Automat. Opowiadanie science-fiction

To kolejne, trzecie krótkie opowiadanie z dziedziny fantastyki. Myślę coraz częściej, że dzisiaj jest to science-fiction, niedługo jednak może okazać się jak najbardziej rzeczywistością.

W przestrzennej poczekalni kliniki uniwersyteckiej panował trudny do zdefiniowania zapach, przypominający mieszkankę palonych migdałów, eteru oraz płynu do dezynfekcji podłóg. Przeleciałem wzrokiem po twarzach oczekujących pacjentów, kobiet i mężczyzn; w większości były to starsze osoby. Siedzieli na krzesłach lub stali obok nich patrząc przed siebie, dwie pary rozmawiały ze sobą półgłosem. Byli niezwykle spokojni, niektórzy wręcz apatyczni, jakby przyjęli środki uspokajające. Po chwili przestali zwracać na mnie uwagę, z wyjątkiem jednego mężczyzny. Średniego wzrostu, ubrany w ciemnoszary garnitur z kolorową muszką, ze starannie wyczyszczonymi pantoflami na nogach, wyglądał dystyngowanie. Miał zaokrąglone kształty ciała; jego łagodnie uśmiechnięta twarz sugerowała dodatkowo, że lubi dobrze zjeść.

Na początku spokojny, mężczyzna ożywił się, jak tylko zauważył, że rozglądam się wokół z zamiarem znalezienia sobie miejsca. Usiadłem na krześle między gabinetem numer dwadzieścia trzy i dwadzieścia cztery, kilka kroków od niego. Po chwili wahania czy też zastanawiania się, podszedł do mnie. Domyśliłem się, że pragnie zapytać mnie o coś lub o czymś poinformować. Na serdecznym palcu lewej dłoni miał złoty sygnet z wygrawerowanym, nieokreślonym czarnym symbolem. Kiedy pochylił się w moim kierunku, zauważyłem tik pod lewym okiem a poniżej lekko opuszczony kącik ust. Zapytał mnie, czy może się przysiąść wskazując ręką stojące obok krzesło.

– Oczywiście. Bardzo proszę. Krzesło wydaje mi się wolne – odpowiedziałem starając się nie nadawać zachęty tonem mojego głosu.

Przedstawił się jako Człowiek Ex. Zważywszy jego wygląd i zachowanie nie zdziwiło mnie to specjalnie. Powiedział, że urodził się dosyć dawno, ale jest synem współczesności. Nic nie odpowiedziałem, skinąłem tylko głową potakująco przyjmując oświadczenie do wiadomości. Potem już tylko słuchałem. Mówił raczej szybko i krótkimi zdaniami. Opowiedział mi fragment swojego życia, właściwie to nawet dnia. Zaczął od pogody. Mówił w czasie teraźniejszym, jakby relacjonował to co się dzieje przed jego oczami.

– Jest grudzień dwa tysiące dziewiętnaście. Na dworze jest minus pięć stopni Celsjusza. W skali Fahrenheita to plus 23 stopnie. Nie! Więcej! Nie! Mniej! Sam już nie wiem – Człowiek Ex przerywa i patrzy w przestrzeń.

– Podsumuję się – zaczyna od nowa. – Jestem człowiekiem-automatem. Lub prawie automatem. Nie mam czasu ani własnej woli. Sterują mną budzik, telefon, radio, telewizor i komputer oraz sygnały, wiadomości i polecenia dochodzące z różnych stron. Zrób to! Zrób tamto! Nie rób tego! Lepiej mnie posłuchaj! Zainteresuj się! Zanotuj! Zapamiętaj! To okropne. Oprócz wymienionych urządzeń polecenia najczęściej wydaje mi rodzina. W nocy nie śpię, tylko czuwam, ale co to za czuwanie, skoro w dzień śpię, bo jestem zmęczony. Najgorsze jest to, że muszę robić kilka rzeczy na raz.

