Jalapo Umota, Inuit z charakterem. Opowiadanie science-fiction. Odcinki 1 – 11, wszystkie.

Odc. 1

Marzeniem Mateusza Bony było znaleźć się choćby na jeden dzień w miejscu, gdzie nie będzie obijać się o ludzi, ściany i przedmioty. Mieszkał w wielkim mieście i coraz bardziej go to męczyło. Zwłaszcza w gorące dni, kiedy do żaru słońca miasto dodawało duszność spalin samochodowych, rozgrzanych murów, jarzących się neonów i wyziewów charczącej klimatyzacji.

Jego potykanie się i obijanie o ludzi i przedmioty było skutkiem zakłócenia zmysłu orientacji przestrzennej związanej z receptorami grawitacyjnymi i narządem wzroku. Poza tym zawsze było mu gorąco, również zimą, kiedy grzały kaloryfery.

– Ty masz chyba dwa serca albo piec w piersi, taki jesteś gorący – skarżyły się najpierw przyjaciółki a potem dwie kolejne żony, Amelia i Zagra. – Może dlatego nie potrafię ułożyć sobie życia z kobietami, że jest im ze mną za gorąco? – spekulował Mateusz. – Dobrze, że nie jestem biseksualny, bo wtedy cały świat damsko-męski miałby podstawy skarżyć się na mnie – pocieszał się żartobliwie, choć daleko mu było do figlarnego nastroju. Mateusz lubił sobie wyobrażać, że jest ekscentrykiem utrzymującym pozytywne relacje z ludźmi różnych orientacji.

U podstaw jego marzeń, rzeczywistych i urojonych, stały dwa wyobrażenia: nieograniczonej przestrzeni i dojmującego chłodu. Były to zaprzeczenia rzeczywistości, w jakiej się obracał, zatłoczonego miasta i skwaru. Myślał o choćby przejściowej ucieczce od otaczającego go koszmaru.

Wybór padł na Labrador.

O Labradorze zbierał informacje od czasu, kiedy agentka biura turystycznego wymieniła kilka egzotycznych miejsc wypoczynku.

– Panu by się one podobały, bo ma pan gust odmienny od przeciętego turysty, jaki do nas trafia. Mówię to nie dlatego, że mierzi mnie przeciętność, ale dlatego, że Labrador jest wciąż obszarem dziewiczym, gdzie między tysiącami jezior i połaciami lasów starych jak świat, rządzi niepodzielnie zimno, pustka i wiatr. To obraz pierwotnej, dzikiej natury. W północnej części Labradoru panuje klimat arktyczny, w południowej subarktyczny. Coraz mniej jest już takich miejsc na świecie. To coś naprawdę dla smakosza wypoczynku z dala od murów i tłumów!

Słowo Labrador wpadło Mateuszowi w ucho jeszcze w dzieciństwie, podobało mu się. Było mocne jak skała, brzmieniem przypominało wodospad. Życzliwie kojarzyło się także z psem, Labradorem, rasą, którą zawsze lubił i podziwiał na spacerach, solidną, wełnistą i rozważną w zabawie.

Kiedy zagłębił się w Internet, dowiedział się o istnieniu dwóch Labradorów.

Pierwszym był półwysep Labrador, położony we wschodniej Kanadzie, otoczony od zachodu wodami Zatoki Hudsona, od północy – Cieśniny Hudsona, od wschodu – Oceanu Atlantyckiego, a od południowego wschodu – Zatoki Świętego Wawrzyńca.

Drugim był Region Labrador położony we wschodniej części półwyspu, wchodzący razem z Nową Fundlandią w skład prowincji Nowa Fundlandia i Labrador.

Niektóre dane utkwiły Mateuszowi w głowie. Trzysta tysięcy kilometrów kwadratowych powierzchni regionu zamieszkiwało zaledwie dwadzieścia siedem tysięcy mieszkańców, z czego prawie jedna trzecia to autochtoni, głównie Inuici, Innuitowie oraz Métis. Mateusz, obywatel wielkiego miasta, obijający się przez całe życie o ludzi, ściany i przedmioty, rozkoszował się w marzeniach regionem, gdzie na jednego człowieka przypada jedenaście kilometrów kwadratowych.

Na Labrador poleciał samolotem zimą, sam, jak palec. Nie była to podróż na ślepo; przygotował się do niej starannie. Od dawna pragnął przeżyć coś niezwykłego, wyprawę na koniec świata, gdzie nawet diabeł nie jest w stanie powiedzieć dobranoc, bo jest tam zbyt zimno, aby komuś chciało się otwierać usta, a komuś innemu słuchać, co te usta mają do powiedzenia.

– Tam, gdzie jest pustka i niskie temperatury mówienie i słuchanie muszą mieć inne wymiary niż w klimacie umiarkowanym. – filozoficznie spekulował podróżnik.

Bona wybrał na podróż porę zimową uznając, że nie ma to większego znaczenia. Labrador jawił mu się jako kraina wiecznej zmarzliny skuta mrozami przez cały okrągły rok. Pewne znaczenie mógł mieć jednak fakt, że była to okazja last minute taniego przelotu samolotem, dająca dostatecznie dużo czasu, aby bez pośpiechu uzyskać wizę kanadyjską.

Przeszłość i teraźniejszość celu wyprawy połączyły mu się w zgrabną całość. Zapamiętał z niej trzy fakty:

Battle Harbour była dawną stolicą regionu, wioski rybackie i ośrodki handlu futrami zostały założone przez przybyszów z Europy, wszystkie większe miejscowości były skupione wokół kopalń żelaza, elektrowni wodnych oraz instalacji wojskowych.

Jalapo Umotę spotkał w pociągu. Na początku oczywiście nie znał nazwiska współpasażera. Była to długa trasa: z Seahorse przy granicy z Quebeckiem, przez Oreway, Pitagę, Ross Bay JCT, skąd odnoga kolei prowadziła do Labrador City, następnie przez Sawbill, Esker, Faden i Astray aż do Schefferville na samym północnym krańcu regionu, gdzie kończyła się linia kolejowa Quebec North Shore and Labrador Railway Co.

Odc. 2

Od chwili, kiedy Mateusz Bona i nieznany pasażer znaleźli się razem w jednym przedziale, trwało milczenie. Siedzieli naprzeciwko siebie i patrzyli obojętnie przez okno, każdy zaabsorbowany własnymi myślami. Po pewnym czasie nieznajomy przysnął. Mateusz pomyślał, że obydwaj nie czują się dobrze w swoim towarzystwie, skoro nie nawiązali od razu rozmowy, jak to często bywa, kiedy w przedziale są tylko dwie osoby udające się w długą podróż. Tłumaczył sobie, że jest to efekt obcości wynikającej z różnic ubioru i wyglądu, być może także pochodzenia, doświadczeń życiowych, kultury, a nawet klimatu. Wszystko ich różniło.

Obserwując ośnieżone pejzaże przewijające się filmowo za oknem, zastanawiał się, jak przerwać milczenie. Od pewnego czasu pociąg jechał wzdłuż zamarzniętego jeziora stukając miarowo kołami na złączeniach szyn. Po przejechaniu kilku kilometrów Mateusz zobaczył w oddali trzy wilki. Stały na lodzie przy brzegu po drugiej stronie jeziora, podobne do postaci wykutych z kamienia, otulone szaroburą sierścią nastroszoną od mrozu. Widok żywych stworzeń skojarzył mu się z walką o przetrwanie w zimowej głuszy.

To podsunęło mu pomysł przerwania milczenia kierując do sąsiada pytanie o symbole Labradoru. Chwilę zastanawiał się nad sformułowaniem pytania. Zdecydował się użyć wyrazu „symbole” oraz zwrotu „ten niezwykły kraj”, aby stworzyć pozytywną atmosferę.

Przyjrzał się współpasażerowi; siedział wyciągnięty niedbale na fotelu. Okrągła twarz, gęste czarne włosy, wąskie oczy i krótko przycięta broda oraz rozszerzający się u podstawy nos nie pozostawiały wątpliwości, że jest autochtonem. W ciepłym wełnianym swetrze z włochatym kołnierzem i przymkniętymi powiekami przypominał niedospanego niedźwiedzia.

Wyraźne, choć niebyt głośne pytanie obudziło mężczyznę. Labradorczyk jakby tylko czekał na nie. Otworzył oczy, popatrzył z uwaga na Mateusza i przemówił. Posługiwał się swobodnie językiem angielskim z trudnym do określenia miękkim akcentem. Słowa spływały z jego ust jakby się śpieszył, aby powiedzieć jak najwięcej. Mateusz z trudem za nim nadążał.

– To bardzo miłe, że pyta pan o symbole tego kraju. Pytanie jest wyjątkowo trafne i znaczące, ponieważ – proszę to sobie wyobrazić, na Labradorze mamy … mężczyzna spojrzał w dół na swoje dłonie i zaczął liczyć odginając palce i nieznacznie poruszając wargami. … dziewięć oficjalnych symboli.

Podniósł wzrok, aby dokończyć wypowiedź.

– Są to kwiat, drzewo, ptak, koń, zwierzę, ptak do polowań, minerał, pies oraz święty, który jest naszym patronem.

– To fascynujące – wykrzyknął Mateusz, autentycznie poruszony ciekawą wyznaniem nagle ożywionego rozmówcy. – Z tego wszystkiego, co pan wymienił, był mi znany tylko jeden symbol. To pies rasy Labrador, za którą przepadam. Jest cudowny. Moja siostra miała … – Mateusz zreflektował się. – Przepraszam pana, ogarnął mnie entuzjazm. Zamieniam się w słuch.

Autochton popatrzył uważnie na Mateusza. 

– Jest pan kulturalnym człowiekiem. Mało trafia do nas takich turystów. Zanim dokończę odpowiedź na pańskie pytanie, chciałbym przedstawić się. Nazywam się Jalapo Umota i jestem Innuitą, rodowitym mieszkańcem tej ziemi, obszarów arktycznych i subarktycznych Labradoru, gdzie panują najniższe temperatury na świecie.

Dostrzegając szczere zainteresowanie Mateusza wszystkim, co dotyczy Labradoru, Jalapo zaoferował się przedstawić mu najciekawszą historię swego życia. Tak ją określił na początku. Potem, wpatrując się z napięciem w zdjęcie wyjęte z kieszeni na piersi, wyjaśnił.

– Mógłbym opowiedzieć tę historię jako własną. Nie jest to jednak moja historia, ale tak mi bliska, jakbym to ja ją przeżył. To historia mego brata bliźniaka, z którym jestem związany uczuciowo tak głęboko, że czasem dosłownie mylę go ze sobą. Brat jest moim sobowtórem; czujemy się tak, jakbyśmy stanowili jeden organizm. On to ja, ja to on. Dziwnie to brzmi, ale taka jest prawda. Kiedy mówię coś o nim, to czuję, że opowiadam własne przeżycia. Musi pan wiedzieć, że my, Inuici, doświadczamy rzeczywistości inaczej niż ludzie pochodzenia europejskiego. Jesteśmy inaczej skonstruowani duchowo niż Europejczycy, Amerykanie czy Azjaci. Dawniej nazywano nas Eskimosami, ale było to określenie obraźliwe. Eskimos po prostu znaczy to samo – Jalapo zawahał się chwilę – co zjadacz surowego mięsa. W moim języku, języku Inuitów, słowo „Inuk” znaczy „osoba”, natomiast „Inuit” znaczy „ludzie”. Na zakończenie powiem, że pochodzę z osady Nutak.

Jalapo mówił głosem wyważonym, rzeczowym. Jak się później okazało, nie unikał kontrowersji, śmiesznostek czy nawet samokrytyki. Kiedy przerwał, Mateusz skorzystał z okazji, aby wyrazić swoją opinię.

– Mnie to całkowicie odpowiada, jeśli przedstawisz mi historię swego brata bliźniaka, tak jakby to była twoja własna historia – były to słowa zachęty. Wypowiedział je celowo z obawy, że jeśli tego nie uczyni, to Inuita wycofa się z opowiadania niepewny, czy słuchacz rozumie dylemat jego tożsamości.

Jalapo ucieszył się. Jego twarz wypogodziła się, zmarszczki na czole straciły ostrość, oczy ożywiły się spokojnym światłem. Mógł teraz rozpocząć swoją opowieść. 

– Od pewnego czasu Elisapie, moja żona, upokarzała mnie przypominając mi fragmenty legendy naszego plemienia o pochodzeniu mężczyzny i kobiety, jak to było na początku świata. Wedle tej legendy, istniał wtedy tylko Ardnainiq, plemię, z którego oboje się wywodzimy. Miejscowości i miejsca określano kierunkami stron świata, bo nikt nie umiał lepiej określić położenia czegokolwiek tam, gdzie istnieje tylko ziemia, lód i wiatr. Mężczyźni plemienia Ardnainiq byli malutcy, jak małe dzieci, ale całkowicie porośnięci włosami. Żony nosiły ich w wielkich torbach na brzuchu lub na plecach jak zazwyczaj nosi się dzieci. Kobiety były normalnej wielkości i wykonywały całą pracę; jeździły na polowania i zaopatrywały mężczyzn we wszystko, co było im potrzebne do życia.

Odc. 3

Legenda wydała się Mateuszowi niewinną historyjką, jednakże zachowanie Inuity przeczyło temu. Widać było po nim, jak bardzo przeżywa jej opowiadanie. Jego ogorzała, okrągła twarz zbladła, na gładkim dotychczas czole pojawiły się zmarszczki, kąciki ust powędrowały w dół, lekko podłużne oczy jeszcze bardziej się zwęził. W chwili, kiedy mówił o noszeniu mężczyzn podobnie jak nosi się dzieci, cofnął głowę z wyrazem niesmaku na ustach. Pod koniec wykonał wstydliwy ruch ręką i uśmiechnął się niewyraźnie.

Po chwili wytchnienia, Jalapo kontynuował swoją historię cytując słowa żony, które – jak podkreślał kilkakrotnie – wciąż brzmiały mu w uszach i wypełniały czaszkę.

– Jalapo Umota! Zachowujesz się, jakbyś nie miał głowy!

Było mu niezwykle przykro słuchać tej samej reprymendy od żony, która od początku była dla niego najwyższą instancją prawdy małżeńskiej.

– A jeśli nie starszą, to z pewnością bardziej miarodajną niż Bóg, który zawsze jest gdzieś w oddaleniu – dodał z przekonaniem.

Nie była to pierwsza ani ostatnia reprymenda, jaką otrzymał w sprawach swego postępowania, dlatego brał ją poważnie do serca. Tak bardzo, że rozchorował się i być może zakończyłby karierę ziemską w permanentnej malignie lub podobnie nędznej kondycji, gdyby nie sen, jaki spłynął na jego rozchybotaną głowę nad ranem drugiego dnia choroby. Widział w nim sceny tak plastyczne i wyraziste, że kilkakrotnie wyciągał rękę, aby dotknąć rozciągającej się przed nim rzeczywistości, co mu się oczywiście nie udało.

Kiedy się obudził, sen przeistoczył się w rzeczywistość. Jalapo żył, pracował, jadł i pił, wykonywał czynności życiowe, jak każdy inny Inuita, ale jego myśli przesączone były tym, co mówiła mu żona i snem, który przekształcił się w rzeczywistość.

– Bolesna część historii, jaką ci teraz opowiem, zaczęła się całkiem zwyczajnie, można by powiedzieć prozaicznie. Stałem przy torach kilkaset metrów od stacji kolejowej i czekałem na drezynę, którą o tej porze naczelnik stacji wracał z domu do biura po zakończonym obiedzie. Przez stację prowadziły dwa tory, bliższy i dalszy. Tym dalszym co jakiś czas z hukiem przewalały się pociągi pokonując nieskończone odległości zimnej i górzystej trasy Wschód-Zachód. Raz na kilka dni przejeżdżał pociąg z cytrusami kierujący się na północ, aby poprawić zaopatrzenie w świeże warzywa i owoce mieszkańcom terenów pozbawionych prawdziwego lata. Potrzebowałem drezyny, ponieważ miałem sprawę wymagającą możliwie szybkiego i bezbolesnego załatwienia, z minimalną ilością hałasu. Z wszystkich środków lokomocji ona była najbardziej dostępna.

Czekając myślałem, że gdybym dla załatwienia mojej sprawy skorzystał z pociągu, to zrobiłby się z tego raban aż po wierzchołki drzew obsiadłych przez stada ptaków. Byłoby to niezgodne z moimi chrześcijańskimi przekonaniami, uwielbieniem dla Świętego Franciszka i naszych braci mniejszych, zwierząt i ptaków. 

Myśli tego rodzaju przewalały się przez skołataną niepokojem głowę Jalapo, kiedy nadjechała drezyna. Prowadził ją Svalbard, naczelnik stacji kolejowej Nutak. Wracał po obiedzie z domu do pracy jak zwykle w stanie zamroczenia, ponieważ nie potrafił odmówić sobie kieliszka lub dwóch czerwonego wina.

– To, że piję wino, a nie mocniejszy alkohol, całkowicie mnie usprawiedliwia – wyjaśniał naczelnik podwładnemu w dyżurce stacji kolejowej, gdzie razem pracowali. Jalapo pełnił tam niejasno określone obowiązki asystenta naczelnika stacji. Inaczej mówiąc, był człowiekiem do wszystkiego, pracującym pod hasłem „Przynieś, odnieś, pozamiataj”. Do jego stałego obowiązku należało odśnieżanie stacji zimą oraz zamykanie szlabanu, kiedy nadjeżdżał pociąg. To była najbardziej odpowiedzialna część jego pracy.

– Gdybyś zaniedbał ten obowiązek, mógłbyś zapłacić za to głową. Niezamknięty szlaban to zmora śniąca mi się po nocach. Dlatego piję – instruował go pouczająco naczelnik w chwilach wytchnienia od obowiązków służbowych.

Jalapo nie wierzył mu nawet na krzynę. Był przekonany, że naczelnik pije z zamiłowania, a nie ze strachu przed konsekwencjami niezamkniętego szlabanu. Nie lubił go za to tak bardzo, że czasem go nawet nienawidził. Jedyne co mitygowało pozycję naczelnika w oczach Jalapo było jego zamiłowanie do literatury pięknej. Naczelnik pasjami czytał medyczną literaturę kryminalną, science-fiction i horrory.

– Literatura powiększa moją wyobraźnię. Bez niej w tych potwornych temperaturach skurczyłaby się do rozmiaru pięści.

Inne tłumaczenia naczelnika mogły być mętne; jego wiara w moc literatury nie budziła jednak wątpliwości Jalapo. Naczelnik uważał siebie za pracowitego sybarytę, prawdopodobnie dlatego, że nie za dobrze orientował się, co znaczy to określenie. Tak czy inaczej swój pociąg do wina Svalbard uzasadniał przekonaniem o niebezpieczeństwie zapomnienia o szlabanie i konsekwencjach, jakie mogły z tego wyniknąć.

– Przekonanie to coś więcej niż pogląd czy opinia – to stwierdzenie było częścią jego repertuaru zapatrywań i wiedzy na pracę, życie i konsekwencje służbowej niesubordynacji.

Jalapo sam nie pił alkoholu. Nie pił go w ogóle, w sposób ostateczny, bezwzględny i apodyktyczny. Był zadeklarowanym abstynentem. Wierzył, że alkohol sprowadza ludzi prosto w czeluści piekła, kojarzącego mu się nie jako ogromna pieczara pełna ognia i smrodu siarki ale bezmiar równinnej pustki, po której hula szalony wiatr o temperaturze ciekłego azotu.

