Myśli i aforyzmy jako uzupełnienie chleba naszego wieczornego

Prezydent Duda, niech Bóg mu błogosławi na drodze celnych dowcipów i uśmiechów opromieniających ziemię, na spotkaniu z wieloletnimi małżeństwami przyznał się, że siwieje i łysieje. Tego samego dnia w telewizji ktoś to skomentował:

Można siwieć i łysieć, chodzi o to, aby tylko nie głupieć.

Mocne! Takie piwo lubię.

Do powyższego dodam, gwoli wieczornej rozrywki, dwie myśli, jakie ostatnio przyszły mi do głowy.

W roku 2018 polska niepodległość miała trzech ojców: stuletniego, dwudziestodziewięcioletniego oraz ośmioletniego. Dwóch pierwszych wyróżniały sumiaste wąsy i historia, trzeciego – kochający brat i nowiutki pomnik.

Niektórych ludzi łączy z psem niezwykle mocna więź. Jest nią łańcuch a czasem gruby drut. Miłość przybiera różne formy.

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 14: Rozmyślania Mistrza o życiu

Rano obudził Sefardiego odległy grzmot, straż przednia wiosennej burzy. Był zapowiedzią długiego koncertu dąsów pogody, najbardziej koszmarnych, jakie można było sobie wyobrazić. Zaczęło się w poniedziałek, na samym początku tygodnia, jakby dyrygent wydarzeń atmosferycznych podporządkował je dyscyplinie kalendarza. Tego dnia, mimo grzmotu, burza jednak nie nadeszła, nastał mglisty dzień i zapanował spokój. Po południu na horyzoncie pojawiły się chmury, nie większe i nie ciemniejsze niż zazwyczaj, o których nikt nawet nie pomyślał, że to zwiastuny mających nadejść nieszczęść.

Mistrz zaczął pisać, lecz myśli układały mu się wyjątkowo nieskładnie. Uznał to za dobry moment do zastanowienia się nad sobą. Siedział w swoim gabinecie przy biurku stanowiącym dlań symbol przewagi materii nad ulotnym rozumem. Jego biurko i rozum miały wspólną cechę: były tak zagracone, że często gubił się nie mogąc czegoś znaleźć. Godzina była nieprzyzwoicie wczesna, nie na tyle jednak, aby zapragnął wrócić do łóżka, podstawy dobrego snu i pozytywnego samopoczucia.

Aby się nie nudzić, ogarnął wzrokiem stan posiadania. Dwa ekrany z ramami czarnymi jak piekło nietrafionych uniesień twórczych, podstawka do przepisywania rękopisów na komputerze, kilkanaście książek układanych jedna na drugiej tak długo, aż stos groził bałaganiarskim rozsypaniem się po podłodze, dwie plastikowe tace na dokumenty oraz dwa kubki. Jeden z nich był wypełniony długopisami i ołówkami, drugi ostrymi przedmiotami: nożem do przecinania listów, nożyczkami i szpilorkiem do prucia szwów. Poza tym na biurku znajdowały się jeszcze dwa czarne głośniczki z upodobaniem do spadania na podłogę, aby wywołać hałas, a za nim potok złorzeczeń. Wszystko to znajdowało się w gabinecie, którego ściany zdobiły niezliczone zegarki, narzędzia zegarmistrzowskie, medale, dyplomy i fachowe publikacje.

Mistrz przerwał rozmyślania, zdając sobie kolejny raz sprawę z rzeczy tak bzdurnej jak to, że jest niepoprawnym bałaganiarzem. Nastąpiło to w momencie, kiedy spojrzał na zdjęcie żony, która pierwsza dostrzegła w nim symptomy bałaganiarstwa i życzliwymi uwagami starała się mu pomóc w powrocie do równowagi wewnętrznej. Nie dało to niestety żadnego pożytku. Co gorsze, Sefardi wszedł w nawyk regularnego zdawania sobie sprawy także z innych swoich przywar; czasami nawet godził się z nimi. Bałaganiarstwa, tej na pozór nieskomplikowanej słabości, nie umiał się wyzbyć.

