Rechrystianizacja – ceny koni idą ostro w górę.

Ważne wydarzenie zawróciło mi w głowie do tego stopnia, że tylko o nim myślę. Chodzi o marzenie Premiera Morawieckiego o rechrystianizacji Europy. Sprawdziłem w Wikipedii. Jest tylko chrystianizacja, czyli proces wypierania pogańskich wierzeń przez wiarę chrześcijańską, zastępowanie oznak rodzimej wiary niechrześcijańskiej chrześcijańskimi symbolami, wznoszenie kościołów w miejscu świętych gajów i świątyń, ustalanie świąt kościelnych w dniach, w których obchodzono uroczystości religijne, zastępowanie lokalnych bóstw kultem świętych chrześcijańskich itp. Teraz, jak rozumiem, musimy dokonać powtórki chrystianizacji i rechrystianizować to, co wymaga odnowienia w duchu postępowego chrześcijaństwa Premiera Morawieckiego, jego rządu i partii.

Nie wiem jeszcze, jak to będzie wyglądać w szczegółach, ale chyba szykuje się krucjata, ponieważ ceny koni poszły ostro w górę. Co do mnie, to już zdecydowałem: będę Premierowi pomagać. Przygotowuję się, nabywając pośpiesznie brakujących mi umiejętności. Na koniu jeździć umiem, czyli wsiadać i zsiadać, popędzić i zatrzymać, oraz – o czym nie mogę za żadne skarby zapomnieć – jechać i to do przodu, nie do tyłu, bo taki jest kierunek rządowych działań. Gorzej jest ze spadaniem, bo i na to muszę być przygotowany, kiedy na przykład przyjdzie mi dobić osobnika uparcie opierającego się rechrystianizacji, czego nie można wykluczyć.

Muszę też nauczyć się rozpoznawać innowierców, ponieważ obawiam się, że jakbym natknął się gdzieś w Europie na Rysia Czarneckiego, to nie wiem, czy nie wziąłbym go za Turka, z tym jego okrągłym obliczem, szarawarami i orientalną mową. Myślę o nim, ponieważ nie jestem pewien, czy on jest prawdziwym chrześcijaninem, czy też udaje, bo złapałem go na kłamstwie. Na szczęście tylko raz, ale Bóg jeden wie, co w Rysiu siedzi. To straszne, jak poganie i innowiercy potrafią udawać!

Tak czy inaczej temat rechrystianizacji jest ważny. Nie będę jednak przygotowany do krucjaty przed Bożym Narodzeniem, ponieważ zbyt wolno myślę i chyba nie zdążę załapać się na pierwszą krucjatę. Zdaje się, że Premier Morawiecki jeszcze w tym tygodniu jedzie do Brukseli, aby zbadać grunt pod rechrystianizację. To dobrze. Życzę my wszystkiego najlepszego kończąc słowami: Boże dopomóż w zbożnym dziele!

Jakżeż ja się cieszę, że jesteśmy prawdziwie chrześcijańskim narodem!

Zaproszenie:

Serdecznie zapraszam na moje spotkanie autorskie w dniu 18 grudnia br. (poniedziałek), godz. 18.30, Instytut Kultury Miejskiej w Gdańsku, ul. Długi Targ 39/40.

Kilku wspaniałych i inne opowiadania

Dzisiaj słońce zaświeciło tak mocno, że w moim sercu rozśpiewały się skowronki, co mnie przekonało, że jednak mam serce. Dla równowagi skarciłem się, że od dwóch tygodni nie zamieściłem żadnego wpisu na blogu. Życie toczy się tak szybko, że mi wstyd, bo nie nadążam, tym bardziej, że w Polsce życie toczy się szybciej do tyłu niż do przodu, co jest fenomenem na wielką skalę.

Jesteśmy teraz popularni w Europie, na świecie też. Wszyscy o nas debatują, rozważają, przyglądają się. Ładnie maszerujemy, rzucamy petardy, wznosimy okrzyki, białasy do rządu, czarni do worka, czy coś w tym rodzaju, prezentujemy kukiełki z teatrzyku Ku Klux Klan i historyczne swastyczki. To wszystkich zadziwia, zachwyca i frapuje, bo nikt nie ma tak mocnego teatru ulicznego jak my.

– Polak potrafi – mówią ludzie za granicą cmokając z zachwytu. Może nie każdy Polak, ale rząd na pewno, bo tak zdolnego rządu od dawna już nie mieliśmy. Jest moim faworytem.

W Europarlamencie odbyła się ciekawa debata zakończona rezolucją na temat Polski. Z lokalnych mówców najbardziej podobali mi się Rysio Czarnecki i Rysio Legutko, kojarzący mi się z Kogutkiem, bardzo nastroszonym i czupurnym.

Posłuchałem posła Legutko. Był oburzony, tylko nie za bardzo zrozumiałem na kogo. Mówił o łajdactwie i zdradzie, i to bardzo przekonywująco. Zanotowałem jego wypowiedzi wyrywając je oczywiście z kontekstu, bo mówił dużo i tupał przy tym głosem do taktu, co mi się podobało. Cytuję: „Nie mogę dojść do siebie”, „to nie jest dialog, żadna debata”, „to jest pokaz siły”. Zrozumiałem, że to on pokazuje tę siłę i to mnie podbudowało, bo dawno nie pokazaliśmy w Unii, kto w niej rządzi. Potem pomyślałem, że brzuch go rozbolał, ponieważ natychmiast po wypróżnieniu się słownym wyszedł z sali, chyba do toalety, aby poprawić makijaż.

Przed wyjściem, na sam koniec powiedział (cytuję): „Tu nie chodzi o praworządność, o wartości, tu chodzi o władzę”. Mówiąc to popatrzył do góry, skąd spoglądał na niego jego ukochany zwierzchnik, który mu przytaknął. Zgodziłem się z nimi, mają absolutnie rację.

 

Szybka autostrada w kierunku Turcji

Mgła była tak gęsta, że zadusiła dwóch robotników. Wkrótce się okazało, że to nie robotnicy, tylko lekarze, nauczyciele, sędziowie i prokuratorzy, i nie dwóch, tylko dwa tysiące, i nie zadusiła mgła, tylko zwolnił rząd. Zwalniani usprawiedliwiali się jak mogli: rozumiemy bardzo dobrze, reforma musi iść naprzód, my jesteśmy słabiutcy jak pijane niemowlę, ci co przyjdą w nasze miejsce będą naprawdę dobrzy.

Sam fakt zwolnień bardzo dobrze robi narodowi, gdyż tworzy motywację, wszyscy stają się szczęśliwi i pracują jak wiatraki. Dobrze, że rząd reformuje służbę zdrowia, edukację, sądy i prokuraturę, bo były już nie do zniesienia. Oprócz samoobsługowych pułapek na myszy, nic tam nie działało, nawet proste w obsłudze drewniane schody ruchome.

Mamy silny rząd. Jakakolwiek ustawę uchwali, prezydent ją bez zwłoki akceptuje, (pod warunkiem, że ma prawo do współudziału), Trybunał Konstytucyjny od razu zaklepuje jako legalną i oddala ewentualne skargi. Jest to najprostsza droga, aby silny rząd stał się jeszcze silniejszy. I o to właśnie chodzi, gdyż coraz szybciej pędzimy do tyłu i zbliżamy się już do Turcji, gdzie wymienia się wszystko i wszystkich, od razu z imienia i z nazwiska, w dodatku prosto do więzienia, aby w kraju było więcej przestrzeni dla ludzi pracy.

W UE udało się pani premier załatwić sprawę wynagrodzeń pracowników delegowanych, „może nie wszystko, ale obroniliśmy się przed najgorszym”. Fantastycznie powiedziane: załatwiliśmy wiele, ale najważniejsze, że obroniliśmy się przed najgorszym. Rząd zna wszystkie przysłowia.

To, co teraz napiszę, to prawdziwa bomba. Forbes ogłosił, że premier Szydło jest dziesiatą najbardziej wpływową kobietą na świecie, dwa rzuty kajakiem za królową Elżbietą II (miejsce 8). Siła oddziaływania pani premier wzmocniła mnie na duchu. Poczułem się tak bardzo w sobie, że zamiast sześciu kaw wypiłem pięć. Cieszy mnie także to, że to zaszczytne miejsce zajmuje pani Premier (jest to sprawa tylko między nami Polakami) ex aequo z Jarosławem Kaczyńskim. Można by powiedzieć, że jest to niezwykle udana szyfrowana kombinacja otwartej decyzyjnie pani premier i ukrytego decyzyjnie Jarosława Kaczyńskiego.

Nie wiem, dlaczego tak dobry rząd ma być wymieniany. Chyba na jeszcze lepszy i to będzie fantastyczne, bo już jest doskonały. Świadczy o tym niezwykła wpływowość pani premier na świecie.

Obyśmy tylko zdrowi byli.

Radość życia dojrzałego mężczyzny

W piątek, czyli wczoraj, przytłoczyła mnie radość życia. Była spontaniczna i rozbrykana jak małe dziecko.

Najpierw dowiedziałem się, że w Polsce istnieje stanowisko takie jak „technik serwisu łopat turbin wiatrowych” do którego głównych zadań należy „troubleshooting”. Potem pojawiła się informacja, że „policja złamała szyfr dealera gwiazd i celebrytów Cezarego P”, co oznaczało, że „osoby znane z pierwszych stron gazet poczuły strach”. Jeszcze bardziej potem, o godzinie 5 PM, rozpoczęła się happy hour z campari z tonikiem zamiast soku, który wyparował, i trzema małymi pączkami z serem, budzącymi słoneczne niebo w gębie. Happy hour to you, too!

