Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 177: Poczucie winy i obawy gubernatora

Gubernator nosił w sobie poczucie wielkiej winy. Czuł się osobiście odpowiedzialny za klęskę narodową. Jego rząd zawiódł; w czasie szalejących żywiołów nie zaoferował społeczeństwu dostatecznej pomocy. Nie nadeszła ona dostatecznie szybko, ponieważ rząd skąpił środków spodziewając się dalszego pogorszenia sytuacji. Centrum kryzysowe za późno ostrzegło mieszkańców przed wielką falą powodziową; wcześniejsze ostrzeżenie zaoszczędziłoby życie tysięcy istnień.

Był winien i nie mógł temu zaprzeczyć. Presja czasu i negatywne myśli pogłębiały jego przekonanie, że wszystko się załamie i straci sens, jeśli natychmiast nie znajdzie rozwiązania. Potrzebne były nadzwyczajne środki i nadzwyczajna skala działań. Po raz pierwszy w życiu gubernator poczuł się zagubiony; nie miał pomysłu, jak poradzić sobie z wyzwaniem, które uznał za śmiertelne dla społeczeństwa.

Szukając inspiracji, spotykał się z ludźmi z różnych środowisk. Każde z nich reprezentowało odmienny, wąski punkt widzenia, mało przydatny dla jego potrzeb. Jedyne, co przyszło mu do głowy, to zarządzić natychmiastową mobilizację, postawić wojsko i policję w stan najwyższej gotowości. Była to decyzja doraźna, akt rozpaczy raczej niż wynik solidnych przemyśleń.

Polecenie mobilizacji wywołało poczucie niejasności, o co chodzi; ludzie przyjęli za pewnik że kraj jest w stanie poważnego zagrożenia, możliwe są rozruchy społeczne, akty agresji, a co najmniej wandalizmu, może nawet zamachy terrorystyczne. Dowódca sił zbrojnych, generał Contess, przygotował deklarację stwierdzającą, że armia jest doskonale przygotowana i wypełni wszystkie zadania zlecone przez gubernatora i jego rząd.

– Jesteśmy gotowi oddać życie za ojczyznę. – Tak brzmiało zakończenie deklaracji. Na szczęście w ogólnym bałaganie, jaki od czasu Apokalipsy panoszył się w kraju, nie wystąpiła potrzeba poświęcania życia.

*****

Nie mogąc poradzić sobie ze złym samopoczuciem, gubernator zastanawiał się, czy przypadkiem winy nie ponosi także poprzedni rząd. Pamiętał jego rozrzutność. Jego poprzednicy nie żałowali pieniędzy i fundowali obywatelom wielkie, gorące pizze z pomidorami, serem i wędliną w trakcie ważnych imprez społecznych, mityngów i spotkań, na których organizatorzy czasami rozściełali na ziemi koce, aby ludziom było wygodnie. Rząd zbudował też tysiąc placów zabaw dla dzieci, wielkim kosztem pogłębiając rzeki tylko po to, aby wysypać biały, czysty piasek na te place.

Martwiło go, że wiele osób uważało, że za poprzedniego rządu wszystko było większe: taczki, bukiety kwiatów, bochenki chleba, a godziny dłuższe. On jednak pamiętał, że poprzedni rząd zawierał sojusze z zagranicą, które wprawdzie przynosiły korzyści, ale też wyrządziły wielkie zło, bo oddały naród w obce ręce. Gubernator mówił o tym niejednokrotnie przy różnych okazjach.

Wielu obywateli uznawało jego słowa za czystą prawdę, inni za zwykłą krytykę poprzedników, jeszcze inni za szkodliwą propagandę i samoreklamę. Gubernator obawiał się, że społeczeństwo gorzej go oceni, mając na uwadze skutki Apokalipsy, w czasie której wiele rzeczy w państwie nie zadziałało. Na szczęście ludzie tego nie spostrzegli albo o tym nie pamiętali, gdyż przestało ich interesować dobro wspólne. W jego miejsce kwitły teraz indywidualizm i egoizm. Gubernator ogromnie nad tym ubolewał.

W samotności swego wielkiego gabinetu, Barras wyobraził sobie społeczeństwo w postaci zubożałej i wychudłej kobiety.

Postanowił umieścić jej statuę na postumencie na środku gabinetu, aby nieprzerwanie przypominała jemu i współpracownikom zbożne dzieło przywrócenia rozkwitu społecznego. Wobec skurczenia się społeczeństwa, ważna była przyśpieszona prokreacja. W dłuższej perspektywie potrzeba było nowych rąk do pracy. Dla udokumentowania złożoności tego wyzwania do postaci kobiecej gubernator dodał po namyśle postać męską.

Macierzyństwo i ojcostwo symbolizowały figury biblijnych postaci Adama i Ewy, protoplastów wszelkiego rodzicielstwa. Ewa pozostawała jednak postacią centralną, ponieważ to ona ponosiła cały ciężar macierzyństwa i najtrudniejszych lat wychowania i opieki na dzieckiem. Pod presją wyzwania odbudowy prokreacji kobieta w okresie rozrodczym wyrosła w jego umyśle na boginię, może nawet złotego cielca. Zastanawiał się nad tym. To rosnące wyobrażenie roli kobiety w społeczeństwie utrzymywało go na prostej linii myśli i działań, nie pozwalając zejść im na manowce pomniejszych przedsięwzięć. Uznał to za zdrową obsesję.

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 173: Apokalipsa nazw

Kiedy zamarł ostatni podmuch potwornej wichury, zgasły zgliszcza ostatniego spalonego domu, tsunami schowało w oceanie swoje brudne łapska i przeschła ziemia po potopie, społeczeństwo nie stanęło wobec wyzwań, co robić, od czego zacząć, ale jak rozmawiać ze sobą. Kraj okazał się wieżą Babel, gdzie nie sposób było porozumieć się wskutek natłoku nazw nieszczęść i ich przyczyn.

Nazwy, a konkretnie ich wielość i niejednoznaczność, okazały się labiryntem, w którym wszyscy się gubili. Wiatr, wydawałoby się najprostsze z określeń, ujawnił się pod dziesięcioma imionami, wyrażającymi jego różne postacie i objawienia. Kiedy imiona te spisano i uporządkowano alfabetycznie, aby od czegoś zacząć, ukazała się pełna lista: bryza, cyklon, huragan, nawałnica, orkan, szkwał, tajfun, tornado, wichura, zawieja, zawierucha, zefir. Dopiero stworzenie definicji, co każda z tych nazw oznacza, pozwoliły ludziom mówić językiem, który wszyscy rozumieli. Był to początek porządkowania postapokaliptycznej rzeczywistości.

Najpierw uporano się z językiem klęski przyjmując oficjalnie termin „Apokalipsa klimatyczna” jako najlepiej określający skalę i naturę doznanych nieszczęść.

Był to początek narodowej debaty nad ich przyczynami. Metodą kolejnych przybliżeń, nazywaną także metodą prób i błędów, wytypowano trzy czynniki leżące u podstaw Apokalipsy: ludzki, boski i naturalny, czyli przyrodniczy. Każdy z nich miał swoich zwolenników.

Mocą swej wiary i autorytetu moralnego kościół opowiedział się za czynnikiem boskim, twierdząc, że Apokalipsa była karą za grzechy.

Swoją argumentację wspomagał cytatami z biblii i ewangelii, nie tylko własnej, ale i innych wyznań.

Rząd, reprezentujący majestat państwa, wskazał czynnik naturalny jako przyczynę kataklizmu. Opozycjoniści twierdzili, że uczynił to wyłącznie po to, aby zwolnić siebie i instytucje państwowe od winy w postaci niekończących się błędów w maszynerii państwa, która fatalnie zawiodła w czasie Apokalipsy.

Trzecia grupa, społeczeństwo, okazała się najmniej zgodna co do przyczyn tragedii, optując głównie za czynnikiem ludzkim, najbardziej dla niej zrozumiałym. Inaczej myślący obywatele popierali poglądy rządu lub kościoła, albo wymyślali jakieś inne przyczyny, tak jakby trzy wcześniej ustalone nie wystarczały dla podjęcia poważnej debaty.

Na początku używano określenia „debata”, traktując tę nazwę jako naukową i najbardziej poważną. Później, kiedy okazało się, że przynosi ona mierne skutki, zaczęto używać pospolitego terminu „dyskusja”. Pierwszą konkluzją dyskusji narodowej, jaka wypłynęła na wierzch i była kontestowana tylko przez szaleńców, było konieczność nauczenia społeczeństwa samodzielnego rozpoznawania zmian pogody, aby poprawić szanse obrony przed niewykluczoną następną Apokalipsą. Społeczeństwo uznało, że samowiedza meteorologiczna ma znaczenie nie do przecenienia, zwłaszcza w przypadku załamania się systemu ostrzeżeń kryzysowych.

– Kiedy wszystko się wali jak domek z kart, hasło „ratuj się sam” jest imperatywem. – Tak to podsumowano.

Rozpoznawanie nadchodzących zmian pogody dyskutowano najgoręcej na spotkaniach rodzinnych i sąsiedzkich. Na osiedlu Aura, pierwsze po Apokalipsie zebranie przy krawężniku wniosło swój wkład do debaty odświeżając społeczną pamięć kilkoma użytecznymi, bo niezawodnymi, metodami prognozowania pogody. Przypomniano, że nisko lecąca jaskółka zwiastuje deszcz, kurzoślep, kiedy zamyka kwiaty, też zapowiada opady. Było tego więcej. Szybkie cykanie świerszczy obwieszcza upalny dzień; kiedy świerszcze cykają wolniej, zapowiada to ochłodzenie. Kot liżący futerko gwarantuje spokojną i pogodną aurę, pies zaś, szukający kryjówki, aby pospać, niechybnie zapowiada słoneczny dzień. Jeśli jest przeciwnie, należy spodziewać się deszczu. Wiele osób dziwiło się, że najlepszy przyjaciel człowieka może zachowywać się tak odmiennie niż jego właściciel.

Ważny wkład wniosła służba meteorologiczna, przypominając znaczenie kolorów nieba i słońca. Czerwony wschód prognozował gwałtowne załamanie się pogody, silny wiatr i burze, natomiast złote słońce o zachodzie gwarantowało dobrą pogodę, zaś pomarańczowo-czerwone – jej pogorszenie się. Ławica białych postrzępionych chmur zwanych cirrusami przepowiadała opady, chmury kłębiaste altocumulus w kształcie wieżyczek zapowiadały burzę, a pionowa chmura o kształcie kalafiora zwana cumulonimbusem oznaczała ulewę lub śnieżyce i wyładowania elektryczne.

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 171: Widzenie pustelnika

Kiedy już prawie zapomniano o powodziach, pożarach, zarazie i głodzie, nieszczęściach znanych od starożytności, i sytuacja zaczęła się stabilizować, nikomu nie przyszło do głowy, że czas niesie nową, podstępną plagę. Był nią zanik prokreacji, pragnienia posiadania potomstwa. Trauma przeżyta w czasie Apokalipsy dała fatalne skutki. Do tego doszły nowe technologie, przynoszące stres i brak czasu, oraz rosnący dobrobyt Nomadii oferujący obfitość jedzenia, prowadzącą do obżarstwa i chorób.

Pierwszy dostrzegł nadchodzące niebezpieczeństwo pewien pustelnik, kiedy na ścianie swojej pieczary zobaczył dwie kobiety objęte miłosnym uściskiem i stojącą obok na stoliku dużą butelkę Coca-Coli i dwa smartfony. Ujrzawszy złowróżbne postacie, nieszczęsny samotnik padł na kolana i zaczął się modlić do Świętego Aleksego Rzymianina, patrona pielgrzymów i wędrowców, orędownika czasów plag i epidemii, aby je oddalił. Modlił się sześć dni i sześć nocy, coraz bardziej wygłodniały i spragniony, zanim święty go wysłuchał.

– Dzisiaj jest niedziela. Należy ci się odpoczynek. Zauważyłem twoją prośbę wśród miliona innych. Masz chłopie szczęście. – Święty mówił prosto i zwyczajnie, aby złakniony posiłku i wody samotnik mógł go zrozumieć. Ten milczał onieśmielony.

