Powieść. Laboratorium Szyfrowanych koni. Cz. 61: Leśny rządowy obóz przetrwania.

Po zejściu z wyasfaltowanej, dziwnie wąskiej drogi, posuwali się bez słowa przez iglasty las przetykany brzozami i porośnięty mchem tak bujnym, że gumowe buty zapadały się prawie do połowy. W powietrzu wisiała mgła i zduszona cisza. Sefardi ze zdziwieniem patrzył na drzewo, z którego zwisały niezrozumiałe kształty, jakby symbole, trudne do określenia, półprzezroczyste, ociekające kroplami wilgoci. Im głębiej wchodzili w las, tym więcej ich się pojawiało.

– Czy to pańskie lekarstwo nie zaburza mi wzroku? Czuję, jakbym miał przywidzenia. Na drzewach widzę jakieś symbole przypominające plamy wilgoci.

Przewodnik skrzywił usta w tajemniczym, dwuznacznym uśmiechu i odpowiedział uspokajająco, co tylko wzmogło niepokój Mistrza.

– Nie, nie zaburza wzroku. Widzi pan prawidłowo. Proszę zwrócić uwagę także na to, co stoi za ziemi i co lata w powietrzu. Jeśli pan to zauważy, to znaczy, że zbliżamy się do obozu przetrwania. Nie wiem, czyj to będzie obóz, bo oni ciągle zmieniają położenie.

Sefardi miał na ustach następne pytanie, kiedy otworzyła się przed nimi mała polanka, jakby celowo wycięta w środku lasu, a na niej, pod plastikowym zadaszeniem, obozowisko z namiotami, kuchnią i jakimiś urządzeniami. W głębi majaczył wielki hangar lotniczy. Na środku polanki, na postumencie z grubych desek, mógł to być parkiet, znajdowała się konstrukcja, doskonale znana Sefardiemu z telewizji. Była to sala posiedzeń rządu, a właściwie jej atrapa. Dobrze oświetlona, z wielkim prostokątnym stołem w kształcie litery „U” i krzesłami ustawionymi byle jak po obydwu stronach, jakimiś tablicami i dwoma skrzynkami wyglądała na zagraconą.

Coś zmieniało się w powietrzu, które wyraźnie gęstniało przypominając budyń rozpylony na miliony cząsteczek. Przewodnik wskazał palcem kierunek, skąd napływała lepka mgła. Był tam niewielki stawik śródleśny, otoczony roślinnością wodną, z kikutami szarych gałęzi sterczącymi nad powierzchnią. Znowu pojawiły się symbole różnego kształtu i wielkości; wyłaniając się z cienia sadzawki łączyły się na tle drzew. Z boku, przy brzegu zbiornika wodnego, stały przedmioty codziennego użytku: rower, taczka i narzędzia ogrodnicze. Mistrz kiwnął przewodnikowi głową na znak, że zrozumiał jego wcześniejszą zapowiedź, widzi to, o czym wspominał i rozpoznaje symbole.

– To jest obóz rządowy. Dokładniej, rządowy obóz szkoleniowy typu survival. – Szepnął przewodnik, starając się nie zakłócić nastroju miejsca. – Społeczeństwo, Mistrzu, podzieliło się na obozy. Każdy ciągnie w swoją stronę, szuka zwolenników, obiecuje im złote góry. Niektórzy ludzie w to wierzą, choć u nas nie ma złota. Ten tutaj to jeden z obozów obietnic nie do spełnienia.

*****

– Szkoleniowy obóz rządowy? Na takim odludziu? – zdziwił się Sefardi. – Co to za bzdura?

Ledwo to powiedział, kilkadziesiąt kroków przed nimi pojawiła się wicegubernatorka, w ciężkich sportowych butach, czarnej sukni do kostek i grubych okularach. Na twarzy wyglądała jak zapaśniczka. Stanęła przy stole ustawionym na murawie i przywołała ręką kilku mężczyzn i kobietę. Byli to członkowie jej gabinetu. Sefardi mógł ich wymienić z imienia i nazwiska. Nieco dalej, oparci o wielką sosnę, stali dwaj mężczyźni wpatrując się w milczeniu w przestrzeń nad głowami rozmawiających. W przyciemnionych okularach i kaszkietach z długimi daszkami wyglądali na ochroniarzy. Obydwaj trzymali w rękach wykrywacze metali.

– Co oni robią? – Sefardi nie mógł powstrzymać się od okrzyku zdumienia.

– Proszę zachowywać się ciszej! – Poprosił przewodnik przytłumionym głosem. – Szukają środków wybuchowych lub podsłuchów. Chodzi o przewody ukryte w ziemi. Chyba niedawno założyli ten obóz. Inne urządzenia podsłuchowe z pewnością już usunęli.

Ledwie skończył mówić, przemówiła wicegubernatorka. Ton i tembr głosu nie pozostawiały złudzenia. To była ona we własnej osobie.

– Mieliście patriarchat, teraz macie matriarchat. Teraz ja tu rządzę, matka narodu, nie gubernator. On teraz zajmuje się budżetem, ja wypełniam bardziej przyziemne obowiązki. Moja rolą jest wychować naród dając mu przykłady, jak należy wypełniać obwiązki obywatelskie.

Jej słowa brzmiały twardo, nie pozostawiały wątpliwości, kto dzierży władzę. Słuchający milczeli. Rozbudzone macierzyńskie uczucia, jakimi darzyła podwładnych i naród, były znane nie tylko w jej najbliższym otoczeniu. Była osobą z charakterem i kiedy trzeba było, potrafiła przywalić pięścią w stół.

– Mama ma kopyto. – Skomentowała kiedyś jej córka, wspominając, że matka była w młodości aktywną członkinią klubu bokserskiego kobiet.

Na sukni, powyżej zdecydowanej w kształcie i rozmiarach lewej piersi kobiety, widoczna była dwujęzyczna przywieszka. Było na niej tylko pięć lakonicznych słów: „I am tough” i „Soy dura”. Sefardi nie musiał sprawdzać w elektronicznym słowniczku w smartfonie, co znaczy druga linijka, gdyż przewodnik pośpieszył z wyjaśnieniem.

*****

– Ten napis znaczy: „Jestem twarda”. W obydwu językach, angielskim i hiszpańskim. Coś mu to przypomniało. – Czy zna pan kawał o penisie i życiu? Czym różnią się od siebie? – Zapytał przewodnik ni z tego, ni z owego. Nie czekając na odpowiedź zaczął się głośno śmiać, bez najmniejszego skrępowania, jakby byli na bezludziu. Mistrz miał wrażenie, że jego towarzysz odreagowuje napięcie po silnej dawce wrażeń.

– Daj spokój, człowieku. Nie mamy czasu na żarty. – Upomniał go. W głowie zaszumiało mu, jakby miał tam komputer przetwarzający w pośpiechu bogactwo wzrokowych, słuchowych i zapachowych bodźców dotyczących miejsca, symboli, niezwykłej atmosfery obozu, sali posiedzeń rządu, wicegubernatorki i członków jej gabinetu oraz dwóch goryli z wykrywaczami metalu.

– Życie jest twardsze! – Przewodnik nie wytrzymał i gruchnął serdecznym śmiechem, który musiał dotrzeć do grupki ludzi, gdyż wicegubernatorka odwróciła głowę. Sefardi był pewien, że słyszała bardzo wyraźnie śmiech a może i słowa leśniczego. Obydwu ogarnął strach. Bez zastanowienia, przerażeni jak sztubacy przyłapani z papierosami w ustach, zanurkowali w głąb lasu, aby uniknąć ujęcia przez ochroniarzy rządu. Z tyłu dobiegł ich silny kobiecy głos: – Nie myślcie sobie, gnojki, że wam daruję! Dorwiemy was jeszcze! Nie martwcie się! Sekundę potem, bardziej domyślili się niż słyszeli, kobieta wydawała polecenia ochroniarzom.

Po obłąkańczym biegu przed siebie ślepo przez las, kiedy poczuli się w miarę bezpiecznie, ochłonęli z emocji i zatrzymali się. Mistrza ogarnęło uniesienie, poczucie triumfu, prawie szczęścia. Był wdzięczny przewodnikowi za lekarstwo i zaciągnięcie go do lasu. To, co widzieli i słyszeli, wzbogaciło jego pogląd na rzeczywistość i wzmogło determinację dalszych poszukiwań. Postanowił wrócić jeszcze do obozu rządowego, aby dowiedzieć się czegoś więcej. Czuł, że kryją się tam ważne tajemnice.

Michael Tequila w księgarniachhttps://tinyurl.com/y895884p

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 59: Miłość i wolność na rozdrożu.

Spotkali się w biurze Anastazji Godano. Na ścianach wisiały wielkie kolorowe zdjęcia pogrzebów znanych osobistości i szarych ludzi.

– Mój zakład nie czyni różnicy między ludźmi, gdyż śmierć wszystkich traktuje jednakowo. Po prostu zrównuje – wyjaśniła właścicielka strzepując malutki kłaczek pajęczyny z ramy dużego kolorowego obrazu. Popatrzyła na Sefardiego gotowa wysłuchać, co ma do powiedzenia.

Opowiedział jej dziwaczne, nocne widzenie pogrzebu. Wysłuchała go z uwagą. Wolała, aby kolejny raz nie przekonywał jej do swoich racji. Poczuła zamęt w głowie i niepewność w kolanach, kiedy zdała sobie sprawę, że dla niej, kobiety doświadczonej boleścią setek pogrzebów jego plan był fanaberią, dziwacznym i niepotrzebnym pragnieniem wyrwania się ze społeczności, którą dobrze znał i która znała jego, i zburzeniem ich dobrego samopoczucia. Równocześnie była prawie pewna, że jego przykład utoruje drogę śmiałkom, że pojawią się oni wkrótce i pójdą w jego ślady. Jego plan nie naruszał dobrych zasad i wartości obywatelskich, obecnych od wieków, takich jak sprawiedliwość, wolność, uczciwość czy niezależność. Nikomu niczego nie odbierał, nikogo nie krzywdził swoją odmiennością. Zmieniał tylko formę pogrzebu, a nie jego istotę. Spojrzeli sobie w oczy i uśmiechnęli się równocześnie, łagodząc napięcie. Poczuli w sobie zdolność neutralizowania sytuacji, która każdej parze może wymknąć się spod kontroli.

Sefardi usiadł wygodniej na krześle. Chciał wytłumaczyć Anastazji i przekonać ją, że to tylko sprawa czasu, kiedy pogrzeby będą traktowane jak każda inna impreza rozrywkowa, mecz sportowy, koncert lub podobne widowisko. Tylko osoby, którym zmarły był bliski, będą traktować pogrzeb inaczej. Pozostali, dziesiątki, setki a nawet tysiące osób, będą oglądać go jak imprezę rozrywkową. Coraz więcej ludzi będzie to robić. Nie będą chcieli iść na pogrzeb, ponieważ będą mogli obejrzeć go w telewizji, na komputerze lub smartfonie. Chciał też jej powiedzieć, że on, Sefardi Baroka, ma szczególne prawa, ponieważ jest znanym wynalazcą i indywidualnością, tak jak rozumieją to Anglosasi, dla których jednostka wyróżniająca się z tłumu to ktoś niezwykły i ważny.

Pomyślał, że powinna zaakceptować jego plan właśnie dlatego, że przysługują mu specjalne przywileje, ludzie go szanują, wyróżniają, niektórzy nawet uwielbiają. Mógł pozwolić sobie na rzeczy, jakie innym nie uszłyby na sucho: być oryginałem, pozytywnym dziwakiem, podobnym do wybitnego malarza, który umieszczał nagie stopy w miednicy z wodą i siedział z kotletem na głowie w trakcie wykładu dla studentów. Akceptowano go, bo był geniuszem. Wprawdzie on, Sefardi, nie uważał siebie za geniusza, to jednak z pewnością był doskonałym zegarmistrzem i wynalazcą. Tego nikt nie mógł mu odmówić. Tyle razy go wyróżniano. Podsumował to głośno stwierdzając, że ma prawo zorganizować sobie pogrzeb, który będzie jak najlepsza powieść, po prostu fantastyczny.

Anastazja przyjrzała mu się uważnie. To, co mówił, miało ręce i nogi, było przekonywujące. Sama nie zrobiłaby tego, co planował, ale uznała jego prawo do ekstrawagancji.

– To nie wszystko – Sefardi poczuł w sobie siłę perswazji. – Bądźmy świadomi, że nastały czasy hedonizmu, życia dla przyjemności, choć nie wszyscy jeszcze przyswoili sobie ten pogląd. Wcześniej nie było to możliwe, bo ludzie byli zbyt ubodzy. Nie było ich stać na przyjemności. Dzisiaj jest inaczej i ja pragnę to wykorzystać.

– Co jeszcze wymyśliłeś, Sefardi? Dobrze to sobie poukładałeś w głowie, dorobiłeś ideologię. – Słowa kobiety brzmiały poważnie. Sefardi wyczuł w nich żal z odrobiną szyderstwa, delikatnego, mimo to zauważalnego.

– To nie jest ideologia, tylko obraz narastającej teraźniejszości. Wiesz, ilu na świecie jest miliarderów, tych, którzy mają ponad miliard dolarów? Nie milion dolarów, a miliard! Mnie wystarczy kilkaset tysięcy, aby zafundować społeczeństwu imprezę na cztery fajerki. To tylko kwestia wyobraźni i odwagi. Przez lata kochałem innych, choć oni mnie nie kochali, teraz pokochałem siebie. Czy to znaczy, że jestem egoistą? Absolutnie nie! Nie zaniedbuję rodziny. Zostawiam jej dużo, przede wszystkim prawa autorskie do moich wynalazków. I do sławy. Stoją za tym pieniądze, o których wiele osób mogłoby jedynie marzyć. Nie jestem egoistą, jestem najwyżej narcyzem. Kiedy przyglądam się sobie w lustrze, widzę buntownika, starzejącego się wesołka, zwariowany produkt współczesności. Taki właśnie jestem ja, Sefardi Baroka, i tak zamierzam pokazać się w telewizji, w prasie i w Internecie.

