Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 91: Śmierć w sypialni

Anastazja przeraziła się.

– Tego nie było w scenariuszu! – Wyszeptała zmartwiałymi ustami. Jej przerażenie nie było udawane. Nie grała już przypisanej roli, zachowywała się naturalnie. Na jej twarzy malowało się przerażenie, osiągając apogeum w momencie, kiedy ciało kochanka, bezsilne i bezwładne, opadło na nią całym swoim ciężarem. Leżała oniemiała, w szoku, wiedząc, że Sefardi już nie żyje. Patrzyła w górę niepewna, co robić.

– Miał umrzeć na fotelu w salonie po zażyciu tabletek, a nie na mnie! A to drań! – Wykrzyknęła, po czym zawstydziła się, przypominając sobie, że nie można odmówić umierającemu ostatniej przysługi, jaką sobie wymarzył.

Po chwili niepewności zepchnęła na bok wciąż ciepłe, lecz już sztywniejące ciało i usiadła na krawędzi łóżka, aby ochłonąć. Dochodziła do siebie. Kiedy uspokoiła się trochę, wstała i udała się do łazienki. Wyciągnęła z szafki ulubiony włochaty ręcznik w czerwone kwiaty i wzięła prysznic. Strumień gorącej wody zagłuszył na chwilę przeżycia i niepokój. Skoncentrowała się, starając się nie myśleć o strasznym wydarzeniu. Czuła presję czasu. Nie mogła się ociągać, musiała jak najszybciej wezwać pogotowie ratunkowe lub zawiadomić kogoś o śmierci. Chciała nałożyć na siebie inny, ładniejszy i bogatszy szlafrok, była przecież pora nocna i miała do tego prawo, zmieniła jednak zamiar i ubrała się jak najszybciej, aby przystąpić do realizacji pozostałej części umowy zawartej z Sefardim, jak też ratować się przed oskarżeniami, że natychmiast nie wezwała pomocy.

– Wygląda jak chłopiec. – Wyszeptała do siebie, po czym zamilkła, zdając sobie sprawę, że w obliczu śmierci nie ma czasu na słowa ani improwizacje. Ułożyła ciało w pozycji siedzącej, przypominającej naturalny efekt zabójczego zawału serca. Wiedziała, jak zachowują się w takich okolicznościach naoczni świadkowie takich zdarzeń; wcześniej obejrzała dwa filmy na YouTube. Była dobrze przygotowaną amatorką. Chwilę później dzwoniła na pogotowie ratunkowe pełna niepokoju i częściowo udawanego przerażenia. Nie była to zwyczajna rozmowa telefoniczna, wcześniej przemyślała sobie scenę wzywania pomocy, co mówi i jak się zachowuje.

– Proszę natychmiast przysłać karetkę pogotowania. Sefardi Baroka, mój przyjaciel, miał zawał serca. Jest nieprzytomny, może nawet już nie żyje. W ogóle nie porusza się.

Na prośbę operatora podała swój numer telefonu, nazwisko i adres. Był to adres budynku przyległego do domu pogrzebowego. Anastazja nie informowała o tym operatora, aby nie wywoływać złych skojarzeń. – Dom pogrzebowy nie jest umieralnią, tylko miejscem pożegnania zmarłego z rodziną i przyjaciółmi. – Tak zawsze uważała i mówiła.

*****

Po zakończeniu rozmowy telefonicznej rozejrzała się po pokoju, czy wszystko jest w porządku. Musiała się pilnować, była przecież konspiratorką, osobą świadomą sprowokowanej śmierci. Dopiero teraz ogarnęło ją przerażenie. Była sama, Sefardi był już przeszłością. Podeszła do stolika w salonie. Stała na nim szklanka z wodą, którą miał popić lekarstwo wywołujące zawał serca. Rozejrzała się niespokojnie szukając wzrokiem fiolki lub pudełeczka.

– Nigdzie nie ma żadnego lekarstwa! Oszukał mnie! – Ogarnął ją gniew, rozżalenie i niepokój, jakie będą konsekwencje. Jeszcze raz spojrzała na bibeloty na stoliku i dopiero teraz zauważyła małą kopertę. Otworzyła ją i znalazła wewnątrz karteluszek papieru zapisany łatwym do rozpoznania pismem.

