Spotkałem pana Macierewicza. Nie podał mi ręki.

Spotkałem pana Macierewicza. Był na zdjęciu. Jaki tam on pan!? Baron, nie pan! Jednym ruchem zwalnia dziewięćdziesięciu generałów, drugim ruchem awansuje Misia na szczyty władzy, potem go zwalnia do rezerwy, w końcu bije medal ku jego pamięci. Wszystko jednym ruchem. Aby tak awansować podwładnego, potrzebne są trzy rzeczy: ogromna władza, miłość i decyzja. Gdybym ja tak kochał podwładnego, też awansowałbym go pod niebiosa. Zwolnienie do rezerwy było chyba wypadkiem losowym.

Pan Macierewicz wyglądał smutno na zdjęciu: szary, cera ziemista, wymęczony. Nie ma łatwego życia. Wyglądał jak po ekshumacji, bardzo smutno. Nie podał mi ręki. Obydwaj ucieszyliśmy się, sam nie wiem, dlaczego. Może dlatego, że był tylko na zdjęciu. Jest w naszym kraju tyle tajemnic.

Dobrze, że przynajmniej mamy rząd, który wszystko rozumie i umie rozwikłać tajemnice, i czyni tyle dobra, że aż się ludzie buntują wychodząc na ulice. No bo jakżeż można tak się poświęcać? W Chinach żyła kiedyś przodownica pracy, która oprócz pracy w kopalni udzielała się także społecznie i wskutek wyczerpania zmarła w wieku czterdziestu lat. Nie wiem, czy to słuszny wniosek, ale od czynienia nadmiaru dobra można sobie potężnie zaszkodzić, może nawet się unicestwić. Chciałbym, aby pani premier Szydło to wiedziała, może nawet coś o tym powiedziała publicznie. Ona tak pięknie mówi. Mnie zawsze pociesza, że idzie ku dobremu, choć nie wszyscy w to wierzą. Ludzie są różni, wierzący i niewierzący. Taki mamy kraj.

Fantazyjny przegląd wielkich wydarzeń krajowych.

Bald_eagle_at_the_Hawk_Conservancy_Trust, by Lewis Hulbert, Creative Commons

Nocą popuściłem cugli fantazji i strasznie się rozbrykała. Fantazja jest niezbędna do pisania komentarzy politycznych. Każdy wypowiada się na tematy polityczne, zdecydowałem się i ja, ponieważ też nie mam ku temu kwalifikacji. Mam nadzieję, że to co piszę, jest przynajmniej gramatycznie poprawne.

Premier Szydło ogromnie chwaliła Antoniego Macierewicza. „To nasz najlepszy, najwybitniejszy, najukochańszy Minister Obrony Narodowej”. – Wzniosła oczy go góry, wzywając pana Boga na świadka, który niestety nic nie odpowiedział. Chyba był zajęty, bo była to pora obiadowa. Podobno miał tylko potwierdzić później w wywiadzie udzielonym telewizji „Trwam”: „Dosyć mam was, Polaków, waszej polityki, waszego Kaczyńskiego, waszego rządu, Szkodnika Balcerowicza i Szkodnika Rzeplińskiego”. – Wymieniał i wymieniał wszystkich, którzy nadepnęli mu na pietę. Jemu, ale nie partii, tej jedynej, która też jest tworem bożym, a jeśli nie bożym, to bardzo pobożnym.

– Antoni Macierewicz to nasz najwybitniejszy Minister Obrony Narodowej.- Powtórzyła pani Premier. Amerykanie nie zrozumieli, bo u nich najwybitniejsi przywódcy wojskowi leżą w grobie, przeważnie na wojskowym cmentarzu w Arlington.

Kiedy pani Premier publicznie i mocno chwaliła pana Macierewicza, zobaczyła jego wzrok pełen miłości i natychmiast wyciągnęła rękę przez pół sali, aby ją całował. Znaczy się rękę, nie salę, choć nie wątpię, że z wdzięczności to i salę by całował, tak niezwykłe jest jego poczucie szacunku i wdzięczności dla Partii i jej Premiera.

W napadzie serdecznej podzięki, Minister Macierwicz ujął rękę pani Premier w swoje mocne, wojskowe dłonie, schylił głowę, potrząsnął siwą czupryna i całował. Ale jak! Całowanie to akt znamienny dla wielkiej Partii, do której należy, oraz jej Przywódcy. Minister całował długo i serdecznie, potem popatrzył na Panią Premier, coś zobaczył w jej oczach, chyba dezaprobatę, że było tylko raz. Wtedy całował po raz drugi, jeszcze dłużej i jeszcze serdeczniej. Przestał, kiedy pani Szydło obdarzyła go powłóczystym, niezwykle życzliwym kobieco-rządowym spojrzeniem i wyszeptała ciepło „Wariat”, w dobrym tego słowa znaczeniu. Oboje byli szczęśliwi, a ja z nimi, ponieważ nic nie cieszy mnie bardziej, niż szczęście dwojga dojrzałych, kochających się osób. Może z wyjątkiem wielkiej i wyjątkowej Partii, która też mnie cieszy, kiedy jest szczęśliwa (szczególnie nocą, kiedy może swobodnie oddawać się temu, co najbardziej kocha, czyli pieszczotom i czułościom wewnątrzpartyjnym).

Są prawnicy, którzy mówią, że jest to miłość kazirodcza, bo wewnątrz jednej rodziny. Nie wiem, czy dzisiaj można wierzyć wszystkim prawnikom. Co najmniej jednemu nie wierzę za grosz. Co do samego kazirodztwa, to też mi się nie podoba, podobnie jak inne zboczenia.  

C.d. nastąpi.

Obraz: Bald eagle, by Lewis Hulbert, Creative Commons

PS. Przy okazji wspomnę, jeśli podoba się Państwu styl mojego pisania, że zabiegam teraz o wydanie pierwszego zbioru moich opowiadań, które uważam za najlepszą część mojej dotychczasowej twórczości. Krótka forma, zwłaszcza satyra, groteska, humoreska, wychodzi mi chyba najlepiej, najbardziej odpowiada mojej duchowości.

 

 

Konkurs improwizacji politycznych wybitnych aktorów z Polski i zagranicy

Pow wow humour, by Lilyu, public licence

Miałem sen, jak to ja. Śnił mi się konkurs politycznej improwizacji teatralnej, z udziałem wybitnych aktorów polskich i jednego zagranicznego, wysokiego, dobrze ucharakteryzowanego i utytułowanego. Trudno mi było zgadnąć we śnie, kto to był. Mówią, że to prawdziwy celebryta. Nie za bardzo rozumiem, bo na przykład wśród piosenkarzy celebryta to artysta, który w czasie spektaklu wypina goły tyłek na publiczność, a ona nadal go kocha. Może nawet jeszcze więcej.

Aktorzy występowali parami, ich rolą było odegranie jednej określonej scenki teatralnej. Krótko mówiąc, mieli improwizować.

Scena 1: Na zapleczu teatru.

Aktorzy Obama i Duda, imion nie pamiętam, stoją bardzo wysoko na jakiejś potężnej górze, na samym szczycie. Grają. Są ubrani jak farmerzy amerykańscy w drodze do kościoła, w elegancko odprasowane garnitury. Tytułują się, że niby są tacy ważni.

– President Duda! Zrób coś, chłopie, wreszcie z tym trybunałem, bo udzielę ci reprymendy.

– President Obama. Nie mogę, naprawdę nie mogę. Płacze. He will kill me! He will kill me! On mnie zabije! Powtarza dwa razy.

– Who will kill you? Kto cię zabije? – Pyta te wyższy i podnosi brwi. Tutaj jest bardzo bezpiecznie. Sam przecież organizowałeś ten konkurs.

– Mr Kaczynsky. You do not know him! Aktor łka jak dziecko. Widać, że odczuwa wewnętrzny ból niemocy. Gra doskonale.

– I see. OK. Do not worry. Nie martw się. Zróbmy to tak. – Proponuje Amerykanin. – Ja niby to będę udzielać ci reprymendy, a ty tylko będziesz patrzeć na mnie z niemym wyrazem twarzy, że niby jesteś taki zaskoczony. Będziesz usprawiedliwiony w oczach tego okrutnika.

– Dobrze! Doskonale! – Podchwytuje niższy aktor. Oklasków nie ma, bo wszyscy czekają, że będzie ciąg dalszy.

Scena 2 Otwarta na salę teatralną. Widzowie, kamery telewizyjne i inne akcesoria.

Występuje aktor Duda przebrany za prezydenta. Zapytany przez podstawionego na widowni dziennikarza o szczyt tej góry wygłasza swoją kwestie. Robi to swobodnie, z uśmiechem, wielkie aktorstwo widoczne jak na dłoni, tak bardzo, że każdy patrzy na swoją dłoń. To siła sugestii. Ja również patrzę, ale nic nie widzę, bo trwa głęboka noc.

– Szczyt udał się nadzwyczajnie, To najwyższy szczyt i najpiękniejszy, jaki widziałem w życiu. Rewelacja. Thank you very much, President Obama, for coming here. Dzięki wejściu na ten szczyt jesteśmy teraz lepsi, zasobniejsi, szczęśliwsi i bezpieczniejsi.

Zabiera głos aktor Obama, też przebrany za prezydenta. – Wasz demokracja jest nadzwyczajna,. Rewelacyjna, boska. Dużo starsza, niż myślałem. I admire you sincerely. Podziwiam Was szczerze. Przesyła dłonią pocałunek w kierunku sali. – Ale musicie coś zrobić z tym waszym Constitutional Tribunal. Wymawia słowa jakoś tak śmiesznie, ale chyba wszyscy rozumieją, bo się cieszą. Aktor kontynuuje. – To nie słowa się liczą, ale to, co robicie na co dzień, wolność prasy, praworządność. Wygląda i mówi bardzo poważnie. Lekki dreszcz przechodzi widzów. Aktorstwo pierwsza klasa. Wszycy mu wierzą.

Nasz aktor nie jest gorszy. Jest nawet może i lepszy, gdyż patrzy Obamie prosto w oczy i na usta, widać tylko jego lewy profil, wzrok ma mroczny. Nie odzywa się. Jest marmurowy jak pomnik. Rewelacja. Wszyscy biją brawo. Nie chcą przestać. Myślę, aby się w obudzić, bo ile można słuchać klaskania. Przestają.

Scena 3. Otwarta na cały kraj.

Na scenie dobrze odżywiony aktor. Bardzo znany. Słynny Prezes. Taki pseudonim, pod którym znają go nawet dzieci z przedszkola. Wszycy biją mu brawo. Jest ubrany w togę, widać od razu, kogo gra. Wielkiego przywódcę. Szychę. Takiego, co to wszystko może.

