Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 73: Burzliwe przemiany mieszkańców Casi

Wiec okazał się wielkim sukcesem. Pisały o nim lokalne media, prasa i blogerzy. Mieszkańcy wsi otworzyli się i podjęli poważną debatę. Sefardi postanowił pójść za ciosem. Wieczorem opracował plan dalszych działań i nadał mu nazwę „Strategii dynamicznego rozwoju społeczności Casi i okolic”.

– To za mało. Ten tytuł nic nie wyjaśnia, ponieważ każda strategia określa dalsze działania – protestował Wiktor, po czym zaproponował, aby do nazwy „Strategia” dodać słowa „na rzecz otwarcia umysłów i serc mieszkańców Casi: matuzalemów, dinozaurów ostatniej generacji elektronicznej oraz ludzi zagubionych w marazmie, włącznie z tymi, którzy przesiadują w oknach z głowami podpartymi dłońmi”. Na zarzut, że jest to nazwa długa i zawiła, i może jeszcze bardziej skonfundować ludzi, bronił się upierając, że jedynie precyzja słowa i myśli może uratować ludzi zagubionych. W duchu nazywał ich matołami. Po burzliwej dyskusji uproszczono tytuł strategii, uzgodniono, że nie będzie się używać w niej słów negatywnych oraz że we wsi powstanie Komitet Organizacyjny Walki z Marazmem.

W skład komitetu weszli Sefardi, Wiktor, Przewodnik oraz Tubylec. Ustalenie zasad przewodniczenia komitetowi przełożono na termin późniejszy, ponieważ czas naglił do przekucia w czyn świeżo ujawnionej twórczej energii wsi. Poczynania komitetu pobłogosławił proboszcz parafii przyznając poufnie, że i on skapcaniał uciekając od nowoczesnej technologii.

– Duchowny nie może żyć tylko przykazaniami i przestrzeganiem przed grzechem śmiertelnym – podsumował, potwierdzając równocześnie, że to, co nastąpiło w Casi to istny cud. Komitet uznał, że jest on na drodze do wybawienia intelektualnego.

Kontynuując zbożne dzieło wyzwolenia ludzi z marazmu, Sefardi zwołał spotkanie starszyzny wsi. Spotkanie odbyło się w klubie, jaki założono w remizie strażackiej, tradycyjnym miejscu wielkich imprez w świecie wiejskiej małości. Klub nazwano „Matuzalem” na cześć biblijnego Matuzalema, który był synem Henocha, ojcem Lamecha i dziadkiem bohaterskiego Noego. Skojarzenie długowiecznego Matuzalema z jego przedsiębiorczym wnukiem, co uwidoczniał plakat, podziałało motywująco na mieszkańców wsi, gdzie wiara i religia stanowiły siłę pociągową społeczeństwa. Komitet inicjatywny działał jak mógł najszybciej, kując żelazo, póki gorące, z obawy, aby pozytywny trend zmian nie odwrócił się lub nie uległ załamaniu. Na drzwiach remizy pojawił się artystycznie wykonany plakat: „Czy chcesz żyć godnie i bogato?”.

Aby podnieść rangę imprezy, opracowano ceremoniał spotkań oparty na zasadach protokołu dyplomatycznego oraz wyznaczono konferansjera. Został nim były urzędnik stanu cywilnego, osobnik powszechnie znany, biegły w przemawianiu, mający za sobą bogatą karierę zawodową. W przeszłości był członkiem straży pożarnej, wodzirejem, nosicielem baldachimu nad proboszczem, występował w teatrzyku domu kultury w roli Pinokia oraz śpiewał partie solowe w chórze kościelnym. Sam lekko niedowidzący, służył w charakterze przewodnika ludziom ociemniałym. Był także znakomitym grzybiarzem, jedyną osobą w okolicy zdolną znaleźć w lesie trzydzieści borowików nawet w roku potwornego nieurodzaju na grzyby. Jego popularność była niekwestionowana. Dzięki doświadczeniom życiowym konferansjer dysponował umiejętnościami aktorskimi, co go wyróżniało spośród innych kandydatów. Mieszkańcy Casi podziwiali go za bogatą karierę i zaangażowanie, choć byli i tacy, co go szczerze nienawidzili zazdroszcząc mu niezwykłej aktywności i przodownictwa we wszystkim.