W końcu, i to dopełniło dziennej czary mego uniesienia, podano wynik spotkania Prezydent – Prezes, w jakiej sprawie nie wiem, bo o tym nie pisano. Wynik jest jednak znany: jest chęć i wola, będą analizować, odbędzie się kolejne spotkanie. Piszę o tym i podobnych tajnych sprawach publiczno-politycznych na Twitterze, który stał się dla mnie domem i przystanią. Podaje adres: www.twitter.com/michael_tequila . Wystarczy też wpisać Michael Tequila po wejściu na stronę www.Twitter.com.  

Na zakończenie kolejna dawka rozkoszy literackiej z mojego zbioru opowiadań: Niezwykła decyzja Abuelo Caduco. Humoreski i inne opowiadania”:

„W warunkach układu słonecznego hysio występuje najczęściej nocą około godziny 23.15, ale w Galaktyce Rozdrażnień panują zupełnie inne warunki. Przeważają tu silne prądy równoległego wzbudzania i hamowania aktywności organizmów żywych i nie ma podziału na dzień i noc. Czas dobowy liczony jest metodą przeskoków: redukcji – od godziny 24 do godziny 0, i wzrostu – od godziny 0 do godziny 24. Ta doba była dobą rosnącą.

Kapitan spokojnie podchodził do załogantów, którzy ustawili się na zbiórce w tradycyjnej gwiezdnej formacji, nagle podskoczył, podniósł obydwie ręce do góry i popędził w kierunku mostku sterowniczego. Tam czaił się chwileczkę, po czym zręcznie wdrapał się na pulpit nawigacyjny, skąd jednym susem przeskoczył na tablicę świateł ostrzegawczych i wydał z siebie nieartykułowany dźwięk. Zaraz potem oznajmił donośnym głosem:

– Jestem kapitan Nemo K, niestrudzony badacz galaktyk i układów gwiezdnych.

Nie wyczerpało to jego repertuaru hysia, ponieważ chwilę później wykonał dziwny manewr. Obrócił statek rufą do przodu i, dokonując gwałtownego zwrotu przez lewy statecznik, przeleciał tuż, tuż koło najgorętszej w tym regionie gwiazdy, zwanej Julią Roberts. Spojrzał śmiało w jej duże i piękne oczy i na odległość ucałował jej obfite różane usta. Gwiazda emanowała tak niezwykłym blaskiem, że musiał przesłonić oczy daszkiem czapki kapitańskiej. Załoga oniemiała.”

Zobacz na Twitterze. Kliknij na link księgarni Znak pod obrazkiem:

https://twitter.com/michael_tequila/status/921427215472119808

Hiszpania 6: Korzystanie z telefonu i smartfonu. Biblioteka publiczna.

Połączenia telefoniczne z Hiszpanii do Polski kosztują teraz tyle samo, co lokalne w Polsce, jeśli ma się wykupiony abonament u operatora (tak jest przynajmniej w moim przypadku). Łącząc się z Hiszpanii moim smartfonem z numerem w Polsce wypowiedź rozmówcy słyszałem czasem podwójnie, raz nawet potrójnie. Życzenia imieninowe składano mi trzy razy. Pomyślałem, że mój rozmówca stracił pamięć. Nie mam pojęcia, w czym rzecz. Moim znajomym też się to zdarzyło. Miałem również wrażenie, że dzwoniąc z pokoju hotelowego na siódmym (najwyższym) piętrze rozmowy telefoniczne łatwiej ulegały zakłóceniom. Prawdopodobnie dlatego, że na poddaszu znajdują się urządzenia elektryczne – silniki wind i klimatyzacji).

Komputer jest dostępny w hotelu lub w kawiarence internetowej. Koszt typowo 3 Euro za pół godziny. Nie jest to mała kwota, zważywszy, że to, co zrobiłbym w piętnaście minut na moim komputerze w domu, na obcym mogę nie skończyć nawet w godzinę lub dłużej. Korzystałem więc z komputera w bibliotece publicznej.

Z lokalną biblioteką warto się zapoznać. Usługi są bezpłatne, jest dostęp do książek, czasopism, komputerów i informacji. Turyści na ogół tam nie zaglądają, a jest to znakomite miejsce do zasięgnięcia informacji na dowolny temat. W Malgrat de Mar, gdzie mieszkałem, oznaczenia i opisy w komputerach były niestety w języku katalońskim. Znam hiszpański, lecz nie miałem pojęcia, co znaczą katalońskie słowa w komputerze, gdyż jest to język bardzo odmienny. Poza tym system komputerowy był zupełnie inaczej zorganizowany, nie mogłem odnaleźć symboli (ikon) aplikacji, folderów, poczty elektronicznej, wyszukiwarki, przeglądarki. Plusem jest to, że panie z biblioteki chętnie pomagają.

Mały fragment czwartego opowiadania z "Niezwykła decyzja Abuelo Caduco. Humoreski i inne opowiadania":

"Hanuman stojący przed Eduardo był zły, marszczył czerwoną twarz, robił miny, choć dłoń miał uniesioną pokojowo do góry. To było mylące. Świeżo upieczony adept sztuki interpretacji gestów bogów hinduskich nie wiedział, co o tym sądzić. Sięgnął odruchowo do zasobów intuicji i podał Bogu-Małpie duży, żółty banan, który zabrał na drugie śniadanie. Podając, wykonał gest „Namaste” składając dłonie na wysokości serca z palcami wskazującymi do góry i lekko pochylając głowę. Zarówno dar, jak i pozdrowienie zostały jednoznacznie odrzucone. Bóg-Małpa zareagował pomrukiem zbliżonym do dźwięku wydawanego przez osobnika usiłującego przypomnieć sobie człowieczeństwo, które obluzowało się w nim przy kolejnym upadku na ziemię w stanie upojenia.

Olśniony nagłą myślą Gordo wyjął z kieszeni szeleszczące pięćdziesiąt rupii i podał Hanumanowi. Ten schwycił je z wyraźnym zadowoleniem. Gordo pomyślał, że podobał mu się szelest. Sam lubił szelest suchych liści pod stopami kolorową jesienią. Zafascynowany odruchem obdarowanego, Gordo przyglądał się Hanumanowi z uwagą, kiedy zdarzyło się coś, czego się nie spodziewał. W oczach małpy z postury i boga z natury dojrzał samego siebie, wizerunek niekompletny, niezbyt wyraźny, ale niewątpliwie prawdziwy: wysokie czoło, brązowe oczy, nieco odstające uszy".

Hiszpania 4: Costa Brava we wrześniu. Obserwacje niedouczonego turysty.

Osobliwością Costa Brava, a konkretnie miejscowości Malgrat de Mar, był brak owadów. Moje drzwi balkonowe na siódmym piętrze hotelu Reymar Playa (w głębi na zdjęciu od strony morza – nie mylić z hotelem Reymar, który jest kilkaset metrów dalej w kierunku Santa Susanna), mogły być otwarte przez całą noc, a do pokoju nie wtargnęła ani jedna muszka, komar czy podobne stworzenie. Mógł to być efekt bliskości mocno zasolonego Morza Śródziemnego, wiatru, pory roku, może także jakichś innych czynników. Tylko w jednym miejscu, na otwartej przestrzeni restauracji/baru/kawiarni przy promenadzie, gdzie zatrzymaliśmy się wczesnym popołudniem, aby napić się Sangrii i zjeść crepes, zauważyłem i odczułem małe muszki. – Oby je ziemia pochłonęła – niereligijnie o nich pomyślałem.

Jeśli jechać na Costa Brava, to chyba najlepiej we wrześniu lub maju. Byłem we wrześniu. Idealna pora. Dużo mniej turystów, prawie w ogóle nie ma dzieci (skończyły się wakacje), spokojniej, nie tak gorąco. Pogoda była doskonała, temperatura powietrza idealna, choć woda w morzu nieco zbyt rześka jak na mój gust. Nie znoszę zimnej wody. Samo wejście do morza zajmowało mi minutę lub dwie. Rano i około południa morze było mało sfalowane, później po południu, około godziny 17-18, fale robiły się większe i kłopotliwe.

Lubię pływać. W przeszłości mieszkałem wiele lat w Australii i dużo pływałem. 29 września, w dzień moich imienin, udało mi się przepłynąć wzdłuż brzegu około 1,5 km. Zacząłem na wysokości przejścia pod ulicą na plażę w Malgrat de Mar w miejscu, gdzie Francuzi regularnie grają w kule, do hotelu stojącego przed hotelem Caprici w Santa Susanna. To mój rekord życiowy. Było to możliwe dlatego, że woda jest silnie zasolona i łatwo unosi ciało na powierzchni, wiatr był niewielki, niska fala, a ja chciałem uczcić ten dzień. Miałem okulary pływackie, bez których trudno jest pływać w słonej wodzie. Płynąłem bez pośpiechu, wyznaczając sobie kolejne cele, a to koniec kompleksu brązowych hoteli, zielony parasol, żółty parasol, duże głazy na brzegu. Płynąłem dalej tylko dlatego, że wyjątkowo dobrze mi szło. Innego dnia był tak silny wiatr, że nie udało mi się pokonać nawet dystansu dwustu metrów.

Dla nieumiejących pływać kąpiel w morzu w Malgrat de Mar wiąże się, jeśli nie z ryzykiem, to z pewnością z niedogodnością. Plaża wchodzi dosyć stromo w morze i w odległości półtora/dwa metry od brzegu dno załamuje się raczej gwałtownie, dalej nie można już sięgnąć dna. Jeśli nie umie się pływać, przebywanie w odległości do dwóch metrów od brzegu jest trudne, zwłaszcza jeśli jest akurat większa fala.
Po wycieczce do Tossa de Mar (patrz zdjęcie), przyszedłem na plażę około godziny 18.30. Było jeszcze jasno, ale plaża była prawie całkowicie pusta, w morzu nie było już nikogo. Mimo wielkiej chęci, aby wykąpać się, nie zdecydowałem się wejść do morza tego wieczoru; było po prostu nieprzyjemnie. Wróciłem do hotelu, aby wykąpać się w basenie hotelowym na otwartym powietrzu. Nie był to kąpielowo udany dzień; basen w Reymar Playa zamykają o godzinie 19.00. W innych hotelach jest lepiej, basen jest otwarty dłużej.

