Zacząłem obserwować Ptacha. Powieść psychodeliczna. Odc. 7.

Najpierw przedstawię się.

Jestem skromnym urzędnikiem, dawniej zwanym skrybą, umiejącym trzymać pióro w garści i widelec w ręku. Urodziłem się w rodzinie kancelistki i magazyniera cenionego przez zwierzchników za posłuszeństwo. Były to czasy państwa opiekuńczego i popędliwego alkoholizmu, transparentów krzyczących – podobnie jak dzisiaj – Partia z Narodem i Naród z Partią, na których nieznani sprawcy dopisywali „Jeśli Bóg tak zechce”, także bonów na pralkę i lodówkę oraz cebuli dostarczanej w workach bezpośrednio na stanowisko pracy. Partia, Bóg, Kościół, to były hasła, jakie zapamiętałem szczególnie mocno.

Z natury jestem introwertykiem psychodelicznym, poszukującym wzorca, jak żyć, co myśleć i dokąd zmierzać. Wszystkie ważne cechy osobowe, edukację w czasach państwa opiekuńczego, samogonu, uwielbienia władzy centralnej i kościoła, sloganów piękniejszych niż jeleń na rykowisku, cichej psychodelii oraz skromnej siwizny, śmiało dzielę dzisiaj z Ptachem, urodzonym i edukowanym w tych samych okolicach czasowych. To one zbliżyły mnie do niego.

Dotychczasowy wpływ Ptacha na moje życie, człowieka spokojnie żeglującego z prądem czasu i zdarzeń, nie tak, jak ci młodzi i piękni od ambicji, smartfonów, szybkich samochodów i nowych mieszkań, był mało widoczny. A może po prostu jestem mało spostrzegawczy? Nie jestem tego pewien. Mam na myśli to, że nie wszystko, co się dzieje dookoła, rozumiem, zwłaszcza zaś szybkości działań władz, nocnego pośpiechu, pracy do godziny drugiej rano oraz zawiłości strategicznego myślenia Ptacha. Pocieszam się, że pragnie on w swoim pędzie do gwiazd uczynić nasz naród jeszcze doskonalszym i jeszcze dumniejszym, choć dumą i ambicją przerastamy od dawna inne dumne nacje. Podziwiam go za to, że należąc do kategorii dojrzałych emerytów, umysł ma bardziej giętki niż nowy skórzany bat na leniwego pracownika. Ptachu imponuje także swoją wrażliwością społeczną i chęcią pomocy.

Jeśli używam wobec niego nazwy „Ptachu”, a nie imienia i nazwiska lub stanowiska, jakie zasłużenie zajmuje, to tylko dlatego, że jest ona powszechna i wygodna w użyciu. Nie bez znaczenia jest również, że kojarzy mi się ona z Garudą, boską krzyżówką człowieka i orła, krótko mówiąc z ptakiem.

Ostatecznego olśnienia wielkością i złożonością Ptacha doznałem u lekarza. Wizytę miałem wyznaczoną na godzinę dziesiątą piętnaście. Kiedy wchodziłem do jego gabinetu zbliżała się godzina czternasta. Był to już okres upiększania rzeczywistości, dlatego nie zdziwiło mnie to, co ujrzałem. Gabinet był bogato zdobiony, każda ściana miała inny kolor, u sufitu wisiał rozsądnych rozmiarów kandelabr wzbogacony wisiorkami z kryształu górskiego mieniącego się kolorami tęczy. Biurko lekarza odnalazłem za dwoma kształtnymi filarami połączonymi jedwabną zasłoną z wizerunkami słoni indyjskich. Lekarz siedział na rzeźbionym krześle ubrany w biały fartuch o kroju kimona. Był to mężczyzna w pełni rozkwitu, podobnie jak Ptachu i ja. To skojarzenie mnie wzmocniło. Lekarz wstał, kiedy wszedłem, podał mi rękę i przeprosił za trud czekania. Widocznie zauważył, jak długo czekałem albo po prostu chciał się zwierzyć.

– Ptachu, ten nasz kochany Ptachu, pomaga nam finansowo jak tylko może, ale to wciąż jest za mało, dlatego upiększamy rzeczywistość we własnym zakresie jak kto umie i lubi. Mimo to ludzie się skarżą na niego i na rząd, czego zupełnie nie rozumiem. Jeśli pan mówi, że wyznaczono panu termin prześwietlenia nogi za trzy miesiące, to znaczy, że pan kłamie podobnie jak inni pacjenci.

