Od autora. Szanowne Czytelniczki, Szanowni Czytelnicy!

Jak zapewne się Państwo domyślili, publikuję na stronie autorskiej nową powieść.  Zmieniłem właśnie jej tytuł na „Laboratorium szyfrowanych koni”. Poprzedni tytuł „Projekt No Name” był tytułem roboczym. Utrzymywałem go do czasu aż wymyśliłem lepszy. Powieść łączy w sobie gatunki literackie science-fiction, fantasy i realizmu magicznego, z dodatkami groteski. Mam nadzieję, że podoba się Państwu i zechcecie nie tylko czytać, ale i zachęcać inne osoby do czytania.

Wcześniej podejmowałem inne próby pisania powieści, nie były one udane, gdyż nie mogłem ułożyć sobie w głowie ostatecznego jej formatu (konstrukcji). Obecna wersja może powtórzyć pewne ich fragmenty. Proszę zapomnieć o tych próbach, zignorować je. Przepraszam za zamieszanie, jakie mogłem nimi wywołać. Obecna wersja powieści jest ostateczna, zamierzam ją doprowadzić do zwycięskiego końca.

Pisanie tej powieści nie okazało się dla mnie łatwe. Faktem jest, że pracuję nad nią co najmniej kilkanaście miesięcy. Każdy nowy odcinek, nawet już przygotowany w zarysie, wymaga kilku godzin pracy bezpośrednio przed publikacją. Dlatego mogę publikować nie więcej niż jeden odcinek na przestrzeni dwóch –  trzech dni.

Będę wdzięczny za kliknięcia „Lubię to” jak i za wszelkiego rodzaju komentarze, w szczególności co zmienić, poprawić, uzupełnić lub wyrzucić, jak również sugestie wątków czy treści. Reakcje czytelników ogromnie mnie motywują, nawet jeśli są krytyczne.

Życzę udanej lektury,

Michael (Michał) Tequila, Ryczący Lew Literatury

 

 

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 5: Szaleństwo śmieci i przełom myślowy

Rosaton nie uległ szaleństwu konsumpcji, ale też nie wzdrygał się przed nią, ale tylko do czasu, kiedy wchodząc do lasu zauważył, że jest on umeblowany. Na polanie i między otaczającymi ją drzewami i krzewami stały fotele, szafy, stołki, małe etażerki i duże regały, stoły i krzesła, wszystko ustawione tak, jakby ktoś miał tam mieszkać. Nie był to normalny widok, dlatego mężczyzna pozostał tam chwilę, aby zrozumieć, co się dzieje. Rozejrzał się także po okolicy. Wszędzie, jak las długi i szeroki, stały na ziemi meble i urządzenia domowe, łóżka, tapczany, w kilku miejscach leżały na ziemi garnki i inne naczynia kuchenne oraz stały oparte o drzewa rowery, hulajnogi i jeden wózek dziecięcy z uszkodzonym kołem. W dalszej partii lasu zaimponował mu widok dobrze utrzymanych samochodów w różnym wieku, o lakierze połyskującym wszystkimi kolorami tęczy.

Jego mnemotechniczny umysł szybko wyciągnął wniosek, jedyny jaki znajdował uzasadnienie, że ludzie masowo wyrzucali całą zawartość swoich mieszkań, garaży i piwnic do lasu tylko dlatego, że brakowało już miejsca na śmietnikach i wysypiskach.

– To bardzo źle rokuje – pomyślał. – To wszystko musi się zawalić. Myśląc o „wszystkim”, nie sprecyzował, co to znaczy.