Sefardi zamilkł, czując, że za bardzo dał się ponieść uczuciom, przestraszył się, że wzleci jak nadęty balon. Wolał tego uniknąć, nigdy wcześniej tak się nie zachowywał, to nie był jego styl, nie leżało to w jego charakterze. Niepewny spojrzał na Anastazję. Jego oczy zdawały się pytać: – Co sądzisz o tym, kochanie?

Anastazja nie wyraziła żadnej opinii, zaakceptowała tylko to, co wyjaśnił. Wyglądała na przekonaną. Po chwili dodała niepewnie: – Mam tylko jedno pytanie. A co z tradycją? Zawsze podkreślałeś znaczenie tradycji. Chcesz teraz wyłamać się z niej?

– Nie! – odpowiedział. Jego oczy skierowały się w górę, jakby szukał tam pomocy lub kryjówki. Ręką oparł się mocniej o krzesło, przy który stał już od kilku minut. – Myślałem nad tym. Niektóre tradycje są dobre, inne są przegrane, skazane na stracenie. Nie niszczę żadnych tradycji, one same ulegają erozji pod presją czasu i zmian. Robię tylko wyłom w tradycjach pogrzebowych. To kwestia mojego, swobodnego wyboru. Mógłbym powiedzieć ludziom: Uznaliście mnie za celebrytę, więc teraz macie, co chcecie.

Niespodziewanie przerwał i zapytał ni z tego, ni z owego: – Co byś się napiła? Bo ja zafunduję sobie gin and tonic. Zaschło mi w gardle.

Anastazja nie wyglądała na zaskoczoną. Wybrała czerwone wino. Chwilę później doszły ją przekleństwa z kuchni, gdzie stała lodówka.

– Coś mu upadło lub wylało się – pomyślała, zastanawiając się, co to mogło być. Nie zdziwiło ją to, wiedziała, że nie znosił drobnych niepowodzeń, niezgrabności, jakie zdarzały mu się coraz częściej. Z rąk wypadały mu długopisy i sztućce kuchenne, wylewała się herbata z kubka, przewracał kieliszek z winem, on sam niespodziewanie uderzał ramieniem o framugę drzwi. Jego mózg prawdopodobnie źle oceniał odległość i zapominał, co miał zrobić lub czego nie robić. Sefardi wściekał się wtedy, wybuchał przekleństwami. Nie potrafił zaakceptować przejawów starzenia się. Rozumiał dobrze, że jest ono nieuniknione, ale nie mógł pogodzić się z nim także dlatego, że zawsze dbał o sprawność, chcąc zasłużyć sobie na łaskę dobrego samopoczucia, jakiej oczekiwał, a która nie nadeszła w rozsądnym wymiarze. Była to jedna z wielu przyczyn jego decyzji, pokazania sobie, ludziom i Bogu, że nie jest całkowitym nieudacznikiem, który się zjawia, kiedy dopada go depresja. Wrócił uśmiechnięty i wyraźnie zadowolony. Na tacy niósł dwa kieliszki.

– Z czego tak się cieszysz? – zapytała go Anastazja.

– Ze wszystkiego. Zaraz wypijemy za powodzenie, twoje i moje, jesteś przecież moją wspólniczką. Piję także za piękne udo, które obnażyło się spod sukienki.

– Ty bezwstydniku. Idź precz, szatanie! – Zaczęła śmiać się, radośnie, spontanicznie, jak dziecko. Jej radość, zupełnie nagle, bez ostrzeżenia, przeszła w szloch, bolesny spazm rozpaczy, kiedy zdała sobie sprawę, że stojący przed nią mężczyzna, który w krótkim okresie znajomości stał się jej niezwykle bliski, już wkrótce odejdzie na zawsze. Łzy pociekły jej po policzkach. Odwróciła się, aby ukryć rozpacz.

Sefardi widział jej ramiona wstrząsane płaczem, a chwilę potem żałosnym łkaniem. Chciał ją przytulić, pocieszyć, lecz powstrzymał się. Wytłumaczył sobie z niechęcią, że każdy musi przejść własną drogę krzyżową. Ta droga zawsze kojarzyła mu się z nieskończonym cierpieniem. I odkupieniem. Nie wiedział, czy miało to sens w przypadku kobiety, która go zrozumiała i zaakceptowała w chwili najtrudniejszej decyzji.

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 58: Spotkanie na Placu Concordia

Po wyjściu z restauracji, gdzie spotkał się z przyjaciółmi, Sefardi zauważył wielki falujący tłum po drugiej stronie Placu Concordia. Wiedziony ciekawością podszedł bliżej. Był to wiec poparcia dla rządowego projektu regulacji demograficznej. Wśród zgromadzonych spostrzegł Isabelę; stała oparta ramieniem o drzewo i przysłuchiwała się dyskusji. Ubrana inaczej niż zwykle, w ciemną sukienkę, z naszyjnikiem z pereł i pantoflami na niezbyt wysokim obcasie, wyglądała jakby wracała z teatru lub opery. Opierając się niedbale o pień wydała się mu dużo młodsza i wyższa, przypominała dziewczynę czekającą na chłopaka.

Przyjrzał jej się uważnie. Ubiorem przypominała połyskliwego żurawia koroniastego brodzącego po płyciźnie jeziora, którego widział na wyprawie turystycznej do Afryki Wschodniej, półoswojonego, nieunikającego ludzi. Wrażenie było tak silne, że Sefardi przetarł oczy ze zdumienia. Suknia Isabeli, ciemniejsza na plecach, kontrastowała z nieskazitelnie białymi wyłogami okrywającymi jej ramiona i boki, nabierającymi złoto-brązowego zabarwienia w dolnej partii. Jej włosy były wymyślnie ufryzowane; z boku i z tyłu głowy przykrytej kapeluszem spływały na boki jak miękkie, aksamitno-czarne pióra. Jej policzki pokrywał puder koloru kości słoniowej, oczy otoczone były jasnobłękitnym makijażem. Na odsłoniętej szyi zwisały dwa zwoje jaskrawoczerwonych korali. Uwagę patrzącego przyciągnął kapelusz przypominający pióropusz cienkich połyskliwych piór. Złocąc się w promieniach zachodzącego słońca stwarzały nieodparte wrażenie korony lub diademu. Poniżej krawędzi sukni widoczne były nogi wyszczuplone ciemnymi pończochami, zakończone złotymi pantofelkami na średnim obcasie.

Sefardi przyglądał się urzeczony. Przyszło mu na myśl, że nie jest osobą, ale prawdziwym ptakiem zachowanym w jego wyobraźni. W pewnym momencie Isabela oderwała się od drzewa, wyprostowała się i lekko wzniosła ramię okryte luźnym rękawem sukni. Pozdrawiała kogoś. Wydało mu się, że kobieta rozpoczyna fascynujący taniec zupełnie jak żuraw. Wytwornie wygięła szyję i popatrzyła w kierunku nieznanego mężczyzny, po czym obróciła się i zniknęła za grupką młodych krzykliwych osób.

Kiedy wspomniał o jej wyglądzie następnego dnia, zdziwiła się. Zaprzeczyła twierdząc, że nigdy nie miała na sobie takiego stroju. Patrzyła na niego szelmowsko, z ukosa, zachowując wyraz powagi na twarzy. Sefardi pomyślał, że drwi sobie z niego. Oddaliła się w głąb mieszkania, zanim zdążył zareagować, cokolwiek powiedzieć lub choćby przyjrzeć się jej dla upewnienia się, że poprzedniego dnia to też była ona, a nie inna łudząco podobna kobieta.

Jeszcze tego samego dnia, po południu, kiedy przyniosła mu herbatę do gabinetu, Sefardi nie omieszkał nawiązać do wiecu poparcia rządu i zapytał ją, co tam robiła.

– Nic szczególnego. Przyszłam na spotkanie, bo mnie zaproszono.

– Jest pani zwolenniczką Blawatsky’ego?

– Dlaczego miałabym być? – Odpowiedziała wyzywająco pytaniem na pytanie.

– Kiedyś była pani na spotkaniu z przywódcą Partii Liberalnej, opozycyjnej wobec Barrasa, a kiedy indziej na wiecu wyborczym Partii Komunistycznej Nomadii, choć to żadna partia, tylko grupka zagubionych ludzi.

Nie wypierała się związku z żadną partią. Poszła, bo była ciekawa, co oni myślą i proponują, chciała wiedzieć, co się dzieje wokół, aby nie dać sobie wcisnąć kitu, kiedy przyjdzie czas głosowania do parlamentu, referendum lub wyborów do władz lokalnych.

Na pytanie, co sądzi o partii Barrasa i o nim samym, odpowiedziała, że mają sporo racji, ale tak naprawdę to interesuje ich tylko władza i takie zmiany w kraju, które będą sprzyjać ich ciemnym interesom i umacniać ich poglądy. – Gubernator Barras mało mówi, lecz dobrze manipuluje opinią publiczną – zakończyła niechętnie.

Poglądy Isabeli zaskoczyły Sefardiego. Dostrzegł w nich dojrzałość, nieobecną na co dzień. Kiedy odchodziła zastanawiał się, czy rzeczywiście to ją widział poprzedniego dnia i czy ją w ogóle ją zna, mimo że rozmawiał z nią dziesiątki razy.

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 48: Dziwna choroba Sefardiego

Sefardi trzymający się dzielnie w dniu gwałtownej zmiany pogody, w południe następnego dnia doznał duszności. Penelopa wezwała lekarza, lecz nikt się nie zjawił. Tego dnia był to najbardziej poszukiwany człowiek w mieście. Sefardi czuł się coraz gorzej. Popadł w stan odrętwienia i bezwładu, prawie nie reagował na bodźce, dotyk ani słowa. Nie wiedział, co się z nim dzieje. Okazał się meteopatą do kwadratu, nie mając o tym wcześniej najmniejszego pojęcia. Potwierdził to lekarz wezwany przez Penelopę.

– Wygląda mi to na torpor – określił medyk po zbadaniu chorego. – To dziwne. Powiedział to tak beznamiętnie, jakby stwierdzał, że długopis upadł mu na podłogę.

– Co takiego wydaje się panu dziwne? – Zaniepokoiła się Penelopa, która odwiedziła sypialnię męża tylko dlatego, że poważnie zachorował. Towarzyszyła jej Isabela. Nie proszono ją o to, przyciągnęła ją ciekawość.

– Torpor to stan przejściowego, kontrolowanego obniżenia temperatury ciała przez zwierzęta stałocieplne. Spadek temperatury spowalnia pracę serca oraz większość innych czynności fizjologicznych. W stan torporu zapadają nietoperze oraz niektóre małe ptaki. Nie słyszałem jednak, aby zdarzyło się to człowiekowi.

– Czy don Sefardi mógł się zarazić tą chorobą od nietoperza? – Zapytała Isabela, patrząc w kierunku sufitu.

– Skąd przyszła pani do głowy taka nonsensowna myśl? – Oburzył się lekarz. 

– Na strychu widziałam kilka nietoperzy, pomyślałam więc, że don Sefardi mógł mieć z nimi styczność. Jest tam dużo książek, mógł czegoś szukać. Albo chciał odłożyć kilka książek. Ostatnio, kiedy tutaj sprzątałam, mówił mi, że ma ich za dużo, że nie mieszczą się już na regałach i musi część odłożyć. Zastanawiał się nawet, gdzie je umieścić. Myśleliśmy o tym wspólnie. Ja mu sugerowałam strych, on natomiast uważał, że tam książki bardzo się kurzą. Osobiście bardzo nie lubię kurzu, bo potem mam tyle sprzątania, że … Nerwowe chrząknięcie lekarza i niechętne spojrzenie Penelopy powstrzymały jej dalsze wyjaśnienia.

– Jak długo to może trwać? Czy ten torpor jest bardzo niebezpieczny? – Niepokoiła się Penelopa. Wolała nie mieć kłopotów z chorobą pod własnym dachem. Miała swoje problemy.

– Torpor to krótkotrwały okres obniżenia temperatury i odrętwienia ciała. U ptaków trwa on od kilku godzin do kilku dni. Stan ich odrętwienia może przeciągnąć się, jeżeli nie mają sprzyjających warunków do normalnej aktywności, kiedy na przykład opady deszczu uniemożliwiają im żerowanie. Dłuższe okresy odrętwienia zimą nazywane są hibernacją, a latem – estywacją. To wszystko oczywiście dotyczy zwierząt, nie ludzi, jednak objawy widoczne u don Sefardiego zdumiewająco przypominają torpor. Sam nie wiem, co o tym myśleć.

– Skąd pan to wszystko wie? – Zainteresowała się nagle Isabela. Nabrała podejrzeń.

– Wszystko, to znaczy, co? Co pani ma na myśli? Znajomość fizjologii organizmu? To mój zawód.

– Ale to wszystko, co pan mówi o zwierzętach?

– A, o to pani chodzi. Studiowałem weterynarię, zanim poszedłem na medycynę. Zresztą organizm człowieka nie różni się tak bardzo od organizmu zwierzęcia. Wszyscy jesteśmy spokrewnieni ze zwierzętami.

– Ale po co zwierzętom ten stupor? – Dociekała Isabela.

– Nie stupor, tylko torpor. To nie to samo. Zwierzęta obniżając temperaturę ciała, oszczędzają w ten sposób energię, której organizm potrzebuje do normalnego funkcjonowania – wyjaśnił spokojnie lekarz aplikując Sefardiemu zastrzyk wzmacniający.

