Nie samym chlebem człowiek żyje. Studiuję najnowszą historię Partii Wielkich Nadziei. Na zakończenie trochę humoru.

 Day dreams by Godward.

Dziś jest niedziela. Postanowiłem poluzować sobie jak furtka zawiasom w dobrze naoliwiony dzień. Tyle otwartych pytań i odpowiedzi, ile unosi się obecnie w atmosferze, i mnie zachęca do otwartości. Co to zresztą za otwartość? To tylko śledzenie i obserwowanie dziejów Partii Wielkich Nadziei. I napisanie od czasu do czasu zwięzłego przeglądu dziejów ludzi i organizacji kochających cień i uroki w nim pozostawania. Historię opowiedział mi przyjaciel z osiedla.

*****

Iwan Iwanowicz rozmawiał z Królem Jaro. Król wyglądał trochę przygaszony. Chciał być cesarzem, a tu nagle kłody same zaczęły mu się rzucać pod nogi. Na pytanie Iwana Iwanowicza, co słychać, odpowiedział:

– Jest nieźle, ale mogłoby być lepiej. Miałem plan, który spalił na panewce. Nie! Nie! Nie na panewce, ale na kapiszonie, w dodatku wilgotnym. Miałem plan i szukałem wykonawcy, kogoś młodego i ambitnego. Kuzyn naraił mi innego kuzyna, Austriaka. Polak i Austriak dwa bratanki. I od wieży, i od szklanki, jak mówią. Na imię ma Josef Birkemaier. Albo Hohenzollern. Nie pamiętam. Czasem pamięć mnie zawodzi. – Józiek! – Mówię. – Zbudujesz mi dwa pomniki? – Czemu nie? A w jakim kształcie? – Zapytał. – Dwóch wież z głowami wybitnych ludzi na szczycie.

– Jak wysokie mają być te wieże? – Dwieście – trzysta metrów. Nie mniejsze niż w Dubaju. Co ważne, muszą być skonstruowane jak koń trojański. Z zewnątrz nie widać, co jest wewnątrz. Chcę zrobić wszystkim niespodziankę. – Daj mi tylko upoważnienie. – Powiedział kuzyn. Wyciągnąłem kartkę i od ręki wypisałem mu upoważnienie. Ustaliśmy, co ma robić i kiedy.

– I co? – Zapytał Iwan Iwanowicz.

– Nic. – Wyjaśnił Król. – Kilka dni temu Józiek przyszedł do mnie z rachunkiem grubości książki telefonicznej za wykonaną robotę. Powiedziałem, że nie zapłacę, bo suma jest wyższa nawet niż te dwie wieże. Kiedy się zdziwił, wyjaśniłem, że żartowałem, dając mu to zlecenie. Jakaś umiarowa kwota, sto lub dwieście złotych, to tak, ale nie półtora miliona złotych.

– A jak chciałbyś mi zapłacić po wykonaniu wszystkich prac? To byłoby ponad jeden miliard. – Zapytał kuzyn. – To nie jest problem. – Odpowiedziałem. – Ja i moi przyjaciele znamy kilka firm. W większości to fundacje. Zrobią zrzutki. To dobrzy ludzie, pobożni, solidni. Chętnie robią darowizny. – Jak byś ich przekonał do zapłacenia takiej kwoty? Mogliby nie chcieć. – Zapytał Józiek. – Może to głupie pytanie, ale mnie to interesuje. My Austriacy lubimy dociekać sedna sprawy. – Te firmy i fundacje są skonfigurowane na kształt konia. A ja trzymam lejce. Rozumiesz? – Wyjaśniłem kuzynowi kryjąc uśmiech za okularami, które ostatnio zacząłem nosić. Więcej nie rozmawialiśmy, bo przyleciał goniec i powiedział, że ma dla mnie wiadomość od mego przyjaciela z prokuratury, który ma chwilę wolnego czasu i zaprasza mnie na kawę i kieliszeczek wina.

– Jak ktoś jest królem, to ma wszędzie przyjaciół. Szczęściarz! – Westchnął Iwan Iwanowicz.

Ciekawskim udostępniam kilka linków:

https://www.fakt.pl/wydarzenia/polityka/kuzyn-kaczynskiego-to-nie-ja-nagralem-prezesa/56gsf4q

https://onet100.vod.pl/i/news/matczak-o-tasmach-kaczynskiego-lekcewazenie-tej-sytuacji-jest-niepowazne/ex36f1

https://onet100.vod.pl/http://onet100.vod.pl/i/news/borowski-o-kaczynskim-on-unika-jakiejkolwiek-odpowiedzialnosci/5kzez2

https://onet100.vod.pl/i/news/onet24-kaczynski-i-50-tys-zl-dla-ksiedza/e392h5

Na zakończenie, dla poprawy humoru, znakomity i dowcipny (szkoda, że tak krótki) występ kabaretowy kilku moich ulubionych artystów.

 

Trzej królowie i przyrzeczenia noworoczne

Iwan Iwanowicz jest u mnie pierwszy po Nostradamusie. Przewiduje przyszłość. Zaproponował mi, abym notował jego proroctwa. Na razie opisał mi tylko widzenie, jakie miał w noc sylwestrową.

– Kiedy inni tańczyli Sylwestra z butelką szampana w ręce i paczką tanich fajerwerków w kieszeni, mnie ukazali się trzej królowie. Przywiodła ich do mnie żarówka samodzielnie poruszająca się po niebie. Mówili niewyraźnie, jakby języki przymarzły im do brody. Jak zrozumiałem, był to jakiś prezydent, jakiś prezes i jakiś premier. Co najciekawsze, wszyscy trzej mówili ludzkim głosem i to tak wyraźnie, że mój kot i pies aż zaniemówiły i porozumiewały się na migi.

Królowie uklękli we trójkę przed Ojcem Ryzykiem (lata 2019 i dalsze) i składali zobowiązania noworoczne, kolorowe jak rajski ptak z kopalni złota i diamentów w Afryce Południowej. 

Premier obiecał, że nie będzie kłamać, a jeśli nawet, to tak udanie, że nikt się na tym nie pozna.

Prezydent, że przetrze sobie oczy, bo ostatnio widział rzeczy wyimaginowane, a nie jest to przecież jego ulubiony punkt widzenia.

Prezes obiecał, że nie będzie wyglądać jak z krzyża zdjęty, ale weźmie się za siebie i odświeży sportowo ćwicząc na świeżym powietrzu jak ten Rudobrody z Brukseli, którego nie znosi.

– Ja im dobrze życzę, znaczy się tym i innym królom, nawet życzę im doskonale, aby tylko pozostali w swoim Muzeum Samowładztwa i Zamordyzmu i nie wyciągali rąk zbyt daleko do polityki, bo jak ktoś niechcący włączy młockarnię sprawiedliwości dziejowej to mogą stracić palce, a wiadomo, że bez palców to jak bez rąk, do gęby nie można nic włożyć. I klepsydra gotowa – podsumował Iwan Iwanowicz z wyraźnym smutkiem.

Na zakończenie podyktował mi sentencję. Wziąłem ją sobie do serca i polecam równie serdecznie jak rożki czekoladowe od Sowy:

„Głosując w wyborach parlamentarnych nie głosuj na tych, którzy kłamią więcej niż potrzeba”.

Myśli i aforyzmy sylwestrowe

Dorosłych i dzieci zbliża to do siebie, że na starość ludzie dziecinnieją.

Przejściowi potentaci, prezydenci, premierzy i wielcy prezesi, lubią szczycić się swoją głupotą. Nie ma co się dziwić, nic ich to nie kosztuje. Robią to na rachunek obywateli, których reprezentują.

Korzyść uzyskania większego wpływu kościoła na państwo uzasadnia użyczanie ambon nawet oszołomom politycznym.

Widziałem posła Stanisława Piotrowicza z wielkim różańcem w ręku na przyjęciu urodzinowym Radia Maryja jak błagał Ojca Rydzyka o błogosławieństwo i pomoc w organizacji międzynarodowego kongresu „Partie populistyczne wszystkich krajów łączcie się!”.

