Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 106: Szopy i urny

Opis zgodnego z rytuałem hinduizmu spalenia zwłok na stosie policja znalazła w Internecie. Komisarz zadzwonił do zakładu pogrzebowego. Poinformowano go, że czynności związane z pogrzebem i stypą nadzorowała pani Godano, wykonawczyni testamentu. Rozmawiał z nią telefonicznie, chciał obejrzeć miejsce, gdzie spłonął stos.

– Teren jest ogrodzony, a brama jest zamknięta na kłódkę. Jeśli pan kogoś przyśle, to udostępnię klucz do bramy.

– Czy popiół po spaleniu stosu został w jakiś sposób …? Policjant nie mógł znaleźć odpowiedniego słowa … zagospodarowany. – Zdał sobie sprawę z nietrafności określenia i przeprosił rozmówczynię.

– Nie szkodzi. – Odpowiedziała głosem, który wydał mu się sztywny. Był przekonany, że nie podobało jej się jego określenie.

– Zgodnie z testamentem popiół ze spalonego stosu został zebrany w wielką urnę. Jest tego bardzo dużo. Nie wiemy jeszcze, co z nim zrobić. Testament pomija ten szczegół. Urna jest w szopie na działce.

– Czy mógłbym zajrzeć do niej? Oczywiście, jeśli nie ma pani nic przeciwko temu.

– Nie widzę przeszkód. Dam panu drugi klucz, do szopy. Proszę tylko mi go zwrócić.

Po zapisaniu adresu, policjant wprowadził go do systemu nawigacyjnego. – Nie będę musiał błądzić. – Mruknął, wkładając kluczyk do stacyjki. Nie spodziewał się wielkich odkryć. Jechał tam tylko z obowiązku.

Miejsce było odludne, niebo chmurzyło się, zerwał się lekki wiatr. Otworzenie bramy i szopy nie sprawiło komisarzowi trudności. Wykonywał swoje czynności bez pośpiechu, nie ociągając się jednak. Na działce stały dwie szopy. Skierował się do większej. Nie mógł jej otworzyć, wobec czego podszedł do mniejszej. Tym razem kluczyk pasował do kłódki.

Szopa była zagracona, głównie narzędziami i starymi meblami. Przesunął po rupieciach wzrokiem, lecz nie zauważył niczego, co przypomniałoby urnę, wrócił więc do większej szopy, aby jeszcze raz spróbować ją otworzyć. Kłódka była identyczna, jednakże klucz nie pasował. Zastanawiał się, co robić. Pierwsza myśl, jaka mu się nasunęła, to zadzwonić do właścicielki zakładu pogrzebowego. Pomyślał, że będzie to głupio wyglądało. Intuicja podpowiadała mu, aby wrócić do mniejszej szopy i jeszcze raz ją przeszukać. Był zły, że nie zrobił tego za pierwszym razem, ponieważ urna stała na taczce w prawym rogu w głębi pomieszczenia, zakryta cienką płytą gipsową. Podniósł ją.

– Cholera, powinienem zabrać latarkę – powiedział, po czym zaklął głośno, nie krępując się; wokoło nie było nikogo. Poszedł do samochodu, ale nie znalazł jej w schowku. Zaczął szukać w innych miejscach, denerwując się coraz bardziej. Był zły na siebie, na donosiciela, na właścicielkę salonu pogrzebowego, że nie powiedziała mu, że w szopie nie ma światła. Latarki nie mógł znaleźć. Musiał obejść się bez niej.

Po powrocie do szopy chwycił za rączki taczki, aby wyciągnąć ją na światło dzienne. Nie mógł jej ruszyć z miejsca. Przeszedł go dreszcz, kiedy pomyślał, że to zmarły utrudnia mu wykonanie zadania. W półmroku pomieszczenia wyobraził sobie chude, nagie, sine ludzkie nogi zapierające się w betonową podłogę, aby uniemożliwić przewiezienie popiołów w inne miejsce. Przypomniał sobie, co mówiono i pisano o zmarłym. Uparty, stary dziwak. Policjant jeszcze raz spróbował ruszyć taczkę. Ani drgnęła. Schylił się, aby zobaczyć, czy koło przypadkiem nie zaklinowało się w jakiejś szczelinie.

– Nie powinno, tu jest betonowa podłoga. – Wymamrotał do siebie objaśniająco. Sięgając ręką pod taczkę obmacał koło i poczuł metalowy pręt. – Albo ktoś go wcisnął, aby unieruchomić taczkę albo stało się to przypadkowo. – Przypomniał sobie przypadek mordercy usiłującego ukryć ciało ofiary, aby nie można było usunąć jej z kryjówki. Policjant zaśmiał się nerwowo. Po usunięciu pręta taczka wyjechała prawie bez oporu.

Urna była przykryta, pokrywa idealnie pasowała do otworu. Z boku widoczne były blokady przesuwane w dół dla uszczelnienia zamknięcia. Odsunął je i zajrzał do środka. Zawartość wyglądała normalnie: popiół po spalonym drewnie. Nałożył gumową rękawiczkę i nabrał garść, aby poczuć popiół pod palcami. Wyglądał jak najzwyklejsza pozostałość po ognisku, z kawałkami niespalonego drewna. Nieco głębiej był dużo drobniejszy, jakby przesiany przez sito, prawie pylisty.

