Powieść „Cezarea”. Odc. 3: Niespokojny sen kronikarza Taranty

Drodzy Czytelnicy!

Dzięki za zainteresowanie nową powieścią. Nie zdążyłem z wpisem w dni dzisiejszym. Przepraszam. Podejrzewam, że będę mógł publikować kolejne odcinki nie częściej niż co drugi dzień, może nawet raz na trzy dni. Mam dużo obowiązków.
Po głowie chodzą mi tak dzikie myśli, że nie wiem, czy powinienem je przedstawiać. Może o to właśnie to chodzi?
Zobaczymy.
Pozdrawiam bardzo serdecznie
Michael Tequila

Wirgil Taranta był w rozterce. Przypomniał sobie w szczegółach dzień szesnastego kwietnia dwa tysiące dziewiętnastego roku. Zarejestrował go w kronice w formie liczbowej 2019 04 16 dla ułatwienia sobie odszukiwania dat i zdarzeń kronikalnych. Rzeczonego dnia obudził się ze snu, który napełnił go niepokojem. Pomieszały mu się pojęcia, nie rozpoznawał dat ani nawet pór roku. Nie wiedział, czy jest już wiosna, czy też zbliża się ku zimie. To go zabolało, bo kronikarz bez pamięci jest w gorszej sytuacji niż świstak na autostradzie.

Nie mogąc zrozumieć, co się stało, dokonał analizy snu rozkładając go na elementy. Przypomniał sobie, że nazywa się to rozkładem na czynniki pierwsze. To drgnięcie pamięci pocieszyło go. Nadal jednak nie był pewny, czy to, co analizował, to był sen, czy też rzeczywistość przypominająca go swoją niezwykłością.

Odważnie wznowił konfrontację ze snem i urojeniami. Będąc skromnym kronikarzem poczuł się Don Kichotem stającym odważnie przed wiatrakami, istniejącymi nie tylko w jego umyśle, ale i w rzeczywistości, ponieważ ludzie zawsze potrzebowali urządzeń do przemiału ziarna na mąkę. Kiedy sobie uświadomił, jak logicznie myśli, wróciła do niego pamięć.

W dniu szesnastego kwietnia, w przeddzień Świąt Wielkanocnych, żyjących w pamięci Wirgila pod znakiem niewinnego jaja, kolorowej pisanki, żółtego kurczaka, kudłatego baranka oraz święconej kiełbasy, przyśniła mu się szopka bożonarodzeniowa.

Rzeczywistość Cezarei od jakiegoś czasu jawiła mu się w postaci szopki ze stajenką, przy której stali Trzej Królowie, orientalnie ubrani i pachnący dobrą wodą kolońską. Towarzyszyła im pewna ilość zwierząt i cudów.

Przeżycie było tak wyraziste, że kronikarz nabrał przekonania, że prawdopodobnie upił się w nocy. Usiadł na krawędzi łóżka i rozejrzał się po pokoju. Nie dostrzegając żadnej butelki, szklanki, kieliszka czy choćby śladu libacji uznał, że pomylił się w ocenie rzeczywistości. W tej sytuacji nie zostało mu nic innego jak wstać i przejść się kilka kroków w kierunku okna, co uczynił. Starał się utrzymać równowagę. Był to test trzeźwości. Wszystko było w porządku. Ciało trzymało pion i poziom równie pewnie jak murarz na budowie. To go skłoniło do pogodzenia się z rzeczywistością, mieszającą zdarzenia fizyczne z metafizycznymi, prawdę z omamami. Uznał, że trudność rozpoznania snu była efektem wiosny, pory roku budzącej soki w drzewach jak i urojenia, podobnie jak schizofrenia. Nie była to cała prawda.

Wirgil Taranta czuł, że coś jest nie tak. Zapragnął wyjść na zewnątrz, nabrać w płuca świeżego powietrza i wchłonąć trochę słońca, aby pobudzić się do dalszego działania. Naszła go młodzieńcza lekkość. Nie czekał na windę, lecz zbiegł na dół po schodach. Stanął na chodniku i patrzył w niebo. Niespodziewanie ściemniało i zaczął padać drobny śnieg zmieszany z kolorowymi płatkami wiosennych kwiatów. Wirgil zauważył to dopiero po chwili, kiedy jego dłoń pokryły kolorowe plamki. Wpadł w dziwny nastrój i zaczął nucić melodię, którą słyszał tylko raz w życiu „Se kofi, se kofi” powtarzając refren „Se lavi, se lavi”. Motyw muzyczny wpadł mu w ucho poprzedniego dnia, kiedy słuchał kościelnej stacji radiowej Musica Religiosa.

Wszystko to nastroiło go refleksyjnie. Zastanawiał się nad porywającą naturą śpiewu, melodii i muzyki, kiedy zbliżył się do niego masywnie zbudowany mężczyzna w turbanie. Zjawił się tak nagle, jakby wyszedł z głębokiego cienia. Trzymając lewą rękę uniesioną lekko w górę, wyciągnął prawą na powitanie i przedstawił się:

– Nazywam się Abdullah. To mój pseudonim. Rządzę Cezareą, jestem jej namiestnikiem i poczytuję to sobie za zaszczyt. Nieoficjalnie jestem jednym z trzech biblijnych królów. Przyprowadziło mnie tutaj światło gwiazdy przewodniej. To, co teraz panu powiem, proszę traktować jako objawienie.

Wirgil popatrzył na nieznajomego z niedowierzaniem. Król zauważył to i pośpieszył z wyjaśnieniem:

– Z trzech biblijnych królów ja jestem tym z czarnymi wijącymi się włosami. Po tylu latach nie wiją się one oczywiście, w dodatku posiwiały. Wiek robi swoje. Kiedyś byłem też wyższy, teraz skurczyłem się nieco.

Kiedy skończył, bolesny skurcz – przypominający cień jaskółki śmigającej za muchą – przebiegł po jego twarzy. Wirgil domyślił się, że wzrost jest dla niego źródłem frustracji. Król odezwał się.

– Rozumiem, Wirgilu Taranto, że nie domyślił się pan jeszcze, którym z trzech bożonarodzeniowych królów jestem. Aby ułatwić panu zadanie powiem, że występuję czasem w telewizji i stoję na czele bardzo poważnego ugrupowania polityczno-społecznego, jakie osobiście założyłem, aby nieść chwałę Cezarei. Chętnie to wszystko wyjaśnię w detalach.

Twarz dostojnika oblekła powaga. Wirgil zwrócił uwagę na bajecznie bogaty strój monarchy. Nie miał ze sobą mirry ani kadzidła. Kronikarz domyślił się, że ma tylko słowa radości i pocieszenia.

– Jest biegły w gębie. Widać, że umie i lubi przemawiać. – Pomyślał. Nie był zbyt przychylnie nastawiony do Namiestnika.

Coś go zastanowiło. Głos przybysza nic mu nie powiedział, twarz wydała się jednak znajoma. Nie bez trudu rozpoznał Namiestnika Leona Krzepkiego-Kukułę. Zdziwił się, że chodzi w przebraniu obcokrajowca, udaje króla-dobroczyńcę, występującego w chrześcijańskiej szopce bożonarodzeniowo-wielkanocnej. Domyślił się, że Namiestnik nie czyni tego bez przyczyny, że stoi za tym jakaś myśl przewodnia i być może jakiś zbożny cel. Pragnąc dowiedzieć się o co chodzi, Wirgil postanowił wysłuchać wyjaśnień, jakie Namiestnik miał do zaoferowania.

