Komiks polityczny. Przemówienia jesiennowigilijne. Odcinek 13

Tłok wydarzeń był taki, że można było oszaleć. Wysłuchałem dwóch przemówień konkurujących ze sobą pięknem i treścią.

W wigilię Święta Niepodległego Okrętu na placu pojawił się najpierw pomnik, potem flagi, a zaraz po nich komandor Jaroszka ze świtą. Było zimno. Uczestnicy wiecu ubrani byli na czarno i solidnie wywatowani. Na lewo od komandora ustawiła się Bea, następnie Najwyższy Urzędnik Nijaki, co mogłoby sugerować, że obsunął się w dół na drabinie rangi i powagi, albo że bez przypominania sam pamiętał swoje miejsce w szeregu. Było i jedno i drugie, czyli odświętnie. Manifestacja w przeddzień Święta Niepodległego Okrętu, a nie w samo święto, pokazała szlachetną odmienność komandora i załogi.

Komandor wszedł na trybunę otoczoną flagami i ustawioną w cieniu pomnika bohatera zdobnego sumiastym wąsem i szablą kawaleryjską. Kiedy pomnik popatrzył na niego z uznaniem, komandor rozpoczął przemówienie. Zawarty w nim komunikat dał się streścić.

– Wolność, wolność, wolność! Co znaczy wolność? Znaczy: jesteśmy wolni. Jesteśmy wolni, lecz musimy być jeszcze wolniejsi. Gdzie musimy być wolni? Wszędzie. Tutaj, na statku, na morzu, na oceanie. Jak musimy być wolni? Nieskrępowanie, swobodnie, wewnątrz i zewnątrz. Byliśmy wolni i jesteśmy wolni, ale nie jesteśmy jeszcze całkiem wolni, jesteśmy wolni niecałkowicie. I o tę niewolną jeszcze wolność musimy walczyć!

Wybuchły oklaski, nieoszałamiające, lecz bardzo poważne. Klaskali wzruszeni staruszkowie i staruszki wypełniający plac. – Niech żyje komandor! – Krzyczeli. – Niech żyje wolność!

– Niech żyje liberum veto! – Ktoś krzyknął w tłumie.

– Tak! – Entuzjastycznie podjęli staruszkowie i staruszki. – Niech żyje liberum veto! Niech żyje wolność! Niech żyje! Zrobiło się bardzo nastrojowo.

Potem przemawiał Zbrojmistrz Sęp. Mówił tajemniczo o tym, czego nie było. Nie walił słowami wprost jak z armaty, jak to zwykł czynić, lecz delikatnie stosował niedomówienia, aluzje i półsłówka, pozytywnie oszołamiając słuchaczy. Oto jego słowa.

Nie było ludzi podnoszących rękę, ani pomysłu, jak ją podnieść. Nie było nawet wiadomo, jak ona ma wyglądać. Nie było zapraszania obcych królów, książąt ani możnowładców na statek. Nic w ogóle nie było. Było smutno, pustka od końca do końca. I ja ją wypełniłem moim przemówieniem, Bracia i Siostry, w wierze, w uzbrojeniu, w pospolitym ruszeniu, w czołgach, działach i dronach. – Rześko podsumował Zbrojmistrz, po czym zaciął się. Słyszałem jak łka, albo mi się tak zdawało. Wszystkim się zdawało, że to Zbrojmistrz łka jeszcze, a to echo łkało. 

Wielość radosnych wydarzeń w kraju aż mnie zasmuciła

Happy Saint Patrick's Day 2010, Dublin

W ostatnich dniach nastąpiło tak wiele ciepłych, wspaniałych wydarzeń, że aż mnie zasmuciło, czy potrafię w pełni nacieszyć się nimi.

Minister Sprawiedliwszości/Prokurator Generalny Ziobro wystąpił do Sądu Najwyższego o ekstradycję Romana Polańskiego, polskiego reżysera o międzynarodowej sławie. Należy podejrzewać, że zdenerwowało to Ministra Kultury, którzy realizuje plan rozsławienia kultury polskiej w skali światowej, strzelisty pomnik IV Rzeczpospolitej. Dawniej stawiano mauzolea. Dzisiaj stawia się pomniki. To niezbity fakt.

– Wszystkie kraje chętnie dokonują ekstradycji własnych obywateli, u niektórych jest to święta zasada.  – Wyjaśnił Minister Sprawiedliwości poważnie zacierając ręce.

