Historia radośnie krótka jak urwany dzień

O niczym nie powinno pisać się tak dużo, jak o sprawach radosnych. Radość to imperatyw, nakaz obecnych czasów.

W wyniku informacji, że w budynku może znajdować się ładunek wybuchowy, wczesnym popołudniem ewakuowano Centrum Handlowe Manhattan w Gdańsku. Na zewnątrz wyszło 700 osób, klientów i pracowników sklepów i biur. Czas był piękny, słoneczny, ludzie się rozgadali, atmosfera podniecenia, rozmowy i pytania.

W rozmowach na przedzie, u góry, z boku, wszędzie, był parlament, oczywiście nie cały, tylko większość parlamentarna. Wszycy chwalili PiS, ganili opozycję.

– Partia idzie do przodu, rząd idzie do przodu, tylko opozycja drepcze w miejscu, społeczeństwo buntuje się, na szczęście tylko w połowie. – Ktoś mówił głośno.

Wszyscy się cieszyli, że rząd dokonuje zmian, cudownych, perspektywicznych, które zapewnią nam raj, jakiego nie znali nawet Adam i Ewa. Za czasów PO demokracja była pozorna, teraz jest prawdziwa. Parlament, jego decydująca większość pod sztandarem PiS, źródło wiedzy, wiary, nadziei, uczciwości i prawdy, będzie teraz kierować wszystkim: trybunałem konstytucyjnym, sądem najwyższym, sądami niższymi, prokuratorami, sędziami, nawet prezydentem, który jest niezależny.

Władza ma talent, umie stopniować napięcie, prawda płynie strumieniem z jej słodkich ust i wylewa się na ulice. A tam, niestety, niezrozumienie, ciemny naród, ludzie tysiącami sprzeciwiający się mądremu rządowi, mądrej partii, mądrym ministrom. Nocami palą świeczki na znak protestu. Ale co to za świeczki!? To ogarki! Prawdziwa świeca jest jak pała, wielka, wysmukła, od takiej to pół nieba może się zająć. To byłby dopiero ogień. Kto wie, może i ludzie nauczą się jeszcze palić porządne świece, ku chwale rządu, większości parlamentarnej i prezydenta. No i Naczelnika, chluby narodu, który zbudował nam reputację za granicą potężniejszą niż mur chiński, oby żył wiecznie, oczywiście nie mur, tylko Naczelnik.

 

Idealne państwo, idealne społeczeństwo. Opowiadanie. Część 1.

Wydarzenie z pozoru było mało znaczące. Poseł opozycji stojąc przy mównicy wyznał miłość przewodniczącemu parlamentu. Powiedział, że go kocha. Kiedy to mówił, trzymał w ręku kartkę świąteczną z życzeniami dla dziennikarzy, którym rządząca Partia Dobroczynności pragnęła zwęzić korytarze dla ułatwienia pracy w parlamencie oraz skrócić sztandar dziennikarski, dodatkowo utrudniający im poruszanie się po korytarzach. Przewodniczący udzielił adoratorowi dla ostrzeżenia dwa upomnienia, po czym wręczył mu czerwoną kartkę. W innym demokratycznym parlamencie wyznanie miłości mężczyźnie przez mężczyznę ani kartka z życzeniami dla jakiejś grupy zawodowej nikogo by specjalnie nie zdziwiła, ale nie w tym kraju. Z drobnej sprawy wynikła wielka hucpa.

Decyzja przewodniczącego podziałała na opozycję jak czerwona płachta na byka. Ci ludzie dosłownie oszaleli: zaczęli krzyczeć, tupać, protestować, chwilę później otoczyli mównicę i fotel przewodniczącego żądając przywrócenia ukaranego posła do gry. Zaniepokoiło to prezesa Partii Dobroczynności, który dorywczo pełnił również funkcję premiera. Poprosił kolegę o wyjaśnienie. Ten wytłumaczył krótko, o co poszło.

– Jestem rozżalony na niego. Spodziewałem się, że uczyni to w bardziej intymnym nastroju, że przyniesie kwiaty i że uklęknie przede mną. A tu taka publiczna żenada. Nie spodziewałem się tego po nim. Wyglądało to jak gruby żart. Samo oświadczenie miłości na pewno było miłe, ale poza tym to dno. Co więcej, on chciał mówić o muzyce i pieniądzach, a nie o miłości.

Prezesowi PD ledwo udało się uspokoić kolegę. Pocałował go w rękę. Nigdy nie całował mężczyzn w rękę, ale tym razem zrobił wyjątek. Przekonał go także do utrzymania czerwonej kartki w mocy.

Życzenie opozycji nie zostało spełnione. Przewodniczący parlamentu mógł im ustąpić, ale nie uczynił tego po wymianie serdeczności z prezesem partii. Pozostał nieugięty. Opozycja w odwecie uparła się, aby zablokować mównicę i jego fotel w sali posiedzeń. Okazała się również nieugięta.

Te trzy czy cztery z pozoru proste decyzje zapoczątkowały długi ciąg niezwykłych zdarzeń. 

*****

Incydent w parlamencie pokazano w telewizji, wywołał on gwałtowną reakcję. Postępowanie przewodniczącego nie podobało się wielu widzom, którzy uznali, że nie ma on serca, że odrzucił oferowaną mu miłość, że jest bezlitosny. Na ulice miasta wyległy tysięczne tłumy. Liczba protestujących nieprzerwanie rosła. Zebrani skandowali różne hasła, śpiewali poważne pieśni, wygłaszali krótkie, dosadne przemówienia, unikając jednak nieparlamentarnych słów. W końcu zablokowali wyjazd z parlamentu przedstawicieli partii rządzącej. Interweniowała policja, usuwając demonstrantów uniemożliwiających przejazd.

– Blokada sali posiedzeń parlamentu grozi załamaniem porządku prawnego kraju, ruiną gospodarki, naruszeniem przyjaznych stosunków z sąsiadami, innymi słowy totalną klęską. – Tak określił sytuację prezes Partii Dobroczynności. – Zapytajmy się otwarcie, nie owijając sprawy w bawełnę, kto buntuje się przeciwko nam, legalnej władzy? Są to szumowiny i elementy społeczne, zwolennicy poprzedniej skorumpowanej partii, której odebraliśmy władzę. – Przewodnicząc rozwinął długą listę przewinień poprzedniej władzy, po czym podsumował. – Demonstranci na ulicy buntują się przeciwko nam, władzy rządzącej sprawiedliwie i rozważnie, pragnącej dobra całego społeczeństwa, nie tylko elit. Niedoczekanie ich!