– Drewno tak się nie spala. Popiół jest zbyt drobny. Wniosek nasuwał mu się w nachalny sposób.

Komisarz wrócił do szopy, czegoś szukał, nie wiedząc dokładnie czego. Zauważył niezbyt gruby pręt metalowy. Przyglądał mu się chwilę, po czym wziął go do ręki i wygiął na końcu tworząc hak. Wcisnął go w głąb urny usiłując wyczuć, czy nie ma tam nic twardszego, czy nie napotka oporu. Poruszając hakiem w dół i w górę wyciągnął więcej pylistego materiału na wierzch. Dopiero za piątym lub szóstym razem zauważył podłużny kształt, bardzo drobny, przypominający fragment odłamanej kości. Wyjął go na zewnątrz, obejrzał i schował do plastikowego woreczka do przechowywania materiału dowodowego. Nie szukał dalej. Przy wejściu do szopy stało wiaderko z niewielką ilością wody; wydawała się czysta. Umył ręce, wytarł je chusteczką do nosa i wyjął telefon komórkowy z bocznej kieszeni marynarki.

– Chyba coś znalazłem, szefie.

– Jeśli tak, to zleć od razu badania laboratoryjne próbek. Nie oddawaj klucza tej kobiecie. Nie mów jej nic, aby niczego nie zmanipulowano. Nie muszą wiedzieć, że coś podejrzewamy. Mówię w liczbie mnogiej, bo nie wiem, kto jeszcze może być zamieszany. Gdybyś jeszcze coś odkrył, daj znać. Wiem, że jest już późno, ale koniecznie wróć do komendy i przygotuj dokumenty niezbędne do wysyłki materiału dowodowego do badania. – Możesz to zrobić?

Zapytanemu nie bardzo podobał się plan, lecz nie protestował. Zamknął szopę i bramę, i wsiadł do samochodu. Przed wyjazdem zadzwonił do właścicielki salonu pogrzebowego.

– Powinienem zwrócić pani klucze, ale zrobiło się bardzo późno, a ja mam jeszcze pracę do wykonania. Nie mogę przyjechać teraz. Mam nadzieję, że nie będzie to problemem dla pani. Oczywiście jeśli jest to konieczne, to przyjadę i oddam klucze, ale znacznie później.

Na szczęście kobieta nie oponowała. Spodziewał się takiej reakcji. Wydawało mu się, że chwilę zastanawiała się nad jego słowami. Po tym, co zobaczył na działce, stał się podejrzliwy. Nawet gdyby prosiła go o zwrot kluczy tego samego dnia i tak by tego nie zrobił, znalazłby jakąś wymówkę. Życie nauczyło go, że łatwiej jest uzyskać wybaczenie, niż zgodę. Zbyt cenił mądrość rej zasady, aby jej nadużywać.

– To był właśnie taki przypadek. – Wytłumaczył sobie.

Jadąc, starał się zapomnieć o kremacji, prochach, szopie i salonie pogrzebowym. Bał się, że myślenie o tym może doprowadzić go do utraty koncentracji w czasie jazdy i wypadku.

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 105: Dochodzenie w zakładzie pogrzebowym

Siedząc przy biurku, kapitan gapił się na kartkę z rysunkiem urny na katafalku. Poczuł głęboką niechęć do donosiciela, należącego do kategorii osób, którymi pogardzał. Kapusie i kolaboranci. To była jego definicja. Z formy i treści donosu domyślał się, że pisała go osoba, prawdopodobnie mężczyzna, która – podobnie jak wielu innych ludzi – serdecznie nie znosiła pisarza za jego przemądrzałość i zadzieranie nosa. Ważne było, jaki był cel donosu: uczciwie poinformować policję o niezwykłym przestępstwie czy tylko wywołać sensację publiczną. Miał wątpliwości czy donos jest w ogóle wart rozpoznania. W sprawie śmierci i pogrzebu pisarza policja miała już tyle anonimów, że nie wiedział, czy w ogóle zajmować się tym, który leżał przed nim. Jego rozmyślania przerwało pukanie do drzwi.

– Zawsze przerywają mi, kiedy podejmuję decyzję w jakiejś sprawie – mruknął do siebie, po czym krzyknął „Proszę wejść”.

Po chwili zjawił się w pokoju komisarz, jego podwładny.

– Co sądzisz o tym donosie na denata, Sefardiego Barokę? – od progu zapytał przełożonego. Kapitan nic nie odpowiedział, tylko wyciągnął rękę po świstek papieru leżący przed nim na biurku, po czym wskazał koledze krzesło przy bocznym stoliku. Usiedli obok siebie i komisarz powoli i głośno sam przeczytał donos.

– Czy jest w nim coś, co może świadczyć o prawdziwości podejrzeń? Bo jeśli nic takiego nie ma, to musimy przyjąć, że to bujda wyssana z palca. Jakiś kawał. Nie brakuje przecież ludzi, którzy widzą we wszystkim oszustwo, kłamstwo, spisek, a jeśli go nie dostrzegają, to chętnie wymyślają swoją teorię spiskową.

