Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 17: Ekoanarchiści oskarżają premiera

Ukrywana wrogość rządu wobec koni nie zmieniła znacząco postaw obywateli. Niektóre doniesienia o szkodliwych działaniach władz uznano za wątpliwe i budzące zastrzeżenia. Tylko nieliczne przyjęto od razu jako oczywiste i prawdziwe. Frontowi nie pozostawało nic innego jak kontynuować informowanie społeczeństwa o tym, co naprawdę dzieje się w kraju.

Wczesną wiosną rząd wydał trzysta zezwoleń na wypalanie traw, co doprowadziło do kilkuset niekontrolowanych pożarów łąk i pastwisk. Na odstrzał dziko żyjących koni koła myśliwych otrzymały zezwolenia w takiej ilości, że niektóre stada zostały zdziesiątkowane, ponieważ nie było obowiązku wykazania, że zabity osobnik chorował i na co. Rzeźników, którzy ubiegali się o licencję na otwarcie biznesu, administracja przekonywała do intensywnego reklamowania koniny, podkreślając, że jest to mięso niezwykle zdrowe. Firmy fumigacyjne zachęcano do spryskiwania pastwisk i łąk środkami chemicznymi przeciwko ślimakom, o których inwazji pisała prasa prorządowa w czasie, kiedy ich eksporterzy ograniczali swoją działalność z braku surowca do przerobu.

Wiosną na terenach rezerwatów koni pojawiły się tabuny królików, a wraz z nimi tysiące dziur, jam i nor, na których zwierzęta łamały nogi, dogorywając potem w cierpieniu. Policja i prokuratura okazały się bezsilne, sprawców wypuszczania na wolność agresywnych gryzoni nigdy nie wykryto.

Front uważnie analizował wszystkie takie zdarzenia. Słusznie, czy niesłusznie, ekoanarchiści odpowiedzialnością za nie obarczali rząd i premiera.

– To, co oni robią, to Armagedon, piekło, rzeź niewinnych zwierząt. Wszystkiemu winien jest ten zakichany premier Matteo Csudo, nieudacznik i szkodnik. Ten pozorant nigdy nie powinien być premierem – ekoanarchiści nie kryli oburzenia i nie szczędzili krytyki władzy.

Aby lepiej zrozumieć postępowanie Matteo Csudo, ekoanarchiści zgłębili jego życiorys i sprawdzili fakty. Wyniki podano do publicznej wiadomości. Premier miał wyższe wykształcenie inżynierskie i muzyczne, grał na kilku instrumentach i śpiewał, miał delikatne dłonie i długie palce wirtuoza. Patrzył na świat innymi oczami niż ekoanarchiści, oczami wykształconego lalusia-intelektualisty, jak to określali.

W całym swoim życiu premier był w lesie tylko trzy razy, pierwszy raz z wycieczką w okresie szkoły średniej. Urodzony i wychowany w mieście nie znał przyrody ani zwierząt żyjących na wolności. Kiedy znalazł się pierwszy raz na wsi, miał już wtedy prawie dwadzieścia lat, pokazano mu oborę oraz wyjaśniono i zademonstrowano, jak doi się krowę. Podobało mu się to tak bardzo, że sam spróbował ją doić, co go wręcz zachwyciło. Szybko mu to przeszło, ponieważ obora śmierdziała gnojem, a po krowie chodziły muchy. Ostatecznie Matteo całkiem stracił humor, kiedy zwierzę machnęło ogonem i uderzyło go w twarz. Wcześniej ubrudził sobie ręce głaszcząc krowę, aby sprawdzić, czy jej skóra jest tak aksamitna, na jaką wyglądała.

– Wieś nie jest w moim stylu. Czuję się w niej obco – powiedział wówczas i więcej do tematu nie wracał.

Obrońcy premiera mieli o nim zupełnie odmienną opinię niż Front Wyzwolenia Koni i organizacje z nim współpracujące. Był to fenomen, specyfika Nomadii: obywatele byli podzieleni w każdej sprawie dotyczącej rządu i partii. Krańcowo odmienne opinie stały się normalnością. Zwolennicy i przeciwnicy rządu żyli ze sobą jak pies z kotem, gotowi rzucić sobie do gardła.

*****

Mimo poważnych zastrzeżeń wobec rządu, Niotse zdecydowała się podjąć próbę przekonania premiera do koni i ochrony ich środowiska. Poznała go osobiście, kiedy jeszcze jej rodzice obracali się w towarzystwie bliskim elitom władzy. To jej ułatwiło kontakt. Ze spotkania wróciła rozczarowana, nie szczędząc gorzkich słów rozmówcy. Zdenerwowała się, opowiadając o swoim spotkaniu.

– Nigdy więcej nie będziemy go o nic prosić. Ani ja, ani wy. Z nim się nie da rozmawiać. To goguś w białych rękawiczkach wychowany w salonie, paniczyk. Jego świat to technika i ideologia, nasz to natura i żywe zwierzęta. On nie ma pojęcia o przyrodzie, wolności i zwierzętach. Nie mówiąc o gnoju, równie naturalnym jak rośliny, którym służy za pokarm i podstawę zrównoważonego rozwoju. Jego rząd przypomina mi obraz martwej natury ze śniętą rybą w środku, jaki widziałam w muzeum sztuki średniowiecznej. Csudo otacza się tylko tym, co nowe i martwe, obrazami w złoconych ramach, samochodami o szklanej karoserii, garnkami kuchennymi wygrywającymi utwory muzyczne, sztucznymi kwiatami, bo nie wymagają podlewania i nosi tylko sztuczne garnitury, bo lżejsze i niemnące się.

Nie wszystko co mówiła, było prawdą, gdyż na obronę Csudo można było powiedzieć, że jego rodzice mieli kiedyś psa, który wprawdzie zdechł z przejedzenia, ale pozostawił premierowi ciepłe wspomnienia.

Po nieudanych negocjacjach z premierem, Front przygotował akt oskarżenia przeciw rządowi. Wprawdzie był to dokument wstępny i nieoficjalny, ale niezwykle głęboki i ostry w ocenach. Opracowano go z udziałem prawników, prokuratora oraz sędziego, członków Frontu. Obydwaj byli już na emeryturze. To uspokajało środowisko ekoanarchistów; prawnicy byli bezstronni, ponieważ nie ciążyła na nich przynależność do jakiegokolwiek zrzeszenia prawniczego, które mogłoby mieć wobec nich statutowe lub inne oczekiwania.

Akt oskarżenia przedstawiał w skrócie to, co w sprawie koni i przyrody rząd Matteo Csudo zrobił, czego nie zrobił i nie robi, co pozoruje, oraz w czym wyraźnie szkodzi. W działalności rządu było tyle negatywów, że ekoanarchiści zaczęli podejrzewać ukrytą partyjną i rządową dywersję wymierzoną w konie oraz rzeczników ich interesów.

– Rząd nie jest w stanie zagwarantować koniom nawet przeżycia. To tragedia wołająca o pomstę do nieba – Niotse podsumowała akt oskarżenia. 

Pod wpływem Frontu Wyzwolenia w społeczeństwie powoli rodził się opór przeciwko pozostawieniu koni ich tragicznemu losowi. Obywatele coraz bardziej zdecydowanie wypowiadali się na temat ich ochrony, sprzeciwiali się polowaniom, nakręcali filmy o koniach, uczęszczali na szkolenia ochrony przyrody. Nie zmieniało to jednak tragicznej sytuacji: kiedy ludzie mnożyli się jak króliki, konie wymierały w przyśpieszonym tempie. Cywilizacja i przyroda były wyraźnie na kursie kolizyjnym. Potrzebne było jakieś radykalne rozwiązanie, coś przełomowego. Ekoanarchia dojrzewała do podjęcia takiej decyzji.

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 16: Ekoanarchiści mobilizują się

Na czele Ekoanarchii stanęła kobieta posturą i wyglądem przypominająca dziewczynkę w szkolnym wieku. Nosiła egzotyczne, łagodnie brzmiące imię Niotse. Była trzecim dzieckiem mieszanego małżeństwa; jej matka pochodziła z wysp południowowschodniej Azji, ojciec był Nomadą z dziada pradziada.

Nikt nie dawał Niotse więcej niż siedemnaście lat; w istocie miała dwadzieścia siedem. Wyglądała dziewczęco głównie dlatego, że była niezbyt wysoka, piegowata, nieznacznie sepleniła i nosiła dwa grube warkocze. Pozorny niedostatek kobiecości rekompensowały jej biodra, obfitością i doskonałą krągłością przypominające boginie płodności z Indii i Pakistanu. Kiedy szła ulicą, mężczyźni otwierali usta z zachwytu, zamykając je chyba tylko dlatego, aby nie powiedzieć coś szalenie intymnego lub bezecnego.

Podziw mężczyzn i zazdrość kobiet nie imponowały Niotse. Żyła w świecie pragnień i idei związanych z końmi. Była urodzoną bojowniczką i zdolną konspiratorką z wizją i determinacją zwycięstwa. Nie było w tym przesady, ponieważ w jej żyłach płynęła prawdziwa krew rewolucji; była wnuczką przywódczyni słynnej grupy Ata Sorgoson, która wywalczyła wolność wyspie, skąd pochodziła jej matka.  

Z chwilą objęcia przywództwa przez Niotse bieg wydarzeń uległ przyśpieszeniu. Ekoanarchię przemianowano na Front Wyzwolenia Koni. Była to nazwa bardziej wyrazista i mobilizująca, nie wywołująca negatywnych skojarzeń tak jak anarchia. Wkrótce pojawiły się nazwy alternatywne, uproszczone: Front Ekoanarchistyczny, Front Eko lub po prostu Front.

Najpierw opracowano manifest organizacji skutecznie integrujący – mimo iż wydawało się to niemożliwe – cele i metody działania końskich ekologów i umiarkowanych anarchistów. Podstawowa zasada była prosta: totalna opozycja wobec rządu, jego struktur i stanowionych przezeń praw. Celem organizacji było przywrócenie równowagi między człowiekiem a koniem, a w szerszym kontekście między cywilizacją a przyrodą. Front dopuszczał każdą metodę działania nastawiając się na oddolną mobilizację społeczeństwa dla realizacji swoich projektów.

Zarząd Frontu zbierał się regularnie co tydzień w celu przeglądu wydarzeń krajowych i zagranicznych o największym znaczeniu dla koni. Bardzo szybko okazało się, że rząd Nomadii buduje wizerunek władzy wrażliwej na los tych zwierząt, mimo iż w praktyce konsekwentnie je eliminował zastępując gdzie tylko można urządzeniami mechanicznymi i nowymi technologiami.

Front skrzętnie dokumentował negatywne praktyki rządu. Ich publiczne ujawienie Niotse uważała za niezwykle ważne; chodziło o zbudowanie agresywnej świadomości zwykłych ludzi, niezadowolonych z postępowania rządu kraju, którego są obywatelami. Uczucie nienawiści Front uznawał za najpotężniejszą siłę anarchii, u której podstaw leży umiłowanie wolności i dobrobytu wszystkich istot żywych. Aby osłabić Front, obnażający publicznie niedociągnięcia i zaniedbania władz, ideologowie rządowi piętnowali jego postępowanie nazywając je publicznym praniem brudów oraz kalaniem własnego gniazda.

Niektóre doniesienia Frontu brzmiały tak niewiarygodnie, że spora część obywateli odrzucała je na pniu. Ucząc się na własnych błędach, ekoanarchiści doszli wkrótce do wniosku, że najbardziej bulwersujących wiadomości najlepiej nie publikować bezpośrednio i w całości, tylko dawkować, kawałek po kawałku, aby trafić z prawdą do osób darzących rząd ślepym zaufaniem. Erozję poglądów zwolenników Partii Konserwatywnej i rządu Niotse uważała za bardzo skuteczną metodę działania.

– Konkretnie, co rząd robi niedobrego? – pytali często uczestnicy spotkań i manifestacji organizowanych przez Front Wyzwolenia Zwierząt. W odpowiedzi na takie i podobne pytania Front przygotował „Czarną Księgę Praktyk Rządu”. Zawierała ona tylko fakty.

