Wspomnienia powyborcze. Prywatna rezolucja polityczna.

 

 

 

 

 

 

Francisco Goya: Caprichos.

Po dwóch dniach od wyborów do Sejmu i Senatu zobaczyłem Przyszłość. Zaskoczyła mnie nocą pukając w moją głowę tak uporczywie, że obudziłem się z przestrachu, że wybuchła wojna dwóch światów, tego dobrego, który reprezentuje Wielki Mistrz, i tego przewrotnego, do którego sam się zapisałem. Przyszłość opowiedziała mi o swoich planach. Brzmiało to mniej więcej tak:

Przed wyborami Wielki Mistrz wyciągnął przed siebie ręce, spojrzał w niebo i krzyknął do Premiera:

– Módlmy się o deszcz!

Obydwaj modlili się o deszcz pieniędzy z Unii Europejskiej. I wymodlili. Ma przyjść już wkrótce w formie ogromnej chmury pomocy dla uciekinierów zalewających Unię Europejską z południa.

– Damy te pieniądze Polsce, bo ona najbardziej nam pomaga. – Zgodnie oświadczyli premierzy Grecji, Cypru, Malty, Włoch, Francji i Hiszpanii.

Przyszłość rozgadała się. Można by powiedzieć, że plotła androny, a ja w mojej radosnej naiwności wierzyłem w nie. Kontynuowała:

– Dodatkowe środki przyjdą z podatków, których jeszcze nie ma, ale będą. Przyjdą w różnej postaci, bo z pustego to i Salomon nie wypełni kotła potrzeb społecznych, ponadto dochody TVP z reklam wyborczych oraz datki zebrane w trakcie publicznych orędzi księży w ramach akcji „Głosuj przeciwko perwertom”. Naród mamy lotny, w mig chwytał zdrowe myśli i poniósł je ze sobą do urn wyborczych. Stąd nasze zwycięstwo. Nie pamiętam, kto to powiedział, może to ja sama to powiedziałam – oświadczyła Przyszłość.

Myśl, jak głosować, poniosłem i ja, ponieważ obiecano mi trzynastą i czternastą emeryturę już do końca, a spodziewam się żyć długo i szczęśliwie. Dla pewności poczekam jeszcze kilka dni na zapisanie tych dodatkowych emerytur w budżecie państwa, choć nie jest to konieczne, bo co się odwlecze to i uciecze, jak mawiała pewna pijana ręka z kieliszkiem spadając z dachu na łeb pewnego łysonia. Czy zwróciliście uwagę, jak często używam zwrotów w rodzaju „pewna ręka”, „pewni ludzie”, „pewne poglądy”? To zapożyczenia od Wielkiego Mistrza. 

Od dnia wyborczego zwycięstwa wierzę mocniej w Naród, Wielkiego Mistrza, Partię Powszechnego Dobrobytu oraz śledztwa w drobnych sprawach: działeczki pana premiera, samolocików marszałka Kuchcińskiego, trolli Ministra Sprawiedliwości, domku szybkiej radości pana prezesa NIK, Skoków pana senatora Biernackiego, zapłaty fakturek pana Birgfellnera i podobnych drobiazgów. Oczywiście żartowałem, bo to wszystko są zmyślenia i dobrze wiemy, że prokuratura i sądy w praworządnym państwie nie powinny zajmować się takimi głupstwami. Co innego śledztwo w sprawie Amber Gold, VAT-u i wystawnych kolacji z owocami morza okraszonymi przekleństwami. To były poważne sprawy.

*****

Na tej relacji postanowiłem ostatecznie zakończyć moją blogerską aktywność polityczną. Gdybym coś kiedyś przypadkowo chlapnął, to może to być tylko jakaś drobna dygresja, i tylko przez zapomnienie albo wyjątkowy upór. Sam nie muszę już myśleć. Wybaczcie mi, że w ogóle pisałem, było to potrzebne jak trzecie skrzydło u samolotu, którego wrak miał do nas wrócić a nie wrócił.

– Tam gdzie jest, jest mu dobrze. Nie jest już nam zresztą potrzebny. – Uspokoił mnie pan Antoni, główny teoretyk rozumowania katastroficznego.

Nie piszcie do mnie. Może wyrażę to w formie życzenia. Piszcie do mnie tylko wtedy, kiedy w Sejmie powstanie Kółko Swobodnej Myśli Politycznej, na którym będziemy mogli wszyscy obiecywać sobie nawzajem złote góry bez podatków, głosować przeciwko przedstawicielom własnego kraju w Unii Europejskiej, mówić o własnej historii, która ma tylko jasne strony, ograniczać do jednej minuty czas wypowiedzi upartych posłów opozycji, jeść z tacki plastikowej i swobodnie przeklinać jak pani Krysia, wyróżniać hejtami ulubionych sędziów, odpowiadać na pytania reporterów pozdrowieniem „Teraz jestem zajęty”, a nade wszystko nie będziemy potrzebowali prowadzić nudnych dochodzeń prokuratorskich w sprawach, które nas samych dotyczą.

Rozczuliłem się. I taki już pozostanę. Z ustami złośliwie skrzywionymi od płaczu. Może pomyślicie o jakimś pomniczku dla takich jak ja na centralnym placu dużego miasta? Może to być teren z odzysku. Byłbym wdzięczny.

0Shares

Ostatnia przedwyborcza inwentaryzacja radości i smutków.

Wszystko jest polityką. Po wygranej naszej drużyny narodowej w siatkówkę z Egiptem i Australią zrobiłem inwentaryzację polityki radości i smutków. Pominąłem poprzednie partie rządzące, ponieważ od kilku lat są już w grobie, i skoncentrowałem się na partii rządzącej PiS (+ Koalicja), bo do kogo mam kierować prośby o lepsze jutro, jak nie do niej, Najmiłościwszej Carycy, panującej nam miłościwie od ponad czterech lat, aby Bóg dał jej zdrowie większe niż balon wypełniony gorącym powietrzem.

Nie upieram się, która opcja polityczna była czy jest lepsza, PO czy PiS. PiS ma swoje zasługi, niewątpliwe 500 + i przywrócenie (zdrowego?) zainteresowania historią, przeszłością, tradycją czy patriotyzmem. Porównywanie dwóch partii ma sens naprawdę wtedy, kiedy weźmie się pod uwagę skalę i intensywność zjawisk pozytywnych i negatywnych związanych z każdą z nich. Moja inwentaryzacja pokazuje, jeśli nie skalę zjawisk, to przynajmniej zwykłą, nieuporządkowaną listę. Nie jest to oczywiście kompletna lista. 

Kieruję ją w pierwszym rzędzie do moich znajomych, przyjaciół oraz rodziny, Miłośników Innego Nieba niż Moje. Zanim przedstawię listę, błagam Was, wybaczcie mi mój zbuntowany umysł, moją upadłość w niepewność, co dobre, a co złe, moje zagubienie, polegające na zadawaniu sobie i innym pytań, czy białe jest to, co wydaje się czarne, czy też czarne jest to, co wydaje się białe albo czy diabeł to anioł, a anioł to diabeł.

Poniżej inwentaryzacja. Niech pierwszy rzuci we mnie kamieniem ten, kto jest bez winy. Mnie rzucanie weszło już w krew. Kiedy świeci słońce, coś mnie opętuje, wychodzę na dwór i rzucam pytania. Inni rzucają żony, kochanki, ziarno kurom, przekleństwa, a ja pytania. Taki już jestem, swawolny, sam nie wiem dlaczego. Chyba coś rozchwiało się we mnie na widok tego, co w innych zawiązało się w twardy węzeł wiary w nadzwyczajność partii rządzącej już przez kilka lat 

Sami oceńcie, co Was cieszy, a co smuci. Potem głosujcie jak chcecie.