Kobieta z bezrobotnym mężem i trójką dzieci może śmiało powiedzieć, że ma czwórkę dzieci pod opieką. Mężczyźni są mniej macierzyńscy.

Nocą myślę współczująco

– Myślę współczująco – Tak mi powiedział Iwan Iwanowicz po źle przespanej nocy, po czym kontynuował swoją historię.

– Kiedy nie mogę spać wymyślam sobie rozrywki. Kładę na przykład trzy dorodne winogrona przed sobą na talerzyku i wpatruję się w nie z pożądaniem. Skręca mnie wewnątrz, a ja nie, odmawiam sobie ich zjedzenia. W końcu odchodzę od stołu z satysfakcją, że podarowałem im życie. Albo wychodzę na balkon o godzinie czwartej nad ranem i stąpam bosymi nogami po zmrożonej powierzchni, aby przeszło mi drętwienie stóp. Kiedy czuję, że marzną mi już ręce w łokciach, schodzę z balkonu po rynnie na ziemię, okrążam budynek trzynaście razy i wracam do mieszkania. Kiedy pomylę się z liczeniem, jeszcze raz okrążam trzynaście razy. Zeszłej zimy wróciłem raz do domu dopiero w porze obiadowej następnego dnia, tak często się myliłem. 

Ostatnio zmodernizowałem moje postępowanie na miarę naszych czasów i myślę współczująco. Najpierw o panu Prezesie, że budzi się w nocy spocony z myślą niespokojną jak burza „Czy nakarmiłem wieczorem kota”, albo „Czy Zbyszek oskarży KNF o wywiezienie ze Skoków trzech czy trzydziestu ciężarówek banknotów stuzłotowych i czy zrobi to jutro czy pojutrze”. Potem łączę się duchowo z panem Premierem, w którego głowie myśli skaczą szybciej niż rozbawione króliki przez płot kolczasty, kombinując, co by tu powiedzieć nowego, jacy wspaniali jesteśmy jako pierwszy naród w Europie i jak ogromniaste będzie to lotnisko, które rozbudujemy w Radomiu. Będzie ono mogło pomieścić tysiąc zwykłym samolotów  pasażerskich i pięćdziesiąt tysięcy dronów, które wszystkie będą wyprodukowane w kraju. 

– Myślę o nich współczująco – Iwan Iwanowicz oblekł twarz w welon smutnej radości – i to mnie uspokaja do tego stopnia, że kładę się spać do zimnego łóżka o godzinie szóstej nad ranem i zasypiam spokojnie jak zegarek, który przeszedł na emeryturę po czterdziestu latach i pięciu dniach nieprzerwanego tykania.

Ordery


Ktoś załomotał do drzwi. Wystraszyłem się. Był to Iwan Iwanowicz, niezwykle podekscytowany. Prawie krzyczał:

– Telewizor mi się zepsuł, a tu za dziesięć minut wielka uroczystość. Brazylia na kolanach! Jesteśmy Mistrzami Świata w siatkówce! Wstaliśmy z kolan. I to w jakim stylu. – Entuzjazmował się Iwan Iwanowicz. – Prezydent jest oczarowany. Stworzył jednoosobową grupę inicjatywną. Ma nadać tytuły szlacheckie naszym siatkarzom. Zaraz odbędzie się transmisja z uroczystości.

Szybko włączyłem telewizor. Ręce mi drżały ze wzruszenia, że zaraz zobaczę prezydenta wszystkich obywateli. – Czyli także mojego. – Tłumaczyłem sobie na wypadek, gdyby dopadły mnie wątpliwości.

Prezydent był wzruszony. Owinął się flagą narodowa, na policzkach miał wymalowane dwa motylki w narodowych barwach. Ważnym ciałem wstrząsał szok radości. Wydatne usta były wilgotne, prawdopodobnie od płaczu. Intensywnie myślał.

– To najbardziej fantastyczne wstanie z kolan, połączone z równoczesnym rzuceniem Brazylijczyków na kolana. To ich nauczy pokory!

Podochodził do każdego zawodnika po kolei, wspinał się na palce, unosił ręce do gry w akcie podziwu, przyczepiał order „Za wstanie z kolan. Od Prezydenta” i łagodnym ruchem ręki wygładzał dres odznaczonego.

Ordery podawał Premier. Oczy miał spuszczone w dół, jakby wstydził się za coś. Zazdrościł Prezydentowi, że to nie on wręcza medale. Pomyślał: – Co to za ordery?! Malutkie, mało znaczące, tymczasowe! Mennica nie zdążyła wybić prawdziwych, że szczerego złota.

Po wręczeniu orderów prezydent wyszedł na środek sali, aby wygłosić mowę okolicznościową. Ogarnął wzrokiem wyróżnionych siatkarzy.

– Ile razy spełnią oni jeszcze nasze odwieczne pragnienie wstawiania z kolan!? – zadał sobie pytanie.

Odpoczął chwilę i przemówił. Wzniósł się ponad podziałami, ogarniając cały kraj, wszystkich obywateli, bez względu na poparcie polityczne. Był bezstronny, choć nie przyszło mu to łatwo.

– Serce nie sługa! – przypominał sobie po cichu.

Myślał o Tym, Który Stał Nad Nim. To imię było tak ważne i święte, że je szyfrował w pamięci. Łączyła ich miłość do wspólnego wstawania z kolan. Prezydent wzruszył się.

Z serii „Szyderstwem w dyktaturę”: Wielodzietność i alkohol.

Wpis okolicznościowy z okazji niekończących się zwycięstw partii rządzącej nad rozumem.

Iwan Iwanowicz przedstawił mi dzisiaj swoje poranne przeżycie.

– Stałem w kolejce do kasy w sklepie, kiedy wywiązała się dyskusja. Klient uważał, że należy mu się bon sklepowy na dzieci, ponieważ otrzymuje 500 Plus, na co ekspedientka zareagowała widokiem smutnych oczu i oświadczeniem, że zakup alkoholu jest wyłączony z bonu.

Iwan Iwanowicz nie uczestniczył w dyskusji z uwagi na wrodzoną wstrzemięźliwość, po chwili jednak prawda wezbrała w nim pełną piersią nakazując zabrać głos.

– Proszę pani, dzieci piją alkohol od małego, sam też mam w tej materii pewne życiowe doświadczenie. Coraz więcej kobiet w ciąży odżywia się alkoholem i takie dzieciątko, a jeśli ma ona ich więcej, to i dwójeczka a może nawet i trójeczka, sączy alkohol z piersi matczynej i uczy się w ten sposób życia. Niedużo tego wprawdzie jest, ale kropelka do kropelki a zbierze się miarka. Jest to zjawisko pozytywne, ponieważ alkohol jest łatwy w przygotowaniu i konsumpcji, a kobiety dzisiaj czasu nie mają. W przyszłości znajomość alkoholu, upojenia i rauszu okaże się dla potomstwa jak znalazł, ponieważ człowiek bywa w różnych towarzystwach, sytuacjach, a nawet krajach. Na Syberii na przykład nikt nie pije wody, bo szybko zamarza, alkohol zaś twardnieje dopiero w temperaturze minus osiemdziesiąt stopni. Według amerykańskiego Hemingwaya oraz naszego Żeromskiego nie zamarza on w ogóle, a przynajmniej nikomu pijanemu nic takiego się nie przydarzyło.

Na wzmiankę o nauce włączyła się młoda kobieta, pochodząca z nizin (w odróżnieniu do górali, jak wyjaśniła) deklarująca się jako samotna matka z czworgiem dzieci, która wcześniej studiowała dużo i ukończyła dwa fakultety, które na nic jej się nie zdały, dopóki nie otrzymała dodatku za wielodzietność. Na lewym przedramieniu miała wytatuowane udko pieczonego kurczaka, na drugim znak 500 Plus ze zdjęciem darczyńcy podpisanego jako Prezes.