Francuzi ogłosili natychmiast, że jeśli Polacy nie przyznają się do Romana Polańskiego, to oni chętnie to zrobią. – Polański jest Francuzem. – Stwierdzili.

Obrońca Polańskiego w USA nie mógł się nadziwić z kolei, że jest taki kraj, gdzie Minister Sprawiedliwości jest równocześnie Prokuratorem Generalnym. – Ciekawy, super ciekawy eksperyment! Ten, który oskarża, równocześnie rozsądza oskarżenie. Gdyby tak jeszcze dodać do tego obrońcę, to powstałby jednoosobowy zespół śledczo-orzekający: Oskarżyciel, Sędzia, Obrońca! Bardzo oszczędne rozwiązanie! Amerykanie umieją się cieszyć, nie to, co ja.

Polański jest Żydem z urodzenia. – Ktoś skomentował.- My bardzo lubimy Żydów. – Wyjaśnił Ziobro.

Posła Suskiego nie zaskoczyła decyzja ministra wystąpienia o ekstradycję. – Co w tym dziwnego? Polański nie jest immunizowany od ekstradycji. Brawo my! – Rzekł spokojnie, z wrodzoną mu śpiącą melancholią w oczach i oryginalnością słowa w ustach stworzonych do przemawiania.

Pan Prezydent Duda odwiedził reprezentację narodową piłki nożnej w celu ogrzania ich ciepłem własnej sławy i dodania energii. Był niezwykle aktywny. Uścisnął wszystkim rękę bez względu na orientację seksualną, religię, pochodzenie i przynależność partyjną, i kolejny raz zademonstrować, że jest prezydentem wszystkich Polaków. Potem pozwolił im zrobić zdjęcie (stojąc w miejscu centralnym otoczony aureolą okrągłego prezydenckiego uśmiechu), aby piłkarze mogli umieścić je powiększone w swoich domach i cieszyć się stałą obecnością głowy państwa. Na końcu podarował każdemu piłkarzowi parę złotych spinek do mankietów koszul, w których piłkarze nie chodzą. Będą mieli na pamiątkę. – Pomyślał z radością bezinteresownego darczyńcy.

Piłkarze nie pozostali dłużni. Postanowili stopić wszystkie spinki i wykonać na cześć prezydenta złoty pomniczek zasługi. Zostanie on ustawiony nocą w centralnym miejscu Warszawy i przyspawany do podłoża. To ostatnio modny trend, demonstracja wiary i dumy narodowej przez ustawianie pomników cichcem po nocy. Rząd popiera spontaniczny rozwój patriotyzmu narodowego i nie wyraża sprzeciwu.

Przed opuszczeniem piłkarzy, pan prezydent przeprosił, że nie może pozostać dłużej, choć nalegali.

– Wiem, z jaką niecierpliwością czekaliście na mnie, jak mnie kochacie, ale nie mogę! No nie mogę, spieszę do obowiązków! Mam jeszcze do zaprzysiężenia trzech sędziów Trybunału Konstytucyjnego, którzy czekają w przedsionku pałacu już kilka miesięcy. Dręczy mnie myśl, że łamię prawo, ale doprawdy nadmiar obowiązków nie pozwala mi robić wszystkiego dobrze i od początku. Mam także ambicje sportowe. – Prezydent nachylił się poufale do piłkarzy. – Chcę zdobyć mistrzostwo Polski w jeździe szybkiej na nartach w konkurencji prezydenckiej.

Tu się przyznam bez bicia, że ja też mam powody do satysfakcji z własnych osiągnięć. Napisałem pierwszy rozdział ambitnej powieści i poprosiłem o ocenę. Ostatni recenzent był mi bardzo życzliwy. – Szczerze mówiąc, nie podobało mi się to w ogóle. Nie zrozumiałem, o co ci chodzi. – Wyjaśnił. To mnie wzmocniło na duchu tak bardzo, że w gronie Polaków wyróżniających się ostatnio osiągnięciami postawiłem się (oczywiście w należytym oddaleniu wynikającym z szacunku) obok Ministra Sprawiedliwości i Pana Prezydenta.

Każdy ma swoje dobre dni. Kwestią jest tylko, ile tych dobrych dnia przypada na każdego z nas.

Nowy Hamlet: Opublikować czy zaprzysiąc? Oto jest pytanie.