– Uważam, że donos może być zgodny z prawdą. – Zdecydowanie oświadczył kapitan.

– Co cię skłania do takiego poglądu? Przed chwilą sam wątpiłeś, czy w ogóle warto tym się zajmować.

– Tu jest za dużo konkretów. Kiedy czytałeś na głos, mogłem się nad tym zastanowić. Dokładny czas rozpalenia stosu, liczba Hindusów obsługujących stos, no i najciekawsze, fragment czegoś białego, jakiegoś materiału wystającego spomiędzy kawałków drewna. Ten ktoś chyba dobrze wiedział, jak wygląda pogrzeb w Indiach. Pisze też, że zmarłych chowa się ubranych na biało. W Indiach biały kolor to kolor żałobny. Kto u nas wie coś takiego? To szczegół, który najbardziej mnie przekonuje. Moim zdaniem, w tej tajemnicy jest ziarno prawdy.

Po chwili namysłu komisarz milcząco zgodził się z przełożonym. – Zajmę się tym od razu. Sam pojadę do zakładu pogrzebowego, gdzie miała odbyć się kremacja.

Zakład pogrzebowy mieścił się na obrzeżu miasta na terenie ogrodzonym siatką metalową rozciągniętą między solidnymi słupkami na betonowej podmurówce. Posesja miała kształt wydłużonego prostokąta. W jednym końcu, od strony bramy wjazdowej, znajdowało się biuro obsługi klientów, gdzie stale obecna była sekretarka, a obok niego kwiaciarnia i salon akcesoriów pogrzebowych. Z tyłu budynku miały swoje biura właścicielka zakładu i skąpy personel administracyjny.

W drugim, dalszym budynku, oznaczonym przy wejściu tabliczką „Tylko dla personelu” były pomieszczenia dla pracowników, z szatnią, przebieralnią, prysznicami, ławkami oraz magazyn zaopatrzenia we wszystko, co tylko klienci i pracownicy mogli potrzebować, a więc kwiaty, wieńce, trumny, artykuły biurowe, środki czyszczące. Do budynku przylegały garaże; na wyposażeniu firmy były dwa klimatyzowane karawany. Autokary do przewozu żałobników zakład wynajmował od zaprzyjaźnionej firmy transportowej. Przewóz gości pogrzebowych nigdy nie nastręczał problemów; w miasteczku i sąsiednich miejscowościach znajdowało się kilka firm świadczących takie usługi.

Trzeci budynek był niewidoczny z dwóch pozostałych i nie bez powodu. Mieściła się tam chłodnia do przechowywania zwłok, salka przygotowania zwłok do pochówku, czyli wykonania kosmetyki pośmiertnej włącznie z balsamowaniem i ich ubrania. Na samym końcu znajdowało się małe nowoczesne krematorium. Budynek był przemyślnie ukryty wśród drzew. Jego drzwi zdobiła duża tabliczka: „Wejście wyłącznie dla pracowników”.

Na biurku sekretarki, chudej i wyniosłej, jakby reprezentowała bardziej świat zmarłych niż żywych, stała tabliczka „Obsługa klienta”. Komisarz zadał jej kilka pytań i przejrzał udostępnioną mu dokumentację. Potem zapoznał się z pozostałymi pomieszczeniami i porozmawiał z pracownikami. Nikt nie odmówił mu pomocy, czuł jednak niechęć personelu. Nie dziwił się temu, był intruzem zakłócającym normalny tok pracy. Zakład wydawał się być dobrze prowadzony i nic podejrzanego nie rzuciło mu się w oczy.

Pracownik zakładu odprowadzający go do samochodu, niemłody mężczyzna o twarzy niedożywionego cierpiętnika, podpowiedział mu, aby pojechał w miejsce uroczystości pożegnalnej.

– Może tam coś pan znajdzie.

Sugestia była uprzejma, zabrzmiała jednak jak uszczypliwość. Policjant pomyślał, że wyprowadził go z równowagi swoimi drobiazgowymi pytaniami, być może stwarzając wrażenie, że szuka dziury w całym. Z jego pytań pracownik mógł wywnioskować, że policja ma wątpliwości na temat kremacji, której on sam nie wykonywał, ale która nigdy nie budziła w nikim wątpliwości. Mężczyzna pracował tutaj wiele lat i szczycił się pracą w zakładzie uznawanym za najlepszy w mieście, raz nawet w kraju. Wracając do swoich obowiązków popatrzył na oprawione w złote ramki certyfikaty i dyplomy uznania wiszące na ścianie. Znał je na pamięć. Uważał je także za swoje osiągnięcie.

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 104: Diabeł i dochodzenie

Na kartce imitującej formularz zaproszenia diabeł wypisał wszystkie swoje imiona.

