Szopka świąteczno-noworoczna. Odcinki 1, 2 i 3.

 

Na przełomie starego i nowego roku eksplodowała rzeczywistość. Teraźniejszość stała się przeszłością. Nie była to jedna eksplozja, ale cała seria, trwająca nie dłużej niż kilka minut. Zaczęła się tuż przed północą i skończyła pięć minut po północy. Wybuchy słyszano w wielu miejscach. Pierwsi usłyszeli je obywatele Europy Wschodniej; mieszkańcy innych krajów kontynentu nie mieli tyle szczęścia, wyczucia a może nawet i chęci wsłuchiwania się w jakieś odlegle detonacje. Wkrótce okazało się, że eksplozje nastąpiły w jednym kraju, w Nomadii, a to, co słyszano za granicą, to było tylko echo. Potworny hałas wystraszył ptaki, zwierzęta oraz nowonarodzone dzieci. Meteorolodzy, śledzący zmiany zachodzące na ziemi i w atmosferze spekulowali, że zdarzenia te mogły zapoczątkować inne problemy.

– Ten kraj ma coraz mniej czasu na cokolwiek, a jego kłopoty będą narastać wraz z upływem dni, tygodni i miesięcy. O latach nie wspominam, bo to zbyt odległa perspektywa. Oni nie radzą sobie praktycznie z niczym, z rzeczywistością, czasem, rozwojem gospodarczym, ładem społecznym czy porządkiem prawnym – oświadczył przywódca dużego kraju europejskiego.

*****

Policja krajowa podjęła śledztwo traktując serię wybuchów jako zapowiedź zmasowanego terroru. Poszukiwania sprawców, potencjalnych terrorystów, zaczęto od analizy nagrań z kamer przemysłowych. Ich zapisy poddano analizie w poszukiwaniu nietypowych i dziwnych zachowań. Prowadzono dokładną statystykę. W ciągu pięciu minut nowego roku kamery zarejestrowały obrazy blisko dwudziestu milionów osób. Większość z nich była w ruchu, pozostałe osoby stały na placach i ulicach przed budynkami użyteczności publicznej w różnych miejscowościach i wznosili okrzyki. Nie miało to nic wspólnego z obchodami Nowego Roku. Policja ustaliła to analizując okrzyki jakie wznoszono, mowy jakie wygłaszano i treść transparentów i flag. Zachowania ludzi wydawały się nietypowe, dziwne, budzące wątpliwość.

– Po co ludzie mieliby gromadzić się na ulicach i placach na przełomie starego i nowego roku i protestować, skoro jest to czas spokojnego świętowania? – zadał sobie pytanie komendant. – Coś mi tu śmierdzi. Zgromadzenia, protesty, gniewne twarze i gwałtowne gesty, a zaraz potem seria wybuchów, których nie umiemy nawet porządnie opisać!

Sprawę powierzono specjalnej grupie policyjnej, do której zaproszono także meteorologa, klimatologa, specjalistę od balistyki, socjologa i politologa. Szef policji był przeciwny temu, gdyż nadawało to rozgłos niejasnej sprawie, do powołania grupy przekonał go zastępca. Komendant zaufał mu, bo już kilkakrotnie wykazał się intuicją.

Wkrótce przewodniczący grupy specjalnej wyjaśnił sprawę z pewnym zażenowaniem.

– Analizowane zdarzenia okazały się fikcją. Nie było żadnych eksplozji, nikt się nie wystraszył, ani nie zbudził. Wszystko okazało się inscenizacją zorganizowaną przez Teatr Narodowy. Rzekome wybuchy rzeczywistości to były happeningi teatralne, próby szopki świąteczno-noworocznej. Zaczęły się już dosyć dawno i wciąż trwają. Teatr przygotowuje się do wielkiego spektaklu. Organizatorzy czekają tylko na śnieg, bo bez śniegu nie ma odpowiedniego nastroju. Z uwagi na rozmiar i skalę przedsięwzięć powinno się je nazywać nie szopką, ale szopą świąteczno-noworoczną. Rządzi się ona własnymi prawami, opartymi na historii i tradycji, z nowatorskimi akcentami wprowadzonymi przez Teatr Narodowy.