Nie będę się odgrażać, ale w dalszych blogach zamierzam napisać jeszcze m. in. o korzystaniu z komputera, o bibliotece publicznej, wymianie waluty, znalezieniu restauracji z ulubioną potrawą, rynku lokalnym (mercado), wynajmie roweru i języku.

Na koniec, jak zwykle, dodatek w postaci fragmentu trzeciego opowiadania z mojej ostatniej książki „Niezwykła decyzja Abuelo Caduco. Humoreski i inne opowiadania”.

„Lou maszerował jak w hipnozie. Ani przez chwilę nie tracił z oczu obiektu swej artystycznej adoracji, która przerodziła się w atawistyczny strach. Nagle coś zaczęło się zmieniać. Patrząc na byka z odległości już nie większej niż kilkanaście metrów, Lou nie wierzył własnym oczom. Najpierw ogarnęło go zdumienie, potem niepokój, a następnie panika. – To jakaś potworność! – szepnął Lou, czując, jak serce wali mu w piersi w obliczu czegoś niezrozumiałego i budzącego grozę. W miarę zbliżania się ku człowiekowi, byk kurczył się. Był nadal wielki, ale już nie potężny jak kilkanaście sekund wcześniej. Wyglądało to tak, jakby zwierzę zapadało się w sobie pod wpływem ogromnego ciśnienia z zewnątrz. Kurczenie się żywego stworzenia sprawiało malarzowi psychiczny ból. Byk wyraźnie malał w oczach. Lou uznał, że jest to jakaś sztuczka ze strony zwierzęcia, prowadzącego z nim niepokojącą, niezrozumiałą grę. Poczuł się podle oszukany. W głowie mu zaszumiało, zacisnął zęby i pięści. Rozsierdzony nie wiedział, co z sobą zrobić. Byk zbliżał się coraz bardziej. Odległość zmniejszyła się już do kilku metrów. Powiał nagły wiatr i Lou poczuł ohydny, przyprawiający o mdłości zapach wilgotnej sierści zwierzęcia.”

Hiszpania 3: Flamenco Show w hotelu Reymar Playa, Costa Brava

W środę 27 września oglądam w hotelu „Flamenco Show”. Zdjęć nie zamieszczam, bo smartfon nawet z 12 pikselami jest zbyt słaby, aby zrobić dobre zdjęcia. Tańczy jeden mężczyzna i dwie kobiety. Jedna wydaje mi się jak najbardziej wymiarowa jako tancerka flamenco, druga to ładna na buzi, lecz tęga jak smok bufetowa.

– Muszę dorabiać. W Katalonii nie jest łatwo – Rzuca niezbyt głośno siedzącym najbliżej gościom hotelowym.

Była ubrana w suknię w białe grochy na czarnym tle, u dołu czerwone falbany. Muzyka z płyty, okrzyki „Ole!”. Kiedy masywna i zamaszysta bufetowa trzasnęła bucikiem to podłoga drżała. Nie dziw, że mężczyzna tańczył jak trzeba. On sam ubrany był w czerwoną kamizelkę, miał na sobie czerwony krawat w białe grochy, białą koszulę oraz czarne spodnie. Był to brunet o twarzy Słowianina, z kilkudniowym zarostem na twarzy. Dobrze naśladował byka wykonując taconeo.

Tancerze co raz zmieniali ubiory. Tańczenie flamenco to wielki wysiłek. Mężczyzna po tańcu miał plamy wilgoci pod pachami i na plecach. Widać je było wyraźnie na białej koszuli. Muzyka była odtwarzana z płyty, operowa i operetkowa, w ruch szły kastaniety.

W kolejnym podejściu bufetowa wyszła w eleganckiej czarnej sukni, czerwony kwiat we włosach, tańczyła solo z kastanietami. Potem wystąpił mężczyzna, też tańczył solo, z pozycji byka płynnie przechodząc w łabędzia z Jeziora Łabędziego.

Bufetowa występowała jeszcze kilka razy, solo i z drugą tancerką. Duża i obfita przybierała pozy motylka, machała chustą i cały czas zachowywała poważny wyraz twarzy jakby mąż ją rzucił. Domyśliłem się, że Hiszpanie potrafią być niewierni. W sumie kobieta tańczyła ładnie, dobrze jej szło. Życzyłem jej wszystkiego najlepszego krzycząc razem ze wszystkimi „Ole!”

Poniżej fragment drugiego opowiadania ze zbioru „Niezwykła decyzja Abuelo Caduco. Humoreski i inne opowiadania”:

„Zaprosiłem Koniego do środka i zaproponowałem krzesło przy stole. Podziękował, odsunął je na bok i usiadł na zadzie. Oczy mi się otworzyły szeroko ze zdumienia.

– Chyba pracowałeś w cyrku, Konio? Czegoś takiego jeszcze nie widziałem. Niesamowita sztuczka.

Popatrzył na mnie od niechcenia i spokojnie wyjaśnił: – Żadna sztuczka, tylko lata ćwiczeń. To nasza joga, siad w pozycji końskiego lotosu.

– Musiałeś być kiedyś w Indiach! – Stwierdziłem podekscytowany odkryciem i dodałem wyjaśniająco: – Sam nie byłem, ale bardzo chciałbym tam pojechać. Wiem, że są tam święte krowy.

– Daj spokój krowom. To zwykłe bydło. Rozmawiajmy o czymś szlachetniejszym. Tematy bydlęce mnie nie interesują”.

Hiszpania 2: Katalonia i niepodległość

Costa Brava, Barcelona i Gerona to Katalonia. Dziś odbywa się tam referendum niepodległościowe.

W Milgrat de Mar rozmawiałem z panią w bibliotece miejskiej. Wyjaśniła mi kilka kwestii. Przedstawiam je w skrócie i w uproszczeniu.

70 % Katalończyków chce niepodległości. Rząd hiszpański ma jeszcze zapędy imperialistyczne, niektóre nazwiska w rządzie łączą się z ludźmi, którzy rządzili za czasów Generała Franco. Kiedy Katalończycy budowali pierwszą linię kolejową z Mataró do Barcelony, przewozili towary, kiedy zbudowano pierwszą linię kolejową w Hiszpanii, łączyła ona jeden pałac królewski w Madrycie z drugim.

Problem wolności Katalonii jest głębszy. Historycznie Katalończycy byli już niezależnym narodem europejskim, mieli swój parlament i swoje państwo.Cytuję artykuł z The Washington Post https://www.washingtonpost.com/news/worldviews/wp/2017/09/30/catalonia-independence-referendum-spain/?utm_term=.8df5f1c3e108:

„Dla “independistas,” walka o wolność to przedsięwzięcie ciągnące się przez trzy wieki, sięgające roku 1714, kiedy Filip V, król Hiszpanii, zdobył Barcelonę. Od tego czasu katalońscy nacjonaliści konsekwentnie dążą do uniezależnienia się od Hiszpanii. W roku 1932 przywódcy regionu zadeklarowali utworzenie Republiki Katalońskiej, rząd hiszpański zgodził się na jej autonomię. Kiedy generał Francisco Franco doszedł do władzy w 1939, zdobycze te utracono. Franco systematycznie niszczył katalońskie instytucje i eliminował język, w czystkach dokonano egzekucji tysięcy Katalończyków. Nie było rodziny katalońskiej, która przeżyłaby ten okres bez szwanku”.

Sprawa niezależności Katalonii jest raczej skazana na niepowodzenie. Unia Europejska i rządy innych krajów są przeciwne. Powstanie niezależnej Katalonii rozpętałoby tendencje separatystyczne w niejednym kraju: Szkocji – uniezależnienia się od Wielkiej Brytanii, Flandrii – od Belgii. We Włoszech mocno prawicowa Północna Liga chce zyskać więcej niezależności dla północnych regionów kraju. Są też jeszcze Baskowie.

My, katalońscy Słowianie, rozumiemy Katalończyków Śródziemnomorskich. Oni chcą być niezależni od Hiszpanii, my od Unii Europejskiej. Dlatego powstaliśmy z kolan, idziemy w górę i jesteśmy już chyba na wysokości pasa.

Viva Polonia, viva España e viva Catalonia!

Hiszpania 1: Wycieczka Rainbow Tours 16-30 września 2017. Tossa de Mar.

To jest mój pierwszy wpis na blogu na ten temat. Zamierzam zrobić więcej takich wpisów. Tekst piszę w bibliotece w Malgrat de Mar na Costa Brava, na komputerze, gdzie nie ma nazw hiszpańskich ani angielskich, tylko katalońskie, które dla mnie okazały się równie trudne jak hieroglify. Dopiero dzisiaj, po powrocie z wycieczki, byłem w stanie doprowadzić tekst do ładu i opublikować.

27 września popłynęliśmy statkiem do Tossa de Mar na Costa Brava w Hiszpanii. Wspaniałe „dzikie” widoki, wysokie skaliste wybrzeże, urocze zatoczki, zieleń śródziemnomorska, stare mury z czasów rzymskich, wąskie uliczki, mnóstwo turystów. Zdjęcia załączę przy najbliższej okazji, jak tylko je przekopiuję do komputera, nieco uporządkuję i opiszę. Jest szansa, że znajdziesz na nich i siebie, jeśli byłeś na tej wycieczce.

