Piątkowe myśli i aforyzmy o ludziach i zwierzętach

Króliki rozmnażają się niezwykle szybko prawdopodobnie dlatego, że bardzo to lubią. Trzeba przyznać, że niegłupio to sobie wykombinowały.  

Większość ludzi zasypia w przekonaniu, że się obudzi. Podobno tylko pan Bóg potrafi wyleczyć z tego zabobonu. Niestety, nie można tego sprawdzić, bo nie udziela on wywiadów. 

Starość człowieka zaczyna się wtedy, kiedy on sam jest jeszcze młody.

Krystyna Pawłowicz to zawodniczka o najwyższym wskaźniku testosteronu w zespole sportowym PiS. 

Poezja autorska, pierwsza dawka niedzielna, późnolistopadowa

Obiecałem sobie publikować w niedzielę dla przyjemności Czytelników, jak i promocji własnej twórczości, moje wiersze opatrując wpisy krótkimi komentarzami od serca i duszy (która podobno jest nieśmiertelna). Dzisiejszą dawkę poezji nazwijmy śmiało polsko-australijską, depresyjno-przyrodniczą.

Jeśli komuś z Państwa zdarzy się spotkać wiersz o podobnym nastroju jak ten pierwszy, to wiedzcie, że jest wysoce prawdopodobne, że autor pisał go w nastoju depresji. Nie jest to jakiś szczególny przypadek twórczości poetyckiej.

Kiedyś uznałem, że terapia przez sztukę, jeden z rodzajów współczesnej psychoterapii, mogłaby być wykorzystana do diagnozowania tej coraz bardziej upowszechniającej się przypadłości, prawdziwej choroby cywilizacyjnej. Pięć lat temu prognozowano w Australii, że najbliższej przyszłości 25 procent mieszkańców tego kraju doświadczy depresji. Jest to w pewnym sensie choroba zabójcza, potrafi stłamsić (czytaj: zgnoić) człowieka do dna, wydusić z niego energetyczne bebechy i rozpłaszczyć jak walec drogowy szczura-samobójcę na twardej drodze zwierzęcego istnienia.

Wśród ludzi cierpiących na depresję notuje się szlachetne wyjątki. Przykładem jest Winston Churchill. Cierpiał na depresję, nazywał ją black dog. Mimo wielkiej przypadłości prowadził wyjątkowo aktywne życie. Wikipedia pisze o nim: „brytyjski polityk, mąż stanu, mówca, strateg, pisarz i historyk, malarz, dwukrotny premier Zjednoczonego Królestwa, laureat literackiej Nagrody Nobla, honorowy obywatel Stanów Zjednoczonych. W 2002 w plebiscycie organizowanym przez BBC został uznany najwybitniejszym Brytyjczykiem wszechczasów”.

„Balladę o bohaterze” napisałem w Polsce, podobnie jak i sporo innych wierszy. Prawda jest jednak taka, że cała moja poezja bez wyjątku była inspirowana Australią.

 Vincent van Gogh: Stary człowiek w rozpaczy

Ballada o bohaterze

Niby spokojny…on drży cały,
lęk pierś przeszywa i sercem targa,
w otchłań się zwala spopielały,
ciszę rozrywa krzyku skarga.

Myśl rwie na strzępy paroksyzm strachu,
cień się otula czarniejszym cieniem
i w dół go spycha z potwornego dachu,
dręczy złowrogim, kamiennym tchnieniem.

Jakżeż on chciałby być bohaterem,
trzepot przemienić w serce lwa
i stanąć śmiało nad kraterem,
i runąć w przepaść, sięgając dna!

Michael Tequila, Sopot, 24 października 1997
(z tomiku: Klęczy cisza niezmącona – w księgarniach)

Bunyeroo Gorge

Bloki kamienia pną się ostrym skosem,
wulkaniczny powalił je cios;
nie ma ucieczki przez wszechmocnym losem,
co skały łamie jak wiatr zboża kłos.

Drąży materię duch nieokiełznany,
krople skalne rozkruszają ściany,
rzeki korytarz odlewają z głazów,
cierpliwością epok, czasem bez wyrazu.

Eukaliptus, heros wspaniały,
soki życia czerpie z bezlitosnej skały;
natura drzewa martwotę wypiera,
uporem łamie, korzeniem rozdziera.

Nad grań wyniosłą jak dzika kozica
akacja się wspięła; jej liściaste lica
żółtością barwione podmuch wiatru mieni;
kwiat symbolem słońca palących promieni.

Hawker, Australia, 7 października 1996
(z tomiku: Klęczy cisza niezmącona – w księgarniach)

Cz. 119: Koniec dyskusji Izabela Sefardi. Klub Anarchia walczy o konie.

– Don Sefardi! – Izabella wykorzystała moment, kiedy adwersarz był zmuszony zaczerpnąć powietrza, aby przerwać nurt jego argumentacji. Była oburzona w najwyższym stopniu. – Wychodzę, bo wyprowadził mnie pan z równowagi. Nie jestem w stanie słuchać słów zabijających we mnie ludzką godność, która też jest częścią przyrody… chciałam powiedzieć, jest czymś naturalnym. Odchodziła z przekonaniem, że Sefardi to skończony wariat opętany niezrozumiałą niechęcią do kobiet.

– To i ja powiem pani też coś równie dosadnego. Wyłączam się całkowicie z tej bezsensownej zabawy w ochronę przyrody, przestaję się interesować ochroną koni, kucyków i pastwisk.

Sefardi był wściekły na siebie, że uczestniczył w rozmowie, która tylko go upewniła, że Isabela to skończona ignorantka, dla której przyroda to kwiatuszek w doniczce, krzewik na klombiku blisko torów tramwajowych i ptaszek na drzewie usychającym z braku wody i nadmiaru smogu. Poczuł się całkowicie zniechęcony do przyrody i koni. Izabela i jej słowa skojarzyły mu się z pierzastym stworem, jaki przeraził go wielkimi skrzydłami i przerażającym skrzekiem, kiedy był jeszcze dzieckiem w wózeczku.

*****

Od czasu napadu na parlament w kraju zaczęły dziać się dziwne rzeczy. Niezwykłe zdarzenia następowały jedno po drugim, fakty prasowe wyprzedzały fakty społeczne, zaprzeczając sobie nawzajem. Kiedy mgła dwuznaczności i niejasności nieco opadła, okazało się, że w centrum uwagi społeczeństwa stoi rywalizacja człowieka i konia o przetrwanie. Stawka w grze była wysoka; była nią groźba całkowitego zniknięcia z powierzchni ziemi jednego lub drugiego gatunku. Naukowcy nazywali to anihilacją. Nikt nie miał wątpliwości, kto przegra w tym wyścigu, jeśli reguły gry nie ulegną zmianie. Przyroda mogła mieć tylko jednego pana.

Przetrwanie konia rywalizującego z człowiekiem stały się sensem istnienia Anarchii, klubu oryginałów, intelektualistów i buntowników, entuzjastów ekologii radykalnej. Byli miłośnikami tych zwierząt w skali porównywalnej jedynie ze wzburzonym morzem i głębokimi odstępstwami od normy psychicznej – taka była opinia wicegubernatora Matteo Csudo, odpowiedzialnego w rządzie za sprawy ochrony przyrody.

– Jesteśmy zboczeńcami na punkcie koni – członkowie Anarchii żartowali między sobą, poklepując się po plecach, podobnie jak poklepywali ulubionego rumaka dla wyrażenia uczuć sympatii międzygatunkowej. Byli to głównie mężczyźni, choć nie brakowało i kobiet. Z czasem liczebność obu płci w klubie wyrównała się.

Spotkali się przypadkiem. Trzymali konie w tej samej stajni i przyjeżdżali, aby pojeździć dla przyjemności, a czasem z obowiązku, dla zapewnienia zwierzętom minimum ruchu, którego potrzebowały nade wszystko. Na początku były to spotkania nieregularne, głównie w weekendy, z czasem nabrali nawyku regularnych spotkań, aby rozmawiać o końskich sprawach. Znali tylko swoje imiona, a i to nie zawsze prawdziwe. Wkrótce nabrali nawyku używania pseudonimów i niepytania się, gdzie kto pracuje, czym się zajmuje, czy jak mu się powodzi. Jedynym sensownym tematem były konie i ich przyszłość, kiedy okazało się, że są skazane na wymarcie. To wtedy w sercach i duszach anarchistów zbudził się bunt. Od słowa do słowa doszli do wniosku, że muszą zrobić coś pozytywnego i znaczącego dla zwierząt, od wieków wiernie służących człowiekowi.

Kiedy już zżyli się ze sobą, pozwalali sobie na większą szczerość. Starali się być uczciwi w słowach i czynach. Okazało się, że nie ma wśród nich nikogo, kto nie byłby na jakimś etapie życia związany z końmi, i to na śmierć i życie. Byli wśród nich hodowcy, dżokeje, woźnice rydwanów cyrkowych, członkowie związków jeździeckich, hipnoterapeuci, artyści woltyżerki, producenci sprzętu i ubiorów dla koni, trenerzy koni, weterynarze, a nawet hazardziści i bukmacherzy stawiający i przyjmujący zakłady na wyścigach konnych. Dla tych ostatnich koń był czymś więcej niż przyjemnością, był także formą ruletki i pasją życiową.

Wkrótce zaadaptowali hasło, jakie głosił członek klubu, wieloletni mieszkaniec równin patagońskich: Siempre con el caballo, para la vida o muerte. Zawsze z koniem, na życie lub śmierć. Był to rodzaj zaprzysiężenia, głębszego niż przysięga wojskowa, wyrażającego gotowość obrony konia nawet z poświęceniem własnego życia.

*****

Klub Anarchia nie cieszył się popularnością w społeczeństwie. Nie było to przypadkowe. Wielu obywatelom nie podobały się maniery i górnolotne słowa anarchistów o miłości do koni, przekraczające pojęcie człowieka, który umie kochać tylko swój najnowszy samochód, piękny, szybki i wypasiony sprzętowo. Z czasem okazało się, że złą opinię urabiali anarchistom przedstawiciele rządu głęboko wierzący w prymat technologii nad końmi, traktujący zasłużone zwierzęta jako przeżytki. To oni udzielali wywiadów i potajemnie sponsorowali doniesienia medialne przedstawiające w złym świetle Anarchię i jej członków.

Po bulwersujących opinię społeczną wydarzeniach w parlamencie, klub zaczęto podejrzewać, że jest rozsadnikiem ekoterroryzmu, choć niczego takiego nikt nie dowiódł. Na wszelki wypadek gubernator Blawatsky zlecił zbieranie informacji o tym, co dzieje się w klubie i wokół niego; tajnej policji nie udało się jednak przeniknąć do jego struktur. Organizacja okazała się hermetyczna. Kiedy było już jasne, że rząd jest zdecydowanym choć cichym wrogiem koni, klubowiczów opanowała obsesja konspiracji. Niegdyś otwarty dla wszystkich, od pewnego czasu klub działał potajemnie, mobilizując się radykalnymi hasłami „Precz z nieekologicznym państwem”, „Rozwalmy tę budę sadyzmu ekologicznego”, a nawet „Śmierć wrogom koni”.

 

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 116: Dziwne widzenia dowódcy

Dowódca straży parlamentarnej przeżywał najgorsze dni swojego życia. Społeczeństwo Nomadii przygotowywało się już do letnich wakacji, kiedy nastąpiło wydarzenie, które wstrząsnęło opinią publiczną, a jego dotknęło osobiście. Pomniejszyło ono wszystkie inne zdarzenia, spór w sprawie inżynierii genetycznej, zmiany klimatyczne czy masowe migracje ludzi zagrażające czystości rasowej i wierze w jednego Boga. Myśląc o tym wieczorem w łóżku dowódca straży popadł w odrętwienie, które przeszło w dręczący sen.

Nad ranem, około godziny piątej trzydzieści, kiedy straż parlamentarna była jeszcze rozespana, na portierni pojawiły się dwie sprzątaczki. Strażnicy pozwolili im wejść nie sprawdzając przepustek. Był to błąd, za który dowódca straży obarczał siebie, tak jakby mógł zaradzić temu, że jego ludzie nie byli dostatecznie czujni widząc te same kobiety codziennie od kilku lat. Na korytarzu pierwszego piętra sprzątaczki otworzyły okno, przez które niegdyś, jeszcze w czasach historycznych, wciągano meble, i wyrzuciły na zewnątrz liny. Na dole czekali już uzbrojeni mężczyźni i kobiety, którzy na teren parlamentu dostali się podkopem. Mieli ze sobą zakładników. Oddział błyskawicznie zajął korytarz i sąsiednie pomieszczenia, po czym zabarykadował się. Napastnicy byli uzbrojeni w pistolety wojskowe, pałki, paralizatory i inną broń podręczną. Część jej ukryli, ale tak, aby była łatwo dostępna.