– I jak panu podobał się szczyt na tej górze? Komu zawdzięczamy jego wspaniale przygotowanie? – Pada pytanie z widowni.

Aktor patrzy nieufnie, jak to tylko on potrafi, kto zadaje mu pytanie. Kiedy rozpoznaje, że to kobieta, obdarza ją łagodnym spojrzeniem i na odległość całuje ją w rękę, niezwykle szarmancko. Za chwilę jego spojrzenie staje się ostre jak … jak nie wiem, co. Bije od niego niezwykła siła przekonywania. Niektórzy to odbierają jak powiew wielkich skrzydeł husarskich, podmuch Historii (z dużej litery, bo mała już się zużyła).

– Szczyt był niezwykle udany. – Oświadcza wielki aktor. – Dzięki komu? – Od razu zadaje pytanie. Wszyscy zgadują prawidłową odpowiedź. Napięcie dramatyczne rośnie. Widać wysiłek na twarzach, podobnie jak i na jego twarzy. Następuje zespolenie audytorium z aktorem. Boska gra! – I mnie ogarnia zachwyt, choć to tylko sen.

– Dzięki naszemu znakomitemu Antoniemu Macierewiczowi, Ministrowi Armii, naszemu Gołębiowi Pokoju. On jeden to wszystko zorganizował, własnoręcznie. Antoni jest boski w organizacji, bez niego kot by tu nawet nie miauknął. Aktor rozgląda się za kotem. Cisza, jak makiem zasiał. Wszycy są pod wpływem.

Nagle ktoś, chyba nieprzytomny, albo nie z tej epoki, wyrywa się głupio, niezręcznie.

– A Prezydent Duda? Jakie zasługi on ma dla tej góry? Dla tego szczytu.- Poprawia się.

Wybitny aktor patrzy niemo na salę. Cudowna gra. Wszyscy delektują się, kilka osób mlaska z zachwytu, jakby jedli przewyborne, historyczne już, śmietankowe lody Calypso. Znowu syzyfowy wysiłek na twarzy aktora, kiedy usiłuje sobie przypomnieć nazwisko. Napięcie audytorium osiąga apogeum. Większość kobiet i niektórzy mężczyźni szczytują. Pozostali tylko o tym marzą. Taki jest los człowieka. – Myślę we śnie.

– Duda? Duda? Powtarza aktor. – Nie przypominam sobie. Po chwili uśmiech szeroki jak ława poselska rozjaśnia jego twarz. – A! Ten Duda! Przepraszam, zamyśliłem się głęboko. Zupełnie o nim zapomniałem. Jeszcze raz przepraszam. Napięcie opada. Aktor kłania się głęboko. Widzowie są wzruszeni, wstają, sala aż huczy od braw.

Aktorów to my mamy pierwszej klasy. W niczym nie ustępujemy zagranicy, przynajmniej tej zachodniej, bo Wschód ma też rewelacyjny teatr. Trochę im ustępujemy, ale tylko w uzbrojeniu sceny teatralnej. Ale to sprawa chyba drugorzędna. Najważniejsze jest dobre aktorstwo.

Rzeczpospolita Polska im. Lecha Kaczyńskiego

Piramida Cheopsa, Kheops Pyramid, by Nina, public domain

Do tysięcy ulic, placów, skwerów, stowarzyszeń, ruchów społecznych, nagród, sal zwykłych i sal konferencyjnych (jedna), ruchów, stowarzyszeń, alei, rond, muzeów, szkół podstawowych, gimnazjów i podobnych obiektów im. Lecha Kaczyńskiego, wczoraj doszedł jeszcze jeden: Terminal Paliwowy im. Lecha Kaczyńskiego, zwany także Gazoportem im Lecha Kaczyńskiego. W Onecie pojawił się nawet tytuł: Terminal Paliwowy w Świnoujściu im. Lecha Kaczyńskiego.

Boże! – Pomyślałem sobie wówczas. Jak rozpaczliwie Jarosław Kaczyński musi kochać siebie samego, aby narażać pamięć brata na takie szykany! Żeby jego imię i nazwisko figurowało na każdym przedmiocie, wielkim terminalu paliwowym, małym skwerku, i maciupcim pudełku zapałek! Czy on sam, Jarosław, lub pamięć jego brata, Lecha, będą od tego większe, szlachetniejsze, mądrzejsze? Jeśli ktoś wie, niech podniesie rękę lub głos.

Nigdy nie przyszło mi na myśl, że bezmyślność może przybrać rozmiary ośmieszające nie tylko pomysłodawcę, ale i św.p. Prezydenta Lecha Kaczyńskiego, którego obecna władza pragnie wypromować na bohatera narodowego. Lech Kaczyński stał się świętym, postacią uniwersalną, duchowym sponsorem i symbolem wszystko, co chodzi, stoi, siedzi i leży. Produkt „im. Lecha Kaczyńskiego” staje się stopniowo równie popularny, co " Trzy w jednym", „Mleko zero tłuszczu" i "Kiełbasa 36 % zawartości mięsa”.

Zmiana wszystkiego na „im Lecha Kaczyńskiego” zacznie się poważnie nie wcześniej niż za tydzień, ponieważ ten nadchodzący należy do Pazdana, piłkarza nożnego, najświeższego bohatera narodowego.

Przewiduję gwałtowny wzrost przedsiębiorczości. Najlepszym pomysłem, podobno już opatentowanym i opublikowanym w ustawowym terminie, jest tabliczka metalowa łączona na jednym końcu. Jej treść to: „im. Lecha Kaczyńskiego”. Dokręca się ją do starej nazwy, mającej wymiar standardowej tabliczki i sprawa gotowa. Przykład: Ul. Tadeusza Kościuszki im. Lecha Kaczyńskiego.

Podobno rolnik spod Koszowa, niejaki Paweł Ireneusz Sobiepański, wyhodował specjalne ziarna. Posadzone w letniej glebie i podlewane czerwcowymi deszczami rosną jak na drożdżach układając gałązki i liście w kształt „im. Lecha Kaczyńskiego”. Pomysł wziął się stąd, że kierowany duchem miłości partyjnej rolnik oznaczył swój kawałek ziemi „Działka nr 2105 im. Lecha Kaczyńskiego” i to przyniosło rewelacyjne wyniki. Wynalazca planuje produkować i sprzedawać hurtowo oryginalne żywopłoty, drzewa i krzewy. Nie muszę pisać, że pomysły tego rodzaju błogosławią potentaci religijni życzliwi wobec partii rządzącej.

Jedno jest pewne. Nasz rząd, reprezentowany przez najbardziej zmilitaryzowanego patriotę w kraju, Antoniego Macierewicza, wprowadzi wkrótce nowe nazewnictwo w całym resorcie, począwszy od szyfrów, przez samoloty bojowe, aż po pociągi pancerne. Rozkaz wydał Minister Obrony Narodowej Antoni Macierwicz im. Lecha Kaczyńskiego na wniosek Sztabu Generalnego Wojska Polskiego im. Lecha Kaczyńskiego.

Za kilka lat jedno tylko pozostanie niezmienione, bo byłoby to jawne kłamstwo. Otóż pomysl oznaczenia wszystkiego jedną nazwą nie może być nazwany „Pomysłem im. Lecha Kaczyńskiego”.

– Sprawiedliwość musi być. Prawo już mamy. – Powiedział Jarosław Kaczyński. Jeśli nie powiedział, to wkrótce powie. Zdumiałbym się, gdyby przestał mieć pomysły na ulepszania rzeczywistości.

Jestem z nim, to mój ukochany bohater. Oznaczanie przedmiotów i idei jego imieniem uważam jednak za przedwczesne. Choć kto wie, skoro jest Port Lotniczy Gdańsk im. Lecha Wałęsy? Zapomnijcie o tej nazwie. Ma się ona wkrótce zmienić. Czyjego imienia będzie ten port, nie śmiem zgadywać.

Nowa atmosfera w Sejmie. Dni rozwagi, skupienia i miłości.

Book_of_Ezekiel_Chapter_1-1_(Bible_Illustrations_by_Sweet_Media)Po pomyślnym rozwiązaniu sprawy aborcji, Prezes poprosił opozycję („po raz ostatni”, jak wyjaśnił) o dni rozwagi, skupienia i miłości. Prośbę natychmiast przyjęto; w Sejmie powstał Komitet Pokoju, łączący sercami partię rządzącą i trzy partie opozycyjne.

Czwarta partia została wyłączona.

– To partia niepoważna i hałaśliwa; biegają po scenie z gitarami, w ciężkich wojskowych buciorach. – Wyjaśnił uprzejmie Prezes. – Nie rozumieją, czego naprawdę pragniemy. Samym śpiewem niewiele ugramy, a przecież nam chodzi najbardziej, wam oczywiście mniej, o naszą ukochaną ojczyznę. Trzy ostatnie słowa wypowiedział z dużej litery. – Znacie mnie, bracia! – Kontynuował. Jestem człowiekiem konsekwentnym. Jak powiedziałem przed wyborami parlamentarnymi, że wymienimy w kraju wszystko, od sprzątaczek w radach nadzorczych po kamasze na uzbrojeniu armii, to słowa dotrzymuję. – Jeszcze raz serdecznie was proszę o zaniechanie swarów i wojny, którą prowadziliście z nami od dłuższego czasu. Zrozumcie, kochani, jesteśmy najbardziej pokojową partią na świecie. Ubiegamy się w tej sprawie o zapis w Księdze Guinnessa. Świętej pamięci Matka Teresa z Kalkuty przy nas to zwykła buntowniczka!

Trzej opozycjoniści wybuchnęli śmiechem z ogromnej radości, że wreszcie wróciły normalne czasy; rechotali i rechotali jak pijane żaby na wiosnę. Prezes mruknął wyrozumiale „spoko” i czekał, aż się uspokoją. Nie przemawiał już więcej. Powtórzył tylko łagodnym głosem prośbę o pokój do zakończenia Dni Młodzieży i wyjazdu Ojca Świętego z Polski.

– Jak tylko skończy się ten okres, od razu poprawimy wszystko. Obiecuję wam z głębi serca, że jeszcze tej samej nocy opublikujemy wyrok Trybunału Konstytucyjnego, a prezydent natychmiast, bez zwłoki, jak tylko wróci z nart w Himalajach, zaprzysięgnie tych biednych trzech sędziów, którzy wskutek własnej nieuwagi zagubili się w statystyce. Zawsze chcieliśmy to zrobić, tylko nam przeszkadzano.