– To jakieś wariactwo – zgodnie podsumowali komendant i jego zastępca. – Nic nam do tego.

Odc. 2. Negocjacje

Tematem zainteresowały się media. Natychmiastową inicjatywę wykazała telewizja niezależna Newsroom TV. Reporterka, Iza Karbo, której powierzono sprawę, nie ociągając się przeprowadziła wywiady z teatrologiem i miłośnikami teatru, ludźmi znającymi nie tylko scenę krajową ale i teatry europejskie. Niewiele udało jej się ustalić, z jednym wyjątkiem. W grę nie wchodził Teatr Narodowy ale Teatr Nowy, na czele którego kilka lat wcześniej stanął znany ze śmiałych pomysłów dyrektor Kukuła, wielki animator kultury. Iza zastanawiała się, jak można było pomylić Teatr Narodowy z Teatrem Nowym.

O dyrektorze Leonie Kukule niewiele było wiadomo. Był to człowiek nietuzinkowej osobowości, wytrwały introwertyk, pobożny, regularnie chodzący do kościoła. Jego współpracownicy, niechętnie wypowiadający się na jego temat, mówili, że w swoim teatrze jest Bogiem „jedynym, ale w trzech osobach: dyrektora, scenarzysty i reżysera”. Kiedyś był on właścicielem cyrku i miał opatentowanych kilka oryginalnych metod tresury zwierząt i szkolenia artystów cyrkowych. Mówiono też o nim, że jest właścicielem kuźni charakterów. Co to dokładnie znaczyło, nikt nie umiał wyjaśnić.

Dyrektor Kukuła nie udzielał wywiadów. Nie udzielał, ponieważ nie ufał dziennikarzom ani reporterom. Nie wierzył w cudzą obiektywność. Tylko swoje poglądy uznawał za miarodajne i uczciwe.

– Jestem obiektywny, bo zależy mi wyłącznie na prawdzie. Nie interesuje mnie babranie się w łajnie kłamstw, zmyśleń i dezinformacji – kiedy wygłaszał tę opinię, stukał laską w podłogę jakby dla wzmocnienia wagi słów.

Iza Karbo postanowiła ubiegać się o wywiad. Spróbowała, choć nie miała wielkich szans. Miała jednak szczęście. Sekretarka dyrektora, którą kiedyś poznała na spotkaniu towarzyskim, obiecała jej, że będzie mogła przynajmniej osobiście porozmawiać na ten temat z dyrektorem. Dziesięć minut później zadzwoniła i podała jej termin i godzinę spotkania.

Kiedy reporterka zjawiła się w gabinecie dyrektora, poważna, szczupła, ciemnowłosa, wydała mu się inna niż reporterzy i dziennikarze, z jakimi miał wcześniej do czynienia. Dowiedział się od niej, że jest gotowa opisać sprawy tak, jak on je widział, a nie po swojemu czyli „obiektywnie” jak zazwyczaj przekonywali go jej koledzy i koleżanki po fachu. Uwierzył jej. Była podobna do jego matki, to go ostatecznie przekonało. Interesowały ją cele teatru, plany i metody zarządzania.

Iza nie widziała wcześniej dyrektora z bliskiej odległości. Był to starszy pan, starszy niż sądziła, lekko utykający na prawą nogę. W trakcie rozmowy chodził po gabinecie podpierając się laską z czarnego hebanu, z poozłacaną rączką. Kontrastowały z nią jego siwe włosy. Jego krągła twarz podobnie dobrze prezentowała się na tle wąskich masek afrykańskich zdobiących ściany gabinetu.

