Szopka świąteczno-noworoczna. Odc. 4: Aktorzy i publiczność

Sala teatralna przypominała gigantyczną patelnię zakończoną długim uchwytem w postaci korytarza znikającego w głębi budynku. Rozdzielone tylko zasłoną rozsuniętą na boki, widownia i scena były na tym samym poziomie. W wysokich, wąskich fotelach, przypominających krzesła, siedzieli aktorzy, przypominający ubiorem urzędników. Mężczyźni mieli na sobie dobrze skrojone garnitury, dobrane kolorystycznie koszule oraz krawaty lub muszki, kobiety zaś sukienki, przeważnie sięgające kolan, lub bluzki ze spódnicą lub spodniami. Nieliczne miały na sobie dwuczęściowy kostium. Dominowały poważne, ciemne i szare kolory.

W części scenicznej, długie rzędy foteli obrzeżały stoły ustawione w kształt podkowy.

Ich blaty, przykryte zieloną materią, zastawione były butelkami z zimnymi napojami, szklankami, kanapkami i zakąskami. Z boku, na mniejszym stoliku, stały dzbanki z gorącą kawą, herbatą oraz filiżanki i spodeczki.

Przy stołach trwał nieprzerwany ruch. Ludzie rozmawiali, wertowali jakieś dokumenty, pisali notatki, wymieniali się uwagami i dyskutowali, większość na siedząco, niektórzy na stojąco. Dwaj mężczyźni, pochyleni ku sobie, kłócili się podniesionym głosem.

Zanurzona w łagodnym cieniu widownia reprezentowała inny świat. Mimo, że była zapełniona, panowała w niej cisza. Siedzący w fotelach mężczyźni i kobiety przypominali manekiny. Ich usta były pozaklejane szeroką brązową taśmą. Znieruchomiali, patrzyli w kierunku sceny. Niektóre twarze były blade i wystraszone, inne wyrażały mieszankę uczuć: zagubienia, niepokoju, gniewu, nawet wściekłości.

– Dlaczego ci widzowie mają zakneblowane usta? Czy coś jest z nimi nie w porządku? – wyrzuciła z siebie reporterka.

– To są widzowie, którzy są równocześnie aktorami. W moim teatrze wszyscy są sobie równi, aktorzy i publiczność. Panuje tu pełna demokracja, aktor jest widzem, widz jest aktorem. Oni razem tworzą spektakl, grają sztukę. To, co pani widzi, to wielki eksperyment. Wszyscy aktorzy zgodzili się na niego. Gdyby się nie zgodzili, nie byłoby ich tutaj; każdy może stąd wyjść w dowolnej chwili. Ci zakneblowani to aktorzy nie zgadzający się z porządkiem ustalonym dla tej sztuki. Jej tytuł to „Poszukiwanie wspólnych korzeni”. Jako dyrektor nie mogę zaakceptować sprzeciwu aktorów, bo to oznaczałoby akceptację buntu, Gdybym na to pozwolił, zapanowałaby anarchia. Oni uparli się jednak, aby forsować swoje przekonania. 

– Ale dlaczego kazał pan ich zakneblować? To szokujące.

– Muszę pani przypomnieć, że to jest teatr, a nie manifestacja publiczna. Ci ludzie mają grać określone role i podporządkować się moim poleceniom. Jest kilka przyczyn, dla których zakneblowano im usta. Niektórzy mówią za dużo lub niezupełnie to, co przewiduje scenariusz. Kiedy nadchodzi ich czas, zdejmujemy im plaster z ust na jedną minutę i pozwalamy wypowiedzieć się. Tyle mają czasu. To dostatecznie dużo, jeśli aktor zna swoją rolę. Ograniczony czas zmusza go do maksymalnej koncentracji. Uczymy w ten sposób publiczność, że każdy musi wiedzieć dokładnie, co ma powiedzieć i jak to uczynić w najkrótszym czasie. Bóg nie dał nam ust po to, abyśmy chlapali językiem. Dlatego aktorzy mają ograniczony czas wypowiedzi. To bardzo egzystencjalne, uczciwe podejście. Niektórzy z nich mówią od siebie, dlatego lepiej jest, aby w ogóle nie zabierali głosu. To jest tak beznadziejne, że sami nie byliby w stanie tego słuchać.

