Alleluja dalszych odkryć

Obudziłem się w nocy około 4.44 rano i nie byłem zlany potem. Wręcz przeciwnie, byłem świeżutki po odnawiającym śnie jak liczne pączki róży wykwitłe w sercach przywódców politycznych. Obudziłem się i odnalazłem w sobie dalsze odkrycia. Zaraz potem odkryłem też obszerny i bogaty komentarz czytelnika, który zainspirował mnie do myślenia. Odpowiem nań, ale nie natychmiast, jako że sprawa jest zasobna także w wątpliwości i pytania Czytelnika.

W tyglu pytań i zwątpień czuję się jak redaktor znanej stacji radiowej z czasów PRL, do którego skierowano pytanie: Szanowny Panie Rumian! Czy jest możliwe, aby zarazić się chorobą weneryczną od deski klozetowej? Odpowiedź redaktora Rumiana była uprzejmie treściwa: Owszem, można. Ale po co? Jest przecież tyle innych, piękniejszych sposobów. Może i mnie uda się wydobyć na światło dzienne nowe, ożywcze idee?

Dobra odpowiedź na złożony temat wymaga uduchowienia. Nie wystarczy prosta wiedza. Mam nadzieję, że okażę dostatecznie uduchowiony, aby udzielić czytelnikom odpowiedzi tak krzepiącej, aby mogli spać spokojnie przez co najmniej trzy noce. W dłuższym okresie czasu mogą być skuteczne już tylko zioła oczyszczające. Nie ma nic bardziej pożądanego, jak spokojny sen w czasach burzy politycznej!

Jednoczenie się Prawicy podyktowane jest chrześcijańskim pragnieniem pojednania. My Słowianie, mamy bogate dusze, które czasami kojarzą się z innymi wyrazami na „d”, jak na przykład „dramat”, „dojrzałość” i inne „D” duże i „d” małe. Tacy już jesteśmy i nikt nam tego nie odbierze, chociażby siekał nas rózgą na kawałki. Podsumowując, po latach nazywania siebie nawzajem „Ty świnio!” lub dla równowagi płci także „Ty wieprzu!” i wznoszenia w górę środkowego palca, obudziło się w posłach mistyczne pragnienie pojednania w obliczu zła. A jest nim zło obnażone „dhamatycznie” (jak powiedziałby Prezydent Miasta Warszawy) w wielu przekleństwach i niewielu innych słowach nagranych cyfrowo i taśmowo, oraz zło samego aktu nagrywania, które jawi się wielu jakby mniejsze i łatwiejsze do konsumpcji.

Zauważyłem, że piszę napuszonym stylem. Zaskoczyło mnie to, lecz uspokoiłem się kiedy tylko zauważyłem skrzydła wyrosłe u ramion. Jedno było nieco przybrudzone, a drugie chyba nadłamane, ale wszystko da się oczyścić i naprawić.

Idea „oczyszczenia” i „naprawy” to szlachetna intencja leżąca także u podstaw jednoczenia się Prawicy. Za pragnieniem pojednania stoję także ja, a za mną stoi Kościół, może nie w całości, ale stoi. Kościół broni też innej szlachetnej idei i postaci, a mianowicie Profesora Chazana, który zakłada nową klinikę miłosierdzia lekarskiego pod wezwaniami: „Każda kobieta ma prawo do urodzenia ciężko zdeformowanego dziecka” oraz „Nie będzie baba pluć mi w twarz głupimi pragnieniami”. Profesor Chazan jest osobą natchnioną razem z tymi matkami i ojcami, którzy wiedzieli od początku, że ich dzieci będą zdrowe jak rydze.

Od polityki do religii jest tak blisko, że nieuważnie przekroczyłem w ciemnościach słabo oznaczoną granicę. My, naród chrześcijański – zacznę jak Prezydent Wałęsa w Kongresie USA – potrzebujemy nie prawa, które od czasów rzymskich jest „dura lex, sed lex” (ciężkie prawo, lecz prawo), ale uduchowienia, sumienia i uniesienia religijno-etycznego.

Nie było to możliwe jeszcze dwadzieścia pięć lat temu, jest możliwe teraz i za to powinniśmy wielbić demokrację. Na wszelki wypadek dodam jeszcze życzeniowo-nabożne „Amen!”.

Spór międzygatunkowy

Poszło o pierzynę puchową. Została wyprana w pralce, po raz któryś z rzędu. Rzędy bywają długie, prorokuję więc, że będzie jeszcze wielokrotnie prana.

Powyższa scena jest początkiem opisu odmienności widzenia świata przez mężczyznę i kobietę, strony odwiecznego sporu. Dokładniej, po stronie żeńskiej były w sporze pierzynowym nie jedna, ale dwie niewiasty, sprzężone poglądami jak siostry syjamskie widzące tylko na jedno oko. Przeciwwagą dla nich był osobnik rodzaju męskiego, gatunku podobno na wymarciu, pozostający sam jak palce w słusznym rozumieniu teorii i praktyki suszenia pierzyn.

Są to trzy dramatis personae, gdyż sprawa jest natury dramatyczno-teatralnej.

Suszenie pierzyny okazało się niełatwe. Pralko-suszarka włączała automatyczny program „Pranie delikatne” na dwie godziny, ni mniej ni więcej, co mężczyzna postanowił zmienić.

– Pranie przez dwie godziny zda się tylko psu na budę. It tak pierzyna będzie bardzo wilgotna i trzeba będzie suszyć ją na słońcu.- Wyjaśnił potomek odległego dziejowo Adama sympatycznie kojarzonego z rajem i panem Bogiem.

Wiedział, co mówi; miał doświadczenie. Dzień był gorący, trzydzieści stopni Celsjusza, słońce na balkonie sypało ogniem piekielnym, zmienił więc czas suszenia na piętnaście minut po konsultacji z instrukcją obsługi. Konsultację z kobietami uznał za niepotrzebnie wyczerpującą. Po zakończeniu aktu suszenia, wyjął pierzynę i rozwiesił na suszarce balkonowej na słońcu.

Wezwanie było krótkie. – Słuchaj przez minutę i nic nie mów. Jeśli perzyna nie wyschnie, to ty nie będziesz … Ostrzeżenie było podobnie zdecydowane jak pięćset osiemdziesiąte trzecie ostrzeżenie kierowane przez Chińską Republikę Ludową przeciwko Republice Indii w słynnym przed laty sporze granicznym.

Mężczyzna miał już coś powiedzieć, kiedy jedna z dwóch sprężonych ze sobą niewiast oświadczyła: – Lepiej, żeby pan nic nie mówił. A jeszcze lepiej, gdyby pan ugryzł się w język!

Sugestia była zwierzęca, a sytuacja nabrzmiała politycznie. Adresat podjął męską decyzję.

– Nie ugryzę się w język, a odgryzę sobie język! Co uczynił. Męska decyzja niekiedy bardziej świadczy o męskości niż genitalia.

Bohater opowiadania, do końca nie wiadomo dokładnie, pozytywny czy negatywny, czy też fifty-fifty, cieszy się teraz niebiańskim spokojem. Nagle odkrył, jak bardzo jest bogaty, zważywszy, że „milczenie jest złotem”. Ze światem zewnętrznym komunikuje się pisemnie, co znaczy, że bardziej rozważnie. Jest też powszechnie uznawany za osobę dyskretną.

–„ Nic nie wypapla, nie dyskutuje, nie kłóci się. Po prostu ideał” – tak mówią teraz nawet ci, którzy nie przepadali za nim w przeszłości.

Sądzę, że gdyby zapytać o zdanie kobiety, to większość z nich wyraziłaby podobne opinie. Sytuacja objaśnia też lepiej słowa Pisma Świętego definiujące mężczyznę: „Cichy, niepokornego serca”.

 

Historia głodu i miłości

W wiosce od wielu dni panował głód. Pożywienia było jak na lekarstwo, gdyż od dawna nikt nie zapuszczał się w te strony z uwagi na upały, komary i ostrzeżenia o kanibalach grasujących na rozstajach dróg i w buszu. Kanibale też muszą jeść.

W chacie na skraju wsi trwały przygotowania do wyprawy w dalsze okolice w poszukiwaniu żywności. W drogę ruszali ojciec z synem, lat osiem, dla którego nadszedł czas wtajemniczenia w arkana sztuki zdobywania pożywienia. Pani domu wyposażyła męża i syna w wodę, świeżo uprane przepaski na biodra oraz pożegnała czułymi pocałunkami: synka w czoło, a męża w usta. Kobieta i mężczyzna byli dobrym małżeństwem; wprost nie mogli oderwać się od siebie, tak wielką pałali do siebie miłością. Jak ja przeżyję to rozstanie? – Zamyśliła się żona kanibala. Podobne myśli, tylko bardziej intensywne i namiętne, kłębiły się w głowie męża.