Prawo rolne, budowalne i parcelacji ziemi było tak skonstruowane, że siedliska przepoławiały i ćwiartowały tereny leśne, rolne, pastwiska i nieużytki, miejsca niezbędne dla przeżycia koni. Co więcej, w imię ochrony własności organizacje państwowe grodziły i zezwalały grodzić wszystko, co tylko dało się ogrodzić. Człowiek stawał się właścicielem zasobów naturalnych: źródła, strumienia, stawu i jeziora, traktując te miejsca jak mieszkanie, sklep czy muzeum, gdzie mógł do woli gromadzić przedmioty przeznaczone tylko dla własnego użytku. Nie było tam miejsca dla koni, ani nawet natury, która nie istnieje bez wolności od obcej ingerencji. Były to praktyki zabójcze nie tylko dla koni ale i dla przyrody.

Jedną z bardziej szokujących afer okazała się sprawa Borua w Afryce Środkowej. Premier Csudo z porozumieniu z Mesjaszem, szefem i właścicielem Partii Konserwatywnej, wysłał do tego kraju oficjalną delegację na uroczystość masowego pochówku zwierząt padłych w wielkim pożarze buszu w parku narodowym. Wyjechali ludzie, którzy nigdy nie byli w Afryce i nie znali żadnego języka. Towarzyszyli im tłumacze, specjaliści od pożarów oraz ekolodzy, wszystko zaufani urzędnicy państwowi, których rząd pragnął wynagrodzić za bezprzykładną lojalność. Delegacja spotkała się z przedstawicielami rządu Borua, aby złożyć kondolencje z powodu wielkiej tragedii. Prasa rządowa Nomadii nazywała to umacnianiem więzi, informując społeczeństwo, jak serdecznie delegację witano na czarnym lądzie i jak przy okazji przeprowadziła ona niezwykle udane rozmowy o współpracy gospodarczej między obydwoma krajami.

Dziennikarz życzliwy ekoanarchistom, który towarzyszył delegacji, o szczegółach poinformował Niotse w rozmowie telefonicznej:

– Pies z kulawą nogą nie zainteresował się delegacją rządową Nomadii, a psów tutaj nie brakuje. Ta delegacja to była jedna wielka fikcja, pic na wodę, fotomontaż. Oni przyjechali tutaj, aby wziąć udział w wielkim safari i narobić sobie zdjęć. Mam to wszystko gruntownie udokumentowane.

Po zakończeniu rozmowy prosił, aby nie informować nikogo, że to on był źródłem wiadomości, gdyż za ujawnienie prawdy zostałby wyrzucony z pracy z informacyjnej agencji państwowej.

Prawie każdego dnia Front ujawniał nowe, szokujące fakty. Wynikało z nich niezbicie, że rząd nie tylko nie wykazuje żadnego zainteresowania, ale patrzy przez palce na naganne praktyki i sponsoruje niektóre działania przyśpieszające proces wymierania koni. W lecznicach zwierząt konie usypiano pod byle pretekstem, zdrowe konie odsyłano natomiast do cyrków, które Ministerstwo Edukacji uznało oficjalnie za niezwykle skuteczną formę rozwoju wrażliwości młodzieży na sztukę, życie oraz szkolenie zwierząt (jak nazywano ich tresurę). Dla zwiększenia eksportu rząd obniżył podatek VAT i zniósł cła eksportowe na skóry końskie. Ministerstwo Rolnictwa po cichu rozpuszczało pogłoski o wściekliźnie wśród koni zagrażającej innym zwierzętom domowym i ludziom. Choć była to wierutna bzdura, ludzie w to wierzyli.

Sytuacja stawała się coraz bardziej paranoidalna.

Michael Tequila: Niezwykła decyzja Abuelo Caduco. Opowiadania. Recenzje książki są na górnym pasku menu.

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 15: Kurs kolizyjny

Premier Csudo niepokoił się. Tajne służby informowały go o radykalizacji społeczeństwa w sprawie ochrony przyrody, zwłaszcza koni. Koń był symbolem Nomadów jako narodu wywodzącego się z ludów koczowniczych żyjących na pograniczu rozpalonej słońcem pustyni, gdzie zgon z braku wody był równie pospolity jak lis pustynny zdolny przeżyć w każdych warunkach.

Jak się okazało, organizacje prozwierzęce – premier lubił używać tej nazwy – zwierały szeregi i jednoczyły się. Zaliczał do nich zrzeszenia ekologów, zielonych anarchistów i innych desperatów gotowych przywiązywać się do drzew, aby dzień i noc manifestować swoje irracjonalne poparcie dla zwierząt nawet tak drobnych jak owady. On sam nie uważał owada, drobnego ptaka czy nawet drzewa za istotę mającą jakiekolwiek znaczenie, o ile nie reprezentowała ona użytku gospodarczego lub społecznego.

– To szaleni ludzie. Oni widzą tylko katastroficzną przyszłość i mówią tylko o koniu, jakby to był jedyny gatunek zwierząt. Idealizują go twierdząc, że bez niego bylibyśmy dzisiaj niczym, że przez tysiące lat koń wykonywał za nas najcięższą robotę, a teraz – w odróżnieniu od nas – nie niszczy środowiska naturalnego i nie powoduje ocieplenia klimatu. To wariaci z bombą, którą któregoś mrocznego dnia niespodziewanie zdetonują – wygaszając takie poglądy asystentka premiera bezwiednie umacniała w nim przekonanie, że ma pełną rację.

Miłośników koni i przyrody w Nomadii dzieliła od rządu przepaść wartości, przekonań i preferencji mimo tego, że po jednej i po drugiej stronie znajdowali się ludzie o podobnym wykształceniu i dorobku zawodowym: lekarze, inżynierowie, nauczyciele, hydraulicy, ogrodnicy, a nawet perukarze, wizażyści i sprzątaczki.

– Pasujemy do siebie jak pięść do nosa lub wół do karety – twierdzili ekolodzy, po czym zadawali pytanie pod adresem rządu, jak to jest możliwe, że normalnym ludziom, kiedy dochodzą do władzy i wysokich stanowisk, we łbie się przewraca do tego stopnia, że podejmują decyzje niezgodne z własnym rozumem i sumieniem, aby tylko sprostać oczekiwaniom własnej partii. Był to okres, kiedy w Nomadii obywatele prowadzili mniej lub bardziej intensywne dialogi wewnętrzne i publiczne, bardziej eksponując to, co ich dzieli, niż to, co ich łączy.

Faktem było, że łączyło ich coraz mniej. Do tego stopnia, że zaczęli mówić o sobie jako dwóch różnych plemionach. Było to prawdą, gdyż mylili się ci, którzy pragnąc jedności społecznej, twierdzili, że jest to wciąż jeden naród a nie różne plemiona. Posiadanie tego samego obywatelstwa myliło im się z przynależnością do tego samego narodu.

Premier cenił i wierzył w inny, lepszy świat, mniej przyrodniczy, oparty na nowych technologiach i sztucznej inteligencji. Odrzucał tylko eutanazję i inżynierię genetyczną jako zjawiska niemoralne, przeciwne Bogu, biblii i kościołowi. Po prostu miał inną filozofię. Wartością dla niego, jego rządu i jego partii był szary obywatel, technologia i technika: nowoczesne lotniska, funkcjonalne budynki, banki, czyste powietrze, wydajność, dobrobyt, postęp oraz eksport. Były to hasła, którymi on i jego partia posługiwali się na co dzień. Jeśli muzyka kojarzyła mu się z naturą, to nie poprzez szum strumienia czy łkanie wiatru w trakcie wykonywania symfonii przez orkiestrę narodową, tylko poprzez struny instrumentów smyczkowych wykonane z baranich jelit. Było to bardzo pragmatyczne podejście. Jego rząd dzielił jego poglądy, co było oczywiste, bo sam dobierał współpracowników.

– Niedaleko pada jabłko od jabłoni – mówiła opozycja myśląc o jego ministrach.

Konie rząd uznawał za przeżytek, żywe przedmioty, bezmyślne i niepraktyczne, kosztowne w utrzymaniu, czasem narowiste, wymagające więcej uwagi niż małe dzieci. Ekolodzy i umiarkowani anarchiści surowo oceniali za to premiera Csudo i Partię Konserwatywną, uważając ich za manekiny bez sumienia, skoncentrowane na władzy i zdobywaniu majątków, zaślepione głoszonymi frazesami. Anarchiści wręcz nienawidzili władzy i jej praktycznych przejawów. Rząd konserwatywny był im obcy i wrogi; uważali, że jego polityka zupełnie niepotrzebnie wdziera się wszędzie, stawia ograniczenia i wymogi.

– Rząd chce wszystko regulować, mówić ci co, gdzie, kiedy i jak masz robić, jak się rodzić, żyć i umierać. Niedługo będzie wydawać instrukcje regulujące, w jaki sposób możesz korzystać z toalety publicznej.

Premier Csudo nie usiłował nawet wyobrażać sobie, ku czemu to wszystko zmierza, ponieważ uparcie stawała mu przed oczami myśl, że kurs partii i rządu oraz kurs obrońców koni muszą w końcu zbiec się razem w ciemnym tunelu. Był to kurs kolizyjny, jego zakończeniem mogła być tylko katastrofa.

Nie było to rozumowanie na wyrost, gdyż wkrótce bardziej umiarkowani anarchiści porozumieli się z radykalnymi ekologami zwanymi „końskimi”, aby połączyć się w jedną organizację o nieporównywalnie większej sile oddziaływania, określającą się jako ekoanarchia. Nastąpiła wielka fuzja, une grande fusion, jak pisała prasa francuska.

Zjednoczenie anarchistów i ekologów nastąpiło pod hasłem: „Mniej ludzi – więcej koni!”. Nowa organizacja nie kryła się ani z odważnym hasłem, ani z niechęcią do władzy, którą winiła za coraz gorszy los koni i fatalny stan środowiska naturalnego.

Ideolodzy Partii Konserwatywnej od razu uznali ich za demonów, wrogów postępu i państwa, i podjęli z nimi wojnę. Komórka propagandowa partii, w partyjnej gwarze zwana Antidotum, zaczęła upowszechniać teksty przedstawiające w czarnych barwach ruch ekoanarchistyczny. Jego cele określano jako aspołeczne i przewrotne; na plakatach pojawiły się wizerunki przywódców ruchu, ludzi o zaciśniętych ustach, surowych oczach i twarzach zniekształconych sardonicznym uśmiechem. Nazywano ich braćmi i siostrami szatana. Mimo niewyszukanej i prymitywnej propagandy, część społeczeństwa dała się uwieść propagandzie partyjnej.

Aktywność rządu myliła wielu obywateli, ponieważ skutecznie pozorował on życzliwość wobec koni i środowiska naturalnego: inicjował, sponsorowal i zachęcał do zakładania rezerwatów, sanktuariów, punktów opieki na zwierzętami, parków i ogrodów zoologicznych.

– To miejsca, w których zwierzęta przebywają w okratowanych klatkach lub na wybiegach niewiele większych niż klatka schodowa w dużym budynku –kontrargumentowali i ostrzegali ekoanarchiści.

*****

Politykę ochrony koni w środowisku naturalnym premier przedstawił w specjalnym przemówieniu wygłoszonym w Centrum Spotkań Obywatelskich. Najpierw mówił o problemach i wyzwaniach, z jakimi boryka się rząd, o zasiewach niszczonych przez dzikie konie, ilości osób, jakie doznały obrażeń ciała, a nawet zmarły spadając z koni w trakcie jazdy wierzchem. Potem cytował statystyki dotyczące tych ofiar, szły one w setki, podawał nazwy szpitali, gdzie je leczono, dziękował lekarzom za poświęcenie i dobre wyniki leczenia, w końcu przedstawił kilka zdjęć osób poszkodowanych. Kolejne problemy związane z końmi były ilustrowane slajdami. Pokazały one, jak stado koni w pędzie na pastwisko prawie rozdeptało stado owiec oraz jak znarowione konie utrudniają ruch uliczny. Była też mowa o higienie.

– Czy wiecie państwo, że koń wypróżnia się osiem do dwunastu razy w ciągu doby? – tym pytaniem premier przypomniał o niebezpieczeństwie skażenia terenu pasożytami żyjącymi w jelitach tych zwierząt.

– Potrzeba nam mleka a nie nawozu do hodowli pieczarek. Potrzeba nam krów, a nie koni.

