Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 217: Gubernator Blawatsky zapada na zdrowiu.

Gubernator od dłuższego czasu nie widział pozytywnych wyników wojny o prokreację. Opozycja także wytykała mu nieudolność. Niepowodzenia trwały już tak długo, że w końcu opanowało go przekonanie, że rozum go zawodzi. Coraz częściej nękały go natręctwa, wciąż powtarzające się sceny niepowodzeń. Pojawiały się, odchodziły i powracały. Rzeczywistość stawała się fikcją, a fikcja rzeczywistością.

Pracownicy nie poznawali go; gubernator, człowiek niezwykle uporządkowany, nagle, bez potrzeby, wstawał od biurka w czasie narady i wychodził z gabinetu, wzdychając i patrząc pod nogi albo w sufit, jakby tam znajdowało się rozwiązanie dręczącej go gorączki. Chodząc po gabinecie był tak niespokojny, że brakowało mu miejsca, zderzał się z przedmiotami, w związku z czym musiano stale przemeblowywać pomieszczenie.

Zaczęto podejrzewać go o rozstrój nerwowy. Okazało się to prawdą. Stwierdził to lekarz domowy, a wkrótce poświadczył profesor sprowadzony w pośpiechu z drugiego krańca kraju, gdzie walczył z plagą choroby zwanej gorączką błotną. W trakcie badania gubernator był nerwowy, miał zaburzenia mowy, głośno i niewyraźnie krzyczał albo szeptał bardzo wyraźnie, ale tak cicho, że nie można było go zrozumieć. W końcu jego stan pogorszył się do tego stopnia, że przed oczami jawiły mu się czerwone grochy rzucające się agresywnie na niego.

Profesor podejrzewał miazmę, osobliwy rozstrój nerwowy powodujący spadek siły witalnej. Po intensywnych konsultacjach z kolegami, co było nieuniknione, gdyż rzeczywistość była zbyt skomplikowana, aby najprostsza diagnoza była łatwa, uznał, że gubernatora przygniótł ogrom pracy i odpowiedzialności, a dobiła go gorączka błotna. Jak się okazało, gubernator dwukrotnie odwiedzał tereny, gdzie się panoszyła.

– Praca i gorączka uczyniły z niego kukłę miękką jak wata, pozbawioną wigoru, z którego był powszechnie znany – stwierdził z żalem Czarna Eminencja, często odwiedzający chorego, aby nieść mu pocieszenie i opiekę duchową. Po kilkunastu dniach duchowny zrezygnował całkowicie z wizyt uznając nie bez żalu, że lepiej poświęcić czas zdrowym ludziom w potrzebie niż jednemu pomyleńcowi, który sam napytał sobie biedy biorąc na siebie nadmierną odpowiedzialność.

– Sam Bóg, który jest przecież wszechmocny, nie wziąłby tyle na swoje barki. – Podsumował duchowny w obecności ministrów i rodziny gubernatora, którzy wobec beznadziejnego stanu jego zdrowia zaczęli poważnie martwić się o siebie.

Kiedy próbowano zdjąć z gubernatora choćby część odpowiedzialności, odmawiał, upierając się, że ten garb to jego droga krzyżowa, którą musi dźwigać do końca. Dopełniło to przeświadczenia Czarnej Eminencji, że gubernator nosi w sobie ogromne poczucie winy i niespełnienia. Jego przekonanie miało uzasadnienie historyczne. Kiedy społeczeństwo podzieliło się na dwa obozy, Pro i Anty, zwalczające się nawzajem, Gubernator winił siebie za ten podział, ponieważ dysponując pełnią władzy, nic wtedy nie zrobił, aby to ukrócić. Mówił tylko, że łeb trzeba urwać hydrze.

Z troski i zmęczenia gubernator w końcu skapcaniał. Pozostawiony pod opieką pielęgniarki, siostry zakonnej delegowanej przez Czarną Eminencję, popadł w marazm, a następnie w letarg przypominający stan hibernacji. Gdy ciepłota jego ciała spadła o dwa stopnie, przestał poruszać się. Mimo chybotliwej kondycji jego twarz zachowała zdrowy wygląd; rozjaśniał ją czasami tak delikatny uśmiech, że trzeba było skoncentrować się, aby go zauważyć.