Mężczyzna zatrzymał się na moment, zbierając myśli. Przełykał ślinę, stwarzał wrażenie, jakby coś go męczyło. Po chwili zebrał się w sobie.

Czasem myślę, że oszaleję. Zły nastrój danej chwili szybko mi jednak przechodzi, bo rwą mi się myśli. To dobra rzecz. Zdałem sobie z tego wszystkiego sprawę, dopiero dzisiaj nad ranem, kiedy się obudziłem. Wołałem o pomoc, ale nikt nie przyszedł. Wiem, że potrzebuję silnego bodźca, aby przetrwać, idę więc do kuchni i wyjmuję słoik z kawą. Jest prawie pusty, na dnie jest tylko odrobina. To za mało. Stoję i myślę, co robić. Potrzebuję trochę czasu, bo jak wspomniałem, myśli rwą mi się na strzępy. Postanawiam zaparzyć sobie kawę po turecku, czyli zagotować na wolnym ogniu. Łupię ziarna nożem, staram się robić to jak najciszej, aby nie obudzić nikogo z domowników. A tu nagle słyszę głos z ciemności:

– Co ty tam wyprawiasz? Czy musisz hałasować?

Powstrzymuję się, aby nie wybuchnąć. To ja staram się zachowywać jak najciszej, a tu zwraca mi się głośno i w dodatku obcesowo uwagę! Tłumię w sobie gniew i nastawiam kalarepę na parze. To na śniadanie. Dietetyczka zaleciła mi jeść więcej warzyw. Potem wyjmuję garnek do kawy, wsypuję kawę ze słoiczka oraz pogniecione przeze mnie ziarna i włączam płytę elektryczną. Przerywam pilnowanie po minucie, bo natychmiast muszę iść do toalety. Kiedy wracam, aby dokończyć parzenie kawy, słyszę, jak buzuje woda w garnku z kalarepą. Odrywam się od garnka z kawą, podnoszę pokrywę i żgam kalarepę widelcem, aby sprawdzić, czy nie jest już miękka. Jak widelec trafił do mojej ręki, nie wiem. Kalarepa jest jeszcze twarda. Wracam do kawy. W trakcie pilnowania, czy się już nie gotuje, przypominam sobie, że w maselniczce jest mało masła. Idę do lodówki, wyjmuję kostkę masła i odłupuję kawałek nożem. Kilka skrawków pryska na bok. To mnie wkurza. Chciałbym dać sobie w pysk. W garnku dochodzi kalarepa. Odrywam się od masła, aby wyłączyć prąd pod garnkiem do gotowania na parze. Muszę zdążyć przed godziną dziewiątą, bo nie chcę być przy stole, kiedy pojawi się rodzina.

Człowiek Ex patrzy na mnie uważnie, studiuje moją twarz. Widzę, że mnie ocenia, taksuje mnie wzrokiem. Chyba wypadło to korzystnie, bo kontynuuje jakby uspokojony. Kładzie ręce na udach i wyprostowuje palce. Zauważam, że ma zadbane dłonie i długie palce.

– Co do nerwów, to wkurzam się automatycznie. Chyba dlatego, że mam w głowie różne implanty, kostkę pamięci neuronowej, fragment sztucznej pamięci. To wszystko zainstalowano mi tutaj, w klinice. Miałem problemy z padaczką. Czasem ta cała maszyneria rozmagnesowuje mi się lub coś podobnego. Lekarze nazywają to zapaścią zakłóceniowo-energetyczną. Trudno to wszystko spamiętać, a jeszcze trudniej uporządkować w myśli, bo nerwy mam napięte jak postronki. Nie mam do siebie pretensji, bo sam ich sobie nie napiąłem.

Patrzę na Człowieka Ex z uwagą, zastanawiając się kim on jest. Aktorem? Naukowcem? Muzykiem? Jego słowa przywracają mnie do przytomności.