Pierwsze z serii nieszczęść nadeszło, kiedy wielka chmura deszczowa, przeogromny balon wypełniony wodą, zaczepiła o szczyt skał i rozpruła się wylewając z siebie całą zawartość. Meteorologowie nazwali to później oberwaniem się chmury. Woda zalała wielkie składowisko śmieci usytuowane w kamieniołomie, który kiedyś wydawał się przepastny jak ocean i runęła w dół falą śmierdzącego błota zatapiając doszczętnie wieś, pięćdziesiąt pięć domów i trzydzieści osiem budynków gospodarczych, i powodując śmierć dwustu trzydziestu osób i dziewięćdziesięciu ośmiu zwierząt hodowlanych i domowych. Statystyka była bardzo dokładna, bo w urzędzie powiatowym znaleziono listę wszystkich mieszkańców z imionami, nazwiskami i adresami oraz stanem inwentarza żywego i zwierząt domowych.

Na miejscu osuwiska oprócz ratowników pojawili się fotoreporterzy, telewizja, ciekawscy i ekolodzy. Wszyscy byli w najwyższym stopniu przygnębieni, lecz najbardziej wzburzeni byli ekolodzy. Krzyczeli. Nie wiadomo do kogo, prawdopodobnie do władz wszystkich szczebli, od lokalnego do państwowego. Ktoś z boku stwierdził, że oni krzyczą do ludzkich sumień, które skurczyły się jak porzucony na słońcu mokry worek ze szmatami.

– Ostrzegaliśmy przed tym nieszczęściem. Nie możecie więcej niszczyć środowiska, bo wszyscy zginiemy, nie tylko my ale i zwierzęta, cała ożywiona przyroda, oprócz roślin, które zawsze sobie poradzą, nawet gdybyście rzucili bombę atomową.

Masakra dużej wsi z ludźmi i zwierzętami wstrząsnęła społeczeństwem. Rząd ogłosił żałobę narodową oraz publiczną debatę na temat, co dalej.

Wnioski były jednoznaczne: problemem jest człowiek. Wszyscy nagle zrozumieli, że ludzie stanową śmiertelne zagrożenie nie tylko dla przyrody żywej, ale przede wszystkim dla siebie samych, dla własnego gatunku, że są samobójcami. Był to rodzaj wielkiego rozbłysku świadomości, że dłużej tak żyć się nie da.

To i podobne nieszczęścia, jakie wkrótce nawiedziły kraj, wyzwoliły w społeczeństwie myślenie o przełomie technologicznym zdolnym ocalić kraj a może nawet i ludzkość. Był to rodzaj refleksji filozoficznej na masową skalę, obejmującej całe społeczeństwo, a nie pojedynczego, zakopanego w głębokim fotelu, genialnego naukowca.

Wniosek był jeden: Wymyśleć coś, co raz na zawsze ograniczy przyrost demograficzny, zmniejszy konsumpcję i jej napór na przyrodę.

– Przyroda to inaczej mówiąc środowisko naturalne, niezbędne nam wszystkim do życia – tłumaczyli ekolodzy dzieciom i mniej rozgarniętym osobom dorosłym.

Naukowcy zaczęli mówić otwarcie o konieczności zmiany orientacji z homocentrycznej na przyrodocentryczną. Wkrótce do parlamentu trafił ich wniosek, aby drogą legislacyjną zmienić ilościowe i jakościowe relacje „ludzie-zwierzęta” oraz „cywilizacja-przyroda”, na korzyść zwierząt i przyrody.

– Musimy zwolnić rozwój demograficzny człowieka i przyspieszyć rozwój demograficzny świata zwierzęcego. Zwierzęta nie kupują, nie konsumują i nie tworzą gór śmieci, jedzą tylko tyle, ile trzeba, ani grama więcej, dlatego nie naruszają przyrody. To jest jedyna szansa uratowania nas samych i planety.

Na uzyskanie odpowiedzi na pytanie, jak osiągnąć te zmiany, potrzeba było tylko dwóch dni. Zaskoczyło to obywateli, że tak szybko i łatwo można było dość do rewolucyjnego wniosku. Parlament jak jeden mąż uzgodnił, że jedynym rozwiązaniem jest inżynieria genetyczna. Był to moment, kiedy rządzący i opozycja zbratali się ze sobą podając sobie ręce życzliwie patrząc sobie w oczy.

