Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 94: Kondukt pogrzebowy

Twarze żałobników drepczących za karawanami były nieprzeniknione. Wszyscy ubrani byli prawie identycznie, na czarno, spodnie mieli na sobie zarówno mężczyźni jak i kobiety. Z nielicznymi wyjątkami były to osoby w wieku od kilkunastu do czterdziestu pięciu lat, jakby nie istniały osoby starsze. Maszerujący zachowywali się jak karny oddział wojskowy. Kiedy powóz przyśpieszał, oni przyspieszali, kiedy zwalniał, oni zwalniali jakby pociągani niewidzialnymi nićmi lub sterowani cichymi komendami. Gdyby ktoś im się przyjrzał, mógłby zauważyć, że wyglądali jak dobrze wytrenowani i dobrze opłacani najemnicy wynajęci do odegrania roli, którą znali tylko oni i tajemniczy zleceniodawca. W istocie byli to ludzie spoza stolicy, sportowcy i aktorzy, lokalnie nikomu nieznani, udający żałobników tak doskonale, że prawdziwy żałobnik nie zrobiłby tego lepiej. Kiedy konie przyśpieszały, mężczyźni wymieniali między sobą uwagi, jakby dla żartu lub dla dodania sobie otuchy:

– Mogę ścigać się z koniem, aby tylko dystans nie był zbyt długi, bo on ma cztery nogi, a ja tylko dwie.

Momentami kondukt pogrzebowy zachowywał się jak orszak weselny. Było to zachowanie zgodne z „Wytycznymi dla żałobników”, przygotowanymi przez Sefardiego, który osobiście ich wybrał i wynajął za pośrednictwem firmy pogrzebowej. Ludzie wiwatowali i cieszyli się, wznoszono okrzyki „Śmierć jest smutna tylko dlatego, że ją za taką uznajemy”, „Cieszmy się, że Sefardi jest już wśród ludzi szczęśliwych, „W niebie nie ma oszustwa, zdrady ani wojny”.

Nikt nie miał pojęcia, ani nawet nie myślał o tym, kto naprawdę, oprócz rodziny, najbliższych przyjaciół oraz znanych reporterów i dziennikarzy, uczestniczy w pogrzebie i dlaczego. Brały w nim udział przedziwne osoby: przedstawiciele Klubu Miłośników Pogrzebów, Stowarzyszenia Zwolenników Fajerwerków w Dyskusjach Publicznych, Stowarzyszenia Książek Zapomnianych, kilku bibliotek imienia Sefardiego Baroki oraz licznych fanklubów. Większość uczestników pogrzebu była zakonspirowana, o czym nikt nie wiedział. Gdyby nawet to ujawniono, zapewne nie wzbudziłoby to wiele zdziwienia, ponieważ media informowały, że zmarły przed śmiercią wyraził życzenie organizacji pogrzebu na zasadach całkowicie odmiennych od tradycyjnych.

– Pogrzeb musi sprawiać ludziom radość, a nie smutek. – Przypominał kilka razy wykonawca testamentu, cytując słowa zleceniodawcy.

W połowie trasy pogrzebu kierowca Rolls-Royce’a zatrąbił głośno raz i drugi, jakby chciał pobudzić konie do pędu. Za drugim razem do wolno poruszającego się pojazdu podszedł jakiś mężczyzna i zagroził kierowcy, że mu rozwali szybę kamieniem, jeśli nie przestanie trąbić. Perswazja okazała się skuteczna, ale tylko do czasu.

*****

Na wysokości Alei Jednego Dębu konie gwałtownie przyśpieszyły. Świadkowie wydarzenia twierdzili, że przestraszył je przeraźliwy dźwięk klaksonu białego Rolls-Royce’a, inni, że koło karawanu wpadło na obmurowanie wielkiego drzewa rosnącego z boku w jezdni i strasznie załomotało. Dąb był pomnikiem przyrody. Kiedy ulicę poszerzano, pozostawiono go w jezdni osłaniając pień betonowym pierścieniem i ostrzeżeniami przed przeszkodą.

