Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 84: Studenckie piekło teatralne

Sefardi usiłował zrozumieć posłanie ostatniego aktu teatralnego. Na sali musiało być więcej osób zaangażowanych przez reżyserkę, gdyż że wszystkich stron padały okrzyki poparcia dla delegata i jego partii. Studenci zadawali też pytania, przekrzykując się nawzajem.

– Coś tu nie gra! – Doszedł do wniosku Mistrz, decydując się na kolejną interwencję. Podniósł ręce do góry, aby zwrócić na siebie uwagę i starał się uspokoić widownię korzystając z mikrofonu.

– Proszę zadawać pytania i wygłaszać komentarze po zakończeniu wykładu i prezentacji. – Jego głośna wypowiedź stłumiła głosy grupy osób zgodnie skandujących: – Niech żyje proletariat! Sefardi bez powodzenia usiłował obrócić okrzyki w żart. Aulę wypełniły oklaski, a atmosfera była tak gęsta, że wydawało się, że brakuje powietrza.

– Otworzyć okna! – Wrzasnął ktoś z końca sali. Kilka osób rzuciło się, aby zrealizować polecenie.

– Co tam okna! – Interweniowała studentka o okrągłych policzkach i wydatnych piersiach. Zaczęła rozpinać białą bluzeczkę wołając: – Co tam okna! Otwórzmy nasze serca!

Hasło okazało się chwytne. – W górę serca! Sursum corda! – Przez wrzawę przebiły się głosy trzech czarno ubranych kleryków z seminarium duchownego, którzy nie wiadomo, kiedy i jak znaleźli się w pierwszych rzędach widowni. Sefardi był pewien, że kilka minut wcześniej ich tam nie było. Ktoś głośno nazwał ich kretynami, oni sami też coś krzyczeli, lecz wszystkie głosy utonęły w ogólnej wrzawie.

Na sali rozpętało się piekło. Ktoś krzyknął: – Zakończyć ten burdel! Propozycja była tak trafna, że Sefardi bezwiednie poparł ją oklaskami. Grono profesorskie na czele z magnificencją siedziało ogłupiałe przypominając wystraszone ptaki przykryte przezroczystym kapeluszem, nie mając najmniejszego pomysłu na przywrócenie porządku.

– Dziękuję za aplauz! Macie państwo wyśmienite poczucie humoru! – Mistrz dosłownie zawył usiłując ukrócić orgię słów i gestów rozgrywającą się na sali. Gotował się z wściekłości, gdyż nade wszystko nie znosił bezhołowia w myślach, słowach i czynach, uważając je za akt buntu przeciw porządkowi Stwórcy. Nic to nie dało.

Przyczynkiem do kolejnej rozróby okazał się transparent. Z niewiadomych przyczyn spadł nagle na podłogę. Podnieśli go dwaj studenci tak szybko, jakby oczekiwali, że spadnie i zaczepili go na nowo na ścianie. Zmarszczki materiału zdumiewająco upodobniły go do wielkiej deski. Wywołało to natychmiastową reakcję na sali.

– Wierny aż do grobowej deski – Słowa te padły z ust studenta o oliwkowej karnacji, przybyłego na studia z Iraku. Z czarną brodą i gniewnymi, mrocznymi oczami wyglądał na fanatyka. W ręku trzymał krótki pistolet maszynowy, nie wiadomo czy prawdziwy, czy atrapę. Sefardi domyślił się po akcesoriach i wyglądzie mężczyzny, że działa na zlecenie reżyserki. Rozjuszony młodzieniec powtórzył okrzyk w kilku językach, po czym oświadczył: „Mówię to z serca. Jestem anarchistą”.

– „Co w sercu, to na języku”. – Błyskawicznie podjęła wątek siedząca obok studentka, jakby czekając na jego słowa.

– Od dawna myślałam, aby się zanarchizować. Pragnęłam tego. – Wygłaszając swoją kwestię wstała, aby każdy mógł ją zobaczyć. – Mam dość cnotliwego, uporządkowanego życia! Wierzę w miłość – Teatralnym gestem ręki zdmuchnęła słowa z ust w kierunku stojącego obok mężczyzny, po czym uczyniła znak serca na piersi.

– Wiara czyni cuda. – Rozległy się okrzyki, wzmagając i tak już powszechny hałas.

Studenci doskonale grali swoje role, ich twarze i oczy płonęły, żarliwie wyrażając uczucia niepokoju, gniewu, strachu czy radości, jakie akurat kojarzyły się z wypowiadanym hasłem. Niektórzy wykonawcy wyglądali jak narkomani; ich powiększone oczy pałały niezwykłym blaskiem. Jeden z uczestników spektaklu miał sztuczne prawe oko, większe, ciemniejsze, bardziej wyraziste. Nazywano go Sztucznookim. Kiedy wstał i przemówił, wszyscy to dostrzegli.