Członkowie PD słuchali przemówienia prezesa z uwagą i szacunkiem. Kiedy wpadł w gniew, uznali jego uczucie za jedyne i słuszne. Swoją aprobatę wyrażali energicznym potakiwaniem. Słychać było także okrzyki: – Udzielamy panu pełnego poparcia. To leży w interesie narodu i parlamentu. Jako demokratycznie wybrana reprezentacja narodu jesteśmy z nim tożsami. Partia to naród, naród to partia! – Zaczęli skandować patrząc w oczy sobie oraz widzom siedzącym przed telewizorami.

Obywatele zgromadzeni na ulicy nie przyjęli jednak łatwo słów prezesa, ani przewodniczego parlamentu, ani członków partii rządzącej. – Mamy własny rozum i serce. Nie musicie za nas decydować. Mamy was dość! – Krzyczeli zbiorowo i indywidualnie, i nadal gromadzili się jakby zbierając siły.

Przewodniczący parlamentu przy wsparciu prezesa PD podjął decyzję. W ciągu nocy na ulicach pojawiła się policja, żandarmeria oraz agenci w niewidzialnych garniturach, chłop w chłopa dobrze zbudowani, mocno wywatowani, ostre rysy na marsowych twarzach. Żaden z ich nie uśmiechnął się nawet przez moment, kiedy tworzyli kordon odgradzając demonstrantów od parlamentu. Rankiem następnego dnia wszystkie wejścia do parlamentu były już zablokowane, a ulice odgrodzone stalowymi płotami. Przywódcy opozycji i nieprawomyślni komentatorzy sugerowali, że rolą sił porządkowych było zaszokować i zastraszyć obywateli. Niektórzy obywatele w to wierzyli, inni nie wierzyli.

Dzięki zdecydowanej akcji rządu sytuacja została opanowana. Cel rządu został osiągnięty. Prezes PD był zadowolony. Obronił integralność parlamentu i legalnie wybranej władzy. Ze wszystkich ludzi w kraju tylko on jeden uśmiechał się.

*****

Po trzech latach rządów Partii Dobroczynności, zwanej także Partią Dobrobytu, powstało wymarzone przez naród idealne państwo, a w ślad za nim ukształtowało się idealne społeczeństwo. Wymagało to niezliczonych reform, aktów prawnych, rozwiązań instytucjonalnych, a nade wszystko nieprzerwanej perswazji.

Jednym z najważniejszych rozwiązań był Rejestr Specjalny, oznaczony kodem RS, narzędzie stanowiące podstawę każdego nowoczesnego państwa. Jego beneficjentami byli szarzy obywatele, o których nikt wcześniej nie mówił, albo mówił bardzo niewiele. Szarzy obywatele dzięki władzy Partii Dobroczynności w końcu poczuli się w kraju jak u siebie w domu, gdzie innym nie powodzi się lepiej niż im samym. Czerpali z tego satysfakcję większą niż z sukcesu osobistego.

Rejestr Specjalny podlegał bezpośrednio prezesowi PD, pełniącemu dorywczo rolę premiera. Rejestr przechowywano w podwójnie opancerzonej szafie ze złotym emblematem lwa ze skrzydłami orła. Szafa była wbudowana w ścianę dzielącą gabinet premiera i gabinet Ministra Służb Specjalnych. Dostęp do RS miały tylko trzy osoby: premier i minister służb specjalnych oraz jedna kobieta, której nazwisko było utajnione. Wiedziano o niej tylko tyle, że była mocno zbudowana, silna i miała tubalny głos i nawet w czasie największej trwogi wznosiła odważnie dłoń z palcami ułożonymi w symbol zwycięstwa. Była niezłomna. Układ dwóch mężczyzn plus jedna kobieta zapewniał równowagę płci, czego życzył sobie sam premier. – Jesteśmy demokratyczni do szpiku kości. – Powtarzał to wielokrotnie, aby nikt nie miał wątpliwości. W jego partii nie było to potrzebne, bo wszyscy jej członkowie myśleli identycznie. Tkwiła w tym ogromna siła.

RS był rejestrem indywiduów wrogich, podejrzanych o wrogość oraz niechętnych władzy. Nie państwu, nie społeczeństwu, ale właśnie władzy, która w ocenie prezesa Partii Dobroczynności była niczym innym jak sublimacją ideału, o którym pisał Platon dwa tysiące pięćset lat wcześniej. Prezes PD, uznawany już wtedy za geniusza politycznego, oparł zręby idealnego państwa na teorii Platona, geniusza filozoficznego, którego darzył wielkim zaufaniem z uwagi na jego niechęć do demokracji ludowej.

Jako symbol sił rządzących prezes był najbardziej zagrożony przez osoby wrogie i niechętne władzy. Zagrożenia te były traktowane przez rząd najpoważniej ze wszystkich. – Wiadomo, że jak umiera mózg, to umiera cały organizm. – Lapidarnie wyjaśniał Minister Zdrowia, były ekspert sądowy z ogromnym doświadczeniem w wystawianiu świadectw zgonu.

Jednostki wrogie i niechętne władzy Rejestr Specjalny określał generalnie jako indywidua. Usystematyzowano je hierarchicznie wedle skali ich negatywnych uczuć. Najwyższą kategorię stanowiły indywidua wrogie władzy, kod IWW. Do tej kategorii zaliczono także opozycję parlamentarną po zebraniu pełnej dokumentacji ich dywersyjnej pracy. Opozycja – jak się okazało – była ideologicznie sponsorowana z zewnątrz kraju i to na masową skalę.

Drugi, niższy poziom RS, stanowiły indywidua podejrzewane o wrogość, kod IPW. Chodziło o podejrzenia natury uniwersalnej, zarówno te niebudzące żadnych wątpliwości jak i budzące wątpliwości. Tak było bezpieczniej i taniej. Było to ważne, ponieważ bezpieczeństwo i ekonomia były głównymi hasłami rządu.

Najniżej w hierarchii zagrożenia, był to poziom trzeci, stały indywidua niechętne władzy, kod INW. Do ich teczek dostęp miała, prócz wymienionej już trójki, także policja. To samo indywiduum mogło znaleźć się na wszystkich szczeblach Rejestru Specjalnego. Znaczyło to, że jest ono niebezpieczne pod każdym względem.