– W międzyczasie przypominam sobie, że wcześniej w nocy chciałem skoczyć z balkonu. Nie zrobiłem tego wyłącznie z tego powodu, że mieszkam na trzecim piętrze. Spadając, choć ziemia jest twarda jak kamień, tylko bym się połamał, a nie zabił. Jaki jest sens, aby się tylko połamać? – Człowiek Ex zadaje pytanie patrząc mi w oczy.

W nocy nie śpię, bo bolą mnie plecy od długiego siedzenia przy komputerze, goni pęcherz, niepokoją myśli. W nocy często dzwoni do mnie kuzyn, to najbliższa rodzina, cierpi i płacze. Jest niesprawny od czasu, kiedy stracił nogę w wypadku samochodowym. Strasznie się męczy. Jak takiemu nie pomóc? Siedzę przy telefonie i pocieszam go, jak umiem.

– Jak pan sobie radzi, kiedy sam czuje się pan podle? – Pytam ze współczuciem. Pytanie jakby ożywiło mojego rozmówcę.

– Strasznie przeklinam. Rzucam wulgarnymi słowami. Latają po pokoju jak krwawe ochłapy i tylko czekać, jak się psy zbiegną z całej okolicy. Ka mać! Dupa! Do groma! Krwawa Mary! Podaję panu przykłady tylko w miarę przyzwoitych i obyczajnych przekleństw. To nie jest dno, bo mam w mózgu implant, ogranicznik przekleństw. Od czasu do czasu do czasu poddają mnie też hipnozie.

Z gabinetu numer dwadzieścia cztery wychodzi pielęgniarka. Jest młoda, ale niezbyt ładna. Ma na sobie biały fartuch i czerwone lakierki na wysokich obcasach. Nic nie mówi tylko patrzy na mojego towarzysza swoimi sarnimi oczami i on wie, co ma robić. Człowiek Ex mówi:

– Nie mogę więcej z panem rozmawiać. Mam operację. Zaktualizują mi oprzyrządowanie mojej głowy. Profesor powiedział mi, że jest ono jak najnowsze science fiction, połączenie możliwego z niemożliwym. Wierzę mu. Jak wróci pan tutaj w środę, to opowiem resztę mojej historii. A jest czego słuchać.

Człowiek Ex wstaje z krzesła i wchodzi w jasną plamę światła słonecznego padającego z okna. Zauważam lekko połyskliwą, prawie przezroczystą skórę twarzy delikatnie porysowaną błękitnymi żyłkami i popstrzoną brązowymi plamkami, a kiedy odwraca się, aby wejść do gabinetu, także dwie wyraźne blizny po nacięciach skóry za lewym uchem.

0Shares

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 142: Pojawienie się i prezentacja konioczłowieka

Kiedy Josef ostatecznie doszedł do siebie, opowiedział swoje przeżycia, historię ostatnich dni. Cały czas był świadomy i widział, co dzieje się wokół. Aby ratować się od zabójczej nudy, skupił się na kontroli czasu, obserwował jak promienie słońca przechodzą za oknem sali rehabilitacyjnej i jak pielęgniarka porusza ustami.

– Ona ma piękne wargi, mam na myśli ich kolor i w ogóle. Josef rozmarzył się i zamknął oczy. Obserwujący go lekarze przestraszyli się, że znowu popadł w odrętwienie. Mówił bardzo niewyraźnie ludzkim głosem zakłócanym dźwiękami podobnymi do cichutkiego rżenia konia.

Zespół wykonał ostatnie badania dla upewnienia się, że wszystko jest już na dobrej drodze. Elektroencefalograf pokazał prawidłowe wyniki elektrycznej aktywności mózgu, dobre były też wyniki rezonansu magnetycznego.

Wszystko świadczyło o poprawiającej się kondycji pacjenta. Mimo pozytywnych wyników lekarze pokłócili się o jakiś szczegół. Pogodzili się dopiero wtedy, kiedy Josef otworzył jedno i drugie oko, a przez jego oblicze przebiegł cień uśmiechu. Rozbroił ich tym; wyglądało to tak, jakby chciał ich rozbawić. Szef zespołu rehabilitacyjnego natychmiast zawiadomił o tym kierownika Inż-Genu.