Droga Anastazjo! Wszystko, co zdarzyło się tutaj zostało zarejestrowane przez dwie kamery. To dla ciebie i dla sądu, jeśli nie usuniesz zapisu. Jedna kamera jest zamontowana w sypialni w rogu pokoju, najbardziej oddalonym od łóżka, pod paskiem gzymsu. Znajdziesz ją łatwo. Druga znajduje się nad twoją głową, w rogu salonu, gdzie teraz przebywasz. Aby je zdemontować wystarczy wyciągnąć wtyczki z miejsca ich podłączenia. Nie zostawi to żadnego śladu, a jeśli zostawi to tak nieznaczny, że nikt niczego się nie domyśli. Nikt zresztą nie będzie ciebie o nic posądzać. Zawał serca był jak najbardziej prawdziwy. Nigdzie nie znajdziesz żadnego lekarstwa, bo nie zamierzałem niczego brać oprócz podwójnej dawki viagry i extasy. Dwie kasety z nagraniami z kamer są w szafce pod telewizorem. Są podarkiem ode mnie na wieczną pamiątkę. Możesz je zniszczyć i zapewne dobrze zrobisz na wypadek, gdyby sprawą miała zainteresować się policja. Twój na zawsze, Sefardi. 

– A to drań. Przewrotny degenerat! Nagrał wszystko, co miało być intymne i miało pójść w zapomnienie. Myśli, że to zniszczę ze strachu przed policją, prokuratorem i sądem. Tym razem jednak się pomylił. Niedoczekanie twoje! – Wyszeptała, zdając sobie sprawę, że kamery wciąż pracują, po czym dodała. – Omyliłeś się tym razem. Zatrzymam kasety dla siebie, mam dosyć kryjówek, aby je ukryć. Nikt nie będzie szukać w starym piecu kremacyjnym. – Ucieszyła się z własnej przebiegłości i decyzji, jakby wygrała szczęśliwy los na loterii.

*****

Pogotowie ratunkowe przyjechało z opóźnieniem. Lekarz stwierdził zgon wskutek rozległego zawału serca. Anastazja znała lekarza, wiedziała, że lubił alkohol. Wcześniej wystawiał już świadectwa zgonu osób zgłaszanych przez klientów jej firmy. Mieszkał blisko jej zakładu. Sprawdziła, że to on będzie na dyżurze tego dnia. Kilka dni wcześniej wysłała mu paczkę z dwiema butelkami dobrego koniaku. Okazją były jego imieniny, pamiętała datę. Podziękowała mu za pomoc.

– Czy nie potrzeba wezwać policji? – zapytała Anastazja. Słowa wyrwały jej się, pytanie było niepotrzebne. Natychmiast zdenerwowała się, jak zareaguje medyk. Oczekiwała jego spojrzenia, podejrzliwości, dlaczego o to pyta. Pytanie nie zdziwiło go w najmniejszym stopniu. Odpowiedział spokojnie. – Nie ma potrzeby. Objawy są tak oczywiste, nie ma tu żadnych wątpliwości, nie ma więc potrzeby sekcji zwłok. Chyba, że pani ma jakieś podejrzenia i chciałaby je wyjaśnić?

Poprosiła o świadectwo zgonu. Zapytał, czy jest osobą spokrewnioną lub rodziną zmarłego. Wyjaśnił, że tylko najbliższa rodzina może uzyskać świadectwo. Przekazał formularz i poinstruował, jak trzeba wypełnić. – Proszę tylko wpisać imię i nazwisko zmarłego. Reszta to moja rola: przyczyna śmierci, data zgonu, miejsce zgonu, nazwa cmentarza, gdzie zmarły zostanie pochowany. Po chwili wahania, zdecydował się sam wypełnić i podpisać dokument.

– Zrobię to od ręki, przekażę do urzędu, skąd uprawniona osoba będzie mogła odebrać świadectwo po przedstawieniu dowodu tożsamości. Ciało chyba zostanie do pogrzebu w chłodziarce zakładu pogrzebowego?