Dzięki kneblowi aktor uczy się uczestniczyć w wielkiej sztuce teatralnej, która jest niczym innym jak szkołą życia. Uczy się słuchać, a nie tylko mówić. Chyba zgodzi się pani ze mną, że to słuszne podejście? – Zapytał dyrektor Kukuła, zwracając głowę w kierunku reporterki.

Iza poczuła się nieswojo. Zlękła się, że dowie się jeszcze czegoś, co ją całkiem zdezorientuje. Eksperyment dyrektora Kukuły przekraczał ramy jej rozumienia teatru. Było to jak pokazywanie nieboszczyka w celu zniechęcania ludzi do przedwczesnego umierania. Sztuka zawierała w sobie ładunek jakiejś bolesnej abstrakcji, której nie była w stanie pojąć. Niespokojnie szukała w głowie właściwego określenia.

0Shares

Piramida snów. Powieść fantastyczna. Odc. 9: Sen czy rzeczywistość

Wieczorem zadzwonił Wiktor. Zaczął się właśnie dziennik telewizyjny i Sefardi z niechęcią odebrał telefon; zakłócał mu spokojne obejrzenie wiadomości.

– Chciałbym porozmawiać z tobą na temat ostatniego spotkania. Wytłumaczyć moje wcześniejsze opuszczenie waszego towarzystwa.

Sefardi nie miał chęci rozmawiać o tym, nie wypadało mu jednak odmówić, tym bardziej, że Wiktor nalegał. Słuchając go, Sefardi zamknął oczy, aby dla zabicia czasu wyobrażać sobie, jak wygląda rozmówca siedząc przy telefonie. Był w ciepłej kurtce wyjściowej z kapturem w kolorze stłumionej czerwieni, spod której wymykały się niesforne kosmyki siwych włosów. Broda i wąsy były jaśniejsze niż czupryna. Wiktor jedną ręką trzymał słuchawkę przy uchu, w drugiej wyciągniętej przed siebie trzymał metalowy kubek na datki pieniężne. Obydwie dłonie były ukryte w rękawiczkach bez palców.

Nie tylko wygląd Wiktora zaskoczył Sefardiego. Jeszcze bardziej słowa jego tyrady.

– Sprawy nie układają się pomyślnie. Tego głupka w ogóle nie obchodzi, co o nim mówią, byle mówiono głośno, bo publiczna dyskusja odwraca uwagę od jego przekrętów i machinacji. Ciągle wymyśla coś nowego, aby ludzie koncentrowali się na tematach zastępczych, a nie na rosnących cenach, bezrobociu czy służbie zdrowia. Media natychmiast podchwytują i wałkują podrzuconego im szczura, zamiast zajmować się krociowymi dochodami, jakie jego rodzina, przyjaciele i sojusznicy ciągną z lukratywnych stanowisk w urzędach, instytucjach państwowych, fundacjach czy ambasadach w stu pięćdziesięciu krajach. Ten typ wywołuje jedną aferę za drugą. Aby odwrócić od siebie uwagę mnoży zarzuty, oskarżenia i rzuca kalumnie na swoich przeciwników. To prawdziwy fenomen obłudy i kłamstwa. To tylko przykład, jak jest za granicą, bo u nas jest jeszcze gorzej. W jakim kraju my żyjemy!