W Tossa de Mar Sofia Loren kręciła niegdyś film, zakochała się w miasteczku i zamieszkała tu na stałe. W istocie mieszkała dziesięć lat. Jest tu jej pomnik. Trzeba ją dotknąć, aby się poszczęściło.

Uznałem, że szczęście też mi się przyda, nie tylko dotknąłem jej, ale objąłem serdecznie, jak to ja. Czułość jest moją słabością. Wzdrygnąłem się, tak była zimna. Myślałem, że Włoszka to będzie gorąca. A skądże! Przyjrzałem jej się bliżej, miała wąskie biodra. To też się nie zgadzało z moim wizerunkiem tej aktorki. Rzeźbiarz musiał mieć słaby wzrok. Podobno później założył salon okulistyczny, gdzie sprzedawał okulary i narzędzia wyostrzania wzroku, aby pomóc sobie i innym. Na zdjęciu młody człowiek z wycieczki ćwiczy asymetryczny, tzw. boczny dotyk prawą ręką prawej piersi kobiecej. Mówił, że podobno kobiety to lubią. Pomnikowa Sofia nie wyraziła żadnej opinii.

Na obiad udałem się do restauracji “Marinara”. Przewodnik zachwalał ją jako specjalizującą się w owocach morza. Mówił, że przepada za nimi. Sam zamówił sobie kurczaka. Nie zdziwiło mnie to. Nowoczesny kurczak, pasiony hormonami, jest niezwykle zdrowy. Jeśli ważysz 70 kg i jesz kurczaki, to za rok będziesz mieć 120 kg. Jest to gwarantowana ścieżka szybkiego wzrostu. Ludzie lubią rozwijać się. Przy posiłku śpiewał nam Julio Iglesias. Wzruszyłem się. Owoce morza były udane. Nie żałowałem, że nie wziąłem kurczaka. Nie sobie jeszcze pożyje.

W drodze powrotnej, w firmie o nazwie Bodega (tylko tyle zapamiętałem z napisu) mieszczącej się w solidnej, wielkiej szopie, uczestnicy kilku wycieczek testowali malutkimi plastikowymi kieliszkami wino prosto z beczek. Beczki były przemieszane: wina białe i czerwone, słodkie, półsłodkie i wytrawne, Malagi, Sherry (zwane także Jerez lub Xeres), Muscatel, co kto lubi i nie lubi. Potem były wędliny, szynki, kiełbasy, następnie słodycze, różne nugaty i ciasteczka. Rozochoceni winem i widokami hiszpańskich produktów spożywczych wszyscy cieszyliśmy się i kupowaliśmy jak szaleni. Zdarzył się przy tym tragiczny wypadek. Dwie kobiety zadeptały mężczyznę, uczestnika wycieczki. Tłumaczyły się, że go nie zauważyły, bo był mały, że wino było bardzo dobre, że gorączka zakupów, pośpiech. Mężczyzna potwierdził, że był drobnego wzrostu.

– To nie pierwszy raz mnie rozdeptano. – Wyjaśnił ze smutkiem w oczach. Oczy miał naturalnej wielkości.

Przyjechała policja i potwierdziła wszystkie fakty dziękując wszystkim za wspieranie zakupami Katalonii, która w najbliższą niedzielę drogą referendum chce się oderwać od Hiszpanii, i zapewniając, że oni też będą przyjeżdżać i kupować w Polsce, kiedy i nasz rząd zdecyduje się oderwać od Unii Europejskiej. Atmosfera zrobiła się bardzo miła, strony gratulowały sobie nawzajem postaw patriotycznych wyrażających się w gotowości do odmienności i odrywania się od rzeczywistości, która nie zawsze jest taka, jakiej sobie życzylibyśmy.

Rodacy, których poznałem w Hiszpanii, to ludzie przesympatyczni, spragnieni słońca, wypoczynku, historii i pamiątek z Hiszpanii. Najsympatyczniejsza była grupa osób z Kołobrzegu. Mało o nim słyszałem, a to piękne miasto. W herbie ma podobno jachty, podróże, dobry alkohol oraz zimne morze. Dlatego jego mieszkańcy jeżdżą do Hiszpanii, aby się ogrzać przed zimą, podobnie jak my wszyscy, ludzie tęskniący za ciepłem, radością i normalnością.

Pozdrawiam serdecznie. C.d. wkrótce.

Wielkie osiągnięcia Polski na arenie międzynarodowej

Polski rząd nieprzerwanie odnosi sukcesy na arenie międzynarodowej. Krystyna Pawłowicz, ta od ciepłych posiłków w Sejmie, skutecznie skrytykowała Niemcy, że do dziś „respektują mapy swej Rzeszy z 1937 roku”. Po jej wypowiedzi, inna posłanka PiS, Joanna Lichocka, oburzona wypowiedziami prezydenta Francji Macrona ogłosiła bojkot serów francuskich.

– Proponowano mi je, zachęcano, przekonywano, ale odmówiłam. Nie będzie Macron pluć nam w twarz, ni dzieci nam germanić – powiedziała solidaryzując się z panią Krysią.

W dniach 29-31 sierpnia uczestniczyliśmy w Targach Erotycznych Asia Adult Expo 2017 w Hong Kongu. Jesteśmy w czołówce największych innowatorów. Niemcy wystawili Womanizer, bezdotykowy stymulator łechtaczki, USA – Svakom, w pełni ekologiczny stymulator seksualny na baterie, Chiny – zintegrowane lalki dla dorosłych (tak erotyczne, że aż włos się jeżył), sztuczne penisy najnowszej generacji oraz nakładkę masturbacyjną łączącą seks robota z rzeczywistością wirtualną. My pokazaliśmy wielki palec środkowy wzniesiony do góry oraz dwa mniejsze w kształcie litery V, supernowoczesne narzędzia integrujące seks z polityką zagraniczną.

Wszyscy byli zachwyceni naszą technologią. Chińczycy uznali ją za wyraz otwartości Polski na nowe trendy w światowej polityce. Wobec zagrożeń z Zachodu, w szczególności groźby napadu na Polskę ze strony Unii Europejskiej, nastąpiło zbliżenie stanowisk. Głos zabrał minister Waszczykowski stwierdzając w wywiadzie dla BBC, że chcemy „demokracji bezprzymiotnikowej”.

– „Też tak myślimy” – podkreślił minister spraw zagranicznych Chin, dodając: Tylko demokracja oparta na silnej bezpardonowej, władzy jest dobra. Demokracja bezprzymiotnikowa jest „be”. „Be” w naszym języku znaczy wszystko, co najgorsze.

Obydwa kraje opublikowały komunikat prasowy: „Łączy nas wspólnota zapatrywań oraz konieczność rzucenia na kolana niebezpiecznych dla pokoju potęg militarnych: Polska – Unii Europejskiej, Chiny – USA”, po czym ministrowie spraw zagranicznych wspólnie zwiedzili, w części muzycznej targów, wystawę męskich organów.

W nocy zbudziło mnie wycie. To wyło moje serce z dumy, że jestem Polakiem. Mamy wspaniały rząd i fantastyczne osiągnięcia polityczne i technologiczne. W sporcie też udałoby nam się wygrać z Danią (z Unii Europejskiej) w piłkę nożną, gdyby nie to, że nas nieuczciwie zaskoczyła. Taki jest Zachód wobec nas, wrogi i podstępny. Ale my umiemy odpowiedzieć. 

Każdy ma swojego Trumpa

Przeczytałem w „The Economist” najnowszy artykuł na temat podziałów społecznych w Stanach Zjednoczonych, który skojarzył mi się z naszym, rodzimym podziałem na ludzi pierwszej i drugiej kategorii.

Amerykański Pew Research Center przeprowadził sondaż 40.447 osób w 37 krajach. Oto jego wyniki.

Poziom zaufania do prezydenta Obamy w końcowym okresie jego urzędowania wynosił 64 %, prezydentowi Trumpowi ufa dzisiaj tylko 22 %. 75 % ankietowanych określiło go jako osobę zarozumiałą (arogant), 65 % jako osobę nietolerancyjną (intolerant) i 62 % za niebezpieczną (dangerous). Poziom akceptacji Stanów Zjednoczonych w Europie Zachodniej spadł z 64 % do 49 %.

Nie jest źle; nie pozostajemy w tyle, też mamy swojego Trumpa. W dzisiejszych czasach chyba każdy musi mieć kogoś, kto go straszy. Na uspokojenie serca dobra jest waleriana, na uspokojenie społeczeństwa wyraźnie dobre są protesty, na których każdy może wykrzyczeć, co go boli. Tak wygląda zbiorowa terapia w czasach uduchowionych dyktatorów i satrapów, wierzących we własną zdolność zbawienia demokratycznego społeczeństwa wbrew woli większości.

Bea le Pen

W przestrzeni wirtualnej, która jest niczym innym jak odwzorowaniem rzeczywistości, pojawiła się nowa postać. Nazywają ją hybrydową Beą Le Pen. Jest to istota pół żeńska, pół męska; z ciała kobieta, z charakteru mężczyzna, dobrze zbudowany i ambitny. O jej męskim charakterze świadczy to, że przemawiając krzyczy bohatersko i patriotycznie, aby wbić do głowy różnym niedowiarkom i sceptykom, których nie wiadomo dlaczego nosi święta ziemia, że ma rację, nawet kiedy jej nie ma. Wzoruje się w tym na swoim Patronie, którego relikwię wspomnieniową nosi na piersi w pozłoconej otoczce.