Drugim kandydatem na konferansjera był ksiądz-emeryt, który znał wszystkich i którego wszyscy znali, ponieważ ich chrzcił i udzielał ślubów, spowiadał i udzielał komunii świętej, był ich katechetą, odwiedzał w domach z opłatkiem i żegnał na ostatniej drodze życia. Prestiż kościoła, parafii i księdza był niekwestionowany. Wciąż łaknący popularności i miłości bliźniego, uznał jednak, że występując w roli konferansjera może naruszać prestiż kościoła, najtrwalszej instytucji lokalnej, i z żalem wycofał się z rywalizacji.

Konferansjer rozpoczął spotkanie chwaląc zebranych za przybycie, aby chwilę potem zaszokować ich wyjątkowo długim i szczerym pytaniem: – Jak zamierzacie wyrwać się z marazmu, jaki nam wszystkim oferuje teraźniejszość, w której nie ma czasu na czytanie książek i mądre rozmowy, ponieważ mamy smartfon, nie ma miejsca dla dzikich zwierząt, ponieważ zabieramy im przestrzeń życiową, nie ma miejsca na zdrowe odżywianie, ponieważ naturalne produkty występują głównie w formacie „Trzy w jednym” z dodatkami chemicznymi, a jedyne, co jest lepsze niż dawniej, to policja, sądy i więzienia, instytucje, które z powodzeniem zastąpiły inkwizytorów, garotę i płonące stosy. Proszę o zgłaszanie się do odpowiedzi.

Była to przemyślana strategia. Prowadzący nie oferował gotowych rozwiązań, tylko zachętę do szukania własnej odpowiedzi, a następnie – drogą przemiany wewnętrznej – dokonania przełomu w blokadach własnej osobowości. Po przypomnieniu sobie osiągnięć, pojawił się pierwszy ochotnik. Nie był pewny czy jego propozycja będzie trafna, więc wahał się chwilę, nie chcąc się zbłaźnić. W końcu wydusił z siebie:

– Czy można zgadywać?

Konferansjer okazał się właściwym człowiekiem na właściwym miejscu i szybko znalazł odpowiedź na trudne pytanie. Po krótkim zastanowieniu, którego potrzebował bardziej do wywołania uznania dla swoich umiejętności niż przemyślenia odpowiedzi, stwierdził, że w walce z marazmem obowiązuje wolna amerykanka.

– Catch as catch can! – powiedział, po czym wyjaśnił, że znaczy to, że każdy chwyt jest dozwolony i trzeba radzić sobie jak tylko można. – Wolna amerykanka to nie jest mebel, na który można usiąść, tylko styl walki z przeciwnikiem lub ze sobą, co w przypadku marazmu na jedno wychodzi – zakończył odważnie.

– Uderzyć się mocno w głowę, aby się zmienić! – Ktoś usiłował błaznować, dając zły przykład innym.

Niewybredna wypowiedź rozwiązała worek inicjatyw i energii społecznej. Z różnych stron remizy odezwały się głosy. Ludzie się ośmielili. Zapanowała atmosfera euforii sprzyjającej otwieraniu się uczestników zebrania. – Dużo czytać! Podpatrywać dzieci, jak one to robią!

Ktoś zaproponował poważnym głosem, aby kopnąć się w pośladek. Kiedy zapadło milczenie, wyjaśnił, że mówi to pod adresem osób z dużymi siedzeniami, którym ciężko jest wstać z fotela lub tapczanu, kiedy siedzą przed telewizorem. Wypowiedź została źle przyjęta.

– Kopnij się sam. Nie będziesz mi, chamie, wymawiać dużego siedzenia! – Ostro replikowała obfita niewiasta, traktując wypowiedź bardzo osobiście.

Rozpętała się burza. Jedni usiłowali ją uspokoić, drudzy dolewali oliwy do ognia drażliwymi a nawet kąśliwymi uwagami. Znikły różnice merytoryczne, na wierzch wypłynęły różnice płci, kultury, języka i wykształcenia. Kobiety występowały przeciwko mężczyznom, a chwilę potem przeciwko kobietom, starzy przeciwko młodym, którzy nie pozostawali im dłużni, ignoranci przeciwko erudytom, prostacy przeciw wysublimowanym, miłośnicy pięknego języka przeciwko gburom. I na odwrót. Powstało takie zamieszanie, że musiał interweniować konferansjer. Zamachał rękami, aby zwrócić na siebie uwagę, po czym wyjaśnił, że propozycja kopania się w siedzenie dotyczy w równiej mierze kobiet jak i mężczyzn.

– Mamy równouprawnienie i wszystko, co rozpatrujemy, odnosi się do obydwu płci.

