Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 219: Cisza przed burzą

Rządowej zasady „cel uświęca środki” wielu pobożnych obywateli Nomadii nie kwestionowało, rozumiejąc, że jest to nieuniknione dla ocalenia społeczeństwa.

Zboczeńcy, cyberseksiści i kobiety wrogie prokreacji byli dla nich Sodomą i Gomorą, gniazdem rozpusty i siedliskiem zła.

– Użycie siły jest konieczne – twierdził Babochłop, szef tajnej policji – kiedy ma się do czynienia ze zgnilizną moralną groźną dla państwa i przeciwną nakazom boskim. Dla wsparcie swojej wypowiedzi i przekonań cytował Księgę Rodzaju, rozdział 13, werset 13 Pisma Świętego Starego i Nowego Testamentu: „Mieszkańcy Sodomy dopuszczali się ciężkich przewinień wobec Pana”.

Mówiono, że od czasu szczerej rozmowy z Czarną Eminencją pozostawał pod wpływem i urokiem jego wiedzy i mądrości, i w czasie wolnym od obowiązków oddawał się studiowaniu Biblii.

Kiedy pojawiły się doniesienia, że tajne szwadrony policji cywilizują przeciwników prokreacji, zrzucając ich na ziemię z helikoptera, obywatele – z pewnymi wyjątkami oczywiście – milcząco to akceptowali. Wierzyli, że dotyczy to wyłącznie nieprzejednanych wrogów prokreacji, stanowiących śmiertelne zagrożenie nie tylko dla kraju, ale także dla siebie samych. Krążyły pogłoski, że eliminowano ich, a ich szczątki doczesne rozdeptywano dla przestrogi w wydzielonym miejscu Placu Centralnego, aby każdy obywatel mógł je oglądać ku przestrodze aż do końca świata.

Zrzucanie ludzi z helikoptera zwolennicy silnych metod rządzenia nazywali terapią wstrząsową. Nawet lekarze uważali, że nie każda metoda leczenia jest bezpieczna.

–  Terapia wstrząsowa niesie ze sobą ryzyka. Podobnie jak jazda samochodem, o której możemy powiedzieć, że nigdy nie wiadomo, jak się skończy. Ja mogę zachowywać się na jezdni bardzo odpowiedzialnie, lecz kto mi zagwarantuje, że z przeciwnej strony nie wjedzie na mój pas dwudziestotonowa ciężarówka, której kierowca przysnął i nie zderzy się ze mną czołowo?

Czarna Eminencja, zdecydowanie przeciwny jakimkolwiek gwałtownym metodom, z bolącym sercem błagał Boga o wybaczenie tym, którzy czynią nieuniknione zło. Stanowcze traktowanie przeciwników państwa i kościoła uznawał za mniejszy dopust boży niż wielką powódź, tsunami czy wybuch wulkanu, ponieważ chodziło o ratowanie społeczeństwa. W pogłoski w rodzaju „Mondega spłynęła krwią” czy „Dokonano potwornej rzezi w miejscowości takiej to a takiej”, przestał wierzyć, ponieważ nikt nie zgłaszał napadów, zabójstw ani zaginięć osób. Babochłop wyjaśnił mu, że gdyby miało to miejsce, to policja natychmiast zawiadomiłaby o takim fakcie społeczeństwo na swoim internetowym serwisie informacyjnym, w prasie, w radio i w telewizji.

Potwierdzali to dziennikarze.

– Wiemy, że tak jest, bo warujemy na schodach komendy głównej policji i przed komendami regionalnymi, czekając na wiadomości o osobach zaginionych. Takie informacje do nas jeszcze nie dotarły.

W mediach pojawiły się pytania, a zaraz po nich interpelacje w parlamencie, czy w grę nie wchodzi jakaś podstępna manipulacja. Rząd zaprzeczył temu z uzasadnioną gwałtownością wściekłego psa. Uspokoiło to część obywateli, ale nie przeciwników prokreacji. Uważali oni, że za zaginięciami osób kryje się tak wielka tajemnica, że zwykły obywatel nie jest w stanie jej pojąć swoim rozumem, a tym bardziej rozwikłać.

– Podobnie jak ciemności egipskie i fatamorgana są to jedynie urojenia i złudy. – Skomentował Czarna Eminencja, który nie wierzył w złą wolę policji.

– Policja może popełniać błędy, bo nikt nie jest od nich wolny, ale z pewnością działa w dobrej wierze i w interesie państwa i społeczeństwa.

Wybaczająca postawa przywódcy kościoła nie wszystkim przypadła do gustu. Uważano, że istnieją granice wybaczenia, choć Biblia twierdziła inaczej. Oskarżenia pod adresem policji nie oznaczały, że Babochłop preferuje siłę fizyczną i przemoc jako metodę walki z gasnącą prokreacją. Od czasu, kiedy odkrył, że skuteczniejszą formą działania jest perswazja, korzystał z przemocy tylko wyjątkowo.