– Proszę pani – śmiało zwróciła się do ekspedientki – ci dwaj panowie mają rację. Ja bez 500 Plus i regularnej buteleczki „Żytniej” – Boże błogosław jej istnienie – nigdy w życiu nie poradziłabym sobie z czeredką dzieci nawet przy pomocy ich tatusiów. Takiemu maluchowi wystarczy gałganek umoczony w spirytusie 96 procent, nie mocniejszym, lub kropelka z mojej błogosławionej piersi, aby poczuł się radosny i syty. Korzyść z tego jest również taka, że dzieci karmione alkoholem nie tyją w późniejszym wieku.

– A ile dzieci liczy sobie pani czeredka i ilu jest tych tatusiów do pomocy? – Zapragnęła wiedzieć ekspedientka ze znacznie skromniejszym wizerunkiem wampira z dwoma kłami wytatuowanym w pobliżu aorty szyjnej.

– Jest ich czwóreczka i każde ma na szczęście swojego tatusia, co jest bardzo pomocne w mojej sytuacji samotnej matki. Proszę mi wierzyć, że ten pan ma rację argumentując, że 500 Plus i alkohol idą ze sobą w parze i należą mu się towarowe bony na dzieci. Zresztą taka była intencja darczyńcy 500 Plus, człowieka o wielkim choć gołębim sercu, kochającego ojczyznę i kobiety, i nienawidzącego tylko tych gadów sądowych, o których teraz tak głośno. Nie oni będą decydować o tym, czy mnie i moim dzieciom wolno pić alkohol, czy nie. – Zakończyła rezolutnie i napięła mięsień z tatuażem udka pieczonego kurczaka.

Kilka myśli dosadnych i krótkich jak pieszczota w locie ptaka

U młodych ludzi ślepota objawia się dzisiaj często niewidzeniem niczego poza ekranem smartfonu.

Litania do Najwyższego: Boże spraw, aby nasz ukochany kraj przestał płynąć mlekiem, miodem i banknotami pięćsetzłotowymi, a spłynął normalnością.

W kraju szybkich awansów wszystko jest możliwe. W ciągu jednego dnia doktor praw może stać się łajdakiem, skromny prezes – narodowym oszołomem, ogrodnik – ministrem, szlachetny rewolucjonista – szpiegiem, chirurg – marszałkiem, szef staży pożarnej – premierem z kokardą, ksiądz –pedofilem.

Wieczorna bajka o referendum

Rzecz działa się w czasach nowożytnych, nie tak znowu odległych, może na rzut kamieniem, a może pałką z paralizatorem, nikt tego dokładnie nie wie, bo czas i miejsce bywają elastyczne. Wiadomo natomiast na pewno, że zdarzenie to miało miejsce w kraju, gdzie wszystko jest dobre, rząd, kierunek wiatru, zmiany pogody i humorów, władcy w osobach pana prezesa, premiera i prezydenta, a nawet trzydzieści sekund ciszy, którymi opozycja dobrego rządu czci szczodrobliwość dobrych panów marszałków.

Kiedy wskutek nieuwagi marszałkowskiej obu izb parlamentu spadło z pulpitu na ziemię niezwykle ważne referendum, pan prezydent ogromnie się zmartwił. Wracał do domu zrozpaczony, a jeśli nawet nie zrozpaczony, to bardzo smutny, kiedy naprzeciw wybiegła mu cała świta pałacowa, dworzanie i służba, ministrowie, sekretarze i sekretarki, podsekretarze, pokojowe i sprzątaczki, nawet ogrodnik. Pan prezydent ucieszył się niepomiernie, bo wszyscy wiwatowali na jego cześć, rzucali w górę czapki i inne części garderoby i to w takim uniesieniu, że zabronił im rozbierać się bardziej niż do spodniej bielizny.

– Lubię popatrzeć na piękne ciała wiwatujące w służbie narodu – mruknął niezbyt głośno, aby nie przesadzić ze skromnością cechującą go zwłaszcza w obliczu autorytetu pana prezesa, ojca ojczyzny.

– Panie prezydencie – krzyczeli jeden przez drugiego dworzanie. –  Osiągnął pan wielki sukces. Upadek referendum wywołał wielce pozytywny szok w narodzie, wszyscy przejrzeli na oczy, teraz każdy obywatel kraju, staruszek i dziecko, wie o co chodzi. Nie trzeba zadawania pytań, czy chcesz nowej konstytucji, czy też nie chcesz, w jakiej mierze i w jakiej postaci, zwyczajnej czy oprawnej w złoto, warunkowo czy bezwarunkowo, bezwzględnie czy też tak sobie.

Następnego dnia dołączyła do nich prasa, ale tylko prawicowa, bo tylko oni umieli poprawnie zinterpretować nadzwyczajne zdarzenie państwowe.

Radość pana prezydenta podchwycił naród i wyległ na ulice i place, aby wiwatować na jego cześć, a przy okazji również panów marszałków, którzy niechcący zrzucili z pulpitu projekt referendum, oraz na cześć pana premiera i pana prezesa, ojca ojczyzny, który serdecznie projekt popierał, aby dać narodowi szansę wyrażenia poparcia dla nowej konstytucji mającej zastąpić starą, bardzo już zużytą, mimo że jest całkiem nowa i świeża.

W marketingu nazywa się to „in-built obsolescence” i oznacza „wbudowane starzenie się” – wyjaśnił wieczorem w telewizji pewien pobożny teolog, który znał się na marketingu, na polityce i na wierze w szlachetność.

Michael Tequila w księgarniach: https://tinyurl.com/y7cza5nc

Aforyzmy polityczne. Ukochane dziecko prezesa.

Rysiu Czarnecki, ukochane dziecko prezesa Kaczyńskiego, używa cudownie okrągłych słów, aby głosić słodkie prawdy mocarnej rzeczywistości i zwalczać nikczemne kłamstwa opozycji, oraz okrągłej twarzy, aby wyrazić zdziwienie z powodu jej istnienia.

Zabawka dla dewiantów i obsesjonatów. Przypowieść okolicznościowa.

W lipcu 2018 roku Światowa Rada Wynalazków ogłosiła wyniki konkursu na najlepszy wynalazek wszechczasów. Konkurs wygrał „Mechaniczny kraj”, zabawka dla dewiantów i obsesjonatów, najbardziej zaniedbanej kategorii obywateli wszystkich krajów. Jej sponsorem była fundacja „Zbłąkany umysł” zrzeszająca ludzi poszkodowanych ciężkimi przeżyciami. Promocja zabawki odbywa się pod hasłem „Dokopiemy wam”.

Konkurentem w konkursie był „Dmuchany Don”, ale po ostatnim pokazie publicznym otrzymał nienajlepsze recenzje nawet wśród swoich zwolenników. Recenzentom nie podobało się, że zbyt przekonywająco pozorował tak głęboki wstrząs mózgu, że jego leczenie mogło zrujnować nawet potęgę gospodarczą.

„Mechaniczny kraj” jest dosyć prosty i łatwy w obsłudze, zapewnia grającym niezwykłą satysfakcję, w dodatku bardzo rozwija intelektualnie. Światowa Rada Wynalazków dopuściła zabawkę do konkursu pod warunkiem, że nie zostanie ona opatentowana, aby każdy dewiant i obsesjonat na świecie miał prawo stworzenia własnej wersji bez opłat licencyjnych.

Zabawka ma kształt ostrosłupa posiadającego cztery boki w kształcie równoramiennych trójkątów i składa się z trzech niezależnych mechanizmów o nazwach Prezydent, Prezes i Premier. Są to automatyczni gracze, stanowiący grupę tak zwanych Ważniaków. Ich nazwy są zastrzeżone, inni gracze nie mogą ich używać. Użycie zabawki bez udziału Ważniaków nie jest możliwe.

Każdy z Ważniaków zawiera w sobie napęd i jest wyposażony w inteligencję, która utrzymuje zabawkę w stanie permanentnego ruchu, zawsze gotową do użytku. Formalnie Ważniacy są autonomiczni, niezależni od siebie, wiadomo jednak, że są oni sprzężeni ze sobą nicią skrytych powiązań cienką jak pajęczyna, lecz mocniejszą niż solidny drut kolczasty.

