Opowiadanie: Spektakl. Odcinek 18.

Dyrektor Biura Programów Rozrywkowych siedział z zaciśniętą lewą dłonią i uderzał otwartą prawą dłonią w blat biurka. Czuł uderzenia krwi do głowy, co dodatkowo wyprowadzało go z równowagi.

Nie dość, że zachował się jak głupek, to jeszcze doprowadzi mnie do zawału serca! Lekarz i żona ciągle mi przypominają, że nie powinien się denerwować. Jak ja mam się nie denerwować, kiedy mój pracownik zachowuje się jak idiota! – gniew i złość mieszały się w nim z niepokojem i żalem. Zachowanie Tomasza uznał za szczególną formę niesubordynacji, gdyż było sprzeczne z wewnętrznymi zasadami firmy. Uczestnik dyskusji publicznej powinien zachować bezstronność i kierować się obiektywną oceną sytuacji. A on co zrobił? – myśl spontanicznie przerodziła się w pytanie, które dyrektor wypowiedział na głos. Był wściekły na Tomasza.

Co za głupek! Dać się sprowokować w tak prostacki sposób! Raptem zechciało mu się złożyć wyznanie wiary. Na oczach tysięcy telewidzów! A może on rzeczywiście wierzy, że przeprowadził dwa wywiady z Bogiem. We łbie mi się to nie mieści, ale może i …- nagle olśniła go myśl, która podziałała jak prąd elektryczny. Wstał z krzesła i podszedł do szafki, gdzie stał odtwarzacz DVD. Na dolnej półce znalazł nagranie programu dyskusyjnego z Telewizji Contigo. Przewinął dysk do miejsca, gdzie zaczynała się wypowiedź Tomasza. Wysłuchał ją z uwagą. I jeszcze raz. I jeszcze raz, zanim nie podjął ostatecznej decyzji.

Tak. Nie ma wątpliwości. Ten kretyn obwieścił wszystkim to, co myśli. Kto go o to prosił? Zamiast pozostawić niedopowiedzenie, aby widzowie sami udzielili sobie odpowiedzi na pytanie, on wykłada swoją zakichaną prawdę jak przysłowiową kawę na ławę. Na pewno znajdą się tacy, co mu uwierzą i będą go bronić. Nie tylko zepsuł dyskusję, ale i siebie i mnie wpędził w kłopoty.

*****

Konsekwencją zwolnienia Tomasza Boskiego z pracy była natychmiastowa burza pytań, opinii i protestów. Do „Baron TV” napłynęły setki listów, większość z nich w obronie redaktora. „Nie dość, że karmicie nas papką, to teraz zwalniacie z pracy człowieka, który miał odwagę szczerze przedstawić swój pogląd. Ja podzielam jego pogląd. Każdy ma prawo głoszenia tego, co uważa za słuszne. Konstytucja gwarantuje wszystkim swobodę wypowiedzi. Uważam, że powinniście przywrócić Tomasza Boskiego do pracy i przeprosić na bezprawne zwolnienie” – była to jedna z łagodniejszych, bardziej wyważonych wypowiedzi.

Zarząd „Baron TV” znalazł się w stanie oblężenia. Dziennikarze i reporterzy dobijali się z prośbami a potem wręcz z żądaniami udzielenia wywiadu, zorganizowania konferencji prasowej lub przynajmniej wydania komunikatu. Prezes zarządu wymykał się cichcem samochodem z zaciemnionymi szybami jak gangster obawiający się zemsty kolegów po fachu. Dla niego uruchomiono ponownie bramę umożliwiającą wyjazd na boczną uliczkę prosto z garażu. Paparazzi, którzy dotychczas istnieli w świecie artystów i celebrytów, stali się w jego wyobraźni złoczyńcami dybiącymi na jego profesjonalną cześć i honor.

Opowiadanie: Spektakl. Odcinek 7.

