Czytajcie książki!

Aby nie być gołosłownym w kaznodziejskiej pasji nawoływania do dobrego czynu, sam dużo czytam. Z przyjemnością poznaję teraz powieści i opowiadania pisarzy południowoamerykańskich, najchętniej utwory z lat 1980-tych i późniejszych, autorów takich, jak Carlos Fuentes (Instynkt pięknej Inez), Mario Vargas Llosa (Rozmowa w „Katedrze”), Julio Cortazar (Opowiadania 1), Gabriel Garcia Marquez (Nie ma kto pisać do pułkownika).

Każdy ma swoje preferencje. Sam cenię szczególnie pisarzy Ameryki Południowej. Nie jest to przypadek. Spędziłem cztery lata na tamtym kontynencie i znam dobrze język hiszpański. Sceny i ludzie z książek wspomnianych autorów są dla mnie zrozumiałe, bliskie, serdeczne i swojskie. Ameryka Południowa i jej kultura ma swoją odrębność. Jest w niej między innymi tajemniczość i nostalgia. Za racji przeżytych tam kilku lat, spotkań, rozmów, podróży i obserwacji, łatwiej jest mi rozumieć, co to znaczy maniana, religijność i sposób postępowania bohaterów oraz widzieć i rozpoznawac kształty budowli, krajobrazy, roślinność i zapachy. Do dziś pamiętam intensywny zapach wielkich plantacji cebuli w okolicach jeziora otoczonego wzgórzami czy widok kolumbijskich wieśniaków czekających na pogrzeb przed masywnym kościołem w zagubionej miejscowości. Większość z nich nosiła kapelusze, zarówno mężczyźni jak i kobiety, oraz ruany, gdzie indziej zwane poncho. W pierwszym przypadku zapamiętałem ogromne ciężarówki pełne cebuli, w drugim kobiety, ich indiańskie rysy i czarne kapelusze przypominające cylindry.

Książka daje szczególną radość i satysfakcję. W szalonym, coraz bardziej zwariowanym świecie, w jakim żyjemy, dostarcza emocji, rozrywki i wiedzy wielokrotnie przewyższającej telewizję. Książka stymuluje umysł czytelnika wywołując jego własne skojarzenia i myśli, telewizja zaś tłoczy własne obrazy i idee do głowy widza. Książka oznacza delektowanie się, telewizja pochłanianie akcji i wrażeń, często beznadziejnie uproszczonych lub wręcz głupich.

To, czym jesteśmy, jest wynikiem dziedzictwa genetycznego, wychowania i doświadczeń życiowych. Nie wszytko można przeżyć, aby nauczyć się, jak mądrzej żyć. Mądrość można czerpać z książek. Uczymy się z nich myślenia innego niż nasze własne, rozwiązywania problemów, widzenia i rozumienia świata odmiennego od tego, w którym sami żyjemy, prawdziwego lub wyimaginowanego. Czytając, rozwijamy i wzbogacamy własne umiejętności przeżywania tego, co nas spotyka każdego dnia.

Mam przyjaciela, który uważa, że literatura beletrystyczna nie daje satysfakcji, ponieważ nie przedstawia faktów i prawdy o tym, co się naprawdę zdarzyło. Akceptuje on zasadniczo tylko przekazy tekstowe i obrazowe, które pokazują rzeczywistość taką, jaka miała miejsce, fakty i wydarzenia.

Ja odbieram świat inaczej. Uważam, że fikcja literacka, o ile nie jest to czysta fantastyka, też pokazuje rzeczywistość, tylko w inny sposób, może bardziej artystyczny, ale również prawdziwy. Jeśli powieść opisuje romans, jaki miał miejsce w czasie wojny, to przedstawia ona czasy, bieg rzeczy, naturę zdarzeń i uczucia, jakich ludzie wówczas doświadczali. Być może nie dokładnie tak, jak sami kochankowie powieści, ale jak inni ludzie, którzy kochali się w czasie wojny przeżywając strach, niepokój, przerażenie, nadzieję, osamotnienie, biedę, chwile szczęścia, ciepło i zimno, dotyk bliskiej osoby.

Warunkiem sukcesu czytelniczego jest znalezienie dobrej, ciekawej, a idealnie pasjonującej książki. Wybór autora i utworu zależy tylko od nas. Jest to wielkie wyzwanie. Warto poświęcić czas i znaleźć dobrą książkę, niż iść na łatwiznę i czytać potem coś, co nie jest najwyższego lotu i nie przynosi pełnej satysfakcji.

O kupowaniu i pisaniu książek

Czytelniczka o słonecznym imieniu Sunny przedstawiła mi swoje zainteresowania, które mogą być ważne także dla innych czytelników blogu. Zdecydowałem się udzielić odpowiedzi w formie bezpośredniego wpisu.
„Tak… tak chciałabym przeczytać tę książkę.
Jeżeli to możliwe, chciałabym również porozmawiać o pisaniu (nie tylko powieści)”
Cieszę się, że jest Pani zainteresowana powieścią „Plener zagubionych uczuć”. Jest ona dostępna w wielu międzynarodowych sklepach internetowych, których adresy są dostępne poprzez górny pasek strony autorskiej. Zakupu dokonuje się tak samo jak w Polsce, płatność kartą kredytową, być może także przez PayPal. Cena ebooka jest wyjątkowo atrakcyjna.
Rozmowa o pisaniu powieści: Proszę napisać w komentarzu do dowolnego bieżącego blogu, co Panią interesuje najbardziej. Temat jest niezwykle obszerny, łatwiej mi więc będzie odpowiadać na kolejne pytania, które mogą być interesujące także dla innych czytelników.
Chętnie podejmę ten wątek, ponieważ jest on ważny dla każdej osoby piszącej. Jednym z aspektów jest także kontakt pisarza z czytelnikiem i osobami piszącymi, rozumienie ich zainteresowań, podejścia, problemów. Czekam na pytania.

Opowiadanie: Spektakl. Odcinek 22 (ostatni)

Rozmowę przerwały okrzyki. Drzwi budynku otworzyły się skrzypiąc i w progu ukazał się prezes zarządu Baron TV w asyście kobiety. Za ich plecami sterczała czujna głowa strażnika.
Przedstawiciel demonstrantów zwrócił się w kierunku zebranych przykładając wymownie palec do ust, podnosząc lewą rękę do góry i wskazując na zegarek.
Prosi o spokój. Chce, żeby im dać trochę czasu – ktoś w tłumie głośno zinterpretował gesty człowieka na schodach. Zobaczymy, co z tego wyniknie.

Ja już wiem! – śmiało zadeklarował młodzieniec w okularach z cienkimi oprawami. Dyrektor powie, że przyjmą Boskiego z powrotem do pracy.

Skąd to wiesz? To nie jest takie pewne.

Ja wiem, bo znam pewną babkę w telewizji i ona mi powiedziała przez komórkę, co zrobią. Są pod presją. Ale nie myślcie, że tylko naszą, demonstrantów. Tu chodzi o coś innego, nie tylko o opinię publiczną.

Nie bądź taki tajemniczy. Chyba możesz powiedzieć?

Mężczyzna przywołał ręką kilka najbliższych osób i schylił się wewnątrz ich kręgu, aby podzielić się sekretem.
Ten mur rozgrzewa się od płonącego stosu. Na zewnątrz jest dużo drewna, które pali się jak szczapa smolna.
No i co z tego? – przerwał niecierpliwy głos. Nie ma mowy, aby budynek się zapalił. To nonsens.
Oczywiście, że nie – odburknął z pogardą okularnik. Problem w tym, że za ścianą budynku w miejscu, gdzie hula ogień, stoją urządzenia elektroniczne wrażliwe na temperaturę i nie da się ich stamtąd szybko usunąć. Wyobrażasz sobie, co by było, gdyby uległy awarii?. Telewizja wysiadłaby na kilka dni albo i dłużej.

Delegacje zbliżyły się do siebie i po wzajemnej prezentacji podjęto rozmowę. Trwało to jakiś czas. W pewnym momencie od grupy odłączyli się przewodniczący obu delegacji i stanęli przed masywnym łańcuchem okalającym podest schodów. Alfred Narożny tłumaczył coś swojemu rozmówcy wykonując ręką ruchy przypominające nawijanie nici na motek. Kiedy skończył, obydwaj obrócili się w kierunku tłumu. Przemówił rzecznik demonstrantów.

Sprawa wyjaśniła się szybciej, niż mogliśmy się spodziewać – głos wzmocniony przez podręczny megafon brzmiał sztywno i mechanicznie. Nie mam jednak dobrych wiadomości. Proszę Prezesa „Baron TV” o przedstawienie swojego stanowiska.

Proszę państwa, nie mogę powiedzieć nic więcej oprócz tego, że zarząd Baron TV prowadzi intensywne konsultacje w poszukiwaniu rozwiązania. W związku z tym mam do Państwa prośbę. Proszę dać nam jeszcze trochę czasu, aby wyjaśnić wszystkie prawne, organizacyjne i ludzkie aspekty powstałej sytuacji. Staramy się znaleźć rozwiązanie kompromisowe, które byłoby do przyjęcia dla państwa i dla naszej firmy. Dlatego też proszę o cierpliwość i czasowe zaprzestanie demonstracji przed naszym budynkiem.
Gwizdy i okrzyki przerwały przemówienie. Początkowo pojedyncze, wkrótce przerodziły się w jeden nieprzerwany ryk. Tłum zwarł się w sobie niby wielki i nieruchawy dinozaur, który atakiem broni się przed napaścią śmiertelnego wroga. Siły dodawała mu wiara w konieczność obrony człowieka, który pokonał strach przed publicznym wyszydzeniem i ośmieszeniem, aby w bliźnim rozpoznać Boga.
W tle rozwijającej się burzy niezadowolenia i gniewu dały się słyszeć wybuchy dochodzące od strony pożaru syczącego i trawiącego stos drewna i łatwopalnych materiałów przy południowej ścianie budynku. Z razu była to kanonada przypominająca eksplodujące silne petardy. Kiedy wydawało, że arsenał środków wybuchowych już się wyczerpał, niespodziewana, dziwna eksplozja wstrząsnęła budynkiem, wyrywając zeń fragment ściany jak kawał mięsa z żywego organizmu. Pod wpływem zwiększonej temperatury zwarły się przewody elektryczne, a ich iskrzenie doprowadziło do eksplozji gazu w miejscu, gdzie niewinne rozszczelnienie przewodów stworzyło mieszankę wybuchową.

To palec boży! To znak boży! Wszyscy jesteśmy grzesznikami skazanymi na zagładę! – nędznie ubrany mężczyzna, ze zwichrzonymi włosami, nieogolony i brudny, o wyglądzie żebraka, histerycznie krzyczał i tańczył wokół ognia. Część tłumu przyłączyła się do szaleńca jakby udzieliło im się przekonanie o końcu świata.

Kiedy na miejscu pojawiły się pierwsze samochody straży pożarnej i policji, południowa część budynku stała w ogniu. Wznoszące się w niebo płomienie trawiły wnętrze budynku czerwonymi jęzorami stając się symbolem bolesnej łączności człowieka z Bogiem.

Opowiadanie: Spektakl. Odcinek 21.

Narada u Prezesa Alfreda Narożnego była burzliwa. Firma znalazła się w narożniku. Kiedy sekretarka powiadomiła go o przybyciu posłańca przynoszącego wiadomości od demonstrantów przed budynkiem, śpiesznie wyszedł z gabinetu i wysłuchał relacji?

Proszę im powiedzieć, że odbywam pilną naradę, lecz spotkam się z nimi. Ale nie od razu. Popatrzył na zegarek i dodał: za pół godziny, nie wcześniej. Nie mogę wcześniej, to zbyt ważna sprawa. Proszę koniecznie ich uspokoić, na ile to jest możliwe. Gdyby mimo wszystko nalegali na wcześniejsze spotkanie lub stawiali jakieś warunki, proszę starać się … Na twarzy strażnika pojawił się niepokój.

Cholera, on nie da sobie rady z tym posłaniem! – Prezes zaniepokoił się, po czym zaczął intensywnie rozważać, jakie mogą być inne opcje. Popatrzył jeszcze raz na strażnika. Niepewność i niepokój były wymalowane na jego twarzy. Po chwili wahania Prezes zmienił decyzję. Proszę informować moją sekretarkę, gdyby zdarzyło się coś ważnego – zakończył, podziękował strażnikowi i polecił wrócić na stanowisko przy drzwiach i zachować czujność..

Osobisty asystent Prezesa czekał już przy drzwiach do sali narad.

Pójdzie pan porozmawiać z delegacją demonstrantów. Pan sobie z tym poradzi. Proszę za mną do gabinetu, udzielę panu instrukcji. Zaraz potem wrócił go sali, gdzie byli zebrani pozostali członkowie zarządu i prawnicy.

Znaleźliśmy się między młotem a kowadłem. Nie możemy robić z gęby cholewy zwalniając pracownika i od razu przyjmując go do pracy, dlatego, że ktoś wywiera na nas presję – Prezes kontynuował naradę. Taka decyzja zależy od oceny, jakie to będzie miało długofalowe skutki. Musimy zyskać poparcie dla decyzji, jakakolwiek by ona nie była – Prezes rozejrzał się po pomieszczeniu i z tęsknotą spojrzał w okno pełne obietnic słonecznego dnia.

