O astronomicznej mentalności

Komentarz Czytelnika zamieszczony w poprzednim blogu zaimponował mi i ucieszył mnie tak bardzo, że postanowiłem zamieścić go jako nowy krótki wpis. Komentarz wyjaśnia naukowo, jak to jest z kobietami, które są z Wenus. Są tacy, którzy nie wierzą w Boga, ale czy można nie wierzyć w naukę? O takim bezeceństwie jeszcze nie słyszałem!

Oto treść wypowiedzi Czytelnika:  „Zakłócenia w komunikacji miedzy Marsem a Wenus spowodowane są pewnie ziemską orbitą, która dzieli odległość między nimi w nierównych proporcjach. Z Ziemi do Marsa jest 56 mil.km, a z Wenus do Ziemi tylko 38 mil.km. Dodatkowo doba na Wenus jest dłuższa od roku i jakby tego było mało to Planeta obraca się odwrotnie od pozostałych czyli z Zachodu na Wschód. Mając powyższe na uwadze nie dziwi mnie przypisywana jej ( słusznie ) mentalność Kobiety”.

Powyższą argumentacje zamieszczam jako odtrutkę na zawartość serwisu „Faceci to kretyni”, na którym 50 000 kobiet prowadzi propagandę poniżania potomków biblijnego Adama, którego stworzył przecież sam Pan Bóg. Moja pobożność, która nie wiem dlaczego rozkwita głównie nocą i poi mnie miłością bliźniego każe mi zawołać: „Wybacz im, Panie, albowiem nie wiedzą, co czynią”.

Rozmowa Marsa z Wenus

Ten blog zawsze planowałem popełnić. Chodzi mi po głowie od bardzo dawna i męczy. Może nawet od dziecka. Dzieciństwo jest trudnym okresem, jeśli dojrzewasz zbyt wolno. Potem też może być ciężko. Kiedy już dojrzałeś, istnieje niebezpieczeństwo, że zdziecinniejesz zbyt szybko. Czuj duch, gdyż trudno jest czasem zauważyć zmiany zachodzące w sobie samym. Będąc blisko siebie, co jest nieuniknione, tracisz właściwy dystans obserwacji o ile nie masz rozdwojenia jaźni. To tak, jakbyś ustawił sobie kieliszek na nosie i oceniał jego zawartość unikając zeza lub zadyszki oczu.

On jest z Marsa, Ona jest z Wenus. Nie znaczy to, że on ma marsową minę i jest dzielny jak Marsjanin, a ona jest piękna jak Wenus, choć nie jest to wykluczone. Znaczy to, że są to planety bardzo od siebie oddalone. Potrafią znaleźć się także w takiej konfiguracji niebieskiej, że będąc bardzo blisko siebie są bardzo daleko. Komunikacja jest wtedy utrudniona, ulega deformacji i wymaga interpretacji.

Interpretacja słów kobiety to najbardziej karkołomna szkoła jazdy. Ci, którzy ją ukończyli, to osoby o niebiańskiej cierpliwości, słabosłyszący lub pantoflarze. Nie wiem jak radzą sobie inni mężczyźni, bo ja czuję się stale w lesie i tam już pozostanę. „Prędzej wielbłąd przejdzie przez ucho igielne, nim mąż prawy zrozumie kobietę” – mówi Pismo Święte. Zastrzegam się, że nie znam tak dobrze Pisma Świętego jak Świadkowie Jehowy, których Bóg obdarzył szczególną pasją wiary i nadzwyczajną wytrwałością nawracania tych, którzy już wierzą w Boga.

Nie podejmę ryzyka opiniowania zachowania kobiet. Życie jest mi nadal miłe. Podam za to przykłady, jak myśli i mówi kobieta. Przysięgam, że są one wzięte z życia. Podrzucili mi je przyjaciele, mam też własne obserwacje. Za progiem stoją tysiące innych przykładów gotowych świadczyć prawdę.

Scena 1: Mąż podaje żonie posiłek

Czym będziesz jadła?

Sama nie wiem.

Jak się zdecydujesz, to mi powiesz, dobrze?

Musi być i jedno i drugie.

Co masz na myśli?

Widelec i łyżkę.

Scena 2: Maż wychodzi z domu po zakupy

Czy mam ci kupić coś z pieczywa?

Tak, bułeczkę, z tych długich krótkich, ale nie innych.

Scena 3: Żona zwraca się do męża:

Czy przyniosłeś odkurzacz z piwnicy?

Nie, ale zaraz przyniosę.

Dobrze. Teraz podaj mi pantofle. Trzeba bardzo dobrze wytrzeć szmatą.

Pantofle?

Nie, odkurzacz!

Moją prezentację zgrabnie uzupełnił Wiktor. Wnioski, do których doszedł sam, bez pomocy zewnętrznej, są następujące:

Kobiety są uroczo enigmatyczne, Mówią tak, abyś musiał zgadywać lub domyślać się, o co dokładnie chodzi. Co ona ma na myśli? – Oto jest pytanie, które musisz sobie nieprzerwanie zadawać.

Kobiety mówią skrótami. Ten, kto wymyślił alfabet Morsa a może nawet i trudniejsze szyfry, to nie był On, tylko Ona. Skrót jest podstawą myślenia i wyrażania się kobiety. Jeśli nie wiesz, jaki to skrót, to jesteś nie na czasie. Przyznaj szczerze, że nie nadążasz. Jeśli to cię bardzo męczy, to pomyśl, że możesz zostać pustelnikiem.

 

Życzenia Wielkanocne 2014

Otrzymaliście już Państwo życzenia od przywódców politycznych i duchowych. Niewiele więcej szczęścia może Was już spotkać. Tym niemniej nachalnie wpycham się z moimi życzenia, płynącymi od serca z jedynej w kraju Ambony Obiektywnej Prawdy.

Życzę wszystkim moim Czytelnikom oraz ich Rodzinom, Przyjaciołom i Znajomym radosnych, pogodnych i ciepłych Świąt Wielkanocnych z dodatkiem w postaci wypasionego zajączka objuczonego sakwami pełnymi nowych banknotów w dużych nominałach. Tym, którzy mnie nie czytają, nic nie życzę, ponieważ moje życzenia i tak do nich nie dotrą.

W szczególności zaś życzę:

  • Samotnym – zastanowienia się nad myślą (chyba) Sokratesa: „Czy się ożenisz, czy się nie ożenisz i tak będziesz tego żałować”.
  • Biednym – dużych pieniędzy w Toto Lotku.
  • Pracoholikom – opamiętania.
  • Osobom duchownym na stanowiskach – umiaru w jedzeniu, piciu i wypowiedziach.
  • Bogatym – aby ich nie okradziono.
  • Mężczyznom – aby żyli dłużej.
  • Kobietom – cudownych kosmetyków, kosztownej biżuterii i nieprzeklinania.
  • Zwolennikom PiS – utrzymania przy władzy Jarosława Kaczyńskiego, gwaranta zwycięstw opozycji.
  • Zwolennikom PO – pozostania Jarosława Kaczyńskiego przy władzy w PiS.
  • Antoniemu Macierewiczowi – świętości.

Niedzielny esej o pisarzu, biskupie i złodzieju

Jedna krótka niedziela i tyle przeżyć. Z braku wielkich wydarzeń, małe stają się wielkie. Zależy to od umiejętności powiększania, której służy nie tylko szkło powiększające, lornetka i mikroskop. To umiejętność życiowa, umykająca uwadze, ale ważna. Przynajmniej dla pisarzy.

Przeglądam teraz (bardziej niż czytam) biografię autorstwa Denisa Briana: „Hemingway. Jaki był naprawdę. Wspomnienia tych, którzy go znali”. Bohater autobiografii, w swoim czasie najbardziej znany pisarz na świecie, umiał powiększać. Miał też inne umiejętności, dzięki którym do dzisiaj trudno jest rozwikłać prawdziwą historię jego życia. Relacje z wydarzeń, w których uczestniczył. są niekiedy tak pogmatwane, że nie wiadomo, co jest, a co nie jest prawdą. Jakie były jego stosunki z ważnymi ludźmi, gdzie i kiedy co powiedział, i czy to w ogóle to powiedział. Hemingway był twórcą sprzeczności, dzięki którym skutecznie budował swoją legendę. Jedyna zgodność w biografiach Hemingwaya sprowadza się do tego, że był postacią fascynującą, bogatą i urzekającą.

Z przeszłości wracam do teraźniejszości, czyli minionej niedzieli. Nie chcę utknąć na Hemingwayu. Jest zbyt tragiczny i pogmatwany. Życie zakończył samobójstwem.

Mój niedzielny bohater podobny był do Hemingwaya masywną sylwetką i mocnym umięśnieniem. Poza tym wyróżniał się czerwoną, plamiastą twarzą, przekonywująco wyrażającą tęsknotę za otępieniem umysłowym. Intuicja podpowiadała mi, że nie była to charakteryzacja. Tak czy inaczej, imponował swoim wyglądem. Patrzysz, i od razu jesteś pod wrażeniem. Rzeczony chojrak przeszedł obok mnie w „Biedronce”, kiedy oglądałem wina. To nas zbliżyło do siebie w sensie zainteresowań. Mimowolnie stał mi się bliższy. Dwie minuty później okazało się, że z alkoholem łączą go głębsze uczucia, wręcz namiętność. Ujawnił to, kiedy usłyszałem zdecydowany głos wysokiego powagą i wzrostem funkcjonariusza „Biedronki”: Proszę odstawić to na półkę! Osiłek podszedł do półki z alkoholami, wyjął zza pazuchy dwie butelki wódki 0,75 litra i umieścił tam, skąd je wziął. Wrócił do funkcjonariusza, który zaimponował mi przenikliwością natury ludzkiej albo znajomością osiłków w kurtkach ortalionowych. Proszę odstawić resztę! – Zażądał despotycznie pracownik Biedronki.

Tego się nie spodziewałem! Bohater dnia wrócił na miejsce i odstawił jeszcze jedną butelkę wódki! Patrzył w kierunku prześladowcy spode łba, co było zrozumiałe. Trudno jest patrzeć prosto przed siebie, kiedy ktoś ma nad tobą przewagę i stawia ci żądania nielicujące z „godnościom osobistom” i ważnymi potrzebami życiowymi. Pomyślałem, że Czerwonogęby jest marksistą, co to odbiera bogatym i daje biednym, których osobiście reprezentował. Marksizm niestety nie jest już w modzie z prostych względów: okazał się niepraktyczny, gdyż wchodził w kolizję z duchowością proletariatu jak i klas próżniaczych. W walce klasowej demokracja pokazała lwi pazur i komunizm, niegdyś w Polsce dla zmyłki zwany socjalizmem, poszedł w odstawkę. Niech mu ziemia lekką będzie!