– Nasz kraj rodzi teraz coraz więcej takich mieszańców cielesno – charakterologicznych, dotychczas jeszcze niezaliczanych do kategorii LGBT, ale jest to kwestia czasu – wyjaśnił w Oksfordzie pewien naukowiec, podający się za przedstawiciela rządu, sądu, stowarzyszenia hodowli królików rasowych oraz społeczeństwa obywatelskiego, zauważając, że wspomniany talizman to relikwie słynnego Patrona, który i jemu jest bliski i jest jak najbardziej żywy, lecz wiadomo, że co się odwlecze to nie uciecze, i że każdy jest śmiertelnikiem na tym padole łez smutku i radości.

W wywiadzie udzielonym gazecie polsko-francuskiej Bea wyjaśniła: Jestem wyrazem miłosnej przyjaźni polsko-francuskiej. Mówiąc te słowa poprawiła trójkolorową sukienkę, której lewa połowa była biało-czerwona, a druga niebiesko-biało-czerwono. Z dalszych jej wypowiedzi wynikało, że jest to zintegrowana siostra syjamska.

– Kiedy mówimy o terrorystach, uchodźcach, Unii Euro oraz patriotyzmie i narodzie, mówimy jednym mocnym głosem. Nienawidzimy wszystkiego, co obce, dziwne językowo i odmienne kolorystycznie, choć nie jesteśmy rasistkami, wręcz przeciwnie kochamy nasze kraje i bliźniego swego jak siebie samego. – Słowa te zostały wypowiedziane wyraźnie po polsku.

– A co was dzieli? – Pytali dziennikarze urzeczeni niezwykłą zwartością dwujęzycznej postaci.

– Dzielą nas uczucia do dwóch mężczyzn: prezydenta Imperium Wschodniego oraz pewnego ministra wojny. – Ja kocham tego pierwszego, moja półsiostra kocha ministra. – Tym razem przemówił głos francuski. Z dalszych wyjaśnień wynikało, że wspomniany minister przerwał negocjacje, nie kupując ani jednego obronnego latawca, ponieważ wcześniej zwolnił tłumy generałów z powodu ich rażącej niekompetencji i nielojalności, i teraz nie ma komu latać w armii.

Po zakończeniu wyjaśnień Bea le Pen wzniosła najpierw oczy do nieba a następnie okrzyki: Vive la Pologne, vive la France, vive l'amitié franco-polonaise!

Odpowiedź PiS na temat marszu KOD – lewatywa

Lewatywa Kongo 19 wiek, autor nieznany, public domain

Pod adresem http://www.wiadomosci24.pl/artykul/demonstracja_kod_histeria_i_wrzask_tak_maszeruje_sie_po_wladze_347589.html#artykul-narzedzia przeczytałem ostatnio ciekawą opinię o demonstracji KOD w Warszawie w dniu 3 maja 2016.

Jest to najlepsza recenzja dotycząca sytuacji w Polsce, jaką napisano w ostatnich latach: głęboka i treściwa jak lewatywa, jaką od kilku miesięcy partia rządząca funduje bezpłatnie społeczeństwu. Lewatywa jest bardzo zdrowa. Cytuję: „Znany lekarz N. W. Walker, który żył 106 lat, a przez 50 używał lewatywy zwykł mawiać: „ …nie ma prostszego i bardziej skutecznego środka oczyszczającego człowieka od wewnętrznych brudów niż lewatywa, a osoby, które są jej przeciwne, właśnie potrzebują lewatywy najbardziej…”.

Zgadzam się, że na demonstracji KOD w dniu 3 maja w Warszawie było bardzo mało ludzi, choć fałszerze mówili o 240 000 demonstrantów. Przedstawiciel rządu w osobie rzecznika policji tylu się nie doliczył, ponieważ używał nowocześniejszego sprzętu, lunety firmy AKysz, AKysz! Myśliwi używają jej w Afryce do polowania na słonie: patrzysz przez nią z drugiej strony, słonie stają się malutkie, bierzesz sobie kilka do pudełka po zapałkach, przynosisz do domu i wypuszczasz na trawnik. Użycie liczydła zamiast komputera, narzędzia szybszego, ale mniej dokładnego, też przyczyniło się do statystycznego uzdatnienia wyników.

Też uważam, że KOD zniknie, choć z innej przyczyny i w innych okolicznościach: nastąpi to w gorący dzień, kiedy pójdzie na piwo, aby się zrelaksować i porozmawiać o tak zwanej d'Maryni, podobno niezwykle kształtnej.

PiS, matka nasza, będzie z pewnością panować długie lata, pełnię władzy osiągając wtedy, kiedy już ustąpią najgorsze plagi: padną wszystkie konie, stanowiska prezesów państwowych spółek obejmą pracowite jak mrówki sprzątaczki i utalentowane bezrobotne hipnotyzerki, w walce z kornikiem zostanie wycięta Puszcza Białowieska, europejska bomba ekologiczna, złotówka osiągnie wartość 10 centów amerykańskich, a sprywatyzowane polskie sądy i więziennictwo zostaną sprzedane na giełdzie w Warszawie w celu repolonizacji aparatu sprawiedliwości.

Co do koni, to koło Oleśnicy żyją jeszcze trzy konie, autentycznie pragnące oddać życie partii rządzącej z okrzykami na ustach ” Niech żyje Pan Prezes”! Niech żyje! Niech żyje! Jest też wiele kucyków i koników biłgorajskich żądających, aby ich przejęły stadniny Ministra Rolnictwa Jurgieła wiedząc, że pod nowym kierownictwem urosną do normalnych rozmiarów i zastąpią zbuntowane konie arabskie, jakie z głupoty wyemigrowały na porośnięte kępkami trawy pustynie w Abu Dhabi porzucając nasze bujne pastwiska.

Dzięki Panu Prezesowi, którego wszyscy kochamy i PiS, stanowiący obecnie najbogatsze na świecie źródło wody święconej przywracającej pełnię zdrowia i radości, kraj nasz przeżywa błogosławiony stan pokwitania, owocujący opiniami o rzeczywistości równie niezwykłymi jak euforyczny zez obustronny.

Umfa! Umfa!

Nowy Hamlet: Opublikować czy zaprzysiąc? Oto jest pytanie.

Teatr L'Assemblèye_eud_Normandie, by Man vyi, public domain Biegam po lesie. Już wiosennym, rozświetlonym, radosnym. Trwa nowy sezon teatralny zwany bolesnym. Mimo słońca, wszędzie gęste opary, po których błądzą Don Kichoty, Hamlety, Sancho Panse, bracia Karamazow i zwykli obywatele.

Lecą sztuki poważne i nowatorskie: „W oparach absurdu”, „Pytania bez odpowiedzi”, „Pan Paranoja” oraz humoreska: „Wielka zabawa w kotka i myszkę”.

Można by powiedzieć, jeden wielki spektakl rozrywkowo-edukacyjny. Na widowni połączonej oryginalnie ze sceną jest tłoczno. Ponure i radosne postacie, mary, duchy i zwidy, widoczni i niewidoczni, głuche głosy i szepty. A pośrodku solidny pomnik, a na nim postać Wielkiego Małego Człowieka wskazującego środkowym palcem w nieznanym kierunku. Wszyscy tam patrzą i nic nie widzą.

Obok mnie przebiega aktor, były faraon, w międzyczasie TW, aktualnie zwolennik postępu poprzez demontaż, nowej formy bytu społecznego. Tacha przed sobą krzywe zwierciadło, patrzy w nie upiornym wzrokiem i krzyczy przerażony: To nie ja! To on!

– Doskonała gra. – Ktoś mówi obok mnie, zachwyca się i klaszcze.

Nieco dalej widać opozycjonistów wobec pomnika, palca, kierunku i zwolenników. Ich sylwetki raz po raz migają na ekranie leśnej TV: przyzwoite, spokojne, lekko sparaliżowane, proponujące w lekkim ukłonie: Opublikujcie! Zaprzysięgnij! Będziemy negocjować.

Z pomnika odpowiada im osobnik z zaciśniętymi zębami. – Nie podpiszemy!

Wtóruje mu rezolutna postać, jak się okazuje, kobieta, z kolczykiem w lewym uchu, zdobnym, regularnie wymiennym: – Drukarnia nam się zepsuła! To nie jest jeszcze wyrok! Nie ma tragedii. Nie podpiszemy!

Nieco dalej przemieszcza się po stoku ostatni fragment trójkąta bermudzkiego, gdzie giną wszystkie samoloty i okręty, płynna postać objaśniająca w przelocie: Nie zaprzysięgnę! Przecież widzicie, że jestem zajęty!

– A co będzie jak pójdziecie pod trybunał? – Pyta tłumek ciekawskich, bez związku, ni przypiął ni przyłatał. – To co wtedy?

Kobieta i ten na stoku rozmyli się. Tylko echo z pomnika mruczy przez zęby: – To posiedzą tam kilka lat. Sami tego chcieli. Wiedziały gały, co brały.

Po lewej stronie, gdzie budują Cyrk Wiecznej Szczęśliwości, kłusuje rześko 6.000 nowych urzędników. To najnowszy wynalazek, patent na pełne zatrudnienie: zwolnić brzydkich i starych, a więc nieudolnych prezesów firm i mianować nowych, piękniejszych, wybranych z listy „Precz z nepotyzmem”.

– Szukam pracy. Jakie zawody są dziś poszukiwane? – Pyta młodzieniec o twarzy zdeformowanej naiwnością.

Odpowiada mu spokojny, pewny siebie, uśmiech: szwaczki, nowej szlachty, fryzjera, manicurzystki, zasłużonego, znajomego oraz trzeciego dziecka pana Królika. Chodzi o ludzi o wyższych kwalifikacjach i wielkim doświadczeniu. Muszą przecież gdzieś pracować. – Wyjaśnia uprzejmie marszałek o pomarszczonej siwiźnie.

