Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz 7: Sen okupacyjny

Dowódca straży parlamentarnej przeżywał najgorsze dni swojego życia. Kiedy społeczeństwo Nomadii przygotowywało się już do letniej kanikuły i zapanowało powszechne rozleniwienie, nastąpiło wydarzenie, które wstrząsnęło opinią publiczną, a jego dotknęło osobiście i to bardzo boleśnie, ponieważ częściowo obarczał siebie winą. Tragiczne wydarzenie przyćmiło wszystkie inne, włącznie z gorącą debatą o inżynierii genetycznej, zmianami klimatu, rozpowszechnianiem broni nuklearnej i masowymi migracjami ludzi zagrażającymi czystości rasowej i wierze w jednego Boga. Myśląc o tym dowódca straży popadł w odrętwienie, które przeszło w dręczący sen.

Nad ranem, około godziny piątej trzydzieści, kiedy straż parlamentarna była jeszcze rozespana, na portierni pojawiły się dwie sprzątaczki. Strażnicy przepuścili je na podstawie przepustek, jakie okazały. Na korytarzu głównym, na pierwszym piętrze, rzekome sprzątaczki otworzyły okno, przez które niegdyś, jeszcze w czasach historycznych wciągano meble, i wyrzuciły na zewnątrz liny. Na dole czekał już oddział komandosów-kobiet; na teren parlamentu dostały się one podkopem. Oddział sprawnie opanował cały korytarz i zabarykadował się. Komandoski były uzbrojone w pistolety wojskowe, pałki, paralizatory i podobną broń podręczną. Po zabarykadowaniu się starannie ją ukryli, ale tak, by mieć ją pod ręką.

Odtwarzając nagrania z kamer przemysłowych strażnicy zauważyli, że komandoski miały ze sobą zakładników, osoby niepełnosprawne na wózkach inwalidzkich. Na niektórych siedziały same porywaczki pozorując inwalidztwo. Robiły to tak udanie, że kiedy poprosiły o rozmowę z przedstawicielem rządu, nikt jeszcze niczego nie podejrzewał. Twierdziły, że chcą tylko porozmawiać, że ich intencje są pozytywne, że pragną zwrócić uwagę na pewne negatywne zjawiska społeczne nie precyzując jakie. W końcu postawiły jasne żądanie: okup w postaci wysokich świadczeń dla niepełnosprawnych osób w zamian za ich zwolnienie.

Do rozmów przystąpiła grupa rządowa na czele z ministrem opieki społecznej, kobietą znaną z dobroci i kierowania organizacjami dobroczynnymi. Rozmawiano wiele godzin, na początku w tonie wskazującym na możliwość porozumienia. W końcu napastnicy wręczyli minister obszarpaną kartkę ze spisanymi odręcznie żądaniami. Minister obiecała zapoznanie się z nimi i ich uczciwe rozpatrzenie.

Była poruszona bezwzględnością oczekiwań i gróźb porywaczy. Kiedy w ciszy swojego gabinetu zdobnego obrazami największych patriotów kraju premier Cudny zapoznał się z żądaniami, też uznał, że są one ekstremalnie wysokie, po prostu niemożliwe do spełnienia.

Tajne służby państwowe sprawdziły w międzyczasie, kogo reprezentują zakładnicy i wtedy wybuchła bomba. Okazało się bowiem, że były to osoby zrzeszone w tajnej organizacji mafijnej, wymuszającej podstępem daniny od państwa.

Rozpoczęły się żmudne negocjacje rząd – porywacze. Ich przebieg był transmitowany na cały kraj. W pełnym zakresie robiły to państwowe stacje telewizyjne, pokazując obiektywnie i wyczerpująco przebieg rozmów, przedstawiając życiorysy porywaczy i zakładników, ich wcześniejsze dokonania, całą historię wymuszeń. Stacje telewizyjne podające się za rzekomo neutralne, takie jak TV Obiektywna, przedstawiały wypaczony obraz negocjacji, zgodny z poglądami opozycji i obywateli niechętnych rządowi, usiłując zdyskredytować jego i jego działania.