Konie popędziły przed siebie szeroką ulicą, z ich pysków padały płaty białej piany. Żałobnicy – jakby wiedzeni stadnym instynktem – przyspieszyli, aby dotrzymać kroku zwierzętom. Wyraźnie przygotowani na taką niespodziankę i w doskonałej kondycji drwili sobie z koni toczących pianę z pysków, że zabrakło im siły do raźniejszego biegu. Późniejsze relacje świadków sugerowały, że zwierzętom dodano do pożywienia środki wywołujące intensywny ślinotok. Ludzie na chodnikach przyglądali się zafascynowali pędzącym koniom, zmotoryzowanemu karawanowi i radośnie usposobionym żałobnikom.

– To zakrawa na cyrk! – Krzyknął w zachwycie mężczyzna stojący na poboczu, nie zdając sobie sprawy, że pogrzeb w istocie był obliczony na szok, podziw i zdumienie.

– Gdyby Sefardi to widział i słyszał, byłby zachwycony. Mnie to jednak szokuje, co on wymyślił – wyszeptała pani Godano do idącej obok przyjaciółki. Przewidując możliwość niezwykłego rozwoju wydarzeń szła z boku, chodnikiem, celowo nie włączając się do konduktu żałobnego. Wiedziała, że Sefardi zaplanował niespodzianki, ale nie miała pojęcia jakie. Widząc, co się dzieje, przeraziła się, że przypiszą jej winę za niedopilnowanie porządku w trakcie pogrzebu. Pędzące w popłochu konie nasunęły jej straszną myśl, że dusza zmarłego rozpaczliwie trzęsie się w urnie razem z popiołami.

*****

W trakcie przemarszu konduktu na cmentarz pojawił się transparent z napisem „Związek Pisarzy Oryginalnych” poprawiony przez przekreślenie i zmianę kilku liter na „Związek Pisarzy Ordynarnych”. Plakietki z egzotycznymi hasłami były tak liczne, że mało kto zwracał na nie uwagi. Zmiany akcesoriów, wyglądu i zachowań uczestników pogrzebu następowały tak szybko, że przypadkowi widzowie reagowali szokiem. Żałobnicy początkowo ubrani w czarne stroje, nie wiadomo kiedy zmienili je na białe. Na prośby, a potem żądania, osób postronnych, aby zachowywali się przyzwoicie, udzielali stanowczych wyjaśnień, że kolor biały jest kolorem żałoby w krajach Dalekiego Wschodu i życzeniem zmarłego było pokazanie zwyczajów zamorskich, nie tylko krajowych.

– Tak to określił w testamencie i nic nie możecie na to poradzić. Stoi za nim prawo i my go przestrzegamy.

Policjanci oddelegowani do ochrony porządku dzwonili w pośpiechu do zwierzchników, pytając, jak mają się zachować. Nikt nie znał odpowiedzi. Ponieważ nikt nie naruszał porządku publicznego, policjantom nakazywano zachować neutralność. 

 

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 28: Obchody zwycięstwa nad reżimem

W dwudziestą piątą rocznicę zwycięstwa nad reżymem, w Afarze, stolicy Nomadii, odbyła się wielka demonstracja. Jej organizatorem była opozycyjna Partia Liberalna, popularnie zwana Liberą. Wygłaszano przemówienia.

– Zdobyliśmy wolność drogą pokojową, bez jednego wystrzału i bez rozlewu krwi. Nie roztrząsaliśmy win poprzedniego ustroju, nie rozliczaliśmy przeszłości. Uniknęliśmy rozdrapywania bolesnych ran. Dzięki temu mogliśmy skoncentrować się na pozytywnych działaniach. Było to wielkie osiągnięcie – pogodzić się z przeszłością, w duchu miłości bliźniego – przypominali przez megafony organizatorzy manifestacji.