Indywidua znajdujące się w Rejestrze Specjalnym były traktowane w sposób szczególny: policja, służba więzienna i służby specjalne mogły je aresztować bez oskarżenia i trzymać w areszcie przez trzy miesiące, który to termin był automatycznie przedłużany, a nawet torturować w „rozsądnych wymiarze”, jeśli zagrażały one bezpośrednio partii rządzącej, parlamentowi lub rządowi, czyli najwyższym organom władzy państwowej. Zasady strzelania do indywiduów przy próbie ucieczki były określone przez rząd w odrębnym akcie prawnym. Aresztowania indywiduów z list RS odbywały się głównie nocą, najpóźniej nad samym ranem, kiedy poszukiwani spali i nie stanowili nadmiernego zagrożenia dla sił porządkowych.

Dostęp do teczek RS premier i minister służb specjalnych mieli bezpośrednio ze swoich gabinetów poprzez wewnętrzne drzwiczki w sejfie pancernym. Sejf znajdował się za ich plecami, nie było więc mowy, aby ktokolwiek zbliżył się do niego niepostrzeżenie. W obydwu gabinetach oprócz wartownika ukrytego za zasłoną w rogu pokoju czuwał także pies wilczur.

Wbrew opiniom opozycji, rządowi nie chodziło o zastraszenie obywateli, ale o wychowanie społeczeństwa w duchu karności i porządku. Wyjaśnił to prezes, dorywczo pełniący również funkcję premiera, szczególnie wysoko ceniący ład społeczny.

– Bez karności i porządku nie ma kołaczy. – Mówił prawie nie rozciągając cienkiej linii uśmiechu usytuowanej nad górną wargą. Dolnej wargi nie angażował, gdyż była ona zarezerwowana na okazje specjalne, kiedy opozycja i krnąbrni obywatele usiłowali wyprowadzić go z równowagi.

*****

System rządzenia w oparciu o RS przyniósł krajowi wielkie korzyści, ponieważ obywatele nauczyli się karności i porządku. Z czasem okazało się jednak, że miał on także pewną słabość. Chodziło o to, że obywatele ukształtowali w sobie nawyk nabierania wody w usta, w związku z czym pojawiły się braki wody, zwłaszcza w dużych aglomeracjach. Ceny wody poszły w górę, ale nikt nie mógł się skarżyć, ponieważ miał wodę w ustach, w związku z czym rząd mógł zapomnieć o problemie. Przynajmniej przejściowo.

C.d. jutro.

Komiks literacki. Czarna Furia opozycji. Odcinek 19.

Rankiem trzynastego dnia ostatniej tercji jesieni, nie przejmując się feralnością daty, komandor wyszedł na pokład, aby ogarnąć gospodarczym wzrokiem swoje włości. Rozejrzał się, wokół zalegała mgła jasnością przypominająca lica niewinnego dziecięcia. Zaklął:

– Gdzie do cholery jest ta opozycja, o której ciągle mi mówicie? Ja jej nie widzę!

Towarzyszący mu, zawsze czujni zastępcy, oficerowie oraz ochroniarze zaczęli rozglądać się po pokładzie zasnutym oparem. Po dłuższym wpatrywaniu się dostrzegli drobne płomyki. Byli to przywódcy opozycji. Oszołomieni ciosami śmiałych posunięć komandora, szukali drogi wyjścia ze świeczkami w rękach.

Jeden z nich, śmielszy, ze skromnym znaczkiem „Moderna” w klapie zbliżył się do komandorskiej świty. Przyniesiono lampę. Ukazała ona mężczyznę w sile wieku, postawnego, z wyrazistą twarzą, czarno uwłosionego, włos cięty pod staromodny szlachecki baniak. Gładkie słowa okraszał chłopięcym uśmiechem. Był to Czarna Furia, przywódca Modernistów.

– Nie boimy się Was, komandorze. Pasażerowie też nas lubią, dobrze wypadamy w sondażach.

– Może dlatego, że macie u siebie kilka ładnych bab. – Przerwał uszczypliwie członek świty komandora. On sam nie odzywał się, byłoby to poniżej jego godności.

– Fakt. Mamy w naszych szeregach dziewczęta mądre i apetyczne, że palce lizać. – Potwierdził Czarna Furia. Są zgrabne i wykształcone, nie dają się zakrzyczeć, wiedzą, o czym mówią i mówią to głośno, choć staracie się nas kneblować nie dopuszczając do głosu. Zwłaszcza ten wyschły staruszek z epoki kamienia łupanego z twarzą poszatkowaną w drobne trójkąciki.

Pasażerowie, których garstka ukazała się na podkładzie, udzielili mu poparcia oklaskami tak skromnymi, jakby nie jedli śniadania.

– A co pan sądzi, Modernisto, o kolegach z opozycji, jeśli taka jest jeszcze przy życiu? – Komandor zdobył się na drwinę. Był wyluzowany.

– Przywódca większej grupy opozycyjnej, lecz o mniejszym znaczeniu niż moja, to niezły chłop, pseudonim Duży Zając. Więcej mówi, mniej robi, chyba dlatego, że ćwiczy utrzymywanie swoich szeregów w szyku bojowym. Nie ma co na nich strzępić języka. Mają swoje za uszami, bo to oni pomogli wam w objęciu dowództwa okrętu, a co to za opozycja, która pomaga dojść konkurentowi do władzy, w dodatku garbatemu?

– Jaki jest ten przywódca? – Zapytał rzecznik komandora zgrabnie pozorując niewiedzę.

– Jaki jest? Czy ja wiem? Trochę nijaki. Średniego wzrostu, w garniturze, kiedy mówi uśmiecha się jak zając chwytający powietrze przednimi zębami. W sumie nie jest najgorszy, nie mogę powiedzieć. Mówił, że teraz w swoim gabinecie tworzy jakies cienie. Mógłby być mądrzejszy i oddać mi palmę władzy, abym wachlując się poprowadził opozycję do zwycięstwa.

– Niedoczekanie wasze. – Warknął komandor. Nie znosił takich żartów. Władzę otrzymaliśmy od ludu, czyli od Boga i utrzymamy ją w nieskończoność.

– Nie bądźcie tacy hardzi! – Replikował Czarna Furia i wyprostował się złowieszczo. Włos zjeżył mu się na głowie. – Każdy może się mądrzyć.