Ustępując przed przemocą, której zakończenie siłowe mogłoby przynieść fatalne skutki dla zakładników, parlamentu i całego kraju, rząd złożył szczodrą propozycję poprawy sytuacji osób niepełnosprawnych, zdając sobie sprawę, że są to osoby majętne i że ich żądania mogą być spełnione tylko kosztem całego społeczeństwa.

Minister finansów kolejny raz przeanalizował gruntownie cały budżet, wpływy i wydatki, i okazało się, że sytuacja jest beznadziejna: nie da się już bardziej okroić wydatków, zwłaszcza budowy w parkach ławek dla zmęczonych żołnierzy, gdyż zmniejszyłoby to drastycznie zdolność bojową armii, ani też ograniczyć zasiłków na dzieci dla rodziców o wysokich dochodach, ponieważ doprowadzi to do drastycznego ograniczenia kumulacji kapitału oraz spadku inwestycji niezbędnych dla rozwoju kraju.

Negocjacje trwały już kilka tygodni, kryzys nasilał się. W międzyczasie okupanci parlamentu jak i rzekomi niepełnosprawni stali się agresywni, utrudniali życie służbom porządkowym, szarpali ich bez przyczyny, żądali posiłków z najdroższych restauracji i cały czas trzymali w szachu groźbą użycia środków wybuchowych ukrytych pod wózkami inwalidzkimi. Dla dowódcy straży były to przeżycia tak koszmarne, że szczypał się bezwiednie po udach, aby upewnić się, czy czasem nie śni. Tym, którzy mu nie wierzyli, pokazywał potem sine ślady na ciele.

Rząd zachęcany przez większość społeczeństwa do zachowania twardej pozycji, w pewnym momencie przerwał negocjacje. Nic to jednak nie dało, tylko rozjuszyło rebeliantów i zaostrzyło ich wymagania.

Mimo ich żądań, w rozmowach nie mógł uczestniczyć Mesjasz, szef i właściciel Partii Konserwatywnej. Napad na parlament wywołał w nim taki szok, że stracił on władzę najpierw w jednej ręce, potem w drugiej, w końcu doznał paraliżu dolnej część twarzy w stopniu uniemożliwiającym mówienie. Właściwie to mógł mówić, tylko boleśnie cierpiał w trakcie poruszania ustami.

Mimo bólu zdecydował się spotkać z porywaczami, aby ostatecznie rozwiązać kryzysową sytuację, choć odradzał mu tego szczerze najbliższy krąg współpracowników oraz lekarze, w szczególności opiekujący się nim profesor medycyny wojskowej w randze generała, który osobiście dostarczał mu nowoczesne protezy rąk do domu.

Wskutek rozterki stan zdrowia Mesjasza tak się pogorszył, że zabrano go po raz drugi do szpitala, gdzie udało się go uratować sprowadzając najlepszych fachowców z zagranicy. W trakcie pobytu w separatce był on starannie strzeżony przez grupę antyterrorystyczną, obawiano się bowiem, że oddział okupujący parlament może być częścią większej organizacji przestępczej, która nie cofnie się przed niczym, aby wymusić okup na rządzie.

Kiedy Mesjasz wychodził ze szpitala, szczęśliwie już o własnych siłach, bardzo blady i wycieńczony, witały go delegacje ze wszystkich stron kraju. Ilość kwiatów, jakimi go obdarowano, była tak wielka, że uniemożliwiła wyjazd samochodu opancerzonego, którym miano go przewieźć do specjalnego bunkra, skąd mógł bezpiecznie kierować partią, udzielać wskazówek premierowi i konsultować się ze społeczeństwem.

Kiedy dowódca straży parlamentarnej ocknął się wreszcie z koszmarnego snu stwierdził z żalem, że sytuacja nie uległa poprawie. Nikt nie przewidywał szybkiego zakończenia okupacji parlamentu. Napastnicy byli jeszcze bardziej zdeterminowani uzyskać wysoki okup mimo tysięcy kartek otrzymanych od zwykłych ludzi, którzy błagali ich, aby ustąpili i nie szantażowali rządu i obywateli, którym przyjdzie złożyć się na okup wobec zapaści budżetowej.

