Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 95: Konie, żałobnicy, transparenty i pieśni

Kondukt zbliżał się do cmentarza, kiedy konie po raz drugi poniosło. Było to już poza miastem, gdzie domów było mało, za to więcej zielonych pół, a za nimi w głębi pasmo mieszanego lasu. Spłoszył je brzęczący rój rozwścieczonych pszczół, które nie znosząc końskiego potu zajadle żądliły zwierzęta doprowadzając je do szału. Oślepłe z przerażenia rumaki pędziły przed siebie prawie roznosząc karawan na nierównościach jezdni. Oczy wyszły im na wierzch, oznaka furii pozbawiającej żywą istotę instynktu nieprzekraczania bariery życia i śmierci. W powietrzu zgęstniałym od niesamowitości, wibrowało rzężenie zwierząt wywołane przerażeniem i wysiłkiem. Woźnica przestał panować nad zaprzęgiem, utrzymał się jednak na koźle i nawet – jak twierdzili potem świadkowie – uśmiechał się triumfująco. U końskich grzbietów pojawiły się skrzydła; poruszając się w górę i w dół imitowały głos wyjącego huraganu. Uruchomił je mechanizm elektryczny ukryty pod kolorowym czaprakiem. Urzeczony widokiem Iwan Iwanowicz, wieloletni przyjaciel zmarłego i znawca jego talentu, zatrzymał się, aby krzyknąć z podziwu, że tym pomysłem Sefardi przerósł samego siebie.

Konie nie pędziły długo. Woźnicy z trudem udało się ściągnąć wędzidła tak, że ich łby prawie skryły się pod piersiami, a pióropusze przysłoniły im oczy ograniczając pole widzenia i zmuszając do zwolnienia. Dopiero wtedy okazało się, że rój rozwścieczonych pszczół był niczym innym jak obłokiem pyłu i drobnych kłaczków wyrywanych pędem z huzarskich skrzydeł. 

*****

Przed bramą cmentarną, przypominającą ścianę frontową okazałego mauzoleum, na placu porośniętym sosnami, o tej porze roku pachnącymi kamforą, w grupie młodzieży trwała ożywiona dyskusja. Przerwał ją widok zbliżającego się konduktu. Na czoło grupy wysunął się ciemno ubrany mężczyzna z kilkudniowym zarostem na twarzy, o fizjonomii łączącej inteligentnego studenta wyższej uczelni z pracowitym sprzedawcą zieleniny w lokalnym warzywniaku. Wszyscy patrzyli w milczeniu najpierw na karawan konny, potem na białego Rolls-Royce’a. Kiedy minął go samochód, mężczyzna ożywił się. Głosem pracownika salonu samochodowego, mającego za sobą sprzedaż setek luksusowych pojazdów, przedstawił towarzystwu parametry limuzyny: silnik 6,75 litra, typ silnika V12, moc 460 koni mechanicznych, cena siedemset pięćdziesiąt tysięcy dolarów. Wewnątrz białego Rolls Royce’a, pośrodku bordowego katafalku, stała metalowa urna. Widoczna przez oszklone boki pojazdu, wydawała się kiwać jak wańka-wstańka zastanawiająca się, do czego sprowadza się wielkość człowieka po śmierci.

Dwa karawany w jednym pogrzebie zszokowały starszych uczestników pogrzebu, czekających cierpliwie przed bramą cmentarną. Rażące pogwałcenie tradycji zgorszyło ich do cna. Dwie matrony zemdlały, wywołując poruszenie i nerwową bieganinę. Poszukiwano wody, aby je ocucić. Ludzie szeptali między sobą. Zadawano pytania, w której urnie są prochy zmarłego i czy jest możliwe, aby były w dwóch urnach, a nawet czy je w ogóle przywieziono. Na placu, na chodniku i przy krawędzi ulicy zgadywano, która odpowiedź jest prawdziwa. Zaczęto się kłócić.

Dwa karawany i zwariowany pochód zostały entuzjastycznie przyjęte przez studentów szkoły filmowej czekających z kamerami przed bramą cmentarza. Ich radosny nastrój udzielił się innym osobom. Nikt nie pozostał obojętny. Wśród zgromadzonych przeważała młodzież z uczelni, gdzie Sefardi Baroka kilka tygodni wcześniej wygłosił wykład inauguracyjny. Władze uczelni rozpaczliwie dementowały informację, że taki wykład w ogóle miał miejsce.

Kiedy wydawało się, że nic już nie potrafi zaskoczyć tłumu na wzgórku, stanowiącym najbardziej dogodny punkt obserwacji wszystkich pogrzebów, na scenie pojawił się trzeci, pieszy kondukt. Wyszedł on z bocznej zagubionej w lesie uliczki i szybko zgromadził wokół siebie entuzjastów rozrywki. Na jego czele, w takt marsza pogrzebowego w wykonaniu trzyosobowej pieszej orkiestry, podążali miarowym krokiem ubrani na czarno żałobnicy niosący na ramionach katafalk z urną. Za ich plecami widoczny był transparent „Światowe Stowarzyszenie Wielbicieli Sefardiego Baroki”. Oni sami stwarzali wrażenie podpitych. Śmieli się, potykali, co ich jeszcze bardziej bawiło. Wszyscy mieli kilkudniowy zarost na twarzy i zachowywali się jak zgrana drużyna sportowa na weselu kolegi. Śpiewali po angielsku „When all the saints go marching in”.