Męczyło go to świadomością, że nosi we wnętrzu mroczne zło, walczące z prawdziwym, słonecznym „ja”. Przyszło mu do głowy, że jeśli on, istota ludzka, został stworzony na obraz i podobieństwo boże, to znaczy, że Bóg jest podobny do niego i też jest bałaganiarzem. Obrazoburcza myśl nie wyprowadziła go z równowagi, wręcz przeciwnie, pocieszyła. Nie bał się kary boskiej, przed którą kościół przestrzegał z wysokości ambon i zaciszy konfesjonałów, gdyż w jego wyobraźni Bóg był czystą dobrocią i bez problemu wybaczał ludziom nawet najbardziej krnąbrne myśli. Pełnego pogodzenia się człowieka z Bogiem nie uważał jednak za możliwe.

– Tkwi w tym wieczny konflikt – podsumował Sefardi, myśląc o tym, ile sprzeczności i pytań dzieli człowieka od Boga.

*****

Kilka dni później, po powrocie z konferencji „Nowa Wynalazczość”, Sefardi zastał w swoim gabinecie dziwnego gościa. Przy biurku stała nieznana kobieta i ścierała kurze. Zaskoczyła go swoją obecnością, nie wyglądem, nawet jej się specjalnie nie przyjrzał. Stał gapiąc się na nią, zanim odezwała się.

– Pańska żona prosiła mnie o sprzątnięcie pokoju. Tylko ścieram kurze. Powiedziała, że pan jest nerwowy na puncie porządku, nic więc tutaj nie ruszam. Niech pan się o to nie martwi. – Kobieta mówiła jakby była w pokoju pięćset razy i znali się od lat.

– Kim pani jest do licha!? – Zdenerwował się, że ktoś śmiał wtargnąć bez pozwolenia do jego królestwa.

Jego reakcja nie speszyła nieznajomej. Uśmiechnęła się rozbrajająco.

– Jest pan dokładnie taki, jak określiła to pańska żona.

– To znaczy, jaki?

– Niedotykalski. Denerwuje się pan bez przyczyny jak chłopiec, któremu przestawiono zabawkę z górnej półki na dolną. To nie ja to wymyśliłam. Tak mi powiedziała pańska żona.

Rozumiejąc, że nie wygra, Sefardi powtórzył pytanie. Nie starał się być uprzejmy.

– Czy pani powie mi w końcu, kim pani jest?

– Zostałam zatrudniona przez panią Penelopę do pomocy w prowadzeniu domu. Wykonuję jej polecenia. A teraz sprzątam ten pokój. Ale jeśli pan chce, to mogę wyjść.

– Nie ma potrzeby. Niech już pani skończy to, co zaczęła. Nie wiem nawet, jak pani się nazywa.

– Sotera Alasi.

Teraz dopiero jej się przyjrzał. Stała obrócona w jego kierunku, opierając się lewą ręką o krawędź biurka, wyprostowana jak Napoleon, pewna siebie. W prawej ręce trzymała szmatkę do ścierania kurzu. Patrzyła mu prosto w twarz, nieskrępowana i spokojna. Pokonała go opanowaniem i pogodą ducha. Sefardi zaśmiał się i dodał pojednawczo.

– Dobrze. Proszę skończyć wycieranie biurka i co tam jeszcze chce pani zrobić, choć nie jest to potrzebne.

– To też mi mówiła pańska żona.

– Co takiego znowuż?

– Że będzie pan mówić, że nie ma potrzeby sprzątać. Zdaje mi się, że to pańska obsesja. Sama to zauważyłam. Mojej uwadze nic nie ujdzie. Nie musi pan tego zaprzeczać ani potwierdzać.

– Prawdziwa artystka sprzątania – pomyślał Sefardi. Zdecydował się nie odpowiadać.

