Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz.167: Początek Apokalipsy. Mezocyklon.


Picture: Cyclone_Monica, courtesy of University of Wisconsin–Madison.

Tego roku lato w Nomadii trwało równe sześć miesięcy. Zaczęło się w połowie wiosny, zabierając jej sześć tygodni wysokimi temperaturami i niezwykłą duchotą powietrza, po czym powtórzyło zamach zawłaszczając pierwszą część jesieni. Pewnego dnia temperatura wzrosła tak bardzo, że zdusiła wilgotność do zera. Ptaki, które uniosły się wyżej niż zawsze na falach rozgrzanego powietrza, znajdowano wieczorem na ziemi upieczone do połowy.

Mordercza pogoda trwała nieprzerwanie mimo procesji z krzyżami, obrazami i palmami organizowanych przez kościoły i wiernych wszystkich wyznań, a nawet bezbożników, którzy wygodnie uznali, że skoro ktoś zesłał te straszne nieszczęścia, to warto prosić go o amnestię, a co najmniej o częściową łaskę. Modlono się, aby Bóg strzegł ludzi i ich dorobku, szczególnie zasiewów i plonów, przed gradem, suszą, powodziami, ogniem, szarańczą i zarazą.

W pierwszy wtorek maja, w dzień Świętych Anatola i Atanazego, znad oceanu nadciągnął mezocyklon, niosąc ze sobą grad wielkości kurzych jaj. Kule gradowe były tak ciężkie, że pod ich uderzeniami ceramiczne dachówki pękały niczym skorupki jaj wydając metaliczny jęk. Jak twierdzili świadkowie zdarzenia, gradobicie dewastowało miasto i okolicę przez pełną godzinę a może i dłużej. Łomot był tak przerażający, że ludzie tracili pamięć, a zwierzęta rozbiegały się oszalałe we wszystkich kierunkach. Przechodnie na ulicach kryli się, gdzie kto mógł; przytulali się do pni drzew, pod byle daszkiem, na przystankach autobusowych, a nawet wczołgiwali pod zaparkowane samochody. Kierowcy pojazdów w ruchu usiłowali ratować je zatrzymując się wprost na ulicy, aby jak najszybciej przykryć je kocami, marynarkami i płaszczami a nawet spłaszczonymi pudłami tekturowymi. Niewiele to pomogło. Grad uszkodził tysiące samochodów, wiele z nich miało powybijane szyby i wgniecioną karoserię; z wnętrz niektórych pojazdów wyciekała nawet woda. Ulice wyglądały jak pobojowiska.

Pod uderzeniami piorunów wybuchały pożary i to z taką intensywnością, że zamieniały sypiący się z nieba grad w kłęby pary, tworząc chmury przesłaniające słońce oraz widoki na góry okalające miasto.

W zetknięciu się z żywym ogniem grad pękał na drobne kawałki z hukiem; takiego fenomenu natury nie notowano wcześniej w kraju.

Gradobicie trwało w istocie niecałe dwadzieścia minut. Tak twierdzili synoptycy. Większość ludzi zaklinała się jednak, że grad padał co najmniej godzinę. Właściciel dział hukowych, jedynych w okolicy, szczycący się nimi jako skuteczną bronią przeciwgradową, użył ich dopiero wtedy, kiedy nawałnica opuszczała już okolicę. Był przekonany, że to jego broń skutecznie ją przepędziła. Po zakończeniu gradobicia ratownicy ostrzegali, że może się jeszcze powtórzyć.

Po gradzie nadszedł deszcz. Gasząc palące się domy i lasy tworzył tak niesamowite widoki, że w ludziach budził się duch twórczej inspiracji, chwytali narzędzia, co kto miał pod ręką i malowali, rzeźbili lub komponowali muzykę, nawet symfonie i koncerty. Niewiele z nich się zachowało, z wyjątkiem zapisów nut ukrytych w wodoodpornych i ognioodpornych sejfach, ponieważ żywioł z niezwykłą wściekłością niszczył także płody ludzkiej twórczości. Z obrazów malarskich zachowały się jedynie dwa i to niezwykłej piękności: „Ogień bratający się z wodą” oraz „Siedem grzechów głównych”. Zostały one umieszczone na honorowym miejscu w galerii narodowej, aby przyciągać tłumy turystów, głównie z zagranicy. Było to jedyne dobrodziejstwo wynikłe z Apokalipsy. Pieniądze pozostawione przez turystów oraz darczyńców zagranicznych poruszonych nieszczęściem posłużyły odbudowie historycznych zabytków zniszczonych przez żywioły i podpalenia wywołane przez szaleńców.

