Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 51: Procesja na osiedlu Aura.

Raz w roku osiedle Aura organizowało uroczystą procesję dla uczczenia pamięci. Nie chodziło o zwykłą pamięć, ale o Pamięć Przeszłości, pisaną z dużej litery, jak w anglojęzycznych przewodnikach turystycznych. Co zawierała ta przeszłość, nikt nie pamiętał; jej najwcześniejsze wspomnienia zatarły się w ludzkich umysłach.

Gościem honorowym procesji był mężczyzna o cudzoziemskim nazwisku Christo Carrozza. Czy było ono prawdziwe, nikt tego nie wiedział. Mówiono o nim, że jest wielkim bogaczem i niezwykle utalentowanym przywódcą. Wśród zwolenników cieszył się niepoślednim uznaniem i zaufaniem; niejednokrotnie zwracali się do niego mówiąc: Wodzu, prowadź!

Carrozza uczestniczył w procesji każdego roku, przybywał bardzo punktualnie i zawsze szedł w drugim szeregu. Krążyła pogłoska, że był to człowiek nieszczęśliwy, przyjeżdżający tylko dlatego, że na osiedlu mieszkała jego córka jedynaczka. Niektórzy mówili, że była to jego kochanka i że przyjeżdżał on po to, aby w ruinach przeżyć szukać śladów zagubionej miłości. Był małomówny, przeważnie milczał. Jeśli otwierał usta, to głównie ze zdumienia, kiedy zobaczył lub usłyszał coś dziwnego, albo po to, aby kichnąć, co zdarzało się raczej rzadko. Iwan Iwanowicz niezbyt uprzejmie twierdził, że Carrozza kichał, kiedy zapomniał języka w gębie.

Carrozza przyjeżdżał na procesję opancerzonym samochodem w obstawie wysportowanych, ubranych na czarno osiłków, trzymających prawą rękę za lewą pazuchą, w ciemnych okularach, przez które przebijał wzrok wyczuwający najmniejszy ruch w tłumie. Ochroniarze nosili marynarki z połami dyskretnie podpiętymi agrafkami. Kiedy samochód wjeżdżał na osiedle ziemia drżała, przeszywając czekających dreszczem ekscytacji i niepokoju; jedno skrzydło szlabanu dygotało nerwowo jakby doznając spazmów bólu lub rozkoszy. Stojący najbliżej ludzie słyszeli w tym dygotaniu kwilenie, przypominające płacz małego dziecka. Większość świadków wjazdu bogacza odrzucało takie wyjaśnienia, nawet jeśli coś słyszeli, uznając je za niezgodne z zasadami fizyki oraz fizjologii zdrowego samopoczucia.

W pierwszej kolejności witały bogacza dzieci, uwielbiające tajemnicze samochody, monstrualnie opancerzone, z piekielnie czarnymi szybami. O samochodzie wiedziały wszystko: znały jego markę, rok produkcji, wagę, pojemność silnika i szybkostrzelność karabinów maszynowych, choć takich nie było, ale one w nie wierzyły; kiedyś objawił im to kierowca samochodu, kiedy wyszedł na zewnątrz, aby przetrzeć szybę irchową szmatką. Zagadywany o to i owo przez dorosłych nie odpowiadał, pozostając – podobnie jak jego pasażer – milczący i uważny. Konwersował jedynie z dziećmi i to tylko wtedy, kiedy nikt tego nie widział, ponieważ nie chciał przynosić ujmy pryncypałowi, który nade wszystko cenił tajemnicę.

Carrozza ubrany był zawsze tak samo. Niektórzy domyślali się, że to z oszczędności, inni, że nie chce wyróżniać się w tłumie, jeszcze inni, że ma swój styl i charakter. Po wyjściu z pojazdu otrzepywał z lekka ramiona płaszcza lub marynarki, w zależności od tego, jaka była pogoda, po czym włączał się do procesji zajmując centralne miejsce w drugim szeregu. Szedł miarowym krokiem nie rozglądając się na boki, czasem tylko uśmiechając się zagadkowo, jakby dla pogłębienia swojej tajemniczości, która i tak była już niezmierna.