Odtwarzając nagrania z kamer przemysłowych strażnicy zauważyli, że twarze intruzów były pokryte wizerunkami drzew i koni. Strażnikom wydawało się, że porywaczy jest dużo więcej niż zakładników. O godzinie dziesiątej rano okupanci zażądali widzenia się z ministrem leśnictwa i środowiska naturalnego.

– Co najmniej z ministrem, jeśli nie z gubernatorem. Nie zaakceptujemy nikogo poniżej tej rangi – taki był dokładny przekaz.

Nikt w parlamencie nie podejrzewał jeszcze niczego poważnego. Sądzono, że był to jakiś wygłup, maskarada lub fanaberia, ponieważ napastnicy cały czas utrzymywali, że chcą tylko porozmawiać, że ich intencje są pozytywne, że pragną jedynie zwrócić uwagę na niekorzystne zjawiska w ochronie środowiska naturalnego i koni. W końcu postawili ultimatum: albo rząd zapewni pełną ochronę koni i usunie zagrożenia środowiska naturalnego, albo koniec z zakładnikami. Do negocjacji przystąpili eksperci rządowi na czele z ministrem leśnictwa i środowiska naturalnego. Nie cieszył się on dobrą reputacją w kręgach fachowców. Hodowcy koni uważali, że nie ma żadnego zrozumienia dla nich, dla przyrody, ani dla zwierząt.

– On nie traktuje nas nawet jak konie, ale jak bydło, i to byle jakiego gatunku. – Była to opinia jednego z hodowców; inni hodowcy odżegnywali się od niej uznając ją za niewyważoną.

Zapewnienie ochrony koni przed wyginięciem i drastyczne ograniczenie eksploatacji przyrody stanowiły dla rządu ogromne wyzwanie. Rozmowy trwały wiele godzin. Na początku ich przebieg wskazywał możliwość porozumienia, do niczego takiego jednak nie doszło. W końcu napastnicy wręczyli ministrowi kartkę ze spisanymi odręcznie żądaniami. Minister obiecał ich uczciwe rozpatrzenie. Bezwzględność oczekiwań i groźby porywaczy nie zaskoczyły go. Wiedział z kim ma do czynienia. Dla niego byli to ekoterroryści. Taką też opinię przedstawił gubernatorowi i wicegubernatorowi. Kiedy gubernator w zaciszu swojego gabinetu zdobnego obrazami największych patriotów kraju zapoznał się z żądaniami, zgodził się, że są one całkowicie nieuzasadnione.

– Nie uważam, że traktujemy konie i przyrodę w sposób nierozsądny, gorzej niż w innych krajach – oświadczył tonem wskazującym, że minister nie powinien ustępować.

Tajnym służbom państwowym udało się sprawdzić w międzyczasie na podstawie nagrań z kamer, kim są napastnicy i wtedy wybuchła bomba. Okazało się, że były to osoby zrzeszone w stowarzyszeniu radykalnego ekologizmu działającego pod parasolem międzynarodowej organizacji Megan International Ecoterrorists, wymuszającej ustępstwa na rządach państw na rzecz nieograniczonej ochrony środowiska naturalnego.

Rząd podjął na nowo żmudne negocjacje. Ich przebieg transmitowano na cały kraj. Ustępując przed zbrojną przemocą, której siłowe zakończenie mogłoby przynieść fatalne skutki dla zakładników, rząd natychmiast opracował propozycję zaostrzenia przepisów i przeznaczenia większych środków na ochronę środowiska i koni zgodnie z żądaniami, zdając sobie sprawę, że przekracza granice zdrowego rozsądku.

Eksperci ministerstwa finansów przez dwa dni i dwie noce analizowali wszystkie wpływy i wydatki budżetowe. Sprawa była beznadziejna; nie było sposobu, aby jeszcze bardziej okroić wydatki, czy to na wojsko, czy na infrastrukturę, gdzie istniały pewne rezerwy, czy na inne cele, gdyż zmniejszyłoby to drastycznie zdolność bojową armii i pogrzebało szansę rozwoju gospodarczego. Niemożliwe było też podwyższenie podatków dla osób najbogatszych, ponieważ doprowadziłoby to szybkiego spadku akumulacji kapitału i inwestycji. Opozycja miała odmienne zdanie wskazując na bezsens wydatków dla wojska przeznaczonych na budowę interaktywnych ławek w całym kraju do prowadzenia tajnej korespondencji elektronicznej. Eksperci rządowi uznawali to rozwiązanie za hit technologiczny.

Negocjacje trwały kilka dni. Okupanci stali się agresywni, utrudniali życie służbom porządkowym, szarpali ochronę parlamentu bez przyczyny używając przy tym wulgarnych słów, żądali posiłków z najdroższych restauracji i trzymali rząd w szachu groźbą użycia środków wybuchowych ukrytych na terenie parlamentu. Dla dowódcy straży były to przeżycia tak koszmarne, że szczypał się po udach, aby upewnić się, czy jest to sen czy jawa. Pokazywał potem sine ślady na ciele.

 

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 115: Autor i jego książka

Drodzy Czytelnicy,

Powieść „Laboratorium szyfrowanych koni” składa się z trzech części. Część I: „Sefardi i Isabela”. Odcinek numer 115 (poniższy) kończy tę część. Część II: „Josef i Laboratorium”. Zaczynam publikować ją od jutra. Część III: „Apokalipsa”.

Część ostatnia, zdecydowanie najkrótsza, to „Epilog”, łączący ze sobą wszystkie wątki powieści.  

Serdecznie zapraszam do czytania i równie serdecznie pozdrawiam,
Michael Tequila

Powieść „Wniebowstąpienie oszusta” znalazła się w sprzedaży w Afarze, a także w Nowym Jorku, Paryżu, Londynie oraz innych wielkich miastach już następnego dnia po konferencji prasowej. Jej tłumaczenia na języki obce zostały wykonane w tajemnicy i z wyprzedzeniem. Książkę drukowano nieprzerwanie dzień i noc, aby trafiła do księgarń w terminie. Pojawienie się Sefardiego na konferencji określano jako powrót z zaświatów lub powstanie z popiołów. Pogrzeb z oszalałym karawanem, stypa przypominająca festyn świąteczny oraz dziwny zamach na wiec polityczny, w końcu sama konferencja, okazały się znakomitą reklamą autora i jego książki. W Nomadii została ona uznana za najlepszą reklamę roku.

Przeciwnicy Sefardiego kwestionowali tę opinię argumentując, że w głosowaniu uczestniczyli wyłącznie obywatele Nomadii, że zabrakło głosów użytkowników telefonów komórkowych z innych krajów, że głosowanie powinno uwzględniać także opinie obywateli niekorzystających z telefonu komórkowego, ludzi starszych, niewidomych oraz inwalidów bez ręki, a nawet że sam konkurs nie był dostatecznie rozpropagowany. Zarzutom nie było końca.

Ostatecznie los autora i książki rozstrzygnęła Światowa Rada Pisarzy, która na wniosek Międzynarodowego Zrzeszenia Reklamodawców i Reklamobiorców uznała Sefardiego Barokę za najlepszego pisarza roku. W uzasadnieniu podkreślono, że on pierwszy odkrył i udowodnił, że wielka literatura nie istnieje bez wielkiej reklamy i że geniusz literacki wyraża się w integracji zdolności pisarskich z umiejętnościami promocji. Decyzja ucięła dyskusje toczące się wokół Sefardiego i zjednoczyła społeczeństwo. Nomadyjczycy uznali jego osiągnięcie za sukces narodowy, a jego samego za bohatera. Nikt nie miał wątpliwości, że Sefardi słusznie stanął na piedestale zwycięzcy.

*****

– Bardzo dobrze, że stało się to, co się stało – przyznał z radością ksiądz Terrano w wywiadzie, o który poproszono go jako spowiednika i przyjaciela Sefardiego. Był szczęśliwy, że po raz pierwszy w historii kraju społeczeństwo zjednoczyło się wokół wspólnej wartości. Uznał to za datę narodzin patriotyzmu solidarnego, nie dzielonego na kawałki. Jego radość była tym większa, że oznaczała koniec nagabywania go o informacje dotyczące Sefardiego Baroki. Miniony okres dał mu się bardzo we znaki; w telewizji ksiądz pojawił się nieogolony. Nawet krytyka biskupa, że wychudzony i zaniedbany duchowny nie powinien pokazywać się publicznie, nie poruszyła go.

– Wolałbym, aby ksiądz nabrał ciała i chodził nawet z brzuchem, niż pokazywał się chudy jak zagubiony na pustyni asceta. Jaki to tworzy wizerunek naszego kościoła? Kościoła ubogich proletariuszy czy kościoła reprezentującego zamożne społeczeństwo, jakim już prawie jesteśmy?

Księdzu nie sprawiło trudności zapomnienie gorzkich pouczeń przełożonego.

– To koniec mojej mordęgi. Dzięki ci, Panie – słowa wdzięczności Amizgao skierował do nieba natychmiast po wyjściu z budynku stacji telewizyjnej. Odczuł wielką ulgę z powodu zjednoczenia całego kraju w duchu miłości i pojednania. Jego wdzięczność nigdy nie była tak szczera, choć był najuczciwszym ze wszystkich uczciwych duchownych. Był przekonany, że jest ich niemało.

Koniec Części I

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 113: Kontrowersje wokół Sefardiego

Przedstawiony przez Sefardiego plan fikcyjnego pogrzebu był imponujący. Reporterzy i dziennikarze usilnie starali się poznać szczegóły, zwłaszcza dramatyczne momenty, na których mogliby zbudować narrację dla czytelników, widzów i słuchaczy. Zadawano mu pytania na temat myśli przewodniej, jaka nim kierowała, kiedy tworzył plan trzech konduktów pogrzebowych, i po co to robił. Dziennikarka pragnąca mu zadać ważne pytanie usiłowała przebić się do Sefardiego przez tłum tak długo, że nie miała czasu, aby napić się wody, wskutek czego wargi jej wyschły i popękały. Twierdziła, że suche wargi ma od dziecka, ale nikt jej nie uwierzył. Były to paradoksalne sytuacje, w których ludzie łatwo tracili do siebie zaufanie. Na postawione pytanie Sefardi odpowiedział po długim zastanowieniu, powoli i z wyjątkową powagą.

– Potrójny pogrzeb miał być darem na rzecz wieczności, której nie rozumiem i której się boję, prawdopodobnie jak każdy z nas.

Nie wszyscy go rozumieli. Czarna Eminencja, ujęty religijnym przesłaniem pisarza-wynalazcy, wypowiedział się o nim pozytywnie. Poróżniło go to z Gubernatorem, zdecydowanym przeciwnikiem Sefardiego. Był to poważny zgrzyt w relacjach kościoła i państwa. Rozdźwięk usunięto, kiedy Gubernator i Czarna Eminencja po burzliwej rozmowie w cztery oczy rozgrzeszyli się nawzajem w interesie narodu i kościoła.

Konferencja Sefardiego, czy raczej jego wyznania, rozpętała publiczne dyskusje. Trwały one dniami i nocami, i wydawały się nie mieć końca. Pesymiści twierdzili, że będą trwały do końca świata. Ludzie zbierali się na ulicach, placach i podwórkach, starsi, o słabszych pęcherzach najchętniej w pobliżu szaletów publicznych, gdzie tylko było trochę wolnego miejsca. Najwyżej cenionym miejscem dyskusji był Hyde Park, wzorowany na londyńskim, z tolerancyjnym regulaminem, zezwalającym przeciwnikom na obrzucanie się błotem oskarżeń i oblewanie pomyjami pogardy. W Hyde Parku zbierali się najbardziej krewcy obywatele, aby rozładować negatywne uczucia. Swoją brutalnością dyskusje doprowadziły w końcu do radykalizacji społeczeństwa. Rzeczy nazywano po imieniu, ignorując normy i konwenanse.

Najwięcej kontrowersji budził spisek zorganizowany przez Sefardiego Barokę, aby zniszczyć tradycję, kościół i państwo. Tak prasa konserwatywna nazwała atak na wiec wyborczy przypisując Sefardiemu jego autorstwo. Dla jednych był to spisek rzeczywisty, dla innych urojony. Zwolennicy partii rządzącej uznali Sefardiego za niebezpiecznego anarchistę. Rozsądniejszych obywateli interesowały konkrety: imiona i nazwiska ludzi uczestniczących w spisku, sposób koordynacji uroczystości pogrzebowych, oraz jak zachowano w tajemnicy tak wielki happening.

Po zakończeniu konferencji do Sefardiego napływały emaile i listy z pytaniami i komentarzami w takich ilościach, że kilkakrotnie blokowały mu skrzynki poczty elektronicznej, a urząd pocztowy odmówił przyjmowania listów do niego z powodu braku dostatecznej liczby personelu. Sefardi zatrudnił trzy dodatkowe sekretarki, aby spisywały pytania i przygotowywały odpowiedzi. Wiele osób miało mu za złe, że nie odpowiada szybko i wyczerpująco. W końcu oskarżono go o to, że niepokoje i troski obywateli spływają po nim jak woda po gęsi.

