Kronika narodu wybranego. Odc 2: Iwan Iwanowicz niecierpliwi się

Iwan Iwanowicz zniecierpliwił się, a nawet wzburzył. Mógłby nawet powiedzieć, że ogarnęła go szewska pasja, gdyby tylko potrafił ocenić jej intensywność. Ten rodzaj pasji stawał się mu szczególnie bliski, kiedy przypominał sobie, że jego mateczny dziadek był szewcem. Krótko, ale był.

Wzburzenie dojrzewało w nim od dawna. Teraz czuł je w postaci dojmującego chłodu wypełniającego nogę do kostki, potem do kolana i pełznącego powoli w górę. Zdarzyło się to w najmniej stosownym momencie; Iwan Iwanowicz wracał pieszo do domu i na dworze panował siarczysty mróz. Kiedy zimno doszło do miejsca, które szanuje każdy mężczyzna a ceni, najwyżej po pieniądzach, każda szanująca się dojrzała niewiasta, Iwan Iwanowicz poczuł nieprzyjemne mrowienie. To mu przypomniało zimne lato i wchodzenie do morza.

– Najtrudniej jest zanurzyć termometr – zamruczał pod nosem – potem już idzie łatwo.

Przedmiotem jego nagłego niepokoju i zapamiętania była szalona sprzeczność, jaką od pewnego czasu dostrzegał w społeczeństwie Błądzących Nomadów, głęboko i boleśnie podzielonych. Jedna ich część entuzjazmowała się władzą, jej obietnicami i osiągnięciami i był gotowa w dowód uwielbienia obnosić ją na rękach, gdyby tylko było to możliwe. Druga część, opozycyjna, zadeptałby tę władzę razem z przywódcą, Czcigodnym Mężem, osobnikiem niezwykłej religijności, dopatrując się w nim źródła najgorszego zła.

Tego Iwan Iwanowicz nie mógł zrozumieć, a nie mogąc zrozumieć, nie mógł wybaczyć, a tym bardziej ścierpieć. Stąd jego szalony gniew.

Po godzinie, dłużącej się jak nigdy wcześniej, doszedł do siebie. Nie tylko dlatego, że wypił kawę dla uspokojenia rozkołatanego serca a potem kieliszeczek sherry, która wyjątkowo dobrze mu się kojarzyła z późnomłodzieńczymi latami, kiedy ludzie nie mieli pieniędzy i piło się malutkimi kieliszkami, a nie szklanicami i kielichami o pojemności dziecięcego nocnika. Skojarzenie z metalowym naczyniem wskrzesiło w nim moment dziecięctwa; przypomniał sobie, jak strofowała go ukochana niania, kiedy zamiast wypić mleko wlewał je w szparę między deskami podłogi, co nie uszło jej czujnemu oku.

– Dlaczego to robisz, skarbie? – zapytała, choć gniew palił jej usta bardziej niż wspomnienie gorącej czuszki.

– Enrique mi pokazał – odpowiedział z poczuciem słabnącej niewinnosci. Wydanie brata na pastwę rodziców zapamiętał jako pierwszą bolesną zdradę, długo uwierającą jego sumienie.

Po powrocie do świeżości umysłu, Iwan Iwanowicz podjął decyzję: wytłumaczy podzielonemu na fragmenty narodowi Błądzących Nomadów, jak dokonywać wyboru wodza, partii i władzy, i jak je oceniać, co przecież każdy musi czynić czy tego łaknie czy nie, gdyż być rządzonym jest losem każdego człowieka, choćby był żebrakiem, nędznym rabem kupionym na afrykańskim targu za marne centy czy robakiem zdatnym wyłącznie na rybią przynętę.

Tego dnia Iwan Iwanowicz zrobił niewiele, dużo jednak sobie obiecał. Potwierdził przede wszystkim kolejność myślenia: najpierw wódz, potem partia, w końcu władza. Nie był to wybór w rodzaju „kura czy jajo”. Obowiązała tu żelazna logika: zanim powstanie partia, musi zaistnieć czynnik organizujący, czyli przywódca. Władza pojawiała się dopiero w trzeciej kolejności jako efekt wygranych wyborów lub użycia siły bezwzględnego despotyzmu.