Sefardi nie mógł wyjść ze zdumienia. Wiktor przemawiał jak wróg partii rządzącej, a przecież był jej gorącym zwolennikiem. Ta dwuznaczność go męczyła. Poczuł nagle, że ktoś szarpie go za ramię. Był to Wiktor. Wyglądał okropnie z zaczerwienioną ze złości twarzą i zwężonymi oczami. Chwilę później miał już ugrzeczniony, przyjazny wygląd. Robił Sefardiemu zarzuty, ale tak, jakby upominał rozbrykane dziecko. Popatrzył na niego uważnie, po czym wydusił z siebie:

– Wybacz. Zapraszasz mnie na kieliszek wina, a potem zasypiasz. Do kitu z takim zaproszeniem. Szarpię cię i szarpię, a ty śpisz jak zabity. Chyba cierpisz na bezsenność albo jesteś wariatem!

Sefardi poczuł znowu bezmierną senność, że coś jest nie w porządku, jakby podano mu środek usypiający. Usiłował sobie przypomnieć, co to było. Skopolamina? Z tym słowem na ustach osuwał się w nieznaną przepaść. Nie czuł strachu, tylko ogromne zdumienie. Slyszał Wiktora jak przez watę.

– Nie mogę dłużej uczestniczyć w tej pasjonującej dyskusji. Muszę już iść, mam jeszcze coś ważnego do załatwienia.

Sefardi nawet nie usiłował przekonać go, aby pozostał. Uznał, że spotkanie poszło w niewłaściwym kierunku, że przekroczył granicę przyzwoitości, choć nie miał tego zamiaru. Bronił się przed tym, lecz senność była silniejsza. Miał żal do Wiktora, że dosypał mu czegoś do kawy, aby wydobyć z niego jakąś tajemnicę, której nie znał. Przyszło mu do głowy, że jest to przyszłość, w której fikcja i rzeczywistość przenikają się nawzajem. Wszystko było pomieszane.

0Shares

Piramida snów. Powieść fantastyczna. Odc. 4

Myśl o tym, że ktoś odwiedzał Irenę pod nieobecność jej męża, prześladowała Sefardiego. Był świadomy, że to, co powiedział w obecności jej męża, było kłamstwem od początku do końca, ponieważ kobieta, która otworzyła drzwi mężczyźnie, to nie była Irena.

– Dlaczego ja to zrobiłem? – Kiedy zadał sobie to pytanie po raz kolejny, zstąpiło na niego objawienie.

Podświadomie chciał jej rozwodu. Marzył, aby się rozwiodła, ponieważ jej pragnął. Zawsze mu się podobała; kiedykolwiek ją widział, żądza ogarniała jego duszę i paliła ciało.

Rozwód Ireny nastąpił po kilku miesiącach. Kiedy były mąż wyprowadził się z mieszkania, Sefardi dwa razy rozmawiał z nią. Rozmowy wydały mu się dziwne; mało interesujące, bez polotu, nie to, czego oczekiwał. Namiętne, skrywane uczucie do Ireny wyparowało, sam nie wiedział kiedy i jak. Nie czynił sobie z tego powodu wyrzutów, ani z powodu doprowadzenia do rozpadu jej małżeństwa; uznał, że kompletnie nie pasują do siebie.

*****

Po incydencie z rozwodem, Sefardi prowadził życie, które jemu samemu wydawało się coraz dziwniejsze. Mimo sprawności fizycznej, zdarzały mu się częściej chwile niepohamowanej senności. Prowadząc samochód, zasypiał nagle na środku drogi w największym nawet ruchu, kiedy uwaga jest najbardziej napięta. Na szczęście były to mikro sny, trwające kilka sekund, po których budził się w nagłym przerażeniu. Raz nieomal utonął w basenie kąpielowym; z trudem utrzymał głowę nad powierzchnią, płynąc do drabinki wyjściowej. Innym razem wjechał na betonowy słup podtrzymujący strop w podziemnym garażu.

Mimo jawnych niedomagań z trudem zdecydował się, aby udać się do lekarza. Poddał się wielu badaniom, nie przyniosły one jednak nic konkretnego. Mogło być wiele przyczyn jego problemów. Żadna z nich nie tłumaczyła przekonująco sytuacji.