*****

Nie mogąc doczekać się prezesa „Baron TV”, kilku niecierpliwych manifestantów postanowiło przyśpieszyć rozwój wydarzeń.

Tam dalej, z prawej strony budynku są rusztowania, a obok na kupie leżą deski. Z drugiej strony budynku są wycięte drzewka, w miejsce których posadzono nowe. Tych starych jeszcze nie zabrano. Może je podpalić? – niedwuznacznie sugerował niepozornie wyglądający mężczyzna żywo gestykulując rękami. Kilku obecnych natychmiast postanowiło wcieli pomysł ć w życie.

Czyście oszaleli? Chcecie nas wszystkich wsadzić do więzienia? – protestowali zwolennicy pokojowych rozwiązań.

Co tak się boisz więzienia? To nie ty pójdziesz siedzieć, tylko my.

Dlaczego to robicie?

Nie będziemy tu siedzieć do usranej śmierci. Ten prezes tak się porusza, jakby mu nogi odjęło. Zobaczysz jak szybko zareaguje, jak tylko zapalimy ognisko. To go przyspieszy jak paliwo rakietowe – zapewniał brodaty osiłek w żółtej koszuli z krótkimi rękawami.

Skąd wiesz? Skąd masz tę pewność? – dochodziła kobieta zaniepokojona samozwańczymi działaniami miłośników szybkich rozwiązań.

Wiem, bo brałem udział w strajkach i demonstracjach. Poza tym znam tego prezesa. On też mnie zwolnił z pracy.

Aaa..To dlatego tu jesteś! Szukasz zemsty?

A co w tym złego? Ale to nie jest najważniejszy powód. Moja sprawa była inna niż Tomasza. On nie zasłużył na zwolnienie. Nie jesteśmy trybami w maszynie ani kołkami w płocie, tylko ludźmi. Nie ma takiego prawa, które karze cię zwolnieniem za to, że wyrażasz swoją opinię w miejscu publicznym. Im to oczywiście nie na rękę, że Tomasz powiedział to, co powiedział – mężczyzna z niechęcią wskazał głową w kierunku budynku stacji telewizyjnej. Zarząd telewizji to ludzie niewierzący, a jeśli nawet ktoś tam wierzy w Boga, to nie przyzna się do tego publicznie. To byłoby „niepoprawne politycznie”.

To dosyć elastyczne określenie. Co masz na myśli?

Oni uważają za niepoprawną każdą wypowiedź, która odnosi się do polityki, wiary lub obyczajów, jeśli mogłaby być źle skojarzona lub źle widziana przez większą grupę społeczną lub środowisko. „Telewizja jest neutralna i pracownicy nie wygłaszają poglądów za lub przeciw religii, szczególnie jeśli temat jest drażliwy lub zapalny społecznie” –Tomasz na pewno usłyszał coś podobnego od dyrektora lub prezesa. Ich polityka służy zarządowi, a nie widzom i społeczeństwu. Zasad postępowania nie da się zdefiniować jak instrukcji obsługi żelazka. Prosto i łatwo – zakończył mężczyzna wyraźnie zorientowany w zawiłościach funkcjonowania Baron TV.

Opowiadanie: Spektakl. Odcinek 20.

Niedzielny słoneczny poranek zapowiadał spokojny dzień. Powietrze falowało nad rozgrzaną jezdnią i odpływało w nieznane pod wpływem łagodnego wiatru, choć w cieniu nadal dawał się odczuć ustępujący chłód. Mieszkańcy miasta wylegli na ulice. Wydawało się, że wszyscy chcą skorzystać z niezwykłej pogody, aby pójść na spacer, wyjechać za miasto, udać się do kościoła lub odwiedzić przyjaciół. Pogoda była zachwycająca; tylko na zachodniej części nieba nad horyzontem zalegały ciemne chmury, pełne mrocznej zadumy.

Jakie one mają fantastycznie dziwne kształty! – zachwycały się dwie wystrojone nastolatki siedzące na ławce w parku naprzeciw siedziby „Baron TV”. Czekały na pozostałą część rodziny, aby razem pospacerować wśród drzew, krzewów i kwiatów z perspektywą zakończenia przechadzki w ulubionej przez wszystkich lodziarni.

Czy myślisz, że chmury mogą coś oznaczać? Coś mogą zapowiadać? – dociekała młodsza z dziewcząt poprawiając zalotnie sukienkę zdobną w wielokolorowe kwiaty i rzucając ukradkowe spojrzenia na dopasowane kolorystycznie czerwone buciki.

Nie wiem, co one mogą znaczyć. Ale nie wszystko na ziemi ma znaczenie. Tak zawsze mówiła moja babcia. Kiedyś mi wyjaśniła, że ludzie nie mogą wszystkiego wiedzieć – starsza dziewczynka popisywała się wiedzą o naturze ludzkiej wiedzy.

Odpowiedź nie zadowoliła kolorowo ubranej koleżanki. Takie chmury na pewno coś znaczą! – odpowiedziała z przekonaniem. Nigdy takich nie widziałam. One są wyjątkowe. Na pewno coś się wydarzy. Ciekawa jestem, co? – pomyślała marzycielsko w dziecięcym oczekiwaniu, że życie jest pasmem intrygujących i miłych niespodzianek.

*****

O godzinie 9 rano przed okazałym trzypiętrowym budynkiem „Baron TV” pojawiła się kilkuosobowa grupa. Zatrzymali się u stóp schodów zdobiących wejście główne, rozejrzeli na wszystkie strony jakby oceniając miejsce i rozpoczęli rozmowę. Stopniowo przyłączali się do nich inni ludzie nadchodzący pojedynczo lub grupkami. Niektórzy znali się od dawna, pozdrawiali się entuzjastycznie, wymieniali informacje i żarty. Kilkadziesiąt minut później przed budynkiem stał już pokaźny tłum i wciąż się powiększał.

Punktualnie o godzinie dziesiątej, jak w dobrze wyreżyserowanym scenariuszu, z bocznej uliczki wyłoniła się hałaśliwa demonstracja i przyłączyła do zgromadzonych. Kobieta i dwóch mężczyzn oddzielili się od tłumu i skierowali w górę po schodach ku wejściu do gmachu. Ich młodość, energia i modne ubiory rzucały się w oczy. Jeden z mężczyzn niósł w ręku podłużny, opakowany przedmiot. Podest schodów otoczony barierą w postaci grubego czarnego łańcucha wyglądał jak rufa statku albo wielka ambona obudowana płytami z granitu podpalanego czerwienią żył i smużek. Masywny szlifowany kamień przywoływał na myśl luksus i dostojeństwo, władzę i panowanie.

Trójosobowa delegacja dotarła na podest i zbliżyła się do drzwi. Mężczyzna z pakunkiem zastukał masywną kołatką imitującą pysk lwa, lecz drzwi pozostawały zamknięte. Zastanawiali się, co zrobić, gdy zauważyli dzwonek z boku drzwi. Mężczyzna nacisnął przycisk dzwonka, niecierpliwie odczekał chwilę i znowu nacisnął go dwa razy z rzędu.

Chyba wszyscy w budynku założyli sobie wtyczki do uszu – mruknął zniecierpliwiony delegat tłumu oczekującego na wieści. Jak na rozkaz w drzwiach pojawił się strażnik w szarozielonym mundurze firmy ochroniarskiej.

Jak pan widzi za nami stoi tłum, ludzie, którzy przyszli zaprotestować przeciwko zwolnieniu z pracy w Baron TV redaktora Tomasza Boskiego – niecierpliwie wyrzucił z siebie mężczyzna w kierunku Bogu ducha winnego strażnika. Mimo interwencji i próśb telefonicznych, faksowych, e-mailowych i listownych zarząd firmy nie przywrócił do pracy redaktora ani nawet nie podjął dyskusji na ten temat. Redaktor Boski został zwolniony bezprawnie. Chcemy w tej sprawie rozmawiać z prezesem zarządu. Proszę o przekazanie naszej prośby panu prezesowi. My tutaj poczekamy.

Ochroniarz patrzył z niedowierzaniem. Wysiłek malował się na twarzy dobrze odżywionego mężczyzny prowadzącego życie dalekie od niepokojów społecznych. Popatrzył z niedowierzaniem na niespokojny tłum w oddali. Nie był pewien, co powinien zrobić.

Niech pan się nie ociąga. Nie do pana należy podejmowanie decyzji. Proszę tylko zawiadomić prezesa, że tutaj jesteśmy i czekamy.

Dobrze. Idę i zawiadomię pana prezesa. Nie wiem tylko, czy dzisiaj jest w biurze.

Niech o to pana głowa nie boli. Proszę tylko przekazać mu nasz postulat.

Ochroniarz zamknął i zaryglował za sobą wielkie drzwi wejściowe i skierował się do windy, aby zawiadomić zwierzchnika o niecodziennym żądaniu demonstrantów. Nie była to miła misja; nikt nie lubi przynosić złych wieści.

Postulat – żachnął się. Żądanie, nie postulat! Kretyni! Demonstracji im się zachciało!

Opowiadanie: Spektakl. Odcinek 19.

Jeszcze nigdy nie byliśmy w takim kotle zamieszania i obłędu wokół nie tak znowu nadzwyczajnego wydarzenia – prezes Baron TV rozpoczął kolejne spotkanie zarządu. Jesteśmy między młotem a kowadłem. Część opinii publicznej ostro nas krytykuje i żąda przywrócenia Boskiego do pracy, inni uważają, że on sam i jego spektakl telewizyjny pomieszali ludziom w głowach i popierają decyzję zwolnienia go z pracy. Sprawa stała się kontrowersyjna. Im szybciej urwiemy głowę tej hydrze, tym lepiej. To bardzo zła propaganda. Dzwonili już do mnie prezesi innych stacji telewizyjnych i pytali, co zamierzamy zrobić, bo to fatalna reklama także dla nich. „Telewizja – wróg jednostki i społeczeństwa” – obawiam się, że przypną nam taką łatkę.

W ciągu zaledwie kilku dni, wydawałoby się nawet godzin, sprawa Tomasza Boskiego jako ofiary wielkiej firmy medialnej nabrała rozgłosu. Stacje telewizyjne, redakcje gazet i magazynów, radiostacje i uznane autorytety otrzymywały a niekiedy i publikowały treść listów, wypowiedzi, emaili i faksów. Nie trzeba było długo czekać, zanim pojawiła się pierwsza interpelacja poselska w parlamencie. Opozycja była zachwycona okazją do zaatakowania rządu.

„Ten rząd łączą szczególnie ciepłe relacje ze stacją „Baron TV”. Oni nigdy nie mówią o was źle i zawsze są pierwsi wpuszczani na wasze salony. A teraz pokazali swój prawdziwy charakter zwalniając bez najmniejszego uzasadnienia człowieka, który ośmielił się mieć własny pogląd i przedstawić go publicznie. To wasze metody działania i efekt waszego negatywnego wpływu na media” – prezes największej partii opozycyjnej z satysfakcją wygłaszał z mównicy oskarżycielskie słowa wskazując palcem premiera.

Zarząd „Baron TV” prowadził intensywne konsultacje z prawnikami i specjalistami od public relations, aby ustalić dalszy tok postępowania. Brak natychmiastowej reakcji ze strony stacji działał na jej niekorzyść. W ciągu czterech dni powstał i natychmiast podjął działania Społeczny Komitet Obrony Tomasza Boskiego. Dwóch znanych prawników zaoferowało komitetowi swoje bezpłatne usługi.

Tomasz stał się modnym tematem dnia, podobnie jak jego niedawny pracodawca. Niemała część społeczeństwa z napięciem i rosnącym zniecierpliwieniem śledziła rozwój sytuacji i czekała na kolejne wydarzenia. Konfrontacja jednostki ze znaną stacją telewizyjną nabrała charakteru serialu, w którym pojawiło się kilka ciekawych wątków i różne możliwości zakończenia.

 

 

 

Opowiadanie: Spektakl. Odcinek 18.

Dyrektor Biura Programów Rozrywkowych siedział z zaciśniętą lewą dłonią i uderzał otwartą prawą dłonią w blat biurka. Czuł uderzenia krwi do głowy, co dodatkowo wyprowadzało go z równowagi.

Nie dość, że zachował się jak głupek, to jeszcze doprowadzi mnie do zawału serca! Lekarz i żona ciągle mi przypominają, że nie powinien się denerwować. Jak ja mam się nie denerwować, kiedy mój pracownik zachowuje się jak idiota! – gniew i złość mieszały się w nim z niepokojem i żalem. Zachowanie Tomasza uznał za szczególną formę niesubordynacji, gdyż było sprzeczne z wewnętrznymi zasadami firmy. Uczestnik dyskusji publicznej powinien zachować bezstronność i kierować się obiektywną oceną sytuacji. A on co zrobił? – myśl spontanicznie przerodziła się w pytanie, które dyrektor wypowiedział na głos. Był wściekły na Tomasza.

Co za głupek! Dać się sprowokować w tak prostacki sposób! Raptem zechciało mu się złożyć wyznanie wiary. Na oczach tysięcy telewidzów! A może on rzeczywiście wierzy, że przeprowadził dwa wywiady z Bogiem. We łbie mi się to nie mieści, ale może i …- nagle olśniła go myśl, która podziałała jak prąd elektryczny. Wstał z krzesła i podszedł do szafki, gdzie stał odtwarzacz DVD. Na dolnej półce znalazł nagranie programu dyskusyjnego z Telewizji Contigo. Przewinął dysk do miejsca, gdzie zaczynała się wypowiedź Tomasza. Wysłuchał ją z uwagą. I jeszcze raz. I jeszcze raz, zanim nie podjął ostatecznej decyzji.