Odrobina dygresji z ekonomii politycznej nie zwalnia mnie od podsumowania klasowej walki o trzy butelki wódki. Złodziej nie został nazwany złodziejem, a Biedronka nie odebrała mu licencji nielegalnego przywłaszczania mienia wzywając policję. Obawiam się, że może to zachęcać najwytrwalszych zwolenników bojów o alkohol do praktykowania sklepowej zabawy w „A kuku!”.

Dodatkiem do niedzieli była wiadomość, która ubawiła mnie skojarzeniem. Chodziło o przyjazd do Warszawy biskupa z małżonką. Wyobraziłem sobie Arcybiskupa Głodzia połączonego węzłem małżeńskim z pobożną niewiastą, jak kroczą dostojnie po czerwonym dywanie w dniu przyznawania Oskarów głosząc chwałę Stwórcy, kina i dobrego towarzystwa.

Nie wszystkich duchownych Bóg uszczęśliwił jednak prawem do ożenku. Są tacy, którym się powiodło. Kościoły anglikański, starokatolicki i ewangelicki pozwalają duchownym zawierać związki małżeńskie. Ma to oczywiste zalety: kiedy żona ci dokucza, uciekasz do Boga. Nie ma niestety ucieczki w drugą stronę, gdyż Pan Bóg nie dokucza. Najwyżej przypomina o czymś, co zapomniałeś, lub upomina w sprawie, którą opatrznie zrozumiałeś, czyniąc to ustami duchownych. Zwykły człowiek nie jest w stanie uniknąć pośrednictwa osoby duchownej, gdyż w dobie telefonu komórkowego mało kto utrzymuje bezpośredni kontakt z Bogiem. Pan Bóg podobno jest tradycjonalistą i nie znosi nowoczesnych technologii.

Fragmenty życia

Nikanor popełniał błędy. Wiele błędów. Zbyt wiele błędów. Przypominanie sobie, że „errare humanum est” niewiele pomagało.

– Wszyscy popełniają błędy. To jest jakaś pociecha. Z drugiej strony, dlaczego to ja mam je popełniać i ponosić ich konsekwencje? – Nikanor wtłaczał w siebie pytania nie wiadomo po co, bo przecież nie otrzymywał żadnej odpowiedzi.

Swoją karierę „błądzącego rycerza” na wzór tego z „de la Mancha” stopniował w kategoriach przemyśleń, jakie go nachodziły. Nie szukał ich, same mu się naprzykrzały częstymi wizytami.

– Błędy to dziwne stwory. – Rozmyślał w sposób typowy dla istoty, której mózg pracuje szybciej niż ręce i nogi, i skupia całą energię organizmu do tego stopnia, że nie wystarcza jej na koncentrację i słyszenie głosów innych ludzi.

– Bóg wybacza błędy, ludzie nie! – Przyszło mu to kiedyś do głowy. Od lat napotykał opór wybaczenia sobie samemu. Często czytał i słyszał, jakie to jest ważne i teoretycznie uznawał, że to prawda. Może nie teoretycznie, ale w jakiś nieokreślony sposób. Brakowało jej konkretu. Nie była to prawda oczywista, dosadna i namacalna, jak budzenie się do życia drobniutkich migocących listków na brzozach oglądanych z góry, z wysokiego piętra budynku, który raz stał nad morzem, a raz wśród wzgórz pofałdowanego terenu.

Nie będąc poetą, odczuwał natchnienie i radość obserwacji i refleksji. Było to jego malutkie szczęście, urastające poetycznymi fragmentami życia do rangi szczęścia znaczącego. Tak przynajmniej sobie życzył i pragnął. Rzecz w tym, że nie wszyscy o tym wiedzieli, rozumieli i akceptowali. Miano mu za złe wiele rzeczy.

– I słusznie! – Zareagował głos wewnętrzny, uparty uczestnik współistnienia Nikanora z samym sobą. Konstrukcja owego współistnienia była wyjątkowo kłopotliwa. On, Nikanor, i jego wnętrze, dwie istoty, dwa twory biologiczno- duchowe. Stale w niekończącym się procesie interakcji, rozmów, nawet sprzeczek, kiedy nie zgadzały się ze sobą jak dwoje dzieci na piaskownicy pragnących używać w tym samym momencie tego samego niebieskiego wiaderka i plastikowego szpadelka do piasku.

Decyduje o tym wola posiadania, trzeci tworek, który przyplątuje się Bóg wie skąd i decyduje o postępowaniu człowieka – Nikanor starał się zdefiniować i rozgryźć zawiłości życia na etapie piaskownicy i dojrzałej męskości.

In Vitro Veritas. Rozpacz i Nadzieja.

Do mieszkania przenikało już światło dnia zimowego, kiedy zawitała Inspektorka ds. Perfekcji, pani Razynka, oddelegowana do małżeństwa Z przez Organizację Ambitnych Kobiet Polskich. OAKP powstała jak Sfinks z tym, że nie z popiołu, ale z pragnień kobiet rodzących się z wbudowanym mechanizmem perfekcji. Perfekcja objawia się w każdym najmniejszym akcie ich działań i zajmuje tak wiele miejsca, że mężom pozostaje już tylko akt skruchy. Albo depresji. To fantastyczne odkrycie zostało opisane w miesięczniku chirurgicznym „Lancet na mężczyznę”, który stwierdził: „Dotychczas sądzono, że u podstaw depresji mężczyzny leży jego własna skłonność do perfekcji. Teraz już wiemy, że jest to perfekcja żony lub partnerki, dawniej zwaną kochanką, przyjaciółką lub konkubiną”. Czytaj dalej

O zagubieniu damsko-męskim

Zebranie w bibliotece publicznej miało na celu dyskusję, która rozgrzałaby ludzi w deszczowy zimny dzień.

Kto pierwszy zabierze głos? Dyskusja jest na dowolny temat, aby tylko był gorący. – Kierowniczka biblioteki podjęła przewodnictwo zebrania.

Kim chciałbyś być? – Wiktor pierwszy wyrwał się z pytaniem. Wywołało ono konsternację. Pytający z satysfakcją potoczył okiem triumfatora po sali.

Pytanie jest proste jak drut, Wiktorze. – Usiłowałem ratować honor trzódki zagubionych współplemieńców bibliotecznych. Czytaj dalej

Opętanie

Okresy początkowe rodzą dzieci absurdu i opętania. Tak jest z początkiem roku, który w ogóle nie jest początkiem, gdyż czas jest ciągły. Jeśli wierzysz w Nowy Rok, to równie dobrze mógłbyś uwierzyć, że noga zaczyna się od kolana albo od kostki. Nowy Rok jest Starym Rokiem, który powiedział sobie: Dzisiaj odradzam się w niewiadomym celu. Bo czas nie ma celu. A może ma? – Zadał sobie pytanie osobnik wybrany na mężczyznę przez nieznane siły.

Samoistny rozum patrzył przez okno i obserwował go. Mężczyzna szedł do tyłu, ale wyglądało to tak, jakby szedł do przodu. Bo gdzie jest tył, tam jest przód. Wystarczy, że się obrócisz o 180 stopni. Podobnie jest z golizną. Wewnątrz ubrania jesteś goły jak święty turecki albo jak oskubany indyk. Albo jak nowonarodzony polityk, który nie mając w sobie ani jednej myśli jest próżny jak pustak cementowo-wapienny albo dźwięk, który nadto jest głuchy jak pień. Tak sobie spekulował samotny rozum, milcząco i poważnie, posiłkując się terminologią budowlaną i przyrodniczą.

Dzień był słoneczny w sposób ekscentryczny. Światło nie dochodziło do mieszkań z zewnątrz, tylko promieniowało od wewnątrz z kuchni, łazienki, pokojów. Oświetlało i ogrzewało ściany i obrazy. Było przyjemnie. Nie wszyscy jednak cieszyli się. Prezes firmy „Energia dla Narodu” załamał się, kiedy mu powiedziano, że pobór energii spadł poniżej zera i zamarzł na kamień.

To gorsze niż bankructwo. To dyshonor dla mnie, głód dla rodziny, nędza dla narodu i spadek dochodów dla państwa – pomyślał ten dzielny człowiek. Nie zastanawiał się długo, wezwał zastępcę, posłał po sznur i kazał ciasno przywiązać się w pasie, gdzie wymacał żołądek. Zmarł z głodu podszytego rozpaczą. Czemuż, ach, czemuż, nie mamy więcej takich prezesów? – Zawyło echo, kiedy wydawał ostatnie tchnienie.

Kobieta jest odwróconym facetem. Tam gdzie jest on wypukły, ona jest wklęsła, a gdzie on wklęsły, ona jest wypukła. Wkłęsłości i wypukłości nie sumują się jak plus i minus, ponieważ plus może być większy od minusa i na odwrót.

Kobieta jest mózgiem – wykrzyknęła niewiasta wyraźnie ponętna, lecz niezdająca sobie z tego sprawy. Mózgiem skorumpowanym – coś odkrzyknęło w odpowiedzi z rogu mieszkania zakrytego kanapą mieszczącą w swych wnętrznościach butelki wina, piwa oraz cykorię i książkę kucharską „Kamasutra na stole kuchennym”. Myśl o korupcji była tak przejmująca i szalona, że krzykadło nie chciało ujawnić swej tożsamości. – Podaj chociaż datę wydania dowodu osobistego, jeśli nie możesz podać numeru PESEL – błagali obecni w pokoju. Kwalifikujesz się do nagrody Nobala w dziedzinie pomysłów literackich.

Krzyki o mózgu rozpaliły debatę na temat istoty kobiecości i męskości. Kobiety są piękne, słodkie, powabne i czułe. Dzięki tym cechom potrafią być równocześnie (podkreślam „równocześnie”) zdradliwe, podłe i okrutne. To samo dokładnie można powiedzieć o mężczyznach z tym, że zamiast „piękny” mówimy „przystojny”, zamiast „słodki” mówimy „delikatny”, zamiast „powabny” mówimy „miły” itd. Rzecznik powszechnie znanej i popularnej partii politycznej jest piękny, słodki, powabny i też jest strawny dla wielu. Krótko mówiąc, jesteśmy mieszańcami cech męskich i żeńskich. W pstrokaciźnie obojnactwa jakoś pchamy ten świat do przodu. My: trefnisie, księgowi, pisarze, babki klozetowe, dyrektorzy zakładów przetwarzających mięso padłych zwierząt, lubieżnicy i paranormalni rodzice.