Zabawka porusza się we wszystkich kierunkach, najszybciej do tyłu i wydaje okrzyki takie jak „Dobrobyt”, „Uczciwość”, „Porządek”! „Dobre Żarcie”! „Historia”! „Radość”! W pewnych okolicznościach, kiedy Ważniacy są w dobrym nastroju, zabawka potrafi powiedzieć także „Cukier puder”! „Kum kum”! „Przepompownia” czy „Więzienie”. Są to zawołania, które podobają się graczom ze szczególnym poczuciem humoru.

Na pytanie, kto jest autorem tego niezwykłego wynalazku, Światowa Rada Wynalazków odpowiedziała, że zabawka wynalazła się sama. Pomysł podsunął Prezes, najbardziej przemyślna część zabawki, zaklepał Prezydent, a szczegóły ustalił Premier. Naukowcy zajmujący się zjawiskami nadprzyrodzonymi, twierdzą, że w wynalezieniu zabawki maczał palce także diabeł z piekła rodem. Pytany o to dowódca piekła, który w „Mechanicznym kraju” gra rolę zmilitaryzowanej jednostki szybkiego myślenia, miał podobno odpowiedzieć:

– Sam diabeł się w tym nie rozezna.

Prezydent, Prezes i Premier zastępują wszystkie instytucje, organizacje, zrzeszenia, opiekunów i kuratorów, jakie są normalnie potrzebne, aby bawiący się czuli się naprawdę szczęśliwi. Zasady działania „Mechanicznego kraju” nie są skomplikowane. Każdy rozumie je intuicyjnie patrząc na wizerunki Ważniaków wyświetlające się na trzech ścianach zabawki. Czwarta ściana pozostaje tajemnicą. Nikt nie wie, co ona oznacza, po co w ogóle jest. Powszechne przekonanie jest takie, że jest to rodzaj proroctwa do odgadnięcia, co w przyszłości stanie się z „Mechanicznym krajem” i jego otoczeniem.

Zabawka spełnia życzenia, trzeba tylko wyrazić je na głos, wysłać emailem lub opisać w liście do jednego z Ważniaków. Zabawka ma także właściwości lecznicze. Jeśli czujesz się nieszczęśliwy, bo masz za małą pensję, to Ważniacy przyznają ci natychmiastową podwyżkę, pod jednym tylko warunkiem, że przystąpisz do programu lojalnościowego.

Gracze mogą wyznaczać sobie dowolne role i nadawać sobie dowolne tytuły lub nazwy, o ile nie naruszają one zasad poprawności językowej. Przykładowe nazwy to Szary Obywatel, Demonstrant, Policjant, Sędzia, Prokurator, Lekarz, Czarna Wdowa, Polityk, Niepewny, Ksiądz i Zwykły Dziad. Zaleca się niestosowanie nazw takich jak Pedał, Dziwka czy Cham, ponieważ wywołują one nadmierną ekscytację i mogą zakłócać przebieg gry.

„Mechaniczny kraj” nie stawia ograniczeń wieku, doświadczenia czy rozwoju umysłowego; każdy może w nim znaleźć coś odpowiedniego dla siebie. Ponieważ jest to zabawka samodoskonaląca się, nie jest wiadome, w jakim kierunku rozwinie się ona ani jak mogą się zmienić zasady gry. Dla pewności natura wyposażyła Ważniaków w ograniczoną sztuczną inteligencję, aby nie mogli uzyskać całkowitej przewagi nad innymi uczestnikami gry. Nie jest jednak pewne, czy nie zechcą zmienić jej zasad, aby ostatecznie dokopać pozostałym graczom.

Zabawka zyskała natychmiastową popularność, jak tylko ukazała się na rynku. Najpierw zaczęły z niej korzystać osoby pragnące uniewinnienia, potem grzesznicy chcący pozbyć się wyrzutów sumienia, następnie ludzie z nieczystymi spojrzeniami, bogaci wytwórcy szybkich podwyżek cen, w końcu handlarze sumień. Z zabawki mniej korzystają osoby mające własne pomysły na zabawę, pragnący mieć więcej czasu na samodzielne czytanie literatury lub chodzenie na demonstracje, aby przewietrzyć sobie płuca na świeżym powietrzu.

Podsumowując, „Mechaniczny kraj” jest zabawką o szczególnych walorach rozrywkowych i poznawczych, wywołującą silne wrażenia, podobnie jak jeżdżenie samochodem pod prąd na autostradzie czy igraszki z nieznanymi dopalaczami.

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz 3: Spotkanie partii z obywatelami

Spotkanie rządzącej Partii Konserwatywnej z obywatelami odbyło się wieczorem przy zasłoniętych oknach, w miejscowości, której nazwy nie podano do wiadomości, może nawet nie była ona oznaczona na mapie, z uwagi na bezpieczeństwo zebranych. Prowadził je Prokurat, stary jak świat aktywista partyjny, ważniak z kręgu gwardii przybocznej Mesjasza, szefa i właściciela partii.

Celem zebrania było umocnienie więzi z wyborcami i zapoznanie ich z bieżącą polityką rządu, przeciwstawiającego się naciskom ekologów i anarchistów. Te dwie grupy społeczne zgodnie żądały od państwa większej ochrony i pomocy dla koni, uznawanych przez nich za gatunek najbardziej użyteczny a zarazem najbardziej zagrożony postępem technicznym w transporcie i rolnictwie.

– Ich żądania zmierzają do ograniczenia naszego wpływu na przyrodę. Rząd nie zamierza ustępować, ponieważ traktujemy zasoby naturalne kraju jako źródło niekończących się pożytków dla społeczeństwa. Po naszej stronie stoi także Kościół Hierarchiczny, kierujący się zasadą, że to Bóg dał człowiekowi zwierzchnictwo nad przyrodą ożywioną – tak przedstawił stanowisko rządu przewodniczący zebrania.

Dziennikarz Rosaton przebieg zebrania starannie utrwalił w swej pamięci wspomaganej chipem bio zainstalowanym w mózgu dla ułatwienia przechowywania i przypominania sobie informacji. Od pewnego czasu obserwował Prokurata, zwanego niegdyś także Towarzyszem. Był to niemłody już osobnik, partyjna złota rączka, utalentowany, o twarzy porysowanej zmarszczkami doświadczeń więziennych. Złośliwcy mówili, on sam także to czynił w zaufanym gronie, że potrafi służyć dowolnemu panu, byle tylko dał mu trochę władzy i sypnął groszem, bez którego nawet asceta nie jest w stanie godnie przetrwać jednego dnia.

Z dokumentów Prokurata wynikało, że pracował kiedyś w administracji cyrku państwowego. Opozycja, ekolodzy i anarchiści wspierający ochronę natury zarzucały mu złe traktowanie zwierząt. Oskarżony nie przyznawał się do tego, tłumaczył się jak umiał, nie zawsze zrozumiale. Twierdził, że była to praca przypadkowa, że tylko pomagał trzymać konie na uwięzi, że to inni okładali je batem, i że on tylko obserwował niedźwiedzia, kiedy uczono go tańczyć boogie woogie na gorącej blasze. Upierał się też, że to nie on podgrzewał mu podłogę, a jedynie podkręcał kurek gazu i to tylko wtedy, kiedy go o to proszono.

Z czasów pracy w cyrku, prawdziwej czy domniemanej, Prokurat wyniósł umiejętność wykonywania sztuczki: potrafił napluć na dłoń tak, aby jego proste słowa wypowiedziane moment później urosły w wielkie kłamstwo. W domu podobno miał piec, w którym palił reszki godności – tak mówiła o nim opozycja, też nie zawsze tak święta, jak chciała być widziana.

– Nie dziw, że z takimi umiejętnościami Duży Pikuś uważa go za klejnot. Przecież on każdej prawdzie kark skręci – twierdzili przedstawiciele Opozycji, zwanej w skrócie Opo. Duży Pikuś była to pogardliwa nazwa partii rządzącej, która odpowiadała pięknym za nadobne nazywając opozycjonistów Małym Pikusiem.

– Umiecie tylko szczekać pod wiatr, a i to wam marnie wychodzi – Sytuację opozycji złośliwie kiedyś podsumował przewodniczący klubu parlamentarnego Konserwy.

