Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 40: Podejrzenia o rabunek

Opozycja od dawna podejrzewała masowe rozkradanie środków publicznych. Pierwsze informacje o tym, że rząd okrada państwo, wywołały oburzenie, uznano je za podłe oszczerstwo. Kiedy pojawiły się dane liczbowe, ilustrujące jak szybko rosną wydatki i pokazano jakie luki są w statystyce, że dane pojawiają się z opóźnieniem i są niekompletne, a dziennikarzom utrudnia się dostęp do informacji publicznych, obywatele zaczęli wierzyć, że rząd ukrywa prawdę. Podejrzewano nadużycia na wielką skalę.

Rzecznik rządu zaprzeczał, gubernator również. Wychodził w obstawie tylnymi drzwiami z parlamentu. Pytany unikał odpowiedzi lub odpowiadał zdawkowo: – Bzdura. Nie wie pani, co pani mówi! Wkrótce ukazała się ustawa grożąca więzieniem za głoszenie poglądów antypaństwowych, a nawet za zadawanie pytań określanych jako oszczercze wobec państwa. Dziennikarze rezygnowali z pytań ze strachu przed więzieniem, napadem lub inną formą agresji. Zdarzyło się kilka pobić, policja nie była w stanie ustalić świadków ani znaleźć sprawców.

Sprawy nie stały jednak w miejscu. Najpierw pojawiły się informacje na portalu społecznościowym „Naga prawda”, o tym, ile zarabiają wysocy funkcjonariusze państwowi, po czym nastąpiły ataki na rząd w innych miejscach w sieci. Rząd uznał oskarżenia za bezzasadne, nazywając je jawnym absurdem i totalną głupotą. Opozycja żądała zwołania specjalnej komisji do zbadania sprawy, na co gubernator od razu się zgodził, zaskakując oponentów. Rozgorzała dyskusja na temat składu komisji. Mniejsze partie opozycyjne czuły się pokrzywdzone proponowaną liczbą swoich przedstawicieli w komisji. Najwięcej sprzeciwu wywołała kandydatura przewodniczącego komisji. Opozycja nie godziła się na przewodniczącego z partii rządzącej, ponieważ to partia rządząca była oskarżona o manipulacje przy budżecie. Gubernator wyjaśnił, że tematem pracy komisji nie będzie budżet, tylko bezpodstawne oskarżenia opozycji szkalujące państwo, a pośrednio wszystkich obywateli.

*****

Barras obudził się przed świtem. Nie śpieszył się, nie miał żadnych obowiązków. Była niedziela z dobrą prognozą pogody. Wyszedł na taras, z którego rozpościerał się widok na rzekę. Było to jego ulubione miejsce, teren należał do jego rodziny. Był przewidujący, wolał nie być właścicielem wszystkiego, co nabył. Nie gromadził majątku pod własnym nazwiskiem. To była jego zasada.

Kiedy wzeszło słońce, promienie zabarwiły ścianę domu tak intensywną czerwienią, jakby ktoś wylał na nią wiadro krwi. Mężczyzna poczuł dreszcz. Następnego dnia, w miejscu naznaczonym czerwonymi promieniami, pojawił się napis „Okradacie państwo”. Wykonany byle jak, w pośpiechu, czarnym sprayem, był bardzo wyraźny. Podobne napisy pojawiły się na domach innych członków kierownictwa Partii Konserwatywnej. Nie mieli pojęcia, jak to się stało. Kamery pokazywały tylko niewyraźny cień przypominający ludzką sylwetkę zbliżającą się do ściany. Nie było widać żadnych szczegółów.

– To fachowa robota. Sprawca musiał mieć na sobie rodzaj peleryny rozpraszającej obraz w kamerze. Takie rzeczy może mieć tylko wojsko. Nie wiem nawet, czy my to mamy. – Opinia nie podobała się gubernatorowi. Sprawa była poważniejsza niż sądził. Odbył naradę z doradcami, politycznym i od spraw wizerunku. Trzeba było coś wymyśleć.

Kolejne posiedzenie parlamentu przyniosło zmianę stanowiska rządu. Zamiast zaprzeczać faktom, gubernator uzasadniał, dlaczego osobom na najwyższych stanowiskach należy płacić wysokie uposażenia.

– Chodzi o talenty. Członkowie rad nadzorczych, prezesi i dyrektorzy, zarabiają wielokrotnie więcej niż przeciętny obywatel, ponieważ kierowane przez nich jednostki przynoszą potężne zyski państwu. Odmówił wyjaśnień, ile dokładnie zarabiają i jakie są to zyski, zasłaniając się tajemnicą służbową. Opozycja stanęła w martwym punkcie. Pytania stawiane przez nich na sali obrad i dziennikarzy na korytarzach pozostawały bez odpowiedzi. Rządzący zasznurowali usta.

Skrót recenzji powieści Michaela Tequili „ Sędzia od Świętego Jerzego”: http://michaeltequila.com/?page_id=39

Skrót recenzji opowiadań Michaela Tequili „Niezwykła decyzja Abuelo Caduco”: http://michaeltequila.com/?page_id=1265 

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 34: Zabójcza demografia Nomadii

Co drugie posiedzenie rządu gubernatora Barrasa Blawatsky’ego poświęcone było demografii. Sefardi, uważnie śledzący jego poczynania, dwukrotnie zapoznał się ze stenogramem ostatniego posiedzenia gabinetu. Nie mogąc zrozumieć wszystkich zdarzeń, odczytał go po raz trzeci.