Dla mnie, konia biegającego po lesie, rozwiązanie jest proste: – Tu jest ostateczny mur. Podpisać! Zaprzysiąc! Ani kroku ustępstwa! Ale co ja? Zwykły Koń-Marzyciel, zezwierzęcony obywatel od pługa, tęskniący za żłobem i przywilejami, a nie za spokojem i normalnością.

Michael Tequila: „Sędzia od Świętego Jerzego”, powieść psychologiczno-obyczajowo-kryminalna do nabycia w księgarniach Matras, Dom Książki i księgarniach internetowych.

Premier Szydło prowadzi udaną psychoterapię Kongresu USA

L0003549 The douche, a method for calming violent lunatics. Credit: Wellcome Library, London. Wellcome Images images@wellcome.ac.uk http://wellcomeimages.org The douche, a method for calming violent lunatics. Ciba Symposium Published: 1230 Copyrighted work available under Creative Commons Attribution only licence CC BY 4.0 http://creativecommons.org/licenses/by/4.0/

L0003549 The douche, a method for calming violent lunatics.
Credit: Wellcome Library, London. Wellcome Images
images@wellcome.ac.uk
http://wellcomeimages.org
The douche, a method for calming violent lunatics.
Ciba Symposium
Published: 1230
Copyrighted work available under Creative Commons Attribution only licence CC BY 4.0 http://creativecommons.org/licenses/by/4.0/


Kongresmeni USA chcieli nas upokorzyć pisząc list do polskiego rządu: „Chcemy wyrazić nasze zaniepokojenie działaniami polskiego rządu, które zagrażają niezależności mediów i Trybunału Konstytucyjnego oraz psują wizerunek Polski jako wzorca przemian demokratycznych”.

Pani Premier Szydło natychmiast zareagowała. Zrobiła to w punktach:

1. Przypomniała Kongresmenom, że ich „diagnoza sytuacji wokół Trybunału Konstytucyjnego jest obarczona wieloma błędami” oraz „daleką nieznajomością faktów, które są związane z tą sprawą”;

2. Zdziwiła się, że „wewnętrzny spór polityczny w moim kraju staje się powodem do prób ingerencji ze strony polityków innych państw”;

3. Zapewniła, że „Państwa troska o sprawy Polski jest ważna i cenna”;

4. Pouczyła, że „zainteresowanie i dobra wola amerykańskich polityków nie może przekształcić się w pouczanie i narzucanie działań dotyczących wewnętrznych spraw mojej Ojczyzny. Przyjaźń budowana przez lata, nie może stać się ofiarą pochopnych sądów, opartych na nieprawdziwych informacjach;

5. Umocniła w przekonaniu, że „naszą demokrację i wolność cenimy tak samo mocno, jak Państwo, Nasi Amerykańscy Przyjaciele;

6. Uświadomiła, że „Budujemy nasz kraj, w oparciu o te wartości z poświęceniem i oddaniem od pokoleń”;

7. Wyraziła szczere życzenie: „Chcemy, by szanowano nasze suwerenne wybory i decyzje.”

Dzięki nadzwyczaj udanej akcji naszej pani Premier podnieśliśmy się z kolan na arenie międzynarodowej. Amerykanie zrozumieli, gdzie jest ich miejsce i że nie mogą grać z nami w cymbergaja na swoich zasadach.

Wojskowe bazy amerykańskie w Polsce, których nam nie załatwił zdegenerowany i kłamliwy rząd PO, mamy już zapewnione.

Dla uczczenia pierwszego historycznego zwycięstwa nad Kongresem USA zostanie dzisiaj odśpiewany w Sejmie hymn: „Nie będzie Amerykanin pluł nam w twarz” a następnie „Wyklęty powstań ludu ziemi, powstańcie, których gnębi głód”.

Michael Tequila: „Sędzia od Świętego Jerzego”, powieść psychologiczno-obyczajowo-kryminalna do nabycia w księgarniach Matras, Dom Książki i księgarniach internetowych.

Australia, happy hour. Polska, polityka i zwierzęta.

Psy staroegipskie Tesem couple Wikimedia Commons
Jest piątek. Piszę krótko i dosadnie, choć mógłbym rozwlekle. O zwyczajach, zwierzętach, których widok sprawia mi radość, oraz o niektórych (pożal się Boże) politykach zesłanych społeczeństwu przez los w charakterze bicza bożego za to, że dopuściło ich do władzy. W tym momencie wspomnień proszę was, Drodzy Czytelnicy, o wspólną wieczorną śpiewną modlitwę: Ojczyznę wolną racz nam zwrócić, Panie!

Dzień zaczął się obiecująco. Kupiłem gazetę, położyłem na ladzie i płaciłem, kiedy odezwał się mężczyzna obok:

– Cieszę się, że ktoś jeszcze czyta „Gazetę Wyborcza”. Też się ucieszyłem, że jest taki ktoś oprócz mnie. Wyszliśmy razem. Idąc w tym samym kierunku rozmawialiśmy o polityce i politykach. Pies mojego towarzysza drogi i czytania nic niestety nie mówił, tylko na końcu mruknął: Szkoda strzępić język.

– Mądre zwierzę. – Rozsądnie pomyślałem.

Rozpoznaliśmy sytuację polityczną; była żałobna, źle się kojarzy. Do tego stopnia, że chcieliśmy rzucić paskudnym mięsem kilka razy, lecz zaistniała obawa, że pies chwyci, zje i zejdzie śmiertelnie. I to z powodu polityki. Jad w niej zawarty jest nie do strawienia nawet dla zwierzęcia.

Dyskusją nic niestety nie załatwiliśmy, lecz połączyły nas poglądy. Ten prosty, obywatelski sojusz przyjęliśmy jako dobry początek dnia.

Jest nadal piątek, dokładnie godzina 17.00. W Australii o tej porze zaczyna się „happy hour”. Pamiętam te imprezy. Pracownicy opuszczają miejsce pracy i jak pracowite lemingi ciągną zgodnie do najbliższego pubu, aby bratać się w radosnym nastroju.

U nas z brataniem jest dużo gorzej, nawet z własnym bratem. Z jednym się bratam, drugi mnie odrzucił i nawet nie powiedział dlaczego. Tylko rządzący są mi życzliwi, głownie w tym sensie, że wiem, że nic nie trwa wiecznie. Szkoda, że oni tego nie wiedzą, zwłaszcza jeden, ten taki, dla którego zbudowano nowe mównice powiększono garnitur z przodu, aby zmieścił brzuch dobrobytu, jaki słowem i czynem niesie w darze narodowi. Jego słowa często rozumiem, czyny kojarzą mi się natomiast z czynownikiem. To chyba coś ze Wschodu.

Biegałem w lesie. Jak zwykle, oprócz drzew, ciszy i śmieci byli tam także ludzie i psy. Nic mnie tak nie cieszy, jak psy. Dzisiejsze mijane spotkania z psami i ich właścicielkami zachęciły mnie do napisania tego blogu.

Pies w języku pisanym i mówionym różnie się kojarzy: pod psem, pieski świat, pies na kobiety (dobre!), warczeć, odszczekać coś (ten termin powinien znaleźć się obowiązkowo w regulaminie Sejmu), kaganiec (to też powinno być na wyposażeniu rzeczonej instytucji, idealnie z regulacją głośności), pies z kulawą nogą, pies ogrodnika, co to sam nie zje i nie da, psy szczekają, a karawana idzie dalej, francuski piesek (tylko, jeśli masz salony), nie dla psa kiełbasa, no i najbardziej nieproduktywne „pies, który dużo szczeka, mało mleka daje”. Jak widać, człowiek nie jest psu życzliwy, a przecież jest to istota niezwykle udana.

Liczne przykłady pozytywnych zachowań zwierząt oraz przykłady fatalnych zachowań ludzi zwanych wybrańcami narodu, tych deliberujących nocą i tych szybkopiszących, rozstrajają mnie. Nie wiem, dlaczego jeden i drugi wybraniec łże jak pies, i kiedy czyni to w jakimś celu, a kiedy zupełnie bez celu. To mnie dezorientuje i deprawuje do tego stopnia, że czasem warczę na siebie patrząc w lustro. Deprawacja polityczna tylko pogłębia mój i tak już przykry charakter.

Psów się nie boję, lubię je, a one to wiedzą. Lubię także właścicieli psów, a jeśli tego nie wiedzą, to im to mówię. Nie jest to kompletny opis sytuacji, gdyż w grę wchodzi także nasza rodzima, ojczysta, niesponsorowana zza granicy, wszechobecna wielka polityka, wciskająca się w oczy jak pustynny piasek w czasie burzy.

Zwierzęta związane z polityką mogą być niebezpieczne. Gdybym spotkał pewnego wielce szacownego prezesa (poznaję go po tym, że wyznawcy jego kaznodziejskich teorii i praktyk podchodzą do niego na palcach, pochylają się i dyskretnie całują w rękę łaskawą w zaszczyty i kary), gdybym go spotkał z psem, to bałbym się, że jest podobnie nieobliczalny; znaczy się pies, bo zwierzęta szarych eminencji z racji wspólnego zamieszkania upodabniają się nierozważnie do właścicieli i cierpią już do końca życia.

Psie życie. Psia mać!

Michael Tequila: „Sędzia od Świętego Jerzego”, powieść psychologiczno-obyczajowo-kryminalna do nabycia w księgarniach Matras, Dom Książki i księgarniach internetowych.

O partii rządzącej, rządzie i prezydencie inaczej. Dokąd zmierzamy?

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Ktoś gdzieś kiedyś napisał, że wahadło polityczne drgnęło i niektórzy nie nadążają za nim. Może to i prawda?