Na spotkanie z obywatelami, które miało także charakter wspominkowy, przybyli nie tak znowu tłumnie wyborcy partii, jej namiętni miłośnicy oraz szczere przydupasy, dla który ważne było dać się sfotografować z kimś z zarządu Konserwy i przekazać życzenia jej szefowi i właścicielowi, Mesjaszowi, którego złoty wizerunek nosili na piersiach na wysokości serca.

Sala była uroczyście, choć niewykwintnie udekorowana. Na głównej ścianie wisiał obraz przedstawiający Mesjasza z ręką na sercu i promienną twarzą, stojącego na rydwanie symbolizującym partię, siłę przewodnią narodu. Mesjasz, wyprostowany jak struna, patrzył za siebie, w siną dal. Rydwan na obrazie pędził – zgodnie ze strategią wodza – w kierunku odwrotnym do rydwanów konkurencyjnych partii. Nie było to malarstwo najwyższego lotu, ale zupełnie udane; ważne było, że jego twórca, mający na koncie osiągnięć artystycznych także znaczące zasługi dla Partii Konserwatywnej, został uhonorowany.

Zza obrazu dochodziła niezbyt głośna muzyka, na tle której chór męsko-damski wykonywał patriotyczne i rewolucyjne pieśni oraz kąśliwe przyśpiewki „Nie rzucim”, „Wyklęty powstań”, „My z upodlonych”, „Podlece partyjni” i „Przykuty do pastwiska”. Mimo jednego czy dwóch drażniących tytułów miały one swój wydźwięk wspominkowo-propagandowy. Ostatecznie liczyła się skuteczność.

Przywódca partii wyglądał na obrazie tak realistycznie, że starsza kobieta, do której członkowie partii zwracali się z wielkim szacunkiem, chciała podejść i go uścisnąć a może nawet pocałować w przekonaniu, że jest to autentyczny i żywy człowiek, którego znała i podziwiała. Na szczęście w porę odwiedziono ją od tego zamiaru. 

Zebranie odbywało się według ustalonego rytuału. Najpierw było zagajenie. Wykonał je Prokurat stwierdzając, że kraj od czasu nowej władzy płynie już mlekiem i miodem, i to wyłącznie dzięki ogromnemu poświęceniu i wkładowi pracy Mesjasza, którego nazwał autentycznym wizjonerem. Wywołało to na sali wybuch entuzjazmu, w górę poleciały czapki, wzniosły się flagi i wzbiły okrzyki „Niech żyje”!

Po okrzykach nastąpiły sążniste oklaski. Klakierzy stali z boku tak ustawieni, aby nie rzucać się w oczy. Byli doskonale zorganizowani, chłop w chłopa, rumiane wiejskie i małomiasteczkowe twarze, ręce jak młoty. Kiedy walili w dłonie, ziemia się trzęsła, a popularność wodza i partii przez najbliższe dni rosła jak na drożdżach. Pokazywały to słupki, które zarząd partii studiował z ogromną uwagą.

Atmosfery zebrania o mało co nie zepsuł mężczyzna, prawdopodobnie niezrzeszony, albo i zrzeszony, ale mało świadomy, że do dobrego tonu nie należy zadawanie przewodniczącemu pytań co do jakości mleka i miodu płynących strumieniem obfitości, gdyż nawet podrostki w szkole wiedziały, że są najwyższego lotu. Nie dziw, że jego pytanie spotkało się z potępieniem w formie twierdzącej, pytającej i rozkazującej: „Zamknij pysk, bo dostaniesz w mordę”, „Koń by się uśmiał z takiego pytania”, „Po co taki się urodził?” i podobne. Kilka osób rzuciło się na intruza i zaczęło go szarpać, ochroniarz usiłował wyrwać mu rękę z barku, ktoś inny starał się dać mu zdrowego kopa. Zwracano się do niego bezpośrednio, przez „ty”, wieloma imionami, niektóre brzmiały raczej brutalnie. Ze wszystkich stron padały pytania: „Co tutaj robisz, pedale?”, „Po co się tak szarpiesz, gnojku?” oraz „Czemu jesteś taki nerwowy?”. Salę opanował amok nienawiści, w którym określenia typu „ty byku” szumiały łagodnie jak bryza znad wysp pacyficznych, gdzie małpy spokojnie grają sobie w kręgle na plecionej platformie zawieszonej u szczytu palmy kokosowej.

Kolejnym rytuałem, niewątpliwie najważniejszym, było przekazywanie podziękowań i życzeń. Najpierw wystąpiła kobieta wyrażając wdzięczność przywódcy partii za czujność i za to, że do kraju nie trafił żaden ciapaty. Po niej wystąpił mężczyzna w średnim wieku. Pierwszy raz w życiu składał życzenia komuś tak wysoko postawionemu; było widać, jak bardzo to przeżywał. Adresata swojego wzruszenia nazywał Wielebnym oraz Czcigodnym. Najpierw zakrztusił się ze wzruszenia, myśląc o tym, że on, prosty człowiek, albo i nie, bo przecież nie może być prostakiem ktoś, kto ma warsztat, małe przedsiębiorstwo i sto hektarów pod zasiewami, dostąpił zaszczytu składania życzeń przywódcy partii rządzącej całym krajem. Przerastało to jego lokalną, wiejską wyobraźnię. Potem poszło mu już całkiem zgrabnie. 

– Pragnę serdecznie, najserdeczniej, pozdrowić czcigodnego pana prezesa. Proszę mu powiedzieć, że my go tutaj, wszyscy jak jeden mąż i jedna żona, szanujemy i oby Bóg dał mu zdrowie od końca do końca. Pan prezes jest geniuszem. Jestem mu dozgonnie wdzięczny, że nas uwolnił od tych popaprańców, łajdaków, sukinsynów i złodziei, którzy promowali konie kosztem zwykłych obywateli. W momencie, kiedy mówcy skończyła się pamięć, wyjął kartkę z kieszeni, aby dokończyć … szabrowników i zboczeńców. Zebrani słuchali go z uwagą, rozumiejąc, że złożonej rzeczywistości nie da się opisać kilku prostymi słowami tak jak kółko, kwadrat czy trapez.

Rosaton bardziej wyczuł niż dostrzegł, że uczestnicy spotkania kierowali się głównie uczuciami. Nie było w nich niczego innego jak tylko nienawiść do ludzi wskazanych przez partię jako źródło niegodziwości, osobników stawiających zwierzęta na równi z ludźmi a nawet i wyżej.

Ludzie, psy, jezioro i pizzeria wczesną wiosną

Jeziorko, trzy wysepki, wrzeszczące mewy. Byłem tam dzisiaj rano, dla zdrowia. Słyszę głuchy łomot jakby lądujący łabędź uderzał skrzydłami o wodę. Widzę tylko mewy. Biegnę dalej; to dwaj mężczyźni prowadzą sparring bokserski.

Potem były inne fenomeny. Dwaj młodzieńcy siódmy raz obiegali jeziorko o obwodzie jednego kilometra, w planie mieli 10 razy. Piersi jak miechy, ale bez serca – pomyślałem. Tak pastwić się nad własnym ciałem. Tym niemniej wyraziłem im uznanie za wytrwałość.

Nieco dalej młoda kobieta, właściwie dziewczyna, biegnąc pchała przed sobą wózek z dzieckiem. Zazdrość wkradła się w moje serce. Czy ze mną ktoś tak biegał? Potem spotkałem inną kobietę z dwoma psami królewskiej rasy Cavalier King Charles Spaniel. Jeden z nich to szczeniaczek pięciomiesięczny, istne cudo, czysta radość.

 Cavalier King Charles spaniel

Zgodziliśmy się we czwórkę, że pies to rasa wyższa niż człowiek. Superior, jak mówią Anglicy.

Szkoda, że u nas nie ma króla i takich spanieli. Prezes to rasa pośrednia między wieśniakiem zdobnym słomą sterczącą z butów a monarchą w złotej szubie, powiedziałbym byle jaka, chyba, że założy nam kagańce.

SONY DSC

Wtedy to będzie już królem a my spanielami. To byłoby coś. Zawiało grozą, zrobiło mi się zimno.

