Najnowsza historia Azji. Alternatywna Republika Tajlandii.

Od 2015 roku dużą częścią Tajlandii rządzi powszechnie znany samozwańczy król Chropat I, przewodniczący Prawicowej Partii Ludowo-Populistycznej.

Dochodząc legalnie do władzy w drodze wyborów powszechnych stworzył on w trudno dostępnej części kraju Alternatywną Republikę Tajlandii, powołując własny rząd oraz podporządkowując sobie instytucje państwowe. Chropat I sam nie zajmuje żadnego stanowiska oprócz stanowiska przewodniczącego partii. Swoją republiką Chropat I rządzi przez zaufanych i wybranych osobiście ludzi zachowując pozory pełnej demokracji. Oprócz niego, najważniejsze postacie życia politycznego to: prezydent w osobie generała porucznika Samu Khunampai, premier, generał major Prawet Phusara, oraz minister sprawiedliwości, generał major Prayut Sarai.

Główne cele polityczne Chropata I to: stworzenie państwa powszechnego dobrobytu, pokazanie państwowotwórczej roli starszego brata tragicznie zmarłego w zamachu stanu, przeprowadzenie głębokiej reformy szkolnictwa w oparciu o podręczniki historii odkrywające nowych bohaterów narodowych,

zmniejszenie armii poprzez drastyczne ograniczenie wydatków, ukazanie roli ostatniego króla w niekorzystnym świetle, aktywne zaangażowanie buddystów w rządzenie krajem, rozwój energetyki opartej na paliwach kopalnych, wyjście Alternatywnej Republiki Tajlandii z ASEAN (Stowarzyszenie Narodów Azji Południowo-Wschodniej) lub odzyskanie w nim wiodącej roli, w końcu państwowa własność głównych mediów: telewizji, radia i prasy.

Najnowszym przedsięwzięciem Chropata I jest budowa dwóch gigantycznych wieżowców w centrum stolicy. Ich wierzchołki będą kształtem przypominać głowy Chropata I oraz jego brata. Sprawa jest aktualnie dyskutowana w parlamencie i na forum publicznym. Główną kwestią jest to, czy przygotowaniem i realizacją projektu powinien zajmować się sam Chropat I czy też wyznaczony przez niego specjalny komitet budowlany. Wieże mają być ozdobione u podstaw wizerunkami postaci historycznych, mitologicznych i religijnych Alternatywnej Republiki Tajlandii.

Wyzwaniami dla Alternatywnej Republiki Tajlandii są: wielkie zanieczyszczenie powietrza w dużych miastach, najbliższe wybory parlamentarne (Chropat I obawia się, że opozycja zechce je sfałszować), niepokoje społeczne wzniecane przez zbuntowane gospodynie domowe i opozycję, ochrona granic kraju przed inwazją obcokrajowców, trudne stosunki z ASEAN’em, budowa gigantycznego lotniska obsługującego także sąsiednie kraje (Myanmar (dawna Birma) oraz Laos), produkcja samochodów elektrycznych w skali wyższej niż produkcja chińska, rozwój turystyki cielesnej związane z masażami całego ciała, pożary wysypisk wzniecane przez terrorystów oraz dalsza obniżka wieku emerytalnego do 45 lat dla mężczyzn i 40 lat dla kobiet.

Mieszkańcy Tajlandii i krajów sąsiednich z wielkim zainteresowaniem obserwują rozwój wydarzeń w Alternatywnej Republice Tajlandii licząc na to, że wreszcie w całym kraju nastanie porządek oparty na rządach silnej ręki, gwarantującej powszechny dobrobyt, porządek i sprawiedliwość oraz polityczną niezależność od wielkich potęg.

Tajlandia, Bangkok, Palace hotel, Świątynia Złotego Buddy. Odc 3.

Trzeci dzień podróży, konkretnie 21 stycznia 2019. Jesteśmy zakwaterowani w Palace Hotel w Bangkoku.

Figurka wewnątrz hotelu.

Bangkok to trzecie miasto na świecie o najbardziej zanieczyszczonej atmosferze. Kilka dni później premier w randze generała (rządzi junta woskowa) informował o działaniach rządu mających na celu zmniejszenie zanieczyszczeń powietrza i jego skutków, między innymi o ograniczeniu ruchu po mieście samochodów z silnikami diesla. Także o polewaniu jednej z głównych ulic miasta strumieniem wody z wysokości trzydziestego szóstego piętra. Można i tak walczyć z zanieczyszczeniem powietrza.  

Po śniadaniu w Palace Hotel w Bangkoku zwiedzamy Świątynię Złotego Buddy (Wat Pho zwana też Wat Prachetupon). Odpoczywający złoty Budda ma 46 m długości i 15 m wysokości. Ciekawe są zdobienia jego stóp. Poniższe zdjęcia wykonane zostały w świątyni.

Detal świątynnego dachu.

Postać powyżej to Farang. Tak Tajowie nazywają obcokrajowców.

 Portrety królów Tajlandii można zobaczyć w świątyniach i miejscach publicznych bardzo często.

Trzej królowie i przyrzeczenia noworoczne

Iwan Iwanowicz jest u mnie pierwszy po Nostradamusie. Przewiduje przyszłość. Zaproponował mi, abym notował jego proroctwa. Na razie opisał mi tylko widzenie, jakie miał w noc sylwestrową.

– Kiedy inni tańczyli Sylwestra z butelką szampana w ręce i paczką tanich fajerwerków w kieszeni, mnie ukazali się trzej królowie. Przywiodła ich do mnie żarówka samodzielnie poruszająca się po niebie. Mówili niewyraźnie, jakby języki przymarzły im do brody. Jak zrozumiałem, był to jakiś prezydent, jakiś prezes i jakiś premier. Co najciekawsze, wszyscy trzej mówili ludzkim głosem i to tak wyraźnie, że mój kot i pies aż zaniemówiły i porozumiewały się na migi.

Królowie uklękli we trójkę przed Ojcem Ryzykiem (lata 2019 i dalsze) i składali zobowiązania noworoczne, kolorowe jak rajski ptak z kopalni złota i diamentów w Afryce Południowej. 

Premier obiecał, że nie będzie kłamać, a jeśli nawet, to tak udanie, że nikt się na tym nie pozna.

Prezydent, że przetrze sobie oczy, bo ostatnio widział rzeczy wyimaginowane, a nie jest to przecież jego ulubiony punkt widzenia.

Prezes obiecał, że nie będzie wyglądać jak z krzyża zdjęty, ale weźmie się za siebie i odświeży sportowo ćwicząc na świeżym powietrzu jak ten Rudobrody z Brukseli, którego nie znosi.

– Ja im dobrze życzę, znaczy się tym i innym królom, nawet życzę im doskonale, aby tylko pozostali w swoim Muzeum Samowładztwa i Zamordyzmu i nie wyciągali rąk zbyt daleko do polityki, bo jak ktoś niechcący włączy młockarnię sprawiedliwości dziejowej to mogą stracić palce, a wiadomo, że bez palców to jak bez rąk, do gęby nie można nic włożyć. I klepsydra gotowa – podsumował Iwan Iwanowicz z wyraźnym smutkiem.

Na zakończenie podyktował mi sentencję. Wziąłem ją sobie do serca i polecam równie serdecznie jak rożki czekoladowe od Sowy:

„Głosując w wyborach parlamentarnych nie głosuj na tych, którzy kłamią więcej niż potrzeba”.

Myśli i aforyzmy sylwestrowe

Dorosłych i dzieci zbliża to do siebie, że na starość ludzie dziecinnieją.

Przejściowi potentaci, prezydenci, premierzy i wielcy prezesi, lubią szczycić się swoją głupotą. Nie ma co się dziwić, nic ich to nie kosztuje. Robią to na rachunek obywateli, których reprezentują.

Korzyść uzyskania większego wpływu kościoła na państwo uzasadnia użyczanie ambon nawet oszołomom politycznym.

Widziałem posła Stanisława Piotrowicza z wielkim różańcem w ręku na przyjęciu urodzinowym Radia Maryja jak błagał Ojca Rydzyka o błogosławieństwo i pomoc w organizacji międzynarodowego kongresu „Partie populistyczne wszystkich krajów łączcie się!”.

Kobieta z bezrobotnym mężem i trójką dzieci może śmiało powiedzieć, że ma czwórkę dzieci pod opieką. Mężczyźni są mniej macierzyńscy.

Nocą myślę współczująco

– Myślę współczująco – Tak mi powiedział Iwan Iwanowicz po źle przespanej nocy, po czym kontynuował swoją historię.

– Kiedy nie mogę spać wymyślam sobie rozrywki. Kładę na przykład trzy dorodne winogrona przed sobą na talerzyku i wpatruję się w nie z pożądaniem. Skręca mnie wewnątrz, a ja nie, odmawiam sobie ich zjedzenia. W końcu odchodzę od stołu z satysfakcją, że podarowałem im życie. Albo wychodzę na balkon o godzinie czwartej nad ranem i stąpam bosymi nogami po zmrożonej powierzchni, aby przeszło mi drętwienie stóp. Kiedy czuję, że marzną mi już ręce w łokciach, schodzę z balkonu po rynnie na ziemię, okrążam budynek trzynaście razy i wracam do mieszkania. Kiedy pomylę się z liczeniem, jeszcze raz okrążam trzynaście razy. Zeszłej zimy wróciłem raz do domu dopiero w porze obiadowej następnego dnia, tak często się myliłem. 

Ostatnio zmodernizowałem moje postępowanie na miarę naszych czasów i myślę współczująco. Najpierw o panu Prezesie, że budzi się w nocy spocony z myślą niespokojną jak burza „Czy nakarmiłem wieczorem kota”, albo „Czy Zbyszek oskarży KNF o wywiezienie ze Skoków trzech czy trzydziestu ciężarówek banknotów stuzłotowych i czy zrobi to jutro czy pojutrze”. Potem łączę się duchowo z panem Premierem, w którego głowie myśli skaczą szybciej niż rozbawione króliki przez płot kolczasty, kombinując, co by tu powiedzieć nowego, jacy wspaniali jesteśmy jako pierwszy naród w Europie i jak ogromniaste będzie to lotnisko, które rozbudujemy w Radomiu. Będzie ono mogło pomieścić tysiąc zwykłym samolotów  pasażerskich i pięćdziesiąt tysięcy dronów, które wszystkie będą wyprodukowane w kraju. 