Wywiad trwał już dostatecznie długo i redaktor postanowił go zakończyć. Spojrzał na zegarek i zdumiał się: minęło zaledwie pół godziny. Był przekonany, że wywiad trwał co najmniej godzinę. Nie patrzył wcześniej na zegarek, gdyż mogłoby to być poczytane za niegrzeczność; przecież nie miał potrzeby śpieszyć się. Poczuł się zmęczony, chciał też jak najszybciej przejrzeć materiały z nagrania.

Na zakończenie wywiadu zapragnął zaspokoić „wścibską” ciekawość, która go męczyła. Ośmielała go do tego życzliwość i pogoda starszego pana.

Czy mogę zadać panu na zakończenie bardzo osobiste pytanie?

Bardzo proszę. Ciekawość to droga do wiedzy jak i do piekła. Dokąd zmierzasz, synu? – zaśmiał się zachęcająco znajomy – nieznajomy, jak go w duchu określił redaktor.

Chciałby wiedzieć, kim pan jest. Spróbuję zgadnąć.

Rozmówca skinął głową zachęcająco.

Profesorem uniwersytetu lub jakiejś innej wyższej uczelni?

Nie. Nie zgadłeś.

To może duchownym wysoko postawionym w hierarchii kościelnej? – Tomasz zawahał się zadając to pytanie. Gdyby odpowiedź miała być pozytywna, to powinien znać lub przynajmniej słyszeć o biskupie, arcybiskupie lub kardynale Jakubie Kowalskim. Do głowy mu nie przyszło, że nazwisko mogło być fikcyjne. Ufał rozmówcy.

Też nie – padła odpowiedź. Spokojny ton odpowiedzi i wyczerpywanie się opcji trafnych zaczynały niepokoić Tomasza.

To może przyjechał pan z zagranicy?

I tak, i nie. Bywam wszędzie.

To kim jest pan naprawdę? – Tomasz był już prawie zniecierpliwiony.

Jestem Bogiem.

Jednoznaczność i rzeczowy ton wypowiedzi bardziej niż zdezorientowały redaktora; wprowadziły go w osłupienie. Starszy pan powiedział to tak, jakby mówił, że jest kierowcą autobusu lub kierownikiem sklepu. Tym razem na jego twarzy nie ukazał się uśmiech, jak przy innych odpowiedziach, ale też nie okazywał jakiejś szczególnej powagi. Był opanowany i spokojny. Wiedział, jakie wrażenie wywoła jego odpowiedź i z ciekawością przyglądał się młodym ludziom.

Tomasz zgubił się. Nie miał pojęcia, jak zareagować. Odpowiedź wydawała się być ewidentnie absurdalna, ale nie dałby sobie głowy uciąć, że nie jest prawdziwa. Stanął przed dylematem, którego nie umiał rozstrzygnąć. Nie wiedział nawet, jak do niego podejść.

Rozwiązanie surrealistycznej sytuacji pojawiło się równie nieoczekiwanie jak ona sama.

To co, może na zakończenie miłego spotkania napijemy się czegoś? Wina? Koniaku? Nie proponuję wódki, bo wydaje mi się wulgarnym trunkiem w porównaniu z winem lub koniakiem. Wybór należy do was – padła propozycja.

Starszy pan niczym wytrawny dyplomata rozładował niezręczną dla Tomasza sytuację. Znikła potrzeba zadawania dalszych pytań, snucia domysłów czy oceny ostatniej, zaskakującej odpowiedzi rozmówcy.

Mam nadzieję, że nie gniewacie się, że nazywałem was chłopcami i traktowałem protekcjonalnie jak ojciec – wypowiadając ostatnie słowa Jakub Kowalski przyzywał ręką kelnera, który zaglądał do sali spoza drzwi poruszających się w jedną i drugą stronę zapewne pod wpływem przeciągu.

Redaktor podziękował i przeprosił, że naprawdę nie mogą skorzystać z propozycji, choć jest tak miła.

Drobne kłamstwo – pomyślał starszy pan. Rzecz do wybaczenia.