– Pytaj o co chcesz, a ja będę ci odpowiadać. – Powiedział Święty. – Inaczej będę język strzępić wyjaśniając to, co zapewne już wiesz, bo przecież nie siedzę w tobie jak te bakterie i wirusy, które pustoszą ludzkie ciała w czasie zarazy i głodu.

Pustelnik chrząknął dyskretnie, aby dodać sobie animuszu, Święty Aleksy zaś kontynuował:

– Obecne plagi sami sobie stworzyliście.

Obfitość żywności prowadzi was prostą drogą do obżarstwa, otyłości i chorób, a nowe technologie przynoszą wam stres, pośpiech i godny pożałowania brak czasu. Wstyd, bo wyglądacie jak wieprzki, których wspomina Pismo Święte. Może nawet gorzej, bo kiedy nie jecie, to uprawiacie bezwartościową paplaninę przez smartfony. To prawdziwe plagi. To was doprowadziło do bezecnej miłości homoseksualnej i lesbijskiej.

– Panie! Zaradź coś na te nieszczęścia – błagał pustelnik w cichej nadziei, że święty zechce i będzie mógł pomóc.

– Nic nie mogę zrobić w tej sprawie. Bóg dał wam rozum i wolną wolę, a ja nie mogę mu się sprzeciwić, tym bardziej że obydwaj zwariowalibyśmy od miliardów próśb o wsparcie i pomoc.

Nie wiadomo, czy wskutek wysłania pustelnika do diabła przez zniecierpliwionego świętego, czy też własnej zgubnej myśli pustelnika podyktowanej głodem i pragnieniem, w pieczarze pojawił się diabeł z butelką oszronionej Coca-Coli w jednej ręce i nowym smartfonem w drugiej, aby kusić biedaka. Pokusa była tak silna, że pustelnik uległ, wyrażając szczery żal za grzechy. Zanim to uczynił popatrzył w górę, zobaczył tylko mroczne chmury układające się w kształt wielkich ust, mówiących „Nie”. Zrozumiał, że plagi obżarstwa, braku czasu, pośpiechu i nieczystej miłości zostaną już na ziemi.

Kiedy pustelnik, który okazał się być współpracownikiem tajnej policji, doniósł o tym Babochłopowi, ten wysłuchał go cierpliwie i odrzekł.

– Wszyscy o tym dobrze wiemy. I co z tego? Czy wiedząc to zmieniamy się? Nie! Tak samo z prokreacją. Wiemy, że jej zanik doprowadzi nas na dno piekła, ale i tak ludzie nie chcą się zmienić. Można od tego zwariować.

Odchodząc pustelnik nie był pewien czy jego rozmowy ze Świętym Aleksym Rzymianinem a potem z szefem policji nie były najdziwniejszym wydarzeniem jego życia, a on sam nie był ostatnim Mohikaninem samotności w czasach, kiedy ludzie chcą nieprzerwanie konwersować, czytać albo pisać, inaczej mówiąc, żyć na luzie, beztrosko i bez kłopotów. Zdecydował się nie wracać do miejsca swojego odosobnienia, tym bardziej, że był piękny dzień i pustelnik był prawie pewien, że gadatliwi i najedzeni do syta turyści całkowicie zaśmiecili mu wejście do pieczary. Żyjąc skromnie, jak na eremitę przystało, nie znosił brudu.

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 169: Tsunami

Potworna siła żywiołu doprowadzała ludzi do szaleństwa, kiedy tracili rozum i opowiadali potem niestworzone historie. Mówili między innymi, że widząc własne domy rozpadające się w jedną sekundę pod uderzeniem tornada ludzie tak mocno załamywali ręce, że odpadały od ciała. Nie były to przypadki częste, ostatecznie jednak prawdziwe, skoro potem pokazywano w muzeum fragmenty rąk w charakterze eksponatów. Przerażające dowody tej tragedii budziły sprzeciw lekarzy argumentujących, że ludzie załamują ręce nie ze względów klimatycznych, ale z innych przyczyn, głównie osobistych. Ostatecznie budzące kontrowersję eksponaty wycofano z muzeum i zrobiono im chrześcijański pochówek we wspólnym grobie, na co nalegał kościół dostrzegający w nich dowody kary boskiej za ludzkie grzechy. Nocą w mieście panowały takie ciemności, że ludzie rozjaśniali mieszkania świeczkami, wyciągniętymi z lamusa lampami naftowymi, latarkami elektrycznymi, czym kto mógł. Niektórzy instalowali prowizoryczne oświetlenie podłączając się do akumulatorów samochodowych. 

Szalony żywioł pozostawił kraj w rozsypce, przedmioty porozrzucane po kątach, poukrywane przed ludzkim okiem. Odejście tornado mieszkańcy uznali za znak przesilenia, koniec nieszczęść i zaczęli gromadzić się w ocalałych kaplicach, kościołach i świątyniach, aby wspólnie dziękować Bogu za ocalenie.

Stan Sefardiego nie pogorszył się, ale i nie polepszył. Był przytomny, nie był jednak w stanie ruszyć nawet ręką, prawie zapadając w letarg. Czuwała przy nim rodzina i przyjaciele, pocieszając go i zachęcając do wytrwania.

Trzeciego dnia, o świcie rozjaśnionym pierwszymi promieniami słońca, nadeszło tsunami, jakiego nikt nie był w stanie sobie wyobrazić. W ciągu kilku godzin spustoszyło ono całe wybrzeże i przyległe tereny.

Śladem tsunami poszła przyroda, dokonując aktów szaleństwa na własną modłę. Ptaki pozbawione gniazd i piskląt, oszalałe z przerażenia, zwijały się w powietrzu w samobójczych lotach, cudem tylko unikając zderzenia i niechybnej śmierci. Dzikie kaczki, gęsi i łabędzie łączyły się razem w niezliczone stada, aby odlecieć do ciepłych krajów, choć pora była całkowicie przedwczesna, marzenia nowożeńców o szczęściu umierały na progu ich nowych wyśnionych domów, stopy zdrowych ludzi wyginały się na zewnątrz jakby porażone jakąś okropną chorobą, piasek rozgrzany w południe przez słońce nie parzył, ale chłodził, dziwaczne przywidzenia okazywały się rzeczywistością już kilka godzin później. Lekarze-psychiatrzy i seksuologowie notowali przypadki wysokich kobiet ubierających się na czarno, aby oddawać się miłośnie niskim mężczyznom oraz młodych mężczyzn tracących wigor wobec żon i kochanek patrzących im prosto w oczy. Wieczorem tego samego dnia psy wyły do księżyca skrytego po drugiej stronie kuli ziemskiej, a spokojne dotychczas koty napadały na groźne buldogi, omijając z daleka łagodne labradory. Nawet jeśli nie wszystkie z opisywanych zjawisk były prawdą, to zatrważające było to, że ludzie je wymyślali i powtarzali z takim przekonaniem, jakby sami tego doświadczyli.

Pod wpływem fali oceanicznej drzewa łamały się łatwiej niż zapałki lub gięły się do ziemi bijąc pokłony srożącemu się żywiołowi. Domy rozpadały się i znikały pod powierzchnią wody, ich szczątki ocean rozrzucał wokół jak prochy pozostałe po kremacji zmarłego. Około południa fala odeszła z sykiem piany, podobna do węża cofającego się do kryjówki po uśmierceniu ofiary. Dzień ten przeszedł do historii jako „Czarna Sobota” lub „Dzień Tsunami”.

Tsunami nie wyczerpało listy niespodzianek. Wkrótce po tym, jak ostatni fragment zmechaconej piany wtopił się w piasek plaży, a słońce oderwało się od południa i rozpoczęło drogę ku zachodowi, powietrze zaczęło odkupywać swoje grzechy. Złagodniało ono tak balsamicznie, że młodzi ludzie, mężczyźni i kobiety, zaniedbując swoje obowiązki porzucali stanowiska pracy, aby przechadzać się po parkach, nad strumieniami i stawami, zapominając o bożym świecie i otaczających ich zniszczeniach. Doprowadzało to do rozpaczy ludzi, widzących ogrom zadań do wykonania, nieczułych na cudowną pogodę oraz dezorientowało rodziców, którym bliższy był smutek i żal za grzechy niż uściski i miłosne objęcia.

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 168: Dni powodzi i tornado

Następnego dnia, była to środa, woda pozostała po gradobiciu i ulewne deszcze padające w nocy oraz oberwanie chmury nad samym ranem spowodowały wielką powódź. Ulicami Afary płynęły samochody, zupełnie jak łódki, zatrzymując się na drzewach, znakach drogowych, murach i przypadkowych wzniesieniach. Woda rwała ulicami, podmywając budynki i wypełniając mętną cieczą piwnice, podwórka i mieszkania na parterze, w obniżeniach terenu sięgając nawet okien pierwszego piętra. W mieście co najmniej sześć domów zostało całkowicie pochłoniętych przez żywioł. Silnym opadom towarzyszyły gwałtowne porywy wiatru i skoki ciśnienia.

Ludzi ogarnęła panika większa niż pierwszego dnia.

Osoby starsze, matki i ojcowie rodzin, padali na klęczki i modlili się błagając Boga o zachowanie ich przy życiu, niektórzy umierali na miejscu na serce lub duszności, dodatkowo przerażeni niepewnością, dokąd trafią, do nieba czy do piekła.

Młodzi ludzie zachowywali się inaczej. Niepewni najbliższych godzin, jedni pili na umór, inni rozpaczliwie uprawiali miłość w nadziei, że spłodzą potomstwo, które cudem ich przeżyje. Domy publiczne pękały w szwach. Najnowszy z nich, o nazwie Cezarea, oddany do użytku tydzień wcześniej, miał zajęty cały parter, gdzie ceny pokoi i usług rywalizowały z niebywałym luksusem. Była to starannie odrestaurowana kamienica przy ulicy Larga, piękna i pachnąca świeżością jak kobieta od pewnego czasu śniąca się nieprzerwanie siostrzeńcowi Sefardiego. Pierwsze piętro, równie eleganckie i niewiele mniej kosztowne niż parter, jak również trzecie piętro, gdzie mieściły się pokoje z tabliczką „Samoobsługa” i wizerunkiem kształtnej męskiej dłoni, dysponowały dwom wolnymi pokojami wynajmowanymi na godziny.

Na drugim piętrze burdelu mieściła się dyrekcja, palmiarnia i siłownia z sauną. W dzień wielkiej powodzi gościli na siłowni tylko mężczyźni nieświadomi lub niepomni, że piętro wyżej i piętro niżej dostępne są rozrywki ciekawsze i milsze niż bieganie w miejscu po ruchomej taśmie lub uporczywe wyciskanie sztangi. Tych, którzy przeżyli, nazywano potem Narcyzami, ćwiczącymi tylko po to, aby napawać się w lustrze widokiem wymodelowanego czteropaku na brzuchu i wypchanych steroidami bicepsów. Na ulicy niedorostki drwiły z nich rzucając z bezpiecznej odległości uszczypliwościami w rodzaju „mały ptaszek w dużej klatce”.

W piątek nad miastem i okolicą przeciągnęło tornado, unicestwiając po drodze wszystko, co stawiało opór jego maniakalnej sile. W pierwszej kolejności ofiarą padały duże, przestrzenne obiekty, lżejszej konstrukcji budynki, samochody, stogi siana, stodoły, drzewa, czasami także słupy i stacje sieci energetycznej.

Wiatr nasilał się coraz bardziej, uderzał falami z taką furią, że ludzie musieli odwracać się frontem do niego i pochylać do przodu, aby nie dać się powalić i szukać schronienia pod drzewem lub murem, gdziekolwiek istniała osłona. Nie mogąc jej znaleźć padali na ziemię, aby tylko zmniejszyć uderzenia wiatru. Był on tak zimny, że ciarki ludziom chodziły po plecach, dreszcze chwytały ciała w żelazne obręcze, skóra kurczyła się boleśnie i dostawała gęsiej skórki. Wskutek strachu nawet najcieplej ubrani przechodnie nie czuli potu na skórze, ponieważ wichura przenikała najdrobniejsze szparki tkaniny usuwając wilgoć z ciała.

