Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 129: Partia konsoliduje pogląd na konie

Kiedy Barras Blawatsky miał niewiele ponad rok życia rodzice kupili mu konia na biegunach. Stał się on jego namiętnością. Chłopiec nieprzerwanie bujał się na nim, dopóki nie zdarzył się wypadek. Na idealnie równej podłodze koń, zwykła drewniana zabawka, stanął dęba i przewrócił się do tyłu. Mały jeździec boleśnie uderzył głową o podłogę. Na szczęście nic mu się nie stało. Wypadek pozostawił jednak przykre wspomnienia.

Kilka lat później rodzice chłopca wynajęli domek wakacyjny nad morzem. W dzień po przyjeździe Barras zauważył przez okno konia pasącego się przed domem na soczystej trawie niestrzyżonego od wielu dni trawnika. Koń zachowywał się spokojnie; w pewnym momencie podniósł łeb i przerażająco zarżał, a potem parskał i prychał.

Tej nocy Barras nie mógł zasnąć i moczył się, co mu się wcześniej nie zdarzało, budzony wspomnieniem zwierzęcia rżącego jak szalone i przyglądającego się chłopcu stojącemu w oknie.

Niechętny stosunek Barrasa do koni pogłębił się, kiedy doszedł do władzy. Często odwiedzał wsie i małe miasteczka, aby rozmawiać z ludźmi i poznawać ich problemy i oczekiwania. Przeważnie były to udane spotkania, obustronnie satysfakcjonujące, ponieważ Konserwa nie żałowała pieniędzy na poczęstunek dla uczestników i upominki dla lokalnych aktywistów partyjnych. Do gubernatora docierały tam różne wieści o koniach. W miejscowości, której nazwy nie pamiętał, zaprzężona do wozu para koni wpadła w amok w rozgardiaszu jarmarcznym i stratowała trzy osoby. Gdzie indziej spokojny dotąd koń jednym uderzeniem kopyta zabił swojego właściciela. Ludzie dobrze pamiętali to wydarzenie, ponieważ w czaszce mężczyzny powstało wgniecenie dokładnie odpowiadające kształtowi podkowy. Na innym spotkaniu z wyborcami, hodowcy krów i owiec skarżyli się, że konie wyjadają trawę na pastwiskach, ograniczając możliwości produkcji mleka, skór i wełny.

W ocenach koni Blawatsky nie był bezkrytyczny. Odrzucił doniesienia o koniach wystraszonych pożarem, które stratowały stado owiec. Uznał zdarzenie za tragiczny zbieg okoliczności, wywołany instynktowną ucieczką przed śmiercią przerażonych zwierząt.

– Może jestem nadmiernie uczulony, a może za bardzo biorę do serca to, co niedobre i niepokojące, a nie to, co pozytywne i z czego należy się cieszyć. – Kiedy Barras wyrażał takie wątpliwości lekko przymykał oczy i popadał w zamyślenie, czasem do tego stopnia, że towarzyszący mu ochroniarze musieli dyskretnie budzić go z letargu, jak to nazywali między sobą. Tłumaczył im wtedy, że to tylko moment głębokiej zadumy; zgadzali się, jednakże w ich oczach widział nieufność. Któregoś dnia wspólnie ustalili, że to mikrosen, w który zmęczony człowiek może popaść w każdej chwili.

Odrazę do koni umocnił ostatecznie w gubernatorze jego zastępca, wicegubernator Matteo Csudo przekonując go, że to zwierzę jest przeżytkiem.

– Koń jako siła pociągowa blokuje postęp techniczny w gospodarce, w pracach polowych, w transporcie, trochę mniej w wojsku, gdzie kiedyś był powszechnie używany. Traktory, ciągniki polowe, kombajny i podobne urządzenia są bardziej wydajne i tańsze w eksploatacji, nie wymagają też tyle zachodu i opieki co konie, nawet gdyby same przyrządzały sobie strawę i oporządzały stajnię.

Rozmowy z ekspertami przekonały Barrasa, że postępu technicznego nie da się uniknąć i że konie są w stanie przeżyć jedynie w rezerwatach przyrody, jeśli w ogóle. Był już całkowicie pewien, że los koni jest przesądzony nie przez partię lub rząd, ale przez postęp techniczny i los, który wszystkich traktuje z jednakową bezwzględnością. Nie bez znaczenia były także mroczne wspomnienia, jakie wżarły się w jego mózg i wypaliły w nim dziurę odrazy, od której bezskutecznie uciekał, ponieważ zapisy mrocznych przeżyć zakodowały mu się w siatce neuronów miliardami połączeń elektrycznych i chemicznych.