Rząd pod presją wszystkich stron smaganych tym samym batem nieszczęść i ponurej perspektywy, ustanowił nowe, przełomowe, zasady prawne dotyczące inżynierii genetycznej.

– Krótko mówiąc, dajemy swobodę eksperymentowania nad rozwiązaniami genetycznymi, ale tylko takimi, które ograniczają rozwój człowieka i równocześnie przyspieszają rozwój populacji zwierząt.

W wywiadzie opublikowanym na łamach największego dziennika krajowego „Et cetera” dyrektor Laboratorium Gatunków Świętej Pamięci, którego nazwę zmieniono na Laboratorium Minionych i Przyszłych Generacji wspomniał o projekcie integracji człowieka i konia.

– Z wyglądu będzie to istota prawie dokładnie taka sama, jako to sobie wyobrażali starożytni Grecy tworząc mit o Centaurze.

Wywołało to przerażenie.

 

Kronika pisarska. O pisaniu i wydawaniu książek.

Wielkanoc przyniosła mi natchnienie. Zmieniłem zainteresowania. Od dawna nosiłem się z tym zamiarem. Wznawiam także aktywność na portalu Lubimyczytac.pl. Data wznowienia jest przypadkowa. Zamierzałem to uczynić trzynastego dnia kwietnia, gdyż trzynastka jest dla mnie szczęśliwa.

Kronikę zacząłem rok temu, przerwałem jednak, ponieważ do głowy wpadł mi inny pomysł – uprawianie groteski politycznej; po kilkunastu miesiącach szybowania zawisł on w powietrzu podobnie do dronu. Pisanie o polityce okazało zajęciem niewdzięcznym. Straciłem cierpliwość.

Kronika jest o pisaniu i wydawaniu książek, o ich promocji jak również o promocji samego autora, jego twórczości. Ten punkt widzenia jest ważny; czytelnik wybierając coś do czytania kieruje się często autorem, którego zna i lubi.

Wcześniej rozumiałem pisanie jako podstawową działalność autora, teraz – kiedy klapki opadły mi z oczu – widzę to szerzej. Możesz napisać arcydzieło, pozostaniesz jednak w mroku, całkowicie ignorowany, dopóki nie zyskasz minimum rozpoznawalności i uznania, dopóki twoich książek nie będzie kupować i czytać ktoś więcej niż uczestnicy spotkań autorskich i klienci zabłąkani w labiryntach salonów księgarskich i Internetu.

Kiedy to piszę, jest godzina 5.15 rano. O tej porze nie mogę już spać, choć wciąż jestem niewyspany. Siadam więc do biurka i podejmuję pracę. Rano idzie mi średnio.

Popołudnie okazuje się dużo lepsze. Zyskuję motywację. Z drukarni przychodzi paczka z książkami. To już moje trzecie dzieło literackie. Tytuł: „Niezwykła decyzja Abuelo Caduco. Humoreski i inne opowiadania", format A5, miękka okładka, 108 stron. To druga książka, którą wydaję sam.

Wysłałem już kilkadziesiąt egzemplarzy do mojego dystrybutora (hurtowni książek), który rozprowadzi je po księgarniach. To tylko mała część pracy niezależnego, pragnącego umocnić swoją pozycję autora. Za kilka, kilkanaście dni książka ukaże się w księgarniach. Zarejestrowałem już ją w systemie ISBN, wysłałem także dwa obowiązkowe egzemplarze do Biblioteki Narodowej, aby ją skatalogowano. Wolałbym tego nie robić, ponieważ zabiera to cenny czas przeznaczony na pisanie, którego mi wiecznie brakuje.

Opowiadań jest w sumie czternaście. Przedstawiam pierwszą część tytułowego opowiadania dla rozrywki i oceny Czytelnika. Mam nadzieję, że mój styl przypadnie do gustu przynajmniej niektórym czytelnikom.