– Nie każdy. – Odpowiedziała Bea – Komandor na przykład może, ale nie musi, bo jest doskonały w swojej mądrości. Dlatego idziemy za nim jak owce za pasterzem. Z chwilą, kiedy to wyrzekła, odezwały się dzwony kościelne i komandor oraz Modernista zaczęli się modlić, każdy o zwycięstwo dla siebie i klęskę dla przeciwnika. Obydwaj czuli, że niejedna konfrontacja wisi jeszcze w powietrzu.

Komiks polityczny. Kapitan wygłasza przemówienie. Odcinek 8.

Wódz Narodu, kapitan żeglugi wielkiej, szuwarowej i bagiennej Jaroszka, okolicznościowe przemówienie wygłosił w kaplicy okrętowej, z ambony, miejsca najbliższego niebu podobnie jak gniazdo bocianie. Mówił szczerze i bezpośrednio.

Bracia i Siostry!

Na wstępnie, serdecznie dziękuję mojej zastępczyni za szybkie i sprawne wykonywanie moich poleceń. Beo, podejdź bliżej, abym ucałował twe przedramię!

Zrobię podsumowanie. Zaczęliśmy równo rok temu. Nasz statek, od czasu jak powołaliście mnie do steru, w ramach długofalowego programu „Przebudowa Skrzywionej Mentalności” wpłynął na wyznaczony przeze mnie szlak wiecznej szczęśliwości, tu, na ziemi, a w przyszłości także i w niebie. Jesteśmy już inni i będziemy jeszcze bardziej inni. Nie oszukujmy się, nasz naród może mieć tylko religijno-polityczny charakter. Nie społeczny, nie biologiczny, medyczny czy technologiczny, ale właśnie religijno-polityczny. Co znaczy religijny, nie będę wyjaśniać, bo każdy ma Boga w sercu, choć nie byłbym tego pewien patrząc z obrzydzeniem na moich oponentów z ich zgniłą moralnością i zadufaniem.

– Co znaczy polityczny? – Pytam i odpowiadam. Znaczy: nasz, ojczysty, podlegający ścisłej kontroli. Słowa te mówię na statku, który diametralnie zmienił kurs, podobnie jak Pan Bóg, chętniej przemawiający dzisiaj ustami polityka i męża stanu, niż biskupa, proboszcza czy wikariusza. Nadeszły czasy, abyśmy mówili sobie prawdę, stanowiącą wyznanie wiary i uległości, a nie wartości zrodzonych in vitro z łona Rewolucji Francuskiej, wciąż mieszającej ludziom w głowach fałszywymi hasłami „Równość”, „Wolność”, „Braterstwo”, a ostatnio także „Aborcja” i „Prawa Kobiet”.

Nie oszukujmy się. Jedynie moje przywództwo gwarantuje słuszność idei, nie słów, które są zwodne jak obietnica bogatego człowieka, bo biedacy nigdy nie kłamią, ponieważ nie mają za co. Dlatego daliśmy im pieniądze, aby mogli mówić śmielej, co im leży na sercu, i mieli więcej dzieci, których ojczyzna serdecznie potrzebuje dla sfinansowania wcześniejszych zasiłków starczych. Wprowadziliśmy tu zdrową zasadę: chcesz mieć godziwy zasiłek na starość, zainwestuj w dziecko!

Przyszłość należy do nas, Bracia i Siostry. Jesteśmy tu na stałe i pozostaniemy tak długo, aż cały naród odzyska rozum, tożsamość, historię i patriotyzm. Kieruję te słowa do obywateli zagubionych uczuciowo, skołowanych przez opozycję i własny mały rozum, także do przywódców i członków opozycji, ludzi z pamięcią złych czasów, kobiet z czarnymi parasolkami, genderowców i homoseksualistów, słowem wszystkich tych, którzy stracili przywileje i żłoby, a teraz nas tylko krytykują. Apeluję, abyście się w końcu opamiętali i zrozumieli, co jest słuszne. Tak mi dopomóż Bóg.

Życzenia Wielkanocne 2016

Osterstrauss, by Goldi61, Creative Commons
W roku Ognistej Małpy 2016 według Horoskopu Jacka Kryga serdecznie, wielkanocnie i politycznie życzę:

Panu Prezesowi – zdrowej sałatki warzywnej oraz dużo ćwiczeń na świeżym powietrzu z tarczą ochronną przed gniewem bożym i ludzkim;

Panu Prezydentowi – świeżutkiego jaja z majonezem i instrukcją „Jak sprawnie przyjmować przysięgę bez strachu przed Omnipotentnym”;

Pani Premier – święconki w koszyczku w kształcie broszki oraz naprawy drukarki do publikacji wyroków zanim nadejdzie zimny Śmigus-Dyngus,

Panu Antoniemu – obfitości stołu oraz odkrycia w nastroju świątecznym niespełnionej wielkiej tajemnicy i sztuki blitzkriegu;

Miłośnikom KOD – spokojnego oddania żłobów, przywilejów i stołków miłośnikom dobrej zmiany;

Kandydatom z listy nepotycznej Pana Prezesa – nieskończonej ilości dobrze płatnych stanowisk;

Opozycji – świętej cierpliwości i nauczenia się egzorcyzmów do walki z mocami nieczystymi;

Rodzinom małodzietnym – dużo miłości, więcej dzieci i jeszcze więcej dodatków finansowych;

Emigrantom – z góry płynących życzeń szczęśliwego powrotu do odnowionego kraju;

Koniom w stadninach – wiosennej trawy oraz wymiany nowych stajennych na jeszcze nowszych;

Żubrom i innym zwierzętom – nowej Puszczy Białowieskiej.

Drogim Czytelnikom, miłym Przyjaciołom i ukochanej Rodzinie oraz wszystkim innym osobom dobrej woli życzę zaś spokojnych, zdrowych i nastrojowych Świąt Wielkanocnych.

Michael Tequila

Nowy Hamlet: Opublikować czy zaprzysiąc? Oto jest pytanie.

Teatr L'Assemblèye_eud_Normandie, by Man vyi, public domain Biegam po lesie. Już wiosennym, rozświetlonym, radosnym. Trwa nowy sezon teatralny zwany bolesnym. Mimo słońca, wszędzie gęste opary, po których błądzą Don Kichoty, Hamlety, Sancho Panse, bracia Karamazow i zwykli obywatele.

Lecą sztuki poważne i nowatorskie: „W oparach absurdu”, „Pytania bez odpowiedzi”, „Pan Paranoja” oraz humoreska: „Wielka zabawa w kotka i myszkę”.