Adepci pisarstwa, stając murem za Sefardim, uznali scenariusz pogrzebu i samo wydarzenie za niesamowite. Pytali o wszystko, co rzuciłoby na nie dodatkowe światło. Zadawano pytania, na które odpowiedź wymagała traktatu naukowego lub co najmniej eseju. Pytano, co było pierwsze, a co najważniejsze, fabuła czy bohaterowie spektaklu pogrzebowego, oraz jakie postacie autor wziął z sufitu, a jakie zapożyczył obserwując rodzinę, przyjaciół, znajomych i osoby publiczne. Po stronie Sefardiego stanęli także czytelnicy zorientowani w literaturze oraz studenci literaturoznawstwa, dociekający związków między siermiężną rzeczywistością a rozbuchaną fikcją literacką i teatralną. Intensywny wysiłek intelektualny społeczeństwa spowodował poważny wzrost zainteresowania literaturą, teatrem oraz sztuką pogrzebową.

Przywróconemu z zaświatów pisarzowi trudno było zadowolić wszystkich wyjaśnieniami, tyle było wątków, postaci, zmian akcji i detali. Aby uniknąć zamieszania, Sefardi koncentrował się na sprawie najprostszej i najważniejszej, na wyjaśnianiu, jak powstała powieść „Wniebowstąpienie oszusta” i co z tego wynikło.

*****

W trakcie konferencji część osób wyszła z Wielkiej Sali Teatralnej w dowód protestu, że nie można tolerować naigrywania się ze społeczeństwa, kościoła i rządu organizując fikcyjne pogrzeby z wygłupami. Krzyczeli oni „hańba”, „wstyd”, „oszustwo”. Założono komitet protestacyjny, który miał złożyć wniosek do prokuratury o domniemanym przestępstwie.

Następnego dnia na łamach głównego dziennika krajowego miał ukazać się obszerny wywiad z Sefardim Baroką. Nie opublikowano go, ponieważ był zbyt kontrowersyjny. Interweniowała nieistniejąca cenzura państwowa, uznając, że materiał wywoła niepokój społeczny, może nawet rozruchy. Dla rządu były to argumenty nie do odrzucenia. Dwa dni później rzecznik osób użyczających swojej tożsamości bohaterom powieści ujawnił szczegóły współpracy z pisarzem.

– Zrobiliśmy to z przyjemnością i premedytacją. To było fascynujące; widzieć siebie w postaci literackiej, bohatera pozytywnego czy nawet negatywnego. Czuliśmy się jak aktorzy użyczający swojego głosu postaciom filmowym. Nie wszystko oczywiście podobało nam się w postaciach, których byliśmy wzorcami, ale rozumiemy, że to autor decyduje o granicy między fikcją a rzeczywistością.

 

Spotkałem śpiącego osobnika. Opowiadanie fantastyczne.

Drodzy Czytelnicy!

To zwariowane opowiadanie to eksperyment późnopiątkowy. Podejrzewam, że nie wszystkim przypadnie do gustu, gdyż nie wszyscy lubią gatunek literacki fantastyki, a bardziej konkretnie podgatunek fantasy. Jeśli komuś opowiadanie się podoba, proszę kliknąć na „Like” (Lubię to). To zadecyduje, czy powinien kontynuować takie literackie miniaturki (nawiązujące do groteski i absurdu) do czy nie.

Pozdrawiam serdecznie,
Michael Tequila

Była niedziela, dzień, w którym wszyscy brali do ręki kartki i coś na nich skreślali. Widać to było wszędzie, w biurach, restauracjach, na boiskach i na placach budowy. Nawet chłopak pasący samotną krowę na skrawku zieleni przy ulicy też trzymał w ręku kartkę, zastanawiając się nad czymś.

Idąc chodnikiem zrównałem się z mężczyzną z wyciągniętymi do przodu rękami. Zachowywał się, jakby poruszał się w ciemności starając się dotykiem odkryć, czy nie stoi mu na drodze jakaś przeszkoda. Swoim zachowaniem przypominał niewidomego, poza tym wyglądał normalnie. Szedł w tym samym kierunku, dołączyłem więc do niego i zapytałem niepewnie, czy wie, co robi. Pytałem z czystej, ludzkiej ciekawości. W miarę jak opowiadał mi swoją historię, zanurzałem się w nią jak w ciemną noc wymieszaną z gęstą mleczną mgłą.

– Dobrze, że z mleczną mgłą, a nie na przykład ze smogiem, którego nie daje się łykać. Smog to trucizna, a mimo to ludzie go tworzą. Eh, ci ludzie! Co to za potwory! – Pomyślałem z niechęcią. Nieodpowiedzialne postępowanie ludzkości tak mnie wyprowadziło z równowagi, że przechyliłem się na prawą stronę. Korzystając z okazji odszedłem na bok, aby dyskretnie splunąć w krzaki. Od razu wróciłem, ponieważ wchłonęła mnie opowieść mężczyzny, który metodą niewidomych przemieszczał się chodnikiem.

Kiedy się odezwałem, że to znowu ja, podjął swoją opowieść. Zaczął od porannego snu, co mnie nie zdziwiło, ponieważ sypiając źle w nocy potrafię nagle usnąć, nawet kiedy powietrze wypełnia głośny świergot porannego ptactwa a słońce świeci prosto w oczy.

– Zasnąłem zaraz po śniadaniu i już się nie obudziłem. Nie przeszkadzało mi to w niczym. Wstałem o godzinie dziesiątej czterdzieści pięć, poszedłem do kuchni i wypiłem szklankę wody z cytryną. Nie była nadzwyczaj smaczna; ale jest podobno niesamowicie zdrowa, bo cudownie działa na wątrobę. Na pewno ucieszyła się z tego. Poczułem to bardzo wyraźnie, coś jakby lekkie mruczenie z zadowolenia. Musi pan wiedzieć, że organy wewnętrzne człowieka mają swoją własną pamięć jak i uczucia. Niektórzy ludzie w to nie wierzą, ale ja to wiem z pewnością. Takie jednostki jak ja, kierujące się intuicją rąk we mgle, są uzdolnione w tym kierunku. Znaczy się głębokiego czucia. – Mężczyzna przerwał na chwilę chyba zastanawiając się, czy przestrzeń przed nim stanowi przeszkodę czy nie, po czym wznowił swoją opowieść.

– Potem zrobiłem sobie kawę. To wątrobie na pewno nie podobało się, bo kawa zakwasza. Pies z nią zresztą tańcował – dodał po chwili zastanowienia. – Kawę piję zasadniczo nieprzerwanie, nie przeszkadza mi to spać. Takim już jestem organizmem. Zobojętniałym kompletnie na kofeinę po upływie nie więcej niż dziesięciu minut od momentu konsumpcji. Może to zależy od materiału z jakiego wykonany jest kubeczek? Mężczyzna pokazał mi kubeczek plastikowy z takąż rurką.

To mi przypomniało, że poprzedniego dnia oglądałem film o plastikach w oceanie i zacząłem rzucać fachowymi terminami: mikroplastik, nanoplastik, mikrozanieczyszczenia. Mikroplastik to drobina polimeru o średnicy mniejszej niż jedna milionowa milimetra, nano oznacza zaś jedną miliardową milimetra. Tego plastikowego łajdactwa jest w oceanach miliardy ton. – Wykrzyknąłem w uniesieniu na wspomnienie gniewnej fali niosącej na barkach polimeryczne zepsucie ludzkości w okolicach Wysp Polinezyjskich.

– Te cholerne mikroplastiki! Co je zeżre? – Mój towarzysz zmartwił się serdecznie, nie otwierając oczu. Czułem to w lekkim drżeniu jego głosu i grymasie, jaki pojawił się na jego twarzy, jakby zaraz miała spłynąć łzami. Doszedł szybko do siebie, bo jego głos zabrzmiał rezolutniej. Odwrócił swoją twarz z otartymi we śnie oczami w moim kierunku.

– Bakterie, wirusy i mikroorganizmy!? – Rzucił w przestrzeń ni to pytanie, ni to odpowiedź, po czym dodał. – To superciekawe, co pan wspomniał, bo ten mikroplastik dostaje się wcześniej lub później do krwi i ogłupia organizm. Z głupim organizmem nie da się zajść daleko. Właśnie przyszło mi na myśl, że mogłem nałykać się przez nieuwagę zanieczyszczonej mikroplastikiem morskiej wody, kiedy ostatnio kąpałem się w Adriatyku, i to właśnie ona utrzymuje mnie w stanie uśpienia.

– Czy pan nadal śpi? – Zapytałem dla sprawdzenia.

– Oczywiście. Mówię przez sen bez najmniejszych problemów. To mi w niczym nie przeszkadza ani w myśleniu, ani w mówieniu. Jestem wszystkiego świadomy. Teraz na przykład idę do biura, gdzie mają urny, a w nich zapewne spalone prochy. Muszę tam wrzucić kartkę, bo to dzień wyborów. Nie dam się spalić, znaczy się skremować. – Zapewnił. – Jestem pełnoprawnym obywatelem i znam swoje prawa. Sroce spod ogona nie wypadłem. Mówił coś jeszcze w podobnym stylu, pogłębiając moje zaniepokojenie do tego stopnia, że uznałem, że z wariatem nie będę gadać. Sam też chyba spałem, jak się okazuje, bo kiedy potrąciłem ramieniem mężczyznę na przejściu dla pieszych pchającego przed sobą rower z dwoma wielkimi worami ziemniaków, zapytał mnie gniewnie:

– Czy pan śpi, czy co, do cholery!?

Wtedy rozejrzałem się wokół. Wszyscy spali. Całe miasto. Tylko dwóch policjantów nie spało. Stali obok budki wartowniczej i patrzyli się przed siebie.

– Panowie nie śpią? – Zapytałem zdziwiony widokiem ludzi w mundurach z szeroko otwartymi oczami.

– Ktoś musi czuwać, k…a mać. Robimy to z obywatelskiego obowiązku, bo właściwie to jesteśmy chorzy, na zwolnieniach lekarskich i powinniśmy być w łóżkach. – Odpowiedzieli uprzejmie salutując do niczym nieosłoniętych głów, bo czapki trzymali przepisowo pod pachami. Oprócz nagich głów i obnażonych gumowych pał mieli także nagie telefony. Czułem, że nawiązują do jakiejś rzeczywistości, nie byłem jednak w stanie skojarzyć konkretnie do czego. Coś mi chodziło po głowie, ale niezbyt dokładnie.

– Nie tylko my nie śpimy, proszę pana. W mieście oprócz nas czuwa także dwóch strażaków, kierowca pogotowia ratunkowego oraz trzej chirurdzy naczyniowi, ale oni są pijani, bo praca przy naczyniach męczy. Mówił mi to pewien znajomy Anglik, który przyjechał do nas do pracy na zmywaku. W sposób naturalny sięga się wtedy po alkohol, a ten – jak wiadomo – przyjmowany w większej ilości usypia. Sprawdzę, czy ci chirurdzy naczyniowi już oprzytomnieli. – Przerwał policjant przypominając sobie regulamin każący zgłaszać każde domniemane przestępstwo.

Zadzwonił. Nikt nie odpowiadał.

– Chyba zasnęli. – Zwrócił się do mnie policjant. – Jeśli tak, to po ptakach. Nikt się teraz z niczego nie wyleczy. Praktycznie rzecz biorąc cały naród śpi, proszę pana. Jak inaczej można wytłumaczyć, że podzielił się nie wiadomo, kiedy i dlaczego. Ale zdaje się, że już budzi się z sennego marazmu. Najpierw w dużych miastach, bo tu powietrze jest najbardziej zabójcze i człowiek w końcu musi się obudzić, aby nie dać się zatruć do cna.

Nawet wiadomość o budzeniu się ludzi z uśpienia nas nie obudziła. Pozostaliśmy w stanie sennego zagubienia; mężczyzna we mgle, ja po wypiciu sześciu kaw, trzej chirurdzy naczyniowi i pozostałe towarzystwo z wyjątkiem dwóch policjantów, dwóch strażaków i kierowcy pogotowia ratunkowego. Co do Anglika pracującego u nas gościnnie na zmywaku, to nie byłem pewien, w jakim jest stanie.

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 107: Tajemniczy posługacz

Badanie próbki pobranej z urny potwierdziło obecność szczątków ludzkich przemieszanych ze spalonym drewnem, niezwykle rozdrobnionym, jakby materiał polano benzyną lub spalono w piecu w wysokiej temperaturze. Wyniki badań DNA miały być gotowe dopiero za kilka dni. Policja miała już jednak dowód wskazujący, że ciało zmarłego mogło być spalone nie w krematorium, ale na stosie. Pojawiło się pytanie, jeśli tak stało się w istocie, to kto i jak dokonał podmiany. Zakład pogrzebowy i krematorium stały się ponownie obiektem zainteresowania policji.