„Posiedzenie stenografowano, nagrano i autoryzowano. Zagaił gubernator. Chodził po gabinecie, machając najświeższym raportem urzędu statystycznego. Był wzburzony sytuacją demograficzną. Scharakteryzował ją jako piekielnie trudną, wielostronną i wieloraką. Dokonano analizy efektów działań naprawczych. Odbył się kongres demograficzny. Komitet Prognoz opracował prognozę 2100, zaraz potem 2200. Po gubernatorze głos zabrał minister ds. demografii. Mówił o prognozach i wskaźnikach. Stwierdził, że sytuację demograficzną należy przyjąć jako daną i że konieczna jest poprawa spójności społecznej. Podkreślił, że dwadzieścia milionów obywateli nie jest największym nieszczęściem, że można to nadrobić trochę jakością, trochę migracją, że zasadniczym problemem jest zwężanie się piramidy ludnościowej oraz sprawność wspólnotowa, dynamika intelektualna i inwencyjna. Uznał, że demografia kraju będzie przyczyną ostrych konfliktów, co wymaga pochylenia się nad tym, co robić dalej.

Na słowa ministra gubernator wściekł się i krzyknął, że nie będzie pochylać się nad demografią, bo robił to setki razy i nic to nie przyniosło i że teraz jest czas na twórcze działanie, nie na pochylanie się.

– Nie jestem żadną wańką-wstańką! – krzyknął gubernator, aż twarz mu się zaczerwieniła.

Po nieoczekiwanym wybuchu gubernatora nastąpiła nagła erupcja energii. Dyskusja ożywiła się i weszła na nowe tory. Uczestnicy ze swadą i łatwością przerzucali się określeniami naukowymi, nurzali w terminologii statystycznej i demograficznej.

Sefardi zastanowił się. Zapis dyskusji wyglądał na farsę, w której pełna frazesów gadanina kamuflowała niemoc rozwiązania problemu demograficznego. Czytał dalej. Przemawiał kolejny minister.

– Bezrobocie wzrasta lawinowo. Jest coraz więcej ludzi niepracujących. To jest przerażające – Głos mówiącego był pełen niepokoju. – Młodzi, dobrze wykształceni ludzie uciekają za granicę w poszukiwaniu pracy, bo grozi im nędza. Oni nie wyjeżdżają, ale uciekają! Rozumiecie powagę sytuacji!? Kto będzie zarabiać pieniądze na utrzymania rosnącej liczby emerytów, rencistów, inwalidów, ludzi upośledzonych umysłowo, chorych? Siedzimy na bombie demograficznej!

Przekaz upowszechnił się błyskawicznie jakby rozmowę podsłuchiwano. Wszyscy obywatele mówili teraz o bombie. Eksperci wymieniali dworce lotnicze, kolejowe i autobusowe oraz wielkie ośrodki handlowe, stadiony, budynki publiczne i szkoły jako miejsca najbardziej zagrożone. Następnego dnia rzeczniczka gubernatora, kobieta z twarzą przestraszonego królika, określiła dyskusję rządową jako „niezwykle udaną” i zdementowała pogłoski o bombie. W rządzie zapanował popłoch; obawiano się wzrostu niepokoju społecznego i gwałtownego spadku notowań Partii Konserwatywnej.

Nic takiego nie nastąpiło. Gubernator odetchnął z ulgą i z radości kupił swojemu królikowi nową obróżkę, sztuczną marchew do gryzienia oraz kilka solidnych porcji świeżej koniczyny, które schował na zapas do lodówki. Obawiał się, że jeśli sytuacja polityczna pogorszy się, to jego ulubione zwierzęta domowe mogą ucierpieć.

*****

Kilka dni później znowu rozgorzała dyskusja o demografii. Doszło do niej spontanicznie, ponieważ program dnia nie przewidywał tego tematu. Ministrowie przekrzykiwali się, jakby się zmówili, że wywołają burdę. Nie chodziło o słowa, o to, co mieli do powiedzenia, ale o uczucia. Wszyscy byli poruszeni zagrożeniem, niepokój i wzburzenie parowały z nich. Atmosfera zgęstniała.

– To jakiś absurd! – Głos zazwyczaj opanowanego ministra infrastruktury wybił się nad inne. – To tak, jakby mieć potężną lokomotywę, ale nie mieć maszynisty do jej obsługi ani wagonów do przewozu ludzi i towarów.

– Oczywiście! Słusznie! – Przekrzykiwano się. Najskuteczniej komunikowali się najwyżsi wzrostem, osoby o doniosłym głosie oraz stojące najbliżej gubernatora. Tylko jego ucho się liczyło.

Gubernator podniósł do góry dłoń stanowczym gestem. Nie imponował wzrostem, lecz potrafił to zrekompensować. Wszyscy zauważyli jego gest, pilnowali się. Ci, którym zdarzyło się w przeszłości nie zauważyć najważniejszej ręki w kraju, udawali się wkrótce na wygnanie, jak określano dymisję.

– Podsumuję dyskusję. Nie musimy jej dalej prowadzić. Sytuacja nie jest wesoła, ale też nie jest najgorsza – gubernator mówił urywanymi zdaniami, chrapliwie, jego głos napotykał opór wydostając się z gardła.

– Co pan mówi, panie gubernatorze? – Odezwały się głosy. – Sytuacja jest zła. Jest tragiczna, wręcz przerażająca.

– Chcę podsumować. Proszę mi nie przerywać – szef rządu rozejrzał się po twarzach z wysokości fotela stojącego u końca stołu konferencyjnego. Fotel z boku miał dźwignię, podnoszącą go do góry. Gubernator jednym ruchem decydował, jak wysoko chce wywindować swoje ciało i autorytet. Poznał tę sztuczkę studiując historię starożytnego Egiptu, kiedy pierwszy raz zauważono, że wysokość usytuowania faraona a nie jego wzrost daje mu przewagę nad otoczeniem.