  • Państwowe stadniny koni. Gdzie są te krociowe zyski po zmianie dyrektorów? Może są to straty?
  • Setki tysięcy drzew wyciętych w Puszczy Białowieskiej wbrew protestom ekologów oraz licznych instytucji i gremiów naukowych, polskich i zagranicznych. Dlaczego to dalszą egzekucję chronionej prawem Puszczy zakazała nam Unia Europejska?
  • Kwota wolna od podatku? Gdzie ona jest?
  • Jeden milion aut elektrycznych? Od kiedy? Czy jest już chociaż jakiś plan lub początkowa inwestycja?
  • Gdzie jest wrak samolotu ze Smoleńska, najpierw żądany od PO, a potem obiecywany przez PiS?
  • Skrócenie wieku emerytalnego. Wszystkie kraje wydłużają wiek emerytalny. Pokażcie mi taki, który (oprócz Polski) skrócił wiek emerytalny. Czy my jesteśmy mądrzejsi od innych narodów?
  • Gdzie jest sto tysięcy mieszkań dla ludzi bez większych dochodów?
  • Zasiłki dla niepełnosprawnych? Jak znaczące są te zasiłki?
  • Zniesienie zasad korpusu cywilnego w administracji państwowej. Teraz na wysokie stanowiska powołuje się ludzi bez konkursu czyli z mianowania partii rządzącej. To dobrze czy źle?
  • Przejęcie Trybunału Konstytucyjnego i wymiana przewodniczącego (profesora prawa) na (przewodniczącą) magistra prawa, z którą chętnie spotyka się teraz prywatnie prezes Jarosław Kaczyński. Obecny Trybunał rozpatruje teraz mniej spraw niż poprzedni. To dobrze czy źle?
  • Głosowanie ex-premier Szydło w UE o nieprzedłużanie kadencji Przewodniczącego Rady Europejskiej Donalda Tuska przeciwko 27 krajom Unii Europejskiej. Premier PiS głosuje przeciwko przedstawicielowi własnego kraju!? To ona także wyprowadziła flagę Unii Europejskiej ze swojego gabinetu. Czy można się dziwić, że pani Szydło dwukrotnie została odrzucona jako kandydatka na nie najwyższe przecież stanowisko komisarza UE?
  • Niezapłacone faktury Jarosława Kaczyńskiego (Spółka Srebrna). Dlaczego Birgfellner był przesłuchiwany przez prokuraturę/sąd już kilka razy, a pan Prezes ani razu? Czy to dobrze czy źle?
  • Hejty przeciwko sędziom prowadzone przez grupę trolli Wiceministra Piebiaka w Ministerstwie Sprawiedliwości. Gdzie jest śledztwo w tej sprawie? Minister Ziobro, który Piebiaka mianował na to stanowisko, kompletnie nie wiedział co robi jego zastępca?
  • Ponad 4 mld zł strat poniesionych przez Kasy Skoki i pokrytych przez państwo z naszych podatków. To cztery razy więcej niż straty poniesione przez klientów Amber Gold. Gdzie jest śledztwo w sprawie Skoków?
  • Działki Morawieckiego. PiS zadeklarował, że majątek współmałżonka będzie również objęty obowiązkiem publicznej deklaracji dochodowej. Gdzie jest obiecana ustawa dotycząca poszerzonych deklaracji dochodów polityków?
  • Air Kuchciński. Dlaczego marszałek Kuchciński zrezygnował z funkcji skoro nie uczynił nic niezgodnego z prawem czy dobrymi obyczajami? Gdzie jest śledztwo w tej sprawie?
  • Temat kamienicy prezesa NIK Mariana Banasia, byłego Wiceministra Finansów, który wynajmuje kamienicę po żenująco niskiej cenie mafii, która prowadzi tam dom publiczny „na godziny”. Gdzie jest śledztwo w tej sprawie?
  • Prezydent Duda organizuje obchody święta państwowego dla uczczenia Brygady Świętokrzyskiej, jedynej polskiej formacji wojskowej z II WŚ która otwarcie kolaborowała z Niemcami i mordowała Żydów. To dobrze czy źle, że tak bardzo wyróżnia tę brygadę?
  • Korzystanie z trolli i hejtów przez Andrzeja Dudę w okresie ostatniej prezydenckiej kampanii wyborczej. Prezydent Duda nie skierował sprawy do sądu, że jest to pomówienie. Startując z poziomu poparcia około 8 procent pan Duda wygrywa z prezydentem Komorowskim, który cieszył się poparciem na poziomie ponad 65 procent. Czy był to cud czy coś absolutnie zwykłego?
  • Katastrofa smoleńska. Gdzie jest ostateczny raport Komisji Antoniego Macierewicza? Gdzie są dowody zbrodni uzyskane (w wyniku ekshumacji ofiar katastrofy) wbrew woli szeregu rodzin ofiar?
  • Premie, które „słusznie należały się” członkom rządu premier Szydło. Ilu z nich zwróciło te premie? Dlaczego miały one trafić na konto Caritas, a nie do kasy państwowej, skąd pieniądze wzięto?
  • Mamy bardzo niski poziom inwestycji w polskiej gospodarce (dużo poniżej średniej UE). Czy wiesz, że gospodarkę napędzają: wysoka konsumpcja, wysoki eksport, wysokie inwestycje. Czy przeznaczenie wielkich pieniędzy na konsumpcję (wszystkie programy plus „dobrej zmiany”) przez rząd PiS jest rzeczywiście tak wielkim dobrodziejstwem dla społeczeństwa? A co będzie za rok, dwa lub trzy? Stanowiska pracy same się stworzą a gospodarka sama się unowocześni?
0Shares

Literacki blog wyborczy Nr 2 czyli recenzja kolejnej powieści

Recenzuję powieść, jaka wpadła mi w ręce jakiś czas temu, nie tak długi, aby zapomnieć jej treść. Jest to powieść obyczajowo-kryminalna „Niezapłacone faktury Pana K”.

Fabuła z pozoru zaczyna się prosto. Nikomu nieznany Austriak, niejaki Birgkellner, sąsiad zza miedzy wpływowego Prezesa K, żąda od niego zapłaty faktury za gwoździe i papę do przykrycia dachu biurowca spółki Srebrnozłota. Birgkellner zeznawał już kilka razy w sądzie i w prokuraturze i jest już sprawą zmęczony. Prezes K milczy rzeczowo i konsekwentnie, można by powiedzieć, że nawet tajemniczo. Jest w tym milczeniu duma i pasja, która rozpala czytelnika do czerwoności, co dalej. Prezes nie pozywa Austriaka do sądu za składanie fałszywych zeznań, co mogłoby rozwinąć się w ważny wątek powieści. W swym postępowaniu jest nonszalancki, chodzi elegancko ubrany, patrzy w górę i pogwizduje. Pytany odpowiada na luzie tak wielkim, że aż ciarki chodzą po plecach. Paruje z niego duma.  

– Nie muszę składać zeznań w prokuraturze, bo i po co? Ostatecznie to moja prokuratura, nie jego. Stoję o niebo wyżej w hierarchii społecznej niż jakiś tam adwokacina. Jego słowa to takie austriackie gadanie, że rozpacz człowieka ogarnia.

Zakończenie tej historii jest niezwykłe, nie mogę jednak go podać, abyście zainteresowali się powieścią, zapoznali się z nią i przemyśleli jej przesłanie. Zacytuję jeszcze tylko słowa wieszcza: „Co wolno wojewodzie to nie tobie taki i owaki” oraz porzekadło: „Wszyscy są równi, ale niektórzy mają szersze plecy, a na nich plecak ze złotą buławą i ambicją władzy”. Uważny czytelnik mógłby pomyśleć, że do tego tekstu można dodać jeszcze słowa „Oraz wpływy w małym palcu, na który można nawinąć, co się chce”.

Oczywiście myślenie nie jest obowiązkowe, podobnie jak bezstronność, obiektywność czy uczciwość. Co do mnie, to w mojej zapalczywości recenzenckiej celowo przeginam pałę,

aby uświadomić sobie i czytelnikom, że świat jest inny, niż sobie to wyobraziliśmy jakiś czas temu.

Ocena punktowa powieści to 8 gwiazdek.

0Shares

Piszę tylko dla tych, co nie mają czasu.

To moje postanowienie. Ponieważ dzisiaj nikt nie ma czasu, będę pisać dla nikogo. Sposób pisania: zwięźle, dosadnie i niegłupio. To mój zamiar. Ponieważ piszę dużymi literami, możesz czytać blog na smartfonie, jadąc tramwajem, autobusem, stojąc w kolejce po sanki dla dziecka lub czekając na dzienną dawkę pieszczot od żony albo kochanki. Wystarczą Ci dwie minuty czasu. Nie na pieszczoty oczywiście, tylko na czytanie.

Piszę prawdę, samą prawdę i tylko prawdę. Kłamię tylko wtedy, kiedy pewien intelektualista w złotych okularach zachęci mnie do tego dobrym przykładem. To zasady, od których nie odstępuję bez uzasadnienia. Jeśli trzeba, uzasadnienie zawsze się znajdzie. 

Język mam bogaty. Dziś rano w łazience, kiedy oceniałem jego stan przed użyciem, zauważyłem na nim pięćset dolarów amerykańskich, w jednym banknocie z wizerunkiem prezydenta Trumpa. Konsultowałem ten fakt ze znajomym księdzem, poważnym, brodatym, ze wzrokiem wbitym w niebo, nie w dół na sprawy cielesne. Potwierdził mi jak na spowiedzi, że są takie banknoty. Są bardzo rzadkie i mają wartość kolekcjonerską.