– Zrobiliśmy test samoidentyfikacji Gallupa malując Josefowi plamkę na czole. Kiedy pokazaliśmy mu lustro, prawidłowo rozpoznał siebie jako niezależny organizm. Stopniowo stawiamy go na nogi. Teraz jest już w porządku.

*****

Pierwszą oficjalną prezentację Josefa prowadził profesor Kary, kierownik Zespołu Inżynierii Genetycznej. Do pomocy zaangażował dwójkę asystentów, kobietę i mężczyznę. Tak naprawdę nie na wiele mu się zdali; ich rola była podrzędna, a pomoc niewielka. Tym niemniej byli użyteczni, gdyż profesor uznał, że pracownikowi nauki o jego dorobku należy się szczególna oprawa z okazji tak wielkiej uroczystości.

Kary cieszył się renomą rewelacyjnego chirurga, wykonującego najbardziej skomplikowane operacje. Przypisywano mu cudotwórstwo. Entuzjaści jego talentu twierdzili, że pod jego uzbrojoną w skalpel ręką ożywali nawet nieboszczycy, aby jeszcze przez długie lata cieszyć się pełnią sił fizycznych i psychicznych.

– Pan profesor nie popełnia błędów – głosiła każda kolejna asystentka naukowca.

Ludzie mu niechętni twierdzili jednak, że dowody jego błędów nie istnieją tylko dlatego, że świadkowie jego nieudanych operacji leżą na cmentarzu i odmawiają składania zeznań.

Prelegent miał rumianą, pełną twarz i lekko obwisłe policzki. Jego podkrążone oczy sugerowały przepracowanie. Ubrany w biały fartuch mówił spokojnie i rzeczowo, był oszczędny w mimice, gestach i słowach. W pierwszej kolejności przedstawił zarys doświadczeń, zabiegów i operacji, jakie poprzedziły powstanie konioczłowieka. Przez jego słowa przebijało zadowolenie i duma z osiągnięć.

– Nasi matematycy i genetycy wyliczyli, że stworzenie od podstaw konioczłowieka, jest praktycznie zadaniem niemożliwym do realizacji z uwagi na złożoność genomów obydwu gatunków. Udowodniliśmy, że nie jest to prawdą. – Profesor wskazał na tablice, przy których stali asystenci w pozach przypominających warujące psy. Mężczyzna pokazywał i objaśniał genom konia, kobieta porównywała go na swojej tablicy z genomem człowieka. 

Po zakończeniu prezentacji na telebimie pojawił się obraz Josefa Półkonia. Profesor wyjaśnił, że nosi on imię i nazwisko zupełnie jak każdy inny obywatel kraju. Josef uśmiechał się niepewnie, po chwili jednak machał już przyjaźnie ręką do kamery. Wyglądał na osłabionego. Górną część ciała przykrywała luźna koszula z rękawami średniej długości, część biodrową szkocka spodniczka w kratę, spod której wyglądały masywne końskie nogi zakończone kopytami osłoniętymi czymś w rodzaju obuwia. Kiedy niezwykła postać poruszyła pokaźną głową i wyraźnie powiedziała „Witam was”, zebrani aż jęknęli ze zdumienia.

*****

Laboratorium planowało wielkie przyjęcie z tytułu narodzin Josefa. Niektórzy pracownicy myśleli o tym bez przerwy, wyobrażając sobie, jak będzie ono wyglądać, gdzie i kiedy się odbędzie, co będą jedli i pili, w końcu, kto będzie przemawiać i co będzie mówić. Szczerze liczyli też na pochwały, a co najmniej na wyrazy uznania za własny wkład pracy.