– Pańskie oko konia tuczy. – Krzyknął od drzwi wejściowych niski mężczyzna przypominający woźnego, tęgawy, z sumiastym wąsem. Był kiedyś dżokejem i pasjonował się pejczami, siodłami, strzemionami i podobnymi atrybutami przewagi człowieka nad zwierzęciem. Miał zwyczaj wyrażać to słowami i gestami. W rękach trzymał zdobne skórzane siodło.

– Co on tu robi? – Zdziwił się rektor. – Przecież zwolniliśmy go kilka tygodni temu. Ten człowiek nie potrafi myśleć i mówić o niczym innym niż konie i wyścigi konne.

Słowa byłego dżokeja i publiczny pokaz siodła wyraźnie poruszyły studenta, członka uczelnianego klubu hippicznego. Dżokej prawdopodobnie źle mu się skojarzył albo jego słowa zostały przyjęte jakby skierowane przeciwko Sztucznookiemu. 

– „Sam się osiodłaj, dżokeju!” – Wrzasnął, wstał z krzesła i demonstracyjnie zaczął wierzgać nogami. Przypominał zepsute dziecko, szalejące, aby wyrazić dezaprobatę. Równie dobrze mógłby krzyczeć „gwizdek” albo coś równie absurdalnego.

Sprawy komplikowały się. Zapanowała dzika atmosfera, spektakl przekraczał bariery groteski teatralnej.

– Nie wiadomo, kiedy i jak to się skończy. Nie podoba mi się to. – Sefardi stawał się coraz bardziej niespokojny, przestępował z nogi na nogę, nie wiedział, co zrobić z rękami. – Kto to wyreżyserował, jeśli w ogóle ktoś to zrobił? – Obawiał się, że wydarzenia wymknęły się spod kontroli donii Gabrieli. Na chwilę przestał słuchać i obserwować, co dzieje się na sali. Potrzebował czasu na ochłonięcie i podsumowanie wrażeń. Nic to jednak nie dało. Nieoczekiwane wystąpienia rujnowały mu wykład inauguracyjny. Większość z nich była niezgodna z listą haseł i scenariuszem, który Sefardi szczegółowo uzgodnił z donią Gabrielą. Co do tego nie miał wątpliwości.

– Ta zwariowana baba wprowadziła jakieś nowe zasady! Zupełne kretyństwo. – Był na nią zły, ponieważ to, co się działo na jego oczach niweczyło ustalony plan i porządek. Był zły również dlatego, że nie rozumiał, po co to zrobiła. Tylko jej mógł przypisać winę.

Piekła ciąg dalszy

Zarzucono mi, że mój ostatni opis przedsionka piekła miał się nijak to rzeczywistości. Nie znaczy to, że piekło na ziemi nie istnieje. W tych dniach jest ono z pewnością w Adelajdzie, gdzie mieszka dostatecznie dużo ludzi, aby miało to znaczenie. Co z tego, że w Alice Springs w centrum Australii bywają wyższe temperatury, jeśli trzeba tam biegać po pustyni z dużym szkłem powiększającym lub łuczywem, aby znaleźć człowieka. I to w dodatku pijanego ze szczęścia, że innym też jest źle. Niewielu tam cierpi, bo jest ich niewielu. Wielu natomast pije lub odurza sie zapachem benzyny. To z braku kwiatów. Na bezrybiu i rak ryba.

Kilka dni temu temperatura w Adelajdzie osiągnęła apogeum. Oficjalnie podano, że wyniosła 45 st. C, mój termometr zanotował jednak 46 st. C. Jest chyba bardziej ambitny niż termometry stacji meteorologicznej. Tak czy inaczej był to rekord. Najbliższe dni nie zapowiadają się najgorzej.

Adelaide 7-day Weather Forecast

Summary

Mon
Jan 7

Tue
Jan 8

Wed
Jan 9

Thu
Jan 10

Fri
Jan 11

Sat
Jan 12

Sun
Jan 13

Sunny

Sunny

Mostly sunny

Mostly sunny

Mostly sunny

Mostly sunny

Mostly sunny

Maximum

40°C

31°C

26°C

34°C

35°C

29°C

33°C

Minimum

21°C

19°C

15°C

12°C

20°C

17°C

18°C

Pobyt w cieniu w temperaturze 45 st. C stwarza wrażenia. Po minucie lub dwóch czujesz ciepło na twarzy tak, jakbyś przebywał bezpośrednio na słońcu w upalny dzień. Uczucie gorąca jest wszechobejmujące. Czujesz się jak w dobrze nagrzanym piecu. Od naturalnego ciepła na zewnątrz nie można uciec. Możesz zrzucić siebie wszystko i będziesz nadał odczuwać gorąco. Kiedy jest zimno, możesz założyć na siebie dwa kożuchy i masz sprawę z głowy. Może to tłumaczy rozumienie piekła jako miejsca gdzie jest bardzo gorąco, a nie hurtowni z wiecznym lodem na Syberii, gdzie rekord temperatury osiągnął podobnież minus 80 st. C.