Myślał wtedy, że organizm ludzki jest tworem najbardziej skomplikowanym na ziemi. Swoimi myślami i przypuszczeniami nie dzielił się z nikim. Wiedział, jaka będzie reakcja. Będą go dopingować i dawać rady.

– Napij się mocnej kawy!

– Weź się uczciwie do roboty, to ci przejdzie!

– Nie marudź! Myślisz tylko o sobie. Nie ty jeden masz problemy.

Były to zachęty najczęściej przyjazne, rzadko kiedy uszczypliwe, w sumie jednak głupie i bez polotu, bo większość proponowanych rozwiązań już wcześniej sprawdził.

Co go trapiło najbardziej, to poczucie, jakby ktoś nim manipulował, jakby jego sen nie należał do niego, był czymś obcym w jego głowie, szalejąc tam niby rozbrykany źrebak, który nie wie, co ze sobą zrobić. Będąc człowiekiem raczej zamkniętym, otwierał się tylko wtedy, kiedy napotkał kogoś intrygującego, kto mniej mówił, a więcej słuchał zadając mu od czasu do czasu jakieś niebanalne pytanie. To go uruchamiało.

Po nieudanych wizytach i badaniach zleconych przez specjalistów, sam zaczął dociekać, co mu dolega, notować fakty, analizować, dochodzić do wniosków. Po kilku tygodniach zauważył, że – mniej więcej od trzydziestego roku życia – jego senność pozostała taka sama, ale zmienił się przebieg i treść jego snów. Stały się dziksze, zaskakujące, bardziej intensywne, nieprzewidywalne. To była jego pierwsza obserwacja. Druga była taka, zjawiła się nieco później, że sny powtarzają się, jakby się zapętliły w pewnym wzorze.

0Shares

Najlepszy dzień weselny mego życia

Dzień weselny był kilkustopniowy. Najpierw katedra i ślub kościelny. Państwo młodzi niezwykle sympatyczni. Panna młoda drobniutka jak motylek, pan mody wysoki, piękni razem i osobno. Siedzą samotni przed ołtarzem. Dobrze odżywiony ksiądz mówi o miłości i udziela im ślubu. Myślę, że o miłości to oni wiedzą więcej, on zaś więcej o ślubie.

Potem lektorka czyta fragmenty listu św. Pawła do Koryntian:  

„Gdybym mówił różnymi ludzkimi językami, a nawet językami aniołów, ale nie miałbym w sobie miłości, to nie różniłbym się od dźwięczącego gongu lub brzmiącego cymbału. Gdybym miał dar prorokowania, gdybym poznał wszelkie tajemnice i zdobył wszelką wiedzę, a do tego miał dar szczególnej wiary, która przenosi góry, to bez miłości i tak byłbym nikim. I nawet gdybym rozdał biednym cały majątek, a sam dał się żywcem spalić, to bez miłości nic bym przez to nie zyskał.”

Od księdza dowiaduję się, że te piękne słowa czytała babcia panny młodej.

Potem przyjęcie weselne. Uczestniczę, mając oczy szeroko otwarte. Napiszę krótko: jedzenia w bród, jest doskonałe, dużo mocnej muzyki. Sala tańczy. Nie umiem tańczyć, ale ośmielam się. Mam cudowną partnerkę, tańczy lekko i wdzięcznie jak powiew wiatru. Dzięki niej zdaję sobie sprawę, że nie tylko umiem tańczyć, ale tańczę wprost rewelacyjnie. To mnie oszałamia. Wpadam w nastrój radości, przez co jem więcej, niż powinienem. Potem piję zielonkawy koktajl „kiwisour”. Rewelacja. Oszałamia mnie. Potrzebuję napić się kawy. W ofercie kawa sypka i rozpuszczalna. Rozmawiam z baristą. Proszę o kawę z ekspresu.

– Taką, która mnie zabije. Chodzi oczywiście o moc, nie o truciznę. – To moja standardowa prośba. Mocna kawa jest moją słabością.

