Broda. Opowiadanie.

Motto: Je déteste être triste. Nienawidzę być smutnym.

Admireusz Sasnal zapuszczał brodę. Od dawna o tym marzył. Jego ideałem był zarost gęsty, czarny jak smoła, imponujący wielkością. Miał ku temu warunki, gdyż natura obdarzyła go ciemną karnacją i uwłosieniem koloru sadzy.

Na początku nie był zdecydowany, jak ta broda powinna wyglądać. Nie miał doświadczeń. Decyzję o jej wyglądzie wypracowywał więc stopniowo, bez pośpiechu, dając sobie czas na przemyślenia. Musiał to być kształt oryginalny, coś bardzo osobistego, co wyróżniłoby go nawet w tłumie największych brodaczy. Dopuszczał nawet kształt perwersyjny. Był historykiem, badaczem i podróżnikiem, widział niejednego brodatego mężczyznę i niejedną brodę. Nie brakowało mu też wyobraźni, choć ta sprowadzała go czasem na manowce. Domyślał się tego, lecz nic konkretnego z tych domysłów nigdy nie wynikło, oprócz niepewności i niezdecydowania.

– Ważne jest to, aby oglądając siebie brodatego w lustrze odczuwać radość życia a nie pragnienie rozbicia się samochodem o słup wysokiego napięcia – tak to ujął w rozmowie z Erazmem, wieloletnim przyjacielem. Rozmawiał z nim, aby własnymi słowami umocnić się w przekonaniu, że myśli i postępuje słusznie.

Pragnienie Admireusza posiadania brody wyrastało z poczucia bycia niekochanym, porzuconym jak stary kapeć na przyzbie domu w porze jesiennych deszczów. Buntował się przeciwko takiemu stanowi rzeczy. Hodując nienormatywny zarost pragnął, aby go wreszcie zauważono, dostrzeżono w nim dobroć, czy choćby nawet poczucie humoru, cokolwiek wartościowego. I choć trochę pokochano. Życie bez miłości i uwielbienia było nieprzyjemnie odmienne w porównaniu ze stanem wczesnego dzieciństwa. Admireusz nosił w sobie te wspomnienia. Osoby bliskie, szczególnie matka i siostry, prześcigały się nawzajem, aby okazać mu serdeczność, oferując ciepłe ciu, ciu, ciu, pa, pa, pa, gul, gul, ciumkając na przeróżne sposoby, dotykając stópek, całując w brzuszek, pieszcząc i nagradzając go na tysiące sposobów. Otrzymywał to wszystko w zamian za uśmieszek czy nieporadne gaworzenie. Intymnymi wspomnieniami nie dzielił się z nikim, tak bardzo go krępowały.

Dwie nieudane próby już w dorosłym wieku głębokiej przyjaźni z kobietami nie rozwinęły się w miłość. Admireusz wciąż przebywał w jaskini samotności, marząc o kobiecie, która okazałaby mu odrobinę prawdziwego uczucia. Najbardziej odpowiadałaby mu jakaś forma adoracji, przypominająca choćby w odległy sposób miłość okazywaną mu w dzieciństwie przez matkę i najbliższą rodzinę. Kobieta była dlań osobą nieporównywalnie szlachetniejszą niż mężczyzna, choć w chronologii świata była istotą niejako wtórną, stworzoną w drugiej kolejności, z żebra Adama. Dobrze o tym pamiętał. Tę prostą wiarę wpoiły w niego katechetki na lekcjach religii, i tak już zostało, choć zdawał sobie sprawę, że była to tylko legenda, mit zapożyczony z przekazów biblijnych. Adorację ze strony kobiet wyobrażał sobie w różnych formach, podziwu, respektu, a nawet fascynacji. Zastanawiał się, które z tych określeń byłoby najbardziej stosowne, ponieważ nie chciał być narcyzem, człowiekiem przesadnie uwielbiającym siebie samego.

– To byłby egocentryzm – tłumaczył Erazmowi, serdecznemu przyjacielowi z lat studenckich, kiedy zbierało mu się na wspomnienia.

Będąc wykładowcą na uniwersytecie, gdzie uczył historii kultury i języka hiszpańskiego, Admireusz z niepokojem myślał o tym, że adoracja jego osoby przez otoczenie mogła być zwichnięta na rzecz mężczyzn. Było to o tyle możliwe, że na uniwersytecie studiowali głównie mężczyźni, a on był cenionym i lubianym wykładowcą. Swoim niepokojem podzielił się z Erazmem.

– Byłoby to niezdrowe. Boję się, że ludzie mogliby mnie utożsamiać z LGBT, formacją osób o odmiennych preferencjach seksualnych, kochających kolory i walczących o lepszy świat dla siebie.

Chciał jeszcze dodać „i lepszy świat dla potomnych”, ale uznał to za przesadę.

Marzenia Admireusza o brodzie wzmocniło pewne zdarzenie polityczne. Chodziło o Alonso Carpentera, który – w okresie kiedy pomysł brody dopiero raczkował w admireuszowej głowie – wykorzystując słabości demokracji podstępnie wywindował swoją partię na pozycję totalnej dominacji politycznej. Admireusz nazywał go w duchu Satrapą. Przestał używać tej nazwy publicznie, kiedy stało się to niebezpieczne. Gdyby epitet dotarł gdzie nie trzeba, w najlepszym przypadku relegowano by Admireusza z uczelni jako persona non grata, oskarżając o burzenie studentów przeciwko legalnej władzy lub szerzenie anarchii.

Admireusz pragnął brodą odróżnić się od Carpentera, który raził go brutalną nagością swego oblicza, obrzydliwie połyskliwego w świetle reflektorów. Jego policzki, wypełnione botoksem, gładkie, bez puntu zaczepienia dla wzroku szukającego w ludzkim obliczu szlachetności lub co najmniej przyzwoitości, przypominały Admireuszowi nagie dziecięce pośladki. Nie podobali mu się też ludzie z otoczenia Satrapy, wszyscy o podobnie gładkich i obleśnych obliczach jak ich zwierzchnik. Nie było wśród nich ani jednego człowieka z brodą. Ich twarze, posiekane zmarszczkami żądzy władzy, wyglądające jakby wielokrotnie uderzali głowami o lustro, drażniły jego wrażliwość estetyczną.

– Dworzanie Satrapy to jednostki amoralne i zakłamane. Sami pozbawili się wolności, aby mówić i robić tylko to, co nakazuje im ich pan i władca – twierdził Admireusz, dzieląc się swą opinią tylko z Erazmem, którego traktował prawie jak spowiednika.

Kolejny wyjazd na Kubę odświeżył Admireusza. Jeździł tam jak tylko mógł najczęściej, aby doskonalić język i zgłębiać kulturę kraju. Wyjeżdżał zawsze w marcu, kiedy temperatura powietrza w Hawanie wynosiła dwadzieścia siedem, a morza dwadzieścia cztery stopnie. Marzec był też miesiącem najniższych opadów. Dziekan Wydziału Nauk Humanistycznych udzielał mu urlopu tym chętniej, że Admireusz wracał wzbogacony w wiedzę i doświadczenia, podnoszące poziom nauczania.

Na Kubie Admireusz spotkał mężczyzn kultywujących tradycje słynnych Jóvenes Barbudos, Młodych Brodaczy, towarzyszy Fidela Castro. W okresie Rewolucji Kubańskiej paradowali oni bez medali i odznaczeń w mundurach koloru zielonej oliwki. Otaczała ich aura romantyczności, powagi i odmienności. Byli wyjątkowymi rewolucjonistami: walczyli z despotycznym Batistą, nie pili, nie rabowali, zachowywali się przyzwoicie. W czasie pobytu Admireusza na wyspie brodacze cieszyli się statusem mężczyzn nowoczesnych i przystojnych.

Jego myślenie zdominowała logika historii; broda zawsze była symbolem niezależności i siły mężczyzny.

Po powrocie, Admireusz rozmawiał ze studentami o tradycji noszenia brody na Kubie. Wykazali tyle zainteresowania, że zorganizował warsztaty dyskusyjne. Ich tematem było znaczenie męskiej brody na przestrzeni wieków. Pozostawił im inicjatywę rozwinięcia tematu i dalszych dyskusji.

Grupa podzieliła się na zespoły. Każdy z nich miał opracować i przedstawić znaczenie brody w wybranej epoce historycznej i regionie geograficznym. Prezentację zorganizowano na zasadzie teatru. Na początku każdego aktu pojawiał się konferansjer, który dokonywał krótkiego wprowadzenia, po czym następowała właściwa prezentacja zagadnienia

Na pierwszy ogień poszedł Babilon, najstarsza cywilizacja, znana ze źródeł pisanych, reliefów i rzeźb. Prawie wszyscy władcy Persji szczycili się posiadaniem brody. Na scenie pojawił się Hammurabi, najsłynniejszy król I dynastii Babilonu, autor Kodeksu Praw. Jego twarz okalała szeroka broda kształtem przypominająca szpadel, równo przycięta u dołu, spływająca ku piersi pionowymi pasmami włosów niby gęsta kurtyna.

W starożytnym Egipcie broda była przywilejem; nosili ją tylko wysocy rangą funkcjonariusze państwa. Zazwyczaj barwiono ją henną na kolor czerwono-brązowy, czasem przeplatano także złotą nicią. Na scenie ukazał się faraon z imitacją brody wykonaną z drewna i doczepioną do podbródka. Był to znak najwyższej władzy w państwie; oprócz faraonów nikt nie miał prawa jej nosić.

W Indiach broda symbolizowała mądrość i dostojeństwo. Przetrwała ona wieki dzięki sadhu, wędrownym ascetom uznawanym za świętych, ściśle przestrzegającym zasad religii. Brodzie sadhu towarzyszyły gęsto splecione włosy, zwane dżata. Indie reprezentował maharadża Ranjit Sing, twórca państwa Sikhów. Siedział na krześle, ubrany w bogaty luźny strój; z jego ramion zwisał potrójny sznur korali. Brodę miał długą, czarną, o kształcie trójkąta skierowanego ostrzem w dół, ze śladami siwizny po bokach. Uzupełniały ją siwe bokobrody oraz wąsy podkręcone na końcach do góry.

Dla starożytnych Greków broda była świadectwem męskości i siły. Bóstwa z panteonu, na czele z Zeusem, zawsze przedstawiano z bujną brodą. Mężczyzna bez brody symbolizował młodość i niedoświadczenie. Przedstawicielem starogreckich brodaczy okazał się Sokrates, słynny filozof, syn rzeźbiarza i akuszerki, żyjący na przełomie piątego i czwartego wieku starej ery. Szczyt jego głowy pokrywały luźne kosmyki włosów, po bokach przechodziły one w brodę, ufryzowaną w loki, okalające pełną, poważną twarz z masywnym nosem.

Siedzący na widowni Admireusz zapragnął, aby prezenter swoje wystąpienie zakończył słowami „ Wiem, że nic nie wiem”, ale nic takiego nie nastąpiło.

Przedstawicielem średniowiecza był Karol IV Luksemburski. Ubrany był w biały, wzorzysty płaszcz, pokryty motywami dwóch czerwonodziobych zielono upierzonych ptaków. Wyróżniała go złota korona, pokaźny nos, wyraźne czarne oczy oraz ręce złożone jak do modlitwy. Jego broda i wąsy były ciemnego koloru, lecz nie imponowały rozmiarem. Mężczyzna przedstawił się słowami:

– Jam jest z łaski Bożej cesarz rzymski, po wieki August, król Czech i hrabia Luksemburga.

Historia awansów Karola IV była długa i bogata: Margrabia Moraw od 1334, hrabia Luksemburga 1346–1353, król Królestwa Niemieckiego od 1346, król czeski od 1346, Święty Cesarz Rzymski od 1355, elektor Brandenburgii 1373-1378.

Broda była oznaką męstwa i honoru. Dlatego też trzymanie lub pociągnięcie kogoś za brodę traktowano jako poważne przestępstwo, domagające się satysfakcji drogą pojedynku. Większość ówczesnych królów i możnowładców nosiło brodę.

W krajach kultury islamu broda od wieków jest powszechnie noszona. Zgodnie z nakazami tradycji brody nosi także duchowieństwo kościołów prawosławnych i innych kościołów wschodnich. Obowiązek noszenia brody mają też Amiszowie, ortodoksyjni Żydzi, imamowie oraz duchowni islamscy.

Rodzina Admireusza w sposób bardziej lub mniej oczywisty usiłowała obrzydzić mu marzenia o brodzie. Wydawały jej się wymyślone, ponieważ jego umysł – wedle ich oceny – nie znał odpoczynku kreując rzeczywistość. Narzekaniom nie było końca.

W chwilach nasilonej niechęci i presji rodzinnej Admireusz odczuwał niechęć, czasem wręcz obrzydzenie, do siebie samego, słuchając uwag i przytyków w rodzaju „Wyglądasz dużo gorzej niż poprzednio, jakoś tak niedbale”, „Postarzasz się zupełnie niepotrzebnie, mógłbyś przestać siebie i nas krzywdzić”, „Co takiego zrobiliśmy ci, abyś nas karał takim wyglądem?”.

Jego matka, osoba, która z miłości nadała mu niezwykłe imię Admireusza, rozpaczała, nie szczędząc mu okrutnych słów.

– Jak ty wyglądasz, synu!? Jak stary cap lub zaniedbany żebrak spod kościoła Świętego Wawrzyńca!

Admireusz bronił się jak tylko potrafił, sięgając nawet po fałszywy argument, że golenie drażni mu skórę.

– Dermatolog zalecił mi, abym przez dłuższy czas się nie golił. Nic na to nie poradzę.

Warsztat i spotkania teatralne dały efekt; na uczelni powstał silny klub brodaczy. Nazwano go Klubem Młodych Brodaczy, KMB, wzorując się na Kubie, gdzie tradycja kultywowania brody rozwijała się szybciej niż uprzedzenia wobec odmienności.

Po okresie sukcesów, kiedy jeszcze brody członków KMB nie rzucały się nadmiernie w oczy, nastąpił kryzys. Presja ze strony rodzin, władz uczelni, koleżanek i narzeczonych studentów usiłujących podkreślić swoją męskość stała się tak wielka, że stanęli oni przed okrutnym dylematem: pozbyć się brody lub rozwieść z uczelnią, domem rodzinnym i miłością. Musieli ustąpić. Pocieszali się, że ich dorobek nie popadnie całkiem w zapomnienie, dzięki certyfikatom członkowskim, wspólnym zdjęciom, nagraniom video i wspomnieniom. Dla Admireusza było to marne pocieszenie.

Niewzruszonym sojusznikiem Admireusza był jedynie Sabir, krótkowłosy jamnik o jedwabistej, brązowej sieci i oczach przypominających lśniące guziki z masy perłowej. Broda nie tylko mu nie przeszkadzała, ale budziła w nim niezwykły entuzjazm, zachęcając do lizania przy okazji każdego zbliżenia się do niej. Admireusz cieszył się zwierzęcą miłością, nigdy o niej nie wspominając. Raz tylko, na spotkaniu z przyjaciółmi w kawiarni, po wypiciu kilku kieliszków Cava Negra, podzielił się swymi emocjami.

– Wybaczcie mi, moi drodzy, że wzruszam się publicznie. Pies to jedyna istota kochająca człowieka bez względu na okoliczności. Myślę o moim jamniku Sabirze. Broda wręcz go zachwyca. Przy każdej okazji, kiedy znajdzie się w jej pobliżu, czuję się jak nastolatek obrzucany nieoczekiwanymi pocałunkami.  

Wzruszenie nie pozwoliło mu powiedzieć więcej. Admireusz zaczerwienił się i zapatrzył w kieliszek stojący na stoliku. Po chwili doszedł do siebie. To co powiedział, nie było całkiem zrozumiałe dla wszystkich.

– Nie mogę dalej o tym mówić, bo się zapętlę w uczuciach. Jest już zresztą późna godzina. Muszę udać się do domu, aby dać odpocząć atrybutom mojej twarzy, oczom, ustom, nosowi i uszom, bez których broda wyglądałaby jak nagi myśliwy na patelni ludożerców okryty jedynie skąpą natką pietruszki.

Jesienią następnego roku, po powrocie z wakacji, Admireusz poznał nową wykładowczynię na Wydziale Nauk Humanistycznych. Zbliżyły ich wspomnienia z Kuby, gdzie Cella, tak miała na imię, mieszkała kilka lat z rodzicami pracującymi w konsulacie w Hawanie. W oczach Admireusza była kobietą wyjątkowo urodziwą. Zauroczyła go jej obfita czupryna w kolorze płonącej miedzi. Tak ją określił. Koledzy wykładowcy widzieli w Celli raczej niedobory; była dla nich zbyt szczupła, wręcz chuda, i chodziła dziwnie wykręcając stopy na zewnątrz.

– Potrzebujecie chyba szkieł korekcyjnych – skwitował Admireusz, nie przejmując się opiniami kolegów.

Spotykali się coraz częściej. Cella nigdy nie wspomniała jego brody, tak jakby jej nie miał. Po pewnym czasie zaczęło to go męczyć. Pomyślał nawet – było to coś przerażającego – że byłby gotów wyzbyć się brody, jeśli miałaby stać się przeszkodą w ich coraz cieplejszych relacjach.

Długo się wahał, jak wybadać Cellę, co sądzi o jego brodzie. Zastanawiał się nad sformułowaniem samego pytania. Najbardziej naturalne byłoby zapytać w sposób otwarty, jak jej się podoba jego broda. Uznał jednak, że tak sformułowane pytanie – ze względu na łączące ich uczucia – otwierało możliwość odpowiedzi niekompletnej, wymijającej, nie całkiem uczciwej. Dlatego ostatecznie zdecydował się zapytać Cellę wprost, czy broda jej się podoba, czy nie. Wolał bolesną pewność nad dwuznaczność, kiedy druga strona – pragnąc uniknąć powiedzenia czegoś niemiłego – nie zachowuje się całkiem szczerze. 

Po zadaniu pytania patrzył na Cellę z niepewnością. Śledził jej twarz, gotów wyłapać najmniejszy gest, dający się zinterpretować jako życzliwy lub nieżyczliwy dla niego. Cella zamyśliła się dziwnie, jakby w jej głowie mieszały się różne uczucia, oczarowania i niechęci, pewności i wątpliwości. Admireusz czuł prawie fizycznie, jak przygląda mu się, ocenia jego brodę i waży na szali niezliczonych ocen, jak omiata wzrokiem jego twarz, usta, włosy. W końcu, patrząc mu w oczy, wydała wyrok:

– Admireuszu! Nie bądź dzieckiem. Jakie to ma znaczenie, co ja myślę o twej brodzie. Ważne, że tobie ona się podoba, że sprawia ci przyjemność. Żyjemy w świecie wolnych ludzi. Czy ty uzależniłbyś swoją miłość do mnie od mojej fryzury?

Autor: Michael (Michał) Tequila
Gdańsk, 2 lipca 2020

0Shares

Aforyzmy i myśli

„Aforyzm – złota myśl, sentencja, maksyma, gnoma, apoftegmat; zwięzła, lapidarna, przeważnie jednozdaniowa wypowiedź, wyrażająca ogólną prawdę filozoficzną lub moralną, w sposób zaskakujący i błyskotliwy.

Znani aforyści to cesarz Marek Aureliusz (Rozmyślania), książę François de La Rochefoucauld (Maksymy i rozważania moralne), francuski moralista Nicolas Chamfort (Charaktery i anegdoty), belgijski pisarz Octave Pirmez, niemiecki poeta Johann Wolfgang von Goethe, hiszpański eseista José Bergamin oraz serbski poeta Jovan Dučić.”

Boski kształt ciała, orzechowe oczy i koralowe usta aptekarki były tak niezwykłe, że aby je chwalić trzeba było – oprócz zapłaty za lekarstwo – wykupić abonament. Pozdrawianie jej uroczego psa było już bezpłatne.

Bóg najpierw stworzył mężczyznę, przekonał się, że nie jest ideałem i wtedy stworzył kobietę. Bóg najpierw stworzył kobietę, przekonał się, że nie jest ideałem i wtedy stworzył mężczyznę. Historia tworzenia człowieka zależy od tego, kto ją opowiada. Sam akt tworzenia jest teatralny z natury: próba generalna, poprawki, prezentacja ideału.