– Prezydenta Trumpa każdy ci wymieni na butelkę dobrego koniaku lub trzy butelki wina mszalnego. Taki banknot to rarytas. – Ksiądz zachwycił się, zaczął cmokać i cytować fragmenty Biblii o uprawie winorośli. Wyszedłem, aby nie zostać świętym.

Jego wypowiedź poruszyła mnie tym bardziej, że słyszałem, że prezydent Trump jest bliskim krewnym prezesa Kaczyńskiego; obydwaj używają tych samych słów, tak samo myślą, a nawet mają te same sny o potędze i rodzinie. Z tym, że prezydent jest żonaty, a prezes pozostaje w stanie starokawalerskim, co mu się chwali, bo niejeden mężczyzna też chciałby być w takim stanie, mimo że jest żonaty.

Zszedłem na niebezpieczne tory. Mogę nie zauważyć, kiedy nadjedzie pociąg i uwiezie mnie w nieznane, gdzie nie będą grać Błękitnej Rapsodii ani opery Porgy nad Bess Gershwina, mimo że będzie to już amerykański raj.

Zakończę apelem: Pobieraj tutaj codzienną dawkę rozrywki, a nastroi cię to optymistycznie, nie będziesz myśleć o braku czasu ani szefie, który grzebie ci w sumieniu lub komputerze.

To moja najnowsza powieść Cztery portrety cudze i jeden własnyhttps://www.empik.com/cztery-portrety-cudze-i-jeden-wlasny-tequila-michael,p1233810161,ksiazka-p

A to jej pierwsza bardzo pozytywna recenzja: 

http://lubimyczytac.pl/ksiazka/4898774/cztery-portrety-cudze-i-jeden-wlasny/opinia/53663296#opinia53663296 

0Shares

Idealne państwo / fragmenty

Wydarzenie z pozoru było mało znaczące. Poseł opozycji, stojąc przy mównicy, wyznał miłość przewodniczącemu parlamentu. Powiedział, że go kocha. Kiedy to mówił, trzymał w ręku kartkę świąteczną z życzeniami dla dziennikarzy, którym rządząca Partia Dobroczynności pragnęła poszerzyć korytarze dla ułatwienia poruszania się w parlamencie. Przewodniczący udzielił adoratorowi najpierw upomnienia, potem ostrzeżenia, w końcu wręczył mu czerwoną kartkę. W parlamencie innego cywilizowanego kraju wyznanie miłości mężczyźnie przez mężczyznę lub kartka z życzeniami dla jakiejś grupy zawodowej nikogo by specjalnie nie zdziwiły, ale nie tutaj.

Parlament nie był zwyczajną instytucją ustawodawczą, jednym z trzech filarów władzy. Powstał on z woli ludu zmęczonego poprzednią władzą polityków zepsutych do szpiku kości, którzy, mówiąc – łgali, budując – kradli, jedząc za państwowe pieniądze – także pili. Robili to wprawdzie dyskretnie, nie rzucając się w oczy, ale czy było to znowuż tak wielką cnotą? Następcy nazywali ich partią oszustów i malwersantów. Do tego czasu słowo „malwersant” było prawie nieznane.[…]

[…]  Incydent w parlamencie pokazano w telewizji; wywołał on gwałtowną reakcję. Postępowanie przewodniczącego nie podobało się wielu osobom, które uznały, że nie ma serca, brutalnie reagując na oferowaną mu miłość, że jest okrutny. Na ulice miasta wyległy wielkie tłumy, ludzie partyjni i bezpartyjni, młodzi i starzy. Liczba protestujących nieprzerwanie rosła. Zebrani skandowali hasła, śpiewali pieśni, a nawet wygłaszali krótkie, dosadne przemówienia, unikając jednak nieparlamentarnych słów pod adresem przewodniczącego. W końcu zablokowali wyjazd z parlamentu członków partii rządzącej. Interweniowała policja, usuwając demonstrantów uniemożliwiających przejazd.                                                                                                 – Okupacja sali posiedzeń parlamentu oraz blokada przejazdu grożą załamaniem porządku prawnego kraju, ruiną gospodarki, naruszeniem przyjaznych stosunków z sąsiadami, innymi słowy: totalną klęską. Nie owijając spraw w bawełnę, zapytajmy, kto buntuje się przeciwko nam, legalnej władzy. Są to szumowiny i elementy aspołeczne, zwolennicy poprzedniej skorumpowanej partii, której odebraliśmy władzę. – Przewodniczący rozwinął długą listę przewinień poprzedniego rządu, po czym dodał. – Demonstranci na ulicy buntują się przeciwko nam, partii rządzącej sprawiedliwie i rozważnie, pragnącej dobra całego społeczeństwa, a nie elit. Niedoczekanie ich! – Jego przemówienie wywołało kolejną burzę w parlamencie. Opozycja gorąco protestowała

[…  ]  Obywatele zgromadzeni na ulicy nie przyjęli dobrze słów prezesa partii rządzącej. – Mamy własny rozum i serce. Nie możecie za nas decydować! Mamy was dość! – krzyczeli zbiorowo i indywidualnie, i wciąż gromadzili się, powiększając swoje siły.               Na żądanie przewodniczącego parlamentu w ciągu nocy na ulicach pojawiła się policja i żandarmeria w mundurach oraz agenci w niewidzialnych garniturach cywilnych, wszyscy bez wyjątku dobrze odżywieni, mocno wywatowani w ramionach, ostre rysy na marsowych twarzach. Nawet przez moment żaden z nich nie uśmiechnął się, kiedy tworzyli kordon odgradzający demonstrantów od parlamentu. Tak twierdzili obywatele. Przedstawiciele władzy przekonywali, że było odwrotnie: policja i żandarmeria byli osobnikami nierzucającymi się w oczy, drobnymi, prawie chłopcami, schludnie umundurowanymi i skromnie uzbrojonymi. Zaangażowano ich, aby zdobyli trochę doświadczenia w pracy na nocnej zmianie, a nie dla rozpędzania tłumu.                                                                                                       Rankiem następnego dnia wszystkie wejścia do parlamentu były zablokowane, a ulice odgrodzone stalowymi płotami. Przywódcy opozycji i niezależni komentatorzy sugerowali, że rolą sił porządkowych było zastraszenie obywateli. Niektórzy ludzie w to wierzyli, inni nie.                                                                                        Dzięki zdecydowanej akcji rządu sytuacja została opanowana. Prezes partii rządzącej miał powody do zadowolenia. Obronił legalnie wybraną władzę przed obywatelami. Ze wszystkich ludzi w kraju tylko on jeden uśmiechał się tego dnia.[…]

Powyższe fragmenty pochodzą z tomu opowiadań  Michael Tequila: „Niezwykła decyzja Abuelo Caduco” 

0Shares

Liga Polskich Rodzin wraca do polityki

Poniższy materiał pochodzi w całości z  www.dorzeczy.pl

W latach 2005-2007 Liga Polskich Rodzin wraz z Prawem i Sprawiedliwością oraz Samoobroną tworzyła koalicję rządzącą. Po upadku rządu, LPR Romana Giertycha odszedł w cień. Teraz, mec. Giertych jawi się jako jeden z największych krytyków PiS, a LPR udziela oficjalnego poparcia Koalicji Europejskiej.

Poparcie dla Koalicji Europejskiej podczas zbliżających się wyborów wyraził obecny przewodniczący Ligi Polskich Rodzin, Witold Bałażak. „Ponieważ polska historia zna przypadki ponadpartyjnej, ponad światopoglądowej współpracy dla przeciwstawienia się dyktatorskim formom sprawowania władzy, wyrażamy uznanie dla powstałej i budowanej inicjatywy Koalicji Europejskiej, która ma za zadanie wygrać wybory do Parlamentu Europejskiego i odbudować należne Polsce miejsce oraz wzmocnić pozycję naszego Kraju na forum Unii Europejskiej” – czytamy w stanowisku rady politycznej LPR.

„Mając na uwadze dobro naszej Ojczyzny – będącej od 15 lat członkiem Unii Europejskiej – w tak skomplikowanej sytuacji geopolitycznej Europy i świata, apelujemy o wybór gwarantujący bezpieczeństwo Europy i powrót Polski do roli jednego z głównych filarów europejskiej polityki opartej na fundamencie zachodniej cywilizacji. Obecne okoliczności, przed którymi stajemy, jako Państwo i Naród, nie pozwalają na, bardzo bolesne i kosztowne, polityczne eksperymenty rodem z cywilizacji wschodniej, wiarę w już sprawdzone i niewiarygodne obietnice, czy demagogiczne i uwłaczające godności Polaków obiecanki wyborcze, obliczone wyłącznie na krótkoterminowy interes partyjny PiS.