Z rana komisarz zgłosił się niezapowiedziany u właścicielki zakładu pogrzebowego. Nie oddał kluczy, wyjaśniając, dlaczego musi je zatrzymać i to na kilka dni. Z grzeczności, bardziej pozorowanej niż prawdziwej, zapytał, czy nie spowoduje to komplikacji w pracy zakładu pogrzebowego i jej działań, jako wykonawczyni testamentu.

Anastazja Godano nie dała poznać po sobie, czy nakaz przeszukania zakładu i dochodzenie ją zaskoczyły czy nie. Patrzyła niemo na policjanta, jakby chciała go zapytać, po co to wszystko. Powiedziała:

– Ma pan nieograniczony dostęp do dokumentów i pracowników. Ostatecznie nie dziwią mnie poczynania policji po tych wszystkich sensacyjnych doniesieniach i nonsensach, o których pisze prasa, ludzie dyskutują na forach dyskusyjnych i ciągle łomocze telewizja i radio. Sefardi Baroka był celebrytą i miał swoich wrogów. Jeśli będę panu potrzebna, proszę dać mi znać. Mogę być czymś zajęta, ale postaram się odpowiedzieć jak najszybciej. Podobnie jak pan mam swoje obowiązki.

*****

Śledztwo w sprawie nielegalnego spalenia ciała na stosie przeniosło się do zakładu pogrzebowego. Pytaniem było, kto i w jakich okolicznościach wykradł ciało z zakładu i jak to się stało, że nie spalono go w piecu krematoryjnym. Policja szybko zdobyła zdjęcia mężczyzny przygotowującego ciało do pochówku. Był to Hindus, posługacz pogrzebowy, którego znalazł Sefardi. Kto go zatrudnił, nie było wiadome. Mężczyzna nazywał się Raj Kumar Patel i przyjechał do Nomadii z Wielkiej Brytanii.

Patel był nazwiskiem popularnym wśród osób pochodzących z grupy etnicznej Gudźarati. Pracownicy krematorium słyszeli go kilkakrotnie mówiącego przez telefon obcym, niezrozumiałym językiem. Posługacz mówił także po angielsku, z owym miękkim akcentem, którego żaden Hindus nigdy się nie wyzbędzie. To on miał przygotować ciało do kremacji wedle obrzędów hinduistycznych. Przewidziana była kremacja na miejscu, w piecu krematoryjnym zakładu, tym niemniej – zgodnie z życzeniem Sefardiego – ciało miało być umyte, ubrane i przygotowane tak, jakby miano je spalić na tradycyjnym stosie pogrzebowym dokładnie jak w Indiach. Scenę mycia i ubierania zwłok zarejestrowała kamera typu przemysłowego, którą policja znalazła w szafce w szatni. Było to dziwne przede wszystkim dla pracowników, ponieważ zakład pogrzebowy nie miał kamery przemysłowej.

– Kamera jest nam zupełnie niepotrzebna, bo nie ma tu nic do obserwacji. Tu przygotowuje się zwłoki do pogrzebu albo kremacji. To mało ciekawe. – Wyjaśniali pracownicy pytani, skąd wzięła się kamera.

Część nagrania została usunięta. Wyglądało to tak, jakby w trakcie nagrywania Hindus zorientował się, co się dzieje i przykrył kamerę kawałkiem materiału. W nagraniu pozostał chyba tylko przez przypadek fragment jego twarzy i sylwetka. Wystarczyło to policji do identyfikacji podejrzanego. Natychmiast zaczęto go poszukiwać. Jego wygląd, szczególnie ciemnobrązowa karnacja, był tak charakterystyczny, że bardzo szybko ustalono jego dalsze działania. Mężczyzna wyjechał z kraju późnym wieczorem, kilka godzin po zakończeniu uroczystości symbolicznego spalenia ciała na stosie nad rzeka Yati. Poszukiwano go na mocy oskarżenia o wykradzenie ciała z zakładu pogrzebowego w celu dokonania nielegalnego spalenia. Poszukiwany odleciał prosto do Indii pierwszym samolotem udającym się w tamtym kierunku. Ślad urwał się na lotnisku w New Delhi, gdzie tajemniczy podróżny przekroczył bramkę odprawy paszportowej.

– Jego paszport był prawdopodobnie skradziony i sfałszowany – oświadczył pracownik ministerstwa sprawiedliwości zajmujący się sprawą w stolicy Indii. Nie umiał wyjaśnić, dlaczego uważał paszport za sfałszowany z wyjątkiem stwierdzenia, że to częsta praktyka. Zapytany o możliwości dalszych poszukiwań i znalezienia oskarżonego mężczyzny wyjaśnił machając ręką w geście rezygnacji, że nie ma to najmniejszego sensu.

– W Indiach mieszka grubo ponad miliard ludzi. Pięć milionów mniej, pięć milionów więcej, jakie to ma znaczenie? Pan wie, ile to jest cyfr?

Mimo kiwnięcia głową na „tak” przez rozmówcę, policjant podszedł do białej tablicy i czerwonym mazakiem cierpliwie wypisywał wielkimi kulasami wymienione przez siebie liczby. Kiedy skończył, dodał:

– Musiał być ucharakteryzowany, to prawie pewne. Pan wie, mamy Bollywood, coś takiego jak Hollywood, tylko w wersji hinduskiej. Ludzie oglądają filmy i szybko się uczą, jak świat się kręci. Nie poznamy jego prawdziwej twarzy. – Rozłożył ręce w przekonywającym geście takiej bezradności, że każdy uwierzyłby w niemożność znalezienia człowieka.

Śledztwo przeprowadzone w zakładzie pogrzebowym pani Godano, gdzie oficjalnie dokonano kremacji, nic nie dało. Nie złamano żadnych procedur, kremacja wedle zapisu została przeprowadzona w piecu, gdzie temperatura była tak wysoka, że nie pozostał najdrobniejszy ślad czegokolwiek nadającego się do analizy DNA. Czynność wykonał pracownik zakładu pracujący w zakładzie od lat.

– Czy otwierał pan trumnę przed samą kremacją? – Zapytał policjant.

– Nie było potrzeby. Trumna była prawidłowo oznaczona, nie było żadnej wątpliwości, co do jej zawartości. Ponadto tego dnia nie mieliśmy żadnego innego nieboszczyka do kremacji – wzruszył ramionami, jakby uważał, że policjant sili się na sprawdzanie faktów nie budzących żadnych wątpliwości.

Do bogatej biografii Mistrza doszedł dodatkowy wątek: kremacja ciała w dwóch różnych miejscach. W dodatku prochy o identycznym składzie chemicznym znalazły się w trzech urnach. Nie było wiadome, czy były to pozostałości po jednej kremacji, czy też ktoś gruntownie wymieszał popiół z dwóch różnych miejsc spalenia i złożył je w trzech urnach. Nikt nie miał pojęcia, co się stało. 

 

Informacja świąteczna dla Czytelników. Poezje, powieść i jak poruszać się po blogu.

Drodzy Czytelnicy,

Dzisiaj, 1 listopada, w Dniu Wszystkich Świętych i jutro, 2 listopada, w Dzień Zaduszny, nie zamieszczam na blogu kolejnych odcinków powieści „Laboratorium szyfrowanych koni”, tylko poezje okolicznościowe, w większości nigdzie nie publikowane. Sam nie wiedziałem, że napisałem tyle na temat śmierci, równie ostateczny i niezrozumiały jak czas, przestrzeń czy Bóg. Poszczególne wiersze ilustruję zdjęciami pobieranymi prawie wyłącznie z Wikipedia Commons, prawdziwej kopalni bezpłatnych i rewelacyjnych obrazów z każdej dziedziny.

Zachęcam do zajrzenia na stronę i zapoznania się z poezjami i być może podzielenie się nimi z osobami, dla których pamięć zmarłych jest ważna.

Przy okazji, osobom wchodzącym po raz pierwszy na mój blog i nie tylko, w celu kontynuacji zapoznania się z powieścią, podaję dodatkowe informacje:

Początek powieści: 16 maja 2018
Informacja od autora dla Czytelników: 22 maja 2018
Gwarancja pisarska, reklamacje i przeprosiny: 10 października 2018

Mechanizmy wyboru i czytania odcinków powieści (wpisów na blogu) są proste.

Jeden to kalendarzyk miesięczny po prawej stronie ekranu z wyróżnionymi dniami, kiedy ukazały się wpisy, który pozwala przewijać miesiące jeden po drugim lub klikając na konkretny dzień dotrzeć od razu do wpisu.

Drugi to „Archiwum” u dołu po prawej stronie ekranu, które – klikając na strzałkę – pozwala sięgnąć od razu do dowolnego miesiąca i roku.

Jak poruszać się po blogu, aby czytać odcinki w kolejności ich ukazywania się (czyli na przykład 99, 100, 101, 102), a nie w kolejności odwrotnej (czyli 102, 101, 100, 99, jak to ma miejsce przy zwykłym przewijaniu strony. Wystarczy, jeśli klikniesz na kolejną datę na kalendarzyku. Jeśli przeczytałeś przykładowo odcinek z dnia 16 października, kliknij na datę 17 października, od razu znajdziesz się na początku następnego odcinka.

Proszę zwrócić uwagę, że niekiedy w jednym dniu, jak na przykład dzisiaj, publikuję dwa wpisy. Zdarza się to bardzo rzadko. Wtedy dwa wpisy ukazują się bezpośrednio jeden pod drugim.

PS. Od czasu do czasu udzielam się też na Twitterze, gdzie informuję o kolejnym odcinku powieści oraz przedstawiam własne aforyzmy i sentencje, czasem tez zachętę do zapoznania się z moimi książkami. Aby dotrzeć do mnie na Twitterze proszę wejść na www.Twitter.com i wpisać w pasku wewnętrznej wyszukiwarki strony Michael Tequila.

Pozdrawiam bardzo serdecznie,

Tenże

Ryczący Lew Literatury

Jubileusz. Setny odcinek powieści „Laboratorium szyfrowanych koni”

Drodzy Czytelnicy,

To już setny odcinek mojej powieści „Laboratorium szyfrowanych koni” publikowany na stronie autorskiej. Korzystam z okazji, aby serdecznie podziękować Państwu za wytrwałość czytelniczą.

„Laboratorium” to eksperyment literacki. Wiele osób skarży się na brak czasu. Wierzę, bo sam też to odczuwam. Właśnie dlatego zdecydowałem się publikować powieść w odcinkach; codziennie nowy odcinek, ilustrowany jednym lub dwoma zdjęciami.

Powieść jest skonfigurowana do wygodnego czytania na komputerze, tablecie i smartfonie: strona otwiera się w ciągu kilku/kilkunastu sekund, brak reklam, jeden odcinek wymaga około trzech minut czytania, duża czcionka, wyraźne akapity. Powieść można czytać w trakcie jazdy autobusem, w tramwaju, w przychodni lekarskiej czy nawet w korku ulicznym.

Cieszy mnie, że powieść czyta przeciętnie (codziennie) ponad 300 osób. Jest to dla mnie prawdziwe wyzwanie. Mam poczucie, że jeśli kolejne odcinki stałyby się mniej atrakcyjne, ilość czytelników zacznie od razu spadać. Ta natychmiastowość stawia mnie na palcach (także z sensie dosłownym, bo pracuję przy biurku o ruchomy blacie, najczęściej na stojąco) i prawdziwie mobilizuje.

O powieści napiszę wkrótce coś więcej. Jest już ona gotowa w formie pierwszego rękopisu. Publikując ją fragmentami mam możliwość ostatecznego „dopracowania” tekstu. Doskonalenie dzieła literackiego nigdy się nie kończy. Ernest Hemingway pisał o sobie, ze poprawia swój tekst tak długo, aż (w wolnym tłumaczeniu) żygać mu się chce; wtedy oddaje tekst do druku. Podzielam jego opinię.

Na zakończenie chciałoby się zakrzyknąć jak Edward Gierek: „Pomożecie?” i usłyszeć podobnie jak on: „Pomożemy!”.

Pozdrawiam serdecznie,

Michael Tequila

Głowa. Dykteryjka abstrakcyjna z serii „Opowiadanie krótsze niż świst bata”.

Ludzie ją lubili. Wśród masy innych głów wyróżniała się wielkością i kolorem. Była celebrytką i miała różowe policzki. Pokazywała je chętnie obracając się raz w prawo, raz w lewo.

Tego dnia miała ważne wystąpienie. Mówiła o żarówce. W nawale spraw mało ważnych, bezpieczeństwa światowego, zatrucia środowiska, ubóstwa, imigracji, ona jedna pamiętała o żarówce. Tęskniła do żarówki, takiej zwykłej, dawnej, prostej jak deska. Wypowiedziała się o niej otwarcie patrząc w oczy czającym się wokół wyzwaniom. Nikt jej nie rozumiał, z wyjątkiem narodu, za którym się ujęła.

– Naród mówi o zwykłej żarówce. Idzie do sklepu, a tam żarówki zaawansowane. A oni tęsknią, tak jak ja, za zwykłą żarówką, naturalną, prosto od krowy. Dlaczego nie ma takiej żarówki w sklepie? Choćby jednej. – Zapytała głowa i od razu zawyrokowała: – Bo ci podlece z …tu głowa wskazała palcem Brukselę – nam nie pozwalają.