Bóg nie był w stanie stworzyć doskonałej kobiety, ponieważ nie miał wzorca. Tworząc mężczyznę, wystarczyło mu patrzeć w lustro.

Bóg nie pomaga ludziom bezpośrednio, tylko przez innych ludzi. Modląc się do Boga o pomoc, proś i oczekuj jej od człowieka.

Bóg w brudnych butach nie chodzi. Twoje obuwie jest najprostszym dowodem, czy zostałeś stworzony na obraz i podobieństwo boże.

Byłem człowiekiem niewierzącym. Nie wierzyłem w demokrację. Nawróciłem się i uwierzyłem, że wszyscy są sobie równi. Potem znowu straciłem wiarę i znowu się nawróciłem. Teraz naprawdę wierzę, że wszyscy są równi. Ale inaczej. Czy ja jestem równy panu albo pani? Jestem przecież wyższy.

Chciałbym być lepszy, mądrzejszy, wytrwalszy, coś na wzór i podobieństwo boże, ale ktoś mnie ciągnie w dół. Przyjrzałem się: to moje drugie „Ja”.

Czas, przestrzeń i śmierć to jedyne byty, którymi człowiek nie potrafi jeszcze manipulować.

Czasem myślę, że aby mieć porządek w głowie, muszę najpierw uporządkować moje biurko i szafę z ubraniami.

Dom bez mężczyzny jest jak ogród bez kwiatów, lodówka bez piwa i małżeństwo bez przekleństw.

Dziś na śmietniku, w lesie i w polityce można znaleźć wszystko, czego dusza zapragnie.

Ewolucja fatalnie wyróżniła człowieka, dając mu mózg prowadzący niezmiennie na rozdroża mądrości i głupoty, dobra i podłości.

Jaka jest najkrótsza droga do serca mężczyzny? Nóż w piersi. Miłość bywa bolesna.

Jest we mnie nienawiść. Nienawidzę krótkości życia, odbierania mi wolności i bylejakości.

Jeśli Bóg jest wieczny, a czas płynie, to w jakim jest on teraz wieku?

Jeśli Bóg obdarzył człowieka głupotą, to nie znaczy, że kazał mu ją demonstrować publicznie.

Jeśli kupiłeś cały chleb, zamiast krojonego, i chwytasz ostry nóż do ręki, zastanów się, co to oznacza: brak poczucia bezpieczeństwa czy też perwersyjną potrzebę dominacji?

Każdy nosi garb na plecach, tylko o nim nie wie, bo nie widać go w lustrze.

Kiedy dostrzegła własną doskonałość, nie mogła patrzeć na męża. Przestał być ideałem.

Kiedy żona prosi męża, aby jej kupił pęsetę do rzęs, ma on prawo wpaść w szał. Mężczyzna zna się na pęsetach kosmetycznych jak koń na obcęgach. Czy ktoś prosi konia o kupowanie obcęgów? Czy mąż jest gorszy od konia?

Kobiety nie można zrozumieć, można ją tylko pokochać. To też nie jest łatwe, bo często mówi innym językiem.

Litania do Najwyższego: Boże spraw, aby ukochany kraj przestał płynąć mlekiem, miodem i banknotami pięćsetzłotowymi, a spłynął normalnością.

Lubię literaturę zagraniczną. Czytam tylko dobrych autorów: Jacka Danielsa, Johnnie Walkera, Agwę de Boliwia, Camus, Remy Martin.

Męska decyzja niekiedy bardziej świadczy o męskości niż genitalia.

Miała tak głęboki dekolt, że widać było owłosienie na łydkach (zasłyszane, strasznie dawno)

Między człowiekiem a Bogiem stoi ludzka psychika, która małość jednego przeciwstawia wielkości drugiego. 

Mocna kawa jest moją słabością.

Mówią: Przesoliła, bo jest zakochana. Zakochany mężczyzna raczej zapomni o soli. Bywa też i odwrotnie. Są różni kucharze.

Na zdjęciach jestem przystojniejszy niż w rzeczywistości. Nie znoszę rzeczywistości.

Namiętność nie jest potrawą, która zamrożona dłuższy czas daje się odgrzewać.

Nie lubię ludzi wytykających mi moje wady. Sam o nich wiem. Wolałbym, aby mnie nauczyli, jak się ich pozbyć.

Nie samo kłamstwo jest problemem, ale ludzie, którzy tkwiąc w nim ubarwiają, przeinaczają i wykręcają prawdę.

Okazał się takim sukinsynem, że nawet rodzona matka go nie poznała.

Pamięć starzeje się szybciej niż ciało.

Piękno starości kryje się w oczach, uśmiechu, pogodzie ducha i dobrych uczynkach.

Pisanie, czytanie lub mówienie, które jest przyjemnością, za którą ci w dodatku płacą, jest szczególną formą perwersji. Jest jak kochanie się połączone z podglądaniem siebie przez dziurkę od klucza.

Po powrocie z wakacji, gdzie poznałem wiele osób i psów, nie miałem już wątpliwości, że pies to szlachetniejsza odmiana człowieka.

Podły wobec siebie samego jest ten, kto nie czyni wszystkiego, nie raniąc innych po drodze, aby zapewnić sobie szczęście.

Rano piję trzy mocne kawy i wciąż śpię. Cieszy mnie siła mego charakteru.

Roznamiętniony mężczyzna stygnie szybciej niż gorąca kobieta.

Są trzy rodzaje demokracji: Zachodnia – „Pozostańmy stabilni i bezpieczni”, Władimira Putina – „Uczynię was potężnymi” i Jarosława Kaczyńskiego – „Uszczęśliwię was”.

Sienkiewiczowski Kali zawsze będzie dbać o to, aby słuszność była po jego stronie.

Skoro Bóg jest niepojęty, to nie znamy też prawdy bożej. Ci, którzy się na nią powołują, to ludzie naiwni, szalbierze lub głupcy.

Słaba kobieta z nożem w ręku może być bardziej przekonywująca niż  mocny mężczyzna.

Spiżowe pomniki wystawiane przez satrapów ku własnej chwale po zmianie władzy okazują się atrapami wypchanymi trocinami historii.

Stuprocentowa cnota nie idzie ani do nieba, ani do piekła, tylko do korekty.

Sukces niektórych pisarzy pochodzi nie tyle z ich wyobraźni, ile z ich ekshibicjonizmu i łamania konwencji. Publiczne obnażenie się w utworze literackim nie jest w tym przypadku grzechem, ale cnotą.

Świat jest zbyt złożony, abyśmy nie różnili się poglądami. Problemem jest to, że ludzie decydują się podnieść te różnice do rangi nienawiści.

Tak się zapatrzył w przyszłość, że zapomniał, skąd wyrastają mu nogi i jakie to ma znaczenie praktyczne.

Tłumaczenie własnych problemów życiowych wyrokami losu niekoniecznie jest wyrazem mądrości, szczerości czy prawdy.

U młodych ludzi ślepota objawia się często niewidzeniem niczego poza ekranem smartfonu.

Udowodnił swoją męskość nie zdejmując spodni. Nie każdy to potrafi.

Umierając człowiek przestaje się starzeć. Powinni o tym pamiętać ci, którzy pragną zachować wieczną młodość.

Uwielbiam ludzi, którzy mnie uwielbiają. Wydaje mi się to sprawiedliwe.

W epoce cudów dobrej zmiany łatwiej i taniej możesz wymienić prawdę na kłamstwo, a zachowując wiarę w Boga, łatwiej możesz stać się bezbożnikiem.

W kraju szybkich awansów wszystko jest możliwe. W ciągu jednego dnia doktor praw może stać się łajdakiem, skromny prezes – narodowym oszołomem, ogrodnik – ministrem, szlachetny rewolucjonista – szpiegiem, chirurg – marszałkiem, szefowa staży pożarnej – premierem z kotylionem, ksiądz –pedofilem.

W świecie jest wiele prawd; ich ocena jest często kwestią proporcji. Kiedy ktoś mówi, że panuje łajdactwo lub głupota, nasuwa się pytanie: W jakiej mierze jest to prawdziwe?

Wiedząc, co to jest demencja, inkontynencja, artretyzm i choroba Alzheimera, beznadziejną głupotą jest starzeć się.

Większa głowa nie znaczy, że jest pojemniejsza. W grę wchodzi także wodogłowie.

Większość ludzi nie ma własnych poglądów, więc biorą je od innych. To rozsądne i ekonomiczne: w ten sposób zużywają mniej energii.

Wyobraźnia nie ma granic. Nie można jednak wyobrazić sobie nieskończoności, czasu, Boga. Wyobraźnia ma granice.

Wywiady z niektórymi politykami sprawdzają się tak dobrze jako środki wymiotne, że lekarze i apteki powinni je rekomendować jako alternatywę środków farmaceutycznych.

Z czego jest wykonany prawdziwy mężczyzna? Z metalu: srebro na głowie, złoto w kieszeni i żelazo w spodniach (zasłyszane)

Zachłysnąłem się i rzęziłem, nie mogąc złapać oddechu. Dano mi radę, abym wstrzymał oddech, to wrócę do siebie. Każdy ma własny sposób duszenia się.

Zamiast popatrzeć na siebie w lustrze, popatrzyłem w dowód osobisty. Przeraziłem się, jak bardzo się zestarzałem.

Zapomniał języka w gębie. Szukał, ale go nie znalazł. Może dlatego, że nigdy go nie miał.

Zapuściłem brodę, wyglądałem fatalnie. Żona przestała mnie kochać. Kiedy zgoliłem brodę, znowu stałem się cudnym księciem. Broda mężczyzny to patent na odnowę miłości.

Dodatek:

Dla łajdaka i polityka Bóg jest narzędziem usprawiedliwiania wątpliwych poglądów i czynów.

Jego twarz i wypowiedzi są tak niezwykłe, że trudno rozpoznać, czy jest to polityk z głową barana, czy też baran z twarzą polityka.

Jeśli zapytasz człowieka wygadanego o rzecz kłopotliwą, a on nie umie jej wyjaśnić, to tylko dlatego, że oddał zęby do naostrzenia.

Jeśli Bóg zagląda jeszcze na ziemię, to tylko po to, aby sprawdzić, czy jego najwyższym przedstawicielem jest wciąż Papież Franciszek w Watykanie czy też już Ojciec Rydzyk w Toruniu.

Jeśli prezydent państwa jest miernotą, czy nie należałoby tego podać do publicznej wiadomości? Czy wielkość człowieka nie zasługuje na wyróżnienie, nawet jeśli on sam jest kieszonkowego wymiaru?

Każdy obywatel w czasie wyborów ma jeden głos. Prostak i mędrzec reprezentują identyczną siłę decyzji. Demokracja nie jest ustrojem sprawiedliwości społecznej, a jedynie wyrazicielką powszechnego dążenia do równości i sprawiedliwości.

Kiedy czytam komentarze internautów na tematy polityczne, widzę, że mimo wszystko jestem zdrowy psychicznie. Jak tu się nie cieszyć?

Kierunek rozwoju Kościoła w Polsce: wciąż polski, mniej katolicki, więcej partyjny, z sercem szeroko otwartym ku partii rządzącej.

Oszołomów, cyników, wazeliniarzy i innych miernot nie trzeba importować. Każdy kraj ma ich aż nadto, napędzanych żądzą władzy, wysokich dochodów i chęcią pokazania się w telewizji.

Naród, który ma beznadziejny rząd, zasłużył sobie na kopniaka od losu: jedni obywatele za to, że głosowali „tak”, drudzy, że nie umieli im się przeciwstawić, pozostali – za obojętność.

Niedostatek rozumu przy głosowaniu w wyborach parlamentarnych bywa formą ubóstwa, którą zwycięska partia może zrekompensować swoim wyborcom zasiłkami finansowymi dla poprawy samopoczucia.

Moi rodzice już nie żyją, jestem sierotą. Mam pytanie: Czy Ojciec Rydzyk mógłby mnie usynowić? Chciałbym żyć w dużej i bogobojnej rodzinie.

O niektórych politykach: Z prochu powstałeś, w śmiech się obrócisz!

Obywatele popierający przywódcę politycznego o skłonnościach dyktatorskich są większym zagrożeniem dla społeczeństwa niż on sam. Dla siebie również, tylko nie wiedzą jeszcze o tym.

Od człowieka zależy tylko to, co czyni w danej chwili. Reszta zależy od genów, Boga, losu. Czasem także od dyktatora pociągającego sznurki manipulacji i przemocy.

Poziom zakłamania polityków powinien być regulowany przez prawo. Ale jak to zrobić, skoro to oni je stanowią?

W demokracji jest władza i są obywatele. W dyktaturze jest władza i są poddani. Bywa i tak, że społeczeństwo znajdzie się pośrodku; jeszcze nie poddani, ale już nie wolni obywatele.

Ludzie nigdy nie byli sobie równi. Ma to coraz mniejsze znaczenie, ponieważ coraz wyraźniej liczy się przeciętność i bylejakość.

W demokracji równość jest wyobrażeniem, a nie bochenkiem chleba dającym się dzielić na równe części. Równość obywateli jest równością wobec prawa, a nie stanu majątkowego, wiedzy czy rozsądku.

W szemranych demokracjach rządzącym najlepiej służy kłamstwo, opozycji prawda a kościołowi oportunizm.

Autor: Michael (Michał) Tequila
Gdańsk, rok 2020

0Shares

Znak pokoju. Opowiadanie kryminalne.

W wieku czterdziestu pięciu lat Karol Zendra zwątpił w sens życia. Zastanawiał się, skąd się to wzięło, znaczy się, od kiedy przestał się czuć dobrze we własnej skórze. Odpowiedź nie pojawiła się od razu, jak na zawołanie, nie musiał jednak czekać zbyt długo. Zrozumiał swój niepokój po obejrzeniu filmu o małżeństwie, jak do niego dochodzi, jak się rozwija i jak najczęściej się kończy.

Zdał sobie wówczas sprawę, że początek jego zwątpienia sięgał dnia, kiedy do jego domu, gdzie żył spokojnie z żoną Penelopą, wprowadziła się jej siostra Lucyna. Pamiętał nawet ten dzień; był to sam początek ponurej jesieni, zimnej i deszczowej; w nocy wiał tak porywisty wiatr, że bali się czy dach domu wytrzyma.

Od dnia wprowadzenia się Lucyny Penelopa stała się nie do zniesienia. Nie była łatwa w małżeństwie, teraz przechodziła już samą siebie. Nabrała nowych nawyków. Polegały one głównie na tym, że intensywniej starała się ulepszyć Karola, usprawnić jego działania, nadać jego życiu więcej rozmachu. 

Pierwszym obszarem nieporozumień stał się sposób odżywiania. On i kobiety reprezentowali krańcowo odmienne punkty widzenia. Kiedy Karol zaczął jeść więcej warzyw, ograniczając konsumpcję mięsa, one dosłownie wciskały je w niego, twierdząc, że powinien jeść więcej kurczaków, bo to nie jest mięso. Kiedy mówił im o wegetarianach, dając jako przykład Morarji Desai, który został premierem Indii w wieku osiemdziesięciu jeden lat i przez kilka lat z powodzeniem rządził wielkim krajem, nie wierzyły mu. Podobnie jak premier Desai, Karol preferował warzywa, orzechy, owoce, nabiał. Wyjaśniał i przekonywał, że warzywa są łatwo strawne, zawierają błonnik, są absolutnie niezbędne dla organizmu.

– To dzięki nim Desai zachował tak fantastyczny stan zdrowia i ja tylko idę w jego ślady. Podobnie jak on nie palę też papierosów, nie piję alkoholu i ćwiczę jogę. Przynajmniej staram się.

Przykład premiera Indii jako wzorca dobrego odżywiania tylko pogorszył sytuację Karola. Penelopa, korzystając z pomocy siostry biegłej w korzystaniu z Internetu, wyszperała informacje, która go pogrążyła.

– Czy ty wiesz, znawco zdrowego odżywiania Hindusów, że Desai, kiedy został premierem, od pięćdziesięciu lat nie miał kontaktu seksualnego z kobietą a każdy dzień rozpoczynał od modlitwy i wypicia szklaneczki moczu?

Był to skuteczny cios, ale Karol nie ustępował.

– Kiedy nie jem większej ilości warzyw, czuję się podle. Warzywa to podstawa odżywiania się współczesnego człowieka. Chyba, że jest się kanibalem i kocha się ludzi dla celów konsumpcyjnych. To inna sprawa.

Obracanie drażliwego tematu w żart było jego sposobem rozładowywania napięcia. Na Penelopę to jednak nie działało. Nie dzieliła jego poczucia humoru. Kiedy mówił coś żartobliwego, ona traktowała to jako zasłonę dymną, za którą usiłował ukryć swoją bezradność, niechęć do natychmiastowego działania lub defekt charakteru.

Drugim obszarem nieporozumień i kontrowersji stała się czystość domu, konkretnie zaś podłogi. Szwagierka była pedantką, nie akceptowała najmniejszego okruszka. Karol nie czuł się człowiekiem wiekowym, niezdarnym czy wyjątkowo roztargnionym, zdarzało mu się jednak upuścić jakiś okruch pieczywa na podłogę i nie zauważyć tego. Najczęściej następowało to w trakcie ożywionej dyskusji przy stole albo nocą, kiedy nachodziło go gwałtowne pragnienie zjedzenia choćby jednej kromki chleba, nawet czerstwego, z masłem lub z miodem.

Lucyna, przez siostrę zwana Lusią, regularnie chodziła po domu i sprzątała. Lubiła sprzątać. Najczęściej robiła to, kiedy były same w pokoju, przy okazji delikatnie sugerując siostrze, że Karol jest bałaganiarzem. Właśnie z tego powodu Karol pozostawał w stanie niezadeklarowanej wojny wobec szwagierki, pilnując się, aby nie przekroczyć granicy tolerancji drugiej strony.

Kolejnym spornym tematem okazały się praca w domu, wykonanie czegoś dla wspólnego dobra, naprawa sprzętu czy choćby zawieszenie obrazu na ścianie. Penelopa oczekiwała, że Karol wykona to natychmiast, przynajmniej bez większej zwłoki, on jednak zwlekał, tłumacząc się innymi pilnymi obowiązkami i sprawami. Jego wyjaśnienia były często nieprzekonujące, nawet dla niego samego, dlatego też nie wahał się przyznawać żonie racji i przepraszać ją. Zapewniał przy tym, że pragnie być inny, bardziej sprawny i szybszy, tak jak ona sobie to wyobrażała, on zresztą też, ale nie potrafi wykrzesać w sobie motywacji do takiej zmiany.

*****

Dopuszczając, że nie jest ideałem męża i współlokatora, Karol walczył o zachowanie minimum niezależności i godności.

– Niech to będzie niezależność nawet częściowa, ale niech będzie. Nie mogę czuć się jak człowiek obcy, jak wygnaniec we własnym domu. Mam prawo być człowiekiem niedoskonałym – tłumaczył Zenobiuszowi, serdecznemu przyjacielowi, kiedy spotykali się, aby porozmawiać przy piwie lub kawie o sporcie, pracy i życiu.

Denerwując się, kiedy groziła mu kolejna konfrontacja z żoną, Karol zdecydował się przyjąć najbardziej racjonalną postawę: ustępować w sprawach mniej znaczących, nigdy w sprawach zasadniczych. Mimo zmiany strategii nieprozumienia domowe nie kończyły się; były jak woda lejąca się strumieniem z uszkodzonej rury. Karol zastanawiał się nad tym wielokrotnie. W końcu doszedł do wniosku, że tkwi po uszy w dylemacie relacji męsko-damskich, czyli wiecznej sprzeczności charakterów mężczyzny i kobiety, stanowiącej źródło wszelkich konfliktów. Wynikał on także z różnic temperamentu, przyzwyczajeń, innego widzenia świata, co jest ważne, co mniej ważne, a co zupełnie nieważne.

– Czy okruchy na podłodze są ważne? – zadawał czasem to pytanie w momentach sprzeczki.

Nie potrzebował odpowiedzi. Dla niego nie, dla niej tak. Kiedyś, nie mogąc dojść do porozumienia z Penelopą, Karol krzyknął w zdenerwowaniu w obecności także szwagierki:

– My, mężczyźni, i wy, kobiety, pochodzimy od zupełnie innej małpy.

