Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 164: Psychoterapeutyczne wyznania Josefa

Aby zrozumieć swoje problemy Josef podejmował różne starania. Najpierw podglądał nagich mężczyzn w łaźni i słuchał co opowiadali przy alkoholu o swoich przygodach seksualnych. Potem zapoznał się z opiniami fachowców na temat seksualnych problemów mężczyzn. Oglądał też pornografię, przeczytał kilka artykułów i obejrzał dokumentalny film o mieszkańcach Afryki, znanych z dużych rozmiarów penisa. Okazało się, że ich także przerósł, był od nich lepszy. Był po prostu nadmiarowy. Musiał to wyraźnie przyznać wobec siebie samego. To go zniszczyło.

– Taki to mój parszywy los: efekt nieudanej integracji organów seksualnych człowieka i konia. – Powtarzał sobie do znudzenia. Był to jedyny defekt, jaki w sobie odkrył.

Problem wielkości przyrodzenia nie pojawił się w jednej chwili, od razu. Jego członek powiększał się stopniowo, w miarę jak Josef koniał. Ciesząc się, że konieje, nie podejrzewał, jaką cenę przyjdzie mu za to zapłacić. Sytuacja go przerosła. Myślał nawet o samobójstwie.

– Dlaczego nam tego nie ujawniłeś? Może moglibyśmy ci pomóc? – Zapytał go psychoterapeuta.

– Sam nie wiem. Czułem niesamowity strach, przerażenie, bałem się okaleczenia. Myślałem, że zechcecie mnie wykastrować. Ostatecznie powstałem w Laboratorium, macie do mnie jakieś prawa.

Zenon postanowił nie negować absurdalności podejrzeń Josefa. Nie miało to sensu. Poprosił go natomiast o informacje, jak ludzie zachowywali się wobec niego w tym trudnym czasie. Chciał zrozumieć jego przeżycia.

Zapytany uczynił to chętnie, wszystko pamiętał bardzo dobrze. Najpierw pojawiły się złośliwe anonimy na temat rozmiarów jego przyrodzenia, niektóre ilustrowane prymitywnymi, inne prawie artystycznymi rysunkami, potem wielkie niezdarne rysunki członka na drzwiach wejściowych do jego mieszkania. Wyglądały, jakby rysował je wyrostek, co niedawno zauważył, że siusiak służy nie tylko do oddawania moczu. Rysunki na drzwiach szczególnie wyprowadzały Josefa z równowagi, ponieważ mogli je zobaczyć wszyscy przechodzący obok jego mieszkania. Pojawiały się one na szczęście nad samym ranem; wstając wcześnie Josef zawsze zdążył je zetrzeć lub zamalować, zanim ktokolwiek mógł je zauważyć.

– Dzieci też zaczepiały mnie na ulicy, krzycząc za mną różne bezwstydne słowa, których prawdopodobnie same nie rozumiały. – Opowiadając to Josef starał się wyraźnie pomniejszyć znaczenie zachowań dzieci, choć były one niewybredne, a nawet złośliwe. Zenon zastanawiał się, dlaczego Josef tak łagodnie traktował swoich małych bądź co bądź prześladowców.

– Nawet koledzy zaczęli mi dokuczać. – Kontynuował Josef. – Uważali to za żarty, chyba nie zdając sobie sprawy, że nie ma nic przyjemnego być przedmiotem takich dowcipów. Mój bliski przyjaciel powiedział mi, śmiejąc się serdecznie:

– Josefie, ty to masz szczęście w swoim nieszczęściu! Kiedy zaproszą cię na bal maskowy, nie musisz w ogóle się przebierać. Po prostu weźmiesz tę rurę na plecy i będziesz grać hydraulika.

Na początku Josef otrzymywał dużo telefonów, większość anonimowych, wkrótce potem zaczęły przychodzić emaile, w końcu zaczął otrzymywać listy. Jeden z nich pamiętał bardzo dobrze, bo był zupełnie szalony. Josef ożywił się podejmując ten wątek.

– Napisało do mnie Towarzystwo Popędliwych Kobiet. I to skąd? Z południa Nomadii. List, koperta i znaczek były jak najbardziej autentyczne. Sprawdziłem nawet, że istnieje urząd pocztowy uwidoczniony na pieczęci. Oczywiście domyśliłem się od razu, że to jakaś fikcja, że ktoś to robi dla kawału. W liście poinformowano mnie, że jedna z członkiń klubu jest zainteresowana przystąpieniem do mojej organizacji i proszono o przysłanie wniosku o członkostwo.

Josef określił otrzymaną korespondencję jako wulgarną i głupią. Mówiąc to, nie wyglądał jednak na zmartwionego. Zenonowi wydało się nawet, że ukrywa rozbawienie.

Potem nadszedł list lotniczy z Japonii z propozycją, aby objął patronat nad corocznymi obchodami Festiwalu Stalowego Fallusa. Josef pamiętał doskonale tę propozycję; była napisana na białoróżowym, czerpanym papierze, od stuleci produkowanym w Japonii tradycyjnymi metodami.

– Na początku nie wiedziałem, jak reagować na zaczepki, bo oprócz złośliwości często wyrażały podziw a nawet zazdrość z powodu mego bogatego przyrodzenia.

Na pytanie Zenona, czy może notować opisywane zdarzenia dla celów dokumentacji, Josef bez zastanowienia wyraził zgodę, jakby była to prośba o podanie adresu cukierni, gdzie sprzedają najlepsze pączki serowe i naturalnie lukrowane wegańskie czekoladki.

W trakcie opisu bolesnych przeżyć twarz Josefa pozostawała napięta i smutna, tylko raz czy dwa razy uśmiechnął się jakby boleśnie. Kiedy mówił o dużym członku – do tego tematu wracał chętnie i to kilkakrotnie – Zenon zaczął nabierać przekonania, że mówienie o nim sprawiało Josefowi przyjemność. Jego twarz rozjaśniała się w takich momentach, a on sam się ożywiał. Stopniowo w psychoterapeucie zaczęły krystalizować się podejrzenia, że coś się nie zgadza w relacjach Josefa. Zaczęły mu się nasuwać wątpliwości czy Josef mówi prawdę, czy jest we wszystkim szczery, czy przypadkiem nie wyraża czasem czegoś innego niż to co mówi. Miał wrażenie, że w historii przeżyć Josefa jest coś, co go męczy.

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 163: Rozterki i  tajemnice Josefa

Najbardziej nurtowała zarząd Laboratorium – jak się okazało także samego Josefa – sprawa jego seksualności i rozrodczości. Zajęło mu wiele czasu, zanim zdecydował ujawnić swoje problemy i rozterki.

– Seks to moja największa porażka. Przez długi czas nie rozumiałem, dlaczego nie układa mi się życie intymne. Była to dla mnie tajemnica, ponieważ nigdy nie udało mi się znaleźć zadowalającego wytłumaczenia moich niepowodzeń.

Zaczynając opowieść o sobie Josef siedział wygodnie na kanapie w gabinecie psychoterapii Laboratorium w towarzystwie przydzielonego mu osobistego psychoterapeuty, Zenona, oraz profesora Karego, któremu po wielu staraniach udało się doprowadzić do tego spotkania.

Była to najtrudniejsza sprawa związana z Josefem, chlubą Laboratorium. Zarząd wielokrotnie zastanawiał się razem ze specjalistami, jak mu pomóc w kłopocie, który z miesiąca na miesiąc stawał się coraz bardziej oczywisty. Domyślali się, że Josef napotyka silny opór wewnętrzny, aby wyjawić im swoje problemy.

Josef rzeczywiście nie był w stanie zdobyć się na szczere wyznanie. Najbardziej przeszkadzała mu świadomość, że będzie musiał wypowiadać się na temat bardzo osobistych przeżyć oraz przyznać się do swoich porażek. Zgodził się dopiero wtedy, kiedy Zenon zapewnił go, że nikt nie będzie na niego naciskać i powie tylko to, co chce powiedzieć.

Na początku spotkania przedstawiciele Laboratorium wyjaśnili, że w pełni zdają sobie sprawę, że Josef jest hybrydą i że jego natura ludzka jest spleciona z naturą zwierzęcą.

– W twojej seksualności, Josefie, ale nie tylko, tkwi konflikt człowieka i zwierzęcia. Może to ogromnie komplikować sprawę, ponieważ zwierzęta nie znają pojęcia intymności, są w pełni naturalne, kierują się popędami i instynktem, a wszystko, co czują, uzewnętrzniają, człowiek zaś potrafi tłumić w sobie wiele uczuć i myśli, jest pod tym względem bogatszy, ale to nie znaczy, że mądrzejszy. Musisz pogodzić ze sobą te dwie sprzeczności, abyśmy mogli wspólnie dotrzeć do sedna sprawy.

Na początku spotkania Josef nic nie mówił, tylko słuchał. W pewnym momencie jego wzrok ześliznął się po poręczy schodów prowadzących na półpiętro i zatrzymał na figurce nagiej postaci, ni to mężczyzny, ni to kobiety, zdobiącej słupek balustrady. Była to kopia rzeźby sumeryjskiej sprzed tysięcy lat, wyrażającej wieloznaczną naturę seksualności człowieka i zwierzęcia, skłaniającej się w jedną lub kilka stron pożądania. Kiedy Zenon dostrzegł w oczach Josefa błysk zrozumienia, był już pewien, że otworzy się przed nimi jak pustynny kwiat przed burzą w oczekiwaniu na życiodajny deszcz.

– Jeśli chodzi o moją tożsamość seksualną – zaczął Josef patrząc rozmówcom w oczy – to zawsze ciągnęło mnie równocześnie w kilku kierunkach. Na początku pragnąłem bardziej kobiet niż mężczyzn, potem to się zmieniło. Były też takie chwile, że czułem pożądanie w stosunku do klaczy, ta skłonność się umacniała, im bardziej koniałem.

Lakshmana Temple in Khajuraho, India

Zmieniając się zewnętrznie, upodabniając się coraz bardziej do konia, stawałem się też atrakcyjniejszy dla klaczy. Do niczego jednak nie doszło. Moje zahamowania wewnętrzne były tak silne, że nigdy nie zdobyłem się na nawiązanie bliższych relacji z kimkolwiek.

Josef posługiwał się bogatym językiem, swobodnie opisywał swoje stany psychiczne i przeżycia. Laboranci wiedzieli, że namiętnie studiował wszystko, co go nurtowało uczuciowo i intelektualnie, co było jego pasją. W nauce był nienasycony. Jego zwierzęca natura hamowała go przed ekscesami cywilizacji, ale nie przed wiedzą. Uczenie się okazało się najsilniejszą cechą człowiekonia.

Po dłuższej rozmowie, nie bez wahania, psychoterapeuta zdecydował się zadać nurtujące go od dawna pytanie.

– Josefie! Jesteś dojrzałym człowiekoniem. Uczciwie należałoby dodać, że także osobnikiem atrakcyjnym fizycznie. Skąd więc twoje problemy w znalezieniu sobie partnerki? My tutaj w Laboratorium podejrzewaliśmy, że będziesz miał ich aż nadto!

Josef westchnął głęboko i zamyślił się. Widać było po nim, że wraca do niemiłych wspomnień. Na jego czole pojawiły się zmarszczki, ramiona lekko opadły, w oczach uwidocznił się smutek. Nikt nie przerywał milczenia. Po chwili Josef otrząsnął się, rzucił głową w dziwny, koński sposób i zaczął opowiadać.

– Nie było to tak, że kobiety dostrzegały moją atrakcyjność i chętnie ze mną przebywały lub szukały mego towarzystwa, czy też w jakiś inny sposób ujawniały, że są mną zainteresowane. Tego nie zauważyłem ani nie odczułem. Musiało być we mnie coś zniechęcającego, może nawet odstręczającego. To mnie męczyło. Zapytałem kiedyś bibliotekarkę, z którą przyjaźniłem się, co sądzi o mnie jako o mężczyźnie, o mojej urodzie czy wyglądzie. Była to mężatka z dwojgiem dzieci, osoba neutralna i bezstronna. Odpowiedziała mi szczerze, ale niechętnie, jakby bała się mnie zranić.

