Zapowiedź nowej powieści „Cztery portrety cudze i jeden własny”

Drodzy Czytelnicy!

Wkrótce ukaże się w księgarniach moja najnowsza powieść „Cztery portrety cudze i jeden własny”. Być może już jutro, 30 lipca. Wkrótce po książce drukowanej pojawi się na rynku jej wersja elektroniczna epub i mobi. To mnie cieszy, ponieważ jest to szybko rozwijająca się część rynku. 

Poniżej, oprócz krótkiego opisu, przedstawiam fragment powieści.

Powieść liczy siedemdziesiąt sześć stron i ma charakter obyczajowo-psychologiczny. Fabuła osnuta jest wokół spotkania czterech przyjaciół z tej samej klasy po kilkudziesięciu latach od ukończenia szkoły. Okazją jest czterechsetlecie Akademii, liceum, do którego uczęszczali. Przyjaciele nie pamiętają już swoich imion i nazwisk, tylko pseudonimy. Każdy z bohaterów powieści kryje w sobie jakąś męczącą go tajemnicę.

Jeśli spotykasz się z dawnymi kolegami i koleżankami z klasy szkolnej, to jest to coś dla Ciebie. Wkrótce pojawią się recenzje na temat tej powieści. Śledźcie je i jeśli będą Wam się podobać, kupcie książkę. To najlepszy utwór literacki, jaki dotychczas napisałem. Na górnym pasku menu tej strony znajdują się skróty recenzji pozostałych książek, które dają wyobrażenie o jakości pisarstwa autora.   

Oto fragment:.

Spotkania z młodością mają to do siebie, że pamiętasz charakterystyczne sylwetki, a niektóre twarze widzisz tak, jakbyś ostatni raz oglądał je poprzedniego dnia, oprawione w ramy uśmiechu, kształt znanych ci oczu i ust, gładkiego czoła i włosów jak strzechy. Wtedy wszyscy byli szczupli, biegali po boisku, krzykiem wyrażali entuzjazm, gestykulowali. Byli szybcy jak zwierzęta, z wyjątkiem flegmatyków, których chód był emanacją temperamentu, silnika przyśpieszającego lub spowalniającego ruchy i gesty. Poeta dokonał w pamięci przeglądu twarzy kolegów, niewiele ich tam pozostało. Starał się odtworzyć listę wszystkich kolegów, jacy razem z nim kończyli liceum. Niektóre imiona wybiegały naprzeciw jego pamięci, inne kryły się w oparach zapomnienia, jakby nigdy ich nie było.

*****

W szkole, a było to liceum na dalekim Południu, i to przed ponad pół wiekiem, wybrali sobie pseudonimy zwane teraz ksywami. Zrobili to z takim przekonaniem i tak skutecznie, że zastąpiły one ich imiona i nazwiska. Jadąc na Południe, Poeta przypominał sobie wszystkie zdarzenia.

Ksywy sami sobie wymyślali. Kiedy się utrwaliły, tylko one były w użyciu. Przywierały do właścicieli tak skutecznie, że używano ich zamiast imion. Nawet nauczyciele, przeciwni tej praktyce, też się zapominali. Poeta przypomniał sobie nauczycielkę geografii wzywającą do tablicy Ambasadora lub przypominającą Bossowi o nieodrobionej lekcji. Na początku ciało pedagogiczne zgodnie uważało, że uczniowskie ksywy są pretensjonalne i egzaltowane, nawet głupie. Po pewnym czasie wszelkie pretensje pod ich adresem znikły, rozmydliły się. Ksywy zyskały własne życie i były równie autentyczne jak imiona, a nawet bardziej, bo to one były w użyciu, a nie przypadkowe coś, co figurowało na świadectwie urodzenia lub innym oficjalnym dokumencie.

Trzej koledzy, których spodziewał się spotkać, nazywali się Mistrz, Ambasador i Boss. Nie były to nazwy przypadkowe, ponieważ każda z nich odzwierciedlała aspiracje i charakter osoby. Mistrz szukał doskonalenia duchowego, patrzył bardziej w niebo niż na ziemię, Ambasador wykazywał naturalne umiejętności dyplomatyczne i negocjacyjne i łatwo układał sobie relacje z bliźnimi. Charakter Bossa miał w pełni uwidocznić się dopiero później, kiedy skończył studia i został kapitanem przemysłu, wielkim szefem.

0Shares