Tym wezwaniem transmitowanym na cały kraj premier usiłował zachęcić obywateli do bardziej zrównoważonego spojrzenia na ochronę koni i środowiska naturalnego. Jego słowa były różnie przyjmowane i interpretowane. 

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 7: Dziwne widzenia dowódcy straży

Uwaga: Ten tekst zastępuje poprzedni fragment powieści, który został usunięty.

Dowódca straży parlamentarnej przeżywał najgorsze dni swojego życia. Społeczeństwo Nomadii przygotowywało się już do letnich wakacji, kiedy nastąpiło wydarzenie, które wstrząsnęło opinią publiczną, a jego dotknęło osobiście. Przyćmiło ono wszystkie inne zdarzenia, spór w sprawie inżynierii genetycznej, zmiany klimatyczne, czy masowe migracje ludzi zagrażające czystości rasowej i wierze w jednego Boga.

Myśląc o tym wieczorem dowódca straży popadł w odrętwienie, które przeszło w dręczący sen. Nad ranem, około godziny piątej trzydzieści, kiedy straż parlamentarna była jeszcze rozespana, na portierni pojawiły się dwie sprzątaczki. Strażnicy pozwolili im wejść nawet nie sprawdzając przepustek. Był to błąd, za który dowódca straży obarczał siebie, tak jakby mógł zaradzić temu, że jego ludzie nie byli dostatecznie czujni widząc te same kobiety nieprzerwanie od kilku lat. Na korytarzu głównym, na pierwszym piętrze, rzekome sprzątaczki otworzyły okno, przez które niegdyś, jeszcze w czasach historycznych wciągano meble, i wyrzuciły na zewnątrz liny. Na dole czekał już oddział uzbrojonych ludzi, mężczyzn i kobiet; na teren parlamentu dostali się oni podkopem. Oddział sprawnie opanował korytarz i sąsiednie pomieszczenia, i zabarykadował się. Komandosi byli uzbrojeni w pistolety wojskowe, pałki, paralizatory i inną broń podręczną. Po zabarykadowaniu się część jej ukryli, ale tak, by mieć ją pod ręką. Strażnikom wydawało się, że porywaczy jest dużo więcej niż zakładników. Odtwarzając nagrania z kamer przemysłowych zauważyli, że twarze porywaczy i zakładników były pokryte wizerunkami drzew i koni.

O godzinie dziesiątej rano okupanci zażądali widzenia się z ministrem leśnictwa i środowiska.

– Co najmniej z ministrem, jeśli nie premierem. Nie zaakceptujemy nikogo poniżej tej rangi – taki był dokładny przekaz.

W tym momencie nikt w parlamencie niczego poważnego jeszcze nie podejrzewał. Sądzono, że był to jakiś wygłup, maskarada lub fanaberia, ponieważ napastnicy cały czas twierdzili, że chcą tylko porozmawiać, że ich intencje są pozytywne, że pragną jedynie zwrócić uwagę na pewne, niezbyt pozytywne zjawiska w ochronie środowiska. W końcu postawili jasne żądanie: drastyczne ograniczenie wyrębu lasów i niszczenia środowiska naturalnego oraz całkowita ochrona wszystkich gatunków koni przed wyginięciem lub koniec z zakładnikami.  

Do rozmów przystąpiła grupa rządowa na czele z ministrem leśnictwa i środowiska. Hodowcy koni uważali, że nie ma on żadnego zrozumienia dla przyrody, dla nich ani ich zwierząt.

– Traktuje nas nawet nie jak konie, ale jak bydło, a bydło jak śmieci – była to opinia jednego z hodowców, od której odżegnali się inni uznając ją za drastyczną i niewyważoną.

Dla rządu oczekiwania agresorów stanowiły ogromne wyzwanie. Rozmawiano wiele godzin, na początku w tonie wskazującym na możliwość porozumienia. W końcu napastnicy wręczyli ministrowi kartkę ze spisanymi odręcznie żądaniami. Minister obiecał ich uczciwe rozpatrzenie.

Nie był poruszony bezwzględnością oczekiwań i gróźb porywaczy. Wiedział z kim ma do czynienia. Dla niego byli to ekoterroryści, taką też opinię przedstawił premierowi Csudo. Kiedy ten w spokoju swojego gabinetu zdobnego obrazami największych patriotów kraju zapoznał się z żądaniami, również uznał, że są one nieuzasadnione i ekstremalne.

– Nie uważam, że traktujemy konie i przyrodę w sposób nierozsądny, gorzej niż w innych krajach – powiedział tonem wskazującym, że minister nie powinien ustępować.  

Tajnym służbom państwowym udało się sprawdzić w międzyczasie, kim są napastnicy i wtedy wybuchła bomba. Okazało się, że były to osoby zrzeszone w organizacji radykalnego ekologizmu. Podejrzewano, że działały one pod parasolem międzynarodowej organizacji Megan International Ecoterrorists, wymuszającej ustępstwa na rządach państw na rzecz totalnej ochrony środowiska naturalnego.  

Rozpoczęły się żmudne negocjacje rząd – porywacze. Ich przebieg był transmitowany na cały kraj. Ustępując przed przemocą, której zakończenie siłowe mogłoby przynieść fatalne skutki dla wszystkich stron, rząd złożył propozycję zaostrzenia przepisów i wyłożenia większych środków zgodnie z żądaniami napastników, zdając sobie sprawę, że ich spełnienie będzie niezwykle trudne. Eksperci ministerstwa finansów przez kilka dni i nocy analizowali wszystkie wpływy i wydatki budżetowe. Sytuacja okazała się beznadziejna, nie było sposobu, aby jeszcze bardziej okroić wydatki, czy to na wojsko, czy na infrastrukturę, czy na inne cele, gdyż zmniejszyłoby to drastycznie zdolność bojową armii i pogrzebało szansę rozwoju gospodarczego. Niemożliwe było też podwyższenie podatków dla osób najbogatszych, ponieważ doprowadziłoby to do drastycznego ograniczenia kumulacji kapitału i spadku inwestycji. Opozycja miała odmienne zdanie wskazując na bezsens wydatków dla wojska w postaci interaktywnych ławek dla żołnierzy.

Negocjacje trwały kilka tygodni. Okupanci jak i niektórzy zakładnicy stali się agresywni, utrudniali życie służbom porządkowym, szarpali ich bez przyczyny, żądali posiłków z najdroższych restauracji i trzymali w szachu groźbą użycia środków wybuchowych ukrytych gdzieś w parlamencie.

Dla dowódcy straży były to przeżycia tak koszmarne, że szczypał się bezwiednie po udach, aby upewnić się, czy to sen czy jawa. Pokazywał potem sine ślady na ciele.

Rząd zachęcany przez dużą część społeczeństwa do nieustępowania, kontynuował negocjacje. Nic to jednak nie dało, tylko rozjuszyło rebeliantów i zaostrzyło ich wymagania.

Mimo żądań uczestnictwa, w rozmowach nie mógł uczestniczyć Mesjasz, szef i właściciel Partii Konserwatywnej. Miał problemy ze zdrowiem, napad na parlament tylko pogorszył jego stan. Mężczyzna upadł wcześniej na schodach i doznał wstrząśnienia mózgu, wskutek czego stracił władzę najpierw w jednej ręce, potem w drugiej, w końcu doznał paraliżu dolnej część twarzy utrudniającego mówienie. Mógł mówić, odczuwał jednak ostry ból w trakcie poruszania ustami. Mimo tego zdecydował się spotkać z porywaczami, aby ostatecznie zakończyć kryzys, choć spotkanie odradzał mu najbliższy krąg współpracowników oraz lekarze, w szczególności opiekujący się nim profesor medycyny wojskowej, który osobiście przywiózł mu protezę prawej ręki do domu. Kiedy stan zdrowia Mesjasza pogorszył się, zabrano go do szpitala. Przebywając w separatce był starannie strzeżony przez grupę antyterrorystyczną, obawiano się bowiem, że oddział okupujący parlament może być częścią większej organizacji przestępczej, która nie cofnie się przed niczym, aby wymusić ustępstwa.

Kiedy Mesjasz wychodził ze szpitala, blady i wycieńczony, witały go rzesze zwolenników. Podziwiano go za chęć prowadzenia negocjacji mimo poważnych problemów zdrowotnych. Opozycja usiłowała pomniejszyć jego popularność, upowszechniając złośliwą plotkę, że ilość kwiatów, jakimi go obdarowano, była tak wielka, że uniemożliwiła wyjazd samochodu opancerzonego, którym miano go przewieźć do specjalnego bunkra, skąd mógł bezpiecznie kierować partią, udzielać wskazówek premierowi i konsultować się ze społeczeństwem.

Jeszcze tego samego dnia problem sam się rozwiązał. Znikło trzech członków grupy okupującej parlament. Pozostałe osoby czekały niezdecydowane, co robić. Kiedy na korytarz wkroczyli strażnicy, nikt nie stawiał oporu. Dopiero wtedy okazało się, że napastnicy nie mieli prawdziwej broni ale atrapy. Znikli tylko prawdziwi napastnicy, pozostałe osoby okazały się zakładnikami. Rozpoczęto poszukiwania. Rząd postawił na nogi policję i wojsko, obiecując wysoką nagrodę za skuteczną pomoc w poszukiwaniach.

Napad na parlament uznano za nieudany test ekoterrorystów, jak daleko rząd jest gotów pójść na ustępstwa.

– To tylko kwestia czasu, że rząd będzie musiał ustąpić – podsumował ekspert od spraw terroryzmu, zastrzegając się, że jest to jego osobista opinia.

Kiedy dowódca straży parlamentarnej ocknął się z koszmarnego ni to snu, ni to czuwania, rzeczywistość okazała się inna. W parlamencie faktycznie zdarzył się incydent; samotny mężczyzna wtargnął do budynku i żądał przeprowadzenia śledztwa w sprawie okrutnego traktowania koni w państwowej stadninie. Groził, że się wysadzi w powietrze, gdyby rząd odmówił. Był to bluff i siłą usunięto go z hallu parlamentu.

– Jesteś przewrażliwiony w sprawie tego terroryzmu. Przeminie tak, jak każdy inny ruch radykalny – była to opinia żony.

Pomyślał, że mogła mieć rację. Ostatnie szkolenia na temat zagrożeń terrorystycznych mogły go nadmiernie uwrażliwić. Nie był jednak o tym całkiem przeświadczony, ponieważ jego przeżycia były zbyt wyraziste. Czuł podświadomie, że były prorocze. Zdarzały mu się wcześniej takie widzenia, ukrywał je jednak skrzętnie. Miał zdolność jasnowidzenia, którym zajmował się z powodzeniem w przeszłości. Raz czy dwa razy zdarzyły mu się jednak potknięcia, jego przewidywania nie sprawdziły się. Wtedy właśnie musiał porzucić swoje ulubione zajęcie i szukać pracy gdzie indziej. Karierę jasnowidza ukrywał przed przełożonymi. Wiedział, że nie byłoby to dobrze widziane.

Władimir Putin, piąta kadencja. Co dalej?

Moje motto: Każdy naród ponosi konsekwencje nierozumienia lub niepilnowania tego, co robi jego rząd. W skali kraju, w skali narodowej głupota lub naiwność są niewybaczalne.

 Alegoria państwa wg Alfreda Kubina

Uważnie obserwuję, co dzieje się w Rosji. Patrzę na ten kraj (przede wszystkim jako ekonomista, ale i pisarz/blogger, któremu nieobojętne jest to, co dzieje się wokół) i widzę, jak powoli stacza się w dół, a przynajmniej nie posuwa się naprzód. Rosja jest potęgą militarną, ale wydaje na zbrojenia osiem razy mniej rocznie niż USA. Zbrojenia oznaczają ogromne koszty. Płaci za to społeczeństwo, bynajmniej nie najbogatsze, w większości popierające Putina, lecz nie zdające sobie sprawy, jakie są tego konsekwencje.

Przytaczam niezbyt długi fragment artykułu, jaki ukazał się dzisiaj w elektronicznym wydaniu Wyborczej. Poniżej podaję źródło.