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 68: Śmierć burmistrza

– Burmistrz zmarł około północy pchnięty ostrym narzędziem w klatkę piersiową. Prawie bez śladów. Nie można wyobrazić sobie prostszej i doskonalszej zbrodni. – Lekarz sądowy sucho relacjonował wydarzenie. Ekipa dochodzeniowa była w szoku. Burmistrz był postacią znaną i lubianą. Niedawno wybrano go dużą przewagą głosów na trzecią kadencję.

– Jak do tego doszło? Kto to mógł zrobić i dlaczego? – Lekarz, mężczyzna czterdziestoletni, doświadczony fachowiec, nie mógł otrząsnąć się z przygnębienia.

– To musiał być ktoś, kogo ofiara znała. – Komendantka posterunku policji, Ewa Padano, dzieliła się swoimi przypuszczeniami. Była młoda i energiczna, bezwzględnie zdecydowana znaleźć zabójcę, aresztować go i postawić przed sądem. – Mogę sobie to wyobrazić. – Kontynuowała z przekonaniem. – Ktoś zapukał do drzwi i burmistrz zapytał: Kto tam? Odpowiedział mu znajomy głos. Burmistrz zdziwił się trochę, że ten ktoś przychodzi tak późno, ale otworzył drzwi. Wtedy morderca uderzył i odszedł. Żona burmistrza znalazła ciało nad ranem. Jest teraz pod opieką psychologa. Mówiła, że mąż nie był zdenerwowany ani niespokojny mimo fatalnej pogody. Prawdopodobnie był to ktoś, kogo on znał. – Policjantka powtórzyła swoje wcześniejsze przypuszczenie. – Nie znaleźliśmy odcisków palców ani żadnych innych znaków w domu ani na zewnątrz. Wilgoć rozmyła ślady na dworze. Robi się coraz ciemniej, ale od rana zaczynamy od nowa. Przyjedzie specjalista od daktyloskopii.

*****

Ksiądz Terrano poczuł nieprzyjemny ucisk w dołku, kiedy do parafii dotarła tragiczna wiadomość. Była na ustach wszystkich osób, które  znały burmistrza. Tajemnica śmierci powszechnie znanego człowieka okazała się studnią, w której utonęła prawda o mieszkańcach miasta, ich uczuciach i sumieniach. Dla policji była to trudna sprawa. Za dużo było możliwości. Zbrodni mógł dokonać każdy obywatel miasteczka lub ktoś z zewnątrz, zupełnie nieznany. Policja odkryła, był to jedyny pewny fakt, że ofierze zadano dwa śmiertelne ciosy ostrym narzędziem prosto w serce. Tylko czas mógł ujawnić prawdę. Wszyscy czekali na nią z niecierpliwością.

Sefardi i Amizgao nie kontaktowali się ze sobą przez kilka dni. Obydwaj byli w szoku. Myśleli o swoim spotkaniu, rozmowie i zabawie, o tym, czym one były. Zbiegiem niezwykłych okoliczności, nienormalnej pogody, szalonej wyobraźni czy kilku kieliszków wina? Obydwaj nie mieli żadnego alibi, ale to akurat było bez znaczenia. Nikt ich o nic nie pytał.

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 55: Spiskowcy i plan pogrzebu.

Swój plan przyśpieszonego zakończenia życia Sefardi zachowywał w ścisłej tajemnicy. Był to plan przewrotny. Jego punktem centralnym, prawdziwym clue programu, był pogrzeb Sefardiego, obliczony na osiągnięcie efektów całkowitego zaskoczenia. Była to najgłębsza część tajemnicy.

Pierwszym krokiem realizacji planu był wybór odpowiedniego zakładu pogrzebowego. Okazało się to niezwykle łatwe, ponieważ zakład taki już istniał i to w idealnej postaci. Sefardi znał od lat jego właścicielkę i dyrektorkę, Anastazję Godano. Przyjaźnił się z nią od lat, żałując, że nie poznał jej wcześniej. Była to szczera i głęboka przyjaźń. Anastazję poznał przypadkowo, bynajmniej nie na pogrzebie, co byłoby naturalnym zbiegiem okoliczności, ale na prelekcji, jaką wygłaszał w muzeum techniki na temat historii pomiaru czasu.

