co tydzień, aby dokonywać przeglądu wydarzeń krajowych i zagranicznych o szczególnym znaczeniu dla koni. Bardzo szybko okazało się, że rząd Nomadii buduje wizerunek władzy wrażliwej na los tych zwierząt. W praktyce konsekwentnie je eliminował zastępując, gdzie tylko można, urządzeniami mechanicznymi i nowymi technologiami. Front skrzętnie dokumentował praktyki rządu. Ich publiczne ujawnienie Niotse uważała za niezwykle ważne; chodziło o zbudowanie świadomości obywatelskiej, że rząd postępuje nieuczciwie i jest dwulicowy. Nienawiść do władzy stanowiła podstawową siłę anarchii, u której podstaw leżało umiłowanie wolności i dobro wszystkich żywych istot. W odpowiedzi ideolodzy rządowi piętnowali postępowanie Frontu Wyzwolenia Koni nazywając je publicznym praniem brudów oraz kalaniem własnego gniazda.

Niektóre doniesienia Frontu brzmiały tak niewiarygodnie, że część obywateli odrzucała je od ręki. Ucząc się na błędach, ekoanarchiści doszli wkrótce do wniosku, że najbardziej bulwersujących wiadomości najlepiej nie publikować od razu i w całości, tylko je dawkować, kawałek po kawałku, aby łatwiej trafić z prawdą do osób darzących rząd ślepym zaufaniem. Erozję ich poglądów Niotse uważała za bardzo skuteczną metodę działania.

– Konkretnie, co rząd robi niedobrego? – pytali często uczestnicy spotkań organizowanych przez Front Wyzwolenia Koni. W odpowiedzi na takie pytania Front przygotował „Czarną Księgę Praktyk Rządu”. Zawierała ona tylko fakty.

Prawo pomiaru gruntów i sporządzania planów zagospodarowania zostało tak skonstruowane, że ludzkie siedliska ćwiartowały tereny leśne, rolne, pastwiska i nieużytki – miejsca niezbędne koniom do życia. Co więcej, w imię ochrony własności prywatnej państwo zezwalało grodzić wszystko, co tylko dało się oznaczyć słupkami. Obywatele mieli prawo nabywać grunty włącznie ze źródłami, strumieniami, stawami i jeziorami. Nabyte tereny właściciele otaczali murem lub stalową siatką, skutecznie blokując dostęp zwierząt do wody. Były to zabójcze praktyki.