Poniższy tekst to cytaty z dzisiejszego www.Money.pl.

W nieco ponad dwa tygodnie 2016 roku euro podrożało o 22 grosze, szwajcarski frank o 27 groszy, a dolar o 29 groszy. W tym czasie indeks WIG20 został przeceniony o 7,8 procenta i jest blisko 7-letniego dołka. Perspektywy też nie wyglądają najlepiej. Dostrzegła to agencja S&P.

W piątek wieczorem agencja Standard & Poor’s (S&P) obniżyła rating Polski z utrzymywanego od 2007 roku poziomu A- do BBB+. Perspektywa ratingu zaś została obniżona z „pozytywnej” do „negatywnej”, co oznacza prawdopodobieństwo 1:3 dalszej obniżki ratingu w perspektywie 24 miesięcy.

W uzasadnieniu tego kroku agencja zwraca uwagę na szereg działań nowego rządu, które zmierzają do osłabienia niezależności i skuteczności działania kluczowych instytucji w Polsce. Określa też warunki dalszego cięcia ratingu.

Agencja S&P tnąc rating nie dokonała żadnego szarlataństwa. W dużym uproszczeniu agencja ostrzega, że Polska pójdzie „węgierską ścieżką”. Z punktu widzenia inwestorów zagranicznych oznacza to spore ryzyko inwestycyjne. Ryzyka tego zresztą już doświadczają. Chociażby właściciele banków, które z jednej strony będą musiały zapłacić podatek bankowy. Z drugiej zaś zmierzyć się z zaprezentowaną w ostatni piątek przez Prezydenta, a jeszcze nie policzoną (nie znane są koszty), ustawą o pomocy dla tzw. frankowiczów.

O prawdach i łgarstwach noworocznych. Bez polityki i na trzeźwo.

W południe przespałem się. Sjesta. Obudziłem się jak osesek po kieliszku ciepłego mleka prosto od piersi. Byłem twórczy. Wymyśliłem powiedzenie: „Dom bez mężczyzny jest jak ogród bez kwiatów”. Przyszło mi to z łatwością.Nie męczyłem się jak inni po nocach. Wymysł jednak średnio oryginalny, bo kobieta, którą dobrze znam, nie zachwyciła się.

Kobietom ogrody i kwiaty kojarzą się chyba głównie z kobietami. W każdej grupie społecznej są zboczeńcy. O niektórych ostatnio pisałem, ale zaniechałem. Porzuciłem tę uprawę, bo ziemia jest twarda i trudno pracować. Motyczka się łamie, chyba na kłamstwach.

Nie tylko dzieci lubią piersi. Jest w tym niesprawiedliwość zabawowa. „Pan Bóg stworzył piersi kobiece dla dzieci, ale bawią się nimi dorośli”. To nie moje powiedzenie, ale też ładne. Lubię piękno.

Czasem mówię kobietom: „Proszę nie wierzyć mężczyznom, bo kłamią. Nawet jak mówią prawdę”. To moje. Mało rodzę, ale to akurat urodziłem. Bez pieszczot i interwencji. I bez dotacji NFZ, na zasadzie: „Radź sobie sam”.

Po wypowiedzeniu powyższej sentencji obserwuję kobietę. Jedna uśmiecha się, inna chwilę zastanawia się, jeszcze inna entuzjazmuje, jakie to niezwykle trafne. Wtedy dodaję:, „Ale kobiety robią to lepiej!”. Reakcje bywają różne, przeważnie pozytywne.

Z poczuciem humoru niektórzy mają więcej szczęścia, inni mniej. Najgorsze, że nie jest ono zaraźliwe. Epidemia bardzo by się nam przydała. Choć prawdopodobnie ktoś szybko wymyśliłby szczepionkę i reklamy w telewizji.

Reklamy leków to u nas normalność. Chorobliwa, ponieważ reklama sugeruje, że coś ci dolega. Ludzi robią sobie różne uzurpacje. Przypomina mi się napis na grobie hipochondryka. „A nie mówiłem, że jestem chory”.

W Australii reklamy leków są zakazane. Mądre społeczeństwo, nie tylko pod tym względem. Wymyślili i z powodzeniem praktykują uprzejmość. Bezinteresowną, spontaniczną, naturalną. I uproszczone procedury urzędnicze. Bez pieczątek, wystarczy podpis. My też do tego dojdziemy, choć nie jest to łatwe, bo klimat jest u nas surowszy. Wciąż ciągnie zimno z lat 1945 – 1989.
Nawet młodzi ludzie bywają wyziębieni grzecznościowo, mimo, że urodzili się i wychowali już w nowym czasie. Psują ich dziadkowie i rodzice. Tych najstraszniejszych pokazują w telewizji. Pracują nocami, choć nie muszą. Coś szybko uchwalą, a potem długo chwalą. To nowi stachanowcy. Cytuję Wikipedię: „Stachanow w nocy z 30/31 sierpnia 1935 r., podczas jednej zmiany w kopalni Centralnaja-Irmino, wykonał 1475% normy (tj. wydobył 102 tony węgla)”. To bogata i w istocie niesamowita idea. Patrz Wikipedia.

Biegałem dzisiaj pół godziny. Nie jest to prawdą, bo tylko piętnaście minut. Drugie piętnaście to szybki spacer. Łatwo jest mówić prawdę, kiedy nie boli. Z bieganiem nie przesadzam, chcę jeszcze trochę pożyć. Z kłamstwem jest inaczej, noworoczne nie noworoczne. Nie skraca życia. A szkoda.

Na drogach i ścieżkach w pobliżu osiedla mnóstwo wypalonych petard. Całe puszki i pojedyncze sztuki. Jesteśmy ludźmi, bo nawet świnia nie świni. Dlatego lubię zwierzęta.

Na zakończenie, tysięczne życzenia szczęścia i pomyślności w 2016. Obyśmy zdrowi byli i dostatecznie przytomni, aby nie oglądać za dużo telewizji i nie siedzieć w Internecie. Mówię to do siebie. Niemyślenie dobrze mi robi. Innym chyba też.

Pożegnalne Życzenia Noworoczne Urbi, Orbi, Politykom i Narodowi

Spring morning in the Han Palace Qiu Ying_001
W samym końcu roku obudziło się we mnie głębokie uczucie powiedzenia prawdy o sobie i o innych. Wstyd mi się przyznać, że dopiero koniec roku, mroźny i słoneczny, okazał się patronem głębszych uczuć.

Wyrażam ból, żal i współczucie Narodowi z powodu bezżenności Naczelnika Państwa, który zanurzony w stanie starokawalerskim nie ma przy sobie nikogo, kto powiedziałby mu prawdę, jaki jest naprawdę.

Mężczyzna, proszę Państwa, żeni się po to, aby poznać prawdę o sobie, gdyż nikt tak szczerze i otwarcie nie ujawnia mu rzeczywistości jak żona, istota powołana przez Boga do życia w celach edukacyjnych, naprawczych i terapeutycznych, a nie tylko prokreacyjnych, jak myślą fałszywi demografowie i politycy zarażeni troską o 500 zł dla statystycznego wzmocnienia społeczeństwa. Kościół, matka nasza, ostatnio nieco osłabła i milcząca w sprawach ważnych dla narodu, nie na darmo uważa małżeństwo za rzecz świętą.

Gdyby nie żona, każdy mężczyzna polityczny, z nielicznymi wyjątkami mężczyzn-ideałów, których należałoby wypychać i wieszać w kościołach jako wota jak to wspaniale opisywał Henryk Sienkiewicz, wzlatuje w górę podobnie do balona, nadęty przekonaniem o swojej mądrości, zdolnościach i idealizmie. Tylko serdeczna w uczuciach kobieta ściąga mężczyznę na ziemię, przywraca równowagę i uświadamia w sposób bezkompromisowy, kim i czym jest.

Tego właśnie brakuje Naczelnikowi Państwa. Otoczony tłumem dworzan, wasali i pochlebców, karmionych przez niego z ręki i trzymanych na pasku, nie ma szansy, aby któryś czy któraś z nich (bez względy na to, jak często całowana jest w rękę) powiedziała mu w przypływie szczerości chrześcijańskiej, co o nim myśli, czy choćby – w naturalnej kobiecej skłonności ku delikatności jak pani prof. Pawłowicz czy pani prof. Kępa – wyraziła nieskrępowaną opinię o postępowaniu pryncypała.

Mam na myśli tylko jedyną słuszną metodę korygowania błędnych zachowań osób bliskich (ale nie tylko): nie mówić o nich samych, lecz o ich czynach. Ilustrując to wziętym z życia przykładem, nie należy mówić „jesteś głupi”, albo „takiego kretyna jak ty jeszcze nie widziałem”, lecz ująć to delikatniej, bezosobowo, „zrobiłeś coś beznadziejnie głupiego”, albo, „nic bardziej kretyńskiego nie mogłeś wymyśleć”. Przedstawione przykłady odnoszą się oczywiście do poważniejszej skali przestępstw przeciw rozumowi i natężeń uczuć w ich odbiorze.

Z chwilą, kiedy człowiek przyswoi sobie terapeutyczną prawdę małżeńską, czuje się od razu lepiej. Może prowadzić ze sobą twórcze konwersacje, ilekroć przejdzie mu chęć porozmawiania z kimś naprawdę inteligentnym, co zdarza się każdemu z nas z wyjątkiem osób o nieuleczalnej słabości umysłu.