Przy okazji, składam serdecznie życzenia zdrowych i radosnych Świąt Wielkanocnych. Oby baranki, zajączki i pisanki wypełniły Ci się spełnionymi marzeniami.

Niezwykła decyzja Abuelo Caduco

Punktualnie o godzinie 11.45 Abuelo Caduco zdecydował się umrzeć. To był piękny dzień, aby odejść – majowy, słoneczny, świeży. Ptaki śpiewały, dwa piętra niżej ludzie pokrzykiwali radośnie, grabiąc szarą ziemię pod nowy trawnik. Z oddali dochodził jęk piły tarczowej, za ścianą sąsiadka ubijała tłuczkiem mięso na kotlety.

Od czasu, kiedy Kacyk, twórca nowego rządu, zabrał mu marzenia i fatalnie go oszukał, dla Abuelo nic nie miało już znaczenia. Miał tylko jedno marzenie: umrzeć godnie. Z góry wybaczył sobie umieranie przed czasem, które ktoś mógłby nazwać samobójstwem. Abuelo rozmawiał o tym z Bogiem i On wszystko zaakceptował. Właściwie nie musiał nawet zawracać Mu głowy, bo i tak sam podjął wcześniej nieodwołalną decyzję.

Dojrzał do odejścia. Był już starym człowiekiem, czuł to w kościach. Tu go bolało, tam go strzykało, coraz bardziej dolegał mu kręgosłup. Z chodzeniem też nie było najlepiej. Miał coraz więcej bezsennych nocy. Pamięć go zawodziła, zdradzała jak pijana, bezwstydna kochanka, nie wiadomo z kim i po co. Raz zapomniał nawet swój adres zamieszkania.

Ludzie tego nie dostrzegali. Mówili:

– Każdy ma takie problemy, jak się starzeje. Dzisiaj to nawet młodzi mężczyźni łysieją. To jest dopiero problem. – Ich wyjaśnienia nie stanowiły dla Abuelo wystarczającego wytłumaczenia własnej sytuacji. Wierzył, że jego kondycja powinna być lepsza niż równolatków, bo całe życie dbał o siebie.

Tego przedpołudnia, mimo niewątpliwych zachęt do życia ze strony natury i sąsiadów, Abuelo wyraźnie opadł z sił. W głowie mu się kręciło, a ręce i nogi latały mu jak u paralityka. Był to nieudawany objaw syndromu niespokojnych nóg. Nabył go stosunkowo niskim kosztem, włócząc się godzinami po mieszkaniu z powodu bezsenności, a następnie umocnił, chodząc często do lekarza. Po drodze modlił się, aby go nie wyleczono, bo chciał umrzeć. Lekarz spełniał jego milczące życzenia nieudzielania mu pomocy, ponieważ wizyty u niego nie dawały skutku. Abuelo nie musiał go prosić ani przypominać się, co było bardzo miłe. Był zresztą zbyt dumny, aby poniżać się prośbami w tak trywialnej sprawie.

Oprócz niedomagań starości, była również inna ważna przyczyna, przez którą nie widział sensu dalszego życia. Przywódca partii rządzącej przez aklamację, Kacyk, obiecał mu złote góry, a on nie potrzebował złota. Abuelo myślał o biedakach, którym nic nie obiecano, choć bardzo prosili. To go dobijało, bo był człowiekiem współczującym.

Co do zakończenia życia, to chciał, aby było ono godne, aby go pamiętano, a pamięć po nim była życzliwa, nie byle jaka, kończąca się z chwilą wyjścia żałobników z cmentarza.

Wobec przeciwności losu Abuelo nie pozostawał bezczynny. Jak tylko poczuł, że go oszukano, podobnie jak jego rodzinę, przyjaciół, znajomych i tysiące innych obywateli, stworzył sobie plan. Chodziło o ratowanie społeczeństwa, całego, z wyjątkiem tych, którzy uczestniczyli w spisku. Wybory i ich rezultat uważał za spisek.