– A co z trzecią płcią? – Pytanie padło zza pleców osób siedzących na sali, było prowokujące i podstępne, ponieważ wiadomy był jego skutek – dalsze rozognienie dyskusji.

Głos zabrał ksiądz. Dzięki wieloletniej praktyce spowiedzi w bliskości pana Boga był biegły w ludzkich słabościach i dewiacjach. Nie dał się zbić z pantałyku. Ripostował z łatwością.

– Parlament hinduski stworzył definicję trzeciej płci i jesteśmy w stanie odpowiedzieć na to trudne pytanie. Wcześniej nie było to możliwe, mogło wywołać tylko zamieszanie, a nawet popłoch. To straszna rzecz. Na przykład wczoraj w parlamencie spłoszyły się dwa konie partyjne, wywołując konsternację wśród posłów.

 

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 72: Wiec i dyskusja publiczna w Casi

Wracając do wynajętego pokoju Mistrz przyglądał się budynkom, były to głównie domy mieszkalne jedno lub dwupiętrowe. Zdziwiła go liczba osób siedzących w otwartych oknach i bezmyślnie gapiących się na ulicę. Ludzie ci obserwowali sąsiadów i przypadkowych przechodniów, jak są ubrani, jak się poruszają; często krytykowali ich za wygląd, sylwetkę, ubiór, towarzystwo a nawet samochód, jego stan techniczny, kolor czy wiek. Wyglądali jak manekiny. Nie poruszyli się nawet wtedy, kiedy Sefardi potknął się o krawężnik i głośno zaklął. Pozdrowili go tylko i życzyli mu zdrowia, mimo że go nie znali. Z kilkoma osobami usiłował nawiązać konwersację, ale się nie kleiła. Dowiedział się, że z domu wychodzą głównie w celu zrobienia zakupów i odwiedzenia lekarza. Na jego rzeczowe pytania odpowiadali spokojnie, że żyją w marazmie i tak jest im najlepiej. Nie rozumiał ich, a oni nie rozumieli jego. Działało mu to na nerwy.

Poruszył ten temat z Wiktorem, który przyłączył się do niego przy powtórnym spacerze po wsi. Wiktor znał teren bardzo dobrze, były to jego rodzinne strony. Znał też wielu mieszkańców. Potraktował ich w sposób bezwzględny. Najstarszych nazwał Matuzalemami określając ich jako jednostki wiekowe i zgrzybiałe umysłowo, pozostałych – dinozaurami, przeżytkami z zeszłego wieku, choć byli ludźmi sprawnymi umysłowo. Kiedy Sefardi zwrócił mu uwagę, że dinozaury żyły miliony lat wcześniej i dawno już wymarły, Wiktor wyjaśnił, że nie chodzi mu o dinozaury pierwszej generacji sprzed dwóch milionów lat, tylko ludzkie dinozaury ostatniej generacji, elektronicznej. Wygłosił tę opinię z takim przekonaniem, jakby to on wynalazł elektronikę i tych ludzi.

Mistrzowi żal się zrobiło zagubionych mieszkańców wsi.  Był przekonany, że są nieszczęśliwi, nawet jeśli na to nie wyglądali. Chciał im pomóc. Nie wiedząc jak to najlepiej uczynić, zaprosił do pomocy Wiktora, przewodnika oraz zaspanego aspiranta farmaceutyki zwanego Tubylcem.

*****

– Coś trzeba zrobić. Nie możemy pozostać obojętni wobec bezmiaru apatii kulturalnych i często wykształconych ludzi. Potrzebna jest im pomoc. Są na pewno zdolni, pracowici, niektórzy prawdopodobnie nawet utalentowani, tylko zagubili się w życiu. Rozmówcy zgodzili się. Pytaniem było, kto może im pomóc i jak. Po dyskusji ustalili, że zorganizują wiec i publiczną dyskusję pod hasłem: Jak sam możesz wydobyć się z marazmu?

Sprawy ruszyły z kopyta. Przewodnik załatwił kilkadziesiąt plakatów; planowali zapłacić za nie później ze składek dziękczynnych zebranych od ludzi, których spodziewali się wyrwać z marazmu. Wiktor przeprowadził agitację na wsi do udziału w wiecu, chodząc od drzwi do drzwi z plakatem i przekonując do przyjścia. Tubylec odszukał i zaangażował do pomocy trzech lokalnych aktywistów, o których był przekonany, że nie całkiem jeszcze skapcanieli.