Wyruszyli. Szli już trzeci dzień, jeszcze bardziej głodni i spragnieni niż w momencie wyprawy z domu. Nigdzie nie było widać śladów ani innych oznak życia ze strony potencjalnego pokarmu. Zbliżając się do rzeki mężczyzna zauważył w cieniu drzewa eukaliptusowego młodą kobietę. Natychmiast zwrócił na nią uwagę synkowi, aby ten przypadkiem okrzykiem radości nie wystraszył ofiary.

Przyglądając się jej z uwagą dzikus obmyślał technikę ujęcia ofiary. Był wrażliwy na piękno natury, a teraz miał do czynienia z wyjątkowym jego obiektem. Powabne piersi unosiły się i opadały w miarę oddychania, różane usta były rozchylone jak do pocałunku, biodra zachwycały swymi pełnymi kształtami ujawnianymi przez obcisły kostium kąpielowy.

– Jest to pewnie turystka z dużego miasta. – Spekulował mężczyzna czerpiąc idee ze skarbca kanibalskiej akademii życia. -Przybyła w te dzikie okolice, aby doznać prawdziwej samotności i pomedytować na łonie przyrody, ufna i niewinna. Zdał sobie sprawę, że i on sam jest osobą wrażliwą. Stłumił w sobie uczucie, zbyteczne i sprzeczne z obyczajami i tradycjami plemienia.

Przy zgrabnym nosku śpiącej niewiasty myśliwy zauważył kropelkę potu, która powolutku i urokliwie zbliżała się do namiętnych ust żeglując ku wardze koloru świeżej maliny. Ojciec i syn oblizali się z głodu. Obydwaj ubóstwiali świeże dzikie maliny, jakie nasadzili w buszu ich praprzodkowie przybyli z Azji. Ojciec patrzyłby zapewne dłużej w zamyśleniu, gdyby nie synek, który trącił go delikatnie w łokieć i wyszeptał. – Tato, na co my czekamy? Jestem strasznie głodny! Proszę cię. Zjedzmy ją tutaj, na miejscu!.

– Jak możesz być tak niewytrwały! – Ojciec wpadł prawie w gniew. Uczę cię sztuki polowania wymagającej cierpliwości i artyzmu ze strony myśliwego, a ty chcesz zepsuć wszystko! – Wykrzyknął ojciec i dodał wracając do opamiętania: Czy ty oszalałeś, synku? Zabierzemy ją do domu. Mamusię zjemy!

Pean prawdy o kobiecie

Postanowiłem zostać peanistą czyli osobnikiem piszącym peany. Jeśli nie ma takiego wyrazu w słowniku języka polskiego, to czas, aby zaistniał.

Chodzi o pean na cześć kobiet, gatunek literacki często uprawiany w przeszłości w celu wyrażenia podziwu oraz –podejrzewam – ocieplenia relacji damsko męskich. Są to sprawy wielkiej miary, godne wysiłku pisarskiego i cennej uwagi czytelnika.

Moje myśli o kobietach są dwoistej (jeśli nie troistej) natury: pozytywne i szlachetne, ale także krytyczne i mroczne. Taki jest mój świat: we wszystkim upatruję dualizm charakteryzujący się warunkami krańcowymi, ekstremami. Jestem osobnikiem miotającym się między krańcowościami: z jednej strony – uwielbieniem i szacunkiem dla płci pięknej, z drugiej strony – jej niezrozumieniem i niechęcią. Zastanawiałem się nad tym, czy jest to postawa sensowna i doszedłem do wniosku, że i tak, i nie. Jeśli moje rozważania wydają ci się pokrętne, to posłuchaj posłów debatujących dowolną kwestię przekraczającą elementarne umiejętności czytania, pisania i mówienia.

Wracam do zagadnień feministycznych.

W życiu codziennym kobiety tematem „Numero Uno” jest czystość, w szczególności zaś kurz rozumiany przez nią jako waga, na której ważą się szale życia przyzwoitego i szacownego. Wiąże się to ze szczególnym wzrokiem kobiety, wyostrzonym przez samego Stwórcę do wzroku orła dostrzegającego z odległości kilometra malutką myszkę przykucniętą pod nawisem trawy. Kobieta dostrzeże pyłek nawet tam, gdzie go nie ma. To znaczy nie ma dla mężczyzny, ale jest dla kobiety. Dyktuje to niezwykła wrażliwość kobiety na piękno, której pan Bóg pozbawił mężczyznę, czyniąc go przykładowo włochatym tam, gdzie aksamit skóry kobiety odbija srebrne światło księżyca w momentach uniesienia, czyli na piersiach. Jakże wzruszającym przykładem miłości kobiety do czystości jest całodzienny zakaz wydany dzieciom przez matkę unikania salonu, gdzie podłoga została świeżo wypastowana i wypolerowana. Objawia się w tym bezwzględny priorytet czystości nad domownikami, nawet dziećmi. Niech się uczą czystości!

Co do dzieci, to kobieta uwielbia je dotykiem, wzrokiem, słowem i uczuciem. Jest to uwielbienie autentyczne i głębokie, w odróżnieniu od męskiego, które wydaje mi się omalże prostackie i mało rozróżniające. Słowa i uczucia! Fiodor Dostojewski w „Idiocie” dal dowody finezji słownej wyrażania uczuć i myśli osób dorosłych, zwłaszcza zaś księcia Myszkina cierpiącego na epilepsję. Nieśmiało uzupełnię to delikatnymi jak eolska bryza obserwacjami dotyczącymi niewiast oraz dzieci biegających po gołej podłodze i łomocących tak, że sąsiadom z dołu wypadają sztuczne zęby. Kobieta widzi ten problem prosto i jasno: moje dziecko – inne dzieci. – Mój Jasiu to ideał, dziecko spokojne i inteligentne, dziecko sąsiadów z góry to bachor i smarkacz bez wychowania!

Kobieta widzi świat w sposób bardziej konkretny, wyrafinowany oraz … na wskroś sprawiedliwy. Nic tego nie zilustruje lepiej niż historia z życia wzięta. Pewien mężczyzna przyniósł na życzenie żony garnek z piwnicy. Następnego dnia pani domu gotowa w nim mleko. Pech chciał, że mleko i garnek fatalnie się przypaliły. – To twoja wina! – Wykrzyknęła nieszczęśliwa żona. To ty przyniosłeś ten garnek z piwnicy!

Znamienny fakt winy męża powtarzający się w historiach wielu małżeństw i podobnych związków wyjaśnia (przynajmniej częściowo), dlaczego w Stanach Zjednoczonych 70 000 mężczyzn wychodzi z domu do kiosku po zapałki, traci orientację i … już nigdy nie wraca. Rozmarzyłem się myśląc w tym kontekście o moim ulubionym aktorze dramatycznym. Czy nie byłoby cudownie, gdyby Jarosław K. ożenił się, wyszedł do kiosku po „Głos Nawiedzonych”, stracił orientację i nigdy nie wrócił do domu, uszczęśliwiając tym nie tylko żonę, ale i setki tysięcy obywateli kochających ojczyznę w sposób mniej patriotyczny niż on sam?

Myślę, że to dobre zakończenie blogu. Zacząłem od kobiety, która wedle znaków na niebie i ziemi jest istotą doskonałą, i skończyłem na mężczyźnie, który jest również doskonałością w swej nieskończonej wierze w zwycięstwo, miłość do ojczyny oraz nienawiść do przeciwników politycznych.

Syndrom Niespokojnych Nóg

Rzadko ostatnio widuję Wiktora, ucieszyłem się więc, kiedy usłyszałem dzwonek do drzwi. Stał za nimi mój przyjaciel w stroju wskazującym gotowość pójścia na spacer lub powrotu z takowegoż.

Cześć spacerowi! Rzucił Wiktor nonszalancko i wyjaśnił. Nie mówię „Cześć pracy”, bo ty jak zwykle pracujesz, zamiast chodzić na spacer.

Bez pracy nie ma kołaczy, Wiktorze.

Oczywiście. Zgadzam się z tobą co do ostatniego okrucha. Nie myśl, że ja nie pracuję. Zaraz przedstawię ci mój debiut literacki, który na wzór Henryka Sienkiewicza napisałem ku pokrzepieniu serc rodaków. Gotów jesteś wysłuchać mojego opowiadania? Nie jest zbyt długie. Jest o rzucaniu.

O rzucaniu? – Moje pytanie było chyba jak najbardziej uzasadnione.

Wiktor zaczął bez dalszych wstępów.