Wokół mężczyzn zebrał się już krąg ciekawskich. Namiestnik był osobistością powszechnie znaną w Cezarei. Był celebrytą. Wkrótce dołączyli do nich dwaj pozostali królowie. Sytuacja powtórzyła się. Oni także grali podwójną rolę. Taranta zidentyfikował ich po ubiorze, akcencie, treści przekazów słownych oraz gestów. Byli to Dua, Plenipotent Namiestnika, znany powszechniej pod pseudonimem Prezydent, oraz Jeremi Chudy, premier.

Kronikarz znał ich tylko z telewizji. Pierwszy raz obcował z nimi bezpośrednio. Postanowił to wykorzystać.  

0Shares

Diabelski sen, ponury dzień. Swawolna dykteryjka dla panien na wydaniu i mężczyzn spragnionych szaleństwa.

Noc była czarna i gęsta. Iwanowi Iwanowiczowi przyśnił się diabeł. Obudził go w środku nocy. Był straszny: kudłaty, długi ogon, rogi, oczy jak węgle.

– Wstawaj. – Krzyknął. – Dziś jest święto Trzech Króli. Ludziom należą się upominki. Masz robotę do wykonania. Będziesz złoczyńcą. Wybatożysz trzech osobników, moich konkurentów do sławy.

Wcisnął mu w rękę ośmiorzemienny harap i popędził do wyjścia. Przeszli ulicą kawałek drogi i weszli do dużego okrągłego budynku. Pilnowali go strażnicy, ale akurat posnęli; minęli ich niezauważeni. Na korytarzach przechadzali się ludzie. Odbywały się akurat jakieś obrady.

– Lej tego! – Diabeł wskazał brudnym paluchem inteligencika z cieniutkimi okularami.

– Za co? – Zapytał przytomnie Iwan Iwanowicz.

– Za kłamstwa. Łże jak najęty.

Wykonując diabelskie wskazanie Iwan Iwanowicz serdecznie przyłożył wskazanemu. Ten nawet nie drgnął. Odezwał się tylko szyderczo.

– Mnie kłamstwa ani baty nie ruszają. Jestem odporny. Mam skórę grubą na palec. Tacy jesteśmy, my, cała formacja.

Potem weszli go jakiegoś gabinetu. Siedział tam starszy mężczyzna, tęgawy, zastały w sobie, siwy. Patrzył spode łba.

– Przyłóż mu. To nic, że jest już prawie na emeryturze. To nie zwalnia go z obowiązku przyzwoitości. – Warknął diabeł i nie czekając na pytanie Iwana Iwanowicza wyjaśnił.

– To za piekielne pomysły. Nie wiem dokąd on zmierza, jaką nienormalność lub podłość chce jeszcze popełnić. To facet niezrównoważony.

Kiedy już Iwan Iwanowicz skończył swoją katowską robotę, przewodnik po piekle i okolicach powiedział:

– Idziemy dalej. Szukam gogusia, co lubi głośno i koślawie przemawiać. To krzywoprzysięzca.

Poznali go z daleka. Miał różowe policzki, a głowa mu latała z lewa w prawo w oczekiwaniu na aplauz. Przemawiając krzyczał; był to jego ulubiony styl prezentacji słownej.

– Temu przyłóż najmocniej. On jeden mógł zatrzymać falę niegodziwości, ale nie zatrzymał. – Powiedział diabeł, po czym dodał łagodniejszym głosem:

– Na tym zakończymy twój sen, Iwanie Iwanowiczu. – Powiedział to i wycofał się. Przedtem zaśmiał się piekielnie. Adresatowi diabelskiego śmiechu zrobiło się nijako na duszy.

*****

Po diabelskiej nocy nadszedł dzień tak ponury, że ludzie masowo popełniali samobójstwa. Wszędzie widoczne były gałęzie z grubymi sznurami. Mroźna cisza wwiercała się w uszy, samochody przymarzały do podłoża, kierowcy przymarzali do karoserii. Widoki były nie z tej ziemi.

– Co mi z takiego życia, kiedy nawet potrójna kawa, półnaga kobieta ani krzyk żony nie stawiają mnie na nogi. – Rozlegały się okrzyki.

Krzyczeli mężczyźni, kobietom było to nie na rękę; opiekowały się dziećmi i albo gotowały obiad, albo sprzątały zagrodę, albo snuły wizje przyszłości z dużymi pieniędzmi i miłością wypełniającą całe ich życie.

– Były jeszcze inne zajścia, przede wszystkim wypadki drogowe, kolejowe, lotnicze i pożarnicze. – Wyjaśnił Iwan Iwanowicz. – Ale to nie ja będę je relacjonować. – Od tego jest telewizja.

Taka to była noc z piątego na szóstego stycznia 2019 oraz dzień szóstego stycznia tegoż roku, zwany Dniem Trzech Króli.

6Shares

Nocne refleksje Iwana Iwanowicza

Iwan Iwanowicz otulony jeszcze mroźną mgłą wczesnoranną podzielił się ze mną swoimi nocnymi przeżyciami.

– Nocą poruszam się po mieszkaniu w sposób zdumiewający mnie samego, cicho i bezszelestnie. Kot przy mnie to słoń w składzie porcelany. Zachowuję się tak, ponieważ mieszkańcy domu są diabolicznie wyczuleni na wszelkie szmery i mikroskopijne stuknięcia. Myślę czasem, że szemranie wiosennej rosy spływającej z kwiatu niezapominajki mogłoby ich obudzić. Albo też mysz pogryzająca w milczeniu kawałek sera szwajcarskiego, który sam lubię, ale tylko w wersji sera koziego. Czy wiesz, drogi przyjacielu, że ser kozi jest nadzwyczajny smakowo i wartościowy pod względem składników. Kupowany przeze mnie ser pochodzi prosto z Francji, tego cudownego kraju nadzwyczajnych stoków śnieżnych i perwersyjnych zboczeńców, i jest bez konserwantów, różnych podpuszczek i podobnej zarazy.

Iwan Iwanowicz kontynuowałby prezentację dobrodziejstw sera i piękna Francji, gdybym nie zawrócił go z drogi niekończących się dywagacji przypomnieniem, o czym rozmawiamy.

– Przygotowując sobie nocny napój, kawę parzoną, herbatę zwykłą czy ziołową, czy choćby najprostszy napój wody cytryną, żongluję garnkiem do gotowania wody, słoiczkiem z używką oraz kubkiem równie cicho i sprawnie jak ten nieszczęśnik z opowieści buddyjskiej, który idąc ruchliwą ulicą niósł miseczkę wypełnioną po brzegi oliwą. Gdyby uronił choćby jedną kroplę, idący obok mężczyzna z mieczem natychmiast ściąłby mu głowę. I to podobno dla wyrobienia w człowieku koncentracji. – Iwan Iwanowicz zasmucił się, po czym odświeżony nową myślą zakończył.

– Ja bym ten marsz z miseczką oliwy i mieczem poruszającym się obok zaordynował tym … Zrozumiałem go, że w długim ciągu złorzeczeń i – co tu ukrywać – przekleństw chodziło mu o partię rządzącą, której delikatność postępowania z obywatelami i krajem porównywał do małpy bonobo w drucianych okularach.

