Najlepszy dzień weselny mego życia

Dzień weselny był kilkustopniowy. Najpierw katedra i ślub kościelny. Państwo młodzi niezwykle sympatyczni. Panna młoda drobniutka jak motylek, pan mody wysoki, piękni razem i osobno. Siedzą samotni przed ołtarzem. Dobrze odżywiony ksiądz mówi o miłości i udziela im ślubu. Myślę, że o miłości to oni wiedzą więcej, on zaś więcej o ślubie.

Potem lektorka czyta fragmenty listu św. Pawła do Koryntian:  

„Gdybym mówił różnymi ludzkimi językami, a nawet językami aniołów, ale nie miałbym w sobie miłości, to nie różniłbym się od dźwięczącego gongu lub brzmiącego cymbału. Gdybym miał dar prorokowania, gdybym poznał wszelkie tajemnice i zdobył wszelką wiedzę, a do tego miał dar szczególnej wiary, która przenosi góry, to bez miłości i tak byłbym nikim. I nawet gdybym rozdał biednym cały majątek, a sam dał się żywcem spalić, to bez miłości nic bym przez to nie zyskał.”

Od księdza dowiaduję się, że te piękne słowa czytała babcia panny młodej.

Potem przyjęcie weselne. Uczestniczę, mając oczy szeroko otwarte. Napiszę krótko: jedzenia w bród, jest doskonałe, dużo mocnej muzyki. Sala tańczy. Nie umiem tańczyć, ale ośmielam się. Mam cudowną partnerkę, tańczy lekko i wdzięcznie jak powiew wiatru. Dzięki niej zdaję sobie sprawę, że nie tylko umiem tańczyć, ale tańczę wprost rewelacyjnie. To mnie oszałamia. Wpadam w nastrój radości, przez co jem więcej, niż powinienem. Potem piję zielonkawy koktajl „kiwisour”. Rewelacja. Oszałamia mnie. Potrzebuję napić się kawy. W ofercie kawa sypka i rozpuszczalna. Rozmawiam z baristą. Proszę o kawę z ekspresu.

– Taką, która mnie zabije. Chodzi oczywiście o moc, nie o truciznę. – To moja standardowa prośba. Mocna kawa jest moją słabością.

Jestem w dobrych rękach, barista praktykował w Italii. Rozmawiamy o Italii, konkretnie Rimini, kawie i książkach czyli o tym, co nas kręci. Chcemy zrobić sobie zdjęcie. Do towarzystwa zapraszamy urodziwą panienkę, która przygotowywała mi koktajl; ma piękne ciemne oczy. Razem tworzymy idealną kompozycję: dojrzałość, piękno i fachowość. Oceńcie sami. To my.

W niedzielę poprawiny. Nie wiem po co, skoro przyjęcie weselne udało się nadzwyczajnie i nie ma czego poprawiać. Zadaję sobie to pytanie, ale nie umiem odpowiedzieć. Wesele dostarcza mi tyle przeżyć, że gdyby je razem spakować, to wypełniłyby wielki namiot, a nawet balon. Może nawet Zeppelin. Coś ogromnego i imponującego.

Pozdrawiam wszystkich uczestników, szczególnie parę młodą, moją cudowną tancerkę,

organizatorów wesela (niech im Bóg błogosławi finansowo), osoby na zdjęciach oraz rodzinę.

Czekam na kolejne zaproszenie weselne. Pójdę choćby na kolanach, jeśli nie będzie zbyt zimno. Niska temperatura mi specjalnie nie przeszkadza, ale trzeba się ciepło ubrać. To mi z kolei nie odpowiada, bo ludzie mogą wziąć mnie za niedźwiedzia i poszczuć psami. Odległość jest bez znaczenia. Taka jest we mnie moc weselna.

Empik. Wszystkie moje książki: https://tinyurl.com/y52br67b  

0Shares

Nocne refleksje Iwana Iwanowicza

Iwan Iwanowicz otulony jeszcze mroźną mgłą wczesnoranną podzielił się ze mną swoimi nocnymi przeżyciami.

– Nocą poruszam się po mieszkaniu w sposób zdumiewający mnie samego, cicho i bezszelestnie. Kot przy mnie to słoń w składzie porcelany. Zachowuję się tak, ponieważ mieszkańcy domu są diabolicznie wyczuleni na wszelkie szmery i mikroskopijne stuknięcia. Myślę czasem, że szemranie wiosennej rosy spływającej z kwiatu niezapominajki mogłoby ich obudzić. Albo też mysz pogryzająca w milczeniu kawałek sera szwajcarskiego, który sam lubię, ale tylko w wersji sera koziego. Czy wiesz, drogi przyjacielu, że ser kozi jest nadzwyczajny smakowo i wartościowy pod względem składników. Kupowany przeze mnie ser pochodzi prosto z Francji, tego cudownego kraju nadzwyczajnych stoków śnieżnych i perwersyjnych zboczeńców, i jest bez konserwantów, różnych podpuszczek i podobnej zarazy.