Starszy facet zjawił się u doktora i wyjaśnił, że nie może spać, ponieważ nie może znaleźć dobrej pozycji w łóżku. Mam niespokojne nogi. – Dodał.

Proszę pana! Sytuacja jest prosta jak drut nawijany na transformator.- Lekarz z entuzjazmem postawił diagnozę. To syndrom niespokojnych nóg, choroba, która szerzy się u nas jak pożar buszu australijskiego. Nie przesadzę, jeśli powiem, że połowa moich pacjentów boryka się z tym problemem. A jak to się objawia u pana?

No właśnie, panie doktorze. Wyszedłem wczoraj na spacer i nogi moje oszalały. Latały na wszystkie strony jak łyżwy na lodowisku. W pewnym momencie rzuciłem jedną z nich tak energicznie, że poleciała w krzaki. Beznadziejna sytuacja. – Pomyślałem. Zacząłem szukać, ale bez skutku. Krzaki były niezwykle gęste, ani znaleźć zguby. Pół godziny później odzyskałem nogę prawie cudem. Facet przechodził z psem i ten mi ja przywlókł. Byłem wdzięczny zwierzęciu, a równocześnie zły.

Dlaczego miałby pan być zły?

Bo był mocno pogryziona. Fatalnie wyglądała. Nie byłem nawet pewien, czy to moja, ale poznałem po nogawce i pantoflu.

No to miał pan szczęście. W czym ja mogę teraz panu pomóc?- Lekarz zadał pytanie, które w dobie nieprzerwanego postępu przyklejają sobie do ust pracownicy sektora usług obsługujący klientów: sprzedawcy, aptekarki, lekarze, mechanicy samochodowi, dorabiacze kluczy, naukowcy i sprzątaczki.

Nich mi pan zapisze jakieś lekarstwo, abym drugi raz nie odrzucił mojej nogi w krzaki.

Zapiszę panu lek, który złagodzi problem. Dodam, że i tak miał pan szczęście.

Ja? Jak to?

Słyszał pan o Iwanie Miczurinie, wielkim naukowcu radzieckim?

Słyszałem. To ten, który krzyżował rośliny, aby je uszlachetnić i zaadaptować do trudnych warunków klimatycznych byłego Związku radzieckiego.

No właśnie. Też miał syndrom niespokojnych nóg. Wykonując proste ćwiczenie jogi, tak nieszczęśliwe skrzyżował nogi, że nie mógł się załatwić. Nogi mu się poplątały. To było przyczyną jego zgonu.

Wiktor skończył opowiadanie i spojrzał na mnie pytająco. Nie wiedziałem, co odpowiedzieć. Postanowiłem być umiarkowanie pozytywny.

Początek utworu był niezły; interesujący i zachęcający do dalszego czytania. Zakończenie było również dobre, niespodziewane i zaskakujące. Co do środka, to nie umiem tego dobrze sklasyfikować. W sumie, wykazujesz się znajomością tematu i masz zalążki talentu narracji. Znasz również świat nauki. Jak na debiutanta, to nieźle. Gratuluję ci, Wiktorze. A poza tym, to czemu piszesz takie głupoty?

Jeśli to są głupoty, to jest u nas wiele rzeczy głupich. Parlamentarzyści, którzy głosują przeciw własnej partii, ośrodki zdrowia, gdzie recepcja odmawia wykonywania fotokopii recept, chyba dlatego, aby ich nie fałszowano, kiedy bez przeszkód możesz zrobić sobie fotokopię sto metrów dalej, opiekunki starszych osób, odmawiające umycia patelni, ponieważ jest to dla niej „poniżające” czy też dyrektor szpitala, który wbrew prawu odmawia dokonania aborcji płodu, który nie ma mózgu. W tym kontekście moje opowiadanie jest zupełnie do przyjęcia.

Przekonałeś mnie, Wiktorze. Jeśli napisałeś to miniopowiadanie dla pocieszenia serc, to mnie pocieszyłeś. Zasługujesz na dobrą kawę wzmocnioną alkoholem.

Rano? Kto pije alkohol rano? No dobrze, wypiję kawę z alkoholem. Nie czuję się dziś zbyt pewnie na nogach. Jakoś tak mi latają.

Relaks powyborczy

Wybory do Europarlamentu wywołały więcej pytań niż dały odpowiedzi. Tak to już jest: łatwiej jest pytać niż odpowiadać.

PiS poniósł kolejną siódmą lub ósmą porażkę wyborczą, tym razem delikatną jak piana na piwie. Wynik wyborów wzbudził ich podejrzenia już kilka dni przed wyborami. Antoni Macierewicz jeździł po kraju i głosił potajemnie, że wybory będą sfałszowane.

– Jest to pełzające oszustwo, a my śledzimy wszelkie przejawy pełzania w kraju – Wyjaśniał potrząsając siwą jak czapla czupryną.

– Skąd pan to wie?

– Mam przeczucie. – Odpowiadał pochylając zamyślone czoło nad niegodziwością ludzką.

Po wyborach Joachim Brudziński demonstrował jak można sfałszować kartę wyborczą. Inni członkowie jego partii mówili jeszcze o „dziwnej przegranej”. Najbardziej zmartwiło mnie to, że nie wyjaśnili, czy fałszowanie wyborów bylo przeciw czy na korzyść PiS-u.

Janusz Palikot chodzi wstrząśnięty. Żaden z jego posłów nie dostał się do Europarlamentu. On sam postarzał się, nieprzerwanie kręci głową z niedowierzaniem na to, co się stało. Posłowie, którzy stali za nim murem są mu wdzięczni. Mur upadł i odzyskali wolność. Przejściowy wódz wyzwolił ich od odległej, zimnej i drogiej Brukseli.

Do rządu wpłynął wniosek na budowę pomnika dla posła Korwina-Mikkego, bohatera wyborów, twórcy partii zrodzonej z popiołów jak Sfinks żywiący się tekstami o kobietach mówiących „no” zamiast „yes”, głuchym i niewidomym Adolfie Hitlerze oraz raju bez podatków. Nowa Prawica to wyraz rozpaczy tych, którzy nie widzą wartości w innych partiach, i nadziei tych, których olśnił blask nowej gwiazdy zarannej. Wszyscy czekamy teraz na ciekawe występy aktorów Nowej Prawicy w teatrze Unii Europejskiej, z nową inscenizacją wzbogaconą fajerwerkami i wybuchami. Niezła jest też idea pana Korwina-Mikkego zamiany UE w wielki dom publiczny. Ileż to kobiet poczuje się szczęśliwych, że męża nie ma w domu, ileż to kobiet (i mężczyzn) poczuje się szczęśliwych, że może umilać czas na nowiutkich kanapach zamożnym posłom z całej Europy.

Mówiąc poważnie, prawdziwe nieszczęścia to wojna, bieda, ciężka choroba i ciężka ignorancja. Śmierć nie jest tylko połowicznym nieszczęściem, ponieważ dotyczy jedynie tych, którzy zostali na tym padole łez rozpaczy i rozpusty słownej.

Przy powyższych, sukcesy i występy Korwina Mikkego, potknięcia Janusza Palikota, przegrana kilku znanych posłów i przywidzenia PiS-u to tylko ludowy folklor i łagodna rozrywka dla osób, które umieją patrzeć na życie z dystansu większego niż krzesło przed telewizorem i gazeta przed oczami.

Z innych ważnych spraw warto wspomnieć, że Pradziadek Mick Jagger kontynuuje koncerty po świecie. Rząd chce go wypożyczyć na dwa tygodnie, aby objeżdżał Polskę agitując za dalszym podwyższeniem wieku emerytalnego. Pradziadek będzie miał dwa mocne argumenty w ręku: w wieku 75 lat można twórczo pracować i zarabiać dobre pieniądze, oraz drugi, równie ważny: Dziś ludzie żyją dłużej. Ma on podobno plan założenia w Polsce „Muzycznego Stowarzyszenia Geriatrycznego”.

Czas spokoju i zastanowienia

Osiemnaście minut po północy rozpoczął się czas relaksu i wspomnień. Myślałem o ludziach pewnych.

Pewien mężczyzna w gumowcach, z twarzą upudrowaną, różową i uśmiechniętą, wszedł do studio TV z wiaderkiem pełnym błota i udzielajac wywiadu, łopatką rzucał błoto na przywódcę partii, której nie znosił. Wyjaśnił, że jest spóźnionym prawnukiem dawnego celebryty Goebbelsa, znanego mistrza PR-u, który go pouczał, że rzucanie błotem jest pozytywne, bowiem „zawsze coś przylgnie do ciała i już się nie odmyje”.