 

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz 3: Zebranie motywacyjne

Zebranie motywacyjne partii rządzącej odbyło się wieczorem przy zasłoniętych oknach, w miejscowości, której nazwy nie podano do wiadomości, może nawet nie była ona oznaczona na mapie, z uwagi na bezpieczeństwo zebranych. Prowadził je Przeżytek, stary jak świat aktywista partyjny, ważniak z kręgu gwardii przybocznej Mesjasza, szefa i właściciela partii.

Xenon dobrze wszystko utrwalił w swej pamięci wspomaganej chipem bio zainstalowanym w mózgu dla ułatwienia zapamiętywania, przechowywania i przypominania sobie informacji. Od pewnego czasu obserwował Przeżytka, od zakończenia konspiracyjnej walki o władzę zwanego także Towarzyszem. Był to niemłody już osobnik, specjalista „od wszystkiego”, utalentowany, o twarzy porysowanej zmarszczkami głębokich doświadczeń więziennych. Złośliwcy, on sam także w zaufanym gronie, mówili, że potrafi służyć dowolnemu panu, byle tylko dał mu trochę władzy i sypnął groszem, bez którego nawet asceta nie jest w stanie przetrwać godnie jednego dnia.

Z dokumentów Przeżytka wynikało, że pracował kiedyś w administracji państwowego cyrku. On sam nie przyznawał się do tego, twierdził, że była to praca przypadkowa, że tylko pomagał trzymać konie na uwięzi, że to inni okładali je batem, i że on tylko obserwował niedźwiedzia, jak inni uczyli go tańczyć boogie woogie na gorącej blasze. Upierał się też, że to nie on podgrzewał mu podłogę, a jedynie podkręcał kurek gazu, i to tylko wtedy, kiedy go o to proszono.

Z czasów pracy w cyrku, prawdziwej czy domniemanej, Przeżytek wyniósł umiejętność wykonywania sztuczki: potrafił napluć na dłoń tak, aby jego proste słowa wypowiedziane moment później urosły w wielkie kłamstwo. W domu podobno miał piec, w którym palił reszki godności – tak mówiła o nim opozycja, też nie zawsze tak święta, jak chciała być widziana.

– Nie dziw, że z takimi umiejętnościami Duży Pikuś uważa go za klejnot partyjny. Przecież on każdej prawdzie kark skręci – twierdzili przedstawiciele Opozycji, zwanej w skrócie Opo.

Na spotkanie motywacyjne, niektórzy nazywali je wspominkowym, przybyli dosyć tłumnie wyborcy partii, jej namiętni miłośnicy oraz szczere przydupasy, dla który ważne było dać się sfotografować z kimś z zarządu partii i przekazać życzenia jej szefowi i właścicielowi, Mesjaszowi, którego złoty wizerunek nosili na piersiach na wysokości serca.

Sala była uroczyście, choć nie wykwintnie, udekorowana. Na głównej ścianie wisiał obraz przedstawiający Mesjasza z ręką na sercu i promienną twarzą, stojącego na rydwanie symbolizującym partię, siłę przewodnią narodu. Mesjasz, wyprostowany jak struna, patrzył za siebie, w siną dal. Rydwan na obrazie pędził – zgodnie ze strategią wodza – w kierunku odwrotnym do rydwanów konkurencyjnych partii. Nie było to malarstwo najwyższego lotu, ale zupełnie udane; ważne było, że jego twórca, mający na koncie osiągnięć artystycznych także znaczące zasługi dla partii, został uhonorowany.

Zza obrazu dochodziła niezbyt głośna muzyka, na tle której chór męsko-damski wykonywał patriotyczne i rewolucyjne pieśni „Nie rzucim”, „Wyklęty powstań”, „My z upodlonych”, „Złodzieje partyjni” i „Przykuty do żłobu”. Mimo jednego czy dwóch drażniących tytułów miały one swój wydźwięk wspominkowo-propagandowy. Ostatecznie liczyła się skuteczność.