– Mamy za mało ludzi, społeczeństwo się kurczy, brak mu energii witalnej. Wszystko się wali – rozkrzyczeli się ministrowie. – To porażka.

– Za mało powiedziane. To nie porażka, to prawdziwa zapaść demograficzna. Zapaść to prawie zgon – podsumował z przekonaniem minister propagandy. Usłużnie mu przytaknięto.

Minister zdrowia poczuł skurcz serca, że sam nie wpadł wcześniej na równie zgrabne, medyczne podsumowanie debaty. Po chwili uznał, że jednak dobrze, że tak się nie stało, ponieważ gubernatorowi mogło się to nie podobać. Był szefem, najwyższą władzą. On sam był zwyczajnym konowałem z małomiasteczkowego szpitala i nie miał szansy, aby przebić się do szeregu osób najważniejszych w państwie. Zdawał sobie z tego sprawę. Cieszył się takimi przywilejami, o jakich nawet nie marzył. Był szczęśliwy, że gubernator, kolega z ławy szkolnej, zwrócił na niego uwagę, na jego nadzwyczajną lojalność, oddanie i podziw, jakim go darzył.

– Nikt w gabinecie nie jest bardziej lojalny ode mnie wobec ciebie – dawno już oświadczył swemu dobroczyńcy. Teraz, kiedy rozejrzał się wokół i zobaczył twarze pełne entuzjazmu i uwielbienia, stracił pewność. Uświadomił sobie, że żyje w kraju, gdzie lojalność wobec władzy dominuje nad rozumem i uczuciami. Do niedawna wierzył, że to Bóg jest najwyższą formą władzy. Z chwilą zostania ministrem zrozumiał, że gubernator zdetronizował Stwórcę. Był o tym całkowicie przekonany. Dałby się pociąć na kawałki dla gubernatora.

Po zapoznaniu się z najnowszym spisem ludności, rząd uznał, że dwadzieścia milionów to idealna liczba ludności dla rozwoju społeczno-gospodarczego Nomadii.

– Ani za dużo, ani za mało, w sam raz – prawie wykrzyknął minister gospodarki. Polubił tę liczbę. Była łatwa do analizy statystycznej, prezentacji i dyskusji.

Parlament przyjął ustawę demograficzną. Dwadzieścia milionów mieszkańców uznano za optimum społeczno-gospodarcze. Rząd miał utrzymywać ten poziom regulując skalę emigracji i imigracji. Część opozycji w głosowaniu poparła projekt. Posłowie tłumaczyli się potem stanem zaciemnienia umysłowego, ostatecznie przypisując winę partii rządzącej. Obarczanie jej winą za wszystkie nieszczęścia, niską wydajność krów mlecznych, ubóstwo umysłowe części społeczeństwa czy marną pogodę było stałą strategią opozycji.

 

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz 30: Rozwój kariery politycznej Barrasa Blawatsky’ego

W wyborach do parlamentu stanęły naprzeciw siebie rządząca Partia Liberalna oraz opozycyjna Partia Konserwatywna. Żadna z nich nie wiedziała, jaki los jej przypadnie w udziale, każda z nich była jednak przekonana, że to jej należy się zwycięstwo. Inne partie nie liczyły się. Rywalizacja rozpaliła emocje do tego stopnia, że na ulicach i skwerach, w kawiarniach i w klubach, pojawili się fachowcy typujący zwycięzców i dający gwarancję wygranej, jak również amatorzy-zgadywacze, hazardziści i wróżbici rzucający losy i stawiający kabałę. Wywołało to wielki szum informacyjny, przez który z trudem przebijały się programy wyborcze rywali. Do chaosu przyczynili się najbardziej liberałowie; w swojej zapiekłej hardości nie przyjmowali do wiadomości nawet najdrobniejszej możliwości porażki.

Z bezwzględnej walki wyborczej zwycięską ręką wyszła Konserwa. Przeciwnicy przyjęli to boleśnie. Szczypali się po rękach i tułowiu, aby upewnić się, że nie śnią, oszczędzając ze względów estetycznych tylko twarze. Nic im to nie pomogło. Stracili przywileje, godła, sztandary, insygnia a także paradne samochody, powozy, konie i ich pozłacaną uprząż. Wszystko zagarnęła Konserwa, kierowana przez Barrasa Blawatsky’ego, powszechnie już uznawanego za przywódcę z charyzmą. Zwycięska drużyna wynosiła go pod niebiosa przeciwstawiając go poprzednikowi.

– To poważny człowiek, geniusz. Nie to, co jego poprzednik, rudy odszczepieniec, polityk tuzinkowy, prywatnie arogancki bon vivant, jakich tysiące tuła się po spelunkach portowych całego świata – mówiąc to zwolennicy Barrasa wyzywająco spluwali na ziemię i rozcierali ślinę butem.

Pierwszego dnia po zebraniu się nowego parlamentu Partia Konserwatywna utworzyła rząd i ustanowiła Barrasa premierem, a następnie powołała go na stanowisko gubernatora kraju dla podniesienia prestiżu urzędu, który i tak był już niezmiernie wysoki.

Początki kariery życiowej i zawodowej Barrasa były skromne. Był on potomkiem pobożnego Greka i patriotycznej Nomadyjki, co mogło oznaczać tylko mieszankę wybuchową lub niezwykłą siłę pokonywania przeszkód i osiągania celów. Kiedy ukończył szkołę podstawową, rodzice oddali go do Szkoły Zakonnej im. Przeczystej Prawdy. Był to okres, kiedy ubrany w szary siermiężny strój pątniczy przepasany grubym sznurem młody Barras pielgrzymował do miejsc świętych. Skromność ukształtowaną w tamtych latach umacniał później nawykami skąpych posiłków, żyjąc w mieszkaniu zdobnym obrazami męczenników. Nigdy nie mówił o swojej pobożności, ale ludzie go znający potwierdzali ją dodając ”Niech Bóg ma go w swojej opiece” albo „Niech mu Najwyższy błogosławi”. Kiedy przychodziły jego urodziny, świętował je uczestnicząc w procesji religijnej razem z najbliższą rodziną, kuzynostwem lub współpracownikami.