Dlatego stanowczo apelujemy o wykreślenie z narodowych wyborczych kalkulacji ugrupowania Prawo i Sprawiedliwość wraz z ewentualnymi przystawkami, które z pewnością usankcjonowałyby naszą marginalizację w ramach UE, wzmocniły izolację na forum międzynarodowym, co w oczywisty sposób miałoby ujemny wpływ na wiarygodność, bezpieczeństwo, rozwój i pozycję Polski w Europie i świecie” – stwierdza LPR.

Do Koalicji Europejskiej należą Platforma Obywatelska, Polskie Stronnictwo Ludowe, Nowoczesna, Sojusz Lewicy Demokratycznej oraz Zieloni. Akces do KE obok LPR złożyły też takie ugrupowania jak Teraz Ryszarda Petru, Socjaldemokracja Polska czy Unia Europejskich Demokratów. (Koniec cytatu)

Z Iwanem Iwanowiczem zadajemy sobie pytanie, dlaczego wszyscy sprzysięgli się przeciwko PiS. Może nie lubią siwych staruszków? Może nie podoba im się jakiś konkretny staruszek i to co on mówi?

1Shares

Nie samym chlebem człowiek żyje. Studiuję najnowszą historię Partii Wielkich Nadziei. Na zakończenie trochę humoru.

 Day dreams by Godward.

Dziś jest niedziela. Postanowiłem poluzować sobie jak furtka zawiasom w dobrze naoliwiony dzień. Tyle otwartych pytań i odpowiedzi, ile unosi się obecnie w atmosferze, i mnie zachęca do otwartości. Co to zresztą za otwartość? To tylko śledzenie i obserwowanie dziejów Partii Wielkich Nadziei. I napisanie od czasu do czasu zwięzłego przeglądu dziejów ludzi i organizacji kochających cień i uroki w nim pozostawania. Historię opowiedział mi przyjaciel z osiedla.

*****

Iwan Iwanowicz rozmawiał z Królem Jaro. Król wyglądał trochę przygaszony. Chciał być cesarzem, a tu nagle kłody same zaczęły mu się rzucać pod nogi. Na pytanie Iwana Iwanowicza, co słychać, odpowiedział:

– Jest nieźle, ale mogłoby być lepiej. Miałem plan, który spalił na panewce. Nie! Nie! Nie na panewce, ale na kapiszonie, w dodatku wilgotnym. Miałem plan i szukałem wykonawcy, kogoś młodego i ambitnego. Kuzyn naraił mi innego kuzyna, Austriaka. Polak i Austriak dwa bratanki. I od wieży, i od szklanki, jak mówią. Na imię ma Josef Birkemaier. Albo Hohenzollern. Nie pamiętam. Czasem pamięć mnie zawodzi. – Józiek! – Mówię. – Zbudujesz mi dwa pomniki? – Czemu nie? A w jakim kształcie? – Zapytał. – Dwóch wież z głowami wybitnych ludzi na szczycie.

– Jak wysokie mają być te wieże? – Dwieście – trzysta metrów. Nie mniejsze niż w Dubaju. Co ważne, muszą być skonstruowane jak koń trojański. Z zewnątrz nie widać, co jest wewnątrz. Chcę zrobić wszystkim niespodziankę. – Daj mi tylko upoważnienie. – Powiedział kuzyn. Wyciągnąłem kartkę i od ręki wypisałem mu upoważnienie. Ustaliśmy, co ma robić i kiedy.

– I co? – Zapytał Iwan Iwanowicz.

– Nic. – Wyjaśnił Król. – Kilka dni temu Józiek przyszedł do mnie z rachunkiem grubości książki telefonicznej za wykonaną robotę. Powiedziałem, że nie zapłacę, bo suma jest wyższa nawet niż te dwie wieże. Kiedy się zdziwił, wyjaśniłem, że żartowałem, dając mu to zlecenie. Jakaś umiarowa kwota, sto lub dwieście złotych, to tak, ale nie półtora miliona złotych.

– A jak chciałbyś mi zapłacić po wykonaniu wszystkich prac? To byłoby ponad jeden miliard. – Zapytał kuzyn. – To nie jest problem. – Odpowiedziałem. – Ja i moi przyjaciele znamy kilka firm. W większości to fundacje. Zrobią zrzutki. To dobrzy ludzie, pobożni, solidni. Chętnie robią darowizny. – Jak byś ich przekonał do zapłacenia takiej kwoty? Mogliby nie chcieć. – Zapytał Józiek. – Może to głupie pytanie, ale mnie to interesuje. My Austriacy lubimy dociekać sedna sprawy. – Te firmy i fundacje są skonfigurowane na kształt konia. A ja trzymam lejce. Rozumiesz? – Wyjaśniłem kuzynowi kryjąc uśmiech za okularami, które ostatnio zacząłem nosić. Więcej nie rozmawialiśmy, bo przyleciał goniec i powiedział, że ma dla mnie wiadomość od mego przyjaciela z prokuratury, który ma chwilę wolnego czasu i zaprasza mnie na kawę i kieliszeczek wina.

– Jak ktoś jest królem, to ma wszędzie przyjaciół. Szczęściarz! – Westchnął Iwan Iwanowicz.

Ciekawskim udostępniam kilka linków:

https://www.fakt.pl/wydarzenia/polityka/kuzyn-kaczynskiego-to-nie-ja-nagralem-prezesa/56gsf4q

https://onet100.vod.pl/i/news/matczak-o-tasmach-kaczynskiego-lekcewazenie-tej-sytuacji-jest-niepowazne/ex36f1

https://onet100.vod.pl/http://onet100.vod.pl/i/news/borowski-o-kaczynskim-on-unika-jakiejkolwiek-odpowiedzialnosci/5kzez2

https://onet100.vod.pl/i/news/onet24-kaczynski-i-50-tys-zl-dla-ksiedza/e392h5

Na zakończenie, dla poprawy humoru, znakomity i dowcipny (szkoda, że tak krótki) występ kabaretowy kilku moich ulubionych artystów.

 

4Shares

Trzej królowie i przyrzeczenia noworoczne

Iwan Iwanowicz jest u mnie pierwszy po Nostradamusie. Przewiduje przyszłość. Zaproponował mi, abym notował jego proroctwa. Na razie opisał mi tylko widzenie, jakie miał w noc sylwestrową.

– Kiedy inni tańczyli Sylwestra z butelką szampana w ręce i paczką tanich fajerwerków w kieszeni, mnie ukazali się trzej królowie. Przywiodła ich do mnie żarówka samodzielnie poruszająca się po niebie. Mówili niewyraźnie, jakby języki przymarzły im do brody. Jak zrozumiałem, był to jakiś prezydent, jakiś prezes i jakiś premier. Co najciekawsze, wszyscy trzej mówili ludzkim głosem i to tak wyraźnie, że mój kot i pies aż zaniemówiły i porozumiewały się na migi.

Królowie uklękli we trójkę przed Ojcem Ryzykiem (lata 2019 i dalsze) i składali zobowiązania noworoczne, kolorowe jak rajski ptak z kopalni złota i diamentów w Afryce Południowej. 

Premier obiecał, że nie będzie kłamać, a jeśli nawet, to tak udanie, że nikt się na tym nie pozna.

Prezydent, że przetrze sobie oczy, bo ostatnio widział rzeczy wyimaginowane, a nie jest to przecież jego ulubiony punkt widzenia.

Prezes obiecał, że nie będzie wyglądać jak z krzyża zdjęty, ale weźmie się za siebie i odświeży sportowo ćwicząc na świeżym powietrzu jak ten Rudobrody z Brukseli, którego nie znosi.

– Ja im dobrze życzę, znaczy się tym i innym królom, nawet życzę im doskonale, aby tylko pozostali w swoim Muzeum Samowładztwa i Zamordyzmu i nie wyciągali rąk zbyt daleko do polityki, bo jak ktoś niechcący włączy młockarnię sprawiedliwości dziejowej to mogą stracić palce, a wiadomo, że bez palców to jak bez rąk, do gęby nie można nic włożyć. I klepsydra gotowa – podsumował Iwan Iwanowicz z wyraźnym smutkiem.

Na zakończenie podyktował mi sentencję. Wziąłem ją sobie do serca i polecam równie serdecznie jak rożki czekoladowe od Sowy:

„Głosując w wyborach parlamentarnych nie głosuj na tych, którzy kłamią więcej niż potrzeba”.

3Shares

Myśli i aforyzmy sylwestrowe

Dorosłych i dzieci zbliża to do siebie, że na starość ludzie dziecinnieją.