*****

Walka ze skutkami Apokalipsy okazała się błogosławieństwem dla Laboratorium. Nikt nie interesował się, co tam się dzieje. Nikt nie widział, jak wielkie ciężarówki przez kilka dni wjeżdżały jedna po drugiej na teren Laboratorium, zostawiając ładunki w podziemnych magazynach. Wzdłuż rozsuwanej bramy wjazdowej rosły bujne krzewy i drzewa. Wyglądało to jak ściana młodego lasu. Operacja była tak dobrze zamaskowana, że nawet z powietrza nie można było wypatrzeć pojazdów. Kilka dronów, jakie pojawiły się nad Laboratorium, Oddział Bezpieczeństwa zestrzelił. Nie wywołało to żadnych reperkusji.

Laboratorium intensywnie nad czymś pracowało. Pojawiły się pogłoski, że firma zawarła jakieś ważne porozumienie, nikt jednak nie wiedział z kim, ani w jakim celu. W powietrzu wisiało coś, co można by nazwać niedomówieniem lub wielkim znakiem zapytania.

Koniec części 3

0Shares

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 202: Sefardi rozmawia z Izabellą i przechodzi cichy zawał serca

Przy najbliższej okazji Sefardi zapytał Isabelę, co sądzi o zniknięciu i powrocie czasu. Był ciekaw jej komentarza. Jej reakcja zdumiała go, choć znał kobietę bardzo dobrze. 

– Nie biorę udziału w tej monstrualnej hecy, bo to chamska prowokacja – oświadczyła, po czym zaczęła bluźnić tak strasznymi słowami, że Mistrz przestraszył się nie na żarty. Pomyślał, że jej rozum odjęło i że zaraz zacznie się rozbierać jak głupia wiejska Tola, która za jabłko oddawała się dorastającym chłopcom.

Nie miał nic przeciwko temu, taka myśl przemknęła mu przez głowę, aby zobaczyć gospodynię w spontanicznym akcie obnażania się. Isabela widocznie domyśliła się, co mu chodzi po głowie, bo rzuciła mu tak zjadliwe spojrzenie, że odszedł zmieszany wymawiając się pilną pracą do wykonania. Zanim to się stało wyjaśniła mu, że widziała z bliska fenomenalne szaleństwo czasu i wyglądało ono inaczej niż jej relacjonował.

– Ogląda pan rzeczywistość jak ślepa kura, don Sefardi, bo nie zauważył pan żadnych zmian. Ludzie w kraju odwracają się do siebie plecami, kobiety unikają kontaktu z mężczyznami, dzieci dojrzewają tak szybko, że aż strach bierze, i już w szkole współżyją ze sobą jak dorośli ludzie. Niektóre chodzą zaniedbane i szczerbate, tłumacząc, że rodzice nie mają dla nich czasu albo pieniędzy, aby zaprowadzić je do dentysty. Ci z kolei twierdzą, że nie mogą leczyć, bo brakuje im amalgamatu do wypełniania plomb, albo narzędzi dentystycznych, a może nawet i chęci do pracy. W ogóle nie zauważył pan, jak wszystko zmieniło się po Apokalipsie! Nawet fabryki się zmieniły; pracują teraz dłużej i bardziej intensywnie wyrzucając z kominów dym czarniejszy i bardziej cuchnący niż sam diabeł.

W takich okolicznościach czas też mógł zwariować, ale ja się do tego nie mieszam. Mnie to nie obchodzi.

*****

Niezdolność wyjaśnienia fenomenu znikającego czasu męczyła Mistrza. Nosił w sobie poczucie winy i wstydu wobec społeczeństwa, gubernatora, nie wspominając Isabeli, szczególnie krytycznej wobec jego niewiedzy. Złe wspomnienia doskwierały mu tak bardzo, że odczuwał duszności i szum w głowie. Kiedy poczuł bolesny ucisk w klatce piersiowej, zgłosił się do lekarza rodzinnego, który po osłuchaniu skierował na badanie w klinice profesora Navarro, znanego kardiologa. Okazało się, że w dniach niepokoju, kiedy Sefardi nie umiał wyjaśnić ludziom fenomenu kurczącego się czasu, doznał zawału serca. Profesor wyraził swoją opinię bardzo poetycko.

– Pański zawał był tak spokojny jak przelot kolibra nad plantacją róż w Ekwadorze. Nie mógł pan go odczuć ani usłyszeć, bo był cichy niby tykanie zegara z bajki. Niby je słychać, ale tak jesteśmy do niego przyzwyczajeni, że naprawdę to go nie słyszymy – skomentował niezbyt wyraźnie kardiolog.

