Teatr Abstrakcji. Opowiadanie fantastyczne. Odc. 2: W nocy budzą mnie dzwony.

Przed przyjazdem do stolicy zebrałem informacje o Teatrze Abstrakcji, jego historii, organizacji, programie, ostatnio wystawianych sztukach. Ludzie piszą i mówią o teatrze różne rzeczy. O dyrektorze, że jest zamordystą. Nie wiem, co to znaczy. Dla jednego zamordysta, dla drugiego to człowiek twardą ręką prowadzący powierzoną mu organizację. Przestaję o tym myśleć, wracam do pokoju, kładę się do łóżka i staram się zasnąć.

W nocy budzi mnie dźwięk dzwonów. Wpadam w przerażenie. Nie wiem, o co chodzi, czy to sen czy rzeczywistość. Myślę, że to ktoś dzwoni na egzekucję mordercy albo dla odstraszenia potworów, jak to robili żeglarze w starożytności. Po chwili dudnienie dzwonów oddala się, odbija się echem o ścianę pokoju i zapada cisza. Przypomina mi się „Oda do młodości”, której uczyłem się na pamięć w szkole. Pamiętam dwie zwrotki, nucę je po cichu, czuję ich moc: Dzieckiem w kolebce kto łeb urwał hydrze, ten młody zdusi centaury, piekłu ofiarę wydrze, do nieba pójdzie po laury. Tam sięgaj, gdzie wzrok nie sięga, łam, czego rozum nie złamie! Młodości! Orla twych lotów potęga, jako piorun twe ramię!

Przychodzi mi na myśl, że w okolicy hotelu dzwony biją regularnie, bez względu na porę dnia, kiedy dzieje się coś ważnego. Kiedy kojarzę to sobie z Teatrem Abstrakcji, słyszę hałas za oknem. Wychodzę na balkon i rozglądam się z ciekawością. W dole widzę jasno oświetlone okna teatru. Odbywa się tam jakaś wielka feta, bo blask wylewa się na ulicę. Chodnik przy budynku pulsuje plamami światła, wygląda, jakby się poruszał. Stoi na nim kilka osób, wszystkie umundurowane, chyba strażnicy lub ochroniarze. Głośno rozmawiają między sobą, ale ich nie rozumiem. Znajdują się zbyt daleko ode mnie. Odrywam od nich wzrok i rozglądam się po okolicy. Mam wrażenie …nie … jestem przekonany, że byłem tu kiedyś, ale nie poznaję miejsca. W nocy wszystko jest inne, niesamowite. Czuję, jak ciarki przechodzą mi po plecach. To chyba od zimna.

W nocy śni mi się stado szalonych ptaków nad oceanem. Lecą z północy, końce ich skrzydeł płoną jak żagwie, przypominają mi strumień gorących kolorów neonu Teatru Abstrakcji.

Ptaki atakują okręt wojenny; ten broni się ostrzeliwując napastników z dział. Widzę ogień wydobywający się z luf, nie słyszę jednak huku. To mnie wyprowadza z równowagi. Denerwuję się, rzeczywistość wydaje mi się bezsensowna. Chciałbym coś zrobić, lecz czuję się bezwładny.

Rano budzę się wilgotny od potu. Myślę, że sen był zapowiedzią czegoś niedobrego, jakiegoś nieszczęścia. Jest w nim niezrozumiała symbolika. Te ptaki! Chyba były to bezzałogowe samoloty. Ciemny kolor oznacza, że mogły być pokryte specjalnym materiałem maskującym, przez co były niewidoczne dla radarów. Postanawiam rozgryźć tę tajemnicę. Nie jestem pewien, czy wystarczy mi cierpliwości i energii. Mam tyle rzeczy do zrobienia; męczy mnie Teatr Abstrakcji.

0Shares