Przywódca partii wyglądał tak realistycznie, że starsza kobieta, do której członkowie partii zwracali się z wielkim szacunkiem, chciała podejść i go uścisnąć a może nawet pocałować w przekonaniu, że jest to autentyczny i żywy człowiek, którego znała i podziwiała. Na szczęście w porę odwiedziono ją od tego zamiaru.  

Zebranie odbywało się według ustalonego rytuału. Najpierw było zagajenie. Wykonał je Przeżytek stwierdzając, że kraj od czasu nowej władzy płynie już mlekiem i miodem, i to wyłącznie dzięki ogromnemu poświęceniu i wkładowi pracy Mesjasza, którego nazwał autentycznym Wizjonerem. Wywołało to na sali wybuch ogromnego entuzjazmu, w górę poleciały czapki, wzniosły się flagi i wzbiły okrzyki „Niech żyje”!

Po okrzykach nastąpiły sążniste oklaski. Klakierzy stali z boku, tak, aby nie rzucać się w oczy, byli doskonale zorganizowani, chłop w chłopa, rumiane wiejskie i małomiasteczkowe twarze, ręce jak młoty. Kiedy walili w dłonie, ziemia się trzęsła, a popularność wodza i partii przez najbliższe dni rosła jak na drożdżach. Pokazywały to słupki, które zarząd partii studiował z ogromną uwagą.

Atmosfery zebrania o mało co nie zepsuł mężczyzna, prawdopodobnie niezrzeszony, albo i zrzeszony, ale mało świadomy, że do dobrego tonu nie należy zadawanie przewodniczącemu pytań co do jakości mleka i miodu płynących strumieniem obfitości, gdyż nawet podrostki w szkole wiedziały, że są najwyższego lotu. Nie dziw, że jego pytanie spotkało się z potępieniem w formie twierdzącej, pytającej i rozkazującej: „Zamknij pysk, bo dostaniesz w mordę”, „Koń by się uśmiał z takiego pytania”, „Po co taki się urodził?” i podobne. Kilka osób rzuciło się na intruza i zaczęło go szarpać, ochroniarz usiłował wyrwać mu rękę z barku, ktoś inny starał się dać mu zdrowego kopa. Zwracano się do niego bezpośrednio, przez „ty”, wieloma imionami, niektóre brzmiały raczej brutalnie. Ze wszystkich stron padały pytania: „Co tutaj robisz, pedale?”, „Po co się tak szarpiesz, gnojku?” oraz „Czemu jesteś taki nerwowy?”. Salę opanował amok nienawiści, w którym określenia typu „ty byku” szumiały łagodnie jak bryza znad wysp pacyficznych, gdzie małpy spokojnie grają sobie w kręgle na plecionej platformie zawieszonej u szczytu palmy kokosowej.

Kolejnym rytuałem, niewątpliwie najważniejszym, było przekazywanie podziękowań i życzeń. Najpierw wystąpiła kobieta wyrażając wdzięczność przywódcy partii za czujność i za to, że do kraju nie trafił żaden ciapaty. Po niej wystąpił mężczyzna w średnim wieku. Pierwszy raz w życiu składał życzenia komuś tak wysoko postawionemu, było widać, jak bardzo to przeżywał. Adresata swojego wzruszenia nazywał Wielebnym oraz Czcigodnym. Najpierw zakrztusił się ze wzruszenia, myśląc o tym, że on, prosty człowiek, albo i nie, bo nie mógł być przecież prostakiem ktoś, kto miał warsztat albo małe przedsiębiorstwo, albo sto hektarów pod zasiewami, dostąpił zaszczytu składania życzeń przywódcy partii rządzącej całym krajem. Przerastało to jego lokalną, wiejską wyobraźnię. Potem poszło mu już całkiem zgrabnie.  

– Pragnę serdecznie, najserdeczniej, pozdrowić czcigodnego pana prezesa. Proszę mu powiedzieć, że my go tutaj, wszyscy jak jeden mąż i jedna żona, szanujemy i oby Bóg dał mu zdrowie od końca do końca. Pan prezes jest geniuszem. Jestem mu dozgonnie wdzięczny, że nas uwolnił od tych popaprańców, łajdaków, sukinsynów, złodziei…W momencie, kiedy skończyła mu się pamięć, wyjął kartkę z kieszeni i wymieniał dalej: … szabrowników, pedałów i chamów. Zebrani słuchali go z uwagą, rozumiejąc, że złożonej rzeczywistości nie da się opisać kilku prostymi słowami jak kółko, kwadrat czy nawet trapez.