Musimy wracać jak najszybciej do pracy, mamy jeszcze inne obowiązki. Serdecznie dziękujemy za niezwykle interesujący wywiad.

Zabrali w pośpiechu sprzęt i szybko wyszli z restauracji.

*****

Na dworze ochłonęli z wrażenia.

Co ty o tym sądzisz? – Tomasz zwrócił się do operatora.

Nie wiem, co powiedzieć. Jestem zdezorientowany prawdopodobnie tak jak i ty. To był wywiad jak według najlepszego scenariusza.

Tomasz nie słuchał. Coś sobie przypomniał, gdyż uderzył się nagle otwartą dłonią w czoło. Muszę natychmiast wrócić, aby poprosić o jakiś kontakt. Adres, telefon, email, faks, cokolwiek. Bez tego nie będziemy mogli mieć autoryzowanego wywiadu ani przedstawić gościa telewidzom. Prawie nic o nim nie wiemy. Nie wiem, jak to się stało. Prawie biegiem wrócił do restauracji i skierował kroki do sali, gdzie prowadził wywiad. Nigdzie nie zastał rozmówcy. Przy barze siedziało kilka osób.

Przepraszam, czy państwo widzieli, w jakim kierunku udał się mężczyzna, który około dwóch minut temu wyszedł z tego pomieszczenia? – Tomasz wskazał ręką drzwi obok baru.

Zapytani patrzyli na niego zaskoczeni. Domyślił się, że nie wiedzą, o kogo chodzi.

Jest w wieku około pięćdziesiątki, siwiejący, w eleganckim garniturze, z czerwonym kwiatem w butonierce i muszką tego samego koloru – Tomasz podał rysopis, choć uważał, że nie jest to potrzebne. Nikt nie mógł wyjść z tej sali niezauważony; był o tym przekonany.

Goście spoglądali po sobie z niemym wyrazem twarzy starając się przypomnieć osobę o podanym rysopisie.

Nie. Nikt taki nie wychodził przez te drzwi. W ogóle, oprócz pana i pańskiego kolegi z kamerą nikt nie wychodził stamtąd. Siedzę już od godziny dokładnie naprzeciwko drzwi i widzę doskonale, kto wchodzi i kto wychodzi. Przykro mi, że nie możemy pomóc – wyjaśniła szatynka, która pierwsza zareagowała na pytanie redaktora. Inne osoby w towarzystwie pokiwały tylko głowami na znak potwierdzenia, że zgadzają się z jej opinią.

Przerywnik literacki. Szekspirowskie „Bić czy nie bić”.

Lokomotywa polskiej polityki rwie naprzód jak koń wyścigowy o rozdmuchanej wyobraźni. Wie, że jak przegra, to do rzeźni, a jak wygra, to dobra emerytura i obrok. Kierunek lokomotywy to Nowa Europa, gdzie zwycięzców witać będą girlandy, zaszczyty, tytuły, duże pieniądze i zimna pogoda, jeśli przyśpieszą. O czym mało kto wie, lokomotywa ma także ambitny program artystyczny.

W południe stanął przed telewidzami duch Williama Szekspira. Chyba przebywał jakiś czas na Litwie, ponieważ w Polsce posługiwał się uproszczonym nazwiskiem. Normalnie to pisze się Shakespeare. Stanął, ale nie osobiście. Reprezentowali go Aleksander Kwaśniewski, Janusz Palikot, Marek Siwiec oraz Leszek Miller. Przedstawili oni mało znaną tragedię Szekspira „Chamlet Polski”. Sztuka przepiękna, choć skomplikowana i tragiczna. Prawdopodobnie tylko sami aktorzy rozumieli, o co w niej chodzi. Tym niemniej spektakl był tak fascynujący, że Szekspir aż dwa razy przewrócił się w grobie z żalu, że nie dożył późnej emerytury w Polsce anno domini 2013.