Na moje zdumione spojrzenie Iwan Iwanowicz wyjaśnił, że bonobo to szympans karłowaty, łacińska nazwa „pan paniscus”, gatunek małpy człekokształtnej z rodziny człowiekowatych (hominidae), bliski nam ludziom swoją serdecznością i podobieństwem zachowań.

– Co do wody z cytryną – Iwan Iwanowicz wrócił do wątku pitnego – to jest to podobno prawdziwy nektar niebiański doprowadzający do rozkoszy wątrobę. Jest on równie złożony w działaniu jak kombinacja lotu nietoperza, słuchu muzyka wyczulonego na najmniejszy fałsz świata dźwięków oraz – śmiem twierdzić – puchu unoszącego się bezszmerowo w przestrzeni.

Byłem tak wdzięczny memu przyjacielowi za podzielenie się ze mną swoimi świeżymi przeżyciami nocnymi (zawsze to człowiek nauczy się czegoś nowego), że opowiedziałem mu w skrócie swój sen o tym, jak dosypywałem sobie do kawy jadu kiełbasianego, aby ją wzmocnić. 

– Mocna kawa jest moja słabością. – Zakończyłem aforycznie.

2Shares

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 116: Dziwne widzenia dowódcy

Dowódca straży parlamentarnej przeżywał najgorsze dni swojego życia. Społeczeństwo Nomadii przygotowywało się już do letnich wakacji, kiedy nastąpiło wydarzenie, które wstrząsnęło opinią publiczną, a jego dotknęło osobiście. Pomniejszyło ono wszystkie inne zdarzenia, spór w sprawie inżynierii genetycznej, zmiany klimatyczne czy masowe migracje ludzi zagrażające czystości rasowej i wierze w jednego Boga. Myśląc o tym wieczorem w łóżku dowódca straży popadł w odrętwienie, które przeszło w dręczący sen.

Nad ranem, około godziny piątej trzydzieści, kiedy straż parlamentarna była jeszcze rozespana, na portierni pojawiły się dwie sprzątaczki. Strażnicy pozwolili im wejść nie sprawdzając przepustek. Był to błąd, za który dowódca straży obarczał siebie, tak jakby mógł zaradzić temu, że jego ludzie nie byli dostatecznie czujni widząc te same kobiety codziennie od kilku lat. Na korytarzu pierwszego piętra sprzątaczki otworzyły okno, przez które niegdyś, jeszcze w czasach historycznych, wciągano meble, i wyrzuciły na zewnątrz liny. Na dole czekali już uzbrojeni mężczyźni i kobiety, którzy na teren parlamentu dostali się podkopem. Mieli ze sobą zakładników. Oddział błyskawicznie zajął korytarz i sąsiednie pomieszczenia, po czym zabarykadował się. Napastnicy byli uzbrojeni w pistolety wojskowe, pałki, paralizatory i inną broń podręczną. Część jej ukryli, ale tak, aby była łatwo dostępna.

Odtwarzając nagrania z kamer przemysłowych strażnicy zauważyli, że twarze intruzów były pokryte wizerunkami drzew i koni. Strażnikom wydawało się, że porywaczy jest dużo więcej niż zakładników. O godzinie dziesiątej rano okupanci zażądali widzenia się z ministrem leśnictwa i środowiska naturalnego.

– Co najmniej z ministrem, jeśli nie z gubernatorem. Nie zaakceptujemy nikogo poniżej tej rangi – taki był dokładny przekaz.

Nikt w parlamencie nie podejrzewał jeszcze niczego poważnego. Sądzono, że był to jakiś wygłup, maskarada lub fanaberia, ponieważ napastnicy cały czas utrzymywali, że chcą tylko porozmawiać, że ich intencje są pozytywne, że pragną jedynie zwrócić uwagę na niekorzystne zjawiska w ochronie środowiska naturalnego i koni. W końcu postawili ultimatum: albo rząd zapewni pełną ochronę koni i usunie zagrożenia środowiska naturalnego, albo koniec z zakładnikami. Do negocjacji przystąpili eksperci rządowi na czele z ministrem leśnictwa i środowiska naturalnego. Nie cieszył się on dobrą reputacją w kręgach fachowców. Hodowcy koni uważali, że nie ma żadnego zrozumienia dla nich, dla przyrody, ani dla zwierząt.

– On nie traktuje nas nawet jak konie, ale jak bydło, i to byle jakiego gatunku. – Była to opinia jednego z hodowców; inni hodowcy odżegnywali się od niej uznając ją za niewyważoną.

Zapewnienie ochrony koni przed wyginięciem i drastyczne ograniczenie eksploatacji przyrody stanowiły dla rządu ogromne wyzwanie. Rozmowy trwały wiele godzin. Na początku ich przebieg wskazywał możliwość porozumienia, do niczego takiego jednak nie doszło. W końcu napastnicy wręczyli ministrowi kartkę ze spisanymi odręcznie żądaniami. Minister obiecał ich uczciwe rozpatrzenie. Bezwzględność oczekiwań i groźby porywaczy nie zaskoczyły go. Wiedział z kim ma do czynienia. Dla niego byli to ekoterroryści. Taką też opinię przedstawił gubernatorowi i wicegubernatorowi. Kiedy gubernator w zaciszu swojego gabinetu zdobnego obrazami największych patriotów kraju zapoznał się z żądaniami, zgodził się, że są one całkowicie nieuzasadnione.

– Nie uważam, że traktujemy konie i przyrodę w sposób nierozsądny, gorzej niż w innych krajach – oświadczył tonem wskazującym, że minister nie powinien ustępować.

Tajnym służbom państwowym udało się sprawdzić w międzyczasie na podstawie nagrań z kamer, kim są napastnicy i wtedy wybuchła bomba. Okazało się, że były to osoby zrzeszone w stowarzyszeniu radykalnego ekologizmu działającego pod parasolem międzynarodowej organizacji Megan International Ecoterrorists, wymuszającej ustępstwa na rządach państw na rzecz nieograniczonej ochrony środowiska naturalnego.

Rząd podjął na nowo żmudne negocjacje. Ich przebieg transmitowano na cały kraj. Ustępując przed zbrojną przemocą, której siłowe zakończenie mogłoby przynieść fatalne skutki dla zakładników, rząd natychmiast opracował propozycję zaostrzenia przepisów i przeznaczenia większych środków na ochronę środowiska i koni zgodnie z żądaniami, zdając sobie sprawę, że przekracza granice zdrowego rozsądku.

Eksperci ministerstwa finansów przez dwa dni i dwie noce analizowali wszystkie wpływy i wydatki budżetowe. Sprawa była beznadziejna; nie było sposobu, aby jeszcze bardziej okroić wydatki, czy to na wojsko, czy na infrastrukturę, gdzie istniały pewne rezerwy, czy na inne cele, gdyż zmniejszyłoby to drastycznie zdolność bojową armii i pogrzebało szansę rozwoju gospodarczego. Niemożliwe było też podwyższenie podatków dla osób najbogatszych, ponieważ doprowadziłoby to szybkiego spadku akumulacji kapitału i inwestycji. Opozycja miała odmienne zdanie wskazując na bezsens wydatków dla wojska przeznaczonych na budowę interaktywnych ławek w całym kraju do prowadzenia tajnej korespondencji elektronicznej. Eksperci rządowi uznawali to rozwiązanie za hit technologiczny.