Przejściowi potentaci, prezydenci, premierzy i wielcy prezesi, lubią szczycić się swoją głupotą. Nie ma co się dziwić, nic ich to nie kosztuje. Robią to na rachunek obywateli, których reprezentują.

Korzyść uzyskania większego wpływu kościoła na państwo uzasadnia użyczanie ambon nawet oszołomom politycznym.

Widziałem posła Stanisława Piotrowicza z wielkim różańcem w ręku na przyjęciu urodzinowym Radia Maryja jak błagał Ojca Rydzyka o błogosławieństwo i pomoc w organizacji międzynarodowego kongresu „Partie populistyczne wszystkich krajów łączcie się!”.

Kobieta z bezrobotnym mężem i trójką dzieci może śmiało powiedzieć, że ma czwórkę dzieci pod opieką. Mężczyźni są mniej macierzyńscy.

2Shares

Nocą myślę współczująco

– Myślę współczująco – Tak mi powiedział Iwan Iwanowicz po źle przespanej nocy, po czym kontynuował swoją historię.

– Kiedy nie mogę spać wymyślam sobie rozrywki. Kładę na przykład trzy dorodne winogrona przed sobą na talerzyku i wpatruję się w nie z pożądaniem. Skręca mnie wewnątrz, a ja nie, odmawiam sobie ich zjedzenia. W końcu odchodzę od stołu z satysfakcją, że podarowałem im życie. Albo wychodzę na balkon o godzinie czwartej nad ranem i stąpam bosymi nogami po zmrożonej powierzchni, aby przeszło mi drętwienie stóp. Kiedy czuję, że marzną mi już ręce w łokciach, schodzę z balkonu po rynnie na ziemię, okrążam budynek trzynaście razy i wracam do mieszkania. Kiedy pomylę się z liczeniem, jeszcze raz okrążam trzynaście razy. Zeszłej zimy wróciłem raz do domu dopiero w porze obiadowej następnego dnia, tak często się myliłem. 

Ostatnio zmodernizowałem moje postępowanie na miarę naszych czasów i myślę współczująco. Najpierw o panu Prezesie, że budzi się w nocy spocony z myślą niespokojną jak burza „Czy nakarmiłem wieczorem kota”, albo „Czy Zbyszek oskarży KNF o wywiezienie ze Skoków trzech czy trzydziestu ciężarówek banknotów stuzłotowych i czy zrobi to jutro czy pojutrze”. Potem łączę się duchowo z panem Premierem, w którego głowie myśli skaczą szybciej niż rozbawione króliki przez płot kolczasty, kombinując, co by tu powiedzieć nowego, jacy wspaniali jesteśmy jako pierwszy naród w Europie i jak ogromniaste będzie to lotnisko, które rozbudujemy w Radomiu. Będzie ono mogło pomieścić tysiąc zwykłym samolotów  pasażerskich i pięćdziesiąt tysięcy dronów, które wszystkie będą wyprodukowane w kraju. 

– Myślę o nich współczująco – Iwan Iwanowicz oblekł twarz w welon smutnej radości – i to mnie uspokaja do tego stopnia, że kładę się spać do zimnego łóżka o godzinie szóstej nad ranem i zasypiam spokojnie jak zegarek, który przeszedł na emeryturę po czterdziestu latach i pięciu dniach nieprzerwanego tykania.

2Shares

Ordery


Ktoś załomotał do drzwi. Wystraszyłem się. Był to Iwan Iwanowicz, niezwykle podekscytowany. Prawie krzyczał:

– Telewizor mi się zepsuł, a tu za dziesięć minut wielka uroczystość. Brazylia na kolanach! Jesteśmy Mistrzami Świata w siatkówce! Wstaliśmy z kolan. I to w jakim stylu. – Entuzjazmował się Iwan Iwanowicz. – Prezydent jest oczarowany. Stworzył jednoosobową grupę inicjatywną. Ma nadać tytuły szlacheckie naszym siatkarzom. Zaraz odbędzie się transmisja z uroczystości.

Szybko włączyłem telewizor. Ręce mi drżały ze wzruszenia, że zaraz zobaczę prezydenta wszystkich obywateli. – Czyli także mojego. – Tłumaczyłem sobie na wypadek, gdyby dopadły mnie wątpliwości.

Prezydent był wzruszony. Owinął się flagą narodowa, na policzkach miał wymalowane dwa motylki w narodowych barwach. Ważnym ciałem wstrząsał szok radości. Wydatne usta były wilgotne, prawdopodobnie od płaczu. Intensywnie myślał.

– To najbardziej fantastyczne wstanie z kolan, połączone z równoczesnym rzuceniem Brazylijczyków na kolana. To ich nauczy pokory!

Podochodził do każdego zawodnika po kolei, wspinał się na palce, unosił ręce do gry w akcie podziwu, przyczepiał order „Za wstanie z kolan. Od Prezydenta” i łagodnym ruchem ręki wygładzał dres odznaczonego.

Ordery podawał Premier. Oczy miał spuszczone w dół, jakby wstydził się za coś. Zazdrościł Prezydentowi, że to nie on wręcza medale. Pomyślał: – Co to za ordery?! Malutkie, mało znaczące, tymczasowe! Mennica nie zdążyła wybić prawdziwych, że szczerego złota.

Po wręczeniu orderów prezydent wyszedł na środek sali, aby wygłosić mowę okolicznościową. Ogarnął wzrokiem wyróżnionych siatkarzy.

– Ile razy spełnią oni jeszcze nasze odwieczne pragnienie wstawiania z kolan!? – zadał sobie pytanie.

Odpoczął chwilę i przemówił. Wzniósł się ponad podziałami, ogarniając cały kraj, wszystkich obywateli, bez względu na poparcie polityczne. Był bezstronny, choć nie przyszło mu to łatwo.

– Serce nie sługa! – przypominał sobie po cichu.

Myślał o Tym, Który Stał Nad Nim. To imię było tak ważne i święte, że je szyfrował w pamięci. Łączyła ich miłość do wspólnego wstawania z kolan. Prezydent wzruszył się.

2Shares

Z serii „Szyderstwem w dyktaturę”: Wielodzietność i alkohol.

Wpis okolicznościowy z okazji niekończących się zwycięstw partii rządzącej nad rozumem.

Iwan Iwanowicz przedstawił mi dzisiaj swoje poranne przeżycie.

– Stałem w kolejce do kasy w sklepie, kiedy wywiązała się dyskusja. Klient uważał, że należy mu się bon sklepowy na dzieci, ponieważ otrzymuje 500 Plus, na co ekspedientka zareagowała widokiem smutnych oczu i oświadczeniem, że zakup alkoholu jest wyłączony z bonu.

Iwan Iwanowicz nie uczestniczył w dyskusji z uwagi na wrodzoną wstrzemięźliwość, po chwili jednak prawda wezbrała w nim pełną piersią nakazując zabrać głos.

– Proszę pani, dzieci piją alkohol od małego, sam też mam w tej materii pewne życiowe doświadczenie. Coraz więcej kobiet w ciąży odżywia się alkoholem i takie dzieciątko, a jeśli ma ona ich więcej, to i dwójeczka a może nawet i trójeczka, sączy alkohol z piersi matczynej i uczy się w ten sposób życia. Niedużo tego wprawdzie jest, ale kropelka do kropelki a zbierze się miarka. Jest to zjawisko pozytywne, ponieważ alkohol jest łatwy w przygotowaniu i konsumpcji, a kobiety dzisiaj czasu nie mają. W przyszłości znajomość alkoholu, upojenia i rauszu okaże się dla potomstwa jak znalazł, ponieważ człowiek bywa w różnych towarzystwach, sytuacjach, a nawet krajach. Na Syberii na przykład nikt nie pije wody, bo szybko zamarza, alkohol zaś twardnieje dopiero w temperaturze minus osiemdziesiąt stopni. Według amerykańskiego Hemingwaya oraz naszego Żeromskiego nie zamarza on w ogóle, a przynajmniej nikomu pijanemu nic takiego się nie przydarzyło.

Na wzmiankę o nauce włączyła się młoda kobieta, pochodząca z nizin (w odróżnieniu do górali, jak wyjaśniła) deklarująca się jako samotna matka z czworgiem dzieci, która wcześniej studiowała dużo i ukończyła dwa fakultety, które na nic jej się nie zdały, dopóki nie otrzymała dodatku za wielodzietność. Na lewym przedramieniu miała wytatuowane udko pieczonego kurczaka, na drugim znak 500 Plus ze zdjęciem darczyńcy podpisanego jako Prezes.