Kiedy skończył, wybuchł serdecznym śmiechem z radości, jaką sprawił obywatelom swoją wypowiedzią i dobrocią serca. Zza sceny dobiegły oklaski klakierów wynajętych przez Suwerena, cieszącego się z powrotu pokoju i normalności. Wszystkie partie polityczne zbratane w uścisku podjęły taniec, poważnie, cicho stąpając w miejscu, w ciżemkach zamiast woskowych buciorów, aby nie ranić uszu Prezesa.

Na wieść o pokoju w Sejmie, naród otworzył usta z zachwytu i zdumienia. Zrozumiał, że partia rządząca zmieniła się o całe 360 stopni i że teraz wszystko pójdzie jak z płatka. Ludzie pragnęli ściskać Prezesa, co drugi nawet całować go po rękach. Prezes przyzwyczajony do hołdów uśmiechał się dobrotliwie na wiadomość o pieszczotach, jakie mu oferowano.

Na scenę społeczną wróciła normalność. Obywatele rwali się do telewizorów, aby oglądać wiadomości, odwoływano karetki pogotowia, odkładano do lamusa białe kaftany. Rząd ogłosił święto „Wiosny Pokoju”. Wszyscy już rozumieli, że obietnica Prezesa to rzecz pewniejsza niż skała. Zagranica też to zaważyła. President Obama poprosił natychmiast o audiencję u Prezydenta Dudy, aby poinformować go, że dla uczczenia tej wspaniałej chwili oddaje cały arsenał militarny swojego kraju do dyspozycji Ministra Obrony Narodowej, słynnego także w USA Anthony Matsierevitsch’a.

– God bless you, dear Yaroslav. I love you! – Krzyknął President Obama przed odlotem do Waszyngtonu. Do piersi tulił malutkiego pluszowego żuberka podarowanego mu przez polski rząd na wspomnienie Puszczy Białowieskiej zjedzonej przez korniki.

Michael Tequila: „Sędzia od Świętego Jerzego”, powieść psychologiczno-obyczajowo-kryminalna do nabycia w księgarniach Matras, Dom Książki i księgarniach internetowych.

Prezentacja nowego rządu

KennixnBył sen. Kto go miał, wiadomo. Miał spełnić się w piątek 6 listopada 2015, ale zaniemógł. Więc znowu się śni. Wielka scena na wielkiej sali. Chyba tronowej. Na pierwszym planie Jarosław Kaczyński, Prezes.

Przed nim, nieco z boku, Beata Szydło, Premier. Łączą ich niewidzialne sznurki porozumienia. Pan Prezes przygląda się jej z ufnością, ma nadzieję, że nie popełni błędu. Na wszelki wypadek pilnuje ją.

Obok kandydaci na ministrów, cała chmara. Wszyscy odświętni, w garniturach i wstępnych uśmiechach. Obok, z boków, dostojnicy i duchowni. Jest ich wielu, bo są ważni.

Wchodzą media, telewizje, radia i gazety. Najpierw Trwam, potem Radio M. Potem inne. W głębi pejzażu Antoni Macierewicz, w uniformie wojskowym, z rewolwerem u boku, odświętnie srebrny na głowie, odpędza, ale bardzo uprzejmie, Telewizję TVN. Na jego prośbę starszawy duchowny, dojrzały jak ojciec, ekskomunikuje ją.

Nadchodzi moment. Z ust padają nominacje ministerialne. Gratulacje, uśmiechy, łzy radości. Pan Prezes całuje kogoś w rękę. Lubi to. Tłum ministrów rośnie, kandydatów na ministrów maleje. Wśród ostatnich wyróżnia się Pan Jarosław Gowin. Wysoki, dostojny, dyskretna aureola nad głową. Nieznana kobieta w ciężkich okularach, chyba dziennikarka, a może Posłanka Beata Kępa, klęka przed nim, całuje w palec i szepcze: Wasza Dostojność. Adresat, łagodnym jak szmer strumienia głosem, upomina ją: „Odejdź z Bogiem, dobra kobieto, to jeszcze nie teraz”. Potem spogląda z dozą niepokoju, choć i z ufnością, w kierunku Pani Premier. Boi się, że go wykolegują. Ta uspokaja go spojrzeniem, rozciągniętym między nią a Panem Prezesem, któremu towarzyszy Komitet Polityczny. Pan Minister Sasin żywo tłumaczy telewizji, że Pani Premier wróciła już z urlopu, że jest wypoczęta i że to ona jest na sali.

Pan Gowin odczuwa drżenie w nogach. Modli się w kierunku Pani Premier: „Choćby Ministerstwo Gry w Szachy. Byłem rektorem dziesięć lat, dużo graliśmy. Znam się na wszystkim”. Ta go uspokaja. W końcu wywołują jego nazwisko. Otrzymuje nominację. Jakie ministerstwo, dokładnie nie wiadomo. Ale już jest ministrem. Pełen ufności podnosi oczy do nieba, dziękuje. Wygląda dostojnie.

Przynoszą stołki. Każdy z Ministrów, bez wahania, ślubuje słuszność, prawdę i uczciwość, po czym odwiązuje się od stołka. Tak jak zapowiedział Pan Prezes Kaczyński i powtórzył Pan Mariusz Błaszczak.

Na zewnątrz sali świat jest przyssany do telewizorów, Polacy, Niemcy, Amerykanie, Chińczycy, młodzież nie, bo patrzy w smartfony. Wszyscy się cieszą, niektórzy mniej. Połowa widzów, ta większa, uroczyście ubrana, wiwatuje, podobnie jak nowy rząd, poważnie i odpowiedzialnie. Druga połowa, ta mniej liczna, choć nadal duża, patrzy z ukosa, jakby z niepokojem, gdyż ludzie lubią być malkontentami. Niektórzy w kieszeniach trzymają kamienie. Po co, nie wiadomo. Ktoś wyjaśnia: To na wszelki wypadek.

Zapowiada się wiele. Nad salą pojawiają się girlandy zmian, najpierw ideologii. Do Pana Prezesa podchodzą kobieta i mężczyzna i wyjmują z walizy setki tysięcy pięćsetek. Będą rozdawać. Zaraz potem wypisują pierwsze zwolnienia z niepotrzebnych stanowisk, jest ich wiele, najpierw w Telewizji. To początek reform.

Scena rozmięka, sen rozmywa się. Kto go ma, wiadomo. A może nie wiadomo? Pozostaje rzeczywistość, nadzieja i dwa pomniki. Ten drugi to Przeszłość. Ten pierwszy, większy, błyszczący, to pomnik Przyszłości, która już się spełnia.

Arytmetyka wyborcza. Prognoza koalicji rządzącej.

Triumwirat film media.press.tv

W drodze po chleb powszedni i codzienne mleko spotkałem sąsiada z osiedla, Iwana Iwanowicza Iwanczyna, Polaka z krwi i kości, choć międzynarodowego pochodzenia, osobnika dojrzałego, krzepkiego i uważnego politycznie. Przemówił do mnie. Zabrał głos, jakby był jakimś analitykiem politycznym i wyłożył mi swoje poglądy na przedwyborczą rzeczywistość. Zapisałem je i odtwarzam.

– Obserwuję uważnie scenę polityczna, obliczam głosy i kalkuluję. Wiem, kto będzie rządzić w Polsce po 25 października. Moje kalkulacje są oparte na analizie statystycznej oraz starannej ocenie programów partii politycznych i sile argumentacji jej przywódców.

– Kto będzie rządzić? – Przerwałem mu niecierpliwie, choć trochę niegrzecznie, chcąc jak najszybciej poznać prawdę.

Starzec nie dał się zbić z pantałyku i kontynuował.

– W skład koalicji rządzącej wejdzie PiS, Kukiz15 i Korwin-Mikke, w skrócie PKK. Zgodnie z perspektywicznym sondażem Millward Brown uzyskają oni odpowiednio 37%, 5,9% i 4,1% poparcia, czyli razem 47 %. To zapewni koalicji przewagę w Sejmie. Pozostałe partie wykluczam jako zbyt małe lub niezdolne z gruntu do rządzenia. Partii rządzącej grunt po prostu usunął się nagle spod nóg, co świadczy o jej nędzy i zagubieniu.

– Każda z trzech wymienionych partii koalicyjnych stanowić będzie jeden filar. Trzy filary zapewniają doskonałą równowagę, zwłaszcza jeśli rozumiemy ewangeliczne słowa „Omne trinum perfectum”, co znaczy „Każda trójca jest doskonałością”. Nie wierzę w każdą trójcę, ale w tę uwierzyłem. O jej przywódcach dużo pisano już wcześniej, zwłaszcza Dostojewski i Freud. Czytam właśnie księgę „Freud, życie na miarę epoki”, ponad 900 stron, i znajduję tam liczne odniesienia do panów Kaczyńskiego, Kukiza i Korwina-Mikke. Freud poddał ich psychoanalizie i wyciągnął niezwykle trafne i pozytywne wnioski. To mnie umocniło w przekonaniu, że i ja słusznie w nich wierzę.

– Skromnie powiem, ciągnął Iwan Iwanowicz, że udzielam poparcia tej koalicji. Mogę dodać, tym razem nieskromnie, że wierzę w jej zdolność przemiany Polski w lepszą, sprawniejszą, bogatszą, piękniejszą, uczciwszą i bardziej sprawiedliwą.

– PiS czyli Filar Nr 1. Nie muszę przedstawiać tej partii, bo jej siła i powaga są oczywiste. Reprezentują ją: dojrzała myśl Jarosława Kaczyńskiego, wyraziste usta Beaty Szydło oraz siwa głowa Antoniego Macierewicza. To rzeczowa kombinacja: dojrzałość, wyrazistość i jeszcze raz dojrzałość. Do tego dochodzi poparcie pana Andrzeja Dudy, prezydenta wszystkich obywateli, światłego przeciwnika partii nieudolnych, twarzą i sylwetką coraz wyraźniej wskazującego kierunek rozwoju kraju – ku obfitości jadła i osobistego spełnienia.

– Kukiz15 czyli Filar Nr 2. Liczba 15 nawiązuje – jak rozumiem – do wieku, w którym pan Kukiz osiągnął dojrzałość polityczną, którą potem doskonalił śpiewnie i muzycznie, aby rozwinąć pojemność płuc. Rozwój osobisty wykorzystał w trakcie ostatniej debaty telewizyjnej przywódców wszystkich partii politycznych przekrzykując głupią konkurencję, a nawet prowadzących debatę dziennikarzy, którzy nie wiedzieli, o co pytać. On to wiedział i wyraził. Dla mnie było to wspaniałe przeżycie.

Nie przerywałem sąsiadowi, gdyż mówił przekonywująco. Kontynuował.