Negocjacje trwały kilka dni. Okupanci stali się agresywni, utrudniali życie służbom porządkowym, szarpali ochronę parlamentu bez przyczyny używając przy tym wulgarnych słów, żądali posiłków z najdroższych restauracji i trzymali rząd w szachu groźbą użycia środków wybuchowych ukrytych na terenie parlamentu. Dla dowódcy straży były to przeżycia tak koszmarne, że szczypał się po udach, aby upewnić się, czy jest to sen czy jawa. Pokazywał potem sine ślady na ciele.

 

4Shares

Spotkałem śpiącego osobnika. Opowiadanie fantastyczne.

Drodzy Czytelnicy!

To zwariowane opowiadanie to eksperyment późnopiątkowy. Podejrzewam, że nie wszystkim przypadnie do gustu, gdyż nie wszyscy lubią gatunek literacki fantastyki, a bardziej konkretnie podgatunek fantasy. Jeśli komuś opowiadanie się podoba, proszę kliknąć na „Like” (Lubię to). To zadecyduje, czy powinien kontynuować takie literackie miniaturki (nawiązujące do groteski i absurdu) do czy nie.

Pozdrawiam serdecznie,
Michael Tequila

Była niedziela, dzień, w którym wszyscy brali do ręki kartki i coś na nich skreślali. Widać to było wszędzie, w biurach, restauracjach, na boiskach i na placach budowy. Nawet chłopak pasący samotną krowę na skrawku zieleni przy ulicy też trzymał w ręku kartkę, zastanawiając się nad czymś.

Idąc chodnikiem zrównałem się z mężczyzną z wyciągniętymi do przodu rękami. Zachowywał się, jakby poruszał się w ciemności starając się dotykiem odkryć, czy nie stoi mu na drodze jakaś przeszkoda. Swoim zachowaniem przypominał niewidomego, poza tym wyglądał normalnie. Szedł w tym samym kierunku, dołączyłem więc do niego i zapytałem niepewnie, czy wie, co robi. Pytałem z czystej, ludzkiej ciekawości. W miarę jak opowiadał mi swoją historię, zanurzałem się w nią jak w ciemną noc wymieszaną z gęstą mleczną mgłą.

– Dobrze, że z mleczną mgłą, a nie na przykład ze smogiem, którego nie daje się łykać. Smog to trucizna, a mimo to ludzie go tworzą. Eh, ci ludzie! Co to za potwory! – Pomyślałem z niechęcią. Nieodpowiedzialne postępowanie ludzkości tak mnie wyprowadziło z równowagi, że przechyliłem się na prawą stronę. Korzystając z okazji odszedłem na bok, aby dyskretnie splunąć w krzaki. Od razu wróciłem, ponieważ wchłonęła mnie opowieść mężczyzny, który metodą niewidomych przemieszczał się chodnikiem.

Kiedy się odezwałem, że to znowu ja, podjął swoją opowieść. Zaczął od porannego snu, co mnie nie zdziwiło, ponieważ sypiając źle w nocy potrafię nagle usnąć, nawet kiedy powietrze wypełnia głośny świergot porannego ptactwa a słońce świeci prosto w oczy.

– Zasnąłem zaraz po śniadaniu i już się nie obudziłem. Nie przeszkadzało mi to w niczym. Wstałem o godzinie dziesiątej czterdzieści pięć, poszedłem do kuchni i wypiłem szklankę wody z cytryną. Nie była nadzwyczaj smaczna; ale jest podobno niesamowicie zdrowa, bo cudownie działa na wątrobę. Na pewno ucieszyła się z tego. Poczułem to bardzo wyraźnie, coś jakby lekkie mruczenie z zadowolenia. Musi pan wiedzieć, że organy wewnętrzne człowieka mają swoją własną pamięć jak i uczucia. Niektórzy ludzie w to nie wierzą, ale ja to wiem z pewnością. Takie jednostki jak ja, kierujące się intuicją rąk we mgle, są uzdolnione w tym kierunku. Znaczy się głębokiego czucia. – Mężczyzna przerwał na chwilę chyba zastanawiając się, czy przestrzeń przed nim stanowi przeszkodę czy nie, po czym wznowił swoją opowieść.

– Potem zrobiłem sobie kawę. To wątrobie na pewno nie podobało się, bo kawa zakwasza. Pies z nią zresztą tańcował – dodał po chwili zastanowienia. – Kawę piję zasadniczo nieprzerwanie, nie przeszkadza mi to spać. Takim już jestem organizmem. Zobojętniałym kompletnie na kofeinę po upływie nie więcej niż dziesięciu minut od momentu konsumpcji. Może to zależy od materiału z jakiego wykonany jest kubeczek? Mężczyzna pokazał mi kubeczek plastikowy z takąż rurką.

To mi przypomniało, że poprzedniego dnia oglądałem film o plastikach w oceanie i zacząłem rzucać fachowymi terminami: mikroplastik, nanoplastik, mikrozanieczyszczenia. Mikroplastik to drobina polimeru o średnicy mniejszej niż jedna milionowa milimetra, nano oznacza zaś jedną miliardową milimetra. Tego plastikowego łajdactwa jest w oceanach miliardy ton. – Wykrzyknąłem w uniesieniu na wspomnienie gniewnej fali niosącej na barkach polimeryczne zepsucie ludzkości w okolicach Wysp Polinezyjskich.

– Te cholerne mikroplastiki! Co je zeżre? – Mój towarzysz zmartwił się serdecznie, nie otwierając oczu. Czułem to w lekkim drżeniu jego głosu i grymasie, jaki pojawił się na jego twarzy, jakby zaraz miała spłynąć łzami. Doszedł szybko do siebie, bo jego głos zabrzmiał rezolutniej. Odwrócił swoją twarz z otartymi we śnie oczami w moim kierunku.

– Bakterie, wirusy i mikroorganizmy!? – Rzucił w przestrzeń ni to pytanie, ni to odpowiedź, po czym dodał. – To superciekawe, co pan wspomniał, bo ten mikroplastik dostaje się wcześniej lub później do krwi i ogłupia organizm. Z głupim organizmem nie da się zajść daleko. Właśnie przyszło mi na myśl, że mogłem nałykać się przez nieuwagę zanieczyszczonej mikroplastikiem morskiej wody, kiedy ostatnio kąpałem się w Adriatyku, i to właśnie ona utrzymuje mnie w stanie uśpienia.

– Czy pan nadal śpi? – Zapytałem dla sprawdzenia.

– Oczywiście. Mówię przez sen bez najmniejszych problemów. To mi w niczym nie przeszkadza ani w myśleniu, ani w mówieniu. Jestem wszystkiego świadomy. Teraz na przykład idę do biura, gdzie mają urny, a w nich zapewne spalone prochy. Muszę tam wrzucić kartkę, bo to dzień wyborów. Nie dam się spalić, znaczy się skremować. – Zapewnił. – Jestem pełnoprawnym obywatelem i znam swoje prawa. Sroce spod ogona nie wypadłem. Mówił coś jeszcze w podobnym stylu, pogłębiając moje zaniepokojenie do tego stopnia, że uznałem, że z wariatem nie będę gadać. Sam też chyba spałem, jak się okazuje, bo kiedy potrąciłem ramieniem mężczyznę na przejściu dla pieszych pchającego przed sobą rower z dwoma wielkimi worami ziemniaków, zapytał mnie gniewnie:

– Czy pan śpi, czy co, do cholery!?