Ugrupowania konserwatywno-narodowe uznały demonstrację za prowokację i zorganizowały kontrmanifestację. Obok siebie stanęli członkowie rządzącej Partii Konserwatywnej, Partii Narodowej, Partii Ojczyźnianej oraz patriotycznego ugrupowania Falanga. Reprezentowane były też organizacje religijne.

Na mównicę wstępowali po kolei przedstawiciele każdej z tych grup, ludzie głęboko wierzący w Boga, o wyostrzonej moralności, aby wyrzucić z siebie to, co leżało im na sercu. Przewodniczący Partii Konserwatywnej krzyczał unosząc w górę pięść:

– Rewolucja bez ukarania oprawców nie jest rewolucją. Tylko krew może oczyścić naród z win i pozwolić mu żyć w poczuciu sprawiedliwości. Tylko bezkompromisowa uczciwość, jaką nakazują Bóg i kościół, matka nasza, pozwolą nam zapomnieć o haniebnej przeszłości i zacząć godnie żyć. Żądamy ukarania winnych!

– Nie ufajmy liberalnym łajdakom! To cynicy! Mówią o wybaczeniu w duchu miłości bliźniego, a sami nie wierzą w Boga! – krzyczeli staruszkowie i staruszki o twarzach pociemniałych z gniewu i częstego przebywania w kościołach i na cmentarzach. Z niecierpliwością spoglądali w górę oczekując gromu z jasnego nieba, który wytłucze nędzników bezprawnie powołujących się na ich Boga.

W wystąpieniach demonstrantów padały słowa wielkie jak głazy: Bóg, honor, ojczyzna, wiara, prawda i fałsz, wzmacniane przez megafony. Pragnienie sprawiedliwości parowało z mówców i unosiło się nad tłumem. Głosy mieszały się i przenikały nawzajem, pogłębiając zamieszanie i niepokój. Poprzedniego dnia wieczorem, kiedy we wszystkich kinach rozpoczęto wyświetlanie „Czterech jeźdźców Apokalipsy”, nad miastami i miasteczkami kraju ukazały się złowróżbne znaki. W zacienionych miejscach ulic i placów widziano widmo strachu z otwartymi ustami i złowieszczo rozwartymi oczami.

O godzinie trzeciej po południu ruszyły naprzeciw siebie dwa pochody. Zwolennicy Libery nieśli transparenty i wznosili okrzyki. – Jesteśmy chrześcijanami. Nie dopuścimy do rozlewu krwi! Z drugiej strony placu pochód Partii Konserwatywnej skandował: – Nie chcemy zemsty, tylko sprawiedliwości! Rozliczmy morderców naszych ojców i braci!

Policja obawiała się niebezpiecznej konfrontacji podejrzewając, że demonstranci będą uzbrojeni w ostre narzędzia, petardy i inne środki wybuchowe. Komendant policji wysłał silny oddział, polecając dowódcy zatrzymać się w miejscu, gdzie spodziewano się spotkania obydwu pochodów.

– Macie zapobiec rozlewowi krwi. Inaczej wam nogi z dupy powyrywam! – czując na plecach brzemię odpowiedzialności był szczery aż do bólu. Zdawał sobie sprawę, że cokolwiek uczyni, będzie oskarżony o niedopełnienie obowiązków lub przekroczenie uprawnień służbowych. Nie obawiał się konsekwencji; był wiernym członkiem partii, która chroniła swoich ludzi przed krytyką opozycji niezależnie od okoliczności.

Starcia nie udało się uniknąć. Policja rozdzieliła demonstrantów i aresztowała osoby najbardziej agresywne; ich ofiary przewieziono do szpitali. Atmosfera w stolicy zgęstniała. Minister spraw wewnętrznych obawiał się dalszych zamieszek. Po głowie chodził mu najgorszy scenariusz: przerodzenie się zamieszek w wojnę domową.