– W takich momentach pan gubernator wraca do dzieciństwa i niech mu Bóg błogosławi – szeptała siostra zakonna zachęcając gości do pozostawienia pacjenta samemu sobie.

*****

Tajna policja miała ręce pełne roboty eksmitując z zajmowanych lokali kluby wyzwolonych kobiet, przenikając do ich kręgów kierowniczych, rekrutując donosicieli, prowadząc sabotaż produkcji i dystrybucji materiałów antyprokreacyjnych, rozpędzając akcje protestacyjne kobiet, manifestacje i kontrmanifestacje. Coraz częściej dokonywała też aresztowań aktywistek ruchu.

Czas pokazał, że trzy formy działania rządu były szczególnie skuteczne: eliminacja przywódczyń ruchu wyzwolenia kobiet, edukacja prokreacyjna oraz formowanie duchowe poprzez spowiedź, obrządki i nauczanie religii.

Kiedy gubernator opadł z sił i ostatecznie zanurzył się w letarg, w kraju nastał stan zamieszania i bezładu. Stanowisko premiera, szefa rządu, przejął po nim oficjalnie Czarna Eminencja, nie spełnił się jednak dobrze w tej roli. Duża część społeczeństwa go rozumiała; był przecież duchownym, a nie mężem stanu, który dysponuje giętkim umysłem politycznym i rękami silnymi jak chwytak mechaniczny, aby solidnie ująć ster władzy. Łaskawość obywateli nie cieszyła bynajmniej Eminencji, dlatego przekazał władzę wicegubernatorowi. Ten okazał się jeszcze słabszym zarządcą i gotów był zrezygnować z aspiracji samodzielnego rządzenia.

 

0Shares

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 144: Rozmowy z laborantami i przemówienie Josefa

Po zakończeniu uroczystości Josef udał się na spoczynek do swojego pokoju. Było to coś pośredniego między boksem dla konia a pokojem gościnnym dla człowieka. Josef stanął w oknie i patrzył na zapadającą ciemność. Słońce gasło, drzewa otulały się cieniami. Poczuł się trochę smutny i senny. Nie myślał o łóżku, nawet go nie potrzebował, bo potrafił spać na stojąco. Ćwiczył to już kilka razy. Właściwie to nie wiedział, czy zapadł już w sen, czy nie, zagubiony w myślach o spotkaniu następnego dnia z laborantami, jakie zorganizowała mu Nina Aleman, przewodnicząca zarządu. Miało to być spotkanie poznawcze. Przypomniał sobie rozmowę z nią. Była bardzo udana.

Nina mówiła bardzo wyraźnie. Odpowiadało mu to, ponieważ nie wszystkie ludzkie słowa i pojęcia dobrze rozumiał i od razu przyswajał. Wciąż czuł szum w uszach i bolała go głowa. Wiedział, że to przejdzie za kilka lub kilkanaście dni.

– Musisz być cierpliwy – tłumaczyli mu chirurdzy i pielęgniarki z Inż-Genu.

Miał dobrą opiekę, wiele się od nich uczył. Przestał myśleć o rehabilitacji, kiedy do pokoju wszedł profesor Kary, szef Inż.-Genu. Josef pomyślał, że profesor robi obchód jak zwykle, bo miał na sobie biały fartuch. Nie przepadał za tą częścią ubioru profesorskiego, wręcz jej nie znosił, gdyż wydzielała mocną i ostrą woń drażniącą jego czułe nozdrza. Ucieszył się jednak, bo cenił profesora, jego powagę, wygląd, grzywę włosów przypominających barwą maść konia. Kiedy dowiedział się, że właśnie profesor Kary razem z grupą specjalistów powołał go do życia, uznał go za ojca chrzestnego.