Plan traktował poważnie a zarazem radośnie. Żadne tam smutki, rozpacze, niepokoje, co się stanie i jak to będzie. Dla jego pomyślnej realizacji musiał zmienić się trochę, ale nie za dużo. Problemem było to, że miał ciemniejszą cerę, która wyróżniała go w tłumie. Niewiele ciemniejszą, tylko o jeden odcień. Musiał ją rozjaśnić. Znał się na kolorystycznych niuansach, bo lubił obrazy i sam malował w przeszłości. Ciemniejszej karnacji nie uznawał za przeszkodę, tylko za utrudnienie, coś, co daje się wyeliminować.

Podjął stosowne kroki. Oprócz tego, że unikał słońca, używał kremu rozjaśniającego skórę. Znalazł go w drogerii, nie kosztował nawet zbyt drogo. Pieniędzy zresztą mu nie brakowało. Miał rozsądną emeryturę i trochę oszczędności.

*****

Po podjęciu decyzji o odejściu, pozostało Abuelo tylko tyle czasu, aby usiąść do laptopa
i napisać zaproszenia na pogrzeb i stypę. Umiał korzystać z komputera. Nie był zacofanym jaskiniowcem, kryjącym się przed nowoczesnością. Wybrał elegancki format zaproszenia. Oświadczenia woli, kto i co będzie dziedziczyć, już nie pisał, bo zabrakło mu chęci i czasu.

– Trudno. Będą musieli podzielić się schedą zgodnie z prawem. – Powiedział głośno i ucieszył się, kiedy to usłyszał, bo nie zawsze słuch mu dopisywał. Wyobraził sobie, jaki wspaniały będzie pokaz wzajemnej miłości rodziny po otwarciu testamentu. Było w nim trochę przekory i przewrotności. Wiedział, że się pokłócą. Lubił teatr i cyrk; mimo wieku zachował dziecinną świeżość. Skończył już siedemdziesiąt lat, choć wyglądał poważniej, na dziewięćdziesiąt. Pamiętał o tym, bo poprzedniego dnia w urzędzie podatkowym składał deklarację i pytał, czy miała być na formularzu Pod-70, Pod-80, czy Pod-90. Cenił sobie powagę wieku; była dlań znakiem: ostoją i oazą dojrzałości.

Zaproszeń na pogrzeb i stypę nie wysyłał.

– Nie mam czasu, zrobię to w ostatniej chwili. – Zdecydował po chwili wahania. Wahał się krótko, bo nie miał czasu. Była to rozsądna decyzja.

– Obym tylko nie zapomniał. – Zaniepokoił się, ponieważ wcześniej przeoczył kilka ważnych zobowiązań, imienin, urodzin oraz jedną okazję do gorącej, namiętnej i szybkiej miłości z pewną pobożną niewiastą, która przyjechała na wakacje do jego miejscowości. Poznali się w kościele, kiedy śpiewali razem psalm, korzystając z jednego śpiewnika.

Abuelo oderwał się od laptopa, aby nastawić budzik, pilnujący jego zobowiązań. Słowa dotrzymał. Dla pewności nastawił dwa budziki. Ten większy ładniej dzwonił.

Wrócił do laptopa, natychmiast jak tylko sobie przypomniał, gdzie on stoi i dlaczego on, Abuelo, oderwał się od niego. Musiał działać szybko, ponieważ myśli uciekały mu z głowy niczym przestraszone króliki z otwartej klatki. Miał problemy z pamięcią; starzała się szybciej niż ciało. Sam to zdiagnozował, posługując się rozumem, chronometrem i specjalnym termometrem, szczególnie dokładnie mierzącym temperaturę ciała nocą. Metoda diagnozy była tak rewelacyjna, a wyniki tak ciekawe, że postanowił je opublikować. Nie doszło do tego, ponieważ redaktor miesięcznika medycznego „Lancet Pamięci” nie oddzwonił. Może dlatego, że Abuelo pierwszy do niego nie zadzwonił. Nie był tego pewien.