Przesłuchania demonstrantów potwierdziły głęboki podział społeczeństwa. Okazało się, że ludzie uczyli się historii kraju z różnych podręczników. Obydwie strony były zgodne tylko w sposobie ocen sił i wydarzeń politycznych. O sobie mówili, że są obywatelami prawdomównymi i gotowymi do poświęceń dla ojczyzny jak Vasco Da Gama dla królowej Portugalii, przeciwników uznawali natomiast za ludzi zawistnych, roszczeniowych i nieodpowiedzialnych. Coraz więcej obywateli było przekonanych, że nastał okres buntu i desperacji.

 

Reguły gry. Opowiadanie „political fiction”. Odcinek 3: Posterunek

Rokpol podniósł się z ziemi. Odczuwał ból w każdej cząstce ciała, szczególnie szyi. Powoli doszedł na brzeg stawu i przejrzał się w wodzie. Widział tylko odbicie niewyraźnej, poplamionej twarzy. Dotknął jej w kilku miejscach.

To chyba krew, pot i ziemia – doszedł do wniosku. Ale mnie urządzili. Wszystko mnie boli, ale chyba nie mam nic złamanego. Pieprzeni fachowcy od bicia za poglądy polityczne!

Obmył się i wyruszył w drogę do domu. Na szczęście zapadał już zmierzch i jego wygląd nie rzucał się zbytnio w oczy. Z trudem poruszał się. W pewnym momencie zaniemógł. Zbierało mu się na wymioty. Poprosił o pomoc przechodzącą parę małżeńską w średnim wieku a potem samotnego mężczyznę. Żadne z nich nie wyraziło chęci udzielenia pomocy. Zaniepokojeni rozglądali się wokół niepewnie. Zrozumiał. Bali się.

Po przejściu kilku przecznic zauważył, że jest śledzony.

Aha, pewnie chcą sprawdzić, czy nie zajdę na posterunek policji. Taki głupi to nie jestem. Ominął posterunek i dopiero wtedy, kiedy był pewien, że nikt już nie idzie za nim, wrócił. Uznał, że jego stan i wygląd będą najlepszymi dowodami w zeznaniu. Nie puszczę tym wszarzom płazem pobicia mimo pogróżek – był zdeterminowany dochodzić kary dla tych, którzy bili bez powodu.

Przesłuchujący go policjant był w randze sierżanta. Najpierw zadał mu kilka pytań, zapisał odpowiedzi, a potem przystąpił do formalnego przesłuchania. Po zakończeniu podsunął mu zeznanie do podpisania. Rokpol nie czytając podpisał.

Czy ktoś mógłby mnie odwieźć do domu? To niedaleko stąd. Nie czuję się dobrze.

Zawieziemy pana do pogotowia ratunkowego. Powinien pan przejść badania. Lekarz powinien zbadać obrażenia i ustalić, czy nic nie zagraża pańskiemu zdrowiu.

Nie pojadę na pogotowie. Nie ma potrzeby. Nie ma mowy – zdecydowany głos chłopaka nie budził wątpliwości, że nie uda się dobrowolnie na badania. Pojadę jutro rano do szpitala. To niedaleko ode mnie. W mojej sytuacji nic się nie zmieni, obrażenia pozostaną takie, jakie są. Umyję się tylko.

Sierżant zastanawiał się nad czymś. Popatrzył uważnie na klienta. Rokpol odczytał to spojrzenie na swój sposób.

Jeśli w pogotowiu mieliby sprawdzać, czy nie mam alkoholu we krwi, to wolałbym, aby pan to zrobił teraz. Na pewno możecie to zrobić.

Policjant pomedytował chwilę, zadzwonił gdzieś, nic nie mówiąc odszedł i po chwili wrócił z alkomatem. Pomiar nie wykazał śladów alkoholu we krwi.

Odwiozę pana do domu – zdecydował.

Przez kilkanaście minut wspólnej jazdy mężczyźni zajęci byli rozmową.

Czy śledztwo przeciw tym draniom zostanie szybko podjęte?