Popatrzyłem na niego zdumiony, ponieważ nikt nigdy tak bezkompromisowo nie potraktował moich słów co do terminu badania. Równocześnie zauważyłem, że „Ptachu, ten nasz ukochany Ptachu”, jest ulubioną formułą uwielbieniową lekarza. Postanowiłem ją zapamiętać.

– Minister Zdrowia mówi, że kolejki się zmniejszają, a ja jako lekarz, muszę wierzyć jemu a nie pacjentom, którzy często utrudniają nam życie przychodząc zbyt często z problemami, jakich powinni zdecydowanie unikać, aby nie komplikować życia sobie i innym.

– Ptachu ma w sobie tyle dobroci. – Podjął medyk i zamyślił się. – Szerokim gestem rozdaje pieniądze obywatelom najbardziej potrzebującym, sponsoruje dzieci narodzone i nienarodzone, rodziny wielodzietne, matki opuszczone i samotne z własnej woli, kobiety przy nadziei. Nie żałuje też pieniędzy rzeszom bogobojnych członków aparatu państwowego, przyznając im wysokie stanowiska w przedsiębiorstwach państwowych, aby przysparzali im sukcesów a narodowi chwały.

Jego wypowiedź wydała mi się cyniczna, ale powstrzymałem się od krytyki, tym bardziej, że podjęliśmy ciekawą dyskusję, czy pacjent-cukrzyk nie powinien sam dokonywać amputacji swojej nogi z powodu gangreny, kiedy szpital wyznacza mu odległy kilkumiesięczny termin operacji. Powołując się na literaturę piękną i bogatą w fakty, głównie „Chłopów” Reymonta, byłem zdania, że tak.

– Potrzeba jest matką wynalazków. – Podsumowałem.

Lekarz rozwinął wątek samoleczenia, dokładniej definiując wyzwanie i przedstawiając szczegóły.

– Jest to kwestia decyzji medyczno-życiowej, wyważenia plusów i minusów, czy zrobić to teraz, bez zwłoki, stosując proste narzędzie chirurgiczne w postaci siekiery ze znieczuleniem ogólnym czy też później, dużo później, stosując nowoczesne narzędzie w postaci elektrycznej piły tarczowej o ostrzu schładzanym wodą, aby uniknąć przegrzania ciętego materiału. Widzę korzyści pierwszego rozwiązania: taniość. szybkość, prostota rozwiązania.

Kiedy lekarz snuł swoje wyjaśnienia przyszło mi na myśl, miałem takie wrażenie, że jest on filozofem niepozbawionym umiejętności trafnego i lapidarnego opisu rzeczywistości cierpliwie budowanej przez władzę.

Pod koniec szczęśliwego dnia postanowiłem śledzić losy Ptacha, rejestrować jego decyzje oraz analizować problemy, z jakimi się boryka, jak również notować jego marzenia. Pragnąłem wspomagać go na tyle, na ile ten szlachetny starzec zechce skorzystać z mojej pomocy. Myślałem o pracy wolontariusza przy rozwieszaniu ulotek w okresach gorących potrzeb reklamy władzy, rąbaniu drewna na zimę na ogrzewanie jego daczy, a nawet o głośnym wyrażaniu aplauzu, kiedy będzie przemawiać publicznie.

To pragnienie stało się dla mnie objawieniem. Patrzę teraz w przyszłość z ufnością, wręcz radośnie.

0Shares

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 58: Spotkanie na Placu Concordia

Po wyjściu z restauracji, gdzie spotkał się z przyjaciółmi, Sefardi zauważył wielki falujący tłum po drugiej stronie Placu Concordia. Wiedziony ciekawością podszedł bliżej. Był to wiec poparcia dla rządowego projektu regulacji demograficznej. Wśród zgromadzonych spostrzegł Isabelę; stała oparta ramieniem o drzewo i przysłuchiwała się dyskusji. Ubrana inaczej niż zwykle, w ciemną sukienkę, z naszyjnikiem z pereł i pantoflami na niezbyt wysokim obcasie, wyglądała jakby wracała z teatru lub opery. Opierając się niedbale o pień wydała się mu dużo młodsza i wyższa, przypominała dziewczynę czekającą na chłopaka.