Procesja obchodziła wszystkie budynki na osiedlu. Stały przed nimi wielkie zdjęcia tajemniczego mężczyzny niezwykle podobnego do Carrozzy; ten zatrzymywał się przed nimi, wyraźnie wzruszony możliwością okazania szacunku a może i miłości osobie na zdjęciu. Procesji przewodził jeden lub kilku księży, raz nawet na czele szedł biskup, obficie błogosławiąc wszystkich stojących na drodze. Carrozza przyjmował obojętnie, kto przewodzi procesji, zadowalając się najwyraźniej centralnym miejscem w drugim szeregu.

Jego miejsce w procesji uznawano za przejaw skromności jak i głębokiej rozwagi. Było dostatecznie eksponowane, mężczyzna był dobrze widoczny z przodu i z boków, a równocześnie bezpieczny, gdyż ewentualny atak z zewnątrz raziłby pierwszy szereg wypełniony przez mężczyzn, kobiety i dzieci.

Szóstego maja procesji przyglądał się Sefardi z okna swojego gabinetu na drugim piętrze. Carrozza wydał się mu łudząco podobny do Barrasa, z twarzy i postury. Sefardi uznał to za omam wzrokowy, ponieważ mężczyzna miał inną fryzurę, bardziej w stylu afro niż lokalnym, miał też twarz bardziej pergaminową, suchą, lekko łuszczącą się, choć podobnie okrągłą. W pewnym momencie Mistrz uległ profesjonalnej dewiacji, porównując sylwetkę mężczyzny do szpindla zegarowego tylko dlatego, że zachwyciła go niewzruszona powaga maszerującego, jego nieruchomy wyraz twarzy, rozjaśniany w równych odstępach czasu uśmiechem, wybiegającym z kącików ust ku zewnętrznym krawędziom oczu.

W procesji uczestniczyła masa leciwych osób obu płci, z przewagą kobiet, żyjących dłużej i chętniej dobywających się z mroku mieszkań i apartamentów na światło dzienne. Była to nauka dla młodszych pokoleń, że starość jest niezniszczalna i potrafi zachować religijną świeżość raz zdolność gorącej manifestacji uczuć, niesłusznie przypisywaną tylko dzieciom i młodzieży. Dla osób spoza osiedla Aura procesja miała wymiar statystyczno-religijny, ujawniając rozmiary mas emerytalno-rentowych oraz ich przywiązanie do przywództwa, wiary i Boga.

Z biegiem czasu Carrozza zyskał miano męczennika. Zapytany, co o tym sądzi, odparł, że wcale go to nie dziwi, ponieważ rzeczywiście umartwia się stanem umysłowości narodu, który z jednej strony spełnia jego oczekiwania i pragnienia, z drugiej zaś gardzi nim odrzucając jego szlachetne intencje. Pytany o to, czy jego umartwianie się nie odzwierciedla filipińskiego zwyczaju cierpienia na wzór Jezusa, przez wbijanie sobie haków i kotwiczek w ciało, odparł, że jest to w istocie zwyczaj w pełni chrześcijański, godny upowszechnienia w innych krajach. W naśladowaniu wyznawców Jezusa widział głęboką symbolikę, co skłaniało ludzi do mniemania, że chodzi o świętość pochówku i mogiły, na co Carrozza reagował słowami:

– Nie! Nie! Tu chodzi o świętość zwykłego człowieka, obywatela, takiego jak pan i ja.

Niejasności związane ze Świętym Mężem, za jakiego uznawała go coraz większa rzesza rodaków, doczekały się niejednej dyskusji, także przy krawężniku. Zaczęło się to od oficjalnej rejestracji –”Klubu Wielbicieli Świętego Męża”, którego nazwę dla potrzeb obcokrajowców przetłumaczono jako „Saint Husband Fan Club”. Otwarcie klubu zainaugurował sam Carrozza, określając siebie jako podmiot i przedmiot miłości wszystkich zwolenników prawdy, wiary i tradycji. Słowa te wypowiedział – zauważyły to nawet niechętne mu media – w sposób żartobliwy, świadczący o tym, że będąc już prawie świętym nadal pozostawał człowiekiem z krwi kości, któremu powaga i dostojeństwo są równie bliskie jak humor i serdeczność.