Zapytany o maski wyjaśnił, że jest wielkim miłośnikiem kultur innych krajów i kontynentów.

– Życzyłbym sobie, abyśmy mieli w kraju więcej obcokrajowców, ludzie z różnych kontynentów, aby tutaj mieszkali a przynajmniej, aby przyjeżdżali do nas jak najczęściej. Bylibyśmy przez to bogatsi. Odmienność jest piękna. Niby są tacy sami jak my, a jednak są inni. Te kolory skóry, kształty a nawet zapachy ciała. Używają innych rodzajów mydła, wonności, pachnideł. Ja szczególnie lubię zapach imbiru i goździków, trochę mniej cynamonu. Jest dla mnie za słodki. My jako naród jesteśmy niesamowicie bogaci kulturowo, ale jako znawcy innych kultur jesteśmy ubodzy jak mysz kościelna, nie umielibyśmy nawet zadać sensownych pytań. Podróżowałem trochę po Afryce, to mam pojęcie, jak ci ludzie wyglądają, co mówią, jak się zachowują. Wiem nawet jak wygląda Pigmej. Ale kto inny u nas wie to jeszcze? To nie to samo, co mieć własnych obcokrajowców. Kiedyś można było mieć niewolników, dzisiaj niestety jest to niemożliwe. Nie będę tego wyjaśniać pani, bo i tak pani tego nie zrozumie. – Dyrektor zamyślił się patrząc w przestrzeń ponad jej głową.

Reporterka zastanawiała się, czy historyjka o Afryce była prawdziwa czy był to jakiś dziwny żart, balansujący miedzy prawdą a zmyśleniem. Popatrzyła na dyrektora niepewnie; Wiedziała, że jest oryginałem, że trudno go czasem zrozumieć. Zaskoczył ją, podobnie jak zaskakiwał innych, nie dając poznać po sobie, co naprawdę myśli.

– Taki z cicha pęk, a wewnątrz geniusz! – Na chwilę zgniewało ją jego zachowanie.

Odrzuciła od siebie jak najszybciej to uczucie. Najważniejsze było to, że zgodził się na wywiad i wyznaczył jej termin spotkania. Uczynił to pod warunkiem, że nie będzie żadnych kamerzystów, żadnego nagrywania obrazów i robienia zdjęć. Tylko on i ona.

– Oprowadzę za to panią po teatrze – obiecał.

Było to kolejne osiągnięcie reporterki. Wiele sobie obiecywała po zapowiedzianej rozmowie i zwiedzaniu.

Odc. 3 Wizyta w teatrze

W dniu spotkania dyrektor był ubrany identycznie jak za pierwszym razem. Iza zauważyła to od razu. Nie było w tym nic nadzwyczajnego. Przestała o tym myśleć, bo coś innego zwróciło jej uwagę. Zaskoczyły ją wyjaśnienia dyrektora, jego narracja, prosta i bezpretensjonalna. Nie oczekiwała tego. Czasem powiedział coś, czego nie rozumiała, użył jakiego dziwnego zwrotu; wydawało jej się wtedy, że coś jest z nim nie w porządku i rzucała na niego ukradkowe spojrzenie, nic nie odkrywając. Był niestandardowy, wymykał się wszystkim porównaniom. Na jego pełnej, bladawej twarzy rzadko pojawiał się wyraz ożywienia.

Kiedy rozmawiali, czasem były to szczegóły niewarte uwagi, zbyt drobne i mało znaczące, poświęcała wtedy czas obserwacji swego przewodnika. Nabierała stopniowo wrażenia, że za spokojem dyrektora kryje się jakiś niezrozumiała niechęć do świata, rodzaj nienawiści, tak głęboko ukrytej, że sam nie był jej świadomy. Wynikało to z fragmentów jego wypowiedzi, pewnej niecierpliwości, kiedy mówił o konieczności zmian w teatrze i uksztaltowaniu nowego widza, bardziej wrażliwego na ludzki dramat. Kiedy wspomniał o konieczności zmiany niedobrego świata na dobry, a co najmniej na lepszy, zapamiętała to zdanie.