– Myślę o nich współczująco – Iwan Iwanowicz oblekł twarz w welon smutnej radości – i to mnie uspokaja do tego stopnia, że kładę się spać do zimnego łóżka o godzinie szóstej nad ranem i zasypiam spokojnie jak zegarek, który przeszedł na emeryturę po czterdziestu latach i pięciu dniach nieprzerwanego tykania.

Przeżycia krótkie a głębokie. Widziałem dziś anioła.

– W centrum handlowym widziałem dziś Anioła. – Iwan Iwanowicz był poruszony, kiedy to mówił. Zrozumiałem, że to ważne. Ostatecznie nie każdy ma widzenie w biały dzień. Mimo wzruszenia kontynuował:

– Podszedłem do niego i przyjrzałem się. Był to anioł rodzaju żeńskiego. Będę trzymać się jednak nazwy Anioł, bo anielica brzmi nieelegancko, jak topielica, czy sekutnica.

– A, fe! – Obruszyliśmy się równocześnie.

– Anioł miała na sobie powiewną białą suknię, ubożuchną aureolkę nad głową i dwa skromniutkie skrzydełka jak u większego kurczaka. Pomyślałem: – Anioł, ale zabiedzony. – Kontynuował Iwan Iwanowicz. – Nabrałem odwagi w usta i zapytałem:

– Czy pani jest prawdziwym aniołem?

Niebiańska istota popatrzyła na mnie uważnie i odpowiedziała: – Tak, ale w ludzkiej skórze.

Popatrzyłem uważnie. Rzeczywiście wyglądała na ludzką. Nie przyglądałem się dłużej Aniołowi, choć na to zasługiwała, jak wszystkie anioły, bo mogłoby to ją krępować. Życzyłem jej powodzenia. Odszedłem z radością.

Był to drugi anioł mego życia. Pierwszy to premier Morawiecki, który dzisiaj w Radio Maryja zawierzył także i mnie Matce Boskiej, patronce nie tylko rozgłośni, ale i Polski słowami:

– Miej w opiece naród cały. Także tych, którzy nie kochają jeszcze Polski tak jak my tutaj, jak rodzina Radia Maryja.

– To od niego, pana premiera – ponieważ nie jestem spokrewniony z Ojcem Rydzykiem i rodziną Radia Maryja – dowiedziałem się, że nie kocham jeszcze Polski tak jak on, członek rodziny radiowo-maryjnej.

Smutno mi się zrobiło na duszy. – Podsumował Iwan Iwanowicz. – Chyba znowu wybiorę się do centrum handlowego, aby zbliżyć się do sfer anielskich i być bliżej także pana premiera.

Opowiadanie orientalne. Wspomnienia odświeżonego premiera.

Na dobry początek dnia opowiadanie. Potem jak zwykle kolejny fragment powieści.

*****

Rano spotkałem przy osiedlowym wodopoju Iwana Iwanowicza. W przerwie między łykami wody źródlanej powiedział mi, że poprzedniego dnia uczestniczył w spotkaniu z odświeżonym premierem.

– Jakby ktoś po nim pojechał gorącym żelazkiem z parą. – Tak to określił.

Premier rozdawał w charakterze upominku nagranie swojej deklaracji miłości do władzy, narodu i rozumu. Iwan Iwanowicz mi je udostępnił. Osobiście nie podoba mi się, znaczy się nagranie. Sam premier to jednak co innego. Jest niezwykle wyrazisty. Oto jego słowa.

Rozpiera mnie orientalna władza, jej brutalna siła. Wielka, nieposkromiona jak gar surówy z mięchem na pełnym ogniu. Jestem członkiem rządu. Co ja mówię!? Członem rządu! I to nie byle jakim, bo premierem. Zostałem namaszczony przez Ważnego. To potężny kop w górę. Patrzę na siebie w lustrze. Nabrałem masy. Mój sflaczały brzuch wypełnił twardy sześciopak. Ręce, dotychczas ramiączka skrzydlate, przypominają teraz konary. Nawet oprawki okularów, cieniutkie jak nitka, nabrały kształtu masywnego stalowego pręta. Od chwili ich przemiany nazywam je okularychami.

 

W momencie namaszczenia zmieniłem się nie do poznania. Przestałem nieporadnie przebierać nogami. Rower rzuciłem w kąt, przesiadłem się do pancernej limo. Znaczy się do limuzyny. Teraz walę do przodu jak czołg. Na ulicach rozpędzam tłum na boki, patrzę na wszystkich z góry. Pluję na opozycję; nie będzie szumowina stawać mi na drodze. W parlamencie odsuwamy ich na bok wielką szuflą. Każdy członek rządu otrzymał ode mnie taką szuflę. Miałem ich cały komplet, osobiście wręczył mi je Wódz Ważny. Kocham go, nawet ten cień pod nosem zamiast wąsików.

Wódz jest niesamowity. Ciało jak ciało, ale łeb to ma wypchany szarą masą. Pofałdowaną jak się patrzy. Haruje jak lokomotywa. Myśli, produkuje wizje, kilka na raz. Tworzymy razem super team: on – intelekt i my – siła mięśniowa. Rwiemy do przodu jak wściekła kobyła. Razem też ćwiczymy dla zachowania kondycji. Ręce wyciągamy na Zachód, głowy kierujemy na Wschód. Tam, gdzie pojawia się słońce. Stanowimy rząd, najbardziej zwartą drużynę świata, jak to określa Gruba, moja prawa ręka. Sytuacja jest super. Podejmujemy w sekundę najtrudniejsze decyzje. Znaczy się, podejmuję ja. Czasem tylko kogoś zapytam o jakiś szczegół. Kupujemy za bezcen aktywa, pasywa, banki, samoloty, planety.

– Twierdzi pan, że planety nie!? – Bzdura! Kupujemy planety, tylko nikt tego jeszcze nie wie. Bo i po co? Czego oczy nie widzą, tego sercu nie żal. Umiemy być dyskretni. My to my. Przedtem to byli oni, teraz jesteśmy my. Zupełnie inny rząd, pany. Będziemy tak długo, aż się nażremy.

– Mówi pani, że jestem wulgarny!? Oczywiście! Tak jest najlepiej. To kwestia szczerości.

O zezwierzęceniu, okularach i aparacie słuchowym (Z serii: Szyderstwem w satrapę)

Tę swawolną historyjkę opowiedział Iwanowi Iwanowiczowi pewien niedorozwinięty młodzieniec w opóźnionym średnim wieku, który po zrobieniu doktoratu z prawa został najpierw – ku swemu zaskoczeniu – awansowany na strasznego ważniaka, a potem, kiedy już wyszedł z więzienia za bunt przeciwko moralności publicznej zajął się tropieniem wysublimowanych przestępstw popełnianych przez cwaniaczków udających przyzwoitych ludzi.

Od czasu, kiedy najpierw rząd, a potem kraj ulegli zezwierzęceniu, premierowi, pseudonim Chudy Chomik, śniło się po nocach, ale tylko nad ranem, że go przesłuchiwano, najpierw w prokuraturze, potem w sądzie, pytając o szczegóły, kiedy, gdzie i w jakich okolicznościach kłamał, dlaczego to robił, oraz dlaczego nie chce przyznać się do kłamstw.

Rano, kiedy szedł do pracy ogolony, pachnący i wyprostowany jak struna najpiękniejszej gitary, jak nazywano rzeczniczkę rządu, choć była gruba i starszawa, i potrafiła gwizdać na opozycję przez zęby, premiera zatrzymała grupka dziennikarzy z mikrofonami. Zaczęli z nim rozmowę niby to pytając o drobiazgi, jakiej wody kolońskiej używa, lub czy używa pasty kiwi czy też innej do uzyskania tak fantastycznego połysku lakierek. Premier wiedział, że to wybieg, że zaraz mu zrobią świństwo wyciągając kartkę z pytaniem z lewej, zamiast z prawej kieszeni, jak miał to umówione z przedstawicielami życzliwej mu prasy.

Tak rzeczywiście się stało. Chudy Chomik zdenerwował się, kiedy kolejny, dziesiąty już raz, co uważał za grubą przesadę, zarzucono mu kłamstwo. I to w taki sposób, jakby mu zarzucano lasso na szyję, aby go powalić na brudną ziemię i ujarzmić. Tak to go to rozwścieczyło, że najpierw krzyknął do dziennikarza „Co za dużo, to niezdrowo, to i świnie nie chcą”, po czym zapragnął uderzyć go pięścią w twarz, ale się zreflektował, kiedy zauważył, że była to dziennikarka. Ochłonął nieco i rzucił półgębkiem do swojego sekretarza, tęgiego osobnika o ospowatej twarzy, w rogowych okularach, z brzuchem wydętym frazesami, który mu towarzyszył niosąc teczkę wypchaną tajemnicami służbowymi i partyjnymi.

– Uderzyłem kiedyś kochankę, to mi oddala i to butem w dolną część brzucha. To mnie tak zabolało, że do dzisiaj pamiętam. Innym razem uderzyłem żonę, nie te pierwszą, wysmukłą, tylko tę drugą, tęższą. Źle to się dla mnie skończyło, bo skierowała sprawę do sądu o przemoc w rodzinie. Pamiętam to doskonale, bo mnie to kosztowało grube miliony.

– To pan zarabiał tyle pieniędzy? – Zapytał sekretarz z niedowierzaniem, bo sam otrzymywał dochody idące tylko w dziesiątki tysięcy.

– No cóż! – Westchnął Chomik. – Zarabiało się kiedyś niezłe pieniążki. Prezes mnie lubił to i płacił. Byłem wtedy bardzo przystojny. Wiesz, chłopie – premier poweselał i rozgadał się – nosiłem wtedy elegancki garniturek wyjęty prosto spod parowej prasowalnicy, bez najmniejszej zmarszczki, smukłe szeleczki w miniaturowe, białe koniki, czarne buciki z wąskimi szpicami, okularki w złoconej oprawie, złoto 24 karaty, ze szkłami antyrefleksyjnymi, a na samej górze, pod szyją, wąziutki krawacik w ciapki. No i miałem sylwetkę, wierz mi chłopie, jak od Gianniego Versace Online Store lub innego Diora. Ech, było się przystojnym chłoptysiem! – Premier rozczulił się zapominając o dziennikarce i kłamstwach, które – tak czy inaczej – trzy razy w tygodniu, kiedy brał gorący prysznic, spływały po nim jak po gęsi.