– Teraz jego, czyli pana Kukiza, argumentacja. Trzeba zmienić wszystko, czyli ustrój, parlament, konstytucję, kraj i obywateli. Drogę do zmiany utorują JOW-y, które same w sobie zadecydują, że wybierani będą tylko ludzie uczciwi i mądrzy, potrafiący docenić także dobrą muzykę i śpiew, czyli kulturę osobistą i zbiorową, jakżeż potrzebną naszemu społeczeństwu. Zmiana konstytucji i wprowadzenie JOW-ów to sprawa prawie już załatwiona, ponieważ PKK będzie miało poparcie dwóch trzecich wszystkich posłów w Sejmie. Gdyby jej zabrakło, to dobiorą poparcie z PSL, partii elastycznej koalicyjnie, gotowej wnieść do rządu także plan obniżki kosztów utrzymania poprzez zwiększoną konsumpcję jabłek. Popieram ten pomysł, ponieważ jestem za godnym życiem obywateli, o którym wielokrotnie i przekonywująco mówiła pani Beata Szydło.

– Pan Kukiz stawia na pracę. Cytuję: „Córka pani Kopacz wyjedzie sobie do Kanady, a moje dzieci będą tyrać”. Pomysł ciężkiej pracy własnych dzieci świadczy o jego szlachetności, ale też i o niezwykłej przytomności umysłu i rozwadze, ponieważ NFZ nie wydoli ponieść kosztów leczenia pana Kukiza nadwerężającego dla dobra kraju nie tylko płuca, struny głosowe i umysł, ale i całe rozedrgane emocjonalnie ciało. Przetwarzanie ogromnej ilości jego niezwykle trafnych pomysłów musi odbić się na jego zdrowiu. Martwię się o niego i modlę się, aby i inni też się modlili o jego powodzenie i zdrowie, które służy nam wszystkim.

W tym momencie Iwan Iwanowicz przeżegnał się i zaraz kontynuował.

– Janusz Korwin-Mikke czyli Filar Nr 3. To niezwykły człowiek, prawdziwy atut, filar zdecydowany i jednoznaczny w opisie i zwalczaniu zjawisk niezdrowych dla kraju, niezłomny w poglądach i reprodukcji rozszerzonej, jakżeż potrzebnej naszemu społeczeństwu w obliczu zalewu terrorystami obcymi nam religijnie i ideologicznie. Osobiście szczególnie cenię pana Korwina–Mikkego za plan wysadzenia w powietrze Unii Europejskiej, postawienia w to miejsce wielkiego domu publicznego i zniesienia wszelkich podatków, aby i biedniejsi obywatele mieli środki na radość cielesno-duchową. Cenię go także za przyjaźń ze Związkiem Radzieckim reprezentowanym przez prezydenta, który skutecznie walczy z imperialistami amerykańskimi na Ukrainie, w Radzie Bezpieczeństwa i w Syrii. Mój rozmówca znowu przerwał, ale tylko na chwilę, aby podsumować swój wywód. – Nie będę mówić więcej o nowej koalicji, ponieważ wierzę, że wszyscy rozumni jak i mniej zamożni we własną myśl obywatele zgadzają się ze mną i nie zawahają się udzielić poparcia mojej koalicji przy urnach wyborczych. – Oby tylko nie sfałszowano wyborów. – Dodałem, aby też powiedzieć coś rozumnego.

Czytaj wiecej: http://www.wiadomosci24.pl/artykul/arytmetyka_wyborcza_prognoza_koalicji_rzadzacej_338595.html

Serdeczna rozmowa z samym sobą o przyszłości Polski

Whiskey ze-znienawidzonym-prawem-walczono-2564_lOd kilku tygodni nie wiem, o czym pisać. Uczucia targają mną po kątach, to w tę, to w tamtą stronę. Siatkarze wygrywając dziesięć kolejnych meczy (wszystkie oglądałem w bezpośredniej transmisji) i Robert Lewandowski strzelając seryjnie pięć bramek w ciągu prawie jednej minuty doprowadzili mnie do ekstazy, w której byłbym gotów ukochać wszystko, co polskie do końca mojego życia, gdyby nie Jarosław Kaczyński i jego druh serdeczny, Antoni Macierewicz. Po słynnym przemówieniu tego pierwszego w Sejmie na temat rządów szariatu w Szwecji i kościołów zamienianych przez muzułmanów w toalety we Włoszech oraz świeżutkim oskarżycielskim przemówieniu Prokuratora Generalnego Antoniego Macierewicza w USA, gotów byłem pójść do mego gabinetu, odgryźć kawał biurka, wypić wszystką wodę z kwiatów, objąć siebie samego serdecznie za szyję i dusić aż do zwycięskiego końca.

W ostatnich tygodniach wiele zmieniło się w Polsce. Pan prezydent rozwiódł się z połową narodu, a już z całą pewnością ze mną. Kiedy ogłosił publicznie, że otrzymał mandat całego narodu na reprezentowanie go w sprawach emerytalnych, referendalnych, kontaktów z rządem, głoszenia prawd ludzkich i bożych z ambony i przed amboną, w kraju i za granicą, zaprotestowałem głośno.

– Omylił się pan, Panie Prezydencie. Ode mnie pan go nie otrzymał! – Krzyknąłem tak przeraźliwie, że wywołałem grozę w samym sobie oraz w żonie, która zszokowana moim szokiem wybaczyła mi wszystkie grzechy przeszłe i część przyszłych, licząc, że to uratuje mnie przed zawałem serca.

– Nie będę ukrywać dłużej moich uczuć! – Postanowiłem i zacząłem ryczeć, wyć, tupać w miejscu, wpadając w końcu w spokojny spazm jak pani Beata Szydło, której we śnie odmówiono premierostwa, jak ksiądz Charemsa publicznie tulący w Watykanie swego homoseksualnego współmałżonka, któremu odmówiono błogosławieństwa oraz ksiądz profesor Oko, któremu (mimo szybkiego opowiadania życiorysów wszystkich męczenników cierpliwości) odmówiono szacunku dla jego wiedzy o homoseksualizmie w rurze wydechowej.

– Przestałem kochać prezydenta, PiS, homoseksualizm i księży promujących w telewizji miłość czystą oraz karcących miłość nieczystą! – Krzyczałem i krzyczałem, choć mnie to strasznie bolało, bo jednak PiS i pan Prezydent to przecież przewodnie siły narodu mające uczynić z Polski ósmy cud świata, a księża to apostołowie rozgrzaszenia siebie samych i wielkich polityków wobec Stwórcy, który patrzy i nie grzmi, choć powinien. Ostatnie dwa wyrazy proszę przyjąć z ostrożnością, gdyż nie jest w moim zwyczaju pouczanie Najwyższego o jego obowiązkach.

W sumie nie wiem, co by się ze mną stało, gdyby nie nasi siatkarze i Robert Lewandowski, których wyczynami żyję i żyć będę w nastroju podniosłego oczekiwania lepszego jutra przed wyborami parlamentarnymi i po wyborach. Cokolwiek się nie zdarzy, pamiętajcie, pozostanę optymistą.

Nie wiem, po co napisałem to wszystko, gdyż chciałem tylko podzielić się z Wami, Drodzy Rodacy, moim nieustraszonym optymizmem w obliczu aktów okrucieństwa polityków, partii oraz księży danych nam wszystkim przez Opatrzność.

Ostatki wyborcze

Zapętliłem się przedwyborczo tak niesamowicie, że nie wiem jak teraz wyzwolić się od nadmiaru uczuć. Pod naporem dyskusji internetowych i facebookowych o prezydencie zidentyfikowanym jako Komoruski, zmieniłem zdanie. Jestem neutralny.

Daję równe szanse obu kandydatom na prezydenta, kierując się zasadą rewolucji francuskiej: Równość, Wolność, Braterstwo. W polskim braterstwie wyraża się miłość do bliźniego w formach, o których nie śniło się nawet Świętemu Franciszkowi.

Moja ocena kandydatów: Bronisław. Komorowski jest starszy i powolniejszy, co mam mu za złe, Andrzej Duda jest młodszy i szybszy, także w składaniu obietnic, co mam mu za dobre. Rokuję mu więc lepsze szanse. Dzisiaj największe znaczenie ma ilość słów nadziei, nie całusy, uściski i kiełbasa wyborcza z całego kurczaka.

Obejrzałem spot a Andrzejem Dudą, jego rodziną osobistą i rodziną partyjną. Pojawił się na nim także Jarosław Kaczyński, uśmiechał się i szedł bardzo wolno. Wyglądał mi na chorego. Wszyscy pozostali byli zdrowi.

Żona pana Dudy oświadczyła, że stoi za mężem, po czym patrząc w oczy panu Prezesowi oświadczyła wznosząc ostrzegawczo palec środkowy uniesiony w górę: „Stoję za mężem i nie boję się Pana Prezesa”. Na co on odpowiedział godnym milczeniem i tak łagodnym uśmiechem, jakby prosił o pigułkę przeciwbólową. Wydawało mi się, że wyszeptał suchymi wargami: Ja też się pani nie boję! Czy pokazywał coś palcem środkowym, tego nie zauważyłem.

Czekam z niecierpliwością na wynik dyskusji wyborczej, a potem wyborów. Jestem dobrej myśli. Jeśli wygra Komorowski, wygrają starsi dojrzali obywatele, tacy jak ja, którzy oczekują stabilności i zwykłego rozwoju, jeśli wygra Duda, wygra młodość, która wyżyje się w nowych stanowiskach pracy, szybszych awansach, szybszych powrotach z emigracji; w sumie kraj ruszy jak z kopyta ku prawdzie, uczciwości i zamożności.

Starsi obywatele będą potrzebować skrzydeł, aby dotrzymać im kroku. Słabsi w ramionach mogą potrzebować szczudeł. Nie martwię się on nich jednakże, bo pan Antoni Macierewicz będzie ministrem obrony narodowej i każdemu przydzieli skrzydła bezpieczeństwa. Będzie dobrze.

W gronie osób popierających pana Dudę, ktoś trzymał transparent: „Popieraj Andrzeja Dudę! Zawsze możesz popełnić samobójstwo!” Myśl, pomyślałem, jest przednia, ponieważ daje popierającemu opcję wolności, gdyby się zawiódł, co nie jest możliwe, choć niektórzy mówią, że jest możliwe. Krótko mówiąc, różnie to ludzie mówią.

Od dzisiaj ogłaszam dla siebie stan milczenia przedwyborczego. Usta już zakleiłem, teraz tylko przymocuję ręce do biurka z dala od klawiatury.

Do zoba przy urnach wyborczych! 