– To tak jak z Big Bangiem – pomyślał starzec i wyobraził sobie sekwencję zamierzchłych zdarzeń: najpierw zjawia się Wszechmocny Bóg, potem następuje kosmiczna eksplozja, w końcu nadchodzi ludzka władza.

Pozytywnie usposobiony dobrym początkiem, Iwan Iwanowicz spokojnie udał się spać. Tej nocy wyjątkowo nie miał snów.

Wszystkie książki autora w Księgarni Merlin:  https://tinyurl.com/y7cza5nc . Wszystkie recenzje na górnym pasku menu powyżej na tej stronie. 

 

Komiks literacki. Władza dobrych tortur. Odcinek 29.

Staliśmy sobie przy krawężniku, zwyczajowym miejscu postoju rozumnych obywateli, kiedy Iwan Iwanowicz Iwanczyn, osiedlowy rzecznik spraw obywatelskich wygłosił dwuzdaniową tyradę: – Żaden naród nie lubi, kiedy władza go torturuje. Ten jednakże jest inny, potrafi cierpieć i dlatego oferuję mu kilka słów pociechy. – Powiedział to z wysokości przewoźnej ambonki, którą zafundowal sobie na wzór przywódcy partii wywatowanej w tytule dobrocią, prawdą i szlachetnością.

Jak się okazało, tytuł dobroczynnej partii ma swoją historię, bardzo pozytywną, choć niektórym kojarzy się ona z rzeźnią lub prymitywnym taranem. Ludzie mają tak różne skojarzenia, że aż dziw bierze, że wywodzą się oni od mniej więcej tej samej małpy. Zanim wynaleziono tytuł, wynaleziono partię, która go nosi. Małpy nie wynalazł nikt, sama się ujawniła na afrykańskiej sawannie na złość pobożnym biblistom. Sensem istnienia partii władzy od początku była dobroć, prawda i szlachetność, istna mieszkanka piorunująca. Podobno miał ją wynaleźć Nobel, poprzestał jednak na prochu, mniej niebezpiecznym dla zdrowia i życia niż kombinacja elementów zszywanych szlachetnymi intencjami Wielkiego Przywódcy i jego wasali.

– Historia tytułu i partii jest w istocie smutna, a co najmniej smutno zastanawiająca. – Zwięźle podsumował Iwan Iwanowicz. – Jest tak smutna, że wywołuje zgrzyt zębów nawet u bezzębnej staruszki, co jest oczywistą potwornością.

W wyniku tortur zadawanych przez Wielkiego Przywódcę, urodziwego zarówno en face jak i z boku (który to widok coraz wyraźniej demonstruje rosnącą zasobność postaci), naród przepołowił się na dwie nierówne części, co jest logicznie sprzeczne, tym niemniej możliwe. Jedna połowa prosperuje, druga pokutuje, nie wiedząc w dodatku, za co. Najgorzej, że nie wszystkim jest wiadome, która połowa jest która, gdyż ta wywatowana i stojąca przy żłobie twierdzi, że to ona jest tą lepszą. Ta druga, do której odruchowo zaliczyłem Was i siebie, niewierząca w cudowną zgodność dobroci, prawdy i szlachetności, uważa inaczej. Być może myli się, bo siła, która jest boskiej proweniencji, nie jest po jej stronie. Zachowuje ona na szczęście optymizm, wiedząc dobrze, że siła jak to siła, jeździ na pstrym koniu zmiennego czasu i raz kolebie się w jedną, drugi raz w drugą stronę. Jest to ten sam koń, którego pańskie oko tuczy.

Zbliża się wiosna, kiedy nie tylko ptaki głupieją z rozkoszy, pozostaje więc czekać lepszych dni, życząc jeszcze głębszego poczucia humoru (w piekle) wykonawcom tortur społecznych oraz rozbrykanej i rozfikanej radości na łonie przyrody tym obywatelom, którym dzisiaj zadawane są tortury. 

