Głowy w autobusie do Jaipuru. Opowiadanie. Odc. 5: Nad rzeką Bagmati.

Grupa wycieczkowa znalazła się w mieście Patan na rzeką Bagmati. Patan to nepalski odpowiednik hinduskiego Varanasi położonego nad Gangesem, uznawanego za święte miasto, dla wyznawców hinduizmu najodpowiedniejsze miejsce żegnania zmarłych przez spalenie na stosie.

Patan, niegdyś zwany Lalitpur, czyli „Miasto Piękna”, to jedna z dawnych stolic doliny. Leży na południe od Katmandu, po drugiej stronie rzeki Bagmati. Z dwustu trzydziestoma tysiącami mieszkańców jest trzecim, największym miastem Nepalu. Turyści odwiedzają je głównie w celu zwiedzenia wspaniałego Pałacu Królewskiego i Durbar Square. Z uwagi na wyjątkową wartość zabytków historycznych Patan znalazł się wraz z sześcioma innymi podobnymi miejscami Doliny Katmandu na Liście Światowego Dziedzictwa UNESCO.

Siódmego grudnia wycieczkowicze udali się pieszo nad rzekę Bagmati, aby obejrzeć ghaty, kamienne stopnie schodzące ku rzece, na których na stosie drewna pali się ciała zmarłych. Szli wzdłuż rzeki wąską uliczką obrzeżoną kolorowymi sklepikami, promieniującymi średniowieczną atmosferą. Jej staromodny charakter naruszały produkty importowane z Chin, eksponowane na wystawach, w kolorowych, nowoczesnych opakowaniach, oraz ludzie trzymający w rękach smartfony, słuchający, mówiący lub klikający w klawiaturę. Dalej, tuż nad samym brzegiem rzeki, zobaczyli przytulone do skały trzy malutkie domki, prowizoryczne konstrukcje, obwieszone starymi workami dla ochrony przed deszczem i zimnem. Antyczność miejsc i zabudowań mieszała się z teraźniejszością ubiorów, towarów na sklepowych wystawach i smartfonów, naruszając estetyczne odczucia nieprzyzwyczajonych do takich kontrastów turystów z Nomadii. Idąc, rozmawiali o zwierzętach, jakich spodziewali się w czasie spaceru przy drodze, małpach, psach i jaszczurkach.

Iwan Iwanowicz zdenerwował się z nieokreślonego powodu.

– Ja to chromolę – zwrócił się do osób idących obok niego. – Pies, małpa, jaszczurka! – Jakie to ma znaczenie! Tu trzeba myśleć o zmianie pojęcia czasu, na takie, w którym mieściłoby się zarówno średniowiecze jak i współczesność, starocie jak i telefon komórkowy najnowszej generacji.

W szerszym miejscu drogi zatrzymali się i przysiedli na ławkach, aby wysłuchać wyjaśnień przewodniczki. Słońce świeciło prosto w oczy Iwana Iwanowicza, więc je przymknął. Słowa mówiącej kobiety brzmiały to silniej, to słabiej w jego uszach. Przez półprzymknięte powieki ujrzał scenę zaprzeczającą jego wiedzy o rzece Bagmati. Przypominało to odsłonięcie kurtyny w teatrze zbrodni, gdzie zamiast sceny morderstwa ukazuje się sielski widok dzieci swawolących na wolnym powietrzu. Iwan Iwanowicz skoncentrował się. Słuchał młodego, poważnego mężczyznę w okularach, z czarną brodą, i zasobnych biodrach dojrzałej matrony nepalskiej.

– Nasza rzeka Bagmati, płynąca z wysokich gór, to proszę państwa, jedno z najczystszych miejsc w Nepalu, o poziomie higieny, o jakim w Europie nikt nie ma nawet prawa marzyć. Nastąpiło to dzięki zmianom jakie wprowadziliśmy w ochronie środowiska naturalnego. Zachowaniu tej czystości nie przeszkadza nawet to, że palimy tutaj, na ghatach Bagmati, naszych ukochanych zmarłych.