Tak. Nie ma wątpliwości. Ten kretyn obwieścił wszystkim to, co myśli. Kto go o to prosił? Zamiast pozostawić niedopowiedzenie, aby widzowie sami udzielili sobie odpowiedzi na pytanie, on wykłada swoją zakichaną prawdę jak przysłowiową kawę na ławę. Na pewno znajdą się tacy, co mu uwierzą i będą go bronić. Nie tylko zepsuł dyskusję, ale i siebie i mnie wpędził w kłopoty.

*****

Konsekwencją zwolnienia Tomasza Boskiego z pracy była natychmiastowa burza pytań, opinii i protestów. Do „Baron TV” napłynęły setki listów, większość z nich w obronie redaktora. „Nie dość, że karmicie nas papką, to teraz zwalniacie z pracy człowieka, który miał odwagę szczerze przedstawić swój pogląd. Ja podzielam jego pogląd. Każdy ma prawo głoszenia tego, co uważa za słuszne. Konstytucja gwarantuje wszystkim swobodę wypowiedzi. Uważam, że powinniście przywrócić Tomasza Boskiego do pracy i przeprosić na bezprawne zwolnienie” – była to jedna z łagodniejszych, bardziej wyważonych wypowiedzi.

Zarząd „Baron TV” znalazł się w stanie oblężenia. Dziennikarze i reporterzy dobijali się z prośbami a potem wręcz z żądaniami udzielenia wywiadu, zorganizowania konferencji prasowej lub przynajmniej wydania komunikatu. Prezes zarządu wymykał się cichcem samochodem z zaciemnionymi szybami jak gangster obawiający się zemsty kolegów po fachu. Dla niego uruchomiono ponownie bramę umożliwiającą wyjazd na boczną uliczkę prosto z garażu. Paparazzi, którzy dotychczas istnieli w świecie artystów i celebrytów, stali się w jego wyobraźni złoczyńcami dybiącymi na jego profesjonalną cześć i honor.

Opowiadanie: Spektakl. Odcinek 17.

Oprócz Tomasza Boskiego, twórcy programu „Spektakl”, do dyskusji zaproszono krytyka teatralnego, publicystkę zajmującą się sprawami religii i wiary oraz zakonnika z doświadczeniem duszpasterskim w krajach trzeciego świata. Dyskutanci, którzy nie znali się jeszcze, rzucali na siebie ukradkowe spojrzenia usiłując przeniknąć się nawzajem.

Po prezentacji zaproszonych gości prowadzący dyskusję zadał pytanie: Czy ostatnie spektakle „Rozmowy z Bogiem” podobały się państwu? Okazało się, że wszyscy je oglądali i wszyscy skinęli potwierdzająco głowami. Rozmowa szybko zeszła na główną postać spektaklu, Jakuba Kowalskiego.

To jest postać znakomicie, prawie idealnie, wyreżyserowana. Mężczyzna wspaniale zagrał swoją rolę. Nie dziw, że osobom mniej obeznanym z teatrem Jakub Kowalski skojarzył się z Bogiem. Niektórzy uwierzyli, że to naprawdę jest Bóg, który zstąpił na ziemię pod postacią człowieka – z przekonaniem deklarował krytyk teatralny. Poparła go publicystka kiwając potakująco głową. Jej włosy przetykane siwizną rozsypały się po bokach twarzy, co w połączeniem z brakiem uśmiechu nadało wyraz powagi jej zachowaniu.

Zstąpił na ziemię tak jak Jezus – podpowiedział zakonnik z fotelu usytuowanego nieco na uboczu.

Krytyk teatralny skierował ku mówiącemu swoją dużą, siwą głowę uwieńczoną okularami zsuniętymi na dolną część nosa, przyjrzał mu się bardzo uważnie i energicznie skinął głową. Tak, dokładnie tak jak pan mówi. Jakub Kowalski pojawił się w naszym mieście jak Jezus w Jerozolimie.

Jeśli widzi pan sytuację jako analogię do Jezusa, to dlaczego nie możemy uznać Jakuba Kowalskiego za jego odpowiednik, w naszym mieście i w obecnym czasie. Tu i teraz. Sytuacja jest podobna: tylko nieliczni mieszkańcy naszego miasta podobnie jak nieliczni mieszkańcy Jerozolimy dostrzegli w obcym syna bożego. Inaczej mówiąc wysłannika Boga na ziemi. Czy pan się z tym zgadza? –  zakonnik w brązowym habicie speszył krytyka spokojnym pytaniem i opanowaniem człowieka, który zdaje się wiedzieć więcej niż inni.

No…tak. Zgadzam się. Jest w tym analogia, ale to nie znaczy, że Jakub Kowalski jest Bogiem.

Czy chce pan przez to powiedzieć, że Jakub Kowalski nie jest Bogiem? – zakonnik jak sędzia na przesłuchaniu rzucił wyzwanie rozmówcy. Był szybki i zaskakiwał. Tak czy nie? Proszę o uczciwą odpowiedź.

W sali zapadła cisza. Wszyscy poczuli, że jest to moment przełomowy dyskusji, który odsłoni być może kulisy tajemnicy, jaką trudno sobie nawet wyobrazić. Milczenie, aczkolwiek krótkotrwałe, stawało się niezręczne. Zanim krytyk czy ktokolwiek inny z zaproszonych osób zdobył się na odpowiedź, prowadzący dyskusję przejął inicjatywę zadając pytanie Tomaszowi.

Panie Tomaszu! Pan jest reżyserem spektaklu, ale nie tylko. Pan prowadził również wywiady z Jakubem Kowalskim. Zna go pan osobiście. Czy wierzy pan, że prezentowany w spektaklu Jakub Kowalski może być wcieleniem samego Boga?

Tak. Wierzę, że Jakub Kowalski jest wcieleniem Boga na ziemi – redaktor silniejszym głosem podkreślił słowo „jest”. Bóg może występować pod różnymi postaciami i to jest jedna z tych postaci. Kiedyś Bóg objawił się ludziom w osobie Chrystusa, niektórzy dostrzegli w nim Boga, inni nie. To jest kwestia wiary. Moja wiara umocniła się po rozmowach z panem Jakubem Kowalskim. Mówię to otwarcie i z przekonaniem – Tomasz zdziwił się, jak łatwo przyszła mu odpowiedź. Jego głos brzmiał spokojnie i przekonywująco. Z piersi spadł mu ciężar niepokoju. Poczuł ogromną ulgę. Przechylił się do tyłu ruchem człowieka rozluźnionego i pewnego siebie. W głowie przemknęła mu myśl o możliwych konsekwencjach wypowiedzi, lecz natychmiast rozmyła się jak fala wywołana kamykiem, bezzasadna i niepotrzebna.

Skąd wzięło się w panu tak głębokie przekonanie? Jak pan je uzasadni? – publicystka pierwsza przyszła do siebie.

Nie muszę niczego uzasadniać – spokojnie wyjaśnił redaktor. Ludzie chodzą do kościoła, modlą się do Boga, wierzą w niego, ale nie są w stanie zauważyć go na ulicy. To dlatego, że w codziennym życiu kompletnie zapominają o jego istnieniu. Ja miałem szczęście.

Jest pan odważny. Nawet kościół wstrzymał się od opinii na ten temat.

Wstrzymał się, ale nie zaprzeczył, że Jakub Kowalski jest Bogiem. Ludzie dzisiaj w mało co wierzą. Chcieliby, aby na wszystko był dowód naukowy, żeby wszystko można było zmierzyć, zważyć, potwierdzić poprzez eksperyment. To nie jest możliwe – Tomasz emanował pewnością siebie.

 

 

Miniatura literacka: Jesienny dzień w życiu Michaiła Michaiłowicza

Wstał z łóżka wcześniej niż planował i od razu upadł na kolana, ale nie z pobożności. To niedożywiony umysł wypowiedział mu posłuszeństwo. U Michaiła Michaiłowicza mózg, który oprócz wody i dużej ilości pierwiastków z tablicy Mendelejewa prawdopodobnie mieści także pamięć i centrum zarządzania,  jak stary kawaler prowadził ostatnio samodzielne życie. Budzi się i idzie spać, kiedy chce, jest krnąbrny jak małolat odmawiając posłuszeństwa w najmniej oczekiwanym momencie, a czasem buntuje się jak opozycja sejmowa wobec obiektywnej rzeczywistości. Takie to przemyślenie nawiedzało coraz częściej naszego bohatera.

Znowu nie wypiłem kawy – skromniutka myśl błysnęła niby ognik świętojański i ogrzała trzy komórki zaspanego umysłu. Od błysku zatlił się ogień przytomności i zmusił organiczną całość do udania się do łazienki. Michaił Michaiłowicz otworzył drzwi i wykrzyknął: O, naga kobieta! Jej piersi lśniły blaskiem dojrzałego atłasu. Właścicielka tych cudowności przebywała chyba w innym świecie, gdyż ofuknęła niewinnego i jakżeż życzliwego jej obserwatora: Wyjdź i zamknij drzwi. Nie przeszkadzaj mi. Domyślił się, ze była to jego rodzona żona. Któż inny zresztą mógłby to być? – wydedukował bez większego wysiłku.

W kuchni przyległej do salonu uczynne dłonie bardziej wyrozumiałej istoty żeńskiej podały mu kawę. To już druga kawa– podpowiedział Michaiłowi zmysł matematyczny, jedyny, który zachował pamięć. Pierwsza, wypita o godzinie szóstej rano, prawie poszła w zapomnienie jak roztopione widziadło senne. Adresat dobroczynności nie wiedział, czy przyjąć kubek, czy z wdzięczności od razu całować rączki anioła. Słusznie czy nie słusznie wybiorę to pierwsze –zdecydował nie całkiem pewny moralności wyboru i czynu.

Dziękuję pani – odpowiedział i ni z tego ni z owego zadał pytanie: Czy z braku kawy można sobie samemu skopać tyłek dla dodania otuchy i energii? Oczy adresatki zrobiły się okrągłe jak dwa spodeczki, lecz nie straciły fasonu. Obawiam się, że ma pan za krótkie nogi, Michale Michaiłowiczu. Zainteresowany uznał odpowiedź za wiarygodną i nie kontynuował tematu. Krótkie, to krótkie. Dobrze, że w ogóle je mam – pocieszył się w strapieniu.

Ożywiony darem południowoamerykańskiego krzewu kawowego, wrzątku i kobiecej życzliwości Michaił Michaiłowicz podszedł do wielkich oszklonych drzwi balkonowych i wyjrzał na świat. Na dworze rządziła niepodzielnie mgła. Wiatr migotał listkami brzozy ubranej w październikowe lampki żółci, czerwieni, brązu i odchodzącej zieleni. Cóż za kalejdoskop – czule odnotował Michaił Michaiłowicz.

Ponaglany przez żonę słowami „Kochanie, przecież mi obiecałeś” Michaił Michaiłowicz ubrał się i wyszedł po zakupy. Po drodze odsłaniały się przed nim przedziwne sceny: a to zielona nieco spłaszczona żabka, która zdecydowała się na pochówek na środku chodnika, a to trzeźwy mężczyzna, normalnie ubrany i w obuwiu, a to srebrno-atłasowy kot, który dłuższy czas stał nieruchomo świdrując przechodnia żółtymi ślepkami.

Miłośnik zwierząt usiłował przywołać futrzaka ciepłymi słowami bogatymi w nazwy wyrobów mięsnych i suchego pokarmu dla kotów, jednakże ten pozostał nieufny jak dziewczyna mamiona przez adoratora na pachnące siano w celach niewinnej rozmowy. Po wyjściu za bramę „Kolorowego Osiedla” Michaił spotkał wzruszającą parę: trzyletnia dziewczynka z zapłakaną buzią osłoniętą granatową czapką dżokejką, siedząc w ramionach tatusia skarżyła mu się na coś przykrego, a ten pocieszał córeczkę ciepłymi i łagodnym słowami. Miłości nie da się opisać, można jej tylko doznać i zobaczyć – Michaił Michaiłowicz umacniał w sobie to przekonanie w drodze do sklepu. Kiedy to uczynił, bez kawy i bez wysiłku doszedł do nieodpartego wniosku, że nie musi czekać do zachodu słońca, aby uznać dzień za udany i szczęśliwy.

Miniopowiadanie: Wycieraczka Przewodniczącego

Objawienia są trwałym zjawiskiem parlamentarnym – autorytatywnie stwierdził Przewodniczący Parlamentarnej Komisji ds. Tajemnych, w skrócie PKT. Jego wysoka i chuda postać górowała nad członkami komisji zebranymi dla oceny faktu znalezienia skrzydła samolotu na wycieraczce.

Wyszedłem rano z mieszkania, aby zobaczyć, czy PO jeszcze żyje, patrzę, patrzę i oczom nie wierzę – rozpoczął Przewodniczący lekko dusząc się z nadmiaru emocji. Patrzę, a na mojej wycieraczce leży ogromne skrzydło samolotu. Podrapałem się po głowie i zadałem sobie pytanie: kto je tutaj podrzucił? Pierwszy przyszedł mi na myśl czarny kot, który przebiegł mi wczoraj drogę, a następnie baba z pustymi wiadrami, którą widziałem ostatnio późną nocą w Sejmie. Siedziała w ostatnim rzędzie i piła „Czystą Żytnią” z zakrętki pojemnika na płyn „Borygo”. Jak Państwu wiadomo, baba z pustymi wiadrami oznacza nieszczęście.