W podsumowaniu końcoworocznej zadumy pochylam się nad Naczelnikiem Państwa, aby przedstawić wymowną inwentaryzację krytyk jednej tylko jego inicjatywy. Chodzi o Ustawę Naprawczą o Trybunale Konstytucyjnym i o to, kto wyraził negatywne opinie, krytykę, zastrzeżenia, niechęć lub choćby obawy. Pomijam oczywiście sędziów Trybunału Konstytucyjnego, którzy nie dość, że pracują powoli, to są jeszcze narodowi ideologicznie „obcy” i wymagają jak najszybszej wymiany na „naszych”.

Zastrzeżenia i apele zgłosili (w kolejności alfabetycznej):

• Adam Bodnar, Rzecznik Praw Obywatelskich;
• Anne Brasseur, szefowa Zgromadzenia Parlamentarnego Rady Europy
• Byli sędziowie Trybunału Konstytucyjnego;
• Frans Timmermans Wiceszef Komisji Europejskiej;
• Helsińska Fundacja Praw Człowieka;
• Jan Jarzab, szef europejskiego Bura Wysokiego Komisarza ONZ do spraw człowieka;
• Komitet Obrony Demokracji, który ostatnio powiększył swoje członkostwo do ponad 50.000 osób
• Konfederacja Lewiatan;
• Krajowa Rada Sądownictwa;
• Przedstawiciel Adwokatury
• Przedstawiciel Radców Prawnych
• Przewodnicząca Sądu Najwyższego
• Stowarzyszenie Sędziów Polskich „Iustitia”
• Przywódcy opozycji parlamentarnej.

Na zakończenie pragnę powiadomić Państwa, że zdecydowałem się zakończyć ostatecznie moją karierę satyrycznego dziennikarstwa społecznego oraz pisarstwa blogowego. Mam inne, ciekawsze obowiązki przed sobą.

Na drugie, definitywne już zakończenie, składam najszczersze życzenia noworoczne osobom uwznioślonym urzędami oraz nam wszystkim, mieszańcom politycznym uformowanym w dwie kolumny; jednej patrzącej do tyłu i drugiej patrzącej do przodu.

Tak więc, życzę w kolejności hierarchicznej:

– Naczelnikowi Państwa, aby nie minęła go prawda o nim samym objawiona przez czynnik nadludzki, skoro ludzki nie jest w stanie;
– Panu Prezydentowi, aby mniej męczyły go sny o Trybunale Stanu;
– Pani Premier, aby obdarowano ją luksusowymi perfumami otrzeźwienia „Co ja robię!? Co ja robię!?”

Osobom pozostałym, czyli nam wszystkim, życzę, abyśmy w Nowym Roku 2016 nie obudzili się z ręką w nocniku, z którego nie będziemy mogli jej wyjąć i umyć, ponieważ zabroni nam tego Towarzystwo Największej Wzajemnej Adoracji, dla którego własne dobro stoi ponad prawem.

Wszystkiego Najlepszego!

Życzenia świąteczne z Panem Prezesem w roli upominku pod choinkę

Darwinbish_bearing_gift

– Czy naród może być jednoosobowy?

Jest to szekspirowskie pytanie z gatunku „Bić albo nie bić”, na które odpowiedzi udzielił sam Machiavelli:

– Tak. Naród może być jednoosobowy, lecz tylko pod warunkiem, że jest to osoba z ogromnym balonem pomysłów jak uszczęśliwić naród. Czyli samego siebie, co jest konkluzją logiczną, skoro jest się narodem.

– Kto jest tą osobą? – Zapytałem.

– Tą osobą jest Jarosław Kaczyński, najpiękniejszy upominek podchoinkowy roku 2015.

Tak odpowiedział Machiavelli, który przyśnił mi się świątecznej nocy, aby przekazać ten ważny komunikat.

Jesteśmy w drodze do prawdziwej ziemi obiecanej, niosącej tak oszałamiającą ilość obietnic, że aż to oszołamiająco oszałamia. Mnie przynajmniej. Zmieni się wszystko. Jest tyle spraw, które w przeszłości poszły złą drogą. Kraj w ruinie wymaga gruntownej naprawy. Oto praktyczny scenariusz.

Trybunał Konstytucyjny. Z pożal się Boże trybunałem, jaki mamy obecnie, upartyjnionym, samokreującym się, powolnym, z prezesem Rzeplińskim na czele, nie można wprowadzać postępowych ustaw sejmowych, aby zmienić kraj na lepsze. Dlatego będziemy mieli nowy Trybunał, nowych sędziów, pracowitych, niepodatnych na wpływy polityczne, obiektywnych. Wedle projektu PiS/Kukiz15, w 60 dni od wejścia nowej ustawy w życie kadencje wszystkich sędziów trybunału zostań wygaszone i odbędą się nowe wybory. Sędziowie będą w 100% (odpowiednik czystego spiritusu) wyborem obecnego Sejmu.

Administracja państwowa. To 120.000 osób zatrudnionych w ministerstwach, urzędach skarbowych, wojewódzkich, służbach sanitarnych itp., cała służba cywilna. Nowy projekt przewiduje: zwolnienie za odprawą 1.600 kierowników departamentów i wydziałów, zniesienie konkursów na te stanowiska i zniesienie zakazu przynależności do partii politycznej, także odstąpienie od obowiązku odbycia służby przygotowawczej. Dużo łatwiej będzie zatrudniać i zwalniać kadrę kierowniczą. Bezrobotnych zachęcam do ubiegania się o pracę, są to dobrze płatne stanowiska.

Media państwowe to temat oklepany jak koń indiański do jazdy bez siodła. Dziennikarze będą szkoleni w ośrodkach wojskowych; nauczą się tam zadawać pytania takie, na jakie pragnie odpowiedzieć pytany polityk. Koniec z przymusem odpowiedzi na pytania. W idealnych sytuacjach pytania i odpowiedzi będą synchronizowane. Mediom prywatnym dokręci się śrubę podatkami albo ograniczeniami stosowania reklam. To propozycja.

Prokuratura i sądy. Minister Ziobro będzie mieć wgląd (i wpływ) nie tylko na stronę oskarżenia, ale i osądzania pozwanego: osoby, sprawy lub instytucji. Nie jest to oczywiście sposób na zwalczanie niewygodnej dla władzy opozycji i obywateli, jak twierdzą niektórzy (za czasów PRL-u nazywani zaplutymi karłami reakcji). Trybunał Konstytucyjny mógłby się sprzeciwić takiemu połączeniu, lub jego formie, dlatego zdecydował się podać do przymusowej dymisji. Kontrola sądów, prokuratury oraz czterech służb specjalnych wzmocni bezpieczeństwo społeczeństwa. Nie musisz bać się podsłuchów.

Spółki państwowe. Jest ich chyba około 460. Wielkie, duże i mniejsze. Wymiana kierownictwa jest konieczna. Były źle zarządzane. Mieliśmy mierną opinię jako kraj sukcesu gospodarczego w Unii Europejskiej. Teraz będzie lepiej. Prezesem Orlenu, największej polskiej spółki paliwowej, został już polityk PiS, Wojciech Jasiński. Krótka charakterystyka: osoba godna zaufania, 68 lat, doświadczenie zarządzania biznesem: Powszechna Spółdzielnia Spożywców Społem oraz Spółdzielnia transportu Wiejskiego w Płocku (okres PRL), niewielka warszawska spółka Srebrna (III RP). Możemy liczyć na tanie paliwa.

Kontrola Internetu. To moja propozycja. Trzeba ukrócić samowolę wyuzdanych słownie krytyków rzeczywistości na portalach społecznościowych, forach dyskusyjnych, blogach, poczcie elektronicznej itp. Internauci powinni wiedzieć, co mogą a czego nie mogą pisać.

Jestem pełen entuzjazmu. Tak trzymać! – Krzyknę dzisiaj w nocy we snie do władzy rządzącej z woli narodu. Rozliczyć przeszłość, zbudować przyszłość, której nie mieliśmy! Budować dniem i nocą! Nocą tym bardziej, że dni są teraz krótkie, a mamy tyle do zrobienia. Popieram szczerze dyscyplinę pracy, ponieważ sam siedzę nocami i pracuję.

Prawie zapominałbym. Składam Państwu najserdeczniejsze życzenia świątecznie (niekompletne, bo jednodniowe) i noworoczne, przede wszystkim szlachetnych wzruszeń politycznych oraz rewelacyjnej rozrywki na manifestacjach i demonstracjach publicznych.

Zdrowia i dobrobytu nie muszę nikomu życzyć, gdyż ochrona zdrowia i gospodarka są w rękach rządu. Pisze się o tym mało, bo to temat oczywisty i prosty.

Wybrańcom na stanowiska życzę obfitości łask partyjnych.

Dzieciom życzę konia Kaliguli, Incitatusa, zamiast konia na biegunach. Według Swetoniusza (cytuję Wikipedię) „Incitatus, jako koń wyścigowy, miał prawo do spokoju i odpoczynku. Nad tym, by w noc przed wyścigami nikt mu nie przeszkadzał, czuwali pretorianie uciszając nocne hałasy. Poza tym rumak miał mieszkać w marmurowej stajni, chodzić okryty purpurą i w uprzęży ozdobionej drogimi kamieniami, jadać ze żłobu z kości słoniowej. W końcu koń dostał umeblowany dom i służbę, żeby zaproszeni w jego imieniu goście mogli wygodniej ucztować”. Kasjusz Dion dodaje: (Cytat z Wikipedii): „Incitatus regularnie uczestniczył w ucztach wydawanych przez Kaligulę: przy tej okazji cesarz wznosił toasty za zdrowie rumaka”. Literatura podaje, że Incitatus w końcu został członkiem senatu rzymskiego.

Nie wiem, dlaczego to wszystko napisałem, skoro miałem pisać o obżarstwie, które jest również skuteczną i radosną formą uszczęśliwiania społeczeństwa w okresach świątecznych i pozaświątecznych.

Pozdrawiam serdecznie.