Był urzędnikiem państwowym, do pracy uczęszczał pieszo. Wykonywał ją bardzo solidnie, aby zasłużyć na uznanie zwierzchników, po czym wracał do skromnego, lecz gustownie urządzonego apartamentu. Zamieszkiwał go ze swoimi ulubieńcami, królikiem i kolorową papużką. Za królikiem przepadał, ubóstwiał go wręcz; była to jedyna istota w jego życiu dająca się nieprzerwanie głaskać. W okresie pracy urzędniczej Barras zapisał się do Partii Konserwatywnej, zwanej powszechnie Konserwą, opartej na solidnych wartościach wiary, ojczyzny i tradycji. Szacunek dla tych wartości kształtował się w nim już w domu rodzinnym i szkole zakonnej.

Jako członek partii, Barras nie wykazywał się początkowo nadmierną aktywnością. Podobnie było z życiem towarzyskim. Nie stronił od ludzi; bardziej to oni stronili od niego, wskutek czego wyrobił sobie niezasłużenie opinię dziwaka. Pozostał w stanie bezżennym, nie ślubując bynajmniej stanu kawalerskiego, a czyniąc to jedynie z przyzwyczajenia, z nawyku, jaki utrwalił w sobie w szkole zakonnej. Kobietami nie pogardzał, wręcz przeciwnie, szanował je nad wyraz, przede wszystkim swoją matkę, już świętej pamięci, oraz Świętą Józefinę, powszechnie czczoną w Nomadii.

Po kilku spokojnych latach na scenie politycznej, Barras nagle uaktywnił się. Stało się to w przededniu wyborów parlamentarnych. Okazał się znakomitym organizatorem, motywatorem i agitatorem. Miał spokojny głos, jego przemówienia nie były ekscytujące, ale porywały tłumy wizją społeczeństwa uczciwego i doskonałego moralnie.

Partia uznała go za objawienie. On sam widział to inaczej, twierdząc, że to on ją wymyślił, zdefiniował w szczegółach i powołał do życia. Dla członków partii stał się ojcem i matką, fundamentem stabilizacji równie solidnej jak kasa pancerna Schuster und Schuster z potrójnie szyfrowanym zamkiem zainstalowana w banku szwajcarskim z jednym piętrem na wysokości ulicy i pięcioma ukrytymi pod ziemią.

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz 3: Spotkanie partii z obywatelami

Spotkanie rządzącej Partii Konserwatywnej z obywatelami odbyło się wieczorem przy zasłoniętych oknach, w miejscowości, której nazwy nie podano do wiadomości, może nawet nie była ona oznaczona na mapie, z uwagi na bezpieczeństwo zebranych. Prowadził je Prokurat, stary jak świat aktywista partyjny, ważniak z kręgu gwardii przybocznej Mesjasza, szefa i właściciela partii.

Celem zebrania było umocnienie więzi z wyborcami i zapoznanie ich z bieżącą polityką rządu, przeciwstawiającego się naciskom ekologów i anarchistów. Te dwie grupy społeczne zgodnie żądały od państwa większej ochrony i pomocy dla koni, uznawanych przez nich za gatunek najbardziej użyteczny a zarazem najbardziej zagrożony postępem technicznym w transporcie i rolnictwie.

– Ich żądania zmierzają do ograniczenia naszego wpływu na przyrodę. Rząd nie zamierza ustępować, ponieważ traktujemy zasoby naturalne kraju jako źródło niekończących się pożytków dla społeczeństwa. Po naszej stronie stoi także Kościół Hierarchiczny, kierujący się zasadą, że to Bóg dał człowiekowi zwierzchnictwo nad przyrodą ożywioną – tak przedstawił stanowisko rządu przewodniczący zebrania.

Dziennikarz Rosaton przebieg zebrania starannie utrwalił w swej pamięci wspomaganej chipem bio zainstalowanym w mózgu dla ułatwienia przechowywania i przypominania sobie informacji. Od pewnego czasu obserwował Prokurata, zwanego niegdyś także Towarzyszem. Był to niemłody już osobnik, partyjna złota rączka, utalentowany, o twarzy porysowanej zmarszczkami doświadczeń więziennych. Złośliwcy mówili, on sam także to czynił w zaufanym gronie, że potrafi służyć dowolnemu panu, byle tylko dał mu trochę władzy i sypnął groszem, bez którego nawet asceta nie jest w stanie godnie przetrwać jednego dnia.

Z dokumentów Prokurata wynikało, że pracował kiedyś w administracji cyrku państwowego. Opozycja, ekolodzy i anarchiści wspierający ochronę natury zarzucały mu złe traktowanie zwierząt. Oskarżony nie przyznawał się do tego, tłumaczył się jak umiał, nie zawsze zrozumiale. Twierdził, że była to praca przypadkowa, że tylko pomagał trzymać konie na uwięzi, że to inni okładali je batem, i że on tylko obserwował niedźwiedzia, kiedy uczono go tańczyć boogie woogie na gorącej blasze. Upierał się też, że to nie on podgrzewał mu podłogę, a jedynie podkręcał kurek gazu i to tylko wtedy, kiedy go o to proszono.