Iwan Iwanowicz kontynuowałby prezentację dobrodziejstw sera i piękna Francji, gdybym nie zawrócił go z drogi niekończących się dywagacji przypomnieniem, o czym rozmawiamy.

– Przygotowując sobie nocny napój, kawę parzoną, herbatę zwykłą czy ziołową, czy choćby najprostszy napój wody cytryną, żongluję garnkiem do gotowania wody, słoiczkiem z używką oraz kubkiem równie cicho i sprawnie jak ten nieszczęśnik z opowieści buddyjskiej, który idąc ruchliwą ulicą niósł miseczkę wypełnioną po brzegi oliwą. Gdyby uronił choćby jedną kroplę, idący obok mężczyzna z mieczem natychmiast ściąłby mu głowę. I to podobno dla wyrobienia w człowieku koncentracji. – Iwan Iwanowicz zasmucił się, po czym odświeżony nową myślą zakończył.

– Ja bym ten marsz z miseczką oliwy i mieczem poruszającym się obok zaordynował tym … Zrozumiałem go, że w długim ciągu złorzeczeń i – co tu ukrywać – przekleństw chodziło mu o partię rządzącą, której delikatność postępowania z obywatelami i krajem porównywał do małpy bonobo w drucianych okularach.

Na moje zdumione spojrzenie Iwan Iwanowicz wyjaśnił, że bonobo to szympans karłowaty, łacińska nazwa „pan paniscus”, gatunek małpy człekokształtnej z rodziny człowiekowatych (hominidae), bliski nam ludziom swoją serdecznością i podobieństwem zachowań.

– Co do wody z cytryną – Iwan Iwanowicz wrócił do wątku pitnego – to jest to podobno prawdziwy nektar niebiański doprowadzający do rozkoszy wątrobę. Jest on równie złożony w działaniu jak kombinacja lotu nietoperza, słuchu muzyka wyczulonego na najmniejszy fałsz świata dźwięków oraz – śmiem twierdzić – puchu unoszącego się bezszmerowo w przestrzeni.

Byłem tak wdzięczny memu przyjacielowi za podzielenie się ze mną swoimi świeżymi przeżyciami nocnymi (zawsze to człowiek nauczy się czegoś nowego), że opowiedziałem mu w skrócie swój sen o tym, jak dosypywałem sobie do kawy jadu kiełbasianego, aby ją wzmocnić. 

– Mocna kawa jest moja słabością. – Zakończyłem aforycznie.

2Shares

Kawa i alkohol czyli motyw życia. Część druga i ostatnia.

Po raz trzeci wracam do znajomego faceta, Wiktora. Ostrzeżcie mnie, gdybym chciał wrócić do niego po raz czwarty, gdyż byłaby to perwersja lub co najmniej ostrzeżenie przed demencją. W smutne dni Wiktor żywi się kawą, aby utrzymać drętwy umysł i zmagające się z grawitacją ciało w stanie używalności. Stan zapaści bywa tak poważny, że trudno uwierzyć. Każdy z nas nosi bagaż, jaki włożyli mu na grzbiet przodkowie i natura. Jeden z kolegów Wiktora za czasów studenckich zwany był „Smutniakiem”, ponieważ zawsze był w stanie przygnębienia. Smutek wynikający z braku ożywczej energii życia bywa niestety motywem przewodnim życia.

Kiedy wstaję z łóżka, moje samopoczucie jest fatalne. Widzę je prawie czołgające się po podłodze. Chętnie kopnąłbym je, gdybym tylko dysponował siłą w owym momencie, ale nogi odmawiają mi posłuszeństwa – relacjonuje Wiktor. Strasznie wtedy sobaczę z frustracji, że nie jestem w stanie nic zrobić, aż mnie samego to przeraża. A przecież już wcześniej poznałem kilka brzydkich słów, wrednych, furmańskich, nawet kloacznych. Byłem w wojsku, gdzie przekleństwo jest argumentem wychowawczym i świadczy o dobrych manierach żołnierskich, bez względu na szarżę. Przekleństwo stoi tam na piedestale jako olśniewajacy i niezłomny symbol intelektu a nawet samego istnienia. Tylko śpiący i martwi żołnierze nie przeklinają – tak to Wiktor relacjonuje mi historię i stosunek do sobaczenia.