On sam z nikim o tym nie rozmawiał, nawet z osobami najbliższymi, z wyjątkiem swojego serdecznego przyjaciela, Sobowtóra, jak go nazywał, kiedy ten jeszcze żył. Tylko z nim dzielił się swoimi wizjami i marzeniami o lepszym świecie.

*****

Dyrektor oprowadzał Izę po teatrze, opisując wszystko jak najdokładniej i najbardziej przekonująco. Kilkakrotnie powtarzał „mój teatr”, odmieniając te słowa przez wszystkie przypadki. Nie pozostawił żadnych wątpliwości, że to on stworzył ten teatr, wprowadził nowy program i zmienił wielu aktorów, zwalniając najchętniej tych, którzy wyrażali wątpliwości w jego pomysły, nawet jeśli odnosiły się one do pojedynczej sceny czy odsłony.

– To mój teatr – powtarzał z dumą. – Najpierw coś sobie wyobrażam, potem piszę scenariusz, w końcu reżyseruję.

Iza Karbo była przekonana, że mówi to nawet w myśli, bo jest to głos wewnętrzny, który sam pojawia się w jego głowie. Nie miała już wątpliwości, że Leon Kukuła jest dyktatorem.

0Shares

Piramida snów. Powieść fantastyczna. Odc. 3

Kolejnego dnia, była to sobota z niebem zaciągniętym szarymi chmurami, Sefardi zjadł śniadanie wcześniej niż zazwyczaj. Był to skromny posiłek: sałatka z cienko krojonego pomidora z dodatkiem cebuli i pestek dyni, lekko posolona, plus dwie kromki chleba z masłem. Była to kara za późne i zbyt obfite jedzenie poprzedniego wieczora.

Wkrótce poczuł nagłą senność. Nie bronił się przed nią; miał źle przespaną noc, po ciemku długo chodził po mieszkaniu. Zamknął uchylone okno i położył się na brzuchu na tapczanie. Spał wyjątkowo długo. Dopiero kiedy był już bliski przebudzenia, naszedł go sen. Śniło mu się, że spaceruje po ogrodzie swojej posiadłości w Oricono. Pierwszy raz słyszał tę nazwę; podobała mu się. Brzmiała egzotycznie, wzmacniała baśniową atmosferę, która otaczała ogród. Kiedy dotarł do jego krawędzi, drogę zamknął mu mur porośnięty pnącymi roślinami. Skojarzał mu się ze Ścianą Płaczu w Jerozolimie, prawdopodobnie dlatego, że było bardzo ciepło, a otwarty fragment muru przypominał kamienne bloki historycznej ściany.

Po prawej stronie Sefardi zauważył drabinę. Stała oparta o mur i wydawała się niezbyt wysoka. Nie było widać jak daleko sięga, ponieważ jej koniec zasłaniały liście i kwiaty pnącej się w górę rośliny. Kwiaty miały kształt dużych, niebieskich kielichów, postrzępionych na końcach. Sefardi zbliżył się i powąchał jeden z nich; zapach był wyczuwalny, półsłodki i duszący. Wciągnął powietrze w płuca kilka razy, aby go zapamiętać.

Nie zwlekając podjął wspinaczkę po drabinie, odkrywając wciąż nowe stopnie. W pewnym momencie poczuł strach, nie śmiał jednak spojrzeć w dół; bał się wysokości i nagłego zawrotu głowy. Kiedyś wchodził po stalowych prętach na szczyt wielkiego eukaliptusa, skąd obserwowano pożary lasów. Doszedł tylko do połowy drzewa i wrócił; pozostały mu niedobre wspomnienia.

