Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 219: Cisza przed burzą

Rządowej zasady „cel uświęca środki” wielu pobożnych obywateli Nomadii nie kwestionowało, rozumiejąc, że jest to nieuniknione dla ocalenia społeczeństwa.

Zboczeńcy, cyberseksiści i kobiety wrogie prokreacji byli dla nich Sodomą i Gomorą, gniazdem rozpusty i siedliskiem zła.

– Użycie siły jest konieczne – twierdził Babochłop, szef tajnej policji – kiedy ma się do czynienia ze zgnilizną moralną groźną dla państwa i przeciwną nakazom boskim. Dla wsparcie swojej wypowiedzi i przekonań cytował Księgę Rodzaju, rozdział 13, werset 13 Pisma Świętego Starego i Nowego Testamentu: „Mieszkańcy Sodomy dopuszczali się ciężkich przewinień wobec Pana”.

Mówiono, że od czasu szczerej rozmowy z Czarną Eminencją pozostawał pod wpływem i urokiem jego wiedzy i mądrości, i w czasie wolnym od obowiązków oddawał się studiowaniu Biblii.

Kiedy pojawiły się doniesienia, że tajne szwadrony policji cywilizują przeciwników prokreacji, zrzucając ich na ziemię z helikoptera, obywatele – z pewnymi wyjątkami oczywiście – milcząco to akceptowali. Wierzyli, że dotyczy to wyłącznie nieprzejednanych wrogów prokreacji, stanowiących śmiertelne zagrożenie nie tylko dla kraju, ale także dla siebie samych. Krążyły pogłoski, że eliminowano ich, a ich szczątki doczesne rozdeptywano dla przestrogi w wydzielonym miejscu Placu Centralnego, aby każdy obywatel mógł je oglądać ku przestrodze aż do końca świata.

Zrzucanie ludzi z helikoptera zwolennicy silnych metod rządzenia nazywali terapią wstrząsową. Nawet lekarze uważali, że nie każda metoda leczenia jest bezpieczna.

–  Terapia wstrząsowa niesie ze sobą ryzyka. Podobnie jak jazda samochodem, o której możemy powiedzieć, że nigdy nie wiadomo, jak się skończy. Ja mogę zachowywać się na jezdni bardzo odpowiedzialnie, lecz kto mi zagwarantuje, że z przeciwnej strony nie wjedzie na mój pas dwudziestotonowa ciężarówka, której kierowca przysnął i nie zderzy się ze mną czołowo?

Czarna Eminencja, zdecydowanie przeciwny jakimkolwiek gwałtownym metodom, z bolącym sercem błagał Boga o wybaczenie tym, którzy czynią nieuniknione zło. Stanowcze traktowanie przeciwników państwa i kościoła uznawał za mniejszy dopust boży niż wielką powódź, tsunami czy wybuch wulkanu, ponieważ chodziło o ratowanie społeczeństwa. W pogłoski w rodzaju „Mondega spłynęła krwią” czy „Dokonano potwornej rzezi w miejscowości takiej to a takiej”, przestał wierzyć, ponieważ nikt nie zgłaszał napadów, zabójstw ani zaginięć osób. Babochłop wyjaśnił mu, że gdyby miało to miejsce, to policja natychmiast zawiadomiłaby o takim fakcie społeczeństwo na swoim internetowym serwisie informacyjnym, w prasie, w radio i w telewizji.

Potwierdzali to dziennikarze.

– Wiemy, że tak jest, bo warujemy na schodach komendy głównej policji i przed komendami regionalnymi, czekając na wiadomości o osobach zaginionych. Takie informacje do nas jeszcze nie dotarły.

W mediach pojawiły się pytania, a zaraz po nich interpelacje w parlamencie, czy w grę nie wchodzi jakaś podstępna manipulacja. Rząd zaprzeczył temu z uzasadnioną gwałtownością wściekłego psa. Uspokoiło to część obywateli, ale nie przeciwników prokreacji. Uważali oni, że za zaginięciami osób kryje się tak wielka tajemnica, że zwykły obywatel nie jest w stanie jej pojąć swoim rozumem, a tym bardziej rozwikłać.

– Podobnie jak ciemności egipskie i fatamorgana są to jedynie urojenia i złudy. – Skomentował Czarna Eminencja, który nie wierzył w złą wolę policji.

– Policja może popełniać błędy, bo nikt nie jest od nich wolny, ale z pewnością działa w dobrej wierze i w interesie państwa i społeczeństwa.

Wybaczająca postawa przywódcy kościoła nie wszystkim przypadła do gustu. Uważano, że istnieją granice wybaczenia, choć Biblia twierdziła inaczej. Oskarżenia pod adresem policji nie oznaczały, że Babochłop preferuje siłę fizyczną i przemoc jako metodę walki z gasnącą prokreacją. Od czasu, kiedy odkrył, że skuteczniejszą formą działania jest perswazja, korzystał z przemocy tylko wyjątkowo.

*****

Walka ze skutkami Apokalipsy okazała się błogosławieństwem dla Laboratorium. Nikt nie interesował się, co tam się dzieje. Nikt nie widział, jak wielkie ciężarówki przez kilka dni wjeżdżały jedna po drugiej na teren Laboratorium, zostawiając ładunki w podziemnych magazynach. Wzdłuż rozsuwanej bramy wjazdowej rosły bujne krzewy i drzewa. Wyglądało to jak ściana młodego lasu. Operacja była tak dobrze zamaskowana, że nawet z powietrza nie można było wypatrzeć pojazdów. Kilka dronów, jakie pojawiły się nad Laboratorium, Oddział Bezpieczeństwa zestrzelił. Nie wywołało to żadnych reperkusji.

Laboratorium intensywnie nad czymś pracowało. Pojawiły się pogłoski, że firma zawarła jakieś ważne porozumienie, nikt jednak nie wiedział z kim, ani w jakim celu. W powietrzu wisiało coś, co można by nazwać niedomówieniem lub wielkim znakiem zapytania.

Koniec części 3

0Shares

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 218: Rząd, policja i narkotyki 

Gdyby nie tajna policja, w kraju zapanowałby stan prawdziwego bezhołowia. Mając za sobą poparcie dowódcy armii i w cichym porozumieniu z wicegubernatorem, władzę w Nomadii przejął Babochłop. Zachowano pozory legalności. Oficjalnie szefem rządu był nadal wicegubernator, w rzeczywistości za jego plecami stał Babochłop i dyktował mu krok po kroku, jak ma postępować. Była to sytuacja na tyle kłopotliwa dla obydwu, że wkrótce uzgodnili, że Babochłop będzie przygotowywać wszystkie decyzje na piśmie wraz z instrukcjami, co i jak należy rozumieć, a wicegubernator będzie tylko wprowadzać je w życie.

– O nic, chłopie, nie musisz się martwić, tylko podpisywać dokumenty i zapewniać, aby moje decyzje były realizowane. Gdyby ktoś stawał ci dęba i nie chciał cię słuchać, daj mi znać, a już następnego dnia ten nieszczęśnik będzie całować cię w rękę za to, że dajesz mu polecenia, wikt i opierunek – były to słowa Babochłopa, pewnego siebie i już bardzo wpływowego polityka.

Szef policji nabrał wkrótce takiej wprawy w rządzeniu, że załatwienie nawet najtrudniejszej sprawy przychodziło mu równie łatwo jak splunięcie. Z szacunku nazwano go Szarą Eminencją. Ludzie zbliżeni do kręgów władzy wiedzieli lub domyślali się, że to on kieruje państwem. Rząd zdalnie sterowany przez Babochłopa rozwinął skrzydła na skalę niespotykaną nawet za najlepszych lat gubernatora Blawatsky’ego. Jedną z tajemnic rządu było dysponowanie górami pieniędzy. Na początku nikt nie wiedział ani nawet się nie domyślał, jak bogaty jest rząd i skąd ma takie środki.

Był to okres szybkiego upowszechniania się na świecie najcięższych narkotyków, zwanych czarnymi, o sile działania zdolnej powalić konia. Narkomani chodzili w stanie takiego odurzenia, że bez cienia strachu o utratę równowagi a nawet życia potrafili zmienić na sobie ubranie krocząc po linie zawieszonej między dwoma wieżowcami.

Najsilniejszą odmianę czarnego narkotyku, z uznania dla arcybiskupa i szefa policji nazwano „Siwą Eminencją”. Jego zaletą była zdolność rozkojarzenia zmysłów aż do ekstazy. Osoba przyjmująca narkotyk doznawała tak rewelacyjnych wrażeń, że wystarczyło raz spróbować, aby popaść w uzależnienie, z którego nikt nie chciał się już wyzwalać. Środek był wyjątkowy dlatego, że w stanie upojenia jego użytkownik zachowywał pełną trzeźwość umysłu i zdolność koncentracji.

Rynek narkotyków owiany był tajemnicą. Tajemnicą poliszynela było, kto je w Nomadii produkował i dystrybuował, ale nikt nie wiedział, że producent-dystrybutor ma protektora, bez którego zgody nawet szczur nie byłby w stanie powąchać narkotyku. Powszechnie sądzono, że byli to lokalni mafiosi, prawda była jednak taka, że pieniądze trafiały do kasy tajnej policji. Było to praktycznie niewyczerpane źródło dochodów. Aby zdyskredytować policję i rząd przeciwnicy prokreacji puszczali w obieg pogłoski, że buduje się za nie złote pomniki, a nawet złoci naczynia kuchenne, uzasadniając to korzyściami zdrowotnymi.

Handel narkotykami odbywał się za cichym błogosławieństwem kościoła. Czarna Eminencja akceptował go w imię wyższego dobra, ponieważ dochody z niego płynące służyły dobru kraju.

– Pieniądze te są potrzebne społeczeństwu jak woda rybie. W czasie śmiertelnego zagrożenia państwo musi mieć środki na walkę z przeciwnikami prokreacji, a także na administrację, służbę zdrowia, renty i emerytury, zasiłki dla bezrobotnych, transport publiczny i setki innych potrzeb. – Eminencja był na tyle rozważny, aby swoich poglądów nie głosić publicznie, a jedynie wśród osób zdolnych zrozumieć złożoność spraw państwa w obliczu śmiertelnego zagrożenia.

Największym uznaniem ze wszystkich narkotyków cieszył się psychodelik Ayahuasca. Był rewelacyjny pod każdym względem: całkowicie naturalny i zdolny w wprowadzić człowieka w halucynacje i trans umożliwiające nawet jasnowidzenie. Badania laboratoryjne ujawniły, że Ayahuasca zapewnia także kontakt z głęboką pamięcią i rozumienie celu pobytu człowieka na ziemi oraz prawdziwej natury Wszechświata. Jego użytkownicy doznawali czystej miłości i mądrości, osiągali wgląd we własne wnętrze i utratę ego, a także uczyli się, jak być lepszym człowiekiem. Doznania te opisywano jako przebudzenie lub odrodzenie.