Źródło: http://wyborcza.pl/7,75399,23362494,wladimir-putin-rozpoczyna-swoja-piata-kadencje.html

Władimir Putin rozpoczyna swoją piątą kadencję, 7 maja 2018

I tym razem przeszła przez kraj fala protestów ulicznych. W sobotę demonstrowała cała Rosja, od Dalekiego Wschodu do zachodnich granic. Do wyjścia na ulice wezwał swych – przede wszystkim młodych – zwolenników Aleksiej Nawalny, apelując, by manifestowali pod hasłami „On nam nie car” i „Precz z carem”.

Opozycjonista dowodzi, że Putin nieczysto wygrał ostatnie wybory prezydenckie z 18 marca (otrzymał 76,69 proc. głosów przy 67,54-proc. frekwencji). Bo w rzeczywistości walczył z cieniem, nie dopuszczając do udziału w wyborach żadnego prawdziwego konkurenta.

Z gry przy pomocy snutej przez lata intrygi wyeliminował Nawalnego. Opozycjonista został skazany na podstawie sfabrykowanego oskarżenia. Choć Europejski Trybunał Praw Człowieka uznał wyrok za niesprawiedliwy i nakazał powtórzenie procesu, sądy utrzymały werdykt. A kieszonkowy Sąd Konstytucyjny orzekł ostatecznie niedługo przed wyborami prezydenckimi, że Nawalny jako skazany udziału w nich brać nie może.

Ze zwolennikami opozycji, którzy zdecydowali się zaprotestować przeciw „carowi”, Kreml rozprawił się brutalnie. Prewencyjne zatrzymania organizatorów manifestacji w różnych miastach rozpoczęły się jeszcze w połowie ubiegłego tygodnia.

A w sobotę władza po raz pierwszy rzuciła przeciw swoim przeciwnikom bojówkarzy, których przez analogię do obrońców reżimu Wiktora Janukowycza należałoby nazwać tituszkami.

Kiedy opozycjoniści zaczęli się zbierać na placu Puszkinowskim w centrum Moskwy, okazało się, że miejsce jest zajęte przez agresywnych członków faszystowskiego Ruchu Narodowo-Wyzwoleńczego (NOD), organizacji założonej i kierowanej przez ultranacjonalistycznego posła do Dumy Jewgienija Fiodorowa. Byli tam też Kozacy, którzy nahajkami bili zarówno manifestantów, jak i przypadkowych przechodniów. NOD-owcy i wspierający ich członkowie Młodej Gwardii, założonej pod skrzydłami Kremla do walki z kolorowymi rewolucjami, pod okiem policji wszczynali awantury z manifestantami. Kiedy jednak liczba zgromadzonych opozycjonistów wzrosła do kilku tysięcy, odstąpili i tłum zaczęła rozpędzać policja.

W sumie w całej Rosji zatrzymano, jak podaje organizacja OWD Info, 1612 osób. To rekordowo dużo. Sześć lat temu po zamieszkach na placu Bołotnym liczba zatrzymanych była cztery razy mniejsza. Tym razem policjanci i funkcjonariusze stworzonej niedawno do tłumienia protestów ulicznych RosGwardii brali też masowo nieletnich. W Saratowie do aresztu trafił 12-letni chłopiec.

Sam Nawalny dotarł jakoś na miejsce zbiórki manifestantów. Ale był tam bardzo krótko. Zdążył tylko podziękować zgromadzonym, zanim funkcjonariusze, chwyciwszy go za ręce i nogi, zanieśli go do więźniarki. Wieczorem odzyskał jednak wolność.

Nie na długo. 11 maja, już po inauguracji Putina i defiladzie w rocznicę zwycięstwa nad Niemcami, stanie przed sądem, który skaże go co najmniej na miesiąc aresztu za organizację nielegalnej demonstracji i opór stawiany policjantom.

Dekrety Putina

Kiedy Putin sześć lat temu rozpoczynał swoją minioną już dziś kadencję, podpisał tak zwane majowe dekrety i zapowiedział, że do 2018 r. stworzy 20 mln „nowoczesnych” miejsc pracy. Zapewniał, że wydajność pracy w Rosji wzrośnie o 50 proc., a średnia realna zapłata – o 40-50 proc.

Nowego przemysłu nie ma. Wydajność pracy rosła przez ostatnie sześć lat w tempie 0,5 proc. rocznie. Realne dochody Rosjan spadły, przez ostatnie cztery lata nieprzerwanie się zmniejszają. Kraj zamiast obiecanego mu przez prezydenta piątego, zajmuje dziś 12. miejsce na liście światowych potęg gospodarczych. Pod względem wielkości PKB (liczonego w dolarach) na obywatela Rosja z 41. spadła przez sześć lat na 72. miejsce. Mocno trzyma się natomiast w czołówce najbardziej skorumpowanych państw świata.

Niedawno portal Republic.ru, podsumowując sześciolatkę putinowską, napisał, że Rosjanie otrzymali „więcej armat i więcej oleju palmowego”. Wzrosły bowiem wydatki tylko na armię i wojny, w które prezydent wplątał kraj. A Rosja obłożona sankcjami za Ukrainę, na które odpowiedziała, wstrzymując import żywności z Zachodu, sprowadza coraz więcej oleju palmowego, który służy do produkcji kiepskiej jakości zamienników masła czy sera.

Obserwatorzy moskiewscy stawiają jednak optymistyczne prognozy. Twierdzą, że Putin może teraz postawi na „rozwój kapitału ludzkiego”, czyli przeznaczy więcej pieniędzy na oświatę i służbę zdrowia, a zredukuje wydatki militarne.

Poprawie relacji ze światem, którą prezydent też ponoć planuje, ma służyć powierzenie jakiegoś poważnego stanowiska liberalnemu ekonomiście, niegdyś wicepremierowi i znakomitemu ministrowi finansów Aleksiejowi Kudrinowi. Mówiło się, że może nawet zostać premierem. Ale giełda moskiewska stawia teraz raczej na to, że szefem rządu pozostanie Dmitrij Miedwiediew, a szanowany na Zachodzie Kudrin stanie się zastępcą szefa administracji kremlowskiej odpowiedzialnym za gospodarcze stosunki z zagranicą.

Moje książki w księgarni: https://tinyurl.com/y895884p 

Kronika narodu wybranego. Przegląd znaczących wydarzeń krajowych

W dniach wcześnowiosennych w Nomadii nie zabrakło wielkich wydarzeń. Prezydent republiki wziął udział w zawodach przeciągania liny z Mężem Świątobliwym o puchar Referendum. Ludzie entuzjazmowali się. Przyjmowano zakłady, kto wygra i komentowano.

– Obydwaj zawodnicy to znane osiłki. Prezio to prawdziwy zakapior, ale Czcigodnemu też niczego nie brakuje. Popatrz, jak mocno stoi na nogach!

Prezydent powiedział ważne słowa: – Ufam. Uczciwość, a nie cynizm i draństwo,  na co Czcigodny odpowiedział, że on nie wierzy w jego zwycięstwo bez względu na słowa.

– To imposybilizm – dodał. – Nie takich zawodników kładłem na łopatki. Prezio jest tylko mocny w pysku, zupełnie jak moja papuga.

Opozycja jak zwykle twierdziła swoje: – Prezydent brnie w pomysły.

Zwolennicy Czcigodnego byli tak pewni jego zwycięstwa, że z uśmiechem lekceważenia leniwie sączyli słowa: – Spoko! Zobaczymy! Nie zastanawiałem się! Nasz zawodnik jest twardy jak żelazna sztaba.

W tym samym czasie Minister Uczciwości, zwany Osobnikiem o Rumianym Obliczu, niezwykle ciekawie mówił o sędziach.

– Kradną, nie są transparentni, widać na wylot, co myślą i co kradną.

– A co myślą i co ukradli – zapytał dziennikarz.

– Myślą tylko o sobie, to egoiści korporacyjni, najgorszy sort. A co do kradzieży to były one bardzo poważne: nożyczki pneumatyczne, kiełbasa oraz para zielonych skarpetek sportowych.

W parlamencie, gdzie wtargnęły kobiety w potrzebie, też nie zabrakło dynamiki. Rząd udostępnił im korytarz na konsultacje w sprawie pięciuset złotych na rehabilitację dorosłych dzieci.

– Pięćset złotych to bym prosto z serca wyjął, nie jadłbym cały tydzień, aby tylko wam pomóc. Ale od lat nie widziałem takiej kupy pieniędzy – oświadczył Czcigodny, który zjawił się prawie natychmiast na miejscu wydarzeń. Obecni byli także minister ds. długich negocjacji, premier i jego cały gabinet. Tylko ex-premier była nieobecna, ponieważ wyjechała służbowo na światowy spływ kajakowy w niezwykle ważnych i nieciepiących zwłoki sprawach państwowych. Kobietom w potrzebie przysłała telegram: „Myślę o was nieprzerwanie. Stop. Spać nie mogę z troski. Stop. Komary tu takie, że jak mnie obsiadły, to pytały siebie nawzajem: Zjemy ją tu na miejscu czy zabierzemy do domu? Stop. Cierpię, a mimo to myślę o was. Stop. Wytrwajcie. Kocham Was! Stop”.

W mieście dwie patriotki i jeden patriota narodowy pobiły Gwinejczyka Diaro, krzycząc, że nie dopuszczą, aby zaśmiecał ulice i w ogóle cały kraj. Jak kobiety zeznały po dojściu do siebie, to on ich pobił a następnie całą trójkę zaciągnął do aresztu.

Rzecznik rządu oświadczył:

– Uczyniliśmy wszystko, aby takie akty brutalności nigdy nie miały miejsca. Nie życzymy też sobie, aby obcy sprawcy zaśmiecali nam ulice i w ogóle cały kraj.

Moje książki https://tinyurl.com/y895884p

 

Nawet we śnie oglądam rzeczywistość. Piramida cyrkowa.

Śnił mi się Jarosław Kaczyński, wyszedł zza pleców Augusta II Mocnego, jeszcze bardziej mocarny, trzymał na ramionach premiera Morawieckiego i ex-premier Szydło, obciążonych wielkimi premiami, a ci trzymali na ramionach marszałka Sejmu i kilku ministrów, w tym ministra Macierewicza obciążonego generałami i niezakupionymi helikopterami.

Zawiał wiatr, chyba historii, piramida zachwiała się, potem przyszedł huragan, w końcu rozległ się wielki łomot i coś zwaliło się na ziemię. Po chwili zrobiło się cicho i odczułem wielką ulgę. Nie wiem, co się dalej działo, bo obudziłem się postanawiając być prorokiem we własnym kraju.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Sursum corda, Bracia i Siostry! Sursum Corda! C.d na  https://tinyurl.com/yc4bbpnd

 

Kronika narodu wybranego. Odc. 10: Nazywajmy rzeczy po imieniu

Historia naturalis palmarum

Słonecznym rankiem, kiedy fanfary przedwiośnia budziły ludzi radosną pobudką, Iwan Iwanowicz, wspomagany dodatkowo darem bezsenności, przedstawił tajemnicę nazywania rzeczy po imieniu. Stało się to przy krawężniku, miejscu objawień demokracji bezpośredniej. Przyszło mu to tym łatwiej, że był pijany, w stanie określanym przez mieszkańców tropików jako „muy embriagado”, czemu zawdzięczał upojne wizje i kolorowe przemyślenia. Zapytany, jak przeżywa stan uniesienia emocjonalnego i intelektualnego, skwitował krótko:

– Czuję się tak samo jak cały kraj.

Uspokoiwszy się, kontynuował.

– Nazywajmy rzeczy po imieniu – zaczął, wynosząc pod niebiosa Czcigodnego, przywódcę partii i narodu. Uznał za rzecz nadzwyczajną połączenie w jednym umyśle i sercu tych dwóch wielkich bytów. Z Czcigodnym, jak się okazało, łączyła go zażyłość historyczna.

– Bardzo dobrze go rozumiem, należymy do tej samej kategorii geriatrycznej, inaczej mówiąc jesteśmy synami ustroju robotniczo-chłopskiego wspomaganego przez inteligencję pracującą. Premier Cudny też jest wytworem tego samego ustroju rozłąki z rozumem, z tą różnicą, że nie jest on synem, ale jego wnukiem. Mądrość ustroju nabył on w sposób naturalny wraz z mlekiem matki i poglądami ojca wracającego tęsknotą do lat młodości, kiedy to naród stał nad prawem jak złota brama nad wjazdem do królewskiej rzeźni.