Umówili się w kawiarni na obrzeżu miasta, na tarasie z widokiem na las i małe jezioro, po którym pływały kolorowe kaczki i dostojne białe łabędzie. Oboje lubili otwartą przestrzeń, zieleń i dzikie ptactwo. Wybrali wczesną porę dnia, kiedy w kawiarni nie było jeszcze gości. Sefardi jechał na spotkanie niepewny jego przebiegu i wyniku. Wiedział, że najtrudniej będzie przekonać Anastazję do idei wcześniejszego zakończenia życia. Była osobą rozsądną i jej reakcja na pomysł Sefardiego była raczej łatwa do przewidzenia; był prawie pewny, że kobieta, świadek niejednej tragedii ludzkiej, bólu i cierpienia, nie będzie entuzjastką wyręczania stwórcy w jego odwiecznej roli. Chodziło przecież o eutanazję, wymagającej pomocy drugiej osoby. Liczył jednak na to, że wzajemny szacunek i rozsądek przeważą, jeśli nie od razu, to po kilku dniach rozmów i przemyśleń.

Było pogodnie i słonecznie. Był to ten rodzaj dnia, kiedy wszystko wydaje się łatwiejsze: rozmowa o zdrowym odżywianiu się, zrywanie jabłek, podejmowanie trudnych decyzji, rozwiązywanie konfliktów rodzinnych. Siedząc przy kawie, uzgodnili najpierw ogólny plan, a potem omawiali szczegóły, punkt po punkcie.

Przedsięwzięcie było złożone. Sefardi przygotował scenariusz określający dni i zdarzenia, co będzie wykonywane, w jakiś sposób i przez kogo. Temat sprowadzał się do jednego, ostatecznego wymiaru – pożegnania Sefardiego z życiem, pogrzebu i stypy. Sprawny przebieg zdarzeń wymagał koordynacji i dyscypliny. Nietypową częścią pogrzebu było zapewnienie oprawy teatralnej, inscenizacji zdarzeń, akcesoriów i aktorów, tak jak wymarzył to sobie autor i główny bohater tragedii. Sefardi był postacią pierwszoplanową pod każdym względem. Był autorem scenariusza, reżyserem i producentem spektaklu oraz jego głównym aktorem.

Anastazja zdała sobie sprawę, co oznacza dla niej zgoda na taki plan. Sefardi żądał od niej niemożliwego; że przyłoży ona rękę do jego śmierci, a następnie – jak gdyby nigdy nic – zajmie się jego pogrzebem. Rozumiała i szanowała intencje przyjaciela, który nade wszystko cenił sobie wolność wyboru, ale wzdragała się przed przyjęciem roli, o którą ją prosił, ponieważ darzyła go głębokim uczuciem. Sefardi zasugerował, aby decyzję odłożyła na później. Dał jej czas, licząc na to, że ją przekona.

Od strony organizacyjnej największym wyzwaniem było zachowanie się osób biorących udział w pogrzebie, począwszy od rodziny i zaproszonych gości, poprzez przypadkowych uczestników, orkiestry, mediów publicznych, a skończywszy na koniach ciągnących karawan, którym też przychodzą do łbów różne fanaberie. Sefardi obawiał się w szczególności zachowań swoich wrogów jak i gorących zwolenników. Nie dzielił się tymi obawami z Anastazją. Nie był z nią uczciwy, nie tylko w tym szczególe, obawiając się, że całkowita szczerość może tylko pogorszyć sytuację.

Pogrzeb miał być wydarzeniem o charakterze teatralnym, mimo tragedii, jaką ludzie widzą w rzeczywistej, a nie udawanej śmierci. Sama lista osób uczestniczących w uroczystości była imponująca: księża, biskupi, oficjele i ich ochroniarze, rodzina, przyjaciele i znajomi, pracownicy firmy pogrzebowej i pracownicy cmentarza, prasa, radio i telewizja, woźnica karawanu, w końcu policja i kościelne służby porządkowe. Potencjalnie do gry włączyć się mogli także ludzie Barrasa, chcący wykorzystać pogrzeb, aby się zemścić pośmiertnie na swoim wrogu lub ktoś inny, kto miał na pieńku z Sefardim. Anastazja uznała, że sprawa w ogóle nie jest podobna do Sefardiego, którego znała.