Można by powiedzieć, jeden wielki spektakl rozrywkowo-edukacyjny. Na widowni połączonej oryginalnie ze sceną jest tłoczno. Ponure i radosne postacie, mary, duchy i zwidy, widoczni i niewidoczni, głuche głosy i szepty. A pośrodku solidny pomnik, a na nim postać Wielkiego Małego Człowieka wskazującego środkowym palcem w nieznanym kierunku. Wszyscy tam patrzą i nic nie widzą.

Obok mnie przebiega aktor, były faraon, w międzyczasie TW, aktualnie zwolennik postępu poprzez demontaż, nowej formy bytu społecznego. Tacha przed sobą krzywe zwierciadło, patrzy w nie upiornym wzrokiem i krzyczy przerażony: To nie ja! To on!

– Doskonała gra. – Ktoś mówi obok mnie, zachwyca się i klaszcze.

Nieco dalej widać opozycjonistów wobec pomnika, palca, kierunku i zwolenników. Ich sylwetki raz po raz migają na ekranie leśnej TV: przyzwoite, spokojne, lekko sparaliżowane, proponujące w lekkim ukłonie: Opublikujcie! Zaprzysięgnij! Będziemy negocjować.

Z pomnika odpowiada im osobnik z zaciśniętymi zębami. – Nie podpiszemy!

Wtóruje mu rezolutna postać, jak się okazuje, kobieta, z kolczykiem w lewym uchu, zdobnym, regularnie wymiennym: – Drukarnia nam się zepsuła! To nie jest jeszcze wyrok! Nie ma tragedii. Nie podpiszemy!

Nieco dalej przemieszcza się po stoku ostatni fragment trójkąta bermudzkiego, gdzie giną wszystkie samoloty i okręty, płynna postać objaśniająca w przelocie: Nie zaprzysięgnę! Przecież widzicie, że jestem zajęty!

– A co będzie jak pójdziecie pod trybunał? – Pyta tłumek ciekawskich, bez związku, ni przypiął ni przyłatał. – To co wtedy?

Kobieta i ten na stoku rozmyli się. Tylko echo z pomnika mruczy przez zęby: – To posiedzą tam kilka lat. Sami tego chcieli. Wiedziały gały, co brały.

Po lewej stronie, gdzie budują Cyrk Wiecznej Szczęśliwości, kłusuje rześko 6.000 nowych urzędników. To najnowszy wynalazek, patent na pełne zatrudnienie: zwolnić brzydkich i starych, a więc nieudolnych prezesów firm i mianować nowych, piękniejszych, wybranych z listy „Precz z nepotyzmem”.

– Szukam pracy. Jakie zawody są dziś poszukiwane? – Pyta młodzieniec o twarzy zdeformowanej naiwnością.

Odpowiada mu spokojny, pewny siebie, uśmiech: szwaczki, nowej szlachty, fryzjera, manicurzystki, zasłużonego, znajomego oraz trzeciego dziecka pana Królika. Chodzi o ludzi o wyższych kwalifikacjach i wielkim doświadczeniu. Muszą przecież gdzieś pracować. – Wyjaśnia uprzejmie marszałek o pomarszczonej siwiźnie.

Dla mnie, konia biegającego po lesie, rozwiązanie jest proste: – Tu jest ostateczny mur. Podpisać! Zaprzysiąc! Ani kroku ustępstwa! Ale co ja? Zwykły Koń-Marzyciel, zezwierzęcony obywatel od pługa, tęskniący za żłobem i przywilejami, a nie za spokojem i normalnością.

Michael Tequila: „Sędzia od Świętego Jerzego”, powieść psychologiczno-obyczajowo-kryminalna do nabycia w księgarniach Matras, Dom Książki i księgarniach internetowych.

Ameryka Łacińska. Intensywny przegląd uczuć Świętego Mikołaja.

democracia
Szukałem natchnienia. Spóźniało się. Dopadło mnie dopiero nad jeziorkiem, wykręciło głowę i język w kierunku Ameryki Łacińskiej, gdzie życie polityczne jest bogatsze i bardziej kolorowe.

A jednocześnie podobne do naszego. Oto coś, co mi się wyobraziło.

Najpierw otuliły mnie pieszczoty mroźnego wiatru latynoamerykańskiego zmieszanego z okrzykami „Democracia!, Democracia!” wznoszonymi na manifestacjach jakiegoś „Comité de la Defensa de Democracia” (tłumacząc na nasze KOD-u), a zaraz potem w jakimś parlamencie, gdzie większość parlamentarna partii „Derecho y Justicia” (dokładnie tłumacząc „Prawo i Sprawiedliwość”) też intonuje głośno „Democracia!”, „Democracia!”.

A propos, „Derecho y Justicia” ma w Googlu 339.000 haseł, co by świadczyło, że idea prawa i sprawiedliwości jest popularna nie tylko u nas. „Defensa de Democracia” ma 305.000 haseł. Też nieźle.

Dla przybliżenia piękna języka i oryginalnej kultury politycznej Ameryki Łacińskiej wyjaśniam, że „derecho” znaczy „prawo”, „partido” znaczy „partia”, „nacion” znaczy „naród”, „defensa” znaczy „obrona”, „justicia” znaczy „sprawiedliwość”, a „democracia” znaczy to, co każdy wie. Innych wyrazów nie tłumaczę.

Do Ameryki Południowej jesteśmy podobni także pod względem urzędu i splendoru. „Presidente” znaczy tam zarówno „prezydent” jak i „prezes”, omen nomen, to samo, co u nas, czyli … Przepraszam, zapomniałem, co chciałem napisać. Może coś szpetnego, skoro uciekło mi to z głowy?

U nas zwolennicy i przeciwnicy demokracji krzyczą równie głośno Demokracja! Demokracja! Jest to oczywiście parodia, polegająca na tym, że białe nazywa się czarne, a czarne nazywa się biale.