Dlaczego rzuca pan tak dużo błota? – Prowadząca spotkanie redaktorka pragnęła zaspokoić swoją kobiecą ciekawość, choć dobrze znała odpowiedź.

Muszę, bo jeśli coś zostanie, to szef wysmaruje resztę na mnie.

W tym momencie na ekranie ukazał się napis pewnego widza, który stwierdził, że specjalista od błota przekonał go do głosowania na PO. Zaczęto więc podejrzewać tego od wiadra, że jest podwójnym agentem; tak obrzuca PO błotem, że przekonuje tym widzów do głosowania na tę partię. Może to i dobrze, pomyślałem, ponieważ szef owego PO mówi głosem osoby umierającej, której nie stać choćby na jedno warkniecie na faceta z wiadrem i jego szefa i powiedzenie im mocnymi słowami, co o nich myśli. Nie dziw, że w obecnym wyścigu na Zachód żaden z nich nie może wyprzedzić drugiego.

Potem wystąpiła pewna kobieta w wieku podwójnie maturalnym. Kierowała samochodem, odwracała się do tyłu i siedzącej tam pasażerce palcem wskazywała mężczyznę obok, dużo starszego, przysypiającego na fotelu. Bardzo ją to bawiło. Jego nie, kiedy się obudził, bo nikt nie lubi, kiedy się śmieją z niego za plecami.

Jest to filmik edukacyjny dla szkół pokazujący, że można być nieetycznym niezależnie od tego, czy się chodzi na lekcje religii i do kościoła czy nie. Kobieta przy kierownicy przestaje śmiać się i myśli. Zastanawia się, czy przypadkiem nie jest osobą zbyt uniwersalną, niepotrzebnie mówiącą niemiłe rzeczy w różnych miejscach i różnym czasie.

Leczenie odwykowe

Myślę o leczeniu odwykowym. Mam problem ze snem i dobrymi radami.

Za mało sypiam. Budzę się o godzinie trzeciej nad ranem, siadam przy komputerze i piszę. Pisze mi się bardzo dobrze, wręcz znakomicie, w efekcie czego w ciągu niecałych dwóch godzin powstaje blog, fragment opowiadania lub powieści, na który musiałbym poświęcić kilka godzin w mniej sprzyjających warunkach.

Wszystko ma jednak swoją cenę. There are no free lunches. – Jak mówią w odległym, wielkim kraju, gdzie zesłańcy już dawno wymarli, pozostał jednak język angielski. Moją ceną jest niewyspanie, ból głowy, słaba koncentracja.

Wspomniałem o tym siostrze Wiktora, pani Martynie. Od razu udzieliła mi dobrej rady, którą sama z wielkim powodzeniem wypróbowała na członkach rodziny, królikach i kocie: „Psychologowie mówią, że nie należy siedzieć przy komputerze więcej niż pół godziny dziennie. Ja moją rodzinę odzwyczaiłam od siedzenia przy komputerze”.

Tak mnie ta szokująco twórcza i jakżeż prosta, mądra i skuteczna rada poruszyła, że odpowiedziałem jej natychmiast pełen wdzięczności: „Niech pani powie temu psychologowi, co to wymyślił, żeby mnie w dupę pocałował!”. Teraz mam wyrzuty sumienia. To było nie fair.

Przepraszam Czytelników, panią Martynę i świadków rozmowy, na końcu zaś siebie, za użycie wulgarnych słów: „Niech pani powie temu psychologowi”. To było obrzydliwe. Powinienem był powiedzieć: „ Proszę powiedzieć temu psychologowi”.

Dlaczego nie lubimy chodzić?

* Bo odczuwamy to jako stratę czasu. Czas stał się esencją istnienia, wartością naczelną, którą liczymy i hołubimy, której wciąż mamy za mało. Time is money. Nie będę mnożyć listy wyjaśnień, dlaczego czas jest traktowany jako usprawiedliwienie niechodzenia, niespacerowania, ponieważ żal mi na to czasu.

* Bo nie lubimy samotności. Żyjemy w zwariowanym świecie, gdzie przebywamy najczęściej z innymi osobami, lubianymi lub kochanymi przez nas, dziećmi i kochankami, które to określenie obejmuje także żony i przyjaciółki, mężów i przyjaciół, nawet jeśli są to geje i lesbijki, gatunek rzadki, ale upowszechniający się. Są ludzie, którzy się nudzą w samotności, co jest dla mnie krzywdą, jaką zadajemy sami sobie, niezrozumiałą i smutną. Czyż można być tak nudnym i beznadziejnym, abym nudzić z samym sobą?

* Bo nie rozumiemy znaczenia chodzenia, spacerowania, joggingu, biegania, wszystkich form fizycznej aktywności, różniącej się tylko szybkością poruszania się i zużyciem obuwia, lub stóp, jeśli chodzimy boso, a może i nago, co zresztą nie ma tu znaczenia. A może i ma? My współcześni chodzimy dziesięć razy mniej niż nasi przodkowie. Brak ruchu rujnuje nas jednostkowo i społecznie. Poziom takiego „głupiego” cholesterolu, który wcale głupi nie jest, nie zależy tylko od jedzenia, ale także od chodzenia, tej najprostszej i najbardziej pospolitej formy ruchu. Dziesiątki aspektów naszego zdrowia i samopoczucia zależą od ruchu. Nie muszę więcej tłumaczyć, ponieważ jest to wszystko w Internecie.

Zaoszczędzam więc sporo czasu, który poświecę na chodzenie. Czynię to prawie każdego dnia, minimum pół godziny dziennie, to mój standard. Chodzenie, ruch, traktuję jako obowiązek wobec własnego ciała, które razem z czasem danym nam do przeżycia, są naprawdę jedynym darem otrzymanym od Boga (Opatrzności, Natury, Stwórcy, czy jak tam to nazwiesz). Dbałość o ciało poprzez ruch to moralny obowiązek, o którym powinni mówić księża i biskupi na ambonie. Niechodzenie, brak ruchu, jest grzechem. Nie mówią tego i mam im to za złe. Nie mówią, ponieważ nie rozumieją, jakie jest to ważne. Widać to po ich sylwetkach i obfitości fałdów.

Sytuacja kojarzy mi się to zamkniętym kręgiem ubóstwa, które może być różnej natury: finansowej, fizycznej, psychicznej, moralnej. Jeśli masz wśród rodziny, przyjaciół lub znajomych księdza lub inną osobę duchowną, powiedz jej o tym blogu, aby i ona otrzymała bezpłatną naukę z Ambony Obiektywnej i Niewzruszonej Prawdy. Zawsze chciałem być kaznodzieją.

Na zakończenie przytoczę „kawał”, formę literacką zasadzającą się na nonsensie, paradoksie, nietypowym skojarzeniu.

Żona budzi się w nocy i widzi, że mąż chodzi i chodzi po mieszkaniu, wyraźnie wyprowadzony z równowagi. – Kochanie, dlaczego nie spisz, tylko chodzisz po mieszkaniu? – Bo tak mi się strasznie kochać chcę, że wprost nie mogę wytrzymać! Ona patrzy na niego ze zdziwieniem, odchyla kołdrę i mówi: No to chodź! Na co on jeszcze bardziej zdenerwowany: – No przecież chodzę!

To przedni żart, sztandarowy, z którym chętnie się obnoszę. Usłyszałem go pierwszy raz od kobiety, bliskiej mi i przemiłej osoby. Kiedyś jej to wspomniałem, na co ona mi odpowiedziała, że było odwrotnie, że to ona usłyszała ten żart pierwszy raz de mnie.

Kobiety mnie zaskakują, podobnie jak pamięć.

O astronomicznej mentalności

Komentarz Czytelnika zamieszczony w poprzednim blogu zaimponował mi i ucieszył mnie tak bardzo, że postanowiłem zamieścić go jako nowy krótki wpis. Komentarz wyjaśnia naukowo, jak to jest z kobietami, które są z Wenus. Są tacy, którzy nie wierzą w Boga, ale czy można nie wierzyć w naukę? O takim bezeceństwie jeszcze nie słyszałem!

Oto treść wypowiedzi Czytelnika:  „Zakłócenia w komunikacji miedzy Marsem a Wenus spowodowane są pewnie ziemską orbitą, która dzieli odległość między nimi w nierównych proporcjach. Z Ziemi do Marsa jest 56 mil.km, a z Wenus do Ziemi tylko 38 mil.km. Dodatkowo doba na Wenus jest dłuższa od roku i jakby tego było mało to Planeta obraca się odwrotnie od pozostałych czyli z Zachodu na Wschód. Mając powyższe na uwadze nie dziwi mnie przypisywana jej ( słusznie ) mentalność Kobiety”.