Patrzył na profesora, który obrócił się w kierunku wnętrza pokoju, nagle urastającego do rozmiarów sali konferencyjnej. Czekał tam niemały tłum ludzi. Josef domyślił się, że są to laboranci przybyli na spotkanie zapoznawcze; kilku poznał już wcześniej.

– Bardzo sympatyczni – mruknął do siebie. Był o tym przekonany, bo wszyscy bez wyjątku okazywali mu życzliwość. Wrócił do profesora Karego. Nie dziwił go już swoim pseudonimem. Miał końską twarz. Jego podwładni robili sobie żarty, że jest krzyżówką człowieka i konia, ale tylko w obrębie głowy. Miało to niewielkie znaczenie, ponieważ podobieństwo było bardzo powierzchowne.

Profesor udzielił mu głosu. Josef zawahał się. Pamiętał, że będzie musiał przedstawić się, ale nie spodziewał się, że nastąpi to tak nagle. Już wcześniej myślał o tym wystąpieniu i powtarzał je w myśli. Przygotował się bardzo dobrze, zdania sprawnie układały mu się w głowie. Profesor patrzył na niego zachęcając ręką i uśmiechem na twarzy, aby przemówił do ludzi na sali. Josef przypomniał sobie, że powinien przedstawić im się. Zaczął niepewnie, ale szybko się rozkręcił, przypominając sobie zdania, których się uczył i powtarzał co najmniej kilka razy.

– Nazywam się Josef. Jestem pierwszym przedstawicielem nowego gatunku, który został nazwany konioczłowiekiem, ponieważ łączy w sobie cechy człowieka i konia. Konioczłowiek rokuje lepszą przyszłość dla ludzi, zwierząt i środowiska naturalnego. Mówcie do mnie Josef. Jeśli nie macie nic przeciw, to i ja będę zwracać się do was po imieniu. To bardzo demokratyczne.

Kiedy przemówił, zdał sobie sprawę, że zaskoczył słuchaczy. Widać to było po ich twarzach, znieruchomiałych i zdumionych. Niektórzy coś szeptali do swoich sąsiadów, jakby coś im wyjaśniając lub pytając o szczegóły. Josef pomyślał, że chodzi o brzmienie jego głosu. Jedna z pracowniczek Laboratorium powiedziała mu wcześniej, że nie zdziwiła jej jego postać, bo z dziesiątek dyskusji miała już wyobrażenie, jak będzie wyglądać.

– Zaskoczył mnie twój głos, jego ton i ogólnie twoje zachowanie, przede wszystkim właśnie brzmienie głosu. Mówisz trochę chrapliwie.

Na jego prośbę laborantka, miała na imię Sofia i była filozofką, wyjaśniła, co znaczy chrapliwy. Ucieszył się, kiedy się dowiedział się, że mówi chrapliwie prawdopodobnie ze zmęczenia. Podobało mu się też, że mówi starannym językiem, prawie technicznym, oszczędnym w słowach, bardzo treściwym.

– To dlatego, że dawca twojego ciała, jego górnej części, był człowiekiem wykształconym. Był inżynierem. Sofia nie umiała nic więcej o nim powiedzieć, bo nie wiedziała. Niektóre dane dawców są utajnione. – Wyjaśniła.

Przemówienie Josefa przełamało pierwsze lody. Laboranci podnosili ręce, aby zadawać mu pytania; bardzo mu to odpowiadało. Poczuł, że nogi mu drętwieją, przestąpił więc z nogi na nogę. Miał wrażenie, że śni, ale czuł się świeżo.

Ktoś odezwał się.

– Powiedz coś o sobie, Josefie. Chcielibyśmy wiedzieć, co ty sam o sobie myślisz.

Zaczął śmiało.

– Intelektualnie jestem podobny bardziej do człowieka, ale fizjologicznie bardziej przypominam konia. Nie potrzebuję tak dużo jak ludzie: dużego domu, telewizji, podróży, samochodu, nowoczesnego telefonu czy komputera. Potrzebuję mniej, bo żyję prosto, zgodnie z naturą. Odżywiam się pokarmami roślinnymi, wstaję razem ze słońcem i idę spać, kiedy robi się ciemno. Profesor Kary i Nina mówili mi, że jestem ideałem, bo nie będę niszczyć środowiska.