Iwan Iwanowicz zauważył, że przewodniczka przyciszyła głos, aby nie płoszyć nastroju przemówienia o świętości kremacji. Po zakończeniu wyjaśnień przewodnik skinął ręką, pojawili się ludzie z tablicami reklamowymi, zachęcając mieszkańców i turystów do rezerwacji czasu i miejsca kremacji dla rodziny i dla siebie. Kiedy ludzie zastanawiali się, jak na życzenie zjawił się przedstawiciel miejskiego przedsiębiorstwa Zakład Kremacji Śniegi Himalajów, młody Hindus w stroju Boga Małp Hanumana, z bloczkiem formularzy rezerwacyjnych, pieczątką i dowodami wpłaty za kremację. Z torby przewieszonej przez ramię wyjął elektroniczny kalendarz pokazujący daty roku bieżącego i przyszłego.

Wezwanie przyciągnęło kilku chętnych klientów, w tym małżeństwo z wycieczki Iwana Iwanowicza. Po krótkich negocjacjach mężczyzna uzgodnił datę i koszt spalenia swego ciała na ghacie. Oboje przeliczyli to na walutę własną. Wydali pomruk zadowolenia, że cena usługi była nie wyższa ni koszt śniadania w restauracji hotelu „Świat Marzeń” w centrum stolicy Nomadii. Kiedy zdali sobie z tego sprawę, mężczyzna dopędził oddalającego się pracownika Zakładu Kremacji Śniegi Himalajów i poprosił o podwójną usługę spalenia na stosie. Na pracowniku sprawiło to widocznie bardzo pozytywne wrażenie, ponieważ dodatkowo zaoferował bezpłatne zaproszenie dla dwóch uczestników stypy pogrzebowej przeznaczonej dla krewnych i przyjaciół zmarłego. Chwilę dyskutowali o menu, małżeństwo pytało jeszcze o listę alkoholi, jakie będą serwowane na stypie rodzinno-przyjacielsko-towarzyskiej, jak ją określał przedstawiciel Zakładu Kremacji Śniegi Himalajów.

Z ławki, na której siedział, Iwan Iwanowicz widział wyraźnie rzekę płynącą czystym i rześkim nurtem. Stosy pogrzebowe płonęły tylko na dwóch ghatach obsługiwanych przez pracowników Zakładu Kremacji Śniegi Himalajów. Mówiły to duże przywieszki imienne z nazwą i logo firmy przyczepione srebrnymi agrafkami do białych fartuchów. Jeden z pracowników, z oryginalnym zakończeniem plecionego warkoczem na czubku głowy, pozłacanymi grabkami spychał ze stosu popiół do rzeki. Tak się wydawało Iwanowi Iwanowiczowi, dopóki nie wstał i nie podszedł bliżej miejsca kremacji. Wtedy zauważył, że pod ghatą przyczepiona była na trzech żółtych skórzanych paseczkach czerwonoszara urna.

– Widać, że Śniegi Himalajów dbają o to, aby do rzeki nie wpadły nawet drobiny popiołu z płonącego stosu – powiedział głośno obracając się do tyłu, w przekonaniu, że razem z nim podeszli także inni uczestnicy grupy. Nikogo jednak nie zauważył.

Iwan Iwanowicz stał przy ghatach i patrzył na rzekę. Woda w niej była tak czysta, ze pracownicy firmy czerpali ją dłońmi i metalowymi kubkami i przykładali do ust, aby ugasić pragnienie.

Iwan Iwanowicz szedł w dół po schodkach bocznych ghaty zaczerpnął wody do termosu wyjętego z plecaka. Spróbował i uznał, że jest czysta i ożywcza w smaku.

– Jakiż ja byłem naiwny – pomyślał. – Uwierzyłem zdjęciom i opisom w Internecie, które pokazywały kawały niespalonego drewna w wodzie przypominającej brunatnoszary ściek.

Zdał sobie sprawę z siły złudzeń tworzonych przez sprytnie skonstruowane przekazy internetowe. Wyciągnął z plecaka zeszyt i długopis, i zaczął notować.

– Woda w Bagmati tuż przy ghatach jest doskonałej jakości. Wodę tę butelkuje się i rozsyła po całym świecie, ponieważ jest zaspokaja pragnienie lepiej niż słynna Coca-Cola. Kiedy to zanotował, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki ukazał się przed nim napis: „Coca-Cola to przeżytek. Pij Bagmati Water, najzdrowszą wodę na świecie”.