– On chyba oszalał! Coś go napadło! – myślała z przerażeniem, szukając w sobie nadziei, że obłąkany pomysł opuści Sefardiego zanim nastąpi tragedia.

*****

Misterium umierania reżyserował i główną rolę obsadził sam zainteresowany. Mówiąc o tym Sefardi był nad wyraz poważny, jak nigdy. Dla rozładowania napięcia żartował, aby przełamać w Anastazji schematy myślenia o śmierci. Twierdził, że sypialnia, mająca być zarazem sceną i widownią, jest za mała, a widzowie i tak nie są potrzebni, ponieważ ujmowaliby tylko niezwykłości misterium umierania.

Był to teatr dramatu skąpego organizacyjnie. Przygotowanie scenariusza umierania nie mogło być prostsze, ponieważ upraszczanie ma też granice: jedna i ta sama osoba była autorem scenariusza, reżyserem sztuki oraz wykonawcą głównej roli. Całość charakteryzowała prostota obsady aktorskiej i rekwizytów; obejmowały one Sefardiego, Anastazję, łóżko i viagrę. Powściągliwość i bezpretensjonalność sztuki nawiązywała do tragedii starogreckich.

Po sprawdzeniu ostatecznej wersji scenariusza, Sefardi wręczył go Anastazji i podał jej okulary, aby łatwiej było jej czytać tekst z naniesionymi odręcznie poprawkami. Scenariusz był ascetyczny, napisany w czasie teraźniejszym. Nie pozostawiał niedopowiedzeń; wszystko było jasne, przejrzyste, bez półprawd czy niespodzianek. Czytając go, kobieta starała się panować nad emocjami i głosem.

– W akcie miłosnym wszystko jest intensywne i okazałe: gra wstępna, uniesienie partnerów, uczucie zbliżającego się rozstania. Viagra działa zgodnie z planem, bohater odczuwa błogosławione efekty podniecenia. Gra wstępna jest krótka; mężczyzna, w obecności nagiej kochanki i pod wpływem przyjętego leku jest zbyt roznamiętniony, aby trwała ona dłużej. Akt miłosny jest zarazem grą jak i rzeczywistością. Po jego zakończeniu kochankowe leżą w łóżku i odpoczywają, po czym mężczyzna odchodzi do kuchni, gdzie popełnia samobójstwo przyjmując – w tajemnicy przed kochanką – lek wywołujący rozległy zawał serca. Gdyby z jakichkolwiek względów zgon nie nastąpił natychmiast, scena musiałaby być powtórzona. Aktorka, jego partnerka, wie o tym; wcześniej zgodziła się na taką opcję.

W pewnym momencie Anastazja zmarszczyła brwi i wykrzywiła usta.

– To bardzo obcesowy opis. Piszesz, jakbym dokonywała zakupów perfum w outlecie „Markus i Spółka”. Nie udzielam tak łatwo zgody na uczestnictwo w tej grze. – Jesteś łajdakiem – stwierdziła, dodając zaraz szeptem: – kochanym łajdakiem. Przetarła okulary i po chwili czytała dalej.

– Mężczyzna zagłębia się jak szaleniec w ciało kochanki, aż wydaje ona jęk bólu i niepokoju. Pojękiwanie i stękanie pozostają ważnymi składnikami gry aż do momentu zakończenia aktu miłosnego”.

– Chyba trochę przesadziłeś z tym jęczeniem, Sefardi. Będę jęczeć, bo to jest gra, a zarazem prawdziwe przeżycie miłosne, ale orgazm kobiety nie trwa przecież w nieskończoność. Piszesz tak, jakby to miało trwać i trwać. Bądź realistą – Anastazja czekała na reakcję, spodziewając się zaprzeczenia, komentarza lub wyjaśnienia. Milczenie Sefardiego skłoniło ją do kontynuacji czytania. Po zakończeniu poprosiła o wyjaśnienia.

– Musisz mi powiedzieć, jak działa lek wywołujący zawał serca, od którego nie ma ucieczki. Co to jest za lek, jak działa i czy jego użycie pozostawia możliwe do wykrycia ślady. To w przypadku, gdyby ktoś zażądał autopsji po śmierci denata. Przepraszam cię bardzo, fatalnie to określiłam, chodzi oczywiście o głównego bohatera scenariusza, a nie żadnego denata, który jest drętwym określeniem. Chyba powinnam to wiedzieć?