– A w jakim zawodzie pan pracował, panie premierze? – Zapytał sekretarz udając głupiego, bo dobrze wiedział, że premier był banksterem i to międzynarodowym, bo mówił jednym językiem swoim i jednym obcym, a w tamtych czasach w banksterstwie to się liczyło na wagę brylantów. 

– Więcej mój informator nie słyszał, bo spadły mu akurat okulary i aparat słuchowy. – Usprawiedliwiał się Iwan Iwanowicz. – Nie mając okularów, nie mógł znaleźć aparatu słuchowego, a nie mając aparatu, nie słyszał, kiedy okulary uderzyły o chodnik, aby wiedzieć, gdzie ich szukać. Trudno jest żyć bez okularów i aparatu słuchowego. Choć z drugiej strony dobre jest to, że bez nich widzi się mniej wrednych ludzi i słyszy mniej kłamstw. – Iwan Iwanowicz potrafił każdego zaskoczyć swoją refleksyjną filozofią.

*****

Aforyzm: Pies! Co to jest pies? Proste pytanie, prosta odpowiedź. Pies to wyższy gatunek człowieka na smyczy!

Ordery


Ktoś załomotał do drzwi. Wystraszyłem się. Był to Iwan Iwanowicz, niezwykle podekscytowany. Prawie krzyczał:

– Telewizor mi się zepsuł, a tu za dziesięć minut wielka uroczystość. Brazylia na kolanach! Jesteśmy Mistrzami Świata w siatkówce! Wstaliśmy z kolan. I to w jakim stylu. – Entuzjazmował się Iwan Iwanowicz. – Prezydent jest oczarowany. Stworzył jednoosobową grupę inicjatywną. Ma nadać tytuły szlacheckie naszym siatkarzom. Zaraz odbędzie się transmisja z uroczystości.

Szybko włączyłem telewizor. Ręce mi drżały ze wzruszenia, że zaraz zobaczę prezydenta wszystkich obywateli. – Czyli także mojego. – Tłumaczyłem sobie na wypadek, gdyby dopadły mnie wątpliwości.

Prezydent był wzruszony. Owinął się flagą narodowa, na policzkach miał wymalowane dwa motylki w narodowych barwach. Ważnym ciałem wstrząsał szok radości. Wydatne usta były wilgotne, prawdopodobnie od płaczu. Intensywnie myślał.

– To najbardziej fantastyczne wstanie z kolan, połączone z równoczesnym rzuceniem Brazylijczyków na kolana. To ich nauczy pokory!

Podochodził do każdego zawodnika po kolei, wspinał się na palce, unosił ręce do gry w akcie podziwu, przyczepiał order „Za wstanie z kolan. Od Prezydenta” i łagodnym ruchem ręki wygładzał dres odznaczonego.

Ordery podawał Premier. Oczy miał spuszczone w dół, jakby wstydził się za coś. Zazdrościł Prezydentowi, że to nie on wręcza medale. Pomyślał: – Co to za ordery?! Malutkie, mało znaczące, tymczasowe! Mennica nie zdążyła wybić prawdziwych, że szczerego złota.

Po wręczeniu orderów prezydent wyszedł na środek sali, aby wygłosić mowę okolicznościową. Ogarnął wzrokiem wyróżnionych siatkarzy.

– Ile razy spełnią oni jeszcze nasze odwieczne pragnienie wstawiania z kolan!? – zadał sobie pytanie.

Odpoczął chwilę i przemówił. Wzniósł się ponad podziałami, ogarniając cały kraj, wszystkich obywateli, bez względu na poparcie polityczne. Był bezstronny, choć nie przyszło mu to łatwo.

– Serce nie sługa! – przypominał sobie po cichu.

Myślał o Tym, Który Stał Nad Nim. To imię było tak ważne i święte, że je szyfrował w pamięci. Łączyła ich miłość do wspólnego wstawania z kolan. Prezydent wzruszył się.

Kilka myśli dosadnych i krótkich jak pieszczota w locie ptaka

U młodych ludzi ślepota objawia się dzisiaj często niewidzeniem niczego poza ekranem smartfonu.

Litania do Najwyższego: Boże spraw, aby nasz ukochany kraj przestał płynąć mlekiem, miodem i banknotami pięćsetzłotowymi, a spłynął normalnością.

W kraju szybkich awansów wszystko jest możliwe. W ciągu jednego dnia doktor praw może stać się łajdakiem, skromny prezes – narodowym oszołomem, ogrodnik – ministrem, szlachetny rewolucjonista – szpiegiem, chirurg – marszałkiem, szef staży pożarnej – premierem z kokardą, ksiądz –pedofilem.

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 47: Kampania wzajemnego ośmieszania

W awanturę z gubernatorem Sefardi wplątał się przypadkowo, zupełnie niepotrzebnie. Najlepiej ujęła to Penelopa, jego żona. Było to kilka lat wcześniej. Przyglądając się sobie w lustrze, powiedziała mu:

– W twoim życiu, drogi Sefardi, wiele rzeczy zdarza się jakoś tak niespodziewanie, na zakrętach, w zaskakujących okolicznościach, w miejscach, w których znalazłeś się zupełnie przypadkowo, albo też i niezupełnie, ponieważ wiedziony swoim kretyńskim wścibstwem pchasz nos w sprawy, w które nie powinieneś, bo mógłbyś nabić sobie porządnego guza.

Tak było i tym razem. Sefardi był umówiony z prawnikiem w kawiarni w centrum konferencyjnym w sprawie opatentowania nowego zegarka i zupełnie przypadkowo zobaczył ogłoszenie o spotkaniu premiera Barrasa z obywatelami.

Był już po rozmowie z prawnikiem, wszedł więc do sali, było wolne miejsce, bo akurat ktoś wyszedł. Siadł i słuchał. Kiedy rozpoczęła się dyskusja, zabrał głos. Temat spotkania nie interesował go za bardzo, ale chciał zobaczyć premiera z bliska, bo mówiono o nim bardzo różnie. Jedni, że w bezpośrednim spotkaniu jest obrzydliwy, inni, że całkiem sympatyczny.

– Taki obojnak – określił go ktoś, kogo Sefardi już sobie nie przypominał, oprócz tego, że pamiętał, że miał zabrudzone nogawki i duże wąsy.

Penelopa twierdziła, że Sefardi udał się tam podświadomie, aby w dyskusji doprowadzić do konfrontacji.

– Wydało ci się, że skoro los dał także tobie być człowiekiem znanym, może nawet celebrytą, to możesz pozwolić sobie na wszystko. Ten twój zakichany Blawatsky jest taki sam. Jesteście do siebie pod tym względem podobni jak bracia jednojajowi.

Sefardiego poniósł temperament, w dodatku zabrał głos w kwestii, na której nie znał się dobrze. Nie mógł sobie przypomnieć, czy na spotkaniu z prawnikiem nie wypił za dużo alkoholu, bo była to pora lunchu i pili wino. Tak czy inaczej doszło do konfrontacji i teraz tkwił w sporze po uszy, a im dłużej on trwał, tym głębiej. Potem już nie mógł się wycofać, nie tracąc twarzy. Był zbyt dobrze znany.

– Twoja głupia ciekawość i zarozumialstwo ciebie zgubią – przestrzegała go Penelopa, życząc mu powodzenia czasami wbrew zdrowemu rozsądkowi a nawet może sobie samej jak kobieta zachłanna opiekuńczo lub zakochana do szaleństwa.

*****

Krytyka gubernatora, rzucanie nożami w jego obraz oraz dochodzenia wymierzone w niego i jego urzędników nie pozostały bez odpowiedzi. Agenci Barrasa szybko wywęszyli co w trawie piszczy i zaalarmowali go, określając wystąpienia Sefardiego przeciw niemu mianem pokrętnych i diabelskich. Składający sprawozdanie miał poetyckie skłonności opisu rzeczywistości.

– To, co robi Baroka, ten zegarmistrzyna pozujący na wielkiego wynalazcę i pisarza, woła o pomstę do nieba. Moim zdaniem, on prowadzi niebezpieczne eksperymenty na żywym organizmie legalnej władzy, kochającej prawdę i podejmującej wszelkie pozytywne działania na rzecz społeczeństwa.

Barras nie pozostał dłużny. Wkrótce na skrzyżowaniach ulic w centrum Afary pojawiły się wklęsłe lustra, w których, ilekroć Sefardi przechodził w pobliżu, odbijała się jego sylwetka, o zmieniających się proporcjach ciała, najczęściej wielkiej głowie i krótkich, wykręconych komicznie nogach. Z głośników wbudowanych w oprawy luster płynęły informacje o dziwnych nawykach wynalazcy, jego pasji zbierania kości na pustyni, hodowli dyń o kształcie ludzkich oczu oraz trzymaniu w skrzyni jadowitego węża, którego dyskretnie wypuszczał, kiedy zjawiał się w jego domu dziennikarz reprezentujący niezależną prasę. Był to początek kampanii ośmieszania Sefardiego. Rozwinęła się ona w zupełnie nieoczekiwanym kierunku.

Stopniowo, coraz więcej ludzi wierzyło obrazom pojawiającym się w lustrach i treści przekazywanej przez głośniki. Nienawiść i odraza wobec Sefardiego i jego zwolenników pogłębiały się. Do strumienia pogardliwych informacji włączyły się media popierające Partię Konserwatywną.

– Ten typ nie wierzy w Boga. To odrodek, fałszywy prorok – mówili na ulicy prorządowi reporterzy, prowadzący wywiady z obywatelami tuż obok największego lustra. Wykrzywiali przy tym usta ze wzgardą i spluwali z obrzydzeniem na ziemię powodując, że chodnik i część jezdni pokryły się plamami obrzydliwej żółci, a następnie liszajami. Plac Centralny a potem jego okolice wyglądały okropnie. Mieszkańcy innych miejscowości zaczęli unikać stolicy, coraz mniej turystów i klientów odwiedzało kawiarnie i restauracje. Lokalny biznes stanął wobec perspektywy poważnego niedoboru klienteli. W parlamencie pojawiły się petycje i zapytania.