Wkrótce do Iwana Iwanowicza dołączyła reszta wycieczki. Stanęli naprzeciwko drugiej ghaty, z właśnie podpalonym stosem drewna. W ciągu minuty płomień rozhulał się jak wielki pożar. Obok pracowników Zakładu Kremacji Śniegi Himalajów stali członkowie rodziny, przyjaciele i znajomi zmarłego, czekali cierpliwie zbici w kupki i milczący. Ból i cierpienie malowały się na ich twarzach. Zwracali się do siebie z pocieszeniem składając razem dłonie i pochylając lekko głowę w rytualnym pozdrowieniu „namaste”.

– A ja czytałem, że oni stoją jak na przystanku autobusowym, rozprawiają o polityce, opowiadają sobie kawały i czekają na stypę pogrzebową – Iwan Iwanowicz zwrócił się do towarzyszącego mu wysokiego członka wycieczki ubranego w kraciastą koszulę hawajską, jasne długie spodnie, trzymającego w ręku kosztowną kamerę fotograficzną.

Po kilku minutach przewodniczka dała znak chorągiewką i ruszyli w dalszą drogę. Posuwali się wzdłuż lewego brzegu rzeki wypatrując zabiedzonego psa i wychudłą rudą małpę, które tu rzekomo zamieszkiwały. Zobaczyli zwierzęta minutę później, dobrze odkarmione, spoczywające nie na stosie brudnych liści czy szmat, ale na porządnych słomiankach, zadowolone ze swego losu. Jeden z psów, starannie przystrzyżony biały pudelek, miał na szyi obrożę wysadzaną półszlachetnymi kamieniami. Obok stała miseczka ze świeżą kością i druga z czystą wodą.

– Mieszkańcy miasteczka wyraźnie dbają i kochają zwierzęta – Iwan Iwanowicz nie miał co do tego wątpliwości. Nie wyraził tego głośno, ponieważ był przekonany, że wiedzieli o tym także pozostali członkowie wycieczki idący tuż za nim.

0Shares

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 24: Słodko-kwaśne wspomnienia Sefardiego

Wiek dawał się najbardziej we znaki Sefardiemu. Katował go tak, jakby był odrębną istotą, choć przecież stanowili wspólnotę. Mężczyzna gubił się w prostych czynnościach, zawodziły go koncentracja i pamięć. Tylko wyobraźnia i ciekawość świata pozostały w nim młode i aktywne, niekiedy wręcz dziecinnie żywe, podobnie jak skłonność do żartów.

Kiedy obudził się, na dworze było jeszcze ciemno. Nie mogąc zasnąć, wstał i czytał chodząc po salonie z książką w ręku. Pół godziny później rozbolały go oczy. Pomyślał, że szkła okularów są przybrudzone. Zdjął je, aby przetrzeć. Dopiero wtedy zauważył, że były to okulary do pracy przy komputerze, nie do czytania. Ogarnął go płomień gniewu. Nieszczęśnik kontrolował się na tyle, że eksplodował tylko wewnętrznie, z dziwną rozwagą, jakby bał się obudzić domowników lub sąsiadów śpiących z uchem przy ścianie. Z sercem wypełnionym goryczą przeklinał swój los w najbardziej grubiański sposób. Uznając wulgarność za szczególną formę prostactwa, nie odrzucał jej w przekleństwach. Wręcz przeciwnie, godził się z nią, nawet błogosławił, ponieważ pozwalała mu lepiej wyrażać uczucia, oburzenie na siebie, świat i Boga.

Tego ostatniego oskarżał otwarcie, że poskąpił mu potomstwa, jakim szczodrze obdarzał większość ludzi. Innym przychodziło ono łatwo jak splunięcie, podczas gdy liczna rzesza nieszczęśników, do których sam się zaliczał, pozostawała w zamknięciu żelaznych sztab i kłódek samotności. Jedyne dziecko, jakie miał, była to dziewczynka, kiedy podrosła, wdała się w złe towarzystwo i po kilku rodzinnych burzach zniknęła na zawsze.

Tego dnia po raz pierwszy naszło Sefardiego pragnienie, aby w proteście wobec macoszego traktowania go przez Boga odejść ze świata szybciej niż mu to przeznaczył. Uciekając od ponurej myśli, Sefardi zdał sobie sprawę, że otrzymał tak wiele innych dóbr, że mimo wszystko nie powinien rozpaczać. Wprawdzie w połowie był nieszczęśliwy, to przecież w drugiej połowie miał prawo odczuwać szczęście.