Z czasów pracy w cyrku, prawdziwej czy domniemanej, Prokurat wyniósł umiejętność wykonywania sztuczki: potrafił napluć na dłoń tak, aby jego proste słowa wypowiedziane moment później urosły w wielkie kłamstwo. W domu podobno miał piec, w którym palił reszki godności – tak mówiła o nim opozycja, też nie zawsze tak święta, jak chciała być widziana.

– Nie dziw, że z takimi umiejętnościami Duży Pikuś uważa go za klejnot. Przecież on każdej prawdzie kark skręci – twierdzili przedstawiciele Opozycji, zwanej w skrócie Opo. Duży Pikuś była to pogardliwa nazwa partii rządzącej, która odpowiadała pięknym za nadobne nazywając opozycjonistów Małym Pikusiem.

– Umiecie tylko szczekać pod wiatr, a i to wam marnie wychodzi – Sytuację opozycji złośliwie kiedyś podsumował przewodniczący klubu parlamentarnego Konserwy.

Na spotkanie z obywatelami, które miało także charakter wspominkowy, przybyli nie tak znowu tłumnie wyborcy partii, jej namiętni miłośnicy oraz szczere przydupasy, dla który ważne było dać się sfotografować z kimś z zarządu Konserwy i przekazać życzenia jej szefowi i właścicielowi, Mesjaszowi, którego złoty wizerunek nosili na piersiach na wysokości serca.

Sala była uroczyście, choć niewykwintnie udekorowana. Na głównej ścianie wisiał obraz przedstawiający Mesjasza z ręką na sercu i promienną twarzą, stojącego na rydwanie symbolizującym partię, siłę przewodnią narodu. Mesjasz, wyprostowany jak struna, patrzył za siebie, w siną dal. Rydwan na obrazie pędził – zgodnie ze strategią wodza – w kierunku odwrotnym do rydwanów konkurencyjnych partii. Nie było to malarstwo najwyższego lotu, ale zupełnie udane; ważne było, że jego twórca, mający na koncie osiągnięć artystycznych także znaczące zasługi dla Partii Konserwatywnej, został uhonorowany.

Zza obrazu dochodziła niezbyt głośna muzyka, na tle której chór męsko-damski wykonywał patriotyczne i rewolucyjne pieśni oraz kąśliwe przyśpiewki „Nie rzucim”, „Wyklęty powstań”, „My z upodlonych”, „Podlece partyjni” i „Przykuty do pastwiska”. Mimo jednego czy dwóch drażniących tytułów miały one swój wydźwięk wspominkowo-propagandowy. Ostatecznie liczyła się skuteczność.

Przywódca partii wyglądał na obrazie tak realistycznie, że starsza kobieta, do której członkowie partii zwracali się z wielkim szacunkiem, chciała podejść i go uścisnąć a może nawet pocałować w przekonaniu, że jest to autentyczny i żywy człowiek, którego znała i podziwiała. Na szczęście w porę odwiedziono ją od tego zamiaru. 

Zebranie odbywało się według ustalonego rytuału. Najpierw było zagajenie. Wykonał je Prokurat stwierdzając, że kraj od czasu nowej władzy płynie już mlekiem i miodem, i to wyłącznie dzięki ogromnemu poświęceniu i wkładowi pracy Mesjasza, którego nazwał autentycznym wizjonerem. Wywołało to na sali wybuch entuzjazmu, w górę poleciały czapki, wzniosły się flagi i wzbiły okrzyki „Niech żyje”!

Po okrzykach nastąpiły sążniste oklaski. Klakierzy stali z boku tak ustawieni, aby nie rzucać się w oczy. Byli doskonale zorganizowani, chłop w chłopa, rumiane wiejskie i małomiasteczkowe twarze, ręce jak młoty. Kiedy walili w dłonie, ziemia się trzęsła, a popularność wodza i partii przez najbliższe dni rosła jak na drożdżach. Pokazywały to słupki, które zarząd partii studiował z ogromną uwagą.

Atmosfery zebrania o mało co nie zepsuł mężczyzna, prawdopodobnie niezrzeszony, albo i zrzeszony, ale mało świadomy, że do dobrego tonu nie należy zadawanie przewodniczącemu pytań co do jakości mleka i miodu płynących strumieniem obfitości, gdyż nawet podrostki w szkole wiedziały, że są najwyższego lotu. Nie dziw, że jego pytanie spotkało się z potępieniem w formie twierdzącej, pytającej i rozkazującej: „Zamknij pysk, bo dostaniesz w mordę”, „Koń by się uśmiał z takiego pytania”, „Po co taki się urodził?” i podobne. Kilka osób rzuciło się na intruza i zaczęło go szarpać, ochroniarz usiłował wyrwać mu rękę z barku, ktoś inny starał się dać mu zdrowego kopa. Zwracano się do niego bezpośrednio, przez „ty”, wieloma imionami, niektóre brzmiały raczej brutalnie. Ze wszystkich stron padały pytania: „Co tutaj robisz, pedale?”, „Po co się tak szarpiesz, gnojku?” oraz „Czemu jesteś taki nerwowy?”. Salę opanował amok nienawiści, w którym określenia typu „ty byku” szumiały łagodnie jak bryza znad wysp pacyficznych, gdzie małpy spokojnie grają sobie w kręgle na plecionej platformie zawieszonej u szczytu palmy kokosowej.

Kolejnym rytuałem, niewątpliwie najważniejszym, było przekazywanie podziękowań i życzeń. Najpierw wystąpiła kobieta wyrażając wdzięczność przywódcy partii za czujność i za to, że do kraju nie trafił żaden ciapaty. Po niej wystąpił mężczyzna w średnim wieku. Pierwszy raz w życiu składał życzenia komuś tak wysoko postawionemu; było widać, jak bardzo to przeżywał. Adresata swojego wzruszenia nazywał Wielebnym oraz Czcigodnym. Najpierw zakrztusił się ze wzruszenia, myśląc o tym, że on, prosty człowiek, albo i nie, bo przecież nie może być prostakiem ktoś, kto ma warsztat, małe przedsiębiorstwo i sto hektarów pod zasiewami, dostąpił zaszczytu składania życzeń przywódcy partii rządzącej całym krajem. Przerastało to jego lokalną, wiejską wyobraźnię. Potem poszło mu już całkiem zgrabnie. 