Sensacyjne doniesienie wyborcze

Andrzej Duda wygrał wybory prezydenckie! Jest to wiadomość świeża jak ciepłe bułeczki w piekarni, gdzie kupuje kiełbasę dla siebie, kisiel dla rodziny i kości dla psa. Jeśli chodzi i świeżość informacji, to piekarnia od wieków jest najpewniejszym źródłem. Piekarnie istniały już wtedy, kiedy nie znano jeszcze słowa gazeta.

Dokładniej mówiąc były to prawybory, a konkretnie w Chojnicach. Duda uzyskał przewagę nad prezydentem Komorowskim i wygrał. PiS natychmiast ogłosił święto narodowe, nie mógł go jednak od razu wprowadzić, ponieważ nie ma jeszcze ojczyny. Kiedy już ją wymodli, a może nawet wyperswaduje u pana Boga, to wtedy święto stanie się faktem. Dla osób zainteresowanych podaję pierwsze słowa inwokacji: Ojczyznę wolną racz nam zwrócić, Panie!.

Dla uczczenia zwycięstwa, pierwszego od dziesięciu lat, PiS wynajął największe pomieszczenie w kraju: Salę Kongresową. Tam odbędzie się intronizacja Andrzeja Dudy na prezydenta Chojnic. Nie wahał się długo. „W Warszawie powietrze jest niezdrowe, tłumy, ciasnota, wygrana obarczona jest wysokim ryzykiem. Tutaj koronę trzymam już w ręku. – Powiedział i machnął na zgodę ręką wolną od korony.

Pozostała sprawa dotychczasowego prezydenta Chojnic, który czuł się niezwykle mocno związany z miastem. Wywieziono go na taczce zgodnie z tradycją zmian warty prezydenckiej. Prawą rączkę trzymał Brudziński, lewą – Czarnecki, zdetronizowany prezydent siedział na taczce (nawet poduszki mu nie dali!) usiłując wyskoczyć z niej na zakrętach, kiedy się przechylała. Groziło to kompromitacją. Zapobiegł jej Jacek Kurski. Żgał przegranego ostrym kijem, drugą ręką pisząc petycję do prezesa PiS o przyjęcie w poczet członków.

Zaczynało się to mniej więcej tak: Szanowny Panie Prezesie. Pragnę ponownie zostać członkiem PiS, na początku nawet bardziej niż zwyczajnym. Nie mogę już dłużej żyć bez poczucia Pańskiej siły moralnej za plecami. Obiecuję nie stawiać żądań o podwyżkę. Błagam o przyjęcie. Szczerze panu oddany Jacek K. Dalej był dopisek. P.S. Wazelinę kupiłem w najlepszym gatunku.

W związku z wygraną Andrzeja Dudy i objęciem stanowiska prezydenta Chojnic, majowe wybory prezydenckie zostały anulowane przez PiS na podstawie doniesienia do Prokuratury i zaskarżenie do Trybunału Stanu. Antoni Macierewicz wygłosił przemówienie okolicznościowe na temat terroryzmu w transporcie lotniczym. Wszyscy płakali, z moim wyjątkiem. Po prostu zabrało mi łez.

P.S. Moja powieść „Sędzia od Świętego Jerzego” ukazała się już także w formie ebooka w księgarniach  www.ebookpoint.pl i www.woblink.pl, i stopniowo będzie udostępnana także przez inne księgarnie internetowe.

Gdzie ja jestem?

Szukam odpowiedzi na trudne pytania. Nie wiem, gdzie jestem. Mam ciągle omamy. Rozglądam się wokół, ludzie chodzą wolni i radośni jak wiosenne słońce po łące, a w Warszawie mrok i smutek.

Niestety proszę Państwa, byłem w błędzie. Nie jesteśmy wolni. Tak mnie dzisiaj poinformowali moi najulubieńsi aktorzy: Kaczyński, Czarnecki, Mastalerek, Błaszczak. Jak mam im nie wierzyć, kiedy nawet Jan Pietrzak z rękami związanymi sznurem śpiewa tęsknie o wolności. Skleił sobie na stałe dwa palce na kształt litery V, aby pokazać, że jego wiara w wolność jest niezwyciężona.

Niewola, w której żyje trzydzieści procent naszego społeczeństwa, skłania mnie do refleksji głębokiej jak dół. Nie potrafię cieszyć się w samotności, kiedy inni cierpią. Od dzisiaj modlę się, aby i im pan Bóg dał wolność. Nie wiem, dlaczego dotychczas im nie dał. To niesprawiedliwe. Najgorsze, że prawdopodobnie On o tym nie wie, że ludzie u nas tysiącami żyją w niewoli. Nie rozumiem tego.

Jedynym pocieszycielem w ciężkich czasach jest pan Antoni Macierewicz, pirotechnik. Podobnie jak ja strasznie lubi fajerwerki, iluminacje, nocne oświetlenia, głosy płynące z góry, detonacje. Samolot, na którym eksperymentuje wciąż wybucha. To może być niebezpieczne. Martwię się o niego. Sam dym z takiej ilości wybuchów może być niebezpieczny. Pan Antoni może poważnie się zatruć.

On jest nadzwyczajny. Gromadzi wciąż naukowców, a ci cierpliwie wyjaśniają teorie kolejnych wybuchów. Samo liczenie tych wybuchów i teorii wymaga ogromnego wysiłku. Naukowców pana Macierewicza są na szczęście miliony. Kiedy wchodzą czwórkami za stół konferencyjny, aż ziemia drży. Lubię te momenty. Wzruszenie i radość ściskają mi gardło. Zwłaszcza wtedy, kiedy razem z panem Macierewiczem posiedzeniu przewodniczy pani Paranoja.

Paranoja nadrzewna

Właśnie usłyszałem w telewizji Adama Bielana. – Oni tu już idą! – Zawołał strasznym głosem.

– Kto? – Krzyknąłem.

– Oni! Aresztanci! Kułacy! Złodzieje! Oficerowie śledczy! Hodowcy królików! Uciekajcie! – Krzyknął ostrzegawczo.

Szczerze powiem: zapłakałem z rozpaczy. Znowu okupanci!

Linki do najnowszych recenzji powieści Michael Tequila: Sędzia od Świętego Jerzego:

09 04 2015 Autorka recenzji: Agnieszka Kolanowska, http://nieterazwlasnieczytam.blogspot.com

10 04 2015 Autorka recenzji: Katarzyna Roszczenko, http://www.zksiazkawdloni.pl

Dom Wariatów Zaleczonych

W sali przyjęć prezydent, nowy premier (kobieta podobna do Beaty Kępy, pseudonim partyzancki „Gendera”), nowy przywódca opozycji, były premier i były przywódca opozycji składali sobie gratulacje, kiedy podbiegł szef rachmistrzów i podał karteczkę pani premier.

Panowie, widzę przed społeczeństwem pasmo szczęścia długie jak kariera byłego premiera. Dzięki przeglądowi stanu zdrowia społeczeństwa mamy do dyspozycji nadwyżki żywności idące w miliony ton, nadwyżki lekarstw wyrażające się w tysiącach ton oraz pokłady entuzjazmu społecznego grube jak guano chilijskie.

Mężczyźni rzucili się do pani premier (kobieta podobna do Beaty Kępy), aby pocałunkami wyrazić jej podziękowanie, lecz ta odepchnęła ich wzrokiem zakończonym ostrym ostrzeżeniem: Hola, hola, panowie! To, co chcecie robić, to czysty genderyzm. Nic z tego. To jest rząd odnowy narodowej i moim zadaniem jest uszczęśliwiać kobiety, a nie mężczyzn. Nie pozwolę, aby mnie całowano. To przewrotna forma korupcji. Prezydent i były premier zmieszali się, nowy przywódca opozycji wybuchł nie wiadomo czemu śmiechem, a były przywódca opozycji jeszcze bardziej się skurczył.

Wychodzimy. – Energicznie zakomenderowała pani premier i skierowała się ku drzwiom wyjściowym ręką zachęcając towarzystwo, aby poszło w jej ślady. Na zewnątrz zatrzymali się na chwilę, aby rzucić okiem na budynek, który przeszedł do historii jako miejsce pojednania sił politycznych i rozwiązania palącego problemu służby zdrowia.

Czy mógłbym wiedzieć, gdzie jest teraz pan Antoni Macierewicz? – zapytał  były przywódca opozycji. Pełen był najgorszych przeczuć. – Wiem, że rozmawiał z panią Premier.

Tak, rozmawiał. Od wczoraj jest naszym ambasadorem w Moskwie.  Na zaskoczone spojrzenie obecnych wyjaśniła rzeczowo: Obiecał, że w ciągu trzech dni będzie już przed moim biurem z wrakiem samolotu i delegacją rządu rosyjskiego z przeprosinami w zębach. Nowy rząd, nowa energia, nowe pomysły! – Odpowiedziała wznosząc pięści na wysokość piersi.

Prezydent przyjrzał się uważnie piersiom i rękom. – Tak to ona, premier, kobieta podobna do Beaty Kępy. – Upewnił się w diagnozie. Odwrócił się dyskretnie w bok i splunął przez zęby: Na psa urok! Ponownie odwrócił się i skinął dyskretnie na kelnera z tacą i kieliszkami. – Wnieśmy toast za zdrowie pani Premier. Naród zasłużył sobie na takiego przywódcę! Krew z jego krwi i kość z jego kości!

Okazało się to, panowie, nader proste – podsumowała Premier (kobieta podobna do Beaty Kępy, pseudonim partyzancki „Gendera”) kierując wzrok na złoty napis nad drzwiami wyjściowymi: Dom Wariatów Podleczonych, Sala Odpraw od Tyłu. – Naród ma wreszcie to, na co sobie zasłużył. – Szepnęła dostatecznie głośno, aby ją słyszano, i czknęła szampanem.

Życzenia Wielkanocne 2014

Otrzymaliście już Państwo życzenia od przywódców politycznych i duchowych. Niewiele więcej szczęścia może Was już spotkać. Tym niemniej nachalnie wpycham się z moimi życzenia, płynącymi od serca z jedynej w kraju Ambony Obiektywnej Prawdy.

Życzę wszystkim moim Czytelnikom oraz ich Rodzinom, Przyjaciołom i Znajomym radosnych, pogodnych i ciepłych Świąt Wielkanocnych z dodatkiem w postaci wypasionego zajączka objuczonego sakwami pełnymi nowych banknotów w dużych nominałach. Tym, którzy mnie nie czytają, nic nie życzę, ponieważ moje życzenia i tak do nich nie dotrą.