Jestem w dobrych rękach, barista praktykował w Italii. Rozmawiamy o Italii, konkretnie Rimini, kawie i książkach czyli o tym, co nas kręci. Chcemy zrobić sobie zdjęcie. Do towarzystwa zapraszamy urodziwą panienkę, która przygotowywała mi koktajl; ma piękne ciemne oczy. Razem tworzymy idealną kompozycję: dojrzałość, piękno i fachowość. Oceńcie sami. To my.

W niedzielę poprawiny. Nie wiem po co, skoro przyjęcie weselne udało się nadzwyczajnie i nie ma czego poprawiać. Zadaję sobie to pytanie, ale nie umiem odpowiedzieć. Wesele dostarcza mi tyle przeżyć, że gdyby je razem spakować, to wypełniłyby wielki namiot, a nawet balon. Może nawet Zeppelin. Coś ogromnego i imponującego.

Pozdrawiam wszystkich uczestników, szczególnie parę młodą, moją cudowną tancerkę,

organizatorów wesela (niech im Bóg błogosławi finansowo), osoby na zdjęciach oraz rodzinę.

Czekam na kolejne zaproszenie weselne. Pójdę choćby na kolanach, jeśli nie będzie zbyt zimno. Niska temperatura mi specjalnie nie przeszkadza, ale trzeba się ciepło ubrać. To mi z kolei nie odpowiada, bo ludzie mogą wziąć mnie za niedźwiedzia i poszczuć psami. Odległość jest bez znaczenia. Taka jest we mnie moc weselna.

Empik. Wszystkie moje książki: https://tinyurl.com/y52br67b  

0Shares

Nocne refleksje Iwana Iwanowicza

Iwan Iwanowicz otulony jeszcze mroźną mgłą wczesnoranną podzielił się ze mną swoimi nocnymi przeżyciami.

– Nocą poruszam się po mieszkaniu w sposób zdumiewający mnie samego, cicho i bezszelestnie. Kot przy mnie to słoń w składzie porcelany. Zachowuję się tak, ponieważ mieszkańcy domu są diabolicznie wyczuleni na wszelkie szmery i mikroskopijne stuknięcia. Myślę czasem, że szemranie wiosennej rosy spływającej z kwiatu niezapominajki mogłoby ich obudzić. Albo też mysz pogryzająca w milczeniu kawałek sera szwajcarskiego, który sam lubię, ale tylko w wersji sera koziego. Czy wiesz, drogi przyjacielu, że ser kozi jest nadzwyczajny smakowo i wartościowy pod względem składników. Kupowany przeze mnie ser pochodzi prosto z Francji, tego cudownego kraju nadzwyczajnych stoków śnieżnych i perwersyjnych zboczeńców, i jest bez konserwantów, różnych podpuszczek i podobnej zarazy.

Iwan Iwanowicz kontynuowałby prezentację dobrodziejstw sera i piękna Francji, gdybym nie zawrócił go z drogi niekończących się dywagacji przypomnieniem, o czym rozmawiamy.

– Przygotowując sobie nocny napój, kawę parzoną, herbatę zwykłą czy ziołową, czy choćby najprostszy napój wody cytryną, żongluję garnkiem do gotowania wody, słoiczkiem z używką oraz kubkiem równie cicho i sprawnie jak ten nieszczęśnik z opowieści buddyjskiej, który idąc ruchliwą ulicą niósł miseczkę wypełnioną po brzegi oliwą. Gdyby uronił choćby jedną kroplę, idący obok mężczyzna z mieczem natychmiast ściąłby mu głowę. I to podobno dla wyrobienia w człowieku koncentracji. – Iwan Iwanowicz zasmucił się, po czym odświeżony nową myślą zakończył.

– Ja bym ten marsz z miseczką oliwy i mieczem poruszającym się obok zaordynował tym … Zrozumiałem go, że w długim ciągu złorzeczeń i – co tu ukrywać – przekleństw chodziło mu o partię rządzącą, której delikatność postępowania z obywatelami i krajem porównywał do małpy bonobo w drucianych okularach.