– Piekielnie długa lista. – Słowa wypowiedziane z namaszczeniem zabrzmiały w jego pysku omalże jak zaklęcie. Postanowił chodzić w sali audiencyjnej między zaproszonymi gośćmi z wypiętą piersią i rozczapierzonym na końcu ogonem, pyszniąc się całym sobą. Miał ku temu powody, dostarczyli mu je spowiednicy Sefardiego. Postraszył ich ogniem piekielnym tak przekonywująco, że bez większych ceregieli ujawnili mu grzeszki Sefardiego. Tylko jeden Amizgao Terrano nie ustąpił. Zachowywał się tak, jakby on, Diabeł, nie istniał. Był na klechę wściekły, ale też miał dla niego szacunek.

– Mam potężny materiał dowodowy i oskarżycielski na tego piekielnika Sefardiego Barokę – przechwalał się swojej służbie pomocniczej.

Kiedy Sefardiego miano już wnosić w zdobnej lektyce na uroczyście umajoną salę audiencyjną, Diabeł z dumą zaczął odczytywać wszystkie swoje imiona. Coś go do tego podkusiło; nigdy przedtem nie był tak próżny.

– Chcę, aby wszyscy lepiej mnie poznali. – Przekonywał sam siebie, po czym wyrecytował wszystkie imiona w porządku alfabetycznym. Inaczej nie było można, bo mógłby któreś opuścić. Ułożyły się w długi szereg: Antychryst, Belzebub, Bies, Boruta, Czart, Demon, Diabeł, Duch Nieczysty, Kaduk, Książę Ciemności, Kusy, Licho, Lucyfer, Lucyper, Mefisto, Rokita, Siła Nieczysta, Szatan, Władca Piekieł, Zły. Nie było to potrzebne, ponieważ mówił wieloma językami, łatwo nawiązywał kontakty i był powszechnie znany. Kiedy wszedł do sali audiencyjnej, pozdrowił wszystkich serdecznie nie wiadomo dlaczego po niemiecku słowami „Guten Abend”, po czym dodał „Ich gratuliere Ihnen”, gratuluję państwu, i zamyślił się szukając dalszych słów, które uszły mu z pamięci. Był elegancko ubrany, garnitur leżał na nim jak ulał, jakby zaraz miał udać się na cmentarz albo pogorzelisko.

– Zaraz odbędzie się spotkanie pisarza Sefardiego Baroki z Panem Bogiem. – Zapowiedział nieznany głos, ni to męski, ni to żeński.

Isabela przerwała pisanie, aby zastanowić się, kto to mówił i jaki będzie dalszy ciąg wydarzeń, kiedy w głębi domu zaskrzypiały drzwi. Słychać było liczne głosy, tylko częściowo tłumione przez ściany.

– Przyszła Penelopa, prawdopodobnie z wnukami – pomyślała. Zdecydowała się dokończyć pisanie następnego dnia.

– Muszę to zrobić! Dla niego! – Przyrzekła sobie.

Ogarnęły ją ciepłe wspomnienia. Zobaczyła Sefardiego jak żywego, dzielącego się przemyśleniami i doświadczeniami pisarskimi w trakcie tworzenia powieści, co zawsze wydawało jej się ciekawsze niż gotowy już utwór. Szybko zamknęła plik opowiadania, wyłączyła komputer i uporządkowała biurko, po czym wstała i przysunęła krzesło. Śpieszyła się, aby z roli adeptki pisarstwa, przygodnej towarzyszki człowieka poważnie traktującego swoją pasję i życie, przedzierzgnąć się w zwykłą pomocnicę, towarzyszkę i kucharkę pani domu. Lubiła swoją pracę, ale teraz, od dnia śmierci Mistrza nie czuła się szczęśliwa, z wyjątkiem czasu pisania.

Informacja, jakoby na stosie w trakcie uroczystej stypy pożegnalnej, w której uczestniczyły liczne osobistości ze świata kultury i polityki, miały spłonąć zwłoki Sefardiego Baroki, była jakimś dziwolągiem. Donos wpłynął do komisariatu policji w miejscu zamieszkania pisarza i miał postać karteczki wypełnionej nierównym pismem, bez daty i bez podpisu. Naczelnik komisariatu przekazał ją do komendy rejonowej. Nie był to koniec drogi służbowej dokumentu. Naczelnik komendy rejonowej zadzwonił do komendy głównej policji. Decyzja była jednoznaczna: przekazać do komendy głównej. Mężczyzna wezwał do siebie kancelistę.

– Wyślij to do nich z notatką, że sprawa jest ważna z uwagi na pozycję społeczną denata.

Miał powody, aby nadać dochodzeniu odpowiednią rangę. Był członkiem Partii Konserwatywnej i cichym zwolennikiem Blawatsky’ego. Osobiście nie miał wątpliwości, że donos to jakaś bzdura do kwadratu, ale zdecydowanie wolał uniknąć pomyłki. Zacierał ręce na myśl, że mógłby zemścić się za wszystkie krytyczne i złośliwe wypowiedzi i wywiady, w których Baroka oczerniał jego partię. Omalże sam poczuł się pokrzywdzony.

Kapitan policji, szef wydziału zabójstw, do którego trafiła koperta z donosem, namyślał się.