Pierwszy na ratunek ruszył gubernator, przywożąc z domu i przekazując miastu dwie duże spluwaczki, jedną z mosiądzu, drugą porcelanową. Już następnego dnia doradcy poinformowali go, na podstawie przeprowadzonego sondażu, że jest to za mało jak na jego pozycję społeczną. Trzecią spluwaczkę zabrał ciotce pod jej nieobecność, a kolejną, czwartą, dokupił w sklepie na przedmieściu aby uniknąć wrażenia, że skąpi. Namawiał też przyjaciół i towarzyszy partyjnych, apelując do ich uczuć obywatelskich, aby przyłączyli się do zbożnego dzieła ratowania miasta przed plugastwem wywołanym przez opozycję. Zgodzili się. Wkrótce na ulicach i placach Afary masowo zaczęły pojawiać się nowe spluwaczki. Dar gubernatora i jego zwolenników znacząco poprawił jego wizerunek w oczach restauratorów, właścicieli kawiarń i sklepów.

Władze miasta z wdzięczności oznaczały je tabliczkami imiennymi, aby było wiadomo, kto najbardziej dba o interes publiczny. Wywołało to ostrą krytykę estetów, uznających dedykacje na spluwaczkach za zbyt pretensjonalne. Uspokoili się dopiero wtedy, kiedy sami zauważyli, że wygląd ulic i placów w centrum miasta uległ znacznej poprawie. Mieszkańcy poruszeni gestami dobrej woli gubernatora i jego towarzyszy partyjnych przynosili i ustawiali obok spluwaczek kwiaty w wazonach oraz instalowali na własny koszt ławki.

Spluwaczki stojące przed wysokościowcem w centrum miasta, rozdzierającym chmury i wywołującym obfite deszcze, uhonorowano tablicą pamiątkową w białym marmurze. Był to dar Partii Konserwatywnej ratującej miasto i społeczeństwo przed rozprzestrzenianiem się zaraźliwego nawyku spluwania. Obawiano się, że poniekąd odruchowe pozbywanie się nadmiaru śliny może przekształcić się w nałóg wzajemnego opluwania się obywateli.

Sytuacja skomplikowała się wkrótce w absurdalny sposób. Na murze pojawił się afisz z wielkim zdjęciem Sefardiego, pod którym ktoś umieścił spluwaczkę jako zachętę do wyrażania swojego stosunku do postaci na afiszu. Następnej nocy konkurencja umieściła obok zdjęcie Barrasa, a pod nim spluwaczkę. Żartownisie, jakich nie brakuje w żadnym społeczeństwie, przyjęli to jako formę gry zespołowej. Na forach dyskusyjnych i na Facebooku pojawiły się zachęty do uczestnictwa w zawodach. Następnego dnia, co tylko potwierdziło przypuszczenie Sefardiego, że dziwaczne wieści i bezsensowne plotki rozchodzą się z szybciej niż błyskawica, przed murem rozpaczy i nadziei, jak nazwano to miejsce, pojawili się ludzie, oceniali jedną i drugą postać, po czym spluwali, niektórzy nawet do obydwu spluwaczek. Przez dwa dni naczynie dedykowane Barrasowi wypełniało się szybciej; uznano go więc za zwycięzcę. Kolejnej nocy szala zwycięstwa odwróciła się i dwa razy z rzędu wygrał Sefardi. Niektóre portale informacyjne sugerowały, że spluwaczki były złośliwie podmieniane przez zwolenników jednej i drugiej strony.

Jeśli podoba Ci się ten tekst, to jeszcze bardziej przypadnie Ci do gustu Michael Tequila „Niezwykła decyzja Abuelo Caduco”: http://michaeltequila.com/?page_id=1265

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 46: Sefardi Baroka kontra Barras Blawatsky

Sefardi podjął decyzję nieprzerwanego śledzenia Barrasa; był to jedyny sposób ujawnienia tajemnicy rosnących wydatków budżetowych. Zachęciły go do tego doświadczenia pracy nad zegarkiem z wodotryskiem, oparte na naukowej i rzemieślniczej precyzji oraz wytrwałości. Im dokładniej śledził polityka, czytał i rozmawiał o nim z ludźmi, czasem nawet we śnie, tym bardziej go nienawidził. Miał uczucie, że w tym człowieku było coś nieuchwytnie występnego.

Potwierdziła to pracowniczka uniwersytetu, do której Sefardi dotarł w poszukiwaniu informacji o studiach Barrasa. Była koleżanką Barrasa z czasów uniwersyteckich; Barras chodził z nią przez dwa lata, po czym ją porzucił z nieznanej przyczyny. Nikt nie mógł znać go lepiej. W jej opinii Barras był niezwykle utalentowanym i bezwzględnym manipulatorem, zdolnym wyprowadzić w pole samego Ulissesa. Uzbrojony w tę wiedzę, Sefardi poczuł się jak myśliwy polujący na przebiegłe i niebezpieczne zwierzę, zdolne do zadawania śmiertelnych ciosów. Stał się obsesjonatem, śledzącym dzień i noc najdrobniejsze kroki swojej ofiary. Stawką była tajemnica powiązań Barrasa z wielkim biznesem.

*****

Zamiast przeglądu ważnych wydarzeń wieczorny dziennik telewizyjny przedstawił kronikę wypadków, pożary, rozbite samochody, ludzi pogryzionych przez psy, zwęglone ciała, dom zgnieciony przez drzewo, jelenia padłego tuż przy jezdni, któremu weterynarz przez trzy dni nie udzielał pomocy, ponieważ wyczerpał mu się akumulator w samochodzie. Po wiadomościach transmitowano wywiad z Barrasem, wspominając, że w przeszłości był prezesem Abenaki Chemicals, międzynarodowego koncernu chemicznego, o którym mówiono, że jest w stanie zaspokoić potrzeby połowy świata na chemiczne środki dla rolnictwa. Koncern od lat prowadził działalność w Nomadii budząc coraz większe kontrowersje. Zarzucano mu nielegalne niszczenie konkurencji, praktyki monopolistyczne, przede wszystkim zaś produkcję środków chemicznych szkodliwych dla środowiska naturalnego. Firma zdecydowanie odrzucała takie poglądy i w odpowiedzi przedstawiała informacje o szybko rosnących inwestycjach, wzroście zatrudnienia, nakładach na badania naukowe i podatkach płaconych do skarbu państwa.

– Mówicie, jakby Abenaki robiła łaskę płacąc podatki – komentowali przeciwnicy firmy. Przytaczali wskaźniki opodatkowania, ale nikt ich nie rozumiał. 

*****

Niechęć Mistrza do Barrasa pogłębiała się, stawała się obsesją. Na zebraniach przy krawężniku coraz częściej oskarżał gubernatora i rząd o łajdackie praktyki, nie zrażając się krytyką swojego postępowania. Zarzucano mu, że udaje bojownika o uczciwość władzy, kiedy w istocie chodzi o względy osobiste, zawiść i podobne motywy. Pojawiły się plotki, że Sefardi i Barras rywalizowali kiedyś o tę samą kobietę, która ostatecznie wybrała Barrasa.

Jeśli coś powściągało Sefardiego w ostrzejszych oskarżeniach gubernatora, to tylko polityczna poprawność zakazująca publicznego używania epitetów i obelg oraz obawa o wytoczenie mu sprawy za naruszenie godności gubernatora i członków jego rządu. W swej gorliwości naprawy kraju, nie zdając sobie w pełni sprawy, Sefardi przypisywał adwersarzowi cechy demoniczne, wyolbrzymiał jego zdolność czynienia zła, deformacji umysłów i charakterów, zaniedbywanie interesu społecznego i środowiska naturalnego.

Od pewnego czasu Sefardi poddawał Barrasa analizie psychospołecznej. Nie osiągnął większych sukcesów, stopniowo gromadził jednak coraz większą ilość informacji poprawiających jakość analiz. Z uwagą obserwował dyskusje naukowców analizujących zachowania społeczeństwa, jego wynaturzenia i zboczenia, oraz zachowania przedstawicieli władzy doznających paralitycznych drgawek, kiedy ktoś kwestionował uczciwość ich postępowania.

– Przyparty do muru polityk zachowuje się jak katorżnik, któremu los oswobodził nogi z łańcuchów, dał nóż do ręki i otworzył dziurę w burcie galery z widokiem na zielony skrawek lądu – była to jedna z ulubionych obserwacji Sefardiego. Generalnie, potwierdzały one fakt, że kłamstwo, zwłaszcza u polityka publicznie demonstrującego swoją pobożność, jest silniejsze niż najgorętsza wiara w Boga. Barras Blawatsky znany był z wysiadywania w ławach kościelnych i modlenia się, także udziału w uroczystościach religijnych. Pytany przez dziennikarzy, nie komentował tej części swojego życia.

*****

W momentach najgłębszego zwątpienia w człowieczeństwo władzy, Sefardi ratował się przed depresją wiarą w zasadność Inkwizycji, odrzucając jednak jej metody łamania kołem i stosowania innych tortur, gdyż kłamstwo uznawał za niezniszczalne. 

– Pełną gwarancję daje jedynie palenie na stosie. Jest to kara najbardziej skuteczna, ponieważ wraz z kłamcą znikają także kłamliwe usta. Niestety, nie jest to możliwe obecnie z uwagi na przepisy o ochronie środowiska – Sefardi wygłosił ten pogląd w obecności Isabeli, po czym odniósł go do partii rządzącej: „Kłamstwo jest wieczne i niezniszczalne. Partia Barrasa opiera się na kłamstwie, ergo, jest niezniszczalna”.

Isabela nie zgodziła się z nim. Kiedy upierał się przy swoim, oświadczyła zdecydowanie, że jest dobrą chrześcijanką i nie znosi obłudy. Oboje byli pewni, że wypowiedź o obłudzie odnosi się do drugiej osoby, nigdy do siebie samego. Wtedy kobieta wyraziła przypuszczenie, że Sefardi jest chyba pijany i nie wypada jej zrobić nic innego jak przynieść mu pigułkę na kaca.