Oprócz żarówki głowa zajmowała się także innymi ważnymi sprawami. Przemawiała, tańczyła, spotykała się z grajkami ulicznymi, całowała bochenki chleba na dożynkach, korespondowała z młodzieżą żeńską na Fejsie, czasem uderzała samochodem w inny samochód, jeśli akurat napatoczył się niepotrzebnie, spotykała się z innymi głowami. Wielu ją podziwiało, bo była to głowa państwa.

– Nie wiem tylko po co ona istnieje? Czy państwu nie wystarczyłby korpus, kończyny oraz wnętrze? Po co mu zaraz głowa? – zapytał pewien anatom gnany jesiennym niepokojem. Mówiono o nim, że jest wścibski i zadaje niepotrzebne pytania.

Niefrasobliwie o życiu niedzielnym. Groteska nie tak znowuż abstrakcyjna.

Ciepły wiosenny dzień jesienny rozchybotał mnie, rozhuśtał. Idąc zwyczajnie ulicą uniosłem się w powietrze, lewitowałem, patrzyłem z góry na wykopy, samochody, ludzi i zwierzęta. Doznałem niezwykłego uczucia lekkości, w piesiach mi grało utwory Mozarta, najpierw Marsz Turecki, który mnie wyprostował szybciej i dokładniej niż ewolucja małpę zeszłą tydzień wcześniej z drzewa.

Przywrócony do pionu, już po zejściu na ziemię, doznałem dalszych niezwykłych przeżyć. W piekarni sprzedawczyni odezwała się do mnie po angielsku, bardzo szykownie i elegancko: – How are you today, sir? Szybko odnalazłem język w gębie i uprzejmie odpowiedziałem: – I am fine, indeed. Thanks a lot for your kind welcome.

Krótka, stymulująca konwersacja przywróciła mi pamięć, przypomniałem sobie po co przyszedłem i poprosiłem: – Two wheat rolls and one rye bread, please.

To nas zbliżyło do tego stopnia, że omówiliśmy sprawy wagi państwowej, o których nie wolno w niedzielę dyskutować, ustaliśmy, że kraj idzie we właściwym kierunku, że przepaść jedna i druga jest wprawdzie przed nami, ale to małe piwo, bo mamy na szczęście gumiaki, które uchronią nas przed szaleństwem ludzi nieczułych, lubiących przemawiać zza okularów z cienkimi oprawkami, z podnóżka lub przez kask narciarski.

Po wyjściu z piekarni usłyszałem ciepły głos kobiety, która wiedziała wszystko o muzyce, grała na harfie i kilku innych instrumentach, znała się na nich jak mało kto, a przy tym śmiała się tak serdecznie i radośnie, że zimą śnieg topniał wokół a wiosną piekarze piekli słodkie praliny i śliwki w czekoladzie zamiast powszedniego chleba, o który wszyscy proszą od czasów Adama i Ewy oraz Biblii.

Przyszło mi do głowy, aby chwytać ten radosny śmiech, pakować go w eleganckie woreczki zdobne kwiatami i wstążeczkami i sprzedawać ludziom spragnionym pocieszenia. Zapytałem kilka osób, czy potrzebują pocieszenia. Jedna kobieta spojrzała na mnie podejrzliwie, druga niecierpliwie odpowiedziała, że opiekuje się trojką małych dzieci i nie w głowie są jej uniesienia duchowe. Mężczyźni byli bardziej życzliwi i odpowiadali poważnie, że pocieszenie znajdują w zimnym piwie i ciepłych wspomnieniach, oraz słowach prawdy płynących obficie z ust ich żon, kochanek oraz szefa. Jeden z nich popatrzył nawet do góry i dodał: – Niech mu zima lekką będzie!

Te przyziemne wzmianki o życiu otrzeźwiły mnie, nie czułem już ciepła ani nie słyszałem muzyki w piersiach, co uznałem za powrót do normalności, której mi brakuje od czasu do czasu.

Drogi Czytelniku! Jeśli podoba Ci się moje pisanie, zachęcaj rodzinę, przyjaciół i znajomych do wchodzenia na tę stronę, abym widział, że rosnę, co mnie uwznioślili do jeszcze większych wysiłków na rzecz porozumienia autorsko-czytelniczego, pozwalając zapomnieć o garbieniu się i samotności siedzenia przed ekranem.

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 85: Szaleństwa w szkole dramatu

W przebłysku opamiętania Sefardi zaczął uważniej obserwować wydarzenia na sali. Każdy epizod wydawał się mieć jakiś schemat. Istniała pewna sekwencja zdarzeń, której nie rozumiał, ale wyczuwał. Były to mini spektakle, składające się z trzech części. Najpierw ktoś anonimowy wykrzykiwał hasło, potem pojawiała się postać aktora, a następnie rozwijała się akcja.

– To jest ta kolejność: hasło, postać, akcja. – Był tego pewien.

Postanowił sprawdzić słuszność swojej obserwacji. Na dobrą sprawę nie miał nic lepszego do roboty, ponieważ zajścia na sali następowały i tak bez jego udziału. Wyglądały na spontaniczne zachowania się studentów.

Incydent, jaki akurat się rozgrywał, o którym był już przekonany, że nie jest wyreżyserowany przez panią Gabrielę, zbliżał się do końca. Sefardi wiedział, że zaraz zacznie się nowa akcja. Czekał na nowy okrzyk, nowe hasło. I rzeczywiście. Ktoś anonimowy krzyknął: „Co w sercu, to na języku”. Był to kobiecy głos. Z wysokości sceny Sefardi był w stanie zlokalizować miejsce, skąd pochodził, a przynajmniej kierunek. Patrząc na audytorium ocenił, że było to po lewej stronie w głębi auli. Wcześniej podzielił ją sobie w myśli na cztery części, cztery kwadraty i ponumerował. Był to kwadrat numer jeden.

– Za chwilę pojawi się osoba aktora. – Mruknął do siebie. Mógłby powiedzieć to głośno i tak nikt by go usłyszał. Jego przewidywanie spełniło się dokładnie. W miejscu, które obserwował, wstała z krzesła studentka, o zgrabnej sylwetce choć nienadzwyczajnej urody. Miała płaską twarz i włosy w nieładzie, nie wiadomo, celowym czy przypadkowym. Przyglądał jej się z zainteresowaniem; była konkretem, pierwszą osobą na widowni, której zachowanie rozumiał, co dawało mu satysfakcję i poczucie rosnącej kontroli. Przyglądał się dziewczynie notując szczegóły: średniego wzrostu, szczupła, blond włosy, ubrana w niemodny już standardowy strój uczniów i studentów pierwszego roku – granatową spódniczkę i białą bluzkę z wykładanym kołnierzykiem. Dziewczyna miała na głowie czapkę studencką.

– Chce podkreślić swój status. – Doszedł do wniosku. Skoncentrował się na milczącej obserwacji i opisie tego, co się działo. – Stoi, rozgląda się na prawo i na lewo, obraca głową dookoła, chce, aby ją zauważono. Obraca się dookoła, aby wszyscy ją dostrzegli i docenili. Sefardi czuł, że to szczególne doświadczenie będzie mógł wykorzystać w swojej twórczości. Była to praktyczna lekcja opisu i charakterystyki postaci. Widowisko zaczynało mu się podobać.

–Teraz wygłosi swoją kwestię i zagra swoją scenę. Ledwo to pomyślał, już słyszał jej słowa, wyraźne, głośne, teatralne: „Mam serdecznie dosyć cnotliwego życia. Chcę się oddać. Nie nauce, ale mężczyźnie. Nie chcę być dłużej dziewicą, bo to mnie męczy. Pragnę jak najszybciej pozbyć się cnoty, tego przeżytku współczesnej młodej kobiety”

– Reklamuje się, jakby chciała się sprzedać. – Uznał Sefardi. Mimo, iż wiedział, że jest to gra, nie podobało mu się wrażenie, jakie wywołała swoimi słowami. Było w niej coś fałszywego. Przywołał się do porządku przypomnieniem, że to tylko teatr. Skoncentrował się, znowu uważnie słuchał i obserwował. Dziewczyna dodała głośno: „Wierzę głęboko w moją prawdę!”, po czym wykonała gest połączonych rąk płynący od piersi na zewnątrz. Sefardi nie zrozumiał go, lecz domyślił się, że dziewczyna symbolicznie wyjmuje miłość z serca i podaje komuś siedzącemu obok, po czym wygłasza kwestię: „To jest moja prawda”.

Nikt siedzący obok nie zareagował. Wszyscy pozostali nieruchomi jakby byli sparaliżowani lub nie rozumieli, o co chodzi.

– To koniec jej aktu. – Doszedł do wniosku Sefardi.

Na moment zagubił się, nie miał pojęcia, co teraz nastąpi. Słowa i gra młodocianej aktorki miały jednak sens; jakiś inny, tym razem męski głos, zawołał: „Wiara czyni cuda”. Stało się oczywiste, że słowa „Wierzę głęboko w moją prawdę” miały na celu zainicjować następny akt teatralny, który zaczynał się właśnie od słów „Wiara czyni cuda”.

Sefardi zapragnął, aby męczące widowisko wreszcie się skończyło.

– Jeszcze się dobrze nie rozkręciło, a on już myśli o zakończeniu. – Przedrzeźniająco stwierdził osobnik przypominający ubiorem i wyglądem belfra szkoły średniej, który nagle pojawił się w pierwszym rzędzie na sali na wprost Sefardiego. Wykładowca był pod wrażeniem, że nieznajomy usłyszał jego głos wewnętrzny. Był to nauczyciel łaciny zatrudniony na pół etatu w Zakładzie Filologii Obcojęzycznej.

Dziwactwa nie skończyły się, gdyż za chwilę z sali dobiegły słowa: „Finis coronat opus”. Sefardi nie zdziwił się, że był to głos anonimowy. Znał już mechanizm zdarzeń.

„Finis coronat opus” znaczy „Koniec wieńczy dzieło” – przetłumaczył łacinnik podkreślając słowa okrągłym, przesadnym ruchem prawej dłoni. Rzeka skojarzeń, haseł, interpretacji i tłumaczeń popłynęła wartkim nurtem dalszych wypowiedzi.

– „Opus w liczbie mnogiej to opera”. – Zawołał z dumą jakiś domorosły znawca łaciny, gołowąs w markowym dresie, podkreślającym jego wysportowaną sylwetkę.

– Opera? Jeśli opera, to Puccini. Niech żyje Puccini! Niech żyją wielcy kompozytorzy! Niech żyje córka opery, operetka. – Bezsensowne okrzyki mnożyły się jak grzyby po deszczu, wywołując nieoczekiwany efekt: na scenie, obok Sefardiego, pojawiło się sześć tancerek. Wcześniej musiały chyba zażyć jakiegoś narkotyku, gdyż ich ruchy były dziwnie płynne i rozmazane jak na zwolnionym filmie.

– Są wyraźnie nabuzowane. – Uznał Sefardi. Po chwili, urzeczony delirycznymi wygibasami tancerek, milcząco pochłaniał symbolikę ruchów ich ciał, nóg, rąk i głów. Było to pasjonujące, pragnął zapamiętać jak najwięcej. Miał wrażenie, że uczestniczy w najdoskonalszym spektaklu tanecznym, jaki oglądał w życiu. – Nadzwyczajne! – Z trudem powstrzymał się, aby nie wykrzyczeć swego entuzjazmu.

 

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 84: Studenckie piekło teatralne

Sefardi usiłował zrozumieć posłanie ostatniego aktu teatralnego. Na sali musiało być więcej osób zaangażowanych przez reżyserkę, gdyż że wszystkich stron padały okrzyki poparcia dla delegata i jego partii. Studenci zadawali też pytania, przekrzykując się nawzajem.

– Coś tu nie gra! – Doszedł do wniosku Mistrz, decydując się na kolejną interwencję. Podniósł ręce do góry, aby zwrócić na siebie uwagę i starał się uspokoić widownię korzystając z mikrofonu.

– Proszę zadawać pytania i wygłaszać komentarze po zakończeniu wykładu i prezentacji. – Jego głośna wypowiedź stłumiła głosy grupy osób zgodnie skandujących: – Niech żyje proletariat! Sefardi bez powodzenia usiłował obrócić okrzyki w żart. Aulę wypełniły oklaski, a atmosfera była tak gęsta, że wydawało się, że brakuje powietrza.

– Otworzyć okna! – Wrzasnął ktoś z końca sali. Kilka osób rzuciło się, aby zrealizować polecenie.

– Co tam okna! – Interweniowała studentka o okrągłych policzkach i wydatnych piersiach. Zaczęła rozpinać białą bluzeczkę wołając: – Co tam okna! Otwórzmy nasze serca!