Po wyjściu Sotery z gabinetu, usiadł w fotelu. Znużony przeżyciami konferencji, podróży i dziwnej rozmowy wpatrywał się bezmyślnie w ciemny ekran komputera. Nie był w stanie skoncentrować się. Widział tylko betonową ścianę pogmatwanych myśli, bez znaczenia i bez puenty. Zapadł w odrętwienie, oczy przysłoniła mu mgła, zasnął. Zobaczył przed sobą Soterę i psa Reksa, wpatrujących się w niego z nieprzyjemną ciekawością. Stali na straży, pilnowali go. Była w nich ciekawość i upór. Towarzyszyli mu podobni do nieruchomych głazów cierpliwie czekających na coś, czego nie rozumiał. Coś kliknęło mu w świadomości i w jednej sekundzie zjawił się mu przed oczami plan radykalnego uporządkowania życia. Bez zastanowienia sięgnął po długopis i w wielkim pośpiechu, nie zważając na błędy, szkicował postanowienia. Kiedy skończył, powiększył kropki wyliczające przy hasłach, dziękując opatrzności za niespodziewany dar natchnienia. Popatrzył na świadków i żachnął się ze zdumienia: Sotera i pies zamienili się rolami. Teraz kobieta klęczała na podłodze ze smyczą w zębach, z wydłużoną twarzą podobną do psiego pyska i uśmiechającymi się figlarnie oczami. Obok niej stał jego ukochany Reks, z ludzką fizjonomią, oczami otwartymi ze zdumienia, gładkimi policzkami i lekko upudrowanym nosem, z fartuchem kuchennym byle jak zawieszonym na wąskich paseczkach na szyi. Sefardi zdał sobie sprawę z absurdalności sceny i wybuchnął śmiechem. W tym momencie dwie istoty uporządkowały się: kobieta znowu stała się cierpliwą Soterą, a pies radosnym Reksem, proszącym o wyjście na spacer.

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 2: Zwierzęta i partia Duży Pikuś

Rosaton miał psa i kota. Były one wyimaginowane, to znaczy były wytworem jego wyobraźni, ale w sposób jak najbardziej rzeczywisty. Kiedy kot leżał na płaskiej poduszeczce ułożonej schludnie w rogu biurka, Rosaton wyciągał rękę, aby go pogłaskać. Robił to często, aby poczuć miękkość jego futerka, usłyszeć mruczenie dochodzące gdzieś z wewnątrz jego brzucha i widzieć, jak podnosi łebek i patrzy na niego. Zwierzak był jak najbardziej prawdziwy, wymagał jedzenia, wody i zabierania na spacer. Ludzi było już tyle na świecie, że nie sposób było mieć domek z ogródkiem, czy nawet zwykłe mieszkanie z wyjściem bezpośrednio do ogrodu, gdzie można by wypuścić zwierzęta dla relaksu.

Zwierzaki wychodziły na spacery razem, aby bawić się ze sobą; Rosatonowi sprawiało niezwykłą przyjemność obserwowanie ich figli. Co do psa, to była to jamniczka krótkowłosa, koloru brązowego, smukła mimo nóżek, o których wiadomo, że każdy jamnik musi je mieć, ale niekoniecznie się nimi chwalić, z klatką piersiową tak rozwiniętą i kształtną, że każda najlepiej zarabiająca modelka jej zazdrościła, bez grama tłuszczu. Jednym słowem cudo; taka też była opinia właściciela.

Bieżąca polityka nie interesowała Rosatona. Uważał się za człowieka racjonalnego, miłującego pokój i szanującego ludzi, lecz mimo to nie znosił polityków. Znaczyło to zapewne, że nie jest taki racjonalny, jak mu się wydawało, z czym zapewne mógłby się zgodzić, bo ostatecznie miał w sobie trochę racjonalności. Nieinteresowanie się polityką nie znaczyło, że nie miał rozeznania, co robi rząd, opozycja, lub co dzieje się w kraju. O, nie! Miał dostateczną wiedzę, gdyż uważał, że obowiązkiem każdego przyzwoitego człowieka, jest orientować się przynajmniej z grubsza co w trawie i poza trawą piszczy, aby nie dać się przydeptać intelektualnie byle mędrkowi, który akurat przeczytał ostatnią gazetę lub obejrzał ostatni dziennik telewizyjny. O politykach miał swoje zdanie; czasem bawił się nim długo dla urozmaicenia sobie bezsennej nocy.