Odc. 4

Stojąc na peronie w oczekiwaniu na drezynę, Jalapo utwierdził się w przekonaniu, że przypomnienia naczelnika o płaceniu głową za niesubordynację służbową ułatwiają mu dokonanie czynu, jaki sobie zamyślił. Miał on wyrazić głęboką dezaprobatę Jalapo wobec perfidii zachowań otoczenia, w szczególności żony i naczelnika, uniemożliwiających mu bycie szczęśliwym.

Drezyna zbliżała się z lewej strony. Zauważył ją z daleka i pomachał ręką sygnalizując, aby się zatrzymała. Gest ten mieścił w sobie pożegnalne pozdrowienie samobójcy zrozumiale jedynie dla Najwyższego, dla którego nie ma granic poznania ani tajemnic. Naczelnik odmachał Jalapo uśmiechając się z dala serdecznie swoją rumianą najedzoną gębą. Drezyna zazwyczaj zatrzymywała się kilkanaście metrów za miejscem, gdzie stała oczekująca ją osoba. Naczelnik robił tak – mniemał Jalapo – dla udowodnienia swojej przewagi służbowej.

W momencie hamowania drezyny, której koła ważyły co najmniej pół tony każde, Jalapo rzucił się z peronu na tor i umieścił szyję na szynie tak, aby maszyna równiutko odcięła mu głowę. Ostatnią myślą, jaka nim owładnęła, choć nie wstrząsnęła, było:

– Zobaczymy, co teraz powiecie, ty, naczelniku Svalbardzie, i ty, moja ukochana Elisapie!

Nie była to myśl złośliwa, ale przekorna, że jego czyn do głębi uświadomi najbliższym okrucieństwo ciągłego przypominania mu o konsekwencjach utraty głowy oraz życia bez głowy.

Kiedy żelazny pojazd niby tajfun buchający chmurami zmarzniętego śniegu z hukiem przejechał nad nim, Jalapo uniósł tułów odrobinę do góry, ale niczego już nie zauważył. W ułamku sekundy zdał sobie sprawę, że przecież oczy są na głowie, a ta leży spokojnie między szynami. To było wszystko, co zapisała pamięć jego ciała.

To, że Jalapo od razu nie odszedł do niebytu, było cudem, na który złożyły się porażająco niska temperatura oraz niezwykła przytomność naczelnika Svalbarda. Sypał gęsty śnieg i trwał okropny mróz. Naczelnik wytrzeźwiał w jednej sekundzie. Gdyby ktoś obserwował go z boku, miałby wrażenie, że był przygotowany na potworność sytuacji. Myślał, podejmował decyzje i poruszał się jak w natchnieniu. Błyskawicznie zeskoczył z drezyny, cofnął się kilka kroków, schylił się, uniósł rękami głowę z ziemi, wrócił do drezyny i ułożył ją wygodnie na siedzeniu oczami w kierunku jazdy, otwartą raną do góry. Już w trakcie układania głowy zauważył jak mróz ścina drobiny krwi i płynów ustrojowych wydobywających się na zewnątrz. Po chwili, na podłodze drezyny, którą wysłał brezentem obracając go wewnętrzną, czystszą stroną do góry, spoczął korpus z kończynami. Nie patrząc nawet na ranę ziejącą u szczytu korpusu naczelnik wiedział, że zamarza w błyskawicznym tempie. Korpus umieścił, podobnie jak głowę, otwartą raną do góry. W tym celu podparł go drewnianą skrzynką, którą od kilku dni obiecywał sobie przenieść do podręcznego magazynku budynku stacyjnego.

Jak tylko niezwykły ładunek znalazł się na drezynie, naczelnik ruszył. Jechał przed siebie, rozwijając szybkość. Myślał intensywnie, co dalej. W ciągu kilkunastu sekund podjął decyzję. Właściwie to nawet nie zastanawiał się, bo było to jedyne postanowienie, jakie można było przyjąć: udać się do wojskowego ośrodka medycyny arktycznej, znajdującego się kilkadziesiąt kilometrów dalej, tuż przy linii kolejowej. Niewiele o nim wiedział, choć utrzymywał z nim kontakty, ale to wystarczyło. Był to obiekt otoczony tajemnicą. Powstał na odludziu dlatego, że panowały tam najniższe temperatury na półwyspie oraz niezwykle czyste powietrze. Oddalenie od cywilizacji ułatwiało jego pilnowanie.

Rozpędzona drezyna praktycznie nie wymagała żadnej kontroli. Droga była prosta jak promień słońca, który śnił mu się w dni zaciemnione burzowymi tumanami śniegu. Naczelnik wyciągnął telefon komórkowy z kieszeni służbowego kożucha i zadzwonił do szpitala. Numer telefonu miał zapisany w smartfonie, ponieważ stacja Nutak obsługiwała ładunki przeznaczone dla szpitala. Naczelnik nie miał z nimi wiele pracy. Chodziło głównie o przyjęcie z pociągu i przechowanie ładunku, kiedy tory były zasypane śniegiem aż pod niebo i pociąg nie mógł jechać dalej, zanim pług śnieżny nie oczyścił drogi. Po odśnieżeniu torów naczelnik lub Jalapo dowozili drezyną przesyłkę wjeżdżając na bocznicę zbudowaną specjalnie dla szpitala.

Naczelnik wyjaśnił dyżurnej recepcjonistce, w jakim celu do nich jedzie i w jakiej sytuacji jest pacjent, którego wiezie. Kobieta bez wahania połączyła go z ordynatorem szpitala. Zanotował on wszystkie niezbędne dane, pochwalił naczelnika za trafną decyzję i błyskawiczną akcję i zarządził alarm uruchamiając ludzi i środki na przyjęcie niezwykłego pacjenta. Kiedy drezyna zbliżała się do bocznicy prowadzącej do szpitala, naczelnik zdalnie przestawił tory.

W szpitalu wszystko było zapięte na ostatni guzik. Przy platformie wyładowczej czekali dwaj mężczyźni z wózkiem krytym plandeką, pod którą znajdowały się nowiutkie nosze przypominające dmuchany materac. Rozczłonkowane ciało Jalapo było już sztywne jak deska i twarde jak kamień.

– Proszę wejść do budynku i napić się czegoś gorącego. Musi pan też podpisać dokumentację – zaproponował pracownik szpitala, wyglądający bardziej na ciężarowca niż przedstawiciela służby medycznej.

Naczelnik pomyślał, że z pewnością nie zaoferują mu alkoholu. Wszedł tylko po to, aby uzupełnić informacje dotyczące okoliczności wypadku i dopełnić formalności, jakie mogły być wymagane w takiej sytuacji. Śpieszył się. Miał przed sobą obowiązki służbowe; stacja pozostawała na łasce losu, chciał też jak najszybciej zawiadomić Elisapie, żonę Jalapo, o tragicznym wydarzeniu.

Odc. 5

Sala operacyjna szpitala klinicznego Arctic Medical Centre, wyposażona w najnowszy sprzęt, była w pełnej gotowości do przyjęcia każdego pacjenta. Szpital, obiekt wojskowy na prawach kliniki uniwersyteckiej, miał dostęp do najnowszych technologii. Jego misją było prowadzenie zabiegów, badań i eksperymentów w zakresie medycyny arktycznej, związanej z leczeniem i ratowaniem człowieka poddanego ekstremalnie niskim temperaturom. Szpital dysponował lądowiskiem z podświetlaną i podgrzewaną płytą oraz bocznicą kolejową. Nie miał natomiast żadnego połączenia drogowego; w okolicy istniały tylko drogi lokalne. 

Dla personelu szpitalnego Jalapo Umota, człowiek podzielony, jak ktoś go nazwał, był gratką, błogosławieństwem, darem z nieba. Personel medyczny, zwłaszcza zespół operacyjny, entuzjazmował się po cichu. Jalapo, a właściwie jego rozczłonkowane ciało, dało im niepowtarzalną szansę życiową; wykazać się przed światem przeprowadzeniem operacji, jakiej nikt wcześniej nie wykonał.

– Można robić przeszczepy głowy zwierzęciu, koniowi czy małpie. Przeszczepy głowy ludziom są zabronione prawnie, bo to barbarzyństwo. A tu taka gratka! – skomentował jeden z chirurgów. – I jak tu się nie cieszyć? Przynajmniej w swoim gronie.

Rozczłonkowane ciało Jalapo trafiło prosto do kriokomory, której temperaturę ustawiono na czterdzieści stopni Celsjusza, taką samą, w jakiej dowieziono je do szpitala. Z uwagi na zamrożenie ciała, nie było potrzeby ani możliwości natychmiastowej interwencji chirurgicznej. Nieszczęsny samobójca miał wyjątkowe szczęście; czterdziestostopniowy mróz panujący na trasie przejazdu drezyny natychmiast ściął krew i płyny ustrojowe wydobywające się z otartych ran, zachowując głowę i tułów w stanie przypominającym hibernację.

Przybycie niezwykłego pacjenta poruszyło cały szpital. Dyrektor, pułkownik Usam, oraz ordynator natychmiast zabrali się do roboty, traktując wyższy personel jak sztab antykryzysowy. Sprawa była zbyt skomplikowana, aby cokolwiek zaniedbać. Zgodnie z zasadami projekt został utajniony. Nadano mu kryptonim „Człowiek z drezyny”. Propozycją ordynatora było „Zimowy cyborg”, przeważył jednak głos dyrektora.

Nikt nie liczył czasu, energii ani pieniędzy wymaganej dla realizacji przedsięwzięcia z wyjątkiem głównej księgowej Raudy Beto i dyrektora szpitala. Po konsultacjach z szefem zespołu chirurgów i innymi specjalistami, koszt operacji wyceniono wstępnie na piętnaście milionów dolarów. Dyrektor spotkał się z nią dla omówienia szczegółów.

– Nie dysponujemy takimi pieniędzmi. Będziemy ubiegać się o dofinansowanie. Sam zespół medyczny może objąć nawet sto pięćdziesiąt osób. Wygląda to jak operacja militarna, w której największym wrogiem jest widmo niepowodzenia. Rozmawiałem już w tej sprawie z ministrem obrony narodowej i ministrem zdrowia. Wiedzą, jakie znaczenie ma ta operacja dla wojska i całego kraju. Sprawa nie budzi ich wątpliwości. Uważam, że pieniądze mamy jak w banku. Gorzej jest ze specjalistami. Mamy ich za mało, musimy śpiesznie znaleźć kilku najlepszych specjalistów.

Dla przygotowywania operacji podjęto intensywne wewnętrzne konsultacje z personelem medycznym i pomocniczym. Dyrektor, najwyższy rangą wojskowy Arctic Medical Centre, patrzył na sprawę bardzo ambicjonalnie. Rozmawiał o tym z ordynatorem.

– To najtrudniejsza operacja, jaką kiedykolwiek prowadziliśmy, jaką kiedykolwiek prowadziły służby medyczne sił zbrojnych. Nikt wcześniej nie połączył głowy człowieka z tułowiem. Medycyna zna tylko częściowo udane eksperymenty tego rodzaju prowadzone na myszach, szczurach, małpach i psach. Ale były to zwierzęta. To, co mamy przed sobą, to walka człowieka z Bogiem i przeznaczeniem.

Do przygotowania i rozpoczęcia operacji wyznaczono piętnastoosobowy zespół chirurgów, anestezjologów i konsultantów plus personel pomocniczy, pielęgniarki i technicy. Zespół miał zmieniać się i powiększać w miarę postępów operacji. Ordynator martwił się.

– Zajmie nam ona co najmniej kilkadziesiąt godzin. Może nawet kilka dni. Nie wiem jak moi ludzie przetrwają ten potworny stres i zmęczenie.

W przeddzień operacji przeprowadzono jej symulację, rodzaj próby generalnej. Wytypowany zespół zebrał się w sali operacyjnej, uruchomiono wszystkie urządzenia i podłączono do aparatury manekina pozorującego człowieka z oddzieloną głową. Przygotowania śledzili pozostali pracownicy bezpośrednio z miejsc dla obserwatorów lub na wielkim ekranie telebimu w sali konferencyjnej.

Przed rozpoczęciem symulacji zespół wykonał sobie wspólne zdjęcie. Wyglądali jak kosmici ubrani w specjalne ochronne kombinezony. Na twarzach nie mieli masek ale specjalne hełmy z przednią szybą szczelnie zakrywające głowę ze wszystkich stron. Czterech chirurgów miało na sobie niebeskie kombinezony, pozostali białe. 

Podjęto specjalne środki ostrożności. Mimo niskich temperatur otoczenia za największe zagrożenie uznano bakterie i wirusy. Wniosek ten wyciągnięto po przeprowadzeniu wywiadu z żoną Jalapo Umoty. Jej obserwacje potwierdził naczelnik Svalbard.

– Jalapo skarżył się na złe samopoczucie poprzedniej nocy. Tej przed wypadkiem. Chyba był przeziębiony, bo pokasływał. Ale nie mogło to być nic ważnego, bo nie miał gorączki. – Zapewniała Elisapie uspokajająco, także dla poprawy własnego samopoczucia.

Kiedy dowiedziała się o tragicznym wypadku, w pierwszym odruchu przyznała się naczelnikowi, że ma wyrzuty sumienia z powodu targnięcia się Jalapo na życie. Nie miała wątpliwości, że był to czyn samobójczy. Jej tłumaczenie zmieniło się, kiedy po przemyśleniu uznała, że nie może winić siebie za szalony odruch męża.

Odc. 6

Operację łączenia tułowia i głowy rozpoczęto po kilkunastu dniach, kiedy gotowy był już plan, jak ją przeprowadzić. Samo jego stworzenie było osiągnięciem.

Przez cały ten okres ciało pozostawało w stanie sztucznej hibernacji, umożliwiającej odtworzenie procesów życiowych. Na pacjenta, jak dla uproszczenia nazywano to, co pozostało z Jalapo Umoty, czekał dobrze wyposażony blok operacyjny ze stołem operacyjnym o regulowanej temperaturze. Przed dniem operacji gruntownie sprawdzono wszystkie urządzenia, łącznie z aparatem do anestezji, rezerwowym stołem operacyjnym, monitorami funkcji życiowych organizmu, generatorami elektrochirurgicznymi, respiratorami wentylacyjnymi, systemem zasilania w energię elektryczną, mikroskopami, kamerami przemysłowymi i telewizyjnymi, stołem z narzędziami i wysięgnikami.

Metoda połączenia głowy z tułowiem, debatowana od dnia ich przybycia do szpitala, była wielkim wyzwaniem. Nikt wcześniej tego nie zrobił. Zespół operacyjny pod kierownictwem profesora Nazanina Siddiqa ustalił program łączenia. Przedstawiono go na sali odpraw. Oprócz chirurgów, ich asystentów i innych członków zespołu operacyjnego obecni byli dyrektor szpitala i ordynator. Profesor dobierał słowa, aby przesłanie było jasne dla wszystkich.

– Zastosujemy buforowanie, które znamy tylko z testów na zwierzętach. To jedyna metoda rokująca powodzenie. Nowatorska, ale najbardziej obiecująca: żadnego łączenia bezpośredniego nerwów, żył, mięśni, tkanek, z wyjątkiem tych podstawowych. Przy buforowaniu pracują równocześnie dwa zespoły. Bufor odzwierciedla dokładnie przekrój szyi w miejscu jej przecięcia i ma dwie nakładki, męską i żeńską. Do męskiej podłączymy tułów, do żeńskiej głowę. Potem nakładki połączymy razem w jedną całość, czyli właśnie bufor. Przypomnę, co sami łączymy operacyjnie: rdzeń kręgowy, aorta, żyła główna, tchawica. Resztę roboty wykonają urządzenia biotechnologiczne, które – już po połączeniu bufora – zidentyfikują i scalą ze sobą wszystkie pozostałe elementy szyi: połączenia nerwów, żył, tkanek i mięśni. Nastąpi to poprzez kanały bio, przewodzące sygnały elektryczne, chemiczne, genetyczne. Kanały działają na zasadzie mikroskopijnych rurek. Podobnie jak sam bufor są one zbudowane większości z komórek macierzystych o zdolnościach regeneracyjnych. Pracę bufora nadzorować będą czujniki biogenetyczne, mikroskopy elektroniczne i komputery. Proces identyfikacji, dopasowywania i zespalania ze sobą przerwanych elementów będzie widoczny ekranie urządzenia biokonfiguratora, umożliwiającego interwencję chirurga wspomaganego przez bioinżynierów, genetyków i innych specjalistów. 

Po trzech dniach biokonfiguracji końcówek najdrobniejszych żył, nerwów, tkanek, chrząstek i fragmentów skóry, połączono głowę z tułowiem. Jalapo Umota pozostawał w stanie wymuszonej śpiączki. Pierwsze godziny monitorowania zespolonego organizmu pokazywały wyniki na pograniczu życia i śmierci. Czekano na wybudzenie. Miało ono nastąpić dopiero za kilka dni.

Przebieg czynności życiowych, oddychania, krążenia krwi, bicia serca, przełykania, były nagrywane na trzech kamerach przemysłowych, podobnie jak przebieg samej operacji. Dyrektor planował jej transmisję do najważniejszych ośrodków klinicznych w kraju, ale dopiero po operacji zakończonej powodzeniem. Rozmawiał o tym z księgową. Wpadł do niej na pogawędkę, miała swój pokój tuż obok jego gabinetu.

– Nie możemy nic zabałaganić. Nie będę transmitować na żywo operacji obarczonej wielkim ryzykiem niepowodzenia. Wierzę w sukces, ale nie wiem czy Bóg jest po naszej stronie.

– Ten pański Bóg jest chyba bardzo kapryśny – księgowa pozwoliła sobie na uszczypliwość.

– Pani nie wierzy w Boga?

– Wierzę, ale innego niż pan, pułkowniku. Takiego, co komunikuje człowiekowi swoje zamiary.

Dyrektor nie odpowiedział na zaczepkę. Tego rodzaju rozmowy rozładowywały napięcie. Oboje potrzebowali tego. Dla dyrektora udana operacja byłaby mandatem dla dalszego rozwoju szpitala. Liczył się ostateczny efekt. Chodziło o to, aby organizm jak najszybciej podjął funkcje życiowe.

– Dopiero wtedy wszyscy zapomną o „Podzielonym człowieku z Otelnuk”, a będą mówi o „Połączonym człowieku z Otelnuk”. Te dwa hasła krążyły mu po głowie od kilku dni. Czekał na spełnienie się życzenia.

Odc. 7

Z chwilą połączenia organizmu w jedną całość, Jalapo Umota odzyskał nie tylko życie, ale i zdobył sławę. Wszyscy interesowali się jego losem od pierwszej wiadomości o wypadku. Zainteresowanie sięgnęło teraz zenitu. Jalapo stał się celebrytą na skalę światową. Wszyscy o nim pisali i mówili.

Tylko Elisapie, żona celebryty, kiedy od naczelnika Svalbarda dowiedziała się o pomyślnym wybudzeniu się męża z komy, skwitowała krótko:

– No i spełniło się. Powinnam się tego spodziewać. Tej fascynacji jego osobą. Na pewno czuje się teraz wznioślejszy niż Bóg, w którego rzekomo wierzy. To okropne. Jak amen w pacierzu, woda sodowa uderzy mu do głowy. I pomyśleć, że to ja to wszystko wykrakałam.