– Proszę pani – śmiało zwróciła się do ekspedientki – ci dwaj panowie mają rację. Ja bez 500 Plus i regularnej buteleczki „Żytniej” – Boże błogosław jej istnienie – nigdy w życiu nie poradziłabym sobie z czeredką dzieci nawet przy pomocy ich tatusiów. Takiemu maluchowi wystarczy gałganek umoczony w spirytusie 96 procent, nie mocniejszym, lub kropelka z mojej błogosławionej piersi, aby poczuł się radosny i syty. Korzyść z tego jest również taka, że dzieci karmione alkoholem nie tyją w późniejszym wieku.

– A ile dzieci liczy sobie pani czeredka i ilu jest tych tatusiów do pomocy? – Zapragnęła wiedzieć ekspedientka ze znacznie skromniejszym wizerunkiem wampira z dwoma kłami wytatuowanym w pobliżu aorty szyjnej.

– Jest ich czwóreczka i każde ma na szczęście swojego tatusia, co jest bardzo pomocne w mojej sytuacji samotnej matki. Proszę mi wierzyć, że ten pan ma rację argumentując, że 500 Plus i alkohol idą ze sobą w parze i należą mu się towarowe bony na dzieci. Zresztą taka była intencja darczyńcy 500 Plus, człowieka o wielkim choć gołębim sercu, kochającego ojczyznę i kobiety, i nienawidzącego tylko tych gadów sądowych, o których teraz tak głośno. Nie oni będą decydować o tym, czy mnie i moim dzieciom wolno pić alkohol, czy nie. – Zakończyła rezolutnie i napięła mięsień z tatuażem udka pieczonego kurczaka.

4Shares

Kilka myśli dosadnych i krótkich jak pieszczota w locie ptaka

U młodych ludzi ślepota objawia się dzisiaj często niewidzeniem niczego poza ekranem smartfonu.

Litania do Najwyższego: Boże spraw, aby nasz ukochany kraj przestał płynąć mlekiem, miodem i banknotami pięćsetzłotowymi, a spłynął normalnością.

W kraju szybkich awansów wszystko jest możliwe. W ciągu jednego dnia doktor praw może stać się łajdakiem, skromny prezes – narodowym oszołomem, ogrodnik – ministrem, szlachetny rewolucjonista – szpiegiem, chirurg – marszałkiem, szef staży pożarnej – premierem z kokardą, ksiądz –pedofilem.

0Shares

Wieczorna bajka o referendum

Rzecz działa się w czasach nowożytnych, nie tak znowu odległych, może na rzut kamieniem, a może pałką z paralizatorem, nikt tego dokładnie nie wie, bo czas i miejsce bywają elastyczne. Wiadomo natomiast na pewno, że zdarzenie to miało miejsce w kraju, gdzie wszystko jest dobre, rząd, kierunek wiatru, zmiany pogody i humorów, władcy w osobach pana prezesa, premiera i prezydenta, a nawet trzydzieści sekund ciszy, którymi opozycja dobrego rządu czci szczodrobliwość dobrych panów marszałków.

Kiedy wskutek nieuwagi marszałkowskiej obu izb parlamentu spadło z pulpitu na ziemię niezwykle ważne referendum, pan prezydent ogromnie się zmartwił. Wracał do domu zrozpaczony, a jeśli nawet nie zrozpaczony, to bardzo smutny, kiedy naprzeciw wybiegła mu cała świta pałacowa, dworzanie i służba, ministrowie, sekretarze i sekretarki, podsekretarze, pokojowe i sprzątaczki, nawet ogrodnik. Pan prezydent ucieszył się niepomiernie, bo wszyscy wiwatowali na jego cześć, rzucali w górę czapki i inne części garderoby i to w takim uniesieniu, że zabronił im rozbierać się bardziej niż do spodniej bielizny.

– Lubię popatrzeć na piękne ciała wiwatujące w służbie narodu – mruknął niezbyt głośno, aby nie przesadzić ze skromnością cechującą go zwłaszcza w obliczu autorytetu pana prezesa, ojca ojczyzny.

– Panie prezydencie – krzyczeli jeden przez drugiego dworzanie. –  Osiągnął pan wielki sukces. Upadek referendum wywołał wielce pozytywny szok w narodzie, wszyscy przejrzeli na oczy, teraz każdy obywatel kraju, staruszek i dziecko, wie o co chodzi. Nie trzeba zadawania pytań, czy chcesz nowej konstytucji, czy też nie chcesz, w jakiej mierze i w jakiej postaci, zwyczajnej czy oprawnej w złoto, warunkowo czy bezwarunkowo, bezwzględnie czy też tak sobie.

Następnego dnia dołączyła do nich prasa, ale tylko prawicowa, bo tylko oni umieli poprawnie zinterpretować nadzwyczajne zdarzenie państwowe.

Radość pana prezydenta podchwycił naród i wyległ na ulice i place, aby wiwatować na jego cześć, a przy okazji również panów marszałków, którzy niechcący zrzucili z pulpitu projekt referendum, oraz na cześć pana premiera i pana prezesa, ojca ojczyzny, który serdecznie projekt popierał, aby dać narodowi szansę wyrażenia poparcia dla nowej konstytucji mającej zastąpić starą, bardzo już zużytą, mimo że jest całkiem nowa i świeża.

W marketingu nazywa się to „in-built obsolescence” i oznacza „wbudowane starzenie się” – wyjaśnił wieczorem w telewizji pewien pobożny teolog, który znał się na marketingu, na polityce i na wierze w szlachetność.

Michael Tequila w księgarniach: https://tinyurl.com/y7cza5nc

2Shares

Aforyzmy polityczne. Ukochane dziecko prezesa.

Rysiu Czarnecki, ukochane dziecko prezesa Kaczyńskiego, używa cudownie okrągłych słów, aby głosić słodkie prawdy mocarnej rzeczywistości i zwalczać nikczemne kłamstwa opozycji, oraz okrągłej twarzy, aby wyrazić zdziwienie z powodu jej istnienia.

2Shares

Zabawka dla dewiantów i obsesjonatów. Przypowieść okolicznościowa.

W lipcu 2018 roku Światowa Rada Wynalazków ogłosiła wyniki konkursu na najlepszy wynalazek wszechczasów. Konkurs wygrał „Mechaniczny kraj”, zabawka dla dewiantów i obsesjonatów, najbardziej zaniedbanej kategorii obywateli wszystkich krajów. Jej sponsorem była fundacja „Zbłąkany umysł” zrzeszająca ludzi poszkodowanych ciężkimi przeżyciami. Promocja zabawki odbywa się pod hasłem „Dokopiemy wam”.

Konkurentem w konkursie był „Dmuchany Don”, ale po ostatnim pokazie publicznym otrzymał nienajlepsze recenzje nawet wśród swoich zwolenników. Recenzentom nie podobało się, że zbyt przekonywająco pozorował tak głęboki wstrząs mózgu, że jego leczenie mogło zrujnować nawet potęgę gospodarczą.

„Mechaniczny kraj” jest dosyć prosty i łatwy w obsłudze, zapewnia grającym niezwykłą satysfakcję, w dodatku bardzo rozwija intelektualnie. Światowa Rada Wynalazków dopuściła zabawkę do konkursu pod warunkiem, że nie zostanie ona opatentowana, aby każdy dewiant i obsesjonat na świecie miał prawo stworzenia własnej wersji bez opłat licencyjnych.

Zabawka ma kształt ostrosłupa posiadającego cztery boki w kształcie równoramiennych trójkątów i składa się z trzech niezależnych mechanizmów o nazwach Prezydent, Prezes i Premier. Są to automatyczni gracze, stanowiący grupę tak zwanych Ważniaków. Ich nazwy są zastrzeżone, inni gracze nie mogą ich używać. Użycie zabawki bez udziału Ważniaków nie jest możliwe.

Każdy z Ważniaków zawiera w sobie napęd i jest wyposażony w inteligencję, która utrzymuje zabawkę w stanie permanentnego ruchu, zawsze gotową do użytku. Formalnie Ważniacy są autonomiczni, niezależni od siebie, wiadomo jednak, że są oni sprzężeni ze sobą nicią skrytych powiązań cienką jak pajęczyna, lecz mocniejszą niż solidny drut kolczasty.

Zabawka porusza się we wszystkich kierunkach, najszybciej do tyłu i wydaje okrzyki takie jak „Dobrobyt”, „Uczciwość”, „Porządek”! „Dobre Żarcie”! „Historia”! „Radość”! W pewnych okolicznościach, kiedy Ważniacy są w dobrym nastroju, zabawka potrafi powiedzieć także „Cukier puder”! „Kum kum”! „Przepompownia” czy „Więzienie”. Są to zawołania, które podobają się graczom ze szczególnym poczuciem humoru.