Wtedy rozejrzałem się wokół. Wszyscy spali. Całe miasto. Tylko dwóch policjantów nie spało. Stali obok budki wartowniczej i patrzyli się przed siebie.

– Panowie nie śpią? – Zapytałem zdziwiony widokiem ludzi w mundurach z szeroko otwartymi oczami.

– Ktoś musi czuwać, k…a mać. Robimy to z obywatelskiego obowiązku, bo właściwie to jesteśmy chorzy, na zwolnieniach lekarskich i powinniśmy być w łóżkach. – Odpowiedzieli uprzejmie salutując do niczym nieosłoniętych głów, bo czapki trzymali przepisowo pod pachami. Oprócz nagich głów i obnażonych gumowych pał mieli także nagie telefony. Czułem, że nawiązują do jakiejś rzeczywistości, nie byłem jednak w stanie skojarzyć konkretnie do czego. Coś mi chodziło po głowie, ale niezbyt dokładnie.

– Nie tylko my nie śpimy, proszę pana. W mieście oprócz nas czuwa także dwóch strażaków, kierowca pogotowia ratunkowego oraz trzej chirurdzy naczyniowi, ale oni są pijani, bo praca przy naczyniach męczy. Mówił mi to pewien znajomy Anglik, który przyjechał do nas do pracy na zmywaku. W sposób naturalny sięga się wtedy po alkohol, a ten – jak wiadomo – przyjmowany w większej ilości usypia. Sprawdzę, czy ci chirurdzy naczyniowi już oprzytomnieli. – Przerwał policjant przypominając sobie regulamin każący zgłaszać każde domniemane przestępstwo.

Zadzwonił. Nikt nie odpowiadał.

– Chyba zasnęli. – Zwrócił się do mnie policjant. – Jeśli tak, to po ptakach. Nikt się teraz z niczego nie wyleczy. Praktycznie rzecz biorąc cały naród śpi, proszę pana. Jak inaczej można wytłumaczyć, że podzielił się nie wiadomo, kiedy i dlaczego. Ale zdaje się, że już budzi się z sennego marazmu. Najpierw w dużych miastach, bo tu powietrze jest najbardziej zabójcze i człowiek w końcu musi się obudzić, aby nie dać się zatruć do cna.

Nawet wiadomość o budzeniu się ludzi z uśpienia nas nie obudziła. Pozostaliśmy w stanie sennego zagubienia; mężczyzna we mgle, ja po wypiciu sześciu kaw, trzej chirurdzy naczyniowi i pozostałe towarzystwo z wyjątkiem dwóch policjantów, dwóch strażaków i kierowcy pogotowia ratunkowego. Co do Anglika pracującego u nas gościnnie na zmywaku, to nie byłem pewien, w jakim jest stanie.

1Shares

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 88: Marynarz imieniem Napoleon

Szczęście nie opuszczało Sefardiego. Prowadząc samochód, zdał sobie sprawę, że coś stuka w silniku. Na początku nie było to oczywiste, ponieważ stukanie tonęło w rytmie żywej muzyki z radia, potem ignorował je w przekonaniu, że to wyboista droga wywołuje taki efekt. Kiedy zaczął wolno hamować z obawy, że gwałtowne przyciśnięcie hamulca doprowadzi do rozpadu silnika, po prawej stronie pojawił się zajazd z nazwą. Nie zdążył jej odczytać koncentrując się na prowadzeniu i rozglądaniu się za parkingiem gdzieś przy budynku.

Był to mały motel z knajpką, z niewielką ilością stolików, za to mnóstwem ludzi i szarą atmosferą dymu papierosowego zmieszanego z kuchennym, o specyficznym zapachu smażonego mięsa, miejsce, w którym nigdy nie powinien się znaleźć. Kilka minut później siedział samotnie przy stoliku zastanawiając się, co robić dalej. Zamówił kawę i sernik, po czym zadzwonił po pomoc drogową; jej numer telefoniczny znalazł na wydruku polisy ubezpieczenia pojazdu.

– Będzie pan musiał długo poczekać, bo to odludzie. – Poinformował go zaspanym głosem pracownik pogotowia drogowego.

Czekanie nie okazało się nudne. Po kilku minutach do stolika Sefardiego przysiadł się mężczyzna w podobnym jak on wieku; czerstwym wyglądem i zachowaniem przypominał farmera nadużywającego trunków. Od słowa do słowa wywiązała się konwersacja. Przybysz okazał się poczciwcem i gadułą chętnym opowiadać swoje przeżycia. W przeszłości był marynarzem, dużo pływał, a teraz zamierzał osiąść w tej części kraju.

– Nuda tu jak flaki z olejem. Na szczęście miewam sny erotyczne i nie nudzę się długo. Puszczam sobie we snie film o tematyce seksualnej i oglądam go dla zabicia czasu, a jeśli mi się uda to i dla przyjemności. Wie pan, większość filmów erotycznych, jakie mam w głowie już widziałem, teraz cieszę się, kiedy zobaczę coś nowego.

Sefardi uznał, że wyglądający na wieśniaka marynarz baja od rzeczy. – Od czego to zależy, jeśli mogę spytać? – Zadał pytanie bardziej dla podtrzymania rozmowy niż z ciekawości. Oczekiwał jakiegoś pokrętnego tłumaczenia.

– Od wielu czynników. Przede wszystkim od jedzenia, także od tego, co się czyta, w jakim towarzystwie przebywało się ostatnio, jak długo to trwało, jak długo nie byłem się z kobietą, jak bardzo jestem znużony…. – Zmęczyłbym pana, gdybym wymienił do końca listę spraw decydujących o treści snu erotycznego.

Mężczyźni rozgadali się. Jedli niewiele, obydwaj nie czuli się głodni, pili tylko alkohol. W miarę zapadania ciemności i pogłębiania się nocy gości ubywało, narastało jedynie zmęczenie. Słowa zaczęły im się coraz bardziej kleić. W końcu Sefardi zapadł w stan półdrzemki, w którym słowa i myśli mieszają się z marzeniami i snem. W korowodzie konwersacji z Napoleonem, jak nazywał się marynarz, Sefardi zasypiał, budził się, coś mówił i znowu zasypiał.

Trzy godziny po wezwaniu pomocy drogowej, zadzwonił kierowca z firmy.

– Jestem już w drodze do pana, ale złapałem gumę. Ktoś usunął zapasową oponę z samochodu, sam więc jestem w tarapatach. Wezwałem nasze drugie pogotowie, jego przyjazd zajmie jednak sporo czasu. Może przyjadę około północy, może nad ranem. Skłamałbym, gdybym powiedział, że wiem. Musi pan czekać. Przepraszam za niedogodność, ale nic nie mogę poradzić.

Wynajmowanie pokoju nie miało już sensu, mężczyźni przy stoliku w kącie tuż przy wielkiej paproci kontynuowali więc swoją konwersację.

– Tak naprawdę – ciągnął Napoleon, który okazał się mistrzem opowieści lepkich jak zmaza nocna – moje sny są żywe niczym jaszczurka na pustyni Gobba Gobba ślizgająca się po piaszczystych wydmach w poszukiwaniu wody albo jak ryba poszukująca planktonu w burzliwych prądach Morza Cyklicznego.