– Pragnę serdecznie, najserdeczniej, pozdrowić czcigodnego pana prezesa. Proszę mu powiedzieć, że my go tutaj, wszyscy jak jeden mąż i jedna żona, szanujemy i oby Bóg dał mu zdrowie od końca do końca. Pan prezes jest geniuszem. Jestem mu dozgonnie wdzięczny, że nas uwolnił od tych popaprańców, łajdaków, sukinsynów i złodziei, którzy promowali konie kosztem zwykłych obywateli. W momencie, kiedy mówcy skończyła się pamięć, wyjął kartkę z kieszeni, aby dokończyć … szabrowników i zboczeńców. Zebrani słuchali go z uwagą, rozumiejąc, że złożonej rzeczywistości nie da się opisać kilku prostymi słowami tak jak kółko, kwadrat czy trapez.

Rosaton bardziej wyczuł niż dostrzegł, że uczestnicy spotkania kierowali się głównie uczuciami. Nie było w nich niczego innego jak tylko nienawiść do ludzi wskazanych przez partię jako źródło niegodziwości, osobników stawiających zwierzęta na równi z ludźmi a nawet i wyżej.

Kronika narodu wybranego Odc. 8: Premier wygłasza przemówienie o wypędzonych

Gaius Marius na wygnaniu

W pięćdziesiątą rocznicę wypędzenia premier Cudny wygłosił przemówienie na uczelni wyższej.

– Nie takiej znowu wyższej, skoro zdołał się tam dostać – drwiła opozycja, jak zwykle niechętna rządowi i wszystkiemu, co go otacza.

Premier mówił z pamięci, ale czytał z kartki. Robił to dyskretnie, z dystynkcją, z której był znany. Wszyscy cenili go także za powab osobisty i mówienie językami, bo spośród członków rządu tylko on robił to udanie i z wdziękiem. Premierowi chodziło w tym wypadku jednak o dokładność, a nie o wywarcie wrażenia.

– Z wypędzonymi to było tak, że ich wypędzono, ale to nie byliśmy my, tylko obce mocarstwo, które u nas rządziło i opętało umysły ówczesnej władzy, która nie była nasza, choć mówiła naszym językiem. Naszego państwa, ukochanej Nomadii, jeszcze nie było. I tę prawdę trzeba odnaleźć. 

– A kiedy i gdzie pan się urodził, panie premierze? – Zadał pytanie dziennikarz, na którego wszyscy sykali z niezadowoleniem, bo taką datę to zna każdy porządny obywatel. – Przecież pan się urodził w roku wypędzenia. Czy to znaczy, że pan nie urodził się w Nomadii, tylko za granicą?

Premier zamyślił się głęboko, aby przypomnieć sobie szczegóły, co nie przyszło mu łatwo, bo soczewki okularów zaszły mu mgłą wzruszenia i słabiej widział rzeczywistość.

Świadkowie wypędzenia mieli inne wyobrażenia, jak to było, ale i tak to nic nie zmieniło, bo nazwa „świadek” źle się kojarzyła z religią, w której wyznawcy zapominają leczyć swoje dzieci, kiedy w grę wchodzi transfuzja krwi. Sprawa ta miała trochę wspólnego z wypędzonymi, bo oni też byli odmiennej religii, co nie wszystkim się podobało.

Po namyśle Premier powiedział:

– Pytanie jest dobre, nie powiem, nawet o tym kiedyś myślałem, ale umknęło mi to z pamięci. Jak państwo wiecie, jestem patriotą i zawsze chciałbym, aby wszyscy rodzili się w naszym kraju, co nie zawsze jest możliwe.

Po tym wyjaśnieniu premier jeszcze raz się zamyślił i wyjaśnił:

– Co do roku i miejsca mojego urodzenia, to nie mogę się wypowiedzieć. Byłem wtedy za mały, aby to pamiętać. Mogę państwu powiedzieć, jaki był kolor moich pieluch, ale nic więcej nie pamiętam. Potem to już zajmowałem się sprawami poważniejszymi i karierą zawodową, która udała mi się nadzwyczajnie dzięki przewodnictwu naszego ukochanego Męża Czcigodnego.

W dowód uznania dla premiera za słowa serdecznej podzięki i szacunku dla starszych zebrani wstali i wyrazili swój szacunek minutą milczenia. Wcześniej wyszedł z sali naukowiec też starszej daty, który dobrze pamiętał wypędzenie i wypędzonych. Tłumaczył się dolegliwościami wewnętrznymi.

– Kiedy wzrusza mnie przemówienie, zawsze boli mnie brzuch. To jakieś uczulenie. Cholernie tego nie lubię – wyjaśnił z żalem.

Michael Tequila, powieść, poezje, opowiadania, Księgarnia Merlin:https://tinyurl.com/y7cza5nc

Kronika narodu wybranego. Odc. 6: Nadzwyczajna rola tasaka

  Tasak Parang.

W parlamencie nastał sądny dzień. Premiera Cudnego oskarżono o niewyobrażalne czyny i skłonności; jeśli nie sadystyczne, to co najmniej rzeźnickie. Przeczuwał to, gdyż idąc na salę obrad, zaplątał się we własne nogi i mało nie upadł. Uratowała go tylko świadomość, że służy słusznej sprawie i głosi prawdę z wysokości tych właśnie nóg.  