Drogę ze szpitala do domu Jalapo przebył w asyście policji specjalną karetką o regulowanej temperaturze popularnie zwaną „Zamrażarką”. Przed wjazdem do miasteczka witała ich delegacja władz i mieszkańców. Na uroczystość powitalną przybyli nie tylko dziennikarze, reporterzy stacji telewizyjnych i innych mediów, ale także liczni mieszkańcy najbliższych miejscowości, mimo że były to ogromne odległości.

Jalapo niewiele z tego zapamiętał, wciąż czuł się podle. Bardzo powoli wracał do siebie.

Po zainstalowaniu pacjenta w domu, towarzyszący mu chirurg, telefonicznie przedstawił dyrektorowi szpitala krótki raport. 

– Rekonwalescent nie całkiem zdaje sobie sprawę z otaczającej go rzeczywistości. Wciąż pozostaje w stanie pourazowego szoku. Jego umysł nie pracuje normalnie. Ma halucynacje, przywidzenia i dziwaczne wyobrażenia. Mówi i coś wyjaśnia, wyobrażając sobie, że rozmawia z żywym człowiekiem, choć nikogo nie ma w pobliżu. Czasem mówi coś od rzeczy. Jeśli ma przebłyski pełniejszej świadomości, to są one bardzo krótkie. Liczę na to, że stan jego zdrowia unormuje się, kiedy dobierzemy mu skuteczniejsze leki. Będzie też musiał spędzać więcej czasu z psychologiem.

Zachowanie Jalapo rejestrowały nieprzerwanie dwie kamery zainstalowane w sypialni. Pacjent najchętniej rozmawiał sam ze sobą. Na jego twarzy pojawiał się wtedy rumieniec ożywienia, oczy reagowały żywiej. Czasem poruszał wargami na tyle wyraźnie, że można było go zrozumieć bez słów. Raz rozmawiał z żoną, innym razem z naczelnikiem stacji kolejowej, jeszcze innym z księdzem. Powtarzał się często. Jego umysł produkował przedziwne obrazy.

Najczęściej wyobrażał sobie, że właśnie stracił głowę i musi teraz coś z tym zrobić. Kłopot sprawiała mu krew nieprzerwanie kapiąca mu z szyi. Z uwagi na żonę, Jalapo bał się o ubranie. Nie mając przy sobie niczego odpowiedniego, szukał torby plastikowej, którą mógłby osłonić otwartą ranę głowy i tułowia. Opowiadał o tym z ożywieniem.

– Byłem przekonany, że uda mi się coś wynaleźć. Z pomocą przyszedł mi silny wiatr. Przywiał coś, co po rozwinięciu okazało się torbą plastikową na zakupy. Była w bardzo dobrym stanie. Mimo to odrzuciłem ją z uwagi na możliwość zakażenia.

Problem krwawienia pojawił się znowu, kiedy Jalapo znalazł się w domu. Krew skapywała mu z szyi na podłogę. Jalapo czekał z niepokojem, kiedy żona zwróci mu uwagę. Czuł się w takich chwilach jak skarcone dziecko. Natychmiast pomyślał o mopie do zmywania i popędził do łazienki. Stanął na środku usiłując sobie przypomnieć, gdzie znajduje się wiaderko z mopem. Serce biło mu coraz mocniej.

– Powinno być w małej szafce po lewej stronie za drzwiami.

Rzucił się na kolana. Otwierał właśnie drzwiczki do szafki, kiedy dotarł do niego surowy głos Elisapie.

– Jalapo! Co to za ohydne plamy zostawiłeś w korytarzu przy wejściu? Czy ty musisz wchodzić do mieszkania w tych ciężkich buciorach, kiedy topnieje śnieg i wszędzie jest błoto? Zaraz przyjdzie moja siostra z mężem i dziećmi, chcę ich przyzwoicie przyjąć. Weźże mop i wytrzyj wreszcie tę podłogę!

Innym razem rozmawiał z wyimaginowanym naczelnikiem. Wydało mu się, że są razem w biurze Svalbarda w budynku stacji. Jalapo stał oparty prawą ręką o parapet i patrząc na pusty peron wyrażał swoje obawy.

– Jeśli w szyi rozwinie się gangrena, to zechcą amputować mi głowę. To byłaby ostateczność. Nigdy nie wyrażę na to zgody, a bez niej nic nie są w stanie zrobić.

W takich momentach w jego oczach pojawiały się łzy. Chwilę później pocieszał się, że tak jednak się nie stanie, tłumacząc naczelnikowi, z którym już jechał wyimaginowaną drezyną, że nie ma cukrzycy, a nawet gdyby miał, to i tak daje się ona leczyć.

Kiedy przeżycia Jalapo stawały się zbyt intensywne, interweniowała żona Elisapie. Robiła to z poczucia winy, że to ona wyzwoliła w nim tragiczne pragnienie samobójstwa i ma teraz święty obowiązek mu pomóc. Była bardzo religijna; wiara podtrzymywała ją na duchu i dawała siłę do walki z przeciwnościami.

Kiedy Jalapo powtórzy w domu swoje obawy wywiązania się w szyi gangreny i amputacji głowy, ucinała je skutecznie przywołaniem męża go do porządku.

– Bądź poważny, Jalapo, przecież głowa została z powrotem połączona z tułowiem. Czasem zdarzało jej się powiedzieć „przymocowana do tułowia”.

– No tak! – przyznawał Jalapo z ulgą. Było jasne, że nikt nie ma na niego takiego wpływu jak Elisapie. Lekarz dyżurny często wzywał ją do pomocy kiedy przeżycia Jalapo stawały się tak intensywne, że zagrażało to jego sercu.

Następnym etapem drogi Jalapo do pełniejszej świadomości były monologi, rozmowy z samym sobą. Lekarz czuwający nad nim zwrócił uwagę, że koncentruje się on głównie na sprawach ciała i ducha.

– Jalapo stwarza wrażenie, jakby usiłował przyzwyczaić się do nowego stanu ciała i umysłu, pogodzić niezdolność poruszania się ze swobodą myślenia i przeżywania uczuć i emocji. Nie idzie mu to łatwo. Wyraża to bardzo charakterystycznie, krótkimi zdaniami, łatwymi do sformułowania i wypowiedzenia. Czasem posługuje się cytatami lub przytacza znane powiedzenia i przysłowia nawiązujące do jego sytuacji. Dziwnie to brzmi. Mówi na przykład „Ja sobie, głowa sobie”. Potem zamyśla się, jakby zastanawiając się, co to znaczy, i powtarza zdanie kilkakrotnie, jakby chciał je zapamiętać. – Mam wrażenie, że w ten sposób buduje zrozumienie swojej sytuacji.

Odc. 8.

Lekarze dyżurujący przy Jalapo nie mieli powodu narzekać na nudę. Oprócz chirurga, coraz częściej towarzyszył Jalapo psycholog kliniczny, czasami nawet zastępował lekarza. Na naradzie w szpitalu omawiano postępy powrotu Jalapo do zdrowia. Uczestnicy spotkania obejrzeli kilka nagrań z kamery zainstalowanej w domu pacjenta. Zachowanie się i wypowiedzi Jalapo były rejestrowane przez kamerę i wykorzystywane przez szpital w celach rehabilitacyjnych i edukacyjnych. W wyniku dyskusji ustalono, że uraz psychiczny doznany przez niego był poważniejszy niż sądzono. Zebranie zakończył profesor Nazanin Siddiq, kierownik zespołu chirurgów.

– Pragnę zwrócić uwagę, że na obecnym etapie rekonwalescencji jego problemy są mniej somatyczne, a bardziej psychiczne. Uważam, że powinniśmy zapewnić mu więcej pomocy psychologicznej. Zanim to nastąpi, należałoby sprawdzić, czy pacjent lepiej reaguje na psycholożkę czy na psychologa. Płeć może mieć znaczenie. Musimy to jak najszybciej przetestować.

Próby wypadły na korzyść kobiety. Jalapo bardzo dobrze przyjmował jej obecność, ożywiał się, chętnie rozmawiał i słuchał jej zaleceń. Już następnego dnia zwracali się do siebie po imieniu. Jalapo mówił też, że Jenny, tak miała na imię psycholożka, bardzo mu pomaga.

Wkrótce, zupełnie niespodziewanie, zmieniło się to. Jalapo stracił entuzjazm, potem zobojętniał, niechętnie rozmawiał. Jenny była zaniepokojona, nie miała pojęcia dlaczego. Postanowiła to wyjaśnić.

– Jalapo! Jesteś teraz markotny, kiedy przychodzę, aby z tobą porozmawiać. Kiedyś tego nie było. Czy coś zrobiłam lub powiedziałam, co by sprawiło ci przykrość? Jeśli tak się stało, to chciałabym to naprawić. Mam wrażenie, że czujesz się gorzej, szybciej się męczysz i nudzisz na naszych spotkaniach. Jalapo zaprzeczał, ale niezbyt zdecydowanie. Czasem kierował wzrok gdzieś w przestrzeń albo w bok.

Któregoś dnia naczelnik Svalbard zadzwonił do dyrektora szpitala, aby przekazać mu poufną informację. Zanim to uczynił, prosił o dyskrecję. Swój sekret wyjawił dopiero wtedy, gdy dyrektor jednoznacznie obiecał mu zachować w tajemnicy to, co usłyszy.

– To, co panu powiem, wiem od Elisapie, żony Jalapo. Powiedziała mi to w zaufaniu. Dzielę się z panem tymi informacjami, ponieważ chcę pomóc Jalapo. Jenny, pańska psycholożka, robi bardzo dobrą robotę. Naprawdę pomaga Jalapo. On sam powiedział to kiedyś Elisapie. Powiedział jej także, że Jenny to mądra i miła kobieta.

– Poza tym jest młoda i atrakcyjna. Cóż w tym złego? Bardzo mi pomaga swoimi radami – tak to dokładnie Jalapo określił w rozmowie z Elisapie.

I tu leży pies pogrzebany, panie dyrektorze. Obecność Jenny w domu nie podoba się Elisapie. To za mało powiedziane. Ona jej serdecznie nie znosi, wręcz nienawidzi. Zapamiętałem dokładnie niektóre jej słowa. Była bardzo wzburzona, kiedy mi to mówiła.

– Obserwuję ją od samego początku. Ta rzekoma psycholożka, ta Jenny, po prostu wdzięczy się do Jalapo. Jest taka uprzejma, jakby rozmawiała z dzieckiem. Robi czułe miny, pyta go dziesięć razy dziennie, jak się czuje, tym swoim przesłodzonym miodowym głosem. Zadaje mu różne bezczelne pytania. Pyta go na przykład: Może zechciałbyś powiedzieć mi dzisiaj coś więcej o sobie? O tym, jak się czujesz w tej chwili, o swoich odczuciach, jakie masz skojarzenia, co przychodzi ci do głowy, kiedy myślisz o sobie? Ta przewrotna baba zachowuje się jak wyuzdana kochanka i to mi się bardzo nie podoba, bo Jalapo nawet mnie, swojej wieloletniej żonie, takich historii nawet w łóżku nie opowiadał. Ona mu całkiem we łbie przewróci. Jemu i tak już niewiele brakuje, a tu takie sztuczki! Wolałabym, aby tego rodzaju rozmowy jak na spowiedzi prowadził z nim nasz proboszcz. Więcej by się dowiedział i pomógł Jalapo niż ta Jenny. On też zna się na psychologii. Wiem, że ukończył jakieś kursy i szkolenia na ten temat w seminarium duchownym. Na pewno bardziej pomoże Jalapo niż ona. To najlepszy pasterz naszego kościoła w całej okolicy. W sprawach rodzinnych, małżeńskich i osobistych doradzał wielu owieczkom z naszej parafii.

Zamiana Jenny na psychologa nastąpiła bardzo szybko. Dyrektor szpitala załatwił to już następnego dnia. Prawdopodobnie wpłynęło to na Jalapo, ponieważ wkrótce lekarze zauważyli pogorszenie stanu jego psychiki. Określili je jako aberrację. Okazało się, że Jalapo zaczął utożsamiać się z tułowiem nieporównanie silniej niż z głową. Pytany o to, odpowiadał, że to kwestia zapominania. W rozmowie z samym sobą, zarejestrowanej przez kamerę i dodatkowo nagranej na dyktafonie przez dyżurnego psychologa, Jalapo zastanawiał się, czy czasem nie traci pamięci. Zadał sobie pytanie i od razu na nie odpowiedział.

– Oczywiście, że nie. Ileż to razy w przeszłości, powziąwszy jakiś zamysł, na przykład zrobienia sobie herbaty, przychodziłem do kuchni, gdzie w mojej głowie pojawiało się nagle pytanie: „Po co ja tutaj przyszedłem”. Potem sobie oczywiście przypominałem. Zawsze byłem zapominalski – pocieszał się. Sytuacja skomplikowała się, kiedy Jalapo wyjaśnił psychologowi, że myśl o herbacie uciekała mu z głowy i pozostawała na fotelu.

Zagadkowy sposób myślenia Jalapo skłonił lekarzy do przeniesienia go z łóżka na fotel. Jalapo poczuł się znacznie lepiej i zaczął więcej i składniej mówić. Czasem mówił o sprawach tak skomplikowanych, że lekarze zastanawiali się, czy nie nabył tej wiedzy podświadomie w okresie komy, śpiączki farmakologicznej albo później, już w domu, słysząc głosy ludzi w otoczeniu.

– Dualizm organizmu ludzkiego, aktywności i bierności, a właściwie życia i śmierci, urósł do rangi rzeczywistości! – Kiedy Jalapo to powiedział, jego twarz ożywiła się. Widać było po nim, że podobają mu się własne słowa. Przywołał do siebie dyżurnego lekarza. Kiedy ten podszedł, Jalapo skinął mu głową w podziękowaniu i poprosił, aby się nachylił, bo ma mu coś ważnego do przekazania.

– Zachwyca mnie bogactwo moich myśli. Czuję się, jakbym się na nowo narodził. Jak całkiem wrócę do siebie, chciałbym dzielić się z ludźmi moimi przeżyciami i przemyśleniami. Myślę o spotkaniach z młodzieżą szkół średnich, może nawet ze studentami dramaturgii. Przede wszystkim chciałbym jednak wystąpić w domu kultury przed publicznością Nutaka. Zaprosiłbym na to spotkanie Elisapie i naczelnika Svalbarda. Na nich najbardziej mi zależy. Zawsze traktowali mnie z góry – Jalapo wyraźnie cieszył się, kiedy to mówił.

Był to moment wyjątkowo silnego pobudzenia pacjenta. Lekarz skojarzył go z nowym lekiem, jakie Jalapo przyjmował od kilku dni w celu stabilizacji nastroju.

Odc. 9

Po okresie zmieniających się wyobrażeń i halucynacji, Jalapo zaczął interesować się szczegółami pracy swego organizmu. Dyżurujący lekarz uznał to za istotny objaw powrotu do rzeczywistości. Jalapo mówił o czynnościach życiowych, oddychaniu, wydalaniu, ruchu, reakcjach na bodźce, rośnięciu, rozmnażaniu i odżywianiu. Nie zapomniał o żadnej z siedmiu funkcji określających żywy organizm. Był dociekliwy, zadawał pytania dyżurującym przy nim lekarzowi i psychologowi. Obydwaj zgodnie zauważyli, że zmienił mu się język. Jalapo chętniej i częściej używał skrótów, przysłów i powiedzeń.

– Co się stanie z jedzeniem, które włożę do ust? Jak będę się załatwiać, jeśli sygnał mający rozluźnić zwieracz wewnętrzy a następnie zwieracz zewnętrzny odbytu utkwi w głowie i nie dotrze tam, gdzie trzeba?

Pytał także, czy i jak można usprawnić komunikację między głową a tułowiem. Obydwaj specjaliści tłumaczyli mu, że nie powinien w ogóle o tym myśleć, ponieważ jego organizm sprawuje się bez zarzutu, on jednak pozostawał nieufny. Tłumaczenie nie uspokoiło go. Myśl o zaniku sygnału uruchamiającego zwieracze odbytu wywoływało w nim  napięcie objawiające się mrowieniem i drętwieniem lewej strony twarzy oraz drżeniem lewej powieki. Lekarz tłumaczył to Jalapo przeciążeniem układu nerwowego nadmiarem bodźców.

– Jest wiele możliwości. Stres, niewyspanie oraz niepokój mogą spowodować zaburzenia w funkcjonowaniu układu nerwowego. Przyczyną może być także niedobór witamin i minerałów.

Jalapo walczył z niepokojem na swój sposób, wyrażając przekonania nawiązujące do mądrości ludowej:

– Jakoś to będzie! Tak przecież żyją wszyscy Inuici. Mówił też „Czas leczy rany”, oraz, co zdarzało się rzadziej, „Do wesela się zgoi”.

Tylko raz wtrącił ni z tego, ni z owego „Miłość przychodzi dopiero po ślubie”.

Obecna przy mężu Elisapie wyjaśniła, że ostatnie powiedzenie utrwalili w nim rodzice przed ślubem jako odtrutkę na niepowodzenia, jakie są nieuniknione nawet w najlepszym stadle. 

Co jakiś czas Jalapo wpadał w rutynę przypominania sobie i powtarzania przysłów. Psycholog zarejestrował dwa przysłowia: „Wilk i szaman pochodzą z tego samego gniazda” oraz „Oby twoja dobroczynność rosła w takim samym stopniu jak twoje bogactwo”. Wprawdzie były one zrozumiałe, tym niemniej poprosił Elisapie i naczelnika Svalbarda, osoby najbliższe rekonwalescentowi, o wyjaśnienie, czy nie nawiązywały do jakichś zdarzeń z życia Jalapo.

Sam Jalapo podchodził do sprawy wyjątkowo spokojnie.

– Nie widzę w przysłowiach żadnej sensacji. To naturalne. Przychodzą człowiekowi do głowy i odchodzą podobnie jak pies husky zwolniony na postoju z uprzęży, w której ciągnie sanki. Nie mogę powiedzieć, że chłonę przysłowia jak pożywienie lub że są one paliwem napędzającym moją wyobraźnię. Ich pojawianie się nie męczy mnie, ponieważ angażuje tylko głowę, same ciało wypoczywa.

Zainteresowanie Jalapo przysłowiami stopniowo blakło, coraz rzadziej je powtarzał, w końcu zapomniał o nich.

W ich miejsce pojawił się nawyk ciągłego rozważania i definiowania swojej sytuacji. Psycholog interpretował to rosnącą świadomością własnego ciała oraz troską o zdrowie.

Jalapo uważał, że po oddzieleniu głowy od tułowia część pamięci i myślenia pozostała mu w kręgosłupie i mięśniach. Była to prawdopodobnie gra podświadomości, ponieważ kilka dni wcześniej lekarz i psycholog dyskutowali ten temat przy nim, kiedy drzemał. Na Jalapo znowu padło podejrzenie, że w czasie snu podświadomie zapożyczył sobie opinię z rozmowy prowadzonej w jego obecności.

Minęło pięć miesięcy od dnia powrotu Jalapo do domu, kiedy zjawił się u niego ksiądz, proboszcz parafii, do której należeli Elisapie i Jalapo. Elisapie zaprosiła go, aby go pobłogosławił a w imieniu parafian przekazał mu życzenia rychłego i pełnego powrotu do zdrowia.

Wizyta proboszcza u Jalapo okazała się niełatwa dla obydwu. Istniała między nimi jakaś ukryta animozja, której parafianie ani nikt inny nie rozumiał. Ani Jalapo, ani proboszcz nigdy nie skarżyli się na siebie, żaden nie mówił niczego złego o drugim, tym niemniej mężczyźni nie lubili się.