Od czasu Adama i Ewy tony zjedzonych jabłek, środki masowego przekazu oraz nawoływania Jarosława K. zmieniły naturę kobiety i mężczyzny. Najważniejsze w tyglu zmian są jabłka; smaczne, lecz niebezpieczne. Ich smak, najwyższy w pieczonej kaczce, potęguje jej żeński charakter wsparty na kruchości i delikatności zachęcając do natychmiastowej entuzjastycznej konsumpcji. Myśl ta poraża jak piorun z jasnego nieba, gdyż nawet wegetarianina może doprowadzić do kanibalizmu. Aby uniknąć nieszczęścia, kanibal z wegetarianką wyszli do drugiego pokoju w celu przedyskutowania na gorąco drażliwego tematu. Zamiast trzymać się za ręce nieśli między sobą opasłe tomisko „Kamasutry na stole kuchennym”. Było to ciężar tak znaczny, że już w drodze zrzucili z siebie wierzchnie wdzianka. Szli ochoczo inspirowani szlachetnym pragnieniem pojednania.

Drodzy Czytelnicy!

Powyższy wpis na blogu nie jest typowy. Napisałem go z potrzeby serca, aby dać wyraz fantazji, absurdalności, nonsensowi i potrzebie świeżości. Został on stworzony dla rozrywki i przyjemności, którą odnajdujemy w słowach, myślach i skojarzeniach. Jeśli podoba się Wam, dajcie znać przez komentarz pod blogiem lub pisząc do mnie na adres michael.tequila@michaeltequila.com.

W styczniu br. zgłoszę mój blog do konkursu na najlepszy blog roku. Konkurs obejmuje wiele kategorii i w każdej wyróżnia dziesięć najlepszych blogów. Jest tam miejsce dla wielu blogerów i blogów. Organizatorzy konkursu namawiają, aby zachęcać przyjaciół, znajomych i rodzinę do czytania i zapisywania się na blog zgłoszony do uczestnictwa.

Będę Wam wdzięczny za życzliwą pomoc w popularyzacji mojego blogu.

Spotkałem ciekawych ludzi

Mgła i deszcz w temperaturze trzech stopni Celsjusza nie służą rozwojowi relacji z ludźmi. Z określenia „ludzie” wykreślam oczywiście tych polityków, którzy kolebią się niepewnie w społecznych kolejkach do sklepów, gdzie sprzedają szczęście na wagę.

Wyruszyłem do warzywniaka. Najpierw spotkałem dobrze zbudowanego mężczyznę, który w stroju z Lycry rozgrzewał nogi i tors przy bramce prowadzącej na ugór, gdzie niegdyś panował las. Przekształcanie lasu w ugór i gęsta zabudowa to specjalność firm deweloperskich. Dawniej podobnie pracował Władysław Gomułka, ale on przekształcał jasne kuchnie w piwnice bez okna, aby łatwiej było przechowywać wino.

Biegacz w obcisłym stroju prezentował ciało jak z czasów starożytnych olimpiad greckich. Sam też chciałbym tak biegać, zapytałem więc grzecznie, czy taki strój nie jest za zimny do biegania po deszczu. Zapytany udzielił mi wyczerpującej odpowiedzi z uśmiechem na twarzy, co zapisałem mu na duży plus. Jestem teraz bogatszy w wiedzę na temat zimowych przeciwdeszczowych strojów sportowych.

Kiedy zbliżałem się do bramy osiedla, kobieta podobna wiekowo do lekkoatlety przyciskała guziczki, aby mi otworzyć bramkę boczną. Domyśliłem się, że robiła to również dla siebie, co wydało mi się sprawiedliwe. Nie byłem w stanie ocenić jej kształtów, gdyż była grubo ubrana. Kobiety zimą są bardziej skryte niż mężczyźni, nad czym boleję jako artysta i żałuję jako człowiek, ponieważ nie mogę teraz zrelacjonować uroków tej postaci.

Jest Pani bardzo miła zgadując moje ciche życzenie – rzuciłem w jej kierunku. Nie miała mi z a złe, że rzucam słowa, gdyż obdarzyła mnie obfitym uśmiechem.

Zachęcony rezultatem dodałem ciepło: Święty Piotr zapisze ten dobry uczynek pod pani numerem PESEL. Niepewne spojrzenie niewiasty kazało mi wyjaśnić tajemnicę wszechobecnej numeracji.

W kolejce użytkowników PESELU na przedzie stoi Urząd Skarbowy, który jest pewniejszy w działaniu niż śmierć, a jeśli nie pewniejszy to z pewnością szybszy w dotarciu do portfela i serca obywatela. Potem idzie Święty Piotr z urzędem meldunkowym, szybciej, sprawniej i taniej rejestrującym przybycie dostojnego gościa ziemi niż jego naziemna służba (kościelno-cmentarna – dodam poufnie), potem Wydział Meldunkowy Urzędu Miejskiego, Urząd Komunikacyjny z dokumentacją rejestracji pojazdów i wiele, wiele innych urzędów.

Kobieta odeszła uspokojona podobnie jak Jarosław Kaczyński po powrocie z Ukrainy, gdzie gorąco zachęcał naszych sąsiadów do zapisywania się do Unii Europejskiej, aby kilka dni później, 13 grudnia, w „Dzień Zwycięstwa nad Solidarnością i Narodem” radośnie przekonywać Polaków do Unii transparentem „Unia Europejska = Obóz Koncentracyjny”. Napis był w języku niemieckim chyba dlatego, że Wielki Wódz Indian, Mała Kopa, wolałby, aby najpierw dowiedzieli się o tym Niemcy, a dopiero potem Polacy.

Mała Kopa to nasz wspólny, rodzimy, niesforny, rubaszny a zarazem pobożny Indianin wychowany na diecie z dużą ilością cholesterolu. Oprócz niskich emerytur wszyscy odziedziczyliśmy w spadku po PRL-u także Wielkiego Wodza. Zrozumienie Małej Kopy wymaga znajomości języków obcych, niemieckiego i ukraińskiego, oraz psychologii, a może nawet psychiatrii. Na pewno psychiatrii – twierdzę po namyśle.

Miniopowiadanie: Niewinne wygłupy i poważne wspomnienia

Dawno już nie widziałem Wiktora, przyjaciela z lat dziecinnych, objawiającego się cieleśnie a ostatnio najczęściej wizyjnie poprzez Skype’a. Kiedy zadzwonił i połączyliśmy się, powitał mnie radosnym okrzykiem „Cześć pracy” nielicującym z jesienną pogodą. Chyba wygrał większe pieniądze na loterii – ucieszyłem się bez wysiłku. Męczy mnie tylko dłuższe myślenie oraz ludzie, którzy myślą dłużej niż ja.

Powiem ci coś o kobietach, czego zapewne nie wiesz – zaproponował Wiktor bez wstępu. „Naga kobieta w łóżku jest jak liść osiki drżący przed jesiennym podmuchem wiatru, jakim jest mężczyzna zdolny do heroicznych czynów”.

Nie, tego nie znałem. Piękne to jest i poetyckie  – przyznałem chętnie. Rumienię się ze wstydu, Wiktorze, że tak urocza myśl nigdy nie zawitała w mojej głowie, choć różne idee i pomysły tam chadzają. Czasem bez mojego udziału. Od ręki zrewanżuję ci się krótkim żarcikiem. Chyba go nie znasz. Koncentruj się.

Pewien mężczyzna wraca wcześniej do domu z delegacji służbowej i zastaje żonę w łóżku z nieznanym facetem. Patrzy i oczom nie wierzy.

Co ten facet robi w moim łóżku? – krzyczy do żony.

Cuda, kochanie, cuda! – odpowiada entuzjastycznie kobieta głosem pełnym słodyczy.

Wiesz, jak kobiety potrafią słodzić głos, kiedy ogrania je zachwyt – dopowiadam zanim Wiktor wpadnie w euforię olśniony moją bajką o przewrotności kobiet i okrucieństwach losu spotykających mężczyzn w delegacji.

Nie podoba mi się twoja bajka. Nie lubię delegacji służbowych. Kiedyś lubiłem, teraz już nie. Chyba się starzeję.

Nie martw się, Wiktorze. Wszyscy znamy ten ból, a najbardziej ci, którzy mają dobrą pamięć. Mnie ona nie zawodzi – odpowiedziałem pewnie jak beton łamiący się pod ciężarem worka z kapustą. Czasem miewam wątpliwości, ale to szybko mi przechodzi. A propos, chciałem ci coś powiedzieć, ale nie pamiętam co. Nie wiesz przypadkiem, o co mi chodziło?

Wiktor odpowiedział przecząco. Miałem mu za złe, że w chwili potrzeby nie jest w stanie okazać mi życzliwości. Uczucie to przeminęło wraz z falą wielkodusznego przebaczenia, która zapomina o mnie tylko wtedy, gdy słucham dyskusji polityków w telewizji. Zamiast wybaczenia nachodzi mnie wtedy pytanie: Czym ich karmią? Musi to być żarcie marnej jakości i nieświeże. Toksyczność aż z nich promieniuje.

Tu myśl ma skoczyła w bok jak rozbawiony źrebak i zapytałem ni z tego ni z owego: Czy sądzisz Wiktorze, że politycy powinni otrzymywać lewatywę przed każdą dyskusją w telewizji?

Absolutnie tak. Przed, w przerwie i po dyskusji – odpowiedział przyjaciel bez wahania. Na koszt państwa – dodał po chwili zastanowienia, że jego też by to kosztowało.

Rozstaliśmy się w podniosłych nastrojach. Rzadko zdarza się, aby ludzie byli tak zgodni w przekonaniach politycznych.

Miniatura literacka: Jesienny dzień w życiu Michaiła Michaiłowicza

Wstał z łóżka wcześniej niż planował i od razu upadł na kolana, ale nie z pobożności. To niedożywiony umysł wypowiedział mu posłuszeństwo. U Michaiła Michaiłowicza mózg, który oprócz wody i dużej ilości pierwiastków z tablicy Mendelejewa prawdopodobnie mieści także pamięć i centrum zarządzania,  jak stary kawaler prowadził ostatnio samodzielne życie. Budzi się i idzie spać, kiedy chce, jest krnąbrny jak małolat odmawiając posłuszeństwa w najmniej oczekiwanym momencie, a czasem buntuje się jak opozycja sejmowa wobec obiektywnej rzeczywistości. Takie to przemyślenie nawiedzało coraz częściej naszego bohatera.