– Czuję się jak skazaniec posadzony na rozgrzanych węglach, którego polewają zimną wodą, aby przynieść mu ukojenie – nie potrafił powstrzymać się od milczącej uszczypliwości wobec losu.

Dojrzałe życie Sefardiego przypadło na czas niezwykłych zmian, przechodzenia z epoki spraw prostych i uporządkowanych do epoki komputera i przestrzeni wirtualnej, o pojemności miliony razy większej niż przestrzeń fizyczna. Był to czas osobliwości, rowerów elektrycznych z podręczną kafeterką do parzenia kawy, robotów wykonujących salto do tyłu, sztucznej inteligencji cudownie podwyższającej poziom IQ za jedno szczere „Bóg zapłać”, samojezdnych autobusów stawiających pasjanse znudzonym pasażerom, tanich jak barszcz podróży kosmicznych oraz cichego terroryzmu służącego rozwiązywaniu trudnych problemów rodzinnych. Także gadżetów i produktów w rodzaju cztery w jednym, w tym proszku do prania służącego za perfumy i zapewniającego biel tak olśniewającą, że bez ciemnych okularów można było oślepnąć w jednej chwili.

Największą rewolucję wywołał smartfon, produkowany w astronomicznych ilościach we wszystkich kolorach tęczy. Na ulicach pojawiły się tabuny rozpromienionych osobników trzymających w rękach nawet trzy smartfony, aby sycić się rozmową jednocześnie z wieloma osobami. Zamiast ssać matczyne piersi małe dzieci namiętnie uczyły się korzystania ze smartfonu. Zachwycało to rodziców, szczęśliwych, że nie musieli wychodzić z pociechami na place zabaw, aby niepotrzebnie biegały, pociły się i brudziły ubranka.

– Można by powiedzieć, że postęp oszalał, a pan, don Sefardi, razem z nim, bo wyraża się pan o nim tak pozytywnie – wnosząc herbatę do gabinetu Isabela burzyła życzliwy, aczkolwiek nie bezkrytyczny stosunek Mistrza do nowoczesności.

– Smartfon to zaraza – Isabela postawiła szklankę na biurku, aby kontynuować temat ze znajomością rzeczy profesora uniwersytetu. Wprowadziła Sefardiego najpierw w podziw, a następnie w zniechęcenie, kiedy zdał sobie sprawę, że wygłasza poglądy wyuczone w kolejce sklepowej. Sam miał niechętny stosunek do smartfonu. Uważał, że zainicjował on migrację międzykontynentalną milionów biedaków. Żyjąc w Afryce schodzącej na dziady po wyzwoleniu się z kolonializmu widzieli na swoich malutkich ekranikach kraje niewyobrażalnie bogate, o których wcześniej tylko słyszeli. Dzięki smartfonowi mogli oglądać na własne oczy ludzi wielkich i otyłych; zachwycało ich to, ponieważ sami żyli w głodzie wysuszającym ciało i nadymającym brzuch pustką niezaspokojenia.

– Głód i pragnienie, Isabelo, to popędy najsilniej motywujące człowieka, nawet bardziej niż popęd seksualny, najprostszy i najbardziej prymitywny. To natura zmusza biedaków, aby starać się uszczknąć choćby odrobinę niezmierzonego bogactwa, jakim dysponują zamożne społeczeństwa.

Isabela nie dała się sprowokować wzmianką o seksie, czujnie pamiętając, o czym zawsze i w każdych okolicznościach myślą mężczyźni bez względu na wiek i stan posiadania. Zdecydowała się bronić kobiecości podejmując krytykę irracjonalnych postaw starzejącej się lubieżności. Przyszło jej to tym łatwiej, że kilka dni wcześniej uczestniczyła w spotkaniu promującym zdrowsze miasta.

– Mówi pan, don Sefardi, o bogactwie, ja na to odpowiem panu ironicznym uśmiechem od ucha do ucha. Więcej towarów znaczy więcej opakowań, góry śmieci, na których gnije wyrzucona żywność i ubrania, jakie z powodzeniem mogłyby służyć nędzarzom. To także więcej smogu, który zatruwa miasta przylegle do wysypisk, więcej samochodów do transportu śmieci, więcej dymu ze spalarni i smrodu z oczyszczalni ścieków. Co mi na to odpowie, proszę mi wybaczyć, osobnik taki jak pan, męski szowinista okopany na stanowisku dominacji nad kobietą?