Opozycja parlamentarna nie ustępowała, oskarżając rząd i kościół o manipulację opinią publiczną w kwestii narkotyków.

– Wciskacie kit społeczeństwu – dobitnie podkreślił przewodniczący Libery, głównej partii opozycyjnej, przywodząc na twarz charakterystyczny uśmiech spłoszonego zajączka.

– Przysięgliśmy, że zrobimy wszystko, aby uratować kraj przed klęską demograficzną, korzystając ze wszystkich dostępnych środków i metod. Nic nas od tego nie powstrzyma – słowa te przypisywano Czarnej Eminencji. Zapytany o nie, odpowiedział salomonowo:

– Nie potwierdzam, ani nie zaprzeczam. Powiem tylko tyle, że rząd Nomadii działa wyłącznie w dobrej wierze i w interesie całego społeczeństwa, bez względu na to, co kto o nim szczeka.

Od czasu podjęcia współpracy z rządem, Czarna Eminencja częściej używał języka wyrazistej, a nawet bezpardonowej, dyplomacji kierując się dobrem wszystkich obywateli, włącznie z niewierzącymi.

0Shares

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 210: Technologia w Świątyni Wiary i Prokreacji

Kristina nie zauważyła nawet, kiedy znalazła się w Sali Spowiedzi. Była ona wzorowana na sali Convento Santa Maria delle Grazie, miała kształt długiej i jasnej nawy kościelnej. Zdobiły ją potężne organy wmontowane w ścianę wejściową oraz ustawione po bokach konfesjonały.

Siedzący w nich spowiednicy rekrutowali się spośród najbardziej uduchowionych księży, znawców ludzkiej duszy. Byli to mężczyźni poważni, postawni, o miłym głosie i usposobieniu, umiejący zjednywać sobie ludzi. Eminencja osobiście poznał każdego z nich, ocenił i zaakceptował.

U wejścia do Sali Spowiedzi znajdował się automat wydający bilety z numerami. Skracało to oczekiwanie w kolejce. Obok wyświetlanego na ekranie numeru biletu widoczny był także numer konfesjonału, do którego należało podejść. To nietypowe dla kościoła rozwiązanie podobało się wiernym ceniącym czas i wygodę. Eminencja wyraził na nie zgodę, uznając, że Kościół Hierarchiczny musi akceptować nowoczesność, aby przyciągać wiernych. Podwładnym wyjaśniał to krótko. Milkli wobec jego argumentacji.

– Nawet Bóg nie jest w stanie działać w próżni. Próżnia to nicość. A nicość to niebyt.

Sala kryła w sobie sekret, o którym nie wiedział nikt poza Eminencją i kilku specjalistami. Po długiej rozterce, Eminencja zgodził się pójść na współpracę z tajną policją, ponieważ tylko oni dysponowali technologią i gwarantowali zachowanie tajemnicy. Nie podobało mu się to, czuł się kolaborantem. Już samo to określenie źle mu się kojarzyło. Uspokoił go ksiądz-językoznawca tłumacząc, że w innych językach wyraz kolaboracja oznacza współpracę i ma pozytywne znaczenie.

Arcybiskup ufał swoim podwładnym, ale nie w sposób tak bezwzględny, jak tajnej policji. Przekonał go do tego Babochłop, z którym rozmawiał kilka razy w warunkach pełnej dyskrecji, czyli przy konfesjonale. Obydwaj byli pewni, że nie ma w nim urządzeń podsłuchowych, sprawdzili to zaufani ludzie obydwu stron. Spotkanie umówił gubernator, kiedy był jeszcze przy pełni zmysłów, bo było z nim coraz gorzej, tak boleśnie przeżywał zagrożenie demograficzne. Babochłop przekonał Eminencję rzeczowym oświadczeniem.

– Drogi Księże Eminencjo! Nie jesteśmy potworami. Część z nas to ludzie wierzący. Ale musimy być niezwykle skuteczni i przewidujący. Po prostu eliminujemy każdego sukinsyna, który nas zdradził. Dlatego tajna policja nie ma problemów z brakiem zaufania. Każdy u nas wie, co to jest zaufanie.

Po nietypowym wyznaniu Babochłop przeprosił Eminencję, że użył wulgaryzmu w kościele, instytucji nieporównanie bardziej etycznej niż jakakolwiek, nawet najbardziej przyzwoita, policja na świecie. Wywiązała się z tego dyskusja, w której Eminencja myśląc o ładzie i porządku wskazał postać Anioła Stróża, obrońcy biednych i uciśnionych, pojawiającą się w Pięcioksięgu i w psalmach.

– Nasz Anioł Stróż jest biblijnym odpowiednikiem policjanta, o którym zresztą mówi się często, że jest stróżem porządku. Oczywiście nie nalegam, że jest to prawda oczywista dla każdego, ale chyba coś w tym jest, ta bliskość pojęć anioła stróża i stróża porządku.

Jego wyjaśnienia zaintrygowały Babochłopa tak bardzo, że Eminencja poczuł się zobowiązany przedstawić mu słowa Księgi Wyjścia opisujące drogę Izraelitów wiodącą przez pustynię do ziemi obiecanej, w której towarzyszył im anioł pełniący rolę stróża. Nie omieszkał popisać się przy okazji pamięcią, cytując obszerny fragment:

– „Za dnia szedł na czele, wskazując cel, a w nocy przesuwał się na tyły, osłaniając lud przed wrogiem. Lud, mając takiego patrona i obrońcę, powinien mu być wierny i posłuszny oraz otaczać go szacunkiem. Oto ja posyłam anioła przed tobą, aby cię strzegł w czasie twojej drogi i doprowadził cię do miejsca, które ci wyznaczyłem. Szanuj go i bądź uważny na jego słowa. Nie sprzeciwiaj się mu w niczym”.

Szefowi tajnej policji ogromnie przypadła do gustu opowieść Eminencji, jego wiara i narracja. Po raz pierwszy w życiu dostrzegł w wierze w Boga ludzką motywację, wewnętrzne pragnienie podporządkowania się, oddania się pod opiekę siły wyższej, którą sam w naturalny sposób kojarzył z policją.

Eminencja podobnie życzliwie ocenił policjanta. Ujęła go jego otwartość i zainteresowania, nawet jeśli nie do końca był pewien jego szczerości. Rozmowa sprawiła mu przyjemność, bo był to wyjątkowy trudny okres, kiedy męczyła go sprzeczność między sumieniem a interesem publicznym, wręcz żądającym stosowania przymusu, aby ratować społeczeństwo przed zagładą.

Książki Michael Tequili: https://tinyurl.com/y895884p

0Shares

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 205: Ruch celebrycki, indywidualizm i Internet

Babochłop, mający za sobą długi epizod kobiecości, szybko wyczuł pismo nosem. Natychmiast po ukonstytuowaniu się pierwszego Klubu Celebrytek wysłał swoją najzdolniejszą agentkę-dziennikarkę do rozeznania sytuacji. Udało jej się umówić z Marią, szefową Ruchu Celebrytek, dzięki wtyczkom, jakie tajna policja miała już niemal wszędzie.

– Jaki jest stosunek Ruchu Celebrytek do prokreacji? – Było to podstawowe pytanie, jakie miała zadać dziennikarka.

– Nie mamy czasu na życie osobiste. Jest to zjawisko nam obce. Prokreacja to tylko popęd krępujący życie każdej niezależnej kobiety. My musimy być wolne, aby rozwinąć skrzydła. Na dowód swoich słów Maria podniosła do góry ramiona, z których wysunęły się niezwykłe skrzydła otoczone falującym muślinem, nadającym oczom i twarzy nadzwyczajny blask.

Nie wszystkie celebrytki potrafiły wyeliminować cielesne pożądanie, przestać myśleć o seksie. Wszystkie starały się stworzyć w sobie odruchy i mechanizmy zastępujące mężczyzn i w sposób naturalny eliminujące macierzyństwo. Wśród młodych członkiń Ruchu Celebrytek wkrótce dała znać o sobie lubieżność. Nie była to forma rozpasania, lecz szczerego okazywania sobie uczuć, od których nie jest w stanie uciec gorące młode ciało. Siostrzana miłość szybko rozwinęła własną symbolikę, język i rytuały. Latem były to ciche spotkania przy świetle lamp imitujących zmienne fazy księżyca, symbolu kobiecości. Kontakty między celebrytkami były spontaniczne, ceniono prostotę, bezpośredniość i jednoznaczność.

– Gdzie i kiedy się spotkamy, kochanie? – Była to typowa zachęta do bliższego poznania się, powiedzenia czegoś o sobie, wymiany uczuć i wspólnego doświadczenia radości.

– Na Alei Indywidualistek, lampa trzeciej fazy księżyca. Klub ma tam piękny domek otoczony akacjami. Cudownie pachną o tej porze roku.

– Co powinnam zabrać ze sobą?

– Nic. Kompletnie nic. Klub o wszystkim pomyślał. Domki są doskonale wyposażone. Możesz nawet przyjść naga, noce są teraz takie ciepłe. Nie musimy martwić się o szampana czy jedzenie. Kocham to miejsce. Mają tam aksamitną pościel w kolorze łagodnego lazuru, który uwielbiam.

*****

Kiedy Babochłop poznał zasady i zwyczaje Ruchu Celebrytek, uznał, że nie ma sensu, aby starać się je zmienić. Przedstawił to jak zwykle w bezpośredni i szczery sposób.

– Tego poziomu zboczenia nie da się pokonać. Te baby są okopane w fortecach swojej wściekłej wiary i nawyków. Nic ich nie zmieni. Zresztą nie ma ich tak dużo, aby martwić się nimi. To elitarny ruch. Lepiej skoncentrujmy się na pozostałych kobietach. 

Gubernator i Czarna Eminencja po zadaniu kilku pytań byli pewni, że jak zwykle ma rację. Jego argumenty wyrastające z korzeni minionej kobiecości i aktualnej męskości były nie do zbicia. Sami nie mieli doświadczeń z kobietami, były dla nich zagadką, tajemnicą, czasem nawet czarną magią. Mieli przekonanie do Babochłopa.

Indywidualizm nie pojawił się nagle. Poprzedziły go symboliczne jaskółki. Na Plaza Central Afary, uważanym przez obywateli kraju za pępek świata, wyrosła w nocy kilkumetrowej wielkości tablica z hasłem „Jednostka naszym najwyższym dobrem”. Powyżej umieszczono symbole drogi do indywidualizmu: złotą koronę, pięć rumaków w zaprzęgu z rydwanem oraz wysoką drabinę.

Była ona tak solidna, że ludzie z doświadczeniem wojskowym twierdzili, że jest tak mocna jakby była pancerna. Mieszkańcy i goście Afary zatrzymywali się tłumnie przed tablicą, czytali i dyskutowali. Hasło i symbole rozpalały ich wyobraźnię, dyskusje rozbudzały aspiracje. Społeczeństwo zmieniało się. Obywatele pragnęli piąć się po drabinie społecznej w górę. Każdy chciał wyróżnić się. W dobrym stylu było szczycić się tym, co w danej jednostce było najsilniejsze. Niektórzy szczycili się nawet swoją niewiedzą, dzięki czemu stawali się bardziej wyraziści, wyróżniali się w szarym tłumie. Indywidualizm wszystkim dawał szansę wybicia się ponad przeciętność.