Plakat, agitacja i wysiłek aktywistów dały nadzwyczajne wyniki. Na wiec stawiła się cała wieś, jak mówiono, chłop w chłopa, baba w babę. Pojawili się też ludzie z okolicznych miejscowości przyciągnięci perspektywą korzyści. Ktoś mianowicie rozpuścił pogłoskę, że mogą liczyć na wiejską kiełbasę, zdrową żytnią bułkę i piwo. Mistrz bał się trochę, że będą rozrabiali. Było zupełnie inaczej. Przyszli niepewni, trochę wystraszeni. Mówili: – Słyszeliśmy, że jak nas nie ma w Internecie, to znaczy, że nie ma nas w ogóle. Może to i prawda. Jesteśmy tak skołowani tym, co mówią w telewizji, że sami już nie wiemy.

Na wiecu Sefardi rozwinął temat zagubienia człowieka w gąszczu nowoczesnych technologii, mówił też o tym, ile mogą one przynieść szkody na umyśle i ciele. Wiktor i przewodnik dzielnie mu wtórowali. Cała trójka szczerze wzięła sobie do serca postulat ratowania człowieka tonącego w marazmie. Mówiono nawet o ratowaniu cywilizacji wiejskiej.

Zgromadzeni matuzalemowie, dinozaury najnowszej generacji elektronicznej oraz jednostki pogrążone w milczącym zagubieniu okiennym, otworzyli się i po raz pierwszy od lat szczerze mówili o sobie i swoim życiu. Wyjaśniali, tłumaczyli się, niektórzy oskarżali siebie, rodzinę, znajomych a nawet państwo za własne zagubienie. Nieliczni twierdzili, że wcale nie są zagubieni, tylko tak się wydaje. Rozpętała się tak niesamowita dyskusja, że trzeba było chętnych rejestrować do wypowiedzi. Były one bardzo różne, ale zawsze szczere. Świadczyły o tym gorące słowa i płonące oczy. Wiodącym wątkiem była niechęć do komputera i nowoczesnych technologii komunikacji.

– Mnie brak zaangażowania w głupią technologię nie przeszkadza, mam czas na uprawę ogródka. Dokarmiam w ten sposób dzieci i wnuki. Nic innego mnie nie interesuje. Tak jak jest, jest mi bardzo dobrze.

– Ja wciąż pracuję, choć jestem na emeryturze. Też obywam się bez komputera. Jestem prostym urzędnikiem, a nie magazynierem, który musi mieć laptop i znać program gospodarki magazynowej, bo bez tego ani dudu.

– A ja poświęciłam się wnukom i zapadłam na zdrowiu. Dzieci używają komputera i nawet nie pytają mnie o zdanie. Gdyby nawet mnie zapytali, to nie wiedziałabym, co im odpowiedzieć.

– Ja nie używam komputera. Używałem, ale się zepsuł. Coś w nim bzyknęło i wyłączył się.

– Ja znam komputer, ale go nie używam. To diabelskie nasienie. Nic dobrego z niego nie wynika, może tylko doprowadzić do wojny.

– Ja nie wysyłam ani nie odbieram poczty elektronicznej, bo to złodziej czasu! Wolę mówić. Nawet jak popełnię błąd ortograficzny, to nikt nie zauważy. Pamięta pan tego prezydenta, co to strzelił byka w Internecie i potem wszyscy go wyzywali od nieuków? Podobno chciał się powiesić – wyjaśniła była kierowniczka urzędu gminy.

– Nie używasz komputera, ale godzinami wisisz na telefonie. – Ktoś zaobserwował.

– Telefon to co innego. – Broniła się zainteresowana.

 

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 71: Pierwsze doświadczenia Sefardiego w Casi

Przyjeżdżając do Casi, Sefardi miał jasny cel: wyrwać lokalną społeczność z marazmu. Od dawna o tym myślał. Czytał o marazmie jako formie apatii, chorobie społecznej o podłożu wirusowym. Chodziło mu głównie o znajome małżeństwo, osiadłe od lat na wsi. Niegdyś utrzymywało ono z nim i ze światem ożywione kontakty; od czasu przejścia na emeryturę oboje, mąż i żona, zapadli w letargiczne milczenie jak smutny borsuk w sen zimowy o korzonkach i grzybach. Sefardi na początku dziwił im się; przestał, kiedy zobaczył, że w międzyczasie cała wieś pogrążyła się w niebycie. Zaczęły się tam dziać dziwne rzeczy. Zwykły list wysłany do Casi wędrował kilka dni, jakby pocztę przewożono wozem ciągnionym przez woły. Dojeżdżając do wsi Sefardi zauważył parę wołów z okna pociągu, co go umocniło w przekonaniu, że wieś naprawdę żyje przeszłością.