W wielkim skrócie treść dramatu:

Odsłona pierwsza. Na scenę wchodzą trzej tenorzy-aktorzy. Najdostojniejszy z nich, Prezydent Kwaśniewski, ze zmęczenia chwieje się na nogach i milczy swoim mistycznie zamglonym wzrokiem. Tworzy to głęboki nastrój tajemniczości. Wychudła twarz i duży nos drugiego tenora, Janusza Palikota, doskonale oddają uczucia zlewicowanych obywateli narodu. Okulary i szczecina trzeciego tenora, Marka Siwca, symbolizują niepokój. Bohater nie wie, co ze sobą zrobić, jak nawiązać do mistycyzmu byłego szefa. Z boku patrzy na nich Leszek Miller i czule stwierdza: „Nie będę tego komentować”. Uśmiech błąka się po jego poważnym obliczu i niby dym z kubańskiego cygara wsiąka za biust posłanki o śmiałych oczach, obfitych kształtach i niedożywionych strunach głosowych.

Odsłona druga. Leszek Miller zaprasza Prezydenta Kwaśniewskiego na Kongres Rozbitków; adresat zaproszenia wymownie milczy. Narasta strach. Miller z rozpaczy zaprasza Prezydenta Wałęsę, który przyjmuje zaproszenie. Niepokój opada, wszyscy oddychają z ulgą, z wyjątkiem nieobecnego na scenie Oleksego, który preferuje Kwaśniewskiego na Kongresie. Niepokój znowu idzie w górę. Nieoczekiwanie pojawia się kobieca postać o imieniu Dwuznaczność i pozostaje na scenie.

Czemu tu przylazłaś? Zamierzasz tu zostać?  – obcesowo zagaduje Leszek Miller. Tylko on umie rozmawiać z kobietami.

Daj spokój. Nigdzie mi się nie śpieszy – burczy gniewnie dwuwartościowa postać.

Odsłona trzecia, prawdopodobnie nie ostatnia (Szekspir zostawił w sztuce niedopowiedzenia co do ilości aktów i odsłon).

Scena przedstawia przeciętny polski dom, gdzie panuje bieda, ale wszyscy doskonale sobie radzą. Tylko nastrój jest fatalny. Czuć odór dyskusji na tematy polityczne i społeczne. Dom ma rozstrój żołądka na tle wydarzeń sejmowych.

To poważny, choć zapewne przejściowy problem – konkluduje pijany Chochoł, który nie wiadomo dlaczego i jak tu się znalazł.

Mój problem to mąż, dzieci i pieniądze – wyjaśnia żona przygotowując się do włączenia telewizora na dziennik telewizyjny.

A pański? – Chochoł zdobywa się na moment trzeźwości.

Moim problemem jest polityka, żona i alkohol. Nie potrafię odzwyczaić się od nich.

A dzieci?

Dziękuję, zdrowe. Nieczęsto je widuję. Żona zajmuje się nimi.

Polityka w Polsce wciąż przeżywa renesans. Jest bogatsza niż bajki Andersena. Nie lubię słuchać polskich polityków. Preferuję głaskanie mojej puszystej rudej kotki, kiedy mnie o to prosi. Przynajmniej jedna istota ma przyjemność.

O pogodzie i pisarstwie

Siedzę przed ekranem komputera i czekam na przypływ inwencji twórczej i energii. Zastanawiam się, jak bardzo jestem związany z naturą, czyli ze środowiskiem naturalnym, pogodą, pożywieniem, powietrzem, wodą, tym wszystkim, co mnie otacza i co konsumuję. Kiedy piszę ten tekst, dzień jest szczególnie zimny i niezwykle wietrzny. Ciśnienie zmienia się nieprzerwanie zważywszy na gwałtowne porywy wiatru. Wiatr jest ruchem masy powietrza wywołanym zmianą ciśnienia atmosferycznego; powietrze przepływa z miejsca wysokiego ciśnienia do miejsca niższego ciśnienia. Silny wiatr i skoki ciśnienia fatalnie wpływają na moje samopoczucie, energię, zdolność koncentracji. W „złe” dni nie pomaga nawet kawa konsumowana w dużych ilościach, i to nie byle jaka, ale solidna, mocna.