W szczególności zaś życzę:

  • Samotnym – zastanowienia się nad myślą (chyba) Sokratesa: „Czy się ożenisz, czy się nie ożenisz i tak będziesz tego żałować”.
  • Biednym – dużych pieniędzy w Toto Lotku.
  • Pracoholikom – opamiętania.
  • Osobom duchownym na stanowiskach – umiaru w jedzeniu, piciu i wypowiedziach.
  • Bogatym – aby ich nie okradziono.
  • Mężczyznom – aby żyli dłużej.
  • Kobietom – cudownych kosmetyków, kosztownej biżuterii i nieprzeklinania.
  • Zwolennikom PiS – utrzymania przy władzy Jarosława Kaczyńskiego, gwaranta zwycięstw opozycji.
  • Zwolennikom PO – pozostania Jarosława Kaczyńskiego przy władzy w PiS.
  • Antoniemu Macierewiczowi – świętości.

Błękitne oczy indyczki

Wiktor nie jest chwalipiętą, ale pierś wypełniała mu duma z osiągnięć kupieckich. Rzecz się ma w ogóle o piersiach i języku. Niby jest to temat miłosno-kosmetyczno-filmowy, w istocie rzeczy jest na wskroś konsumencki. Takie jest życie. Piękno można nabyć dzisiaj za pieniądze. Podobno nawet przyzwoite kobiety obdarzane dużymi pieniędzmi i biżuterią kochają mocniej.

Sam bym to robił, gdym był kobietą. – Oświadczył Wiktor wznosząc znacząco palec do góry.

Nie wiem, na ile jest to prawdą, ponieważ jestem skromny w doświadczeniach miłosnych – Oświadczyłem z pewnym zażenowaniem. – Mocniejszy jestem w języku, niż w doświadczeniach, choć jedno i drugie może w sposób zawoalowany iść ze sobą w parze. Języka używamy w różnych sprawach, dla wykwintnego opisu życia, wspaniałej konsumpcji a także lubieżnych przyjemności, własnych lub cudzych.

– Kiedy wyrzekłeś te słowa, zdałem sobie sprawę, jakże bogata jest jednostka ludzka. Po oczach Wiktora widziałem, że zaraz wygłosi tyradę. Uzbroiłem się w ciekawość.

Czy myślałeś kiedyś nad tym? – Kontynuował Wiktor. Patrzysz na język i co widzisz. Kawał obleśnego mięsa, które jednakże po uważnej ocenie zastosowań okazuje się wymowne, czułe a nawet przenikające materię ludzkiej wrażliwości i zrozumienia. A jakie bogactwo semantyczne niesie ze sobą? Jest ono równie wymowne jak sztandar obozów koncentracyjnych niesiony przez demonstrantów wiecu organizowanego przez PiS. Ileż to historii przekazuje taki sztandar swoją treścią, kolorami, sposobem niesienia, kształtem, osobą niosącego jak i osobą sterującą sprawami owej demonstracji i wielkiej polityki.

I ja dałem się unieść czarowi standardów i haseł PiS, Wiktorze. – Wtrąciłem. Nic to. Dzisiaj okażę się twardy wobec pokus. Wracam do spraw językowych. Język, języczek, ozór i porównania „język ostry jak brzytwa”, „wulgarny język”, „dosadny język”, „słowicze języczki”, „języczkiem penetrował okolice dotychczas niezbadane”. Domniemywam, że to powiedzenie z Markiza de Sade lub innego zboczeńca, z których nie wszyscy są niemili i bez uroku. – Wyjaśniłem i zawahałem się, czy nie było to przesadą.

Revenons a nos mutons. Czyli wróćmy do rzeczy. – Wiktor bez żenady przejął inicjatywę zawracając mnie z drogi zbędnych dygresji. To po francusku, języku kraju, gdzie język został ze tak powiem doceniony, doszlifowany i postawiony na wysokościach zdrowych jak i niezdrowych uniesień miłosnych, aby wejść do języka komunikacji światowej określeniem „miłość francuska”. Niezdrowe uniesienia to takie, których jest za dużo albo takie, które doprowadzają do ataku serca. Wszystkie inne są zdrowe jak żywność ekologiczna.

Francuzi, jak j ich kocham i nienawidzę zarazem! – Wykrzyknąłem w uniesieniu gorącym jak lawa. Wynalazcy i tupeciarze, miłośnicy używania języka w amorach i wrogowie języka angielskiego. Czepiłem się słowa „język” jak tonący brzytwy. Chyba zaczynam schodzić na drogę szaleństwa! Wszędzie widzę tylko język urastający do symbolu przedziwnych skojarzeń. – Pomyślałem prawie z przerażeniem. Nie wiedziałem, co się ze mną dzieje.

Od szalonych myśli wybawił mnie Wiktor kierując rozmowę na tory zdrowej żywności. – Wracam do indyczki. Kupiłem dwa filety z piersi indyczki wyjęte spod lady przez sprzedawczynię, której życzliwości kulinarnej nie mogłem nie docenić. W ogóle to jestem lubiany w tym sklepie. Kłamstwa, jakie mówię żeńskiemu personelowi na temat promiennego uśmiechu i boskich kształtów są tak urocze, że sam niekiedy im ulegam. Raz zacząłem nawet płakać ze wzruszenia razem z panią, która wzruszyła się moim komplementem.

– Po co to robisz, jeśli kłamiesz? – Pytanie wyrwało mi się spontanicznie.

– Mówienie kłamstwa kobietom pozwala im zrozumieć lepiej naturę mężczyzny, a mnie wzbogaca skrzydła literackiej pegazury w kolorowe pawie pióra. Może „pegazości”? A może „mego osobistego literackiego Pegaza”? – Wiktor na krótko zagubił się w gąszczu języka. – Kłamstwo dyskretne jest prawdziwe, urocze i komplemenckie. Dodaję je gratis do czułości, którą obdarzam cały świat z wyjątkiem pana Jarka i pana Antka, których nie rozumiem. Ostatnio także pana Władimira, który objawił mi się jako człowiek z wielką wyobraźnią i jeszcze większymi ambicjami zdobnymi w imperialne pagony wojskowe. Ci trzej panowie są mi całkowicie obcy. Cenię sobie to uczucie obcości!. – Wiktor rozmarzył się.

Proroctwa.

W czas śnieżnobiały jak kaczy puch potraktowany temperaturą minus 10 stopni Celsjusza zawitał do nas Wiktor. Wydawał mi się wyższy i szczuplejszy niż zawsze. Zdjął buty i umieścił je z szacunkiem na plastykowej tacce, aby ociekły z wilgoci. Stał kilka minut w korytarzu, aby odmarznąć, po czym opowiedział nam historię bardziej pasjonującą niż „Zombie w Kawiarni Traviatta”. Spisywałem ją w pośpiechu podyktowanym strachem, aby nie uronić słowa.

W Sejmie panuje nędza. O czym dyskutuje rząd? Nie o tym, o czym powinien. To zboczeńcy. Interesuje ich wyłącznie seks: zmiana płci, zapłodnienie in vitro, aborcja, małżeństwa partnerskie, tematy proste jak deska trampoliny, z której ludzkość nie odbije się w przyszłość. Boli mnie, że prawdziwe życie pojawia się tam tylko wtedy, kiedy przemawia Jarosław Kaczyński albo ja sam. Kocham dobrą dyskusję bardziej niż własną rodzinę – Wiktor był chyba w stanie zamroczenia alkoholowego, narkotycznego lub głębokiej hipnozy, ponieważ zaczął łkać jak bóbr po przegryzieniu ostatniej olchy.

Dlaczego martwi cię przyszłość, Wiktorze? Ona nie istnieje, dopóki nie stanie się czasem teraźniejszym – usiłowałem pocieszyć przyjaciela metodą łagodnego ojca.

Widzę przyszłość czarno jak nowy wiceprzewodniczący Kaczyńskiego. Obydwaj żyjemy w stanie paranoi, lecz moja paranoja jest głębsza.

Przeszył mnie dreszcz zdolny wstrząsnąć silniej niż mroźny wiatr nagusem.

W roku 2030 – prorokował Wiktor – przewiduję w Sejmie tylko dwa ugrupowania: homoseksualno-lesbijskie oraz posłów niezdecydowanych, czyli tych, którzy jeszcze nie wiedzą, jakiej są orientacji seksualnej. Przewodniczyć im będę ja oraz Janusz Palikot. Nie mogę powiedzieć, który z nas będzie stał na czele którego ugrupowania. Martwi mnie to – podsumował Wiktor ze zwieszoną głową.

A jak będzie wyglądać przyszłość? – ktoś zapytał niepewnym głosem.

Zrobiłem symulację. Pomogli mi w tym eksperci. W roku 2030 będziemy mieli w kraju 4 procent homoseksualistów, 3 procent lesbijek, 55 procent osób w różnych związkach partnerskich, 7 procent duchownych, których tożsamość i zainteresowania są trudne do odgadnięcia, pozostałe 31 procent będą stanowić ludzie niezdecydowani, czy tradycyjne małżeństwo stanowi jeszcze jakąś wartość i czy w ogóle warto w nim trwać. Boję się, a równocześnie cieszę, gdyż oznacza to, że przeludnienia nie będzie. Malthus nie miał racji. Mówię to z ambony prawdy obiektywnej i czystej niewinnością człowieka niezależnego od innych, z wyjątkiem mego szefa, żony i kotki, których zaangażowanie polityczne jest bliskie zera.

Wiktor przerwał potok proroctw, aby wypić kieliszeczek napoju, który mu usłużnie podsunięto.

Moja ruda kotka, w odróżnieniu od czarnego jak diabeł kota Jarosława Kaczyńskiego, nie jest moim doradcą. Jego kot to brzuchomówca; mówiąc nie porusza wargami, ponieważ wypowiada się ustami aktywistów partyjnych. Po ostatnim pobycie w USA, gdzie odbyłem ekspresowe studia na kilku uniwersytetach, nauczyłem go mówić „Watch my lips”, co znaczy, „Słuchaj uważnie, co mówię, baranie!”. Wspomniano mi, że brzmi to podobnie jak hasło „Lenin wiecznie żywy” w ustach wielbicieli staroci w Rosji. Dobry Bóg, tworząc świat, nie zdawał sobie sprawy, że to, co martwe, potrafi być żywe, a to to żywe … też potrafi być żywe, ale tylko w formie ideologii mojej partii, ludzi, którzy umieją pisać i czytać, ale niewiele rozumieją, ponieważ rzeczy najważniejszych dowiadują się bezpośrednio ode mnie.

Uduchowione przemówienie Wiktora, enigmatyczne i niepokojące, wywołało poruszenie, a następnie burzę oklasków, która wylała się za okno głusząc wycie sztormowego wiatru.

Wiele już poczyniłem trafnych przewidywań. W tym jestem dobry – rzekł Wiktor zdejmując z twarzy maskę, za którą ukazała się pogodna i szczera twarz Antoniego Macierewicza.