W tej sytuacji ekoterroryści stali się dla Blawatsky’ego i Csudo bezwzględną oczywistością, ewidentnym zagrożeniem władzy, podobnie jak dla ekoterrorystów władza stała się śmiertelnym zagrożeniem dla koni, żywych istot, którym brakowało tylko bardziej pofałdowanego mózgu, aby skutecznie upominać się o swoje prawa.

Korzyści self-publishing

Self-publishing to wydawanie książek we własnym zakresie. Termin ten ma największe znaczenie dla autorów ebooków (książek elektronicznych).

Wydawanie książki lub książek w tradycyjnej formie (drukowanej) zawsze było i jest nadal kłopotliwe i skomplikowane. Dzisiaj jest to jeszcze trudniejsze, ponieważ ogromnie wzrosła konkurencja. Ambicje, a przynajmniej chęć pisania, ma obecnie wielokrotnie więcej osób niż kilkanaście lat temu. W Stanach Zjednoczonych jest 25 milionów osób parających się zawodowo pisaniem włączając w to pisarzy, poetów, dziennikarzy, osoby piszące na doraźne zlecenia, osoby przygotowujące teksty reklamowe itp. Z tej masy osób zawodowo zajmujących się pisaniem tylko 8 procent jest publikowanych. Nie znaczy to, że wszyscy piszący mają ambicje i życzenie być publikowanym. Oznacza to jednak, że między napisaniem książki a jej opublikowaniem może istnieć prawdziwa przepaść.

Autorzy, którzy są znani (celebryci, politycy, wybitni naukowcy, sportowcy itp.) lub mają już pewien dorobek pisarski (artykuły prasowe i inne publikacje) łatwej znajdą drogę do wydawcy książek w formie drukowanej. Ci mniej znani lub w ogóle nieznani praktycznie nie są w stanie przebić się do wydawcy. Większości nie udaje się nawet doprowadzić od oceny rękopisu przez wydawcę. W USA, gdzie konkurencja jest chyba największa, pojawiła się w związku z tym liczna rzesza pośredników między pisarzem a wydawcą – agenci literaccy. Agent literacki stał się poważną instytucją. Odciąża on wydawcę, ponieważ przedstawia wydawcy tylko te propozycje książek, które już sam ocenił i uznał za dostatecznie dobre. Nawet jeśli komuś uda się znaleźć wydawcę, czas między napisaniem książki a jej pojawieniem się na rynku liczy się w miesiącach a nawet latach.

Książka elektroniczna jest przyszłością czytelników i pisarzy. Takie jest moje zdanie. To nie jest przyszłość natychmiastowa, będzie ona realizować się stopniowo. Ale szybko. Już dzisiaj książki elektroniczne stanowią 12-15 % wszystkich wydawanych książek. Jeden z ekspertów branży wydawniczej w Australii oceniał, że już za 2 – 3 lata mogą one stanowić 50% wszystkich wydawanych książek. Nie jestem pewien tego terminu ani tej skali, budujący jest jednak fakt, że rynek ebooków podobnie jak i e-czytników rozwija się bardzo dynamicznie.

Publikacja we własnym zakresie książki w formie elektronicznej jest atrakcyjną ofertą zwłaszcza dla początkujących i mniej znanych pisarzy, oraz tych, którzy czują się na siłach i mają chęć wziąć na swoje barki cały proces wydawniczy oraz marketing i sprzedaż książek. Publikacja (w pełnym własnym zakresie) polega na znalezieniu, zalogowaniu się, zapoznaniu się z warunkami i zasadami platformy wydawniczej, a następnie umieszczeniu na niej ebooka. Z ważniejszych czynności, które się z tym wiążą, należy wymienić: przygotowanie książki (w tym dokonanie korekty), sformatowanie książki zgodnie z wymaganiami platformy, zaopatrzenie jej w okładkę elektroniczną, wypełnienie odpowiednich formularzy na platformie włącznie z określeniem ceny, opisami książki, wpisaniem etykiet, określeniem rodzaju literackiego itp. W grę wchodzi także uzyskanie i dołączenie do książki ISBN (international standard book number), który jest jej międzynarodowym symbol identyfikacyjnym. Książka, której nadano numer ISNB, znajduje się w rejestrze, jakim powszechnie posługują się wydawcy, hurtownicy, biblioteki, księgarnie itp. Nadanie ISBN nie jest jednak konieczne, aby móc opublikować książkę w formie elektronicznej.