Kota od razu wyeliminowałem, ponieważ nie dałby on rady udźwignąć skrzydła. Z eliminacją baby było trudniej. Gdybym ją wyeliminował z listy podejrzanych, organizacje feministyczne oraz „Stowarzyszenie In vitro” zjadłyby mnie na śniadanie bez żenady i bez przypraw. Tym niemniej babę też wyeliminowałem kierując się moją niezawodną intuicją. Pozostał mi jeszcze pies sąsiada. To podłe zwierzę, proszę mi wierzyć. Sąsiad jest ogrodnikiem i jego pies sam nie zje i drugiemu nie da. Tak, pomyślałem, to on musiał podrzucić mi skrzydło, gdyż było dla niego za twarde. On ma sztuczną szczękę i nie poradziłby sobie z metalem. Posiadanie szczęki ukrywa przed społeczeństwem podobnie jak Tusk, które udaje, że ma naturalne zęby. Zauważyliście Państwo, jak on się sztucznie uśmiecha?

Jakby mu zęby ścierpły – zaobserwowała życzliwie członkini komisji odrywając się na chwilę od partyjki pasjansa, którą układała sobie pod fotelem.

Tak, to doskonała obserwacja. Dziękuję pani – Przewodniczący Macierewicz zaczął klaskać w dłonie z entuzjazmem, po czym wyjął malutki notesik i dyskretnie zanotował nazwisko posłanki pod hasłem „Kandydaci do PiS”.

Aby ostatecznie przyjąć lub odrzucić psa jako sprawcę podrzucenia skrzydła, zastosowałem metodę organoleptyczną i obwąchałem skrzydło. Pies już wcześniej kilka razy sikał mi na wycieraczkę, dając tym niezbity dowód, że gotów jest kontynuować proceder sprawiania mi wrednych niespodzianek. Podejrzewam go o przynależność do PO lub PSL, ewentualnie SLD. Niestety, nic nie wskazywało, że to on to zrobił. Możliwe, że było dla niego za wysoko, bo to zwykły wyżeł skoligacony z pudlem rasy niderlandzkiej.

No i jak ustalił pan w końcu, Panie Przewodniczący, kto podrzucił panu to skrzydło? – życzliwie zapytał członek komisji skoligacony politycznie z Przewodniczącym Macierewiczem.

Sprawa wyjaśniła się sama. Godzinę później otrzymałem SMS od przyjaciół. Przewodniczący wyjął telefon komórkowy z prawej kieszeni, odwinął go z celofanu i otworzył. Cytuję ich komunikat. Cześć Przewo! Skrzydło znaleźliśmy w lesie. Stop. Jest z drugiej wojny światowej. Stop. Pomyśleliśmy, że cię to zainteresuje. Stop. Zostawiliśmy na wycieraczce. Stop. Potwierdź odbiór. Stop. Pozdro. Stop. Ziutkowie. Tak to więc, proszę Szanownej Komisji, zdobyłem nowy dowód potwierdzający fakt eksplozji w samolocie w Smoleńsku. Zaraz go Państwo zobaczycie.

Przewodniczący nacisnął duży czerwony przycisk na telefonie komórkowym i za chwilę na salę wjechało na wielkiej platformie rozerwane wybuchem skrzydło samolotu. Z jednej strony podtrzymywał je pies sąsiada, z drugiej czarny kot, a środkiem szła baba z pustymi wiadrami. Za nimi postępował z powagą długi kondukt pogrzebowy.

 

Opowiadanie: Spektakl. Odcinek 16.

Na dwie godziny przed dyskusją w Telewizji Contigo Tomasz siedział z żoną przy stole i pił herbatę. Filiżanka z napojem była tak gorąca, że odstawił ją w pośpiechu. Co ja robię? – zdał sobie sprawę, że myślami jest daleko od domu.

Wiesz, Aniu, męczy mnie, kim naprawdę jest Jakub Kowalski. Mogę udawać, że jest to tylko ciekawa postać i unikać wyjaśnień za kogo go uważam, ale to byłoby kłamstwo, a co najmniej fałszywa dwuznaczność. Nie mogę powiedzieć, że to jedynie niezwykły człowiek, ponieważ w głębi serca czuję, że jest on czymś więcej. On jest wysłańcem bożym, podobnie jak był nim Chrystus – Tomasz zdobył się na odwagę przyznając się do najbardziej skrytych myśli. Nigdy ci tego nie mówiłem, ale tak myślę – zaniepokoił się, że żona go wyśmieje. Ku jego wielkiej uldze, Anna przyjęła wyznanie spokojnie, nie okazując ani dezaprobaty, ani nawet szczególnego zdziwienia. Tomasz szczerze ucieszył się. Umocnił się w przekonaniu, że boska natura starszego pana jest czymś naprawdę naturalnym i oczywistym. Ale to nie rozwiązywało jego problemu.

Cały czas myślę o spotkaniu w telewizji. Spojrzał na zegarek. To już za dwie godziny – zaniepokoił się. A ja wciąż nie wiem, jak zachować się w czasie dyskusji? Mam dwa wybory, obydwa równie niefortunne: udawać i kłamać wbrew sobie lub być sobą i narazić się na ośmieszenie.

Twarz Anny zarumieniła się. Nie wiadomo, czy od gorącej herbaty czy pod wpływem wyznań męża. Wypiła ostrożnie długi łyk herbaty, aby odwlec choć na chwilę odpowiedź, która jej samej się nie podobała. Musiała jednak coś powiedzieć.

Nie umiem ci doradzić, Tomku, jak postępić w trakcie dyskusji. Zachować opanowanie, rzeczowość i powstrzymać się od wyrażenia szczerej opinii czy też powiedzieć od serca to, co czujesz i myślisz na temat Jakuba Kowalskiego. Wiesz, jaka byłaby reakcja ludzi w tym drugim przypadku. Większość z nich, łącznie z przedstawicielami kościoła uznałaby ciebie za amatora mocnych wrażeń lub pomyleńca, kogoś, kto nie wie, co mówi.

Tomasz rozumiał aż nadto dobrze. Bał się szczerości i prawdy sumienia, występował przecież w roli przedstawiciela stacji telewizyjnej, redaktora programu, który powinien być obiektywny i racjonalny. Równocześnie wiedział, jak podle będzie się czuł wewnętrznie wygłaszając nieprawdziwe, wyświechtane poglądy, których jedynym celem jest zaspokoić oczekiwania ludzi bez wiary i wyobraźni.

Niepokój nie opuścił go nawet wtedy, kiedy już pożegnał się z żoną. Prowadząc samochód w kierunku centrum miasta nieustannie zastanawiał się, co zrobić. Nic przekonywującego nie przychodziło mu do głowy. Tego nie da się tego załatwić na zasadzie: I Bogu świeczkę, i diabłu ogarek – doszedł do zdecydowanego wniosku. Nie mogę zadowolić konserwatywnej dyrekcji „Baron TV”, która oczekuje od swoich pracowników zachowania w dyskusjach publicznych neutralności w sprawach wiary i wyznania – rozumował z niechęcią. Marzyło mu się życie autentyczne, prawdziwe, kiedy jest się sobą i mówi się szczerze to, co leży na sercu. Zazdrościł ludziom prostym. „Ubogim w duchu” – przypomniał sobie cytat z pisma świętego. W windzie, w drodze na szóste piętro, Tomasz na siłę próbował zrelaksować się. Patrzył bezmyślnie na współpasażerów, oceniał ich wygląd, gust i stan zamożności. W końcu postanowił powierzyć sprawy losowi. Zobaczę, jak rozwinie się dyskusja – podjął decyzję, która chwilowo go uspokoiła.

Opowiadanie: Spektakl. Odcinek 15.

Przed wejściem zaproszonych gości redaktor Telewizji Contigo wyjął z kieszeni chusteczkę i wytarł nią czoło i ręce. Za kilka minut miała rozpocząć się druga dyskusja telewizyjna na temat spektaklu „Rozmowy z Bogiem”. Przypomniał sobie poprzednie spotkanie i poczuł suchość w ustach.
Mam nadzieję, że tym razem będzie spokojniej – był zdecydowany nie dopuścić do ostrych starć, kiedy argumenty jednego dyskutanta wyprowadzają z równowagi innych. To mogło być problemem.
Czemu stoisz przy drzwiach zamiast usiąść wygodnie w fotelu? – rzucił przechodzący obok operator kamery. Przecież prowadziłeś ten program już wiele razy. Zrelaksuj się.
To nie takie proste. Denerwuje mnie, kiedy inteligentni ludzie zacietrzewiają się w dyskusjach na tematy religijne. Taka dyskusja wymaga tolerancji. Przerywanie sobie nawzajem stało się niestety nagminnym zwyczajem. Zachowują się jak dzieci w piaskownicy, krzyczą jeden przez drugiego i przerywają sobie nawzajem. Chyba cząstka psychiki dziecka pozostaje w dorosłych. Mężczyźni i kobiety nie różnią się w tym między sobą. Choć bywa z tym różnie – przypomniała mu się opinia wyrażona na serwisie internetowym „Faceci to kretyni”: „Mężczyzna rozwija się do lat sześciu, a potem już tylko rośnie”. Kobiety potrafią być dowcipne i złośliwe zarazem – dodał refleksyjnie. Popatrzył na zegarek i wrócił do zasadniczego problemu. Muszę zapanować nad dyskusją, aby nie zeszła na tory agresji, oskarżeń i złośliwości. Aby tylko nie doszło do rękoczynów! Takie rzeczy się zdarzają. To bym sobie wtedy piwa nawarzył! – przestraszył się tej możliwości. Pożegnał się z operatorem i ruszył w kierunku podestu, gdzie stały fotele dla dyskutantów. Starał uspokoić się koncentrując się na powolnym, regularnym oddychaniu.

*****

Tomasz siedział przed biurkiem dyrektora i zastanawiał się, czy naprawdę powinien wziąć udział w publicznej dyskusji na temat swojego spektaklu. Miało to swoje plusy i minusy. Spektakl wywoływał wielkie emocje, Tomasz bał się, że uniesie go fala gorącej dyskusji i nieopatrznie powie coś niestosownego, czego musiałby potem żałować. Ktoś z Baron TV miał obowiązek uczestniczyć, ale niekoniecznie on sam. Wahał się.
Brakuje mi dystansu wobec tego spektaklu. Jest jak moje własne dziecko. Nie wypada mi jednak odmówić uczestnictwa, jeśli dyrektor uzna to za konieczne – przekonywał sam siebie. Było jeszcze coś, co trudno mu było zaakceptować. Nie wiedział, jak traktować Jakuba Kowalskiego, nie mógł zrozumieć, kim on naprawdę jest.
To nie jest ktoś, kto udaje wysłańca bożego. To nie jest oszust ani aktor. To jest żywy autentyczny człowiek taki, jakim zapewne był Jezus w swoim czasie. Wiele osób też go nie rozumiało, włącznie z jego własnymi uczniami, późniejszymi apostołami – rozterki duchowe Tomasza przerwał głos zwierzchnika.
Nikt nie będzie dyskutować o nas bez nas! To jest nasz spektakl, który pan sam stworzył. Nie ma mowy o tym, aby ciebie tam nie było.
Też mu się udziela atmosfera – pomyślał Tomasz zauważając, że w jednym zdaniu dyrektor zwraca się do niego przez „pan”, a w następnym przez „ty”.
Ta dyskusja to poważna sprawa, obserwuje ją tysiące widzów – dodał zwierzchnik. Musisz tam być. Sprawa jest przesądzona.