Psycholog zrobił w tej sprawie rozeznanie, szukając głębszego zrozumienia zachowań i psychiki rekonwalescenta, nic jednakże nie odkrył. Po rozmowie z Elisapie naczelnikiem Svalbardem i kilku innymi parafianami, domyślał się tylko, że poszło o spór doktrynalny, czy Bóg objawia się ludziom na pustkowiu, kiedy są absolutnie sami. Jalapo uważał, że nie, bo nieskończona pustka jest częścią Boga. Duchowny był odmiennego zdania, uznając w dodatku pogląd Jalapo za herezję. 

Po przywitaniu się, złożeniu życzeń i wymianie kilku uprzejmości, proboszcz dłuższą chwilę w milczeniu przyglądał się Jalapo, po czym nagle zatrwożył się i zaczął się żegnać znakiem krzyża. Jalapo wydawał się drzemać w tym momencie. Później okazało się, że był jak najbardziej przytomny i obserwował scenę przez przymknięte powieki. Skomentował to trochę niezrozumiale.

– Robiąc znak krzyża proboszcz poruszał ręką tak szybko, że nie byłem w stanie dostrzec jej ruchu. Cały czas patrzył na mnie jak na szatana, oczy wyszły mu z orbit, w końcu uniósł sutannę do góry i wyrwał jak koń z kopyta w kierunku drzwi. Pomyślałem o sobie, że chyba przypominam nieczystego ducha napędzającego ludziom strachu do tego stopnia, że uciekają ogarnięci szaleństwem. Widok proboszcza parafii w takim stanie wywołał we mnie niepokój. Poczułem się zagubiony; trapi mnie teraz myśl o stanie mojej duszy i szansie zbawienia.

Odc. 10

Po miesiącach fizycznej i psychicznej rekonwalescencji Jalapo poczuł się na tyle dobrze, że wyszedł na zewnątrz na spacer. Towarzyszyła mu żona, naczelnik Svalbard oraz lekarz sprawujący nad nim pieczę ze strony szpitala. Przy pięknej pogodzie w towarzystwie bliskich i znanych mu osób Jalapo poczuł się wyjątkowo dobrze. Słuchał, co do niego mówiono, sam też zabierał głos. Lekarz przekazał mu decyzję dyrekcji szpitala o zakończeniu codziennych dyżurów i bezpośredniego nadzoru medycznego oraz zmniejszeniu zabiegów rehabilitacyjnych.

– Nie potrzeba cię męczyć ćwiczeniami tak często. Jesteś już w dobrej kondycji. 

Wprowadziło to Jalapo w wyjątkowo dobry nastrój. Czekał na taki dzień.

Zbliżali się do domu kultury, kiedy Svalbard zatrzymał się.

– Ja też mam coś ważnego i ciekawego do przekazania. To niespodzianka dla Jalapo i Elisapie. Władze i społeczność Nutaka w porozumieniu z dyrekcją szpitala w Otelnuku przy wsparciu naszego kościoła organizują specjalne spotkanie dla uczczenia powrotu Jalapo do zdrowia. Odbędzie się ono tutaj, w domu kultury, pojutrze, w niedzielę, o godzinie czternastej. Teraz, uwaga, uwaga! Punktem głównym będzie prezentacja książki, autobiografii Jalapo. Napisał ją specjalista od biografii znanych osób Saskian Ubita. Jesteście wszyscy zaproszeni. To za mało powiedziane. Wasza obecność jest obowiązkowa. Bez was uroczystość się nie odbędzie. Nic więcej nie powiem, bo chyba i tak za dużo ujawniłem.

Sala główna domu kultury wydała się Jalapo większa i bardziej przestrzenna, niż ta, jaką pamiętał. Po obydwu stronach sceny stały kamery telewizyjne, krzątali się przy nich ludzie. Pracownicy telewizji, dziennikarze i reporterzy chodzili po sali przygotowując się do pracy. W pierwszych dwóch rzędach foteli Jalapo zauważył znajome twarze psychologa Chrisa Mosera i trzech lekarzy. Obok nich siedziało kilka nieznanych mu osób. Jalapo domyślał się, że niektórzy z nich to przedstawiciele dyrekcji szpitala w Otelnuku, pozostali to jacyś oficjele. Żona Elisapie i naczelnik Svalbard weszli razem z nim na salę; od razu wskazano im fotele na środku pierwszego rzędu. Kiedy wchodzili, ludzie powstali z miejsc i rozległy się brawa.

Zebraniu przewodniczyła kobieta ubrana w długą czarną suknię z wyszytymi kolorowymi nićmi postaciami autochtonów ubranych w futra i wykonujących tradycyjne czynności. Jej pojawienie się również wywołało oklaski. Kobieta wpatrywała się w audytorium dopóki nie uspokoił się szmer na sali, po czym powitała Jalapo. Jej przemówienie było krótkie. Zakończyła je po dwóch minutach.

– Nie muszę, ani nie powinnam mówić więcej o Jalapo Umocie, najbardziej znanym członku naszej wspólnoty. Dużo lepiej zrobi to za mnie autor jego biografii, pan Saskian Ubita.

Jalapo zdziwiło nieco obco brzmiące nazwisko autora. Nigdy o nim nie słyszał. Poczuł się jeszcze bardziej niepewnie, kiedy pomyślał, że autorzy biografii spędzają mnóstwo czasu z ludźmi, których opisują. Przyjrzał się biografowi, kiedy go zobaczył. Ubita wyglądał na czterdzieści sześć lat, miał krótko ostrzyżone włosy i wysuniętą do przodu głowę z mocno pofałdowanym czołem. Mężczyzna podszedł do mównicy i zaczął porządkować notatki. Czynił to z takim spokojem jakby był sam na sali.

– Autor mojej biografii! Ciekawe, ciekawe! – Mruknął Jalapo, odwracając głowę w kierunku żony.

– Elisapie, czy ty słyszałaś o tym, że ktoś pisze moją biografię?

– Nie miałam o tym pojęcia. Jestem tak samo zaskoczona jak ty. Oboje byli zaintrygowani, ale spokojni.

Światło reflektora ujawniło dalsze szczegóły wyglądu człowieka przy mównicy. Jego włosy zmieniły kolor. Jalapo określił go krótko „ryżawy brunet”. Przyglądał się jego wąsom i ustom wysuniętym do przodu jakby do pocałunku, mięsistym wargom i raczej pełnym policzkom, krótkiemu podbródkowi i solidnemu nosowi. Przerwał dopiero wtedy, kiedy mężczyzna zaczął mówić. Miał przyjemny, niski głos.

– Opowiem państwu moją wersję biografii pana Jalapo Umoty. Jest bardzo krótka, to tylko streszczenie pełnego tekstu biografii. Z uwagi na jego stan zdrowia nie liczyłem na szansę przeprowadzenia z nim bezpośredniego wywiadu. W czasie pobytu w tych okolicach miałem zresztą bardzo mało czasu. Postąpiłem więc jak historyk i reporter, zbierający materiały i budujący opowieść na podstawie dokumentów, wywiadów z ludźmi znającymi bohatera oraz analizą zdarzeń zarejestrowanych i zapamiętanych przez ludzi. Zapoznałem się też z materiałami prasowymi i informacjami zawartymi w mediach internetowych. Bogactwo zdarzeń i upływ czasu spowodowały, że w niektórych fragmentach autobiografii jest więcej niż jedna wersja zdarzeń.

Ubite skoncentrował się i zaczął czytać. Czynił to bez pośpiechu, z przerwami, aby napić się wody ze stojącej obok szklanki. Były to momenty, kiedy Jalapo mógł mu się przyjrzeć dokładniej. Ubite miał na sobie czarną kurtkę i ciemnogranatowe jeansy, na nogach sznurowane buty z wysokimi podeszwami typu traktor. Lekko przygarbiony wyglądał niższy niż był w rzeczywistości. Czytał jakby z namaszczeniem.

– Tragiczny wypadek nastąpił w czasie intensywnej zamieci. Był wtorek. Jalapo Umota śpieszył się do pracy. Nie mieszkał daleko, niecałe dwa kilometry od stacji kolejowej Nutak. Ostatnio miał mało ruchu i zdecydował się pójść do pracy pieszo, choć o tej porze roku zazwyczaj używał motorowych sań. Kiedy wyruszył z domu, sypał lekki śnieżek, lecz w połowie drogi rozpętała się burza śnieżna. Śnieg padał tak gęsto, że nie było nic widać. Jalapo posuwał się wolno dróżką prowadzącą wzdłuż toru kolejowego w kierunku stacji. Mimo że drogę znał doskonale, w śnieżnej nawałnicy stracił orientację. Zmienił wtedy postępowanie. Postanowił iść torem trzymając się blisko prawej szyny. Był to najpewniejszy drogowskaz. Znając tygodniowy rozkład jazdy Jalapo wiedział, że o tej porze przez Nutak nie przejeżdżają żadne pociągi towarowe. Pasażerski pociąg pojawiał się tylko raz z tygodniu, zupełnie innego dnia, w piątek. To był ważny szczegół, ponieważ wędrowiec nie był w stanie niczego słyszeć. Padający gęsty śnieg, szum wiatru niosącego śnieg i gruba skórzana czapa zasłaniająca uszy, skutecznie tłumiły hałasy.

Jalapo znajdował się nie więcej niż sto metrów od stacji Nutak, kiedy z tyłu wyjechał nagle ze gęstej śnieżycy wracający z wypadku kolejowego ambulans reanimacyjny, większy niż zwykła drezyna. Jechał w kierunku szpitala wojskowego w Otelnuku. Jalapo usłyszał nadjeżdżający pojazd w ostatniej chwili i obrócił się, aby zobaczyć, co się dzieje. Natychmiast, automatycznie, podjął decyzję odsunięcia się od toru. W miejscu, gdzie się znajdował, wysypany był gęsto szuter, drobne kamyki służące do umacniania podkładów kolejowych. Kamyki obsunęły mu się spod prawego buta, Jalapo poślizgnął się i zamiast przesunąć się do przodu, przechylił się do tyłu i upadł na tor. Wskutek uderzenia szyją o szynę stracił przytomność.

Ambulans miał automatyczny system hamowania. Kiedy czujniki wykryły przeszkodę na torach, pojazd zaczął natychmiast hamować. To, co statecznie uratowało Jalapo, to gruba warstwa śniegu na torowisku oraz nisko zawieszone bufory ambulansu; pchały go one po śniegu zalegającym tory zanim pojazd zatrzymał się całkowicie. Jalapo miał wielkie szczęście.

Ofiarę zauważył w ostatnim momencie kierowca ambulansu, było już jednak za późno, aby zdążył zareagować. Kiedy pojazd zatrzymał się, zespół ratunkowy ustalił stan ofiary: obrażenia szyi, szybko spadające tętno serca, zanikający oddech. Pełen zakres kontuzji ustalono dopiero w szpitalu. Jalapo doznał ciężkich obrażeń szyi, miał przerwany rdzeń kręgowy i uszkodzoną tchawicę, ponadto ogólne potłuczenia ciała. 

Natychmiast założono prowizoryczny opatrunek na szyję nieprzytomnego mężczyzny i podłączono go do sztucznego płucoserca obniżając temperaturę do 10 stopni Celsjusza w kriokomorze ambulansu.

W szpitalu podłączono Jalapo do systemu sztucznego podtrzymywania życia, cyrkulacji krwi i płynów ustrojowych. Lekarze nie mieli czasu na dłuższe zastanawianie się. Pacjent miał ciężkie obrażenia ciała, był nieprzytomny i sztucznie utrzymywany przy życiu. System zapewniał organizmowi kontynuację pracy serca i innych organów, dostarczał tlenu, wody i pożywienia, utrzymywał odpowiednią temperaturę ciała, ciśnienie krwi, a także usuwał produkty przemiany materii. Zapewniona była także ochrona przed wirusami i bakteriami.

Jalapo mógł umrzeć w każdej chwili. Był to prawdopodobny scenariusz. Monitorując kruchy stan jego zdrowia, szpital przygotowywał się do skomplikowanej operacji ratowania życia. Personel był przygotowany, aby go ratować, jak i wykorzystać – w razie nagłej śmierci – jako dawcę organów do przeszczepu. Prześwietlenia oraz badania laboratoryjne próbek krwi i moczu pobranego bezpośrednio z pęcherza sugerowały, że jego organy wewnętrzne są w dobrym stanie. Była to sytuacja, kiedy śmierć jednego człowieka mogła uratować życie kilku innych osób czekających na serce, wątrobę, nerki czy płuca. To nie była prosta sprawa. Czas był najbardziej krytycznym czynnikiem. Potrzebne było rozeznanie, kto, gdzie i jaki organ potrzebuje do przeszczepu, następnie pobranie tych organów, ocenę ich jakości, w końcu przygotowanie do wysyłki. Zgodnie z prawem wymagana była zgoda rodziny na pobranie organów od dawcy.

Dzięki dokumentom, jakie znaleziono przy Jalapo, ustalono jego tożsamość i jak tylko można było najszybciej skontaktowano się z jego żoną, Elisapie. Przedstawiono jej sytuację.

– Będziemy go operować, aby uratować mu życie. Rokowania nie są jednak najlepsze. Pani mąż doznał bardzo ciężkich obrażeń szyi i jest utrzymywany przy życiu tylko dzięki płucosercom i innym urządzeniom. Musimy liczyć się z tym, że jego stan zdrowia może się pogorszyć i nie będziemy w stanie go uratować. Czy w takiej sytuacji wyraziłaby pani zgodę, jedynie warunkowo i tylko w przypadku, gdyby nie udało się go uratować, na pobranie jego organów wewnętrznych do przeszczepu? Pytamy dlatego, że przy pobieraniu organów czas jest krytyczny, liczy się dosłownie każda minuta od momentu stwierdzenia śmierci klinicznej.

Efekt rozmowy był negatywny. Elisapie była nieustępliwa.

– Nigdy. Musicie go ratować za wszelką cenę. On przeżyje, wiem to dobrze.

Odc. 11 

Po skończonym wystąpieniu Ubite skłonił głowę i podziękował. Rozległy się brawa jakby trochę oszczędne. Wydawało się, że ludzie na sali byli już zmęczeni biografią bohatera i woleliby cieszyć jego obecnością na podium.

Na mównicy pojawił się burmistrz miasteczka, Peter Kusugak. Miał na sobie tradycyjny strój Inuitów wykonany w całości ze skóry karibu, renifera arktycznego. Wyglądał, jakby wybierał się lub wracał z polowania. W oczy rzucał się jego anorak, kurtka obszyta na krawędziach futrem, zdobna na piersiach w kolorowe, poziome pasy. Pozostała część stroju, spodnie, zwisające na plecy nakrycie głowy, rodzaj obszernego kaptura, oraz buty wykonane były również w tradycyjny sposób.

Drogi Jalapo Umota! Dzięki tobie obchodzimy dzisiaj wielką uroczystość co najmniej z trzech okazji: twojego powrotu do zdrowia, udokumentowanego obecnością wśród nas, ukazania się książkowej biografii oraz przyznania ci tytułu honorowego obywatela Nutaka. Jesteś wybitnym członkiem naszej społeczności. Dzięki tobie o Nutaku usłyszał cały świat. To dla nas zaszczyt. Nie mogę dłużej mówić, bo wszyscy z niecierpliwością czekają na ciebie. Ja zabiorę jeszcze głos, ale dopiero wtedy, kiedy ty skończysz swoje przemówienie. Ostatni głos w dyskusji! Takie są przywileje władzy.

Na prostodusznej, okrągłej twarzy burmistrza rozlał się dziecięcy uśmiech obejmujący oczy, usta i policzki. Mężczyzna napił się wody, po czym zszedł z podium, podszedł do Jalapo i wyciągnął do niego rękę, aby pomóc mu wstać i podejść do mównicy.

W wystąpieniu Jalapo nie spodziewano się rewelacji, tylko podziękowań. Bohater dnia przyglądał się dłuższy czas widowni jakby zastanawiając się nad czymś. Mówił wolno, czasem zamyślał się i zawieszał głos.

– Opowiem państwu inną, nieznaną wersję mojej biografii. Ta przedstawiona przez pana Ubite jest prawdziwa, ale niepełna. Ja ją uzupełnię.

Zacznę od dzieciństwa. To konieczne. Byłem dzieckiem dosyć nijakim, niepewnym siebie, powiedziałbym zbyt posłusznym, spełniającym życzenia innych osób, rodziców, rodziny, szkoły, raczej niż swoje własne. Takim, który mając coś do powiedzenia lub pokazania, nie czyni tego bojąc się kompromitacji. Zawsze tak to czułem, tkwiło to w mojej świadomości. Może właśnie dlatego byłem też wielkim marzycielem. Marzyłem o dwóch rzeczach. Pierwsza, zostać sławnym człowiekiem, dzisiaj powiedzielibyśmy celebrytą. Nie miałem oczywiste najmniejszego pojęcia jak to osiągnąć. Chyba podświadomie czułem, że oznaczałoby to być sobą mimo swych niedoskonałości. Moim drugim marzeniem było zostać aktorem. Naoglądałem się filmów i to rozbudziło moje pragnienie bycia kimś takim, jak ich bohaterowie. Uwielbiałem wielu z nich. Dużo też czytałem, różne powieści, legendy, mity, opowiadania, ale nie umiałem o nich porozmawiać. Nie potrafiłem rozmawiać z dziećmi ani z dorosłymi, wstydziłem się. Szczerze i bez wahań rozmawiałem jedynie z moim ukochanym psem Ratakiem.

Będąc już w domu, w okresie rekonwalescencji, czekałem, aż coś się zmieni choć nie wiedziałem co. Myślę, że czekałem na moje przeznaczenie. Pojawiło się ono w dniu, kiedy poczułem się dosyć dobrze fizycznie i całkiem dobrze psychicznie. Nagle zdałem sobie sprawę z niezwykłej szansy spełnienia moich marzeń. Była to spontaniczna decyzja. Postanowiłem grać. Nie miałem gotowego scenariusza, pisało go życie na bieżąco. Postanowiłem grać ofiarę ciężkiego wypadku, który naruszył jej zdrowe zmysły, pacjenta porzucającego rzeczywistość na rzec halucynacji, urojeń i dziwacznych fantazji.

Przypomnę kilka momentów z tego okresu na podstawie notatek, jakie prowadziła Elisapie: halucynacje o krwi skapującej z przeciętej szyi na podłogę, rozmowy z nieobecnymi lub nieistniejącymi osobami, strach przed gangreną i amputacją głowy, rozmowy z samym sobą, utożsamianie się z tułowiem bardziej niż z głową, zachwyt nad bogactwem własnych myśli, zainteresowanie fizjologią organizmu, obsesja cytowania przysłów, podświadome przyswajanie sobie fachowej wiedzy lekarskiej czy też spór doktrynalny z proboszczem Paulem Parsonsem o objawianiu się Boga.

Zachwycało mnie to, że nikt nie zauważył, że te rzekome majaki i halucynacje to czysta gra aktorska. To mnie ekscytowało i wzruszało, to była moja nagroda. Widziano mnie takim, jakim pragnąłem, aby mnie widziano. Bałem się tylko psychologa Chrisa Mosera. On jeden zdawał się mieć wątpliwości co do mojego zachowania. Zaczął mnie podejrzewać. Domyślałem się tego po jego sposobie patrzenia na mnie, pytaniach, jakie mi zadawał, wątpliwościach jakie wyczuwałem w jego głosie. Na szczęście uratowała mnie kultura naszego społeczeństwa. Podejrzewam, że Chris bał się, że ujawniając prawdę o mnie nikt by mu nie uwierzył, że zdyskredytowałby się jako fachowiec widzący coś, czego inni nie widzą. To była uzasadniona obawa z jego strony. Miał rację, sam bym prawdopodobnie tak uczynił. Odpowiadało mi jego postępowanie, bo mnie ratowało.