W pizzerii „U Skrzypka” dziewczyna, usta jak korale, imię starorzymskie, piękna jak róża. Jest wiosna to wszystko kwitnie. Boże! Jak ja chciałbym być inny, ładniejszy i tak zgrabnie poruszać nogami!

Nic to. Będę pracować nad sobą.

Michael Tequila, powieść, poezje, opowiadania: https://tinyurl.com/y7cza5nc 

Nawet we śnie oglądam rzeczywistość. Piramida cyrkowa.

Śnił mi się Jarosław Kaczyński, wyszedł zza pleców Augusta II Mocnego, jeszcze bardziej mocarny, trzymał na ramionach premiera Morawieckiego i ex-premier Szydło, obciążonych wielkimi premiami, a ci trzymali na ramionach marszałka Sejmu i kilku ministrów, w tym ministra Macierewicza obciążonego generałami i niezakupionymi helikopterami.

Zawiał wiatr, chyba historii, piramida zachwiała się, potem przyszedł huragan, w końcu rozległ się wielki łomot i coś zwaliło się na ziemię. Po chwili zrobiło się cicho i odczułem wielką ulgę. Nie wiem, co się dalej działo, bo obudziłem się postanawiając być prorokiem we własnym kraju.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Sursum corda, Bracia i Siostry! Sursum Corda! C.d na  https://tinyurl.com/yc4bbpnd

 

Najnowsza teoria wybuchów lotniczych

Iwan Iwanowicz – płynący śmiało na fali sennych uniesień i przepowiedni – na zebraniu przy krawężniku zrelacjonował najnowszą teorię wybuchów lotniczych. Łącząc się telepatycznie z niejakim Frankiem Taylorem, brytyjskim ekspertem od wypadków lotniczych, dowiedział się o najnowszej teorii rozpadu samolotów, tłumaczącej wszystkie wypadki lotnicze od czasu wynalezienia sennika egipskiego.

– Powiadomiłem już przyjaciół o moim odkryciu – entuzjazmował się Frank. I kierownictwo waszego Folwarku Zwierzęcego im. George’a Orwella, prezydenta USA i King Konga z Hong Kongu. Chodzi o bomby geriatryczne.

Na początku Iwan Iwanowicz przeraził się, bo nikomu bomby nie sprawiają przyjemności, z wyjątkiem ich konstruktorów oraz podkładaczy, ale przytomnie zapytał:

– Jak one działają?

– Bomba geriatryczna wybucha dowolnym miejscu i czasie, na żądanie. Wystarczy, że ktoś krzyknie „bomba geriatryczna”. Najczęściej krzyczy o niej mój serdeczny przyjaciel Antoni.

– Jaki Antoni? – Iwan Iwanowicz nie kojarzył, choć powinien.

– No, ten tam, od was, z kozią bródką! Ten wynalazca taniej armii bez nowoczesnego sprzętu wojskowego i generałów!

Świadomość, że takie bomby istnieją, wprowadziła Iwana Iwanowicza w intensywne drżenie. Aby się uspokoić wypił koktajl „Exotic Antoni M” z szampana „Explosive Dry” oznaczonego „Grand Reserve Politique de Pologne” zmieszanego z gorącym mlekiem. Od razu poczuł się tak serdecznie, że zapragnął przytulić do siebie cały świat, co jest oczywiście niemożliwe. Przytulił więc do piersi wizerunek Świętego Prezesa, patrona ludzi zbłąkanych, wstających z kolan, na które nigdy nie upadli, zwolennika powszechnego, przymusowego dobrobytu społecznego.

Knajpa Nieokiełznanej Szczęśliwości

Iwan Iwanowicz wybrał się na spacer po Folwarku Przyszłości. Opowiedział mi całą historię.

– Im bardziej zagłębiałem się w teren, tym głośniejsze stawały się wybuchy. Coraz głośniej szczekały też psy, ale inaczej niż w okresie świątecznych petard, bardziej entuzjastycznie. W końcu okazało się, że wybuchy dochodziły z dużej przydrożnej knajpy, a były to wybuchy autentycznej radości. Wewnątrz było pełno ludzi, wszyscy trzeźwi, niektórzy na klęczkach jakby szukali czegoś na podłodze, większość jednak wyprostowana, patrząca śmiało przed siebie, oczy rześkie, piersi wypięte do przodu jak u pijanego łabędzia lądującego na lodzie. Widać było, że rozpierała ich duma. Wznosili okrzyki:

– Żyjemy w kraju powszechnej szczęśliwości. Wszystko jest nasze. Niech żyje wielebny pan prezes! Niech żyje pani prezes trybunalska, kobieta wolności, nasz ukochany ideał.

Iwan Iwanowicz, człowiek starszej już daty i trochę już niecierpliwy, zapytał:

– Kim wy jesteście i co jest wasze, o czym tak głośno wrzeszczycie?

Obściskano go za to dwuznacznie, że niby taki mądry, a pyta o rzeczy oczywiste.

 Jesteśmy kwiatem narodu. Wszystko jest nasze – entuzjazmowali się zgromadzeni. – Mu tu rządzimy. Minister Sprawiedliwości jest nasz. Sędziowie są nasi. Sprawiedliwość jest nasza. Prezes, Premier i Trybunał są nasze. Parlament jest nasz, nasz wierny Marszałek decyduje tam o wszystkim. Prezydent jest nasz. Media są nasze, przynajmniej te najważniejsze. Do nas należy też Kościół, matka nasza. Nawet czarna noc jest nasza, dlatego pracujemy tylko nocą. Czy jest jeszcze coś, co nie jest nasze?

– Co to za knajpa? – zapytał Iwan Iwanowicz.

– To Knajpa Nieokiełznanej Szczęśliwości – odkrzyknęli gremialnie zebrani zdmuchując pianę z kufli piwa prosto w twarz Iwana Iwanowicza.

– Robili to dla żartu, oczywiście – wyjaśnił Iwan Iwanowicz. Kiedy to mówił, oczy mu ściemniały, nie wiadomo czy z gniewu, czy z przerażenia.  

Szalona abstrakcja ze zwierzętami w tle

Nazywano go Samotnikiem, ponieważ mieszkał sam, bez żony i bez dzieci. Zimą chodził nad jezioro w wielkich czarnych butach, które smarował tłuszczem Shoe Open Classic, aby ze skóry nie wychodziły białe plamy soli. W całej sytuacji było dużo tajemnic, ponieważ jezioro było tak małe, jak kot napłakał, buty były tak czarne, że pożal się Boże, a białe plamy okazały się fałszywe, ponieważ pojawiały się także wtedy, kiedy używano je wyłącznie do chodzenia po śniegu, gdzie o sól było bardzo trudno.

Pewnego styczniowego dnia, kiedy szedł nad zmarznięte jezioro, poczuł samotność nieporównywalnie głębszą niż zawsze. Przypisał to informacjom o tym, co dzieje się kraju, jakie przeczytał przed samym wyjściem z domu. Mając je w pamięci smutno popatrzył na jezioro, zaciągnięte nieświeżym już lodem, posłuchał wiatru chamsko hulającego na otwartej przestrzeni, przyjrzał drzewom zamazanym mgłą i zapragnął psa do towarzystwa.

Idąc dalej napotkał malarza, co było niewątpliwie objawem szczęścia. Był to tęgi mężczyzna ubrany w ciężki kożuch, buty walonki oraz czapę wielka jak łeb niedźwiedzia. Obok niego stały obrazy na sztalugach ustawionych na śniegu z wielką przywieszką „Wyprzedaż”. Zanim Samotnik obejrzał je, pokonwersował chwilę z artystą, który określił siebie jako „zwolennik silnej władzy, która potrafi nakarmić naród dobrym samopoczuciem i nadzieją wiecznego szczęścia”. Ostatni obraz, zatytułowany "Gospodarstwo agroturystyczne", był wielkich rozmiarów, w zdobnej szerokiej ramie i przedstawiał pejzaż z lasem, jeziorem i zwierzętami. Były one różnych ras i było ich całe mnóstwo. Samotnik poczuł sympatię do obrazu, ponieważ stał na końcu i wyglądał równie odosobniony jak on w czasie wędrówek nad jeziorem.