Widząc, że Isabela szykuje się do zadania kolejnego pytania lub wygłoszenia jakiejś opinii, lekarz i Penelopa porozumieli się wzrokiem, uznając, że czas kończyć wizytę. Isabela zaproponowała, że zostanie przy pacjencie.

– Na wszelki wypadek. – Wyjaśniła, obdarzona przez lekarza niechętnym spojrzeniem. – Od razu bym pana zawiadomiła, gdyby stan don Sefardiego pogorszył się. 

*****

Kiedy Sefardi doszedł do siebie po zastrzyku, rozejrzał się po pokoju.

– Czuję się znacznie lepiej. – Stwierdził przyglądając się Isabeli. – Co pani tu robi? Co się stało?

– Nic, oprócz tego, że był tu lekarz i dał panu zastrzyk na wzmocnienie. Powiedział też, aby za żadne skarby nie pił pan alkoholu. – Isabela wymyśliła na poczekaniu ostrzeżenie, które wydało jej się konieczne dla ratowania chorego. – Wszyscy martwiliśmy się o pana, kiedy był pan nieprzytomny, bo nie wiadomo było, dlaczego jest z panem tak źle. Ludzie owszem, mogą czuć się gorzej lub lepiej, ale zaraz być nieprzytomnym? Na początku lekarz myślał, że ma pan jakiś tam torpor jak u ptaków, a potem doszedł do wniosku, że objawy są podobne do zatrucia czadem. Badał pana dwa razy lub więcej. Nie pamiętam już …

Sefardi nie uwierzył w opowiadaną mu historię. Był jednak przekonany, że gosposia nie zamierza skończyć relacji z przebiegu badania, czyniąc wciąż nowe dygresje, ale nie miał siły, aby z nią walczyć. Uznał, że jest niepokonana w swoim uporze.

– Aha, przypomniałam sobie! Miał pan zawroty i bóle głowy, duszności, trudności z oddychaniem oraz nudności. Lekarz powiedział, że objawy są podobne jak przy zatruciu czadem, który jest bezwonny, bezbarwny i trujący, i zapytał, czy przypadkiem nie chciał pan popełnić samobójstwa, czy nie ma pan takich skłonności, ale wszyscy zaprzeczyli. To znaczy pańska żona.

– To niemożliwe – powiedziała. – Czasem jest narwany, ale na ogół to rozsądny człowiek! Wykluczone! – Chyba dokładnie tak powiedziała. A może powiedziała nawet, że jest pan mądrym i rozważnym człowiekiem. Nie pamiętam już.

– A co pani zrobiła?

– Sprzeciwiłam się. Powiedziałam, że samobójstwo popełnić może każdy, głupi czy mądry, to nie ma znaczenia. Ja wiem, że pan mógł chcieć popełnić samobójstwo. Czuję to przez skórę. Zrozumiałam to od razu, jak tylko pierwszy raz na pana spojrzałam. Pamiętam ten moment. Stałam wtedy przy biurku…

Sefardi przerwał jej ruchem ręki.

– Chcę panią o coś zapytać. – Wydusił z siebie. Śpieszył się, aby mu nie przerwała- Skąd pani przyszło do głowy, że mógłbym chcieć popełnić samobójstwo?

– Jest pan typem samobójczym, don Sefardi. – Odparła Isabela z przekonaniem. – Niech pan spojrzy na siebie. Wysoki, szczupły, przygarbiony. Sterczy pan ciągle przed komputerem i pisze te swoje powieści o ludziach, których nazywa pan bohaterami, a którzy nie są żadnymi bohaterami. Czytałam kilka pana tekstów, to wiem. Zaraz potem, jak zbadał pana lekarz pytając o samobójstwo, pańska żona kazała sprawdzić piece i przewody kominowe, i wywietrzyć mieszkanie, choć na dworze było bardzo zimno.

– Co do bohaterów książkowych, to musi pani wiedzieć, Isabelo, że mogą oni być tacy sami, jak ludzie w życiu, których uznajemy za bohaterów i odznaczamy. Albo też można sobie wymyśleć jakąś postać nie z tej ziemi, czysto fikcyjną, nierealną, która będzie bohaterem powieści lub opowiadania.

– To po co nazywać ich bohaterami, jeśli nimi nie są. To jakaś teoria, którą chce mi pan wcisnąć, aby odwrócić uwagę od swoich skłonności samobójczych. – Isabela kontynuowała swoją narrację. – Kiedy się wszystkim sprzeciwiłam i powiedziałam, że pan mógłby popełnić samobójstwo, to lekarz wtedy powiedział… nie mogę sobie przypomnieć jego nazwiska. Jakieś takie krótkie, chyba na literę „b”.

Sefardi znowu interweniował. – To nie ma znaczenia, jakie ma nazwisko. Miała pani powiedzieć, co on mówił, a nie jak się nazywa.

– Tylko proszę mi nie przerywać, bo nigdy nie skończę. Powiedział wtedy, że moja opinia to tylko jakieś „votum separatum” i niczego nie zmienia. Ja wiem dobrze, że samobójcą może być każdy człowiek, prosty czy garbaty, uczciwy czy łajdak. To nie ma znaczenia.

– No właśnie, Isabelo. Ja mam słaby charakter, pani ma silny, niech więc pani zakończy to opowiadanie, bo chciałbym jeszcze trochę pospać.

– Pan jak zwykle o spaniu. Chciałbym troszkę pospać. Chciałbym ociupinkę poleżeć. Lubi się pan pieścić. To jest właśnie to. To wskazuje, że ma pan bardzo słaby charakter i jest naprawdę typem samobójcy. Jest pan niebezpieczny dla siebie.

Sefardi nie miał pojęcia, jakimi drogami krążyło rozumowanie Isabeli, lecz nie mógł odmówić jej intuicji.

– Zakichany domowy psychiatra. – Usiłował bagatelizować. Isabela denerwowała go, a równocześnie zastanawiała i imponowała. Znowu poczuł się zmęczony.

 

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 45: Państwo, firma Abenaki i Wiktor.

Gwałtowny odpływ pieniędzy z kasy państwowej i równoczesne bogacenie się Abenaki źle się ludziom kojarzyły. Wyglądało to tak, jakby państwowe pieniądze płynęły prosto do kiesy właścicieli prywatnej firmy. Na zebraniu przy krawężniku pojawiły się głosy, że rząd i Abenaki wyraźnie łączy jedna osoba, gubernator Barras. Do niedawna był jeszcze prezesem tej firmy. Innego wytłumaczenia nie było. Przynajmniej Sefardi nie widział innego.

– To sprawa przeszłości, Sefardi – do rozmowy włączył się Wiktor. Pojawił się jak na złość Sefardiemu, aby bronić rządu i gubernatora. Miał gotowe wyjaśnienia.

– Barras po objęciu stanowiska gubernatora zrezygnował ze stanowiska prezesa firmy i wyzbył się wszystkich udziałów. Sprzedał je, rodzinie przekazał tylko niewielką część tego, co posiadał. Nawet dociekliwi dziennikarze nie doszukali się nieprawidłowości w jego postępowaniu. Musisz pogodzić się z tym – nalegał.

Sefardi był wściekły na Wiktora, że zrujnował mu szansę zwycięskiej dyskusji przy krawężniku. Intuicja podpowiadała mu, że Barras osobiście lub przez kogoś zaufanego jest łącznikiem z Abenaki. Czuł to prawie fizycznie. Przeczucie nigdy go nie myliło, kiedy skóra swędziała go na piersiach i ramionach, jakby jadowity pot wyżerał w niej małe rowki. Logicznie rzecz biorąc, nie było innego wytłumaczenia. Bez dużej pomocy z zewnątrz Abenaki w żaden sposób nie byłaby w stanie finansować kosztownego programu badań, produkcji i testowania farmaceutyków, rozbudowywać sieć dystrybucji oraz prowadzić drogie kampanie reklamowe.

Ludzie domyślali się różnych możliwości. Rząd mógł pomagać firmie, uznając ją za szczególnie ważną dla gospodarki, oferując ulgi podatkowe, koncesje lub kontrakty na dostawy zaopatrzeniowe. Nic takiego jednak nie ujawniono. Dociekliwi dziennikarze to sprawdzili. Kilka tygodni później wyszło jednak na jaw, że Abenaki ma koncesję na produkcję środków zwiększających potencję seksualną oraz na ich sprzedaż hurtową i detaliczną, także w kioskach i na targowiskach, gdzie zaopatrywali się ludzie najubożsi. Miała to być istna kopalnia złota.

Środek poprawiający potencję był dostępny tylko dla małżeństw. Był on tak silny i skuteczny, że rodzice nie byli w stanie ograniczyć liczby rodzących się dzieci. Sprawa wyszła na jaw, kiedy firma wypłaciła pół miliona dolarów odszkodowania żonie, której męża nadmiar dzieci doprowadził do samobójstwa. Wielkość odszkodowania spowodowała, że coraz więcej małżeństw pragnęło procesować się z Abenaki, mimo że szansa wygrania była niewielka, ponieważ firma zatrudniała armię najlepszych prawników.

Na temat środków zwiększających potencję, liczby urodzeń, samobójstw i ich przyczyn oraz spraw toczących się w sądzie krążyły często sprzeczne wiadomości, że trudno było dociec, ile było w tym prawdy, a ile zmyślenia. Jeśli ktoś znał tę tajemnicę, to z pewnością bał się ją ujawnić. Ludzie jako tako zorientowani w polityce wiedzieli, że gubernator ma wyjątkowo długie ręce. Sefardi był przekonany, że jest on dostatecznie przebiegły, aby stosować skrytą przemoc wobec osób mu wrogich czy nawet niechętnych.

W trakcie dyskusji o Abenaki Wiktor nazwał Sefardiego chorobliwie ambitnym zegarmistrzem. Sefardi czuł coraz wyraźniej, że drogi ich przyjaźni trwającej od dzieciństwa rozchodzą się. Wzmacniało to tylko jego determinację rozwiązania łamigłówki powiązań gubernatora i rządu z Abenaki.

Kiedy Sefardi wspomniał Isabeli o zamierającej przyjaźni z Wiktorem, Isabela chciała coś powiedzieć, otworzyła usta, lecz nic nie objawiła. Wahała się bardzo krótko. Na jej twarzy pojawił się grymas determinacji; Sefardi, wiedział, że objawi coś nieoczekiwanego.

– Nie miałam mówić tego panu, don Sefardi, ale powiem. – Zaczęła, jej wzrok przeniósł się ponad jego głowę i zatrzymał się gdzieś za oknem lub na suficie.

Zauważywszy pytające spojrzenie Mistrza, wyjaśniła: – Jeśli chodzi o pańskiego przyjaciela Wiktora, to wiem o nim co nieco. To niedobry człowiek. Pierwsi odkryli to jego rodzice, kiedy był jeszcze dzieckiem, ale nikomu o tym nie wspominali, bo to wstyd. W związku w chorobą gardła zaistniało podejrzenie, że Wiktorowi trzeba będzie wyciąć migdałki. Lekarz zajrzał mu w usta i zobaczył czarne podniebienie.

– Pan wie, don Sefardi, co to znaczy? – Zapytany skinął głową potwierdzająco, lecz mimo tego kobieta kontynuowała wyjaśnienia.

– Tak mówi się o psie, który jest niebezpieczny. Oczywiście Wiktor nie jest tak zły jak pies, nigdy bym tego nie powiedziała, ale jest wredny. Mnie on się nie podoba. Panu tak, bo to pański kolega i przyjaciel od przedszkola. Nie mój na szczęście. Nie lubię go, bo to wieśniak i to w gorszym gatunku. Na wsi są też dobrzy ludzie, ale Wiktor jest zacięty, nieustępliwy, skryty i przekonany zawsze o swojej racji. Jestem pewna, że źle traktuje swoją rodzinę, jeśli ją ma. Chyba także i przyjaciół źle traktuje. Pan to sam zauważył.

Sefardi był niepewny, co myśleć o jej wynurzeniach. Historię z czarnym podniebieniem odrzucił, uznając ją za czczy wymysł. Chwilę później pomyślał jednak, że Isabela ma przynajmniej trochę racji. Kolejny raz nie mógł jej odmówić zmysłu obserwacji i znajomości mentalności i zachowań mieszkańców wsi. Uświadomił też sobie, że Wiktor rzeczywiście bywał niesympatyczny i w ostatnim czasie źle go traktował. Sefardi usprawiedliwiał to pośpiechem lub rozdrażniłem Wiktora jakimiś bieżącymi niepowodzeniami.

Obserwował Isabelę, kiedy mówiła. Była rubaszna, pełna cieleśnie i na swój sposób atrakcyjna. Miała też zainteresowania. Wyznała mu to kiedyś przechylając się poufnie do jego ucha. Lubiła jazdę na rowerze, pracę w ogrodzie i czytanie. Chyba też i podróże. Nie mógł sobie tego przypomnieć. Mówiła też, że lubi gotować. Rozgadała się, a on słuchał nie przerywając. Przyglądał się jej piersiom i biodrom. Chyba o czymś marzył, bo w pewnym momencie zamknął oczy i cienie biegały mu po twarzy.

Michael Tequila’s  books: https://tinyurl.com/y7cza5nc

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 44: Izabela komentuje twórczość Mistrza.

Isabela coraz bardziej interesowała się twórczością pisarską Mistrza. Mówiła o tym otwarcie.

– Czasami naprawdę lubię poczytać sobie to, co pan pisze, don Sefardi.

Kiedy po raz pierwszy zwróciła się do niego w ten sposób, nie potrafił jej odmówić mimo wątpliwości, czy mówi to poważnie czy też chce mu się przypochlebić. Po krótkim zastanowieniu, wydrukował i przekazał jej skończony fragment powieści.