– To jedyni ludzie, który mogą znacząco wpływać na twoje życie, ułatwić je, kiedy są pozytywni lub obrzydzić, kiedy są kretynami lub łajdakami, lub jednym i drugim, czyli degeneratami najpodlejszego sortu. Najgorsze, kiedy cała formacja rządząca skretynieje. Wtedy nie ma ratunku dla narodu.

Żyjąc w czasach automatów i robotów, rosnącej sztucznej inteligencji i odporności na krytyczną wiedzę jak i manipulacji genetycznej, uważał, że taki przypadek skretynienia jest mu znany i poniekąd bliski ze względów geograficznych, i nie dotyczy tylko jego, ale i całego narodu. Chodziło oczywiście o partię (nazwał ją „Duży Pikuś”, gdyż lubił szyfrowane tajemnice), która po dojściu do władzy doszła równocześnie do wniosku, że naród zamiast pędzić do przodu w wyścigu szczurów jak wszystkie inne kraje, powinien spokojnie wycofywać się, bez pośpiechu, za to w wielkim stylu, na czym się da, hulajnogach, rowerach, motocyklach z wózkiem bocznym, samochodami i autobusami, pamiętając o przodkach, wojnach, rewolucjach i różnych nieszczęściach, czyli o swojej wielkiej przeszłości.

Rosaton, dojrzały młodzieniec, jakim jest każdy trzydziestosiedmiolatek, obserwował Dużego Pikusia i notował sobie w głowie jego czyny i osiągnięcia. Popularności partii rządzącej, która dzielnie schodziła w dół, prawdopodobnie do miejsca oznaczonego na mapie politycznej świata jako Hibernacja, nie uważał za szczególny dopust boży. Problemem dla niego byli bardziej wielbiciele partii, zadurzeni w niej po uszy, którzy wiedzeni instynktem kulawego drwala zagubionego z samotną siekierą na wielkiej pustyni szli za nią z transparentami i sztandarami wielkości małego biurowca, śpiewając nabożne pieśni i bijąc w piersi, nie swoje, ale przeciwników. Dawało to nadzwyczajny efekt dudnienia, słyszany nawet w odległych krajach, zapewniając tanią reklamę, której potrzebuje każdy szanujący się kraj. Przyciągało to turystów nawet z Afryki, głównie ludność tubylczą, pragnącą zobaczyć i posłuchać tam-tamy, o jakich nawet ich dziadowie nie marzyli. Byli przekonani, że są one wykonane z ludzkiej skóry, jedynej, która umiejętnie uderzana wydaje niezwykłe dźwięki, przypominające nawet jęki i zawodzenia.

Książki Michaela (Michała) Tequili: https://tinyurl.com/y895884p

Wakacyjno-patriotyczne uniesienia majowe. Drugi dzień wypoczynku

 

Przed domem był też bocian. Dorodny, stał na straży i patrzył. Zaklekotał kilka razy. Kiedy podszedłem bliżej, zamilkł. Okazało się, że pełnił rolę stracha na żaby i właśnie rozpoczął dyżur.

– Dziś jest trzeci maja – powiedział, dosyć niewyraźnie, bo głos miał dziobowy, przez nos. – Jestem patriotą. Obowiązek przede wszystkim – dodał. Potem usiłował nam wytłumaczyć, jaki to mamy fantastyczny rząd, ale ani ja ani nikt inny mu nie uwierzył, więc zamilkł.

Następnego dnia rano wstałem wcześnie, aby pobiegać. Pies chciał się ze mną lizać. Był bardzo pozytywnie usposobiony, ale odmówiłem. Nie całuję się przed śniadaniem. W istocie rzeczy była to suczka Gaja. Wiadomo, istoty żeńskie są bardziej uczuciowe.

Drugi pies, imieniem Gajusz, był bardziej wstrzemięźliwy. Zachowywał się poważnie. – Rano jest za wcześnie na amory – rzucił mimochodem. Byłem tej samej opinii.

Wyruszyliśmy. Najpierw szedł Gajusz, potem ja, w końcu Gaja.