Pisarze, tłumacze i czytelnicy czyli horror w łagodnej formie

Każdy z nas lubi czytać. I czyta. Ci, którzy umieją jeszcze pisać, piszą, również o tym, ile społeczeństwo czyta. Wydaje im się, że czytelnicy to tylko ci, co czytają książki. A przecież jest tyle innych tekstów godnych czytania: reklamy w gazetach, nalepki z opisami produktów w supermarketach, hasła w szaletach publicznych reklamujące znawców anatomii i miłości, kolorowe napisy w McDonaldzie, gdzie litery są takie jak w gazecie za to kanapki na zdjęciu obok są 6 razy większe i piękniejsze niż te rzeczywiste, godziny przyjazdów i odjazdów autobusów, grafitti. Mógłbym wymieniać znacznie dłużej, ale nie miałbym czasu na czytanie. Podsumuje więc tylko: z czytaniem nie jest tak źle. Jeszcze lepiej ma się pisanie i tłumaczenie.

Zanurzyłem się dwa dni temu w literaturę kobiecą, aby zrozumieć coś niecoś z pasji literackiej kobiet piszących dla Wydawnictwa Harlequin, i tych, które je czytają. Zacząłem czytać Harlequin Special „Sezon na randki” autorstwa trzech pań: E. Bevarly, T. Kelleher i M. Leo. Z trzech opowiadań zachwyciła mnie już pierwsze „Bilet w jedną stronę” tak bardzo, że nie będę mieć czasu na czytanie pozostałych.

Po dwóch – trzech stronach doszedłem do wniosku, że w grę wchodzi potężna kombinacja sił: kobieta-pisarz, kobieta-tłumacz, kobieta-czytelnik. Ponieważ zabawiam się w krytyka literackiego, powinienem wyjaśnić od razu, że atrakcyjność opowiadania tkwi nie tylko w języku i stylu autorki, ale prawdopodobnie i w sposobie tłumaczenia angielskiego oryginału na polski. Nie znam oryginału, lecz przyznałem sobie prawo stwierdzenia, że tłumaczka Aleksandra Komornicka dosyć swobodnie tym razem potraktowała swoją pracę. Przytoczę kilka próbek:

Tess Truesdale, założycielka i naczelna redaktorka superatrakcyjnego magazynu „Tess” dla superniegrzecznych dziewczynek, pławiła się w rozproszonym blasku światła. Siedziała za biurkiem z nierdzewnej stali …gdy dwie inne osoby w gabinecie wierciły się na wintagowych* krzesłach.

Gwiazdka przy „wintagowych„ prowadzi do wyjaśnienia: Vintage – rzeczy z przeszłości; ubrania dodatki, meble, które przezywają druga młodość (przy. Tłum.). Sam jestem tłumaczem i zachwyciłem się prostotą podejścia do tłumaczenia. Nie znasz obcego wyrazu – przetłumacz go przekręcając jego angielską formę na polską i wyjaśnij opisowo, co to znaczy. Zilustruję to własnym przykładem: „He had an egg for breakfast” możnaby przetłumaczyć: „Miał egga na śniadanie” (bardziej wyrafinowane tłumaczenie: „Zjadł egga na śniadanie”) a następnie wyjaśnić, że „egg” to „produkt kurzany sprzedawany powszechnie w opakowaniach po 12 sztuk, kształtu owalnego, łatwo tłukący się”.

„Nigdy wzornictwo duńskie nie było takie industrialne”. Tutaj przydałby się przypis tłumacza, że industrialny należy rozumieć jako „przemysłowy” na przykład „wzornictwo przemysłowe”.

W tekście jest wiele perełek pretensjonalności, swobody skojarzeń, beztroski języka i tłumaczenia. Przytoczę pierwsze z brzegu: „…śmiech i zadowolenie były niemożliwe z czysto fizycznych powodów”, „Naprawdę było w tym coś z karmy”, „Olympia była „chałupą” w Southampton, należącą do Tess i jej trzeciego męża, Spirosa Andreopolisa, multimiliardera, właściciela zbiornikowca”.

Ten multimiliarder to ciekawy typ. Jest właścicielem zbiornikowca. Można podejrzewać, ze facet udaje Greka i mając tyle fur pieniędzy ma tylko jeden zbiornikowiec, który zasłużył na wyróżnienie ze strony autorki. Multimiliarder jest jednak oddanym mężem skoro autorka pisze w następnym zdaniu: „Spiros robił mi masaż stóp nowym preparatem Kiehlsa, o którym pisałyśmy w ubiegłym miesiącu, ja zaś sączyłam boski koktajl pod cudowna nazwą Perfect Cosmopolitan.”

Literatura opowiadania nastroiła mnie optymistycznie. Umocniłem się w przekonaniu, że nie święci garnki lepią. Przetłumaczyłem to sobie na język polski: Chłopie, pisz! I ty masz szansę być publikowanym!