Rozmowy z kobietami

Czy zjadłbyś coś dobrego? – pyta mnie żona. Pytanie niby proste, ale prowadzi jak po dyszlu prosto w bagno egzystencjalnej rozterki. Myślę intensywnie, co powinienem odpowiedzieć. Mój intelektualny dwutakt z czasów wcześniejszych niż Wartburg zaczyna szybciej pracować; dobrze chociaż, że nie dymi.

Co ona ma na myśli? Ogórek kiszony? Wczoraj kupiłem ogóreczki, że palce lizać. Rolada czekoladowa? A może placki ziemniaczane?

Chodzi oczywiście o słodycze. Z tym nie jest u mnie najlepiej. Wyjaśniałem kiedyś tę kwestię pani ekspedientce w piekarni.

Od jedzenia słodyczy nie staję się słodszy, jedynie grubszy, co okazyjnie przeradza się w gorycz, gdy patrzę w lustro. Kobieta, to to innego, ona staje się słodsza.

Jak to? – pyta piekarka, kobieta powabem pokrewna świeżej maślanej bułeczce z rodzynkami.

Daj kobiecie coś słodkiego, to od razu staje się cieplejsza i milsza, gotowa pójść na ustępstwa. Może nawet do sypialni…

Zapada milczenie, które nie jest złotem, a jedynie niepewnością, czy zamierzam mówić o tym, o czym głównie myślą mężczyźni nie będący pracoholikami. Dla takich twarde biurko jest milsze niż łóżko w rodzonej sypialni. Oczywiście, jeśli nie mają sofy w miejscu pracy.

…aby wywietrzyć pościel – kontynuuję mój wywód. Kobieta lubi czystość i sprząta nawet wtedy, gdy nie ma kurzu. Jest to forma zaślepienia, a co najmniej tęsknoty za doskonałością. Ja nie mam takich ambicji – wyjaśniam brutalnie, ponieważ razem z przodkami ewoluowałem od małpy, istoty zwykłej zdobywać żywność, wypoczywać i nocować w trudnych warunkach, nawet znacznego zapylenia.

Kobieta patrzy na mnie z niedowierzaniem, ponure groźby wyzierają jej z oczu. Ponownie zapada milczenie. Ratując sytuację sumituję się, że oczywiście od małpy człekokształtnej, a nie tej pospolitej, bezwstydnej, wulgarnej, z czerwonym tyłkiem.

Milczenie trwa nadal, kobieta stoi i myśli: Co on wygaduje? Przecież człowiek pochodzi od Boga – zaprzeczenie mojej tezy świeci się w jej oczach wyraźnie jak energooszczędna lampka ledowa.

Też tak myślę – wpadam w tok jej rozumowania i zadaję pytanie: Czy pani sądzi, że od Boga można pochodzić w prostej linii tak, jak to uważa Antoni Macierewicz i Ska? Ja i garstka innych osób czytamy Darwina i wiemy, że Bóg najpierw stworzył małpę, aby ta zapoczątkowała ewolucję i doprowadziła współbraci do człowieczeństwa. Przyznam, że wątpliwego, jeśli pomyślimy o Stalinie, Hitlerze, Pol-Pocie i kilku parlamentarzystach, którzy wprawdzie nie mają zabójstw na sumieniu, ale stalowymi klinami rozdzielają społeczeństwo na miłujących prawdę i niemiłujących prawdy.

Znowu milczenie. Widzę, że muszę poświęcić się, aby uparta cisza nie doprowadziła nas do utraty zdolności obracania językiem w celach innych niż jedzenie i namiętna miłość.

Ja nie dostrzegam cech człowieczeństwa w wielu ludziach, w niektórych tak, w niektórych innych nie. Czy kłamanie w żywe oczy, bezczelne zaprzeczanie oczywistym faktom, mówienie o dzieciach molestujących dorosłych, gangsterstwo i łajdactwo to cechy ludzkie?

Oni mogą nie mieć racji – zabiera z trudem głos piekarka. Chodzi mi o polityków i tych … tam … tego … – zabrnęła w ślepy zaułek i zamilkła.

Tu zgadzam się z panią. Jest w tym wielka prawda. Oni uprzytamniają nam jednak, jak bardzo człowiek jest spokrewniony z różnymi zwierzętami, nie tylko z małpą. Nie będę robić porównań z jakimi; niektóre z nich są tłuste i jedzą rzeczy „be”, podobnie jak czyni to coraz więcej ludzi. Obżarstwo nie jest wyłącznie domeną ludzką. Taka jest prawda.

Piekarka popatrzyła na mnie w dziwny sposób. Wydaje mi się, że chciał pan coś kupić? Jej głos był drętwy, chyba od dłuższego stania na nogach.

Kupiłem paluch maślany.

Zatkam się i nie będę gadać po próżnicy. Nie będę konkurować z niektórymi ekspertami z telewizji, którzy oprócz tego, że mówią, co im ślina na język przyniesie, to jeszcze opluwają mi ekran od środka. Jak tak można?! Czy ja im robię jakieś świństwa?

Będzie lepiej!

Oderwałem się od wszystkich obowiązków, aby dopełnić patriotycznego obowiązku donosicielstwa w sprawie najwyższej rangi. Dzisiaj w dobrym stylu jest donosić do prokuratury, ja jednak preferuję kontakt bezpośrednio z zainteresowanymi. Pomógł mi w tym Wiktor, który uważnie śledzi wydarzenia krajowe.

Politykę widzę jako źródło mądrości i postępu. Nie mówię o wszelkiej polityce, tylko o tej wielkiej przez duże „W” genetycznie wrodzonej tylko Antoniemu Macierewiczowi, podobnie jak łysienie jest wrodzone rodzajowi męskiemu.

No, nie całemu! – zaprotestowałem mając w pamięci, że trzydzieści lat temu widziałem faceta w lustrze, który miał na głowie burzę włosów.

Zgadzam się! – odparł Wiktor bez wahania. Wyjątkiem jest także sam pan Macierewicz, którego bujna czupryna pieści twarz Prezesa PiS, kiedy obydwaj z troską pochylają się ku sobie, aby szeptem omawiać sprawy ważne dla obywateli.

Wzmianka o „ważnych sprawach” zaostrzyła moją uwagę. Wiktor kontynuował.

Można żyć bez chleba, ale nie bez Antoniego Macierewicza. On zawsze jest w przodzie przed politykami wszystkich maści, aby edukować ekonomicznie ciemne masy dla ich własnego dobra, do których i ja sam od czasu do czasu się zaliczam.

Co takiego zdarzyło się, Wiktorze? – po prostu usychałem z niecierpliwości, co zauważyłem po moich spieczonych na wafel wargach.

Antoni Macierewicz, od dzisiaj oficjalnie z tytułem „Czołowy Mistyk Kraju”, został powołany na stanowisko Wiceprzewodniczącego PiS. Wierzcie albo nie wierzcie – Wiktor aż powstał z krzesła. Od dziecka zasługiwał na ten zaszczyt.

To dlaczego nie awansował wcześniej?

Brak wcześniejszej decyzji awansu przypisuję słabemu wzrokowi Prezesa Kaczyńskiego, którego ostatnio widziałem, jak w okularach grubości deski do krojenia mięsa z bliziutka oglądał pod światło banknot 100-złotowy, martwiąc się, co może dzisiaj obywatel kupić za walutę doprowadzoną do nędzy przez Donalda Tuska. Ale co tam Tusk! W dniu awansu na Wiceprzewodniczącego Antoni Macierewicz udzielił wywiadu.

No, no! No i co?! – szalałem z niecierpliwości.

Spoko – odparł Wiktor z konfucjańskim opanowaniem. Już mówię.

Jak pan widzi swoje nowe obowiązki? –  dziennikarz usiłował wyprowadzić z równowagi Wielkiego Mistyka, który odparował uderzenie łagodnym spojrzeniem stalowych oczu i bogatymi w treść słowami: „Moje obowiązki mają wielkie znaczenie, bo Polska jest w kryzysie”. Zwłaszcza gospodarczym – wyjaśnił.

Czy ma pan pomysł na poprawę sytuacji gospodarczej w Polsce? – to pytanie byłoby zabójcze dla tysięcy, ale nie dla Mistyka, który zaskoczył wszystkich prostotą i rzeczowością odpowiedzi: „Stoję zawsze do dyspozycji pana Prezesa”.

Wiktor zamilkł, aby chwilą milczenia uczcić wspaniałe słowa.

I ja pochyliłem głowę przed wypowiedzią geniusza, po czym dodałem od siebie, z głębi serca: Mam sobie i tysiącom innym obywateli za złe, że nie stawiamy się do dyspozycji Prezesa PiS, aby radykalnie odmienić sytuację gospodarczą w Polsce. To takie proste, a my wciąż błądzimy.

Postać encyklopedyczna

Jestem marzycielem – dwa krótkie i jakżeż bogate w treści słowa Wiktora zabrzmiały jak spowiedź panienki, która mówi bez żalu w oczach: Dzisiaj zgrzeszyłam po raz pierwszy.

O czym marzysz, Wiktorze ? – zapytałem gwoli wyjaśnienia i podzielenia się tą wiedzą z Czytelnikami, którzy zapewne płoną z ciekawości jak lasy w Australii.

Ja nie marzę, ja mam marzenia. Marzyć to można o niebieskich migdałach, moim natomiast marzeniem jest znaleźć i opisać jakiegoś wybitnego Polaka – odpowiedź Wiktora była klarowna jak bulion z zagłodzonego kurczaka.

Obydwaj nie mieliśmy pojęcia, kto może być dziś wybitny. Popatrzyliśmy w sufit, skąd ludzie często czerpią swoje najlepsze pomysły, aby krzyknąć unisono: Antoni Macierewicz!

Opiszmy go – zaproponował Wiktor. To będzie nasz wkład do encyklopedii, która wkrótce będzie potrzebować tego hasła bardziej niż wysychająca rzeka wody. Zacznijmy od wyglądu.

Jest to mąż stanu słusznego wzrostu, szczupły, o brodzie bardziej siwej niż głowa – zacząłem drżąc z podniecenia.

Ale dlaczego?

Pytanie Wiktora speszyło nas obydwu, ponieważ nie umieliśmy wytłumaczyć sobie tego fenomenu. Rozgryzienie zagadki nie zajęło nam jednak wiele czasu.

On pracuje więcej językiem niż głową – ustaliliśmy zgodnie. „Chodzi mi o to, aby język język giętki powiedział wszystko, co pomyśli głowa „ – Wiktor zacytował Słowackiego. W konkluzji uznaliśmy, że pan Antoni ma język wyjątkowo giętki, szybszy niż głowa, aby móc błyskawicznie tłumaczyć wyniki badań dotyczących drzew, parówek, aluminiowych puszek od piwa, samolotów i Bóg wie jeszcze czego.