– Znany pisarz, którego spopielone resztki telewizja pokazywała w urnie stojącej na katafalku w salonie pogrzebowym, miałby być spalony na stosie drewna nad rzeką w obecności kilkuset osób? – Mężczyzna bezwiednie rysował na kartce papieru malutkie urny. Nie zamierzał zajmować się sprawą sam ani powierzyć jej któremuś z podwładnych. Był przekonany, że to kawał jakiegoś żartownisia mający na celu ośmieszenie policji. Zaczął zastanawiać się, czy informacja o anonimie mogła dotrzeć do mediów. Pytaniem było, czy autor donosu mógł poinformować o swoich podejrzeniach także inne osoby lub instytucje. Pomyślał o redakcji gazety, z którą donosiciel mógłby się skontaktować telefonicznie, aby przekazać tę samą informację.

 

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 94: Kondukt pogrzebowy

Twarze żałobników drepczących za karawanami były nieprzeniknione. Wszyscy ubrani byli prawie identycznie, na czarno, spodnie mieli na sobie zarówno mężczyźni jak i kobiety. Z nielicznymi wyjątkami były to osoby w wieku od kilkunastu do czterdziestu pięciu lat, jakby nie istniały osoby starsze. Maszerujący zachowywali się jak karny oddział wojskowy. Kiedy powóz przyśpieszał, oni przyspieszali, kiedy zwalniał, oni zwalniali jakby pociągani niewidzialnymi nićmi lub sterowani cichymi komendami. Gdyby ktoś im się przyjrzał, mógłby zauważyć, że wyglądali jak dobrze wytrenowani i dobrze opłacani najemnicy wynajęci do odegrania roli, którą znali tylko oni i tajemniczy zleceniodawca. W istocie byli to ludzie spoza stolicy, sportowcy i aktorzy, lokalnie nikomu nieznani, udający żałobników tak doskonale, że prawdziwy żałobnik nie zrobiłby tego lepiej. Kiedy konie przyśpieszały, mężczyźni wymieniali między sobą uwagi, jakby dla żartu lub dla dodania sobie otuchy:

– Mogę ścigać się z koniem, aby tylko dystans nie był zbyt długi, bo on ma cztery nogi, a ja tylko dwie.

Momentami kondukt pogrzebowy zachowywał się jak orszak weselny. Było to zachowanie zgodne z „Wytycznymi dla żałobników”, przygotowanymi przez Sefardiego, który osobiście ich wybrał i wynajął za pośrednictwem firmy pogrzebowej. Ludzie wiwatowali i cieszyli się, wznoszono okrzyki „Śmierć jest smutna tylko dlatego, że ją za taką uznajemy”, „Cieszmy się, że Sefardi jest już wśród ludzi szczęśliwych, „W niebie nie ma oszustwa, zdrady ani wojny”.

Nikt nie miał pojęcia, ani nawet nie myślał o tym, kto naprawdę, oprócz rodziny, najbliższych przyjaciół oraz znanych reporterów i dziennikarzy, uczestniczy w pogrzebie i dlaczego. Brały w nim udział przedziwne osoby: przedstawiciele Klubu Miłośników Pogrzebów, Stowarzyszenia Zwolenników Fajerwerków w Dyskusjach Publicznych, Stowarzyszenia Książek Zapomnianych, kilku bibliotek imienia Sefardiego Baroki oraz licznych fanklubów. Większość uczestników pogrzebu była zakonspirowana, o czym nikt nie wiedział. Gdyby nawet to ujawniono, zapewne nie wzbudziłoby to wiele zdziwienia, ponieważ media informowały, że zmarły przed śmiercią wyraził życzenie organizacji pogrzebu na zasadach całkowicie odmiennych od tradycyjnych.

– Pogrzeb musi sprawiać ludziom radość, a nie smutek. – Przypominał kilka razy wykonawca testamentu, cytując słowa zleceniodawcy.

W połowie trasy pogrzebu kierowca Rolls-Royce’a zatrąbił głośno raz i drugi, jakby chciał pobudzić konie do pędu. Za drugim razem do wolno poruszającego się pojazdu podszedł jakiś mężczyzna i zagroził kierowcy, że mu rozwali szybę kamieniem, jeśli nie przestanie trąbić. Perswazja okazała się skuteczna, ale tylko do czasu.

*****

Na wysokości Alei Jednego Dębu konie gwałtownie przyśpieszyły. Świadkowie wydarzenia twierdzili, że przestraszył je przeraźliwy dźwięk klaksonu białego Rolls-Royce’a, inni, że koło karawanu wpadło na obmurowanie wielkiego drzewa rosnącego z boku w jezdni i strasznie załomotało. Dąb był pomnikiem przyrody. Kiedy ulicę poszerzano, pozostawiono go w jezdni osłaniając pień betonowym pierścieniem i ostrzeżeniami przed przeszkodą.

Konie popędziły przed siebie szeroką ulicą, z ich pysków padały płaty białej piany. Żałobnicy – jakby wiedzeni stadnym instynktem – przyspieszyli, aby dotrzymać kroku zwierzętom. Wyraźnie przygotowani na taką niespodziankę i w doskonałej kondycji drwili sobie z koni toczących pianę z pysków, że zabrakło im siły do raźniejszego biegu. Późniejsze relacje świadków sugerowały, że zwierzętom dodano do pożywienia środki wywołujące intensywny ślinotok. Ludzie na chodnikach przyglądali się zafascynowali pędzącym koniom, zmotoryzowanemu karawanowi i radośnie usposobionym żałobnikom.