Ludzie młodsi i słabiej rozwinięci fizycznie, chętnie szczycili się znajomością nowoczesnych technologii, czy było to auto bez kierownicy i kierowcy, smartfon mówiący trzema językami obcymi, czy sztuczna inteligencja służąca błyskawicznej wymianie kół w samochodzie osobowym. Ta ostatnia zyskała niezwykłą popularność. Wielka ilość samochodów w kombinacji z czterema sezonowymi zmianami kół w porze zimnej, gorącej, deszczowej i suchej, wysoko podniosła rangę technologii zwanej skrótowo IWK, czyli Inteligentna Wymiana Kół. Jej znajomość była w cenie.

Rząd podjął energiczną walkę z indywidualizacją przede wszystkim dlatego, że aktywnie uczestniczyły w niej wyzwolone kobiety, stając się jej forpocztą, bazą i motorem dalszego rozwoju. Środowiskiem, sprzyjającym indywidualizmowi, można by powiedzieć jego wylęgarnią, stał się Internet. Ludzie wyróżniali się już poprzez samą aktywność w Internecie.

– Internet otworzył nam bramy do raju – głosili miłośnicy gier komputerowych i uczestnicy forów dyskusyjnych. – Raj polega na tym, że pozostajemy anonimowi, bez względu na gry, w jakie się angażujemy, oraz poglądy, jakie głosimy. Internet to esencja wolności. Możemy wreszcie przeklinać, kłamać do woli, szkalować i wyzywać innych, ile wlezie. W domu, w szkole ani w pracy tego nie da się tego zrobić – entuzjazmowali się aktywiści internetowi, miłośnicy portali i serwisów internetowych. Na Facebooku, Instagramie i Twitterze ich opinie pojawiały się obok wypowiedzi prezydentów, premierów, prezesów firm-gigantów oraz celebrytów. To ich raiło, wprowadzało na najwyższe obroty.

0Shares

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 196: Sprawa celibatu

Potrzeba świeżej męskiej energii nieskażonej wątpliwościami płodzić czy nie płodzić stała się oczywista. Debatowano o tym na posiedzeniu rządu. W trakcie burzy mózgów pojawił się pomysł zniesienia celibatu. Uznano go za ciekawy; był jednak sprzeczny z wieloletnią tradycją kościoła. Czarna Eminencja sprzeciwił się od razu i bardzo zdecydowanie. Zawsze pozytywnie usposobiony, rzeczowy i opanowany, wpadł w furię i zapowiedział drakońskie kary dla duchownych, którzy śmieliby się wyłamać z uświęconych prawem i tradycją zasad kościoła.

Dla gubernatora był to poważny cios, tym dotkliwszy, że nie był w stanie rozmawiać o wyzwaniu z Eminencją, obawiając się, że dyskusja doprowadzi do rozpadu koalicji. Starając się zrozumieć arcybiskupa, poprosił go o objaśnienie okoliczności wprowadzenia celibatu. Liczył na to, że wypowiedź na ten temat uspokoi przywódcę Kościoła Hierarchicznego i pozwoli ujawnić choćby wątłą nić porozumienia.

W sprawie bezpośredniego udziału duchownych w dziele prokreacji pomocny okazał się nieoczekiwanie szef tajnej policji, Babochłop. Chodziło o młodych księży, najbardziej prężną grupę duchownych, kwiat kościoła. Babochłop domyślał się, jakie są ich odczucia i pragnienia, mimo że prywatnie, nawet po pijanemu, co się oczywiście rzadko zdarzało, nie wypowiadali się na ten temat. Był to temat tabu. Czarna Eminencja też nie miał pojęcia o ich uczuciach, ponieważ nie był ich spowiednikiem. Unikał tego. Gdyby zażądał, aby księża spowiadali się u niego, zostałoby to uznane za formę przymusu. 

Przedstawiając gubernatorowi swój pogląd na sytuację, Babochłop specjalnie nie ukrywał, że policja ma swoje wtyczki w Kościele Hierarchicznym i wie wszystko. Ta wyjątkowa szczerość tylko na początku była niezręczna i kłopotliwa. W trakcie rozmowy, przypominającej formę spowiedzi, Babochłop wyjaśnił, że młodsi księża wprost rwą się do płodzenia dzieci.

– Są w pełni sił witalnych i wyposzczeni. Niektórzy buntują się wewnętrznie i odrzucają celibat, żyjąc w cichych związkach z kobietami a nawet z mężczyznami. Niejeden ksiądz ma dzieci i kocha je jak każdy dobry ojciec. Dla nich celibat jest przekleństwem, fikcją, obcą i wrogą ich uczuciom. Obecnie tym bardziej, kiedy Apokalipsa odebrała ludziom naturalny popęd. Młodzi księża czują najmocniej, że ich moralnym obowiązkiem jest pomóc społeczeństwu nadrobić to, co zniweczyła natura. Proszę zostawić im trochę czasu, a zmienią nastawienie swojego pryncypała. Jeśli mogę sugerować – głos Babochłopa złagodniał – to w rozmowie z arcybiskupem proszę nie poruszać tego, o czym teraz rozmawiamy, ale zadawać mu jak najwięcej pytań sugerujących, co powinien przemyśleć i zmienić w swoim postępowaniu.

Gubernator słuchał szefa tajnej policji uważnie, starając się zapamiętać każdy szczegół jego wynurzeń. Podziwiał go, jego profesjonalizm, ale też zauważył i zanotował w pamięci jego bezwzględność w zdobywaniu informacji. Uznał go za człowieka, którego można się bać. Przez moment zastanawiał się nawet, czy nie stanowi on zagrożenia dla niego samego. Nieoczekiwanie dostrzegł w nim nie tylko wielkiego sojusznika, ale i zręcznego dyplomatę, niebezpiecznego rywala w przypadku, gdyby doszło do walki o władzę.

Babochłop nie całkiem miał rację. Czarna Eminencja sam dziwił się, skąd wzięła się u niego tak gwałtowna reakcja na sugestię o zniesieniu celibatu. Myśl ta męczyła go tak długo, aż stopniowo, posuwając się krok po kroku, posługując się autoanalizą, którą studiował w seminarium duchownym, aby lepiej rozumieć ludzi, siebie i Boga, doszedł do wniosku, że była to podświadoma reakcja. Stało się dla niego jasne, że stanął dęba, bo był już za stary, aby korzystać z radości, jakie niesie ojcostwo, i że u podstaw jego gwałtowności leżała nieuświadomiona zazdrość, że nie ma szansy uczestniczyć w wyzwaniu reprodukcyjnym, o którym słyszał, że sprawia niezwykłą radość w momencie zespolenia.

Przeraził się, podobnie jak i jego poprzednicy, ojcowie kościoła, którzy po latach poszukiwań i dyskusji zdecydowali się wprowadzić celibat, że kapłani przestaną myśleć wyłącznie o Bogu, kościele i wiernych, a będą myśleć o rodzinie. Kiedy podsumował przemyślenia, jak i swoje grzeszne myśli, padł na kolana, aby na twardej posadzce ukorzyć się przed Bogiem i zdyscyplinować się, co było jego prawem i obowiązkiem.

Po półgodzinnym klęczeniu poczuł w kolanach ból nie do zniesienia i zdecydował się zmienić formę pokuty na leżenie krzyżem.

2Shares

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 195: Karty kredytowe i kaznodzieje

Kiedy okazało się, że siłą nie da się przekonać ludzi do prokreacji, policja opracowała i przetestowała kilka form perswazji. Najbardziej obiecująca okazała się pomoc finansowa, rzecz niekontrowersyjna sama w sobie, praktykowana na przestrzeni wieków.

Wytypowanym osobom rząd oferował bezpłatne karty kredytowe. Jak przekonywały ogłoszenia reklamowe, były one tak nadziane gotówką, że mogły nie mieścić się w portfelu. Karty wydawał wytypowany przez rząd bank. Krążyły o nim pogłoski, że jest pralnią brudnych pieniędzy. Oczywiście nikt nie brał tego poważnie, ponieważ nikt nigdy nie słyszał o pralni rozdającej gratis karty kredytowe. Karty były łatwe do identyfikacji: karta brązowa za pierwsze dziecko, srebrna za drugie i złota za trzecie. W przypadku nienarodzenia się dziecka w ciągu dwunastu miesięcy od otrzymania karty, beneficjent miał obowiązek zwrócić kartę bankowi oddając tylko połowę środków na niej zdeponowanych. Była to forma zachęty do zapoznania się z systemem. Rząd przewidywał wydanie kart diamentowych, wstrzymywał się jednak z decyzją do czasu sprawdzenia, jakie efekty przyniosły trzy pierwsze karty. 

„Kredytowy system perswazyjny”, jako go nazywano, obliczony był na ludzką chciwość. Oczywiście nikt nie mówił o tym głośno. Mając coraz więcej dzieci obywatele byli w stanie nie tylko poprawić swoją sytuację, ale i dorobić się, stać się ludźmi majętnymi, a przy kilkunastu dzieciach wręcz bogaczami.

Mimo niewątpliwych korzyści i intensywnej reklamy ludzie nie przyjmowali kart, bojąc się powtórki Apokalipsy, a jeszcze bardziej uzależnienia od banku. Nie miał on dobrej opinii. Wiele osób uważało, że został założony przez oszustów, aby naciągnąć klienta na kredyt lub pożyczkę i zlicytować go przy pierwszej niemożności spłaty, przejąć jego mienie i wypluć na bruk w charakterze bezdomnego nieudacznika.

Otrzymywane pocztą karty ludzie palili często nie zastanawiając, czy nie warto byłoby podjąć z nich choćby trochę gotówki. Karty były wykonane z tworzywa sztucznego i przy spalaniu wydzielały charakterystyczny dym i swąd.

Drony potajemnie wysyłane przez policję wykrywały nietypowy dym i zapach. Był to znak sugerujący, że osobnik niszczący kartę jest przeciwnikiem prokreacji. Korzystając z organizacji  prania brudnych pieniędzy, głównie pochodzących z handlu narkotykami, rząd dysponował już wtedy worami pieniędzy i mógł pozwolić sobie na supernowoczesne techniki i technologie, o jakich zwykli śmiertelnicy nie mieli nawet pojęcia.

*****

Najbardziej oddani sprawie ratowania społeczeństwa byli kaznodzieje. Byli niezwykle aktywni; gromili przeciwników prokreacji oraz tłumaczyli, wyjaśniali i nawracali zgodnie z posłaniem „Idźcie i rozmnażajcie się”. Kościół opłacał ich sowicie, aby bez codziennej troski o utrzymanie mogli głosić prawdy boże. Zdarzały się przypadki, że kaznodzieja miał nawet kilkoro dzieci. Nie wpływało to najlepiej na reputację kościoła, gdyż ludzie mu niechętni nazywali ich dzieciorobami żerującymi na łatwowierności społeczeństwa. Kościół ich nie bronił, ale też nie ganił, mając na uwadze demograficzne korzyści ich postępowania.