Po dłuższym oglądaniu obrazu „Gospodarstwo agroturystyczne”, niektórych fragmentów nawet przez lupę, którą zabrał ze sobą, Samotnik zdecydował się nabyć dwa psy z górnego prawego rogu obrazu. Były to okazy rasy Jack Russell o nazwach Jack i Russel.

Mężczyzna przywołał malarza skinieniem ręki i wyjaśnił:

– Chcę kupić te dwa psy. Potrzebuję ich do towarzystwa, kiedy spaceruję samotnie nad jeziorem. Ile kosztują?

– Jeśli przychodzi pan tutaj regularnie, to lepiej chyba je wypożyczyć. Odpada panu troska o zwierzęta, nie musi pan niczym się zajmować. – Sprzedawca mówił tak wielkimi skrótami, że trudno było go zrozumieć.

Samotnik od razu zaskoczył. Ujęła go rzeczowość języka artysty, gdyż sam od dawna o tym myślał, że byłoby dobrze nie robić z gęby cholewy mówiąc zbyt dużo i zbyt rozwlekle. Dobili targu, podróżny zdjął psy z obrazu i ruszył na spacer. Zwierzaki miały już smycze na sobie i były stęsknione za wolnością. Samotnik bawił się wyśmienicie, obserwując zwierzęta, zwłaszcza kiedy one bawiły się ze sobą. Była to czysta rozkosz, patrzeć, jak figlują, naskakują na siebie, czają się. Pomyślał, że są podobne do ludzi, jakich oglądał w telewizji.

Po zakończeniu spaceru podniósł psy i zaczepił je ponowienie na obrazie. Natychmiast wtopiły się w tło i znieruchomiały. Znając ich ruchliwość, wiedział, ile ten spokój je kosztuje. Wyglądały jednak na szczęśliwe. Odchodząc przypomniał malarzowi, że ma abonament na dalsze ich wypożyczenia.

Latem, kiedy wokół było dużo trawy, Samotnik chętniej wypożyczał owcę, kozę lub krowę. Bardzo mu to odpowiadało, bo oprócz przyjemności obcowania z żywą istotą miał także mleko. Krowę nazwał Baśka, przypominając sobie sąsiada z czasów młodości, który miał krowę właśnie o tym imieniu. Kozie ani owcy nie nadawał imienia, wołał na nie po prostu: Kozo albo Owco. Rozumiały to doskonale, nie buntowały się, w końcu dały mu do zrozumienia, że jest im wszystko jedno.

– Tak samo jak ludzie – myślał wtedy.

Do kozy tak się przywiązał, że wypożyczył ją na kilka dni i zabrał do domu, aby sprawdzić żydowską przypowiastkę o człowieku, który skarżył się na ciasne mieszkanie. Wprawdzie on sam nie cierpiał na ograniczoność przestrzeni, ale bez kozy mieszkanie wydało mu się nieprównanie większe. Kiedy ją oddawał wieszając na obrazie, uznał, że było to wartościowe doświadczenie.

Któregoś dnia latem, był to wyjątkowo gorący dzień, żar buchał jak z Afryki, Samotnik wypożyczył żyrafę. Było to drogie przedsięwzięcie, ponieważ rząd niedawno wprowadził zakaz wypożyczania zwierząt powyżej trzech metrów wysokości, ale wartościowe w sensie poznawczym, ponieważ żyrafa zjadła wszystkie liście z wielkiego dębu, samotnika takiego jak on sam, rosnącego blisko jeziora. Oboje musieli salwować się ucieczką, gdyż nie wiadomo skąd pojawiły się dziki wściekle chrząkające, że dąb przestanie rodzić żołędzie, i rzuciły się na nich z zamiarem co najmniej pobicia. Dąb okazał się pod ochroną, miał pięćset lat, choć dziki upierały się, że może nawet i pięć tysięcy.

Wszystkie nadjeziorne doświadczenia ze zwierzętami, aczkolwiek użyteczne w sensie poznawczym, nie okazały się tak odkrywcze jak album z fotografiami i notatnikiem, który listonosz dostarczył Samotnikowi za pokwitowaniem, kiedy przeszedł na emeryturę.

Ze zdjęć i zapisów dowiedział się, że był prawdziwym świrem od dziecka, a może nawet i wcześniej, miał na imię Luna, skrót od Lunatyk (po angielsku Lunatic, co znaczy również wariat). Jego stan zdrowia rozpoznano dopiero wtedy, kiedy po przeczytaniu Winnetou uznał, że jest Old Shatterhandem i usiłował powalić konia dorożkarskiego jednym uderzeniem pięści. Kiedy właściciel konia i pojazdu naskoczył na jego rodziców, Luna usiłował wyperswadować mu niewłaściwą reakcję również jednym uderzeniem pięści, w czego wynikła wielka awantura.

Sprawa nie trafiła do sądu a on do więzienia, ponieważ uznano, że jest na tyle rozwinięty, że można go oddać do domu dziecka z zakratowanymi oknami i widokiem na wolność. Był to dom dla dzieci szybko dorastających. Luna przesiedział tam kilka tygodni, znudziło mu się to do tego stopnia, że wyrwał kraty, udowadniając ostatecznie, że imię Old Shatterhand pasuje do niego jak ulał.

Czasy były wtedy ciekawe, nikt nie widział w jego zachowaniu nic dziwnego, ponieważ był to okres gwałtownych zmian w kraju, kiedy wszystko uchodziło za właściwe i poprawne. Po osiągnięciu dojrzałości, co nie było trudne, bo większość ludzi to robi, pracował przez pewien czas jako psycholog, potem przekwalifikował się na psychiatrę, pożyczając dyplom od kolegi, z którym mieszkał razem w domu dziecka. Potem zapisał się do partii akurat rządzącej, zaprosił go do tego sam prezes, który posadził go na kolana i dłuższy czas tłumaczył przy szklance mleka z indyjskim imbirem, że są partią nawiedzoną pasją nawrócenia całego świata, ludzkiego, zwierzęcego i roślinnego, na ład i porządek.

W rządzie Luna pełnił różne funkcje z wielkim powodzeniem, przede wszystkim ministra rolnictwa, doradzając także prezesowi w sprawach nadzwyczajnych, z jakimi nikt na świecie nie mógł sobie poradzić. Jeździł także z prezesem lub premierem do większych organizacji międzynarodowych, w tym do ONZ, doradzając im, jak powinni się zmienić, aby ludziom żyło się lepiej. Wszyscy go cenili, otrzymał wiele medali, głównie z ręki prezydenta, który mówił o sobie, że lubi chodzić w trampkach po linie, aby oglądać świat ze wszystkich kierunków, z góry, z lewej strony, z prawej strony, a najbardziej od dołu. Twierdził wtedy, że od dołu świat jest najbardziej płaski, przez co on mógł być bardzo pozytywnie oceniany przez naród.

W końcu Luna przeszedł na emeryturę, aby ostatecznie oddać się pasji wypożyczania zwierząt, jaką – szczerze mówiąc – odkrył zupełnie przypadkowo, z wielką radością dla siebie i dla zwierząt. Kiedy o tym wszystkim myślał, dochodził nieodwracalnie do tego samego, bardzo filozoficznego wniosku, że każde dojrzałe społeczeństwo ma swoich geniuszy i idiotów, szczególnie zaś tych drugich, oraz dobre i złe czasy, i że nigdy na nic nie jest za późno. 

Michael Tequila w księgarniach:

  • Sędzia od Świętego Jerzego (powieść),
  • Klęczy cisza niezmącona (poezje),
  • Niezwykła decyzja Abuelo Caduco (humoreski i opowiadania).

Najtaniej w księgarni internetowej "Znak" https://goo.gl/uC5orq.  

 

Sekretarz Stanu w Polsce

Sekretarz Stanu USA Rex Tillerson przyjechał i wyjechał. W międzyczasie rozmawiał z prezydentem, premierem, ministrem spraw zagranicznych, w końcu z prezesem Kaczyńskim. Przed spotkaniami przedstawił swój cel.