Jego wypowiedź dolała oliwy do buzującego już ognia. Okazała się fatalna. Dla świętej zgody, Karol musiał przeprosić żonę i szwagierkę dwukrotnie za wyjątkowo niefortunne porównanie człowieka z odległym przodkiem, który w opinii kościoła, Penelopy i Lucyny nie wiadomo kim był w ogóle, jeśli w ogóle istniał. Dla Karola nie ulegało to wątpliwości.

*****

W pewnym okresie życia żona kojarzyła się Karolowi z komendantem obozu koncentracyjnego. Potem zarzucił ten pogląd, uznając go za oderwany od wiary w człowieka i małżeństwo. Nie bez znaczenia była też refleksja, że jeśli ona jest komendantem, to on jest ofiarą. Coś w tym było, skoro przyszło mu to do głowy. Swoją słabość wobec Penelopy Karol tłumaczył ukrytą w sobie wadą genetyczną i wychowaniem. Taki już był; zawsze szukający wytłumaczenia spraw niewytłumaczalnych.

– Na pochyłe drzewo każda koza skacze – przypominał sobie, kiedy o tym rozmyślał.

Kiedy przypominał sobie to porzekadło, serce w nim twardniało. Czuł wtedy potrzebę rozwinięcia w sobie odporności uczuciowej.

W grę wchodziło coś więcej niż genetyka i wychowanie. Dotarło to do niego dopiero po latach, jak bardzo różniło ich pochodzenie społeczne, środowisko rodzinne, w jakim oboje wyrastali, oraz kultura, w bardzo ogólnym sensie. Chodziło o coś więcej niż różnice, chodziło o trudną do zdefiniowania naturalną odmienność. Coś tak głębokiego, jak bycie czarnym lub białym, które się wzajemnie wykluczają. Zastanawiał się nad tym.

Mieli odmienny start. Karol pochodził z przeciętnie zamożnej rodziny, Penelopa była bogata od początku. Wiadome było jeszcze za czasów panieńskich, że jako jedynaczka odziedziczy dom po rodzicach i ich oszczędności oraz inwestycje. Było tego niemało. To był majątek na tamte czasy.

Pobrali się późno. Była to prawdziwa miłość, zafascynowanie drugą osobą. Potem trochę się popsuło. Kiedy brali ślub był inspicjentem teatralnym, z głową zanurzoną w sztuce teatralnej i jej organizacji. Z natury był raczej ustępliwy, skłonny do negocjacji. Penelopa zawsze była bardziej wymagająca od siebie i od niego. On był duszą artystyczną, ona miała bardziej menedżerskie usposobienie. Oboje pracowali. On w teatrze miejskim a potem w kuratorium oświaty, ona nieprzerwanie, powoli awansując, w dyrekcji dużej kopalni węgla jako samodzielny pracownik księgowości. Dzieci i nie mieli. To nie było problemem, a jeśli było, to rozłożonym równo między obydwie strony.

******

Lucyna, siostra Penelopy uważała, że Karol jest niedomiarowy, inaczej mówiąc niepełny, w swoim postępowaniu, podczas gdy Penelopa jest nadmiarowa, ponieważ jest towarzyska, szczera i otwarta. Wszyscy ją lubili. Karol również cenił te cechy żony, niezwykłą łatwość nawiązywania kontaktów. Uważał, że z ich dwojga ona była lepiej uzbrojona od początku małżeństwa. Na ten temat zgromadził liczne przemyślenia.

Życie małżeńskie to walka o prymat: kto decyduje, kto rządzi, kto gra na fortepianie, a kto śpiewa pod takt muzyki, kto nosi spodnie, a kto pyta. Takie myśli nasuwały mu się nie tylko w chwilach przygnębienia. Pocieszał się myślą, że zachowanie Penelopy wobec niego było uzasadnione, ponieważ każdy żonaty mężczyzna potrzebuje przypominania, jak należy postępować w wątpliwych sytuacjach życiowych.

Któregoś dnia przeczytał artykuł o wiktymologii. To mu bardzo pomogło, zaczął lepiej siebie rozumieć. Wkrótce uznał, że powinien okazywać Penelopie więcej zrozumienia i jako wyraz dobrej woli i pojednania zaczął przekazywać jej znak pokoju. Było to rozumne i błogosławione w skutkach postanowienie. „Przekazuję ci znak pokoju” uznał za skuteczną formę łagodzenia napięcia oraz wyrażania pozytywnej postawy. Te słowa miały znaczyć: „Nie jestem twoim wrogiem. Życzę ci jak najlepiej. Tylko okazuj mi trochę więcej zrozumienia”. To było sedno jego przekazu, narracji i zachowań. Od tej pory czuł się dużo lepiej.

Będąc osobą wierzącą, choć nie praktykującą, Karol wyobrażał sobie, że znak pokoju wymyślili i stosowali pierwsi chrześcijanie, a on tylko go zapożyczył i udoskonalił. Przekazywanie znaku pokoju stało się ważną czynnością, stanowiło też formę zastępczą chodzenia do kościoła.  

Po krótkim czasie przekazywanie znaku pokoju weszło mu w krew. Kiedyś śniło mu się nawet, że uczynił to na ruchliwej ulicy zaraz po tym, jak o mało co nie wpadł pod samochód. Dla uspokojenia nerwów wybrał w tłumie przechodniów człowieka, podszedł do niego, zatrzymał gestem ręki, objął ramieniem i powiedział uroczyście:

– Przekazuję ci znak pokoju. Czy zechcesz go przyjąć? Może nawet zechcesz odwzajemnić, co by ukoiło moją rozhuśtaną niepokojem duszę, co się stanie ze mną, kiedy już odejdę w zaświaty. Cholernie mało wiem o tym miejscu.

Używając określenia „Znak pokoju”, Karol zakładał, że każdy rozumie, że jest on symbolem pojednania a nie konkretu obejmującego podłogę, ściany i sufit oraz kilka dodatkowych elementów w rodzaju lampy, łóżka, stołu czy szafki nocnej.

*****

Na początku grudnia, kiedy spóźniona zima szykowała się do nadejścia, w małżeństwie Karola i Penelopy nastąpiło przesilenie. Dzień rozpoczął się słonecznie, narzucając charakter wszystkim innym zdarzeniom. Słońce wstało znad horyzontu i bryznęło plamą jasności na ścianę, stół i podłogę apartamentu Zendrów. Oprawione w złote ramy obrazy popstrzyły się plamami, egzotyczny pejzaż największego obrazu przecięła smuga cienia padającego z ramy okiennej. Dzień zapowiadał się sympatycznie. Pobudzony nieoczekiwaną obfitością słońca Karol zapragnął wyrwać się z domu i biec w słoneczną przestrzeń, nawet krzyczeć.

Tego dnia czuł się szczególnie szczęśliwy. Na nogach był już od godziny szóstej rano. Wczesne wstawanie bardzo mu odpowiadało, ponieważ nauczył się poruszać po ciemku ciszej niż mysz pod kołdrą. Prawie nie wydawał dźwięków. Był sam w kuchni, przygotowywał sobie śniadanie.

O godzinie ósmej z minutami do pokoju weszła Penelopa razem ze swoją siostrą. Miała dla niego wiadomość. Jej komunikaty były zawsze suche i krótkie. Słuchając ich myślał, że powinna pracować na poczcie przy nadawaniu telegramów, gdzie oszczędność słów jest cnotą, a nie w kopalni węgla, gdzie była księgową i miała do czynienia z tysiącami liczb. Liczby – uważał – podobnie jak węgiel mogą być bardzo różnej jakości i nie ma co na nich oszczędzać.

– Kupiłam wczoraj szynkę. Nazywają ją polędwicą łososiową. Jest krucha, lśniąca i delikatna. Zjedz ją na śniadanie. To tylko cztery plastry. My będziemy jeść inną szynkę.

– Wspaniale! – ucieszył się Karol.

Postanowił i chciał być optymistyczny. Słońce i propozycja Penelopy nastroiły go niezwykle pozytywnie. Skończył krojenie pomidora, dodał przygotowaną wcześniej cebulkę i szczypiorek, całość posolił i popieprzył. Miał przed sobą cieszącą oko i podniebienie sałatkę warzywną. Po zakończeniu śniadania, syty i zrelaksowany, zapragnął podzielić się z kobietami swoją radością i poczuciem szczęścia. Zawsze tego pragnął.

– Pozwólcie, że z samego rana przekażę wam znak pokoju – powiedział, po czym podszedł do żony, objął ją ramieniem i pocałował w policzek.

– Pokój z tobą – odpowiedziała żywo Penelopa, umacniając w nim przekonanie o wyjątkowości dnia i krążącym po domu duchu miłości.

– Lucyno, tobie także przekazuję znak pokoju.

Zajęta czymś przy kuchni szwagierka nie zareagowała na jego słowa. Dopiero kilka minut później, przechodząc obok stołu, życzyła Karolowi smacznego.

– Dziękuję bardzo – odpowiedział głośno i wyraźnie, aby go usłyszała. Zależało mu na dobrych relacjach także z siostrą żony.

– Na zdrowie – odrzekła szwagierka nie patrząc na niego. Była zajęta oglądaniem kolorowych zdjęć na smartfonie. To była jej prawdziwa pasja.

Ucieszył się, że nie patrzyła na podłogę, gdzie spadło mu kilka okruchów.

Godzinę później sytuacja zmieniła się diametralnie. Poszło właśnie o okruchy. Zapomniał je sprzątnąć. Wybuchła z tego tytułu awantura. Nie było to tak, że kobiety ją wywołały, ale ją zainicjowały – jego zdaniem złośliwymi uwagami – na temat jego nieuwagi i niezdarności. To przepełniło jego kielich goryczy. Uznał, że mimo najlepszych chęci i starań z jego strony, ustępowania i przekazywania znaków pokoju, będzie nadal trwać stan cichej wojny.

*****

Wyprowadzony z równowagi, Karol przypomniał sobie odległy fragment młodości. Były to właściwie dwie niezależne od siebie historie, dwa ważne epizody, kiedy był jeszcze kawalerem. Zakopał je głęboko w pamięci, ponieważ był to najtrudniejszy i najbardziej wstydliwy okres jego życia. Chodziło o kobietę o bladej twarzy i niezwykłe zlecenie, jakiego mu udzieliła.

*****

Karol dysponował naturalnym darem straszenia ludzi. Na początku nie zdawał sobie sprawy, jak rzadka jest to umiejętność; większości ludzi to się nie udaje, nawet kiedy bardzo się starają. Ujawniło się to zupełnie przypadkiem w okresie wakacji. Grupa studencka, w której uczestniczył, zorganizowała obóz wypoczynkowy w namiotach w lesie nad jeziorem.

Wieczorem pierwszego dnia, kiedy inni członkowie grupy jedli jeszcze kolację, Karol wyszedł popatrzeć na jezioro. Wracając, zauważył studentkę wychodzącą z namiotu. Znał ją stosunkowo słabo, pamiętał tylko, że miała na imię Krystyna. Szła w jego kierunku, prawdopodobnie w tym samym celu, co on, kontemplacji w samotności widoku spokojnego jeziora. Niewiele się zastanawiając, stanął za grubym pniem sosny rosnącej tuż przy ścieżce i czekał. Chciał koleżankę po prostu nastraszyć; niewinny żart, chwila emocji dla obojga. Kiedy dziewczyna dochodziła do sosny, Karol wykonał bez słowa dwa kroki do przodu. Krystyna padła na ziemię jak rażona, straciła przytomność. Karol przeraził się. Nie wiedział co robić, nigdy nie był w takiej sytuacji. Natychmiast wezwał na pomoc kolegów i koleżanki. Ze strachu nie powiedział im, co naprawdę się stało. Zaniesiono ją do namiotu. Wkrótce przyjechało pogotowie. Jeszcze tego samego dnia zmarła, nie odzyskawszy przytomności. Lekarze stwierdzili niewyjaśnione zatrzymanie pracy serca.

– To niezwykle rzadki przypadek – stwierdził dyżurny lekarz. – Ludzie normalnie nie umierają na serce w tym wieku bez wyraźnej przyczyny.

*****

Tego wieczoru Karol zdał sobie sprawę, że to co się stało, to nie był przypadek. Przypomniał sobie więcej takich zdarzeń w swoim życiu, tylko z mniej tragicznymi skutkami. Postanowił to wykorzystać.

Był to dla niego wyjątkowo trudny okres życia, kiedy – jak przysłowiowy tonący człowiek – był gotów czepić się nawet brzytwy, aby nie utonąć. Pracy było jak na lekarstwo. Było mu wyjątkowo ciężko. Także dlatego, że lubił grać w pokera na pieniądze. Sporo wygrywał, częściej jednak tracił. Nie mógł poradzić sobie nałogiem.

Minął rok zanim otrzymał pierwsze zlecenie. Najpierw wyeliminował dwie osoby z własnego grona znajomych, wyjątkowo negatywnie nastawione do niego, jedna w rodzinie, druga w firmie, gdzie w końcu znalazł zatrudnienie. Tak je nastraszył, że unikały go jak ognia a potem wyprowadziły się z miasta. Ich odejście uznał za wielkie osiągnięcie; nabrał pewności siebie i zrobił sobie reklamę, bo ludzie – łącznie z tą dwójką – nawet źle mówiąc o nim przypisywali mu nadzwyczajne zdolności. To go wzmocniło.

Szukał poważnych zleceń. W obecności i w rozmowach z potencjalnymi klientami, ludzmi z towarzystwa, wśród których się obracał, zachowywał się ostrożnie i z rozwagą. Nauczył się mówić oszczędnie, tylko to, co trzeba. W duchu żartował, że chętnie milczy w towarzystwie, ponieważ wystarczają mu rozmowy z psem. Pies był rzeczywiście jego najlepszym przyjacielem. Karol umiał słuchać, ludzie otwierali się przed nim. Robił wszystko, aby wzbudzać zaufanie. Był punktualny, dotrzymywał słowa, był rozsądny w słowach i opiniach. Budował reputację. Tworzył wokół siebie aurę profesjonalizmu, powagi i rzeczowości.

Kiedy już poczuł się pewnie, sugerował dyskretnie, ale tylko tym osobom, które w jego ocenie odczuwały potrzebę pozbycia się kogoś niewygodnego, że może im w tym pomóc, że ma ku temu kwalifikacje i odpowiednie doświadczenie. Był uważny, aby nie przesadzić oferując pomoc.

*****

Pierwszym zleceniodawcą była kobieta. Wyczuł ją. Odprowadzał ją do samochodu zaparkowanego dwie przecznice dalej i miał okazję z nią porozmawiać. Byli sam na sam. Zaoferowała mu duże pieniądze, tak poważną kwotę, że Karol mógłby wycofać się całkowicie z zawodu, kupić sobie mieszkanie i przyzwoicie się urządzić. Marzył o podróży po krajach Afryki Północnej, zwiedzaniu Maroka, Tunezji i Egiptu. Miał marzenia, to go dodatkowo nakręcało.

Ofiarą miał być mężczyzna. Nazywał się Paweł Diak. Zleceniodawczyni nie powiedział mu, czy był to jej mąż, kochanek czy może ktoś inny. Przekazała mu tylko szczegółowe informacje o ofierze.

– Dla mnie to nie ma znaczenia – powtarzał sobie. – Mogę nie wiedzieć, kto to jest. Nie była to cała prawda. Wyszło to na jaw dopiero później.

Mężczyzna wskazany do „usunięcia” – jak to określiła zleceniodawczyni – musiał domyślać się niebezpieczeństwa, ponieważ ukrywał się. I to tak skutecznie, że nie sposób było go wytropić. Karol nie ustawał w wysiłkach, tym bardziej, że to zleceniodawczyni ponosiła koszty poszukiwań. Coraz bardziej go to wciągało, wręcz ekscytowało. Kiedy już ujawnił miejsce ukrywania się ofiary, podjął ostateczne kroki. Mężczyzna zmienił nazwisko i mieszkał w niepozornym, małym domu z ogródkiem na przedmieściach. W domu przebywał zawsze sam. Karol ustalił to ponad wszelką wątpliwość.

Akcję wykonał z rana. Kilka minut po godzinie dziewiątej zapukał i przedstawił się jako nowy listonosz. Był odpowiednio ubrany i wyposażony. Prawdziwego listonosza związał i zamknął w bezpiecznym miejscu, aby móc spokojnie wykonać swoją pracę nie narażając się na niebezpieczeństwo. Nikt nie mógł mu stanąć na drodze. Powtórzył to sobie kilka razy. Był autentycznym listonoszem, w autentycznym uniformie i z prawdziwymi listami i przesyłkami do doręczenia.

Po usłyszeniu „Proszę”, wszedł do środka. Paweł Diak chyba wiedział lub domyślał się, co może się stać, bo był w jakimś sensie przygotowany na taką wizytę. Była w nim rezygnacja. Karol wyjaśnił mu, w jakim celu przybył i z czyjego polecenia. Chciał widzieć jego twarz, potworne przerażenie, jakiego się spodziewał. Zobaczył tylko przygnębienie i smutek. Dlatego postanowił z nim porozmawiać; chciał poznać drugą wersję historii przedstawionej mu przez kobietę.

– Moja żona to bezwzględna i mściwa osoba – zaczął mężczyzna. Opowiedział mu historię swojego związku małżeńskiego i problemów, które spowodowały separację a potem rozpad małżeństwa. Był dla niej niewygodny, dlatego chciała go usunąć. Dzięki temu mogła przejąć jego majątek.

Karol chętnie go słuchał. Diak nie rozciągał swojej relacji. Wręcz przeciwnie, streszczał się, jakby nie zależało mu na życiu.

– W dużej części sam sobie na to zasłużyłem, wiążąc się z tą kobietą – wyznał na zakończenie. Po chwili milczenia, zaskoczył Karola pytaniem.

– Chciałbym wiedzieć, ile moja była żona zaoferowała panu za moje życie. – Na ile mnie wyceniła?

Karol odpowiedział mu szczerze. Nie powiększał kwoty ani nie umniejszał.

– To ja zaoferuję panu równe dwa razy tyle za jej życie i darowanie mojego. Zapłacę od razu w gotówce. Jestem na to przygotowany. Co pan na to? Proszę wziąć pod uwagę, co panu o niej powiedziałem. Może pan to sobie wszystko sprawdzić. Jeśli daruje mi pan życie, musi pan ją usunąć. W przeciwnym wypadku narażałby się pan na śmiertelne niebezpieczeństwo.

Oferta Diaka zaskoczyła Karola. Po krótkiej rozmowie przyjął propozycję. Przemyślał sobie wszystko. Ustalili warunki i umówili się, że mężczyzna natychmiast wyjedzie za granicę i ukryje się.

– Zawiadomię, kiedy będzie pan mógł wrócić bezpiecznie. Będzie już wtedy po wszystkim.

Karol miał swoją kalkulację. Było to mądre posunięcie, propozycja Diaka urządzała go na całe życie dużo bardziej niż mógłby marzyć. Mógł wziąć pieniądze od jednej i drugiej strony.

*****

Karol zgłosił się do zleceniodawczyni po odbiór pozostałych pięćdziesięciu procent kwoty należnej po wykonaniu egzekucji na Pawle Diaku. Na dowód wykonania zadania pokazał jej zdjęcie, jakie zrobiła sobie z mężem, oraz prywatny list do męża od osoby, którą dobrze znała. Uwierzyła mu i ucieszyła się. Wyszła do drugiego pokoju i przyniosła pieniądze, tak jak było uzgodnione, w używanych banknotach studolarowych, wręczyła mu je, po czym objęła go serdecznie.

– Zupełnie jak przyjaciółka lub kochanka – pomyślał Karol, zaskoczony takim zachowaniem. Szybko opanował się. Miał już swoje pieniądze. Wtedy wyjaśnił wszystko.

– Mam wyrok na panią. Domyśla się pani, kto jest zleceniodawcą. Muszę go wykonać natychmiast, nie będę przedłużać agonii.