Powyższą argumentacje zamieszczam jako odtrutkę na zawartość serwisu „Faceci to kretyni”, na którym 50 000 kobiet prowadzi propagandę poniżania potomków biblijnego Adama, którego stworzył przecież sam Pan Bóg. Moja pobożność, która nie wiem dlaczego rozkwita głównie nocą i poi mnie miłością bliźniego każe mi zawołać: „Wybacz im, Panie, albowiem nie wiedzą, co czynią”.

Rozmowa Marsa z Wenus

Ten blog zawsze planowałem popełnić. Chodzi mi po głowie od bardzo dawna i męczy. Może nawet od dziecka. Dzieciństwo jest trudnym okresem, jeśli dojrzewasz zbyt wolno. Potem też może być ciężko. Kiedy już dojrzałeś, istnieje niebezpieczeństwo, że zdziecinniejesz zbyt szybko. Czuj duch, gdyż trudno jest czasem zauważyć zmiany zachodzące w sobie samym. Będąc blisko siebie, co jest nieuniknione, tracisz właściwy dystans obserwacji o ile nie masz rozdwojenia jaźni. To tak, jakbyś ustawił sobie kieliszek na nosie i oceniał jego zawartość unikając zeza lub zadyszki oczu.

On jest z Marsa, Ona jest z Wenus. Nie znaczy to, że on ma marsową minę i jest dzielny jak Marsjanin, a ona jest piękna jak Wenus, choć nie jest to wykluczone. Znaczy to, że są to planety bardzo od siebie oddalone. Potrafią znaleźć się także w takiej konfiguracji niebieskiej, że będąc bardzo blisko siebie są bardzo daleko. Komunikacja jest wtedy utrudniona, ulega deformacji i wymaga interpretacji.

Interpretacja słów kobiety to najbardziej karkołomna szkoła jazdy. Ci, którzy ją ukończyli, to osoby o niebiańskiej cierpliwości, słabosłyszący lub pantoflarze. Nie wiem jak radzą sobie inni mężczyźni, bo ja czuję się stale w lesie i tam już pozostanę. „Prędzej wielbłąd przejdzie przez ucho igielne, nim mąż prawy zrozumie kobietę” – mówi Pismo Święte. Zastrzegam się, że nie znam tak dobrze Pisma Świętego jak Świadkowie Jehowy, których Bóg obdarzył szczególną pasją wiary i nadzwyczajną wytrwałością nawracania tych, którzy już wierzą w Boga.

Nie podejmę ryzyka opiniowania zachowania kobiet. Życie jest mi nadal miłe. Podam za to przykłady, jak myśli i mówi kobieta. Przysięgam, że są one wzięte z życia. Podrzucili mi je przyjaciele, mam też własne obserwacje. Za progiem stoją tysiące innych przykładów gotowych świadczyć prawdę.

Scena 1: Mąż podaje żonie posiłek

Czym będziesz jadła?

Sama nie wiem.

Jak się zdecydujesz, to mi powiesz, dobrze?

Musi być i jedno i drugie.

Co masz na myśli?

Widelec i łyżkę.

Scena 2: Maż wychodzi z domu po zakupy

Czy mam ci kupić coś z pieczywa?

Tak, bułeczkę, z tych długich krótkich, ale nie innych.

Scena 3: Żona zwraca się do męża:

Czy przyniosłeś odkurzacz z piwnicy?

Nie, ale zaraz przyniosę.

Dobrze. Teraz podaj mi pantofle. Trzeba bardzo dobrze wytrzeć szmatą.

Pantofle?

Nie, odkurzacz!

Moją prezentację zgrabnie uzupełnił Wiktor. Wnioski, do których doszedł sam, bez pomocy zewnętrznej, są następujące:

Kobiety są uroczo enigmatyczne, Mówią tak, abyś musiał zgadywać lub domyślać się, o co dokładnie chodzi. Co ona ma na myśli? – Oto jest pytanie, które musisz sobie nieprzerwanie zadawać.

Kobiety mówią skrótami. Ten, kto wymyślił alfabet Morsa a może nawet i trudniejsze szyfry, to nie był On, tylko Ona. Skrót jest podstawą myślenia i wyrażania się kobiety. Jeśli nie wiesz, jaki to skrót, to jesteś nie na czasie. Przyznaj szczerze, że nie nadążasz. Jeśli to cię bardzo męczy, to pomyśl, że możesz zostać pustelnikiem.

 

Życzenia Wielkanocne 2014

Otrzymaliście już Państwo życzenia od przywódców politycznych i duchowych. Niewiele więcej szczęścia może Was już spotkać. Tym niemniej nachalnie wpycham się z moimi życzenia, płynącymi od serca z jedynej w kraju Ambony Obiektywnej Prawdy.

Życzę wszystkim moim Czytelnikom oraz ich Rodzinom, Przyjaciołom i Znajomym radosnych, pogodnych i ciepłych Świąt Wielkanocnych z dodatkiem w postaci wypasionego zajączka objuczonego sakwami pełnymi nowych banknotów w dużych nominałach. Tym, którzy mnie nie czytają, nic nie życzę, ponieważ moje życzenia i tak do nich nie dotrą.

W szczególności zaś życzę:

  • Samotnym – zastanowienia się nad myślą (chyba) Sokratesa: „Czy się ożenisz, czy się nie ożenisz i tak będziesz tego żałować”.
  • Biednym – dużych pieniędzy w Toto Lotku.
  • Pracoholikom – opamiętania.
  • Osobom duchownym na stanowiskach – umiaru w jedzeniu, piciu i wypowiedziach.
  • Bogatym – aby ich nie okradziono.
  • Mężczyznom – aby żyli dłużej.
  • Kobietom – cudownych kosmetyków, kosztownej biżuterii i nieprzeklinania.
  • Zwolennikom PiS – utrzymania przy władzy Jarosława Kaczyńskiego, gwaranta zwycięstw opozycji.
  • Zwolennikom PO – pozostania Jarosława Kaczyńskiego przy władzy w PiS.
  • Antoniemu Macierewiczowi – świętości.

Niedzielny esej o pisarzu, biskupie i złodzieju

Jedna krótka niedziela i tyle przeżyć. Z braku wielkich wydarzeń, małe stają się wielkie. Zależy to od umiejętności powiększania, której służy nie tylko szkło powiększające, lornetka i mikroskop. To umiejętność życiowa, umykająca uwadze, ale ważna. Przynajmniej dla pisarzy.

Przeglądam teraz (bardziej niż czytam) biografię autorstwa Denisa Briana: „Hemingway. Jaki był naprawdę. Wspomnienia tych, którzy go znali”. Bohater autobiografii, w swoim czasie najbardziej znany pisarz na świecie, umiał powiększać. Miał też inne umiejętności, dzięki którym do dzisiaj trudno jest rozwikłać prawdziwą historię jego życia. Relacje z wydarzeń, w których uczestniczył. są niekiedy tak pogmatwane, że nie wiadomo, co jest, a co nie jest prawdą. Jakie były jego stosunki z ważnymi ludźmi, gdzie i kiedy co powiedział, i czy to w ogóle to powiedział. Hemingway był twórcą sprzeczności, dzięki którym skutecznie budował swoją legendę. Jedyna zgodność w biografiach Hemingwaya sprowadza się do tego, że był postacią fascynującą, bogatą i urzekającą.

Z przeszłości wracam do teraźniejszości, czyli minionej niedzieli. Nie chcę utknąć na Hemingwayu. Jest zbyt tragiczny i pogmatwany. Życie zakończył samobójstwem.

Mój niedzielny bohater podobny był do Hemingwaya masywną sylwetką i mocnym umięśnieniem. Poza tym wyróżniał się czerwoną, plamiastą twarzą, przekonywująco wyrażającą tęsknotę za otępieniem umysłowym. Intuicja podpowiadała mi, że nie była to charakteryzacja. Tak czy inaczej, imponował swoim wyglądem. Patrzysz, i od razu jesteś pod wrażeniem. Rzeczony chojrak przeszedł obok mnie w „Biedronce”, kiedy oglądałem wina. To nas zbliżyło do siebie w sensie zainteresowań. Mimowolnie stał mi się bliższy. Dwie minuty później okazało się, że z alkoholem łączą go głębsze uczucia, wręcz namiętność. Ujawnił to, kiedy usłyszałem zdecydowany głos wysokiego powagą i wzrostem funkcjonariusza „Biedronki”: Proszę odstawić to na półkę! Osiłek podszedł do półki z alkoholami, wyjął zza pazuchy dwie butelki wódki 0,75 litra i umieścił tam, skąd je wziął. Wrócił do funkcjonariusza, który zaimponował mi przenikliwością natury ludzkiej albo znajomością osiłków w kurtkach ortalionowych. Proszę odstawić resztę! – Zażądał despotycznie pracownik Biedronki.

