Komiks literacki. Dzień Paranoi. Odcinek 17.

Wczoraj z samego rana ogłoszono publicznie w prasie, radiu i telewizji, w Internecie oraz w miejscach publicznych (przez megafony), że ustanowione zostało Święto Paranoi. Kto to ogłosił, nie wiadomo. Rzecz się wzięła stąd, że organizatorzy protestów przeciwko komandorowi Jaroszce i jego załodze w końcu zrozumieli, że nie mając własnego zdania dawali się bezwstydnie manipulować. To dlatego protestowały Czarne Parasolki, Białe Fartuchy Szpitalne, Kolorowi Belfrowie oraz jednostki bezwstydnie choć już tylko historycznie związane ze żłobem. Prawdopodobnie był to cud, że osoby dotychczas przeciwne Komandorowi zdecydowały się go popierać.

Widok tłumów na ulicach w Dniu Paranoi był niezwykły. Zamiast dwóch kolumn marszowych posuwających się w przeciwnych kierunkach, szła tylko jedna, prosto w słońce, z transparentami, plakatami, obrazami świętych tureckich oraz okrzykami poparcia dla Wodza Narodu. W miejsce sztandarów protestu wielkości płachty na byka na ulicach kwitły sztandary poparcia wielkości boiska sportowego.

Pochód był logicznie uporządkowany. Najpierw szły osoby pozytywne, choć lekko wątpiące, z hasłami „Może Komandor ma jednak rację?”, następne ludzie z transparentami pewności „Komandor ma rację!”. Za nimi szły transparenty „Komandor na pewno ma rację!”, na samym zaś końcu widać było jak na dłoni już tylko napisy „Komandor zawsze i absolutnie ma rację!”. Niosący je demonstranci mieli kwadratowe głowy, te najbardziej pojemne, w które można upchać najwięcej wiary i pewności. Na samym końcu kolumny maszerowali demonstranci z plakietkami „Alleluja”, „Sursum Corda” oraz transparentem „Niech żyje Święty Nepotyzm błogosławiący nominowanych na wysokie stanowiska”.

Komentarze życzliwości, zrozumienia i poparcia dla Komandora były tak liczne, że nie dało się wszystkich wydrukować w kraju. Część sprowadzono z Chin, gdzie tradycja poparcia dla Naczelnego Wodza zwanego tam Słońcem Narodu jest najsilniejsza.

Cała przyroda doceniła Święto Paranoi; ptaki szalejąc ze szczęścia latały do góry nogami, śnięte ryby ożywały i nurkowały w głębiny, a dotychczasowi przeciwnicy Komandora i jego załogi przecierali oczy ze zdumienia, że tak długo dawali się oszukiwać. Kilku bardziej krewkich chciało nawet dać po pysku manipulatorom, lecz ręce im opadły, kiedy zobaczyli, że ci też płaczą ze szczęścia, z oczami szeroko otwartymi na prawdę Wodza Narodu.

Paradę Paranoi odbierał osobiście Komandor Jaroszka, otoczony załogą, z okazji nadzwyczajnego święta zwanego „Świtą”. Ci najgłośniej płakali z radości, że okręt jak jeden mąż zjednoczył się w słusznej sprawie. Jedynie Komandor miał suche oczy, ponieważ nie wierzył temu, co mu one mówiły. Komandor po prostu nie wierzy w manipulację. 

Komiks polityczny. Święto 365 Dni. Odcinek 6.

Święto „365 Dni” zwane „ Rocznicą” przypadło na pochmurny i deszczowy dzień. Rok minął od chwili, kiedy kapitan Jaroszka otrzymał insygnia władzy od narodu natchnionego obietnicami radości, szczęścia i wszelkiej pomyślności, oraz spełnienia najskrytszych marzeń. Wraz z insygniami otrzymał tytuły Wodza, Wielkiego Stratega, Reformatora i Zbawcy Narodu. Oponenci kapitana dorzucili swoje trzy grosze, krytykując go i jego współpracowników, zwłaszcza tych, których wyciągnął z szafy, odkurzył i dał im wysokie uprawnienia w kierowaniu statkiem.

Myślał o nich, przede wszystkim o ich wierności. Bea, pierwsza po kapitanie i druga po Bogu, I oficer Brzuchal, znawca dwóch obcych kontynentów i jednego języka, I oficer Sęp, Zbrojmistrz i Ogniomistrz w jednej osobie, Nijaki, spóźniony chrześniak, wdzięczny i posłuszny. Do tego grona doszedł później Skarbnik, skromny, twarzowy zastępca kapitana, nawigator ogromnego majątku, ekonomicznej fortuny statku. – Oby się ziściła. – Zamarzył kapitan.

Z powagą potwierdził w duchu insygnia i tytuły, dziękując tym, którzy doprowadzili go władzy, masom narodu popierającym jego i jego statek, oficerom i załodze, a także klakierom, propagandzistom, aktywistom oraz szarym obywatelom przewożonym autokarami, miłośnikom gorącej kiełbasy z pachnącą cebulką schludnie ułożoną na ciepłej bułeczce. Wszystko to postanowił wyrazić w przemówieniu, zaplanowanym na wielki dzień rocznicowy i przez wszystkich oczekiwanym. Oblizał wargi na myśl o czekającej go przyjemności głoszenia niezaprzeczalnych prawd.

Poprzedniej nocy śniła mu się Paranoja, niezbyt duża, usiłował ją oswoić, przychodziło mu to z trudem. Kiedy była tuż, tuż i prawie jadła mu z ręki, nagle wyrywała się na wolność i znowu go nawiedzała, kiedy miał powiedzieć coś ważnego, zmieniała sens słów, z prawdy czyniła kłamstwo, z kłamstwa prawdę, pod jej wpływem nie był nawet pewien, co jest co, pojęcia mu się zacierały, miłość ojczyny myliła z nienawiścią do ludzi, rozpacz przeszłości z nadzieją przyszłości, dzielił ludzi i rzeczy po połowie, jakby dla równowagi. W nocy Paranoja przypomniała mu kolejny raz, że jego powinnością jest odrąbać głowę hydrze przeszłości dręczącej jego naród, radząc sobie z trudnym zadaniem jak Herkules, który jednym mądrym pociągnięciem oczyścił stajnie Augiasza zaświnione aż po sufit.

– Mój ukochany naród! – Westchnął kapitan z dumą i przytulił go do serca. Nie zamierzał oddać go nikomu, ani dzielić się nim, bo był jego własnością, sam go wybrał i miał prawo go kształtować na wzór i podobieństwo swoje, niezależnie od tego, co o nim, Wodzu Narodu, szeptali, mówili, pisali i krzyczeli, a nawet malowali, jego krytycy i oponenci, ludzie zagubieni w nierzeczywistości.