 

Opowiadanie: Spektakl. Odcinek 14

Następnego ranka, a była to sobota, dzień wolności dla jednych i znoju dla innych, Jakub Kowalski spotkał się Piotrem, swoim niezastąpionym sekretarzem, pomocnikiem i towarzyszem. Potrzebował podzielić się wrażeniami z ostatnich wydarzeń. Myślał o tym, aby wycofać się z aktywnego życia. Przynajmniej na jakiś czas.
Powiedz mi, kochany Jakubie, o czym tak intensywnie myślisz? – Piotr patrzył na zamyśloną twarz mistrza.
O wczorajszym dniu i wywiadzie dla telewizji. Chciałem powiedzieć więcej, ale nie zdążyłem. Chyba pamięć mnie zawodzi. Niektóre sprawy umknęły mojej uwadze.
Opowiedz mi o nich. Wiesz, że lubię cię słuchać.
Jak sobie życzysz. Postąpię jak nauczyciel i je wyliczę. To belferski nawyk, logiczny, choć męczący, jeśli wylicza się zbyt często.
Po pierwsze, zdecydowałem się zmienić moje postępowanie. Będę przybierać postać ludzką nie tyle po to, aby objawić się innym ludziom, ale po to, aby lepiej zrozumieć ich punkt widzenia. Bóg stał się zbyt odległy i niepojęty dla wielu osób. Może dlatego wybierają własną drogą odchodząc od kościoła i przypisując sobie mądrość, której w istocie nie posiadają.
Religii i kościołów jest wiele. Który z nich powinni wybrać? – Piotra od dawna nurtowało pytanie, jak wiara jest najbliższa Bogu.
Pierwszym wyborem jest zazwyczaj wiara rodziców lub opiekunów. Po osiągnięciu dorosłości, człowiek decyduje sam, najczęściej pozostaje w kościele, do którego zawsze należał. Ale to się też zmienia, jak zmieniają się warunki życia. Czasem ludzie emigrują, łączą się w związki małżeńskie z osobą innej wiary, przestaje im odpowiadać ceremoniał kościelny lub sposób nauczania. Zmiana wiary jest możliwa, jeśli wynika z potrzeby serca a nie jest podyktowane wygodą, korzyściami materialnymi, naciskiem innych osób czy konwencją społeczną gdzie „wypada” coś zrobić. Tak, tak, Piotrze. Tu mogą wystąpić prawdziwe dylematy – westchnął Jan Kowalski. To są problemy na wskroś ludzkie. Ja mam swoje problemy.
Jakie ty, drogi Jakubie, możesz mieć problemy? Ty możesz mieć wszystko.
Mój problem polega na tym, że aby rozumieć człowieka współczesnego, nieokiełznanego w swoich dążeniach i rozwoju, muszę nauczyć się patrzeć na świat bardziej filozoficznie, bezstronnie. Tak jak obiektywny, bezinteresowny naukowiec, który obserwuje rzeczywistość, ale nie stara się jej zmienić.  Musze oduczyć się kontrolować wszystko.
Drogi Jakubie, szokujesz mnie swoimi nowymi poglądami. Chcesz chyba wywrócić świat do góry nogami? – Piotr był w najwyższym stopniu zaskoczony wypowiedziami mistrza i przyjaciela, nie otrzymał jednak odpowiedzi na swoje pytanie.
Po trzecie, dam ludziom nieograniczone prawo do eksperymentowania i popełniania błędów. Nie będę interweniować nawet, gdyby mieli zrobić coś nieodpowiedzialnego, coś bardzo złego. Mają możliwość wyboru, niech sobie radzą jak potrafią najlepiej. „I tak rzadko mnie słuchacie!”. To powiem im na zakończenie – Jakub niezrażony reakcją Piotra kontynuował swoją relację. Kiedy skończył, zamilkł i popadł w zamyślenie.
Kochany Jakubie – odparł Piotr, wierny i zawsze wdzięczny słuchacz. Znam ciebie tak długo, ale nigdy nie zrozumiałem cię do końca. Zawsze mnie czymś zaskoczysz. Jesteś nieodgadniony. Jesteś i pozostaniesz zagadką. Nie wiem, dlaczego podejmujesz takie decyzje.

 

Opowiadanie: Spektakl. Odcinek 13.

W poniedziałek z samego rana zadzwonił telefon. Redaktor Boski usłyszał znajomy głos i z wrażenia aż podskoczył na krześle.
Jakub Kowalski poprosił mnie o spotkanie pojutrze w tym samym miejscu, co poprzednio. Powiedział, że będzie to nasze ostatnie spotkanie. Pojadę tam oczywiście – zakomunikował pracownikom. Podniósł słuchawkę i zadzwonił do operatora.
Adam, przygotuj się na pojutrze. O godzinie 9 rano mamy ostatni wywiad. Domyślasz się z kim i gdzie? Usłyszał odpowiedź i rzucił lakoniczne „tak” do słuchawki.

*****

O umówionej godzinie dwaj pracownicy stacji telewizyjnej zjawili się w kawiarni. Było prawie pusto. Przy stoliku na zewnątrz siedziała samotna kobieta. Starszy pan czekał na nich w sali obok baru. Tomasz i Adam przywitali się z nim i usiedli na wskazanych przez niego krzesłach.
To jest nasze ostatnie spotkanie. Poprosiłem o nie, aby nie pozostawiać niedomówień – Jakub Kowalski od razu przystąpił do rzeczy. Proszę nagrywać – wydał polecenie operatorowi.
Czy słyszał pan o najnowszej rezolucji ONZ określającej zasady etyczne inżynierii genetycznej? – zwrócił się do Tomasza. Ten tylko potakująco skinął głową. Nie musiał niczego mówić. Był przekonany, że pytający wie wszystko. Również to, że jego spotkanie z pracownikami w Centrum Informacji ONZ ktoś nagrał telefonem komórkowym i umieścił na YouTube. Każdy mógł je obejrzeć. Dla Tomasza to był szok. Postać dyrektora rozpoznał od pierwszego wejrzenia. To co mówił, nie zdziwiło go. Tylko ten niepasujący do niego wyraz – pomyślał.
Zamyślił się pan. Chyba obejrzał pan na YouTube ten klip ze mną w roli głównej– rozmówca zwracał się do Tomasza per „pan”. Brzmiało to poważnie, inaczej niż przy poprzednich spotkaniach.
Tak. Zaskoczył mnie pan swoją obecnością w ONZ. Nigdy nie przyszłoby mi to do głowy: Dyrektor Międzynarodowego Centrum Informacyjnego!
Wielu ludzi zaskakuję. Wyobrażają mnie sobie w dziwny sposób. Rzadko w ludzkiej osobie, pełniącej obowiązki, wykonującej pracę. Ale dosyć o tym. Może ma pan jakieś pytania?
Owszem, mam – Tomasz był zadowolony z obrotu sprawy. Chciałbym, aby ten wywiad był czymś w rodzaju narracji człowieka o Bogu, który objawia się przez człowieka. Czy panu to odpowiada?
To dobre ujęcie tematu. Podoba mi się. Jeśli przyjmiemy ten plan, będę musiał mówić jak zwyczajny człowiek z ulicy.
Jak mam to rozumieć? – Tomasz miał wątpliwości, czy mężczyzna kryjący się pod nazwiskiem Jakub Kowalski potrafi mówić językiem przeciętnego człowieka. Czy jest możliwe, aby człowiek, którego wziąłem za profesora wyższej uczelni, potrafił mówić jak robotnik albo sprzedawczyni sklepowa? – zadał sobie pytanie.
Postaram się mówić jak najbardziej prosto, używać porównań, może nawet dosadnego języka, żartować. Każdy to rozumie. Postaram się też nie denerwować.
Pan? Denerwować się? Jak to możliwe? – Tomasz nie wyobrażał sobie takiego zachowania ze Jakuba Kowalskiego. Zawsze był opanowany.
Tak, czasem denerwuję się. Nie jestem psychologiem szkolonym w umiejętnościach zachowania spokoju w trakcie sesji terapeutycznej z klientem. Ludzie czasami denerwują mnie. Mają tyle pozytywnych cech, a uparcie demonstrują swoje przywary: głupotę, zazdrość, złość, gniew, ignorancję, chciwość, brak umiaru, kłamstwo. Nie zdarza się to często, ale nie lubię tego. Są jeszcze oczywiście inne sprawy, które mi się nie podobają.
Na przykład? – indagował Tomasz.
Na przykład przesłodzony, lukrowany, archaiczny styl przedstawicieli różnych duchownych, kiedy mówią o Bogu.
Nie za bardzo pana rozumiem. Mogę jedynie się domyślać, o co chodzi. Proszę to zilustrować przykładem.
Mówienie o Bogu jak o istocie pełnej słodyczy, wyrozumiałości i nieskończonej miłości.
Czy nie jest to prawdą? – Tomasz zdecydował się stawiać pytania równie śmiało, jak jego rozmówca mówił o Bogu.
Jest, ale niekompletną. Bóg jest jak dobry ojciec, wyrozumiały, kochający ale także i surowy oraz karzący, kiedy trzeba. Jest to kwestia miary, okazywania więcej dobroci niż surowości. Dobroć ma większą siłę oddziaływania, jest bardziej motywująca. Ale czasem trzeba też przypomnieć o obowiązkach i powinnościach.
To tak jak między ludźmi – zdziwił się redaktor.
Oczywiście – Jakub Kowalski przytaknął zdecydowanie.
Czy nauczył się pan czegoś w czasie pobytu na ziemi? Może zapytam inaczej: Czy Bóg uczy się i zmienia się? Wszystko wokół nas się zmienia – wyjaśnił Tomasz usprawiedliwiająco. Nie był pewien, czy dobrze sformułował pytanie.
Zgadzam się z tym. Naturą wszechrzeczy jest zmiana, ewolucja. Bóg też się zmienia, gdyż jest uosobieniem nieskończonej energii, duchowości i wiedzy. Nikt nie jest w stanie rozumieć rozwoju wydarzeń, czegokolwiek, jeśli sam się nie zmienia. Rozwój cywilizacji ludzkiej jest nieprzewidywalny. Bóg też nie jest w stanie przewidywać przyszłości, może jedynie reagować na to, co ona przynosi, stawiać bariery i ograniczenia, tworzyć nowe zasady.
Takie ujęcie boskości oszołomiło Tomasza, zagubił się, stracił wątek. Ratował się zmianą tematu. Miał jednak poczucie, że takie przeskoki tematyczne nie są dobre. Pocieszył się myślą, że rozmówca był wyjątkowo elastyczny i z łatwością poradzi sobie z każdym pytaniem.
Wrócę jeszcze do tematu ONZ. Jakie znaczenie miała pańska praca w tej organizacji i pański ostatni komunikat?
Obydwie sprawy nie mają większego znaczenia, ponieważ naukowcy i politycy i tak nie słuchają sumienia, które jest głosem Boga i będą manipulować przy mechanizmach życia. W tej sprawie podobnie jak i wielu innych człowiek będzie kierować się swoim kurzym móżdżkiem. Przepraszam, że tak ostro mówię. To dlatego, że ta manipulacja obróci się przeciwko ludzkości. Co do kurzego móżdżku, to mogę mieć trochę pretensji do siebie, bo kura też jest przecież tworem bożym – ironizował. Tomasz nie poznawał go w takich momentach. To był zupełnie ktoś inny.
Czy ma pan plany na najbliższą przyszłość?
Owszem, mam. Człowiek, który jest cząstką Boga, chce wziąć na siebie większą rolę. Powiedziałem więc sobie: Dobrze! Nie będę się temu sprzeciwiać. Co więcej, będę mniej angażować się w ludzkie sprawy. Poświęcę za to więcej uwagi sprawom techniki, wytworów ludzkiej pomysłowości, ponieważ technika coraz intensywniej, żeby nie powiedzieć agresywnej, ingeruje w biologiczny organizm człowieka i przyrodę. Mam na myśli przeszczepy organów, zapłodnienie in vitro, sztuczne organy, rozruszniki serca, protezy nóg, implanty, aparaty słuchowe i inne urządzenia. Istota ludzka już niedługo stanie się skomplikowaną maszynerią żywych i nieożywionych elementów, funkcjonujących jako jeden organizm. Będzie tworem Boga i człowieka – Jakub Kowalski przerwał na chwilę, aby wyjąć chusteczkę z kieszeni.
Tomaszowi cisnęło się na usta pytanie. Zadał je niezwłocznie korzystając z nieoczekiwanej przerwy: Integracja żywego organizmu z techniką. Jakie może ona mieć konsekwencje?
To trudno przewidzieć. Przyglądam się temu z tym większą uwagą, im bardziej człowiek staje się nieprzewidywalny w swoim rozumieniu dobra i zła w coraz bardziej skomplikowanym świecie. Kościół powinien zastanowić się nad pojęciem grzechu, czy nie ma on związku z nowymi wynalazkami. Ludzie wykorzystują Internet do rozpowszechniania pornografii. Czy to znaczy, że Internet, wytwór człowieka, też ma udział w jego postępowaniu, które może być naganne? Wiele osób, zwłaszcza starszych, uważa, że Internet jest źródłem zła, że jest wynalazkiem szatana. Można by to sformułować inaczej: Czy i w jakim stopniu nowe narzędzia człowieka kształtują jego zachowania? Pozytywne bądź negatywne.
Czy Bóg nie obawia się, że człowiek wykolei świat? Że zrobi coś przerażającego?
To nie są uzasadnione obawy. Bóg zachowuje ostateczną kontrolę na rozwojem wydarzeń, ponieważ stworzył nienaruszalne zasady. Tak określam zasady rozwoju wszechświata, przyrody, każdej żywej istoty. Człowiek nie jest w stanie ich zmienić. One determinują naturę przemian. Genetycy mogą manipulować przy życiu, ale nie mogą zmienić jego natury: jak powstaje, jak się rozwija i jak kończy. Człowiek może unicestwić sam siebie, ale życia we wszechświecie nie zniszczy.
To fascynujące! – wyrwało się redaktorowi. Natychmiast opamiętał się i chciał zadać kolejne pytanie, lecz rozmówca uniósł rękę powstrzymując go.
Przepraszam, ale musimy już kończyć. Wszystko ma swój koniec. Z nielicznymi wyjątkami oczywiście – dodał Jakub Kowalski i uśmiechnął się pojednawczo.
Czy mogę poprosić jeszcze o podsumowanie? Może jakaś ogólna refleksja, przekaz dla telewidzów?
Dobrze. Człowiek rodzi się czysty, niewinny i nieświadomy. Kiedy dorasta i zdobywa trochę wiedzy, zmienia świat. I robi to coraz szybciej. Zmienia, lecz nie dostrzega długofalowych skutków swego postępowania. Nowoczesne technologie dają przewagę młodym, lecz pozostawiają w tyle starszych i mniej sprawnych ludzi, którzy są ignorowani i spychani na bok. Boją się tych technologii, ponieważ przerastają ich zdolności rozumienia, uczenia się i adaptacji. Nie umiejąc posługiwać się nią stają się bezużyteczni w oczach części społeczeństwa. Przesadna wiara w siebie i arogancja nowych pokoleń, niezwykle twórczych i niepohamowanych, usprawnia a zarazem komplikuje życie. Niedobrze jest, jeśli człowiek zachowuje się jak istota ograniczona, która nie rozumie negatywnych konsekwencji swoich czynów.
Czy to wszystko? – upewnił się Tomasz.
Wnioski i refleksje pozostawiam panom i telewidzom. Każdy musi wyciągnąć własne wnioski z waszego programu. Nikt nie otrzymuje gotowej recepty na życie. Sam musi ją sobie stworzyć. Bóg dał człowiekowi serce, rozum i wolną wolę, aby umiał godnie żyć. Może dlatego niektórzy ludzie uznają, że Bóg nie jest im już potrzebny?
Nie takiego zakończenia wywiadu oczekiwał Tomasz. Była w nim nuta smutku i żalu, i prawie wcale optymizmu. Mimo to uznał, że może to być sensowne podsumowanie. Chyba zakończymy tym ostatni spektakl teatru telewizji – zdecydował Tomasz. Podziękował rozmówcy za jego czas i szczerość. Nic innego nie pozostało mu do zrobienia. Czuł, że nigdy więcej nie przeprowadzi już wywiadu z Jakubem Kowalskim. Człowiekiem i Bogiem, zagadką do rozszyfrowania – był o tym przekonany.