Na przystani jachtowej wiatr uderzył w rosłą dziewczynę z taką siłą, że uniósł ją w powietrze z szalem furkoczącym jak flaga i rzucił w spienioną wodę. Świadkowie zdarzenia zamarli z przerażenia. Jeden z nich sprawdził potem kroniki wypadków w poszukiwaniu informacji, kim była nieszczęsna ofiara, ponieważ chciał złożyć kwiaty i zapalić świeczki w miejscu wypadku. W tej sprawie ukazało się nawet ogłoszenie prasowe, nie odnaleziono jednak nikogo, kto zginąłby w czasie wichury tamtego dnia. Poszukiwacz tragicznej informacji odetchnął z ulgą, że chyba uległ złudzeniu, choć byłby gotów przysiąc lub założyć się o dużą sumę, że takie zdarzenie miało miejsce.

W mieście potężny wir powietrza porwał stojący przy drodze samochód osobowy, na szczęście bez pasażerów, i rzucił nim z taką siłą, że przebił świeży jeszcze mur wkomponowując weń pojazd. Najzdolniejszy rzeźbiarz nie wyśniłby tak udanej kompozycji, nie mówiąc o jej stworzeniu. Po ustaniu zabójczej pogody ludzie przybywali setkami, aby oglądać fenomen: samochód idealnie zawieszony wewnątrz muru, z drzwiami po obydwu jego stronach. Instalacja była tak niezwykła, że władze miasta zdecydowały się zbudować w tym miejscu Muzeum Żywiołów Atmosferycznych. Grupa artystów konstrukcyjnych proponowała nazwę Muzeum Sztuki Piekielnej, bardziej przemawiającą do wyobraźni i nawiązującą do diabelskiego charakteru dzieła. Powołano do życia komitet organizacyjny, który miał zająć się wykupieniem działki i sfinansowaniem inwestycji. Do transakcji nie doszło z uwagi na potrzeby odbudowy masowych zniszczeń kraju. Były one tak wielkie, że obywatele odmówili wsparcia idei budowy muzeum określając ją jako „wyrzucanie pieniędzy w błoto” oraz „zamurowywanie w ścianie”.

Diabelski sen, ponury dzień. Swawolna dykteryjka dla panien na wydaniu i mężczyzn spragnionych szaleństwa.

Noc była czarna i gęsta. Iwanowi Iwanowiczowi przyśnił się diabeł. Obudził go w środku nocy. Był straszny: kudłaty, długi ogon, rogi, oczy jak węgle.

– Wstawaj. – Krzyknął. – Dziś jest święto Trzech Króli. Ludziom należą się upominki. Masz robotę do wykonania. Będziesz złoczyńcą. Wybatożysz trzech osobników, moich konkurentów do sławy.

Wcisnął mu w rękę ośmiorzemienny harap i popędził do wyjścia. Przeszli ulicą kawałek drogi i weszli do dużego okrągłego budynku. Pilnowali go strażnicy, ale akurat posnęli; minęli ich niezauważeni. Na korytarzach przechadzali się ludzie. Odbywały się akurat jakieś obrady.

– Lej tego! – Diabeł wskazał brudnym paluchem inteligencika z cieniutkimi okularami.

– Za co? – Zapytał przytomnie Iwan Iwanowicz.

– Za kłamstwa. Łże jak najęty.

Wykonując diabelskie wskazanie Iwan Iwanowicz serdecznie przyłożył wskazanemu. Ten nawet nie drgnął. Odezwał się tylko szyderczo.

– Mnie kłamstwa ani baty nie ruszają. Jestem odporny. Mam skórę grubą na palec. Tacy jesteśmy, my, cała formacja.

Potem weszli go jakiegoś gabinetu. Siedział tam starszy mężczyzna, tęgawy, zastały w sobie, siwy. Patrzył spode łba.

– Przyłóż mu. To nic, że jest już prawie na emeryturze. To nie zwalnia go z obowiązku przyzwoitości. – Warknął diabeł i nie czekając na pytanie Iwana Iwanowicza wyjaśnił.

– To za piekielne pomysły. Nie wiem dokąd on zmierza, jaką nienormalność lub podłość chce jeszcze popełnić. To facet niezrównoważony.

Kiedy już Iwan Iwanowicz skończył swoją katowską robotę, przewodnik po piekle i okolicach powiedział:

– Idziemy dalej. Szukam gogusia, co lubi głośno i koślawie przemawiać. To krzywoprzysięzca.

Poznali go z daleka. Miał różowe policzki, a głowa mu latała z lewa w prawo w oczekiwaniu na aplauz. Przemawiając krzyczał; był to jego ulubiony styl prezentacji słownej.

– Temu przyłóż najmocniej. On jeden mógł zatrzymać falę niegodziwości, ale nie zatrzymał. – Powiedział diabeł, po czym dodał łagodniejszym głosem:

– Na tym zakończymy twój sen, Iwanie Iwanowiczu. – Powiedział to i wycofał się. Przedtem zaśmiał się piekielnie. Adresatowi diabelskiego śmiechu zrobiło się nijako na duszy.

*****

Po diabelskiej nocy nadszedł dzień tak ponury, że ludzie masowo popełniali samobójstwa. Wszędzie widoczne były gałęzie z grubymi sznurami. Mroźna cisza wwiercała się w uszy, samochody przymarzały do podłoża, kierowcy przymarzali do karoserii. Widoki były nie z tej ziemi.

– Co mi z takiego życia, kiedy nawet potrójna kawa, półnaga kobieta ani krzyk żony nie stawiają mnie na nogi. – Rozlegały się okrzyki.

Krzyczeli mężczyźni, kobietom było to nie na rękę; opiekowały się dziećmi i albo gotowały obiad, albo sprzątały zagrodę, albo snuły wizje przyszłości z dużymi pieniędzmi i miłością wypełniającą całe ich życie.

– Były jeszcze inne zajścia, przede wszystkim wypadki drogowe, kolejowe, lotnicze i pożarnicze. – Wyjaśnił Iwan Iwanowicz. – Ale to nie ja będę je relacjonować. – Od tego jest telewizja.

Taka to była noc z piątego na szóstego stycznia 2019 oraz dzień szóstego stycznia tegoż roku, zwany Dniem Trzech Króli.

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 163: Rozterki i  tajemnice Josefa

Najbardziej nurtowała zarząd Laboratorium – jak się okazało także samego Josefa – sprawa jego seksualności i rozrodczości. Zajęło mu wiele czasu, zanim zdecydował ujawnić swoje problemy i rozterki.

– Seks to moja największa porażka. Przez długi czas nie rozumiałem, dlaczego nie układa mi się życie intymne. Była to dla mnie tajemnica, ponieważ nigdy nie udało mi się znaleźć zadowalającego wytłumaczenia moich niepowodzeń.

Zaczynając opowieść o sobie Josef siedział wygodnie na kanapie w gabinecie psychoterapii Laboratorium w towarzystwie przydzielonego mu osobistego psychoterapeuty, Zenona, oraz profesora Karego, któremu po wielu staraniach udało się doprowadzić do tego spotkania.

Była to najtrudniejsza sprawa związana z Josefem, chlubą Laboratorium. Zarząd wielokrotnie zastanawiał się razem ze specjalistami, jak mu pomóc w kłopocie, który z miesiąca na miesiąc stawał się coraz bardziej oczywisty. Domyślali się, że Josef napotyka silny opór wewnętrzny, aby wyjawić im swoje problemy.

Josef rzeczywiście nie był w stanie zdobyć się na szczere wyznanie. Najbardziej przeszkadzała mu świadomość, że będzie musiał wypowiadać się na temat bardzo osobistych przeżyć oraz przyznać się do swoich porażek. Zgodził się dopiero wtedy, kiedy Zenon zapewnił go, że nikt nie będzie na niego naciskać i powie tylko to, co chce powiedzieć.

Na początku spotkania przedstawiciele Laboratorium wyjaśnili, że w pełni zdają sobie sprawę, że Josef jest hybrydą i że jego natura ludzka jest spleciona z naturą zwierzęcą.

– W twojej seksualności, Josefie, ale nie tylko, tkwi konflikt człowieka i zwierzęcia. Może to ogromnie komplikować sprawę, ponieważ zwierzęta nie znają pojęcia intymności, są w pełni naturalne, kierują się popędami i instynktem, a wszystko, co czują, uzewnętrzniają, człowiek zaś potrafi tłumić w sobie wiele uczuć i myśli, jest pod tym względem bogatszy, ale to nie znaczy, że mądrzejszy. Musisz pogodzić ze sobą te dwie sprzeczności, abyśmy mogli wspólnie dotrzeć do sedna sprawy.

Na początku spotkania Josef nic nie mówił, tylko słuchał. W pewnym momencie jego wzrok ześliznął się po poręczy schodów prowadzących na półpiętro i zatrzymał na figurce nagiej postaci, ni to mężczyzny, ni to kobiety, zdobiącej słupek balustrady. Była to kopia rzeźby sumeryjskiej sprzed tysięcy lat, wyrażającej wieloznaczną naturę seksualności człowieka i zwierzęcia, skłaniającej się w jedną lub kilka stron pożądania. Kiedy Zenon dostrzegł w oczach Josefa błysk zrozumienia, był już pewien, że otworzy się przed nimi jak pustynny kwiat przed burzą w oczekiwaniu na życiodajny deszcz.

– Jeśli chodzi o moją tożsamość seksualną – zaczął Josef patrząc rozmówcom w oczy – to zawsze ciągnęło mnie równocześnie w kilku kierunkach. Na początku pragnąłem bardziej kobiet niż mężczyzn, potem to się zmieniło. Były też takie chwile, że czułem pożądanie w stosunku do klaczy, ta skłonność się umacniała, im bardziej koniałem.

Lakshmana Temple in Khajuraho, India

Zmieniając się zewnętrznie, upodabniając się coraz bardziej do konia, stawałem się też atrakcyjniejszy dla klaczy. Do niczego jednak nie doszło. Moje zahamowania wewnętrzne były tak silne, że nigdy nie zdobyłem się na nawiązanie bliższych relacji z kimkolwiek.

Josef posługiwał się bogatym językiem, swobodnie opisywał swoje stany psychiczne i przeżycia. Laboranci wiedzieli, że namiętnie studiował wszystko, co go nurtowało uczuciowo i intelektualnie, co było jego pasją. W nauce był nienasycony. Jego zwierzęca natura hamowała go przed ekscesami cywilizacji, ale nie przed wiedzą. Uczenie się okazało się najsilniejszą cechą człowiekonia.

Po dłuższej rozmowie, nie bez wahania, psychoterapeuta zdecydował się zadać nurtujące go od dawna pytanie.

– Josefie! Jesteś dojrzałym człowiekoniem. Uczciwie należałoby dodać, że także osobnikiem atrakcyjnym fizycznie. Skąd więc twoje problemy w znalezieniu sobie partnerki? My tutaj w Laboratorium podejrzewaliśmy, że będziesz miał ich aż nadto!

Josef westchnął głęboko i zamyślił się. Widać było po nim, że wraca do niemiłych wspomnień. Na jego czole pojawiły się zmarszczki, ramiona lekko opadły, w oczach uwidocznił się smutek. Nikt nie przerywał milczenia. Po chwili Josef otrząsnął się, rzucił głową w dziwny, koński sposób i zaczął opowiadać.

– Nie było to tak, że kobiety dostrzegały moją atrakcyjność i chętnie ze mną przebywały lub szukały mego towarzystwa, czy też w jakiś inny sposób ujawniały, że są mną zainteresowane. Tego nie zauważyłem ani nie odczułem. Musiało być we mnie coś zniechęcającego, może nawet odstręczającego. To mnie męczyło. Zapytałem kiedyś bibliotekarkę, z którą przyjaźniłem się, co sądzi o mnie jako o mężczyźnie, o mojej urodzie czy wyglądzie. Była to mężatka z dwojgiem dzieci, osoba neutralna i bezstronna. Odpowiedziała mi szczerze, ale niechętnie, jakby bała się mnie zranić.

– Koleżanki mi mówiły, sama zresztą czułam to samo, że brak ci jest czegoś, czego przez dłuższy czas nie umiały określić.

– Feromonów? – zapytałem dla żartu.

Bibliotekarka zaśmiała się, zanim twarz jej spoważniała.