Kaznodzieje byli niezwykle skuteczni, ponieważ – w odróżnieniu od księży – trafiali przede wszystkim do osób, które nie przychodziły do kościoła. Zjawiali się wszędzie tam, gdzie było dużo ludzi. Ulubionym miejscem ich wystąpień były ośrodki handlowe, place przed supermarketami i dużymi sklepami, szkoły, a nawet więzienia. Ustawiali tam przenośne regały z broszurami promującymi wiarę i prokreację. Głosząc kazania nawiązywali do najlepszych tradycji krasomówstwa z czasów średniowiecza, które cechowała głęboka religijność. Po pewnym czasie do zawodu kaznodziei – z uwagi na tragiczną sytuację demograficzną – dopuszczano także kobiety.

Sytuacja Kościoła Hierarchicznego była mimo wszystko nie do pozazdroszczenia. Wielu obywateli doznało tak wielkich cierpień w okresie Apokalipsy, że odwrócili się od Boga obarczając go winą za nieszczęścia. Niektórzy zhardzieli do tego stopnia, że nie wierzyli już nawet kościołowi mimo jego szczerego zaangażowania w niesienie pomocy ofiarom żywiołów. Wskutek przebytych cierpień ludzie stali się cyniczni nawet wobec przyjaciół, modlących się o pomoc do Boga w tragicznych momentach. Pytali i szydzili:

– I co? Wymodliliście coś w czasie Apokalipsy? Jakiś ratunek lub pomoc otrzymaliście, choćby ulgę w rozpaczy?

1Shares

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 189: Nowe inicjatywy i formy walki z antyprokreacjonistami

Rząd potrzebował rozpoznać przeciwników prokreacji, zrozumieć ich motywację i siłę. Nalegał na to Babochłop. Mówił jak wojskowy na polu walki, krótko i dosadnie.

– Musimy rozpoznać przeciwnika. To najprostsza taktyka wojskowa. Jeśli tego nie zrobimy, będziemy poruszać się po omacku. Tylko kret nie zgubi się w takiej sytuacji. Policja może to zrobić, ale zajmie to za dużo czasu, którego nie mamy. Rząd i kościół muszą wykonać to zadanie.

Jedynie badania poglądów i postaw antyprokreacjonistów mogły dostarczyć potrzebnej wiedzy. Jako narzędzie wybrano ankietę. Nie była obszerna, lecz dostatecznie wyczerpująca. Rozprowadzały ją państwowe ośrodki opieki zdrowotnej oraz prywatne kliniki i gabinety lekarskie. Wypełniającym ankietę oferowano wynagrodzenie w postaci bezpłatnego pakietu usług medycznych. Ludzie chętni ją wypełniali, tym bardziej, że rozumieli potrzebę pełnej oceny skutków Apokalipsy. Wynikiem ankiety był obraz postaw społecznych, kto i w jakim stopniu jest przeciwnikiem prokreacji.

*****

Rząd i kościół dysponowali w końcu wiedzą o liczebności, wieku, wykształceniu i innych danych obywateli przeciwnych prokreacji. Ankiety potwierdziły istnienie trzech dużych grup. Byli to prawdziwi sprawcy kryzysu, uznano ich za wrogów społeczeństwa.

Dyskusja nad wynikami ankiety wywołała burzę. Gubernator nazwał zwolenniczki dobrowolnej bezdzietności wściekłymi babami. Ministrowie podchwycili to określenie; szybko przyjęło się w urzędniczym żargonie. Było konkretne i dosadne. Doprowadziło jednak do konfrontacji z naukowcami, którzy określenie „wściekłe baby” uznali za nienaukowe, wulgarne, choć nie odmawiali mu pewnej trafności. Podobnie było w zbliżonej sprawie. Ludzi o odmiennej orientacji seksualnej gubernator nazywał dewiantami. Po sprzeciwie naukowców i liberalnych organizacji społecznych zaakceptował nazwę odmieńcy. Uznano, że jest to określenie mniej rażące. W jednym wypadku gubernator nie ustąpił nawet pod naciskiem swojego gabinetu. Chodziło o zwolenników cyberseksu, których uparcie nazywał „cyberseksiarzami”.

– Jednowyrazowe nazwy mają swoje zalety. Nawet jeśli nie są naukowe, łatwiej jest je używać. I tak wszyscy wiemy doskonale, o co chodzi.

Przeciwnicy brutalizacji języka nie mogli odmówić mu racji. Ustalono jednak, że w oficjalnych dokumentach będzie w użyciu określenie „zwolennicy cyberseksu”.

*****

W działaniach naprawczych rząd sięgnął głęboko do religii, historii i tradycji, traktując je jako źródła wiedzy i inspiracji. Można było tam znaleźć wszystko: kroniki sukcesów i klęsk demograficznych, przykłady, rozwiązania i wzory. Do współpracy zaangażowano wybitnych historyków, antropologów i biblistów. Wobec braku współczesnych wzorców, jak rozwiązywać problemy spadku przyrostu demograficznego, nie mogło być inaczej.

Czarna Eminencja, przeniknięty do głębi duchem Biblii, a wkrótce także gubernator, czerpali natchnienie śledząc wielkich bohaterów przeszłości, ich obyczaje, pomysły i symbolikę. Rozumieli, że każda cywilizacja opiera się na wcześniej wypróbowanych wzorach. Najchętniej sięgali do średniowiecza, kiedy ludzie wierzyli w Boga głęboko i autentycznie.

*****

Walka z odmieńcami okazała się dla rządu prawdziwym przekleństwem i mordęgą. Nikt nie miał pomysłu, jak ją skutecznie poprowadzić, co zrobić, aby nawrócić ich na prokreację lub co najmniej zneutralizować ich fatalny wpływ na męską część społeczeństwa. Czarna Eminencja też się nad tym intensywnie zastanawiał, co najmniej dwa razy naradzał się nawet z aktywem kościelnym. Czuł się podobnie jak gubernator. Wkrótce po nocach śnili im się dewianci, degeneraci i psychopaci, nadzy i wyuzdani, patrzyli mu w oczy, potrząsając członkami, a nawet zachęcając go do orgii. Były to okropne przeżycia; nie przyznawali się do nich przed nikim.

*****

Nocą z soboty na niedzielę gubernator przeżył koszmarny sen. Jego samochód zatrzymał się na leśnym parkingu. Gubernator wszedł do lasu, aby oddać mocz. Przeszedł kilkanaście metrów, kiedy otoczyli go nadzy mężczyźni. Było ich co najmniej kilkunastu, większość białej, niektórzy czarnej i jeden żółtej rasy. Byli prawdopodobnie pijani lub pod wpływem narkotyków, bo mieli przekrwione oczy i mówili niewyraźnie, niektórzy bełkotali niezrozumiale. Domyślił się, że to zboczeńcy, odprawiający w głuszy swój sabat. Widział ich nagość, czuł pot ich ciał rozgrzanych od pożądania i gorące oddechy na twarzy. Każdy z nich miał na szyi tabliczkę identyfikacyjną, określającą rodzaj zboczenia w języku nomadyjskim i po łacinie. To najbardziej przeraziło gubernatora; ta niesamowita rozmaitość zboczeń, jedno bardziej przerażające od drugiego. Stali i patrzyli na niego. Kiedy ich członki zaczęły się powiększać, gubernator przeraził się i zwymiotował. To go uratowało. Odstąpili od niego krzycząc, że wrócą, jeśli będzie ich nadal prześladować. Ich herszt, do którego zwracali się Herr Bober, wyrzucił z siebie na odchodnym:

– Następnym razem, jeśli nie dasz nam spokoju, ty alfonsie, urządzimy ci taką rzeź cielesną, że do końca życia będziesz nosić żelazny pas cnoty, do którego klucz sam wyrzucisz do rzeki, aby nie przyszło ci do głowy zdjąć tej ochrony siebie choćby na chwilę.

Od tej pory gubernatora prześladowała myśl, że koszmar się powtórzy. Było to przeżycie tak przerażające, że zdecydował się poprosić Czarną Eminencję o pomoc egzorcysty. Czekał tylko na stosowną okazję, kiedy będą sam na sam.

Po nieprzespanej nocy Gubernator drżał na całym ciele aż do przyjazdu do pracy. Na posiedzeniu rządu podkreślił, że walka z odszczepieńcami to priorytet narodowy. Było w nim tak wielkie napięcie i wzburzenie, że ministrowie zastanawiali się, czy przypadkiem nie ogarnęło go jakieś szaleństwo. On sam nie wiedział, co się z nim dzieje. Zaczął podejrzewać, że w grę wchodzi używane często przez niego słowo „priorytet”, brzmiące obco i twardo jak nazwa nieznanego kwiatu, pięknego, ale trującego i niebezpiecznego. 

*****

Zastój w walce z przeciwnikami nie mógł trwać długo. Trzeba było coś zrobić. Na pierwszy ogień poszli homoseksualiści. Była to najliczniejsza grupa, których przekonania i uczucia były jałowe prokreacyjnie. Blawatsky ich nie znosił i nie wahał się nazywać ich sabotażystami społeczeństwa. Zdecydował się publicznie ich potępić i napiętnować, wywołać pogardę dla ich postępowania i w ten sposób zmusić przynajmniej część z nich do zmiany orientacji. Przygotowując się do wystąpienia zapoznał się z tradycją walki z homoseksualizmem. Na jego polecenie ministrowie i doradcy przestudiowali literaturę fachową i odbyli konsultacje.

Przemówienie gubernatora było płomienne i oskarżycielskie. Mówca starannie dobierał słowa. Chwilami brzmiały one tajemniczo, zawierały aluzje, podteksty i niedopowiedzenia. Były jednak na tyle czytelne, że zebrani na Placu Centralnym mieszkańcy Afary domyślili się, że daje im i policji wolną rękę do stosowania nawet przemocy. Kiedy skończył, mruknął coś pod nosem. Minister spraw wewnętrznych zrozumiał to jako „Możecie ich nawet torturować i zabijać”. Nie zaskoczyło go to w ogóle; od pewnego czasu rosło w nim przekonanie, że w obronie kraju przed zagładą rząd ani patriotyczna część społeczeństwa nie muszą w niczym się ograniczać.

2Shares

PRL i Tajlandia. Wspomnienia i zdjęcia.