Na pytanie, kto jest autorem tego niezwykłego wynalazku, Światowa Rada Wynalazków odpowiedziała, że zabawka wynalazła się sama. Pomysł podsunął Prezes, najbardziej przemyślna część zabawki, zaklepał Prezydent, a szczegóły ustalił Premier. Naukowcy zajmujący się zjawiskami nadprzyrodzonymi, twierdzą, że w wynalezieniu zabawki maczał palce także diabeł z piekła rodem. Pytany o to dowódca piekła, który w „Mechanicznym kraju” gra rolę zmilitaryzowanej jednostki szybkiego myślenia, miał podobno odpowiedzieć:

– Sam diabeł się w tym nie rozezna.

Prezydent, Prezes i Premier zastępują wszystkie instytucje, organizacje, zrzeszenia, opiekunów i kuratorów, jakie są normalnie potrzebne, aby bawiący się czuli się naprawdę szczęśliwi. Zasady działania „Mechanicznego kraju” nie są skomplikowane. Każdy rozumie je intuicyjnie patrząc na wizerunki Ważniaków wyświetlające się na trzech ścianach zabawki. Czwarta ściana pozostaje tajemnicą. Nikt nie wie, co ona oznacza, po co w ogóle jest. Powszechne przekonanie jest takie, że jest to rodzaj proroctwa do odgadnięcia, co w przyszłości stanie się z „Mechanicznym krajem” i jego otoczeniem.

Zabawka spełnia życzenia, trzeba tylko wyrazić je na głos, wysłać emailem lub opisać w liście do jednego z Ważniaków. Zabawka ma także właściwości lecznicze. Jeśli czujesz się nieszczęśliwy, bo masz za małą pensję, to Ważniacy przyznają ci natychmiastową podwyżkę, pod jednym tylko warunkiem, że przystąpisz do programu lojalnościowego.

Gracze mogą wyznaczać sobie dowolne role i nadawać sobie dowolne tytuły lub nazwy, o ile nie naruszają one zasad poprawności językowej. Przykładowe nazwy to Szary Obywatel, Demonstrant, Policjant, Sędzia, Prokurator, Lekarz, Czarna Wdowa, Polityk, Niepewny, Ksiądz i Zwykły Dziad. Zaleca się niestosowanie nazw takich jak Pedał, Dziwka czy Cham, ponieważ wywołują one nadmierną ekscytację i mogą zakłócać przebieg gry.

„Mechaniczny kraj” nie stawia ograniczeń wieku, doświadczenia czy rozwoju umysłowego; każdy może w nim znaleźć coś odpowiedniego dla siebie. Ponieważ jest to zabawka samodoskonaląca się, nie jest wiadome, w jakim kierunku rozwinie się ona ani jak mogą się zmienić zasady gry. Dla pewności natura wyposażyła Ważniaków w ograniczoną sztuczną inteligencję, aby nie mogli uzyskać całkowitej przewagi nad innymi uczestnikami gry. Nie jest jednak pewne, czy nie zechcą zmienić jej zasad, aby ostatecznie dokopać pozostałym graczom.

Zabawka zyskała natychmiastową popularność, jak tylko ukazała się na rynku. Najpierw zaczęły z niej korzystać osoby pragnące uniewinnienia, potem grzesznicy chcący pozbyć się wyrzutów sumienia, następnie ludzie z nieczystymi spojrzeniami, bogaci wytwórcy szybkich podwyżek cen, w końcu handlarze sumień. Z zabawki mniej korzystają osoby mające własne pomysły na zabawę, pragnący mieć więcej czasu na samodzielne czytanie literatury lub chodzenie na demonstracje, aby przewietrzyć sobie płuca na świeżym powietrzu.

Podsumowując, „Mechaniczny kraj” jest zabawką o szczególnych walorach rozrywkowych i poznawczych, wywołującą silne wrażenia, podobnie jak jeżdżenie samochodem pod prąd na autostradzie czy igraszki z nieznanymi dopalaczami.

5Shares

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz 3: Spotkanie partii z obywatelami

Spotkanie rządzącej Partii Konserwatywnej z obywatelami odbyło się wieczorem przy zasłoniętych oknach, w miejscowości, której nazwy nie podano do wiadomości, może nawet nie była ona oznaczona na mapie, z uwagi na bezpieczeństwo zebranych. Prowadził je Prokurat, stary jak świat aktywista partyjny, ważniak z kręgu gwardii przybocznej Mesjasza, szefa i właściciela partii.

Celem zebrania było umocnienie więzi z wyborcami i zapoznanie ich z bieżącą polityką rządu, przeciwstawiającego się naciskom ekologów i anarchistów. Te dwie grupy społeczne zgodnie żądały od państwa większej ochrony i pomocy dla koni, uznawanych przez nich za gatunek najbardziej użyteczny a zarazem najbardziej zagrożony postępem technicznym w transporcie i rolnictwie.

– Ich żądania zmierzają do ograniczenia naszego wpływu na przyrodę. Rząd nie zamierza ustępować, ponieważ traktujemy zasoby naturalne kraju jako źródło niekończących się pożytków dla społeczeństwa. Po naszej stronie stoi także Kościół Hierarchiczny, kierujący się zasadą, że to Bóg dał człowiekowi zwierzchnictwo nad przyrodą ożywioną – tak przedstawił stanowisko rządu przewodniczący zebrania.

Dziennikarz Rosaton przebieg zebrania starannie utrwalił w swej pamięci wspomaganej chipem bio zainstalowanym w mózgu dla ułatwienia przechowywania i przypominania sobie informacji. Od pewnego czasu obserwował Prokurata, zwanego niegdyś także Towarzyszem. Był to niemłody już osobnik, partyjna złota rączka, utalentowany, o twarzy porysowanej zmarszczkami doświadczeń więziennych. Złośliwcy mówili, on sam także to czynił w zaufanym gronie, że potrafi służyć dowolnemu panu, byle tylko dał mu trochę władzy i sypnął groszem, bez którego nawet asceta nie jest w stanie godnie przetrwać jednego dnia.

Z dokumentów Prokurata wynikało, że pracował kiedyś w administracji cyrku państwowego. Opozycja, ekolodzy i anarchiści wspierający ochronę natury zarzucały mu złe traktowanie zwierząt. Oskarżony nie przyznawał się do tego, tłumaczył się jak umiał, nie zawsze zrozumiale. Twierdził, że była to praca przypadkowa, że tylko pomagał trzymać konie na uwięzi, że to inni okładali je batem, i że on tylko obserwował niedźwiedzia, kiedy uczono go tańczyć boogie woogie na gorącej blasze. Upierał się też, że to nie on podgrzewał mu podłogę, a jedynie podkręcał kurek gazu i to tylko wtedy, kiedy go o to proszono.

Z czasów pracy w cyrku, prawdziwej czy domniemanej, Prokurat wyniósł umiejętność wykonywania sztuczki: potrafił napluć na dłoń tak, aby jego proste słowa wypowiedziane moment później urosły w wielkie kłamstwo. W domu podobno miał piec, w którym palił reszki godności – tak mówiła o nim opozycja, też nie zawsze tak święta, jak chciała być widziana.

– Nie dziw, że z takimi umiejętnościami Duży Pikuś uważa go za klejnot. Przecież on każdej prawdzie kark skręci – twierdzili przedstawiciele Opozycji, zwanej w skrócie Opo. Duży Pikuś była to pogardliwa nazwa partii rządzącej, która odpowiadała pięknym za nadobne nazywając opozycjonistów Małym Pikusiem.

– Umiecie tylko szczekać pod wiatr, a i to wam marnie wychodzi – Sytuację opozycji złośliwie kiedyś podsumował przewodniczący klubu parlamentarnego Konserwy.

Na spotkanie z obywatelami, które miało także charakter wspominkowy, przybyli nie tak znowu tłumnie wyborcy partii, jej namiętni miłośnicy oraz szczere przydupasy, dla który ważne było dać się sfotografować z kimś z zarządu Konserwy i przekazać życzenia jej szefowi i właścicielowi, Mesjaszowi, którego złoty wizerunek nosili na piersiach na wysokości serca.

Sala była uroczyście, choć niewykwintnie udekorowana. Na głównej ścianie wisiał obraz przedstawiający Mesjasza z ręką na sercu i promienną twarzą, stojącego na rydwanie symbolizującym partię, siłę przewodnią narodu. Mesjasz, wyprostowany jak struna, patrzył za siebie, w siną dal. Rydwan na obrazie pędził – zgodnie ze strategią wodza – w kierunku odwrotnym do rydwanów konkurencyjnych partii. Nie było to malarstwo najwyższego lotu, ale zupełnie udane; ważne było, że jego twórca, mający na koncie osiągnięć artystycznych także znaczące zasługi dla Partii Konserwatywnej, został uhonorowany.