Na moje zdumione spojrzenie Iwan Iwanowicz wyjaśnił, że bonobo to szympans karłowaty, łacińska nazwa „pan paniscus”, gatunek małpy człekokształtnej z rodziny człowiekowatych (hominidae), bliski nam ludziom swoją serdecznością i podobieństwem zachowań.

– Co do wody z cytryną – Iwan Iwanowicz wrócił do wątku pitnego – to jest to podobno prawdziwy nektar niebiański doprowadzający do rozkoszy wątrobę. Jest on równie złożony w działaniu jak kombinacja lotu nietoperza, słuchu muzyka wyczulonego na najmniejszy fałsz świata dźwięków oraz – śmiem twierdzić – puchu unoszącego się bezszmerowo w przestrzeni.

Byłem tak wdzięczny memu przyjacielowi za podzielenie się ze mną swoimi świeżymi przeżyciami nocnymi (zawsze to człowiek nauczy się czegoś nowego), że opowiedziałem mu w skrócie swój sen o tym, jak dosypywałem sobie do kawy jadu kiełbasianego, aby ją wzmocnić. 

– Mocna kawa jest moja słabością. – Zakończyłem aforycznie.

2Shares

Kawa i alkohol czyli motyw życia. Część druga i ostatnia.

Po raz trzeci wracam do znajomego faceta, Wiktora. Ostrzeżcie mnie, gdybym chciał wrócić do niego po raz czwarty, gdyż byłaby to perwersja lub co najmniej ostrzeżenie przed demencją. W smutne dni Wiktor żywi się kawą, aby utrzymać drętwy umysł i zmagające się z grawitacją ciało w stanie używalności. Stan zapaści bywa tak poważny, że trudno uwierzyć. Każdy z nas nosi bagaż, jaki włożyli mu na grzbiet przodkowie i natura. Jeden z kolegów Wiktora za czasów studenckich zwany był „Smutniakiem”, ponieważ zawsze był w stanie przygnębienia. Smutek wynikający z braku ożywczej energii życia bywa niestety motywem przewodnim życia.

Kiedy wstaję z łóżka, moje samopoczucie jest fatalne. Widzę je prawie czołgające się po podłodze. Chętnie kopnąłbym je, gdybym tylko dysponował siłą w owym momencie, ale nogi odmawiają mi posłuszeństwa – relacjonuje Wiktor. Strasznie wtedy sobaczę z frustracji, że nie jestem w stanie nic zrobić, aż mnie samego to przeraża. A przecież już wcześniej poznałem kilka brzydkich słów, wrednych, furmańskich, nawet kloacznych. Byłem w wojsku, gdzie przekleństwo jest argumentem wychowawczym i świadczy o dobrych manierach żołnierskich, bez względu na szarżę. Przekleństwo stoi tam na piedestale jako olśniewajacy i niezłomny symbol intelektu a nawet samego istnienia. Tylko śpiący i martwi żołnierze nie przeklinają – tak to Wiktor relacjonuje mi historię i stosunek do sobaczenia.

Zaraz potem wyjaśnia zawiłości związane z piciem kawy. Kawa jest paliwem poruszającym ludzki motor podobnie jak benzyna czy olej dieslowy wprawia w ruch silnik samochodowy. Jej plusem jest to, że nie śmierdzi. Wręcz przeciwnie, pachnie tak pięknie. To rzecz użyteczna. Na przykład w Australii w domu parzy się świeżą kawę, kiedy mają przyjść osoby zainteresowane jego kupnem.