Hasło okazało się chwytne. – W górę serca! Sursum corda! – Przez wrzawę przebiły się głosy trzech czarno ubranych kleryków z seminarium duchownego, którzy nie wiadomo, kiedy i jak znaleźli się w pierwszych rzędach widowni. Sefardi był pewien, że kilka minut wcześniej ich tam nie było. Ktoś głośno nazwał ich kretynami, oni sami też coś krzyczeli, lecz wszystkie głosy utonęły w ogólnej wrzawie.

Na sali rozpętało się piekło. Ktoś krzyknął: – Zakończyć ten burdel! Propozycja była tak trafna, że Sefardi bezwiednie poparł ją oklaskami. Grono profesorskie na czele z magnificencją siedziało ogłupiałe przypominając wystraszone ptaki przykryte przezroczystym kapeluszem, nie mając najmniejszego pomysłu na przywrócenie porządku.

– Dziękuję za aplauz! Macie państwo wyśmienite poczucie humoru! – Mistrz dosłownie zawył usiłując ukrócić orgię słów i gestów rozgrywającą się na sali. Gotował się z wściekłości, gdyż nade wszystko nie znosił bezhołowia w myślach, słowach i czynach, uważając je za akt buntu przeciw porządkowi Stwórcy. Nic to nie dało.

Przyczynkiem do kolejnej rozróby okazał się transparent. Z niewiadomych przyczyn spadł nagle na podłogę. Podnieśli go dwaj studenci tak szybko, jakby oczekiwali, że spadnie i zaczepili go na nowo na ścianie. Zmarszczki materiału zdumiewająco upodobniły go do wielkiej deski. Wywołało to natychmiastową reakcję na sali.

– Wierny aż do grobowej deski – Słowa te padły z ust studenta o oliwkowej karnacji, przybyłego na studia z Iraku. Z czarną brodą i gniewnymi, mrocznymi oczami wyglądał na fanatyka. W ręku trzymał krótki pistolet maszynowy, nie wiadomo czy prawdziwy, czy atrapę. Sefardi domyślił się po akcesoriach i wyglądzie mężczyzny, że działa na zlecenie reżyserki. Rozjuszony młodzieniec powtórzył okrzyk w kilku językach, po czym oświadczył: „Mówię to z serca. Jestem anarchistą”.

– „Co w sercu, to na języku”. – Błyskawicznie podjęła wątek siedząca obok studentka, jakby czekając na jego słowa.

– Od dawna myślałam, aby się zanarchizować. Pragnęłam tego. – Wygłaszając swoją kwestię wstała, aby każdy mógł ją zobaczyć. – Mam dość cnotliwego, uporządkowanego życia! Wierzę w miłość – Teatralnym gestem ręki zdmuchnęła słowa z ust w kierunku stojącego obok mężczyzny, po czym uczyniła znak serca na piersi.

– Wiara czyni cuda. – Rozległy się okrzyki, wzmagając i tak już powszechny hałas.

Studenci doskonale grali swoje role, ich twarze i oczy płonęły, żarliwie wyrażając uczucia niepokoju, gniewu, strachu czy radości, jakie akurat kojarzyły się z wypowiadanym hasłem. Niektórzy wykonawcy wyglądali jak narkomani; ich powiększone oczy pałały niezwykłym blaskiem. Jeden z uczestników spektaklu miał sztuczne prawe oko, większe, ciemniejsze, bardziej wyraziste. Nazywano go Sztucznookim. Kiedy wstał i przemówił, wszyscy to dostrzegli.

– Pańskie oko konia tuczy. – Krzyknął od drzwi wejściowych niski mężczyzna przypominający woźnego, tęgawy, z sumiastym wąsem. Był kiedyś dżokejem i pasjonował się pejczami, siodłami, strzemionami i podobnymi atrybutami przewagi człowieka nad zwierzęciem. Miał zwyczaj wyrażać to słowami i gestami. W rękach trzymał zdobne skórzane siodło.

– Co on tu robi? – Zdziwił się rektor. – Przecież zwolniliśmy go kilka tygodni temu. Ten człowiek nie potrafi myśleć i mówić o niczym innym niż konie i wyścigi konne.

Słowa byłego dżokeja i publiczny pokaz siodła wyraźnie poruszyły studenta, członka uczelnianego klubu hippicznego. Dżokej prawdopodobnie źle mu się skojarzył albo jego słowa zostały przyjęte jakby skierowane przeciwko Sztucznookiemu. 

– „Sam się osiodłaj, dżokeju!” – Wrzasnął, wstał z krzesła i demonstracyjnie zaczął wierzgać nogami. Przypominał zepsute dziecko, szalejące, aby wyrazić dezaprobatę. Równie dobrze mógłby krzyczeć „gwizdek” albo coś równie absurdalnego.

Sprawy komplikowały się. Zapanowała dzika atmosfera, spektakl przekraczał bariery groteski teatralnej.

– Nie wiadomo, kiedy i jak to się skończy. Nie podoba mi się to. – Sefardi stawał się coraz bardziej niespokojny, przestępował z nogi na nogę, nie wiedział, co zrobić z rękami. – Kto to wyreżyserował, jeśli w ogóle ktoś to zrobił? – Obawiał się, że wydarzenia wymknęły się spod kontroli donii Gabrieli. Na chwilę przestał słuchać i obserwować, co dzieje się na sali. Potrzebował czasu na ochłonięcie i podsumowanie wrażeń. Nic to jednak nie dało. Nieoczekiwane wystąpienia rujnowały mu wykład inauguracyjny. Większość z nich była niezgodna z listą haseł i scenariuszem, który Sefardi szczegółowo uzgodnił z donią Gabrielą. Co do tego nie miał wątpliwości.

– Ta zwariowana baba wprowadziła jakieś nowe zasady! Zupełne kretyństwo. – Był na nią zły, ponieważ to, co się działo na jego oczach niweczyło ustalony plan i porządek. Był zły również dlatego, że nie rozumiał, po co to zrobiła. Tylko jej mógł przypisać winę.

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 83: Paw i Sefardi na scenie

Stojąc już przy mównicy Sefardi skupił się. Popatrzył na hasło wypisane wielkimi literami na transparencie umieszczonym przez dwóch studentów na ścianie auli: „Swobodne skojarzenia w sztuce pisarskiej i teatralnej”. Był to odważny pomysł, nawiązujący równocześnie do teatru, rozmowy towarzyskiej i gry w słowa. Mistrz podjął się zadania, choć oznaczało ono masę pracy i znaczne ryzyko niepowodzenia. Musiał przemyśleć każdą scenę, każdą sekwencję. Miał odegrać rolę wykładowcy i wiodącego aktora. Był to eksperyment dydaktyczny. Liczył na młodą widownię, jej wrażliwość i zdolności aktorskie. Sam był ciekaw, jak wypadnie prezentacja, starał się być pozytywny, pocieszał się, że zna temat na pamięć.

Czekał na sygnał rektora, aby rozpocząć wykład. W auli panował rozgardiasz, oczekiwanie dłużyło mu się. Stojąc przy mównicy, poczuł nagle ssanie w żołądku i słabość w kolanach. Czuł, że będzie wymiotować. Niespokojnie rozejrzał się wokół sceny z nadzieją, że gdzieś zobaczy znak toalety męskiej lub strzałkę, gdzie należy jej szukać. Przerwał zdumiony, kiedy z boku sceny pojawił się wielki kolorowy paw; rozłożywszy dumnie ogon zaczął mrugać do widowni. Przypominało to niezwykłą inscenizację z użyciem światła laserowego. Ptak miał wielkie, wyraziste niebieskie oczy i męską sylwetkę.

Sala wybuchła salwą śmiechu. Mistrz przecierał oczy ze zdumienia. Paw ukazał mu się jak fatamorgana zmęczonemu podróżnikowi na pustyni. Nie wiedział, jak zareagować. Popatrzył na rektora z niemym pytaniem w oczach, ale ten wydał się być jeszcze bardziej zdezorientowany. Sefardi nerwowo szukał wzrokiem donii Gabrieli. Nie było jej w pobliżu. Zdawało mu się, że kilka minut wcześniej widział ją w końcu sali przyjaźnie machającą ręką. Nie wiedząc, co robić, krzyknął na pawia. Miał nadzieję, że go wystraszy i skłoni do zejścia ze sceny. Czekał na reakcję, lecz ptak spokojnie kontynuował kontakt wzrokowy z widownią. Wyraźnie go to bawiło. Zapadła cisza, wszyscy oczekiwali czegoś niezwykłego, zaskakującego.

Ratując się, Sefardi zdecydował się na drastyczny akt. Skoro paw nie reaguje na głos, to on wystąpi w roli mima, wyjaśniając gestami i mimiką to, co miał do powiedzenia. Przypomniał sobie szesnastowieczny teatr rzymski i mimów z commedia dell’arte, swobodnie improwizujących, wymyślających teksty i sceny, tworzących gagi i popisujących się sztuczkami własnej inwencji.

Improwizował najlepiej, jak umiał. Chwilę rozglądał się po scenie udając, że usiłuje sobie przypomnieć, co się stało z jego głosem. Wcześniej wskazał na gardło i pozorował wyjmowanie głosu z gardła i wieszanie go na haku z boku sceny. Rozpaczliwy chwyt został przez widownię zaakceptowany i nagrodzony oklaskami. To go ośmieliło. Udał, że głos się skręca, jakby było mu niewygodnie, zdjął go więc z haka i zaczął tłoczyć z powrotem do gardła. Nie zdało się to na wiele, gdyż głos niespodziewanie zamarł w krtani. Mistrz stłumił charczenie i zaczął toczyć oczami przypominając pawia. Widownia patrzyła to na jednego, to na drugiego, czekając w napięciu, co się stanie. Był to najgorszy moment w życiu Mistrza; pragnął zapaść się pod ziemię. Nie miał pojęcia, co robić dalej.

W momencie dramatycznie niezręcznym dla wszystkich z wyjątkiem pawia i studentów na sali, interweniował rektor. Popatrzył na oczekujące dalszych niespodzianek audytorium i wyksztusił z siebie:

– Zamierzałem oddać głos naszemu pisarzowi, panu Sefardiemu Baroce, doktorowi pseudo honoris causa naszej uczelni, aby wygłosił wykład inauguracyjny na temat „Wolne skojarzenia w sztuce pisarskiej i teatralnej”, a nie jakiemuś pokracznemu, głupiemu stworzeniu zjawiającemu się na scenie niczym deus ex machina. To, co widzimy teraz przed sobą, to totalny nonsens, poniżający dla wszystkich. Nie mogę tego zaakceptować jako rektor uczelni i przeprowadzę dochodzenie w tej sprawie. Teraz tylko pragnę przywrócić porządek.

Nie dano mu skończyć. Jego interwencja, słowo „pseudo”, które ze zdenerwowania wkradło się w usta starca, oraz określenia „pokraczne, głupie stworzenie” i „totalny nonsens” jeszcze bardziej rozochociły widownię, wywołując śmiechy, komentarze i złośliwe pytania.

– Niech pan nam powie, panie rektorze, kto wpuścił pawia na scenę? Kto dał mu zgodę na występ, jeśli nie władze uczelni? – Anonimowy męski głos dochodził ze środka wypełnionej po brzegi auli. Zapadła cisza w oczekiwaniu na reakcję rektora. Zakończyła ją salwa braw, nowych okrzyków i masowego rechotu. Studenteria bawiła się na całego.

– Dobre skojarzenie, dobra, mocna reakcja! – Pomyślał Mistrz zapominając o własnym tragicznym położeniu. Intuicja podpowiedziała mu, aby nie ryzykować i nie przyłączać się do powszechnego aplauzu. Koniec oklasków stworzył okazję do ponownego wystąpienia rektora.

– Proszę o spokój, albo zakończymy tę imprezę! Oddaję głos memu przyjacielowi, wspaniałemu wynalazcy, zegarmistrzowi, a także pisarzowi, Sefardiemu Baroce, aby rozpoczął wykład inauguracyjny. – Rektor mówił jak dyktator, nie pozostawiając wątpliwości, kto rządzi uczelnią. Jego ponowne wystąpienie chwilowo przerwało, ale nie wygasiło zgiełku i zamieszania. Magnificencja poczuł się bezsilny. Machnął ręką w kierunku Mistrza, co mogło oznaczać tylko jedno: „Rób, co chcesz!

Sefardi nie czekał dłużej. Za nic nie oddałby teraz inicjatywy. Starał się mówić dobitnie, jak człowiek autorytetu.

– Dziękuję państwu za chęć uczestnictwa w wykładzie inauguracyjnym poświęconym grze skojarzeń słownych. Przerwał na moment, aby nabrać oddechu i rozpędu.

– Powiem szczerze, temat nie zjawił się nagle jak ten roznamiętniony bezkarnością paw na scenie.