Naturalna jasność cery kobiety przeszła w trupią bladość. Twarz jej poszarzała, skóra wyglądała jak zwiędła. O nic nie prosiła, zaczęła tylko drżeć jak w febrze. Trwało to nie dłużej niż minutę. Umarła na jego oczach. Wiedział, że nastąpi zawał serca, znał jej stan zdrowia i siłę swego działania. Uznał, że nie jest mordercą. Spodziewał się, był nawet pewny, że umrze, ale nie musiało to nastąpić. To był jej wybór.

Kiedy Karol przypomniał sobie historię z okresu młodości, był już pewien co powinien zrobić. Przeprowadzi taką samą operację na Lucynie. Miał już w głowie ogólny plan. Liczył się z pewnymi utrudnieniami, ale nie w takim stopniu, aby mieć wątpliwości co do jego powodzenia.

*****

Karol miał aż nadto powodów, aby serdecznie nienawidzić Lucyny. To ona nakręcała Penelopę.

– Żona ma swoje słabości, ale żyło nam się całkiem dobrze. O niebo lepiej niż we trójkę. Wszystko zmieniło się po wprowadzaniu się Lucyny – skarżył się koledze w pracy.

– Mamy duży dom, pokoi nie brakuje, będzie mi pomagała – zadecydowała Penelopa przed przyjazdem siostry nie pytając go o zdanie.

Na jego pytanie, jak długo siostra zamierza pozostać, jak zwykle miała gotową odpowiedź.

– Ma własne mieszkanie, wyjedzie kiedy zechce. Nie zostaje u nas na wieczność. Jej obecność nie może ci przeszkadzać. Przecież to moja rodzona siostra.

Nie miał szansy jej wytłumaczyć, że nie chodzi o dom, jedzenie, koszty, ale o jego spokój. Penelopa nie przyjęłaby tego do wiadomości; wierzyła zbyt mocno, że Lucyna czyni tylko dobro.

– Będzie dbać o dom a także o ciebie. Powinieneś jej za to dziękować a nie sarkać.

****

Od przyjazdu Lucyny wszystko, czego by nie zrobił, było złe. Nie mógł już dłużej tego wytrzymać. Czekał okazji. Penelopa wyjechała do sanatorium na trzy tygodnie. Lucyna przejęła na siebie jej rolę. Zachowywała się jak pani domu, szarogęsiła się. Jednego wieczoru Karol miał wrażenie, że była gotowa podjąć także rolę żony w miejsce siostry. Schwyciła go za ramiona, kiedy pośliznął się i upadał, i przyciągnęła do siebie. Był przekonany w tym momencie, że oddałaby mu się, gdyby tylko chciał. Mylił się. Chwilę później odepchnęła go z wyraźnym wstrętem na twarzy, aż wzdrygnął się.

– Harpia – pomyślał z nienawiścią.

Nie znosił jej fizycznie. Była chuda i koścista, choć miała niebrzydką twarz. Właściwe to nawet ładniejszą niż Penelopa. Była samotna od kilku lat. Była dwukrotnie mężatką, nie miała jednak szczęścia. Jej pierwszy mąż zmarł na serce, drugi zginął w wypadku samochodowym.

*****

Moment, na który czekał Karol, nastąpił, kiedy szwagierka zachorowała. Radziła sobie dobrze, nie korzystała z jego pomocy. Było to tylko uparte przeziębienie. Nie chciała iść do szpitala, nikt jej zresztą do tego nie zachęcał.

– Pańska szwagierka jest w dobrym stanie zdrowia i ma silny organizm – zawyrokował lekarz domowy wezwany do chorej.

– Skarży się jednak na serce – odpowiedział Karol. Sam nie za bardzo wierzył w jej problemy sercowe. Kiedyś regularnie biegała dla zdrowia.

– Kto dzisiaj nie skarży się na serce? – zapytał filozoficznie lekarz, składając swoje narzędzia do torby. Znany był z tego, że miał smętne usposobienie i powiedzenia.

*****

Karol nie musiał pomagać szwagierce w czasie choroby. Raz tylko w nocy, kiedy miała wysoką gorączkę, poprosiła go o podanie wody i lekarstwa oraz o przykrycie dodatkowym kocem. Musiała czuć się bardzo źle, bo majaczyła. Powtarzała na przemian: nogi…. ręce…głowa… zimno …. ciepło. Zżymał się, że coś sobie wymyśliła, bo nie wyglądała na chorą. Myślał, że robi to celowo, nie wiedział tylko, po co. Posądzał ją o najgorsze.

*****

Walczył o swoje. Przypominał sobie rozmowy z żoną i wtórującą jej Lucyną i ich postępowanie. Najpierw żona, a potem Lucyna za jej sugestią, bez jego wiedzy zmieniała mu ustawienia mebli w pokoju, wyrzucała z szafy jego ulubione stare ciuchy i kupowała mu nowe. Destabilizowała jego życie. Wiedział, że robiła to w uzgodnieniu z Penelopą, a pod jej nieobecność już na własną rękę. W rozmach telefonicznych Penelopa wyrażała zadowolenie, kiedy siostra coś kupiła, zreperowała czy nawet uszyła coś dla niego.

– Karol nie umie zadbać o siebie. Gdyby nie ty, to chodziłby w brudnym i nieuprasowanym ubraniu. Powinien być ci dozgonnie wdzięczny za to, co robisz.

Karol czuł, że we własnym domu nie ma już nic swojego. Że był trochę bałaganiarzem, to sam wiedział. Wściekał się na Lucynę, kiedy mu to przypominała.

– Po co kulawemu nieprzerwanie przypominać, że ma jedną krótszą nogę? On to doskonale wie.

Nic do niej nie trafiało. Stanowiła bastion nie do pokonania.

*****

Po tygodniu nieobecności Penelopy Karol podjął decyzję. Przygotował sobie odpowiednie narzędzia i przećwiczył ważniejsze elementy swego planu. Przede wszystkim nasmarował zawiasy drzwi sypialni Lucyny, upewniając się, że nie wydają żadnego dźwięku przy otwieraniu i zamykaniu. Po drugie, zanotował sobie i zapamiętał, dokładnie o której godzinie w nocy nad domem przelatuje samolot w kierunku lotniska.

Krytycznej nocy przyszedł pod drzwi sypialni Lucyny i dłuższy czas nasłuchiwał czy śpi. Kiedy był pewny, że tak, otworzył drzwi, podszedł na palcach do jej łóżka i załomotał potężnie uderzając młotkiem w starą patelnię prosto nad jej głową. Nie martwił się, że hałas będzie słyszany na zewnątrz w środku nocy; głuchy dźwięk silników samolotu znacznie redukowały to niebezpieczeństwo. Zanim Lucyna przebudziła z szoku w ciemności, Karol był już za drzwiami jej pokoju. Chwilę później pełna przerażenia wołała o pomoc.  

Kobieta ciężko przeżyła pierwszy szok. Nie miała w ogóle pojęcia, o co chodzi. Po dwóch razach była już chora z przerażenia na samą myśl, że nadchodzi noc, a ona musi iść spać. Myślała, że to jakiś potworny koszmar, zmora, która dusi ludzi nocą. W ogóle tego nie rozumiała.

Karol zrobił dwa dni przerwy. Piątego dnia, kiedy już słyszał nadlatujący samolot, dokonał znowu aktu agresji waląc młotkiem w patelnię. Uciekł z pokoju, zanim Lucyna zareagowała. W ogóle nie obudziła się, w całym domu panowała cisza. Natychmiast wszedł do jej pokoju, zapalił światło i sprawdził. Lucyna była nieprzytomna, traciła oddech, tylko cicho charczała Wkrótce umilkła i przestała poruszać się. Przeraził się, ale nie na tyle, żeby mieć wyrzuty sumienia. Zmierzał przecież do tego. Tak czy inaczej było już za późno. Natychmiast wezwał pogotowie.

Lekarz wyjaśnił sprawę, tak jak Karol się spodziewał. Określił zgon jako nagłą śmierć sercową. Z tego, co mówił, Karol zrozumiał, że chodziło o ostrą niewydolność oddechowo-krążeniową, chorobę niedokrwienną, możliwie, że także o wrodzoną wadę serca.

*****

Dwa dni później, może było to nawet następnego dnia, Karol usłyszał głos sąsiadki. Rozmawiała z mężem tuż za żywopłotem dzielącym obydwie posesje na temat niespodziewanej śmierci Lucyny.

– Ciągle myślę o tej młodszej siostrze Penelopy Zendra. Takie nieszczęście! Najbardziej zaskoczyła mnie nagłość jej śmierci. To nie mógł być przypadek. Ktoś musiał jej w tym pomóc.

Karol był pewien, że nikt, nawet dociekliwy policyjny detektyw by jej nie uwierzył.

Autor: Michael (Michał) Tequila
Gdańsk, 23.05.2020

0Shares

Miniatura z kolibrem. Opowiadanie.

O godzinie czwartej rano, kiedy mężczyzna jest najbardziej twórczy, zamiast zająć się czytaniem Kamasutry, Iwan Iwanowicz pisał opowiadanie. Sam nie wiedział dlaczego, nigdy przedtem tego nie robił. Wyszło tak krótkie, że musiał je przeczytać trzy razy, aby nabrać poczucia, że coś rzeczywiście stworzył.

Dzieło miało klasyczny kształt, początek, rozwinięcie i zakończenie. Od pierwszej do ostatniej litery wypełniała je niebagatelna fabuła, niosąca pocieszenie dla obywateli strapionych pojawieniem się strasznego Gonokoka Królewskiego, o którym wszyscy słyszeli, nikt go jednak nie widział.

Była to historia samotnej kropli alkoholu, której udało się wyrwać na wolność z butelki, gdzie nastąpiło udane połączenie miłosne spirytusu i pszczelego miodu w dodatkiem aromatycznych ziół. Wiedział, jak dobry i mocny jest to nektar, ponieważ jego ojciec przygotował niegdyś litr takiego trunku i starszy brat go upił. Iwan Iwanowicz był wtedy jeszcze dzieckiem i dawał się straszyć wizjami, jakie nieszczęścia go spotkają, jeśli nie spróbuje cudownego ojcowskiego napoju, jak i mamić pochlebstwami, jaka to radość go spotka, jeśli to uczyni.

Zastanawiał się nad tytułem opowiadania.

Myślał o czymś finezyjnie wdzięcznym, odpowiadającym powabowi miniatury. Dwa tytuły przyszły mu do głowy. Pierwszym była „Kropla”. Po chwili zastanowienia, odrzucił go, uznając nie tylko za banalny, dziecinnie prosty, ale i niebezpieczny, bo mogący sugerować coś nieprzyzwoitego, na przykład kroplę zjadliwego wąglika rozpuszczonego w wodzie zdolnego unicestwić wielkie miasto.

Drugie skojarzenie, „Koliber”, wydało mu się o niebo lepsze. Jak tylko zapisał tytuł kształtując jego pierwszą literę na podobieństwo skrzydeł ptaka, usłyszał cichy szum. Ptak ożył i poruszał miniaturowymi skrzydełkami, aby utrzymując się nieruchomo nad kroplą z opowiadania, spijać jej nektar.

Nie trwało to długo. Jak tylko skończył się napój, koliber zwalił się pijany na podłogę i zaczął chrapać. Iwan Iwanowicz nie wierzył własnym oczom. Po metamorfozie z delikatnego ptaszka w obrzydliwie chrapiącego potworka, koliber wydał mu się czymś równie łajdackim jak miłość bez seksu, kradzież ostatniej pary butów bezdomnemu, czy wyssanie z piersi kobiecej ostatniej kropli mleka przeznaczonej dla zgłodniałego oseska. 

Po tych wszystkich dodatkach, z koliberkiem, piciem nektaru, upadkiem i chrapaniem, opowiadanie urosło do całkiem przyzwoitych rozmiarów. Iwan Iwanowicz przeczytał je ponownie i uznał za udane. Było o niebo lepsze niż to pierwsze, miniaturowe. Kiedy uświadomił sobie piękno formy i treści, zrozumiał, że po stworzeniu takiego arcydzieła nie wyjdzie już z uwielbienia dla siebie samego. Postanowił zostać Narcyzem, człowiekiem tak zapatrzonym w siebie, że nie potrafi dostrzec potrzeby radykalnej naprawy psychiki, do czego od dawna zachęcała go rodzina. Myśl o Narcyzie przyniosła mu tyle ulgi, że zasnął. Śniło mu się ze zdziecinniał, co uznał za najlepsze rozwiązanie w czasach, kiedy za dziecko otrzymuje się niezły profit. Myśląc o pieniądzach, Iwan Iwanowicz pozostał w sennym błogostanie aż do późnego rana.

Kiedy obudził się, w jego głowie gościło już wyjaśnienie, skąd wziął się pomysł opowiadania. Chodziło o odrobinę absurdu, minimalnej dawki higieny psychicznej, niezbędnej dla oderwania się od przykrości, jakie spotykają każdego w życiu: słuchania ludzi nie mających nic do powiedzenia, siedzenia w samochodzie uwięzionym w kilometrowym korku, kobiety niegdyś słodszej od marcepana teraz uświadamiającej ci z konsekwencją walca drogowego, jakim jesteś brudasem lub niedorajdą, czy też – na dobrą sprawę –  mężczyzny, niegdyś kształtnego jak Adonis, teraz przypominającego donicę leżącą z butelką piwa przed telewizorem, ukochanego dzieciątka budzącego cię trzydzieści razy nocą bez podania choćby zmyślonej przyczyny, teściowej kopiącej ci grób przypominaniem, że skończysz na cmentarzu dla oślepionych alkoholem samobójców, szefa o kwadratowym pysku wytykającym ci błędy, których nie akceptujesz, a czasem nawet nie rozumiesz, czy też ukochanego pudla, który pogryzł cię boleśnie, kiedy dla żartu usiłowałeś wyrwać mu kość z pyska.

Po przeczytaniu pełnej wersji opowiadania uznał, że trochę przerysował niektóre sytuacje. Dla równowagi pocieszył się myślą, że nadmiar sarkazmu czy krzywonogiego humoru nikogo jeszcze nie zabił. 

0Shares

Głowy w autobusie do Jaipuru. Opowiadanie. Odc. 12: Inżynier uniwersalny.

Po zakończeniu zwiedzania Parku Narodowego Chitwan, późnym popołudniem grupa wyruszyła w drogę powrotną do Katmandu. Podróżowali jak zwykle autobusem. Był to już ósmy z kolei dzień podróży, dostatecznie długo, aby wszyscy poczuli się zmęczeni zanim dotarli do celu. 

Wieczorem spotkali się na kolacji odświeżeni kąpielą lub prysznicem oraz drzemką, w zależności od tego, na co kto miał ochotę. Po posiłku nikomu nie chciało się wychodzić na zewnątrz, siedzieli więc przy stolikach, mając przed sobą kawę, herbatę, sok lub jakiś drink. 

– Przypomina to relaks po wątpliwej sesji obżarstwa – Iwan Iwanowicz żonglował słowami próbując sformułować jakąś myśl. Czuł się syty i rozleniwiony. Siedział między Kindżałem a Rasputinem, mężczyzną o czarnej brodzie, którego ze słynnym pierwowzorem łączyło jedynie imię skojarzone z krzaczastym bogactwem zarostu twarzy.

Rozglądając się, Iwan Iwanowicz zauważył, że wszystko zdawało się być określone trójkowo, okna na ścianach restauracji, kelnerzy dyskutujących między sobą na drugim końcu sali, nawet potrójne drzwi wejściowe do pomieszczenia. Towarzystwo siedzące po drugiej stronie stołu prowadziło ożywioną rozmowę. Siedzący w środku mężczyzna przypominał kształtem gruszkę; tęższy w siedzeniu, zwężał się ku górze na kształt trójkąta z przyciętym płasko szczytem. Widać było, że nie sportuje się nadmiernie, zagubiony w morzu ludzkich potrzeb i problemów. Iwan Iwanowicz bezskutecznie usiłował przypomnieć sobie jego imię; w końcu poprosił Kindżała o podpowiedź.

– Nie siedzieliśmy jeszcze z nim przy jednym stole. To inżynier, chyba specjalności gazowniczej. Jak sobie przypominam, nazywają go Ateistą. Słyszałem, jak mówił o sobie, że jest inżynierem uniwersalnym z górnej półki inżynierskiej. Tak, tak właśnie powiedział. Mówił też, że wierzy w Boga, ale z zasady jest ateistą. To jakiś dziwak. Tylko tyle wiem  – zakończył Kindżał, po czym obrócił się w kierunku Dobroczyńcy siedzącego dalej po prawej stronie, aby poprosić go o podanie cukiernicy.

Iwan Iwanowicz przyglądał się Ateiście. Męczyła go  jego nietypowa sylwetka. Zastanawiał się, czy bardziej przypomina mężczyznę o wyglądzie kobiety czy też kobietę o wyglądzie mężczyzny. Zaintrygowany, zaczął wsłuchiwać się w rozmowę tocząca się po drugiej stronie stołu. Ateista mówił wyraźnym, lekko podniesionym głosem; własne słowa i słuchające go otoczenie wyraźnie go ekscytowały. Iwan Iwanowicz pomyślał, że był to człowiek kochający mówić, aby go podziwiano i uwielbiano. Przyszło mu do głowy, że potrzebuje uznania innych osób, ponieważ nie znajduje go w sobie. Poprzez szmer innych rozmów dobiegły go wyraźnie słowa:

– Ja, proszę państwa, w sprawach zawodowych zawsze mam rację No, powiedzmy, prawie zawsze. Po prostu, umiem odnaleźć się w każdej sytuacji – Ateista przerwał, aby pyknąć z fajki, którą chwilę wcześniej włożył w usta.

W głębi restauracji trzech śniadych mężczyzn, jeden w białym fartuchu i  czepku kucharskim, kelner w liberii oraz mężczyzna w garniturze, prawdopodobnie kierownik sali, nie zwracali uwagi, że ktoś pali na sali. Czekali wyłącznie na oznaki zainteresowania nimi, prośbę o wyjaśnienie lub pomoc, podanie potrawy lub napoju, lub jakikolwiek inny znak, który pozwoliłby im wykazać się inicjatywą. Z boku po prawej stronie grupki stały stoły z podgrzewanymi metalowymi pojemnikami, w których dymiły potrawy.

– Ja, proszę państwa, umiem odnaleźć się w każdej sytuacji – powtórzył inżynier dostatecznie głośno, aby słyszano go także przy innych stolikach. – Kiedy mają problemy z hydrauliką, to przychodzą do mnie. Walą do mnie jak w dym. Jestem dobry, nie chwaląc się. Jak tylko jakiś problem, to oni od razu do mnie.

– Z wszystkim? – podchwycił siedzący obok Fotograf.

– No ….. Może nie we wszystkim, ale w bardzo szerokim zakresie spraw wymagających wiedzy naukowej i doświadczenia – wyjaśnił trójkątny od podstawy Inżynier-Ateista. – Z cała pewnością w takich dziedzinach jak hydraulika, chłodnictwo, dużo elektryczności i spor mechaniki. Jestem, co tu dużo mówić, mistrzem w tych sprawach. Bywa tak, że do mnie dzwonią, pogubili się, nie wiedzą, co robić. Dzwonią i mówią:

– Panie inżynierze, pogubiliśmy się. Niech pan nas ratuje. Bez pana nie damy rady. To będzie klęska! Przyjeżdżam, patrzę, siedzą w kilku po obydwu stronach korytarza w piwnicy budynku, z tymi wszystkimi rurami na ścianach i pod sufitem, głowy zwieszone. Normalnie pogubili się. Widzę to wyraźnie i od razu, z kopyta, jak to mówią, przystępuję do roboty. Mnie nie potrzeba dużo czasu ani wysiłku, aby znaleźć przyczynę problemu i go rozwiązać. Dobry jestem. Nie mówię tego, aby się chwalić, ale po to, abyście po prostu wiedzieli.

– Poza tym jestem … Inżynier pochylił się do przodu dla wyjawienia sekretu, przyciągając ku sobie głowy osób siedzących wokół, aby głośnym szeptem wyjawić tajemnicę:

– Jestem abstynentem. Całkowitym i bezkompromisowym. – Wyprostował się i od razu dodał: – Jestem także agnostykiem. Nie jakimś tam bezbożnikiem, ateistą, jak czasem o mnie mówią, teistą, czy nawet deistą. W Boga nie wierzę, ale ani nie potwierdzam, ani nie zaprzeczam jego istnienia.