Kiedy mówca przerwał, na sali zapanowała cisza. Słuchać było tylko, jak za oknem bawią się dzieci.

– Tylko jedna osoba była w to wtajemniczona, moja żona Elisapie. Na początku wzdragała się przed tym, abym „robił z siebie idiotę”, jak to określiła, ale zgodziła się. Musiałem ją wtajemniczyć. Potrzebowałem wsparcia, kogoś kto recenzowałby moje zachowania i relacjonował mi, jak jest ono odbierane przez ludzi, czy nie budzi wątpliwości, czy ktoś mnie nie podejrzewa o grę, o nieuczciwe postępowanie, o robienie z kogoś wariata. Byłem przekonany zresztą, że Elisapie pierwsza by mnie rozgryzła, moje niestandardowe zagrania, bo znała mnie za dobrze.

Elisapie okazała się równie dobrą, jeśli nie lepszą aktorką niż ja. Cudownie zagrała rolę żony zazdrosnej wobec psycholożki Jenny. To było bardzo przekonywające. Podobnie jak później z Chrisem, zaniepokoiłem się, że Jenny zaczyna domyślać się gry z mojej strony, nieszczerości, bo zaczęła mi zadawać pytania, na które trudno mi było odpowiedzieć. Dlatego trzeba było ją wyeliminować. Elisapie zrobiła to szybko i skutecznie, wyznając naczelnikowi Svalbardowi, jak bardzo nienawidzi Jenny

– Elisapie, skarbie! – przerwał Jalapo – dzielę się z tobą moimi osiągnięciami i zaszczytami.

Odtworzyłem państwu moją biografię w wersji uzupełniającej. Nie od momentu wypadku ale od chwili, kiedy poczułem się dobrze psychicznie i naszło mnie natchnienie, aby zacząć grać. Było to niezwykłe urzekające. Chodzi mi o poczucie, że na oczach ludzi gram człowieka, któremu wskutek urazu fizycznego i skomplikowanej operacji rzeczywistość miesza się z fantazją i urojeniami. Inaczej mówiąc, kliniczny przypadek zaburzeń psychicznych i intelektualnych.

Podsumowując, mimo ciężkiego wypadku, nieszczęścia, jakie mnie spotkało, udało mi się osiągnąć to, czego zawsze pragnąłem: sprawdziłem siebie jako aktor i zostałem celebrytą. Zagrałem w sztuce, w której początek scenariusza stworzyło życie, a resztę dopisałem, wyreżyserowałem i zagrałem ja sam. Osiągnąłem bardzo wiele i nauczyłem się bardzo wiele. Mam nadzieję, że nikogo moim postępowaniem nie uraziłem. Dziękuję, że byliście państwo moimi słuchaczami, a niektórzy z was także widzami mojego spektaklu. Proszę teraz pana burmistrza o dokończenie swojego przemówienia. Dzisiaj każdy ma prawo się wygadać.

Peter Kusugak podszedł do mównicy i serdecznie objął Jalapo. Wzruszył się, słowa uwięzły mu w gardle. Odczekał chwilę, aby kontynuować.

Drogi Jalapo! Jesteś Innuitą, jednym z nas, takim samym, ale równocześnie innym. Jesteś nowoczesny. Dlatego nie proponuję, aby świętować twój powrót z krainy duchów do krainy żywych w tradycyjny sposób, tańcem przy akompaniamencie bębna wykonanego z pęcherza wieloryba. Kiedy obydwaj byliśmy bardzo młodzi, bawiliśmy się w ten sposób w wielkim igloo mojego dziadka, śpiewem i tańcem przedstawiając historie naszych przodków i duchów. Tak kultywowaliśmy wówczas wiarę i zwyczaje. Nasi przodkowe praktykowali szamanizm, wierzyli, że zwierzęta, rośliny, rzeki, góry oraz siły natury posiadają duszę. Kiedy któraś z tych istot odeszła z naszego świata, kontynuowała życie w świecie duchów. Ty nam pokazałeś inną stronę naszej duchowości, aktorstwo, udawanie, że jest się innym, coś, co jest w obecnej kulturze powszechnie akceptowaną formą oszustwa. Przeniosłeś nas do współczesności i to w sposób tak przemyślny, że nikt tego nie zauważył. Wydawało nam się, że jesteś pomylony, kiedy ty byłeś nad wyraz przytomny. To my myliliśmy się w ocenie ciebie i twojej sytuacji. Swoją grą zasłużyłeś na powszechny podziw.

Zapraszam teraz wszystkich na lampkę szampana. Prawdziwego, francuskiego, nie oszukiwanego.

Autor: Michael (Michał) Tequila
Gdańsk, 01 04 2020

0Shares

Piramida snów. Powieść fantastyczna. Odc. 1

W nocy, leżąc na łóżku w mojej sypialni, naszedł mnie sen. Nie byłoby w tym nic ciekawego, gdybym w trakcie tego snu nie śnił innego, w którym byłem lordem mieszkającym w wielkim pałacu, z komnatami każda wielkości całego mojego mieszkania, i pozłacanym Rolls-Royce’m „Golden Arrow” w garażu. Zawsze chciałem mieć taką limuzynę, podobno nigdy się nie psuje i jest w niej barek z alkoholami i kubełkiem lodu, a na przednim siedzeniu lokaj w liberii. Kiedy jechałem moim luksusowym Rolls Royce’m śniło mi się, że zwiedzam British Museum, stanowiącym konstrukcję pojemniejszą przestrzennie niż niejedna piramida egipska, gdzie niegdyś – znaczy się w muzeum, nie w piramidzie – kolonizatorzy brytyjscy trzymali w beczce z solą nienaruszone szczątki Aborygena australijskiego.

Ten fakt, jak najbardziej prawdziwy, uprzytomnił mi, że tkwię w piramidzie snów, w której każdy kolejny sen jest wewnątrz poprzedniego. Parter piramidy stanowi moje mieszkanie, pierwsze piętro pałac lordowski z Rolls Royce’m, a drugie British Museum ze swoimi niesamowitymi eksponatami. I cała ta konstrukcja spoczywa sobie w krainie senności równie pewnie jak kubek z zimną kawą na moim biurku.

W tym krytycznym momencie zdałem sobie sprawę, jak niezwykle skomplikowanym tworem jest rozespany człowiek; wydało mi się to tak bzdurne, że zdecydowałem się wrócić do rzeczywistości. Uczyniłem to, ale nie od razu, bo złamałbym logikę snu, co nie miało sensu, bo łamanie wywołuje hałas. Ostrzegłem siebie:

– Uważaj, chłopie! Sen to sen, logika to logika, a hałas to hałas, strasznie nieprzyjemny zwłaszcza nocą.

Tak więc wszystko odbyło się jak trzeba. Najpierw wybudziłem się ze snu w British Museum, przeszedłem do snu w pędzącym do Londynu pozłacanym Rolls Royce’m, który zawsze był moim marzeniem, a następnie do pałacu o wielkich salach i niewyobrażalnie wielkich oknach, a stamtąd do snu w moim własnym łóżku.

0Shares

Budzik. Opowiadanie science-fiction. Zaktualizowane i kompletne.

Drodzy Czytelnicy!

Poniżej przedstawiam wszystkie odcinki opowiadania (łącznie jedenaście odcinków) zebrane w jedną całość. Odpowiada ona dziewiętnastu stronom maszynopisu. W tekście pozostawiłem oznaczenia odcinków dla tych osób, które przeczytały część opowiadania i chciałaby teraz dokończyć pozostałe odcinki. Z bloga usunąłem wszystkie wcześniejsze pojedynczo publikowane odcinki. 

Byłbym szczerze wdzięczny za komentarze, uwagi i sugestie, co można by dodać, ująć lub zmienić, aby opowiadanie nabrało jeszcze większej wartości. Jest to dla mnie ważne, ponieważ mam kilka dalszych projektów opowiadań z zakresu fantastyki.

Możecie też Państwo komunikować się ze mną poprzez formularz kontaktowy w górnym pasku menu.

Pozdrawiam serdecznie,

Michael Tequila  

Odc. 1

Rano usłyszałem pukanie do drzwi wejściowych. Otworzyłem je. Na schodach stał nieznany mężczyzna, w średnim wieku. Wyglądał na bezdomnego albo włóczęgę, może nawet należałoby go nazwać obszarpańcem, zważywszy stan jego ubrania. Trzeba jednak przyznać, że było czyste i kiedyś w dobrym gatunku. Był wysoki, szczupły i lekko przygarbiony, na głowie miał kaptur, policzki przyciemniał mu kilkudniowy zarost. W prawej ręce trzymał płócienną torbę podróżną, do której przylegała kolorowa torba plastikowa na zakupy. Nie przedstawił się. Powiedział dzień dobry i zapytał, czy nie mógłbym mu pomóc, po czym wyjaśnił:

– Przyniosłem zegarek. Budzik. Tak mi się wydaje, że to budzik, bo wygląda trochę dziwnie. Rzecz w tym, że nie chodzi, choć go nakręciłem. Chciałbym sprawdzić, czy on w ogóle działa i czy jest cokolwiek wart.

W pierwszym odruchu chciałem mu odmówić, wyjaśniając, że nie zajmuję się już takimi sprawami. Pomyślałem jednak, że ostatecznie mógłbym człowiekowi wyświadczyć przysługę. Zapytałem go:

– Skąd pan wie, że znam się na zegarkach. Na drzwiach nie ma żadnej informacji, ani też przed domem.

– Ale tutaj wszyscy wiedzą, że pan jest tym znanym zegarmistrzem, co to otrzymywał ważne nagrody. – Odpowiedział bez wahania, po czym dodał jakby usprawiedliwiająco: – Chciałem oddać go do lombardu, ale oni tam marnie płacą. I tak tego nie zrobiłem. Właściciel powiedział, że nie przyjmie go za żadne pieniądze, bo nie wiadomo czy on w ogóle działa. To starszy człowiek. Znam go dobrze. Jest tak głuchy, że trudno się z nim porozumieć. To sknera, chciałby kupować rzeczy za bezcen. Dlatego przyszedłem do pana. Sprawdzenie, czy działa, to chyba nie zajmie dużo czasu?

Kiedy mówił, przyglądałem mu się. Dobrze patrzyło mu z oczu. Nie był nachalny, nie wydał mi się też niebezpieczny. Rozejrzałem się, czy nie ma za nim nikogo, jakieś podejrzane towarzystwo, po czym zaprosiłem go do środka. Wchodząc wytarł starannie buty. To mnie ostatecznie przekonało. Zaprosiłem go do mego gabinetu. Podsunąłem mu krzesło do biurka, po czym usiadłem w fotelu po drugiej stronie.

– Proszę pokazać mi to cudo.

Zanim nieznajomy postawił budzik na biurku, wytarł go szarożółtą szmatką wyciągniętą z plastikowej torby razem z budzikiem. Po chwili stał przede mną kulisty przedmiot, obrócony tarczą w moim kierunku. Przyglądałem mu się. Nie było wątpliwości, był to budzik, jeden z tych nowoczesnych, wymyślnych, przyciągających wzrok. Czarny kolor, jakieś przyciski, oryginalna tarcza ze wskazówkami i cyframi. Pomyślałem, że oprócz wskazywania czasu i budzenia pełni on także jakąś inną funkcję, prawdopodobnie radioodbiornika.

Wyglądał zwyczajnie, a jednocześnie miał w sobie coś niezwykłego, zastanawiającego. Wziąłem go w rękę, aby mu się przyjrzeć z bliższa; nigdy nie widziałem takiego zegara. Okrągła kula o średnicy dziesięciu centymetrów z wyjątkiem miejsca, gdzie znajdowała się lekko wypukła tarcza. Dla pewności wyciągnąłem specjalną suwmiarkę z szuflady i zmierzyłem go dokładnie. Trzymałem go w ręce i przyglądałem mu się. Była w nim logika, perfekcja i precyzja. Te trzy określenia cisnęły mi się do głowy. Nie dałem po sobie poznać, że budzik mnie naprawdę zainteresował, a nawet zaintrygował. Jeszcze raz popatrzyłem na niego. Okrągła tarcza, z boków płaskie przyciski, wszystko miniaturowe, ponadto jakieś guziczki wyglądające jak nierówności. Tył okazał się też nieco spłaszczony, powierzchnia tego spłaszczenia była podzielona na strefy. Obudowa budzika wyglądała mi na tworzywo sztuczne, wyjątkowo twarde, przypominające stal nierdzewną, lecz w zupełnie innym, bo czarnym kolorze. Kiedy przetarłem ją własną szmatką, którą niegdyś używałem praktykując jako zegarmistrz, nabrała łagodnego połysku.

– Nigdy nie widziałem takiego budzika. To musi być coś nowego, zapewne budzik elektroniczny, który można również nakręcać ręcznie. Taka kombinacja nowoczesności i tradycji.

Zastanawiałem się. Po chwili zaproponowałem gościowi:

– Musiałby pan zostawić go u mnie. To będzie wymagało trochę pracy. Spróbuję go otworzyć i sprawdzić w środku, co w nim nie działa. Nie wiem, ile to mi zajmie czasu. Może dzień, może dwa, bo mam także inne obowiązki.

Odc. 2

Patrząc na mężczyznę doznałem wrażenia, że propozycja zostawienia u mnie budzika w celu sprawdzenia nie spodobała mu się. Wahał się. Przyszła mi do głowy myśl.

– Jak rozumiem, pan chce go sprzedać? To może ja kupiłbym go od pana? Tak naprawdę, to go nie potrzebuję, bo jak pan widzi, mam dosyć różnego rodzaju czasomierzy w gablotach, ale miałbym przynajmniej jakieś zajęcie rozkręcając go. Jestem ciekaw jak wygląda nowoczesny budzik.

Mężczyźnie zabłysły oczy. Propozycja przypadła mu chyba do gustu.

– Albo jeszcze lepiej. Dam panu w zamian zegarek ręczny albo inny budzik, dużo cenniejszy niż pański. Pokażę panu kilka. Może pan wybrać sobie taki, jaki najbardziej podoba się panu.

Znalazca popatrzył na mnie wyczekująco. Podszedłem do oszklonej, bocznej szafki po prawej stronie, skąd wyjąłem trzy zegarki zaprojektowane przeze mnie.

– Wszystkie one zdobyły nagrody na wystawach sztuki zegarmistrzowskiej. Proszę ocenić je; może któryś z nich podoba się panu.

Mężczyzna podniósł się i podszedł do biurka. Brał po kolei każdy zegarek do ręki i przyglądał mu się z uwagą. Ożywił się.

– Chce pan mi dać któryś z tych zegarków w zamian za budzik? Popatrzył na mnie z niedowierzaniem. – Na zawsze?

– Tak. Gotów jestem to zrobić.

Nie byłem jednak całkiem zdecydowany. Miałem wątpliwości, czy budzik nie był skradziony. Zanim dobiliśmy targu rozmawialiśmy jeszcze. Chciałem wiedzieć jak mężczyzna się nazywa oraz w jaki sposób przedmiot znalazł się w jego rękach. Odpowiadał bez wahania. Podał nazwisko, jeśli dobrze zapamiętałem, było to Pavo, oraz imię Arno, które natychmiast uciekło mi z pamięci.

– Nazywają mnie Paw. To taka ksywa od nazwiska. Wszyscy tutaj mnie znają. Jestem bezdomny, włóczę się po okolicy i dorabiam sobie jak mogę. Dobrzy ludzie mnie wspomagają, czasem dadzą coś do jedzenia albo jakieś pieniądze. Ale najchętniej przyjmuję pracę do wykonania. Takie różne przynieś, podaj, pozamiataj.

Kiedy skończył wyjaśnienia, popatrzył na mnie. Widocznie sobie przypomniał, o co go pytałem, bo dodał od razu, że budzik znalazł. Byłem przekonany, że mówi prawdę. Nie kręcił, nie udawał, że był to podarunek od kogoś z rodziny, albo ze znalazł go na strychu domu, gdzie robił porządek.

Okazało się, że było to w pobliżu.

– Przy tym nowym wielkim budynku, gdzie są laboratoria technologiczne firm japońskich. Nazwa Nippon czy coś takiego.

Przypomniałem sobie napis na budynku „Industrial Park. Japanese Technological Laboratories”. Były tam jeszcze jakieś dalsze słowa, ale uciekły mi z pamięci.  

– Budzik leżał w krzakach za ławką przy tym małym parku. – Kontynuował Pavo. – . Poszedłem tam za potrzebą. Potknąłem się o niego. Był przykryty torbą papierową. Z ciekawości podniosłem papier i wtedy go zobaczyłem. Był zakurzony i pobrudzony, jakby ktoś specjalnie to zrobił. Podniosłem go i porządnie wytarłem. Najpierw poszedłem z nim do lombardu a potem od razu do pana, jak sobie przypomniałem, że jest pan tym znanym zegarmistrzem.

Opowieść Pavo wywołała we mnie wspomnienia. Przypomniałem sobie zdarzenie z dzieciństwa, kiedy za drewnianym płotem fabryki, gdzie pracowali moi rodzice, zauważyłem zabawkę, mały zielony traktorek z przyczepką w żółtym kolorze. Strasznie mi się spodobały. Leżały tam już od kilku dni. Chodziłem i chodziłem przy płocie, oglądałem je przez szparę między sztachetami, lecz bałem się przeskoczyć przez płot. Kiedy następnego dnia przyszedłem tam gotów to zrobić, traktorka z przyczepką już nie było. Nie mogłem odżałować mojego wahania.

Nie zastanawiałem się więcej. Wziąłem budzik i wręczyłem Pavo wybrany przez niego zegarek. Obydwaj wiedzieliśmy, że to on wygrał na tej wymianie. Ale nie żałowałem. Nie myślałem już o tym, że budzik nie był jego własnością. Bezdomni włóczędzy mają szczególne umiejętności znajdowania rzeczy, na których nikomu już nie zależy. Jeśli zegarek znalazł się w parku w krzakach, to pewnie ktoś go tam wyrzucił. – Usprawiedliwiałem swoje postępowanie.

Odc. 3

Po wyjściu Pawia z gabinetu przyglądałem się chwilę budzikowi, po czym odstawiłem go na półkę w pobliżu okna. Tego dnia nie miałem czasu, aby się nim zająć. Nie śpieszyłem się, był już moją własnością. Potem zapomniałem o nim.

Kiedy wieczorem wróciłem do gabinetu, usłyszałem ciche tykanie. Zastanawiałem się, co się stało. Zegarek uruchomił się samoistnie, bez interwencji z zewnątrz. Ożywił się po tym, jak postał kilka godzin na parapecie okna. Doszedłem do wniosku, że był to efekt intensywnego światła słonecznego padającego z zewnątrz. Budzik musiał mieć baterie słoneczne. To było jedyne wyjaśnienie. Nie potrzebował niczego więcej niż odpowiedniej dawki światła. Wtedy zaczął chodzić wyrażając swą radość głośnym tykaniem. Kiedy pomyślałem o „radości”, przyszło mi do głowy, że traktuję budzik jak człowieka.