W ocenie Mistrza błądziły one po bezdrożach erotyki, intymności, przygodnych relacji damsko-męskich, wyuzdania, indyjskiej sztuki erotycznej i tajemnic królewskiej alkowy. Oprócz wyobraźni nie mógł odmówić rozmówcy poetyki niektórych sformułowań, przypominających zapiski podróżnika po egzotycznych lądach i oceanach.

*****

Była to długa, dziwna noc zbudowana na opowiadaniach Napoleona. Wskutek zmęczenia i alkoholu, pomieszały się one w końcu z marzeniami Sefardiego tak zawile, że przestał odróżniać, co jest jego własnym przeżyciem, a co zapożyczeniem. Po raz pierwszy w życiu uwikłał się we wspólnotę przeżyć erotycznych z mężczyzną i kobietą.

Opowiadanie Napoleona, milczenie jego nieobecnej towarzyszki i odkrywcze interwencje erotyczne Mistrza stopiły się w trójkondygnacyjną konstrukcję snu, marzeń i rzeczywistości, przelewającą się falami z jednego boku na drugi, z pozycji leżącej do pozycji siedzącej, spacerowej a nawet lewitującej, zawieszonej w przestrzeni skromnego pokoju hotelowego. Towarzystwo przeżywało zbiorczą i indywidualną ekscytację, głęboką satysfakcję z tytułu pokonanego wstydu oraz radość szczerego obnażenia się, wszystko to wymieszane ze sobą jak cukier, imbir i cynamon w gorącej kawie.

*****

Oglądanie we śnie aktu miłosnego w mieszanym towarzystwie przypominało seks grupowy, w którym jest mało artyzmu, za to dużo naturalnej, zwierzęco-ludzkiej chuci. Sefardi obserwował uczestników igraszek miłosnych, ni to aktorów, ni to widzów, włącznie z samym sobą, najpierw z rozbawieniem, potem z ciekawością, a w końcu z zaangażowaniem. Zauważył, że przeżywali miłość w sposób naturalny, podobnie jak pobyt na plaży nudystów, gdzie ludzie są nadzy jak ich Bóg stworzył i nikogo to nie dziwi. Nikogo nie szokowała nagość ani zachowanie innej osoby, kiedy wszyscy byli obnażeni i bezwstydnie oglądali się nawzajem. Czując zbliżający się orgazm, chwytali się za ręce i przeżywali go wspólnie wstrząsani drgawkami rozkoszy i momentami utraty świadomości. Kiedy do towarzystwa przy stoliku przyłączyło się dwóch mężczyzn i trzy kobiety, zaczęła się orgia, w której wspólnie wędrowali po piętrach marzeń sennych i erotyki, unoszeni falami przeżyć przeszłych i świeżo wyśnionych.

2Shares

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 70: Dziwne spotkania podróżne Sefardiego

Celem podróży Sefardiego była mało znana miejscowość wypoczynkowa Casi. Była to wieś typu ulicówka, położona w centrum kraju na równinie wśród lasów, między niewielkimi jeziorami cieszącymi się złą sławą licznych utonięć. Tonęli nawet dobrzy pływacy, ludzie sprawni i wysportowani. Okoliczności tragedii nigdy nie udawało się wyjaśnić. Lokalna policja była bezradna, unikała wypowiedzi na drażliwy temat. Prywatnie policjanci żartowali, że dobry pływak to potrafi przezimować pod lodem do następnego sezonu kąpielowego i dopiero wtedy wypłynąć. Ich odpowiedzi na pytania były banalne, głupie albo cyniczne, ponieważ ciała znikały bez śladu. Mieszkańców wsi to już nie dziwiło, ponieważ atmosfera tajemniczości pogłębiała się od dłuższego czasu i zdążyli się do niej przyzwyczaić.

Podróż rozpoczęła się o brzasku, ósmego dnia Planu Czterdziestu Dni. Pociąg był rozciągnięty jak zepsuta harmonia, Sefardi spostrzegł to z okna wagonu na zakręcie. Kiedy odszedł od okna, zauważył na siedzeniu w rogu przedziału kobietę. Nie miał pojęcia jak się tam znalazła, nie słyszał, aby ktoś otwierał drzwi do przedziału. Wydała mu się znajoma. Patrzył na nią, a ona na niego, jakby oboje rozpoznawali się, tylko nie byli pewni lub krępowali się przyznać do znajomości. Wpatrywali się w siebie, najpierw otwarcie, potem ukradkiem. Przed zatrzymaniem się pociągu, kobieta wyszła z przedziału. Dopiero wtedy Mistrz przypomniał sobie przystanek autobusowy: ta sama nalana twarz, tęga sylwetka, szeroki nos. Po kilku minutach wyszedł na korytarz, aby wyprostować nogi. Przyglądając się mijanym kolejno przystankom i stacjom kolejowym, Sefardi zapytał stojącego obok pasażera, jak nazywała się ostatnia stacja, gdzie się zatrzymali.

– Nie wiem, o czym pan mówi. Pociąg nie zatrzymywał się od czasu wyjazdu ze stacji początkowej. Zatrzyma się dopiero za dwadzieścia minut. To ekspres dalekobieżny. – Sefardiemu zrobiło się mdło. Wrócił do przedziału.

*****

W połowie drogi do Casi, patrząc na zegarek Sefardi zauważył pulsowanie czasu: nafosforyzowana wskazówka to rozjaśniała się, to ciemniała w świetle budzącego się dnia. Przyszło mu do głowy, że powodem była wielka szybkość pociągu. Nie umiał znaleźć innego wytłumaczenia. Popatrzył na elektroniczny ekran zawieszony pod sufitem na środku wagonu wyświetlający szybkość: dwieście pięćdziesiąt kilometrów na godzinę. Pasażer nie mógł się skoncentrować, ogarniała go senność. Gubił się w obrazach przelatujących za oknem, łączących się w jedną nieskończoną wstęgę. Siedzący naprzeciw mężczyzna w starszym wieku, lekko łysiejący, z siwą, starannie przyciętą i zadbaną brodą, przyglądał mu się z uwagą nie zważając, że nawet maskowana obserwacja może krępować pasażera. Chwilę później Sefardi popadł w stan odrętwienia, półuśpienia. Wrócił do siebie, kiedy pociąg zwalniał piszcząc hamulcami. Gapiąc się przez okno, przecierał oczy. Nieznajomy uznał to za dobrą okazję, aby podjąć rozmowę. Głos miał gardłowy, dochodzący jakby z przeszłości, spod elegancko przystrzyżonych siwiejących wąsów.

– Obserwowałem pana. Przepraszam, to skrzywienie zawodowe. Jestem doktorem medycyny, mieszkam za granicą, jadę na konferencję naukową. – Rozmówca wyjaśnił i przedstawił się imieniem i nazwiskiem, które utonęły w głośniejszym turkotaniu kół. Sefardi zdał sobie sprawę, że mówił po angielsku z trudnym do określenia twardym akcentem. Jego uwagę zwróciły okulary w brązowej oprawie ze staromodnymi okrągłymi soczewkami oraz obwódki wokół zmęczonych, uważnych oczu.

– Nie miałem nic złego na myśli. – Nieznajomy podjął wątek rozmowy. – To po prostu nawyk. Niech mi pan powie, co zapamiętał pan ze swojego snu. Widziałem, jak pańskie gałki oczne poruszają się szybciej w fazie snu REM.