Znowu nie wypiłem kawy – skromniutka myśl błysnęła niby ognik świętojański i ogrzała trzy komórki zaspanego umysłu. Od błysku zatlił się ogień przytomności i zmusił organiczną całość do udania się do łazienki. Michaił Michaiłowicz otworzył drzwi i wykrzyknął: O, naga kobieta! Jej piersi lśniły blaskiem dojrzałego atłasu. Właścicielka tych cudowności przebywała chyba w innym świecie, gdyż ofuknęła niewinnego i jakżeż życzliwego jej obserwatora: Wyjdź i zamknij drzwi. Nie przeszkadzaj mi. Domyślił się, ze była to jego rodzona żona. Któż inny zresztą mógłby to być? – wydedukował bez większego wysiłku.

W kuchni przyległej do salonu uczynne dłonie bardziej wyrozumiałej istoty żeńskiej podały mu kawę. To już druga kawa– podpowiedział Michaiłowi zmysł matematyczny, jedyny, który zachował pamięć. Pierwsza, wypita o godzinie szóstej rano, prawie poszła w zapomnienie jak roztopione widziadło senne. Adresat dobroczynności nie wiedział, czy przyjąć kubek, czy z wdzięczności od razu całować rączki anioła. Słusznie czy nie słusznie wybiorę to pierwsze –zdecydował nie całkiem pewny moralności wyboru i czynu.

Dziękuję pani – odpowiedział i ni z tego ni z owego zadał pytanie: Czy z braku kawy można sobie samemu skopać tyłek dla dodania otuchy i energii? Oczy adresatki zrobiły się okrągłe jak dwa spodeczki, lecz nie straciły fasonu. Obawiam się, że ma pan za krótkie nogi, Michale Michaiłowiczu. Zainteresowany uznał odpowiedź za wiarygodną i nie kontynuował tematu. Krótkie, to krótkie. Dobrze, że w ogóle je mam – pocieszył się w strapieniu.

Ożywiony darem południowoamerykańskiego krzewu kawowego, wrzątku i kobiecej życzliwości Michaił Michaiłowicz podszedł do wielkich oszklonych drzwi balkonowych i wyjrzał na świat. Na dworze rządziła niepodzielnie mgła. Wiatr migotał listkami brzozy ubranej w październikowe lampki żółci, czerwieni, brązu i odchodzącej zieleni. Cóż za kalejdoskop – czule odnotował Michaił Michaiłowicz.

Ponaglany przez żonę słowami „Kochanie, przecież mi obiecałeś” Michaił Michaiłowicz ubrał się i wyszedł po zakupy. Po drodze odsłaniały się przed nim przedziwne sceny: a to zielona nieco spłaszczona żabka, która zdecydowała się na pochówek na środku chodnika, a to trzeźwy mężczyzna, normalnie ubrany i w obuwiu, a to srebrno-atłasowy kot, który dłuższy czas stał nieruchomo świdrując przechodnia żółtymi ślepkami.

Miłośnik zwierząt usiłował przywołać futrzaka ciepłymi słowami bogatymi w nazwy wyrobów mięsnych i suchego pokarmu dla kotów, jednakże ten pozostał nieufny jak dziewczyna mamiona przez adoratora na pachnące siano w celach niewinnej rozmowy. Po wyjściu za bramę „Kolorowego Osiedla” Michaił spotkał wzruszającą parę: trzyletnia dziewczynka z zapłakaną buzią osłoniętą granatową czapką dżokejką, siedząc w ramionach tatusia skarżyła mu się na coś przykrego, a ten pocieszał córeczkę ciepłymi i łagodnym słowami. Miłości nie da się opisać, można jej tylko doznać i zobaczyć – Michaił Michaiłowicz umacniał w sobie to przekonanie w drodze do sklepu. Kiedy to uczynił, bez kawy i bez wysiłku doszedł do nieodpartego wniosku, że nie musi czekać do zachodu słońca, aby uznać dzień za udany i szczęśliwy.

Pokażmy się!

Prawo i Sprawiedliwość jest moją najulubieńszą partią. Była, jest i będzie, o ile nie umrze wskutek nagłego wypadku przy pracy. Wszyscy umierają, partie również. Tu pragnę jednak uspokoić czytelników: wszystkie partie, ale nie PiS, ponieważ jest to partia z wigorem. Jestem jej wdzięczny za niezwykłe pomysły i tematy, które mi wciąż podsuwa.

Przewodniczący PiS siedział przy biurku i redagował odezwę do społeczeństwa. Zaczął od słów: „Partia nasza pragnie pokazać społeczeństwu swoich najlepszych członków”. Zastanowił się chwilę, przekreślił trzy ostatnie wyrazy i napisał „swoje najlepsze członki”. Pisał jak w transie, był bowiem pod wpływem nadzwyczajnego aktu odwagi rzecznika PiS Adama Hofmana, który dla wielu jest najładniejszym ze wszystkich aktywistów partyjnych w Sejmie; ma dziewiczo gładkie oblicze i równie gładką wymowę.

„PiS jest w czołówce aktywności społecznej” – kontynuował Przewodniczący. „Kiedy rząd Donalda Tuska wlecze się jak stonoga zmordowana jazdą na chybotliwej hulajnodze, buduje mosty, wiadukty, autostrady i inne nikomu niepotrzebne obiekty, PiS podejmuje odważne próby zmiany rzeczywistości, aby przynieść ulgę społeczeństwu dręczonemu przez rząd, które samo go wybrało głupio głosując na PO i PSL zamiast na PiS”.

Adam Hofman pierwszy w kraju wyraził chęć obnażenia się i pokazania, że jego partia jest gotowa podjąć rozmowy na temat najważniejszy dla społeczeństwa: „Kto w kraju ma najdłuższe przyrodzenie?” Popieram jego inicjatywę, ponieważ jest to temat znaczący dla wszystkich mężczyzn czyli prawie 50 procent społeczeństwa. Biorąc pod uwagę także ambitne kobiety (oraz niektórych mężczyzn), dla których rozmiary też mają znaczenie, temat staje się ważny może nawet dla 75 procent społeczeństwa. Pozostałe 25 procent to dzieci i wczesne nastolatki, którzy umieją się tylko bawić przyrodzeniem (jeśli ten wątek bardziej cię ciekawi, poczytaj Freuda)

„PO na to nie stać” – kontynuował Przewodniczący PiS. To tchórze, z których żaden nie miałby śmiałości spojrzeć publicznie w kierunku rozporka, a tym bardziej podjąć dyskusji tak ważnej dla każdej rodziny i dla rozwoju demograficznego ojczyzny”. Ostatnie zdanie Przewodniczący pisał w gniewie, ponieważ nikt tak jak on nie docenia potrzeby zwiększonej dzietności oraz skrócenia wieku emerytalnego. „Marzy mi się Polska, gdzie jest bardzo dużo dzieci, które pracują na ludzi przechodzących na emeryturę w wieku 45 lat, a nie 70 lat, jak to chciałby Donald Tusk” – tego zdania wprawdzie nie napisał, ale tak sobie pomyślał. Kontynuował jednak pisanie.

„Intencje i słowa posła PiS Adama Hofmana nie spotkały się z należytym zrozumieniem całego społeczeństwa. Zostały one zbezczeszczone przez paparazzich, którzy fotografowali i nagrywali naszego bohatera oraz zdeformowany przez ludzi, którzy nie mają cywilnej odwagi dyskusji na temat ekshibicjonizmu, niezbędnego elementu rozwoju nowoczesnego społeczeństwa” – Prezes zakończył odezwę i z zadowoleniem odłożył na bok gęsie pióro, które wciąż używa dla zachowania najlepszych polskich tradycji.

Ukochanie

Była niedziela, dzień wolności. Joanna obudziła się z nieoczekiwanym poczuciem szczęścia. Zazwyczaj była zbyt zaspana, aby zdawać sobie sprawę z czegokolwiek. Sięgnęła ręką w bok, wzięła do ręki telefon komórkowy, Moja komóreczka – szepnęła. Zaczęła ją całować bez opamiętania, spontanicznie, namiętnie. Była dla niej wszystkim, co tylko może dać życie. Nie potrzebowała niczego ani nikogo więcej.

„Komóreczka” w czarnym etui z delikatnej cielęcej skóry była najpiękniejszą częścią jej życia. W istocie rzeczy była jej życiem. Nie mogła obejść się bez niej. Zabierała ja zawsze ze sobą, do pracy, autobusu, samochodu, kuchni, nawet ubikacji. Trzymała ją w kieszonce dużej torby damskiej, nie rozstawała się z nią ani na chwilę. Tylko wtedy, kiedy spała sama na dużym tapczanie, komórka leżała obok na stołeczku, który Joanna kupiła specjalnie w tym celu. Był dostatecznie niski, aby mogła łatwo sięgnąć po komórkę, aby ją popieścić. Czasem myślała, jak głupio żyją inni ludzie, inne kobiety. Jej niepotrzebny był mąż ani przyjaciel. Oczywiście nie miała nic przeciwko mężczyznom, ale jej wystarczał telefon komórkowy.

Brr! Żachnęła się. Co to za określenie! Telefon komórkowy! Może inni mają telefony komórkowe, ona miała swoją „komóreczkę”. Wprawdzie stanowiła ona coś małego, zamkniętego, ograniczonego, ale jej otwierała cały świat.

Zadzwoniła do przyjaciółki. Wiesz, Zosiu, jestem szczęśliwa – szczebiotała wtulając się w ciepło skóry komóreczki. Wiem wszystko, co mi potrzeba, dzięki mojemu Samsundżkowi. Mam dostęp do wszystkiego. Czy to nie cudowne?