Gdybyśmy nadal żyli w PRL, nie wyjeżdżalibyśmy do Tajlandii na wycieczki. Za PRL tylko szczęśliwcy nosili portfele grubości świni. PRL kojarzy mi się jednak dobrze, głównie z twórczymi hasłami w rodzaju „Każdy rolnik postępowy sam zapładnia swoje krowy”, „Zamiast szczypać w rowie dziwki, rób wiosenne podorywki” oraz „Tylko margaryna mleczna przeciw ciąży jest skuteczna”. Żywo kojarzy mi się także z prezesem Kaczyńskim i PiS, postępową partią starającą się nadać ton Unii Europejskiej, a w kraju przywrócić powszechny dobrobyt oparty o scentralizowaną gospodarkę, lotniska wielkości Luksemburga oraz samochody elektryczne produkowane w ilościach zdolnych obsłużyć wszystkich obywateli Chin. To nasza szansa eksportowa.

W Tajlandii podobały mi rozwiązania z odległości nieco przypominające nasz styl. Rządzi u nich junta wojskowa, co gwarantuje uczciwość sędziowską, porządek i szybką sprawiedliwość. Jedno tylko jest inne niż u nas: każdy tajski policjant musi sam kupić sobie rewolwer. Rząd uruchomił w tym celu specjalny program importowy, aby obniżyć ceny. Nie wyssałem tego z palca, tylko przeczytałem w dzienniku „Bangkok Post”. Sytuacja przypomina mityczną rybę, którą można jeść od głowy lub od ogona, z tym, że nie wiadomo dokładnie, gdzie jest jej początek.

Dziś trochę o miejscowości Pattaya. Mieszkałem tam sześć dni w hotelu Asia Pattaya. Sam hotel podobał mi się. Jeśli o nim nie pisałem, to napiszę.

Cytuję za Wikipedia: Pattaya – miasto w Tajlandii, nad Zatoką Tajlandzką, 120 km od Bangkoku. Liczba mieszkańców w 2003 roku wynosiła ok. 80 tys. Miasto jest jednym z najsłynniejszych ośrodków wypoczynkowych w Azji. W 2007 roku Pattaya odwiedziła rekordowa liczba turystów 6,5 mln. Do rozwoju miasta przyczyniają się seksturystyka i port lotniczy, który jest położony pomiędzy Bangkokiem a Pattaya. W latach 1991-2015 odbywał się tam kobiecy turniej tenisowy, zaliczany do cyklu WTA – PTT Pattaya Open.

Co zapamiętałem z Pattaya? Wszędzie, w hotelu, w sklepach, na ulicach, w restauracjach napisy w języku rosyjski, broszury, mapy, plany. Na ulicach słyszy się bardzo często język rosyjski.

Pattaya. Reklama apteki w języku rosyjskim.

Teraz Rosjan jest już tam niej; to od czasu, kiedy rubel spadł na łeb na szyję i wycieczki zaczęły kosztować dwa razy więcej lub podobnie. Transport uliczny w Pattayi: kilka rodzajów taksówek, różne tuk-tuki i inne. Ceny negocjuje się. Jedziesz sam taksówką, możesz zapłacić 250 bahtów (nieco ponad 25 złotych), jedziesz w kilka osób, cena może spaść nawet do 10 bahtów za osobę. Kiedy pada deszcz, cena wzrasta (to moja obserwacja).

Jedno z najbardziej znanych miejsc Pattayi to Walking Street (owa seksturystyka), miejsce znane z licznych klubów Go-Go, sklepów ze wszystkim, co produkuje Azja oraz tłumów turystów i ciekawskich, jacy pojawiają się tam wieczorem delektując się m. in. widokami roznegliżowanych pań, zachęcających do odwiedzenia ich klubu. Na ulicy panuje wielki ruch, prawie ścisk, hałas, głośna muzyka. Było to miejsce, gdzie doznałem ekstazy.  

0Shares

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 106: Szopy i urny

Opis zgodnego z rytuałem hinduizmu spalenia zwłok na stosie policja znalazła w Internecie. Komisarz zadzwonił do zakładu pogrzebowego. Poinformowano go, że czynności związane z pogrzebem i stypą nadzorowała pani Godano, wykonawczyni testamentu. Rozmawiał z nią telefonicznie, chciał obejrzeć miejsce, gdzie spłonął stos.

– Teren jest ogrodzony, a brama jest zamknięta na kłódkę. Jeśli pan kogoś przyśle, to udostępnię klucz do bramy.

– Czy popiół po spaleniu stosu został w jakiś sposób …? Policjant nie mógł znaleźć odpowiedniego słowa … zagospodarowany. – Zdał sobie sprawę z nietrafności określenia i przeprosił rozmówczynię.

– Nie szkodzi. – Odpowiedziała głosem, który wydał mu się sztywny. Był przekonany, że nie podobało jej się jego określenie.

– Zgodnie z testamentem popiół ze spalonego stosu został zebrany w wielką urnę. Jest tego bardzo dużo. Nie wiemy jeszcze, co z nim zrobić. Testament pomija ten szczegół. Urna jest w szopie na działce.

– Czy mógłbym zajrzeć do niej? Oczywiście, jeśli nie ma pani nic przeciwko temu.

– Nie widzę przeszkód. Dam panu drugi klucz, do szopy. Proszę tylko mi go zwrócić.

Po zapisaniu adresu, policjant wprowadził go do systemu nawigacyjnego. – Nie będę musiał błądzić. – Mruknął, wkładając kluczyk do stacyjki. Nie spodziewał się wielkich odkryć. Jechał tam tylko z obowiązku.

Miejsce było odludne, niebo chmurzyło się, zerwał się lekki wiatr. Otworzenie bramy i szopy nie sprawiło komisarzowi trudności. Wykonywał swoje czynności bez pośpiechu, nie ociągając się jednak. Na działce stały dwie szopy. Skierował się do większej. Nie mógł jej otworzyć, wobec czego podszedł do mniejszej. Tym razem kluczyk pasował do kłódki.

Szopa była zagracona, głównie narzędziami i starymi meblami. Przesunął po rupieciach wzrokiem, lecz nie zauważył niczego, co przypomniałoby urnę, wrócił więc do większej szopy, aby jeszcze raz spróbować ją otworzyć. Kłódka była identyczna, jednakże klucz nie pasował. Zastanawiał się, co robić. Pierwsza myśl, jaka mu się nasunęła, to zadzwonić do właścicielki zakładu pogrzebowego. Pomyślał, że będzie to głupio wyglądało. Intuicja podpowiadała mu, aby wrócić do mniejszej szopy i jeszcze raz ją przeszukać. Był zły, że nie zrobił tego za pierwszym razem, ponieważ urna stała na taczce w prawym rogu w głębi pomieszczenia, zakryta cienką płytą gipsową. Podniósł ją.

– Cholera, powinienem zabrać latarkę – powiedział, po czym zaklął głośno, nie krępując się; wokoło nie było nikogo. Poszedł do samochodu, ale nie znalazł jej w schowku. Zaczął szukać w innych miejscach, denerwując się coraz bardziej. Był zły na siebie, na donosiciela, na właścicielkę salonu pogrzebowego, że nie powiedziała mu, że w szopie nie ma światła. Latarki nie mógł znaleźć. Musiał obejść się bez niej.

Po powrocie do szopy chwycił za rączki taczki, aby wyciągnąć ją na światło dzienne. Nie mógł jej ruszyć z miejsca. Przeszedł go dreszcz, kiedy pomyślał, że to zmarły utrudnia mu wykonanie zadania. W półmroku pomieszczenia wyobraził sobie chude, nagie, sine ludzkie nogi zapierające się w betonową podłogę, aby uniemożliwić przewiezienie popiołów w inne miejsce. Przypomniał sobie, co mówiono i pisano o zmarłym. Uparty, stary dziwak. Policjant jeszcze raz spróbował ruszyć taczkę. Ani drgnęła. Schylił się, aby zobaczyć, czy koło przypadkiem nie zaklinowało się w jakiejś szczelinie.

– Nie powinno, tu jest betonowa podłoga. – Wymamrotał do siebie objaśniająco. Sięgając ręką pod taczkę obmacał koło i poczuł metalowy pręt. – Albo ktoś go wcisnął, aby unieruchomić taczkę albo stało się to przypadkowo. – Przypomniał sobie przypadek mordercy usiłującego ukryć ciało ofiary, aby nie można było usunąć jej z kryjówki. Policjant zaśmiał się nerwowo. Po usunięciu pręta taczka wyjechała prawie bez oporu.

Urna była przykryta, pokrywa idealnie pasowała do otworu. Z boku widoczne były blokady przesuwane w dół dla uszczelnienia zamknięcia. Odsunął je i zajrzał do środka. Zawartość wyglądała normalnie: popiół po spalonym drewnie. Nałożył gumową rękawiczkę i nabrał garść, aby poczuć popiół pod palcami. Wyglądał jak najzwyklejsza pozostałość po ognisku, z kawałkami niespalonego drewna. Nieco głębiej był dużo drobniejszy, jakby przesiany przez sito, prawie pylisty.

– Drewno tak się nie spala. Popiół jest zbyt drobny. Wniosek nasuwał mu się w nachalny sposób.

Komisarz wrócił do szopy, czegoś szukał, nie wiedząc dokładnie czego. Zauważył niezbyt gruby pręt metalowy. Przyglądał mu się chwilę, po czym wziął go do ręki i wygiął na końcu tworząc hak. Wcisnął go w głąb urny usiłując wyczuć, czy nie ma tam nic twardszego, czy nie napotka oporu. Poruszając hakiem w dół i w górę wyciągnął więcej pylistego materiału na wierzch. Dopiero za piątym lub szóstym razem zauważył podłużny kształt, bardzo drobny, przypominający fragment odłamanej kości. Wyjął go na zewnątrz, obejrzał i schował do plastikowego woreczka do przechowywania materiału dowodowego. Nie szukał dalej. Przy wejściu do szopy stało wiaderko z niewielką ilością wody; wydawała się czysta. Umył ręce, wytarł je chusteczką do nosa i wyjął telefon komórkowy z bocznej kieszeni marynarki.

– Chyba coś znalazłem, szefie.

– Jeśli tak, to zleć od razu badania laboratoryjne próbek. Nie oddawaj klucza tej kobiecie. Nie mów jej nic, aby niczego nie zmanipulowano. Nie muszą wiedzieć, że coś podejrzewamy. Mówię w liczbie mnogiej, bo nie wiem, kto jeszcze może być zamieszany. Gdybyś jeszcze coś odkrył, daj znać. Wiem, że jest już późno, ale koniecznie wróć do komendy i przygotuj dokumenty niezbędne do wysyłki materiału dowodowego do badania. – Możesz to zrobić?

Zapytanemu nie bardzo podobał się plan, lecz nie protestował. Zamknął szopę i bramę, i wsiadł do samochodu. Przed wyjazdem zadzwonił do właścicielki salonu pogrzebowego.

– Powinienem zwrócić pani klucze, ale zrobiło się bardzo późno, a ja mam jeszcze pracę do wykonania. Nie mogę przyjechać teraz. Mam nadzieję, że nie będzie to problemem dla pani. Oczywiście jeśli jest to konieczne, to przyjadę i oddam klucze, ale znacznie później.