Jeden z nich, lekarz, któremu wskutek błędów popełnionych w sztuce lekarskiej odebrano prawa wykonywania zawodu, wbił sobie do głowy hasła „chorobę leczyć tym samym”, „zło zwalczać złem”, „klin klinem” i podobne. To on dokonał kilkunastu podpaleń, po czym popełnił samobójstwo rzucając się w ostatni wzniecony przez siebie pożar. Jego częściowo spopielale szczątki usiłowano pochować po chrześcijańsku, święta ziemia odmawiała jednak ich przyjęcia uparcie wyrzucając je na powierzchnię. Ponieważ wydzielały one coraz bardziej przykry zapach, władze sanitarne i kościelne podjęły wspólnie decyzję ich spalenia i rozsypania prochów po oceanie. To też niewiele dało, gdyż w burzliwe dni nad wodą unosiły się kłęby brązowego pyłu i dopiero egzorcyzmy odprawiane równocześnie przez dwóch duchownych przyniosły ukojenie zbuntowanej duszy i spokój mieszkańcom.

W najstraszniejszym momencie gradobicia ludzie padali na kolana i modlili się korząc nie przed Bogiem, lecz szeleszczącą chmurą lodowych kul. W klasztorze Templariuszy Pobożnych młody zakonnik powtarzał w kółko słowa z Księgi Ezechiela: „Przeto tak mówi Pan Bóg: W zapalczywości mojej sprowadzę wicher gwałtowny, spadnie deszcz ulewny na skutek mojego gniewu i grad na skutek mego oburzenia, by wszystko zniszczyć… I zburzę mur, któryście pokryli tynkiem, powalę go na ziemię tak, że ukażą się jego fundamenty i upadnie, a wy pod nim zginiecie. Wówczas poznacie, że Ja jestem Pan”. Dla upamiętnienia niezwykłego wydarzenia modlitwę mnicha wyryto na tablicy z czarnego marmuru zdobnego krwawymi prążkami, przypominającymi żyły świętego męczennika. Właściciel kamieniołomu zarzekał się, że nigdy wcześniej nie widział u siebie takiego marmuru.

– Jego pojawienie się musiało być wynikiem cudu. Znam to miejsce jak własną kieszeń, albo i lepiej – zapewniał ludzi okazujących zwątpienie wobec jego słów. Nikt mu nie uwierzył, gdyż był człowiekiem łasym na pieniądze, gotowym popełnić największe bluźnierstwo dla dodatkowego dochodu.

 

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 5: Szaleństwo śmieci i przełom myślowy

Rosaton nie uległ szaleństwu konsumpcji, ale też nie wzdrygał się przed nią, ale tylko do czasu, kiedy wchodząc do lasu zauważył, że jest on umeblowany. Na polanie i między otaczającymi ją drzewami i krzewami stały fotele, szafy, stołki, małe etażerki i duże regały, stoły i krzesła, wszystko ustawione tak, jakby ktoś miał tam mieszkać. Nie był to normalny widok, dlatego mężczyzna pozostał tam chwilę, aby zrozumieć, co się dzieje. Rozejrzał się także po okolicy. Wszędzie, jak las długi i szeroki, stały na ziemi meble i urządzenia domowe, łóżka, tapczany, w kilku miejscach leżały na ziemi garnki i inne naczynia kuchenne oraz stały oparte o drzewa rowery, hulajnogi i jeden wózek dziecięcy z uszkodzonym kołem. W dalszej partii lasu zaimponował mu widok dobrze utrzymanych samochodów w różnym wieku, o lakierze połyskującym wszystkimi kolorami tęczy.

Jego mnemotechniczny umysł szybko wyciągnął wniosek, jedyny jaki znajdował uzasadnienie, że ludzie masowo wyrzucali całą zawartość swoich mieszkań, garaży i piwnic do lasu tylko dlatego, że brakowało już miejsca na śmietnikach i wysypiskach.

– To bardzo źle rokuje – pomyślał. – To wszystko musi się zawalić. Myśląc o „wszystkim”, nie sprecyzował, co to znaczy.

Pierwsze z serii nieszczęść nadeszło, kiedy wielka chmura deszczowa, przeogromny balon wypełniony wodą, zaczepiła o szczyt skał i rozpruła się wylewając z siebie całą zawartość. Meteorologowie nazwali to później oberwaniem się chmury. Woda zalała wielkie składowisko śmieci usytuowane w kamieniołomie, który kiedyś wydawał się przepastny jak ocean i runęła w dół falą śmierdzącego błota zatapiając doszczętnie wieś, pięćdziesiąt pięć domów i trzydzieści osiem budynków gospodarczych, i powodując śmierć dwustu trzydziestu osób i dziewięćdziesięciu ośmiu zwierząt hodowlanych i domowych. Statystyka była bardzo dokładna, bo w urzędzie powiatowym znaleziono listę wszystkich mieszkańców z imionami, nazwiskami i adresami oraz stanem inwentarza żywego i zwierząt domowych.