Dygresja na temat pawia została przyjęta szczerymi brawami. Mówca kontynuował. – Najpierw pomyślałem o znaczeniu skojarzeń w grotesce, potem w dramacie, a w końcu w sztuce teatralnej. Dramat i teatr są ze sobą bardziej zrośnięte niż bracia syjamscy. Skojarzenia stanowią ważną część gry autora z językiem, z utworem literackim, a w końcu z czytelnikiem, dla którego autor istnieje i tworzy. Im większe bogactwo skojarzeń, dobroczynny efekt twórczego nastroju, tym większa wartość dzieła. – Napięty głos Sefardiego wywołany był pragnieniem zmiany nastroju widowni, doprowadzenia do powagi.

– Proszę traktować naszą interakcję jak grę służącą wywoływaniu skojarzeń. Zacznę od prostego powiedzenia „Ubogi żywi się jak może, a bogaty jak chce”. Jakie skojarzenia wywołuje ono u państwa? Było to pierwsze hasło z listy przekazanej donii Gabrieli, reżyserki sztuki dramatycznej.

Sefardi z niepokojem czekał, jakie odpowiedzi padną z sali, tak jak umówił się z reżyserką. Bał się, że jeśli będzie ich więcej, powiększy to zamieszanie. Miał nadzieję, że oprócz ich dwojga oraz studentów, którzy mieli wystąpić, nikt na sali nie ma pojęcia, że hasło i pytanie Sefardiego oraz odpowiedź z widowni były wcześniej uzgodnione.

Z krzesła w trzecim rzędzie wstał nieogolony, ciemnowłosy mężczyzna. W ręku trzymał czerwony sztandar. Rozejrzał się po sali i wydał głośny okrzyk „Proletariusze wszystkich krajów, łączcie się”, tak intensywny i bolesny, jakby trawiły go płomienie. Pośpiesznie wyjaśnił, że jest delegatem partii komunistycznej i zaczął rozdawać ulotki. Zachowywał się rzeczywiście jak posłaniec komitetu rewolucyjnego. Chwilę później z kieszeni jego marynarki w czerwoną kratę wypadł miniaturowy magnetofon.

Michael Tequila – książki: https://tinyurl.com/y7cza5nc

Michael Tequila: Gwarancja pisarska, reklamacje i przeprosiny

Ja, Michael Tequila, gwarantuję, że moje utwory literackie są przyzwoicie skomponowane i napisane. Jeśli Czytelnik nie jest zadowolony z książki, ma prawo złożyć reklamację i uzyskać przeprosiny autora. Czytelnik ma też prawo wyboru formuły reklamacji i przeprosin. Może też ustalić sobie własną formę reklamacji, o ile nie jest to dla niego zbyt męczące.  

W razie potrzeby propozycje celniejszych określeń pod adresem autora Czytelnik znajdzie na forach dyskusyjnych. Pod uwagę warto wziąć określenia takie jak: miernota, nędznik, nieuk, patałach, kreatura pisarska, pisarz od siedmiu boleści, skryba spod budki z piwem, partacz literacki, fuszer, antytalent, nowicjusz, amator, dyletant.  

Gdyby Czytelnikowi przyszło do głowy wyróżnić autora pochwałą, powinien zastanowić się nad tym co najmniej dwa razy, czy nie popełnia życiowego błędu, którego rodzina, przyjaciele i partia rządząca nigdy mu nie wybaczą.

Oto pierwsze przykłady reklamacji i przeprosin:

Reklamacja – Formuła 1

Wredny Autorze (tu wstawić tytuł książki)!

Przeklinam Pana w żywe kamienie. Swoją nędzną bazgraniną odebrał mi Pan czas, zdrowie i pieniądze. Jest Pan bezwstydnym nieukiem niemającym pojęcia o pisaniu poezji/powieści/opowiadań (niepotrzebne skreślić). Zrażona przez Pana do literatury pięknej sama zaczęłam pisać i idzie mi bardzo dobrze. Żegnam Pana epitetami.

Szczerze Panu nieżyczliwa,

Przeprosiny autora – Formuła 1

Szanowna Pani,

Pani krytyka mojej powieści „Sędzia od Świętego Jerzego” jest niezwykle trafna. Zgadzam się z Panią, że fabuła jest nudna, bohaterowie są gorsi od polityków, a zakończenie utworu jest beznadziejne. Zrozumiałem to dopiero wtedy, kiedy sam przeczytałem książkę. Było już jednak za późno, aby cokolwiek zmienić. Szczerze przepraszam za nędzną jakość mojej produkcji. Niech Bóg Panią błogosławi w drodze ku lepszej literaturze.

Z poważaniem,
Michael Tequila

Zwierzęta. Wg Św. Franciszka z Asyżu to nasi bracia mniejsi. Czy naprawdę?

Nie samym chlebem człowiek żyje!  

Najśmieszniejsze zdjęcia zwierząt z Comedy Wildlife Photography Awards: PS. Trzeba poczekać kilkanaście sekund, zanim nastąpi połączenie ze stroną, gdzie zamieszczono zdjęcia. Warto!

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 53: Spowiedź Sefardiego.

Wnętrze kościoła zaskoczyło wchodzącego chłodną ciszą starych murów i światłem kandelabrów zawieszonych wysoko w górze dla przypomnienia wielkości Boga i małości człowieka. Sefardi poczuł niezmierną powagę marmurowych rzeźb, ozdobnych gzymsów, tablic pamiątkowych o złoconych krawędziach oraz obrazów stanowiących jedno wielkie „memento mori”. Zdał sobie sprawę, że powaga i skupienie są częścią aktu spowiedzi i skruchy. Sceneria była ważna, podobnie jak w powieści. Ukląkł przy konfesjonale i czekał rozmyślając o pisarstwie. Było dla niego tym samym, co spowiedź w kościele: wyznaniem sumienia i aktem wiary autora, dzieleniem się sobą.

– Witam cię, synu! – ksiądz Terrano zaskoczył Sefardiego niecodziennym powitaniem.

W trakcie spowiedzi ksiądz zwracał się do wiernych „synu” lub „córko”. Brzmiało to śmiesznie zwłaszcza wtedy, kiedy ten „syn” czy „córka” byli starsi od „ojca”. Każde kolejne pokolenie wiernych szybko przyzwyczajało się do archaicznej formy spoufalenia. Dla Sefardiego, wynalazcy i pisarza, była to sytuacja zabawna jak i drażniąca, pobudzała jego wyobraźnię. Czuł się petentem wyznającym grzechy przed bożym urzędnikiem, który zadaje pytania i poucza. Spowiedź była dla niego teatrem z dwoma aktorami, formą dramatu, opartego na konwencji religijnej. Przypominała mu minioną dyktaturę, mającą ambicję ukształtowania lepszego społeczeństwa.

– Drogi Amizgao, spowiedniku i przyjacielu! – Słowa Sefardiego zabrzmiały górnolotnie i fałszywie. Nie zamierzał ich powiedzieć. Nie był to udany prolog spowiedzi. Poczuł się sprowokowany. Była w tym i jego wina – chęć pokazania się w roli utalentowanego improwizatora.

– Drogi Amizgao! – Wrócił do naturalności. – Znasz mnie dobrze. Zwracam się do ciebie bezpośrednio, w sposób naturalny jak do przyjaciela, bo nie chcę, aby moja spowiedź była czymś prostacko zwyczajnym, jak to kościół praktykuje wobec maluczkich. Dla mnie taka spowiedź jest przeżytkiem, bo wierni dziś nie potrzebują wyliczania grzechów.

Ksiądz, w pierwszej chwili zaskoczony inwokacją, odzyskał pogodę ducha. Nie mógł powstrzymać się, aby nie odpowiedzieć w podobny sposób. Odwrócił twarz w kierunku kratki, zza której dochodził głos Sefardiego, lecz słowa skierował do Boga.

– Panie, modlę się do ciebie. Oto klęczy przede mną człowiek, którego obdarzyłeś talentem, a on na tym żyznym gruncie wyhodował tupet. Wybaczam mu pychę tutaj, na ziemi i proszę, abyś ty wybaczył mu w niebie. Wiem, że bardziej niż spowiedzi potrzebna jest mu rozmowa, refleksja nad jego zagubieniem, która przyniosłaby ulgę jego niespokojnej duszy.

Ksiądz przerwał, aby zwrócić się do przyjaciela. – Witam cię, Sefardi. Nie martw się o formę powitania. Nie mogłem potraktować ciebie lepiej niż innych, choć zaliczasz siebie do wybrańców. Powiedz, czy nie jest to prawdą?

– Tak, to prawda. – Westchnął mężczyzna. Ale jest to zarozumiałość umiarkowana, nie ma w niej nadmiernej przesady ani kłamstwa. Cieszę się, Amizgao, że to ty mnie spowiadasz, a nie kto inny. Dlatego od razu przyznaję się do winy. Pomyślałem niesłusznie, że zechcesz spowiadać mnie wedle tradycyjnego wzorca, słowami zapożyczonymi z Ewangelii, a nie wedle prostych zasad komunikacji myślącej części społeczeństwa.

– Sądzisz, że ta druga część społeczeństwa nie myśli?

– Tak. Tak właśnie myślę. Nie muszę kłamać.

– Może i masz rację. Dajmy spokój przekomarzaniom. Staram się nie pytać ludzi, kiedy, ile razy i jak zgrzeszyli. Nie jest to potrzebne ani mnie, ani im, ani Bogu. Ważniejsze niż przyznawanie się do czegokolwiek jest zrozumienie siebie samego, swoich wad i słabości. Kiedy człowiek wierzący to potrafi, nie musi iść do konfesjonału, może wyspowiadać się sam, sobie i Bogu, skorygować swoje zachowania i jeśli trzeba, także wyznaczyć sobie pokutę. I może sam ją odbyć w więzieniu własnego serca lub wyjść na wolność, zależnie od wyroku. Jestem pewny, że to rozumiesz, bo masz wyobraźnię.

Sefardi z życzliwością odbierał słowa przyjaciela. Amizgao był księdzem, lecz mówiono o nim, że bardziej jest psychologiem niż namiestnikiem pana Boga, o którym na dobrą sprawę nikt nie miał najmniejszego pojęcia, jaki naprawdę jest. Przypomniał sobie, że w młodości ksiądz miał podobne marzenia jak on sam. Chciał być artystą; aktorem lub reżyserem. Obydwaj znali się od lat i szanowali.

*****

Ksiądz wysłuchał informacji o zamiarze Sefardiego wcześniejszego zakończenia życia, planie czterdziestu dni. Zareagował żywiej niż zawsze.

– Człowieku! Chcesz skrócić sobie życie, ale naprawdę nie rozumiem, dlaczego. Dlatego, że masz wyrzuty sumienia? To nonsens, bo wszyscy ludzie musieliby się pozabijać, gdyby myśleli tak jak ty. Czy oczekujesz, że udzielę ci dyspensy? Oznaczałoby to, że uczestniczę w eutanazji.

– Mam pełne prawo do podejmowania takiej decyzji. Dając mi życie, Bóg dam mi prawo dysponowania moim ciałem. Jedni niszczą je paląc papierosy, nadużywając alkoholu lub zażywając narkotyki, ja wybrałem swoją drogę.

– A co z duszą?

– Popełniając samobójstwo, nie zabijam duszy. Dusza jest przecież nieśmiertelna.

– Jesteś trudnym dyskutantem. Pozwól, że przedstawię ci moją opinię. Nieoficjalną, taką od serca. Jesteś tyranem dla siebie, choć pragniesz być Matką Teresą z Kalkuty, serdeczną, ciepłą i stanowczą w czynieniu dobra. Jesteś znanym wynalazcą, pisarzem i marzycielem, który spełnił marzenia, lecz wciąż marzy o więcej. Ta zachłanność aż wylewa się z ciebie. Mówię to na podstawie uważnych obserwacji. Jesteś zachłanny i niespokojny jak dziecko z ADHD, nadpobudliwe psychicznie i ruchowo, niezdolne do koncentracji, zakłócające natrętnym tupaniem sen sąsiadów z niższego piętra o godzinie szóstej nad ranem, kiedy nawet korytarze śpią. Nie czujesz, że jesteś chory?

Sefardi nie czuł się chory, lecz zgodził się w duchu, że słowa księdza zawierają sporo prawdy, która go męczy i utrudnia mu życie. Ksiądz kontynuował: – Ludzkie życie wedle zamysłu bożego ma być aktywne i sensowne. Ale nie może być wypełnione po brzegi. Mam wrażenie, że zjada cię nadmiar pomysłów. Czujesz się niespełniony. Z trudem wykonujesz dłuższą pracę, przeskakujesz z pomysłu na pomysł, zaczynasz kolejną sprawę nie kończąc pierwszej. A teraz skokiem na taśmę chcesz zakończyć całe swoje życie w ciągu czterdziestu dni! Uważam to za objaw chorobliwej ambicji i braku umiejętności zwykłego odpoczynku.

Sefardi nie przyjął słów księdza do wiadomości. Zbagatelizował je, pomniejszył. – Moja żona też tak uważa. Przypomniała mi ostatnio, że kiedy jeździliśmy na urlop, to ona zabierała ze sobą jedną książkę do czytania, a ja cztery lub pięć. – I żadnej nie kończyłeś. – Tak mi powiedziała.