Mimo pesymistycznego poglądu na możliwość eksterminacji kłamstwa w polityce, Sefardi nie ustawał w pogrążaniu Blawatsky’ego na wszelkie możliwe sposoby. Był przekonany, że gubernator jest złoczyńcą, ale nie był w stanie tego udowodnić czarne na białym. Męczył go też rosnący w siłę partyjny i bezpartyjny ciemnogród wspierający gubernatora i jego rząd.

Aby rozładować negatywne emocje Mistrz kupił sobie obraz z wizerunkiem gubernatora, podkleił go od spodu grubą warstwą tektury i zawiesił na ścianie swego gabinetu. Używał go jako tarczę, do której rzucał ostrymi strzałkami. Kiedy okazały się za lekkie i rzucanie nimi nie sprawiało mu dostatecznej przyjemności, zaczął używać noża. Rezultaty gry uległy znacznej poprawie. Isabela nie wypowiadała się na ten temat, powstrzymując się – co było dla niej raczej nietypowe – od wyrażania aprobaty lub dezaprobaty. Skarżyć się i krytykować zaczęła dopiero wtedy, kiedy na podłodze znajdowała coraz więcej pociętych kawałków kartonu.

O pamięci, dojrzewaniu i starzeniu się

Ludzie dobrze kojarzą sobie prezydenta Dudę. Kiedy go widzą krzyczą entuzjastycznie: Konstytucja! Konstytucja! Na swoich wystąpieniach publicznych prezydent potwierdził już kilka razy, że konstytucja w Polsce jest przestrzegana. Wczoraj w III LO w Gdyni żona szarpała go za rękaw, przypominając konstytucję; nie wiadomo jednak, czy chodziło jej o to, aby ją wspomniał, czy przestrzegał.

Prezydent Duda traci pamięć. To smutne. W orędziu wygłoszonym w Kościele Świętej Brygidy w Gdańsku mówiąc o Solidarności zapomniał wspomnieć Prezydenta Wałęsę. Zapomniał też wymienić sędziego Andrzeja Kryże i prokuratora Stanisława Piotrowicza z czasów PRL, aktywnych i zasłużonych działaczy PiS.

Premier Morawiecki, urodzony w 1968, roku starzeje się wyjątkowo szybko. Być może wpływają na to jego dojrzałe, poważne okulary, ułatwiające mu głębokie historyczne przemyślenia. Okazuje się, że bez niego nie byłoby Porozumienia Sierpniowego 1980 ani wejścia Polski do Unii Europejskiej.

Michael Tequila – książki: https://tinyurl.com/y895884p

Kraj mlekiem, miodem węglem płynący

W premierze Morawieckim najbardziej podoba mi się złoty błysk w oku, słowa „Wszyscy chwalą nas na świecie” oraz „Konsensus”. Jak się okazuje, PiS stworzył konsensus, wzmocnił go i przekształcił w rzekę mlekiem, miodem i węglem płynącą. Nie udało się tego zrobić PO i PSL, dlatego przegrali. Premier zapewnił, że Polska będzie zwiększać import węgla z Rosji tak długo, aż poprawi się stan naszego górnictwa.

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 43: Szalejący nepotyzm.

Wobec inwazji Konserwy na stanowiska państwowe, opozycja nie zasypiała gruszek w popiele. Powołała tajną grupę roboczą; pracując intensywnie w krótkim czasie sporządziła listę mianowań Konserwy na najwyższe stanowiska. Przy każdym nazwisku określono kwotę uposażenia miesięcznego, śledzono też jego wzrost. Okazał się on fenomenalny. Opozycja zorganizowała konferencję prasową, na której przedstawiono kompletną listę nepotów, często osób bez kwalifikacji. Niektóre awanse były wręcz obraźliwe dla obywateli. Hodowca drobiu, półanalfabeta, reklamujący się w prasie pod hasłem „chodowla kór”, otrzymał stanowisko szefa państwowej straży pożarnej, odpowiedzialnej za gaszenie miliona pożarów rocznie.

– To wyraz najbardziej potwornego nepotyzmu, zjadającego nasz kraj – krzyczał w parlamencie przedstawiciel Libery.

Okazało się, że hodowca drobiu otrzymał uposażenie roczne stanowiące równowartość czterech samochodów straży pożarnej, których deficyt od lat nękał tę służbę. Stanowisko otrzymał za zasługi dla partii, konkretnie za bezpłatne dostawy kurczaków na konferencje i festyny partyjne. W odpowiedzi na krytykę rzecznik rządu stwierdził, że członek opozycji przedstawiający informację nie ma najmniejszego pojęcia, o czym mówi, ponieważ sam jest prostym rolnikiem, w dodatku nie jest bez skazy, gdyż sąsiedzi oskarżali go o znęcanie się nad zwierzętami a nawet o zoofilię.

Ogłoszona publicznie lista uposażeń i wypowiedzi stron rozpętały burzę, porównywaną przez dziennikarzy do tornada wyrywającego z korzeniami drzewa, zmiatającego mosty i przenoszącego budynki na odległość kilkudziesięciu metrów. Była to walka na argumenty i kontrargumenty, twierdzenia i zaprzeczenia, prawdę i kłamstwo. Rząd natychmiast wszczął śledztwo i skierował sprawę do prokuratury oskarżając przywódców opozycji o ujawnienie tajemnicy państwowej oraz naruszenie godności członków partii konserwatywnej. Po uzyskaniu opinii prawników zmienił kwalifikację czynu na „ujawnianie wrażliwych danych państwowych”. Prorządowa prasa i telewizja rozpoczęły nagonkę na przywódców opozycji. Wkrótce otrzymali oni wezwania do prokuratury w celu składania zeznań. Złożenie jednego zeznania nie kończyło sprawy; za pierwszym poszły następne uzasadniane potrzebą uzupełnień i dodatkowych wyjaśnień. Pojawiły się też zakamuflowane groźby więzienia.

Reakcja rządu zaniepokoiła nie na żarty obywateli porażonych skalą nepotyzmu rujnującego skarb państwa. Organizowali się oni w grupy i utajniali swoją działalność, aby móc bezpiecznie śledzić kariery „ludzi z listy”. Stworzono system monitorowania nominacji i awansów. Informacje o uposażeniach były coraz trudniejsze do zdobycia, ponieważ władze mnożyły bariery dostępu do nich uzasadniając je potrzebą ochrony tajemnicy państwowej. W ministerstwach stworzono specjalne komórki do zwalczania wycieków informacji; ich klasyfikacja została rozbudowana do ośmiu poziomów: oficjalnych, półoficjalnych i nieoficjalnych, poufnych i bardzo poufnych, półtajnych, tajnych i supertajnych. Mimo utrudnień, bazy danych o ludziach z „Listy nepotów” powiększały się. Opozycjoniści posuwali się nawet do przekupstwa, aby zapewnić sobie dopływ informacji. Przy przekazie i odbiorze pieniędzy zachowywano najwyższą ostrożność. Zapłaty dokonywano przeważnie nocą w odosobnionych miejscach po upewnieniu się, że jest to bezpieczne.

Kolejna analiza dała ciekawe wyniki. W ciągu trzech miesięcy uposażenia ludzi z listy wzrosły prawie dwukrotnie. Zwiększyła się też ilość stanowisk. Duże firmy dzielono na mniejsze, tworząc w ten sposób nowe stanowiska dyrektorów rad nadzorczych i prezesów spółek oraz zwiększając liczbę ich zastępców. Okazało się, że prezesi urzędów i przedsiębiorstw państwowych mieli nawet po pięciu zastępców.

– To nie są już nawet oskarżenia, to kalumnie! – Krzyczeli posłowie Partii Konserwatywnej. – Zapłacicie nam za to!

*****

Sefardi był coraz bardziej zbulwersowany zmianami zachodzącymi w aparacie państwowym oraz drastycznie pogarszającym się stanem budżetu. Zagłębiał się w fotel i rozmyślał, dokąd zmierzają zmiany. Biurokraci rośli w siłę i zamożność, stając się klasą uprzywilejowaną. Należały do niej wyłącznie osoby typowane przez gubernatora, działacze Konserwy, członkowie ich rodzin i jego wierni przyjaciele. W swoim gronie nazywali siebie otwarcie nepotami, publicznie byli bardziej wstrzemięźliwi.

Wybrańcy gubernatora otrzymywali luksusowe, doskonale wyposażone, słoneczne gabinety z widokami na zieleń, stawy, jeziora lub rzeki. Budynki odnawiano i modernizowano układając na ścianach marmury sprowadzane z zagranicy, stanowiące same w sobie dzieła sztuki, oraz instalując posadzki zdobne w tak fantazyjne wzory, że wizytującym osobom dech w piersiach zapierało. Między piętrami budynków krążyły wielkie cichobieżne windy ze skórzanymi kanapami do relaksu. Kiedy parking okazywał się za mały, wykupowano sąsiednią posesję razem z budynkami i wyburzano je, aby zrobić miejsce na wielopiętrowy parking podziemny, gdzie samochody rozwoziła zautomatyzowana winda.

Po wprowadzeniu nowych, eleganckich uniformów nepoci chodzili po korytarzach jeszcze bardziej wyprostowani, z wysoko podniesionymi głowami, upierścienionymi palcami, niekiedy nawet ze złotymi łańcuchami na szyi. Najwyżsi urzędnicy nosili garnitury z lejącej się, jedwabistej wełny, latem cienkiej i przewiewnej, zimą ciepłej a mimo to lekkiej. Uniformy szyto na miarę, aby posiadacze prezentowali się w nich dystyngowanie. Opozycja złośliwie twierdziła, że niektórym nepotom z butów wystaje słoma; zaprzeczały temu zatrudnione przez rząd sprzątaczki, twierdząc, że na podłodze znajdowały tylko źdźbła siana, ale nigdy słomy.

W czasie przerw na posiłki nepoci zjeżdżali przeszklonymi windami prosto do restauracji zwanej Cafeteria Classica, gdzie o każdej porze dnia można było znaleźć w menu kawior, bakłażany, ser gorgonzola, świeżą rzodkiewkę normandzką i inne frykasy, łącznie z szerokim wyborem win i szampanów. Sprzedaż wódki ograniczono z uwagi na prostacki charakter i smak tego trunku. Posiłki, choć luksusowe, nie były kosztowne, subwencjonowało je państwo.