Laboratorium potrzebowało takiej uroczystości, takiego święta. Ludzie ciężko pracowali od miesięcy, byli wyczerpani, osiągnęli wielki sukces i należała im się nagroda. Zarząd firmy zastanawiał się nad zaproszeniem kogoś z Departamentu Transformacji Genetycznych, ostatecznie jednak pomysł upadł. Zrezygnowano z niego nie bez żalu, ponieważ po cichu liczono na wsparcie władz w postaci otoczenia Josefa ochroną państwa, co byłoby niezwykle cenne. Ujemną stroną zaproszenia byłoby ujawnienie tajemnicy narodzin konioczłowieka, przedstawiciela nowego gatunku, czystego wytworu inżynierii genetycznej. Było na to zdecydowanie za wcześnie. Zarząd uznał, że potrzebuje więcej czasu, aby przygotować rząd i społeczeństwo nie tylko do poznania Josefa, ale i jego zaakceptowania, ponieważ istniały obawy, czy jest to w ogóle możliwe. Aaron, kierownik Zespołu Bezpieczeństwa ostrzegał już wcześniej, że ani rząd, ani tym bardziej podlegający mu Departament Transformacji Genetycznych nie są przyjaciółmi Laboratorium, tylko wrogami i mogą chcieć mu zaszkodzić, a może nawet przejąć lub zlikwidować, gdyby tylko dowiedzieli się o nadzwyczajnym osiągnięciu.

To, co uczyniło Laboratorium, rząd mógłby uznać za działalność nielegalną, a co najmniej wątpliwą prawnie. Sprawę przesądził ostatecznie prawnik Laboratorium. Uważał, że władze mogły oskarżyć Laboratorium o pięć przestępstw z różnych paragrafów, za które kodeks karny przewidywał łączną karę pięćdziesięciu sześciu lat więzienia.

– Kara mogła być nawet wyższa, ponieważ konserwatyści są nieobliczalni, kierują się widzimisię Barrasa Blawatsky’ego, właściciela partii, która ma na uwadze nie dobro przyrody, ani narodu, ale swoje własne.

Jego opinię, podobnie jak ostrzeżenia Aarona, zarząd uznał za przesadne uważając, że w interesie rządu byłaby dbałość o Josefa jako wyjątkowe dobro narodowe, i mógłby najwyżej żądać od Laboratorium przekazania mu praw do niego.

1Shares

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 87: Pacjent ze szpitala Grandioso

W szpitalu Grandioso panował osobliwy zwyczaj. W bezpośrednich kontaktach między sobą młodzi lekarze i personel pomocniczy pracujący na zmianie dziennej używali kodu językowego. Duża sala operacyjna była dla nich salą operową, mniejsza – operetką, ciężką operację określali mianem rzeźni, lżejszą – krajania. Słowne szaleństwo miało realne podstawy: jeden z lekarzy miał ojca prowadzącego ubojnię, w której mu pomagał, zanim zdecydował się ratować życie raczej niż je odbierać, drugi lekarz był miłośnikiem muzyki i literatury. Swoje zainteresowania przenieśli do języka szpitalnego, zarażając nim pozostały personel.

Nie podobało się to starszej kadrze lekarskiej i dyrekcji. Było to o tyle zrozumiałe, że kodowany język doprowadził kiedyś do nieporozumień i poważnej skargi na szpital ze strony wpływowego pacjenta. Lekarze wyszli z sytuacji obronną ręką. Zadecydowała o tym niepisana zasada stawiania solidarności lekarskiej ponad odpowiedzialność wobec ludzi i Boga. W obronie swoich interesów ustalili, że gdyby ktoś z personelu chlapnął kiedykolwiek coś nieodpowiedzialnego, to wszyscy pozostali zgodnie oświadczą, że tego dnia był pijany i nie można mu ufać.

*****

Tuż przed południem karetka pogotowia przywiozła do Grandioso nieznanego mężczyznę. Wewnątrz pojazdu znajdowała się także kobieta. Zanim zemdlała na wiadomość, że pacjent traci przytomność i wymaga natychmiastowej reanimacji, zdążyła wyjaśnić lekarzowi dyżurnemu, że jest to jej mąż.