Tego się nie spodziewałem! Bohater dnia wrócił na miejsce i odstawił jeszcze jedną butelkę wódki! Patrzył w kierunku prześladowcy spode łba, co było zrozumiałe. Trudno jest patrzeć prosto przed siebie, kiedy ktoś ma nad tobą przewagę i stawia ci żądania nielicujące z „godnościom osobistom” i ważnymi potrzebami życiowymi. Pomyślałem, że Czerwonogęby jest marksistą, co to odbiera bogatym i daje biednym, których osobiście reprezentował. Marksizm niestety nie jest już w modzie z prostych względów: okazał się niepraktyczny, gdyż wchodził w kolizję z duchowością proletariatu jak i klas próżniaczych. W walce klasowej demokracja pokazała lwi pazur i komunizm, niegdyś w Polsce dla zmyłki zwany socjalizmem, poszedł w odstawkę. Niech mu ziemia lekką będzie!

Odrobina dygresji z ekonomii politycznej nie zwalnia mnie od podsumowania klasowej walki o trzy butelki wódki. Złodziej nie został nazwany złodziejem, a Biedronka nie odebrała mu licencji nielegalnego przywłaszczania mienia wzywając policję. Obawiam się, że może to zachęcać najwytrwalszych zwolenników bojów o alkohol do praktykowania sklepowej zabawy w „A kuku!”.

Dodatkiem do niedzieli była wiadomość, która ubawiła mnie skojarzeniem. Chodziło o przyjazd do Warszawy biskupa z małżonką. Wyobraziłem sobie Arcybiskupa Głodzia połączonego węzłem małżeńskim z pobożną niewiastą, jak kroczą dostojnie po czerwonym dywanie w dniu przyznawania Oskarów głosząc chwałę Stwórcy, kina i dobrego towarzystwa.

Nie wszystkich duchownych Bóg uszczęśliwił jednak prawem do ożenku. Są tacy, którym się powiodło. Kościoły anglikański, starokatolicki i ewangelicki pozwalają duchownym zawierać związki małżeńskie. Ma to oczywiste zalety: kiedy żona ci dokucza, uciekasz do Boga. Nie ma niestety ucieczki w drugą stronę, gdyż Pan Bóg nie dokucza. Najwyżej przypomina o czymś, co zapomniałeś, lub upomina w sprawie, którą opatrznie zrozumiałeś, czyniąc to ustami duchownych. Zwykły człowiek nie jest w stanie uniknąć pośrednictwa osoby duchownej, gdyż w dobie telefonu komórkowego mało kto utrzymuje bezpośredni kontakt z Bogiem. Pan Bóg podobno jest tradycjonalistą i nie znosi nowoczesnych technologii.

Fragmenty życia

Nikanor popełniał błędy. Wiele błędów. Zbyt wiele błędów. Przypominanie sobie, że „errare humanum est” niewiele pomagało.

– Wszyscy popełniają błędy. To jest jakaś pociecha. Z drugiej strony, dlaczego to ja mam je popełniać i ponosić ich konsekwencje? – Nikanor wtłaczał w siebie pytania nie wiadomo po co, bo przecież nie otrzymywał żadnej odpowiedzi.

Swoją karierę „błądzącego rycerza” na wzór tego z „de la Mancha” stopniował w kategoriach przemyśleń, jakie go nachodziły. Nie szukał ich, same mu się naprzykrzały częstymi wizytami.

– Błędy to dziwne stwory. – Rozmyślał w sposób typowy dla istoty, której mózg pracuje szybciej niż ręce i nogi, i skupia całą energię organizmu do tego stopnia, że nie wystarcza jej na koncentrację i słyszenie głosów innych ludzi.

– Bóg wybacza błędy, ludzie nie! – Przyszło mu to kiedyś do głowy. Od lat napotykał opór wybaczenia sobie samemu. Często czytał i słyszał, jakie to jest ważne i teoretycznie uznawał, że to prawda. Może nie teoretycznie, ale w jakiś nieokreślony sposób. Brakowało jej konkretu. Nie była to prawda oczywista, dosadna i namacalna, jak budzenie się do życia drobniutkich migocących listków na brzozach oglądanych z góry, z wysokiego piętra budynku, który raz stał nad morzem, a raz wśród wzgórz pofałdowanego terenu.

Nie będąc poetą, odczuwał natchnienie i radość obserwacji i refleksji. Było to jego malutkie szczęście, urastające poetycznymi fragmentami życia do rangi szczęścia znaczącego. Tak przynajmniej sobie życzył i pragnął. Rzecz w tym, że nie wszyscy o tym wiedzieli, rozumieli i akceptowali. Miano mu za złe wiele rzeczy.

– I słusznie! – Zareagował głos wewnętrzny, uparty uczestnik współistnienia Nikanora z samym sobą. Konstrukcja owego współistnienia była wyjątkowo kłopotliwa. On, Nikanor, i jego wnętrze, dwie istoty, dwa twory biologiczno- duchowe. Stale w niekończącym się procesie interakcji, rozmów, nawet sprzeczek, kiedy nie zgadzały się ze sobą jak dwoje dzieci na piaskownicy pragnących używać w tym samym momencie tego samego niebieskiego wiaderka i plastikowego szpadelka do piasku.

Decyduje o tym wola posiadania, trzeci tworek, który przyplątuje się Bóg wie skąd i decyduje o postępowaniu człowieka – Nikanor starał się zdefiniować i rozgryźć zawiłości życia na etapie piaskownicy i dojrzałej męskości.

In Vitro Veritas. Rozpacz i Nadzieja.

Do mieszkania przenikało już światło dnia zimowego, kiedy zawitała Inspektorka ds. Perfekcji, pani Razynka, oddelegowana do małżeństwa Z przez Organizację Ambitnych Kobiet Polskich. OAKP powstała jak Sfinks z tym, że nie z popiołu, ale z pragnień kobiet rodzących się z wbudowanym mechanizmem perfekcji. Perfekcja objawia się w każdym najmniejszym akcie ich działań i zajmuje tak wiele miejsca, że mężom pozostaje już tylko akt skruchy. Albo depresji. To fantastyczne odkrycie zostało opisane w miesięczniku chirurgicznym „Lancet na mężczyznę”, który stwierdził: „Dotychczas sądzono, że u podstaw depresji mężczyzny leży jego własna skłonność do perfekcji. Teraz już wiemy, że jest to perfekcja żony lub partnerki, dawniej zwaną kochanką, przyjaciółką lub konkubiną”. Czytaj dalej

O zagubieniu damsko-męskim

Zebranie w bibliotece publicznej miało na celu dyskusję, która rozgrzałaby ludzi w deszczowy zimny dzień.

Kto pierwszy zabierze głos? Dyskusja jest na dowolny temat, aby tylko był gorący. – Kierowniczka biblioteki podjęła przewodnictwo zebrania.

Kim chciałbyś być? – Wiktor pierwszy wyrwał się z pytaniem. Wywołało ono konsternację. Pytający z satysfakcją potoczył okiem triumfatora po sali.

Pytanie jest proste jak drut, Wiktorze. – Usiłowałem ratować honor trzódki zagubionych współplemieńców bibliotecznych. Czytaj dalej

Opętanie

Okresy początkowe rodzą dzieci absurdu i opętania. Tak jest z początkiem roku, który w ogóle nie jest początkiem, gdyż czas jest ciągły. Jeśli wierzysz w Nowy Rok, to równie dobrze mógłbyś uwierzyć, że noga zaczyna się od kolana albo od kostki. Nowy Rok jest Starym Rokiem, który powiedział sobie: Dzisiaj odradzam się w niewiadomym celu. Bo czas nie ma celu. A może ma? – Zadał sobie pytanie osobnik wybrany na mężczyznę przez nieznane siły.

Samoistny rozum patrzył przez okno i obserwował go. Mężczyzna szedł do tyłu, ale wyglądało to tak, jakby szedł do przodu. Bo gdzie jest tył, tam jest przód. Wystarczy, że się obrócisz o 180 stopni. Podobnie jest z golizną. Wewnątrz ubrania jesteś goły jak święty turecki albo jak oskubany indyk. Albo jak nowonarodzony polityk, który nie mając w sobie ani jednej myśli jest próżny jak pustak cementowo-wapienny albo dźwięk, który nadto jest głuchy jak pień. Tak sobie spekulował samotny rozum, milcząco i poważnie, posiłkując się terminologią budowlaną i przyrodniczą.