Sefardi zawahał się, lecz po chwili opowiedział mu zapamiętany fragment tego, co mu się śniło, i jak to odebrał. Nie było to trudne, ponieważ przeżyte widziadła senne powracały do niego co jakiś czas. Ciekawość mężczyzny w ogóle go nie zdziwiła. Czuł się tak, jakby rozmawiał z dobrym znajomym, wręcz przyjacielem.

Po jego słowach wywiązała się rozmowa.

– Jestem przyzwyczajony do oglądania śpiących ludzi i wysłuchiwania ich relacji po przebudzeniu. Samemu tego nie można przeżyć, ale można widzieć u innych osób, jak reagują w czasie snu. Obserwowałem niejednokrotnie moich pacjentów. Kiedy pan śnił, obserwowałem pana. Sen to coś w rodzaju halucynacji, omamów. Różne obrazy rzeczywistości ulegają scaleniu i porządkowaniu. Uparcie powtarzające się sny mogą być zapowiedzią choroby psychicznej. Oczywiście, nie można z całą pewnością powiedzieć, że tak jest lub będzie.

– Jaką chorobę ma pan na myśli? – Zapytał Mistrz. Czy pan zaobserwował coś nietypowego w moim śnie? Zaczął pan mówić o chorobie.

Mężczyzna zawahał się, zanim odpowiedział nieokreślnym ruchem ręką, jakby odpychał od siebie coś niemiłego. Wyglądał na zmieszanego.

– To schizofrenia paranoidalna. – Wyjaśnił, zastrzegając się natychmiast: – Ale nie upieram się przy tej diagnozie. Proszę tego nie rozumieć dosłownie, to tylko hipoteza naukowa. Nie mam w tej chwili innego uzasadnienia niż intuicja.

– Sefardi zaśmiał się serdecznie. – Wie pan, pańska idea to znakomity pomysł. Muszę go sobie zapamiętać i wykorzystać. Może w powieści? Gdybym pisał powieść, to bym ją wykorzystał. Przypomniał coś sobie. Wstał, zdając sobie sprawę, że powinien to zrobić wcześniej. Lekko skłonił głowę, po czym przedstawił się: Nazywam się Sefardi Baroka. Jestem wynalazcą z ambicjami pisarskimi. Czuł się winny zaniedbania prostej formalności.

– Miło mi. – Odpowiedział rozmówca i kontynuował swoją wypowiedź, jakby prezentacja była niepotrzebnym przerywnikiem. – Proszę pamiętać, że wspomnienia senne nie trwają długo, o ile nie znikają od razu. Jeśli pan sobie życzy, opowie mi je pan, a ja je spiszę i przekażę panu. Jestem do tego przyzwyczajony.

– Nie, nie! Mogę zrobić to sam. – Sefardi przestraszył się. Nie myślał wcześniej o zapisywaniu snów. Pomysł spodobał mu się. Przeprosił rozmówcę, który chciał mu jeszcze podać formułę szybkiego zapamiętywania, wyjął laptop i zaczął pisać. Pobłogosławił siebie, że pamiętał zabrać to urządzenie. Pamięć coraz częściej go zawodziła. Po pewnym czasie, aby nie pozostawiać złego wrażenia, Sefardi oderwał się od pisania i podjął konwersację z mężczyzną jadącym na konferencję czy też z niej wracającym; nie pamiętał już tego, zresztą nie miało to znaczenia. Rozmawiali o chorobach. Okazało się, że można o nich mówić również w sposób pozytywny, jeśli nie entuzjastyczny.

– Wie pan, choroby mają także swoje pozytywne strony. Na przykład w demencji pozytywne jest to, że każdego dnia poznaje się wciąż nową osobę. Przychodzi do pana jak każdego dnia, a pan ją widzi po raz pierwszy i pyta kim jest, a potem się cieszy, że poznał kogoś nowego. To bardzo miłe. W momencie, kiedy to mówił, jego oczy pozostawały lekko zmrużone, jakby raziło go światło. Obydwaj zaśmiali się w tym samym momencie.

 

3Shares

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 56: Straszny sen Sefardiego.

Po kilku dyskusjach spiskowcy doszli do porozumienia, co i jak należy uczynić, aby pogrzeb udał się pod każdym względem. Kiedy już wszystko ustalili, Sefardi zaśmiał się niefrasobliwie jak dziecko. Zdarzało się to tylko wtedy, kiedy naprawdę coś go zachwyciło.

Założenie było proste. Pogrzeb miał dostarczyć rozrywki jego uczestnikom i ludziom, którzy będą go oglądać w telewizji i na nagraniach video. Sefardi wyjaśniał to ożywiony. Dla Anastazji było nie do pojęcia, że wkrótce ten człowiek przestanie istnieć. Miała wrażenie, że uczestnicy w czymś nieprzyzwoitym, nawet zbrodniczym. Nie usiłowała już nawet wyperswadować mu szalonego pomysłu, bo i tak postawiłby na swoim, wybierając inną firmę pogrzebową.

– Tobie to łatwo mówić – podjęła kobieta – dla ciebie to będzie koniec wszystkiego, ale ja zostanę z bólem i kłopotami. Jestem przecież twoją wspólniczką. Będą prowadzić śledztwo i mnie szarpać pytaniami i podejrzeniami, a może nawet i oskarżeniami. – Jaka była pani rola? Co pani wie o tym czy o tamtym? Dlaczego pomagała pani denatowi w popełnieniu samobójstwa?

Sefardi nic nie odpowiedział. Miała swoją rację. On też miał swoją rację, nie odzywał się więc, czekał, aż wyrzuci z siebie żale, wygada się i uspokoi.

Najmniej czasu poświęcili na personalizację pogrzebu, nadanie mu cech specyficznie związanych z osobą zmarłego. Stawało się to coraz bardziej popularne, było modne. Rozmawiali o kwestiach takich jak video, kolaż zdjęć, muzyka, memorabilia w rodzaju ulubionych zegarków czy wydanej powieści.

*****

Następnego dnia obudził Sefardiego głos fanfar, uporczywy i głośny jak maszyna piekielna. Wstał z łóżka i wyjrzał przez okno. W mieście trwała jakaś wielka uroczystość. Był zbyt śpiący, aby go to zainteresowało. Wrócił do łóżka. Znowu zapadł w sen, lecz pokrzepienie nie trwało długo. Kiedy się obudził, zobaczył siebie stojącego w tłumie przy głównej ulicy miasta czekającego na przejazd karawanu. Wiedział dokładnie jak on wygląda, był tylko ciekaw, jak wygląda w ruchu, ciągniony przez ogiery, które sam wybrał w stadninie koni. Stał cierpliwe w cieniu drzewa, ponieważ słońce przygrzewało. Wolał także, aby nikt go nie zobaczył. Wreszcie pojazd ukazał się. Jechał wolno, choć konie ponosiły. Wyglądały jak rumaki z filmu Ben Hur, pyszne, parskające, ubrane w kolorowe czapraki. Piana toczyła im się z pysków. Zachowywały się tak, jakby ruszały na wojnę, rozpierała je energia, wytwór długiej ewolucji, nieprzerwanych ćwiczeń i dobrego wyżywienia.