Michael Tequila: „Klęczy cisza niezmącona”. Poezje. Cena z rabatem 20%: https://goo.gl/2arNrI

Michael Tequila: Sędzia od Świętego Jerzego. Powieść. W sprzedaży: Matras, Empik, wszystkie księgarnie internetowe.  Ebook z 20% rabatem na www.gandalf.com.pl  

 

Najlepszy teatr kontynentalny. Wygnanie i powrót do raju.

teatr-image-of-performance-thesis-author-ctpyjajoe-creative-commons-3

Kiedy znalazłem się za granicą, w kraju wiary nieskończenie głębokiej i niepodważalnej, podobnym do naszego, publicznie wyraziłem ubolewanie, że wyganiając z raju Adama i Ewę pan Bóg popełnił błąd.

Było to ryzykowne: kwestionować autorytet Boga, z którym hierarchia i władza narodu rozmawiają prawie codziennie! Mimo mojej niezręcznej śmiałości, odezwały się głosy poparcia: Tak jest! To prawda! Ma pan rację! Scena ta miał miejsce w sklepie spożywczym, gdzie prawda przemawia najsilniej, do żołądka, rozumu i portfela, powszechnych atrybutów człowieczeństwa. Żołądek i portfel mają wszyscy, co do rozumu, nie wypowiadam się, gdyż mało się znam na sprawach ezoterycznych, ulotnych.

Ośmielony okrzykami poparcia, wyraziłem przekonanie, że dzielny rząd kraju pod światłym przewodnictwem Wielkiego Wezyra przywróci raj, odebrany narodowi niesłusznie przez Boga, i dodatkowo popsuty przez poprzedni rząd, który zajmował się budową autostrad dla narodu, a nie samym narodem, spragnionym pieniędzy, pieszczot i pociechy.

– To najlepszy kawał polityczny, jaki słyszałam. – Odezwała się kobieta, wzrost średni, twarz zdecydowana. Popatrzyła mi w oczy. Skurczyłem się pod jej spojrzeniem bolesnym jak zastrzyk przeciwtężcowy. – Powinien wstydzić się pan! Mówi pan o teatrze, a nie o rządzie!

Słabo zorientowany w sprawach lokalnych, wieczorem wziąłem udział w warsztacie teatralnym, aby zrozumieć do głębi, co też niewiasta mogła mieć na myśli. Zrozumiałem wiele, przede wszystkim zaś teatr krajowy, zwany narodowym, odkąd został przeniesiony z budynku prostokątnego do budynku okrągłego, gdzie jest większa scena.

Jest to teatr abstrakcji, kierowany przez rzeczonego Wielkiego Wezyra, przywódcy a zarazem artysty orientalnego w pomysłach sztuk teatralnych, reżyserii oraz organizacji pracy teatru. Jest teraz najwybitniejszym reżyserem teatralnym na kontynencie. Jego wspaniały dorobek dyskutuje się za granicą, gdyż dzisiaj sława nie zna granic. Siwogłowy, z uroczo skośnym tkliwym uśmiechem, pełnym wyrozumiałości, płodny jak królik wciąż wymyśla nowe sztuki. Jego asystenci, sami zwący się skromnie pomagierami, też dają się zaskakiwać niezwykłymi pomysłami Wielkiego Wezyra. Patrzą wtedy na siebie w zdumieniu i pytają:

– Czy my jesteśmy paranoidalni? Nasi widzowie, ponad połowa widowni, wciąż oskarżają naszego dyrektora o słabości teatru i programu. Mówią o nas, że rządzenie teatrem traktujemy jak sądzenie, oskarżają nas o nepotyzm, a nawet o sterowanie końmi, które miały być wyścigowymi arabami, a okazały się pociągowymi perszeronami. Mówią także o niepotrzebnym kształtowaniu ducha wiary u osób już uduchowionych, zmiany starej historii na nową, a nawet wyrzucanie całkiem dobrych pomników na śmietnik.