Na szczęście kobieta nie oponowała. Spodziewał się takiej reakcji. Wydawało mu się, że chwilę zastanawiała się nad jego słowami. Po tym, co zobaczył na działce, stał się podejrzliwy. Nawet gdyby prosiła go o zwrot kluczy tego samego dnia i tak by tego nie zrobił, znalazłby jakąś wymówkę. Życie nauczyło go, że łatwiej jest uzyskać wybaczenie, niż zgodę. Zbyt cenił mądrość rej zasady, aby jej nadużywać.

– To był właśnie taki przypadek. – Wytłumaczył sobie.

Jadąc, starał się zapomnieć o kremacji, prochach, szopie i salonie pogrzebowym. Bał się, że myślenie o tym może doprowadzić go do utraty koncentracji w czasie jazdy i wypadku.

1Shares

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 105: Dochodzenie w zakładzie pogrzebowym

Siedząc przy biurku, kapitan gapił się na kartkę z rysunkiem urny na katafalku. Poczuł głęboką niechęć do donosiciela, należącego do kategorii osób, którymi pogardzał. Kapusie i kolaboranci. To była jego definicja. Z formy i treści donosu domyślał się, że pisała go osoba, prawdopodobnie mężczyzna, która – podobnie jak wielu innych ludzi – serdecznie nie znosiła pisarza za jego przemądrzałość i zadzieranie nosa. Ważne było, jaki był cel donosu: uczciwie poinformować policję o niezwykłym przestępstwie czy tylko wywołać sensację publiczną. Miał wątpliwości czy donos jest w ogóle wart rozpoznania. W sprawie śmierci i pogrzebu pisarza policja miała już tyle anonimów, że nie wiedział, czy w ogóle zajmować się tym, który leżał przed nim. Jego rozmyślania przerwało pukanie do drzwi.

– Zawsze przerywają mi, kiedy podejmuję decyzję w jakiejś sprawie – mruknął do siebie, po czym krzyknął „Proszę wejść”.

Po chwili zjawił się w pokoju komisarz, jego podwładny.

– Co sądzisz o tym donosie na denata, Sefardiego Barokę? – od progu zapytał przełożonego. Kapitan nic nie odpowiedział, tylko wyciągnął rękę po świstek papieru leżący przed nim na biurku, po czym wskazał koledze krzesło przy bocznym stoliku. Usiedli obok siebie i komisarz powoli i głośno sam przeczytał donos.

– Czy jest w nim coś, co może świadczyć o prawdziwości podejrzeń? Bo jeśli nic takiego nie ma, to musimy przyjąć, że to bujda wyssana z palca. Jakiś kawał. Nie brakuje przecież ludzi, którzy widzą we wszystkim oszustwo, kłamstwo, spisek, a jeśli go nie dostrzegają, to chętnie wymyślają swoją teorię spiskową.

– Uważam, że donos może być zgodny z prawdą. – Zdecydowanie oświadczył kapitan.

– Co cię skłania do takiego poglądu? Przed chwilą sam wątpiłeś, czy w ogóle warto tym się zajmować.

– Tu jest za dużo konkretów. Kiedy czytałeś na głos, mogłem się nad tym zastanowić. Dokładny czas rozpalenia stosu, liczba Hindusów obsługujących stos, no i najciekawsze, fragment czegoś białego, jakiegoś materiału wystającego spomiędzy kawałków drewna. Ten ktoś chyba dobrze wiedział, jak wygląda pogrzeb w Indiach. Pisze też, że zmarłych chowa się ubranych na biało. W Indiach biały kolor to kolor żałobny. Kto u nas wie coś takiego? To szczegół, który najbardziej mnie przekonuje. Moim zdaniem, w tej tajemnicy jest ziarno prawdy.

Po chwili namysłu komisarz milcząco zgodził się z przełożonym. – Zajmę się tym od razu. Sam pojadę do zakładu pogrzebowego, gdzie miała odbyć się kremacja.

Zakład pogrzebowy mieścił się na obrzeżu miasta na terenie ogrodzonym siatką metalową rozciągniętą między solidnymi słupkami na betonowej podmurówce. Posesja miała kształt wydłużonego prostokąta. W jednym końcu, od strony bramy wjazdowej, znajdowało się biuro obsługi klientów, gdzie stale obecna była sekretarka, a obok niego kwiaciarnia i salon akcesoriów pogrzebowych. Z tyłu budynku miały swoje biura właścicielka zakładu i skąpy personel administracyjny.

W drugim, dalszym budynku, oznaczonym przy wejściu tabliczką „Tylko dla personelu” były pomieszczenia dla pracowników, z szatnią, przebieralnią, prysznicami, ławkami oraz magazyn zaopatrzenia we wszystko, co tylko klienci i pracownicy mogli potrzebować, a więc kwiaty, wieńce, trumny, artykuły biurowe, środki czyszczące. Do budynku przylegały garaże; na wyposażeniu firmy były dwa klimatyzowane karawany. Autokary do przewozu żałobników zakład wynajmował od zaprzyjaźnionej firmy transportowej. Przewóz gości pogrzebowych nigdy nie nastręczał problemów; w miasteczku i sąsiednich miejscowościach znajdowało się kilka firm świadczących takie usługi.

Trzeci budynek był niewidoczny z dwóch pozostałych i nie bez powodu. Mieściła się tam chłodnia do przechowywania zwłok, salka przygotowania zwłok do pochówku, czyli wykonania kosmetyki pośmiertnej włącznie z balsamowaniem i ich ubrania. Na samym końcu znajdowało się małe nowoczesne krematorium. Budynek był przemyślnie ukryty wśród drzew. Jego drzwi zdobiła duża tabliczka: „Wejście wyłącznie dla pracowników”.

Na biurku sekretarki, chudej i wyniosłej, jakby reprezentowała bardziej świat zmarłych niż żywych, stała tabliczka „Obsługa klienta”. Komisarz zadał jej kilka pytań i przejrzał udostępnioną mu dokumentację. Potem zapoznał się z pozostałymi pomieszczeniami i porozmawiał z pracownikami. Nikt nie odmówił mu pomocy, czuł jednak niechęć personelu. Nie dziwił się temu, był intruzem zakłócającym normalny tok pracy. Zakład wydawał się być dobrze prowadzony i nic podejrzanego nie rzuciło mu się w oczy.

Pracownik zakładu odprowadzający go do samochodu, niemłody mężczyzna o twarzy niedożywionego cierpiętnika, podpowiedział mu, aby pojechał w miejsce uroczystości pożegnalnej.

– Może tam coś pan znajdzie.

Sugestia była uprzejma, zabrzmiała jednak jak uszczypliwość. Policjant pomyślał, że wyprowadził go z równowagi swoimi drobiazgowymi pytaniami, być może stwarzając wrażenie, że szuka dziury w całym. Z jego pytań pracownik mógł wywnioskować, że policja ma wątpliwości na temat kremacji, której on sam nie wykonywał, ale która nigdy nie budziła w nikim wątpliwości. Mężczyzna pracował tutaj wiele lat i szczycił się pracą w zakładzie uznawanym za najlepszy w mieście, raz nawet w kraju. Wracając do swoich obowiązków popatrzył na oprawione w złote ramki certyfikaty i dyplomy uznania wiszące na ścianie. Znał je na pamięć. Uważał je także za swoje osiągnięcie.

0Shares

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 104: Diabeł i dochodzenie

Na kartce imitującej formularz zaproszenia diabeł wypisał wszystkie swoje imiona.

– Piekielnie długa lista. – Słowa wypowiedziane z namaszczeniem zabrzmiały w jego pysku omalże jak zaklęcie. Postanowił chodzić w sali audiencyjnej między zaproszonymi gośćmi z wypiętą piersią i rozczapierzonym na końcu ogonem, pyszniąc się całym sobą. Miał ku temu powody, dostarczyli mu je spowiednicy Sefardiego. Postraszył ich ogniem piekielnym tak przekonywująco, że bez większych ceregieli ujawnili mu grzeszki Sefardiego. Tylko jeden Amizgao Terrano nie ustąpił. Zachowywał się tak, jakby on, Diabeł, nie istniał. Był na klechę wściekły, ale też miał dla niego szacunek.

– Mam potężny materiał dowodowy i oskarżycielski na tego piekielnika Sefardiego Barokę – przechwalał się swojej służbie pomocniczej.

Kiedy Sefardiego miano już wnosić w zdobnej lektyce na uroczyście umajoną salę audiencyjną, Diabeł z dumą zaczął odczytywać wszystkie swoje imiona. Coś go do tego podkusiło; nigdy przedtem nie był tak próżny.

– Chcę, aby wszyscy lepiej mnie poznali. – Przekonywał sam siebie, po czym wyrecytował wszystkie imiona w porządku alfabetycznym. Inaczej nie było można, bo mógłby któreś opuścić. Ułożyły się w długi szereg: Antychryst, Belzebub, Bies, Boruta, Czart, Demon, Diabeł, Duch Nieczysty, Kaduk, Książę Ciemności, Kusy, Licho, Lucyfer, Lucyper, Mefisto, Rokita, Siła Nieczysta, Szatan, Władca Piekieł, Zły. Nie było to potrzebne, ponieważ mówił wieloma językami, łatwo nawiązywał kontakty i był powszechnie znany. Kiedy wszedł do sali audiencyjnej, pozdrowił wszystkich serdecznie nie wiadomo dlaczego po niemiecku słowami „Guten Abend”, po czym dodał „Ich gratuliere Ihnen”, gratuluję państwu, i zamyślił się szukając dalszych słów, które uszły mu z pamięci. Był elegancko ubrany, garnitur leżał na nim jak ulał, jakby zaraz miał udać się na cmentarz albo pogorzelisko.

– Zaraz odbędzie się spotkanie pisarza Sefardiego Baroki z Panem Bogiem. – Zapowiedział nieznany głos, ni to męski, ni to żeński.

Isabela przerwała pisanie, aby zastanowić się, kto to mówił i jaki będzie dalszy ciąg wydarzeń, kiedy w głębi domu zaskrzypiały drzwi. Słychać było liczne głosy, tylko częściowo tłumione przez ściany.

– Przyszła Penelopa, prawdopodobnie z wnukami – pomyślała. Zdecydowała się dokończyć pisanie następnego dnia.

– Muszę to zrobić! Dla niego! – Przyrzekła sobie.

Ogarnęły ją ciepłe wspomnienia. Zobaczyła Sefardiego jak żywego, dzielącego się przemyśleniami i doświadczeniami pisarskimi w trakcie tworzenia powieści, co zawsze wydawało jej się ciekawsze niż gotowy już utwór. Szybko zamknęła plik opowiadania, wyłączyła komputer i uporządkowała biurko, po czym wstała i przysunęła krzesło. Śpieszyła się, aby z roli adeptki pisarstwa, przygodnej towarzyszki człowieka poważnie traktującego swoją pasję i życie, przedzierzgnąć się w zwykłą pomocnicę, towarzyszkę i kucharkę pani domu. Lubiła swoją pracę, ale teraz, od dnia śmierci Mistrza nie czuła się szczęśliwa, z wyjątkiem czasu pisania.