Z Mężem Czcigodnym łączy mnie historia, pobrane nauki, zwyczaje i nawyki. Rozumiem, co go dręczy, ponieważ dobrze pamiętam niespełnione pragnienie ówczesnej władzy uszczęśliwienia narodu. Czyż nie jest to piękne, że dobrobyt w ojczyźnie tworzony jest dzisiaj przez człowieka ukształtowanego przez naszą wspólną, histeryczną przeszłość, i jest to dobrobyt obowiązkowy? Gdzie indziej dobrobyt jest dobrowolny, chcesz to bierz, a nie chcesz, to nie bierz, ale nie u nas. Musisz go wziąć, bo rozumna władza wie najlepiej.

Po krótkiej czkawce, Iwan Iwanowicz pociągnął temat dalej.

– Czcigodny i pan premier stworzyli już ekonomiczny fundament dobrobytu. Aby nie rzucać słów na wiatr, przedstawię wyliczenie. Dzisiaj, na przedwiośniu, rzodkiewki z Włoch, pęczek zawierający 10 sztuk, były w warzywniaku po złotówce. W przeliczeniu na przeciętną premię w wysokości 75 000 zł, znaczy to 750 000 sztuk. Jeśli przeciętny obywatel będzie jeść z umiarem, powiedzmy 5 sztuk dziennie, to premia zapewni mu rzodkiewki przez 150.000 dni, co daje 410 lat zdrowego odżywiania. Tylko za jedną premię roczną!

Iwan Iwanowicz poruszał ustami, testując kubeczki smakowe, aż w końcu – wciąż myśląc o świeżych warzywach – poczuł smak włoskiej pizzy o kształcie pieroga, jaką kiedyś zachwycił się w Wenecji. Wspomnienia przeszłości przywróciły go na tory rozważań o Mężu Czcigodnym.

– Wszyscy go znamy i kochamy – podjął wątek. – Ciało lekko pulchne, łagodne zaburzenie kaszkietu wywołane kryjącą się pod nim siwizną. Dla wielu osób, które go ubóstwiają – nie to co ja, który go cenię, a nawet szanuję za pomysłowość i dobre intencje – pełni on wzór męża opatrznościowego.

Porównania wyczerpały mówcę. Machnął ręką, dając znak, że już skończył mowę pochwalną i nie zamierza więcej absorbować zebranych swoim zauroczeniem władzą. Powitano to mieszanymi oklaskami.

Kronika narodu wybranego Odc. 8: Premier wygłasza przemówienie o wypędzonych

Gaius Marius na wygnaniu

W pięćdziesiątą rocznicę wypędzenia premier Cudny wygłosił przemówienie na uczelni wyższej.

– Nie takiej znowu wyższej, skoro zdołał się tam dostać – drwiła opozycja, jak zwykle niechętna rządowi i wszystkiemu, co go otacza.

Premier mówił z pamięci, ale czytał z kartki. Robił to dyskretnie, z dystynkcją, z której był znany. Wszyscy cenili go także za powab osobisty i mówienie językami, bo spośród członków rządu tylko on robił to udanie i z wdziękiem. Premierowi chodziło w tym wypadku jednak o dokładność, a nie o wywarcie wrażenia.

– Z wypędzonymi to było tak, że ich wypędzono, ale to nie byliśmy my, tylko obce mocarstwo, które u nas rządziło i opętało umysły ówczesnej władzy, która nie była nasza, choć mówiła naszym językiem. Naszego państwa, ukochanej Nomadii, jeszcze nie było. I tę prawdę trzeba odnaleźć. 

– A kiedy i gdzie pan się urodził, panie premierze? – Zadał pytanie dziennikarz, na którego wszyscy sykali z niezadowoleniem, bo taką datę to zna każdy porządny obywatel. – Przecież pan się urodził w roku wypędzenia. Czy to znaczy, że pan nie urodził się w Nomadii, tylko za granicą?

Premier zamyślił się głęboko, aby przypomnieć sobie szczegóły, co nie przyszło mu łatwo, bo soczewki okularów zaszły mu mgłą wzruszenia i słabiej widział rzeczywistość.

Świadkowie wypędzenia mieli inne wyobrażenia, jak to było, ale i tak to nic nie zmieniło, bo nazwa „świadek” źle się kojarzyła z religią, w której wyznawcy zapominają leczyć swoje dzieci, kiedy w grę wchodzi transfuzja krwi. Sprawa ta miała trochę wspólnego z wypędzonymi, bo oni też byli odmiennej religii, co nie wszystkim się podobało.

Po namyśle Premier powiedział:

– Pytanie jest dobre, nie powiem, nawet o tym kiedyś myślałem, ale umknęło mi to z pamięci. Jak państwo wiecie, jestem patriotą i zawsze chciałbym, aby wszyscy rodzili się w naszym kraju, co nie zawsze jest możliwe.

Po tym wyjaśnieniu premier jeszcze raz się zamyślił i wyjaśnił:

– Co do roku i miejsca mojego urodzenia, to nie mogę się wypowiedzieć. Byłem wtedy za mały, aby to pamiętać. Mogę państwu powiedzieć, jaki był kolor moich pieluch, ale nic więcej nie pamiętam. Potem to już zajmowałem się sprawami poważniejszymi i karierą zawodową, która udała mi się nadzwyczajnie dzięki przewodnictwu naszego ukochanego Męża Czcigodnego.

W dowód uznania dla premiera za słowa serdecznej podzięki i szacunku dla starszych zebrani wstali i wyrazili swój szacunek minutą milczenia. Wcześniej wyszedł z sali naukowiec też starszej daty, który dobrze pamiętał wypędzenie i wypędzonych. Tłumaczył się dolegliwościami wewnętrznymi.

– Kiedy wzrusza mnie przemówienie, zawsze boli mnie brzuch. To jakieś uczulenie. Cholernie tego nie lubię – wyjaśnił z żalem.

Michael Tequila, powieść, poezje, opowiadania, Księgarnia Merlin:https://tinyurl.com/y7cza5nc

Kronika narodu wybranego. Odc. 7: Pokutnicy

Na wieczorne posiedzenie parlamentu premier Cudny przybył wraz z całym gabinetem. Był to poruszający widok; mężczyźni mieli na sobie grube, czarne włosienice, kobiety podobne, lecz w jaśniejszym kolorze z delikatniejszej tkaniny. Wchodząc zawodzili z wielkim żalem i posypywali sobie głowy popiołem.

– Przyszliśmy tutaj – wzruszony premier ogarnął wzrokiem stadko najbliższych współpracowników – aby się pokajać i prosić o przebaczenie. Wzięliśmy pieniądze, które nie były nasze, prawdziwe srebrniki, które nam wciśnięto, ale to była nasza wina, że nie domyśliliśmy się, że nie wypada ich brać.

Słaniając się po brzemieniem winy premier poprosił ministrów o zwrot pieniędzy.

– Co kto może! – zachęcał. Śmiało! – wołał.

Ministrowie oddawali pieniądze z płaczem radości. Niektórzy bili się w piersi i krzyczeli przejmująco: Mea culpa! Mea culpa! Mea culpa! Na początku pieniądze rzucano na tacę stojącą przed ławą jego Czcigodności, który patronował akcji pokajania błogosławiąc podchodzących, potem do wielkiego kosza, w końcu na stos na środku sali. Wkrótce urosła tak wielka góra pieniędzy, że trzeba było przesunąć ławy parlamentarne, aby zrobić miejsce.

Posłów opozycji, cyników z natury i przekonania, serdecznie poruszyły żal i szczerość intencji członków rządu. Nastąpiło wielkie rozrzewnienie; rząd i opozycja padali sobie w ramiona, wybaczając sobie nawzajem przewinienia.

Potem nastąpiła druga część uroczystości. Na wniosek premiera ustawili się w kolejce ministrowie, wiceministrowie i sekretarze stanu pragnący złożyć rezygnacje ze stanowisk. Marszałek zaczął ich liczyć, lecz musiał przerwać, ponieważ wciąż dochodzili nowi. Pierwsze liczenie dało wynik 17, drugie 46, trzecie 92. Tłum gęstniał, zrobiło się duszno, otworzono okna. W tym momencie marszałek przerwał uroczystość, oświadczając głośno: – Nie mogę pozwolić na dalsze rezygnacje, bo nikt nie zostanie rządzie. Uczciwość rządu przerosła moją wyobraźnię.

Po wygłoszeniu tego oświadczenia marszałek poprosił wszystkich posłów o powstanie i uczczenie uczciwości rządu minutą milczenia. Całą uroczystość transmitowała telewizja publiczna.

Kronika narodu wybranego. Odc. 6: Nadzwyczajna rola tasaka

  Tasak Parang.

W parlamencie nastał sądny dzień. Premiera Cudnego oskarżono o niewyobrażalne czyny i skłonności; jeśli nie sadystyczne, to co najmniej rzeźnickie. Przeczuwał to, gdyż idąc na salę obrad, zaplątał się we własne nogi i mało nie upadł. Uratowała go tylko świadomość, że służy słusznej sprawie i głosi prawdę z wysokości tych właśnie nóg.  

– Nie taki on cudny, skoro tasakiem posiekał ogromny majątek na drobne kawałeczki jak zwykłego kurczaka i rozdzielił je między rodzinę i biednych ludzi – krzyczała opozycja.

Dla rozjaśnienia sprawy zaczęto liczyć obdarowanych: krewnych, kuzynów, pociotków oraz wszystkich uszczęśliwionych biedaków. Okazało się, że premier jest bogatszy w rodzinę i ubogich znajomych niż w pieniądze, gdyż niewiele zostało mu z podziału. Ta przejściowa konkluzja zdezorientowała audytorium. Niektórzy posłowie wręcz pogubili się i wyciągali smartfony, aby się odnaleźć korzystając z GPS.

Premier bronił się stosując różne taktyki. A to milczał, a to odwracał się plecami do pytających; w końcu zwrócił się frontem do kolegów i koleżanek tej samej orientacji majątkowej, którzy dla dodania mu otuchy trzymali nad głowami wielki portret Czcigodnego Męża .

Nie wszyscy posłowie ocenili premiera negatywnie. Byli i tacy, co dostrzegli jego nadzwyczajne umiejętności żonglerskie, użyteczne w polityce, zwłaszcza międzynarodowej, kiedy ma się do czynienia z ludźmi innej kultury i obyczajów, chętnie oglądających sztuczki, jakich jeszcze nie widzieli.

Oprócz zarzutów, było także dużo pytań. Pytano przede wszystkim, czego premier się wstydzi i czy jest wstydem zarabianie dużych pieniędzy. Było to niepotrzebne, bo i tak wszyscy znali odpowiedzi.

Koledzy i koleżanki premiera wspierali go przysłowiami: „dobrym pomysłem i zręczną pracą nawet bogacze się bogacą”, „bogatemu to i byk się ocieli”, „pieczone gołąbki nie lecą same do gąbki”, „bez pracy nie ma kołaczy” oraz „nie wstyd jest zarobić godziwe pieniądze, nawet całą górę”.

Po ostatnim porzekadle padło rzeczowe pytanie: – Komu szkodzą góry pieniędzy, zwłaszcza zimą, kiedy tysiące ludzi jeździ na nartach, kiedy nawet sama głowa państwa lubi sobie szusnąć w dół w kolorowym czerwonozłotym kasku? Było to pytanie merytoryczne, bo nikt nie usiłował nawet na nie odpowiedzieć.  .

Skąpany w deszczu okrzyków premier nie załamał się, wręcz przeciwnie, dał pokaz przytomności umysłu: pochylił się, wyciągnął składany parasol i rozpiął go, aby przeczekać burzę. Tak go potem pokazywano w telewizji, twardego jak skała, opanowanego, z dumnie podniesionymi okularami ze szczerego złota, czekającego na uspokojenie umysłów wzburzonych siekaniem dużych pieniędzy na kawałki jak kurczaka.

Michael Tequila, powieść, poezje, opowiadania, Księgarnia Merlin:https://tinyurl.com/y7cza5nc

Kronika narodu wybranego. Odc. 5: Koniec procesu ewolucji

Od autora. Wciąż eksperymentuję. Czytelnicy przedstawili mi uwagi, które wykorzystuję, aby znaleźć najlepszą formułę powieści. Zmieniam tytuł i nazwiska niektórych bohaterów. Dokonam odpowiednich zmian wstecz, w poprzednich odcinkach.