Xenon bardziej wyczuł niż dostrzegł, że uczestnicy zebrania w swoim myśleniu i mowie kierowali się wyłącznie uczuciami; nie było w nich nic innego jak tylko nienawiść do ludzi wskazanych przez partię jako źródło niewyobrażalnych niegodziwości, którzy skradli i przejedli co najmniej połowę majątku narodowego.

Kronika narodu wybranego Odc. 8: Premier wygłasza przemówienie o wypędzonych

Gaius Marius na wygnaniu

W pięćdziesiątą rocznicę wypędzenia premier Cudny wygłosił przemówienie na uczelni wyższej.

– Nie takiej znowu wyższej, skoro zdołał się tam dostać – drwiła opozycja, jak zwykle niechętna rządowi i wszystkiemu, co go otacza.

Premier mówił z pamięci, ale czytał z kartki. Robił to dyskretnie, z dystynkcją, z której był znany. Wszyscy cenili go także za powab osobisty i mówienie językami, bo spośród członków rządu tylko on robił to udanie i z wdziękiem. Premierowi chodziło w tym wypadku jednak o dokładność, a nie o wywarcie wrażenia.

– Z wypędzonymi to było tak, że ich wypędzono, ale to nie byliśmy my, tylko obce mocarstwo, które u nas rządziło i opętało umysły ówczesnej władzy, która nie była nasza, choć mówiła naszym językiem. Naszego państwa, ukochanej Nomadii, jeszcze nie było. I tę prawdę trzeba odnaleźć. 

– A kiedy i gdzie pan się urodził, panie premierze? – Zadał pytanie dziennikarz, na którego wszyscy sykali z niezadowoleniem, bo taką datę to zna każdy porządny obywatel. – Przecież pan się urodził w roku wypędzenia. Czy to znaczy, że pan nie urodził się w Nomadii, tylko za granicą?

Premier zamyślił się głęboko, aby przypomnieć sobie szczegóły, co nie przyszło mu łatwo, bo soczewki okularów zaszły mu mgłą wzruszenia i słabiej widział rzeczywistość.

Świadkowie wypędzenia mieli inne wyobrażenia, jak to było, ale i tak to nic nie zmieniło, bo nazwa „świadek” źle się kojarzyła z religią, w której wyznawcy zapominają leczyć swoje dzieci, kiedy w grę wchodzi transfuzja krwi. Sprawa ta miała trochę wspólnego z wypędzonymi, bo oni też byli odmiennej religii, co nie wszystkim się podobało.

Po namyśle Premier powiedział:

– Pytanie jest dobre, nie powiem, nawet o tym kiedyś myślałem, ale umknęło mi to z pamięci. Jak państwo wiecie, jestem patriotą i zawsze chciałbym, aby wszyscy rodzili się w naszym kraju, co nie zawsze jest możliwe.

Po tym wyjaśnieniu premier jeszcze raz się zamyślił i wyjaśnił:

– Co do roku i miejsca mojego urodzenia, to nie mogę się wypowiedzieć. Byłem wtedy za mały, aby to pamiętać. Mogę państwu powiedzieć, jaki był kolor moich pieluch, ale nic więcej nie pamiętam. Potem to już zajmowałem się sprawami poważniejszymi i karierą zawodową, która udała mi się nadzwyczajnie dzięki przewodnictwu naszego ukochanego Męża Czcigodnego.

W dowód uznania dla premiera za słowa serdecznej podzięki i szacunku dla starszych zebrani wstali i wyrazili swój szacunek minutą milczenia. Wcześniej wyszedł z sali naukowiec też starszej daty, który dobrze pamiętał wypędzenie i wypędzonych. Tłumaczył się dolegliwościami wewnętrznymi.