Kiedy rozdyskutują się za bardzo i zapominają o obowiązkach, Wielki Wezyr patrzy im w oczy, a oni pod jego łagodnym spojrzeniem miękną w kolanach jak wosk. Robi im się słabo, ulegają jego twórczym wizjom i pomysłom jak pijana kobieta przystojnemu i zamożnemu mężczyźnie. Mówią wtedy pieszczotliwie „Tak, Boss!”, albo „Nie, Boss!”, w zależności od tego, w którą stronę kiwa palcem, i wspólnie dokazują na scenie, a kiedy jest w dobrym nastroju, pozwala im bawić się skakanką albo częstuje figami lub innymi łakociami, miłymi sercu miłośników, hołdowników i dworaków wielbiących prawdę i piękno teatru narodowego.

Publikacje i zapowiedzi:

Michael Tequila: Klęczy cisza niezmącona. Poezja. Nowy nakład w przygotowaniu. Przewidywany termin wydania: koniec 2016.

Michael Tequila: Sędzia od Świętego Jerzego. Powieść. Wydanie w ciągłej sprzedaży: Matras, Dom Książki, wszystkie księgarnie internetowe. W przypadku braku książki w księgarni, prosić o ściągniecie z magazynu.

Michael Tequila: Niezwykła decyzja Abuelo Caduco i inne opowiadania. Opowiadania i humoreski. Publikacja w trakcie negocjacji. Przewidywany termin wydania: koniec 2016.

Michael Tequila: Księga zdarzeń. Powieść. W przygotowaniu. Przewidywany termin wydania 2017.

 

Reguły gry. Opowiadanie „political fiction”. Odcinek 6: Przygotowania

To już dzisiaj – pomyślał Premier i wstał zza biurka, aby rozprostować nogi. Niepokój i troska mieszały się w jego głowie jak zupa gotująca się na wolnym ogniu. Miał wrażenie, że słyszy bulgotanie. Musiał przygotować się do największych rozgrywek w bieżącym sezonie. Wszyscy się przygotowywali. Założył krótkie spodenki, solidne ochraniacze na kolana i łydki, przez głowę naciągnął koszulkę. Zastanawiał się nad czymś przez chwilę, po czym machnął ręką. Obuwia nie wkładał. Miał je w bagażniku samochodu.

Założę je dopiero przed wyjściem na murawę – postanowił. Podszedł do lustra i ocenił się. Podobała mu się własna sylwetka; emanowała determinacją i duchem walki. Miał o co wałczyć, był przecież premierem rządu.

Walczyć, ale fair, a nie bezpardonowo i bez zasad, jak ten platfusowaty kołek – mruknął do siebie. Ten kreator oskarżeń i fałszywej rzeczywistości! Nie chciał wymawiać jego nazwiska. Mierziło go. Nie było zresztą potrzeby. I tak wszyscy wiedzieli, o kogo chodzi. Było ich tylko dwóch. Dwóch rozgrywających. On i ten drugi. Reszta to płotki, drobiazg bez znaczenia.

Jego rozmyślania przerwał sygnał telefonu komórkowego, którego numer znali tylko najbardziej zaufani współpracownicy i żona. Premier słuchał uważnie przez kilkadziesiąt sekund.

Nie zapomnijcie tylko zabrać narzędzi i wszystko starannie przygotować. Kończę, bo nie mam już czasu. Do szybkiego zobaczenia. Nara – niedbale rzucił do mikrofonu jak papierem do kosza na śmieci.

Wychodząc z gabinetu umocnił w sobie przekonanie, że musi zadać swemu największemu przeciwnikowi ostateczny cios. Plany, myśli i ostre słowa zostawiał dla siebie; publicznie demonstrował spokój i opanowanie. Był oględny w słowach.

Chyba dlatego większość ludzi uznaje mnie za człowieka zrównoważonego i spokojnego. Ale to nie będzie trwało wiecznie – doszedł do wniosku wsiadając do samochodu, który czekał na niego przy krawężniku.

Na drugim końcu rozległego budynku sejmowego do rozgrywek przygotowywał się Kaczan, przewodniczący Partii Nowych Kreacjonistów, najostrzejszy krytyk rządu i Partii Ewolucjonistów.