Casi miała tylko dwa telefony komórkowe: jeden na posterunku policji, drugi w remizie straży pożarnej. Mieszkańcy zarażeni wirusem marazmu nie używali telefonów, komputerów ani Internetu i nie mieli pojęcia, co dzieje się na świecie. To wyłączenie się pogłębiało ich apatię. Mur ignorancji wobec świata zewnętrznego, kultury, muzeów, banków, perspektyw i widoków uważali za sensowny, a nawet użyteczny. Nieobecność komputera była dla nich pasem cnoty; sami go sobie nakładali i wytrwale nosili. 

Na początku pobytu w Casi Sefardi łudził się, że zauważy choćby nieśmiałe zapowiedzi zmian i ślady pierwszych przeobrażeń. Było gorzej niż przypuszczał. Wieś pogłębiała się w zastoju, rodzaju zaraźliwej apatii. W powietrzu czuć było atmosferę odrętwienia i rezygnacji. Już sama zabudowa wsi wpędzała w przygnębienie. Było tu wszystkiego po trosze: trochę wsi i trochę miasta, pola uprawne, kilka małych zakładów przemysłowych, niezagospodarowane działki budowlane, gdzie zimnymi wieczorami hulał pijany wiatr, jak twierdzili mieszkańcy. Sam sposób ich mówienia męczył Sefardi.

Było też trochę samochodów, wśród nich jeden zdezelowany Porsche i dwa smutne Mercedesy. Z innych pojazdów mechanicznych były jeszcze Ople, Mazdy, Renaulty, Fiaty, Fordy i Toyoty, wszystko to przestarzałe modele, jak ze złomowiska. Chlubą wsi były trzy sklepiki z artykułami żywnościowymi, apteka i dom kultury z biblioteką. Z narzędzi rolniczych podróżnik zauważył tylko traktor i kombajn, obydwa do wynajęcia za beznadziejnie niską cenę. Koni było jak na lekarstwo.

– W dobie cywilizacji globalnej, w jakiej żyjemy, zwierzęta pociągowe są przeżytkiem – tłumaczono mu. – Zrozumieliśmy, że w gospodarce zdominowanej przez firmy większe niż państwa, pył, spaliny i bylejakość produktu są normą, a woda źródlana skansenem zamykanym w butelkach plastikowych, bo tak jest najtaniej. To najpewniejszy sposób osiągnięcia dobrobytu i taki stan nam odpowiada.

W rozmowie z Tubylcem, jak nazywano młodego autochtona o urodzie zaspanego aspiranta-farmaceuty, jedyną osobą w okolicy przyznającą się do tęsknoty za zmianą, Sefardi uzyskał ważną informację. Wieś zamieszkiwali głównie intelektualiści, którzy przeszli na emeryturę, rozstając się dobrowolnie nie tylko z pracą, ale także ciekawością świata i ambicjami. Tubylec nazywał ich degeneratami, siebie samego uznawał za banitę.

– Casi ma najwyższy w regionie wskaźnik intelektualistów na emeryturze – wyjaśnił rozmówca. Mimo tego miejscowość duchowo jest wymarła. – Dodał ze smutkiem w oczach skrytych za przyciemnionymi okularami. Zachowywał się jak uciekinier zapomniany przez los.

Na ulicach prawie nie było ludzi, panowała cisza, od czasu do czasu pojawiał się samochód; kierowca zazwyczaj pytał o drogę lub publiczną toaletę. Wyjątkiem były tylko okna, w których tkwiły postacie kobiet i mężczyzn, nieruchome, milczące, podparte łokciami spoczywającymi na parapecie. Były ich dziesiątki, w niedziele i święta może nawet setki. Na ich twarzach malował się smutek i zagubienie. Od tubylca o twarzy zaspanego aptekarza Sefardi dowiedział się, że tylko ludzie młodzi, przelatujący przez wieś jak upiory na rowerach, motocyklach lub w samochodach osobowych, używali smartfony, laptopy, tablety i komputery.

– Przynajmniej wiedzą, co znaczą słowa takie jak SMS, poczta elektroniczna i Skype. – Dodał Tubylec, znikając między zatopionymi w ciszy opłotkami.