– Ubi tu Gaius, ibi ego Gaia – odezwała się. Zrozumiałem, bo też uczyłem się łaciny, że chodzi o to, że gdzie jest Gajusz, tam też jest Gaja. 

Kiedy wyszyliśmy na drogę między polami, cisza była taka, że słyszałem własne milczenie. Zagubiłem się w tej ciszy. Poprosiłem psy, aby się odezwały. Przyjęły to entuzjastycznie. Biegaliśmy we trójkę, z tym, że ja chyba najwięcej. Gaja zrozumiała, że jest to bieg sztafetowy, bo nieprzerwanie usiłowała wręczyć mi kijek, znaczy się pałeczkę.

Po południu był obiad, posiłek obfitszy i wspanialszy niż słynne „wielkie żarcie” Marco Ferreri z Marcello Mastroiannim w roli głównej. Zabrakło mi tylko orgii poobiedniej. Wszyscy udawali, że niby są tak najedzeni, że nie mają chęci na figle. – Może innym razem – sugerowali.

Przypomniało mi to historię tureckiego baszy. Po sutym, bardzo obfitym jedzeniu, przyniesiono mu na jednej tacy piękną, półnagą hurysę z haremu, a na drugiej wielkie, czerwone, pachnące jabłko. Basza przenosił kilka razy wzrok z jednej tacy na drugą, w końcu powiedział:

– Nie. Dzisiaj poproszę jabłko.

Najbardziej zapamiętałem krem ze szparagów z lanymi kluskami. Smakiem przerastał ludzkie wyobrażenie. Krem był tak bajeczny, że myślałem, że umrę z rozkoszy. Jeśli tego nie uczyniłem, to tylko dlatego, że nie wypadało wpadać w agonię przy stole z gośćmi. Odłożyłem to na później, ponieważ otrzymałem przepis na krem.

Będę szczery. Wszystkim zalecam pobyt w gospodarstwie agroturystycznym w maju, w dobrym towarzystwie, z dużą ilością opowiadań przy ognisku i alkoholu.

In vino et in spiritu veritas.

 

Ludzie, psy, jezioro i pizzeria wczesną wiosną

Jeziorko, trzy wysepki, wrzeszczące mewy. Byłem tam dzisiaj rano, dla zdrowia. Słyszę głuchy łomot jakby lądujący łabędź uderzał skrzydłami o wodę. Widzę tylko mewy. Biegnę dalej; to dwaj mężczyźni prowadzą sparring bokserski.

Potem były inne fenomeny. Dwaj młodzieńcy siódmy raz obiegali jeziorko o obwodzie jednego kilometra, w planie mieli 10 razy. Piersi jak miechy, ale bez serca – pomyślałem. Tak pastwić się nad własnym ciałem. Tym niemniej wyraziłem im uznanie za wytrwałość.

Nieco dalej młoda kobieta, właściwie dziewczyna, biegnąc pchała przed sobą wózek z dzieckiem. Zazdrość wkradła się w moje serce. Czy ze mną ktoś tak biegał? Potem spotkałem inną kobietę z dwoma psami królewskiej rasy Cavalier King Charles Spaniel. Jeden z nich to szczeniaczek pięciomiesięczny, istne cudo, czysta radość.

 Cavalier King Charles spaniel

Zgodziliśmy się we czwórkę, że pies to rasa wyższa niż człowiek. Superior, jak mówią Anglicy.

Szkoda, że u nas nie ma króla i takich spanieli. Prezes to rasa pośrednia między wieśniakiem zdobnym słomą sterczącą z butów a monarchą w złotej szubie, powiedziałbym byle jaka, chyba, że założy nam kagańce.

SONY DSC

Wtedy to będzie już królem a my spanielami. To byłoby coś. Zawiało grozą, zrobiło mi się zimno.

W pizzerii „U Skrzypka” dziewczyna, usta jak korale, imię starorzymskie, piękna jak róża. Jest wiosna to wszystko kwitnie. Boże! Jak ja chciałbym być inny, ładniejszy i tak zgrabnie poruszać nogami!

Nic to. Będę pracować nad sobą.

