Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 74: Burza w remizie strażackiej

Aluzja do burzliwej dyskusji parlamentarnej została przyjęta aplauzem. Słuchającym podobało się, że ksiądz mówił o wybrańcach narodu żartobliwie a nawet złośliwie. Konferansjer energicznym ruchem ręki przeciął rozgardiasz.

– W Casi, latem w oknach, a zimą przed telewizorami, siedzą nasi bliźni, przyjaciele, krewni i sąsiedzi zamknięci w skorupie własnej ograniczoności. Ci nieszczęśnicy nie znają cudu telefonu komórkowego ani komputera. Nie możemy tolerować dłużej ich zagubienia. Milczenie w słusznej sprawie nie jest postawą obywatelską.

– Proszę pana! Ci w oknach to tylko jedna grupa ludzi odciętych od wielkiego świata – zwróciła się do konferansjera sprzątaczka szkolna w sukience w duże zielone grochy.

Mężczyźni patrzyli na nią z uznaniem; jej jędrne ciało przebijało przekonywująco przez kropkowaną zieleń sukienki. Kobiety nie dostrzegły w niej nic oryginalnego: ani porywającego kształtu obleczonego w obcisły materiał, ani dużych ciemnych oczu, ani wysportowanej sylwetki, ani czerwonych szpilek marki Dolce & Gabbana i torebki Superieur z pracowni rymarskiej Braci Marx ze stałym adresem na lokalnym cmentarzu. Sterowane zazdrością i pogardą nie dostrzegły w niej nic pozytywnego. Tym razem mężczyźni popisali się spostrzegawczością lokując mówczynię wysoko na drabinie ewolucyjnego rozwoju.

Konferansjer uznał sprzątaczkę za dar opatrzności, wyzwanie rzucone utartym nawykom szablonowego myślenia. On też dostrzegł w niej postać większą niż dyktowała jej pozycja zawodowa i wykorzystał tę okazję, aby pchnąć dyskusję na właściwe tory. Zadawał kobiecie pytania i prosił o wyjaśnienia rzucając kolejne pytanie natychmiast po uzyskaniu odpowiedzi na poprzednie. Najpierw zapragnął ujawnić, czy kiedykolwiek doznała marazmu okiennego.

– Nie doznałam, bo nie mogłam sobie na to pozwolić. Musiałam zarabiać na życie, a ponadto zapadłabym się ze wstydu pod ziemię.

Kobieta udzielała odpowiedzi sprawnie jakby poruszała się w tańcu z najnowszą samosterującą szczotką do zamiatania w ręce, zaczynając każde zdanie od łącznika „bo”, dobrze kojarzącego się z jej kształtną postacią. Była to osoba w miarę młoda i nieco zarozumiała. Myślała i mówiła równocześnie jak kobieta i mężczyzna, krzyżówka gender, mająca do dyspozycji urlopy macierzyńskie i tacierzyńskie, uprawiająca te same sporty co mężczyźni włącznie z podnoszeniem ciężarów i chodząca w garsonce wzorowanej na męskim garniturze. Wyjaśniła, że z komputerów korzystają nawet dzieci pięcioletnie, coś sobie rysują, odtwarzają bajki, uprawiają gry, starsze natomiast zbierają wiadomości, czytają książki, wymieniają się zdjęciami, wysyłają listy i oglądają filmy.

– Z komputera korzystają nawet analfabeci – Podsumowała w sposób nie budzący wątpliwości, że wie co mówi.

Podniosły się głosy oburzenia. Najgłośniej zachowywał się mężczyzna bardziej wysuszony niż szynka parmeńska, widzący świat z perspektywy ogródka, uprawy winnej latorośli, beczki wina produkowanego rocznie z własnych jabłek, rąbania drzewa oraz pomocy wnukom w nauce. Sprzątaczkę poparły kobiety, dwie bezrobotne i nauczycielka-emerytka, która wyjawiła, że w ogóle nie korzysta z komputera. Ze łzami w oczach przyznała, że nie umie nawet go włączyć.

– Jest to dla mnie zbyt trudne. Straciłam wprawę i pewność siebie.

Wrzawa powiększyła się, przytaczano najróżnorodniejsze argumenty.

– Władze powinny się wstydzić. Minister edukacji nie pomaga emerytom finansowo w zakupie komputera, który jest drogi, a minister budownictwa zgadza się na budowanie mieszkań z kontaktem u dołu ściany zapominając, że starszym osobom trudno jest się schylać.

Najgorętszej oponowały osoby zaangażowane religijnie.

– Komputer tylko zajmuje czas, a nie przynosi żadnych korzyści. Daje dostęp do pornografii, jest dobry dla pedofilów i innych zboczeńców. – Krzyczała starsza niewiasta ze Stowarzyszenia Wierności Różańcowej. Odezwały się gwizdy osłabione równoczesnymi słowami poparcia.

W sali wybuchła burza. Jedni byli za komputerem, drudzy przeciw. Konferansjer usiłował godzić zwaśnionych. W końcu ktoś przebił się z pytaniem, kto prowadzi spotkanie i konferansjer wskazał na siebie.

– To niech pan zrobi porządek! Przecież tu można oszaleć. Czy w takich warunkach my, mieszkańcy wsi, obywatele nowoczesnego państwa i dwudziestego pierwszego wieku, możemy wyrwać się z marazmu komputerowo-okiennego? – Zaryczał mężczyzna wyglądający na bezdomnego. Okazało się, że był to lekarz, który stracił uprawnienia zawodowe, ponieważ przeprowadził po pijanemu udaną operację na pacjencie, który go zadenuncjował na policji, mimo że ten uratował mu życie.

– Cisza! – Wrzasnął na zakończenie, aby zainicjować spokój, kiedy usiłowano mu przypomnieć słabość do spirytusu służącego antyseptyce szpitalnej.

W remizie zrobiła się taka cisza, że słychać było milczący szloch nauczycielki-emerytki, która nagle uświadomiła sobie, że nieumiejętność korzystania z komputera jest oznaką wtórnego analfabetyzmu.

– Jak ja się teraz pokażę moim byłym uczniom na oczy? – Łkała kobieta dystyngowana w każdym calu, nosząca się elegancko, na wysokich obcasach, ubrana w modne obcisłe getry. Zrobiło jej się wstyd, że ubierając się na wskroś trendy, w sprawach komputera pozostawała ciemna jak tabaka w rogu. Przypomniała sobie szklane domy, jakie znany pisarz wymyślił po to, aby pokazać świat lepszy i piękniejszy niż rzeczywisty. Ogarnął ją smutek, że dopiero teraz zrozumiała przesłanie autora, o którym ze wzruszeniem opowiadała młodzieży na lekcjach kulturalnych manier.

Wiec osiągnął punkt kulminacyjny. Towarzystwo zebrane w remizie wpiło oczy w usta konferansjera; oczekiwano, że odpowiedzą one na zawieszone w powietrzu pytanie „Co dalej?”. Odpowiedź okazała się dla niego wyjątkowo krępująca, ponieważ chwilę przedtem niespodziewanie wypadł mu przedni ząb pomniejszając jego walory estetyczne i narażając go na śmieszność. Zdesperowany, wzrokiem szukał ratunku u Mistrza, ten jednak zajęty był rozmową.