W ministerstwach i urzędach państwowych przeprowadzono reformę: kierownicy zostali awansowani na dyrektorów, dyrektorzy na dyrektorów generalnych. Wraz z usprawnieniami i poprawą warunków pracy wzrosło poczucie znaczenia pracy na państwowym stanowisku. Sumienia urzędników wydelikatniały jak puch gęsi, oni sami stali się niezwykle wrażliwi na punkcie swojego statusu i godności. Niektórzy zhardzieli i stali się aroganccy do tego stopnia, że zwierzchnicy a czasem nawet sam gubernator musieli im przypominać zasady savoir vivre urzędnika państwowego.

Wprowadzono również zmiany w obsłudze obywateli. Najpierw zmieniono ich nazwę z klientów na petentów, uznając tę drugą za bardziej stosowną i znaczącą. Na nowo określono prawa, obowiązki i odpowiedzialność petentów. Wkrótce musieli oni załatwiać sprawy urzędowe w białych rękawiczkach, aby nie wywoływać alergii urzędników widokiem zaniedbanych, zniszczonych lub niezbyt wypielęgnowanych dłoni. Zmieniono także procedury, usprawniając proces skarg i zażaleń. Wprowadzono nowe formularze, bardziej dokładne, aby skargi mogły być rozpatrzone z należną im uwagą i szczegółowością. Dyrektorzy urzędów i ich zastępcy zostali zobligowani regulaminami wewnętrznymi do osobistego rozpatrywania skarg nie rzadziej niż raz w miesiącu, co najmniej przez dwie godziny. Uznano to za niezwykłą szczodrość wobec petentów, zważywszy na ilość i złożoność obowiązków wysokich funkcjonariuszy administracji.

Dyskusję na temat pozycji i zachowań urzędników zakłóciła na krótko wiadomość o tajemniczej śmierci ministra finansów, znanego ze szczególnej ekstrawagancji i zamiłowania do ekskluzywnej kuchni. Policja ujawniła, że zginął on w wypadku drogowym. Kiedy rodzina i przyjaciele twierdzili, że było to zabójstwo, rzecznik policji oświadczył, że zbadają także ten motyw zgonu. Następnego dnia rzecznik nie zjawił się w pracy; jego następca podał do wiadomości, że odszedł on z pracy na własną prośbę. Indagowany przez dziennikarzy wyjaśnił tylko, że poprzednik przeszedł operację szczęki i bardzo trudno jest mu mówić.

Mimo, że sytuacja finansowa pogorszyła się wskutek ograniczeń wydatków, rząd uchwalił „Kartę funkcjonariusza państwowego” przyznając klasie urzędniczej nowe przywileje. Za funkcjonariusza uznawano „każdą osobę mianowaną na dowolne stanowisko przez gubernatora, wicegubernatora, ministra, dyrektora departamentu lub jego zastępcę”. Socjologowie określili sytuację mianem rozmytej rzeczywistości. Dokładnie nie było jednak wiadomo, co to znaczy.

Sefardi obudził się, kiedy już ciemniało za oknem. Przypomniał sobie wszystkie obrazy, jakie przewinęły mu się przed oczami. Nie uznał ich za sen, tylko za wizję, projekcję tego, co działo się w kraju. Natychmiast zadzwonił do Iwana Iwanowicza, aby podzielić się niezwykłym przeżyciem. Po wymianie zdań mężczyźni zgodzili się, że jest to jak najbardziej możliwe. Sefardi poczuł dreszcze. Powziął postanowienie, że będzie walczyć z rządem, w szczególności z gubernatorem-premierem Barrasem Blawatsky’m, na miarę wszystkich swoich sił i możliwości, aby nie dopuścić do nieszczęścia.

 

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 40: Podejrzenia o rabunek

Opozycja od dawna podejrzewała masowe rozkradanie środków publicznych. Pierwsze informacje o tym, że rząd okrada państwo, wywołały oburzenie, uznano je za podłe oszczerstwo. Kiedy pojawiły się dane liczbowe, ilustrujące jak szybko rosną wydatki i pokazano jakie luki są w statystyce, że dane pojawiają się z opóźnieniem i są niekompletne, a dziennikarzom utrudnia się dostęp do informacji publicznych, obywatele zaczęli wierzyć, że rząd ukrywa prawdę. Podejrzewano nadużycia na wielką skalę.

Rzecznik rządu zaprzeczał, gubernator również. Wychodził w obstawie tylnymi drzwiami z parlamentu. Pytany unikał odpowiedzi lub odpowiadał zdawkowo: – Bzdura. Nie wie pani, co pani mówi! Wkrótce ukazała się ustawa grożąca więzieniem za głoszenie poglądów antypaństwowych, a nawet za zadawanie pytań określanych jako oszczercze wobec państwa. Dziennikarze rezygnowali z pytań ze strachu przed więzieniem, napadem lub inną formą agresji. Zdarzyło się kilka pobić, policja nie była w stanie ustalić świadków ani znaleźć sprawców.

Sprawy nie stały jednak w miejscu. Najpierw pojawiły się informacje na portalu społecznościowym „Naga prawda”, o tym, ile zarabiają wysocy funkcjonariusze państwowi, po czym nastąpiły ataki na rząd w innych miejscach w sieci. Rząd uznał oskarżenia za bezzasadne, nazywając je jawnym absurdem i totalną głupotą. Opozycja żądała zwołania specjalnej komisji do zbadania sprawy, na co gubernator od razu się zgodził, zaskakując oponentów. Rozgorzała dyskusja na temat składu komisji. Mniejsze partie opozycyjne czuły się pokrzywdzone proponowaną liczbą swoich przedstawicieli w komisji. Najwięcej sprzeciwu wywołała kandydatura przewodniczącego komisji. Opozycja nie godziła się na przewodniczącego z partii rządzącej, ponieważ to partia rządząca była oskarżona o manipulacje przy budżecie. Gubernator wyjaśnił, że tematem pracy komisji nie będzie budżet, tylko bezpodstawne oskarżenia opozycji szkalujące państwo, a pośrednio wszystkich obywateli.

*****

Barras obudził się przed świtem. Nie śpieszył się, nie miał żadnych obowiązków. Była niedziela z dobrą prognozą pogody. Wyszedł na taras, z którego rozpościerał się widok na rzekę. Było to jego ulubione miejsce, teren należał do jego rodziny. Był przewidujący, wolał nie być właścicielem wszystkiego, co nabył. Nie gromadził majątku pod własnym nazwiskiem. To była jego zasada.

Kiedy wzeszło słońce, promienie zabarwiły ścianę domu tak intensywną czerwienią, jakby ktoś wylał na nią wiadro krwi. Mężczyzna poczuł dreszcz. Następnego dnia, w miejscu naznaczonym czerwonymi promieniami, pojawił się napis „Okradacie państwo”. Wykonany byle jak, w pośpiechu, czarnym sprayem, był bardzo wyraźny. Podobne napisy pojawiły się na domach innych członków kierownictwa Partii Konserwatywnej. Nie mieli pojęcia, jak to się stało. Kamery pokazywały tylko niewyraźny cień przypominający ludzką sylwetkę zbliżającą się do ściany. Nie było widać żadnych szczegółów.

– To fachowa robota. Sprawca musiał mieć na sobie rodzaj peleryny rozpraszającej obraz w kamerze. Takie rzeczy może mieć tylko wojsko. Nie wiem nawet, czy my to mamy. – Opinia nie podobała się gubernatorowi. Sprawa była poważniejsza niż sądził. Odbył naradę z doradcami, politycznym i od spraw wizerunku. Trzeba było coś wymyśleć.

Kolejne posiedzenie parlamentu przyniosło zmianę stanowiska rządu. Zamiast zaprzeczać faktom, gubernator uzasadniał, dlaczego osobom na najwyższych stanowiskach należy płacić wysokie uposażenia.

– Chodzi o talenty. Członkowie rad nadzorczych, prezesi i dyrektorzy, zarabiają wielokrotnie więcej niż przeciętny obywatel, ponieważ kierowane przez nich jednostki przynoszą potężne zyski państwu. Odmówił wyjaśnień, ile dokładnie zarabiają i jakie są to zyski, zasłaniając się tajemnicą służbową. Opozycja stanęła w martwym punkcie. Pytania stawiane przez nich na sali obrad i dziennikarzy na korytarzach pozostawały bez odpowiedzi. Rządzący zasznurowali usta.

Skrót recenzji powieści Michaela Tequili „ Sędzia od Świętego Jerzego”: http://michaeltequila.com/?page_id=39

Skrót recenzji opowiadań Michaela Tequili „Niezwykła decyzja Abuelo Caduco”: http://michaeltequila.com/?page_id=1265 

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 37: Dyskusja o emigracji i myśli o kościele.

Wieczorem Sefardi obejrzał nagranie rządowej dyskusji na temat sytuacji demograficznej kraju. Uczynił to dwukrotnie, aby zrozumieć, o co chodzi. Spotkanie wydało mu się przebiegać według groteskowego scenariusza. Zrobił sobie notatki z przebiegu dyskusji a potem odczytał je na głos.

– Ludzie uciekają z kraju. Na naszych oczach następuje wielki exodus z wykorzystaniem wszystkich środków lokomocji, nawet nocą, pieszo przez pustynię lub łodziami przez Morze Czerwone. Za mało mamy młodych ludzi, za dużo starych. Kto będzie zarabiał na ich emerytury? Kto ich zastąpi? Bezrobocie wprawdzie spada, ale wciąż jest wysokie, zwłaszcza wśród młodych, którzy otwarcie buntują się. Ludzie po studiach nie mogą znaleźć pracy i zadają drażliwe pytania:

– Po co nam takie studia? Po co nas oszukują?

Absolwenci uczelni uważali, że nikt im nie pomaga. Ani uczelnia, ani rząd, ani żadna inna instytucja. Pomoc ze strony urzędów pracy oceniali jako zdawkową, sprowadzającą się do informacji o wolnych stanowiskach i instrukcji, jak napisać życiorys.

– Przecież każdy głupek to wie, że ludzie tak mówią – podsumował obcesowo gubernator. Był rozdrażniony. Sefardi widział, jak cały czas spogląda spode łba w kierunku ministra i pomyślał, że ten szybko straci stanowisko. Zmienił jednak zdanie, kiedy kilka minut później gubernator serdecznie chwalił ministra wyrażając mu uznanie za trafne ujęcie zagadnienia. Sefardi wyobraził sobie, że uśmiechał się wówczas promiennie.