Prowokatorskie pytanie Isabeli zniechęciło Sefardiego do dalszej rozmowy. Wymówił się stwierdzeniem, że ma dużo pracy i nie może poświęcić więcej czasu na pasjonującą rozmowę o bogactwie i nędzy.

 

3Shares

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz 4: Rosaton czuje się podle

 Egzekucja Ludwika XVI

Wszyscy czuli się podle, albo i gorzej, i to go pocieszyło, że inni też cierpią. Była to satysfakcja udziału we wspólnocie cierpienia. Coś musiało łączyć wszystkich cierpiących. poszukiwał więc przyczyn złego samopoczucia. Okazało się, że było to morowe powietrze, którym wszyscy oddychali. Potwierdziła to telewizja. Wodę, którą każdy pić musi, wykluczono, bo wiele osób nic nie piło w ostatnim czasie. To był pierwszy sygnał, że zmienia się coś istotnego w otoczeniu.

Było to tak ważne, że codzienne, zwykłe sprawy straciły na znaczeniu. Ludzie jakby zapomnieli o partii i zebraniu wspominkowym z poprzedniego dnia, tym bardziej, że osobnik, który wywołał zamieszanie zjawił się zaraz po zakończeniu zebrania w knajpie, przechwalając się, że nawiązał skuteczny kontakt z przewodniczącym i odbył z nim udaną rozmowę o przepływie miodu i mleka przez kraj.

– To nie była fikcja – zaczął górnolotnie, bo nigdy wcześniej słowa „fikcja” nie używał. – Przewodniczący przekonał mnie, że kraj jest rzeczywiście miodem i mlekiem płynący, a ja po prostu tego nie zauważyłem.

Kiedy to mówił miał na sobie nieskazitelnie białą koszulę, krawat w zgrabne słoniki oraz elegancko uprasowany garnitur, bez najmniejszej zmarszczki, z jednym tylko kantem prawej nogawki zjeżdżającym nieco w prawo. Ludzie to spostrzegli i od razu mężczyzna wydał im się podejrzany niezależnie od tego, co mówił. Nie ufali mu.

Zatrute powietrze zapoczątkowało cały ciąg zmian. Wszystko się zmieniało. Ludzie wracali z zagranicy, emigranci i ci, którzy wyjechali na krótko, odmienieni, zakażeni pragnieniami zmian na lepsze, co najmniej na coś innego, pasjonującego i świeżego, czasami nawet nie wiedząc dokładnie, o co im chodzi.

– To nie ma znaczenia. Nie wiem dzisiaj, ale będę wiedzieć jutro albo pojutrze. Jest po prostu we mnie jakiś ferment, który musi znaleźć ujście. Coś musi zmienić się na lepsze w moim życiu i w życiu mojej rodziny – była to typowa odpowiedź na pytanie, w czym rzecz.

Niektórzy wspominali o miłości, lepszym zagospodarowaniu czasu, większym dostatku, nowych ubraniach a nawet ulicach i budynkach, w których będą się czuli równie swobodnie i radośnie jak w lesie lub nad rzeką.

Było to dziwne, a zarazem ożywcze, bo wkrótce, prawie natychmiast, pojawiły się dalsze spekulacje, w końcu inicjatywy. Naukowcy zaproponowali inne spojrzenie na rzeczywistość i przedstawili pomysły, które nadawały się do natychmiastowej realizacji,  różnego rodzaju odwadniacze, przepychacze, szybkotnące siekiery, gazety, które można przeczytać w ciągu minuty dysponując odpowiednimi okularami, przekazującymi sygnały elektroniczne do metalowych implantów zębowych, które oprócz podtrzymywania protez służyły jako nadajniki i odbiorniki do wymiany informacji z płatem pamięci mózgu. Były to rzeczy niekiedy dziwne, ale użyteczne, uprzyjemniające lub ułatwiające codzienną egzystencję i życie w ogóle.

Młodzi żądali wolności osobistej w skali przejmującej lękiem nauczycieli, rodziców i dziadków, a także osoby o patriotycznym nastawieniu. Ich wypowiedzi brzmiały surowo, wręcz rewolucyjnie.