Informacja, jakoby na stosie w trakcie uroczystej stypy pożegnalnej, w której uczestniczyły liczne osobistości ze świata kultury i polityki, miały spłonąć zwłoki Sefardiego Baroki, była jakimś dziwolągiem. Donos wpłynął do komisariatu policji w miejscu zamieszkania pisarza i miał postać karteczki wypełnionej nierównym pismem, bez daty i bez podpisu. Naczelnik komisariatu przekazał ją do komendy rejonowej. Nie był to koniec drogi służbowej dokumentu. Naczelnik komendy rejonowej zadzwonił do komendy głównej policji. Decyzja była jednoznaczna: przekazać do komendy głównej. Mężczyzna wezwał do siebie kancelistę.

– Wyślij to do nich z notatką, że sprawa jest ważna z uwagi na pozycję społeczną denata.

Miał powody, aby nadać dochodzeniu odpowiednią rangę. Był członkiem Partii Konserwatywnej i cichym zwolennikiem Blawatsky’ego. Osobiście nie miał wątpliwości, że donos to jakaś bzdura do kwadratu, ale zdecydowanie wolał uniknąć pomyłki. Zacierał ręce na myśl, że mógłby zemścić się za wszystkie krytyczne i złośliwe wypowiedzi i wywiady, w których Baroka oczerniał jego partię. Omalże sam poczuł się pokrzywdzony.

Kapitan policji, szef wydziału zabójstw, do którego trafiła koperta z donosem, namyślał się.

– Znany pisarz, którego spopielone resztki telewizja pokazywała w urnie stojącej na katafalku w salonie pogrzebowym, miałby być spalony na stosie drewna nad rzeką w obecności kilkuset osób? – Mężczyzna bezwiednie rysował na kartce papieru malutkie urny. Nie zamierzał zajmować się sprawą sam ani powierzyć jej któremuś z podwładnych. Był przekonany, że to kawał jakiegoś żartownisia mający na celu ośmieszenie policji. Zaczął zastanawiać się, czy informacja o anonimie mogła dotrzeć do mediów. Pytaniem było, czy autor donosu mógł poinformować o swoich podejrzeniach także inne osoby lub instytucje. Pomyślał o redakcji gazety, z którą donosiciel mógłby się skontaktować telefonicznie, aby przekazać tę samą informację.

 

0Shares

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 94: Kondukt pogrzebowy

Twarze żałobników drepczących za karawanami były nieprzeniknione. Wszyscy ubrani byli prawie identycznie, na czarno, spodnie mieli na sobie zarówno mężczyźni jak i kobiety. Z nielicznymi wyjątkami były to osoby w wieku od kilkunastu do czterdziestu pięciu lat, jakby nie istniały osoby starsze. Maszerujący zachowywali się jak karny oddział wojskowy. Kiedy powóz przyśpieszał, oni przyspieszali, kiedy zwalniał, oni zwalniali jakby pociągani niewidzialnymi nićmi lub sterowani cichymi komendami. Gdyby ktoś im się przyjrzał, mógłby zauważyć, że wyglądali jak dobrze wytrenowani i dobrze opłacani najemnicy wynajęci do odegrania roli, którą znali tylko oni i tajemniczy zleceniodawca. W istocie byli to ludzie spoza stolicy, sportowcy i aktorzy, lokalnie nikomu nieznani, udający żałobników tak doskonale, że prawdziwy żałobnik nie zrobiłby tego lepiej. Kiedy konie przyśpieszały, mężczyźni wymieniali między sobą uwagi, jakby dla żartu lub dla dodania sobie otuchy:

– Mogę ścigać się z koniem, aby tylko dystans nie był zbyt długi, bo on ma cztery nogi, a ja tylko dwie.

Momentami kondukt pogrzebowy zachowywał się jak orszak weselny. Było to zachowanie zgodne z „Wytycznymi dla żałobników”, przygotowanymi przez Sefardiego, który osobiście ich wybrał i wynajął za pośrednictwem firmy pogrzebowej. Ludzie wiwatowali i cieszyli się, wznoszono okrzyki „Śmierć jest smutna tylko dlatego, że ją za taką uznajemy”, „Cieszmy się, że Sefardi jest już wśród ludzi szczęśliwych, „W niebie nie ma oszustwa, zdrady ani wojny”.

Nikt nie miał pojęcia, ani nawet nie myślał o tym, kto naprawdę, oprócz rodziny, najbliższych przyjaciół oraz znanych reporterów i dziennikarzy, uczestniczy w pogrzebie i dlaczego. Brały w nim udział przedziwne osoby: przedstawiciele Klubu Miłośników Pogrzebów, Stowarzyszenia Zwolenników Fajerwerków w Dyskusjach Publicznych, Stowarzyszenia Książek Zapomnianych, kilku bibliotek imienia Sefardiego Baroki oraz licznych fanklubów. Większość uczestników pogrzebu była zakonspirowana, o czym nikt nie wiedział. Gdyby nawet to ujawniono, zapewne nie wzbudziłoby to wiele zdziwienia, ponieważ media informowały, że zmarły przed śmiercią wyraził życzenie organizacji pogrzebu na zasadach całkowicie odmiennych od tradycyjnych.

– Pogrzeb musi sprawiać ludziom radość, a nie smutek. – Przypominał kilka razy wykonawca testamentu, cytując słowa zleceniodawcy.

W połowie trasy pogrzebu kierowca Rolls-Royce’a zatrąbił głośno raz i drugi, jakby chciał pobudzić konie do pędu. Za drugim razem do wolno poruszającego się pojazdu podszedł jakiś mężczyzna i zagroził kierowcy, że mu rozwali szybę kamieniem, jeśli nie przestanie trąbić. Perswazja okazała się skuteczna, ale tylko do czasu.

*****

Na wysokości Alei Jednego Dębu konie gwałtownie przyśpieszyły. Świadkowie wydarzenia twierdzili, że przestraszył je przeraźliwy dźwięk klaksonu białego Rolls-Royce’a, inni, że koło karawanu wpadło na obmurowanie wielkiego drzewa rosnącego z boku w jezdni i strasznie załomotało. Dąb był pomnikiem przyrody. Kiedy ulicę poszerzano, pozostawiono go w jezdni osłaniając pień betonowym pierścieniem i ostrzeżeniami przed przeszkodą.

Konie popędziły przed siebie szeroką ulicą, z ich pysków padały płaty białej piany. Żałobnicy – jakby wiedzeni stadnym instynktem – przyspieszyli, aby dotrzymać kroku zwierzętom. Wyraźnie przygotowani na taką niespodziankę i w doskonałej kondycji drwili sobie z koni toczących pianę z pysków, że zabrakło im siły do raźniejszego biegu. Późniejsze relacje świadków sugerowały, że zwierzętom dodano do pożywienia środki wywołujące intensywny ślinotok. Ludzie na chodnikach przyglądali się zafascynowali pędzącym koniom, zmotoryzowanemu karawanowi i radośnie usposobionym żałobnikom.

– To zakrawa na cyrk! – Krzyknął w zachwycie mężczyzna stojący na poboczu, nie zdając sobie sprawy, że pogrzeb w istocie był obliczony na szok, podziw i zdumienie.

– Gdyby Sefardi to widział i słyszał, byłby zachwycony. Mnie to jednak szokuje, co on wymyślił – wyszeptała pani Godano do idącej obok przyjaciółki. Przewidując możliwość niezwykłego rozwoju wydarzeń szła z boku, chodnikiem, celowo nie włączając się do konduktu żałobnego. Wiedziała, że Sefardi zaplanował niespodzianki, ale nie miała pojęcia jakie. Widząc, co się dzieje, przeraziła się, że przypiszą jej winę za niedopilnowanie porządku w trakcie pogrzebu. Pędzące w popłochu konie nasunęły jej straszną myśl, że dusza zmarłego rozpaczliwie trzęsie się w urnie razem z popiołami.

*****

W trakcie przemarszu konduktu na cmentarz pojawił się transparent z napisem „Związek Pisarzy Oryginalnych” poprawiony przez przekreślenie i zmianę kilku liter na „Związek Pisarzy Ordynarnych”. Plakietki z egzotycznymi hasłami były tak liczne, że mało kto zwracał na nie uwagi. Zmiany akcesoriów, wyglądu i zachowań uczestników pogrzebu następowały tak szybko, że przypadkowi widzowie reagowali szokiem. Żałobnicy początkowo ubrani w czarne stroje, nie wiadomo kiedy zmienili je na białe. Na prośby, a potem żądania, osób postronnych, aby zachowywali się przyzwoicie, udzielali stanowczych wyjaśnień, że kolor biały jest kolorem żałoby w krajach Dalekiego Wschodu i życzeniem zmarłego było pokazanie zwyczajów zamorskich, nie tylko krajowych.

– Tak to określił w testamencie i nic nie możecie na to poradzić. Stoi za nim prawo i my go przestrzegamy.

Policjanci oddelegowani do ochrony porządku dzwonili w pośpiechu do zwierzchników, pytając, jak mają się zachować. Nikt nie znał odpowiedzi. Ponieważ nikt nie naruszał porządku publicznego, policjantom nakazywano zachować neutralność. 

 

4Shares

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 28: Obchody zwycięstwa nad reżimem

W dwudziestą piątą rocznicę zwycięstwa nad reżymem, w Afarze, stolicy Nomadii, odbyła się wielka demonstracja. Jej organizatorem była opozycyjna Partia Liberalna, popularnie zwana Liberą. Wygłaszano przemówienia.

– Zdobyliśmy wolność drogą pokojową, bez jednego wystrzału i bez rozlewu krwi. Nie roztrząsaliśmy win poprzedniego ustroju, nie rozliczaliśmy przeszłości. Uniknęliśmy rozdrapywania bolesnych ran. Dzięki temu mogliśmy skoncentrować się na pozytywnych działaniach. Było to wielkie osiągnięcie – pogodzić się z przeszłością, w duchu miłości bliźniego – przypominali przez megafony organizatorzy manifestacji.

Ugrupowania konserwatywno-narodowe uznały demonstrację za prowokację i zorganizowały kontrmanifestację. Obok siebie stanęli członkowie rządzącej Partii Konserwatywnej, Partii Narodowej, Partii Ojczyźnianej oraz patriotycznego ugrupowania Falanga. Reprezentowane były też organizacje religijne.

Na mównicę wstępowali po kolei przedstawiciele każdej z tych grup, ludzie głęboko wierzący w Boga, o wyostrzonej moralności, aby wyrzucić z siebie to, co leżało im na sercu. Przewodniczący Partii Konserwatywnej krzyczał unosząc w górę pięść:

– Rewolucja bez ukarania oprawców nie jest rewolucją. Tylko krew może oczyścić naród z win i pozwolić mu żyć w poczuciu sprawiedliwości. Tylko bezkompromisowa uczciwość, jaką nakazują Bóg i kościół, matka nasza, pozwolą nam zapomnieć o haniebnej przeszłości i zacząć godnie żyć. Żądamy ukarania winnych!