Teraz coś o zdrowiu pana Antoniego– zaproponował Wiktor i bez czekania na moje pytanie wyjaśnił: Zdrowie jest najważniejsze, żebyś nie wiem, co mówił.

To oczywiste – zgodziłem się bez dyskusji.

Nasz bohater jest zdrowy od stóp do szyi – zaczął Wiktor.

A głowa? Czy ona nie jest ważna dla zdrowia? – nalegałem na odpowiedź.

Powiadam ci, to nie jest temat dla nas, prostych choć oczytanych ludzi. To jest temat dla lekarzy wysoko specjalizowanych w temacie głów, w których nieprzerwanie coś gotuje się, kipi, bulgocze, szumi, burzy się, przelewa, dzwoni, ostrzega, zakazuje, krytykuje i wyjaśnia. Ten temat jest zbyt trudny. Porzućmy go – Wiktor wyrzekł to z takim przekonaniem, jakby stały za nim setki tysięcy popierających go słuchaczy.

W moim odczuciu Antoni Macierewicz jest nadzwyczaj podobny do Św. Piotra – wiedziałem, że Wiktor poczuje się zagubiony po moim oświadczeniem. Św. Piotr zaparł się trzy razy, inaczej mówiąc, trzy razy kłamał.

A ile razy zaparł się Antoni Macierewicz?

Zaczęliśmy liczyć. Liczyliśmy i liczyliśmy, aż w końcu zabrakło nam palców u rąk i nóg, choć żaden z nas nie jest bezrękim kuternogą.

A wiesz, kiedy zaparł się ostatni raz? – zaskoczył mnie Wiktor. Zapomniałem języka w gębie.

Ostatni raz zaparł się w drzwiach wejściowych na salę sejmową, kiedy Marszałkini chciała rozwiązać jego zespół. „Po moim trupie” – krzyknął tak rozdzierająco, że aż dzieci zaczęły płakać na ulicy prawdopodobnie z żalu, że taki człowiek miałby umrzeć.

W tym jest podobny do Rejtana – przypomniałem sobie ciesząc się, że lekcje historii nie poszły w las.

Tak, pan Antoni jest postacią wybitną kojarzącą w sobie cechy Św. Piotra, Rejtana oraz gremium prawdziwych naukowców, których skrzyknął pod swoje orle skrzydła – spuentował Wiktor.

Ukojeni myślą, że w narodzie jest jedna wybitna jednostka, rozeszliśmy się do domów, aby podziękować Opatrzności za ten wyjątkowy dar. Inne narody nie mają tego szczęścia.

Miniopowiadanie: Wycieraczka Przewodniczącego

Objawienia są trwałym zjawiskiem parlamentarnym – autorytatywnie stwierdził Przewodniczący Parlamentarnej Komisji ds. Tajemnych, w skrócie PKT. Jego wysoka i chuda postać górowała nad członkami komisji zebranymi dla oceny faktu znalezienia skrzydła samolotu na wycieraczce.

Wyszedłem rano z mieszkania, aby zobaczyć, czy PO jeszcze żyje, patrzę, patrzę i oczom nie wierzę – rozpoczął Przewodniczący lekko dusząc się z nadmiaru emocji. Patrzę, a na mojej wycieraczce leży ogromne skrzydło samolotu. Podrapałem się po głowie i zadałem sobie pytanie: kto je tutaj podrzucił? Pierwszy przyszedł mi na myśl czarny kot, który przebiegł mi wczoraj drogę, a następnie baba z pustymi wiadrami, którą widziałem ostatnio późną nocą w Sejmie. Siedziała w ostatnim rzędzie i piła „Czystą Żytnią” z zakrętki pojemnika na płyn „Borygo”. Jak Państwu wiadomo, baba z pustymi wiadrami oznacza nieszczęście.

Kota od razu wyeliminowałem, ponieważ nie dałby on rady udźwignąć skrzydła. Z eliminacją baby było trudniej. Gdybym ją wyeliminował z listy podejrzanych, organizacje feministyczne oraz „Stowarzyszenie In vitro” zjadłyby mnie na śniadanie bez żenady i bez przypraw. Tym niemniej babę też wyeliminowałem kierując się moją niezawodną intuicją. Pozostał mi jeszcze pies sąsiada. To podłe zwierzę, proszę mi wierzyć. Sąsiad jest ogrodnikiem i jego pies sam nie zje i drugiemu nie da. Tak, pomyślałem, to on musiał podrzucić mi skrzydło, gdyż było dla niego za twarde. On ma sztuczną szczękę i nie poradziłby sobie z metalem. Posiadanie szczęki ukrywa przed społeczeństwem podobnie jak Tusk, które udaje, że ma naturalne zęby. Zauważyliście Państwo, jak on się sztucznie uśmiecha?

Jakby mu zęby ścierpły – zaobserwowała życzliwie członkini komisji odrywając się na chwilę od partyjki pasjansa, którą układała sobie pod fotelem.

Tak, to doskonała obserwacja. Dziękuję pani – Przewodniczący Macierewicz zaczął klaskać w dłonie z entuzjazmem, po czym wyjął malutki notesik i dyskretnie zanotował nazwisko posłanki pod hasłem „Kandydaci do PiS”.

Aby ostatecznie przyjąć lub odrzucić psa jako sprawcę podrzucenia skrzydła, zastosowałem metodę organoleptyczną i obwąchałem skrzydło. Pies już wcześniej kilka razy sikał mi na wycieraczkę, dając tym niezbity dowód, że gotów jest kontynuować proceder sprawiania mi wrednych niespodzianek. Podejrzewam go o przynależność do PO lub PSL, ewentualnie SLD. Niestety, nic nie wskazywało, że to on to zrobił. Możliwe, że było dla niego za wysoko, bo to zwykły wyżeł skoligacony z pudlem rasy niderlandzkiej.

No i jak ustalił pan w końcu, Panie Przewodniczący, kto podrzucił panu to skrzydło? – życzliwie zapytał członek komisji skoligacony politycznie z Przewodniczącym Macierewiczem.

Sprawa wyjaśniła się sama. Godzinę później otrzymałem SMS od przyjaciół. Przewodniczący wyjął telefon komórkowy z prawej kieszeni, odwinął go z celofanu i otworzył. Cytuję ich komunikat. Cześć Przewo! Skrzydło znaleźliśmy w lesie. Stop. Jest z drugiej wojny światowej. Stop. Pomyśleliśmy, że cię to zainteresuje. Stop. Zostawiliśmy na wycieraczce. Stop. Potwierdź odbiór. Stop. Pozdro. Stop. Ziutkowie. Tak to więc, proszę Szanownej Komisji, zdobyłem nowy dowód potwierdzający fakt eksplozji w samolocie w Smoleńsku. Zaraz go Państwo zobaczycie.

Przewodniczący nacisnął duży czerwony przycisk na telefonie komórkowym i za chwilę na salę wjechało na wielkiej platformie rozerwane wybuchem skrzydło samolotu. Z jednej strony podtrzymywał je pies sąsiada, z drugiej czarny kot, a środkiem szła baba z pustymi wiadrami. Za nimi postępował z powagą długi kondukt pogrzebowy.

 

Objawienia Św. Antoniego od Wybuchów

Wiktor, mój przemiły sąsiad i wieloletni przyjaciel, wpadł do mnie jak bomba, aby zrelacjonować najnowsze wydarzenia. Był spocony z wrażenia i ciężko dyszał. Śpieszył się.
Wiesz co? – krzyknął z entuzjazmem, który kazał mi zamilknąć i zamienić się w słuch.
Antoni Macierewicz siłą wypchnął z mego serca Jarosława Kaczyńskiego, aby zachwycić mnie i myślącą część kraju trzema nowymi „Ekspertami od Sprawy Smoleńskiej”. Ich kwalifikacje i doświadczenia umocniły mnie w przekonaniu, że wiedza jest pochodzenia nieziemskiego.
Jak to nieziemskiego? – zdumiałem się.
Nieziemskiego pod warunkiem, że wierzysz w proroka Macierewicza, który nawiedzają objawienia i cudowne wizje – dokończył Wiktor. Jego geniusz jest nie z tego świata; on jest tak nadzwyczajny, jak nadzwyczajna jest wiedza jego ekspertów.
Skąd znacie się panowie na wypadkach lotniczych? – zadano pytanie ekspertom w prokuraturze, do której Antoni Macierewicz doniósł, że ukrywają ważną wiedzę przed narodem. To naiwnie proste pytanie rozśmieszyło ekspertów i wywołało lawinę odpowiedzi. Przekrzykiwali się jeden przez drugiego: z analizy zawaleń budynków w Afryce w trakcie wielkiego trzęsienia ziemi …z obserwacji silników i skrzydeł w czasie lotu pasażerskim samolotem nad Jeziorem Bajkał … z obserwacji wybuchających stodół po II Wojnie Światowej w trakcie pokazu filmu  „I ja tam byłem”.
Chłopie! – przyjaciel zawołał radośnie w moim kierunku. Cokolwiek nie dopisałbyś do listy doświadczeń i wiedzy ekspertów Macierewicza, umocnia tylko moją wiarę w ich kwalifikacje. Nigdy nie słyszałem o lepiej przygotowanych rzeczoznawcach lotniczych. Poruszyli mnie głęboko. Oglądając na ekranie nagie profesorskie ciała naukowe, które bezwstydnie obnażyli przed społeczeństwem, upadłem na kolana i zawołałem: Boże, błogosław im, albowiem wiedzą, co czynią! Naprawdę to chyba jednak nie wiedzieli, gdyż przecierali niezbyt czystymi rękami swoje niewinne oczy, które nigdy nie widziały kodeksu etyki ani nie słyszały o moralności.
Panowie Eksperci! – w pewnym momencie nie wytrzymałem, zerwałem się i krzyknąłem z wielkim strachem o ich losy. Nie idźcie do spowiedzi do kościoła, bo nigdy nie zakończycie pokuty! Spowiadajcie się tylko u Św. Antoniego od Wybuchów, który zwolni was od krzywoprzysięstwa i uchroni przed zapadnięciem się ziemi pod wami! On jest w stanie to uczynić! – rzekł Wiktor z przekonaniem i zamilkł z wyczerpania. Dyszał ciężko.
Ja, Wiktorze, jestem wdzięczny Bogu za powołanie do służby parlamentarnej Antoniego Macierewicza, który w nadzwyczajnie pięknym stylu pcha żaglowiec „PiS” w kierunku skał równie twardych jak jego pancerna głowa. Módlmy się, aby wiatry mu sprzyjały.