Na miejscu osuwiska oprócz ratowników pojawili się fotoreporterzy, telewizja, ciekawscy i ekolodzy. Wszyscy byli w najwyższym stopniu przygnębieni, lecz najbardziej wzburzeni byli ekolodzy. Krzyczeli. Nie wiadomo do kogo, prawdopodobnie do władz wszystkich szczebli, od lokalnego do państwowego. Ktoś z boku stwierdził, że oni krzyczą do ludzkich sumień, które skurczyły się jak porzucony na słońcu mokry worek ze szmatami.

– Ostrzegaliśmy przed tym nieszczęściem. Nie możecie więcej niszczyć środowiska, bo wszyscy zginiemy, nie tylko my ale i zwierzęta, cała ożywiona przyroda, oprócz roślin, które zawsze sobie poradzą, nawet gdybyście rzucili bombę atomową.

Masakra dużej wsi z ludźmi i zwierzętami wstrząsnęła społeczeństwem. Rząd ogłosił żałobę narodową oraz publiczną debatę na temat, co dalej.

Wnioski były jednoznaczne: problemem jest człowiek. Wszyscy nagle zrozumieli, że ludzie stanową śmiertelne zagrożenie nie tylko dla przyrody żywej, ale przede wszystkim dla siebie samych, dla własnego gatunku, że są samobójcami. Był to rodzaj wielkiego rozbłysku świadomości, że dłużej tak żyć się nie da.

To i podobne nieszczęścia, jakie wkrótce nawiedziły kraj, wyzwoliły w społeczeństwie myślenie o przełomie technologicznym zdolnym ocalić kraj a może nawet i ludzkość. Był to rodzaj refleksji filozoficznej na masową skalę, obejmującej całe społeczeństwo, a nie pojedynczego, zakopanego w głębokim fotelu, genialnego naukowca.

Wniosek był jeden: Wymyśleć coś, co raz na zawsze ograniczy przyrost demograficzny, zmniejszy konsumpcję i jej napór na przyrodę.

– Przyroda to inaczej mówiąc środowisko naturalne, niezbędne nam wszystkim do życia – tłumaczyli ekolodzy dzieciom i mniej rozgarniętym osobom dorosłym.

Naukowcy zaczęli mówić otwarcie o konieczności zmiany orientacji z homocentrycznej na przyrodocentryczną. Wkrótce do parlamentu trafił ich wniosek, aby drogą legislacyjną zmienić ilościowe i jakościowe relacje „ludzie-zwierzęta” oraz „cywilizacja-przyroda”, na korzyść zwierząt i przyrody.

– Musimy zwolnić rozwój demograficzny człowieka i przyspieszyć rozwój demograficzny świata zwierzęcego. Zwierzęta nie kupują, nie konsumują i nie tworzą gór śmieci, jedzą tylko tyle, ile trzeba, ani grama więcej, dlatego nie naruszają przyrody. To jest jedyna szansa uratowania nas samych i planety.

Na uzyskanie odpowiedzi na pytanie, jak osiągnąć te zmiany, potrzeba było tylko dwóch dni. Zaskoczyło to obywateli, że tak szybko i łatwo można było dość do rewolucyjnego wniosku. Parlament jak jeden mąż uzgodnił, że jedynym rozwiązaniem jest inżynieria genetyczna. Był to moment, kiedy rządzący i opozycja zbratali się ze sobą podając sobie ręce życzliwie patrząc sobie w oczy.

Rząd pod presją wszystkich stron smaganych tym samym batem nieszczęść i ponurej perspektywy, ustanowił nowe, przełomowe, zasady prawne dotyczące inżynierii genetycznej.

– Krótko mówiąc, dajemy swobodę eksperymentowania nad rozwiązaniami genetycznymi, ale tylko takimi, które ograniczają rozwój człowieka i równocześnie przyspieszają rozwój populacji zwierząt.

W wywiadzie opublikowanym na łamach największego dziennika krajowego „Et cetera” dyrektor Laboratorium Gatunków Świętej Pamięci, którego nazwę zmieniono na Laboratorium Minionych i Przyszłych Generacji wspomniał o projekcie integracji człowieka i konia.

– Z wyglądu będzie to istota prawie dokładnie taka sama, jako to sobie wyobrażali starożytni Grecy tworząc mit o Centaurze.

Wywołało to przerażenie.