– To zakrawa na cyrk! – Krzyknął w zachwycie mężczyzna stojący na poboczu, nie zdając sobie sprawy, że pogrzeb w istocie był obliczony na szok, podziw i zdumienie.

– Gdyby Sefardi to widział i słyszał, byłby zachwycony. Mnie to jednak szokuje, co on wymyślił – wyszeptała pani Godano do idącej obok przyjaciółki. Przewidując możliwość niezwykłego rozwoju wydarzeń szła z boku, chodnikiem, celowo nie włączając się do konduktu żałobnego. Wiedziała, że Sefardi zaplanował niespodzianki, ale nie miała pojęcia jakie. Widząc, co się dzieje, przeraziła się, że przypiszą jej winę za niedopilnowanie porządku w trakcie pogrzebu. Pędzące w popłochu konie nasunęły jej straszną myśl, że dusza zmarłego rozpaczliwie trzęsie się w urnie razem z popiołami.

*****

W trakcie przemarszu konduktu na cmentarz pojawił się transparent z napisem „Związek Pisarzy Oryginalnych” poprawiony przez przekreślenie i zmianę kilku liter na „Związek Pisarzy Ordynarnych”. Plakietki z egzotycznymi hasłami były tak liczne, że mało kto zwracał na nie uwagi. Zmiany akcesoriów, wyglądu i zachowań uczestników pogrzebu następowały tak szybko, że przypadkowi widzowie reagowali szokiem. Żałobnicy początkowo ubrani w czarne stroje, nie wiadomo kiedy zmienili je na białe. Na prośby, a potem żądania, osób postronnych, aby zachowywali się przyzwoicie, udzielali stanowczych wyjaśnień, że kolor biały jest kolorem żałoby w krajach Dalekiego Wschodu i życzeniem zmarłego było pokazanie zwyczajów zamorskich, nie tylko krajowych.

– Tak to określił w testamencie i nic nie możecie na to poradzić. Stoi za nim prawo i my go przestrzegamy.

Policjanci oddelegowani do ochrony porządku dzwonili w pośpiechu do zwierzchników, pytając, jak mają się zachować. Nikt nie znał odpowiedzi. Ponieważ nikt nie naruszał porządku publicznego, policjantom nakazywano zachować neutralność. 

 

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 28: Obchody zwycięstwa nad reżimem

W dwudziestą piątą rocznicę zwycięstwa nad reżymem, w Afarze, stolicy Nomadii, odbyła się wielka demonstracja. Jej organizatorem była opozycyjna Partia Liberalna, popularnie zwana Liberą. Wygłaszano przemówienia.

– Zdobyliśmy wolność drogą pokojową, bez jednego wystrzału i bez rozlewu krwi. Nie roztrząsaliśmy win poprzedniego ustroju, nie rozliczaliśmy przeszłości. Uniknęliśmy rozdrapywania bolesnych ran. Dzięki temu mogliśmy skoncentrować się na pozytywnych działaniach. Było to wielkie osiągnięcie – pogodzić się z przeszłością, w duchu miłości bliźniego – przypominali przez megafony organizatorzy manifestacji.

Ugrupowania konserwatywno-narodowe uznały demonstrację za prowokację i zorganizowały kontrmanifestację. Obok siebie stanęli członkowie rządzącej Partii Konserwatywnej, Partii Narodowej, Partii Ojczyźnianej oraz patriotycznego ugrupowania Falanga. Reprezentowane były też organizacje religijne.

Na mównicę wstępowali po kolei przedstawiciele każdej z tych grup, ludzie głęboko wierzący w Boga, o wyostrzonej moralności, aby wyrzucić z siebie to, co leżało im na sercu. Przewodniczący Partii Konserwatywnej krzyczał unosząc w górę pięść:

– Rewolucja bez ukarania oprawców nie jest rewolucją. Tylko krew może oczyścić naród z win i pozwolić mu żyć w poczuciu sprawiedliwości. Tylko bezkompromisowa uczciwość, jaką nakazują Bóg i kościół, matka nasza, pozwolą nam zapomnieć o haniebnej przeszłości i zacząć godnie żyć. Żądamy ukarania winnych!

– Nie ufajmy liberalnym łajdakom! To cynicy! Mówią o wybaczeniu w duchu miłości bliźniego, a sami nie wierzą w Boga! – krzyczeli staruszkowie i staruszki o twarzach pociemniałych z gniewu i częstego przebywania w kościołach i na cmentarzach. Z niecierpliwością spoglądali w górę oczekując gromu z jasnego nieba, który wytłucze nędzników bezprawnie powołujących się na ich Boga.