Wracając do rozbierania się, kiedy jest gorąco. Być może ktoś rozbiera się przed tobą lub ty przed kimś. Milsze jest oczywiście rozbieranie się we dwójkę, zawsze to towarzystwo. Tak jak picie w towarzystwie jest milsze niż zalewanie robaka samobójczo przed lustrem. Rozbieranie się i picie niekiedy mogą zresztą iść ze sobą w parze tak jak Kaczyński i Macierewicz na konferencjach prasowych. Przemyśl sobie ten ewenement. Może ci się skojarzy z czymś ambitnym i pozytywnym w Nowym Roku, który powolnymi kroczkami staje się Starym Rokiem. Nowy będzie lepszy niż stary. To pewnik. Znam kogoś na drodze do sławy, kto za rozsądną opłatą udziela gwarancji na tę okoliczność.

Powrócę do psychologii upalnych dni. Jeśli w sytuacji upalnej lub nawet niezbyt takowej, rozbierasz się do naga przed kimś, to znaczy, że jest naprawdę gorąco lub że chcesz temu komuś zaimponować. Czym? To jest złożone pytanie implikujące wiele opcji. Pięknem ciała? Dużym brzuchem? Lub na odwrót, anemicznym, takim, który rozpaczliwie woła o jedzenie? Długimi nogami lub błękitną głębią oczu? Rzeźbionymi mięśniami brzucha, które w Australii nazywają czteropakiem lub sześciopakiem w zależności od intensywności rzeźby i ilości kupowanego piwa. Obietnicą wielkich czynów? Jakich? – mogłaby zapytać ta druga istota i narazić cię na brak przekonywującej odpowiedzi. Wtedy możesz mieć na podorędziu przećwiczone już w samotności łazienki rozwiązanie: Skopię ogródek i posadzę kwiaty. Teraz, zimą? – zadają ci pytanie. Milczysz szukając wyjścia z pokoju, gdy tymczasem pada konstruktywna propozycja. Zgadzam się, ale pod warunkiem, że zrobisz to od razu, bez przebierania się. Jest to moment, kiedy zdajesz sobie sprawę, nagle i głęboko, że ona/on już cię nie kocha.

Przepraszam za odskok od powagi sytuacji klimatycznej do tematów psychologii upałów.

Utrata koncentracji w taki czasie nie jest niczym nadzwyczajnym – podpowiada mi z boku Wiktor. Chce jeszcze zabrać glos, ale tłumaczę mu, że może w najbliższej przyszłości.

Przedsionek do piekła

Wasz rozgrzany korespondent australijski donosi: od dzisiejszej nocy, przez tydzień, przedsionek do piekła znajduje się w Adelajdzie. Przedsionek jest ruchomy jak ruchome święto. Najniższa temperatura nocą wynosiła 28.6 st. C, o godzinie 7.30 rano było to już 34 st. Zamiast mówić sobie „Good morning” ludzie pozdrawiają się „Hot morning”. Oczywiście ci, którzy przeżyli do tej pory.

Mimo nieprzerwanie pracującej klimatyzacji trudno jest spać. Na werandzie jest duszna i bardzo ciepła atmosfera (nad ranem 32 st. C) jak pod przegrzaną kołdrą. Chodzę wzdłuż werandy i wypatruję w ogrodzie mojej ulubionej kotki. Noszę w sobie dwie miłości: ludzką do mojej żony oraz zwierzęcą do Kici. Czasem pomylą mi się te uczucia i wtedy zwierzę wychodzi ze mnie w relacjach rodzinnych. Nie uważam, że Bóg stworzył mnie osobiście na swój wzór i podobieństwo, gdyż wciąż odnajduję w sobie zwierzę zwłaszcza w momentach frustracji.

Kotka umila mi czas wspólnymi spacerami po ogrodzie i wskazaniami, gdzie jest najlepsze, w miarę zielone źdźbło trawy do przegryzienia. Prawdopodobnie jest ono lepsze w smaku niż angielski „Traditional Christmas Cake” z owocami. Mimo to odmawiam jedzenia trawy, lecz w dowód wdzięczności za życzliwość kulinarną usadzam ją wysoko na drzewie Jacaranda, gdzie ćwiczy wpatrywanie się w dal oraz tępi (raczej niż ostrzy) pazury drapaniem po grubym pniu.

Ci, którzy po ćwiczeniach w Adelajdzie trafią w przyszłości do prawdziwego piekła, powitani w dużym przedsionku przez Starszego Diabła, na jego „Welcome to Hell” spokojnie odpowiedzą: „Co tu u was tak chłodno dzisiaj?”. Po takim dictum szeregi diabłów przerzedzą się, ponieważ upadłe anioły też mają serca i cierpią na zawały. Jest to wiadomość, którą proszę przekazać Antoniemu Macierewiczowi, najwybitniejszemu specjaliście do spraw piekielnych w Polsce.

Tyle dla wprawy pisarskiej i rozrywki dla czytelnika.

Z piekielnym pozdrowieniem,

Michael Tequila

PS. Prognoza maksymalnej temperatury dzisiaj w Adelajdzie to 44 st. C.