Pracuję nad opowiadaniem pierwotnie pomyślanym jako humoreska kosmiczna. Pierwsza wersja nie wypadła dobrze. Gorzej, wypadła miernie. Pisałem ją spontanicznie, w dobrym czasie, kiedy to idee z łatwością przekształcają się w tekst opowiadania. Szybkie i łatwe pisanie niekoniecznie gwarantuje wysoką jakość. Przerabiam więc pierwotną wersję opowiadania. Najpierw przestudiowałem opinię, którą otrzymałem od pani Ewy, mojej recenzentki, wspaniałej osoby, która rzeczy traktuje fachowo, rzetelnie i bezpośrednio, i wynotowałem sobie wszystkie ważne uwagi, komentarze, zalecenia i sugestie. Jeśli piszesz tekst literacki i masz możliwość uzyskania kwalifikowanej opinii na jego temat, skorzystaj! Nie ma lepszej formy pomocy.

Na liście zadań do wykonania znalazły się: określenie celu opowiadania, stworzenie fabuły, określenie punktu wyjściowego i zakończenia opowiadania. Dodałem do tego listę opisów postaci wyróżniając głównego bohatera (postaci pierwszoplanowej), który będzie miał największy udział w rozwoju wydarzeń. Niby to proste i oczywiste, w rzeczywistości trzeba zdrowo nagłowić się, aby wszystkie elementy opowiadania wiązały się w jedną, klarowną, przekonywującą i interesującą całość.

Każdy ma swój styl pracy. Ja najpierw wyobrażam sobie fabułę, następnie piszę fragmenty opowiadania, które pokazują rozwój wydarzeń. Możnaby nazwać je epizodami lub scenami. Najchętniej przedstawiam je w postaci dialogów oraz akcji podejmowanych przez bohaterów. Narracja jest trudniejsza; często wydaje mi się, że jest mniej ciekawa i mniej dynamiczna, a niekiedy zbyt nudna. W oparciu o nowy plan omalże tworzę opowiadanie od nowa starając się wykorzystać fragmenty pierwotnego opowiadania. Czasem łączenie nowego ze starym jest niemożliwe, zapominam więc o starej treści i tworzę odmienną. Nie jest to najprzyjemniejsze zajęcie, ale ma sens, jeśli tylko uda się stworzyć nową, ciekawszą i lepszą stylistycznie wersję.

Zanim ktoś uwierzy w autora, on sam musi wykazać ogromne zasoby cierpliwości, wytrwałości i wiary w swój talent i sukces. Los pomaga tym, którzy pomagają sobie. Brzmi to jak cytat z biblii, dodam więc tylko: Amen.

 

Prywatne lekcje pisania opowiadań. Część 1.

Z natury i zamiłowania jestem samoukiem. Ponieważ mam także doświadczenie nauczania, udzielam sobie prywatnych lekcji. Tym razem pisarstwa. Zintegrowany w jednym ciele nauczycieloucznia kroczę dwiema drogami: studiowania podręczników o pisarstwie oraz popełniania błędów, dostawania cięgów od czytelników i wyciągania wniosków. Problemem nie jest popełnianie błędów; kłopot pojawia się wtedy, kiedy nie wyciągamy z nich wniosków i nie zmieniamy swego zachowania.

Temat, który usilnie nasuwa mi się pod klawiaturę (pomyślałem „pod pióro”, ale to już prawie antyczny termin), to „Jak pisać opowiadanie”. Moje doświadczenia z opowiadaniem „Izabella i Księżna”, nad którym wciąż pracuję, są wyjątkowo frustrujące. Choć tekst zapewne nie przekroczy osiemnastu stron, morduję się nad nim bez mała pięć miesięcy. Szukałem w sobie przyczyny tego stanu rzeczy. I co odnalazłem?