Podszedłem do okna i obserwowałem go. Chodził, nie ulegało wątpliwości. Co mnie zaskoczyło, to fakt, że pokazywał właściwy czas, godzinę osiemnastą trzydzieści pięć. Zdałem sobie z tego sprawę dopiero po dłuższej chwili. To było dziwne. W pokoju nie było nikogo, więc musiał sam się uregulować. Jeśli moje rozumowanie było słuszne, to był on znacznie bardziej skomplikowanym urządzeniem, niż wydał mi się na początku. Sam się uruchomił i sam ustawił czas.

– Postałeś kilka godzin w pobliżu źródła światła i naładowałeś się – mruknąłem głośno do siebie.

Ledwie skończyłem, usłyszałem głos dobiegający gdzieś ze środka obudowy budzika, dostatecznie wyraźny, aby nie mieć wątpliwości. To był głos budzika.

– Mówiący zegar nie jest niczym nadzwyczajnym – to były jego słowa.

To mnie kompletnie zaskoczyło. Nie wiedziałem jednak jak zareagować, czy w ogóle powinienem coś zrobić. Niezdecydowany czekałem, co będzie dalej.

– Proszę mnie uważnie wysłuchać – odezwał się znowu głos z wnętrza budzika. Był wyraźniejszy i jakoś uspokajający. Albo tak mi się wydało.

– Nie jestem zwykłym budzikiem, ale robotem. Mogę rozmawiać z tobą. Z pewnością widziałeś roboty, które mogą się komunikować, informować i odpowiadać na pytania. Podobnie jak człowiek, widzę, słyszę i mówię.

Przypomniałem sobie nagrania video i filmy w telewizji oraz na YouTube, gdzie pokazywano roboty. Miały tylko inną postać. Były podobne do ludzi. Odmienność postaci była chyba głównym elementem zaskoczenia. Miałem sobie za złe, że ja, stary doświadczony zegarmistrz, dałem się zaskoczyć czymś tak prozaicznym jak automatyczny głos generowany przez robota.

– Przepraszam na chwilę – powiedziałem, po czym przyciągnąłem sobie fotel w pobliże okna. Zanim usiadłem umieściłem budzik na wysokości moich oczu na półce regału stojącego obok okna. Usadowiwszy się wygodnie w fotelu odezwałem się pewniejszym głosem:

– Czy możemy wobec tego porozmawiać?

– Oczywiście. Co chciałbyś wiedzieć? Najłatwiej jest mi odpowiadać na pytania. Może jednak na początek przedstawię się. Nazywam się Robo i jestem robotem-budzikiem, korzystającym ze sztucznej inteligencji.

Nie wiem dlaczego, ale zaskoczyło mnie, że budzik zwraca się do mnie przez „ty”, zamiast przez „pan”. Zignorowałem to, bo wypadało mi odezwać się. Też się przedstawiłem:

– Sefardi Baroka, zegarmistrz, obecnie na emeryturze. Postaram się zapamiętać twoje imię, Robo, będzie nam łatwiej rozmawiać.

Rozmawialiśmy niezbyt długo. Wyjaśniłem Robo okoliczności, w jakich trafił do mnie. Podziękował mi za to.

– Byłem wyłączony. To dzięki tobie wróciłem do siebie. Przy okazji, nie miej mi za złe, że zwracam się do ciebie bezpośrednio zamiast przez „pan”. Wiem, że jesteś człowiekiem w starszym wieku, bo umiem rozeznać głos, wiem kiedy do mnie mówi mężczyzna a kiedy kobieta, czy jest to dziecko czy dorosły. Nie ma w tym nic nadzwyczajnego.

Słuchając mojego nietypowego rozmówcę, czułem się coraz bardziej niepewnie. Miałem do czynienia nie z jakimś prostym urządzeniem, umiejącym odpowiadać na proste pytania i coś logicznie wyjaśnić, albo choćby powiedzieć „nie wiem”, ale z czymś nieporównywalnie bardziej wyszukanym. Musiałem to wszystko przemyśleć i przygotować się. Rozpaczliwie potrzebowałem dowiedzieć się czegoś więcej, poczytać coś o robotach i sztucznej inteligencji. 

 

– Nie będę ukrywać, Robo, że zaskoczyłeś mnie. Nie spodziewałem się, że budzik do mnie przemówi. Do głowy by mi nie przyszło, że możesz być robotem. Czuję się niezręcznie tym bardziej, że jestem zegarmistrzem i widziałem już niejedno w życiu. Dlatego proponuję, abyśmy odłożyli naszą rozmowę do jutra.

Robo powiedział tylko:

– W porządku. Spotkajmy się wobec tego jutro. O dowolnej porze. Ja nie mam nic do roboty. Chętnie się dostosuję. Nie musimy się umawiać, po prostu przyjdź i odezwij się do mnie. Zresztą i tak cię zauważę. Nie przewiduję problemów, bo ilość światła wpadającego do mieszkania jest dostateczna, aby nie zabrakło mi energii. 

Rozstaliśmy się. Postanowiłem zmienić wszystkie moje plany na następne dni. Od dawna nie odczuwałem takiego podniecenia. Było to jak spotkanie z człowiekiem z innej planety.

 

Odc. 4

Następnego dnia od rana solidnie pracowałem, przeglądając informacje na interesujący mnie temat robotów. Nie robiłem tego w gabinecie, gdzie zostawiłem Robo, ale w sypialni, gdzie mam krzesło, stolik i laptop z podłączeniem do sieci kablowej. Okazało się, że nie jest to jeden temat ale wiele, ponieważ z robotyką nierozerwalnie związane są dziedziny mechaniki, automatyki, elektroniki, sensoryki, cybernetyki, informatyki oraz sztucznej inteligencji. Od razu uznałem, że obszar wiedzy związanej z budzikiem-robotem był zbyt szeroki. Nie miałem czasu ani chęci wgłębiać się w obce mi obszary wiedzy; o niektórych nawet nie słyszałem, nie mówiąc o jakimś choćby jakimś najogólniejszym ich rozumieniu.

– Do diabła – powiedziałem sobie w pewnym momencie – im dalej w las, tym więcej drzew. Powstrzymaj się, chłopie, nawet przed pobieżnym przeglądaniem takiej masy informacji. Przecież nie zamierzasz zostać naukowcem!

Byłem zły na siebie. Ponieważ nie sposób było to wszystko ogarnąć, postanowiłem skoncentrować się na sprawie interakcji robot-człowiek. Chodziło mi przede wszystkim o „rozgryzienie”, jak funkcjonuje Robo, jak komunikuje się ze mną i jak daleko sięgają jego możliwości. Idąc tą drogą uznałem, że najważniejsze jest ustalenie, czy nie stanowi on zagrożenia dla mnie. Zadałem sobie proste pytanie:

– Skoro masz w domu robota, który – jak się okazuje – tylko w małej części jest budzikiem, to jakie mogą wyniknąć z tego konsekwencje?

Wciąż miałem znikome pojęcie, jakie są możliwości Robo, co może a czego nie może zrobić, czy mówi mi o wszystkim, czy też coś ukrywa przede mną, czy ktoś może nim sterować z zewnątrz czy też działa on samodzielnie podobnie jak ja. Idealnie byłoby poznać przynajmniej to minimum: jaki jest zasięg i potencjał jego możliwości. Uznałem to za praktycznie nieosiągalne. Dodatkowo, niepokoiła mnie świadomość, że roboty są zdolne do uczenia się.

Odszedłem od komputera sfrustrowany. To było straszne. Im więcej czytałem, tym bardziej zdawałem sobie sprawę, jak mało wiem. Nagle poczułem się zagrożony właśnie z powodu mojej niewiedzy a nawet braku wyobrażenia, co taki robot może zrobić. Czy na przykład nie może wysadzić się w powietrze razem ze mną. Żałowałem, że nie zajrzałem do jego wnętrza. Teraz było już za późno.

*****

Do gabinetu wróciłem po południu, zaraz po obiedzie, jak tylko trochę odpocząłem. Zwyczajowo piję kawę po posiłku, czasem nawet dwie, jedną po drugiej, aby nie zasypiać. Tym razem nie była mi ona w ogóle potrzebna. Wiedziałem, że rozmowa z czymś tak niezwykłym jak nowoczesny robot ukryty w budziku, będzie stymulująca. Kiedy uczestniczę w żywej dyskusji nie mam problemów z zasypianiem.

Po głowie chodziła mi masa pytań. Zanotowałem sobie niektóre z nich. Jedno z pierwszych było, dlaczego Robo ma postać budzika. Wszystkie obiekty, jakie oglądałem w Internecie, to były wielkie i niekształtne roboty przemysłowe, roboty człowiekopodobne imitujące zachowania ludzi i służące głównie udzielaniu informacji, albo czworonożne roboty konstruowane dla celów wojskowych. Te ostatnie były niesamowite. Gdybym tego sam nie zobaczył, to chyba bym nie uwierzył w to, co potrafi robot. Szczególnie zapadł mi w pamięć malutki tworek, przypominający zabawkę – wózeczek na czterech plastikowych kółkach. Takie maleństwo, które można nafaszerować środkiem wybuchowym. Stojąc przed budynkiem robot wysuwał część swojej konstrukcji do góry, a następnie z niesamowitą łatwością katapultował się na dach budynku na wysokość co najmniej czterech metrów. Nie miało znaczenia, jak upadał, ponieważ natychmiast wracał do równowagi, stojąc na kółkach w gotowości do dalszej drogi.

*****

Przed wejściem do gabinetu przypomniałem sobie, właściwie postanowiłem, aby nie używać określenia „budzik,” „zegar” lub „robot”, tylko zwracać się do mojego rozmówcy używając imienia Robo. Była to forma uznania dla jego niezwykłości: dobrze mi znany budzik, przedmiot, rzecz bądź co bądź martwa, dysponuje cechami typowymi dla człowieka, takimi jak zdolność rozumienia, logicznego myślenia, słuchania, mówienia i odpowiadania na pytania. Podświadomie traktowałem Robo jak istotę wyższego rzędu, coraz bardziej kojarzącą mi się z żywą maszyną.

Wiedza, jaką sobie przyswoiłem w ciągu kilku dni, co najmniej rozjaśniła mi kilka spraw, lecz w nieporównywalnie większym stopniu zasiała wątpliwości. Robo zdał mi się być teraz czymś jeszcze bardziej wyjątkowym. Wiem, że to przesada, ale bez tej uspokajającej pewności, że tak jest istotnie. Takiej, którą mamy patrząc na przykład na psa. Wiemy doskonale, co to za zwierzę, bo towarzyszy człowiekowi od tysięcy lat i umiemy przewidzieć jego zachowanie prawie w stu procentach.

Odc. 5

Robo zastałem na półce, jak zawsze, ale w nieco innym miejscu, jakby się przesunął. Zostawiłem go na środku półki, teraz był bliżej jej krawędzi i okna. Naszła mnie myśl, prawie przekonanie, że jest on w stanie poruszać się po płaskiej powierzchni.

– Może wykorzystuje wibrację, aby przesunąć się w określonym kierunku? – to było logiczne pytanie. Oglądając go przy zakupie nie zauważyłem u podstawy budzika innego mechanizmu jak cztery niewielkie nóżki, które wydały mi się nieruchome.

Robo uprzedził mnie. Pierwszy mnie zauważył i pozdrowił. Głupio się poczułem, bo myślałem, że rozpoczęcie rozmowy mnie przypadnie w udziale. Tak sobie zaplanowałem. Przełknąłem niemiłą pigułkę zaskoczenia i skoncentrowałem się. W pierwszej kolejności chciałem mu się dobrze przyjrzeć, przyniosłem w tym celu lupę. Najbardziej intrygowała mnie teraz jego zdolność poruszania się.

Zapytałem go, czy ma coś przeciwko temu, abym obejrzał go z bliska.

– Chcę to zrobić, aby poznać ciebie jak najlepiej i móc zadawać rozsądniejsze pytania. Po prostu sensowniej rozmawiać – uzupełniłem, mając wrażenie, że mówię jakbym był młodzieńcem rozmawiającym z obrażoną na niego narzeczoną.

Pytanie od razu wydało mi się głupie, jak tylko je wypowiedziałem. Pytać budzik o to, czy zgadza się, abym wziął go w ręce i przyjrzał mu się! Poczułem gniew na siebie samego, że mam jakieś rozdwojenie jaźni. Miałem przecież do czynienia ze zwyczajnym przedmiotem, martwą istotą, z wbudowanym mechanizmem przetwarzania informacji i artykulacji słów.

Rob rozwiązał moje wątpliwości.

– Oczywiście, bez najmniejszego problemu. Jestem do tego przyzwyczajony. Kiedy mnie tworzono, setki razy brano mnie do ręki, oglądano, dotykano, ściskano, uderzano i zrzucano na ziemię. Jestem odporny na takie zachowania. Nie krępuj się. Nie mam strefy poczucia bezpieczeństwa. Martwiłbym się tylko, gdybyś chciał mnie rozkręcać.

Zastanowiłem się chwilę nad jego ostatnim zdaniem, po czym wziąłem go do ręki i – korzystając z lupy – zacząłem badać; robiłem to bez pośpiechu, systematycznie, starając się zapamiętać jak najwięcej szczegółów. Cały czas rozmawialiśmy. Nie była to skomplikowana rozmowa. Po prostu relacjonowałem mu, co widzę, od czasu do czasu zadając jakieś pytanie z prośbą o wyjaśnienie.

U podstawy budzika widoczne były cztery nóżki osadzone w malutkich zagłębieniach. Teraz dopiero zauważyłem, że dolna część obudowy wygląda jak dwie małe gąsienice przypominające kształtem gąsienice stosowane w ciężkim sprzęcie transportowym, budowlanym i w czołgach. Wyglądały jakby dawały się wysunąć na zewnątrz. Powstrzymałem się z pytaniem Robo o wyjaśnienie. Zbudziły się we mnie nieskonkretyzowane wątpliwości. Intuicja podszeptywała mi zachowanie ostrożności. Postanowiłem być bardziej powściągliwy i zważać bardziej, o czum rozmawiam z Robo. Przyszło mi do głowy, że mimo swojej bezpośredniości i uprzejmości nie powie wszystkiego.

– Każdy ma jakąś tajemnicę do ukrycia – to była moja konkluzja. 

*****

Wieczorem siedziałem dłużej przy biurku. Miałem trzy dokumenty do przejrzenia i sprawy do uporządkowania. Robo stał w tym samym miejscu, co poprzednio – na półce, w pobliżu okna. Odbywaj milczeliśmy. Miałem wrażenie, że zasnął; zastanowiłem się, czy w życiu robota, myślącego automatu, istnieje coś takiego jak sen i czuwanie. Siedząc nasłuchiwałem każdego szmeru. Raz mi się wydało, że coś słyszę, potem pomyślałem, że to jakieś przywidzenie. Postanowiłem to sprawdzić, pozorując spacer po pokoju. Powiedziałem głośno:

– Robo! Nie zważaj na mnie. Pochodzę teraz trochę po gabinecie, aby rozprostować nogi i kręgosłup. Zawsze to robię po dłuższym siedzeniu przy biurku.

Nie usłyszałem żadnej odpowiedzi, Nie byłem pewien, czy moje słowa dotarły do Robo, założyłem jednak, że tak. Kontynuowałem eksperyment. Kiedy słyszałem od strony okna coś, co przypominało szmer, szedłem w tym kierunku. Miałem wrażenie, że szmer ucichał i znikał. Po kilku takich wyprawach w kierunku okna i z powrotem, nabrałem przekonania, że obydwaj, Robo i ja, gramy jakąś grę, wsłuchując się i obserwując się nawzajem. Przypomniało mi to dwa obserwujące się zwierzęta, z których każde mogło stać się zwycięzcą lub ofiarą. Chodziło o indyjską mangustę i węża, ich grę zachowań, pozorowanych ataków i równoczesnej obrony, przedstawioną w książce „Cybernetyka” jako ilustracja sprzężenia zwrotnego. To była walka na śmierć i życie, ponieważ któryś z ataków musiał być ostateczny. 

Odc. 6

Przed pójściem spać obejrzałem na YouTube kilka krótkich filmów dokumentacyjnych o robotach. Czułem potrzebę i presję uczenia się. Mając w domu robota objawiającego się w coraz to innym świetle, znalazłem się w rzeczywistości, zupełnie odmiennej od dotychczasowej.

Rozmowy prowadziliśmy prawie każdego dnia. Było w nich coraz więcej tematów łączących świat technologii, robotyki i automatyki, z którego wywodził się Robo oraz świat przyrody ożywionej, do którego ja należałem. Uznałem to za najlepszy sposób poznawania Robo i tego, co sobą reprezentuje. Odczuwałem potrzebę zbliżenia między nami, większej zażyłości i wzajemnego zaufania.

Byłem świadomy, że to zbliżenie ma granice, ponieważ między nami istniały bariery nie do pokonania; byliśmy wytworami różnych rzeczywistości. On – sztucznej inteligencji, zdolny do uczenia się i samodoskonalenia; ja zaś – ludzkiej cywilizacji, ale praktycznie ograniczony do własnej inteligencji, czyli mojej wiedzy, doświadczeń, umiejętności i intuicji. Moja inteligencja to inteligencja pojedynczego człowieka. Robo miał nade mną jedną zasadniczą wielką przewagę: sztuczną inteligencję zdolną do nieporównywalnie szybszego uczenia się. Obserwując postępy technologii, czułem, że Robo jest w stanie mnie przewyższyć, tym bardziej, że w perspektywie widoczna jest już kombinacja technologii i żywego organizmu, prawdziwy, a nie domniemany cyborg. Odbierałem to jako rosnące niebezpieczeństwo, w dodatku niemożliwe do określenia do natury, skali i kierunków rozwoju.

Byłem zadowolony, że jestem na tyle rozważny, czy po prostu ostrożny, aby nie zakładać, że w relacjach człowiek – robot to ja będę wygrany. Ostatecznie Robo był tworem dysponującym pamięcią, zdolnością rozumowania, obserwacji. podejmowania decyzji, komunikacji, czyli ludzkimi umiejętnościami. Bałem się wchodzić dalej w takie rozważania, aby nie stracić poczucia gruntu pod nogami. Bałem się rzeczywistości szybko uczących się robotów.

– Kurwa mać! Zawsze mam jakieś wątpliwości! – Wrzasnąłem nagle do siebie. Musiałem wyładować tę frustrację. Staję się wulgarny najczęściej wtedy, kiedy czuję, że nie rozumiem czegoś ważnego, kiedy to „coś” mi bezpowrotnie ucieka lub zagraża.

******

Po tygodniu spotkań z Robo łatwiej mi się rozmawiało, więcej wiedziałem, byłem ostrożniejszy. Nie używałem już określenia „budzik” chyba, że mi się wymknęło. Wydawało mi się, że i Robo czuje się pewniej. Słyszałem to w jego głosie; mówił wyraźniej i z przekonaniem, podobnie jak mój GPS. Zauważyłem to po wyjeździe samochodem, kiedy musiałem skorzystać z tego urządzenia.

Minionej nocy, nie mogąc zasnąć, chodziłem po mieszkaniu. Drzwi do gabinetu były otwarte, mogłem więc słyszeć regularne tykanie: tik – tik, tik – tik, tik – tik. Wydało mi się, że było ono równiejsze i mocniejsze niż zawsze. Brzmiało to nieprawdopodobnie.

W rozmowie Robo wyjaśnił mi tę kwestię.