Udostępnione materiały zwracała w terminie. Oddając, przyglądała się Sefardiemu uważnie, jakby chciała go dokładnie zapamiętać. Niekiedy coś komentowała, najczęściej nie mówiła jednak nawet słowa, tylko patrzyła na niego w niemym oczekiwaniu, zdając się wyrażać życzenie, aby to on coś jej powiedział. Zapytana, co sądzi o przeczytanym fragmencie, odpowiadała najczęściej „Nic nie sądzę”, innym razem podejmowała wyzwanie wyrażając jakiś pogląd lub przedstawiając uwagi. Z czasem pojawił się między nimi zwyczaj, Sefardi sam nie wiedział, jak do tego doszło, że udostępniał jej szkic większego fragmentu powieści lub całego opowiadania, aby przedstawiła mu swoje uwagi, jeśli tylko ma chęć.

O bohaterach powieści mówiła tak, jakby to były żywe osoby znane jej osobiście. Opowiadała w szczegółach, jak były ubrane i czy wypadało tak się ubrać, czy było to modne. Potrafiła też powiedzieć krótko „Ona jest głupia”, a o mężczyźnie: „To chyba jakiś geniusz?” albo „To zwykły cymbał!”. Raz się zachwycała, innym razem potrafiła totalnie zgromić bohatera, wyrażając opinię w rodzaju „Takich ludzi nie ma! Wymyślił pan sobie jakiegoś potworka, don Sefardi” albo „O kimś takim nigdy nie słyszałam, taka osoba w ogóle nie istnieje”.

Czasem wypowiadała się na temat sceny, zdarzenia lub miejsca, stwierdzając: „Widziałam to w sklepie. Było tam dokładnie tak, jak pan to opisał w powieści. Nie dalej jak trzy dni temu kupiłam tam sobie bluzeczkę, tę niebieską, którą miałam na sobie wczoraj”. Rozkręcała się wtedy i opowiadała w szczegółach, jak ekspedientka lub właścicielka prezentowała się, w co była ubrana, a nawet jak wyglądała sprzączka u jej pantofli, albo co mówiła lub jadła w czasie przerwy na posiłek. Jej komentarze bywały tak żywe i ciekawe, że Sefardi wykorzystywał je dla wzbogacenia lub modyfikacji postaci albo zmiany toku akcji. Bardzo mu to odpowiadało. Słuchając Isabeli czuł, jakby zza lustra weneckiego podglądał żywą osobę w jej naturalnym środowisku, która nie ma pojęcia, że ktoś jej się przygląda i w związku z tym zachowuje się całkowicie swobodnie.

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 43: Kobieta, mężczyźni i nepotyzm

Sefardi zażartował kiedyś, nie pamiętał, w jakich to było okolicznościach, że uczyni Isabelę bohaterką swojej powieści. Rozgniewała się, uznając, że chce to zrobić, aby ją ośmieszyć i wydrwić. Starał się wytłumaczyć jej możliwości wykorzystania rzeczywistej osoby jako modelu postaci literackiej.

– Muszę panią uspokoić, Isabelo. Można zapożyczyć sobie jakąś cechę charakterystyczną, może nawet kilka, ale całego bohatera powieści nie sposób wziąć z życia. Przestałoby to być fikcją literacką, a stało się biografią. Pisarze tego nie robią, nie chcą, aby ich bohaterowie przypominali kogoś prawdziwego, kogo dobrze znają i kto ich zna. Ponadto ludzie mogliby nie życzyć sobie, aby ich opisywano.

Wyjaśnienie Sefardiego Isabela wzięła do serca. Zapamiętała jego słowa, lecz mimo to od czasu do czasu pytała niepewnie, czy czegoś już nie pisze o niej w swojej książce.

*****

Administracja państwowa stała się dla gubernatora narzędziem realizacji prywatnych celów. Obsadzał swoimi ludźmi najwyższe stanowiska i nadawał im szerokie uprawnienia. Nie żałował pieniędzy na podwyżki, bogacili się więc szybko, kupowali domy, samochody, ziemię, zakładali przedsiębiorstwa. Modne stały się farmy hodowli zwierząt, szczególnie lam sprowadzanych z Andów. Gubernatorowi podobały się lamy. Lubił rozmawiać na ich temat. Ich hodowla była jego marzeniem.

– Chętnie zająłbym się tym, ale nie mam czasu. Lamy mają w sobie godność. Wysoko noszą głowy, patrzą na inne zwierzęta z góry.

Lubił przyglądać się, jak samce plują na siebie walcząc o pozycję w stadzie. Rozumiał, że jest to forma ustalania hierarchii władzy. Plucie podobało mu się jako sport, nie wspominał o tym jednak nikomu. W szkole razem z kolegami praktykował plucie na odległość. Kto splunął najdalej, stawał się mistrzem i cieszył się szacunkiem kolegów i koleżanek. Każdego roku młodzież organizowała zawody o tytuł mistrza szkoły, choć dyrekcja i nauczyciele tego zakazywali. Barrasowi nigdy nie udało się uzyskać tego tytułu, zawsze był ktoś lepszy. Kiedy oglądał lamy, przypominał sobie wszystko.

*****

Na ścianie gabinetu Sefardiego Isabela zauważyła obraz przedstawiający kobietę o pełnych kształtach w tanecznym uścisku z mężczyzną podobnej postury. Była to replika obrazu „Tańczący” nieznanego autora. Isabela widziała obraz niejednokrotnie, ale dopiero teraz zwróciła na niego uwagę. Przyglądała mu się dłuższy czas, w zamyśleniu, przechylając głowę jak psiak, który dziwi się przedmiotowi wydającemu dziwne dźwięki.

Sefardi obserwował ją dyskretnie, udając, że jest zajęty pisaniem. Podeszła do ściany, uniosła obraz do góry, zdjęła z haczyka, obróciła tylną częścią do siebie i z uwagą studiowała napis na odwrocie płótna. Po zawieszeniu znowu przyglądała się tanecznej parze, obfitej kobiecie w czerwonej sukni, z uniesioną prawą nogą i tęgiemu mężczyźnie w czarnym garniturze, z oczami zamkniętymi w tanecznym zapomnieniu.

– Zawsze byłam miła dla mężczyzn – odezwała się nagle, przerywając milczenie. Miałam nie jednego, ale kilku, bez przesady. Nie byłam puszczalska jak ta, którą kiedyś poznałam, która … – Przerwała mówienie, jej twarz zmieniła się, cień przebiegł przez jej oblicze niby przelotna chmura zasłaniająca słońce.

– To jakaś tajemnica. – Pomyślał Sefardi, pochylając się odruchowo w kierunku gospodyni, aby lepiej słyszeć.

– Kiedy byłam młoda, łatwo się zakochiwałam. Mężczyźni bardzo mnie lubili. Podobałam się. Nie ściskałam cipy między nogami, zastanawiając się bardzo długo, jak to robią niektóre kobiety, czy oddać się mężczyźnie, sprawiając przyjemność jemu i sobie, czy go uszczęśliwić, czy w ogóle zaangażować się uczuciowo. Tego nigdy się nie dowiesz, dopóki nie prześpisz się z kochankiem. Nie musisz tego robić od razu, możesz dać sobie czas, aby go poznać, porozmawiać z nim, pójść na spacer albo razem pojeździć na rowerze, zobaczyć go w różnych sytuacjach. Ale nie możesz przeciągać sprawy w nieskończoność, trzymać go w niepewności, w oczekiwaniu. Mężczyzna inaczej widzi i czuje, ma prostsze potrzeby niż kobieta, to trzeba zrozumieć i docenić. Gotowy jest zrobić dla ciebie dużo, bardzo dużo, jeśli jesteś mu oddana. Oddana, znaczy się chętna rozłożyć nogi i cieszyć się miłością. – Isabela mówiła tak, jakby w pokoju nie było mężczyzny, tylko inna kobieta, młodsza, może nawet córka, z którą szczerze dzieli się swoimi doświadczeniami i przemyśleniami.

Mistrz przyjrzał jej się uważnie, jakby widział ją po raz pierwszy. Miała raczej grube, pełne wargi, oczy w kolorze zielonkawym, nabierające w słonecznym świetle orzechowej głębi, mieniące się. Wyróżniała ją lekka nadwaga, wyraźne, choć niezbyt obfite biodra i wzrost poniżej średniego. Pomyślał o jej zachowaniu. Miała pogodny charakter, łatwo się z nią rozmawiało, choć czasami uciekała od tematu; zawsze była jednak ciekawa wszystkiego. Ciekawość była jej cechą szczególną. Wiedział, że za chwilę odejdzie jak aktorka, która skończyła swoją kwestię na scenie. Była w niej zarówno naturalność jak i teatralność, nie zawsze łatwe do odróżnienia.

Skrót recenzji powieści Michaela Tequili „ Sędzia od Świętego Jerzego”: http://michaeltequila.com/?page_id=39

Potrzebujemy ludzi prawych, mądrych i wrażliwych

Potrzebujemy ludzi prawych, mądrych i wrażliwych na potrzeby zwykłego człowieka. Przykładem jest posłanka Krystyna Pawłowicz z PiS. Jej słowa „Chamie, podejdź tu, dam ci w ryj!” to przykład patriotycznego zastosowania pięknego języka polskiego. PO nie umiało tak mówić do zwykłych ludzi, dlatego przegrało.

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 39: Rozmowa o dojrzałej miłości

Temat miłości pojawił się zupełnie przypadkowo. Sefardi nie zamierzał podejmować z Isabelą dyskusji na ten temat. Sprowokowany jakąś jej uwagą powiedział, natychmiast uznając swoją wypowiedź za nieopatrzną, że dojrzałe kobiety uciekają od miłości cielesnej, zaniedbując rolę partnerską wobec mężczyzn, jaką dojrzała Ewa pełniła względem Adama, oraz potrzeby erotyczne własnego organizmu. Chciał jeszcze wyjaśnić coś o bezsensie zrzucania na ziemię nasienia przez Onana, o czym mówi Biblia, o samogwałcie popełnianym przez Adama, protoplaście wszystkich mężczyzn, kiedy był sam jak palec, lub kiedy Ewa gniewała się na niego, ale uznał, że jest to zbyt zawiłe. Księżyc tej nocy pędził po niebie egzotyczne chmury i Sefardi poczuł twórcze prawie poetyckie uniesienie, co wiązało go długą nicią ewolucji z pierwotnym Adamem, przypomniały mu się bezkresne łąki w raju, po których biegała roznegliżowana Ewa. Dał się unieść erotyce, wezbrała w nim fala męskości. Nie mając możliwości popłynąć na niej, zdeptał ją w sobie, popadając omalże w depresję. Kiedy zamilkł, zdając sobie sprawę, że powiedział coś, czego nie zamierzał mówić, Isabela go zaskoczyła.

– Z nikim o tym nie rozmawiałam, ale to mnie bardzo interesuje. Niech pan nie sądzi, don Sefardi, że jestem kobietą … zawahała się, aby dodać po chwili … zaściankową.

– Nie mam nic do dodania – odparł pośpiesznie Sefardi – oprócz tego, że kobiety w wieku dojrzałym, nawet te piękne jak jutrzenka w dniu, kiedy nastąpiło zbawienie, pozbawione męża lub partnera, zamiast znaleźć sobie mężczyznę, który by sprawiał im radość cielesną, przestają ufać mężczyznom i rzucają się w wir pracy lub niekończącą się opiekę nad małymi dziećmi. Niektóre przechodzą nawet do polityki, ucząc się słuchania i wygłaszania kłamstw, tak jakby było go za mało bez ich udziału. Sefardiemu coś się przypomniało, zdenerwował się i wypalił:

– Nie znoszę kłamliwych bab. Są gorsze niż schlany mężczyzna w rynsztoku.

– Zgadzam się z panem całkowicie, don Sefardi – skwapliwie przytaknęła rozmówczyni, ponownie zaskakując go swoją otwartością. Przyjrzał jej się uważnie i dopiero teraz zauważył, że była ubrana inaczej niż zazwyczaj, w luźny różowy strój. Wyglądała raczej skromnie w górnych partiach ciała, lecz bogato w dolnej części. Zdziwiło go to, bo inaczej ją pamiętał. Doszedł do wniosku kolejny raz, że jej biodra mogłyby zachwycić najbardziej wymagającego miłośnika kształtnych kobiet. Była przeciwieństwem modelek, obnoszących z dumą wygłodzone biodra i usychające uda.

Isabela niespodziewanie podjęła wątek zaniedbanej kobiecości. Chyba pragnęła i potrzebowała wypowiedzieć się na ten temat od dawna, gdyż mówiła śpiesznie, jakby bała się, że ktoś jej przerwie.

– Mam przyjaciółkę. Od piętnastu lat żyje samotnie. Ma pięćdziesiąt pięć lat, nie ma kota ani psa, za to dwójkę dorosłych, niezależnych już dzieci, córkę i syna. Zalecali się do niej różni mężczyźni. Ale co to byli za mężczyźni? Zjawił się taki jeden na wstępnej randce w kawiarni z teczką wypchaną dokumentami i opowiadał ze łzami w oczach, jaki to on jest dobry, cały majątek zostawił żonie i dzieciom i teraz szuka tylko miłości. Moja przyjaciółka od razu wyczuła, że on nie szuka miłości, tylko opieki, kiedy zdziadzieje i chciałby, aby ktoś się nim zaopiekował. Przegoniła go na cztery wiatry. To łachudra liczący na kobiecą dobroć – tak mi powiedziała. Potem żałowała swojej decyzji, bo on autentycznie był nią zainteresowany. Isabela przerwała i zamyśliła się. Kąciki jej ust zadrgały jakby podrażnione czymś szorstkim. – Teraz jakoś sobie radzi bez mężczyzny, przyzwyczaiła się. – Zakończyła, opuszczając wzrok. Być może zobaczyła coś na podłodze, może chciała przyjrzeć się swoim nowiutkim pantofelkom, być może było to zupełnie przypadkowe. Kiedy podniosła twarz, kąciki jej ust opadły, wyglądała na przygnębioną. Trwało to tylko sekundę. Po chwili jej twarz rozjaśniła się uśmiechem. Sefardi domyślił się, że opowiedziała mu swoją historię.