– To dosyć wygodne. Nie sądzi pan? – Zaczepnie podjął Fotograf.

Inżynier uniwersalny popatrzył na niego uważnie, spod brwi, i nie tracąc rezonu, wyjaśnił spokojnym głosem.

– To jest bez znaczenia, co pan sądzi. Moja postawa jest naukowa. Zacząłem ją budować  za czasów chłopięcych, a później, już jako inżynier, osoba dojrzała, rozwinąłem i pogłębiłem. Dla mnie wyjaśnienie istnienia czy nieistnienia Boga jest szokująco proste. Po prostu, nie jest możliwe stwierdzić, że Bóg istnieje ani też, że nie istnieje. Tutaj, w Indiach i w Nepalu, mają pod tym względem łatwiejsze życie. Ich bogowie są o niebo łatwiejsi do zdefiniowania. 

Siedzący obok członkowie grupy nie podjęli dyskusji ani nie zachęcali Inżyniera do dalszych wynurzeń. Prawdopodobnie uznał, że sesja dyskusja jest zakończona i on, inżynier uniwersalny, nie ma co wywnętrzać się dalej przed ludźmi, laikami, o prostszej niż jego konstrukcji i zasobach wiedzy i doświadczeń.

Wieczorem Iwan Iwanowicz widział go z okna swojego pokoju, jak stał przed wejściem do hotelu przyglądając się obojętnie scenom ulicznym. Inżynier ożywił się jedynie na widok tubylca wiozącego stos paczek na rykszy-platformie tak wielki, ze wprost niemożliwe było, aby cała ta konstrukcja była w stanie zachować równowagę dłużej niż kilkanaście sekund.

Ateista palił nierozłączną fajeczkę; kółka dymu tworzyły wokół niego aurę zobojętnienia wobec wszelkich spraw nie dotyczących hydrauliki, chłodnictwa, elektryki i mechaniki.

0Shares

Głowy w autobusie do Jaipuru. Opowiadanie. Odc. 2. Stambuł.

Po drodze do New Delhi, pierwszego celu podróży w Indiach, była jeszcze przesiadka w Stambule.

Tłumy ludzi na lotnisku szybko oddzieliły Iwana Iwanowicza od jego grupy. W autobusie przewożącym pasażerów z hali lotniska do samolotu odlatującego do New Delhi poczuł się nieswojo i obco. Określił to na swój użytek jako rozmamłanie w kulturowej tożsamości.

Razem z innymi stał w autobusie mającym zawieźć pasażerów do samolotu i czekał. Autobus nie ruszał, mimo, że był pełny. Obok Iwana Iwanowicza, nieco z boku po lewej stronie, znalazł się wysoki mężczyzna o ciemnej karnacji, sądząc po wyglądzie Azjata. Jego głowa znajdowała się powyżej głowy Iwana Iwanowicza, co odczuł jak niezasłużoną przykrość. Nie mając nic lepszego do roboty, przyglądał się dyskretnie milczącemu współpasażerowi. Miał włosy podcięte pod donicę jak u Sarmaty i kolczyki w uszach, na przegubie prawej dłoni błyszczały cztery srebrne obrączki a z tyłu wygolonej czaszki widoczne były dwie ukośne szramy. Mężczyzna miał na sobie markowe spodnie dresowe. Iwan Iwanowicz uznał je za eleganckie, zadając sobie pytanie, czy mówiąc o dresie można w ogóle myśleć o elegancji. Czarna skórzana kurtka i białe spacerowe Adidasy na nogach dopełniały ubiór obcokrajowca.

Piętro niżej od głowy Iwana Iwanowicza znalazł się zupełnie inny osobnik, niski, drobny, z długą czarną brodą i obfitymi bokobrodami; na głowie miał zmyślnie ukształtowany różowy turban. Z uwagi na ten strój głowy Iwan Iwanowicz uznał go za Hindusa. Najbardziej zastanawiało jego spojrzenie, pusta łagodność jak u Wojaka z Sydney, dawnego przyjaciela Iwana Iwanowicza.

Hindus miał na sobie płaszcz z ciemnoszarego materiału w pasy, w ręku bagaż, kolorową plastikową torbę z adresem sklepu odzieżowego w Toronto. Iwan Iwanowicz domyślił się, że podróżny przybył z Kanady, choć torba mogła znaleźć się w jego ręku także przypadkiem.

Trzecią osobą stojącą w bezpośredniej bliskości Iwana Iwanowicza była kobieta. Wyróżniała ją twarz o niezbyt intensywnej, oliwkowej karnacji, oraz biust, sterczący przed nią jak taran do rozbijania męskiego pożądania a zarazem obiekt miłości osesków spragnionych mleka, ciepła i aksamitu. Iwan Iwanowicz, czując się swobodnie w cichych spekulacjach uznał, że wydatny biust nie określa jakości kobiety, a jedynie podkreśla fakt, że konstrukcyjnie wybiega ona przed inne co najmniej dwie miary kobiecości do przodu. W kwestii anatomii uznał jeszcze, że biustem znacznie bardziej może imponować niż biodrami, którym też nic nie można było ująć. Jej wiek oszacował między trzydzieści a trzydzieści pięć lat. Kobieta robiła sobie zdjęcia selfie telefonem komórkowym, aby zaraz po ich wykonaniu przeglądać je z uwagą, nie zwracając uwagi, że stojący za nią i obok niej dwaj mężczyźni również je oglądali z takim zainteresowaniem, jakby obraz na małym ekranie był ciekawszy niż jego pierwowzór.

Po kilku minutach obserwacji Iwan Iwanowicz zdał sobie sprawę, że fantazjuje, unosząc się jak duch między pasażerami i węsząc niby wampir za ludzkim ciałem, skórą i krwią. Zamierzał przejść nad tym do punktu dziennego, kiedy doszedł go głośny krzyk dziecka. Miało to miejsce gdzieś w głębi autobusu. Wszyscy obrócili głowy w tym kierunku. Krzyk przeszedł wkrótce w płacz, maleństwo płakało nieutulone w nierozpoznawalnym żalu. Słysząc bolesny płacz poczuł się niezręcznie; miał wrażenie, że nagle stał się ubogim krewnym gatunku ludzkiego.

Po starcie samolotu, była już noc, podróżnik patrzył przez okno na wielką przestrzeń w dole otaczającą lotnisko. Nigdy nie widział piękniejszego widoku miasta nocą. Zachwycały go pasma i pasemka oświetlonych ulic, różnej szerokości i kierunku, kwadraty placów i zaciemnione plamy parków. Większość świateł była jakby różowa. Wielopiętrowe budynki tworzyły białe pionowe ramy. W pewnym momencie pojedyncza, przypominająca rozczapierzoną dłoń, błyskawica rozświetliła niebo i chwilę później wszystkie światła zgasły jak no komendę. Iwan Iwanowicz pomyślał, że musiała nastąpić wielka awaria sieci energetycznej. Wkrótce okazało się, że była to wielka chmura, w którą zanurzył się samolot. Światła na ziemi pokryły się mgiełkami. Iwan Iwanowicz poczuł się rozczarowany.

0Shares

Galeria handlowa. Opowiadanie fantastyczne.

Najczęściej zdarza się to rano. Nagle ogarnia mnie smutek i marnieję. Idę na przykład szeroką aleją Galerii Handlowej Św. Nepomucena, patrona Bóg wie czego, i czuję, że coś jest ze mną nie tak. Odnoszę wrażenie, że klatka piersiowa mi się zapada, wdycham mniej powietrza, kurczę się. W oknie wystawowym widzę wyraźnie, że jestem mniejszy. Wchodzę do sklepu z ubraniami, pożyczam miarę krawiecką i mierzę się. Tak, to ewi. Sam fakt, że używam skrótu „ewi” zamiast „ewidentne” tylko potwierdza, że coś się we mnie psuje, zapada i kurczy. Proszę ekspedienta o pomoc, znowu się mierzę, tym razem wzrost. Mam metr sześćdziesiąt pięć, mój regularny wzrost to metr osiemdziesiąt.

Wiem to doskonale, bo kiedyś na lotnisku w Moskwie oficer paszportowy kazał mi stanąć przy ścianie, gdzie była miara. Długo mi się przyglądał, po czym odwrócił oczy w kierunku paszportu, odczytał tam mój wzrost i znowu patrzył na mnie. Stałem w niespokojnym oczekiwaniu, jaki zapadnie wyrok. Miałem szczęście, wzrost okazał się prawidłowy, ani centymetra więcej, ani mniej.

Niepewny wychodzę ze sklepu na korytarz galerii. Widzę, z naprzeciwka idzie w moim kierunku kobieta, niemłoda już, raczej brzydka i niekształtna. W miarę zbliżania się, pięknieje, staje się pełniejsza, promienieje urodą. Przecieram oczy ze zdumienia; fakt pozostaje faktem.

Dostrzegam szczegóły. Piersi wielkości małych zielonych melonów, tych brazylijskich, od rumby i samby; te lubię najbardziej. Usta ma koloru malin, dojrzałych na słońcu, jędrnych, nic tylko zachwycać się, całować lub jeść. Oczy ma jak migdały; czuję zapach kwitnącego drzewka migdałowego, słodki i zniewalający. Słyszę nawet, jakby w pobliżu brzęczała pszczoła zbierająca nektar. No i biodra kobiety, najprawdziwsza gruszka klapsa, dół obfitszy, zwężający się ku górze, kształty, że paluszki lizać. Myślę, że najlepiej to chyba te marki Lajkonik, dobrze wypieczone. Moja rodzina je lubi. W strumieniu przeżyć zapominam nawet czyje paluszki należałoby lizać, jej czy moje, tak jestem oszołomiony.

Patrzę na siebie ponownie, widzę to wyraźnie, rosnę, mam już ponad metr siedemdziesiąt; nawet nie mierzę, aby sprawdzić. Powiększam się na całym ciele, nie będę wyszczególniać. I tak wiesz o co chodzi, przecież też masz ciało i wrażliwość, a jeśli nie, to żałuj. Ważne jest, aby było młode, jędrne, gotowe dawać i brać miłość, namiętnie i bez zastanowienia.

Zjawiskowa piękna Helena już mnie minęła. Żałuję, że to się dokonało, że już nie mam jej w oczach, nie czuję jej zapachu, ale co robić, taki los, prawo przemijania piękna, nic na to nie poradzę.

Idę dalej. Znowu zaczynam się kurczyć, jestem niższy i węższy, ubranie wisi na mnie jak na strachu na wróble, czuję drżenie chudnących łydek. Zapadam się w sobie.

– To bardzo źle – myślę ze smutkiem. Ale nie załamuję się, bo oto, z naprzeciwka zbliża się inna kobieta. Na pierwszy rzut oka widać, że jest niezwykła, istnie niebiańskie kształty, może nawet piękniejsza od poprzedniej. Pieję z zachwytu. Głupio mi, bo słyszę głos koguta. Pocieszam się, nie jest to nadzwyczajne pocieszenie, że przynajmniej nie jest to głos kapłona. Rosnę i mężnieję, widzę: klata-sześciopak, bicepsy jak góry, łeb jak młot parowy. Czuję w sobie parę, dynamit, ogień, chciałbym komuś przywalić, tak mnie to rozpiera.

Mówię sobie:

– Uspokój się, chłopie, bo eksplodujesz z nadmiaru energii.

I tak jest przez cały dzień. W samotności schnę i marnieję ale na widok kobiety, pięknej kobiety, rosnę. To ciekawe ćwiczenie. Kurczenie się i ekspansja, malenie i wzrastanie, brzuch flaczeje, brzuch napina się. To moja codzienna gimnastyka. Dzięki niej utrzymuję się w doskonałej kondycji plus oczywiście zadowolenie. Żyję. I to jak! Każdemu z was tego życzę.

Mówię to ja, Alberto Cinci, obserwator życia, adorator kobiet i miłośnik galerii handlowych.

0Shares

Piramida snów. Powieść fantastyczna. Odc. 7: Teoria spiskowa

Pomieszanie snów z rzeczywistością obudziło w Sefardim czujność. Coś nieokreślonego zaczęło go niepokoić. Kiedy Izabela przyniosła mu kawę do gabinetu, powiedział jej o swoich odczuciach. Pomyślał, że ze swoją kobiecą trzeźwością, zrozumie go i pocieszy w jakiś sposób. Poprosiła go o bliższe wytłumaczenie, jak to się objawia.

– To trudne do określenia poczucie niebezpieczeństwa. Mam wrażenie, jakby wisiało w powietrzu. Nic konkretnego, co rzucałoby się w oczy podobnie jak filiżanka gorącej kawy na stoliku czy rozkrzyczany berbeć na ulicy. Odbieram to jako rodzaj sekretnych sygnałów atakujących świadomość, że zbliża się coś niepokojącego.

Isabela zareagowała w sposób, jaki powinien był przewidzieć. Miał do siebie pretensję o naiwność.

– Pan to ma pomysły, don Sefardi. Najpierw starszy mnie pan zagrożeniem, wyglądającym równie poważnie jak wypadek na autostradzie z udziałem ciężarówki wpadającej czołowo na pana, potem robi pan porównanie z filiżanką gorącej kawy i dzieckiem, które w dodatku nazywa pan berbeciem, co obraża uczucia każdej matki. Może tym zagrożeniem jest ta gorąca kawa? Gdyby filiżanka przewróciła się, to uległ by pan poparzeniu!

Sefardi nazwał ją w duchu głupią babą i pomyślał, że coś ciężkiego upadło jej na głowę. Stracił nagle chęć rozmowy.

Dzisiaj, droga pani Izabelo, nie jest pani w sosie, nie mam wiec potrzeby kontynuować naszej rzeczowej dyskusji. Nie czekając, aż gosposia sama wyjdzie gabinetu, odwrócił się do niej plecami, pozostawiając ją w niemym zaskoczeniu.

Kiedy następnym razem Izabela przyniosła mu kawę, zagadała pojednawczo, że czasem człowiek czuje się nie najlepiej. Sefardi zrozumiał to jako propozycję ugody.

– Chyba ma pani rację. Dziękuję za kawę. Jest doskonała. Robi pani dobrą kawę, mocną, gorącą i aromatyczną. Mówiłem memu przyjacielowi Luce, że nikt nie jest w stanie wycisnąć z maszyny tak dobrej kawy jak pani.

– Dziękuję panu, don Sefardi. Jest pan przyzwoitym człowiekiem. Każdy się czasem wygłupi i chlapnie coś dziwnego. Podobnie jak panu mnie też to się zdarza.

Uśmiechnęli się do siebie. Izabela wyciągnęła z bocznej kieszeni fartucha kolorową szmatkę i zaczęła ścierać biurko z kurzu, który nie zdążył jeszcze pojawić się od poprzedniego sprzątania.

*****

Sygnały o nieokreślonym niebezpieczeństwie nie były wymysłem bujnej wyobraźni Sefardiego. Pierwszy pojawił się w trakcie spotkania towarzyskiego.

Z przyjaciółmi Sefardi spotykał się nie za często, ale dość regularnie, co najmniej kilka razy w roku. Przeważnie zapraszał ich do swojego domu. Miał do tego odpowiednie warunki: gabinet o ścianach w kolorze bordo stymulującym myślenie, pokój gościnny, gdzie w odosobnieniu można było spokojnie porozmawiać, duży słoneczny salon, w którym towarzystwo spotykało się najczęściej, w końcu cienisty ogród osłonięty od ulicy siatką metalową i żywopłotem. Spokojna dzielnica dawała dodatkowe poczucie prywatności i bezpieczeństwa.

Zaproszenie przyjęło dziesięć osób, sami mężczyźni, najbliżsi przyjaciele Sefardiego. Dwaj z nich, Luka Mancini i Ernesto Lampedusa, przyjechali z żonami. Rozmowa toczyła się o wszystkim i o niczym, o zbliżającym się długim weekendzie, pogodzie, rosnących cenach artykułów codziennego użytku, dzieciach i pracy. Zaczęło się od teorii spiskowej.

Ktoś użył tego określenia i podał przykład, ktoś potraktował to jako żart, nazwał teorię głupotą, dodając komentarz. Sefardi wybuchł śmiechem, podobnie jak i dwie inne osoby. Wywołało to reakcję. Wiktor, kierownik działu w urzędzie państwowym, serdeczny przyjaciel Sefardiego od dzieciństwa, zaprotestował.

– Teorie spiskowe to nie jest temat do żartów. Nigdy nie słyszeliście o żadnym spisku? Większość rewolucji była wynikiem spisku. Mogę podać przykłady.

Towarzystwo było po kilku kieliszkach, wywiązała się głośna sprzeczka. Pierwszy przeciwstawił się Wiktorowi Luka.

– Chyba robi to dlatego, że go nie lubi. Spotkali się u mnie po raz pierwszy w życiu i wyraźnie nie przypadli sobie do gustu. To dziwne, bo Luka to bardzo spokojny człowiek. Nigdy nie słyszałem, aby podniósł glos. – Sefardi nie miał czasu na dalsze myślenie; był gospodarzem i czuł się w obowiązku uspokoić towarzystwo.

Awantura została zażegnana, pozostawiając tylko niesmak. Był jednak i pozytywny efekt. Uczestnicy dyskusji zgodzili się, że sprawy władzy i zarządzania państwem należy brać poważnie, nawet jeśli jest w nich coś śmiesznego.

0Shares

W nocy wymyśliłem sobie diabła. Humoreska.

Kilka dni temu, w nocy, nie mogąc zasnąć, poczułem się tak samotny, że wymyśliłem sobie diabła. Chciałem mieć kogoś do towarzystwa, kogoś użytecznego, przydatnego, tylko na własny użytek. Był to, jest właściwie, diabeł współczesny, podporządkowany, o wyglądzie zwykłego mężczyzny, czyli raczej niekształtny, nie żaden Apollo, tylko lekko łysiejący, zgodnie z ewolucyjną zasadą stopniowej utraty uwłosienia, z tradycyjnymi atrybutami, różkami, ogonem, niezbyt wybujałą kosmatością, mało ruchliwy. Nie jest to okaz piękności, rozczulił mnie jednak naturalnością i podobieństwem do człowieka.

Wydało mi się, że ma chęć rozbrykać się, wziąłem go więc na smycz i założyłem mu kaganiec. Aby się usprawiedliwić w moim okrucieństwie, uznałem, że jest to postępowanie normalne, powszechnie przyjęte.

– Ostatecznie ludzie traktują tak swoich pupilów, własne psy, które kochają, dobrze karmią i chodzą z nimi na spacer do lasu, albo na łąkę. – Wytłumaczyłem mu, kiedy popatrzył na mnie niepewnie.

Do łapy dałem mu smartfon, aby mógł połączyć się ze mną w każdej chwili i wyjaśniłem z grubsza, jak to działa. Od razu zagłębił się w konwersację nawet nie wiem z kim, potem oglądał jakieś obrazki i diabelsko chichotał. Była to prawdopodobnie pornografia, czemu się nie dziwiłem, bo ostatecznie jest sam, młody i prawdopodobnie czuje tak zwany zew natury.

Siedzę teraz przed komputerem i piję czarną kawę, którą mi przygotował, z trzema rodzynkami w środku, aby złagodzić gorycz, i myślę, jak go nazwać. Chciałbym, aby było to coś urokliwego, oddającego sens przewrotności, a równocześnie człowieczego, bo tak sobie spekuluję, że jesteśmy chyba, przynajmniej mężczyźni, z diabłem spokrewnieni. Nie wyobrażam sobie bowiem diablicy, istoty żeńskiej, takiej z białymi piersiami rozczulającymi nawet dziecko, i pełniejszymi biodrami, i tak dalej, nie będę wnikać w anatomiczne szczegóły, ale kosmatej, z ogonem i czarnymi różkami. Zastanowię się jeszcze nad tym.