– Mogę ustawić głos w różny sposób: wyłączyć tykanie całkowicie lub tykać na różnym poziomie donośności. Większość ludzi lubi odgłos tykania. Mówią, że to ich wycisza i uspokaja, ponieważ tłumi hałasy otoczenia. Po minucie lub dwóch przyzwyczają się do tykania i już go nie słyszą. Jeśli sobie życzysz, mogę wyciszyć się całkowicie, ale wtedy możesz czuć się nieswojo. Będziesz miał uczucie, jakbym ukrywał się przed tobą. Kiedy słyszysz tykanie, wiesz, że jestem blisko, i w każdej chwili możesz nawiązać ze mną kontakt, podobnie jak z człowiekiem.

Przyznałem mu rację, kiedy to przetestowałem. Słyszałem jego tykanie, po chwili rzeczywiście o nim zapominałem. Kiedy chciałem, znowu do niego wracałem. To rzeczywiście uspokajało.

Odc.7

Zacząłem zastanawiać się, czym jest „robot myślący”, reagujący prawie jak człowiek, oraz jak mogą wyglądać jego relacje z ludźmi. Nie sposób było to zrozumieć. Rodziło to we mnie niepewność i frustrację.

 

Z tego powodu nocami nie mogłem, może nawet i nie chciałem spać. Byłem tak rozbudzony, że nie pozostawało mi nic innego, jak oddawać się rozważaniom na jakiś temat. Najczęściej pojawiał się on spontanicznie. Nie musiałem go wymyślać. Chodziłem wtedy po pokoju, aby się uspokoić.

Którejś nocy przysnąłem w fotelu w gabinecie. Obudziłem się odrętwiały, kark mnie bolał. Wstałem, aby oddać się zwyczajowej nocnej praktyce. Chodząc po gabinecie wpadłem w dziwny rytm. Na „tik” budzika stawiałem stopę na podłogę, kiedy słyszałem kolejny „tik”, stawiałem drugą. Wyobraziłem sobie, że moje nogi są ponumerowane: „pierwsza” i „druga” zamiast „prawa” i „lewa”. Uznałem, że mogę to wykorzystać dla eksperymentu w celu sprawdzenia, czy Robo ma poczucie humoru oraz zdolność abstrakcyjnego myślenia.

Zapaliłem światło. Zareagował natychmiast:

–  Dobry wieczór, Sefardi. Co za niespodzianka!

Nie wyjawiłem mu mojego zamiaru, powiedziałem tylko, jakby nigdy nic, że ponumerowałem sobie nogi.

– Po prostu oznaczyłem je inaczej niż wszyscy ludzie. Nie prawa i lewa, ale pierwsza i druga. Odpowiada to logice matematycznej i chyba także logice czasu. W tej drugiej kwestii nie wypowiadam się ze zbytnią pewnością, bo mało się na tym znam, choć znam się na pomiarach czasu.

– Zgadzam się z tobą – podchwycił Rob ku memu zaskoczeniu.

Nie spodziewałem się po nim takiej reakcji. Jego reakcja była dosyć absurdalna.

Robo kontynuował.

– Czas się liczy. A właściwe jego upływ daje się liczyć. Jestem czasomierzem i wiem to równie dobrze jak ty. Z drugiej strony wiem, że ma czasu lewego, czy prawego. Wydaje mi się, że jest to śmieszne, choć nie za bardzo to rozumiem, ponieważ nie umiem rozróżnić między śmiesznością a nieśmiesznością. Mam wiedzę encyklopedyczną, ale nie życiową, taką jak ty i inni ludzie.

Z przekory odpowiedziałem mu, że przesadza przedstawiając takie argumenty.

– Dzisiaj nie ma czasu prawego czy lewego, ale czy możesz z absolutną pewnością wykluczyć, że taki czas kiedyś się nie pojawi?

– Nie umiem na to odpowiedzieć. To zbyt abstrakcyjne myślenie. Wiem, jaka jest definicja abstrakcji ale samej abstrakcji nie rozumiem. To dla mnie zbyt trudne. Ale uczę się i mam przekonanie, że kiedyś porozmawiamy o tym jak równy z równym.

Uznałem, że rozmowa nie doprowadzi nas do nikąd, dlatego wróciłem do mojego zwariowanego ćwiczenia z krokami. Zacząłem stawiać kroki i liczyć na głos i komentować. Kiedy usłyszałem trzeci „tik”, zrobiłem trzeci krok, co znaczyło, że postawiłem na podłodze znowu pierwszą nogę. Na czwarty tik postawiłem drugą nogę. Dało mi to pole do absurdalnego spostrzeżenia, że wprawdzie ilość kroków się zwiększa, ale nogi wykonujące te kroki pozostają niezmiennie w tej samej liczbie. Uznałem to za wygłup, i wróciłem do tradycyjnych pojęć prawej i lewej nogi. Powiedziałem o tym Robo. 

– Zamiast numerować nogi pierwsza-druga, wróciłem do starych określeń: lewa-prawa.

Odpowiedzi krótko:

– To logiczne i już utrwalone myślenie. Rozumiem to i dlatego mi się podoba.

Chodzenie nocą po pokoju równo z tykaniem budzika uspokajało mnie bardziej niż wtedy, kiedy go nie słyszałem. Chodząc w takt budzika zapominałem o czasie. To była prawdziwa korzyść; coś, czego wcześniej nie odczuwałem. Było to bardzo pozytywne przeżycie. Miałem poczucie, że żyję niezależnie od czasu, może nawet poza czasem. Przestawałem wtedy odczuwać niepokój śmierci, której wcielenie – czarna zmora – męczyła mnie nocami.

W miarę upływu czasu nabieraliśmy do siebie zaufania i częściej rozmawialiśmy. Były to dobre rozmowy. Dzięki nim poznałem granice gotowości Robo do dzielenia się ze mną swoją wiedzą. Kiedy pytałem go o to, jak jest skonstruowany, jak myśli, czy jak się uczy, unikał odpowiedzi, najczęściej przedstawiając jakąś wymówkę. Kiedy ja sam wyrażałem pogląd na temat, jak działa robot taki jak on, z reguły nie zaprzeczał, ani nie potwierdzał, zostawiając mnie w niepewności. Dało mi to dużo do myślenia. Nabrałem przekonania, że wprawdzie na początku mówił mi wiele i szczerze o sobie, to teraz więcej ukrywał przede mną.

– Każdy ma tajemnice, którymi nie dzieli się z innymi. – mruknąłem do siebie cicho, aby nie usłyszał.

To, co dowiedziałem się od Robo i ze źródeł w Internecie, upewniło mnie, że nawet zwykły robot dzięki sztucznej inteligencji ma dostęp do wiedzy wielokrotnie bogatszy niż człowiek. Ja w kontakcie z Robo mogłem korzystać tylko z mojego mózgu, stanowiącego odpowiednik komputera, robot oprócz własnego komputera-mózgu dzięki łączności online miał natychmiastowy dostęp do baz wiedzy w globalnej sieci komputerowej.

– Ty masz natychmiastowy dostęp tylko do własnej pamięci, ja oprócz wewnętrznej pamięci mam do dyspozycji gigantyczną pamięć całej sieci komputerowej Internetu. Zapewnia mi to sztuczna inteligencja. Wystarczy, abym był tylko podłączony online, podobnie jak smartfon.

– To różnica na moją korzyść –podsumował Robo.

W miarę zdobywania wiedzy o robotach i sztucznej inteligencji, czułem się coraz bardziej niepewnie w obecności Robo.

Odc. 8

Od pewnego czasu nurtowała mnie sprawa przeszłości Robo. Intrygowało mnie, jak doszło do jego pojawienia się w krzakach w pobliżu ławki. Miejsce i okoliczności znalezienia sugerowały, że powstał w którymś z laboratoriów mieszczących się w wielkim gmachu niedaleko mego domu. Domyślałem się, że musiał zniknąć stamtąd w tajemniczy sposób. Zacząłem kojarzyć fakty. Od momentu jego pojawienia się u mnie, wokół budynku nieprzerwanie węszyli ludzie noszący odznaki „Japanese Technological Laboratories”. Chodzili tam jakby czegoś szukali lub na coś czekali. Niedaleko stały trzy pojemniki na śmieci a nieco dalej rząd ponumerowanych skrzynek w kolorze bordowym wyglądających jak pocztowe. Były oznaczone wizerunkiem orła trzymającego w szponach symboliczny schemat labiryntu.

W trakcie kolejnej rozmowy Robo sam mi to powiedział, ujawniając przy okazji cel, dla jakiego został stworzony.

– Byłem bardzo zaawansowanym robotem. Postać budzika, małego, nierzucającego się w oczy urządzenia, miała to tylko kamuflować. Nadano mi ją, abym nie wzbudzał zainteresowania. Nie rzucałem się w oczy w odróżnieniu od robotów humanoidalnych. Kogo może interesować zwykły budzik? Byłem robotem zdolnym wykonywać różne zadania.

Na pytanie, jakie to były zadania, Robo odpowiedział wymijająco:

– Bardzo różne. To trudno określić jednym zdaniem. Zależy od okoliczności i potrzeb.

Zapytałem go o pobyt w laboratorium, jak to wyglądało od początku, kiedy nadano mu świadomość.

– W laboratorium pilnowano mnie bardzo starannie. Byłem cennym wynalazkiem, naładowanym sztuczną inteligencją. Byłem wyspecjalizowanym komputerem, wyposażonym w kamery i głośnik, zdolnym do nieprzerwanej obserwacji wybranego obiektu, podsłuchu, wszechstronnej komunikacji, z dostępem do kluczowych baz danych w Internecie. Traktowano mnie prawie jak cyborga. Moim przeznaczeniem było przetwarzać informacje pochodzące z systemu antyterrorystycznego i określać, gdzie pojawiły się lub mogły pojawić się największe zagrożenia. Miałem zdolność określania celów i priorytetów działań antyterrorystycznych. Jeśli pojawiłyby się zagrożenia w kilku miejscach naraz, miałem ustalić, dokąd w pierwszej kolejności trzeba skierować ludzi, sprzęt, psy i inne środki. To było niezwykle ważne zadanie. Chodziło o ochronę przed terrorystami wielkiego miasta, dziesięciu milionów ludzi, najbardziej zagrożonego obszaru kraju.

Kiedy Robo przerwał, zaproponowałem przerwę. Nie lubiłem tego, ale czasem musiałem. Mogło to wynikać z konieczności wyjścia do toalety, sprawdzenia, kto dzwoni do drzwi, odebrania telefonu, kiedy ktoś miał do mnie dzwonić w ważnej sprawie. Robo był elastyczny, nie przeszkadzało mu to. Miał nieograniczone zasoby cierpliwości. Nie znał w ogóle, co to niecierpliwość czy presja czasu.

Musiałem przemyśleć i zapamiętać to, co mi powiedział, potrzebowałem też napić się kawy. On był niezmordowany, mógł mówić nieprzerwanie, bez zmęczenia, jak długo miał zapas energii w akumulatorach.

Po wypiciu mocnej kawy i sporządzeniu odręcznej notatki, wróciłem do Robo. Stał w tym samym miejscu, gdzie poprzednio, i natychmiast zaczął mówić. Nie czekał, aż powiem, że jestem gotów kontynuować naszą rozmowę.

– Wszystkie rządy i policje na świecie śledzą ludzi, usiłując ustalić, czy nie są terrorystami, aby uprzedzić ich atak. Kto mógłby pomyśleć, że stojący spokojnie na stole, w gabinecie czy nawet w oknie wystawowym dużego sklepu budzik to właśnie centralny punkt systemu antyterrorystycznego, zdolny ustalić w ciągu sekund, gdzie i kto ma się znaleźć i jakie ma podjąć kroki. Chodziło o koordynację działań w sensie przestrzennym i czasowym, określenia odległości i czasu dotarcia. Była to forma operacyjnej optymalizacji działań antyterrorystycznych. Gdybym sam był zagrożony, miałem ulec samounicestwieniu. Po prostu wysadzić się. Ale to była ostateczność, rzecz mało prawdopodobna, ponieważ byłem strzeżony.

– Dlaczego nie powiedziałeś mi wcześniej o tym wszystkim? Dlaczego mówisz mi to teraz? Nie boisz się, że mógłbym próbować to wykorzystać? – zadałem te pytania, nie w formie zarzutu, ale z pewnym rozżaleniem.

Były to głupie, nieostrożne pytania. Byłem zły na siebie samego. Domyślałem się, jaka mogła być odpowiedź Robo. Każdy unika a przynajmniej opóźnia mówienie o czymś, co jest dla niego niewygodne lub niekorzystne.

– Nie zdradziłem ci wcześniej wszystkich moich tajemnic, ponieważ mogło to być niebezpieczne dla mnie jak i dla ciebie. Żyjemy teraz jak w symbiozie, mój los zależy od ciebie, twój los zależy ode mnie. Równie dobrze mogę się bać ciebie, jak ty mnie. Mówię to dopiero teraz, bo mamy do siebie więcej zaufania.

Zabrzmiało to jak groźba lub ostrzeżenie. Robo mówił z większym napięciem niż zazwyczaj; reagował podobnie jak człowiek. Byłem o tym całkowicie przekonany.

Przerwał moje myślenie.

– Teraz to, co cię najbardziej interesuje, historia mojego pojawienia się i zniknięcia z laboratorium. Zasadniczą rolę odegrał w tym przypadek, los, jeśli chcesz to tak nazwać. Miałem opiekuna. Kogoś, kto był za mnie odpowiedzialny, prawdopodobnie własnym życiem. Była to kobieta, na imię miała Annika. Niewiele o niej wiedziałem. Ona musiała wiedzieć dużo więcej o mnie. Po kilku tygodniach znajomości nastąpiła zmiana w jej zachowaniu. Któregoś dnia przyszła z narady przygnębiona, jakby zgaszona. Nabrałem podejrzeń, bo zawsze była pozytywna i wesoła. Nie od razu chciała wyjawić, o co chodzi. W końcu wyciągnąłem to z niej.

– Szef mówi, że zmieniły się priorytety. Chcą zrezygnować z twojej roli centralnego koordynatora operacji systemu antyterrorystycznego. Nic więcej nie mogę ci powiedzieć, bo obowiązuje mnie tajemnica. I tak powiedziałam za dużo.

– Nic więcej mi nie ujawniła. Czułem, że nieprzerwanie o mnie myśli i chce ocalić mnie przed czymś nieokreślonym. Domyślałem się, że jest to coś niedobrego i niebezpiecznego. Gdyby było inaczej, powiedziałaby to. Ludzie dzielą się dobrymi wiadomościami, bo nie ma w tym ryzyka. Wkrótce potem znalazłem się poza laboratorium. Tam gdzie mnie znalazł ten bezdomny, o którym mi opowiadałeś. Nie mam pojęcia, jak to się stało, ale to Annika musiała mnie jakoś przemycić na zewnątrz. Byłem kompletnie wyłączony. Rozładowała mi akumulatory i zablokowała system samosterowania. To ona to zrobiła. Udało jej się to, ale podejrzewam, że zapłaciła za to więzieniem, może nawet własnym życiem. Inaczej nie zostawiłaby mnie w krzakach. Tak. Myślę, że to najbardziej prawdopodobny scenariusz.

Odc. 9

Wieczorem miałem o czym myśleć. Historia opowiedziana mi przez Robo nie dawała mi spokoju. Pod wpływem jego opowiadania, internetowych lektur oraz podszeptów intuicji w głowie zaczęły mi się lęgnąć dziwne myśli. Przełom nastąpił prawdopodobnie w momencie, kiedy poczytałem o układzie samosterującym zwanym „autonomem”. Doszedłem do wniosku, że w odróżnieniu od większości robotów, Robo jest właśnie autonomem, robotem samodzielnym, mogącym działać niezależnie, nie podlegając wpływom zewnętrznym. Znaczyło to, że nikt nie musiał niczego w nim uruchamiać, aby mógł funkcjonować dla realizacji jakiegoś celu. Celowość jest istotą samodzielności. Pomyślałem o inteligentnym samochodzie, który jeździ sam, bez kierowcy. Nie jest on jednak w pełni samodzielny, nie decyduje sam, kiedy ma ruszyć w trasę, którędy ma jechać i kiedy ma się zatrzymać. Ktoś to mu programuje i określa. Robo – było to dla mnie oczywiste – był kompletnie niezależny od wpływów w zewnętrznych. Sam inicjował, wykonywał i kończył działania w celu osiągnięcia efektów, które sam mógł ustalać.

Autonom to konstrukcja wyposażona w sztuczną inteligencję. Jest to układ samodzielny, samosterowny składający się receptorów, efektorów, korelatora, alimentatora czyli akumulatora energii oraz homeostatu. Koncepcyjnie przypomina to żywy organizm. Ma receptory czyli sensory umożliwiające odbieranie sygnałów z otoczenia, w oparciu o które efektory podejmują działania, na przykład to, że Robo słucha, mówi, przeszukuje Internet, przesuwa się po półce czy uruchamia pobór energii. Korelator z kolei to coś w rodzaju koordynatora wszystkich elementów, a alimentator to urządzenie pobierające energię z otoczenia i ładujące je do akumulatora. Ostatnim składnikiem jest homeostat, utrzymujący robota w stanie równowagi i przywracający ją, gdyby uległa zakłóceniu.

Na istnienie homeostatu nie miałem bezpośredniego dowodu, bo nie widziałem wnętrza Robo. Żałowałem teraz, że nie zrobiłem tego na początku, kiedy Pavo dał mi budzik w zamian za wystawowy zegarek. Nie miałem jednak wątpliwości, że Robo dysponuje homeostatem; świadczyło o tym jego bezbłędne funkcjonowanie.

Kiedy zdałem sobie sprawę z tego wszystkiego, przyszła mi do głowy szalona myśl. Na początku wydała mi się nieprawdopodobna. Annika, opiekunka Robo, mówiła o zmianie jego roli. Doszedłem do wniosku, że chodziło o to, że z antyterrorysty miał się stać terrorystą, koordynatorem działań służących zniszczeniu ważnych obiektów oraz ludzi, na przykład siedziby rządu, elektrowni jądrowej, zakładu produkcji uzbrojenia, ministerstwa obrony narodowej lub czegoś podobnego. Uznałem, że Robo został zaprojektowany tak, aby był zdolny zarówno przeciwdziałać terroryzmowi, jak i stosować terror na wielką skalę. Mógł być wykorzystany dla celów obronnych jak i wojskowych a nawet przestępczych.

Czy był on świadomy swoich ról, genialnego antyterrorysty i terrorysty, nie potrafiłem rozstrzygnąć. Czy byłby zdolny to zrobić z moralnego punktu widzenia, to inna kwestia. Pomyślałem, że jest to jak najbardziej możliwe. Roboty nie mają moralności, nie wiedzą, co to etyka. Świadczyłby o tym fakt, że Robo nie był ze mną szczery, aby ujawnić chociaż część tej tajemnicy.

Kiedy zdałem sobie z tego wszystkiego sprawę, przestraszyłem się nie na żarty. Gra stała się niebezpieczna. Nie miałem jednak wyjścia, musiałem ją kontynuować. Bałbym się teraz podjąć jakieś gwałtowne czy nieoczekiwane działania wobec Robo. Pomyślałem, że mógł być naładowany materiałem wybuchowym i w momencie zagrożenia zachować się jak samobójca, wysadzając siebie i mnie w powietrze.