Kiedy to sobie przypomniał, nie patrząc w dół zszedł na ziemię. Oddalił się kilka kroków od drabiny, aby ocenić, jak naprawdę jest ona długa. Widok zaskoczył go; po jej prawej stronie stało kilka innych drabin, wyglądały jakby były namalowane, przypominając szerokie słupy z nacięciami albo schody. Przyglądał im się, w końcu wybrał jedną z nich i podszedł bliżej. Był to obraz drabiny prowadzącej do nieba. Szczegóły podawała znajdująca się obok mosiężna tabliczka: „Ladder of Divine Ascent, Saint Catherine Monastery, Mount Sinai, Egypt, XII century. Obraz był kolorowy i bardzo sugestywny.

Kiedy Sefardi przeglądał się postaciom wspinającym się po drabinie, znikały po kolei jakby ustępując mu prawa pierwszeństwa do skorzystania z niej. Im wyżej wchodził, tym ciekawszy roztaczał się z niej widok. Na wysokości kilkunastu metrów – oceniał odległość spoglądając w dół – zobaczył budynek stojący przed oknami jego mieszkania na osiedlu Oaza, gdzie mieszkał od sześciu lat. Przed drzwiami do klatki schodowej stał mężczyzna. Po chwili drzwi się otworzyły i ukazała się szczupła i blada twarz kobiety, okolona czarnymi kręcącymi się włosami. Sefardi poznał ją od razu; była to sprzedawczyni sklepu obuwniczego z pobliskiego centrum handlowego. Znał dobrze z widzenia ją i jej męża. Wiedział nawet, jak ma na imię: Irena. Kobieta rozejrzała się na boki sprawdzając, czy nikt nie patrzy i wciągnęła mężczyznę do środka. Sefardi był przekonany, że byli kochankami, że zaprosiła gacha do siebie pod nieobecność męża. Był zdziwiony, bo małżeństwo wydawało mu się bardzo przykładne, mieli dwójkę dzieci i często razem wyjeżdżali rowerami na wycieczkę.

Kilka dni później zobaczył ją na osiedlu, razem z mężem i dziećmi. Wyszli na spacer. Zatrzymał się, aby ich pozdrowić i zamienić kilka słów. Sam nie wiedział dlaczego wyznał nagle, kłamiąc częściowo:

– Proszę sobie wyobrazić, że widziałem panią we śnie, w minioną sobotę, około godziny dziesiątej rano. Bylem na drabinie w ogrodzie mojego pałacu w Oricono i widziałem, jak otworzyła pani drzwi mężczyźnie. Widziałem go tylko z tyłu. Pomyślałem, że to pani mąż, że zapomniał lub zgubił klucz, i pani wyszła, aby otworzyć mu drzwi, bo prawdopodobnie nie było prądu i nie można było wejść używając kodu.

Kobieta zmieszała się, mąż popatrzył na nią zdezorientowany. Przyciszonym głosem wymienili kilka zdań ze sobą. Po chwili przeprosili Sefardiego, wymawiając się, że bardzo się spieszą.

Jakiś czas później doszła do Sefardiego wieść, że się rozwodzą. Pomyślał wtedy, był nawet pewny, że sen ukazał mu rzeczywistość, że był to sen proroczy, który w jakiś niesamowity sposób ubiegł zdarzenia z życia dwojga ludzi, których znał. To tylko potwierdziło jego wcześniejsze przypuszczenia, że czasem śniło mu się coś, o czym później dowiadywał się, że była to rzeczywistość a nie sen.

– To chyba działa w obydwie strony – pomyślał. – We śnie widzę to, co się dopiero zdarzy, albo coś, co się już zdarzyło, lecz potwierdza się dopiero później w rzeczywistości.