To nie takie proste, choć sprawa wydaje się oczywista. Najpierw mój szef zapozna się z pańskim zeznaniem, a potem musi ustalić, kto i kiedy się tym zajmie. Rzecz w tym, że jest pan koleją ofiarą bandyckiego napadu, którego motywy są niejasne. Ponadto mamy strasznie dużo pracy. Nie nadążamy.

Jak to niejasne? Niejasne motywy? Co to znaczy?

W tym sensie, że pobicie drugiego człowieka, ponieważ ma inne poglądy polityczne, to rzadkie wydarzenie. Oczywiście, jeśli ludzie są trzeźwi. Tymczasem od kilkunastu miesięcy obserwujemy nasilenie takich zdarzeń. Ci bandyci to nie są zwykli chuligani. Ich postępowanie nie jest podobne do zachowania się na przykład kibiców na meczu piłkarskim. Tam przeciwna drużyna i jej kibice to przeciwnik, z którym należy walczyć. Uczucie nienawiści rodzi się u nich przez dłuższy czas, przez lata a może nawet i pokolenia. W pańskim przypadku było zupełnie inaczej. Ci, którzy pana pobili, zachowywali się jak bojówkarze formacji politycznej. Wydają się nie uznawać demokratycznie wybranej władzy i nie tolerować odmiennych poglądów – sierżant beznamiętnie i rzeczowo wyłuszczał swoje argumenty. Mówił jak socjolog opisujący zachowania społeczne.

Czy macie dużo takich spraw?

Ostatnio coraz więcej.

Czyli nie jestem pierwszy ani zapewne ostatni, któremu to się przydarzyło.

Na to wygląda.

To dlaczego nikt o tym nie pisze ani nie mówi?

Piszą i mówią, ale ci, którzy to robią idą na pierwszy ogień. Przepraszam, źle to sformułowałem. Mam na myśli, że oni pierwsi dostają pogróżki, podpala się ich samochody, dosyć częste były pobicia. I to znacznie poważniejsze niż pańskie. Media stały się wstrzemięźliwe i ostrożne. Dziennikarze i reporterzy też odczuwają strach. Żądają ochrony osobistej. A gdzie są na to środki i ochroniarze? Nie ma też prawa, które dokładnie definiowałoby, kiedy takim ludziom należy się ochrona z urzędu.

Kto to robi? Kim są ci napastnicy?

To trudne pytanie. Napastnicy są bardzo ostrożni. Wydają się być dobrze zorganizowani i należeć do jakiejś organizacji. Chyba są nawet nieźle przeszkoleni albo starannie rekrutowani. I milczą, nawet jeśli udowodnimy komuś aktywny udział w przestępstwie. Łączą w sobie dwie cechy: agresję z poglądami politycznymi. Nie podobają im się osoby, którzy nie mówią źle o aktualnej władzy: rządzie, prezydencie, a nawet parlamencie.

To co oni myślą o tych najwyższych organach władzy?

Najbardziej nie podoba im się rząd. Uważają, że jest niekompetentny, skorumpowany, oszukuje, że działa wbrew interesom państwa i obywateli, że dba o siebie i najbogatszych.

Ma pan rację. Przypomniałem sobie słowa tego chudego drania. „Ten twój premier, Słabosilny, to prawdziwy sukinsyn. Nic nie robi dla kraju. Złodziej, kłamca i oszust”.

W samochodzie zapadło milczenie. Myśli obydwu krążyły wokół tego samego tematu. Sierżant czuł, że coś nieokreślonego wisi w powietrzu. Ludzie stopniowo mogą odzwyczaić się mówić, jakie mają poglądy polityczne, jaka partia im najbardziej odpowiada i kogo będą popierać w najbliższych wyborach. Było to coś niejasnego i dwuznacznego jak gęsta, lepka mgła, która pojawiła się znikąd i za którą nie wiadomo, co się kryje. Sierżant był przekonany, że to nie może trwać zbyt długo. Czekał podobnie jak jego koledzy. Nie wiadomo było tylko, kto, kiedy i jak miałby doprowadzić do zmiany sytuacji i zaprowadzić porządek.