– Nie taki on cudny, skoro tasakiem posiekał ogromny majątek na drobne kawałeczki jak zwykłego kurczaka i rozdzielił je między rodzinę i biednych ludzi – krzyczała opozycja.

Dla rozjaśnienia sprawy zaczęto liczyć obdarowanych: krewnych, kuzynów, pociotków oraz wszystkich uszczęśliwionych biedaków. Okazało się, że premier jest bogatszy w rodzinę i ubogich znajomych niż w pieniądze, gdyż niewiele zostało mu z podziału. Ta przejściowa konkluzja zdezorientowała audytorium. Niektórzy posłowie wręcz pogubili się i wyciągali smartfony, aby się odnaleźć korzystając z GPS.

Premier bronił się stosując różne taktyki. A to milczał, a to odwracał się plecami do pytających; w końcu zwrócił się frontem do kolegów i koleżanek tej samej orientacji majątkowej, którzy dla dodania mu otuchy trzymali nad głowami wielki portret Czcigodnego Męża .

Nie wszyscy posłowie ocenili premiera negatywnie. Byli i tacy, co dostrzegli jego nadzwyczajne umiejętności żonglerskie, użyteczne w polityce, zwłaszcza międzynarodowej, kiedy ma się do czynienia z ludźmi innej kultury i obyczajów, chętnie oglądających sztuczki, jakich jeszcze nie widzieli.

Oprócz zarzutów, było także dużo pytań. Pytano przede wszystkim, czego premier się wstydzi i czy jest wstydem zarabianie dużych pieniędzy. Było to niepotrzebne, bo i tak wszyscy znali odpowiedzi.

Koledzy i koleżanki premiera wspierali go przysłowiami: „dobrym pomysłem i zręczną pracą nawet bogacze się bogacą”, „bogatemu to i byk się ocieli”, „pieczone gołąbki nie lecą same do gąbki”, „bez pracy nie ma kołaczy” oraz „nie wstyd jest zarobić godziwe pieniądze, nawet całą górę”.

Po ostatnim porzekadle padło rzeczowe pytanie: – Komu szkodzą góry pieniędzy, zwłaszcza zimą, kiedy tysiące ludzi jeździ na nartach, kiedy nawet sama głowa państwa lubi sobie szusnąć w dół w kolorowym czerwonozłotym kasku? Było to pytanie merytoryczne, bo nikt nie usiłował nawet na nie odpowiedzieć.  .

Skąpany w deszczu okrzyków premier nie załamał się, wręcz przeciwnie, dał pokaz przytomności umysłu: pochylił się, wyciągnął składany parasol i rozpiął go, aby przeczekać burzę. Tak go potem pokazywano w telewizji, twardego jak skała, opanowanego, z dumnie podniesionymi okularami ze szczerego złota, czekającego na uspokojenie umysłów wzburzonych siekaniem dużych pieniędzy na kawałki jak kurczaka.

Michael Tequila, powieść, poezje, opowiadania, Księgarnia Merlin:https://tinyurl.com/y7cza5nc

Nowa gra, przemówienia, życzenia świąteczne i inne ciekawostki

Trwa przesilenie zimowe. Od jutra dni się wydłużają, ciemności ustępują i nadciąga superksiężyc. Tyle mówi proroctwo.

Gra, która się toczy wokoło, jest super, ponieważ jej reguły dają się zmieniać przez Rozgrywającego. Jego celem jest zdobyć władzę, jak najwięcej władzy i to w taki sposób, aby jego zwolennicy i adoratorzy dali się ująć uczuciom nieskończonej godności i szczęścia.

W telewizji przedstawiciele Rozgrywającego najpierw witali telewidzów, nazywali ich Drogimi, Szanownymi lub Szanownym Państwem, a potem kubłami argumentów wyjaśniali, że Wielki Brat Ruro grubo się myli, ponieważ jest super, rewelacyjnie, dużo dużo lepiej niż poprzednio, a będzie jeszcze lepiej. Mówili też: weryfikujemy i zamieniamy ludzi podłych, tych z przeszłości, na nowych ludzi, szlachetniejszych, których sami wybieramy zwracając uwagę na nieposzlakowany charakter i uczciwy wyraz twarzy.

W dzień Rozgrywający uczestniczy w pochodach, demonstracjach i w świątyniach, pokazując, jak jest poważny, jak ubrany w garnitury klęka, modli się i patrzy w kierunku ambony, znowu się modli i znowu klęka.

W ciągu dnia napłynęły dalsze życzenia. Życzono:

– Funkcjonariuszom i zwolennikom Rozgrywającego – pięknych pomników na każdym rogu ulicy i nazw upamiętniających właściwych bohaterów i świętych;

– Ministrowi M – worka teorii spiskowych pod choinką, kolorowych snów o odzyskaniu wraku, dziesiątek generałów do dymisji oraz nowego puszystego Misia-Aptekarza;

– Ojcu R – jeszcze gorętszych wód geotermalnych, bajecznych samochodów, kolejnych dotacji na walkę ze złem oraz wszelkich innych łask pieniężnych;

– Hierarchii – łaski zrozumienia, że Bóg nie mieszka w Toruniu ani na ulicy Nowogrodzkiej tylko w niebie i jest nieskończonej dobroci, ale niekoniecznie cierpliwości.

Historia głowy, która nie wiedziała, czy się wybić

Chodzi o głowę nie byle jaką, pierwszą z brzegu, ale wysoko sytuowaną, głowę państwa średniej wielkości, targanego drgawkami niepewności, co to będzie.