Michael Tequila, powieść, poezje, opowiadania: https://tinyurl.com/y7cza5nc 

Wiadomości dnia bieżącego i minionych czternastu dni

Czas biegnie tak szybko, że nawet nie zauważyłem, kiedy przekłusowały obok mnie ostatnie dwa tygodnie. Przyczyną były przeżycia, które wypełniły mnie bardziej niż pragnienie czynienia dobra przez obecny rząd (oby służył nam wiecznie!). Byłem w Perle Roztocza czyli w Zwierzyńcu na Lubelszczyźnie, gdzie przez dziesięć dni odbywał się pokazy Letniej Akademii Filmowej, w skrócie LAF.

W Zwierzyńcu widziałem cuda, a co najmniej rzeczy dziwne. Mężczyzna, obserwowałem go dłuższy czas, dał psu lody w waflu do lizania. Kiedy pies skończył, on zaczął lizać, potem znowu pies lizał, a potem jego właściciel. To jest miłość zwierząt! W drodze na Floriankę, urocza i wygodna trasa rowerowa, dosyć długa, dziesiątki ludzi na rowerach. Jedna grupka, sześć osób, szła pieszo. Milczeli. Zapytałem ich: – Dlaczego milczycie? – Zachowujemy energię. Chcemy wrócić do domu przed wieczorem.

Widziałem też mężczyzn i kobiety na rowerach ciągnących za sobą dzieci w klateczkach na kółkach. Przyzwyczajali ich do małych zamkniętych przestrzeni. Kiedy dorosną i winda zatnie się na 24 godziny między ścianami, odporność na klaustrofobię jak znalazł.

Pierogi z jagodami, moje ulubione, dostępne były tylko do godziny 13 maksimum 14. Towar reglamentowany, podobnie jak inne – tylko do określonej godziny. Potem możesz zęby wbić w ścianę z tęsknoty za ulubionym daniem, nie dostaniesz.

Dwa lata temu w Zwierzyńcu były dwie firmy organizujące spływy kajakowe po Wieprzu, tego roku co najmniej sześć, choć mówiono mi, że jest kilkanaście. Wersje spływu: 4 km, 6 km, 8 km, 11 km, 23 km, ile zechcesz. Żyć nie umierać. W spływie uczestniczyłem dwa lata temu, doświadczenie piękniejsze niż niejeden film na festiwalu. Sporo filmów było „odgrzewanych” – sprzed kilkunastu a nawet sprzed kilkudziesięciu lat, jeszcze z PRL-u. Obejrzałem Wajdy „Piłat i inni”, nie przypadł mi do gustu, choć reżyser genialny, mój ulubiony.

Maximus z Cane Corso i radość życia na luzie

Życie niesamowicie mnie opromieniło. I to dzisiaj, w niezbyt słoneczny dzień. W sklepie mięsnym dojrzałem czarne oczy ekspedientki, ogromne i dystyngowane, głośno wyraziłem uznanie, na co otrzymałem natychmiastową odpowiedź:

– Co pan sobie życzy?

Pytanie zaskoczyło mnie. Ja do wielkookiej z wdziękiem, a ona do mnie z pytaniem jak nóż rzeźnicki. Życzyłem sobie sera i kiełbasy. Potem, kiedy w zaciszu odmowym, otrzymałem kość indyczą do ogryzienia, ostatecznie już poczułem się syty, pełen miłości i dobrobytu.

Biegając dla zdrowia po lesie spotkałem psa, osobnika rodzaju męskiego, wielkiego jak mała góra. Kulturalny, przedstawił się: Maximus z Cane Corso, typ mastifa, zaliczany do grupy molosów, Półwysep Apeniński, pies stróżujący, obronny, tropiący i policyjny, nie podlega próbom pracy. Ostatnie wyjaśnienie zaintrygowało mnie. Był w wieku 2,5 roku, odpowiednik naszych 18 lat, towarzyski, poważny z wyglądu, pochodzenie prawdopodobnie murzyńskie, bo był czarny jak węgiel. Mnie tam to nie przeszkadza, ale boję się o stosunek władz do niego, bo w dodatku łeb miał wielki jak parlamentarzysta, co może sugerować konkurencję.