Mów po ludzku! – upominała ją przyjaciółka. To nie żaden Samsundżek, tylko Samsung, najzwyklejsza, choć dobra firma, która produkuje także telewizory i garnki teflonowe. Przestań się wygłupiać, masz już przecież swoje lata, jesteś dojrzałą, w dodatku szczupłą i zgrabną kobietą. Mogłabyś znaleźć sobie kogoś, kto by cię popieścił, wprowadził trochę rozrywki w twoje jednostajne życie i któremu ty sama mogłabyś dać radość, zamiast wtulać się i szczebiotać do tego zakichanego Samsundżka. Mężczyźni tego potrzebują tak, jak wody czy jedzenia. Nie możesz żyć jak zakonnica. To wbrew Pismu Świętemu. Bóg stworzył kobietę i mężczyznę, aby żyli ze sobą. Ale co ty wiesz o Piśmie Świętym!

Nie masz racji, Zofio. Joanna użyła oficjalnej formy „Zofio” wiedząc, że przyjaciółka tego nie lubi. Chciała ją ukarać za pouczenia i treści, od których podświadomie uciekała. Zofia żyła w szczęśliwej relacji z partnerem, z którym spotykała się u siebie w mieszkaniu i uważała taki model życia za najlepszy dla samotnej kobiety.

Ja z komórki mam dostęp do wszystkiego. Oglądam prognozy pogody, słucham wiadomości, czytam plotki z wielkiego świata, rozmawiam z rodziną i przyjaciółmi, słucham pięknej muzyki. Nie mam czasu na czytanie książek i gazet, ale wiem więcej niż ty, mądralo! Przyjaciółka denerwowała ją czasami swoimi napominaniami, choć czyniła to w dobrej wierze i zapewne miała dużo racji. Joanna poprawiła muślinową apaszkę w kolorach marzycielskiego błękitu, powabnego brązu i przezroczystej szarości, uroczo zawiązaną z boku szyi w malutki węzełek i zakończoną figlarnym ogonkiem. Mężczyźnie podobałaby się i apaszka i ona sama z tym dodatkiem, ale ona o tym nie myślała. Miała sensowne biodra i była szczupła dzięki częstym spacerom i dobremu odżywianiu. Wiedziała o tym, ale chętnie zapominała. Jej myśli skoncentrowały się wokół „komóreczki” i niezliczonych możliwości kontaktu z całym światem.

W jednym momencie zapadła się w otchłań zapomnienia, wyłączyła komórkę jakby z nikim nie rozmawiała, a może trochę za złość przyjaciółce, która uznawała takie działania za akty agresji. Zaczęła znowu pieścić skórę etui telefonu. Odczuwała przyjemność w palcach i w głowie, gdzie mózg przetwarzał sygnały płynące z dotyku w rodzaj łagodnej ekstazy. Na moment pomyślała o mężczyźnie, który ostrożnie zalecał się do niej, lecz odłożyła tę myśl na później. Nie wiedziała dlaczego nie akceptuje jego zabiegów przygarnięcia jej i zawarcia bliższej, intymnej znajomości. Był trochę starszy, ale całkiem do rzeczy. Może nawet bardzo do rzeczy. Na razie wystarczała jej komórka, w której jak w klatce zamknęła cały swój świat, otwierając co raz to inne okienko, kiedy słyszała dzwonek lub kiedy sama wybierała numer adresata do konwersacji.

Pół godziny później, kiedy już umyła się i ubrała, spojrzała w duże lustro i zrzuciła z siebie ostatni strzępek porannej ospałości, poczuła się prawie spełniona. Była głodna. Zaraz zjem śniadanie – pomyślała do lustra. Zapachniała jej świeżo zaparzona, gorąca, czarna kawa z odrobiną koniaku dla smaku. W tym momencie nie przeszkadzało jej to, że niektórzy za plecami nazywali ją „niespełnioną kobietą”, która żyje tylko rodziną, pracą i zarabianiem pieniędzy, „dziwaczką” czy nawet „stukniętą”.

Jej wystarczała „komóreczka”, symbol uniwersalizmu kobiety, która ma wybory, ale ich nie dokonuje. Nie wiedząc nawet dlaczego.

Sto lat RP

Czas leci szybko. Spotkałem się z Wiktorem, aby wymienić się poglądami na temat aktualnej sytuacji politycznej. Tematem było „Sto lat RP”.
Wczoraj odbyło się paradne spotkanie na otwartym powietrzu dwóch największych polskich partii politycznych PiS i PO – rzucił nonszalancko Wiktor, pasjonat wielkich wydarzeń politycznych. Obydwie partie wyszły sobie naprzeciw. Tusk i Kaczyński nieśli identyczne transparenty o treści: „Sto lat RP”. Spotkanie było pokojowe, przywódcy nie obrzucali się nawet wyzwiskami w trakcie dyskusji o sprawach publicznych. Obowiązywała rzeczowość i szacunek dla przeciwnika.
Mów konkretnie – zachęciłem Wiktora, który podobnie jak inny mój przyjaciel ma skłonność mówić rozwlekle o wszystkim, czyli o niczym.
Doneczku – pierwszy zaczął Jarek. Co dla ciebie znaczy „Sto lat RP”?
Sto lat Rządzenia Polską – odważnie, omalże hardo, odpowiedział Tusk.
Nie była to uprzejma odzywka, ponieważ mogła zranić uczucia człowieka delikatnego i wrażliwego, jakim jest Jarosław Kaczyński – skomentowałem bez ociągania.
A dla ciebie? – uprzejmie zapytał Donald Tusk.
Jarosław zamyślił się nad odpowiedzią.
Wiem, wiem – zapewnił Tusk. Dla Ciebie to znaczy „Sto lat Rządzenia Partią”.
Premier Tusk po raz drugi nie zachował umiaru wypowiedzi. Nie dziw, że społeczeństwo go nienawidzi.
Jak ten czas szybko mija – rzucił Jarek lekceważąco. Już dawno pogodziliśmy się ze sobą, a prasa pisze wciąż te same bzdury o naszej rzekomej nienawiści. A ludzie w nie wierzą. Jego głowa była mocno oszroniona siwizną. Donald wzruszony latami przyjacielskich zmagań wstał, podszedł i ucałował przyjaciela w głowę. Aż wzdrygnął się, tak zimny był szron na głowie Jarosława. Obydwaj mężowie stanu prawie rozpłakali się ze wzruszenia na myśl o stu latach spędzonych razem w Sejmie, który przebudowywano już niezliczoną ilość razy. Za oknami rozlegały się okrzyki poparcia dla obydwu przywódców.
Skończyły się czasy wrogich spotkań, bójek, napaści, obrzucania mięsem – przypomniał Tusk, Premier Stulecia.
Tak, tak. Czy można było wtedy dziwić się, kiedy ludzie mówili, że polityka śmierdzi? A to był przecież tylko zapach psującego się mięsa – podsumował Jarek, Przywódca Stulecia.
Przyjaźń między Tuskiem a Kaczyńskim dla mnie nie oznacza nic dobrego. Wyschło mi źródło natchnienia. Poczułem się jak drzewko grzechu pierworodnego więdnące z zapomnienia w ogródku pewnego utytułowanego arcybiskupa, który przedkłada napoje nad zagrychę. Od czasu, kiedy rozwiązano tajemnicę grzechu pierworodnego wszystko zmieniło się w polityce. Grzech przestał istnieć, wsiąkł w piasek jak woda na pustyni. Tajemnicę grzechu odkryli znani mi tubylcy zwani też autochtonami. Kiedy w raju pojawił się wąż z jabłkiem, aby kusić, Ewa i Adam ujęli go, usmażyli nad ogniskiem i zjedli.
Mamy już dość owoców – wyjaśnili reporterowi. Człowiek potrzebuje białka, a nie błonnika.
Od jabłek to tylko żaby mogą się w brzuchu zalęgnąć – dodał Adam i pieszczotliwie objął kibić Ewy.
Na wzór raju obejmowanie kobiet i obrzucanie ich wymyślnymi pieszczotami w miejscach publicznych stało się teraz normą. Szlachetne zwyczaje upowszechniają się łatwo. Dla mnie, człowieka wierzącego w człowieka, jest to wielką pociechą.

PS. Zaniedbałem się ostatnio w pisaniu blogów, za co przepraszam Czytelników. Wielkie obowiązki przytłoczyły mnie jak góra. Dokonuję w życiu zmian kontynentalnych, czyli zamorskich. W Australii wszystko, co nie jest lokalne, jest zamorskie.

Najbliższe dwa – trzy tygodnie zapewne nie będę mógł publikować blogów. Proszę mi to wybaczyć i poświęcać wolny czas rozmyślaniom o grzechu, który nie istnieje, oraz o przyjaźni między politykami. Potem zachęcam do powrotu do niniejszej ambony, jedynego niezależnego źródła prawdy i natchnienia.

Wybujałość seksualna. Część 2 (ostatnia).