Pewien Włoch, który studiował medycynę oświetlił mnie, że kawa podnosi ciśnienie krwi na wyższy poziom, ale na krótko – wyjaśnia Wiktor. Potem ciśnienie spada poniżej pierwotnego poziomu, co sprawia, że będąc człowiekiem z gruntu pozytywnym pragniesz popełnić samobójstwo. Dlatego do kawy należy dodawać trochę alkoholu. Widzisz wtedy świat w różowych kolorach. Młodsi osobnicy i osobniczki mogą go widzieć nawet w różowych majteczkach na zgrabnym siedzeniu lub w bogatym owłosieniu na masywnej klatce piersiowej. Życie staje się naprawdę kwieciste, jeśli zabarwisz je kawą z dodatkiem brandy  – oczy Wiktora nabierają nowego blasku, kiedy zbliża się do kafeterki trzymając w ręku butelkę Bardinet Napoleon.

Niejeden wybitny pisarz napędzał się alkoholem i kawą (w tej kolejności). Też liczę na tę formułę. Oby tylko nie przesadzić jak Hemingway i nie zbliżyć do ust dwururki zamiast zawartości szklaneczki z wodą ognistą, choć też kojarzy się z piekłem.

0Shares

Kawa i alkohol. Część pierwsza.

Znam pewnego faceta, który wciąż uczy się, jak żyć. To jest sztuka, jeśli chce się żyć mądrze i szczęśliwie. Aborygeni australijscy od ponad 200 lat szukają formuły swego miejsca w świecie. Szukają i jak dotychczas nie znaleźli nic stosownego.

Wracam do faceta. Widzę go nader często, ponieważ mieszkamy blisko siebie. W miarę jak go poznaję, coraz bardziej mnie zaskakuje. Ma kilka wad; ilość zalet jest nieokreślona. Czyż nie jest prawdą, że łatwiej jest określić, jakie kto ma wady, niż stwierdzić, jakie ma zalety? Zastanów się nad sobą, swoją żoną, partnerką lub narzeczoną, a zobaczysz, że mam rację. Jeśli jesteś kobietą, zastanów się nad bliskim ci mężczyzną lub mężczyznami. Albo nad kobietą, jeśli twój wybór jest inny niż męski. Po napisaniu kilku zdań zmieniłem własne zdanie: nie zastanawiaj się nad sobą. Ludzie typowo widzą siebie w lepszym świetle niż innych. I tak nie poznasz siebie do końca. A jak poznasz, to możesz tego pożałować. Może lepiej żyć w stanie ignorancji o sobie?

Wracam po raz drugi do faceta, którego znam. Dla dobra identyfikacji ochrzczę go Wiktor. Imię stosunkowo krótkie i łatwe do zapamiętania. Tu dygresja. Współczesność rozpaczliwie stara się być łatwa i tania. Czy będzie też krótka, tego jeszcze nie wiem. Zapewne tak, ponieważ ludzie wysilają się bez przerwy, aby wprowadzać wciąż zmiany. Kupujesz skarpetki, które wyjątkowo odpowiadają ci kolorem, wzorem i materiałem. Następnego dnia idziesz do sklepu i już ich nie ma. Producent doszedł do wniosku, że innowacja dobrze ci zrobi i nowe skarpetki powinny być krótsze oraz wykonane z innego materiału. Tańszego oczywiście. Coraz tańsze są też dobre zegarki. Szwajcarskie na przykład. Kilkadziesiąt lat temu marka Longines (najstarsza na świecie opatentowana marka zegarków), Tissot czy Delbana były w cenie. Zegarek kosztował majątek. Dzisiaj zegarek takiej marki można kupić za niewiele ponad 100 dolarów. A może nawet i taniej. I to nie podróbkę. Tańsze zegarki szwajcarskie mają części produkowane w różnych krajach, te droższe wyłącznie w Szwajcarii. Tu kryje się różnica jakości i różnica ceny. Wczoraj widziałem zegarek z ciekawym ogłoszeniem: „Kup jeden, drugi dostaniesz za darmo”. Może i warto mieć dwa zegarki? Jeden na lewą rękę, drugi na prawą. Nikt nie pozna, czy jesteś mańkutem, praworęczny czy leworęczny, czy też masz dwie lewe ręce. Tajemniczość jest w cenie.

C.d. n.

0Shares