Cz. 5: Koniec procesu ewolucji.

Późnym popołudniem w sobotę Komitet Polityczny premiera Pięknego, zwanego też Chudym, podsumował:

– Dotarliśmy do końca łańcucha ewolucji. To szczyt rozwoju. Dalej już nie pójdziemy, nie ma sensu ani potrzeby, bo tylko możemy spaść.

Na czele komitetu stał mężczyzna słusznego wniosku, o wydatnych wargach i zniewalającym uśmiechu. Występował często w telewizji, wygłaszając teorie na temat polityki międzynarodowej. Był tak lubiany, że widzowie robili sobie z nim selfie. Był też idolem dzieci, kobiet i sfer intelektualnych, u których miał kredyt zaufania wielkości szafy. Była to masywna dawka. Na polityce znał się jak mało kto. Pracował kiedyś w teatrze i nakładał maseczki kosmetyczne na twarze aktorów, pod którymi ukrywali swoje prawdziwe twarze, aby ujawnić oblicza wielkich postaci historycznych. W ten sposób dyrektor komitetu politycznego ocierał się wybitnych mężów stanu Talleyranda, Lenina, Gandhiego, Mao Zedonga, Churchilla. Ich wiedza polityczna spływała na niego.

Delegacja komitetu udała się po akceptację wniosku o osiągnięciu szczytu rozwoju do Męża Świątobliwego, przez obcych zwanego Samotnikiem, przez swoich Czcigodnym, przez współpracowników Szefem. Był dobrze strzeżony; delegacja posuwała się naprzód raz po raz sprawdzana przez straż. Idąc spekulowali, że może znajdzie dla nich chwilę wolnego czasu, może czyści sobie buty albo w zamyśleniu bawi się smartfonem. Kiedy weszli do jego gabinetu, gładził ręką czarną skórę, sprowadzoną z Egiptu. Wyglądała jak żywa, sypały się z niej skry. Gospodarza wyraźnie to bawiło, gościom też podobała się zabawa. Domyślili się, że jest to forma miłości okazywana przez niego istotom żywym.

Świątobliwy wniosek zaakceptował, po czym uprzejmie skinął ręką, aby sobie poszli i więcej mu nie przeszkadzali. Odchodząc, zapewnili go jeszcze raz, że naprawdę osiągnęli koniec łańcucha ewolucji, poza którym nie ma już dalszego rozwoju.

– Wiedziałem to od dawna – odpowiedział z powagą, na jaką zasługiwały jego słowa.

Następny dzień, była to niedziela, dla dobra społeczeństwa zamknięto wszystko na klucz łącznie z toaletami publicznymi. Panowała cisza, idealne warunki do kontynuacji obrad parlamentu.

Rześko ruszyli z debatą nad pozostałymi reformami. Opozycja prawie nie zabierała głosu, ewolucyjnie mniej rozwinięta nie wiedziała, jak się zachować. Kiedy wreszcie otworzyła usta i wydobyła z siebie niezdarne słowa, dyskusja tak się ożywiła, że w powietrzu latały przekleństwa i wyzwiska, a jej uczestnicy nazywali siebie małpami.

Wieczorem komitet polityczny, była już godzina dwudziesta druga albo i później, osiągnął porozumienie. Ujął to słownie przewodniczący komitetu:

– Doszliśmy do końca łańcucha ewolucji, do szczytu rozwoju, ale na innym, wyższym poziomie. Wizyta u szefa bardzo nam pomogła. Teraz już jesteśmy pewni, że nie jesteśmy wyłącznie istotami człekokształtnymi, tylko neandertalczykami. Dalej już nie pójdziemy; nie ma sensu ani potrzeby. Dokończymy jedynie reformy uszczęśliwienia narodu. Zostało nam już mało czasu.

Deklaracja przewodniczącego została przyjęta tak gorącym aplauzem, że trzeba było otworzyć okna, aby schłodzić atmosferę.

Michael Tequila, powieść, poezje, opowiadania, Księgarnia Merlin:https://tinyurl.com/y7cza5nc

Kronika narodu wybranego. Odc. 4: Premier objaśnia dumę narodową

Za granicą sprawy nie poszły tak dobrze, jak się spodziewano, choć w sumie ułożyły się znakomicie. Dumą narodową Nomadów zachwycono się powszechnie, znalazły się jednak elementy szowinistyczne, radykalne, różnego rodzaju fanatycy religijni i uciekinierzy, którym nie podobała się ona, i którzy potępili Nomadię.

W kraju rząd uznał ten sprzeciw za mało znaczący, zupełnie minimalny, polegający na nieprozumieniu, i uspokajał opinię publiczną, że nic się nie stało, mówiąc „wszystko wyjaśnimy, że nie ma żadnego pożaru niechęci wobec nas, który byłby widoczny ze wszystkich latarni morskich na świecie”.

Rzecznik rządu podkreślił, że należy pamiętać, że nie wszyscy obywatele innych państw sami byli bohaterami i dlatego nie potrafią należycie docenić dumy narodowej. Z tych samych względów nie podobają im się kary ustalone przez Nomadię dla osób i instytucji, które mówiłyby źle o niej lub o jej obywatelach, wśród których było kilku podleców, ale bardzo niewielu, i proporcja dobrych obywateli do złych była jak pięćset do jednego. Czy powiedział dokładnie „pięćset do jednego” nie było całkiem pewne, ponieważ wypowiedział to niewyraźnie.

W kraju winą za krytykę dumy narodowej rząd obarczył opozycję parlamentarną, która „zawsze była gotowa narażać na szwank interes narodowy z najbardziej egoistycznych pobudek”, mimo że i opozycja była za przyjęciem ustawy o dumie. Tego poparcia nie wyparł się nawet wysokiej rangi polityk opozycyjny znany z uśmiechu zajączka na zaciśniętych przednich zębach.

W celu wyjaśnienia nieporozumień za granicę udał się Premier Cudny. Do wyjazdu przygotował się niezwykle starannie, przede wszystkim pobrał szczegółową instrukcję od Jego Świątobliwości. Dla podkreślenia dobrej woli i pokazania kraju z pozytywnej strony zabrał ze sobą kilka kawałów najlepszej kiełbasy, pół litra wódki „Narodowa” oraz kilka puszek konserw rybnych wyprodukowanych przez Nomadów, którzy żyjąc na terenach pustynnych potrafili czynić cuda z ryb, jakich w życiu nawet nie widzieli.

Premier spotkał się z najwyższymi czynnikami wielkiej organizacji, której ogrom przeraziłbym wszystkich, ale nie jego i jego rząd. Spotkanie z przewodniczym tej organizacji, do której należała też Nomadia, zrelacjonował potem sobie w telewizji.

– Na wierzch jak czerw wypełzły nieporozumienia. Wyjaśniliśmy to sobie z łatwością. Spotkanie przebiegło w znakomitej atmosferze. Spór został prawie całkowicie załagodzony. Przewodniczący podkreślił wspaniałą atmosferę spotkania:

– Mówi pan, panie premierze Cudny, o wiele ładniej niż pańska poprzedniczka. Bardzo ją lubiliśmy, ale ona nie była tak wymowna jak pan. Pański języki jest aksamitny, wyłożył pan wszystko tak klarownie, że w moim sercu zakwitły kwiaty, i to te najdelikatniejsze, jak jaśminy, groszki pachnące oraz chabry i bławaty, które są dobrze znane w pańskim kraju.

– Wszystko było oparte na nieprozumieniu. Wytłumaczyłem to i rozstaliśmy się w największej zgodzie. Jest tam jeszcze jakiś drobiazg, jeden lub dwa, jakaś rezolucja, że niby mamy dostosować się i przestrzegać jakichś nieznanych mi jeszcze zasad, ale jest o małe piwo – wyjaśnił premier w telewizji, oblizując usta na wspomnienie piwa chmielowego, za którym przepadał.

– Na początku źle mnie zinterpretowano, bo wprawdzie mówiłem po angielsku i to z doskonałym z akcentem, oxfordzkim przez „x”, ale zrozumiano mnie w zupełnie innym języku. Oni są po prostu niedoinformowani.

W czasie pobytu za granicą premierowi pomyliły się kierunki świata i złożył wieniec kwiatów nie pod tym pomnikiem, co trzeba, choć nie jest to całkiem pewne. Wieniec był tak wielki i pachnący, że wszyscy na to zwrócili uwagę. Pozytywną stroną było to, że wszyscy wieniec i premiera mają teraz na zdjęciach, w telewizji i na ustach. Premier zapomniał o tym wspomnieć, ponieważ jego myśli kołowały wciąż wokół dumy narodowej, z której i on był dumny.

Kronika narodu wybranego. Odc. 3: Duma narodowa

Obecni w pokoju ministrowie zerkali już dyskretnie na zegarki. Zrobiło się późno. Na dworze było zimno i ciemno, był to koniec lutego. Jakby odczytując ich myśli premier Smukły postanowił zakończyć posiedzenie gabinetu.

– W końcu zaczniemy prawnie chronić naszą największą wartość, dumę narodową. Trzeba skończyć z atakami na naszą historię, która jest przecież historią wyłącznie bohaterstwa. Możemy być tylko dumni z pomocy bliźnim w ciężkiej potrzebie w tamtym trudnym okresie. Nie godzimy się z tym, że ktoś mógłby nam wypomnieć złe czyny, których nie popełniliśmy . Będziemy ścigać prawnie takie osoby i organizacje.

Wiadomość o ochronie dumy narodowej pojawiła się w wieczornych dziennikach telewizyjnych. Społeczeństwo przyjęło entuzjastycznie decyzję rządu. Obywatele wychodzili na ulice, najpierw pojedynczo, potem większymi grupami, wyprostowali, z podniesionymi głowami, lekko cofniętymi ramionami i wzrokiem skierowanym w przyszłość. Cieszyli się z przynależności do narodu mającego największe powody ze wszystkich do dumy z siebie i swoich czynów, pragnęli ją nosić otwarcie w sercach, a w święta narodowe także na sztandarach i transparentach.

Uczucie dumy okazało się tak intensywne, że z obawy, czy nie jest niebezpieczne dla zdrowia w kilkunastu większych miastach pobrano jej próbki i oddano do analizy. Znaleziono w nich te same trzy składniki: honor, chwałę i godność. Tylko dwa laboratoria posługujące się nowszymi metodami analizy ujawniły także elementy pychy i zarozumiałości.

– Były to zupełnie przypadkowe zanieczyszczenia. Ich mikroskopijny poziom jest bez znaczenia – udzielając wyjaśnienia rzeczniczka rządu zasłaniała Jego Świątobliwość własnym ciałem przed natrętnymi reporterami. Zniecierpliwiony gestem nadmiernej opiekuńczości Eminencja odsunął ją na bok, aby wygłosić krótkie oświadczenie.

– Jestem szczęśliwy, że dotarliśmy tu, gdzie dotarliśmy. Pewne czynniki utrudniały nam dotychczas swobodny rozwój dumy. Wiedziałem o tym, ale nie mogłem nic ujawnić z uwagi na inne, jeszcze bardziej skomplikowane elementy. Teraz możemy już o tym swobodnie rozmawiać. Nasza duma narodowa to fenomen w skali światowej; żaden kraj nie może się z nami porównywać. Okazaliśmy bezmiar pomocy bliźnim w najtrudniejszym dla nich i dla nas okresie. Musimy i będziemy chronić tę wartość. Nie możemy pozwolić, aby ktokolwiek ją kwestionował, umniejszał czy w nią wątpił.

Sprawą przygotowania ustawy zajął się najsprawniejszy prawnik w rządzie, rzutki i energiczny, pasjonat przewodzenia, przemawiania i oskarżania. Ustawę przygotował tak starannie, że parlament uchwalił ją bez czytania w ciągu jednego dnia i dwóch godzin. Czas procedowania był dokładnie wymierzony, ponieważ rząd wcześniej już uznał – na wniosek Jego Świątobliwości – że bez przyśpieszenia (zwanego akceleratorem) naród nie jest w stanie osiągnąć powszechnego dobrobytu. Pośpiech był nieunikniony, gdyż poprzednia ekipa rządząca pozostawiła państwo w stanie gorszym niż obrabowany i spalony sierociniec na bagnie.