– Koleżanki mi mówiły, sama zresztą czułam to samo, że brak ci jest czegoś, czego przez dłuższy czas nie umiały określić.

– Feromonów? – zapytałem dla żartu.

Bibliotekarka zaśmiała się, zanim twarz jej spoważniała.

– Po prostu uważały cię, Josefie, za homoseksualistę zainteresowanego mężczyznami, nie kobietami. – To była jej odpowiedź. W tym tkwił cały problem, bo była to prawda. Moje pragnienia seksualne błądziły gdzieś między kobietami a mężczyznami, sam nie wiedziałem, czego chcę. Byłem niezdecydowany i zagubiony. Co do kobiet – Josef kontynuował po momencie wahania – to muszę wyznać pewien sekret, który mnie męczy od zawsze. Josef zawiesił głos, zbierał się w sobie.

– Mam bardzo duże przyrodzenie. Nie takie jak koń, ale zdecydowanie za duże. Tylko raz zobaczyła je kobieta i to wystarczyło. To był koniec. Przeraziła się. Uciekła z krzykiem i zrobiła mi w dodatku fatalną reklamę. Uznano mnie za zboczeńca. Byłem dyskryminowany, okazywano mi wrogość. Z tego powodu musiałem zmienić miejsce zamieszkania. To doświadczenie mnie zmroziło; więcej nie szukałem już kontaktów z kobietami.

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 162: Intymne wyzwania Josefa

Na zawody hippiczne Josef wybrał się z ciekawości. Intrygowała go bliskość fizyczna ludzi i koni, ich sportowa integracja. Zadawał sobie pytanie, czy w czasie morderczego pościgu za czasem jeźdźca i konia łączy coś bliższego. Josef był już wtedy znany jako pierwszy człowiekoń i ludzie oraz konie przyglądali mu się z ciekawością. Jak zwykle zwracał na siebie uwagę, nie przeszkadzało mu to jednak w niczym, był już przyzwyczajony do otwartych i skrytych spojrzeń.

Przechodząc koło stajni, skąd wyprowadzano konie wyścigowe, zauważył śliczną klacz, na której siedział młody mężczyzna. Josef i klacz, miała na imię Flora Sur, wzajemnie zwrócili na siebie uwagę. Było to mimowolne uczucie, bardzo nietypowe, choć znowu nie jakieś wzięte z księżyca. Poczuli do siebie natychmiastową sympatię; było to coś głębszego i niezrozumiałego.

Josef czuł przypływ podniecenia, powiększające się gorąco między udami. Przybrał paradną, wyniosłą pozycję. Jego głowa uniosła się do góry, słuch się wyostrzył, podobnie jak wzrok i węch, oczy nabrały blasku. Zachowywał się tak, jakby chciał się popisać przed rywalem lub przypodobać klaczy. Był gotów ruszyć do akcji. Na szczęście niczego nie można było po nim poznać, co mogłoby go narazić na śmieszność, miał bowiem na biodrach obszerne spodenki z grubego płótna. Stali obok siebie, on i Flora Sur, przez kilka minut, kiedy jeździec siedzący na niej z zainteresowaniem wypatrywał kogoś w tłumie.

Josef uświadomił sobie, że od początku swojego życia, a już bardzo wyraźnie od czasu, kiedy okrzepł i poczuł się w pełni człowiekoniem, odczuwał głęboką potrzebę intymności. Miał bogate sny, w których przeżywał niezliczone i śmiałe sytuacje intymne, lecz dopiero w chwili poznania Flory Sur zdał sobie w pełni sprawę z więzi erotycznych łączących go z tym gatunkiem. Słyszał o tym, że mężczyźni utrzymywali stosunki z klaczami, ale było to uznawane za zboczenie. Swój przypadek widział inaczej, naturalnie i pozytywnie, choć nie czuł się wolny od poczucia dziwności.

Wkrótce podjechał do nich na wierzchowcu szczupły siwiejący mężczyzna; był to prawdopodobnie mentor lub trener młodego jeźdźca. Przyjrzał się uważnie bez pośpiechu swojemu podopiecznemu i półżartem, półserio, przedstawił mu swoje uwagi.

– Flora Sur nie zrzuciła cię z siodła. To dobrze. Stopy masz nieźle ustawione w strzemionach, przesuń się tylko w siodle do przodu, a łydki cofnij trochę do tyłu. Wyprostuj też kręgosłup, bo wyglądasz jak garbaty dzwonnik z Notre Dame, ramiona i łokcie trzymaj luźniej, bo jesteś spięty jak kot egipski wystraszony przez krokodyla.

Po wymianie kilku uwag, jeźdźcy udali się w nieznanym kierunku. Josef pozostał sam. Zauważył, że ludzie przyglądają mu się uważnie, znacznie intensywniej niż zawsze. Zastanawiał się dlaczego, lecz nic nie przyszło mu do głowy. Odbyło się pięć gonitw, w których Flora Sur nie brała udziału, choć miał nadzieję, że zobaczy ją w pełnym biegu, jak napręża swoje ciało, jak pod jej skórą grają mięśnie a ona cała intensywnie drży z ogromnego wysiłku fizycznego.

*****

Po nawiązaniu szerszych kontaktów w świecie zewnętrznym, Josef odnalazł się bardzo szybko. Był szczęśliwy. Ujmował to prosto:

– Uważam siebie za bardzo udaną wersję człowiekonia, przedstawiciela nowego gatunku mającego uzdrowić stosunki między człowiekiem, koniem a przyrodą. Robię, co mogę, aby przyczynić się do tego zbożnego dzieła. Moje motto to: „Myślę jak człowiek, działam jak koń”. To mnie stabilizuje między dwoma gatunkami.

Josef dojrzewał bardzo szybko fizycznie, psychicznie i intelektualnie. Po kilku miesiącach samodzielnego życia stał się częstym gościem w Laboratorium. Zapraszano go w charakterze honorowego konsultanta na spotkania robocze i dyskusje naukowe. Chętnie odpowiadał na pytania i dzielił się doświadczeniami, przedstawiał też sugestie rozwoju człowiekonia. Słuchano go z wielką uwagą i referencją. Był pierwszą udaną hybrydą człowieka i konia, autorytetem w dziedzinie międzygatunkowości. To on umocnił w laborantach przekonanie, że określenie „hybryda” brzmi bardziej pozytywnie niż sądzili i dobrze się kojarzy. Ludzie chętnie nastawiali ucha, kiedy ktoś szepnął to słowo w pobliżu. W interpretacji Josefa „hybryda” oznaczała uniwersalność, niezawodność i elastyczność.

Laboratorium pracowało już wtedy nad nową, ulepszoną wersją człowiekonia, stąd pomoc Josefa była niezwykle cenna. Dyskutowano z nim każdy szczegół, począwszy od spraw fizjologii przez anatomię do filozofii i psychologii, wnikając szczególnie w kwestię, jak udoskonalić człowiekonia, czy pozostawić go w aktualnej postaci czy uszlachetnić, a jeśli tak, to w jaki sposób. Przeważało drugie stanowisko.

Przeprosiny i pośpieszne życzenia noworoczne

Przepraszam Państwa. Nie zdążyłem z opowiadaniem. Mam pierwszy fragment ale to za mało. Za dużo czasu ukradło mi spotkanie z Iwanem Iwanowiczem.

Spotkaliśmy się zupełnie przypadkowo w momencie pojawienia się na niebie pierwszej gwiazdki starorocznej. Wykorzystaliśmy ten moment do podzielenia się opłatkiem noworocznym. Wybaczyliśmy sobie urazy, prosiliśmy o wybaczenie i udzieliliśmy sobie wybaczenia. Opracowaliśmy też króciutką laurkę okraszoną życzeniami z związku z ostatnimi informacjami przekazywanymi przez TVP.

Życzymy obecnym Władzom Państwa i Prawa wszystkiego najlepszego, przede wszystkim szczęśliwego przywrócenia amputowanej pamięci oraz przyzwoitości jak również skutecznej pomocy psychologicznej w powrocie do zdrowia. Także otrząśnięcia się z wrażenia, że jesteśmy potrzebni w Unii Europejskiej, że Polexit jest nieszczęściem oraz że konstytucja nie jest przeżytkiem i że w ogóle naród potrzebuje jakiejkolwiek ceny za energię elektryczną.

Przy okazji wznieśliśmy toast za zdrowie Ministra Sprawiedliwości jako męża opatrznościowego, który doprowadzi nas do ziemi obiecanej, gdzie czekać będzie na najbardziej zasłużonych obywateli Trybunał Stanu oprawiony w pozłacane ramy oraz – w charakterze upominku – zgrabna gilotynka do przycinania paznokci u rąk i nóg.

Życzymy Sobie i Wszystkim, obyśmy w Nowym Roku 2019 zdrowi byli na ciele i umyśle!

Myśli i aforyzmy sylwestrowe

Dorosłych i dzieci zbliża to do siebie, że na starość ludzie dziecinnieją.

Przejściowi potentaci, prezydenci, premierzy i wielcy prezesi, lubią szczycić się swoją głupotą. Nie ma co się dziwić, nic ich to nie kosztuje. Robią to na rachunek obywateli, których reprezentują.

Korzyść uzyskania większego wpływu kościoła na państwo uzasadnia użyczanie ambon nawet oszołomom politycznym.

Widziałem posła Stanisława Piotrowicza z wielkim różańcem w ręku na przyjęciu urodzinowym Radia Maryja jak błagał Ojca Rydzyka o błogosławieństwo i pomoc w organizacji międzynarodowego kongresu „Partie populistyczne wszystkich krajów łączcie się!”.

Kobieta z bezrobotnym mężem i trójką dzieci może śmiało powiedzieć, że ma czwórkę dzieci pod opieką. Mężczyźni są mniej macierzyńscy.

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 162: Hipologia

Hipologia stała się autentyczną pasją Josefa. Zapisał sobie i zapamiętał jej fachową definicję „nauka traktująca o koniu, jego budowie, fizjologii, filogenezie, hodowli i chowie”, aby nie stracić z pola widzenia nawet najmniejszej cząstki wiedzy także o sobie samym. Dzięki studiom poznał słynne konie starożytności, Bucefała, Incitatusa, współczesności, czempionkę Pianissimę, umiejącego porozumieć się z ludźmi Mądrego Hansa, długowiecznego Old Billy, w końcu konie przerastające literacką sławą wszelką wyobraźnię: mówiącego Bri, Jolly Jumpera zwanego Wesołkiem, Rosynanta sprawnego w walce z wiatrakami, ośmionogiego Sleipnira oraz szybkiego i mądrego Swadelfari’ego.

Josef sporządził sobie krótką listę zwycięzców najsłynniejszych zawodów rydwanów w starożytności oraz zwycięzców późniejszych zawodów hippicznych, notując, któremu ze słynnych koni postawiono pomniki. Co do Cefali, to sam wymyślił taką nazwę dla konia, którego cesarz Neron uczynił senatorem.

Studiowanie obrazów, opisów, historii i pomników koni pozwoliły Josefowi docenić ten niezwykły gatunek. Poznanie genetyki doprowadziło go z kolei do głębokiego przekonania, że koń i człowiek nie są sobie tak bardzo odlegli, jak myślą ludzie, ponieważ są one związane ze sobą nićmi ewolucji niby dwa pasma włosów w warkoczu. To mu ogromnie odpowiadało, gdyż zrozumiał, że nie powinien doszukiwać się wyższości konia nad człowiekiem lub odwrotnie. Nie potrzebował już tłumaczenia, który gatunek jest lepszy czy gorszy i dlaczego.

Tej nocy śniło mu się królestwo niebieskie, po którym biegali w jednym zaprzęgu człowiek i koń, obydwaj wspaniale umięśnieni. Potem między nimi pojawił się trzeci osobnik, Centaur, i tak już zostało do końca snu. Po przebudzeniu Josef żałował, że snów nie można nagrywać na taśmie filmowej lub zapisywać w jakikolwiek inny sposób.