Sefardiego nie zdziwiło, że profesor mówił bełkotliwie, ponieważ jego głos przebijał się z przez zmierzwioną brodę, której gęste, rude włosy działały jak tłumik.

– Widocznie wszystko jest teraz cichsze niż kiedyś – pomyślał Sefardi, starając się zapamiętać te słowa. Wydały mu się godne pamięci jako prosta teza naukowa, którą warto kiedyś zweryfikować. Miał we krwi sprawdzanie wszystkiego, co tworzyło czasoprzestrzenną rzeczywistość. 

Obydwaj mężczyźni, lekarz i pacjent, razem oglądali obraz na ekranie monitora medycznego. Profesor zwrócił uwagę, że serce Mistrza prawdopodobnie wskutek zawału zmieniło się, upodabniając się do zegarka o kształcie serca, jaki niegdyś nabyła od Sefardiego królowa angielska.

Był to oczywiście żart ze strony profesora, z którego obydwaj się pośmiali. Rozmowa przedłużyła się, kiedy lekarz wyznał, że jest miłośnikiem zegarów, a w dodatku wielbicielem wynalazków Sefardiego, w związku z czym czuł się zaszczycony goszcząc go w swojej klinice.

0Shares

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 87: Pacjent ze szpitala Grandioso

W szpitalu Grandioso panował osobliwy zwyczaj. W bezpośrednich kontaktach między sobą młodzi lekarze i personel pomocniczy pracujący na zmianie dziennej używali kodu językowego. Duża sala operacyjna była dla nich salą operową, mniejsza – operetką, ciężką operację określali mianem rzeźni, lżejszą – krajania. Słowne szaleństwo miało realne podstawy: jeden z lekarzy miał ojca prowadzącego ubojnię, w której mu pomagał, zanim zdecydował się ratować życie raczej niż je odbierać, drugi lekarz był miłośnikiem muzyki i literatury. Swoje zainteresowania przenieśli do języka szpitalnego, zarażając nim pozostały personel.

Nie podobało się to starszej kadrze lekarskiej i dyrekcji. Było to o tyle zrozumiałe, że kodowany język doprowadził kiedyś do nieporozumień i poważnej skargi na szpital ze strony wpływowego pacjenta. Lekarze wyszli z sytuacji obronną ręką. Zadecydowała o tym niepisana zasada stawiania solidarności lekarskiej ponad odpowiedzialność wobec ludzi i Boga. W obronie swoich interesów ustalili, że gdyby ktoś z personelu chlapnął kiedykolwiek coś nieodpowiedzialnego, to wszyscy pozostali zgodnie oświadczą, że tego dnia był pijany i nie można mu ufać.

*****

Tuż przed południem karetka pogotowia przywiozła do Grandioso nieznanego mężczyznę. Wewnątrz pojazdu znajdowała się także kobieta. Zanim zemdlała na wiadomość, że pacjent traci przytomność i wymaga natychmiastowej reanimacji, zdążyła wyjaśnić lekarzowi dyżurnemu, że jest to jej mąż.

– Co mu się stało? – Zapytał. – To bardzo ważne. Musimy to wiedzieć. To może nawet uratować mu życie.

– Nie mam pojęcia. Wczoraj był zdrowy, dziś rano poczuł się źle. W trakcie jedzenia śniadania zbladł i zaczął intensywnie się pocić. Podejrzewam, że się zatruł. Strasznie lubi pierożki z grzybami. Chyba zjadł je w nocy. Odgrzał i zjadł. To taki nocny marek. Rano widziałam pusty talerz. Tłumaczyłam mu, żeby ich nie jadł, bo za długo stały w lodówce i mogą być niedobre – wyjawiła zrezygnowana kobieta, dodając niechętnie: – Zawsze był uparty jak muł. Coś okropnego!

Chwilę później z dyżurki wyszedł, niechętnie porzucając oglądanie ulubionego programu sportowego, młody lekarz wezwany do pacjenta.

– Dokąd go bierzemy? Do sali operowej czy operetkowej? – Pielęgniarz, który zwrócił się do niego, też wydawał się być w nienajlepszym humorze.

– Co się pytasz? Na operetkę oczywiście. Z tego, co wyjaśniła jego żona wnoszę, że opera go nie interesuje.

– Czyli operetka ostatecznie?

– Oczywiście.

W dalszej rozmowie mężczyźni wyjaśnili sobie, że nie będzie to krajanie ani rzeźnia, tylko zwykłe płukanie żołądka. Pacjenta przewieziono do sali reanimacyjnej. Przebranie go, ułożenie na stole operacyjnym i podłączenie urządzeń nie zajęło wiele czasu. Pacjent majaczył, miał halucynacje.