Sefardi odmówił w możliwie najbardziej łagodny sposób. – To nie jest wiedza, którą musisz posiąść. Jakie to zresztą ma znaczenie? Lepiej nawet, abyś tego nie wiedziała w przypadku jakichś nieprzewidzianych okoliczności.

– Jakiejś wpadki, tak? Ty coś wiesz, o czym nie chcesz mi powiedzieć! Ukrywasz to przede mną, choć to właśnie ja ponoszę pełne ryzyko uczestnictwa w twoim samobójstwie. Nie daj Boże, gdyby odkryto, że ci w nim pomagałam, że uczestniczyłam w eutanazji, albo jeszcze gorzej, gdyby padło podejrzenie, że ja ciebie celowo uśmierciłam! Mój Boże, ja tu sobie siedzę i rozmawiam spokojnie z tobą, moim teatralnym i rzeczywistym kochankiem, a tam czekają na mnie lata za kratami!

– Skarbie! Nie ma potrzeby denerwować się. Nie będzie żadnej wpadki. Ten lek nie pozostawia żadnego śladu oprócz symptomów typowych dla zawału serca. Przestudiowałem literaturę wzdłuż i wszerz, i to jest pewne. Wiesz dobrze, że umiem analizować przyczyny i skutki wydarzeń. Bez tego nie byłbym wynalazcą ani pisarzem. Pokłócili się. Wydało jej się podejrzane, że tak bardzo podkreśla konieczność zachowania tajemnicy. Przed opuszczeniem jej tego wieczoru, powtórzył kilka razy. – Najważniejsza jest dyskrecja. Błagam cię o to. Kiedy wyszedł, znalazła na stole czystą kartkę. Odwróciła ją dla sprawdzenia, czy nie ma nic na odwrocie. Był tylko lakoniczny tekst: – Ściśle tajne x 3! Ja będę milczeć jak grób!

Anastazja rozpłakała się. W nocy głęboko zasnęła i spała do samego rana. Zmęczenie wzięło górę nad przeżyciami i emocjami. Mądry organizm wyegzekwował swoją potrzebę.

Trzy dni zajęło Sefardiemu przekonanie Anastazji, że nie ponosi nadmiernego ryzyka jako potajemna kochanka i właścicielka zakładu wykonującego obowiązki związane z pogrzebem klienta zmarłego na zawał serca

Zaduszki A.D. 2013

To już drugi dzień refleksji nad życiem i umieraniem, przybyciem i odejściem, tymi, którzy są i tymi, którzy odeszli. Dla mnie jest to temat totalny, podsumowujący i kondensujący w sobie wszystko, sens i nonsens ludzkiego życia.

W buddyzmie, który uwielbiam za głębię wejrzenia w ludzką kondycję, śmierć jest krytycznym filarem dobrego życia. Jeden z nurtów buddyzmu, a może i wszystkie, deklaruje, że nie może żyć dobrze i szczęśliwie ten, kto nie zaakceptował swej śmierci. Buddystom służą do tego medytacje, ćwiczenia mentalne i duchowe, koncentrujące się nad tym, jak umieramy, jak nasze kości bieleją na słońcu (lub są zjadane przez bakterie) i rozpadają się, jak „wyparowujemy” powoli i majestatycznie zgodnie z prawami natury i wszechświata. Proszę mi wybaczyć, jeśli nie przedstawiłem tematu bardziej wyraziście, składając moją słabość na karb ignorancji międzykulturowej.

Śmierć może być krytycznym punktem odniesienia do tego, jak żyjemy. Dogłębna i pozytywna (choć brzmi to jak paradoks) świadomość śmierci jest źródłem siły i odwagi. Nie boi się żyć ten, kto nie boi się umierać – tak podsumowałbym rozważania zaduszne.

Na odchodnym, tylko czasowym oczywiście, przytoczę fragmenty pewnego nagrania wideo o życiu i wierze w Boga. Zawierają one dwie oryginalne myśli: „Żyje, jakby nigdy nie miał umrzeć” oraz „Umiera, jakby nigdy nie żył”.