Zbieranie i opracowywanie przysłów o koniach okazało się nowym, pasjonującym zajęciem, choć wcale nie łatwym. Josef spisał wszystkie przysłowia w jednym miejscu, wykonując iście encyklopedyczną pracę. W odróżnieniu od innych zajęć traktował tę pracę – nie wiadomo dlaczego – z lekkim przymrużeniem oka. Od razu pozwolił sobie na pewną manipulację. Przysłowie „Zrobić kogoś w konia” wykluczył, uznając, że niesłusznie degraduje ono konia do małości ludzkiego myślenia o innych istotach. Podobne zdanie miał o przysłowiu „Ma łeb wielki jak koń”. Łeb zaakceptował, ponieważ był to termin naukowy stosowany w weterynarii, ale samo porównanie uznał za niezgodne z zasadami poprawności politycznej.

Historia konia trojańskiego zaskoczyła Josefa nieporadnością interpretacji. W jego ocenie koń trojański nie był żadnym podstępem, ale pozytywnym aktem wyzwolenia Troi spod jarzma satrapy Priama. Sam koń był istotą wolną, bez krępującej ciało uprzęży, masywnie zbudowaną. W swoim wnętrzu miał dostatecznie dużo miejsca, aby wojownicy mogli czuć się wygodnie i nieskrępowanie, bawić się mieczami, być może nawet cicho grać na organkach taniec z mieczami.

*****

W miarę nabywania wiedzy Josef coraz mocniej odczuwał potrzebę dzielenia się z ludźmi i końmi swoją wiedzą i przemyśleniami. Podświadomie zdawał sobie sprawę, że były też inne przyczyny, mianowicie obecność zgrabnych klaczy, które ludzie nazywali oni kobyłami, co wydało mu się niestosowne. Wyobraził sobie, że jego nazywają wałachem i zimno mu się zrobiło. Wolał widzieć siebie pod postacią wysportowanego ogiera, sprawnego i imponującego samemu sobie, nie mówiąc o klaczach.

Bur Bury i Ifigenia, kiedy usłyszeli o jego przystąpieniu do Klubu Aktywistów Końskich i jego aktywności w Internecie, szczerze mu pogratulowali. W związku z nominacją na członka klubu Josef przeszedł chrzest bojowy; musiał przebiec półmaraton, w trakcie którego jurorzy oceniali jego sprawność, sylwetkę i maniery. Na szczęście nie patrzyli mu zęby, co go ucieszyło, bo nie znosił tego rodzaju inwazji w swoją prywatność. Członkostwo w klubie dało mu uprawnienie umieszczania flagi Republiki Koni na kantarze lub innej część ubioru końskiego. Od tej pory zawsze pamiętał, zwłaszcza w Dzień Ogiera i Wałacha, Dzień Klaczy i Kobyły, Światowy Dzień Konia i podobne święta, o fladze ze złotym wizerunkiem Centaura.

Angażując się społecznie, Josef mimo woli zaniedbał się osobiście; mniej ćwiczył, lecz dobrze się odżywiał, w związku z czym utył. W przeddzień jego urodzin Ifigenia i Bur Bury pamiętali, aby kupić mu w upominku figurę Centaura, porcelanową, z jego pyskiem. Był tym zachwycony, dawno już nie przeżywał takiej ekstazy, tym bardziej, że podejrzewał, że wciąż dawano mu środek uspokajający, co go wyciszało. W dzień urodzin chyba nic mu nie dodano do jedzenia, ponieważ był wesoły jak rozbiegany źrebak.

 

Dzisiaj jeszcze poezja jutro powieść plus opowiadanie kryminalne

 Uluru Wieka rafa koralowa 

Dwa światy

W eukalipta plamistym cieniu
ulegam dawnych dni wspomnieniu,
dąb pomnę, myślę, jak w mą dolę
wrosły dwa drzewa, dwa symbole.

Głęboko w sercu się rozrosły,
każdy z osobna potężny, wzniosły,
oba gościnne, bo w nich drzemie
starganej duszy tęskne pragnienie.

Przede mną płaszcz pól sfalowany,
te same kłosy, te same łany,
inna wszelako jest wiatru mowa,
nie taka swojska, nie te słowa.

Gdy tkwię tak w próżni, przepołowiony,
wielkiego świata nęcą dwie strony,
myśl uparta zakreśla koła,
duch Czarnolasu do mnie woła.

Australia, Merredin, 24 października 1996

Gdzie Gondwany

Gdzie Gondwany sprzed wieków
południowe ostały się zręby,
wnętrzności głębin rodzą
bezwolnej pary kłęby.

Nad lądem zapomnienia
wieczności słychać westchnienia,
gdy zjawy ogromne, krzywe,
wypełniają się białym tworzywem.

W objęcia się biorą i tańczą
w rozpierzchłym majestacie,
uchodzą w zakamarki pustyni,
kryją w bezcielesnej jej szacie.

Wiatr dziwami oniemiały,
obrazy ich klei do skały,
wlecze oddech wieloryba;
mitologiczna ożyła ryba.

Zamknięci w sobie patrzymy,
jak mnożą się wód symbole,
oceanu brzuchate olbrzymy
piętrzą się i pienią w dole.

Sopot, 27 września 1997

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 161: Samodoskonalenie się Josefa

Josef rozgadał się na temat ludzi, zauważając, że jego właścicielom, Ifigenii i Bur Burowi Wałach, opowiadanie o ludziach, jacy są niedoskonali, sprawiało przyjemność. Było w tym trochę zakłamania, przyznawał to w duchu, stojąc zwłaszcza wieczorem nad żłobem, kiedy pod dachem stajni popiskiwały jaskółki karmiące młode lub wydawały głos inne ptaki. Josef z żalem przyznawał, że najmniej je rozumie z całego świata ludzko-zwierzęcego.

Ifigenia odpowiedziała Josefowi, że nie widzi potrzeby kastracji, na co Bur Bury wtrącił „przynajmniej na razie, dopóki nie brykasz”, co Josefowi przypomniało, że dawali mu brom właśnie po to, aby zmniejszyć ryzyko takiej swawoli. Były to sprawy tak mocno się zazębiające, że po pewnym czasie przestał mieć wątpliwości, że tak właśnie było.

Współpracując z swoimi właścicielami Josef naprawiał wszystkie ludzkie niegodziwości, jakie ich spotkały ze strony ludzi i koni oraz wypaczenia w stosunkach między tymi gatunkami. Pewnej niedzieli, trzeba było od czegoś zacząć, wszczął rozmowę z Ifigenią i Bur Burym, coraz bardziej dla niego łaskawymi, w miarę jak koniał. Używał tego wyrazu dla uproszczenia języka, bo nie podobał mu się długachny zwrot „przemiana człowieka w konia”. Rozmawiał z nimi nie za długo, aby ich nie zmęczyć, bo nie byli przyzwyczajeni do myślenia tak bardzo jak on.

Miał kilka pomysłów, które im przedstawił i które im się spodobały i to do tego stopnia, że przyznawali mu od tej pory dodatkowe dawki siana, obroku, jabłek i marchewki, w zależności od tego, co obrodziło danego roku. Była to forma podziękowania jak i zachęty do dalszego samodoskonalenia się. W trakcie rozmowy zaskoczyli go porównaniem, że jest to sytuacja win/win, w której obydwie strony, to znaczy on i oni, wygrywają równocześnie. Obie strony potępiły opcje win/lose, jeden wygrywa, drugi przegrywa, jako typowe dla ludzkiego gatunku, wykorzystującego każdą możliwość do osiągnięcia dominacji nad inną istotą lub nawet całym gatunkiem.

Z warzyw fundowanych mu przez właścicieli Josef najbardziej lubił rzodkiewkę, chrupiącą, jędrną, pokrojoną w plasterki i ułożoną na grubej pajdzie chleba.

Potem trochę mu przeszła chętka na takie jedzenie, bo przypominało mu to ludzki zwyczaj objadania się, ale dobry smak pozostał. Filozofując, doszedł do wniosku, że smak jest wartością uniwersalną i dlatego człowiek i koń mogą go odczuwać równie intensywnie, choć w inny sposób. To łączyło obydwa gatunki i ta świadomość przynosiła mu radość.

*****

Wczesnym latem na Josefa spłynęła fala doskonalenia się. Zdając już sobie w pełni sprawę z podwójnej osobowości, postanowił silniej ją zintegrować. Najłatwiej i najprościej było zacząć od wzmocnienia kondycji, chociażby ćwicząc zwykły chód obydwu gatunków. Obserwował poruszanie się ludzi i koni, w różnych miejscach, na wyścigach konnych, stadionach sportowych, ulicach, pastwiskach, w ujeżdżalniach, na dworcach kolejowych, a nawet w cyrku. Obydwa gatunki miały odrębny styl poruszania się.

Walcząc o umocnienie swej odrębności gatunkowej Josef ćwiczył nowe rodzaje chodu. Myślał o rezygnacji ze spacerów, joggingu i chodu sportowego na korzyść czegoś nowego. W końcu uznał, że dobrze byłoby zachować jogging, ale rozwinąć go w wersji bardziej końskiej, bardziej rytmicznej, wymagającej płynniejszych ruchów i większej szybkości. Nie szło mu to za dobrze, ponieważ w odróżnieniu od konia poruszał się na dwóch nogach. Zastanawiał się, czy w trakcie swojego poprzedniego życia, częściowo końskiego, częściowo ludzkiego, nie rozwinął w sobie – może nawet nieświadomie – cech lub zachowań utrudniających mu bycie człowiekoniem. Znał już cztery rodzaje chodu końskiego, przećwiczył je wszystkie o tyle, o ile było to możliwe dla istoty dwunożnej a nie czteronożnej.

Był to proces powolny i niełatwy. Tak bardzo go to nurtowało, że któregoś dnia potruchtał do biblioteki naukowej, aby przestudiować ewolucję konia i człowieka jako odrębnych gatunków ssaka. Na szczęście sala biblioteczna mieściła się w bardzo starym budynku i była wyjątkowo wysoka, tak że Josef nie bał się zaczepić głową o sufit, a przynajmniej nie mieć uczucia, że sufit wisi mu nad głową.

Źródła o ewolucji, jakie znalazł, poraziły go niekompletnością. W pismach Darwina nie było nic o koniach, jakby w ogóle nie istniały. Pisali za to inni autorzy, silący się na naukowców. Josef doszedł do takiego wniosku, ponieważ pochodzenie koni wywodzili oni od pradawnego, dziwacznego kucyka, który nie wiadomo czy w swoim rozwoju też nie zszedł z drzewa na jakimś etapie ewolucji.

Słabością doskwierającą Josefowi okazała się jego wciąż ograniczona wiedza na temat koni, ich życia i zwyczajów. Im więcej o nich wiedział, tym bardziej było to oczywiste. Postanowił to zmienić, uczyć się i studiować konie, zaczynając od ich maści. W bibliotece publicznej zrobił sobie pełen opis konia, wykorzystując przede wszystkim przymiotniki, po czym zapisał kolory sierści, określając je prawidłowo maścią. Słowo „maść” niedobrze mu się kojarzyło, oznaczając miksturę często o niemiłym zapachu używaną przez ludzi w celach leczniczych.

Koń stał się dla Josefa prawie bożyszczem. Josef zbliżał się do niego coraz bardziej i upodabniał, celowo rozciągając pysk przed lustrem i wydłużając chrapy. W końcu poddał się operacji plastycznej, zrobił sobie większe to i owo, aby móc imponować sobie i otoczeniu. Zmienił się też jego język. Josef nie używał już określenia twarz, ale twarzopysk, a potem konsekwentnie już tylko pysk, tak jak mówi się o koniu.