Przyczyna tkwi w niedostatecznym przemyśleniu fabuły i głównych postaci. Na początku miało to być opowiadanie „Izabella i Królowa”. Okazało się ono niewypałem. Miało mieć charakter poniekąd prześmiewczy, satyryczny, parodystyczny w odniesieniu do postaci królowej. Rzecz w tym, że Polakom najbardziej znana jest królowa brytyjska, Elżbieta II. Ostatnio transmitowano w wielu krajach obchody 60-lecia panowania królowej, które pokazały ją w bardzo pozytywnym świetle jako prawdziwą ostoję tradycji, stabilności i powagi państwa. Czytelnik nie przyjąłby dobrze przejaskrawień, śmiesznostek czy słabości postaci monarszej mojego opowiadania. Postać z opowiadania nie pasowała do realiów, zderzała się z nimi, budziłaby niechęć do opowiadania i autora. Szybko odrzuciłem te wersję po opiniach trzech „recenzentów” z kręgu rodzinnego: nie lubię opowiadań, nie podoba mi się to opowiadanie, bardzo pozytywnie myślę o królowej Elżbiecie II.

Trzy ebooki Michaela Tequila do nabycia po 0,99 US$ na platformie publicystycznej www.smashwords.com po wpisaniu Michael Tequila w wewnętrzną wyszukiwarkę platformy. Skorzystaj z okazji!

Bohaterowie i bohaterki powieści

Skąd pisarze czerpią wzory postaci, które czynią bohaterami i bohaterkami swoich powieści? Jak stworzyć interesującą postać, pozytywną lub negatywną, przemawiającą do czytelnika?

Nancy Cato, pisarka australijska urodzona w Adelajdzie (1917 – 2000), czerpała wzory postaci do swoich książek ze swojej biografii. W niejednej z jej postaci był element biograficzny. Pisarka uważała, że jest to nieuniknione. Postacie literackie mogą być również mieszanką kilku różnych rzeczywistych postaci. Oto fragmenty wypowiedzi pisarki na temat bohaterek jej książek.

„Faktem jest, że dla każdego pisarza, osoba, którą zna najlepiej, jest on sam. Flaubert powiedział o Emmie (Bovary): „C’est moi” (To ja).

Pytanie dziennikarki: Czy sądzi pani, że jest pani jak jedna z tych „dzielnych, inteligentnych kobiet”?

Odpowiedź pisarki: Nie. Myślę, że jestem inteligentna, ale nie sądzę, że jestem dzielna. Może bardziej śmiała niż dzielna. Faktem jest, że postać, na temat której toczyła się dyskusja, była inteligentna i śmiała w swoich decyzjach życiowych. W tych dwóch kwestiach była odzwierciedleniem autorki.

Mam podobne przekonania jak Nancy Cato. Postać da się wymyśleć. Będzie ona całkowicie fikcyjna. Ale niekoniecznie jest to najlepsze rozwiązanie (może z wyjątkiem powieści z gatunku fantastyki i fikcji naukowej). Postać w całości „wymyślona” jest trudniejsza do opisania, do nadania jej odpowiednich cech tak, aby stała się w pełni przekonywującym bohaterem, antybohaterem lub dobrą postacią drugorzędną.

Widzę prawdziwą wartość w postaciach, których cechy są wzorowane na kimś wziętym z życia, kogo znam lub o kim mogę zdobyć dostatecznie dużo informacji. Być może jest to kwestia wyobraźni.