Przyjrzał jej się uważnie. Ubiorem przypominała połyskliwego żurawia koroniastego brodzącego po płyciźnie jeziora, którego widział na wyprawie turystycznej do Afryki Wschodniej, półoswojonego, nieunikającego ludzi. Wrażenie było tak silne, że Sefardi przetarł oczy ze zdumienia. Suknia Isabeli, ciemniejsza na plecach, kontrastowała z nieskazitelnie białymi wyłogami okrywającymi jej ramiona i boki, nabierającymi złoto-brązowego zabarwienia w dolnej partii. Jej włosy były wymyślnie ufryzowane; z boku i z tyłu głowy przykrytej kapeluszem spływały na boki jak miękkie, aksamitno-czarne pióra. Jej policzki pokrywał puder koloru kości słoniowej, oczy otoczone były jasnobłękitnym makijażem. Na odsłoniętej szyi zwisały dwa zwoje jaskrawoczerwonych korali. Uwagę patrzącego przyciągnął kapelusz przypominający pióropusz cienkich połyskliwych piór. Złocąc się w promieniach zachodzącego słońca stwarzały nieodparte wrażenie korony lub diademu. Poniżej krawędzi sukni widoczne były nogi wyszczuplone ciemnymi pończochami, zakończone złotymi pantofelkami na średnim obcasie.

Sefardi przyglądał się urzeczony. Przyszło mu na myśl, że nie jest osobą, ale prawdziwym ptakiem zachowanym w jego wyobraźni. W pewnym momencie Isabela oderwała się od drzewa, wyprostowała się i lekko wzniosła ramię okryte luźnym rękawem sukni. Pozdrawiała kogoś. Wydało mu się, że kobieta rozpoczyna fascynujący taniec zupełnie jak żuraw. Wytwornie wygięła szyję i popatrzyła w kierunku nieznanego mężczyzny, po czym obróciła się i zniknęła za grupką młodych krzykliwych osób.

Kiedy wspomniał o jej wyglądzie następnego dnia, zdziwiła się. Zaprzeczyła twierdząc, że nigdy nie miała na sobie takiego stroju. Patrzyła na niego szelmowsko, z ukosa, zachowując wyraz powagi na twarzy. Sefardi pomyślał, że drwi sobie z niego. Oddaliła się w głąb mieszkania, zanim zdążył zareagować, cokolwiek powiedzieć lub choćby przyjrzeć się jej dla upewnienia się, że poprzedniego dnia to też była ona, a nie inna łudząco podobna kobieta.

Jeszcze tego samego dnia, po południu, kiedy przyniosła mu herbatę do gabinetu, Sefardi nie omieszkał nawiązać do wiecu poparcia rządu i zapytał ją, co tam robiła.

– Nic szczególnego. Przyszłam na spotkanie, bo mnie zaproszono.

– Jest pani zwolenniczką Blawatsky’ego?

– Dlaczego miałabym być? – Odpowiedziała wyzywająco pytaniem na pytanie.

– Kiedyś była pani na spotkaniu z przywódcą Partii Liberalnej, opozycyjnej wobec Barrasa, a kiedy indziej na wiecu wyborczym Partii Komunistycznej Nomadii, choć to żadna partia, tylko grupka zagubionych ludzi.

Nie wypierała się związku z żadną partią. Poszła, bo była ciekawa, co oni myślą i proponują, chciała wiedzieć, co się dzieje wokół, aby nie dać sobie wcisnąć kitu, kiedy przyjdzie czas głosowania do parlamentu, referendum lub wyborów do władz lokalnych.

Na pytanie, co sądzi o partii Barrasa i o nim samym, odpowiedziała, że mają sporo racji, ale tak naprawdę to interesuje ich tylko władza i takie zmiany w kraju, które będą sprzyjać ich ciemnym interesom i umacniać ich poglądy. – Gubernator Barras mało mówi, lecz dobrze manipuluje opinią publiczną – zakończyła niechętnie.

Poglądy Isabeli zaskoczyły Sefardiego. Dostrzegł w nich dojrzałość, nieobecną na co dzień. Kiedy odchodziła zastanawiał się, czy rzeczywiście to ją widział poprzedniego dnia i czy ją w ogóle ją zna, mimo że rozmawiał z nią dziesiątki razy.

4Shares