Wszystkie zachodzące w sobie zmiany Josef oceniał pozytywnie; ograniczał w sobie cechy ludzkie, cywilizacyjne na korzyść cech zwierzęcych, przyrodniczych. Zwiększało to jego poczucie wartości osobistej i gatunkowej

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 160: Proces konienia Josefa

Psychoterapeuci Laboratorium szybko zdali sobie sprawę, że Josef konieje. Stworzyli ten termin i używali go dla opisania jego osobowości coraz wyraźniej skłaniającej się kierunku konia i zwierzęcości; człowiek i człowieczeństwo stawały mu się coraz bardziej obce. Josef czynił to na początku mimo woli, podświadomie, potem coraz bardziej świadomie, tak że w końcu pragnął, dążył i uczył się być koniem.

Genetycy zadawali sobie pytanie, czy nie jest to przypadkiem zjawisko„rozchodzenia się” delikatnych powiązań genetycznych łączących „ludzką” i „końską” naturę Josefa, i ich uwstecznianie się w kierunku bardziej prymitywnej natury zwierzęcej.

*****

Efekty konienia zaczęły wkrótce uwidaczniać się zewnętrznie. Josef widział to wyraźnie w lustrze. Wieczorem przyglądał się swojej twarzy, dostrzegając zachodzące przemiany. Twarz się wydłużała.

Obserwował ten proces uważnie, mierzył zmiany i notował. Sprawiało mu to przyjemność. Przygotował sobie linijkę z wcięciem dla łatwiejszego wykonywania pomiarów twarzy. Bezwiednie zaczął nazywać ją twarzopyskiem, czasem nawet pyskiem. Były to zachowania spontaniczne. Wciąż miał jeszcze twarz ludzką, ale już z pierwszymi, nieśmiałymi rysami końskiego pyska. Nos wyraźnie powiększał i jakby jednoczył z ustami, przechodzącymi stopniowo w chrapy końskie, wypełniając wspólnie coraz większą powierzchnię twarzopyska. Josef wyobraził sobie chrapy końskie, rozwinięte, wilgotne i obfite. Myślenie o nich rozklejało go, ponieważ kojarzyły mu się z czułością i delikatnością; pragnął wtedy, aby proces zmian był jak najszybszy.

Zmieniały się także inne elementy jego fizjonomii. Któregoś razu, stojąc przed lustrem zauważył powoli żółknące zęby, powiększające się do końskich rozmiarów, coraz bardziej imponujące. Pomyślał o dojrzałym garniturze zębów, które pozwoliłyby mu chwycić w pysk wiązkę trawy lub siana i żuć ją swobodnie.

Do głowy, o której coraz częściej myślał jako o łbie, przychodziły mu także inne pomysły. W dzieciństwie przyglądał się jak ojciec oprawiał króliki i zdejmował z nich skórę, a potem naciągał ją na drewnianą ramkę, aby ją oczyścić i pozwolić wyschnąć, następnie zakonserwować z przeznaczeniem na futerko.

Proceder „znęcania się” nad martwym zwierzęciem, w dodatku puszystym i miłym w dotyku, był obrzydliwy i wywoływał w Josefie odruch wymiotny.

Pokonywał go w sobie jednak, gdyż zależało mu na wyjaśnieniu, czy nie dałoby się przyczepić końcówek własnych warg na malutkich haczykach do podobnej drewnianej ramki, aby przyśpieszyć ich rozciągnięcie do wielkości normalnych chrapów końskich, jakie widział już u siebie oczami wyobraźni. Przyczepione do żywego ciała haczyki nie były jego pomysłem, tylko filipińskim, związanym z uroczystościami udręczania ciała dla upamiętnienia męki Jezusa. Josef uporczywie wracał wieczorami do tej myśli, przeczuwając, że jest to wyzwanie, z którym będzie musiał się kiedyś poważnie zmierzyć. Miał na myśli duchowość zwierzęcą.

W miarę konienia, Josef z radością a nawet z uniesieniem ćwiczył głośne „ihaha” i podobne formy rżenia, przybliżające go do końskiego gatunku. Nie było to łatwe; odzwyczajać się od ludzkich nawyków, które wydawały mu się coraz bardziej nienaturalne, i nauczyć się bardziej mu odpowiadających końskich.

W zezwierzęceniu Josef dostrzegł nagle tyle zalet, że wprost nie mógł się nadziwić, jak w przeszłości mógł być człowiekiem, wprawdzie też zwierzęciem, ale podlejszego, w jakimś sensie bardziej prostackiego gatunku mimo cywilizacyjnych udoskonaleń. Stawał się buntownikiem, dla którego ludzka cywilizacja okazała się dominująca, bardziej wysublimowana, ale też bardziej wyrachowana i niebezpieczna, bo niszcząca klimat i przyrodę, jedyne źródła i ostoje życia na ziemi. W momentach frustracji Josef nazywał człowieka w sobie bestią, gadziną, co najwyżej ssakiem, bo było to mniej obraźliwe.

*****

Josef martwił się o swoją samczą integralność. W okresie zatrudnienia u Wałacha Bur Burego w charakterze konia pociągowego Josef podejrzewał, że coś mu dorzucają do jedzenia, ponieważ był wyraźnie spokojniejszy, wręcz wyciszony, słabiej reagował na przejeżdżające obok pojazdy mechaniczne, a nawet na okazyjną strzelaninę, nieuniknioną w każdym wielkim mieście.

Wąchał, niuchał, obserwował, w końcu doszedł do wniosku, że Ifigenia i Bur Bury dają mu brom lub inny środek uspokajający, podobnie jak daje się starym ludziom w domach opieki, który wprawdzie utracili już zdolność brykania, ale mogli wpaść na pomysł, aby wyjść poza ogrodzenie i zgubić się nawet w szczerym polu. Myśl z bromem przyszła mu do głowy dopiero wtedy, kiedy przypomniał sobie, że sondował ostrożnie opinie właścicieli, jak to jest z kastracją koni. Niepokój, że sam mógłby być wykastrowany, wracały do niego często, głównie we śnie i w stanach półuśpienia.

Któregoś dnia wdał się z właścicielami w rozmowę wykazując się dobrą orientacją w sprawie eunuchów w starożytnych Chinach, jacy to byli ważni na dworze cesarskim, choć osobiście uważał, że nie jest to dobry pomysł, aby okaleczać kogokolwiek, zwierzę czy człowieka, bo przecież człowiek to też jest zwierzę, tylko pośledniejszego gatunku.

– Niech się nie mądrzy – pomyślał wtedy o nim Bur Bury – bo nie zdaje sobie z tego sprawy tak głęboko jak ja, mając za sobą osobistą, bolesną i przykrą w konsekwencjach rewolucję kulturalną.

Ostatnie tegoroczne piątkowe myśli i aforyzmy.

Tyle nagości w zimny grudniowy dzień, aż ciarki chodzą po plecach!

Doskonale podzielna uwaga pozwalała mu rozbierać wzrokiem równocześnie dwie kobiety bez pominięcia najdrobniejszego szczegółu ubioru lub ciała.

Miał tak silnego zeza, że w wojsku zatrudniono go do prowadzenia obserwacji pola walki zza węgła.

 China Sex Museum.

Męskość w stanie uniesienia nie trwa wiecznie. Jest jak chimera; pojawia się i znika.

Są mężczyźni, którzy wierzą, że odkrywanie prawdy jest najpiękniejsze wtedy, kiedy jest naga i znajduje się obok pod kołdrą. Nie musi być zresztą naga, ważne, aby była.

Jeśli umiesz wyobrazić sobie naród jako dojrzałe i zdrowe jabłko, to wyobraź sobie partię, która w czasie jednej kadencji potrafi udowodnić, że jest ono co najmniej w połowie brzydkie i robaczywe.

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 159: Josef na dawnym targu końskim

W snach, które mimo leczenia farmakologicznego i psychoterapii nieprzerwanie go męczyły, Josef czuł się coraz gorzej. O ile w dzień odzyskiwał siły i animusz, to nocą jego świat każdorazowo walił się w gruzy. Również po każdym męczącym dniu miał niedobre skojarzenia; żałował, że nie zapisał się do jakiejś partii politycznej, aby zostać posłem, wejść do parlamentu i uzyskać immunitet. Teraz by mu się naprawdę przydał.

Były to bolesne przeżycia. Josef chciał pomyśleć o czymś pozytywnym, aby oderwać się od przygnębiającej rzeczywistości, ale wędzidło tak bardzo uwierało go w usta, że zapomniał, o co mu chodziło.

Którejś nocy, z soboty na niedzielę, Josef trafił na dawny targ koński, gdzie handlowano zwierzętami, starzyzną, materiałami budowlanymi oraz przysłowiowym mydłem i powidłem. Zaprowadził go tam Wałach, przywiązał do słupka niedaleko bramy wejściowej i przyczepił mu do szyi tabliczkę z ceną i napisem „Sale”. Od samego rana między budkami z tanim piwem, kioskami z prasą brukową i sklepami z uprzężą i podobnymi akcesoriami, spacerowali ludzie poszukujący koni pociągowych i pod wierzch. Do Josefa podchodzili nabywcy, przeważnie mężczyźni, oglądali go starannie, dziwili się jego wyglądowi, sprawdzali stan jego zdrowia, pytali o wiek i podobne sprawy. Najbardziej przeżywał Josef chwile, kiedy potencjalni nabywcy zaglądali mu w zęby odchylając górną i dolną wargę, oglądali pęciny lub rozpinali koszulę, aby sprawdzić szerokość klatki piersiowej. Pytano także, czy nie jest narowisty. Niekiedy klienci spluwali z dezaprobatą, ganiąc Bur Burego i Ifigenię, że wystawili na sprzedaż małowartościowy towar. Wszystko to było dla Josefa niezwykle upokarzające.

W miarę zbliżania się południa, Josef popadał w coraz gorszy nastrój. Mimo dwóch obniżek ceny, nikt nie zainteresował się jego kupnem. Słysząc szepty właścicieli, Josef coraz wyraźniej zdawał sobie sprawę, co może go czekać. Przed oczami stanęła mu rzeźnia przerabiająca takich jak on na konserwy dla psów i kotów.

Wyobraził sobie nędzę końcowego fragmentu swego życia. Był już bliski załamania, kiedy podszedł do niego Wałach ze swoją małżonką Ifigenią. Patrzyli mu długo w oczy. Po wymianie spojrzeń między sobą Ifigenia oświadczyła:

– Nie martw się, Josefie! Nie byłeś najlepszym koniem, ale nie utrudniałeś nam życia. Jesteś zwykłym dwunożnym łajdakiem jak każdy inny podobny typ, jakiego kiedykolwiek poznaliśmy. Dlatego też postanowiliśmy dać ci szansę. Nie oddamy cię na przemiał. Zajmiemy twój dom, a ty zamieszkasz w stajni i będziesz spokojnie żyć na naszym łaskawym chlebie. Jak będziesz się dobrze sprawować, podrzucimy ci świeże obierki, kilka jabłek lub pęk marchewki, może nawet wypuścimy na pastwisko. Będziemy o ciebie dbać; raz na dwa tygodnie zaprowadzimy cię do rzeki albo na miejscu umyjemy wodą ze szlaucha i wyczeszemy zgrzebłem. Za jakiś czas trzeba będzie cię podkuć.

– No i będziemy musieli cię wykastrować, jeśli będziesz brykać za dużo. Pilnuj się więc lepiej, bo może to być niebezpieczne dla ciebie – dodał poważnie Wałach. Od czasu ukończenia zawodowego kurs powożenia przywiązywał szczególną wagę do spraw bezpieczeństwa. Josef nie miał pojęcia, czy Wałach żartuje, czy mówi poważnie.

– Czy to znaczy, że przechodzę na emeryturę? – tym niezbyt dorzecznym pytaniem Josef usiłował odegnać niedobre myśli.

– Niezupełnie. Będziesz wozić nas na targ i na zakupy do supermarketu, także do dentysty i do kina, wszędzie tam, gdzie będziemy potrzebować. Nie będzie ci źle. Musisz się tylko dobrze sprawować, aby udowodnić, że nieudacznik taki jak ty potrafi być porządnym koniem.