Kontynuacja rozmowy na wybujałości pogłębiła moje zrozumienie polityki i natury ludzkiej.
Premier Miller mówił o szorstkiej przyjaźni z Prezydentem Kwaśniewskim czyli o uczuciach między mężczyznami. Zadaję sobie pytanie, jak rozumieć szorstkość w tym przypadku – zgrabnie komentował, interpretował i pytał Wiktor. Imponował mi swoimi kwalifikacjami.
Może zderzyli się lub otarli o siebie owłosionymi piersiami w łaźni tureckiej? Para tam tworzy taką zasłonę, że każde zderzenie jest możliwe z wyjątkiem zderzenia z samochodem lub z meteorytem. Myślę, że taki scenariusz jest prawdopodobny lub co najmniej możliwy. To by wyjaśniało kwestię szorstkości – poczułem się przekonany, że ja też mam coś sensownego do powiedzenia. Zderzając się piersiami z konieczności spojrzeli sobie głęboko w oczy, stali się sobie bliżsi, polubili się tym, co można nazwać „przyjaźnią szorstkości”. Jest to przyjaźń tak niezwykła, że premier Miller musiał wspomnieć o niej w Sejmie.
Włosy na klatce mężczyzny mogą być gęste i twarde jak chodnik przed drzwiami domu mojej sąsiadki. Upadłem tam kiedyś i rozsypałem sól, którą od niej pożyczyłem – wyjaśnił Wiktor z wrodzonym mu wdziękiem.
Wiktorze, może nie mówmy więcej na temat uwłosionych piersi. Mam wrażenie, że nie jest to najlepszy temat do konwersacji. To sprawa prywatna, co kto robi z owłosieniem na piersiach. Może zrobić z niego dywanik dla żony, ogacić daczę na wsi przed zimą albo obnosić je po podwórku, aby zaimponować sąsiadowi, kobiecie obserwującej go przez lornetkę, przypadkowo przechodzącemu ulicą grubemu kowalowi lub umączonemu piekarzowi. Gotowość do demonstracji owłosienia przez mężczyznę nie zna granic. Zapytaj o to kobiety zamężne, kochliwe oraz niektórych mężczyzn. Oni najlepiej wiedzą. To efekt dziedzictwa genetycznego – wyjaśniłem zdziwionemu Wiktorowi, który po chwili zastanowienia dorzucił dalsze fakty do zbioru wybujałości seksualnej.
Włosy na piersiach są symbolem seksowności. Na przykład aktor Sean Connery był kiedyś okrzyknięty najbardziej seksownym mężczyzną świata. Wszyscy go znają z bajecznego owłosienia piersi. Jego atrakcyjność w oczach płci odmiennej osłabła dopiero wtedy, kiedy zaczął siwieć. Siwiznę na klacie piersiowej słabiej widać na ekranie. Cholera, mamy tak fantastyczną technologię przekazu, a oni nie są w stanie pokazać atrakcyjności siwiejącego mężczyzny! – Wiktor od niechcenia przeciągnął palcami po włosach lekuchno zaprószonych siwizną.
Daj spokój telewizji – replikowałem. Naturalny dywanik na piersiach ma większe znaczenie w Sejmie. Polityk musi być gruboskórny albo mieć gęste owłosienie, aby brać na pierś ciosy, jakie zadają mu oponenci, wrogowie we własnych szeregach, reporterzy oraz opinia publiczna.
A co z posłankami?
Ten temat jest nieco drażliwy – odparłem z niechęcią. Rzecz jest trudniej uchwytna. Jak napisał dziennikarz w relacji z balu w Sejmie: Posłanka miała na sobie tak duży dekolt, że widać było włosy na kolanach. Kobiety nie mają włosów na piersiach.To chyba kwestia anatomii – sam nie wiem.
Są też inne sposoby radzenia sobie z boksem politycznym – tajemniczo zaczął mój rozmówca przerywając niezręczny temat. Zawisłem spojrzeniem na jego ustach oczekując rewelacji.
Chodzi o robienie uników – wyjaśnił Wiktor. W bok, jak czyni to Premier Tusk, który ćwiczy gibkość na murawie boisk piłkarskich, w dół, do czego potrzeba odpowiedniej postury, jak rzecz się ma z przywódcą opozycji, albo udzielając odpowiedzi na zupełnie inny temat, niż zadane pytanie, jak czyniła przez lata była posłanka PiS Beata Kempa. To ta, która opuściła swoją partię obrażając jej przewodniczącego słowami: „Monsieur le President, votre Parti de la Loi et Justice est une macabre et grotesque balourdise”. Pamiętasz ten moment? Jarosław Kaczyński zachwiał się wtedy na nogach i wskazał jej wyjście szepcząc bladymi ustami “Won!”, a ona wyszła trzaskając drzwiami. Do dzisiaj nie może jej wybaczyć, że zagadała do niego w języku narodu, który oprócz ogromnego wkładu w kulturę światową wynalazł także sadyzm i mazochizm, a on nie znosi perwersji. Z wyjatkiem oczywiście sztuczek politycznych.
Ona mówi straszne rzeczy nawet przez sen nie wspominając Sejmu, który powinien być miejscem powagi, eleganckich zachowań i sensownych wypowiedzi – dorzucił Wiktor w zamyśleniu. Naród tego oczekuje. Jeśli nie cały, to przynajmniej ja i jedna wybujała politycznie I seksualnie matrona, którą poznałem ostatnio w pociągu.

 

Wybujałość seksualna. Część 1 (z dwóch).

Dzień był zimny, na szczęście również słoneczny. Zimno i ciepło zintegrowane w czasie i miejscu pobudza do aktywności. Widocznie podziałało to na mego przyjaciela Wiktora, który bez zapowiedzi machając trzema kartkami wpadł do mego mieszkania jak bomba.
Przyniosłem ci rewelacyjny materiał na temat wybujałości seksualnej. To wywiad z francuskim seksuologiem i hipnotyzerem Patrice Cudicio. Musisz koniecznie przeczytać.
Zaraz, zaraz – studziłem eksplozję entuzjazmu Wiktora. Jeśli on jest seksuologiem to chyba nie hipnotyzerem?
Wiktor spojrzał na kartkę. Masz rację, on jest hipnoterapeutą. To chyba zresztą to samo – machnął ręką. Czy wiesz, że homoseksualistów cechuje wybujałość seksualna? Tak twierdzi Cudicio – Wiktor usiadł na krześle. To mnie zmartwiło, bo z moją wyobraźnią i wybujałością seksualną jest ostatnio słabiutko – dodał. Przędę cieniutko jak wygłodzony pajączek zamieszkujący róg mojej sypialni. Kto nie chciałby być wybujały seksualnie? – wyrzucił z siebie z żalem.
Zagłębiliśmy się w pasjonującą materię wybujałości, seksu i homoseksualizmu. Był to dla mnie moment przełomowy politycznie. Zrozumiałem, dlaczego posłowie w Sejmie tak długo i namiętnie debatują na temat związków partnerskich.
Wiktor przerwał moment szlachetnej refleksji, która podobnie jak poczucie humoru odróżnia gatunek ludzki od zwierząt. Jest tak niewieletego, co nas dzieli od zwierząt – doszedłem do wniosku. Seks na pewno nie.
W homoseksualiźmie musi być coś wzniosłego, skoro upowszechnia się coraz bardziej i zatacza coraz szersze kręgi uznania i akceptacji– zaczął Wiktor ostrożnie. Musi mieć w sobie w coś wspaniałego – podkreślił ośmielony moją spokojną reakcją.
Ja, Wiktorze, zawsze występowałem w obronie homoseksualistów. Uważam, że są oni przyszłością ludzkości, kluczem do rozwiązania jej problemów. Mają tyle zalet. Przypomnę ci, że gejom anatomicznie łatwiej jest związać koniec z końcem, kiedy świat boryka się z problemami ekonomicznymi. Ich życie pełne jest radości; mają tylko przyjemność bez obawy, że wynikną z tego dzieci. Nikt nie pałęta im się pod nogami i nie woła, że jest głodny lub chce iść do zoo, kiedy leje ulewny deszcz. Nie trzeba płacić im becikowego. Mają tak dużo wolnego czasu, że są w sposób naturalny zrelaksowani i szczęśliwi. Widziałeś kiedy przygnębionego geja?
Nie! Skądże? Zgadzam się z tobą całkowicie – ochoczo odpowiedział Wiktor i zaczął rzucać dodatkowymi argumentami. Reprezentując tę samą płeć mają te same zainteresowania, łatwiej jest im porozumieć się, mieć o czym rozmawiać. Czy z żoną możesz porozmawiać o zapasach sumo, zagrać z nią w cymbergaja, pasjonować się narzędziami do majsterkowania albo brutalnym sportem? Albo porozmawiać o babach tak, jak może tylko mężczyzna z mężczyzną? – Wiktor coraz bardziej rozgrzewał się dyskusją. Geje są też bardzo uzdolnieni, a nawet wybitni. Artyści, malarze, pisarze, naukowcy! Znasz kogoś wybitnego, kto nie jest gejem? – zaskoczył mnie trudnym pytaniem.
No … nie bardzo – wymruczałem. Może tylko Roman Giertych. Wszyscy go lubią i podziwiają. On jest taki wysoki i przystojny
Ale jakie on ma wybitne osiągnięcia? – drążył Wiktor w maniackim uporze kwestionowania osiągnięć powszechnie podziwianego człowieka.
No… On udowodnił, że ewolucjonizm to bajka, a kreacjonizm to prawda naukowa. On też chwalił szkoły państwowe kiedy był ministrem szkolnictwa, ale dzieci posyłał do szkoły prywatnej. Czy nie jest osiągnięciem zrobić taką woltę publicznie? Ponadto on nosi skarpety dłuższe niż spodnie noszone przez wybitną osobistość PiS znaną mi ze słyszenia i telewizji. Mało który cyrk pokazuje tak oryginalne sztuczki.
Niezłe – dodał Wiktor z uznaniem.
Politycy, Wiktorze, mówią coraz chętniej i więcej o „szorstkiej przyjaźni” między mężczyznami – zdobyłem się na podsumowanie aspektu politycznego homoseksualizmu w szeregach ludzi wybitnych. To coś zapowiada.

C.d.n.

 