Co krzyczy w parlamencie latynoamerykańskim słynny anarchista Kuki16, starszy dzisiaj o rok i dużo bardziej doświadczony politycznie, nie wiem, bo on głównie śpiewa canciones i gra na guitarra, w czym jest dobry; w parlamencie przeważnie wstrzymuje się od głosu. Nie wiem też, czy jemu demokracja jest potrzebna, bo i tak przecież chce wszystko rozmontować. Oby tylko nie chciał rozmontować „Derecho i Justicia”, co mogłoby przyjść mu do głowy, skoro – jak to przepowiadają prorocy, niechciani, samozwańczy, bredzący trzy po trzy, krótko mówiąc oszołomy w rodzaju don Kichota z Manchy i jego giermka Sancho Pansy oraz niżej podpisanego – partia ta sama myśli o demontażu Kuki16 i przeciągnięciu resztek materiału w swoim kierunku. Rozbiórka nowiutkiego skansenu historycznego może i ma sens, jeśli czyni się to dla dobra narodu.

Inkantacje w parlamencie Demokracja! Demokracja! świadczą o tym, że w PiS-ie jest coraz więcej zwolenników tego ustroju. Cieszy mnie to bardzo, bo też jestem za nim. Te same okrzyki po stronie partii rządzącej i opozycji kompletnie mylą jednak połowę społeczeństwa, co jest grane. Ja, choć nie ma słuchu, znam tę melodię na tyle, że się domyślam. Druga połowa narodu również domyśla się. Ktoś powiedział o niej, że jest gorsza. Może to i prawda, skoro myśli i czuje?

Od czasu wyborów parlamentarnych obserwuję w kraju gwałtowny przyrost pozytywnych zboczeńców; coraz więcej obywateli kocha Pana Prezesa oraz Pana Prezydenta, zwyczajnie lub inaczej, co leży w naturze ludzkiej od czasu Darwina, któremu małpa pomyliła się z człowiekiem. Dzisiaj wiemy, że nie była to omyłka.

O miłości i nienawiści społeczeństwa do władzy mówią sondaże opinii publicznej.

– Kto je bierze pod uwagę? – Pytam się. – Chyba tylko nieliczni ignoranci, którzy postudiowali lub poczytali o tym, co to jest statystyka i sondaże, i jak należy je interpretować.

– Bardzo prosto, jeśli sondaż jest dobry dla nas, to jest poprawny i znaczący, jeśli nie, to kto by się takimi głupotami przejmował.

Dzień Pożyczonych Imienin

Pożyczyłem imienny od przyjaciół, aby spróbować sił pisarskich. – Oświadczył Wiktor okazując miłosierność podobnie jak profesor Chazan. – Z podwójnej okazji imienin i próby sił pozwalam wam dzisiaj nazywać mnie Księciem Karolem. Był to gest królewski, choć obcego pochodzenia.

Za oknem zaczął padać deszcz. Bez ostrzeżenia. Było to przykre i przygnębiające, aczkolwiek w swej niebiańskiej wyrozumiałości deszcz czynił to za oknem, a nie wewnątrz.

Nie było czasu na rozpamiętywanie nieszczęść. Wszyscy poszukiwali rozrywki, która nie nadchodziła. Trzeba było coś zainicjować. Dwójka rześkich staruszków-dwudziestopięciolatków zmęczonych już na tyle życiem, że marzyli o wcześniejszej emeryturze, zaczęła żartować w niewybrednym stylu.

– Czym je żołnierz? – Zadał pytanie mężczyzna z bocianim gniazdem na głowie zamiast włosów. Zależało mu na młodzieżowym wyglądzie.

Czym je żołnierz? – Zadał pytanie powtórnie, kiedy towarzystwo pozostało nieme jak kamienie młyńskie udając, że na wschodzie Europy nic się nie dzieje, kiedy w rzeczywistości powołano do życia okrągły stół, kilka autostrad otoczonych stadionami a całkiem ostatnio zestrzelono samolot. Zupełnie przypadkiem, czyli cudem. Były to osiągnięcia oczywiste i kłujące w oczy nawet niewidomych polityków. Ich istnienia nie zaprzeczała opozycja, generalnie ciepło i pozytywnie ustosunkowana do rządu i jego przywódcy, Dużego Dona oraz ich niepowodzeń związanych ze zbyt głośnym gadaniem w restauracji.

Milczenie nie jest strawną odpowiedzią na pytanie o narzędzia żołnierskie. Nie jest najgorsza, ale nie jest poprawna. Ważna jest historyczna prawda. – Cenzorował, ripostował i kontestował człowiek zwany Jadowitym. Język rozdwoił mu się na końcu, kiedy syczał słowa w kierunku zaskoczonego audytorium. Spodziewali się czegoś innego. Na przykład śniegu na wiosnę, ale nie okrągłego stołu. Woleliby bez stołu, lecz za to z pepeszami i szubienicami. Niektórych osiągnięcia historyczne zmyliły do cna. – Stół był w istocie kwadratowy. – Stwierdził mężczyzna w kącie zarezerwowanym dla opozycji.

To dziwny gość. Wyłamuje się z szeregów jednomówiących klonów partyjnych. Przywieźli go tutaj dla rozrywki. Ma granat w kieszeni i mówi, że się rozerwie, ponieważ ma już dosyć nudy. Wszystkiemu winien jest premier i ta jego zakichana partia. On i ona przędą dzisiaj taniutko, cieniej niż wygłodzony pajączek z plebanii. – Dobieg szept z drugiego kąta, stanowiącego miejsce świątecznych zgromadzeń przeciwników hierarchii kościelnej.

C.d. istnieje i nastąpi. O ile wcześniej nie nadejdzie koniec świata.

Reguły gry. Opowiadanie „political fiction”. Odcinek 6: Przygotowania

To już dzisiaj – pomyślał Premier i wstał zza biurka, aby rozprostować nogi. Niepokój i troska mieszały się w jego głowie jak zupa gotująca się na wolnym ogniu. Miał wrażenie, że słyszy bulgotanie. Musiał przygotować się do największych rozgrywek w bieżącym sezonie. Wszyscy się przygotowywali. Założył krótkie spodenki, solidne ochraniacze na kolana i łydki, przez głowę naciągnął koszulkę. Zastanawiał się nad czymś przez chwilę, po czym machnął ręką. Obuwia nie wkładał. Miał je w bagażniku samochodu.

Założę je dopiero przed wyjściem na murawę – postanowił. Podszedł do lustra i ocenił się. Podobała mu się własna sylwetka; emanowała determinacją i duchem walki. Miał o co wałczyć, był przecież premierem rządu.