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 36: Demografia i podwójne imię kobiety

Kiedy liczba mieszkańców Nomadii przekroczyła dwadzieścia milionów, rząd ekspediował nadwyżkę obywateli do krajów radosnej nadziei. Tak nazywano kraje zatrudniające u siebie emigrantów z Nomadii. Kiedy liczba mieszkańców spadała poniżej dwudziestu milionów, rząd zwiększał imigrację z krajów czarnej rozpaczy. Tak nazywano kraje mające nadwyżki demograficzne.

Działania rządu oceniano wskaźnikami wrażliwości społeczno-ekonomicznej. Wskaźniki obliczano osobno dla każdej zmiany społecznej wywołanej przez bodziec finansowy zastosowany przez rząd. Zmiany mogły dotyczyć bezrobocia, urodzeń, emigracji, imigracji i podobnych spraw. Obliczeniom służył wielowariantowy model matematyczny reakcji społeczeństwa. 

Wszystkie sznurki działań rządu trzymał w ręku Barras. Nic nie działo się bez jego udziału lub akceptacji. Zwolennicy nazywali go „ojcem ojczyzny”. Odpowiadało mu to, kreowało go na bohatera.

– Zachowuje się jak mitologiczny Zeus – zżymał się Sefardi.

Po pewnym czasie, zauważając niekonsekwencje i zaskakujące zwroty polityki rządu, Sefardi doszedł do wniosku, że demografia jest tematem zastępczym, mającym na celu odciągnięcie uwagi obywateli od innych, bardziej drażliwych i kłopotliwych spraw.

Isabela, z którą nierozważnie podzielił się swoją obserwacją, zareagowała krótko:

– Ależ pan jest nieufny, don Sefardi! Jak kogut, który podejrzewa każdą kurę o zdradę z nieistniejącym rywalem.

Temat koguta nie schodził jej z ust, poruszała go wcześniej kilkakrotnie. Sefardi uznał, że gospodyni jest niewyżyta seksualnie.

Wieczorem rozmawiali o imionach. Sefardi wyjaśniał, jakie znaczenie ma staranny wybór imion i nazwisk bohaterów powieści. Przywiązywał do tego wielką wagę.

– Jeśli bohater jest lekkoduchem, niewłaściwe byłoby obdarzenie go imieniem cieszącym się szacunkiem i powagą. Każde imię ma odmienne pochodzenie, znaczenie, budzi różne skojarzenia, inaczej jest odbierane.

– Czy wie pan, don Sefardi, że ja mam dwa imiona? – Isabela wyskoczyła jak Filip z konopi przerywając mu wypowiedź. – Jedno to Isabela, drugie to Angelika. Lubię obydwa i nie wiem, dlaczego używa pan uparcie tylko mojego pierwszego imienia. Już mi się to znudziło. Niby taki wielki wynalazca i kandydat na pisarza, a ciągle powtarza pan ten sam lejtmotyw konwersacyjny? Dobrze powiedziałam? – Nie była pewna ostatnich słów.

– Dobrze pani powiedziała, ale nie wiem, jak mogę to zrobić. Czy w dni parzyste mam używać pani pierwszego imienia, a w nieparzyste zwracać się do pani Angeliko? – Sefardi potrafił być uszczypliwy, nawet niesympatyczny. W duchu usprawiedliwiał to drażniącą go bezmyślnością i naiwnością kobiety.

– Doskonały pomysł! Bardzo mi się podoba pańska sugestia. Wreszcie ruszył pan głową. – zachwyt Isabeli-Angeliki był szczery. Przyjęła propozycję Sefardiego na serio; pilnowała potem, aby przestrzegał zasady używania właściwego imienia każdego dnia. Ponieważ dni mu się wciąż myliły, szukał rozwiązania, które pozwoliłoby mu uniknąć ciągłych przypomnień, wobec których czuł się jak człowiek ubezwłasnowolniony. W końcu znalazł rozwiązanie; uznał je za żartobliwe.

– Skoro jedynka jest pierwszą liczbą systemu dziesiętnego, a Angelika zaczyna się od pierwszej litery alfabetu, będę używać imienia Angelika w dni nieparzyste, a Isabela w pozostałe dni, czyli parzyste.

Isabela wpadła w zachwyt, źrenice jej się powiększyły, kąciki ust podniosły w uśmiechu. Po chwili w jej oczach pojawił się figlarny błysk. Było w tym coś przewrotnego. Sefardi nie był pewien, czy kobieta nie pogrywa sobie z nim w kulki. Czasem nachodziło go nieodparte wrażenie, że jest znacznie inteligentniejsza, niż pokazywała to po sobie. Wydało mu się, że gra jakąś podstępną rolę, przekornie bawi się nim, rzucając mu wyzwania i obserwując jego reakcje. Tego wieczoru po raz pierwszy miał wrażenie, że to ona jest kotem, a on myszką, nie na odwrót. Okazała się zagadką, labiryntem, z którego nie zawsze udawało mu się wyjść bez uszczerbku. Postanowił bardziej się pilnować. 

Powieść Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 35: Żywa rozmowa o kurach i kogutach

Sefardi siedział przy biurku i gapił się bezmyślnie przez okno. Zmęczył się, usiłując nadać przekonywujący kształt fragmentowi powieści, jaką pisał od niedawna w skrytości. Odetchnął z ulgą, kiedy usłyszał pukanie do drzwi.

– Pańska żona mnie przysyła, don Sefardi. Przyniosłam panu herbatę, tę czerwoną, którą pan lubi najbardziej. Mam powiedzieć, aby nie siedział pan zbyt długo przed komputerem, bo do cna zepsuje pan sobie oczy. – Isabela popatrzyła na niego uważnie. – Rzeczywiście, żona ma rację. Ma pan oczy zaczerwienione jak kogut zmęczony uganianiem się za kurą, z którą chciał porozmawiać o mistrzostwach świata w piłce nożnej. – Isabela przerwała, aby odsunąć długopisy z brzegu biurka i postawić szklankę z gorącą herbatą. – To najbardziej zwariowany sport, jaki wynaleziono. Osobiście nie znoszę głupiego ścigania się po boisku.

Dopiero po tych słowach odwróciła się w kierunku siedzącego. Zaskoczyła go swoją wypowiedzią. Był pewien, że to nie były jej słowa. Nie dałby sobie jednak głowy za to uciąć, gdyż potrafiła być oryginalna. Jego uwagę zwróciło coś innego. Już wcześniej zauważył, że Isabela błądzi po obrzeżach erotyki, czyniąc zwiewne aluzje i drobne przyczynki do seksu, praktycznie przy każdym temacie, jaki pojawiał się na horyzoncie ich rozmów. Sefardi widział to w jej oczach, nieobecnych, zagubionych w przestrzeni, niezależnych od ust, z których wypływały słowa. Nie za bardzo rozumiał jej myśli i postępowanie. Po chwili zastanowienia, zapytał ją o to jak mógł najostrożniej. Oczekiwał spokojnej reakcji.

Isabela wyskoczyła na niego ostro, nazwała go zboczeńcem, zdegenerowanym samcem szukającym zemsty na kobietach. – Ciągle pan o tym myśli, dlatego ma pan zaczerwienione oczy. To nie ze zmęczenia!

Spontaniczna reakcja kobiety nie pozostawiła wątpliwości, co do jej szczerości. Sefardi domyślał się, że jest to kwestia podświadomości, wyzwalającej erotyczne skojarzenia, wspomnienia przeszłych doświadczeń, może nawet niespełnionych pragnień.

– Skąd zna się pani, Isabelo, na kogutach ścigających kury? Prowadziła pani gospodarstwo wiejskie? – Odpowiedział niechętnie pytaniami, aby odwrócić uwagę od drażliwego tematu. Jej słowa wyprowadziły go z równowagi tylko dlatego, że sam doskonale wiedział, że ma podkrążone i zaczerwienione oczy. Traktował to jako daninę, jaką zmuszony jest płacić, starając się stworzyć wartościowy tekst tego, co pisał, pracując nad kolejną, piątą lub szóstą wersją, zastanawiając się nad każdym zwrotem, sceną czy ujęciem.

– Nie prowadziłam gospodarstwa, ale wiem, jak wygląda kura i kogut, jak się zachowują, co jedzą i jaki głos wydają. – Isabela rozgadała się jak niemowa, której cudem przywrócono język. Kiedy zaczęła opowiadać o gospodarstwie, Sefardi potraktował to jak przyganę; chciała udowodnić mu, że wie lepiej, o czym mówi.

– Kura to kura, kogut to kogut. Koguty są głupie, to zasadniczo bezużyteczne darmozjady. Kury niosą jaja, które pan chętnie je na śniadanie i jeszcze sobie chwali. – Wyrzuciła z siebie, odchodząc. Była obrażona. W drzwiach złagodziła swój wyrok.

– Koguty są głupie, ale nie każdy i nie w każdej sytuacji. Kury też są głupie, może trochę mniej. Głos jej się zmienił, był łagodniejszy. – Jakby miał pan coś do poczytania z tej pańskiej pisaniny, to chętnie bym poczytała. Mam trochę czasu.

Sefardi zbył ją. – Może za kilka dni. Dzisiaj nie mam nic, co dałoby się czytać.

– Dobrze. Nie będę się narzucać. Nie potrzebuję łaski. – Zrezygnowana zamknęła drzwi do pokoju bardziej energicznie niż zwykle.

Michael Tequila: https://tinyurl.com/y7cza5nc

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 33: Konwersacje o spowiedziach i imionach

W nocy Sefardi nie mógł zasnąć. Przewracał się z boku na bok na łóżku usiłując ułożyć się wygodnie na grubym materacu. Kiedy to mu się nie udało, przeszedł do salonu na kanapę. Znowu spotkało go niepowodzenie, choć kanapa była sprężysta, obszyta naturalną, dobrze wyprawioną i miękką skórą. Rano obudził się zmęczony. Poleżał chwilę, wstał, włożył szlafrok i usiadł przy biurku.

Wkrótce Isabela przyniosła mu herbatę, z dwoma plasterkami cytryny, taką, jaką lubił. Od pewnego czasu robiła to regularnie. Nie prosił ją o to, nie miała też takiego obowiązku. Została zatrudniona wyłącznie do pomocy żonie, Penelopie.

Kobieta była zamyślona. Kiedy stawiała spodeczek i szklankę na biurko stwierdziła jakby od niechcenia:

– Wygląda pan dzisiaj wyjątkowo pobożnie.

Jej śmieszna obserwacja ożywiła Sefardiego. Patrzył na nią oczekując wyjaśnienia, co ma na myśli. Nie odpowiedziała od razu. Pomyślał, że testuje jego cierpliwość.

– Znaczy się, wygląda pan jak nieboszczyk zdjęty z krzyża, albo jak ksiądz-staruszek po wyspowiadaniu Alibaby i czterdziestu rozbójników. Dzisiaj tymi rozbójnikami mogłyby być kobiety. Kobiety zawsze były aktywne zawodowo, obecnie nawet bardziej niż mężczyźni. Na przykład w wojsku. Wie pan, ile kobiet służy dzisiaj w wojsku? Uważam, że kobieta mogłaby z powodzeniem być nawet kapelanem. Oczywiście nie w naszym kościele, bo jest staromodny i strasznie przyzwoity; ksiądz to ksiądz, baba to baba, ale …. – Isabela popadła w typowy dla niej stan niekończących się dywagacji.

Sefardi wiedział, że jeśli jej nie przerwie, to zajmie mu czas wykładając teorię niezwykłej roli kobiet w kościele, armii i społeczeństwie, może nawet i więcej.

– A wie pani, Isabelo – wpadł jej w słowo – że kiedyś miałem być księdzem.

Popatrzyła na niego zdezorientowana.

– Naprawdę chciałem być księdzem i specjalizować się w spowiedziach. Ale tylko młodych kobiet. Byłem wtedy bardzo przystojny. Powiedziałem to proboszczowi mojej parafii, a on zapytał mnie: „Jak młodych?”.

Sefardi nie wiedział, dlaczego pytanie o wiek miało dla proboszcza znaczenie. Myślał o przedziale dwudziestu do trzydziestu pięciu lat. To zaspokajałoby jego ambicje bycia użytecznym. Był młody, więc łatwiej było mu zrozumieć kobiety w tym wieku. Kościół, jednakże odrzucił jego dobre chęci, mimo że był wówczas przystojnym i wykształconym mężczyzną doskonale nadającym się do stanu duchownego. Miał długie nogi i czarną czuprynę, gęstą jak niedźwiedź późną jesienią.

Opowiadając historię swoich marzeń, Mistrz odczuwał perwersyjną satysfakcję naśladując Isabelę stylem wypowiedzi i obfitością słów. Ponieważ nie przerywała mu, kontynuował.

– Teraz to już nie wszystko pamiętam, ale miewałem różne pragnienia. Wtedy myślałem najbardziej o stanie duchownym. Każdy ksiądz jest mężczyzną, ale nie każdy mężczyzna może być księdzem. – Tak mi odpowiedział proboszcz. Odrzucił logikę mojego rozumowania. Negatywna postawa kościoła wobec moich aspiracji nie zniechęciła mnie do kontynuacji dialogu z kościołem. Kościół to nasza matka. Ale cóż to za matka, która nie pozwala dziecku na radość udzielania pierwszej pomocy bliźnim pragnącym ujawnić swoje troski w szczerej spowiedzi, aby uzyskać pokutę i przebaczenie.