Człowiek depresjonowany

Dzwonek do drzwi wprowadził mnie w rzeczywistość niedostępną większości ludzi, w krainę pierwszego wtajemniczenia. Na progu stał Wiktor, niby taki sam jak zawsze, a inny. Wyglądał na zmęczonego, był stłumiony i przybity. Grymas na twarzy wskazywał ni to cierpienie, ni to gniew.
Co ci jest, Wiktorze? Jesteś chory czy coś się stało? – właściwie nie musiałem pytać, ponieważ Wiktor prawdopodobnie sam zacząłby mówić o przyczynie nagłej wizyty.
To ta cholerna depresja. Wprowadza mnie w nastrój, którego nawet nie potrafię porządnie określić. Nie jestem w stanie niczego zrobić, ponieważ nie mogę skoncentrować się. Niby nic mi nie jest, a rozerwałbym siebie z wściekłości, bo czuję się jak zbity pies. Wypluty i do niczego.
Nie wiedziałem, ze cierpisz na depresję. Od kiedy? Jak do tego doszło? Chyba nie pojawiła się tak znikąd?– zarzuciłem gościa serią pytań, prawdopodobnie niepotrzebnych. Nigdy nic nie zauważyłem – dodałem na zakończenie. Byłem naprawdę zaskoczony. Znałem Wiktora od lat i nie miałem nawet pojęcia, że ma depresję.
Nigdy nie spotykaliśmy się, kiedy czułem się tak parszywie, jak w tej chwili. Niektórzy wolą przeżywać depresję w samotności, męcząc się ze sobą i nie chcąc męczyć innych. To nie jest powód do dumy. Ja sam nienawidzę siebie serdecznie, kiedy czuję się tak fatalnie jak dzisiaj. Nienawidzę się za to, że nie potrafię wyrwać się ze złego samopoczucia, aby móc robić coś, co daje radość, przyjemność lub przynajmniej poczucie spełnionego obowiązku. Jestem wtedy drażliwy i wybuchowy.
Milczałem domyślając się, że Wiktor sam powie więcej.
Przepraszam cię, że wpadłem do ciebie i męczę cię moją obecnością. Rozpaczliwie potrzebuję ożywić się, pobudzić się kontaktem z drugą osobą, mówieniem, myśleniem. Wziąłem sobie ciebie na cel, bo jesteś najbliżej i lubisz mówić. To dziwne – przyjaciel zamyślił się na chwilę. Wyobraź sobie… Na twarz Wiktora powracało ożywienie. Wyobraź sobie, że depresja to nie jest choroba w sensie takim, że masz ją stale. Ma się dobre i złe dni, dobre i złe godziny, a nawet minuty. Czy uwierzysz, że człowiek z depresją może być bardzo twórczy, a nawet prowadzić życie pełne osiągnięć, sukcesów i uznania? Czy kiedykolwiek pomyślałbyś o tym?
Chyba wyraz niedowierzania na mojej twarzy sprawił, że Wiktor pośpieszył z wyjaśnieniem.
Winston Churchill, powszechnie znany były premier Wielkiej Brytanii, miał depresję. Mówił o niej „black dog” (czarny pies). Kto by pomyślał, że dokucza mu ta choroba? Czasem myślę, że chyba przykład takich ludzi jak on powoduje, że odczuwam do siebie odrazę, że złe samopoczucie zabiera mi część życia, która mogłaby być pozytywna i twórcza. Która powinna być taka!
Nie przesadzasz, Wiktorze, z ta nienawiścią do siebie? Jeśli jesteś chory, to dlaczego miałbyś siebie nienawidzić? – zapytałem nie przeczuwając, do czego może doprowadzić moja ignorancka nieostrożność.
Nie wmawiaj mi, że jestem chory, k…. m..! Nieprzerwanie usiłuję wybić sobie ze łba to przekonanie, aby nie popaść w pesymizm, rozpacz i beznadziejność, a ty mi o tym przypominasz. To, że przeklinam i to strasznie, to tylko beznadziejna próba walki z samym sobą, z dolegliwością. Głupia próba, ale inna nie przychodzi mi do łba. Przepraszam cię – Wiktor zreflektował się na moment. Przekleństwa w mojej sytuacji są wyrazem rozpaczy. Co mam robić, kiedy czuję się koszmarnie, a chciałby czuć się lepiej? Wiem, że to możliwe, a nie wiem, jak to osiągnąć. Nie oczekuję rad w takim wypadku, ani wyrazów współczucia, najwyżej tylko wysłuchania mnie i dania mi szansy powrotu do normalności – Wiktor westchnął głęboko sfrustrowany niemocą, wybuchem gniewu i poczuciem winy.
Co powiesz na propozycję wypicia ze mną mocnej kawy? – nagła twórcza myśl nawiedziła moje szare komórki.
O, to lubię. Cenię twoją życzliwą inteligencję. Kawa pomoże mi bardziej niż słowa pocieszenia i rady – Wiktor nie ukrywał zadowolenia.
Moja propozycja dawała nam obydwu szansę zmiany tematu i pobudzenia.
Od czasu do czasu każdy z nas potrzebuje życzliwego kopniaka w tylną część ciała, Wiktorze.
Przyjaciel zareagował niepewnym uśmiechem na konstruktywne podsumowanie zagadnienia.

Opowiadanie: Spektakl. Odcinek 6.

No to pytaj, Tomaszu – Jakub Kowalski bez wstępu rozpoczął wywiad, kiedy obydwaj usiedli wygodnie, a operator dał znak gotowości kamery.

Jak pan wyobraża sobie Pana Boga? – z szacunku dla przekonań rozmówcy, których nie znał, jak i z racji swego wychowania katolickiego redaktor użył formy Pana Boga zamiast Boga.

Wyobrażam go sobie jako bardzo starego i znużonego człowieka. Mówię „człowieka”, gdyż jedynie takie wcielenie Boga ludzie są w stanie unaocznić sobie i przyjąć. Nie potrafią wyobrazić sobie Boga jako idei, energii, siły sprawczej, ponieważ te określenia brzmią w ich uszach bezdusznie, są niewyobrażalne. Brak jest w nich życia, istnienia. Wracając do wizerunku „starego i znużonego człowieka” dodam, że Bóg jest wiecznością. Wiecznością, ale taką, w której miniony czas ma swój wymiar, swoją wagę kosmiczną. To ona decyduje o pewnym zużyciu i znużeniu Boga – nieznajomy przerwał, przygarbił się trochę, jakby chciał zademonstrować zachowaniem i wyglądem, jak wygląda znużony Bóg.

Tomasz skorzystał z krótkiej przerwy. Był pod wrażeniem opinii przedstawionej przez rozmówcę, choć czas nie pozwalał mu na głębszą analizę czy choćby refleksję. Będę musiał zrobić to później, kiedy będziemy w studio odtwarzać nagranie – gorąco pragnął wykorzystać sytuację i kuć żelazo póki gorące. Chciał zadać jak najwięcej pytań.

To bardzo ciekawe ujęcie – stwierdził, aby tylko potwierdzić swoje zainteresowanie.

A jak widzi pan relacje między Bogiem a człowiekiem? – zadał kolejne pytanie, jakie przyszło mu na myśl. Zdał sobie sprawę, że może ono być zbyt obszerne. Przepraszam, jeśli moje pytanie nie jest dostatecznie jednoznaczne – uzupełnił pragnąc wybrnąć z kłopotliwej sytuacji.

Proszę nie martwić się. Spróbuję odpowiedzieć na nie kierując się moją wiedzą o Bogu.

Bóg jest istotą myślącą i widzącą wszystko. Zastanawia się nad tym, czemu wszystko służy i do czego zmierza: czas, przestrzeń, energia, wszechświat, ziemia, cywilizacja i sam człowiek, twórca i konsument tej cywilizacji. Boga w szczególności interesuje i intryguje człowiek, najbardziej wysublimowany twór przyrody, któremu przekazał część swoich boskich uprawnień.

Stworzył go na wzór i podobieństwo swoje – wyrwało się Tomaszowi bezwiednie. Poczuł się jeszcze bardziej niezręcznie. Razem z operatorem słuchał jak urzeczony swobodnych, wartkich wypowiedzi siedzącego przed nimi mężczyzny. Musiał coś powiedzieć, aby ukryć swoje zaskoczenie i zauroczenie. Tak jak dziecko, które widząc coś niezwykłego, okrzykiem wyraża zdumienie.

To nie takie proste, synu – starszy pan nawiązał do uwagi redaktora. Jeśli Bóg jest doskonałością to i człowiek stworzony „na wzór i podobieństwo jego” powinien być doskonały. Wiemy, że tak nie jest. Jest na pewno skomplikowanym tworem, poruszającym się między ekstremami myślenia i bezmyślności, miłości i okrucieństwa, czułości i bezwzględności, wiary i niewiary. Jego podobieństwo do Boga jest tylko niespełnionym marzeniem, ideałem do osiągnięcia. Bóg jest wzorem tego, co najdoskonalsze. Ludzie powinni to wiedzieć i pamiętać.

Kim w takim razie jest człowiek? – w ferworze dyskusji o rzeczach najpoważniejszych Tomasz stopniowo odzyskiwał pewność siebie. Zadając pytania nie myślał o tym, że ma to być program przede wszystkim rozrywkowy. Był przekonany, że będzie to rewelacyjny materiał edukacyjny. Tak pasjonujący, jak najlepsza rozrywka.

Doskonały materiał – operator wydawał się myśleć podobnie, kiedy popatrzył na Tomasza i podniósł do góry kciuk jako znak uznania lub zwycięstwa.

Człowiek jest tylko tworem biologicznym, zachowującym się po części jak zwierzę, a po części tak, jak Bóg w sensie myślenia, wrażliwości, zdolności do abstrakcji czy nawet humoru, który zawiera w sobie nonsens lub sprzeczność, pojęcia niedostępne innym istotom żywym. To dwa światy, żywej przyrody i idei, przeplatające się ze sobą nawzajem. Zwierzęta też są zdolne do miłości. Samica opiekująca się potomstwem podejmuje beznadziejną walkę z drapieżcą. To analogia do ludzkiego bohaterstwa. Człowiek powolutku, drobnymi kroczkami wychodzi ze swej zwierzęcości i zmierza ku pełnemu, szlachetnemu, kierującemu się miłością człowieczeństwu. Zmierza ku Bogu.

Wywiad nie mógł przebiegać w lepszej atmosferze. Tomasz był zachwycony. Rozmówca wydawał się być niezmordowany w udzielaniu odpowiedzi na stawiane pytania. Zwracał się do niego po imieniu, używał także formy „synu”, a nawet „chłopcze”.

Nikt nigdy nie traktował mnie tak paternalistycznie od czasu, kiedy osiągnąłem pełnoletniość. W najmniejszym stopniu to mi jednak nie przeszkadza – redaktor nie mógł nadziwić się swojej reakcji na poufałość ze strony mężczyzny. W innych okolicznościach wyraziłby zdecydowany sprzeciw.

Tomasz nabierał coraz większego szacunku dla wiedzy, otwartości i naturalności rozmówcy. Nie wyprowadzały go z równowagi żadne pytania, choćby najbardziej niezręcznie sformułowane. Był cierpliwy i wyrozumiały omalże jak matka bezmiernie kochająca swe dziecko i pozwalająca mu na wszystko. Oby tak było do końca – wyraził w duchu życzenie.

 

Australijsko-polska Kamasutra

Australia pozostała prosta i nieskomplikowana w swojej kobiecości od czasu pierwszych osadników, w jedzeniu, gotowaniu, sprzątaniu, utrzymaniu domu, lecz niekoniecznie miłości. Premier Australii, panna Julia Gillard, jest osobą bardziej dystyngowaną i wyrafinowaną niż przeciętna Australijka (może z racji swego brytyjskiego urodzenia?). Niektórzy dodają, że jest także kobietą bardziej wyrachowaną. Mnie ona nie przeszkadza; ja ją wręcz lubię.

Panien takich jak ona są dziesiątki tysięcy w Australii. Chodzi o kobiety, które nie są mężatkami, lecz mają partnerów (rzadziej partnerki). Związek partnerski w Australii jest czymś tak naturalnym jak piasek na Pustyni Simpsona, upalne dni latem, studenci chińscy na Rundle Mall w Adelajdzie albo Hindus za kierownicą taksówki.