Wypowiedź Josefa wywołała falę dalszych pytań. Starał się zapamiętać, o co go pytają, aby móc wszystkim udzielić odpowiedzi.  Kilka osób chciało wiedzieć, jak widzi swoje pochodzenie.

– Jestem tworem inżynierii genetycznej, stworzono mnie laboratoryjnie. Tylko końska i ludzka część mojego organizmu powstała w sposób naturalny. Pochodzi z odzysku. – Wiedział, że to zostanie dobrze przyjęte, bo profesor Kary i Nina wytłumaczyli mu, o co chodzi w tym sformułowaniu. – To mi w niczym nie przeszkadza – kontynuował Josef. – Czuję się szczęśliwy, że jestem połączeniem dwóch gatunków.

Chciał jeszcze coś dodać, ale poczuł się niedobrze. Ból głowy wzmógł się, głośniej też szumiało mu w głowie. Postanowił zakończyć wystąpienie. – Mam nadzieję, że wkrótce poznamy się lepiej. Nie czuję się dzisiaj dostatecznie dobrze, aby kontynuować spotkanie. Profesor ostrzegł mnie, że mogę potrzebować jeszcze kilka dni, aby dojść do siebie. Może on powie wam coś więcej o mnie? To mój ojciec chrzestny.

Josefowi wyrwał się z gardła ni to śmiech, ni to rżenie. Niepewnie popatrzył na słuchających go ludzi; śmieli się serdecznie, bardzo życzliwie. Dobrze odebrali jego zachowanie. Wcześniej profesor i Nina mówili, że ma poczucie humoru i że to z pewnością ich ucieszy. Wyjaśnili mu, że ludzie i zwierzęta tak samo się cieszą, tylko inaczej to wyrażają. Po reakcji audytorium Josef był całkowicie przekonany, że Laboratorium to najlepsze miejsce na świecie.

4Shares

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 142: Pojawienie się i prezentacja konioczłowieka

Kiedy Josef ostatecznie doszedł do siebie, opowiedział swoje przeżycia, historię ostatnich dni. Cały czas był świadomy i widział, co dzieje się wokół. Aby ratować się od zabójczej nudy, skupił się na kontroli czasu, obserwował jak promienie słońca przechodzą za oknem sali rehabilitacyjnej i jak pielęgniarka porusza ustami.

– Ona ma piękne wargi, mam na myśli ich kolor i w ogóle. Josef rozmarzył się i zamknął oczy. Obserwujący go lekarze przestraszyli się, że znowu popadł w odrętwienie. Mówił bardzo niewyraźnie ludzkim głosem zakłócanym dźwiękami podobnymi do cichutkiego rżenia konia.

Zespół wykonał ostatnie badania dla upewnienia się, że wszystko jest już na dobrej drodze. Elektroencefalograf pokazał prawidłowe wyniki elektrycznej aktywności mózgu, dobre były też wyniki rezonansu magnetycznego.

Wszystko świadczyło o poprawiającej się kondycji pacjenta. Mimo pozytywnych wyników lekarze pokłócili się o jakiś szczegół. Pogodzili się dopiero wtedy, kiedy Josef otworzył jedno i drugie oko, a przez jego oblicze przebiegł cień uśmiechu. Rozbroił ich tym; wyglądało to tak, jakby chciał ich rozbawić. Szef zespołu rehabilitacyjnego natychmiast zawiadomił o tym kierownika Inż-Genu.

– Zrobiliśmy test samoidentyfikacji Gallupa malując Josefowi plamkę na czole. Kiedy pokazaliśmy mu lustro, prawidłowo rozpoznał siebie jako niezależny organizm. Stopniowo stawiamy go na nogi. Teraz jest już w porządku.