– Nie ufajmy liberalnym łajdakom! To cynicy! Mówią o wybaczeniu w duchu miłości bliźniego, a sami nie wierzą w Boga! – krzyczeli staruszkowie i staruszki o twarzach pociemniałych z gniewu i częstego przebywania w kościołach i na cmentarzach. Z niecierpliwością spoglądali w górę oczekując gromu z jasnego nieba, który wytłucze nędzników bezprawnie powołujących się na ich Boga.

W wystąpieniach demonstrantów padały słowa wielkie jak głazy: Bóg, honor, ojczyzna, wiara, prawda i fałsz, wzmacniane przez megafony. Pragnienie sprawiedliwości parowało z mówców i unosiło się nad tłumem. Głosy mieszały się i przenikały nawzajem, pogłębiając zamieszanie i niepokój. Poprzedniego dnia wieczorem, kiedy we wszystkich kinach rozpoczęto wyświetlanie „Czterech jeźdźców Apokalipsy”, nad miastami i miasteczkami kraju ukazały się złowróżbne znaki. W zacienionych miejscach ulic i placów widziano widmo strachu z otwartymi ustami i złowieszczo rozwartymi oczami.

O godzinie trzeciej po południu ruszyły naprzeciw siebie dwa pochody. Zwolennicy Libery nieśli transparenty i wznosili okrzyki. – Jesteśmy chrześcijanami. Nie dopuścimy do rozlewu krwi! Z drugiej strony placu pochód Partii Konserwatywnej skandował: – Nie chcemy zemsty, tylko sprawiedliwości! Rozliczmy morderców naszych ojców i braci!

Policja obawiała się niebezpiecznej konfrontacji podejrzewając, że demonstranci będą uzbrojeni w ostre narzędzia, petardy i inne środki wybuchowe. Komendant policji wysłał silny oddział, polecając dowódcy zatrzymać się w miejscu, gdzie spodziewano się spotkania obydwu pochodów.

– Macie zapobiec rozlewowi krwi. Inaczej wam nogi z dupy powyrywam! – czując na plecach brzemię odpowiedzialności był szczery aż do bólu. Zdawał sobie sprawę, że cokolwiek uczyni, będzie oskarżony o niedopełnienie obowiązków lub przekroczenie uprawnień służbowych. Nie obawiał się konsekwencji; był wiernym członkiem partii, która chroniła swoich ludzi przed krytyką opozycji niezależnie od okoliczności.

Starcia nie udało się uniknąć. Policja rozdzieliła demonstrantów i aresztowała osoby najbardziej agresywne; ich ofiary przewieziono do szpitali. Atmosfera w stolicy zgęstniała. Minister spraw wewnętrznych obawiał się dalszych zamieszek. Po głowie chodził mu najgorszy scenariusz: przerodzenie się zamieszek w wojnę domową.

Przesłuchania demonstrantów potwierdziły głęboki podział społeczeństwa. Okazało się, że ludzie uczyli się historii kraju z różnych podręczników. Obydwie strony były zgodne tylko w sposobie ocen sił i wydarzeń politycznych. O sobie mówili, że są obywatelami prawdomównymi i gotowymi do poświęceń dla ojczyzny jak Vasco Da Gama dla królowej Portugalii, przeciwników uznawali natomiast za ludzi zawistnych, roszczeniowych i nieodpowiedzialnych. Coraz więcej obywateli było przekonanych, że nastał okres buntu i desperacji.

 

5Shares

Reguły gry. Opowiadanie „political fiction”. Odcinek 3: Posterunek

Rokpol podniósł się z ziemi. Odczuwał ból w każdej cząstce ciała, szczególnie szyi. Powoli doszedł na brzeg stawu i przejrzał się w wodzie. Widział tylko odbicie niewyraźnej, poplamionej twarzy. Dotknął jej w kilku miejscach.

To chyba krew, pot i ziemia – doszedł do wniosku. Ale mnie urządzili. Wszystko mnie boli, ale chyba nie mam nic złamanego. Pieprzeni fachowcy od bicia za poglądy polityczne!

Obmył się i wyruszył w drogę do domu. Na szczęście zapadał już zmierzch i jego wygląd nie rzucał się zbytnio w oczy. Z trudem poruszał się. W pewnym momencie zaniemógł. Zbierało mu się na wymioty. Poprosił o pomoc przechodzącą parę małżeńską w średnim wieku a potem samotnego mężczyznę. Żadne z nich nie wyraziło chęci udzielenia pomocy. Zaniepokojeni rozglądali się wokół niepewnie. Zrozumiał. Bali się.

Po przejściu kilku przecznic zauważył, że jest śledzony.

Aha, pewnie chcą sprawdzić, czy nie zajdę na posterunek policji. Taki głupi to nie jestem. Ominął posterunek i dopiero wtedy, kiedy był pewien, że nikt już nie idzie za nim, wrócił. Uznał, że jego stan i wygląd będą najlepszymi dowodami w zeznaniu. Nie puszczę tym wszarzom płazem pobicia mimo pogróżek – był zdeterminowany dochodzić kary dla tych, którzy bili bez powodu.

Przesłuchujący go policjant był w randze sierżanta. Najpierw zadał mu kilka pytań, zapisał odpowiedzi, a potem przystąpił do formalnego przesłuchania. Po zakończeniu podsunął mu zeznanie do podpisania. Rokpol nie czytając podpisał.

Czy ktoś mógłby mnie odwieźć do domu? To niedaleko stąd. Nie czuję się dobrze.

Zawieziemy pana do pogotowia ratunkowego. Powinien pan przejść badania. Lekarz powinien zbadać obrażenia i ustalić, czy nic nie zagraża pańskiemu zdrowiu.

Nie pojadę na pogotowie. Nie ma potrzeby. Nie ma mowy – zdecydowany głos chłopaka nie budził wątpliwości, że nie uda się dobrowolnie na badania. Pojadę jutro rano do szpitala. To niedaleko ode mnie. W mojej sytuacji nic się nie zmieni, obrażenia pozostaną takie, jakie są. Umyję się tylko.

Sierżant zastanawiał się nad czymś. Popatrzył uważnie na klienta. Rokpol odczytał to spojrzenie na swój sposób.

Jeśli w pogotowiu mieliby sprawdzać, czy nie mam alkoholu we krwi, to wolałbym, aby pan to zrobił teraz. Na pewno możecie to zrobić.

Policjant pomedytował chwilę, zadzwonił gdzieś, nic nie mówiąc odszedł i po chwili wrócił z alkomatem. Pomiar nie wykazał śladów alkoholu we krwi.

Odwiozę pana do domu – zdecydował.

Przez kilkanaście minut wspólnej jazdy mężczyźni zajęci byli rozmową.

Czy śledztwo przeciw tym draniom zostanie szybko podjęte?

To nie takie proste, choć sprawa wydaje się oczywista. Najpierw mój szef zapozna się z pańskim zeznaniem, a potem musi ustalić, kto i kiedy się tym zajmie. Rzecz w tym, że jest pan koleją ofiarą bandyckiego napadu, którego motywy są niejasne. Ponadto mamy strasznie dużo pracy. Nie nadążamy.

Jak to niejasne? Niejasne motywy? Co to znaczy?

W tym sensie, że pobicie drugiego człowieka, ponieważ ma inne poglądy polityczne, to rzadkie wydarzenie. Oczywiście, jeśli ludzie są trzeźwi. Tymczasem od kilkunastu miesięcy obserwujemy nasilenie takich zdarzeń. Ci bandyci to nie są zwykli chuligani. Ich postępowanie nie jest podobne do zachowania się na przykład kibiców na meczu piłkarskim. Tam przeciwna drużyna i jej kibice to przeciwnik, z którym należy walczyć. Uczucie nienawiści rodzi się u nich przez dłuższy czas, przez lata a może nawet i pokolenia. W pańskim przypadku było zupełnie inaczej. Ci, którzy pana pobili, zachowywali się jak bojówkarze formacji politycznej. Wydają się nie uznawać demokratycznie wybranej władzy i nie tolerować odmiennych poglądów – sierżant beznamiętnie i rzeczowo wyłuszczał swoje argumenty. Mówił jak socjolog opisujący zachowania społeczne.

Czy macie dużo takich spraw?

Ostatnio coraz więcej.

Czyli nie jestem pierwszy ani zapewne ostatni, któremu to się przydarzyło.

Na to wygląda.

To dlaczego nikt o tym nie pisze ani nie mówi?

Piszą i mówią, ale ci, którzy to robią idą na pierwszy ogień. Przepraszam, źle to sformułowałem. Mam na myśli, że oni pierwsi dostają pogróżki, podpala się ich samochody, dosyć częste były pobicia. I to znacznie poważniejsze niż pańskie. Media stały się wstrzemięźliwe i ostrożne. Dziennikarze i reporterzy też odczuwają strach. Żądają ochrony osobistej. A gdzie są na to środki i ochroniarze? Nie ma też prawa, które dokładnie definiowałoby, kiedy takim ludziom należy się ochrona z urzędu.

Kto to robi? Kim są ci napastnicy?

To trudne pytanie. Napastnicy są bardzo ostrożni. Wydają się być dobrze zorganizowani i należeć do jakiejś organizacji. Chyba są nawet nieźle przeszkoleni albo starannie rekrutowani. I milczą, nawet jeśli udowodnimy komuś aktywny udział w przestępstwie. Łączą w sobie dwie cechy: agresję z poglądami politycznymi. Nie podobają im się osoby, którzy nie mówią źle o aktualnej władzy: rządzie, prezydencie, a nawet parlamencie.

To co oni myślą o tych najwyższych organach władzy?

Najbardziej nie podoba im się rząd. Uważają, że jest niekompetentny, skorumpowany, oszukuje, że działa wbrew interesom państwa i obywateli, że dba o siebie i najbogatszych.

Ma pan rację. Przypomniałem sobie słowa tego chudego drania. „Ten twój premier, Słabosilny, to prawdziwy sukinsyn. Nic nie robi dla kraju. Złodziej, kłamca i oszust”.

W samochodzie zapadło milczenie. Myśli obydwu krążyły wokół tego samego tematu. Sierżant czuł, że coś nieokreślonego wisi w powietrzu. Ludzie stopniowo mogą odzwyczaić się mówić, jakie mają poglądy polityczne, jaka partia im najbardziej odpowiada i kogo będą popierać w najbliższych wyborach. Było to coś niejasnego i dwuznacznego jak gęsta, lepka mgła, która pojawiła się znikąd i za którą nie wiadomo, co się kryje. Sierżant był przekonany, że to nie może trwać zbyt długo. Czekał podobnie jak jego koledzy. Nie wiadomo było tylko, kto, kiedy i jak miałby doprowadzić do zmiany sytuacji i zaprowadzić porządek.

2Shares