– Po prostu uważały cię, Josefie, za homoseksualistę zainteresowanego mężczyznami, nie kobietami. – To była jej odpowiedź. W tym tkwił cały problem, bo była to prawda. Moje pragnienia seksualne błądziły gdzieś między kobietami a mężczyznami, sam nie wiedziałem, czego chcę. Byłem niezdecydowany i zagubiony. Co do kobiet – Josef kontynuował po momencie wahania – to muszę wyznać pewien sekret, który mnie męczy od zawsze. Josef zawiesił głos, zbierał się w sobie.

– Mam bardzo duże przyrodzenie. Nie takie jak koń, ale zdecydowanie za duże. Tylko raz zobaczyła je kobieta i to wystarczyło. To był koniec. Przeraziła się. Uciekła z krzykiem i zrobiła mi w dodatku fatalną reklamę. Uznano mnie za zboczeńca. Byłem dyskryminowany, okazywano mi wrogość. Z tego powodu musiałem zmienić miejsce zamieszkania. To doświadczenie mnie zmroziło; więcej nie szukałem już kontaktów z kobietami.

Aforyzmy, myśli, powiedzenia

Kościół, żywa pochodnia wiary, troszcząc się o siebie i zapominając o Bogu, staje się wypaloną zapałką.

Prezes Kaczyński na Podkarpaciu: Dubaju tu nie zbudujemy. Zbudujemy natomiast Szwajcarię. Nie! Nie! Zbudujemy Bawarię! Głosuj na PiS, a będziesz mieć 3 w 1.

Teściowa to wczesne ostrzeżenie, czego w przyszłości możesz oczekiwać od żony. 

Mężczyzna żeni się po to, aby dowiedzieć się prawdy o sobie. Kto inny powie mu, że ma krótką szyję, świńskie oczka i krzywe nogi?

Przedświąteczna niedzielna dawka poezji

Kolejne dwa wiersze ze zbioru Michael Tequila: „Klęczy cisza niezmącona” (w księgarniach). Przy okazji wspomnę, że planuję w pierwszej połowie 2019 wydać drugi tom wierszy o tytule „Oniemiałość”. Noszę się z tym zamiarem już od kilkunastu lat. 

Czymżesz ty jesteś

Czymżesz ty jesteś? Jesteś przemijaniem,
beztroską i bólem, braniem i dawaniem,
palącą solą jesteś w oku,
geniuszem błysków w górskim potoku.

Bóg ciebie skazał na istnienie,
miłość polecił oddać w niewolę,
a czasem łamać serca łaknienie
i grać w niepokoju nieznaną rolę.

Czas przyjdzie, zrobisz wielkie pranie,
w szczerej modlitwie oczyścisz siebie,
fałszywych pozorów zrzucisz ubranie,
prawdę zasiejesz w użyźnionej glebie.

Gdynia, 16 października 1998

Do czego wracam

Do czego wracam? Myśli wytrychami
drzwi zatrzaśnięte wyważam nocami,
wspomnień jasnych oczu, pustej plaży szukam,
do serc zamkniętych nadaremnie pukam.

I tylko czasem radość promienna
zabłyśnie złotem, krótkością brzemienna,
w pamięć się wryło namiętności lato,
serce sprzedało zimnych wspomnień katom.

Z ust zniknął zapach leśnego miodu,
skórę pokryły drobne krople chłodu,
uśmiech zniewolony gubi się i lęka;
złą kartę rozdała opatrzności ręka.

Sopot, 17 stycznia 1998

PS. Wczoraj zauważyłem, że  w niektórych księgarniach są niedostępne dwie moje książki: Klęczy cisza niezmącona (poezje) i Niezwykła decyzja abuelo Caduco (opowiadania). Kontaktuję się z dystrybutorem tych pozycji, aby jak najszybciej uzupełnił niedobory.   

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 153: Porozumienie z Largo Tech + wiadomość

Jutro, dnia 23 grudnia wieczorem, składam Wszystkim na mojej stronie autorskiej (jak każdego roku) życzenia świąteczne i noworoczne.

Serdecznie zapraszam,

Michael Tequila

Pięć dni po ogłoszeniu zgonu Josefa Półkonia, na korytarzu prowadzącym do sali posiedzeń zarządu pojawili się obcy ludzie wyglądający na sportowców. Byli to głównie mężczyźni, dobrze zbudowani, jednakowo ubrani w dopasowane szaro-granatowe bluzy i wygodne spodnie w ciemnoszarym kolorze. Spotykanych na korytarzu pracowników pozdrawiali uprzejmym skinieniem głowy, czasami uśmiechając się, nie odzywali się jednak do nikogo. Wyglądali jak delegacja zagranicznych biznesmenów przybyłych na negocjacje, choć niektórzy swoimi okularami w cienkich oprawkach bardziej przypominali intelektualistów lub naukowców. Filozofka Sofia nazwała ich kosmitami; nazwa się przyjęła.

Przez kilkanaście dni pobytu na terenie Laboratorium kosmici byli odseparowani w lewym skrzydle głównego budynku. Najczęściej zamykali się w jednej z sal konferencyjnych razem z zarządem i Aaronem, jedyną osobą spoza zarządu dopuszczoną do rozmów. Żaden z pozostałych pracowników nie miał pojęcia, o czym dyskutują i co w ogóle się dzieje. Pod koniec pobytu delegacji zorganizowano jakąś imprezę, ponieważ zrobiło się bardzo głośno. Zaczęło się to wieczorem i trwało do północy. Słychać było krzyki, muzykę i tańce, głosy rozchodziły się po budynku i w pobliżu. Laboranci podejrzewali, że była to biba zorganizowana dla uczczenia zakończonych negocjacji.

Rankiem następnego dnia obcy zniknęli z Laboratorium równie nagle, jak się pojawili, jakby wpadli do studni i potonęli. Wieczorem Nina Aleman zwołała zebranie załogi w wielkiej sali konferencyjnej, nie podając celu ani programu spotkania. Prosiła tylko, aby wszyscy byli obecni, o ile nie zatrzymują ich obowiązki lub choroba.

Kiedy wszyscy byli już na sali, weszła Nina z plikiem notatek w prawej ręce. Była ubrana w swoją najbardziej elegancką suknię, tę samą, którą miała na sobie w trakcie spotkania, kiedy ujawniła, że wyszła za mąż. Na szyi miała kolię z pereł.

Ktoś powiedział szeptem, że był to podarek od przewodniczącego delegacji kosmitów, który się w niej zakochał. Ktoś inny widział ich spacerujących razem poprzedniego wieczoru. Była to pora, kiedy kwitła pachnąca sekwoja i ludzie chętnie wychodzili na spacer, aby upajać się zapachem jej kwiatów. Po wyglądzie, twarzy i zachowaniu przewodniczącej widać było, że jest w dobrym nastroju. Minutę lub dwie później przybyli pozostali członkowie zarządu wchodząc bocznymi drzwiami. Wyglądali jak spiskowcy.

Nina puściła w obieg listę obecności i poprosiła zebranych o jej podpisywanie. Drugą identyczną listę miała przed sobą na stole. Patrzyła, kto podpisuje i od czasu do czasu zaznaczała coś na swojej liście.

*****

Informacja wstępna była lakoniczna. Przewodnicząca zapowiedziała, że nie przewiduje dyskusji nad tym, co ma do powiedzenia. Zachowywała się nietypowo, prawie apodyktycznie. Laboranci siedzący w tyle sali szeptali, że chyba straciła władzę i otrzymuje już tylko polecenia od nowych właścicieli, i musi to pokazać.

Nina wyjaśniła, że do Laboratorium zgłosili się sponsorzy oferujący nie tylko pokrycie dotychczasowych strat, ale także finansowanie Laboratorium w przyszłości, jego wszystkich badań, eksperymentów i prac.

– Sprawdziliśmy ich wiarygodność. Firma nazywa się Largo Tech. To duża i poważna organizacja. Po dniach intensywnych negocjacji zawarliśmy z nimi umowę o sponsorstwie i współpracy, bardzo dla nas korzystną. Jako firma zachowujemy pełną samodzielność, będziemy nadal pracować w tym samym gronie, co dotychczas, ale w ścisłej współpracy z naszym partnerem. Jeszcze raz przeprosiła, że nie może podać więcej szczegółów. Był to warunek porozumienia z Largo Tech.

Jedyna zmiana organizacyjna, jaka nastąpiła, to dotyczyła Zespołu Bezpieczeństwa. Largo Tech przejął na siebie w całości, co do najmniejszego szczegółu, sprawy ochrony Laboratorium, obiektów, ludzi i danych. Nie była to sprawa braku zaufania, błędów czy niedociągnięć, gdyż Aaron pozostał na stanowisku szefa zespołu. Laboratorium nie musiało martwić się o sprawy prawne. Wziął je na siebie sponsor. Było to ważne, ponieważ prawo dotyczące inżynierii genetycznej było skomplikowane. Umowa o współpracy z Largo Tech była tajna. Nikt z zewnątrz nie miał prawa niczego się dowiedzieć.

Myśli i aforyzmy przedświąteczne

Żył tak długo, że w końcu pamięć go opuściła. Co za dużo, to niezdrowo. Cholernie nie lubię przesady. – Powiedziała odchodząc. 

Viagra to dyskretna proteza męskości podobna w działaniu do strażaka ratującego przerażonego kota.

Najpoważniejszym dowodem na to, że przyznanie prawa głosu sto lat temu kobietom w Polsce było błędem, jest Krystyna Pawłowicz, najbardziej męska posłanka PiS.

Michael Tequila – książki: https://tinyurl.com/y7cza5nc

Piątkowy dodatek: Myśli i aforyzmy własne

Liczenie na zrozumienie kobiety jest równie skuteczne jak drążenie kamienia w oczekiwaniu, że tryśnie z niego źródełko krystalicznej wody.

Aby zostać bohaterem narodowym, wystarczy czasem wyższe wykształcenie, wysokie stanowisko i udział w katastrofie lotniczej.

Był to pies miniaturka, tak mały, że wychodząc z nim na spacer właścicielka zabierała ze sobą szkło powiększające, aby go odnaleźć.

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 117: Negocjacje z terrorystami

 

 

Rząd zachęcany przez większą część społeczeństwa do nieustępowania, kontynuował negocjacje. Nic to jednak nie dało, tylko rozjuszyło rebeliantów i zaostrzyło ich wymagania. Mimo ich żądań, w rozmowach nie mógł uczestniczyć gubernator Blawatsky. Miał problemy ze zdrowiem; napad na parlament tylko pogorszył jego stan. Gubernator wcześniej upadł na schodach i doznał wstrząśnienia mózgu, wskutek czego stracił władzę najpierw w jednej ręce, potem w drugiej; w końcu doznał paraliżu dolnej część twarzy. Mógł mówić, odczuwał jednak ostry ból w trakcie poruszania ustami. Mimo częściowego paraliżu twarzy i bezwładu prawej nogi zdecydował się spotkać z porywaczami, aby zakończyć kryzys. Spotkanie odradzali mu najbliżsi współpracownicy oraz lekarze, w szczególności opiekujący się nim profesor medycyny wojskowej, który osobiście przywoził mu próbki nowych protez nogi do domu.

Kiedy stan zdrowia gubernatora pogorszył się, zabrano go do szpitala. W separatce był starannie strzeżony przez antyterrorystów, obawiano się bowiem, że oddział okupujący parlament jest częścią większej organizacji przestępczej, która nie cofnie się przed niczym, aby wymusić ustępstwa.

Wychodzącego ze szpitala gubernatora, bladego i wycieńczonego, witały rzesze zwolenników. Podziwiano go za gotowość uczestnictwa w negocjacjach mimo poważnych problemów zdrowotnych. Opozycja usiłowała pomniejszyć jego popularność, upowszechniając złośliwą plotkę, że ilość kwiatów, jakimi go obdarowano, była tak wielka, że uniemożliwiła wyjazd samochodu opancerzonego, którym miano go przewieźć do specjalnego bunkra, skąd mógł bezpiecznie kierować partią i rządem, konsultować się ze społeczeństwem oraz prowadzić negocjacje.

Problem rozwiązał się tego samego dnia, kiedy gubernator opuszczał szpital. Znikło trzech członków grupy okupującej parlament. Pozostali czekali niezdecydowani, co robić. Kiedy do akcji wkroczyli antyterroryści rządowi, nikt nie stawiał im oporu. Okazało się, że okupanci nie mieli prawdziwej broni, tylko atrapy. Znikli jedynie napastnicy, pozostałe osoby okazały się zakładnikami. Wszczęto poszukiwania. Rząd postawił na nogi całą policję i wojsko, obiecał też wysoką nagrodę za pomoc w śledztwie.