*****

Spacer po wsi był przykrością, którą Sefardi nieświadomie sam sobie zafundował. Wieś była martwa, nie w dosłownym tego słowa znaczeniu, ale intelektualnie. Była ruiną. Gdziekolwiek nie ruszył się, wiało przygnębieniem. Marazm opanował wieś jak zaraza i unieruchomił mieszkańców w oknach z głowami obok doniczek z roślinami ozdobnymi. Miał wrażenie, że jest na ukwieconym cmentarzu, gdzie zdjęcia osób już nie istniejących widnieją obok świeżych kwiatów. Swoje obserwacje Mistrz zapisywał w pamięci małego laptopa, który zawsze zabierał z sobą w podróż.

Następnego dnia wyruszył na spacer o brzasku, aby nasycić się kolorami promieni słonecznych igrających kroplami rosy na trawie oraz kryształkami wody misternie ułożonymi na sieciach pajęczyn.

Wracając ze spaceru wędrowiec natknął się na pochód uroczyście ubranych, niemłodych już mężczyzn i kobiet, z ogorzałymi twarzami i oczami i o żywym wejrzeniu. Kilku mężczyzn nosiło sutanny. W nieposkromnionej ciekawości odkrywania świata, Sefardi zapytał ich, kim są i dokąd idą. Odpowiedzieli nierównym chórem, śpiesząc z wyjaśnieniami. Była to starszyzna intelektualna, osoby dojrzałe, z wyjątkiem jednego uczestnika, wyglądającego jak dziecko, z gładkimi policzkami i wyrazem uduchowienia na twarzy. Byli to ludzie różnych profesji, nauczyciele, księża, inżynierowie, rolnicy, biuraliści, funkcjonariusze policji i oficjele wiejskiej społeczności, a nawet wykształcona za granicą sprzątaczka ze znajomością dwóch języków obcych.

– Jesteśmy ludźmi kulturalnymi, lecz bez aspiracji uczenia się i stosowania nowych technologii, komputera, Internetu, Googla i podobnych wynalazków, które uznajemy za fanaberię cywilizacji.

 – Prawdziwe zadupie wiedzy, miejsce zsyłki intelektu, ciemnogród gubernatora Barrasa! – Pomyślał Sefardi z niechęcią, bez chwili wahania, czy ocena nie jest zbyt surowa. Na usta cisnęło mu się pytanie, w jakiej konkretnej sprawie demonstrują. Zaskoczyli go odpowiedzią. Żądali usunięcia nowoczesnej technologii z domu, szkoły i kościoła. Przeszkadzała im, uważali ją za narzędzie szatana. Rozgadali się ucieszeni, że mogą otworzyć usta, aby wyjaśnić komuś swoje niepokoje.

Deszcz wypowiedzi przytłoczył Sefardiego obfitością przemyśleń i obserwacji.

– Internet jest pełen pornografii! To ohydne! Palce nam pogrubiały i trudno jest uderzać w klawisze. Stukanie w klawisze i patrzenie w ekran niszczy umysł. Dzieci tracą pamięć i zdolność koncentracji i przybierają na wadze! Chłopcy przestają grać w piłkę, a dziewczynki bawić się lalkami. Siedzenie przy komputerze wywołuje hemoroidy i zabiera czas, który lepiej poświęcić uprawie ogródka lub zbieraniu grzybów w lesie! Cenię postęp cywilizacyjny, ale technologia mnie przygnębia! – Przekrzykiwali się nawzajem.

Demonstracja wydała się Sefardiemu podobna do konduktu pogrzebowego z ciałem wisielca-samobójcy, którego wszyscy dobrze znali, ale znienawidzili za popełnioną zbrodnię. Stojący przed nim ludzie pozostali w tyle za ogółem społeczeństwa, mimo że reprezentowali potencjał intelektualny wsi. Powiedział im to otwarcie w oczy. Był pewien, że zażądają wyjaśnień. Nic takiego nie nastąpiło. Przełknęli zarzut jak niewinną pigułkę na przeziębienie. Nie mieli do niego pretensji, zapewniali go o tym zgodnie. Poinformowali go też, że większość mieszkańców nie uczestniczy w demonstracji, ponieważ siedzi w oknach. Sefardi pomyślał, że demonstranci to szpica lokalnej społeczności, usiłująca wyrwać się ze szponów marazmu poprzez zorganizowany wysiłek fizyczny na świeżym powietrzu.

Bądź patriotą! Kup książkę Michaela Tequili:  https://tinyurl.com/y895884p lub: https://tinyurl.com/y7cza5nc