– Kiedy wzrusza mnie przemówienie, zawsze boli mnie brzuch. To jakieś uczulenie. Cholernie tego nie lubię – wyjaśnił z żalem.

Michael Tequila, powieść, poezje, opowiadania, Księgarnia Merlin:https://tinyurl.com/y7cza5nc

Kronika narodu wybranego. Odc. 6: Nadzwyczajna rola tasaka

  Tasak Parang.

W parlamencie nastał sądny dzień. Premiera Cudnego oskarżono o niewyobrażalne czyny i skłonności; jeśli nie sadystyczne, to co najmniej rzeźnickie. Przeczuwał to, gdyż idąc na salę obrad, zaplątał się we własne nogi i mało nie upadł. Uratowała go tylko świadomość, że służy słusznej sprawie i głosi prawdę z wysokości tych właśnie nóg.  

– Nie taki on cudny, skoro tasakiem posiekał ogromny majątek na drobne kawałeczki jak zwykłego kurczaka i rozdzielił je między rodzinę i biednych ludzi – krzyczała opozycja.

Dla rozjaśnienia sprawy zaczęto liczyć obdarowanych: krewnych, kuzynów, pociotków oraz wszystkich uszczęśliwionych biedaków. Okazało się, że premier jest bogatszy w rodzinę i ubogich znajomych niż w pieniądze, gdyż niewiele zostało mu z podziału. Ta przejściowa konkluzja zdezorientowała audytorium. Niektórzy posłowie wręcz pogubili się i wyciągali smartfony, aby się odnaleźć korzystając z GPS.

Premier bronił się stosując różne taktyki. A to milczał, a to odwracał się plecami do pytających; w końcu zwrócił się frontem do kolegów i koleżanek tej samej orientacji majątkowej, którzy dla dodania mu otuchy trzymali nad głowami wielki portret Czcigodnego Męża .

Nie wszyscy posłowie ocenili premiera negatywnie. Byli i tacy, co dostrzegli jego nadzwyczajne umiejętności żonglerskie, użyteczne w polityce, zwłaszcza międzynarodowej, kiedy ma się do czynienia z ludźmi innej kultury i obyczajów, chętnie oglądających sztuczki, jakich jeszcze nie widzieli.

Oprócz zarzutów, było także dużo pytań. Pytano przede wszystkim, czego premier się wstydzi i czy jest wstydem zarabianie dużych pieniędzy. Było to niepotrzebne, bo i tak wszyscy znali odpowiedzi.

Koledzy i koleżanki premiera wspierali go przysłowiami: „dobrym pomysłem i zręczną pracą nawet bogacze się bogacą”, „bogatemu to i byk się ocieli”, „pieczone gołąbki nie lecą same do gąbki”, „bez pracy nie ma kołaczy” oraz „nie wstyd jest zarobić godziwe pieniądze, nawet całą górę”.

Po ostatnim porzekadle padło rzeczowe pytanie: – Komu szkodzą góry pieniędzy, zwłaszcza zimą, kiedy tysiące ludzi jeździ na nartach, kiedy nawet sama głowa państwa lubi sobie szusnąć w dół w kolorowym czerwonozłotym kasku? Było to pytanie merytoryczne, bo nikt nie usiłował nawet na nie odpowiedzieć.  .

Skąpany w deszczu okrzyków premier nie załamał się, wręcz przeciwnie, dał pokaz przytomności umysłu: pochylił się, wyciągnął składany parasol i rozpiął go, aby przeczekać burzę. Tak go potem pokazywano w telewizji, twardego jak skała, opanowanego, z dumnie podniesionymi okularami ze szczerego złota, czekającego na uspokojenie umysłów wzburzonych siekaniem dużych pieniędzy na kawałki jak kurczaka.

Michael Tequila, powieść, poezje, opowiadania, Księgarnia Merlin:https://tinyurl.com/y7cza5nc

Nowa gra, przemówienia, życzenia świąteczne i inne ciekawostki

Trwa przesilenie zimowe. Od jutra dni się wydłużają, ciemności ustępują i nadciąga superksiężyc. Tyle mówi proroctwo.