*****

Tego dnia Josef obserwował siebie uważnie. Dojrzał w sobie skłonności, o które się wcześniej nie podejrzewał. Lubił ulegać, miał miękki charakter. Nie był to sen czy marzenie, jak wydawało mu się na początku, ale surowa rzeczywistość. Zauważył, że przyzwyczaił się do uderzeń bata zbyt łatwo i szybko, może nawet zaczynał mieć w tym przyjemność. Nie lubił też przewodzić, być samodzielny, wolał, aby nim kierowano. Skłonność do podporządkowania się, ulegania, bycia usłużnym, to były cechy, które stopniowo odkrywał w sobie. W końcu zdał sobie sprawę, że trzask bata nie tylko mu nie przeszkadza, ale wręcz sprawia mu przyjemność. W duchu zaczął nazywać siebie sługusem, fagasem, a nawet przydupasem, co było okropnym określeniem.

Zastanawiał się, co to mogło znaczyć. Przy okazji zapytał o zdanie swojego psychoterapeutę, który zawsze zachęcał go do otwartości. Niezależnie od tego Josef zadawał tak pytania, aby mężczyzna nie domyślił się, o kogo chodzi. Nie udało się to jednak. Terapeuta wyjaśnił mu, że nie musi ukrywać takich cech, ponieważ i tak się uzewnętrznią, wszyscy je zauważą.

Postawę Josefa nazwał masochizmem. W bibliotece Josef poczytał więcej na ten temat. Zgodził się, że odczuwa przyjemność, kiedy się poniża lub jest poniżany.

W miarę upływu czasu Josef coraz bardziej widział siebie w roli konia pociągowego, wyobrażał siebie w takich sytuacjach, marzył o nich. W końcu tak silnie to nim owładnęło, że zaczął opowiadać ludziom, że planuje wyjechać na Daleki Wschód, aby zatrudnić się tam na stałe do ciągnięcia rikszy. Marzenia o niej stały się jego pasją. Josef oglądał filmy o Dalekim Wschodzie, czytał na temat tych pojazdów, analizował historię riksz pieszych i motorowych. W końcu zbudował sobie model rikszy konnej, która miała być przełomem w technologii przewozu ludzi w gęsto zaludnionych i zatrutych spalinami miastach.

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 158: Kobiety i sny Josefa.

Josef nie utrzymywał bliższych kontaktów z kobietami, choć miał wśród nich sporo znajomych, z niektórymi – jak sam twierdził – szczerze się przyjaźnił. Szczególnie serdeczne relacje łączyły Josefa tylko z bibliotekarką. Pomagała mu w wyborze literatury i poszukiwaniu interesujących go informacji w Internecie. Lubił z nią konwersować.

– Jest to mężatka z dwojgiem dzieci. Nic ich nie łączy, oprócz wzajemnej życzliwości i rozważnych relacji, które ona określa jako czysto służbowe. – Obserwacja opiekuna dała trochę do myślenia psychoterapeucie, oceniającemu sytuację Josefa w szerszym kontekście. Podejrzewał on możliwość negatywnego wpływu różnych zdarzeń i zjawisk na relacje Josefa z płcią odmienną.

*****

Od pewnego czasu męczyły Josefa stany dwuznacznej świadomości, ni to marzenia senne, ni to przeżycia na jawie. Pojawiały się nieregularnie. Josef nie umiał sobie z nimi poradzić; wracały i ponownie go męczyły. Któregoś dnia zauważył, że chudnie i razem z opiekunem Danielem udał się do psychologa. Ten przeprowadził z nim długi wywiad, wysłuchał dokładnie i poprosił o relacjonowanie mu snów każdego ranka, kiedy Josef jeszcze pamiętał je dobrze.

W pierwszym, szczególnie intensywnym śnie, jaki Josef zapamiętał, Laboratorium sprzedało go prywatnej firmie transportu konnego. Firma bardzo potrzebowała pieniędzy na dalsze badania i eksperymenty i uczyniła to z konieczności. Josef stał się własnością Bur Burego Wałacha, który prowadził biznes transportowy przejęty od furmana, kiedy ten przeszedł na emeryturę.

Wałach, do złudzenia przypominający ciężkiego, prymitywnego perszerona, zaprzągł Josefa do ogumionego wozu, włożył mu chomąto na szyję oraz munsztuk do ust. Chwilę potem chwycił wodze w jedną rękę, wyglądającą jak kopyto, a w drugie siarczysty bat.

– Teraz jesteś koniem pociągowym, Josefie. Zapamiętaj to sobie – Powiedział Wałach. – Ciągnij – ryknął, kiedy już ze swoją partnerką, o trudnym do wymówienia imieniu Ifigenia, podobną do kobyły, wygodnie usadowili się na koźle.

Josef nie od razu zrozumiał polecenie. W Laboratorium nie było koni, które odzywałyby się do niego, nie miał więc możliwości nauczenia się sprawnego rozpoznawania głosów i rozumienia końskiej mowy. Rozumiał tylko fragmenty tego, co mu mówili nowi właściciele, a i to było trudne, bo głos Wałacha brzmiał chrapliwie, wyjątkowo niewyraźnie, zaś w głosie kobyły Ifigenii dominował dyszkant, też nie ułatwiający rozumienia.

– A dołóż temu człapakowi batem! – Wyrzuciła z siebie Ifigenia, tuląc się do Bur Burego, oboje poruszeni poczuciem, że w końcu nadeszła wichura sprawiedliwości dziejowej, która zmieniła pozycję człowieka wobec konia.

Wałach, nie zastanawiając się, ścisnął mocniej bat i przylał zdrowo Josefowi. Poczuwszy piekący ból i rosnącą pręgę na plecach Josef już miał bluznąć „Wy wałachy syberyjskie”, w ostatniej chwili powstrzymał się jednak, kierowany błyskiem intuicji, jaką nabył w momencie uderzenia bata. Naprężył się i pociągnął wóz z całej siły. Był on tak ciężki, że człowiekoń z wielkim trudem ruszył do przodu. Szło mu słabo, pocieszał się jednak, że początki są trudne. Ciągnąc wóz przed siebie, obserwował otoczenie. Musiał polegać na sobie w wyborze kierunku jazdy, ponieważ Wałach nie dał mu żadnych wskazówek, co, kiedy, gdzie i jak wykonywać.

– Świat zmienił się nie do poznania – pomyślał Josef. Przejeżdżając obok jeziorka widział jak kudłaty kundel imieniem Marty rzucił w górę kijek i kazał go raportować niemłodej już kobiecie ubranej w czerwoną bluzkę, obcisłe getry i sportowe obuwie, która bez wahania podskoczyła jak sarna, popędziła za kijkiem i za chwilę przyniosła go w zębach. Szminka trochę jej się rozmazała przy niesieniu kijka; chciała ją poprawić, ale nie zdążyła, bo w drodze był już następny patyk. Chwytając rzucane przedmioty wracała szybko do Marty’ego, aby zasłużyć na ciasteczko, jakim kiedyś sama go karmiła wyrabiając w nim nawyki raportowania.

Nieco dalej, za płotem farmy hodowlanej, Josef zauważył kozła Ozona, jak uderzał rogami mężczyznę celując w jego najbardziej wrażliwe miejsce. Znał Ozona z imienia, ponieważ kiedyś przyniósł mu wiązkę trawy.

– Rusz się gnojku i podaj mi wodę – zabeczał kozioł do właściciela farmy.

Pół godziny później przejeżdżali koło wielkiego namiotu cyrkowego. Josef nigdy wcześniej go nie widział, nie zdziwił się jednak, gdyż zdał sobie sprawę, że patrzy z innej czasowej i geograficznej perspektywy. Przed namiotem niedźwiedź Misza brał się za bary z prezydentem Uti, znanym z umiejętności siłowych i sprawnościowych, o których rozpisywała się prasa. Uti zawsze takie zmagania wygrywał, dzięki czemu utrzymywał się w roli bohatera narodowego imperium, któremu przewodził, szczycąc się, że jest ono mocno osadzone na ziemi dzięki nowoczesnym czołgom i zdalnie sterowanym rakietom typu woda-powietrze. Niedźwiedź przypomniał sobie, jak Uti dwukrotnie upokorzył go powalając na matę w czasie Mistrzostw Świata w Zapasach i mściwie mruknął „Niedoczekanie twoje” i jednym ruchem wielkiej łapy przewrócił go dysząc mu prosto w twarz:

– Widzisz, sobaczy synu, jak to przyjemnie upadać wbrew swojej woli! Nawet narkotyki i odmładzający botoks ci nie pomogły.

Josef przestał obserwować cyrk. Było to dla niego zbyt bolesne. Przypomniał sobie Darwina, któremu pokręciło się, że ludzie są zwierzętami. Josef miał teraz znacznie lepsze rozumienie ewolucji, zjawiska opartego na duecie bata i marchewki. Jadąc dalej nie za bardzo mógł obserwować, co dzieje się wokół, gdyż musiał skupić się na drodze i pośpieszyć, ponieważ co raz to dosięgał go ostry bat i głośny okrzyk:

– Ruszaj się, łajzo, bo jak nie, to oddamy cię na wędliny.

Pod wpływem wspomnienia dymu i wędzarni kojarzącej mu się z obozem pracy przymusowej, Josef poczuł mdłości i nie odzywał się już nawet do siebie. Kiedy po zakończeniu roboty stanął przy pełnym żłobie, nie myślał o nim jako źródle szczęścia, gdyż wewnątrz znalazł żarcie z supermarketu „Tania pasza dla zwierząt” a obok wiaderko zimnej wody.

Aforyzmy, myśli, powiedzenia

Kościół, żywa pochodnia wiary, troszcząc się o siebie i zapominając o Bogu, staje się wypaloną zapałką.

Prezes Kaczyński na Podkarpaciu: Dubaju tu nie zbudujemy. Zbudujemy natomiast Szwajcarię. Nie! Nie! Zbudujemy Bawarię! Głosuj na PiS, a będziesz mieć 3 w 1.

Teściowa to wczesne ostrzeżenie, czego w przyszłości możesz oczekiwać od żony. 

Mężczyzna żeni się po to, aby dowiedzieć się prawdy o sobie. Kto inny powie mu, że ma krótką szyję, świńskie oczka i krzywe nogi?

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 157: Problemy zdrowotne Josefa

Zastanawiano się, czy na samopoczucie Josefa nie mogło wpływać połączenie ludzkiej anatomii z końską fizjologią. Szkielet, tkanki, kości i mięśnie oraz mózg Josefa były ludzkiego pochodzenia, natomiast organy wewnętrzne pochodziły od konia. Na pytanie, czy nie występuje tu konflikt, nie sposób było odpowiedzieć. Sam Josef twierdził, że nie odczuwa ani nie widzi w ich funkcjonowaniu niczego dziwnego, tym bardziej podejrzanego.

– W moim organizmie anatomia i fizjologia idą ze sobą ręka w rękę jak para najlepszych kochanków. Nie szukajcie dziury w całym! – Jego twarz i oczy sugerowały, że uważa sprawę za wymyśloną i bez sensu, a rozmowa o niej tylko go denerwuje.

Na pytanie, jak sobie radzi emocjonalnie jako hybryda człowieka i konia, Josef nie umiał jednak odpowiedzieć. Długo się zastanawiał. Po kolejnej rozmowie na ten temat wyszło na jaw, że nie wszystko układa się pozytywnie w jego życiu. Niektóre jego zachowania wskazywały na typowo ludzkie, racjonalne spojrzenie i postępowanie, inne na zwierzęce, bardziej instynktowe odczucia i zachowania. Między nimi pozostawała jednak jakaś równowaga, ale i to się zmieniło.