– Kraj się nie liczy, rząd się nie liczy, liczy się jednostka. Człowiek się liczy. Każdy z nas, osoba wierząca czy nie wierząca, czarnoskóry czy tylko opalony, jest z natury rzeczy uprawniony dążyć do czegoś, i my sami dajemy sobie do tego prawo.

Były to bardzo mocne hasła, przekonujące, bo wszyscy wierzyli w człowieka, twór boży, aktywnie popierany także przez państwo i kościół. Przypominano ideały rewolucji francuskiej, wolność, równość, braterstwo, zapominając jakby o roli gilotyny w przywracaniu tych szlachetnych zasad społeczeństwu. Mimo atrakcyjności i siły haseł starsi ludzie zachowali trzeźwość umysłów.

– To niewyobrażalne, czego oni chcą. My nigdy czegoś takiego nie mieliśmy, to dlaczego oni mieliby to mieć? – Pytali się między sobą, bo nie widzieli możliwości oparcia się natarciu młodości nadchodzącym ze wszystkich stron. Na czoło żądań młodych ludzi wybijała się jednostka, wolność i egoizm. Szykowała się rewolucja, ale to był dopiero początek, zapowiedź dalszych zmian.

Pod presją młodych oraz trendów importowanych z zagranicy kraj zmieniał się w błyskawicznym tempie. Pojawiła się gorączka konsumpcyjna. Bawiono się, kupowano i konsumowano na potęgę wszystko, co się dało, wakacje, meble, smartfony, wykwintne jedzenie, nawet usługi seksualne. Szaleństwo konsumpcji udzieliło się w końcu także osobom starszym i dzieciom. Skutkiem było pojawienie się na obrzeżach miast, miasteczek i wsi niebotycznych gór śmieci, z którymi służby porządkowe nie mogły sobie poradzić mimo segregacji śmieci i coraz nowszego sprzętu. Obywatele jakby oślepli i ogłuchli, gdyż nikt wciąż nie domyślał się, co to zapowiada.

Recenzje wszystkich książek Michaela (Michała) Tequili są na górnym pasku menu na tej stronie. Zajrzyj!

5Shares

Jak wydać książkę? Książka drukowana czy e-book?

Decyzja o sposobie wydania (publikacji) własnej książki nie jest prosta. Za wydaniem książki w formie drukowanej przemawia tradycja wydawnicza i czytelnicza. Rynek książek drukowanych jest wielokrotnie większy niż książek elektronicznych, w Polsce i na świecie. Czytelnicy w zdecydowanej większości preferują czytanie tradycyjnej książki; mają przyjemność trzymać ją w ręku, dotykać, czuć jej zapach, widzieć ją na półce czy na stole. To użyteczny i dobrze kojarzący się przedmiot, do którego jesteśmy wszyscy przyzwyczajeni.

Świat książki drukowanej nie kończy się wprawdzie, ale szybko „kurczy się”. Kurczy się w sensie gwałtownego przyrostu ilości e-książek, e-czytników i innych urządzeń do czytania elektronicznego oraz liczby osób, które umieją i preferują nowy styl kupowania, posiadania i czytania książki.

Nowe technologie czytania rodzą się w Stanach Zjednoczonych. To ten kraj, jego mieszkańcy, wyznaczają trendy form czytelnictwa na świecie, również w Polsce. Ponad 20% Amerykanów posiada e-czytniki, ponad 20% własne tablety (takie jak iPad i Kindle Fire), 66 % Amerykanów w wieku 24 – 35 lat posiada smartfony (smartfon łączy funkcje telefonu komórkowego, przeglądarki internetowej, poczty elektronicznej, GPS, pagera, aparatu cyfrowego, kamery i inne włącznie z e-czytnikiem). Liczba osób posiadających te urządzenia rośnie bardzo szybko. Wprawdzie kraje europejskie pozostają w tyle za USA w korzystaniu z e-booków, ale starają się szybko to nadrobić). Biblioteki uniwersyteckie w Polsce (nie wiem czy wszystkie) wypożyczają książki także w formie ebooków.

Z punktu widzenia techniki/technologii czytania książek wybór metody wydania książki przez pisarza coraz wyraźniej kieruje go w stronę e-booka i elektronicznej platformy wydawniczej.

 

0Shares