W wystąpieniach demonstrantów padały słowa wielkie jak głazy: Bóg, honor, ojczyzna, wiara, prawda i fałsz, wzmacniane przez megafony. Pragnienie sprawiedliwości parowało z mówców i unosiło się nad tłumem. Głosy mieszały się i przenikały nawzajem, pogłębiając zamieszanie i niepokój. Poprzedniego dnia wieczorem, kiedy we wszystkich kinach rozpoczęto wyświetlanie „Czterech jeźdźców Apokalipsy”, nad miastami i miasteczkami kraju ukazały się złowróżbne znaki. W zacienionych miejscach ulic i placów widziano widmo strachu z otwartymi ustami i złowieszczo rozwartymi oczami.

O godzinie trzeciej po południu ruszyły naprzeciw siebie dwa pochody. Zwolennicy Libery nieśli transparenty i wznosili okrzyki. – Jesteśmy chrześcijanami. Nie dopuścimy do rozlewu krwi! Z drugiej strony placu pochód Partii Konserwatywnej skandował: – Nie chcemy zemsty, tylko sprawiedliwości! Rozliczmy morderców naszych ojców i braci!

Policja obawiała się niebezpiecznej konfrontacji podejrzewając, że demonstranci będą uzbrojeni w ostre narzędzia, petardy i inne środki wybuchowe. Komendant policji wysłał silny oddział, polecając dowódcy zatrzymać się w miejscu, gdzie spodziewano się spotkania obydwu pochodów.

– Macie zapobiec rozlewowi krwi. Inaczej wam nogi z dupy powyrywam! – czując na plecach brzemię odpowiedzialności był szczery aż do bólu. Zdawał sobie sprawę, że cokolwiek uczyni, będzie oskarżony o niedopełnienie obowiązków lub przekroczenie uprawnień służbowych. Nie obawiał się konsekwencji; był wiernym członkiem partii, która chroniła swoich ludzi przed krytyką opozycji niezależnie od okoliczności.

Starcia nie udało się uniknąć. Policja rozdzieliła demonstrantów i aresztowała osoby najbardziej agresywne; ich ofiary przewieziono do szpitali. Atmosfera w stolicy zgęstniała. Minister spraw wewnętrznych obawiał się dalszych zamieszek. Po głowie chodził mu najgorszy scenariusz: przerodzenie się zamieszek w wojnę domową.

Przesłuchania demonstrantów potwierdziły głęboki podział społeczeństwa. Okazało się, że ludzie uczyli się historii kraju z różnych podręczników. Obydwie strony były zgodne tylko w sposobie ocen sił i wydarzeń politycznych. O sobie mówili, że są obywatelami prawdomównymi i gotowymi do poświęceń dla ojczyzny jak Vasco Da Gama dla królowej Portugalii, przeciwników uznawali natomiast za ludzi zawistnych, roszczeniowych i nieodpowiedzialnych. Coraz więcej obywateli było przekonanych, że nastał okres buntu i desperacji.

 

Reguły gry. Opowiadanie „political fiction”. Odcinek 3: Posterunek

Rokpol podniósł się z ziemi. Odczuwał ból w każdej cząstce ciała, szczególnie szyi. Powoli doszedł na brzeg stawu i przejrzał się w wodzie. Widział tylko odbicie niewyraźnej, poplamionej twarzy. Dotknął jej w kilku miejscach.

To chyba krew, pot i ziemia – doszedł do wniosku. Ale mnie urządzili. Wszystko mnie boli, ale chyba nie mam nic złamanego. Pieprzeni fachowcy od bicia za poglądy polityczne!

Obmył się i wyruszył w drogę do domu. Na szczęście zapadał już zmierzch i jego wygląd nie rzucał się zbytnio w oczy. Z trudem poruszał się. W pewnym momencie zaniemógł. Zbierało mu się na wymioty. Poprosił o pomoc przechodzącą parę małżeńską w średnim wieku a potem samotnego mężczyznę. Żadne z nich nie wyraziło chęci udzielenia pomocy. Zaniepokojeni rozglądali się wokół niepewnie. Zrozumiał. Bali się.

Po przejściu kilku przecznic zauważył, że jest śledzony.

Aha, pewnie chcą sprawdzić, czy nie zajdę na posterunek policji. Taki głupi to nie jestem. Ominął posterunek i dopiero wtedy, kiedy był pewien, że nikt już nie idzie za nim, wrócił. Uznał, że jego stan i wygląd będą najlepszymi dowodami w zeznaniu. Nie puszczę tym wszarzom płazem pobicia mimo pogróżek – był zdeterminowany dochodzić kary dla tych, którzy bili bez powodu.

Przesłuchujący go policjant był w randze sierżanta. Najpierw zadał mu kilka pytań, zapisał odpowiedzi, a potem przystąpił do formalnego przesłuchania. Po zakończeniu podsunął mu zeznanie do podpisania. Rokpol nie czytając podpisał.

Czy ktoś mógłby mnie odwieźć do domu? To niedaleko stąd. Nie czuję się dobrze.

Zawieziemy pana do pogotowia ratunkowego. Powinien pan przejść badania. Lekarz powinien zbadać obrażenia i ustalić, czy nic nie zagraża pańskiemu zdrowiu.