Dalsze szczegóły dyskusji przedstawiły gazety. Młodzi bezrobotni stanowili prawdziwą bombę dla kraju: grozili masową emigracją, manifestacjami na ulicach, rosnącą przestępczością oraz deprawacją młodzieży. Na dobitek złego, do rządu docierały informacje o przyśpieszonym rozwoju demograficznym krajów zamieszkałych przez innowierców, dla których stworzenie pięcioosobowej rodziny było równie łatwe jak wypicie trzech butelek piwa. Nadzwyczajne zdolności rozrodcze tych ludzi pogłębiały niepokój rządu.

*****

Wysłuchanie dyskusji nasunęło Sefardiemu pomysł powieści, w której widział bohaterów wzorowanych na ministrach gubernatora Blawatsky’ego. Na osiedlu Sefardi miał na oku dwie rodziny patologiczne; postanowił je obserwować, notować, co robią i co myślą. Zapalił się do tego pomysłu. Rodzący się w głowie scenariusz powieści podporządkował koncepcji idealnego zegarka. Cokolwiek nie czytał lub pisał, mimowolnie nasuwały mu się porównania z zegarkiem, idealnym wzorem rzeczywistości. Ciągłe myślenie o zegarku nie uszło uwadze Isabeli. Jak zwykle otwarcie przedstawiła swoje obserwacje.

– Zbyt długo był pan wynalazcą i zegarmistrzem, don Sefardi. To mogło panu paść na mózg. Mówię to ze szczerej troski o pana, bo znałam jedną kucharkę, która tak samo myślała o gotowaniu. Wydawało jej się, że jej babcia jest idealną kucharką i że wszystkie inne kucharki powinny być takie same jak ona. Musi pan wiedzieć …

Sefardi przerwał jej stwierdzając, że niepotrzebnie dramatyzuje i przesadza, choć nie był w stanie odrzucić całkowicie argumentu, że jego doświadczenia zawodowe mogły nadmiernie wpływać na ocenę rzeczywistości.

*****

– Kościół Hierarchiczny zasługuje na bardziej znaczącą pozycję w kraju trapionym poważnymi problemami. Jesteśmy bądź co bądź największą kongregacją osób wierzących w Nomadii – myśl o niedostatecznej roli kościoła prześladowała od pewnego czasu arcybiskupa, głowę kościoła, powszechnie zwanego Czarną Eminencją. Nazwano go tak, zanim jeszcze objął wysokie stanowisko. Bezpośredni zwierzchnik młodego wówczas duchownego potrafił docenić jego naturalny talent dyplomatyczny i łatwość wywierania wpływu na braci w wierze i otoczenie.

Arcybiskup lubił swoje imię, był za nie wdzięczny przełożonemu i Bogu. Tworzyło ono aurę mocy i tajemniczości, pomagając w sprawach bożych jak i przyziemnych, z którymi musi sobie radzić kapłan pragnący utrzymać się na powierzchni życia duchowego. Czarna Eminencja pragnął zawsze więcej niż tylko utrzymać się na powierzchni, pragnął uzyskać awans. Jego ambicją było stać się głową Kościoła Hierarchicznego, co w końcu się spełniło. Jego bieżące ambicje wynikały z potrzeb kraju i wiernych; arcybiskup był pewny, że Bóg mu sprzyja. Zawsze był dla niego wyrozumiały i życzliwy. I dyskretny.

– Nigdy nie wypaplał nikomu moich tajemnic – mruknął do siebie w ciszy kościoła, klęcząc ze wzrokiem utkwionym we fresk na suficie, prezentujący scenę ocalenia Noego z potopu.

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 34: Zabójcza demografia Nomadii

Co drugie posiedzenie rządu gubernatora Barrasa Blawatsky’ego poświęcone było demografii. Sefardi, uważnie śledzący jego poczynania, dwukrotnie zapoznał się ze stenogramem ostatniego posiedzenia gabinetu. Nie mogąc zrozumieć wszystkich zdarzeń, odczytał go po raz trzeci.

„Posiedzenie stenografowano, nagrano i autoryzowano. Zagaił gubernator. Chodził po gabinecie, machając najświeższym raportem urzędu statystycznego. Był wzburzony sytuacją demograficzną. Scharakteryzował ją jako piekielnie trudną, wielostronną i wieloraką. Dokonano analizy efektów działań naprawczych. Odbył się kongres demograficzny. Komitet Prognoz opracował prognozę 2100, zaraz potem 2200. Po gubernatorze głos zabrał minister ds. demografii. Mówił o prognozach i wskaźnikach. Stwierdził, że sytuację demograficzną należy przyjąć jako daną i że konieczna jest poprawa spójności społecznej. Podkreślił, że dwadzieścia milionów obywateli nie jest największym nieszczęściem, że można to nadrobić trochę jakością, trochę migracją, że zasadniczym problemem jest zwężanie się piramidy ludnościowej oraz sprawność wspólnotowa, dynamika intelektualna i inwencyjna. Uznał, że demografia kraju będzie przyczyną ostrych konfliktów, co wymaga pochylenia się nad tym, co robić dalej.

Na słowa ministra gubernator wściekł się i krzyknął, że nie będzie pochylać się nad demografią, bo robił to setki razy i nic to nie przyniosło i że teraz jest czas na twórcze działanie, nie na pochylanie się.

– Nie jestem żadną wańką-wstańką! – krzyknął gubernator, aż twarz mu się zaczerwieniła.

Po nieoczekiwanym wybuchu gubernatora nastąpiła nagła erupcja energii. Dyskusja ożywiła się i weszła na nowe tory. Uczestnicy ze swadą i łatwością przerzucali się określeniami naukowymi, nurzali w terminologii statystycznej i demograficznej.

Sefardi zastanowił się. Zapis dyskusji wyglądał na farsę, w której pełna frazesów gadanina kamuflowała niemoc rozwiązania problemu demograficznego. Czytał dalej. Przemawiał kolejny minister.

– Bezrobocie wzrasta lawinowo. Jest coraz więcej ludzi niepracujących. To jest przerażające – Głos mówiącego był pełen niepokoju. – Młodzi, dobrze wykształceni ludzie uciekają za granicę w poszukiwaniu pracy, bo grozi im nędza. Oni nie wyjeżdżają, ale uciekają! Rozumiecie powagę sytuacji!? Kto będzie zarabiać pieniądze na utrzymania rosnącej liczby emerytów, rencistów, inwalidów, ludzi upośledzonych umysłowo, chorych? Siedzimy na bombie demograficznej!

Przekaz upowszechnił się błyskawicznie jakby rozmowę podsłuchiwano. Wszyscy obywatele mówili teraz o bombie. Eksperci wymieniali dworce lotnicze, kolejowe i autobusowe oraz wielkie ośrodki handlowe, stadiony, budynki publiczne i szkoły jako miejsca najbardziej zagrożone. Następnego dnia rzeczniczka gubernatora, kobieta z twarzą przestraszonego królika, określiła dyskusję rządową jako „niezwykle udaną” i zdementowała pogłoski o bombie. W rządzie zapanował popłoch; obawiano się wzrostu niepokoju społecznego i gwałtownego spadku notowań Partii Konserwatywnej.

Nic takiego nie nastąpiło. Gubernator odetchnął z ulgą i z radości kupił swojemu królikowi nową obróżkę, sztuczną marchew do gryzienia oraz kilka solidnych porcji świeżej koniczyny, które schował na zapas do lodówki. Obawiał się, że jeśli sytuacja polityczna pogorszy się, to jego ulubione zwierzęta domowe mogą ucierpieć.

*****

Kilka dni później znowu rozgorzała dyskusja o demografii. Doszło do niej spontanicznie, ponieważ program dnia nie przewidywał tego tematu. Ministrowie przekrzykiwali się, jakby się zmówili, że wywołają burdę. Nie chodziło o słowa, o to, co mieli do powiedzenia, ale o uczucia. Wszyscy byli poruszeni zagrożeniem, niepokój i wzburzenie parowały z nich. Atmosfera zgęstniała.

– To jakiś absurd! – Głos zazwyczaj opanowanego ministra infrastruktury wybił się nad inne. – To tak, jakby mieć potężną lokomotywę, ale nie mieć maszynisty do jej obsługi ani wagonów do przewozu ludzi i towarów.

– Oczywiście! Słusznie! – Przekrzykiwano się. Najskuteczniej komunikowali się najwyżsi wzrostem, osoby o doniosłym głosie oraz stojące najbliżej gubernatora. Tylko jego ucho się liczyło.

Gubernator podniósł do góry dłoń stanowczym gestem. Nie imponował wzrostem, lecz potrafił to zrekompensować. Wszyscy zauważyli jego gest, pilnowali się. Ci, którym zdarzyło się w przeszłości nie zauważyć najważniejszej ręki w kraju, udawali się wkrótce na wygnanie, jak określano dymisję.

– Podsumuję dyskusję. Nie musimy jej dalej prowadzić. Sytuacja nie jest wesoła, ale też nie jest najgorsza – gubernator mówił urywanymi zdaniami, chrapliwie, jego głos napotykał opór wydostając się z gardła.

– Co pan mówi, panie gubernatorze? – Odezwały się głosy. – Sytuacja jest zła. Jest tragiczna, wręcz przerażająca.

– Chcę podsumować. Proszę mi nie przerywać – szef rządu rozejrzał się po twarzach z wysokości fotela stojącego u końca stołu konferencyjnego. Fotel z boku miał dźwignię, podnoszącą go do góry. Gubernator jednym ruchem decydował, jak wysoko chce wywindować swoje ciało i autorytet. Poznał tę sztuczkę studiując historię starożytnego Egiptu, kiedy pierwszy raz zauważono, że wysokość usytuowania faraona a nie jego wzrost daje mu przewagę nad otoczeniem.

– Mamy za mało ludzi, społeczeństwo się kurczy, brak mu energii witalnej. Wszystko się wali – rozkrzyczeli się ministrowie. – To porażka.

– Za mało powiedziane. To nie porażka, to prawdziwa zapaść demograficzna. Zapaść to prawie zgon – podsumował z przekonaniem minister propagandy. Usłużnie mu przytaknięto.