– Bardzo pragnę zobaczyć, poznać, uściskać pana Prezesa. To fantastyczny człowiek, wszyscy go lubimy w USA. Bardzo podobny do naszego prezydenta Trump. Całkowite podobieństwo. Na początku myślałem, że to bracia syjamscy.

– Jak podoba się panu w Polsce? – zapytała dziennikarka.

– Strasznie mi się podoba. Oddalacie się od Unii Europejskiej. I słusznie, bo my też ich nie lubimy. Nadęci zarozumialcy. Po co jakieś unie, jeśli możemy handlować ze sobą bezpośrednio? My i wy, idealny układ. Polak Amerykanin – dwa bratanki. To u nas bardzo popularne powiedzenie. Fajna była ta kara półtora miliona złotych nałożona na TVN. Cwaniacy! Chcieli być niezależni, a przecież telewizja musi być jedna. Cieszę się, że sądownictwo też zmieniacie. U nas jest też mnóstwo starych sędziów. Chciałbym, aby przyjechał do nas pan Ziobro, to by nas zreformował. Trzeba by oskarżyć kilku staruchów o udział w Wojnie Secesyjnej po stronie Południa. To takie nasze PRL – wyjaśnił.

–  Podobał mi się też pan Macierewicz. Szkoda, że już go nie ma. Chciał od nas kupić Patrioty tak drogo, że mu odmówiliśmy. To fantastyczny człowiek.W ogóle jest bardzo dobrze. Słusznie izolujecie się od innych, bo was obronimy. Zresztą z waszym pospolitym ruszeniem sami przykryjecie Rosjan czapkami. Przypomną sobie wojnę polsko-bolszewicką, kiedy daliście im łupnia. Kiedyś mieliście Piłsudskiego, a teraz macie nowego naczelnika i to dużo lepszego.

Ech! Ech! Jak ja wam zazdroszczę tej nowoczesności, oderwania od rzeczywistości, luzu, swobody! Czuję, że rzucę się na prezesa Kaczyńskiego i będę go ściskać. Wszyscy byli wzruszeni. 

Eksperymentu ciąg dalszy tym razem dokończony

Eksperymentując czerpię natchnienie z pobożności, broń Boże własnej, płynącej z samotnego odwiedzania kościoła, choć i tam bywam, i wiem jak wygląd osobnik duchowny, ile z oglądania ważnych osób chodzących do kościoła gromadnie, tych ze świecznika a może nawet i spod kandelabra, różnych prezydentów, premierów, ministrów, prezesów, sekretarzy różnych stanów, senatorów i marszałków, posłów i innych ważniaków

– „Eh, jest tego do groma” – chciałoby się powiedzieć, jak mawiał słynny malarz hiszpański Francisco José de Goya y Lucientes, który też się zachwycał nienormalnością, różnymi inkwizycjami, przekształcając je pędzlem w psy, parasolki, wisielców, chimery oraz czarownice ucztujące na piekielnym sabacie.

Widzę ich często, te osobistości spod świecznika i kandelabra, w kościele, jak patrzą poważnie do przodu, sztywni, w garniturach z kantami, stoją razem, klękają razem, razem otwierają usta, razem wchodzą i razem wychodzą, ocierając się o siebie aż iskrzy. Coś z tego chyba wynika.

Ostatnio gryząc orzechy rozgryzłem, że to coś, to wątpliwe korzyści dla kraju, tego, tutaj, który był znany w Europie i na świecie, a teraz jest jeszcze bardziej znany, tylko w odwrotnym kierunku, kiedy obcy wskazują na nas palcami, a na ich wargach pojawia się wielki znak zapytania, jak to się stało, lub przerażenia, że można zajść tak daleko, tak szybko i tak beznadziejnie głupio.

Pobożne Naczalstwo spod urządzeń oświetleniowych, bo tak można by ich nazwać, jest tematem wielkiego obrazu, większego niż Panorama Racławicka, który maluję zbieranymi każdego dnia fragmentami, do czasu do czasu chlapiąc na płótno złotem orderów, czerwienią wstydu, bielą niepewności oraz lazurem nadziei.

Michael Tequila w księgarniach:

  • Sędzia od Świętego Jerzego (powieść),
  • Klęczy cisza niezmącona (poezje),
  • Niezwykła decyzja Abuelo Caduco (humoreski i opowiadania).

Jeśli blogi ci się podobają, kup coś, dla siebie albo na upominek, albo tak w ogóle. Najtaniej w księgarni internetowej "Znak" https://goo.gl/uC5orq.  

 

Czas rwie naprzód jak koń trojański. Ciąg dalszy wariacji.

– Czas jest po naszej stronie – ogłosiła Partia Wciąż Zwycięska czyli PWZ. Czytam właśnie „Rok 1984” Orwella i domyślam się o jaką partię chodzi. Jest ich kilka, ale tylko ta jest na przodzie. Te w opozycji trudno nazwać partiami, bo się jednoczą, ale wciąż pozostają w rozsypce. Jedna ma nawet w godle mężczyznę o uśmiechu zajączka, którego ludzie chcą zwolnić obowiązków. Ludzie stali się nachalni, mają roszczenia. Drugi przywódca chyba sam się zwolnił. Każdy ma prawo zmęczyć się i wypocząć.

Przyjmuję do wiadomości, że czas jest po naszej stronie i wiem nawet dlaczego. Jeśli jest po naszej, to jest – tak myśli suweren.

– Jeśli Suweren myśli bez zahamowań, to dlaczego ja miałbym się hamować. Nikt nie lubi być hamowany, być hamem, ani hamulcowym.

Nieprzerwane zmiany. A to pogoda, a to gabinet. Podobno już tylko czas jest niezmienny. Przeszły, teraźniejszy i przeszły. Zastanawiam się. Przeszłego już nie ma, bo już minął, teraźniejszy właśnie mija, przyszły dopiero będzie. Krótko mówiąc, czasu też nie ma.

– Co więc jest? – Słyszę pytanie. Chyba z kosmosu.

– Są zmiany – pada odpowiedź, z wnętrza kraju. Głównie z kościoła. Są nowe interpretacje. Kiedy słyszysz: „Chwalcie Pana” nie znaczy to już "Najwyższego", ale "Prezesa". Tak to interpretuje Partia Wciąż Zwycięska pełnymi ustami rzecznika i sekretarki w randze ministrów. Wreszcie jest równość – myślę. Marks by się cieszył. Lenin chyba też. Stalin? Nie wiem, mało go znałem.

Mamy nowe relacje z Zachodem. Jest on jakby mniej opryskliwy, nie tak niechętny. Dotychczas to my do niego z chlebem prawdy, a on do nas z pałką oskarżeń. Teraz nawet uśmiecha się, zwłaszcza twarzą dużego faceta, z nową brodą, tego ważniaka, zdaje się wiceprzewodniczącego, Holendra.

– To dobrze – tak wszyscy mówią. Wreszcie Zachód zrozumiał, że był niedoinformowany i w końcu wyprowadził się z błędu.

– Nie wiem, czy to dobrze. Bo co mi z tego? Stałem się egoistą, zhardziałem i chciałbym, aby ktoś na nas nakrzyczał. Nie na PWZ, ale na nas, na naród, że sobie nie radzimy. Broń Boże na Kościół, który teraz głowę wychyla zza węgła i zachęca, raz nawet purpurowymi ustami, aby przyjmować uchodźców.

Kończę, bo mam jeszcze buty do pomalowania tłuszczem przeciwśniegowym. Też ważne, bo człowiek przebywa albo w butach, albo w łóżku. Rzadko boso, bo wtedy najchętniej fika, a tego w czasach poważnej polityki wobec Zachodu nie wypada czynić.

Michael Tequila w księgarniach:

  • Sędzia od Świętego Jerzego (powieść),
  • Klęczy cisza niezmącona (poezje),
  • Niezwykła decyzja Abuelo Caduco (humoreski i opowiadania).

Najtaniej w księgarni internetowej "Znak" https://goo.gl/uC5orq. Kupuj, póki nie za późno. Cenzura nie śpi. Czarna lista wciąż w obiegu.