Napad na parlament media uznały za test ekoterrorystów, jak długo rząd jest gotów trwać w swoim uporze.

– To tylko kwestia czasu. Gubernator będzie musiał w końcu ustąpić zapewniając pełną ochronę koni – podsumował ekspert od spraw terroryzmu, zastrzegając się, że jest to tylko jego prywatna opinia.

*****

Kiedy dowódca straży parlamentarnej ocknął się z nocnego koszmaru, rzecznik rządu przedstawił oficjalną wersję wydarzeń. W parlamencie faktycznie zdarzył się incydent; samotny mężczyzna wtargnął do budynku i żądał przeprowadzenia śledztwa w sprawie okrutnego traktowania koni w państwowej stadninie oraz opieki nad ich braćmi, którzy wcześniej stamtąd uciekli. Groził, że się wysadzi w powietrze, jeśli rząd odmówi jego żądaniom. Uznano to za bluff i siłą usunięto go z parlamentu.

Dowódca straży parlamentarnej bardzo przeżył obydwa tragiczne wydarzenia.

– Jesteś przewrażliwiony w sprawie koni i terroryzmu. To wszystko przeminie tak, jak każdy inny radykalny ruch – usiłowała pocieszyć go żona.

Pomyślał, że mogła mieć rację. Ostatnie szkolenia na temat zagrożeń terrorystycznych mogły go nadmiernie uwrażliwić. Miał jednak wątpliwości, ponieważ wypadki zaszłe na terenie parlamentu i jego przeżycia senne były jak najbardziej realistyczne. Czuł podświadomie, że były to wydarzenia prorocze i będą miały dalszy ciąg. Już wcześniej miał takie doznania, ukrywał je jednak skrzętnie przed otoczeniem. Miał zdolność jasnowidzenia, praktykował je w przeszłości. Dwa razy zdarzyły mu się potknięcia, kiedy jego przewidywania nie sprawdziły się. Musiał wtedy porzucić ulubione zajęcie i szukać pracy gdzie indziej. Karierę jasnowidza ukrywał przed administracją parlamentu. Wiedział, że nie byłoby to dobrze widziane.

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 113: Kontrowersje wokół Sefardiego

Przedstawiony przez Sefardiego plan fikcyjnego pogrzebu był imponujący. Reporterzy i dziennikarze usilnie starali się poznać szczegóły, zwłaszcza dramatyczne momenty, na których mogliby zbudować narrację dla czytelników, widzów i słuchaczy. Zadawano mu pytania na temat myśli przewodniej, jaka nim kierowała, kiedy tworzył plan trzech konduktów pogrzebowych, i po co to robił. Dziennikarka pragnąca mu zadać ważne pytanie usiłowała przebić się do Sefardiego przez tłum tak długo, że nie miała czasu, aby napić się wody, wskutek czego wargi jej wyschły i popękały. Twierdziła, że suche wargi ma od dziecka, ale nikt jej nie uwierzył. Były to paradoksalne sytuacje, w których ludzie łatwo tracili do siebie zaufanie. Na postawione pytanie Sefardi odpowiedział po długim zastanowieniu, powoli i z wyjątkową powagą.

– Potrójny pogrzeb miał być darem na rzecz wieczności, której nie rozumiem i której się boję, prawdopodobnie jak każdy z nas.

Nie wszyscy go rozumieli. Czarna Eminencja, ujęty religijnym przesłaniem pisarza-wynalazcy, wypowiedział się o nim pozytywnie. Poróżniło go to z Gubernatorem, zdecydowanym przeciwnikiem Sefardiego. Był to poważny zgrzyt w relacjach kościoła i państwa. Rozdźwięk usunięto, kiedy Gubernator i Czarna Eminencja po burzliwej rozmowie w cztery oczy rozgrzeszyli się nawzajem w interesie narodu i kościoła.

Konferencja Sefardiego, czy raczej jego wyznania, rozpętała publiczne dyskusje. Trwały one dniami i nocami, i wydawały się nie mieć końca. Pesymiści twierdzili, że będą trwały do końca świata. Ludzie zbierali się na ulicach, placach i podwórkach, starsi, o słabszych pęcherzach najchętniej w pobliżu szaletów publicznych, gdzie tylko było trochę wolnego miejsca. Najwyżej cenionym miejscem dyskusji był Hyde Park, wzorowany na londyńskim, z tolerancyjnym regulaminem, zezwalającym przeciwnikom na obrzucanie się błotem oskarżeń i oblewanie pomyjami pogardy. W Hyde Parku zbierali się najbardziej krewcy obywatele, aby rozładować negatywne uczucia. Swoją brutalnością dyskusje doprowadziły w końcu do radykalizacji społeczeństwa. Rzeczy nazywano po imieniu, ignorując normy i konwenanse.

Najwięcej kontrowersji budził spisek zorganizowany przez Sefardiego Barokę, aby zniszczyć tradycję, kościół i państwo. Tak prasa konserwatywna nazwała atak na wiec wyborczy przypisując Sefardiemu jego autorstwo. Dla jednych był to spisek rzeczywisty, dla innych urojony. Zwolennicy partii rządzącej uznali Sefardiego za niebezpiecznego anarchistę. Rozsądniejszych obywateli interesowały konkrety: imiona i nazwiska ludzi uczestniczących w spisku, sposób koordynacji uroczystości pogrzebowych, oraz jak zachowano w tajemnicy tak wielki happening.

Po zakończeniu konferencji do Sefardiego napływały emaile i listy z pytaniami i komentarzami w takich ilościach, że kilkakrotnie blokowały mu skrzynki poczty elektronicznej, a urząd pocztowy odmówił przyjmowania listów do niego z powodu braku dostatecznej liczby personelu. Sefardi zatrudnił trzy dodatkowe sekretarki, aby spisywały pytania i przygotowywały odpowiedzi. Wiele osób miało mu za złe, że nie odpowiada szybko i wyczerpująco. W końcu oskarżono go o to, że niepokoje i troski obywateli spływają po nim jak woda po gęsi.

Adepci pisarstwa, stając murem za Sefardim, uznali scenariusz pogrzebu i samo wydarzenie za niesamowite. Pytali o wszystko, co rzuciłoby na nie dodatkowe światło. Zadawano pytania, na które odpowiedź wymagała traktatu naukowego lub co najmniej eseju. Pytano, co było pierwsze, a co najważniejsze, fabuła czy bohaterowie spektaklu pogrzebowego, oraz jakie postacie autor wziął z sufitu, a jakie zapożyczył obserwując rodzinę, przyjaciół, znajomych i osoby publiczne. Po stronie Sefardiego stanęli także czytelnicy zorientowani w literaturze oraz studenci literaturoznawstwa, dociekający związków między siermiężną rzeczywistością a rozbuchaną fikcją literacką i teatralną. Intensywny wysiłek intelektualny społeczeństwa spowodował poważny wzrost zainteresowania literaturą, teatrem oraz sztuką pogrzebową.

Przywróconemu z zaświatów pisarzowi trudno było zadowolić wszystkich wyjaśnieniami, tyle było wątków, postaci, zmian akcji i detali. Aby uniknąć zamieszania, Sefardi koncentrował się na sprawie najprostszej i najważniejszej, na wyjaśnianiu, jak powstała powieść „Wniebowstąpienie oszusta” i co z tego wynikło.

*****

W trakcie konferencji część osób wyszła z Wielkiej Sali Teatralnej w dowód protestu, że nie można tolerować naigrywania się ze społeczeństwa, kościoła i rządu organizując fikcyjne pogrzeby z wygłupami. Krzyczeli oni „hańba”, „wstyd”, „oszustwo”. Założono komitet protestacyjny, który miał złożyć wniosek do prokuratury o domniemanym przestępstwie.

Następnego dnia na łamach głównego dziennika krajowego miał ukazać się obszerny wywiad z Sefardim Baroką. Nie opublikowano go, ponieważ był zbyt kontrowersyjny. Interweniowała nieistniejąca cenzura państwowa, uznając, że materiał wywoła niepokój społeczny, może nawet rozruchy. Dla rządu były to argumenty nie do odrzucenia. Dwa dni później rzecznik osób użyczających swojej tożsamości bohaterom powieści ujawnił szczegóły współpracy z pisarzem.

– Zrobiliśmy to z przyjemnością i premedytacją. To było fascynujące; widzieć siebie w postaci literackiej, bohatera pozytywnego czy nawet negatywnego. Czuliśmy się jak aktorzy użyczający swojego głosu postaciom filmowym. Nie wszystko oczywiście podobało nam się w postaciach, których byliśmy wzorcami, ale rozumiemy, że to autor decyduje o granicy między fikcją a rzeczywistością.

 

Cz. 110: Burza medialna. Wrogowie i przyjaciele.

– Gdyby Sefardi, mój serdeczny przyjaciel, widział te niekończące się relacje, to by się wyrzygał – Iwan Iwanowicz zdenerwował się. Było to w knajpie „Pod Czarnym Buforem”, gdzie spotkał się ze znajomymi, aby ostatecznie pożegnać Sefardiego jako przyjaciela, patriotę, współobywatela i aktywistę lokalnej społeczności. Kiedy energiczny starzec wzniósł toast o pomyślność Sefardiego w niebie, przemówiła kolorowa papuga właściciela lokalu, milcząca od lat. Nikt nie był bardziej zszokowany niż on sam. Papuga wygłosiła kilkuzdaniowy panegiryk na cześć zmarłego. W jej pierwszym od lat wystąpieniu publicznym podejrzewano cichy udział właściciela. On sam przysięgał na dzieci i żonę, że kiedy pięć lat wcześniej przez niedopatrzenie podał papudze nieświeże ziarno, które spowodowało ciężki rozstrój ptasiego organizmu, gadatliwe czupiradło oświadczyło, że nie odezwie się więcej. Mimo jego przysięg i bicia się w piersi, bardziej wierzono papudze niż jemu.

Sefardi nie pozostawił suchej nitki na politykach. Jego pisemne przesłanie do parlamentu nadeszło w idealnym czasie, jakby w odpowiedzi na kąśliwe recenzje jego życia i śmierci. Zarzucił im ubóstwo rozumu, wrażliwości i etyki, złośliwie nawet niedorozwój penisów. Szydził z nich, okazał się niewybredny, wręcz chamski. W liście pożegnalnym, nadanym już przed śmiercią, przekazał klubom parlamentarnym sążnistą listę nazw członka męskiego, sugerując nauczenie się jej na pamięć, aby wiedzieli, co myśleć o sobie i swoich kolegach partyjnych. Rodzina i przyjaciele byli oburzeni, upierali się, że jest to jawne pomówienie, ponieważ Sefardi nigdy by się na coś takiego nie zdobył.

– To nie jest w jego stylu. Sefardi Baroka był zbyt kulturalny i wyrafinowany, aby zniżyć się do takiego poziomu. Wiadomo, że nie lubił polityków, ponieważ nie znosił prostactwa, bezguścia i wulgarności, z którymi niektórzy z nich obnosili się publicznie. To przesłanie to jednak zupełnie coś innego. To tak, jakby pomawiać jego, mistrza wynalazczości, o przyczepienie ciężkiego łańcucha do misternego zegarka kieszonkowego. Przesłanie do parlamentu z całą pewnością nie było jego dziełem. – Opinię tę wyraził na konferencji prasowej rzecznik rodziny, składając wniosek do prokuratury o podjęcie śledztwa w związku z przestępstwem. Prawda była tak oczywista, że nie użył nawet słowa „domniemany” w odniesieniu do przestępstwa.

Nie zmieniło to postaw członków partii rządzącej. – Sefardi Baroka to wariat i zboczeniec. – Napisał ktoś na tablicy ogłoszeń w korytarzu parlamentu. – Po co ten degenerat robi sobie taką reklamę? Przecież teraz do niczego mu się ona nie przyda!