*****

Mimo niewątpliwej dojrzałości, Josef zachowywał się coraz częściej jak rozbrykany źrebak lub rozpuszczony chłopiec, zniechęcając do siebie otoczenie. W tym wszystkim we znaki dawała się jego końska natura; czasem zachowywał się tak, jakby dziczał i upodabniał się do zwykłego konia. Zarząd Laboratorium był coraz bardziej zdezorientowany, podobnie jak i pracownicy utrzymujący kontakt z Josefem. Jego poprzednik, zmarły tragicznie Josef Półkoń, wydawał im się teraz wręcz ideałem. Spowodowało to, że pierwsze pozytywne wrażenia o Josefie Nowym szybko ulegały erozji.

Firma zaangażowała wszystkie środki i ludzi, aby zaradzić utrapieniom. Im więcej jednak poświęcano uwagi Josefowi, tym bardziej stawał się nieznośny. Nie była to jakaś wrodzona złośliwość, zgodni w tym byli wszyscy specjaliści, zarówno lekarze psychiatrzy, psychologowie jak i weterynarze oraz hodowcy koni, ale niezwykła huśtawka uczuć i zachowań. Josef raz zachowywał się jak dojrzały, ustabilizowany mężczyzna, innym razem jak rozkapryszone dziecko, które nie wie, czego chce, kiedy indziej zaś jak zwykły koń o niezdecydowanym charakterze.

Po dłuższej obserwacji Josefa, podjęto jego leczenie. Próby wykorzystania leków roślinnych a potem farmakologicznych nie przyniosły dobrego rezultatu. Josef wyczuwał nawet najmniejszą ilość obcej substancji w pokarmie; o bezpośrednim przyjmowaniu leku nie było nawet mowy. Było to też niebezpieczne, ponieważ dysponując końskimi trzewiami nie był w stanie wymiotować, co mogło doprowadzić do tragicznych skutków. Próby podawania leku ukrytego w jedzeniu okazały się zbyt ryzykowne; Josef wpadał w szał. Stawał się wtedy niebezpieczny zachowując się jak zwykły bandzior. Był tak silny, że kilku mężczyzn nie było w stanie dać mu rady. Zdecydowano się wówczas na psychoterapię. Było to leczenie powolne i mniej skuteczne, ale przynajmniej dawało się zastosować i stwarzało jakąś szansę powodzenia.

Impas w stanie zdrowia Josefa trwał dłuższy czas. Laboratorium nie podejmowało działań, kiedy wbrew zaleceniom terapeutów Josef stawiał na swoim i znajdował sobie jakieś bezsensowne zajęcie lub udawał się na dłuższą wędrówkę. Lubił długie, samotne wyprawy, czasem zgadzał się nawet, aby ktoś mu towarzyszył. Na początku akceptował towarzystwo także laborantek, bardzo szybko okazało się jednak, że coraz gorzej znosi ich obecność. One same mówiły, że wprawdzie Josef nie okazuje im nadmiernego zainteresowania ani nie zaleca się, coraz częściej miały jednak niejasne poczucie zagrożenia z jego strony. Nie umiały określić na czym ono polega. Dla bezpieczeństwa Nina Aleman po konsultacji z Aaronem zakazała kobietom, aby towarzyszyły Josefowi na spacerze nawet w towarzystwie mężczyzn.

W trakcie kolejnej rozmowy w gabinecie terapeutycznym, Josef wyznał, że chciałby znaleźć sobie regularne zajęcie.

– Potrzebuję zająć się czymś na stałe. Czuję nadmiar energii i chciałbym robić coś użytecznego. Potrzebuję pracy, zaangażowania, wysiłku fizycznego. Sama rozrywka czy prosty wysiłek intelektualny już mnie nie cieszą. Zresztą nigdy mnie nie cieszyły, wydawało mi się tylko, że jest inaczej.

 

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 156: Sytuacja Josefa pogarsza się

Wkrótce Josef zaczął skarżyć się na pogarszające się stosunki ze znajomymi a nawet przyjaciółmi. Był to pierwszy objaw, że coś psuje się w jego życiu osobistym. Czuł się coraz gorzej psychicznie. Przypisywał to rosnącej niechęci ludzi do niego. Kilka razy wspomniał o tym na zajęciach psychoterapeutycznych, do których Laboratorium z trudem udało się go przekonać.

Wyznania Josefa co do nieprzyjaznego traktowania przez ludzi w miasteczku skonfrontowano z jego sąsiadami, przyjaciółmi i innymi osobami, z jakimi najczęściej miał do czynienia. Był coraz wyraźniej postrzegany jako dziwak; niektórzy wręcz nazywali go dziwadłem. On sam temu zaprzeczał. Twierdził, że zachowuje się dokładnie tak, jak inni, „normalni” mieszkańcy miasteczka, zwłaszcza mężczyźni w jego wieku i jeśli ktoś tego nie zauważa, to jest w błędzie.

– Nie rozrabiam, nie piję, nie palę, uprawiam sport, spotykam się z przyjaciółmi. rozmawiam z ludźmi i utrzymuję z nimi przyjazne stosunki – Josef z sarkazmem podsumował sytuację.

Okazało się, że zachowania Josefa, naturalne dla niego, były inaczej widziane i oceniane przez mieszkańców miasteczka. O ile pierwsze wrażenia były korzystne, o tyle każdy następny dzień niósł pogorszenie zamiast poprawy. To, co ich zastanawiało, a nawet dziwiło, stworzyło całkiem długą listę. Notatki sporządzone przez psychoterapeutę zawierały cytaty z rozmów: „On nigdy nie siądzie ani nie położy się, tylko stoi”, „chodzi spać zaraz po zachodzie słońca i wstaje równo ze wschodem słońca”, „ to mruk i samotnik, rzadko zdarza mu się rozgadać się i szczerze coś powiedzieć”, „jest skryty jak norka”, „ma dziwne poczucie humoru”, „nie uznaje w ogóle alkoholu, nawet piwa”, „żywi się wyłącznie roślinami i uważa to za normalne; jakiś weganin czy co?”, „ma taką dziwną twarz, zwłaszcza ten jego koński uśmiech”.

Sprawy komplikowały się. Wbrew oczekiwaniom Laboratorium, ludzie traktowali Josefa coraz gorzej. Nie wiadomo, dlaczego nie przynosiły pozytywnych efektów regularne akcje uświadamiające, kim jest i jak zachowuje się człowiekoń Josef. Nawet niektórzy początkowo mu życzliwi laboranci traktowali go jak odmieńca i cudaka. Najbardziej dziwiła ludzi jego bezkompromisowa roślinożerność, temperament i niektóre zachowania. Obywatele Nomadii, na początku tylko nieufni, potem niechętni, w końcu też stawali się wrogami Josefa. Niechęć do niego umacniała cicha propaganda rządu i kościoła, od początku niechętnych mu jako tworowi człowieka, a nie natury. W najlepszym przypadku Josefa traktowano jak dzikusa, którego od zwykłego człowieka dzieli nieokiełznana zwierzęca natura.

Mimo przeciwdziałań Laboratorium sytuacja nie tylko nie ulegała poprawie, ale pogarszała się. Utrzymywała się już tak długo, że Josef uwierzył, że rzeczywiście jest jakimś dziwadłem, istotą człekokształtną, ale cudacznie osobliwą. To go odmieniło. Zaczął ulegać nienaturalnym poglądom i podporządkowywał się woli otoczenia, innych ludzi a nawet koni. Jego stan zdrowia pogarszał się wyraźnie, pojawiły się pierwsze objawy depresji.

Zarząd postanowił dokładniej zbadać wszystkie okoliczności. Na pierwszy ogień poszło odżywianie. Od pewnego czasu Josef skarżył się na bóle żołądka. Najbardziej odczuwał je rano, kiedy myślał o zajęciach i obowiązkach dnia. Czasami były one silniejsze, czasem słabsze, zawsze jednak uciążliwe i męczące. Męczyły go tym bardziej, że nie znał przyczyny; nie objadał się, nie miał niestrawności, niczym się nie zatruł. Był przekonany, że odżywia się bardzo zdrowo i nic takiego nie powinno mieć miejsca. Terapeuci opiekujący się Josefem zaczęli podejrzewać, że ktoś uprawia sabotaż wobec niego. Zastanawiali się nad tym wspólnie z Josefem, lekarzami i Aaronem, lecz nie znaleźli żadnego wyjaśnienia.

Dla pewności – włączając w to także dietetyka i kucharzy – szczegółowo przejrzeli i krytycznie ocenili dietę. Przy okazji wyszło na jaw, że sposób odżywiania się Josefa dziwił innych ludzi, zwłaszcza kiedy korzystał z restauracji, baru lub kawiarni. Wszystkich szokowała ogromna ilość „zwykłej” zieleniny i niewielka ilość warzyw i owoców. Była to typowa dieta weganów z wyjątkiem trawy i jednej czy dwóch pospolitych roślin. Dieta Josefa była jednak jak najbardziej do zaakceptowania zważywszy końską naturę jego systemu wewnętrznego.

*****

Wkrótce u Josefa pojawiły się inne problemy. Były to dziwne skłonności. Niektóre zauważył on sam, inne zaobserwowali przyjaciele i pracownicy Laboratorium. Josef stał się niesłowny i niestabilny. Nie można było na nim polegać.

– To efemeryda. Teraz myśli tak, chwilę później zupełnie inaczej. Zmienia się jak chorągiewka na wietrze. On jest po prostu nieobliczalny. – Tego rodzaju lapidarne obserwacje pojawiały się tak często i urosły do takich rozmiarów, że zaczęto podejrzewać, że jest niespełna rozumu. Wysuwano najbardziej niedorzeczne przypuszczenia, poniekąd zrozumiałe w obliczu troski o niego, nawet takie, że mógł go pokąsać wściekły pies.

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 155: Dziwne zachowania Josefa

Josef mówił lekko chrapliwym głosem jakby coś tkwiło mu w gardle. Po kilku wypowiedziach laboranci przestali w ogóle zwracać uwagę na chropawość jego głosu. Poza tym Josef zachowywał się jak każdy z nich, mniej się tylko uśmiechał. Nina wyjaśniła, że jego mimika jest skromniejsza niż ludzka, ponieważ ma mniej mięśni twarzy. Powołanie do życia Josefa wymagało kompromisów między cechami ludzkimi a końskimi.

– Przyzwyczaicie się do tego. – Zapewniła Nina, przerywając prezentację, aby napić się wody.

Od człowieka Josef, nazywano go też Josefem Drugim, różnił się organami wewnętrznymi, układem pokarmowym, płucami, sercem, żołądkiem, wątrobą, jelitem cienkim i grubym, pochodzącymi od konia. Dzięki innej konstrukcji serca i płuc Josefa stać było na bardziej intensywny wysiłek w krótkim okresie czasu. Josef przyjmował jedynie pokarmy roślinne.

– Nie proponujcie mu kiełbasy, wędlin czy w ogóle mięsa. Żadnych też używek czy alkoholu. Josef jest wegetarianinem, a właściwie weganem – stwierdziła Nina uśmiechając się po raz pierwszy od dłuższego czasu.

– Czy w tej sytuacji Josef będzie mógł cieszyć się życiem tak jak my? – zapytał ktoś poważnie, wywołując tylko gromki śmiech.

Na twarzy Josefa ukazał się skąpy, jakby niekompletny uśmiech, do którego laboranci zaczęli się już przyzwyczajać. Wszyscy patrzyli na niego czekając, jak zareaguje na pytanie. Josef zdawał sobie z tego sprawę. Spojrzał najpierw w sufit, jakby szukał tam natchnienia, po czym spokojnie wyjaśnił, że nie ma to dla niego najmniejszego znaczenia, ponieważ nie zna tych smaków, ani nie odczuwa ich potrzeby.

– To tak, jakby chcieć żuć substancję, której nigdy nie miało się w ustach. Dla mnie pokarmy nieroślinne po prostu nie istnieją, nawet w mojej świadomości. Mój organizm ich nie toleruje, wydają mi się wstrętne, a z całą pewnością niesmaczne i obce. Próbowałem niektóre, aby mieć pojęcie, jaki mają smak. Gdybym zjadł mięso lub napił się wódki, rozchorowałbym się. Pocieszę was, że z natury jestem w dobrym nastroju, jestem radosny i optymistyczny, i nie potrzebuję alkoholu, aby poprawić swoje samopoczucie, ani mięsa, aby czuć się bardziej bojowo. Rozmawiałem o tym z Niną i z kucharzami, którzy układają moje menu.