„Cztery portrety:cudze i jeden własny” w księgarni:  https://www.empik.com/cztery-portrety-cudze-i-jeden-wlasny-tequila-michael,p1233810161,ksiazka-p

0Shares

Powieść „Cezarea”. Odc. 7: Bunt Przyziemia

Nic nie zwiastowało nieszczęścia. Do kraju zawitała wiosna, panoszyło się łagodne, słoneczne ciepło i zieleniły drzewa. Meteopaci i reumatycy poczuli się docenieni przez naturę. Można by powiedzieć, że nastały warunki do ogólnego entuzjazmu, gdyby nie pojawiające się komunikaty, że jest zbyt sucho. Mało kto zwracał na nie uwagę.

– A bo to rzadko bywa sucho? – Pytał leśnik Czupurny. Suszę oceniał na poziomie nie więcej niż dziesięciu procent wilgoci w ściółce leśnej.

Mężczyzna słabował na pamięci od czasu ciężkiego zatrucia się muchomorem łudząco przypominającym podgrzybek. Kiedy cierpiąc poszedł się wyrzygać, nie zauważył, że w pobliżu trwa wyrąb lasu, przywaliło go drzewo. To go ostatecznie dobiło.

Susza była lontem zapalnym. W kraju mnożyły się pożary trawy, przenosząc się na zarośla i lasy. Nastąpiła eskalacja wydarzeń. Jedno zdarzenie popychało drugie. Wkrótce ilość pożarów wzrosła do dwustu dziennie. Było dużo podpaleń. We wsiach szeptano, że kiedy ludziom upał pada na głowę to podpalają z przekonania, że pożar przyniesie deszcz i ochłodzenie. Strażacy mieli na głowie niekończące ściganie się z czasem i czerwonym kurem. Zajęte pożarami sztaby kryzysowe nie zauważyły, że w miastach zgromadziły się góry śmieci większe niż w odległym Neapolu; wydając coraz ostrzejszą woń. Wywóz cuchnących śmieci stał się tak uciążliwy, że z pracy odeszła w ciągu jednego dnia jedna czwarta pracowników. Miasta przestały sobie radzić z górami odpadów.

Władze samorządowe rozpaczliwie poszukiwały pomocy. Do rządu słano petycje, posłańców, w końcu delegacje. Urzędnicy milczeli, bo przygotowywali się do wakacji. Nie byli w stanie nikomu pomóc.

Namiestnik i premier nie mieli pojęcia, przez co przechodzi Podziemie, Nikt ich o tym nie powiadomił, aby nie przysparzać im troski. Żyli w niewiedzy, jakby ich w ogóle nie interesowało życie pracowników sektora. To robiło złą krew.

W końcu władze dowiedziały się o problemie i petycjach. Premier wystąpił publicznie aż trzy razy, aby zapewnić poszkodowanych, że rząd ich rozumie i im sprzyja.

– Mówię to szczerze. Wynikły względy obiektywne, trochę wyprztykaliśmy się z pieniędzy, przedawkowaliśmy pewne inwestycje w ubóstwo i biedne dzieci. Nie mogę wam pomoc inaczej jak udzielając słów pociechy. Czynię to z samego serca!

Widać było, że człowiek cierpi. Był blady, miał skrzywioną twarz. Rzeczniczka rządu wyjaśniła, że premier ma okropne bóle żołądka, tak strasznie się przejmuje, a ostatnio to nawet rozbolały go zęby.

– Pan Premier chciałby potrzebującym nieba przychylić i zrobi to z całą pewnością, absolutnie, bez pudła, ale później, nie teraz. Może jesienią? – Mówiąc to patrzyła w dal, jakby oczekując pierwszych symptomów jesieni.

Próby porozumienia się tylko zaostrzyły sytuacje. Nasiliły się wzajemne oskarżenia o brak zainteresowania, złe intencje i nieudolność. Pracownicy oczyszczania czuli się coraz podlej. Zaczęli porównywać się z innymi zawodami i to ich dobiło. Po względem obciążenia pracą i wysokości uposażeń byli na szarym końcu. Z warunkami pracy i higieny było jeszcze gorzej. Po prostu beznadziejnie. Wszystko śmierdziało, nawet własny dom, meble i krzesła, na których siedzieli, nie mówiąc o porannej kawie, śniadaniu, włosach i skórze. Dzieci odwracały się do nich bokiem, małżonkowie odmawiali nawet skromnego przytulenia się. O intensywniejszych pieszczotach czy miłości nie było mowy.

– Co ty sobie wyobrażasz? Że będę kochać się ze śmierdzącym śmietnikiem? Sam sobie spenetruj tę głębię rozkoszy. – Odzywały się zdesperowane żony.

Nawet psy nie chciały wychodzić z nimi na spacer, tylko wyły nocą wołając o pomoc.

*****

Pracownicy Przyziemia zdali sobie ostatecznie sprawę, jak ciężką i śmierdzącą mają pracę, jak liche zarobki i przestarzałą technologię. Także, że mają dodatkowe obowiązki, za które nikt im nie płaci. Nie tylko wywozili śmieci, ale również je segregowali i edukowali obywateli, jak to robić. 

– Więźniom w tym kraju dzieje się lepiej niż nam! – Krzyczeli gryząc do bólu palce, aby choć na moment zapomnieć o ciężkim losie.

Nastąpiło nieuchronne, czyli eksplozja uczuć. Kiedy Podziemie zbuntowało się, w ciągu jednego dnia strajk ogarnął cały kraj. Wkrótce dołączyły inne służby i zawody. Pierwsi byli pracownicy usuwający płynne nieczystości z dołów kloacznych i wywożący je beczkowozami na pola asenizacyjne.

0Shares

Powieść „Cezarea”. Odc. 6: Kronikarz Taranta pomyślnie kończy zebranie

W końcu spotkania, kiedy wydawało się, że nie pozostało już nic interesującego do omówienia, pojawił się temat darów dla ludzi w potrzebie. Pierwszy wspomniał o nich Namiestnik. Wsparli go Premier i Plenipotent. Dyskutowano wielkość darów, w jakiej miałyby być postaci oraz komu je dawać. Postanowiono, że będą to dary pieniężne.

– To najbardziej praktyczne rozwiązanie. Pieniądze nie psują się nawet wtedy, gdy się je zostawi w wilgotnej szufladzie. Wilgoć w szufladzie albo w szafie to nic szczególnego w tropiku. – Zawołał stojący z boku mężczyzna. W szarej marynarce z kwiatem w butonierce wyglądał jak zubożały inteligent. – Jestem tego pewien, sam to przeżyłem. – Dokończył.

Ktoś inny dodał:

– Popieram przedmówcę. Pieniądze to najlepszy dar. Można za nie kupić nie tylko pieluchy, ale i wódkę.

– Po co wódkę? Dlaczego pan żartuje? – Zaoponowała młoda kobieta z wydatnym brzuchem i małą dziewczynką tulącą się do jej boku.

– A jakżeż to? – Odpowiedział poważnie zapytany. – Kiedy ma się chrzciny, dzień urodzin, imienin albo bierzmowania, nie można nie wypić. Nie może pani odrzucić tradycji ani sprzeciwić się historii. To byłoby podłe. Ja jestem za.

Odezwały się liczne głosy poparcia i protestu.

– Mamy także inne propozycje. – Oświadczył Namiestnik, patrząc na Premiera i Plenipotenta, aby zachęcić ich do zabrania głosu. – Pragniemy złożyć obietnice. To nawet cenniejsze niż same dary. – Kontynuował Namiestnik.

– Nie samym chlebem człowiek żyje! – Entuzjastycznie wyrwał się Wirgil. Był wdzięczny Namiestnikowi, że zabrał głos w kłopotliwym momencie.

– No właśnie! – Odkrzyknęli zgodnie trzej mężczyźni. – Nie samym chlebem człowiek żyje!

*****

Słońce wyszło zza chmur i oświetliło plac zebrań. Nie było chłodno, ale atmosfera jakby ocieplała. Ludziom rozjaśniły się twarze. Zrobiło się inaczej, bardziej uroczyście.

Namiestnik wyprostował się, podniósł prawą rękę do góry w charakterystycznym geście pozdrowienia i wypowiedział tylko dwa zdania:

–  Błogosławię was, obywatele Cezarei i okolic. Błogosławieni niech będę ubodzy duchem, albowiem tylko oni dożyją powszechnego dobrobytu.

Taranta nie wierzył własnym uszom. Wyglądało to jak teatr.

– Pierwsza osoba Cezarei zachowuje się jak prorok. Pasuje to do sytuacji jak pięść do nosa. To jakiś gruby żart. – Pomyślał z niesmakiem.

Jeśli był to żart, to był bardzo trafiony. Obywateli zebranych na placu opanował entuzjazm. Głośno wiwatowali, rzucając w górę czapki, Cieszyli się jak dzieci. Kilka osób popadło w konwulsje nieopanowanej radości. Trzęśli się jak nawiedzeni.

– To my! – Krzyczeli, – To my! On mówi o nas, obywatelach Cezarei. Niech żyje Naczelnik Krzepki-Kukuła! Niech żyje Partia Powszechnego Dobrobytu!

Kronikarz wrócił do domu w stanie radosnego podniecenia. Miał za sobą pierwsze publiczne wystąpienie. Cieszył się, że prowadzi Kronikę Cezarei i Okolic. To dzięki niej spotkało go tyle zaszczytów. Najpierw szopka wielkanocno – bożonarodzeniowa. potem pojawienie się Trzech Królów, którzy okazali się ludźmi władzy w przebraniu. Potem spotkanie, które sam zorganizował i prowadził. I jego efekt: propozycje, deklaracje, dary i obietnice. W końcu rzesza ludzi nabożnie słuchających głosicieli dobrej nowiny i ich entuzjazm. W głowie mu szumiało. Nie wszystko rozumiał, ale wszystko go cieszyło.

Wieczorem wypił trzy kieliszki szampana na szczęście. Był to najlepszy dzień w jego życiu. Co do tego był pewien. Miał dziwne poczucie, że to tylko początek czegoś wielkiego.

0Shares

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz 225 (przedostatnia): Babochłop i historia trzech braci

– A Babochłop? Co z nim? Przecież to on rządził i to zupełnie sprawnie, kiedy byłeś w letargu. Co się z nim stało? – Sefardi przechylił się do przodu, jakby chciał lepiej słyszeć.

Barras milczał z oczami wlepionymi w przestrzeń. Przez jego twarz przebiegały cienie, choć pozostawała cały czas w słońcu. Bracia cierpliwie czekali na odpowiedź. Wydawało się, że nic z tego nie będzie, kiedy Barras obejrzał się wokoło, jakby chciał upewnić się, że nikt ich nie słyszy, po czym odezwał się przytłumionym głosem.

– To jedyny człowiek, który został skazany na śmierć, a ja nie skorzystałem z prawa łaski, aby darować mu winę i uratować życie, choć zrobił tak wiele dobrego dla kraju w najtrudniejszym dla wszystkich okresie. Nikogo wcześniej ani później tak nie potraktowałem. Głos gubernatora był bezdźwięczny. – Nie mogłem inaczej. On jedyny mógł zniszczyć naszą reputację, moją i Ekscelencji, mógł zniweczyć nasze zasługi. Zbyt dużo wiedział i zbyt dużo mógł. Był niebezpiecznym konkurentem. Poza tym to popapraniec. Tacy ludzie zawsze byli mi obcy, nawet jeśli nie okazywałem tego publicznie.

Czarna Eminencja popatrzył na brata ze smutkiem i żalem.

– Tego jednego, takiej właśnie postawy, nigdy nie mogłem zrozumieć ani zaakceptować w tobie. To zaprzeczenie boskiej miłości. Teraz boli mnie to tym bardziej, kiedy wiem, że jesteśmy braćmi.

– I to bliźniakami. To niesamowite – Sefardi uznał, że powinien przerwać ciąg tragicznych wynurzeń i oskarżeń. – Najbardziej ciekawi mnie to, jak odkryłeś, że jesteśmy braćmi.

Czarna Eminencja poprawił fałdę na sutannie. Przypomniał sobie początek historii. Było to przypadkowe odkrycie. Przeglądał księgi rejestrowe parafii w miasteczku, gdzie spędził dzieciństwo w domu dziecka. Przyjechał tam, aby pomóc przyjacielowi odtworzyć drzewo genealogiczne i przypadkowo natknął się na zapis dotyczący urodzin trzech chłopców. Urodzili się tego samego roku, miesiąca i dnia. Zaintrygowało go to, bo była to także data jego urodzenia. Uznał, że dwaj pozostali bliźniacy musieli być jego braćmi. Nie miał pojęcia, że w ogóle miał rodzeństwo, nikt mu nigdy o tym nie mówił. Wychowywał się sam, był adoptowanym dzieckiem.

– Tajemnicę odkryłem idąc po nitce do kłębka, nie od razu. Najbardziej zdziwiłem się, kiedy dowiedziałem się, że to wy dwaj jesteście moimi braćmi. Trafiliśmy do różnych rodzin, mieliśmy różne nazwiska. Nurtowało mnie, dlaczego rodzice oddali nas pod opiekę osób trzecich. Okazało się, że to nie rodzice, tylko matka. Ojciec był przeciwny, ale chyba nie za bardzo, skoro tam trafiliśmy.

– Jak dowiedziałeś się tych wszystkich szczegółów z naszego dzieciństwa, o których nam mówisz, mając do dyspozycji tylko oficjalne dokumenty? – Sefardi zadał pytanie, wiedziony nie tylko chęcią poznania własnej historii, ale i instynktem pisarza, badacza ludzkich losów.

– Wytrwale szukałem informacji. Zajęło mi to dużo czasu, na szczęście miałem go dosyć. No i miałem zacięcie do zgłębiania przeszłości. Rozmawiałem z kierowniczką domu dziecka. Staruszka niewiele już pamiętała, ale to wydarzenie akurat zapadło jej w pamięć. Niektóre szczegóły dodatkowo potwierdziła i uzupełniła opiekunka dzieci, niewiele od niej młodsza. Chcielibyście na pewno wiedzieć, dlaczego matka oddała nas w obce ręce. Mogę się tylko domyślać, właściwie to mam prawie pewność. Nasza matka była kobietą samodzielną, wyzwoloną i ambitną. Tak jak inne wyzwolone kobiety, czy wściekłe baby, jak mówił o nich Babochłop, których antyprokreacyjne postawy zwalczaliśmy tak namiętnie. Być może zaszła w niechcianą ciążę albo uznała, że dzieci będą jej ciężarem w życiu i karierze zawodowej. To indywidualistka, która urodziła się kilkadziesiąt lat za wcześnie. Dzisiaj zapewne walczyłaby z państwem i kościołem, a nawet z Bogiem, o niezależność dla wszystkich kobiet. Dobrze, że nie skończyliśmy gorzej.

– Historia naszego dzieciństwa jest zbyt przytłaczająca. Nie jestem już w wieku sprzyjającym grzebaniu się w rodzicielskiej niepoczytalności. Porozmawiajmy o czymś innym. – Zaproponował Barras.

0Shares

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 220: Przebudzenie gubernatora z letargu

Rozdział IV: Epilog.

Po czternastu miesiącach i dziesięciu dniach gubernator Barras Blawatsky obudził się z letargicznej śpiączki.

Ozdrowienie gubernatora media skomentowały jako autentyczne zmartwychwstanie, licząc na to, że wiara w cuda przywróci mu wiarygodność utraconą wskutek niefortunnej choroby. Wielu obywateli kojarzyło ją z zaburzeniami umysłowymi i dziedziczną degeneracją.

Przebudzenie nastąpiło około godziny dziewiątej rano. Słońce stało już wysoko nad lasem otaczającym klinikę rządową. Przez otwarte okno gubernator usłyszał głosy dzieci i matek z wózkami zebranych na festynie inaugurującym nowy, wielki plac zabaw. Chwilę później usłyszał jęki ciężarnych kobiet dochodzące z klinik położniczych, a nawet, jak mu się wydawało, skrzypienie sprężyn w łóżkach towarzyszące duchowemu i cielesnemu zespalaniu organizmów. Wspomagały je okrzyki Och! Ach! Umieram z rozkoszy! Jeszcze raz, jeszcze raz! Wypnij się mocniej! i podobne wezwania towarzyszące aktom prokreacji.

Zdezorientowany różnorodnością głosów gubernator wsłuchał się uważniej. Po chwili doszło do niego coś, co zagłuszyło poprzednie doznania: gwar radości niezliczonej armii maluchów, osesków i niemowląt, przeplatany skrzypieniem wózków dziecięcych, brzękiem butelek z ciepłym mlekiem, dźwiękami grzechotek i zabawek, okrzykami radości, muzyką płynącą z miniaturowych radyjek. Wszystko to mieszało się z dziwnymi głosami, których nie był w stanie rozpoznać. Niezwykły rozgwar wstrząsnął nim i ostatecznie go otrzeźwił. Gubernator poczuł głód i poprosił o solidny posiłek.

Tego dnia tylko jadł, rozmawiał z personelem kliniki i wypoczywał. Następnego dnia z samego rana popędził do łazienki i po upływie pół godziny był już na nogach wykąpany, ogolony i odświeżony. Natychmiast skontaktował się z wicegubernatorem i otrzymał pierwsze wyjaśnienia na swoje pytania. Kilka godzin później spotkał się z Czarną Eminencją i kiedy ten powtórzył mu to samo, słowo w słowo, gubernator nie mógł wyjść z szoku.

Wszystko okazało się kłamstwem! Cała rzeczywistość, którą znał i w którą wierzył.

W ciągu kilku minut uświadomił sobie, co się stało: nastąpiła prawdziwa eksplozja demograficzna! Nie zaskoczył go fakt, że rodziło się coraz więcej dzieci, ale źródła i przyczyny tej eksplozji. Nie były to skutki działań rządu ani kościoła. Zainicjowany przez niego wspólnie z Czarną Eminencją program rozwoju prokreacji okazał się czystą fikcją i w dodatku całkowitą plajtą. Nic w nim nie zadziałało. Nadziewane gotówką karty bankowe okazały się nieskuteczne podobnie jak inne środki zachęty. Gubernatorowi trudno było w to uwierzyć. Korzyści płynące z posiadania bankowej karty debetowej były tak wielkie, że można było tylko oczekiwać, że po przezwyciężeniu strachu, który na początku ma zawsze wielkie oczy, Nomadyjczycy będą z nich nieprzerwanie korzystać. Gubernator spodziewał się nawet, że pewnego dnia ludzie zaczną szturmować urzędy zaopatrzenia prokreacyjnego i prosić o karty lub pisać podania, aby dostarczono je pocztą.

*****

Nową rzeczywistość potwierdziły kolejne odkrycia. Niespodziewanym objawieniem dla gubernatora było to, że kobiety rodziły dzieci, ponieważ im za to płacono. To była ich jedyna motywacja. Stały się diabolicznie chciwe i zdemoralizowane mimo ostrzeżeń Kościoła, coraz poważniejszych, że tak nie można, że Bóg ukarze je za niegodziwe postępowanie. Śmiały się z tych napomnień coraz bardziej szyderczo, bo nikt nie doświadczał żadnej kary, ani boskiej, ani ludzkiej. Otrzymując solidne zasiłki finansowe, nie musiały pracować. Niektóre matki niepracujące stać było na więcej niż kobiety pracujące. Małżeństwa stały się wygodne, nikt nie chciał mieć potomstwa i wychowywać je na własny koszt. Rząd stał się obiektem szantażu.

– No money, no children – mówiły petentki, a wtórowali im mężowie i partnerzy, popisując się znajomością języków obcych zdobytą za nieswoje pieniądze.

Rosnące wypłaty zasiłków na dzieci groziły ruiną budżetu państwa. Rząd ciął wszystkie inne wydatki na potęgę, do gołej skóry, aby nie dopuścić do bankructwa, nieprzerwanie aktualizując prognozy wpływów i wydatków. Przypominało to prewencyjny pożar lasu dla uratowania domu i zabudowań gospodarczych przed nieszczęściem.

*****

Fakty te długi czas ukrywane były przed społeczeństwem. Ujawnił je wysoki pracownik urzędu statystycznego. Rozwścieczony zwolnieniem z pracy ogłosił publicznie, że urząd regularnie fałszuje dane budżetowe. Trzymana w ukryciu bomba pomocy prokreacyjnej wybuchła, ujawniając skomplikowany system zapomóg, dodatków, nagród, dyplomów, medali i innych wyróżnień dla rodzin wielodzietnych oraz dla aktywistów ruchu prokreacyjnego. Nikt niczego nie robił bez zapłaty.