Dzień był słoneczny w sposób ekscentryczny. Światło nie dochodziło do mieszkań z zewnątrz, tylko promieniowało od wewnątrz z kuchni, łazienki, pokojów. Oświetlało i ogrzewało ściany i obrazy. Było przyjemnie. Nie wszyscy jednak cieszyli się. Prezes firmy „Energia dla Narodu” załamał się, kiedy mu powiedziano, że pobór energii spadł poniżej zera i zamarzł na kamień.

To gorsze niż bankructwo. To dyshonor dla mnie, głód dla rodziny, nędza dla narodu i spadek dochodów dla państwa – pomyślał ten dzielny człowiek. Nie zastanawiał się długo, wezwał zastępcę, posłał po sznur i kazał ciasno przywiązać się w pasie, gdzie wymacał żołądek. Zmarł z głodu podszytego rozpaczą. Czemuż, ach, czemuż, nie mamy więcej takich prezesów? – Zawyło echo, kiedy wydawał ostatnie tchnienie.

Kobieta jest odwróconym facetem. Tam gdzie jest on wypukły, ona jest wklęsła, a gdzie on wklęsły, ona jest wypukła. Wkłęsłości i wypukłości nie sumują się jak plus i minus, ponieważ plus może być większy od minusa i na odwrót.

Kobieta jest mózgiem – wykrzyknęła niewiasta wyraźnie ponętna, lecz niezdająca sobie z tego sprawy. Mózgiem skorumpowanym – coś odkrzyknęło w odpowiedzi z rogu mieszkania zakrytego kanapą mieszczącą w swych wnętrznościach butelki wina, piwa oraz cykorię i książkę kucharską „Kamasutra na stole kuchennym”. Myśl o korupcji była tak przejmująca i szalona, że krzykadło nie chciało ujawnić swej tożsamości. – Podaj chociaż datę wydania dowodu osobistego, jeśli nie możesz podać numeru PESEL – błagali obecni w pokoju. Kwalifikujesz się do nagrody Nobala w dziedzinie pomysłów literackich.

Krzyki o mózgu rozpaliły debatę na temat istoty kobiecości i męskości. Kobiety są piękne, słodkie, powabne i czułe. Dzięki tym cechom potrafią być równocześnie (podkreślam „równocześnie”) zdradliwe, podłe i okrutne. To samo dokładnie można powiedzieć o mężczyznach z tym, że zamiast „piękny” mówimy „przystojny”, zamiast „słodki” mówimy „delikatny”, zamiast „powabny” mówimy „miły” itd. Rzecznik powszechnie znanej i popularnej partii politycznej jest piękny, słodki, powabny i też jest strawny dla wielu. Krótko mówiąc, jesteśmy mieszańcami cech męskich i żeńskich. W pstrokaciźnie obojnactwa jakoś pchamy ten świat do przodu. My: trefnisie, księgowi, pisarze, babki klozetowe, dyrektorzy zakładów przetwarzających mięso padłych zwierząt, lubieżnicy i paranormalni rodzice.

Od czasu Adama i Ewy tony zjedzonych jabłek, środki masowego przekazu oraz nawoływania Jarosława K. zmieniły naturę kobiety i mężczyzny. Najważniejsze w tyglu zmian są jabłka; smaczne, lecz niebezpieczne. Ich smak, najwyższy w pieczonej kaczce, potęguje jej żeński charakter wsparty na kruchości i delikatności zachęcając do natychmiastowej entuzjastycznej konsumpcji. Myśl ta poraża jak piorun z jasnego nieba, gdyż nawet wegetarianina może doprowadzić do kanibalizmu. Aby uniknąć nieszczęścia, kanibal z wegetarianką wyszli do drugiego pokoju w celu przedyskutowania na gorąco drażliwego tematu. Zamiast trzymać się za ręce nieśli między sobą opasłe tomisko „Kamasutry na stole kuchennym”. Było to ciężar tak znaczny, że już w drodze zrzucili z siebie wierzchnie wdzianka. Szli ochoczo inspirowani szlachetnym pragnieniem pojednania.

Drodzy Czytelnicy!

Powyższy wpis na blogu nie jest typowy. Napisałem go z potrzeby serca, aby dać wyraz fantazji, absurdalności, nonsensowi i potrzebie świeżości. Został on stworzony dla rozrywki i przyjemności, którą odnajdujemy w słowach, myślach i skojarzeniach. Jeśli podoba się Wam, dajcie znać przez komentarz pod blogiem lub pisząc do mnie na adres michael.tequila@michaeltequila.com.

W styczniu br. zgłoszę mój blog do konkursu na najlepszy blog roku. Konkurs obejmuje wiele kategorii i w każdej wyróżnia dziesięć najlepszych blogów. Jest tam miejsce dla wielu blogerów i blogów. Organizatorzy konkursu namawiają, aby zachęcać przyjaciół, znajomych i rodzinę do czytania i zapisywania się na blog zgłoszony do uczestnictwa.

Będę Wam wdzięczny za życzliwą pomoc w popularyzacji mojego blogu.

Spotkałem ciekawych ludzi

Mgła i deszcz w temperaturze trzech stopni Celsjusza nie służą rozwojowi relacji z ludźmi. Z określenia „ludzie” wykreślam oczywiście tych polityków, którzy kolebią się niepewnie w społecznych kolejkach do sklepów, gdzie sprzedają szczęście na wagę.

Wyruszyłem do warzywniaka. Najpierw spotkałem dobrze zbudowanego mężczyznę, który w stroju z Lycry rozgrzewał nogi i tors przy bramce prowadzącej na ugór, gdzie niegdyś panował las. Przekształcanie lasu w ugór i gęsta zabudowa to specjalność firm deweloperskich. Dawniej podobnie pracował Władysław Gomułka, ale on przekształcał jasne kuchnie w piwnice bez okna, aby łatwiej było przechowywać wino.

Biegacz w obcisłym stroju prezentował ciało jak z czasów starożytnych olimpiad greckich. Sam też chciałbym tak biegać, zapytałem więc grzecznie, czy taki strój nie jest za zimny do biegania po deszczu. Zapytany udzielił mi wyczerpującej odpowiedzi z uśmiechem na twarzy, co zapisałem mu na duży plus. Jestem teraz bogatszy w wiedzę na temat zimowych przeciwdeszczowych strojów sportowych.

Kiedy zbliżałem się do bramy osiedla, kobieta podobna wiekowo do lekkoatlety przyciskała guziczki, aby mi otworzyć bramkę boczną. Domyśliłem się, że robiła to również dla siebie, co wydało mi się sprawiedliwe. Nie byłem w stanie ocenić jej kształtów, gdyż była grubo ubrana. Kobiety zimą są bardziej skryte niż mężczyźni, nad czym boleję jako artysta i żałuję jako człowiek, ponieważ nie mogę teraz zrelacjonować uroków tej postaci.

Jest Pani bardzo miła zgadując moje ciche życzenie – rzuciłem w jej kierunku. Nie miała mi z a złe, że rzucam słowa, gdyż obdarzyła mnie obfitym uśmiechem.

Zachęcony rezultatem dodałem ciepło: Święty Piotr zapisze ten dobry uczynek pod pani numerem PESEL. Niepewne spojrzenie niewiasty kazało mi wyjaśnić tajemnicę wszechobecnej numeracji.

W kolejce użytkowników PESELU na przedzie stoi Urząd Skarbowy, który jest pewniejszy w działaniu niż śmierć, a jeśli nie pewniejszy to z pewnością szybszy w dotarciu do portfela i serca obywatela. Potem idzie Święty Piotr z urzędem meldunkowym, szybciej, sprawniej i taniej rejestrującym przybycie dostojnego gościa ziemi niż jego naziemna służba (kościelno-cmentarna – dodam poufnie), potem Wydział Meldunkowy Urzędu Miejskiego, Urząd Komunikacyjny z dokumentacją rejestracji pojazdów i wiele, wiele innych urzędów.

Kobieta odeszła uspokojona podobnie jak Jarosław Kaczyński po powrocie z Ukrainy, gdzie gorąco zachęcał naszych sąsiadów do zapisywania się do Unii Europejskiej, aby kilka dni później, 13 grudnia, w „Dzień Zwycięstwa nad Solidarnością i Narodem” radośnie przekonywać Polaków do Unii transparentem „Unia Europejska = Obóz Koncentracyjny”. Napis był w języku niemieckim chyba dlatego, że Wielki Wódz Indian, Mała Kopa, wolałby, aby najpierw dowiedzieli się o tym Niemcy, a dopiero potem Polacy.