Objawienia Św. Antoniego od Wybuchów

Wiktor, mój przemiły sąsiad i wieloletni przyjaciel, wpadł do mnie jak bomba, aby zrelacjonować najnowsze wydarzenia. Był spocony z wrażenia i ciężko dyszał. Śpieszył się.
Wiesz co? – krzyknął z entuzjazmem, który kazał mi zamilknąć i zamienić się w słuch.
Antoni Macierewicz siłą wypchnął z mego serca Jarosława Kaczyńskiego, aby zachwycić mnie i myślącą część kraju trzema nowymi „Ekspertami od Sprawy Smoleńskiej”. Ich kwalifikacje i doświadczenia umocniły mnie w przekonaniu, że wiedza jest pochodzenia nieziemskiego.
Jak to nieziemskiego? – zdumiałem się.
Nieziemskiego pod warunkiem, że wierzysz w proroka Macierewicza, który nawiedzają objawienia i cudowne wizje – dokończył Wiktor. Jego geniusz jest nie z tego świata; on jest tak nadzwyczajny, jak nadzwyczajna jest wiedza jego ekspertów.
Skąd znacie się panowie na wypadkach lotniczych? – zadano pytanie ekspertom w prokuraturze, do której Antoni Macierewicz doniósł, że ukrywają ważną wiedzę przed narodem. To naiwnie proste pytanie rozśmieszyło ekspertów i wywołało lawinę odpowiedzi. Przekrzykiwali się jeden przez drugiego: z analizy zawaleń budynków w Afryce w trakcie wielkiego trzęsienia ziemi …z obserwacji silników i skrzydeł w czasie lotu pasażerskim samolotem nad Jeziorem Bajkał … z obserwacji wybuchających stodół po II Wojnie Światowej w trakcie pokazu filmu  „I ja tam byłem”.
Chłopie! – przyjaciel zawołał radośnie w moim kierunku. Cokolwiek nie dopisałbyś do listy doświadczeń i wiedzy ekspertów Macierewicza, umocnia tylko moją wiarę w ich kwalifikacje. Nigdy nie słyszałem o lepiej przygotowanych rzeczoznawcach lotniczych. Poruszyli mnie głęboko. Oglądając na ekranie nagie profesorskie ciała naukowe, które bezwstydnie obnażyli przed społeczeństwem, upadłem na kolana i zawołałem: Boże, błogosław im, albowiem wiedzą, co czynią! Naprawdę to chyba jednak nie wiedzieli, gdyż przecierali niezbyt czystymi rękami swoje niewinne oczy, które nigdy nie widziały kodeksu etyki ani nie słyszały o moralności.
Panowie Eksperci! – w pewnym momencie nie wytrzymałem, zerwałem się i krzyknąłem z wielkim strachem o ich losy. Nie idźcie do spowiedzi do kościoła, bo nigdy nie zakończycie pokuty! Spowiadajcie się tylko u Św. Antoniego od Wybuchów, który zwolni was od krzywoprzysięstwa i uchroni przed zapadnięciem się ziemi pod wami! On jest w stanie to uczynić! – rzekł Wiktor z przekonaniem i zamilkł z wyczerpania. Dyszał ciężko.
Ja, Wiktorze, jestem wdzięczny Bogu za powołanie do służby parlamentarnej Antoniego Macierewicza, który w nadzwyczajnie pięknym stylu pcha żaglowiec „PiS” w kierunku skał równie twardych jak jego pancerna głowa. Módlmy się, aby wiatry mu sprzyjały.

Pralnia pana Kacza

Na osiedlu pojawiła się nowa pralnia: ściany w kilku kolorach, duże zachęcające wejście, wewnątrz zapach „Persilu” z wyciągu z eukaliptusa egzotycznie pomieszany z lawendowym zapachem „Silvana” do zmiękczania bielizny. Wszystko było nowe z wyjątkiem właściciela, Józefa Kacza, do którego należy znana w całym kraju sieć zakładów „Pranie i Suszenie”. Nowa pralnia była kolejnym dowodem dynamicznej ekspansji firmy.
To bardzo wpływowy człowiek – stwierdził mężczyzna czekający w kolejce. Kolejka była długa, ponieważ zakład oferuje usługi, których nikt inny nie oferuje. Mówił o tym okazały pozłacany napis nad drzwiami wejściowymi: „Pranie mózgu”.
Józef Kacz jest trybunem politycznym o szerokich wpływach, jędrnym na ciele i ambitnym na umyśle. Imponuje ruchliwością nóg oraz oszczędnością wyrazów twarzy. Mówi prawie nie poruszając wargami.
Nie ma potrzeby, aby się męczyć. To zdrowy odruch w kraju, gdzie ludzie poruszają się za dużo i niepotrzebnie w pogoni za chimerami i duchami – wyjaśnił kiedyś w telewizji.
Mój przyjaciel Wiktor, który żywo interesuje się sceną polityczną ma dla niego wielkie uznanie.
To najlepszy specjalista w branży pralniczej. Prowadzi sieć pralni w całym kraju, wszystkie zautomatyzowane i bardzo tanie. Bije na łeb konkurencję.
Na czym polega wyższość jego firmy nad konkurencją? – zapytałem zaintrygowany pozytywną opinią w ustach przyjaciela, który raczej ostrożnie udziela pochwał.
Tylko on jeden oferuje solidne pranie mózgu. Nie ma lepszych pralni w kraju niż „Pranie i Suszenie”. Marka ta jest powszechnie znana. Firma ma duże szanse eksportowe, ale Prezes Kacz nie myśli jeszcze o tym. Jego celem jest zdominowanie rynku krajowego – Wiktor był pełen entuzjazmu; oczy jarzyły mu się jak robaczek świętojański przyszpilony pod mikroskopem w ciemnym bunkrze.
Na czym polega pranie mózgu? Czy to podobne do prania ubrania?
Niezupełnie, chociaż efekt jest ten sam – czystość materiału w jednym wypadku, czystość poglądów w drugim.
Chyba trudno jest znaleźć klientów potrzebujących prania mózgu? – zapytałem Wiktora.
A skądże! Wiktor był rozczarowany moim pytaniem. Uznał je za naiwne. Wyjaśnił dlaczego. Rozmawiałem z Prezesem Kaczem. Większość osób potrzebuje prania mózgu – wyjaśnił mi. Z reguły są to ludzie słabiej odżywieni, których nie stać na książki, czasopisma, dyskusję i naukę.
Postanowiliśmy odwiedzić nową pralnię. Wraz z tłumem weszliśmy do środka. Wzdłuż ścian stały rzędy pralek automatycznych, każda oznaczona w inny sposób. Napisy były wyraźne i zrozumiałe. „Rząd łże”, „Rządzący to złodzieje”, „Prawdziwy Patriota”, „Oddajcie nam samolot”, „Zbudujemy 1000 pomników” i podobne. Po naciśnięciu guzika ze szczeliny z przodu pralki wyskakiwała karteczka z krótkim opisem i przykładami. Wiktor z ciekawości nacisnął na guzik „Rząd łże” i natychmiast ukazała się karteczka opisująca, jak i kiedy rząd skłamał. Kiedy klient zaakceptował odpowiedzi zawarte na karteczce naciskając guzik „Akceptuję wyjaśnienie”, otwierały się drzwiczki pralki i klient mógł umieścić tam swoje pranie. Wsad był ważony przed praniem i po jego zakończeniu. Różnica pokazywała, ile zanieczyszczeń usunięto z mózgu klienta.
Czy pani często korzysta z tej pralni? Dlaczego nie pierze pani w domu? – zadaliśmy pytanie kobiecie z wyglądu Góralce z Podkarpacia.
Bo lubię pana Kacza. On tak prawdziwie mówi o rządzie i premierze. On jeden mówi prawdę. U niego mogę zrobić sobie pranie mózgu, tanio i szybko. Nie muszę słuchać radia ani telewizji, tu mam wszystko, co potrzebuję.
Na środku pralni spotkaliśmy kierownika. Był to starszy pralniczy Blaszka, zaufany człowiek Józefa Kacza. Stał w przejściu, uśmiechał się zachęcająco i kierował ruchem.
Przedstawiłem się, aby zamienić z nim kilka słów. Kim są wasi klienci? – zapytałem.
Najwięcej mamy klientów z terenów miejskich i małych miasteczek, gdzie jest najtrudniejszy dostęp do czystej wody, niższe dochody i ludzie potrzebują najwięcej pomocy. My im oferujemy pomoc poprzez tanie jak barszcz usługi prania mózgu.
Rozmawialiśmy dłuższą chwilę. Na zakończenie kierownik pralni wręczył mi kolorową reklamówkę ze zdjęciem Prezesa Kaczo i zachętą do skorzystania z usługi prania mózgu. Zastanawiałem się chwilę, ale nie zdecydowałem się.
Na zewnątrz zauważyłem ankietera ze znanej agencji badania opinii publicznej. Podchodził do wychodzących osób, zadawał im jakieś pytanie i od razu wprowadzał odpowiedź przez laptop do systemu informacyjnego Biura Kampanii Wyborczej Józefa Kacza w Warszawie. Tam na wielkim ekranie wyświetlającym hasło „Kacz na Premiera!” słupek popularności kandydata szedł regularnie w górę. Obok w pamiątkowej szafce za szkłem znajdowała się nalepka „Made in PRL”. Ochroniarz wyjaśnił: Kiedy niania kąpała małego Kacza, nalepka oderwała się od niego i odpadła, lecz ona zachowała ją na pamiątkę.
Ktoś usiłował poprawić i tak już doskonały nastrój dnia napisem na ścianie budynku: Głosuj na Kacza! On jeden da ci gwarancję bogatego życia! Odwróciłem się z obrzydzeniem. Nie lubię graffiti.

 

Opowiadanie: Spektakl. Odcinek 12.

Spotkanie Światowej Rady Etyki odbywało się w Sali Posiedzeń Organizacji Narodów Zjednoczonych. Od ponad pół roku trwały gorące debaty nad uniwersalnym kodeksem etyki, który regulowałby sprawy inżynierii genetycznej. Zainicjowali je przedstawiciele krajów, które uznały, że czas położyć tamę niekontrolowanym eksperymentom prowadzonym już nie tylko na roślinach i zwierzętach, ale i na ludziach.
Nic nas nie powstrzyma przed poszukiwaniem genetycznych rozwiązań problemów medycznych trapiących nasze społeczeństwo. Jest to naszym obowiązkiem niezależnie od faktu, czy świat dysponuje czy nie kodeksem etycznym inżynierii genetycznej – ambasador Chin nie pozostawiał złudzeń co do zamierzeń swego kraju.
Cisza, jaka zapadła po jego słowach, uprzytomniła obecnym powagę sytuacji. Raporty o eksperymentach genetycznych na ludziach już wcześniej docierały do Sekretarza Generalnego. Ambasador odczekał kilka chwil i kontynuował.
Jesteśmy gotowi podjąć współpracę z innymi członkami ONZ, o ile organizacja ta opracuje i przyjmie kodeks etyczny inżynierii genetycznej. Nie będziemy jednak przerywać naszych badań, ponieważ nie możemy pozwolić sobie, aby inni wyprzedzili nas w najważniejszej obecnie dziedzinie nowoczesnych technologii – ambasador wymawiał ostatnie słowa powoli i z naciskiem. Mówił płynnie po angielsku. Był zadowolony z siebie.  Spełnił swój cel; uświadomił światu, że Chiny nie zamierzają oddawać nikomu palmy pierwszeństwa.