Wszystko zmieniło się, kiedy obywatele uświadomili sobie, że sprawa prokreacji jest prosta jak drut, że jest to zwykły układ popytu i podaży, w którym dziecko jest towarem, państwo reprezentuje popyt, a oni podaż. Nie wszyscy zrozumieli to od razu, a nawet jak zrozumieli, to wahali się, czy ich myślenie jest poprawne logicznie i zasadne moralnie. Proces edukacji nie stał jednak w miejscu. Obywatele lepiej wykształceni, absolwenci a nawet uczniowie szkół, którzy łyknęli choćby drobinę ekonomii, edukowali przyjaciół i znajomych, co znaczy rynek, popyt, podaż i cena. Byli też tacy, co nie chcieli za żadne skarby przyswoić sobie nowego sposobu myślenia. Ted, przyjaciel Sefardiego, nazywał ich odpornymi na wiedzę. Ci, którzy korzystali w pełni z dobrodziejstw popytu państwa na dzieci, nie krępowali się nazywać ich otwarcie głąbami.

0Shares

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 216: Rodzinne wspomnienia Iwana Iwanowicza

Josef Hafner: The Rudolf monument

O Iwanie Iwanowiczu mówiono, że jest pomnikiem przeszłości. Ubierał się staromodnie, jak to czyniono dziesiątki lat wcześniej. Jego strój starzał się razem z nim, zachowując zawsze ten sam dystans czterdziestoletniego opóźnienia w stosunku do aktualnego wieku właściciela.

Na zebraniu przy krawężniku Iwan Iwanowicz miał na sobie spodnie sztuczkowe z mankietami i odpowiednio dobraną marynarkę. Zgodnie z duchem współczesności, która pozwala łączyć solonego śledzia z ciastkiem tortowym i elektryczny rower ze zwykłą drabiną, eksperymentował z modą, twórczo integrując mody pozornie do siebie nie pasujące. Na spodniach i marynarce ze sztucznego materiału miał skórzaną kurtkę. Obowiązkowym elementem jego garderoby były również białe skarpetki.

– Można by powiedzieć, że żyję w rozkroku czasów i stylów, gdyby nie kojarzyło się to niewłaściwie z seksem, o którym można żartować, ale bardzo ostrożnie – niezmiennie wyjaśniał Iwan Iwanowicz.

Eroten als Brandstifter by Louis-Roland Trinquesse

Dzieci nie miał. Pytany o potomstwo odpowiadał niechętnie, że przeszło mu koło nosa, zanim się zorientował, że odchodzi, powymierało, rozbiegło się, zdematerializowało, znikło we mgle tępych spojrzeń, jakie go nawiedziły w dzieciństwie i nie opuściły już do końca życia.

– Oby to życie trwało wiecznie – żartował przy okazji, przypominając faraonów egipskich, po czym – aby odwrócić od siebie uwagę – twierdził, że stracił wiarę w życie wieczne, podobnie jak w rząd.

– Władza zawsze życzy ci wszystkiego najlepszego, ale wyrywa ci poduszkę spod głowy, którą sobie wygodnie wymościłeś po latach doświadczeń ze spaniem na lewym i prawym boku, na brzuchu i na plecach, oraz dwóch pozycjach ekwilibrystycznych szczególnie użytecznych w pociągach osobowych przepełnionych aż po ubikację.

Kiedy to mówił, a zdarzyło się to tylko raz, rozkleił się jak dykta zleżała na deszczu i mrozie. W jego słowach dawała się wyczuć prawdziwa tragedia; kwiaty cmentarne ukazywały się w oczach, raz w jednym, raz w drugim, aż do momentu, kiedy osuszył je chusteczką do nosa. Prześladowała go także teściowa i to także w nim pozostało.

– Nawet, kiedy już odeszła, nadal mnie nawiedzała. – Twierdził starzec z żalem rozlewającym się szeroko po opalonej twarzy.

Opowiadał o tym kiedyś Sefardiemu, z którym przyjaźnił się – jak żartowali sąsiedzi z osiedla Aura – z przerwami, proporcjonalnie do możliwości jego pamięci starzejącej się nieco szybciej niż ciało.

– Moja teściowa była kobietą z krwi i kości, niezwykle pracowitą, właściwie to pracoholiczką. Była to istna mrówka, aktywnie uprawiająca etos pracy. W domu wyrażało się to tym, że biegała za mną z szufeleczką i szczoteczką, zbierając każdy okruszek. Pilnowałem się jak skunks na warcie przed magazynem gęsich jaj, ale niewiele to pomagało. Zawsze, kiedy coś mi upadło na podłogę lub stół, dostrzegała to natychmiast. Nie było takiej drobiny, której by ona nie wypatrzyła. Widziała ją zza węgła lub wyczuwała czuła podświadomie. – Fantazjował Iwan Iwanowicz, ale tylko połowicznie.

– Iwanie Iwanowiczu – pytała mnie – czy zauważyłeś ten okruszek przy zlewie? Dlaczego nie założysz sobie okularów, a przedtem nie weźmiesz talerzyka do ręki? W końcu nie wiedziałem, czy był to głos teściowej, czy może anioła opiekuńczego, który postanowił rehabilitować mnie etycznie, na ile to było możliwe. Teściowa była tak serdeczna, że nawet gasiła za mną światło w łazience. Za nic nie mogłem zapamiętać, żeby gasić to cholerne światło, gdyż byłem zawsze myślałem o czymś innym. W końcu zapytałem ją, czy warto kruszyć kopie o okruszek lub dwa waty elektryczności, ale i tak nie przekonałem do siebie jej kobiecej natury, skoncentrowanej na szczegółach życia, choć wokół było tyle wielkości.

Osiągnąwszy apogeum przesady Iwan Iwanowicz podejmował próbę wybielenia się, twierdząc, że nie myśli tak źle o kobietach, że są szczodre, pracowite, siedemdziesiąt procent z nich zajmuje się finansami rodzinnymi, mają pamięć mocniejszą od mamuta, że gdyby nie ich słodycz i dobroć, to na świecie byłyby tylko zrzeszenia onanistów, co byłoby nie do zniesienia dla każdego rządu, który też lubi porządek i stale ma przed oczami wizję demograficznego rozwoju społeczeństwa.

Iwan Iwanowicz tak bardzo rozbiegał się w dywagacjach o teściowej, życiu i rządzie, że Sefardi musiał mu przerywać, przypominając o pilnych obowiązkach. Iwan Iwanowicz akceptował bez zastrzeżeń jego interwencje; obydwaj mężczyźni byli wyjątkowo zgodni.

Jeśli podoba ci się ten tekst, kup koniecznie https://www.taniaksiazka.pl/niezwykla-decyzja-abuelo-caduco-michael-tequila-p-1199197.html 

0Shares

Życzenia Wielkanocne 2019

Wielkanoc w Goodchildren Social Aid & Pleasure Club, New Orleans.

Wielkanoc w St Roch Tavern  2012 

Po wgłębieniu się w tradycję Świąt Wielkanocnych i wiosenną naturę ludzi, szczególnie kobiet oraz zwierząt, z uwzględnieniem mężczyzn, życzę od serca:

  • Prezydentowi, łaskawcy od ułaskawień – aby i on doznał słodyczy ułaskawienia ze stanu świątecznego przejedzenia;
  • Rządowi – dalszych sukcesów reformatorskich, ale bez przesady, bo – jak mówi przysłowie – co za dużo, to i świnia nie chce;
  • Członkom LGBT – kolorowych kokard i tęczowych pisanek oraz mniej kamieni obrazy ze strony społeczeństwa;
  • Ludziom ubogim, bezdomnym i nauczycielom – aby Ojciec Rydzyk, namiestnik Boga na ziemi, wziął ich w serdeczną opiekę;
  • Kobietom – spełnienia marzeń, aby ich mężowie, partnerzy i kochankowie okazali się wzorcami odpowiedzialności, zaradności i zasobności finansowej;
  • Dzieciom – nowych, lepszych i szybszych smartfonów, aby nie musiały marnotrawić czasu biegając po podwórku za piłką, bo to męczy;
  • Czarnym Łaniom z Wędliniarni oraz innym równie pracowitym i powabnym sprzedawczyniom – egzotycznych marzeń w chwilach wolnych od troski o klienta;
  • Kurom (także domowym) – więcej złotych jaj w koszyczku i więcej czasu na wolnym wybiegu;

  • Kogutom, wszystkim bez wyjątku – tego wszystkiego, o czym marzy każdy prawdziwy kogut.

Nam wszystkim, abyśmy zdrowi byli jak rydze, silni jak tury, bogaci jak Krezus i odporni na władzę równie mocno, jak ona sama jest odporna na rozum, przyzwoitość i prawdę.

Alleluja Bracia i Siostry! Alleluja!

0Shares

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 213: Niezwykła Maria, lustra i seks po japońsku

O Marii ludzie Babochłopa mówili otwarcie i z przekonaniem, że jest wściekła. Agent policji nagrał potajemnie jej wystąpienie. Maria miała ciepły, perfidnie przekonywujący głos.

– Związek kobiety i mężczyzny zawsze prowadzi do nieszczęścia. Są nim dzieci. W małżeństwie, które znałam przez wiele lat, oboje byli kalekami. Mężczyzna miał tak krótkie nogi, że nie sięgały podłogi, kiedy siedział na krześle, a kobieta nienormalnie długie. Miała za to bardzo krótki tors, wyglądała tak, jakby nie wystarczało jej miejsca na pachy. Mówię to z pewną przesadą, ale taki był problem. Ci ludzie pobrali się mimo sprzeciwu rodziców, którzy czuli, że potomstwo jakie spłodzą, przyniesie im nieszczęście. Wynik był inny niż można by się spodziewać, ponieważ dzieci okazały się normalne. Kiedy podrosły, nikt im jednak nie pomagał w opiece nad rodzicami, ani kościół, ani państwo, ani żadne towarzystwo dobroczynne. Nikt! To było dla nich nie do wytrzymania. Pragnęły mieć swoje własne życie, cieszyć się nim, jak wszyscy normalni ludzie. Najpierw znęcały się nad rodzicami fizycznie i moralnie, potem porzuciły je bez pardonu na pastwę losu. Straciłam ich wtedy z pola widzenia. Co się z nimi stało, nie mam pojęcia. Była to potworna nauczka, czym mogą stać się dzieci, kiedy zajdzie potrzeba pomocy rodzicom. Ja sama nigdy o dzieciach nie myślałam i jestem szczęśliwa.

*****

Gubernator starał się nie pozostawać w tyle za Eminencją w promocji postaw reprodukcyjnych. Nie lubił wyrazu „reprodukcja”, kojarzył mu się za bardzo ze zwierzętami, ale posługiwał się nim, aby wyrazić istotę sprawy. Jego doradca, demograf, używał często tego terminu, mówiąc o reprodukcji prostej, rozszerzonej i zawężonej. Oczywiście celem rządu była reprodukcja rozszerzona. Obydwaj mężczyźni, gubernator i Eminencja, rywalizowali ze sobą, kto wykaże się większą inwencją w metodach przekonywania do reprodukcji.

Na lustrach w centrum miasta pojawił się jego specjalny program propagandowy. Przechodzące obok luster kobiety widziały na nich swój obraz. Był on pozytywny i miły dla oka, kiedy kobieta przysparzała krajowi dzieci, ale negatywny i mroczny, kiedy była niechętna prokreacji. Działo się to w ten sposób, że kamery skanowały twarze osób w zasięgu luster, obraz w ułamku sekundy był analizowany przez komputer w celu identyfikacji osoby. Rząd miał już wtedy teczki z dossier większości kobiet, tak że system był w stanie generować na lustrach obrazy kobiet uwzględniając ich stosunek do prokreacji. Najczęściej na lutrze ukazywał się palec boży wytykający kobiecie grzech nieprzestrzegania boskiego polecenia „Idźcie i rozmnażajcie się”. Niektóre kobiety ogarniał taki wstyd, że rzucały kamieniami w lustro. Było to nieskuteczne. Obraz nie znikał ani nie ulegał deformacji; lustra były odporne na tego rodzaju ataki.

Rząd utrzymywał w tajemnicy „Lustrzany program”. Jego powstanie gubernator uważał za krok milowy w walce o prokreację. Nie omieszkał wykorzystywać go także do walki z przeciwnikami politycznymi. Kiedy opozycja stawiała mu zarzuty łamania prawa, tłumaczył, że z uwagi na kryzys demograficzny parlament przyznał mu prawo stosowania środków perswazji przekraczających granice publicznej reklamy i promocji.

*****

Enrique opowiedział dziadkowi historię młodych, aktywnych zawodowo mężczyzn adoptujących japoński styl życia. Jedna trzecia z nich nie utrzymywała seksualnych kontaktów z kobietami. W Afarze organizowali oni sobie kluby i kawiarnie „only for men”. Pragnąc zrozumieć nową rzeczywistość, Sefardi poprosił wnuka o pokazanie mu takiego miejsca.

Kawiarnia nazywała się „Gwiazda przyszłości” i przypominała długą halę fabryczną, odnowioną i udekorowaną obrazami, rzeźbami i kwiatami w doniczkach. Wzdłuż ścian ustawione były dwa rzędy stolików. Siedzieli przy nich mężczyźni w różnym wieku, przeważnie młodzi, przed komputerami, laptopami, tabletami, a nawet smartfonami. Wszyscy mieli słuchawki na uszach i byli zatopieni w obrazach, rozmowach i muzyce. Nieco dalej znajdowały się pokoje przypominające małe gabinety, z wysokimi fotelami i wygodnymi kanapami, zapewniającymi poczucie intymności.

Nie pukając, Enrique otworzył drzwi jednego z gabinetów. Widać było, że czuje się w kawiarni jak u siebie w domu. Zajrzeli do środka. Sefardi dostrzegł starannie ostrzyżoną głowę mężczyzny i fragment stojącego przed nim ekranu komputera. Zaciekawiony zapytał wnuka, co mężczyzna tam robi.

– Jak to, co? – odpowiedział pytaniem Enrique. – To samo, co robi każdy mężczyzna, kiedy odczuwa potrzebę seksu, a jest sam.

Nie wdając się w dalsze wyjaśnienia wprowadził dziadka do gabinetu, popatrzył na ekran komputera, po czym bezceremonialnie przerwał sesję siedzącemu w fotelu mężczyźnie, aby przedstawić go dziadkowi. Był to przyjaciel Enrique. Nazywał się Sato Mitori i był japońskiego pochodzenia, choć nie wyglądał na Japończyka. Mówił bez naleciałości językowych podobnie jak obywatele Nomadii mieszkający tam od wieków. Sefardi zapamiętał tylko jego imię, twarz i niektóre fragmenty wypowiedzi. Do kawiarni Sato przychodził regularnie, wybierał zawsze ten sam pokój, jeśli tylko był wolny i spędzał tam wieczory.

Po zakończeniu spotkania Enrique opowiedział Sefardiemu pozostałą część historii. Sato oglądał pornografię, wchodził w słowny i wizualny kontakt z kobietami, aby prowadzić z nimi erotyczne konwersacje, podniecić się i przeżyć orgazm. Za opłatą, a często nawet bez niej, wirtualna kochanka po drugiej stronie ekranu rozbierała się i wykonywała wszystko to, o co ją prosił, zachowując się, jeśli trzeba, wyuzdanie dla zaspokojenia jego fantazji erotycznych.

– Nie jest to jednostronne, że ona robi to, o co prosi ją Sato. Ona sama też może poprosić go o obnażenie się, podniecanie jej, opowiedzenie frywolnej historyjki, jakiejś fantazji lub zachowanie się w inny sposób, tak jakby byli razem nadzy w jednym pomieszczeniu. Oni po prostu współżyją ze sobą. Znam ją i jego na tyle dobrze, aby wiedzieć, że to udana para. – Enrique zakończył wyjaśnienie w taki sposób, jakby wszyscy tak postępowali i byli z tego tytułu szczęśliwi.

0Shares

Powieść. Laboratorium Szyfrowanych Koni. Cz. 212: Sala Macierzyństwa i aktywistki Stowarzyszenia Wyzwolonych Kobiet

Ostatnim pomieszczeniem świątyni była Sala Macierzyństwa poświęcona triadzie „kobieta-mężczyzna-dziecko”. Na ścianach wisiały obrazy kobiet w stanie błogosławionym, ich rodzin, mężów i opiekunów oraz patronek i patronów, tworząc atmosferę świętości kobiety i dziecka. W jednym z bocznych pomieszczeń umieszczono instalację artystyczną, uroczą ekspozycję wózków dziecięcych i akcesoriów związanych z macierzyństwem włącznie z kolorowymi zabawkami, mówiącymi misiami i kotkami, pachnącymi wyprawkami, lalkami otwierającymi niebieskie oczy oraz zdjęciami niemowląt tak słodkich, że niejednej kobiecie trudno było opuścić pomieszczenie. 

Obraz samej rodziny był rozmyty. Było to celowe.

Czarna Eminencja był świadomy, że coraz więcej kobiet żyło samotnie i pragnęło zajść w ciążę, ale niekoniecznie tworzyć rodzinę. Dla nich celem macierzyństwa było dziecko, niekoniecznie posiadanie męża. Kościół niechętnie uwzględniał to w swoich rachubach. Zwiedzając późnym wieczorem pustą już Świątynię Wiary i Prokreacji Eminencja przypomniał sobie słowa gubernatora:

– Zależy nam na dzieciach, drogi Eminencjo, nie na szczęśliwej rodzinie. Nie ma sensu narzucać sobie i innym ograniczeń.

*****

Przy wyjściu z Sali Macierzyństwa stały dzieci przebrane za aniołki, nadprzyrodzone istoty żyjące w bezpośredniej bliskości Boga i symbolizujące jego najważniejsze przymioty, miłości i dobroci. Niektóre tak słodko przypominały cherubinki, że wzruszone kobiety klękały przed nimi, tuliły je i całowały po buzi i po rączkach.

Za budynkiem świątyni rozciągało się obszerne, rozsłonecznione patio. Słońce w połączeniu z otwartą przestrzenią ożywiało ludzi. Kobiety tańczyły z radości, całowały się, klękały na ziemi lub siadały na ławkach, ustawionych pod drzewkami pomarańczowymi wydzielającymi słodki zapach. Patio wyposażono w kanały irygacyjne obficie nawadniające ziemię; rośliny były wiecznie zielone a kwiaty w pełni rozkwitu. Był to ogród botaniczny zwany Rajskim Ogrodem, z ptakami śpiewającymi w koronach drzew przykrytych rozległą siatką.

– To jest raj! – Zawołała Kristina zalewając się łzami radości.

Paradise by Lucas Kranach

Kobiety opuszczały Świątynię Wiary i Prokreacji wyzwolone w większości ze strachu przed prokreacją. Biuro Czarnej Eminencji prowadziło dokładną statystykę uzdrowień czy też nawróceń, jak je nazywano. Przekonanie do macierzyństwa niekoniecznie było trwałe, gdyż po oddaleniu się od murów świątyni kobiety wracały do rzeczywistości.

Na ulicy czekała je niespodzianka. Stanowiły ją emisariuszki i aktywistki Stowarzyszenia Wyzwolonych Kobiet niezwykle chętne pomóc otrząsnąć się z przeżyć i decyzji podjętych w świątyni. Życzliwie uśmiechnięte podchodziły do wychodzących, aby wlać w nie nastrój otrzeźwienia. Wdawały się w przyjazną rozmowę, pytały o wrażenia i zadawały życzliwe pytania. Przypominając wyglądem i zachowaniem przedstawicielki organizacji religijnych, rozdawały święte obrazki oraz formularze zapisów na rekolekcje, a nawet na kursy świadomego macierzyństwa. Znakomicie pozorowały radość i uniesienie, tak jakby rzeczywiście same przeszły przemianę duchową. Spotkania prowadziły do słów szeptanych do ucha:

– Otrząśnij się, dziewczyno. Księża to mężczyźni. To, czego doznałaś w Świątyni Wiary i Prokreacji, to tylko sztuczka, aby skłonić cię do zajścia w ciążę i pozostawić bez pomocy. Czy zaoferowano ci żłobek, przedszkole albo niańkę, czy choćby zapomogę opieki na dzieckiem? – Pod koniec rozmowy aktywistka dawała skołowanej kobiecie wizytówkę i zaproszenie do klubu Stowarzyszenia Wyzwolonych Kobiet położonego najbliżej miejsca jej pracy lub zamieszkania.