Szybsze starzenie się pamięci miało swoje plusy i minusy. Minus był taki, że Abuelo zapominał o wieku i na ulicy widział tylko młode kobiety. Zauważył, że noszą obcisłe getry, a w nich piękne ruchome pośladki, poruszające się uroczo w górę, w dół i na boki. Widać to było szczególnie wyraźnie, kiedy kobieta miała na nogach pantofle z wysokimi obcasami; unosiły one jej biodra na wysokość jego wzroku. To był plus. Oczu i piersi nie widział. Robiło mu się z tego powodu tak żałośnie, że mógłby zobaczyć łzy w swoich oczach, gdyby nie nosił ciemnych okularów.

Pomyślał, że może wzrost utrudnia mu pełne widzenie. Nie był tak niski, jak Kacyk pokazywany często w telewizji, który żył z ambicji rządzenia umysłami ludzkimi zamiast krajem. Abuelo nazwał go Kacykiem na własny użytek, inni tak go nie nazywali.

– Nieważne, jak się nazywa, ważne, że trzęsie wszystkim i wszystkimi. Jest najwyższą władzą w tym kraju. Ale nie na zawsze. – Abuelo tłumaczył sobie spokojnie, jakby dla zapamiętania, że nie może odstąpić od planu pod żadnym pozorem.

C.d.n.

Prywatne lekcje pisania opowiadań. Część 1.

Z natury i zamiłowania jestem samoukiem. Ponieważ mam także doświadczenie nauczania, udzielam sobie prywatnych lekcji. Tym razem pisarstwa. Zintegrowany w jednym ciele nauczycieloucznia kroczę dwiema drogami: studiowania podręczników o pisarstwie oraz popełniania błędów, dostawania cięgów od czytelników i wyciągania wniosków. Problemem nie jest popełnianie błędów; kłopot pojawia się wtedy, kiedy nie wyciągamy z nich wniosków i nie zmieniamy swego zachowania.

Temat, który usilnie nasuwa mi się pod klawiaturę (pomyślałem „pod pióro”, ale to już prawie antyczny termin), to „Jak pisać opowiadanie”. Moje doświadczenia z opowiadaniem „Izabella i Księżna”, nad którym wciąż pracuję, są wyjątkowo frustrujące. Choć tekst zapewne nie przekroczy osiemnastu stron, morduję się nad nim bez mała pięć miesięcy. Szukałem w sobie przyczyny tego stanu rzeczy. I co odnalazłem?

Przyczyna tkwi w niedostatecznym przemyśleniu fabuły i głównych postaci. Na początku miało to być opowiadanie „Izabella i Królowa”. Okazało się ono niewypałem. Miało mieć charakter poniekąd prześmiewczy, satyryczny, parodystyczny w odniesieniu do postaci królowej. Rzecz w tym, że Polakom najbardziej znana jest królowa brytyjska, Elżbieta II. Ostatnio transmitowano w wielu krajach obchody 60-lecia panowania królowej, które pokazały ją w bardzo pozytywnym świetle jako prawdziwą ostoję tradycji, stabilności i powagi państwa. Czytelnik nie przyjąłby dobrze przejaskrawień, śmiesznostek czy słabości postaci monarszej mojego opowiadania. Postać z opowiadania nie pasowała do realiów, zderzała się z nimi, budziłaby niechęć do opowiadania i autora. Szybko odrzuciłem te wersję po opiniach trzech „recenzentów” z kręgu rodzinnego: nie lubię opowiadań, nie podoba mi się to opowiadanie, bardzo pozytywnie myślę o królowej Elżbiecie II.

Trzy ebooki Michaela Tequila do nabycia po 0,99 US$ na platformie publicystycznej www.smashwords.com po wpisaniu Michael Tequila w wewnętrzną wyszukiwarkę platformy. Skorzystaj z okazji!