Nieparlamentarna wypowiedź anonimowego posła wywołała powszechne oburzenie. Uznano, że oskarżanie kogokolwiek o szaleństwo, zboczenia i degenerację narusza cześć, jaka należy się każdemu zmarłemu, bez względu na jego przeszłość, na mocy uświęconej tradycji. Większość obywateli była zgorszona poselskim wandalizmem słownym. Nawet kościół przyłączył się do głosów krytyki, mimo iż Sefardi nie był obiektem jego uwielbienia, wręcz przeciwnie. Organizacje broniące praw obywatelskich żądały znalezienia sprawcy i oddania go pod sąd, choćby komisji etycznej parlamentu, o której mówiono, że standardy etyczne oparła na zasadzie „Kruk krukowi oka nie wykole”.

*****

Emitowany następnego dnia program telewizyjny nosił nazwę „Sztuka życia i umierania”. Uczestnicy zebrania przy krawężniku różnie go komentowali. Salman, pracownik działu zaopatrzenia dużego supermarketu, uznał program za ambitny, choć trochę na wyrost. Oglądał go razem z żoną, przygotowującą wieczorny posiłek w aneksie kuchennym przyległym do salonu, gdzie znajdował się telewizor. Program tak ich wciągnął, że odłożyli obiad na później, posilając się paczką chrupek, aby zabić głód. Byli młodym małżeństwem o nieokreślonych poglądach politycznych i społecznych. Oglądali program, ponieważ Salman zawsze marzył o poznaniu kogoś, kto naprawdę był mistrzem sztuki życia. Sam nie umiał tak żyć, często był wyrzucany z pracy i miał ciągłe nieporozumienia ze zwierzchnikami. W końcu zaczął wątpić, czy taki człowiek w ogóle istnieje.

Telewizja prywatna uznała pogrzeb Sefardiego Baroki za jego wielki triumf, a jego samego za bohatera narodowego. Wychwalano go za poświęcenie życia wynalazczości, której efekty szeroko rozsławiły kraj. Podkreślano jego odwagę oskarżenia gubernatora Barrasa o korupcję i barbarzyństwo polityczne. Tego samego wieczoru pokazano jeszcze film „Klęska satrapy”, dokumentujący dziwny zamach bombowy na zgromadzenie zwolenników Partii Konserwatywnej, którą Sefardi nazywał pseudodemokratycznym krzewicielem barbarzyństwa. Nie dziw, że przypisano mu autorstwo zamachu.

Od dnia pogrzebu, telewizja państwowa regularnie prezentowała i komentowała postać i życie Sefardiego Baroki. Redaktor prowadzący wstrzemięźliwie określił go jako ciekawego zegarmistrza i dobrze zapowiadającego się pisarza. Programy były pełne powagi, nostalgii, w konkluzjach raczej smutne. W trakcie dyskusji telewizyjnych pojawiały się jednak ostrzejsze wypowiedzi. Przedstawiciel Partii Konserwatywnej uważał, że gdyby nie fakt, że Sefardi Baroka jest już w grobie, to jego życie byłoby niewarte funta kłaków zważywszy jego nieuzasadniony, wrogi stosunek do demokratycznie wybranego rządu, zwłaszcza gubernatora.

 

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 104: Diabeł i dochodzenie

Na kartce imitującej formularz zaproszenia diabeł wypisał wszystkie swoje imiona.

– Piekielnie długa lista. – Słowa wypowiedziane z namaszczeniem zabrzmiały w jego pysku omalże jak zaklęcie. Postanowił chodzić w sali audiencyjnej między zaproszonymi gośćmi z wypiętą piersią i rozczapierzonym na końcu ogonem, pyszniąc się całym sobą. Miał ku temu powody, dostarczyli mu je spowiednicy Sefardiego. Postraszył ich ogniem piekielnym tak przekonywująco, że bez większych ceregieli ujawnili mu grzeszki Sefardiego. Tylko jeden Amizgao Terrano nie ustąpił. Zachowywał się tak, jakby on, Diabeł, nie istniał. Był na klechę wściekły, ale też miał dla niego szacunek.

– Mam potężny materiał dowodowy i oskarżycielski na tego piekielnika Sefardiego Barokę – przechwalał się swojej służbie pomocniczej.

Kiedy Sefardiego miano już wnosić w zdobnej lektyce na uroczyście umajoną salę audiencyjną, Diabeł z dumą zaczął odczytywać wszystkie swoje imiona. Coś go do tego podkusiło; nigdy przedtem nie był tak próżny.

– Chcę, aby wszyscy lepiej mnie poznali. – Przekonywał sam siebie, po czym wyrecytował wszystkie imiona w porządku alfabetycznym. Inaczej nie było można, bo mógłby któreś opuścić. Ułożyły się w długi szereg: Antychryst, Belzebub, Bies, Boruta, Czart, Demon, Diabeł, Duch Nieczysty, Kaduk, Książę Ciemności, Kusy, Licho, Lucyfer, Lucyper, Mefisto, Rokita, Siła Nieczysta, Szatan, Władca Piekieł, Zły. Nie było to potrzebne, ponieważ mówił wieloma językami, łatwo nawiązywał kontakty i był powszechnie znany. Kiedy wszedł do sali audiencyjnej, pozdrowił wszystkich serdecznie nie wiadomo dlaczego po niemiecku słowami „Guten Abend”, po czym dodał „Ich gratuliere Ihnen”, gratuluję państwu, i zamyślił się szukając dalszych słów, które uszły mu z pamięci. Był elegancko ubrany, garnitur leżał na nim jak ulał, jakby zaraz miał udać się na cmentarz albo pogorzelisko.

– Zaraz odbędzie się spotkanie pisarza Sefardiego Baroki z Panem Bogiem. – Zapowiedział nieznany głos, ni to męski, ni to żeński.

Isabela przerwała pisanie, aby zastanowić się, kto to mówił i jaki będzie dalszy ciąg wydarzeń, kiedy w głębi domu zaskrzypiały drzwi. Słychać było liczne głosy, tylko częściowo tłumione przez ściany.

– Przyszła Penelopa, prawdopodobnie z wnukami – pomyślała. Zdecydowała się dokończyć pisanie następnego dnia.

– Muszę to zrobić! Dla niego! – Przyrzekła sobie.

Ogarnęły ją ciepłe wspomnienia. Zobaczyła Sefardiego jak żywego, dzielącego się przemyśleniami i doświadczeniami pisarskimi w trakcie tworzenia powieści, co zawsze wydawało jej się ciekawsze niż gotowy już utwór. Szybko zamknęła plik opowiadania, wyłączyła komputer i uporządkowała biurko, po czym wstała i przysunęła krzesło. Śpieszyła się, aby z roli adeptki pisarstwa, przygodnej towarzyszki człowieka poważnie traktującego swoją pasję i życie, przedzierzgnąć się w zwykłą pomocnicę, towarzyszkę i kucharkę pani domu. Lubiła swoją pracę, ale teraz, od dnia śmierci Mistrza nie czuła się szczęśliwa, z wyjątkiem czasu pisania.

Informacja, jakoby na stosie w trakcie uroczystej stypy pożegnalnej, w której uczestniczyły liczne osobistości ze świata kultury i polityki, miały spłonąć zwłoki Sefardiego Baroki, była jakimś dziwolągiem. Donos wpłynął do komisariatu policji w miejscu zamieszkania pisarza i miał postać karteczki wypełnionej nierównym pismem, bez daty i bez podpisu. Naczelnik komisariatu przekazał ją do komendy rejonowej. Nie był to koniec drogi służbowej dokumentu. Naczelnik komendy rejonowej zadzwonił do komendy głównej policji. Decyzja była jednoznaczna: przekazać do komendy głównej. Mężczyzna wezwał do siebie kancelistę.

– Wyślij to do nich z notatką, że sprawa jest ważna z uwagi na pozycję społeczną denata.

Miał powody, aby nadać dochodzeniu odpowiednią rangę. Był członkiem Partii Konserwatywnej i cichym zwolennikiem Blawatsky’ego. Osobiście nie miał wątpliwości, że donos to jakaś bzdura do kwadratu, ale zdecydowanie wolał uniknąć pomyłki. Zacierał ręce na myśl, że mógłby zemścić się za wszystkie krytyczne i złośliwe wypowiedzi i wywiady, w których Baroka oczerniał jego partię. Omalże sam poczuł się pokrzywdzony.

Kapitan policji, szef wydziału zabójstw, do którego trafiła koperta z donosem, namyślał się.

– Znany pisarz, którego spopielone resztki telewizja pokazywała w urnie stojącej na katafalku w salonie pogrzebowym, miałby być spalony na stosie drewna nad rzeką w obecności kilkuset osób? – Mężczyzna bezwiednie rysował na kartce papieru malutkie urny. Nie zamierzał zajmować się sprawą sam ani powierzyć jej któremuś z podwładnych. Był przekonany, że to kawał jakiegoś żartownisia mający na celu ośmieszenie policji. Zaczął zastanawiać się, czy informacja o anonimie mogła dotrzeć do mediów. Pytaniem było, czy autor donosu mógł poinformować o swoich podejrzeniach także inne osoby lub instytucje. Pomyślał o redakcji gazety, z którą donosiciel mógłby się skontaktować telefonicznie, aby przekazać tę samą informację.

 

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 103: Przygotowania do audiencji

W niebie już wcześniej wydano dyspozycje. Wszystko było przygotowane. Zaproszenia rozesłane, stoły zastawione, orkiestra w komplecie. Ustalono, jakie utwory będą grane. Były to głównie marsze weselne, muzyka klasyczna. W wyborze kierowano się przede wszystkim tym, co lubi pisarz, serdecznie oczekiwany gość. Nie używano czasu przeszłego, form „lubił” i „nie lubił”, tylko teraźniejszego, zgodnego z nową rzeczywistością.

*****

Isabela przejrzała kartki z nazwiskami osób zaproszonych na uroczystość powitania Sefardiego w sali audiencyjnej. Stały równo ustawione na stole. Wśród zaproszonych nie dostrzegła nazwiska gubernatora Barrasa Blawatsky’ego. Dziwiła się, dlaczego myśl o gubernatorze w ogóle przyszła jej do głowy. Byłaby to absurdalna sytuacja, ponieważ obydwaj mężczyźni nie znosili się. Ponadto Barras okazał się gejem. Ukrywał się z tym przez lata. Geje byli jej obojętni, nie interesowali jej.

– Barras nie akceptował swojej seksualności. Dlatego ukrywał się ze swoimi znajomościami i relacjami. – Tym stwierdzeniem Isabela postanowiła zakończyć tę część opowiadania. W głowie szumiały jej koniak i kawa. W pokoju rozległ się chichot. Isabela poznała głos Sefardiego i wzdrygnęła się. Był tak wyraźny, jakby dobiegał zza pleców. Mimo woli obejrzała się do tyłu. W uchylonym oknie poruszyła się firanka. Była pewna, że jest zamknięte.

– Sefardi chichocze jak Barras – Skwitowała i sama zaśmiała się nerwowo. Może on też był gejem. Nigdy nie dobierał się do mnie. Zastanowiła się nad tym. Wstała i podeszła do lustra. Popatrzyła na siebie i pomyślała, że jest warta grzechu.

*****

– Z nieba pogrzeb wygląda zupełnie inaczej – Isabela opisywała orszak żałobników widziany z góry. –Widoczne są same głowy i ramiona, nie widać żadnych sylwetek. Karawan to kwadracik przesuwający się w dole, konie to pogrubiałe kreski. Kropki, setki kropek, to głowy ludzkie. Na końcu ukazuje się cmentarz, trochę nierówny w kształcie, nie jego płaski fragment, jak to widzą ludzie na ziemi.

Wróciła myślą do Sefardiego, który lada moment miał przybyć do nieba na spotkanie z Bogiem, kiedy nagle wątpliwość poraziła ją swoją realnością.

– A może do czyśćca? – Zadała sobie pytanie. W głowie nadal czuła szum, wypiła więc jeszcze jeden kieliszek koniaku, aby rozjaśnić myśli, po czym odpowiedziała samej sobie.

– Nie może iść do czyśćca, bo to skomplikuje spotkanie z Bogiem. Nigdy nie słyszałam, aby na takie spotkanie ktoś po drodze szedł do czyśćca albo on tam przebywał. Są zresztą ludzie, którzy twierdzą, że czyśćca nie ma, jest tylko niebo i piekło, a w nich dobro i zło, radość i rozpacz.