Najbardziej pomysłowa w zniechęcaniu kobiet do macierzyństwa była Maria, atrakcyjna i ładnie ubrana dziewczyna, witająca każdą kobietę ciepłym, niewymuszonym uśmiechem. Nikt nie znał jej nazwiska, wszyscy nazywali ją po prostu Marią. Była urodziwa i przekonywująca, ujmowała swoją wiarą i szczerością. Stowarzyszenie Wyzwolonych Kobiet zatrudniało ją na etacie. Przechodząc razem z tłumem przez wszystkie sale Maria obserwowała kobiety i zapamiętywała te, które wydawały się najsilniej ulegać atmosferze macierzyństwa. Po wyjściu na zewnątrz podchodziła do upatrzonej ofiary, przeprowadzała rozmowę, aby w końcu przedstawić propozycję:

– Przyjdź do nas, aby się odtruć. Rząd i kościół od wieków utrzymują nas w stanie niewolnictwa, stwarzając pozory przyzwoitości, a nawet miłości. Czas z tym skoczyć. Przyjdź, pomożemy ci, jest tylko wyrazisz takie życzenie. Nic na siłę. Sama o wszystkim zdecydujesz.

0Shares

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 209: Kristina odwiedza Świątynię Wiary i Prokreacji

Świątynia Wiary i Prokreacji w zamyśle Czarnej Eminencji miała być genialną machiną konwersji przeciwniczek prokreacji w jej gorące zwolenniczki. Był to jego pomysł. Kiedy myślał o nim, czuł nad sobą ożywczy oddech Stwórcy. W przekonaniu Eminencji świątynia ucieleśniała ideał zawarty w biblijnej myśli „młyny boże mielą wolno, ale dokładnie i na miałko”.

Pragnieniem Eminencji było przywrócenie społeczeństwu, oczywiście również Bogu, wierzących kobiet, które straciły orientację i zeszły z drogi prawdy. Myśląc o tym Eminencja posługiwał się czasem terminem naukowym „indoktrynacja”, ale podwładnym zakazał używać go, ponieważ zalatywał on czymś nieczystym, nawet diabelskim.

Z chwilą rozpoczęcia budowy świątyni, o szczegółach projektu, jego celu i mechanizmach działania, oprócz Eminencji i gubernatora wiedziała tylko nieliczna grupka wtajemniczonych: Babochłop, dwóch ekspertów rządowych prześwietlonych przez gubernatora, poza tym księża oddelegowani do nadzorowania prac świątynnych, oddani sprawie wiary i ojczyzny, gotowi oddać za nią życie. Wytyczne Eminencji, głowy Kościoła Hierarchicznego, były dla nich świętością.

*****

Kobieta, miała na imię Kristina, niepewnie przekroczyła próg Świątyni Wiary i Prokreacji. Wiele o niej słyszała, że jest piękna, ogromna i niezwykle urokliwa. Rozglądając się dookoła, posuwała się powoli razem z innymi kobietami w kierunku wskazywanym przez strzałki. Nie spieszyła się, miała dużo czasu, nie miała zresztą do czego wracać. W skupieniu czytała wszystkie tabliczki, ogłoszenia i wskazówki. Przyszła tu szukając pocieszenia po nieudanej miłości. Marzyła o małżeństwie, domku, ogródku i rodzinie. Kiedy jej marzenia rozpadły się, straciła chęć na wszystko.

Pierwszym pomieszczeniem była Sala Grzechu. Wypełniały ją znaki i symbole grzechu pierworodnego, z którego kościół wywodził także sprzeniewierzanie się boskiemu poleceniu „idźcie i rozmnażajcie się”. Ten grzech upowszechnił się i rozprzestrzenił po całej Nomadii. Wszyscy o nim mówili, stał się wyzwaniem dla narodu.

Symbole grzechu figurowały wszędzie, były wszechobecne. Kristina widziała je na piedestałach pomników, tablicach ogłoszeniowych, na stacji autobusowej, w piekarni, na ścianach i chodnikach, skwerach, placach, w małych parkach, a nawet w książce, którą czytała. Wiele wiedziała o grzechu. Mówiła jej o tym matka, tym głośniej i więcej, im bardziej ojciec popadał w pijaństwo. Grzech był ważny, ponieważ sięgał do zarania historii i służył odróżnieniu dobra od zła. Także zrozumieniu, czym jest dobro, jak jest ważne i dlaczego należy do niego dążyć.

Kobieta oderwała się od myśli i skoncentrowała. Ściany Sali Grzechu ozdobione były wielkimi obrazami i reliefami w złoconych i czarnych ramach, w zależności od treści, jakie zawierały. Obraz grzeszników spadających do piekła miał ramy czarne jak czeluść zapomnienia lub czerwone jak ogień piekielny. Na obrazie „Ucieczka od grzechu” kolory były jaśniejsze, coraz żywsze w miarę przesuwania wzroku ze strony lewej do prawej, w kierunku galerii nadziei.

Kristina nie zauważyła, kiedy zjawił się nad nią paznokieć. Wyglądał jak żywy. Wszystkie kobiety go dostrzegły. Działał na ich wyobraźnię, wyobraźnię osób dbających o ręce, marzących o gabinecie kosmetycznym i porządnym pedicure. Niektóre z nich śniły nawet o zawodzie kosmetyczki. Unoszący się w powietrzu paznokieć rozbudzał wyobraźnię, nawiązywał do ideału dłoni kobieciej, wydawał się pytać, czy powinien być takiego samego wzoru i koloru na każdym palcu, czy też odmienny, motywowany fantazją. Kobietom o żywszej wyobraźni i temperamencie przypominał, że miłosnemu zbliżeniu z mężczyzną pomagają piękne dłonie, podobnie jak przezroczysta koszulka w pikantne wzorki w brzoskwiniowym kolorze. Takie i podobne myśli przenikały umysły kobiet, coraz bardziej marzących o spotkaniu z mężczyzną i macierzyństwie, i o zdjęciach z maleństwem z dumą pokazywanych rodzinie i przyjaciołom. Obecne w świątyni kobiety zaczynały zdawać sobie sprawę, jak bardzo kochają dzieci, ich niezdarne ruchy i drobną buzię, która może nie jest jeszcze wyraziście piękna, ale już anielska.

Wkrótce paznokieć zniknął i pojawił się palec boży, aby stale już towarzyszyć w drodze przez świątynię przesuwając się po ścianie lub w powietrzu. Każdą z kobiet kierował inny palec; był on jak anioł stróż, czuwający nad bezpieczeństwem i wskazujący drogę w gąszczu obrazów, wyobrażeń i przepowiedni. Był to idealny przewodnik, niczego nie narzucający, tylko sugerujący i podpowiadający, w jakim kierunku uczynić następny krok.

Kristina widziała go z bliska, tuż, tuż przed sobą. Była pod jego wrażeniem. Był jak żywy, mogła go prawie dotknąć. Gdyby jej powiedziano, że był to obraz tworzony przez promienie lasera, kolorowy, połyskliwy hologram, pokazujący każdą żyłkę, najdrobniejszą nawet skazę, to by nie uwierzyła. Nie dziwiło jej nic, co działo się w tym świętym miejscu. Podobnie jak inne kobiety szeptała do siebie:

– To palec boży wskazujący prawdę miłości. To palec Stwórcy, jedynego wzoru godnego naśladowania.

Poruszający się palec przekonywał i uwodził Kristinę obrazami i cicho szeptanymi słowami. Pozytywne wrażenia wzmacniała nieziemska muzyka płynąca ze wszystkich stron. Zapowiedź macierzyństwa spływała na Kristinę niewidocznymi nitkami z sufitu, dotykała jej włosów, ciała i ubioru.

Im bardziej kobiety poddawały się uczuciom miłości, tym radośniejsze stawały się obrazy a muzyka bardziej promienna. Były to utwory muzyki liturgicznej, sakralnej i kościelnej, kompozytorów głoszących chwałę bożą, Jana Sebastiana Bacha, Ludwika von Beethovena, Georga Haendla i Amadeusza Mozarta. Najpiękniej brzmiały w uszach Kristiny pasje, msze, oratoria i kantaty Jana Sebastiana Bacha, twórcy natchnionego nie przez aniołów czy świętych, ale samego Pana Boga.

0Shares

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz 204: Wzrost roli jednostki i ruch celebrytek

Rząd przyglądał się z dystansu klubom wyrastającym z nurtu biblijnego chamstwa. Prowadziły one aktywną działalność, organizowały zawody sportowe i imprezy kulturalne, dyskusje i demonstracje. Zmieniały oblicze prostych rozrywek i sportu, zastępując rzutki, warcaby, szachy, cymbergaja i kręgle, uznawane za przeżytki, na bardziej nowoczesne gry i zabawy. Pierwsze zawody sportowe Klubu Chama polegały na opowiadaniu furmańskich kawałów, opluwaniu przeciwników w trakcie dyskusji, przeklinaniu na czas oraz pokazach wulgarności z wykorzystaniem różnych części i funkcji ciała. Były to prymitywne rozrywki. Męska część klubów dostrzegała to, krytykowała i starała się je udoskonalać. Ich celem było nie tyle zapewnienie rozrywki, ale wzmocnienie pozycji mężczyzn w społeczeństwie. W chamstwie widzieli oni przeciwwagę do ruchu wyzwolonych kobiet. Kluby były ostatnią ostoją męskości wobec narastającej dominacji kobiet.

*****

Ciąg fenomenów rozwijał się nieprzerwanie jak zwój wstęgi zrzuconej ze stołu. Nigdzie indziej ani nigdy wcześniej nie słyszano w Nomadii o tak szybkim rozwoju zdarzeń. Wydawało się, że mieszkańcy kraju dokonują nieprzerwanie przewartościowań. Jesienią zaobserwowano spadające znaczenie społeczeństwa i rosnące znaczenie jednostki; zapowiadało to nowy ład społeczny. Jeden z dziennikarzy opisał to poetyckim zdaniem, zrozumiałym dla zwolenników starego i nowego porządku.

– Społeczeństwo schodzi z pomnika w cień i kurczy się, indywidualizm wstępuje na oświetlony słońcem piedestał i rośnie w oczach.

Zjawisko wiązano z nowoczesnością, dającą szansę wszystkim obywatelom bez wyjątku piąć się w górę i osiągać szczyty. Ten rodzaj postępu nie był obcy aspiracjom rządzącej Partii Konserwatywnej. Partie opozycyjne odgrażały się, że przyspieszą jeszcze awans jednostki, kiedy tylko dojdą do władzy. Kościół milczał na ten temat, zasłaniając się Biblią i Trójcą Świętą, uniwersalnymi źródłami motywacji ludzkiej. Kiedy na Dalekim Wschodzie wciąż dominowało przekonanie o ważności społeczeństwa, w Nomadii wiodącą rolę odgrywała już jednostka.

Kolejnym fenomenem okazał się Ruch Celebrytek. Jego inicjatorką była Maria, czołowa aktywistka ruchu kobiet wyzwolonych, zasłużona w przekształcaniu kobiet zależnych na niezależne, wolne od popędów prokreacji. Uczestniczkami Ruchu Celebrytek były kobiety o najwyższych aspiracjach: ekscentryczki, milionerki, słynne artystki, kobiety-naukowcy, prezeski wielkich firm, wybitne sportsmenki, inaczej mówiąc jednostki obdarzone nadzwyczajnymi cechami. Niejedna z nich była notowana w Księdze Rekordów Guinessa.

Od kandydatek nie oczekiwano, że staną się celebrytkami już w momencie wstąpienia do klubu, ale że będą miały ambicje i potencjał zostania celebrytkami. Siła ruchu celebrytek tkwiła w ich niezależności od męża, dzieci i rodziców, finansowej i intelektualnej.

Podstawową komórką organizacyjną Ruchu Celebrytek był klub. Każdy departament Nomadii miał własny klub; każdy z nich dysponował własną siedzibą, najczęściej niezwykle okazałą, własnymi pojazdami, personelem pomocniczym oraz służbą. W miarę umacniania się klubów, ich wpływy rosły. Celebrytki wykorzystywały swoją pozycję przenikając hierarchię władzy administracyjnej, biznesu, szkolnictwa, nawet armii – wszystkich dziedzin z wyjątkiem aparatu politycznego oraz policji. Uważały się za awangardę kobiecości. Aby nie kojarzono je ze zwykłą awangardą w sztuce, posługiwały się francuskim terminem „Avant-garde”, mającym mocny wydźwięk międzynarodowy.

Zapisanie się do klubu celebrytek nie było łatwe, ponieważ kryteria naboru były niezwykle ostre. Wymagane były poświadczenia osiągnięć osobistych oraz rekomendacja przewodniczącej klubu lub dwóch członkiń zwykłych. Władze klubu skrupulatnie sprawdzały przeszłość i oceniały niezależność postaw i poglądów kandydatek. Wkrótce wprowadzono także testy twardości charakteru. Były to testy psychofizyczne. Kandydatki musiały być w sposób oczywisty predestynowane do życia na piedestale.

0Shares

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 203: Fenomen i rozwój chamstwa

Apokalipsa uprzytomniła ludziom potęgę siły natury, przypominając potop i Noego. Oczy wszystkich zwróciły się ku Biblii, zajmującej dotychczas skromne miejsce w biblioteczkach domowych.

Czytając Księgę Rodzaju przypominano sobie w szczegółach historię wielkiego potopu oraz patriarchy Noego, dziesiątego potomka Adama, człowieka prawego i sprawiedliwego.

Noe miał trzech synów: Sema, Jafeta i Chama. Poszukując wzorów historycznych, które mogłyby służyć rozwojowi lepszego post-apokaliptycznego społeczeństwa, odkryto Chama, najmłodszego syna Noego, najbardziej wyrazistego i prostolinijnego z wszystkich dzieci patriarchy. To on stał modelem prawdziwego mężczyzny. Cham był człowiekiem szczerym i otwartym, obnażającym nagą prawdę. Miał w sobie witalność na wagę złota czyli dziewięćdziesięciu ośmiu kilogramów. Był szlachetnym buntownikiem. To on ujawnił nagość swojego ojca, który jak świnia opił się winem z własnej winnicy i rozebrany zasnął w namiocie na pokładzie Arki.

Obywatelom podobał się Cham. Kiedy zaczęli studiować jego charakter i zachowanie, zachwycili się nim do tego stopnia, że masowo zaczęli tworzyć stowarzyszenia i kluby przyjmując go za swojego patrona. Ich celem był powrót do zwyczaju bezwzględnego, nawet brutalnego, obnażania prawdy, jakakolwiek by ona nie była oraz przywrócenie przekleństw i obraźliwych zachowań jako wyrazu nieskrępowanej szczerości. Pierwszy był Klub Chama.

Na polecenie gubernatora opracowano listę synonimów imienia „Cham”, aby ustalić ich pełen zakres semantyczny. Pierwsza lista była skromna, ale użyteczna. Objęła ona w porządku alfabetycznym: Arogant, Burak, Gbur, Grubianin, Impertynent, Prymityw, Prostak, Ordynus, Troglodyta, Warchoł. To początkowe niekompletne zestawienie uświadomiło społeczeństwu bogactwo i pokrewieństwo językowe z Biblią i jej postaciami.

W ślad za Klubem Chama pojawiły się inne: Klub Gbura, Stowarzyszenie Grubianina, Klub Aroganta, Zrzeszenie Motłochu, Fundacja Ordynus. Nazwy pokazywały różnorodność zainteresowań członkowskich. Stowarzyszenie Buraka zrzeszało głównie osoby pochodzenia wiejskiego, Kluby Aroganta miały natomiast wydźwięk bardziej intelektualny, nawet arystokratyczny.

Kolejka do zapisu do pierwszego Klubu Chama w Afarze ustawiła się jeszcze przed świtem. Prawie w połowie były to kobiety. Wkrótce Babochłop otrzymał wiadomość od swego agenta, że większość z nich to kobiety wyzwolone, pragnące dotrzymać kroku mężczyznom również w chamstwie. Babochłop poinformował o tym gubernatora. Ten polecił mu zbadać, czy przynależność kobiet do Klubu Chama może mieć wpływ na prokreację.

*****

Sefardi nie interesował się specjalnie rozwojem chamstwa. Jako wynalazca i pisarz był mu nawet przeciwny, był jednak dobrze w nim zorientowany. O wszystkim informował go Enrique, jego wnuk, przy okazji spotkań rodzinnych. Okazało się, że Enrique został sekretarzem Klubu Chama w Afarze i wiedział wszystko, co dotyczyło chamstwa. Kiedy Enrique zjawił się w niedzielę na proszony obiad, Sefardi prawie go nie poznał, tak bardzo zmienił się on fizycznie i psychicznie. Młody człowiek wyraźnie odnalazł się w nurcie chamstwa; zajmował wysokie stanowisko w co najmniej dwóch klubach, obracał się w awangardowym towarzystwie, aktywnie uczestniczył w życiu politycznym i społecznym stolicy. Kiedy wszedł do jadalni, cała rodzina zauważyła zmianę. Był wyprostowany, zmężniał, ubierał się staranniej i bardziej dbał o siebie. Zapytany przez dziadka, co się zmieniło, odpowiedział z promiennym uśmiechem:

– Odnalazłem się dzięki nowoczesności ogarniającej nasz kraj płomieniami postępu.

Czego nie ujawnił to to, że swoje sukcesy zawdzięczał głównie przynależności do tajnej policji. Sefardi nigdy się o tym nie dowiedział, podobnie jak inni członkowie rodziny a nawet przyjaciele Enrique. Był zaufanym człowiekiem Babochłopa, dysponował poważnymi wpływami i dużymi dochodami. Pieniądze, poczucie ważności, wpływy i oparcie w potężnej organizacji stworzyły z niego nowego człowieka. Okazał się jednostką utalentowaną, łatwo nawiązującą kontakty i znajomości.

*****

Analiza fenomenu chamstwa doprowadziła gubernatora do przekonania, że dla rozumienia motywacji i zachowań kobiet konieczne jest poznanie nowych fenomenów społecznych Nomadii. Wszystkie one mogły mieć wpływ na kobiety.

– Sytuacja skomplikowała się. Musimy poświęcić więcej czasu, aby rozgryźć wszystko, co wpływa na zachowanie kobiet, jak i mężczyzn. – Stwierdził na zakończenie kolejnego comiesięcznego spotkania z udziałem Czarnej Eminencji i Babochłopa.

Sekretarka gubernatora, donia Matilde, nazywała ich po cichu Świętą Trójcą. Dotarło to do gubernatora. Zastanawiał się, czy zachowanie sekretarki jest dopuszczalne. W pierwszym odruchu chciał ją skarcić. Po namyśle zmienił zdanie. Nazwa spodobała mu się, nawet bardziej niż Triumwirat, który sam wymyślił dla podkreślenia więzi łączących osoby najbardziej oddane sprawie prokreacji. Była w tym doza przekory. Wiedział, że Czarna Eminencja będzie oburzony i chciał to zobaczyć.

Kiedy Gubernator powiedział duchownemu, jak określają ich trójkę, ten zesztywniał i zaczerwienił się na twarzy. Gubernator zauważył jego zaciskające się wargi oraz dłonie zamykające się w pięść. Eminencja spojrzał na rozmówcę i chyba domyślił się jego niezbyt czystej intencji. Otworzył usta, miał już coś powiedzieć, ale powstrzymał się. Po chwili podjął zupełnie inny temat. Z czasem i on przyzwyczaił się do Trójcy Świętej, w której miał swój oczywisty udział, zdając sobie sprawę z nieuchronności nazw i nawyków niekoniecznie sprawiających ludziom przyjemność. Koncentrował się na sprawie najważniejszej – na prokreacji. Tak bardzo go to absorbowało, że coraz częściej zaniedbywał sprawy kościoła, jakie powierzał mu Bóg. Przypomnienie sobie tego obowiązku skutkowało zawsze w pośpiesznej ale szczerej modlitwy o wybaczenie.

0Shares