Walczyć, ale fair, a nie bezpardonowo i bez zasad, jak ten platfusowaty kołek – mruknął do siebie. Ten kreator oskarżeń i fałszywej rzeczywistości! Nie chciał wymawiać jego nazwiska. Mierziło go. Nie było zresztą potrzeby. I tak wszyscy wiedzieli, o kogo chodzi. Było ich tylko dwóch. Dwóch rozgrywających. On i ten drugi. Reszta to płotki, drobiazg bez znaczenia.

Jego rozmyślania przerwał sygnał telefonu komórkowego, którego numer znali tylko najbardziej zaufani współpracownicy i żona. Premier słuchał uważnie przez kilkadziesiąt sekund.

Nie zapomnijcie tylko zabrać narzędzi i wszystko starannie przygotować. Kończę, bo nie mam już czasu. Do szybkiego zobaczenia. Nara – niedbale rzucił do mikrofonu jak papierem do kosza na śmieci.

Wychodząc z gabinetu umocnił w sobie przekonanie, że musi zadać swemu największemu przeciwnikowi ostateczny cios. Plany, myśli i ostre słowa zostawiał dla siebie; publicznie demonstrował spokój i opanowanie. Był oględny w słowach.

Chyba dlatego większość ludzi uznaje mnie za człowieka zrównoważonego i spokojnego. Ale to nie będzie trwało wiecznie – doszedł do wniosku wsiadając do samochodu, który czekał na niego przy krawężniku.

Na drugim końcu rozległego budynku sejmowego do rozgrywek przygotowywał się Kaczan, przewodniczący Partii Nowych Kreacjonistów, najostrzejszy krytyk rządu i Partii Ewolucjonistów.

PE! Pieprzone Elementy! – z gniewem wymawiał te słowa, kiedy myślał o Słabosilnym i jego partii. Nie znosił go. Jego buty, kłamstw, nieudolności. A przede wszystkim jego ostatniej wygranej. Kiedyś sam był wygrany, ale krótko. Tylko dwa lata.

To przecież tylko nędzne pół sezonu. Dobre i to – pocieszył się. Jego zespół był wtedy najlepszy.

Chętnie utopiłbym tego gnojka w kałuży brudnej wody deszczowej, gdybym tylko wiedział, że mnie nie złapią – nie była to myśl, którą dzieliłby się z kimkolwiek. Ale jego ludzie i przyjaciele i tak o tym wiedzieli. Wiedzieli i podzielali jego uczucia. Cieszyło go to, ponieważ jednoczyło to partię. Ale jak zdobyć zrozumienie i poparcie większości społeczeństwa? – pytanie to nieprzerwanie przewalało się w jego myślach jak worek ze starociami, z którymi niewiadomo co zrobić.

Nie idzie nam zbyt dobrze. Może dlatego, że nie mamy jeszcze rzetelnego programu politycznego. Tylko dobre hasła. Porzucił powracające automatycznie myśli i skoncentrował się. Z szafy wyjął duży pakunek zawierający strój do gry w polo i zaczął ubierać się. W pierwszym rzędzie włożył nowiutką koszulkę polo i spodnie do konnej jazdy, a następnie wysokie buty. Wszystkie akcesoria były najlepszej marki, zostały nabyte w specjalistycznym sklepie w Londynie. Poczuł się lepiej. Przerwał ubieranie się, sięgnął do szuflady biurka i wyjął z niej rewolwer. Przyjrzał mu się i uśmiechnął się. Sprawdził zawartość magazynka i sięgnął po dodatkowy magazynek. Nie wiadomo, co może się zdarzyć na takiej imprezie – mruknął do siebie uspokajająco. Po ubraniu się zaczął wciskać do wielkiej torby obły ciemny przedmiot o dużych gabarytach. Mocował się chwilę przeklinając. To przyda się później – mruknął w końcu z zadowoleniem, kiedy udało mu się pokonać oporny materiał. Mógł pakowanie zlecić swojemu pracownikowi lub ochroniarzowi, ale pewne rzeczy wolał robić osobiście. Nie należał do ludzi łatwo obdarzających innych zaufaniem.

Zbliżający się zmierzch zarzucał dyskretną sieć spokoju na rywalizacje i nienawiści polityczne. Rozglądając się po gabinecie, czy czegoś nie zapomniał, Kaczan nieprzerwanie roztrząsał pomysły i sytuacje, analizował i planował. Walka polityczna stała się wulgarna i prostacka – tak uważało wiele ludzi. Jak ją ucywilizować? – nikt nie znał na to odpowiedzi. Tego był pewien. Jego to nie męczyło. Wręcz przeciwnie. Dobrze czuł się w wirze oskarżeń, wątpliwości i niepewności. To był jego styl. Tylko tak mógł wygrać z przeciwnikiem: obudzić powszechną niepewność i niechęć społeczeństwa do rządzących i ich poczynań – pomyślał zamykając drzwi wyjściowe na trzy klucze. Kwestionować wszystko, co robią. Oskarżać. Obarczać winą – to dobra strategia.

Opuszczając gabinet nacisnął klamkę i sprawdził, czy dobrze zamknął. Ruszył w kierunku małego prywatnego parkingu, gdzie czekali na niego ludzie ochrony i zaufani współpracownicy. Zatrzymał się zanim doszedł do rogu budynku. Rozglądnął się. Wokół nie było nikogo. Wahał się. Po chwili zawrócił i jeszcze raz sprawdził, czy drzwi zostały dobrze zamknięte. Inspekcja wypadła pomyślnie. Przywódca Partii Nowych Kreacjonistów odetchnął z ulgą i uspokoił się.

 

Reguły gry. Opowiadanie „political fiction”. Odcinek 3: Posterunek

Rokpol podniósł się z ziemi. Odczuwał ból w każdej cząstce ciała, szczególnie szyi. Powoli doszedł na brzeg stawu i przejrzał się w wodzie. Widział tylko odbicie niewyraźnej, poplamionej twarzy. Dotknął jej w kilku miejscach.

To chyba krew, pot i ziemia – doszedł do wniosku. Ale mnie urządzili. Wszystko mnie boli, ale chyba nie mam nic złamanego. Pieprzeni fachowcy od bicia za poglądy polityczne!

Obmył się i wyruszył w drogę do domu. Na szczęście zapadał już zmierzch i jego wygląd nie rzucał się zbytnio w oczy. Z trudem poruszał się. W pewnym momencie zaniemógł. Zbierało mu się na wymioty. Poprosił o pomoc przechodzącą parę małżeńską w średnim wieku a potem samotnego mężczyznę. Żadne z nich nie wyraziło chęci udzielenia pomocy. Zaniepokojeni rozglądali się wokół niepewnie. Zrozumiał. Bali się.