Był autentycznie ucieszony, zaprosił mnie do zabawy, zaproponował bieganie w kółko. Wybrałem bieg na wprost, towarzyszył mi. Był małomówny, ust nawet nie otworzył. Wszystko wyjaśniła mi właścicielka, przemiła istota. To mnie wzmocniło w przekonaniu, że psy i ich właściciele to gatunki odmienne od gatunku ludzkiego, całkowicie i nieodwołalnie. Podkreślam „nieodwołalnie”, ponieważ było wiele rzeczy w naszym kraju, które w ostatnich czasach odwołano w sposób bezkompromisowy, podobno dla dobra narodu, co nie zawsze rozumiem.

Martwię się o Maximusa, bo to on ma konkurencję. Ludzie już nie tylko mówią, ale i szczekają. To chyba jakaś manipulacja genetyczna. Uchodźców nie wpuściliśmy, ani terrorystów, manipulację niestety dopuściliśmy do głosu. Włos się jeży na głowie. W stolicy występuje osobnik o solidnej głowie, wyraz twarzy Maximusa, podobnie lubi się uśmiechać. Niby łagodny, ale z charakterem, komiczny, prawi dykteryjki, zadaje zabawne pytania na przykład o kobiety na najwyższych stanowiskach, osoby żyjące, w istocie rzeczy dawno zmarłe. Eksperymentowanie ze zmarłymi to niebezpieczny biznes. Jednym kojarzy się z nekrofilią, innym z ekshumacją. Do wielkogłowego nie mam zaufania. Łże jak człowiek. Psy tego nie robią.

Sam już nie wiem, co myśleć o takim świecie. Może przestanę myśleć? To też jakaś rozrywka, wiele osób to robi i czują się szczęśliwi.

Dzień niepokoju księdza proboszcza. Opowiadanie.

Ponownie, gwoli czystej rozrywki, dostarczanej nam ostatnio w większych ilościach przez polityków i Roberta Górskiego w „Uchu Prezesa”, przedstawiam fragment mojego opowiadania „Wypożyczalnia psów”, jakie ukarze się wkrótce w zbiorze „Niezwykła decyzja Abuelo Caduco. Humoreski i inne opowiadania”.

Dedykuję je w szczególności właścicielom i miłośnikom psów, dzięki którym świat widzi mi się bardziej serdeczny i radosny.

*****

Anastazja pamiętała jeszcze jeden incydent. Stanął jej przed oczami jak żywy. Aż wzdrygnęła się na samo wspomnienie, co się wtedy działo. Był to dzień, kiedy Klaudiusz ogłosił swój pogląd o niedopuszczalności eutanazji zwierząt domowych, w szczególności psów.

– Nie ma usypiania psa bez jego zgody. – Pod takim tytułem jego wypowiedź ukazała się w lokalnej gazecie. Za tytułem szły wyjaśnienia i szczegóły.

Celem Klaudiusza było poruszyć ludzi i wywołać dyskusję w obronie psów, aby w dłuższej perspektywie doprowadzić do zmiany prawa. Z informacji wynikało, że chodziło mu o pewne minimum, mianowicie o to, aby o decyzji uśpienia psa decydowało większe grono ludzi, a nie tylko sam właściciel.

Artykuł wymieniał przypadki, kiedy ludzie uśmiercali zdrowego psa dlatego, że był stary, albo uważali, że jego utrzymanie lub leczenie za drogo kosztuje, albo kiedy wyprowadzali się na drugi koniec kraju lub za granicę.

Wobec braku żywszej reakcji, Klaudiusz podjął akcję, która zbulwersowała miasteczko i groziła wybuchem niezdrowych sensacji. Przywiązał siebie i trzy psy, jeden własny, dwa pożyczone od przyjaciół podzielających jego poglądy, do betonowego słupa przed kościołem. Raban zrobił się tym większy, że na parafialnej tablicy ogłoszeń ukazał się afisz z podpisami kilkunastu obywateli protestujących przeciw bezmyślnemu uśmiercaniu psów.