Zza obrazu dochodziła niezbyt głośna muzyka, na tle której chór męsko-damski wykonywał patriotyczne i rewolucyjne pieśni oraz kąśliwe przyśpiewki „Nie rzucim”, „Wyklęty powstań”, „My z upodlonych”, „Podlece partyjni” i „Przykuty do pastwiska”. Mimo jednego czy dwóch drażniących tytułów miały one swój wydźwięk wspominkowo-propagandowy. Ostatecznie liczyła się skuteczność.

Przywódca partii wyglądał na obrazie tak realistycznie, że starsza kobieta, do której członkowie partii zwracali się z wielkim szacunkiem, chciała podejść i go uścisnąć a może nawet pocałować w przekonaniu, że jest to autentyczny i żywy człowiek, którego znała i podziwiała. Na szczęście w porę odwiedziono ją od tego zamiaru. 

Zebranie odbywało się według ustalonego rytuału. Najpierw było zagajenie. Wykonał je Prokurat stwierdzając, że kraj od czasu nowej władzy płynie już mlekiem i miodem, i to wyłącznie dzięki ogromnemu poświęceniu i wkładowi pracy Mesjasza, którego nazwał autentycznym wizjonerem. Wywołało to na sali wybuch entuzjazmu, w górę poleciały czapki, wzniosły się flagi i wzbiły okrzyki „Niech żyje”!

Po okrzykach nastąpiły sążniste oklaski. Klakierzy stali z boku tak ustawieni, aby nie rzucać się w oczy. Byli doskonale zorganizowani, chłop w chłopa, rumiane wiejskie i małomiasteczkowe twarze, ręce jak młoty. Kiedy walili w dłonie, ziemia się trzęsła, a popularność wodza i partii przez najbliższe dni rosła jak na drożdżach. Pokazywały to słupki, które zarząd partii studiował z ogromną uwagą.

Atmosfery zebrania o mało co nie zepsuł mężczyzna, prawdopodobnie niezrzeszony, albo i zrzeszony, ale mało świadomy, że do dobrego tonu nie należy zadawanie przewodniczącemu pytań co do jakości mleka i miodu płynących strumieniem obfitości, gdyż nawet podrostki w szkole wiedziały, że są najwyższego lotu. Nie dziw, że jego pytanie spotkało się z potępieniem w formie twierdzącej, pytającej i rozkazującej: „Zamknij pysk, bo dostaniesz w mordę”, „Koń by się uśmiał z takiego pytania”, „Po co taki się urodził?” i podobne. Kilka osób rzuciło się na intruza i zaczęło go szarpać, ochroniarz usiłował wyrwać mu rękę z barku, ktoś inny starał się dać mu zdrowego kopa. Zwracano się do niego bezpośrednio, przez „ty”, wieloma imionami, niektóre brzmiały raczej brutalnie. Ze wszystkich stron padały pytania: „Co tutaj robisz, pedale?”, „Po co się tak szarpiesz, gnojku?” oraz „Czemu jesteś taki nerwowy?”. Salę opanował amok nienawiści, w którym określenia typu „ty byku” szumiały łagodnie jak bryza znad wysp pacyficznych, gdzie małpy spokojnie grają sobie w kręgle na plecionej platformie zawieszonej u szczytu palmy kokosowej.

Kolejnym rytuałem, niewątpliwie najważniejszym, było przekazywanie podziękowań i życzeń. Najpierw wystąpiła kobieta wyrażając wdzięczność przywódcy partii za czujność i za to, że do kraju nie trafił żaden ciapaty. Po niej wystąpił mężczyzna w średnim wieku. Pierwszy raz w życiu składał życzenia komuś tak wysoko postawionemu; było widać, jak bardzo to przeżywał. Adresata swojego wzruszenia nazywał Wielebnym oraz Czcigodnym. Najpierw zakrztusił się ze wzruszenia, myśląc o tym, że on, prosty człowiek, albo i nie, bo przecież nie może być prostakiem ktoś, kto ma warsztat, małe przedsiębiorstwo i sto hektarów pod zasiewami, dostąpił zaszczytu składania życzeń przywódcy partii rządzącej całym krajem. Przerastało to jego lokalną, wiejską wyobraźnię. Potem poszło mu już całkiem zgrabnie. 

– Pragnę serdecznie, najserdeczniej, pozdrowić czcigodnego pana prezesa. Proszę mu powiedzieć, że my go tutaj, wszyscy jak jeden mąż i jedna żona, szanujemy i oby Bóg dał mu zdrowie od końca do końca. Pan prezes jest geniuszem. Jestem mu dozgonnie wdzięczny, że nas uwolnił od tych popaprańców, łajdaków, sukinsynów i złodziei, którzy promowali konie kosztem zwykłych obywateli. W momencie, kiedy mówcy skończyła się pamięć, wyjął kartkę z kieszeni, aby dokończyć … szabrowników i zboczeńców. Zebrani słuchali go z uwagą, rozumiejąc, że złożonej rzeczywistości nie da się opisać kilku prostymi słowami tak jak kółko, kwadrat czy trapez.

Rosaton bardziej wyczuł niż dostrzegł, że uczestnicy spotkania kierowali się głównie uczuciami. Nie było w nich niczego innego jak tylko nienawiść do ludzi wskazanych przez partię jako źródło niegodziwości, osobników stawiających zwierzęta na równi z ludźmi a nawet i wyżej.

6Shares

Ludzie, psy, jezioro i pizzeria wczesną wiosną

Jeziorko, trzy wysepki, wrzeszczące mewy. Byłem tam dzisiaj rano, dla zdrowia. Słyszę głuchy łomot jakby lądujący łabędź uderzał skrzydłami o wodę. Widzę tylko mewy. Biegnę dalej; to dwaj mężczyźni prowadzą sparring bokserski.

Potem były inne fenomeny. Dwaj młodzieńcy siódmy raz obiegali jeziorko o obwodzie jednego kilometra, w planie mieli 10 razy. Piersi jak miechy, ale bez serca – pomyślałem. Tak pastwić się nad własnym ciałem. Tym niemniej wyraziłem im uznanie za wytrwałość.

Nieco dalej młoda kobieta, właściwie dziewczyna, biegnąc pchała przed sobą wózek z dzieckiem. Zazdrość wkradła się w moje serce. Czy ze mną ktoś tak biegał? Potem spotkałem inną kobietę z dwoma psami królewskiej rasy Cavalier King Charles Spaniel. Jeden z nich to szczeniaczek pięciomiesięczny, istne cudo, czysta radość.

 Cavalier King Charles spaniel

Zgodziliśmy się we czwórkę, że pies to rasa wyższa niż człowiek. Superior, jak mówią Anglicy.

Szkoda, że u nas nie ma króla i takich spanieli. Prezes to rasa pośrednia między wieśniakiem zdobnym słomą sterczącą z butów a monarchą w złotej szubie, powiedziałbym byle jaka, chyba, że założy nam kagańce.

SONY DSC

Wtedy to będzie już królem a my spanielami. To byłoby coś. Zawiało grozą, zrobiło mi się zimno.

W pizzerii „U Skrzypka” dziewczyna, usta jak korale, imię starorzymskie, piękna jak róża. Jest wiosna to wszystko kwitnie. Boże! Jak ja chciałbym być inny, ładniejszy i tak zgrabnie poruszać nogami!

Nic to. Będę pracować nad sobą.

Michael Tequila, powieść, poezje, opowiadania: https://tinyurl.com/y7cza5nc 

3Shares

Nawet we śnie oglądam rzeczywistość. Piramida cyrkowa.

Śnił mi się Jarosław Kaczyński, wyszedł zza pleców Augusta II Mocnego, jeszcze bardziej mocarny, trzymał na ramionach premiera Morawieckiego i ex-premier Szydło, obciążonych wielkimi premiami, a ci trzymali na ramionach marszałka Sejmu i kilku ministrów, w tym ministra Macierewicza obciążonego generałami i niezakupionymi helikopterami.

Zawiał wiatr, chyba historii, piramida zachwiała się, potem przyszedł huragan, w końcu rozległ się wielki łomot i coś zwaliło się na ziemię. Po chwili zrobiło się cicho i odczułem wielką ulgę. Nie wiem, co się dalej działo, bo obudziłem się postanawiając być prorokiem we własnym kraju.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Sursum corda, Bracia i Siostry! Sursum Corda! C.d na  https://tinyurl.com/yc4bbpnd

 

0Shares