Mistrz przyglądał im się z ciekawością, nawet z dumą. Skulił się nagle, kiedy z ukosa, z drugiej strony ulicy rozległa się seria strzałów z karabinu maszynowego, potem druga, potem dwie równocześnie. Strzelano w kierunku karawanu, na którym stała urna przymocowana do czarnej, błyszczącej platformy. Posypały się drzazgi i kawałki szkła, pociski uderzały o powierzchnię ulicy odbijając się rykoszetami w kierunku budynków. Na chodnikach wybuchła panika. Obserwatorzy konduktu pogrzebowego i przechodnie rzucili się do ucieczki; ktoś upadł, krzyczał, wkrótce krzyk przerodził się w skowyt bólu i strachu.

– To łajdak! – Krzyknął Sefardi i zaczął rozglądać się dookoła. Sam nie wiedział, czego szuka: kamienia, grubego kija, kawałka metalowego pręta czy może granatu.

– Kogo miał pan na myśli nazywając go łajdakiem? – Z boku pojawił się nieznany, dobrze ubrany mężczyzna.

– Jak to, kogo? Tego drania, Barrasa Blawatsky’ego!

– Jeśli tak, to zgadzam się z panem. – Nieznajomy rzucił się na Sefardiego i zaborczo zaczął go ściskać.

– Zachowuje się jak matka witająca powracającego z wojny syna – pomyślał Sefardi. Zrobiło mu się mdło z wrażenia. Nieznajomy obejmował go energicznie metodą „na niedźwiedzia”. Sefardi zbudził się spocony, stłamszony, ale szczęśliwy, że udało mu się wyrwać maszkarze sennej. Postawił nogi na ziemi, popatrzył na pustą ścianę, z której nie wiadomo, dlaczego spadł obraz, i uspokoił się. Za chwilę myślał już pozytywnie. – Dobrze, że mam bogate sny, bo nie miałbym o czym pisać.

Podsumowanie zamknęło koło marzeń, widziadeł sennych, pragnień i niepokojów człowieka, którego ostatnią misją miało być zakończenie życia w sposób niosący radość rzeszom zwykłych ludzi spragnionych rozrywki. Mistrz udał się do kuchni, aby uczcić szczęśliwe przebudzenie kubkiem mocnej, czarnej kawy bez odrobiny cukru.

Kup książkę z bardzo dobrymi recenzjami dla siebie lub na upominek dla bliskiej osoby: https://tinyurl.com/y7cza5nc

3Shares

Niezwykły sen Iwana Iwanowicza

Iwan Iwanowicz Iwanczyn miał tak niesamowity sen, że żadną miarą nie mógł się powstrzymać od podzielenia się nim z mieszkańcami osiedla.

– Rzecz się działa na folwarku zwierzęcym im. George’a Orwella. Śniło mi stado baranów, niezwykle mądrych i poważnych. Na jego czele stał przywódca, osobnik z podwójnie zakręconymi rogami. Jego marzeniem było doprowadzenie baranów i wszystkich innych zwierząt do stanu nieskończonej szczęśliwości. Cieszył się on tak ogromnym mirem, że kiedy mówił, wszystkie barany opuszczały łby i wsłuchiwały się nie tylko w jego słowa, ale także w to, co wokół niego w trawie piszczy. Ich miłość do przywódcy była tak wielka, że zapominali o jedzeniu, piciu a nawet o zwierzęcej godności granej przez dzwoneczki zawieszone na szyi.

Nocą, kiedy wszyscy spali, stado wydało dekret tak niezwykle udany i rozumny, że od samego rana ze wszystkich stron świata zaczęły napływać gratulacje. Był to dekret zaporowy, uniemożliwiający wyrządzenie jakiejkolwiek krzywdy – poprzez obmowę, pomówienie lub insynuację – zwierzętom żyjącym na całym folwarku.

– Będziemy ścigać oszczerców z całą bezwzględnością po całym świecie jak długi i szeroki – oświadczył rzecznik stada.

– W życiu baranów – promienne światło rozbłysło w oczach Iwana Iwanowicza, kiedy to wyjaśniał – nie jest ważna zielona trwa, świeża woda, wygodna podściółka w oborze, to owszem też, ale jakby na trzecim planie, ale właśnie sprawy ulotne, pełne delikatności i zadumy, których nikt inny nie dostrzega, jedynie oni poprzez swoją nadzwyczajną intuicję i wyczucie.

Iwan Iwanowicz chciał jeszcze opowiadać więcej o śnie, ale mu przerwano, uznając, że dekret wydany przez stado, jakie mu się śniło, jest jak najbardziej słuszny, taki, o jakim marzyły wszystkie barany, ich rodzice, dziadowie i pradziadowie, a nawet przodkowie, którzy w zamierzchłych wiekach schodzili z rajskich drzew, aby wspólnie śpiewać alleluja z tęsknoty za dobrym uczuciem i rozumem.

Twórczość literacka Michaela Tequili w księgarniach: powieść, poezja, opowiadania, najtaniej w księgarni internetowej "Znak" https://goo.gl/uC5orq.  

0Shares

Komiks pisarski. Niedobry dzień komandora. Odcinek 18.

To był potrójnie zły dzień dla komandora Jaroszki, dowódcy okrętu „Całą Naprzód”.

Najpierw oskarżono jego I-szego Oficera, Zbrojmistrza Sępa, że tworzy oddziały skautów (w tajnym kodzie zwane Defensa Popular), które w maskach gazowych, w hełmach z czarną lunetką i z nowoczesnymi dwururkami na plecach biegają po lasach i straszą grzybiarzy i spacerowiczów, potem najwyższy urzędnik, niejaki Nijaki, przemawiał na zjeździe apologetów niewinności, gdzie oklaskiwano pod niebo przewodniczącego Krzywej Przybudówki, chłopa wielkiego jak góra i jak zawsze nieogolonego, w końcu Zastępca Komandora ds. Kulturalnych pochylił głowę, coś omyłkowo przeczytał i przeprosił trzy białogłowy.

– Nikt niepotrzebnie nie straszy ludzi po lasach, nie bije braw przewodniczącym krzywych konstrukcji ani nie strzępi języka na przeprosiny. – Skomentował sucho około północy komandor Jaroszka wyrażając z niewyspania domniemanie (była głęboka, czarna noc i na dworze hulał wiatr, co potęgowało grozę sytuacji), że pasażerowie jego okrętu mogą wspomniane trzy potknięcia uznać za słabość osobistą załogi, a pośrednio i jego samego.

– Ależ Panie Komandorze, apologeci niewinności nie są pańskimi ludźmi a najwyższy urzędnik Nijaki nie należy do pańskiej załogi. – Wyjaśnił rzecznik Nijakiego zastrzegając się równocześnie, że jego pryncypał jest wprawdzie najwyższy, ale „oczywiście po Panu, Czcigodny Mistrzu”.

– Nie należy do mojej załogi …. – Powtórzył jak echo Komandor Jaroszka. – Może i nie należy, a może i należy, to zależy, jak się na to patrzy. W każdym bądź razie jestem jego ojcem chrzestnym, a on jest moim chrzestnym synem, a ojciec i syn to jedno, jak mówi Święta Księga. Musicie o tym pamiętać i nie powtarzać głupot.

Był zdenerwowany, bo kilka minut wcześniej śniło mu się, że tonął w bagnie własnych iluzji i urojeń na temat okrętu i pasażerów. Komandor był przesądny jak każdy kompleksowo wierzący człowiek.

0Shares