Drabina do nieba, która wedle Biblii śniła się Świętemu Jakubowi, utkwiła Sefardiemu w głowie niby gwóźdź wbity w twardą deskę. Szukał informacji o niej w kilku źródłach. Im więcej czytał, tym bardziej go niepokoiła. Postanowił zdać się na rozwój wydarzeń, zobaczyć, czy jego sny będą nadal się sprawdzać. Czuł się jak medium spirytystyczne; było mu z tym głupio. Lekarka domowa, która go odwiedziła w domu, kiedy się poważnie przeziębił, zasugerowała mu, że jego niezwykle sugestywny, kolorowy sen mógł być efektem farmaceutyków, jakie mu wcześniej zapisała. Nie uwierzył w to, bo nigdy go nie ostrzegała o takiej możliwości. Pomyślał tylko, że być może podziałał na niego zapach niebieskich kwiatów.

Przekraczanie granicy snu i rzeczywistości, jawy i snu, był dla niego zapowiedzią przyszłości, która zaczęła odkrywać swoje tajemnice. Myślał o kombinacji różnych zjawisk: ludzkich pragnień i namiętności, manipulacji społecznej, narastających zaburzeń psychicznych widocznych także u dzieci, stresu, postępów inżynierii genetycznej i sztucznej inteligencji oraz wpływu urządzeń elektronicznych na człowieka. Ten niezwykły świat wciągał go, niepokoił a zarazem intrygował.

0Shares

Izraelski magik Tomer Dudai

Mój przyjaciel, George, przysłał mi z Australii nagranie, które postanowiłem udostępnić Państwu. Jest niesamowite.

 

        Israeli Magician…...

 

 

You don’t have to understand Hebrew.

Just click below.

 https://www.youtube.com/ embed/ DXxtLIb0iF8 

 

2Shares

Komiks literacki. Komandor dostrzega potwora. Odcinek 25.

Kraj i czas, w których opisywane wydarzenie miało miejsce, zwane razem rzeczywistością, stawały się coraz bardziej irracjonalne. Trudno było cokolwiek zrozumieć.

Okręt „Całą naprzód” rwał do przodu kursem wyznaczonym przez Komandora Jaroszkę, docierając ostatecznie do miejsca, gdzie w atmosferze jest dużo mieszanki wybuchowej. Komandor stał na mostku i obserwował rzeczywistość przez lornetę. On pierwszy dostrzegł niebezpieczeństwo i krzyknął ostrzegawczo: widzę Putscha.

Był to potwór niekreślony w formie, ogromnie niebezpieczny. Przewalając się z boku na bok wydawał z siebie ryk. Był wielołapy, jakby przybył prosto z Indii. W jednej łapie trzymał kanapki zawinięte w pergamin, całe ich mnóstwo, może były one nawet na tacy, trudno to było dostrzec. W drugiej łapie dzierżył hasła i obietnice zawinięte w złotą materię. Putsch przyleciał prawdopodobnie od strony Ameryki Południowej, gdzie jest ich największa wylęgarnia. Komandor nie był pewien jak się pisze imię potwora, dlatego wykrzyknął je po niemiecku.

Przybyli na miejsce obserwatorzy przecierali oczy ze zdumienia, że coś tak osobliwego zjawiło się ni stąd ni z owąd, aby rzucić się w oczy Komandorowi. Zaczęli między sobą dyskusję. Niektórzy widzieli potwora, inni nie widzieli, jeszcze inni wprawdzie widzieli, ale znali go pod nazwą Pucz i nie byli pewni, czy jest to to samo, co komandorski Putsch.

Zwał go jak zwał, podział był bardzo wyraźny: wierna załoga, widząca rzeczywistość oczami Komandora, bo ich własne już dawno wysiadły, zresztą tak było im lepiej i bogaciej, widzieli Putscha, i nie mieli żadnych wątpliwości. Pozostali, nieprzychylni Komandorowi, byli przekonani, że Putsch jest chimerą zrodzoną w jego głowie i że Komandor ma tam więcej takich chimer, aby czynić rzeczywistość jeszcze bardziej irracjonalną i szaloną na miarę swoich potrzeb i interesów. 