Jak tylko Josef skończył swoją prezentację, otoczyło go grono laborantów. Zaczęli rozmawiać o wysiłku fizycznym i sporcie. Ktoś zaproponował wyjście na zewnątrz, na otwartą przestrzeń albo do sali gimnastycznej. Wszyscy zapalili się do tego pomysłu; mężczyźni, aby wypróbować swoje siły, porównać się z Josefem, kobiety raczej z ciekawości, chęci dokładniejszego przyjrzenia się niezwykłemu gościowi.

Z bliskiej odległości widać było wyraźniej różnice w wyglądzie, kolorze i fakturze skóry, w szczegółach twarzy i mimice.

Będąc taki sam jak pozostałe osoby, Josef był równocześnie inny. Nina patrząc z boku na niego, martwiła się o to.

*****

Po kilku tygodniach Josef zaczął dziwnie się zachowywać. Nie nastąpiło to od razu. Najpierw pojawiły się drobne odstępstwa od normalnych zachowań, jakieś niezrozumiałe dąsy, mniej chętnie kontaktował się z Laboratorium. Skarżył się też na kłopoty z żołądkiem; wynikały one prawdopodobnie z trybu życia, niedojadania lub przejadania się. Sofia, filozofka Laboratorium, wielka zwolenniczka Josefa, zawsze występująca w jego obronie, kiedy go krytykowano, powiedziała któregoś dnia, że go nie rozumie, bo zachowuje się jakby był pępkiem świata. Nikt tematu nie kontynuował, nie dowiedziano się więc, co miała na myśli mówiąc o „pępku świata”. Potem uzupełniła, że zgodnie z teorią analizy transakcyjnej każdy zachowuje się czasem jak rodzic, czasem jak dziecko, a czasem jak osoba dorosła.

– Josef przeżywa jakiś trudny okres w swoim życiu, bo pokazuje w sobie więcej dziecka, niż odpowiedzialnej osoby dorosłej czy doświadczonego rodzica. – Nadal broniła Josefa, była jednak bardziej otwarta na opinie osób mających mniej uznania dla chluby Laboratorium, za jaką uważano człowiekonia.

Profesor Kary, szef najważniejszego zespołu Laboratorium, wspólnie z zarządem zaczęli poważnie zastanawiać się nad źródłami nietypowych zachowań. Podjęto decyzję uważniejszej obserwacji Josefa, choć było to coraz trudniejsze, ponieważ był niezwykle ruchliwy i coraz bardziej niezależny. Nie sposób było go upilnować.

Ważnym wydarzeniem było wynajęcie dla Josefa – na jego żądanie – mieszkania w miasteczku Yoko oraz przyznanie mu stałego zasiłku na utrzymanie do czasu podjęcia przez niego pracy. Uzgodnienia były oparte na niepisanej umowie, że Josef otrzymuje mieszkanie, zasiłek i pełną niezależność w zamian za regularny kontakt i spotkania z zarządem, Zespołem Bezpieczeństwa oraz Zespołem Inż-Gen co najmniej raz w tygodniu. Spotkania miały mieć charakter konsultacji. Laboratorium zadeklarowało się pomagać Josefowi w problemach, jakie mógł napotkać, on z kolei miał pomagać Laboratorium dzieląc się swoimi doświadczeniami i obserwacjami na temat życia człowiekonia, jego otoczenia i środowiska naturalnego.

Przedświąteczna niedzielna dawka poezji

Kolejne dwa wiersze ze zbioru Michael Tequila: „Klęczy cisza niezmącona” (w księgarniach). Przy okazji wspomnę, że planuję w pierwszej połowie 2019 wydać drugi tom wierszy o tytule „Oniemiałość”. Noszę się z tym zamiarem już od kilkunastu lat. 

Czymżesz ty jesteś

Czymżesz ty jesteś? Jesteś przemijaniem,
beztroską i bólem, braniem i dawaniem,
palącą solą jesteś w oku,
geniuszem błysków w górskim potoku.

Bóg ciebie skazał na istnienie,
miłość polecił oddać w niewolę,
a czasem łamać serca łaknienie
i grać w niepokoju nieznaną rolę.

Czas przyjdzie, zrobisz wielkie pranie,
w szczerej modlitwie oczyścisz siebie,
fałszywych pozorów zrzucisz ubranie,
prawdę zasiejesz w użyźnionej glebie.

Gdynia, 16 października 1998

Do czego wracam

Do czego wracam? Myśli wytrychami
drzwi zatrzaśnięte wyważam nocami,
wspomnień jasnych oczu, pustej plaży szukam,
do serc zamkniętych nadaremnie pukam.

I tylko czasem radość promienna
zabłyśnie złotem, krótkością brzemienna,
w pamięć się wryło namiętności lato,
serce sprzedało zimnych wspomnień katom.

Z ust zniknął zapach leśnego miodu,
skórę pokryły drobne krople chłodu,
uśmiech zniewolony gubi się i lęka;
złą kartę rozdała opatrzności ręka.

Sopot, 17 stycznia 1998

PS. Wczoraj zauważyłem, że  w niektórych księgarniach są niedostępne dwie moje książki: Klęczy cisza niezmącona (poezje) i Niezwykła decyzja abuelo Caduco (opowiadania). Kontaktuję się z dystrybutorem tych pozycji, aby jak najszybciej uzupełnił niedobory.   

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 154: Nowy sposób myślenia. Człowiekoń Josef.

Celem Laboratorium stało się stworzenie nowej wersji Josefa. Tym razem był nim nie konioczłowiek, ale człowiekoń, istota, w której dominować miały cechy ludzkie. Pod względem anatomii i osobowości miał to być człowiek, osobnik płci męskiej, tylko fizjologicznie odpowiadający koniowi, pozbawiony typowo ludzkich cech i właściwości decydujących o nadmiernej konsumpcji energii, żywności, powietrza, wody i przestrzeni.

– Jego potrzeby będą naturalne, bardziej biologiczne niż cywilizacyjne, ograniczone podobnie jak u koni. – Wyjaśniła Nina.

W miarę opowiadania przewodnicząca ożywiała się coraz bardziej. Wstała, jej oczy błyszczały. W wyobraźni widziała, jaki piękny i postawny będzie człowiekoń, ile zmieni w historii cywilizacji i stosunku ludzi do zwierząt i przyrody. W pewnym momencie zaczęła marzyć na głos mówiąc o różnorodności biologicznej, wielkich stadach koni, zielonych niekończących się preriach.

Pod koniec wystąpienia otrząsnęła się, coś sobie chyba przypomniała, gdyż uspokoiła się, spuściła z tonu, w końcu zmarkotniała.

– Brzmi to wszystko prosto, ale jest bardzo skomplikowane. Musimy jeszcze nad tym wiele popracować. – Jej głos nie brzmiał już tak pewnie.

Kiedy przerwała, sala patrzyła na nią wyczekująco, jakby miała jeszcze coś ukrytego do wyjaśnienia. Nina poczuła się niezręcznie. Przeprosiła, że nie może więcej powiedzieć. Właściwie to prawie nic. Prosiła, aby jej zaufać. O szczegółach projektu pracownicy mieli dowiadywać się stopniowo, zarząd miał przekazywać informacje bezpośrednio kierownikom zespołów, a ci ujawniać swoim podwładnym na miarę potrzeb. Jej milczenie bardziej niż słowa definiowały tajemnicę współpracy z organizacją, o której oprócz nazwy bardzo niewiele wiedzieli.

– Jeśli ktoś ma pytania, proszę kontaktować się ze mną indywidualnie. Nie mam możliwości dyskutowania czegokolwiek w otwartym gronie. – Brzmiało to jak wyrok, od którego nie można uciec. Widać było po niej, że mówi szczerze, nigdy zresztą nie wprowadziła nikogo w błąd, ani nie ukrywała czegokolwiek, do czego pracownicy mieli prawo lub mogli wiedzieć bez uszczerbku dla Laboratorium. Ufali jej.

Firma zawiesiła wszystkie kontakty zewnętrzne, początkowo na pół roku. Tylko Nina i jej zastępca mieli prawo kontaktować się i wyjeżdżać na zewnątrz.

*****

W obliczu nowej sytuacji w Laboratorium zrodził się nowy sposób myślenia. Było to nieuniknione, gdyż poprzedni system okazał się niewydolny, jego pozytywne efekty znikły wraz z Josefem Półkoniem. Od Niny wiedzieli, że zarząd Largo Tech dużo pytał o konioczłowieka, jaki był jego stan zdrowia, jakiej był kondycji i dlaczego tak nagle stracił życie. Interesowało ich wszystko, co go dotyczyło, a najbardziej zdrowie, sprawność i zdolność wykonywania zadań. W negocjacjach używali słów takich jak zagrożenia, powinność, obowiązek, ojczyzna. Brzmiało to bardzo patriotycznie. Zmiana sytuacji zdecydowanie wymagała od Laboratorium bardziej racjonalnego postępowania.

Wraz z nowym myśleniem zarządu pojawiły się słowa-klucze i słowa-wytrychy: motywacja, satysfakcja pracownika, współpraca. Odmieniano je na wszystkie sposoby. Była to odpowiedź na niedoskonałość poprzedniego systemu pracy, w którym doszło do śmierci Josefa, równocześnie widziano w nich panaceum na przyszłość.

Pracownicy nie pozostali w tyle za firmą. W odpowiedzi na poprawę warunków pracy i większą dbałość o motywację, przedstawili własne propozycje. Pojawił się nurt poświęcenia nawiązujący do wartości patriotycznych. Zespoły robocze przeorganizowały się, wprowadzono świadomą dyscyplinę pracy, stworzono hasła przypomnień i motywacji. Najbardziej upowszechniło się hasło „Lepiej, szybciej, inteligentniej”. Pomysłów i wzorów poszukiwano w dyskusjach, literaturze i Internecie.

Kiedy pojawił się przykład kobiety, inżyniera górnictwa, pracującej czterdzieści dwie godziny tygodniowo w kopalni węgla kamiennego i dodatkowo, ile tylko mogła, w czynie społecznym, wyglądało to jak nawrót do komunizmu. Przykład stracił atrakcyjność, jak tylko okazało się, że kobieta zmarła z wyczerpania w wieku czterdziestu pięciu lat.

*****

Człowiekoń Josef nie od razu pojawił się przed załogą Laboratorium. Któregoś dnia na wieczornym zebraniu załogi Nina poinformowała, że prace nad nim zostały już wcześniej zakończone, zarząd jednak nie podał tego faktu do powszechnej wiadomości. O wszystkim wiedział jedynie Zespół Inżynierii Genetycznej, który powołał Josefa do życia i czuwał nad tym, aby jego organizm całkowicie się ustabilizował.

– Woleliśmy dmuchać na zimne, niż sparzyć się jak poprzednio – oświadczyła Nina.

Dyskusja zeszła na temat wyzwań i trudności związanych ze stworzeniem nowego Josefa. Po kilku minutach zadzwonił alarm smartfonu Niny sygnalizując odbiór jakiegoś komunikatu. Po zapoznaniu się z jego treścią Nina nachyliła się do swojego zastępcy i coś szepnęła mu do ucha. Ten wstał, wyszedł do bocznego pomieszczenia i po chwili wprowadził do sali nieznanego mężczyznę.

Z dala nie odróżniał się on od pracowników siedzących na sali. Podobnie jak oni, miał nawet na sobie roboczy uniform Laboratorium. Rysy i różnice uwidoczniły się dopiero z bliższa. Przybysz miał bardziej wydłużoną twarz, nieznacznie łysiejącą czaszkę, szersze nozdrza i usta. Skóra twarzy miała lekko matowy, aksamitny połysk i była nieco ciemniejsza. Wyraźnie zawierała więcej pigmentu, jak skóra osób przebywających dużo na otwartym powietrzu. Była też bardziej sucha, wyglądała, jakby naciągnięto na nią przezroczystą maskę.