Kiedy to powiedział, przeszła mu chęć dalszego fantazjowania. Zaniepokoił się, że przesadził i Isabela uzna, że się z niej nabija. Nie zamierzał zrazić jej do siebie. Isabela nie odzywała się, po chwili wymówiła się innymi obowiązkami i wyszła.

W młodości Sefardi rzeczywiście miał marzenia, ale inne, które też się nie spełniły. Marzył o szczęśliwej rodzinie, puszystym śniegu, konwaliach w ogródku, choince ubieranej przez dzieci, wspólnych wyprawach nad jezioro. Idealizował swoją przeszłość, może nawet miał halucynacje. Nie dzielił się tym z nikim.

*****

Temat imienia pojawił się zupełnie przypadkowo, jakby ktoś zauważył przelotny kształt nad łąkami i wykrzyknął: – O, jaskółka! Jaka ona jest zwinna!

– Sama nadałam sobie imię Isabela. Nikt mnie do tego nie upoważnił. Nie podobało mi się poprzednie – stwierdziła Isabela, zapytana o pochodzenie jej imienia.

-A jakie było poprzednie?

– Tego nie mogę panu powiedzieć, don Sefardi. Nie jestem taka głupia. Śmiałby się pan ze mnie. Po prostu, nie podobało mi się ono. Wymazałam je z pamięci, zapomniałam o nim.

– Pani imię jest przecież zapisane w dowodzie osobistym, Isabelo. Nie można go wymazać, ot tak sobie, na widzimisię.

– No właśnie. A ja to zrobiłam. Wystawiono mi nowy dowód już z imieniem, które sobie wymyśliłam. W poprzednim dowodzie było inne, pospolite i brzydkie.

– Dlaczego brzydkie? Czy pani nie przesadza? Brzydkich imion jest niewiele. To ludzie bywają brzydcy, nie imiona. – Sefardi przekomarzał się, ale nie przeciągał struny, pamiętając o wrażliwości rozmówczyni w sprawach osobistych. Nie była to trwała cecha jej charakteru; zazwyczaj zachowywała się tak, jakby jej nie zależało, co się o niej mówi lub myśli.

– Tamten dowód mi zginął. Nie pamiętam już; może mi go ukradli, a może wpadł do wody z mydlinami i rozpuścił się. Albo zużył kompletnie jak papier, którego litery wdeptano długim chodzeniem w podłogę. Raz nawet widziałam małe literki na podłodze, mogły pochodzić z mojego dowodu. Od razu zapytałam siebie, czy to możliwe. Okazało się, że tak. Na pewno tak było. Jestem tego pewna – Isabela modulowała głos jak poetka.

– Opowiada pani głupstwa i jest pani uzurpatorką, Isabelo.

– Co też pan mówi!? Nie znam tego wyrazu. To pewnie coś złego?

– Uzurpować znaczy sięgać po cudze, coś sobie przywłaszczać, nadawać sobie tytuł, albo imię, nikogo nie pytając o zdanie lub zgodę. Sama przyznała sobie pani przywilej ustalenia nowego imienia.

Isabela patrzyła na Mistrza skonfundowana. Nie była pewna, jak zareagować. Sefardi kontynuował.

– Teraz jestem królową. Powiedzmy, że tak pani sobie pomyślała i naprawdę wierzy, że nią jest i siedzi sobie na tronie z koroną na głowie i berłem w ręku, czekając aż mężczyźni zaczną jej okazywać podziw i szacunek, jaki poddani mają wobec władcy. Tej historyjki z imieniem i rozdeptanym dowodem osobistym nie opowiada chyba pani kobietom, tylko mężczyznom? Albo tylko mnie? – Sefardi pomyślał, że powiedział to niepotrzebnie; zrujnował fantazję zakwitłą przelotnie w głowie kobiety. Głupio mu się zrobiło, że zachował się tak, jakby miał do niej pretensję o drobinę iluzji, dziwaczny wymysł lub niewinne kłamstwo.

Isabela popatrzyła na niego niewidzącymi oczami. Nagle zerwała się, podeszła do niego i zmierzwiła mu włosy. Był to impuls, odruch, który zaskoczył ich oboje. Zdezorientowany Sefardi uznał to za pieszczotę, coś spontanicznego, wyraz niechęci pomieszanej z podziwem. Potraktowała go jak urwipołcia, chłopca, który uczynił coś niewłaściwego, nie w złej intencji, tylko z przekory i ciekawości, jak to zostanie odebrane, z chęci zwrócenia na siebie uwagi. Popatrzyli na siebie zaskoczeni, po czym Isabela w pośpiechu wyszła z pokoju, pozostawiając otwarte drzwi. Mistrz miał wrażenie, że zrobiła to pragnąc, aby pobiegł za nią i usprawiedliwił się z wszystkiego, co niepotrzebnie powiedział.

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 29: Rozmowa o relacjach państwo-obywatel

Zbliżając się do gabinetu Mistrza, Isabela usłyszała głośne słowa. Zatrzymała się przed drzwiami, zastanawiając się, z kim wynalazca mógłby mieć spotkanie o tak wczesnej porze. Zazwyczaj przyjmował gości dopiero po godzinie dziesiątej rano. Niepewna, co uczynić, zapukała. Przygotowała sobie usprawiedliwienie: dostarczy herbatę i wyjdzie. Z wewnątrz nie dobiegał żaden głos zapraszający do wejścia. Zapukała jeszcze raz, odczekała kilkanaście sekund i nacisnęła klamkę.

W pokoju był tylko Sefardi. Ubrany w brązowy tużurek, jasne domowe spodnie oraz kapcie, chodził po pomieszczeniu głośno perorując. W ręku trzymał kilka kartek. Kobieta rozejrzała się po pokoju, zaintrygowana, z kim rozmawia.

– Dziwak! Gada sam ze sobą – Isabela poczuła niechęć do mężczyzny. Zdecydowała się zostawić herbatę i wyjść. Kiedy odwróciła się w kierunku drzwi, Sefardi powstrzymał ją gestem ręki.

– Proszę nie dziwić się, że chodzę po pokoju i rozmawiam ze sobą. Powtarzam tylko tekst, który napisałem. Słysząc każdy wyraz i każde zdanie łatwiej jest mi je ocenić i poprawić. Jeśli coś nie brzmi tak, jak trzeba, natychmiast szukam lepszego sformułowania.

– Dziwne. Nigdy nie słyszałam, aby komuś pomagało gadanie ze sobą.

– Nie gadam ze sobą, tylko precyzuję swoje myśli. To mi oszczędza mnóstwo czasu na poprawianiu tekstu.

– A to, co pan poprawia, to naprawdę coś ważnego?

– Tak. Analizuję stosunki między władzą a obywatelami. Czy pani wie, Isabelo, że władza i obywatele to najbardziej trwały element każdego państwa? Nie ma takiego kraju, gdzie nie istniałaby władza i nie byłoby obywateli, dawniej zwanych podwładnymi.

– Jakie to ma znaczenie dla pana albo dla mnie? – w głosie kobiety zabrzmiał ton cierpkości. Rozważania Sefardiego uważała za jałowe i niepotrzebne. – Po co zastanawiać się nad czymś, czego i tak nie możemy zmienić? Zawsze jest jakaś władza i nikt z nią nie wygra. Obywatele, nie obywatele. Zresztą ci pańscy obywatele też są diabła warci. Nie dalej jak wczoraj słyszałam w telewizji…

– Znowu wpadła w swój kretyński nawyk natychmiastowej dygresji, niezależnie od tematu – pomyślał Sefardi, decydując się interweniować. Czasem słuchał jej wywodów, bo go bawiły, niekiedy znajdował w nich coś interesującego. Tym razem ważniejsza była praca.

– Isabelo! Niech się pani opamięta. Znowu chce mnie pani częstować tandetnymi wiadomościami telewizyjnymi. Ja mówię o poważnych sprawach. Niepokoi mnie to, co dzieje się w kraju. W głowie mam wzór idealnego mechanizmu, jakim jest nowoczesny zegarek. Czy pani wie, że dobry zegarek może chodzić kilkadziesiąt lat i więcej, i niezawodnie wskazywać godzinę? Raz na rok wymaga tylko minimalnej korekty czasu i to wszystko. Są zegarki, które nawet i tego nie potrzebują, ponieważ bezprzewodowo odbierają sygnały czasu zegara atomowego.

Na twarzy Isabeli pojawił się grymas irytacji. Sefardi przerwał wykład o nadzwyczajności zegarka.

– Powiem krótko, bo nie zamierzam pani nudzić. Nie jest dobrze. Mamy dwie wielkie partie. Jedna ma ogromną władzę i chce ją jeszcze bardziej powiększyć. To byłoby niebezpieczne. Druga partia straciła orientację i nie jest zdolna skutecznie jej się przeciwstawić. Obywatele na tym tracą, ale nie to interesuje mnie najbardziej. Mnie interesują konkrety: dlaczego wydatki państwa rosną dużo szybciej niż przewidywano i dlaczego wysocy urzędnicy otrzymują coraz wyższe uposażenia. Przecież one już są niewyobrażalnie wysokie. Za kilka miesięcy pracy prawie każdy z nich może kupić sobie dom.

Sefardi zamierzał coś jeszcze uzupełnić, ale Isabela przerwała jego wyjaśnienia.

– Przepraszam, muszę już iść, bo mam obowiązki. Życzę powodzenia.

Jej obcesowa reakcja sprawiła mu przykrość. Po jej wyjściu chwilę wpatrywał się w wygaszony monitor komputera, po czym machnął ręką, jakby wszystko przestało mieć jakiekolwiek znaczenie. Poprawianie tekstu odłożył na później. Czekał na telefon od dziennikarza, którego poprosił o przeprowadzenie ważnego dochodzenia.

 

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 26: Isabela odwiedza Sefardiego w gabinecie

Głośne pukanie przerwało Sefardiemu myśli o zbliżającym się spotkaniu przy krawężniku. Chwilę później Isabela wtargnęła w jego męskie zagubienie. Kierowało nią przeznaczenie albo kobieca intuicja. Kiedy znalazła się w gabinecie, próbował zgadnąć cel jej pojawienia się: dostarczyć gorącej herbaty, zadać pytanie, zawsze miała ich pod dostatkiem, czy też posprzątać pokój. Nic innego nie przychodziło mu do głowy.

Coś leżało na podłodze, jakiś drobiazg, gdyż schyliła się, aby to sprawdzić. Kiedy stała przechylona, miał czas przyjrzeć się jej pośladkom ciasno opiętym sukienką w zielone grochy zdobne kroplami połyskliwej rosy. Poczuł ciepło rozlewające się po ciele i pragnienie sięgnięcia po owoc znajdujący się prawie w zasięgu ręki, co groziło protestem i awanturą, a może i czymś gorszym. Kultura wzięła górę nad naturą, żądającą szczerości i rozładowania namiętności. Pohamował się, koncentrując się tylko na patrzeniu.

Kiedy Isabela wyprostowała się, zobaczył ją jakby od nowa. Była proporcjonalnie zbudowana, z wyraźnie zarysowanymi biodrami, dużymi piersiami i powabnymi oczami Mulatki. Była obfitsza niż większość kobiet podobnej postury. Sefardi był pewien, że przyciąga uwagę i wzbudza pożądanie niejednego mężczyzny. Nabrał przekonania, że była tego świadoma i celowo schyliła się po papierek leżący na podłodze, aby przetestować swój niewieści wdzięk na nim. Teraz, trzymając świstek papieru w ręku, stała wyprostowana, z szeroko otwartymi oczami i patrzyła na niego. Wyglądała na zdziwioną. Przypomniała mu obraz Botero, malarza wybujałości cielesnej, którego niezwykle barwne obrazy oglądał w Muzeum Fernando Botero, kiedy podróżował za granicą. Po chwili niemego wpatrywania się w siebie, ona z perspektywy malarskiej, on z wysokości anonimowego widza, Isabela wyszła z ram obrazu, a następnie z pokoju.

Kilka godzin później ponownie pojawiła się w drzwiach gabinetu, ubrana w strój, którego nigdy wcześniej nie widział. Zawierał w sobie mieszankę egzotycznych kolorów wyciszanych plamami łagodnego brązu i szarości przypominając ubarwienie ptaka nieznanego pochodzenia.

– Znowu coś wymyśliła – Sefardi był niezdecydowany, czy powinien ją zganić, pochwalić, czy zachować obojętność. 

– O czym pan tak myśli, don Sefardi? – zapytała niewinnie kobieta i nie czekając na odpowiedź, dodała życzliwie obdarzając go zwyczajową dawką niewieścich przemyśleń: – Niech się pan nie przemęcza. Rano myślenie niewiele daje. Ja na przykład najlepiej myślę po południu, bo jestem sową od urodzenia, a nie skowronkiem. Znam pana dostatecznie dobrze i wiem, że wczesne myślenie nic panu nie da, jeśli nie napije się pan mocnej kawy i nie obudzi się ze swoich zbereźnych snów. Mówię o tym kawałku powieści, który dał mi pan ostatnio do poczytania.

Isabela postawiła kawę na biurku, po czym bezceremonialnie, nie pytając zainteresowanego o zdanie, wsypała do kubka dwie czubate łyżeczki brązowego cukru.

Sefardi nie interweniował. Jej postępowanie uznał za część odwiecznej kobiecej opiekuńczości, która wie doskonale na podstawie obserwacji i intuicji, co służy podopiecznemu, za którego Isabela go uważała. Zaobserwował już wcześniej, że objęła go protektoratem bezinteresownej pomocy w sprawach zdrowia oraz odżywiania.

Kiedy spróbował słodkiej kawy, postanowił rzucić jej rękawicę.