*****

Pierwszą oficjalną prezentację Josefa prowadził profesor Kary, kierownik Zespołu Inżynierii Genetycznej. Do pomocy zaangażował dwójkę asystentów, kobietę i mężczyznę. Tak naprawdę nie na wiele mu się zdali; ich rola była podrzędna, a pomoc niewielka. Tym niemniej byli użyteczni, gdyż profesor uznał, że pracownikowi nauki o jego dorobku należy się szczególna oprawa z okazji tak wielkiej uroczystości.

Kary cieszył się renomą rewelacyjnego chirurga, wykonującego najbardziej skomplikowane operacje. Przypisywano mu cudotwórstwo. Entuzjaści jego talentu twierdzili, że pod jego uzbrojoną w skalpel ręką ożywali nawet nieboszczycy, aby jeszcze przez długie lata cieszyć się pełnią sił fizycznych i psychicznych.

– Pan profesor nie popełnia błędów – głosiła każda kolejna asystentka naukowca.

Ludzie mu niechętni twierdzili jednak, że dowody jego błędów nie istnieją tylko dlatego, że świadkowie jego nieudanych operacji leżą na cmentarzu i odmawiają składania zeznań.

Prelegent miał rumianą, pełną twarz i lekko obwisłe policzki. Jego podkrążone oczy sugerowały przepracowanie. Ubrany w biały fartuch mówił spokojnie i rzeczowo, był oszczędny w mimice, gestach i słowach. W pierwszej kolejności przedstawił zarys doświadczeń, zabiegów i operacji, jakie poprzedziły powstanie konioczłowieka. Przez jego słowa przebijało zadowolenie i duma z osiągnięć.

– Nasi matematycy i genetycy wyliczyli, że stworzenie od podstaw konioczłowieka, jest praktycznie zadaniem niemożliwym do realizacji z uwagi na złożoność genomów obydwu gatunków. Udowodniliśmy, że nie jest to prawdą. – Profesor wskazał na tablice, przy których stali asystenci w pozach przypominających warujące psy. Mężczyzna pokazywał i objaśniał genom konia, kobieta porównywała go na swojej tablicy z genomem człowieka. 

Po zakończeniu prezentacji na telebimie pojawił się obraz Josefa Półkonia. Profesor wyjaśnił, że nosi on imię i nazwisko zupełnie jak każdy inny obywatel kraju. Josef uśmiechał się niepewnie, po chwili jednak machał już przyjaźnie ręką do kamery. Wyglądał na osłabionego. Górną część ciała przykrywała luźna koszula z rękawami średniej długości, część biodrową szkocka spodniczka w kratę, spod której wyglądały masywne końskie nogi zakończone kopytami osłoniętymi czymś w rodzaju obuwia. Kiedy niezwykła postać poruszyła pokaźną głową i wyraźnie powiedziała „Witam was”, zebrani aż jęknęli ze zdumienia.

*****

Laboratorium planowało wielkie przyjęcie z tytułu narodzin Josefa. Niektórzy pracownicy myśleli o tym bez przerwy, wyobrażając sobie, jak będzie ono wyglądać, gdzie i kiedy się odbędzie, co będą jedli i pili, w końcu, kto będzie przemawiać i co będzie mówić. Szczerze liczyli też na pochwały, a co najmniej na wyrazy uznania za własny wkład pracy.

Laboratorium potrzebowało takiej uroczystości, takiego święta. Ludzie ciężko pracowali od miesięcy, byli wyczerpani, osiągnęli wielki sukces i należała im się nagroda. Zarząd firmy zastanawiał się nad zaproszeniem kogoś z Departamentu Transformacji Genetycznych, ostatecznie jednak pomysł upadł. Zrezygnowano z niego nie bez żalu, ponieważ po cichu liczono na wsparcie władz w postaci otoczenia Josefa ochroną państwa, co byłoby niezwykle cenne. Ujemną stroną zaproszenia byłoby ujawnienie tajemnicy narodzin konioczłowieka, przedstawiciela nowego gatunku, czystego wytworu inżynierii genetycznej. Było na to zdecydowanie za wcześnie. Zarząd uznał, że potrzebuje więcej czasu, aby przygotować rząd i społeczeństwo nie tylko do poznania Josefa, ale i jego zaakceptowania, ponieważ istniały obawy, czy jest to w ogóle możliwe. Aaron, kierownik Zespołu Bezpieczeństwa ostrzegał już wcześniej, że ani rząd, ani tym bardziej podlegający mu Departament Transformacji Genetycznych nie są przyjaciółmi Laboratorium, tylko wrogami i mogą chcieć mu zaszkodzić, a może nawet przejąć lub zlikwidować, gdyby tylko dowiedzieli się o nadzwyczajnym osiągnięciu.