Minister zdrowia poczuł skurcz serca, że sam nie wpadł wcześniej na równie zgrabne, medyczne podsumowanie debaty. Po chwili uznał, że jednak dobrze, że tak się nie stało, ponieważ gubernatorowi mogło się to nie podobać. Był szefem, najwyższą władzą. On sam był zwyczajnym konowałem z małomiasteczkowego szpitala i nie miał szansy, aby przebić się do szeregu osób najważniejszych w państwie. Zdawał sobie z tego sprawę. Cieszył się takimi przywilejami, o jakich nawet nie marzył. Był szczęśliwy, że gubernator, kolega z ławy szkolnej, zwrócił na niego uwagę, na jego nadzwyczajną lojalność, oddanie i podziw, jakim go darzył.

– Nikt w gabinecie nie jest bardziej lojalny ode mnie wobec ciebie – dawno już oświadczył swemu dobroczyńcy. Teraz, kiedy rozejrzał się wokół i zobaczył twarze pełne entuzjazmu i uwielbienia, stracił pewność. Uświadomił sobie, że żyje w kraju, gdzie lojalność wobec władzy dominuje nad rozumem i uczuciami. Do niedawna wierzył, że to Bóg jest najwyższą formą władzy. Z chwilą zostania ministrem zrozumiał, że gubernator zdetronizował Stwórcę. Był o tym całkowicie przekonany. Dałby się pociąć na kawałki dla gubernatora.

Po zapoznaniu się z najnowszym spisem ludności, rząd uznał, że dwadzieścia milionów to idealna liczba ludności dla rozwoju społeczno-gospodarczego Nomadii.

– Ani za dużo, ani za mało, w sam raz – prawie wykrzyknął minister gospodarki. Polubił tę liczbę. Była łatwa do analizy statystycznej, prezentacji i dyskusji.

Parlament przyjął ustawę demograficzną. Dwadzieścia milionów mieszkańców uznano za optimum społeczno-gospodarcze. Rząd miał utrzymywać ten poziom regulując skalę emigracji i imigracji. Część opozycji w głosowaniu poparła projekt. Posłowie tłumaczyli się potem stanem zaciemnienia umysłowego, ostatecznie przypisując winę partii rządzącej. Obarczanie jej winą za wszystkie nieszczęścia, niską wydajność krów mlecznych, ubóstwo umysłowe części społeczeństwa czy marną pogodę było stałą strategią opozycji.

 

Wieczorna bajka o referendum

Rzecz działa się w czasach nowożytnych, nie tak znowu odległych, może na rzut kamieniem, a może pałką z paralizatorem, nikt tego dokładnie nie wie, bo czas i miejsce bywają elastyczne. Wiadomo natomiast na pewno, że zdarzenie to miało miejsce w kraju, gdzie wszystko jest dobre, rząd, kierunek wiatru, zmiany pogody i humorów, władcy w osobach pana prezesa, premiera i prezydenta, a nawet trzydzieści sekund ciszy, którymi opozycja dobrego rządu czci szczodrobliwość dobrych panów marszałków.

Kiedy wskutek nieuwagi marszałkowskiej obu izb parlamentu spadło z pulpitu na ziemię niezwykle ważne referendum, pan prezydent ogromnie się zmartwił. Wracał do domu zrozpaczony, a jeśli nawet nie zrozpaczony, to bardzo smutny, kiedy naprzeciw wybiegła mu cała świta pałacowa, dworzanie i służba, ministrowie, sekretarze i sekretarki, podsekretarze, pokojowe i sprzątaczki, nawet ogrodnik. Pan prezydent ucieszył się niepomiernie, bo wszyscy wiwatowali na jego cześć, rzucali w górę czapki i inne części garderoby i to w takim uniesieniu, że zabronił im rozbierać się bardziej niż do spodniej bielizny.

– Lubię popatrzeć na piękne ciała wiwatujące w służbie narodu – mruknął niezbyt głośno, aby nie przesadzić ze skromnością cechującą go zwłaszcza w obliczu autorytetu pana prezesa, ojca ojczyzny.

– Panie prezydencie – krzyczeli jeden przez drugiego dworzanie. –  Osiągnął pan wielki sukces. Upadek referendum wywołał wielce pozytywny szok w narodzie, wszyscy przejrzeli na oczy, teraz każdy obywatel kraju, staruszek i dziecko, wie o co chodzi. Nie trzeba zadawania pytań, czy chcesz nowej konstytucji, czy też nie chcesz, w jakiej mierze i w jakiej postaci, zwyczajnej czy oprawnej w złoto, warunkowo czy bezwarunkowo, bezwzględnie czy też tak sobie.

Następnego dnia dołączyła do nich prasa, ale tylko prawicowa, bo tylko oni umieli poprawnie zinterpretować nadzwyczajne zdarzenie państwowe.

Radość pana prezydenta podchwycił naród i wyległ na ulice i place, aby wiwatować na jego cześć, a przy okazji również panów marszałków, którzy niechcący zrzucili z pulpitu projekt referendum, oraz na cześć pana premiera i pana prezesa, ojca ojczyzny, który serdecznie projekt popierał, aby dać narodowi szansę wyrażenia poparcia dla nowej konstytucji mającej zastąpić starą, bardzo już zużytą, mimo że jest całkiem nowa i świeża.

W marketingu nazywa się to „in-built obsolescence” i oznacza „wbudowane starzenie się” – wyjaśnił wieczorem w telewizji pewien pobożny teolog, który znał się na marketingu, na polityce i na wierze w szlachetność.

Michael Tequila w księgarniach: https://tinyurl.com/y7cza5nc

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 32: Nowe metody zarządzania państwem

Wyzwania stojące przed Barrasem Blawatsky’m, właścicielem partii, premierem i gubernatorem w jednej osobie, były przeogromne. Potrzebny był nowy model zarządzania państwem, gospodarką, sprawami społecznymi, zdrowiem, wszystkim. Złożoność spraw wymagała nowoczesnego narzędzia zarządzania państwem. Wyzwanie to rozwiązano metodą kolejnych przybliżeń.

Na polecenie gubernatora opracowano najpierw cyfrowy model redukcji rzeczywistości do możliwości jednoosobowego zarządzania. Ważna była nazwa, przekonywująca i łatwa do zapamiętania. Pierwsza nazwa, ReduPrak, nie została dobrze przyjęta; niechętni jej byli lekarze, prawnicy i inni profesjonaliści. Źle się kojarzyła. Myślano nad inną.

Nowy system zarządzania państwem miał kształt piramidy. U podstawy znajdowały się komputery, do których tysiące urzędników wprowadzało dane, u góry był wąski lejek, przez który informacje płynęły prosto do premiera w formie krótkich papierowych notatek. On sam nie używał komputera; ceniono to, uważając, że premier ma ważniejsze sprawy do realizacji niż gapienie się w monitor komputera i stukanie w klawisze.

System stworzono w imponująco krótkim czasie. Okazał się tak prosty i skuteczny, że do kraju zaczęły przyjeżdżać delegacje z zagranicy, aby poznać jego działanie. Rząd wkrótce ograniczył dostęp do informacji o systemie z uwagi na niebezpieczeństwo wykorzystania go przez wrogów kraju. W szczególności obawiano się terrorystów.

W trosce o przyszłe pokolenia, uproszczono nauczanie. Zrezygnowano z większości przedmiotów ścisłych, zupełnie bezużytecznych w gospodarce obsługiwanej przez roboty, zwiększano natomiast ilość lekcji wychowania moralnego, religijnego i obywatelskiego. Przywrócono też stare hasło: Bóg-Honor-Ojczyzna. Na polecenie gubernatora instytut medyczny stworzył dodatek do wszystkich szczepionek dla dzieci, uzupełniający niedobór elementów patriotyczno-religijnych we krwi.

Pracę rządu utrudniała opozycja, reprezentująca elementy wolnomularskie, osobników o zachwianej orientacji seksualnej, jednostki aspołeczne, nie wierzące w Boga ani w Trójcę Świętą. Wyzwań przybywało, gdyż opozycja złośliwie zachęcała obywateli do pozostawania w kraju, zamiast udać się na emigrację, gdzie mogliby podnieść swoje kwalifikacje i odciążyć budżet państwa. Najbardziej podatni na jej argumenty byli młodzi ludzie, nieustabilizowani materialnie i poglądowo, pozostający w kraju i zwiększający bezrobocie. Stali się oni szczególną troską rządu. Natychmiast zaoferowano im pomoc w postaci nauki szybkiego pisania CV i podań o prace, poradnictwa, jak ubierać się na interview, oraz wsparcia duchowego.

Największym wyzwaniem dla gubernatora była demografia: nadwyżki siły roboczej w okresach słabego rozwoju gospodarki, które gubernator nazywał bessą, oraz niedostatku siły roboczej w okresach ożywienia gospodarczego, które nazywał hossą, choć czasem myliła mu się z bessą. Obywatele bardzo cenili używanie obcych terminów, mając w pamięci jego poprzednika, nieuka i zarozumialca. Gardzono nim, ponieważ był tylko premierem, w dodatku marnym.

– Ten łajdak nie zasłużył sobie na żadną godność. Nie to co nasz obecny premier, gubernator i właściciel partii – tak standardowo wypowiadał się naród na wiecach, w rozmowach prywatnych i w lożach zaproszonych gości. Wypowiedzi narodu cytowała patriotyczna prasa konserwatywna.

Szczodrze wyposażony w zaufanie społeczne i godność osobistą gubernator ujął sprawy mocno w ręce jak furman bat, aby osobiście kierować losem narodu. Pozycja furmana dobrze mu się kojarzyła; jego odlegli przodkowie byli furmanami.

– To ludzie siedzący blisko ziemi, umiejący opanować każdego, nawet zdeprawowanego, konia. Mówiąc o deprawacji gubernator miał na myśli opozycję.

Naród w swojej masie cenił proste i bezpośrednie wypowiedzi i metody działania premiera. Był mężem opatrznościowym. Niektórzy widzieli w nim także zbawcę; wyobrażali go sobie w postaci rycerza na białym koniu, z wielkim mieczem w prawej dłoni, walczącego z plagami bezrobocia, lewactwa, dysydentów i odrażających obcokrajowców.