Mała Kopa to nasz wspólny, rodzimy, niesforny, rubaszny a zarazem pobożny Indianin wychowany na diecie z dużą ilością cholesterolu. Oprócz niskich emerytur wszyscy odziedziczyliśmy w spadku po PRL-u także Wielkiego Wodza. Zrozumienie Małej Kopy wymaga znajomości języków obcych, niemieckiego i ukraińskiego, oraz psychologii, a może nawet psychiatrii. Na pewno psychiatrii – twierdzę po namyśle.

Miniopowiadanie: Niewinne wygłupy i poważne wspomnienia

Dawno już nie widziałem Wiktora, przyjaciela z lat dziecinnych, objawiającego się cieleśnie a ostatnio najczęściej wizyjnie poprzez Skype’a. Kiedy zadzwonił i połączyliśmy się, powitał mnie radosnym okrzykiem „Cześć pracy” nielicującym z jesienną pogodą. Chyba wygrał większe pieniądze na loterii – ucieszyłem się bez wysiłku. Męczy mnie tylko dłuższe myślenie oraz ludzie, którzy myślą dłużej niż ja.

Powiem ci coś o kobietach, czego zapewne nie wiesz – zaproponował Wiktor bez wstępu. „Naga kobieta w łóżku jest jak liść osiki drżący przed jesiennym podmuchem wiatru, jakim jest mężczyzna zdolny do heroicznych czynów”.

Nie, tego nie znałem. Piękne to jest i poetyckie  – przyznałem chętnie. Rumienię się ze wstydu, Wiktorze, że tak urocza myśl nigdy nie zawitała w mojej głowie, choć różne idee i pomysły tam chadzają. Czasem bez mojego udziału. Od ręki zrewanżuję ci się krótkim żarcikiem. Chyba go nie znasz. Koncentruj się.

Pewien mężczyzna wraca wcześniej do domu z delegacji służbowej i zastaje żonę w łóżku z nieznanym facetem. Patrzy i oczom nie wierzy.

Co ten facet robi w moim łóżku? – krzyczy do żony.

Cuda, kochanie, cuda! – odpowiada entuzjastycznie kobieta głosem pełnym słodyczy.

Wiesz, jak kobiety potrafią słodzić głos, kiedy ogrania je zachwyt – dopowiadam zanim Wiktor wpadnie w euforię olśniony moją bajką o przewrotności kobiet i okrucieństwach losu spotykających mężczyzn w delegacji.

Nie podoba mi się twoja bajka. Nie lubię delegacji służbowych. Kiedyś lubiłem, teraz już nie. Chyba się starzeję.

Nie martw się, Wiktorze. Wszyscy znamy ten ból, a najbardziej ci, którzy mają dobrą pamięć. Mnie ona nie zawodzi – odpowiedziałem pewnie jak beton łamiący się pod ciężarem worka z kapustą. Czasem miewam wątpliwości, ale to szybko mi przechodzi. A propos, chciałem ci coś powiedzieć, ale nie pamiętam co. Nie wiesz przypadkiem, o co mi chodziło?

Wiktor odpowiedział przecząco. Miałem mu za złe, że w chwili potrzeby nie jest w stanie okazać mi życzliwości. Uczucie to przeminęło wraz z falą wielkodusznego przebaczenia, która zapomina o mnie tylko wtedy, gdy słucham dyskusji polityków w telewizji. Zamiast wybaczenia nachodzi mnie wtedy pytanie: Czym ich karmią? Musi to być żarcie marnej jakości i nieświeże. Toksyczność aż z nich promieniuje.

Tu myśl ma skoczyła w bok jak rozbawiony źrebak i zapytałem ni z tego ni z owego: Czy sądzisz Wiktorze, że politycy powinni otrzymywać lewatywę przed każdą dyskusją w telewizji?

Absolutnie tak. Przed, w przerwie i po dyskusji – odpowiedział przyjaciel bez wahania. Na koszt państwa – dodał po chwili zastanowienia, że jego też by to kosztowało.

Rozstaliśmy się w podniosłych nastrojach. Rzadko zdarza się, aby ludzie byli tak zgodni w przekonaniach politycznych.

Miniatura literacka: Jesienny dzień w życiu Michaiła Michaiłowicza

Wstał z łóżka wcześniej niż planował i od razu upadł na kolana, ale nie z pobożności. To niedożywiony umysł wypowiedział mu posłuszeństwo. U Michaiła Michaiłowicza mózg, który oprócz wody i dużej ilości pierwiastków z tablicy Mendelejewa prawdopodobnie mieści także pamięć i centrum zarządzania,  jak stary kawaler prowadził ostatnio samodzielne życie. Budzi się i idzie spać, kiedy chce, jest krnąbrny jak małolat odmawiając posłuszeństwa w najmniej oczekiwanym momencie, a czasem buntuje się jak opozycja sejmowa wobec obiektywnej rzeczywistości. Takie to przemyślenie nawiedzało coraz częściej naszego bohatera.

Znowu nie wypiłem kawy – skromniutka myśl błysnęła niby ognik świętojański i ogrzała trzy komórki zaspanego umysłu. Od błysku zatlił się ogień przytomności i zmusił organiczną całość do udania się do łazienki. Michaił Michaiłowicz otworzył drzwi i wykrzyknął: O, naga kobieta! Jej piersi lśniły blaskiem dojrzałego atłasu. Właścicielka tych cudowności przebywała chyba w innym świecie, gdyż ofuknęła niewinnego i jakżeż życzliwego jej obserwatora: Wyjdź i zamknij drzwi. Nie przeszkadzaj mi. Domyślił się, ze była to jego rodzona żona. Któż inny zresztą mógłby to być? – wydedukował bez większego wysiłku.

W kuchni przyległej do salonu uczynne dłonie bardziej wyrozumiałej istoty żeńskiej podały mu kawę. To już druga kawa– podpowiedział Michaiłowi zmysł matematyczny, jedyny, który zachował pamięć. Pierwsza, wypita o godzinie szóstej rano, prawie poszła w zapomnienie jak roztopione widziadło senne. Adresat dobroczynności nie wiedział, czy przyjąć kubek, czy z wdzięczności od razu całować rączki anioła. Słusznie czy nie słusznie wybiorę to pierwsze –zdecydował nie całkiem pewny moralności wyboru i czynu.

Dziękuję pani – odpowiedział i ni z tego ni z owego zadał pytanie: Czy z braku kawy można sobie samemu skopać tyłek dla dodania otuchy i energii? Oczy adresatki zrobiły się okrągłe jak dwa spodeczki, lecz nie straciły fasonu. Obawiam się, że ma pan za krótkie nogi, Michale Michaiłowiczu. Zainteresowany uznał odpowiedź za wiarygodną i nie kontynuował tematu. Krótkie, to krótkie. Dobrze, że w ogóle je mam – pocieszył się w strapieniu.

Ożywiony darem południowoamerykańskiego krzewu kawowego, wrzątku i kobiecej życzliwości Michaił Michaiłowicz podszedł do wielkich oszklonych drzwi balkonowych i wyjrzał na świat. Na dworze rządziła niepodzielnie mgła. Wiatr migotał listkami brzozy ubranej w październikowe lampki żółci, czerwieni, brązu i odchodzącej zieleni. Cóż za kalejdoskop – czule odnotował Michaił Michaiłowicz.

Ponaglany przez żonę słowami „Kochanie, przecież mi obiecałeś” Michaił Michaiłowicz ubrał się i wyszedł po zakupy. Po drodze odsłaniały się przed nim przedziwne sceny: a to zielona nieco spłaszczona żabka, która zdecydowała się na pochówek na środku chodnika, a to trzeźwy mężczyzna, normalnie ubrany i w obuwiu, a to srebrno-atłasowy kot, który dłuższy czas stał nieruchomo świdrując przechodnia żółtymi ślepkami.

Miłośnik zwierząt usiłował przywołać futrzaka ciepłymi słowami bogatymi w nazwy wyrobów mięsnych i suchego pokarmu dla kotów, jednakże ten pozostał nieufny jak dziewczyna mamiona przez adoratora na pachnące siano w celach niewinnej rozmowy. Po wyjściu za bramę „Kolorowego Osiedla” Michaił spotkał wzruszającą parę: trzyletnia dziewczynka z zapłakaną buzią osłoniętą granatową czapką dżokejką, siedząc w ramionach tatusia skarżyła mu się na coś przykrego, a ten pocieszał córeczkę ciepłymi i łagodnym słowami. Miłości nie da się opisać, można jej tylko doznać i zobaczyć – Michaił Michaiłowicz umacniał w sobie to przekonanie w drodze do sklepu. Kiedy to uczynił, bez kawy i bez wysiłku doszedł do nieodpartego wniosku, że nie musi czekać do zachodu słońca, aby uznać dzień za udany i szczęśliwy.