Niekiedy postać rzeczywista jest tak oryginalna, że samemu trudno byłoby wymyśleć coś lepszego. Pisząc to mam na myśli mężczyznę, którego obraz stworzyłem sobie na podstawie zdjęć i relacji jego narzeczonej. Mężczyzna przemawia do mnie jako wzór bohatera, jakiego od dłuższego czasu opracowuję sobie „w głowie” do powieści psychologiczno-kryminalnej. Chodzi mi głównie o wygląd zewnętrzny i zachowanie, ale nie tylko. Wspomniany potencjalny „pierwowzór” to mężczyzna z tatuażami na piersiach, plecach i ramionach, ułożonymi wedle pewnego schematu. Tatuaże i sposób ich prezentacji dostarczają refleksji na temat charakteru i światopoglądu właściciela. Odpowiadają one z grubsza moim zamierzeniom. Liczę, że ułatwi mi to stworzenie bohatera, który wedle zamierzeń ma przejść głęboką przemianę osobowości z ważnymi konsekwencjami dla niego samego jak i dla najbliższego otoczenia.

 

Jak pisać opowiadanie, powieść, książkę?

To fascynujący i ogromnie obszerny temat. Każdy pisarz ma własne wyobrażenia, jak być twórczym i skutecznym w procesie tworzenia utworu. Umówmy się, że chodzi nam o powieść, najbardziej obszerne przedsięwzięcie, którą w zamierzeniu chcielibyśmy widzieć w postaci książki drukowanej albo elektronicznej (e-booka).

Zacznę ab ovo, czyli od początku, jak mawiali starożytni Rzymianie.

Są dwa style pisania. Jedni preferują styl naturalny, spontaniczny. Z chwilą, kiedy masz już ideę, pomysł, o czym chciałbyś pisać, przystępujesz do dzieła. Nie tworzysz planu, zarysu czy też innej formy organizacji powieści i procesu jej pisania. Piszesz tak, jak dyktuje ci inwencja, wyobraźnia i motywacja chwili. Sam przeszedłem te drogę i okazała się ona skuteczna w sensie powstania powieści. Nie powiedziałbym jednak, że ten sposób pracy jest najbardziej efektywny. Dla mnie oznaczał wielokrotne modyfikacje, zmiany, korekty, reorganizację tekstu. Jest to styl pisania odpowiadający chyba osobom o dużej wyobraźni, uporządkowanym myślowo i gotowym dokonywać na bieżąco zmian wynikających z przemyśleń i nowych idei, jakie pojawiają się w miarę pisania. Nie wszyscy przepadają za tworzeniem planów i podporządkowywaniu się im. Plany ich ograniczają, krępują, blokują ich inwencję. Z wynurzeń autorów i badań wynika, że takich osób jest stosunkowo niewiele.

Drugi styl pracy jest bardziej uporządkowany. Przed rozpoczęciem pisania tworzy się plan powieści. Planowanie może obejmować różne aspekty. Niektórzy zaczynają od stworzenia sylwetek bohaterów, głównych postaci powieści. Postacie są dla nich kluczowe; cała koncepcja ich powieści osnuwa się wokół postaci. Kiedy stworzyłeś już główne postacie i masz wyobrażenie ich charakterów, zamierzeń, ambicji, silnych i słabych stron, konfliktów itp., masz prawie gotową fabułę powieści – taka byłaby ich argumentacja. Fabuła wynika w tym wypadku z pragnień i działań głównych postaci, najczęściej uwikłanych w konflikty między sobą lub w konflikty wewnętrzne. Konflikt jest podstawą dobrej powieści – to stwierdzenie nader często pojawia się w podręcznikach dla osób myślących o karierze pisarskiej.

Plany tworzy się na miarę potrzeb, doświadczeń, umiejętności, wiedzy o planowaniu. Plan może być bardzo krótki i przedstawiać tylko fabułę (wątki) powieści, wyobrażenie jej początku i końca. Ktoś inny zaplanuje sobie przede wszystkim główne postacie, ich zamierzenia i role. Obszerniejszy plan powieści obejmować będzie więcej elementów: fabułę, główne postacie, sceny/epizody, które określają i porządkują rozwój akcji, początek i koniec powieści. Do planu można jeszcze dodać założenia, w jakich proporcjach zamierzamy wykorzystać w pracy narzędzia prezentacji fabuły, postaci, miejsc akcji i kontekstów, czyli narrację, dialog i akcję.

Cdn.