Mężczyzna i kobieta w Australii zawierają małżeństwo (jeśli są w dobrym humorze) wtedy, kiedy urodzi się dziecko. Nie wypada, aby miało rodziców żyjących pod jedną kołdrą, lecz pod różnymi nazwiskami. Kołdry na antypodach prawdopodobnie nie tolerują różnic w nazwiskach osób kochających się, podobnie jak część polskiego Sejmu. Ich moralność jest z wyższej półki: bezwarunkowo popierają małżeństwo mężczyzny z kobietą, niezależnie od tego, że żyją niekiedy jak pies z kotem, odżegnuje natomiast mężczyznę i kobietę od związku partnerskiego, w którym związkowcy mogą tulić się do siebie jak dwa gołąbki.

Tulenie się w Australii jest bogatsze niż w Polsce. Przypomina Kamasutrę, tyle jest tu ciekawych pomysłów: gołąbek – gołąbka, gołąbek – gołąbek, gołąbka- gołąbka. Na pewno są jeszcze inne kombinacje, ale o tym szczerze rozmawiać mógłbym tylko w cztery oczy i to w półmroku. Nie wszystko da się wyciągnąć na światło dzienne, bo od tego można się rozchorować. Nieśmiałość prowadzenia rozmów na tematy cielesne odziedziczyłem zdaje się z lat dziecięcych. Jest ona jak ospa: pozostawia ślady wstydu widoczne w zachowaniu.

Czy jest jakaś różnica między małżeńskim a partnerskim związkiem? Jeśli zapytacie o to osobę mądrą, odpowie szczerze: stosunkowo – żadna. Ta śmiała i jakżesz trzeźwa myśl powinna jak pochodnia oświetlać drogę posłom Gowinowi i Godsonowi w mrokach sejmowych deliberacji nad „Być albo nie być związków partnerskich”. Ja sam gotów jestem poświęcić sie dla Ojczyzny i za skromny kąt z prysznicem, łóżkiem, komputerem oraz solidne wegetariańskie utrzymanie z kieliszkiem czerwonego szampana „Sparkling Shiraz” nieść kaganek oświaty i postępu przed posłami i posłankami, aby zrozumieli rzecz całą nie poprzez rozmowy przy wódce lub konfesjonale, lecz spijając mądrość obficie spływającą z niniejszej ambony szacunku dla natury ludzkiej.

Bogactwo związków jest niewyczerpane. Dziwię się przywódcy związków zawodowych NSZZ Solidarność Piotrowi Dudzie, że zamiast zużywać swoje starzejące się gardło na okrzyki zachęcające naród do boju z własnym rządem, nie zajmie się związkami partnerskimi. Hasło „Zwiąż się z partnerem, a nie z zawodem” wniosłoby go na rączych skrzydłach do Sejmu sprawniej i pewniej, niż dwuznaczna miłość z PiS, z której będzie musiał się kiedyś serdecznie wyspowiadać, a potem długo leczyć. A może odwrotnie: najpierw długo się leczyć, aby zrozumieć, że powinien się wyspowiadać i pokajać. Może wystarczyłaby nawet sama zmiana spowiednika; Ksiądz Jarosław nie jest jedyną osobą mądrą i uduchowioną na polskim padole łez szczęścia i rozpusty politycznej.

 

Opowiadanie: Spektakl. Odcinek 4.

Mężczyzna, którego Tomasz wybrał sobie do pierwszego wywiadu, siedział na ławce i czytał gazetę. Tytuł był aż nadto widoczny. Nie był to żaden brukowiec, ale dziennik cieszący się dobrą opinią. Czytający był w średnim wieku, na oko miał czterdzieści pięć lat. Jego dobrze skrojony garnitur skrywał i łagodził obfite kształty ciała. Tomasz dłuższy czas przyjrzał mu się z daleka zanim zdecydował się podejść.

Przepraszam, że odrywam pana od lektury gazety. Pragnę przedstawić się. Nazywam się Tomasz Boski i jestem redaktorem Stacji Telewizyjnej Baron TV. Być może jest ona panu znana – zasugerował Tomasz uśmiechnął się dla przełamania pierwszych lodów.

Nieznajomy nie odpowiedział na skierowane doń słowa jakby czekając na dalszy ciąg wyjaśnień. Tomasz zawahał się. Mam do pana prośbę – bąknął niezdecydowanie. Czy mógłbym … czy moglibyśmy przeprowadzić z panem krótki wywiad na temat światopoglądowy?

A jaki to miałby być temat? – rozmówca nie wyglądał na zaskoczonego ani szczególnie zdziwionego. Uśmiechał się życzliwie.

Wygląda, jakby takie pytania otrzymywał codziennie – redaktor odetchnął z ulgą i nadzieją.

Temat jest dosyć nietypowy. Człowiek i Bóg.

O, to ciekawe – wtrącił nieznajomy przekręcając lekko głowę w lewo w dół jakby dla podkreślenia pewnego zdziwienia czy zaskoczenia. A bardziej konkretnie? O czym chciałby Pan rozmawiać?

O pańskiej wierze i o Pańskim wyobrażeniu Boga. Jeśli jest pan oczywiście osobą wierzącą – zastrzegł się redaktor pewny, że ma do czynienia właśnie z taką osobą. Tomasz przerwał, aby dać mężczyźnie czas na namysł i odpowiedź. Ten przyglądał się redaktorowi z uwagą, zanim zdecydował się odpowiedzieć. Jego ciemnobrązowe oczy zawierały w sobie pustkę, mięsnie twarzy pozostały prawie nieruchome. Zachowywał się jak gracz w pokera,

Muszę pana przeprosić, ale nie mogę udzielić pozytywnej odpowiedzi. Wytłumaczenie jest bardzo proste. Jestem ateistą, czy jak pan woli niedowiarkiem i nie podejmuję takich tematów. Taka jest moja zasada. Mam zbyt wiele negatywnych doświadczeń z rozmów z różnymi ludźmi o wierze i niewierze w Boga, abym mógł i chciał odpowiadać na pańskie pytania. Mam nadzieję, że pan mnie zrozumie.

Rozumiem pana. To nie jest takie trudne – na twarzy Tomasza pojawił się wymuszony uśmiech. Czuł się zawiedziony, lecz nie pokazał tego po sobie.

Życzę panu udanego wywiadu z osobą wierzącą. Przepraszam za zawód –mężczyzna wyciągnął rękę na pożegnanie i mocno uścisnął dłoń Tomasza. Uścisk nie pasował do pulchności ciała; było w nim zdecydowanie i siła. Tomasz potraktował gest mężczyzny jak swoiste przeprosiny i pożegnanie w rodzaju: Głowa do góry! Trzymaj się, chłopie!

Pierwsza nadzieja udanego wywiadu zgasła naturalną śmiercią. Jej nagły charakter łagodziły okoliczności wzajemnego zrozumienia.

*****

Następnym kandydatem ekipy telewizyjnej do wywiadu okazał się młody mężczyzna. W krótkiej wymianie zdań między Tomaszem a Andrzejem padło określenie ”następna nasza ofiara”. Trudno powiedzieć, co je wywołało. Być może jego szczupłość lub bladość. Wyglądał na studenta. Siedział przy stoliku kawiarni na świeżym powietrzu i pił kawę przyglądając się ruchowi ulicznemu i ludziom na chodniku. Był zaskoczony propozycją wywiadu, ale chętnie podjął rozmowę. Tylko do czasu, kiedy padły stwierdzenia, o czym będą pytania.

Ja znam takich jak ty! – zwracając się podniesionym głosem do Tomasza od razu przeszedł na „ty”. Jego lewa dłoń zacisnęła się na poręczy krzesła, twarz wykrzywiła się i usta zaczęły drżeć jak dziecku, któremu zbiera się na płacz. Znam wasze intencje! – wykrzyknął w uniesieniu. Tylko szydzicie z wiary innych ludzi. Dla was Bóg to temat taki sam jak pogoda lub piłka nożna. Tacy, jak ty piszą i mówią o Bogu, jakby to był zwykły człowiek, który może upić się i awanturować.

Redaktor i operator kamery poczuli się nieswojo. Ludzie siedzący przy sąsiednich stolikach obrócili głowy w ich stronę. Wszystkich zaskoczyła głośna reakcja mężczyzny. Przysłuchiwali się zaintrygowani, co się dzieje i zdezorientowani, co może jeszcze wydarzyć się. Nie wiadomo, jak skończyłaby się nieoczekiwana tyrada słów, gdyby nie dziewczyna, która podeszła do mężczyzny.

O co chodzi, Józek? – zapytała pojednawczo wyprowadzonego z równowagi mężczyznę. Nie czekała jednak na odpowiedź. Nie denerwuj się. Nie ma o co. Przecież idziemy do kina na dobry film – starała się go uspokoić. Pomogła mu wstać z krzesła i wzięła pod rękę. Zanim odeszli, popatrzyła na domniemanych sprawców awantury i uśmiechnęła się do nich przepraszająco. Mieli wrażenie, że nie potrzebowała pytać o przyczynę zajścia.

Ona chyba dobrze wie, że facet jest nadpobudliwy i nie musi udzielać jej żadnych wyjaśnień – rzucił Tomasz odprowadzając wzrokiem odchodzącą parę.

Nieoczekiwany wybuch emocji kandydata do wywiadu wyprowadził z równowagi redaktora i operatora. Nie był to pierwszy przypadek tego rodzaju w ich karierze zawodowej; zaskakujące było jedynie niezwykłe tempo wydarzeń.

Może on jest chory psychicznie? Albo przeżył coś tak przerażającego, że wszystko wyprowadza go z równowagi. Widziałeś reakcję tej dziewczyny? W ogólne nie była zaskoczona. A przecież nikt normalny tak nie reaguje on. Przynajmniej nikt z ludzi, których poznałem, nie zdobył się na coś takiego – perorował głośno operator. Myślałem, że się rzuci na nas.

Muszę przyznać, że ja sam kompletnie zgłupiałem. Nie wiedziałem, co robić. To stało się tak nagle i nieoczekiwanie. Jak piorun z jasnego nieba! Dobrze, że nic nie powiedziałem, bo to mogłoby tylko rozjątrzyć wariata. Chodź, napijemy się kawy. Musimy uspokoić się i rozluźnić się trochę. Przy okazji ustalimy dalszy plan działania – zaproponował Tomasz. Usiądźmy przy tamtym wolnym stoliku. Ty przypilnujesz sprzętu, a ja pójdę złożyć zamówienie. Dla ciebie jak zwykle mocna czarna z odrobiną mleka i łyżeczką cukru?

Adam skinął głową potakująco.