Ustawę zatwierdzoną przez niższą izbę jeszcze tej samej nocy przyjął senat; jego marszałek osobiście dostarczył dokument do prezydenta w celu ostatecznego uświęcenia. Prezydent czekał już na schodach pałacowych w świetle rozpalonych twarzy, w atmosferze zapachu imponujących bukietów czerwonych róż. Mimo, że był mańkutem, pragnął podpisać dokument oburącz, dla wyrażenia swego pełnego poparcia.

Uroczystość z zapartym tchem obserwowali obywatele czekający od wielu godzin przed pałacem oraz na placu za pałacem, gdzie ustawiono dwa wielkie i sześć małych telebimów. Szybkość stanowienia prawa w Nomadii pogłębiła w nich i tak już niezwykle silne poczucie dumy; byli przekonani, że ustawa jest bardziej potrzebna niż chleb powszedni, o jaki modlili się codziennie.  

W ostatnim momencie przed podpisaniem prezydentowi zadrżała ręka. Czujne oko najwyższego strażnika porządku wyłapało mikroskopijny błąd, który wzbudził w nim poważną wątpliwość. Chodziło o to, czy określenie „duma narodowa” powinno pisać się z dużej czy z malej litery. Wstęga pytań przewinęła się przez jego przepracowaną głowę, jedno bardziej szokujące od drugiego, kto i dlaczego pozostawił w ustawie tak groźne niedopowiedzenie. Prezydent zachował się jak zawsze, z godnością i zgodnie z sumieniem; podpisał dokument i od razu pchnął go umyślnym do Trybunału Konstrukcyjnego, najwyższego państwowego organu oceny konstrukcji prawnych, słynnego trzeciego filaru.

Historycznie, był to okres, kiedy system prawny Nomadii oparty był już na zasadzie „Trzy w jednym”.

Wszystkie książki autora do nabycia w Księgarni Merlin:  https://tinyurl.com/y7cza5nc . Recenzje są na górnym pasku menu powyżej na tej stronie. 

Sytuacja folwarczna

Na Folwarku Zwierzęcym im George’a Orwella, wersja aktualizowana, wciąż coś się dzieje. Zwierzęcy rząd zaktywizował się i poruszył cały folwark. Iwan Iwanowicz relacjonował przy krawężniku:

– Jest ciekawie. Premier jest na świeczniku, a Ten, Który Jest Nad Nim, pozostaje w ukryciu. To bardzo oryginalna inscenizacja. Widziałem premiera w telewizji. Pięknie mówił, swobodnie, na siedząco i na stojąco, równocześnie kilkoma językami jak całe górne piętro wieży Babel – mówca nie skrywał zauroczenia szefem folwarcznego rządu.

– Premier jest cudowny: wysoki, postawny, uduchowiony. Boże, jak ja chciałbym mieć takie ciało! Każdego bym wtedy zauroczył – starszy pan westchnął tak głęboko, że ziemia zadrżała.

– O czym mówił premier? – pytania padały gęsto jak śnieg na Antarktydzie.

– O zwierzętach folwarcznych, dobrych i złych, i o dumie, i powodach do chwały. Chodziło o ich zachowanie w czasie tak dawnym, że mało kto już pamięta. Mało kto, ale on pamiętał i wyjaśniał:

– Będziemy ścigać tych, którzy źle o nas mówią, wszędzie, na pustyni, w puszczy, w Nowym Jorku i Timbuktu. Gdzie się da i jak się da. My byliśmy tak dobrzy, że chcemy teraz mieć własne drzewko, aby schować się pod nim w czasie męczących upałów.

Premier zaczął od jednego drzewka; im więcej mówił, tym głębiej wchodził w czarny las. Słuchacze zadawali pytania, byli ciekawi, co ma na myśli, co chciał powiedzieć, czy to się da wykonać, niektórzy nawet coś sugerowali, mówili o przyjaźni i sojuszach.

Premier nie zrażał się pytaniami.

– Będziemy wyjaśniać, intepretować, tłumaczyć, klarować, uzasadniać, naświetlać, aż wszystkie zwierzęta na świecie zrozumieją.

– Jak długo będziemy to robić? – zapytał niewinny zaskroniec, za którym kryła się wredna żmija.

– Aż do skutku. Świat jest taki oporny. Ludzie nic nie rozumieją – zasmucił się premier.

Knajpa Nieokiełznanej Szczęśliwości

Iwan Iwanowicz wybrał się na spacer po Folwarku Przyszłości. Opowiedział mi całą historię.

– Im bardziej zagłębiałem się w teren, tym głośniejsze stawały się wybuchy. Coraz głośniej szczekały też psy, ale inaczej niż w okresie świątecznych petard, bardziej entuzjastycznie. W końcu okazało się, że wybuchy dochodziły z dużej przydrożnej knajpy, a były to wybuchy autentycznej radości. Wewnątrz było pełno ludzi, wszyscy trzeźwi, niektórzy na klęczkach jakby szukali czegoś na podłodze, większość jednak wyprostowana, patrząca śmiało przed siebie, oczy rześkie, piersi wypięte do przodu jak u pijanego łabędzia lądującego na lodzie. Widać było, że rozpierała ich duma. Wznosili okrzyki:

– Żyjemy w kraju powszechnej szczęśliwości. Wszystko jest nasze. Niech żyje wielebny pan prezes! Niech żyje pani prezes trybunalska, kobieta wolności, nasz ukochany ideał.

Iwan Iwanowicz, człowiek starszej już daty i trochę już niecierpliwy, zapytał:

– Kim wy jesteście i co jest wasze, o czym tak głośno wrzeszczycie?

Obściskano go za to dwuznacznie, że niby taki mądry, a pyta o rzeczy oczywiste.

 Jesteśmy kwiatem narodu. Wszystko jest nasze – entuzjazmowali się zgromadzeni. – Mu tu rządzimy. Minister Sprawiedliwości jest nasz. Sędziowie są nasi. Sprawiedliwość jest nasza. Prezes, Premier i Trybunał są nasze. Parlament jest nasz, nasz wierny Marszałek decyduje tam o wszystkim. Prezydent jest nasz. Media są nasze, przynajmniej te najważniejsze. Do nas należy też Kościół, matka nasza. Nawet czarna noc jest nasza, dlatego pracujemy tylko nocą. Czy jest jeszcze coś, co nie jest nasze?

– Co to za knajpa? – zapytał Iwan Iwanowicz.

– To Knajpa Nieokiełznanej Szczęśliwości – odkrzyknęli gremialnie zebrani zdmuchując pianę z kufli piwa prosto w twarz Iwana Iwanowicza.

– Robili to dla żartu, oczywiście – wyjaśnił Iwan Iwanowicz. Kiedy to mówił, oczy mu ściemniały, nie wiadomo czy z gniewu, czy z przerażenia.  

Szalona abstrakcja ze zwierzętami w tle

Nazywano go Samotnikiem, ponieważ mieszkał sam, bez żony i bez dzieci. Zimą chodził nad jezioro w wielkich czarnych butach, które smarował tłuszczem Shoe Open Classic, aby ze skóry nie wychodziły białe plamy soli. W całej sytuacji było dużo tajemnic, ponieważ jezioro było tak małe, jak kot napłakał, buty były tak czarne, że pożal się Boże, a białe plamy okazały się fałszywe, ponieważ pojawiały się także wtedy, kiedy używano je wyłącznie do chodzenia po śniegu, gdzie o sól było bardzo trudno.

Pewnego styczniowego dnia, kiedy szedł nad zmarznięte jezioro, poczuł samotność nieporównywalnie głębszą niż zawsze. Przypisał to informacjom o tym, co dzieje się kraju, jakie przeczytał przed samym wyjściem z domu. Mając je w pamięci smutno popatrzył na jezioro, zaciągnięte nieświeżym już lodem, posłuchał wiatru chamsko hulającego na otwartej przestrzeni, przyjrzał drzewom zamazanym mgłą i zapragnął psa do towarzystwa.

Idąc dalej napotkał malarza, co było niewątpliwie objawem szczęścia. Był to tęgi mężczyzna ubrany w ciężki kożuch, buty walonki oraz czapę wielka jak łeb niedźwiedzia. Obok niego stały obrazy na sztalugach ustawionych na śniegu z wielką przywieszką „Wyprzedaż”. Zanim Samotnik obejrzał je, pokonwersował chwilę z artystą, który określił siebie jako „zwolennik silnej władzy, która potrafi nakarmić naród dobrym samopoczuciem i nadzieją wiecznego szczęścia”. Ostatni obraz, zatytułowany "Gospodarstwo agroturystyczne", był wielkich rozmiarów, w zdobnej szerokiej ramie i przedstawiał pejzaż z lasem, jeziorem i zwierzętami. Były one różnych ras i było ich całe mnóstwo. Samotnik poczuł sympatię do obrazu, ponieważ stał na końcu i wyglądał równie odosobniony jak on w czasie wędrówek nad jeziorem.

Po dłuższym oglądaniu obrazu „Gospodarstwo agroturystyczne”, niektórych fragmentów nawet przez lupę, którą zabrał ze sobą, Samotnik zdecydował się nabyć dwa psy z górnego prawego rogu obrazu. Były to okazy rasy Jack Russell o nazwach Jack i Russel.

Mężczyzna przywołał malarza skinieniem ręki i wyjaśnił:

– Chcę kupić te dwa psy. Potrzebuję ich do towarzystwa, kiedy spaceruję samotnie nad jeziorem. Ile kosztują?

– Jeśli przychodzi pan tutaj regularnie, to lepiej chyba je wypożyczyć. Odpada panu troska o zwierzęta, nie musi pan niczym się zajmować. – Sprzedawca mówił tak wielkimi skrótami, że trudno było go zrozumieć.

Samotnik od razu zaskoczył. Ujęła go rzeczowość języka artysty, gdyż sam od dawna o tym myślał, że byłoby dobrze nie robić z gęby cholewy mówiąc zbyt dużo i zbyt rozwlekle. Dobili targu, podróżny zdjął psy z obrazu i ruszył na spacer. Zwierzaki miały już smycze na sobie i były stęsknione za wolnością. Samotnik bawił się wyśmienicie, obserwując zwierzęta, zwłaszcza kiedy one bawiły się ze sobą. Była to czysta rozkosz, patrzeć, jak figlują, naskakują na siebie, czają się. Pomyślał, że są podobne do ludzi, jakich oglądał w telewizji.

Po zakończeniu spaceru podniósł psy i zaczepił je ponowienie na obrazie. Natychmiast wtopiły się w tło i znieruchomiały. Znając ich ruchliwość, wiedział, ile ten spokój je kosztuje. Wyglądały jednak na szczęśliwe. Odchodząc przypomniał malarzowi, że ma abonament na dalsze ich wypożyczenia.

Latem, kiedy wokół było dużo trawy, Samotnik chętniej wypożyczał owcę, kozę lub krowę. Bardzo mu to odpowiadało, bo oprócz przyjemności obcowania z żywą istotą miał także mleko. Krowę nazwał Baśka, przypominając sobie sąsiada z czasów młodości, który miał krowę właśnie o tym imieniu. Kozie ani owcy nie nadawał imienia, wołał na nie po prostu: Kozo albo Owco. Rozumiały to doskonale, nie buntowały się, w końcu dały mu do zrozumienia, że jest im wszystko jedno.

– Tak samo jak ludzie – myślał wtedy.

Do kozy tak się przywiązał, że wypożyczył ją na kilka dni i zabrał do domu, aby sprawdzić żydowską przypowiastkę o człowieku, który skarżył się na ciasne mieszkanie. Wprawdzie on sam nie cierpiał na ograniczoność przestrzeni, ale bez kozy mieszkanie wydało mu się nieprównanie większe. Kiedy ją oddawał wieszając na obrazie, uznał, że było to wartościowe doświadczenie.