*****

W Międzynarodowym Centrum Informacji ONZ mimo późnej pory wszyscy byli na nogach. Przygotowywano komunikat o Kodeksie Etycznym Inżynierii Genetycznej tłumaczonym już na kilkadziesiąt języków.
Pół godziny po północy zarządzono przerwę na posiłek i wypoczynek. Dyrektor Centrum skorzystał z okazji, aby porozmawiać z podwładnymi. Kiedy wszedł do sali, na stołach znajdowały się już kanapki i napoje. Usiadł na krześle u szczytu największego stołu. W ciągu ostatnich dwunastu godzin pracy odebrał kilkadziesiąt telefonów, faksów i e-maili oraz odbył szereg bezpośrednich rozmów z przedstawicielami różnych departamentów. Mimo to nie było widać po nim zmęczenia. Miał na sobie koszulę i garnitur, który zmienił kilkanaście minut wcześniej. W kieszonce butonierki tkwił czerwony kwiat zgodny kolorystycznie z muszką. Świeża koszula, nienaganny garnitur, kwiat w butonierce i muszka kontrastowały ze zmęczeniem widocznym na twarzach pracowników.
Kiedy powstał z krzesła, gwar się uciszył. Dyrektor popatrzył wokół, aby zwrócić na siebie uwagę. Nie cieszę się tym, co tutaj przygotowujemy – zaczął. Pod presją wydarzeń w dziedzinie inżynierii genetycznej ONZ wyraziło zgodę na dokonywanie „ewolucyjnych korekt” człowieka i przyrody. Ludzie uznając, że są częścią przyrody przyznają sobie prawo eksperymentowania na jej żywym organizmie i na sobie. Człowiek przypisał sobie rolę Boga. W krótkiej historii cywilizacji tylko nieliczne jednostki uzurpowały sobie takie prawo. Teraz robią to narody. ONZ musiało zaakceptować ten stan rzeczy, aby móc stworzyć jakąkolwiek formę kontroli. W przeciwnym wypadku eksperymenty byłyby prowadzone całkowicie nielegalnie – dyrektor skończył zdanie, odwrócił się, przyciągnął ku sobie krzesło i położył ręce na jego oparciu. Podniósł do góry rękę sugerując, że nie skończył jeszcze mówić. Mięśnie jego twarzy rozluźniły się i pojawiło się na niej coś w rodzaju uśmiechu.
Wbrew pozorom nie martwię się, do czego to wszystko zmierza. To moja osobista a zarazem filozoficzna opinia. Być może zaszokuję was tym, co teraz powiem. Nawet jeśli człowiek – pardon le mot – fatalnie „spieprzy” świat, to może tylko cofnąć go do wcześniejszych etapów rozwoju. Powrócą dinozaury, pterodaktyle i zaczniemy od nowa. Jest to pewne pocieszenie, choć brzmi okropnie. Zanim jednak ten mroczny scenariusz się spełni, możecie spokojnie żyć, pracować, bawić się, kochać i promieniować radością.
Oryginalne poglądy szefa podobnie jak i jego obcojęzyczne wtręty językowe znane były pracownikom. Zaskoczył ich jedynie użyciem raczej wulgarnego słowa i niezrozumiałą beztroską co do przyszłości ludzkości. Musieli jednak uznać, że w jego słowach tkwi sporo prawdy.

 

Opowiadanie: Spektakl. Odcinek 11.

Oficjalny dzień pracy dawno już się skończył, kiedy Tomasz opuszczał budynek telewizji. Był niezadowolony. Żona czyniła mu zarzuty, że bardziej dba o interesy pracodawcy niż własną rodzinę. Tłumaczył jej jak mógł, że ma po prostu tyle pracy, ale w duchu przyznawał jej rację. Szedł śpiesznym krokiem w kierunku parkingu, gdzie zostawił samochód. Przechodził obok skwerku z kilkoma drzewami, grupkami krzewów i ławkami do wypoczynku. Na jednej z nich siedział spokojnie mężczyzna, którego poznałby wszędzie.
Dzień dobry, Tomku. Nie spodziewałeś się mnie tutaj, tak nagle i niespodziewanie – uśmiechnął się do redaktora i gestem prawej ręki zaprosił na ławkę obok siebie. Był ujmujący pod każdym względem: spokojny ton ubioru, uśmiech, naturalność zachowania.
Tak, rzeczywiście, do głowy by mi nie przyszło, że się tutaj spotkamy – Tomasz nie ukrywał zaskoczenia. Z przyjemnością przyglądał się Jakubowi Kowalskiemu. Obiekt jego zainteresowań miał na sobie cienki czarny golf, który wspaniale kontrastował z siwiejącymi włosami, marynarkę o ciemnym nieokreślonym kolorze i szare spodnie. Strój uzupełniały dobrze dobrane pantofle. W butonierce tkwił nieodzowny czerwony kwiat. Jego znak rozpoznawczy – przypomniało się redaktorowi.
Wygląda jak zadbany i wypoczęty gwiazdor filmowy starszego pokolenia  – pomyślał z odrobiną zazdrości Tomasz. Poczuł się zaniedbany i zmęczony.
Potrzebujesz wypoczynku, Tomaszu, aby ochłonąć z nadmiaru wrażeń po emisji programu, w którym odegrałem kontrowersyjną rolę. Przyszedłem tu, aby na ten temat porozmawiać. Może będę mógł ci pomóc? – w głosie mężczyzny brzmiała zachęta do rozmowy. Trafność obserwacji kolejny raz zaskoczyła redaktora, choć wydawało mu się, że przyzwyczaił się już do tej nietypowej osobowości. On jest niezwykły – doszedł do wniosku i uspokoił się.
Najpierw zadzwoń do żony i wyjaśnij jej, że mnie spotkałeś tutaj, aby nie niepokoiła się niepotrzebnie. Jesteś i tak już spóźniony. Ona to zrozumie.
Tomasz wyjął telefon komórkowy i wybrał numer. Rozmowa trwała krócej niż zwykle.
Cieszę się, że spotkałeś tego starszego pana. Wywiad z nim był wspaniały. Nie śpiesz się. Będę na ciebie czekać. Całuję cię – Tomasz był zaskoczony reakcją żony. Zachowała się zupełnie inaczej niż zawsze. Nie tylko nie była niezadowolona, ale wręcz zachęcała go do poświęcenia czasu na rozmowę.
Redaktor usiadł i przez moment zastanawiał się, co teraz powinien zrobić.
Odpocznij chwilę, a potem przeprowadzimy drugi wywiad, jeśli się zgodzisz – zaproponował rozmówca.
Ale ja nie mam kamery! – zaprotestował Tomasz. Zaraz, zaraz – dodał. Jego twarz ożywiła się. Popatrzył na zegarek i przypomniał sobie, że Adam, operator kamery, jeszcze przez dziesięć minut powinien być w studio. Planował wyjść o pełnej godzinie.
Zadzwonię do operatora. Jeśli mam szczęście, to za kilka minut będzie tutaj z kamerą. I rzeczywiście, dosłownie osiem minut później przybiegł zdyszany Adam. Pozdrowił starszego pana i zabrał się do ustawienia kamery i światła. Pracował w pośpiechu; robiło się coraz ciemniej i później.
Dwaj pozostali mężczyźni mieli niewiele czasu do zagospodarowania. Wykorzystali to na rozmowę.
Proponuję wywiad, ale na odwrotnej zasadzie. To ja będę zadawać ci pytania, a ty będziesz mi odpowiadać – starszy pan zwrócił się do Tomasza.
Ależ to nie ma sensu! – zaprotestował Tomasz. Nikt nie jest ciekaw moich opinii na temat Boga.
Nie martw się o to. Ja jestem ciekaw. Interesują mnie twoje obserwacje na temat współczesnego człowieka i tego, jak widzi swoją relację z Bogiem. Twoje wypowiedzi będę komentować, tak że będziesz dysponować podwójnym wywiadem do swojego programu. Możesz również mnie zadawać pytania. Zacznijmy od razu. Adam włączy się i zacznie nagrywać, kiedy będzie gotowy.
No dobrze. Spróbujmy – Tomasz nie był całkiem przekonany. Skąd pan wiedział, że program będzie kontrowersyjny i wywoła zamieszanie? – wolał pierwszy zadać pytanie.
Dobrze znam naturę ludzką, choć od czasu do czasu ludzie mnie zaskakują. Mają wolną wolę, rozum, serce i inne atrybuty wolności, ale czasem postępują tak, jakby nie mieli tego wszystkiego.
A co najbardziej ciebie zaskoczyło w reakcji widzów? – zapytał z kolei pan Kowalski.
List od duchowieństwa. Bardzo krytyczny, kwestionujący sens wywiadu i prawie całą jego treść. Uważają pana za uzurpatora, człowieka, który sam mianował siebie Bogiem.
O, widzisz. Nie jest to całkiem bez sensu. Bóg w pewnym sensie jest uzurpatorem, ponieważ nikt mu nie nadawał żadnych uprawnień ani cech boskości. On sam z siebie jest Bogiem. Człowiekowi to trudno zrozumieć, ale tak jest.
Uważają też, że pański sposób widzenia świata jest nieprawdziwy, nieodpowiadający naszej wiedzy i tradycji, wręcz oszukańczy – Tomasz zawahał się przed użyciem słowa „oszukańczy”. Brzmiało jak oskarżenie o przestępstwo.
Cóż oni mogą wiedzieć o prawdzie i nieprawdzie, czy chociażby nawet o mnie? Co oni mogą wiedzieć o Bogu? – pytania zostały wypowiedziane cicho i spokojnie, mimo iż tożsamość mówiącego została podana w wątpliwość, a on sam oskarżony omalże o oszustwo. Mogą wiedzieć tylko tyle, że Bóg jest niepojęty. Mówił i pisał o tym Święty Augustyn. Był wtedy natchniony wiedzą, która przekracza granice ludzkiego rozumu. A jeśli Bóg jest niepojęty, to ci, którzy w niego wierzą, powinni zachować wstrzemięźliwość, umiar w wyrażaniu opinii o nim. Nikt z nich nie wie, co jest, a co nie jest prawdą o Bogu. Czy nie sądzisz, że mam rację? – Jakub Kowalski zakończył wypowiedź pytaniem. Przez cały czas był rozluźniony, mówił wyraźnie i niezbyt szybko.
Jego zachowanie podziałało uspokajająco na Tomasza. List wydał mu się teraz mniej treściwy i znaczący. Dojrzał stronę obrazu, której nie zauważyli lub celowo pominęli autorzy listu do redakcji programu.
Ani ja sam – pomyślał.
Czy w takim razie człowiek może w ogóle wiedzieć coś znaczącego o Bogu?
Może, pod warunkiem, że umie rozpoznawać Boga w jego ludzkich wcieleniach, wysłuchać tego, co mówi przez nie, zrozumieć to i przemyśleć. Człowiek musi w to zaangażować serce i uczucie, nie tylko rozum. Tylko tak można dowiedzieć się czegoś więcej. Prawa naukowe ograniczają wiedzę. Nie kwestionuję ich wartości, jestem tylko krytyczny, co do zakresu ich zastosowania. Dla naukowca testem wiedzy jest jej konkretność, podatność na weryfikację drogą eksperymentu, który można powtórzyć. Nie wszystko można jednak sprawdzić w ten sposób. Jest masa rzeczy, które umykają nauce. Czy można naukowo udowodnić, czym jest nieskończoność albo czas, który nie ma początku ani końca? Albo miłość, w imię której człowiek bez wahania oddaje życie za drugą istotę, niekiedy zupełnie mu obcą? Albo czy można wyjaśnić okrucieństwo człowieka, które nie ma znaczenia dla jego przetrwania lub jego dobrobytu, co mogłoby stanowić jakieś uzasadnienie? Albo zrozumieć życie, które kończy się śmiercią?
Starszy pan przerwał i zamyślił się. Zapadło milczenie. Operator kamery uznał, że należy uszanować ten moment i wyłączył kamerę. Zrobiło się cicho. Ulicą nie przejeżdżał żaden samochód.
Tak, tak. Tak to jest z ludźmi i Bogiem – Jakub Kowalski wyrwał się z zamyślenia, podniósł głowę i wyprostował tułów. Wydawało się, że zamierza powstać, ale nie uczynił tego. Coś przyszło mu do głowy, ponieważ uśmiechnął się jak chłopiec, który ma zamiar zrobić psikusa kolegom.
To cecha ludzi młodych sercem i myślą – przeszło przez głowę Tomaszowi. Chciałbym być kimś takim.
Tomaszu, poddam cię próbie – w uszach słuchającego zabrzmiało to jak cytat z Pisma Świętego. Tomasz żachnął się. Przestraszył się, że przegra. Starszy pan widocznie zauważył jego niepokój.
Nie bój się. To nie jest próba ognia. Nic ci się nie stanie. To tylko pytanie.
W porządku. Proszę pytać.
Powiedz mi szczerze. Czy ty sam masz przekonanie, że jestem Bogiem, tak jak powiedziałem?
Tomasz nie potrzebował odpowiadać. Jego twarz i oczy wyrażały całkowite zaskoczenie. Po prostu nie wiedział, co odpowiedzieć.
Sam nie wiem – wyrwało mu się. Nie wiem, co mam sądzić w tej sprawie. Raz myślę, że tak, drugi raz, że to chyba nie jest możliwe – chciał się usprawiedliwić, był szczery i pełen dobrych chęci.
Starszy pan nie zamierzał męczyć go dalej.
Rozumiem twoją rozterkę. Nie musisz deklarować się, czy wierzysz we mnie czy nie. Zadałem to pytanie tylko po to, aby zilustrować, że inni ludzie mieliby dokładnie ten sam problem. Nie byliby w stanie zidentyfikować, czy jestem Bogiem czy nie. Odnieś to do owych duchownych, którzy napisali list do telewizji. Zapytaj ich, czy oni sami umieliby rozpoznać Boga w człowieku, w którego Bóg się wcielił. Zapytaj ich, jakie znają kryteria rozpoznawania Boga. Albo zadaj im pytanie, jak Bóg może ukazywać się ludziom. Czy tylko poprzez objawienia i prorocze sny, czy też na jawie? – pytania padały jedno po drugim.
Sugestie bardzo przypadły Tomaszowi do gustu. Podobało mu się powtarzanie tego samego zwrotu na początku zdań i podsumowujące pytanie. Podobał mu się kaznodziejski sposób mówienia i przytłaczająca logika pytań, które miały w sobie moc poleceń.
Masz ich w saku, Tomaszu! Pozwolę sobie użyć tego poetycko-wędkarskiego porównania. Nie musisz obawiać się negatywnych konsekwencji listu. Wyemituj tylko to nagranie. Pytania zostaną zadane z ekranu – starszy pan skończył i uśmiechnął się dostrzegając ulgę na twarzy adresata swoich słów.
Dziękuję … panu – Tomasz pochylił głowę dla podkreślenia swojej wdzięczności. Zawahał się, zanim zwrócił się do rozmówcy. Nie miał pojęcia, jak należałoby mówić do Jakuba Kowalskiego. Dziękuję Panie Boże? Dziękuję Bogu? A może: Dziękuję Ci, Panie Boże? Będąc chłopcem miał identyczny problem i nie potrafił go rozwiązać. Jego szwagier, mąż przyrodniej siostry, był kilkanaście lat starszy od niego. Tomek nigdy nie zdobył się na odwagę mówienia mu po imieniu.
Tomku, mam jeszcze inne obowiązki i nie mogę poświęcić ci więcej czasu. Nie jest to zresztą potrzebne. To, co chciałeś wiedzieć, dowiedziałeś się. Zebrałeś materiał na kolejny program. To nie jest zły wynik. Mam nadzieję, że praca i życie ułożą ci się pomyślnie. To zależy prawie wyłącznie od ciebie. Opatrzność odgrywa minimalną rolę. Bóg rzadko interweniuje w losy jednostek, grup i narodów. Dał im umiejętności i przekazał uprawnienia decydowania o sobie – podsumował starszy pan i powstał z ławki. Był to znak, że audiencja została zakończona.