Teatr L'Assemblèye_eud_Normandie, by Man vyi, public domain Biegam po lesie. Już wiosennym, rozświetlonym, radosnym. Trwa nowy sezon teatralny zwany bolesnym. Mimo słońca, wszędzie gęste opary, po których błądzą Don Kichoty, Hamlety, Sancho Panse, bracia Karamazow i zwykli obywatele.

Lecą sztuki poważne i nowatorskie: „W oparach absurdu”, „Pytania bez odpowiedzi”, „Pan Paranoja” oraz humoreska: „Wielka zabawa w kotka i myszkę”.

Można by powiedzieć, jeden wielki spektakl rozrywkowo-edukacyjny. Na widowni połączonej oryginalnie ze sceną jest tłoczno. Ponure i radosne postacie, mary, duchy i zwidy, widoczni i niewidoczni, głuche głosy i szepty. A pośrodku solidny pomnik, a na nim postać Wielkiego Małego Człowieka wskazującego środkowym palcem w nieznanym kierunku. Wszyscy tam patrzą i nic nie widzą.

Obok mnie przebiega aktor, były faraon, w międzyczasie TW, aktualnie zwolennik postępu poprzez demontaż, nowej formy bytu społecznego. Tacha przed sobą krzywe zwierciadło, patrzy w nie upiornym wzrokiem i krzyczy przerażony: To nie ja! To on!

– Doskonała gra. – Ktoś mówi obok mnie, zachwyca się i klaszcze.

Nieco dalej widać opozycjonistów wobec pomnika, palca, kierunku i zwolenników. Ich sylwetki raz po raz migają na ekranie leśnej TV: przyzwoite, spokojne, lekko sparaliżowane, proponujące w lekkim ukłonie: Opublikujcie! Zaprzysięgnij! Będziemy negocjować.

Z pomnika odpowiada im osobnik z zaciśniętymi zębami. – Nie podpiszemy!

Wtóruje mu rezolutna postać, jak się okazuje, kobieta, z kolczykiem w lewym uchu, zdobnym, regularnie wymiennym: – Drukarnia nam się zepsuła! To nie jest jeszcze wyrok! Nie ma tragedii. Nie podpiszemy!

Nieco dalej przemieszcza się po stoku ostatni fragment trójkąta bermudzkiego, gdzie giną wszystkie samoloty i okręty, płynna postać objaśniająca w przelocie: Nie zaprzysięgnę! Przecież widzicie, że jestem zajęty!

– A co będzie jak pójdziecie pod trybunał? – Pyta tłumek ciekawskich, bez związku, ni przypiął ni przyłatał. – To co wtedy?

Kobieta i ten na stoku rozmyli się. Tylko echo z pomnika mruczy przez zęby: – To posiedzą tam kilka lat. Sami tego chcieli. Wiedziały gały, co brały.

Po lewej stronie, gdzie budują Cyrk Wiecznej Szczęśliwości, kłusuje rześko 6.000 nowych urzędników. To najnowszy wynalazek, patent na pełne zatrudnienie: zwolnić brzydkich i starych, a więc nieudolnych prezesów firm i mianować nowych, piękniejszych, wybranych z listy „Precz z nepotyzmem”.

– Szukam pracy. Jakie zawody są dziś poszukiwane? – Pyta młodzieniec o twarzy zdeformowanej naiwnością.

Odpowiada mu spokojny, pewny siebie, uśmiech: szwaczki, nowej szlachty, fryzjera, manicurzystki, zasłużonego, znajomego oraz trzeciego dziecka pana Królika. Chodzi o ludzi o wyższych kwalifikacjach i wielkim doświadczeniu. Muszą przecież gdzieś pracować. – Wyjaśnia uprzejmie marszałek o pomarszczonej siwiźnie.

Dla mnie, konia biegającego po lesie, rozwiązanie jest proste: – Tu jest ostateczny mur. Podpisać! Zaprzysiąc! Ani kroku ustępstwa! Ale co ja? Zwykły Koń-Marzyciel, zezwierzęcony obywatel od pługa, tęskniący za żłobem i przywilejami, a nie za spokojem i normalnością.

Michael Tequila: „Sędzia od Świętego Jerzego”, powieść psychologiczno-obyczajowo-kryminalna do nabycia w księgarniach Matras, Dom Książki i księgarniach internetowych.