W czasie uroczystości pogrzebowej Sefardi był jakby nieobecny. Nie za bardzo wiedział, czy cieszyć się tym, czy martwić. Starał się zachowywać zgodnie z tradycją i wyobrażeniami o przyzwoitości pośmiertnej. Nie był sobą, był roztrojony. W urnach spoczywało jego spopielone ciało, dusza jednak pozostała nienaruszona, a on unosił się nad tym wszystkim. Patrzył na duszę, a ona na niego; również wyglądała osamotniona. Nie cieszyła ją nawet perspektywa wniebowstąpienia. Myślała o tym, jak zintegrować się z ciałem choćby częściowo, nawet przejściowo, jak rekwizyt pojawiający się w rękach aktora w teatrze.

– Jeśli to nie nastąpi, wypadnę głupio. Jestem taka mała i lekka, prawie niezauważalna. Muszę mieć jakieś ciało. – Przekonywała sama siebie.

Sefardi nie rwał się do jednania duszy i ciała. Uznał to za dylemat niemożliwy do rozstrzygnięcia. Tak go widzieli ojcowie i doktorzy kościoła, cała szesnastka, których dzieła czytał, a przynajmniej przewertował. Ich rozumienie i interpretacja spraw życia i śmierci stanowiły dla niego wytyczne myślenia i postępowania.

Diabeł cieszył się perspektywą przybycia Sefardiego na niebiańską audiencję bardziej niż ktokolwiek inny. Nie był aniołem, miał swoje za uszami, reputację zszarganą swoimi poglądami i sprzeciwem wobec legalnej władzy. On sam, rządca piekła w imieniu Szatana, który po stronie zła równoważył moc i dobroć Boga, uważał jednak, że był na swój sposób uczciwy, choć wielu się to nie podobało, zarzucając mu okrucieństwo.

– To tak, jakby zarządcy więzienia zarzucano odpowiedzialność za to, że trzyma w więzieniu, którego sam przecież nie zbudował, w warunkach, których sam przecież nie stworzył, ludzi bardziej lub mniej cierpiących. Potrafił też być obiektywny, tak mu się przynajmniej wydawało.

Jednego nie był pewien: jakie imię przybrać na czas uroczystości. Miało ono być zapisane na kartach ustawionych na stole w sali audiencyjnej. Nie mógł zdecydować się, które z jego licznych imion będzie najbardziej stosowne. Przedtem wybrał swój najlepszy wizerunek, przeglądając niezliczone obrazy powstałe na przestrzeni wieków. Najbardziej przypadł mu do gustu diabeł z szesnastego wieku anonimowego malarza portugalskiego. Ten wizerunek kosmatej, nagiej istoty z długim ogonem, rogami i ogniście czerwonymi oczami, uznał za najwłaściwszy. Z imieniem nie szło mu tak łatwo.

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 102: Spotkanie z Bogiem

Szybkość zdarzeń oszałamiała Isabelę. Niebo, które widziała i opisywała, nagle okazało się piekłem, gdzie nikt nie był w stanie się zestarzeć.

– Możesz żyć w jednej miejscowości, na jednej ulicy, ba, w jednym domu miliony lat, będziesz mieć wszystkiego po dziurki w nosie, bo wieczność nie ma granic – napisała w natchnieniu.

Poczuła się następczynią Sefardiego. Postanowiła odszukać go. Spojrzała w górę i zobaczyła go. Sefardi zmienił się, rozpaczliwie i jakoś dziwacznie usiłował przedstawić Bogu i jego świcie sens swego życia, który utracił. Kładł się na ziemi, turlał, wykonywał dziwne przewroty, poruszał rękami, gestykulował, robił miny, przekonywał o czymś usilnie, w końcu zdenerwował się z braku porozumienia. Wkrótce sceneria zmieniła się. W niebie, które przybrało postać nieskończonej równiny, pojawił się wielki tłum ludzi, aby wziąć udział w uroczystości zwanej Purgatorium, czyli Czyściec. Każdy musiał oczyścić się z doczesności ziemskiego życia, przejść z życia do wieczności, rozprawić się z samym sobą i pogodzić ze wszystkim i z wszystkimi.

Zebrani ustawili się w jedną szeroką kolumnę. Każdy zawód miał swoją kolejkę, każda z nich dzieliła się na sekcje. Pisarze dołączali do pisarzy, prawnicy do prawników, rzeźbiarze, malarze, murarze, rzeźnicy, wszyscy mieli swoje kolejki. Kategorii przynależności było chyba trzy tysiące. Każdy z uczestników niósł plakietkę zawierającą jakąś sentencję podsumowującą życie, wiedzę lub mądrość, jaką sobie przyswoił. Isabela pomyślała, że gdyby to spisywano, to wyszłaby z tego cała encyklopedia. Było to bardzo podniosłe i niezwykle filozoficzne rozwiązanie; każdy musiał przeprowadzić refleksję nad swoim życiem, doczesnością i wiecznością. Zamiast opisywać Bogu swoje życie, najważniejsze wydarzenia, wszyscy odtwarzali je jak aktorzy na prawdziwej scenie teatralnej. Każdy miał rolę do zagrania; musiał w wielkim skrócie przedstawić, to co przeżył i zrobił, i to uczciwie, pokazać, co najbardziej nim wstrząsnęło i co go najbardziej ucieszyło, swoje wady i zalety, groteskę i powagę.

Dla niektórych były to sukcesy lub tragedie osobiste, rzadziej jedno i drugie, dla wszystkich zaś śmierć, która ich unicestwiła. Tę wszyscy przeżywali najbardziej. Presja godzenia się ze śmiercią była tak wielka, że niektóre osoby czekające w kolejce nie były w stanie jej wytrzymać. Starając się zrzucić ją z siebie jak najszybciej, przepychały się do przodu, przed innych, aby bezzwłocznie zeznać to, co mieli do zeznania, zupełnie jakby były na ziemi i starały się zdobyć deficytowy towar. Jeszcze inne w przerażeniu uciekały nie wiadomo dokąd. Były też i takie, którym napięcie lub czekanie tak się podobało, że wpadały w wisielczy humor i żartowały na wszystkie tematy, łącznie z Bogiem. Byli to przeważnie mężczyźni, co sprawiło Isabeli ulgę.

Prezentacja ostatniego momentu życia odbywała się wedle pewnego schematu. Podsądny musiał podać przyczynę lub sposób odejścia, zupełnie jak w urzędzie statystycznym: samobójstwo, śmierć w wypadku drogowym, zgon wskutek działań wojennych, rzadko wskutek starości, choroba, zabójstwo. W roli głównego jurora na trybunie honorowej siedział Bóg, oceniający wystąpienia. Nie był sam. To znaczy był sam, ale wielopostaciowy, jeden stwórca i tysiące wyobrażeń, jakie ludzie mieli o nim na ziemi. Reprezentował cały gigantyczny świat ludzkiej wiary, w podziale na religie, aby wszyscy obecni ostatecznie zrozumieli jego nadzwyczajną naturę.

Przedstawiała to wielka tablica świetlna. Najpierw były kategorie oczywiste dla każdego, z określeniem procentowym udziału każdej religii w ogólnej masie wierzących i niewierzących: chrześcijaństwo – trzydzieści trzy procent, islam – dwadzieścia cztery procent, hinduizm – czternaście procent, buddyzm – siedem procent. Trzy mniej liczebne religie, Sikhizm, Judaizm i Bahaizm miały razem mniej niż jeden procent, bezwyznaniowi natomiast ponad dziewięć procent. Pozostałe jedenaście procent stanowili przedstawiciele tak drobnych wyznań, że nawet Bóg się w nich nie rozeznawał. Isabela pomyślała, że świetlną tablicę wymyślił on po to, aby uświadomić ludziom, że Bóg jest tylko jeden, ale w wielu postaciach, tak jak to sobie wyobrażali każdy wedle swojej wiary.

Mimo ułatwień ze strony Boga, nastąpiło zderzenie dwóch rzeczywistości: doczesności, reprezentowanej przez śmiertelników oraz wieczności, reprezentowanej przez niego samego. Isabela nie widziała niczego bardziej fascynującego. Nazwała to wielką kontrowersją. Pisząc, dziwiła się, z jaką łatwością jej to przychodziło.

Naszła ją chęć zbliżenia się do Sefardiego, tak jak na ziemi, kiedy przynosiła mu kawę lub herbatę. Połączyła się z nim. Różnili się między sobą: on był eteryczny, ona bardziej wyrazista, jakby cielesna. Zdawało jej się, że śni. Jeśli była to prawda, to był to sen bardzo pożyteczny, ponieważ zrozumiała, że życie jest snem, w którym człowiek gra przypisaną mu rolę kilkadziesiąt, może nawet więcej lat; pozostała część to bezbrzeżna wieczność, nie zbliżająca się nawet do obrzeży czasu i przestrzeni.

Dla Boga pogrzeb Sefardiego Baroki był czystą rozrywką. W niebie patrzono na tę uroczystość zupełnie inaczej. Na ziemi było to pożegnanie, na górze – powitanie.

– Wreszcie poznam znanego pisarza osobiście. – Otoczony wielką świtą, wszystkimi świętymi, aniołami i personelem pomocniczym, Bóg cieszył się jak dziecko czekając w sali biesiadnej na przybycie Sefardiego.

– Bóg starzeje się bardzo wdzięcznie – zauważyła Isabela, niezwykle zadowolona z pierwszej części swojego opowiadania. Przeszedł ją dreszcz emocji.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 101: Niebiańska historia Izabeli

– Co on robi w tej chwili? – Zadała sobie pytanie i natychmiast wyobraziła sobie Sefardiego, a zaraz potem zobaczyła na przyjęciu w niebie, jak Bóg go wita, nazywając go Czcigodnym Mistrzem. Zaczęła uderzać palcami w klawiaturę. Na początku pisanie szło jej powoli i opornie, nie zrażała się jednak. Po chwili pisała już swobodniej, jakby czuła obok siebie jakiegoś pomocnego ducha. Poruszyło ją to tak bardzo, że aż się wzdrygnęła. Wtedy uświadomiła sobie, że w pokoju jest już ciemno. Wstała, podeszła do kontaktu i włączyła oświetlenie u sufitu, aby kontynuować pisanie. Przy okazji nalała sobie koniaku do kieliszka i wypiła. Poczuła się śmielsza.

– O czym mam pisać? Jaka jest fabuła?

Kiedy wypowiedziała te dwa pytania, przypomniała sobie, co mówił Sefardi na temat tworzenia fabuły. Zaczęła z nim rozmawiać. Poczuła w sobie tyle serdeczności, że musiała zwracać się do niego po imieniu. Nazwała go wariatem, myślała o nim bardzo ciepło. Czuła, jak bardzo jej go brakuje. Był szalony, narwany, ale i ludzki.

– Musisz mi pomóc, bo piszę o tobie. Chodzi o fabułę. Jak ją opisać?

Wróciła wspomnieniami do rozmów o powstawaniu powieści. Fabuła to historia, która tworzy konstrukcję powieści.

– O czym chcesz pisać? – w uszach zadźwięczało jej pytanie. Nie była pewna, czy był to jej głos czy Sefardiego. – To proste, Isabelo. Najpierw odpowiedz sobie na pytanie, o czym chcesz pisać. To ty musisz to określić, nie ja. Isabela nie miała już wątpliwości, że jest on tuż obok, jak zawsze.

– O tym jak przyjmują cię w niebie! Kto czeka na ciebie oprócz pana Boga? Jego świta? Kim oni są? Co oni robią? Jak wyglądają?

– Dobrze myślisz! – Usłyszała zachętę pisarza. Straciła kompletnie świadomość, że Sefardi już nie żyje. Dla niej zmartwychwstał, był tuż obok. Podpowiadał jej.

– Oczywiście musi to być jakaś poważna historia, musi też być komplikacja, jak w każdej dobrej powieści.

Kobieta zastanawiała się. Jej wzrok padł na stary religijny obraz na ścianie przedstawiający mroczne postacie. – Diabeł! – Prawie wykrzyknęła. Przypomniała sobie wyjaśnienia Sefardiego, że dramat jest podstawą najlepszych dzieł literackich. – Dramat. – To było słowo, którego jej brakowało.