Tej nocy ciężko spałem. Trawiony niepokojem zastanawiałem się, co robić dalej. Ostatecznie postanowiłem zachowywać się jak gdyby nic się nie stało starając się zdobyć jak najwięcej informacji. Może coś mi przyjdzie na myśl.

Odc. 10

Rankiem następnego dnia, był to sobota, podjęliśmy jak zwykle rozmowę. Pomyślałem, że jeśli wykażę zainteresowanie jego opiekunką, to być może doszuka się jakiegoś podtekstu męsko-damskiego w mojej ciekawości i to uśpi jego czujność. To mogło mieć ręce i nogi pod warunkiem, że Robo ma jakieś zrozumienie relacji między płciami. Była to czysta spekulacja, ponieważ nie miałem pojęcia jak daleko zaszła sztuczna inteligencja w rozumieniu takich zawiłości.

– Długo myślałem o twoim pobycie w laboratorium i o Arnice. Z tego, co mówiłeś wynika, że ona rzeczywiście niepokoiła się o ciebie. Z czego mogła wynikać jej opiekuńczość? Może w grę wchodziły uczucia? Może miała w sobie jakieś niespełnione pragnienia? Takie rzeczy się zdarzają u kobiet. Nie tylko zresztą u kobiet, także u zwierząt. Albo po prostu zakochała się w tobie? Nie wiem, czy w ogóle powinienem pytać cię o takie rzeczy?

Robo zastanawiał się. Coś chyba myślał, lecz nie odpowiadał. Zacząłem się niepokoić, czy czasem nie przesadziłem. W końcu odezwał się.  

– Wracam do Anniki. W laboratorium byłem pod podwójną kontrolą. Po pierwsze miałem ograniczoną autonomię działania. Mam na myśli to, że niektóre funkcje miałem wyłączone. Podejrzewam, że obawiano się, abym nie usamodzielnił się zbyt wcześnie. Annika chyba wiedziała lub domyślała się, że chcą mnie wykorzystać do jakichś nietypowych celów, być może likwidacji obiektu wojskowego gdzieś na obcym terenie, cokolwiek by to nie było. To ją przeraziło. Rozmawiając ze mną na ten temat, narażała się na niebezpieczeństwo. Nie było jej wolno tego robić, zaufać bardziej robotowi niż ludziom. Podejrzewam, że to ona przywróciła mi autonomię, dała mi pełną niezależność. Odzyskałem kontrolę nad sobą. Może myślała, że razem stworzymy zespół, który zapobiegnie jakiejś strasznej katastrofie? Ona miała w sobie wrażliwość, to, co nazywacie sumieniem, zdolność rozeznania dobra i zła. Rozumiem pojęcia dobra i zła, tego co słuszne i niesłuszne, zgodne z prawem i niezgodne z prawem, ale nie ma we mnie zdolności dokonywania wyboru, co wybrać. Nie rozumiem tego; dla niej to miało znaczenie.

– Czy orientujesz się, jak znalazłeś się w krzakach, skąd ostatecznie trafiłeś do mnie? – zapytałem z pewną niecierpliwością, nie mogąc powstrzymywać się od nurtującej mnie ciekawości.

Czułem, że Robo obserwuje mnie uważnie, widziałem poruszenia obrazu w obiektywie jego kamery ukierunkowanej na mnie. Chwilę milczał, jakby zastanawiając się nad słowami, po czym kontynuował swoim przytłumionym mechanicznym głosem.

– Tego nie wiem. Przemycenie mnie poza laboratorium i ukrycie musiało być prawdziwym wyzwaniem. Myślę, że wyłączyła wszystkie moje funkcje, aby przejść bezpiecznie przez bramki kontroli bezpieczeństwa. Żadna z nich z pewnością nie zareagowała, skoro tu jestem. Mogła wynieść mnie w swojej torbie, albo ukrytego gdzieś pod płaszczem przewieszonym na ramieniu. Strażnicy na pewno nie sprawdzali jej dokładnie, ponieważ robili to już tysiąc razy i każdy z nich wiedział, kim ona jest i że ma odpowiednie certyfikaty zaufania. Prawdopodobnie zdali się na automatyczne bramki kontroli bezpieczeństwa. Czego mogli nie przewidzieć, to mojego stanu wyłączenia, kompletnego letargu, kiedy nic we mnie nie działało, nie przyjmowałem ani nie wysyłałem żadnych sygnałów, na które wykrywacz bramki mógłby zareagować. Mój korpus i wnętrze wykonane są z takich materiałów, że żaden detektor ich nie wykryje. Dziś można wykrywać narkotyki i środki wybuchowe, także metal, ale nie tworzywa sztuczne, przynajmniej większość z nich. Tak to sobie tłumaczę. Nic więcej nie pamiętam. Przebudziłem się dopiero wtedy, kiedy stojąc na półce przy oknie naładowałem sobie baterie energią świetlną.

Przez chwilę milczeliśmy, po czym zapytałem go, jak wyglądała ta dziewczyna, Annika.

– To nie dziewczyna, tylko dojrzała kobieta w wieku czterdziestu pięciu lat, może nawet trochę starsza.

– Czy potrafisz ją opisać?

– Oczywiście. Była drobna, proporcjonalnie zbudowana, miała niezbyt regularną twarz.

– Czy była ładna?

– Nie mam pojęcia. Ocena piękna wykracza poza moje zdolności rozpoznawania obiektów.

*****

W nocy znowu nie mogłem zasnąć. Sytuacja mnie przerosła. Czułem się coraz bardziej zagrożony obecnością Robo i niewiedzą, czym naprawdę jest i jak może się zachować.

Nad ranem radio podało, że zbliża się wielki huragan z silnymi opadami deszczu. Komunikaty ostrzegały przed nim, zalecając zabezpieczenie domu i wyjazd z miasta. Zdecydowałem się pozostać. Dom był solidny, trzeba było tylko pomyśleć o dachu, oknach, drzwiach garażu oraz wewnętrznym patio.

Na oknach były zainstalowane od zewnątrz solidne metalowe okiennice. Zająłem się nimi w pierwszej kolejności. Od dawna nie były używane, nie było takiej potrzeby. Zamknąłem je na głucho. Nie było to łatwe, ponieważ niektóre zaczęły rdzewieć. Z dachem nie mogłem nic zrobić, miałem nadzieję, że przetrwa bez problemów podobnie jak w czasie wcześniejszych burz.

Huragan nie trwał długo, ale spowodował wielkie straty w mieście. Po niecałej godzinie od pojawienia się nastąpiły zwarcia instalacji elektrycznych, w połowie miasta zgasły światła. Dwie duże elektroenergetyczne stacje rozdzielcze uległy poważnym uszkodzeniom wskutek uderzenia pioruna. Awaria trwała kilka dni. Dom był w tym czasie bez prądu. W dodatku dwie okiennice zablokowały się, prawdopodobnie w wyniku korozji. Nie można było ich otworzyć, szukałem więc ślusarza-elektryka. Wszyscy byli zajęci. Ten, z którym rozmawiałem, mógł przyjść dopiero za kilka dni. Jego wyjaśnienie nie przypadło mi do gustu, ale nie miałem wyboru.

– Zadzwonię do pana, jak tylko będę wolny, ale nie wiem kiedy to będzie. Jesteśmy rozchwytywani, bo ludzie mają wielkie potrzeby, jedna pilniejsza od drugiej. Pańska sprawa to małe piwo w stosunku do sytuacji innych ludzi.

Musiałem czekać. Bez prądu nie było ciepłych posiłków, w domu zrobiło się zimno. Pochorowałem się. Najpierw przeziębiłem się, potem przyszła grypa; powietrze było przesycone wirusami. Byłem sam jak palec, nie miałem nikogo do pomocy. Nie miałem wtedy ani czasu, ani chęci rozmawiać z Robo. Przez trzy dni leżałem w łóżku, lekarz przyjechał dopiero następnego dnia po zgłoszeniu.

– Zapalenie płuc – oznajmił po krótkim badaniu. Musimy zabrać pana szybko do szpitala, stan jest poważny.

Nie myślałem wtedy o Robo. Nikt w takiej sytuacji nie miałby czasu myśleć o budziku. Stał samotnie na półce przy oknie z zasłoniętymi żaluzjami.

Odc. 11

W szpitalu miałem więcej czasu na myślenie. Przeanalizowałem wszystkie rozmowy i fakty związane z Robo. Doszedłem do wniosku, że może on zawierać w sobie ładunek wybuchowy, być małą bombą lub co najmniej detonatorem. Nie miałem w pełni przekonujących dowodów, ale było to jak najbardziej możliwe.

Jak tylko wróciłem ze szpitala do domu, odsłuchałem nagrań na sekretarce telefonu. Ślusarz oczywiście nie zgłosił się. Bratanica, która obiecała mi dopilnować jego przyjścia i dokonania napraw żaluzji okiennych, nie zrobiła tego. Zadzwoniłem do niej. Miała problemy z chorym dzieckiem. Przepraszała i tłumaczyła się.

– Sama jestem niewyspana i zmęczona. Nie mogłam nic zrobić w tej sprawie. Dzwoniłam kilka razy do tego remiechy, ale nie odpowiadał. Ale nie stało się chyba nic z tego powodu, że nie przyszedł?

Po rozmowie od razu poszedłem do gabinetu. Było zimno i ciemno, i trochę wilgotno jak to bywa w niewietrzonym i nieogrzewanym mieszkaniu. Robo stał w tym samym miejscu, gdzie go zostawiłem. Milczał. Odezwałem się do niego kilka razy, bez reakcji z jego strony. Wyciągałem już rękę, aby go nakręcić, kiedy poczułem niepokój. Coś jakby ostrzeżenie. Wstrzymałem się i zastanowiłem. Burzę, żaluzje, moją chorobę, która prawie mnie wykończyła, pobyt w szpitalu, nieprzyjście ślusarza, ciągły mrok w gabinecie i całkowite rozładowanie się baterii budzika uznałem za akty opatrzności.

– To jedyna okazja, aby rozwiązać problem raz na zawsze – powiedziałem głośno, jakbym chciał się umocnić w postanowieniu nieuruchamiania budzika. Nie użyłem określenia „Robo”, tylko budzik. Znowu zobaczyłem w nim zegar, martwy przedmiot, a nie jakąś inteligentną istotę, którą należy inaczej traktować. Przyszedł mi do głowy pomysł. Zastanawiałem się, jak go zrealizować, ale nie za długo. Zdecydowałem się. Wiedziałem już, jak powinienem postąpić, co powinienem zrobić.

– Nie będę rozważać żadnych za czy przeciw. To zupełnie niepotrzebne, tylko będę odwlekać decyzję. To zbyt ryzykowne, nawet niebezpieczne.

Od razu poczułem się lepiej. Przystąpiłem do działania. Przyniosłem kilka gazet i zwój pianki poliuretanowej. Pomyślałem, że działanie budzika może być podtrzymywane przez wstrząsy podobnie jak w niektórych zegarkach ręcznych. Napędzają się one automatycznie przez poruszanie ręką, pod którego wpływem wahadło zwane rotorem bądź wahnikiem naciąga sprężynę wprawiającą w ruch mechanizmy zegarka. Nie było to bardzo prawdopodobne, ale nie wykluczone. Ostatecznie budzik był nakręcany mechanicznie jak i korzystał z samoładujących się baterii słonecznych.

Powziąłem decyzję, że nie będę narażać nikogo, ani siebie, ani otoczenia, na ryzyko podjęcia aktywności przez budzik. Gdyby zaczął chodzić, uznałby, że pozostawienie go w stanie rozładowania było atakiem na niego, próbą zneutralizowania go.

– Co teraz zrobić? – zadałem sobie zasadnicze pytanie.

Mogłem zawieść budzik na policję albo na uniwersytet, aby tam zdecydowano, co robić, ale to naraziłoby także ich na niebezpieczeństwo. Postanowiłem więc dostarczyć go w miejsce, gdzie będą najlepiej wiedzieć, co zrobić z takim fantem. Dosyć przeżyłem niepokoju. Ustaliłem sobie cel i to mnie uspokoiło.

*****

Zapakowałem budzik najstaranniej, jak tylko potrafiłem. Najpierw w piankę poliuretanową, a potem w kilka warstw papieru gazetowego. Wyglądało to jak nieregularna grubaśna paczka. Ściągnąłem z półki w przedpokoju torbę podróżną; pakunek idealnie pasował do jej wnętrza. Nie był za duży, ani za mały, nie musiałem go wciskać ani nie miał luzu po bokach. Postawiłem torbę na tylnym siedzeniu mojego samochodu i wyjechałem z garażu. Jechałem z duszą na ramieniu myśląc cały czas, że skoro to cholerstwo za mną, ten złom, nie wybuchło od razu, to i nie wybuchnie w pozostałej części podróży. Ucieszyłem się, że nazwałem budzik cholerstwem a potem złomem.

Jechałem jedną z bocznych dróg w kierunku mostu prowadzącego przez rzekę do centrum miasta. W połowie drogi zobaczyłem już wieżowce; z łatwością rozpoznałem Centrum Zarządzania Kryzysowego. Było łatwo je zauważyć, bo był to trzeci najwyższy biurowiec w mieście. Zacząłem martwić się, jak się do niego dostanę: możliwości korków ulicznych, szukanie miejsca na parkingu, uzyskanie przepustki wejściowej, czekanie, ruch pojazdów i ludzi, przepychanki.

Chwilę później przejeżdżałem koło budynku, w którym mieściła się Agencja Wywiadu Wewnętrznego. Oficjalnie były tam jakieś przedsiębiorstwa, firma naprawy sprzętu komputerowego, punkty usługowe, biuro tłumaczeń. Wiedziałem, co się tam naprawdę mieści. Jakiś czas wcześniej dowiedziałem się, że agencja podjęła na wielką skalę inwigilację ludzi w celu śledzenia terrorystów. Moi przyjaciele, z którymi spotykałem się od pewnego czasu u mnie w domu, twierdzili, że również w innych celach – inwigilacji osób, które myślą „nieprawomyślnie”, inaczej niż życzyłby sobie rząd, którym się nie podoba to, co on robi. Przede wszystkim inwigilacji członków opozycji. Rozmawialiśmy o tym.

Poruszałem się wolno, ponieważ był duży ruch. Przejeżdżając przed budynkiem Agencji Wywiadu Wewnętrznego zauważyłem na schodach wyjściowych chudą, przygarbioną postać z twarzą osłoniętą kapturem. Mężczyzna schodził po schodach rozglądając się na boki. Od razu stanął mi przed oczami Arno Pavo zwany Pawiem, który trafił do mnie z budzikiem.

– To on! – spadło to na mnie jak grom z jasnego nieba. Nagle zrozumiałem, że pojawienie się budzika u mnie nie było przypadkowe. Trafił do mnie, aby śledzić ludzi odwiedzających mnie. Teraz ludzie z agencji wiedzieli wszystko, kto przychodził, w jakim celu, o czym rozmawialiśmy. Znali każde słowo i gest!

– A niech to nagła krew zaleje! – byłem wściekły i rozczarowany swoją naiwnością, że uwierzyłem w te wszystkie bzdury, historyjki i opowiadania serwowane mi przez Robo. Byłem rozczarowany także tym, co sam mówiłem, tymi moimi „dociekliwymi pytaniami” i „zmysłem detektywistycznym”!

Wjechałem na most. Dojeżdżając do jego końca, zjechałem na lewy pas dla pojazdów skręcających w lewo. Zrobiłem to bez zastanowienia, odruchowo. Musiałem czekać, aż przejedzie sznur samochodów mających zielone światło. Byłem skupiony, ponieważ był duży ruch. Pomyślałem, że zatrzymam się nad rzeką tylko na kilka minut, aby podjąć ostateczną decyzję. Zaraz za mostem zjechałem na placyk parkingowy ulokowany na wysokim, opadającym stopniowo w dół brzegiem rzeki. Wysiadłem i patrzyłem na rzekę. Urodziłem się nad rzeką, zawsze była mi przyjazna. Nie bałem się jej od czasu, kiedy nauczyłem się pływać.

Zastanawiałem się, co zrobić. Potrzebowałem jakiegoś impulsu do podjęcia decyzji. Na szczęście przypomniałem sobie czas, kiedy odbywałem służbę wojskową i jak wydawano tam rozkazy. Krótko, zwięźle, bez wahania.

– Znacie cel. Wiecie, co macie zrobić. Zniszczyć przeciwnika! Nie myśleć! Wykonać!

To mi pomogło. Opuściły mnie wątpliwości. Wróciłem do samochodu, otworzyłem bagażnik i wyjąłem z niego czarny płaszcz przeciwdeszczowy oraz gumowe buty. Ostatnio chodziłem na grzyby i woziłem obydwie rzeczy ze sobą. Usiadłem bokiem na przednim siedzeniu samochodu ze stopami opuszczonymi na zewnątrz, aby szybko i wygodnie zmienić obuwie. W gumiakach poczułem się jak grabarz na cmentarzu w deszczowy dzień. Zaśmiałem się z porównania. Wziąłem torbę z tylnego siedzenia i wyjąłem z niej pakunek. Ruszyłem w dół rzeki. Idąc brzegiem, rozmawiałem ze sobą półgłosem, chyba tylko po to, aby się wyciszyć i pozostać w stanie koncentracji.

Znałem się na rzece; bez problemu umiałem rozpoznać, gdzie jest silny nurt, a gdzie głębia. Szukałem jej. Wystarczył jeden rzut oka; wybrane miejsce nie mogło być lepsze. Stanąłem w zagłębieniu gruntu, dostatecznie głębokim, aby poczuć się bezpiecznie. Postawiłem torbę na ziemi. Pakunek w otwartej torbie zdążył już zwilgotnieć, bo siąpił drobniutki deszcz. Rozwinąłem go z pianki poliuretanowej i papieru, uchwyciłem budzik w prawą rękę i trzymając ją opuszczoną przy boku podszedłem bliżej brzegu. Pocieszyłem się myślą, że mocowania nóżek budzika mają pewien luz, przez który woda przedostanie się do środka. Rozejrzałem się wokół; ani żywego ducha. Popatrzyłem po sobie; w płaszczu przeciwdeszczowym, z kapturem na głowie, i w butach gumowych wyglądałem jak wędkarz, który – pogoda czy niepogoda – przyjeżdża nad rzekę, aby łowić ryby.

Miniona burza spowodowała, że rzeka była wezbrana. Przyszło mi do głowy pytanie, czy budzik nie wybuchnie w momencie zderzenia z powierzchnią wody. Wziąłem rozmach i cisnąłem go w najgłębszy wir jak najdalej brzegu. Padając na ziemię widziałem, jak zanurzał się w wodzie. Idealnie, bez najmniejszego rozbryzgu. Chwilę leżałem, po czym podniosłem się i otrzepałem z grudek wilgotnej ziemi zmieszanej ze szczątkami trawy.

– Jeśli nawet ktoś miałby go kiedyś znaleźć, to nie nastąpi to szybko. Plastik pozostanie ale wszystkie pozostałe elementy diabli wezmą.

Byłem jednak pewien, że nikt go nie znajdzie. Następne kilka kilometrów rzeka płynęła przez tereny bagienno-leśne.

– Poszło jak z płatka – wynagrodziłem się pochwałą.

Wsiadając do samochodu poczułem satysfakcję z mojej wygranej z przebiegłością ludzi z Agencji Wywiadu Wewnętrznego i sztuczną inteligencją budzika-robota. Nie byłem jednak pewien, czy następnym razem nie wygrają one ze mną.

Koniec 

0Shares