Rozstanę się Państwem maksymą, którą ukuto już w starożytności: „Memento mori” (Pamiętaj o śmierci). Zinterpretuję ją jednak inaczej, niż tradycyjny Kościół: „Pamiętaj o śmierci, aby żyć szczęśliwe i odważnie”, a nie „Pamiętaj o śmierci, aby się umartwiać”.

Poniżej znajdziecie Państwo moje cztery okolicznościowe poetyckie refleksje (niepublikowane).

 

We dwoje, czyli spacery z sobowtórem

Poranne słońce ziemię zalewa
powodzią promiennych błysków,
sobowtóra przy mnie prowadzi
jak dżokej konia przy pysku.

Gdy od światłości odchodzę
za cieniem kroczę wysokim,
w dal zmierzamy bezbrzeżną,
ścielącą się pod obłoki.

Kiedy słońce w zenicie chwały,
a ja pod nim prosty i słuszny,
cień chudnie i staje się mały,
dziwny pokurcz u nóg posłuszny.

W południe postać skromna
pod wieczór odwagi nabiera,
kończyny i tułów rozluźnia,
mroczny kształt rozpościera.

Naśladowca mój najwierniejszy,
kołysząc się lekko na boki
uważnie ruchy me śledzi,
to rośnie, to staje się szeroki.

Włócząc się z wiernym wcieleniem
jedną zjawą zdajemy się senną,
raz ja wędruję przed cieniem,
to znów on bieży przede mną.

Noc obojgu przynosi wytchnienie,
cień we mnie znajduje schronienie;
dobrze wie, że istnieje złudzeniem,
bo to ja jestem jego istnieniem.

Wegetuje więc wierny i pomny,
że kiedy sam stanę się cieniem,
on stworem zostanie bezdomnym,
własnego złudzenia złudzeniem.
 
Morphett Vale, 31 maja 1996

Elegia

Oporne dłonie składam do odlotu
broniąc serca przed nadmiarem ciosów,
ja umiem tylko przysporzyć kłopotów,
z ust niemych dobyć pozory głosu.

Mam rozkaz płonąć i powielać w bólu
życie bezprawne, darowane życie,
marzyć, by zostać wizerunkiem królów
płochej pamięci na nieznanym szczycie.

Kiedy nadejdzie granica czasów
i przyjdą oczy niezwyciężone,
świadomość uśnie miękkością atłasu,
stopnieje pamięć przestrzeni zmienionej.

Zielone plamy nenufarów
w górskim jeziorze rozbawią słońce,
ptaki cierniowe zstąpią z konarów,
spokój rozświetli niemych dłoni końce.

Gdynia, 13 lutego 2000 (godzina 5 rano)

Wesoły cmentarz

Nagrobek przybrany w betonowe szaty,
na nim dłutem wyryto nazwiska,
urodził się… zmarł… a gdzie daty?
Każda rubryka pusta, szara, czysta.

Niektórzy za życia już po tamtej stronie,
a ja marzenia uparcie wciąż gonię.
Nie dam się zepchnąć pod strojne marmury,
wybiorę wolność … spopielałej chmury.

Hindus nad Gangesem płomieniem się wzbiję,
lekkością zachwycę i blaskiem opiję,
nie dam się oddać do wiecznej kasacji,
powrócę w łańcuchach reinkarnacji.

Mnie myśl ociężała przy ziemi nie trzyma,
wierzę w mądrość Stwórcy, dobroci olbrzyma,
nie zniżę czoła do cmentarnej jaźni;
ulotny żyć będę w boskiej wyobraźni.

Zwierzyniec, 20 lipca 1997

Alegorie

Z czyśćca niepokojów dusze wyjrzą płowe,
oniemiałość czynom odejmie znaczeń mowę,
w królestwie pięknej Wenus i chmurnego Marsa
Idea na tron zasiądzie. Wszystko inne to farsa.

Kiedy już dojdziesz, gdzie każdy dojść musi
i ciężar zmyślony na przejrzystość zmienisz,
ręce cię zaświerzbią i anioł podkusi,
byś bezwstydnie dotknął poezji płomieni.
 
Gdynia, 3 grudnia 1999