– Diabeł? Szatan? Bies? – Myślała chwilę, po czym połączyła ich razem w jedną postać, jednego wielkiego demona, rezerwując dlań imię Diabeł. Przypomniała sobie słowa używane przez Sefardiego w ich dyskusjach. Wymyślając i pisząc, cieszyła się, jakie to niesamowite.

Pół godziny później poprawiała tekst. Nie był zbyt długi. Odczytała go głośno, identycznie jak czynił to Sefardi. Była zachwycona, po chwili płakała, że nie ma już go w domu. To był taki wspaniały człowiek! Nie dałaby powiedzieć na niego marnego słowa. Czytała przez łzy. Czytała i śmiała się, bo tekst bardzo jej się podobał. Był fantastyczny. Czuła, że Sefardi jest tuż obok i cieszy się razem z nią.

Isabela poczuła głód i pragnienie. Nie mając pod ręką nic do jedzenia, sięgnęła do ruchomego barku, nalała sobie i wypiła jeszcze jeden kieliszek koniaku. Smakował jej, wypiła więc jeszcze jeden. W barku zauważyła też papierosy; wzięła paczkę do ręki. Marka była jej nieznana. Raz czy dwa razy widziała papierosy u Sefardiego. Zapytała go czy pali, z ciekawości, bo i tak wiedziała, że nie pali.

– Nie. – Odpowiedział znużonym głosem, jakby był bardzo zmęczony. – Tylko czasem, kiedy nie mogę zasnąć. Czy ja zresztą wiem? Mówił niewyraźnie, trochę bełkotliwie. Wyjaśnił, że poprzedniej nocy mało spał. Przeprosił ją, że nie może dłużej rozmawiać, bo musi się położyć.

Isabela wzięła jeden papieros, aby przyjrzeć mu się z bliska. Był bardzo cienki. Z ciekawości postanowiła zapalić. Kiedyś paliła, było to bardzo dawno, potem rzuciła. Papieros miał cierpki smak, ale nie był zły. Odurzył ją. Po chwili poczuła się uspokojona i mniej głodna. Kiedy zrelaksowana oparła głowę na oparciu fotela i popatrzyła w górę, zobaczyła Sefardiego udającego się na audiencję u Boga. Najwyższy siedział na tronie, otaczali go zbuntowani księża, fałszywi politycy i przerażający pochlebcy. Isabela rozpoznała ich od razu i żal mu się go zrobiło. Bóg się zestarzał. Od razu to zauważyła.

– On jest dokładnie taki, jaki powinien być, a nie taki, jak go sobie wyobrażamy tutaj na ziemi. – Wymamrotała przyglądając się z uwagą Bogu.

Przyciągnęła bliżej klawiaturę i zaczęła pisać. Pisała coraz szybciej, przypominając sobie ćwiczenia, jakie niegdyś wykonywała. Unoszona wizją przesuwającą się przed jej oczami, ilekroć podniosła oczy do góry, jej palce poruszały się po klawiaturze ze zręcznością wiewiórki przeskakującej wdzięcznie między gałęziami. Litery coraz łatwiej układały się w słowa, słowa w zwroty, zwroty w zdania, coraz bardziej udane i coraz lepiej odzwierciedlające to, co widziała na niebie nie patrząc już nawet w tym kierunku. Sefardi wydał jej się piękniejszy i szlachetniejszy niż za życia, a Bóg bardziej promienny niż mogła to sobie nawet wyobrazić, opisywała więc ich spotkanie z przekonaniem istoty przebudzonej do nowej, piękniejszej niż poprzednia, rzeczywistości.

Ogarniało ją coraz większe natchnienie i odwaga, w końcu bezczelność myślenia i wyrażania słowami wszystkiego, co przychodziło jej do głowy, a nachodziły ją myśli i pomysły nietuzinkowe. W zrywie bezwstydnego szaleństwa przeistoczyła się w mężczyznę, potem znowu w kobietę, aby w końcu stać się pijaczką i łajdaczką udającą uczciwość. Dla rozwiania wątpliwości, kim jest, dolała sobie jeszcze trochę koniaku, o mało nie przewracając kieliszka.

– Każdy z nas jest po trosze łajdakiem, tylko udaje lub chce wierzyć, że jest inny. To, czego nie możemy uczynić ze strachu w życiu, śmiało popełniamy w myślach, w zaciszu rozumu, z łatwością znajdującego usprawiedliwienie dla popełnianych przewinień. – Napisała w porywie niezaprzeczalnej uczciwości.

Czuła w sobie ogrom niezwykłych treści. Ogarnęła ją taka odwaga, rodzaj buntu, że z kury domowej przemieniła się w bywalczynię salonów literackich, znawczynię życia i ludzkich dusz. Myśląc coraz szybciej, rozhulała się, wręcz oszalała, stając się Janem Husem, potem Joanną d’Arc, o której czytała, że była lesbijką, potem Lutrem, w końcu Janem Kalwinem.

Michael Tequila – książki: https://tinyurl.com/y7cza5nc

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 92: Ceremonia pogrzebowa

Szczegóły ceremonii pogrzebowej ustalił osobiście Sefardi w testamencie. Anastazja myślała o nich nieprzerwanie. Była jedyną osobą znającą tajemnicę jego śmierci. Wszystko to brzmiało paradoksalnie. Sprawca wydarzenia był zarazem oprawcą i ofiarą. Tak było w istocie, ponieważ to on z własnej i nieprzymuszonej woli wydał na siebie wyrok śmierci i go wykonał. Taka była logika i prawda faktów. Był oskarżycielem, sędzią i katem.

Oficjalnie zmarł na zawał serca. Nikt tego nie podważał, bo było to prawdą, tylko uszczuploną o okoliczności, w jakich nastąpił. W świadomości publicznej pozostał jako zawałowiec, nieszczęśnik, jakich w każdym kraju są tysiące. Jego perwersja, Anastazja wiedziała, że sam nigdy nie pomyślałby tak o sobie, wyrażała się w czymś innym; nie tylko wydał na siebie wyrok i dokonał egzekucji, ale również określił szczegółowo, jak będzie wyglądać ceremonia pożegnalna. Nie myślała, że mógł w tym być ukryty cel, tajemnica.

Organizację pogrzebu opisywał w szczegółach testament Sefardiego, obszerny dokument przygotowany z wielką starannością przez Kancelarię Prawną Santano i Synowie, łącznie ze zdjęciami, rysunkami i schematami.

– To najdłuższy testament, jaki przygotowywaliśmy w naszej pięćdziesięcioletniej historii. – Z dumą oświadczył Anastazji właściciel kancelarii. – Wystąpiliśmy do Księgi Rekordów Guinnessa o uznanie go za rekord świata.

Na życzenie testatora wykonawcą testamentu była Anastazja Godano. Było to życzenie rozważne w zamyśle i mądre w praktyce, ponieważ cieszyła się ona sławą osoby kompetentnej i uczciwej w realizacji zleceń klientów, osób żyjących, jak i ich zmarłych podopiecznych. O zażyłości Anastazji z autorem testamentu wiedziano tylko tyle, że się dobrze znali i przyjaźnili, nic więcej. Ważną wytyczną testamentu było dokonanie tradycyjnej kremacji ciała. Właściciel kancelarii upewnił się co do prawidłowego rozumienia decyzji zmarłego przez wykonawczynię testamentu.

*****

Pożegnalna uroczystość powiązana ze stypą była imprezą prywatną, za zaproszeniami. Wśród gości znaleźli się, oprócz najbliższej rodziny i przyjaciół, także wytypowani przez Sefardiego oficjele: przedstawiciele parlamentu i rządu, krajowych i międzynarodowych stowarzyszeń wynalazców, związków pisarzy i poetów, fanklubów Sefardiego Baroki, bibliotek jego imienia oraz różnych innych organizacji, których związki ze sztuką zegarmistrzowską, wynalazczością oraz pisarstwem wymagałyby udowodnienia, jeśli to w ogóle miałoby sens. Wszyscy otrzymali zawiadomienia na czas, choć nie było go za dużo i prawie wszyscy przybyli.

– Każdy marzy o tym, aby być tam, gdzie są kamery telewizji, celebryci, dziennikarze i solidny poczęstunek. Ludzie lubią otrzeć się o sławę, choćby i pośmiertną, i zobaczyć swoją facjatę w telewizji nawet wtedy, kiedy nie jest najbardziej urodziwa. Powiedzmy to szczerze, niektórzy ludzie mają oblicza podobne do ryja, choć żadna świnia nie jest z ryja podobna do człowieka. Świat biologiczny jest pokręcony – Skomentował Iwan Iwanowicz, przyjaciel zmarłego, w trakcie ceremonii pogrzebowej, tego dnia wyjątkowo mrocznie nastawiony do rzeczywistości. Zapytany, czemu nie wyrazi tego poglądu publicznie, odparł niechętnie: – Czy podobałoby się panu, gdybym publicznie porównał pańską twarz do ryja? Awanturę z trudem udało się zażegnać.

Miejscem ceremonii była posiadłość nad rzeką Yati, niezbyt szeroką w tym miejscu, lecz o głębokim i wartkim nurcie. Teren podobał się Mistrzowi tak bardzo, że zadłużył się, kupił posiadłość i kazał ją ogrodzić. Zrobił to kilka lat wcześniej w tajemnicy przed rodziną i przyjaciółmi. Teren opadał stopniowo ku rzece, przez co była ona idealnie widoczna ze wszystkich stron. Brzeg po drugiej stronie rzeki był niezabudowany, podobnie jak w Varanasi nad brzegiem Gangesu, świętym mieście nad świętą rzeką wszystkich Hindusów.

Kiedy przybyli goście, nad rzeką stał już stos pogrzebowy, na którym symbolicznie miano dokonać spalenia zwłok tak jak praktykuje się to od wieków w Indiach. Zgodność ceremonii z tradycją hinduską potwierdzały szczegóły: wielkości i kształt stosu pogrzebowego, gatunek drewna, sposób rozniecania ognia oraz rytuały religijne wykonywane przez sprowadzonych aktorów i statystów, autentycznych Hindusów. Ceremoniał potwierdzał historyczną i geograficzną rzeczywistość, którą Sefardi dokładnie przestudiował w trakcie kilku wypraw do Indii. Mistrzami ceremonii byli aktorzy, zawodowi i amatorzy, bez wyjątku wyznawcy hinduizmu, których Mistrz – nie bez trudu – wyszukał na terenie Nomadii. W kraju nie brakowało Hindusów, wyzwaniem było ich znalezienie i przekonanie do udziału w ceremonii. Zaproszonym gościom wręczono „Program Ceremonii Pożegnalnej”, kolorowy folder z opisem kolejnych zdarzeń, wyjaśnieniami terminów w języku arkadyjskim i sanskrycie oraz nazwiskami i miniaturowymi zdjęciami aktorów.

*****

Pierwsza była scena śmierci. Postać zmarłego odtwarzał Hindus tak sugestywnie przypominający Mistrza, że goście zgromadzeni na otwartej przestrzeni szeptali niespokojnie wskazując go palcami. Aktor symulował nagły atak serca, upadając na ziemię w przejmujących drgawkach. Była to scena pełna dramatyzmu. Rodzina ułożyła zmarłego na macie zgodnie z tradycjami rodziny i lokalnej społeczności. Wynajęci sprzątacze i kucharze przygotowywali dom, potrawy oraz obsługiwali gości uczestniczących w uroczystościach.

Ciało zmarłego przetransportowano i powierzono firmie pogrzebowej, gdzie posługacze z najniższej warstwy społecznej Dalików umyli je i ubrali w białą tunikę i białe spodnie. Ze stosu stanowiącego centralny obiekt sceny pogrzebowej, wystawał fragment białej materii. Któryś z zaproszonych gości zrobił głośno uwagę, że ukryto tam ciało Sefardiego Baroki. Natychmiast go uciszono w sposób niepozostawiający wątpliwości, że nikt nie życzy sobie niesmacznych insynuacji.

Do domu pogrzebowego przybywali członkowie rodziny, przyjaciele i znajomi zmarłego, aby złożyć mu wyrazy szacunku i pożegnać się. Każdy z nich złożył kwiat w trumnie stojącej na postumencie kilka metrów przed domem w sposób ułatwiający procesji poruszanie się w koło. Rodzina i zaproszeni goście ubrani byli na biało. Czarny kolor, w odróżnieniu od tradycji nomadyjskich, byłby niestosowny.