– Myślałem o tym, jak rozwiązać wątpliwość, czy naprawdę coś łączy człowieka z Bogiem i Boga z człowiekiem. Męczy mnie to.

– A jakie to ma znaczenie czy pan zna czy nie zna odpowiedzi na to pytanie? Niech pan nie komplikuje sobie życia. Mało to jest pytań, na które nie umiemy odpowiedzieć. Człowiek by zwariował, gdyby chciał znać wszystkie odpowiedzi.

– Isabelo! To tylko wymówka, bo nie wie pani, co odpowiedzieć. Osobiście lubię znać odpowiedzi na wszystkie pytania, jakie mi się nasuwają. Pomyślałem sobie, że jeśli nie umiałbym odpowiadać na takie pytania, to byłbym skończony jako zegarmistrz, wynalazca i jako człowiek. Moje życie nie byłoby warte funta kłaków i powinienem je skończyć. Wszyscy wokół oczekują jednak, że ze śmiercią trzeba poczekać na pana Boga, a nie podejmować własnej decyzji. Chodzi mi o eutanazję. Ciekaw jestem, co pani o niej sądzi?

– A, eutanazja. Słyszałam o niej. W pana przypadku nie widzę takiej potrzeby. Pański rozum i ciało pracują dostatecznie dobrze. A jeśli nie, to niech się pan napije kawy albo koniaku, to poczuje się pan lepiej. Niech mi pan nie komplikuje życia. Nie mam chęci uczestniczyć w pańskim przedwczesnym pogrzebie – kobieta popatrzyła na niego z politowaniem. Coś jej się przypomniało.

– Co do pańskiego pytania, co odpowiedziałby panu Bóg, to znam odpowiedź. Powiedziałby: Nie musisz na mnie czekać, jeśli tak się spieszysz. Przyjdź, kiedy zechcesz. Myślisz, że zajmuję się takimi sprawami. Przecież miliony ludzi na świecie w każdej chwili pytają mnie o coś, proszą, błagają, polecają siebie i swoich najbliższych. Gdybym tego wszystkiego słuchał, to bym zwariował. Wie to każda kobieta, która wychowuje dziecko zadające setki pytań. Jedno dziecko! A tutaj miliardy ludzi! Tak myśli pan Bóg.

Isabela wyszła z pokoju, wzruszając ramionami. Sefardiemu wydało się, że w drzwiach mruczała słowa „…nie słucha niemądrego pastucha”, nie zamierzał jednak tego sprawdzać wszczynając dochodzenie.

 

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 24: Słodko-kwaśne wspomnienia Sefardiego

Wiek dawał się najbardziej we znaki Sefardiemu. Katował go tak, jakby był odrębną istotą, choć przecież stanowili wspólnotę. Mężczyzna gubił się w prostych czynnościach, zawodziły go koncentracja i pamięć. Tylko wyobraźnia i ciekawość świata pozostały w nim młode i aktywne, niekiedy wręcz dziecinnie żywe, podobnie jak skłonność do żartów.

Kiedy obudził się, na dworze było jeszcze ciemno. Nie mogąc zasnąć, wstał i czytał chodząc po salonie z książką w ręku. Pół godziny później rozbolały go oczy. Pomyślał, że szkła okularów są przybrudzone. Zdjął je, aby przetrzeć. Dopiero wtedy zauważył, że były to okulary do pracy przy komputerze, nie do czytania. Ogarnął go płomień gniewu. Nieszczęśnik kontrolował się na tyle, że eksplodował tylko wewnętrznie, z dziwną rozwagą, jakby bał się obudzić domowników lub sąsiadów śpiących z uchem przy ścianie. Z sercem wypełnionym goryczą przeklinał swój los w najbardziej grubiański sposób. Uznając wulgarność za szczególną formę prostactwa, nie odrzucał jej w przekleństwach. Wręcz przeciwnie, godził się z nią, nawet błogosławił, ponieważ pozwalała mu lepiej wyrażać uczucia, oburzenie na siebie, świat i Boga.

Tego ostatniego oskarżał otwarcie, że poskąpił mu potomstwa, jakim szczodrze obdarzał większość ludzi. Innym przychodziło ono łatwo jak splunięcie, podczas gdy liczna rzesza nieszczęśników, do których sam się zaliczał, pozostawała w zamknięciu żelaznych sztab i kłódek samotności. Jedyne dziecko, jakie miał, była to dziewczynka, kiedy podrosła, wdała się w złe towarzystwo i po kilku rodzinnych burzach zniknęła na zawsze.

Tego dnia po raz pierwszy naszło Sefardiego pragnienie, aby w proteście wobec macoszego traktowania go przez Boga odejść ze świata szybciej niż mu to przeznaczył. Uciekając od ponurej myśli, Sefardi zdał sobie sprawę, że otrzymał tak wiele innych dóbr, że mimo wszystko nie powinien rozpaczać. Wprawdzie w połowie był nieszczęśliwy, to przecież w drugiej połowie miał prawo odczuwać szczęście.

– Czuję się jak skazaniec posadzony na rozgrzanych węglach, którego polewają zimną wodą, aby przynieść mu ukojenie – nie potrafił powstrzymać się od milczącej uszczypliwości wobec losu.

Dojrzałe życie Sefardiego przypadło na czas niezwykłych zmian, przechodzenia z epoki spraw prostych i uporządkowanych do epoki komputera i przestrzeni wirtualnej, o pojemności miliony razy większej niż przestrzeń fizyczna. Był to czas osobliwości, rowerów elektrycznych z podręczną kafeterką do parzenia kawy, robotów wykonujących salto do tyłu, sztucznej inteligencji cudownie podwyższającej poziom IQ za jedno szczere „Bóg zapłać”, samojezdnych autobusów stawiających pasjanse znudzonym pasażerom, tanich jak barszcz podróży kosmicznych oraz cichego terroryzmu służącego rozwiązywaniu trudnych problemów rodzinnych. Także gadżetów i produktów w rodzaju cztery w jednym, w tym proszku do prania służącego za perfumy i zapewniającego biel tak olśniewającą, że bez ciemnych okularów można było oślepnąć w jednej chwili.

Największą rewolucję wywołał smartfon, produkowany w astronomicznych ilościach we wszystkich kolorach tęczy. Na ulicach pojawiły się tabuny rozpromienionych osobników trzymających w rękach nawet trzy smartfony, aby sycić się rozmową jednocześnie z wieloma osobami. Zamiast ssać matczyne piersi małe dzieci namiętnie uczyły się korzystania ze smartfonu. Zachwycało to rodziców, szczęśliwych, że nie musieli wychodzić z pociechami na place zabaw, aby niepotrzebnie biegały, pociły się i brudziły ubranka.

– Można by powiedzieć, że postęp oszalał, a pan, don Sefardi, razem z nim, bo wyraża się pan o nim tak pozytywnie – wnosząc herbatę do gabinetu Isabela burzyła życzliwy, aczkolwiek nie bezkrytyczny stosunek Mistrza do nowoczesności.

– Smartfon to zaraza – Isabela postawiła szklankę na biurku, aby kontynuować temat ze znajomością rzeczy profesora uniwersytetu. Wprowadziła Sefardiego najpierw w podziw, a następnie w zniechęcenie, kiedy zdał sobie sprawę, że wygłasza poglądy wyuczone w kolejce sklepowej. Sam miał niechętny stosunek do smartfonu. Uważał, że zainicjował on migrację międzykontynentalną milionów biedaków. Żyjąc w Afryce schodzącej na dziady po wyzwoleniu się z kolonializmu widzieli na swoich malutkich ekranikach kraje niewyobrażalnie bogate, o których wcześniej tylko słyszeli. Dzięki smartfonowi mogli oglądać na własne oczy ludzi wielkich i otyłych; zachwycało ich to, ponieważ sami żyli w głodzie wysuszającym ciało i nadymającym brzuch pustką niezaspokojenia.

– Głód i pragnienie, Isabelo, to popędy najsilniej motywujące człowieka, nawet bardziej niż popęd seksualny, najprostszy i najbardziej prymitywny. To natura zmusza biedaków, aby starać się uszczknąć choćby odrobinę niezmierzonego bogactwa, jakim dysponują zamożne społeczeństwa.

Isabela nie dała się sprowokować wzmianką o seksie, czujnie pamiętając, o czym zawsze i w każdych okolicznościach myślą mężczyźni bez względu na wiek i stan posiadania. Zdecydowała się bronić kobiecości podejmując krytykę irracjonalnych postaw starzejącej się lubieżności. Przyszło jej to tym łatwiej, że kilka dni wcześniej uczestniczyła w spotkaniu promującym zdrowsze miasta.

– Mówi pan, don Sefardi, o bogactwie, ja na to odpowiem panu ironicznym uśmiechem od ucha do ucha. Więcej towarów znaczy więcej opakowań, góry śmieci, na których gnije wyrzucona żywność i ubrania, jakie z powodzeniem mogłyby służyć nędzarzom. To także więcej smogu, który zatruwa miasta przylegle do wysypisk, więcej samochodów do transportu śmieci, więcej dymu ze spalarni i smrodu z oczyszczalni ścieków. Co mi na to odpowie, proszę mi wybaczyć, osobnik taki jak pan, męski szowinista okopany na stanowisku dominacji nad kobietą?

Prowokatorskie pytanie Isabeli zniechęciło Sefardiego do dalszej rozmowy. Wymówił się stwierdzeniem, że ma dużo pracy i nie może poświęcić więcej czasu na pasjonującą rozmowę o bogactwie i nędzy.

 

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 14: Rozmyślania Mistrza o życiu

Rano obudził Sefardiego odległy grzmot, straż przednia wiosennej burzy. Był zapowiedzią długiego koncertu dąsów pogody, najbardziej koszmarnych, jakie można było sobie wyobrazić. Zaczęło się w poniedziałek, na samym początku tygodnia, jakby dyrygent wydarzeń atmosferycznych podporządkował je dyscyplinie kalendarza. Tego dnia, mimo grzmotu, burza jednak nie nadeszła, nastał mglisty dzień i zapanował spokój. Po południu na horyzoncie pojawiły się chmury, nie większe i nie ciemniejsze niż zazwyczaj, o których nikt nawet nie pomyślał, że to zwiastuny mających nadejść nieszczęść.

Mistrz zaczął pisać, lecz myśli układały mu się wyjątkowo nieskładnie. Uznał to za dobry moment do zastanowienia się nad sobą. Siedział w swoim gabinecie przy biurku stanowiącym dlań symbol przewagi materii nad ulotnym rozumem. Jego biurko i rozum miały wspólną cechę: były tak zagracone, że często gubił się nie mogąc czegoś znaleźć. Godzina była nieprzyzwoicie wczesna, nie na tyle jednak, aby zapragnął wrócić do łóżka, podstawy dobrego snu i pozytywnego samopoczucia.

Aby się nie nudzić, ogarnął wzrokiem stan posiadania. Dwa ekrany z ramami czarnymi jak piekło nietrafionych uniesień twórczych, podstawka do przepisywania rękopisów na komputerze, kilkanaście książek układanych jedna na drugiej tak długo, aż stos groził bałaganiarskim rozsypaniem się po podłodze, dwie plastikowe tace na dokumenty oraz dwa kubki. Jeden z nich był wypełniony długopisami i ołówkami, drugi ostrymi przedmiotami: nożem do przecinania listów, nożyczkami i szpilorkiem do prucia szwów. Poza tym na biurku znajdowały się jeszcze dwa czarne głośniczki z upodobaniem do spadania na podłogę, aby wywołać hałas, a za nim potok złorzeczeń. Wszystko to znajdowało się w gabinecie, którego ściany zdobiły niezliczone zegarki, narzędzia zegarmistrzowskie, medale, dyplomy i fachowe publikacje.

Mistrz przerwał rozmyślania, zdając sobie kolejny raz sprawę z rzeczy tak bzdurnej jak to, że jest niepoprawnym bałaganiarzem. Nastąpiło to w momencie, kiedy spojrzał na zdjęcie żony, która pierwsza dostrzegła w nim symptomy bałaganiarstwa i życzliwymi uwagami starała się mu pomóc w powrocie do równowagi wewnętrznej. Nie dało to niestety żadnego pożytku. Co gorsze, Sefardi wszedł w nawyk regularnego zdawania sobie sprawy także z innych swoich przywar; czasami nawet godził się z nimi. Bałaganiarstwa, tej na pozór nieskomplikowanej słabości, nie umiał się wyzbyć.

Męczyło go to świadomością, że nosi we wnętrzu mroczne zło, walczące z prawdziwym, słonecznym „ja”. Przyszło mu do głowy, że jeśli on, istota ludzka, został stworzony na obraz i podobieństwo boże, to znaczy, że Bóg jest podobny do niego i też jest bałaganiarzem. Obrazoburcza myśl nie wyprowadziła go z równowagi, wręcz przeciwnie, pocieszyła. Nie bał się kary boskiej, przed którą kościół przestrzegał z wysokości ambon i zaciszy konfesjonałów, gdyż w jego wyobraźni Bóg był czystą dobrocią i bez problemu wybaczał ludziom nawet najbardziej krnąbrne myśli. Pełnego pogodzenia się człowieka z Bogiem nie uważał jednak za możliwe.

– Tkwi w tym wieczny konflikt – podsumował Sefardi, myśląc o tym, ile sprzeczności i pytań dzieli człowieka od Boga.

*****

Kilka dni później, po powrocie z konferencji „Nowa Wynalazczość”, Sefardi zastał w swoim gabinecie dziwnego gościa. Przy biurku stała nieznana kobieta i ścierała kurze. Zaskoczyła go swoją obecnością, nie wyglądem, nawet jej się specjalnie nie przyjrzał. Stał gapiąc się na nią, zanim odezwała się.