– Co mu się stało? – Zapytał. – To bardzo ważne. Musimy to wiedzieć. To może nawet uratować mu życie.

– Nie mam pojęcia. Wczoraj był zdrowy, dziś rano poczuł się źle. W trakcie jedzenia śniadania zbladł i zaczął intensywnie się pocić. Podejrzewam, że się zatruł. Strasznie lubi pierożki z grzybami. Chyba zjadł je w nocy. Odgrzał i zjadł. To taki nocny marek. Rano widziałam pusty talerz. Tłumaczyłam mu, żeby ich nie jadł, bo za długo stały w lodówce i mogą być niedobre – wyjawiła zrezygnowana kobieta, dodając niechętnie: – Zawsze był uparty jak muł. Coś okropnego!

Chwilę później z dyżurki wyszedł, niechętnie porzucając oglądanie ulubionego programu sportowego, młody lekarz wezwany do pacjenta.

– Dokąd go bierzemy? Do sali operowej czy operetkowej? – Pielęgniarz, który zwrócił się do niego, też wydawał się być w nienajlepszym humorze.

– Co się pytasz? Na operetkę oczywiście. Z tego, co wyjaśniła jego żona wnoszę, że opera go nie interesuje.

– Czyli operetka ostatecznie?

– Oczywiście.

W dalszej rozmowie mężczyźni wyjaśnili sobie, że nie będzie to krajanie ani rzeźnia, tylko zwykłe płukanie żołądka. Pacjenta przewieziono do sali reanimacyjnej. Przebranie go, ułożenie na stole operacyjnym i podłączenie urządzeń nie zajęło wiele czasu. Pacjent majaczył, miał halucynacje.

– Albo on jest niedorozwinięty, albo za często ogląda telewizję. – Skomentowała pielęgniarka po kilku minutach. – Wiele osób już tutaj bredziło, ale ten przerósł wszystkich. Nigdy czegoś takiego nie słyszałam. To, co mówi, to groch z kapustą, jakieś zoo, cyrk, kronika wypadków i bajka dla dzieci wymieszane razem jak odpadki w śmieciarce.

– Nie przysłuchiwałem się. Może słyszałem jeden wyraz lub dwa. Mówi bardzo niewyraźnie jak przez sen. – Odpowiedział dyżurny lekarz zastanawiając się, czy jego ulubiony zespół piłkarski ma szanse awansu do ekstra ligi.

– Mówi całkiem wyraźnie. – Oponowała pielęgniarka. – Mogę powtórzyć ci słowa: ptak, który rusza oczami, terrorysta, pistolet maszynowy, transparent, konie, kobieta z dużymi piersiami, prelekcja, siodło i chyba nawet proletariat. – Coś z tego rozumiesz?

– Czy to ma jakieś znaczenie? – Odpowiedział zapytany, nie licząc na wyjaśnienia. Popatrzył na bladą, spoconą twarz pacjenta na stole zabiegowym. Coś go w niej zastanowiło. Przyglądał się dłuższą chwilę, po czym machnął ręką zrezygnowany.

– Jak skończymy, proszę odwieźć go na salę ogólną i monitorować jego stan. Musi się obudzić.

Kiedy wywożono pacjenta z sali reanimacyjnej, zjawiła się rejestratorka.

– Muszę zanotować dane do założenia karty informacyjnej. Pielęgniarz przeszukał ubranie mężczyzny, znalazł portfel, a w nim dowód osobisty i podał go kobiecie.

– Pożyczę na chwilę, aby zapisać datę urodzenia, serię i numer dowodu oraz adres zamieszkania. Po wyjściu z sali z ciekawości przybliżyła kartę do twarzy i głośno odczytała nazwisko Sefardi Baroka. Nic to jej nie mówiło. Dla niej był to tylko jeszcze jeden numer statystyczny.

 

2Shares