– Nie ma lepszej diagnozy niż opinia kobiety, która zna ciebie najlepiej. To musi być dla niej męczące; patrzeć na fanaberie męża, którego energia rozłazi się bezproduktywnie w pięciu różnych kierunkach. Wybacz mi twarde słowa.

– Szkodliwości fanaberii, jak ją nazwałeś, nie da się łatwo ocenić. – Sefardi usiłował bronić się. Miał wprawę w roztrząsaniu błahostek. – Przyznaję, że jest to rzecz z pozoru niewinna i śmieszna, w gruncie rzeczy dezorganizująca, niepokojąca i bezproduktywna.

– Jaka jest korzyść z pięciu książek w walizce, jeśli w praktyce nic z tego nie wynika? Dlaczego to robisz? – Ksiądz zadał pytanie oczekując nie odpowiedzi, ale refleksji słuchającego. Zapadło milczenie. – Może on zasnął? Ciężko pracuje, to i może być zmęczony- ksiądz zaniepokoił się. – Czy nie myślisz czasem o zamordowaniu kogoś, Sefardi? – zapytał ni z tego, ni z owego, aby ożywić rozmowę. Spodziewał się, że zakwestionuje sens jego postępowania.

– Mnie? Prawie codziennie. Skończyłem z wynalazczością, jestem teraz pisarzem. Uśmiercanie to prawie mój zawód. Rozmowa zeszła na eutanazję. Sefardi zarzucił księdzu, że ucieka od tego tematu. – Co o niej sądzisz? – tym razem zamierzał uzyskać odpowiedź.

– To męcząca i bardzo kontrowersyjna sprawa. Ludzie patrzą na eutanazję i jedni widzą w niej tylko zło, drudzy tylko dobro. Zbrodnia dla jednych, akt dobroczynności dla drugich – wyjaśnił Amizgao. Nie zamierzał unikać tego tematu. To trudne zagadnienie.

– Czy chciałbyś porozmawiać ze mną o tym?

– Bardzo chętnie, ale nie teraz. Nie mogę. W kolejce do spowiedzi są jeszcze inne owieczki, które uparły się, że będą jadły trawę tylko z mojej ręki.

– Czy to dlatego, że inni spowiednicy oferują im siano?

– Nie bądź zarozumiały, Sefardi. Zadzwoń do mnie któregoś dnia, to umówimy się na rozmowę o eutanazji. Na pewno chcesz mieć głębszy pogląd w tej sprawie. Pisarze mają misję do spełnienia: edukacyjna, moralną, społeczną.

– Czy pisarz jest wybrańcem Boga?

– Jedynie dobry pisarz. Marny jest tylko grafomanem.

– Czy Bóg pogardza grafomaństwem?

– Tego to nie wiem, ale będę się modlić, aby mnie oświecił. Ty chyba grasz ze mną w jakąś sztuczkę, Sefardi? Nie ciągnij mnie za język, bo muszę już kończyć.

– To ja zakończę pierwszy. Poproszę o pokutę.

– Sam sobie ją zadaj! Sięgnij do sumienia i pomyśl, czy w ogóle jej potrzebujesz, czy też wystarczy ci tylko otrzeźwienie i kilka dobrych uczynków. Masz przecież plan czterdziestu dni czynienia dobra.

– Dziękuję ci, Amizgao.

– Bóg z tobą, Sefardi. Następna osoba, proszę. – Ksiądz wychylił się z konfesjonału, aby go słyszano. W kolejce były tylko dwie osoby.

– Coraz mniej ludzi uważa, że błądzi i popełnia grzechy. – Pomyślał i westchnął. Nie odczuwał braku chętnych do spowiedzi; uważał jedynie, że mówienie o sobie było formą terapii coraz bardziej potrzebnej ludziom zagubionym w społeczeństwie dobrobytu.

Michael Tequila w księgarni: https://tinyurl.com/y895884p

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 47: Kampania wzajemnego ośmieszania

W awanturę z gubernatorem Sefardi wplątał się przypadkowo, zupełnie niepotrzebnie. Najlepiej ujęła to Penelopa, jego żona. Było to kilka lat wcześniej. Przyglądając się sobie w lustrze, powiedziała mu:

– W twoim życiu, drogi Sefardi, wiele rzeczy zdarza się jakoś tak niespodziewanie, na zakrętach, w zaskakujących okolicznościach, w miejscach, w których znalazłeś się zupełnie przypadkowo, albo też i niezupełnie, ponieważ wiedziony swoim kretyńskim wścibstwem pchasz nos w sprawy, w które nie powinieneś, bo mógłbyś nabić sobie porządnego guza.

Tak było i tym razem. Sefardi był umówiony z prawnikiem w kawiarni w centrum konferencyjnym w sprawie opatentowania nowego zegarka i zupełnie przypadkowo zobaczył ogłoszenie o spotkaniu premiera Barrasa z obywatelami.

Był już po rozmowie z prawnikiem, wszedł więc do sali, było wolne miejsce, bo akurat ktoś wyszedł. Siadł i słuchał. Kiedy rozpoczęła się dyskusja, zabrał głos. Temat spotkania nie interesował go za bardzo, ale chciał zobaczyć premiera z bliska, bo mówiono o nim bardzo różnie. Jedni, że w bezpośrednim spotkaniu jest obrzydliwy, inni, że całkiem sympatyczny.

– Taki obojnak – określił go ktoś, kogo Sefardi już sobie nie przypominał, oprócz tego, że pamiętał, że miał zabrudzone nogawki i duże wąsy.

Penelopa twierdziła, że Sefardi udał się tam podświadomie, aby w dyskusji doprowadzić do konfrontacji.

– Wydało ci się, że skoro los dał także tobie być człowiekiem znanym, może nawet celebrytą, to możesz pozwolić sobie na wszystko. Ten twój zakichany Blawatsky jest taki sam. Jesteście do siebie pod tym względem podobni jak bracia jednojajowi.

Sefardiego poniósł temperament, w dodatku zabrał głos w kwestii, na której nie znał się dobrze. Nie mógł sobie przypomnieć, czy na spotkaniu z prawnikiem nie wypił za dużo alkoholu, bo była to pora lunchu i pili wino. Tak czy inaczej doszło do konfrontacji i teraz tkwił w sporze po uszy, a im dłużej on trwał, tym głębiej. Potem już nie mógł się wycofać, nie tracąc twarzy. Był zbyt dobrze znany.

– Twoja głupia ciekawość i zarozumialstwo ciebie zgubią – przestrzegała go Penelopa, życząc mu powodzenia czasami wbrew zdrowemu rozsądkowi a nawet może sobie samej jak kobieta zachłanna opiekuńczo lub zakochana do szaleństwa.

*****

Krytyka gubernatora, rzucanie nożami w jego obraz oraz dochodzenia wymierzone w niego i jego urzędników nie pozostały bez odpowiedzi. Agenci Barrasa szybko wywęszyli co w trawie piszczy i zaalarmowali go, określając wystąpienia Sefardiego przeciw niemu mianem pokrętnych i diabelskich. Składający sprawozdanie miał poetyckie skłonności opisu rzeczywistości.

– To, co robi Baroka, ten zegarmistrzyna pozujący na wielkiego wynalazcę i pisarza, woła o pomstę do nieba. Moim zdaniem, on prowadzi niebezpieczne eksperymenty na żywym organizmie legalnej władzy, kochającej prawdę i podejmującej wszelkie pozytywne działania na rzecz społeczeństwa.

Barras nie pozostał dłużny. Wkrótce na skrzyżowaniach ulic w centrum Afary pojawiły się wklęsłe lustra, w których, ilekroć Sefardi przechodził w pobliżu, odbijała się jego sylwetka, o zmieniających się proporcjach ciała, najczęściej wielkiej głowie i krótkich, wykręconych komicznie nogach. Z głośników wbudowanych w oprawy luster płynęły informacje o dziwnych nawykach wynalazcy, jego pasji zbierania kości na pustyni, hodowli dyń o kształcie ludzkich oczu oraz trzymaniu w skrzyni jadowitego węża, którego dyskretnie wypuszczał, kiedy zjawiał się w jego domu dziennikarz reprezentujący niezależną prasę. Był to początek kampanii ośmieszania Sefardiego. Rozwinęła się ona w zupełnie nieoczekiwanym kierunku.

Stopniowo, coraz więcej ludzi wierzyło obrazom pojawiającym się w lustrach i treści przekazywanej przez głośniki. Nienawiść i odraza wobec Sefardiego i jego zwolenników pogłębiały się. Do strumienia pogardliwych informacji włączyły się media popierające Partię Konserwatywną.

– Ten typ nie wierzy w Boga. To odrodek, fałszywy prorok – mówili na ulicy prorządowi reporterzy, prowadzący wywiady z obywatelami tuż obok największego lustra. Wykrzywiali przy tym usta ze wzgardą i spluwali z obrzydzeniem na ziemię powodując, że chodnik i część jezdni pokryły się plamami obrzydliwej żółci, a następnie liszajami. Plac Centralny a potem jego okolice wyglądały okropnie. Mieszkańcy innych miejscowości zaczęli unikać stolicy, coraz mniej turystów i klientów odwiedzało kawiarnie i restauracje. Lokalny biznes stanął wobec perspektywy poważnego niedoboru klienteli. W parlamencie pojawiły się petycje i zapytania.

Pierwszy na ratunek ruszył gubernator, przywożąc z domu i przekazując miastu dwie duże spluwaczki, jedną z mosiądzu, drugą porcelanową. Już następnego dnia doradcy poinformowali go, na podstawie przeprowadzonego sondażu, że jest to za mało jak na jego pozycję społeczną. Trzecią spluwaczkę zabrał ciotce pod jej nieobecność, a kolejną, czwartą, dokupił w sklepie na przedmieściu aby uniknąć wrażenia, że skąpi. Namawiał też przyjaciół i towarzyszy partyjnych, apelując do ich uczuć obywatelskich, aby przyłączyli się do zbożnego dzieła ratowania miasta przed plugastwem wywołanym przez opozycję. Zgodzili się. Wkrótce na ulicach i placach Afary masowo zaczęły pojawiać się nowe spluwaczki. Dar gubernatora i jego zwolenników znacząco poprawił jego wizerunek w oczach restauratorów, właścicieli kawiarń i sklepów.

Władze miasta z wdzięczności oznaczały je tabliczkami imiennymi, aby było wiadomo, kto najbardziej dba o interes publiczny. Wywołało to ostrą krytykę estetów, uznających dedykacje na spluwaczkach za zbyt pretensjonalne. Uspokoili się dopiero wtedy, kiedy sami zauważyli, że wygląd ulic i placów w centrum miasta uległ znacznej poprawie. Mieszkańcy poruszeni gestami dobrej woli gubernatora i jego towarzyszy partyjnych przynosili i ustawiali obok spluwaczek kwiaty w wazonach oraz instalowali na własny koszt ławki.

Spluwaczki stojące przed wysokościowcem w centrum miasta, rozdzierającym chmury i wywołującym obfite deszcze, uhonorowano tablicą pamiątkową w białym marmurze. Był to dar Partii Konserwatywnej ratującej miasto i społeczeństwo przed rozprzestrzenianiem się zaraźliwego nawyku spluwania. Obawiano się, że poniekąd odruchowe pozbywanie się nadmiaru śliny może przekształcić się w nałóg wzajemnego opluwania się obywateli.

Sytuacja skomplikowała się wkrótce w absurdalny sposób. Na murze pojawił się afisz z wielkim zdjęciem Sefardiego, pod którym ktoś umieścił spluwaczkę jako zachętę do wyrażania swojego stosunku do postaci na afiszu. Następnej nocy konkurencja umieściła obok zdjęcie Barrasa, a pod nim spluwaczkę. Żartownisie, jakich nie brakuje w żadnym społeczeństwie, przyjęli to jako formę gry zespołowej. Na forach dyskusyjnych i na Facebooku pojawiły się zachęty do uczestnictwa w zawodach. Następnego dnia, co tylko potwierdziło przypuszczenie Sefardiego, że dziwaczne wieści i bezsensowne plotki rozchodzą się z szybciej niż błyskawica, przed murem rozpaczy i nadziei, jak nazwano to miejsce, pojawili się ludzie, oceniali jedną i drugą postać, po czym spluwali, niektórzy nawet do obydwu spluwaczek. Przez dwa dni naczynie dedykowane Barrasowi wypełniało się szybciej; uznano go więc za zwycięzcę. Kolejnej nocy szala zwycięstwa odwróciła się i dwa razy z rzędu wygrał Sefardi. Niektóre portale informacyjne sugerowały, że spluwaczki były złośliwie podmieniane przez zwolenników jednej i drugiej strony.

Jeśli podoba Ci się ten tekst, to jeszcze bardziej przypadnie Ci do gustu Michael Tequila „Niezwykła decyzja Abuelo Caduco”: http://michaeltequila.com/?page_id=1265