Po przejściu kilku przecznic zauważył, że jest śledzony.

Aha, pewnie chcą sprawdzić, czy nie zajdę na posterunek policji. Taki głupi to nie jestem. Ominął posterunek i dopiero wtedy, kiedy był pewien, że nikt już nie idzie za nim, wrócił. Uznał, że jego stan i wygląd będą najlepszymi dowodami w zeznaniu. Nie puszczę tym wszarzom płazem pobicia mimo pogróżek – był zdeterminowany dochodzić kary dla tych, którzy bili bez powodu.

Przesłuchujący go policjant był w randze sierżanta. Najpierw zadał mu kilka pytań, zapisał odpowiedzi, a potem przystąpił do formalnego przesłuchania. Po zakończeniu podsunął mu zeznanie do podpisania. Rokpol nie czytając podpisał.

Czy ktoś mógłby mnie odwieźć do domu? To niedaleko stąd. Nie czuję się dobrze.

Zawieziemy pana do pogotowia ratunkowego. Powinien pan przejść badania. Lekarz powinien zbadać obrażenia i ustalić, czy nic nie zagraża pańskiemu zdrowiu.

Nie pojadę na pogotowie. Nie ma potrzeby. Nie ma mowy – zdecydowany głos chłopaka nie budził wątpliwości, że nie uda się dobrowolnie na badania. Pojadę jutro rano do szpitala. To niedaleko ode mnie. W mojej sytuacji nic się nie zmieni, obrażenia pozostaną takie, jakie są. Umyję się tylko.

Sierżant zastanawiał się nad czymś. Popatrzył uważnie na klienta. Rokpol odczytał to spojrzenie na swój sposób.

Jeśli w pogotowiu mieliby sprawdzać, czy nie mam alkoholu we krwi, to wolałbym, aby pan to zrobił teraz. Na pewno możecie to zrobić.

Policjant pomedytował chwilę, zadzwonił gdzieś, nic nie mówiąc odszedł i po chwili wrócił z alkomatem. Pomiar nie wykazał śladów alkoholu we krwi.

Odwiozę pana do domu – zdecydował.

Przez kilkanaście minut wspólnej jazdy mężczyźni zajęci byli rozmową.

Czy śledztwo przeciw tym draniom zostanie szybko podjęte?

To nie takie proste, choć sprawa wydaje się oczywista. Najpierw mój szef zapozna się z pańskim zeznaniem, a potem musi ustalić, kto i kiedy się tym zajmie. Rzecz w tym, że jest pan koleją ofiarą bandyckiego napadu, którego motywy są niejasne. Ponadto mamy strasznie dużo pracy. Nie nadążamy.

Jak to niejasne? Niejasne motywy? Co to znaczy?

W tym sensie, że pobicie drugiego człowieka, ponieważ ma inne poglądy polityczne, to rzadkie wydarzenie. Oczywiście, jeśli ludzie są trzeźwi. Tymczasem od kilkunastu miesięcy obserwujemy nasilenie takich zdarzeń. Ci bandyci to nie są zwykli chuligani. Ich postępowanie nie jest podobne do zachowania się na przykład kibiców na meczu piłkarskim. Tam przeciwna drużyna i jej kibice to przeciwnik, z którym należy walczyć. Uczucie nienawiści rodzi się u nich przez dłuższy czas, przez lata a może nawet i pokolenia. W pańskim przypadku było zupełnie inaczej. Ci, którzy pana pobili, zachowywali się jak bojówkarze formacji politycznej. Wydają się nie uznawać demokratycznie wybranej władzy i nie tolerować odmiennych poglądów – sierżant beznamiętnie i rzeczowo wyłuszczał swoje argumenty. Mówił jak socjolog opisujący zachowania społeczne.

Czy macie dużo takich spraw?

Ostatnio coraz więcej.

Czyli nie jestem pierwszy ani zapewne ostatni, któremu to się przydarzyło.

Na to wygląda.

To dlaczego nikt o tym nie pisze ani nie mówi?

Piszą i mówią, ale ci, którzy to robią idą na pierwszy ogień. Przepraszam, źle to sformułowałem. Mam na myśli, że oni pierwsi dostają pogróżki, podpala się ich samochody, dosyć częste były pobicia. I to znacznie poważniejsze niż pańskie. Media stały się wstrzemięźliwe i ostrożne. Dziennikarze i reporterzy też odczuwają strach. Żądają ochrony osobistej. A gdzie są na to środki i ochroniarze? Nie ma też prawa, które dokładnie definiowałoby, kiedy takim ludziom należy się ochrona z urzędu.

Kto to robi? Kim są ci napastnicy?

To trudne pytanie. Napastnicy są bardzo ostrożni. Wydają się być dobrze zorganizowani i należeć do jakiejś organizacji. Chyba są nawet nieźle przeszkoleni albo starannie rekrutowani. I milczą, nawet jeśli udowodnimy komuś aktywny udział w przestępstwie. Łączą w sobie dwie cechy: agresję z poglądami politycznymi. Nie podobają im się osoby, którzy nie mówią źle o aktualnej władzy: rządzie, prezydencie, a nawet parlamencie.

To co oni myślą o tych najwyższych organach władzy?

Najbardziej nie podoba im się rząd. Uważają, że jest niekompetentny, skorumpowany, oszukuje, że działa wbrew interesom państwa i obywateli, że dba o siebie i najbogatszych.

Ma pan rację. Przypomniałem sobie słowa tego chudego drania. „Ten twój premier, Słabosilny, to prawdziwy sukinsyn. Nic nie robi dla kraju. Złodziej, kłamca i oszust”.

W samochodzie zapadło milczenie. Myśli obydwu krążyły wokół tego samego tematu. Sierżant czuł, że coś nieokreślonego wisi w powietrzu. Ludzie stopniowo mogą odzwyczaić się mówić, jakie mają poglądy polityczne, jaka partia im najbardziej odpowiada i kogo będą popierać w najbliższych wyborach. Było to coś niejasnego i dwuznacznego jak gęsta, lepka mgła, która pojawiła się znikąd i za którą nie wiadomo, co się kryje. Sierżant był przekonany, że to nie może trwać zbyt długo. Czekał podobnie jak jego koledzy. Nie wiadomo było tylko, kto, kiedy i jak miałby doprowadzić do zmiany sytuacji i zaprowadzić porządek.