Ciało w odbiciu lustrzanym. Część 4.

Strasznie rozgadałeś się, Wiktorze. Zacząłeś od nagości i wszedłeś na politykę. Skracaj się, jeśli możesz. Nagość ma więcej wspólnego z religią niż z polityką.

Jak to?. – brwi rozmówcy uniosły się w górę pytająco.

A tak. Przypomnij sobie choćby powiedzenie „Nagi jak święty turecki”.

Nie rób niepoważnych aluzji do osób świętych, chłopie – Wiktor o mało nie zakrztusił się z oburzenia.

To teraz ja zapytam: Jak to?

A tak. Niejeden biskup chciałby zasłużyć sobie na miano świętego, ale nigdy nie odważyłby się obnażyć. Oni mają za dużo ciała; wyglądaliby niepoważnie jako święci. Święci to często męczennicy. Odjęliby sobie od ust i dali innym. U nas wielu duchownych wygląda tak, jakby zabierali innym. Trudno się połapać w świętości w kontekście ciała. Ale przestań zagadywać mnie, bo chcę mówić o rzeczach ważnych. O tym, jak wyjść z impasu nadwagi i niesportowej sylwetki.

No, no, ciekaw jestem! –rzuciłem szczerze zainteresowany.

Będę mówić krótko, choć nie jest to u mnie we zwyczaju i przychodzi mi z trudem – zdecydował Wiktor. Wczoraj wkurzyłem się w łazience, choć nie było tam ani grama kurzu. Podjąłem poważne decyzje. Chcę uzyskiwać rezultaty. Zaczynam od rzeczy prostych i wykonalnych. Przed wszystkim od zmiany sposobu myślenia i patrzenia na siebie.

No, no! – wyrwało mi się bez złych intencji. Wiktor nawet nie zauważył eksklamacji.

Tak więc, nie ma jedzenia między posiłkami. Po posiłku myję zęby i zaciskam je, kiedy widzę jedzenie. Sam fakt, że je umyłem przypomina mi o unikaniu jedzenia do następnego posiłku. Nie jestem kurą, abym musiał bez przerwy coś dziobać! Nie sądzisz? Daje to mi dobre samopoczucie. Poza tym, good-bye cukierki, ciasteczka i herbatniczki. To tylko rafinowany cukier, najgorsza mąka i chemikalia. Co więcej? – Wiktor zastanowił się chwilę. Od dziś mięso jem bez chleba. Nie mieszać protein z węglowodanami to bardzo zdrowa reguła. Żołądek nie głupieje wtedy i dużo lepiej trawi. Trudno jest mu trawić, jeśli jeden rodzaj pokarmu wymaga środowiska kwaśnego, a inny zasadowego. To tak, jakbyś raz wołał do dziecka: Biegnij w prawo! A za chwilę: Nie, nie!. Biegnij w lewo! Wiesz, co wtedy się stanie?

No, nie wiem – usiłowałem zrobić mądrą minę, aby nie wypaść jako kompletny ignorant pediatryczny.

To proste. Dzieciak wpadłby na najbliższy słupek lub huśtawkę. Tak jest z żołądkiem, który protestuje wzdętym brzuchem. To nieładne, niepraktyczne i niezdrowe.

Słuchałem nie wierząc własnym uszom. To chyba jakiś podmieniony Wiktor – przyszło mi do głowy.

W ogóle to ograniczam konsumpcję chleba. Węglowodany tuczą. Pan Bóg cierpliwie spełniał moje prośby „Chleba naszego powszedniego daj nam dzisiaj, Panie” i dawał mi go w obfitości, do której się przyzwyczaiłem. Postanowiłem nie nadużywać dobrodziejstwa niebios i jeść mniej pieczywa.

Mój rozmówca nagle przerwał przypominając sobie coś.

Co dalej, to ci powiem przy najbliższej okazji. Teraz idę na mój ulubiony mix: szybki spacer połączony z bieganiem. Raz szybko idę, raz biegnę. Boskie doświadczenie, mówię ci! – wykrzyknął kierując się do wyjścia.