Był to nowy Josef, człowiekoń. Prezentował się okazale: wysokiego wzrostu, solidnej, bardziej atletycznej niż masywnej budowy ciała. Przedstawił się podając tylko imię: Josef.

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 153: Porozumienie z Largo Tech + wiadomość

Jutro, dnia 23 grudnia wieczorem, składam Wszystkim na mojej stronie autorskiej (jak każdego roku) życzenia świąteczne i noworoczne.

Serdecznie zapraszam,

Michael Tequila

Pięć dni po ogłoszeniu zgonu Josefa Półkonia, na korytarzu prowadzącym do sali posiedzeń zarządu pojawili się obcy ludzie wyglądający na sportowców. Byli to głównie mężczyźni, dobrze zbudowani, jednakowo ubrani w dopasowane szaro-granatowe bluzy i wygodne spodnie w ciemnoszarym kolorze. Spotykanych na korytarzu pracowników pozdrawiali uprzejmym skinieniem głowy, czasami uśmiechając się, nie odzywali się jednak do nikogo. Wyglądali jak delegacja zagranicznych biznesmenów przybyłych na negocjacje, choć niektórzy swoimi okularami w cienkich oprawkach bardziej przypominali intelektualistów lub naukowców. Filozofka Sofia nazwała ich kosmitami; nazwa się przyjęła.

Przez kilkanaście dni pobytu na terenie Laboratorium kosmici byli odseparowani w lewym skrzydle głównego budynku. Najczęściej zamykali się w jednej z sal konferencyjnych razem z zarządem i Aaronem, jedyną osobą spoza zarządu dopuszczoną do rozmów. Żaden z pozostałych pracowników nie miał pojęcia, o czym dyskutują i co w ogóle się dzieje. Pod koniec pobytu delegacji zorganizowano jakąś imprezę, ponieważ zrobiło się bardzo głośno. Zaczęło się to wieczorem i trwało do północy. Słychać było krzyki, muzykę i tańce, głosy rozchodziły się po budynku i w pobliżu. Laboranci podejrzewali, że była to biba zorganizowana dla uczczenia zakończonych negocjacji.

Rankiem następnego dnia obcy zniknęli z Laboratorium równie nagle, jak się pojawili, jakby wpadli do studni i potonęli. Wieczorem Nina Aleman zwołała zebranie załogi w wielkiej sali konferencyjnej, nie podając celu ani programu spotkania. Prosiła tylko, aby wszyscy byli obecni, o ile nie zatrzymują ich obowiązki lub choroba.

Kiedy wszyscy byli już na sali, weszła Nina z plikiem notatek w prawej ręce. Była ubrana w swoją najbardziej elegancką suknię, tę samą, którą miała na sobie w trakcie spotkania, kiedy ujawniła, że wyszła za mąż. Na szyi miała kolię z pereł.

Ktoś powiedział szeptem, że był to podarek od przewodniczącego delegacji kosmitów, który się w niej zakochał. Ktoś inny widział ich spacerujących razem poprzedniego wieczoru. Była to pora, kiedy kwitła pachnąca sekwoja i ludzie chętnie wychodzili na spacer, aby upajać się zapachem jej kwiatów. Po wyglądzie, twarzy i zachowaniu przewodniczącej widać było, że jest w dobrym nastroju. Minutę lub dwie później przybyli pozostali członkowie zarządu wchodząc bocznymi drzwiami. Wyglądali jak spiskowcy.

Nina puściła w obieg listę obecności i poprosiła zebranych o jej podpisywanie. Drugą identyczną listę miała przed sobą na stole. Patrzyła, kto podpisuje i od czasu do czasu zaznaczała coś na swojej liście.

*****

Informacja wstępna była lakoniczna. Przewodnicząca zapowiedziała, że nie przewiduje dyskusji nad tym, co ma do powiedzenia. Zachowywała się nietypowo, prawie apodyktycznie. Laboranci siedzący w tyle sali szeptali, że chyba straciła władzę i otrzymuje już tylko polecenia od nowych właścicieli, i musi to pokazać.

Nina wyjaśniła, że do Laboratorium zgłosili się sponsorzy oferujący nie tylko pokrycie dotychczasowych strat, ale także finansowanie Laboratorium w przyszłości, jego wszystkich badań, eksperymentów i prac.

– Sprawdziliśmy ich wiarygodność. Firma nazywa się Largo Tech. To duża i poważna organizacja. Po dniach intensywnych negocjacji zawarliśmy z nimi umowę o sponsorstwie i współpracy, bardzo dla nas korzystną. Jako firma zachowujemy pełną samodzielność, będziemy nadal pracować w tym samym gronie, co dotychczas, ale w ścisłej współpracy z naszym partnerem. Jeszcze raz przeprosiła, że nie może podać więcej szczegółów. Był to warunek porozumienia z Largo Tech.

Jedyna zmiana organizacyjna, jaka nastąpiła, to dotyczyła Zespołu Bezpieczeństwa. Largo Tech przejął na siebie w całości, co do najmniejszego szczegółu, sprawy ochrony Laboratorium, obiektów, ludzi i danych. Nie była to sprawa braku zaufania, błędów czy niedociągnięć, gdyż Aaron pozostał na stanowisku szefa zespołu. Laboratorium nie musiało martwić się o sprawy prawne. Wziął je na siebie sponsor. Było to ważne, ponieważ prawo dotyczące inżynierii genetycznej było skomplikowane. Umowa o współpracy z Largo Tech była tajna. Nikt z zewnątrz nie miał prawa niczego się dowiedzieć.

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 152: Śledztwo

Przez kilka dni w Laboratorium panował marazm. Wszystkim udzieliło się przygnębienie i poczucie klęski. Pracownicy snuli się po korytarzach i pomieszczeniach, patrząc niewidomym wzrokiem przed siebie. Konioczłowiek, nad którym pracowali tak długo i z tak ogromnym oddaniem, okazał się nieudanym eksperymentem. Nie było wiadome, jak i dlaczego nastąpił zgon, a nawet co stało się z ciałem Półkonia. Zarząd nie udzielał żadnych informacji, jakby celowo nabrał wody w usta.

Domyślano się, że ciało Półkonia zostało spopielone, nie można było jednak wykluczyć, że je zamrożono z myślą o wykorzystaniu dla badań i eksperymentów. Decydował o tym zarząd, głównie Nina Aleman. Nie można było jej o to zapytać. Była niedostępna, pozostawała w zamknięciu w swoim mieszkaniu. Nie przychodziła nawet do restauracji ani kawiarni; posiłki dostarczano jej bezpośrednio do pokoju.

Wkrótce atmosfera zgęstniała. Pojawiły się sugestie, że nie był to zwykły zgon, że ktoś musiał pomóc Josefowi zejść z tego świata. Podejrzewano otrucie, zadawano pytania, w czyim interesie był ten zgon, jak również spekulowano, że Zespół Inżynierii Genetycznej mógł popełnić fatalne błędy. Jego pracownicy protestowali oburzeni podejrzeniami, tym bardziej, że przez tyle dni i nocy dokładali starań, aby zachować przy życiu Josefa, kiedy był w krytycznym stanie zdrowia w okresie śpiączki letargicznej. Byli wściekli również na siebie, że w długim procesie tworzenia konioczłowieka nie objaśniali zarządowi i pracownikom na problemów, wyzwań i zawiłości, z jakim mieli do czynienia.

*****

Niezależnie od śledztwa prowadzonego przez Aarona i jego ludzi, profesor Kary postanowił sprawdzić, czy jego zespół nie popełnił przypadkiem poważniejszego błędu chirurgicznego. Nie nazywał tego dochodzeniem, ale analizą zaszłości. W obronie także własnego honoru pracownicy Inż-Genu wytrwale wertowali regulaminy, instrukcje i procedury. Pracowali tylko do czasu, kiedy wspólnie uznali, że ich wysiłki to czysty wygłup, szukanie igły w stogu siana, ponieważ większość regulaminów, instrukcji i procedur powstawała w trakcie operacji, nie mogła więc być doskonała.

Wobec braku postępów śledztwa, Aaron zaczął podejrzewać, że ktoś je utrudnia, zacierając ślady i podrzucając fałszywe dowodu. To go skłoniło do przyjęcia bardziej zdecydowanych metod. Zespół ogarnęła taka determinacja, że wkrótce zaczęto ich oskarżać o stosowanie terroru w śledztwie. Podejrzewali różnych ludzi i różne przyczyny, błędy w trakcie operacji, ignorowanie wad genetycznych, sabotaż, a nawet morderstwo przez otrucie. Wobec pracowników – domniemanych sprawców przestępstwa – Zespół Bezpieczeństwa stosował długie i intensywne przesłuchania, aby wydobyć z nich choćby cząstkę tajemnicy zgonu Josefa. Był to najgorszy czas dla organizacji.

– Szukamy prawdy – to hasło uzasadniało stosowanie przez Aarona najbardziej drastycznych działań i podejmowania najdziwniejszych tropów.

Dochodzenie nie doprowadziły do znaczących konkluzji. Udało się tylko ustalić z całą pewnością, że Josef Półkoń dosłownie padł wskutek gwałtownego zawału serca z powikłaniami. Wcześniejsze badania Josefa, prowadzone regularnie i z należytą starannością, nie wskazywały w ogóle na jakiekolwiek problemy sercowe.

– Inżynieria genetyczna i tworzenie żywej istoty w warunkach laboratoryjnych to sprawy przekraczające ludzkie możliwości. To rola pana Boga. Człowiek nie powinien w ogóle się do tego zabierać – podsumował Klecha, były ksiądz, zdegradowany i ekskomunikowany przez kościół za zbyt liberalne poglądy i krytykę władz. Kierowany pragnieniem pojednania pracowników Laboratorium i przywrócenia im poczucia wspólnoty, Klecha podjął modlitwy za duszę zmarłego Josefa. Spotkało się to z mieszanym przyjęciem, ponieważ większość laborantów była sceptycznie ustosunkowana do praktyk religijnych.

*****

Głowy laborantów wręcz puchły od myślenia, troski i niepokoju. Kiedy patrzyli na siebie, wydawały im się wielkie jak u konia, ucieleśnienia wszystkich znanych im koni, śniących się po nocach. W tym ucieleśnieniu widzieli ideał przyświecający tworzeniu hybrydy. Tak to odczuwali, kiedy mieli wszystkiego dość. Nachodziły ich wtedy żarty i głupoty. Odreagowywali w ten sposób stres, samotność i niepewność. W dni złej pogody, kiedy ciśnienie na barometrze skakało wyżej niż zdziczały królik objedzony szalejem, najgorzej czuli się meteopaci.

W dzień szczególnie podłego nastroju załogi, Nina Aleman, w porozumieniu z zarządem, udzieliła laborantom dyspensy od dyscypliny określonej regulaminem. Decyzję przyjęto z entuzjazmem. Na stołach pojawił się alkohol w dużych ilościach i różnych gatunkach, nie wiadomo skąd, bo pracownicy nie mieli dostępu do sklepów. Dawno już nie ucztowali z udziałem alkoholu, nie żałowali więc sobie. Następnego dnia, niezależnie od samopoczucia, chwalili życzliwą decyzję zarządu.

– Potrzebowałem takiej uczty jak płuca powietrza. Byłem już na krawędzi nerwowego załamania. – Przyznał Niedźwiedź, tego dnia szczególnie rozkudłany na głowie. – To pijaństwo było aktem higieny ciała, duszy i umysłu.

Inni członkowie załogi z wyjątkiem abstynentów byli podobnego zdania. Ci ostatni czuli się podwójnie poszkodowani; nie dość, że nie uczestniczyli w libacji, to z racji swojej trzeźwości musieli pełnić dyżury, kiedy koledzy i koleżanki bawili się wesoło.