To, co uczyniło Laboratorium, rząd mógłby uznać za działalność nielegalną, a co najmniej wątpliwą prawnie. Sprawę przesądził ostatecznie prawnik Laboratorium. Uważał, że władze mogły oskarżyć Laboratorium o pięć przestępstw z różnych paragrafów, za które kodeks karny przewidywał łączną karę pięćdziesięciu sześciu lat więzienia.

– Kara mogła być nawet wyższa, ponieważ konserwatyści są nieobliczalni, kierują się widzimisię Barrasa Blawatsky’ego, właściciela partii, która ma na uwadze nie dobro przyrody, ani narodu, ale swoje własne.

Jego opinię, podobnie jak ostrzeżenia Aarona, zarząd uznał za przesadne uważając, że w interesie rządu byłaby dbałość o Josefa jako wyjątkowe dobro narodowe, i mógłby najwyżej żądać od Laboratorium przekazania mu praw do niego.

1Shares

Mocarz czyli fenomen fenomenologiczny

W trakcie dziennika telewizyjnego na ekranie telewizora skoncentrowały się głosy fachowców, różnych profesorów od zdrowia i siedmiu boleści, ekspertów, spin doktorów, a także – dla równowagi – ludzi bez wykształcenia, których nadzwyczajną siłą jest ślepa wiara w cuda i przywódców. Mówiono o Antonim Macierewiczu.

I wtedy stało się coś nadzwyczajnego. Pojawił się sam zainteresowany i zaczął wypełniać ekran, przytłaczając inne postacie: pana prezesa, który zesznurował usta tak mocno, że widać było tylko błyszczące sznuróweczki, i pana prezydenta, który skarżył się bardzo boleśnie, że mu chowają do szafy ulubionego generała i on nie wie co robić, i społeczeństwo podzielone na pół, jedna połowa z ustami wypełnionymi bogobojnymi pochwałami i zachwytami, a druga z zębami zaciśniętymi, do których przykleiły się przekleństwa.

Kiedy ekran wypełnił się całkowicie postacią mocarza i zaczął on wychodzić na zewnątrz, przeraziłem się i wyłączyłem telewizor, i dopiero wtedy, pod wpływem szoku, zdałem sobie sprawę, że jest to fenomen fenomenologiczny, taki, który potrafi wybić medal ulubionemu Misiowi i spokojnie skopać tyłki dziewięćdziesięciu generałom, i lekką ręką pokerzysty odrzucić helikoptery francuskie potrzebne chyba na złom, bo obronność mamy mocną jak stal a może i jeszcze mocniejszą.

Tak to sobie napisałem w ramach oszczędności miejsca w głowie, która jest mi potrzebna na inne myśli i bajkę o normalności, jaka śni mi się po nocach od długiego już czasu.

Dzisiaj dowiedziałem się, że dla dobra sprawy mocarz dobrowolnie zrezygnował z przewodniczenia siłom lądowym, morskim, lotniczym i leśnym, które pożegnał bardzo długim i serdecznym przemówieniem o patriotyzmie, umocnieniu, wzroście, poprawie, szczęściu i bezpieczeństwie, którego ja akurat nie zauważyłem, ale ucieszyłem się, że on je widzi i żegna.

0Shares

Nowa pozytywna wizja Europy

Bardzo lubię i cenię pana prezydenta Dudę. To zdjęcie, które zrobił sobie z rękami rozłożonymi na boki nad głowami kanclerz Merkel i prezydenta Macron jest fantastyczne. Znane jest już na całym świecie.