Po odłączeniu się od kolumny postępującej za karawanem konnym, Isabela szybkim krokiem dotarła na wzgórek przed bramą cmentarną, skąd miała dogodne pole obserwacji. Nie chciała, aby cokolwiek uszło jej uwagi. Ucieszyła się słysząc w męskim wykonaniu pieśń „When all the saints”. Don Sefardi niejednokrotnie nucił tę pieśń i bardzo jej się podobała. Bezwiednie zaczęła mruczeć ją razem z maszerującymi mężczyznami, kiedy jakaś kobieta zwróciła jej uwagę, że zakłóca uroczystość pogrzebową człowieka, o którym nie ma pojęcia, jak bardzo jest zasłużony dla kraju. Bezpodstawny przytyk nieznajomej tak bardzo wyprowadził Isabelę z równowagi, że ofuknęła ją bez skrępowania dodając, że nikt nie był tak blisko zmarłego jak ona. Rozmówczyni nie pozostała dłużna wyjaśniając z przekonaniem, że bycie prostytutką w starszym wieku nie jest powodem do chwały, nawet jeśli się świadczy usługi znanej osobie, jeśli to w ogóle jest prawdą, co właśnie usłyszała. Oburzona Isabela szykowała wściekłą ripostę, kiedy zdała sobie sprawę, że niepotrzebnie traci czas i nerwy na rozmowę z wariatką.

Szczęśliwy powrót Premier Sy do kraju

Powitanie na lotnisku dokumentowało ważny etap dziejów Cesarstwa Ka. Sporządzono stenogram dla potrzeb filmu fabularnego.

Premier przylatuje nocą. Wita ją Cesarz Ka ze świtą i członkami rządu, ustawionymi pod ścianą jak na rozstrzelanie. Nadaje to dramaturgii. Jest Minister Pokoju i Wojny Ma oraz Minister Spraw Zagranicznych Wa. Także kilku pomniejszych.

Na płycie lotniska miał leżeć czerwony dywan, ale go nie ma.

– Domaluje się. – Rzuca krótko Cesarz Ka. Zapamiętuje, aby ukarać winnego.

Meldunek składa żołnierka w randze pułkownika. Uderza ręką w daszek, aż iskry lecą (nocą wszystko widać) i mówi: – „Witam serdecznie panią Premier. Melduję kraj w odbudowie. Idzie doskonale. Brakuje tylko wapna, cementu oraz wskazówek, co dalej”.

Premier odpowiada: – „Spocznij!”. Kobiety wdają się w rozmowę. Rozmawiają o kuchni, dzieciach i wielkiej polityce.

– Widzi pani tych cywili stojących pod murem? – Pyta żołnierka. – Jak oni stoją, ofermy!?

Podjeżdża ciężarówka z kwiatami. Premier nie ma czasu odpowiedzieć. Zachwyca się. Tony kwiatów, bukiety wielkości balii. Same róże, zapach jak w ogrodzie. Jest podniośle. Wojskowa orkiestra gra „Marsz zwycięzców”. Ministrowi Ma nogi rwą się do tańca. Przytupuje w takt muzyki.  

Szambelan Cesarstwa Ka jest nieobecny.

– Ciężka choroba uzasadnia jego nieobecność. – Wyjaśnił Cesarza Ka podwładnym.

Do Premier podchodzi delegacja partyjno-rządowa z Cesarzem Ka na czele. Rzucają się sobie w ramiona. Cesarz ściska i całuje Premier Sy, wręcza jej balię kwiatów. Premier usiłuje wziąć ją w ramiona, zatacza się, świta rzuca się na pomoc. Powaga, szyk i elegancja zostały zachowane. Pada komenda „Baczność”. Gra orkiestra wojskowa. Błyskają flesze.

Cesarz wygłasza przemówienie. Padają słowa: „Bohaterstwo. Niepodległość. Duma”, po czym dziękuje Premier, a Premier dziękuje Cesarzowi. Orkiestra gra: „Nie rzucim”.

Premier zdaje relację z rozmów w Bractwie. Wieje grozą.

– Pozostałam nieugięta, ich dwadzieścia siedem osób, ja sama, jak ten palec. – Pokazuje palec. Jest zakrwawiony. W jej oczach widać ból. – Nie podpisałam protokołu zakończenia obrad. Nie dałam wcisnąć sobie głupoty.

Padają brawa. Orkiestra gra tusz. Na pierwszy plan wybijają się werble.

– Walnęłam pięścią w stół. Zrobiła się cisza. Patrzą na mnie. Ale jak! Mnie nawet powieka nie drgnęła. Wytrwałam, aby wyrazić naszą dumę!

– I co? Ktoś się załamał? – Wyrywa się pomniejszemu urzędnikowi. Jest to odezwanie niezgodne z protokołem, ale zupełnie zrozumiałe.

– Nie! – Krótko, wojskowo, odpowiada Premier. – Tylko nożyce się odezwały. Ci ludzie są jak manekiny. Uderz w stół, nożyce się odezwą.

Uroczystość zakończyła się około północy. Premier odleciała do domu wielkim wojskowym samolotem z asystą wojskową. Nad stolicą Cesarstwa przez cały następny dzień unosił się zapach róż i niezłomnej woli narodu.