Siedząc na tronie w swoim pałacu głowa słyszała dwa głosy. Jeden dochodził zza okna, wielkiego jak szafa gdańska, były to głosy skandujące: Wybij się! Wybij się! Zagłosuj 3 x Nie. Drugi głos był równie mocny, a może nawet i mocniejszy i dochodził z telefonu komórkowego. Nie wybijaj się! Nie wybijaj się! Głosuj 3 x Tak. Raz lub dwa razy ten głos nawet krzyczał. Głowa wahała się między pragnieniem wybicia się a obowiązkiem niewybijania się, który jej zaszczepiono, kiedy była jeszcze mała i umocniono, kiedy doszła do wysokości.

Ktoś zapytał dworzanina z pałacu, czy głowa widziała głosy za oknem. Okazało się, że nie, bo okno było z drugiej strony pałacu.

– To dlaczego głowa nie przejdzie na drugą stronę pałacu? Widok jest bardzo fajny, bo głosy machają światełkami, bardzo atrakcyjnymi i są ich tysiące.

– Głowa nie może chodzić, prawdopodobnie boli ją brzuch. – Odpowiedział dworzanin, niezwykle sprawny w wyjaśnianiu spraw zdrowotnych i innych. – Chcieliśmy głowę przenieść w lektyce, ale lektyka jest w naprawie. To wspaniała lektyka, wygodna – wyjaśnił i uśmiechnął się uroczo spod rzadkiej brody.

W sprawie były tzw. elementy krytyczne: potężniejące krzyki za oknem, uparta perswazja w telefonie oraz coś trudnego do określenia, wewnętrznego, szarpanego wątpliwościami dotyczącymi upadku popularności, reakcji zagranicy, strachu przed nieznanym, może jeszcze czymś innym. Chodziło prawodopodbnie o sumienie.

Wszystkie głosy czekały na decyzję głowy, czy zechce się wybić się czy nie, ale ona nie wiedziała, co zrobić, poszła więc spać. Czy miała sny i jakie, nie wiadomo, bo jeszcze się nie obudziła.

Generałowie. Nowa, szybka gra w klocki.

Cesarstwo Ka, żywe niczym królik, któremu objawiła się soczysta koniczyna na jałowej pustyni, edukuje się i modernizuje na potęgę. Służy temu gra w klocki „Generałowie”, polegająca na szybkiej wymianie starych Klocków-Generałów na nowe, tak, aby nie zauważyli tego inni grający. W grze prowadzi zdecydowanie Minister Pokoju i Wojny Ma, mistrz gier militarnych i strategicznych, najlepszy gracz w cesarstwie, może nawet i na świecie.

Cesarskie gry militarne nadzoruje Szambelan, najwyższy urzędnik, może nawet 2,5 m wysokości, tak jest wysoki. Zapytany o wyniki gry, odpowiedział uspokajająco ustami swojego Ministra Pełnomocnego:

– Jestem w ciągłym, bezpośrednim kontakcie z Ministrem Ma, spotykamy się, rozmawiamy, konsultujemy. Wymiana poglądów jest bardzo obiecująca i w pełni satysfakcjonująca. Jestem niezwykle zadowolony.

Następnego dnia, Szambelan nieoczekiwanie oświadczył, że jest niezadowolony.

– Jeździłem wczoraj na wrotkach i zwyczajni obywatele informowali mnie, że stare Klocki Generałowie są wciąż bardzo dobre i wymiana jest niepotrzebna i niebezpieczna. – Czy Wasza Wysokość Szambelan mógłby dać prztyczka Ministrowi Ma, temu wymieniaczowi? On nigdy nie był w wojsku, raz tylko widział haubicę na wystawie sprzętu wojskowego i nawet nie jeździ na wrotkach. Tak mi powiedziano. – Wyjaśnił Szambelan i aby uspokoić siebie i innych oświadczył: – Napiszę do niego list i wszystko wyjaśnię.

Wkrótce Minister Pełnomocny oświadczył z łagodnym uśmiechem:

– Wymiana korespondencji Szambelana z Ministrem Ma jest bardzo obiecująca i w pełni satysfakcjonująca. Jego Wysokość Szambelan jest niezwykle zadowolony.

– Jeśli tak mówi Minister Pełnomocny, to jest to prawda. Przecież to my wynaleźliśmy pismo, urzędową korespondencję, a nawet papirus, nie Egipcjanie. Też jesteśmy ogromnie zadowoleni – potwierdził Minister ds. Korespondencji Cesarza Ka.

O stan gry zapytano w końcu Ministra Pokoju i Wojny, szczupłego mężczyznę o twarzy drapieżnego sępa i ciepłym uśmiechu urzędowo-militarnym.

– Już niedługo skończę wymianę Klocków-Generałów. Jest to wymiana jednokierunkowa, nie zastępujemy ich nikim. Okazało się to niepotrzebne. Generałowie nie są nam potrzebni. To tylko zwykłe klocki. Wystarczą pułkownicy. Sam wypełniam tę lukę moją wiedzą i umiejętnościami. – Oświadczył Minister Ma.

Wkrótce w mediach pojawiła się teoria, że jest to nowa gra pałacowa „Kto kogo wysadzi z siodła”, w której uczestniczą poważne czynniki państwowe.

– Gry na dworze cesarskim najbardziej cieszą gawiedź, do której zaliczają się wszyscy obywatele Cesarstwa, z wyjątkiem jednostek mających wyższe mniemanie o sobie. – Tak ostatecznie podsumowano sytuację.

Gra wciąż trwa.

 

Kup sobie lub na upominek

Michael Tequila: „Sędzia od Świętego Jerzego”. Powieść obyczajowo-psychologiczno-kryminalna. 

Michael Tequila: „Klęczy cisza niezmącona”. Zbiór poezji refleksyjnych.

Recenzje i opinie tych utworów – przycisk Powieści i Poezje na górnym pasku menu.