Gra, która się toczy wokoło, jest super, ponieważ jej reguły dają się zmieniać przez Rozgrywającego. Jego celem jest zdobyć władzę, jak najwięcej władzy i to w taki sposób, aby jego zwolennicy i adoratorzy dali się ująć uczuciom nieskończonej godności i szczęścia.

W telewizji przedstawiciele Rozgrywającego najpierw witali telewidzów, nazywali ich Drogimi, Szanownymi lub Szanownym Państwem, a potem kubłami argumentów wyjaśniali, że Wielki Brat Ruro grubo się myli, ponieważ jest super, rewelacyjnie, dużo dużo lepiej niż poprzednio, a będzie jeszcze lepiej. Mówili też: weryfikujemy i zamieniamy ludzi podłych, tych z przeszłości, na nowych ludzi, szlachetniejszych, których sami wybieramy zwracając uwagę na nieposzlakowany charakter i uczciwy wyraz twarzy.

W dzień Rozgrywający uczestniczy w pochodach, demonstracjach i w świątyniach, pokazując, jak jest poważny, jak ubrany w garnitury klęka, modli się i patrzy w kierunku ambony, znowu się modli i znowu klęka.

W ciągu dnia napłynęły dalsze życzenia. Życzono:

– Funkcjonariuszom i zwolennikom Rozgrywającego – pięknych pomników na każdym rogu ulicy i nazw upamiętniających właściwych bohaterów i świętych;

– Ministrowi M – worka teorii spiskowych pod choinką, kolorowych snów o odzyskaniu wraku, dziesiątek generałów do dymisji oraz nowego puszystego Misia-Aptekarza;

– Ojcu R – jeszcze gorętszych wód geotermalnych, bajecznych samochodów, kolejnych dotacji na walkę ze złem oraz wszelkich innych łask pieniężnych;

– Hierarchii – łaski zrozumienia, że Bóg nie mieszka w Toruniu ani na ulicy Nowogrodzkiej tylko w niebie i jest nieskończonej dobroci, ale niekoniecznie cierpliwości.

Historia głowy, która nie wiedziała, czy się wybić

Chodzi o głowę nie byle jaką, pierwszą z brzegu, ale wysoko sytuowaną, głowę państwa średniej wielkości, targanego drgawkami niepewności, co to będzie.

Siedząc na tronie w swoim pałacu głowa słyszała dwa głosy. Jeden dochodził zza okna, wielkiego jak szafa gdańska, były to głosy skandujące: Wybij się! Wybij się! Zagłosuj 3 x Nie. Drugi głos był równie mocny, a może nawet i mocniejszy i dochodził z telefonu komórkowego. Nie wybijaj się! Nie wybijaj się! Głosuj 3 x Tak. Raz lub dwa razy ten głos nawet krzyczał. Głowa wahała się między pragnieniem wybicia się a obowiązkiem niewybijania się, który jej zaszczepiono, kiedy była jeszcze mała i umocniono, kiedy doszła do wysokości.

Ktoś zapytał dworzanina z pałacu, czy głowa widziała głosy za oknem. Okazało się, że nie, bo okno było z drugiej strony pałacu.

– To dlaczego głowa nie przejdzie na drugą stronę pałacu? Widok jest bardzo fajny, bo głosy machają światełkami, bardzo atrakcyjnymi i są ich tysiące.

– Głowa nie może chodzić, prawdopodobnie boli ją brzuch. – Odpowiedział dworzanin, niezwykle sprawny w wyjaśnianiu spraw zdrowotnych i innych. – Chcieliśmy głowę przenieść w lektyce, ale lektyka jest w naprawie. To wspaniała lektyka, wygodna – wyjaśnił i uśmiechnął się uroczo spod rzadkiej brody.

W sprawie były tzw. elementy krytyczne: potężniejące krzyki za oknem, uparta perswazja w telefonie oraz coś trudnego do określenia, wewnętrznego, szarpanego wątpliwościami dotyczącymi upadku popularności, reakcji zagranicy, strachu przed nieznanym, może jeszcze czymś innym. Chodziło prawodopodbnie o sumienie.