Pan prezydent potrafi być rubaszny a zarazem tak słodki. Wzrusza mnie do głębi, podobnie jak zapewne wzruszył tysiące ludzi za granicą. Rozłożone ramiona, otwarte dłonie i promienny uśmiech Pana Prezydenta to wyraz naszej polityki naprawy Unii Europejskiej. W miejsce organizacji zagubionej, rozpadającej się pod ciężarem Brexitu, terrorystów i uchodźców, promujemy obraz Unii podniesionej z kolan, promiennej, uśmiechniętej w objęciach otwartości, szczerości i miłości. Miłości bliźniego swego i siebie samego, wszechogarniającej, obejmującej ludność cywilną i wojskową, kościół, wszystkie kościoły i religie, dobre i gorsze połowy, kobiety i mężczyzn z wyjątkiem homoseksualistów i lesbijek oraz zwolenników in vitro, bo oni wciąż patrzą do tyłu albo co najwyżej na boki, zamiast prosto, w słońce i przed siebie. 

Jak tylko uświadomiłem sobie to wszystko wstałem i ja z kolan, na które upadłem schodząc zbyt szybko z łóżka, wziąłem gorącą, oczyszczającą kąpiel, aby promienieć uśmiechem podobnie jak Pan Prezydent i krzyczeć słowa miłości ustami pełnymi sezamkowej słodyczy podobnie jak pani profesor Krystyna Pawłowicz, oby żyła wiecznie.

0Shares

Komiks literacki. Profesor Simpletona i dyscyplina. Odcinek 21.

botero-estatua_de_botero_no_jardim_amalia_rodrigues-zdjecie-portuguese_eyses-creative-commons-2

Redaktor prowadzący wywiad zdawał sobie sprawę, że profesor Simpletona jest bardzo ważnym członkiem załogi okrętu. Komandor Jaroszka powierzał jej najtrudniejsze zadania. Była masywna i miała mocną szczękę, potrafiła przegryźć przewód mikrofonu i rozdeptać kamerę redaktora, gdyby tylko usiłował on zaatakować Komandora, choćby nawet słownie. Zachował więc ostrożność. 

– Jest pani profesorem prawa i to nie byle jakim, bo nadzwyczajnym. Mówią też, że jest pani osobą otwartą i prostolinijną. Lubi pani zjeść i wypić oraz wyrażać się dosadnie, jak to na okręcie, gdzie marynarze nie owijają przekleństw w przezroczystą bibułkę. Nazywają panią bulterierem komandora Jaroszki? Skąd ta nazwa?

– Pozwoli pan, że to ja nazwę pana gówniarzem, chyba, że woli pan być nazwany palantem, tyle się pan zna na zoologii. Jestem bulterierką Komandora, nie bulterierem. To zasadnicza różnica.

– Jaka jest pani rola na okręcie?

– Moją rolą jest utrzymać dyscyplinę na sali konferencyjnej. Komandor zatrudnił mnie do pilnowania, aby ta kretyńska opozycja nie nadużywała jego cierpliwości. Opozycjoniści mają obowiązek przemawiać krótko i zwięźle, w dodatku tak, aby podobało się to przewodniczącemu sali. On tu rządzi w imieniu Komandora. Kto się do tych zasad nie stosuje, to morda w kubeł albo wynocha z sali. Osobiście nie pozwalam mówić tej hołocie dłużej niż dwie minuty. Jeśli ktoś przekracza tę granicę, wtedy interweniuję. Mam sprawdzone chwyty: Skończ już, palancie, nie masz pojęcia, o czym mówisz! Albo: To nie jest na temat. Wyłączam pana, chamie!

– To chyba nie wszystko?

– Moja rolą jest też doskonalenie języka i zasad komunikacji załogi. Bez tego będziemy niczym, a z tym, to rzucimy inne załogi na kolana. Niech też doznają upokorzenia tak, jak my doznaliśmy w przeszłości od poprzedniego dowódcy, tego chama, i jego załogi. To były złe czasy. Nasi poprzednicy kradli i oszukiwali bez umiaru. My robimy to dużo lepiej.