Proboszcz miał problemy z sercem; na wiadomość o niezwykłym wydarzeniu o mało co nie zszedł z tego świata. Jak tylko wrócił do siebie, natychmiast wysłał organistę, jedyną osobę, do której miał zaufanie, aby nie zwracając niczyjej uwagi zerwał afisz. Nie chciał mieć awantury przed kościołem, bojąc się, że „ten wariat”, jak w duchu nazwał Klaudiusza, obróci swój gniew przeciwko kościołowi lub przeciw jemu samemu.

Po usunięciu afisza, proboszcz znalazł się zupełnie przypadkowo w pobliżu Klaudiusza przywiązanego łańcuchem do słupa. Zbliżył się i dyskretnie poprosił go o spotkanie. Rozmawiali, ale bardzo krótko, ponieważ proboszcz miał pilne obowiązki i bardzo się spieszył.

– Proszę przyjść do spowiedzi, synu. Będę na ciebie czekać. – Powiedział na zakończenie.

Klaudiusz stawił się w kościele o ustalonej godzinie i podszedł do konfesjonału. Zanim uklęknął, rozejrzał się, ile osób jest wewnątrz świątyni.

– Wolałbym, aby było więcej. To by nadało dodatkowy rozgłos sprawie. – Mruknął do siebie pod nosem.

Proboszcz od razu przystąpił do rzeczy. Był człowiekiem łagodnym z natury, tym razem postanowił być bardziej stanowczy. Życzliwy, pozytywny, ale stanowczy.

– Synu! W sercu zgadzam się z tobą, to bardzo ludzka postawa. Wiem, że jesteś kynologiem i sprawa psów leży ci na sercu. Ale robić takie zamieszanie? Ludzi to gorszy. Nie tylko mówić o eutanazji, ale i stawiać psa na równi z człowiekiem!?

– Ależ, księże proboszczu, przecież Święty Franciszek … – Usiłował protestować Klaudiusz.

– Wiem, wiem! Oczywiście, bracia mniejsi. Modlę się do niego każdego dnia podobnie jak i ty. Uwierz w moje dobre intencje! Ale tak nie można postępować. Może to pana Boga nie obraża, choć nie jestem tego pewien, ale ludzi na pewno. Postępujesz bardzo nierozważnie. To nie służy psiej sprawie. Przepraszam, nie służy sprawie opieki nad zwierzętami. – Patrzył na spowiadanego z uwagą. Serce bilo mu żywiej, co go dodatkowo niepokoiło.

Z oczu Klaudiusza biła uczciwość i powaga. Proboszcz zmieszał się. Nabrał pewności, że nie ma co rozmawiać, bo mężczyzna mu nie ustąpi. Słyszał o jego trudnym charakterze od jego żony, Anastazji. Pamiętał, że Klaudiusz uparł się i za żadne skarby nie chciał ustąpić, aby nie nadawać córeczce imienia Nuka, przy wymawianiu którego matka dziecka płakała rzewnymi łzami.

Zapytał Klaudiusza, czy chciałby coś jeszcze dodać lub wyznać jakieś grzechy. Słysząc w odpowiedzi milczenie, postanowił zakończyć przykry sakrament spowiedzi. W duchu pomyślał jeszcze „Błogosławieni ubodzy duchem, albowiem do nich należy królestwo niebieskie” i niepewnie podziękował Bogu. Miał do Niego trochę żalu, że dopuścił do takiej sytuacji. Po chwili refleksji uznał jednak, że byłoby bezsensowne oczekiwać, aby Najwyższy interweniował w tak dziwnej sprawie i to tylko dlatego, że jest ona kłopotliwa dla jakiegoś lokalnego proboszcza. Patrząc na klęczącego Klaudiusza przeszła mu przez głowę myśl, że być może Bóg wie lepiej, gdzie rezyduje prawdziwa wiara i dobroć.

Wracając do zakrystii proboszcz zdecydował, że nie będzie już prosić o boskie wstawiennictwo w sprawie Klaudiusza i psów niezależnie do tego, jak ona się rozwinie. Serce proboszcza jakby uspokoiło się.

Patrz recenzje i opinie – przyciski na górnym pasku menu Powieści i Poezje.