Wszystkie głosy czekały na decyzję głowy, czy zechce się wybić się czy nie, ale ona nie wiedziała, co zrobić, poszła więc spać. Czy miała sny i jakie, nie wiadomo, bo jeszcze się nie obudziła.

Generałowie. Nowa, szybka gra w klocki.

Cesarstwo Ka, żywe niczym królik, któremu objawiła się soczysta koniczyna na jałowej pustyni, edukuje się i modernizuje na potęgę. Służy temu gra w klocki „Generałowie”, polegająca na szybkiej wymianie starych Klocków-Generałów na nowe, tak, aby nie zauważyli tego inni grający. W grze prowadzi zdecydowanie Minister Pokoju i Wojny Ma, mistrz gier militarnych i strategicznych, najlepszy gracz w cesarstwie, może nawet i na świecie.

Cesarskie gry militarne nadzoruje Szambelan, najwyższy urzędnik, może nawet 2,5 m wysokości, tak jest wysoki. Zapytany o wyniki gry, odpowiedział uspokajająco ustami swojego Ministra Pełnomocnego:

– Jestem w ciągłym, bezpośrednim kontakcie z Ministrem Ma, spotykamy się, rozmawiamy, konsultujemy. Wymiana poglądów jest bardzo obiecująca i w pełni satysfakcjonująca. Jestem niezwykle zadowolony.

Następnego dnia, Szambelan nieoczekiwanie oświadczył, że jest niezadowolony.

– Jeździłem wczoraj na wrotkach i zwyczajni obywatele informowali mnie, że stare Klocki Generałowie są wciąż bardzo dobre i wymiana jest niepotrzebna i niebezpieczna. – Czy Wasza Wysokość Szambelan mógłby dać prztyczka Ministrowi Ma, temu wymieniaczowi? On nigdy nie był w wojsku, raz tylko widział haubicę na wystawie sprzętu wojskowego i nawet nie jeździ na wrotkach. Tak mi powiedziano. – Wyjaśnił Szambelan i aby uspokoić siebie i innych oświadczył: – Napiszę do niego list i wszystko wyjaśnię.

Wkrótce Minister Pełnomocny oświadczył z łagodnym uśmiechem:

– Wymiana korespondencji Szambelana z Ministrem Ma jest bardzo obiecująca i w pełni satysfakcjonująca. Jego Wysokość Szambelan jest niezwykle zadowolony.

– Jeśli tak mówi Minister Pełnomocny, to jest to prawda. Przecież to my wynaleźliśmy pismo, urzędową korespondencję, a nawet papirus, nie Egipcjanie. Też jesteśmy ogromnie zadowoleni – potwierdził Minister ds. Korespondencji Cesarza Ka.

O stan gry zapytano w końcu Ministra Pokoju i Wojny, szczupłego mężczyznę o twarzy drapieżnego sępa i ciepłym uśmiechu urzędowo-militarnym.

– Już niedługo skończę wymianę Klocków-Generałów. Jest to wymiana jednokierunkowa, nie zastępujemy ich nikim. Okazało się to niepotrzebne. Generałowie nie są nam potrzebni. To tylko zwykłe klocki. Wystarczą pułkownicy. Sam wypełniam tę lukę moją wiedzą i umiejętnościami. – Oświadczył Minister Ma.

Wkrótce w mediach pojawiła się teoria, że jest to nowa gra pałacowa „Kto kogo wysadzi z siodła”, w której uczestniczą poważne czynniki państwowe.

– Gry na dworze cesarskim najbardziej cieszą gawiedź, do której zaliczają się wszyscy obywatele Cesarstwa, z wyjątkiem jednostek mających wyższe mniemanie o sobie. – Tak ostatecznie podsumowano sytuację.

Gra wciąż trwa.

 

Kup sobie lub na upominek

Michael Tequila: „Sędzia od Świętego Jerzego”. Powieść obyczajowo-psychologiczno-kryminalna. 

Michael Tequila: „Klęczy cisza niezmącona”. Zbiór poezji refleksyjnych.

Recenzje i opinie tych utworów – przycisk Powieści i Poezje na górnym pasku menu.