Zaraz potem wyjaśnia zawiłości związane z piciem kawy. Kawa jest paliwem poruszającym ludzki motor podobnie jak benzyna czy olej dieslowy wprawia w ruch silnik samochodowy. Jej plusem jest to, że nie śmierdzi. Wręcz przeciwnie, pachnie tak pięknie. To rzecz użyteczna. Na przykład w Australii w domu parzy się świeżą kawę, kiedy mają przyjść osoby zainteresowane jego kupnem.

Pewien Włoch, który studiował medycynę oświetlił mnie, że kawa podnosi ciśnienie krwi na wyższy poziom, ale na krótko – wyjaśnia Wiktor. Potem ciśnienie spada poniżej pierwotnego poziomu, co sprawia, że będąc człowiekiem z gruntu pozytywnym pragniesz popełnić samobójstwo. Dlatego do kawy należy dodawać trochę alkoholu. Widzisz wtedy świat w różowych kolorach. Młodsi osobnicy i osobniczki mogą go widzieć nawet w różowych majteczkach na zgrabnym siedzeniu lub w bogatym owłosieniu na masywnej klatce piersiowej. Życie staje się naprawdę kwieciste, jeśli zabarwisz je kawą z dodatkiem brandy  – oczy Wiktora nabierają nowego blasku, kiedy zbliża się do kafeterki trzymając w ręku butelkę Bardinet Napoleon.

Niejeden wybitny pisarz napędzał się alkoholem i kawą (w tej kolejności). Też liczę na tę formułę. Oby tylko nie przesadzić jak Hemingway i nie zbliżyć do ust dwururki zamiast zawartości szklaneczki z wodą ognistą, choć też kojarzy się z piekłem.

0Shares

Kawa i alkohol. Część pierwsza.

Znam pewnego faceta, który wciąż uczy się, jak żyć. To jest sztuka, jeśli chce się żyć mądrze i szczęśliwie. Aborygeni australijscy od ponad 200 lat szukają formuły swego miejsca w świecie. Szukają i jak dotychczas nie znaleźli nic stosownego.

Wracam do faceta. Widzę go nader często, ponieważ mieszkamy blisko siebie. W miarę jak go poznaję, coraz bardziej mnie zaskakuje. Ma kilka wad; ilość zalet jest nieokreślona. Czyż nie jest prawdą, że łatwiej jest określić, jakie kto ma wady, niż stwierdzić, jakie ma zalety? Zastanów się nad sobą, swoją żoną, partnerką lub narzeczoną, a zobaczysz, że mam rację. Jeśli jesteś kobietą, zastanów się nad bliskim ci mężczyzną lub mężczyznami. Albo nad kobietą, jeśli twój wybór jest inny niż męski. Po napisaniu kilku zdań zmieniłem własne zdanie: nie zastanawiaj się nad sobą. Ludzie typowo widzą siebie w lepszym świetle niż innych. I tak nie poznasz siebie do końca. A jak poznasz, to możesz tego pożałować. Może lepiej żyć w stanie ignorancji o sobie?

Wracam po raz drugi do faceta, którego znam. Dla dobra identyfikacji ochrzczę go Wiktor. Imię stosunkowo krótkie i łatwe do zapamiętania. Tu dygresja. Współczesność rozpaczliwie stara się być łatwa i tania. Czy będzie też krótka, tego jeszcze nie wiem. Zapewne tak, ponieważ ludzie wysilają się bez przerwy, aby wprowadzać wciąż zmiany. Kupujesz skarpetki, które wyjątkowo odpowiadają ci kolorem, wzorem i materiałem. Następnego dnia idziesz do sklepu i już ich nie ma. Producent doszedł do wniosku, że innowacja dobrze ci zrobi i nowe skarpetki powinny być krótsze oraz wykonane z innego materiału. Tańszego oczywiście. Coraz tańsze są też dobre zegarki. Szwajcarskie na przykład. Kilkadziesiąt lat temu marka Longines (najstarsza na świecie opatentowana marka zegarków), Tissot czy Delbana były w cenie. Zegarek kosztował majątek. Dzisiaj zegarek takiej marki można kupić za niewiele ponad 100 dolarów. A może nawet i taniej. I to nie podróbkę. Tańsze zegarki szwajcarskie mają części produkowane w różnych krajach, te droższe wyłącznie w Szwajcarii. Tu kryje się różnica jakości i różnica ceny. Wczoraj widziałem zegarek z ciekawym ogłoszeniem: „Kup jeden, drugi dostaniesz za darmo”. Może i warto mieć dwa zegarki? Jeden na lewą rękę, drugi na prawą. Nikt nie pozna, czy jesteś mańkutem, praworęczny czy leworęczny, czy też masz dwie lewe ręce. Tajemniczość jest w cenie.

C.d. n.

0Shares