Limit słów

Nie znał już swego imienia. Wydawało mu się, że je ma, kiedy nagle dotarło do niego, że już go nie ma. Przez lata mówiono mu, a może wmawiał sam sobie, że jego imię, uproszczone i zinternacjonalizowane jak nienawiść lub obrzydzenie wobec obcych, nawet tych najbardziej niewinnych, jest pochodzenia biblijnego. I że ma w sobie urok wynikający z bliskości tego imienia wobec Boga. W dokumentach zawsze widział swoje imię, kiedy niespodziewanie nastąpił kryzys głębszy niż przepaść. Imię wyparowało, zniknęło jak kamfora. Został Bezimiennym.

Po rozmowie z Wielkim B naszło go widzenie. Potem nie był pewien, czy była to rozmowa czy może sen. Nie mogli dojść do porozumienia w ważnej dla niego, Bezimiennego, sprawie. Dla Wielkiego B sprawa wydawała się banalna jak przysłowiowy zeszłoroczny śnieg. Chciał żyć bez śniegu, do czego ma wszelkie ludzkie prawo, a może nawet i błogosławieństwo boże, ignorując to, że rzesze ludzi współczesnych korzystają z owego śniegu pełnymi rękami, wręcz tarzają się w nim. Śnieg stał się symbolem Internetu i nowych metod porozumiewania się. Lecz Wielki B, człowiek dojrzały jak mało kto, uznał, że pragnie żyć bez śniegu.

Sprawa okazała się głębsza niż sądził Bezimienny i trudna do rozstrzygnięcia. Zygmunt Freud przydałby się w celu rozcięcia spornego węzła gordyjskiego, lecz gdzieś się zapodział. Bezimienny pomyślał, że Zyga (wzywał go w duchu tym ciepłym imieniem) wyjaśniłby, że wszystko, co istnieje, ma dwie strony, dwie natury: dobrą i złą, pozytywną i negatywną. Nóż, którym kroimy chleb, warzywa, mięso lub – jako dzieci – strugamy patyk lub fujarkę, równie dobrze może być użyty do zastraszenia lub zabicia człowieka lub zwierzęcia, albo wymuszenia na kimś pieniędzy lub ustępstw tak głębokich, że aż pozostawiających blizny na duszy. Kwestią jest, czy ów nóż jest bardziej użyteczny czy też bardziej szkodliwy, pożyteczny czy też zguby. Jest i jednym i drugim – doszedł do wniosku Bezimienny.

To samo ludzie mówią o Internecie, ale nie wtedy, kiedy uciekają od niego jak diabeł od święconej wody uważając, że jest czymś złym i niepotrzebnym. Dziwne jest to uciekanie. Komputerem i Internetem posługują się dzieci już w wieku 5 lat, a niektórzy dorośli, oczytani i mądrzy wmawiają sobie, że ich na to nie stać, że to rzecz niegodna, niepotrzebna i zbyt trudna. Freud, który się w końcu odnalazł właśnie w Internecie, zapytany o takie postawy, odmówił im racji bytu. Uważał on, że są niegodne człowieka, któremu Bóg dał rozum, wolną wolę, zdolność zmiany punktu widzenia jak i porzucania niechęci, strachu i nawyków, które niekiedy formują się w garb skutecznie blokując człowieka.

Zapytany o szczegóły wyjaśnił: Domyślam się, że w tych ludziach, niekoniecznie mi bliskich, ale też niekoniecznie obcych, chyba zepsuło się coś w środku. Uczą dzieci, które uwielbiają, jak postępować, jak radzić sobie z tym, co niesie życie, a życie niesie tylko rzeczy nowe, lecz sami tkwią w ciemnym zaułku, z którego nie widzą wyjścia. Żyją jakby nie zdając sobie sprawy, że okłamują siebie samych i że owe dzieci, najpiękniejsze z istot, wykryją to wcześniej czy później. Bo dzieci nie uczą się słuchając tego, co mówią im dorośli, tylko krocząc ich przykładem i robiąc porównania. Tak to Freuda zrozumiał Bezimienny z krótkiej konwersacji, jaka zdarzyła się w zapomnianym już miejscu i czasie.

Bezimienny nie był całkiem bezinteresowny w wyrażaniu powyższych poglądów, ponieważ sam potrzebuje pomocy osób miłujących dzieci, przyrodę, pogodne niebo, ogórki i drzewa liściasto-iglaste oraz psy i co najmniej jednego kota. Jego potrzeba wynika z ubytku, jaki zauważył u siebie pewnej nocy, kiedy męczył się kolejny raz i przerażająco złorzeczył na swój los. Los okazał się dlań dziwnym tworem: nie potrafił zaspokoić ważnych pragnień, gdyż uciekały przed nim jak woda przed Tantalem, kiedy tylko próbował się jej napić. Ubytek Bezimiennego wyraził się w tym, że skończył mu się limit słów. Nie może już mówić, może tylko pisać, a to ma sens tylko wtedy, kiedy go ktoś czyta. Dzieciom wyświadczamy wielką radość i przysługę, kiedy im czytamy, a piszącemu, kiedy go czytamy. Niezależnie od tego, czy pisze na papierze, piasku czy w pamięci komputera.

 

Ukochanie

Była niedziela, dzień wolności. Joanna obudziła się z nieoczekiwanym poczuciem szczęścia. Zazwyczaj była zbyt zaspana, aby zdawać sobie sprawę z czegokolwiek. Sięgnęła ręką w bok, wzięła do ręki telefon komórkowy, Moja komóreczka – szepnęła. Zaczęła ją całować bez opamiętania, spontanicznie, namiętnie. Była dla niej wszystkim, co tylko może dać życie. Nie potrzebowała niczego ani nikogo więcej.

„Komóreczka” w czarnym etui z delikatnej cielęcej skóry była najpiękniejszą częścią jej życia. W istocie rzeczy była jej życiem. Nie mogła obejść się bez niej. Zabierała ja zawsze ze sobą, do pracy, autobusu, samochodu, kuchni, nawet ubikacji. Trzymała ją w kieszonce dużej torby damskiej, nie rozstawała się z nią ani na chwilę. Tylko wtedy, kiedy spała sama na dużym tapczanie, komórka leżała obok na stołeczku, który Joanna kupiła specjalnie w tym celu. Był dostatecznie niski, aby mogła łatwo sięgnąć po komórkę, aby ją popieścić. Czasem myślała, jak głupio żyją inni ludzie, inne kobiety. Jej niepotrzebny był mąż ani przyjaciel. Oczywiście nie miała nic przeciwko mężczyznom, ale jej wystarczał telefon komórkowy.

Brr! Żachnęła się. Co to za określenie! Telefon komórkowy! Może inni mają telefony komórkowe, ona miała swoją „komóreczkę”. Wprawdzie stanowiła ona coś małego, zamkniętego, ograniczonego, ale jej otwierała cały świat.

Zadzwoniła do przyjaciółki. Wiesz, Zosiu, jestem szczęśliwa – szczebiotała wtulając się w ciepło skóry komóreczki. Wiem wszystko, co mi potrzeba, dzięki mojemu Samsundżkowi. Mam dostęp do wszystkiego. Czy to nie cudowne?

Mów po ludzku! – upominała ją przyjaciółka. To nie żaden Samsundżek, tylko Samsung, najzwyklejsza, choć dobra firma, która produkuje także telewizory i garnki teflonowe. Przestań się wygłupiać, masz już przecież swoje lata, jesteś dojrzałą, w dodatku szczupłą i zgrabną kobietą. Mogłabyś znaleźć sobie kogoś, kto by cię popieścił, wprowadził trochę rozrywki w twoje jednostajne życie i któremu ty sama mogłabyś dać radość, zamiast wtulać się i szczebiotać do tego zakichanego Samsundżka. Mężczyźni tego potrzebują tak, jak wody czy jedzenia. Nie możesz żyć jak zakonnica. To wbrew Pismu Świętemu. Bóg stworzył kobietę i mężczyznę, aby żyli ze sobą. Ale co ty wiesz o Piśmie Świętym!

Nie masz racji, Zofio. Joanna użyła oficjalnej formy „Zofio” wiedząc, że przyjaciółka tego nie lubi. Chciała ją ukarać za pouczenia i treści, od których podświadomie uciekała. Zofia żyła w szczęśliwej relacji z partnerem, z którym spotykała się u siebie w mieszkaniu i uważała taki model życia za najlepszy dla samotnej kobiety.

Ja z komórki mam dostęp do wszystkiego. Oglądam prognozy pogody, słucham wiadomości, czytam plotki z wielkiego świata, rozmawiam z rodziną i przyjaciółmi, słucham pięknej muzyki. Nie mam czasu na czytanie książek i gazet, ale wiem więcej niż ty, mądralo! Przyjaciółka denerwowała ją czasami swoimi napominaniami, choć czyniła to w dobrej wierze i zapewne miała dużo racji. Joanna poprawiła muślinową apaszkę w kolorach marzycielskiego błękitu, powabnego brązu i przezroczystej szarości, uroczo zawiązaną z boku szyi w malutki węzełek i zakończoną figlarnym ogonkiem. Mężczyźnie podobałaby się i apaszka i ona sama z tym dodatkiem, ale ona o tym nie myślała. Miała sensowne biodra i była szczupła dzięki częstym spacerom i dobremu odżywianiu. Wiedziała o tym, ale chętnie zapominała. Jej myśli skoncentrowały się wokół „komóreczki” i niezliczonych możliwości kontaktu z całym światem.

W jednym momencie zapadła się w otchłań zapomnienia, wyłączyła komórkę jakby z nikim nie rozmawiała, a może trochę za złość przyjaciółce, która uznawała takie działania za akty agresji. Zaczęła znowu pieścić skórę etui telefonu. Odczuwała przyjemność w palcach i w głowie, gdzie mózg przetwarzał sygnały płynące z dotyku w rodzaj łagodnej ekstazy. Na moment pomyślała o mężczyźnie, który ostrożnie zalecał się do niej, lecz odłożyła tę myśl na później. Nie wiedziała dlaczego nie akceptuje jego zabiegów przygarnięcia jej i zawarcia bliższej, intymnej znajomości. Był trochę starszy, ale całkiem do rzeczy. Może nawet bardzo do rzeczy. Na razie wystarczała jej komórka, w której jak w klatce zamknęła cały swój świat, otwierając co raz to inne okienko, kiedy słyszała dzwonek lub kiedy sama wybierała numer adresata do konwersacji.

Pół godziny później, kiedy już umyła się i ubrała, spojrzała w duże lustro i zrzuciła z siebie ostatni strzępek porannej ospałości, poczuła się prawie spełniona. Była głodna. Zaraz zjem śniadanie – pomyślała do lustra. Zapachniała jej świeżo zaparzona, gorąca, czarna kawa z odrobiną koniaku dla smaku. W tym momencie nie przeszkadzało jej to, że niektórzy za plecami nazywali ją „niespełnioną kobietą”, która żyje tylko rodziną, pracą i zarabianiem pieniędzy, „dziwaczką” czy nawet „stukniętą”.

Jej wystarczała „komóreczka”, symbol uniwersalizmu kobiety, która ma wybory, ale ich nie dokonuje. Nie wiedząc nawet dlaczego.