– Albo on jest niedorozwinięty, albo za często ogląda telewizję. – Skomentowała pielęgniarka po kilku minutach. – Wiele osób już tutaj bredziło, ale ten przerósł wszystkich. Nigdy czegoś takiego nie słyszałam. To, co mówi, to groch z kapustą, jakieś zoo, cyrk, kronika wypadków i bajka dla dzieci wymieszane razem jak odpadki w śmieciarce.

– Nie przysłuchiwałem się. Może słyszałem jeden wyraz lub dwa. Mówi bardzo niewyraźnie jak przez sen. – Odpowiedział dyżurny lekarz zastanawiając się, czy jego ulubiony zespół piłkarski ma szanse awansu do ekstra ligi.

– Mówi całkiem wyraźnie. – Oponowała pielęgniarka. – Mogę powtórzyć ci słowa: ptak, który rusza oczami, terrorysta, pistolet maszynowy, transparent, konie, kobieta z dużymi piersiami, prelekcja, siodło i chyba nawet proletariat. – Coś z tego rozumiesz?

– Czy to ma jakieś znaczenie? – Odpowiedział zapytany, nie licząc na wyjaśnienia. Popatrzył na bladą, spoconą twarz pacjenta na stole zabiegowym. Coś go w niej zastanowiło. Przyglądał się dłuższą chwilę, po czym machnął ręką zrezygnowany.

– Jak skończymy, proszę odwieźć go na salę ogólną i monitorować jego stan. Musi się obudzić.

Kiedy wywożono pacjenta z sali reanimacyjnej, zjawiła się rejestratorka.

– Muszę zanotować dane do założenia karty informacyjnej. Pielęgniarz przeszukał ubranie mężczyzny, znalazł portfel, a w nim dowód osobisty i podał go kobiecie.

– Pożyczę na chwilę, aby zapisać datę urodzenia, serię i numer dowodu oraz adres zamieszkania. Po wyjściu z sali z ciekawości przybliżyła kartę do twarzy i głośno odczytała nazwisko Sefardi Baroka. Nic to jej nie mówiło. Dla niej był to tylko jeszcze jeden numer statystyczny.

 

2Shares

Sen chirurgiczny z radosnym zakończeniem. Groteska czy rzeczywistość?

Miałem sen, jak to ja, osoba śniąca nocą i na jawie. Sen był bardzo realistyczny. Scenerii dostarczył gabinet chirurgiczny, zdobny w kolory ciemniejszej pogodnej zieleni płytek ściennych, jaśniejszej zieleni fartucha przewieszonego przez poręcz krzesła i jeszcze jaśniejszej zieleni szafki. Nastrajało to wiosennie. Największą ozdobą gabinetu była jednakże asystentka chirurga, młoda, szczupła i dziewczęco wyglądająca niewiasta, o łagodnej buzi, miłym głosie i anielskich oczach. Rozmawiała ze mną chwilę. Powiedziała, że lubi swoją prace (co mnie nieco zdziwiło) i ma rodzinę, którą bardzo kocha (z czego szczerze się ucieszyłem).

W pewnym momencie podszedł do mnie mężczyzna słusznego wzrostu, spojrzenie jak dwa skalpele, i oznajmił: – Ma pan podwójny paznokieć na paluchu. Po co komuś pięć palców u nogi i sześć paznokci? Domyśliłem się, o którą nogę mu chodzi.

Skinąłem głową, że się z nim zgadzam. Zanim ja się obejrzałem, on już obejrzał rzeczony paluch, i nagle – bez ostrzeżenia – poczułem ukłucie igły, jedno, drugie, trzecie. Natychmiast popadłem w ekstazę, radośnie bolesną, bo któż we śnie czy w życiu nie cieszy się z nagłego, lecz przemiającego bólu zadawanego przez bliźniego. W minutę lub nawet krócej sprawa była zakończona. Ucieszyłem się, że odebrano mi podwójny paznokieć zachowując paluch. Podziękowałem wylewnie i zapytałem z czystej ciekawości: – Panie doktorze, jak długo odrasta paznokieć?

– To zależy, jak będzie go pan nawozić. Jakim nawozem: azotowym, fosforowym, potasowym, wapniowym czy magnezowym? – Obydwaj wybuchliśmy takim śmiechem z przedniego żartu, że do gabinet wbiegli pacjenci z poczekalni, pragnący uczestniczyć w festiwalu radości, nie tak przecież częstym w służbie zdrowia.

Kiedy obudziłem się ze snu, ujrzałem plamę krwi na białym opatrunku palucha. Poczułem się bardzo patriotycznie. Kolory czerwieni i bieli upewniły mnie, że warto mieć podwójny paznokieć, aby przeżyć niezwykły sen w gabinecie operacyjnym o zielonawym odcieniach ścian, fartucha i szafki rozjaśnionych długimi świetlówkami zawieszonymi u sufitu, z chirurgiem, który równie zręcznie tnie jak żartuje. 

0Shares