PE! Pieprzone Elementy! – z gniewem wymawiał te słowa, kiedy myślał o Słabosilnym i jego partii. Nie znosił go. Jego buty, kłamstw, nieudolności. A przede wszystkim jego ostatniej wygranej. Kiedyś sam był wygrany, ale krótko. Tylko dwa lata.

To przecież tylko nędzne pół sezonu. Dobre i to – pocieszył się. Jego zespół był wtedy najlepszy.

Chętnie utopiłbym tego gnojka w kałuży brudnej wody deszczowej, gdybym tylko wiedział, że mnie nie złapią – nie była to myśl, którą dzieliłby się z kimkolwiek. Ale jego ludzie i przyjaciele i tak o tym wiedzieli. Wiedzieli i podzielali jego uczucia. Cieszyło go to, ponieważ jednoczyło to partię. Ale jak zdobyć zrozumienie i poparcie większości społeczeństwa? – pytanie to nieprzerwanie przewalało się w jego myślach jak worek ze starociami, z którymi niewiadomo co zrobić.

Nie idzie nam zbyt dobrze. Może dlatego, że nie mamy jeszcze rzetelnego programu politycznego. Tylko dobre hasła. Porzucił powracające automatycznie myśli i skoncentrował się. Z szafy wyjął duży pakunek zawierający strój do gry w polo i zaczął ubierać się. W pierwszym rzędzie włożył nowiutką koszulkę polo i spodnie do konnej jazdy, a następnie wysokie buty. Wszystkie akcesoria były najlepszej marki, zostały nabyte w specjalistycznym sklepie w Londynie. Poczuł się lepiej. Przerwał ubieranie się, sięgnął do szuflady biurka i wyjął z niej rewolwer. Przyjrzał mu się i uśmiechnął się. Sprawdził zawartość magazynka i sięgnął po dodatkowy magazynek. Nie wiadomo, co może się zdarzyć na takiej imprezie – mruknął do siebie uspokajająco. Po ubraniu się zaczął wciskać do wielkiej torby obły ciemny przedmiot o dużych gabarytach. Mocował się chwilę przeklinając. To przyda się później – mruknął w końcu z zadowoleniem, kiedy udało mu się pokonać oporny materiał. Mógł pakowanie zlecić swojemu pracownikowi lub ochroniarzowi, ale pewne rzeczy wolał robić osobiście. Nie należał do ludzi łatwo obdarzających innych zaufaniem.

Zbliżający się zmierzch zarzucał dyskretną sieć spokoju na rywalizacje i nienawiści polityczne. Rozglądając się po gabinecie, czy czegoś nie zapomniał, Kaczan nieprzerwanie roztrząsał pomysły i sytuacje, analizował i planował. Walka polityczna stała się wulgarna i prostacka – tak uważało wiele ludzi. Jak ją ucywilizować? – nikt nie znał na to odpowiedzi. Tego był pewien. Jego to nie męczyło. Wręcz przeciwnie. Dobrze czuł się w wirze oskarżeń, wątpliwości i niepewności. To był jego styl. Tylko tak mógł wygrać z przeciwnikiem: obudzić powszechną niepewność i niechęć społeczeństwa do rządzących i ich poczynań – pomyślał zamykając drzwi wyjściowe na trzy klucze. Kwestionować wszystko, co robią. Oskarżać. Obarczać winą – to dobra strategia.

Opuszczając gabinet nacisnął klamkę i sprawdził, czy dobrze zamknął. Ruszył w kierunku małego prywatnego parkingu, gdzie czekali na niego ludzie ochrony i zaufani współpracownicy. Zatrzymał się zanim doszedł do rogu budynku. Rozglądnął się. Wokół nie było nikogo. Wahał się. Po chwili zawrócił i jeszcze raz sprawdził, czy drzwi zostały dobrze zamknięte. Inspekcja wypadła pomyślnie. Przywódca Partii Nowych Kreacjonistów odetchnął z ulgą i uspokoił się.