– Pańska żona prosiła mnie o sprzątnięcie pokoju. Tylko ścieram kurze. Powiedziała, że pan jest nerwowy na puncie porządku, nic więc tutaj nie ruszam. Niech pan się o to nie martwi. – Kobieta mówiła jakby była w pokoju pięćset razy i znali się od lat.

– Kim pani jest do licha!? – Zdenerwował się, że ktoś śmiał wtargnąć bez pozwolenia do jego królestwa.

Jego reakcja nie speszyła nieznajomej. Uśmiechnęła się rozbrajająco.

– Jest pan dokładnie taki, jak określiła to pańska żona.

– To znaczy, jaki?

– Niedotykalski. Denerwuje się pan bez przyczyny jak chłopiec, któremu przestawiono zabawkę z górnej półki na dolną. To nie ja to wymyśliłam. Tak mi powiedziała pańska żona.

Rozumiejąc, że nie wygra, Sefardi powtórzył pytanie. Nie starał się być uprzejmy.

– Czy pani powie mi w końcu, kim pani jest?

– Zostałam zatrudniona przez panią Penelopę do pomocy w prowadzeniu domu. Wykonuję jej polecenia. A teraz sprzątam ten pokój. Ale jeśli pan chce, to mogę wyjść.

– Nie ma potrzeby. Niech już pani skończy to, co zaczęła. Nie wiem nawet, jak pani się nazywa.

– Sotera Alasi.

Teraz dopiero jej się przyjrzał. Stała obrócona w jego kierunku, opierając się lewą ręką o krawędź biurka, wyprostowana jak Napoleon, pewna siebie. W prawej ręce trzymała szmatkę do ścierania kurzu. Patrzyła mu prosto w twarz, nieskrępowana i spokojna. Pokonała go opanowaniem i pogodą ducha. Sefardi zaśmiał się i dodał pojednawczo.

– Dobrze. Proszę skończyć wycieranie biurka i co tam jeszcze chce pani zrobić, choć nie jest to potrzebne.

– To też mi mówiła pańska żona.

– Co takiego znowuż?

– Że będzie pan mówić, że nie ma potrzeby sprzątać. Zdaje mi się, że to pańska obsesja. Sama to zauważyłam. Mojej uwadze nic nie ujdzie. Nie musi pan tego zaprzeczać ani potwierdzać.

– Prawdziwa artystka sprzątania – pomyślał Sefardi. Zdecydował się nie odpowiadać.

Po wyjściu Sotery z gabinetu, usiadł w fotelu. Znużony przeżyciami konferencji, podróży i dziwnej rozmowy wpatrywał się bezmyślnie w ciemny ekran komputera. Nie był w stanie skoncentrować się. Widział tylko betonową ścianę pogmatwanych myśli, bez znaczenia i bez puenty. Zapadł w odrętwienie, oczy przysłoniła mu mgła, zasnął. Zobaczył przed sobą Soterę i psa Reksa, wpatrujących się w niego z nieprzyjemną ciekawością. Stali na straży, pilnowali go. Była w nich ciekawość i upór. Towarzyszyli mu podobni do nieruchomych głazów cierpliwie czekających na coś, czego nie rozumiał. Coś kliknęło mu w świadomości i w jednej sekundzie zjawił się mu przed oczami plan radykalnego uporządkowania życia. Bez zastanowienia sięgnął po długopis i w wielkim pośpiechu, nie zważając na błędy, szkicował postanowienia. Kiedy skończył, powiększył kropki wyliczające przy hasłach, dziękując opatrzności za niespodziewany dar natchnienia. Popatrzył na świadków i żachnął się ze zdumienia: Sotera i pies zamienili się rolami. Teraz kobieta klęczała na podłodze ze smyczą w zębach, z wydłużoną twarzą podobną do psiego pyska i uśmiechającymi się figlarnie oczami. Obok niej stał jego ukochany Reks, z ludzką fizjonomią, oczami otwartymi ze zdumienia, gładkimi policzkami i lekko upudrowanym nosem, z fartuchem kuchennym byle jak zawieszonym na wąskich paseczkach na szyi. Sefardi zdał sobie sprawę z absurdalności sceny i wybuchnął śmiechem. W tym momencie dwie istoty uporządkowały się: kobieta znowu stała się cierpliwą Soterą, a pies radosnym Reksem, proszącym o wyjście na spacer.

Ludzie, psy, jezioro i pizzeria wczesną wiosną

Jeziorko, trzy wysepki, wrzeszczące mewy. Byłem tam dzisiaj rano, dla zdrowia. Słyszę głuchy łomot jakby lądujący łabędź uderzał skrzydłami o wodę. Widzę tylko mewy. Biegnę dalej; to dwaj mężczyźni prowadzą sparring bokserski.

Potem były inne fenomeny. Dwaj młodzieńcy siódmy raz obiegali jeziorko o obwodzie jednego kilometra, w planie mieli 10 razy. Piersi jak miechy, ale bez serca – pomyślałem. Tak pastwić się nad własnym ciałem. Tym niemniej wyraziłem im uznanie za wytrwałość.

Nieco dalej młoda kobieta, właściwie dziewczyna, biegnąc pchała przed sobą wózek z dzieckiem. Zazdrość wkradła się w moje serce. Czy ze mną ktoś tak biegał? Potem spotkałem inną kobietę z dwoma psami królewskiej rasy Cavalier King Charles Spaniel. Jeden z nich to szczeniaczek pięciomiesięczny, istne cudo, czysta radość.

 Cavalier King Charles spaniel

Zgodziliśmy się we czwórkę, że pies to rasa wyższa niż człowiek. Superior, jak mówią Anglicy.

Szkoda, że u nas nie ma króla i takich spanieli. Prezes to rasa pośrednia między wieśniakiem zdobnym słomą sterczącą z butów a monarchą w złotej szubie, powiedziałbym byle jaka, chyba, że założy nam kagańce.

SONY DSC

Wtedy to będzie już królem a my spanielami. To byłoby coś. Zawiało grozą, zrobiło mi się zimno.

W pizzerii „U Skrzypka” dziewczyna, usta jak korale, imię starorzymskie, piękna jak róża. Jest wiosna to wszystko kwitnie. Boże! Jak ja chciałbym być inny, ładniejszy i tak zgrabnie poruszać nogami!

Nic to. Będę pracować nad sobą.

Michael Tequila, powieść, poezje, opowiadania: https://tinyurl.com/y7cza5nc 

Najserdeczniejsze życzenia z okazji Dnia Kobiet

W dniu, co tu dużo gadać, niezwykle kobiecym, z okazji Międzynarodowego Dnia Powszechnej Radości,
wszystkim Paniom, małym, średnim i dużym,
babciom, mamom, córkom i wnuczkom,
mężatkom oraz dziewczynom marzącym o schwytaniu małżeńskiego szczęścia za owłosione nogi,


a także – aby nie dyskryminować – córom Koryntu, gejszom i przedstawicielkom innych organizacji pogotowia ratunkowego dla mężczyzn,
a nawet mężczyznom, którzy psychicznie i cieleśnie przeszli na kobiecość,
życzę Wszystkiego Najlepszego, a konkretnie:

  • zasobnego jak niemiecki portfela,
  • australijskiej pogody w domu i w sercu jak rok długi i szeroki,
  • egzotycznych wycieczek do krajów, gdzie na złocistej plaży słońce nie zachodzi,
  • szalonej miłości, która się dobrze kończy,
  • wyśmienitego samopoczucia w każdej chwili cyklu,
  • mniej złego a więcej dobrego cholesterolu,
  • więcej dietetycznych owoców i warzyw, i to w ekologicznym wydaniu,
  • mniej zanieczyszczeń, a więcej powietrza w tym, co nas otacza,
  • dużo zdrowego ruchu na łonie przyrody,
  • psa, który wyprowadza na spacer bez względu na pogodę, zdolnego boleśnie pogryźć prezesa, który tylko koty rozpieszcza,
  • większych piersi, jeśli obecne są za małe i (rozsądnie) mniejszych, jeśli są za duże,
  • kosmetyków przywracających wiek maturalny w niepełne dwa tygodnie,
  • cudownie chybotliwych pośladków na wysokich obcasach, które wprawdzie naciągają ścięgna, ale jakżeż serdecznie kojarzą się mężczyznom,
  • lekkiej pracy za duże pieniądze,
  • więcej ciała, jeśli obecne jest zbyt skąpe lub mniej, jeśli zbytnio rozciąga sukienkę,
  • dzieci nieskończenie urodziwych, rozumnych, grzecznych i pomocnych,
  • męża, który byłby ozdobą i chwałą rodziny finansowo wypasioną jak szejk arabski,

  • cierpliwości wobec władzy, która nawet jeśli jest dana od Boga, to nie jest nieśmiertelna,
  • życiowej mądrości, aby nam błędów nie wytykano.

W końcu i przede wszystkim, pełni zdrowia, szczęścia i pomyślności.

Michael Tequila

P.S. Drobny upominek ze zbioru poezji „Klęczy cisza niezmącona":

Rozwierasz dłonie

Rozwierasz dłonie kwiatami pachnące
– ja je całuję,
otwierasz serce miłością tętniące
– ja je miłuję,

płaczesz ze smutku, z nieznanej przyczyny
– ja z Tobą szlocham,
śmiejesz się warg rozchylając karminy
– taką Cię kocham.

Michael Tequila, powieść, poezje, opowiadania, Księgarnia Merlin: https://tinyurl.com/y7cza5nc

Przyjaźń w poczuciu jesiennego relaksu

Spotkałem dzisiaj Iwana Iwanowicza na osiedlu. Prawie zderzyliśmy się ze sobą, tak było ciemno. Ucieszeni, że do wypadku nie doszło, wymieniliśmy uprzejmości. Ludzie wymieniają je zdawkowo, poszliśmy w ich ślady.

– Dlaczego młodsi mają naśladować starszych, a nie odwrotnie? – Zapytał Iwan Iwanowicz, na co ja zawtórowałem głosem poparcia. Przy okazji przyjrzałem się przyjacielowi uważnie i zdumiałem się, choć znam go od dawna. Jest bardzo podobny do mnie. On chyba zrobił to samo, ponieważ doszedł do tego samego wniosku, że jest podobny do siebie. Jego zręczna uwaga rozbawiła mnie do tego stopnia, że postanowiłem uczynić go bohaterem mojej powieści, jaką piszę w wielkim bólu tworzenia. Zgodził się, choć nie bez oporów. Bał się, że ludzie zaczną powszechnie czytać moją powieść i on, jej bohater, stanie się sławniejszy od autora. Zapewniłem go, że nie powinien się martwić, bo sława jest wyjątkowo powolna i skąpa w moim przypadku.

– To dlatego, że nie piszesz o sprawach nieprzyzwoitych, grubiańskich, morderstwach, sensacjach, spiskach i pedofilach, tylko o polityce i podobnych miłostkach. Napisz coś nieprzyzwoitego, rzuć kilka razy macią, dołóż seksu i zobaczysz, jak twoi czytelnicy się rozhulają.

Obiecałem zastanowić się nad jego propozycją. – Jest dobra, ale chyba zbyt mocna, może nawet i wulgarna. – Wyjaśniłem.

– No i co z tego? – Replikował przyjaciel. – Popatrz na otaczający cię świat. Kto tu jest przyzwoity? Dzisiaj nawet małe dzieci, wręcz dziateczki, w wieku dwóch – trzech lat, są agresywne fizycznie i słownie, krótko mówiąc przeklinają. Mówiła mi to pewna przedszkolanka. Nie jest to oczywiście ich zasługą, tylko rodziców. Dziecko uczy się manier od kogoś, bo przecież nie od premiera, który chodzi na palcach, mówi aksamitnym językiem i pieści słowami.

– Ani też od psa, który w najlepszym wypadku umie rozróżniać liczby od jednego do dziesięciu. Widziałem to w telewizji. – Uzupełniłem.

Iwan Iwanowicz zgodził się. Wydało mi się to podejrzane, bo starsi ludzie mają fatalne charaktery. Wiem to po sobie, kiedy patrzę w lutro i widzę czarne podniebienie i język rozdwojony kłamstwem.

– Ja jestem taki sam. – Odpowiedział szczerze przyjaciel, po czym padliśmy sobie w objęcia. – Tuś mi brat! – krzyczeliśmy z taką ochotą, że ludzie pootwierali okna, aby zobaczyć, kto hałasuje. Uspokoiliśmy się dopiero wtedy, kiedy jakaś kobieta wychyliła się nadmiernie i wypadła na zewnątrz.

Rozchodząc się, obiecałem Iwanowi Iwanowiczowi, że będę publikować fragmenty mojej nowej powieści, aby oswoić czytelników z arcydziełem, w którym i on będzie mieć niemałą rolę do odegrania.

Michael Tequila – fragment powieści w pisaniu: 

Oceny moralne władzy podzieliły społeczeństwo barykadą nie do pokonania.

– Nastały ciężkie czasy – narzekali ludzie z jednej strony barykady, wyobrażając sobie przyszłość w kształcie mrocznego tunelu, bez jakiegokolwiek oświetlenia, za to z dziurami w jezdni, nad którymi hulał zimowy wiatr, choć był zaledwie początek jesieni.

– To niepoprawni pesymiści – zżymali się osobnicy po drugiej stronie barykady. – Mamy przecież fantastyczną infrastrukturę, bez której nie istnieje nowoczesna gospodarka i sprawne społeczeństwo. Nigdy nie było lepiej, w dodatku perspektywy rozwoju kraju są wyjątkowo dobre. Wyobraźnia kierowała ich ku egzotycznym krajom, gdzie wprost ze słonecznej plaży można nurkować między rafy koralowe, a na nadmorskim bulwarze za półdarmo kupić przepyszne lody Maraska i soczyste owoce liu-tsi w likierowej polewie.