0Shares

Odpowiedź PiS na temat marszu KOD – lewatywa

Lewatywa Kongo 19 wiek, autor nieznany, public domain

Pod adresem http://www.wiadomosci24.pl/artykul/demonstracja_kod_histeria_i_wrzask_tak_maszeruje_sie_po_wladze_347589.html#artykul-narzedzia przeczytałem ostatnio ciekawą opinię o demonstracji KOD w Warszawie w dniu 3 maja 2016.

Jest to najlepsza recenzja dotycząca sytuacji w Polsce, jaką napisano w ostatnich latach: głęboka i treściwa jak lewatywa, jaką od kilku miesięcy partia rządząca funduje bezpłatnie społeczeństwu. Lewatywa jest bardzo zdrowa. Cytuję: „Znany lekarz N. W. Walker, który żył 106 lat, a przez 50 używał lewatywy zwykł mawiać: „ …nie ma prostszego i bardziej skutecznego środka oczyszczającego człowieka od wewnętrznych brudów niż lewatywa, a osoby, które są jej przeciwne, właśnie potrzebują lewatywy najbardziej…”.

Zgadzam się, że na demonstracji KOD w dniu 3 maja w Warszawie było bardzo mało ludzi, choć fałszerze mówili o 240 000 demonstrantów. Przedstawiciel rządu w osobie rzecznika policji tylu się nie doliczył, ponieważ używał nowocześniejszego sprzętu, lunety firmy AKysz, AKysz! Myśliwi używają jej w Afryce do polowania na słonie: patrzysz przez nią z drugiej strony, słonie stają się malutkie, bierzesz sobie kilka do pudełka po zapałkach, przynosisz do domu i wypuszczasz na trawnik. Użycie liczydła zamiast komputera, narzędzia szybszego, ale mniej dokładnego, też przyczyniło się do statystycznego uzdatnienia wyników.

Też uważam, że KOD zniknie, choć z innej przyczyny i w innych okolicznościach: nastąpi to w gorący dzień, kiedy pójdzie na piwo, aby się zrelaksować i porozmawiać o tak zwanej d'Maryni, podobno niezwykle kształtnej.

PiS, matka nasza, będzie z pewnością panować długie lata, pełnię władzy osiągając wtedy, kiedy już ustąpią najgorsze plagi: padną wszystkie konie, stanowiska prezesów państwowych spółek obejmą pracowite jak mrówki sprzątaczki i utalentowane bezrobotne hipnotyzerki, w walce z kornikiem zostanie wycięta Puszcza Białowieska, europejska bomba ekologiczna, złotówka osiągnie wartość 10 centów amerykańskich, a sprywatyzowane polskie sądy i więziennictwo zostaną sprzedane na giełdzie w Warszawie w celu repolonizacji aparatu sprawiedliwości.

Co do koni, to koło Oleśnicy żyją jeszcze trzy konie, autentycznie pragnące oddać życie partii rządzącej z okrzykami na ustach ” Niech żyje Pan Prezes”! Niech żyje! Niech żyje! Jest też wiele kucyków i koników biłgorajskich żądających, aby ich przejęły stadniny Ministra Rolnictwa Jurgieła wiedząc, że pod nowym kierownictwem urosną do normalnych rozmiarów i zastąpią zbuntowane konie arabskie, jakie z głupoty wyemigrowały na porośnięte kępkami trawy pustynie w Abu Dhabi porzucając nasze bujne pastwiska.

Dzięki Panu Prezesowi, którego wszyscy kochamy i PiS, stanowiący obecnie najbogatsze na świecie źródło wody święconej przywracającej pełnię zdrowia i radości, kraj nasz przeżywa błogosławiony stan pokwitania, owocujący opiniami o rzeczywistości równie niezwykłymi jak euforyczny zez obustronny.

Umfa! Umfa!

2Shares