– Mówią, że jest pani osobą bez honoru?

– Tak? Kto tak mówi? Pewnie jakiś burak z opozycji. Może ten cymbał z rudymi włosami zamiast przyzwoitej peruki. To tylko częściowa prawda. – Profesor Simpletona niespodziewanie złagodniała. – Tytuł profesorski przyznano mi jeszcze w czasach, kiedy honor, przyzwoitość i poprawny język były mało znane. Dzięki temu nie jestem obarczona błędami przeszłości, mówię, co chcę i komu chcę. Mamy czasy demokracji, wolności. A że język mam dosadny, to zrozumiałe. Nie wypadłam sroce spod ogona.

– Jakie prawo pani studiowała?

Prawo Kaduka w tradycji chrześcijańskiej. Święty Kaduk, Panie, świeć nad jego duszą, wyzwolił ludzi z uczuć ciągnących ich ku ziemi. Normalnie ludzie myślą, że trzeba mówić prawdę i trzeba być wzajemnie miłym dla siebie. Po co komu prawda? Czy ktoś się tym naje? Daj pan spokój. Wynoś się zresztą, prostaku, bo nie mam już cierpliwości! 

0Shares

Wynalazek prochu. Wydanie Świąteczne.

Wiktor od dłuższego czas nie pokazywał się w miejscach publicznych. Zaniepokojony zadzwoniłem do niego. Żył, ale był przytłoczony upałem.

Ostatni raz język mi przysechł do podniebienia i nie mogłem mówić. Uratował mnie Kaczyński. Niech Bóg zachowa go w swojej opiece i pozwoli mu rządzić PiS-em przez następne 20 lat.

Skąd u ciebie taki entuzjazm do tego polityka?

To najlepsza gwarancja, że PiS nie dojdzie do władzy i kraj utonie w dobrobycie. Ponieważ wiele osób nie chce utonąć, będzie głosować na Kaczyńskiego. Może to i sposób na szczęście narodowe?

Co tam polityka! Ważne jest, jak radzisz sobie z sobą samym. Mam na myśli twój program rewitalizacji ciała i ducha.

Co można zrobić w taki upał? Rano w Adelajdzie było 38 stopni Celsjusza, w południe 40 a teraz jest 42 w cieniu. Na słońcu to możesz jajka smażyć na krawężniku chodnika lub masce samochodu. W takich warunkach nie mogę ćwiczyć. Ugotowałbym się. Białko w moim organizmie nie wytrzymałoby takiej temperatury. Na okres upałów przerzucam się na politykę.

No, tak! Jak jest tak gorąco to i Chińczyk prochu nie wymyśli.

Niezupełnie. Najpierw wymyślili go Chińczycy, a ostatnio Kaczyński razem z Macierewiczem.

Jak? Gdzie? Kiedy? – zapytałem zachwycony genialnością rodaków. Co za naród! – pomyślałem z dumą.

Wymyślili go we wraku samolotu. To było niesamowite. Prawdziwe hokus-pokus. Przedtem prochu nie było, a teraz już jest.

Jak do tego doszło?

Różnie ludzie gadają. Jedni, że Kaczyński i Macierewicz są bardzo pobożni i usłyszeli głos: „Z prochu powstałeś i w proch się obrócisz”. Obydwaj w tym samym momencie. Sprawdzili to chronometrem. Bardzo wzięli sobie te słowa do serca. Zrozumieli, że proch odgrywa fundamentalną rolę w dziejach świata i w ich głowach powstało natychmiastowe skojarzenie: samolot -wypadek – proch. Szukali tego skojarzenia i je dostali. Od losu. Za darmo. Na tym polega genialność. Kaczyński to teraz prawdziwy mąż stanu od prochu. GUS podaje, że w Polsce więcej ludzi uwierzyło w proch niż w koniec świata.

Fantastyczne!

A sam proces wymyślania prochu? Jakie składniki? Wiem, że Chińczycy to użyli saletry – dopytywałem się zniecierpliwiony.

0Shares