Któregoś dnia latem, był to wyjątkowo gorący dzień, żar buchał jak z Afryki, Samotnik wypożyczył żyrafę. Było to drogie przedsięwzięcie, ponieważ rząd niedawno wprowadził zakaz wypożyczania zwierząt powyżej trzech metrów wysokości, ale wartościowe w sensie poznawczym, ponieważ żyrafa zjadła wszystkie liście z wielkiego dębu, samotnika takiego jak on sam, rosnącego blisko jeziora. Oboje musieli salwować się ucieczką, gdyż nie wiadomo skąd pojawiły się dziki wściekle chrząkające, że dąb przestanie rodzić żołędzie, i rzuciły się na nich z zamiarem co najmniej pobicia. Dąb okazał się pod ochroną, miał pięćset lat, choć dziki upierały się, że może nawet i pięć tysięcy.

Wszystkie nadjeziorne doświadczenia ze zwierzętami, aczkolwiek użyteczne w sensie poznawczym, nie okazały się tak odkrywcze jak album z fotografiami i notatnikiem, który listonosz dostarczył Samotnikowi za pokwitowaniem, kiedy przeszedł na emeryturę.

Ze zdjęć i zapisów dowiedział się, że był prawdziwym świrem od dziecka, a może nawet i wcześniej, miał na imię Luna, skrót od Lunatyk (po angielsku Lunatic, co znaczy również wariat). Jego stan zdrowia rozpoznano dopiero wtedy, kiedy po przeczytaniu Winnetou uznał, że jest Old Shatterhandem i usiłował powalić konia dorożkarskiego jednym uderzeniem pięści. Kiedy właściciel konia i pojazdu naskoczył na jego rodziców, Luna usiłował wyperswadować mu niewłaściwą reakcję również jednym uderzeniem pięści, w czego wynikła wielka awantura.

Sprawa nie trafiła do sądu a on do więzienia, ponieważ uznano, że jest na tyle rozwinięty, że można go oddać do domu dziecka z zakratowanymi oknami i widokiem na wolność. Był to dom dla dzieci szybko dorastających. Luna przesiedział tam kilka tygodni, znudziło mu się to do tego stopnia, że wyrwał kraty, udowadniając ostatecznie, że imię Old Shatterhand pasuje do niego jak ulał.

Czasy były wtedy ciekawe, nikt nie widział w jego zachowaniu nic dziwnego, ponieważ był to okres gwałtownych zmian w kraju, kiedy wszystko uchodziło za właściwe i poprawne. Po osiągnięciu dojrzałości, co nie było trudne, bo większość ludzi to robi, pracował przez pewien czas jako psycholog, potem przekwalifikował się na psychiatrę, pożyczając dyplom od kolegi, z którym mieszkał razem w domu dziecka. Potem zapisał się do partii akurat rządzącej, zaprosił go do tego sam prezes, który posadził go na kolana i dłuższy czas tłumaczył przy szklance mleka z indyjskim imbirem, że są partią nawiedzoną pasją nawrócenia całego świata, ludzkiego, zwierzęcego i roślinnego, na ład i porządek.

W rządzie Luna pełnił różne funkcje z wielkim powodzeniem, przede wszystkim ministra rolnictwa, doradzając także prezesowi w sprawach nadzwyczajnych, z jakimi nikt na świecie nie mógł sobie poradzić. Jeździł także z prezesem lub premierem do większych organizacji międzynarodowych, w tym do ONZ, doradzając im, jak powinni się zmienić, aby ludziom żyło się lepiej. Wszyscy go cenili, otrzymał wiele medali, głównie z ręki prezydenta, który mówił o sobie, że lubi chodzić w trampkach po linie, aby oglądać świat ze wszystkich kierunków, z góry, z lewej strony, z prawej strony, a najbardziej od dołu. Twierdził wtedy, że od dołu świat jest najbardziej płaski, przez co on mógł być bardzo pozytywnie oceniany przez naród.

W końcu Luna przeszedł na emeryturę, aby ostatecznie oddać się pasji wypożyczania zwierząt, jaką – szczerze mówiąc – odkrył zupełnie przypadkowo, z wielką radością dla siebie i dla zwierząt. Kiedy o tym wszystkim myślał, dochodził nieodwracalnie do tego samego, bardzo filozoficznego wniosku, że każde dojrzałe społeczeństwo ma swoich geniuszy i idiotów, szczególnie zaś tych drugich, oraz dobre i złe czasy, i że nigdy na nic nie jest za późno. 

Michael Tequila w księgarniach:

  • Sędzia od Świętego Jerzego (powieść),
  • Klęczy cisza niezmącona (poezje),
  • Niezwykła decyzja Abuelo Caduco (humoreski i opowiadania).

Najtaniej w księgarni internetowej "Znak" https://goo.gl/uC5orq.  

 

Sekretarz Stanu w Polsce

Sekretarz Stanu USA Rex Tillerson przyjechał i wyjechał. W międzyczasie rozmawiał z prezydentem, premierem, ministrem spraw zagranicznych, w końcu z prezesem Kaczyńskim. Przed spotkaniami przedstawił swój cel.

– Bardzo pragnę zobaczyć, poznać, uściskać pana Prezesa. To fantastyczny człowiek, wszyscy go lubimy w USA. Bardzo podobny do naszego prezydenta Trump. Całkowite podobieństwo. Na początku myślałem, że to bracia syjamscy.

– Jak podoba się panu w Polsce? – zapytała dziennikarka.

– Strasznie mi się podoba. Oddalacie się od Unii Europejskiej. I słusznie, bo my też ich nie lubimy. Nadęci zarozumialcy. Po co jakieś unie, jeśli możemy handlować ze sobą bezpośrednio? My i wy, idealny układ. Polak Amerykanin – dwa bratanki. To u nas bardzo popularne powiedzenie. Fajna była ta kara półtora miliona złotych nałożona na TVN. Cwaniacy! Chcieli być niezależni, a przecież telewizja musi być jedna. Cieszę się, że sądownictwo też zmieniacie. U nas jest też mnóstwo starych sędziów. Chciałbym, aby przyjechał do nas pan Ziobro, to by nas zreformował. Trzeba by oskarżyć kilku staruchów o udział w Wojnie Secesyjnej po stronie Południa. To takie nasze PRL – wyjaśnił.

–  Podobał mi się też pan Macierewicz. Szkoda, że już go nie ma. Chciał od nas kupić Patrioty tak drogo, że mu odmówiliśmy. To fantastyczny człowiek.W ogóle jest bardzo dobrze. Słusznie izolujecie się od innych, bo was obronimy. Zresztą z waszym pospolitym ruszeniem sami przykryjecie Rosjan czapkami. Przypomną sobie wojnę polsko-bolszewicką, kiedy daliście im łupnia. Kiedyś mieliście Piłsudskiego, a teraz macie nowego naczelnika i to dużo lepszego.

Ech! Ech! Jak ja wam zazdroszczę tej nowoczesności, oderwania od rzeczywistości, luzu, swobody! Czuję, że rzucę się na prezesa Kaczyńskiego i będę go ściskać. Wszyscy byli wzruszeni. 

Eksperymentu ciąg dalszy tym razem dokończony

Eksperymentując czerpię natchnienie z pobożności, broń Boże własnej, płynącej z samotnego odwiedzania kościoła, choć i tam bywam, i wiem jak wygląd osobnik duchowny, ile z oglądania ważnych osób chodzących do kościoła gromadnie, tych ze świecznika a może nawet i spod kandelabra, różnych prezydentów, premierów, ministrów, prezesów, sekretarzy różnych stanów, senatorów i marszałków, posłów i innych ważniaków

– „Eh, jest tego do groma” – chciałoby się powiedzieć, jak mawiał słynny malarz hiszpański Francisco José de Goya y Lucientes, który też się zachwycał nienormalnością, różnymi inkwizycjami, przekształcając je pędzlem w psy, parasolki, wisielców, chimery oraz czarownice ucztujące na piekielnym sabacie.

Widzę ich często, te osobistości spod świecznika i kandelabra, w kościele, jak patrzą poważnie do przodu, sztywni, w garniturach z kantami, stoją razem, klękają razem, razem otwierają usta, razem wchodzą i razem wychodzą, ocierając się o siebie aż iskrzy. Coś z tego chyba wynika.

Ostatnio gryząc orzechy rozgryzłem, że to coś, to wątpliwe korzyści dla kraju, tego, tutaj, który był znany w Europie i na świecie, a teraz jest jeszcze bardziej znany, tylko w odwrotnym kierunku, kiedy obcy wskazują na nas palcami, a na ich wargach pojawia się wielki znak zapytania, jak to się stało, lub przerażenia, że można zajść tak daleko, tak szybko i tak beznadziejnie głupio.

Pobożne Naczalstwo spod urządzeń oświetleniowych, bo tak można by ich nazwać, jest tematem wielkiego obrazu, większego niż Panorama Racławicka, który maluję zbieranymi każdego dnia fragmentami, do czasu do czasu chlapiąc na płótno złotem orderów, czerwienią wstydu, bielą niepewności oraz lazurem nadziei.

Michael Tequila w księgarniach:

  • Sędzia od Świętego Jerzego (powieść),
  • Klęczy cisza niezmącona (poezje),
  • Niezwykła decyzja Abuelo Caduco (humoreski i opowiadania).

Jeśli blogi ci się podobają, kup coś, dla siebie albo na upominek, albo tak w ogóle. Najtaniej w księgarni internetowej "Znak" https://goo.gl/uC5orq.  

 

Idziemy do przodu. Wojsko, obora i szampan.

Idziemy do przodu. Wojsko, obora i szampan.

Rząd pędzi do przodu, a my razem z nim. Tylko opozycja odstaje. Coś jej się pomyliło z projektami ustaw o aborcji, zdaje się, że zapomnieli o kobietach.

– To letarg zimowy – wyjaśniali. Aby nie dać się zagonić w kozi róg, wymyślili szybko hasło „byle do wiosny” jako środek leczniczy przed kolejnym atakiem zimowej depresji.

Naród wciąż żyje zmianami w rządzie. Nie ma już Antoniego Macierewicza, co mnie zasmuciło, bo znikła szansa Polski na sławę jako oszczędnościowej potęgi militarnej, bez generałów i helikopterów. Sam były minister spoważniał, nosi teraz bardziej zdecydowane oblicze i bardziej zmierzwioną brodę. Chętnie odpowiedział na pytanie reportera TV co do swej przyszłości:

– Jest pan niezwykle uprzejmy. Jestem wdzięczny za pytanie, ale bardzo się spieszę. Niech Bóg pana błogosławi.

Najbardziej odejściem ministra Macierewicza zmartwili się wojskowi; generałowie chodzili ze zwieszonymi głowami, we wszystkich koszarach pojawiło się serdeczne, żołnierskie hasło: „Wojsko bez Macierewicza, to jak baba bez cyca”. Żołnierze umieją wyrazić głębokie uczucia tęsknoty.

Pan premier też nie zasypiał gruszek w popiele. Odwiedził Fabrykę Proszków Mlecznych oraz wzorowe gospodarstwo hodowlane. W oborze premier wyróżnił Krasulę głaskając ją po łbie, po czym wyjawił: „Byłem kiedyś wprawny w fachu dojenia krówek”. Mówił chyba o krówkach mlecznych, bo zaraz potem wzniósł toast mlekiem. Towarzyszący mu minister, mężczyzna o dobrze odżywionej twarzy, która widziała w życiu niejedno morze alkoholu, zapowiedział, że Polska będzie produkować szampan mleczny, unikalny w skali Unii Europejskiej. Oświadczył krótko:

– Jesteśmy bardzo nowocześni, a będziemy jeszcze bardziej. Znowu pozytywnie zaskoczymy Unię Europejską.

W drodze powrotnej premier zastanawiał się, jakby umiejętnie wykorzystać umiejętność dojenia w celu zasilenia gospodarki w fundusze niezbędne do realizacji wielkich celów: lotnisk, kopalń i fabryk, oraz jakie źródła dochodów budżetu można by uznać za dojne krowy. Wprawdzie rozwiązania nie znalazł, cieszył się jednak, że ma w głowie dwa pomysły godne uwagi.

Nic narodu tak nie cieszy jak pomysłowy rząd oraz dobre pomysły na przyszłość – pomyślał premier, wysiadając z samochodu.

Michael Tequila w księgarniach: "Sędzia od Świętego Jerzego", "Klęczy cisza niezmącona", "Niezwykła decyzja Abuelo Caduco". Recenzje książek na górym pasku menu na tej stronie.