Nie pojadę na pogotowie. Nie ma potrzeby. Nie ma mowy – zdecydowany głos chłopaka nie budził wątpliwości, że nie uda się dobrowolnie na badania. Pojadę jutro rano do szpitala. To niedaleko ode mnie. W mojej sytuacji nic się nie zmieni, obrażenia pozostaną takie, jakie są. Umyję się tylko.

Sierżant zastanawiał się nad czymś. Popatrzył uważnie na klienta. Rokpol odczytał to spojrzenie na swój sposób.

Jeśli w pogotowiu mieliby sprawdzać, czy nie mam alkoholu we krwi, to wolałbym, aby pan to zrobił teraz. Na pewno możecie to zrobić.

Policjant pomedytował chwilę, zadzwonił gdzieś, nic nie mówiąc odszedł i po chwili wrócił z alkomatem. Pomiar nie wykazał śladów alkoholu we krwi.

Odwiozę pana do domu – zdecydował.

Przez kilkanaście minut wspólnej jazdy mężczyźni zajęci byli rozmową.

Czy śledztwo przeciw tym draniom zostanie szybko podjęte?

To nie takie proste, choć sprawa wydaje się oczywista. Najpierw mój szef zapozna się z pańskim zeznaniem, a potem musi ustalić, kto i kiedy się tym zajmie. Rzecz w tym, że jest pan koleją ofiarą bandyckiego napadu, którego motywy są niejasne. Ponadto mamy strasznie dużo pracy. Nie nadążamy.

Jak to niejasne? Niejasne motywy? Co to znaczy?

W tym sensie, że pobicie drugiego człowieka, ponieważ ma inne poglądy polityczne, to rzadkie wydarzenie. Oczywiście, jeśli ludzie są trzeźwi. Tymczasem od kilkunastu miesięcy obserwujemy nasilenie takich zdarzeń. Ci bandyci to nie są zwykli chuligani. Ich postępowanie nie jest podobne do zachowania się na przykład kibiców na meczu piłkarskim. Tam przeciwna drużyna i jej kibice to przeciwnik, z którym należy walczyć. Uczucie nienawiści rodzi się u nich przez dłuższy czas, przez lata a może nawet i pokolenia. W pańskim przypadku było zupełnie inaczej. Ci, którzy pana pobili, zachowywali się jak bojówkarze formacji politycznej. Wydają się nie uznawać demokratycznie wybranej władzy i nie tolerować odmiennych poglądów – sierżant beznamiętnie i rzeczowo wyłuszczał swoje argumenty. Mówił jak socjolog opisujący zachowania społeczne.

Czy macie dużo takich spraw?

Ostatnio coraz więcej.

Czyli nie jestem pierwszy ani zapewne ostatni, któremu to się przydarzyło.

Na to wygląda.

To dlaczego nikt o tym nie pisze ani nie mówi?

Piszą i mówią, ale ci, którzy to robią idą na pierwszy ogień. Przepraszam, źle to sformułowałem. Mam na myśli, że oni pierwsi dostają pogróżki, podpala się ich samochody, dosyć częste były pobicia. I to znacznie poważniejsze niż pańskie. Media stały się wstrzemięźliwe i ostrożne. Dziennikarze i reporterzy też odczuwają strach. Żądają ochrony osobistej. A gdzie są na to środki i ochroniarze? Nie ma też prawa, które dokładnie definiowałoby, kiedy takim ludziom należy się ochrona z urzędu.

Kto to robi? Kim są ci napastnicy?

To trudne pytanie. Napastnicy są bardzo ostrożni. Wydają się być dobrze zorganizowani i należeć do jakiejś organizacji. Chyba są nawet nieźle przeszkoleni albo starannie rekrutowani. I milczą, nawet jeśli udowodnimy komuś aktywny udział w przestępstwie. Łączą w sobie dwie cechy: agresję z poglądami politycznymi. Nie podobają im się osoby, którzy nie mówią źle o aktualnej władzy: rządzie, prezydencie, a nawet parlamencie.

To co oni myślą o tych najwyższych organach władzy?

Najbardziej nie podoba im się rząd. Uważają, że jest niekompetentny, skorumpowany, oszukuje, że działa wbrew interesom państwa i obywateli, że dba o siebie i najbogatszych.

Ma pan rację. Przypomniałem sobie słowa tego chudego drania. „Ten twój premier, Słabosilny, to prawdziwy sukinsyn. Nic nie robi dla kraju. Złodziej, kłamca i oszust”.

W samochodzie zapadło milczenie. Myśli obydwu krążyły wokół tego samego tematu. Sierżant czuł, że coś nieokreślonego wisi w powietrzu. Ludzie stopniowo mogą odzwyczaić się mówić, jakie mają poglądy polityczne, jaka partia im najbardziej odpowiada i kogo będą popierać w najbliższych wyborach. Było to coś niejasnego i dwuznacznego jak gęsta, lepka mgła, która pojawiła się znikąd i za którą nie wiadomo, co się kryje. Sierżant był przekonany, że to nie może trwać zbyt długo. Czekał podobnie jak jego koledzy. Nie wiadomo było tylko, kto, kiedy i jak miałby doprowadzić do zmiany sytuacji i zaprowadzić porządek.